Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 225 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ArveeA Niedostępny
    ArveeA Niedostępny
    Arvee
    napisał ostatnio edytowany przez Seach
    #9

    text alternatywny

    right aligned paragraph

    - Falk? Co tu robisz? Nie posyłałem po ciebie… Na obserwacji nie miałeś być?
    - Spoko szefie. Wszystko jest pod kontrolą jestem tutaj wiadomość przekazać od kontaktu?
    - Co? Jakiego kontaktu? Jaką wiadomość?
    Krasnolud rozglądał się w czasie mówienia po warsztacie Crowlinga… był zdolnym rzemieślnikiem. Miał potencjał. Wielka szkoda, że nie chciał się na tym skupić. Maszyny parowe które budował wyglądały imponująco, ale nic z tego co widział nic mu nie mówiło. To nie była jego dziedzina wiedzy. Rozumiał tylko, że parno tu było jak w łaźni. Przydałoby się lepsze wietrzenie.
    Falk podszedł do Crawlinga z rozładowaną kusza w rękach.
    - Spójrz szefie…
    - Co ty Currind kombinujesz?
    - Po prostu spójrz - podszedł bliżej i przy nim chwycił cięciwę, założył na hak mechanizmu kołowrotkowego i zaczął nakręcać.
    - Pizda - sklął go Crawling - Do jutra mam tu na to czekać? Daj mi to gówniarzu.
    Wyrwał kuszę z rąk, sam naciągnął cięciwę jednym ruchem, założył bełt i wyciągnął ją do Falka.
    - Nie wierzę, że jesteś synem mojej siostry. Mówże wreszcie… O co mi dupę zawracasz, albo Magrim mi świadkiem… nie dokończył groźby niecierpliwiąc się kiedy siostrzeniec odbierze od niego kuszę i zaprezentuję z jaką głupotą przyszedł mu czas marnować - O co z tym małym pierdem chodzi? Co chcesz mi pokazać?
    - Czy byłbyś tak uprzejmy… połknąć tego bełta? - wręcz wyrecytował Falk pytanie.
    - Co? - zapytał z niedowierzaniem, ale ręce już skierowały kuszę w jego usta Co sięeaaaa… - otworzył je szeroko w pół słowa nie rozumiejąc co się dzieje i strzelił. Bełt bez oporów przebił podniebienie, przeszył mózg i potylicę zaklinowując się w niej dopiero lotką z gęsich piór i wisiał teraz półluźno z tyłu jego głowy. Opadł w tył na krzesło. Viktor przebrany magią za zaufanego, choć nie szanowanego człowieka Crawlinga sięgnął za pazuchę i wyciągnął zza niej list pożegnalny Thordrina Crawlinga z klanu Helmhammer. Pisany jego pismem, zakończony jego podpisem, odwołujący się do wydarzeń z jego życia o których wiedzieli wszyscy i kilku o których tylko najbliżsi. Viktor po cichu wyłączył maszyny. Na tę odrobinę technologię parową znał. Okrył się płaszczem niewidzialności. Nikt go nie widział dość wyraźnie by dostrzec twarz gdy tutaj schodził, ale teraz moment był ważniejszy. Wymknął się jak duch śmierci.

    centered paragraph

    Zajęło to więcej czasu niż oczekiwał. Liczył, że samo znalezienie Zmierzchowców starczy, ale jeśli opowieści Owlkina nie były z palca wyssane… nie starczyło. Ale czy miał rację, czy nie… teraz mogli liczyć na jego wsparcie w kryzysowych momentach, a gdy zrozumieją ile to oznacza da im to odwagę by znów prężnie działać. Tymczasem Khal zostawił Guntarowi listę rzeczy których potrzebuje. Części z nich spodziewał się nie będą mieć, ale pozostałe dostanie z dużym upustem względem ceny rynkowej… uroki omijania cła na granicach.

    Teraz jednak musiał się przynajmniej częściowo wywiązać z deklaracji względem wesołej gromadki z którą przyszło mu pracować… musiał rozpoznać naturę lokalnych praw. Rynek adwokacji z którym przyjdzie mu się mierzyć. Myślał, że jeszcze posłucha plotek, ale nie liczył, że znajdzie na to czas. Nie dziś. Jutro. Może…

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #10

      Baltizar Harpeness

      Baltizara obudziło rano pukanie do drzwi. Piwonia otworzyła delikatnie drzwi, jej oczy byłt zasłonięte przez jej dłoń.
      - Witaj, mości gnomie. Tata mówił, że powinnyśmy was obudzić. Śniadanie czeka na dole, mamy smażone jaja sowodźwiedzia, kiełbaski i bekon z monstrualnych dzików, chleb, mleko mamuta… a w sumie sam zobaczysz. Cieszymy się, że możemy cię gościć! - i nie odsłaniając oczu zamknęła drzwi.

      Gnom rozbudził się do końca, nie wiadomo czy pomógł mu potok słów blondynki czy scena głowy dziewczyny z dłonią zasłaniającą jej oczy, gadającą do miejsca gdzie znajduje się stół.
      sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego talię kart, którą niezwłocznie rozłożył przed sobą na podłodze. Wyciągnął dłoń nad karty i rozpoczął wróżenie.

      Kiedy zakończył z talią ponownie sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego okrągły przedmiot.
      Światło dnia ujrzał gnomi hełm wykonany ze skóry, z kwarcowymi kryształkami wokół wizjera i wytartym symbolem Harpeness na czole. Obserwując dokładnie hełm, gnom mógł wyczuć resztki magii powoli wyparowujące z hełmu. Nie ryzykując dużo Baltizar rzucił zaklęcie Identyfikacji na hełm. Wszelkie zaklęcia, które zostały wplecione w skórę przestały już dawno działać, był w stanie rozpoznać ich naturę.
      Skóra została zaklęta, aby być bardziej wytrzymałą, lżejszą i zdolną do samonaprawy. Wnętrze hełmu wypełnione było energią Planu Powietrza. Był też w stanie dostrzec resztki zaklęć pozwalających na komunikację na odległość w okolicach uszu i ust hełmu. Hełm był na pewno ciekawą zdobyczą, być może jakiś kolekcjoner by mógł mu z nim pomóc? Albo przynajmniej zapłaciłby solidną sumkę za niego?


      Na dole gnom zobaczył nie małe zgromadzenie ludzi, wszyscy nie mogli być gośćmi karczmy tak jak on, więc najwyraźniej przychodzili do Dworu na śniadanie.
      Otto kiwnął Baltizarowi na przywitanie i skinął na stół stojący pod ścianą naprzeciwko wejścia. Tak jak mówiła Piwonia, był wyłożony wszelkiego rodzaju dobrociami, gnom nie mógł powstrzymać delikatnej ślinki uciekającej kącik jego ust.


      Po sytym śniadaniu Harpeness opuścił dwór i ruszył w miasto. Na jego ramieniu siedziała sówka, a po kilku chwilach pies, którego ofiarował mu Azazel pojawił się u boku gnoma, pozwalając mu się dosiąść. Czekało go nie lada zwiedzanie.
      Evercrest było dobrze rozbudowanym miastem, z kilkoma wyróżniającymi się świątyniami.
      Największą była świątynia Abadara pod przywództwem Bankiera Barasa. Pogłoski mówiły, że Baras, może być członkiem Mistrzów Podatków.
      Następny był "Pałac Odnowy", budynek mieszczący lecznicę, spa, bibliotekę i wiele innych przybytków kultury, oddany Desnie, Shelyn i Sarenrae. Głową kościoła Desny jest elfia kapłanka Filiri, Shelyn jest reprezentowana przez Erato, kapłankę z Taldan. Kapłan Sarenrae, Ifirn, opuścił miasto kilka tygodni temu wyruszając na jakąś pielgrzymkę, jego rolę przejęła tymczasowo jego uczennica Elanra.
      Ostatnim domem religijnym był "Ogród Przyjemności". Świątynia Calistrii, odgrodzona murem i pełną bramą. Nie przeszkadzało to jednak głośniejszym krzykom przyjemności dotrzeć do uszu gnoma. Świątyni przewodziła Valaria, młodo wyglądająca kapłanka, która urodziła się w Pitax.

      Dalsze poszukiwania doprowadziły go do kilku bibliotek i domów aukcyjnych, ale nic co by się wyróżniało w mieście takim jak to.
      Miasto posiadało kilka gildii, głównie na terenie Klanu Helmhammer, dystryktu krasnoludzkiego w mieście. Kowale, kamieniarze, kramarze, jubilerzy.


      Około pory obiadowej Baltizar wrócił do Popielnego Dworu. Tym razem tłumu nie było tak dużego, jedynie kilka osób dokańczało posiłek. Gnom zobaczył Otto, dość leniwie siedzącego za karczemnym stołem, delikatnie pijącego jakiś trunek.
      Karczmarz zerknął na nowo przybyłego i zaprosił go do siebie.
      - I jak tam zwiedzanie? Zjesz coś?

      Khal Frey

      Khal odkładał swoje nowe cudeńko, kiedy jego drzwi otworzyły się z hukiem. Do jego pokoju, wkroczyła rudowłosa kobieta, około dwudziestu czterech lat, ubrana była w typowe odzienie dziewki karczemnej, chociaż ubrana była bardzo odważnie.

      text alternatywny

      - Viktor, tak? Tata mówi, że śniadanie gotowe i możesz przyjść jeżeli czujesz się na siłach. Nie spałeś ponoć całą noc. - spojrzała na niego od góry do dołu - Jeżeli towarzystwa potrzebujesz, ponoć Juri potrafi coś zrobić. - pociągnęła kilka razy nosem i westchnęła - Przygotować ci balie z wodą? Tata mówił, że nie macie przywileju na łaźnie jeszcze.


      Nowy dzień zaczął się dość ciekawie, a zapowiadał się jeszcze lepiej.
      Khal wyruszył w miasto w poszukiwaniu budynku sądowego, po drodze ujrzał jednak kilka znajomych miejsc.
      "Świeża Zanęta", sklep rybny, który Frey pamięta jeszcze za młodu. Jego ówczesnym właścicielem był starszy rybak, Gelm, podejrzewał, że staruszek już zszedł z tego świata i ktoś inny przejął interes.
      "Tkaniny Trixy", dość oczywiste czym handlowała niebieskowłosa elfa, która pomachała mężczyźnie, gdy zauważyła, że spojrzał na jej sklep.
      "Emporium Galitraxa", sklep dla poszukiwaczy przygód. Jego właścicielem, jest złotowłosy mężczyzna, który ponoć jest pół-smokiem.


      W końcu dotarł do Sądu, umiejscowionego u boku świątyni Abadara. Poszczęściło mu się i właśnie miała rozpocząć rozprawa jakiegoś nędznika.
      Sala rozpraw nie miała siedzisk dla widowni, jedynie sędzia posiadał siedzisko za swoim stołem. Nie było protokolanta, nie widział też obrońcy czy oskarżyciela. Dwóch strażników stało, trzymając oskarżonego na kolanach przed majestatem sędziego.
      - Mirnis Gahan, jesteś oskarżony o szerzenie herezji wewnątrz granic miasta. Jaka jest twoja obrona na te oskarżenia? - sędzia nie posiadał żadnych symboli urzędowych. Żadnych szat, młotków, peruki czy medali. Był to młody, jak dla Khala zbyt młody, mężczyzna, starający się wyglądać poważnie, chociaż jego ubranie i wygląd niewiele wyróżniało go od osoby, która była na kolanach przed nią.
      - Niewinny! Wiesz przecież, że bredzę jak wypiję! Nie możecie mnie uwięzić za to co zrobiłem po pijaku! - oskarżony był mężczyzną trochę starszym od Khala, siwe włosy zaczęły się pojawiać na jego włosach, jego aparycja dawała do myśli typowego pijaka miejskiego.
      - Śpiewałeś sprośne piosenki z Calistrią w roli głównej, zwymiotowałeś na kapliczkę Caydena Caileana i straciłeś przytomność w "Pałacu Odnowy". - delikatne szemranie rozniosło się po sali, sam oskarżony patrzył przestraszony na sędziego, jego usta delikatnie się ruszała, najwyraźniej szukał słów na usprawiedliwienie swoich działań.

      Avruil Myamtharsar

      Huk z pokoju Viktora wyrwał Avruil z nerwowego snu, kobieta przez chwilę nasłuchiwała, oczekując dźwięków bijatyki, ale jedynie usłyszała kobiecy głos tłumaczący coś Cheliaxanowi.
      Po chwili udało się jej zejść z łóżka i ubrać w coś świeżego.
      Opuściła pokój i zobaczyła młodą blondynkę, która uśmiechnęła się do niej.
      - Śniadanie czeka na dole. - delikatnie dygnęła i ruszyła na dół.


      Miasto wybudzało się powoli z porannego otępienia. Dzieci zbierały się, aby rozpocząć jakąś nową "przygodę". Starszy członkowie społeczności zbierali się w centralnym skwerze, aby rozpocząć obserwację i obgadywanie wszystkich. Wszyscy inni ruszali do swoich obowiązków. Kramarze, cieśle, kowale i inni opuszczali domostwa z uśmiechami na twarzach. Uśmiechami mówiącymi, że ci ludzie nie mają większych zmagań w swoim życiu nad pracą. Trochę im zazdrościła.

      Musiała chwilę popytać, ale w końcu skierowano ją do miejsca gdzie gromadzą się najemnicy.

      text alternatywny

      Nie posiadała żadnego wyszukanego imienia, po prostu "Gildia Najemników Evercrest". Budynek był jednak ładny. Kilkukondygnacyjny, z tarasem i niską wieżą. Nie było jednak obecnie zbyt wielkiego ruchu.

      Przeszła przez główne wejście i jak jeden mąż, wszyscy wewnątrz gildii spojrzeli w jej kierunku. Szepty wypełniły pomieszczenie, Avruil słyszała typowe "Kto to?", "Świeże mięso", "Znowu jakiś żółtodziób", jednak przechodząc obok jednej grupy usłyszała "Zamaskowane Ostrze".

      Był to jej przydomek jaki uzyskała w kręgach najemniczych. Grupa składała się z sześciorga osób. Czarnobrody krasnolud z kuszą opartą o stół, dwa elfy ubrane w skóry, półelf czytający jakąś księgę, półork głośno chrapiący, otoczony kuflami piwa i człowiek o kasztanowych włosach, chociaż bez widocznego ekwipunku, przyglądał się jej uważnie i szeptał coś do reszty gromady.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Niedostępny
        ZellZ Niedostępny
        Zell
        Moderator Obsługa
        napisał ostatnio edytowany przez Seach
        #11

        Pojawienie się w miejscu zgromadzenia najemników Evercrest nie było niczym nadzwyczajnym. Kaylie widziała gorsze miejsca, ale lepsze także. Szepty nie zdziwiły ją. Ignorowała osoby jej nie znające, jako że były poza jej zainteresowaniem. Nie spieszyła się, idąc prawie spacerowym krokiem. Oceniała zgromadzonych spod zakrycia przez maskę i odcedzała element niegodny uwagi.

        Zatrzymała wzrok na grupie, od której wyszły znane słowa.

        - To dość dobra lektura. - odezwała się swoim miękkim tonem bardziej kojarzonym z elfami niż ludzmi, stając bokiem przy półelfie - Autor poprawił błędy z pierwszego wydania w drugim.

        Półelf podskoczył słysząc jej głos, nerwowo rozejrzał się wokół poszukując źródła, kiedy ujrzał ubraną w płaszcz postać w masce zbladł i spojrzał na ludzkiego mężczyznę, który zaczął się śmiać.
        - No, odpowiedz pani! To się nazywa "rozmowa" w krajach cywilizowanych. - mieszaniec zrobił się czerwony i spojrzał jeszcze raz w stronę zamaskowanej osoby, starał się jednak nie patrzeć na maskę.
        - Tak, dziękuję... ma kilka ciekawych pomysłów dotyczących praktycznych zastosowań zaklęć łączonych.
        - 342 strona czternasty wers, o ile dobrze pamiętam. Sugerują połączyć powietrze z ogniem nie mówiąc o zagrożeniu dla maga. - sięgnęła do maski i zdjęła ją.
        To najwyraźniej uspokoiło półelfa.
        - Brzmi ciekawie. Widziałem sugestię rzucenia "Tłuszczu" i zaklęcia ognia, aby go podpalić. To jednak nie działa, więc zastanawiam się ile z jego sugestii to pobożne życzenia.
        - Więc zbliżasz się do czasów eksperymentów podczas walki! - następne słowa zostały wypowiedziane teatralnym szeptem - Polecam nauczyć się udawać przypadek. - z rozbawieniem zerknęła na resztę osób.
        Krasnolud prychnął.
        - Och, to już suczysyn sobie wytrenował. "Nie chciałem trafić cię Ognistą Kulą.", "Stałeś za blisko!", "Nie moja wina, że Gorg wbiegł w hordę goblinów."
        - Bo to nie moja wina. - odparł półelf - Nie mam kontroli nad tym zapijaczonym oprychem!
        - To może, nie wmawiaj mu, że zaklęcie, które rzucasz oszołomi oponentów, którzy go zaatakują. - odparła elfka.
        - Bo oszołomi!
        - JEDNEGO! - krzyknęli wszyscy, a Avruil usłyszała ciche zmęczone "...właśnie" wydobywające się gdzieś z okolic głowy pół-orka.
        - Broda odrośnie gęsta i silna, skóra w końcu też. Nauka jest tego warta. - odparła - Lepiej teraz sparzyć się niż później, gdy to smok będzie nie gobliny.

        - O nie, nie zapatrujemy się na smoka. - zawołał kasztanowłosy - Poza tym nie ma żadnego w okolicy. Jestem Falco, dowodzę tej małej sforze nieudaczników. Jak słyszałaś nasz nieprzytomny kolega to Gorg, mięśnie ekipy. Brodacz to Turgunt, dwa spiczastouche to Velcar i Valira, a nasz drogi "uczeń" sztuk magicznych to Aeron.
        - Pewnie ty wiesz - zwróciła się do Falco - Jestem Kaylie Sunfall. Dopiero co przybyłam do tego miasta, choć jest mniejsze niż sądziłam. Mam nadzieję, że jest tutaj na czym zarobić.
        - Ano, słyszałem o tobie. - odparł przywódca grupy - Głównie dobre rzeczy. Co do roboty to zawsze się znajdzie. Krasnoludy szukają jakiejś swojej dawno zapomnianej kopalnio-kuźnio-fortecy…
        - Karaz Forn. - sprostował krasnolud.
        - Właśnie. I potrzebują pomocy, a to pozbyć się koboldów czy goblinów, eskortować grupę ekspedycyjną, czy nawet znaleźć "nie górskie" materiały. Drewno i rośliny alchemiczne. Samo miasto ma też własne problemy. Bandyci, złodzieje, bandyci, szaleni druidzi, bandyci, intrygi polityczne, no i bandyci.
        - BANDYCI!? - zawołał pół-ork podnosząc się chwiejnie ze stołu.
        - Zabiłeś wszystkich Gorg. Wracaj spać. - zapewnił go elf, Velcar.
        - A… no tak. - odparł osiłek, wracając do poprzedniego zajęcia.
        - I kto za to płaci w takiej... - ogarnęła dłonią przestrzeń - ... miejscowości?
        - Och, nie przesadzaj. Evercrest to nie jakaś zabita dechami wiocha. - Falco odsunął się, aby zrobić rozmówczyni miejsce przy ich stole - Wszelkie roboty dla krasnoludów opłaca klan Helmhammer, mają reprezentanta w tej gildii. Jeżeli wykonujesz coś dla miasta, to albo straż, albo jakiś przydupas Barona. Indywidualni klienci, płacą indywidualnie.
        - Faktycznie, aż tak źle tu nie ma. - przysiadła się do stołu - Ale tak dobrze też nie jest. Szanująca się mieścina miałaby zagwarantowany spokój od bandytów. Kim jest ten mości Baron?

        - Jazor Sahil. W miarę kompetentny, woli powierzać obowiązki innym i czerpać z przywilejów swego stanowiska. Poprzedni władca tych ziem zniknął bez śladu i powierzono je Jazorowi. - mężczyzna wzruszył ramionami - Historia jakich tysiące.
        - Mam nadzieję, że nie jest to miejsce znane z niepłacenia najemnikom?
        - Skarbnik jest trochę dusigroszem. Więc, jeżeli z nim będziesz miała do czynienia to może próbować skubnąć z twojej wypłaty.
        - Na ostatniej wyprawie Gorg ściął drzewo, abyśmy mogli przeprawić się przez rzekę. I skubaniec potrącił nam 10 sztuk złota za to. - dorzucił Aeron.
        - Trzeba więc zawiązywać mocniejsze umowy. Żeby pracodawca nie przerobił na szczegółach, a jeżeli i tak spróbuje - by zapłacił. - odparła - Sama nie raz na początku doświadczałam takich dupków. Później i umowy podważano, ale do tego prawnik wystarczy często. Pracodawcy boją się ich jak ognia.
        - A kto się nie boi? - odparł Falco - Staram się, aby umowy były jak najprostsze. Tak, może nas to ugryźć, ale jest mniej miejsca, aby na pewno nas ugryzło.
        - Ja mam własnego, to go zawsze mogę napuścić. - zaśmiała się - Szczerze nauczyłam się, żeby nie płakać za nimi tylko gryźć o każdy grosz. Droższe składniki same się nie zapłacą, a jak pracodawca chce być chytry... trzeba go ustawić do pionu. Może się chować za swoim pięknym tytułem, ale nie jest on taką dobrą ochroną przeciw papierologii. A czasem też przed ostrzem i magią.
        - Daj namiary, może się przydać. A ostrze i magia nie pomogą, kiedy naśle na ciebie oddział albo dwa. - mężczyzna pokręcił głową.
        - Dlatego głównie bierzemy roboty od krasnoludów, lub zwykłych ludzi. Nie to, że bardziej uczciwi czy coś. Nie śmiałbym sugerować, że baron Sahil jest skorumpowany czy coś… - zaczął pół-elf.
        - Bogowie brońcie. - zawtórował sarkastycznie Falco.
        - Po prostu mniej bawienia się z pośrednikami.
        Kaylie zasłoniła usta.

        - Evercrest naprawdę zadziwia! Nieskorumpowani szlachcice? - słowa kobiety wręcz ociekały sarkazmem.
        - Mamy też pokorne elfy, wyedukowane orki, dwumetrowe krasnoludy, a oficjalnym patronem miasta jest tysiącletni niemowlak.
        - Ale nie chcecie smoków szukać. - cmoknęła - Macie coś teraz już załatwionego? - przeszukiwała zawartość ukrytej sakwy pod płaszczem, skąd w końcu wyciągnęła kartkę i smukłe pióro, które wyglądało na droższą zabawkę niż stać było pospolitego najemnika, a sposób jego używania przywodził na myśl wykształconą osobę z wyższych sfer. Nie zwracała uwagi na ten odruch, gdy wręcz kaligrafowała imię prawnika.
        - Też jest od chwili w mieście, choć poznaliśmy się wcześniej. Na tyle swój typ, na ile to prawnik może być. - przesunęła kartkę do Falco - Zatrzymaj. Dam znać jak kancelarię otworzy.
        - Ambitny widzę.- mężczyzna schował kartkę - Mamy robotę, aby Wywerna upolować. Kradnie ludziom zwierzynę. Nie powinno być trudno, a płacą dobrze.
        - Zwykli ludzie, jak mniemam? - schowała pióro pod płaszczem.
        - Zrzutkę zrobili. 100 złota za łeb bestii. Staromodne, ale skuteczne, ponoć sam baron dorzucił miedziaka. - Falco się uśmiechnął - Mamy już trop, teraz wystarczy znaleźć leże paskudy.
        - Umowa spisana? Wybacz, że tak pytam, ale życie nauczyło na gadanie nikomu nie zawierzać. - uśmiechnęła się gorzko.
        Pamiętała jak pierwszy raz straciła dni na rozwiezieniu listów po okolicy. Chrzaniony lordzik nie chciał jej za to nawet miedziaka dać, a i tak umówił się ledwo na dwa złocisze!
        - Ciągle pamiętam jak urządzono sobie polowanie na mnie, gdy po zrobionej robocie wróciłam po zapłatę. Nie polecam.
        - Bardziej konkurs, kto pierwszy ten lepszy. Nie chodzi o to, aby ubić bestię, ale dostarczyć jej łeb jako dowód. Więc spodziewamy się konkurencji.
        - Potrzebujecie kogoś, kto będzie wam tyły obserwował.
        - Bez urazy, ale nie do końca się znamy. - odparł Falco - Do tego najpewniej to wszystko zajmie nam z tydzień. Więc, może kiedy indziej.
        Kaylie zaśmiała się szczerze.
        - Nie ma problemu, bo ja was też nie znam. Półelf może i uroczy - powiedziała słodkim tonem - ale na bycie uroczym nie położę głowy. Mówię tylko, że przyda się wam być ostrożnymi, bo na pewno ktoś was napadnie. - machnęła ręką - Jestem tu od wczoraj, więc nie ogarnęłam miasta, a i już w podróż mi nie śpieszno.
        Spojrzała na Aerona.
        - Jak z twoim elfickim?
        - Ojciec nie spędził ze mną zbyt długo. Mama go wyrzuciła jak miałem jakieś pięć lat. Coś tam podukam. - półelf wzruszył ramionami - Czemu pytasz?
        - Szkoda, mam bardzo dobrą lekturę dla ciebie, ale jest po elficku. Traktuje o łączeniu zaklęć z mniejszą szansą obrażeń ubocznych.
        - Znajdę pewnie gdzieś słownik... albo wersję we wspólnym. Dzięki za ofertę, ale z tego co słyszałem o tobie, inaczej podchodzimy do magii.
        Kaylie uśmiechnęła się bez radości słysząc te słowa.
        - Pamiętam podobne słowa. W sumie... kwestia podejścia, magia ta sama. Tylko użycie. - chwilę szukała nim wyjęła książkę zza płaszcza i podała Aeronowi - Możesz tłumaczenia poszukać, ale możliwie go nie ma. Dobrze wiesz, że elficcy magowie nie lubią się dzielić wiedzą z innymi rasami.
        - Tak chyba jest z większością tych pompatycznych ras. - Aeron westchnął - Ja nawet nie mogłem się powołać na ojca jeżeli chodzi o jakieś magiczne akademie czy coś, bo jak się okazało był absolutnym beztalenciem magicznym. Po prostu udawał przy pomocy różdżek, zwojów i innych przedmiotów.


        Kaylie nie spieszyło się wracać. Dobrze jej było porozmawiać z grupką, a szczególnie z tym wciąż nieopierzonym magiem, co był w wieku, jak ona zawiązywała pakt z Azazelem. W sumie był to ironiczny zbieg okoliczności... Mogła przeżywać życie jak on bez tego bagażu wprost z Piekieł.
        Nie mogła się powstrzymać przed testowaniem dzieciaka, jego wytrzymałości na dwuznaczności, jakich używać się nauczyła jeszcze za młodu... w innym życiu, mniej uporządkowanym i ognistym. W pewnym momencie zaczęła zastanawiać się nad tym co straciła, co porzuciła. Widząc reakcje młodego poczuła ukłucie smutku patrząc na zagubionego półelfa zawstydzonego jej dwuznacznym tekstem. Czuła smutek widząc jak grupa traktuje go jak swojego mimo niesnasek z źle wycelowaną magią. Wiedziała, iż brakuje jej niektórych relacji i młodzieńczego szaleństwa, którym się chwaliła kiedyś. Teraz... czasami czuła się jakby coś w niej umarło.
        Wycofała się z zawstydzania mieszańca, którego wręcz spróbowała podnieść na duchu obracając to wszystko w żart. Powiedziała mu, że książka nie jest jej teraz potrzebna i będzie pojawiać się w tym miejscu, a sama zatrzymała się w karczmie, tu chwilę próbowała sobie przypomnieć nazwę, a w końcu podała jak do niej dojść.

        Planowała jutro zahaczyć o straż miejską i tam wybadać teren, jednak nim nawet opuściła miejsce zbiorowiska różnej maści najmimord musiała zareagować na natrętną próbę zatrzymania.

        - Kicia, już sobie idziesz?
        Kaylie z niezadowoleniem uniknęła gładko próby pochwycenia przez młodego człowieka, który wziął ją za świeżynkę w interesie, jednak za chwilę poczuła jak silne ręce jego kolegi chwytają ją w talii i na siłę usadzają sobie na kolanach.
        - My też ci możemy poopowiadać coś, kruszynko.
        Kobieta po chwili przestała próbować się siłować, jako że to byłoby tylko marnotrawienie energii i czasu. Szczerze nawet nie słuchała gadania tych podlotków, jedynie czekając na odpowiedni moment cierpliwie znosiła dotykanie jej włosów, czy nawet policzka.

        Nowi znajomi Kaylie nie pozostali niemi, a gdy trącony półork podchodził do męczących kobietę mężczyzn skupiając ich uwagę na sobie, ta gładko wstała z kolan natręta i wraz z sekundą, gdy jej dłoń dotknęła jego krocza usłyszał słowo, jakie tylko Aeron by od razu poznał. Żałosny wrzask i dźwięk upadku człowieka z krzesła na drewnianą podłogę przyciągnął uwagę zgromadzonych.

        Kaylie spojrzała po kumplach nieszczęśnika jaki drżał na ziemi od wyładowania elektrycznego, jakie rozpoczęła na jego męskości.
        - Nauczcie się kiedy można ruszać, a kiedy omijać, szczeniaki. - powiedziała do nich swoim miękkim, spokojnym głosem.

        Skinęła głową grupie Falco i zakładając ponownie maskę po prostu bez słowa wyszła z budynku.

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez Seach
          #12

          Scena 1: Przenajmilsze przywitanie.

          Khal nie miał najemniczych odruchów. Tylko kilka razy zdarzyło mu się być zaatakowanym w podobnych warunkach. W Cheliax atak z zaskoczenia polegał na wysłaniu listu pełnego półkłamstewek. Na “pierwszy raz na oczy widzę tego człowieka”, lub podrzuceniu czegoś i pełnym zmartwienia donosie. Nie nagłym wparowaniu do pokoju karczemnego. Więc tylko odrobinę się spiął gdy drzwi trzasnęły.

          Odłożył obręcz na stolik i gdy się obrócił zaprezentował Lily pewną konsternację, zdziwienie ale i rozbawienie.
          - Viktor, tak?
          Raz tylko pozwolił spojrzeniu zjechać łagodnym ruchem z poziomu oczu, do mniej więcej kolan i z powrotem, całkowicie świadomie nie zwalniając na poziomie dekoltu.
          - We własnej osobie - odpowiedział ze swoim uśmiechem.
          - Tata mówi, że śniadanie gotowe i możesz przyjść jeżeli czujesz się na siłach. Nie spałeś ponoć całą noc.
          Uśmiechnął się szerzej, z odrobina pobłażliwości.
          - To nie pierwsza nieprzespana noc, gwiazdeczko. I nie ostatnia.
          - Jeżeli towarzystwa potrzebujesz - uniósł brew wyżej już w połowie zdania - ponoć Juri potrafi coś zrobić.
          Zaśmiał się pod nosem. Przez krótką chwilę jej słowa brzmiały jak wstęp do nie dwuznacznej propozycji, ale… widział w niej, że nie było to zamierzone. Jeszcze nie zaczął nawet jej urabiać i musiał poważnie przemyśleć, czy w ogóle pójdzie w tym kierunku… Otto mógł być nawet nie tyle niebezpieczny co rzeczywiście potrzebny. Jak kobiety do Viktora same przychodziły to nie ze względu na jego jego wygląd, ale prestiż, władzę i bogactwo… czasem łagodność i zrozumienie. Albo plotki z przyjaciółkami. Rzeczy które zostawił w Cheliax i tu musiał sobie dopiero wybudować od zera.

          Lily ociągnęła kilka razy nosem i westchnęła - Przygotować ci balie z wodą? Tata mówił, że nie macie przywileju na łaźnie jeszcze.
          Kiwnął głową z pewnością i spokojem
          - Definitywnie, kruszyno - odpowiedział bez zająknięcia pomimo, że uśmiech utracił połowę swej szczerości, pomimo że nie drgnął nawet - Ale nie teraz. Potrzebuję jeszcze kwadransa, albo lepiej dwóch aby coś dokończyć nim zamknę ten etap doby. Jak to robicie w Popielnym Dworze? Macie na parterze jakiś pokoik, czy przynosicie balię i wodę do pokoju gościa?

          Dziewczyna prychnęła słysząc słowo "kruszyno", jeszcze raz obejrzała mężczyznę od góry do dołu.
          - Tata, by lepiej wytłumaczył jak "to robimy w Popielnym Dworze". - jej imitacja jego wypowiedzi była zaskakująco dobra - Tobie na razie przysługuje jeden z pokoików do mycia. Będą tam czekały wiadra z ciepłą wodą, szczotka i suchy ręcznik.

          W czasie lustrowania Khal pozostawał uśmiechnięty i pewny siebie. Jakby nie usłyszał właśnie, że śmierdzi, albo przynajmniej w żaden sposób nie wpływało to na jego pewność kontroli.
          - A co, ktoś pozbawiony przywilejów łaźnianych taki jak ja - rozłożył ręce ćwierć szeroko w geście równo poddańczym jak otwartym - musiałby zrobić aby przynajmniej mydło dostać? - zapytał z niewinnością i widocznie nieprawdziwą pokorą złoczyńcy, zdającego się na litość paladyna.
          - Mydła mu się chce… - mruknęła pod nosem - Dostaniesz, jakiś konkretny zapach?
          - Hmmm… - zastanowił się chwilę nim znów na nią nie spojrzał - Nie jestem pewny jakie są opcje. Lepiej wiesz… Jaki ty zapach byś wybrała?
          - Niezła próba. Cheliaxianie zawsze zostawiają siarczany posmak, więc wybaczysz jeżeli odmówię. Dostaniesz co znajdę.
          Viktor uniósł brew odrobinę rozbawiony.
          - To się cieszę, że pochodzę z Oar’s Rest, a nie z Cheliax… choć mogłem trochę przesiąknąć tą siarką po drodze. - Uśmiechnął się smutno, z westchnięciem.

          - Skoro odmówiono mi wyboru, to zadowolę się z dowolnego mydła. Zmywa znoje nocnej pracy tak samo.
          - Z Oar’s Rest jesteś? - zapytała, ale Khal widział powątpiewanie w jej oczach - Tam gdzie Duncan swoją piekarnię ma?
          - Cóż… - podrapał się po skroni przeszukując dawną pamięć - jeśli mówisz o Duncanie, synu Dawiela… Dauga? Dowina??? No piekarza z imieniem na “D”... to chyba nie? Opuściłem Evercrest wiele lat temu, ale kiedy byłem to pan “D” miał swoja piekarnię w Sodbury. W Oar’s Rest charakterystyczny był bardziej młyn Rakusa. Starego krasnoluda rudego jak skórka pomarańczy. Teraz pewnie już powoli siwieje.
          Khal widział jak spojrzenie ślicznotki złagodniało. Więc klasyczna ksenofobia… nie lubi Cheliaxian… mógł zrozumieć. Też ich w większości nie lubił.
          - No niech ci będzie, nie dostaniesz śmierdzącego mydła.
          - Dziękuję z całego serca.

          Obserwował zamykające się za Lily drzwi. Wcisnął nos pod swoją pachę i sprawdził… nie oceniał by tak strasznie śmierdział. Wzruszył ramionami. I tak miał kąpiel brać.

          Usiadł do stolika i zaczął pisać drafty listów. Nie planował ich w najbliższej przyszłości wysyłać, ale kiedy ten moment nadejdzie musiały być doskonałe.

          text alternatywny

          Scena 2: Osąd nad bluźniercą

          - Przepraszam, excusez-moi, ignosce mihi, przechodzę, przepraszam.
          Khal… zwracał na siebie uwagę. Nie szeptał, nie mówił nawet ściszonym głosem gdy przechodził na front tłumu. Stając naprzeciw sędziego z Mirnisem Gahanem między nimi. Przeszedł kilka po okręgu… by ich pozycje nie były tak… konfrontacyjne.
          - Viktor Goodmann jestem, z dalekich stron przybywam… - ukłonił się delikatnie i elegancko sędziemu oraz samą głową tłumowi - Dziękuję danie mi głosu - zaczął z nastawieniem i pewnością które już zdążyło przekonać pół publiki, że może rzeczywiście oni mu go dali, albo, że przynajmniej zasługiwał by go wysłuchać… “bo gdyby nie miał nic wartego powiedzenia, to by się tak nie wbijał, prawda?”
          - W świetle braku wiedzy biednego Gahana chciałbym wypowiedzieć się w jego imieniu, abyśmy w duchu prawa pewni byli, że sprawiedliwy jest wyrok. Mirnisie Gahanie, czy zgadzasz się abym ciebie reprezentował?
          Nędznik… nie wiedział. Rzucił spojrzeniem po tłumie szukając odpowiedzi. Nie znalazł jej. Sędzia również patrzył na Viktora a nie na niego, ale w końcu kiwnął głową… przekonany pewnością siebie Khala oraz nędznymi alternatywami.
          - Tak. Proszę, ja nie…
          - Mirniesie, byłbyś uprzejmy dać mi mówić? Nie odpowiadaj niepytany, jeśli możesz… - postawa i ton Goodmanna sprawiały, że nikt z obecnych nie usłyszał prawdziwego przekazu tych słów… “zawrzyj gębę”. Tylko troskę i chęć pomocy.
          - Szanowny sędzio… czy zaakceptujesz tę nieklasyczną metodę pozyskania obrońcy? - zapytał zdając się (albo raczej Mirnisa) na jego łaskę, w pełnym poszanowaniu dla jego urzędu.
          Sędzia przez chwilę przyglądał się nowemu rozmówcy, po czym kiwnął głową.
          - Zezwolę. Może pan rozpocząć obronę, panie Goodmann.
          - Dziękuję. Zacząć musimy od sprecyzowania jednego… nieporozumienia - ton Viktora nie miał w sobie krztyny pouczenia. Jedynie troskę, łagodną jak aloesowy balsam - Nie rozmawiamy tutaj o herezji. Herezją byłoby gdyby biedny Mirnis wykrzykiwał, że Caydan Cailean potępia… nie wiem… spożywanie piwa? - nie-zapytał z uśmiechem, czarem i energią, że kilka głosów w tłumie zachichotało z absurdu propozycji, a więcej uśmiechnęło się pod nosem.
          - To o czym tu mówimy to obraza bogów - kontynuował już poważnie - Ale myślę, że pijany Mirnis jest bystrzejszy niż trzeźwy Gahan. Już wyjaśniam co mam na myśli… Jeśli sąd pozwoli chciałbym rozważyć wydarzenia jedno po drugim - odczekał symboliczną chwilę by pozwolić na ewentualny protest. Pokornie. Z szacunkiem.

          - Wykrzykiwał sprośne piosenki o Calistrei. Bogini zemsty… i pożądania. Tej której jedną z doktryn, czy edyktów jest “poszukuj hedonistycznych ekscytacji”... prostszym językiem… “dąż do przyjemności”... z drobnym naciskiem na te związane z pożądaniem. Ta sama bogini co w swoich świątyniach gości liczne “sakralne kurtyzany”. Śmiem twierdzić, że gdy wiele świętych pieśni Calistrei jest… nieodpowiednia dla dziecięcych uszu to sprośne piosenki na jej temat postrzegała by ona jako bliższe jednej z takich pieśni niż obrazie. Jestem pewien, że gdybyśmy zapytali kogoś z kleru Nieugaszonego Płomienia powiedziałby nam o tym znacznie więcej, ale nie zarzuciłby mi niezrozumienia.

          - Zwymiotował na kapliczkę Caydena Caileana… tutaj sprawa jest odrobinę mniej wygodna, bo ktoś musiał to po nim posprzątać, ale jeśli którykolwiek z bogów miałby to zrozumieć i zaśmiać się z tego do rozpuku… byłby to właśnie Przypadkowy Bóg, ten sam który wedle legend, którym nigdy nie zaprzeczył, sam był tak wstawiony - słowo wyraźnie było tu grzecznym eufemizmem - że nic nie pamięta ze swojej Próby przy Gwiezdnym Kamieniu która to doprowadziła go do boskości. Ten który sam w swoich przykazaniach ma jedno które całe składa się z jednego słowa. “Pij”. I nie mówią tu o wodzie. W rozmowach z jego klerem w przeszłości odniosłem wrażenie, że oczekiwali by oni posprzątania po sobie, ale przyjęliby to ze śmiech i zrozumieniem.

          - Zasnął w Pałacu Odnowy… - zrobił krótką pauzę aby ci co zrozumieją co miał na myśli mieli na to czas. - Jak szanowni obecni myślą… gdyby zapytać łaskawych bogiń tego przybytku co by o tym myślały… preferowały by aby bezbronny, wrażliwy na rabunek człowiek w potrzebie pozostał w rowie zimną nocą czy jednak przyjąć go do miejsca którego sama nazwa dedykuje je odnowie? Czy jeśli one same preferowałyby przyjąć go w swe progi i się nim zaopiekować to możemy mówić o jakiejkolwiek obrazie ich dobrotliwego majestatu?

          - Więc… jak mówiłem na początku, pijany Mirnis jest bystrzejszy niż trzeźwy Gahan. Gdyby przyśpiewywał w niestosowny sposób o Caydenie, potem zwymiotował alkoholem w lecznicy Sanrae a na koniec chrapał na maszy Calistri jego wina byłaby niewątpliwa. Ale w kolejności w jakiej rzeczywiście miało to miejsce… - rozłożył ręce - Wnoszę o oddalenie zarzutów o obrazę bogów, a tym bardziej o herezję.

          Wypowiedź Khala wywołała poruszenie wśród zgromadzonych. Sala wypełniła się szeptami, kłótniami i poparciem dla sprawy oskarżonego. Sędzia uniósł brwi kiedy adwokat skończył swój wywód.
          - W świetle przedstawionych wyjaśnień, oddalam zarzuty herezji. Mirnisie Gahan, dopuściłeś się przewinienia publicznego upojenia. Zarządzam karę trzech dni prac społecznych na korzyść Ogrodu Przyjemności, Pałacu Odnowy i kapliczki Caydena Caileana. - sędzia stuknął młotkiem o stół - Zarządzam przerwę. Uwolnić oskarżonego i rozpocząć procedury.

          Konsternacja Viktora była czysto wewnętrzna. Zmiana zarzutu i brak możliwości obrony przeciw niemu? Standard w Evercrest, czy młody sędzia? Nie aby się z nim nie zgadzał. Prace społeczne były zasadne. Dzień za przerwanie snu porządniejszych obywateli, dzień za to, że ktoś musiał posprzątać kapliczkę, dzień w ramach opłaty za usługi Pałacu Odnowy. Ładnie. Elegancko. Prosto. Odpowiedni poziom współczynnika karności. Argumentował by tylko za opcją wykupienia dni swojej pracy, jeśli posiada na to środki… tacy jak on nigdy nie posiadają, ale bardzo dobrze to wygląda dla publiki. Łagodzi krawędzie nawet ostrzejszych wyroków.

          - Puk puk… - wymówił Khal stając w otwartych drzwiach pokoju sędziego i pozwolił społecznemu błogosławieństwu popłynąć.

          - Chciałem upewnić się, że moje zamieszanie w proces nie zostało odebrane w negatywny sposób… będę chciał założyć kancelarię w Evercrest i wierzę w dobre stosunki z władzą. Pozwolicie, że jeszcze raz się przedstawię. Victor Goodmann, dotąd służyłem wiedzą w Cheliax, w kancelarii Welton & Vortel ale w końcu postanowiłem rozwinąć własne skrzydła.

          - Witaj, Serg Malm. Nie oczywiście, że nie, szczerze cieszę się, że w końcu ktoś z wiedzą prawną się zjawił. Do tej pory można jedynie było liczyć na sługi Abadara, a oni ostatnio sobie solidnie każą płacić. - sędzia westchnął - Musisz mieć nienajlepsze mniemanie o naszym małym sądzie, jest dość nową instytucją. Przez długi czas takimi sprawami zajmował się baron, ale postanowił, że to poniżej jego majestatu i zaciągnął mnie, chłopaka, który jedynie zna prawa ustanowione przez barona, jako reprezentanta prawa i porządku w całym regionie. - Serg schował twarz w dłoniach - Jest to nie tylko męczące, ale i upokarzające. Ta sprawa z Mirnisem była najpoważniejszą od miesięcy, dysputy o bydło, o kradzież jabłek, bójki karczemne. Wszystko zostaje postawione przede mną a ludzie sądzą, że to działa jak legalizacja samosądu. Muszę lawirować między tym co mówi prawo, a tym co udobrucha motłoch. Nie jestem prawdziwym sędzią, czy kimś kto posiada większa wiedzę o arkanach prawnych, ale wiem, że tak być nie powinno.

          - A bez dostępu do poważniejszej magii i tak musisz zgadywać kto mówi prawdę, a kto kłamie, bo oczywiście to niemal zawsze jest słowo przeciwko słowu… - kiwał głową Viktor w zrozumieniu - W swej prostocie znacznie trudniejsze niż wiele spraw z Cheliax… Ciężki kawałek chleba ci narzucono, panie Malm, ciężki i gorzki.
          Khal z taktem rozpoczął… urabianie. Po zgrabnym wywiedzeniu się ile ma czasu dopasował taktykę. Zrozumienie dla ciężaru obowiązku, choć z lekką, nienachalną próbą przedstawienia sytuacji trochę lepszą. Kilka niby nie-celowych wstawek i krótkich przypowieści o jego sprawach z Cheliax i okolic aby przedstawić się jako tego kim rzeczywiście był… najlepszym prawnikiem w Evercrest, a prawdopodobnie w zasięgu tysiąca mil… a wszystko to ze stylem i gracją jakby to było dla niego wrodzone… w jego słowach i postawie czuć było, że nie ma w nich krztyny przechwałek.
          - Założenie kancelarii, panie Malm, zajmie mi pewnie kilka tygodni… jestem wybredny jeśli chodzi o lokal w którym będę pracował… ale mam gotowe wszelkie formularze potrzebne aby zarejestrować i zaoferować Evercrest moje usługi jako… niech będzie nawet radca prawny. Jeśli wasza dokumentacja królewska nie zmieniła się drastycznie w ciągu ostatniej dekady to powinny być aktualne. Moje usługi definitywnie nie są tanie, ale byłbym chętny pomóc jakiś czas pro bono, albo za pomoc we wdrożeniu się w lokalny rynek.
          Sędzia delikatnie chrząknął jak usłyszał "pro bono".
          - Ostrożnie z tego typu słowami. Ludzie urwą ci rękę, jeżeli dasz palec. Życzę ci powodzenia, może twoja obecność wpłynie też na ludzi. Lub przynajmniej na straż, cześć tych spraw powinna być rozwiązana kilkoma dniami w zimnej celi, a nie marnowaniem czasu wszystkich na spektakl prawny.
          - Jak wszędzie, sędzio Malm, jak wszędzie - uśmiechnął się Viktor, ukłonił i zostawił Serga jego zasłużonej przerwie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Seach
            #13

            text alternatywny

            Obudził się nagle, spocony, drżący. Nic nie pamiętał z koszmaru… nic, poza wrażeniami. Ale te wystarczały by wzbudzić w nim nieludzki lęk odwołujący się do najstarszych instynktów tkwiących w jego umyśle.
            Co wyrwało go z jego stanu? Niewiasta swoim pukaniem. Zasłaniająca oczy, bełkocząc coś co wlatywało jednym uchem Baltizara a wylatywało drugim. Potakiwał jedynie odruchowo czekając aż wyjdzie.
            Sięgnął odruchowo po talię, przetasował, rozłożył w wachlarz… wyciągnął kartę.

            Splątany wrzosiec. Nazwa zupełnie nie pasująca do karty… do stracha na wróbla ustawionego nad jeżyną. Niemniej nie logiki gnom szukał w kartach, a ukrytego sensu.
            Wyciągnięta karta wskazywała na przedmiot lub osobę z dawnych czasów, która w jakiś sposób będzie miała ogromny wpływ na obecną sytuację. Ów przedmiot lub osoba, o której karta mówiła, to obiekt zagubiony lub zamordowany w jakiś okropny sposób. Niepoprawna, ciernista przeszłość przynosić miała nie tylko ból, ale także nadzieję na przyszłość.

            In.. te.. re.. su.. ją.. ce.

            Gnom spojrzał na plecach z ukrytym hełmem. Może ten wątek podpowiadały karty ? Schował więc talię i zabrał się za badania.

            text alternatywny

            “-... zwiedzanie? Zjesz coś?”
            Gnom przez chwilę przyglądał się Otto jakby te słowa nie dotarły uszu do jego mózgu, tylko zaplątały się gdzieś po drodze. Po chwili jednak rzekł.
            - Tak. Zwiedzanie było ciekawe i coś bym zjadł.-
            Zamyślił się na chwilę, zmarszczył brwi.
            - I coś bym zarobił. Zajmuję się rozrywką. Zabawiam gości opowieściami. Mógłbym… to robić tutaj, w karczmie. Podział zysku… ehm… mniej więcej pół na pół?-
            - Co tu zarobisz to twoje. - odparł karczmarz - Jeżeli umilisz czas moim gościom, lub nawet sprowadzisz nowych, mogę ci to wynagrodzić.
            Baltizar zamyślił się wodząc dwoma palcami po swojej bródce.
            - Hmmm… no to … bardzo… hojne z twojej strony. Umowa stoi. Będę występował w twojej karczmie wieczorami i trochę tu na rynku miejskim i w większych uliczkach, by przyciągnąć uwagę potencjalnych klientów. To miasto…- przedstawiciel niskiego ludu pokręcił głową.- … to miasto… to miasto… co ja… a tak. To miasto nie walczy z ulicznymi artystami. Straż nie przepędza kuglarzy, grajków występujących pomiędzy straganami?-
            Otto spojrzał z delikatnym smutkiem na gnoma. Pociągnął nosem jakby poczuł jakiś nieprzyjemny zapach.
            - Męczy cię gnida, co? - karczmarz westchnął - Nie, nie walczą. Tak długo jak się ludziom nie uprzykrzasz i "aktywnie" nie żebrzesz. Więc, w zamian za taką usługę, mogę załatwić ci większy pokój, albo wygodniejsze łóżko.
            - Niee… to co mam mi wystarczy.- machnął ręką gnom.- Zresztą najpierw zobaczmy czy zdołam widownię zgromadzić. - po czym dodał żartobliwie.- Na lutni nie grywam, a ponętną elfką nie jestem.-
            Karczmarz przez chwilę wydawał się urażony odmową gnoma.
            - Takie są zasady Popielnego Dworu. Przysługę dla Dworu należy nagradzać. - podrapał się przez chwilę po karku, po czym sięgnął pod stół i wyciągnął miedzianą różdżkę, trącił ją palcem i zaczął do niej mówić - Juri, przyjdź tu proszę. Mam dla ciebie robotę. - karczmarz uśmiechnął się cieplej do gnoma - Męczą koszmary?
            - Rodzinna przypadłość. Nieuleczalna żadną magią.- machnął ręką Baltizar. - Nawykłem. A co do przysług, najpierw…niech sprowadzę klientów, a potem… potem można pogadać o nagrodzie za przysługę.-
            - Ponownie, nie takie są zasady na mym dworze… - głos człowiek zrobił się odrobinę niższy - Uleczyć wątpię, aby się dało. Juri jest jednak alchemikiem, pewnie jakieś świństwo na bezsenne spanie by upichcił.
            - Wdzięcznym więc jestem.- odparł uprzejmie gnom.
            Do pomieszczenia wszedł blady, łysy elf. Nie posiadał brwi, a jego ciemne oczy były głęboko zapadnięte. Zielonkawa szata była ubrudzona i przeżarta w niektórych miejscach. Pośpiesznie zbliżył się do karczmarz i gnoma.
            - O co chodzi?
            - Juri, poznaj Baltizara. Postanowił wesprzeć Dwór poprzez opowiadanie baśni gościom i ludziom na mieście. W zamian postanowiłem zaoferować twoje usługi. Gnębią go koszmary, dasz radę coś zaradzić?
            Elf spojrzał na gnoma.
            - Klątwa i czy zła dieta?
            - Raczej to pierwsze… choć… trudno dokładnie powiedzieć.- wyjaśnił gnom ignorując oczy w każdej szczelinie pomiędzy deskami i szepty stamtąd wydobywające się.
            - Z wami, gnomami, to nigdy nic innego. - elf pokręcił głową - Wieczorem jedna z dziewczyn przyniesie ci specyfik. Wypij przed snem, w łóżku. Powali cię natychmiast i obudzisz się osiem godzin później bez żadnych snów.
            - Wdzięczny byłbym za to.- odparł z uśmiechem Baltizar.
            Elf kiwnął głową.
            - Coś jeszcze? - te słowa skierował do karczmarza.
            - Na razie nie, mogę cię jednak jeszcze wezwać. Towarzysze Baltizara mogą też czegoś od ciebie chcieć.
            - Oczywiście. Nigdy mnie nie wzywasz jeżeli czegoś nie chcesz. - Otto uniósł brew.
            - Zachowujesz się jakby w drugą stronę nie działało to tak samo. - elf jedynie prychnął i ruszył z powrotem skąd przybył.
            - Ach, ta młodzież. - zerknął na gnoma - Więc, coś lżejszego czy cięższego? No i jakiś trunek? Mam bardzo słodkie wino z owoców południa.
            - Coś cięższego. Mięsiwo. A i winem nie pogardzę.- zgodził się z nim Baltizar. Bądź co bądź, dobre wino nie jest złe.

            text alternatywny

            Gnom dość długo prowadził Khala między uliczkami miasta, przeciągniętego słowami o wstydliwej sprawie, którą tylko mężczyzna zrozumie a kapłan wysłuchać może.
            Gdy znalazł takie miejsce, odetchnął z ulgą.
            - Tu chyba możemy rozmawiać.-
            Khal milczał w czasie drogi. Normalnie by zabawiał towarzysza rozmową o niczym, albo próbował sobie na głos przypominać różne trivia na temat miasta które kiedyś znał. Gdyby czuł się pewniej w topografii miasta również mógłby przejąć pałeczkę, ale… nie miał pewności czy pamiętał je takim jakim było. Dwa razy więcej życia spędził poza nim niż w jego murach… i “wstydliwa sprawa” zmieniała zupełnie sprawę. Z wesołego gawędziarza przeszedł w wyrozumiałego słuchacza.
            - Postarałeś się ze wszystkich sił. Możemy rozmawiać swobodnie. Powiedz mi Baltizarze… w czym mogę ci pomóc? - pytanie wybrzmiewało szczerością i zaprawione było uśmiechem lekkim, zachęcającym i cierpliwym.
            - W niczym, w absolutnie niczym. Do niczego nie jesteś mi potrzebny. - odparł gnom drapiąc się po karku.- Chodzi o naszych gospodarzy. Jak pewnie zauważyłeś, są gościnni ale zdystansowani. I nie darzą naszego pracodawcy respektem. Co za tym idzie z pewnością nie służą jemu. Póki co… można tylko zgadywać, ale mam podejrzenia iż ich zatrudnia Mammon. Co nie oznacza że są zagrożeniem… o nie… nie są, gdyż nasz szef zapłacił u źródła i oni będą nam pomagać. Aczkolwiek bierz pod uwagę, że najemnicy robią tylko za co im zapłacono. Nie oczekuj… nic ponad to. - Baltizar rozejrzał się dookoła, sarknął pod nosem “A tam… cichoo być”. - Sekta Mammona jest już w mieście, acz pewnie już wiesz że to sługi boga kupców trzęsą tym miastem i oni są głównym zagrożeniem. Są jeszcze inne kulty… zwłaszcza kult Pani Os jest niewiadomą. W jej przypadku wahadło wychyla się raz w jedną raz w drugą stronę.-
            Viktor zmarszczył brwi w konsternacji. Nie lubił być wyciągany pod fałszywym pretekstem… ale rozumiał.
            - Przede wszystkim miło by było się wywiedzieć od naszego benefaktora czego możemy po nich oczekiwać, bo nie możemy założyć, że nam wszystko powiedzieli. I to, Ale to późniejszy temat. Nie oczekiwałbym ciepłego przyjęcia od żadnej z lokalnych religii. Wszystkie będą musiały zostać zmuszone bądź przekonane by nas zaakceptować. Mammon, Calistreia… Abadar i cała reszta. Dlatego chciałem zacząć od budowy naszego PRu aby nim podeprzeć wprowadzenie kultu. Kościół Abadara na pewno ma bardzo personalne zaszłości z kultem Mammona. Możliwe, że z nimi udało by się we współpracę wejść. Przy odrobinie szczęścia możliwe jest znalezienie wspólnego gruntu. W końcu głównym tematem zainteresowań naszego benefaktora jest sądownictwo. Silne i przede wszystkim egzekwowane prawo jest tylko korzystne dla handlu. Z kolei Srebrny Głos jest ich bezpośrednią konkurencją. -
            Gnom wysłuchał przemowy w milczeniu i z obojętną miną. Co najwyżej na słowa “zmuszeniu bądź przekonaniu” uśmiechnął się ironicznie. Ostatecznie wzruszył ramionami dodając.
            - Co tam sobie życzysz nieustraszony przywódco. Nie mnie oceniać twoje przekonania. - musnął dłonią krótką bródkę.- Ty rób swoje, ja swoje zrobiłem… zostałeś poinformowany. Co z tą wiedzą zrobisz, zależy tylko od ciebie.
            - Oj, Baltizarze, proszę nie bądź taki - poprosił Khal składając ręce - Liczę na solidną współpracę. Dziękuję ci za podzielenie się wiedzą, definitywnie jest cenna… Nie mam jeszcze żadnych solidnych wniosków na ten temat. Muszę to przemyśleć i twoje sugestie są nie tylko bardzo mile widziane, ale wręcz bym ich oczekiwał…
            Gnom pokręcił głową dodając. - Kult to nie miasto. Nie potrzebuje rady miejskiej tylko przywódcy. Silnego i samodzielnego. Jest to jedno miejsce na szczycie i ty je zajmujesz. Moja misja się nie skończyła, bo nie ma jeszcze kultu, ale pomoc na dziś… już tak. Nie mam więcej informacji, więcej plotek czy sugestii których byś nie znał. Przemyśl je dobrze.
            - W porządku - przytaknął Khal - Jeżeli mam być decyzyjny i odpowiedzialny za sukces lub porażkę, niech będzie. Ale będę chciał nie tylko twojego wywiadu, ale również inteligencji. Przemyślę, pokombinuję, wykorzystam to jakoś na pewno, ale chcę abyś ty także spróbował coś wymyślić, a potem skonfrontujemy nasze pomysły. -
            - Na razie wracaj do karczmy…- wzruszył ramionami gnom dodając. - Ja idę zarobić na życie.-

            text alternatywny

            Rozmowom się przysłuchiwał, plotki zapamiętywał. Siedząc w otoczeniu swoich “zwierzaczków”, przy lasce wbitej w ziemię i zapalonej u szczytu. Zakupiona za pięć srebrnych monet wonna żywica paliła się w niej dodając miły aromat powietrzu. Balitizar siedział i opowiadał historie. Niektóre były banalne, inne bardziej skomplikowane.
            Gnom nie sięgał po bardziej łakome kąski. W końcu tu na ulicy jedynie zarzucał przynętę, mimowolnie wspominając że dziś wieczorem w Popielnym Dworze będzie występował.
            Obserwował przy okazji, kogo jego historię kuszą. Rzemieślników, bogatych mieszczan… kleryków miejscowych kultów może?
            Sięgał po pieprzne historyjki, gdy zauważał kleryków Calistrii… a nuż uda się tam zatrudnić jako narratora podczas ich zabaw? Dodatkowe źródło finansów i informacji bardzo by mu się przydało.
            Gnom był pewien że za murami miejscowej świątyni nie figlują przypadkowi mieszczanie, a tutejsza elita.
            Pozostałe świątynie nie były tak problematyczne. Infiltracja Pałacu Odnowy nie wymagała wysiłku, a przybytek Abadara Baltizar postanowił zostawić adwokatowi.
            Była jeszcze rada miejska, miejscowy półświatek… hmm… ten wymagał pomocy Otto do zbadania. Pewnie karczmarz miał z nim jakąś styczność.
            Ale to wszystko to sprawy na później.
            Teraz… gnom spojrzał w górę, na ciemniejące niebo. Teraz zbliżał się wieczór i czas głównego występu w przybytku Otto.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Seach
              #14

              Noc powoli przykrywała świat swoją granatową peżyną, ludzie zaczęli zamykać się w domach, świece zapalano, aby odgonić ciemność, a Popielny Dwór otwierał swe drzwi na wieczerzę dla głodnych po całym dniu życia.

              Sala była pełna ludzi, aż szok, że tyle była w stanie pomieścić. Rozmowy i śmiechy wypełniały powietrze. Lilly i Piwonia roznosiły jedzenie, ale trzy kolejne kobiety biegały razem z nimi.

              Wysłannicy Azazela zebrali się jedno po drugim, zadowoleni bardziej lub mniej ze swych dzisiejszych eskapad.
              Kiedy weszli Otto wskazał im stół najbliżej siebie, na okrągłym blacie leżał na talerzu potężny kawał mięsa.
              - Otis mówi, że to jakiś dinosaur. Mięso jest chude, ale smaczne. - karczmarz wzruszył ramionami - Udało mi się znaleźć coś ciekawego, szczególnie jeżeli chcecie być po dobrej stronie ludzi i władzy. W mieście nic się nie dzieje, ale okoliczne wioski zgłaszają znikających mieszkańców. Pojedyncze osobniki, ale sytuacja jest na tyle zła, że Filia Blackfyre, szefowa straży, ogłosiła nagrodę pieniężną za pomoc w odnalezieniu zaginionych i sprawców porwań.
              Karczmarz polał trunek o pomarańczowym kolorze w trzy szklane kielichy.
              - Na dobry początek. - powiedział - Wybaczcie, moje oschłe przywitanie, ale wasz… przełożony popsuł mi plany. Więc, jak wam minął dzień? Udało się coś ustalić?

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                #15

                text alternatywny

                Kaylie spojrzała na Khala, gdy Otto powiedział "Blackfyre" spodziewając się możliwych kłopotów. Tym razem ona położyła dłoń na dłoni mężczyzny pod stołem, chyba by móc go powstrzymać.
                - I tak miałam zamiar jutro pójść do straży i ogarnąć możliwe zlecenia. - spojrzała po wszystkich - Zlecenia od straży, osobiste lub krasnoludów, którzy szukają zaginionej swojej kopalni Karaz Forn. Tym zarabiają najemnicy. - uśmiechnęła się pod nosem i upiła z kielicha - Już przywitałam towarzystwo najemnicze. Raczej nie będą do mnie fikać w najbliższej przyszłości. - spojrzała na Otto - Skąd ta nagła zmiana?
                - Zdążyłem się uspokoić. - przyznał karczmarz - Nie miewam gości na dłuższy okres, więc wymóg Azazela wybił mnie z rutyny.

                Khal zachował spokój. Zewnętrznie całkowity. Wewnętrzny… w stanie kontrolowanym.
                Dłoń Kaylie na swojej zdał się zauważyć dopiero po chwili, ale nie odniósł się do tego poza krótkim przytaknięciem… cokolwiek miało ono oznaczać.

                Potem z największą delikatnością oswobodził swoją dłoń. W każdej innej sytuacji by się cieszył, ale… jego umysł był w innym miejscu.

                Podobnie jak chyba umysł Baltizara. Bajarz wydawał się być nieobecny… zamyślony. Kalkujący nad czymś. Wodził wzrokiem po podłodze, szukając czegoś spojrzeniem. Skupiał się na czymś… czego inni nie widzieli. Nic dziwnego, że dla odmiany jego zwierzaczki były czujne.

                Filia… Blackfyre… Nie Aegon. Filia. Córka. Może ciotka… albo żona? Co z Aegonem? Półelf powinien wciąż być w kwiecie wieku. Czy chciał rozciągać karę na rodzinę? Nie wiedział. Chyba nie? Ale czy użycie jej w tym celu było poniżej jego godności? Również nie wiedział. Miał nadzieję, że tak… jak niemal każdy złoczyńca w lepszych historiach minstreli… Khal był tym dobrym w swej własnej opowieści.
                - Znałem kiedyś jednego Blackfyre’a. Był tu sędzią koło trzech dekad temu. Jakieś spowinowacenie? - zapytał z uśmiechem na twarzy łagodnym i serdecznym. Nawet w oczach nie było widać krztyny mroku - Aegon się nazywał - dodał z najdelikatniejszą niepewnością.
                - Aegon? Dwa lata temu zrezygnował z roli sędziego, doradza teraz baronowi w sprawach legislacyjnych. Filia to jego córka, nie wiem nic o matce. - wytłumaczył Otto - Dobra dziewucha, trzyma straż na krótkiej smyczy, płaci za zamówienia.
                - Brzmi jak dobra osoba - przytaknął Viktor z serdecznością - gdzie można się z nią spotkać aby porozmawiać o tych porwaniach?
                - Nie kłopocz się. Idę jutro do straży. - Khal poczuł jak dłoń kobiety ponownie złapała jego, tym razem bardziej stanowczo i zacisnęła się mocniej oraz zobaczył jak jej wzrok przyszpila jego oczy - Załatwiaj kancelarię.
                - Główny posterunek znajduje się koło płacy przy głównej bramie. Na placu przeprowadzają egzekucje, kiedyś też palono tam wiedźmy. - odparł karczmarz - Jeżeli nie uda jej się uciec na patrol to będzie tam.
                - Albo w domu, ale tam nachodzenie jej nie byłoby docenione - zażartował Viktor - Zobaczymy, Słoneczko - zwrócił się do Kaylie z serdecznością i wesołością, jakby zupełnie nie dotarło do niego co próbuje ona zrobić - Omówimy potem szczegóły. Może na śniadanu przed wyjściem?
                - A! Właśnie - Wzniósł dłonie jakby nagle coś do niego wróciło i spojrzał na Otto nie dając troszkę-elfce czasu by cokolwiek odpowiedzieć - Nie przejmuj się. Przyjęte, wybaczone, zapomniane. Nasz benefaktor potrafi być… - zawiesił na chwilę głos szukając słowa - mało wyrozumiały. Wyobrażam sobie, że większość z nas nie do końca była uszczęśliwiona tak nagłym przejściem od średnio znanych nam planów do polecenia “wykonać”.
                Zatarł ręce wreszcie poświęcając uwagę mięsiwu i napojowi. Czas spróbować przerośniętej jaszczurki.
                Kaylie patrzyła twardo na Khala, sama powoli jedząc jaszczurkę. Ciągle mu nie ufała, a szczególnie wiedząc do czego był zdolny.
                - Załatwiłam reklamę wśród najemników. - nie patrzyła na Khala. ale wyraźnie do niego mówiła - Jak mi zapłacisz?
                Khal potrzebował kilku chwil by przełknąć i zapić żuty kęs, przetarł usta wierzchem dłoni i spojrzał na Kaylie nonszalancko opierając łokieć na oparciu krzesła.
                - A jakiej zapłaty byś sobie za taką pomoc życzyła? - zapytał rozbawiony, unosząc jedną brew.
                Kobieta dłużej nie przerywała swojej uczty i dopiero po dłuższej chwili się zwróciła do Khala:
                - A co byś ty zaproponował?
                Khal wrócił do posiłku chichrając się pod nosem.
                - U siebie, gdy zaczynałem szukać sobie swoich własnych klientów miałem kilka ślicznych dziewczyn ze dolnych szeregów wyższych sfer… takich co miały nazwisko i wejście na salony ale niewiele więcej… każda dostała ode mnie garść wizytówek. Każda z trochę inną szatą graficzną. Klient co przyszedł do mnie z wizytówką oznaczał srebrnika dla dziewczyny. Każdy który został u mnie, a większość zostawała jak już się pojawili, to był kolejny złocisz albo trzy… zależnie od tego co to za klient. Jedna z nich, Natalie się nazywała, mocno mi pomogła w tamtym okresie, a ja jej… nigdzie nie zarobiłaby takich pieniędzy jak pracując naganiając mi klientów… wykluczając niegodne zawody - dodał po chwili zastanowienia - Tu jeszcze nie miałem okazji się rozejrzeć czy w ogóle prasę da się znaleźć, ale jak ktoś przyjdzie powołując się na twoje imię to srebrnik plus pewnie potem złoto? - zapytał z wręcz wyinżynierowaną niepewnością w głosie. Chciał usłyszeć kontrpropozycję i nie krył tego w żaden sposób.
                Kaylie westchnęła teatralnie.
                - Ty mnie za jakąś panienkę za srebrniaka bierzesz. - pokręcila głową - Miałam nadzieję, że prawnik twojego pokroju okaże się lepszy w oferowaniu... A ty i tak od razu do jakiś groszy. Do tego od razu wszystko sprowadzasz do pieniędzy. Wysil się trochę.
                - Połaziłem, pooglądałem. Ładne miasto, duże świątynie, bardzo… praworządne. - odparł gnom wyraźne zajęty przyglądaniem się bacznie każdej szparze w podłodze, niż słuchaniem ich rozmowy. - Jutro też pozwiedzam. Mogę pójść na wieś, jeśli wieczorny występ nie będzie dla mnie zadowalający. Jeśli nie przyniesie rankiem wyników. Mogę pójść na wieś.-
                Spojrzał na Kaylie dodając. - Zaprowadzisz mnie do najemników. Opłacę dwóch mięśniaków i rozejrzę się po wioskach. Zobaczymy co to da.
                - Dobrze. Jakieś konkretne wymagania?
                - Mięśnie i trochę rozumu? - wzruszył Baltizar. - Mają umieć się bić.
                - Jednemu upiekłam mózg więc... - mruknęła.
                -... - Khal oparł podbródek na pięści - Byli świadkowie? Czy będzie to ode mnie wymagało krycia twej części ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę przed prawem? - zapytał zdając sobie doskonale sprawę, że sytuacja nie jest taka zła… widział mowę ciała Kaylie… ale bawiła go dramaturgia.
                - Daj spokój, oczywiście że wszyscy widzieli. Po co miałabym bawić się w traktowanie czyjejś męskości prądem, jeżeli nikt by tego nie zobaczył i nie wziął nauki? - zaśmiała się na to.
                Khal skrzywił się trochę jakby sam został porażony… nagle wydało mu się to znacznie bardziej okrutne.
                - Taki “mózg”... ufff… - łyknął z kielicha solidniej - No ale dobra, moja ciekawość za chwilę. Mięśnie i rozum. Poza tym jednym nieszczęśnikiem możemy oczekiwać, że nie będzie to takie trudne do znalezienia, prawda?
                Gnom filozoficznie ignorował toczącą się rozmowę nie znajdując w niej nic ciekawego dla siebie. Zamiast tego rozejrzał się odpowiednim miejscem na swój występ w karczmie.
                Niemalże jak na zawołanie Piwonia pojawiła się za Baltizarem.
                - Piwonia… nie… - głos Otto przypominał zmęczonego właściciela starającego się powstrzymać kota.
                - Ale tato! On chce opowiedzieć coś naszym gościom! Lilly kazała Jori'emy wyciągać scenę! - ekscytacja w głosie blondynki była niemal namacalna.
                - Dobrze, ale to nie znaczy, że masz go tam zanieść na swoich barkach. Po prostu pokaż mu, gdzie ma stanąć. - dziewczyna nadęła delikatnie policzki, ale wskazała środek sali. Znajdował się tam okrąg z ciemnego drewna.
                - Umiem chodzić.- wtrącił beznamiętnie gnom.
                - Wiem, ale to chyba dalej dla twoich nóżek. Przecież na każdy nasz krok musisz robić trzy!
                - Woni! - tym razem głos karczmarza był bardziej karcący, dziewczyna się delikatnie skuliła i wróciła do obsługiwania gości - Przepraszam za nią, ma prawdziwego fioła na punkcie fae i wszystkiego z nimi związanego. Gnom to najbliższa rzecz w tym mieście, do Pierwszego Świata. Jak staniesz na tamtym ciemnym okręgu, Jori sprawi, że uniesie się na jakieś półtora metra nad podłogę.
                - Wolałbym jakiegoś barda… z talentem do muzycznej improwizacji.- rzekł Balizar ruszając w kierunku miejsca wskazanego przez Otto. - A od fae i Pierwszego Świata… radziłbym trzymać się z daleka. Nie bez powodu… mój lud… uciekł stamtąd.-
                Kiedy gnom ustawił się na okręgu usłyszał dźwięk przypominający uginanie się konara, po chwili przy akompaniamencie głośniejszej wersji tego dźwięku okrąg wyrósł niczym drzewo, stawiając stopy Baltizara na poziomie oczu zgromadzonych gości, których uwaga skupiła się na nim.

                No i zaczął opowieść. Tym razem nie krótką anegdotkę. Nie prostą historyjkę. Tylko o dżinnie uwięzionym w lampie i trzech panach. O trzech życzeniach. O tym jak zmieniał właścicieli. O tym jak pierwszy właściciel był samolubny i głupi. I jak jego własne życzenie doprowadziło go do zguby. O drugim, równie równie samolubnym, ale rozsądnym… i o tym jak jedno dobrze dobrane życzenie doprowadziło go na szczyty potęgi. I wreszcie o trzecim, pastuszku o dobrym sercu, który swoim życzeniem uwolnił dżinna z lampy. Nic przy tym nie zyskał i którejś nocy, wilki go zjadły wraz z jego owcami. Bo dżinny nie znają słowa wdzięczność, a dobre serce niewiele pomaga przy głupim umyśle. Morał z bajki był jasny… bądź rozsądny przy deklarowaniu życzeń i zawieraniu kontraktów, a wtedy, nawet paktowanie z potężnymi bytami przyniesie zysk.
                Gnom przyciągnął uwagę swojej widowni, być może niecodzienność jego pokazu, wyjątkowość sceny, lub faktycznie dobra opowieść sprawiła, że oczy i uszy całej sali były skupione na nim. Środek opowieści najwyraźniej trochę nie przypadł ludziom do gustu, pewnie historia o tym jak ktoś osiąga więcej niż oni. Zakończenie historii i jej morał jednak ponownie złapał uwagę zgromadzonych i cały pokaz zakończyły wiwaty i oklaski.
                Gnom tylko się uśmiechnął i zaczął znów opowiadać historyjki. Nie tak długie i nie tak rozbudowane. W końcu pamięć widowni miała skupić się na historii o dżinnach. O ziarnie zasianym pod nowy kult. Bądź co bądź, uczynienie z paktów zawieranych z czartem czegoś wartego rozważenia przez obecną publikę, mogło im pomóc z tym całym religijnym biznesem.

                W tym czasie Etrigan krążąc z miską trzymaną w pysku, a pożyczoną z kuchni, zbierał datki. Całkiem spora sumka się zebrała, co dobrze wróżyło na przyszłość. Tutejszych stać było na dobrą rozrywkę. A czy z zasianych dziś ziaren coś wyrośnie, czas pokaże.
                Baltizar był zmęczony, więc nie fatygował się do stolika przy którym toczyła się rozmowa wyraźnie zajmująca całą uwagę jego towarzyszy. Gnoma jednak mało to obchodziło. Ludzie i ich śmieszne intrygi nigdy specjalnie nie interesowały Baltizara, tak jak i nadmierne rozbuchane ambicje ich patrona. To wszystko było trywialne w obliczu PRAWDY. Ta zaś przesączała się z każdego cienie, zerkała ślepiami z każdej szczeliny… szeptała, chichotała, przepowiadała przyszłość. Przerażającą i nieuchronną. Gdy pękną ostatnie bariery…
                Nic tu nie miało znaczenia. Wszystko to pył na wietrze.

                text alternatywny

                Gnom przygotował się do snu. Czas było sprawdzić tutejszy specyfik i przekonać się czy jest tak skuteczny jak jego poprzednik. Baltizar sięknął po zakorkowany flakonik i upił jego zawartości. Skrzywił się. To było mocne. Bajarz rozebrał się i położył do łóżka zapadając w sen wywołany eliksirem. Żaden krzyk ni jęk nie wyrwał się z jego ust. Ale też i nie wydawał się być świadomy otoczenia. Na szczęście Etrigan czuwał nie mając potrzeby snu czy jedzenia. Słyszał niepokojące dźwięki z sąsiednich pokojów, ale że jego troska dotyczyła tylko jego pana, to nie opuszczał pokoju. Tymczasem Jogmeth zwinął się w kłębek i zasnął.

                text alternatywny

                Pobudka. Obmycie się. Karty. Przetasował talię. Wyciągnął kartę.

                Wrzosiec. Znów. Gnom obejrzał kartę zastanawiając się czemu los zadecydował że znów ta sama karta znalazła się w jego dłoni. Czyżby nie przyłożył się do wczorajszych badań? Możliwe. Dziś to zmieni. Dziś zajrzy do jednego z antykwariatów i pokaże hełm i może skusi odsprzedaniem go właścicielowi w zamian za informacje. Potrzebował wszak wszelkich skrawków wiedzy dotyczących tego przedmiotu.
                Poza tym wypadałoby zebrać jakieś plotki na temat okolicy, zanim Kaylie znajdzie mu ochroniarzy i Baltizar będzie musiał łazić po okolicznych pipidówach by uratować wieśniaków z rąk “porywaczy” czy co ich tam dopadło.
                Gnom nie miał nic przeciwko konceptowi ratowania nieszczęśników, ale marnowanie na tę czynność jego cennego czasu nie napawało go entuzjazmem.
                Niemniej… mieli tu reputację do zbudowania.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                  #16

                  - Otto… w Evercrest da się znaleźć prasę drukarską? - zmienił temat zwracając się gospodarza.
                  Karczmarz uniósł brew.
                  - Poważnie? Wiem, że miasto małe nie jest, ale masz naprawdę wygórowane wyobrażenie o nim.
                  - Tsk… w niejednej dziurze jest taki gadżet jeśli tylko odpowiednio zwichrowany gnom czy ucywilizowany goblin się im nawinie. Trudno, ale uznałem, że zapytam nim porozsyłam listy z zamówieniami. W Brevoy, w Nowym Stetven na pewno mają. Przed tym i tak muszę moją kancelarię jakoś ugruntować. Powiedz mi, przyjacielu… te plany co ci popsuliśmy... coś prywatnego i nie chcesz mówić? Może moglibyśmy pomóc? Pewnie nie, skoro jesteśmy tu uziemieni, ale może… - wzruszył Viktor ramionami.
                  - Część tych planów dotyczy misji, którą będę dla was miał i tego co miałem zamiar zrobić po niej. Powiedzmy, że w waszym interesie jest to, że nie mogę ich wykonać.
                  - Uuu… tajemniczo. Ciekawość budzi. Ale nie pytam skoro nie chcesz jeszcze zdradzać. Propozycja: Historia za historię. Nie taka jak Baltizar teraz opowiada - wskazał na gnoma lewitującego nad podłogą - Jedna twoja, która nie jest tajemnicą, ale jest ciekawa za jedną moją. Dokładnie te same warunki. Ty Kaylie też! Poznajmy się. Zobaczmy w sobie ludzi. Wiem, że poznaliśmy się w naprawdę mało klasycznych okolicznościach i przyjaciółmi pewnie nie będziemy, ale może kumplami chociaż? - zapytał z rozbawioną nadzieją.
                  Otto uśmiechnął się.
                  - Dobrze, zastanawiało mnie w sumie czemu nie kwestionujecie nazwy karczmy. Zakładacie, że ma związek z Piekłami?
                  - Nic nie zakładam - zaprzeczył Viktor - Równie dobrze to mogło być w drugą stronę i to nazwa przyciągnęła uwagę diaboła. W Pitax widziałem karczmę Gorgoni Kocioł. Jak się można domyślić wcale nie mają tam ani steków z gorgony, ani kielichów z jej rogów. Ale definitywnie w pewnym momencie bym zapytał, tylko czekałem na odpowiedniejszą atmosferę. Chyba nadeszła… więc… skąd ta nazwa? Jest jakaś historia, czy po prostu dobrze brzmiała?

                  - Historia jest niecodzienna. Nie wiem jak głęboka jest wasza wiedza na temat fae. Zapewne słyszeliście o Dworach Zimy i Lata. Jesień i Wiosna również mają swoje dwory, Poranek, Północ, Południe, Równonoc i dziesiątki innych mniejszych Dworów jest porozsiewanych po Pierwszym Świecie. Popielny Dwór był jednym z nich, umieszczony na środku mrocznego lasu pełnego niebezpiecznych bestii i roślin, ofiarował bezpieczne schronienia dla każdego kto go poszukiwał. Zważając na naszą odległość od Skradzionych Ziem, nazwa wydawała się odpowiednia.

                  - Uuu… dobra historia. Podoba mi się. To moja kolej. Może coś nie związanego z prawem, aby choćby udawać, że nie jestem aż tak jednowymiarowy… Khali był wtedy jeszcze chłopcem. Miałem szesnaście, może siedemnaście lat i wylądowałem na południowych wybrzeżach Andoranu. Nie pamiętam gdzie dokładnie. Byłem wtedy przestraszony i zezwierzęcony. I byłem złodziejem. Nie oceniajcie, młody, głupi, zdesperowany i głodny. Kradłem jedzenie, ale też kradłem kosztowności aby kupić więcej jedzenia i finansować swoją podróż, choć nie miałem wtedy bladego pojęcia dokąd zmierzam. Nie martwcie się, to nie jest smutna historia, nie opowiadałbym takiej przy zbyt niewielkiej ilości alkoholu. Czasem udawało mi się spać w przytułkach, czasem w świątyniach mi pozwalali. Raz pewien kapłan Shelyn mnie przyjął na noc do siebie. Na jakimś poziomie rzeczywiście byłem mu wdzięczny, ale wiedziałem, że to tylko tymczasowy układ. Dziś myślę, że “wiedziałem” źle i jakbym się inaczej zachował mógłby mi pomóc znacznie bardziej trwale. Już wtedy byłem bystry jak cholera, ale… nie w tym momencie. Okradłem go. Uciekłem gdy spał. Dałem się złapać straży z workiem sreber które zbyt szeleściły. “Ale strażniku, prawdę mówię! Kapłan ten i ten sam mi je dał na drogę, abym głodny nie wyruszał”. Oczywiście nie uwierzyli, ale udało mi się przegadać abyśmy poszli do kapłana. Liczyłem, że po drodze uda mi się dać nogę. Nie udało się. Wiedzieli lepiej. Wiecie co ten kapłan-bydlak zrobił gdy go o to zapytali? Przyznał mi rację… - Khal uśmiechał się do wspomnień jakby dostrzegał je w tafli trunku w kuflu - Co do słowa. Dodał jeszcze trochę od siebie. Strażnicy mnie puścili i wyszli nie wierząc co się właśnie stało. Tak samo nie wierzyłem. Ten kapłan uratował moje życie. Nie tylko ucięliby mi tam dłoń za to. Stoczyłbym się jeszcze dalej od człowieczeństwa. Mówił do mnie przez resztę nocy, ale to zachowam dla siebie. To był moment kiedy przestałem być zwierzęciem. Teraz już pewnie nie żyje. Nie jestem nawet pewny czy mu podziękowałem w końcu… Mam nadzieję, że tak, ale nawet jeśli nie to i tak wiedział. “Wykupuję twoją duszę z rąk diabła”. Tak mi powiedział gdy wciskał mi w ręce worek z jego srebrami. - Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy Khala. Jego myśli pierwszy raz od długich lat podążyły w tym kierunku i wreszcie dodały dwa do dwóch - Tsk… to by się zdziwił…
                  - Uwielbiam historie z ironicznym zakończeniem. - przyznał karczmarz - Więc, Kaylie teraz twoja kolej.

                  Kiedy Otto odezwał się do milczącej dziewczyny ta drgnęła wyrwana w coś, czego chyba wolała uniknąć. Cały czas próbowała udawać, że tak naprawdę jej tu nie ma, jednak to nie wyszło.
                  Milczała wpatrując się w nieruchomo leżące na kolanach dłonie.
                  - Kaylie, to tylko gra - wciął się Viktor widząc jej zmieszanie - I to taka do której uczestnictwa się nie zgłaszałaś ani na nic nie zgadzałaś. Nie chcesz opowiadać to nie musisz. Ja jestem emocjonalnym ekshibi…
                  Kaylie położyła palec na ustach Khala uciszając go i powodując śmiesznego zeza na moment. Wzięła głębszy oddech.
                  - Pamiętam mój świat inny. Świat o wielu kolorach, zapachach, dźwiękach. O ruchu, tańcu, szalonej zabawie. Śmiechu. Braku zasad, pełnym brzuchu, luksusach... - zamknęła oczy - ...i krwi. - otworzyła lekko oczy - Żyłam w chaosie i nie umiem powiedzieć czy mi tego brakuje... Ale na pewno moje dawne życie było pełniejsze piękności sztuki i urody świata, jaką próbowaliśmy uchwycić.

                  - Wiem co masz na myśli. - Otto przez chwilę spojrzał na kominek na środku swego przybytku - Byłem raz w Mieście Bronzu. - westchnął - Dawno temu, jedyne miejsce na Planie Ognia gdzie cudzoziemcy mogą przeżyć i wszędzie cholerne Ifrity. Poszukiwałem tam smoka, czerwona bestia została tam zapieczętowana przez bandę awanturników. Schowała się w mieście przybierając formę jednego z tych ognistych dżinów. Zaoferowałem jej wolność od Planu Ognia w zamian za coś z jej skarbca. O ile klimat nie był jej wrogi, to brakowało jej wolności i kultów mniejszych istot. Zgodziła się, ja zabrałem co chciałem i zerwałem z niej pieczęć, jednocześnie wysyłając ją do Otchłani. Jednego z wodnistych poziomów jeżeli się nie mylę.
                  - Dupek - zaśmiał się Khal pod nosem - ale zrozumiałe. Na pewno się ucieszył na dole. Myślisz, że wciąż tam istnieje i planuje zemstę?

                  - Ja nie byłem na innych planach, ale kiedyś wyruszyłem daleko na północ. W głąb lodowca. Moją główną rolą było rzucanie zaklęć chroniących przed zimnem. To było absurdalne uczucie iść bosymi stopami po tej zmarzlinie i wicher niosący śnieg i lód czuć tylko w kontekście siły jaką wywierał. Miałem wrażenie jakbym był na scenie teatralnej w wystroju zimowym, tylko ciągnęła się ona po horyzont. Doskonale wiedzieliśmy, że jeśli spotkamy jakiegoś linnorma czy smoka to jesteśmy martwi. Udało się ich uniknąć. Za to spotkaliśmy lodowego półgiganta w jaskini gdy się kryliśmy przed zbyt silnym wiatrem. Udało mi się go przekonać, że walka zaszkodzi nam wszystkim. Nikt z nas nie mówił w gigancim, ale dzieliłem z nim znajomość smoczego i wodnego, więc całą noc i pół kolejnego dnia z nim rozmawiałem o filozofii. Uwielbiałem. Każdy. Jeden. Moment. Tej dyskusji.

                  Kaylie wydawała się patrzeć teraz na inną rzeczywistość niż opowiadał Khal. Kiedy się odezwała jej głos był jakby sugerował wybicie z toku myśli. Wypiła do końca trunek, jaki dał Otto.
                  - Pamiętam ten dzień... kiedy zobaczyłam dużo krwi. - kobieta patrzyła w stół, nie w oczy rozmówców - Jadłam Escargot, trochę tęsknię za tym. Było wszystko jak w bajce dla ośmioletniej mnie. Właśnie przyniesiono Bouillabaisse. - przymknęła oczy uśmiechając się z zadowolenia - Pamiętam, że zalałam wtedy białą sukienkę i byłam strofowana, że nie położyłam na kolanach aksamitnych chusteczek... ale wydawały mi się wtedy lepsze do zabawy niż użycia! - zaśmiała się, jednak ten głos nie niósł za sobą prawdziwej radości.
                  - Tego dnia przyszli po wuja. Skazali go na śmierć za konszakty z Diabłami... choć ich nie miał. - zacisnęła zęby, a dłonie drżały kobiecie - Wiedzieli wszyscy, ale tam nie tak działa prawo. - spojrzała z jakąś złością na Khala - I to wszystko wina takich jak ty... - wysyczała - Wy jesteście winni. - odwróciła głowę, jakby nie chciała dłużej na niego patrzeć.
                  Khal milczał chwilę… wyjątkowo bez śladu jakiegokolwiek uśmiechu na twarzy.
                  - Filozofia “jesteśmy tylko narzędziami” jest popularna wśród prawników… sami nic nie robimy. Ktoś nas musi wynająć i napuścić na swój cel. Jeśli wiemy, że działamy wbrew prawdzie technicznie jest to zhańbienie naszej togi… ale to jest martwy przepis. Póki prawnika się sam nie przyzna do tego nic nie da się udowodnić, a my wiemy jak się nie przyznać do niczego nawet niemal wprost to mówiąc. I nawet jeśli adwokat który do tego doprowadził NIE wiedział, że działa wbrew faktom… rozumiem twoje uczucia. Uwierz mi… rozumiem - niemal warknął przez zęby mrocznie i agresywnie, gdy jego myśli dążyły do Aegona Blackfyre’a. Który był na jego liście pomimo, że mógł po prostu dać się oszukać.
                  - Jeżeli chcesz wyładować ból choć odrobinę, jeśli chciałabyś wykrzyczeć mi w twarz przewiny tych z którymi łączy mnie… zawód i wyrachowanie, bo nie twierdzę, że jestem bez winy… Jeśli ten symbol miałby dla ciebie wartość, to możemy nawet urządzić brutalny sparing na pięści, który nie wątpię, że przegram.

                  Khal ukrył auto-oburzenie własną propozycją pozwolenia się pobić. Sam tylko siebie pytał “poważnie?!” i musiał przed sobą przyznać, że przeszarżował… ale też nie wątpił w żadnym momencie, że Kaylie nie przyjmie tej oferty w żadnym razie, a najpewniej żadnej z wcześniejszych również. Bardziej chodziło o… okazanie zrozumienia? Wsparcia? Bo na pewno nie winy.
                  Khal poczuł piekące uderzenie w policzek na odlew, które wzięło go z zaskoczenia, ale zatrzymany został chwytem za kołnierz pod gardłem. Kaylie przysunęła usta do jego ucha i wysyczała powoli gdy ten brał głęboki wdech nozdrzami aby powstrzymać swoją reakcję:
                  - Możesz gadać, że jesteś stąd, tu się urodziłeś... ale to nie ma znaczenia. Jesteś z Cheliax duchem i ciałem, nieważne gdzie cię spłodzono. - wzmocniła uchwyt - Od narodzin byłam na was uczulana, jak i wiedziałam że to wasze sprawki doprowadziły moją nację do tego stanu. - spojrzała w oczy Khalowi - Więc nie udawaj, że rozumiesz. - pocałowała delikatnie miejsce uderzenia i puściła mężczyznę.
                  Khal powoli się wyprostował, niezauważenie wycofując gotową dłoń z okolic pleców Kaylie… i poprawił kołnierz przez kilka chwil nie poświęcając jej spojrzenia. Twarz pozostawała neutralna gdy sam reinterpretował wydarzenie we własnej głowie by głos wyrażał łagodność i wyrozumiałość.
                  - Tsk… - półuśmiechnął się bezczelnie - Przemyślę dwa razy gdybym w przyszłości miał znów z taką propozycją wyjść do ciebie. Muszę przyznać, nie spodziewałem się skorzystania z niej. I mylisz się, ale jestem na razie w stanie ci to wybaczyć - dodał z humorystyczną protekcjonalnością, gdy sięgał opuszakami palców do policzka - Hmmm… prawie już nie czuć, dziękuję za opatrunek - zaśmiał się puszczając jej oczko.

                  Kaylie spojrzała na Otto przysuwając pusty kielich.
                  - Dałbyś mi butelkę czegoś mocnego? On - wskazała na Khala - płaci.
                  Otto sięgnął pod stół, wyciągając butelkę mętnego płynu. Polał go do małego kieliszka, zapach alkoholu uderzył nozdrza kobiety.
                  - Ostrzegam, to naprawdę daje kopa. Smakuje jagodami.
                  Kaylie wypiła na raz, najwyraźniej oczekując nagłej reakcji. Alkohol zaczął porządnie palić gardło dziewczyny, jej nozdrza i zatoki wypełniły się delikatnym eterycznym zapachem leśnych jagód, a język (kiedy przestał palić), czuł delikatnie słodkawy smak jeżyn.
                  Karczmarz wręczył dziewczynie szklankę z wodą.
                  - Ostrzegałem, następne kielichy pójdą lepiej. Trunek już pewnie zabił twoje gardło, więc nie będziesz już czuła bólu. Do jutra przejdzie. - to mówiąc nalał kolejny kieliszek.
                  Bez słowa wypiła kolejny, chcąc się tak uspokoić.

                  - To… pieczenie mózgu. O co z tym chodziło? - zapytał Viktor po kilku minutach ciszy z drobną nutką powagi, choć wciąż akompaniowaną jego uśmiechem, nieco łagodniejszym tym razem.
                  - Położyłam rękę na kroczu najemnika i przepuściłam prąd przez nie. - Kaylie odparła beztrosko, kiedy przemawiał przez nią alkohol fae - Zapiszczał jak dziewczynka. - zaśmiała się cicho.
                  - Tsk… personalnie… zasłużył sobie, rozumiem - Khal tak naprawdę nie pytał - świadkowie zaobserwowali całość wydarzenia, włącznie z czynnikami wiodącymi do incydentu, czy samo jego ukoronowanie?
                  - Co ty taki dokładny? Nawet jak przeoczyli to już się dowiedzieli. Ten dupek i jego kumple wzięli mnie za nieopierzoną cizię, co można obmacać. Nie znasz dobrze najemników. Nie każdy tam znał mnie, prócz niektórych. Teraz znają, a tamtego chyba nie zabiłam.
                  Viktor marszczył brwi w skupieniu kiedy słuchał wyjaśnień.
                  - Nie krytykuję cię w żadnej mierze - zapewnił - Ani w żadnym momencie nie krytykowałem. Masz rację, z najemnikami nie miałem wiele do czynienia poza pozycją pracodawcy a to na pewno jest inna relacja. Dopytywałem cię jako twój adwokat którego jedynym zmartwieniem była twoja niewinność w oczach prawa. Jeśli nie doszło do permanentnego uszczerbku na zdrowiu to sytuacja jest niemal na pewno czysta bez wybitnego pecha. A jeśli doszło… to na pewno nie będzie miał tak dobrego prawnika jak ty - puścił jej oczko i uśmiechnął się, ale w głębi martwił się tym “CHYBA” przed “nie zabiłam” - wybacz jeśli poczułaś się… pod naciskiem.
                  - Raczej nie spodziewasz się, że będą płakać do straży, że ich baba pobiła. - zapytała z wyraźnym rozbawieniem - I opiszą gdzie boli!
                  - Oh, dziewczę drogie… powiedzmy tyle, że dobrze, że go na mnie nie stać - uśmiechnął się zadziornie - Salus - wzniósł kielich w górę w toaście - Niech dupek lekcje wyciągnie - i czekając tylko krótką chwilę wlał w siebie kilka procentów.

                  - Jeszcze trochę i uznałabym, że pochodzisz z wyższych sfer i byłeś przez całe życie jedynakiem leżącym w aksamitach. - odparła - To aż szokujące jak mało wiesz o prawdziwym życiu. Jak wyobrażasz sobie jak istotne jest życie zwykłego najemnika, a ten właśnie taki był. Zraniłam bardziej jego dumę i nauczyłam go żeby mnie unikał. Jeżeli takie potraktowanie spowodowałoby jego śmierć to wyraźnie nie nadawał się na najemnika. Nie mówimy tutaj o kimś cenionym przez szlachciców, jakimś ich ochroniarzu.
                  - A myślisz, że ten najemnik, któremu wywalczyłem pięciokrotne wynagrodzenie po tym jak panicz chciał go oszukać na zapłacie to był ktoś ważny? - zapytał nie przejąwszy się zarzutami o naiwność - Przynajmniej w teorii maluczcy i wielcy są równi w oczach prawa. Nie zawsze, ale czasem zdarzają się zdolni adwokaci potrafiący praktyczną nierówność… umniejszyć. Ale operowałem w założeniu, że “chyba nie umarł”, a nie “zraniona została bardziej duma”. To dużo inny kontekst, ale hej… ekstrapoluję wnioski z tak skąpo wydzielanych informacji. Jest całkiem możliwe, że nawet jakbyśmy się nie znali i on by do mnie przyszedł ze wsparciem finansowym gildii… to po poznaniu wszystkich szczegółów bym stwierdził prosto “sprawa nie do wygrania, dostałeś na co zasłużyłeś, żegnam”. Tylko rozwinięte na dziesięć znacznie delikatniejszych zdań… Opowiedz mi lepiej o tej reklamie którą mi zrobiłaś - uśmiech jak zawsze zachęcał.

                  - Wykaligrafowałam Viktor Goodmann. I dałam, że jesteś tu na razie. - przechyliła głowę - A co do zapłaty...
                  - Jednemu człowiekowi, czy grupie czy wisi teraz na tablicy ogłoszeń czy odpowiedniku w tej konkretnej gildii? - zapytał z przekorą, bawiąc się w negocjacje a nie poważnie je prowadząc.
                  - Szefowi jednej grupy. - przysunęła się bliżej - Nie próbuj się wymigać.
                  - Hmm… to myślę, że mogę się tu podzielić z tobą częścią istotnych danych wywiadowczych które pozyskałem. Nie tych związanych z naszym benefaktorem, ale na prawdę ważnych… - zaoferował z całkowicie poważną minął.
                  Kaylie patrzyła nieufnie na rozmówcę. Nie wiedziała czy mówi poważnie, czy to po prostu trick.

                  - Jakich danych wywiadowczych?
                  - Otto ma gdzieś tutaj łaźnie… a my nie mamy jeszcze przywilejów toaletowych by z nich korzystać. Więc powinniśmy teraz priorytetowo połączyć siły aby możliwie szybko je pozyskać - kontynuował jakby gospodarza wcale tu nie było choć zerknął na niego raz czy dwa po drodze - bo blaszana balia z ręcznikami to trochę mało podejrzewam również jak na twoje upodobania.
                  - Łaźnie? Tutaj? - Kaylie się rozejrzała i zaśmiała się - Pewnie nie możesz się doczekać aż będziesz mógł korzystać wraz z innymi damskimi gośćmi.
                  - Na razie liczę na poziom czystości z którym od opuszczenia Cheliax spotkałem się tylko trzy razy… w Elidr w Isger, w Rhuzam w Drumie oraz tu w Rzecznych Królestwach w Daggermark. Bogowie… wiedziałem, że to będzie uciążliwe, ale nie doceniałem jak bardzo. Otto… przyjacielu… kompanie… wodzu… jak mamy, my niegodni, cię przekonać byś obdarzył nas łaską prawdziwej czystości? - zapytał na współ wesołym, na wpół błagalnym tonem.
                  - Kozioł opłacił wam jedynie standardowy pobyt. Chcecie więcej, to musicie zapracować. Mogę wam zezwolić na jednorazowe skorzystanie, abyście wiedzieli czy warto.
                  - Jak? - zapytała Kaylie - Myjąc stoliki?
                  - Coś bardziej… praktycznego. Dwór ma swoje potrzeby, jeżeli jesteś zainteresowana to zapytam Otisa i Joriego, czy coś chcą. - spojrzał na kobietę od góry do dołu - Może też dziewczyny będą chciały twojej pomocy.
                  - No wodzu… brzmi niepokojąco - stwierdził Khal tylko i aż ćwierć poważnie - Jest opcja po prostu zapłacić? To chyba tradycyjna metoda uzyskiwania dostępu do takich luksusów?
                  - Nie, jeżeli chcecie korzystać z tego ciągle. Nie chce mi się pobierać od was opłat codziennie. Więc, wykonacie jakieś zadanie dla mojej rodziny, a ja wynagrodzę was jednym z wielu luksusów, które tu oferuję.
                  - To jest tu więcej luksusów? - zapytała zdziwiona.
                  - Większy pokój, większe łóżko, łaźnia, sauna, masaże, dziewczyny do zabawy, chłopcy do zabawy. - karczmarz wyliczał.
                  - “Nie chce mi się pobierać opłat” - zaimitował prześmiewczo Khal - Raczej widzę tu sytuacje, gołąbeczku, gdzie dostrzegasz w nas opcje zysków rzadszych niż proste złoto i nie chcesz aby ci one przepadły kiedy stwierdzimy, że preferujemy zapłacić… ale nie oceniam, nie krytykuję… - wzniósł ręce w pojednawczym geście - Całkowicie rozumiem, skłamałbym twierdząc, że tak nie robiłem. Nieważne… masz mnie. Łaźnia, sauna, łóżko, pokój… w tej kolejności jestem zainteresowany. Jak będziesz miał konkretną propozycję to daj znać - puścił porozumiewawcze oczko, a coś w tonie jego głosu, może mimice albo gestach przyciągało myśli do słowa “propozycję”. Propozycji można odmówić jeśli nie będzie zadowalająca. Na nic się preemptywnie nie zgodził i zdawał sobie sprawę, że zawsze jest opcja znaleźć inną karczmę z takimi wygodami (bo Popielny Dwór na pewno nie był jedyny w Evercrest) rzucić setką złotych monet i nie przejmować się niczym w najbliższej przyszłości…

                  - Ja jestem zainteresowana. - Kaylie nie miała oporów i szczerze nie chciała opuszczać tego miejsca załatwionego im przez Azazela.
                  - Więc jutro wam dam znać. - zapewnił karczmarz - Jak dobra jesteś w znajdowaniu mężczyzn?
                  - W jakim celu? - zdziwiła się.
                  - Recytacji poematów. - zadrwił karczmarz - A jak myślisz? Dziewczyny są ostatnio samotne, ale nie mogę im pozwolić na samowolkę, ani na spróbowaniu was albo innych gości. Więc, zważając na twoją urodę, masz pewnie nie lada pole łowieckie. Ktoś czysty, niezbyt bystry, mogą być leniwi.
                  - Mogę poszukać... - odparła zdziwiona - Choć chyba tu byliby też chętni....
                  - Viktor chyba jest ci potrzebny. - zauważył Otto - A na pewno Azazelowi, więc nie.
                  Brew Goodmanna unosiła się tylko wyżej i wyżej gdy słuchał o co Otto prosił Kaylie.
                  - Ok, ok, okok… nie powinienem o to chyba pytać i tak na prawdę nie spodziewam się usłyszeć odpowiedzi, ale ciekawość mnie zżera… twoje dziewczyny są prześliczne. Na pewno mają adoratorów i spośród nich kilku z pewnością znajdzie się czystych i w miarę bezproblemowych. Na pewno mają życie poza Popielnym Dworem? - bardziej zapytał niż stwierdził - Więc mogą dobierać sobie spoza gości… - ton Khala nie był twierdzący… bardziej przynosił na myśl głośne rozważania gdy drapał się po policzku.
                  Otto się uśmiechnął.
                  - Aż mnie kusi, aby powiedzieć ci prawdę, ale patrzenie jak się wiercisz w niewiedzy jest o wiele przyjemniejsze. Proszę o to Kaylie, ponieważ za poszukiwaczami przygód nikt nie zatęskni. I to powinno ci wystarczyć.
                  Rozbawienie Khala zmieniło się w konsternację… ale albo Otto był bardzo dobrym kłamcą, albo mówił prawdę. I wiedział już, że dziewczyny nie są sukkubami.
                  - Hmmm… chyba poważniej potraktuję twój zakaz tykania dziewczyn - zaśmiał się znów i łyknął napoju - Ale dobrze, że przynajmniej tyle wyciągnąłem. To jest ważna informacja, że rzekomo kochasie mogą nie wracać. To będzie od Kaylie wymagało konkretnego podejścia aby nie ściągać zbytniej uwagi.
                  Karczmarz kiwnął głową.
                  - Nie martwcie się, tylko jeżeli się zapomną mogą... poważnie uszkodzić kochanków. Z wami nie będę ryzykował.
                  - Otto, gołąbeczku… zrozum, że przy czymś takim potrzebujemy więcej informacji, bo jeśli jesteś fey albo smokiem w przebraniu i twoje córki mają nadludzką siłę i mówimy tu o połamanych kościach to nie ma większego problemu. Wielu śmiałkom będzie można w ogóle powiedzieć to wprost i tylko ich to bardziej podnieci, więc sytuacja zupełnie czysta. Ale jeśli “poważne uszkodzenie” to by były urwane kończyny, połamane kręgosłupy czy rzeczywiste ryzyko śmierci… to Kaylie będzie musiała wykazać pewną wstrzemięźliwość i finezję oraz możliwe plany co zrobić ze sparaliżowanymi gniewnymi kochasiami… bo raz, drugi MOŻE trzeci wybronię ją przed oskarżeniami w świetle prawa, ale są jeszcze inne możliwe komplikacje z tym związane. Proszę cię… ciut szczegółów. Bez ogólników. Siniaki i zadrapania? To standard. Połamane kości? Trwałe okaleczenia? Zmiażdżone czaszki? Pytam tutaj przede wszystkim jako prawnik chroniący klientkę przed przyszłymi problemami. Z tylko najmniejszą odrobiną niezdrowej ciekawości - rozłożył ręce przepraszająco.

                  Otto się uśmiechnął.
                  - Zajęło ci dłużej niż sądziłem, patrząc jak opisywał cię Azazel. Nie jestem smokiem, to mogę obiecać. Nie mogę tego zrobić co do Otisa. - karczmarz upił trochę trunku i spojrzał na Khala, czekając na jego reakcję.
                  - Jakim Fae ty jesteś? - zapytała cicho Kaylie.
                  - Już powiedziałem wam wszystko kiedy się przedstawiałem. - odpowiedział Otto.
                  - Król Dworu. - Kaylie przetarła oczy.
                  - Uno - Khal wzniósł jeden palec po chwili mentalnych kalkulacji - To jest nasza pierwsza poważna rozmowa więc i tak jestem z siebie dumny.
                  - Dos - wzniósł drugi - Nie wiem skąd opinia Azazela, że na Fey się znam, ale wciąż mi to schlebia.
                  - Tres. Pytanie o możliwe uszkodzenia ciała kochasiów wciąż jest tak samo ważne jak wcześniej, choć stłumione ciekawszym tematem.
                  - Quadro. Co jeszcze paterculus maximus o mnie mówił?
                  - Po pierwsze: Wyglądasz na bystrego. Dwa: Wyglądasz na bystrego. Trzy: Moje córki są spokrewnione z driadami, ich natura wymaga, aby raz na jakiś czas spijały siły witalne z żyjących. Mogą się zapomnieć i zamienić kochanka w uschniętą mumię. Cztery: Głodny komplementów?
                  - Nawet nie wiesz. - mruknęła, wypijając kolejny kieliszek.

                  Khal prychnął.
                  - Jakbym to kryć kiedykolwiek próbował - rzucił niby w próżnię wciąż zadowolony z siebie.
                  - Ambitny, dokładny z powiązaniami z tym miastem, które mogą zakończyć się ogniście. - karczmarz się uśmiechnął - Całkiem nieźle jak na prawnika.
                  - Oh, zakończą się ogniście - przytaknął Viktor - ale w mikroskali… dwóch, albo trzech osób którymi jestem zainteresowany. Mumifikacja - wrócił do wcześniejszego tematu - Jaka częstotliwość? Co drugi? Co dziesiąty? Co trzydziesty? W przybliżeniu. Ma to związek z personalną siłą osoby albo jej ciała? Znalezienie solidnego byczka zdolnego przeżyć wypadek jest w ogóle możliwe, czy to przekracza ludzką fizjonomię? Mumifikacja jest natychmiastowa, czy seria zaklęć odnowienia mogłaby nieszczęśnika przy życiu utrzymać?
                  - I kłamałeś - dodał po pauzie zbyt krótkiej by ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, ale bezczelny uśmiech na twarzy nie jawił poważnego zarzutu - Jak pytałem o fey wczoraj to powiedziałeś, że się do miasta nie zbliżają
                  - Ponieważ się nie zbliżają. Ja i moja rodzina się nie liczymy. Co do potrzeb moich córek... mój dwór działa w specyficzny sposób. Im bardziej ktoś jest... uciążliwy dla społeczeństwa, gruby, leniwy, tego typu rzeczy, tym więcej energii ma w sobie.
                  - Hmmm… przy następnej sprawie będę musiał wypróbować tej linii obrony… “Wysoki sądzie. Mój klient nigdy nikogo nie zabił… no ale jego partnerka się nie liczy” - zaśmiał się Viktor, ale nie było w jego głosie jadu, jedynie serdeczna przekomarzanka póki nie wrócił do rzeczywiście istotnego tematu.
                  - I im jej więcej tej energii tym biedak odporniejszy na odwilgotnienie, czy przeciwnie… łatwiej się sikoreczkom upić tą mocą i stracić kontrolę? Tak, można się domyślić i mieć rację w czterech przypadkach na pięć… ale ten piąty przypadek sprawia, że wolę dopytać - przeprosił Khal rozkładając ręce w serdecznej niemocy.
                  - Jak dobre wino, jeżeli możesz go pić więcej, łatwo się zapomnieć. I pozwól, że zmyję ci ten uśmieszek. Powiedziałem, że "fae nie zbliżają się do miasta" ja i moja rodzina już w nim jesteśmy. W sumie ja jestem powodem, dla którego się nie zbliżają.

                  - Więc wielkie “nie” dla leniwych grubasów żyjących w piwnicach rodziców… - kiwnął głową sam sobie Viktor jakby powiedział coś wybitnie odkrywczego - Albo właśnie malutkie “tak”... w ramach aktu łaski - zmarszczył brwi humorystycznie rozważając - Sprowadzenie kogoś z intencją aby nie wrócił jest opcją, czy już wykracza ponad wasze poczucie moralności? Co gdyby taki ktoś się na to zgodził? Spotkałem niepokojąco wielu mężczyzn co twierdzili, że chcieli by zejść z tego świata z piękną kobietą siedzącą im na twarzy… death by snu snu czasem to nazywali…
                  - Poza tym gratulationes! - Dodał po ćwierć sekundzie - Teraz myślisz w moim języku gdy przed sądem staję. Ale poddaję sprawę - wzniósł dłonie w pojednawczym geście - Sam bym dokładnie tak samo argumentował broniąc twojej sprawy i łatwo bym wygrał. Inny temat. Otto to ludzkie imię. Te kilka traktatów które przeczytałem na wasz temat to fey twojej pozycji zwykle miały jakieś pompatyczne tytuły. Król Zórz, Królowa Lata, Książę Zachodów. Masz taki tytuł? Jeśli to nie coś intymnego rzecz jasna.
                  - "Pompatyczne tytuły"? - powtórzył Otto - I to od człowieka, który czci "Ostatecznego Sędziego"? Co do mojego własnego tytułu to miałem kilka, "Popielny Król" oczywiście, jednak kiedy nie byłem w zasięgu słuchu? "Ojciec Kanibali", "Lord Dzikusów" lub mój ulubiony "Obżartuch".
                  - To jest drugi temat, który definitywnie ma moją ciekawość, ale najpierw sprawy praktyczne bym prosił… choć te tytuły już przynajmniej sugerują mi odpowiedź… Leniwe grubasy, gotowe umrzeć by choć raz zamoczyć i to z dziewczyną śliczną jak twoje córki, więc pełne przyzwolenie na pełną mumifikację… ma to większą wartość dla was?

                  - Pytasz czy muszą być chętni do śmierci? Nie. - Otto podrapał się po karku - Nigdy nie musiałem tłumaczyć natury mojego dworu… Porzucenie ograniczeń cywilizacji na rzecz przetrwania. Tak bym to ujął. Preferujemy leniwych grubasów i tym podobnych, ponieważ dla nas… są obciążeniem dla społeczeństwa bardziej niż jakimś zyskiem. Tak jak ty. Bez prawników świat dalej by funkcjonował, ludzie którzy byliby winni, lub nie mogliby się wybronić zostaliby ukarani. Ty i tobie podobni tylko komplikujecie sprawę i czasem wypuszczacie winnych, lub zsyłacie na karę niewinnych.
                  - Ok. Po kolei… Nie o to pytałem. Rozumiem, że człowiek który powinien zostać przy życiu ma jakąś tam wartość. Czy jeśli tego samego człowieka przekonam by przyszedł tu gotowy i chętny na śmierć to ma on dla was jakąś większą wartość z powodu możliwości intencjonalnego wyssania reszty energii? Czy ta reszta i tak jest zbyt mała by warto było się z ciałem męczyć?
                  - Nie jesteśmy demonami. - zaznaczył Otto - Śmierć naszych ofiar nie sprawia nam radości poza satysfakcją głodu. - karczmarz westchnął - Nie znajdziesz kogoś kto "chciałby umoczyć przed śmiercią", nie na prawdę. Do tego, myślisz, że to nie przyciągnie uwagi? Niepotrzebnej uwagi? Tak jak mówiłem, komplikujesz tylko sprawę. Dlatego poprosiłem o to Kaylie.
                  - Raczej dałem się ciekawości ponieść - na wpół przytaknął Khal odpuszczając już temat, choć nie została ona do końca zaspokojona - To jest jedna z dużych przywar mojego charakteru - przyznał się, ale nie było w jego głosie śladu skruchy - W porządku, to dwa… - przeszedł do drugiego tematu.
                  - Ci co “nie mogliby się wybronić” są tu problemem. Jeszcze dwie godziny temu broniłem w przed osądem nieszczęśnika co beze mnie spędził kilka tygodni, może miesięcy w lochu za herezję. Rzecz w tym, że jej nie był winny, ale nie potrafił nawet zwerbalizować swojej linii obrony. Ja musiałem wytłumaczyć sędziemu i postronnym, że co najwyżej zakłócał on spokój i robił bałagan. Od jutra spędzi trzy dni na pracach społecznych… Nie my rzucamy wyrokami, tylko sędziowie. Prawnik ma pokierować świadkiem tak by ten przedstawił sędziemu co się wydarzyło, a ten z drugiej strony pilnować pierwszego by był zgodny z prawdą. To jest rdzeń tego kim jesteśmy. Małe klany, czy plemiona gdzie wszyscy się znają poradzą sobie same, tam prawnik rzeczywiście jest niepotrzebny, choć też co jakiś czas można oczekiwać krwawej vendetty co eskaluje poza kontrolę… Fey byłbym gotów uwierzyć mogłyby funkcjonować tak nawet w większych grupach. Ale ludzkie nacje nas potrzebują. Aby jedna śliczna i lubiana buźka nie mogła oskarżyć partnera co serce złamał o wymyśloną zbrodnię i na szafot posłać. To o czym ty mówisz to malwersacje naszego powołania… choć definitywnie w Cheliax zbyt często spotkane. Nie będę ich bronił.

                  Khal poczuł jak Kaylie uwiesiła się mu na ramionach, przenosząc większość swojego ciężaru na niego.
                  - Teraz ty... - rozbawiony głos sugerował podpicie alkoholem od Otto, którego sobie cały czas nie żałowała - Opowieccc coź! - przytuliła się do człowieka.
                  Khal w pierwszej chwili tylko uchwycił Kaylie ramieniem wokół talii aby ją utrzymać gdyby miała się zwalić. Przyjrzał się moment jej twarzy i jej oczom, zważył jak w ręce leży aby ocenić czy jest na etapie “tej pani już starczy alkoholu”, czy “tej pani już starczy całego wieczoru”. Raczej to pierwsze…
                  - Popielny Królu, nie kłamałeś gdy ją ostrzegałeś, że mocne to jest - zachichotał pod nosem i i poluzował nieco chwyt którym trzymał Kaylie, ale nie zabrał ręki… poprawił tylko jej położenie by rozsądniej leżała.
                  - Nie ma problemu, Słoneczko. Jakieś konkretne życzenia co do tematyki historii? - zapytał głosem równie wesołym co usłużnym.
                  - Jaak zkazywałeś na śmierć lizodupów Diabłów! - odparła rozbawiona, poprawiając swoje utulenie Khala.
                  - Hmmm - zastanowił się na chwilę Khal - Mam jedną historię co by mniej więcej pasowała, ale to brzydka opowieść - w powietrzu zawisło oczywiste pytanie. Viktor sądził, że wie co zadecyduje Kaylie… ale nie wierzył już w swoją pewność co do niej.
                  Kaylie trąciła głową Khala w podbródek.
                  - Chyba nie jezt sbyt brzydtka dla prawnika Diabłów, panie Goodmann? - zapytała powoli, aby nie gubić wyrazów.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                    #17

                    text alternatywny
                    text alternatywnytext alternatywny

                    Gdy Infernalista Płonie

                    - Niech będzie. Był kiedyś w Cheliax Cicero Durvalen. Uważał się za kultystę Asmodeusza, ale był heretykiem w myśl dzisiejszej doktryny jego kościoła. Założył wokół siebie kult gdzie zbierał wyobcowaną młodzież. Połowę dziewczyn i chyba kilku chłopaków zaciągnął do swoich komnat. Miał wokół siebie koło dwudziestu zwichrowanych, zgnębionych czy porzuconych nastolatków. Jeśli matka, czy guwernantka opowiadała ci kiedyś bajki o złych czcicielach diabłów to nie sięgały one do pięt tego co ten kult robił. Nazywali sami siebie… Świadkami Ogni. Pierwotnie Piersi Widzący Ogni Piekielnych. Rozsądnie to skrócili. Byłem wzięty na oskarżyciela. Moja loża miała powiązania z Mrocznym Księciem więc byliśmy w dobrej pozycji aby udowodnić drastyczne odejście od edyktów wiary. Proces był trudny. Naprzeciw mnie stał Mistrz Seravil Locke… jeden z dwóch prawników którzy w całym Cheliax są ode mnie lepsi. Jedyny niepodważalnie lepszy, ale mówiłem ci o nim… ma on czterysta lat praktyki przewagi nade mną. Proces był trudny… cały czas przerzucaliśmy się sprzeciwami, wnioskami o wyłączenie dowodów czy zeznań. Udało mi się przepchnąć wniosek by Cheliax ufundowało wskrzeszenie jednej z ofiar. To nie jest coś częstego. Mówimy tutaj o koszcie pięć i pół tysiąca koron. Wybrałem spośród tych których los znałem tego co najgorzej skończył aby najgłębiej pogrążyć kult. To był błąd. Dusza nie chciała wrócić. Wolała zaświaty. Po piekle jakie jej Cicero zafundował najwyraźniej preferowała nie dać nikomu więcej takiej szansy. Drugiego wskrzeszenia nie dałem rady nawet zainicjować.

                    - Sprawa ciągnęła się sześć miesięcy i dwadzieścia trzy dni. Znajdywałem świadków i marchewką lub rózgą przekonywałem ich aby zeznawali. Mistrz Locke miał swoich własnych i z trudem dotrzymywałem mu tempa. Większość czasu był pół kroku przede mną. Wciąż nie wiem skąd Durvalen miał pieniądze na pół roku usług Pierwszego Pióra Cheliax. Ja już wtedy kosztowałem małą fortunę, ale rząd mnie opłacał. On miał jeszcze jedno zero w wynagrodzeniu.

                    - W pewnym momencie dotarła do mnie informacja, że matka Cicero wciąż żyje, wbrew obiegowej opinii. Anonimowa trivia od zatroskanego obywatela. Opłaciłem całą agencję śledczą z własnej kieszeni aby ją odnalazła i dali radę po dwóch tygodniach. Bogowie… kobieta miała srogo wyprany mózg. W jednym ze schronień gdzie kult lubił przebywać usługiwała im jako kucharka i pokojówka. Miała blizny na nadgarstkach i kostkach po długim zmaganiu się ze sznurem którym była związana. Nie bardzo widoczne, ale rany w najgorszym momencie musiały być paskudne. Jednak były one już zaleczone, a ona z własnej woli nie uciekła, nawet kiedy cała sekta została wyłapana. Wciąż gotowała, sprzątała i układała na stole w jadalni wiecznie rosnącą piramidę gnijącego jedzenia. Nie było z nią dobrze, ale potrzebowaliśmy jej. Wiedziałem, że jej zeznania będą nic nie warte przez stan w jakim jest, więc rozpocząłem procedurę o zarządzenie użycia Odnowienia, ale w wersji siódmego kręgu. Nie udało się. To znów by było koło sześciu tysięcy koron, a wyczerpałem już dobrą wolę sądu aby wykładać pieniądze. Dwa tygodnie ją miałem u siebie w domu… miałem wynajętą dwadzieścia cztery na siedem siostrę doktorę która potrafiła leczyć ludziom głowę rozmową. Dokładnie to trzy i się zmieniały, ale to szczegół.
                    - Już myślałem, że to będzie ślepy trop i choć cieszyłem się, że przynajmniej jej się robiło lepiej to byłem zdesperowany aby coś znaleźć by posłać tego potwora na stos. Moja najbystrzejsza asystentka siedziała z matką dzień i nic i gdy ta czuła się lepiej próbowała sądować ją po jakieś szczegóły które mogłyby naprowadzić na jakiś ślad. Udało się dopiero kiedy zaklęciem, peruką i farbkami przyjąłem twarz jej syna i poszedłem z nią rozmawiać.

                    - To była… najgorsza rozmowa w moim życiu. Kobieta była zdruzgotana psychicznie. Jej umysł musiał być w strzępach. Musiałem w kółko i w kółko słuchać w jaki sposób składali w ofierze dzieci szlachty aby w ogóle móc z niej wyciągnąć kilka zdań które miały jedynie potencjał coś mi podpowiedzieć. Póki… bezwiednie nie poskładałem w głowie wzorca którego wcześniej nie widziałem. Nie we wszystkich, ale w wielu sposobach mordu przewijał się motyw rozkładu. Jak zacząłem drążyć ten temat, a kobieta nie śmiała w jakikolwiek sposób podważać czemu jej syn pyta ją o rzeczy które sam robił, doszedłem do wniosku, że to nie jest heretyk spod Asmodeusza, ale spod Baalzebuba. Wiedziałem, że wszystko co się dowiedziałem od kobiety w sądzie będzie nic nie warte, ale skontaktowałem się z klerem Pana Much. Kiedy ci się dowiedzieli zapałali uniesionym gniewem. Dla nich to była nie tylko herezja ale i apostazja. To… wydaje się naciągane, ale tam było wiele szczegółów których nie opowiadam, bo nie chcę spędzić na tej historii czterech godzin. Od tego momentu miałem ich pełne wsparcie.

                    - Wybrałem kilku co mądrzejszych z jego kultystów i zacząłem z nimi długie rozmowy. To zajęło… naprawdę dużo czasu. Nie mogłem wziąć ich na raz. Udało mi się znaleźć dwoje takich dla których to Asmodeusz był ważniejszy w tym całym równaniu niż Cicero. Gdy pokazalem im, że w niewiedzy składali ofiary Panu Much i to jeszcze w sposób jemu obrzydliwy… zrobiłem z nich moich świadków koronnych. Pięć dni przekrzykiwałem się z Mistrzem Locke nad nimi, gdy oni z ledwością mieli okazję się wypowiedzieć. W tej historii nie ma jednego punktu przełomowego. Jeśli taki nie zdarzy się w pierwszej pół godzinie procesu to zwykle nie ma co na niego liczyć. To było powolne wyniszczanie argumentów i wiarygodności drugiej strony. Wykańczający psychicznie proces, ale dostałem od Loży pięciu pełnoprawnych adwokatów do pomocy. Niesamowicie mi pomogli. Przez te pół roku tylko niedużo spałem, jadłem kiepsko, byłem na sali i się… odstresowywałem - uśmiechnął się do wspomnienia.

                    - Przysiągłbym, że Locke w pewnym momencie… odpuścił. Wciąż był skurwysynem, ale… stał się łagodniejszy. Malutką odrobinkę. Zacząłem dostrzegać najdrobniejsze zawahania tam gdzie ich wcześniej nie było… albo retroaktywnie sobie to wmówiłem po procesie. Udało się go skazać. Był przez siedem dni torturowany, a potem wraz z ośmioma najbardziej aktywnymi członkami swojego kultu został spalony na stosie. Ściągnięto na tę okazję Estrida Havelgarda. Był to w tamtym okresie trochę celebryta wśród katów. Potrafił tak pokierować ogniem tak, że człowiek wrzeszczał póki gardło mu na to pozwalało, a umierał wreszcie po ponad kwadransie. Tylko w kontekście Cicero kazano mu się aż tak postarać. Pozostali mieli po prostu poczuć swoją śmierć ale bez zbędnego przedłużania. Troje innych jeszcze powieszono, a pozostali zostali niewolnikami. Chłopacy do kopalni w Angrakbarze, gdzie umieralność jest na poziomie ośmiu i pół miesiąca… to znaczy, że po tym czasie ponad połowa jest już martwa. Dziewczyny… do podobnie złych miejsc. Jednego chłopca udało się Mistrzowi Locke wybronić a ja mu tak naprawdę nie przeszkadzałem w tym. Wszyscy wokół wiedzieli, że wciąż walczę o to by prawie wszyscy poszli na stos, ale… po pół roku poznaliśmy się nawzajem i jak ja dostrzegłem gdy zwolnił o tę mała odrobinkę i na pewno widział, że ja zobaczyłem… tak i tutaj ja również zwolniłem i on to zobaczył. David Mirkballow się nazywał dzieciak. Złe miejsce, zły czas, złe towarzystwo… on był tam bardziej ofiarą niż oprawcą, choć nie był bez winy, oj nie… Dostał dziesięć lat wieży, ale po jakimś czasie rodzinie udało się to zmienić na areszt domowy ze względów zdrowotnych. Jakby komukolwiek w wieży dobrze o robiło…

                    - I jak? Była czy nie była zbyt brzydka jak na adwokata diabła…
                    - Dużo gadania, mało akcyi. - wydukała - Czyli f sumie poprafnie.
                    - Na akcję będzie jeszcze czas - obiecał Khal bardzo ładnym głosem - Jakieś wnioski z historii? Obserwacje? Powinienem był pozwolić mistrzowi Locke wybronić dzieciaka, czy jednak za udział w mordowaniu dzieci również powinien trafić na stos? Jak uważasz?
                    - Na stos. Za bycie infernalistą. - powiedziała bardzo jasno.
                    Khal uniósł brew z nieco drwiącym uśmiechem, ale postanowił nie wypominać jej, że oni też nie są zupełnie czyści w kategori współpracy z diabłami.
                    - Zdziwiłabyś się ilu dobrych ludzi schodzi na złą drogę przez brak odrobiny pozytywnego wsparcia. Zagubieni młodzi chłopcy którzy nikogo nie obchodzą są bardzo wrażliwi na wpływy ludzi zdolnych to wykorzystać. Wystarczyło aby David nigdy nie spotkał na swojej drodze Sylvie, drugiej akolitki Cicero… ta by go nie wmanipulowała w ten syf swoim powabem i viola... chłopak przeżywa swoje życie jako zupełnie produktywny członek społeczeństwa. Nie każda zbrodnia zasługuje na drugą szansę, ale myślę, że honorowe miejsce w czasie kaźni Cicero nauczyło go by nigdy więcej czegoś takiego nie próbować.
                    Kaylie dotknęła ustami ucha Khala i wyszeptała.
                    - Nie wygrałbyś żadnej sprawy u mnie. - po tym zaczęła się śmiać.
                    - Żadnej, nawet jednej, malutkiej byś mi nie dała? - dopytywał z gasnącą w głosie nadzieją, zastępowaną desperacją, ale oczy wciąż mu się śmiały.
                    - Ni ja. Mój kraj. - wyjaśniła- Nie wygrałbyś tam nigdy.
                    Khal uniósł brwi niedowierzając do końca, ale pętla się zaciskała. Kraj który Cheliax dorowadziło do “tego” stanu, przynajmniej w percepcji mieszkańców. Nie Isger, bo tam z łatwością wygrywał sprawy jak u siebie. Dawne kolonie? Galt? Andoran?
                    - Bo nie lubią Cheliaxian u ciebie? - zapytał - To może byłabyś tak dobra i ostrzegła mnie… który to kraj w którym wszystkich spraw powinienem odmawiać?
                    Kaylie usiadła na kolanach Khala, ale zamiast do niego się odezwać zwróciła się do Otto.
                    - Teraz ty opowiadaj!
                    Otto chwilę się zastanowił.
                    - Smutna opowieść, taka, która ma setki wersji, w setkach miast, na setkach planów. Nawet tu w Evercrest. Bogaty sędzia, albo kapłan, lub możnik. Pewnego dnia zakochał się w kobiecie niższego stanu. Ta odrzuciła jego zaloty, urażona duma nakazała pomstę i kobietę spotkała śmierć. Wersję, którą ja słyszałem mówiła o jakimś nieszczęsnym pokrace, który też zakochał się w dziewce. Wersja tutejsza mówi o wygnanym synu i rozkopanym grobie.
                    - Co znaczy. Fraza. - Zapytał Khal z naciskiem - Rozkopanym. Grobie?
                    - Erm... dobrze, nigdy w Cheliax nie byłem, ale jestem przekonany, że ta fraza oznacza wszędzie to samo. Jakieś dwa lata po jej śmierci, rozkopano jej grób, cokolwiek z niej pozostało, zostało skradzione.
                    Khal wstał gwałtownie. Kayli spróbowała się złapać go za kark bojąc się, ze ją upuści, albo oboje się przewrócą ale wzniósł ją bez najmniejszego nawet problemu. Postawił ją na ziemi przed ladą by mogła się złapać gdyby potrzebowała dla równowagi. Rozejrzał się blady wokół jakby szukając odpowiedzi w przestrzeni, a tak na prawdę zmuszając się by myśleć.
                    - Kto? - zapytał prosto bo w głosie i tak drżała pojedyncza nuta i nie wiedział czy utrzyma spokój w całym zdaniu.
                    - Nie wiadomo. - Otto uniósł delikatnie dłonie - Pewnego ranka zauważono, że grób jest rozkopany, trumna pusta a nagrobek zniszczony.
                    Kobieta przytrzymała się lady, zaskoczona siłą Khala. Z drugiej strony widziała jak ludzie pod wpływem emocji zyskują nagle krzepy...
                    Wzrok Kaylie wydał się wyostrzyć, gdy Otto opowiedział historię. Otrzeźwienie uderzyło wcześniej rozbawioną.
                    - Khal... - szepnęła kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
                    - Muszę to zobaczyć… - stwierdził Viktor zimno i krótko, z oczami okrągłymi jak spodki po czym szybkim marszem ruszył z Popielnego Dworu.
                    Kaylie nie ruszyła za nim, nawet nie była w stanie. Westchnęła i uwiesiła się lady zastanawiając nad tym w czym teraz siedzi.

                    Khal stanął przed bramami miasta. Dziesięć minut wcześniej dotarło do niego, że będą zamknięte, a sam nie jest w stanie by kogokolwiek do czegokolwiek przekonać, może poza wrzuceniem go do aresztu na noc… Odwrócił się i skierował kroki gdzie indziej.

                    Życie przemytników toczyło się w nocy. Za dnia zajmowali się rodzinami, przyjaciółmi, zachowaniem pozorów aby nie dać się łatwo wyłapać. W nocy kręcono interesy.
                    - Dzięki, Gee - Khal dostał sakwę materiałów o które prosił Zmierzchowców.
                    - Jak sytuacja. Dzieje się coś ciekawego u was?
                    - Ugh… nie uwierzyłbyś, ale nasz lider popełnił samobójstwo…
                    Khal zmarszczył brwi.
                    - Co? Co się stało? - zapytał z fałszywym zmartwieniem.
                    - Nie wiemy. Włożył sobie kuszę do ust i strzelił. Rodzina prosi o wyrozumiałość i uszanowanie prywatności. Coś mówią o liście…
                    - A nie martwicie się, że mógł zostać zamordowany? I tylko upozorowano?
                    - Wiesz… jesteś drugą osobą która to wspomniała. Matilda też przytakuje takiej możliwości, ale nie wygląda na to. Chyba ci opowiadałem… Crawling miał swoją historię.
                    - Tak wspominałeś coś. Słuchaj. Inna sprawa. Dotarło do mnie, że dwa lata po moim wygnaniu ktoś obrabował grób mojej matki.
                    - Ufff… - Owlkin westchnął, usiadł i nalał sobie więcej wódki. Łyknął pół kubka nim kontynuował - Byłeś u niej?
                    - Jeszcze nie. Dowiedziałem się dziś, po tym jak bramy zamknęli. Powiesz mi czemu nie podzieliłeś się ta informacją? Nie powiesz mi, że nie wiedziałeś…
                    - To dlatego tak wyglądasz. Tak, tak… wiedziałem. Przepraszam cię, Kay. Po prostu… to nie wydawał się na to moment… chyba powinienem był i bez tego, ale nie było czuć by było to właściwe.
                    - W porządku. Wybaczam - odpowiedział zimno i bez sympatii - Wiesz coś o tym?
                    - Ja? Nie, przepraszam cię, ale zupełnie nie. Tyko tyle, że to się stało.
                    - Nie szkodzi. Bo się dowiemy.
                    - Khal, wiesz dobrze, że z wielką radością ci pomogę, ale… Jak to widzisz? To było trzy dekady temu.
                    - Nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Znajdę ją…

                    text alternatywny

                    Kilka godzin krążenia po Evercrest między zajazdami i ciemnymi zaułkami z jeszcze ciemniejszymi typami w nich pozwoliły chłodowi nocy ostudzić serce Viktora. Biło już ono normalnie, regularnie i powoli, ale z nowym-starym bólem. Śmierć matki go ukształtowała. Złamała wesołego choć biednego chłopca, który nigdy za nic nie wplątał by się w kontrakty z diabłem. Gdyby nie tamte wydarzenia pewnie nigdy nie opuściłby królestwa Evercrest i nie trafił do Cheliax. Teraz byłby bibliotekarzem, albo jakimś uczonym, czy pisarzem, albo kapłanem bo to stricte śmierć matki sprawiła, że zainteresował się prawem. Aegon nigdy by nie zgadł, że skazanie na śmierć kobiety za konszachty z diabłem nie tylko nie zmniejszy liczby diabolistów w królestwie, ale sprowadzi do niego cały kult trzy dekady później…

                    Khal przekręcił klucz do swojego pokoju by zostawić w nim kilka rzeczy przed dalszymi działaniami. Wszedł po ciemku. W szczątkowych światłach nocy wpadających przez okno widział tylko zarys swojego stolika. Rzucił na niego sakwę którą dostał od Owlkina. Otworzył ją aby wyciągnąć materiały by dokończyć obręcz którą zaczął poprzedniej nocy.

                    Wtedy kątem oka zobaczył ruch. Spiął się i odskoczył w tył dobywając młotka bojowego i rozpalając sufit pokoju magicznym światłem…

                    W świetle pojawiła się rozczochrana Kaylie, ledwo co wybudzona i... drżąca. Khal widział wcześniej spojrzenie jakim go obdarzyła - strach i poczucie potrzeby walki o życie, gdy szanse znikome. W jednej ręce błyszczał miecz, a w drugiej skrawki magii. Wyglądało, że kobieta przysnęła w oczekiwaniu na niego ledwo buty i płaszcz zdejmując nim zwinęła się na łóżku. Oddychała głęboko jak ktoś przerażony. Widząc Khala rozwiała magię padając do tyłu na łóżko biorąc nerwowo oddechy.

                    - Kaylie! Jak ty… - wstrzymał się w pół słowa. Nie miało to znaczenia teraz. Zluzował bojową postawę, a młotek odłożył na komodę i pokazał jej puste dłonie by ledwie wybudzony umysł mógł łatwiej zrozumieć.
                    - Wybacz, Słoneczko… nie chciałem cię przestraszyć - przeprosił zmartwiony - Zgaszę to nieprzyjemne światło - poinformował ją by jej nie zaskoczyć. W chwili mroku włożył swój młotek do szuflady komody i go rozpalił zaklęciem. Światło strumieniem wylatywało z cienkiej na cal szpary mebla, uderzało w sufit i rozpraszało się tworząc przyjemny dla oka półmrok.
                    - Już dobrze… przepraszam - zbliżył się powoli widząc, że Kaylie wciąż się uspokajała. Usiadł obok niej, odsunął dłoń z mieczem, ale jej nie rozbroił i powoli objął ramionami, kładąc jej skroń na swoim ramieniu.
                    - Już dobrze. Nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna. Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć. Po prostu też się przestraszyłem… - powtarzał powoli. W kółko. Monotonnym głosem. W niezmiennym, kojącym rytmie. Z tą samą łagodnością i powtarzalnością z jaką mówił gładził ją po potylicy.
                    Oddech Kaylie uspokoił się, a ona sama wtulała się w Khala, jakby był on w tym momencie istotną stabilizacją w życiu. Nie była poganiana…
                    - Wszystko jest w porządku, Kruszyno - cały czas mówił, ale głos szybko stał się szeptem - Jesteś ostatnią osoba której chciałbym zrobić krzywdę…
                    Zmarszczył brwi w konsternacji ale ona nie mogła tego zobaczyć.
                    “Czemu to powiedziałem?”
                    “Czemu brzmiało to tak… prawdziwie?”
                    “Beksa.”
                    Wewnętrzny dialog nie mieszał się w żaden sposób z cichym uspokajającym szeptem. Dawał jej tyle czasu ile potrzebowała. Choć miał plany i miał bardzo niewiele spać tej nocy… mogło to poczekać. Najwyżej śniadania nie zje. To teraz było ważniejsze.
                    Nawet szept powoli cichł i wkrótce dźwięk palców sunących między jej włosami, koniuszkami samymi sięgającymi ciała zdał się dominować dźwięki w pokoju.
                    Oddech Kaylie się uspokoił, a miecz został przez nią puszczony na łóżko.
                    - Ten alkohol... Za mocno uśpił i nie obudziłam się w porę... - wyjaśniła cicho - Czekałam na ciebie, aż usnęłam.
                    - Rozumiem - odpowiedział czując wzbierającą w nim falę czułości i wylał ją z siebie przyciskając usta do czubka jej głowy w niemal intymnym pocałunku, ale w zupełnie nie ten sposób co dla niego “intymność” kiedykolwiek oznaczała - Dziękuję. Nie musiałaś. Ale chciałaś. I dziękuję…
                    “Beksa.”
                    Pytania krążyły w jego głowie. Głównie “dlaczego?”. Zdarzało się, że kobiety dbały o niego, nawet jeśli on o nie rzadko i z zupełnie nie takich powodów… ale to zawsze było po tym jak je “urobił”. Kaylie nie urabiał… nawet nie zaczął. Więc… dlaczego?
                    - Martwiłam się. Wiedziałam, że to musiało na ciebie wpłynąć... a byłam zbyt pijana by powstrzymać cię przed masowym mordem. - Khal zobaczył szeroki uśmieszek dziewczyny, zmniejszanie powagi sytuacji.
                    - A teraz już pijana nie jesteś? - zapytał z zarysem zbójeckiego półuśmiechu w kąciku ust.
                    - A czemu pytasz? - odparła - Chcesz wiedzieć czy ciągle masz szansę?
                    - Mam… zasadę, albo może preferencje - powiedział ledwie ponad szeptem, delikatnie ujmując jej policzek samymi opuszkami trzech palców - Nie całuję pijanych dziewczyn - wyszeptał i pochylił się w przód, składając usta tuż ponad jej oczami. Przytrzymał pocałunek odrobinę dłużej i wycofał się z łagodnym uśmiechem. Wyszukując w jej oczach odpowiedzi na pytanie którego sam sobie nawet nie zadał.
                    Kaylie patrzyła na niego chyba oceniając zamiary. Sama nie wiedziała jak się zachować w tej sytuacji...
                    - Jestem winna całkowitej zdrady swojej nacji. - powiedziała zupełnie niespodziewanie - I nic by mnie z tego nie wybroniło. - położyła dłoń na dłoni Khala - A wyrokiem będzie śmierć. - przeniosła dłoń na policzek mężczyzny - W najlepszym wypadku, choć wątpliwym w razie pochwycenia. - wsparła czoło na czole Khala patrząc mu ze smutkiem w oczy - Galt nie oddaje dusz Piekłu.
                    Szepnęła i krótko pocałowała usta Khala, po czym odsunęła się lekko gdy ten dopiero przetwarzał co właściwie usłyszał. To nie była odpowiedź jakiej się spodziewał. Dopiero dwa oddechy później dotarło do niego również, że został pocałowany… i przysiągłby, że zrobiło się w pokoju cieplej. Powoli spuścił z siebie powietrze dając sobie te kilka chwil na przemyślenie jak powinien zareagować… taktyki podrywu wyraźnie mówiły mu jakie powinny być jego dalsze działania w przypadku dziewczęcia w tak wrażliwym stanie…
                    - Ja… nie wiem co powiedzieć - wydukał z siebie wbrew im wszystkim i odchrząknął delikatnie - Chciałabyś mi o tym opowiedzieć? Mamy całą noc… oraz magię leczącą senność… - tak wyjątkowo bez choćby cienia uśmiechu, ale wciąż z łagodnością w głosie.
                    - Przeszedłeś dziś dużo. - Kaylie stwierdziła równie łagodnie - Potrzebujesz prawdziwego snu, nie oszukanego magią, tylko takiego, co pozwoli ci uspokoić myśli i poukładać je.
                    W Khalu coś się zmieniło… chyba naprężyło i zwyczajnie pękło gdy temat został zwrócony na niego i nie mógł już kryć się za tarczą “teraz to JA pomagam”. Skurczył się w sobie. Odwrócił spojrzenie z bólem odrywając swoje czoło od jej, ale… musiał koniecznie spojrzeć przez okno bo inaczej… nie wiedział co. Kaylie widziała, że zachowuje kontrolę, ale wymagało to od niego wszystkich sił. Widziała to w delikatnym drżeniu jego szczęki. Odrobinę spiętych brwiach. Tym, że Khal nigdy dotąd nie bał się patrzeć w oczy, a teraz nawet w jej kierunku się nie ważył.
                    - Bramy są zamknięte… - stwierdził swym zwyczajnym głosem - jutro będę musiał tam pójść - który szybko tracił przekonanie i siłę - Czy… pójdziesz ze mną? - by na końcu brzmieć jak głos skrzywdzonego chłopca, którym tak naprawdę gdzieś tam w środku wciąż był.
                    - Pójdę. - odpowiedziała bez zastanowienia, sama już układając w głowie kolejność jutrzejszych spraw.
                    - Dobrze! - powiedział odrobinę za głośno dla ciszy jaka panowała w pokoju, wstając odrobinę za szybko dla komfortu ich obojga. Stanął szerzej na nogach opierając pięści na biodrach i patrząc przez okno jak zdobywca z oczami odrobinę zbyt szeroko otworzonymi… odrobinę zbyt szklanymi - W porządku, w porządku, w porządku… - powtórzył odrobinę zbyt wiele razy, dopiero wtedy na nią spojrzał i wyglądał odrobinę niepoczytalnie, ale ten przebłysk szaleństwa szybko topniał w miarę jak odzyskiwał kontrolę nad sobą samym. Trzy głębokie wdechy i wydechy oraz przetarcie oczu później znów wyglądał jak ten zbyt pewny siebie Khal. Wzrok mu się rozczulił odrobinę…
                    - Na Iroriego, ale ty jesteś pięęęę… - zawiesił głos na moment zdając sobie sprawę co mu się z gęby właśnie wyrywało dopiero w trakcie wypowiadania -...ęęęNIE powinienem teraz mówić takich rzeczy! - warknął sam na siebie, ale było w tym już więcej rozbawienia i zatoczył szybkie kółko wokół środka pokoju.
                    - Kaylie, Słońce moje najjaśniejsze… - rzucił gdy znów ją widział. Przynajmniej z wierzchu znów był sobą. Zbójecko uśmiechniętym, wesołym, serdecznym i drwiącym ze wszystkiego Khalem.
                    - Niczego bym teraz nie chciał bardziej niż byś została ze mną na noc. Sam średnio wierzę że to mówię, ale w całkowicie grzeczny i bogobojny sposób bo prędzej celibat poprzysięgnę niż poderwę dziewczynę na litość. Mam swoją godność i to jest daaleeeko poniżej jej…
                    - Chcę chyba powiedzieć, że nawet nie jestem w stanie wyrazić jak wdzięczny ci jestem, że na mnie czekałaś cały ten czas, ale jeśli zostaniesz w moim pokoju jeszcze trochę dłużej… to wrażliwe stany nas obojga, a przynajmniej mój, mogą doprowadzić do dalszej zapaści mojego samopostrzegania jako cholernego Casanovę-dupka, na którym żadna nie jest w stanie zrobić już żadnego wrażenia - wziął wreszcie głębszy wdech, bo zaczynało już brakować powietrza w płucach. W jego słowach nie było pełnej pewności. Wątpliwość drżała zdradziecką nutą, bo ona po prostu tam była. Był poza skryptem. Wyrzucił go do śmietnika w swoim umyśle i wypłynął na nieznane wody.
                    Kaylie cierpliwie słuchała tej pełnej chaosu i zagubienia wypowiedzi, kogoś kto zdawał się pomylić kroki już na początku. Wstała odkładając miecz na stolik, gdy Khal stracił oddech, by podejść do mężczyzny i chwyciwszy za ubrania pchnąć go na łóżko.
                    - Idź spać, Khali. - powiedziała zabierając ubranie i zakładając buty.
                    Kiwnął głową siadając na łóżku.
                    - Tak. To mi dobrze zrobi - przytaknął z wdzięcznym uśmiechem obserwując Kaylie. Otworzył usta aby coś powiedzieć gdy wstawała, ale zamknął je. Powiedział już wszystko co miało sens i jeszcze sporo więcej.
                    - Czekaj… - poprosił gdy odwróciła się do drzwi. Wstał łagodnym ruchem, niemal tym samym momentum ujął jej policzek jedną dłonią, a biodro drugą i tym razem bez wstępów, czy jakichkolwiek pytań pocałował. Oderwał się od niej po krótkim momencie.
                    Kaylie zaskoczył ten moment, jednak jeszcze w trakcie jego trwania Khal zauważył, że nie nastała chęć odepchnięcia go. Nie było też próby przedłużenia, choć delikatny uśmiech zdradzał, że Kaylie była zadowolona.
                    - Ostatnim razem moje myśli były zupełnie gdzie indziej - wzruszył ramionami i oboje doskonale wiedzieli, że to tylko wymówka - To nie było uczciwe byś tylko ty miała takie szczegółowe wspomnienia… - bardzo słaba wymówka, ale najwyraźniej wystarczająca.
                    Cofnął się dwa kroki w tył i znanym Kaylie gestem ramion zrzucił z siebie iluzję cywilnego ubioru, ujawniając ukryty lekki pancerz.
                    - Widzimy się jutro - pożegnał się z nią odwracając by zdjąć kaftan.
                    - Śpij dobrze, Gwiazdeczko - rzucił tylko jeszcze przez ramię gdy usłyszał otwierane za plecami drzwi.

                    - Nie sraj gdzie jesz, hę? - zapytał sam siebie, kiedy zakluczał je kilka chwil później.

                    text alternatywny

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                      #18

                      Poranek, Wszyscy
                      "Popielny Dwór"

                      Kolejny poranek przywitał naszych bohaterów w różne sposoby.
                      Baltizar obudził się wypoczęty, mikstura którą wręczył mu Jori zadziałała i jego sen wypełniony był błogą ciszą.
                      Kaylie obudził delikatny ból głowy spowodowany wypitym wczorajszego wieczora alkoholem, ktoś najwyraźniej się tego spodziewał i przygotował dla kobiety kubek z wodą.
                      Victor miał kłopoty z zaśnięciem, setki scenariuszy pojawiało się w jego głowie, widział grób matki jakim go widział ostatnio i mógł sobie jedynie wyobrażać jak wyglądał teraz.


                      Na dole przywitały ich córki Otto, wskazując stół najbliżej karczmarza, który przywitał ich skinieniem głowy.
                      - Herbaty? Mleka? - zaczął proponować i spojrzał na Kayli - Klinu? - zapytał z zaczepnym uśmiechem - Śniadanie jak zawsze jest na wspólnym stole do wyboru. - wskazał duży stół wypełniony jedzeniem.
                      - Zanim się rozejdziecie robić swoje, popytałem rodziny co jest potrzebne. Otis powiedział, że jeżeli wybieracie się w okolice grobów, to prosił abyście poszukali dla niego kilku roślin i grzybów. - wręczył Victorowi listę - Jest tam też opis jak wyglądają. - zapewnił - Jeżeli ciągle jesteś zainteresowana, aby pomóc dziewczynom to Piwonia prosiła o jakiegoś bruneta. Lilly nie ma preferencji. - karczmarz spojrzał na gnoma - Twoja wczorajsza opowieść przyciągnęła uwagę, kilka osób pytało czy będziesz dalej tu urzędował. - kiwnął głową Baltizarowi - Chylę czoła, bajarzu. Myślałeś, aby urozmaicić swój występ iluzjami?


                      Baltizar i Kaylie
                      Gildia Poszukiwaczy Przygód

                      Zamaskowana kobieta ponownie wkroczyła w znajome otoczenie gildii awanturników, tym razem jednak miała towarzystwo. Gnom zauważył, że wszyscy spojrzeli na nowo przybyłych, a jedna grupka niemal natychmiast odwróciła wzrok, w tym jeden mężczyzna szczególnie starał się nie patrzeć w ich stronę.
                      Zbiorowisko było dość konkretne. Widział grupy mieszane, ale też bardziej posegregowane rasowo. Było w czym wybierać, wszelkie kształty, rozmiary i kolory.
                      Kaylie nie widziała grupy, z którą spotkała się wczoraj, najwyraźniej ruszyli już na swoje polowanie na wywerna.
                      Do Kaylie podeszła jedna kobieta, patrząc na ubiór najwyraźniej jedna z urzędniczek.
                      - Proszę nie robić dzisiaj problemów. - uśmiechnęła się prosząco.


                      Kaylie i Victor
                      Poza miastem

                      Minęło dużo czasu odkąd Victor był tu ostatnio, a jednak, jakby wiedziony niewidzialną ręką, akolita Azazela szedł przed siebie, doskonale wiedząc gdzie zmierza.
                      Przez główną bramę, poza miasto, w lewo od bramy w stronę lasu, minąć sczerniałe drzewo, między kamiennymi braćmi i pomiędzy drzewami znajdował się…

                      text alternatywny

                      Nikt się nim nie opiekował. Napis wygładził deszcz i wiatr, mech obrósł to co mógł. A grób, który młody Khal Frey wykopał, aby złożyć w nim szczątki swej matki, był widocznie zapadnięty.
                      Otto mówił, że zbrodnia miała miejsce kilka lat po jego odejściu, a jednak… kapłan czuł, że to miejsce zostało zbeszczeszczone.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez Seach
                        #19

                        text alternatywny

                        Baltizar w karczmie.

                        Ach… Iluzja. Ta tajemna sztuka magicznej obłudy. Gnom przesunął palcami po mankiecie koszuli, która zmieniła swój kolor na złocisty.
                        - To maksimum moich możliwości jeśli chodzi o sztukę efektownych oszustw, więc… nie brałem nigdy pod uwagę wykorzystywania iluzji przy opowieściach. Koszt jej przekraczałby zyski uzyskane z przedstawienia. A wracając do innych kwestii… kto dokładnie się dopytywał ? Ktoś… znaczący? - teraz spojrzenie gnoma skupiła się na obliczu Otto.
                        - Na razie jedynie tubylcy. Wczoraj nie mieliśmy nikogo wyjątkowego. Natomiast dziś spodziewam się nadwornego maga. Raz w tygodniu przychodzi tu i próbuje odgadnąć moją naturę i naturę Dworu. To wieszcz i fakt, że nie jest w stanie niczego tu zobaczyć przekonuje go, że coś jest nie tak. Ogłaszał już, że jestem liszem, diabłem, demonem, awatarem Caydena... przynajmniej trzy razy, każdego koloru smokiem, oraz to moje ulubione, żyjącym poronionym bóstwem, które poszukuje swego rodzica.
                        - Nadworny mag… na czyim dworze?- zapytał Baltizar.
                        - Barona Sahila. Paranoik. Wierzy, że jedynie teraźniejszość jest bezpieczna i WSZELKIE zmiany są złe. Kiedy się tu pojawiłem dziesięć lat temu o mało nie dostał padaczki. - karczmarz się uśmiechnął - Nie powoduje większych problemów, ale potrafi być męczący. Jori daje mu ziółka uspokajające.
                        - Acha…- gnom pogłaskał się po brodzie tracąc wyraźnie zainteresowanie tematem. Najwyraźniej ani mag, ani baron nie byli warci jego uwagi.
                        - Dojście do nadwornego maga byłoby cenne - rzucił Viktor wciąż analizując listę ziół - Byłbyś uprzejmy poszukać możliwości nawiązania z nim znajomości? Powinniśmy szeroko zarzucać sieć wśród lokalnych wielkich imion. Wszyscy mogą być wartościowi w przyszłości.
                        - Jeśli będzie na występie, to sam będziesz miał okazję z nim pogadać. - machnął ręką gnom. - Ja nie znam się na kokietowaniu dworaków.-
                        - Uczciwie… - przyznał Viktor. Jak Baltizar nie czuł aby to była jego ekspertyza to mu wierzył.
                        Zmieniając temat gnom spytał Otto.- A propo uatrakcyjniania mojego występu. Znacie może jakieś rozsądnego barda, który urozmaicił by moje gadanie swoją brzdąkaniną w tle w zamian za udział w zyskach?-
                        - W gildii awanturników pewnie się jakiś znajdzie. - zauważył Otto.
                        - Awanturnicy? - machnął ręką gnom. - To nie artyści. Wolałbym kogoś kto zarabia lutnią, a nie mieczem. -
                        - Jeśli ma to wartość taktyczną dla naszego celu sam mógłbym przypomnieć sobie jak to się robiło - rzucił Khal nie odrywając spojrzenia od listy - Mam w pokoju brzdękacza, ale to teraz bardziej pamiątka. Dziesięć lat nie grałem, więc to był by pewnie miesiąc albo dwa odbudowywania pamięci mięśniowej.
                        - To wyjątkowo zły pomysł.- stwierdził gnom zerkając na prawnika. Pokręcił głową w zaprzeczeniu. - Ludzie i nieludzie podążając za pomnikami. Za przywódcami ze spiżu. Powinieneś… unikać okazji które mogą cię ośmieszyć. Granie na lutni taką jest. Pamiętaj że nikt nie pójdzie w ogień za błaznem.-
                        - Masz całkowitą rację - przytaknął Viktor - dlatego nie użyłbym mojej twarzy. Więc kosztem byłby tylko mój czas, ale zyskiem też najwyżej średnio dobry grajek… więc myśl od początku raczej była nietrafiona. Lepiej opłacić kogoś zewnętrznego. Ciężko byłoby benefaktorowi wytłumaczyć dlaczego poświęcam dwie godziny dziennie na brzdąkaninę…
                        - Poza tym ta skórka byłaby niewarta wyprawki. Nie potrzebuję aż tak bardzo oprawy muzycznej. - wzruszył ramionami Baltizar.

                        text alternatywny

                        - Macie inne miejscowe nazwy dla części… - w końcu stwierdził Khal składając listę i chowając ją za kaftanem - Z początku mnie trochę zmyliły. Na zachodnim wybrzeżu nazywamy liliwanię katemerem, a merikottę zwykle foliuratiką. W moich stronach łodygi złotokróćca zwykle są uznawane za niewiele warte do stopnia gdzie alchemikom przynosi się tylko same kwiaty i liście bo zwykle odrosną i można ponownie w tym samym miejscu szukać… Otis ma dla nich jakieś kreatywne zastosowanie i chcecie je całe, czy metoda zachodniego wybrzeża będzie tu zadowalająca?
                        - Przynoś wszystko. Otis jest niemal dosłownym magiem, jeżeli idzie o kuchnię. To co napisał, to masz przynieść.
                        - Ayay, kapitanie - zasalutował dwoma palcami jak wesoły harcerzyk przyjmujący rozkaz.

                        text alternatywny

                        Kaylie podeszła do Baltizara.
                        - Wczoraj z nami nie słuchałeś Otto... ale to pewno by cię zaciekawiło, bo i twoi tam się znajdowali. - odezwała się ciszej do gnoma - Jesteśmy wśród otoczenia króla dworu Fae i jego samego.
                        - Którego z nich?- zapytał beznamiętnie acz cicho gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… może być problem. Etykieta nigdy nie była moją mocną stroną. Trzymam się plebejskiej i mieszczańskiej strony życia.
                        - Dworu Popielnego i Otto... To ten król.
                        - A… acha…- stwierdził po krótkim rozmyślaniu gnom, wzruszył ramionami. I tyle było z jego reakcji. Zresztą podszepty i tak robiły już swoje zwracając uwagę jego na szczeliny w stole.- Miło…
                        Kaylie pokręciła głową.
                        - Dziwak... - mruknęła tylko.
                        - Właściwe określenie to eksesyk… nie… ekscybi… aaa.. ekscentryk. - poprawił ją gnom z ironicznym uśmiechem.
                        - Ha - “zaśmiał się” pojedynczą sylabą rozbawiony Viktor, ale nie postanowił dołączyć do tej dziwnej dyskusji i nie przerywał śniadania.

                        text alternatywny

                        Wędrówka przez miasto nastrajała gnoma w miarę pozytywnie. Lubił miarowe stukanie kostura o bruk. Lubił chaos dźwięków otaczający go ze wszystkich, lubił przekrzykiwanie się przekupek, lubił odgłosy targowania, ryki obciążonych towarami osłów.
                        Pozwalało mu to zagłuszyć nieludzkie szepty i jęki wydobywające się z każdego pęknięcia i każdej szczeliny. Pozwalało mu to zapomnieć o prawdzie.
                        Jedynie czasami… wszystko go przerastało. Zatrzymywał się, zerkał w puste zacienione uliczki, milczał wpatrując się… widział.
                        Widział pęknięcia, widział wynurzające się z nich plugawe macki, węzły, kończyny. Widział patrzące przez nie ślepia, pyski…
                        I wtedy zastanawiał się ile jeszcze… millenia, stulecia, lata, dni… miesiące. Ile jeszcze to potrwa nim szczeliny się rozszerzą, fasada pęknie. A to wszystko dookoła niego stanie się pyłem na wietrze. Nie wartym wspomnienia.

                        Jego dwa zwierzaki nawykły do takich przystanków. O ile w przypadku karcianego konstruktu jakim był najwyraźniej Etrigan można mówić o jakichkolwiek uczuciach. Dla Kaylie musiało być to nowe doświadczenie. Tym bardziej, że gnom tak zatrzymywał się znienacka i zerkał gdzieś w uliczkę popadał w jakiś rodzaj stuporu nie reagując w ogóle na otoczenie. I gdyby nie obecność jego dwóch “zwierzęcych” ochroniarzy byłby łatwym łupem dla złodziei.

                        text alternatywny

                        Gildia najemników

                        Gdy w końcu dotarli na miejsce zamaskowana kobieta weszła z zadowoleniem do gildii. Uśmiechnęła się pod maską widząc reakcję nieudolnych oprawców. Umyślnie przeszła blisko grupki, która ją męczyła, ciesząc się ich nerwowością. Ach, to poczucie kontroli...

                        Zatrzymała się, gdy urzędniczka się do niej zwróciła.
                        - Nie będzie żadnych problemów. - uniosła dłonie - Naskarżyli na mnie?
                        - Pisk był dość głośny. - zauważyła kobieta - Podobnie jak płacz, oskarżenia o sterylizację i wołanie o kapłana. Nie wezwaliśmy straży tylko dlatego, że nasz nowy tenor się wstydził.
                        - Jest na mojej krótkiej smyczy. Będzie grzeczna. Przyszliśmy zatrudnić najemników. Zakładam, że to dobre miejsce na to?- wtrącił się gnom.
                        - Na pewno masz większą szansę znaleźć kogoś, niż krzycząc na ulicy. Czegoś konkretnego szukasz? - urzędniczka skierowała się w stronę biurka i dała znać, aby za nią podążał.
                        - Wojowników przede wszystkim. Kompetentnych ochroniarzy, może jakiegoś alchemika bądź uzdrowiciela. Maga ewentualnie. Taką małą grupkę. - wyjaśnił Baltizar.
                        Kaylie patrzyła dłużej za gnomem zadowolona, że maska ukrywa wzrok jakim go ogarnia, bo był mało przyjazny. Dopiero po chwili stanęła bliżej nasłuchując jego targu o najemników.
                        Zaś nieświadomy jej gniewu Baltizar czekał aż… skierują do odpowiednich osób. Byłoby mu wszystko jedno czy zrobi to Kaylie czy urzędniczka.
                        Urzędniczka zaczęła przeglądać jakieś dokumenty. Po chwili postawiła cztery kartki przed gnomen.
                        - Ori i Jor. Bracia z Krainy Mamucich Lordów. Duzi, silni, nie do końca bystrzy, ale spełniają wymogi jeżeli idzie o ochroniarzy. - wręczyła dwie pierwsze kartki Baltizarowi - Ofun. Alchemik z dalekiego południa. Specjalizuje się w medycynie i miksturach leczących. - kolejna kartka wylądowała przed gnomem - Inarion, elf z Kyonin, początkujący czaroklepa, ale coś już potrafi. Jak chcesz załatwić sprawę ich zapłaty?
                        - Stawka dzienna… albo tygodniowa.- odparł gnom przyglądając się dokumentom. Następnie podał je Kaylie zapewne po to, by sama wydała opinię na temat owych najemników opierając się o informacje z kartek.
                        Kaylie przejrzała kartki, zastanawiając się nad opcjami.
                        - Spisz umowę. - odezwała się do gnoma.
                        - Stawka dniowa… cztery monety za dzień? Cztery złote… - zapytał Baltizar urzędniczki uściślając rodzaj waluty.
                        - Na jak długo sądzisz, że będziesz ich potrzebować? - dopytała kobieta.
                        - Nie wiem. Tydzień mogę z góry, a potem się obaczy. Najwyżej dopłacę.- wzruszył ramionami gnom.
                        - Dobrze, więc tygodniowa zapłata z góry, później co tydzień dopłata. - wręczyła gnomowi umowę - Kiedy chce pan wyruszać?
                        - Jutro z rana. Niech stawią się w karczmie “Popielny Dwór”. Tam obecnie pomieszkuję.- odparł gnom sięgając do sakiewki. I zaczął odliczać pieniądze. Sto dwanaście monet wylądowało na blacie.
                        - Oczywiście. - odpowiedziała kobietach zbierając monety i wkładając do koperty - Czy jeszcze coś sobie państwo życzą?
                        - Nie wiem. Życzymy jeszcze czegoś sobie? - zapytał Bajarz zwracając się do towarzyszki.
                        - Nie wydaje mi się. - stwierdziła Kaylie.
                        - Niczego więc. - odparł gnom i rzucił przez ramię “do widzenia” w kierunku urzędniczki. Po czym ruszył do wyjścia, a Etrigan i Jogmeth podążyli tuż za swoim panem.

                        text alternatywny

                        Antykwariat.

                        Do antykwariatu gnom doszedł już sam nie licząc oczywiście jego zwierzęcej świty. Był z tego zadowolony, bowiem w tym przybytku miał do załatwienia prywatną sprawę.
                        Baltizar zszedł po kilku schodkach do niskich drzwi i przekroczył próg.
                        W środku było dość ciemno. Półki ozdobnych zabytkowych mebli zastawione były różnymi przedmiotami, zarówno użytkowymi jak i dekoracyjnymi. Od starych (ale kompletnych) gier planszowych do ciosy mamutów… zdobionych złotem i masą perłową. Był nawet spetryfikowany ząb smoka. Były też i kompletne zabytkowe zbroje, kiedyś służące wojownikom… teraz bardziej nadające się na ozdobę pokoju. Także broń na półkach wydawała się bardziej użyteczna jako dekoracja niż oręż do walki. Gnom nie potrzebował wyczuwać magii, by zorientować się że sporo z tych przedmiotów nasączono magicznymi mocami. Niemniej skoro znajdowały się w tym miejscu, magiczna moc napędzająca ich efekty… znacząco osłabła. Hełm w jego plecaku pasował do tego miejsca.

                        Więc Baltizar zaproponował jego sprzedaż. Srebrnowłosej kitsune… No to już gnoma przestało dziwić to, że Etrigan zwracał na siebie uwagi przechodniów. Skoro lisoludzie tutaj żyli nie ukrywając swojej natury to nic dziwnego że konstrukt… nie dziwił nikogo. I jak się okazało jego właściciel przyciągał większą uwagę niż on sam.

                        Baltizar niewiele wiedział na temat Pierwszego Świata, miejsca skąd pochodziły zarówno gnomy jak i fey. Co zresztą nie było niczym dziwnym. Minęły chyba millenia odkąd jego lud opuścił tamto miejsce. Jego wiedza opierała się na zapiskach i badaniach uczonych które udało mu się dorwać. I nie było tego wiele… więc Popielny Dwór fey niewiele mu mówił.

                        Sprzedawczyni nie przerywała mu rozmyślań sądząc zapewne, że debatuje nad zakupem któregoś z towarów. Sytuacja jednak była odwrotna. Gnom bowiem przyniósł hełm do sprzedaży. Kitsune… nie była nim zainteresowana. Miała bowiem własny egzemplarz. Baltizar tym się nie przejął za bardzo. Transakcja bowiem nie miała dla niego znaczenia. Informacje za to już tak.

                        Kitsune nieco wiedziała na temat jego “skarbu”. Że był to rodzaj hełmu do nurkowania. Wzmocniona skóra trzymała wodę na zewnątrz, a magia powietrza w środku, sprawiała, że było czym oddychać… oczywiście wtedy kiedy jeszcze działał. To akurat było dla jednak mniej ważne od innych faktów, takich jak pochodzenie, miejsce jego znalezienia, wiek…
                        Na szczęście sprzedawczyni miała informacje i na ten temat.
                        Hełm jest definitywnie gnomiego pochodzenia, symbole na hełmie są znakami kilku wymarłych klanów w tym i kilka z głębinowych gnomów zwanych Svirneblinami. Hełmy takie znaleziono w starym kraterze, w którym znajdowały się szczątki jakiejś budowli wykonanej z żelaza. Sam hełm może mieć 7, 8 tysięcy lat.

                        I to były informacje które obudziły iskrę zainteresowania w oczach Baltizara. Uśmiechnął się. Podziękował za nie i zaproponował kolację na jego koszt w karczmie Popielny Dwór.

                        text alternatywny

                        Popielny dwór.

                        W karczmie miał niewiele czasu na rozmyślanie o informacjach które zdobył. Zanotował pospiesznie je w swoim notatniku, łącznie z lokalizacją owego krateru. Który znajdował się dwa dni drogi na południe od miasta. Kitsune była nawet na tyle usłużna, by pokazać mu ową lokalizację na mapie… co przypomniało gnomowi, że przydałoby się taką mapę jutro kupić.
                        Na razie jednak ruszył by spotkać się z Otto, powiedzieć mu o tym że być może zjawi się w jego przybytku kitsune o srebrnym futrze. I że tym co zamówi ma obciążyć rachunek Bajarza.
                        A potem szykował repertuar i scenę. Przypomniał sobie, że powinien jakiegoś muzyka zwerbować w ramach tła do występu, ale… to raczej przy innej okazji. W końcu wkrótce i tak opuszczał miasto w związku z misją której się podjął.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez Seach
                          #20

                          text alternatywny text alternatywny

                          text alternatywny
                          text alternatywnytext alternatywny

                          - Panie Goodman! - Zawołał Malm gdy Viktor stanął we framudze jego biura - Znowu przyszedł pan interferować w wymiar sprawiedliwości?
                          - Nie dziś, panie sędzio Serg. A przynajmniej się nie spodziewam. Mam jeszcze dziesięć minut okienka nim lecieć będę musiał. Przyszedłem sprawę obejrzeć, chcę poznać lokalne zwyczaje nim otworzę własną praktykę, ale uznałem, że przywitam się. Jakieś ciekawe problemy się trafiły od naszego ostatniego spotkania?
                          - A nawet gadać się nie chce…
                          Ale mimo to gadali. Viktor musiał się delikatnie spieszyć, kierując rozmowę na odpowiednie tory, bo potrzebował zmieścić się w dość krótkim czasie aby sędzie nie poczuł, że całą przerwę mu zjadła ta dyskusja.
                          “Powoli rozglądam się za lokacją dla kancelarii.”
                          “Nie spieszy się na razie… chcę poznać ludzi Evercrest. Pooddychać jego powietrzem.”
                          Wiele innych semi-zaplanowanych zdań przygotowujących Malma i prowadzących jego myśli torami zaplanowanymi przez Khala.
                          - Niestety, bardzo przyjemnie mi się rozmawia, mam nadzieję, że znajdzie się jakaś okazja na poważniejszą dyskusję bez tak brutalnych ograniczeń czasu, ale muszę niestety już iść.
                          - Moglibyśmy kontynuować ją w bardziej kameralnych okolicznościach. W górnym mieście mamy zajazd “Purpurowy Indor”. Elitarne miejsce, gdzie nie wpuszczają pospólstwa i dzięki temu trzymają bardzo przyjemny standard. Macie czas około trzech godzin po południu w wealday? Za dwa dni?
                          - Z wielką przyjemnością zorganizuję sobie czas, sędzio Serg.
                          - Cieszę się niezmiernie. Będziecie potrzebować zaproszenia, gdzie kazać je wysłać?

                          text alternatywny

                          Przyjemna rozmowa o niczym i o wszystkim towarzyszyła Kaylie z Khalem gdy droga prowadziła ich za miasto. Był swobodny. Był wesoły. Był towarzyski i czarujący. Prawie nie czuć było napięcia.

                          Byli na wzgórzu, pod wiekowym dębem. Mały Khali dawno temu wybrał to miejsce. Częściowo dla tego właśnie dnia… aby i trzy dekady później móc łatwo je odnaleźć. Ułamany nagrobek porósł mchem, a przed nim tylko małe wgłębienie pozostało w ściółce po odkopanym dawno temu grobie. Prawie można by to zignorować jako naturalną formację gruntu, gdyby nie wiedzieć z czego to wynikało.

                          Przycupnął przed kamieniem nagrobnym i nożem zdarł porosty i ziemię, powoli ukazując ledwie widoczny napis.

                          Tisis Frey

                          4667- 14 Gozran 4696

                          Kamień skruszał przez dekady i kilku liter można było się dopatrzyć tylko wiedząc których się szuka.

                          - Miałem dość pieniędzy może na trzy dni - Ton miał rzeczowy. Perfekcyjnie spokojny i opanowany, choć nawet nie próbujący ukryć złego nastroju. Usiadł na powalonym pniu. Zza koszuli wyciągnął bukłak i upił odrobinę. Wyciągnął go do Kaylie w propozycji - Cienkie wino - doinformował nim kontynuował - Miałem już trzynaście lat… Nie stać mnie było nawet na łopatę. Pożyczyłem ją. Trumna i nagrobek to była zrzutka. Wielu ludzi coś od siebie dodało, bo wiedzieli, że ten wyrok był błędem. Kto co mógł bez ryzyka dla własnych rodzin. Bez tego ten dąb musiałby być jej nagrobkiem i bym musiał ją zakopać w gołej ziemi jak zdechłego psa. Trochę po tym jeszcze zostało. Chciałem oddać, ale jakiś półkrasnolud kazał mi to zatrzymać i inni przytaknęli. Nie jestem pewny jak bym sobie poradził bez tych pieniędzy… ale aby być szczerym w ogóle nie jestem pewny jak sobie radziłem przez kolejne pięć lat. Cały ten czas zlewa mi się w jeden ciąg. Jak cug alkoholowy gdzie traci się dni, a nawet tygodnie.
                          Kaylie nic nie mówiła odkąd już zbliżyli się do grobu. Pozwalała Khalowi mówić, nie wchodziła w słowo. Obserwowała grób i wyobrażała sobie małego chłopca chowającego mamę. Wiedziała o czym mówi, gdy wspomniał cug alkoholowy... tego sama doświadczyła. Prawie bezmyślnie przyjęła wino oczekując na dalsze słowa.
                          - Oczywiście długo nie mogłem zasnąć po tym jak wyszłaś - kontynuował po chwili zadumy - Miałem czas przemyśleć co chcę ci opowiedzieć. Miałem całe wywody, historie, opowieści i lekcje których mnie nauczyła - mówił ze smutnym, ale łagodnym uśmiechem bawiąc się suchymi gałązkami w rękach - Wszystko zbladło gdy zastanawiałem się jak ci ją opiszę. Była piękna. Tak mi mówi moja pamięć… ale nie pamiętam jej twarzy, ani koloru włosów. Nawet jej głos mi gdzieś umknął po drodze. Śpiewała mi kołysanki… wiem to. Pamiętam jakie uczucie we mnie to wspomnienie budziło jeszcze je miałem. - Khal usłyszał krótkie słowa magii, które wyszły od Kaylie, a gdy nią spojrzał, zobaczył jak patrzy w stronę nagrobka.
                          Kamień nagrobka zaczęła otaczać delikatna poświata, kapłan mógł zauważyć drobne kamyki i pył lecące w stronę memoriału. Luki w kamieniu zaczęły się wypełniać, mech zaczął odpadać, wypychany nową masą kruszcu. Stary, zmarnowany napis nabrał ostrości i znów był widoczny w pełnej krasie. Kiedy zaklęcie zakończyło swoje działanie, nagrobek wyglądał tak jak Khal go zapamiętał.
                          Khal uśmiechał się gdy obserwował działanie zaklęcia.
                          - Potrzebuję ją znaleźć, Kaylie… Wiem, że jestem pokrzywiony… że wielu ludzi utraciło rodziców i znacznie więcej a potem się z tym pogodziło i byli szczęśliwi. Wiem, że ja też dawno powinienem zamknąć ten rozdział i, że byłoby to znacznie lepsze dla mnie. Ale do stu piekieł… nie potrafię.
                          Kaylie położyła palec na ustach Khala.
                          - Nie gadaj bzdur, by się karać. Masz prawo do tych uczuć.
                          Kącik ust Viktora uniósł się w lekkim uśmiechu. Złapał ją za nadgarstek z siłą z jaką chwytało by się motyle i ucałował ją przegub dłoni.
                          - Rozumiem czemu nie chcesz abym szedł na rozmowę z Filią - kontynuował po chwili - To co widziałaś wieczorem dwa dni temu… to był moment kiedy przeszłość mnie rąbnęła najmocniej od dekad i to na dwa sposoby na raz. Coś czego się zupełnie nie spodziewałem i w żaden sposób nie byłem gotowy. Nie traktuj proszę tego jako mojego determinatio personae. Uwierz mi, prawnik który nie potrafi nad sobą zapanować nie osiągnąłby dziesiątej części mojego sukcesu - uśmiechnął się próżnie, gdy myśli pokazały mu drogę którą pokonał z samego dna na najbogatsze salony Cheliax.
                          - Wiem, że minął miesiące, albo lata nim uda mi się dorwać Aegona. Wiem, że przed tym momentem będę musiał z nim rozmawiać i przesympatycznie się uśmiechać. Pewnie chwalić jego umiejętności oraz służbę Evercrest i jestem na to gotowy. Nie musisz się bać, że odwalę cokolwiek w rozmowie z jego córką. Więcej… chcę aby dziewczyna mnie polubiła. Wyrobić sobie renomę w jej oczach, bo ona jest najprostszą drogą do jej ojca. Ale również mam być twarzą kultu. I kiedyś będziemy chcieli zrobić z niego oficjalną religię. Potrzebujemy aby jak najwięcej wielkich imion miejscowej polityki miało do mnie zaufanie.
                          - Ja za to nie chcę być uznawana za twojego podwładnego. - mruknęła - Nie myśl, że będę kiedykolwiek wyznawać go... Czy służyć tobie jako jego kapłanowi. Umiem sama załatwiać sobie pracę, nie trzeba mi niani.
                          Khal zmarszczył brwi w konsternacji gdy przenosił spojrzenie z nagrobka na stojącą obok Kaylie.
                          - Odnoszę wrażenie, że rozmawialiśmy już o tym - uśmiechnął się nieco opiekuńczo nim nie opuścił znów spojrzenia na imię swojej matki. - Czy cokolwiek, co kiedykolwiek powiedziałem albo zrobiłem sprawiło, że poczułaś jakbym tego oczekiwał?
                          - Doświadczenie. - odparła - Dla Cheliaxan istotna jest hierarchia. Prawnicy też cenią porządek.
                          Khal milczał chwilę rozważając jak chce na to odpowiedzieć.
                          - Miałem dwadzieścia dwa lata kiedy pierwszy raz przekroczyłem granice Cheliax. Byłbym ci wdzięczny… - zaczął bardzo powoli dobierając słowa - Gdybyś oceniała mnie w kontekście moich własnych wyborów i zachowań, a nie ogółu nacji której częścią się nawet w pełni nie czuję. Byłabyś w stanie to dla mnie zrobić?
                          Kaylie patrzyła poważnie na Khala.
                          - Powiedz mi jedno... Ty zdajesz sobie sprawę, że ci w całości nie ufam?
                          Viktor zaśmiał się pod nosem.
                          - Oczywiście, że nie. Podważałbym twój intelekt gdybyś całkowicie ufała. Rozumiem kim jestem. Pomijając narodowość na pewno jestem chelixiańskim adwokatem. Mówię: “nie kłamię jeśli mi nikt za to nie płaci” ale to może być kłamstwem samo w sobie. Nawet jeśli nie jest… to da się to łatwo kreatywnie zinterpretować. Zaufanie do kogoś takiego jak ja wymaga czasu i dobrej woli. Dobra wola chyba jest - pół-uśmiechnął się zbójecko - ale nie licząc naszej przygody przed laty to znamy się trzeci dzień. A wtedy też może i cię nie okłamałem, ale definitywnie pokazywałem ci precyzyjnie wybrany aspekt mnie, więc bym tego nie liczył.
                          - Więc wybacz kochanie, że zachowam moją nieufność, co? - odparła delikatnym tonem.
                          Khal zmarszczył brwi zastanawiając się przez moment by po chwili dojść do wniosku, że Kaylie poinowaciła dwa tematy które dla niego były osobne… ale zamierzał drążyć tematu bo to nawet nie tak, że “się myliła”. Po prostu myślała inaczej.
                          - W porządku, kruszyno… Więc tym bardzo nieklasycznym wstępem: Galt.
                          Zatrzymał się na chwilę aby dać jej jeden oddech na oswojenie się z na pewno ciężkim tematem.
                          - Jeśli dobrze składam elementy układanki to dekadę przed nimi uciekasz. Nie pytam co im zrobiłaś, bo na pewno więcej niż sam pakt z diabłem, ale… jaka jest szansa, że teraz gdy osiadłaś na miejscu to cię tu znajdą? W jakiej sile spodziewasz się, że by wtedy przyszli? I czy oni ścigają Kaylie, czy Avruil?
                          Nie patrzył na nią. Dawał jej tę prywatność, samemu wciąż siedząc na pieńku, ale nie wciskając już spojrzenia w nagrobek.
                          W pierwszym momencie Khal zobaczył nerwowe spięcie kobiety, która zadrżała w odruchu. Uśmiechnęła się krzywo, co dało więcej nerwowego wizerunku.
                          - Szukaliby Avruil Myanmarsar. - odparła z pogłosem fałszywego spokoju - Nie wiem ilu, nie wiem czy znajdą i nie. To nie chodzi po prostu o pakt. Nie chciałam osiadać na długo i nadal mnie to niepokoi. - mruknęła patrząc w rozrzucaną butem ziemię.
                          Khal stęknął lekko gdy wstawał. Przeciągnął przygarbione jakiś czas plecy i obrócił się do niej.
                          - Chodź no tu, króliczku… - poprosił, ale to była bardziej informacja i objął ją ramionami w uścisku. Nie mocnym, ale też wcale nie delikatnym - Przepraszam, że cię przez to przeciągam - mówił cichym tonem, pełnym łagodności i zrozumienia - Widzę ile cię to kosztuje, ale to jest ważne… Dasz radę?
                          Khal czuł spięcie mięśni Kaylie, gdy ją utulił. Jakby całość jej ciała skamieniała.
                          - To jest poza twoim zasięgiem umiejętności. - wyszeptała - Wykracza ponad możliwości każdego z nas.
                          - Zawsze - powiedział ze stanowczością - są opcje. Lepsze, gorsze… ale są. Nawet mysz ścigana przez tygrysa ma możliwość ujścia z życiem. Rozumiem, że nie ma tutaj mowy o wyprawniczeniu cię z przewin, ale to nie jest wszystko co potrafimy. Jednak potrzebuję wiedzieć więcej… Dasz radę przejść przez kilka trudnych pytań?
                          Kaylie bez oporów wysmyknęła się z ramion Khala i stanęła bokiem do niego.
                          - Możesz pytać. - powiedziała odwracając wzrok od mężczyzny.
                          - W skali od jeden do dziesięciu… - zaczął Khal wracając na swój pieniek i nie patrząc nawet w kierunku Kaylie. Nie chciał by czuła się konfrontowana. Przytłoczona. Dlatego oddał jej silniejszą pozycję gdzie to ona patrzyła na niego z góry, a on nie patrzył na nią w ogóle.
                          -... gdzie jeden to pakt z diabłem, dziesięć to złożenie diabłu w ofierze dziecka ich przywódczyni? Jak bardzo chcą cię dopaść?
                          Milczała dłuższą chwilę, jakby ważąc odpowiedź by w końcu szepnąć:
                          - Dziesięć.
                          Khal… potrzebował chwili. Jeśli słusznie oceniała skalę swoich przewin… to żyła tylko przez to jak Galt był wyniszczony dekadami krwawych rewolucji, poprzedzonych morderczymi rewolucjami po których nastąpiło jeszcze więcej okrutnych rewolucji. Jakby ktokolwiek tak mocno nadepnął na odcisk Cheliax, czy Nidal… jeden arcymag. Jedno Życzenie. I ten ktoś już jest w dybach w królewskim lochu. Galt mogło już zwyczajnie nie mieć tak potężnych czarodziejów na swoich usługach.
                          - Za dwa dni cię zapytam co to dokładnie było. Przepraszam za to. Oczekiwałem szóstki, może siódemki. Ale jeśli mówisz, że to jest aż tak dla nich złe jak złożenie dziecka lidera narodu w ofierze… to to jest zbyt ważne i ma gigantyczny potencjał aby storpedować wszystko co tu robimy, potencjalnie równając pół Evercrest z ziemią a nasze dusze skazując na łaskę zawiedzionego diabła. Oswój się proszę z tą myślą i bądź gotowa.
                          - Drugie pytanie. Kiedy ostatnio poczułaś na karku ich oddech? - kontynuował po chwili.
                          - Kiedy wciąż znajdowałam się w Galt i nie przemieszczałam się tak często... - spojrzała w ziemię - W sumie to jakby było spokojnie przez ostatnie kilka lat...
                          - A Galt jak dawno opuściłaś? Jesteś w stanie choćby przybliżyć co znaczy “kilka lat”? Trzy a siedem stanowi drastyczną różnicę.
                          - W Galt nie byłam już prawie dziewięć lat. - westchnęła - A kilka to właśnie około trzech.
                          - Przed czy po naszej przygodzie z kryptą jak-mu-tam-było? I jak to wyglądało? Zobaczyłaś ich szukających ciebie, ale wymknęłaś się niezauważona czy doszło do bezpośredniego kontaktu?
                          - Zabiłam nasłanego łowcę nagród. - powiedziała bez emocji.
                          - Bene - “dobrze” przytaknął Khal ignorując, że nie usłyszał odpowiedzi na jedno z pytań… nawet przed sobą musiał przyznać, że to była bardziej jego ciekawość.
                          - Masz pomysł jak cię znalazł? I rozumiem, że on też ścigał Avruil i nie powinien wiedzieć, że posługuje się ona teraz aliasem Kaylie?
                          - Może poznał alias szukając, ale niekoniecznie pracodawcom przekazał... - powiedziała cicho - Możliwe, że był dobry w swojej robocie.
                          - Nie dość dobry, na szczęście. I to by się raczej zgadzało. Po co miałby przekazywać, jeśli wierzył, że sobie z tobą poradzi? I jakby przekazał to raczej oznaczałby początek bardzo aktywnego okresu dla ciebie, a nie ostatnie perturbacje. Marne szanse, ale… czy wynajęcie małej drużyny początkujących poszukiwaczy przygód za jakiś pieniądz aby znaleźli jego ciało i sprowadzili jego czaszkę jest w ogóle w zasięgu realności? Jestem kapłanem… zadałbym mu kilka pytań.
                          - Khal... Nie zadawałam sobie trudu by go pochować. Nie marnowałam na to czasu.
                          - Tsk… tak się spodziewałem, ale warto było spróbować. Czułbym się głupio jakbyś za dwa miesiące mi powiedziała “ale nie pytałeś”. - Viktor wstał i złożył ręce w piramidkę myśląc. Po chwili odwrócił się wreszcie do niej. Jego ton, postawa, mimika… wyrażały troskę i zmartwienie, ale również determinację i pewność.
                          - Po takim czasie najlepsze szanse by cię znaleźć mają przy pomocy magii. Stosujesz prewencyjnie Wykrycie Wróżeń? Nie jest niezawodne ale może nas ostrzec. Jak trochę ustabilizujemy nasze finanse zaczniemy cię okładać Nondetekcją, ale to będzie siedemdziesiąt pięć sztuk złota na dobę... chwilowo nie mamy takiej płynności, nie na dłuższy czas… ale mam już pewien plan, zobaczymy tylko czy wypali.
                          Kaylie patrzyła chwilę w ziemię nim westchnęła ciężko.
                          - Azazel... On wiedział, że po zbrodni będę na celowniku. Ostatnie co dziesięć lat temu do mnie powiedział brzmiało "uciekaj". - uniosła wzrok na Khala wyciągając spod ubrania zawieszony na szyi srebrny amulet w kształcie łezki niczym zamkniętego oka leżącego na piórze.
                          Khal podszedł bliżej łagodnym krokiem. Z niewypowiedzianym, ale zadanym spojrzeniem i postawą pytaniem “mogę?” wzniósł amulet na dwóch swoich palcach na dwa cale do siebie, gdy inkantacją otwierał swoje oczy na magię.
                          - Skrzywienie zawodowe. Tak naprawdę nic nie wiesz póki nie potwierdzisz - skomentował swoją potrzebę upewnienia się, że amulet jest magiczny.
                          - Już rozumiem co miałaś na myśli mówiąc, że cofnięcie paktu by sprowadziło ci przeszłość na głowę - cofnął się krok aby nie naruszać więcej barier które w tym momencie dla Kaylie na pewno były ważne.
                          - W porządku… Rozumiem teraz ciebie chyba trochę bardziej. Wiem już czemu stresuje ciebie wizja pozostania w miejscu dłuższy czas i rozumiem twój strach. Też bym się bał na twoim miejscu… bah… trochę się tego boję będąc na MOIM miejscu. Siedzimy w tym teraz razem… i ufasz mi czy nie… - wzruszył ramionami z grymasem bezsilności - … będziesz miała mój gniew po swojej stronie gdy przyjdzie co do czego i moje możliwości gdy będziemy temu przeciwdziałać.
                          - Ty też jesteś poszukiwany? - zapytała uspokojona słowami Khala patrząc na niego łagodniejszym wzrokiem - Czemu się boisz?
                          Khal stęknął w ułamku sekundy niezrozumienia nim nie opuścił głowy do ziemi, śmiejąc się cicho pod nosem.
                          - Nie, nie… nikt mnie nie ściga… - zaprzeczył rozweselony, ale szybko spoważniał - A przynajmniej nie powinni… Z Czerwonej Loży odszedłem zgodnie ze wszelkimi procedurami. Może być pewien zgrzyt gdyby wyszło, że porzuciłem Księcia Ciemności na rzecz innego diabła, ale… bardzo niewielka ich część rzeczywiście jest tak fanatyczna aby polowanie na czarownice mi urządzić. Byłem szkolony na jego kapłana, ale ostatecznie nie przyjąłem żadnych święceń, więc nawet za apostatę ciężko mnie uznać.
                          - Powiedziałem, że boję się trochę tego, że CIEBIE ścigają. Bo siedzimy w tym teraz razem. I są ku temu dwa bardzo ważne dla mnie powody. Pierwszy: nasz nienarodzony kult nie może sobie pozwolić aby ciebie stracić. Drugi: JA ehmm… - zawahał się krótki moment gdy formułujące się w jego głowie myśli nagle przestały brzmieć… niezobowiązująco. Coś niedookreślonego między drzewami odciągnęło jego spojrzenie… - nie chcę ciebie stracić.
                          Kaylie chciała coś powiedzieć, ale po ostatnich słowach zamilkła. Wyraźnie ich się nie spodziewała.
                          - Ty... zależy ci na mnie?
                          Khal zamknął oczy kierując twarz do nieba i spuścił powoli z siebie powietrze kupując sobie czas nim coś głupiego by powiedział.
                          - Ufff… więc na prawdę powiedziałem to na głos, co? Heh… Ja… nie wiem czego chcę.
                          Khal zawahał się na kilka chwil gdy szukał nie tyle słów, co odpowiedzi. Miał dotąd czas. Nie musiał decydować. Mógł to odkładać na później i na później, ale teraz… teraz potrzebował jakiejś odpowiedzi. I sam się w ten róg zapędził, nawet nie mógł zrzucić winy na Kaylie za dopytywanie.
                          - To dla mnie coś nowego. Wiem… że nie chcę by coś ci się stało. Chciałbym abyś mogła przestać się wreszcie bać. I nasze rozmowy… jak się wspieramy… to jest dla mnie cenne i nawet teraz boję się, że wypowiedzenie tego wszystkiego na głos zerwie tę nić porozumienia… - otworzył usta by dalej mówić, ale zamknął je jednak i spojrzał na Kaylie łagodnie. Bez presji, czy nacisku. Bez oczekiwań, jednak z ciekawością… wyszukując odpowiedzi na pytanie którego nie zadał w jej postawie, w jej twarzy i oczach aby poznać…
                          Kobieta patrzyła na Khala z wyrazem zaskoczenia, który jednak szybko przerodził się w zrozumienie. Westchnęła lekko, rozejrzała się i zaatakowała pocałunkiem zaskoczonego Khala. Zamknął on oczy dopiero po chwili i pozwolił sobie odpłynąć, czując pod mostkiem ekscytację, podobną tej którą czuł gdy pierwszy raz uczył się kobiecego ciała, dawno temu, między regałami ksiąg w bibliotece Isger. Pocałunek trwał i trwał i nie miał w sobie nic z niewinności jak wcześniejsze buziaki, a wszystko z namiętności. Niemal bezwiednie ujął jej biodro i przyciągnął do siebie, gdy palce drugiej dłoni przeplatały się z jej włosami, z kciukiem opartym o jej skroń. W końcu rozwarli się i oparli swoje czoła o siebie. Khal wciąż obejmował ją w biodrach, a kciuk gładził czule policzek. Nie pośpieszał tej chwili… naprawdę mu się ona podobała.
                          Zobaczył pojawiający się rumieniec na policzku Kaylie, która chrząknęła i odwróciła twarz w bok w jakimś zawstydzeniu.
                          - Musimy iść do straży... - przypomniała.
                          Khal przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, patrząc tylko na nią z rozczulonym uśmiechem na twarzy gdy jej rumieniec się tylko pogłębiał.
                          - Przeurocza jesteś taka zakłopotana, Gwiazdeczko - zaśmiał się przekornie i pocałował skroń nim ją puścił.
                          - Mamy jeszcze zioła do pozbierania - zwrócił uwagę - ale znam je. Nie zajmie nam to dużo czasu. Katemer nie lubi słońca, ale lubi wiatr. Najłatwiej go znaleźć przy większych… - opowiadał prowadząc ją trochę głębiej w las, gdzie można było je łatwiej znaleźć, ale… myślami był trochę gdzie indziej. Choć już pocałunek się zakończył to wciąż czuł jej usta na swoich. Choć szedł przodem to wciąż widział jej rumieniec i czuł, że wypali on mu się w pamięci bardzo przyjemnym wspomnieniem.

                          text alternatywny

                          Kaylie z Khalem wracali do miasta znaną już sobie drogą. Po drodze zdjął iluzję ze swego ubioru. Kapitan straży chciał prezentować się bardziej jak kolejny awanturnik, nie prawnik, a pancerz który zawsze na sobie miał, puklerz i młotek bojowy bardziej odpowiadały temu wizerunkowi. Kiedy indziej przedstawi jej się jako ktoś więcej.
                          - W porządku, Cukiereczku - zmienił temat w końcu na ważny - nie poruszamy aspektu mojego zawodu, ale nie kłamiemy i kręcimy najwyżej odrobinę. W granicach dobrej woli. Jesteśmy poszukiwaczami przygód i jesteśmy tu po robotę. Pamiętaj, że chodzi nam przede wszystkim o renomę, ale nie przeginamy. Targujemy się z wyczuciem i przynajmniej odrobinę uśmiechamy… - spojrzał na jej maskę z powątpiewaniem - … przynajmniej JA się uśmiecham. Filia ma docenić nas za łatwość współpracy, a potem za kompetencje aby chciała potem brać precyzyjnie nas do takich robót. I na siedem niebios… pamiętaj, że jestem Viktor Goodmann. Wątpię aby pamiętali Khala, ale nie ryzykujmy.
                          Kobieta szła milcząc, pogrążona w swoich myślach. Khal był przecież związany z państwem, na które Galt miało uczulenie. Ba! On najwyraźniej miał być kapłanem Asmodeusza, a co ona zrobiła? Nie wystarczy wcześniejsza zdrada to musi kolejnej się dopuszczać?
                          Kaylie ścisnęła usta niezadowolona z siebie. Oczywiście, Khal pewnie miał to diabelskie doświadczenie z kobietami i ona wpadła w jego czar. Było to dla niej ciężkie doświadczenie, jako że z jednej strony była zła na siebie, a z drugiej czuła podekscytowanie odkąd tylko zakończył się pocałunek.
                          - Przy straży nie mogę trzymać maski, wiesz o tym? - wyrwała się z zamyślenia - Tacy nie lubią jak ktoś ukrywa twarz cały czas. I zdajesz sobie sprawę, że pracujesz dla mnie?
                          - Ho ho ho - roześmiał się Khal wesoło, nieco pobłażliwie odkładając na później temat maski i rozejrzał się ukradkiem czy na pewno ich rozmowa jest prywatna - Niestety muszę odmówić. Jestem tutaj nie tylko dla Aegona, ale przede wszystkim by budować naszą, a szczególnie moją personae publica. Mam być twarzą kultu. Arcykapłanem nowej religii. Nie mogę mieć nikogo nad sobą… ale mogę mieć równego mi partnera, albo przyjaciółkę bez powiązań natury hierarchicznej. Więc… jeśli masz dobre powody bym tutaj “pracował dla ciebie” to najwyżej w wielkim cudzysłowiu i ubieramy to tak, że oddaję ci towarzyską przysługę, ale wtedy potrzebuje je usłyszeć i zważyć… i wtedy możliwe, że inaczej się ubiorę.
                          - Pomogłam ci uratować dupę, jak zawierzyłeś wtedy tym dwóm w grobowcu, mistrzu oceny charakteru. - Khal miał wrażenie, że pod maską nastąpił wredny uśmieszek - Spłacasz jako mój prawnik, co będzie mi umowami się zajmował.
                          - Kaylie! Gwiazdeczko! - Zaprotestował Khal, ale głos mu się śmiał - Już mi stare przeboje odgrzebujesz? - zapytał, chichocząc pod nosem w rozbawioniu.
                          - Byś nie zapomniał, jak tak się chwalisz!
                          - A pfff… - niepoważne prychnięcie było odpowiedzią - Niech ci będzie. Ważniejszy temat: Podałaś mi pretekst. Wymówkę. Legendę. Chwilowo niech będzie, ale jaki masz ku temu powód? Bo mi ta bajeczka zwiąże ręce i znacznie ograniczy możliwości socjalne. Muszę usłyszeć co mamy na tym zyskać jeśli mam na to przystać.
                          - Jaki powód? By mi ktoś zajmował się tymi prawnymi nudziarstwami i nie pozwalał mnie przerobić. A twój powód? Zawsze mogłabym ci dać jakiś...
                          Khal aktywnie wstrzymał się aby nie zwizualizować sobie co mogła mieć na myśli.
                          - To jest bardzo kusząca propozycja którą z radością przenegocjuję z tobą potem, ale teraz chciałbym się skupić na tej wizycie jako kroku do osiągnięcia naszego większego celu. Jeżeli pójdę tam jako niezainteresowany samą sprawą prawnik to raz: prawdopodobnie będę w ogóle pasował tam jak pięść do nosa. Otwarte umowy kierowane do szerokiego grona tak zwanych poszukiwaczy przygód... - zatrzymał się na chwilę nim nie machnął ręką - długi bełkot legislacyjny - stwierdził i podjął temat już u wniosku - Niekoniecznie obecność prawnika w momencie dopytywania o takie otwarte zlecenie, które każdy może podjąć, będzie adekwatna. Jak byśmy mieli wyłączność to co innego.
                          - Drugi, ważniejszy powód… to moja swoboda. Jako twój prawnik w takiej sytuacji bym słuchał i się nie odzywał aż do momentu gdy trzeba by coś atramentem potwierdzić. Potrzebuje pretekstu aby wejść z nią w dialog. Dopytywanie o szczegóły zlecenia jest takim pretekstem który pozwoli mi zasiać ziarna jej sympatii do mojej osoby…
                          - Khal... Musisz zrozumieć jedno. JA też mam swoją renomę. - mocno zaakcentowała.
                          - W porządku, rozumiem - odpowiedział Viktor konsolidacyjnie, akcentując w sposób nie poddającym w wątpliwość, że fakt ten nigdy nie podlegał żadnej dyskusji - czy ta renoma wymaga od ciebie aby wszyscy twoi współpracownicy byli w podległej tobie relacji?
                          Kaylie patrzyła z irytacją.
                          - Więc jak to widzisz? Że tak po prostu jesteśmy w komitywie?
                          - Tak. Od początku mi o to chodziło. Rozumiem jak osobistą sprawą jest reputacja na którą się samodzielnie zapracowało więc nie prosiłbym ciebie abyś na rzecz naszej sprawy ją poświęcała. Tak samo ja mojej bym nie chciał poświęcić - przytaknął jej ze zrozumieniem.
                          - Dlatego mam na sobie teraz mój pancerz i nie chowam broni. Jesteśmy dwójką szeroko pojętych poszukiwaczy przygód i z powodów nieistotnych dla nikogo poza nami samymi pracujemy razem. Bez hierarchii między nami, bez komplikacji. To tak frustrująco brzmi?
                          - A jak to widzisz w powiązaniu z dalszymi twoimi prawniczymi zabawami i możliwym naszym pojawieniu się na jakimś przyjęciu?
                          - A bo to jeden książę w historii chwycił miecz, uratował księżnikę i wziął ją potem na bal? Jednego szlachcica porwał zew przygody? - zapytał z uśmiechem - To się nie wyklucza. Dlatego właśnie nie poruszamy tematu mojego zawodu, ale nie kłamiemy gdyby przyszło co do czego. W przyszłości Filia pozna mnie również jako adwokata z własną kancelarią i może być zdziwienie, ale nie może mieć poczucia bycia oszukaną. Wszelkie nierówności wygładzę potem urokiem osobistym. Jak na razie mnie nie zawodzi. Może tak być, psze pani? - zapytał się z wesołym uśmiechem.
                          Kaylie jedynie coś odburknęła, ale skinęła głową, choć było widać, że ciężko to przełyka.
                          Viktor uśmiechnął się i złapał jej dłoń delikatnie zatrzymując w miejscu. Pochylił się do ucha, gdy ujmował jej łokieć z łagodnością, ale też… czymś niedookreślonym.
                          - Jeśli poprawi ci to humorek, Kruszyno - mówił niskim prawie-szeptem, na tyle blisko, że czuła ciepło jego oddechu - to możemy potem negocjować sytuację w której będziesz zdecydowanie… górą - zaproponował uśmiechając się zbójecko. Puścił porozumiewawcze oczko i pomaszerował bez pośpiechu dalej. Dopiero dwa kroki później pozwolił jej dłoni wysunąć się bezwiednie z jego palców.
                          Oczy Kaylie wyraźnie się rozszerzyły, gdy Khal powiedział o byciu "górą". Żałować mógł tylko, że maska ukrywała resztę twarzy kobiety, więc nie mógł zobaczyć całości jej reakcji. Ona za to cieszyła się, iż ma na sobie maskę, bo ciepło z twarzy byłoby widoczne. W szoku nie wyrwała się lecz warknęła w końcu:
                          - Ty dupku… - ale w chichocie który wyrwał się Khalowi z piersi nie było słychać krztyny skruchy.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez Seach
                            #21

                            text alternatywny

                            text alternatywny
                            text alternatywnytext alternatywny

                            Kaylie i Victor wrócili do miasta bliżej południa. Na szczęście nie musieli szukać posterunku straży.

                            text alternatywny

                            Budynek mieścił się niemal przy samej bramie, ciągle wchodzili i wychodzili z niego strażnicy i petenci. W środku był istny rozgardiasz, ludzie krzątali się krzycząc do siebie, na siebie i do ściany. W końcu udało im się znaleźć rejestrację, lub coś w jej stylu. Za biurkiem siedział młody strażnik, wyraźnie miał dość swojego losu i modlił się o kataklizm, który by go z niego wyrwał. Spojrzał na dwójkę nowo przybyłych i westchnął.
                            - Witam w Miejskiej Straży Evercrest, Szeregowy Duncan Finl, w czym mogę pomóc? - monotonność jego głosu dawała do zrozumienia, że nie chce pomagać, ale obowiązek tego wymaga.
                            Khal wziął wdech przyjmując towarzyski, ale nienachalny uśmiech nr 2. Ten co ułatwia zarażanie dobrym humorem.
                            - Dzień dobry, szeregowy Duncanie. Zajmiemy ci tylko krótką chwileczkę i będziemy bardzo wdzięczni za pomoc. To jest Kaylie Sunfall, a ja jestem Viktor Goodmann. Doszły nas słuchy o zaginięciach w pobliskich wioskach i zleceniu na rozwiązanie tego problemu. Chcielibyśmy ukraść wam odrobinę czasu i poznać kilka szczegółów. Komendant Blackfyre znalazłaby dla nas czas? Zależałoby nam aby porozmawiać bezpośrednio ze zleceniodawcą.
                            - Kolejni? - młodzian ponownie westchnął. Wyciągnął zeszyt i zaczął pisać. "Viktor Gutmann" i "Kai… Kay.." - spojrzał na zamaskowaną kobietę - Mogłaby pani przeliterować?
                            Kobieta zdjęła maskę i delikatnie uśmiechnęła się do strażnika, następnie wykonała jego prośbę. Duncan skończył zapisywać ich imiona i wręczył im dwie metalowe plakietki - Jeżeli ktoś was zapyta po co tu jesteście, pokażcie im to. Komendant jest na drugim piętrze, pokój 211.
                            - Dziękujemy wielce, ale “GOODmann, G-O-O-D, jeśli mógłbym prosić - przeliterował Khal skruszonym tonem - O ile ma to dla was jakieś znaczenie - ostatecznie wzruszył ramionami - Tak wielu chętnych do tego zlecenia się znalazło? Musi ludziom zależeć na dobru wspólnoty w Evercrest… - zagadał sympatycznie i z pełną świadomością: naiwnie… licząc na wyciągnięcie jakichś skrawków wiedzy.
                            Khal zobaczył kątem oka pobłażliwe spojrzenie Kaylie na to zdanie, ale ten tylko puścił jej oczko korzystając, że szeregowy poprawiał właśnie jego nazwisko.
                            Młody jedynie pokręcił głową.
                            - Może części, reszta albo jest łasa na nagrodę, albo boi się czy sama nie zniknie.
                            - Nie no… chyba tacy co się podejmują takich zadań raczej są powyżej ryzyka by samemu paść ofiarą… może źle słyszałem, ale problem podobno dotyka głównie maluczkich chłopów… czy może te plotki, jak to wszystkie plotki, są niepełne?
                            - Na razie. - zaznaczył strażnik - Wiadomo jak to jest z sytuacjami takimi jak ta, w końcu zaczną eskalować wyżej. Ktokolwiek to robi, jeżeli nie zostanie zatrzymany, zacznie sięgać dalej.
                            - “Wiadomo” - powtórzył słowo z ciekawością Viktor - Zdarzały się już kiedyś podobne sytuacje? Przepraszam cię Duncanie… mogę mówić ci “Duncan”, prawda? … że zajmujemy twój czas, ale nie ma za nami kolejki, a jeśli będziemy mogli ukraść komendant dzięki temu mniej czasu to prawdopodobnie warto. To zapracowana osoba. Ktoś ciekawy był tu po zadanie? Może udałoby się połączyć siły…
                            Viktor pozostawał swobodny, roztaczał niezobowiązujące, budzące zaufanie wrażenie kogoś rozmawiającego na temat swobodny, niemal rekreacyjny. Jednak jego oczy szukały skrawków informacji. W tonie Finla, jego oczach, grymasach. Nie wiedział czego szuka… dowie się jak coś ciekawego znajdzie.
                            Szeregowy westchnął, najwyraźniej miał dość bycia łapanym za słówka.
                            - Słyszy się odpowiednio dużo historii o demonicznych kultach, wampirzych rodzinkach, szaleńcach. Jeżeli się delikwenta nie ucapi na początku, to będzie tylko zuchwalszy. - spojrzał na Viktora kiedy ten zapytał o kogoś ciekawego - A kogo się spodziewasz? Najmimordy, chłopi i kilku kupców, którzy chcieli dorzucić się do nagrody.
                            - A i najmimordy czasem ciekawe się okazują. Dziękujemy za twój czas. Miłej służby. - Pozdrowił Khal szeregowego i spojrzeniem zapytał Kaylie “idziemy?”, czy czym sam skierował się na piętro, a za nim podążyła Kaylie.

                            Kilka chwil zajęło dwójce zanim dotarli do odpowiedniego pokoju. Dwa razy zostali zatrzymani przez innych strażników, ale plakietki od Duncana rozwiały wątpliwości co do tego, że powinni się tam znajdować. W końcu drzwi do pokoju 211 stały przed Kaylie i Viktorem, chociaż już z zewnątrz słyszeli kobiecy głos wydający polecenia. Słyszeli co prawda tylko wyrywki jak "Natychmiast", "Północna Dzielnica", "Znaleźć".
                            Kiedy zapukali ten sam głos, kazał im wejść. Oboje nie wiedzieli czego się spodziewać, chociaż widok był niecodzienny.

                            text alternatywny

                            Bardzo młoda kobieta o czarnych włosach stała przed zgromadzeniem kilku innych strażników i wszyscy patrzyli na nowo przybyłych,
                            - Kolejni petenci? - zapytała kobieta - Jestem teraz trochę zajęta, czy to coś istotnego?
                            - Sunfall i Goodmann - przedstawił szybko oboje skinięciem tylko wskazując kto jest kto. Nie zająknął się ani nie zamrugał nawet oczami mimo, że przechodził właśnie najdziwniejsze déj�- vu w życiu, gdy nie dość, że komendant okazała się zauważalnie młodsza niż oczekiwał, to… coś w jej urodzie kojarzyło mu się z matką, choć nawet nie wiedział co bo wciąż nie pamiętał jej twarzy - W sprawie znikających obywateli. Możemy poczekać kwadrans, albo przyjść jutro jeśli sytuacja nie nie sprzyja, ale im szybciej porozmawiamy tym szybciej to rozwiążemy. - Kaylie widziała zupełną zmianę persony Khala. Z szeregowym był gadatliwy, uśmiechnięty i życzliwy. Z komendant prezentował się rzeczowo i zdecydowanie. Roztaczał aurę pewności siebie karzącą wierzyć, że czego się podejmie to już praktycznie będzie rozwiązane.

                            Kobieta westchnęła i spojrzała na pozostałych zgromadzonych,
                            - Wiecie co macie robić, czekam na raporty do końca tygodnia. Ten kto zawiedzie, spędzi następne pół roku na patrolach z Gurkiem! - zgromadzenie opuściło pomieszczenie, a komendant straży usiadła za biurkiem, masując skronie - Goodmann? Nowy adwokat w mieście? Serg o tobie wspominał. Co diabła w ludzkiej skórze interesuje sprawa jakiś maluczkich?
                            Viktor poczuł sie równo połechtany po ego, że jego imię już się rozchodzi po mieście jak i sfrustrowany, że ten jeden raz mu utrudnia życie.
                            - Cóż, jeśli mamy kwadrans aby wejść w partikularia wielowymiarowości mojej osoby, to możemy od razu herbatę i ciasteczka zorganizować… - zaczął nieco ryzykownie, ale nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie Kaylie trzepnęła go w tył głowy otwartą dłonią.
                            - Przepraszam za niego. Prawnicy i ich ego. Oraz rozgadanie.
                            - Później o tym porozmawiamy - zwrócił się do Kaylie po tym jak spuścił trochę pary zostawiając jej próby siły na kiedy indziej. To był do tego bardzo zły moment.
                            - Do czego zmierzałem to: w dużym skrócie jestem więcej niż adwokatem i zgodnie z moim planem Evercrest ma być od teraz moim podwórkiem, a ja nie lubię mieć morderców na moim podwórku i czy na tych porwaniach moglibyśmy się skupić?
                            - "Morderców"? - powtórzyła Blackfyre - Nie kojarzę, abym mówiła, że znaleźliśmy jakieś zwłoki. - okrutny uśmiech pojawił się na twarzy komendant - Czyżbyś wiedział więcej niż my?
                            - Oj, na pewno wiem więcej niż wy - przytaknął Khal odbijając uśmiech komendant swoim własnym, odpowiednim bardziej złoczyńcy w czasie “monologu”. Jednak jego rozbawienie szybko wypełzło na wierzch - na wiele różnych tematów, a wy wiecie więcej niż ja na wiele innych. Wybaczysz mi nie użycie prefixu “potencjalnego” mordercy. W moich stronach takie sprawy w dobrych siedmiu przypadkach na dziesięć oznaczały zabójstwo, w kolejnych dwóch coś związanego z niewolnictwem i tylko pozostała resztka bywała czymś oryginalnym. Czy moja ekstrapolacja jest tutaj błędna?
                            Mina komendant zrzedła momentalnie.
                            - Chciałabym, aby była. Niestety kilka ostatnich dni znajdujemy ciała. Trzymamy to w tajemnicy, aby ludzie nie popadli w panikę. Najpewniej mamy do czynienia z kultem Lamashtu. Ciała, które odnajdujemy są… zmienione.
                            - Brzmi paskudnie - skomentował Viktor z grymasem - Z nimi zawsze są nieprzyjemne komplikacje i tylko bardziej teraz chcę się ich usunięcia z “mojego podwórka”. Te ciała… co oznacza “zmienione”?
                            - Progresywnie do tego… oszpecenie na ogół oznacza odjęcie części… jak nazwać przeciwieństwo tego? - westchnęła - Pierwsze ciało, które znaleźliśmy miało drugą parę uszu, elfich. Do tego trzecią rękę, nogi jak u psa. Ostatnie… - wzdrygnęła się - Palce… wszędzie. Zamiast wszystkiego, oczy na szypułkach.
                            - Mutują je. - stwierdziła Kaylie - Wygląda jak wykorzystywanie do eksperymentu.
                            - Oby to była mutacja, bo ilość dodatków wskazywałaby na ofiary rzędów setek. - Blackfyre westchnęła - I na tym na razie stoimy. Jakiś szalony kult Lamasztu, próbuje przypodobać się swej bogini. Niestety ciała nie pomagają w znalezieniu miejsca gdzie były przetrzymywane. Najpewniej umarły od tego co im zrobiono i porzucili ciała w losowych miejscach.
                            - Dosyć klasyczne modus operandi kultu Matki Potworów - przytaknął Khal - Co z ciałami zrobiliście? Możemy je obejrzeć?
                            - Trzymamy je w lodówkach na dole. - pokręciła głową - Rozważamy co z nimi zrobić. To na pewno ofiary, których szukamy, więc powinniśmy oddać je ich rodzinie, ale… no jak?
                            - Podjęłaś słuszną decyzję. Jeśli wszystkie wyglądają tak strasznie to jakby to była moja decyzja bym znalazł pretekst aby je spalić nie pozwalając rodzinie się zbliżyć na mniej niż dwadzieścia metrów. Prawdopodobnie w jednym z krasnoludzkich pieców, a nie zwykłym stosie aby z kości nie zostało wiele. Abadar i Lamashtu są ze sobą w świętej wojnie. Jeśli któryś z jego kapłanów jest znany jako zaufany to można by go zaangażować, nawet jeśli tylko po to aby pomógł z kremacjami… ale jestem pewny, że to nie są nowe pomysły. Ile ciał dotąd znaleziono?
                            - Pięć. - przyznała komendant - Pierwsze trzy były w miarę łatwe do identyfikacji. Ostatnie dwa… możemy jedynie zgadywać. Są to ofiary, które zniknęły ponad miesiąc temu. Wtedy ich zaginięcia były przypisywane dzikim stworzeniom, bandytom, fay. Teraz wiemy lepiej, a to oznacza, że przetrzymują jeszcze dwadzieścia osób. Jeżeli palce nie są najgorszym co wymyślili, to boję się pomyśleć co przyniesie przyszłość.
                            - Czy istnieje jakiś powód by uważać, że kult nie chciał aby ciała zostały znalezione? Bo póki nie mówimy o setkach ciał, co brzmi jakby nie było na rzeczy, to bardzo łatwo byłoby porzucić je dość głęboko w lesie, że nikt by ich nigdy nie znalazł. Nie przed tym jak zwierzęta by się o nie zatroszczyły. To, że aż pięć z nich zostało znalezione… brzmi jakby taki mógł być plan.
                            - Też tak sądzę i to mnie martwi. Znaczy, że czują się na tyle silni, aby się popisywać swymi czynami. Nie ważne czy są czy nie, ważne że zrobią się odważniejsi… - westchnęła - Najpewniej kryjówkę w jakiś ruinach, czy jaskini. Gdzieś gdzie krzyki ofiar nie dochodziłyby daleko.
                            - Albo dość daleko od miast, miasteczek i szlaków, że się tego nie boją - skomentował Viktor, ale chyba bardziej do siebie - a najprawdopodobniej jedno i drugie. Czy jest możliwe, że operują już od pewnego czasu, a ten miesiąc temu wreszcie poczuli się dość silni by ujawnić swoją obecność, nawet jeśli nie jeszcze per se siebie samych?
                            - Nie mieliśmy zniknięć wcześniej. Przynajmniej nie takich, że po kilku dniach się odnaleźli. Nawet fay omijają miasto szerokim łukiem, a to w ich naturze takie zabawy. - kobieta wyjrzała przez okno - Miasto na razie jest bezpieczne, ale kulty poszukują też rekrutów. Nie siedzę w głowie wszystkich ludzi tego miasta, nie wiem czy któryś z nich nie chciałbym stać się czymś czym nie jest. - przetarła oczy - Więc, panie Goodmann? Jakieś sugestie? Pomysły? Czy tak jak wszyscy inni masz zamiar wyjść w las i mieć nadzieję?
                            - Trochę zbyt dużo chodzenia jak na mój gust - uśmiechnął się Viktor - Najpierw będę chciał porozmawiać ze świadkami.
                            - Daj znać jak jakichś znajdziesz. My od miesiąca słyszymy to samo. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Ofiary znikają w nocy, lub poza granicami miast.
                            - Do niektórych świadków trzeba po prostu umieć dotrzeć. Kiedy takich znajdę… możliwe jest wypożyczyć waszego najlepszego śledczego na dwadzieścia minut aby nas wspomógł w przesłuchaniu? Prawdopodobnie odpowiednie procedury śledcze by pomogły, a wy byście od razu byli włączeni w obieg informacji.
                            - Co masz zamiar zrobić? - kobieta wróciła do biurka i zaczęła coś pisać.
                            - Cóż, komendant Blackfyre… ja widzę już pięciu bezpośrednich świadków do których potrafię dotrzeć. Tylko jeśli wasze “lodówki” zmroziły ich na kość to potrzebowałbym aby przynajmniej odtajali.
                            Kobieta podniosła się z krzesła.
                            - Umiesz rozmawiać ze zmarłymi? - ekscytacja zagościła w oczach kobiety.
                            - Z żywymi także - puścił porozumiewawcze oczko okraszone zbójeckim półuśmiechem - ale rozumiem, że to nie jest aż tak imponujące. Tak czy siak: jutro. Dziś nie jestem gotowy niestety. Na teraz, jeśli nie jest to niewygodne, najchętniej bym obejrzał zwłoki. Jest nieignorowalna szansa, że coś jeszcze z nich wyciągnę co przynajmniej nakieruje nas na właściwsze pytania, bo z moją mocą potrafię zadać takie cztery jednemu nieboszczykowi i tylko trzech z nich będę mógł przepytać danego dnia.
                            - CARL! - drzwi do pokoju otworzyły się natychmiast, trochę otyły strażnik zajrzał do środka.
                            - Pani komendant?
                            - Biegnij na dół… - zatrzymała się i westchnęła - Powiedz Samowi, aby zbiegł na dół do lodówek i przygotował nasze ostatnie znaleziska. Będzie wiedział o co chodzi.
                            - Tak jest, pani komendant. - drzwi się zamknęły, a Filia usiadła z powrotem.
                            - Nie mamy tu kapłana Pharasmy. Pięć lat temu, mieliśmy tu wojnę religijną między Pharasmianami a Urgathoanami. Baron wygnał obie religie, ale żaden z oficjalnych kapłanów nie odważy się teraz sięgnąć po tego typu zaklęcie. Więc, komu mam składać modlitwę dziękczynną za ciebie?
                            Kaylie milczała szczęśliwa, że maska zakrywa jej reakcję. I nie chodziło o pytanie, ale o zwykłą, ludzką emocję, której okazać nie chciała.
                            - Wstrzymajmy się z modlitwami dziękczynnymi póki nie złapiemy tych drani, co? - zaproponował Khal z uśmiechem.
                            - Aż tak źle, co? - powiedziała kobieta unosząc brew - Spokojnie, najwyżej dam ci pół dnia przewagi, zanim naślę na ciebie rozwścieczony tłum. Przyjdź jutro, sama zaprowadzę cię do naszych świadków.
                            Chichot Viktora był serdeczny i tylko odrobinę nieszczery, ale nie brzmiała w nim żadna fałszywa nuta - Nie sądzę aby do tego doszło, ale jeśli już to definitywnie docenię przewagę, pani komendant.
                            - Dobrze, czy coś jeszcze potrzebujecie? - komendant wróciła do pozycji siedzącej i ponownie rozpoczęła pisanie.
                            - Jakby udało się zorganizować na jutro mapę lokacji gdzie ciała zostały odnalezione, najlepiej z kopiami raportów to bylibyśmy bardzo wdzięczni. I moje ostatnie pytanie: czy ktokolwiek z pozostałych ludzi co przyjęli zlecenie i poszli w las wyglądał jakby miał być gotowy robić problemy konkurencji?
                            - Sądzę, że poddali się gdy tylko wyściubili nos za bramę. Poza tym nie martw się, jeżeli ktoś z innych poszukiwaczy cię zabije, upewnię się, aby wszyscy wiedzieli, że jego egzekucja jest dedykowana tobie.
                            - Pani komendant - Khal położył rękę na piersi z rozczuleniem na twarzy, ale uśmiechem wyrywającym się spod niego - pani słowa grzeją moje serce - zadeklarował i spojrzał na Kaylie.
                            - Sunfall, umknęło mi coś ważnego o co warto spytać?
                            Kaylie odezwała się łagodnym głosem.
                            - Wierzę twojej jasności umysłu, Goodmann. Nie sądzę by coś umknęło.
                            - W takim razie, możecie już iść. - komendant wskazała na drzwi - Siedzicie u Otto, tak? Poślę po was jutro.
                            - Gadatliwy gadatek z Serga - zaśmiał się Khal pochylając odrobinę czoło na pożegnanie.
                            Kaylie również skinęła na pożegnanie i wyszła wartkim krokiem nie patrząc na Khala.

                            text alternatywny

                            Khal nie musiał szukać towarzyszki. Stała ona oparta o ścianę przy wyjściu, wyraźnie oczekując na niego ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
                            Viktor schował dłonie w kieszeniach kubraka i powoli spuścił powietrze z płuc, dając sobie czas aby opanować iskierki gniewu, które ukrył głęboko w sobie w czasie rozmowy z Filią. Podszedł do niej swobodnym krokiem.
                            - Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, a ty chyba kogoś do znalezienia dla córek Otto. Widzimy się wieczorem na Popielnym Dworze? - niby-zapytał, ale już zaczynał się obracać…
                            - Tchórz. - syknięcie Kaylie dotarło do uszu Khala.
                            - Skoro tak uważasz… - rzucił za siebie ledwie tylko ramionami wzruszając.

                            text alternatywny

                            Viktor poirytowany wrócił na Popielny Dwór. Widać było, że był zmęczony, a jeszcze się ze Zmierzchowcami widział po drodze, choć udało mu się uniknąć spotkania z Gee… Nie miał ochoty teraz na przyjemniusie gadki szmatki. Osiadł na krześle przy barze i oparł łokcie na blacie, a szczękę na dłoniach.
                            - Otto, przyjacielu. Wiesz jak się sazeraca robi?
                            - Pierwszy raz nazwę słyszę, coś z twoich piekielnych krain?
                            - Można tak powiedzieć. Na święto Trzeciego Powstania się go pije. Umieszasz go dla mnie jak ci podyktuję? Albo jak dasz to sam sobie zrobię…
                            - Wara mi. Klienci tylko z tej strony lady. Jak się go robi?
                            - Ok. Kielon jak od whisky. Kostka cukru na dnie. Nasączamy trzema łyżeczkami czystej wody. Możesz cienkiego piwa użyć jeśli nie ma. Jasnego. Dodajemy bitter… Peychaud, angostura, lub jakiś ziołowy, lub ziołowo korzenny. Nie więcej niż ósmą część miarki. Rozbijamy cukier i dajemy mu z dziesięć sekund by się rozpuścił. Zalewamy dwoma miarkami koniaku i dodajemy sześc kropel absyntu. Wypełniamy szklankę do połowowy lodem i delikatnie mieszamy. Na koniec ozdabiamy nieco zrolowaną skórką pomarańczową tak aby trzymała się krawędzi szklanki, ale końcówką zanurzała.
                            - Myślę, że dam radę.
                            - To zrób mi prosze podwójnego.
                            - Baby?
                            - Co? Nie! - Zaprzeczył Khal i roześmiał się wesołym chichotem - Może… Nie wczuwasz się za bardzo w rolę barmana?
                            - Śmiertelniku, ja JESTEM barmanem! Dobra, patrz mi na ręce czy na pewno dobrze się wysłowiłeś.
                            - Dupek - znów zaśmiał się Khal i przysunął się bliżej części alkoholowej baru.
                            - A właśnie, mam zioła - zadeklarował i wyciągnął z nadwymiarowej przestrzeni za koszulą sakwę i położył na blacie - w środku posegregowane w mniejszych sakwach. To jak? Wodzu… przyjacielu… prezesie… gubernatorze… Obżartuchu… zasłużyłem na łaźnie z sauną?
                            - Nazwij mnie tak jeszcze raz, a będziesz spał w pudełku z sianem. - karczmarz spojrzał na zioła - Otis! Dostawa! - kucharz szybko wbiegł do pomieszczenia, spojrzał dokładnie na zioła po czym je zabrał i czmychnął z powrotem - Ta, zasłużyłeś. - Otto sięgnął pod ladę i wyciągnął pojedynczy kluczyk - Obok drzwi do kuchni, znajdują się kolejne. - wskazał w odpowiednim kierunku, ten kluczyk otwiera te drzwi. Za nimi znajduje się długi hol z trzema drzwiami. Wybierz jedne.
                            - Victoria - wzniósł Viktor pięść do sufitu w tryumfie i już sobie wyobrażał pierwsze, od kiedy dwa miesiące temu opuścił Isger, wygotowanie się w saunie. Opuścił pięść i na jego twarzy wyrósł niezadowolony grymas.
                            - Metetrix… - zaklął szpetnie rozmasowując sobie skronie jedną dłonią - [i] Tak jakby z Kaylie je zbierałem. Zróbmy z łaźni i sauny dla mnie po łaźni dla mnie i niej, możemy? - zaproponował z niezadowoleniem.
                            - Pogadam z nią jak wróci. Ona ma swoje zadanie i tak. Możesz skorzystać z obu. - podrapał się po karku - Na lewo za wejściem znajdziesz półkę z mydłami, pachnidłami i ręcznikami. Czegoś jeszcze będziesz potrzebował? - zapytał stawiając przed nim zamówionego drinka.
                            - Gracias, amigo. - Podziękował z ulgą - Jeszcze tylko gdzie ubrania mógłbym wyprać?
                            - Zostaw je w koszu na piętrze. Dziewczyny ci je wypiorą.
                            - Podziękuj im ode mnie - poprosił wstając i zabrał ze sobą szklanicę.
                            - Praktycznie sazerak! - pochwalił już kilka kroków dalej, wcale się nie zatrzymując.

                            text alternatywny

                            Po pierwszym podwójnym sazeracu (prawie tak dobrym jak w Cheliax) Khal wziął drugiego. W międzyczasie wyszorował się w łaźni, szybko wypocił w saunie a jeszcze wcześniej zostawił swoje ubrania do wyczyszczenia… Sam zszedł do pracy w zwiewnym szlafroczku, prawie pidżamie w której nie wypadło by chodzić przy ludziach, ale nie miało to znaczenia… i tak krył ją pod iluzją.

                            Rozłożył i obciążył magiczne zwoje i zabrał się do pracy. Arkanistyczne materiały układane w wykaligrafowanych magicznych pod-kręgach, zasilając główną pieczęć spalanymi magicznie składnikami, która to katalizowała węzły many tworzone, zaplatane i utrwalane przez Khala w mosiężnej obręczy. Magiczna soczewka okazjonalnie dawała wgląd w jej struktury, ale nie było to częste. Dużo czasu zajęło nauczenie się wyczuwać węzły magiczne aby splatać je na wyczucie.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez Seach
                              #22

                              text alternatywny

                              text alternatywny
                              text alternatywnytext alternatywny

                              Perypetie K&K

                              Drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich Kaylie wyglądająca na trochę zmęczoną. Rozejrzała się po otoczeniu, oceniła wzrokiem Khala i weszła zamykając za sobą drzwi, nie mówiąc nic. Viktor był pogrążony w pracy. Powoli wypalające się składniki odrobinę oświetlały go pod dziwnym kątem. Dłonie wzniesione na wysokości obojczyka obracały się jakby składając niewidzialną kostkę-łamigłówkę. Gdy krótki rozbłysk oświetlił go bardziej Kaylie dostrzegła, że oczy ma zamknięte i chyba coś mówi do siebie… albo recytuje ledwie szeptem? Za to obserwowały ją ślepia węża zwiniętego w kłębek na stole przed nim. Krótki rozdwojony język wychynął na moment, ale poza tym się nie poruszył.
                              Kaylie uśmiechnęła się pod nosem i wzięła do ręki miecz, którego ostrzem przesunęła po kamieniach na podłodze co zwróciło uwagę. Khal otworzył oczy zatrzymując spięte dłonie w bezruchu.
                              - Długo tu stoisz? - zapytał ze zdziwieniem.
                              - Wystarczająco długo, aby ktoś zdążył cię zabić. - stwierdziła.
                              - Nieno… wtedy ten mały zdrajca by mnie chyba ostrzegł, prawda Fisuś? - zapytał a wąż tylko syknął.
                              - Daj mi moment. Muszę zamknąć węzły aby mi się nie rozpadły. Utrzymanie ich w miejscu jest bardziej męczące niż aktywne zaplatanie. - Kilka gestów dłoni później oderwał prawicę i przeciągnął magiczną soczewkę przed oko by obejrzeć coś nie do końca istniejącego.
                              - Jeszcze trochę - poinformował i minutę zaplatania potem wreszcie oparł dłonie wierzchami na krawędzi stołu. Nie miał na nim wiele miejsca by dać im odpocząć.
                              - Zapieczętowane - przetarł oczy i twarz by się rozluźnić - Udało ci się z brunetem?
                              - Nie miałam nastroju dziś próbować. - stwierdziła wprost. Mimo tego wyglądało, że musiała czymś innym się wymęczyć - Może jutro.
                              Khal skrzywił się nieco, ale nie był to grymas kierowany do Kaylie.
                              - Przedyskutuj z Otto tę łaźnię. Wyglądał mi dziś jakby miał ci jeszcze pozwolić z niej skorzystać. Może i saunę, ale tego nie gwarantuję.
                              - Dam sobie radę. Nie pierwszy raz, nie ostatni. - odparła bez entuzjazmu ani też bez płaczu.
                              Grymas Viktora znów się pojawił i był głębszy. Nie tak miał nadzieję, że to się rozegra.
                              - Powiedziałem mu, że razem zbieraliśmy zioła. Tobie też się ona należy jak psu buda. Zrób z tym co uważasz, ale ja uważam, że było warto.
                              - Khal. - powiedziała twardo - Czy łaźnie to teraz najważniejsza sprawa, jaką mamy do rozwiązania?
                              - Nie, nie jest… - przytaknął jej - ale lubię odrobinę słodkiej gadki przed poważniejszymi tematami. Pozwala wyczuć nastrój współrozmówcy.
                              - Może zrobimy tak: opowiem ci jak ja widziałem tamtą sytuację, a potem ty mi opowiesz jak ty ją widziałaś. W obu przypadkach bez pejoratywnych określeń drugiej osoby. Mówimy o sobie i tylko o sobie. Wstrzymasz się z komentarzem mojej opowieści do momentu jak nie skończysz swojej. I bym prosił abyś poświęciła swojej wersji wydarzeń trochę więcej zdań niż masz to w zwyczaju. Chcę zobaczyć i poczuć co ci w głowie siedzi. Możemy tak zrobić?
                              Kaylie popatrzyła na mężczyznę i westchnęła krótko. Przysunęła sobie krzesło, na którym usiadła ciężko. Skinęła głową zgadzając się niemo na te warunki a gdy opuściła na moment spojrzenie dostrzegła, że mały turkusowy wąż powoli sunie w jej kierunku, trochę jak kot myślący, że się schowa na otwartej przestrzeni.
                              - Fisuuś… - westchnął Khal drapiąc się po skroni w niemocy - wybacz go. Chłopak nie zawsze potrafi się zachować. Ma to po mnie. Więc tak:
                              - Moja renoma jest dla mnie ważna. Ciężko pracowałem by wyrobić sobie moją personae publica. Nie łatwo było przejść z rynsztoku i szmuglowania drobnostek w tej dziurze na najwyższe salony w Cheliax. Jestem z tego dumny i to jest ważna część mojego samopostrzegania. Planuję zrobić to samo tutaj. Z drugiej, w zasadzie ważniejszej, strony mam być liderem kościoła Azazela. Jego arcykapłanem. Azazel nie będzie do siebie ściągał dobrym słowem i uprzejmością, a obietnicą brutalnej ochrony.

                              ”It is the right of the strong to rule over the weak.
                              It is the place of the law to ensure that right is not abused.”

                              Fisuś, wciąż sunąc tym samym tempem dotarł do dłoni Kaylie. Poczuła najdelikatniejsze łaskotki gdy malutki rozdwojony język dotykał jej skóry dwoma jeszcze mniejszymi końcówkami.
                              Kobieta pozwoliła wężowi wsunąć się na nią do dłoni. Nie wyglądało na to, żeby przeszkadzały jej działania chowańca, którego ciało delikatnie gładziła palcami.
                              - Lubi cię. Nic dziwnego, w końcu to odbicie kawałka mojej duszy - przerwał na chwilę opowieść z uśmiechem oglądając pieszczoty jego chowańca - Prawdopodobnie spróbuje ci zaraz wejść w rękaw. Lubi ciepło.

                              - Wracając do historii. Muszę ściągać do siebie ludzi. Być, jak to Baltizar określił, posągiem ze spiżu. Symbolem. Kimś znacznie więcej niż zwykłym człowiekiem. Przynajmniej w oczach potencjalnych wyznawców. To się wiąże z postrzeganiem mojej siły społecznej. Dlatego nie mogłem się zgodzić by być na tej rozmowie z Filią podwładnym. Drobna arogancja którą zaprezentowałem tam była zamierzona. Nie budzi ona sympatii, ale przekonuje do kompetencji. Moment w którym mnie uderzyłaś poczułem się… upokorzony. Nie miałem żadnych narzędzi które mogłem wykorzystać by to załagodzić. Nie mogłem oddać. Nie mogłem warknąć. Nie mogłem nic bo wszystko tylko by pogorszyło obraz nas obojga. Tylko sugestia późniejszego wyjaśnienia na osobności… to lepsza wymówka niż żadna, ale ledwo.

                              Fisuś zdawał się mrużyć oczy zadowolony z dotyków, definitywnie przejawiając więcej emocji niż jego naturalne odpowiedniki kiedykolwiek były by w stanie. Chyba nawet kącik pyska mu się delikatnie unosił, ale nawet jeśli to tak mało, że równie dobrze mogło się wydawać. W pewnym momencie wyciągnął się do rękawa wokół kobiecego nadgarstka…
                              Kaylie uśmiechnęła się pozwalając mu wejść do rękawa. Pewnie szukał ciepła.

                              - Wczorajsze spoliczkowanie było gorsze, nie miej złudzeń. Ale kontekst pozwolił mi to obrócić w żart no i to było zupełnie prywatne. To dzisiejsze uderzyło prosto w moją personę przy ludziach których opinia ma w Evercrest znaczenie. Wyszło dobrze bo zostało to przyćmione przez fakt, że mam klucz do ich sprawy, ale wcale tak być nie musiało. W NAJGORSZYM przypadku mogłem dostać łatę “szmaciarza” i mogła się ona roznieść w plotkach. Sergowi powiedziałem o tym gdzie mieszkam kilka godzin wcześniej, a już informacja dotarła do niej. Takich plotek mógłbym nigdy do końca nie wyplenić… Potem cię zostawiłem bo nie chciałem z tobą rozmawiać wciąż zły i... ubodnięty w ten sposób. - Widać było pewne wymuszenie gdy Khal opowiadał o tych nieco prywatniejszych emocjach. - I definitywnie nie miałem zamiaru przeprowadzać tej dyskusji patrząc w twoją maskę. To jest moja opowieść. Czy coś było niejasne, albo czujesz, że wymaga dopowiedzenia?

                              Kobieta zastanawiała się nad odpowiedzią, której wyraźnie nie wydawała się pewna.
                              - Nie lubię oddawać innym osobom prowadzenia. - odezwała się w końcu - Jestem uczulona na bycie w tle, od dawnych lat. To nigdy nie było mi miłe, a w momencie gdy ty zacząłeś rozwlekać sytuację... postanowiłam zareagować. Żyłeś wśród prawników, nie wśród najemników i im podobnych. Tam ceni się szybkie dochodzenie do sedna, a nie chodzenie okrężnymi drogami do sedna. Straż nie oczekuje pięknych przemów, tylko faktów, więc i zatrzymanie twojego rozgadania było według mnie sensowne.

                              Skrzywiła się lekko.
                              - Brawo, ogarnąłeś sytuację, pokazałeś jak wiele możesz i uwierz mi... byłam wściekła na to. Bo widzisz... JA też mam wyrobioną opinię, a ty na nią stanąłeś. Przekierowałeś tak rozmowę, że nie miałam nawet szans zrobić kontry, jako że z umarlakami nie gadam ni wieszczę. Poczułam się w tym momencie zaatakowana i przedstawiona jako nic niewarty element. Kiedy po prostu sobie poszedłeś... dla mnie stchórzyłeś przed konfrontacją. Nauczono mnie, że tchórzowi trzeba pokazać jego miejsce w szeregu, bo zacznie zapominać, ale cóż... To nie było dobre miejsce, a na pewno w nerwach nie był dobry czas. Nie szukałam facetów dla córek Otto, bo wiedziałam, że jestem zbyt zła, aby zanieść w jednym kawałku. Cały czas spuszczałam wściekłość z siebie chodząc po mieście, za miastem póki otwarte było.

                              Khal świadomie powstrzymał pytania i komentarze które chciały być zadane. Za to wyłożył się nieco wygodniej na krześle, zaplótł dłonie na brzuchu i dał sobie chwilę by przeanalizować jej słowa patrząc gdzieś w sufit.
                              - W porządku. Zgodnie z techniką deeskalacyjną… - zawiesił na chwilę wypowiedź - Chrzanić ją. Kaylie, zanim kontynuujemy dalszą dyskusję chcę aby było jasne, że aż do momentu kiedy dostałem w potylicę nie miałem najmniejszej intencji w jakikolwiek sposób uderzyć ani w ciebie, ani w twoją renomę, a nawet potem nie chciałem ci zaszkodzić. Pomijając moje osobiste odczucia… jesteśmy w tym razem i szkodzenie tobie, szkodzi mi. A szkodzenie mi, szkodzi tobie. Choć skłamałbym gdybym twierdził, że nie miałem ochoty ci za to “dopiec”. - Ton Khala był spokojny, wyrozumiały i wyzuty z jakiegokolwiek zarzutu czy agresji. Jakby mówił o hipotetycznej sytuacji która miała się zdarzyć dawno temu, w odległej krainie a nie coś w czym sam brał udział kilka godzin wcześniej.
                              - Czy rozumiesz i akceptujesz to jako fakt? - Bardziej prosił niż pytał.
                              - A co to zmienia? - odpowiedziała - Bo nie widzę, aby to rozwiązywało cokolwiek. Ty nadal nie widzisz powodu jaki ci przedstawiłam jako istotny fakt.
                              - To wszystko zmienia - zaprzeczył Khal - I dochodzimy do tego. Nie od razu Imperium zbudowano i naprawdę próbuję, ale musimy to rozłożyć kawałek, po kawałku. Jak ćwiartowanie tuszki warchlaka. Jedna sekcja, po drugiej. Nie proszę cię abyś przyznała mi tu, że miałem rację. Proszę abyś uwierzyła, że moje intencje nie były ci w żaden sposób wrogie i wtedy będziemy mogli produktywnie przejść dalej.
                              Kaylie machnęła ręką.
                              - Wierzę. Co dalej?
                              - Najpierw rozmontujemy problem od strony co ja zrobiłem tobie, w porządku? To, że się teraz na tym skupiamy nie oznacza, że nie czuję się pokrzywdzony tym co się wydarzyło, ale chwilowo odstawimy to później - zadeklarował ale na pewno tego pokrzywdzenia nie było ani śladu w jego głosie.
                              Khal wziął trochę dłuższy wdech składając sobie w głowie co chciał powiedzieć.
                              - W którym momencie, z twojej perspektywy, zaczęło się moje wchodzenie na twoją renomę?
                              - Kiedy zacząłeś się przechwalać tym gadaniem ze zmarłymi i dalej kontynuowałeś jak ona się tym zafascynowała. Wiedziałeś, że nie podążę, bo nic w tym nie mogę, a ty jeszcze dalej na to naciskałeś, abym pokazała swój brak zdolności.
                              Khal zmarszczył brwi gdy odtwarzał w głowie tamtą dyskusję.
                              - W porządku… tamto “Sunfall, masz coś do dodania?” - sparodiował sam siebie auto-prześmiewczyn tonem - istotnie mogło być nieuczciwe i chyba nawet było takie moje zamierzenie. Mówiłem, że chciałem ci dopiec. Pardon... krzywe, powinienem był być lepszym. Frustracja zdobyła to jedno zwycięstwo.
                              - Poza tym… inaczej widziałem tę sytuację. Powiedziałem o możliwości. Kapitan się ucieszyła. Ja zażartowałem a zaraz potem musiałem jakoś wybrnąć by nie chwalić się skąd mam te możliwości… choć absolutnie rozumiem, że jeśli było to dla ciebie aż tak nieprzyjemne, to w twojej perspektywie trwało to znacznie dłużej niż w mojej. Jak, w twoim wyobrażeniu wyglądałoby doskonałe rozwiązanie tej sytuacji? Weź poprawkę, że oboje mamy swoje renomy o które chcemy zadbać.
                              Kaylie skrzywiła się.
                              - W tamtym momencie sprawa była nie do wybronienia już. Bardziej mnie widziano jako twojego przydupasa chroniącego twój zad, w najlepszym wypadku za dobrą kasę.
                              - Czy kiedykolwiek spotkałaś się z szanowanym najemnikiem, co zdzielił swego pracodawcę w potylicę bo nie spodobało mu się co on mówi? - zapytał Khal łagodnie - Przy ważnych świadkach, to też ważne - dodał po krótkim momencie.
                              - Nie, ale nie spotkałam się ze wspólnikiem, którego by drugi umniejszał.
                              Khal zmarszczył brwi analizując i rozważając co chce powiedzieć… bo pierwsza wersja która mu przez usta chciała przejść nie nadawała się do deeskalacji. Otworzył je dopiero gdy wiedział, że jego konsolidacyjny, wyrozumiały ton będzie bez skazy.
                              - Czy gdybym to ja zaczął to spotkanie od uderzenia ciebie w potylicę po tym, jak wypowiedziałaś dwa zdania i zadeklarował, że to, co mówiłaś, było niepoważne, nie poczułabyś się umniejszona?
                              Kaylie nie odpowiedziała od razu. Zastanawiała się nad słowami jakie wypowiedzieć do Khala.
                              - Poczułabym się. - przyznała z wyraźną niechęcią.
                              Khal milczał chwile znów składając słowa. To nie był łatwy moment. Jakakolwiek oznaka tryumfu z jego strony, wyniosłości czy pobłażliwości mogła sprawić, że wycofała by się i nigdy więcej nie chciała taką pokazać, a wszystko co osiągnęli w tej rozmowie zostałoby stracone. Ostatecznie kiwnął tylko jej głową z uznaniem i wrócił do wcześniejszego tematu. Nie potrzebował podkreślać czegoś co teraz już oboje rozumieli.
                              - Czy nie zgodziłabyś się takim razie ze mną… że z arogancją którą wtedy sobą prezentowałem… najęty przeze mnie, podrzędny mi najemnik, po takim uderzeniu, usłyszałby ode mnie znacznie więcej niż “porozmawiamy o tym później”?
                              - Możliwe. - mruknęła niezadowolona Kaylie - Ale to nie zmienia faktu, że nie powinieneś być rozgadaną papugą w takim środowisku.
                              - Za chwileczkę do tego przejdziemy. Rozbijamy problem na małe kawałeczki i rozwiązujemy je pojedynczo - powstrzymał Khal temat. - Ja to widzę tak:
                              - Z jednej strony mamy fizyczną i werbalną agresję kierowaną w moim kierunku, na którą ledwo co odpowiedziałem. Jak mały szmaciarz który pozwala sobie na takie traktowanie.
                              Wiele skupienia kosztowało Khala aby jego ton pozostał spokojny, ale i tak nie do końca się udało.
                              - Z drugiej strony - kontynuował krótki moment później - Tak się przypadkiem złożyło, że problem który przed nami wyrósł da się rozwiązać narzędziami które posiadam. Dokładnie tak samo jak mój problem przed trzema laty był nie do ruszenia przeze mnie, ale ty miałaś odpowiednie narzędzia. I przy tym byłem wygadany. Jak zawsze jestem. Plus ten krzywy tekst na samym końcu. Tutaj go nie bagatelizuję.
                              Viktor wzniósł dłonie jak szale wagi, falując nimi w górę i w dół.
                              - Które z nas, jeśli którekolwiek… w twojej opinii wyglądało na “słabsze” w tej interakcji?
                              - Ty. To wyglądało dla mnie jak tchórzostwo... Lub atakowanie z tyłu, zza ochrony kogoś innego. - spojrzała uważnie na Khala - Czy ciebie to złości? Czy Goodmanna nigdy wcześniej kobieta nie drażniła?
                              Viktor uniósł brew analizując pytanie które usłyszał.
                              - A wiele kobiet Goodmanna drażniło. Jeśli na prawdę mi na odcisk nadepnęły… - machnął ledwie więcej niż dłonią - historia na inny czas... ale większość z nich potem poskromiłem jeśli mi zależało. Rozwiniesz dla mnie myśl “atakowanie zza ochrony kogoś innego”? Bo nie jestem pewny czy dobrze to rozumiem.
                              - Khal... Nie graj ze mną. Nie jesteś głupi. Zaatakowałeś mnie werbalnie, bo wiedziałeś, że chroni cię autorytet komendant i w tej sytuacji nie oddam. Więc zaatakowałeś dzięki ochronie jaką ona ci dawała nawet o tym nie wiedząc. - wzruszyła ramionami - A później po prostu oddaliłeś się.
                              Khal zmarszczył brwi słuchając wyjaśnień towarzyszki.
                              - Nie gram z tobą, ale widzimy sytuację z różnych perspektyw. Ten atak… mówisz o tamtym jak zapytał czy masz coś do dodania? - Kaylie pokiwała głową.
                              - W porządku, ale za chwilę wrócimy krok w tył, bo jesteśmy na końcówce ważnego tematu który chcę dokończyć. Zrobiłem to bo byłem…- zawiesił głos na moment w połowie uznając, że innego słowa użyje. Nazbyt personalnie pierwsze brzmiało -… ubodnięty. Zrobiłem to bo byłem zły za to, że zostałem postawiony w sytuacji gdzie MUSIAŁEM pogodzić się, że wyglądam jak szmaciarz. Jak tchórz. Nie miałem narzędzi aby z tego wybrnąć. Nie mogłem oddać, bo oboje byśmy wyglądali źle. Nie mogłem odpowiedzieć ci ostro, bo oboje byśmy wyglądali źle. Nie mogłem wyjść w proteście, bo ja bym wyglądał jeszcze gorzej.
                              - Postaw się na moim miejscu… - poprosił - Jakbym to ja zrobił z ciebie szmatę i tchórza. Czy twój odwet byłby tak… umiarkowany? Czy byś po kilku godzinach zdążyła już przyznać, że był to błąd i przeprosić mnie za niego w wierze, że da się odnaleźć konsensus między nami? Bo ja ciebie już za niego przeprosiłem. Bo wierzę, że to tak naprawdę jest to potwornie głupie nieporozumienie i żadne z nas tak naprawdę nie chce iść na wojnę z drugim. Nie chce zredukować drugiego do bycia jego dziwką… Tylko musimy dotrzeć gdzie nasze perspektywy tak bardzo się różnią, że taka sytuacja wyszła.
                              Kaylie patrzyła na swoje ręce nic nie mówiąc. Próbowała przełknąć coś gorzkiego, raniącego gardło i twardego. Walczyła sama ze sobą.
                              - Nie byłby. - przyznała głucho i zacisnęła usta.
                              Uniosła wzrok na Khala i odetchnęła głęboko nim powiedziała jedno słowo:
                              - Przepraszam.
                              A Viktor aż zamrugał. Nie oczekiwał dojść do tego etapu dzisiejszego dnia. W najlepszym wypadku spodziewał się niewerbalnych przeprosin. Może karteczki wysuniętej pod drzwiami. Drobnego prezentu z narysowaną smutną buźką.
                              - Dziękuję - uśmiechnął się delikatnie, pierwszy raz od dłuższego czasu - Ja też ciebie przepraszam. Oboje zachowaliśmy się jak gówniarze. Jednak wydaje mi się, że mieliśmy dużo szczęścia. Filia była zbyt podekscytowana, aby tak naprawdę zapamiętać te działania nas obojga. Renoma żadnego z nas raczej nie oberwała. Nie tak na prawdę. I na pewno nie twoja - zapewnił Khal patrząc jej w oczy, szukając oznak niezgody, ale nie dostrzegł ich.
                              - Miałbym jeszcze dwa punkty które chciałbym w tej rozmowie poruszyć i było jeszcze wcześniej coś co zostawiliśmy na później, ale nie pamiętam czy to już się po drodze nie wyjaśniło… Pierwsze. Chciałbym dojść do sedna w jaki sposób w przyszłości mam prowadzić negocjacje abym uno: wykorzystał maksimum swoich możliwości, dos: nie sprawił, że czujesz się pozostawiona w tyle. Drugie, jak już to ustalimy… byśmy sobie nawzajem obiecali, że dołożymy realnych starań aby w przyszłości unikać przynajmniej tych konkretnych “przewin”... verbatim: naruszenia mojej nietykalności, bo bardzo nie podoba mi się, że w dwa dni dwa razy oberwałem od ciebie w agresywny sposób… oraz to co ustalimy, że tak cię ubodło w mojej postawie. Oczywiście jak ty coś jeszcze uznajesz za potrzebujące omówienia to jestem otwarty. Możemy tak?
                              - ... - schowała oczy w dłoni - To konieczne? Nie męczy cię nigdy takie rozwlekanie sprawy?
                              - Męczy. Bardzo. - Przytaknął Khal. - Ale takie rozwlekanie rozwiązuje problemy. Jeżeli nie zrozumiem co cię tak ubodło nie będę w stanie tego unikać i się powtórzy. Ale możemy przełożyć to na kiedy indziej. Tylko chciałbym od ciebie usłyszeć, że rozumiesz, że NIE jestem szmaciarzem co zaakceptuje nieuzasadnioną przemoc i więcej tego nie zrobisz. To jest wzgórze, na którym gotów jestem zginąć. Żadne z nas nie jest tchórzem. Proszę, nie zmuszajmy się aby to sobie udowodnić.
                              Pokręcila głową z jakimś smutkiem i poddaniem się.
                              - Dobrze, dobrze. Będzie jak chcesz. Nie mam ochoty się przerzucać słowami z prawnikiem diabła. - stwierdziła - Życie z różnymi grupami najemniczymi kierowało się innymi zasadami. By być kimś tam musiałeś niejednokrotnie okazać siłę. Siłą wymusić posłuch i nie dać się złapać na słabości, bo grupa to wykorzysta. - patrzyła przed siebie jakby widząc inne obrazy.
                              Khala bódł smutek i rezygnacja na twarzy Kaylie. Nie chciał ich widzieć.
                              Przesiadł się na krzesło obok niej. Zamknął jej dłoń w swoich. Ostrożnie i bez pośpiechu, dając jej czas na potencjalny protest, a gdy nie nadszedł uniósł ją na moment do ust i ucałował grzbiet małego paluszka.
                              - Nie rozmawiałaś, Kruszyno, z cheliaxiańskim adwokatem. Nikt dorosły nigdy nie został przez niego potraktowany tak łagodnie. Rozmawiałaś z Khalem. Kompanem. Mam nadzieję, że niedługo przyjacielem. Może… - zawahał się, ale w końcu dokończył. Choć ledwie szeptem - kimś więcej.
                              - Nie jesteś wśród najemników - kontynuował pewniej, delikatnie i powoli bawiąc się jej dłonią, jej palcami jakby ostrożnie eksplorując każdy cal skóry, każdy smukły kłykieć i zadbany paznokieć. - Nie musisz rywalizować ze mną o miejsce na szczycie hierarchii. Nie potrzebujemy jej. Nie musisz mi okazać siły bym cię szanował. Więcej… - znów to zawahanie. Znów ledwie szept. - To, że mogę być przy tobie słaby mnie do ciebie przyciąga. To, że ty nie boisz się sama być słaba przede mną…
                              Kaylie otworzyła szeroko oczy w wyraźnym zaskoczeniu. Nie zabierała dłoni, ale teraz bardziej niż dotyk Khala poruszyły ją jego słowa. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie była pewna czy jego słowa były prawdziwe, czy to jedna z piekielnych sztuczek prawnika.
                              - Ja... - urwała wyraźnie nie wiedząc co dalej zrobić.
                              Khal w końcu podniósł spojrzenie z jej dłoni i spojrzał jej w oczy. Uśmiechnął się lekko, ale serdecznie, jednak widać było napięcie w jego oczach.
                              - Jeżeli… - zamknął usta rezygnując ze zdania które już zaczął.
                              - Ja chcia… - znowu skreślił kolejne ledwie po rozpoczęciu.
                              - Może… uhmm… - i znowu, tym razem cień irytacji wystąpił na jego twarz.
                              Zamknął oczy i spuścił powoli z siebie powietrze odbudowując w ten sposób pokłady rezerw emocjonalnych.
                              - Jeśli za dużo sobie wyobrażam… - zaczął powoli, jakby ostrożnie - to nie przejmuj się. Wciąż chciałbym być twoim przyjacielem i na pewno nie pozwolę by mój zawód wpłynął na naszą współpracę, ale… - znów spojrzał jej w oczy. Głęboko. Tym razem z siłą i przekonaniem, pewniej ujmując jej dłoń - …nie wydaje mi się abym sobie wyobrażał.
                              Kaylie brała głębsze oddechy zagubiona w sytuacji. Tak naprawdę zdawała sobie sprawę, że nie wie czego i czy chce. Pamiętała w jakie bagna się ładowała z początku tej banicji, a to miało szansę być głębokie. Niemniej musiała przyznać, że Khal umiał kręcić kobietą...
                              - Doświadczenie ci to mówi...? - zapytała z zaciśniętym gardłem i lekko spoconymi dłońmi.
                              - Ty mi to mówisz… Widzę to w twoich oczach, ustach. Czułem to dziś w lesie gdy mnie całowałaś. Wczoraj wieczorem gdy czekałaś na mnie aż zasnęłaś. Powiedz mi, że się mylę. Albo zabierz rękę i wyjdź bez słowa. Zaśmiej się, że znów jakiś scenariusz sobie wymyśliłem. A od jutra jak się zobaczymy będziesz dla mnie tylko i aż przyjaciółką i nigdy więcej nie spróbuję nic między nami zacząć. Powiedzmy, że dam ci pięć sekund…
                              - Pięć.
                              Kaylie nie wiedziała co zrobić.
                              - Cztery.
                              Była w kropce.
                              - Trzy.
                              Nie zrobiła jednak niczego, co sugerował mężczyzna.
                              - Dwa.
                              - Khal... - szepnęła na koniec odliczania.
                              “Jeden” nigdy nie wybrzmiało. Utonęło w jej ustach, gdy ją całował jakby jutra miało nie być. Krzesła przewróciły się na ziemię, bo nie pozwalały im się dość zbliżyć. Ręka obejmowała ją w talii i przyciągała do niego. Druga wplątała się we włosy z tyłu głowy i chwyciła po równo z delikatnością i stanowczością.
                              Kaylie nie protestowała, a wręcz sama szybko oddała się przyjemności pocałunku, na chwilę zdając się w nim zatracić. Przylgnęła do ciała mężczyzny obejmując jego szyję.
                              Moment zdawał się trwać i trwać… i pierwszy raz od dekad, albo od zawsze, Khal czuł coś więcej niż satysfakcję w pocałunku kobiety. Satysfakcję wilka który upolował ofiarę. Ostatni raz czuł coś na ten kształt… w innym życiu. Na długo nim narodził się Viktor Goodmann - adwokat z kraju gdzie za każdym tronem siedział diabeł. Już wtedy nie zwierzę, ale definitywnie drapieżca. Pierwszy raz to Khal całował kobietę… nie persona którą uformował z własnego intelektu i żalu do świata. I niech piekła zamarzną… to było zupełnie co innego.
                              W końcu oparli czoło o czoło łapiąc oddechy.
                              - Pytałaś mnie rano czy zależy mi na tobie… wciąż nie wiem czego chcę, ale na pewno chcę ciebie… więc odpowiedź brzmi definitywnie: tak.
                              Kobieta oddychała głęboko, gdy rumieniec jawił jej się na twarzy. Drżała z emocji i rozmarzony wzrok skierowala na Khala.
                              - Nie wiem czy to się uda, ale... Spróbujmy.

                              Wchodzila na piętro ciągle drżąc od wyparowujących z niej gorących doznań. Cholerny diabeł... Dała się złapać w jego pułapkę!
                              Kaylie przetarła oczy i uspokajała oddech. Wiedziała, że gdyby on za nią poszedł to skończyłaby zdana na jego chęci, leżąc pod nim i będąc z tego zadowoloną. Oczywiście rano miałaby sobie wiele do zarzucenia...

                              Kobieta weszła do swojego pokoju i zamknęła od razu ze sobą drzwi. Była zmęczona fizycznie i psychicznie, a do tego sama tak naprawdę nie widziała na co się zgodziła i jakie to będzie miało konsekwencje. Szczerze nie widziała także jak to wszystko się potoczy, a z doświadczenia zakładała, że nie będzie to trwało bardzo długo. Z drugiej strony może warto spróbować? Przecież była przygotowana na wszelkie bolesne ewentualności. Już była zahartowana w męskich odrzuceniach, zdradach i chwilowych miłostkach. Sprawy komplikował jednak fakt, że był to pierwszy raz z Cheliaxaninem, którym on był niezależnie gdzie się urodził.
                              Zdrajczyni, zdrajczyni... I tak twój kark pozna ostrze gilotyny.

                              Kaylie odłożyła na bok miecz opierając go o bok drewnianego łóżka i zrzuciła na pościel swoje ubrania nawet nie próbując ich wcześniej rozłożyć. Leżały w plątaninie, gdy nago padła na kołdrę... I wtedy zobaczyła jak zwoje ubrania zaczęły się poruszać a spomiędzy nich powoli wypełzł turkusowy wąż sycząc tajemniczo, wyłapując raz po raz cząsteczki zapachu rozdwojonymi końcówkami języka.
                              - Raptus! Abductio! - wysyczał z niby-oburzeniem, ale chichotał, odrobinę szeleszcząco… bardzo zbliżenie to sposobu Khala, tylko bardziej… wężowo.
                              Kaylie westchnęła obserwując jak wąż wypełza leniwie.
                              - Zapomniałam o tobie. - odezwała się w piekielnym.
                              Wąż powoli, jak czający się drapieżnik, wysuwał się z koszuli i zwijał w spiralę. Dopiero potem uniósł się w górę i patrzał na Kaylie z podniesionym łbem.
                              - Ja o tobie nie, panienko… - rzucił dziarsko, jakby z jakimś zarzutem… również w języku diabłów. Jedynym którym potrafił się wysławiać. Nie była to naturalna mowa. Ledwie uchylał pysk a dźwięki same się wydobywały z jego gardzieli.
                              - Ale zacznijmy od początku. Nie jestem “Fisuś” - zaprzeczył z odrazą - Jestem Fistaszek i nie wiem kiedy wreszcie uda mi się wyperswadować “Vikusiowi” nazywanie mnie tym infantylnym zdrobnieniem.
                              Dziewczyna uśmiechnęła się.
                              - Fistaszek? - wyciągnęła dłoń i pogłaskała węża po wyciągniętej szyi tłumiąc chichot.
                              Oburzenie zarysowało się w szerzej otwartych czarnych ślepiach i opuszczonej szczęce węża.
                              - Nie! Nie godzi się! To jest… dumne… immm… mruknął zadowolony z pieszczoty, przymykając oczy w zadowoleniu i nadstawiając się dla lepszego dostępu.
                              - Nie! - zaprotestował w końcu i wycofał się ile dał radę… to jest jakieś pięć cali - Nie działają na mnie twoje sztuczki, wiedźmo!
                              - Jak tak nie chcesz to już tego nie zrobię. - wzruszyła ramionami przerzucając kawałek kołdry przez lędźwia... ale zostawiając otwartą dłoń obok Fisusia.
                              Gdyby spojrzenie mogło zabić… to to chowańca wciąż by tylko połaskotało, choć definitywnie nie przez brak chęci. Tych mu nie brakowało.
                              - Silne są twoje uroki - stwierdził w końcu i przychylił się do dłoni.
                              Kaylie bez słowa ponowiła pieszczotę, głaszcząc palcami szyję węża.
                              - Chyba nie jest takie złe?
                              - Oczywiście,... że nie… Sukkubskie nierządnice również nie kuszą wbijaniem szpil pod paznokcie! - skontrował i obrócił się wciskając między palce swój grzbiet.
                              - Coś chciałeś... - zaczęła drapać grzbiet chowańca - ...mi powiedzieć?
                              - T-tak… - przytaknął wysuwając się ostatecznie z jej dłoni. Spojrzenie znów miał poważne… nawet jeśli niepewne - Uff… Więc… nie wiem jak to zacząć, więc byleby z głowy… Nie wiem, co się wam gołąbeczki w główkach poprzewracało, ale nie chcesz kobieto w to wchodzić. Połowę bękartów w Isger i może trzecią część w Cheliax można podejrzewać o bycie jego dzieła. Ten człowiek nie rozumie pojęcia “monogamia”. Kobiety to dla niego zabawki do wykorzystania i wyrzucenia. Cokolwiek miałaś na myśli gdy go w ryj rypnęłaś mówiąc, że jest “Cheliaxianinem”… miałaś rację. Byłabyś tylko pierwsza w jego rotacji w Evercrest i jak wszystkie w niej… w końcu została byś wycięta kiedy by się znudził. Wiesz jak on myśli o połowie tych kobiet co się za nim uganiały? Szlaufy. To kobieciarz i kłamca. Prawda… “nie kłamie jak mu za to nie płacą” ale sam przyznaje, że to daje możliwość swobodnej interpretacji… Azazel mu już zapłacił. I zapłaci więcej za sukces. Więc czy ta cała przygoda w Evercrest nie zaliczyłaby się pod “tu mi płacą”?
                              - Powiedz mu, że to był błąd, że przyjaźń ci wystarczy. Zbyt mu zależy na tym… “projekcie” jaki tu macie aby robić jakiekolwiek problemy. Lepiej na tym wyjdziesz, uwierz mi. Jestem jego odbiciem i wiem co mu w głowie siedzi…
                              Kaylie słuchała z zaciekawieniem Fistaszka. Wszystko to było naprawdę ciekawe.
                              - Więc twierdzisz, że jak tylko z nim legnę w łóżku to mnie zostawi? I to jeszcze możliwie z bękartem w brzuchu?
                              - N-nie od razu - zawahał się na moment - Mimo wszystko… - Fistaszek wykonał gest ciałem, że Kaylie nie miała wątpliwości iż właśnie prezentował ją od stóp do głów.
                              - Trochę mu to zajmie, ale on uwielbia pławić się w fascynacji kobiet, a nasycenie tego głodu zajmuje więcej niż jeden wieczór. Ale to się definitywnie stanie! Zaufaj tutaj turkusowemu wężowi!
                              - Ani on, ani ja nie jesteśmy w stanie nawet przybliżyć ile razy ta historia się powtórzyła przez ostatnie dwadzieścia lat. To zwyrol i dewiant. Przez długi czas miał zwyczaj wykradania zaliczonym szlachciankom najlepszej pary koronkowych majtek. Przestał dopiero gdy “kolekcja” przestała być w jakikolwiek sposób poręczna!
                              - Naprawdę... Czemu mi w ogóle o tym mówisz? Chyba nie ostrzegałeś nigdy wcześniej żadnej kobiety jaką miał podbić. - Kaylie zapytała udając zaniepokojenie.
                              - Bo… wcześniej… Bo wtedy to była inna sytuacja! Teraz jak wyrzuci cię z rotacji i będziesz biedna, skrzywdzona i gniewna wciąż nie będzie mógł po prostu cię z życia wyciąć. Guzik mnie obchodzisz, wiedźmo! Ale mówimy tutaj o potencjalnym gniewie posiadacza jego duszy, a więc i, kurka wodna, MOJEJ. Więc chyba rozumiesz, że ta sytuacja jest wyjątkowa właśnie z tego powodu, a nie żadnego innego!
                              Kaylie chwyciła węża pod gardło i uniosła go.
                              - Nie znasz mnie. Nie wiesz co przeżyłam i czego doświadczyłam. Zdaję sobie sprawę z tego co może wyniknąć. Rozumiem, że to może być krótkie i skończyć się nie tak jak bym chciała. Nie wiesz jednak jak jest ze mną. - puściła wierzgającego chowańca - A teraz leż tutaj, bo inaczej cię wyrzucę przez okno na zimno. Jutro przedyskutuję sytuację z Khalem, nie z tobą. - przysunęła bliżej twarz - I nazwij mnie jeszcze raz wiedźmą a oskóruje cię i zrobię torebkę z twojej skóry.
                              Hardy mały wąż zrobił się… jeszcze mniejszy. Nie miał już dziarskości i pewności siebie sprzed chwili.
                              - To ja chyba już pójdę… - syknął słabo, patrząc w kierunku szpary pod drzwiami - Jakbyś była uprzejma bym się cieszył gdybyś nie powiedziała mu, że byłem tu cię przekonywać - poprosił wyciągając się przed siebie i popełzł do wyjścia.
                              - Jest wystarczająco myślący, aby dwa do dwóch dodać, gdy będę z nim rozmawiać.
                              - Wiarygodna kwestionowalność? - ni stwierdził, ni zapytał pełznąc do wyjścia, ale zatrzymał się szepcząc coś samemu do siebie, po czym się odwrócił z niezadowolonym stęknięciem.
                              - Urghhh… słuchaj… wybacz tę “wiedźmę”. Nie miałem tego na myśli. Było mi ciepło i zasnęło mi się i… jak się nagle wybudziłem… trochę mnie poniosło. I już nie wiem czy dobrze zrobiłem przychodząc tutaj… o żesz w kopytko, ale piwa naważyłem… Heh… pierwotny plan był zupełnie inny…
                              Podpełzł z powrotem. Bardzo ostrożnie wypatrując oznak gniewu czy sygnału do ucieczki. Znów wzniósł się z kłębka w górę… ale może na połowę wcześniejszej wysokości. I poza zasięgiem jej rąk.
                              - To co BYŁO moim lepiej przemyślanym planem… ughhh… to przekonać cię abyś przerwała to jak wcześnie się da… CHYBA, ŻE… to rzeczywiście coś poważnego… - Fisuś unikał jej spojrzenia, woląc interesować się się ścianą, albo sufitem, lub jej mieczem, albo oknem.
                              Kaylie złapała węża i położyła go na łóżku obok siebie.
                              - Nie złoszczę się już. - odparła spokojnie - A ty o duszę się nie martw. Pamiętaj o tym, że to także moja dusza jest w posiadaniu Azazela, więc i dla mnie jest ważne wykonywanie jego rozkazów.
                              - Aaaa… to był tylko pretekst. Wiem, że oboje macie dość oleju w czerepach.
                              - A co do związku... Daj Khalowi osądzić.
                              - Martwię się o niego. Tylko jedna kobieta była dla niego w życiu kiedykolwiek ważna i była to jego matka… I ja widzę w jego wspomnieniach jak go to zdruzgotało. Khali był biednym, ale szczęśliwym i wdzięcznym dzieckiem. Kochał świat i życie, a dziś dla niego to jest jedna wielka szydera. Śmieje się z całego świata, booo… - zawiesił głos. Zupełnie jak Khal ma w zwyczaju - A to już jego miejsce by kiedyś ci o tym opowiedzieć jeśli będzie chciał.
                              - To co opowiadałem… to była bardzo konkretna perspektywa prawdy. Wybiórcza do granic możliwości, ale nigdy nie powiedział żadnej, że mu na niej zależy. Nie w ten sposób. Nie szczerze. Czułem jego euforię tam na dole. On wciąż nie zauważył, że mnie nie ma przy nim. Wciąż próbuje się zebrać do przerwanej pracy, ale nie jest w stanie. A wy oboje… macie problemy. I martwię się, że to mieszanka wybuchowa i jeśli on wejdzie w to tak bardzo jak ma nadzieję, że ty też chcesz, a potem to gruchnie… ty masz pewnie na koncie zawody miłosne. On nie.
                              - To dorosły facet. Diabolista. Nie zapominaj o tych faktach. - powiedziała poważnie - Wiedz, że nie chcę jego krzywdy.
                              - Trochę tak, trochę nie. No dobra, w ogromnej większości “tak” i tylko odrobinę “nie”, a i tak, on by sobie poradził nawet w moim najczarniejszym scenariuszu. Nawet jakby do niego doszło to nie mówię, że to byłaby twoja wina. Po prostu jeśli też ci na nim zależy… przemyśl to. Zwolnij jeśli potrzebujesz, on da ci czas, ale jeśli w to wejdziesz to bądź pewna… i pamiętaj, że on tego nie traktuje jako “kolejnego romansu”. On nie chce “dać temu szansy”, nawet jeśli bagatelizuje i mówi inaczej… on jest o dwa, trzy kroki od postawienia na ciebie vabank.
                              Kaylie skrzywiła się lekko. Musiała jutro z nim poważnie porozmawiać. Chowaniec mógł przesadzać, ale... Sama już nie wiedziała. Wszystko poszło tak szybko...
                              - Porozmawiam z nim... - mruknęła lekko zasmucona.
                              - Wiesz… ostatecznie… każdy człowiek przeżywa swoją pierwszą nastoletnią miłość, nie? On po prostu się z tym spóźnia ćwierć dekady - Fisuś wykonał gest który mógł być tylko wzruszeniem ramion. - I nawet gdyby stało się czego się boję… nie zobaczyłabyś w nim nic co sugerowało, że się tym przejmuje póki byś o to wprost nie zapytała. Masz rację, to dorosły facet… nie wiem co będzie, ale wiesz - zaczął powoli i ostrożnie, ale szybko nabrał tonu bezczelnego cwaniaka - jaką będzie miał minę gdy mu powiem, że tu spałem zanim on do drugiej bazy dotarł?! - zakrzyknął praktycznie spod kołdry pod którą się wślizgnął, nagle kilka razy szybszy niż Kaylie miała wcześniej okazję podziwiać.
                              - Nie wracam do tej piwnicy! Zimno tam! A Khal wygląda jakby był porządnie ubrany, ale to iluzja! Ma na sobie cienki pleciony szlafroczek z dekoltem do pępka!
                              Kobieta pokręcila głową.
                              - Może to i lepiej, że nigdy nie miałam chowańca. - westchnęła i sama wślizgnęła się cała pod kołdrę - Wygląda, że to większy problem niż bym chciała.
                              - A to dopiero początek listy naszych zalet!

                              Praca się słabo kleiła. Już ledwie pamiętał dalsze słowa, ale Kaylie zostawiła go jego przedsięwzięciu i ambicji. Pierwszemu pełnoprawnemu magicznemu przedmiotowi który sam, od początku do końca, miał tej nocy stworzyć. Czy on jej zasugerował, że blisko godziny po północy kończy? Chyba nie… emocje i ekscytacja wzięły górę. Był jak pierwszy raz zakochany nastolatek…
                              “Beksa”
                              … i rozsądek mu z trudem przychodził. Czy mu naprawdę zapłonęły policzki jak jakiemuś szczylowi?!
                              -Canis os! Damnant eam! - zaklął, po raz kolejny przerywając pracę - “Nie chcę się spieszyć” - przedrzeźnił sam siebie sprzed kilku godzin… w mocnej parafrazie bo już nie był pewny jakich słów dokładnie użył. W ogóle wypowiedział je na głos? To było niepoważne, że nie był pewny…
                              - Naprawdę wolałeś siedzieć tutaj w chłodzie sam niż zrobić ten jeden ruch więcej i być teraz z nią?! - warczał gniewnie.
                              - Co z tobą nie tak?!
                              Zamknął oczy i spuścił powoli powietrze uspokajając się… a w miarę jak chwilowa frustracja go opuszczała… wyłaniało się spod niej znacznie… trwalsze uczucie.
                              - I co się śmiejesz, jak głupi do sera? - zapytał sam siebie czując, że nie jest w stanie do końca opanować kretyńskiego uśmiechu, co mu na twarzy wykwitł - Skup się. Masz robotę.
                              I wrócił do roboty, póki pół godziny później znów wyobrażenia-co-być-mogło go nie odciągnęły…

                              Udało mu się. Cudem przed północą ukończył swe dzieło i po potwierdzeniu, że nie usmaży mu mózgu… założył mosiężny laur na swoją skroń i kilka minut rozkoszował się uczuciem gdy magiczne konstrukty katalizowały jego myśli. W pewnym momencie uśmiechnął się dziko… zrobił to. Ha!
                              - Fisuś, patrz! - ale chowańca nie było w pokoju - Fiiisuuś… - westchnął Khal rozmasowując skronie…

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                #23

                                Baltizar
                                Popielny Dwór, Wieczór

                                Karczma tego wieczoru nie była aż tak przepełniona, chociaż ludzie powoli się schodzili. Kilka krasnoludów w ciuchach górniczych, kilku najemników oraz strażników, którzy zakończyli służbę. Nie licząc oczywiście zwykłych mieszczuchów, kupców i podróżnych.
                                Gnom właśnie stawał na scenie, kiedy zauważył antykwariuszkę podchodzącą do Otto. Karczmarz wskazał jej miejsce i po kilku minutach lisiogłowa dostała swój posiłek widocznie wdzięczna.
                                Cała sala spoglądała na gnoma, kiedy ponownie został uniesiony w górę. Wszyscy czekali jakąż to opowieścią ich uraczy dzisiejszego wieczoru.


                                Popielny Dwór, Ranek

                                Ponowna spokojna noc dla gnoma zakończyła się pukaniem do drzwi, kiedy na zewnątrz już było widno. Do jego pokoju wtargnęła Lilia, rudowłosa córka Otto, jak zwykle w dość odważnym odzieniu.
                                - Wstawaj przykurczu! - zawołała zrywając pościel z Baltizara - Masz gości, grupa jakiś najmimord przyszła i mówi, że ich wynająłeś!

                                W sali jadalnej na dole gnom widział swoich najemników. Przynajmniej pasowali do opisu.

                                https://i.imgur.com/DmxZBIC.jpeg

                                Dwóch wysokich mężczyzn ubranych w skóry, siedziało właśnie przy jednym ze stołów racząc się śniadaniem. Baltizar zauważył Piwonie i Lily stojęce z boku chichocząc do siebie. Jor i Ori pasowali do opisu reprezentantki gildii.

                                text alternatywny

                                Ciemno skóry mężczyzna rozmawiał o czymś z Jorim, pokazując mu kilka swoich notatek i przepisów. Zgadywał, że to Ofun.

                                text alternatywny

                                Ostatnim był młody elf, który rozmawiał z Otto. Ubrany był w zielone szaty i nawet miał czapkę maga. To na pewno Inarion.
                                Karczmarz spojrzał na schody kiedy pojawił się na nich gnom.
                                - Ah, a oto i wasz pracodawca. Baltizar, ci panowie poinformowali mnie, że zabierasz ich na wycieczkę poza miasto. Mogę wam załatwić trochę zapasów na drogę.

                                Khal
                                Popielny Dwór, Wieczór

                                Karczma zaczynała powoli wypełniać się życiem. Różni ludzi z różnych zawodów schodzili się do Dworu na wieczorną strawę.
                                Otto właśnie nalewał drink dla Khala kiedy drzwi przekroczył dość sponiewierany elf. Karczmarz nawet nie spojrzał w kierunku nowo przybyłego kiedy westchnął ciężko.
                                - Dobry wieczór Fern, czego życzysz sobie dzisiaj?
                                - Owsiankę na wodzie jak zawsze, nie zaufam twojej kuchni. - elf usiadł obok Khala i przyglądał się uważnie karczmarzowi, zerknął na chwilę na kapłana i skinął mu głową - Fern Efeli, nadworny mag Barona Sahila.

                                text alternatywny

                                Po kilku minutach Otto przyniósł szarą breję i postawił przed elfem.
                                - Więc, dawaj. Do jakiego odkrycia co do mnie doszedłeś tym razem?
                                Mag wziął ostrożnie kawałek owsianki, zaczął ją uważnie gryźć, ciągle przyglądając się karczmarzowi.
                                - Zwykłym śmiertelnikiem, zostałeś przeklęty przez jakąś istotę, aby zajmować się tą karczmą gdziekolwiek się pojawi. Jesteś tu więźniem. - Fern wydawał się być zadowolony z siebie, karczmarz przyglądał mu się przez chwilę po czym gwizdnął.
                                - Jeszcze nie dodawałeś historii co do tego kim jestem. Skończyły się podstawowe pomysły? - Otto pokręcił głową - Nie. Nie jestem zwykłym śmiertelnikiem, nie zostałem przez nikogo przeklęty i nie jestem tu więźniem. Po prostu nie mogę opuścić Dworu. - karczmarz się uśmiechnął - Próbuj dalej, kiedyś na pewno zgadniesz. - mag naburmuszył się i wrócił do swojej owsianki, zerkał jednak co chwilę na Khala.


                                Khal i Avruil
                                Popielny Dwór, Ranek

                                Avruil przebudziła się ze snu, niewiele bardziej wypoczęta. Słowa Khala ciągle siedziały jej w głowie kiedy kładła się spać i nawiedzały jej sny. Cholerny diabolista ma język równie srebrny co jego pan i przynajmniej nie zajeżdża siarką.

                                - Ten Viktor naprawdę namieszał ci w głowie, co? - usłyszała głos miecza kiedy przyczepiła go do pasa -Potrzebujesz opinii osoby trzeciej?

                                Usłyszała pukanie do swoich drzwi, ale nikt przez nie nie wszedł. Czyżby Cheliaxianin jednak chciał spróbować szczęścia?

                                -No dalej otwórz, nie zaszkodzi spędzić cały dzień w błogości w wygodnym łóżku. - ton miecza był wyraźnie drwiący.

                                Nie mogła jednak siedzieć zamknięta obawiając się tego co może być, zbierając oddech na dodanie otuchy otworzyła drzwi.

                                Nikogo. Kiedy wyjrzała zobaczyła Piwonię stojącą między drzwiami do jej pokoju i pokoju Khala, który właśnie też opuścił swoje lokum.

                                - Na dole jest ktoś do was. - poinformowała dziewczyna - Komendant Blackfyre. Musieliście nieźle przeskrobać, że sama Żelazna Dziewica po was przyszła. - uśmiechnęła się i odwróciła, aby zejść na dół - Tato ją zajmuje, ale nie kazałabym jej czekać zbyt długo. - po czym zostawiła dwójkę samym sobie w niezręcznej ciszy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                  #24

                                  text alternatywny

                                  Ach… opowieści. Gnom stanął na “scenie” i przymknął oczy milcząc przez chwilę. Po czym zaczął historię o szlachetnym rycerzu, prawdziwym paladynie. Głupcu. Balitzar mówiąc cicho i miarowo opowiadał o tym jak rycerz ów dzielnie podążał i zwalczał zło… czyniąc więcej szkody niż pożytku. Bo jego nieprzemyślane acz szlachetne decyzje przynosiły w ostatecznie coraz więcej tragedii. A jedynym prawdziwie “dobrym” czynem, było samobójstwo rycerza. Bo gdy on zorientował się jak wiele zła sprowadził swoją naiwną dobroczynnością… rzucił się na dwój miecz. Potem były już inne historyjki. Nie tak ważne, nie tak ponure. Niekoniecznie z morałem.
                                  A potem… oklaski, ukłony i zbieranie pieniędzy przez dwójkę “zwierzęcych” pomocników gnoma. Wraz z monetami do jednej z misek trafiła karteczka. A na niej eleganckim pismem zapisano wiadomość.
                                  Odwiedź mnie w wolnej chwili. Rezydencja na Ulicy Wiązów. Powiedz strażnikom, że jesteś nowym nauczycielem.
                                  I opieczętowano ją odciskiem szminki w ramach podpisu. Ciekawe.

                                  text alternatywny

                                  Tuż po występie…

                                  Gnom skończył opowiadać i zszedł ze sceny. Etrigan przyczłapał do niego z miską z pieniędzmi zebranymi od słuchaczy. Baltizar ruszył ku Otto by karczmarza nawilżyć gardło.
                                  - Dobra historia, łapie za serducho - Khal wzniósł kubek z lokalnym sokiem jabłkowym w uznaniu - I doskonały wybór w kontekście naszych celów. Winszuję repertuaru. Jakbyś zawarł w przyszłości jeszcze motyw silnego prawa chroniącego swoją surowością maluczkich, byłoby to korzystne dla sprawy. Jakby zaszczepić im bakcyla zrozumienia, że najlepszym co może chronić maluczkich ludzi przed “większymi i potężniejszymi” jest bezosobowe, bardzo surowe i perfekcyjnie zrozumiałe i jednoznaczne prawo to byłby już bezpośredni krok dla późniejszego nawracania.-
                                  - Śmiertelnicy wierzą w bogów, nie w paragrafy. - odparł ironicznie gnom i zamyślił się wspominając. - Asmodeusz naucza, że silni powinni słusznie rządzić słabymi, którzy z kolei winni są swoim panom niezachwiane posłuszeństwo. Promuje negocjacje i kontrakty, szczególnie te, które dają jednej ze stron wyraźną, ukrytą przewagę nad drugą. Docenia pochlebstwa, postrzegając je jako taktykę negocjacyjną, a także obowiązek, który osoby na niższych stanowiskach mają obowiązek stosować wobec lepszych od siebie. -
                                  Spojrzał na Khala dodając.- Taka sugestia na przyszłość. Nie właź z dogmatem na zajęte poletko, zwłaszcza gdy to poletko należy do Arcydiabła. Nie wiem jaki dogmat wykmnini nasz pracodawca, ale jeśli spróbuje kopiować credo swojego zwierzchnika to cóż… dołączy szybko do panteonu martwych bogów.-
                                  Potarł brodę w zamyśleniu. - O wplątywaniu konkretnych… przesłań, pomyślimy po otrzymaniu świętej księgi od naszego pracodawcy.-
                                  - Jeśli powiesz mu wprost, że wybrał złe dogmaty to ostrzeż mnie aby nie było mnie w pobliżu - zaśmiał się Khal, odchrząknął i wyrecytował:

                                  It is the right of the strong to rule over the weak.
                                  It is the place of the law to ensure that right is not abused.
                                  The weak obey the law for fear of the consequences.
                                  Induce the same fear in the strong to do my will.
                                  Those who use the law to strike down others under false accusations are to be called heretics.
                                  Those who would make others serve their just punishments are to be called enemies.

                                  - Są tu analogie do wiary Asmodeusza - przyznał Viktor - ale są one powierzchowne. Różnice są wystarczające aby oba kościoły mogły funkcjonować obok siebie i definitywnie aby nasz mógł w absencji asmodeańskiego.
                                  -Taaa… jaaasne…- gnom nie wydawał się w ogóle przekonany co do jego interpretacji. Wzruszył ramionami dodając. - Ostatecznie to nie moja sprawa. Niemniej zainwestuj w ochronę wasza ekscelencjo. Asasyni nasłani przez Kościół Asmodeusza nie są co prawda obeznani z teologią, za to osiągnęli mistrzostwo w skracaniu żywotów.-
                                  - Kościół Asmodeusza nas nie ruszy… Azazel odbębnił boskie formalności i Książę Ciemności jest zmuszony to przynajmniej oficjalnie zaakceptować. Nie znam szczegółów rzecz jasna, ale nie zdziwiłbym się gdyby on był w jakimś odpowiedniku boskiej komisji która dała Azazelowi pieczątkę. Ale oczywiście odrobina paranoi nam nie zaszkodzi. W przyszłości podejmiemy przeciwdziałania na taką okoliczność.
                                  - Nie wiem kto bardziej nie docenia Asmodeusza, ty czy Azazel. Aaaale… to nie mój problem. - wzruszył ramionami Bajarz gładząc się po brodzie. - To są już sprawy poza moim rozeznaniem, mocą i zainteresowaniami.-
                                  - Nie proszę cię abyś recytował paragrafy - kontynuował po chwili - ale byś opowiedział o bezpieczeństwie. Ludzie wierzą w idee. Miłość, dobroć, serdeczność, wsparcie, zrozumienie… to nie są emocje do których możemy się odwołać. Bezpieczeństwo z drugiej strony jest czymś co zrozumieją. Co może do nich przemówić to opowieści np o jakimś szeryfie co surowy i czasem nawet okrutny, to jednak naprawdę ma na celu dobro ogółu i okrucieństwo prawa jest najlepszą formą obrony maluczkich przed małostkowością potężniejszych od nich. Możliwość łatwego zrozumienia rozsądnych reguł społeczeństwa i obietnica bezpieczeństwa póki się im podporządkowuje… To jest coś w co będziemy celować.
                                  - Jasne, jasne… co tam sobie życzysz. Będzie i taka bajeczka. Zgodnie z kaprysem waszej ekscelencji.- Baltizar gestem dłoni ukrócił ten temat.
                                  - Dziękuję Baltizarze - uśmiechnął się Khal serdecznie, choć zdawał sobie sprawę, że towarzysza to nie grzeje ani nie ziębi - Twoja pomoc jest kluczowa w naszych celach.
                                  Bajarz tylko wzruszył ramionami potwierdzając opinię Khala na ten temat.
                                  - Z wieści rzeczowych… Byłem z Kaylie na posterunku. Zaginięcia są znacznie poważniejsze niż w plotkach wyglądało, bo nie chcą paniki budzić. Mają już pięć znalezionych ciał, szacują kolejnych dwudziestu porwanych. Ciała były ledwo ukrywane. Sprawcy chcieli aby zostały one znalezione. Są on też okrutnie pomutowane. Komendant mówiła wręcz o aberracjach. Choćby setki, może tysiące palców wyrastające z całego ciała. Oczy na szypułkach. Hybrydy ludzko-zwierzęce. Śmierdzi Lamashtu na kilometr. Zero świadków. Zero tropów. Plan innych co podjęli się tego zadania to było maszerować w lesie przed siebie aż znajdą jakiś ślad. Jutro idziemy pomówić z ofiarami w kostnicy i osobiście je obejrzeć.
                                  Gnom wydał z siebie niemal zwierzęcy warkot. Zmrużył oczy dodając.
                                  - Myślałem, że to będzie prosta robótka. Potwór na którego ubicie po prostu kmiotków nie stać. Czysta prosta historia. Do wsi przybywają bohaterowie pod sztandarem tajemniczego benefactora. Odwalają robotę nie chcąc nic w zamian. I zyskują wdzięczność prostaczków. Śledztwo, porwania… to wszystko komplikuje i nie jest wdzięcznym tematem na historyjkę z morałem. Gdybym nie zapłacił z góry, to radziłbym sobie odpuścić tę misję… zysk niepewny, a i nie wiemy czy chcemy wchodzić w konflikt z Kościołem Lamashtu. Możemy…- zamilkł na moment wpatrując się trzymany kieliszek, po czym zaczął mamrotać. -... setki oczu patrzą, które są twoje… Matko Bestii? Może żadne. Może wszystkie… o czym to ja? - ocknął się z zamyślenia.- A tak. Nie podoba mi się ten cały bajzel. Pachnie teologicznym konfliktem, trzeba będzie szefa zapytać… wcześniej… i księgę i symbol pozyskać.-
                                  - Śmiałbym się nie zgodzić. Nie będzie prostej historyjki, ale będzie większa opowieść o Agentach Porządku, nazwa OCZYWIŚCIE robocza, walczących z horrorami chaosu. Jak ludzie zobaczą, że przynosimy bezpieczeństwo i ład gdy alternatywą są mutacje rodem z koszmarów… będą skorzy by przymknąć oko na to, że mowa o siłach diabła kiedy ludzie których kochają zostaną przez nie uratowani.

                                  - Diabły i demony są w permanetnym konflikcie. Tutaj gwarantuję, że by oczekiwał docelowo usunięcia tego kultu. Najwyżej kwestia kiedy. I współpracujemy bezpośrednio z komendant Blackfyre w tej sprawie. To ważna figura w lokalnej polityce. Zaprzyjaźnienie się z nią będzie wielce korzystne. Wydaje mi się, że mogę ją ugrać aby była głosem naszego poparcia, gdy spróbujemy oficjalnie założyć religię.

                                  - Symbol, symbol, symbol… - mruczał Khal do siebie wyciągając zza koszuli kartę papieru i pióro. Zaczął szkicować i po kilku chwilach zaprezentował Baltizarowi - Trzy pary anielskich skrzydeł wokół wszystkowidzącego oka.

                                  text alternatywny

                                  - Słodkie. Myślę że da się zamówić tuniki z takim znakiem na pojutrze.- zamyślił się gnom i zerknął na kapłana.- Hmm… chcesz nadać drużynie jakiś znaczący tytuł? Towarzysze latające oka, krzyżowcy bezlitosnej sprawiedliwości?... coś w tym stylu?-
                                  - Zależy. Jeszcze nie wiem czy jest w ogóle taki zwyczaj w Rzecznych Królestwach. Jeśli tak… to warto się dostosować. Jeśli nie ma to byłoby tylko żenujące. Ale w opowieściach na pewno byłoby korzystne gdyby dało się nasze awatary jedną frazą określić. Jednak nazwa na pewno do dłuższego przemyślenia… musiała by oddawać klimaty pochodzącej z miłości surowości. Budzić poczucie “oni będą nas chronić jeśli tylko będziemy posłuszni prawu”.
                                  - W rzyci mam tutejsze zwyczaje. - machnął ręką Baltizar.- Nie jedziemy szukać kultystów po szuwarach z czystej dobroci serca. Jeśli nasza mała grupka będzie anonimową bandą awanturników, to ich czyny przepadną bez echa. Po to symbol i po to nazwa. Co by łatwo było skojarzyć w czyim imieniu walczyli i przelewali krew. Czy to żenujące? Może dla nich. Ale oni zostali opłaceni i nie mają nic do gadania w tej sprawie.-
                                  - A… skoro masz tak definitywne stanowisko na temat posiadania nazwy, to trzeba było powiedzieć wprost. Szybko zauważysz, że kiedy zadasz mi nowe pytanie to o ile nie jestem pewny i czas nie nagli to odpowiedź usłyszysz na moich warunkach. Pewnie dzień później, kiedy się z problemem prześpię. W porządku… nazwa. Pomyśl nad propozycjami, spisz je i jutro do tematu wrócimy. W międzyczasie ja też pomyślę i Kaylie do tego również zaprzęgnę. Ale dajmy sobie trochę czasu. Jeśli wybierzemy źle to będzie duża upierdliwość.
                                  - Nie nazywamy Kościoła tylko… bandę najemników. Nazwa nie jest aż tak znacząca…- wzruszył ramionami gnom i upił trunku.- Nie mam żadnych propozycji. Nie wiem w którą stronę chcesz się udać z nazwami. Pośpiechu nie ma… jutro będzie spotkanie organizacyjne, wyruszę pojutrze. Nie wiem nawet czy wrócę z sukcesem. Sprawa nie wygląda na łatwą i szczególnie widowiskową. Banda obłąkanych kultystów to jednak nie duży potwór. Nie prezentują szczególnie dobrze w finale opowieści.-
                                  - Rozumiem twoją logikę, ale ta banda najemników będzie z kościołem bezpośrednio powiązana. Proszę cię abyś pomyślał. Dał kilka propozycji które się tobie spodobają. Nie próbuj przewidywać moich reakcji. Liczę, że we troje stworzymy kilkadziesiąt propozycji, z których wybierzemy w końcu jedną.
                                  - Nie wybiegał bym aż tak daleko. Śledztwo to misja z małą szansą na sukces.- ocenił gnom.- A ci… co jutro przyjdą nie są naszymi najemnikami, tylko gildii. Więc… nie wybiegał bym aż tak daleko. Jutro oni będą nosić tuniki, pojutrze inni. Dopiero ci którzy z własnej woli je założą… ci będą ważni.-
                                  - W porządku. Może być - przytaknął Viktor Balizarowi.

                                  text alternatywny

                                  Wizyta na Ulicy Wiązów.

                                  Ciekawość… Upiory ze snu mogły wycisnąć z Baltizara radość życia, barwy i wiele emocji. Ale ciekawość była integralną częścią każdego gnoma jak oddychanie. Nic więc dziwnego, że udał się oświetlając sobie drogę kosturem oświetlającym mu drogę ogniem na szczycie. Jogmeth przy boku stanowił nieme ostrzeżenie dla rzezimieszków. Etrigan korzystający z osłony mroku krył się w cieniach pilnując pleców swojego pana. Gnom nie wiedział czego się spodziewać i to go napędzało. Niby wiadomość jaką otrzymał była romantycznej natury, ale… on sam nie czuł się materiałem na amanta.
                                  Możliwe więc że coś więcej się kryło za nią. I ciekawość tego popchnęła go na Ulicę Wiązów w poszukiwaniu owej Rezydencji, której pilnowali strażnicy.
                                  Poszukiwania nie zajęły długo, słowo "willa", by bardziej pasowało do opisu tego domostwa. Przynajmniej z tego co gnom był w stanie określić z zewnątrz ceglanego muru i ozdobnej bramy, której pilnowało dwóch barczystych mężczyzn w zbrojach. Spojrzeli na Baltizara kiedy ten zbliżył się do bramy.
                                  - Czego tu szukasz?
                                  - Co ja tam.. miałem… a tak… jestem nowym nauczycielem? - zamruczał pod nosem gnom, po czym rozglądając się po murach, dodał głośniej. - Jestem nauczycielem. Nowym nauczycielem.-
                                  Tymczasem Etrigan wzbił się w powietrze obserwując wszystko z góry.
                                  - Kolejny? - strażnicy spojrzeli po sobie a następnie po gn0mie - I to przykurcz tym razem. - otworzyli bramę - Główne wejście, schodami na górę do pokoju na końcu korytarza.
                                  Baltizar zamyślił lekko przechylając głowę na bok. Wzruszył ramionami i ruszył zgodnie z ich poleceniem. Kilkoma gestami dłoni odesłał Joghmetha, który znikł w wybuchu płomieni. Etrigan zaś poleciał w kierunku budynku, by usadowić się przy oknie pokoju do którego zmierzał Baltizar. Gnom bowiem postanowił dostosować się do poleceń strażników. I ruszył w kierunku głównego wejścia willi.
                                  Rezydencja była bogato zdobiona, chociaż wyraźnie brakowało umówionego stylu. Widział kilka pięknych witraży, które przynosiły mu na myśl Mendev, mocno kontrastowały z Cheliaxianskimi rogatymi gargulcami. Widział wiele obrazów, wielu malarzy, ale też bez motywu. Pejzaże, portrety, historyczne wydarzenia. Wszystkie były obecna na ścianach w różnych mieszankach.
                                  W końcu dotarł po schodach do drzwi na końcu korytarza, były zamknięte, ale gnom widział blask ognia albo świec przechodzący przez szpary.
                                  Zgasił szczyt swojego kostura i ostrożnie zapukał nim w drzwi. Był spięty i gotów. Nie podejrzewał co prawda, by komukolwiek zależało na pozbyciu się przeciętnego gawędziarza, ale licho nie śpi… o nie… licho przyczaiło się w cieniu kandelabra i chichotało swoimi trzema paszczami i siedmioma jęzorami.
                                  - Weeejść~! - usłyszał zachęcające zawołanie zza drzwi. W środku czekała go nie lada niespodzianka. Ludzka kobieta, o dość zdrowych krągłościach siedziała przed kominkiem. Właśnie odłożyła książkę kiedy podbiegła do gnoma, przyglądając mu się dokładnie - Oto i jesteś. Mój drogi bajarzu. Wejdź, wejdź. Mamy dużo do obgadania.
                                  - Hmm… no z pewnością dużo. - ocenił gnom krągłości kobiety wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. Podszedł do najbliższego fotela, usiadł wygodnie. I zamyślił się.
                                  - Zazwyczaj nie opowiadam historii na zamówienie, ale waćpani zaproszenie wzbudziło moją ciekawość. Więc mogę zrobić wyjątek.-
                                  Kobieta z powrotem usiadła na swoim fotelu i wskazała na fotel obok.
                                  - Opowiedz mi więc, co cię sprowadza w nasze skromne progi?
                                  - Zaproszenie na początek.- rzekł gnom przesiadając się. - A ciekawość głównie. Taka nasza natura.. gnomów.-
                                  Jedna z niewielu cech jaka po jego rasie mu została.
                                  - Och nie miałam na myśli mojego domu. Tylko co cię sprowadza do Evercrest?
                                  - Och… ciekawość po trochu. Badania. Jestem w posiadaniu antyku który pochodzi z okolicy, a jestem ciekaw jego pochodzenia.- nie była to wielka tajemnica, więc Baltizar nie widział powodu by nie odsłonić prawdy przed kobietą.- Widzę, że pani jest też wielbicielką różnych antyków i obrazów? Piękną kolekcję widziałem po drodze tutaj.-
                                  Kobieta zaśmiała się.
                                  - Nie kłam. To kolekcja mojego brata. Kupuje wszystko co drogie i egzotyczne bez myśli o estetyce, czy ważności. Oczywiście sama też zbieram ładne i ciekawe rzeczy. Więc, jakie to świecuszko zjednoczyło nas?
                                  - Stary hełm gnomów do nurkowania. I nie kłamię. Nie znam pani brata. I…- uśmiechnął się głaszcząc po brodzie.- Nie odkryłaś przede mną swoich sekretów jeszcze. Na przykład, nadal nie znam twojego imienia. Jak dobrze wiesz, nie jestem stąd. Adres tej rezydencji nic mi nie mówi.-
                                  - Alicja Crawford. Eksploratorka w stanie spoczynku. - odparła uśmiechając się - Co do hełmu. Skórzany? Z resztami magii, kwarcowymi kryształkami i symbolami na czole?
                                  - Coś w tym rodzaj miss Crawford. Ponoć znaleziony w jakimś starym kraterze.- przyznał Baltizar z uśmiechem.
                                  - Antykwariuszka powiedziała, że to hełm do nurkowania? - zgadła Alicja - Mam własną teorię co do tego.
                                  - Naprawdę? Więc zamieniam się w słuch. - odparł wyraźnie podekscytowany gnom skupiając całą swą uwagę na kobiecie i ignorując pazurzaste macki wynurzające się zza firanki. W końcu co mogły zrobić mając ślepia na końcu pazurów?
                                  - Krater, w którym znaleziono te artefakty znajduje się daleko od wody. Od jakichkolwiek wspomnień wody, aby być szczerym. I wygląda dość podobnie do wgłębień wytworzonych przez spadające gwiazdy. - kobieta się uśmiechnęła - Zakładam więc, że twoi przodkowie próbowali opuścić Golarion i wyruszyć do gwiazd.
                                  - Dość szalony pomysł.- stwierdził szalony gnom. - Z ich strony… nie z twojej. Ciekawa to teoria.- przyznał Baltizar głaszcząc się po brodzie. - Nie wiem czemu chcieli opuszczać miejsce, na którym to się zjawili. Choć… z drugiej strony… mogli mieć pewien powód.-
                                  - Och? Jakieś własne teorie? - kobieta polała im wina do kubków.
                                  - Coś… ich ścigało? Coś… strasznego?- zapytał gnom retorycznie i wzruszył ramionami.- Tak naprawdę, to nie wiem co sprawiło że mój lud opuścił rodzimy świat. Nie jestem magiem, więc nigdy nie miałem możliwości by zajrzeć tam… a i niewiele opowieści dotyczących rodzimego świata krąży wśród mojego ludu.
                                  - Historie jakie ja słyszałam sugerowały, że pchnęła ich ciekawość Śmiertelnego Świata i samej śmiertelności. Do tego są ponoć jeszcze enklawy gnomów, które nie opuściły Pierwszego Świata. - Alicja usiadła zamyślona - Coś ich goniło i próbowali uciec przed tym z Golarion... jednak nic po was nie przyszło, co nie? Gnomy mają się dobrze.
                                  Baltizar potarł brodę w zamyśleniu.- Tak… ciekawość z pewnością nas przyciągnęła tutaj. To bardzo gładka wymówka, nieprawdaż? -
                                  - Ale pasuje do twego ludu. - zauważyła kobieta.
                                  - Pewnie… tak. - przyznał gnom po chwili namysłu i spojrzał przez okno na nocne niebo. - A skoro rozmawiamy o ciekawości. To co cię zaciekawiło we mnie? I czemu pani lisica… wspomniała ci o mnie?
                                  - Antykwariuszka? Wiele rzeczy w jej sklepie ma ode mnie. Ten hełm między innymi. Wspomniała, że pytałeś o niego, kilka miesięcy po tym jak kupił go jakiś podróżny handlarz Mammona. Więc, to mnie zaciekawiło.
                                  - Hmm… cóż… zaciekawił mnie hełm. - wzruszył ramionami gnom i znów spojrzał w niebo przez okno.- Chyba już dość czasu ci zająłem pani. Pozwolisz, że nie będę więcej… go ci zabierał.
                                  - No cóż, mam zamiar podążyć tropem tego hełmu. Jeżeli coś znajdę, dam ci znać. I mam nadzieję, że chociaż podasz mi swoje imię zanim mnie opuścisz.
                                  - Baltizar. - rzekł gnom uprzejmie kłaniając się przed kobietą.
                                  - Miło cię poznać. - uśmiechnęła się kobieta.

                                  text alternatywny

                                  W drodze powrotnej.
                                  Ciekawość…
                                  Gnom szedł drogą powrotną. Było już późno. Było już ciemno. Chorobliwie blady księżyc budził cienie do życia. Czynił barierę cienką. A może tylko uwidaczniał jak krucha ona jest.
                                  Ciekawość śmiertelnego świata i samej śmiertelności…
                                  Gnom stukał miarowo kosturem nie przejmując się specjalnie mrokiem, widział wszak dalej niż człowiek. Etrigan szeleszcząc karcianymi piórami gibał się tuż za nim, od czasu do czasu rozglądając się.
                                  Ciekawość świata… jaka to piękna… bajka. Jaka piękna legenda. Baltizar znał się na opowieściach i wiedział że często nie mają wiele wspólnego z prawdą. Czasami piękne kłamstwo ukrywało coś czego się bano, do czego nie chciano przyznać, coś… zbyt strasznego by nie oszaleć od faktów. Coś…
                                  Macki wyłaniały się z cieni, kończyny… pokraczne i krzywe, całkowicie na bakier z rzeczywistością. Pokryte oczami, paszczami, szczeciną, łuskami i odrostami… guzami. Szeptały, krzyczały, śmiały się… wyły z bólu i rozpaczy, albo szczęścia. Czasami trudno było rozeznać.
                                  Gnom przyłożył dłoń do kostura, wyszeptał słowa paktu.
                                  - Flamma gehennae luceat, Hanc animam urat ad ima nonae.-
                                  Czubek kostura zapłonął chorobliwie żółtym płomieniem.
                                  - A tam cicho być… - wycharczał śmiejąc się. Teraz, gdy był sam, bariery pękały. Łańcuchy go krępujące opadały. Teraz nie musiał się kontrolować, teraz nie musiał udawać, że wierzy w to co wierzyli inni, że jego oczy tak jak ich… ślepe.
                                  - Wiem… wiem… nie możecie się doczekać. Już tak blisko jesteście… już prawie się przebijecie. - wycharczał gniewnie.- A wtedy… mury runą i wszystko zostanie pochłonięte… wiem wiem… czuję wasze pazury w głowie. Ale nie tej nocy, nie następnej… i dopóki żyję… nie dopuszczę by wasza noc nastąpiła. Słyszycie mnie… słyszysz? Z pewnością. Ale nie słuchasz… Dobrze, miej mnie za pchłę… lekceważ. Wolę być pchłą niż przyciągać twoją uwagę. Nie zauważysz jak wbiję ci sztylet.-
                                  Po czym roześmiał się głośno i szaleńczo i ruszył dalej rozświetlając sobie mrok piekielnym płomieniem.

                                  text alternatywny

                                  Poranek, pobudka… wróżenie.
                                  Wyciągnięta karta była taka sama jak ostatnio. Trzy razy pod rząd. To nie przypadek. To przeznaczenie. Wrzosiec oznaczał, że artefakt jest ważny. A może… osoby które poznał poprzez niego były ważne? Tak czy siak spoglądając na kartę gnom odczytywał z niej los. Prawdziwy czy nie… czas pokaże.
                                  Na razie musiał się obmyć, ubrać, przyzwać Jogmetha a potem… Potem miał wiele do zrobienia.

                                  text alternatywny

                                  Spotkanie z najemnikami następnego dnia

                                  Gnom wraz ze swoimi ochroniarzami podszedł do grupki najemników starając się wyglądać godnie mimo że musiał ciągle zadzierać głowę do góry. Etrigan przysiadł i zaczął czyścić paszczą swoje karciane skrzydło, a Jogmeth ziewnął leniwie.
                                  Baltizar przyjrzał się każdemu najemnikowi z osobna w milczeniu nim rzekł. - Panowie już pewnie słyszeli o straszliwych mordach trapiących okolicę? No… mój pracodawca też o nich słyszał i zmartwiły go, więc postanowił coś w tej sprawie zrobić. Czyli wysłać mnie do rozwiązania problemu. A że jestem jedynie małym słabym gnomem, to opłaciłem was byście… stali się moją tarczą i moim mieczem. Czyli będziecie chronić moją skromną osobę i zadacie ostateczny cios… złu. Pojeździmy po wioskach, poszukamy śladów… zrobimy co da się zrobić.-
                                  Podrapał się po karku. - Co do kwestii organizacyjnych. Mój pracodawca wymaga od was noszenia tunik z jego symbolem, by wiadomym było żeście od niego posłani. Zrobi się przymiarki u jakiegoś krawca i uszyje takowe. Nic skomplikowanego. Ot duża płachta z dziurą pośrodku przeznaczoną na głowę. Wyruszymy jutro spod tej gospody. Jakieś… pytania? -
                                  - Nie przejął się tak bardzo, że nie chce rozgłosu z tym związanego. - mruknął alchemik - Kimże jest twój pracodawca, że tak hojnie nas obdaruje nas nowym ubraniem?
                                  - Obecnie mojemu pracodawcy zależy na anonimowości. Nie chce by posądzono go o potrzebę poklasku. Tak przynajmniej sądzę. Wszak nie siedzę w jego głowie. - odparł żartobliwie Bajarz zbywając to pytanie.
                                  - Jasne. - odparł elf - Ty czegoś potrzebujesz o nas wiedzieć? Braciszkowie na przykład. - wskazał na dwóch barbarzyńców - Nienawidzą pająków.
                                  - Nie planuję żadnych pająków oszczędzać, więc nie widzę problemu. Tak jak wspomniałem, głównym zadaniem będzie chronienie mojej skromnej osóbki. Co prawda mam mojego wierzchowca i wsparcie…- tu wskazał na swoje dwa zwierzaki. - Ale liczę na wasze doświadczenie w tej sprawie. Zakładam, że już współpracowaliście razem?-
                                  - Ano! - odparł jeden z barbarzyńców - Ubiliśmy nie jednego parszywca! Ten książkowy zawsze siedzi z tyłu i daje nam posiekać wszelkie paskudy. Za to ten piwowar, rzuca w nas swoimi soczkami i jesteśmy wtedy jeszcze silniejsi!
                                  - Achchaaa…- odparł Baltizar wędrując spojrzeniem po drużynie.- A kto jest nieformalnym przywódcą waszej drużyny? Komu mam powierzać swoje życzenia?-
                                  - Ja!
                                  - Nie ja! - dwaj barbarzyńcy zaczęli się przekrzykiwać i szybko doszło do rękoczynów, które zostały przerwane kiedy Otto chwycił obu mężczyzn za karki i podniósł nad siebie.
                                  - Zasada mojego dworu. Żadnej walki! - cisnął dwójką rosłych wojowników o ziemię i wrócił za swoją ladę.
                                  - Nieoficjalnie ja. - odparł alchemik - Jestem najbardziej rozeznany w okolicy, więc do mnie się zwracają z podjęciem decyzji.
                                  - Jak stoicie w kwestii transportu. Macie jakieś konie?- zapytał gnom głaszcząc się po brodzie.
                                  - Mamy wóz. Pozwolić tej dwójce decydować o czymś więcej niż, pod jakim kątem coś zdzielić, to recepta na tragedię. - odparł elf wskazując na Jora i Oriego, którzy właśnie zbierali się z podłogi.
                                  - To dobrze. Co prawda mi się nie spieszy. Niemniej nie jestem pewien czy pracodawca pokryłby jeszcze i koszty transportu.- uśmiechnął się gnom. - Jego hojność bywa spora, acz… dobry pracownik wie, że nie należy nadużywać tej cechy u pracodawcy.-
                                  - Wiadomo. Więc, jutro podjedziemy pod karczmę. Gdzie zmierzamy najpierw?
                                  - Jeszcze dokładna trasa nie została opracowana. Chyba najpierw do najbliższej wioski. Tam zasięgniemy języka, a potem dalej… Potraktujcie to jako wyprawę badawczą. Mamy wszak cały tydzień, albo i dłużej… oczywiście zapłacę wtedy za kolejne dni.- zastanowił się Baltizar głaszcząc po brodzie.

                                  Pozostało się jeszcze pobrać z grubsza pomiary na tuniki, przygotować wzór do wyszycia, kupić mapę… zaplanować trasę która z pewnością zahaczy o pewien krater. O tak, Baltizar miał dziś dużo do zrobienia przed wyprawą. Może nawet skonsultować się z Viktorem. Być może prawnik będzie miał jakieś wskazówki co do wyprawy dla niego.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                    #25

                                    text alternatywny

                                    Khal zagwizdał z uznaniem nad swoim sazerakiem, kręcąc szkłem by wzburzyć trunek wokół ostatniej resztki kostki lodu w środku.
                                    - Śmietanka towarzystwa, widzę. Prawie jak w domu się czuję. Goodmann, Viktor Goodmann. Adwokat.- Również skinął głową z uprzejmością i manierą.

                                    Viktor nie spieszył się. Wyciągnął spod kaftana dwie kartki i wrócił do szkicu oficjalnego listu który niedługo miał pisać. Kolejnego już. Piękne egzotyczne pióro sunęło w jego palcach z gracją baletnicy. Poza pięknem ktoś o odpowiedniej wiedzy łatwo mógł dostrzec również kosztowność oraz kunszt wykonania. Nikt w Rzecznych Królestwach takich nie tworzył. Jakby przynudzony mag pozwolił oczom pobłądzić łatwo dostrzegłby draft zamówienia tysiąca sztuk wizytówek adresowanego do Daggermark. Największego miasta Królestw. Mimo, że to był sam szkic, z pozostawionymi zaznaczonymi lukami w miejscach na adres, nazwę drukarni, czy imię właściciela… mimo, że pisany wyraźnie od niechcenia i lekko to pismo było przepiękne. Nawet inicjałował pierwsze litery akapitów. Nie prezentował specjalnie na widok, ale łokieć który zasłaniał kartkę regularnie się cofał, aby pozwolić usączyc odrobinę sazeraku lub odwracał się zarzucając jakąś towarzyską gadką do Otto gdy ten przechodził, dając jedną możliwość po drugiej aby bezwiednie, czy przypadkiem rzucić okiem.
                                    - Otto przyjacielu, zrobisz mi vieux carré? - zapytał gdy udało mu się złapać kontakt wzrokowy z gospodarzem.
                                    - Znowu coś z ziem diabłów?
                                    - Gorzej. Tego poznałem gdy byłem w Nidal in legatione. Cholernicy mają na herbie czaszkę z kajdanami wiszącymi z oczodołów… ten napitek może być dosłownie jedyną dobrą rzeczą jaka stamtąd pochodzi, a pół życia w Cheliax spędziłem. Moja perspektywa jest zwichrowana w nie tę stronę.
                                    - To dawaj. Tylko szybko.
                                    - Więc chłodzisz szklankę do mieszania lodem i przekładasz go do docelowego szkła. Wlewasz po miarce whisky, koniaku, wermutu, likieru oraz po dwie krople dwóch bitterów. W zasadzie dowolnych, ale angostura i peychaud najlepsze są… Mieszasz całość delikatnie jakieś pół minuty i przelewasz przez sito do szkła z lodem, tego samego co wcześniej wypełniłeś. Dekorujesz kawałkiem cytryny i viola.

                                    Khal zarzucał haczyki przyszłej dyskusji, jak wędkarz na łodzi. Jego postawa, cała mowa ciała były intencjonalnie otwarte. Zachęcające, ale nie narzucające się. Wystudiowane aby sprawiać podprogowe wrażenie “jestem chętny do rozmowy jakbyś chciał”, ale sam czekał.
                                    - To sportowa rywalizacja-zgadywanka, czy poważne przedsięwzięcie aby odgadnąć jego naturę? - zapytał odkładając pióro i powoli, z precyzją składając papier. Tonem wyrażającym zainteresowanie, ale też odrobinę tajemniczości.
                                    - W momencie kiedy ta… istota pojawiła się w mieście, wyczułem zagrożenie. - rozpoczął energicznie mag - Wszyscy mieszkańcy zaczęli twierdzić, że "Popielny Dwór był tu od zawsze", bzdury. Fakt, że jeszcze nic nie zrobił, nie znaczy, że nie jest niebezpieczny. Odkrycie jego natury jest pierwszym krokiem, aby wygnać go z naszej krainy.
                                    - Uuu… - zamyślił się na chwilę Khal, niby w rozważaniu znaczenia tych słów - Co o tym baron sądzi? Nie ufa swojemu nadwornemu magowi dość aby autoryzować poważniejsze dochodzenie?
                                    Otto prychnął.
                                    - Fern ma... historie wołania "Wilk" jak zobaczy szczura. Więc, baron nie bierze na poważnie jego wołania o zgubie i cierpieniach.
                                    - Tym zdolniejszym musisz być magiem - kiwnął głową Efeliemu z uznaniem - Na pewno potraktowałeś go serią zaklęć wykryć. Zła w nim magia nie wykrywa. Więc czy najgorsze opcje chyba nie zostały już wykluczone?
                                    - Jaka jest twoja wersja, Otto? Popielny Dwór był tu od zawsze, czy pojawił się w tym miejscu i pamięci ludzkiej?
                                    Karczmarz uśmiechnął się.
                                    - To że pojawił się tu któregoś dnia, nie znaczy, że nie był tu zawsze.
                                    - Uuu… Fabuła się zagęszcza. Filtr percepcji mówisz. Popielny Dwór był tu zawsze w jakiejś formie, ale ludzie nie dostrzegali go i obchodzili go, nie zauważając? Czy bardziej nudne wyjaśnienie o wymiarze eterycznym, czy jakimś innym równoległym?
                                    - Czemu musisz zabierać magię ze wszystkiego? Miałem na myśli coś bardziej romantycznego. Popielny Dwór nie jest miejscem, jest konceptem, ideą. - karczmarz się naburmuszył - Ale zważając na twoje powinowacje, nie dziwię się, że jesteś taki nudny.
                                    - Bardziej kwestia zawodu. Jestem cholernym prawnikiem. Rozmontowywanie wydarzeń do prostych czynników pierwszych to już wręcz skrzywienie zawodowe - chichot cheliańskiego adwokata był serdeczny i na swój sposób przyjemny.
                                    - Mistrzu Efeli, wprowadź mnie prosze w lokalną doktrynę… mówisz, że “nic nie zrobił nie oznacza, że nie zrobi… więc trzeba się go pozbyć”. Nie robię tu strawmana z twojego stanowiska?
                                    - Nie rozumiesz. Specjalizuje się w magii wieszczenia, baron przyjął mnie na swój dwór ze względu na moje zdolności przewidywania zagrożeń. Czuję zagrożenie od tej... istoty, dla miasta, może nawet dla całego królestwa. Nikt mi oczywiście nie wierzy, głupcy. Więc pozbycie się go leży tylko i wyłącznie w moich rękach.
                                    - Hmmm… - zastanowił się chwilę Goodamnn - Ciężko dyskutować z niemożliwym do przekazania w niezmienionej formie komukolwiek innemu. Z tego powodu na Zachodnim Wybrzeżu wszelkim dywinacjom w procesach sądowniczych przypisuje się nawet mniej wartości niż rzekomym świadkom. Nie zrozum mnie źle, nie próbuję cię przekonać byś porzucił swój cel. Dobrze rozumiem, że kogoś tak dedykowanego bym nie odwiódł nawet gdyby mi na tym zależało. - W tonie Viktor przekazywał wyrazy uznania za upartość w postanowieniu.
                                    - Co twoje zaklęcia ci o nim mówiły, jeśli nie jest to tajemnica państwowa? - zachichotał Khal - Może razem rozpracujemy co ten drań knuje - dodał konspiracyjnym tonem, prawie jakby Otto nie mógł słyszeć każdego jednego słowa.
                                    - Sęk w tym, że nic! - uniósł się mag - Wszelkie próby spaliły na panewce. Tym bardziej mnie to martwi, ponieważ aż boję sobie wyobrazić, cóż za szkaradny byt chowa się za tą przeciętną gębą.
                                    - Ja cię słyszę, Fern. - odparł Otto nie podnosząc wzroku znad szklanki, którą właśnie stereotypowo czyścił.
                                    - Mam nadzieję! Czemu po prostu nie opuścisz tego miasta, jeżeli naprawdę "Nie masz złych intencji" jak mi zacząłeś mówić od jakiegoś czasu. - mag spojrzał na Viktora - Bydlak miał czelność nie zaprzeczać, że najpewniej uszkodzi miasto kiedy swoje zrobi, dopiero kilka miesięcy temu zmieniła mu się śpiewka.
                                    - Ponieważ komuś obiecałem, że zostawię miasto w spokoju. - odpowiedział karczmarz - A nie opuszczę go ponieważ mam jeszcze tutaj sprawy do załatwienia, między innymi główny powód mojego pojawienia się.
                                    - Czyli!?
                                    - Szukam kogoś, Fern. Kogoś bardzo dla mnie ważnego. Nie, nie znajdziesz tej osoby swoją magią. Gdybyś miał ją wykryć już byś to zrobił.
                                    - Kolejne zagrożenie dla miasta!? - mag zaczynał się nakręcać.
                                    - Och wątpię, aby zstąpiła tutaj. Jednak jej obecność może nie lada na was wpłynąć. - mag usiadł ciężko, setki myśli przelatywały obecnie przez jego głowę. Otto natomiast zerknął na Viktora - I tak od ponad dekady. Wyobrażasz sobie jak męczące to musi być? Dla mnie to też nic wygodnego.
                                    - Woah… wiele informacji do przyswojenia - westchnął Viktor i upił swojego vieux carré.
                                    - W porządku… - podjął temat kilka oddechów później - Fern. Całkowicie rozumiem twoje zmartwienia. Gdy miałem do czynienia na sali sądowej z mistrzem Locke byłem non-stop zestresowany. To jedyny prawnik w Cheliax który jest niepodważalnie lepszy niż ja w te klocki. Poza tym zwykle zamiatam podłogę drugą stroną jeśli tylko sprawa jest w miarę równa. Jako królewski dywinator na pewno jesteś, całkowicie słusznie, dumny ze swych zdolności i umiejętności w tej dziedzinie i ktoś odporny na dywinacje jest niepokojący. Rozumiem.
                                    - Spójrz na to jednak z tej strony… Jeśli Otto wprost przyznawał, że miasto może ucierpieć w jego dążeniu do swego celu to oznacza, że ma pewne cechy. Jest to teraz przynajmniej pewien rodzaj szczerości i bezczelności. Jakby ich nie miał to by skłamał “nie Fern, Evercrest nic nie grozi, nie masz się czym przejmować”. Może nie powstrzymałoby ciebie to od drążenia tematu, ale wszyscy trzej doskonale wiemy, że powiedzenie prawdy miało potencjał jedynie zwiększyć mu ilość problemów.
                                    - Jeśli wciąż oskarżamy go o posiadanie tych cech. I posiadając tą samą szczerość i bezczelność mówi, że zmienił plany i teraz dołoży dość starań aby być pewnym, że Evercrest nie ucierpi… to siłą rzeczy by oznaczało, że przynajmniej on w to wierzy.
                                    - Może się mylić, mógł nastąpić w nim wewnętrzny regres cnót i już nie ma w sobie prawdomówności… ale może też po prostu mówić prawdę. Sama możliwość do wyrządzenia zła nie jest niczym złym. Każdy z nas ma taką możliwość. Nie bez powodu prawo nigdy nie kara za możliwe przestępstwa, bo WSZYSCY byśmy musieli zostać straceni za możliwe zabójstwo.
                                    - Ale też nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że na pewno nie masz racji. Jakaś szansa zawsze jest. Pytanie jaka ilość wysiłku aby ją zbadać jest odpowiednia do jej wiarygodności.
                                    - Jest na razie jedynym zagrożeniem…
                                    - Porwani. - przypomniał Otto.
                                    - Którym nikt się nie zajmuje! - dokończył mag - Jeżeli jest szansa, że uszkodzi miasto trzeba to brać jako pewnik. - Fern się zatrzymał i spojrzał na Viktora - Cheliax?
                                    - Tak. Dużo gorzej być nie może, ale przynajmniej nie Nidal, co? - zapytał rozbawiony i upił kolejny łyk.
                                    - Więc może rozumiesz czemu jednak kładę nacisk na “potencjał do winy nie jest winą”. Po drodze tutaj wielu ludzi oskarżało mnie o złe zamiary na mocy poinowacenia z historiami, wymyślonymi bądź prawdziwymi, na temat zachowań moich ziomków. Od razu powiem… nie mam nic wspólnego z mroczniejszymi aspektami mojego państwa. Jestem prawnikiem i wiele razy doprowadzałem do posłania takich porypańców na szubienicę, kilka razy na stos i miałem z tego satysfakcję.
                                    - A propos porwanych… jutro idę spróbować w tym swoich sił. Myślę, że mogę dać nową perspektywę na tę sprawę. Mógłbym cię poprosić o pomoc, jakbym jakiś trop złapał? - zapytał nieco poważniej.
                                    - Jeżeli wyciągniesz coś, czego młodej Blackfyre się nie udało, to chętnie pomogę.
                                    - Doskonale. Jestem pewny, że coś wyciągnę i również, że twoja pomoc będzie nieopisana. Jakbym coś złapał, to jak mógłbym się do ciebie dostać? Wyobrażam sobie, że do nadwornego maga nie wchodzi się po prostu z ulicy.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                      #26

                                      text alternatywny

                                      Khal był błogo nieświadom problemów, jakie Fisuś mu na głowę sprowadził, swoim nieutoryzowanym paplaniem poprzedniego wieczora. Uśmiechał się serdecznie choć wciąż sennie.
                                      - Dziękuję, cukiereczku. Jest do mnie jakaś paczka?
                                      - Nie wiem! - odkrzyknęła Piwonia śpiewnie za plecy, schodząc już w dół.
                                      Mimo nieświadomości Khal dostrzegł pewne… zmieszanie na twarzy Kaylie. Zamknięcie jej postawy. To nie było nic wyjątkowego. Wiele razy widział zmieszanie w niewieścich sercach i istniał tysiąc różnych małych i dużych powodów dlaczego teraz Kaylie mogła się tak czuć.
                                      - Dzień dobry, Kruszyno. Słuchaj. Głupia sprawa - podszedł bliżej ujmując jej dłoń i obrócił z deliakatnością, trochę jakby chciał potwierdzić, że nie chowa w niej nic - Zgubiłem wczoraj jadowitego węża. Mniej więcej na stopę długi, w kolorze turkusu. - Drugą ręką sięgnął do jej skroni i delikatnie muskając ja po skórze, odsłonił kasztanową falę włosów jakby za jej uchem go szukając. - Z trzema podwójnymi strzałkami na grzbiecie, nie widziałas go może? - zapytał z lekką przekorą, będąc już… blisko. I spojrzał jej w oczy. Pytania o Fisusia były szczere, ale były także doskonałym pretekstem.

                                      Noc była ciężka dla Kaylie, ale to ranek rozpoczął się źle. Nie spodziewała się tak szybkiego odzewu strażniczki, który przesuwałby jakiekolwiek plany. Chciała porozmawiać z Khalem o wielu sprawach, jednak nie w biegu. Możliwe, że bynajmniej nie polubi on tematu ani nie zakończy się rozmowa dobrze. Nie była jednak przygotowana na takie działania mężczyzny już z samego rana...

                                      - Ja... - zaczęła z lekkim rumieńcem w reakcji na dotyk - Niechcący wczoraj go zabrałam w ubraniu...

                                      Khal nie mógł powstrzymać nieco rozczulonego uśmiechu wykwitającego mu na twarzy.
                                      - O ile uwielbiam oglądać cię taką zakłopotaną to potrzebuję go natychmiast. Oczekiwałem odrobinę innej chronologii wydarzeń.
                                      - Sir Fistaszku! - wychylił się w bok i zawołał nieco głośniej w głąb pokoju Kaylie - Mogę cię prosić?
                                      Odpowiedziało syknięcie, ale… znacznie bliżej niż się spodziewał. Khal zmarszczył brwi w na wpół rozbawionej konsternacji, gdy zobaczył ruch za koszulą Kaylie. Powoli śledził go od jej pasa, w górę pomiędzy jej…

                                      Odwrócił wzrok by nie być bezczelnym i tylko wyciągnął rękę przed jej obojczykiem by Fisuś, już po wypełznięciu przez jej kołnierz mógł bezpośrednio do niego przyjść.
                                      - No już… - zagadał do niego dziarsko widząc, że wąż jest niemrawy.
                                      - Nie gniewam się - zapewnił Khal przykucając - ale masz mi potem sporo do opowiedzenia.
                                      - Znajdź mi pretendenta. Na wczoraj - rozkazał poważnym tonem. Teraz się już nie wygłupiał.
                                      Wąż zasalutował ogonem i popędził w dół, przemykając się szczelinami i cieniami, poza widokiem ludzi.
                                      - Będzie potrzebował pięciu, może dziesięciu minut, więc prosze… kupmy mu tę odrobinę czasu.
                                      - Pretendent? - zapytała wiedząc, że tylko próbuję sobie samej załatwić czas, aby się uspokoić - Do tego czeka na nas Blackfyre...
                                      - Dziesięć minut nie zrobi różnicy. - Zapewnił wciąż na kuckach patrząc w punkt gdzie ostatnio widział Fisusia - A pretendent... to ładny eufemizm. Moja moc jest na pewnym progu, którego przekroczenie daje wyraźne efekty, ale chwilowo sam tego nie potrafię. Pretendent to zwykle szczur którego energią życiową zasilam moja łączę z domeną naszego benefaktora.
                                      Kaylie patrzyła w bok, nie na mężczyznę. W odpowiedzi tylko mruknęła potwierdzając, że rozumie o czym mówi.
                                      - Khal... - szepnęła w końcu - Wczoraj... Było nieoczekiwane...
                                      Viktor niemal zastrzygł uszami gdy usłyszał jej ton. Wstał zmuszając się aby był to łagodny ruch i spojrzał na nią marszcząc brwi w zmartwieniu. Cofnął się pół kroku, dając jej oddychać.
                                      - Naprawdę… nienawidzę tego co mówię, ale jeśli masz jakieś wątpliwości co do wczoraj… to to nie jest moment na tę rozmowę. Utrzymam chłodniejszy dystans, dam ci przestrzeń do kiedy nie będziemy mogli tego poważnie omówić, tego byś chciała?
                                      Jego propozycja była może nie wesoła i serdeczna, ale powierzchownie swobodna. Zachęcająca, jakby to było rozwiązanie które sam by preferował, ale dostrzegała napięcie w jego oczach.
                                      - Po prostu... Chcę ustalić wszystko... Żeby była... Jasność... - każde słowo wypowiadała z coraz mniejszą pewnością.
                                      Khal spuścił spojrzenie oraz powietrze z siebie powoli. Z najdrobniejszą nutą… czegoś.
                                      - W porządku, Kruszyno. “Wszystko” to duży temat - uśmiechnął się do niej serdecznie.
                                      - Jest porządku - powtórzył wesoło, wkradając się w jej odwrócone spojrzenie. Oczy mu się śmiały pogodnie i zachęcająco - Wszystko będzie dobrze - zapewnił, spychając wszelkie własne wątpliwości i to jak ubodła go wizja która przez chwile roztoczyła się przed jego wyobraźnią. Nie powinna była go tak ukłuć.
                                      ”Beksa!”
                                      - Idziemy? - zapytał dziarsko, wskazując gestem głowy w stronę schodów.
                                      - Tak, oczywiście. - Kaylie uśmiechnęła się na siłę, czując w tym momencie jak więzień swoich słów.

                                      Na dole jak zwykle było drobnie zbiorowisko ludzi, w tym i Baltizar ze swoją grupą najemników. Największą uwagę jednak przyciągała obecnie Komendant Blackfyre, która kłóciła się z Otto.
                                      - … służymy w obronie miasta! W tym i twojej karczmy!
                                      - I wszyscy jesteśmy wdzięczni Filio, ale znasz zasady mojej karczmy. Chcesz lepsze traktowanie, zrób coś co wspomoże ją. - karczmarz stał z założonymi ramionami.
                                      - Słuchaj, "dziewczyny" Joriego, są czyste, ciepłe i wykonują każdą zachciankę…
                                      - Dziękuję za darmową reklamę.
                                      - A ja nie chcę, aby moi chłopcy dostawali jakiegoś syfa od ulicznic.
                                      - To niech se utną, znajdą żony, albo korzystają z droższych.
                                      - Na płacy strażnika? - wciął się jeden z oficerów, który przybył z komendant. Otto westchnął i spojrzał w sufit.
                                      - Dla całej straży, na zawołanie… Ty wiesz ile kosztuje stworzenie tak skomplikowanego Homunculusa? Powinienem wam liczyć jak na Wyspach Północy. - zastukał kilka razy o blat stołu - Dobrze, ale mam jeden warunek. Raz w miesiącu dziesięciu twoich chłopców uda się z Otisem na łowy, a on poluje tylko na dużą zwierzynę.
                                      - Dużą w sensie…?
                                      - Sowodźwiedzie, mantikory, młodociane smoki, olbrzymy. Zależy czego trop złapie. Umowa stoi? - Otto wyciągnął rękę, po chwili rozważania kobieta wyciągnęła swoją i złączyła ją w uścisku z karczmarzem.
                                      - Stoi. - Otto kiwnął głową.
                                      - Twoi paranormalni detektywi przybyli. - karczmarz nawet nie spojrzał na nowo przybyłą dwójkę.

                                      Chwilę wcześniej…

                                      Khal zatrzymał się na szczycie schodów, puszczając Kaylie przodem gdy tylko usłyszał głos komendant Blackfyre. Dwa kroki w dół usłyszała pomruki szeptanego pod nosem zaklęcia. Gdy się odwróciła widziała tylko jego ostatni gest… i zobaczyła jak bezczelny uśmieszek i pełna nonszalancja momentalnie wyparowały z jego postawy.
                                      - Khal?
                                      …zbladł w przeciągu kilku sekund. Oczami okrągłymi jak spodki pod herbatę wpijał spojrzenie raz w Filię, raz we własną dłoń, a chwile potem zakrywał nią usta. Wyglądał wprost jakby zobaczył ducha. Usiadł na schodach i wręcz było widać jak miliony scenariuszy przemykały przez jego myśli odrzucane jeden po drugim.
                                      Kaylie wróciła bliżej mężczyzny i położyła mu rękę na ramieniu.
                                      - Khal? Co się dzieje? - zapytała zaniepokojona tą reakcją.
                                      Obserwowała jego oczy w każdej półsekundzie patrzące gdzie indziej, czasem nawet w jej kierunku ale definitywnie nie na nią. Słyszała głębokie, wymuszone oddechy.
                                      - Wszystko w porządku - usłyszała sztywne słowa cedzone przez jego palce, wciąż zasłaniające usta. Wziął głęboki wdech, zamknął oczy i powoli spuścił powietrze… jak zawsze gdy potrzebował odzyskać kontrolę i przetarł twarz obiema dłońmi.
                                      - Coś do mnie dotarło. Nie na to teraz moment… - odpowiedział przywołując swoją normalna mimikę. Tylko blady trochę pozostawał.
                                      Kaylie skinęła głową i ścisnęła dłoń prawnika, aby tak dodać mu otuchy.
                                      - Chodźmy...


                                      - Twoi paranormalni detektywi przybyli - zaanonsował Otto zwracając na nich uwagę.
                                      - We własnych osobach! - Odkrzyknął Viktor, schodząc ze schodów i znów był w swej zwyczajowej personie. Serdeczny, odrobinę bezczelny i diablo pewny siebie.
                                      - Komendant Blackfyre, nie spodziewałem się takiej eskorty. Carl, dobrze pamiętam? - spojrzał na przygrubego strażnika, którego imię usłyszał wczoraj jako jedynego, poza Finlem, co ich przyjmował na wejściu, ale go tu nie było - Dobrze cię widzieć.
                                      Zmarszczył brwi w zmartwieniu.
                                      - Nie mówcie mi proszę, że od naszego spotkania mamy nowego… świadka…
                                      - Na szczęście nie. - odparła Blackfyre - Mówiłam, że po was poślę co nie? A i tak miałam sprawę do załatwienia z Otto. Gotowi?
                                      Khal odetchnął z ulgą, teatralnie ocierając czoło.
                                      - W takim razie postanawiam poczuć się połechtanym po ego w przyjemny sposób - wyszczerzył zęby bezczelnie - Potrzebuję dziesięciu minut. Mój człowiek próbuje zorganizować mi komponent który ułatwi nam śledztwo. Nie nagli nas aż tak bardzo, prawda?
                                      - Bardziej martwi się nie zrobią... - mruknęła komendant - Nie wiedziałam, że masz tu "ludzi". Zważając, że to twój trzeci dzień w mieście.
                                      - Bardzo śliska persona. - odezwała się Kaylie poprawiając maskę.
                                      - Dziękuję Kaylie - zaczął bardzo oficjalnym tonem - twoje niezachwiane wsparcie zawsze jest dla mnie podporą… - uśmiechnął się swobodniej i zwrócił do komendant - W szerokim rozumieniu tego słowa. W Cheliax miałem cały zespół. Kilku z nich nawet myślałem czy ze sobą nie wziąć, by start sobie ułatwić, ale uznałem, że nie chcę ich rodzinom wyrywać.
                                      - Cheliax? - powtórzyła Blackfyre - Gorzej niż sądziłam. - zerknęła na swojego kompana, ale tylko wzruszył ramionami - Pamiętaj o rozwścieczonym tłumie Goodmann. Idź do swego człowieka, ja jeszcze coś muszę obgadać z twoim gospodarzem.
                                      - Czekam na jego sygnał, ale rozumiem… prywatniejsze tematy - zachichotał pod nosem wesoło - Otto, klapnę tam przy stoliku, mógłbym prosić Otisa o chudą jajecznicę?
                                      - Jasne, powiem mu też żeby dał ci pieczonego chleba bez skórki... - po czym karczmarz wrócił do rozmowy z komendant.

                                      Khal usiadł przy stoliku tak aby swobodnie, niemal bezwiednie móc spoglądać na rozmowę Filii z Otto.
                                      - Homunkulus kurtyzana… - rzucił z najmniejszą odrobiną zainteresowania. Dłonie miał złożone w piramidkę, raz po raz dźgając swoją dolną wargę palcami wskazującymi w zamyśleniu - To nie moja dziedzina wiedzy, ale jeśli to ma koszty jak golemy, to łatwiej całemu posterunkowi byłoby wykupić pakiet cotygodniowego magiczne odsyfienie. Pewnie ze trzy dekady by minęły nim koszty by przeważyły… - nawet nie udawał, że jego myśli są zupełnie gdzie indziej.
                                      Kaylie usiadła obok Khala przyglądając się jego reakcjom nim się odezwała nagle.
                                      - Co się dzieje?
                                      Khal spojrzał na Kaylie z nowym zainteresowaniem.
                                      - Otto negocjuje z Filią stworzenie magicznej kobity strażnikom - odpowiedzial z wrednym uśmieszekiem, nim wzrok znów mu nie odpłyną do komendant - a Fisuś… złapał trop, ale ma wątpliwości czy mu się uda. Byłoby wygodniej jeśli tak - drażnił się z nią odrobinkę, najwyraźniej nawet pogrążony w myślach nie mógł sobie odmówić drobnej zabawy.
                                      Kaylie złapała jego dłoń z kawałkiem jajecznicy i zatrzymała ją.
                                      - Wiesz o co pytam i nie o ruchome lalki dla straży.
                                      - Wiem - przytaknął Khal z pogodnym uśmiechem, nie próbując nawet wyrwać ręki - Ale… sam nie wiem jeszcze co myśleć. Mam mętlik w głowie i nie wiem czy chcę cię tym obciążać… więc kupuję czas gadając bez ładu czy składu, licząc, że coś mi się w głowie wyklaruje.
                                      Kobieta przewróciła oczami.
                                      - Daruj sobie te gadki. Pytam, więc chcę wiedzieć. - wyciągnęła mu z ręki widelec - Nie jestem twoim dzieckiem czy twoją szlaufą.
                                      - Oczywiście, że nie - zaprzeczył oburzony… nim wyraźnie nie dodał dwa do dwóch.
                                      - Czemu użyłaś tego słowa? - zapytał podejrzliwie i z niepokojem. “Szlauf” nie było słowem używanym poza Zachodnim Wybrzeżem. Głównie Cheliax i Nidal. Nigdzie go nie usłyszał wypowiedzianego na głos od kiedy opuścił te rejony.
                                      Kaylie uniosła maskę i zjadła część jajecznicy z widelca.
                                      - Tak przecież nazywasz kobiety z twoich rotacji.
                                      Przez kilka oddechów Khal nie mógł z siebie słowa wydobyć kiedy składał w głowie wersję wydarzeń.
                                      - Przerobię go na sznurówki… - zadeklarował i znów, po swojemu.
                                      - Na moją obronę… NIGDY nie użyłem tego słowa na głos - stwierdził niezadowolony i… zawstydzony - Co ci jeszcze powiedział? - zapytał opierając łokieć na blacie, a skroń na palcach dłoni - To o to na górze chodziło?
                                      - Nie. - odłożyła widelec na talerz Khala - Tego się spodziewałam i byłam gotowa, bo miałam relacje z różnym elementem. Ale on więcej powiedział, nie tylko by cię podminować, ale zmusiło to do przemyśleń.
                                      - Przemyśleń? - powtórzył Khal, zaniepokojony - Nie wiem teraz nawet przed czym mam się bronić… - ślad frustracji zabłysnął na moment na twarzy Khala - Kaylie, co on ci powiedział?
                                      - Przemyśleń nad tym, co robię. - patrzyła na swoje paznokcie - Martwi się o ciebie. Martwi się, że nie powinnam się przy tobie pojawić i jak najszybciej to przerwać by nie uczynić ci większego bólu.
                                      Khal zamilkł na kilka chwil. Analizując z pięciu stron na raz jak tamta rozmowa mogła przebiec i jak Kaylie się na nią zapatrywała. Kąty pod którymi to było ważne. W końcu zaśmiał się kilkoma tylko dźwiękami do siebie, nie był to wesoły śmiech, raczej sposób aby samemu się rozluźnić, może przy okazji łagodząc atmosferę. Sięgnął do jej dłoni i przyciągnął ją delikatnie bliżej siebie.
                                      - Kruszyno… rozumiem, że wydaje ci się, że Fisuś, jako kawałek mojej duszy, musi mówić coś co mi naprawdę w serduchu siedzi, albo może mieć nawet lepszy w nie wgląd niż ja… - mówił łagodnym tonem, rysując leniwe ósemki palcem, we wnętrzu jej dłoni - jakbyś miała swojego chowańca możliwe, że byś poznała lepiej jak bardzo ograniczona jest ich percepcja do wewnątrz rodzica. On jest tylko małym kawałkiem mnie. Prezentuje tylko mały kawałek mojej perspektywy. Brak mu zrozumienia niuansów kiedy tylko wychylamy się poza ten mały kawałek. Spójrz na mnie - poprosił sięgając do jej brody i delikatnie ją uniósł by wejrzeć jej w oczy.
                                      - Mam czterdzieści dwa lata. Byłem wygnaną sierotą gdzieś w okolicach twoich narodzin. Bah… mógłbym mieć córkę w twoim wieku i mało kto by spojrzał na to krzywo. Jest we mnie strach, że to się nie uda. Nie przeczę. Bo bardzo chcę aby się udało… ale jeśli wyjdzie inaczej… - wzruszył ramionami nie dokańczając.
                                      - Nie musisz się o to martwić - zapewniał ją dalej - Nie byłby to pierwszy raz gdy kobieta poznała bliżej Viktora Goodmanna i postanowiła, że nie jest on dla niej.
                                      - Nie chcę moimi działaniami rozdrapać jakiejś traumy. - westchnęła - A sama mam swoje i wiem, że najlepszym partnerem do związku nie jestem. Za mną ciągną się problemy. A do tego... - zamknęła oczy - Nie wiem jak się czuć z myślą, że jesteś Cheliaxaninem, co czyni ze mnie całkowitego zdrajcę. - potargała grzywkę - Zdaję sobie sprawę, że związek nie będzie pozbawiony innych kobiet i się godzę z tym. Jak i z tym, że może nie mieć długiego trwania...
                                      Khal pozwolił sobie by zmartwienie wypłynęło na jego twarz. Pomieszane odrobinę ze współczuciem. Żadne niewidziane przez nikogo, a szczególnie przez Kaylie. Rzucił okiem na rozmowę Otto z Filią i widząc, że trwa w najlepsze odwrócił się na krześle w jej kierunku i powoli, nie siłą, a słowem i dotykiem obrócił ją do siebie. Czule odgarnął zmierzwione pasemko za jej ucho i złapał ją za dłonie.
                                      - Zacznę od brzydkiej części, bo nie chcę cię okłamywać poprzez niedopowiedzenie… nasz benefaktor będzie ode mnie oczekiwał uwodzenia i sypiania z innymi. To jest zbyt skuteczne narzędzie wpływu w moim arsenale. - Jego głos był niby-spokojny, ale słychać było w nim nuty smutku, oraz… czegoś.
                                      - Poza tym… nie chcę w przyszłości myśleć o tobie i zastanawiać się “a co gdyby”. Zasługujemy co najmniej na szansę. Wiem to równie dobrze jak ty i się tego boję równie bardzo jak ty. Nie mylę się, prawda? - zapytał, ale tak naprawdę nie było to wcale pytanie.
                                      - Rozumiem, rozumiem... ty tylko wiedz, że to może różnie się potoczyć... - westchnęła - A teraz mi powiedz o tym, co się stało.
                                      - Uff… więc tak. Nie wiem jak to się stało, ale Filia Blackfyre jest moją siostrą. - rzucił szybko, praktycznie jednym tchem.
                                      Kaylie patrzyla w zaskoczeniu.
                                      - ...co?
                                      - Co nie? - przytaknął jej reakcji, bez najmniejszego zawahania - Jak ją tylko wczoraj zobaczyłem miałem najdziwniejsze déja vu w życiu. Więc dziś przygotowałem dosyć niszowe zaklęcie wykrycia co określa relacje rodzinne… ale to było w myśl zasady “nie wiesz póki nie potwierdzisz”. Byłem całkowicie pewien, że mi się tylko wydaje i myślałem, że użyję go w kostnicy, ale teraz nadarzyła się lepsza okazja… i bah… to moja siostra. Nie miałem nigdy siostry. Albo jest znacznie starsza niż się wydaje… znaczy, że jest zauważalnie starsza ode mnie, albo… tutaj to jest edukowana zgadywanka… Aegon wykopał moją matkę, wskrzesił ją i w jakiś absurdalny sposób wyszła z tego Filia i definitywnie wciąż jestem w szoku skoro nie ma wokół nas jeszcze żadnych trupów…
                                      Kaylie spojrzała w dół. Ze złością.
                                      - Jeżeli twoja matka to zrobiła i nie szukała cię... Zabije ją znowu. - powiedziała poważnie.
                                      Przez chwilę w jego spojrzeniu pojawiła się wdzięczność… Nie za same słowa… ale za to, że jej zależało.
                                      - Zawsze byłem pewny, że to ja ją wskrzeszę. Kiedy tylko Azazel da mi dość mocy i nigdy nie wątpiłem, że w końcu na to zapracuję. Wyobrażałem sobie tamten moment. Gdy umarła była dekadę młodsza niż ja jestem teraz. Czy by mnie w ogóle poznała? Ile bym musiał jej tłumaczyć co się wydarzyło? Ale teraz… ona może żyć. Ona może być żywa… I wiem kto zna odpowiedź… ale nie mogę jej jeszcze zapytać. Musimy się… zaprzyjaźnić. Wytworzyć relację gdzie takie pytanie nie byłoby absurdalnie wścibskie.
                                      Khal był…. odcięty. Oczy znów miał szeroko otwarte i spojrzenie krążyło gdzieś w przestrzeni. Mówił szybko, ale prawie płasko. Nie było śladu emocji, poza… jakąś zimną ekscytacją.
                                      Arkanistka nałożyła na widelec kawałek jajecznicy i przysunęła do do ust Khala.
                                      - Jedz póki ciepłe.
                                      Viktor uśmiechnął się ciepło i skorzystał z propozycji, a potem sam przejął widelec.
                                      - Jesteśmy jak ogień i lód. Tylko odwrotnie względem stereotypów.
                                      - Muszę to dokładnie przemyśleć.
                                      - I wywiedzieć się więcej. - rzucał krótkimi zdaniami pomiędzy kęsami.
                                      - Może wcale nie muszę jej pytać. Nikt nie mówił, że to jakaś tajemnica. Tylko Otto, że nie wie kim jest matka, ale to nic nie świadczy.
                                      Kaylie nie odzywała się pozwalając Khalowi samemu walczyć z myślami, ale także nie opuszczała go. Wiedziała, że to bardzo... istotny dla niego moment.
                                      - Fisuś złapał pretendenta - rzucił nagle patrząc gdzieś w przestrzeń i wstał, szybko odkładając widelec na resztkach jajecznicy - Teraz liczy się czas. Jak chcesz, Kruszyno, to czuj się zaproszona, ale to nie będzie ładny widok - ostrzegł Kaylie, ale spojrzenie miał pytające.


                                      Wyszli razem i chwile potem Khal łapał Fisusia w dziwny, wężowy, całkowicie niedynamiczny sposób skaczącego z dachu z wróblem w pysku. Kolejną chwilę potem wstrzykiwał ptaszkowi, unieruchomionemu elastycznymi gumkami, surowicę z jadu chowańca prosto w malutkie serduszko, igłą tak cieniutką, że nie mogła powstać bez użycia magii.
                                      Kaylie nie patrzyła bardzo na to, co robił Khal z ptaszkiem. Zachowywała zimny wyraz twarzy, ale sam proces najwyraźniej jej nie cieszył. Przypatrywała się za to Fistaszkowi, jakby chciała zobaczyć czy chowaniec coś spróbuje zrobić, a ten unikał spojrzenia obojga z nich. Jak tylko mógł wpełzł za kołnierz Viktora, chowając się przed potencjalnymi pytaniami czy inną metodą wydania się.
                                      - Przy tym rozmiarze i ranach… ma jakieś trzydzieści, czterdzieści minut - powiedział Khal z pewnym niesmakiem chowając go za koszulę. - Też za tym nie przepadam - przytaknął Kaylie z brzydkim grymasem gdy zobaczył jej spojrzenie - Jednak to robi różnicę. Zauważalną. Nie znęcam się nad nim bez powodu.
                                      Kobieta patrzyła w ziemię.
                                      - Wiesz... - odezwała się nagle - Też chciałam mieć chowańca. - powiedziała jakby mimochodem - Ale mam jego... - poklepała klingę miecza - Wredny bufon.
                                      - Inteligentne ostrze… - kiwnął Khal głową z uznaniem. - Może dwa razy takie w życiu widziałem. Ma imię?
                                      - Przedstawił mi się jako Rhaast. - potwierdziła.
                                      - Wredny bufon, mówisz… chyba obaj nasi towarzysze nie wiedzą kiedy gębę otwierać, hmmm? - zapytał znaczącym tonem, ale kierował słowa w okolice swego lewego boku… i nie trzeba było wiedzieć na co patrzeć aby dostrzec, że wężowy ruch momentalnie ustał. Jak na tę komendę.
                                      - Tak, wiem już. Będziemy mieli o tym dłuuugą dyskusję jeszcze…
                                      Rzucił dwa krótkie spojrzenia to na Kaylie, to na ścianę za nią zagryzając odrobinę wargę, w rozważaniach… Strzyknął w końcu śliną rezygnując z pomysłu. Nie moment na to.
                                      - W porządku, Kruszyno - podjął wcześniejszy temat robiąc krótkie pół kroku już z powrotem, gdzie zaraz mogli zacząć ich szukać i wyciągnął do niej dłoń zapraszająco - Opowiedz mi o nim. Jestem ciekaw jak cholera.
                                      - Nie wiem czy jest o czym opowiadać... - przyjęła dłoń, a Khal zanotował, że sprawiło mu to więcej przyjemności niż wypadało. - Jak nie chcę go słuchać to go nie dotykam... - wzruszyła ramionami - Pomaga w walce przenosząc moje zaklęcia... a i sam może swoje umiejętności wykorzystać, tylko jest taki przemądrzały dziad…
                                      - Nieusłuchany podlotek… - usłyszała kobieta głos miecza.
                                      Kaylie odsunęła rękę od miecza.
                                      - Tak jak teraz nie chcę słuchać jego narzekania. - Parsknęła.
                                      - “Nie wiem czy jest o czym opowiadać” - zachichotał Khal serdecznie - Skąd go masz? Sama go stworzyłaś, znalazłaś, czy to… prezent? Jakby ktoś go dotknął to też mógłby go usłyszeć? I najważniejsze w mej próżności… w jakich to pejoratywach się o mnie wypowiada? - Zapytał Khal w rozbawieniu, puszczając już Kaylie przodem, przez próg Dworu.
                                      Kaylie dotknęła miecza sama zaciekawona opinii miecza.
                                      - Służalczy, śmierdzący siarką, stetryczały, smarkacz, który myśli, że wie co jest dla ciebie dobre. Masz ochotę to go przeleć i odrzuć jak szmatę.
                                      - Nie wiem czy chcesz wiedzieć... - odparła Kaylie z niepewną miną - Może byś mógł, gdyby on chciał...
                                      Nie odpowiedziała na wszystkie pytania Khala, ale nie powstrzymało go przed własnymi wnioskami.
                                      - Aż tak źle? Hah… Wieloma sposobami mnie nazywano - odpowiedział ze swoim bezczelnym uśmiechem - Jestem ciekaw czy inteligentne miecze mają jakieś ciekawe metodyki uwłaczania. Spójrz na to z takiej strony… - zaproponował rozbawiony. - To jest jedyny przypadek w historii gdy Viktor Goodmann prosi kobietę aby go z błotem zmieszała.
                                      Arkanistka westchnęła.
                                      - Jego słowa. "Służalczy, śmierdzący siarką, stetryczały, smarkacz, który myśli, że wie co jest dla ciebie dobre. Masz ochotę to go przeleć i odrzuć jak szmatę." - powiedziała wprost.
                                      - Smarkacz jest oryginalny w kontekście mnie, to muszę przyznać - jeżeli w jakikolwiek sposób zdanie miecza dotknęło Khala to nie dał tego po sobie poznać - To jego opinia bardziej o wszystkich pretendentach do twojej sympatii, czy jestem wyjątkowy w jakiś sposób?
                                      - Raczej... nie. Jesteś tylko kolejnym dzieciakiem, który właduje mnie w kłopoty. On oczywiście po takich kłopotach wyśmiewa mnie bez zawracania sobie głowy ostrzeganiem czy pomocą wcześniej. Ogląda fajerwerki.
                                      Dobry humor szybko wywietrzał z twarzy Khala gdy tego słuchał. Zastąpiło go współczujące zmartwienia.
                                      - No to mamy dużo różną sytuację z naszymi towarzyszami. Fisuś, poza tym ostatnim, jest zwykle wspierający, na swój głupiutki sposób. - Oburzone syknięcie spod koszuli Khala zaprotestowało gniewnie - Rozumiem więcej i więcej… - dodał chyba na wpół do siebie, przesuwając delikatnie kciukiem po jej dłoni. - Ale porozmawiamy o tym innym razem. - Ścisnął mocniej (czulej?) jej dłoń na krótki moment, widząc uścisk dłoni wieńczący negocjacje Filii z Otto i puścił. Wchodzili znów w sytuację zawodową, a nie prywatną,. Takie czułości jak trzymanie się za ręce nie były już na miejscu.
                                      - Mamy komponent - zadeklarował gdy się zbliżyła. - Jesteśmy gotowi, jeśli wy jesteście.
                                      - Dobrze. - odparła komendant - Otto, miło było robić z tobą interesy.
                                      - Nawzajem. Proszę tylko ich oddać, są mi jeszcze coś winni. - karczmarz mrugnął do dwójki Azazelitów, którzy opuścili karczmę w towarzystwie straży.


                                      Droga do komisariatu przebiegła szybko, Filia narzucała dość karkołomne tempo, w międzyczasie komendant zdołała zapoznać Khala i Avruil z ich przyszłymi znajomymi.

                                      Pierwsza ofiara, którą znaleźli, to Moriana Galazo. Matka dwójki dzieci, zaginęła cztery miesiące temu, nigdy nie znaleźli ciała do tygodnia temu. Jej ciało przeszło przez wiele zmian, nie wszystkie w wyniku mutacji. Obok jej zwykłych ludzkich uszu ma przyszytą parę elfich. między jej łopatkami została przyszyte orcze ramię. Straciła jedno oko i wszystkie zęby. Z mutacji, które zidentyfikowali to nogi wygięte i wydłużone przypominając tylne nogi psa. Powód śmierci: Infekcja z przyszytych kończyn.

                                      Druga ofiara, Fix Galii, gnom... którego zwłoki mają obecnie dwa metry wzrostu, chociaż zachowały typowo gnomie proporcje. Podejrzewali, że ciało zostało po prostu zwiększone magią, ale wszelkie próby rozwiania zaklęcia spaliły na panewce, więc to najpewniej kolejna mutacja. To plus jego skóra przybrała kolor łososiowy, a włosy przypominały skrzela salamandry. Powód śmierci: uduszenie

                                      Trzecia ofiara, Ork, brak jednej ręki (najpewniej przyczepiona do Moriany), druga głowa na torsie, masywny rozrost mięśni. Powód śmierci: Krwawienie mózgu drugiej głowy spowodowało jej śmierć, co następnie spowodowało rozprzestrzenianie się martwej krwi po ciele właściwym.

                                      Czwarta ofiara, nieznana, istota humanoidalna, około 170 cm wzrostu, brak twarzy; włosów, powiek, warg. Ciało absolutnie smukłe, brak tłuszczu, włosów, skóra gładka i wilgotna, przylegająca do mięśni. Mięśnie jednolite, nadając kończynom cylindryczną budowę. Powód śmierci: uduszenie.

                                      Piąta ofiara, nieznana, czworonożna istota zbudowana z palców. Skóra jak u człowieka północy. Wyglądem przypomina gada. Powód śmierci: nieznany.

                                      Komendant starała się przedstawiać fakty sytuacji, ale widać było, że cała sprawa wzbudza w niej niepokój. W końcu dotarli do siedziby straży i bez żadnego zatrzymania zeszli do piwnicy. Tam, przechodząc przez kilka korytarzy weszli do dość szerokiego pomieszczenia oświetlonego świecami.
                                      Khal i Avruil zauważyli małego żywiołaka lodu trzymanego w klatce w rogu przy suficie.
                                      Na środku pomieszczenia znajdowało się pięć stołów i na nich przykrytych pięć ciał.

                                      text alternatywny

                                      Khal był poważny i cichy gdy słuchał o ofiarach. Nie było śladu jego typowej wesołości czy pogodnej szyderczości. Ludzie umarli. Boleśnie. I jeszcze dwie dziesiątki teraz było porwane. Sytuacja wymagała… należytego szacunku.
                                      - W porządku. Mój scenariusz byłby taki: obejrzymy jeszcze raz ciała. Możliwe, że zauważymy coś nowego i wpłynie to na pytania. Mamy pewne magiczne sposoby otwierające możliwości. Potem ich obudzę. Po kolei. Każdemu zadamy cztery pytania. Jestem adwokatem z zawodu, nie śledczym i “śledztwa” w czasie rozprawy to zupełnie co innego niż w terenie i nie znamy okolicy ani geograficznie ani socjalnie. Ty znasz. Dlatego ty powinnaś obmyślić jakie pytania im zadać oraz komu… dziś mogę przepytać troje z nich. Jutro resztę. Za tydzień będzie można powtórzyć proces. Czy to ci odpowiada?
                                      Komendant chwilę się zastanowiła.
                                      - Nigdy nie miałam do czynienia z tego typu magią. Nie wiem jakie pytania jest sens zadawać. - chwilę przyjrzała się zwłokom na stołach - Najmniej sensu jest rozmawiać z orkiem jak sądzę. Pytanie "gdzie byli trzymani" jest ryzykowne, bo spora szansa, że tego nie wiedzieli. - Filia spojrzała na chwilę w sufit zastanawiając się - "Jak wygląli twoi porywacze?", "Ilu ich było?", "Gdzie cię porwali?", "Co możesz nam powiedzieć o miejscu, w którym cię przetrzymywano?" - postanowiła - Moriana, Fix i ta istota zbudowana z palców. Czy jeżeli przed śmiercią popadła w obłęd, lub jakieś zezwierzęcenie to ma to wpływ na jej duszę po śmierci?
                                      - Może mieć wpływ. Nie musi. Obłęd to zbyt szeroki worek tak naprawdę niepoliczalnej ilości różnych… schorzeń… aby móc definitywnie stwierdzić. Nie wierzę aby to z czym będziemy rozmawiać było duszą, ale o tym prowadzi się od wieków dyskursy filozoficzne, ale nie zmienia to faktu, że nie dowiemy się w jakim będzie to stanie póki nie spróbujemy. Przy ogólniejszych pytaniach będzie sumarycznie więcej informacji, ale mniej szczegółowych. Zacząć można nawet od bardzo szerokiego “co wiesz o tych co ciebie porwali?”. Wtedy najpewniej otrzymamy szereg ogólników, ale to może nakierować kolejne pytania… no ale to po obejrzeniu zwłok, jeśli możemy… możliwe, że coś z nimi związanego naprowadzi na jakiś kierunek jeszcze przed rozpoczęciem zadawania pytań.
                                      - A możliwe jest, że dana dusza nie będzie chciała się jakkolwiek pojawić? - zapytała Kaylie.
                                      - Nie do końca. Tak naprawdę nie wiemy czy cokolwiek się w ogóle tutaj pojawia, czy może wyciągamy coś co jest ukryte w samym ciele - wykładał Khal tonem nauczyciela, gdy podchodził do stolika. Zrobił na nim sobie trochę miejsca i wyłożył na nim paczkę.
                                      - Żadne badanie magiczne nigdy nie potwierdziło jednoznacznie obecności czy nieobecności duszy w mówiącym ciele, a bogowie milczą na ten temat. Albo tak twierdzą ich kapłani. Ale to dywagacja…
                                      Po rozpakowaniu na stoliku ukazała się skórzana teczułka z zestawem narzędzi medycznych i chirurgicznych.
                                      - Praktyczną wiedzą jest, że ciało zawsze się budzi, ale potrafi być niechętne lub wręcz wrogie. Znane są pojedyncze przypadki gdy kłamało, ale nieprzyjazne ciało musi oprzeć się woli Mówcy. Te kłamstwa też, w dwóch z trzech przypadków historycznych które znam, wiązały się z tym, że z umarłym próbował rozmawiać Mówca który “umarł” tego człowieka. Teoretyzuje się, że odpowiednia indoktrynacja przed śmiercią może przekłamac późniejsze rozmowy z osobą, ale… nawet w Cheliax takie badania byłoby nielegalne… choć nie mam dość wiary by sądzić, że nigdy nie spróbowano, ale ja wyników tych prób nie znam. Raczej psów lamashtu nie oskarżamy o stosowanie technik socjalnych.
                                      - Byłoby nielegalne, chyba że nikt by nie dał się na tym złapać, co? Wtedy żadnych problemów. - mruknęła Kaylie na słowa o legalności w Cheliax.
                                      - Cóż… dochodzimy tu do ulicznej mądrości… WSZYSTKO jest legalne póki wymiar sprawiedliwości nie widzi. Cheliax nie jest tutaj w żaden sposób wyjątkowe.
                                      - Ale w Cheliax jest to pochwalane. - szepnęła.
                                      - Bardzo chętnie porozmawiam o malwersacjach legislacyjnych w Cheliax, ale to jest naprawdę potwornie przekomplikowany temat na cały wieczór, albo i trzy. Bardzo niewiele można w tej dziedzinie sprowadzić do jednego zdania.
                                      Kaylie wzruszyła ramionami.
                                      - Nie ten czas.
                                      Przytaknęło jej jedynie chrząknięcie, brzmiące bardzo blisko serdecznemu “właśnie”.
                                      - Pani komendant, możemy przystąpić do oględzin zwłok?
                                      - Jeżeli zakończyliście dysputy metafizyczno/prawne... - mruknęła kobieta. Kiwnęła głową Duncanowi, który zdjął okrycia z ciał. Na starcie było dość przeciętnie, nie były to pierwsze ciała, które widzieli. Dwumetrowy, różowy gnom był dość imponującym widokiem, ale nie byli gotowy na "palczaste" stworzenie. Oboje poczuli jak przewraca im się w żołądkach, ale na szczęście udało im się uspokoić - Proszę bardzo. - Filia wskazała Khalowi na ciała - Miłej zabawy.
                                      - Definitywnie będzie… - stwierdził Viktor, ale nie miał w głosie krztyny wesołości.
                                      Sięgnął ręką za poły kaftana do nadwymiarowej kieszeni i chwycił wątłego wróbelka. Nie wiedział nawet czy wciąż żyje, ale liczył na to. Ścisnął odrobinę mocniej, gdy szeptał inkantację, sięgając do jego sił życiowych i wchłonął je… było ich już tak niewiele… ale nie ich wielkość tak naprawdę miała znaczenie, ale o niematerialną więź życia ze śmiercią nawiązaną gdy maleństwo umarło w jego dłoni. Uchwycił ją i zaczepił o swoją własną moc. To była mroczna magia, wypełniająca niepokojącym poczuciem siły. Wziął gwałtowniejszy wdech nozdrzami, pozwalając pierwszej euforii przyjść oraz odejść. Wypuścił powietrze ustami dłuższym gestem.

                                      Postawił na stoliku dwa drewniane kubki i wypełnił cienkim winem. Wymawiana nad nimi inkantacja dłużyła się odrobinę gdy błogosławił trunki.

                                      Pozwolił magii rozlać się po jego ciele znacznie głębiej niż wlało się samo wino, a gdy poczuł, że to już… zabrał swoje przyrządy…
                                      - Poczęstuj się, Kaylie - zaproponował, wskazując gestem pozostały kubek i podszedł do pierwszego ciała. Gnoma-giganta. Palczastego zostawił na później.
                                      Zaczął od światła. Świece były drastycznie niewystarczające. Kilka nonszalanckich pstryknięć palców później, które tak naprawdę wcale nie były elementem zaklęcia, sufit jarzył się siłą lipcowego słońca, choć bez jego ciepła. Rozpalił również kilka świec magicznym światłem. Aby mieć przenośne źródła dla mniej wygodnych kątów.

                                      Drugim etapem były notatki… chodził wokół zapisując w notesie obserwacje. Segregował je względem części ciała. Z każdym kolejnym okrążeniem wchodząc głębiej w szczegóły. Zakładał, że może chcieć w przyszłości je przejrzeć i chciał wtedy mój jeszcze raz to przeżyć.

                                      Kaylie wzięła kubek z niepewną miną, aby zaraz zamknąć oczy i wypić zawartość. Nie wiedziała czy powinna lubić ten efekt pochodzący z siły życiowej… ale z zawstydzeniem musiała przyznać, że sprawiał jej jakąś przyjemność, gdy ją pochłaniało to uczucie. Starała się jednak o tym mocno nie myśleć, sama poszukując jakiś wskazówek w umęczonych ciałach.

                                      Inspekcja wszystkich zwłok trochę im zajęła, jednak po kilkunastu minutach byli gotowi podzielić się swoimi spostrzeżeniami.
                                      Niestety nie byli w stanie dostrzec jakiś szczególnych znamion na każdym z ciał.
                                      Avruil dostrzegła magiczny glif wyryty za jednym z elfich uszu kobiety. Była w stanie wyczuć negatywną energię, która ciągle się w nim jątrzyła.
                                      Khal podobny glif znalazł na gnomie, chociaż nie rozumiał jego działania. Utrzymanie się rozmiarów i proporcji gnoma nawet po jego śmierci i tak długim czasie odrzucało standardową magię. Dostrzegł również zaschniętą krew na "skrzelach" u gnoma. Najwyraźniej zastąpiły one standardowe płuca biedaka.
                                      Oboje szybko znaleźli glif na orku, ale też i kilka innych rzeczy. Klanowy tatuaż "Złych Toporów", klanu który od lat żyje w lokalnych górach. Do tego ślady wokół uciętej ręki dawały do zrozumienia, że została ona usunięta po śmierci orka. Khal znalazł w ranie pojedynczy malutki owocnik grzyba głębinowego, wskazujący, że ciało przed wyrzuceniem było trzymane w jaskini.
                                      Istota pozbawiona twarzy nie wydała żadnych poszlak, Avruil musiała na kilka chwil się odsunąć, nie była w stanie się jej przyglądać długo.
                                      Na końcu istota składająca się z palców. Khal nawet nie wiedział od czego zacząć, żeby coś zauważyć i szybko się poddał. Avruil dostrzegła, że o ile większość palcy jest sklejona, niektóre dawało się rozsunąć, aby zajrzeć pod ich wierzchnią warstwę. W jednym z tych rozsunięć znalazła znany im już glif. W kolejnej znalazła kolejny i kolejny i kolejny. Niestety nie była w stanie zrozumieć celu takiej ilości.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                        #27

                                        text alternatywny

                                        Widok nie był miły Kaylie, a palce ją zniechęciły do dalszych badań.
                                        - To z palców... Chyba składa się z więcej niż jednej osoby... - spojrzała w drugą stronę - Pod nimi są nekromantyczne glify, a ona... - wskazała na pierwszą ofiarę - Wciąż nosi w sobie trochę negatywnej energii z zaklęcia...

                                        - Ciała nie posiadają śladów interwencji chirurgona. Brak cięć, ani szwów, czy blizn po takowych. Zostały usunięte magicznie, albo cały proces był czysto magiczny.

                                        - Druga głowa orka również bez śladów interwencji chirurgona, jednak nie jest to efekt niekontrolowanej magii regeneracji. Coś takiego, w teorii, by w bardzo konkretnym przypadku wytworzyło bliźniaczą głowę. Ta ma inne rysy.

                                        - Płeć zezwierzęconej połowy kobiety się zgadza, ale nie wyklucza to jeszcze zespolenia ciała z dwóch osobnych połówek… i wygląda jakby tak właśnie było. Trzecia ręka jest oczywiście nie wymutowana a dodana. Również brak śladów anatomicznego połączenia, ale trzyma się ona solidniej niż gdyby była przyłączona do tkanek miękkich. Prawdopodobnie również kościec jest zespolony. NIE należy ona do naszego Złego Topora. Jest mniejsza, smuklejsza. Przy bliższym porównaniu ma inny odcień i rzadszą szczecinę.

                                        - Ciało bez twarzy jest wyjątkowe w nieposiadaniu żadnego glifa. Może został utracony w procesie? Pod skórą nie czuć uzębienia, kształtu szczęki ani nawet gałek ocznych. Nie będzie w stanie wypowiedzieć słowa nawet jakby rozciąć tkankę miękką. Nie nadaje się do rozmowy i nie mam nawet pomysłu co mogłoby dać mu tę możliwość. Może bardzo potężne odnowienie? Nie mam do takowego dostępu.

                                        - Paczasty… ughh… Zgadzam się z Kaylie, że może być zlepkiem większej ilości ciał. Kształt jest z goła nieludzki, ale definitywnie magicznie połączone. Między naroślami znajdują się zbyt wielkie usta prawie pozbawione czerwieni wargowej sięgające niemal od ucha do ucha. Kształt bardzo przybliżenie humanoidalny. Jeśli wnioski są poprawne… to zwyczajnie nie wiem jak ciało zachowa się pod zaklęciem.

                                        - Gnom w porównaniu do dwóch poprzednich wydaje się wręcz nieciekawy, ale utrata płuc może utrudnić komunikację. Jednak czytanie z ruchu warg zawsze pozostaje opcją.

                                        Khal cofnął się krok. Wymruczał pod nosem śpiewną inkantację i otworzył oczy szerzej na magię, ale nie dostrzegł nic nowego.

                                        - Przed obudzeniem spróbowałbym jeszcze usunąć glif z ciała kobiety. Prawdopodobnie nic się nie stanie, ale może jednak tak… i wtedy da nam to wgląd w jego zachowanie. Ekstremalnie dobry scenariusz: to tak naprawdę jest efekt zdegenerowanej magii transmutacji i efekt jest utrzymywany glifami, a usunięcie ich przywróci ciała do ich pierwotnego kształtu umożliwiając bezproblemową komunikację. Fakt, że ciało zdeformowane drastycznie bardziej niż inne posiada drastycznie więcej glifów jest tu argumentem za. Brak glifów na ciele bez twarzy jest argumentem przeciw, ale może jest schowany w środku ciała?

                                        - Chciałbym jeszcze poznać kilka szczegółów, ale większość z nich jest mocno inwazyjna i chwilowo bym tego unikał. Ograniczę się do obejrzenia mięśni człowieka bez twarzy. Wyglądają mi podejrzanie i chcę je obejrzeć. Potem zaszyję otwarcie.
                                        Viktor nie czekał na pozwolenie Filii, ale też nie spieszył się. Miała dużo czasu aby zaprotestować nim rozłoży narzędzia na pobliskim stoliku.
                                        Duncan uniósł rękę chyba chcąc coś zasugerować.
                                        - A gdyby włożyć te skrzela gnoma do wody? Może wtedy byłby w stanie mówić?
                                        - Anatomia na to nie pozwala. Nasze struny głosowe wymagają osnowy powietrza aby działać poprawnie, ale… to na pewno nie zaszkodzi. Jest drobna szansa, że wraz ze skrzelami i struny głosowe mu wymutowały akurat w ten jeden sposób, że zasilane wodą będą wydawać dźwięki zrozumiałe w powietrzu… kto tam wie Matkę Potworów. Trzeba by go powiesić za kostki i opuścić do wysokości oczu do bani z wodą.
                                        Filia przez chwilę przyglądał się ciałom zanim coś powiedziała.
                                        - Zakładasz, że to co widzimy nie było przewidzianym efektem tego szaleńca?
                                        - Jestem tego niemal pewny. On eksperymentuje. Sprawdza co da się zrobić. Na pewno ma jakiś ostateczny cel, ale bym zgadywał, że jeszcze go nie potrafi osiągnąć. Nie wiem jak się w tym komponuje to, że zostawiał nam ciała byśmy je znaleźli.
                                        - Rób co uważasz za konieczne. - odparła komendant - Przeprowadź mnie przez proces.
                                        - Viktorze... Nie wiem czy na pewno tylko jedną duszę wezwiesz... - odezwała się Kaylie - To w sumie... Dziwna hybryda. Szczególnie to z palców.
                                        - Ciężko określić jak się zaklęcie zachowa. Co zostanie obudzone - zaakcentował frazę - bo wciąż oprotestowuję mówienie o przywołaniu duszy… Może zaklęcie obudzi jeden kawałek ciała, a może uzna, że ten zlepek jest jedną istotą… w bardzo nieprawdopodobnym scenariuszu może rzeczywiście przywoła coś innego. Niezależnie od tego która z tych opcji się sprawdzi… może zadziałać albo nie. To jest skrajnie niestandardowy przypadek użycia tego zaklęcia. Gdy słyszałem wczoraj o mutacjach to wyobrażałem sobie dzikie transmutacje, gdzie wszystko jednak pochodziło z jednego ciała. Wtedy sprawa byłaby klarowna.
                                        W końcu był gotowy. Odwrócił głowę Moriany na bok.
                                        - Przystępuję do usunięcia glifu z ciała kobiety. Zacznę od czterech płytkich nacięć wokół… - w czasie opisu planów już wykonywał pierwsze cięcie skalpelem i dalej też na bieżąco informował co robi. Pensetą odciągnął mały rożek skóry i drobnymi cięciami oddzielał ją od reszty ciała. Powoli i ostrożnie. Przewidywał, że nic się nie stanie, ale nie miał pewności.
                                        Usunięcie glifu przeszło bez problemów, Khal zauważył, że tkanka pod glifem była widocznie w bardziej zaawansowanym stadium rozkładu niż reszta ciała.
                                        - Brak doraźnych efektów - skomentował Viktor gdy odcięty płatek skóry leżał już od pół minuty obok kobiety - Do czegokolwiek służył glif zdaje się, że już wykonał swoje zadanie. Jednak ciało pod nim wyraźnie zdegradowało pośmiertnie w przyspieszonym tempie względem reszty. Możliwe, że przez negatywną energię którą zaobserwowała Kaylie. Potrzebne potwierdzenie - zadecydował i przedł do gnoma. Znów sukcesywnie opisywał swoje działania gdy dokonywał tym razem tylko trzech nacięć wokół glifu, aby odsłonić i obejrzeć ciało pod nim, a nie go całkowicie odciąć.
                                        Tym razem ciało pod glifem nie było w stanie rozkładu, jednak sam symbol zdawał się wkopywać głębiej, jakby wierzchni symbol wypalił się w głąb ciała.

                                        Po zaraportowaniu obserwacji Viktor podrapał się po skroni nadgarstkiem, umyślnie trzymając palce z daleka od siebie. Tyle z prostej sprawy. Nawet glifu nie mogą być konsekwentne w swoim zastosowaniu.
                                        - Zajrzę jeszcze pod glif orka i przynajmniej dwa palczastego, jeśli uda mi się do nich dostać. Nie wiemy które strzępy informacji okażą się za chwilę, bądź w przyszłości użyteczne.
                                        - Pani komendant, dorosłem do tej myśli i podoba mi się pomysł z wodą - stwierdził szykując się już do kolejnego glifu - I nie trzeba będzie go wcale wieszać. Wystarczy aby głowa mu wystawała za stół opadając do dużej misy. Da się poprosić kogoś z twoich ludzi aby taką nam zorganizował?
                                        Filia kiwnęła głową Duncanowi, który pośpiesznie opuścił pomieszczenie. Viktor w między czasie przeszedł do kolejnego zadania. Mięso pod glifem orka było nietknięte.
                                        - W sumie, gdybyś miał wskrzeszać Orka, to którą głowę? - zapytała komendant.
                                        - Obie z nich mogą coś wiedzieć czego nie wie druga… - odpowiedział Viktor, tak naprawdę nie wiedząc jak zaklęcie się zachowa. Zgodnie z całą jego wiedzą mogło powołać obie głowy “bo jedno ciało”, jedną albo żadnej. - Ale dodatkowa nie jest połączona z płucami, więc nie będzie w stanie wydać z siebie dźwięku. Więc zacząłbym od głównej… Ughh… - skrzywił się nieprzyjemnie, gdy podszedł do “palczastego”. - Odrażająca robota… - Skomentował szukając kąta pod którym mógłby jeden glif sięgnąć.
                                        To zadanie zajęło dłużej, gdyż palce, z których składała się istota były sztywne i utrudniały zajęcie. W końcu udało mu się wyciąć dwa glify, jak się okazało pod spodem znajdowała się kolejna warstwa palcy. Czyżby każdy organ, mięsień i kość w istocie została zamieniona na palczasty odpowiednik?
                                        W tym momencie Kaylie odwróciła się blada i jakby przewróciło jej się w żołądku.

                                        Palce…. Oślizgłe i mokre od krwi i płynów ustrojowych. Pomarszczone jak od długiej i gorącej kąpieli, palce nie działały na żołądek. Viktor cieszył, że obie kobiety miał za plecami bo dało mu to czas aby odzyskać zimną krew. Odłożył skalpel na bok i oparł się ciężko na stole, na swoich pięściach i zastygł tak na dwa oddechy.
                                        - Transmutacja w “palce” wyraźnie objętościowa, a nie tylko na powierzchni ciała. Nie wiadomo jak głęboko. Możliwe, że aż do kośćca. Glify, jak można było się spodziewać, muszą odgrywać kluczową rolę w mutacjach. Ich wielka ilość była potrzebna bądź spowodowała to wynaturzenie.

                                        - Moja ciekawość powoli się wyczerpuje. Przechodzę do ciała pozbawionego twarzy. Rozetnę skórę lewego przedramienia wzdłuż wierzchu dłoni, oraz obwodowo przed nadgarstkiem oraz łokciem aby odsłonić mięśnie, kości i naczynia krwionośne…
                                        Było to zadanie trudniejsze niż można by sądzić. O ile skóra rozcięła się dość łatwo, nie mógł rozróżnić poszczególnych tkanek. W końcu znalazł kość właściwą istoty, ale wszelkie mięśnie, tkanki łączne czy żyły wydawały się zlane w jednolity blok... mięsa.

                                        - To… - Viktor wskazał niechlujnym gestem całe ciało - W żadnym momencie nie miało prawa żyć. Jest pozbawione układu krwionośnego, nerwowego, limfatycznego, integumentarnego… jakby sie przyjrzeć egzokrynowego też nie ma i podejrzewam, że tnąc dalej moczowy i rozrodczy, a może nawet oddechowy również byłyby nieobecne. Sam kościec oblepiony tkanką jak drobno zmielona… nienawidzę, że tego porównania jestem zmuszony użyć… kiełbaska i całość oblepiona skórą. Prawdopodobnie nałożono glif który rozpoczął transmutację i po drodze sam glif został przez nią pochłonięty… dalsze sekcje raczej nie przyniosą więcej wniosków - stwierdził ukrywając zawód. Tak naprawdę liczył na więcej poszlak znalezionych na skórze, zawężających obszar poszukiwań. - No trudno.

                                        Viktor owinął skalpel kawałkiem nasączonego w ziołach materiału i odłożył go do bocznej komory. Do późniejszej poważnej dezynfekcji. Sam znalazł w sali misę z woda i mydłem i bardzo dokładnie wyszorował ręce aż po łokcie.

                                        - Przechodzimy w takim razie do właściwego celu tego spotkania. Zaczniemy od kobiety. Jest w najbardziej “jednoznacznym” stanie. Przyjmiemy, myślę, metodykę od szczegółu do ogółu. Zaczynając od bardzo szerokiego pytania “co wiesz o twoich porywaczach”. Dostaniemy bardzo ogólną odpowiedź pozbawioną szczegółów i będziemy musieli wyłowić z niej wątki o które warto dopytać. Będziemy mieć tylko cztery pytania. Nie wiemy czy kultyści mają tylko jedną siedzibę. Prawdopodobnie tak, ale nie możemy wykluczyć, że jest więcej miejsc a nawet więcej “twórców”. Jednak mamy za mało pytań aby to potwierdzić… - zatrzymał się na chwilę w zamyśleniu. - Złe Topory prawdopodobnie nie trzymają się w jakimś konkretnym “rezerwacie” i ten ork mógł zostać zagarnięty praktycznie z dowolnego miejsca w Evercrest, prawda? -
                                        - Mają "twierdzę" gdzieś ukrytą w górach. Palisada, kilka domków i namiotów. Pewnie złapali ich gdziekolwiek. - Filia zastanowiła się chwilę - Nie słyszałam, żeby coś się z nimi ostatnio stało, więc pewnie jakiś zwiadowca, albo łowca zdobyty z dala od swojej grupy.
                                        - Id est anus. Nic nam to nie podpowiada. No dobra… to zaczynamy. Pytania JA będę musiał zadawać. Pomiędzy sobą możecie swobodnie rozmawiać, ale jeśli ja bym zadał którejkolwiek z was jakieś pytanie to niezależnie jak je sformułuję ryzykujemy, że ciało i tak na nie odpowie, więc nie będę tego robił.

                                        Viktor podszedł do ciała kobiety, położył dłoń na jej czole w niemal czułym geście i rozpoczął inkantację…

                                        Oczy kobiety po chwili otworzyły się szeroko i można było słyszeć łapczywe chwytanie powietrza. Rozkojarzony wzrok wodził po pomieszczeniu w końcu zatrzymując się na kapłanie.

                                        - Moriano. Spotkała cię niesprawiedliwość - zaczął Khal, podniosłym nieco głosem, wręcz recytując. W dłoniach trzymał już notes i pióro aby notować odpowiedzi na przyszłość. - Chcemy ukarać złoczyńców i uchronić innych przed ich złem, ale potrzebujemy w tym twojej pomocy. Opowiedz nam… co wiesz o tych cię porwali?
                                        - Było ich czterech. Śmierdzieli, ale nie brudem. Ubrani byli w ciemne szaty. Rośli, wysocy, nie porozumiewali się bardziej ponad pomruki. - odpowiedź kobiety była spokojna, metodyczna.
                                        - Jakbyś miała mi pomóc odnaleźć miejsce gdzie cię trzymali, co byś powiedziała?
                                        - W podziemiu. Chyba jakieś ruiny. Kiedy uciekałam stamtąd widziałam światła miasta.
                                        - Jak długo im zajęło przetransportowanie ciebie od uchwycenia do miejsca gdzie cię trzymali?
                                        - Nie wiem. Ogłuszyli mnie. Obudziłam się już na miejscu.
                                        - W czasie ucieczki… opisz mi najbardziej charakterystyczne elementy terenu.
                                        Zwłoki kobiety jedynie się beznamiętnie przyglądały kapłanowi.
                                        - Pytanie z jakiegoś powodu było błędne… - skomentował Viktor, bardziej do żywych pań, rozważając co może być tego powodem, ale nie zwerbalizował przemyśleń. Ciała potrafiły czasem odpowiedzieć nawet na twierdzenia.
                                        Kaylie wtrąciła się szeptem.
                                        - To nie było pytanie...
                                        Viktor otworzył usta, ale zamknął je szybko i spuścił powietrze, rozbawiony odrobinę. Zbyt wiele wątków myślowych na raz.
                                        - Ergo… było błędne - niby zaprzeczył, ale tak naprawdę przyznał jej rację.
                                        - Jakie były charakterystyczne elementy terenu w czasie twojej ucieczki?
                                        - Drzewa? Widziałam miasto zanim umarłam. - i z tymi słowami ciało kobiety ponownie wróciło to stanu nie ożywionego.
                                        - No, to było pouczające. Jesteś pewny, że wiesz co robisz? - zapytała Filia - I czemu nie zapytałeś jej jak umarła?
                                        Kaylie tylk0 stała z boku, uśmiechając się pod maską. Ciekawe jak wyjdzie z tego Khal.
                                        - Rozmowa ze zmarłymi to nie do końca nauka - Viktor nie dał po sobie poznać irytacji narodzonej z krytyki - Standardowe schematy nie działają i zmarli potrafią różnie odpowiedzieć, jeśli się pytanie ułoży odrobinę inaczej. Na ten moment wiemy, że jest ich prawdopodobnie czwórka. Rośli i wysocy. Śmierdzą. Może hobgobliny? Trzymają ich w podziemiach, może ruinach, ale po wyjściu z nich widać światła miasta. Zakładam, że nocą. Liczyłem, że będzie coś bardziej charakterystycznego niż drzewa w lesie. Może jakiś głaz. Wzniesienie. Wyjątkowo wielki dąb. Nie udało się. Możliwe, że pytanie o szczegóły śmierci dałoby więcej informacji, ale musiałem zgadywać. Jeśli w ciągu tygodnia nie rozwiążemy sprawy będziemy mogli zapytać ją ponownie.
                                        - Możliwe, że zaszło pewne nieporozumienie w komunikacji - kontynuował po niecałych dwóch wdechach - w czasie gdy rozmawiam ze zmarłym wy możecie się odzywać, sugerować a nawet proponować pytania. Póki ja tego pytania nie powtórzę zmarły nie zareaguje. Mamy jeszcze dwie próby dzisiaj. Myślę, że gnom będzie kolejny. Nie miałbym też oporów przed przyjęciem pomocy. Więc jeśli w trakcie którakolwiek z was uzna, że jakieś pytanie powinno zostać zadane, to bardzo was proszę… nie krępujcie się.
                                        - Może jednak spróbuj z orkami? - zaproponowała Filia - Duncan pewnie szuka dostatecznie dużego wiadra. A nie ma co ryzykować ze zmarnowanym zaklęciem. Kto wie, może dostaniemy dwie odpowiedzi w cenie jednej?
                                        Khal kiwnął głową i podszedł do orka. Położył dłoń na czole oryginalnej głowy i rozpoczął inkantację…
                                        Po kilku chwilach oczy obu orczych twarzy się otworzyły, a ciało orka usiadło wyprostowane. Cztery pary oczu zaczęły wertować pomieszczenie, aż w końcu zatrzymały się na Khalu.
                                        Kaylie stanęła za kapłanem zaciekawiona jak on spróbuje gadać z orkami.

                                        Viktor cofnął się dwa kroki by mieć dobry widok na nieboszczyków. Odwrócił się do kobiet, prezentując ich gestem dłoni, jakby proponował im wybór butelki wina. Gdy po kilku oddechach żadna nie wyrwała się aby samej zadać pytanie wrócił spojrzeniem do orków.
                                        - Nie wiem jak się zachowa zaklęcie w tej sytuacji - skomentował krótko, nie wchodząc w dywagacje o możliwościach, bo zbyt łatwo mogły zabrzmieć one jak pytanie.
                                        - Zły Toporze. Potraktowano ciebie niehonorowo. Naszym celem jest zemsta na złoczyńcach co cię skrzywdzili. Pomóż nam w tym. Jakie są najbardziej charakterystyczne elementy terenu, fauny albo flory najbliższych okolic miejsca w którym cię przetrzymywano?
                                        Zapytał i spojrzenie twardo tkwiło na ustach dodatkowej głowy. Dawno nie odświeżał umiejętności czytania z ruchu warg... no i mimika werbalna orków wydawała się być nieco inna od ludzkiej. Jak inna? Miał się przekonać.
                                        - Eeee… - zaczęła "główna" głowa Orka zanim głowa w torsie się odezwała.
                                        - Jeleń!
                                        - Tak, jeleń i te no.. jeż.
                                        - I bober.
                                        - I drzewa!
                                        - Ano drzewa!
                                        - I wzgórza i jezioro! - obie głowy zdawały się być zadowolone z ilości informacji, którymi były w stanie się podzielić.
                                        Khal zanotował wszystkie odpowiedzi, choć tak naprawdę interesowało go “jezioro i wzgórza”.
                                        - To nie jest normalne zachowanie ciał pod zaklęciem - poinformował kobiety nie patrząc na nie - Zachodzą tu jakieś niespotykane interakcje, prawdopodobnie ze wcześniejszymi zaklęciami. Niemal na pewno nic z tego nie będzie, ale bądźmy czujni - ostrzegł i potwierdził, że młotek bojowy przy jego pasie da się łatwo i szybko wyciągnąć, sugerując jaki scenariusz postrzega jako możliwy najgorszy.
                                        - Co wiesz o tych co was uprowadzili i prowadzili eksperymenty?
                                        - Mistrz soczków? Przybył do obozu. - zaczęła główna głowa - Obiecał wodzowi soczki, aby wojownicy byli silni i wytrzymali. W zamian dostał mnie i Gozgura. - ręka orka wskazała na głowę w swoim torsie - Mistrz soczków poił nas swoimi soczkami. Ja urosłem duży, taki duży i silny! Gozgur zrobił siem mondry. Wtedy mistrz nas skeił. Ja byłem górą i rękoma, Gozgur nogami. Mistrz był bardzo z nas zadowolony.
                                        - Były tam inne osoby, jakie Mistrz zmieniał? - zapytała nagle Kaylie.
                                        - Ano, dużo. Niektóre kroił, inne poił soiczkami. Kilka zanurzał w zupie i wychodzili inni.
                                        Viktor poczuł ukłucie stresu i ekscytacji gdy ciało odpowiedziało na pytanie Kaylie. Nie powinno tego robić. Powinno tylko go słuchać. Odłożył notes na stolik obok i wycofać się poza zasięg rąk orka. Na wszelki wypadek.
                                        - Jak możemy znaleźć Mistrza?
                                        - Musicie mieć kogoś, kto lubi soczki. Wtedy sam was znajdzie.
                                        - Gdzie znajduje się wasz obóz z waszym szefem, co się układał z Mistrzem? - Kaylie odezwała się ponownie.
                                        - W górach. Między czterema kamieniami. - ciało orka jednak nie padło ponownie martwe. Dalej się przyglądało wszystkim najwyraźniej oczekując kolejnych pytań.
                                        Viktor był bardziej i bardziej spięty. Już pięć pytań z czterech, a zaklęcie wciąż działało. Rozruszał dłoń, by być gotowym jakby zrobiło się brzydko.
                                        - Jak znaleźć wejście do miejsca w którym poił was soczkami, gdy już będziemy nad tamtym jeziorem?
                                        - Nie wiemy.
                                        - Jak Mistrz wyglądał? - wtrąciła znowu bez obawy.
                                        - Człowiek, chyba. Trochę wyższy niż ten tu. - główna głowa poruszyła się wskazując na Khala - Ubrany w długie ubrania, nie ze skóry. Ciągle w chodzi w masce, która ma taką długą rurkę do dużego kanistra z soczkiem na plecach. Ma cztery ręce, dwie bez palców. Jedna ma ostrze z zębami a druga bez.
                                        - Jak znaleźć któregoś z jego pomocników?
                                        - Nie da się. Nie wypuszcza ich z kryjówki, chyba, że na łowy. - i z tymi słowami ciało legło na stole, ponownie wśród umarłych.
                                        Khal się rozluźnił gdy ork opadł na swoje łoże.
                                        - Więc wygląda na to, że zaklęcie dało nam po cztery pytania na każdą głowę. Do tego byli żwawsi niż zwykle się to widuje - stwierdził, sięgając po odłożony notes i szybko zapisał wynik dyskusji, póki była świeża w pamięci.
                                        - Ile mamy jezior w Evercrest? - zapytał spoglądając na komendant, nie przestając wcale notować.
                                        Filia spojrzała w sufit licząc coś pod nosem.
                                        - Cztery duże, jakieś dziesięć mniejszych i nawet nie wiem ile jeziorek. Lasów też mamy w bród. Podejrzewam, że możemy jednak ograniczyć poszukiwania do kilku konkretnych, w okolicach gór. Wycieczka w tą i z powrotem wyglądając tak jak on, w towarzystwie kilku osiłków i dwóch orków przykułaby uwagę.
                                        - Plus Moriana po ucieczce z tego miejsca widziała światła miasta - dodał Viktor - Zależnie od struktury geograficznej okolicy to też może kilka opcji wykluczyć. I warto sprawdzić czy nie znajdziemy czegoś o ruinach. Możliwe, że znów by zawęziło opcje. Mamy w Evercrest jakąś poważniejszą bibliotekę? Taką co miała by mapy które mógłbym spróbować skompilować w jedną funkcjonalną na nasze potrzeby?
                                        - Jeżeli potrzebujesz porządnej mapy okolic, to mamy taką na komendzie. - odpowiedziała Blackfyre - Jestem wdzięczna za pomoc. Chcesz przesłuchać, jeszcze któregoś?
                                        - Chętnie potem spojrzę i najchętniej pożyczę. Teraz został nam gnom i palczasty, bo nie bardzo wierzę aby pan-bez-twarzy był w stanie z siebie słowo wydać. Preferuję gnoma. Zaklęcie dziwnie się zachowywało już przy orkach. Przy czymś z tak wielu ciał nie jestem w stanie przewidzieć jego zachowania… Hmmm… - zamyślił się Viktor na chwilę, korzystając, że Duncan wciąż szukał odpowiedniej misy czy wiadra.
                                        - Czy jeśli zatroszczę się o magiczną konserwację ciał, to po wszystkim mógłbym dostać do nich cotygodniowy dostęp? Opisanie i skodyfikowanie mankamentów niektórych zaklęć w kontekście takich ciał byłoby czymś czego nikt, wedle mojej wiedzy, jeszcze nie zrobił.
                                        - Viktorze. Zakładam, że w Cheliax ofiary przestępstwa są zasobem jak każdy inny, ale w Evercrest staramy się szanować zmarłych. Masz do nich dostęp tylko na potrzeby tego śledztwa i ani sekundy dłużej. - głos Filii był stanowczy -Duncan za chwilę powinien się zjawić z odpowiednim wiadrem z wodą. I faktycznie w przeciągu kilku minut wymieniony strażnik, w towarzystwie dwóch innych, przynieśli szeroką balię z wodą i umieścili ją pod głową gnoma. Kilka chwil później przynieśli krzesło, aby utrzymać ją w odpowiednim miejscu i zanurzyli w iej głowę i skrzela zmutowanego denata. Filia zerknęła na Goodmana czekając na jego następny ruch.

                                        - Wielka szkoda - skomentował tylko Viktor, ale nie było w jego głosie zarzutu czy pretensji ani nawet protestu. Może nadarzy się jeszcze okazja nim to wszystko się zakończy.

                                        Inkantacja nie była długa ani w żaden sposób inna niż wcześniejsze. Jedynie Viktor musiał kucnąć przed ciałem by sięgnąć jego czoła.

                                        Po kilku chwila ciało gnoma wydało się wciągnąć powietrze, jednak jedyne co to wywołało delikatne bulgotanie w balii z wodą. Poza tym ciało pozostało bez ruchu.

                                        Viktor pochodził kilka momentów wokół nieboszczyka, szukając pozycji w której dobrze i wygodnie widział jego usta.
                                        - Fix Galii. Zostałeś skrzywdzony. Poszukujemy złoczyńcy który jest za to odpowiedzialny. Pomóż nam. Co wiesz o lokacji i okolicy miejsca, w którym ciebie przetrzymywano?
                                        - Stare laboratorium. Chyba nie jego, odziedziczył, albo zagarnął. Obszerne, wiele cel i dużo przestrzeni. Wejście nie znajduje się daleko od miasta, ale samo laboratorium jest głęboko pod ziemia. - głos gnoma był trochę mokry, bulgoczący, ale dostatecznie wyraźny.

                                        Viktor wydał z siebie czysto mentalne westchnięcie ulgi, że nie musiał sprawdzać swej umiejętności czytania z ruchu ust. To nie musiało się wcale poprawnie skończyć.
                                        - Jak znaleźć wejście do tego laboratorium?
                                        - Stara kopalnia srebra. Najniższy poziom zawalił się kawałek, odsłaniając laboratorium. - Filia uniosła brwi, ale nic nie powiedziała, pozwalając Viktorowi kontynuować przesłuchanie.
                                        - Jak wielu ludzi i nie-ludzi tam widziałeś, nie licząc porwanych ofiar?
                                        - Nie wiem, czy którekolwiek z nich jest jeszcze "ludźmi". Razem z nim jest ich trzynastu.
                                        - Ostatnie pytanie na dziś - zwrócił się Viktor do kobiet - Jeśli któraś ma jakiś pomysł to jest to ten moment. Ja bym dalej pytał o potencjalnie zabezpieczenia między kopalnią a laboratorium, bo mogli nie zadowolić się ukryciem wejścia.
                                        - Wątpię, aby coś wiedział o tym. - zauważyła Filia - Był więźniem, nie architektem ich kryjówki. Może zapytaj, czy pamięta ilu jeszcze więźniów było tam?
                                        - Był więźniem który nigdy nie miał zostać wypuszczony. Są realne szanse, że czuli się pewnie i na przykład hipotetyczne hasło do hipotetycznych magicznych drzwi przy nim wypowiedzieli, albo coś w tym stylu… to jest pewna szansa na ważną informację taktyczną. Szacowałaś, że jest koło dwudziestu porwanych. Dookreślenie, że jest ich pięć czy dziesięć ofiar więcej czy mniej jest dla nas praktycznie istotne? - zapytał z zainteresowaniem, nie pozostawiającym wątpliwości, że jest otwarty na wszelkie odpowiedzi.
                                        - Pomogłoby mi z ustaleniem ile wozów transportowych trzeba zabrać... - mruknęła komendant - Dobra zadawaj swoje.
                                        Kaylie jedynie machnęła ręką, aby Viktor się nią nie przejmował.
                                        Goodmann kiwnął głową porzucając docinek “to zabierzemy jeden lub sześć wozów więcej!”.
                                        Zwrócił się znów do nieboszczyka.
                                        - Wedle twojej wiedzy… Jakie metody utrudnienia dostępu do laboratorium zastosowali przeciw komuś kto już jest w kopalni?
                                        - Klan goblinów. Zamieszkują wyższe poziomy kopalni. - po tych słowach gnom ponownie zesztywniał martwy, Filia westchnęła.
                                        - Mamy jakieś poszlaki. Szkoda, że ciągle nie wiemy gdzie jest to jego laboratorium. - uniosła dłoń zanim Viktor zdążył coś powiedzieć - W okolicach Evercrest nie ma i nigdy nie było kopalni srebra. Przynajmniej żadnych oficjalnych.
                                        Viktor sięgnął dłonią do czoła i rozmasował swoje skronie. Powstrzymał się od bezsensownego już pytania “dlaczego dzieli się tą wiedzą teraz, z nie dwa pytania temu?”.
                                        - Mam jeszcze jedną wątpliwą sztuczkę w rękawie, ale to za chwilę… myślałas o zaangażowaniu w tę sprawę Ferna Efeliego? Jest dywinatorem. To jest perfekcyjna specjalizacja dla takich właśnie spraw.
                                        Filia złapała się dramatycznie za czoło.
                                        - Masz rację! Czemu ja nie pomyślałam, aby zaangażować utalentowanego wieszcza do znalezienia ponad dwóch dziesiątek porwanych ludzi? - jej głos ociekał sarkazmem - Nic nie znalazł. Parszywiec musi mieć jakieś magiczne zabezpieczenie przed wieszczeniem. - zastanowiła się chwilę - Muszę odwiedzić naszych drogich krasnoludów. To oni twierdzili, że na tych terenach nie ma srebra, jeżeli nas okłamali... no cóż, Baron zadowolony nie będzie.
                                        Kaylie chciała coś powiedzieć... ale przecież nie mogła podkopywać Khala. Takie smutne...
                                        - Hmmm… - zastanowił się Khal, nie okazując by przejął się sceną - To jest cenna informacja. To moje wieszczenie będę musiał gdzieś w okolice tego Mistrza wycelować, a nie w niego. Możliwe, że jego ekranowanie jest bardziej personalne. Zastanowię się nad tym i prześlę ci czego się dowiedziałem. Jutro spróbujemy z dwoma pozostałymi. Nie dowiemy się raczej dużo, ale nie zaszkodzi spróbować. Tymczasem jakbym mógł pożyczyć od was porządną lokalną mapę to byłbym wdzięczny. Posiedzę nad nią z notatkami z przesłuchania. Może coś przyjdzie do głowy.
                                        - Oczywiście. Duncan zabierz proszę naszego konsultanta do biblioteki. Ah, i Viktorze. - kobieta spojrzała Khalowi prosto w oczy - Czczenie diabłów może nie być karalne w Evercrest, ale nie jesteśmy temu przychylni. Rozumiemy się?
                                        Viktor opuścił na moment głowę, jakby w geście rezygnacji.
                                        - I dlatego wolę to zachowywać dla siebie. Nieważne kim jestem czy co robię, ważne są moje afiliacje z boskim patronem. Znowu. - W jego głosie pobrzmiewała… rana… ubodnięcie. Wyciągnął rękę w przyjaźni i nie zauważono jego chęci, a diabła. Znowu.
                                        - Może w ten sposób… - podniósł na nią wzrok, marszcząc brwi w niezadowoleniu, opierając pięści na biodrach - Nie jesteście PRECYZYJNIE CZEMU przychylni? Jak ta nieprzychylność się będzie objawiać? Czy mam rozumieć, że będę persona non grata kiedy tylko przestanę być potrzebny? Bo na razie to tylko chciałem pomóc lokalnej społeczności nawet o nagrodę nie pytając.
                                        Głos miał spokojny. Nie napędzał się, nie przyspieszał ani nie podnosił go. Pozostawał twardy i zdecydowany, ale nie sugerował niechęci pomocy, czy groźby jej wycofania.
                                        Komendant uniosła brew.
                                        - A ja zawsze chciałam różowego kuca jednorożca. - odparła na chęć pomocy bez nagrody jaką obiecywał Viktor - Jesteśmy przeciwni kultom i szerzeniu piekielnej wiary. I uwierz mi, trudno będzie mi uwierzyć, że jako KAPŁAN Asmodeusa czy jakiegoś innego, jesteś tu tylko po to, aby założyć poradnię adwokacką. - Filia westchnęła - Trzymaj swoją wiarę przy sobie, a problemu nie będzie. Mimo wszystko pomagasz nam, kiedy inni kapłani uparcie odmawiali. Więc, mogę oddać delikatną modlitwę dziękczynną za ciebie. Do kogo mam ją skierować?
                                        Viktor wydawał się… zmęczony tą dyskusją, ale nie tylko nią. Raczej serią dyskusji której ta była tylko kolejną częścią.
                                        - Jestem prawnikiem. Przede wszystkim. Nie przyjąłem żadnych święceń, nie nauczałem, nigdy nawet nie byłem w jego świątyni. Z Ostatnim Sędzią, Azazelem łączy mnie przede wszystkim wiara w silne prawo prowadzące do dobrobytu społecznego. Takie któremu poświęciłem życie zawodowe, walcząc z malwersacjami w jakich lubuje Książę Ciemności. Pytanie które powinnaś mi zadać, które pomoże zrozumieć to “w takim razie dlaczego, z najbogatszych salonów Cheliax postanowiłeś przenieść się do tego zaścianku zwanego Evercrest?”
                                        Filia jedynie uniosła brew, pozwalając Viktorowi kontynuować myśl.
                                        - Więc?
                                        - Bo Cheliax śmierdzi, a ja się urodziłem w Oar’s Rest. Włamywałem się z przyjaciółmi do Browaru Zubina w Sodbury i piliśmy niedofermentowane jeszcze piwo. Brałem jakieś grosze za pomoc w noszeniu zboża do młyna Rakusa, a po wszystkim biegaliśmy po Starym Zrębie - wspomniał o nieużywanym już za jego czasów tartaku - Cud, że nikt z nas się nie zabił na tych pordzewiałych piłach. Jestem stąd. I od dekady odkładałem na później i na później próbę czy wciąż mam w sercu Rzeczne Królestwa, czy już zupełnie przesiąkłem siarką i smołą. I bogowie… nie jestem pewny.
                                        Filia wykrzywiła usta.
                                        - Jak na fałszywą historię dość niezła. Trochę prawdy, trochę kłamstwa. Jesteś tutejszy, na pewno, pominąłeś czemu przestałeś tu mieszkać i wylądowałeś w Cheliax. Zapomniałeś też wspomnieć jakie miałeś kontakty z tą biedną duszą, którą pochowano w lesie poza miastem. - komendant się uśmiechnęła - Może kiedyś umyjesz zęby i zdrapiesz siarkę z języka, ale na razie wystarczy mi ta bajeczka. Pytanie tylko mam, jak daleko chcecie brnąć w to dochodzenie?
                                        To była kolejna sytuacja, gdy maska była dobra. Pomagała Kaylie zakryć reakcję, więc na zewnątrz kobieta stała bez emocji jako wierny najemny ochroniarz.
                                        - A o bardzo wielu rzeczach nie wspomniałem - odpowiedział z uśmiechem - Brakuje na to trochę czasu i definitywnie na wiele z nich nie znamy się dość dobrze… Jak tak doinformowana jesteś… jesteś w stanie mi powiedzieć co się stało z tym grobem? Zastanie go w takim stanie było… nieoczekiwane i to jest bolesny cierń w moim siarkowatym sercu. Tisis Frey była dla mnie ważną osobą i traktuję to dosyć osobiście.
                                        - Szczerze nie wiem, jak powiedzieli mi, że odwiedziłeś jej grób sprawdziłam tą sprawę. Tisis Frey, kobieta skazana za konszakty z diabłami, po śmierci pochowana przez jedynego syna, który sam został wygnany z Evercest. Obecnie powinien mieć jakieś czterdzieści coś lat. - uśmiech nie znikał z twarzy Filii - Grób został zbezczeszczony jakieś dwa lata później, ale to było na dobre dwa lata przed moimi narodzinami. Założono, że nekromanta lub jakieś dzikie zwierzę to zrobiło.
                                        - Uhuh… Już mam własną obstawę? Uznam to za komplement - zachichotał pod nosem. - Jeśli kiedyś spotkam jej syna powiem mu, że o nim przynajmniej papier tu pamięta - odpowiedział z takim samym uśmiechem jakim sam był obdarzany. “Wiem, że ty wiesz i że wiesz, że ja wiem.”
                                        - Ale tymczasem… jeśli pomoc będzie mile widziana to byłbym na miejscu kiedy będzie się odbywał szturm na to laboratorium… klan goblinów plus trzynaścioro mutantów… to nie przelewki. Do tego czasu zrobię co w mojej mocy abyśmy odnaleźli bydlaka co to zrobił. - Wskazał ciała niechętnym gestem ręki.
                                        Filia kiwnęła głową.
                                        - Miasto na pewno będzie wdzięczne. Nie będę was już zatrzymywać. - Duncan otworzył drzwi.
                                        - Panie Goodmann, proszę za mną.
                                        Viktor kiwnął głową i dał się poprowadzić.

                                        Viktor i Kaylie zastali poprowadzeni szeregiem korytarzy i schodów do odosobnionego pokoju.
                                        Otwarte okna oświetlały szereg regałów pełnych różnego rozmiaru i jakości zwojów.
                                        Na środku pokoju był stół, na którym leżała rozłożona mapa. Nawet z poziomu drzwi Viktor widział, że przedstawia miasto i jego okolice w promieniu około dwustu kilometrów.
                                        - To powinno panu wystarczyć. - Duncan wyjął z szuflady kilka przyrządów kartograficznych i ułożył je na tacy, którą położył na stole.
                                        Viktor uniósł brew z powątpiewaniem i spojrzał na Filię, ale chwilę potem uśmiechnął się lekko ale serdecznie. Może odrobinkę pobłażliwie.
                                        - Przyda się jeszcze pudełko na przyrządy. I tuba na mapę. Wstępną analizę chętnie tutaj przeprowadzę, ale będę potrzebował ich jeszcze później. Obiecuję oddać w nienaruszonym stanie - zadeklarował z szerokim uśmiechem, kładąc dłoń na piersi.
                                        - A ja ci przypominam, że to śledztwo Straży i wszelkie dane i notatki zostają tutaj. - mina Filii zdradzała delikatne zmęczenie sztuczną grzecznością Viktora - Sama też będę chciała je przejrzeć i zobaczyć czy coś wywnioskuję. Będziesz mógł wrócić do nich jutro.
                                        Viktor mrużył chwilę brwi w niezadowoleniu patrząc na Filię.
                                        - A straż chce mojej pomocy, czy jest już usatysfakcjonowana moim zaangażowaniem? - zapytał z jeszcze głębszą uprzejmością i łagodnością… ale szybko ona wyparowywała z jego tonu - Czy może wolicie abym wam magii użyczył i poza tym zapomniał o sprawie? Bo odnoszę większe i większe wrażenie, że jestem tutaj postrzegany jako uciążliwość i problem. Filio, nie zrozum mnie źle… Mój diabelski plan przejęcia władzy w całych Rzecznych Królestwach - słowa wypowiadał z uśmiechem, ale akcentował je odrobiną szyderczego, kwaśnego sarkazmu - nie ma żadnego związku z tym delikwentem ani całą sprawą.
                                        - Mimo to chcę wam pomóc tak bardzo jak jestem w stanie. Do tego potrzebuję dobrej mapy. Co najmniej na dzień. Tej albo innej którą sam sobie zorganizuję, ale to ty proponowałaś tę. Do tego też potrzebuję moich notatek, ale mogę ci tu na miejscu sporządzić kopię.
                                        - Więc Filio… straż chce mojej pomocy? Czy samych zaklęć? Czy już nic nie chce ode mnie? - ton głosu nie zdradzał rzuconego wyzwania, ani próby sił. Brzmiał prawie neutralnie, jakby każda z tych opcji była dla Viktora całkowicie zadowalająca.
                                        - Viktorze. Nie wiem jakimi sprawami się zajmowałeś w Cheliax, ale powiedz mi. Co byś powiedział o prokuratorze, który zezwolił konsultantowi na zachowanie dokumentacji, jakiejkolwiek, dotyczącej bardzo ważnej i bardzo delikatnej rozprawy?
                                        - Dokumentacja postępowania to zbiór wszystkich dokumentów, dowodów i protokołów związanych z prowadzonym śledztwem, obejmujący działania organów ścigania od momentu zgłoszenia przestępstwa aż po zakończenie postępowania. - Wyrecytował formułkę.
                                        - Te bazgroły w moim personalnym notesie nie noszą znamion odróżniających je w żaden sposób od ich hipotetycznej reprodukcji, bądź dowolnego rzekomego nonsensu, który mógłbym spisać zaraz po wyjściu z posterunku. Nie można ich więc uznać za żadnego rodzaju dokument ani dowód. O byciu protokołem… chyba nawet nie muszę argumentować.
                                        - Ryzyko wypłynięcia wrażliwych informacji do świadomości publicznej nie jest w papierze, a w nas tu wszystkich obecnych oraz tych co mają wiedzę o wydarzeniach.
                                        - Jeśli posiadałbym chęci i możliwości wzniecenia niepokojów w Evercrest z tymi nie-zwalidowanymi niczym notatkami to by oznaczało, że mogę to zrobić i bez nich, albo z ich reprodukcją którą bym tylko nazywał oryginałem.
                                        - Duncanie, jeśli możesz… prosiłbym ciebie abyś teraz oficjalnie nie słuchał - uśmiechnął się serdecznie do strażnika i znów zwrócił do Filii.
                                        - A jeżeli czujesz, że twoi przełożeni by mieli do ciebie pretensje i swoich tyłów nie chcesz ryzykować… to to jest zupełnie inna dyskusja. Przeczytam je jeszcze trzy razy i zostawię tobie, ale nie obiecam, że nie przyjdzie mi do głowy odtworzyć ich z pamięci póki wciąż są w niej świeże. Bah… specjalnie jeszcze zostawię ci jeszcze dodatkowe wyjaśnienia co mniej intuicyjnych skrótów myślowych, które zastosowałem, aby poprawić twoje szanse skojarzenia czegoś… te notatki na prawdę byłyby dla ciebie znacznie więcej warte gdybyś dała mi je przetłumaczyć z goodmannowego na wspólny.
                                        - Moich przełożonych ta sprawa obchodzi tyle co zeszłoroczny śnieg. - zaczęła Filia - To nie z tobą mam problemy, a z miejscem, w którym przebywasz. Nie podejrzewam Otto, ale jest niewielu alchemików, którzy mogliby zrobić coś takiego co widzieliśmy w kostnicy. Jori na sto procent by to umiał.
                                        Viktor podumał moment i rozpogodził się.
                                        - To również jest zupełnie inna dyskusja. Nie można było od tego zacząć? - zapytał z uśmiechem.
                                        - Hmmm… nie wiedziałem, że Jori ma takie możliwości. Nie miałem z nim jeszcze rzeczywistej rozmowy o niczym. Tylko przywitanie w przejściu. Jeśli jest tak zdolny to gdyby go wyeliminować z kręgu podejrzanych jego wiedza mogłaby być bardzo cenna. Takie mutageny na pewno wymagają rzadkich komponentów, może byłby w stanie oszacować łańcuchy logistyczne. Czy będę ryzykował kolejnym plaśnięcie twojej dłoni w twoje czoło, jeśli zapytam czy zdolności Ferna były wykorzystane w jego kontekście? Wiem, że Otto nie jest w stanie dostrzec dywinacjami i spodziewane jest, że ta sama ochrona rozciąga się na braciszka, ale ta szansa jest warta kilku zaklęć. A ten ogon co mi postawiliście? Dałoby się ich, albo kogoś o ich zdolnościach oddelegować do obserwacji Joriego przez kilka dni? Zdolno są, nikogo nie widziałem… czy to też był Fern ze swoją abrakadabrą?
                                        - To Otis jest bratem Otto, nie Jori. - zauważyła Filia - Cały Dwór jest chroniony, więc pewnie się nie da. Co do twojego ogona… no mogłabym kazać jej przerzucić się na Joriego.
                                        Viktor pstryknął palcami.
                                        - Fakt. To tylko pokazuje jak mało interakcji miałem z tą dwójką. Jeśli masz tylko ją to po prostu rozważ. Ja tu jestem stroną zainteresowaną, więc moje opinia nie niesie obiektywnej wagi, ale jakby zrobić z niego konsultanta w tej sprawie, to jego ekspertyza może się okazać warta więcej niż moje zdolności zasięgnięcia porady od naszych świadków. Z drugiej strony jeśli ją oddelegujesz ode mnie, to odbierzesz mi przepyszną zabawę w “znajdź szpiona”.
                                        - Wracając do poważnych tematów. Mój plan zakładał zabranie mapy do biblioteki i skorelowanie jej z pamiętnikami i dziennikami lokalnych traperów i podróżników oraz kodeksami geograficznymi. Da się tutaj takie znaleźć, prawda? Nie robiłem jeszcze tour des bibliothèques w Rzecznych Królestwach i tylko mogę ekstrapolować co u siebie widywałem.
                                        - Może też obserwować was obu. Jest rezolutna. - Filia westchnęła - Dobrze, zabierz mapę, ale ostrzegam. Jeżeli w jakiś sposób wpłyną informacje o tym dochodzeniu, wrócisz do domu pocztą. W kilku turach.
                                        - Zdolny szpion - pochwalił nieznaną mu chyba-dziewczynę (bo nie ufał, że Filia na pewno nie stosuje tu dezinformacji). - I dziękuję. Dołożę wszelkich starań. Naprawdę zależy mi na dobru tego śledztwa i moja wiara jest w tym, że to jest najlepsze co mogę dla niego zrobić.
                                        Viktor zwinął mapę w rulon i schował ją za koszulą, a moment później również przybory. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że ma tam nadwymiarową kieszeń.
                                        - Jak pozwolisz… zacząłbym teraz. Mam jeszcze kilka godzin zwiększonych obrotów mentalnych w związku z zaklęciami które rzuciłem przed obejrzeniem ciał. Chciałbym to wykorzystać. Podpowiesz gdzie szukać odpowiedniej mi biblioteki?
                                        - Loża poszukiwaczy przygód ma dobrą bibliotekę. Szczególnie jeżeli idzie o tematykę starych zapomnianych kopalń. Miejska biblioteka ma większy zbiór, znajduje się w północnej części miasta przy akademii. Magowie założyli tu lożę kilka lat temu, możecie też tam poszukać. Południowa część miasta, duży budynek, wieże, masa mężczyzn w kieckach.
                                        - Dziękuję. Zaczniemy od poszukiwaczy przygód - postanowił szybko. Zegar tykał.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                          #28

                                          Baltizar Harpeness

                                          Baltizar wracał do swojego pokoju zabrać potrzebne rzeczy - plecak, sakiewkę - do wyjścia na miasto. Skręcił w korytarz do swojego pokoju, kiedy nagle lokacja się zmieniła.

                                          Siedział w jakimś fotelu, pomieszczenie w którym się znajdował drżało, wydając przy tym jęki metalu. Nie był sam, po jego prawej, gnoma kobieta płakała w swoje dłonie. Kiedy tylko na nią spojrzał uniosła głowę i zwróciła twarz w stronę Harpenessa. Jej oczy… dobrzy bogowie, jej oczy, to co z nich zostało, były wgniecione w głąb jej głowy. Czarna posoka wypływała z oczodołów. Szeroki, złowieszczy uśmiech gościł na jej ustach, kąciki jej ust były pęknięte, pozwalając uśmiechowi sięgnąć jej uszu. Kiedy przemówiła, jej głos był znajomy, a jednak… coś było nie tak.
                                          - Baltizar! Pamiętaj nas! - była to błagalna prośba, kiedy słowa opuszczały jej usta, towarzyszyła im ta sama czarna posoka co z jej oczu, oraz kawałki mięsa i czegoś jeszcze…

                                          Gnom nie miał czasu, aby się przyglądać jej bardziej gdyż został chwycony i patrzył prosto w istny koszmar. Twarz innego gnoma, jego rysy rozciągnięte, policzki zapadnięte, skóra blada i popękana niczym porcelana. Puste oczodoły, również sączące tą ohydną maź, zdawały się wpatrywać prosto w jego duszę. Język? Macka? Przesuwała się po twarzy nieszczęśnika zlizując paskudną ciecz. Krzyczał coś niezrozumiałego, z każdym dźwiękiem pęknięcia na jego skórze powiększały się, a drobne kawałki ciała zaczęły odpadać. W końcu zrozumiały dźwięk dotarł do uszu Baltizara.
                                          - URATUJ NAS!

                                          Eksplozja czerni wypełniła wszystkie zmysły gnoma, ból, hałas, ciemnośność. Szepty! Szepty, szepty… szeptyszeptyszepty! Wszędzie nad nim, pod nim, z lewa, z prawej, w jego głowie. Szepty, głosy, krzyki, słowa, dźwięki, cisza. Wszystko, wszędzie, na raz i po kolei.
                                          Musiał uciec, musiał się wydostać stąd, ale gdzie!? Pod ziemię? Nie, nienienienienienienieNIE, one tam są, siedzą w ciemnych zakamarkach. Na powierzchni? NIE! Tam go widzą jak na dłoni. Potrzebuje światła, one go nienawidzą! Księżyc! Tak!

                                          - Baltizar? Baltizar! Obudź się! - kobiecy głos przebił się przez wizję i przywołał go z powrotem do świata żywych. Piwonia trzymała go na rękach potrząsając nim energicznie, kiedy gnom otworzył obolałe oczy odetchnęła z ulgą - Tato! On wrócił. - Harpeness usłyszał groźny zwierzęcy pomruk, po chwili wysoka, bardzo wysoka sylwetka wyposażona w okazałe rogi pojawiła się w widoku gnoma, nie był w stanie jej jednak dostrzec. Kiedy mrugnął, ujrzał zmartwioną twarz karczmarza.
                                          - Na Wiszącą Altanę chłopcze, nic ci nie jest?


                                          Viktor i Kaylie

                                          Droga do Gildii Poszukiwaczy Przygód nie zajęła dwójce Azazelitów długo, ale dało im czas na obgadanie kilku spraw i ustalenie planu działania.

                                          Kaylie na szczęście znała drogę więc sprawnie poprowadziła Cheliaxianina do miejsca docelowego.
                                          Wnętrze gildii było puste, jedyna recepcjonistka, którą Kaylie kojarzyła ze swojej ostatniej wizyty, drzemała za swoim biurkiem. Kilka kartek ze zleceniami wisiało na tablicy ogłoszeń, zimny kominek posiadał kilka kawałków niedopalonego drewna. Stoły przy których różnego rodzaju awanturnicy posilaliby się, rozmawiali i uzgadniali taktyki stały puste.
                                          Było tak cicho, że można by było usłyszeć upadek igły.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy