[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Dla wszystkich
Kto zbroje miał ten ją założył i po krótkiej analizie sytuacji, grupa uciekinierów udała się wąskimi uliczkami w stronę świątyni. Grupie przewodził Kurt, ochroniarz znał drogę, a przynajmniej właściwy kierunek, jednakże nie to było problemem. Grupa miała zagwozdkę, mimo ostrożności Kurta i ciągłych postojów na analizę sytuacji za rogiem, zdawało się że są otoczeni, może nie nie wiadomo jakimi tabunami, ale cholera ich wie co było w następnym zaułku? Bez większych analiz widać było iż mają do czynienia z istotami podobnymi do tych w celi oraz na podwórzu strażnicy. Póki możliwe było kluczenie bez konfrontacji to to robili, lecz w pewnym momencie zostali “zagonieni”. Więźniowie znaleźli się na skrzyżowaniu, w każdej z odnóg stała grupka 12,4,4 oraz 6 ludzi, z czego ta największa przyszła z kierunku z którego przybyli również bohaterowie. Każdy z nich poruszał się powoli i w ręce miał coś co mogło posłużyć za broń, niekoniecznie z prawdziwego zdarzenia, a nawet głównie nieprofesjonalną.
Dla Kerma
Widzisz jakby mieszkańcy zwracali uwagę na Ciebie oraz na Kurta bardziej niż na innych. Niby jesteście w grupie, ale widzisz i czujesz spojrzenia, z lekka obłąkane ale jednak.
Dla Searcha
Idziesz w grupie, ale zupełnie jakby cię tam nie było. Mieszkańcy patrzą się na Was, ale nie stricte na ciebie.
Dla Keta
Coś zaczęło ci chodzić po głowie. Zrobiłeś mały eksperyment. Kurt zawsze poruszał się najpierw sam, aby wyjrzeć, a dopiero później wołał resztę. Za każdym razem reakcja mieszkańców była zdecydowanie mocniejsza. Masz wrażenie że Kurt, ale również Oswald zwracali na siebie szczególną uwagę. Owszem, w mieście było cicho, owszem kolczugi hałasują, ale żeby aż tak? Nie jesteś w 100% pewien, ale … wszystko na to wskazuje. Tylko czemu nie zwracają uwagi na Ulrycha-bandytę?
Dla Arbuza
Zakładając przeszywanice Ulrich zauważył liczne naprawy wykonane na plecach. Cieć było bardzo dużo, większość w okolicy osi kręgosłupa, a same naprawy wykonane niedbale. Mimo raczej wyższej jakości materiału naprawa musiała zostać zlecona komuś kto niespecjalnie umiał posługiwać się igłą. Same miejsca poprzednich cięć naznaczone były żółtą mazią - zapewne pochodzącą od ropiejących ran, oraz oczywiście krwią.
Dla wszystkich
Początkowo mieszkańcy tylko stali, lecz po chwili ruszyli w stronę bohaterów. Wolno, miarowo, wszyscy na raz jak na rozkaz, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie.
W oddali widać było ciągle utrzymywany ogień świątynnej wieży - byli już stosunkowo blisko. -
Ulrich Rotzniesser 
Ubrawszy kolczugę i mając na podorędziu tarczę, razem wyśmienitym mieczem wyciągniętym z plugawego, sączącego krwią bebecha kapitana straży, czuł, że ma kontrolę. Jakąś. Przynajmniej, jeśli przyjdzie mu umrzeć, zrobi to machając owym mieczem. Za każdym razem, kiedy jakaś sylwetka obcego przybliżała się, jego wychudła łapa wędrowała do rękojeści.
Pomysł z udaniem się do świątyni uważał za co najmniej wątpliwy. Klechy i wzywanie Sigmara nie pomogą im teraz. Z drugiej strony, czy mogli dokądkolwiek iść? Całe miasto wydawało się być przesiąknięte dziwną zarazą.
Było jeno kwestią czasu, zanim wreszcie okrążyli ich. Ulrich szybko rozglądał się i liczył ludzi, którzy przybliżali się. Ostrze kapitańskiego miecza wydostało się z pochwy, Ulrich sieknął powietrze, na próbę.
– Czas wyrąbać se drogę do tej świątyni, te-he-he. Może mi odpust za grzechy jaki dają, jak odrobię łby paru dziadom proszalnym, fhe-he-he. Za mną, łatwo im odpór damy!
I puścił się w stronę grupy, która blokowała przejście do świątyni.
-
Ergo

Miasto sprawiało, że Ergo nawet uzbrojony w kuszę i przeświadczenie o dotyku przeznaczenia, czuł dreszcz z każdą uliczką. Poza tłumami cienowatych ludzi snujących się bez celu, na ulicach nie było dokumentnie niczego. Żadnych zwierząt. Żadnych ciał. Żadnych dźwięków kogo lub czegokolwiek. Jakby coś wzięło i zabrało ludzi. I choć te sylwetki wyglądały niezbyt groźnie to była w nich… jakby obietnica. Wszyscy w Bogenhafen już do nich dołączyli. I oni też dołączą?!
- Brrr… - wzdrygnął się i szepnął do idącego obok wspólnego znajomego panny Weroniki - A może oni wszyscy to… nieumarli??? Patrz koleżko jak się ruszają…***
Ostatecznie szczęście przestało im dopisywać. Ludzkie cienie ich dopadły! Na szczęście poza Ergo, w ich grupie było kilku osiłków, których należało się trzymać. Jeden zadecydował o przedarciu się. Proste i łatwo zapamiętać. Ergo uniósł kuszę i wystrzelił w zbliżający się od strony świątyni tłumek. Potem miał zamiar przerzucić kuszę przez plecy i ruszyć w rozsądnym zapleczu Ulricha z młotkiem do mięsa.
-

Mały Kurt vel Knut
Skrzyżowanie było złe. Za szerokie, za otwarte. Spojrzał w każdą z odnóg po kolei, licząc sylwetki, patrząc na sposób, w jaki się poruszali. Wolno. Równo. To mu się nie podobało.
Zerknął w stronę wieży świątyni. Zdawała się nie być daleko.
Kurt opuścił głowę, wysunął bark do przodu i wyszczerzył zęby w krótkim grymasie.
– Przez nich. Teraz. Bez stania.Kurt stara się utorować drogę do świątyni. Wykorzystując swoją masę, impet i ciężar kolczugi, taranem stara się przebić przez szyk przeciwników.
Nie cofa się i nie wiąże walką, chyba że nie będzie miał wyboru. Zamiast tego odpycha, przewraca, łamie drogę, uderzając mieczem krótko i brutalnie, by zrobić przejście.
Jeśli któryś przeciwnik upadnie – depcze go i idzie dalej. Gdy tylko powstanie luka –pomaga przedostać się reszcie do przodu i rusza dalej biegiem w stronę świątyni, nie oglądając się. -
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich zakładając kaftan był zbyt zestresowany aby w pełni zrozumieć jego historię. Podejrzewał pozostałości jakiejś zarazy, ale wyglądało na zaschnięte i martwe, a nawet gdyby nie (wszak czytywał o zarazach które potrafiły przetrwać nawet wygotowanie pościeli!) sprawa była prosta, prędzej no piachu pośle go żelazo niż choroba. Może nie dożyje tych zmartwień...
W tak optymistycznym nastroju wkroczył z resztą uciekinierów na skrzyżowanie. Ci poruszali się wolniej od współwięźniów z którymi przyszło stoczyć im bój. Chciał wierzyć, że jest to wpływ obecności świątyni.
Ruszył za torującymi natarcie towarzyszami, starając się nie wyjść na czoło, bardziej skupiając się na nie pozwoleniu się pochwycić niż wyrządzeniu komuś szkód. W ręce ściskał broń, a w drugiej drewniany sigmarycki amulet. Niesłyszalnie modlił się, przynajmniej dopóki z wysiłku będzie dyszał. -

Oswald BraunJak to powiadają - żarło, żarło i zdechło. W końcu nie udało się wiecznie uciekać, a liczba osób, niezbyt pozytywnie nastawionych do uciekinierów zrobiła się nagle dziwnie duża. A Oswald miał wrażenie, że, na demony, znaczna część tych nieprzychylnych spojrzeń skierowanych było właśnie na niego.
- Wygląda, jakby ich zaczarowano - skomentował.
Na czarach się nie znał, ale zachowanie napotkanych mieszkańców miasta było zdecydowanie nietypowe.
Dziwne.- Nie ma co z nimi rozmawiać - skomentował słowa kompanów.
Z tasakiem w dłoni ruszył na oponentów. Miał nadzieję, że w razie kłopotów kolczuga uchroni mu skórę.
-

Hieronim Bosch nie poczuł się zaskoczony ignorancją i szorstkimi manierami otaczających go degeneratów, wszak przedstawiciele motłochu pozostawili wiele do życzenia pod każdym względem i jedynie względem sprzedajnej dziewki mytnik żywił uczucia cieplejsze niźli wobec reszty przez wzgląd na jej powabną powierzchowność, zwłaszcza kształtne łydki.
Zarzucony przez kogoś pomysł pójścia do świątyni Sigmara - Hieronim nawet nie wiedział, przez kogo, tak podobni do siebie byli wszyscy ci zwyrodnialcy - przypadł sędziwemu urzędnikowi bardzo szybko do gustu, zajmując w jego myślach miejsce portu i łodzi. Świątobliwa aura przybytku Młotodzierżcy mogła odstraszać opętanych mieszkańców miasta, mogła też strzec swoją mocą pobożnych praworządnych obywateli cesarza… co najpewniej oznaczało, że tylko on sam miał zostać obalony jako jedyny niewinny spośród gromady zbiegłych więźniów.
Kiedy przemierzał w otoczeniu złoczyńców i sprzedajnej dziewki cuchnące spalenizną uliczki miasta, w głowie poczęła mu kiełkować podejrzliwa i nie do końca jeszcze jasna myśl, lecz porzucił ją na chwilę widząc jak cała jego grupa wpada znienacka w potrzask odmieńców.
- Nie łza nam tracić czasu i trza się w kupie trzymać! - sarknął przywołując do siebie nowe pokłady wściekłej determinacji uwolnione własnoręcznym zabójstwem współwięźnia - Za rzezimieszkami, a żwawo!
Tyle z siebie wyrzuciwszy, ruszył truchtem za najtęższymi oprychami w grupie.
-

Nadja Schmidt
.
Nie podobało jej się co tu się odwalało, nie podobało! Dziewczyna nie była przystosowana do radzenia sobie w takich sytuacjach, gdy nie było przed wrogiem stada opancerzonych, uzbrojonych wojaków... A teraz była wokół niej ta zbieranina z zakamarków ścieków Imperium! Na co jej biednej przyszło...
Nie miała zamiaru walczyć. Nie miała zamiaru wychodzić na przód i przebijać się, co też pozostawiła reszcie ich zgrai sama ustawiając się otoczona swoimi przypadkowymi sojusznikami z których lepiej znała tylko cyrulika, jaki do tego miał zbroję, więc powinien dłużej wytrzymać jako jej tarcza mięsna, temu przy nim się trzymała. Trzymała w dłoni jeden z kamieni z torby by w razie absolutnej potrzeby użyć dla odwrócenia uwagi, choć najważniejsze było dla niej po prostu uciec z okrążenia.I wiać ile sił ku świątyni. Nie z powodu silnej wiary, ale z nadzieją, że tam będzie mniej zagrożenia. Może coś było prawdziwego w bredzeniu kapłanów na ambonie i szaleństwo nie opanowało poświęconej ziemi...
...miała nadzieję...
-

Modi WagnerModi podążał z resztą ekipy co jakiś czas rozglądając się za mieszkańcami miasta, nie możliwym było, aby przespali takie wybuchy.
W końcu dotarli do skrzyżowania i zostali otoczeni.
- Kruca fuks... - splunął na ziemi - No to nie obejdzie się bez mordobicia...
Kilka razy uniósł i opuścił swoją prowizoryczną pałkę, miał nadzieję, że posłuży mu dostatecznie długo, aby przejść przez to co ich czeka.
Ruszył na początku z równą prędkością co reszta, zauważywszy jednak, że jest ignorowany przez nadchodzących ludzi spowolnił. Nie był bohaterem, nie był też wybitnie odważny. Miał za to oko do okazji.- Ranaldzie... obiecują rzucić część następnej wypłaty dla twego ołtarza, jeżeli to przeżyję... - powolniejszym krokiem ruszył za Kurtem i resztą, nie miał zamiaru wystawiać się na bęcki.
Modi będzie bardziej dobijał powalonych oponentów niż wchodził w szramki z kimkolwiek.
-
Pomimo tego że Ergo nie biegł na przedzie, to jako pierwszy zdjął przeciwnika znajdującego się na drodze. Bełt wleciał przez nos i po same lotki utknął w czaszce. Wróg nie zdążył wydać z siebie ani jednego piśnięcia.
Okuty w kolczugę Ulrych również miał wiele szczęścia. Z pozostałych trzech osobników stojących mu na drodze, jednym skomplikowanym ruchem położył dwóch. Kurt również nie próżnował, nie zatrzymując się wykosił ostatniego z czwórki, nie zostawiając Oswaldowi pola do popisu.
Z czasem gdy Bohaterowie ruszyli do biegu, również ich przeciwnicy zdecydowanie zwiększyli tempo. Drogę dalej torowali opancerzeni towarzysze. Na drodze stanęła kolejna czwórka, Ulrich zdjął jednego i był już o krok dalej, jednakże reszta nie miała takiego szczęścia. Trzech pozostałych nie dało się tak łatwo odtrącić. Bohaterowie łupali w nich w w biegu, czym tam mieli pod ręką, lecz na niewiele się to zdało. Modi zamachnął się na człowieka stojącemu mu na drodze, lecz nie trafił, zamiast tego ów odwdzięczył się mu silnym ciosem pałką w żebra. Wagner momentalnie zgiął się wpół, poczuł silny ból w klatce piersiowej i leżąc na bruku desperacko próbował złapać oddech. Towarzysze zauważyli co się stało, widzieli że ów nieszczęśnik żyje i zdecydowanie, lecz marnie się porusza.
Dla Arbuza
Jesteś na 50% pewien że trzasku żeber nie słyszałeś, krwi też nie wypluł. A wierzga się bo mu powietrze z płuc zeszło i oddechu złapać nie może. Jeśli nie mylisz się co do żeber to po chwili wstaje i ruszy dalej. Ktoś mu tylko musi tą chwilę dać.
Dla Zell
Trzask! Ten nieszczęśnik ma połamane żebra jak nic. Lada chwila wypluje coś czerwonego, to bardziej niż pewne. No rusza się jakby już płuca przebite były. Nawet w szpitalu miałby marne szanse na ratunek. Za chwilę zejdzie.
Dla Seacha (nie Searcha)
Uderzenie gasi powietrze w płucach jak zdmuchniętą świecę. Każdy oddech tnie od środka, jakby żebra były połamanymi haczykami. Świat zwęża się do świstu w uszach, mdłości i strachu przed kolejnym wdechem, bo ten boli najbardziej. Czujesz ciężar na piersi, kaszel bez siły i świadomość, że ciało odmawia współpracy.
-

Nadja Schmidt
.
Czyli kolejny przywita się z Morrem, ale przynajmniej to ten dupek co ją od ladacznic wyzwał! W takich chwilach zastanawiała się czy jednak istnieje jakaś sprawiedliwość na tym zarzyganym żałością świecie.
Nadja nie była jednak pozbawiona serca, co to to nie. Pewnie ten jak mu tam zemrze tak czy inaczej, ale ona też nie miała wolnej drogi by uciec, więc mogła chociaż jednego z przeciwników spróbować zdjąć z odległości, żeby nie zeżarł żaden już ciała Modiego póki ten jeszcze dycha i to nie krwią. Wrzaski pożeranego żywcem były czymś, czego nie chciałaby więcej słyszeć, nigdy więcej...
Lecz nie chciała też szarpać się z prawie martwym ciałem tego gnojka, gdy wokół tylu siłaczy. Wolała zachować siły na ucieczkę, sama jedynie ciągnąc cyrulika za ramię i wskazując mu leżącego.Poświęciła trzymany kamień by nim rzucić w któregokolwiek wroga znajdującego się zbyt blisko przemytnika. Może reszta oczyści drogę w tej chwili i dziewczyna czmychnie bez obawy o przypadkowe wpadnięcia w łapska co będą chwiały rozerwać jej skórę.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich w krótkich słowach uczynił to, co osoby jego fachu zwykły robić z pomocnikami, czyli jak to sam określił, doprowadził do porządku kobietę, a co ktoś mniej biegły w słowie, nazwałby opierdoleniem.
- Raczej obity jest! A nawet... Dopóki go uderzenie sangwiny trzyma niech kuśtyka, w świątyni się zajmiemy nim!
Tak poinformowawszy towarzyszy zaczął realizować swój plan w postaci ucieczki z miejsca boju, lecz zostawiając sobie kilku uderzeń serca namysłu - jeśli nikt nie pomoże uderzonemu towarzyszowi wstać lub ten sam nie wstanie, on się tym zajmie aby pomoc mu dojść do świątyni. -
Ulrich Rotzniesser 
Ulrich ciął z zapałem. Miecz świszczał, klinga przebijała powietrze, by za każdym razem wgryzać się w nieosłonione korpusy jego przeciwników. Jucha rozlała się, zapachniało rzeźnią, a z gardła zbójcy rozbrzmiał rubaszny śmiech.
– Kurwa, ale to gówienko jest dobre, kurwa, ha-ha-ha! – chlasnął jeszcze raz spod tarczy, choć ów wymyślny młyniec w zasadzie nie miał żadnego sensu. Na koniec ciął jeszcze parę razy powietrze, nie nasyciwszy się jeszcze krwią, którą rozlał właśnie.
Ale roboty było więcej. Wszak walczyć z całym miastem nie sposób było, nawet tak cudowny miecz, którym mógłby pełnić katowskie rzemiosło za darmo wyszczerbiłby się gnatach.
Zarżnął wreszcie kolejnego. Spojrzał za ramię - ktoś dostał i się turlał po ziemi, poza tym, komitywa wydawała się maszerować na podobieństwo regularnego plutonu, nawet ta dziewka, co raz ją w myślach brał.
Co dalej? Cofnąć się i spróbować pomóc tamtemu? Cofać się, brzmiało niby ryzyko, a przecież Rotzniesser uwielbiał pewny zysk, pewne żeliwo. I jak miałby mu pomagać, skoro w jednej łapie miał tarczę, a w drugiej miecz?
“Pewnikiem przydam się bardziej, jak więcej krwi z gardeł wytoczę!” – pomyślał łotr. – “Niech tam te mądre felczery czy oświeconi mężowie decydują!”
I jął się rąbania ludzi ponownie, ale jeno tyle rąbać zamierzał, by dyla wkrótce dać mógł. Zdało się, że czas im się kończył.
Jeśli Ulrich-zbój jest w stanie jakoś pomóc, zabijając paru, to próbuje siekać mieczem. Jeśli ma być okrążony, cofa się w stronę świątyni. Podobnie wycofuje się w stronę świątyni, jeśli zobaczy jeszcze więcej luda, czyli znaki, że nie będą mogli się już przebić.W gruncie rzeczy, jeśli może zabić paru za darmo i nie pomagać, to też zostaje na nieco dłużej

-
Ergo

Przeszli przez pierwszy szereg strupieszałych ludków bez szwanku. Ale nie wszystkich opatrzność chroniła. Ergo choć generalnie w rzyci miał współwięźniów, nie mógł jednak uciekać dalej sam. Z tej prostej przyczyny, że jego Ulrich zatrzymał się w swym biegu i zawróciwszy zaczął z zapamiętaniem grzmocić mieczem pozostałych przy życiu trzech nawiedzonych posrańców. Do tego zatrzymał się też ten co kazał na sraczkę kamyki żreć i niuńka co mu kuszę odstąpiła. Ergo wywrócił niecierpliwie oczami widząc, że przyczynkiem tego wszystkiego był portowy cwaniaczek, który ledwo na nogach się trzymał. A z tyłu nadbiegali kolejni wariaci! I to już większą grupą pod wezwaniem!
Ergo wahał się przez ułamek sekundy. Maluczki duch w ciele pospolitego szalbierza nakazywał wiać. Ale i przypomniał sobie gębę Modiego, że to on też pomógł Ergo w lochu na prorocze wezwanie... Czy nie warto było takiego mieć ze sobą częściej?
- Te! Śliczna! - zawołał do Nadji, a gdy się obejrzała rzucił jej kuszę z bełtami. Po czym przepchnąwszy się ostrożnie między walczącymi ułapał przemytnika pod ramię, które zarzucił sobie na bark - rrrwa mać... chodź koleżko... No przebieraj kulasami! -

Mały Kurt vel Knut
Kurt zobaczył, jak Wagner pada, zanim jeszcze rozległ się głuchy trzask uderzenia. Zatrzymał się tylko na moment. Tyle wystarczyło. Spojrzał na zbliżających się ludzi, potem na leżącego na bruku przemytnika, który łapał powietrze jak ryba wyrzucona na ląd.
Podszedł nisko, osłaniając go własnym ciałem. Widząc, że nawet medyk wziął nogi za pas, Kurt jedną rękę wsunął pod ramię rannego, drugą trzymał miecz gotowy do krótkich, szybkich cięć.
– Wstawaj. - Nie czekał na odpowiedź. Dźwignął go do pionu wraz z Ergo. Parł dalej w stronę świątyni, nie zwalniając.
Kurt pomaga rannemu Wagnerowi utrzymać się na nogach, przejmując jego ciężar i osłaniając go własnym ciałem. Mieczem odpiera najbliższe ataki, uderzając krótko i zdecydowanie, tylko tyle, by odepchnąć napastników i zrobić przejście. Porusza się bokiem i do przodu, pilnując, by ranny nie upadł, i systematycznie przesuwa się w stronę świątyni.
Cel: wydostać rannego z kotła, utrzymać tempo i dotrzeć do świątyni bez zatrzymywania się na walkę.
-

Jeden z współwięźniów padł pod lawiną ciosów, co w opinii Hieronima Boscha było nieuniknioną konsekwencję ucieczki tak liczną grupą. Bardziej mytnika zaskoczyło zachowanie innych zbiegów, zwłaszcza dziewki o kształtnych łydkach. Okazując całkowicie niepodobne do ich plebejskiej natury współczucie, niektórzy z uciekinierów wstrzymali krok próbując ocalić padłego na bruk nieszczęśnika.
- Bierzcie go pod pachy, na Sigmara! - krzyknął Bosch wymachując na wszystkie strony pałką - Ciągnijcie, co sił! Kto ostatni w szyku, niechaj gotów będzie poświęcić życie za pozostałych, zwłaszcza tych niewinnie uwięzionych! W świątyni go opatrzymy! Bywałem tu, znam z widzenia kapłanów, ubłagam ich o pomoc!
Strzelając wokół siebie oczami mytnik oszacował odległość dzielącą go od najbliższych szaleńców, gotów na pierwszy znak bezpośredniego zagrożenia czmychnąć za plecy największego z kompanów.
-

Oswald BraunRaz na wozie, raz w nawozie...
Tak Oswaldowi nieraz powiadał jego mentor, dzięki któremu Oswald zaczął się parać niepopieranym przez niektórych zawodem.
No i sprawdzać się powiedzenie poczęło, bowiem oponentom fortuna sprzyjać zaczęła. Co prawda to nie Oswald na ziemi się znalazł, ale pierwsza strata nie oznaczała ostatniej. Na szczęście Modi dychał jeszcze, wiec mu pomóc należało.
Oswald zwolnił nieco, by w razie konieczności osłaniać odwrót tych, co wspomogli poszkodowanego kompana. -
Wojowniczy Ulrych nie cofnął się zbytnio, lecz przyczynił się do pomocy rąbiąc (skutecznie jednego z przeciwników znajdujących się zaraz przy nim. Ergo oraz Kurt podnieśli i zaczęli wynosić rannego Modiego. Chłopaki mieli w rękach broń którą odganiali się jak mogli, lecz mimo tego kij jednego z wrogów leciał wprost w głowę Ergo. Na szczęście szybka reakcja Oswalda uratowałą jego facjatę. Mężczyzna oberwał, zachwiał się, ale nie upadł.
Grupa ponownie ruszyła biegiem w stronę świątyni. Zostawiając za sobą wielu mężczyzn i kobiet próbujących ich dorwać. Tym razem to Ulrych prowadził grupę, wyprzedał ich o kilka kroków aby dać reszcie czas na reakcję.
Droga wolna, w oddali widać było schody świątyni, jeszcze dwie przecznice i będą “w domu”. Budynek wyglądał na obwarowany; solidna i wysoka barykada naszpikowana zaostrzonymi palami. Wąskie, zatarasowane wozem wejście do środka. Dwie głowy zaraz za prowizoryczną bramą, mężczyźni z czymś się trudzili. W oknach na podwyższonym piętrze widać było pięciu ludzi, w rękach trzymali coś co wyglądało jak kusza, bacznie obserwowali okolicę.
Grupa była w połowie drogi między pierwszą a drugą przecznica, a prowadzący Ulrich właśnie przebijał drugą gdy … zniknął, zupełnie jakby ktoś albo coś zepchnęło go między budynki. Byli więźniowie nie widzieli dokładnie co się stało, ale słyszeli odgłosy walki między ich kompanem a czymś co wydawało bardziej zwierzęce niźli ludzkie dźwięki. Biegnąc, po chwili zobaczyli Zbója kotłującego się z innym człekokształtnym czymś. Ów przeciwnik zachowywał się zupełnie jak Diaboł z karceru chwilę temu - wył, biegał i wierzgał kończynami. Grupa pościgowa była zaraz za bohaterami, chwila zwłoki lub zwykły pech mogłyby zaprzepaścić szanse szybkiego dostania się do Świątyni.
Dla Santorine
Twój przeciwnik Cię zaskoczył, masz wrażenie że gdyby doszło do walki świadomej, nie miałby z Tobą szans. A tak, zarysował Cię dotkliwie. Zamarkowałeś cięcie a miast tego pchnąłeś przeciwnika w trzewia aż po samą rękojeść, jednocześnie blokując jego ciosy tarczą. Po odskoczeniu zdałeś sobie sprawę że wróg jest jednak ciut silniejszy niż wcześniej myślałeś, krwawił na czarno lecz ruszał się równie żwawo jak wcześniej. Tylko Twoje stalowe nerwy utrzymały Cię w pozycji bojowej zostawiając pełną trzeźwość umysłu.
Dla Arbuza
Przez myśl przeszło ci że skoro mężczyźni w oknach mają kusze i wyraźnie potrafią się nimi posługiwać to z pewnością są to strażnicy. Jednakże odrzuciłeś tą myśl, ponieważ doskonale znałeś twarze swoich oprawców, a Ci w oknach nimi nie byli.
Dla Marrrta
Na wpół niosąc i na wpół wlokąc rannego towarzysza poczułeś jakby zrobiło się Ci nieco lżej. Modi prawdopodobnie zemdlał, więc siłą rzeczy przestał się tak wierzgać.
Dla Mortarela
Na wpół niosąc i na wpół wlokąc rannego towarzysza poczułeś jakby zrobiło się Ci nieco lżej. Modi prawdopodobnie zszedł, więc siłą rzeczy przestał się tak wierzgać, natomiast ty ciągniesz ze sobą trupa, co zdecydowanie Cię spowalnia, a na plecach już czujesz oddech grupy pościgowej.
-
Ulrich Rotzniesser 
Biegł teraz w stronę świątyni, kiedy nagle - cóż to, u diabła? - zaiste, chyba sam diabeł wypełzł z piekieł i porwał go w zaułek. Rozgrzany już tempem walki Ulrich splunął, a kiedy spluwał, odwinął się i dźgnął prosto w brzuch. Zwyczajowo, bezwiedie, wypuścił wiązankę solidnych przekleństw bez ładu i składu. Co to było? Jakiś cudak, jakiś stwór: nie raz słyszał, że były i też takie, stworzone przez złe bogi dziwadła.
– Oby cię pokrzywiło, sucza twoja mać! – Ulrich gniewnie wykrzyknął w stronę dziwnego, szponiastego stwora.
Rzucił okiem tu i ówdzie. Pościg był tuż-tuż, a ten cholerny stwór ani myślał witać się z Morrem, czy z kim tam się witają pokraki jego rodzaju, kiedy już zginą.
Świątynia! Teraz już nie mieli żadnego wyboru. Kusznicy niepokoili, ale co mieli zrobić? Zawrócić? Niepodobna! Ale czy oni, zabrudzone, umorusane krwią draby, będą coś znaczyć coś dla świętoszków, klasztorników od Sigmara? Trzeba było łgać, wołać imiona świętych, żeby strażnicy w twierdzy się nad nimi zlitowali.
Za późno było już na wymyślne taktyki (tych wszakże nie znał tak czy inaczej). Sprzedawszy pożegnalne uderzenie swemu przeciwnikowi, biegł w stronę świątyni, gotów w każdej chwili unieść swą tarczę, jeśli by jaki z kuszników do zabawy chciał posłać bełta w niego.
– Ratujcie, ludzie, dobrzy kapłani Sigmaraaa! – krzyknął w stronę tamtych, tarczą próbując zasłonić kpiący uśmiech, który sam mu się układał mimo woli. – Wspomóżcieee!
Ulrich-zbój próbuje biec w stronę świątyni i nie dać się związać walką. Kiedy dobiegnie do świątyni, zajmuje pozycję na linii frontowej, żeby osłaniać towarzyszy, chyba, że tamci będą mieć złe zamiary, to przypada do muru, tudzież drzwi.
-

Mały Kurt vel Knut
Ciężar Modiego zmienił się już wcześniej, teraz było to aż nazbyt wyraźne. Ciało zwisało bezwładnie, nogi ciągnęły się po bruku, głowa opadła nienaturalnie. Kurt zatrzymał się na ułamek chwili, przyłożył dwa palce pod nos rannego, potem do szyi. Nic. Ani oddechu, ani drgnięcia. Nie żyje.
Pościg był blisko. Słyszał go wyraźnie — ciężkie kroki, szuranie, zdyszane charczenie. Nie było już miejsca ani czasu na noszenie martwego ciężaru.
Kurt rozluźnił chwyt i pozwolił ciału opaść. Nie rzucił go, nie odsunął gwałtownie — po prostu puścił, a potem ruszył dalej.
Kurt biegnie dalej w stronę świątyni, osłaniając tył grupy przed zbliżającym się pościgiem.
W razie potrzeby odpiera najbliższe ataki krótkimi, brutalnymi cięciami, nie wdając się w walkę, tylko spowalniając napastników.
Priorytetem jest dotrzeć do barykady świątyni i wejść za jej osłonę, zanim pościg ich dopadnie.