Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 225 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez Seach
    #1

    Avruil Myamtharsar

    Dom, słowo oznaczające spokój, przynależność, bezpieczeństwo.
    Dla Avruil straciło te przywary, lata temu.
    I sama była tego winna.
    Przemierzała teraz ruiny rezydencji swej rodziny, pożar zabrał wszystko czego nie ukradli łupieżcy. Grobowa cisza tego miejsca była przerywana dźwiękami resztek budowli poddających się zniszczeniu.
    Emocje przelatywały przez jej serce. Strach o jej rodziców, ból po stracie miejsca, w którym się wychowała, gniew na siebie, że jej tu nie było.
    Odruchowo rzuciła kawałkiem podłogi o jedną z rozsypujących się ścian, mały odłamek rozbił się w pył i drobniejsze kamyki. Pomogło to jej się uziemić.

    Łzy cisnęły się na jej oczy, kiedy usłyszała pierwsze zbliżające się kroki. Były lekkie, ale nie próbowano ich ukryć.
    Dziewczyna sięgnęła do czarnego ostrza u swego boku. Miecz był dziwnie cichy dzisiaj, może i dobrze, nie miała ochoty się kłócić.
    Za jej plecami nagle wybuchła ściana ognia, blokując jedyną drogę ucieczki. Avruil nie mogła się powstrzymać i skoczyła do przodu, podnosząc obronnie miecz. Ten jednak, jej nie usłuchał. Magiczny oręż wyleciał z jej dłoni i pomknął w ciemność ruin, wiedziony bogowie tylko wiedzą czym.
    -Złodziej… - Avruil usłyszała w ciemności. Dobrze znała ten głos, wiedziała, że nie powinna już go więcej usłyszeć, a jednak się właśnie zbliżał do niej - Zdrajca… - Halpaeril opuścił cienie, trzymając jej… jego czarny miecz - To wszystko twoja wina… - jego głos był suchy, a oczy niewidzące. Czy to duch? Zombie? Jej poczucie winy w końcu przybrało fizyczną postać?

    Momentalnie elf pojawił się przed nią z ostrzem uniesionym do ataku. Dziewczyna mogła jedynie zamknąć oczy oczekując bólu. Ten jednak nie nadszedł, jej uszy natomiast wypełnił nowy głos. Ten również znała i miała głęboką nadzieję, że nigdy go nie usłyszy.

    text alternatywny
    -Avruil, naprawdę powinniśmy przestać się spotykać w sytuacjach dotyczących twojego pradziadka. Źle to wygląda. - Azazel, jeden z Piekielnych Książąt. Stał nad nią, ponad trzy metrowy olbrzym, skóra czarna niczym noc, osądzające żółte oczy wydawały się przenikać jej ciało i duszę. Trzy pary czarnych pierzastych skrzydeł złożyły się, formując coś na wzór płaszcza, delikatny uśmiech zagościł na jego ustach. Ubrany był w szaty przypominającej jej jakiegoś urzędnika. Może sędziego?
    -Obawiam się, że twój okres próbny dobiegł końca. - diabeł oddał dziewczynie jej miecz. Pusty gest, zważając, że wkroczył do jej snu - Mam dla ciebie zadanie. Udaj się do Evercrest, jest to miasto w Rzecznych Królestwach, na wschodniej ich stronie. W mieście znajdziesz karczmę "Popielny Dwór". Zgłoś się tam i oczekuj Khala Frey i Baltizara Harpinessa. Kiedy się tam pojawicie wytłumaczę wszystko. - ogień pojawił się u stóp diabła i wydawał się powoli pożerać jego postać - Dałem ci dostatecznie dużo czasu. Tempus reddere tibi debitum.

    Dziewczyna obudziła się. Zimny pot spływał jej po… wszystkim. Spojrzała na miecz oparty o mały regalik przy łóżku. Głos ostrza delikatnie zabrzmiał w jej głowie.
    Lepiej nie każmy mu czekać…

    Khal Frey

    Khal przemierzał korytarze Czerwonej Loży, zmierzając do swojego biura. Miał za sobą długi dzień sporów o rozprawę sądową między dwoma szlachcicami Chillax. Na szczęście udało mu się wykręcić z tego politycznego bagna, nie ważne kto wygra, Loża straci na tym jedynie czas.
    Dotarł w końcu do drzwi swojego pokoju, zerknął na tabliczkę obok drzwi. "Victor Goodman" widniało bardzo wyraźnie na metalowej płytce. Nie mógł się doczekać, kiedy podobna tabliczka z jego prawdziwym imieniem będzie widniała w holach Piekła.
    Otworzył drzwi i spokojnie wszedł do swego pokoju, tylko, że to nie był jego pokój.
    Pierwsze co poczuł to okrutne gorąco, które wydawało się zdzierać skórę z jego ciała.
    Zapach siarki i żelaza zaatakował jego nos, a drobinki rdzawego pyłu oczy.
    Chwilę zajęło zanim był w stanie się pozbierać i otworzył oczy i ujrzał swoją przyszłość.

    text alternatywny

    Sąd Azazela. Olbrzymia budowla w Avernusie będąca domeną Piekielnego Lorda. Tu miliony dusz przejdą ostateczny osąd przed zejściem do niższych poziomów piekła, gdzie zostaną odpowiednio ukształtowane.

    Sam pan tej sali sądowej siedział na swoim tronie, czytając jakiś zwój i spoglądając, co chwilę na duszę jakiegoś biedaka.
    Eteryczna forma śmiertelnika była otyła, jego twarz pokrywały wspomnienia siniaków i ran, których doświadczył przed śmiercią.
    -Malak Eirins. - zabrzmiał w końcu głos diabła - Osąd Pharasmy w oczach tego sądu jest sprawiedliwy. W życiu nie oddawałeś czci żadnemu z bogów, twe życie było spędzone jedynie na poszukiwaniu własnego zadowolenia i przyjemności. O ile takie zachowanie byłoby miłe w oczach Calistrii, wielokrotnie pozwoliłeś, aby ci którzy ci zawinili umknęli sprawiedliwości czy zemsty. Zatem nie widzę przeciwwskazań, aby twoja dusza nie odbyła należytej kary w domenie Beliala. Frui. - diabeł uderzył potężnym młotem w posadzkę pod swoim tronem, pęknięcia zaczęły rozchodzić się od głowni broni, zmierzając do eterycznych stóp Malaka. Kiedy tam dotarły ziemia zapadła się pod duszą, która podążyła w dół krzycząc z przerażenia i rozpaczy. Zaraz potem, pomieszczenie wyglądało ponownie jakby nic się nie stało. Azazel zerknął w bok, po jego lewej siedziała kobieta o nietoperzych skrzydłach, pisząca pieczołowicie na zwoju.
    -Robimy chwilę przerwy, Elari. Mam prywatną sprawę do rozwiązania. - kobieta kiwnęła głową i zniknęła w chmurze dymu i ognia.

    Azazel wstał rozkładając trzy pary skrzydeł, wykonał krok w stronę Khala, ale tyle wystarczyło, aby pojawił się tuż przed prawnikiem.
    -Witaj Khal. Miło cię widzieć. Chodź ze mną. - nie była to prośba, diabeł położył rękę na karku mężczyzny i zaczął go prowadzić - Mam dla ciebie zadanie, Khal. Dokończyłem wszelkie formalności, aby otrzymać zezwolenie na rozpoczęcie własnej religii. Oznacza to, że mogę założyć własny kościółek gdzieś w Golarion i wybrałem idealne miejsce. - diabeł spojrzał na swojego pierwszego kapłana - Evercrest, twój dawny dom. Lokalne władze są równie niekompetentne co skorumpowane. Kościół Asmodeusa nie ma tam pozycji, a ja mam kapłana, który zna to miejsce. - uśmiech pojawił się na ustach diabła i ku dyskomfortu człowieka, również na jego skrzydłach - Udasz się do Evercrest, tam zgłosisz się do karczmy "Popielny dwór" i spotkasz z dwójką innych moich agentów. Jedną już znasz. - dłoń diabła opuściła kark mężczyzny a sam czart stanął przed prawnikiem - Zrób to dla mnie, a wynagrodzę cię, Apollyonie. - to było ostatnie co usłyszał Khal, kiedy mrugnął był z powrotem w swoim pokoju w Czerwonej Loży.

    Baltizar Harpiness

    Balthazar obudził się z drzemki, która złapała go w drodze do kolejnego miasta. Usłyszał z wiarygodnego źródła, że lokalna biblioteka posiadała tomy i zwoje, opowiadające wczesną historię jego ludu. Szczerze wątpił, ludzie rzadko przykuwali uwagę do czegoś co nie dotyczy ich. Miał dość fałszywych tropów i czytania w kółko tego samego, jak to pojawienie się gnomów w Golarionie zasnute jest tajemnicą i mistycyzmem. Czemu nie mogą być uczciwi i powiedzieć, że nie mają bladego pojęcia czemu metrowe, energiczne ludziki opuściły Pierwszy Świat i osiedliły wśród śmiertelników. Oszczędziłoby to przynajmniej jemu męczenia się.
    Westchnął, przynajmniej drzemka oddała mu siły i nie miał żadnych koszmarów.
    Narysował pentagram na ziemi i delikatnie się odsunął.
    -Jogmeth. - zawołał. Przez chwilę nic się nie działo. W końcu jednak pentagram zabłysnął czerwonym światłem, po czym pękł. Pęknięcie rozszerzyło się i rozwarło tworząc dziurę z której buchnął smród siarki. Na brzegu dziury pojawiła się czarna łapa i kolejna. Po chwili masywny stwór wyciągnął się piekielnych otchłani.

    text alternatywny

    Jogmeth, piekielny ogar, dar od Azazela pieczętujący ich współpracę. Diabeł obiecał mu pomoc w odnalezieniu ratunku dla jego klanu przed klątwą, która pochłonęła w szaleństwie już nie jednego z jego pobratymców.
    Piekielny psiak spojrzał leniwie na swego gnomiego właściciela i wypuścił coś z pyska.
    Skórzany hełm potoczył się do stóp Baltizara, który szybko go podniósł i zaczął oglądać.
    Nigdy nie widział takiego dzieła, stara skóra chociaż teraz sparciała i dziurawa musiała być gruba i mocna kiedy była w szczytowej kondycji. Zakrywała też sporą część przodu twarzy, zostawiając tylko prześwit na oczy. W rantach prześwitu Baltizar mógł zobaczyć drobne kwarcowe kamyki, popękane i ukruszone. Czyżby przesłaniały cały prześwit, niczym szyba w oknie?
    Najbardziej jednak przykuł jego uwagę emblemat nad wizjerem. Symbol jego klanu widniał dumnie na czole hełmu. W końcu konkretna poszlaka, Azazel posłał go już kilka razy na bezcelowe poszukiwania, ale teraz dowiódł swej wartości jako sojusznik. Tylko skąd wydobył ten artefakt?

    Jogmeth podszedł do gnoma pokazując niewielki zwój przywiązany do obroży ogara.
    List z pieczęcią Azazela na szczycie.

    Witaj, Baltizarze.
    Mam nadzieję, że ta wiadomość spotka cię w dobrym zdrowiu, ponieważ mam dla ciebie nowe zadanie.
    Potrzebuję, abyś udał się do Evercrest w Rzecznych Królestwach. W mieście znajdź karczmę "Popielny Dwór" i oczekuj ludzkiej kobiety i mężczyzny. Karczmarz będzie wiedział na kogo będziesz czekał. Tam wytłumaczę na czym polega zadanie.
    Hełm, który ci dostarczyłem został zakupiony przez jednego ze sług Mammona w Evercrest od jakiegoś kolekcjonera. Może to być poszlaka w twoich poszukiwaniach. Nie zapomnij jednak, że moja misja ma priorytet.
    Benediximus vobis.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • AbishaiA Niedostępny
      AbishaiA Niedostępny
      Abishai
      napisał ostatnio edytowany przez Zell
      #2

      text alternatywny

      Skrobanie po balach… szepty… spojrzenia w szczelinach.
      Otaczały go gdy wodził spojrzeniem po kolejnych literach. Rzeczne Królestwa… jedno wielkie siedlisko bezprawia i anarchii.
      Gnom nie wiedział czego tam diabeł szukał. Ale zainwestował sporo swoich koneksji, skoro zaciągnął dług u Mammona.
      Skrobanie… szepty… podpowiedzi.
      Gnom zerknął na pobliską ścianę i warknął. - A taaam cicho być. Muszę pomyśleć.-
      Niewiele to dało.
      Baltizar znów spojrzał na list. Przeczytał każde słowo. Uśmiechnął się cierpko na widok “priorytetu”. Oczywistym dla gnoma, że diabeł swoje plany uważa za najważniejsze, ale… póki nie dopełniła się umowa między nimi, Baltizar nie czuł się aż tak zobowiązany do słuchania diabła. Niemniej wątpił by jego priorytety i priorytety czarta miały się ze sobą zderzyć. Obecnie jego badania nie powinny zająć mu tyle czasu, by nie wykonać zadania które zleci mu Azazel.

      Baltizar sięgnął po butelkę i sprawdził jej zawartość. Cudownego płynu było niewiele i gnom nie wiedział na ile go starczy. No cóż… dobrze było, póki trwało. Gnom zakorkował butelkę. I przymknął oczy. Baltizar Harpaness zwany też Bajarzem był szczupłym wysokim gnomem, o lekko przylizanych czarnych włosach i lekko siwiejącej szpiczastej bródce. Jego niebieskie oczy wydawały się wodniste, a cała postać wydawała się… jakaś… niewłaściwa. Nieco zaznajomieni z naturą tej rasy mogliby zrzucić to na klątwę Blednięcia trapiącą czasami członków tej rasy. Ale gnomy i prawdziwi znawcy wiedzieli że to nie to. Niemniej Baltizar był mniej barwny niż typowy gnom.

      Skrobanie… szepty… chichoty. Macki, szpony, zęby i pazury wijące się tuż po powierzchnią.
      Nigdy nie dają spokoju.

      Gnom otworzył oczy i spojrzał w kąt.
      - Etrigan. Wyruszamy.-
      Coś poruszyło się. Coś zaszeleściło dziesiątkami piór.

      centered paragraph

      text alternatywny

      Unikanie traktów i przedzieranie się przez puszczę w innych obszarach Golarionu mogło być nienajlepszym pomysłem. Ale nie tu… Rzeczne Królestwa były równie niebezpieczne na trakcie, co w leśnej głuszy. A gnom nie musiał się szczególnie obawiać miejscowej fauny. Ta zwykle unikała zarówno Etrigana jak i Jogmetha. Zwierzęta wyczuwały nadnaturalny charakter tych stworzeń i schodziły im z drogi.
      Nie czyniły to podróży bez bagniste bezdroża i leśne ostępy bardziej wygodnymi.

      Co najwyżej nieco bezpieczniejszymi dla niego.

      Podróż trwała kilka dni i nocy. I z pewnością była nieco męcząca. Niemniej Batlizar nawykły był do trudów i w końcu pod wieczór dotarł do murów Evercrest.
      Oświetlał sobie drogę latarnią znajdującą się na końcu zdobionego kostura i udało mu się przekonać strażników, by wpuścili go do miasta, mimo że ciemność zapadała. Bo przecież mały gnom jadący na dużym psie nie mógł być zagrożeniem dla miasta, nieprawdaż? Dobrze że przeciętny strażnik nie odróżni piekielnego ogara od dużego psa. Zwłaszcza gdy gnom, zrobił makijaż by ukryć jego piekielne cechy.
      Etrigan przemknął się przez mury samotnie. Bądź co bądź, jego natura i talent do skradania się czyniły to zadanie drobnostką dla niego.

      centered paragraph

      Przez uliczki miasta cała trójka podążała już razem. Dla bezpieczeństwa i by nie przyciągać uwagi gnom wolał trzymać się w cieniu. Narażał się tu na napaść, ale cóż… mógł liczyć na swoją charyzmę, jak i… na swoich ochroniarzy. Jednego latającego, drugiego ziejącego ogniem.
      Zresztą sam widok Etrigana w pełnej krasie, pojawiającego się wprost za plecami pechowego rzezimieszka… wystarczał by ten postanowił nagle zmienić robotę i zapałać nagłą miłością do biegania.

      W końcu gnom, dotarł do celu. Do karczmy. Otworzył drzwi wszedł w towarzystwie dużego “psa” łypiącego podejrzliwie na każdego dwunoga w przybytku i obciążonego pakunkami.
      W cieniu gnoma podążało “ptaszysko” wielkości tłustego borsuka. Stworzenie o kształcie sowy z sowim, a może bardziej… kocim łbem. Trudno było to stwierdzić, sylwetka była niewyraźna i lekko cienista, a do tego cały stwór był zbudowany z kart do gry. Kart które poruszały się co chwilę zamieniając miejscami ze sobą… i dodatkowo rozmazując sylwetkę. Pomiędzy szponami stwora błądziły nieduże płomyki.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ArveeA Niedostępny
        ArveeA Niedostępny
        Arvee
        napisał ostatnio edytowany przez Zell
        #3

        text alternatywny

        text alternatywny

        Mistrzyni Elowin Morgwyn wyglądała na rówieśniczkę mistrza Viktora Goodmanna, ale była o niego starsza o przeszło pół wieku. Niesprawiedliwość spotykająca ludzi. Krótki żywot, bódł bardziej gdy miało się kontekst. Gdy zaczynała go edukować wyglądał jak dzieciak. Za dwadzieścia lat to ona będzie wydawała się przy nim młódką.

        Oboje byli piękni i potężni. Częścią rytuału sądowniczego jest konkurs popularności. Można było zostać bardzo dobrym adwokatem bez wyglądu, ale nie dało się być najlepszym. W miarę jak się starzało wszyscy zawsze liczyli, że wyrobiona marka pozwoli im zastąpić młodość. W Cheliax zwykle się nie udawało. Byli ubrani semi-elegancko. Elowin w kolorach czerni, granatu i wszystko wykańczane srebrnymi dodatkami, a Viktor w czernie, czerwienie i złote elementy. Na to narzucone mieli tradycyjne togi adwokackie. Atrybuty ich zawodu, ale to pagony na ich ramionach z gwiazdami (czterema u Elowin, pięcioma u Khala) sprawiały, że ludzie się przed nimi rozchodzili, a zaznajomieni z tematem choćby symbolicznie chylili czoła (choć częściej było to symboliczne kiwnięcie jeśli sytuacje nie były formalne).

        Spacerowali teraz razem arkadami jednego z pałaców Czerwonej Loży w Cheliax.
        - Dobrze, dobrze… w porządku. Ten dzień musiał nadejść. Liczyłam tylko, że to będzie za dekadę.
        - Ekh em… - odkaszlnął Goodmann teatralnie - Nie jestem pół elfem. Za trzy-cztery dekady przechodzę na emeryturę najpewniej. To najlepszy moment by własną kancelarię założyć. - Nie musiał nikogo zapewniać i utrzymaniu przyjaźni z Czerwoną Lożą. To się rozumiało.
        - W porządku, w porządku… gdzie ją zakładasz? Ostatnio zwolnił się uroczy lokal niedaleko promenady. Mogłabym pociągnąć sznurki i wpadł by prosto w twoje zdolne łapki.
        - Mam trochę inne plany.
        - Hmmm?
        - Evercrest.
        Elowinn zmarszczyła brwi w konsternacji.
        - To jakieś hrabstwo w Isger?
        - Gorzej. W Rzecznych Królestwach.
        - Rzeczne Królestwa… Evercrest… To jest zaścianek jeśl dobrze pamiętam.
        - Zgadza się.
        - No Viktorze… zadziwiasz mnie. Z twoimi ambicjami do takiej dziury?
        - Mam swoje powody. - Odpowiedział, ale oboje doskonale wiedzieli, że to tylko gra społeczna… doskonale wiedział o co za chwilę ona zapyta. Oczekiwał tego.
        - A co takiego, jeśli mogę spytać.
        - Porachunki. Skrzywdzono mnie tam. Winni mają się dobrze. Vindicta Carminea płonie mi w sercu - na w ćwierć wywarczał nazwę asmodeańskiego rytuału tłumaczonego na Czerwone Sankcje, albo brutalniej “Krwawą Zemstę” gdzie winni zbrodni mają zostać ukarani z całym możliwym okrucieństwem, preferowalnie rozciągając to na długie tygodnie, albo miesiące. W teorii oczywiście w zgodzie z wagą przewinienia, ale ocena zasadności pozostawiona była wykonawcy.

        Na te słowa Elowin spoważniała.
        - Przygotuję dokumentację. Chcesz jakieś… dodatkowe pakiety?
        - Skorzystam z paragrafów Septimus trzy do pięć, oraz dwanaście. Podkreslę jeszcze Alfariusem. Całym. I Russem, ale tylko siedem w górę… pierwsze dwa mam już wypisane.
        Pomiędzy tą dwójką było wzajemne zrozumienie. Viktor tylko grzecznościowo pytał ją o zdanie, bo już dawno przerósł swoją mistrzynię w umiejętnościach i randze. Dodatkowym gestem szacunku było czekanie ze złożeniem wewnętrznej dokumentacji o zestaw wzorców lokalnych dokumentów dotyczących omawianych terenów. Jedna z tajemnic Czerwonej Loży, która nie mogła wypłynąć na światło dzienne. Asmodeusz uczy tych co potrafią słuchać: to nie kłamać (fałszować) jest grzechem, a dać się przyłapać.
        - Przejmiesz ode mnie sprawę Malagrosów?
        Tego Elowin się nie spodziewała. Sprawa była prawie skończona i dochodowa.
        - Tak, tak… aż tak mocno się spieszy?
        - Moi szpiedzy donieśli mi o nowych wydarzeniach. Chcę wyruszyć możliwie szybko.

        text alternatywny

        - Mistrzu Goodmann… - Boryat, wielki brzydal, którego Viktor zgarnął ze szlaku gdy rabował podróżnych… po tym jak zabił mu brata i szajkę. Dziś był już zrehabilitowany członkiem społeczeństwa tak daleko od starego życia, że nie powinno się już o niego upomnieć.
        - Nie przejmuj się. Zostajesz w Cheliax.
        Zobaczył na twarzy człowieka ulgę, ale zaraz się ona spięła.
        - Nie chciałbym…
        - Nie jesteś nielojalny. Nie przejmuj się. Jesteś cenną ręką, ale nie zabiorę cię tam gdzie dawny Boryat może być pamiętany. Nie zabiorę cię od rodziny. Twój dom jest w Cheliax. Bogowie, ojcem jesteś@ Nie odbiorę twojej dziewczynce ojca.
        - Jeśli mistrz by kazał…
        - Ale nie każe - przerwał Viktor z naciskiem, ale łagodził go uśmiechem. Ujął jego ramiona.
        - Służyłeś mi wiernie, ale droga prowadzi mnie tam gdzie nie mogę cię zabrać. Z moimi rekomendacjami dostaniesz zatrudnienie gdzie będziesz chciał.
        - Nigdy nie spłacę długu który wobec ciebie mam - powiedział personalniejszym tonem.
        - Możliwe, że kiedyś się o niego upomnę, ale mało prawdopodobne. Jeśli masz wątpliwości to możesz złożyć odwołanie. Rozpatrzę je po powrocie - uśmiech zrobił się szerszy gdy zdzielił go dłonią w ramię - Bądź szczęśliwy, bądź produktywny, bądź częścią większego społeczeństwa i nie nadepnij Czerwonej Loży na odcisk.

        text alternatywny

        Dwa miesiące później…
        - Stać! - zawołał Viktor i zeskoczył z wozu. Normalnie zirytowało by to i starego woźnicę, ale polubił się z Goodmannem przez te miesiące i był gotów mu to wybaczyć. Prawnik Cheliax na własnych nogach pokonał ostatnie metry wzniesienia, a z każdym krokiem zza horyzontu wyłaniał obraz Evercrest. Na szczycie dał sobie czas. Podziwiał. Chłonął. Rozpamiętywał.
        - Wróciłem, mamo… - szepnął czule, ale momentalnie jego głos zhardział gdy warczał przez zęby - I Piekła sprowadziłem ze sobą…

        text alternatywny

        Avruil nie zmierzała do wskazanej karczmy z wielką radością. Wręcz pod maską skrywała kwaśną minę, której to kwaśność nosiła w gardle i żołądku. Nie chciała tu być. Nie chciała, aby jej koszmar przerodził się w rzeczywistość, ale... on zawsze był rzeczywisty. Mogła zaprzeczać przed sobą, choć Rhaast co rusz uparcie jej o nim przypominał. Nie wiedziała czemu to jej robi, ale zdążyła się przyzwyczaić do upartości swojego ekwipunku. Teraz musiała tańczyć na sznurkach, jakimi obwiązał ją ten diabeł... niezależnie od niechęci...

        Podchodziła już w stronę karczmy, gdy na drodze do budynku pojawił się następny niechciany element przeszłości. Burknęła pod nosem i szybkim krokiem ruszyła ku starszemu mężczyźnie chwytając go za ramię.
        - Goodmann. - westchnęła zdejmując maskę drugą ręką - To naprawdę nie jest miejsce, w którym powinieneś być. - powiedziała chłodno i poważnie.
        Viktor otworzył szerzej oczy widząc znajomą twarz. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale przyłożył do nich palec zamyślając się na chwilę.
        - Kale? Kayl? Katri… nie. Sunhammer! - Zrezygnował z poszukiwania jej imienia w pamięci zadowalając się nazwiskiem. Ile to minęło? Trzy lata? Cztery? Dobrze cię widzieć. Widzisz… znam reputację tego miejsca, ale jestem tu umówiony na ważne spotkanie. Chodźmy, chodźmy - zaprosił ją gestem “za mną” gdy sam wchodził do środka - Wciąż wino pijesz? Z przyjemnością pierwszą kolejkę postawię.
        Kobieta pociągnęła go za ramię, najwyraźniej nie chcąc by wchodził.
        - Nie. To nie jest miejsce dla ciebie, na pewno nie w tym czasie. - naciskała - Nie ładuj się w to bagno, mówię poważnie. To nie przeszukiwanie krypty. Tu będą naprawdę niebezpieczne osoby. Nie wiem z kim masz się tu spotkać, ale to może się źle skończyć... szczególnie z twoją aurą "rozumienia charakteru".
        - Oj, nie rozpamiętujmy przeszłości. Dobrze się wtedy skończyło. Chodź, będzie dobrze.
        Łagodnym gestem strącił z siebie jej dłoń i wszedł do środka nie czekając na jej reakcję, tylko kątem oka rzucił jej spojrzenie gdy nikł w środku.

        Gdy Avruil weszła do środka zobaczyła, że stoliki były zajęte. Karczma była pełna i tłoczna, a Viktor… stał przy jednym ze stolików i rozmawiał z lokalnymi paskudo-mordami, co w większości mieli już pokończone kufle z piwem, a dwóch intensywnie dokańczało.
        - Dziękuję wam przyjaciele - rzucił Goodmann gdy paczka wstawała ze swoich miejsc, a jeden z nich zgarnął trzy srebrne monety które Viktor przed chwilą położył przed nimi - Bardzo doceniam wasze zrozumienie. Weźcie moje wizytówki. Jakbyście potrzebowali pomocy adwokata to Goodmann to wasz przyjaciel! Rozdajcie znajomym i rodzinie, niedługo otwieram kancelarię!
        Największy z mord zaśmiał się pod nosem, nie do końca wierząc, że rzeczywiście wziął plik drukowanych na prasie wizytówek. Klepnął Viktora w ramię i zabrał swoją ekipę do wyjścia.
        - Barman, na krechę to będzie, w porządku?! - krzyknął w stronę szynkwasu, a właściciel machnął ręką “niech ci będzie, stary drabie”.
        Viktor spojrzał na stolik, w którego połowa powierzchni zalana była piwem. Wyszukał spojrzenia dziewki karczemnej i zawołał ją gdy odeszła od jednego ze stolików.
        - Kochana, byłabyś uprzejma trochę przetrzeć ten syf? Dziękuję… - uśmiechał się wciąż czarująco, a Avruil przysięgła by, że na policzki dziewczyny wstąpił najsubtelniejszy rumieniec.
        Arkanistka powoli podchodziła bliżej, a stawiane przez nią kroki miały coś w sobie z kociej ostrożności. Delikatnie rozglądała się po sali jakby w oczekiwaniu na natrafienie na zagrożenie lecz gdy takowe nie nadeszło jej sylwetka trochę się rozluźniła. Niemniej spojrzenie jakim ogarniała Goodmanna sugerowało pewną dozę nieufności lub po prostu lekkiego braku zaufania.
        - Z kim jesteś umówiony? - zapytała przysuwając pod siebie krzesło wciąż mając kaptur na głowie.
        - Za chwilę. Poczekajmy na wino, piwo i coś do przegryzienia - powiedział odprowadzając spojrzeniem pośladki dziewki karczemnej u której łatwo wyprosił aby obsłużyła ich poza kolejką i zaraz miała przynieść napitki i zimne zakąski, a niedługo potem ciepły gulasz.
        - Jestem po podróży. Z Chelliax daleka tu droga. Powiedz mi, jak ci się życie układało? Udało ci się kłopotów unikać? Odniosłem wtedy wrażenie, że to dla ciebie ważna sprawa - nawet gdy się przeciągał zmęczony wciąż lekki uśmiech nie schodził mu z ust.
        - Prócz jednego problemu z wyegzekwowaniem ustalonej zapłaty za robotę... - mruknęła trochę zmęczonym tonem - Było spokojnie. Aż przestało być. - pokręciła głową - Przepraszam, że nie jestem bardzo aktywna. Ostatnie dni koń prawie od drogi ducha wyzionął, a ja nie spałam za dobrze.
        - Rozumiem trudny podróży. Piętnaście lat temu bym i konno przejechał ten dystans, ale dziś dupa mi się zbyt rozleniwiła. Zbyt wygodna się zrobiła. Jechałem powozem i wczoraj dotarłem, więc jestem po przespanej nocy, a i tak najchętniej bym przełożył dzisiejszy dzień na jutro. Wino zaraz przyjdzie, rozluźni strudzony umysł.

        Para odczekała kilka chwil nim słowa Viktora nie stały się prawdą.
        - Dziękuję aniołku - znów odprowadził, choć tym razem tylko kątem oka dziewkę i podsunął towarzyszce gąsiorek wina i kubek, a na środku położył zakąski.
        - To co? Za powodzenia sprawy słusznej i na pohybel skurwysynom? - zapytał wznosząc swój kufel do toastu.
        Avruil patrzyła melancholijnie w nalane wino, jakby się zastanawiała nad dalszymi krokami.
        - Czemu tu jesteś, Viktorze? - nagle zapytała przesuwając palcem po rancie kubka.
        Goodmann opuścił swój kufel z kwaśną miną.
        - Kaylie… chcę abyś wiedziała, że nigdy cię nie okłamałem. Będziesz zła i niezadowolona. Pewnie poczujesz się zdradzona i będzie to zrozumiałe uczucie - Viktor mówił... długo. Dawał jej czas aby ziarno zrozumienia samo kiełkowało wraz z jego słowami. Nie chciał rypnąć jej prawdą w potylicę jak tłuczkiem. Chciał aby przeszła przez to powoli i łagodnie.
        - Jestem tutaj spotkać się z tobą i Baltizarem. I nie używam już tego imienia, a szczególnie w Evercrest, ale jestem Khal Frey.
        Kobieta nie odezwała się. Patrzyła pustym wzrokiem na blat stołu, jakby tylko on istniał w całym Wszechświecie. Nie okazywała widocznej złości czy w ogóle innej silnej emocji. W tym jednym momencie wydawała się czuć pokonaną przez rzeczywistość.
        - On ci o mnie powiedział te lata temu. - ni to stwierdziła, ni zapytała nie patrząc Khalowi w oczy - Czy wtedy w ogóle mogłam ci odmówić pracy? - zapytała cichym głosem.
        - Potrzebowałem cię, ale wolałem abyś pomogła mi z własnej woli. Przykro mi, że aktualna sytuacja nie umożliwia takiego rozwiązania. - Nie-odpowiedź była odpowiedzią i tym razem zamilkł dając jej czas, gdy sam sączył swoje cienkie piwo.
        Arkanistka pokiwała jedynie głową, najwyraźniej zdając sobie sprawę, jaka byłaby pełna odpowiedź, jeżeli Khal by ją teraz podał. Sama nie tknęła jednak trunku czy jedzenia, czując nieprzyjemną ciężkość mimo pustego żołądka. Westchnęła nie nawiązując kontaktu wzrokowego z mężczyzną.
        Cisza przy stoliku zagłuszana była szumem Popielnego Dworu. Khal nie popędzał. Dawał Avruil czas które potrzebowała popijając piwo, skubiąc suszone mięso i sery z tacy. W pewnym momencie dziewka karczemna, niebrzydka blodnyneczka, przyniosła im świnski gulasz. Gęsty i dobry, a do tego kilka pajd smalcowanego chleba. Próbowała coś zagadać, gdyby Avruil słuchała mogła by dostrzec zalotny ton, ale Khal szybko ją spławił “Jestem w trakcie rozmowy, malutka”. Gdyby obserwowała mogła by dostrzec ostre spojrzenie jej rzucone, ale nie miało to znaczenia. Ani dla niej, ani dla Khala.
        - Chciałbym powiedzieć ci coś dobrego, ale z różnych powodów jesteśmy w tej samej dupie. Ja tylko jestem skończonym dupkiem co postanowił sobie w tej dupie uwić gniazdko. Ciepło już jest - uśmiechnął się pod nosem - tylko dekoracje wymagają trochę pracy.
        - Dobrze dla ciebie, że czujesz się z tym nie tak źle. - odparła po chwili milczenia.
        - To nie są słowa których bym użył, ale z przymrużeniem oka… rozumiem zarzut - odpowiedział z kwaśnym uśmiechem po czym zmienił temat - Przykro mi, że to ciebie spotkało. Nie wiem jaki był twój układ. Nie pytałem, a on by mi i tak nie powiedział, ale wiem, że byłaś młoda. Zbyt młoda. To nie było w porządku z jego strony, ale powiedz mi… on ci coś dał, nie pytam co, to nie moja sprawa, ale jesteś zbyt bystra by po prostu dać się bezceremonialnie wychędożyć nawet mu. Zyskałaś coś na tym. Nie było to tego choć trochę warte?
        Kobieta wsparła się o oparcie krzesła i spojrzała w sufit w geście zadumy. Nie odpowiedziała od razu ważąc słowa, trzymając skrzyżowane ręce na brzuchu.
        - Było... Nie było... To przeszłość. - odparła powoli wracając oczy na Khala - Musiałoby się dać całkowicie cofnąć czas, abym podjęła inną decyzję. Teraz? - pokręciła głową - Odebranie mi benefitów nie weszłoby w rachubę, bo i bardzo szybko powaliłyby mnie konsekwencje przeszłości. - parsknięcie śmiechu wykrzywiło usta Avruil - Chciałabym zobaczyć, jak mówisz mu prosto w twarz, że źle zrobił zawiązując z młodą mną jakikolwiek pakt. Jakbyś go strofował za to.
        Khal zaśmiał się pod nosem. Szczerze i wesoło.
        - Oj, sam chciałbym kiedyś się widzieć w pozycji aby to zrobić. Ale z twoich słów wydaje mi się, ze widzę silną dziewczynę której życie dało do ręki bardzo złe karty… i z tymi złymi kartami wyciągnęłaś z gry ile się tylko dało. Kiedy nie ma żadnej dobrej drogi, dobrą staje się ta mniej zła. Nie zgodziłabyś się?
        - Możliwe... - Kaylie mruknęła bez wielkiego przekonania.
        - Kaylie… to co powiem zabrzmi pusto i niepoważnie, albo wręcz naiwnie. Ale on jest istotą porządku. Z nim da się dogadać. Z nim da się ułożyć sobie egzystencję. Nie będzie ona szczytem marzeń większości ludzi, ale… nie musi ona być wcale zła. Sprawdźmy się. Zróbmy co nam każe i pokażmy, że jesteśmy cenni. On rozumie idee morale i zadowolenia z pracy. Rozumie poczucie wolności osobistej i będzie nas tym wszystkim nagradzał jak okażemy się użyteczni… i wierz mi kiedy mówię, że na pewno będziemy jeśli tylko wyciągniemy z siebie tę odrobinę wysiłku. Teraz nadchodzi puste i naiwne stwierdzenie… będzie dobrze. Poważnie. Damy radę i ułożymy sobie życie gdzie będziemy mogli być szczęśliwi. Ale potrzebuję ciebie w tym. Samego mnie jest za mało. Tego Baltizara nie znam, ale wiem, że z tobą damy radę. Z nim… może? - nie wyglądał na przekonanego.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell
          Moderator Obsługa
          napisał ostatnio edytowany przez Zell
          #4

          text alternatywny

          Spokojna noc przemijała nie niepokojona przez wydarzenia w naturze. Mieszkańcy tej niewielkiej miejscowości w Brevoy spali smacznie w swoich łóżkach całkowicie nie wiedząc o tragediach jakie rozgrywały się okolicznej karczmie. W sumie ktoś z nich mógłby się spodziewać takiego obrotu sytuacji, jeżeli i sama zainteresowana została zaskoczona?
          Avruil dłużej leżała płasko na łóżku, z którego podczas koszmaru skopała kołdrę. Czuła pot roszący jej całe ciało drżące jak w febrze, nienaturalnie rozgrzane jakby piekielnym ogniem. koszmar jakiego doświadczyła nie był zaskakującym wydarzeniem, jako że podobne mary nocne nawiedzały ją relatywnie regularnie. Minęło dziesięć lat, a jednak sumienie kobiety ciągle nie dawało jej zapomnieć zbrodni jaką popełniła.

          Przysunęła bliżej do siebie miecz, który najwyraźniej słyszał całą interakcję we śnie... jaką przekładała swoimi ustami. Ścisnęła dłoń na rękojeści, jakby ten gest dodawał jej otuchy, ale tym razem był on równie pustym gestem jak gesty Azazela we śnie. Nie dawał żadnej otuchy.

          Skryła swe ciemne oczy w dłoniach, jakby nie mając siły spojrzeć światu w twarz. Chociaż przez te wszystkie lata próbowała się oszukiwać to gdzieś w głębi wiedziała, że taka sytuacja w końcu się wydarzy. Mogła temu zaprzeczać, ale z co to mogło zmienić? było za późno na żałowanie i próbę zmiany decyzji. Przehandlowała swoją duszę i musiała teraz zmierzyć się z konsekwencjami tego wyboru. Nie miało znaczenia czemu podjęła takie środki, ani jak młoda była. Nikogo przecież to nie obchodziło.

          Hunc meam sanguinem subscribo.
          Słowa prawie ułożyły się w szept, gdy opuszczały jej usta.

          Avruil zaśmiała się pustym śmiechem podchodząc do misy z wodą przygotowanej na poranną kąpiel. ze smutkiem spojrzała na swoje wciąż młodo wyglądające oblicze ( błogosławieństwo elfickiej krwi krążącej w rodzinie), które choć o gładkiej skórze to noszący na sobie ślady psychicznego zmęczenia. chlapnęła wodą po twarzy próbując zmyć z siebie gorąco i otrzeźwić myśli. Lodowata krople spływała powoli po podbródku dziewczyny, a jej siostra znaczyła tor na rozgrzanym nagim torsie, skapując na odsłoniętą skórę brzucha.
          Kobieta wiedziała I jak bardzo chciałaby w tym momencie paść na ziemię i tarzać się na brudnej podłodze wyjąc z psychicznego bólu. Chciała płakać... ale po co? Co by to zmieniło? Minęło już tyle lat, tyle wydarzyło się w jej życiu do tego czasu. Azazel naprawdę ofiarował dziewczynie bardzo dużo wolności... choć czasami Avruil nie była pewna co do jego działania. Może przeoczyła sygnały?

          Rhaast nie musiał jej w żaden sposób poganiać. Avruil ciągle słyszała słowa Azazela, ryjące się głęboko w duszy. Nie miała innego wyboru, jak wykonać je bez opieszałości, więc jeszcze tej nocy ubierała swoje szaty czerwone jak Piekielne ognie i stanęła przed lustrem o brudnej tafli, aby wspomóc się nim ogarnięciu zwichrzonych ciemno brązowych długich włosów.

          Anima et eternum servitudo mea Azazel est

          Uniosła spojrzenie na swoje odbicie, którego obraz zdawał się z niej szydzić. Czarne plamy na tafli lustra wydawały się być z zamkniętymi oczami na pierzastych skrzydłach Azazela.

          - Co oferujesz w zamian?

          Położyła dłoń na tafli zakrywając odbicie swoich oczu.

          - Moją duszę.

          Uniosła leżącą obok maskę i zakryła nią twarz.

          - Mało.

          text alternatywny

          text alternatywny

          Kobieta westchnęła.
          - Nie miej mylnego wrażenia o mnie. Nie zamierzam stać okoniem na jego plany, podkopywać rozkazy czy patrzeć jak wy na tym tracicie. To nie miałoby sensu. Nie chcę też skończyć w Piekłach jako część budulca cierpiąc całą wieczność. Wiem, że tym by się skończył brak posłuszeństwa i odpowiednio wysokich efektów. Dlatego będę się starać wypełnić to, co podpisałam krwią oddając całą swoją istotę w jego wieczne posiadanie. Niemniej... - napiła się w końcu wina - ...nie było zapisane, że mam się z tego cieszyć.
          - Nikt tego nie oczekuje… ale nie sądzę bym bardzo ci zaszkodził, gdyby udało mi się sprzedać ci tę sytuację w odrobinę różowszych kolorach. Futue hoc! Zmieńmy temat. Mam historię do opowiedzenia… - i nie czekając na opinię Kayli zaczął opowiadać historie. Nie jedną, ale kilka po kolei. Większość z jego rozpraw w sądach Cheliax. Gestykulacja, mimika sprawiały, że wyglądałby głupio… gdyby nie był zabawny. To były bardzo niepoważne interpretacje poważnych spraw, ale nie BARDZO poważnych. Chciał ją po prostu rozśmieszyć. Odciągnąć głowę od czarniejszych myśli a może perypetie, ceregierie i porażki najbogatszych, najpotężniejszych i innych z najwyższych wyżyn społecznych… może ich małostkowe problemy, przyziemne zmartwienia które zdawałoby się powinny być tak bardzo poniżej godności takich ludzi przedstawione w formie komedii byłyby czymś co pomogłoby jej choć na chwilę zapomnieć o tym, że dupa w której są choć ciepła to zdecydowanie jest gównianie udekorowana…

          Kobieta w końcu zaczęła się śmiać z opowieści Khala, porzucając smutny nastrój. Wątpliwe, aby całkowicie o nim zapomniała, ale to już było coś.
          - Muszą cię tam nienawidzić prawnicy, jeżeli naprawdę tyle spraw wygrałeś.
          - Boją się mnie - odpowiedział tonem złoczyńcy z opowieści bardów - Ale nie zrozum mnie źle - kontynuował już normalniejszym, wciąz wesołym tonem - Jestem trzecim piórem w Cheliax. Pierwszym w Isger. Seravil Locke… ten to jest gość, ale ma z cztery stulecia doświadczenia zawodowego więcej niż ja, więc uznaję go za nieuczciwego zwycięzcę. Przy czym mówi się, ze dziedzieje… Jednak mam wrażenie, że mówi się tak od wieku, albo dwóch. Evelynn Mercanter… z nią ścigałem się całe lata i wciąż w środowisku są ludzie co uważają ją za lepsza ode mnie… niestety są w większości, więc nie mogę się uczciwie mianować drugim piórem, aaaaleee… osobiście oskarżam ich o drobny klasizm. Kilka razy usłyszałem, że jest lepsza “bo ukończyła Akademię Lazarusa Kurtza w Cheliax”... ta akademia uważana jest za najlepszą na świecie w prawie… - podpowiedział konspiracyjnym tonem - A ja jestem cholernym samoukiem. Mówię ci… jakbym był bardziej kreatywny to bym opracował remedium na ból dupy i im sprzedawał… byłbym bogaty! - Wzniósł ręce w teatralnym geście i zaśmiał się szczerze i długo, trochę bardziej niż to wypadało, ale nie przejmował się tym.
          - Ale również przegrywam sprawy. Nie jestem nieomylny i często jak sprawa jest stracona to jest stracona jeszcze zanim się zacznie… ale raz taką również wybroniłem to było tak…

          I opowiedział inną historię, tym razem o domniemanym mordzie na zwierzaku rodu jakiegoś tam szlachcica przez innego szlachcica i mimo, że dowody i świadkowie wskazywali jednoznacznie winnego (klienta Khala) to udało mu się złamać… siostrę oskarżonego. Wyszło, że to ona ubiła czworonoga, ale tu już prawie nie było świadków…
          - Do dziś nie jestem pewien jakim cudem ława kupiła, że to był wypadek, ale Narset i tak została skazana na swoje… przy czym “swoje” w przypadku tak potężnych oznaczało sześć miesięcy aresztu domowego… w jej rodzinnej willi. I kilkaset godzin prac społecznych, ale oddelegowała je do swojej służby a na koniec musiała kupić nowego psa. To było już drogie, to był mastiff quadirski. Z drugiego końca świata, ale to nie tak, że to dla jej rodziny rzeczywiście był zauważalny koszt. Od tego czasu zaczęło mi się zdarzać, że świadkowie drugiej strony odmawiali brania udziału w procesie. Lubię myśleć, że to ze strachu przed tym, że ich przewałkuję.
          - Chyba już rozumiem jak sobie radzisz we wszystkich relacjach międzyludzkich. Na procesach zagadujesz ich by stracili wątek i wbijasz swoje szpile, a wobec dziewczyn gadasz tak długo, aby zapomniały, że mógłbyś być ich ojcem i w sumie to cię nie lubiły. - zaśmiała się z rozbawieniem.
          - Oooo jejku… i co żeś narobiła? Teraz będę musiał cię zabić - ton jego głosu wyrażał głęboki żal, po czym wzniósł zrezygnowane spojrzenie, wyciągnął dłonie w ćwierć dystansu do Kaylie i wykonał nimi gest, a ustami dźwięk skręcanego karku.

          - Wybacz, zbyt bystra dla własnego dobra. - Rozłożył ręce przepraszająco. - Musiałem. Nie mogę ryzykować upublicznienia tajemnic mojego podrywu.
          Kaylie zaśmiała się szczerze.
          - To jak w takim razie taki zmyślny prawnik, pierwsze pióro, dał się wplątać w pakt? Zacząłeś łysieć i chciałeś to zatrzymać? - podśmiała się ponownie, ale tym razem krótko - Musiałeś wiedzieć co stracisz. Mało kogo kręci zostanie czyimś niewolnikiem i przy tym oddanie własnej duszy. - powiedziała cicho, po czym uśmiechnęła się wrednie - Bo ciebie to nie podnieca, czy się może mylę?
          Khal zachichotał pod nosem, przekręcając się bokiem. Opierając lewym ramieniem na oparciu krzesła, a prawą dłonią bawiąc się wieprzowym kabanosikiem.
          - Wszyscy mamy swoje kinki i jestem ostatni by kogokolwiek potępiać - Nie-odpowiedział filozoficznie po czym pochylił się w konspiracyjnym tonie - Z wyjątkiem tych trzecich. Oni… - zacisnął usta, podnosząc brwi jakby w niemocy do znalezienia słów - Rozmowa na inny wieczór - poddał się, ale oboje wiedzieli, że to tylko gra społeczna i wygłupy.
          - Mój kink to to nie jest, nie musisz sprawdzać. - lekko stwierdziła.
          Kaylie wyraźnie się uspokoiła, a działania Khala ją rozluźniły. Sama nawet zaczęła pałaszować kawałek żółtego sera.
          “Pozostałe sprawdzimy przy innej okazji” chciał zaśmiać się Viktor ale ugryzł się w język… nie sraj gdzie jesz… więc jedynie chichot wykrzywił mu niemo twarz.
          - Opowiedz mi o sobie. Unde venis? Quo vadis? Jakbyś mogła zmienić jeden aspekt zarządzania królestwa którego członkiem się czujesz co to by było? I czy lubisz jabłecznik… i to pytanie jest pierwsze, bo należy nam się deser, a lokalna odmiana jabłek jest naprawdę przednia… - wzniósł rękę by zwrócić na siebie uwagę dziewki. Nie musiał długo czekać.
          Kaylie w pierwszej sekundzie spięła się na pytanie skąd pochodzi, jakby ono dotknęło delikatnego tematu. Niemniej za chwilę się rozluźniła i odparła:
          - Chyba najlepiej zrobimy jak zjemy coś słodszego. Oczywiście, że nie odmówię jabłecznika.
          Khal w tym czasie już zdążył przeanalizować reakcję… i zanotował który temat jest drażliwy. Nie miał w tym niecnych celów. Niby najlepsze, najciekawsze dyskusje to te które budzą niepokój egzystencjonalny… ale raczej nie personalny niepokój egzystencjonalny.
          - Hej, gwiazdeczko - zwrócił się Frey do dziewczyny ich obsługującej. Było to na swój sposób ryzykowne. W kontekście tego jak często umiarkowanie śliczna dziewczyna w takim zawodzie musiała się spotykać z nahalnym, nieraz zbyt dotykalskim podrywem MUSIAŁA być ona wyczulona na takie zwroty, ale naturalny urok i personalna charyzma Khala sprawiały, że brzmiało to… wręcz niewinnie - Waszego jabłecznika byśmy prosili… o ciasto proszę, nie alkohol. Trzy kawałki.. Czy ty również Kaylie zjesz dwa? - zapytał spoglądając szybko na towarzyszkę.
          - Nie będę grymasić jeżeli dostanę dwa. - uśmiechnęła się cwano.
          - Więc cztery kawałki. Calvadosa tu macie? Świetnie. Dwa proszę. I dzbanek zwykłego, grzecznego soku jabłkowego z dwoma osobnymi kubkami. Dziękuję pięknie - ostatnie słowa były wręcz pięknie wyrecytowane. Tak dźwięczne, że przyjemnie było ich słuchać.

          Chwilę potem blat stołu znów wyglądał bogato. Khal zacierał ręce
          - Calvados to lokalny trunek jabłkowy. Klasyczny proces… fermentacja, destylacja… smakuje bardzo jabłkowo, trochę jak cydr, ale… inaczej. I raczej mocny. Mocniejszy niż moje preferencje, stąd… - przelał pół kubka trunku do pustego i wypełnił resztę sokiem jabłkowym - To jest moment w sztuce gdy wyśmiewasz moje rozcieńczanie alkoholu - zachęcił Avruil gestem dłoni, uśmiechając się zbójecko. Naigrywał się, ale nie z niej a z konceptu… czy może bardziej ze standardowych tropów humorystycznych.
          - Khal... - Kaylie spojrzała mu w oczy - Czy naprawdę chcemy pić, kiedy jest możliwość, że... będziemy potrzebować jasności myśli w rozmowie? - przesunęła bliżej kubek i zalała połowę sokiem.
          - Jestem Viktor. Viktor Goodmann. - Poprawił towarzyszkę z najdelikatniejszym naciskiem - Szczególnie w Evercrest. Khal to imię które jeszcze kiedyś będę nosił z dumą… ale to nie ten dzień… i raczej nie to miejsce. - Uśmiechnął się i jego ton znów stał się pogodny i wesoły - Niewielka ilość alkoholu sprzyja procesom twórczym. Jeśli się martwisz to ma on siłę mniej więcej trzech z czterech części czystej. Spróbuj, oceń i podejmij własną decyzję w oparciu o wcześniejsze doświadczenia z alkoholem. Pamiętaj by wciąż poprawkę na trudną podróż. Nie urazisz mnie tym jeśli zrezygnujesz. Ja mam dość znajomości siebie aby wiedzieć, że ta konkretna ilość alkoholu mi nie zaszkodzi. Najwyżej będę się uśmiechał jak głupi, ale robię to i na trzeźwo.
          Kaylie nie odpowiedziała, tylko zaczęła pić alkohol z wyraźną przyjemnością.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Zell
            #5

            Baltizar Harpeness

            Kiedy przekroczył próg został niemalże natychmiast porwany przez młodą dziewczynę, pewnie dopiero co przekraczającą osiemnastą wiosnę. Jej długie blond włosy były przyozdobione różowym kwiatem. Dziewczyna podniosła gnoma i zaczęła niemalże z nim tańczyć.

            text alternatywny

            - Gnom! Tato zobacz gnom! Tak jak mówiłeś! - dziewczyna usadowiła Baltizara na jednym z podwyższonych siedzisk i przeniosła uwagę na zwierzyniec, który mu towarzyszył - Och jakie rozkoszne. Czy mog..
            - Woni! - głos karczmarza zagrzmiał za dziewczyną, która smutno spojrzała na źródło - Mówiłem ci, że nie możesz od tak zaczepiać naszych gości. Jest na pewno zmęczony podróżą.
            - Ale… - spojrzenie mężczyzny zrobiło się bardziej srogie. Dziewczyna spuściła głowę - …brze. - ruszyła w stronę kuchni, mężczyzna zwrócił się do Baltizara.
            - Przepraszam, Piwonia nie spotkała jeszcze w swoim życiu gnoma. - karczmarz westchnął - Jestem Otto, właściciel "Popielnego Dworu". Oczekujemy jeszcze na pozostałych twoich towarzyszy. - mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, z czarnymi włosami pokrytymi rudymi łatami - Zaraz, ktoś przyniesie ci jedzenie. Tobie i twoim zwierzętom. - skinął głową na sowę i psa.

            Khal Frey i Avruil Myamtharsar

            Rozmowa dwójki przebiegała dobrze, wino rozgrzało ich i rozluźniło na tyle, że zaczęli chłonąć atmosferę i wystrój przybytku.
            Bar stał za stołem z czarnego, palonego drewna, półki były pełne różnego rodzaju win, oraz mocniejszych trunków. Kilka beczek piwa stało z boku, kurki co jakiś czas wypuszczając smutne kropelki trunku, które nigdy nie zostaną wypite.
            Stoły w karczmie wykonane były z ciemnego dębu, ich kształt jednak pozostał niezmieniony i można było zauważyć gdzie zaczynała się kora.
            Fotele, krzesła i stołki pokryte były obiciem i barwioną skórą, dając poczucie wygody i odrobiny ekstrawagancji.
            Podłoga pokryta była deskami z różnego rodzaju drewna tworząc zawiłe kształty i wzory. Zewnętrzne ściany składały się z kłód dębowych, chociaż mniej więcej do metra od podłogi sterczała czerwona cegła. Co kilka metrów sufit był podpierany przez brzozowe filary, oskrobane z kory i pokryte lakierem, ich nieregularne ustawienie przynosiło na myśl martwy, duchowy las. Naprzeciwko wejścia, na środku sali stało wielkie, ogrodzone kamieniami ognisko, nad którym stał ruszt gdzie obecnie piekła się napchana przyprawami i warzywami świnia, dym z ogniska znikał w kominie, który utrzymywany był przez drewniane filary.
            Całość przynosi na myśl miejsce bezpieczne, obiecujące spokój, sytość i ochronę przed zewnętrznym światem.

            text alternatywny

            Ich obserwacje przerwał karczmarz, który podszedł do dwójki, najwyraźniej uważając, że wypoczęli należycie po podróży.
            - Chodźcie za mną, proszę. Wasz przełożony ma wam coś do powiedzenia. - zaczął prowadzić ich do jednej z bocznych sali, po drodze zaczepiając gnoma, który kończył właśnie posiłek.

            Wszyscy

            Pomieszczenie nie było dobrze oświetlone. Nie miało żadnych okien, lampy olejne na ścianach były zgaszone. Jedyne źródło światła stanowiło pięć świec stojących na stole.
            Stole, w którego blacie wyryty był pentagram, a w środku wymalowany był symbol Azazela.
            - Siadajcie. - karczmarz polecił zgromadzonym i podszedł do stołu sięgając do sakwy u swego pasa.
            - Exspectant te, Azazel. - słowa mężczyzny, wydawały się niemalże znudzone całą sprawą. Wysypał coś w sam środek pentagramu, który nagle wybuchnął ogniem. Wielki płomień zaczął się powoli przekształcać, w końcu przyjmując formę twarzy, którą każdy z nich rozpoznawał.

            - Ach, dobrze. Wszyscy tu jesteście. - ognisty czart przyjrzał się po kolei każdemu z siedzących - Witajcie, w Evercrest moi drodzy. Będzie to miejsce mojej najnowszej inwestycji. Otrzymałem prawne zezwolenie od niebiańskich sił na założenie własnej religii i mam zamiar zrobić to tutaj. Lub, bliżej prawdy, wy zrobicie to tutaj. Khal, Avruil, wy już się znacie, mam nadzieję, że nie będzie problemów na tej płaszczyźnie. Poznajcie Baltizara Harpenessa, to bajarz, z którym współpracuję już jakiś czas, jestem pewny, że znajdziecie dla niego zastosowanie. - diabeł zerknął na gnoma - Uzgodnicie wszystko po spotkaniu. Teraz, pomimo, że Ja mam zezwolenie, nie oznacza to, że lokalne religie i rządy będą szczęśliwe z waszego pojawienia się na tych terenach, zalecam więc początkową skrytość. Otto zapewni wam, nocleg i wyżywienie, wszystko inne będziecie musieli z nim ustalić. Takie przedsięwzięcie będzie wymagało funduszy, ale też i dobrej reputacji. Śmiertelnicy chętniej podążają za przywódcami niż tyranami. Więc chyba lepiej będzie jak zrobicie dobre wrażenie. Pobawcie się poszukiwaczy przygód, uratujcie księżniczkę, zabijcie smoka, uwolnijcie pradawne zło, aby je potem zniszczyć. Lub nawymyślajcie, że już to zrobiliście, Baltizar jest dobry w opowiadaniu bajek…

            - Rytuał dobiega końca, caprium. - głos karczmarza dobiegł z rogu pomieszczenia.
            - Respektujcie lokalne prawa, wszelkie własne sprawy możecie załatwiać, jeżeli nie staną na drodze mojej inwestycji. Powodzenia, za tydzień spodziewam się raportu. - z tymi słowami płomień zniknął, a trójka plus karczmarz zostali sami.
            - No to wiecie już, co macie zrobić. Jutro powinienem mieć listę kłopotów w mieście. Na razie więc, może zapoznajmy się lepiej.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai
              napisał ostatnio edytowany przez Zell
              #6

              text alternatywny text alternatywnytext alternatywny

              Karczmarz podszedł do stołu, spokojnie siadając na wolnym krześle.
              - Więc, zacznijmy od początku. Jestem Otto, Popielny Dwór to mój dom, mój przybytek, moje królestwo. Azazel dobił ze mną targu: zapewnię wam miejsce do odpoczynku i planowania, w zamian wy zrobicie coś dla mnie. Jeszcze nie jesteście na to gotowi, więc na razie nie ma co o tym rozmawiać. - spojrzał w sufit zastanawiając się nad czymś - W przybytku na stałe są jeszcze cztery osoby. Otis, mój brat, jest kucharzem i łowczym. Jeżeli, któreś z was ma ochotę wyruszyć na małą eskapadę w las, to zapraszam do niego. Piwonia i Lilia, moje dwie córki, obsługują gości. Ostatni to Juri, jest alchemikiem, głównie można go spotkać w piwnicy, lub za Dworem w jego zielniku.
              Khal jeszcze nim gospodarz zakończył wypowiedź wrócił wspomnieniami do odprowadzanych jego wzrokiem kroków jednej z dziewek karczemnych. Piwonia, czy Lilia… Oto było pytanie… Strzyknął śliną porzucając (bez przekonania) plany pod pretekstem “nie stania gdzie się je”.
              - Bądź pozdrowion, Otto. I również ty Baltizarze - przywitał się Khal w swoim, nie do końca poważnym zwyczaju - Mówcie mi Viktor. Viktor Goodman. Khal Frey nie powinien sprawić kłopotów, ale to imię które może zbyt szybko odkryć pewne karty.
              - Otto, wytłumacz mi proszę… Z jednej strony układu jest wikt i opierunek. Plus sala konferencyjna. Z drugiej przysługa której cała nasza trójka razem jeszcze nie jest gotowa wykonać… Kilkadziesiąt do kilkuset sztuk złota rocznie do… - wskazał gestem dłoni całą ich trójkę… piątkę licząc zwierzaki Baltizara.
              - Nie zrozum mnie źle, jeśli udało ci się wynegocjować TAKIE warunki to z miejsca oddam ci pokłon i zakrzyknę “ucz mnie mistrzu” - zaśmiał się Frey - ale bardziej prawdopodobne jest, że coś jeszcze jesteś winny… pytanie brzmi czy bezpośrednio jemu i nas to już nie dotyczy, czy jednak jest to coś o czym powinniśmy wiedzieć. - Urok Khala był niezawodny. Uśmiech nieprzerwanie serdeczny, ale nie nachalny. Powiedzieć, że w głosie i postawie nie było krztyny zarzutu to niedopowiedzenie.
              Karczmarz westchnął.
              - Ty jesteś od niego, tak? Brzmisz jakbyś miał mnie okraść, a potem próbował wmówić, że zrobiłeś to legalnie, a moje narzekanie jest wbrew prawu. - stwierdził spokojnie Otto - Pozwól więc, że nakreślę ci sytuację jasno i wyraźnie. To Ja robię Azazelowi przysługę, nie na odwrót.
              - W porządku - Khal wzruszył ledwo zauważalnie ramionami - ale ja pytam “dlaczego”. Bo to co nam przedstawiłeś jest wybitnie jednostronne. Na twoją korzyść. Czegoś nie rozumiem. Coś mi umyka. Może sytuacja w Evercrest z jakiegoś powodu sprawia, że wynajęcie czy kupienie sobie domu jest niemożliwe i jesteś jedyną opcją aby mieć jakąkolwiek bezpieczną siedzibę. Chciałbym to wtedy wiedzieć.
              - Ponieważ. - odparł karczmarz kręcąc oczami - Nie mam obowiązku spowiadać ci się, z mojej umowy z Kozłem Ofiarnym. Chcesz wiedzieć więcej, zapytaj jego. Moje obowiązki nie ograniczają się tylko do załatwienia wam darmowego noclegu i żarcia, ale to jest jedyne co musicie wiedzieć. Jak chcesz możesz spadać i oddawać kilka srebrniaków dziennie w jednej z innych karczm. Mnie to nie boli, a i tak będziecie musieli dla mnie wykonać to zadanie. Inaczej moja umowa z Azazelem będzie zerwana, a tego naprawdę nie chcecie.
              - To jest odpowiedź. I to całkiem pełna. Dziękuję - odpowiedział Khal z wciąż tym samym, pogodnym uśmiechem jakby ta próba sił socjalnych spływała po nim niezauważona, ale co w głowie planował to jego.
              - W porządku wiara… chyba czas się sobie przedstawić abyśmy wiedzieli z kim pracujemy i czego możemy po sobie nawzajem oczekiwać. Jestem Viktor Goodmann. W Cheliax dosyć znany w wielu kręgach. Jestem adwokatem i to piekielnie dobrym adwokatem - zaśmiał się pod nosem z prymitywu i oczywistości swego żartu - W terminologii poszukiwaczy przygód myślcie o mnie jako o twarzy, ale dysponuję też magią objawioną i potrafię się bronić, choć stronię od zbędnej walki. Wierzę, że dzięki mnie znacznie łatwiej będzie nam skapitalizować osiągnięcia na płaszczyźnie socjalnej.
              - Więęęęc… ty będziesz przywódcą kultu.- stwierdził beznamiętnie gnom wyjmując w końcu z plecaka kartkę papieru, pióro i przygotowując atrament.- Jestem Baltizar, jestem Bajarzem i… rozwiązuję problemy, prowadzę badania, zapewniam wsparcie. A i jestem fałszerzem. Także. Nie przepadam walczyć osobiście, co zresztą zrozumiałe… skoro zwykła drobna blondynka może mnie obezwładnić podnosząc do góry.-
              Gnom przez chwilę zamarł nasłuchując. Po czym zwrócił się do karczmarza. - Naprawdę, żadnych gnomów przez kilkanaście lat? Tego bym się prędzej spodziewał w Cheliax, niż tu…-
              Po czym nie czekając na odpowiedź Otto kontynuował wypowiedź przygotowując atrament.- Co do walki, z pewnością da się tu nająć jakieś mięśnie do bojów, zwłaszcza na pierwszej linii. Nikt nie powiedział, że to my osobiście musimy ratować księżniczki… wystarczy że w imieniu… no… nowego boga, pod symbolem nowego boga.-
              Po czym zaczął pisać.- Więc potrzebna jest doktryna nowego kultu. Choć nie od zaraz. Potrzebny jest symbol, jak najszybciej… by pod nim robić szlachetne czyny. Przygotowywać katastrof chyba nie potrzeba. To Rzeczne Królestwa. Można o nich powiedzieć wiele, ale nie to że są spokojne…- pisząc Baltizar ziewnął szeroko.- Co dalej. Potrzebna świątynia… z odpowiednich wystrojem. Potrzebne są święta, rytuały i cały ten ryt sakralny. Część z tego Azazel sam musi dostarczyć. Resztę trzeba wymyślić. Może z jakimiś ckliwymi legendami, w zależności od dziedziny w jaką wejdziemy. Patron spraw beznadziejnych, rybaków, bajarzy? Coś się wymyśli… - gnom machnął ręką pisząc. - Co jeszcze… trzeba by się zapoznać z konkurencją nim w ogóle zajmiesz się krzewieniem nowego kultu. Tak na razie to nie ma co religijnego biznesu rozpoczynać. Wystarczy znak, odrobina tajemnicy i głośne czyny robione pod tym znakiem. Na początek.-
              Podrapał się piórem po brodzie. - Co jeszcze… Chyba tyle. A i hełm. Ale to inna sprawa. Na razie świątynia.-

              Znów spojrzał na karczmarza. - Po ile tu budynki chodzą? Albo… piwnice?
              Odkąd tylko weszli do pomieszczenia i usiedli przy pentagramie Kaylie wyglądała na spiętą. Pocierała jedną z dłoni palcami drugiej jakby w próbie uspokojenia się. Wyraźnie nie czuła się komfortowo w tej sytuacji, ale brak komfortu dopiero miał nadejść. Wydawała się lekko skulić na pojawiający się obraz Azazela, jakby tak naprawdę nie chciała być w tym miejscu i mowa ciała to wyrażała, a brak możliwości nie był dla niej komfortowy. Spokój jaki odczuwała w rozmowie z Khalem wyraźnie wyparował wraz z pojawieniem się diabła. Unikała nawiązania kontaktu wzrokowego z Azazelem zupełnie jakby ten sam w sobie miał palić piekielnym ogniem.
              Gdy obraz diabła zniknął można było dostrzec jak powoli uspokaja się ciężki oddech kobiety siłą panującej nad pokazywaniem tego dyskomfortu. Nie była przyzwyczajona do walki z odruchami ciała w interakcjach socjalnych, temu w tym momencie łatwo było ją odczytać. Skuliła głowę patrząc na swoje dłonie, z których jedna nosiła ślady silnie wciskanych paznokci aż do kilku kropel krwi, jakie postarała się ukryć pod stołem.
              Spojrzała na Khala, gdy ten mówił o magii objawionej, ale stłumiła w sobie słowa pozwalając gnomowi dokończyć swój potok myśli.

              Kaylie zobaczyła na swojej dłoni dłoń Viktora na swojej gdy na chwilę Baltizar ściągnął na siebie uwagę gospodarza i sam był zajęty spisywaniem notatek. Był to czysto platoniczny gest i było to czuć. Jego wyraz twarzy mówił “wszystko będzie w porządku, nie martw się”, może nawet odrobina “masz tu przyjaciela”. Na moment zacisnął dłoń mocniej i ją wycofał nim ktokolwiek by to zauważył. Nie chciał by ktoś tu myślał, że Kaylie potrzebuje jakiegokolwiek wsparcia.

              Arkanistka spojrzała z zaskoczeniem na Khala, jak jego dłoń dotknęła jej. Wybiło ją to z przybitego stanu, jako że było zupełnie nieoczekiwane.

              - Myślę, że warto będzie zacząć od odrobiny własnego PR’u - odpowiedział Baltizarowi Viktor - Dopiero z czasem, powoli odsłonić, że naszym benefaktorem jest Piekielny Lord. Aby jak ktoś się przestraszy tego faktu przyjaciel go uspokajał “ale przecież to ci bohaterowie co ratują kotki z drzew i smoki z wież! To przecież ci wybudowali sierociniec dla niechcianych dzieci! Oni nie są źli, więc ten Azazel też nie może być!”... tak, wiem. Naciągane, a przede wszystkim uproszczone ale osiągalne. Mamy tydzień na pierwszy raport. To nie starczy nawet na znalezienie jednej z najlepszych opcji nieruchomości, ale możemy zacząć się rozglądać. Ja mam ze sobą odpowiednią dokumentację i będę zakładał kancelarię. Normalnie funkcjonalną, choć drogą… aby mieć klientów, ale nie za dużo. Jeśli byście się widzieli to jest opcja byście oficjalnie byli w niej pracownikami.

              Gnom wzruszył ramionami mówiąc beznamiętnie. - Wszystko jedno. -
              Machnął ręką.- Nie. Nie interesuje mnie prawo czy logika. Nie potrzebuję pracy. To tak… ja jutro przyjrzę się miejscowej religijnej konkurencji i ofercie jaką reprezentuje. Sprawdzę możliwość najmu awanturników. Wy… przygotujcie symbol do wyszycia na płaszczach.-
              Przeciągnął się i poprawił wbity w drewno podłogi kostur, zerknął na leżące w przeciwległych kątach “zwierzaczki”. A następnie spojrzał kolejny ciemny kąt wypatrując kogoś i czegoś.
              Mruknął coś pod nosem co brzmiało jak “A tam ciicho byyć”.
              Spojrzał na karczmarza dodając.
              - Jeśli w nocy… słychać będzie z mego pokoju krzyki, to nic niepokojącego. Często mam koszmary.
              - Muszę ostrzec przed jedną sprawą dotyczącą mnie. - nagle odezwała się kobieta - Azazel nazwał mnie moim prawdziwym imieniem, którego już od lat nie używam. Nazywajcie mnie Kaylie Sunfall, aby moja przeszłość nie ugryzła. Jestem Avruil Myamtharsar - elficki akcent przebrzmiał w mianie - i możliwie ciągle są osoby, które by mnie poszukiwały, a przyznanie się, że jesteśmy w komitywie może źle wpływać na wasze postrzeganie.
              - Wszystko jedno… - stwierdził beznamiętnie gnom wykazując brak zainteresowania tą kwestią.
              - W porządku - klasnął w dłonie Vitkor - Baltizar jutro zbada religie w Evercrest. Ja się rozejrzę jak wygląda sprawa status iuridicus w Evercrest. Poza tym popytam, podowiaduję się wszystkiego i niczego. Musimy poznać plotki i nastroje w okolicy jeśli mamy trafić w sedno z naszym celem. Sprawdzę czy może mają jedną z tych śmiesznych gildii bohaterów - głos się śmiał Viktorowi gdy wymawiał nazwę tych instytucji - Poza tym rozeznam się w zwyczajach legislacyjnych. Chcemy być po dobrej stronie prawa. W tym czasie Kayli… - zrobił najkrótszą pauzę aby dać dziewczynie możliwość samodzielnego odpowiedzenia jak widzi swoją rolę w najbliższych kilkudziesięciu godzinach…
              - Zakręcę się wokół najemniczej braci, by wybadać co im w Evercrest pieniądz daje, a także spróbuję nastroje ogarnąć.
              - Otto - zwrócił się Viktor do gospodarza - Dajesz nam wikt i opierunek, jesteśmy bardzo wdzięczni oczywiście, ale mamy dostęp do tego pomieszczenia? I jakieś zasady które chciałbyś abyśmy przestrzegali ponad to co możemy się sami domyślić? Nie wiem… Otis nienawidzi jak mu się wchodzi do kuchni niezaproszonym? Nie można zapalać świec w oknach po północy bo mroczne fey się zlatują?
              - Fae nie zbliżają się do miasta. - odparł karczmarz - Dostęp do tego pomieszczenia macie, ale nie przyzywajcie swojego właściciela bez mojej zgody. Jeżeli jakieś drzwi są zamknięte to mają takie zostać, pukajcie do laboratorium Juriego. Jeżeli złapie któreś z was z łapami na moich córkach, nie odzyskacie ich.
              Zajęty porządkowaniem bałaganu na stole Baltizar zdawał się nie zwracać większej uwagi na zakamuflowane groźby karczmarza co do jego pociech. Bo wszak jeśli ktoś tu mógł zostać przyłapany, to właśnie jego dziewuszka z łapami na gnomie. I nie wiedzieć czemu nie została za to ukrarana. Wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia, gestem dłoni przywołując swoich ochroniarzy. "Pies" ruszył pierwszy, karciana sowa przemknęła tuż za nim stapiając się czasami z otoczeniem.
              Baltizar był zmęczony podróżą i miał plany… wiele planów, nie wszystkie wyraził słowami.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                #7

                text alternatywnytext alternatywny

                (Perypetie K&K 1/2.)

                Kiedy tylko Kaylie opuściła "pokój narad" zaczepiła od razu Viktora nim ten zdołał odejść dalej do izby karczemnej.
                - Jak mam rozumieć ten gest? - zapytała wprost.
                Viktor zmarszczył brwi w drobnej konsternacji. Spojrzał w przód za Baltizarem co zdążył już zniknąć i Otto który jeszcze za nimi nie wyszedł.
                - Jako dokładnie to czym był… - mówił głosem umiarkowanie cichym, starając się nadać rozmowie odrobinę prywatności - dodaniem otuchy. Nie odbieraj mojej nonszalancji w zły sposób. Azazel jest straszliwą istotą. Niepokój w jego obecności jest całkowicie naturalną reakcją. Jeśli posunąłem się za daleko i dotyk został odebrany jako natarczywy to wiedz, że nie miałem złych zamiarów i przyjmij moje najszczersze przeprosiny.
                Viktor pochylił głowę i nieco wzniósł otwarte dłonie w pojednawczym geście.
                Kobieta patrzyła uważnie przez chwilę, ale w końcu westchnęła.
                - Nie, wszystko dobrze. Mam przyzwyczajenie z relacji z najemnikami gdzie zazwyczaj taki dotyk byłby próbą rozpoczęcia czegoś więcej, a okazanie wsparcia oczekiwaniem okazania wzajemności w nocnej zabawie.
                Viktor wciąż marszczył brwi gdy Kaylie opowiadała mu o doświadczeniach, a w jego oczach pojawił się ledwie dostrzegalny przebłysk troski.
                - Tttak… - powiedział przeciągle, ale to był sam dźwięk, nie niosący przekazu - słyszałem o tym, że okazjonalnie to tak wygląda w bandach najemniczych. Nie miałem nieprzyjemności z taką obcować, choć definitywnie nie oskarżam wszystkich ludzi z którymi pracowałem o opanowanie społecznego savoir vivre’u… Jakkolwiek… solennie obiecuję - zadeklarował głębszym, oficjalniejszym tonem kładąc rękę na piersi… w pełni sobie sprawę ze śmieszności jaką była już sama tak podniosła postawa i ton w ciasnym korytarzyku pod karczmą, ale na pewnej płaszczyźnie był rozbawiony tą groteską… - że wszelkie moje oczekiwania co do ciebie będą natury zawodowej… Hmmm… - podrapał się po skroni - No dobra, z drobnym aneksem, bo już nawet kumple, czy koledzy są już uprawnieni do pewnych oczekiwań społecznych względem siebie i tych nie wykluczam - ręka z piersi zsunęła mu się na rzecz gestykulacji gdzieś z początkiem “aneksu”.
                - To ja też przepraszam za patrzenie w ten sposób na ciebie. Dziesięć lat zrobiło swoje. Nie powinnam tak cię ocenić. - położyła dłoń na ramieniu Viktora - Dziękuję za ten gest wsparcia.
                - Przyjęte, wybaczone. Wszyscy niesiemy w sobie jakiegoś rodzaju syf, który potrafi wypaczyć postrzeganie świata. Zauważenie go pomaga. Chodźmy, to nie jest wygodne miejsce na dyskusje a i mam wciąż plany przed wieczorem. Idę na zakupy. Czuj się zaproszona, ale bez nacisku jeśli masz inne plany - wzruszył ramionami odejmując jeszcze powagi swej propozycji “to nic takiego”.
                - Chodźmy, zmarnuję trochę czasu by cię naciągnąć na coś. - odparła z uśmiechem i wzięła Khala pod rękę.
                Kaylie nie widziała ciepłego, opiekuńczego, odrobinę nawet “ojcowskiego” uśmiechu który zdradliwie wpełzł Viktorowi na twarz. Zanotował mentalnie to uczucie które wślizgnęło się razem z nim. Do późniejszego przeanalizowania.

                Słońce powoli zbliżało się do szczytów budynków Evercrest. Stolica królestwa powoli nabierała pomarańczowych barw, ale mieli jeszcze dobre półtorej godziny nim ciemności zamknął wszystkie biznesy. Rozmawiali po drodze o niczym, ale też o wszystkim. Typ rozmowy dzień po której nie pamięta się prawie nic, poza przyjemnie spędzonym czasem. Poprowadził spacer, bo nigdzie nie pędzili, trochę na około, by zahaczyć (zupełnie niepotrzebnie) o wzniesienie. Było nieco uciążliwe z gdy się na nie wchodziło, ale wystawiało oczy na jeden z lepszych widoków na pasmo górskie ciągnące na północ od stolicy. Rozejrzał się po niebie, wyraźnie coś analizując.
                - Jakieś dwa miesiące temu słońce zachodziło bezpośrednio za ich szczytami i znów będzie zachodzić za jakieś osiem. Szkoda, że to ominęliśmy.
                Kaylie widziała co Viktor miał na myśli. Góry wznosiły się ponad murami i budynkami miasta. Horyzont nie. Więc niemal w całości urok zachodu słońca ukryty będzie przed oczami mieszkańców.
                Kaylie milczała sycąc oczy widokiem i już wydawało się że nic więcej nie powie, gdy mężczyzna poczuł jak przysunęła usta do jego ucha i wyszeptała:
                - Mieszkałeś tutaj wcześniej. - stwierdziła odsuwając się lekko.
                Viktor zaśmiał się pod nosem, przymykając na moment oczy w rytm wesołości. W jego głosie słychać było uznanie.
                - Zuch dziewczyna… zgadywałem jeszcze o dwóch punktach programu nim się spostrzeżesz… Nie w samym mieście Evercrest, ale w wiosce Oar’s Rest. Odwrócił się w bok i wskazał gestem ręki generalny kierunek.
                - Jakbyś wyburzyła tą część miasta i miała sokole oko to byś ją zobaczyła pomiędzy trzema pagórkami. Pierwszy na widoku byłby wielki młyn Rakusa, gdzie mielono zboże również z Sodbury. Przynajmniej jego część. Trudniej byłoby zobaczyć Stary Zrąb. Tartak nieużywany już w czasach jak tu mieszkałem, teraz pewnie już tak zarosły, że niewidzialny nawet z pół mili.
                - Powiedz mi... Czy to z twojego wyboru Azazel wybrał to miejsce? - zapytała patrząc w przestrzeń - Czy jesteś dla niego istotnym elementem dla kultu, jaki chce założyć? - spojrzała w oczy mężczyzny, a w jej własnych głównie widać było zaciekawienie.
                - Myślę, że wszyscy jesteśmy dla niego ważni, aaale… - przeciągnął trochę głos, po czym sporo go zniżył. Nikogo nie było w pobliżu, ale w tym temacie pozwalał sobie na odrobinę paranoi - …mam również swoje szczególne miejsce w jego planie. W jego procesie myślowym, gdy wybierał Grunt Zero dla swojej religii na pewno jednym z argumentów było moje pochodzenie. Ale nie rozmawiajmy o nim dzisiaj - poprosił chwytając jej dłoń, którą wciąż trzymała go pod ramieniem - Jeśli tak cię to ciekawi to nie ma problemu. Jutro. Może pojutrze. Dziś mam jeszcze drobny i wątpliwej pomysłowości plan i chciałbym aby to on definiował ten wieczór, a nie nasz benefaktor.
                - Dobrze. - zgodziła się - Więc pewnie powrót do swojego domu to dla ciebie miłe doświadczenie, tak? Może masz tu rodzinę?
                - Na swój sposób - delikatnie wznowił spacer, bo słońce nie zamierzało się zatrzymać na niebie - Mam tu kilku ludzi do zniszczenia - odpowiedział tonem serdecznym… ale Kayli słyszała w nim napięcie i fałsz. - Przepraszam cię, że stawiam cię w takiej sytuacji gdzie na dwa pytania z rzędu daję tę samą nie-odpowiedź, ale z zasady kłamię tylko kiedy mi za to płacą, a znów udało ci się trafić precyzyjnie w temat który by przyćmił mój skromny, malutki, tyci tyci planik - uśmiech był już zupełnie szczery i życzliwy. Małe iskierki czegoś co można by rozumieć za ekscytację tańczyły w jego oczach… - ale tak. Jak odseparować tych ludzi to jest kilka miejsc które chcę odwiedzić. Choćby zobaczyć, czy wciąż tak samo łatwo jest włamać się do browaru Zubina w Sodbury. Spędziłem za kadziami więcej niż kilka szczęśliwych chwil z przyjaciółmi. Miałem nadzieję zobaczyć ten zachód słońca nad górami - pozwolił sobie się na moment rozmarzyć, a Kaylie widziała w jego oczach szczęśliwsze chwile. Takie które zwykle tylko w pamięci są aż tak wspaniałe… pamięci która zdążyła już obedrzeć wspomnienia ze wszystkich przyziemnych trosk i zmartwień, zostawiając tylko to co przez te lata naprawdę chciało się zapamiętać.
                - Ale jak widać przyjdzie mi na to poczekać - głos mu się zaśmiał gdy wrócił do rzeczywistości.
                - Spodziewałabym się, że taki poważny prawnik z wieloma sukcesami będzie pochodził z jakiegoś bogatego miejsca i szanowanej rodziny. - rozejrzała się - Evercrest... Nie ma tego w sobie.
                - Nie - przyznał jej rację - To jest dziura. W Egorian, stolicy Cheliax są dzielnice o wiekszym zaludnianiu niż całe miasto Evercrest. Może nawet niż całe królestwo. Wielu moich kolegów po fachu pewnie podejrzewa, że jakoś naraziłem się komuś wielkiemu i potężnemu i zostałem tu zesłany za karę - słońce ukrywało się za architekturą miasta wraz z tym jak schodzili na niższe tereny.
                - A jeśli kiedyś tam wrócę to będzie już na tyle późno, że będzie wyglądało jakby ten ktoś zdążył mi to zapomnieć. Więc miałbym wtedy bardzo wiele do odpracowywania by odzyskać dzisiejszą famę jaką tam mam w środowisku.
                - W takim razie ominęły cię wszystkie gry polityczne... Jak więc zdobyłeś famę? - zapytała - Nie z urodzenia zgaduję czy też nie z zamieszkania w stolicy.
                Viktor szedł przez chwilę milcząc, zamyślony patrzył niby przed siebie, niby w ciemniejące już niebo.
                - Opuściłem Evercrest mając trzynaście lat. Pięć lat później byłem już w Isger pomocnikiem bibliotekarza. On mnie przedstawił mistrzyni Elowin Morgwyn i udało mi się ją przekonać by na swego asystenta wzięła samouka co przeczytał kilka ksiąg o prawie zamiast absolwenta którejś z wielu szkół w Cheliax. Bogowie, ale mi się wtedy kolana trzęsły… - głos zaśmiał mu się w rozbawieniu - Jestem przekonany, że to widziała. Po kolejnych trzech latach byłem już w grze… i doskonale się w niej odnalazłem. Więc nie, nie ominęły mnie gry polityczne… ale też nie sądź, że Cheliax jest jakoś wybitnie wyjątkowe pod tym względem. Lubią wywyższać pod niebiosa jakim geniuszem trzeba być, aby się zorientować w ich polityce, ale widziałem mniejsze państwa o bardziej kłopotliwych intrygach. W Cheliax to się po prostu mnoży, ale w ilości ginie im pogląd na szczegóły. Tam mógłbym wyruszyć do dowolnej z prowincji, czy regionu… na Zachodnim Archipelagu, w Nidal, gdziekolwiek w Isger czy znów w Centralnej Wildze bym się łatwo odnalazł poprzez modum anonimowości. Tutaj może okazać się, że jest tak naprawdę trzech poważnych graczy i wiedzą o sobie wszystko nawzajem. Wtedy będę musiał opracować metody zupełnie różne od tego co znam.
                Wstrzymał się na razie z pytaniami o życie Kaylie. Wyraźnie był to drażliwy temat, a jeszcze nie byli przyjaciółmi aby było to jego miejsce by dopytywać... Ale gdzieś tam wierzył, że przyjdzie jeszcze czas na tego rodzaju dyskusje.

                - Gry polityczne nie są moim konikiem. - przyznała - Jako najemnik nie zajmowałam sobie głowy powodami, jakie mieli pracodawcy. To była ich sprawa. Nauczyłam się tylko wymuszać na nich spisanie umowy ze mną, by nie mogli się wyślizgnąć z ustalonych warunków, jak to robili nie raz z początku. - skrzywiła się - Rozumiesz, byłam młodziutka, to pracodawca "zapomniał" ile jest mi winny i pogonił dzieciaka bez obiecanej kasy. Oczywiście z papierem mógł to samo, ale było trudniej się wyplątać i mogłam na pomoc wziąć tych, co za opłatą mu "przetłumaczą" ile musi dać. Oczywiście to się działo, gdy byłam sama, a nie w grupie najemniczej, ale bycie w takiej miało swoje plusy i minusy. - stwierdziła - Szczerze to wolałam być pozostawiona sama z księgami i badaniami, jednak jeść też musiałam, więc nie zawsze było to możliwe.

                Viktor chwilę nie odpowiadał, trawiąc co usłyszał. Szukając odpowiedzi których nie miał. W końcu wyrwał się z zamyślenia i uśmiechnął do Kaylie odrobinę smutno.
                - Wielka szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej… z radością dałbym ci pracę jako mojej asystentce. Co prawda te cztery do dziesięciu godzin dziennie byś musiała poświęcać sprawy których się podjąłem, a wcześniej musiałbym cię z pół roku douczać w tematyce nie tyle prawa co w burocratiae processualis, ale bystra jesteś. Szybko byś załapała. I nigdy byś się nie musiała martwić o jedzenie czy dach nad głową. Miałem też kilka znajomości w kręgach magicznych… może tam udałoby mi się ciebie polecić… może, gdyby, chciałbym, szkoda, yadda, yadda, yadda… wybacz moje gdybania. To słabość mojego charakteru. Łatwo mi puścić wodzy fantazji i rozważać alternatywne ścieżki którymi mogłaby się historia potoczyć. Lepsze ścieżki.
                - W sumie to nawet nie musiałabyś dla mnie pracować. Mógłbym to ja pracować dla ciebie i bym dla ciebie orżnął w sądzie oszusta tak, że żałowałby, że kiedykolwiek ciebie na oczy zobaczył. Taka sprawa też mi się kiedyś zdarzyła. Nieuczciwy zleceniodawca skończył płacąc pięciokrotnie więcej niż umowa stanowiła PLUS moje wynagrodzenie. To było jeszcze raz tyle - nie wspomniał, że takich spraw miał jeszcze dwie. Jedną przegrał, drugiej w ogóle nie przyjął. Jak sprawa jest stracona to jest często stracona jeszcze zanim się zacznie… i zgadywał, że to z tych sprawa Kaylie wyrobiła sobie zwyczaj oczekiwania kontraktu nawet przy drobnych zleceniach.
                Kaylie zaśmiała się krótko.
                - Ty to naprawdę lubisz tworzyć scenariusze na poczekaniu. Wątpię bym chciała pracować u ciebie, bo byłoby to uwiązaniem do jednego miejsca, a teraz dopiero zostanę na dłuższy czas w ograniczonym obszarze. - powiedziała z ukrywaną nerwowością - Zwykle życie najemnika po prostu dawało dużo okazji do podróży, często. Teraz... - westchnęła - Jestem przywiązana. Dość mnie to martwi, może za bardzo i niepotrzebnie, ale odzwyczaiłam się od posiadania miejsca. Jest miłe i daje pozorne poczucie bezpieczeństwa... tylko wiadomo, że jest też jak stacjonarny drogowskaz do ciebie. Ciężko było z bogactwa wejść w podróżną najemniczość - stwierdziła najwyraźniej nie zwracając uwagi, że powiedziała więcej niż powinna - i równie ciężko będzie wrócić do stacjonarnego charakteru na rozkaz…
                “Kiedyś cię zapytam przed czym uciekasz” - pomyślał tylko Viktor, widząc, że to byłoby dla niej trudne w tym momencie.
                - Coś za coś, byś mogła poświęcić dużo czasu swoim księgom w takim układzie. Stać by cię było na prywatne zajęcia magiczne, choć bardziej z studentami wyższych lat akademii magicznych niż prawdziwymi magami. I średnio co dwa miesiące miałem wycieczkę w inne regiony Cheliax lub najbliższych okolic. Choć Nidal nigdy nie było przyjemnym przeżyciem. Nie ważne! Głupi temat, głupie rozważania! - zaśmiał się w głos i spojrzał na ciemniejące niebo.
                - In lamentio muszę stwierdzić, ze nie damy rady dziś obejść wszystkiego co chciałem, a ostatni punkt jest dla mnie jedynym ważnym. Więc powiedz mi… i wybacz jeśli zabrzmi jakbym cię oceniał zbyt… jednowymiarowo… ale widziałaś się kiedyś w sukni? Takiej prawdziwej. Jest tu niedaleko Salon Lady Barabii. Teraz pewnie jej córka zdążyła przejąć biznes, ale jeśli mnie pamięć nie myli, a może mylić bo sięga ona ćwierć wieku wstecz, miała ona wielki talent w swoim kunszcie. Wyobraźnia mówi mi, że dobrze by ci w nich było… - uśmiechnął się zachęcająco.
                Kaylie spojrzała podejrzliwie, ale jednocześmie miała lekki uśmiech na ustach.
                - Swoje w sukniach przechodziłam po balach, ale dziesięć lat to by tylko przeszkadzało. Co ty w ogóle knujesz? Planujesz się wbijać na jakieś bale czy po prostu mnie chcesz poderwać? - zaśmiała się na słowa.
                - Bah… jeśli obowiązki mnie nie przygniotą to daję sobie dwa do sześciu tygodni nim nie znajdę się na jakimś oficjalnym przyjęciu. Zależnie głównie od tego jak często się one tutaj odbywają. Jakbyś chciała mi towarzyszyć to sprawiłoby mi to wielką przyjemność i… pomogło zbudować wizerunek. Piękna buźka przy ramieniu jest ceniona na salonach. Piękna buźka która jeszcze ma za oczami… - uniósł brwi na moment w zachęcającym geście i nie dokończył wypowiedzi, ale przekaz był jasny - Duh… - zmarszczył brwi gry dodał dwa do dwóch - Dorzućmy, że jeszcze poskładałabyś jak harmonijkę nie tylko same szlachetne główki, ale i większość ich ochroniarzy… to też da się wykorzystać. Supremacja na trzech płaszczyznach. Ten pomysł robi się lepszy i lepszy. Definitywnie chciałbym ciebie wtedy ze sobą zabrać!
                - Więc musisz we mnie zainwestować. - powiedziała rozbawiona - Przecież ja za twoje pomysły co do mnie płacić nie będę, zgadzasz się? - zapytała, ale nie oczekiwała na odpowiedź, bo spojrzała nagle poważnie na Viktora - Czy twoja magia... pochodzi od niego?
                Viktor zamknął usta które zdążył już otworzyć uradowany. Uśmiech zmalał mu na twarzy, ale nie zniknął.
                - Zbyt bystra siksa… - rzucił niepoważnie, niby w bok po czym spojrzał na nią - Tak - odpowiedział po odrzuceniu alternatyw forsownego przełożenia na dalsze dni. Teraz to byłoby oczywiste. Nie mówił dalej pozwalając Kaylie aby sama pokierowała tą dyskusją gdzie miała ochotę. Sama zadała pytanie które mogły w niej siedzieć. “Niesamowite” pomyślał sam do siebie kiedy zdał sobie z tego sprawę, ale nie zmienił zachowania.
                - Czyli go czcisz... Jak boga. - pokręciła głową, jakby próbując to sobie ułożyć - On jest dla ciebie bogiem. Nie po prostu benefactorem czy, jak to karczmarz mówił, właścicielem. - ostatnie słowo powiedziała z niechęcią i poddaniem się - Mam rację?
                Viktor znów chwile milczał marszcząc brwi w konsternacji. Rozejrzał się subtelnie po raz kolejny, aby potwierdzić, że nikt nie może usłyszeć tej rozmowy.
                - Kaylie, kochana… skąd te wnioski? - zapytał z troskliwym niezrozumieniem w głosie - Dostałem od niego magię i kilka innych bonusów. Magia ta wymaga ode mnie rytuału każdego dnia, ale ten rytuał nie ma cech modlitwy. Nie proszę go o wstawiennictwo, nie wielbię go, nie błagam aby przyjął mą duszę na swe łono. Nie robię też nim nikomu krzywdy ani nikt nie poczułby się urażony jakby go zobaczył. Przewidział dla mnie rolę kapłana. Lidera swojej religii z dokładnie tych samych powodów co Baltizar na naszym spotkaniu. Więc… broniłbym się przed takim stwierdzeniem, że go czczę. Cześć ma dla mnie znacznie głębsze znaczenie. Spójrz na wyznawców Shelyn, Regathiela czy Desny… oni kochają swoich bogów, a bogowie kochają ich. Nie ma miłości między mną i nim… Myślę o nim tak jak mówiłem… to mój benefaktor… tylko z wieloma benefitami. Iii… nie jestem obeznany w tak wysokiej kosmologii… ale jeśli dobrze rozumiem… on już jest bogiem. Nie dla mnie, nie dla ciebie. Obiektywnie. Faktualnie.
                Kaylie wyglądała na zdziwioną i nieprzekonaną.
                - Mówisz, że on już jest bogiem? - zmarszczyła brwi - Chyba... nie...? - zawahała się - Czy to nie jest tak, że nasze działania mają go do tego doprowadzić? Wiem, że może dać moc... Ale nie mam wiedzy jakby był bogiem. Chyba tylko z diabłów Asmodeus jest. - zgadywała niepewnie, czując że nie ma kompletnej wiedzy.
                - Hierarchia niebieska dała mu pozwolenie na założenie religii. Ma pod sobą kilka boskich domen. Zsyła zaklęcia. Zsyła zaklęcia i moce domenowe normalnie niedostępne dla magii objawionej. Musimy sobie zadać pytanie… czy kiedy usłyszeliśmy, że to kwacze jak kaczka, chodzi jak kaczka i wygląda jak kaczka to już możemy uwierzyć, że to kaczka… a jeśli nie to trzeba się zastanowić jakie kolejne testy jesteśmy w stanie przeprowadzić. Jeśli nam dobrze pójdzie to za dwa stulecia jedyna dostrzegalna przez śmiertelników różnica między tymi dwoma to będzie skala… ale… definitywnie nie jestem pewny swojej wiedzy. Może okazać się, że ta kaczka jest doskonałym magicznym konstruktem i na poziomie poniżej mojej zdolności postrzegania składa się z many…
                - W sumie teraz nieważne. - machnęła ręką - Chodzi o to, że chcę zrozumieć jaką hierarchię mamy w naszej grupie. Znaczy, kiedyś bym inaczej do tego podeszła, ale... teraz jestem trochę skonfudowana, szczególnie jak Otto olewczo traktuje Azazela, a nas wszystkich na jedno kopyto jak niewolników. Baltizar z mostu cię za szefa wziął, możliwe że i Azazel tak umyślił. Nie chcę wpaść w bagno hierarchii, którego nie zrozumiem, przez co popełnię błąd w jakiejś okazji.
                - Baltizar z miejsca wziął mnie na przywódcę kultu - poprawił Viktor wypowiedź - Nie na szefa naszej grupy. To są dwie różne hierarchie które nie muszą się nakładać. Moja opinia może nieść więcej wartości niż pozostałe, z uwagi na to, że moja dziedzina umiejętności pokrywa się bezpośrednio z naszymi celami. Wciąż jednak pozostaje na ten moment opinią. Nie mam tendencji do tyranii poza salą sądową. Jeśli wyrobi się relacja w której zostanę liderem naszej grupki to będzie to organiczny proces oddolny. I ważnym słowem kluczem będzie “lider”, nie “szef”. Szefem byłem dla moich sekretarek i pomocników z których połowa była niewiele więcej niż dobrze wytresowanymi menialsami. Nie miałem krztyny wiary by ich opinie były coś warte, choć okazjonalnie burza mózgów pomagała MI przemyśleć sprawę i dobrze wpływała na ich morale. Ty jesteś inna - najkrótsza zauważalna pauza wybrzmiała w wypowiedzi - I zakładam, że Baltizar również skoro z legionu swoich sług nasz benefaktor właśnie go przydzielił do tak ważnego zadania.
                Arkanistka milczała, zastanawiając się nad słowami, aby w końcu westchnąć ciężko i bez zaproszenia wziąć Khala pod rękę na nowo.
                - Mówiłeś coś o sukniach.
                Uśmiech znów wypełzł na oblicze Viktora.
                - Tak. Będziemy musieli się pospieszyć, ale mam nadzieję zainteresować cię na tyle by w przyszłości wrócić na poważne zakupy…

                Winna.

                Czas spędzony z Khalem był zaskakująco przyjemny. Ba! Nawet końcówka, a może szczególnie ona, nie spowodowała niechęci do tego człowieka. Nie przyznałaby głośno, ale w innej sytuacji i innym czasie pewnie podążyłaby za młodzieńczymi instynktami... ale takie czasy już przeminęły lata temu. Wtedy nie zastanawiałaby się za bardzo nad swoimi wyborami. Wtedy żyła... chwilą.
                Póki ta chwila trwała.
                I póki ona żyła.

                Winna.

                Przekręciła klucz w zamku pokoju karczemnego i położyła dłoń na klamce, aby wejść do środka pomieszczenia.

                Lecz zawahała się.

                Położyła dłoń na klindze Rhaasta czując jak serce poczęło wybijać mocniejszy rytm kierowany nagłym, niezrozumiałym poczuciem zagrożenia. Może było to spowodowane wydarzeniami dzisiejszego dnia, może tak wpływało na nią ponowne zobaczenie Azazela i przypomnienie kim dla niej jest.
                "Oddałaś mu wolność"
                Uspokoiła oddech naciskając klamkę.
                I wtedy zobaczyła...

                text alternatywny

                - Jestem niewinny, niewinny!

                Matczyne ręce silnie trzymały w miejscu ciało ośmioletniej dziewczynki z całej siły chcącej się wyrwać, by móc obronić ukochanego wujka przed niesprawiedliwym traktowaniem.

                - Nie zdradziłem, nigdy bym...

                W końcu zdołała się wyszarpnąć z ramion chcących ją ochronić. Kiedy kaci zabierali osobę tak jej drogą dopadła do jednego z nich uczepiając się jego płaszcza i wyłkała:
                - Wujek jest niewinny, on nie jest zdrajcą!
                Ale słowa trafiły na głuche uszy, nim matka nie pochwyciła swojej córki i nie odciągnęła jej w tył szepcząc jej do ucha:
                - Tak będzie lepiej...

                text alternatywny

                Kaylie dłuższą chwilę patrzyła na zarysy płótna zawieszonego na krześle dostawionym do stolika w ciemnym pokoju. Jej wzrok dostosowywał się do ciemności oświetlonej jedynie światłem księżyca wpadającym przez okno. Pamiętała jeszcze jak jej kuzynostwo lubiło robić sobie żarty z niej w tym oświetleniu pozostawiając ją ślepą w tych warunkach, gdy oni obserwowali jej trudności w poruszaniu się.
                Bardzo zabawne.

                Weszła do pokoju zamykając za sobą drzwi na klucz. Położyła na stole małą kulę Ion i wyszeptała słowa niosące za sobą moc magiczną, które rozświetliły kulę i uniosły ją w lewitacji. Kaylie czuła się bezpiecznie będąc sama, gdy zrzucała z siebie całe ubranie zastanawiając się czy ma ochotę odświeżyć je teraz, czy jutro się tym zajmie.
                Gdy omyła magią ubrania i złożyła je na krześle, skierowała się ku łóżku po czym wślizgnęła pod zimny materiał okrytego lnem koca. Czuła na ciele podrażniające drapanie poszewki, jednak takie doświadczenia nie były już niewygodą, a zwykłością życia. Kiedyś nie umiała zasnąć bez satynowych poszewek. Przestała narzekać szybko, gdy potrzeba snu ją nauczyła rezonu.

                Miała ciągle przed oczami obraz Azazela, a jej uszy wypełniał jego rozkaz. Khal nie rozumiał tak, jak ona. On nie doświadczał tego samego, wręcz wydawało się, jakoby był w tym z własnej woli.
                I cieszył się.
                Widział przyszłość dla siebie.

                Sprzedała duszę po śmierci, sprzedała wolność za życia.

                I była winna.

                Czego akurat Azazel osądzać nie musiał. Ona przyznałaby się bez rozprawy.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ArveeA Niedostępny
                  ArveeA Niedostępny
                  Arvee
                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                  #8

                  text alternatywny

                  Perypetie K&K 2/2.


                  - Oj dobrodzieju, dobrodzieju… - zaczęła białowłosa kobieta. Jeśli Khal mógł być naciąganie ojcem Kaylie, to staruszka mogła naciąganie być matką Khala. Viktor był… poruszony. Salon Lady Barabii nie wyglądał w najmniejszym stopniu tak okazale jak jego wspomnienia i opowieści przedstawiały - Od dwóch dekad nikt do mnie Lady Barabii nie mówił… teraz jestem zwykła Sonia. Szwaczka. Jednak wciąż służę. W czym mogę pomóc tak znamienitym gościom? - zapytała podziwiając piękny kubrak Viktora, wyraźnie świadczący o bogactwie. Skrzywił się. Wstrząsnął ręką zrzucając iluzję ubioru. Pod nią miał wciąż semi-eleganckie, ale praktyczne ubrania, a nawet lekki pancerz. Przy biodrze wciąż miał młotek którym rozbijał czaszki bandytów przed laty, a na drugim puklerz. Delikatnie dał znać Kayli i opuścił jej chwyt by podejść do kobiety.
                  - Lady Barabii… - zaczął z troską i uczuciem ujmując jej ramiona w swoje dłonie jak przyjaciel.
                  - Co się stało? - Pytał, ale odwróciła tylko lekko wzrok tracąc na moment rezon, ale momentalnie go odzyskała i cofnęła się krok w tył, wyswobadjąc się z delikatnego chwytu Khala.
                  - Nic się nie stało, dobrodzieju. Czym mogę służyć? - zapytała z naciskiem osoby zaganianej powoli w kozi róg.
                  - Lady Barabii… - zaczął monolog. Dla Kaylie było to ciekawe doświadczenie obserwować go jako ktoś postronny. Jak Khal łagodnością, dobrocią, swojskością i chyba nawet szczerością powoli obdzierał kobietę z murów które wokół siebie miała wybudowane. Widziała oczy kobiety które na moment się rozmarzyły gdy opowieści Viktora przywróciły ją do czasów świetności jej salonu, gdy zamówienia miała na pół roku w przód i to zamówienia na piekne suknie na bale szlachty. To czego nie widziała to jak powoli, w procesie wyciągał skrawki informacji z kobiety. Malutkie puzzle, zbyt małe by zostać zauważonymi jako istotne. I coraz bardziej go one niepokoiły. Avruil dostrzegła dokładnie gdy była już zupełnie obdarta z osłon… naga… to wtedy Khal uderzył.
                  - Lady Barabii… gdzie jest Zoria?
                  Kaylie znała takie wyrazy twarzy. Człowiek nagle nie mogący złapać tchu, jeszcze nim ciało zaczyna domagać się tlenu. Najczęściej moment po solidnym dostaniu pod mostek.
                  - On.. ona… on ją… ale dobrodzieju… skąd wy…
                  - Pamiętam jak się z nią bawiłem, tu, na ulicach przed twoim salonem - wskazał palcem na zewnątrz, a gdy znów się do niej odwrócił jego dłonie uchwyciły jej dłoń w czułym geście - Pamiętam jak wy byliście na piedestałach, a ja z matką walczyliśmy by z rynsztoka wyjść… byliście dla nas dobrzy. Pamiętam jak zimy gdy miałem osiem lat dałaś nam “niepotrzebnego” materiału i matka mogła dla nas uszyć ciepłe ubrania. Wtedy nie rozumiałem, że nie ma czegoś takiego jak odpad długi na trzy metry bieżące. Dziś rozumiem. Byliście dla nas dobrzy- powtórzył z naciskiem. - Gdy niemal nikt nie był. - To MIAŁO dla niego znaczenie.
                  - Lady Barabii… gdzie jest Zoria?
                  - Ty… - oczy kobiety się szkliły, a szczęka drżała. Podniosła na niego spojrzenie jakby dopiero teraz go zobaczyła - ty jesteś Khal… mały Khali… synek Tisis Frey…
                  Kaylie wyczuła moment. Zamknęła drzwi salonu, odwróciła tabliczkę na “zamknięte” i zasłoniła okna.

                  Zaparzyli herbaty. Dało to Soni czas odzyskać zimną krew, wycisnąć z oczu łzy co się już zdążyły nazbierać i powstrzymać kolejne… a Khalowi przedstawić się swoim nowym imieniem i poprosić by powrót Khala do Evercerst pozostał między nimi… Kiwnęła tylko głową ze zrozumieniem. Opowiedziała historię zimno. Dzielnie walcząc z emocjami które chciały jej się wyrwać. Blisko dwadzieścia lat temu o rękę Zorii zabiegał Hieronim Crawcolt. Syn szlachcica. Wielkiego kupca. Młody. Potężny. Zuchwały. Odmówiła mu. On byłby dla niej drogą by uzyskać prawdziwy tytuł, a nie tylko pracować dla błękitnokrwistych… ale odmówiła. Była młoda. Ledwie dziewiętnaście lat. Była niedoświadczona i była zakochana w innym. Kolejnych miesięcy nie dała rady opowiedzieć… ale ukochany Zorii po nich już nie żył. Salon utracił wszystkie ważne kontrakty. Plugawe kłamstwa odegnały klientów, ale Zoria pękła i przyjęła oświadczyny dopiero gdy nocą ktoś się do nich włamał. Znów nie opowiedziała o szczegółach, a Viktor nie dopytywał. Od tego czasu widziała swoją córkę trzy razy. Z początku pisała do niej listy codziennie. Potem co tydzień. Dziś z wstydem przyznawała, że nie częściej co trzy miesiące, ale nigdy na żaden nie dostała odpowiedzi… zgodnie z całą swoją wiedzą mogła się spodziewać, że do niej nie dochodziły.
                  Nikt kto chciał nie mógł jej pomóc. Nikt kto mógł nie chciał.

                  Viktor był całkowicie pochłonięty opowieścią. Kaylie go takim jeszcze nie widziała. Zamarł jak gargulec. Pochylony nad stołem, dolna warga ukryta w złożonych niemal modlitewnie dłoniach. Oczy skupione w przestrzeni i spięte. Przysięgłaby, że gdy usłyszał o złym przyjęciu odrzuconych zalotów usłyszała zgrzytnięcie jego zębów.
                  Kaylie położyła dłoń na ramieniu Viktora.
                  - Wiesz, jak i ja, co trzeba zrobić. - stwierdziła spokojnym głosem.
                  Viktor kiwnął głową bardzo powoli.
                  - Lady Barabii… jeszcze nie wiem jak, ale wyciągniemy z tego Zorię. To nie będzie jutro, nie w przyszłym tygodniu, prawdopodobnie nie w przyszłym miesiącu… ale nie jestem już małym Khalim którego pamiętasz… I nie jestem sam… Jeśli po tym czasie ona wciąż chce ratunku to go otrzyma…
                  Sonia zaciskała szczękę gdy tego słuchała, ale spojrzenie pozostawało twarde i niewzruszone. Nie śmiała pozwolić sobie na więcej niż kropelkę nadziei po tak długim czasie.

                  Idąc do magicznego emporium, które miało zostać zamknięte za pół godziny, Kaylie widziała Khala zupełnie innym niż wcześniej. Miał w sobie gniew i szał. Widziała, ze potrafił zabijać bez mrugnięcia, ale było to zimne i metodyczne. Teraz wyglądał jakby gotów był rozszarpać kogoś własnymi zębami. Jakby tylko rozsądek trzymał w ryzach jego chęć zdruzgotania tego miasta, albo wykrzyczenia w świat jego przewin.
                  - Ślepa wściekłość nie pasuje do ciebie. - odezwała się nagle, kładąc dłoń na klatce Khala, by go zatrzymać. Momentalnie stanął w miejscu i skierował twarz nieco w górę, ponad Kayli zamykając oczy. Twarz wciąż wykrzywiał mu gniew, szał i ból, ale nawet w nich rozumiał, jak personalne potrafi być spojrzenie komuś w takim stanie w oczy. Nie chciał tego.
                  - Widziałam takiej dużo i wiem, że na dobre to tobie nie wyjdzie.
                  Nie odpowiedział jej, ale wziął głęboki, powolny wdech nozdrzami, a gdy równie powoli wypuszczał go z sykiem przez zaciśnięte zęby twarz zmieniła się w maskę obietnicy dzikiej agresji… ale intensywność malała wraz z kończącym się w płucach powietrzem. Na bezdechu już jej w ogóle nie było i gdy kilka chwil potem wziął wreszcie oddech i otworzył oczy w jego spojrzeniu został sam smutek głęboki tak, że niewątpliwie sięgający duszy.
                  - Miałem trzynaście lat gdy matka odmówiła zalotów Yasperhyde’a - jego głos drżał wydobywając się przez szczękę zaciśniętą tak bardzo, że ledwie się poruszała - W zemście opłacił kogo trzeba, pociągnął sznurki które miał w garści i posłał ją na stryczek za konszachty z diabłami, a ja zostałem wygnany z Evercrest. Dali mi dwa dni. Abym mógł ją pochować.
                  Oczy miał otwarte szeroko jak w przerażeniu i nie było wątpliwości, że wspomnieniami widział w tym momencie tamte wydarzenia. Z każdym słowem opadało ono do ziemi… pamięć prowadziła go prosto w mrok gdzie znów widział grób który musiał wykopać.
                  Kaylie złapała mężczyznę za głowę i wcisnęła ją w swoje ramię nic nie mówiąc, a jedynie w ten sposób zakrywając jego twarz.
                  Jak Avruil była w szoku, gdy Khal ścisnął jej dłoń na naradzie, tak teraz i on nie rozumiał przez moment co się właśnie działo. Mrugał oczami jakby oczekując, że zaraz to się cofnie i nigdy nie wydarzy. Wiedział co musi zrobić aby odzyskać kontrolę. Przetrzeć oczy nim zdążą się zaszklić. Albo zdzielić się dłonią w twarz, aby ból go orzeźwił. Mógłby zacząć biec na złamanie karku, też by pomogło. Mógł ostatecznie coś rozwalić… wszystkie te metody potwierdził w przeszłości, bo to była słabość w najczystszej postaci. Kiedyś prawie zabił człowieka bo go obraził w ten jeden konkretny sposób który zahaczał o tę ranę Zabicie go byłoby w tamtych kręgach społecznie bardziej akceptowalne niż okazanie słabości. Potem sam go wyleczył i wszystko obrócił wokół obelgi i próby sił.

                  Kaylie poczuła ręce Khala na łopatkach i ramionach. Chwyciły ją i ścisnęły mocno, a jego ciałem zaczęły dyrygować okazjonalne wstrząsy bez rytmu i składu gdy wciąż nie potrafił nie-walczyć o kontrolę. Oddychał płytko, szybko i głośno.
                  - Aegon Blackfyre - głos drżał mu z żalu i nienawiści - Kargar Yasperhyde. Hieronim Crawcolt. Zniszczę ich wszystkich. Nie zabiję… będą żyć żałując, że ich nie zabiłem…

                  Kaylie nic nie mówiła, dając wyrzucić wszystko Khalowi. Nie odsuwała się także od niego pozwalając mu na to mocne ściśnięcie, tylko czekała czy człowiek nie zacznie przesadzać z siłą, sama delikatnie trzymając dłonie na jego plecach.

                  W końcu wystarczyło. Khal nie był do końca pewny ile to trwało, czy kilkanaście sekund, czy minutę, albo dwie… opuścił ręce od razu sięgając za koszulę. Nim Kaylie mogła zobaczyć jego twarz odwrócił się i otarł ją jedwabną chustką. Była najemnikiem wiele lat… widział ludzi którzy nieśli w sobie ból z którym nie mogli sobie poradzić, więc z niemocy pozwalali mu jątrzyć się w środku. Khal nie był tu wyjątkowy. Jedno z nieprzeliczalnych legionów skrzywdzonych dzieci, co wyrosły na skrzywdzonych dorosłych. Dwie wilgotne plamy na jej ramieniu były tego świadkami.

                  Przez chwilę stał do niej plecami, pozwalając aby wieczorne powietrze ochłodziło jego niewątpliwie zaczerwieniają twarz i… nie wiedząc co dalej. Powinien podziękować? Udać, że się nie wydarzyło? Rzucić bezczelnym żartem? Odejść w siną dal, spakować się i wyjaśnić Azazelowi, że jak chce aby zakładał mu religię to musi znaleźć nowy zespół gdzieś indziej? Westchnął w końcu, odwrócił się niepewnie i jeszcze niepewniej spojrzał na Kaylie, aby z jej twarzy, z jej mowy ciała wyczytać… w zasadzie co?
                  Kobieta po prostu... patrzyła. Oczekiwała na jego reakcję, nie zobaczył w niej poszukiwania słabości, raczej cierpliwość. I chyba sama nie kwapiła się pierwsza odezwać w tej sekundzie.

                  Patrzył przez chwilę na nią, ale gdy ich spojrzenia się spotkały uciekł gdzieś w bok nim zdołał powstrzymać tę reakcję. Spuścił z siebie powietrze i uśmiech znów pojawił się na jego ustach. Kiwnął głową po czym przewrócił oczami sam na siebie. W głowie krążyło mu milion sprzecznych myśli i żaden ze scenariuszy które miał tam, albo w pamięci nie dawał mu odpowiedzi co powinien zrobić.
                  - Czortów stos… - zaklął i wyrzucił z siebie nieprzerwany potok słów - tak to mi się gęba nie zamyka. Mogą mnie ludzi obrażać, grozić mi, kłamstwo zarzucać, wyznawać dozgonną przyjaźń czy miłość, chcieć mnie zabić, zdradzić nawet, czy zwyczajnie ciała dać. Nie ma problemu! Wiem co powiedzieć. Wiem jak zareagować. Ktoś mi okazuje wsparcie i współczucie i nagle słowa wykrztusić nie mogę póki nie obrócę tego w komedię!
                  Wreszcie wziął wdech po wyrzuceniu z siebie tych zdań jak jednej wiązanki.
                  - Chcę przez to powiedzieć… - kontynuował już zupełnie poważnie - dziękuję. To nie jest reakcja którą znam.
                  - Więc w sumie jesteśmy kwita. - odezwała się Kaylie - Oboje nie znaliśmy takich reakcji. Ty chyba ogólnie, ja bez podtekstu. - rozejrzała się - Ale niech to zostanie między nami. Nie chciałabym, aby ktoś błędnie mnie rozumiał i chociaż wyglądało pewnie, że boję się diabła... - machnęła ręką - Trochę bardziej nasza relacja jest zagmatwana. U ciebie to przynajmniej czuć starą, dobrą nienawiść i pogardę oraz poczucie krzywdy. Azazel lubi pewien typ skrzywdzonych przez życie.
                  Viktor słuchał Kaylie z niejaką czułością w spojrzeniu. Był mężczyzną. Był bezlitosnym prawnikiem z Czerwonej Loży, któremu zdarzało się odsyłać ludzi na ławę w niekontrolowanym szlochu i tylko go chwalono za “złamanie świadka”. Miał reputację człowieka co zatłukł kogoś na dwa oddechy od śmierci, a potem wyleczył go z powrotem do świata żywych w ramach lekcji. Nie dla niego było zrozumienie ani tym bardziej współczucie… ono się należało ludziom którzy zostawali po jego przejściu…
                  - Mawiałem klientom, że wszyscy mamy w głowie jakiś syf. Sądzę, że na palcach jednej ręki można policzyć tych co zrozumieli, że jak mówię “wszyscy” to mówię również o sobie. Nie martw się… mam reputację do utrzymania. Obie sprawy zostają między nami - puścił jej porozumiewawcze oczko - W porządku, a teraz poważnie musimy się spieszyć. Szybki marsz! - Wzniósł palec w górę jak jakiś generał konsolidujący wojska na polu bitwy. Znów, po swojemu, zmieniał życie w jeden wielki cyrk.

                  Tempo narzucone przez Viktora rzeczywiście było szybkie. Momentami wręcz stawało się lekkim truchtem. Dotarli do Emporium na kwadrans przed zamknięciem. Było to niewielkie pomieszczenie, rozmiaru bardziej sporej kawiarenki, ale chronione przez golemy i więcej strażników niż o tej godzinie można było spodziewać się klientów. W powietrzu unosiły się całe szeregi zaklęć… nic dziwnego. Gabloty prezentowały, grube setki tysięcy złotych koron, w magicznych przedmiotach.
                  - W porządku. Jak coś chcesz to musimy się rozdzielić. W razie czego krzycz - odczekał najkrótszy możliwy grzecznościowy moment i zostawił ją za sobą na rzecz jednego z pracowników ubranego trochę jak tancerz egzotyczny. Szybko okręcił go sobie wokół palca i zaangażował bezpośrednio w swoją listę zakupów.


                  Okazało się, że Kaylie szybciej uporała się ze swoimi zakupami i oczekiwała na Viktora przy wyjściu z Emporium jakby mąż na żonę. Stała oparta o mur ze skrzyżowanymi rękami i gdy mężczyzna się pojawił przywitała go krótkim.
                  - Wreszcie.
                  Khal prychnął w niepoważnym oburzeniu.
                  - Wychodzę tylko pięć minut po zamknięciu. W Cheliax niektóre bogate paniusie się prześcigają która dłużej utrzyma się w sklepie nim ją w końcu wyproszą. Niektóre podobno do trzech godzin po zamknięciu dochodziły.
                  - To musisz się lepiej postarać by im dorównać. - zaśmiała się - Choć bym sądziła, że w takim mieście jak Cheliax będą się trzymać zasad. - złapała Khala pod ramię.
                  - I właśnie dlatego będą robić ci na przekór - odpowiedział jej po chwili zadumy i delikatnie rozpoczął spacer w drogę powrotną - Młodzi zawsze chcą robić na przekór zastanemu porządkowi. Większość z nich potem z tego wyrasta i w ten sposób porządek zostaje zachowany… Młodzi albo obrzydliwie bogaci. Tacy którzy po dziesięciu, czy dwudziestu latach życia w absolutnych luksusach, mający na pstryknięcie palcem wszystko co legalne i społecznie akceptowalne są już tym wszystkim znudzeni i dla nowych podniet muszą sięgać dalej. Okropni ludzie. Ale wspaniali klienci. Duża ich część jak wpadnie i cokolwiek im rzeczywiście grozi traci cały rezon i odwagę i są już tylko “tak, mistrzu Goodmann”, “oczywiście, panie Goodmann”, “ale to tak można, Goodmann?” a ja wtedy poprawiam “paniczu Willowford, w moich najdzikszych imaginacjach nie wyobrażam sobie by prosty adwokat jak ja spoufalał się z kimś twojej krwi… … … MISTRZU Goodmann.” Cudownie im miny rzedną gdy dociera do nich, że wcale im nie kadzę, ale do parteru sprowadzam i nic nie mogą z tym zrobić.
                  - Mówią do ciebie "Mistrzu"? - zapytała z leciutkim rozbawieniem - Nie mogę się doczekać aż my będziemy mieli zacząć tak się do ciebie zwracać... Khali. - szepnęła i dostrzegła jak patrząc przed siebie na moment otworzył szerzej oczy i wyraźnie powstrzymał się przed spojrzeniem na nią.
                  - To jest… - przełknął ślinę w pół wypowiedzi. Mało zręcznie. Wbrew sztuce oratorskiej - …tytuł zawodowy. Jak “medykus”, czy w innych rejonach… doktor?
                  Zmarszczył brwi w konsternacji, wciąż wygodnie skupiając wzrok na drodze przed nimi.
                  “Co z tobą nie tak?!” pytał sam siebie w auto-oburzeniu, słysząc, że nagle zabrzmiał jak onieśmielony małolat. Viktor Goodmann był w Cheliax dupkiem z całą rotacją kobiet i dziewczyn! Regularnie wyrzucał z niej te co mu się znudziły na rzecz nowych podbojów ze wszystkich warstw społecznych jednako. W kancelarii Boryat miał długą listę takich które już nie tylko nie miały wstępu, ale miał nawet nie informować Viktora, że się pojawiły.
                  TO ON ONIEŚMIELAŁ!
                  Nie na odwrót…

                  Odkaszlnął odzyskując rezon. Uśmiechał się szelmowsko gdy wreszcie na nią spojrzał.
                  - Nie powiem, miałoby to swój urok…
                  Przypomniał sobie swój własny jej opis na przyjęciach co miały dopiero nadejść. Piękna. Inteligentna. Zdolna poskładać go jak harmonijkę. Tak, tak, trzy razy tak. Ale wiedział to wcześniej… miał takie wcześniej! I też wypadały z rotacji… Co się zmieniło?
                  “Widziała jak złamany jesteś.”
                  Wyrwała się niewerbalna myśl. Idea niosąca w jego głowie nie słowa a przekaz. Cały w ułamku sekundy.
                  “I okazała dobroć i troskę. Wsparcie.”
                  Myśli nawet niewerbalne wciąż żądały wyrażenia, choćby czysto mentalnego aby przetrawić się jedna z drugą…
                  “No tak… to dlatego”.

                  - Zaraz uznam, że twoje podboje tak cię muszą tytułować by trwało twoje zainteresowanie nimi. - zaśmiała się - Choć w sumie to nie byłoby nieoczekiwane. Trochę boostowania ego w sumie się należy po przebyciu drogi od dna na wyżyny.
                  Znów ten szelmowski uśmiech z którym Khal wyglądał jakby słusznie się spodziewał, że sam świat rozłoży przed nim swe skarby.
                  - A ja ci nie opowiadałem nic o moich podbojach! Może jestem grzecznym, bogobojnym monogamistą? Hę? Wciąż czekam na tę jedyną, zapisaną mi przez gwiazdy i ślub, z wielkiem weselem i setką gości? - “zarzucał” niby poważnie, ale kąciki ust mu tańczyły chcąc się roześmiać.
                  - Na to to bardzo mi nie pasujesz I jeszcze te diabły... I ostatnim razem z wspominałeś coś, że wiek dla ciebie nie ma znaczenia. - przypomniała - Do tego jest naprawdę wiele kobiet, które dużo dadzą, nawet w łóżku, jeżeli będą miały przed sobą bogatą partię. Lub i mieli. I to nie mówię tylko o niższych klasach, bynajmniej. Wielkie panie tak samo chętnie poświęcą się dla polityki i pieniądza.
                  - Łamiesz mi serce Kaylie - odpowiedział głosem pełnym smutku żalu, z wolną ręką przyłożoną do piersi, ale w uśmiechu i oczach tańczyły mu przekomarzanki - I tak... kolega... opowiadał, że duża część wielkich pań zadziwiająco reaguje jak po najmniejszym im zaimponowaniu okazuje się im tylko uprzejmość i brak zainteresowania. Podobno potrafią to wziąć bardzo do siebie i są nauczone przez życie, że jak czegoś chcą to im się to należy i nie może tak być… same praktycznie gubią koronkową bieliznę. I to nawet nie dla polityki, ani bogactwa, ale by sobie coś udowodnić. A na samym końcu są tak pełne samozadowolenia, że same jeszcze sobie wmawiają, że to dobrze, że nie było drugiego spotkania… No ale nie zrozum mnie źle… kolega zaznacza, że to jest część bogatych pań i wśród niższych kast również się takie zdarzają. Po prostu tych bogatych jest większy procent niż by się kolega spodziewał przed tym jak zaczął się w tych kręgach obracać… ale wszędzie da się wynaleźć… - powiedział patrząc na Kaylie z odrobinę większą intensywnością - … godne podziwu perełki wśród morza glinianego gruzu.
                  “Takie miejsce ona zajmuje teraz w twojej głowie? Beksa…”
                  Znów patrzył przed siebie. Powoli było już dość ciemno by wzrok trzeba było wytężać.

                  Szli pod rękę w milczeniu nim przerwała je Kaylie.
                  - To nie będzie proste. - odezwała się cicho - Azazel wymaga bez spojrzenia na sytuację. Może jest tu naprawdę bajkowo, ale jeżeli by tak było... Ktoś inny by przejął teren.
                  Viktor dał sobie czas by przemyśleć temat
                  - Oj, aniołku… teren jest już przejęty przez zakorzenione już tutaj religie. I żaden z ich hierarchów nie będzie szczęśliwy z naszej obecności. Gdybyśmy głosili wiarę jakiegoś Empyralnego Lorda to przynajmniej te z niebiańskich spektrów były by do nas przynajmniej neutralne. Ale z naszym benefaktorem… wszystkie będą nam wrogie… ale powiedział mi, o ile nie była to czysta retoryka, że to “doskonałe miejsce” na start jego religii. Skorumpowana i niekompetentna władza. Asmodeusz nie ma tu swojej prezencji a on miałby największe “ale” do nas i najlepsze metody aby w samego Azazela uderzyć. No i znam to miejsce… choć wydaje mi się, że gorzej niż on sobie wyobraża… ćwierć wieku dla niego to mrugnięcie. Dla ludzi całe pokolenie.
                  - Więc o tyle dobrze, że przynajmniej oficjalnie, nikt nam nie powie, że w piekłach podkręci nam ogrzewanie, jeżeli się nie wycofamy. - powiedziała z niepewnością w głosie - Nie miej złudzeń. Ja nie siedziałam nigdy w polityce. Walkę polityczną to znam tylko od końcowej strony, gdy oponent ma stracić życie... W Cheliax pewnie byłabym łatwym kąskiem.
                  - Nie przejmuj się… - kontynuował po krótkiej pauzie - Każde z nas ma swoje siły. Każde z nas jest ultra-kompetentne. Inaczej byśmy nie byli do tego wybrani. Rób swoje, chroń mnie gdy mieczem trzeba będzie machać, wspomóż gdy wiedzy mi zabraknie, a ja się zaopiekuję… nami na płaszczyźnie iuris-politicae. - “Prawno-politycznej”.
                  - Postaram się jak najlepiej by on był ze mnie zadowolony, tego możesz być pewny. - powiedziała bez fałszu ale jednak z nutą rezygnacji.
                  - Kaylie, słońce ty moje… twoje uczucia co do tego co robimy i dlaczego są całkowicie zasadne i zrozumiałe. Choćbyś upadlała się teraz rzeką alkoholu alkoholu byle na chwilę zapomnieć… bym nie pomyślał o tobie złej rzeczy, tylko dotrzymywał ci towarzystwa. To wciąż byłoby zrozumiałe. Nie próbuję cię przekonać abyś się cieszyła z naszej sytuacji…
                  Stanął przed nią chwytając ją za dłonie.
                  - … ale chciałbym cię prosić. Osobiście. Prywatnie. Wszyscy mamy swój syf w życiu. Jedni mniejszy, drudzy większy i najróżniejszego rodzaju. Nasz jest wyjątkowy, ale wciąż pozostaje właśnie tym… syfem.
                  Nie takim samym, ale podobnym jak najemnik który traci rękę.
                  Nie takim samym, ale podobnym jak wielki nauczyciel któremu krew wylała się w głowie i więcej dwóch słów ciągiem nie powiedział.
                  Nie takim samym ale podobnym jak ludzie urodzeni w biedzie, pozbawieni kompetencji by z niej wyjść.
                  Nie takim samym ale podobnym jak ci o wszystkich kompetencjach ale wciąż zawodzący przez okoliczności.
                  Jeśli najemnik bez prawej dłoni może odnaleźć spokój w garncarstwie…
                  Jeśli mistrz Sams potrafił odnaleźć szczęście w traktatach filozoficznych…
                  Jeśli nastolatkowie mogli cieszyć się miłością mimo niepewności jutra…
                  Jeśli wielki Aralet Hierrward, który przegrał w wielką politykę wciąż powtarzał “ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy” i żył szczęśliwy na przekór tym co go strącili z piedestałów…
                  To my też tak możemy.
                  To jest inne wyzwanie niż to przed którym oni stawali i nikt z nich nie dotarł do swego spokoju w ciągu dnia, ani miesiąca i my też nie musimy… ale chciałbym cię prosić abyś dała sobie tę szansę i spróbowała… I jeśli szczęście dopisze i byś tego chciała… to byłbym w pobliżu aby dodać ci otuchy gdy przyjdą złe momenty, a będzie ich wiele…
                  “Nie zawsze będzie dobrze, ale nie ma w tym nic złego.
                  Czasem będzie źle, ale i tak będzie dobrze…”
                  Zmarszczył brwi w konsternacji na moment…
                  - Czy jakoś tak. Chyba pomieszałem coś w tej frazie - uśmiechnął się do niej zachęcająco… i z wyczekiwaniem.
                  Kaylie słuchała go cierpliwie, ale odkąd chwycił ją za dłonie z lekkim zdziwieniem sytuacją. Nie oczekiwała takiego obrotu spraw, a na pewno tego traktowania ze strony de facto kapłana swojego właściciela. Cała sytuacja była... zadziwiająca, co trochę niepokoiło. Zastanawiała się wręcz w co się władowała i jak teraz z tym działać. Żadne księgi, które czytała nie traktowały o tym, poruszały kwestie magii, a nie poruszania się w społecznych wodach, więc teraz nawet nie wiedziała czy jakiekolwiek odczuwane uczucia są na miejscu i powinny zaistnieć.
                  Zachowanie Viktora powodowało przyjemną gęsią skórkę na jej ciele, chociaż jednocześnie przypominało dawne czasy, w których była zbyt otwarta na niebezpieczeństwo wpadnięcia w pułapkę męskich polowań. Uśmiechnęła się blado czując ucisk w dołku i odchrząknęła lekko.
                  - To... Dość nowe dla mnie... Dał mi wiele lat... Czasu. Prawie dekadę bym ułożyła sprawy. - odparła.
                  A Viktor był właśnie takim łowcą. Wiele sikoreczek padło jego ofiarą i choć nigdy nie kłamał (bo z zasady kłamał tylko gdy mu za to płacili), to nie miał nigdy problemów z pozwoleniem im wyciągnąć błędnych wniosków z dwuznaczności jego słów. A potrafił tak, bo ludzie byli dla niego otwartą księgą z której mógł czytać czarno na białym… Potrafił dostrzec napięcie. Potrafił dostrzec stres i bezbłędnie rozpoznać czy to był ten typ erotycznej ekscytacji która była jego intencją, czy był to jednak niepokój czy rodząca się frustracja… Znał tuzin metod na ich złamanie i wszystkie miały swoje wariacje. Był typ kobiet które dobrze reagowały na socjalne przytłoczenie ich. Trzy różne uśmiechy akompaniowane odpowiednimi zwrotami. Rozśmieszenie zawsze działało, ale wymagało odpowiedniego stanu emocjonalnego… była też najmniej inwazyjna metoda której niemal nigdy nie używał jeśli nie miał sikoreczki już rozgryzionej i skatalogowanej od góry do dołu, bo tylko wtedy wiedział czy może ona zadziałać (a prawie nigdy nie mogła).

                  Khal cofnął się ćwierć kroku i otworzył dłonie… pozwalając Kaylie, gdyby tylko chciała, zgrabnie swoje zsunąć… niby z woli samej grawitacji. Jej zostawił decyzję…
                  - Więc wyobraź sobie, że to są twoje pierwsze chwile w głębokiej nocy. Właśnie wyszłaś z zajazdu z dowolnego powodu i drzwi się za tobą zamknęły, światła z okien za twoimi plecami tylko utrudniają ci patrzenie w mrok. Nie widzisz nic. Zero. Żadnej przyszłości, żadnego szczęścia, żadnej nadziei. Tylko samotna i zimna ścieżka przez ciemność… ale zobaczysz, że w miarę jak będziesz nią kroczyła twoje oczy zaczną widzieć rzeczy których jeszcze chwilę nie dostrzegały. Zrozumiesz, że księżyc nie świeci tak jasno jak słońce, ale w jego blasku również da się patrzeć. W jego świetle również można dostrzec piękno. Nie będą to zachody słońca nad górami. Nie będzie to wszechmiar oceanu ani przestworza niebios. Nie będzie to bardzo wiele rzeczy których słusznie może brakować… Ale czy księżyc odbijający się w stawie pomiędzy drzewami, gdy świerszcze rozgrywają swoje nocne serenady również nie może być wspaniały? Nie proszę abyś od razu mi uwierzyła, że życie w tym mroku też ma swoje małe piękna… tylko o to byś zaufała mi w najmniejszym stopniu, tyle byś z ostrożną nadzieją mogła sama to sprawdzić.
                  Kaylie patrzyła na niego wyczekująco, jednak gdy zakończył swoją wypowiedź to delikatnie zabrała ręce, jednak zaraz znowu go uchwyciła za ramię.
                  - Pora nam wracać, panie Goodmann. Trzeba się wyspać przed jutrem. - odparła z lekkim pogłosem dawnej niepewności - A mrok może i ma swoje piękna. Moje oczy troszkę lepiej w księżycowym widzą, ale niewiele. Mrok ma też skryte niebezpieczeństwa, o czym nie muszę ci opowiadać, bo sądzę, że już je Khali znał.

                  Viktor odprowadzał spojrzeniem Kaylie wchodzącą po schodach na piętro gdzie dostali pokoje. Powinien za nią iść… pod doskonałym pretekstem kierowania się do swojego własnego. Znał słowa. Znał gesty i dotyki. Widział co zrobić aby obudzić się jutro przy niej, albo przynajmniej przybliżyć ten moment. Czy na nią w ogóle by to zadziałało? Powinno… ale… była inna. Inna niż te szlaufy z Cheliax i okolic. Szlaufy które w jego oczach ledwo zasługiwały by zauważyć, że reprezentują sobą więcej niż ładną buźkę, parę piersi i przyjemną noc.

                  Nie krył sam przed sobą, że już dwa razy wizualizował sobie jak wygląda nago, ale jednak…
                  - Nie sraj gdzie jesz… - powtórzył sobie słowa które wiele razy zdążyły się obić między jego uszami tego dnia. Ku jego irytacji… momentami z mniejszym przekonaniem.
                  Jego wcześniejszy plan zakładał, że co najwyżej wynajdzie sobie jakąś dziewczynę do niej podobną i w ten sposób zaspokoi ciekawość. Pewnie z większymi pośladkami. Tak na przekór trochę. To było rozsądne. Monogamia nigdy nie była dla niego i gdy któraś miała z tym problem… po prostu była wycinana z jego życia. Z Kaylie nie było to opcją. Z Kaylie musiał współpracować jeszcze długie miesiące. Możliwe, że lata. Nasranie na ich relacje mogło to znacznie utrudnić. Ale to nie ta logika powstrzymała go przed pójściem za nią. Ona nie jest jak tamte szlaufy... ona zasługuje by widzieć… ją.

                  “Beksa!” myśl ociekała naganą.
                  “Dzieciak!”

                  Warknął półszeptem sam do siebie i poszedł korytarzem w dół. Do sali narad. Wszyscy kładli się powoli spać, ale on nie planował dziś zamykać oczu. I tak tak dla odmiany nie z powodu towarzystwa. Rozpalił magiczne światła w kilku miejscach aby nie musieć walczyć z cieniami. Spojrzał na krzesła które miał dostępne i stwierdził, że w przyszłości potrzebuje dokupić tutaj coś wygodniejszego. Trudno. Da radę.

                  Wyciągnął zza pazuchy duży rulon płótna, co nie miał prawa się tam zmieścić i rozwinął go na stole. Wyciągał dalej składniki. W przeliczeniu na złoto… były to niemal same fiolki z porcjami pyłu diamentowego. Ale były również sproszkowane zioła w dużych ilościach. Księżycowy Ostroplest, trawa cytrynowa przesączana w czasie wzrastania maną astralną. Świeży Kamonil Plamisty, najłatwiej znajdywany w obszarach wypróżniania się trolli. Zwoje z pre-wykreślonymi podkręgami dla kontroli many. Magiczna soczewka aby ten przepływ widzieć. Na koniec, najważniejszy… Mosiężna obręcz. Cienka, ale w kształt i motyw roślinny. Otwarta jak laur zwycięskich generałów dawnych czasów. Odłożył na centralny ze zwojów, a z jego rękawa wypełzła mu turkusowa, niemalże błyszcząca własnym wewnętrznym światłem żmija. Czerwone ślepia spotkały się z jego własnym spojrzeniem i na krótki moment w odblaskach można było dostrzec obraz piekielnych orszaków.

                  text alternatywny

                  - Hej Fisuś… zabieramy się do roboty. - wąż syknął tajemniczo, ale nie odpowiedział choć potrafił. Przepełzł nad amulet, na szczyt zwoju. Zwinał się w zwężającą się sprężynę i syknął znów. Był gotów.

                  Khal nie widział oczami co robił. Mógł podglądać przez magiczną soczewkę, ale tylko okazjonalnie dawało to użyteczną perspektywę. Przez kolejne godziny wypalał składniki ze stołu, systematycznie uzupełniając je w kręgach na zwojach i zaplatając je w strumienie many sumiennie upychane w organicznej strukturze amuletu. Była to arcy-ciekawa robota, jako że to wciąż było coś nowego… dopiero niedawno uznał, że opanował tę sztukę na zadowalającym poziomie.
                  - W porządku. Jutro dokończymy… - wyczerpał kupione materiały gdy powoli zaczynało świtać. Zawinął resztki składników i pojemniki w płótno i schował je za pazuchą. Po nich ukrył tam zwoje i sam laur.

                  Po gorącej kąpieli dla relaksu i odświeżenia, po śniadaniu potrzebnym bardziej ze względów rytualnych, aby umysł odpoczął i nie miał wrażenia, że ciągle tylko praca i praca… bez informowania nikogo wyszedł do Evercrest.

                  text alternatywny text alternatywny text alternatywny text alternatywny text alternatywny

                  Krasnolduzka diaspora w Evercrest. Tereny klanu Helmhammer. Niższe budynki, bardziej kamienne niż w reszcie stolicy. Pewna nieoficjalna strefa buforowa pomiędzy nimi była jego celem. Knajpa Rudy Wąs… była zamknięta. Zabita dechami chyba lata temu.
                  - No to klops… - założył Viktor ręce na biodra. Iluzoryczny ubiór był zmieniony aby wyglądał bardziej swojsko w okolicy. Nie zwracał na siebie niepotrzebnej uwagi. Niby się spodziewał, że nie będzie łatwo po takim czasie… ale łudził się.

                  No nic… do roboty. Ruszył starymi ścieżkami. Mrocznymi uliczkami za dnia wyglądającymi niepozornie, ukrytymi przejściami z których połowa już nie funkcjonowała, ale… często znajdował nowe, w okolicy starych. Tajemne schowki od lat nieużywane, a te kilka które nosiły ślady świeżości zwyczajnie puste… nie łudził się też by pamiętał więcej niż połowę… Był chłopcem gdy ostatnio się poruszał tymi ścieżkami.

                  - Możecie wyjść - rzucił za siebie w pewnym momencie - Głośni jesteście, jełopy!- dodał gdy odpowiedziała mu tylko cisza. Z początku powoli, ale potem cała piątka drabów na raz się wlała do alejki w którą Viktor ich zabrał.
                  - Dziadek - zaczął z wyzwaniem średni z nich wiekiem, nie największy, nie najodważniejszy ale jednak wyraźnie lider - Węszysz cały ranek po naszych terenach. Jakbyś guza szukał!
                  Viktor założył ręce po sobie w nonszalanckiej pozycji.
                  - Był kiedyś pewien niezwykły filozof mieszkający na tych ulicach… zwykł on mawiać “nie strasz, nie strasz bo się zesrasz!” Ten chyba załapał! - wskazał gestem brody uradowany na jednego z drabów z tyłu - Owlkin… znasz to imię?
                  - A jeśli zna to co? - zapytał młody z najmniejszym zawahaniem… zawahaniem, wyrazem twarzy, mową ciała, tonem głosu z którego Goodmann wyczytał potwierdzenie tego czego się spodziewał. Opuścił ręce opierając je na biodrach w szerokiej, otwartej postawie.
                  - Panowie, króliczki… zacznijmy od początku… otworzył dłonie uśmiechając się ciepło… i pozwolił błogosławieństwu popłynąć. Kiedyś tłumaczył jednemu z innych sług Azazela… ale było to skomplikowane… więc uprościł do granic kłamstwa mówiąc “boska, natychmiastowa proto-empatia”. Nie wnikał w odbywający się w ułamku sekundy dialog między osobowościami go i wszystkich co go widzieli, nie poruszył żadnego z bardziej filozoficznych aspektów tego rodzaju mocy, ani nawet nie wspomniał o elementach co do których miał wątpliwości. Było to wtedy zbędne.
                  - Jestem Viktor Goodmann - podszedł do bandziorów i nim się sposrzegli żywiołowo trząsł już ręką lidera, potem tego rudego, potem tego z szarą hustą owiniętą wokół szyi i wszystkich po kolei - Owlkin to mój dawny przyjaciel, a przyjaciele mojego przyjaciela to moi przyjaciele. Lata mnie w Evercrest nie było, ale teraz wróciłem i chciałbym się z nim spotkać, dawne czas oplotkować…

                  text alternatywny

                  text alternatywny

                  Ring szmuglerski w Evercrest nie był wielki. Widział już lepsze czasy… i od lat jego możliwości tylko były ograniczane z roku na rok, ale wciąż funkcjonował i wciąż był dumny! Wciąż walczył, choć kolejna dekada wydawała się malować na jego ostatnią.
                  - Kay? Niech ci kowadło na pusty łeb spadnie, jaki Kay? - zapytał Guntar Owlkin z klanu Wilderforge Witolda, swojego człowieka z którym rozmawiał wcześniej Viktor. Oderwał się od partii kart w nowym barze Wiesielcze Oko, założony po tym jak odbył się rajd na Rudego Wąsa piętnaście lat temu. Był to koniec pewnej epoki.
                  - Mówił, że… się przyjaźniliście trzy dekady temu…
                  - … i mówisz, że Kay się przedstawił?
                  - N-nie… Viktor Goodmann… ale, że ty go jako Kay znałeś.
                  - I coś jeszcze chcesz powiedzieć… - stwierdził Owlkin, a nie zapytał.
                  - T-tak… To nie mój pomysł, to on kazał…
                  - Wykrztuś to z siebie.
                  - ON mówił abym powiedział, bo mówił, że zrozumiesz… Twoja stara, lambardziara, daje dupy za denara…
                  - A toż dupek niedorżnięty! Sprowadźcie mi go tutaj!
                  Witold kiwnął głową.
                  - Przetrącic mu kolana po drodze?
                  - Co? - zapytał w szczerym zdziwieniu, jakby tak głupiego nic od dawna nie usłyszał - Nie! Po mojego najlepszego calvadosa zaraz skoczę!

                  text alternatywny

                  -... i zostawiliśmy go w gaciach!
                  Khal z Guntarem śmiali się do rozpuku wspominając dawne czasy gdy obaj byli gońcami dla siatki szmuglerskiej Zmierzchowcy.
                  - Kay, nigdy nie miałem okazji ci tego powiedzieć… ale co wydarzyło się twojej matce…
                  - Gi… wiem. Byłeś w areszcie wtedy. Siedziałeś gdy się ta farsa zaczęła, siedziałeś wciąż kiedy byłem już daleko na południu… to nie twoja wina.
                  - Ale wciąż chciałbym…
                  - Gi. Skończ. Starczy naprawdę. To nie jest temat o którym rozmawiam. Nigdy. Z nikim.
                  - Takie buty… no to chlup.
                  - Chlup!
                  Kolejny kielon calvadosa spłynął w dół gardła. Khal swoje wcześniej rozcieńczył sokiem. Nie łudził się by był w stanie dotrzymać choćby połowy tempa krasnoluda.

                  Rozmawiali długo, o tematach ważnych i płytkich, ciekawych a i kilku nudnych, a Khal słuchał uważnie i zbierał cały czas skrawki informacji. Owlkin był drugi w ringu po Crowlingu… i z czasem Khal słyszał więcej i więcej… niechęci. Była ona subtelna. Łagodna. Ale była. Więc pokierował dyskusje na inne tory… niewinnie. Niby bezwiednie podsuwał temat który naturalnie przechodził na Crowlinga i jego rolę w Zmierzchowcach.
                  - No ale niewiele można zrobić… jest na konieczny dla was…
                  Guntar zamilkł nagle… nie był pewny w czym… czy w swoistym tonie głosu, czy w mowie ciała… czy w jakiejś pauzie, a może telepatycznym przekazie… Kay proponował mu pozbycie się Crowlinga. Zdziadziałego capa żyjącego starymi czasami, nie mającego już odwagi rzeczywiście próbować. Wtedy najpewniej Owlkin zostałby nowym przywódcą… jeśli nikt by go z tym nie powiązał. Zaczęła się druga część rozmowy… pełna półsłówek, niedopowiedzeń, przenośni… wszystko czemu można by z łatwością zaprzeczyć a nawet jeśli ktoś podsłuchiwał to nie dałby rady zrozumieć o czym naprawdę była rozmowa.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ArveeA Niedostępny
                    ArveeA Niedostępny
                    Arvee
                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                    #9

                    text alternatywny

                    right aligned paragraph

                    - Falk? Co tu robisz? Nie posyłałem po ciebie… Na obserwacji nie miałeś być?
                    - Spoko szefie. Wszystko jest pod kontrolą jestem tutaj wiadomość przekazać od kontaktu?
                    - Co? Jakiego kontaktu? Jaką wiadomość?
                    Krasnolud rozglądał się w czasie mówienia po warsztacie Crowlinga… był zdolnym rzemieślnikiem. Miał potencjał. Wielka szkoda, że nie chciał się na tym skupić. Maszyny parowe które budował wyglądały imponująco, ale nic z tego co widział nic mu nie mówiło. To nie była jego dziedzina wiedzy. Rozumiał tylko, że parno tu było jak w łaźni. Przydałoby się lepsze wietrzenie.
                    Falk podszedł do Crawlinga z rozładowaną kusza w rękach.
                    - Spójrz szefie…
                    - Co ty Currind kombinujesz?
                    - Po prostu spójrz - podszedł bliżej i przy nim chwycił cięciwę, założył na hak mechanizmu kołowrotkowego i zaczął nakręcać.
                    - Pizda - sklął go Crawling - Do jutra mam tu na to czekać? Daj mi to gówniarzu.
                    Wyrwał kuszę z rąk, sam naciągnął cięciwę jednym ruchem, założył bełt i wyciągnął ją do Falka.
                    - Nie wierzę, że jesteś synem mojej siostry. Mówże wreszcie… O co mi dupę zawracasz, albo Magrim mi świadkiem… nie dokończył groźby niecierpliwiąc się kiedy siostrzeniec odbierze od niego kuszę i zaprezentuję z jaką głupotą przyszedł mu czas marnować - O co z tym małym pierdem chodzi? Co chcesz mi pokazać?
                    - Czy byłbyś tak uprzejmy… połknąć tego bełta? - wręcz wyrecytował Falk pytanie.
                    - Co? - zapytał z niedowierzaniem, ale ręce już skierowały kuszę w jego usta Co sięeaaaa… - otworzył je szeroko w pół słowa nie rozumiejąc co się dzieje i strzelił. Bełt bez oporów przebił podniebienie, przeszył mózg i potylicę zaklinowując się w niej dopiero lotką z gęsich piór i wisiał teraz półluźno z tyłu jego głowy. Opadł w tył na krzesło. Viktor przebrany magią za zaufanego, choć nie szanowanego człowieka Crawlinga sięgnął za pazuchę i wyciągnął zza niej list pożegnalny Thordrina Crawlinga z klanu Helmhammer. Pisany jego pismem, zakończony jego podpisem, odwołujący się do wydarzeń z jego życia o których wiedzieli wszyscy i kilku o których tylko najbliżsi. Viktor po cichu wyłączył maszyny. Na tę odrobinę technologię parową znał. Okrył się płaszczem niewidzialności. Nikt go nie widział dość wyraźnie by dostrzec twarz gdy tutaj schodził, ale teraz moment był ważniejszy. Wymknął się jak duch śmierci.

                    centered paragraph

                    Zajęło to więcej czasu niż oczekiwał. Liczył, że samo znalezienie Zmierzchowców starczy, ale jeśli opowieści Owlkina nie były z palca wyssane… nie starczyło. Ale czy miał rację, czy nie… teraz mogli liczyć na jego wsparcie w kryzysowych momentach, a gdy zrozumieją ile to oznacza da im to odwagę by znów prężnie działać. Tymczasem Khal zostawił Guntarowi listę rzeczy których potrzebuje. Części z nich spodziewał się nie będą mieć, ale pozostałe dostanie z dużym upustem względem ceny rynkowej… uroki omijania cła na granicach.

                    Teraz jednak musiał się przynajmniej częściowo wywiązać z deklaracji względem wesołej gromadki z którą przyszło mu pracować… musiał rozpoznać naturę lokalnych praw. Rynek adwokacji z którym przyjdzie mu się mierzyć. Myślał, że jeszcze posłucha plotek, ale nie liczył, że znajdzie na to czas. Nie dziś. Jutro. Może…

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                      #10

                      Baltizar Harpeness

                      Baltizara obudziło rano pukanie do drzwi. Piwonia otworzyła delikatnie drzwi, jej oczy byłt zasłonięte przez jej dłoń.
                      - Witaj, mości gnomie. Tata mówił, że powinnyśmy was obudzić. Śniadanie czeka na dole, mamy smażone jaja sowodźwiedzia, kiełbaski i bekon z monstrualnych dzików, chleb, mleko mamuta… a w sumie sam zobaczysz. Cieszymy się, że możemy cię gościć! - i nie odsłaniając oczu zamknęła drzwi.

                      Gnom rozbudził się do końca, nie wiadomo czy pomógł mu potok słów blondynki czy scena głowy dziewczyny z dłonią zasłaniającą jej oczy, gadającą do miejsca gdzie znajduje się stół.
                      sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego talię kart, którą niezwłocznie rozłożył przed sobą na podłodze. Wyciągnął dłoń nad karty i rozpoczął wróżenie.

                      Kiedy zakończył z talią ponownie sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego okrągły przedmiot.
                      Światło dnia ujrzał gnomi hełm wykonany ze skóry, z kwarcowymi kryształkami wokół wizjera i wytartym symbolem Harpeness na czole. Obserwując dokładnie hełm, gnom mógł wyczuć resztki magii powoli wyparowujące z hełmu. Nie ryzykując dużo Baltizar rzucił zaklęcie Identyfikacji na hełm. Wszelkie zaklęcia, które zostały wplecione w skórę przestały już dawno działać, był w stanie rozpoznać ich naturę.
                      Skóra została zaklęta, aby być bardziej wytrzymałą, lżejszą i zdolną do samonaprawy. Wnętrze hełmu wypełnione było energią Planu Powietrza. Był też w stanie dostrzec resztki zaklęć pozwalających na komunikację na odległość w okolicach uszu i ust hełmu. Hełm był na pewno ciekawą zdobyczą, być może jakiś kolekcjoner by mógł mu z nim pomóc? Albo przynajmniej zapłaciłby solidną sumkę za niego?


                      Na dole gnom zobaczył nie małe zgromadzenie ludzi, wszyscy nie mogli być gośćmi karczmy tak jak on, więc najwyraźniej przychodzili do Dworu na śniadanie.
                      Otto kiwnął Baltizarowi na przywitanie i skinął na stół stojący pod ścianą naprzeciwko wejścia. Tak jak mówiła Piwonia, był wyłożony wszelkiego rodzaju dobrociami, gnom nie mógł powstrzymać delikatnej ślinki uciekającej kącik jego ust.


                      Po sytym śniadaniu Harpeness opuścił dwór i ruszył w miasto. Na jego ramieniu siedziała sówka, a po kilku chwilach pies, którego ofiarował mu Azazel pojawił się u boku gnoma, pozwalając mu się dosiąść. Czekało go nie lada zwiedzanie.
                      Evercrest było dobrze rozbudowanym miastem, z kilkoma wyróżniającymi się świątyniami.
                      Największą była świątynia Abadara pod przywództwem Bankiera Barasa. Pogłoski mówiły, że Baras, może być członkiem Mistrzów Podatków.
                      Następny był "Pałac Odnowy", budynek mieszczący lecznicę, spa, bibliotekę i wiele innych przybytków kultury, oddany Desnie, Shelyn i Sarenrae. Głową kościoła Desny jest elfia kapłanka Filiri, Shelyn jest reprezentowana przez Erato, kapłankę z Taldan. Kapłan Sarenrae, Ifirn, opuścił miasto kilka tygodni temu wyruszając na jakąś pielgrzymkę, jego rolę przejęła tymczasowo jego uczennica Elanra.
                      Ostatnim domem religijnym był "Ogród Przyjemności". Świątynia Calistrii, odgrodzona murem i pełną bramą. Nie przeszkadzało to jednak głośniejszym krzykom przyjemności dotrzeć do uszu gnoma. Świątyni przewodziła Valaria, młodo wyglądająca kapłanka, która urodziła się w Pitax.

                      Dalsze poszukiwania doprowadziły go do kilku bibliotek i domów aukcyjnych, ale nic co by się wyróżniało w mieście takim jak to.
                      Miasto posiadało kilka gildii, głównie na terenie Klanu Helmhammer, dystryktu krasnoludzkiego w mieście. Kowale, kamieniarze, kramarze, jubilerzy.


                      Około pory obiadowej Baltizar wrócił do Popielnego Dworu. Tym razem tłumu nie było tak dużego, jedynie kilka osób dokańczało posiłek. Gnom zobaczył Otto, dość leniwie siedzącego za karczemnym stołem, delikatnie pijącego jakiś trunek.
                      Karczmarz zerknął na nowo przybyłego i zaprosił go do siebie.
                      - I jak tam zwiedzanie? Zjesz coś?

                      Khal Frey

                      Khal odkładał swoje nowe cudeńko, kiedy jego drzwi otworzyły się z hukiem. Do jego pokoju, wkroczyła rudowłosa kobieta, około dwudziestu czterech lat, ubrana była w typowe odzienie dziewki karczemnej, chociaż ubrana była bardzo odważnie.

                      text alternatywny

                      - Viktor, tak? Tata mówi, że śniadanie gotowe i możesz przyjść jeżeli czujesz się na siłach. Nie spałeś ponoć całą noc. - spojrzała na niego od góry do dołu - Jeżeli towarzystwa potrzebujesz, ponoć Juri potrafi coś zrobić. - pociągnęła kilka razy nosem i westchnęła - Przygotować ci balie z wodą? Tata mówił, że nie macie przywileju na łaźnie jeszcze.


                      Nowy dzień zaczął się dość ciekawie, a zapowiadał się jeszcze lepiej.
                      Khal wyruszył w miasto w poszukiwaniu budynku sądowego, po drodze ujrzał jednak kilka znajomych miejsc.
                      "Świeża Zanęta", sklep rybny, który Frey pamięta jeszcze za młodu. Jego ówczesnym właścicielem był starszy rybak, Gelm, podejrzewał, że staruszek już zszedł z tego świata i ktoś inny przejął interes.
                      "Tkaniny Trixy", dość oczywiste czym handlowała niebieskowłosa elfa, która pomachała mężczyźnie, gdy zauważyła, że spojrzał na jej sklep.
                      "Emporium Galitraxa", sklep dla poszukiwaczy przygód. Jego właścicielem, jest złotowłosy mężczyzna, który ponoć jest pół-smokiem.


                      W końcu dotarł do Sądu, umiejscowionego u boku świątyni Abadara. Poszczęściło mu się i właśnie miała rozpocząć rozprawa jakiegoś nędznika.
                      Sala rozpraw nie miała siedzisk dla widowni, jedynie sędzia posiadał siedzisko za swoim stołem. Nie było protokolanta, nie widział też obrońcy czy oskarżyciela. Dwóch strażników stało, trzymając oskarżonego na kolanach przed majestatem sędziego.
                      - Mirnis Gahan, jesteś oskarżony o szerzenie herezji wewnątrz granic miasta. Jaka jest twoja obrona na te oskarżenia? - sędzia nie posiadał żadnych symboli urzędowych. Żadnych szat, młotków, peruki czy medali. Był to młody, jak dla Khala zbyt młody, mężczyzna, starający się wyglądać poważnie, chociaż jego ubranie i wygląd niewiele wyróżniało go od osoby, która była na kolanach przed nią.
                      - Niewinny! Wiesz przecież, że bredzę jak wypiję! Nie możecie mnie uwięzić za to co zrobiłem po pijaku! - oskarżony był mężczyzną trochę starszym od Khala, siwe włosy zaczęły się pojawiać na jego włosach, jego aparycja dawała do myśli typowego pijaka miejskiego.
                      - Śpiewałeś sprośne piosenki z Calistrią w roli głównej, zwymiotowałeś na kapliczkę Caydena Caileana i straciłeś przytomność w "Pałacu Odnowy". - delikatne szemranie rozniosło się po sali, sam oskarżony patrzył przestraszony na sędziego, jego usta delikatnie się ruszała, najwyraźniej szukał słów na usprawiedliwienie swoich działań.

                      Avruil Myamtharsar

                      Huk z pokoju Viktora wyrwał Avruil z nerwowego snu, kobieta przez chwilę nasłuchiwała, oczekując dźwięków bijatyki, ale jedynie usłyszała kobiecy głos tłumaczący coś Cheliaxanowi.
                      Po chwili udało się jej zejść z łóżka i ubrać w coś świeżego.
                      Opuściła pokój i zobaczyła młodą blondynkę, która uśmiechnęła się do niej.
                      - Śniadanie czeka na dole. - delikatnie dygnęła i ruszyła na dół.


                      Miasto wybudzało się powoli z porannego otępienia. Dzieci zbierały się, aby rozpocząć jakąś nową "przygodę". Starszy członkowie społeczności zbierali się w centralnym skwerze, aby rozpocząć obserwację i obgadywanie wszystkich. Wszyscy inni ruszali do swoich obowiązków. Kramarze, cieśle, kowale i inni opuszczali domostwa z uśmiechami na twarzach. Uśmiechami mówiącymi, że ci ludzie nie mają większych zmagań w swoim życiu nad pracą. Trochę im zazdrościła.

                      Musiała chwilę popytać, ale w końcu skierowano ją do miejsca gdzie gromadzą się najemnicy.

                      text alternatywny

                      Nie posiadała żadnego wyszukanego imienia, po prostu "Gildia Najemników Evercrest". Budynek był jednak ładny. Kilkukondygnacyjny, z tarasem i niską wieżą. Nie było jednak obecnie zbyt wielkiego ruchu.

                      Przeszła przez główne wejście i jak jeden mąż, wszyscy wewnątrz gildii spojrzeli w jej kierunku. Szepty wypełniły pomieszczenie, Avruil słyszała typowe "Kto to?", "Świeże mięso", "Znowu jakiś żółtodziób", jednak przechodząc obok jednej grupy usłyszała "Zamaskowane Ostrze".

                      Był to jej przydomek jaki uzyskała w kręgach najemniczych. Grupa składała się z sześciorga osób. Czarnobrody krasnolud z kuszą opartą o stół, dwa elfy ubrane w skóry, półelf czytający jakąś księgę, półork głośno chrapiący, otoczony kuflami piwa i człowiek o kasztanowych włosach, chociaż bez widocznego ekwipunku, przyglądał się jej uważnie i szeptał coś do reszty gromady.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell
                        Moderator Obsługa
                        napisał ostatnio edytowany przez Seach
                        #11

                        Pojawienie się w miejscu zgromadzenia najemników Evercrest nie było niczym nadzwyczajnym. Kaylie widziała gorsze miejsca, ale lepsze także. Szepty nie zdziwiły ją. Ignorowała osoby jej nie znające, jako że były poza jej zainteresowaniem. Nie spieszyła się, idąc prawie spacerowym krokiem. Oceniała zgromadzonych spod zakrycia przez maskę i odcedzała element niegodny uwagi.

                        Zatrzymała wzrok na grupie, od której wyszły znane słowa.

                        - To dość dobra lektura. - odezwała się swoim miękkim tonem bardziej kojarzonym z elfami niż ludzmi, stając bokiem przy półelfie - Autor poprawił błędy z pierwszego wydania w drugim.

                        Półelf podskoczył słysząc jej głos, nerwowo rozejrzał się wokół poszukując źródła, kiedy ujrzał ubraną w płaszcz postać w masce zbladł i spojrzał na ludzkiego mężczyznę, który zaczął się śmiać.
                        - No, odpowiedz pani! To się nazywa "rozmowa" w krajach cywilizowanych. - mieszaniec zrobił się czerwony i spojrzał jeszcze raz w stronę zamaskowanej osoby, starał się jednak nie patrzeć na maskę.
                        - Tak, dziękuję... ma kilka ciekawych pomysłów dotyczących praktycznych zastosowań zaklęć łączonych.
                        - 342 strona czternasty wers, o ile dobrze pamiętam. Sugerują połączyć powietrze z ogniem nie mówiąc o zagrożeniu dla maga. - sięgnęła do maski i zdjęła ją.
                        To najwyraźniej uspokoiło półelfa.
                        - Brzmi ciekawie. Widziałem sugestię rzucenia "Tłuszczu" i zaklęcia ognia, aby go podpalić. To jednak nie działa, więc zastanawiam się ile z jego sugestii to pobożne życzenia.
                        - Więc zbliżasz się do czasów eksperymentów podczas walki! - następne słowa zostały wypowiedziane teatralnym szeptem - Polecam nauczyć się udawać przypadek. - z rozbawieniem zerknęła na resztę osób.
                        Krasnolud prychnął.
                        - Och, to już suczysyn sobie wytrenował. "Nie chciałem trafić cię Ognistą Kulą.", "Stałeś za blisko!", "Nie moja wina, że Gorg wbiegł w hordę goblinów."
                        - Bo to nie moja wina. - odparł półelf - Nie mam kontroli nad tym zapijaczonym oprychem!
                        - To może, nie wmawiaj mu, że zaklęcie, które rzucasz oszołomi oponentów, którzy go zaatakują. - odparła elfka.
                        - Bo oszołomi!
                        - JEDNEGO! - krzyknęli wszyscy, a Avruil usłyszała ciche zmęczone "...właśnie" wydobywające się gdzieś z okolic głowy pół-orka.
                        - Broda odrośnie gęsta i silna, skóra w końcu też. Nauka jest tego warta. - odparła - Lepiej teraz sparzyć się niż później, gdy to smok będzie nie gobliny.

                        - O nie, nie zapatrujemy się na smoka. - zawołał kasztanowłosy - Poza tym nie ma żadnego w okolicy. Jestem Falco, dowodzę tej małej sforze nieudaczników. Jak słyszałaś nasz nieprzytomny kolega to Gorg, mięśnie ekipy. Brodacz to Turgunt, dwa spiczastouche to Velcar i Valira, a nasz drogi "uczeń" sztuk magicznych to Aeron.
                        - Pewnie ty wiesz - zwróciła się do Falco - Jestem Kaylie Sunfall. Dopiero co przybyłam do tego miasta, choć jest mniejsze niż sądziłam. Mam nadzieję, że jest tutaj na czym zarobić.
                        - Ano, słyszałem o tobie. - odparł przywódca grupy - Głównie dobre rzeczy. Co do roboty to zawsze się znajdzie. Krasnoludy szukają jakiejś swojej dawno zapomnianej kopalnio-kuźnio-fortecy…
                        - Karaz Forn. - sprostował krasnolud.
                        - Właśnie. I potrzebują pomocy, a to pozbyć się koboldów czy goblinów, eskortować grupę ekspedycyjną, czy nawet znaleźć "nie górskie" materiały. Drewno i rośliny alchemiczne. Samo miasto ma też własne problemy. Bandyci, złodzieje, bandyci, szaleni druidzi, bandyci, intrygi polityczne, no i bandyci.
                        - BANDYCI!? - zawołał pół-ork podnosząc się chwiejnie ze stołu.
                        - Zabiłeś wszystkich Gorg. Wracaj spać. - zapewnił go elf, Velcar.
                        - A… no tak. - odparł osiłek, wracając do poprzedniego zajęcia.
                        - I kto za to płaci w takiej... - ogarnęła dłonią przestrzeń - ... miejscowości?
                        - Och, nie przesadzaj. Evercrest to nie jakaś zabita dechami wiocha. - Falco odsunął się, aby zrobić rozmówczyni miejsce przy ich stole - Wszelkie roboty dla krasnoludów opłaca klan Helmhammer, mają reprezentanta w tej gildii. Jeżeli wykonujesz coś dla miasta, to albo straż, albo jakiś przydupas Barona. Indywidualni klienci, płacą indywidualnie.
                        - Faktycznie, aż tak źle tu nie ma. - przysiadła się do stołu - Ale tak dobrze też nie jest. Szanująca się mieścina miałaby zagwarantowany spokój od bandytów. Kim jest ten mości Baron?

                        - Jazor Sahil. W miarę kompetentny, woli powierzać obowiązki innym i czerpać z przywilejów swego stanowiska. Poprzedni władca tych ziem zniknął bez śladu i powierzono je Jazorowi. - mężczyzna wzruszył ramionami - Historia jakich tysiące.
                        - Mam nadzieję, że nie jest to miejsce znane z niepłacenia najemnikom?
                        - Skarbnik jest trochę dusigroszem. Więc, jeżeli z nim będziesz miała do czynienia to może próbować skubnąć z twojej wypłaty.
                        - Na ostatniej wyprawie Gorg ściął drzewo, abyśmy mogli przeprawić się przez rzekę. I skubaniec potrącił nam 10 sztuk złota za to. - dorzucił Aeron.
                        - Trzeba więc zawiązywać mocniejsze umowy. Żeby pracodawca nie przerobił na szczegółach, a jeżeli i tak spróbuje - by zapłacił. - odparła - Sama nie raz na początku doświadczałam takich dupków. Później i umowy podważano, ale do tego prawnik wystarczy często. Pracodawcy boją się ich jak ognia.
                        - A kto się nie boi? - odparł Falco - Staram się, aby umowy były jak najprostsze. Tak, może nas to ugryźć, ale jest mniej miejsca, aby na pewno nas ugryzło.
                        - Ja mam własnego, to go zawsze mogę napuścić. - zaśmiała się - Szczerze nauczyłam się, żeby nie płakać za nimi tylko gryźć o każdy grosz. Droższe składniki same się nie zapłacą, a jak pracodawca chce być chytry... trzeba go ustawić do pionu. Może się chować za swoim pięknym tytułem, ale nie jest on taką dobrą ochroną przeciw papierologii. A czasem też przed ostrzem i magią.
                        - Daj namiary, może się przydać. A ostrze i magia nie pomogą, kiedy naśle na ciebie oddział albo dwa. - mężczyzna pokręcił głową.
                        - Dlatego głównie bierzemy roboty od krasnoludów, lub zwykłych ludzi. Nie to, że bardziej uczciwi czy coś. Nie śmiałbym sugerować, że baron Sahil jest skorumpowany czy coś… - zaczął pół-elf.
                        - Bogowie brońcie. - zawtórował sarkastycznie Falco.
                        - Po prostu mniej bawienia się z pośrednikami.
                        Kaylie zasłoniła usta.

                        - Evercrest naprawdę zadziwia! Nieskorumpowani szlachcice? - słowa kobiety wręcz ociekały sarkazmem.
                        - Mamy też pokorne elfy, wyedukowane orki, dwumetrowe krasnoludy, a oficjalnym patronem miasta jest tysiącletni niemowlak.
                        - Ale nie chcecie smoków szukać. - cmoknęła - Macie coś teraz już załatwionego? - przeszukiwała zawartość ukrytej sakwy pod płaszczem, skąd w końcu wyciągnęła kartkę i smukłe pióro, które wyglądało na droższą zabawkę niż stać było pospolitego najemnika, a sposób jego używania przywodził na myśl wykształconą osobę z wyższych sfer. Nie zwracała uwagi na ten odruch, gdy wręcz kaligrafowała imię prawnika.
                        - Też jest od chwili w mieście, choć poznaliśmy się wcześniej. Na tyle swój typ, na ile to prawnik może być. - przesunęła kartkę do Falco - Zatrzymaj. Dam znać jak kancelarię otworzy.
                        - Ambitny widzę.- mężczyzna schował kartkę - Mamy robotę, aby Wywerna upolować. Kradnie ludziom zwierzynę. Nie powinno być trudno, a płacą dobrze.
                        - Zwykli ludzie, jak mniemam? - schowała pióro pod płaszczem.
                        - Zrzutkę zrobili. 100 złota za łeb bestii. Staromodne, ale skuteczne, ponoć sam baron dorzucił miedziaka. - Falco się uśmiechnął - Mamy już trop, teraz wystarczy znaleźć leże paskudy.
                        - Umowa spisana? Wybacz, że tak pytam, ale życie nauczyło na gadanie nikomu nie zawierzać. - uśmiechnęła się gorzko.
                        Pamiętała jak pierwszy raz straciła dni na rozwiezieniu listów po okolicy. Chrzaniony lordzik nie chciał jej za to nawet miedziaka dać, a i tak umówił się ledwo na dwa złocisze!
                        - Ciągle pamiętam jak urządzono sobie polowanie na mnie, gdy po zrobionej robocie wróciłam po zapłatę. Nie polecam.
                        - Bardziej konkurs, kto pierwszy ten lepszy. Nie chodzi o to, aby ubić bestię, ale dostarczyć jej łeb jako dowód. Więc spodziewamy się konkurencji.
                        - Potrzebujecie kogoś, kto będzie wam tyły obserwował.
                        - Bez urazy, ale nie do końca się znamy. - odparł Falco - Do tego najpewniej to wszystko zajmie nam z tydzień. Więc, może kiedy indziej.
                        Kaylie zaśmiała się szczerze.
                        - Nie ma problemu, bo ja was też nie znam. Półelf może i uroczy - powiedziała słodkim tonem - ale na bycie uroczym nie położę głowy. Mówię tylko, że przyda się wam być ostrożnymi, bo na pewno ktoś was napadnie. - machnęła ręką - Jestem tu od wczoraj, więc nie ogarnęłam miasta, a i już w podróż mi nie śpieszno.
                        Spojrzała na Aerona.
                        - Jak z twoim elfickim?
                        - Ojciec nie spędził ze mną zbyt długo. Mama go wyrzuciła jak miałem jakieś pięć lat. Coś tam podukam. - półelf wzruszył ramionami - Czemu pytasz?
                        - Szkoda, mam bardzo dobrą lekturę dla ciebie, ale jest po elficku. Traktuje o łączeniu zaklęć z mniejszą szansą obrażeń ubocznych.
                        - Znajdę pewnie gdzieś słownik... albo wersję we wspólnym. Dzięki za ofertę, ale z tego co słyszałem o tobie, inaczej podchodzimy do magii.
                        Kaylie uśmiechnęła się bez radości słysząc te słowa.
                        - Pamiętam podobne słowa. W sumie... kwestia podejścia, magia ta sama. Tylko użycie. - chwilę szukała nim wyjęła książkę zza płaszcza i podała Aeronowi - Możesz tłumaczenia poszukać, ale możliwie go nie ma. Dobrze wiesz, że elficcy magowie nie lubią się dzielić wiedzą z innymi rasami.
                        - Tak chyba jest z większością tych pompatycznych ras. - Aeron westchnął - Ja nawet nie mogłem się powołać na ojca jeżeli chodzi o jakieś magiczne akademie czy coś, bo jak się okazało był absolutnym beztalenciem magicznym. Po prostu udawał przy pomocy różdżek, zwojów i innych przedmiotów.


                        Kaylie nie spieszyło się wracać. Dobrze jej było porozmawiać z grupką, a szczególnie z tym wciąż nieopierzonym magiem, co był w wieku, jak ona zawiązywała pakt z Azazelem. W sumie był to ironiczny zbieg okoliczności... Mogła przeżywać życie jak on bez tego bagażu wprost z Piekieł.
                        Nie mogła się powstrzymać przed testowaniem dzieciaka, jego wytrzymałości na dwuznaczności, jakich używać się nauczyła jeszcze za młodu... w innym życiu, mniej uporządkowanym i ognistym. W pewnym momencie zaczęła zastanawiać się nad tym co straciła, co porzuciła. Widząc reakcje młodego poczuła ukłucie smutku patrząc na zagubionego półelfa zawstydzonego jej dwuznacznym tekstem. Czuła smutek widząc jak grupa traktuje go jak swojego mimo niesnasek z źle wycelowaną magią. Wiedziała, iż brakuje jej niektórych relacji i młodzieńczego szaleństwa, którym się chwaliła kiedyś. Teraz... czasami czuła się jakby coś w niej umarło.
                        Wycofała się z zawstydzania mieszańca, którego wręcz spróbowała podnieść na duchu obracając to wszystko w żart. Powiedziała mu, że książka nie jest jej teraz potrzebna i będzie pojawiać się w tym miejscu, a sama zatrzymała się w karczmie, tu chwilę próbowała sobie przypomnieć nazwę, a w końcu podała jak do niej dojść.

                        Planowała jutro zahaczyć o straż miejską i tam wybadać teren, jednak nim nawet opuściła miejsce zbiorowiska różnej maści najmimord musiała zareagować na natrętną próbę zatrzymania.

                        - Kicia, już sobie idziesz?
                        Kaylie z niezadowoleniem uniknęła gładko próby pochwycenia przez młodego człowieka, który wziął ją za świeżynkę w interesie, jednak za chwilę poczuła jak silne ręce jego kolegi chwytają ją w talii i na siłę usadzają sobie na kolanach.
                        - My też ci możemy poopowiadać coś, kruszynko.
                        Kobieta po chwili przestała próbować się siłować, jako że to byłoby tylko marnotrawienie energii i czasu. Szczerze nawet nie słuchała gadania tych podlotków, jedynie czekając na odpowiedni moment cierpliwie znosiła dotykanie jej włosów, czy nawet policzka.

                        Nowi znajomi Kaylie nie pozostali niemi, a gdy trącony półork podchodził do męczących kobietę mężczyzn skupiając ich uwagę na sobie, ta gładko wstała z kolan natręta i wraz z sekundą, gdy jej dłoń dotknęła jego krocza usłyszał słowo, jakie tylko Aeron by od razu poznał. Żałosny wrzask i dźwięk upadku człowieka z krzesła na drewnianą podłogę przyciągnął uwagę zgromadzonych.

                        Kaylie spojrzała po kumplach nieszczęśnika jaki drżał na ziemi od wyładowania elektrycznego, jakie rozpoczęła na jego męskości.
                        - Nauczcie się kiedy można ruszać, a kiedy omijać, szczeniaki. - powiedziała do nich swoim miękkim, spokojnym głosem.

                        Skinęła głową grupie Falco i zakładając ponownie maskę po prostu bez słowa wyszła z budynku.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez Seach
                          #12

                          Scena 1: Przenajmilsze przywitanie.

                          Khal nie miał najemniczych odruchów. Tylko kilka razy zdarzyło mu się być zaatakowanym w podobnych warunkach. W Cheliax atak z zaskoczenia polegał na wysłaniu listu pełnego półkłamstewek. Na “pierwszy raz na oczy widzę tego człowieka”, lub podrzuceniu czegoś i pełnym zmartwienia donosie. Nie nagłym wparowaniu do pokoju karczemnego. Więc tylko odrobinę się spiął gdy drzwi trzasnęły.

                          Odłożył obręcz na stolik i gdy się obrócił zaprezentował Lily pewną konsternację, zdziwienie ale i rozbawienie.
                          - Viktor, tak?
                          Raz tylko pozwolił spojrzeniu zjechać łagodnym ruchem z poziomu oczu, do mniej więcej kolan i z powrotem, całkowicie świadomie nie zwalniając na poziomie dekoltu.
                          - We własnej osobie - odpowiedział ze swoim uśmiechem.
                          - Tata mówi, że śniadanie gotowe i możesz przyjść jeżeli czujesz się na siłach. Nie spałeś ponoć całą noc.
                          Uśmiechnął się szerzej, z odrobina pobłażliwości.
                          - To nie pierwsza nieprzespana noc, gwiazdeczko. I nie ostatnia.
                          - Jeżeli towarzystwa potrzebujesz - uniósł brew wyżej już w połowie zdania - ponoć Juri potrafi coś zrobić.
                          Zaśmiał się pod nosem. Przez krótką chwilę jej słowa brzmiały jak wstęp do nie dwuznacznej propozycji, ale… widział w niej, że nie było to zamierzone. Jeszcze nie zaczął nawet jej urabiać i musiał poważnie przemyśleć, czy w ogóle pójdzie w tym kierunku… Otto mógł być nawet nie tyle niebezpieczny co rzeczywiście potrzebny. Jak kobiety do Viktora same przychodziły to nie ze względu na jego jego wygląd, ale prestiż, władzę i bogactwo… czasem łagodność i zrozumienie. Albo plotki z przyjaciółkami. Rzeczy które zostawił w Cheliax i tu musiał sobie dopiero wybudować od zera.

                          Lily ociągnęła kilka razy nosem i westchnęła - Przygotować ci balie z wodą? Tata mówił, że nie macie przywileju na łaźnie jeszcze.
                          Kiwnął głową z pewnością i spokojem
                          - Definitywnie, kruszyno - odpowiedział bez zająknięcia pomimo, że uśmiech utracił połowę swej szczerości, pomimo że nie drgnął nawet - Ale nie teraz. Potrzebuję jeszcze kwadransa, albo lepiej dwóch aby coś dokończyć nim zamknę ten etap doby. Jak to robicie w Popielnym Dworze? Macie na parterze jakiś pokoik, czy przynosicie balię i wodę do pokoju gościa?

                          Dziewczyna prychnęła słysząc słowo "kruszyno", jeszcze raz obejrzała mężczyznę od góry do dołu.
                          - Tata, by lepiej wytłumaczył jak "to robimy w Popielnym Dworze". - jej imitacja jego wypowiedzi była zaskakująco dobra - Tobie na razie przysługuje jeden z pokoików do mycia. Będą tam czekały wiadra z ciepłą wodą, szczotka i suchy ręcznik.

                          W czasie lustrowania Khal pozostawał uśmiechnięty i pewny siebie. Jakby nie usłyszał właśnie, że śmierdzi, albo przynajmniej w żaden sposób nie wpływało to na jego pewność kontroli.
                          - A co, ktoś pozbawiony przywilejów łaźnianych taki jak ja - rozłożył ręce ćwierć szeroko w geście równo poddańczym jak otwartym - musiałby zrobić aby przynajmniej mydło dostać? - zapytał z niewinnością i widocznie nieprawdziwą pokorą złoczyńcy, zdającego się na litość paladyna.
                          - Mydła mu się chce… - mruknęła pod nosem - Dostaniesz, jakiś konkretny zapach?
                          - Hmmm… - zastanowił się chwilę nim znów na nią nie spojrzał - Nie jestem pewny jakie są opcje. Lepiej wiesz… Jaki ty zapach byś wybrała?
                          - Niezła próba. Cheliaxianie zawsze zostawiają siarczany posmak, więc wybaczysz jeżeli odmówię. Dostaniesz co znajdę.
                          Viktor uniósł brew odrobinę rozbawiony.
                          - To się cieszę, że pochodzę z Oar’s Rest, a nie z Cheliax… choć mogłem trochę przesiąknąć tą siarką po drodze. - Uśmiechnął się smutno, z westchnięciem.

                          - Skoro odmówiono mi wyboru, to zadowolę się z dowolnego mydła. Zmywa znoje nocnej pracy tak samo.
                          - Z Oar’s Rest jesteś? - zapytała, ale Khal widział powątpiewanie w jej oczach - Tam gdzie Duncan swoją piekarnię ma?
                          - Cóż… - podrapał się po skroni przeszukując dawną pamięć - jeśli mówisz o Duncanie, synu Dawiela… Dauga? Dowina??? No piekarza z imieniem na “D”... to chyba nie? Opuściłem Evercrest wiele lat temu, ale kiedy byłem to pan “D” miał swoja piekarnię w Sodbury. W Oar’s Rest charakterystyczny był bardziej młyn Rakusa. Starego krasnoluda rudego jak skórka pomarańczy. Teraz pewnie już powoli siwieje.
                          Khal widział jak spojrzenie ślicznotki złagodniało. Więc klasyczna ksenofobia… nie lubi Cheliaxian… mógł zrozumieć. Też ich w większości nie lubił.
                          - No niech ci będzie, nie dostaniesz śmierdzącego mydła.
                          - Dziękuję z całego serca.

                          Obserwował zamykające się za Lily drzwi. Wcisnął nos pod swoją pachę i sprawdził… nie oceniał by tak strasznie śmierdział. Wzruszył ramionami. I tak miał kąpiel brać.

                          Usiadł do stolika i zaczął pisać drafty listów. Nie planował ich w najbliższej przyszłości wysyłać, ale kiedy ten moment nadejdzie musiały być doskonałe.

                          text alternatywny

                          Scena 2: Osąd nad bluźniercą

                          - Przepraszam, excusez-moi, ignosce mihi, przechodzę, przepraszam.
                          Khal… zwracał na siebie uwagę. Nie szeptał, nie mówił nawet ściszonym głosem gdy przechodził na front tłumu. Stając naprzeciw sędziego z Mirnisem Gahanem między nimi. Przeszedł kilka po okręgu… by ich pozycje nie były tak… konfrontacyjne.
                          - Viktor Goodmann jestem, z dalekich stron przybywam… - ukłonił się delikatnie i elegancko sędziemu oraz samą głową tłumowi - Dziękuję danie mi głosu - zaczął z nastawieniem i pewnością które już zdążyło przekonać pół publiki, że może rzeczywiście oni mu go dali, albo, że przynajmniej zasługiwał by go wysłuchać… “bo gdyby nie miał nic wartego powiedzenia, to by się tak nie wbijał, prawda?”
                          - W świetle braku wiedzy biednego Gahana chciałbym wypowiedzieć się w jego imieniu, abyśmy w duchu prawa pewni byli, że sprawiedliwy jest wyrok. Mirnisie Gahanie, czy zgadzasz się abym ciebie reprezentował?
                          Nędznik… nie wiedział. Rzucił spojrzeniem po tłumie szukając odpowiedzi. Nie znalazł jej. Sędzia również patrzył na Viktora a nie na niego, ale w końcu kiwnął głową… przekonany pewnością siebie Khala oraz nędznymi alternatywami.
                          - Tak. Proszę, ja nie…
                          - Mirniesie, byłbyś uprzejmy dać mi mówić? Nie odpowiadaj niepytany, jeśli możesz… - postawa i ton Goodmanna sprawiały, że nikt z obecnych nie usłyszał prawdziwego przekazu tych słów… “zawrzyj gębę”. Tylko troskę i chęć pomocy.
                          - Szanowny sędzio… czy zaakceptujesz tę nieklasyczną metodę pozyskania obrońcy? - zapytał zdając się (albo raczej Mirnisa) na jego łaskę, w pełnym poszanowaniu dla jego urzędu.
                          Sędzia przez chwilę przyglądał się nowemu rozmówcy, po czym kiwnął głową.
                          - Zezwolę. Może pan rozpocząć obronę, panie Goodmann.
                          - Dziękuję. Zacząć musimy od sprecyzowania jednego… nieporozumienia - ton Viktora nie miał w sobie krztyny pouczenia. Jedynie troskę, łagodną jak aloesowy balsam - Nie rozmawiamy tutaj o herezji. Herezją byłoby gdyby biedny Mirnis wykrzykiwał, że Caydan Cailean potępia… nie wiem… spożywanie piwa? - nie-zapytał z uśmiechem, czarem i energią, że kilka głosów w tłumie zachichotało z absurdu propozycji, a więcej uśmiechnęło się pod nosem.
                          - To o czym tu mówimy to obraza bogów - kontynuował już poważnie - Ale myślę, że pijany Mirnis jest bystrzejszy niż trzeźwy Gahan. Już wyjaśniam co mam na myśli… Jeśli sąd pozwoli chciałbym rozważyć wydarzenia jedno po drugim - odczekał symboliczną chwilę by pozwolić na ewentualny protest. Pokornie. Z szacunkiem.

                          - Wykrzykiwał sprośne piosenki o Calistrei. Bogini zemsty… i pożądania. Tej której jedną z doktryn, czy edyktów jest “poszukuj hedonistycznych ekscytacji”... prostszym językiem… “dąż do przyjemności”... z drobnym naciskiem na te związane z pożądaniem. Ta sama bogini co w swoich świątyniach gości liczne “sakralne kurtyzany”. Śmiem twierdzić, że gdy wiele świętych pieśni Calistrei jest… nieodpowiednia dla dziecięcych uszu to sprośne piosenki na jej temat postrzegała by ona jako bliższe jednej z takich pieśni niż obrazie. Jestem pewien, że gdybyśmy zapytali kogoś z kleru Nieugaszonego Płomienia powiedziałby nam o tym znacznie więcej, ale nie zarzuciłby mi niezrozumienia.

                          - Zwymiotował na kapliczkę Caydena Caileana… tutaj sprawa jest odrobinę mniej wygodna, bo ktoś musiał to po nim posprzątać, ale jeśli którykolwiek z bogów miałby to zrozumieć i zaśmiać się z tego do rozpuku… byłby to właśnie Przypadkowy Bóg, ten sam który wedle legend, którym nigdy nie zaprzeczył, sam był tak wstawiony - słowo wyraźnie było tu grzecznym eufemizmem - że nic nie pamięta ze swojej Próby przy Gwiezdnym Kamieniu która to doprowadziła go do boskości. Ten który sam w swoich przykazaniach ma jedno które całe składa się z jednego słowa. “Pij”. I nie mówią tu o wodzie. W rozmowach z jego klerem w przeszłości odniosłem wrażenie, że oczekiwali by oni posprzątania po sobie, ale przyjęliby to ze śmiech i zrozumieniem.

                          - Zasnął w Pałacu Odnowy… - zrobił krótką pauzę aby ci co zrozumieją co miał na myśli mieli na to czas. - Jak szanowni obecni myślą… gdyby zapytać łaskawych bogiń tego przybytku co by o tym myślały… preferowały by aby bezbronny, wrażliwy na rabunek człowiek w potrzebie pozostał w rowie zimną nocą czy jednak przyjąć go do miejsca którego sama nazwa dedykuje je odnowie? Czy jeśli one same preferowałyby przyjąć go w swe progi i się nim zaopiekować to możemy mówić o jakiejkolwiek obrazie ich dobrotliwego majestatu?

                          - Więc… jak mówiłem na początku, pijany Mirnis jest bystrzejszy niż trzeźwy Gahan. Gdyby przyśpiewywał w niestosowny sposób o Caydenie, potem zwymiotował alkoholem w lecznicy Sanrae a na koniec chrapał na maszy Calistri jego wina byłaby niewątpliwa. Ale w kolejności w jakiej rzeczywiście miało to miejsce… - rozłożył ręce - Wnoszę o oddalenie zarzutów o obrazę bogów, a tym bardziej o herezję.

                          Wypowiedź Khala wywołała poruszenie wśród zgromadzonych. Sala wypełniła się szeptami, kłótniami i poparciem dla sprawy oskarżonego. Sędzia uniósł brwi kiedy adwokat skończył swój wywód.
                          - W świetle przedstawionych wyjaśnień, oddalam zarzuty herezji. Mirnisie Gahan, dopuściłeś się przewinienia publicznego upojenia. Zarządzam karę trzech dni prac społecznych na korzyść Ogrodu Przyjemności, Pałacu Odnowy i kapliczki Caydena Caileana. - sędzia stuknął młotkiem o stół - Zarządzam przerwę. Uwolnić oskarżonego i rozpocząć procedury.

                          Konsternacja Viktora była czysto wewnętrzna. Zmiana zarzutu i brak możliwości obrony przeciw niemu? Standard w Evercrest, czy młody sędzia? Nie aby się z nim nie zgadzał. Prace społeczne były zasadne. Dzień za przerwanie snu porządniejszych obywateli, dzień za to, że ktoś musiał posprzątać kapliczkę, dzień w ramach opłaty za usługi Pałacu Odnowy. Ładnie. Elegancko. Prosto. Odpowiedni poziom współczynnika karności. Argumentował by tylko za opcją wykupienia dni swojej pracy, jeśli posiada na to środki… tacy jak on nigdy nie posiadają, ale bardzo dobrze to wygląda dla publiki. Łagodzi krawędzie nawet ostrzejszych wyroków.

                          - Puk puk… - wymówił Khal stając w otwartych drzwiach pokoju sędziego i pozwolił społecznemu błogosławieństwu popłynąć.

                          - Chciałem upewnić się, że moje zamieszanie w proces nie zostało odebrane w negatywny sposób… będę chciał założyć kancelarię w Evercrest i wierzę w dobre stosunki z władzą. Pozwolicie, że jeszcze raz się przedstawię. Victor Goodmann, dotąd służyłem wiedzą w Cheliax, w kancelarii Welton & Vortel ale w końcu postanowiłem rozwinąć własne skrzydła.

                          - Witaj, Serg Malm. Nie oczywiście, że nie, szczerze cieszę się, że w końcu ktoś z wiedzą prawną się zjawił. Do tej pory można jedynie było liczyć na sługi Abadara, a oni ostatnio sobie solidnie każą płacić. - sędzia westchnął - Musisz mieć nienajlepsze mniemanie o naszym małym sądzie, jest dość nową instytucją. Przez długi czas takimi sprawami zajmował się baron, ale postanowił, że to poniżej jego majestatu i zaciągnął mnie, chłopaka, który jedynie zna prawa ustanowione przez barona, jako reprezentanta prawa i porządku w całym regionie. - Serg schował twarz w dłoniach - Jest to nie tylko męczące, ale i upokarzające. Ta sprawa z Mirnisem była najpoważniejszą od miesięcy, dysputy o bydło, o kradzież jabłek, bójki karczemne. Wszystko zostaje postawione przede mną a ludzie sądzą, że to działa jak legalizacja samosądu. Muszę lawirować między tym co mówi prawo, a tym co udobrucha motłoch. Nie jestem prawdziwym sędzią, czy kimś kto posiada większa wiedzę o arkanach prawnych, ale wiem, że tak być nie powinno.

                          - A bez dostępu do poważniejszej magii i tak musisz zgadywać kto mówi prawdę, a kto kłamie, bo oczywiście to niemal zawsze jest słowo przeciwko słowu… - kiwał głową Viktor w zrozumieniu - W swej prostocie znacznie trudniejsze niż wiele spraw z Cheliax… Ciężki kawałek chleba ci narzucono, panie Malm, ciężki i gorzki.
                          Khal z taktem rozpoczął… urabianie. Po zgrabnym wywiedzeniu się ile ma czasu dopasował taktykę. Zrozumienie dla ciężaru obowiązku, choć z lekką, nienachalną próbą przedstawienia sytuacji trochę lepszą. Kilka niby nie-celowych wstawek i krótkich przypowieści o jego sprawach z Cheliax i okolic aby przedstawić się jako tego kim rzeczywiście był… najlepszym prawnikiem w Evercrest, a prawdopodobnie w zasięgu tysiąca mil… a wszystko to ze stylem i gracją jakby to było dla niego wrodzone… w jego słowach i postawie czuć było, że nie ma w nich krztyny przechwałek.
                          - Założenie kancelarii, panie Malm, zajmie mi pewnie kilka tygodni… jestem wybredny jeśli chodzi o lokal w którym będę pracował… ale mam gotowe wszelkie formularze potrzebne aby zarejestrować i zaoferować Evercrest moje usługi jako… niech będzie nawet radca prawny. Jeśli wasza dokumentacja królewska nie zmieniła się drastycznie w ciągu ostatniej dekady to powinny być aktualne. Moje usługi definitywnie nie są tanie, ale byłbym chętny pomóc jakiś czas pro bono, albo za pomoc we wdrożeniu się w lokalny rynek.
                          Sędzia delikatnie chrząknął jak usłyszał "pro bono".
                          - Ostrożnie z tego typu słowami. Ludzie urwą ci rękę, jeżeli dasz palec. Życzę ci powodzenia, może twoja obecność wpłynie też na ludzi. Lub przynajmniej na straż, cześć tych spraw powinna być rozwiązana kilkoma dniami w zimnej celi, a nie marnowaniem czasu wszystkich na spektakl prawny.
                          - Jak wszędzie, sędzio Malm, jak wszędzie - uśmiechnął się Viktor, ukłonił i zostawił Serga jego zasłużonej przerwie.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez Seach
                            #13

                            text alternatywny

                            Obudził się nagle, spocony, drżący. Nic nie pamiętał z koszmaru… nic, poza wrażeniami. Ale te wystarczały by wzbudzić w nim nieludzki lęk odwołujący się do najstarszych instynktów tkwiących w jego umyśle.
                            Co wyrwało go z jego stanu? Niewiasta swoim pukaniem. Zasłaniająca oczy, bełkocząc coś co wlatywało jednym uchem Baltizara a wylatywało drugim. Potakiwał jedynie odruchowo czekając aż wyjdzie.
                            Sięgnął odruchowo po talię, przetasował, rozłożył w wachlarz… wyciągnął kartę.

                            Splątany wrzosiec. Nazwa zupełnie nie pasująca do karty… do stracha na wróbla ustawionego nad jeżyną. Niemniej nie logiki gnom szukał w kartach, a ukrytego sensu.
                            Wyciągnięta karta wskazywała na przedmiot lub osobę z dawnych czasów, która w jakiś sposób będzie miała ogromny wpływ na obecną sytuację. Ów przedmiot lub osoba, o której karta mówiła, to obiekt zagubiony lub zamordowany w jakiś okropny sposób. Niepoprawna, ciernista przeszłość przynosić miała nie tylko ból, ale także nadzieję na przyszłość.

                            In.. te.. re.. su.. ją.. ce.

                            Gnom spojrzał na plecach z ukrytym hełmem. Może ten wątek podpowiadały karty ? Schował więc talię i zabrał się za badania.

                            text alternatywny

                            “-... zwiedzanie? Zjesz coś?”
                            Gnom przez chwilę przyglądał się Otto jakby te słowa nie dotarły uszu do jego mózgu, tylko zaplątały się gdzieś po drodze. Po chwili jednak rzekł.
                            - Tak. Zwiedzanie było ciekawe i coś bym zjadł.-
                            Zamyślił się na chwilę, zmarszczył brwi.
                            - I coś bym zarobił. Zajmuję się rozrywką. Zabawiam gości opowieściami. Mógłbym… to robić tutaj, w karczmie. Podział zysku… ehm… mniej więcej pół na pół?-
                            - Co tu zarobisz to twoje. - odparł karczmarz - Jeżeli umilisz czas moim gościom, lub nawet sprowadzisz nowych, mogę ci to wynagrodzić.
                            Baltizar zamyślił się wodząc dwoma palcami po swojej bródce.
                            - Hmmm… no to … bardzo… hojne z twojej strony. Umowa stoi. Będę występował w twojej karczmie wieczorami i trochę tu na rynku miejskim i w większych uliczkach, by przyciągnąć uwagę potencjalnych klientów. To miasto…- przedstawiciel niskiego ludu pokręcił głową.- … to miasto… to miasto… co ja… a tak. To miasto nie walczy z ulicznymi artystami. Straż nie przepędza kuglarzy, grajków występujących pomiędzy straganami?-
                            Otto spojrzał z delikatnym smutkiem na gnoma. Pociągnął nosem jakby poczuł jakiś nieprzyjemny zapach.
                            - Męczy cię gnida, co? - karczmarz westchnął - Nie, nie walczą. Tak długo jak się ludziom nie uprzykrzasz i "aktywnie" nie żebrzesz. Więc, w zamian za taką usługę, mogę załatwić ci większy pokój, albo wygodniejsze łóżko.
                            - Niee… to co mam mi wystarczy.- machnął ręką gnom.- Zresztą najpierw zobaczmy czy zdołam widownię zgromadzić. - po czym dodał żartobliwie.- Na lutni nie grywam, a ponętną elfką nie jestem.-
                            Karczmarz przez chwilę wydawał się urażony odmową gnoma.
                            - Takie są zasady Popielnego Dworu. Przysługę dla Dworu należy nagradzać. - podrapał się przez chwilę po karku, po czym sięgnął pod stół i wyciągnął miedzianą różdżkę, trącił ją palcem i zaczął do niej mówić - Juri, przyjdź tu proszę. Mam dla ciebie robotę. - karczmarz uśmiechnął się cieplej do gnoma - Męczą koszmary?
                            - Rodzinna przypadłość. Nieuleczalna żadną magią.- machnął ręką Baltizar. - Nawykłem. A co do przysług, najpierw…niech sprowadzę klientów, a potem… potem można pogadać o nagrodzie za przysługę.-
                            - Ponownie, nie takie są zasady na mym dworze… - głos człowiek zrobił się odrobinę niższy - Uleczyć wątpię, aby się dało. Juri jest jednak alchemikiem, pewnie jakieś świństwo na bezsenne spanie by upichcił.
                            - Wdzięcznym więc jestem.- odparł uprzejmie gnom.
                            Do pomieszczenia wszedł blady, łysy elf. Nie posiadał brwi, a jego ciemne oczy były głęboko zapadnięte. Zielonkawa szata była ubrudzona i przeżarta w niektórych miejscach. Pośpiesznie zbliżył się do karczmarz i gnoma.
                            - O co chodzi?
                            - Juri, poznaj Baltizara. Postanowił wesprzeć Dwór poprzez opowiadanie baśni gościom i ludziom na mieście. W zamian postanowiłem zaoferować twoje usługi. Gnębią go koszmary, dasz radę coś zaradzić?
                            Elf spojrzał na gnoma.
                            - Klątwa i czy zła dieta?
                            - Raczej to pierwsze… choć… trudno dokładnie powiedzieć.- wyjaśnił gnom ignorując oczy w każdej szczelinie pomiędzy deskami i szepty stamtąd wydobywające się.
                            - Z wami, gnomami, to nigdy nic innego. - elf pokręcił głową - Wieczorem jedna z dziewczyn przyniesie ci specyfik. Wypij przed snem, w łóżku. Powali cię natychmiast i obudzisz się osiem godzin później bez żadnych snów.
                            - Wdzięczny byłbym za to.- odparł z uśmiechem Baltizar.
                            Elf kiwnął głową.
                            - Coś jeszcze? - te słowa skierował do karczmarza.
                            - Na razie nie, mogę cię jednak jeszcze wezwać. Towarzysze Baltizara mogą też czegoś od ciebie chcieć.
                            - Oczywiście. Nigdy mnie nie wzywasz jeżeli czegoś nie chcesz. - Otto uniósł brew.
                            - Zachowujesz się jakby w drugą stronę nie działało to tak samo. - elf jedynie prychnął i ruszył z powrotem skąd przybył.
                            - Ach, ta młodzież. - zerknął na gnoma - Więc, coś lżejszego czy cięższego? No i jakiś trunek? Mam bardzo słodkie wino z owoców południa.
                            - Coś cięższego. Mięsiwo. A i winem nie pogardzę.- zgodził się z nim Baltizar. Bądź co bądź, dobre wino nie jest złe.

                            text alternatywny

                            Gnom dość długo prowadził Khala między uliczkami miasta, przeciągniętego słowami o wstydliwej sprawie, którą tylko mężczyzna zrozumie a kapłan wysłuchać może.
                            Gdy znalazł takie miejsce, odetchnął z ulgą.
                            - Tu chyba możemy rozmawiać.-
                            Khal milczał w czasie drogi. Normalnie by zabawiał towarzysza rozmową o niczym, albo próbował sobie na głos przypominać różne trivia na temat miasta które kiedyś znał. Gdyby czuł się pewniej w topografii miasta również mógłby przejąć pałeczkę, ale… nie miał pewności czy pamiętał je takim jakim było. Dwa razy więcej życia spędził poza nim niż w jego murach… i “wstydliwa sprawa” zmieniała zupełnie sprawę. Z wesołego gawędziarza przeszedł w wyrozumiałego słuchacza.
                            - Postarałeś się ze wszystkich sił. Możemy rozmawiać swobodnie. Powiedz mi Baltizarze… w czym mogę ci pomóc? - pytanie wybrzmiewało szczerością i zaprawione było uśmiechem lekkim, zachęcającym i cierpliwym.
                            - W niczym, w absolutnie niczym. Do niczego nie jesteś mi potrzebny. - odparł gnom drapiąc się po karku.- Chodzi o naszych gospodarzy. Jak pewnie zauważyłeś, są gościnni ale zdystansowani. I nie darzą naszego pracodawcy respektem. Co za tym idzie z pewnością nie służą jemu. Póki co… można tylko zgadywać, ale mam podejrzenia iż ich zatrudnia Mammon. Co nie oznacza że są zagrożeniem… o nie… nie są, gdyż nasz szef zapłacił u źródła i oni będą nam pomagać. Aczkolwiek bierz pod uwagę, że najemnicy robią tylko za co im zapłacono. Nie oczekuj… nic ponad to. - Baltizar rozejrzał się dookoła, sarknął pod nosem “A tam… cichoo być”. - Sekta Mammona jest już w mieście, acz pewnie już wiesz że to sługi boga kupców trzęsą tym miastem i oni są głównym zagrożeniem. Są jeszcze inne kulty… zwłaszcza kult Pani Os jest niewiadomą. W jej przypadku wahadło wychyla się raz w jedną raz w drugą stronę.-
                            Viktor zmarszczył brwi w konsternacji. Nie lubił być wyciągany pod fałszywym pretekstem… ale rozumiał.
                            - Przede wszystkim miło by było się wywiedzieć od naszego benefaktora czego możemy po nich oczekiwać, bo nie możemy założyć, że nam wszystko powiedzieli. I to, Ale to późniejszy temat. Nie oczekiwałbym ciepłego przyjęcia od żadnej z lokalnych religii. Wszystkie będą musiały zostać zmuszone bądź przekonane by nas zaakceptować. Mammon, Calistreia… Abadar i cała reszta. Dlatego chciałem zacząć od budowy naszego PRu aby nim podeprzeć wprowadzenie kultu. Kościół Abadara na pewno ma bardzo personalne zaszłości z kultem Mammona. Możliwe, że z nimi udało by się we współpracę wejść. Przy odrobinie szczęścia możliwe jest znalezienie wspólnego gruntu. W końcu głównym tematem zainteresowań naszego benefaktora jest sądownictwo. Silne i przede wszystkim egzekwowane prawo jest tylko korzystne dla handlu. Z kolei Srebrny Głos jest ich bezpośrednią konkurencją. -
                            Gnom wysłuchał przemowy w milczeniu i z obojętną miną. Co najwyżej na słowa “zmuszeniu bądź przekonaniu” uśmiechnął się ironicznie. Ostatecznie wzruszył ramionami dodając.
                            - Co tam sobie życzysz nieustraszony przywódco. Nie mnie oceniać twoje przekonania. - musnął dłonią krótką bródkę.- Ty rób swoje, ja swoje zrobiłem… zostałeś poinformowany. Co z tą wiedzą zrobisz, zależy tylko od ciebie.
                            - Oj, Baltizarze, proszę nie bądź taki - poprosił Khal składając ręce - Liczę na solidną współpracę. Dziękuję ci za podzielenie się wiedzą, definitywnie jest cenna… Nie mam jeszcze żadnych solidnych wniosków na ten temat. Muszę to przemyśleć i twoje sugestie są nie tylko bardzo mile widziane, ale wręcz bym ich oczekiwał…
                            Gnom pokręcił głową dodając. - Kult to nie miasto. Nie potrzebuje rady miejskiej tylko przywódcy. Silnego i samodzielnego. Jest to jedno miejsce na szczycie i ty je zajmujesz. Moja misja się nie skończyła, bo nie ma jeszcze kultu, ale pomoc na dziś… już tak. Nie mam więcej informacji, więcej plotek czy sugestii których byś nie znał. Przemyśl je dobrze.
                            - W porządku - przytaknął Khal - Jeżeli mam być decyzyjny i odpowiedzialny za sukces lub porażkę, niech będzie. Ale będę chciał nie tylko twojego wywiadu, ale również inteligencji. Przemyślę, pokombinuję, wykorzystam to jakoś na pewno, ale chcę abyś ty także spróbował coś wymyślić, a potem skonfrontujemy nasze pomysły. -
                            - Na razie wracaj do karczmy…- wzruszył ramionami gnom dodając. - Ja idę zarobić na życie.-

                            text alternatywny

                            Rozmowom się przysłuchiwał, plotki zapamiętywał. Siedząc w otoczeniu swoich “zwierzaczków”, przy lasce wbitej w ziemię i zapalonej u szczytu. Zakupiona za pięć srebrnych monet wonna żywica paliła się w niej dodając miły aromat powietrzu. Balitizar siedział i opowiadał historie. Niektóre były banalne, inne bardziej skomplikowane.
                            Gnom nie sięgał po bardziej łakome kąski. W końcu tu na ulicy jedynie zarzucał przynętę, mimowolnie wspominając że dziś wieczorem w Popielnym Dworze będzie występował.
                            Obserwował przy okazji, kogo jego historię kuszą. Rzemieślników, bogatych mieszczan… kleryków miejscowych kultów może?
                            Sięgał po pieprzne historyjki, gdy zauważał kleryków Calistrii… a nuż uda się tam zatrudnić jako narratora podczas ich zabaw? Dodatkowe źródło finansów i informacji bardzo by mu się przydało.
                            Gnom był pewien że za murami miejscowej świątyni nie figlują przypadkowi mieszczanie, a tutejsza elita.
                            Pozostałe świątynie nie były tak problematyczne. Infiltracja Pałacu Odnowy nie wymagała wysiłku, a przybytek Abadara Baltizar postanowił zostawić adwokatowi.
                            Była jeszcze rada miejska, miejscowy półświatek… hmm… ten wymagał pomocy Otto do zbadania. Pewnie karczmarz miał z nim jakąś styczność.
                            Ale to wszystko to sprawy na później.
                            Teraz… gnom spojrzał w górę, na ciemniejące niebo. Teraz zbliżał się wieczór i czas głównego występu w przybytku Otto.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez Seach
                              #14

                              Noc powoli przykrywała świat swoją granatową peżyną, ludzie zaczęli zamykać się w domach, świece zapalano, aby odgonić ciemność, a Popielny Dwór otwierał swe drzwi na wieczerzę dla głodnych po całym dniu życia.

                              Sala była pełna ludzi, aż szok, że tyle była w stanie pomieścić. Rozmowy i śmiechy wypełniały powietrze. Lilly i Piwonia roznosiły jedzenie, ale trzy kolejne kobiety biegały razem z nimi.

                              Wysłannicy Azazela zebrali się jedno po drugim, zadowoleni bardziej lub mniej ze swych dzisiejszych eskapad.
                              Kiedy weszli Otto wskazał im stół najbliżej siebie, na okrągłym blacie leżał na talerzu potężny kawał mięsa.
                              - Otis mówi, że to jakiś dinosaur. Mięso jest chude, ale smaczne. - karczmarz wzruszył ramionami - Udało mi się znaleźć coś ciekawego, szczególnie jeżeli chcecie być po dobrej stronie ludzi i władzy. W mieście nic się nie dzieje, ale okoliczne wioski zgłaszają znikających mieszkańców. Pojedyncze osobniki, ale sytuacja jest na tyle zła, że Filia Blackfyre, szefowa straży, ogłosiła nagrodę pieniężną za pomoc w odnalezieniu zaginionych i sprawców porwań.
                              Karczmarz polał trunek o pomarańczowym kolorze w trzy szklane kielichy.
                              - Na dobry początek. - powiedział - Wybaczcie, moje oschłe przywitanie, ale wasz… przełożony popsuł mi plany. Więc, jak wam minął dzień? Udało się coś ustalić?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                #15

                                text alternatywny

                                Kaylie spojrzała na Khala, gdy Otto powiedział "Blackfyre" spodziewając się możliwych kłopotów. Tym razem ona położyła dłoń na dłoni mężczyzny pod stołem, chyba by móc go powstrzymać.
                                - I tak miałam zamiar jutro pójść do straży i ogarnąć możliwe zlecenia. - spojrzała po wszystkich - Zlecenia od straży, osobiste lub krasnoludów, którzy szukają zaginionej swojej kopalni Karaz Forn. Tym zarabiają najemnicy. - uśmiechnęła się pod nosem i upiła z kielicha - Już przywitałam towarzystwo najemnicze. Raczej nie będą do mnie fikać w najbliższej przyszłości. - spojrzała na Otto - Skąd ta nagła zmiana?
                                - Zdążyłem się uspokoić. - przyznał karczmarz - Nie miewam gości na dłuższy okres, więc wymóg Azazela wybił mnie z rutyny.

                                Khal zachował spokój. Zewnętrznie całkowity. Wewnętrzny… w stanie kontrolowanym.
                                Dłoń Kaylie na swojej zdał się zauważyć dopiero po chwili, ale nie odniósł się do tego poza krótkim przytaknięciem… cokolwiek miało ono oznaczać.

                                Potem z największą delikatnością oswobodził swoją dłoń. W każdej innej sytuacji by się cieszył, ale… jego umysł był w innym miejscu.

                                Podobnie jak chyba umysł Baltizara. Bajarz wydawał się być nieobecny… zamyślony. Kalkujący nad czymś. Wodził wzrokiem po podłodze, szukając czegoś spojrzeniem. Skupiał się na czymś… czego inni nie widzieli. Nic dziwnego, że dla odmiany jego zwierzaczki były czujne.

                                Filia… Blackfyre… Nie Aegon. Filia. Córka. Może ciotka… albo żona? Co z Aegonem? Półelf powinien wciąż być w kwiecie wieku. Czy chciał rozciągać karę na rodzinę? Nie wiedział. Chyba nie? Ale czy użycie jej w tym celu było poniżej jego godności? Również nie wiedział. Miał nadzieję, że tak… jak niemal każdy złoczyńca w lepszych historiach minstreli… Khal był tym dobrym w swej własnej opowieści.
                                - Znałem kiedyś jednego Blackfyre’a. Był tu sędzią koło trzech dekad temu. Jakieś spowinowacenie? - zapytał z uśmiechem na twarzy łagodnym i serdecznym. Nawet w oczach nie było widać krztyny mroku - Aegon się nazywał - dodał z najdelikatniejszą niepewnością.
                                - Aegon? Dwa lata temu zrezygnował z roli sędziego, doradza teraz baronowi w sprawach legislacyjnych. Filia to jego córka, nie wiem nic o matce. - wytłumaczył Otto - Dobra dziewucha, trzyma straż na krótkiej smyczy, płaci za zamówienia.
                                - Brzmi jak dobra osoba - przytaknął Viktor z serdecznością - gdzie można się z nią spotkać aby porozmawiać o tych porwaniach?
                                - Nie kłopocz się. Idę jutro do straży. - Khal poczuł jak dłoń kobiety ponownie złapała jego, tym razem bardziej stanowczo i zacisnęła się mocniej oraz zobaczył jak jej wzrok przyszpila jego oczy - Załatwiaj kancelarię.
                                - Główny posterunek znajduje się koło płacy przy głównej bramie. Na placu przeprowadzają egzekucje, kiedyś też palono tam wiedźmy. - odparł karczmarz - Jeżeli nie uda jej się uciec na patrol to będzie tam.
                                - Albo w domu, ale tam nachodzenie jej nie byłoby docenione - zażartował Viktor - Zobaczymy, Słoneczko - zwrócił się do Kaylie z serdecznością i wesołością, jakby zupełnie nie dotarło do niego co próbuje ona zrobić - Omówimy potem szczegóły. Może na śniadanu przed wyjściem?
                                - A! Właśnie - Wzniósł dłonie jakby nagle coś do niego wróciło i spojrzał na Otto nie dając troszkę-elfce czasu by cokolwiek odpowiedzieć - Nie przejmuj się. Przyjęte, wybaczone, zapomniane. Nasz benefaktor potrafi być… - zawiesił na chwilę głos szukając słowa - mało wyrozumiały. Wyobrażam sobie, że większość z nas nie do końca była uszczęśliwiona tak nagłym przejściem od średnio znanych nam planów do polecenia “wykonać”.
                                Zatarł ręce wreszcie poświęcając uwagę mięsiwu i napojowi. Czas spróbować przerośniętej jaszczurki.
                                Kaylie patrzyła twardo na Khala, sama powoli jedząc jaszczurkę. Ciągle mu nie ufała, a szczególnie wiedząc do czego był zdolny.
                                - Załatwiłam reklamę wśród najemników. - nie patrzyła na Khala. ale wyraźnie do niego mówiła - Jak mi zapłacisz?
                                Khal potrzebował kilku chwil by przełknąć i zapić żuty kęs, przetarł usta wierzchem dłoni i spojrzał na Kaylie nonszalancko opierając łokieć na oparciu krzesła.
                                - A jakiej zapłaty byś sobie za taką pomoc życzyła? - zapytał rozbawiony, unosząc jedną brew.
                                Kobieta dłużej nie przerywała swojej uczty i dopiero po dłuższej chwili się zwróciła do Khala:
                                - A co byś ty zaproponował?
                                Khal wrócił do posiłku chichrając się pod nosem.
                                - U siebie, gdy zaczynałem szukać sobie swoich własnych klientów miałem kilka ślicznych dziewczyn ze dolnych szeregów wyższych sfer… takich co miały nazwisko i wejście na salony ale niewiele więcej… każda dostała ode mnie garść wizytówek. Każda z trochę inną szatą graficzną. Klient co przyszedł do mnie z wizytówką oznaczał srebrnika dla dziewczyny. Każdy który został u mnie, a większość zostawała jak już się pojawili, to był kolejny złocisz albo trzy… zależnie od tego co to za klient. Jedna z nich, Natalie się nazywała, mocno mi pomogła w tamtym okresie, a ja jej… nigdzie nie zarobiłaby takich pieniędzy jak pracując naganiając mi klientów… wykluczając niegodne zawody - dodał po chwili zastanowienia - Tu jeszcze nie miałem okazji się rozejrzeć czy w ogóle prasę da się znaleźć, ale jak ktoś przyjdzie powołując się na twoje imię to srebrnik plus pewnie potem złoto? - zapytał z wręcz wyinżynierowaną niepewnością w głosie. Chciał usłyszeć kontrpropozycję i nie krył tego w żaden sposób.
                                Kaylie westchnęła teatralnie.
                                - Ty mnie za jakąś panienkę za srebrniaka bierzesz. - pokręcila głową - Miałam nadzieję, że prawnik twojego pokroju okaże się lepszy w oferowaniu... A ty i tak od razu do jakiś groszy. Do tego od razu wszystko sprowadzasz do pieniędzy. Wysil się trochę.
                                - Połaziłem, pooglądałem. Ładne miasto, duże świątynie, bardzo… praworządne. - odparł gnom wyraźne zajęty przyglądaniem się bacznie każdej szparze w podłodze, niż słuchaniem ich rozmowy. - Jutro też pozwiedzam. Mogę pójść na wieś, jeśli wieczorny występ nie będzie dla mnie zadowalający. Jeśli nie przyniesie rankiem wyników. Mogę pójść na wieś.-
                                Spojrzał na Kaylie dodając. - Zaprowadzisz mnie do najemników. Opłacę dwóch mięśniaków i rozejrzę się po wioskach. Zobaczymy co to da.
                                - Dobrze. Jakieś konkretne wymagania?
                                - Mięśnie i trochę rozumu? - wzruszył Baltizar. - Mają umieć się bić.
                                - Jednemu upiekłam mózg więc... - mruknęła.
                                -... - Khal oparł podbródek na pięści - Byli świadkowie? Czy będzie to ode mnie wymagało krycia twej części ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę przed prawem? - zapytał zdając sobie doskonale sprawę, że sytuacja nie jest taka zła… widział mowę ciała Kaylie… ale bawiła go dramaturgia.
                                - Daj spokój, oczywiście że wszyscy widzieli. Po co miałabym bawić się w traktowanie czyjejś męskości prądem, jeżeli nikt by tego nie zobaczył i nie wziął nauki? - zaśmiała się na to.
                                Khal skrzywił się trochę jakby sam został porażony… nagle wydało mu się to znacznie bardziej okrutne.
                                - Taki “mózg”... ufff… - łyknął z kielicha solidniej - No ale dobra, moja ciekawość za chwilę. Mięśnie i rozum. Poza tym jednym nieszczęśnikiem możemy oczekiwać, że nie będzie to takie trudne do znalezienia, prawda?
                                Gnom filozoficznie ignorował toczącą się rozmowę nie znajdując w niej nic ciekawego dla siebie. Zamiast tego rozejrzał się odpowiednim miejscem na swój występ w karczmie.
                                Niemalże jak na zawołanie Piwonia pojawiła się za Baltizarem.
                                - Piwonia… nie… - głos Otto przypominał zmęczonego właściciela starającego się powstrzymać kota.
                                - Ale tato! On chce opowiedzieć coś naszym gościom! Lilly kazała Jori'emy wyciągać scenę! - ekscytacja w głosie blondynki była niemal namacalna.
                                - Dobrze, ale to nie znaczy, że masz go tam zanieść na swoich barkach. Po prostu pokaż mu, gdzie ma stanąć. - dziewczyna nadęła delikatnie policzki, ale wskazała środek sali. Znajdował się tam okrąg z ciemnego drewna.
                                - Umiem chodzić.- wtrącił beznamiętnie gnom.
                                - Wiem, ale to chyba dalej dla twoich nóżek. Przecież na każdy nasz krok musisz robić trzy!
                                - Woni! - tym razem głos karczmarza był bardziej karcący, dziewczyna się delikatnie skuliła i wróciła do obsługiwania gości - Przepraszam za nią, ma prawdziwego fioła na punkcie fae i wszystkiego z nimi związanego. Gnom to najbliższa rzecz w tym mieście, do Pierwszego Świata. Jak staniesz na tamtym ciemnym okręgu, Jori sprawi, że uniesie się na jakieś półtora metra nad podłogę.
                                - Wolałbym jakiegoś barda… z talentem do muzycznej improwizacji.- rzekł Balizar ruszając w kierunku miejsca wskazanego przez Otto. - A od fae i Pierwszego Świata… radziłbym trzymać się z daleka. Nie bez powodu… mój lud… uciekł stamtąd.-
                                Kiedy gnom ustawił się na okręgu usłyszał dźwięk przypominający uginanie się konara, po chwili przy akompaniamencie głośniejszej wersji tego dźwięku okrąg wyrósł niczym drzewo, stawiając stopy Baltizara na poziomie oczu zgromadzonych gości, których uwaga skupiła się na nim.

                                No i zaczął opowieść. Tym razem nie krótką anegdotkę. Nie prostą historyjkę. Tylko o dżinnie uwięzionym w lampie i trzech panach. O trzech życzeniach. O tym jak zmieniał właścicieli. O tym jak pierwszy właściciel był samolubny i głupi. I jak jego własne życzenie doprowadziło go do zguby. O drugim, równie równie samolubnym, ale rozsądnym… i o tym jak jedno dobrze dobrane życzenie doprowadziło go na szczyty potęgi. I wreszcie o trzecim, pastuszku o dobrym sercu, który swoim życzeniem uwolnił dżinna z lampy. Nic przy tym nie zyskał i którejś nocy, wilki go zjadły wraz z jego owcami. Bo dżinny nie znają słowa wdzięczność, a dobre serce niewiele pomaga przy głupim umyśle. Morał z bajki był jasny… bądź rozsądny przy deklarowaniu życzeń i zawieraniu kontraktów, a wtedy, nawet paktowanie z potężnymi bytami przyniesie zysk.
                                Gnom przyciągnął uwagę swojej widowni, być może niecodzienność jego pokazu, wyjątkowość sceny, lub faktycznie dobra opowieść sprawiła, że oczy i uszy całej sali były skupione na nim. Środek opowieści najwyraźniej trochę nie przypadł ludziom do gustu, pewnie historia o tym jak ktoś osiąga więcej niż oni. Zakończenie historii i jej morał jednak ponownie złapał uwagę zgromadzonych i cały pokaz zakończyły wiwaty i oklaski.
                                Gnom tylko się uśmiechnął i zaczął znów opowiadać historyjki. Nie tak długie i nie tak rozbudowane. W końcu pamięć widowni miała skupić się na historii o dżinnach. O ziarnie zasianym pod nowy kult. Bądź co bądź, uczynienie z paktów zawieranych z czartem czegoś wartego rozważenia przez obecną publikę, mogło im pomóc z tym całym religijnym biznesem.

                                W tym czasie Etrigan krążąc z miską trzymaną w pysku, a pożyczoną z kuchni, zbierał datki. Całkiem spora sumka się zebrała, co dobrze wróżyło na przyszłość. Tutejszych stać było na dobrą rozrywkę. A czy z zasianych dziś ziaren coś wyrośnie, czas pokaże.
                                Baltizar był zmęczony, więc nie fatygował się do stolika przy którym toczyła się rozmowa wyraźnie zajmująca całą uwagę jego towarzyszy. Gnoma jednak mało to obchodziło. Ludzie i ich śmieszne intrygi nigdy specjalnie nie interesowały Baltizara, tak jak i nadmierne rozbuchane ambicje ich patrona. To wszystko było trywialne w obliczu PRAWDY. Ta zaś przesączała się z każdego cienie, zerkała ślepiami z każdej szczeliny… szeptała, chichotała, przepowiadała przyszłość. Przerażającą i nieuchronną. Gdy pękną ostatnie bariery…
                                Nic tu nie miało znaczenia. Wszystko to pył na wietrze.

                                text alternatywny

                                Gnom przygotował się do snu. Czas było sprawdzić tutejszy specyfik i przekonać się czy jest tak skuteczny jak jego poprzednik. Baltizar sięknął po zakorkowany flakonik i upił jego zawartości. Skrzywił się. To było mocne. Bajarz rozebrał się i położył do łóżka zapadając w sen wywołany eliksirem. Żaden krzyk ni jęk nie wyrwał się z jego ust. Ale też i nie wydawał się być świadomy otoczenia. Na szczęście Etrigan czuwał nie mając potrzeby snu czy jedzenia. Słyszał niepokojące dźwięki z sąsiednich pokojów, ale że jego troska dotyczyła tylko jego pana, to nie opuszczał pokoju. Tymczasem Jogmeth zwinął się w kłębek i zasnął.

                                text alternatywny

                                Pobudka. Obmycie się. Karty. Przetasował talię. Wyciągnął kartę.

                                Wrzosiec. Znów. Gnom obejrzał kartę zastanawiając się czemu los zadecydował że znów ta sama karta znalazła się w jego dłoni. Czyżby nie przyłożył się do wczorajszych badań? Możliwe. Dziś to zmieni. Dziś zajrzy do jednego z antykwariatów i pokaże hełm i może skusi odsprzedaniem go właścicielowi w zamian za informacje. Potrzebował wszak wszelkich skrawków wiedzy dotyczących tego przedmiotu.
                                Poza tym wypadałoby zebrać jakieś plotki na temat okolicy, zanim Kaylie znajdzie mu ochroniarzy i Baltizar będzie musiał łazić po okolicznych pipidówach by uratować wieśniaków z rąk “porywaczy” czy co ich tam dopadło.
                                Gnom nie miał nic przeciwko konceptowi ratowania nieszczęśników, ale marnowanie na tę czynność jego cennego czasu nie napawało go entuzjazmem.
                                Niemniej… mieli tu reputację do zbudowania.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                  #16

                                  - Otto… w Evercrest da się znaleźć prasę drukarską? - zmienił temat zwracając się gospodarza.
                                  Karczmarz uniósł brew.
                                  - Poważnie? Wiem, że miasto małe nie jest, ale masz naprawdę wygórowane wyobrażenie o nim.
                                  - Tsk… w niejednej dziurze jest taki gadżet jeśli tylko odpowiednio zwichrowany gnom czy ucywilizowany goblin się im nawinie. Trudno, ale uznałem, że zapytam nim porozsyłam listy z zamówieniami. W Brevoy, w Nowym Stetven na pewno mają. Przed tym i tak muszę moją kancelarię jakoś ugruntować. Powiedz mi, przyjacielu… te plany co ci popsuliśmy... coś prywatnego i nie chcesz mówić? Może moglibyśmy pomóc? Pewnie nie, skoro jesteśmy tu uziemieni, ale może… - wzruszył Viktor ramionami.
                                  - Część tych planów dotyczy misji, którą będę dla was miał i tego co miałem zamiar zrobić po niej. Powiedzmy, że w waszym interesie jest to, że nie mogę ich wykonać.
                                  - Uuu… tajemniczo. Ciekawość budzi. Ale nie pytam skoro nie chcesz jeszcze zdradzać. Propozycja: Historia za historię. Nie taka jak Baltizar teraz opowiada - wskazał na gnoma lewitującego nad podłogą - Jedna twoja, która nie jest tajemnicą, ale jest ciekawa za jedną moją. Dokładnie te same warunki. Ty Kaylie też! Poznajmy się. Zobaczmy w sobie ludzi. Wiem, że poznaliśmy się w naprawdę mało klasycznych okolicznościach i przyjaciółmi pewnie nie będziemy, ale może kumplami chociaż? - zapytał z rozbawioną nadzieją.
                                  Otto uśmiechnął się.
                                  - Dobrze, zastanawiało mnie w sumie czemu nie kwestionujecie nazwy karczmy. Zakładacie, że ma związek z Piekłami?
                                  - Nic nie zakładam - zaprzeczył Viktor - Równie dobrze to mogło być w drugą stronę i to nazwa przyciągnęła uwagę diaboła. W Pitax widziałem karczmę Gorgoni Kocioł. Jak się można domyślić wcale nie mają tam ani steków z gorgony, ani kielichów z jej rogów. Ale definitywnie w pewnym momencie bym zapytał, tylko czekałem na odpowiedniejszą atmosferę. Chyba nadeszła… więc… skąd ta nazwa? Jest jakaś historia, czy po prostu dobrze brzmiała?

                                  - Historia jest niecodzienna. Nie wiem jak głęboka jest wasza wiedza na temat fae. Zapewne słyszeliście o Dworach Zimy i Lata. Jesień i Wiosna również mają swoje dwory, Poranek, Północ, Południe, Równonoc i dziesiątki innych mniejszych Dworów jest porozsiewanych po Pierwszym Świecie. Popielny Dwór był jednym z nich, umieszczony na środku mrocznego lasu pełnego niebezpiecznych bestii i roślin, ofiarował bezpieczne schronienia dla każdego kto go poszukiwał. Zważając na naszą odległość od Skradzionych Ziem, nazwa wydawała się odpowiednia.

                                  - Uuu… dobra historia. Podoba mi się. To moja kolej. Może coś nie związanego z prawem, aby choćby udawać, że nie jestem aż tak jednowymiarowy… Khali był wtedy jeszcze chłopcem. Miałem szesnaście, może siedemnaście lat i wylądowałem na południowych wybrzeżach Andoranu. Nie pamiętam gdzie dokładnie. Byłem wtedy przestraszony i zezwierzęcony. I byłem złodziejem. Nie oceniajcie, młody, głupi, zdesperowany i głodny. Kradłem jedzenie, ale też kradłem kosztowności aby kupić więcej jedzenia i finansować swoją podróż, choć nie miałem wtedy bladego pojęcia dokąd zmierzam. Nie martwcie się, to nie jest smutna historia, nie opowiadałbym takiej przy zbyt niewielkiej ilości alkoholu. Czasem udawało mi się spać w przytułkach, czasem w świątyniach mi pozwalali. Raz pewien kapłan Shelyn mnie przyjął na noc do siebie. Na jakimś poziomie rzeczywiście byłem mu wdzięczny, ale wiedziałem, że to tylko tymczasowy układ. Dziś myślę, że “wiedziałem” źle i jakbym się inaczej zachował mógłby mi pomóc znacznie bardziej trwale. Już wtedy byłem bystry jak cholera, ale… nie w tym momencie. Okradłem go. Uciekłem gdy spał. Dałem się złapać straży z workiem sreber które zbyt szeleściły. “Ale strażniku, prawdę mówię! Kapłan ten i ten sam mi je dał na drogę, abym głodny nie wyruszał”. Oczywiście nie uwierzyli, ale udało mi się przegadać abyśmy poszli do kapłana. Liczyłem, że po drodze uda mi się dać nogę. Nie udało się. Wiedzieli lepiej. Wiecie co ten kapłan-bydlak zrobił gdy go o to zapytali? Przyznał mi rację… - Khal uśmiechał się do wspomnień jakby dostrzegał je w tafli trunku w kuflu - Co do słowa. Dodał jeszcze trochę od siebie. Strażnicy mnie puścili i wyszli nie wierząc co się właśnie stało. Tak samo nie wierzyłem. Ten kapłan uratował moje życie. Nie tylko ucięliby mi tam dłoń za to. Stoczyłbym się jeszcze dalej od człowieczeństwa. Mówił do mnie przez resztę nocy, ale to zachowam dla siebie. To był moment kiedy przestałem być zwierzęciem. Teraz już pewnie nie żyje. Nie jestem nawet pewny czy mu podziękowałem w końcu… Mam nadzieję, że tak, ale nawet jeśli nie to i tak wiedział. “Wykupuję twoją duszę z rąk diabła”. Tak mi powiedział gdy wciskał mi w ręce worek z jego srebrami. - Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy Khala. Jego myśli pierwszy raz od długich lat podążyły w tym kierunku i wreszcie dodały dwa do dwóch - Tsk… to by się zdziwił…
                                  - Uwielbiam historie z ironicznym zakończeniem. - przyznał karczmarz - Więc, Kaylie teraz twoja kolej.

                                  Kiedy Otto odezwał się do milczącej dziewczyny ta drgnęła wyrwana w coś, czego chyba wolała uniknąć. Cały czas próbowała udawać, że tak naprawdę jej tu nie ma, jednak to nie wyszło.
                                  Milczała wpatrując się w nieruchomo leżące na kolanach dłonie.
                                  - Kaylie, to tylko gra - wciął się Viktor widząc jej zmieszanie - I to taka do której uczestnictwa się nie zgłaszałaś ani na nic nie zgadzałaś. Nie chcesz opowiadać to nie musisz. Ja jestem emocjonalnym ekshibi…
                                  Kaylie położyła palec na ustach Khala uciszając go i powodując śmiesznego zeza na moment. Wzięła głębszy oddech.
                                  - Pamiętam mój świat inny. Świat o wielu kolorach, zapachach, dźwiękach. O ruchu, tańcu, szalonej zabawie. Śmiechu. Braku zasad, pełnym brzuchu, luksusach... - zamknęła oczy - ...i krwi. - otworzyła lekko oczy - Żyłam w chaosie i nie umiem powiedzieć czy mi tego brakuje... Ale na pewno moje dawne życie było pełniejsze piękności sztuki i urody świata, jaką próbowaliśmy uchwycić.

                                  - Wiem co masz na myśli. - Otto przez chwilę spojrzał na kominek na środku swego przybytku - Byłem raz w Mieście Bronzu. - westchnął - Dawno temu, jedyne miejsce na Planie Ognia gdzie cudzoziemcy mogą przeżyć i wszędzie cholerne Ifrity. Poszukiwałem tam smoka, czerwona bestia została tam zapieczętowana przez bandę awanturników. Schowała się w mieście przybierając formę jednego z tych ognistych dżinów. Zaoferowałem jej wolność od Planu Ognia w zamian za coś z jej skarbca. O ile klimat nie był jej wrogi, to brakowało jej wolności i kultów mniejszych istot. Zgodziła się, ja zabrałem co chciałem i zerwałem z niej pieczęć, jednocześnie wysyłając ją do Otchłani. Jednego z wodnistych poziomów jeżeli się nie mylę.
                                  - Dupek - zaśmiał się Khal pod nosem - ale zrozumiałe. Na pewno się ucieszył na dole. Myślisz, że wciąż tam istnieje i planuje zemstę?

                                  - Ja nie byłem na innych planach, ale kiedyś wyruszyłem daleko na północ. W głąb lodowca. Moją główną rolą było rzucanie zaklęć chroniących przed zimnem. To było absurdalne uczucie iść bosymi stopami po tej zmarzlinie i wicher niosący śnieg i lód czuć tylko w kontekście siły jaką wywierał. Miałem wrażenie jakbym był na scenie teatralnej w wystroju zimowym, tylko ciągnęła się ona po horyzont. Doskonale wiedzieliśmy, że jeśli spotkamy jakiegoś linnorma czy smoka to jesteśmy martwi. Udało się ich uniknąć. Za to spotkaliśmy lodowego półgiganta w jaskini gdy się kryliśmy przed zbyt silnym wiatrem. Udało mi się go przekonać, że walka zaszkodzi nam wszystkim. Nikt z nas nie mówił w gigancim, ale dzieliłem z nim znajomość smoczego i wodnego, więc całą noc i pół kolejnego dnia z nim rozmawiałem o filozofii. Uwielbiałem. Każdy. Jeden. Moment. Tej dyskusji.

                                  Kaylie wydawała się patrzeć teraz na inną rzeczywistość niż opowiadał Khal. Kiedy się odezwała jej głos był jakby sugerował wybicie z toku myśli. Wypiła do końca trunek, jaki dał Otto.
                                  - Pamiętam ten dzień... kiedy zobaczyłam dużo krwi. - kobieta patrzyła w stół, nie w oczy rozmówców - Jadłam Escargot, trochę tęsknię za tym. Było wszystko jak w bajce dla ośmioletniej mnie. Właśnie przyniesiono Bouillabaisse. - przymknęła oczy uśmiechając się z zadowolenia - Pamiętam, że zalałam wtedy białą sukienkę i byłam strofowana, że nie położyłam na kolanach aksamitnych chusteczek... ale wydawały mi się wtedy lepsze do zabawy niż użycia! - zaśmiała się, jednak ten głos nie niósł za sobą prawdziwej radości.
                                  - Tego dnia przyszli po wuja. Skazali go na śmierć za konszakty z Diabłami... choć ich nie miał. - zacisnęła zęby, a dłonie drżały kobiecie - Wiedzieli wszyscy, ale tam nie tak działa prawo. - spojrzała z jakąś złością na Khala - I to wszystko wina takich jak ty... - wysyczała - Wy jesteście winni. - odwróciła głowę, jakby nie chciała dłużej na niego patrzeć.
                                  Khal milczał chwilę… wyjątkowo bez śladu jakiegokolwiek uśmiechu na twarzy.
                                  - Filozofia “jesteśmy tylko narzędziami” jest popularna wśród prawników… sami nic nie robimy. Ktoś nas musi wynająć i napuścić na swój cel. Jeśli wiemy, że działamy wbrew prawdzie technicznie jest to zhańbienie naszej togi… ale to jest martwy przepis. Póki prawnika się sam nie przyzna do tego nic nie da się udowodnić, a my wiemy jak się nie przyznać do niczego nawet niemal wprost to mówiąc. I nawet jeśli adwokat który do tego doprowadził NIE wiedział, że działa wbrew faktom… rozumiem twoje uczucia. Uwierz mi… rozumiem - niemal warknął przez zęby mrocznie i agresywnie, gdy jego myśli dążyły do Aegona Blackfyre’a. Który był na jego liście pomimo, że mógł po prostu dać się oszukać.
                                  - Jeżeli chcesz wyładować ból choć odrobinę, jeśli chciałabyś wykrzyczeć mi w twarz przewiny tych z którymi łączy mnie… zawód i wyrachowanie, bo nie twierdzę, że jestem bez winy… Jeśli ten symbol miałby dla ciebie wartość, to możemy nawet urządzić brutalny sparing na pięści, który nie wątpię, że przegram.

                                  Khal ukrył auto-oburzenie własną propozycją pozwolenia się pobić. Sam tylko siebie pytał “poważnie?!” i musiał przed sobą przyznać, że przeszarżował… ale też nie wątpił w żadnym momencie, że Kaylie nie przyjmie tej oferty w żadnym razie, a najpewniej żadnej z wcześniejszych również. Bardziej chodziło o… okazanie zrozumienia? Wsparcia? Bo na pewno nie winy.
                                  Khal poczuł piekące uderzenie w policzek na odlew, które wzięło go z zaskoczenia, ale zatrzymany został chwytem za kołnierz pod gardłem. Kaylie przysunęła usta do jego ucha i wysyczała powoli gdy ten brał głęboki wdech nozdrzami aby powstrzymać swoją reakcję:
                                  - Możesz gadać, że jesteś stąd, tu się urodziłeś... ale to nie ma znaczenia. Jesteś z Cheliax duchem i ciałem, nieważne gdzie cię spłodzono. - wzmocniła uchwyt - Od narodzin byłam na was uczulana, jak i wiedziałam że to wasze sprawki doprowadziły moją nację do tego stanu. - spojrzała w oczy Khalowi - Więc nie udawaj, że rozumiesz. - pocałowała delikatnie miejsce uderzenia i puściła mężczyznę.
                                  Khal powoli się wyprostował, niezauważenie wycofując gotową dłoń z okolic pleców Kaylie… i poprawił kołnierz przez kilka chwil nie poświęcając jej spojrzenia. Twarz pozostawała neutralna gdy sam reinterpretował wydarzenie we własnej głowie by głos wyrażał łagodność i wyrozumiałość.
                                  - Tsk… - półuśmiechnął się bezczelnie - Przemyślę dwa razy gdybym w przyszłości miał znów z taką propozycją wyjść do ciebie. Muszę przyznać, nie spodziewałem się skorzystania z niej. I mylisz się, ale jestem na razie w stanie ci to wybaczyć - dodał z humorystyczną protekcjonalnością, gdy sięgał opuszakami palców do policzka - Hmmm… prawie już nie czuć, dziękuję za opatrunek - zaśmiał się puszczając jej oczko.

                                  Kaylie spojrzała na Otto przysuwając pusty kielich.
                                  - Dałbyś mi butelkę czegoś mocnego? On - wskazała na Khala - płaci.
                                  Otto sięgnął pod stół, wyciągając butelkę mętnego płynu. Polał go do małego kieliszka, zapach alkoholu uderzył nozdrza kobiety.
                                  - Ostrzegam, to naprawdę daje kopa. Smakuje jagodami.
                                  Kaylie wypiła na raz, najwyraźniej oczekując nagłej reakcji. Alkohol zaczął porządnie palić gardło dziewczyny, jej nozdrza i zatoki wypełniły się delikatnym eterycznym zapachem leśnych jagód, a język (kiedy przestał palić), czuł delikatnie słodkawy smak jeżyn.
                                  Karczmarz wręczył dziewczynie szklankę z wodą.
                                  - Ostrzegałem, następne kielichy pójdą lepiej. Trunek już pewnie zabił twoje gardło, więc nie będziesz już czuła bólu. Do jutra przejdzie. - to mówiąc nalał kolejny kieliszek.
                                  Bez słowa wypiła kolejny, chcąc się tak uspokoić.

                                  - To… pieczenie mózgu. O co z tym chodziło? - zapytał Viktor po kilku minutach ciszy z drobną nutką powagi, choć wciąż akompaniowaną jego uśmiechem, nieco łagodniejszym tym razem.
                                  - Położyłam rękę na kroczu najemnika i przepuściłam prąd przez nie. - Kaylie odparła beztrosko, kiedy przemawiał przez nią alkohol fae - Zapiszczał jak dziewczynka. - zaśmiała się cicho.
                                  - Tsk… personalnie… zasłużył sobie, rozumiem - Khal tak naprawdę nie pytał - świadkowie zaobserwowali całość wydarzenia, włącznie z czynnikami wiodącymi do incydentu, czy samo jego ukoronowanie?
                                  - Co ty taki dokładny? Nawet jak przeoczyli to już się dowiedzieli. Ten dupek i jego kumple wzięli mnie za nieopierzoną cizię, co można obmacać. Nie znasz dobrze najemników. Nie każdy tam znał mnie, prócz niektórych. Teraz znają, a tamtego chyba nie zabiłam.
                                  Viktor marszczył brwi w skupieniu kiedy słuchał wyjaśnień.
                                  - Nie krytykuję cię w żadnej mierze - zapewnił - Ani w żadnym momencie nie krytykowałem. Masz rację, z najemnikami nie miałem wiele do czynienia poza pozycją pracodawcy a to na pewno jest inna relacja. Dopytywałem cię jako twój adwokat którego jedynym zmartwieniem była twoja niewinność w oczach prawa. Jeśli nie doszło do permanentnego uszczerbku na zdrowiu to sytuacja jest niemal na pewno czysta bez wybitnego pecha. A jeśli doszło… to na pewno nie będzie miał tak dobrego prawnika jak ty - puścił jej oczko i uśmiechnął się, ale w głębi martwił się tym “CHYBA” przed “nie zabiłam” - wybacz jeśli poczułaś się… pod naciskiem.
                                  - Raczej nie spodziewasz się, że będą płakać do straży, że ich baba pobiła. - zapytała z wyraźnym rozbawieniem - I opiszą gdzie boli!
                                  - Oh, dziewczę drogie… powiedzmy tyle, że dobrze, że go na mnie nie stać - uśmiechnął się zadziornie - Salus - wzniósł kielich w górę w toaście - Niech dupek lekcje wyciągnie - i czekając tylko krótką chwilę wlał w siebie kilka procentów.

                                  - Jeszcze trochę i uznałabym, że pochodzisz z wyższych sfer i byłeś przez całe życie jedynakiem leżącym w aksamitach. - odparła - To aż szokujące jak mało wiesz o prawdziwym życiu. Jak wyobrażasz sobie jak istotne jest życie zwykłego najemnika, a ten właśnie taki był. Zraniłam bardziej jego dumę i nauczyłam go żeby mnie unikał. Jeżeli takie potraktowanie spowodowałoby jego śmierć to wyraźnie nie nadawał się na najemnika. Nie mówimy tutaj o kimś cenionym przez szlachciców, jakimś ich ochroniarzu.
                                  - A myślisz, że ten najemnik, któremu wywalczyłem pięciokrotne wynagrodzenie po tym jak panicz chciał go oszukać na zapłacie to był ktoś ważny? - zapytał nie przejąwszy się zarzutami o naiwność - Przynajmniej w teorii maluczcy i wielcy są równi w oczach prawa. Nie zawsze, ale czasem zdarzają się zdolni adwokaci potrafiący praktyczną nierówność… umniejszyć. Ale operowałem w założeniu, że “chyba nie umarł”, a nie “zraniona została bardziej duma”. To dużo inny kontekst, ale hej… ekstrapoluję wnioski z tak skąpo wydzielanych informacji. Jest całkiem możliwe, że nawet jakbyśmy się nie znali i on by do mnie przyszedł ze wsparciem finansowym gildii… to po poznaniu wszystkich szczegółów bym stwierdził prosto “sprawa nie do wygrania, dostałeś na co zasłużyłeś, żegnam”. Tylko rozwinięte na dziesięć znacznie delikatniejszych zdań… Opowiedz mi lepiej o tej reklamie którą mi zrobiłaś - uśmiech jak zawsze zachęcał.

                                  - Wykaligrafowałam Viktor Goodmann. I dałam, że jesteś tu na razie. - przechyliła głowę - A co do zapłaty...
                                  - Jednemu człowiekowi, czy grupie czy wisi teraz na tablicy ogłoszeń czy odpowiedniku w tej konkretnej gildii? - zapytał z przekorą, bawiąc się w negocjacje a nie poważnie je prowadząc.
                                  - Szefowi jednej grupy. - przysunęła się bliżej - Nie próbuj się wymigać.
                                  - Hmm… to myślę, że mogę się tu podzielić z tobą częścią istotnych danych wywiadowczych które pozyskałem. Nie tych związanych z naszym benefaktorem, ale na prawdę ważnych… - zaoferował z całkowicie poważną minął.
                                  Kaylie patrzyła nieufnie na rozmówcę. Nie wiedziała czy mówi poważnie, czy to po prostu trick.

                                  - Jakich danych wywiadowczych?
                                  - Otto ma gdzieś tutaj łaźnie… a my nie mamy jeszcze przywilejów toaletowych by z nich korzystać. Więc powinniśmy teraz priorytetowo połączyć siły aby możliwie szybko je pozyskać - kontynuował jakby gospodarza wcale tu nie było choć zerknął na niego raz czy dwa po drodze - bo blaszana balia z ręcznikami to trochę mało podejrzewam również jak na twoje upodobania.
                                  - Łaźnie? Tutaj? - Kaylie się rozejrzała i zaśmiała się - Pewnie nie możesz się doczekać aż będziesz mógł korzystać wraz z innymi damskimi gośćmi.
                                  - Na razie liczę na poziom czystości z którym od opuszczenia Cheliax spotkałem się tylko trzy razy… w Elidr w Isger, w Rhuzam w Drumie oraz tu w Rzecznych Królestwach w Daggermark. Bogowie… wiedziałem, że to będzie uciążliwe, ale nie doceniałem jak bardzo. Otto… przyjacielu… kompanie… wodzu… jak mamy, my niegodni, cię przekonać byś obdarzył nas łaską prawdziwej czystości? - zapytał na współ wesołym, na wpół błagalnym tonem.
                                  - Kozioł opłacił wam jedynie standardowy pobyt. Chcecie więcej, to musicie zapracować. Mogę wam zezwolić na jednorazowe skorzystanie, abyście wiedzieli czy warto.
                                  - Jak? - zapytała Kaylie - Myjąc stoliki?
                                  - Coś bardziej… praktycznego. Dwór ma swoje potrzeby, jeżeli jesteś zainteresowana to zapytam Otisa i Joriego, czy coś chcą. - spojrzał na kobietę od góry do dołu - Może też dziewczyny będą chciały twojej pomocy.
                                  - No wodzu… brzmi niepokojąco - stwierdził Khal tylko i aż ćwierć poważnie - Jest opcja po prostu zapłacić? To chyba tradycyjna metoda uzyskiwania dostępu do takich luksusów?
                                  - Nie, jeżeli chcecie korzystać z tego ciągle. Nie chce mi się pobierać od was opłat codziennie. Więc, wykonacie jakieś zadanie dla mojej rodziny, a ja wynagrodzę was jednym z wielu luksusów, które tu oferuję.
                                  - To jest tu więcej luksusów? - zapytała zdziwiona.
                                  - Większy pokój, większe łóżko, łaźnia, sauna, masaże, dziewczyny do zabawy, chłopcy do zabawy. - karczmarz wyliczał.
                                  - “Nie chce mi się pobierać opłat” - zaimitował prześmiewczo Khal - Raczej widzę tu sytuacje, gołąbeczku, gdzie dostrzegasz w nas opcje zysków rzadszych niż proste złoto i nie chcesz aby ci one przepadły kiedy stwierdzimy, że preferujemy zapłacić… ale nie oceniam, nie krytykuję… - wzniósł ręce w pojednawczym geście - Całkowicie rozumiem, skłamałbym twierdząc, że tak nie robiłem. Nieważne… masz mnie. Łaźnia, sauna, łóżko, pokój… w tej kolejności jestem zainteresowany. Jak będziesz miał konkretną propozycję to daj znać - puścił porozumiewawcze oczko, a coś w tonie jego głosu, może mimice albo gestach przyciągało myśli do słowa “propozycję”. Propozycji można odmówić jeśli nie będzie zadowalająca. Na nic się preemptywnie nie zgodził i zdawał sobie sprawę, że zawsze jest opcja znaleźć inną karczmę z takimi wygodami (bo Popielny Dwór na pewno nie był jedyny w Evercrest) rzucić setką złotych monet i nie przejmować się niczym w najbliższej przyszłości…

                                  - Ja jestem zainteresowana. - Kaylie nie miała oporów i szczerze nie chciała opuszczać tego miejsca załatwionego im przez Azazela.
                                  - Więc jutro wam dam znać. - zapewnił karczmarz - Jak dobra jesteś w znajdowaniu mężczyzn?
                                  - W jakim celu? - zdziwiła się.
                                  - Recytacji poematów. - zadrwił karczmarz - A jak myślisz? Dziewczyny są ostatnio samotne, ale nie mogę im pozwolić na samowolkę, ani na spróbowaniu was albo innych gości. Więc, zważając na twoją urodę, masz pewnie nie lada pole łowieckie. Ktoś czysty, niezbyt bystry, mogą być leniwi.
                                  - Mogę poszukać... - odparła zdziwiona - Choć chyba tu byliby też chętni....
                                  - Viktor chyba jest ci potrzebny. - zauważył Otto - A na pewno Azazelowi, więc nie.
                                  Brew Goodmanna unosiła się tylko wyżej i wyżej gdy słuchał o co Otto prosił Kaylie.
                                  - Ok, ok, okok… nie powinienem o to chyba pytać i tak na prawdę nie spodziewam się usłyszeć odpowiedzi, ale ciekawość mnie zżera… twoje dziewczyny są prześliczne. Na pewno mają adoratorów i spośród nich kilku z pewnością znajdzie się czystych i w miarę bezproblemowych. Na pewno mają życie poza Popielnym Dworem? - bardziej zapytał niż stwierdził - Więc mogą dobierać sobie spoza gości… - ton Khala nie był twierdzący… bardziej przynosił na myśl głośne rozważania gdy drapał się po policzku.
                                  Otto się uśmiechnął.
                                  - Aż mnie kusi, aby powiedzieć ci prawdę, ale patrzenie jak się wiercisz w niewiedzy jest o wiele przyjemniejsze. Proszę o to Kaylie, ponieważ za poszukiwaczami przygód nikt nie zatęskni. I to powinno ci wystarczyć.
                                  Rozbawienie Khala zmieniło się w konsternację… ale albo Otto był bardzo dobrym kłamcą, albo mówił prawdę. I wiedział już, że dziewczyny nie są sukkubami.
                                  - Hmmm… chyba poważniej potraktuję twój zakaz tykania dziewczyn - zaśmiał się znów i łyknął napoju - Ale dobrze, że przynajmniej tyle wyciągnąłem. To jest ważna informacja, że rzekomo kochasie mogą nie wracać. To będzie od Kaylie wymagało konkretnego podejścia aby nie ściągać zbytniej uwagi.
                                  Karczmarz kiwnął głową.
                                  - Nie martwcie się, tylko jeżeli się zapomną mogą... poważnie uszkodzić kochanków. Z wami nie będę ryzykował.
                                  - Otto, gołąbeczku… zrozum, że przy czymś takim potrzebujemy więcej informacji, bo jeśli jesteś fey albo smokiem w przebraniu i twoje córki mają nadludzką siłę i mówimy tu o połamanych kościach to nie ma większego problemu. Wielu śmiałkom będzie można w ogóle powiedzieć to wprost i tylko ich to bardziej podnieci, więc sytuacja zupełnie czysta. Ale jeśli “poważne uszkodzenie” to by były urwane kończyny, połamane kręgosłupy czy rzeczywiste ryzyko śmierci… to Kaylie będzie musiała wykazać pewną wstrzemięźliwość i finezję oraz możliwe plany co zrobić ze sparaliżowanymi gniewnymi kochasiami… bo raz, drugi MOŻE trzeci wybronię ją przed oskarżeniami w świetle prawa, ale są jeszcze inne możliwe komplikacje z tym związane. Proszę cię… ciut szczegółów. Bez ogólników. Siniaki i zadrapania? To standard. Połamane kości? Trwałe okaleczenia? Zmiażdżone czaszki? Pytam tutaj przede wszystkim jako prawnik chroniący klientkę przed przyszłymi problemami. Z tylko najmniejszą odrobiną niezdrowej ciekawości - rozłożył ręce przepraszająco.

                                  Otto się uśmiechnął.
                                  - Zajęło ci dłużej niż sądziłem, patrząc jak opisywał cię Azazel. Nie jestem smokiem, to mogę obiecać. Nie mogę tego zrobić co do Otisa. - karczmarz upił trochę trunku i spojrzał na Khala, czekając na jego reakcję.
                                  - Jakim Fae ty jesteś? - zapytała cicho Kaylie.
                                  - Już powiedziałem wam wszystko kiedy się przedstawiałem. - odpowiedział Otto.
                                  - Król Dworu. - Kaylie przetarła oczy.
                                  - Uno - Khal wzniósł jeden palec po chwili mentalnych kalkulacji - To jest nasza pierwsza poważna rozmowa więc i tak jestem z siebie dumny.
                                  - Dos - wzniósł drugi - Nie wiem skąd opinia Azazela, że na Fey się znam, ale wciąż mi to schlebia.
                                  - Tres. Pytanie o możliwe uszkodzenia ciała kochasiów wciąż jest tak samo ważne jak wcześniej, choć stłumione ciekawszym tematem.
                                  - Quadro. Co jeszcze paterculus maximus o mnie mówił?
                                  - Po pierwsze: Wyglądasz na bystrego. Dwa: Wyglądasz na bystrego. Trzy: Moje córki są spokrewnione z driadami, ich natura wymaga, aby raz na jakiś czas spijały siły witalne z żyjących. Mogą się zapomnieć i zamienić kochanka w uschniętą mumię. Cztery: Głodny komplementów?
                                  - Nawet nie wiesz. - mruknęła, wypijając kolejny kieliszek.

                                  Khal prychnął.
                                  - Jakbym to kryć kiedykolwiek próbował - rzucił niby w próżnię wciąż zadowolony z siebie.
                                  - Ambitny, dokładny z powiązaniami z tym miastem, które mogą zakończyć się ogniście. - karczmarz się uśmiechnął - Całkiem nieźle jak na prawnika.
                                  - Oh, zakończą się ogniście - przytaknął Viktor - ale w mikroskali… dwóch, albo trzech osób którymi jestem zainteresowany. Mumifikacja - wrócił do wcześniejszego tematu - Jaka częstotliwość? Co drugi? Co dziesiąty? Co trzydziesty? W przybliżeniu. Ma to związek z personalną siłą osoby albo jej ciała? Znalezienie solidnego byczka zdolnego przeżyć wypadek jest w ogóle możliwe, czy to przekracza ludzką fizjonomię? Mumifikacja jest natychmiastowa, czy seria zaklęć odnowienia mogłaby nieszczęśnika przy życiu utrzymać?
                                  - I kłamałeś - dodał po pauzie zbyt krótkiej by ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, ale bezczelny uśmiech na twarzy nie jawił poważnego zarzutu - Jak pytałem o fey wczoraj to powiedziałeś, że się do miasta nie zbliżają
                                  - Ponieważ się nie zbliżają. Ja i moja rodzina się nie liczymy. Co do potrzeb moich córek... mój dwór działa w specyficzny sposób. Im bardziej ktoś jest... uciążliwy dla społeczeństwa, gruby, leniwy, tego typu rzeczy, tym więcej energii ma w sobie.
                                  - Hmmm… przy następnej sprawie będę musiał wypróbować tej linii obrony… “Wysoki sądzie. Mój klient nigdy nikogo nie zabił… no ale jego partnerka się nie liczy” - zaśmiał się Viktor, ale nie było w jego głosie jadu, jedynie serdeczna przekomarzanka póki nie wrócił do rzeczywiście istotnego tematu.
                                  - I im jej więcej tej energii tym biedak odporniejszy na odwilgotnienie, czy przeciwnie… łatwiej się sikoreczkom upić tą mocą i stracić kontrolę? Tak, można się domyślić i mieć rację w czterech przypadkach na pięć… ale ten piąty przypadek sprawia, że wolę dopytać - przeprosił Khal rozkładając ręce w serdecznej niemocy.
                                  - Jak dobre wino, jeżeli możesz go pić więcej, łatwo się zapomnieć. I pozwól, że zmyję ci ten uśmieszek. Powiedziałem, że "fae nie zbliżają się do miasta" ja i moja rodzina już w nim jesteśmy. W sumie ja jestem powodem, dla którego się nie zbliżają.

                                  - Więc wielkie “nie” dla leniwych grubasów żyjących w piwnicach rodziców… - kiwnął głową sam sobie Viktor jakby powiedział coś wybitnie odkrywczego - Albo właśnie malutkie “tak”... w ramach aktu łaski - zmarszczył brwi humorystycznie rozważając - Sprowadzenie kogoś z intencją aby nie wrócił jest opcją, czy już wykracza ponad wasze poczucie moralności? Co gdyby taki ktoś się na to zgodził? Spotkałem niepokojąco wielu mężczyzn co twierdzili, że chcieli by zejść z tego świata z piękną kobietą siedzącą im na twarzy… death by snu snu czasem to nazywali…
                                  - Poza tym gratulationes! - Dodał po ćwierć sekundzie - Teraz myślisz w moim języku gdy przed sądem staję. Ale poddaję sprawę - wzniósł dłonie w pojednawczym geście - Sam bym dokładnie tak samo argumentował broniąc twojej sprawy i łatwo bym wygrał. Inny temat. Otto to ludzkie imię. Te kilka traktatów które przeczytałem na wasz temat to fey twojej pozycji zwykle miały jakieś pompatyczne tytuły. Król Zórz, Królowa Lata, Książę Zachodów. Masz taki tytuł? Jeśli to nie coś intymnego rzecz jasna.
                                  - "Pompatyczne tytuły"? - powtórzył Otto - I to od człowieka, który czci "Ostatecznego Sędziego"? Co do mojego własnego tytułu to miałem kilka, "Popielny Król" oczywiście, jednak kiedy nie byłem w zasięgu słuchu? "Ojciec Kanibali", "Lord Dzikusów" lub mój ulubiony "Obżartuch".
                                  - To jest drugi temat, który definitywnie ma moją ciekawość, ale najpierw sprawy praktyczne bym prosił… choć te tytuły już przynajmniej sugerują mi odpowiedź… Leniwe grubasy, gotowe umrzeć by choć raz zamoczyć i to z dziewczyną śliczną jak twoje córki, więc pełne przyzwolenie na pełną mumifikację… ma to większą wartość dla was?

                                  - Pytasz czy muszą być chętni do śmierci? Nie. - Otto podrapał się po karku - Nigdy nie musiałem tłumaczyć natury mojego dworu… Porzucenie ograniczeń cywilizacji na rzecz przetrwania. Tak bym to ujął. Preferujemy leniwych grubasów i tym podobnych, ponieważ dla nas… są obciążeniem dla społeczeństwa bardziej niż jakimś zyskiem. Tak jak ty. Bez prawników świat dalej by funkcjonował, ludzie którzy byliby winni, lub nie mogliby się wybronić zostaliby ukarani. Ty i tobie podobni tylko komplikujecie sprawę i czasem wypuszczacie winnych, lub zsyłacie na karę niewinnych.
                                  - Ok. Po kolei… Nie o to pytałem. Rozumiem, że człowiek który powinien zostać przy życiu ma jakąś tam wartość. Czy jeśli tego samego człowieka przekonam by przyszedł tu gotowy i chętny na śmierć to ma on dla was jakąś większą wartość z powodu możliwości intencjonalnego wyssania reszty energii? Czy ta reszta i tak jest zbyt mała by warto było się z ciałem męczyć?
                                  - Nie jesteśmy demonami. - zaznaczył Otto - Śmierć naszych ofiar nie sprawia nam radości poza satysfakcją głodu. - karczmarz westchnął - Nie znajdziesz kogoś kto "chciałby umoczyć przed śmiercią", nie na prawdę. Do tego, myślisz, że to nie przyciągnie uwagi? Niepotrzebnej uwagi? Tak jak mówiłem, komplikujesz tylko sprawę. Dlatego poprosiłem o to Kaylie.
                                  - Raczej dałem się ciekawości ponieść - na wpół przytaknął Khal odpuszczając już temat, choć nie została ona do końca zaspokojona - To jest jedna z dużych przywar mojego charakteru - przyznał się, ale nie było w jego głosie śladu skruchy - W porządku, to dwa… - przeszedł do drugiego tematu.
                                  - Ci co “nie mogliby się wybronić” są tu problemem. Jeszcze dwie godziny temu broniłem w przed osądem nieszczęśnika co beze mnie spędził kilka tygodni, może miesięcy w lochu za herezję. Rzecz w tym, że jej nie był winny, ale nie potrafił nawet zwerbalizować swojej linii obrony. Ja musiałem wytłumaczyć sędziemu i postronnym, że co najwyżej zakłócał on spokój i robił bałagan. Od jutra spędzi trzy dni na pracach społecznych… Nie my rzucamy wyrokami, tylko sędziowie. Prawnik ma pokierować świadkiem tak by ten przedstawił sędziemu co się wydarzyło, a ten z drugiej strony pilnować pierwszego by był zgodny z prawdą. To jest rdzeń tego kim jesteśmy. Małe klany, czy plemiona gdzie wszyscy się znają poradzą sobie same, tam prawnik rzeczywiście jest niepotrzebny, choć też co jakiś czas można oczekiwać krwawej vendetty co eskaluje poza kontrolę… Fey byłbym gotów uwierzyć mogłyby funkcjonować tak nawet w większych grupach. Ale ludzkie nacje nas potrzebują. Aby jedna śliczna i lubiana buźka nie mogła oskarżyć partnera co serce złamał o wymyśloną zbrodnię i na szafot posłać. To o czym ty mówisz to malwersacje naszego powołania… choć definitywnie w Cheliax zbyt często spotkane. Nie będę ich bronił.

                                  Khal poczuł jak Kaylie uwiesiła się mu na ramionach, przenosząc większość swojego ciężaru na niego.
                                  - Teraz ty... - rozbawiony głos sugerował podpicie alkoholem od Otto, którego sobie cały czas nie żałowała - Opowieccc coź! - przytuliła się do człowieka.
                                  Khal w pierwszej chwili tylko uchwycił Kaylie ramieniem wokół talii aby ją utrzymać gdyby miała się zwalić. Przyjrzał się moment jej twarzy i jej oczom, zważył jak w ręce leży aby ocenić czy jest na etapie “tej pani już starczy alkoholu”, czy “tej pani już starczy całego wieczoru”. Raczej to pierwsze…
                                  - Popielny Królu, nie kłamałeś gdy ją ostrzegałeś, że mocne to jest - zachichotał pod nosem i i poluzował nieco chwyt którym trzymał Kaylie, ale nie zabrał ręki… poprawił tylko jej położenie by rozsądniej leżała.
                                  - Nie ma problemu, Słoneczko. Jakieś konkretne życzenia co do tematyki historii? - zapytał głosem równie wesołym co usłużnym.
                                  - Jaak zkazywałeś na śmierć lizodupów Diabłów! - odparła rozbawiona, poprawiając swoje utulenie Khala.
                                  - Hmmm - zastanowił się na chwilę Khal - Mam jedną historię co by mniej więcej pasowała, ale to brzydka opowieść - w powietrzu zawisło oczywiste pytanie. Viktor sądził, że wie co zadecyduje Kaylie… ale nie wierzył już w swoją pewność co do niej.
                                  Kaylie trąciła głową Khala w podbródek.
                                  - Chyba nie jezt sbyt brzydtka dla prawnika Diabłów, panie Goodmann? - zapytała powoli, aby nie gubić wyrazów.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                    #17

                                    text alternatywny
                                    text alternatywnytext alternatywny

                                    Gdy Infernalista Płonie

                                    - Niech będzie. Był kiedyś w Cheliax Cicero Durvalen. Uważał się za kultystę Asmodeusza, ale był heretykiem w myśl dzisiejszej doktryny jego kościoła. Założył wokół siebie kult gdzie zbierał wyobcowaną młodzież. Połowę dziewczyn i chyba kilku chłopaków zaciągnął do swoich komnat. Miał wokół siebie koło dwudziestu zwichrowanych, zgnębionych czy porzuconych nastolatków. Jeśli matka, czy guwernantka opowiadała ci kiedyś bajki o złych czcicielach diabłów to nie sięgały one do pięt tego co ten kult robił. Nazywali sami siebie… Świadkami Ogni. Pierwotnie Piersi Widzący Ogni Piekielnych. Rozsądnie to skrócili. Byłem wzięty na oskarżyciela. Moja loża miała powiązania z Mrocznym Księciem więc byliśmy w dobrej pozycji aby udowodnić drastyczne odejście od edyktów wiary. Proces był trudny. Naprzeciw mnie stał Mistrz Seravil Locke… jeden z dwóch prawników którzy w całym Cheliax są ode mnie lepsi. Jedyny niepodważalnie lepszy, ale mówiłem ci o nim… ma on czterysta lat praktyki przewagi nade mną. Proces był trudny… cały czas przerzucaliśmy się sprzeciwami, wnioskami o wyłączenie dowodów czy zeznań. Udało mi się przepchnąć wniosek by Cheliax ufundowało wskrzeszenie jednej z ofiar. To nie jest coś częstego. Mówimy tutaj o koszcie pięć i pół tysiąca koron. Wybrałem spośród tych których los znałem tego co najgorzej skończył aby najgłębiej pogrążyć kult. To był błąd. Dusza nie chciała wrócić. Wolała zaświaty. Po piekle jakie jej Cicero zafundował najwyraźniej preferowała nie dać nikomu więcej takiej szansy. Drugiego wskrzeszenia nie dałem rady nawet zainicjować.

                                    - Sprawa ciągnęła się sześć miesięcy i dwadzieścia trzy dni. Znajdywałem świadków i marchewką lub rózgą przekonywałem ich aby zeznawali. Mistrz Locke miał swoich własnych i z trudem dotrzymywałem mu tempa. Większość czasu był pół kroku przede mną. Wciąż nie wiem skąd Durvalen miał pieniądze na pół roku usług Pierwszego Pióra Cheliax. Ja już wtedy kosztowałem małą fortunę, ale rząd mnie opłacał. On miał jeszcze jedno zero w wynagrodzeniu.

                                    - W pewnym momencie dotarła do mnie informacja, że matka Cicero wciąż żyje, wbrew obiegowej opinii. Anonimowa trivia od zatroskanego obywatela. Opłaciłem całą agencję śledczą z własnej kieszeni aby ją odnalazła i dali radę po dwóch tygodniach. Bogowie… kobieta miała srogo wyprany mózg. W jednym ze schronień gdzie kult lubił przebywać usługiwała im jako kucharka i pokojówka. Miała blizny na nadgarstkach i kostkach po długim zmaganiu się ze sznurem którym była związana. Nie bardzo widoczne, ale rany w najgorszym momencie musiały być paskudne. Jednak były one już zaleczone, a ona z własnej woli nie uciekła, nawet kiedy cała sekta została wyłapana. Wciąż gotowała, sprzątała i układała na stole w jadalni wiecznie rosnącą piramidę gnijącego jedzenia. Nie było z nią dobrze, ale potrzebowaliśmy jej. Wiedziałem, że jej zeznania będą nic nie warte przez stan w jakim jest, więc rozpocząłem procedurę o zarządzenie użycia Odnowienia, ale w wersji siódmego kręgu. Nie udało się. To znów by było koło sześciu tysięcy koron, a wyczerpałem już dobrą wolę sądu aby wykładać pieniądze. Dwa tygodnie ją miałem u siebie w domu… miałem wynajętą dwadzieścia cztery na siedem siostrę doktorę która potrafiła leczyć ludziom głowę rozmową. Dokładnie to trzy i się zmieniały, ale to szczegół.
                                    - Już myślałem, że to będzie ślepy trop i choć cieszyłem się, że przynajmniej jej się robiło lepiej to byłem zdesperowany aby coś znaleźć by posłać tego potwora na stos. Moja najbystrzejsza asystentka siedziała z matką dzień i nic i gdy ta czuła się lepiej próbowała sądować ją po jakieś szczegóły które mogłyby naprowadzić na jakiś ślad. Udało się dopiero kiedy zaklęciem, peruką i farbkami przyjąłem twarz jej syna i poszedłem z nią rozmawiać.

                                    - To była… najgorsza rozmowa w moim życiu. Kobieta była zdruzgotana psychicznie. Jej umysł musiał być w strzępach. Musiałem w kółko i w kółko słuchać w jaki sposób składali w ofierze dzieci szlachty aby w ogóle móc z niej wyciągnąć kilka zdań które miały jedynie potencjał coś mi podpowiedzieć. Póki… bezwiednie nie poskładałem w głowie wzorca którego wcześniej nie widziałem. Nie we wszystkich, ale w wielu sposobach mordu przewijał się motyw rozkładu. Jak zacząłem drążyć ten temat, a kobieta nie śmiała w jakikolwiek sposób podważać czemu jej syn pyta ją o rzeczy które sam robił, doszedłem do wniosku, że to nie jest heretyk spod Asmodeusza, ale spod Baalzebuba. Wiedziałem, że wszystko co się dowiedziałem od kobiety w sądzie będzie nic nie warte, ale skontaktowałem się z klerem Pana Much. Kiedy ci się dowiedzieli zapałali uniesionym gniewem. Dla nich to była nie tylko herezja ale i apostazja. To… wydaje się naciągane, ale tam było wiele szczegółów których nie opowiadam, bo nie chcę spędzić na tej historii czterech godzin. Od tego momentu miałem ich pełne wsparcie.

                                    - Wybrałem kilku co mądrzejszych z jego kultystów i zacząłem z nimi długie rozmowy. To zajęło… naprawdę dużo czasu. Nie mogłem wziąć ich na raz. Udało mi się znaleźć dwoje takich dla których to Asmodeusz był ważniejszy w tym całym równaniu niż Cicero. Gdy pokazalem im, że w niewiedzy składali ofiary Panu Much i to jeszcze w sposób jemu obrzydliwy… zrobiłem z nich moich świadków koronnych. Pięć dni przekrzykiwałem się z Mistrzem Locke nad nimi, gdy oni z ledwością mieli okazję się wypowiedzieć. W tej historii nie ma jednego punktu przełomowego. Jeśli taki nie zdarzy się w pierwszej pół godzinie procesu to zwykle nie ma co na niego liczyć. To było powolne wyniszczanie argumentów i wiarygodności drugiej strony. Wykańczający psychicznie proces, ale dostałem od Loży pięciu pełnoprawnych adwokatów do pomocy. Niesamowicie mi pomogli. Przez te pół roku tylko niedużo spałem, jadłem kiepsko, byłem na sali i się… odstresowywałem - uśmiechnął się do wspomnienia.

                                    - Przysiągłbym, że Locke w pewnym momencie… odpuścił. Wciąż był skurwysynem, ale… stał się łagodniejszy. Malutką odrobinkę. Zacząłem dostrzegać najdrobniejsze zawahania tam gdzie ich wcześniej nie było… albo retroaktywnie sobie to wmówiłem po procesie. Udało się go skazać. Był przez siedem dni torturowany, a potem wraz z ośmioma najbardziej aktywnymi członkami swojego kultu został spalony na stosie. Ściągnięto na tę okazję Estrida Havelgarda. Był to w tamtym okresie trochę celebryta wśród katów. Potrafił tak pokierować ogniem tak, że człowiek wrzeszczał póki gardło mu na to pozwalało, a umierał wreszcie po ponad kwadransie. Tylko w kontekście Cicero kazano mu się aż tak postarać. Pozostali mieli po prostu poczuć swoją śmierć ale bez zbędnego przedłużania. Troje innych jeszcze powieszono, a pozostali zostali niewolnikami. Chłopacy do kopalni w Angrakbarze, gdzie umieralność jest na poziomie ośmiu i pół miesiąca… to znaczy, że po tym czasie ponad połowa jest już martwa. Dziewczyny… do podobnie złych miejsc. Jednego chłopca udało się Mistrzowi Locke wybronić a ja mu tak naprawdę nie przeszkadzałem w tym. Wszyscy wokół wiedzieli, że wciąż walczę o to by prawie wszyscy poszli na stos, ale… po pół roku poznaliśmy się nawzajem i jak ja dostrzegłem gdy zwolnił o tę mała odrobinkę i na pewno widział, że ja zobaczyłem… tak i tutaj ja również zwolniłem i on to zobaczył. David Mirkballow się nazywał dzieciak. Złe miejsce, zły czas, złe towarzystwo… on był tam bardziej ofiarą niż oprawcą, choć nie był bez winy, oj nie… Dostał dziesięć lat wieży, ale po jakimś czasie rodzinie udało się to zmienić na areszt domowy ze względów zdrowotnych. Jakby komukolwiek w wieży dobrze o robiło…

                                    - I jak? Była czy nie była zbyt brzydka jak na adwokata diabła…
                                    - Dużo gadania, mało akcyi. - wydukała - Czyli f sumie poprafnie.
                                    - Na akcję będzie jeszcze czas - obiecał Khal bardzo ładnym głosem - Jakieś wnioski z historii? Obserwacje? Powinienem był pozwolić mistrzowi Locke wybronić dzieciaka, czy jednak za udział w mordowaniu dzieci również powinien trafić na stos? Jak uważasz?
                                    - Na stos. Za bycie infernalistą. - powiedziała bardzo jasno.
                                    Khal uniósł brew z nieco drwiącym uśmiechem, ale postanowił nie wypominać jej, że oni też nie są zupełnie czyści w kategori współpracy z diabłami.
                                    - Zdziwiłabyś się ilu dobrych ludzi schodzi na złą drogę przez brak odrobiny pozytywnego wsparcia. Zagubieni młodzi chłopcy którzy nikogo nie obchodzą są bardzo wrażliwi na wpływy ludzi zdolnych to wykorzystać. Wystarczyło aby David nigdy nie spotkał na swojej drodze Sylvie, drugiej akolitki Cicero… ta by go nie wmanipulowała w ten syf swoim powabem i viola... chłopak przeżywa swoje życie jako zupełnie produktywny członek społeczeństwa. Nie każda zbrodnia zasługuje na drugą szansę, ale myślę, że honorowe miejsce w czasie kaźni Cicero nauczyło go by nigdy więcej czegoś takiego nie próbować.
                                    Kaylie dotknęła ustami ucha Khala i wyszeptała.
                                    - Nie wygrałbyś żadnej sprawy u mnie. - po tym zaczęła się śmiać.
                                    - Żadnej, nawet jednej, malutkiej byś mi nie dała? - dopytywał z gasnącą w głosie nadzieją, zastępowaną desperacją, ale oczy wciąż mu się śmiały.
                                    - Ni ja. Mój kraj. - wyjaśniła- Nie wygrałbyś tam nigdy.
                                    Khal uniósł brwi niedowierzając do końca, ale pętla się zaciskała. Kraj który Cheliax dorowadziło do “tego” stanu, przynajmniej w percepcji mieszkańców. Nie Isger, bo tam z łatwością wygrywał sprawy jak u siebie. Dawne kolonie? Galt? Andoran?
                                    - Bo nie lubią Cheliaxian u ciebie? - zapytał - To może byłabyś tak dobra i ostrzegła mnie… który to kraj w którym wszystkich spraw powinienem odmawiać?
                                    Kaylie usiadła na kolanach Khala, ale zamiast do niego się odezwać zwróciła się do Otto.
                                    - Teraz ty opowiadaj!
                                    Otto chwilę się zastanowił.
                                    - Smutna opowieść, taka, która ma setki wersji, w setkach miast, na setkach planów. Nawet tu w Evercrest. Bogaty sędzia, albo kapłan, lub możnik. Pewnego dnia zakochał się w kobiecie niższego stanu. Ta odrzuciła jego zaloty, urażona duma nakazała pomstę i kobietę spotkała śmierć. Wersję, którą ja słyszałem mówiła o jakimś nieszczęsnym pokrace, który też zakochał się w dziewce. Wersja tutejsza mówi o wygnanym synu i rozkopanym grobie.
                                    - Co znaczy. Fraza. - Zapytał Khal z naciskiem - Rozkopanym. Grobie?
                                    - Erm... dobrze, nigdy w Cheliax nie byłem, ale jestem przekonany, że ta fraza oznacza wszędzie to samo. Jakieś dwa lata po jej śmierci, rozkopano jej grób, cokolwiek z niej pozostało, zostało skradzione.
                                    Khal wstał gwałtownie. Kayli spróbowała się złapać go za kark bojąc się, ze ją upuści, albo oboje się przewrócą ale wzniósł ją bez najmniejszego nawet problemu. Postawił ją na ziemi przed ladą by mogła się złapać gdyby potrzebowała dla równowagi. Rozejrzał się blady wokół jakby szukając odpowiedzi w przestrzeni, a tak na prawdę zmuszając się by myśleć.
                                    - Kto? - zapytał prosto bo w głosie i tak drżała pojedyncza nuta i nie wiedział czy utrzyma spokój w całym zdaniu.
                                    - Nie wiadomo. - Otto uniósł delikatnie dłonie - Pewnego ranka zauważono, że grób jest rozkopany, trumna pusta a nagrobek zniszczony.
                                    Kobieta przytrzymała się lady, zaskoczona siłą Khala. Z drugiej strony widziała jak ludzie pod wpływem emocji zyskują nagle krzepy...
                                    Wzrok Kaylie wydał się wyostrzyć, gdy Otto opowiedział historię. Otrzeźwienie uderzyło wcześniej rozbawioną.
                                    - Khal... - szepnęła kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
                                    - Muszę to zobaczyć… - stwierdził Viktor zimno i krótko, z oczami okrągłymi jak spodki po czym szybkim marszem ruszył z Popielnego Dworu.
                                    Kaylie nie ruszyła za nim, nawet nie była w stanie. Westchnęła i uwiesiła się lady zastanawiając nad tym w czym teraz siedzi.

                                    Khal stanął przed bramami miasta. Dziesięć minut wcześniej dotarło do niego, że będą zamknięte, a sam nie jest w stanie by kogokolwiek do czegokolwiek przekonać, może poza wrzuceniem go do aresztu na noc… Odwrócił się i skierował kroki gdzie indziej.

                                    Życie przemytników toczyło się w nocy. Za dnia zajmowali się rodzinami, przyjaciółmi, zachowaniem pozorów aby nie dać się łatwo wyłapać. W nocy kręcono interesy.
                                    - Dzięki, Gee - Khal dostał sakwę materiałów o które prosił Zmierzchowców.
                                    - Jak sytuacja. Dzieje się coś ciekawego u was?
                                    - Ugh… nie uwierzyłbyś, ale nasz lider popełnił samobójstwo…
                                    Khal zmarszczył brwi.
                                    - Co? Co się stało? - zapytał z fałszywym zmartwieniem.
                                    - Nie wiemy. Włożył sobie kuszę do ust i strzelił. Rodzina prosi o wyrozumiałość i uszanowanie prywatności. Coś mówią o liście…
                                    - A nie martwicie się, że mógł zostać zamordowany? I tylko upozorowano?
                                    - Wiesz… jesteś drugą osobą która to wspomniała. Matilda też przytakuje takiej możliwości, ale nie wygląda na to. Chyba ci opowiadałem… Crawling miał swoją historię.
                                    - Tak wspominałeś coś. Słuchaj. Inna sprawa. Dotarło do mnie, że dwa lata po moim wygnaniu ktoś obrabował grób mojej matki.
                                    - Ufff… - Owlkin westchnął, usiadł i nalał sobie więcej wódki. Łyknął pół kubka nim kontynuował - Byłeś u niej?
                                    - Jeszcze nie. Dowiedziałem się dziś, po tym jak bramy zamknęli. Powiesz mi czemu nie podzieliłeś się ta informacją? Nie powiesz mi, że nie wiedziałeś…
                                    - To dlatego tak wyglądasz. Tak, tak… wiedziałem. Przepraszam cię, Kay. Po prostu… to nie wydawał się na to moment… chyba powinienem był i bez tego, ale nie było czuć by było to właściwe.
                                    - W porządku. Wybaczam - odpowiedział zimno i bez sympatii - Wiesz coś o tym?
                                    - Ja? Nie, przepraszam cię, ale zupełnie nie. Tyko tyle, że to się stało.
                                    - Nie szkodzi. Bo się dowiemy.
                                    - Khal, wiesz dobrze, że z wielką radością ci pomogę, ale… Jak to widzisz? To było trzy dekady temu.
                                    - Nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Znajdę ją…

                                    text alternatywny

                                    Kilka godzin krążenia po Evercrest między zajazdami i ciemnymi zaułkami z jeszcze ciemniejszymi typami w nich pozwoliły chłodowi nocy ostudzić serce Viktora. Biło już ono normalnie, regularnie i powoli, ale z nowym-starym bólem. Śmierć matki go ukształtowała. Złamała wesołego choć biednego chłopca, który nigdy za nic nie wplątał by się w kontrakty z diabłem. Gdyby nie tamte wydarzenia pewnie nigdy nie opuściłby królestwa Evercrest i nie trafił do Cheliax. Teraz byłby bibliotekarzem, albo jakimś uczonym, czy pisarzem, albo kapłanem bo to stricte śmierć matki sprawiła, że zainteresował się prawem. Aegon nigdy by nie zgadł, że skazanie na śmierć kobiety za konszachty z diabłem nie tylko nie zmniejszy liczby diabolistów w królestwie, ale sprowadzi do niego cały kult trzy dekady później…

                                    Khal przekręcił klucz do swojego pokoju by zostawić w nim kilka rzeczy przed dalszymi działaniami. Wszedł po ciemku. W szczątkowych światłach nocy wpadających przez okno widział tylko zarys swojego stolika. Rzucił na niego sakwę którą dostał od Owlkina. Otworzył ją aby wyciągnąć materiały by dokończyć obręcz którą zaczął poprzedniej nocy.

                                    Wtedy kątem oka zobaczył ruch. Spiął się i odskoczył w tył dobywając młotka bojowego i rozpalając sufit pokoju magicznym światłem…

                                    W świetle pojawiła się rozczochrana Kaylie, ledwo co wybudzona i... drżąca. Khal widział wcześniej spojrzenie jakim go obdarzyła - strach i poczucie potrzeby walki o życie, gdy szanse znikome. W jednej ręce błyszczał miecz, a w drugiej skrawki magii. Wyglądało, że kobieta przysnęła w oczekiwaniu na niego ledwo buty i płaszcz zdejmując nim zwinęła się na łóżku. Oddychała głęboko jak ktoś przerażony. Widząc Khala rozwiała magię padając do tyłu na łóżko biorąc nerwowo oddechy.

                                    - Kaylie! Jak ty… - wstrzymał się w pół słowa. Nie miało to znaczenia teraz. Zluzował bojową postawę, a młotek odłożył na komodę i pokazał jej puste dłonie by ledwie wybudzony umysł mógł łatwiej zrozumieć.
                                    - Wybacz, Słoneczko… nie chciałem cię przestraszyć - przeprosił zmartwiony - Zgaszę to nieprzyjemne światło - poinformował ją by jej nie zaskoczyć. W chwili mroku włożył swój młotek do szuflady komody i go rozpalił zaklęciem. Światło strumieniem wylatywało z cienkiej na cal szpary mebla, uderzało w sufit i rozpraszało się tworząc przyjemny dla oka półmrok.
                                    - Już dobrze… przepraszam - zbliżył się powoli widząc, że Kaylie wciąż się uspokajała. Usiadł obok niej, odsunął dłoń z mieczem, ale jej nie rozbroił i powoli objął ramionami, kładąc jej skroń na swoim ramieniu.
                                    - Już dobrze. Nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna. Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć. Po prostu też się przestraszyłem… - powtarzał powoli. W kółko. Monotonnym głosem. W niezmiennym, kojącym rytmie. Z tą samą łagodnością i powtarzalnością z jaką mówił gładził ją po potylicy.
                                    Oddech Kaylie uspokoił się, a ona sama wtulała się w Khala, jakby był on w tym momencie istotną stabilizacją w życiu. Nie była poganiana…
                                    - Wszystko jest w porządku, Kruszyno - cały czas mówił, ale głos szybko stał się szeptem - Jesteś ostatnią osoba której chciałbym zrobić krzywdę…
                                    Zmarszczył brwi w konsternacji ale ona nie mogła tego zobaczyć.
                                    “Czemu to powiedziałem?”
                                    “Czemu brzmiało to tak… prawdziwie?”
                                    “Beksa.”
                                    Wewnętrzny dialog nie mieszał się w żaden sposób z cichym uspokajającym szeptem. Dawał jej tyle czasu ile potrzebowała. Choć miał plany i miał bardzo niewiele spać tej nocy… mogło to poczekać. Najwyżej śniadania nie zje. To teraz było ważniejsze.
                                    Nawet szept powoli cichł i wkrótce dźwięk palców sunących między jej włosami, koniuszkami samymi sięgającymi ciała zdał się dominować dźwięki w pokoju.
                                    Oddech Kaylie się uspokoił, a miecz został przez nią puszczony na łóżko.
                                    - Ten alkohol... Za mocno uśpił i nie obudziłam się w porę... - wyjaśniła cicho - Czekałam na ciebie, aż usnęłam.
                                    - Rozumiem - odpowiedział czując wzbierającą w nim falę czułości i wylał ją z siebie przyciskając usta do czubka jej głowy w niemal intymnym pocałunku, ale w zupełnie nie ten sposób co dla niego “intymność” kiedykolwiek oznaczała - Dziękuję. Nie musiałaś. Ale chciałaś. I dziękuję…
                                    “Beksa.”
                                    Pytania krążyły w jego głowie. Głównie “dlaczego?”. Zdarzało się, że kobiety dbały o niego, nawet jeśli on o nie rzadko i z zupełnie nie takich powodów… ale to zawsze było po tym jak je “urobił”. Kaylie nie urabiał… nawet nie zaczął. Więc… dlaczego?
                                    - Martwiłam się. Wiedziałam, że to musiało na ciebie wpłynąć... a byłam zbyt pijana by powstrzymać cię przed masowym mordem. - Khal zobaczył szeroki uśmieszek dziewczyny, zmniejszanie powagi sytuacji.
                                    - A teraz już pijana nie jesteś? - zapytał z zarysem zbójeckiego półuśmiechu w kąciku ust.
                                    - A czemu pytasz? - odparła - Chcesz wiedzieć czy ciągle masz szansę?
                                    - Mam… zasadę, albo może preferencje - powiedział ledwie ponad szeptem, delikatnie ujmując jej policzek samymi opuszkami trzech palców - Nie całuję pijanych dziewczyn - wyszeptał i pochylił się w przód, składając usta tuż ponad jej oczami. Przytrzymał pocałunek odrobinę dłużej i wycofał się z łagodnym uśmiechem. Wyszukując w jej oczach odpowiedzi na pytanie którego sam sobie nawet nie zadał.
                                    Kaylie patrzyła na niego chyba oceniając zamiary. Sama nie wiedziała jak się zachować w tej sytuacji...
                                    - Jestem winna całkowitej zdrady swojej nacji. - powiedziała zupełnie niespodziewanie - I nic by mnie z tego nie wybroniło. - położyła dłoń na dłoni Khala - A wyrokiem będzie śmierć. - przeniosła dłoń na policzek mężczyzny - W najlepszym wypadku, choć wątpliwym w razie pochwycenia. - wsparła czoło na czole Khala patrząc mu ze smutkiem w oczy - Galt nie oddaje dusz Piekłu.
                                    Szepnęła i krótko pocałowała usta Khala, po czym odsunęła się lekko gdy ten dopiero przetwarzał co właściwie usłyszał. To nie była odpowiedź jakiej się spodziewał. Dopiero dwa oddechy później dotarło do niego również, że został pocałowany… i przysiągłby, że zrobiło się w pokoju cieplej. Powoli spuścił z siebie powietrze dając sobie te kilka chwil na przemyślenie jak powinien zareagować… taktyki podrywu wyraźnie mówiły mu jakie powinny być jego dalsze działania w przypadku dziewczęcia w tak wrażliwym stanie…
                                    - Ja… nie wiem co powiedzieć - wydukał z siebie wbrew im wszystkim i odchrząknął delikatnie - Chciałabyś mi o tym opowiedzieć? Mamy całą noc… oraz magię leczącą senność… - tak wyjątkowo bez choćby cienia uśmiechu, ale wciąż z łagodnością w głosie.
                                    - Przeszedłeś dziś dużo. - Kaylie stwierdziła równie łagodnie - Potrzebujesz prawdziwego snu, nie oszukanego magią, tylko takiego, co pozwoli ci uspokoić myśli i poukładać je.
                                    W Khalu coś się zmieniło… chyba naprężyło i zwyczajnie pękło gdy temat został zwrócony na niego i nie mógł już kryć się za tarczą “teraz to JA pomagam”. Skurczył się w sobie. Odwrócił spojrzenie z bólem odrywając swoje czoło od jej, ale… musiał koniecznie spojrzeć przez okno bo inaczej… nie wiedział co. Kaylie widziała, że zachowuje kontrolę, ale wymagało to od niego wszystkich sił. Widziała to w delikatnym drżeniu jego szczęki. Odrobinę spiętych brwiach. Tym, że Khal nigdy dotąd nie bał się patrzeć w oczy, a teraz nawet w jej kierunku się nie ważył.
                                    - Bramy są zamknięte… - stwierdził swym zwyczajnym głosem - jutro będę musiał tam pójść - który szybko tracił przekonanie i siłę - Czy… pójdziesz ze mną? - by na końcu brzmieć jak głos skrzywdzonego chłopca, którym tak naprawdę gdzieś tam w środku wciąż był.
                                    - Pójdę. - odpowiedziała bez zastanowienia, sama już układając w głowie kolejność jutrzejszych spraw.
                                    - Dobrze! - powiedział odrobinę za głośno dla ciszy jaka panowała w pokoju, wstając odrobinę za szybko dla komfortu ich obojga. Stanął szerzej na nogach opierając pięści na biodrach i patrząc przez okno jak zdobywca z oczami odrobinę zbyt szeroko otworzonymi… odrobinę zbyt szklanymi - W porządku, w porządku, w porządku… - powtórzył odrobinę zbyt wiele razy, dopiero wtedy na nią spojrzał i wyglądał odrobinę niepoczytalnie, ale ten przebłysk szaleństwa szybko topniał w miarę jak odzyskiwał kontrolę nad sobą samym. Trzy głębokie wdechy i wydechy oraz przetarcie oczu później znów wyglądał jak ten zbyt pewny siebie Khal. Wzrok mu się rozczulił odrobinę…
                                    - Na Iroriego, ale ty jesteś pięęęę… - zawiesił głos na moment zdając sobie sprawę co mu się z gęby właśnie wyrywało dopiero w trakcie wypowiadania -...ęęęNIE powinienem teraz mówić takich rzeczy! - warknął sam na siebie, ale było w tym już więcej rozbawienia i zatoczył szybkie kółko wokół środka pokoju.
                                    - Kaylie, Słońce moje najjaśniejsze… - rzucił gdy znów ją widział. Przynajmniej z wierzchu znów był sobą. Zbójecko uśmiechniętym, wesołym, serdecznym i drwiącym ze wszystkiego Khalem.
                                    - Niczego bym teraz nie chciał bardziej niż byś została ze mną na noc. Sam średnio wierzę że to mówię, ale w całkowicie grzeczny i bogobojny sposób bo prędzej celibat poprzysięgnę niż poderwę dziewczynę na litość. Mam swoją godność i to jest daaleeeko poniżej jej…
                                    - Chcę chyba powiedzieć, że nawet nie jestem w stanie wyrazić jak wdzięczny ci jestem, że na mnie czekałaś cały ten czas, ale jeśli zostaniesz w moim pokoju jeszcze trochę dłużej… to wrażliwe stany nas obojga, a przynajmniej mój, mogą doprowadzić do dalszej zapaści mojego samopostrzegania jako cholernego Casanovę-dupka, na którym żadna nie jest w stanie zrobić już żadnego wrażenia - wziął wreszcie głębszy wdech, bo zaczynało już brakować powietrza w płucach. W jego słowach nie było pełnej pewności. Wątpliwość drżała zdradziecką nutą, bo ona po prostu tam była. Był poza skryptem. Wyrzucił go do śmietnika w swoim umyśle i wypłynął na nieznane wody.
                                    Kaylie cierpliwie słuchała tej pełnej chaosu i zagubienia wypowiedzi, kogoś kto zdawał się pomylić kroki już na początku. Wstała odkładając miecz na stolik, gdy Khal stracił oddech, by podejść do mężczyzny i chwyciwszy za ubrania pchnąć go na łóżko.
                                    - Idź spać, Khali. - powiedziała zabierając ubranie i zakładając buty.
                                    Kiwnął głową siadając na łóżku.
                                    - Tak. To mi dobrze zrobi - przytaknął z wdzięcznym uśmiechem obserwując Kaylie. Otworzył usta aby coś powiedzieć gdy wstawała, ale zamknął je. Powiedział już wszystko co miało sens i jeszcze sporo więcej.
                                    - Czekaj… - poprosił gdy odwróciła się do drzwi. Wstał łagodnym ruchem, niemal tym samym momentum ujął jej policzek jedną dłonią, a biodro drugą i tym razem bez wstępów, czy jakichkolwiek pytań pocałował. Oderwał się od niej po krótkim momencie.
                                    Kaylie zaskoczył ten moment, jednak jeszcze w trakcie jego trwania Khal zauważył, że nie nastała chęć odepchnięcia go. Nie było też próby przedłużenia, choć delikatny uśmiech zdradzał, że Kaylie była zadowolona.
                                    - Ostatnim razem moje myśli były zupełnie gdzie indziej - wzruszył ramionami i oboje doskonale wiedzieli, że to tylko wymówka - To nie było uczciwe byś tylko ty miała takie szczegółowe wspomnienia… - bardzo słaba wymówka, ale najwyraźniej wystarczająca.
                                    Cofnął się dwa kroki w tył i znanym Kaylie gestem ramion zrzucił z siebie iluzję cywilnego ubioru, ujawniając ukryty lekki pancerz.
                                    - Widzimy się jutro - pożegnał się z nią odwracając by zdjąć kaftan.
                                    - Śpij dobrze, Gwiazdeczko - rzucił tylko jeszcze przez ramię gdy usłyszał otwierane za plecami drzwi.

                                    - Nie sraj gdzie jesz, hę? - zapytał sam siebie, kiedy zakluczał je kilka chwil później.

                                    text alternatywny

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                      #18

                                      Poranek, Wszyscy
                                      "Popielny Dwór"

                                      Kolejny poranek przywitał naszych bohaterów w różne sposoby.
                                      Baltizar obudził się wypoczęty, mikstura którą wręczył mu Jori zadziałała i jego sen wypełniony był błogą ciszą.
                                      Kaylie obudził delikatny ból głowy spowodowany wypitym wczorajszego wieczora alkoholem, ktoś najwyraźniej się tego spodziewał i przygotował dla kobiety kubek z wodą.
                                      Victor miał kłopoty z zaśnięciem, setki scenariuszy pojawiało się w jego głowie, widział grób matki jakim go widział ostatnio i mógł sobie jedynie wyobrażać jak wyglądał teraz.


                                      Na dole przywitały ich córki Otto, wskazując stół najbliżej karczmarza, który przywitał ich skinieniem głowy.
                                      - Herbaty? Mleka? - zaczął proponować i spojrzał na Kayli - Klinu? - zapytał z zaczepnym uśmiechem - Śniadanie jak zawsze jest na wspólnym stole do wyboru. - wskazał duży stół wypełniony jedzeniem.
                                      - Zanim się rozejdziecie robić swoje, popytałem rodziny co jest potrzebne. Otis powiedział, że jeżeli wybieracie się w okolice grobów, to prosił abyście poszukali dla niego kilku roślin i grzybów. - wręczył Victorowi listę - Jest tam też opis jak wyglądają. - zapewnił - Jeżeli ciągle jesteś zainteresowana, aby pomóc dziewczynom to Piwonia prosiła o jakiegoś bruneta. Lilly nie ma preferencji. - karczmarz spojrzał na gnoma - Twoja wczorajsza opowieść przyciągnęła uwagę, kilka osób pytało czy będziesz dalej tu urzędował. - kiwnął głową Baltizarowi - Chylę czoła, bajarzu. Myślałeś, aby urozmaicić swój występ iluzjami?


                                      Baltizar i Kaylie
                                      Gildia Poszukiwaczy Przygód

                                      Zamaskowana kobieta ponownie wkroczyła w znajome otoczenie gildii awanturników, tym razem jednak miała towarzystwo. Gnom zauważył, że wszyscy spojrzeli na nowo przybyłych, a jedna grupka niemal natychmiast odwróciła wzrok, w tym jeden mężczyzna szczególnie starał się nie patrzeć w ich stronę.
                                      Zbiorowisko było dość konkretne. Widział grupy mieszane, ale też bardziej posegregowane rasowo. Było w czym wybierać, wszelkie kształty, rozmiary i kolory.
                                      Kaylie nie widziała grupy, z którą spotkała się wczoraj, najwyraźniej ruszyli już na swoje polowanie na wywerna.
                                      Do Kaylie podeszła jedna kobieta, patrząc na ubiór najwyraźniej jedna z urzędniczek.
                                      - Proszę nie robić dzisiaj problemów. - uśmiechnęła się prosząco.


                                      Kaylie i Victor
                                      Poza miastem

                                      Minęło dużo czasu odkąd Victor był tu ostatnio, a jednak, jakby wiedziony niewidzialną ręką, akolita Azazela szedł przed siebie, doskonale wiedząc gdzie zmierza.
                                      Przez główną bramę, poza miasto, w lewo od bramy w stronę lasu, minąć sczerniałe drzewo, między kamiennymi braćmi i pomiędzy drzewami znajdował się…

                                      text alternatywny

                                      Nikt się nim nie opiekował. Napis wygładził deszcz i wiatr, mech obrósł to co mógł. A grób, który młody Khal Frey wykopał, aby złożyć w nim szczątki swej matki, był widocznie zapadnięty.
                                      Otto mówił, że zbrodnia miała miejsce kilka lat po jego odejściu, a jednak… kapłan czuł, że to miejsce zostało zbeszczeszczone.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                        #19

                                        text alternatywny

                                        Baltizar w karczmie.

                                        Ach… Iluzja. Ta tajemna sztuka magicznej obłudy. Gnom przesunął palcami po mankiecie koszuli, która zmieniła swój kolor na złocisty.
                                        - To maksimum moich możliwości jeśli chodzi o sztukę efektownych oszustw, więc… nie brałem nigdy pod uwagę wykorzystywania iluzji przy opowieściach. Koszt jej przekraczałby zyski uzyskane z przedstawienia. A wracając do innych kwestii… kto dokładnie się dopytywał ? Ktoś… znaczący? - teraz spojrzenie gnoma skupiła się na obliczu Otto.
                                        - Na razie jedynie tubylcy. Wczoraj nie mieliśmy nikogo wyjątkowego. Natomiast dziś spodziewam się nadwornego maga. Raz w tygodniu przychodzi tu i próbuje odgadnąć moją naturę i naturę Dworu. To wieszcz i fakt, że nie jest w stanie niczego tu zobaczyć przekonuje go, że coś jest nie tak. Ogłaszał już, że jestem liszem, diabłem, demonem, awatarem Caydena... przynajmniej trzy razy, każdego koloru smokiem, oraz to moje ulubione, żyjącym poronionym bóstwem, które poszukuje swego rodzica.
                                        - Nadworny mag… na czyim dworze?- zapytał Baltizar.
                                        - Barona Sahila. Paranoik. Wierzy, że jedynie teraźniejszość jest bezpieczna i WSZELKIE zmiany są złe. Kiedy się tu pojawiłem dziesięć lat temu o mało nie dostał padaczki. - karczmarz się uśmiechnął - Nie powoduje większych problemów, ale potrafi być męczący. Jori daje mu ziółka uspokajające.
                                        - Acha…- gnom pogłaskał się po brodzie tracąc wyraźnie zainteresowanie tematem. Najwyraźniej ani mag, ani baron nie byli warci jego uwagi.
                                        - Dojście do nadwornego maga byłoby cenne - rzucił Viktor wciąż analizując listę ziół - Byłbyś uprzejmy poszukać możliwości nawiązania z nim znajomości? Powinniśmy szeroko zarzucać sieć wśród lokalnych wielkich imion. Wszyscy mogą być wartościowi w przyszłości.
                                        - Jeśli będzie na występie, to sam będziesz miał okazję z nim pogadać. - machnął ręką gnom. - Ja nie znam się na kokietowaniu dworaków.-
                                        - Uczciwie… - przyznał Viktor. Jak Baltizar nie czuł aby to była jego ekspertyza to mu wierzył.
                                        Zmieniając temat gnom spytał Otto.- A propo uatrakcyjniania mojego występu. Znacie może jakieś rozsądnego barda, który urozmaicił by moje gadanie swoją brzdąkaniną w tle w zamian za udział w zyskach?-
                                        - W gildii awanturników pewnie się jakiś znajdzie. - zauważył Otto.
                                        - Awanturnicy? - machnął ręką gnom. - To nie artyści. Wolałbym kogoś kto zarabia lutnią, a nie mieczem. -
                                        - Jeśli ma to wartość taktyczną dla naszego celu sam mógłbym przypomnieć sobie jak to się robiło - rzucił Khal nie odrywając spojrzenia od listy - Mam w pokoju brzdękacza, ale to teraz bardziej pamiątka. Dziesięć lat nie grałem, więc to był by pewnie miesiąc albo dwa odbudowywania pamięci mięśniowej.
                                        - To wyjątkowo zły pomysł.- stwierdził gnom zerkając na prawnika. Pokręcił głową w zaprzeczeniu. - Ludzie i nieludzie podążając za pomnikami. Za przywódcami ze spiżu. Powinieneś… unikać okazji które mogą cię ośmieszyć. Granie na lutni taką jest. Pamiętaj że nikt nie pójdzie w ogień za błaznem.-
                                        - Masz całkowitą rację - przytaknął Viktor - dlatego nie użyłbym mojej twarzy. Więc kosztem byłby tylko mój czas, ale zyskiem też najwyżej średnio dobry grajek… więc myśl od początku raczej była nietrafiona. Lepiej opłacić kogoś zewnętrznego. Ciężko byłoby benefaktorowi wytłumaczyć dlaczego poświęcam dwie godziny dziennie na brzdąkaninę…
                                        - Poza tym ta skórka byłaby niewarta wyprawki. Nie potrzebuję aż tak bardzo oprawy muzycznej. - wzruszył ramionami Baltizar.

                                        text alternatywny

                                        - Macie inne miejscowe nazwy dla części… - w końcu stwierdził Khal składając listę i chowając ją za kaftanem - Z początku mnie trochę zmyliły. Na zachodnim wybrzeżu nazywamy liliwanię katemerem, a merikottę zwykle foliuratiką. W moich stronach łodygi złotokróćca zwykle są uznawane za niewiele warte do stopnia gdzie alchemikom przynosi się tylko same kwiaty i liście bo zwykle odrosną i można ponownie w tym samym miejscu szukać… Otis ma dla nich jakieś kreatywne zastosowanie i chcecie je całe, czy metoda zachodniego wybrzeża będzie tu zadowalająca?
                                        - Przynoś wszystko. Otis jest niemal dosłownym magiem, jeżeli idzie o kuchnię. To co napisał, to masz przynieść.
                                        - Ayay, kapitanie - zasalutował dwoma palcami jak wesoły harcerzyk przyjmujący rozkaz.

                                        text alternatywny

                                        Kaylie podeszła do Baltizara.
                                        - Wczoraj z nami nie słuchałeś Otto... ale to pewno by cię zaciekawiło, bo i twoi tam się znajdowali. - odezwała się ciszej do gnoma - Jesteśmy wśród otoczenia króla dworu Fae i jego samego.
                                        - Którego z nich?- zapytał beznamiętnie acz cicho gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… może być problem. Etykieta nigdy nie była moją mocną stroną. Trzymam się plebejskiej i mieszczańskiej strony życia.
                                        - Dworu Popielnego i Otto... To ten król.
                                        - A… acha…- stwierdził po krótkim rozmyślaniu gnom, wzruszył ramionami. I tyle było z jego reakcji. Zresztą podszepty i tak robiły już swoje zwracając uwagę jego na szczeliny w stole.- Miło…
                                        Kaylie pokręciła głową.
                                        - Dziwak... - mruknęła tylko.
                                        - Właściwe określenie to eksesyk… nie… ekscybi… aaa.. ekscentryk. - poprawił ją gnom z ironicznym uśmiechem.
                                        - Ha - “zaśmiał się” pojedynczą sylabą rozbawiony Viktor, ale nie postanowił dołączyć do tej dziwnej dyskusji i nie przerywał śniadania.

                                        text alternatywny

                                        Wędrówka przez miasto nastrajała gnoma w miarę pozytywnie. Lubił miarowe stukanie kostura o bruk. Lubił chaos dźwięków otaczający go ze wszystkich, lubił przekrzykiwanie się przekupek, lubił odgłosy targowania, ryki obciążonych towarami osłów.
                                        Pozwalało mu to zagłuszyć nieludzkie szepty i jęki wydobywające się z każdego pęknięcia i każdej szczeliny. Pozwalało mu to zapomnieć o prawdzie.
                                        Jedynie czasami… wszystko go przerastało. Zatrzymywał się, zerkał w puste zacienione uliczki, milczał wpatrując się… widział.
                                        Widział pęknięcia, widział wynurzające się z nich plugawe macki, węzły, kończyny. Widział patrzące przez nie ślepia, pyski…
                                        I wtedy zastanawiał się ile jeszcze… millenia, stulecia, lata, dni… miesiące. Ile jeszcze to potrwa nim szczeliny się rozszerzą, fasada pęknie. A to wszystko dookoła niego stanie się pyłem na wietrze. Nie wartym wspomnienia.

                                        Jego dwa zwierzaki nawykły do takich przystanków. O ile w przypadku karcianego konstruktu jakim był najwyraźniej Etrigan można mówić o jakichkolwiek uczuciach. Dla Kaylie musiało być to nowe doświadczenie. Tym bardziej, że gnom tak zatrzymywał się znienacka i zerkał gdzieś w uliczkę popadał w jakiś rodzaj stuporu nie reagując w ogóle na otoczenie. I gdyby nie obecność jego dwóch “zwierzęcych” ochroniarzy byłby łatwym łupem dla złodziei.

                                        text alternatywny

                                        Gildia najemników

                                        Gdy w końcu dotarli na miejsce zamaskowana kobieta weszła z zadowoleniem do gildii. Uśmiechnęła się pod maską widząc reakcję nieudolnych oprawców. Umyślnie przeszła blisko grupki, która ją męczyła, ciesząc się ich nerwowością. Ach, to poczucie kontroli...

                                        Zatrzymała się, gdy urzędniczka się do niej zwróciła.
                                        - Nie będzie żadnych problemów. - uniosła dłonie - Naskarżyli na mnie?
                                        - Pisk był dość głośny. - zauważyła kobieta - Podobnie jak płacz, oskarżenia o sterylizację i wołanie o kapłana. Nie wezwaliśmy straży tylko dlatego, że nasz nowy tenor się wstydził.
                                        - Jest na mojej krótkiej smyczy. Będzie grzeczna. Przyszliśmy zatrudnić najemników. Zakładam, że to dobre miejsce na to?- wtrącił się gnom.
                                        - Na pewno masz większą szansę znaleźć kogoś, niż krzycząc na ulicy. Czegoś konkretnego szukasz? - urzędniczka skierowała się w stronę biurka i dała znać, aby za nią podążał.
                                        - Wojowników przede wszystkim. Kompetentnych ochroniarzy, może jakiegoś alchemika bądź uzdrowiciela. Maga ewentualnie. Taką małą grupkę. - wyjaśnił Baltizar.
                                        Kaylie patrzyła dłużej za gnomem zadowolona, że maska ukrywa wzrok jakim go ogarnia, bo był mało przyjazny. Dopiero po chwili stanęła bliżej nasłuchując jego targu o najemników.
                                        Zaś nieświadomy jej gniewu Baltizar czekał aż… skierują do odpowiednich osób. Byłoby mu wszystko jedno czy zrobi to Kaylie czy urzędniczka.
                                        Urzędniczka zaczęła przeglądać jakieś dokumenty. Po chwili postawiła cztery kartki przed gnomen.
                                        - Ori i Jor. Bracia z Krainy Mamucich Lordów. Duzi, silni, nie do końca bystrzy, ale spełniają wymogi jeżeli idzie o ochroniarzy. - wręczyła dwie pierwsze kartki Baltizarowi - Ofun. Alchemik z dalekiego południa. Specjalizuje się w medycynie i miksturach leczących. - kolejna kartka wylądowała przed gnomem - Inarion, elf z Kyonin, początkujący czaroklepa, ale coś już potrafi. Jak chcesz załatwić sprawę ich zapłaty?
                                        - Stawka dzienna… albo tygodniowa.- odparł gnom przyglądając się dokumentom. Następnie podał je Kaylie zapewne po to, by sama wydała opinię na temat owych najemników opierając się o informacje z kartek.
                                        Kaylie przejrzała kartki, zastanawiając się nad opcjami.
                                        - Spisz umowę. - odezwała się do gnoma.
                                        - Stawka dniowa… cztery monety za dzień? Cztery złote… - zapytał Baltizar urzędniczki uściślając rodzaj waluty.
                                        - Na jak długo sądzisz, że będziesz ich potrzebować? - dopytała kobieta.
                                        - Nie wiem. Tydzień mogę z góry, a potem się obaczy. Najwyżej dopłacę.- wzruszył ramionami gnom.
                                        - Dobrze, więc tygodniowa zapłata z góry, później co tydzień dopłata. - wręczyła gnomowi umowę - Kiedy chce pan wyruszać?
                                        - Jutro z rana. Niech stawią się w karczmie “Popielny Dwór”. Tam obecnie pomieszkuję.- odparł gnom sięgając do sakiewki. I zaczął odliczać pieniądze. Sto dwanaście monet wylądowało na blacie.
                                        - Oczywiście. - odpowiedziała kobietach zbierając monety i wkładając do koperty - Czy jeszcze coś sobie państwo życzą?
                                        - Nie wiem. Życzymy jeszcze czegoś sobie? - zapytał Bajarz zwracając się do towarzyszki.
                                        - Nie wydaje mi się. - stwierdziła Kaylie.
                                        - Niczego więc. - odparł gnom i rzucił przez ramię “do widzenia” w kierunku urzędniczki. Po czym ruszył do wyjścia, a Etrigan i Jogmeth podążyli tuż za swoim panem.

                                        text alternatywny

                                        Antykwariat.

                                        Do antykwariatu gnom doszedł już sam nie licząc oczywiście jego zwierzęcej świty. Był z tego zadowolony, bowiem w tym przybytku miał do załatwienia prywatną sprawę.
                                        Baltizar zszedł po kilku schodkach do niskich drzwi i przekroczył próg.
                                        W środku było dość ciemno. Półki ozdobnych zabytkowych mebli zastawione były różnymi przedmiotami, zarówno użytkowymi jak i dekoracyjnymi. Od starych (ale kompletnych) gier planszowych do ciosy mamutów… zdobionych złotem i masą perłową. Był nawet spetryfikowany ząb smoka. Były też i kompletne zabytkowe zbroje, kiedyś służące wojownikom… teraz bardziej nadające się na ozdobę pokoju. Także broń na półkach wydawała się bardziej użyteczna jako dekoracja niż oręż do walki. Gnom nie potrzebował wyczuwać magii, by zorientować się że sporo z tych przedmiotów nasączono magicznymi mocami. Niemniej skoro znajdowały się w tym miejscu, magiczna moc napędzająca ich efekty… znacząco osłabła. Hełm w jego plecaku pasował do tego miejsca.

                                        Więc Baltizar zaproponował jego sprzedaż. Srebrnowłosej kitsune… No to już gnoma przestało dziwić to, że Etrigan zwracał na siebie uwagi przechodniów. Skoro lisoludzie tutaj żyli nie ukrywając swojej natury to nic dziwnego że konstrukt… nie dziwił nikogo. I jak się okazało jego właściciel przyciągał większą uwagę niż on sam.

                                        Baltizar niewiele wiedział na temat Pierwszego Świata, miejsca skąd pochodziły zarówno gnomy jak i fey. Co zresztą nie było niczym dziwnym. Minęły chyba millenia odkąd jego lud opuścił tamto miejsce. Jego wiedza opierała się na zapiskach i badaniach uczonych które udało mu się dorwać. I nie było tego wiele… więc Popielny Dwór fey niewiele mu mówił.

                                        Sprzedawczyni nie przerywała mu rozmyślań sądząc zapewne, że debatuje nad zakupem któregoś z towarów. Sytuacja jednak była odwrotna. Gnom bowiem przyniósł hełm do sprzedaży. Kitsune… nie była nim zainteresowana. Miała bowiem własny egzemplarz. Baltizar tym się nie przejął za bardzo. Transakcja bowiem nie miała dla niego znaczenia. Informacje za to już tak.

                                        Kitsune nieco wiedziała na temat jego “skarbu”. Że był to rodzaj hełmu do nurkowania. Wzmocniona skóra trzymała wodę na zewnątrz, a magia powietrza w środku, sprawiała, że było czym oddychać… oczywiście wtedy kiedy jeszcze działał. To akurat było dla jednak mniej ważne od innych faktów, takich jak pochodzenie, miejsce jego znalezienia, wiek…
                                        Na szczęście sprzedawczyni miała informacje i na ten temat.
                                        Hełm jest definitywnie gnomiego pochodzenia, symbole na hełmie są znakami kilku wymarłych klanów w tym i kilka z głębinowych gnomów zwanych Svirneblinami. Hełmy takie znaleziono w starym kraterze, w którym znajdowały się szczątki jakiejś budowli wykonanej z żelaza. Sam hełm może mieć 7, 8 tysięcy lat.

                                        I to były informacje które obudziły iskrę zainteresowania w oczach Baltizara. Uśmiechnął się. Podziękował za nie i zaproponował kolację na jego koszt w karczmie Popielny Dwór.

                                        text alternatywny

                                        Popielny dwór.

                                        W karczmie miał niewiele czasu na rozmyślanie o informacjach które zdobył. Zanotował pospiesznie je w swoim notatniku, łącznie z lokalizacją owego krateru. Który znajdował się dwa dni drogi na południe od miasta. Kitsune była nawet na tyle usłużna, by pokazać mu ową lokalizację na mapie… co przypomniało gnomowi, że przydałoby się taką mapę jutro kupić.
                                        Na razie jednak ruszył by spotkać się z Otto, powiedzieć mu o tym że być może zjawi się w jego przybytku kitsune o srebrnym futrze. I że tym co zamówi ma obciążyć rachunek Bajarza.
                                        A potem szykował repertuar i scenę. Przypomniał sobie, że powinien jakiegoś muzyka zwerbować w ramach tła do występu, ale… to raczej przy innej okazji. W końcu wkrótce i tak opuszczał miasto w związku z misją której się podjął.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                          #20

                                          text alternatywny text alternatywny

                                          text alternatywny
                                          text alternatywnytext alternatywny

                                          - Panie Goodman! - Zawołał Malm gdy Viktor stanął we framudze jego biura - Znowu przyszedł pan interferować w wymiar sprawiedliwości?
                                          - Nie dziś, panie sędzio Serg. A przynajmniej się nie spodziewam. Mam jeszcze dziesięć minut okienka nim lecieć będę musiał. Przyszedłem sprawę obejrzeć, chcę poznać lokalne zwyczaje nim otworzę własną praktykę, ale uznałem, że przywitam się. Jakieś ciekawe problemy się trafiły od naszego ostatniego spotkania?
                                          - A nawet gadać się nie chce…
                                          Ale mimo to gadali. Viktor musiał się delikatnie spieszyć, kierując rozmowę na odpowiednie tory, bo potrzebował zmieścić się w dość krótkim czasie aby sędzie nie poczuł, że całą przerwę mu zjadła ta dyskusja.
                                          “Powoli rozglądam się za lokacją dla kancelarii.”
                                          “Nie spieszy się na razie… chcę poznać ludzi Evercrest. Pooddychać jego powietrzem.”
                                          Wiele innych semi-zaplanowanych zdań przygotowujących Malma i prowadzących jego myśli torami zaplanowanymi przez Khala.
                                          - Niestety, bardzo przyjemnie mi się rozmawia, mam nadzieję, że znajdzie się jakaś okazja na poważniejszą dyskusję bez tak brutalnych ograniczeń czasu, ale muszę niestety już iść.
                                          - Moglibyśmy kontynuować ją w bardziej kameralnych okolicznościach. W górnym mieście mamy zajazd “Purpurowy Indor”. Elitarne miejsce, gdzie nie wpuszczają pospólstwa i dzięki temu trzymają bardzo przyjemny standard. Macie czas około trzech godzin po południu w wealday? Za dwa dni?
                                          - Z wielką przyjemnością zorganizuję sobie czas, sędzio Serg.
                                          - Cieszę się niezmiernie. Będziecie potrzebować zaproszenia, gdzie kazać je wysłać?

                                          text alternatywny

                                          Przyjemna rozmowa o niczym i o wszystkim towarzyszyła Kaylie z Khalem gdy droga prowadziła ich za miasto. Był swobodny. Był wesoły. Był towarzyski i czarujący. Prawie nie czuć było napięcia.

                                          Byli na wzgórzu, pod wiekowym dębem. Mały Khali dawno temu wybrał to miejsce. Częściowo dla tego właśnie dnia… aby i trzy dekady później móc łatwo je odnaleźć. Ułamany nagrobek porósł mchem, a przed nim tylko małe wgłębienie pozostało w ściółce po odkopanym dawno temu grobie. Prawie można by to zignorować jako naturalną formację gruntu, gdyby nie wiedzieć z czego to wynikało.

                                          Przycupnął przed kamieniem nagrobnym i nożem zdarł porosty i ziemię, powoli ukazując ledwie widoczny napis.

                                          Tisis Frey

                                          4667- 14 Gozran 4696

                                          Kamień skruszał przez dekady i kilku liter można było się dopatrzyć tylko wiedząc których się szuka.

                                          - Miałem dość pieniędzy może na trzy dni - Ton miał rzeczowy. Perfekcyjnie spokojny i opanowany, choć nawet nie próbujący ukryć złego nastroju. Usiadł na powalonym pniu. Zza koszuli wyciągnął bukłak i upił odrobinę. Wyciągnął go do Kaylie w propozycji - Cienkie wino - doinformował nim kontynuował - Miałem już trzynaście lat… Nie stać mnie było nawet na łopatę. Pożyczyłem ją. Trumna i nagrobek to była zrzutka. Wielu ludzi coś od siebie dodało, bo wiedzieli, że ten wyrok był błędem. Kto co mógł bez ryzyka dla własnych rodzin. Bez tego ten dąb musiałby być jej nagrobkiem i bym musiał ją zakopać w gołej ziemi jak zdechłego psa. Trochę po tym jeszcze zostało. Chciałem oddać, ale jakiś półkrasnolud kazał mi to zatrzymać i inni przytaknęli. Nie jestem pewny jak bym sobie poradził bez tych pieniędzy… ale aby być szczerym w ogóle nie jestem pewny jak sobie radziłem przez kolejne pięć lat. Cały ten czas zlewa mi się w jeden ciąg. Jak cug alkoholowy gdzie traci się dni, a nawet tygodnie.
                                          Kaylie nic nie mówiła odkąd już zbliżyli się do grobu. Pozwalała Khalowi mówić, nie wchodziła w słowo. Obserwowała grób i wyobrażała sobie małego chłopca chowającego mamę. Wiedziała o czym mówi, gdy wspomniał cug alkoholowy... tego sama doświadczyła. Prawie bezmyślnie przyjęła wino oczekując na dalsze słowa.
                                          - Oczywiście długo nie mogłem zasnąć po tym jak wyszłaś - kontynuował po chwili zadumy - Miałem czas przemyśleć co chcę ci opowiedzieć. Miałem całe wywody, historie, opowieści i lekcje których mnie nauczyła - mówił ze smutnym, ale łagodnym uśmiechem bawiąc się suchymi gałązkami w rękach - Wszystko zbladło gdy zastanawiałem się jak ci ją opiszę. Była piękna. Tak mi mówi moja pamięć… ale nie pamiętam jej twarzy, ani koloru włosów. Nawet jej głos mi gdzieś umknął po drodze. Śpiewała mi kołysanki… wiem to. Pamiętam jakie uczucie we mnie to wspomnienie budziło jeszcze je miałem. - Khal usłyszał krótkie słowa magii, które wyszły od Kaylie, a gdy nią spojrzał, zobaczył jak patrzy w stronę nagrobka.
                                          Kamień nagrobka zaczęła otaczać delikatna poświata, kapłan mógł zauważyć drobne kamyki i pył lecące w stronę memoriału. Luki w kamieniu zaczęły się wypełniać, mech zaczął odpadać, wypychany nową masą kruszcu. Stary, zmarnowany napis nabrał ostrości i znów był widoczny w pełnej krasie. Kiedy zaklęcie zakończyło swoje działanie, nagrobek wyglądał tak jak Khal go zapamiętał.
                                          Khal uśmiechał się gdy obserwował działanie zaklęcia.
                                          - Potrzebuję ją znaleźć, Kaylie… Wiem, że jestem pokrzywiony… że wielu ludzi utraciło rodziców i znacznie więcej a potem się z tym pogodziło i byli szczęśliwi. Wiem, że ja też dawno powinienem zamknąć ten rozdział i, że byłoby to znacznie lepsze dla mnie. Ale do stu piekieł… nie potrafię.
                                          Kaylie położyła palec na ustach Khala.
                                          - Nie gadaj bzdur, by się karać. Masz prawo do tych uczuć.
                                          Kącik ust Viktora uniósł się w lekkim uśmiechu. Złapał ją za nadgarstek z siłą z jaką chwytało by się motyle i ucałował ją przegub dłoni.
                                          - Rozumiem czemu nie chcesz abym szedł na rozmowę z Filią - kontynuował po chwili - To co widziałaś wieczorem dwa dni temu… to był moment kiedy przeszłość mnie rąbnęła najmocniej od dekad i to na dwa sposoby na raz. Coś czego się zupełnie nie spodziewałem i w żaden sposób nie byłem gotowy. Nie traktuj proszę tego jako mojego determinatio personae. Uwierz mi, prawnik który nie potrafi nad sobą zapanować nie osiągnąłby dziesiątej części mojego sukcesu - uśmiechnął się próżnie, gdy myśli pokazały mu drogę którą pokonał z samego dna na najbogatsze salony Cheliax.
                                          - Wiem, że minął miesiące, albo lata nim uda mi się dorwać Aegona. Wiem, że przed tym momentem będę musiał z nim rozmawiać i przesympatycznie się uśmiechać. Pewnie chwalić jego umiejętności oraz służbę Evercrest i jestem na to gotowy. Nie musisz się bać, że odwalę cokolwiek w rozmowie z jego córką. Więcej… chcę aby dziewczyna mnie polubiła. Wyrobić sobie renomę w jej oczach, bo ona jest najprostszą drogą do jej ojca. Ale również mam być twarzą kultu. I kiedyś będziemy chcieli zrobić z niego oficjalną religię. Potrzebujemy aby jak najwięcej wielkich imion miejscowej polityki miało do mnie zaufanie.
                                          - Ja za to nie chcę być uznawana za twojego podwładnego. - mruknęła - Nie myśl, że będę kiedykolwiek wyznawać go... Czy służyć tobie jako jego kapłanowi. Umiem sama załatwiać sobie pracę, nie trzeba mi niani.
                                          Khal zmarszczył brwi w konsternacji gdy przenosił spojrzenie z nagrobka na stojącą obok Kaylie.
                                          - Odnoszę wrażenie, że rozmawialiśmy już o tym - uśmiechnął się nieco opiekuńczo nim nie opuścił znów spojrzenia na imię swojej matki. - Czy cokolwiek, co kiedykolwiek powiedziałem albo zrobiłem sprawiło, że poczułaś jakbym tego oczekiwał?
                                          - Doświadczenie. - odparła - Dla Cheliaxan istotna jest hierarchia. Prawnicy też cenią porządek.
                                          Khal milczał chwilę rozważając jak chce na to odpowiedzieć.
                                          - Miałem dwadzieścia dwa lata kiedy pierwszy raz przekroczyłem granice Cheliax. Byłbym ci wdzięczny… - zaczął bardzo powoli dobierając słowa - Gdybyś oceniała mnie w kontekście moich własnych wyborów i zachowań, a nie ogółu nacji której częścią się nawet w pełni nie czuję. Byłabyś w stanie to dla mnie zrobić?
                                          Kaylie patrzyła poważnie na Khala.
                                          - Powiedz mi jedno... Ty zdajesz sobie sprawę, że ci w całości nie ufam?
                                          Viktor zaśmiał się pod nosem.
                                          - Oczywiście, że nie. Podważałbym twój intelekt gdybyś całkowicie ufała. Rozumiem kim jestem. Pomijając narodowość na pewno jestem chelixiańskim adwokatem. Mówię: “nie kłamię jeśli mi nikt za to nie płaci” ale to może być kłamstwem samo w sobie. Nawet jeśli nie jest… to da się to łatwo kreatywnie zinterpretować. Zaufanie do kogoś takiego jak ja wymaga czasu i dobrej woli. Dobra wola chyba jest - pół-uśmiechnął się zbójecko - ale nie licząc naszej przygody przed laty to znamy się trzeci dzień. A wtedy też może i cię nie okłamałem, ale definitywnie pokazywałem ci precyzyjnie wybrany aspekt mnie, więc bym tego nie liczył.
                                          - Więc wybacz kochanie, że zachowam moją nieufność, co? - odparła delikatnym tonem.
                                          Khal zmarszczył brwi zastanawiając się przez moment by po chwili dojść do wniosku, że Kaylie poinowaciła dwa tematy które dla niego były osobne… ale zamierzał drążyć tematu bo to nawet nie tak, że “się myliła”. Po prostu myślała inaczej.
                                          - W porządku, kruszyno… Więc tym bardzo nieklasycznym wstępem: Galt.
                                          Zatrzymał się na chwilę aby dać jej jeden oddech na oswojenie się z na pewno ciężkim tematem.
                                          - Jeśli dobrze składam elementy układanki to dekadę przed nimi uciekasz. Nie pytam co im zrobiłaś, bo na pewno więcej niż sam pakt z diabłem, ale… jaka jest szansa, że teraz gdy osiadłaś na miejscu to cię tu znajdą? W jakiej sile spodziewasz się, że by wtedy przyszli? I czy oni ścigają Kaylie, czy Avruil?
                                          Nie patrzył na nią. Dawał jej tę prywatność, samemu wciąż siedząc na pieńku, ale nie wciskając już spojrzenia w nagrobek.
                                          W pierwszym momencie Khal zobaczył nerwowe spięcie kobiety, która zadrżała w odruchu. Uśmiechnęła się krzywo, co dało więcej nerwowego wizerunku.
                                          - Szukaliby Avruil Myanmarsar. - odparła z pogłosem fałszywego spokoju - Nie wiem ilu, nie wiem czy znajdą i nie. To nie chodzi po prostu o pakt. Nie chciałam osiadać na długo i nadal mnie to niepokoi. - mruknęła patrząc w rozrzucaną butem ziemię.
                                          Khal stęknął lekko gdy wstawał. Przeciągnął przygarbione jakiś czas plecy i obrócił się do niej.
                                          - Chodź no tu, króliczku… - poprosił, ale to była bardziej informacja i objął ją ramionami w uścisku. Nie mocnym, ale też wcale nie delikatnym - Przepraszam, że cię przez to przeciągam - mówił cichym tonem, pełnym łagodności i zrozumienia - Widzę ile cię to kosztuje, ale to jest ważne… Dasz radę?
                                          Khal czuł spięcie mięśni Kaylie, gdy ją utulił. Jakby całość jej ciała skamieniała.
                                          - To jest poza twoim zasięgiem umiejętności. - wyszeptała - Wykracza ponad możliwości każdego z nas.
                                          - Zawsze - powiedział ze stanowczością - są opcje. Lepsze, gorsze… ale są. Nawet mysz ścigana przez tygrysa ma możliwość ujścia z życiem. Rozumiem, że nie ma tutaj mowy o wyprawniczeniu cię z przewin, ale to nie jest wszystko co potrafimy. Jednak potrzebuję wiedzieć więcej… Dasz radę przejść przez kilka trudnych pytań?
                                          Kaylie bez oporów wysmyknęła się z ramion Khala i stanęła bokiem do niego.
                                          - Możesz pytać. - powiedziała odwracając wzrok od mężczyzny.
                                          - W skali od jeden do dziesięciu… - zaczął Khal wracając na swój pieniek i nie patrząc nawet w kierunku Kaylie. Nie chciał by czuła się konfrontowana. Przytłoczona. Dlatego oddał jej silniejszą pozycję gdzie to ona patrzyła na niego z góry, a on nie patrzył na nią w ogóle.
                                          -... gdzie jeden to pakt z diabłem, dziesięć to złożenie diabłu w ofierze dziecka ich przywódczyni? Jak bardzo chcą cię dopaść?
                                          Milczała dłuższą chwilę, jakby ważąc odpowiedź by w końcu szepnąć:
                                          - Dziesięć.
                                          Khal… potrzebował chwili. Jeśli słusznie oceniała skalę swoich przewin… to żyła tylko przez to jak Galt był wyniszczony dekadami krwawych rewolucji, poprzedzonych morderczymi rewolucjami po których nastąpiło jeszcze więcej okrutnych rewolucji. Jakby ktokolwiek tak mocno nadepnął na odcisk Cheliax, czy Nidal… jeden arcymag. Jedno Życzenie. I ten ktoś już jest w dybach w królewskim lochu. Galt mogło już zwyczajnie nie mieć tak potężnych czarodziejów na swoich usługach.
                                          - Za dwa dni cię zapytam co to dokładnie było. Przepraszam za to. Oczekiwałem szóstki, może siódemki. Ale jeśli mówisz, że to jest aż tak dla nich złe jak złożenie dziecka lidera narodu w ofierze… to to jest zbyt ważne i ma gigantyczny potencjał aby storpedować wszystko co tu robimy, potencjalnie równając pół Evercrest z ziemią a nasze dusze skazując na łaskę zawiedzionego diabła. Oswój się proszę z tą myślą i bądź gotowa.
                                          - Drugie pytanie. Kiedy ostatnio poczułaś na karku ich oddech? - kontynuował po chwili.
                                          - Kiedy wciąż znajdowałam się w Galt i nie przemieszczałam się tak często... - spojrzała w ziemię - W sumie to jakby było spokojnie przez ostatnie kilka lat...
                                          - A Galt jak dawno opuściłaś? Jesteś w stanie choćby przybliżyć co znaczy “kilka lat”? Trzy a siedem stanowi drastyczną różnicę.
                                          - W Galt nie byłam już prawie dziewięć lat. - westchnęła - A kilka to właśnie około trzech.
                                          - Przed czy po naszej przygodzie z kryptą jak-mu-tam-było? I jak to wyglądało? Zobaczyłaś ich szukających ciebie, ale wymknęłaś się niezauważona czy doszło do bezpośredniego kontaktu?
                                          - Zabiłam nasłanego łowcę nagród. - powiedziała bez emocji.
                                          - Bene - “dobrze” przytaknął Khal ignorując, że nie usłyszał odpowiedzi na jedno z pytań… nawet przed sobą musiał przyznać, że to była bardziej jego ciekawość.
                                          - Masz pomysł jak cię znalazł? I rozumiem, że on też ścigał Avruil i nie powinien wiedzieć, że posługuje się ona teraz aliasem Kaylie?
                                          - Może poznał alias szukając, ale niekoniecznie pracodawcom przekazał... - powiedziała cicho - Możliwe, że był dobry w swojej robocie.
                                          - Nie dość dobry, na szczęście. I to by się raczej zgadzało. Po co miałby przekazywać, jeśli wierzył, że sobie z tobą poradzi? I jakby przekazał to raczej oznaczałby początek bardzo aktywnego okresu dla ciebie, a nie ostatnie perturbacje. Marne szanse, ale… czy wynajęcie małej drużyny początkujących poszukiwaczy przygód za jakiś pieniądz aby znaleźli jego ciało i sprowadzili jego czaszkę jest w ogóle w zasięgu realności? Jestem kapłanem… zadałbym mu kilka pytań.
                                          - Khal... Nie zadawałam sobie trudu by go pochować. Nie marnowałam na to czasu.
                                          - Tsk… tak się spodziewałem, ale warto było spróbować. Czułbym się głupio jakbyś za dwa miesiące mi powiedziała “ale nie pytałeś”. - Viktor wstał i złożył ręce w piramidkę myśląc. Po chwili odwrócił się wreszcie do niej. Jego ton, postawa, mimika… wyrażały troskę i zmartwienie, ale również determinację i pewność.
                                          - Po takim czasie najlepsze szanse by cię znaleźć mają przy pomocy magii. Stosujesz prewencyjnie Wykrycie Wróżeń? Nie jest niezawodne ale może nas ostrzec. Jak trochę ustabilizujemy nasze finanse zaczniemy cię okładać Nondetekcją, ale to będzie siedemdziesiąt pięć sztuk złota na dobę... chwilowo nie mamy takiej płynności, nie na dłuższy czas… ale mam już pewien plan, zobaczymy tylko czy wypali.
                                          Kaylie patrzyła chwilę w ziemię nim westchnęła ciężko.
                                          - Azazel... On wiedział, że po zbrodni będę na celowniku. Ostatnie co dziesięć lat temu do mnie powiedział brzmiało "uciekaj". - uniosła wzrok na Khala wyciągając spod ubrania zawieszony na szyi srebrny amulet w kształcie łezki niczym zamkniętego oka leżącego na piórze.
                                          Khal podszedł bliżej łagodnym krokiem. Z niewypowiedzianym, ale zadanym spojrzeniem i postawą pytaniem “mogę?” wzniósł amulet na dwóch swoich palcach na dwa cale do siebie, gdy inkantacją otwierał swoje oczy na magię.
                                          - Skrzywienie zawodowe. Tak naprawdę nic nie wiesz póki nie potwierdzisz - skomentował swoją potrzebę upewnienia się, że amulet jest magiczny.
                                          - Już rozumiem co miałaś na myśli mówiąc, że cofnięcie paktu by sprowadziło ci przeszłość na głowę - cofnął się krok aby nie naruszać więcej barier które w tym momencie dla Kaylie na pewno były ważne.
                                          - W porządku… Rozumiem teraz ciebie chyba trochę bardziej. Wiem już czemu stresuje ciebie wizja pozostania w miejscu dłuższy czas i rozumiem twój strach. Też bym się bał na twoim miejscu… bah… trochę się tego boję będąc na MOIM miejscu. Siedzimy w tym teraz razem… i ufasz mi czy nie… - wzruszył ramionami z grymasem bezsilności - … będziesz miała mój gniew po swojej stronie gdy przyjdzie co do czego i moje możliwości gdy będziemy temu przeciwdziałać.
                                          - Ty też jesteś poszukiwany? - zapytała uspokojona słowami Khala patrząc na niego łagodniejszym wzrokiem - Czemu się boisz?
                                          Khal stęknął w ułamku sekundy niezrozumienia nim nie opuścił głowy do ziemi, śmiejąc się cicho pod nosem.
                                          - Nie, nie… nikt mnie nie ściga… - zaprzeczył rozweselony, ale szybko spoważniał - A przynajmniej nie powinni… Z Czerwonej Loży odszedłem zgodnie ze wszelkimi procedurami. Może być pewien zgrzyt gdyby wyszło, że porzuciłem Księcia Ciemności na rzecz innego diabła, ale… bardzo niewielka ich część rzeczywiście jest tak fanatyczna aby polowanie na czarownice mi urządzić. Byłem szkolony na jego kapłana, ale ostatecznie nie przyjąłem żadnych święceń, więc nawet za apostatę ciężko mnie uznać.
                                          - Powiedziałem, że boję się trochę tego, że CIEBIE ścigają. Bo siedzimy w tym teraz razem. I są ku temu dwa bardzo ważne dla mnie powody. Pierwszy: nasz nienarodzony kult nie może sobie pozwolić aby ciebie stracić. Drugi: JA ehmm… - zawahał się krótki moment gdy formułujące się w jego głowie myśli nagle przestały brzmieć… niezobowiązująco. Coś niedookreślonego między drzewami odciągnęło jego spojrzenie… - nie chcę ciebie stracić.
                                          Kaylie chciała coś powiedzieć, ale po ostatnich słowach zamilkła. Wyraźnie ich się nie spodziewała.
                                          - Ty... zależy ci na mnie?
                                          Khal zamknął oczy kierując twarz do nieba i spuścił powoli z siebie powietrze kupując sobie czas nim coś głupiego by powiedział.
                                          - Ufff… więc na prawdę powiedziałem to na głos, co? Heh… Ja… nie wiem czego chcę.
                                          Khal zawahał się na kilka chwil gdy szukał nie tyle słów, co odpowiedzi. Miał dotąd czas. Nie musiał decydować. Mógł to odkładać na później i na później, ale teraz… teraz potrzebował jakiejś odpowiedzi. I sam się w ten róg zapędził, nawet nie mógł zrzucić winy na Kaylie za dopytywanie.
                                          - To dla mnie coś nowego. Wiem… że nie chcę by coś ci się stało. Chciałbym abyś mogła przestać się wreszcie bać. I nasze rozmowy… jak się wspieramy… to jest dla mnie cenne i nawet teraz boję się, że wypowiedzenie tego wszystkiego na głos zerwie tę nić porozumienia… - otworzył usta by dalej mówić, ale zamknął je jednak i spojrzał na Kaylie łagodnie. Bez presji, czy nacisku. Bez oczekiwań, jednak z ciekawością… wyszukując odpowiedzi na pytanie którego nie zadał w jej postawie, w jej twarzy i oczach aby poznać…
                                          Kobieta patrzyła na Khala z wyrazem zaskoczenia, który jednak szybko przerodził się w zrozumienie. Westchnęła lekko, rozejrzała się i zaatakowała pocałunkiem zaskoczonego Khala. Zamknął on oczy dopiero po chwili i pozwolił sobie odpłynąć, czując pod mostkiem ekscytację, podobną tej którą czuł gdy pierwszy raz uczył się kobiecego ciała, dawno temu, między regałami ksiąg w bibliotece Isger. Pocałunek trwał i trwał i nie miał w sobie nic z niewinności jak wcześniejsze buziaki, a wszystko z namiętności. Niemal bezwiednie ujął jej biodro i przyciągnął do siebie, gdy palce drugiej dłoni przeplatały się z jej włosami, z kciukiem opartym o jej skroń. W końcu rozwarli się i oparli swoje czoła o siebie. Khal wciąż obejmował ją w biodrach, a kciuk gładził czule policzek. Nie pośpieszał tej chwili… naprawdę mu się ona podobała.
                                          Zobaczył pojawiający się rumieniec na policzku Kaylie, która chrząknęła i odwróciła twarz w bok w jakimś zawstydzeniu.
                                          - Musimy iść do straży... - przypomniała.
                                          Khal przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, patrząc tylko na nią z rozczulonym uśmiechem na twarzy gdy jej rumieniec się tylko pogłębiał.
                                          - Przeurocza jesteś taka zakłopotana, Gwiazdeczko - zaśmiał się przekornie i pocałował skroń nim ją puścił.
                                          - Mamy jeszcze zioła do pozbierania - zwrócił uwagę - ale znam je. Nie zajmie nam to dużo czasu. Katemer nie lubi słońca, ale lubi wiatr. Najłatwiej go znaleźć przy większych… - opowiadał prowadząc ją trochę głębiej w las, gdzie można było je łatwiej znaleźć, ale… myślami był trochę gdzie indziej. Choć już pocałunek się zakończył to wciąż czuł jej usta na swoich. Choć szedł przodem to wciąż widział jej rumieniec i czuł, że wypali on mu się w pamięci bardzo przyjemnym wspomnieniem.

                                          text alternatywny

                                          Kaylie z Khalem wracali do miasta znaną już sobie drogą. Po drodze zdjął iluzję ze swego ubioru. Kapitan straży chciał prezentować się bardziej jak kolejny awanturnik, nie prawnik, a pancerz który zawsze na sobie miał, puklerz i młotek bojowy bardziej odpowiadały temu wizerunkowi. Kiedy indziej przedstawi jej się jako ktoś więcej.
                                          - W porządku, Cukiereczku - zmienił temat w końcu na ważny - nie poruszamy aspektu mojego zawodu, ale nie kłamiemy i kręcimy najwyżej odrobinę. W granicach dobrej woli. Jesteśmy poszukiwaczami przygód i jesteśmy tu po robotę. Pamiętaj, że chodzi nam przede wszystkim o renomę, ale nie przeginamy. Targujemy się z wyczuciem i przynajmniej odrobinę uśmiechamy… - spojrzał na jej maskę z powątpiewaniem - … przynajmniej JA się uśmiecham. Filia ma docenić nas za łatwość współpracy, a potem za kompetencje aby chciała potem brać precyzyjnie nas do takich robót. I na siedem niebios… pamiętaj, że jestem Viktor Goodmann. Wątpię aby pamiętali Khala, ale nie ryzykujmy.
                                          Kobieta szła milcząc, pogrążona w swoich myślach. Khal był przecież związany z państwem, na które Galt miało uczulenie. Ba! On najwyraźniej miał być kapłanem Asmodeusza, a co ona zrobiła? Nie wystarczy wcześniejsza zdrada to musi kolejnej się dopuszczać?
                                          Kaylie ścisnęła usta niezadowolona z siebie. Oczywiście, Khal pewnie miał to diabelskie doświadczenie z kobietami i ona wpadła w jego czar. Było to dla niej ciężkie doświadczenie, jako że z jednej strony była zła na siebie, a z drugiej czuła podekscytowanie odkąd tylko zakończył się pocałunek.
                                          - Przy straży nie mogę trzymać maski, wiesz o tym? - wyrwała się z zamyślenia - Tacy nie lubią jak ktoś ukrywa twarz cały czas. I zdajesz sobie sprawę, że pracujesz dla mnie?
                                          - Ho ho ho - roześmiał się Khal wesoło, nieco pobłażliwie odkładając na później temat maski i rozejrzał się ukradkiem czy na pewno ich rozmowa jest prywatna - Niestety muszę odmówić. Jestem tutaj nie tylko dla Aegona, ale przede wszystkim by budować naszą, a szczególnie moją personae publica. Mam być twarzą kultu. Arcykapłanem nowej religii. Nie mogę mieć nikogo nad sobą… ale mogę mieć równego mi partnera, albo przyjaciółkę bez powiązań natury hierarchicznej. Więc… jeśli masz dobre powody bym tutaj “pracował dla ciebie” to najwyżej w wielkim cudzysłowiu i ubieramy to tak, że oddaję ci towarzyską przysługę, ale wtedy potrzebuje je usłyszeć i zważyć… i wtedy możliwe, że inaczej się ubiorę.
                                          - Pomogłam ci uratować dupę, jak zawierzyłeś wtedy tym dwóm w grobowcu, mistrzu oceny charakteru. - Khal miał wrażenie, że pod maską nastąpił wredny uśmieszek - Spłacasz jako mój prawnik, co będzie mi umowami się zajmował.
                                          - Kaylie! Gwiazdeczko! - Zaprotestował Khal, ale głos mu się śmiał - Już mi stare przeboje odgrzebujesz? - zapytał, chichocząc pod nosem w rozbawioniu.
                                          - Byś nie zapomniał, jak tak się chwalisz!
                                          - A pfff… - niepoważne prychnięcie było odpowiedzią - Niech ci będzie. Ważniejszy temat: Podałaś mi pretekst. Wymówkę. Legendę. Chwilowo niech będzie, ale jaki masz ku temu powód? Bo mi ta bajeczka zwiąże ręce i znacznie ograniczy możliwości socjalne. Muszę usłyszeć co mamy na tym zyskać jeśli mam na to przystać.
                                          - Jaki powód? By mi ktoś zajmował się tymi prawnymi nudziarstwami i nie pozwalał mnie przerobić. A twój powód? Zawsze mogłabym ci dać jakiś...
                                          Khal aktywnie wstrzymał się aby nie zwizualizować sobie co mogła mieć na myśli.
                                          - To jest bardzo kusząca propozycja którą z radością przenegocjuję z tobą potem, ale teraz chciałbym się skupić na tej wizycie jako kroku do osiągnięcia naszego większego celu. Jeżeli pójdę tam jako niezainteresowany samą sprawą prawnik to raz: prawdopodobnie będę w ogóle pasował tam jak pięść do nosa. Otwarte umowy kierowane do szerokiego grona tak zwanych poszukiwaczy przygód... - zatrzymał się na chwilę nim nie machnął ręką - długi bełkot legislacyjny - stwierdził i podjął temat już u wniosku - Niekoniecznie obecność prawnika w momencie dopytywania o takie otwarte zlecenie, które każdy może podjąć, będzie adekwatna. Jak byśmy mieli wyłączność to co innego.
                                          - Drugi, ważniejszy powód… to moja swoboda. Jako twój prawnik w takiej sytuacji bym słuchał i się nie odzywał aż do momentu gdy trzeba by coś atramentem potwierdzić. Potrzebuje pretekstu aby wejść z nią w dialog. Dopytywanie o szczegóły zlecenia jest takim pretekstem który pozwoli mi zasiać ziarna jej sympatii do mojej osoby…
                                          - Khal... Musisz zrozumieć jedno. JA też mam swoją renomę. - mocno zaakcentowała.
                                          - W porządku, rozumiem - odpowiedział Viktor konsolidacyjnie, akcentując w sposób nie poddającym w wątpliwość, że fakt ten nigdy nie podlegał żadnej dyskusji - czy ta renoma wymaga od ciebie aby wszyscy twoi współpracownicy byli w podległej tobie relacji?
                                          Kaylie patrzyła z irytacją.
                                          - Więc jak to widzisz? Że tak po prostu jesteśmy w komitywie?
                                          - Tak. Od początku mi o to chodziło. Rozumiem jak osobistą sprawą jest reputacja na którą się samodzielnie zapracowało więc nie prosiłbym ciebie abyś na rzecz naszej sprawy ją poświęcała. Tak samo ja mojej bym nie chciał poświęcić - przytaknął jej ze zrozumieniem.
                                          - Dlatego mam na sobie teraz mój pancerz i nie chowam broni. Jesteśmy dwójką szeroko pojętych poszukiwaczy przygód i z powodów nieistotnych dla nikogo poza nami samymi pracujemy razem. Bez hierarchii między nami, bez komplikacji. To tak frustrująco brzmi?
                                          - A jak to widzisz w powiązaniu z dalszymi twoimi prawniczymi zabawami i możliwym naszym pojawieniu się na jakimś przyjęciu?
                                          - A bo to jeden książę w historii chwycił miecz, uratował księżnikę i wziął ją potem na bal? Jednego szlachcica porwał zew przygody? - zapytał z uśmiechem - To się nie wyklucza. Dlatego właśnie nie poruszamy tematu mojego zawodu, ale nie kłamiemy gdyby przyszło co do czego. W przyszłości Filia pozna mnie również jako adwokata z własną kancelarią i może być zdziwienie, ale nie może mieć poczucia bycia oszukaną. Wszelkie nierówności wygładzę potem urokiem osobistym. Jak na razie mnie nie zawodzi. Może tak być, psze pani? - zapytał się z wesołym uśmiechem.
                                          Kaylie jedynie coś odburknęła, ale skinęła głową, choć było widać, że ciężko to przełyka.
                                          Viktor uśmiechnął się i złapał jej dłoń delikatnie zatrzymując w miejscu. Pochylił się do ucha, gdy ujmował jej łokieć z łagodnością, ale też… czymś niedookreślonym.
                                          - Jeśli poprawi ci to humorek, Kruszyno - mówił niskim prawie-szeptem, na tyle blisko, że czuła ciepło jego oddechu - to możemy potem negocjować sytuację w której będziesz zdecydowanie… górą - zaproponował uśmiechając się zbójecko. Puścił porozumiewawcze oczko i pomaszerował bez pośpiechu dalej. Dopiero dwa kroki później pozwolił jej dłoni wysunąć się bezwiednie z jego palców.
                                          Oczy Kaylie wyraźnie się rozszerzyły, gdy Khal powiedział o byciu "górą". Żałować mógł tylko, że maska ukrywała resztę twarzy kobiety, więc nie mógł zobaczyć całości jej reakcji. Ona za to cieszyła się, iż ma na sobie maskę, bo ciepło z twarzy byłoby widoczne. W szoku nie wyrwała się lecz warknęła w końcu:
                                          - Ty dupku… - ale w chichocie który wyrwał się Khalowi z piersi nie było słychać krztyny skruchy.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy