[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

Modi Wagner
Modi westchnął patrząc za znikającym Marcusem.
- Może nie było najlepszym pomysłem wysyłać zakneblowanego na zwiad... - już miał coś zaproponować kiedy trzech współwięźniów zaczęło mieć inne plany niż przetrwanie. Zastanowił się przez chwilę po czym postanowił się przyłączyć do tych co zamierzali uciec z nim przez ściek.
- Obić skurczysynów! Zrobimy linę z ich ciuchów!
Deklaracja
Modi zaatakujetego tego, który atakuje Hieronima -
Nadja Schmidt

Nadja poczuła, jak jej obawa kiełkuje wraz z "wędrującymi" pęknięciami, jakie sugerowały naprawdę wielkie problemy czające się wokół. Nie wiedziała czy śmiałek jaki rzucił się na ślepo ku ściekom dał radę, utonął w gównach czy już ich z drugiej strony miasta wyśmiewa z kulką w ustach, ale wiedziała za to, że tych trzech co się podniosło będzie problemem jakim nie chciała musieć stawić czoła.
- Uważajcie, by się nie posypało jak będą rozwalane kraty! - krzyknęła, zaniepokojona działaniami przy nich, sama stając pod ścianą dalej od dziury, by nie zostać zrzuconą weń. Skrywanie twarzy materiałem wciąż miało sens przy całym duszącym pyle w powietrzu.
Wyjmując z worka jeden z większych kamieni jakie odpadły ze ścian celi miała zamiar początkowo zaatakować tego, idącego na Ergo, jako że jego zagrywki były skazane na porażkę, ale... zaraz zmieniła zdanie. Nie było sensu miotać kamieniem w kogoś, kto niezajęty zaraz rzuci się na nią, więc obrała za cel więźnia zagrażającemu cyrulikowi.Nadja atakuje tego, jaki zagraża Urlichowi-cyrulikowi. Rzuca kamieniem mu w łeb. I nie trzyma się blisko Ergo by na nią nie zwrócił uwagi przeciwnik.
-

Oswald BraunSytuacja zaczęła się robić jeszcze ciekawsza, niż się tego Oswald spodziewał. Nie dość, że ściany zaczęły się walić, to jeszcze jakieś przygłupy uznały, ze warto zaatakować kogoś, kto chce uciekać z tonącej łajby... z płonącego więzienia, znaczy.
Oswald uznał, iż osoby pragnące wolności są bardziej 'swoi' niż ci, co w osiągnięciu owej wolności przeszkadzali. A że nie miał zamiaru stać na uboczu, przeto chwycił w dłonie rzemyk i włączył się do zabawy z zamiarem podduszenia najbliższego z napastników.Garota; podduszenie oponenta do utraty przytomności
-
Mały Kurt miał przed sobą niemałe wyzwanie i stosunkowo mało czasu. Na szczęście dość szybko i bez większego problemu znalazł słaby punkt, w który czym prędzej przyłożył całą swoją siłę i impet. Osłabiona krata jęknęła, a kilka ukruszonych cegieł odpadło po drugiej stronie. Jeszcze kilka takich uderzeń i może pomoc współwięźnia, a droga na wolność stanie otworem.
Hieronim, mimo niepozornej aparycji i okrzyków przypominających bardziej rozpaczliwą obronę niż atak profesjonalisty, złożył swojego przeciwnika w zaledwie kilku ruchach i to gołymi rękoma. Więzień nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, możliwe że dlatego iż ciężko coś mówić ze zmiażdżoną tchawicą, o co przed chwilą zadbał Mytnik. Hieronim będąc w bojowym szale łupnął jeszcze raz dla pewności z półobrotu w szczękę. Przeciwnik żył jeszcze zanim gruchnął o mur. Cos tam jeszcze się wierzgał, lecz były to ruchy przedśmiertne.
Ulrich, ten co zbójem nie był, mimo wewnętrznego strachu zadziałał dość profesjonalnie. Strzelił przeciwnika w łeb, obalił a później korzystając z całej swej masy zwalił się na nieszczęśnika wbijając łokieć tak głęboko że aż wszyscy usłyszeli trzask łamanych żeber. Cyrulik wstał spokojnie, bazując na jego wiedzy medycznej, nawet jeśli ów biedak przeżyje to niezbyt długo, a nawet jeśli to nie będzie miał sił na to by wstać a co dopiero walczyć.
Ergo przeliczył się z osądem, jego słowa zupełnie nic nie dały. Jednakże na szczęście w celi nie był sam. Ulrich oraz Modi złoili skórę milczącemu więźniowi, lecz ten był jakby w amoku, zupełnie ignorował wszystko i wszystkich, ponownie próbując przejść do ataku. Kamień rzucony przez Nadje minął go, na szczęście był jeszcze Oswald, który zaszedł delikwenta od tyłu i z całej siły zacisnął rzemyk wokół szyi. Wiezień miotał się zaledwie przez chwilę, po czym opadł z sił.
Prokok podniósł się powoli, jakby podłoga musiała się z nim najpierw porozumieć. Otrzepał dłonie bez sensu - brud i tak był już w nim. Przechylił głowę i uśmiechnął się krzywo, jak ktoś, kto słyszy rzeczy, których słuchać nie wolno.
- Teraz, bo potem dół się obudzi. A jak się obudzi to już nikogo nie odda.
Po czym … zaczął krążyć w celi jak zwierze zamknięte w klatce.Więzień z karceru cały czas dawał o sobie znać. Po chwili udało mu się przyczynić do dewastacji muru. Ręka odziana w … kolczugę pojawiła się po ich stronie, a po chwili dołączył do nich łeb … okuty w metalowy hełm strażnika. Oczy jegomościa były przekrwione i czerwone, lecz nie tylko od złości, wyglądały jak całe zalane czerwienią.
-

Mały KurtKrata zadrżała i z muru posypały się kolejne kawałki cegły. Kurt nie cofnął się od razu – pochylił się bliżej, przesuwając dłonią po zimnym żelazie i spękanym kamieniu. Zatrzymał wzrok na miejscu, gdzie osadzenie wyraźnie pracowało, a cegły kruszyły się. To tam.
Ustawił bark, wziął oddech i spojrzał krótko na pozostałych.
– Tu! Kolibie się. Jak pchniemy razem, to puści.Kurt wykorzystuje swoją spostrzegawczość, żeby określić możliwie najsłabszy punkt mocowania krat. Następnie ponawia napór, uderzając barkiem w obrany przez siebie punkt.
-
Nadja Schmidt

Cieszyła się, że nie jest w tej sytuacji sama i nie ona musi walczyć twarzą w pięść z oszalałymi więźniami czy z kratami się męczyć. Ten z karceru był problemem, jakiego należało uniknąć... najlepiej bardzo szybko. Możliwie gdyby cokolwiek z nim próbowała zrobić, to tylko bardziej by go rozjuszyło... Tak jak trzej wcześniej tak i on nie wydawał się być w pełni zmysłów, a tacy byli najniebezpieczniejsi...
- Szybko! Zanim ten się zdoła przebić! - rozumiała, że w porównaniu z mężczyznami nie pomoże, a co najwyżej zawadzi będąc na drodze do walki z kratami, więc nie pchała się im pod ręce - DALEJ, CHŁOPY! -
Ergo

Ergo od początku wiedział, że słowa mają wielką moc. Choć nie zawsze forma tej mocy jest zgodna ze spodziewaną. Teraz dla przykładu nie zrobiły wrażenia na jego napastniku. Ale za to przysporzyły mu aż czterech sojuszników!
- Ha! I co Wy na to!Zaraz jednak ilość kłopotów jęła wzrastać. Pancerny oszołom, który chyba wcześniej był strażnikiem rozwalił w końcu mur na tyle by się po trochu przedostawać do środka! I wyglądał bynajmniej jakby miał ich zrugać za hałaburdę więzienną. Raczej jakby miał ich zeżreć. Białka wypełnione czerwienią mogły oznaczać jakąś chorobę!
Ergo spojrzał na zmagania reszty z kratą, która albo puści. Albo nie puści. Fajnie gdyby puściła, ale jakby nie to wielkiemu iście zdałaby się pomoc! Dołączył zatem do grupy atakującej kratę.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ludzka śmierć zawsze wstrząsała cyrulikiem, a przynajmniej gdy była to śmierć którą musiał widzieć w walce. Co innego umierający w bólu, strzelający esencjami humorów przez wszystkie otwory ciała pacjent, a co innego gołymi rękami ubić cel. Wstrząśnięcia starczyło na kilka uderzeń serca (byłby dwa gdyby nie podwyższone tętno) po których Ulrich dołączył do forsowania drogi na zewnątrz przez Małego Kurta. -

"To załatwione" pomyślał Modi kiedy ostatni z atakujących padł nieruchomy na ziemie.
Kolejny wstrząs zachwiał przemytnikiem a jego oczy podążyły za pęknięciem w budynku.- Ranald znowu szczy mi w śniadanie... - mruknął widząc, że ich sąsiad zaraz się przebije przez ścianę i pewnie będzie chciał zobaczyć jak szybko pójdzie mu z nimi.
Nic nie mówiąc dołączył do Małego Kurta i reszty, która starała się sforsować kratę. -
Ulrich Rotzniesser 
Oklepawszy mordy, aż miło, oprych-Ulrich pokraśniał z nagle odzyskanego animuszu. Spuszczanie łomotu drabom, tutaj, w tym przeklętym mamrze, na tym wygnaniu! Schował gwóźdź z powrotem do kabzy, potrząsając kułakiem jeno:
– Ino bez sztuczek, bo następnym razem taki miły nie będę!
Okręcił się jak fryga. Ten wielki, zwany Kurtem, zdawał się wrzeszczeć coś, aby mu pomóc.
– Dawaj, bracie! – Ulrich krzyknął – Czas sforsować ten mur...
I jął się ku pomocy Kurtowi i pozostałym, aby sforsować kraty wreszcie.
-
|-
-|Hieronim Bosch był przerażony. Nie potrafił zrozumieć, co właściwie zawładnęło jego umysłem, kiedy fala wściekłej czerwieni znienacka zalała mu oczy. Jakby jakiś demon wziął go we władanie, dokładnie wedle mrożących krew w żyłach przestróg sigmaryckich kapłanów.
Stary mytnik jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Widywał rzecz jasna śmierć zadawaną rękami innych: podczas publicznych egzekucji więźniów, podczas obław na przemytników, w trakcie festiwali palenia czarownic - jednak jeszcze nigdy nie odebrał go nikomu za pomocą własnych rąk.
- Słodka Shallyo, zmiłuj się nade mną! - jęknął podnosząc dłonie do ust w wyrazie nieudawanego przerażenia.
Shallya nie okazała zmiłowania, bo zaraz potem ściana dzieląca celę i karcer zaczęła się rozsypywać odsłaniając oczom mytnika jakiegoś potwora w kolczudze spoglądającego na więźniów upiornie czerwonymi oczami.
- Demon! - wrzasnął na całe gardło zapominając w jednej chwili o zamordowanym przez siebie łachmaniarzu - To jest demon! Wyrwijcie tę jebaną kratę, chędożone łachmyty, na łaskę Shallyi! A ty nie podchodź, demonie! Zabiję cię jak tego tam!
Wskazawszy trzęsącą się ręką trupa swojej ofiary, Hieronim podniósł z brudnej posadzki kawał gruzu mogący mu posłużyć od biedy za prowizoryczny tłuczeń.
- Wyrywajcie tę kratę!
Deklaracje
Uzbroiwszy się w kawał gruzu Hieronim będzie szaleńczo zagrzewał do działania najsilniejszych współwięźniów! Dawać tę chędożoną kratę!
-

Oswald BraunMądrzy ludzie powiadali, iż po wygranej potyczce należało łupy zbierać. W tym jednak przypadku Oswald uznał, iż po pierwsze - raczej trudno było się spodziewać czegoś wartościowego u współwięźnia, a po drugie - jakiś przyodziany w żelazo osobnik usiłował się przebić przez mur, co wychodziło mu dość składnie. A że mordę ów osobnik miał niesympatyczną i mało przyjazną, Oswald dołączył do tych co usiłowali wyważyć kratę.
-
Ściana po lewej robiła się coraz gorętsza, jednakże póki co pożar nie rozprzestrzenił się zbytnio. Ku uciesze więźniów, nic również nie wybuchło. Wspólnymi siłami udało się wyważyć mocno osłabione kraty. Później poszło już zdecydowanie prościej. Przemknąć przez z lekka zadymiony korytarz, następnie schody na górę oraz klapa - ciężka gdy otwiera się ją od dołu, lecz siły ani motywacji nikomu nie brakowało. Można było obawiać się strażników, lecz ci nie interweniowali, a gdy więźniowie wyszli na górę pewne rzeczy rozjaśniły się nieco.

Pomieszczenie wspólne było opuszczone, ni żywego ducha. Wszystko wyglądałoby dość normalnie, gdyby nie solidna barykada blokująca otwarcie głównych wrót oraz okna zabite czym tylko się dało i było akurat pod ręką. Sprzęty kuchenne były na swoich miejscach, podobnie jak narzędzia warsztatowe, chociaż te ostatnie z lekka w nieładzie.

Piętro wyżej również było opuszczone, dwoje drzwi było zamkniętych ( chociaż nikt nie próbował ciągnąć za klamkę). W jednym, na podłodze klęczał strażnik z insygniami dowódcy, w trzewia miał wbity miecz - tyle było widać przez dziurkę od klucza. W drugim jakiś spasły wieprz, również w stroju strażnika, lecz bez zbroi, leżał bez życia na ziemi, przy suficie wisiał sznur. W obu pomieszczeniach coś jeszcze było, lecz mały otwór nie pozwalał na zbyt szeroki pogląd.
Kwatera wspólna … To było ciekawe, strażników co prawda nie dane było uświadczyć, lecz ich pancerze były na miejscu. Brakowało broni, lecz na stojakach lub bezpośrednio na ziemi, przy każdym z posłań znajdowały się kolczugi. Wyjście na dach było otwarte. Szybki rzut oka: ktoś przywiązał linę do blanki, a jej drugi koniec zwisał po zewnętrznej stronie muru, spuszczając się bezpośrednio na ulicę.
Okna, zarówno na parterze jak i na piętrze, były na tyle małe ażeby nie dało się przez nie wygodnie przejść, lecz na tyle szerokie aby swobodnie przez nie wyjrzeć…gdyby tylko nie zamknięte okiennice. Przez szpary bohaterowie dostrzegli niemały tłum ludzi wałęsających się po podwórzu. Na oko licząc było ich ze dwa tuziny, a może i więcej. Jednakże problemem nie byli sami ludzie, co ich dziwne zachowanie, w jednym momencie wyglądali jak bezwładna masa, aby w drugim zareagować jak jeden mąż na niewidzialne i niesłyszalne polecenie.

Pożar domu po drugiej stronie ulicy szalał w najlepsze. Drewniany budynek nie opierał się ogniu, co innego murowana strażnica. Płomienie muskały ściany i wdzierały się wolniej, lecz prędzej czy później strawi również posterunek. Nikt nie gasił pożaru, na ulicach nie było widać ludzi, chociaż osąd mógł być zniekształcony przez dym i dość małe szpary w okiennicach.
-

Mały Kurt vel KnutKurt zatrzymał się w kwaterze wspólnej i rozejrzał uważnie. Pancerze na miejscu, broni brak. To mu się nie podobało. Przez chwilę patrzył przez szparę w okiennicy na tłum na podwórzu – zbyt równy ruch, zbyt zsynchronizowany. Znał takie spojrzenia. Nie były normalne.
– Coś tu jest nie tak – mruknął. – Lepiej mieć żelazo niż go nie mieć.
Kurt szuka sprawnej broni lub czegokolwiek nadającego się do walki oraz kolczugi lub innego pancerza, który mógłby szybko założyć.
-
Ulrich Rotzniesser 
Ulrich, wygramoliwszy się z klapy, rozejrzał się wokół. Spodziewał się oporu, krzyków, krwi i wyjątkowo tęgiej walki, wszechobecna pustka zaś sprawiła, że nabrał podejrzeń co do tego, co może się tu dziać.
– Ejże, ludzie, pomóżcie mi kto... – rzekł Ulrich. – Trza zawalić klapę, po temu, żeby czasem ten łyczek, co tam był, czasem nam w plecy nie wbił czego...
Zanim jednak zaczął przesuwać stół, podskoczył do miejsca, które zdawało się służyć do przygotowywania posiłków. Wziął nóż, który natychmiast przewiązał do pasa podręcznym rzemieniem. Ukontentowany, że ma więcej, niż zakrzywiony gwóźdź, jął się przesunięcia stoła.
Kiedy rzecz się ogarnie tylko, zamierzał wziąć także kolczugę i uzbroić się w on miecz, który dojrzał przez dziurkę klucza. Spodziewał się, że wyjście z mamra pociągnie ze sobą potężny bój, tym gorszy, że tamci na zewnątrz wydawali się być tak samo niespełna rozumu, jak drab w lochu. Czemu tak było? Poniechał domysłów, prawda miała bowiem zły zwyczaj bycia jeszcze okropniejszą od wyobraźni.
Najbliższe plany:- Ulrich zabiera nóż z kuchni
- Przesuwa stół na klapę, jeśli jest jeszcze parę sprzętów (skrzynie i podobne), wrzuca na klapę
- Ubiera kolczugę
- Próbuje otworzyć drzwi, żeby dostać się do miecza.
-

Oswald BraunPokonanie opornej kraty nie równało się z ucieczką z więzienia, a znaleziony w kuchni pokaźnych rozmiarów tasak, który Oswald przyczepił do pasa, nie stanowił poważnej broni. W każdym razie nie w razie walki z groźnym przeciwnikiem.
Włóczący się po podwórzu tłum wyglądał co najmniej dziwnie i nie zachęcał do pójścia w tamtą stronę.
- Lepiej trzymać się od nich z daleka - rzucił Oswald. - Zejdźmy po linie - zaproponował, wskazując na drogę, którą, zapewne, uciekli strażnicy. Ci, którzy przeżyli.
Przygarnął jedną kolczugę, ale nie zamierzał jej jeszcze ubierać.
Lepiej zrzucić kolczugę na ulicę, potem zejść
-
Ulrich (von) Guttenluft

Cyrulik wyglądał na dziwnie spokojnego. Za bardzo, jak ludzie do których wracają złe wspomnienia, ale w jakiś dziwny sposób potrafili je oswoić. Porzucił myśl o kolczudze, i bez niej był wystarczająco ciężki i niezgrabny, a przy liczebności tłumu, spotkanie z nimi oznaczało śmierć. Przy mniejszych potyczkach liczył, że nie będzie stał na froncie...
...myśląc o tym postąpił podobnie jak drugi Ulrich, ten co oprychem był, tylko zamiast ruszyć na buszowanie w kuchni, udał się do warsztatu poszukując narzędzia mogącego służyć jako broń, spodziewając się odnaleźć odpowiednio ciężki młotek bądź młot. Po tym Ulrich przyłączył się do Urlicha aby w mocy dwóch Urlichów zawalić klapę do piwnicy.
Kiedy tylko ogarnie te sprawunki, poszuka w kwaterach strażników alkoholu oraz czystych ubrań aby stworzyć prowizoryczny zestaw opatrunkowy, w głębi ducha modląc się do Shally aby puściła doń oczko w postaci jakiś prawdziwych medykamentów i opatrunków z których mogli korzystać strażnicy. Szukał też igły i nici, do ewentualnego, barbarzyńskiego szycia ran. -
Ergo

- Nie musisz powtarzać, koleżko! - Ergo od razu wyrósł obok łotra o kanciastej gębie. Tego, który mu pomógł z wariatem. Cokolwiek zostało ze sprzętu, który nie poszedł na barykadę pomógł wstawić na klapę - Widzieliście te jego gały? Ja się nie znam, ale one nie były zalane krwią! Tu się rrwa mać odpierdala coś całkiem zaprzańskiego! I gdzie są strażnicy psia ich mać skoro barykada jest od wewnątrz???
Zaraz jednak odpowiedź na to pytanie stała się jasna. Piętro wyżej było otwarte wyjście na dach. Ergo nie miał w planie zamieszkać w opuszczonej strażnicy otoczonej przez dziwnie krążące postaci. Ani bronić jej gdy strażnicy uznali jej obronę za niemożliwą. Ale i nie śpieszył się z opuszczeniem jej póki zdawała się względnie bezpieczna.
Z możliwości założenia kolczugi nie skorzystał. Ale zgarnął z kuchni przykładem Ulrichów nóż i po chwili wahania także coś co wyglądało jak tłuczek do mięsa. Podrzucił go w powietrze i uśmiechnięty zatknął obie bronie za pas.
- Taaa - przytaknął Oswaldowi - Ten tłumek to jakoś się mnie widzi taki jak tych trzech dupków z celi. Ale przydałby się też ten miecz dla jednego z naszych. A i liną byśmy nie pogardzili. Ja tam mogę drzwi otworzyć… Eeee! - syknął głośno do tych, z którymi klapę zastawiał - Wy tam dwa Ulrichy! Albo ty! Tak ty! Knud? I ty koleżko. Po tym czerowonogałym to sam do tych pokoi nie wlezę, ale razem…
-

Bögenhafen padło ofiarą jakiegoś straszliwego przekleństwa, które odebrało jego mieszkańcom wolną wolę i przemieniło ich w upiorne marionetki Mrocznych Bogów.
Otoczony przetrząsającymi więzienie więźniami, Hieronim Bosch cofnął się od szpary pomiędzy dwoma okiennicami i zaczął gorączkowo wymachiwać jedną dłonią, drugą przykładając do ust w nakazie zachowania daleko posuniętej dyskrecji.
- Chodźcie tutaj wszyscy - powiedział półgłosem stając pośrodku piętra - Posłuchajcie starego człowieka, jeno nie czyńcie hałasu. Otacza nas opętany motłoch, tłuszcza zawładnięta czarną magią. Kapłani Młotodzierżcy po wielokroć przestrzegali nas o strasznym losie tych, którzy słabą mają wolę i łase na pokusy umysły. Tak jak ci tam na dziedzińcu. Byliśmy pod ziemią, przez co być może nas owa klątwa nie dosięgła, ale tamci są już straceni.
Mytnik urwał na chwilę pozwalając, aby jego słowa zapadły w jaźń tych, którzy nadstawili mu ucha.
- Widzi mi się, że całe miasto jest zgubione. Musimy uciekać na morze, tam będzie dla nas najbezpieczniej. Znam port, całe życie w nim pracowałem. Bez trudu znajdziemy tam łódź, a na niej choćby i do Marienburga ujdziemy. Tylko trza nam stąd uchodzić, zanim więzienie zapłonie.
Deklaracje
Jeśli w kuchni wciąż są jakieś mordercze instrumenty, Hieronim chętnie uzbroi się w tasak lub siekierę, w ostateczności w nóż albo porządną pałkę (poproszę MG o info, co się tam znalazło). Mytnik będzie namawiał do opuszczenia się po linach na ulicę (pod warunkiem, że jest na pewno pusta), a następnie do przedarcia się do portu w poszukiwaniu jakiejś łodzi.
-

Nadja Schmidt
Gdy tylko uciekli z celi nadja poczuła rozpierającą ją radość, która nie wykiełkowała nim nie zamknęli klapy na górnym piętrze i dopiero wtedy pozwoliła sobie zatrzymać się i wziąć głębszy oddech chwilowej ulgi. Zdjęła przytroczoną wokół twarzy krótki materiał spódnicy i wepchnęła go do swojego worka pod resztą dobroci, jaka mogła się zawsze przydać jeszcze.
Nie miała zamiaru zakładać żadnej zbroi, jaka mogłaby jedynie ją spowolnić i krępować ruchy, a zważając na akrobacje jakie ich zapewne czekają to byłoby tylko problemem.
- Ktokolwiek by o zbroi myślał - odezwała się szczególnie w kierunku Kurta i Rotznissera - Nie zakładajcie nic jeszcze. Może to być kwestia życia i śmierci, jeżeli nie będziecie w stanie uciec ze zbroją na plecach krępującą wasze ruchy. Ciężkości też by mogła nie wytrzymać lina. Możliwie temu strażnicy zostawili zbroje i uciekli bez nich, a tylko z bronią by nie pękła lina, a oni przeszli bezpiecz... niej. - poprosiła i stanęła na środku by dodać - Nie ryzykujcie ze zbrojami. Mniejsze obciążenie może nam dać większe szanse. Lepiej uciekać niż na walkę się przygotowywać, a na dole wciąż krąży ten wariat.Miała nadzieję, że przemówi komu do rozsądku, ale sama zaczęła szukać czegokolwiek co byłoby zastępstwem na miecz, jak przynamniej odpowiedniej wielkości nóż kucharski.
Nadia szuka w kuchni noża kucharskiego, może jakiś przypraw w proszku, jakimi by można komuś w oczy rzucić. Woda w bukłaku. Może być alkohol jakiś do ran. Jakieś ściery czyste. Będzie chciała uciec liną, jak to straż nawiała.