[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Więźniowie zebrani przy ustępie przygotowywali się do ucieczki, starając się zrobić to w miarę bezpiecznie. Jednakże, jeśli już nawet w celi było ciemno jak dupie to cóż mogliby dojrzeć w głębi ścieku? Nic i to niezależnie czy patrzyli oczyma czy wymacywali rękoma. Chociaż przy tym drugim udało się zorientować że wszystko poniżej pewnej linii pokryte jest szlamem, co rusz obmywanym chlupoczącą słoną wodą. Na szczęście dla wszystkich pozostałych, jednocześnie niestety dla pewnego młodzieńca, temuż młodzieńcowi nie robiło to większej różnicy. Marcus nie wymacał niczego czego mógłby się złapać lub choćby oprzeć nogę i mimo wszystko wskoczył. Więźniowie usłyszeli plusk i głuche uderzenie. Czy gdyby nie knebel usłyszeli by krzyk nieszczęśnika? Ciężko powiedzieć.
Dla Wireda
Ciemno, zimno, smród, wystające skały, fale i obślizgłe … wszystko czego próbował się złapać. Niestety w kanałach nie było żadnego chodnika czy innego stabilnego podłoża. Dno zdawało się być strasznie nierównomierne, a breja nie taka znów głęboka, miotało nim okrutnie, jeśli tylko uda się mu … Nie, nie udało się. Marcus desperacko próbując utrzymać się na powierzchni i zorientować się w sytuacji przydzwonił łbem w kamień i nastała ciemność, jeszcze poważniejsza niż ta wcześniejsza, gdyż … wieczna.
Minęła chwila, lecz zakneblowany współwięzień nie wypłynął. Czy to dobrze czy źle? Kto następny aby sprawdzić?
Padło kilka zarzutów w stronę obłąkanego “proroka”, jednakże on sam nie bardzo się tym przejął, nawet cios nie zrobił na nim większego wrażenia. Dalej siedział tam gdzie siedział i patrzył z politowaniem na tych co mieli mu najwięcej do powiedzenia, po czym wskazał palcem coś za ich plecami.
Trzech pozostałych współwięźniów, cichych i mało ruchawych do tej pory, wstało i nie patrząc na brak przewagi liczebnej, z gołymi pięściami rzucili się na Hieronima, Ulricha (tego co zbójem nie był) oraz Ergo. Na szczęście nie mieli przy sobie nic co mogłoby posłużyć za broń, a ich umiejętności również nie były na zbyt wysokim poziomie, lecz to co było w nich niepokojącego to spojrzenie. Oczy przepełnione mieszanką gniewu i szaleństwa, zorientowane na cel.
Coś za murem znów strzeliło. Pęknięcie, które zaczęło się od ustępu “powędrowało” po podłodze, w stronę ściany z kratami. Budynek trzeszczał, sypał się pył z trących o siebie belek i kamieni.
Nigdzie nie było słychać aby ktoś próbował gasić ogień, uciekać, krzyczeć, nic, zupełnie jakby byli w tym mieście sami. Strażników, których zabawy czasami było słychać piętro wyżej, również jakby wywiało, wszakże nie siedzieliby spokojnie podczas pożaru.
-
Ulrich (von) Guttenluft
Cyrulik w napięciu nasłuchiwał jakiś odgłosów ze strony pierwszego śmiałka. Wydobycie tych z trzewi utrudniał knebel, ale Ulrich wierzył, że usłyszeliby nieartykułowane ryki z głębi trzewi lub dzwonienie o cegły... czymkolwiek.
Teraźniejsze rozważania przerwał nagły atak, na który cyrulik postanowił odpowiedzieć agresją. Jeśli przeżyje awanturę w więżeniu, może za kilka lat będzie opowiadał wnukom o tym, jak stwierdził, że defensywna była ryzykiem zepchnięcia do wychodka, a skok niekontrolowany równał się śmierci. Mógł tak opowiadać, lecz w tej chwili wcale tak nie rozumował. Rozumował dość instynktownie, jak człowiek pada ofiarą agresji, to musi odpowiedzieć agresją.
Mimo tego, pod czaszką cyrulika kotłowało się. Zamiast wdawać się w bójkę tuż przy przepaści, postanowił wykorzystać swą postawę oraz wagę i ruszył w stronę "proroka" aby odepchnąć napastników i siebie od przepaści, dopiero w tej odległości zaczynając bijatykę od dobrej, zapaśniczej szarży. -
Ulrich Rotzniesser 
Zapach przemocy był dla Ulricha niby zapach krwi dla rekina. Ci kolesie? Tamci? Próbowali okładać jego ziomków, z którymi siedział? Jak oni mieli uciekać, skoro mieli na karku tych cieciów?
– Doigraliście się, obszczymurki – Rotzniesser z brzydkim uśmiechem wydobył z ukrytej kabzy zakrzywiony gwóźdź, który nie tak dawno wyrwał z drewnianych dźwierzy. – Teraz po ryjach dam, rozumicie.
Gwóźdź włożył w pięść, tak, żeby jego łeb znajdował się wewnątrz jego kułaka, a zardzewiały szpikulec wystawał spomiędzy palców.
Trzeba jakoś ogarnąć towarzystwo, dać paru gościom po gębie, wyłupić oko albo dwa, może kiedy zobaczą pięść i poczują ból, to zrozumieją. Jak zwierzęta. A potem… Potem do śmierdzącego dołu, wymacać, czy da się uciec. Albo jakoś inaczej zagospodarować.
– Te, luda! Ogarnijcie jakieś przejście, ta pierdolona buda zaraz pójdzie się jebać, jak cnota młódki na majowym gżeniu... - krzyknął jeszcze.
I rzucił się z groźnym pomrukiem na pierwszego z trzech.
-
Mały Kurt

Plusk w ścieku był krótki. Potem cisza. Kurt spojrzał w dół tylko na moment i odsunął się od otworu.
Krzyki za plecami i ruch trzech postaci wskazywały na bitkę. Kurt zmierzył współwięźniów wzrokiem. Kamień pod stopami zadrżał, a pęknięcie pełzło w stronę krat. Kurt poczuł ciepło bijące ze ściany i zapach dymu, gęstszy niż przed chwilą. Zostawać tu nie miało sensu. Bić się też nie.
Odwrócił się do krat. Przez chwilę patrzył na zawiasy, na osadzenie w murze, na pęknięcia w kamieniu wokół. Potem cofnął się o pół kroku i wziął głęboki oddech.
Kurt rzuca się całym ciałem na kraty, próbując wyrwać je z osłabionego muru, wykorzystując masę, siłę i pęknięcia w ścianie.
Jeśli pierwsze uderzenie nie wystarczy – ponawia napór, dociskając ramieniem i barkiem, aż coś puści: zawias, kamień albo całe osadzenie.
Jeżeli któryś z atakujących współwięźniów spróbuje mu przeszkodzić – odpycha go bez wdawania się w walkę, skupiając się wyłącznie na kratach. -
Ergo

Ergo też chciałby zawołać, że się doigrali. I wyciągnąć z worka coś co choć wygląda jak broń. Umieć się bić też by zresztą chciał. Albo chociaż ważyć tyle co tucznik i mieć łapska jak bochny. Ale nie miał i nie umiał. Ale zawołał:
- Prawdziwy ogień rodzi się w ciszy! - wychrypiał naśladując chudzielca zarówno chropowatym głosem jak i kiwającą się sylwetką.Taaa... Pomysł, że nie zaatakują go niby swojego był zapewne równie głupi jak się wydawał. Cóż...
-

Hieronim Bosch dygotał na całym ciele pod wpływem szaleńczych emocji, z których najsilniejszą jawiła się żądza przetrwania za wszelką cenę. Kiedy więzień z kneblem w ustach ruszył jako pierwszy ku wolności, bez wahania skacząc w czeluść ustępu, stary poczuł wściekłą zazdrość, że to nie on stanął na czele kolejki skoczków.
Zaciskając pięści jął się przepychać przez ciżbę ludzkich ciał ku ustępowi, gdy znienacka kilku więźniów wyrwało się z dotychczasowego otępienia ruszając w jego stronę z mordem gorejącym w oczach.
Podstępnie zaatakowany, Hieronim wrzasnął na całe gardło wzywając imienia Młotodzierżcy, a potem zacisnąwszy dłonie w pięści jął nimi tłuć w dzikiej furii, całkowicie owładnięty żądzą ocalenia życia.
Deklaracja
Hieronim Bosch będzie bił, kopał i gryzł, byle tylko ocalić życie.
-

Modi Wagner
Modi westchnął patrząc za znikającym Marcusem.
- Może nie było najlepszym pomysłem wysyłać zakneblowanego na zwiad... - już miał coś zaproponować kiedy trzech współwięźniów zaczęło mieć inne plany niż przetrwanie. Zastanowił się przez chwilę po czym postanowił się przyłączyć do tych co zamierzali uciec z nim przez ściek.
- Obić skurczysynów! Zrobimy linę z ich ciuchów!
Deklaracja
Modi zaatakujetego tego, który atakuje Hieronima -
Nadja Schmidt

Nadja poczuła, jak jej obawa kiełkuje wraz z "wędrującymi" pęknięciami, jakie sugerowały naprawdę wielkie problemy czające się wokół. Nie wiedziała czy śmiałek jaki rzucił się na ślepo ku ściekom dał radę, utonął w gównach czy już ich z drugiej strony miasta wyśmiewa z kulką w ustach, ale wiedziała za to, że tych trzech co się podniosło będzie problemem jakim nie chciała musieć stawić czoła.
- Uważajcie, by się nie posypało jak będą rozwalane kraty! - krzyknęła, zaniepokojona działaniami przy nich, sama stając pod ścianą dalej od dziury, by nie zostać zrzuconą weń. Skrywanie twarzy materiałem wciąż miało sens przy całym duszącym pyle w powietrzu.
Wyjmując z worka jeden z większych kamieni jakie odpadły ze ścian celi miała zamiar początkowo zaatakować tego, idącego na Ergo, jako że jego zagrywki były skazane na porażkę, ale... zaraz zmieniła zdanie. Nie było sensu miotać kamieniem w kogoś, kto niezajęty zaraz rzuci się na nią, więc obrała za cel więźnia zagrażającemu cyrulikowi.Nadja atakuje tego, jaki zagraża Urlichowi-cyrulikowi. Rzuca kamieniem mu w łeb. I nie trzyma się blisko Ergo by na nią nie zwrócił uwagi przeciwnik.
-

Oswald BraunSytuacja zaczęła się robić jeszcze ciekawsza, niż się tego Oswald spodziewał. Nie dość, że ściany zaczęły się walić, to jeszcze jakieś przygłupy uznały, ze warto zaatakować kogoś, kto chce uciekać z tonącej łajby... z płonącego więzienia, znaczy.
Oswald uznał, iż osoby pragnące wolności są bardziej 'swoi' niż ci, co w osiągnięciu owej wolności przeszkadzali. A że nie miał zamiaru stać na uboczu, przeto chwycił w dłonie rzemyk i włączył się do zabawy z zamiarem podduszenia najbliższego z napastników.Garota; podduszenie oponenta do utraty przytomności
-
Mały Kurt miał przed sobą niemałe wyzwanie i stosunkowo mało czasu. Na szczęście dość szybko i bez większego problemu znalazł słaby punkt, w który czym prędzej przyłożył całą swoją siłę i impet. Osłabiona krata jęknęła, a kilka ukruszonych cegieł odpadło po drugiej stronie. Jeszcze kilka takich uderzeń i może pomoc współwięźnia, a droga na wolność stanie otworem.
Hieronim, mimo niepozornej aparycji i okrzyków przypominających bardziej rozpaczliwą obronę niż atak profesjonalisty, złożył swojego przeciwnika w zaledwie kilku ruchach i to gołymi rękoma. Więzień nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, możliwe że dlatego iż ciężko coś mówić ze zmiażdżoną tchawicą, o co przed chwilą zadbał Mytnik. Hieronim będąc w bojowym szale łupnął jeszcze raz dla pewności z półobrotu w szczękę. Przeciwnik żył jeszcze zanim gruchnął o mur. Cos tam jeszcze się wierzgał, lecz były to ruchy przedśmiertne.
Ulrich, ten co zbójem nie był, mimo wewnętrznego strachu zadziałał dość profesjonalnie. Strzelił przeciwnika w łeb, obalił a później korzystając z całej swej masy zwalił się na nieszczęśnika wbijając łokieć tak głęboko że aż wszyscy usłyszeli trzask łamanych żeber. Cyrulik wstał spokojnie, bazując na jego wiedzy medycznej, nawet jeśli ów biedak przeżyje to niezbyt długo, a nawet jeśli to nie będzie miał sił na to by wstać a co dopiero walczyć.
Ergo przeliczył się z osądem, jego słowa zupełnie nic nie dały. Jednakże na szczęście w celi nie był sam. Ulrich oraz Modi złoili skórę milczącemu więźniowi, lecz ten był jakby w amoku, zupełnie ignorował wszystko i wszystkich, ponownie próbując przejść do ataku. Kamień rzucony przez Nadje minął go, na szczęście był jeszcze Oswald, który zaszedł delikwenta od tyłu i z całej siły zacisnął rzemyk wokół szyi. Wiezień miotał się zaledwie przez chwilę, po czym opadł z sił.
Prokok podniósł się powoli, jakby podłoga musiała się z nim najpierw porozumieć. Otrzepał dłonie bez sensu - brud i tak był już w nim. Przechylił głowę i uśmiechnął się krzywo, jak ktoś, kto słyszy rzeczy, których słuchać nie wolno.
- Teraz, bo potem dół się obudzi. A jak się obudzi to już nikogo nie odda.
Po czym … zaczął krążyć w celi jak zwierze zamknięte w klatce.Więzień z karceru cały czas dawał o sobie znać. Po chwili udało mu się przyczynić do dewastacji muru. Ręka odziana w … kolczugę pojawiła się po ich stronie, a po chwili dołączył do nich łeb … okuty w metalowy hełm strażnika. Oczy jegomościa były przekrwione i czerwone, lecz nie tylko od złości, wyglądały jak całe zalane czerwienią.
-

Mały KurtKrata zadrżała i z muru posypały się kolejne kawałki cegły. Kurt nie cofnął się od razu – pochylił się bliżej, przesuwając dłonią po zimnym żelazie i spękanym kamieniu. Zatrzymał wzrok na miejscu, gdzie osadzenie wyraźnie pracowało, a cegły kruszyły się. To tam.
Ustawił bark, wziął oddech i spojrzał krótko na pozostałych.
– Tu! Kolibie się. Jak pchniemy razem, to puści.Kurt wykorzystuje swoją spostrzegawczość, żeby określić możliwie najsłabszy punkt mocowania krat. Następnie ponawia napór, uderzając barkiem w obrany przez siebie punkt.
-
Nadja Schmidt

Cieszyła się, że nie jest w tej sytuacji sama i nie ona musi walczyć twarzą w pięść z oszalałymi więźniami czy z kratami się męczyć. Ten z karceru był problemem, jakiego należało uniknąć... najlepiej bardzo szybko. Możliwie gdyby cokolwiek z nim próbowała zrobić, to tylko bardziej by go rozjuszyło... Tak jak trzej wcześniej tak i on nie wydawał się być w pełni zmysłów, a tacy byli najniebezpieczniejsi...
- Szybko! Zanim ten się zdoła przebić! - rozumiała, że w porównaniu z mężczyznami nie pomoże, a co najwyżej zawadzi będąc na drodze do walki z kratami, więc nie pchała się im pod ręce - DALEJ, CHŁOPY! -
Ergo

Ergo od początku wiedział, że słowa mają wielką moc. Choć nie zawsze forma tej mocy jest zgodna ze spodziewaną. Teraz dla przykładu nie zrobiły wrażenia na jego napastniku. Ale za to przysporzyły mu aż czterech sojuszników!
- Ha! I co Wy na to!Zaraz jednak ilość kłopotów jęła wzrastać. Pancerny oszołom, który chyba wcześniej był strażnikiem rozwalił w końcu mur na tyle by się po trochu przedostawać do środka! I wyglądał bynajmniej jakby miał ich zrugać za hałaburdę więzienną. Raczej jakby miał ich zeżreć. Białka wypełnione czerwienią mogły oznaczać jakąś chorobę!
Ergo spojrzał na zmagania reszty z kratą, która albo puści. Albo nie puści. Fajnie gdyby puściła, ale jakby nie to wielkiemu iście zdałaby się pomoc! Dołączył zatem do grupy atakującej kratę.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ludzka śmierć zawsze wstrząsała cyrulikiem, a przynajmniej gdy była to śmierć którą musiał widzieć w walce. Co innego umierający w bólu, strzelający esencjami humorów przez wszystkie otwory ciała pacjent, a co innego gołymi rękami ubić cel. Wstrząśnięcia starczyło na kilka uderzeń serca (byłby dwa gdyby nie podwyższone tętno) po których Ulrich dołączył do forsowania drogi na zewnątrz przez Małego Kurta. -

"To załatwione" pomyślał Modi kiedy ostatni z atakujących padł nieruchomy na ziemie.
Kolejny wstrząs zachwiał przemytnikiem a jego oczy podążyły za pęknięciem w budynku.- Ranald znowu szczy mi w śniadanie... - mruknął widząc, że ich sąsiad zaraz się przebije przez ścianę i pewnie będzie chciał zobaczyć jak szybko pójdzie mu z nimi.
Nic nie mówiąc dołączył do Małego Kurta i reszty, która starała się sforsować kratę. -
Ulrich Rotzniesser 
Oklepawszy mordy, aż miło, oprych-Ulrich pokraśniał z nagle odzyskanego animuszu. Spuszczanie łomotu drabom, tutaj, w tym przeklętym mamrze, na tym wygnaniu! Schował gwóźdź z powrotem do kabzy, potrząsając kułakiem jeno:
– Ino bez sztuczek, bo następnym razem taki miły nie będę!
Okręcił się jak fryga. Ten wielki, zwany Kurtem, zdawał się wrzeszczeć coś, aby mu pomóc.
– Dawaj, bracie! – Ulrich krzyknął – Czas sforsować ten mur...
I jął się ku pomocy Kurtowi i pozostałym, aby sforsować kraty wreszcie.
-
|-
-|Hieronim Bosch był przerażony. Nie potrafił zrozumieć, co właściwie zawładnęło jego umysłem, kiedy fala wściekłej czerwieni znienacka zalała mu oczy. Jakby jakiś demon wziął go we władanie, dokładnie wedle mrożących krew w żyłach przestróg sigmaryckich kapłanów.
Stary mytnik jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Widywał rzecz jasna śmierć zadawaną rękami innych: podczas publicznych egzekucji więźniów, podczas obław na przemytników, w trakcie festiwali palenia czarownic - jednak jeszcze nigdy nie odebrał go nikomu za pomocą własnych rąk.
- Słodka Shallyo, zmiłuj się nade mną! - jęknął podnosząc dłonie do ust w wyrazie nieudawanego przerażenia.
Shallya nie okazała zmiłowania, bo zaraz potem ściana dzieląca celę i karcer zaczęła się rozsypywać odsłaniając oczom mytnika jakiegoś potwora w kolczudze spoglądającego na więźniów upiornie czerwonymi oczami.
- Demon! - wrzasnął na całe gardło zapominając w jednej chwili o zamordowanym przez siebie łachmaniarzu - To jest demon! Wyrwijcie tę jebaną kratę, chędożone łachmyty, na łaskę Shallyi! A ty nie podchodź, demonie! Zabiję cię jak tego tam!
Wskazawszy trzęsącą się ręką trupa swojej ofiary, Hieronim podniósł z brudnej posadzki kawał gruzu mogący mu posłużyć od biedy za prowizoryczny tłuczeń.
- Wyrywajcie tę kratę!
Deklaracje
Uzbroiwszy się w kawał gruzu Hieronim będzie szaleńczo zagrzewał do działania najsilniejszych współwięźniów! Dawać tę chędożoną kratę!
-

Oswald BraunMądrzy ludzie powiadali, iż po wygranej potyczce należało łupy zbierać. W tym jednak przypadku Oswald uznał, iż po pierwsze - raczej trudno było się spodziewać czegoś wartościowego u współwięźnia, a po drugie - jakiś przyodziany w żelazo osobnik usiłował się przebić przez mur, co wychodziło mu dość składnie. A że mordę ów osobnik miał niesympatyczną i mało przyjazną, Oswald dołączył do tych co usiłowali wyważyć kratę.
-
Ściana po lewej robiła się coraz gorętsza, jednakże póki co pożar nie rozprzestrzenił się zbytnio. Ku uciesze więźniów, nic również nie wybuchło. Wspólnymi siłami udało się wyważyć mocno osłabione kraty. Później poszło już zdecydowanie prościej. Przemknąć przez z lekka zadymiony korytarz, następnie schody na górę oraz klapa - ciężka gdy otwiera się ją od dołu, lecz siły ani motywacji nikomu nie brakowało. Można było obawiać się strażników, lecz ci nie interweniowali, a gdy więźniowie wyszli na górę pewne rzeczy rozjaśniły się nieco.

Pomieszczenie wspólne było opuszczone, ni żywego ducha. Wszystko wyglądałoby dość normalnie, gdyby nie solidna barykada blokująca otwarcie głównych wrót oraz okna zabite czym tylko się dało i było akurat pod ręką. Sprzęty kuchenne były na swoich miejscach, podobnie jak narzędzia warsztatowe, chociaż te ostatnie z lekka w nieładzie.

Piętro wyżej również było opuszczone, dwoje drzwi było zamkniętych ( chociaż nikt nie próbował ciągnąć za klamkę). W jednym, na podłodze klęczał strażnik z insygniami dowódcy, w trzewia miał wbity miecz - tyle było widać przez dziurkę od klucza. W drugim jakiś spasły wieprz, również w stroju strażnika, lecz bez zbroi, leżał bez życia na ziemi, przy suficie wisiał sznur. W obu pomieszczeniach coś jeszcze było, lecz mały otwór nie pozwalał na zbyt szeroki pogląd.
Kwatera wspólna … To było ciekawe, strażników co prawda nie dane było uświadczyć, lecz ich pancerze były na miejscu. Brakowało broni, lecz na stojakach lub bezpośrednio na ziemi, przy każdym z posłań znajdowały się kolczugi. Wyjście na dach było otwarte. Szybki rzut oka: ktoś przywiązał linę do blanki, a jej drugi koniec zwisał po zewnętrznej stronie muru, spuszczając się bezpośrednio na ulicę.
Okna, zarówno na parterze jak i na piętrze, były na tyle małe ażeby nie dało się przez nie wygodnie przejść, lecz na tyle szerokie aby swobodnie przez nie wyjrzeć…gdyby tylko nie zamknięte okiennice. Przez szpary bohaterowie dostrzegli niemały tłum ludzi wałęsających się po podwórzu. Na oko licząc było ich ze dwa tuziny, a może i więcej. Jednakże problemem nie byli sami ludzie, co ich dziwne zachowanie, w jednym momencie wyglądali jak bezwładna masa, aby w drugim zareagować jak jeden mąż na niewidzialne i niesłyszalne polecenie.

Pożar domu po drugiej stronie ulicy szalał w najlepsze. Drewniany budynek nie opierał się ogniu, co innego murowana strażnica. Płomienie muskały ściany i wdzierały się wolniej, lecz prędzej czy później strawi również posterunek. Nikt nie gasił pożaru, na ulicach nie było widać ludzi, chociaż osąd mógł być zniekształcony przez dym i dość małe szpary w okiennicach.
-

Mały Kurt vel KnutKurt zatrzymał się w kwaterze wspólnej i rozejrzał uważnie. Pancerze na miejscu, broni brak. To mu się nie podobało. Przez chwilę patrzył przez szparę w okiennicy na tłum na podwórzu – zbyt równy ruch, zbyt zsynchronizowany. Znał takie spojrzenia. Nie były normalne.
– Coś tu jest nie tak – mruknął. – Lepiej mieć żelazo niż go nie mieć.
Kurt szuka sprawnej broni lub czegokolwiek nadającego się do walki oraz kolczugi lub innego pancerza, który mógłby szybko założyć.