Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [WFRP 2ed] Bögenhafen

[WFRP 2ed] Bögenhafen

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
wfrp 2edkrótkie odpisysurvivalbögenhafen
78 Posty 10 Uczestników 846 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell
    Moderator Obsługa
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Zell
    #58

    text alternatywny

    Nadja Schmidt

    .

    Czyli kolejny przywita się z Morrem, ale przynajmniej to ten dupek co ją od ladacznic wyzwał! W takich chwilach zastanawiała się czy jednak istnieje jakaś sprawiedliwość na tym zarzyganym żałością świecie.
    Nadja nie była jednak pozbawiona serca, co to to nie. Pewnie ten jak mu tam zemrze tak czy inaczej, ale ona też nie miała wolnej drogi by uciec, więc mogła chociaż jednego z przeciwników spróbować zdjąć z odległości, żeby nie zeżarł żaden już ciała Modiego póki ten jeszcze dycha i to nie krwią. Wrzaski pożeranego żywcem były czymś, czego nie chciałaby więcej słyszeć, nigdy więcej...
    Lecz nie chciała też szarpać się z prawie martwym ciałem tego gnojka, gdy wokół tylu siłaczy. Wolała zachować siły na ucieczkę, sama jedynie ciągnąc cyrulika za ramię i wskazując mu leżącego.

    Poświęciła trzymany kamień by nim rzucić w któregokolwiek wroga znajdującego się zbyt blisko przemytnika. Może reszta oczyści drogę w tej chwili i dziewczyna czmychnie bez obawy o przypadkowe wpadnięcia w łapska co będą chwiały rozerwać jej skórę.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • JhnWJ Niedostępny
      JhnWJ Niedostępny
      JhnW
      Administrator Obsługa Developer
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #59

      Ulrich (von) Guttenluft
      https://forum.rolltelling.pl/assets/uploads/files/1768655534425-avatar_doc.jpg
      Ulrich w krótkich słowach uczynił to, co osoby jego fachu zwykły robić z pomocnikami, czyli jak to sam określił, doprowadził do porządku kobietę, a co ktoś mniej biegły w słowie, nazwałby opierdoleniem.
      - Raczej obity jest! A nawet... Dopóki go uderzenie sangwiny trzyma niech kuśtyka, w świątyni się zajmiemy nim!
      Tak poinformowawszy towarzyszy zaczął realizować swój plan w postaci ucieczki z miejsca boju, lecz zostawiając sobie kilku uderzeń serca namysłu - jeśli nikt nie pomoże uderzonemu towarzyszowi wstać lub ten sam nie wstanie, on się tym zajmie aby pomoc mu dojść do świątyni.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #60
        Ulrich Rotzniesser
        Portrait

        Ulrich ciął z zapałem. Miecz świszczał, klinga przebijała powietrze, by za każdym razem wgryzać się w nieosłonione korpusy jego przeciwników. Jucha rozlała się, zapachniało rzeźnią, a z gardła zbójcy rozbrzmiał rubaszny śmiech.

        – Kurwa, ale to gówienko jest dobre, kurwa, ha-ha-ha! – chlasnął jeszcze raz spod tarczy, choć ów wymyślny młyniec w zasadzie nie miał żadnego sensu. Na koniec ciął jeszcze parę razy powietrze, nie nasyciwszy się jeszcze krwią, którą rozlał właśnie.

        Ale roboty było więcej. Wszak walczyć z całym miastem nie sposób było, nawet tak cudowny miecz, którym mógłby pełnić katowskie rzemiosło za darmo wyszczerbiłby się gnatach.

        Zarżnął wreszcie kolejnego. Spojrzał za ramię - ktoś dostał i się turlał po ziemi, poza tym, komitywa wydawała się maszerować na podobieństwo regularnego plutonu, nawet ta dziewka, co raz ją w myślach brał.

        Co dalej? Cofnąć się i spróbować pomóc tamtemu? Cofać się, brzmiało niby ryzyko, a przecież Rotzniesser uwielbiał pewny zysk, pewne żeliwo. I jak miałby mu pomagać, skoro w jednej łapie miał tarczę, a w drugiej miecz?

        “Pewnikiem przydam się bardziej, jak więcej krwi z gardeł wytoczę!” – pomyślał łotr. – “Niech tam te mądre felczery czy oświeconi mężowie decydują!”

        I jął się rąbania ludzi ponownie, ale jeno tyle rąbać zamierzał, by dyla wkrótce dać mógł. Zdało się, że czas im się kończył.


        Jeśli Ulrich-zbój jest w stanie jakoś pomóc, zabijając paru, to próbuje siekać mieczem. Jeśli ma być okrążony, cofa się w stronę świątyni. Podobnie wycofuje się w stronę świątyni, jeśli zobaczy jeszcze więcej luda, czyli znaki, że nie będą mogli się już przebić.

        W gruncie rzeczy, jeśli może zabić paru za darmo i nie pomagać, to też zostaje na nieco dłużej 👍

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • MarrrtM Niedostępny
          MarrrtM Niedostępny
          Marrrt
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
          #61

          Ergo
          text alternatywny

          Przeszli przez pierwszy szereg strupieszałych ludków bez szwanku. Ale nie wszystkich opatrzność chroniła. Ergo choć generalnie w rzyci miał współwięźniów, nie mógł jednak uciekać dalej sam. Z tej prostej przyczyny, że jego Ulrich zatrzymał się w swym biegu i zawróciwszy zaczął z zapamiętaniem grzmocić mieczem pozostałych przy życiu trzech nawiedzonych posrańców. Do tego zatrzymał się też ten co kazał na sraczkę kamyki żreć i niuńka co mu kuszę odstąpiła. Ergo wywrócił niecierpliwie oczami widząc, że przyczynkiem tego wszystkiego był portowy cwaniaczek, który ledwo na nogach się trzymał. A z tyłu nadbiegali kolejni wariaci! I to już większą grupą pod wezwaniem!

          Ergo wahał się przez ułamek sekundy. Maluczki duch w ciele pospolitego szalbierza nakazywał wiać. Ale i przypomniał sobie gębę Modiego, że to on też pomógł Ergo w lochu na prorocze wezwanie... Czy nie warto było takiego mieć ze sobą częściej?
          - Te! Śliczna! - zawołał do Nadji, a gdy się obejrzała rzucił jej kuszę z bełtami. Po czym przepchnąwszy się ostrożnie między walczącymi ułapał przemytnika pod ramię, które zarzucił sobie na bark - rrrwa mać... chodź koleżko... No przebieraj kulasami!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • MortarelM Niedostępny
            MortarelM Niedostępny
            Mortarel
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #62

            ochroniarz-awatar2.png

            Mały Kurt vel Knut

            Kurt zobaczył, jak Wagner pada, zanim jeszcze rozległ się głuchy trzask uderzenia. Zatrzymał się tylko na moment. Tyle wystarczyło. Spojrzał na zbliżających się ludzi, potem na leżącego na bruku przemytnika, który łapał powietrze jak ryba wyrzucona na ląd.

            Podszedł nisko, osłaniając go własnym ciałem. Widząc, że nawet medyk wziął nogi za pas, Kurt jedną rękę wsunął pod ramię rannego, drugą trzymał miecz gotowy do krótkich, szybkich cięć.

            – Wstawaj. - Nie czekał na odpowiedź. Dźwignął go do pionu wraz z Ergo. Parł dalej w stronę świątyni, nie zwalniając.

            Kurt pomaga rannemu Wagnerowi utrzymać się na nogach, przejmując jego ciężar i osłaniając go własnym ciałem. Mieczem odpiera najbliższe ataki, uderzając krótko i zdecydowanie, tylko tyle, by odepchnąć napastników i zrobić przejście. Porusza się bokiem i do przodu, pilnując, by ranny nie upadł, i systematycznie przesuwa się w stronę świątyni.

            Cel: wydostać rannego z kotła, utrzymać tempo i dotrzeć do świątyni bez zatrzymywania się na walkę.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • KetharianK Niedostępny
              KetharianK Niedostępny
              Ketharian
              Obsługa Moderator
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #63

              text alternatywny


              Jeden z współwięźniów padł pod lawiną ciosów, co w opinii Hieronima Boscha było nieuniknioną konsekwencję ucieczki tak liczną grupą. Bardziej mytnika zaskoczyło zachowanie innych zbiegów, zwłaszcza dziewki o kształtnych łydkach. Okazując całkowicie niepodobne do ich plebejskiej natury współczucie, niektórzy z uciekinierów wstrzymali krok próbując ocalić padłego na bruk nieszczęśnika.

              - Bierzcie go pod pachy, na Sigmara! - krzyknął Bosch wymachując na wszystkie strony pałką - Ciągnijcie, co sił! Kto ostatni w szyku, niechaj gotów będzie poświęcić życie za pozostałych, zwłaszcza tych niewinnie uwięzionych! W świątyni go opatrzymy! Bywałem tu, znam z widzenia kapłanów, ubłagam ich o pomoc!

              Strzelając wokół siebie oczami mytnik oszacował odległość dzielącą go od najbliższych szaleńców, gotów na pierwszy znak bezpośredniego zagrożenia czmychnąć za plecy największego z kompanów.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • KermK Niedostępny
                KermK Niedostępny
                Kerm
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #64

                Oswald.jpg
                Oswald Braun

                Raz na wozie, raz w nawozie...
                Tak Oswaldowi nieraz powiadał jego mentor, dzięki któremu Oswald zaczął się parać niepopieranym przez niektórych zawodem.
                No i sprawdzać się powiedzenie poczęło, bowiem oponentom fortuna sprzyjać zaczęła. Co prawda to nie Oswald na ziemi się znalazł, ale pierwsza strata nie oznaczała ostatniej. Na szczęście Modi dychał jeszcze, wiec mu pomóc należało.
                Oswald zwolnił nieco, by w razie konieczności osłaniać odwrót tych, co wspomogli poszkodowanego kompana.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • DeklineD Niedostępny
                  DeklineD Niedostępny
                  Dekline
                  Obsługa Moderator
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #65

                  Wojowniczy Ulrych nie cofnął się zbytnio, lecz przyczynił się do pomocy rąbiąc (skutecznie jednego z przeciwników znajdujących się zaraz przy nim. Ergo oraz Kurt podnieśli i zaczęli wynosić rannego Modiego. Chłopaki mieli w rękach broń którą odganiali się jak mogli, lecz mimo tego kij jednego z wrogów leciał wprost w głowę Ergo. Na szczęście szybka reakcja Oswalda uratowałą jego facjatę. Mężczyzna oberwał, zachwiał się, ale nie upadł.

                  Grupa ponownie ruszyła biegiem w stronę świątyni. Zostawiając za sobą wielu mężczyzn i kobiet próbujących ich dorwać. Tym razem to Ulrych prowadził grupę, wyprzedał ich o kilka kroków aby dać reszcie czas na reakcję.

                  Droga wolna, w oddali widać było schody świątyni, jeszcze dwie przecznice i będą “w domu”. Budynek wyglądał na obwarowany; solidna i wysoka barykada naszpikowana zaostrzonymi palami. Wąskie, zatarasowane wozem wejście do środka. Dwie głowy zaraz za prowizoryczną bramą, mężczyźni z czymś się trudzili. W oknach na podwyższonym piętrze widać było pięciu ludzi, w rękach trzymali coś co wyglądało jak kusza, bacznie obserwowali okolicę.

                  Grupa była w połowie drogi między pierwszą a drugą przecznica, a prowadzący Ulrich właśnie przebijał drugą gdy … zniknął, zupełnie jakby ktoś albo coś zepchnęło go między budynki. Byli więźniowie nie widzieli dokładnie co się stało, ale słyszeli odgłosy walki między ich kompanem a czymś co wydawało bardziej zwierzęce niźli ludzkie dźwięki. Biegnąc, po chwili zobaczyli Zbója kotłującego się z innym człekokształtnym czymś. Ów przeciwnik zachowywał się zupełnie jak Diaboł z karceru chwilę temu - wył, biegał i wierzgał kończynami. Grupa pościgowa była zaraz za bohaterami, chwila zwłoki lub zwykły pech mogłyby zaprzepaścić szanse szybkiego dostania się do Świątyni.

                  Dla Santorine

                  Twój przeciwnik Cię zaskoczył, masz wrażenie że gdyby doszło do walki świadomej, nie miałby z Tobą szans. A tak, zarysował Cię dotkliwie. Zamarkowałeś cięcie a miast tego pchnąłeś przeciwnika w trzewia aż po samą rękojeść, jednocześnie blokując jego ciosy tarczą. Po odskoczeniu zdałeś sobie sprawę że wróg jest jednak ciut silniejszy niż wcześniej myślałeś, krwawił na czarno lecz ruszał się równie żwawo jak wcześniej. Tylko Twoje stalowe nerwy utrzymały Cię w pozycji bojowej zostawiając pełną trzeźwość umysłu.

                  Dla Arbuza

                  Przez myśl przeszło ci że skoro mężczyźni w oknach mają kusze i wyraźnie potrafią się nimi posługiwać to z pewnością są to strażnicy. Jednakże odrzuciłeś tą myśl, ponieważ doskonale znałeś twarze swoich oprawców, a Ci w oknach nimi nie byli.

                  Dla Marrrta

                  Na wpół niosąc i na wpół wlokąc rannego towarzysza poczułeś jakby zrobiło się Ci nieco lżej. Modi prawdopodobnie zemdlał, więc siłą rzeczy przestał się tak wierzgać.

                  Dla Mortarela

                  Na wpół niosąc i na wpół wlokąc rannego towarzysza poczułeś jakby zrobiło się Ci nieco lżej. Modi prawdopodobnie zszedł, więc siłą rzeczy przestał się tak wierzgać, natomiast ty ciągniesz ze sobą trupa, co zdecydowanie Cię spowalnia, a na plecach już czujesz oddech grupy pościgowej.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #66
                    Ulrich Rotzniesser
                    Portrait

                    Biegł teraz w stronę świątyni, kiedy nagle - cóż to, u diabła? - zaiste, chyba sam diabeł wypełzł z piekieł i porwał go w zaułek. Rozgrzany już tempem walki Ulrich splunął, a kiedy spluwał, odwinął się i dźgnął prosto w brzuch. Zwyczajowo, bezwiedie, wypuścił wiązankę solidnych przekleństw bez ładu i składu. Co to było? Jakiś cudak, jakiś stwór: nie raz słyszał, że były i też takie, stworzone przez złe bogi dziwadła.

                    – Oby cię pokrzywiło, sucza twoja mać! – Ulrich gniewnie wykrzyknął w stronę dziwnego, szponiastego stwora.

                    Rzucił okiem tu i ówdzie. Pościg był tuż-tuż, a ten cholerny stwór ani myślał witać się z Morrem, czy z kim tam się witają pokraki jego rodzaju, kiedy już zginą.

                    Świątynia! Teraz już nie mieli żadnego wyboru. Kusznicy niepokoili, ale co mieli zrobić? Zawrócić? Niepodobna! Ale czy oni, zabrudzone, umorusane krwią draby, będą coś znaczyć coś dla świętoszków, klasztorników od Sigmara? Trzeba było łgać, wołać imiona świętych, żeby strażnicy w twierdzy się nad nimi zlitowali.

                    Za późno było już na wymyślne taktyki (tych wszakże nie znał tak czy inaczej). Sprzedawszy pożegnalne uderzenie swemu przeciwnikowi, biegł w stronę świątyni, gotów w każdej chwili unieść swą tarczę, jeśli by jaki z kuszników do zabawy chciał posłać bełta w niego.

                    – Ratujcie, ludzie, dobrzy kapłani Sigmaraaa! – krzyknął w stronę tamtych, tarczą próbując zasłonić kpiący uśmiech, który sam mu się układał mimo woli. – Wspomóżcieee!


                    Ulrich-zbój próbuje biec w stronę świątyni i nie dać się związać walką. Kiedy dobiegnie do świątyni, zajmuje pozycję na linii frontowej, żeby osłaniać towarzyszy, chyba, że tamci będą mieć złe zamiary, to przypada do muru, tudzież drzwi.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • MortarelM Niedostępny
                      MortarelM Niedostępny
                      Mortarel
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #67

                      ochroniarz-awatar2.png

                      Mały Kurt vel Knut

                      Ciężar Modiego zmienił się już wcześniej, teraz było to aż nazbyt wyraźne. Ciało zwisało bezwładnie, nogi ciągnęły się po bruku, głowa opadła nienaturalnie. Kurt zatrzymał się na ułamek chwili, przyłożył dwa palce pod nos rannego, potem do szyi. Nic. Ani oddechu, ani drgnięcia. Nie żyje.

                      Pościg był blisko. Słyszał go wyraźnie — ciężkie kroki, szuranie, zdyszane charczenie. Nie było już miejsca ani czasu na noszenie martwego ciężaru.

                      Kurt rozluźnił chwyt i pozwolił ciału opaść. Nie rzucił go, nie odsunął gwałtownie — po prostu puścił, a potem ruszył dalej.

                      Kurt biegnie dalej w stronę świątyni, osłaniając tył grupy przed zbliżającym się pościgiem.
                      W razie potrzeby odpiera najbliższe ataki krótkimi, brutalnymi cięciami, nie wdając się w walkę, tylko spowalniając napastników.
                      Priorytetem jest dotrzeć do barykady świątyni i wejść za jej osłonę, zanim pościg ich dopadnie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • MarrrtM Niedostępny
                        MarrrtM Niedostępny
                        Marrrt
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
                        #68

                        Ergo
                        text alternatywny

                        - Jaaaasne!! - Ergo szybko zdał sobie sprawę, że jego inwestycja w poczciwca zaczyna przybierać niepożądanych kształtów, których dolną i wybitnie niekorzystną część zajmował już wyłącznie on, bo wielki Kurt delikatnie (być może miał nadzieję, że Ergo się nie zorientuje!) wyswobodził się z ramienia nieprzytomnego i ruszył za resztą - Spieprzajcie! To ja was rrrwa przed pułapką uratowałem, a wy mnie tu z rannym zostawiacie?! A potem będzie, że "To on! Ergo psi syn zostawił nieboraka na pastwę!" Niewdzięczne orcze pierdy! Jasne!
                        Co prawda blisko był też Oswald, który chyba chciał osłaniać Ergo i Kurta, ale nie zmieniało to oburzenia szalbierza i nie umniejszało złorzeczeń, które kuśtykając na ile pozwalał ciężar wleczonego mężczyzny, posyłał w stronę uciekających.

                        Rzucił okiem do tyłu skąd nadbiegali popaprańcy... Nooo nie... Nie zamierzał się dać zaciukać dla tego gostka. Zatrzymał się, bo w tym tempie i tak nie ucieknie i strzelił w Modiego w pysk podtrzymując go.
                        - Pobudka kurwa! Darmoszki w zamtuzie! Słyszysz koleżko! Pierwsze ciurlanie co łaska! Zbudź się kurwa, bo zaraz ciebie będą ciurlać!

                        Nie było rady i jebać to. Jeśli portowy cwaniak się nie ogarnie na tyle, żeby przebierać nogami, ani nikt się nie pokwapi zająć miejsce Kurta, Ergo miał zamiar porzucić go. I to wcale niedelikatnie położyć, a przeciwnie pieprznąć o ziemię i chuj. Zwiewać za resztą. Choć jak usłyszał o "dobrych kapłanach Sigmara" to przeszło mu gdzieś przez myśl by wracać do posrańców. Widział w cyrku goblina o trzech nogach. Świnię z jednym okiem. Ale kurwa takiego dziwa jak dobry kapłan Sigmara to mógłby trzy życia przeżyć, a by nie zobaczył.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Zell
                          #69

                          text alternatywny

                          Nadja Schmidt

                          .
                          Chciała już uciec do świątyni. Mieć to wszystko w rzyci i tyle... Ale powstrzymała się widząc skierowane kusze. Skąd pewność, że strażnicy po prostu nie strzelą, gdy do nich zacznie podbiegać uzbrojona kobieta?
                          - KURWA!
                          Rzuciła wściekle ciągnąc cyrulika za ramię.
                          - Pomóż Ergo! Będę was osłaniać! - krzyknęła kierując kuszę w zbliżające się potwory. Chciała wystrzelić i wtedy zrozumiała, że kusza nieprzeładowana i sama wycofała się jeszcze dalej by dopiero wtedy zacząć przeładowywać cholerny złom.
                          Trzymając jednocześnie odległość od szalonych mieszkańców zasłaniana przez towarzyszy z celi, a jednocześnie nie biegła jak szalona w stronę świątyni by straż jej za wroga nie wzięła i nie naszprycowała bełtami.
                          Nie oznaczało to, że nie zbliżała się w ogóle będąc pomiędzy tym młotem a kowadłem...

                          Powinna Modiego na śmierć zostawić za ladacznicę. A Ergo by kuszę na pewno mieć...

                          Na bank będzie uciekać jeżeli zombiaki zaczną się do niej personalnie zbliżać.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • KermK Niedostępny
                            KermK Niedostępny
                            Kerm
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #70

                            Oswald.jpg
                            Oswald Braun

                            Na szczęście oponenci nie władali orężem tak sprawnie, jak to się niekiedy zdarzało. Na szczęście dla Oswalda, bowiem Modi został porzucony przez tych, co go ciągnęli. Ale Oswald nie trudził się rozważaniami nad motywami tegoż uczynku. Wziął nogi za pas kierując się w stronę świątyni.
                            Z nadzieją, że ci, co stoją przy barykadzie przepuszczą niezbyt porządnie przyodziane towarzystwo.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • JhnWJ Niedostępny
                              JhnWJ Niedostępny
                              JhnW
                              Administrator Obsługa Developer
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #71

                              Ulrich (von) Guttenluft
                              https://forum.rolltelling.pl/assets/uploads/files/1768655534425-avatar_doc.jpg
                              Cyrulik postanowił zrobić rzecz która wydawała się mu najrozsądniejsza w tym wypadku czyli uciec w stronę świątyni, nie oglądając się za siebie, co też uczynił. Iskra nie spanikowanej części umysłu poczyniła mu przy tej okazji sugestie które natychmiast wdrożył - uciekając pochylić się aby nie oberwać bełtem którym mogą mierzyć kusznicy w cele za sobą, wyciągnąć nad głowę rękę z amuletem wyznania sigmaryckiego - pozwalając rozpoznać się jako swój - oraz drąc się co sił w płucach, że jest medykiem. Wspominanie rannego nie zmieściło siw budżecie płuc, a i nie chciał zniechęcać gospodarzy, za to medycy byli w cenie...

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • KetharianK Niedostępny
                                KetharianK Niedostępny
                                Ketharian
                                Obsługa Moderator
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #72

                                text alternatywny


                                Opętani mieszkańcy Bögenhafen zaciskali pętlę na szyjach zbiegów, spychali ich w stronę świątyni. Porzucony przez ladacznicę i jej pomagierów więzień zniknął gdzieś w tyle za plecami Boscha. Hieronim poczuł ukłucie wyrzutów sumienia na myśl o losie tego nieszczęśnika, aby zatem je uspokoić, obiecał sobie w duchu, że zmówi za biedaka modlitwę po dotarciu do świętego przybytku.

                                - Wrzeszcz co sił, żeśmy z odsieczą przybyli, bo jeszcze gotowi nas bełtami naszpikować! - huknął w stronę biegnącego przodem zbrodzienia, który kazał się nazywać Oswaldem - I że dowodzi nami celnik z Ludwigsplatz! Żwawo, przebieraj kulasami!

                                Odwracając się w biegu Bosch oszacował odległość dzielącą go od krwiożerczych szaleńców, upewniając się, że otaczający go towarzysze niedoli zapewniają mu ochronę pod postacią własnych ciał.

                                Tak, pomysł ukrycia się w świątyni Młotodzierżcy okazał się najlepszym możliwym z dostępnych w tej chwili planów.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • DeklineD Niedostępny
                                  DeklineD Niedostępny
                                  Dekline
                                  Obsługa Moderator
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #73

                                  Ciało Modiego opadło bezwładnie na klepisko. Towarzysz z celi wyglądał jakby spał. Czy Kurt i Ergo słusznie ocenili jego stan? Raczej tak, aczkolwiek nigdy nie można być pewnym.
                                  Grupa minęła walczącego Ulricha, tego co zbójem był. Widać było że Rotzniesser próbuje uciekać, lecz przeciwnik mimo wielu ran nie dawał za wygraną.

                                  Dla Santorine:

                                  Ulrich zaatakował, jednakże przeciwnik był szybszy, bardzo szybko czmychnął w bok dając szansę Bohaterowi na ucieczkę do świątyni.
                                  - Zabij go, %^@$%^@$ go, posiekaj na kawałki!
                                  Usłyszał głos zaraz za sobą. Zbój odwrócił na moment głowę, aby nie tracić głównego wroga z pola widzenia, lecz nikogo tam nie było. Potwór zaatakował ponownie, równie nieskutecznie, lecz z werwą i w pełni sił, mimo dziury w trzewiach. Nagły i niespodziewany głos nie spowodował, że nie może się ruszyć, ale wybił z rytmu na tyle że Diaboł zdążył zaatakować

                                  Ulrich rozejrzał się nerwowo, próbując zlokalizować źródło dziwnego głosu. "Cóż to miało być?" - myślał gorączkowo. Nie było jednak czasu, oprych stwierdził, że z niedożywienia zaczyna widzieć mary. Nie... Nie zamierzał pozostawać.

                                  - Wsadź sobie - prychnął.

                                  Przez rękę popłynął czysty ból, Bohater na własne oczy widział że dłoń ma na swoim miejscu, lecz odczucie było zgoła inne. Przez moment Rotzniesser czuł jakby zaraz miał zejść. Uczucie minęło tak samo szybko jak przyszło

                                  - #^%#&^3 go - głos stał się twardszy, bardziej zdecydowany

                                  Ulrich zacharczał i splunął, próbując przemóc dziwną moc, która nagle zdawała się mieć nad nim górę.

                                  - Przeklęta magia! - wykrzyknął. - Idź w diabły, nie będziesz mi gadać, co robić mam, ty zasyfiona piczko z Marienburga!

                                  Rotzniesser ponownił próbę biegu, gotów użyć swej tarczy, aby odgonić się od diabelskich sztuczek i szponów tamtego.
                                  Zbój ruszył, lecz co chwila przeszywał go paraliżujący ból, co oczywiście wpłynęło na sumaryczny pokonany dystans. Obrona tarcza przed głosem nic nie dała, ale siekanie mieczem w zbliżającego się przeciwnika już jak najbardziej. Ulrich odciął Diabołowi rękę i już miał ruszyć w stronę świątyni, gdy śmiertelnie ranny potwór mimo ran ruszył na Bohatera tnąc dogłębnie jego podbrzusze. Rotzniesser poczuł ciepło krwi; wiedział że to jescze nie koniec, rana była poważna ale nie śmiertelna. Adrenalina zadziałała, Bohater zamachnął się w odwecie tak skutecznie żę dojrzał czarne wnętrze szyji przeciwnika. Posoka oblała Ulircha po całości, potwór konał w konwulsjach.

                                  Ulrich stęknął z bólu, ale teraz zdało się, że przeklęta klątwa została zdjęta z jego umysłu. Cóż to było? Zdało się... Zdało się, że jakieś diabelskie sztuczki działy się tutaj, jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Podejrzenia pączkowały w normalnie chytrym i przewidującym najgorszego umyśle oprycha. Ale! Nie teraz!
                                  - Ej tam, ludzie, pomóżcieee! - krzyknął do ludzi w świątyni. - Ranniśmy!
                                  I dalej już biegł w stronę świątyni, nie nękany.

                                  Dawni mieszkańcy Bögenhafen, minęli bezwładnego Modiego i byli już bardzo blisko. Ergo oraz Kurt czuli już ich oddech na karkach, lecz udawało im się utrzymać dystans. Po chwili zobaczyli Ulricha który w lekkim zgięciu również biegnie w stronę schronienia.

                                  Brzdęk kusz. Padło lub zostało ranionych kilku przeciwników. Po chwili kolejny brzdęk, następne ciała na ziemi. Bohaterowie, w niezmienionym składzie dotarli pod barykadę. Wszyscy poza Modim, który leżał tam gdzie został porzucony. Zbój Ulrich nie wyglądał najlepiej, kolczuga rozerwana była w dwóch miejscach, na ramieniu oraz na brzuchu. Rotzniesser cały byl w posoce przeciwnika, wiec ciężko było powiedzieć czy sam krwawi czy nie.

                                  Prowizoryczna brama została otwarta, lecz tylko na tyle aby można było przecisnąć się do środka jeden za drugim. Pierwsi wbiegli najszybsi z grupy: Nadja i Hieronim. A co z resztą? Kusznicy potrzebują czasu na przeładowanie, bohaterowie na wejście, a przeciwnikom ledwie moment starczy na dobiegnięcie do barykady.

                                  Panika i pech części grupy czy jednak zorganizowana ewakuacja? Kto się poświęci aby zostać i osłaniać odwrót?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • KermK Niedostępny
                                    KermK Niedostępny
                                    Kerm
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #74

                                    Oswald.jpg
                                    Oswald Braun

                                    Nie dało się ukryć, że sytuacja była kiepska, ale nie beznadziejna. Wystarczyło odrobinę się wysilić, by znaleźć się po odpowiedniej stronie barykady. I mieć odrobinę pecha, by wpaść w łapska ścigających. Nie można było się dziwić obrońcom, że nie otworzyli szeroko ramion... przejścia znaczy... by powitać tych, co uciekali przed przemienionymi mieszkańcami miasta.
                                    Oswald postanowił nie oglądać się na innych, tylko ruszył najszybciej jak mógł w stronę wąskiego przejścia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • WiredW Niedostępny
                                      WiredW Niedostępny
                                      Wired
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                                      #75

                                      ea234017-ad07-455d-b7b5-3be09f86019b-image.png

                                      Ergo oraz Oswald zdołali przedostać się przez bramę zanim tłum mieszkańców starł się z bohaterami. Większa część uderzenia przyjął Kurt oraz Ulrich z tarczą. Atak, mimo że zmasowany, nie wyrządził większych szkód. Poleciały bełty, dwa trupy na miejscu, jeden ranny. Kurt kontratakował rozpłatając dwójkę. Z obu Ulrichów, tylko ten szerszy miał szczęście. Nie żeby walczył w zwarciu, zwyczajnie wyczuł moment i rozłupał czaszkę nieszczęśnika. Mieszkańcy, mimo iż zostało ich tylko dwoje nie mieli zamiaru przestać, lecz ich wysiłki spaliły na panewce, a po chwili wszyscy leżeli martwi. Uliczka przed świątynią wyglądała jak pogorzelisko. Bohaterowie przeszli bez barykadę, wóz pełniący rolę bramy zamknął się za nimi.

                                      Po przejściu bramy ich oczom ukazał się orszak powitalny złożony z groźnie wyglądających mężczyzn, na ich twarzach było widoczne zmęczenie, niemniej wpuścili Was, a to oznaczało że przynajmniej początkowo nie mają złych zamiarów. Pomagali im zwykli mieszkańcy, brzuchaty wąsacz w czapce piekarza i osiłek z znakiem cechu kowali na fartuchu zamknęli bramę i czym prędzej schowali się z powrotem w świątyni.

                                      Pośrodku stał rosły kapłan, odziany w brązowy habit, przeszywalnicę oraz metalowy napierśnik. Jego pancerz był pełen poprzyklejanych świętych tekstów i ochronnych modlitw. Ci z Was lepiej wykształceni mogli rozpoznać fragmenty dzieł takich jak Deus Sigmar, Geistbuch czy uznawanej w niektórych kręgach za radykalną Inquisitio Haereticae Pravitatis.
                                      Wraz z nim stało dwóch strażników uzbrojonych w miecze i tarcze, oraz dwóch młodszych kapłanów, którzy zamiast mieczy dzierżyli jednoręczne młoty, których drugi koniec wieńczyły ogony rozdwojonej komety Sigmara.
                                      Co rzuciło się Wam w oczy żaden z nich nie nosił kolczug, wszyscy byli opancerzeni identycznie, z tym że kapłani nie nosili hełmów, a ich ogolone głowy z oddali mówiły kim są.

                                      Najstarszy z kapłanów opierał się o zakrwawiony młot dwuręczny. Już na pierwszy rzut oka wiedzieliście że nie będzie to łatwa rozmowa, rozpoznając w silnorękich kapłana strażników z strażnicy, w której niedawno byliście więźniami. Za ich plecami zaś nadal byli kusznicy, obserwujący Was czujnie z podwyższenia.

                                      - Chwała Sigmarowi! - przerwał milczenie donośnym głosem, czyniąc znak komety na powitanie, po czym zrobił pauzę i uważnie Was lustrował.

                                      - Niech kometa Was zawsze prowadzi. Witajcie w Świątyni Uniesionego Młota, rad jestem widzieć Was nieodmienionych,
                                      - Jam jest Zygfryd Grimmig, uniżony sługa Sigmara i opiekun tejże świątyni, kim jesteście? - padło pytanie

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #76
                                        Ulrich Rotzniesser
                                        Portrait

                                        – Chwała Sigmarowi! – Rotzniesser machinalnie odparł na powitanie kapłana zachrypłym głosem.

                                        Czuł się fatalnie: rana w brzuchu pulsowała tępym, nieznośnym bólem, Rotzniesser wiedział zaś, że z każdą chwilą z jego trzewi upływała jucha i potrzeba było medyka jakiego, aby zatamować krwawienie i zadbać o to, by nie wdało się zakażenie. Nie raz wiercił Ulrich bowiem dziury w brzuchach i choć agonalne jęki jego ofiar słuchał niby pieśń, sam wolał żyć, by móc owe dziury wiercić dalej.

                                        Myślał też o dziwnym głosie, który usłyszał i który go doprowadził do tego stanu. Poniechał. Będzie czas na to.

                                        – Moiściewy, zwą mnie Ulrich – tu skłonił się w pas. – Podróżny z Marienburga. Na wasze usługi, choć ranien jestem.

                                        Gadać mógł więcej, ale zostawił rzecz. Zamierzał pozwolić pozostałym przekonać klechę i jego pobratymców, żeby wstawili się za nimi. Klasztornicy zdawali się rozumieć, że nie wszyscy zostali przemienieni, zatem… Zabijanie nieznajomych było nie w interesie? Oczywisty wniosek. Ale od kiedy to rozum chadzał wespół z klechami?

                                        Cyrulik zdawał się umieć gadać, może klecha zapatrzy się w to, co ze swych mądrych ksiąg wyczytał? Albo kto inny podprowadzić gadkę umiał? Oby tylko prędzej, zanim go zemdli z tej rany.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • JhnWJ Niedostępny
                                          JhnWJ Niedostępny
                                          JhnW
                                          Administrator Obsługa Developer
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Zell
                                          #77

                                          Ulrich (von) Guttenluft
                                          https://forum.rolltelling.pl/assets/uploads/files/1768655534425-avatar_doc.jpg
                                          Ulrich, ten co zbójem nie był, ucieszył się z widoku sigmarytów. Pierwsze co zrobił, to odruchowo przetrzepał się w odruchu rękami, rzecz o której nigdy nawet nie pomyślałby przed burzą chaosu, a co weszło mu w krew - ranny człowiek może jeszcze kilka dobrych chwil nie czuć jak krew ucieka z ciała, szczególnie gdy jest się chwilę po walce. Upewniwszy się, że sam jest cały, podszedł od prawej do Ulricha, tego co zbójem był.
                                          - Lekarzem co ma pacjenta, który raczył się przedstawiać gdy leci zeń jucha - rzekł szorstko i po prostu fachowo wziął swego imiennika pod ramię aby bez zbędnej kurtuazji pomóc mu oprzeć się o najbliższą ścianę, niekoniecznie od razu siadać, i sprawdzić co mu dokładnie jest.
                                          - Przydałaby się woda, Panienka - rzekł do Nadji rozpoczynając inspekcję.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy