Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
cyberpunkcyberpunk2077
134 Posty 7 Uczestników 936 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • GladinG Niedostępny
    GladinG Niedostępny
    Gladin
    napisał ostatnio edytowany przez Gladin
    #3
    Awatar HiFi Magazyny All Foods w Northside, wczesny wieczór

    text alternatywny

    Hajfi podrapał się po plecach, obrzucił bacznym spojrzeniem pokryte wyblakłym graffiti ściany nieużywanych magazynów. Prym wiodły na nich pajęcze symbole przypominające o bliskiej obecności jednego z najniebezpieczniejszych gangów Night City. Za kratami brudnych okien panoszył się mrok, który mógł skrywać w sobie wszystko: od cyberboosterów Maelstromu lub Szczurów przez agresywnych bezdomnych na narkotycznym głodzie po ludzi próbujących ukryć się w przemysłowym labiryncie Northside z sobie tylko znanych powodów. All Foods użytkowało jedynie część budynków w przedniej części nieruchomości, toteż na obszar wybrany do miejsca spotkania nie zapuszczał się żaden z kiepsko opłacanych strażników firmy, a brak ochrony zwykł budzić pokusy.

    Hajfi rzadko zapuszczał się w te rejony, ale wiedział doskonale jak niebezpieczną miejską dżunglą stało się Northside po zawłaszczeniu przez Arasakę zachodniej części dystryktu. Przekształcone w rozległe korporacyjne magazyny wybrzeże Del Coronado strzeżone było nie tylko patrolami Arasaki, ale i buforem nieczynnych zakładów przemysłowych wykupionych przez Arasakę, a następnie zamkniętych w ramach tworzenia strefy niczyjej na granicy korporacyjnych nieruchomości.

    W opuszczonych halach fabrycznych i przetwórniach, zamkniętych stacjach transformatorów, w garażach i nieczynnych hotelach pracowniczych szybko pojawili się niepożądani goście, w wielu przypadkach rzekomo dyskretnie finansowani przez samą Arasakę. Czarnorynkowe kliniki cybernetyczne, kryjówki cybergangów, narkotykowe laboratoria i składy przemytników z SoCalu wniknęły pomiędzy pustostany oraz nieliczne zakłady wciąż dające pracę desperatom nie potrafiącym opuścić NID. Za dnia pozornie opustoszałych, po zmroku wiele ulic Northside stawało się strefą „no-go” dla policji i prywatnych firm ochroniarskich.

    Niesławny Maelstrom królował niepodzielnie w betonowo-szklanej dżungli dystryktu, ale jego noszący pajęcze implanty oczne psychopaci współdzielili ten podupadły teren z kilkoma innymi gangami.

    - Na pewno przyjdzie - Leon Avrille rozdarł papierową torebkę, wyciągnął z niej okrągły dopaminowy plaster i przykleił go na bok szyi - Zawsze przychodzi. Nie chciałbyś żyć tak jak oni. Jakim trzeba być posrańcem, żeby chcieć tak żyć?

    Hajfi mruknął coś pod nosem, palcami prawej dłoni wystukując rytmiczną melodię na obudowie plastikowej skrzynki, którą trzymał na kolanach.

    - Oni tam mają całe miasto, uwierzyłbyś? - Leon pomasował z lubością plaster, a potem wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów - Plemiona, klany, poziom pod poziomem, z podzielonym terytorium, z handlem i własnymi wojnami, z własnym prawem, a niektórzy nawet wyznają własnych bogów. Słyszałem, że są tam tacy, którzy nigdy nie wyszli na powierzchnię, wyobrażasz sobie, pierdoleni albinosi? Są prawie samowystarczalni.

    Hajfi wbił spojrzenie w szeroko otwarte wrota pobliskiego magazynu, gotów przysiąc, że usłyszał cichy chrzęst nadepniętego podeszwą pokruszonego szkła. Leon podążył za jego wzrokiem, demonstracyjnie podnosząc z dekla pustej zardzewiałej beczki położony na nim wcześniej pistolet. Suchy trzask zwolnionego bezpiecznika poniósł się ostrym dźwiękiem wśród ścian opustoszałych budynków.

    - Samuel, to ty? - rzucił Avrille podnosząc się z betonowego bloczka, na którym przysiadł w oczekiwaniu na łącznika klanu. Pokruszone szkło zazgrzytało ponownie, tym razem głośniej.

    Z mroku zalegającego w magazynie wychynął niski mężczyzna w mocno podniszczonym ubraniu, w pełnej różnokolorowych łat ortalionowej kurtce i przetartych dżinsach. Długie przetłuszczone włosy spadały mu strąkami na nienaturalnie bladą twarzą, naznaczoną starymi bliznami po ospie. Hajfi mógłby dać głowę, że poczuł silny fetor jego niemytego od tygodni ciała, zanim facet wyszedł na światło dzienne.

    - Nie jesteś Samuel - pozorna beztroska w głosie Leona zniknęła w jednej chwili zastąpiona głęboką podejrzliwością - Coś za jeden?

    - Samuel nie przyjdzie - odpowiedział mężczyzna rozkładające puste ręce w pokojowym geście - Złamał nogę. Wysłał mnie, żebym ustalił szczegóły. Widzieliście zdjęcia towaru, który mamy w ofercie?

    - Tylko kilka - odpowiedział Hajfi - Przydałoby się więcej. I oczywiście kontrola stanu technicznego. Nie dam się wpierdolić w jakiś złom, który na dodatek może być napromieniowany. Przyniosłeś wzmacniacze albo adaptery?

    - Są w bezpiecznym miejscu - pokręcił głową bezimienny obdartus - Najpierw towar na wymianę.

    - Będą antybiotyki, blokery bólu, multiwitaminy i puszkowane żarcie - Leon odłożył pistolet z powrotem na dekiel beczki - Tak jak umawialiśmy się z Samuelem. Tu masz pudło proteinowych batonów na start, sto procent amerykańskiego mącznika z domieszką szarańczy. Resztę dowieziemy jak dobijemy targu.

    - Samuel kazał przekazać, że plan się zmienił - wysłannik podziemnego klanu potrząsnął zlepionymi brudem włosami - Będzie więcej sprzętu i w bardzo dobrym stanie, ale potrzebujemy czegoś innego na wymianę. Spluw i amunicji. I benzyny.

    Leon Avrille gwizdnął przeciągle, spojrzał z niedowierzaniem na Hajfi.

    - Po chuj wam to? Chyba nie chcecie strzelać do ekip fumigacyjnych? Pojebało was? Macie pół tygodnia na migrację w bezpieczniejsze miejsce, zanim służby miejskie zaczną pompować gaz do studzienek. Bierzcie żarcie i lekarstwa i spierdalajcie, póki możecie.

    - Nie ty będziesz nam mówił, co mamy robić - warknął obdartus - Samuel domyślił się, że będziecie pierdolić gówno warte rady. Macie je sobie wsadzić w dupę. Potrzebujemy broni i naboi i benzyny.

    - A co wy kurwa myślicie, że mam na ulicy furgonetkę załadowaną gnatami i kanistrami z paliwem? - odpowiedział Hajfi - My handlujemy żarciem i lekarstwami, nie jesteśmy jebanym Militechem. Skąd mam wiedzieć, że macie tam na dole towar dość dużo warty, żeby opłacało się organizować wymianę?

    Brudny włóczęga milczał przez dłuższą chwilę, potem pokiwał głową w geście łagodzenia atmosfery. Cuchnął okropnie i nie można było wykluczyć, że przenosił pasożyty albo wirusy chorób odzwierzęcych.

    - Jeśli chcesz zobaczyć próbki, możesz zejść na dół - powiedział pojednawczym tonem - W pobliżu kręcą się Szczury, wczoraj pocięły jakąś babkę za stalownią Taty. Wypruli z niej wszystko, chrom i mięso. Nie będziemy ryzykowali wyciągania towaru na górę, jeśli się tu kręcą. Chcecie obejrzeć, chodźcie na dół.

    Obdartus wyciągnął rękę w bok, w stronę wejścia do magazynu, w którym kryło się przejście do labiryntu piwnic, tuneli, kanałów kanalizacyjnych, przejść serwisowych oraz podkopów wykonanych rękami ludzi, którzy z własnego wyboru postanowili zamieszkać głęboko pod powierzchnią Night City.

    - Chuja, nie pójdę - zastrzegł się HiFi od razu. - Wymiana miała być tutaj. Nie ma towaru, nie ma Samuela, zmiana warunków... Wy nie chcecie ryzykować wyciągania towaru na swoim terenie, a mnie się nie widzi pchanie w nieznane i bycie przerobionym na kompost. A ja wiem, czy was za zakrętem trzech nie czeka, by nam kosę w plecy wsadzić?

    - Zresztą - kontynuował po chwili. - Broń, broń... to kosztuje więcej niż żarcie. Na broń muszę mieć coś na zaliczkę, żeby spieniężyć i mieć za co zorganizować.


    Sesja Karak Varn

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • GreKG Niedostępny
      GreKG Niedostępny
      GreK
      napisał ostatnio edytowany przez
      #4

      text alternatywny

      Kawiarnia “Bella” na Holly Street w Japantown, wczesny wieczór

      Hector Garcia wyszedł chwilę wcześniej, w drodze do drzwi kawiarni już gadając przez telefon z jednym ze swoich informatorów w Heywood. Raze pozostał przy stoliku z widokiem na przerzucony ponad kanałem Parsonsa most i rysującą się po północnej stronie kanału wielopoziomową zabudowę Kabuki. Popijał naranjitę z lodem obserwując zatłoczoną ulicę przez okno i rozważając w myślach usłyszane od Hectora wiadomości.

      W Japantown zaczynało się robić niebezpiecznie tłoczno. Coraz bliższe święto Aratama Matsuri miało ściągnąć do Night City rekordową liczbę turystów nie tylko z NUSA i Wolnych Stanów, ale też Kanady i Meksyku, a tłum turystów oznaczał złote czasy dla gangów. Trzymający łapę na hotelach, kasynach, burdelach i salonach braindance w Watson i Westbrook Tygersi liczyli na setki tysięcy, jeśli nawet nie miliony eurodolarów czystego zysku, ale cierniem w ich boku mogli okazać się coraz bardziej zuchwali Kosiarze. Luźno zorganizowana siatka ulicznych rzeźników preferowała żerowanie na turystach, z zasady bardziej lekkomyślnych i mało zorientowanych w brutalnych realiach Night City od autochtonów.

      A każdy turysta znaleziony w zakrwawionej wannie w obskurnym motelu sieci ホテル24 bez wyciętych bez znieczulenia wszczepów i organicznych narządów oznaczał dla Tygersów stratę. Dla amerykańskich odłamów yakuzy największe znaczenie miał żywy klient, dla Kosiarzy będący w zamian jednorazowym dawcą.

      Hector twierdził, jakoby znajomy jego kumpla był niezbicie pewien, że Tygersi wysłali Kosiarzom otwarte ostrzeżenie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu Aratama Matsuri nie życząc sobie żadnej eskalacji działań w czasie żniw. Co więcej, znajomy ten słyszał, że co niektórzy Kosiarze kazali Japończykom wypierdalać na zbite skośne ryje. Anton Kolev, jeden z bardziej znanych moskowickich „worów” tworzących kapitułę Kosiarzy, budujący w ostatnim czasie kryminalną koalicję w Pacyfice razem z Raffen Shiv, podobno wysłał tę odpowiedź do Japantown na drzazgach danych wbitych w oczodoły wysłanników Tygersów, pakując ich odcięte głowy w eleganckie pudełka po ekskluzywnych garniturach od Yinjubi. Inni przywódcy Kosiarzy, skupieni wokół Damira Kovaca i Niki Jankowicz, przyjęli mniej konfrontacyjną postawę, ale wojna gangów wydawała się już przesądzona.

      Switch upił łyk naranjity, przełączył myślą tryb Lśnienia na bardziej selektywny. Widziane cybernetycznym okiem holograficzne reklamy, logotypy firm, należące do mijających kawiarnię przechodniów ikony kont na Killbooku i Grinderze, cenniki drinków i prognozy pogody zgasły w jednej sekundzie redukując ilość wizualnych bodźców bezlitośnie bombardujących percepcję fiksera.

      Wieści Hectora kryły w sobie pewien nieokreślony jeszcze potencjał. Fikserzy pokroju Garcii czy More należeli do najniższych warstw hierarchicznych ulicznego półświatka, ale nawet oni mogli coś ugrać na wojnie potężnych gangów, o ile byli dość ostrożni, aby nie oberwać rykoszetem.

      Na ulicy pojawiła się ciężka śmieciarka, emitująca przeraźliwe sygnały dźwiękowe i błyskająca żółtymi migaczami. Uzbrojeni w gładkolufowe strzelby śmieciarze zapuścili się w pobliski zaułek w zamiarze wyciągnięcia przepełnionych kontenerów na śmieci, gotowi w każdej chwili na konfrontację z bezdomnymi, którzy zwykli uważać zawartość kontenerów za swoją własność i często zażarcie ich bronili przed opróżnianiem.

      Śmieciarka zablokowała na chwilę uliczny ruch, więc pas ruchu w stronę wschodniej obwodnicy natychmiast utonął w kakofonii wściekłych klaksonów. Wyrwany z zamyślenia Switch spojrzał na najbliższy pojazd, lśniącego czarnym lakierem Chevilliona 720 Emperora stojącego tuż za śmieciarką.

      Zadziałał odruch, reakcja podświadomości sprowokowanej do działania dawno temu uśpionym bodźcem. Sterowane neuralnymi impulsami Kiroshi przybliżyło obraz Emperora, a wewnętrzna kamera cyberoka natychmiast wykonała serię zdjęć w wysokiej rozdzielczości. Przymykając odruchowo naturalne oko, Switch wykonał maksymalne zbliżenie profilu mężczyzny siedzącego w przednim fotelu pasażera.

      Pulsujący łagodnym światłem niebieski wąż o stylizowanych skrzydłach pysznił się powyżej cybernetycznej obręczy szyjnej pasażera, umiejętnie wtłoczony pod cienką warstwę hormonoreaktywnej chemoskóry. Pociągła twarz o bladej skórze, krótko przycięte włosy, przeciwsłoneczne okulary będące zapewne pozerską dekoracją przysłaniającą profesjonalne cyberoczy.

      Switch znał ten tatuaż. I tę twarz. Serce przestało mu bić w jednej sekundzie, mózg zagotował się wysyłając na główną szynę neuralnego procesora potężną dawkę impulsów, które urządzenie z trudem potrafiło na czas zinterpretować. Receptory cyberoka wypełniły obiektyw implantu ciągiem elektronicznych zakłóceń, kontury widzianego w cyfrowej wersji świata rozmazały się na sekundę.

      Śmieciarka ruszyła ze swojego miejsca, władowała się z piskiem maltretowanych resorów na chodnik ulicy. Czarny Emperor natychmiast włączył się do ruchu kierując się na wschód, w kierunku drapaczy chmur pełniących rolę siedzib wielu pomniejszych, ale wciąż liczących się na giełdach korporacji.

      Lecz zanim wóz zdążył zniknąć z pola widzenia wstrząśniętego Switcha, Raze zdążył zogniskować kamerę Kiroshi na osobie prowadzącej Chevilliona kobiety. Widział jej profil jedynie przez sekundę, ale natychmiast ją rozpoznał. Miała inną fryzurę i założone eleganckie holookulary o szerokim wyświetlaczu, a i tak ją rozpoznał.

      Poczuł wyimaginowany mononóż wbijający się cienką klingą prosto w serce, mrożący krew w żyłach i paraliżujący mięśnie. Cybernetyczne oko nie kłamało, ale oszołomiony mózg nie chciał zaakceptować tego, co nieświadomy szoku użytkownika implant mu przekazywał.

      Czarny Chevillion 720 Emperor zniknął za ścianą kawiarni. Raze wciąż siedział skamieniały na swoim miejscu przy parapecie. Zdołał wykrztusić tylko jedno słowo.

      - Keira…

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • KetharianK Niedostępny
        KetharianK Niedostępny
        Ketharian
        Obsługa Moderator
        napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
        #5

        |=text alternatywny=|

        CZTERY LATA WCZEŚNIEJ

        San Francisco, marzec 2073

        Stara lokomotywownia wyglądała na opuszczoną. Kępy trawy wyrastały pomiędzy betonowymi płytami placu załadunkowego, wiatr wprawiał w poruszenie papierowe śmieci i puste foliowe torebki po czarnorynkowych dopalaczach. Ciemność zalegająca za wybitymi szybami zakratowanych okien spowijała całunem zapomnienia chlubną przeszłość zakładu, który do chwili wybuchu Wojny Unifikacyjnej przodował w kontynentalnej produkcji składów maglevu.

        - Greg, twoja kumpela wybrała zajebiście urocze miejsce na spotkanie - Keira cmoknęła z kiepsko udawanym niesmakiem, popukała palcem w mokrą od kwaśnego deszczu szybę Thortona. Jej oczy mignęły niebieską poświatą sygnalizując wyłączenie Lśnienia, którego przeładowana wirtualnymi danymi infosfera mogła niepotrzebnie obciążać percepcję dziewczyny w trakcie spotkania - Idziemy?

        Greg Kalkston wyciągnął spod płaszcza matowoczarnego Lexingtona, odciągnął lekko zamek pistoletu upewniając się, że w komorze broni faktycznie tkwi nabój.

        - Idziemy - rzucił niespokojnym tonem, ostatnim rzutem oka na własne Lśnienie upewniając się, że pinezka lokalizacyjna Spectre wciąż pulsuje w głębi wielkiej fabrycznej hali - Bardzo cicho i bardzo ostrożnie. Żadnych kurwa dzikich akcji, jasne?

        - Switch, wyluzuj - w głosie Keiry zadźwięczała ostrzegawcza nuta, goszcząca w nim za każdym razem, kiedy zamierzenie lub bezwiednie kwestionował jej kompetencje - Prędzej sam się tam zesrasz w gacie z nerwów niż mnie drgnie powieka.

        Przechyliła się w stronę fiksera bez słowa ostrzeżenia, złapała ciepłymi ustami za koniuszek jego ucha przygryzając wrażliwą na dotyk tkankę idealnie równymi ceramicznymi zębami. A sekundę później trzymała już prawą nogą na zewnątrz pojazdu, stawiając wysoko kołnierz własnego płaszcza.

        - Ta babka naprawdę może nam załatwić tyle hajsu? - zapytała wodząc wzrokiem po spękanej fasadzie fabrycznej ściany - Ma konkretne fundusze?

        - Obiecała dosyć, żeby się wyrwać z tego syfu - odpowiedział Switch - Jeśli wszystko się uda, będziemy musieli szybko stąd spierdalać.

        - Do Night City? - w wibrujący dziewczęcą ekscytacją głos Keiry wkradła się nuta nieudawanego rozmarzenia - Będzie nas stać?

        - Będzie nas stać na znacznie więcej - Greg włożył pistolet do podramiennej kabury i pomacał wewnętrzną kieszeń kurtki, w której trzymał pudełeczko z pozbawioną oznakowań drzazgą - Zawijamy się z Ameryki, kotku.

        Keira otworzyła usta w wyrazie ogromnego zaskoczenia, oderwała wzrok od ciemnych okien hali wpatrując się w zamian szeroko otwartymi oczami w Kalkstona.

        - Weź nie pierdol, poważnie pytam - syknęła z niedowierzaniem - To gdzie? Mogadiszu? Strefa Gazy?

        Rozmarzenie w jej głosie spotęgowało się w jednej chwili, kiedy wspomniała o najbardziej ekskluzywnych miastach-resortach po drugiej stronie globu.

        - Myślałem o czymś dającym zajebiste perspektywy na przyszłość - mruknął Switch wyłączając silnik Thortona - Słyszałaś kiedyś o Jastrzębiu-Zdrój?

        - O czym? Jak to się kurwa wymawia? Gdzie to do chuja jest? - prychnęła dziewczyna przymykając lekko drzwi, aby krople cuchnącego metalicznie deszczu nie zmoczyły jej włosów.

        - W Europie, w dawnej Polsce. Jastrzębie-Zdrój, stolica Republiki Śląskiej. Subarashi, Orlen, Rhine-Metall, technologie kompresji neuronów, zderzacz hadronów jeszcze większy od tego, który jebnął w Genewie, kosmoport ESA, trzydzieści milionów mieszkańców gotowych wyłożyć wielką kasę za rozrywkową kontrabandę. W zeszłym roku weszli do G8 po tym jak Kalifat Germanistanu stamtąd wyleciał po zapaści systemu socjalnego. Serio, nic o tym nie słyszałaś?

        Keira zaczęła nawijać na palec kosmyk swoich włosów, z fałszywym ciepłym uśmiechem zdradzającym rosnącą w niej z niebezpiecznym impetem irytację.

        - Greg, ocipiałeś. Albo ochujałeś, sama kurwa nie wiem, co gorsze - powiedziała odpuszczając sobie w jednej chwili pozory wesołości - Nie rób ze mnie idiotki. Chcę leżeć w złotym bikini na jebanej plaży w Strefie Gazy i pić pierdolone drinki z palemką z pierdolonym Byronem Trumpem. A jeśli na to nie starczy kasy, to zamieszkać w Night City. Wypierdalaj z auta, bo straciłam humor. Polska, kurwa jego mać, gdzie to w ogóle jest?

        Greg wysiadł z Thortona wrzucając na wyświetlacz oka schematyczną mapę okolicy, przyjrzał się raz jeszcze lokalizacji pinezki Spectry. Jego myśli szybko opuściły orbitę emocji krążących wokół rozdrażnionej Keiry, powróciły do ukrytej w kieszeni drzazgi.

        Nie czuł się gotowy, aby jej powiedzieć, co kryło się na niepozornym nośniku pamięci. Błąd, który popełnił jakiś człowiek odpowiedzialny za kodowanie poszczególnych plików w Neuracore zapewne już kosztował go karierę albo nawet życie, ale Magadon na pewno nie poprzestał na wyciągnięciu konsekwencji wobec nadawcy dokumentacji. Ludzie Magadonu zapewne intensywnie szukali źródła potencjalnego przecieku. I jego tymczasowego posiadacza.

        Nie wiedział jak powiedzieć Keirze, że jeśli Spectra nie wyłoży obiecanej kasy, i tak przekaże mu chipa. Babka miała ogromne zasięgi w Sieci i całkowity brak oporów przed konfrontacją z korporacjami, a na dodatek pracowała z największymi redakcjami NUSA gotowymi smarować gównem reputację każdej firmy finansującej budżet Zachodnich Stanów Korporacyjnych. Ktoś taki miał największą szansę na nagłośnienie tego, co skrywała schowana w kieszeni Switcha drzazga.

        Greg do niedawna przeświadczony był o tym, że nic nie jest w stanie nim wstrząsnąć i nic nie zdoła go poruszyć. Nie stronił od czarnorynkowych braindansów spod znaku Ćmy, a i sama ulica przeczołgała go przez syf, który niejednemu złamałby psychikę - lecz po zajrzeniu na drzazgę zwątpił we własną siłę woli.

        Człowiek, który kodował dane w Magadonie najpewniej pracował na rozszerzonym obrazie cyberoptyki i zaciągnął markerem tylko pliki wyświetlone wewnątrz obrysu wyświetlacza. Podstawowy błąd zrodzony z rutyny i zbyt dużej powtarzalności tej czynności - i tylko dzięki temu błędowi Switch ujrzał na chipie pliki, które w teorii miały pozostać niewidzialne.

        A potem obdarzony grzeszną ciekawością fikser sam popełnił błąd ulegając pokusie i otwierając niezabezpieczony przed poglądem folder.

        Spectre wybrała na miejsce spotkania dawno temu wyłączone z użytku biuro brygadzisty na piętrze wielkiej montażowni, z oknami wychodzącymi na ciemną i zagraconą rdzewiejącym złomem halę. Greg i Keira prześlizgnęli się bezgłośnie zagrzybiałymi od wilgoci korytarzami, wspięli się po metalowych schodkach do pomieszczenia administracyjnego montażowni, z pistoletami w dłoniach, z planami pomieszczeń fabryki na cyberoczach.

        Spectra stała za panelem sterowania linii produkcyjnej, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i z wzrokiem wbitym w otwarte drzwi biura. Była wysoką kobietą o związanych w kok purpurowych włosach, szczupłą, noszącą praktyczne ciemne ubranie. Jej oczy poruszyły się na widok przybyszów, ale reszta ciała pozostała w bezruchu, jedynie pierś dziennikarki unosiła się i opadała w rytmie płytkiego oddechu.

        - Mamy przesyłkę, zgodnie z umową - powiedział Switch opuszczając ściskającą Lexingtona rękę - Zawartość chipa jest nienaruszona i to jest kurewsko mocny materiał. Masz kasę?

        W oczach Spectry zapaliły się zielone iskry, które szybko wypełniły elektroniczną poświatą tęczówki wzrokowych implantów kobiety.

        - Kradzież korporacyjnej własności jest przestępstwem pierwszej klasy - oświadczyła twardym męskim głosem płynącym z wszczepionego w krtań wokalizatora, pozostając w bezruchu wręcz upiornym, kiedy przybysze w końcu dostrzegli, że przemawiając dziennikarka w ogóle nie poruszała ustami - Nie stawiajcie oporu.

        - Ja kurwa pierdolę! - wyrzuciła z siebie przestraszonym tonem Keira, podnosząc własny pistolet i mierząc z niego w głowę Spectry - Jebany lalkarz!

        Greg cofnął się o krok od dziennikarki, po czym zamarł dostrzegając na tle pobliskiej ściany jaśniejący z każdą sekundą niebieski kształt, wyłaniający się z półmroku niczym obraz stworzony z miniaturowych lampek LED.

        Był to niebieski wąż o stylizowanych skrzydłach, w rozmiarze męskiej pięści, unoszący się w powietrzu kilka metrów od fiksera na podobieństwo płaskiej holograficznej projekcji.

        - Ona jest sprzęgnięta z kontrolerem! - w głosie Keiry dźwięczała coraz słabiej kontrolowana panika - Spierdalajmy stąd, Switch, teraz!

        Termooptyczny kamuflaż, naniesiony na ciało ukrytego w biurze mężczyzny specjalnym nanożelem nowej generacji, wyłączył się w tej samej chwili, w której jego spreparowany z chemiskóry wężowy tatuaż osiągnął maksymalne natężenie poświaty. Silne niebieskie światło wyłoniło z półmroku twarde rysy twarzy, krótko ścięte włosy, głowę osadzoną na cybernetycznej obręczy szyjnej umożliwiającej obracanie nią o ponad dwieście stopni w każdym kierunku.

        Z kącików oczu, z uszu, nosa i ust Spectry wydostały się smużki jasnego dymu, kiedy przerywający niewolniczy sprzęg lalkarz zaktywował na pożegnanie wgranego do implantów dziennikarki wirusa, przepalającego jej wszczepy w temperaturze ponad czterystu stopni Fahrenheita.

        Keira zaczęła strzelać, płomienie wylotowe jej Lexingtona rozpaliły wnętrze biura, ogłuszyły Grega hukiem spotęgowanym ciasnotą pomieszczenia. Agent Magadonu przyjął na pierś cztery albo pięć pocisków, które pomimo trafień nie powstrzymały jego błyskawicznego skoku w stronę fiksera.

        Gość dosłownie rozmył się w powietrzu, wprawiony w zbyt szybki dla normalnej percepcji ruch nieludzkim potencjałem włączonego Sandevistana. Greg zdążył strzelić tylko jeden raz, zanim potężny cios w tors nie złamał mu dwóch żeber ciskając Kalkstonem niczym szmacianą lalką o ścianę biura. Ukryty w pudełeczku na piersi chip chrupnął głośniej niż pękające kości, rozkruszony impetem uderzenia.

        Skorodowana ściana pękła i porażony falą palącego bólu Greg spadł z wysokości dwóch metrów na betonową podłogę montażowni. Stracił na ułamek chwili orientacji, kompletnie zamroczony impetem upadku. Gdzieś z góry dobiegał go przeraźliwy krzyk Keiry, będący mieszaniną zgrozy i cierpienia, stawiający Switchowi włosy na głowie. Jego częściowo wysunięte z obudowy gałki Kiroshi zresetowało się po wstrząsie upadku, pulsując pośrodku pola wyświetlacza punktem wskazującym pozycję dziewczyny na podstawie sygnału jej biomonitora.

        Biuro dosłownie wybuchło, eksplodowało na wszystkie strony dymiącymi szczątkami, elementami rozerwanej konstrukcji, kawałami mebli i wyposażenia - a potem oderwało się od ściany nośnej montażowni i runęło z ogłuszającym hukiem i zgrzytem metalu na jej podłogę. Greg zaczął się desperacko czołgać w stronę wyjścia, obolały, tlący się ogniami płonącego ubrania, zdezorientowany.

        Keira nosiła przy sobie granat, praktycznie nigdy się z nim nie rozstawała na akcjach. Był jej fetyszem, króliczą łapą, której nigdy nie planowała użyć, a którą często szpanowała na imprezach.

        Keira miała granat. Uświadamiając sobie ten fakt Switch pojął jednocześnie coś innego. Sygnał emitowany przez jej biomonitor zgasł. Serce przestało mu bić ściśnięte tytanowymi cęgami trwożnego niedowierzania.

        Keiry już nie było. Rumowisko zaczynało buchać coraz większymi kłębami gryzącego dymu. Walcząc z zawrotami głowy Greg podniósł się z podłogi i powlókł do wyjścia, bez końca ponawiając sygnał logujący do biomonitora dziewczyny. Nie pamiętał jak dotarł do samochodu i jak odpalił silnik. Oszalały instynkt samozachowawczy kazał mu jak najszybciej odjechać, znaleźć bezpieczną kryjówkę, zdobyć nową tożsamość.

        Za wszelką cenę próbował nie myśleć o młodej kobiecie, z którą związał swoje życie, a która została pogrzebana pod gruzami biura rdzewiejącej montażowni, wciągniętej w pułapkę, której istnienia Greg "Switch" Kalkston nie przewidział.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • MarrrtM Niedostępny
          MarrrtM Niedostępny
          Marrrt
          napisał ostatnio edytowany przez
          #6

          text alternatywny

          Filia Żabki w Little China, wczesny wieczór

          Grafitowy Villefort Columbus znowu stał przy krawężniku ulicy dziesięć metrów od wejścia do minimarketu, częściowo przesłonięty kanciastą bryłą turystycznego datatermu. Stał tam dzień oraz dwa dni wcześniej, za każdym razem w tym samym momencie wieczoru, pomiędzy osiemnastą i dwudziestą. Shawn zwrócił na niego uwagę po raz pierwszy dwa dni wcześniej, kiedy dostrzegł przez mokrą od kwaśnego deszczu witrynę sklepu jak do Villeforta podchodzi wypędzony chwilę wcześniej z Żabki bezdomny włóczęga agresywnie domagający się od każdego napotkanego pechowca finansowego wsparcia dla ruchu Nowej Wakandy.

          Trawiony opioidowym głodem obdartus musiał dostrzec jakieś poruszenie za przyciemnioną szybą furgonu, bo nie przestawał stukać w nią przenośnym terminalem płatniczym, dopóki okno nie uchyliło się na kilka centymetrów. A wtedy przestraszony rzucił się do chwiejnej ucieczki. Villefort odjechał zaraz potem, a Shawn z miejsca o nim zapomniał zaprzątając swoją uwagę grupą nieporadnych nastolatków próbujących ukraść z lodówki zgrzewkę Spunky Monkey.

          Furgon pojawił się następnego dnia parkując na tyle daleko, by nie dało się go dostrzec z wnętrza Żabki. Tym razem Shawn miał szczęście, bo wywabiły go ze sklepu hałaśliwe dziewczyny z pozergangu Rihanny urządzające sobie głośną imprezę w zaułku po przeciwnej stronie ulicy. Kilkanaście młodych kobiet o niemal identycznym wyglądzie i ubiorze nie przejawiało zainteresowania Żabką, ale Shawn wiedział doskonale jaki chaos potrafiłyby stworzyć i jakie straty wygenerować, gdyby postanowiły nagle wpaść do środka całym swoim tuzinem. I jak zwyczajna grupowa kradzież mogła eskalować w kipiący agresją szał destrukcji, gdyby na miejscu znienacka pojawił się darzony odwzajemnianą równie gorąco nienawiścią pozergang Beyonce.

          Dla świętego spokoju Shawn wyszedł zatem za próg zatłoczonej o tej porze Żabki obnosząc się demonstracyjnie ze służbową kuloodporną kamizelką oraz odpiętą kaburą pistoletu. Rihanny nie zwróciły na niego większej uwagi, ale on kątem oka spostrzegł grafitowego Villeforta Columbusa wciśniętego między mniejsze samochody na skraju ulicy. I tym razem furgon po pewnym czasie odjechał.

          Trzeciego dnia mężczyzna zaczekał do dziewiętnastej, a potem opuścił Żabkę wejściem dla dostawców, przecisnął się przez zapchane kubłami na śmieci wąskie przejście między supermarketem i sąsiadującym z nim salonem masażu i wyjrzał ostrożnie za skraj budynku. Ten sam Villefort stał znowu w głębi ulicy, z włączonym cały czas silnikiem, ale na zgaszonych światłach.

          Od trzech dni parkował opodal minimarketu właśnie wtedy, kiedy Singh Gupta - cieszący się poważaniem hinduskiej społeczności właściciel kilkunastu polonijnych sklepów Żabka rozrzuconych po całym Little China i Kabuki - odwiedzał zaplecze swojej filii przy zbiegu Goldsmith i Farriera. Singh Gupta przyjeżdżał prowadzonym przez szofera Archerem Voyage i spędzał na zapleczu niecałe dwie godziny przyjmując wprowadzanych tam przez towarzyszącego mu kuzyna petentów, wszystkich bez wyjątku brodatych Sikhów w turbanach, w opinii Shawna wyglądających względem siebie równie bliźniaczo, co w swoim własnym gronie pozerfanki Rihanny.

          Przez dwie godziny dziennie Singh Gupta ściskał dłonie pełnych szacunku gości, przeliczał zawartość reklamówek ze zwitkami eurodolarów w środku, wystawiał pokwitowania i notował coś skrupulatnie w wielkiej buchalterskiej księdze, przez cały ten czas zupełnie ignorując bezimienny dla niego personel minimarketu. Pan Gupta nie miał w zwyczaju rozmawiać ze swoimi pracownikami, w zasadzie nawet ich nie zauważał, jeżeli nie należeli do grona jego nieprawdopodobnie upierdliwych krewniaków odpowiedzialnych za nadzór nad polonijną franczyzą.

          Gdzieś w górze rozległ się ostry trzask, który w pierwszej sekundzie nasunął Shawnowi na myśl wystrzał z broni palnej. Kilkanaście osób na ulicy pomyślało o tym samym pierzchając na wszystkie strony pośród panicznych krzyków, które szybko przeszły w równie głośne wyzwiska. Podnosząc w górę głowę Shawn ujrzał dymiący kształt miniaturowego drona spadającego na dach pobliskiego budynku. Porażony ładunkiem EMP bezzałogowiec, ewidentnie pozbawiony autoryzacji do latania w obrębie niskiego korytarza powietrznego dla aerodyn, uderzył z trzaskiem w instalację fotowoltaiczną na szczycie restauracji „Mi-Ramen”. Wiszący w powietrzu powyżej czarny policyjny dron przechwytujący zawrócił w kierunku megabloku H10, najprawdopodobniej zwęszywszy elektroniczną nitkę łączącą zniszczony quadrokopter z jego operatorem.

          Ruch na ulicy powrócił do normalnego natężenia zgiełku i harmideru. Grafitowy Villefort Columbus nadal stał na swoim miejscu, ciemna bryła odrapanego i poobijanego metalu skrywająca za przyciemnionymi szybami czyjeś uważne oczy.

          Shawn wiedział, kiedy furgon odjedzie: dziesięć sekund po tym jak wiozący Singha Gupte Archer włączy się do ruchu na Goldsmith Street. I pojedzie śladem Hindusa w stronę centrum.

          - Wiesz, że przerwy na fajkę są odciągane od dniówki? - Ravi Gupta, kuzyn pana Singha Gupty i jego naczelny przydupas w gronie reszty krewniaków, wyszedł za próg drzwi, oparł się o odrapaną ścianę marketu i wyciągnął z kieszeni spodni paczkę własnych papierosów - Zapierdalaj do roboty, białasie, bo dwudziestu chętnych już czeka na twoje miejsce.

          Solo spojrzał na ciapatego subiekta, jak zawsze z góry przez przewagę wzrostu.

          - Tak, proszę pana - odparł machinalnie i wrócił na swoje stanowisko.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • KetharianK Niedostępny
            KetharianK Niedostępny
            Ketharian
            Obsługa Moderator
            napisał ostatnio edytowany przez
            #7

            text alternatywny

            Warsztat samochodowy na rogu Eisenhowera i Cordwainer Street, wczesny wieczór

            Houston najpierw ujrzał ich nogi. Dwie pary męskich nóg w spodniach z wzmacnianego dżinsu i roboczych butach do połowy łydki. Leżąc na plecach pod mającym za sobą lata świetności Archerem Hella, Dingo miał bardzo ograniczone pole widzenia, ale zwykło się powiadać, że pierwsze wrażenie było najważniejsze.

            Para cieniasów przemierzających Watson w poszukiwaniu okazji do jak najtańszej naprawy psującego się ustawicznie wozu, być może kupionego od jakiegoś pasera w Northside, a może przywiezionego na lawecie z Badlandsów, wygrzebanego wśród starego złomu zalegającego w opustoszałych miasteczkach-duchach na peryferiach metropolii.

            - Zaraz skończę - rzucił spod samochodu zmieniając jednocześnie końcówkę w elektrycznej wkrętarce.

            - Ty jesteś Dingo Dawn? - spytał jeden z przybyszów, niskim szorstkim głosem, którego nieprzyjazny ton z miejsca pogorszył pierwsze wrażenie Houstona.

            - Zależy, kto pyta…

            Dingo nie zdążył dokończyć odpowiedzi. Silne męskie ręce złapały go za nogawki i wywlekły spod Archera przy pisku kółek metalowego wózka, na którym mechanik leżał.

            - Co do chuja?! - wrzasnął Houston próbując bezskutecznie wyrwać się z żelaznego uścisku i macając jednocześnie wokół siebie w poszukiwaniu młotka albo klucza francuskiego - Pojebało was?!

            Krew uderzyła mu do głowy, adrenalina skoczyła w górę sprowokowana bezradną świadomością tego, że nikt poza napastnikami nie usłyszy jego krzyków. Pozostali pracownicy warsztatu już dawno skończyli zmianę i pewnie krążyli już w uliczkach turystycznej części Watson obracając na przemian flaszki chińskiego absyntu i fałszywie uśmiechnięte dziewczyny z ulicznych burdeli albo topiąc mózgi w dopaminie w którymś z niezliczonych saloników braindance służących jednocześnie za pralnie forsy triad.

            Wyciągnięty spod samochodu, został z miejsca przygwożdżony do wózka ciężkim roboczym butem oraz widokiem lufy pistoletu, co prawda nie mierzącej bezpośrednio w jego głowę, ale trzymanej demonstracyjnie na widoku.

            - Jak się będziesz rzucał to ci jebnę - powiedział drugi głos, należący do długowłosego mężczyzny o gęstym zaroście, w kurtce o wysokim kołnierzu i czarnej czapce - Uspokój się.

            Houston znieruchomiał rozpoznając ten głos. I twarz długowłosego mężczyzny. Odblokowane tym nieoczekiwanym widokiem wspomnienia sprzed lat wypłynęły z podświadomości niczym zbiegowie przez pękniętą ścianę więzienia.

            - Connor? - Dingo zdusił uczucie niedowierzania, zmrużył oczy gorączkowo rozważając w myślach konsekwencje spotkania, którego nigdy by się nie spodziewał - Kupa… kupa lat.

            - Kupa lat? - trzymający wykończonego chromem Maloriana mężczyzna w roboczej koszuli i narzuconym na nią bezrękawniku skrzywił wąskie usta w brzydkim grymasie - On myśli, że to kumpelska wizyta. Może go jednak jebnąć na dobry początek?

            Długowłosy mężczyzna milczał przez chwilę spoglądając z góry na znieruchomiałego Dingo, najwyraźniej na poważnie rozważając propozycję swojego agresywnego towarzysza.

            - Nie, na razie nie - zdecydował każąc kompanowi gestem ręki, aby ten schował pistolet - Należy mu się odrobina szacunku, bardzo mała odrobina. Ten chujek miał szansę zostać moim szwagrem, zanim zjebał sprawę. Najpierw rozmowa, wpierdol ewentualnie później. To jak będzie, Dingo, będziesz fikał czy pogadamy jak niedoszła rodzina?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRS
              napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
              #8

              Hartley Mack Mackinaw4.jpg
              Hartley "Mack" Mackinaw

              Skrzyżowanie Fairley i Charter Street, wczesny wieczór

              Nie podobało mu się to. Pierwszy raz zauważył go jeszcze w Japantown, potem nie mógł się od niego odczepić. Albo ktoś się naćpał i bawiło go (albo ich, zza przyciemnianych szyb nie mógł tego ocenić) stalkowanie kuriera albo coś gorszego. Na pewno to nie był żaden gang uliczny, jakby chcieli mu coś zrobić to by się tak nie pierdolili. Złodzieje? To już dawno by leżał pod wozem jako "przypadkowa ofiara", i to pod starym rzęchem a nie pod tym Blink-blink. Ktoś chciał dorwać odbiorcę paczki? Możliwe, wystarczyło tylko jechać za kurierem. I to było pewnie to. Na pewno nie robota policji, ci mogli po prostu przelecieć rejestry firmy, wszystko było rejestrowane.

              Kosiarze? Albo inni rzeźnicy? Czekali na odpowiedni moment, jak tylko wjedzie w złe miejsce....

              Nie, Mack, nie pierdol, zgub ich.

              Podrapał się po co najmniej dwutygodniowym zaroście.

              I zrobi to, nadarzyła się okazja. Znał okolicę tego skrzyżowania. Przyspieszył ignorując fakt, że tamten nadal za nim jedzie. Rzut oka do tyłu i przecisnął się między wozami pod światła. Na zmianie świateł gwałtownie przyspieszy, skręci w prawo, wjedzie na chodnik, i zaraz za budynkiem na rogu zniknie w alejce, zbyt wąskiej żeby tam wjechali wozem (słupki blokowały wjazd samochodom, dalej było już szerzej i w miarę czysto). Potem szybko na inną ulicę i gazu do odbiorcy. Gdyby nie ogon, w ogóle by nie jechał przez Charter i Fairley.

              Nie miał ochoty na zabawę w kotka i myszkę, chciał żeby tamten (alba tamta albo tamci, cokolwiek) się od niego odczepili.

              Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • MarrrtM Niedostępny
                MarrrtM Niedostępny
                Marrrt
                napisał ostatnio edytowany przez
                #9

                W dużym pomieszczeniu na zapleczu pan Gupta ściskał właśnie dłonie kolejnego zgiętego w wyrazie wielkiego szacunku rodaka. Shawn dostrzegł kątem oka wyłożoną na stół staroświecką księgę obrachunkową oraz leżącą obok sportową torbę z zaciągniętym suwakiem. Singh Gupta był prawdziwym dinozaurem, ostatnim reliktem bezpowrotnie minionej przeszłości, w której transakcje zapisywano na papierze i w ludzkiej pamięci, nie w nośnikach danych elektronicznych.

                Frog minął wejście do pokoju, stanął w progu głównego pomieszczenia obrzucając wnętrze sklepu badawczym spojrzeniem. Włóczęga podający się za agitatora Wolnej Wakandy powrócił z codziennej rundy polowania na „darczyńców” gotowych dla świętego spokoju wesprzeć drobnym datkiem „walkę o prawa czarnoskórych budowniczych amerykańskiej potęgi”. Gość przeglądał marki piw w lodówce mocno oddalonej od wejścia, co znaczyło, że faktycznie miał kasę na zakupy. Shawn zignorował go i przesunął się w bok wypuszczając z wąskiego korytarza Hindusa, który przyniósł panu Singhowi Gupcie skrywającą grube paczki banknotów sportową torbę.

                Z pokoju na zapleczu zaczęły dobiegać dźwięki zdenerwowanej rozmowy pomiędzy właścicielem sieci Żabek i jego krewniakiem. Obaj rozmawiali w swoim ojczystym języku, z którego Frog nie rozumiał ani słowa.

                Ravi Gupta podszedł do Shawna z wściekłym grymasem na śniadej szczurzej gębie, klepnął ochroniarza w ramię pełnym wyższości gestem.

                - Umiesz prowadzić samochód? - zapytał oglądając się jednocześnie za siebie.

                - To zależy - odparł podejrzliwym tonem Frog - O co chodzi?

                - Kierowca pana Gupty jest… niedysponowany - sarknął Ravi krzywiąc kąciki ust w pełnym niezadowolenia grymasie - Ktoś musi go zastąpić.

                Shaw zlustrował Raviego wzrokiem, w którym nieufność mieszała się ze zdziwieniem. Barczysty i wiecznie ponury kierowca pana Gupty, Sikh w nieodzownym turbanie na głowie, nigdy dotąd nie sprawiał wrażenia człowieka, który mógłby być z jakiegoś powodu niedysponowanym.

                Ravi Gupta bezbłędnie zrozumiał pytający wyraz jego twarzy.

                - Dureń ściągnął sobie na rdzeń starego braindansa, jakieś soft vintage z Julie Wieniawą, bo myślał, że takie nagrania są bezpieczne i wgrał sobie wirusa, który mu ściął motorykę wszczepów. Siedzi w kiblu, nie potrafi się zresetować, a pan Gupta musi jechać, ma w Śródmieściu ważne spotkanie. Dasz radę go zawieźć?

                Wychodzenie przed szereg nigdy nie było rzeczą, którą Shawn lubił, czy nawet znosił dobrze. Nawet w pitfightach wolał brać rólki biorącego cięgi, bo na takich się mniej uwagi zwraca. Takich ciężej skojarzyć. I ciężej się o coś przypierdolić. Shawn lubił trzymać się niżej i mieć spokój. Robić swoje. Musiał robić swoje. Dlatego znosił to ciapate hinduskie gówienko, grzecznie odpowiadając na jego zaczepki “tak proszę pana”, i dając się klepać w plecy jakby był chłopaczkiem na posyłki. Ale w świetle zadanego mu pytania miał dosłownie kilka chwil na podjęcie decyzji, czy się wychyli, czy nie. I jakie gówno może z tego wyniknąć. A chuj…

                - Dać bym dał. - odparł, ale z premedytacją nie porzucił sceptycznego tonu i wyrazu twarzy. Ciekaw był jak bardzo Hindus jest pod ścianą. - Ale co z moją umową? Mam karny procent od szkód na mojej zmianie. A nie wiem ile mnie nie będzie w sklepie i czy nadgodziny z tego nie wyjdą…

                Ravi spojrzał na ochroniarza z pewną dozą szyderczego niedowierzania.

                - Pojebało cię? To jest pan Gupta. Dostaniesz co najmniej tygodniówkę, ale inni ludzie zrobiliby coś takiego za darmo dla samego zaszczytu. Niewdzięczny białas. Trzymaj klucze i grzej silnik, zaraz wyjdziemy.

                Solo spojrzał na chipset do auta. Przez ułamek sekundy zastanawiał się jak szybko Switch mógłby upłynnić furę tego Spożywkowego Jolero i czy aby nie warte to było afery jakaby im się zwaliła na łby. Brazil byłaby zapewne dumna z tak radosnej wpadki, Dingo ubawiony, a Hajfi i Mack dostaliby pewnie sraczki z nerwów. Ułamek sekundy. Wziął chipset i bez słowa ruszył do auta. Czekał na niego zaszczyt. A zważywszy na zaparkowanego Columbusa miał wrażenie, że to będzie bardzo ciekawa przejażdżka.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • GreKG Niedostępny
                  GreKG Niedostępny
                  GreK
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #10

                  Kawiarnia "Bella" na Holly Street w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077

                  Kawiarnia Bella była jak kapsuła z innego świata. Kawa parzyła się tu analogowo, a kelnerka miała prawdziwą skórę, nie biosynt i żadnych widocznych wszczepów. Switch siedział przy zaparowanym oknie, bawiąc się hologramem planu dzielnicy. Hector Garcia podrzucił mu sporo szumu o nadchodzącej wojnie gangów. Tygersi kontra Kosiarze.

                  Rozmarzył się. Tam, gdzie lała się krew, sypały się coiny. Zaczął snuć wizję ile uda im się wyszarpać kasy z tego zamieszania i jak się ustawią. Jednocześnie obserwował zakorkowaną przez śmieciarkę ulicę Japantown przed kawiarnią. Drony kurierskie przecinały niebo jak chmary cyfrowych owadów. Przyszłość wydawała się jaskrawa, obiecująca.

                  Raze „Switch” More uśmiechał się sam do siebie - nieświadomy, że mięśnie twarzy podrygują mu lekko.

                  Do momentu, gdy jego cyberoko Kiroshi zogniskowało się na czarnym Chevilion 720 Emperorze stojącym na zablokowanym przez śmieciarkę pasie. Metaliczne odbicie karoserii, chromowane felgi i... tatuaż. Niebieski wąż wijący się na karku pasażera, pulsujący delikatnym światłem.

                  Wstał. Kawa rozlała się po blacie stołu.
                  Nie zwrócił na to uwagi.
                  Zimny pot spłynął mu po plecach, jak sygnał alarmowy z przetwornika adrenaliny.
                  Znał ten tatuaż.
                  Lalkarz.
                  Agent Magadonu.
                  Upiór z przeszłości, którego wolałby nie widzieć nawet w koszmarach.

                  Cztery lata.
                  Cztery długie, popękane jak ekran wspomnień lata od San Francisco.
                  Od tamtej nocy, kiedy wszystko poszło nie tak.

                  Już nie budził się w nocy sięgając po schowaną pod poduszką broń.
                  Nasłuchując czy po niego przyszli.
                  Po czterech latach uwierzył, że się im wymknął. Zmylił tropy. Ale wydarzenia tamtych dni ciągle były zadrą w jego umyśle.

                  Obraz w Kiroshi zogniskował się na kierowcy pojazdu.

                  Prawie fizyczny ból przeszył mu serce.
                  Keira.
                  To niemożliwe!
                  Ona nie żyła!
                  Zginęła cztery lata temu podczas nieudanej próby przekazania danych.
                  Zabita przez Lalkarza, który siedział teraz na tylnym siedzeniu Emperora.
                  Zginęła? Tak myślał... ba! był tego pewien!
                  Co ona teraz robi?
                  Czy wtedy zabawiła się jego kosztem?
                  Czy może jest teraz marionetką w rękach korpo?

                  Te i inne myśli przeleciały przez umysł Raze'a niczym glitchowe spięcia w starych kościach pamięci. Nie trwały jednak dłużej niż kilka taktów procesora. Czoło fiksera zrosił pot a serce, które zdawało się zatrzymać na pół oddechu, teraz galopowało z zawrotną szybkością.

                  Gdy śmieciarka w końcu udrożniła miejską arterię i Emperor zniknął za rogiem Raze More nerwowo sięgnął do kieszeni i wybiegł na zewnątrz. Wyrzucił w powietrze Snitcha i pognał z nim za znikającym pojazdem. Plan był prosty: złapać ślad, nagrać kilka kadrów, może wyciągnąć dane telemetryczne z ruchu pojazdu, kilka ujęć w podczerwieni. Wszystko do granicy zasięgu Snitcha.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • NanatarN Niedostępny
                    NanatarN Niedostępny
                    Nanatar
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #11

                    text alternatywny

                    Okolice sklepu Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

                    Wysoki mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach, czarnej bandanie na rzedniejących włosach i znoszonym płaszczu z syntetycznej skóry stał na odwróconej skrzynce po Grzmocie, pełnym emfazy głosem krzycząc z góry na filmujących go smarthingami turystów.

                    - Naprawdę myślicie, że ci, którzy sprzedają wam oczy powstrzymują się od pokusy podglądania? Kamery są wszędzie, nawet w was samych! Wasze życie, wasze radości i troski, są dla nich zwykłym reality show!

                    Co prawda to mieszcząca się po przeciwnej stronie ulicy „Gomorra” przyciągała zainteresowanie lwiej części przechodniów, ale kaznodziei najwyraźniej to nie zniechęcało. Omijając wzrokiem kształty niemal nagich sylwetek tańczących za podświetlonymi na różowo szybami domu lalek, mężczyzna gestykulował rękami z zapałem człowieka wielkiej wiary.

                    - Gdyby naprawdę widzieli to, co ja, już dawno bym gniła w pierdlu - rzuciła prowokacyjnym tonem młoda kobieta w kusej spódniczce odsłaniającej opięte RealSkinem cybernetyczne nogi, na przemian zaciągająca się elektrycznym papierosem i żująca sojowe burrito.

                    - A jeśli jesteś ich pionkiem? A jeśli nieświadomie realizujesz plan, o którym nie masz pojęcia? - kaznodzieja podekscytował się okazanym mu zainteresowaniem kobiety, skupił na niej gorejące spojrzenie - Lecz kim są ci, którzy śledzą każdy nasz krok, zapytacie? To władcy przemysłu rozrywkowego na Alfa Centauri! W swoim cynizmie znaleźli oni sposób, aby zająć swój uciśniony motłoch naszymi sprawami, naszym śmiechem i naszymi łzami! Obudźcie się, nim będzie za późno!

                    - Posrało cię do końca, świrze - miłośniczka burrito zaniosła się perlistym śmiechem, wsadziła papierosa do kieszonki obcisłej bluzki i zaczęła się przepychać przez tłum przechodniów w stronę skrzyżowania z Buran Street.

                    Artemida oderwała spojrzenie od szalonego proroka, prześlizgnęła się obok grupy rozchichotanych nastolatek robiących sobie selfie na tle pilnującego wejścia do Gomory karykaturalnie wielkiego ochroniarza, który wyglądał na żywcem wyciągniętego z magazynu promującego sterydy BioTechniki. Brazil znała go całkiem dobrze, chociaż nie tak dobrze jak on sam by sobie życzył - czy raczej nie aż tak głęboko. Przybijając w przelocie piątkę szczerze się uśmiechnęła na wspomnienie słów, które nie raz wyszeptał jej do ucha: sugestii na temat korków analnych i dildo wprowadzanych błogosławieństwem jej dłoni w zakamarki jego umięśnionego cielska.

                    Nazywał sam siebie Szafą i był w opinii Artemidy wyjątkowo czarującym zbokiem, i chociaż przez chwilę rzeczywiście chodziło jej po głowie spełnić fantazje ochraniarza, koniec końców Switch odwrócił jej uwagę dobrym seksem. Raze musiał coś podejrzewać, a pewniej wiedział o złożonej propozycji, nie pierwszej i nie ostatniej zapewne, próbował ją jeszcze przekupić paczką dopaminowych dopalaczy wykombinowanych na przeprosiny od niezawodnego Leifa Gundarssona, ale te Brazil odrzuciła ze wzgardą, nie przyjmując wątpliwego prezentu.

                    Biedny Szafa musiał się obejść smakiem... przynajmniej na razie.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • WilczyW Niedostępny
                      WilczyW Niedostępny
                      Wilczy
                      napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
                      #12

                      Warsztat samochodowy na rogu Eisenhowera i Cordwainer Street, wczesny wieczór

                      Houston starał się nie frustrować samochodem, który nie chciał z nim współpracować. Archer prawie rozpadał się w rękach, ale to było w porządku. Przypominał trochę starego lwa, wygnanego ze stada, który trafił do warsztatu, żeby w spokoju umrzeć. Dawn właśnie zastanawiał się, czy dni tego przerdzewiałego władcy miejskiej sawanny są policzone, kiedy został brutalnie oderwany od pracy.

                      Dingo był wściekły, że dał się tak zaskoczyć. Jakaś pierwotna część jego umysłu właśnie kalkulowała czy warto dać się zabić za te garść credchipów i trochę części z warsztatu... ale przerwała te rozważania, kiedy skojarzyła twarz z imieniem.

                      Milion myśli jednocześnie przebiegło przez głowę Dingo. Twarz Liz, ciepły dotyk jej dłoni, zapach pustyni z ledwie wyczuwalną nutą oleju, z pobliskich rafinerii na Badlandach. Widok nocnego nieba, bez zanieczyszczenia świetlnego, tak inny niż noce w Night City. Radość, rozczarowanie, smutek... i gniewna twarz Connora, kiedy wszystko wzięło w łeb.

                      - Pogadajmy - powiedział w końcu, siląc się na spokojny ton - Sporo wody upłynęło, ale jesteśmy rodziną... w pewnym sensie. Albo byliśmy. Albo...

                      Próbował wzruszyć ramionami, ale ciężki bucior na klatce piersiowej mocno mu to utrudniał.

                      - Powiesz swojemu bykowi, żeby trochę wyluzował? - zwrócił się do prawie-że-szwagra, obrzucając drugiego mężczyznę wrogim spojrzeniem - Nie mam czym was ugościć, ale możemy chociaż pogadać jak ludzie...

                      Na końcu języka miał nasuwające się pytanie "co u Liz", ale czuł, że wkrótce i tak się dowie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • KetharianK Niedostępny
                        KetharianK Niedostępny
                        Ketharian
                        Obsługa Moderator
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #13

                        text alternatywny

                        Holly Street w Japantown, wczesny wieczór 14.07.77

                        Włączony ruchem kciuka dron obserwacyjny - miniaturowy Hawkeye Zetatechu o elektronicznej uwięzi do tysiąca metrów i neuralnym interfejsie - dwukrotnie zapiszczał i zamigał zieloną diodą gotowości.

                        Raze złapał jedną ręką za poręcz widokowego tarasu, przytrzymał się jej na czas sprzęgu. Obraz przekazywany przez jego cyberoko stracił w jednej chwili na przejrzystości, gdy w polu wyświetlacza pojawiły się równe rzędy kodu diagnostycznego potwierdzającego sprzężenie protokołów szyny neuralnej w mózgu człowieka i portu komunikacyjnego drona.

                        Linijki kodu zniknęły, ich miejsce zajął w jednej sekundzie obraz przekazywany przez kamerę wznoszącego się szybko Snitcha. Raze zdusił w ustach przekleństwo walcząc z nieuniknionymi zawrotami głowy charakterystycznymi dla momentu podziału sfery percepcji, gdy naturalne oko użytkownika traciło znienacka połowę normalnego pola widzenia, a oko cybernetyczne zaczynało pompować do mózgu szybko przesuwający się obraz pochodzący z będącego w szybkim ruchu zewnętrznego źródła.

                        Ludzki umysł zwykł ulegać w takich chwilach dezorientacji, a zawroty głowy podnosiły ryzyko utraty równowagi i upadku.

                        Kurwa, jak bardzo przydałoby mu się teraz drugie Kiroshi!

                        Kierowany zaprogramowanymi wcześniej myślami-frazami, dron ustabilizował wysokość na dwudziestu metrach, przeskoczył z pozycji tarasu na środek ulicy i ruszył z maksymalną szybkością na wschód. Odzyskawszy stabilność percepcji, fikser ruszył szybkim krokiem w dół prowadzących na Holly schodów starając się nie potrącić zbyt wielu przechodniów, aby nie sprowokować kogoś przypadkiem do sięgnięcia w akcie samoobrony po gnata.

                        Czarny Emperor przyśpieszył do pięćdziesięciu mil na godzinę oddalając się wraz ze strumieniem innych pojazdów od kawiarni i mostu do Kabuki. Switch zarzucił pomysł pieszego pościgu za samochodem nie mając szans na dogonienie Chevilliona, skoncentrował się w zamian na cyfrowym dokumentowaniu ściganego wozu za pomocą sprzęgniętej z Kiroshi kamery drona.

                        Zrobione w wysokiej rozdzielczości fotografie trafiały jedno za drugim na kartę pamięci oka. Raze wykonał serię zdjęć tylnej tablicy rejestracyjnej, złapał w maksymalnym zbliżeniu niewielki złoty napis naniesiony na karoserię wozu poniżej przyciemnionej tylnej szyby. Dron nie był w stanie konkurować szybkością z Emperorem, toteż fikser zwiększył jego pułap lotu chcąc zidentyfikować cel podróży kobiety wyglądającej niemal identycznie jak Keira Collet.

                        Monumentalne drapacze chmur wypełniły obiektyw kamery ścianami ze szkła, metalu i kamienia. Szpiegostwo przemysłowe od dawna było elementem brutalnej codzienności w metropolitalnej dżungli Night City, toteż zawsze aktywne systemy ochronne korporacyjnych biurowców odkryły obecność miniaturowego drona w odległości stu metrów od najbliższych ścian. Na wyświetlaczu Kiroshi pojawiły się krwiście czerwone ostrzeżenia nakazujące natychmiastowe wstrzymanie lotu, grożące konsekwencjami karnymi dla operatora i przymusowym uziemieniem bezzałogowca w przypadku zignorowania zakazu przebywania w zamkniętej dla dronów strefie.

                        Emperor skręcił w Cartier Street, w wieczny półmrok labiryntu strzelistych wieżowców składających się na biznesowe centrum Japantown. Pełne restauracji i wielobranżowych sklepów, kasyn i salonów braindansu na parterach, budynki pięły się w górę piętrami biur i gabinetów, firm badawczych i laboratoriów, kancelarii adwokackich. Wiele z nich stykało się ze sobą przeszklonymi łącznikami przerzuconymi na różnej wysokości ponad ulicami dzielnicy tworząc nowoczesny labirynt stanowiący miejsce pracy dla dziesiątków tysięcy mieszkańców NC.

                        Para ludzi jadąca Emperorem mogła w jednej chwili przepaść w tym mrowisku bez najmniejszego śladu.

                        Obraz na wyświetlaczu Kiroshi zaczął migotać i rwać się pod wpływem działania zagłuszaczy sygnału sterującego i Switch pojął, że straci kontrolę nad dronem w ciągu następnych kilku sekund, jeśli natychmiast nie przerwie pościgu.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • NanatarN Niedostępny
                          NanatarN Niedostępny
                          Nanatar
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #14

                          text alternatywny

                          Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

                          Zapuściła się w przyjemny chłód „Esotericy”, wypełniony zapachem kadzideł, dźwiękami tradycyjnej chińskiej muzyki instrumentalnej i atmosferą kojącego mistycyzmu. Młoda dziewczyna układająca na drewnianych regałach szklane słoiczki z balsamami przywitała ją szczerym uśmiechem, ruchem głowy wskazała na wysoki stołek przy kasie.

                          Misty Olszewski - spiritualistka New Age, miłośniczka filozofii Dalekiego Wschodu oraz kultury cywilizacji prekolumbijskich, właścicielka „Esotericy” i przyjaciółka Artemidy Torquemady - prowadziła od kilku lat urokliwy sklepik przy Urmland oferując kursy medytacji, masaże odblokowujące czakry, braindansy spiritualistyczne, wróżby z kart Tarota i swoją fascynującą osobowość, którą Brazil autentycznie uwielbiała.

                          Dwaj wpięci w fotele medytacyjne klienci pozostawali w głębokim transie, zatopieni w cyfrowym świecie mesmerycznych obrazów i dźwięków mających otworzyć ich podświadomość na duchowe doznania nieosiągalne dla zwyczajnych zmysłów. Pozłacany posążek Buddy spoglądał na parę klientów z tajemniczym uśmiechem na wargach, przesłonięty smużkami dymu unoszącymi się znad zapalonych trociczek.

                          - Dziwnie brzmiałaś przez telefon - oznajmiła Brazil otwierając tester olejku eterycznego i krzywiąc usta w enigmatycznym uśmiechu - Coś się stało? Jackie narozrabiał? - odłożyła próbkę z pietyzmem na stolik.

                          Zielone oczy Misty spoważniały w jednej chwili, a jej prawą dłoń powędrowała ku nabitej kolcami obroży, której nigdy nie zdejmowała z szyi. Artemida znała ten nieświadomy gest, za każdym razem zdradzający istnienie jakiegoś źródła niepokoju ukrytego pod uspokajającym uśmiechem Misty.

                          - Jest taka sprawa - powiedziała kobieta ściszonym głosem ujmując dłonie Artemidy swoimi długimi chłodnymi palcami. Brazil poczuła z miejsca erotyczny dreszcz wyzwolony tym nieoczekiwanym aktem fizycznej bliskości z istotą piękną duchowo i cieleśnie zarazem - Taka nietypowa sprawa.

                          Jasnowłosa dziewczyna zerknęła w stronę medytujących klientów jakby chciała się upewnić, że obaj wciąż pozostają głęboko w otchłani swojej podświadomości.

                          - Pamiętasz jak na urodzinach Viktoria mówiłaś, że potrafiłabyś bez problemu włamać się do sieci magistratu?

                          - W chuj byłam napruta, mówiłam wtedy dużo rzeczy - Artemidy przywołała na usta cień własnego uśmiechu - Po co ci dostęp do magistratu?

                          - Mówiłaś, że potrafiłabyś wyrobić nam autentyczne karty ID i lewe kartoteki personalne, żebyśmy mogły zostawić tu zjebanych facetów i polecieć we dwie na Tahiti jako lesby, pamiętasz? Mówiłaś wtedy serio czy ściemniałaś?

                          - Chcesz polecieć ze mną na Tahiti? - zdumienie zastąpiło uśmiech na ustach Brazil, jednocześnie niezauważalnie rozszerzyło w wyrazie niedowierzania źrenice - Kurwa, chcesz rzucić Jackiego?

                          - Jest jedna taka dziewczyna, Keiko, moja znajoma - Misty przygryzła wargi, zaczęła masować posuwistymi ruchami dłonie Artemidy - Jest w dużych opałach. Musi wyjechać z miasta, ale nie na własnych papierach. Pomyślałam, że mogłabyś jej pomóc. Mogłabyś?

                          Brazil zmarszczyła czoło, ostentacyjnie prezentując całą gamę mimiki nieskażonej chirurgią estetyczną, sama machinalnie ściszyła głos pojmując powagę toczącej się przy kontuarze rozmowy.

                          - Trochę miałam rację, a trochę podkoloryzowałam z tym magistratem - zaczęła ostrożnym tonem - Może dałabym radę coś takiego wykręcić, ale to ryzykowna sprawa. Nie robi się takich akcji codziennie. Co jest nie tak z tą laską?

                          - Dziwka Tygerów, jedna z tych znakowanych chipami gangu, do specjalnych braindanców - palce Misty przestały się poruszać, zacisnęły się w zamian na dłoniach Artemidy - Przychodzi do mnie na medytacje. Do tej pory jakoś się trzymała, ale teraz trafiła do takiego jednego Jotaro Shobo, do jego klubu w Kabuki. To, co oni tam robią z tymi dziewczynami… Brazil, czuję, że muszę jej pomóc. Przeznaczenie nie bez powodu przecięło nasze ścieżki, to prąd kosmicznego porządku. Powiedz, że możesz nam pomóc, proszę.

                          Hakerka wydęła usteczka, o których marzyło pół klubu, udawała, że kalkuluje. Wyczekała chwilę, wiedząc, że może i podejmuje niebezpieczną grę, ale w owej chwili zupełnie panuje nad sytuacją i dyktuje warunki.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          2
                          • KetharianK Niedostępny
                            KetharianK Niedostępny
                            Ketharian
                            Obsługa Moderator
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #15

                            text alternatywny

                            Charter Street w Northside, wczesny wieczór 14.07.77

                            Otwarta brama przed salonem azjatyckiego masażu i orientalną pralnią sieci Tengu okazała się doskonałym elementem zwrotnym w planie Macka. Umożliwiała szybki przeskok na drugą stronę budynku i potem sprint betonowym podjazdem na stare place parkingowe obok składu używanych okrętowych kontenerów, stojącego w cieniu ogromnych wsporników biegnącej kilkadziesiąt metrów wyżej sześciopasmowej obwodnicy.

                            Hartley nie lubił tego miejsca i na co dzień wolał je omijać szerokim łukiem. Nie było wielką tajemnicą, że niektóre zostawiane w składzie kontenery wcale nie były puste, że nie bez powodu podjeżdżały do nich czasami samochody używane przez Tygersów. W okolicy kręciły się też słynące z brutalności młodzieżowe szajki z dzielnic biedoty, chcące bezwzględnością i odwagą zwrócić na siebie uwagę potencjalnych protektorów z liczących się w mieście gangów. Osaczony przez nich rowerowy kurier nie mógłby liczyć nawet na cień miłosierdzia, ale Mack nie miał w tej chwili zbyt dużego wyboru.

                            Ktoś prowadzący jego śladem ciemny samochód nie mógł obserwować nikogo innego jak tylko Macka.

                            Weterynarz nacisnął na pedały roweru tuż przed wjazdem w bramę, skręcił gwałtownie w prawo przecinając ciasną przestrzeń przed nosem jakiegoś zaskoczonego przechodnia i ścigany stekiem przekleństw przejechał na drugą stronę odrapanego budynku.

                            Z tyłu dobiegł go pisk hamulców, ale nie tracił nawet sekundy na to, aby się obejrzeć za siebie. Przejazd pod budynkiem był zbyt wąski, by zmieściło się w nim auto szersze od miniaturowego Mahira, toteż uspokojony tą świadomością Mack pognał dalej w górę podjazdu.

                            W cieniu betonowych wsporników i w składzie kontenerów kręciło się kilku skacowanych złomiarzy i gromadka niosących w szklanym słoiku żywego szczura dzieci. Weterynarz spojrzał tęsknym wzrokiem na miotające się w panice zwierzątko, ale nawet nie pomyślał o zwolnieniu tempa ucieczki.

                            Akt prawny z lata 2063 o zapobieganiu chorobom odzwierzęcym na obszarze całego Night City i w promieniu trzydziestu mil od metropolii właściwie odebrał Hartleyowi sens zawodowego istnienia i prawdziwą zarazem pasję, bo posiadanie zwierząt stało się od tego czasu osiągalne wyłącznie dla bardzo bogatych ludzi, a bogaci ludzie trzymali się bardzo daleko od biedaków pokroju Macka.

                            Tego dnia ucieszyłby go nawet zwyczajny szczur, gdyby tylko weterynarz mógł mu poświęcić choć chwilę uwagi.

                            Szczęśliwy z chwilowej nieobecności gangusów wystrzelił rowerem w bramę wiodącą na równoległą ulicę, uciekł przed hamującym na jego widok Kaukazem, przeskoczył w stronę przeciwnego krawężnika zwalniając nieznacznie i próbując uspokoić zdyszany oddech.

                            Dopadli go na następnym skrzyżowaniu. Granatowy Villefort wyjechał zza rzędu zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów i wziął wciąż rozpędzonego Macka na swoją okratowaną maskę. Rower poleciał z metalicznym jękiem na asfalt jezdni, zrzucony z siodełka mężczyzna pokoziołkował w ślad za pojazdem tłukąc przy okazji głową o nawierzchnię pasa.

                            Drzwi Valora otworzyły się, wysiadło z niego dwóch facetów krzywiących w grymasach złości twarze.

                            - Jak jeździsz, debilu? - huknął jeden z nich spoglądając z góry na Hartleya i wymachując mu przed nosem zaciśniętą pięścią - Gdzie masz kurwa oczy?

                            - Zarysowałeś lakier na masce! - oznajmił drugi przesuwając dłonią po chromie kratownicy i pokazując jednocześnie drugą ręką najbliższym przechodniom, żeby pilnowali własnych spraw i nie próbowali się zbliżać do miejsca stłuczki - Masz ubezpieczenie? Pewnie nie masz. Wsiadaj do auta, trzeba się rozliczyć. I nie próbuj spierdalać, bo pogorszysz swoją sytuację.

                            Hartley usiadł z głuchym stęknięciem na asfalcie, obolały po nieoczekiwanym upadku z roweru. Był pewien, że nigdy wcześniej nie widział człowieka, który zwyzywał go jako pierwszy wyzywając swoją ofiarę od debili. Znał tego drugiego.

                            - Wsiadasz po dobroci czy mam dzwonić po policję? - zapytał Fred Murphy, pracownik wydziału sprawiedliwości miasta Night City i kurator Hartleya Mackinawa odpowiedzialny za proces jego resocjalizacji po opuszczeniu więzienia w Red Rocks. Fred Murphy spoglądający na doskonale mu znanego kuriera niczym na zupełnie obcego człowieka.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            2
                            • WilczyW Niedostępny
                              WilczyW Niedostępny
                              Wilczy
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #16

                              Warsztat samochodowy, wczesny wieczór 14.07.77

                              Isaac Connor cmoknął ustami wydając cichy dźwięk, którego znaczenia Dingo nie zdołał odgadnąć, ale klepnął jednocześnie w ramię nomada z Malorianem gestem spolegliwości.

                              - Niech mu będzie, pogadajmy jak ludzie - zdecydował siadając na kilku ułożonych jedna na drugiej oponach - Miałeś ostatnio kontakt z Liz?

                              Houston potrząsnął przecząco głową podnosząc się z zimnej podłogi i odstawiając na bok serwisowy wózek - Nie widziałem jej od czasu, kiedy sprawa się rypła, chyba byś o tym inaczej wiedział. Liz nie ma tajemnic ani przede mną ani przed tobą. Co u niej?

                              Issac i jego towarzysz wymienili wieloznaczne spojrzenia.

                              - Chciałbym wiedzieć, rodzice też - odpowiedział Connor - Półtora roku temu urwała się grupie pod Los Angeles, razem z Cassy Elliot. Kiedy spierdoliłeś z rodziny, Liz kurewsko ciężko to zniosła. Cassy zawsze była zakałą grupy, ale Liz potrzebowała kogoś bliskiego na przetrzymanie.

                              - Dziwne, że nie mogła liczyć na ciebie - powiedział cierpkim tonem Dingo, walcząc jednocześnie z narastającym złym przeczuciem i obawą o kierunek tej niespodziewanej rozmowy - Truliście jej dupę o mnie przez długi czas?

                              - Znasz ojca, nigdy nie gryzł się w język, a kiedy zniknąłeś, gówno spłynęło na Liz - w głosie Issaca Connora pojawił się gniewny ton - Chuj z tym, to teraz nieważne. Liz i Cassy zniknęły w Los Angeles. Wszyscy dostaliśmy pierdolca, bo matka wmówiła sobie, że porwali je Raffeni albo Antifa, ale po pół roku dostaliśmy wiadomość z Night City, że ustawiły się tutaj i że dobrze im się żyje. Bez szczegółów i bez odpisów na pytania. Wysyłała takie same krótkie wiadomości co miesiąc, ale ostatnia przyszła w lutym. Od tego czasu cisza.

                              Dingo potarł dłonią podbródek, zmarszczył czoło rozważając w myślach wszystko, co dotąd usłyszał od niedoszłego szwagra. Elisabeth Connor była w Night City i to od roku. Żyła w tej samej metropolii, może też w Watson, może nawet w tym samym megabloku, w którym ludzie byli równie liczni, co bezimienni w tym tłumie.

                              - Ojciec trochę poudawał, że ciągle się jej wyrzeka, ale w końcu odpuścił - ciągnął dalej Issac - Jeździmy teraz z Plemieniem Węża, robimy duże zlecenia dla Petrochemu. Natrafiliśmy u nich na gościa, który cię zna, robiłeś mu jakieś naprawy. I tak doszliśmy do ciebie samego. I teraz zapytam raz jeszcze i nie próbuj nas okłamać. Wiesz, gdzie jest Liz? Masz z nią kontakt?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • NanatarN Niedostępny
                                NanatarN Niedostępny
                                Nanatar
                                napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
                                #17

                                Wnętrze sklepu Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

                                Zachowując na ustach upiornie ambiwalentny grumas hakerka wstała z miejsca, od niechcenia przespacerowała się po pomieszczeniu, które przecież dobrze znała, szczegóły czytała, zmian szukała, raz się śmiała napotykając znajomy przedmiot, który to kiedyś wtykała, to tu, to tym i innym, raz dąsała, kiedy było coś nie na miejscu. Mogłoby się wydawać, że ma moralne rozterki, etyczne dylematy, erotyczne schematy, nic podobnego. Brazil kalkulowała, ile ryzykuje, ile ugrać może. Wszyscy już się zorientowali, że nie ma kasy, że od dwóch miesięcy chodzi tylko w ciuchach z Heresy, które reklamuje.

                                Różowe polikevlarowe dresy szeleściły przy każdym ruchu, na każdym z licznych załamań, zgięć modnych. Co dziwne worko-pogięte spodnie wyraźnie opinały zgrabny tyłek modelki, a kurtka w podobny sposób eksponowała piersi. Brazil stuknęła obcasami indygowych botków, jakby mogła na komendę znaleźć się w Kanzas. W sumie mogła, ale miała interes w Night City.

                                Tak sobie trwając, szeleszcząc, stukając intuicyjnie sprawdziła miejsca podpięcia do sieci. W przeciwieństwie do ludzi peobe nie potrzebowali poświadczenia lśnienia zmysłami ludzkimi. Wiedzieli gdzie jaki dostęp, szkoleni, czy obdarzeni darem, łatwością dostosowania myślenia do maszynowego kodu.

                                Zanim zdecydowała się na skorzystanie z terminala Misty, spenetrowała własne mięsne zasoby danych, na podobieństwo wyszukiwarek intuicyjnych. Naśladowała ich sposób łączenia faktów. Z jednej strony ćwiczyło to pamięć, z drugiej miała już podstawę do pracy na większej sieci. Wyłapała o Tygersach, o panu złotym trzymającym niewolnice seksualne. O klubie. Klubu nie znała.

                                Zmięła wreszcie usteczka w trąbkę odwracając się do przyjaciółki z nieodzownym szelestem dresów.

                                - No fajnie się urządziłaś. Kupa wspomnień - oceniała, czy dobrze znany gest tykania kolców obroży nie jest aby trochę nachalny, specjalny, żeby uwierzyła, że zlecenie czyste.

                                Brazil miała heroinową potrzebę przygody i kasy, a to co zaproponowała Misty oferowało jedno i drugie. Obawiała się tylko, że zaraz z kapelusza, drzwi, a może nawet ze złotego Buddy, na którym usiadł kiedyś Szafa, wyskoczy agent, albo najemnik korpo i przykuje Brazil do łóżka. Chociaż nawet ta ostatnia wizja wydawała się ciekawa. Uznała, że wchodzi. Byle nie za szybko, nie za sztubacko, jej sukces opierał się na popularności w socjalach, ale anonimowości pośród surferów.

                                - Mogę puknąć ci terminal? - zapytała łagodnie. - O masz tu te nanodody - przyjrzała się nowiutkim złączą skroniowo-dotykowym. - Podobno już implantują chwilowe procki z interface w gumach do żucia. No ale to zabawka nie narzędzie dla surferów.
                                - A ty dalej dziewicza?
                                Brazil skłamała uśmiechem.

                                Celowo nie nawiązała do zlecenia, chcąc omówić szczegóły w stworzonych przez siebie warunkach.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • GladinG Niedostępny
                                  GladinG Niedostępny
                                  Gladin
                                  napisał ostatnio edytowany przez Gladin
                                  #18
                                  Awatar HiFi Magazyny All Foods w Northside, wczesny wieczór

                                  Wysłannik Samuela spojrzał na HiFi wyjątkowo nieżyczliwym wzrokiem i młodzieniec zjeżył się w duchu na ten widok oczekując ze strony obdartusa jakiejś małostkowej demonstracji wrogości. Hartley opowiedział mu kiedyś przy wspólnej zgrzewce Spunky Monkey, że bezdomni z kanałów mogli być nosicielami wielu wirusowych chorób, które wskutek mutacji już dawno uodporniły się na najbardziej powszechne farmaceutyki lecznicze.

                                  Gościowi źle patrzyło z oczu i HiFi wcale by się nie zdziwił, gdyby ze złości naplułby swoim rozmówcom w twarze tylko po to, żeby ich zarazić jakimś paskudztwem, na które Mack nie miał lekarstwa. Mógłby dostać owrzodzenia, wysypki albo przedwczesnego łysienia - czegokolwiek zresztą by nie złapał, skończyłoby się zapewne tym samym: wywaleniem na zbity pysk za drzwi mieszkania przez histerycznie obsesyjną na punkcie higieny Brazil!

                                  Obdartus docisnął palcem jedno skrzydełko nosa, smarknął na beton placu i wzruszył niechętnie ramionami.

                                  - Siedźcie na dupach, dopóki nie wrócę - wycedził przez nadpsute zęby - Zejdę pogadać z Samuelem, żeby wiedział jakie z was wyszczekane chujki.

                                  Splunąwszy ponownie przez ramię mężczyzna zniknął w półmroku magazynu pozostawiając HiFi i Leona na pustym placu.

                                  - Kurwa, stary, to nie dla nas - technik wstał i zaczął przechadzać się nerwowo. Wyciągnął z zanadrza swoje uzi i sprawdził, czy jest gotowe do oddania strzału.

                                  - Broń, kurwa? To nie nasza liga. Zaraz nas tutaj ktoś rozwali. Śmierdzi ta sprawa bardziej niż skarpety Dinga, mówię ci...

                                  - Zresztą, stary, przygotuj gnata. Nie chciałbym, aby nam tu ktoś kuku zrobił. Zejdźmy gdzieś, żeby nie siedzieć tak na widoku.

                                  - Mogę pogadać ze Switchem, on mógłby coś zorganizować. Może gdyby pozostałe chłopaki chciały coś dorobić, toby można było po towar iść, ale... w ciemno? Nie wiedząc ile to jest warte? Całuj psa w dupę! Jak nie dostarczą próbki, zmywamy się stąd - oznajmił partnerowi.

                                  - Kurna, ile on tam siedzi, co? - podrapał się w głowę.


                                  Sesja Karak Varn

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • GreKG Niedostępny
                                    GreKG Niedostępny
                                    GreK
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #19

                                    Holly Street w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077

                                    Raze absorbował strumień kodów wysyłanych ze Snitcha. Tłumaczył go w locie na czytelne komunikaty. Brak aktywnego dVIN Chevilliona 720 Emperor nie zaskoczył go. Sygnatura cieplna pojazdu była nijaka, jedna z tysięcy pulsujących arteriami Japantown. Zmlął przekleństwo. Gdyby tylko zamiast WSP-01A miał VSP-02 „NIGHTJAR” z mikro-LIDAR 3D i zdolnością rozpoznawania biteprintów pojazdów. Niestety... NightJar był poza jego zasięgiem. Cena za taką zabawkę bolała bardziej niż złamana kość.

                                    Snitch podał kilka klatek w wysokiej rozdzielczości. Przeanalizuje je później. Jeden rychły strzał w podczerwieni potwierdził: w Emperorze są tylko dwie sylwetki.

                                    Na siatkówce cyberoka pojawiły się czerwone alerty: naruszenie strefy kontrolowanej. Rozkaz odwołania drona. Wiedział czym to groziło. Krótka wiązka EMP i Snitch będzie tylko złomem elektroniki.

                                    Video zglitchowało się w jednej chwili jakby przeszło przez blender. Zakłócacze sygnału.

                                    Raze zgrzytnął zębami. Wyłączył aktywne systemy WSP01A_SN/CH-1. Przekazał myśl-rozkaz: powrót. Stracić Snitcha to stracić oczy i uszy. Nie mógł sobie na to pozwolić.

                                    Były inne opcje. Poczekał aż dron wyląduje mu na dłoni. Uśpił go krótkim impulsem. Schował do kieszeni płaszcza.

                                    Emperor skręcił w trzewia Japantown. Labirynt ulic naszpikowanych siecią kamer i czujników, miasto z tysiącem oczu. Wystarczyło tylko znać kogoś z kluczem do tych oczu.

                                    Switch wyciągnął smarthinga.

                                    - Czego? - zachrypnięty głos wrócił echem jakby dochodził z dna studni.

                                    Ćwierć tony cielska opiętego permanentnie bezlikiem kabli do netrunningu, zapewne leżało teraz w wypełnionej kostkami lodu wannie.

                                    - Cześć SlimWire - odparł. - Czilujesz się? Mam dla ciebie robotę.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • KetharianK Niedostępny
                                      KetharianK Niedostępny
                                      Ketharian
                                      Obsługa Moderator
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #20

                                      text alternatywny

                                      Most Farrisa w drodze do City Center, wczesny wieczór 14.07.77

                                      Singh Gupta siedział w tyle za oparciem fotela Shawna, umiejętnie ukrywając się przed swoim odbiciem we wstecznym lusterku kierowcy. Frog niezbyt się tym przejął, bo właściciel Żabki zawsze chował oczy za szkłami przeciwsłonecznych okularów i zawsze nosił na swojej gębie ten sam beznamiętny wyraz twarzy, który mimo pozornej obojętności wręcz emanował aurą pogardy wobec wszystkich ludzi oprócz jego wąskiego grona krewniaków i kontrahentów.

                                      Ravi Gupta usiadł obok swojego zamożnego wuja studiując jakieś dane wyświetlane na ekranie trzymanego w dłoni tableta. Jego oczy odrywały się co kilkanaście sekund od urządzenia wędrując za przednie i boczne okna Archera jakby wredny gnojek co rusz sprawdzał kompetencje Shawna i jego orientację w terenie.

                                      Frog poprowadził stary, ale zadbany wóz Gupty przez Buran Street, obok megabloku 10 i zamkniętej kilka miesięcy temu z powodu cięcia kosztów komendy NCPD w Little China. W nieskazitelnie czystym wnętrzu Archera unosił się dziwny zapach, będący mieszaniną woni kadzidła, orientalnej wody do golenia i hinduskiego żarcia, intensywny, ale bynajmniej nie uciążliwy. Silnik pracował równą nutą, a jego obroty skakały posłusznie pod nogą Camary.

                                      Uspokojony stanem obcego mu pojazdu, Shawn zaczął dyskretnie wypatrywać obecności uporczywego intruza. W ulicznym tłoku Little China, z ludźmi łażącymi pomiędzy wlekącymi się w korkach samochodami, Columbus jakoś zdołał się Frogowi ukryć, ale na moście Farrisa Camara dostrzegł go w końcu pięć wozów w tyle i na sąsiednim pasie, niemal idealnie ukrytego za naczepą sześciokołowej chłodziarki. Zerkając w tylne lusterko przybliżył maksymalnie obraz rejestrowany przez swoje Kiroshi wykonując przy okazji kilka zdjęć.

                                      Tak, miał w tej kwestii stuprocentową pewność. Grafitowy Villefort Columbus stojący od kilku dni wieczorową porą opodal sklepu Shawna.

                                      - Proszę pana, czy jedzie z nami dodatkowa ochrona? - zapytał poprawiając się w fotelu i spoglądając w tylne lusterko w poszukiwaniu oczu Raviego Gupty - Ktoś nas ubezpiecza?

                                      Wyrwany z lektury zawartości tableta asystent wyjrzał odruchowo za szybę mierząc wzrokiem monumentalną ścianę City Center wznoszącą się na przeciwnym brzegu kanału.

                                      - O co chodzi? - zapytał, kiedy dotarł do niego sens usłyszanego pytania, obracając się jednocześnie na siedzeniu i wyglądając przez tylną szybę za Archera. Singh Gupta wciąż pozostawał ukryty za oparciem fotela Camary, ale Shaw wyczuł jego zaskoczone poruszenie.

                                      - Grafitowy furgon, Villefort Columbus, mocno przechodzony - wyjaśnił ochroniarz - Jedzie za nami od sklepu, bardzo dyskretnie, daleko z tyłu, ale cały czas w polu widzenia.

                                      Singh Gupta zaczął coś mówić podniesionym głosem do swojego krewniaka, ewidentnie go rugając. Poczerwieniały Ravi pokiwał w odpowiedzi gorączkowo głową, a jego brązowe oczy mignęły na moment rubinową poświatą.

                                      - Skąd wiesz, że nas śledzi? - zapytał asystent oglądając się znowu do tyłu - Może przypadkiem jedzie w tę samą stronę?

                                      - Objechałem dziesiątkę z niewłaściwej strony, od placu Wilsona - odparł ze stoickim spokojem Shawn - Gdyby to był przypadek, pojechałby drugą stroną, miałby krótszy dystans do mostu. Nadłożył drogi jak ja, bo uwiesił się naszego zderzaka.

                                      Camara urwał na chwilę, bo furgon zniknął mu wśród pojazdów zmieniających pasy w kierunku zjazdu na bulwar. Ale nie, sekundę później włączone w trybie ciągłego nagrywania Kiroshi dostrzegło wystający zza innego pojazdu bok Columbusa.

                                      - Życzy pan sobie z nimi porozmawiać? - spytał spoglądając w ciemną czeluść ulicy Farrisa biegnącą na wprost przez kompleks pierwszych wieżowców City Center - Jak zjadę w Union, mogę od razu skręcić w pierwszy dojazd do bulwaru, tam jest mnóstwo miejsca, żeby się zatrzymać. Albo mogę ich zgubić, jeśli pan sobie życzy.

                                      Obaj Hindusi wdali się w krótką dyskusję, w której pan Singh pokrzykiwał, a Ravi niemalże skamlał pieszcząc słuch Shawna piskliwym tonem rozpaczliwych odpowiedzi.

                                      - Jedź prosto pod podany adres - oznajmił w końcu asystent - Jeśli masz rację, w centrum roi się od policji, tam nikt się nie odważy niczego zrobić. Zawieź nas na róg Union i Alexander Street, tam dostaniesz następne instrukcje.

                                      - Tak jest, proszę pana - odpowiedział uprzejmym głosem Frog, prawą rękę zdejmując z kierownicy i dyskretnie odpinając pasek noszonej na biodrze kabury. Obudzona dotykiem palca broń połączyła się z transmiterem oka, wyświetliła ikonę gotowości w rogu HUDa.

                                      Shawn Camara był przezornym człowiekiem, a przezorność codziennie ratowała w Night City czyjeś życie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • KetharianK Niedostępny
                                        KetharianK Niedostępny
                                        Ketharian
                                        Obsługa Moderator
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #21

                                        Zaplecze magazynowe All Foods w Northside, wczesny wieczór 14.07.77

                                        Leon jak zwykle próbował grać chojraka, ale HiFi zauważył, że jego niespokojne ostrzeżenia nieco kompana poruszyły. Mamrocząc coś pod nosem Avrille zaszczękał kontrolnie zamkiem swojego polakierowanego na czerwono Lexingtona, a potem podciągnął rękaw kurtki odsłaniając lewe przedramię i wszyty w jego skórę panel sterujący biomonitorem. HiFi zapatrzył się na chwilę na stare blizny po samookaleczeniach znaczące ręce Leona - poruszające się niczym żywe istoty, kiedy Avrille wykręcił lewy nadgarstek napinając mięśnie i ustawiając biomonitor w pozycji umożliwiającej sprawne programowanie urządzenia dotykiem jednego palca.

                                        HiFi wiedział, że Leon nosi pod skórą wtrysk syntetycznej adrenaliny, wszyty pod jedną z pach i podpięty bezprzewodowo do biomonitora, gotowy do uruchomienia w chwili krytycznej potrzeby. Wiedział o jego istnieniu od dnia, w którym poprzedni zasobnik pękł bez ostrzeżenia w kantynie zakładu wywołując u Leona katastrofalny skok ciśnienia tętniczego i migotanie przedsionków serca, czego gość omal nie przypłacił życiem.

                                        Dwa lata spłacał rachunek z Trauma Team śpiąc w miasteczku namiotowym na placu Wilsona i żywiąc się przeterminowaną sojową pastą wyciąganą z automatów All Foods do utylizacji, ale kiedy już stanął na nogi, wymienił tani zawodny wszczep z Pacific Rim na dużo lepszego odpowiednika ze stajni Biodyne.

                                        Jego uzależnienie od adrenaliny było zbyt silne, by zrezygnował z osobistego dopalacza nawet po doświadczeniu klinicznej śmierci.

                                        - Nie przesadzaj, stary, bo się zaczynam bać - rzucił pozornie rozluźnionym tonem - Krety śmierdzą, ale jeszcze nigdy mnie na niczym nie wyruchali. Towar jest zawsze na czas, a jak sprzedają przedwojenne rupiecie, wszystko sprawdzają miernikami Geigera, żeby było czyste. Musisz ich szanować, wtedy wszystko idzie gładko.

                                        HiFi nic nie odpowiedział, okrążył w zamian kilka razy dla uspokojenia zardzewiałą starą beczkę po kakaowym nadzieniu do proteinowych tubek Orgiastica, teraz pełną po brzegi cuchnącej chemikaliami deszczówki. Gdzieś za murem posesji rozległ się nierówny warkot spalinowego silnika, który po chwili zgasł zastąpiony trzaskiem drzwi. Technik obejrzał się niespokojnie w tamtym kierunku, ale prawie trzymetrowa żelbetonowa zapora nie ziała nigdzie żadną dziurą, przez którą jacyś intruzi mogliby przeleźć z sąsiedniej ulicy na teren magazynów.

                                        Chyba, że mieli drabinę. Albo linki z hakami. Albo teleskopowe nogi z podrasowanym mechanizmem skocznym. Potok niespokojnym myśli ponownie zalał umysł młodzieńca ciągiem obrazów, w których świry z Maelstromu walczyły o lepsze z Kosiarzami i Brzytwami Dnia Ostatniego.

                                        A potem przestworza nad Northside wypełnił przeciągły grzmot, początkowo ledwie słyszalny, ale potężniejący z każdą sekundą, w pewnej chwili zdolny przytłumić na chwilę nawet niekończący się nigdy hałas metropolii. HiFi i Leon podnieśli głowy spoglądając w stronę zachodu, w kierunku odległych o wiele przecznic brudnych wód zatoki Del Coronado.

                                        Obły kształt wznosił się ku niebu na płomienistym ogonie i wielkiej wstędze gęstego dymu, walcząc zaciekle z ziemską grawitacją w drodze ku orbicie planety. Huk wahadłowca osiągnął na ułamek chwili apogeum, po czym zaczął cichnąć, lecz płomienisty spektakl trwał jeszcze przez kilka minut wykreślając na niebie trajektorię lotu rakiety.

                                        Wysłannik Samuela stanął w drzwiach magazynu, lecz tym razem nie był sam. Towarzyszyła mu niemłoda kobieta, równie bladoskóra i zaniedbana, co pierwszy obdartus. I równie mało przyjazna, kiedy spojrzało jej się w oczy.

                                        Oboje trzymali w rękach jakieś pudła, które postawili z kwaśnymi minami na pobliskiej pryzmie przegniłych palet.

                                        - Tu macie próbki do obejrzenia, ale niczego jeszcze nie zabieracie - oznajmiła chrapliwym głosem kobieta, ukazując zatrwożonym oczom HiFi niemal kompletnie bezzębne dziąsła. Technik oderwał od niej spłoszony wzrok, w duchu modląc się o to, aby kąpany w gorącej wodzie Leon pamiętał o szacunku do Kretów i nie palnął przypadkiem pod adresem Krecicy jakiegoś rubasznego żartu o seksie oralnym.

                                        Starając się ukryć zdenerwowanie otworzył większe z pudeł i wciągnął głęboki oddech, w jednej chwili zapominając o mrożącym krew w żyłach wyobrażeniu Krecicy gmerającej lubieżnie przy jego rozporku.

                                        - To jest… wzmacniacz lampowy McIntosha? - roziskrzony wzrok HiFi padł na zawartość pudła - MC 275, szósta generacja? Ale tutaj nie ma połowy elementów! Jest w połowie wybebeszony! To jest kurwa świętokradztwo!

                                        - Mamy wszystkie części, nie drzyj japy - powiedział oberwaniec - Zawsze coś wyciągamy z próbki, żeby nam ktoś nie zajebał z zaskoczenia wartościowego towaru. Już takich paru było, ale zapomnieli, że w każdym domu jest piwnica, a do każdej piwnicy da się dostać od spodu. Ale Samuel mówi, lepiej zapobiegać niż później ćwiartować. Dostaniesz tego MacIntosha i jeszcze jako premię to.

                                        Kobieta otworzyła swoje pudło ukazując oczom HiFi kilka etui z winylowymi płytami. Każde z nich zdobiła bez wątpienia ta sama męska twarz, podstarzała i mocno sterana życiem, różniąca się jednak w kilku przypadkach ważnymi detalami. Na jednej okładce artysta był biały, na innej miał orientalnie skośne oczy, na jeszcze innej ciemną karnację i negroidalne rysy twarzy - jakby projektanci okładek dopasowywali jego wygląd na potrzeby rynku docelowego.

                                        - To bardzo znany europejski muzyk sprzed pół wieku, jego płyty to prawdziwy biały kruk - oznajmiła kobieta - Niejeden by zabił za to pudełko.

                                        - Samuel kazał przekazać, że chce za ten wzmacniacz dziesięć strzelb i dziesięć paczek amunicji i pięć smartgogli z termowizją - dodał towarzysz Krecicy dłubiąc przy tym ostentacyjnie w nosie.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • NanatarN Niedostępny
                                          NanatarN Niedostępny
                                          Nanatar
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #22

                                          text alternatywny

                                          Sklep „Esoterica” w Little China, wczesny wieczór 14.07.77

                                          Brazil przytrzymała dłonie Misty zmieniając pozycję na stołku i przechylając się w jej stronę.

                                          - Jeśli mamy porozmawiać na poważnie, potrzeba mi trochę więcej dyskrecji - powiedziała ściszonym głosem - Magistrat nie jest aż tak wielkim problemem, jeśli gadamy o karcie tymczasowego pobytu, ale są jeszcze właściciele tej laski. Tygersi trzęsą tym miastem i nie będą zadowoleni jak im się urwie sztuka z inwentarza, nawet tylko jedna. Jak długo ci kolesie jeszcze będą medytować?

                                          Misty zerknęła w kierunku leżących w fotelach klientów, skontrolowała wyświetlacze liczników nad ich głowami.

                                          - Wyjdą za kwadrans, wtedy zamknę sklep - zaproponowała - Chcesz coś zjeść? Mam pudełko tofu w mikrofalówce, zjemy razem.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy