Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
cyberpunkcyberpunk2077
134 Posty 7 Uczestników 936 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MarrrtM Niedostępny
    MarrrtM Niedostępny
    Marrrt
    napisał ostatnio edytowany przez
    #6

    text alternatywny

    Filia Żabki w Little China, wczesny wieczór

    Grafitowy Villefort Columbus znowu stał przy krawężniku ulicy dziesięć metrów od wejścia do minimarketu, częściowo przesłonięty kanciastą bryłą turystycznego datatermu. Stał tam dzień oraz dwa dni wcześniej, za każdym razem w tym samym momencie wieczoru, pomiędzy osiemnastą i dwudziestą. Shawn zwrócił na niego uwagę po raz pierwszy dwa dni wcześniej, kiedy dostrzegł przez mokrą od kwaśnego deszczu witrynę sklepu jak do Villeforta podchodzi wypędzony chwilę wcześniej z Żabki bezdomny włóczęga agresywnie domagający się od każdego napotkanego pechowca finansowego wsparcia dla ruchu Nowej Wakandy.

    Trawiony opioidowym głodem obdartus musiał dostrzec jakieś poruszenie za przyciemnioną szybą furgonu, bo nie przestawał stukać w nią przenośnym terminalem płatniczym, dopóki okno nie uchyliło się na kilka centymetrów. A wtedy przestraszony rzucił się do chwiejnej ucieczki. Villefort odjechał zaraz potem, a Shawn z miejsca o nim zapomniał zaprzątając swoją uwagę grupą nieporadnych nastolatków próbujących ukraść z lodówki zgrzewkę Spunky Monkey.

    Furgon pojawił się następnego dnia parkując na tyle daleko, by nie dało się go dostrzec z wnętrza Żabki. Tym razem Shawn miał szczęście, bo wywabiły go ze sklepu hałaśliwe dziewczyny z pozergangu Rihanny urządzające sobie głośną imprezę w zaułku po przeciwnej stronie ulicy. Kilkanaście młodych kobiet o niemal identycznym wyglądzie i ubiorze nie przejawiało zainteresowania Żabką, ale Shawn wiedział doskonale jaki chaos potrafiłyby stworzyć i jakie straty wygenerować, gdyby postanowiły nagle wpaść do środka całym swoim tuzinem. I jak zwyczajna grupowa kradzież mogła eskalować w kipiący agresją szał destrukcji, gdyby na miejscu znienacka pojawił się darzony odwzajemnianą równie gorąco nienawiścią pozergang Beyonce.

    Dla świętego spokoju Shawn wyszedł zatem za próg zatłoczonej o tej porze Żabki obnosząc się demonstracyjnie ze służbową kuloodporną kamizelką oraz odpiętą kaburą pistoletu. Rihanny nie zwróciły na niego większej uwagi, ale on kątem oka spostrzegł grafitowego Villeforta Columbusa wciśniętego między mniejsze samochody na skraju ulicy. I tym razem furgon po pewnym czasie odjechał.

    Trzeciego dnia mężczyzna zaczekał do dziewiętnastej, a potem opuścił Żabkę wejściem dla dostawców, przecisnął się przez zapchane kubłami na śmieci wąskie przejście między supermarketem i sąsiadującym z nim salonem masażu i wyjrzał ostrożnie za skraj budynku. Ten sam Villefort stał znowu w głębi ulicy, z włączonym cały czas silnikiem, ale na zgaszonych światłach.

    Od trzech dni parkował opodal minimarketu właśnie wtedy, kiedy Singh Gupta - cieszący się poważaniem hinduskiej społeczności właściciel kilkunastu polonijnych sklepów Żabka rozrzuconych po całym Little China i Kabuki - odwiedzał zaplecze swojej filii przy zbiegu Goldsmith i Farriera. Singh Gupta przyjeżdżał prowadzonym przez szofera Archerem Voyage i spędzał na zapleczu niecałe dwie godziny przyjmując wprowadzanych tam przez towarzyszącego mu kuzyna petentów, wszystkich bez wyjątku brodatych Sikhów w turbanach, w opinii Shawna wyglądających względem siebie równie bliźniaczo, co w swoim własnym gronie pozerfanki Rihanny.

    Przez dwie godziny dziennie Singh Gupta ściskał dłonie pełnych szacunku gości, przeliczał zawartość reklamówek ze zwitkami eurodolarów w środku, wystawiał pokwitowania i notował coś skrupulatnie w wielkiej buchalterskiej księdze, przez cały ten czas zupełnie ignorując bezimienny dla niego personel minimarketu. Pan Gupta nie miał w zwyczaju rozmawiać ze swoimi pracownikami, w zasadzie nawet ich nie zauważał, jeżeli nie należeli do grona jego nieprawdopodobnie upierdliwych krewniaków odpowiedzialnych za nadzór nad polonijną franczyzą.

    Gdzieś w górze rozległ się ostry trzask, który w pierwszej sekundzie nasunął Shawnowi na myśl wystrzał z broni palnej. Kilkanaście osób na ulicy pomyślało o tym samym pierzchając na wszystkie strony pośród panicznych krzyków, które szybko przeszły w równie głośne wyzwiska. Podnosząc w górę głowę Shawn ujrzał dymiący kształt miniaturowego drona spadającego na dach pobliskiego budynku. Porażony ładunkiem EMP bezzałogowiec, ewidentnie pozbawiony autoryzacji do latania w obrębie niskiego korytarza powietrznego dla aerodyn, uderzył z trzaskiem w instalację fotowoltaiczną na szczycie restauracji „Mi-Ramen”. Wiszący w powietrzu powyżej czarny policyjny dron przechwytujący zawrócił w kierunku megabloku H10, najprawdopodobniej zwęszywszy elektroniczną nitkę łączącą zniszczony quadrokopter z jego operatorem.

    Ruch na ulicy powrócił do normalnego natężenia zgiełku i harmideru. Grafitowy Villefort Columbus nadal stał na swoim miejscu, ciemna bryła odrapanego i poobijanego metalu skrywająca za przyciemnionymi szybami czyjeś uważne oczy.

    Shawn wiedział, kiedy furgon odjedzie: dziesięć sekund po tym jak wiozący Singha Gupte Archer włączy się do ruchu na Goldsmith Street. I pojedzie śladem Hindusa w stronę centrum.

    - Wiesz, że przerwy na fajkę są odciągane od dniówki? - Ravi Gupta, kuzyn pana Singha Gupty i jego naczelny przydupas w gronie reszty krewniaków, wyszedł za próg drzwi, oparł się o odrapaną ścianę marketu i wyciągnął z kieszeni spodni paczkę własnych papierosów - Zapierdalaj do roboty, białasie, bo dwudziestu chętnych już czeka na twoje miejsce.

    Solo spojrzał na ciapatego subiekta, jak zawsze z góry przez przewagę wzrostu.

    - Tak, proszę pana - odparł machinalnie i wrócił na swoje stanowisko.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • KetharianK Niedostępny
      KetharianK Niedostępny
      Ketharian
      Obsługa Moderator
      napisał ostatnio edytowany przez
      #7

      text alternatywny

      Warsztat samochodowy na rogu Eisenhowera i Cordwainer Street, wczesny wieczór

      Houston najpierw ujrzał ich nogi. Dwie pary męskich nóg w spodniach z wzmacnianego dżinsu i roboczych butach do połowy łydki. Leżąc na plecach pod mającym za sobą lata świetności Archerem Hella, Dingo miał bardzo ograniczone pole widzenia, ale zwykło się powiadać, że pierwsze wrażenie było najważniejsze.

      Para cieniasów przemierzających Watson w poszukiwaniu okazji do jak najtańszej naprawy psującego się ustawicznie wozu, być może kupionego od jakiegoś pasera w Northside, a może przywiezionego na lawecie z Badlandsów, wygrzebanego wśród starego złomu zalegającego w opustoszałych miasteczkach-duchach na peryferiach metropolii.

      - Zaraz skończę - rzucił spod samochodu zmieniając jednocześnie końcówkę w elektrycznej wkrętarce.

      - Ty jesteś Dingo Dawn? - spytał jeden z przybyszów, niskim szorstkim głosem, którego nieprzyjazny ton z miejsca pogorszył pierwsze wrażenie Houstona.

      - Zależy, kto pyta…

      Dingo nie zdążył dokończyć odpowiedzi. Silne męskie ręce złapały go za nogawki i wywlekły spod Archera przy pisku kółek metalowego wózka, na którym mechanik leżał.

      - Co do chuja?! - wrzasnął Houston próbując bezskutecznie wyrwać się z żelaznego uścisku i macając jednocześnie wokół siebie w poszukiwaniu młotka albo klucza francuskiego - Pojebało was?!

      Krew uderzyła mu do głowy, adrenalina skoczyła w górę sprowokowana bezradną świadomością tego, że nikt poza napastnikami nie usłyszy jego krzyków. Pozostali pracownicy warsztatu już dawno skończyli zmianę i pewnie krążyli już w uliczkach turystycznej części Watson obracając na przemian flaszki chińskiego absyntu i fałszywie uśmiechnięte dziewczyny z ulicznych burdeli albo topiąc mózgi w dopaminie w którymś z niezliczonych saloników braindance służących jednocześnie za pralnie forsy triad.

      Wyciągnięty spod samochodu, został z miejsca przygwożdżony do wózka ciężkim roboczym butem oraz widokiem lufy pistoletu, co prawda nie mierzącej bezpośrednio w jego głowę, ale trzymanej demonstracyjnie na widoku.

      - Jak się będziesz rzucał to ci jebnę - powiedział drugi głos, należący do długowłosego mężczyzny o gęstym zaroście, w kurtce o wysokim kołnierzu i czarnej czapce - Uspokój się.

      Houston znieruchomiał rozpoznając ten głos. I twarz długowłosego mężczyzny. Odblokowane tym nieoczekiwanym widokiem wspomnienia sprzed lat wypłynęły z podświadomości niczym zbiegowie przez pękniętą ścianę więzienia.

      - Connor? - Dingo zdusił uczucie niedowierzania, zmrużył oczy gorączkowo rozważając w myślach konsekwencje spotkania, którego nigdy by się nie spodziewał - Kupa… kupa lat.

      - Kupa lat? - trzymający wykończonego chromem Maloriana mężczyzna w roboczej koszuli i narzuconym na nią bezrękawniku skrzywił wąskie usta w brzydkim grymasie - On myśli, że to kumpelska wizyta. Może go jednak jebnąć na dobry początek?

      Długowłosy mężczyzna milczał przez chwilę spoglądając z góry na znieruchomiałego Dingo, najwyraźniej na poważnie rozważając propozycję swojego agresywnego towarzysza.

      - Nie, na razie nie - zdecydował każąc kompanowi gestem ręki, aby ten schował pistolet - Należy mu się odrobina szacunku, bardzo mała odrobina. Ten chujek miał szansę zostać moim szwagrem, zanim zjebał sprawę. Najpierw rozmowa, wpierdol ewentualnie później. To jak będzie, Dingo, będziesz fikał czy pogadamy jak niedoszła rodzina?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • JohnyTRSJ Niedostępny
        JohnyTRSJ Niedostępny
        JohnyTRS
        napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
        #8

        Hartley Mack Mackinaw4.jpg
        Hartley "Mack" Mackinaw

        Skrzyżowanie Fairley i Charter Street, wczesny wieczór

        Nie podobało mu się to. Pierwszy raz zauważył go jeszcze w Japantown, potem nie mógł się od niego odczepić. Albo ktoś się naćpał i bawiło go (albo ich, zza przyciemnianych szyb nie mógł tego ocenić) stalkowanie kuriera albo coś gorszego. Na pewno to nie był żaden gang uliczny, jakby chcieli mu coś zrobić to by się tak nie pierdolili. Złodzieje? To już dawno by leżał pod wozem jako "przypadkowa ofiara", i to pod starym rzęchem a nie pod tym Blink-blink. Ktoś chciał dorwać odbiorcę paczki? Możliwe, wystarczyło tylko jechać za kurierem. I to było pewnie to. Na pewno nie robota policji, ci mogli po prostu przelecieć rejestry firmy, wszystko było rejestrowane.

        Kosiarze? Albo inni rzeźnicy? Czekali na odpowiedni moment, jak tylko wjedzie w złe miejsce....

        Nie, Mack, nie pierdol, zgub ich.

        Podrapał się po co najmniej dwutygodniowym zaroście.

        I zrobi to, nadarzyła się okazja. Znał okolicę tego skrzyżowania. Przyspieszył ignorując fakt, że tamten nadal za nim jedzie. Rzut oka do tyłu i przecisnął się między wozami pod światła. Na zmianie świateł gwałtownie przyspieszy, skręci w prawo, wjedzie na chodnik, i zaraz za budynkiem na rogu zniknie w alejce, zbyt wąskiej żeby tam wjechali wozem (słupki blokowały wjazd samochodom, dalej było już szerzej i w miarę czysto). Potem szybko na inną ulicę i gazu do odbiorcy. Gdyby nie ogon, w ogóle by nie jechał przez Charter i Fairley.

        Nie miał ochoty na zabawę w kotka i myszkę, chciał żeby tamten (alba tamta albo tamci, cokolwiek) się od niego odczepili.

        Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • MarrrtM Niedostępny
          MarrrtM Niedostępny
          Marrrt
          napisał ostatnio edytowany przez
          #9

          W dużym pomieszczeniu na zapleczu pan Gupta ściskał właśnie dłonie kolejnego zgiętego w wyrazie wielkiego szacunku rodaka. Shawn dostrzegł kątem oka wyłożoną na stół staroświecką księgę obrachunkową oraz leżącą obok sportową torbę z zaciągniętym suwakiem. Singh Gupta był prawdziwym dinozaurem, ostatnim reliktem bezpowrotnie minionej przeszłości, w której transakcje zapisywano na papierze i w ludzkiej pamięci, nie w nośnikach danych elektronicznych.

          Frog minął wejście do pokoju, stanął w progu głównego pomieszczenia obrzucając wnętrze sklepu badawczym spojrzeniem. Włóczęga podający się za agitatora Wolnej Wakandy powrócił z codziennej rundy polowania na „darczyńców” gotowych dla świętego spokoju wesprzeć drobnym datkiem „walkę o prawa czarnoskórych budowniczych amerykańskiej potęgi”. Gość przeglądał marki piw w lodówce mocno oddalonej od wejścia, co znaczyło, że faktycznie miał kasę na zakupy. Shawn zignorował go i przesunął się w bok wypuszczając z wąskiego korytarza Hindusa, który przyniósł panu Singhowi Gupcie skrywającą grube paczki banknotów sportową torbę.

          Z pokoju na zapleczu zaczęły dobiegać dźwięki zdenerwowanej rozmowy pomiędzy właścicielem sieci Żabek i jego krewniakiem. Obaj rozmawiali w swoim ojczystym języku, z którego Frog nie rozumiał ani słowa.

          Ravi Gupta podszedł do Shawna z wściekłym grymasem na śniadej szczurzej gębie, klepnął ochroniarza w ramię pełnym wyższości gestem.

          - Umiesz prowadzić samochód? - zapytał oglądając się jednocześnie za siebie.

          - To zależy - odparł podejrzliwym tonem Frog - O co chodzi?

          - Kierowca pana Gupty jest… niedysponowany - sarknął Ravi krzywiąc kąciki ust w pełnym niezadowolenia grymasie - Ktoś musi go zastąpić.

          Shaw zlustrował Raviego wzrokiem, w którym nieufność mieszała się ze zdziwieniem. Barczysty i wiecznie ponury kierowca pana Gupty, Sikh w nieodzownym turbanie na głowie, nigdy dotąd nie sprawiał wrażenia człowieka, który mógłby być z jakiegoś powodu niedysponowanym.

          Ravi Gupta bezbłędnie zrozumiał pytający wyraz jego twarzy.

          - Dureń ściągnął sobie na rdzeń starego braindansa, jakieś soft vintage z Julie Wieniawą, bo myślał, że takie nagrania są bezpieczne i wgrał sobie wirusa, który mu ściął motorykę wszczepów. Siedzi w kiblu, nie potrafi się zresetować, a pan Gupta musi jechać, ma w Śródmieściu ważne spotkanie. Dasz radę go zawieźć?

          Wychodzenie przed szereg nigdy nie było rzeczą, którą Shawn lubił, czy nawet znosił dobrze. Nawet w pitfightach wolał brać rólki biorącego cięgi, bo na takich się mniej uwagi zwraca. Takich ciężej skojarzyć. I ciężej się o coś przypierdolić. Shawn lubił trzymać się niżej i mieć spokój. Robić swoje. Musiał robić swoje. Dlatego znosił to ciapate hinduskie gówienko, grzecznie odpowiadając na jego zaczepki “tak proszę pana”, i dając się klepać w plecy jakby był chłopaczkiem na posyłki. Ale w świetle zadanego mu pytania miał dosłownie kilka chwil na podjęcie decyzji, czy się wychyli, czy nie. I jakie gówno może z tego wyniknąć. A chuj…

          - Dać bym dał. - odparł, ale z premedytacją nie porzucił sceptycznego tonu i wyrazu twarzy. Ciekaw był jak bardzo Hindus jest pod ścianą. - Ale co z moją umową? Mam karny procent od szkód na mojej zmianie. A nie wiem ile mnie nie będzie w sklepie i czy nadgodziny z tego nie wyjdą…

          Ravi spojrzał na ochroniarza z pewną dozą szyderczego niedowierzania.

          - Pojebało cię? To jest pan Gupta. Dostaniesz co najmniej tygodniówkę, ale inni ludzie zrobiliby coś takiego za darmo dla samego zaszczytu. Niewdzięczny białas. Trzymaj klucze i grzej silnik, zaraz wyjdziemy.

          Solo spojrzał na chipset do auta. Przez ułamek sekundy zastanawiał się jak szybko Switch mógłby upłynnić furę tego Spożywkowego Jolero i czy aby nie warte to było afery jakaby im się zwaliła na łby. Brazil byłaby zapewne dumna z tak radosnej wpadki, Dingo ubawiony, a Hajfi i Mack dostaliby pewnie sraczki z nerwów. Ułamek sekundy. Wziął chipset i bez słowa ruszył do auta. Czekał na niego zaszczyt. A zważywszy na zaparkowanego Columbusa miał wrażenie, że to będzie bardzo ciekawa przejażdżka.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • GreKG Niedostępny
            GreKG Niedostępny
            GreK
            napisał ostatnio edytowany przez
            #10

            Kawiarnia "Bella" na Holly Street w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077

            Kawiarnia Bella była jak kapsuła z innego świata. Kawa parzyła się tu analogowo, a kelnerka miała prawdziwą skórę, nie biosynt i żadnych widocznych wszczepów. Switch siedział przy zaparowanym oknie, bawiąc się hologramem planu dzielnicy. Hector Garcia podrzucił mu sporo szumu o nadchodzącej wojnie gangów. Tygersi kontra Kosiarze.

            Rozmarzył się. Tam, gdzie lała się krew, sypały się coiny. Zaczął snuć wizję ile uda im się wyszarpać kasy z tego zamieszania i jak się ustawią. Jednocześnie obserwował zakorkowaną przez śmieciarkę ulicę Japantown przed kawiarnią. Drony kurierskie przecinały niebo jak chmary cyfrowych owadów. Przyszłość wydawała się jaskrawa, obiecująca.

            Raze „Switch” More uśmiechał się sam do siebie - nieświadomy, że mięśnie twarzy podrygują mu lekko.

            Do momentu, gdy jego cyberoko Kiroshi zogniskowało się na czarnym Chevilion 720 Emperorze stojącym na zablokowanym przez śmieciarkę pasie. Metaliczne odbicie karoserii, chromowane felgi i... tatuaż. Niebieski wąż wijący się na karku pasażera, pulsujący delikatnym światłem.

            Wstał. Kawa rozlała się po blacie stołu.
            Nie zwrócił na to uwagi.
            Zimny pot spłynął mu po plecach, jak sygnał alarmowy z przetwornika adrenaliny.
            Znał ten tatuaż.
            Lalkarz.
            Agent Magadonu.
            Upiór z przeszłości, którego wolałby nie widzieć nawet w koszmarach.

            Cztery lata.
            Cztery długie, popękane jak ekran wspomnień lata od San Francisco.
            Od tamtej nocy, kiedy wszystko poszło nie tak.

            Już nie budził się w nocy sięgając po schowaną pod poduszką broń.
            Nasłuchując czy po niego przyszli.
            Po czterech latach uwierzył, że się im wymknął. Zmylił tropy. Ale wydarzenia tamtych dni ciągle były zadrą w jego umyśle.

            Obraz w Kiroshi zogniskował się na kierowcy pojazdu.

            Prawie fizyczny ból przeszył mu serce.
            Keira.
            To niemożliwe!
            Ona nie żyła!
            Zginęła cztery lata temu podczas nieudanej próby przekazania danych.
            Zabita przez Lalkarza, który siedział teraz na tylnym siedzeniu Emperora.
            Zginęła? Tak myślał... ba! był tego pewien!
            Co ona teraz robi?
            Czy wtedy zabawiła się jego kosztem?
            Czy może jest teraz marionetką w rękach korpo?

            Te i inne myśli przeleciały przez umysł Raze'a niczym glitchowe spięcia w starych kościach pamięci. Nie trwały jednak dłużej niż kilka taktów procesora. Czoło fiksera zrosił pot a serce, które zdawało się zatrzymać na pół oddechu, teraz galopowało z zawrotną szybkością.

            Gdy śmieciarka w końcu udrożniła miejską arterię i Emperor zniknął za rogiem Raze More nerwowo sięgnął do kieszeni i wybiegł na zewnątrz. Wyrzucił w powietrze Snitcha i pognał z nim za znikającym pojazdem. Plan był prosty: złapać ślad, nagrać kilka kadrów, może wyciągnąć dane telemetryczne z ruchu pojazdu, kilka ujęć w podczerwieni. Wszystko do granicy zasięgu Snitcha.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • NanatarN Niedostępny
              NanatarN Niedostępny
              Nanatar
              napisał ostatnio edytowany przez
              #11

              text alternatywny

              Okolice sklepu Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

              Wysoki mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach, czarnej bandanie na rzedniejących włosach i znoszonym płaszczu z syntetycznej skóry stał na odwróconej skrzynce po Grzmocie, pełnym emfazy głosem krzycząc z góry na filmujących go smarthingami turystów.

              - Naprawdę myślicie, że ci, którzy sprzedają wam oczy powstrzymują się od pokusy podglądania? Kamery są wszędzie, nawet w was samych! Wasze życie, wasze radości i troski, są dla nich zwykłym reality show!

              Co prawda to mieszcząca się po przeciwnej stronie ulicy „Gomorra” przyciągała zainteresowanie lwiej części przechodniów, ale kaznodziei najwyraźniej to nie zniechęcało. Omijając wzrokiem kształty niemal nagich sylwetek tańczących za podświetlonymi na różowo szybami domu lalek, mężczyzna gestykulował rękami z zapałem człowieka wielkiej wiary.

              - Gdyby naprawdę widzieli to, co ja, już dawno bym gniła w pierdlu - rzuciła prowokacyjnym tonem młoda kobieta w kusej spódniczce odsłaniającej opięte RealSkinem cybernetyczne nogi, na przemian zaciągająca się elektrycznym papierosem i żująca sojowe burrito.

              - A jeśli jesteś ich pionkiem? A jeśli nieświadomie realizujesz plan, o którym nie masz pojęcia? - kaznodzieja podekscytował się okazanym mu zainteresowaniem kobiety, skupił na niej gorejące spojrzenie - Lecz kim są ci, którzy śledzą każdy nasz krok, zapytacie? To władcy przemysłu rozrywkowego na Alfa Centauri! W swoim cynizmie znaleźli oni sposób, aby zająć swój uciśniony motłoch naszymi sprawami, naszym śmiechem i naszymi łzami! Obudźcie się, nim będzie za późno!

              - Posrało cię do końca, świrze - miłośniczka burrito zaniosła się perlistym śmiechem, wsadziła papierosa do kieszonki obcisłej bluzki i zaczęła się przepychać przez tłum przechodniów w stronę skrzyżowania z Buran Street.

              Artemida oderwała spojrzenie od szalonego proroka, prześlizgnęła się obok grupy rozchichotanych nastolatek robiących sobie selfie na tle pilnującego wejścia do Gomory karykaturalnie wielkiego ochroniarza, który wyglądał na żywcem wyciągniętego z magazynu promującego sterydy BioTechniki. Brazil znała go całkiem dobrze, chociaż nie tak dobrze jak on sam by sobie życzył - czy raczej nie aż tak głęboko. Przybijając w przelocie piątkę szczerze się uśmiechnęła na wspomnienie słów, które nie raz wyszeptał jej do ucha: sugestii na temat korków analnych i dildo wprowadzanych błogosławieństwem jej dłoni w zakamarki jego umięśnionego cielska.

              Nazywał sam siebie Szafą i był w opinii Artemidy wyjątkowo czarującym zbokiem, i chociaż przez chwilę rzeczywiście chodziło jej po głowie spełnić fantazje ochraniarza, koniec końców Switch odwrócił jej uwagę dobrym seksem. Raze musiał coś podejrzewać, a pewniej wiedział o złożonej propozycji, nie pierwszej i nie ostatniej zapewne, próbował ją jeszcze przekupić paczką dopaminowych dopalaczy wykombinowanych na przeprosiny od niezawodnego Leifa Gundarssona, ale te Brazil odrzuciła ze wzgardą, nie przyjmując wątpliwego prezentu.

              Biedny Szafa musiał się obejść smakiem... przynajmniej na razie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • WilczyW Niedostępny
                WilczyW Niedostępny
                Wilczy
                napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
                #12

                Warsztat samochodowy na rogu Eisenhowera i Cordwainer Street, wczesny wieczór

                Houston starał się nie frustrować samochodem, który nie chciał z nim współpracować. Archer prawie rozpadał się w rękach, ale to było w porządku. Przypominał trochę starego lwa, wygnanego ze stada, który trafił do warsztatu, żeby w spokoju umrzeć. Dawn właśnie zastanawiał się, czy dni tego przerdzewiałego władcy miejskiej sawanny są policzone, kiedy został brutalnie oderwany od pracy.

                Dingo był wściekły, że dał się tak zaskoczyć. Jakaś pierwotna część jego umysłu właśnie kalkulowała czy warto dać się zabić za te garść credchipów i trochę części z warsztatu... ale przerwała te rozważania, kiedy skojarzyła twarz z imieniem.

                Milion myśli jednocześnie przebiegło przez głowę Dingo. Twarz Liz, ciepły dotyk jej dłoni, zapach pustyni z ledwie wyczuwalną nutą oleju, z pobliskich rafinerii na Badlandach. Widok nocnego nieba, bez zanieczyszczenia świetlnego, tak inny niż noce w Night City. Radość, rozczarowanie, smutek... i gniewna twarz Connora, kiedy wszystko wzięło w łeb.

                - Pogadajmy - powiedział w końcu, siląc się na spokojny ton - Sporo wody upłynęło, ale jesteśmy rodziną... w pewnym sensie. Albo byliśmy. Albo...

                Próbował wzruszyć ramionami, ale ciężki bucior na klatce piersiowej mocno mu to utrudniał.

                - Powiesz swojemu bykowi, żeby trochę wyluzował? - zwrócił się do prawie-że-szwagra, obrzucając drugiego mężczyznę wrogim spojrzeniem - Nie mam czym was ugościć, ale możemy chociaż pogadać jak ludzie...

                Na końcu języka miał nasuwające się pytanie "co u Liz", ale czuł, że wkrótce i tak się dowie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • KetharianK Niedostępny
                  KetharianK Niedostępny
                  Ketharian
                  Obsługa Moderator
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #13

                  text alternatywny

                  Holly Street w Japantown, wczesny wieczór 14.07.77

                  Włączony ruchem kciuka dron obserwacyjny - miniaturowy Hawkeye Zetatechu o elektronicznej uwięzi do tysiąca metrów i neuralnym interfejsie - dwukrotnie zapiszczał i zamigał zieloną diodą gotowości.

                  Raze złapał jedną ręką za poręcz widokowego tarasu, przytrzymał się jej na czas sprzęgu. Obraz przekazywany przez jego cyberoko stracił w jednej chwili na przejrzystości, gdy w polu wyświetlacza pojawiły się równe rzędy kodu diagnostycznego potwierdzającego sprzężenie protokołów szyny neuralnej w mózgu człowieka i portu komunikacyjnego drona.

                  Linijki kodu zniknęły, ich miejsce zajął w jednej sekundzie obraz przekazywany przez kamerę wznoszącego się szybko Snitcha. Raze zdusił w ustach przekleństwo walcząc z nieuniknionymi zawrotami głowy charakterystycznymi dla momentu podziału sfery percepcji, gdy naturalne oko użytkownika traciło znienacka połowę normalnego pola widzenia, a oko cybernetyczne zaczynało pompować do mózgu szybko przesuwający się obraz pochodzący z będącego w szybkim ruchu zewnętrznego źródła.

                  Ludzki umysł zwykł ulegać w takich chwilach dezorientacji, a zawroty głowy podnosiły ryzyko utraty równowagi i upadku.

                  Kurwa, jak bardzo przydałoby mu się teraz drugie Kiroshi!

                  Kierowany zaprogramowanymi wcześniej myślami-frazami, dron ustabilizował wysokość na dwudziestu metrach, przeskoczył z pozycji tarasu na środek ulicy i ruszył z maksymalną szybkością na wschód. Odzyskawszy stabilność percepcji, fikser ruszył szybkim krokiem w dół prowadzących na Holly schodów starając się nie potrącić zbyt wielu przechodniów, aby nie sprowokować kogoś przypadkiem do sięgnięcia w akcie samoobrony po gnata.

                  Czarny Emperor przyśpieszył do pięćdziesięciu mil na godzinę oddalając się wraz ze strumieniem innych pojazdów od kawiarni i mostu do Kabuki. Switch zarzucił pomysł pieszego pościgu za samochodem nie mając szans na dogonienie Chevilliona, skoncentrował się w zamian na cyfrowym dokumentowaniu ściganego wozu za pomocą sprzęgniętej z Kiroshi kamery drona.

                  Zrobione w wysokiej rozdzielczości fotografie trafiały jedno za drugim na kartę pamięci oka. Raze wykonał serię zdjęć tylnej tablicy rejestracyjnej, złapał w maksymalnym zbliżeniu niewielki złoty napis naniesiony na karoserię wozu poniżej przyciemnionej tylnej szyby. Dron nie był w stanie konkurować szybkością z Emperorem, toteż fikser zwiększył jego pułap lotu chcąc zidentyfikować cel podróży kobiety wyglądającej niemal identycznie jak Keira Collet.

                  Monumentalne drapacze chmur wypełniły obiektyw kamery ścianami ze szkła, metalu i kamienia. Szpiegostwo przemysłowe od dawna było elementem brutalnej codzienności w metropolitalnej dżungli Night City, toteż zawsze aktywne systemy ochronne korporacyjnych biurowców odkryły obecność miniaturowego drona w odległości stu metrów od najbliższych ścian. Na wyświetlaczu Kiroshi pojawiły się krwiście czerwone ostrzeżenia nakazujące natychmiastowe wstrzymanie lotu, grożące konsekwencjami karnymi dla operatora i przymusowym uziemieniem bezzałogowca w przypadku zignorowania zakazu przebywania w zamkniętej dla dronów strefie.

                  Emperor skręcił w Cartier Street, w wieczny półmrok labiryntu strzelistych wieżowców składających się na biznesowe centrum Japantown. Pełne restauracji i wielobranżowych sklepów, kasyn i salonów braindansu na parterach, budynki pięły się w górę piętrami biur i gabinetów, firm badawczych i laboratoriów, kancelarii adwokackich. Wiele z nich stykało się ze sobą przeszklonymi łącznikami przerzuconymi na różnej wysokości ponad ulicami dzielnicy tworząc nowoczesny labirynt stanowiący miejsce pracy dla dziesiątków tysięcy mieszkańców NC.

                  Para ludzi jadąca Emperorem mogła w jednej chwili przepaść w tym mrowisku bez najmniejszego śladu.

                  Obraz na wyświetlaczu Kiroshi zaczął migotać i rwać się pod wpływem działania zagłuszaczy sygnału sterującego i Switch pojął, że straci kontrolę nad dronem w ciągu następnych kilku sekund, jeśli natychmiast nie przerwie pościgu.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • NanatarN Niedostępny
                    NanatarN Niedostępny
                    Nanatar
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #14

                    text alternatywny

                    Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

                    Zapuściła się w przyjemny chłód „Esotericy”, wypełniony zapachem kadzideł, dźwiękami tradycyjnej chińskiej muzyki instrumentalnej i atmosferą kojącego mistycyzmu. Młoda dziewczyna układająca na drewnianych regałach szklane słoiczki z balsamami przywitała ją szczerym uśmiechem, ruchem głowy wskazała na wysoki stołek przy kasie.

                    Misty Olszewski - spiritualistka New Age, miłośniczka filozofii Dalekiego Wschodu oraz kultury cywilizacji prekolumbijskich, właścicielka „Esotericy” i przyjaciółka Artemidy Torquemady - prowadziła od kilku lat urokliwy sklepik przy Urmland oferując kursy medytacji, masaże odblokowujące czakry, braindansy spiritualistyczne, wróżby z kart Tarota i swoją fascynującą osobowość, którą Brazil autentycznie uwielbiała.

                    Dwaj wpięci w fotele medytacyjne klienci pozostawali w głębokim transie, zatopieni w cyfrowym świecie mesmerycznych obrazów i dźwięków mających otworzyć ich podświadomość na duchowe doznania nieosiągalne dla zwyczajnych zmysłów. Pozłacany posążek Buddy spoglądał na parę klientów z tajemniczym uśmiechem na wargach, przesłonięty smużkami dymu unoszącymi się znad zapalonych trociczek.

                    - Dziwnie brzmiałaś przez telefon - oznajmiła Brazil otwierając tester olejku eterycznego i krzywiąc usta w enigmatycznym uśmiechu - Coś się stało? Jackie narozrabiał? - odłożyła próbkę z pietyzmem na stolik.

                    Zielone oczy Misty spoważniały w jednej chwili, a jej prawą dłoń powędrowała ku nabitej kolcami obroży, której nigdy nie zdejmowała z szyi. Artemida znała ten nieświadomy gest, za każdym razem zdradzający istnienie jakiegoś źródła niepokoju ukrytego pod uspokajającym uśmiechem Misty.

                    - Jest taka sprawa - powiedziała kobieta ściszonym głosem ujmując dłonie Artemidy swoimi długimi chłodnymi palcami. Brazil poczuła z miejsca erotyczny dreszcz wyzwolony tym nieoczekiwanym aktem fizycznej bliskości z istotą piękną duchowo i cieleśnie zarazem - Taka nietypowa sprawa.

                    Jasnowłosa dziewczyna zerknęła w stronę medytujących klientów jakby chciała się upewnić, że obaj wciąż pozostają głęboko w otchłani swojej podświadomości.

                    - Pamiętasz jak na urodzinach Viktoria mówiłaś, że potrafiłabyś bez problemu włamać się do sieci magistratu?

                    - W chuj byłam napruta, mówiłam wtedy dużo rzeczy - Artemidy przywołała na usta cień własnego uśmiechu - Po co ci dostęp do magistratu?

                    - Mówiłaś, że potrafiłabyś wyrobić nam autentyczne karty ID i lewe kartoteki personalne, żebyśmy mogły zostawić tu zjebanych facetów i polecieć we dwie na Tahiti jako lesby, pamiętasz? Mówiłaś wtedy serio czy ściemniałaś?

                    - Chcesz polecieć ze mną na Tahiti? - zdumienie zastąpiło uśmiech na ustach Brazil, jednocześnie niezauważalnie rozszerzyło w wyrazie niedowierzania źrenice - Kurwa, chcesz rzucić Jackiego?

                    - Jest jedna taka dziewczyna, Keiko, moja znajoma - Misty przygryzła wargi, zaczęła masować posuwistymi ruchami dłonie Artemidy - Jest w dużych opałach. Musi wyjechać z miasta, ale nie na własnych papierach. Pomyślałam, że mogłabyś jej pomóc. Mogłabyś?

                    Brazil zmarszczyła czoło, ostentacyjnie prezentując całą gamę mimiki nieskażonej chirurgią estetyczną, sama machinalnie ściszyła głos pojmując powagę toczącej się przy kontuarze rozmowy.

                    - Trochę miałam rację, a trochę podkoloryzowałam z tym magistratem - zaczęła ostrożnym tonem - Może dałabym radę coś takiego wykręcić, ale to ryzykowna sprawa. Nie robi się takich akcji codziennie. Co jest nie tak z tą laską?

                    - Dziwka Tygerów, jedna z tych znakowanych chipami gangu, do specjalnych braindanców - palce Misty przestały się poruszać, zacisnęły się w zamian na dłoniach Artemidy - Przychodzi do mnie na medytacje. Do tej pory jakoś się trzymała, ale teraz trafiła do takiego jednego Jotaro Shobo, do jego klubu w Kabuki. To, co oni tam robią z tymi dziewczynami… Brazil, czuję, że muszę jej pomóc. Przeznaczenie nie bez powodu przecięło nasze ścieżki, to prąd kosmicznego porządku. Powiedz, że możesz nam pomóc, proszę.

                    Hakerka wydęła usteczka, o których marzyło pół klubu, udawała, że kalkuluje. Wyczekała chwilę, wiedząc, że może i podejmuje niebezpieczną grę, ale w owej chwili zupełnie panuje nad sytuacją i dyktuje warunki.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • KetharianK Niedostępny
                      KetharianK Niedostępny
                      Ketharian
                      Obsługa Moderator
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #15

                      text alternatywny

                      Charter Street w Northside, wczesny wieczór 14.07.77

                      Otwarta brama przed salonem azjatyckiego masażu i orientalną pralnią sieci Tengu okazała się doskonałym elementem zwrotnym w planie Macka. Umożliwiała szybki przeskok na drugą stronę budynku i potem sprint betonowym podjazdem na stare place parkingowe obok składu używanych okrętowych kontenerów, stojącego w cieniu ogromnych wsporników biegnącej kilkadziesiąt metrów wyżej sześciopasmowej obwodnicy.

                      Hartley nie lubił tego miejsca i na co dzień wolał je omijać szerokim łukiem. Nie było wielką tajemnicą, że niektóre zostawiane w składzie kontenery wcale nie były puste, że nie bez powodu podjeżdżały do nich czasami samochody używane przez Tygersów. W okolicy kręciły się też słynące z brutalności młodzieżowe szajki z dzielnic biedoty, chcące bezwzględnością i odwagą zwrócić na siebie uwagę potencjalnych protektorów z liczących się w mieście gangów. Osaczony przez nich rowerowy kurier nie mógłby liczyć nawet na cień miłosierdzia, ale Mack nie miał w tej chwili zbyt dużego wyboru.

                      Ktoś prowadzący jego śladem ciemny samochód nie mógł obserwować nikogo innego jak tylko Macka.

                      Weterynarz nacisnął na pedały roweru tuż przed wjazdem w bramę, skręcił gwałtownie w prawo przecinając ciasną przestrzeń przed nosem jakiegoś zaskoczonego przechodnia i ścigany stekiem przekleństw przejechał na drugą stronę odrapanego budynku.

                      Z tyłu dobiegł go pisk hamulców, ale nie tracił nawet sekundy na to, aby się obejrzeć za siebie. Przejazd pod budynkiem był zbyt wąski, by zmieściło się w nim auto szersze od miniaturowego Mahira, toteż uspokojony tą świadomością Mack pognał dalej w górę podjazdu.

                      W cieniu betonowych wsporników i w składzie kontenerów kręciło się kilku skacowanych złomiarzy i gromadka niosących w szklanym słoiku żywego szczura dzieci. Weterynarz spojrzał tęsknym wzrokiem na miotające się w panice zwierzątko, ale nawet nie pomyślał o zwolnieniu tempa ucieczki.

                      Akt prawny z lata 2063 o zapobieganiu chorobom odzwierzęcym na obszarze całego Night City i w promieniu trzydziestu mil od metropolii właściwie odebrał Hartleyowi sens zawodowego istnienia i prawdziwą zarazem pasję, bo posiadanie zwierząt stało się od tego czasu osiągalne wyłącznie dla bardzo bogatych ludzi, a bogaci ludzie trzymali się bardzo daleko od biedaków pokroju Macka.

                      Tego dnia ucieszyłby go nawet zwyczajny szczur, gdyby tylko weterynarz mógł mu poświęcić choć chwilę uwagi.

                      Szczęśliwy z chwilowej nieobecności gangusów wystrzelił rowerem w bramę wiodącą na równoległą ulicę, uciekł przed hamującym na jego widok Kaukazem, przeskoczył w stronę przeciwnego krawężnika zwalniając nieznacznie i próbując uspokoić zdyszany oddech.

                      Dopadli go na następnym skrzyżowaniu. Granatowy Villefort wyjechał zza rzędu zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów i wziął wciąż rozpędzonego Macka na swoją okratowaną maskę. Rower poleciał z metalicznym jękiem na asfalt jezdni, zrzucony z siodełka mężczyzna pokoziołkował w ślad za pojazdem tłukąc przy okazji głową o nawierzchnię pasa.

                      Drzwi Valora otworzyły się, wysiadło z niego dwóch facetów krzywiących w grymasach złości twarze.

                      - Jak jeździsz, debilu? - huknął jeden z nich spoglądając z góry na Hartleya i wymachując mu przed nosem zaciśniętą pięścią - Gdzie masz kurwa oczy?

                      - Zarysowałeś lakier na masce! - oznajmił drugi przesuwając dłonią po chromie kratownicy i pokazując jednocześnie drugą ręką najbliższym przechodniom, żeby pilnowali własnych spraw i nie próbowali się zbliżać do miejsca stłuczki - Masz ubezpieczenie? Pewnie nie masz. Wsiadaj do auta, trzeba się rozliczyć. I nie próbuj spierdalać, bo pogorszysz swoją sytuację.

                      Hartley usiadł z głuchym stęknięciem na asfalcie, obolały po nieoczekiwanym upadku z roweru. Był pewien, że nigdy wcześniej nie widział człowieka, który zwyzywał go jako pierwszy wyzywając swoją ofiarę od debili. Znał tego drugiego.

                      - Wsiadasz po dobroci czy mam dzwonić po policję? - zapytał Fred Murphy, pracownik wydziału sprawiedliwości miasta Night City i kurator Hartleya Mackinawa odpowiedzialny za proces jego resocjalizacji po opuszczeniu więzienia w Red Rocks. Fred Murphy spoglądający na doskonale mu znanego kuriera niczym na zupełnie obcego człowieka.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      2
                      • WilczyW Niedostępny
                        WilczyW Niedostępny
                        Wilczy
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #16

                        Warsztat samochodowy, wczesny wieczór 14.07.77

                        Isaac Connor cmoknął ustami wydając cichy dźwięk, którego znaczenia Dingo nie zdołał odgadnąć, ale klepnął jednocześnie w ramię nomada z Malorianem gestem spolegliwości.

                        - Niech mu będzie, pogadajmy jak ludzie - zdecydował siadając na kilku ułożonych jedna na drugiej oponach - Miałeś ostatnio kontakt z Liz?

                        Houston potrząsnął przecząco głową podnosząc się z zimnej podłogi i odstawiając na bok serwisowy wózek - Nie widziałem jej od czasu, kiedy sprawa się rypła, chyba byś o tym inaczej wiedział. Liz nie ma tajemnic ani przede mną ani przed tobą. Co u niej?

                        Issac i jego towarzysz wymienili wieloznaczne spojrzenia.

                        - Chciałbym wiedzieć, rodzice też - odpowiedział Connor - Półtora roku temu urwała się grupie pod Los Angeles, razem z Cassy Elliot. Kiedy spierdoliłeś z rodziny, Liz kurewsko ciężko to zniosła. Cassy zawsze była zakałą grupy, ale Liz potrzebowała kogoś bliskiego na przetrzymanie.

                        - Dziwne, że nie mogła liczyć na ciebie - powiedział cierpkim tonem Dingo, walcząc jednocześnie z narastającym złym przeczuciem i obawą o kierunek tej niespodziewanej rozmowy - Truliście jej dupę o mnie przez długi czas?

                        - Znasz ojca, nigdy nie gryzł się w język, a kiedy zniknąłeś, gówno spłynęło na Liz - w głosie Issaca Connora pojawił się gniewny ton - Chuj z tym, to teraz nieważne. Liz i Cassy zniknęły w Los Angeles. Wszyscy dostaliśmy pierdolca, bo matka wmówiła sobie, że porwali je Raffeni albo Antifa, ale po pół roku dostaliśmy wiadomość z Night City, że ustawiły się tutaj i że dobrze im się żyje. Bez szczegółów i bez odpisów na pytania. Wysyłała takie same krótkie wiadomości co miesiąc, ale ostatnia przyszła w lutym. Od tego czasu cisza.

                        Dingo potarł dłonią podbródek, zmarszczył czoło rozważając w myślach wszystko, co dotąd usłyszał od niedoszłego szwagra. Elisabeth Connor była w Night City i to od roku. Żyła w tej samej metropolii, może też w Watson, może nawet w tym samym megabloku, w którym ludzie byli równie liczni, co bezimienni w tym tłumie.

                        - Ojciec trochę poudawał, że ciągle się jej wyrzeka, ale w końcu odpuścił - ciągnął dalej Issac - Jeździmy teraz z Plemieniem Węża, robimy duże zlecenia dla Petrochemu. Natrafiliśmy u nich na gościa, który cię zna, robiłeś mu jakieś naprawy. I tak doszliśmy do ciebie samego. I teraz zapytam raz jeszcze i nie próbuj nas okłamać. Wiesz, gdzie jest Liz? Masz z nią kontakt?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • NanatarN Niedostępny
                          NanatarN Niedostępny
                          Nanatar
                          napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
                          #17

                          Wnętrze sklepu Esoterica na Urmland Street, wczesny wieczór

                          Zachowując na ustach upiornie ambiwalentny grumas hakerka wstała z miejsca, od niechcenia przespacerowała się po pomieszczeniu, które przecież dobrze znała, szczegóły czytała, zmian szukała, raz się śmiała napotykając znajomy przedmiot, który to kiedyś wtykała, to tu, to tym i innym, raz dąsała, kiedy było coś nie na miejscu. Mogłoby się wydawać, że ma moralne rozterki, etyczne dylematy, erotyczne schematy, nic podobnego. Brazil kalkulowała, ile ryzykuje, ile ugrać może. Wszyscy już się zorientowali, że nie ma kasy, że od dwóch miesięcy chodzi tylko w ciuchach z Heresy, które reklamuje.

                          Różowe polikevlarowe dresy szeleściły przy każdym ruchu, na każdym z licznych załamań, zgięć modnych. Co dziwne worko-pogięte spodnie wyraźnie opinały zgrabny tyłek modelki, a kurtka w podobny sposób eksponowała piersi. Brazil stuknęła obcasami indygowych botków, jakby mogła na komendę znaleźć się w Kanzas. W sumie mogła, ale miała interes w Night City.

                          Tak sobie trwając, szeleszcząc, stukając intuicyjnie sprawdziła miejsca podpięcia do sieci. W przeciwieństwie do ludzi peobe nie potrzebowali poświadczenia lśnienia zmysłami ludzkimi. Wiedzieli gdzie jaki dostęp, szkoleni, czy obdarzeni darem, łatwością dostosowania myślenia do maszynowego kodu.

                          Zanim zdecydowała się na skorzystanie z terminala Misty, spenetrowała własne mięsne zasoby danych, na podobieństwo wyszukiwarek intuicyjnych. Naśladowała ich sposób łączenia faktów. Z jednej strony ćwiczyło to pamięć, z drugiej miała już podstawę do pracy na większej sieci. Wyłapała o Tygersach, o panu złotym trzymającym niewolnice seksualne. O klubie. Klubu nie znała.

                          Zmięła wreszcie usteczka w trąbkę odwracając się do przyjaciółki z nieodzownym szelestem dresów.

                          - No fajnie się urządziłaś. Kupa wspomnień - oceniała, czy dobrze znany gest tykania kolców obroży nie jest aby trochę nachalny, specjalny, żeby uwierzyła, że zlecenie czyste.

                          Brazil miała heroinową potrzebę przygody i kasy, a to co zaproponowała Misty oferowało jedno i drugie. Obawiała się tylko, że zaraz z kapelusza, drzwi, a może nawet ze złotego Buddy, na którym usiadł kiedyś Szafa, wyskoczy agent, albo najemnik korpo i przykuje Brazil do łóżka. Chociaż nawet ta ostatnia wizja wydawała się ciekawa. Uznała, że wchodzi. Byle nie za szybko, nie za sztubacko, jej sukces opierał się na popularności w socjalach, ale anonimowości pośród surferów.

                          - Mogę puknąć ci terminal? - zapytała łagodnie. - O masz tu te nanodody - przyjrzała się nowiutkim złączą skroniowo-dotykowym. - Podobno już implantują chwilowe procki z interface w gumach do żucia. No ale to zabawka nie narzędzie dla surferów.
                          - A ty dalej dziewicza?
                          Brazil skłamała uśmiechem.

                          Celowo nie nawiązała do zlecenia, chcąc omówić szczegóły w stworzonych przez siebie warunkach.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • GladinG Niedostępny
                            GladinG Niedostępny
                            Gladin
                            napisał ostatnio edytowany przez Gladin
                            #18
                            Awatar HiFi Magazyny All Foods w Northside, wczesny wieczór

                            Wysłannik Samuela spojrzał na HiFi wyjątkowo nieżyczliwym wzrokiem i młodzieniec zjeżył się w duchu na ten widok oczekując ze strony obdartusa jakiejś małostkowej demonstracji wrogości. Hartley opowiedział mu kiedyś przy wspólnej zgrzewce Spunky Monkey, że bezdomni z kanałów mogli być nosicielami wielu wirusowych chorób, które wskutek mutacji już dawno uodporniły się na najbardziej powszechne farmaceutyki lecznicze.

                            Gościowi źle patrzyło z oczu i HiFi wcale by się nie zdziwił, gdyby ze złości naplułby swoim rozmówcom w twarze tylko po to, żeby ich zarazić jakimś paskudztwem, na które Mack nie miał lekarstwa. Mógłby dostać owrzodzenia, wysypki albo przedwczesnego łysienia - czegokolwiek zresztą by nie złapał, skończyłoby się zapewne tym samym: wywaleniem na zbity pysk za drzwi mieszkania przez histerycznie obsesyjną na punkcie higieny Brazil!

                            Obdartus docisnął palcem jedno skrzydełko nosa, smarknął na beton placu i wzruszył niechętnie ramionami.

                            - Siedźcie na dupach, dopóki nie wrócę - wycedził przez nadpsute zęby - Zejdę pogadać z Samuelem, żeby wiedział jakie z was wyszczekane chujki.

                            Splunąwszy ponownie przez ramię mężczyzna zniknął w półmroku magazynu pozostawiając HiFi i Leona na pustym placu.

                            - Kurwa, stary, to nie dla nas - technik wstał i zaczął przechadzać się nerwowo. Wyciągnął z zanadrza swoje uzi i sprawdził, czy jest gotowe do oddania strzału.

                            - Broń, kurwa? To nie nasza liga. Zaraz nas tutaj ktoś rozwali. Śmierdzi ta sprawa bardziej niż skarpety Dinga, mówię ci...

                            - Zresztą, stary, przygotuj gnata. Nie chciałbym, aby nam tu ktoś kuku zrobił. Zejdźmy gdzieś, żeby nie siedzieć tak na widoku.

                            - Mogę pogadać ze Switchem, on mógłby coś zorganizować. Może gdyby pozostałe chłopaki chciały coś dorobić, toby można było po towar iść, ale... w ciemno? Nie wiedząc ile to jest warte? Całuj psa w dupę! Jak nie dostarczą próbki, zmywamy się stąd - oznajmił partnerowi.

                            - Kurna, ile on tam siedzi, co? - podrapał się w głowę.


                            Sesja Karak Varn

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • GreKG Niedostępny
                              GreKG Niedostępny
                              GreK
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #19

                              Holly Street w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077

                              Raze absorbował strumień kodów wysyłanych ze Snitcha. Tłumaczył go w locie na czytelne komunikaty. Brak aktywnego dVIN Chevilliona 720 Emperor nie zaskoczył go. Sygnatura cieplna pojazdu była nijaka, jedna z tysięcy pulsujących arteriami Japantown. Zmlął przekleństwo. Gdyby tylko zamiast WSP-01A miał VSP-02 „NIGHTJAR” z mikro-LIDAR 3D i zdolnością rozpoznawania biteprintów pojazdów. Niestety... NightJar był poza jego zasięgiem. Cena za taką zabawkę bolała bardziej niż złamana kość.

                              Snitch podał kilka klatek w wysokiej rozdzielczości. Przeanalizuje je później. Jeden rychły strzał w podczerwieni potwierdził: w Emperorze są tylko dwie sylwetki.

                              Na siatkówce cyberoka pojawiły się czerwone alerty: naruszenie strefy kontrolowanej. Rozkaz odwołania drona. Wiedział czym to groziło. Krótka wiązka EMP i Snitch będzie tylko złomem elektroniki.

                              Video zglitchowało się w jednej chwili jakby przeszło przez blender. Zakłócacze sygnału.

                              Raze zgrzytnął zębami. Wyłączył aktywne systemy WSP01A_SN/CH-1. Przekazał myśl-rozkaz: powrót. Stracić Snitcha to stracić oczy i uszy. Nie mógł sobie na to pozwolić.

                              Były inne opcje. Poczekał aż dron wyląduje mu na dłoni. Uśpił go krótkim impulsem. Schował do kieszeni płaszcza.

                              Emperor skręcił w trzewia Japantown. Labirynt ulic naszpikowanych siecią kamer i czujników, miasto z tysiącem oczu. Wystarczyło tylko znać kogoś z kluczem do tych oczu.

                              Switch wyciągnął smarthinga.

                              - Czego? - zachrypnięty głos wrócił echem jakby dochodził z dna studni.

                              Ćwierć tony cielska opiętego permanentnie bezlikiem kabli do netrunningu, zapewne leżało teraz w wypełnionej kostkami lodu wannie.

                              - Cześć SlimWire - odparł. - Czilujesz się? Mam dla ciebie robotę.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • KetharianK Niedostępny
                                KetharianK Niedostępny
                                Ketharian
                                Obsługa Moderator
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #20

                                text alternatywny

                                Most Farrisa w drodze do City Center, wczesny wieczór 14.07.77

                                Singh Gupta siedział w tyle za oparciem fotela Shawna, umiejętnie ukrywając się przed swoim odbiciem we wstecznym lusterku kierowcy. Frog niezbyt się tym przejął, bo właściciel Żabki zawsze chował oczy za szkłami przeciwsłonecznych okularów i zawsze nosił na swojej gębie ten sam beznamiętny wyraz twarzy, który mimo pozornej obojętności wręcz emanował aurą pogardy wobec wszystkich ludzi oprócz jego wąskiego grona krewniaków i kontrahentów.

                                Ravi Gupta usiadł obok swojego zamożnego wuja studiując jakieś dane wyświetlane na ekranie trzymanego w dłoni tableta. Jego oczy odrywały się co kilkanaście sekund od urządzenia wędrując za przednie i boczne okna Archera jakby wredny gnojek co rusz sprawdzał kompetencje Shawna i jego orientację w terenie.

                                Frog poprowadził stary, ale zadbany wóz Gupty przez Buran Street, obok megabloku 10 i zamkniętej kilka miesięcy temu z powodu cięcia kosztów komendy NCPD w Little China. W nieskazitelnie czystym wnętrzu Archera unosił się dziwny zapach, będący mieszaniną woni kadzidła, orientalnej wody do golenia i hinduskiego żarcia, intensywny, ale bynajmniej nie uciążliwy. Silnik pracował równą nutą, a jego obroty skakały posłusznie pod nogą Camary.

                                Uspokojony stanem obcego mu pojazdu, Shawn zaczął dyskretnie wypatrywać obecności uporczywego intruza. W ulicznym tłoku Little China, z ludźmi łażącymi pomiędzy wlekącymi się w korkach samochodami, Columbus jakoś zdołał się Frogowi ukryć, ale na moście Farrisa Camara dostrzegł go w końcu pięć wozów w tyle i na sąsiednim pasie, niemal idealnie ukrytego za naczepą sześciokołowej chłodziarki. Zerkając w tylne lusterko przybliżył maksymalnie obraz rejestrowany przez swoje Kiroshi wykonując przy okazji kilka zdjęć.

                                Tak, miał w tej kwestii stuprocentową pewność. Grafitowy Villefort Columbus stojący od kilku dni wieczorową porą opodal sklepu Shawna.

                                - Proszę pana, czy jedzie z nami dodatkowa ochrona? - zapytał poprawiając się w fotelu i spoglądając w tylne lusterko w poszukiwaniu oczu Raviego Gupty - Ktoś nas ubezpiecza?

                                Wyrwany z lektury zawartości tableta asystent wyjrzał odruchowo za szybę mierząc wzrokiem monumentalną ścianę City Center wznoszącą się na przeciwnym brzegu kanału.

                                - O co chodzi? - zapytał, kiedy dotarł do niego sens usłyszanego pytania, obracając się jednocześnie na siedzeniu i wyglądając przez tylną szybę za Archera. Singh Gupta wciąż pozostawał ukryty za oparciem fotela Camary, ale Shaw wyczuł jego zaskoczone poruszenie.

                                - Grafitowy furgon, Villefort Columbus, mocno przechodzony - wyjaśnił ochroniarz - Jedzie za nami od sklepu, bardzo dyskretnie, daleko z tyłu, ale cały czas w polu widzenia.

                                Singh Gupta zaczął coś mówić podniesionym głosem do swojego krewniaka, ewidentnie go rugając. Poczerwieniały Ravi pokiwał w odpowiedzi gorączkowo głową, a jego brązowe oczy mignęły na moment rubinową poświatą.

                                - Skąd wiesz, że nas śledzi? - zapytał asystent oglądając się znowu do tyłu - Może przypadkiem jedzie w tę samą stronę?

                                - Objechałem dziesiątkę z niewłaściwej strony, od placu Wilsona - odparł ze stoickim spokojem Shawn - Gdyby to był przypadek, pojechałby drugą stroną, miałby krótszy dystans do mostu. Nadłożył drogi jak ja, bo uwiesił się naszego zderzaka.

                                Camara urwał na chwilę, bo furgon zniknął mu wśród pojazdów zmieniających pasy w kierunku zjazdu na bulwar. Ale nie, sekundę później włączone w trybie ciągłego nagrywania Kiroshi dostrzegło wystający zza innego pojazdu bok Columbusa.

                                - Życzy pan sobie z nimi porozmawiać? - spytał spoglądając w ciemną czeluść ulicy Farrisa biegnącą na wprost przez kompleks pierwszych wieżowców City Center - Jak zjadę w Union, mogę od razu skręcić w pierwszy dojazd do bulwaru, tam jest mnóstwo miejsca, żeby się zatrzymać. Albo mogę ich zgubić, jeśli pan sobie życzy.

                                Obaj Hindusi wdali się w krótką dyskusję, w której pan Singh pokrzykiwał, a Ravi niemalże skamlał pieszcząc słuch Shawna piskliwym tonem rozpaczliwych odpowiedzi.

                                - Jedź prosto pod podany adres - oznajmił w końcu asystent - Jeśli masz rację, w centrum roi się od policji, tam nikt się nie odważy niczego zrobić. Zawieź nas na róg Union i Alexander Street, tam dostaniesz następne instrukcje.

                                - Tak jest, proszę pana - odpowiedział uprzejmym głosem Frog, prawą rękę zdejmując z kierownicy i dyskretnie odpinając pasek noszonej na biodrze kabury. Obudzona dotykiem palca broń połączyła się z transmiterem oka, wyświetliła ikonę gotowości w rogu HUDa.

                                Shawn Camara był przezornym człowiekiem, a przezorność codziennie ratowała w Night City czyjeś życie.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • KetharianK Niedostępny
                                  KetharianK Niedostępny
                                  Ketharian
                                  Obsługa Moderator
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #21

                                  Zaplecze magazynowe All Foods w Northside, wczesny wieczór 14.07.77

                                  Leon jak zwykle próbował grać chojraka, ale HiFi zauważył, że jego niespokojne ostrzeżenia nieco kompana poruszyły. Mamrocząc coś pod nosem Avrille zaszczękał kontrolnie zamkiem swojego polakierowanego na czerwono Lexingtona, a potem podciągnął rękaw kurtki odsłaniając lewe przedramię i wszyty w jego skórę panel sterujący biomonitorem. HiFi zapatrzył się na chwilę na stare blizny po samookaleczeniach znaczące ręce Leona - poruszające się niczym żywe istoty, kiedy Avrille wykręcił lewy nadgarstek napinając mięśnie i ustawiając biomonitor w pozycji umożliwiającej sprawne programowanie urządzenia dotykiem jednego palca.

                                  HiFi wiedział, że Leon nosi pod skórą wtrysk syntetycznej adrenaliny, wszyty pod jedną z pach i podpięty bezprzewodowo do biomonitora, gotowy do uruchomienia w chwili krytycznej potrzeby. Wiedział o jego istnieniu od dnia, w którym poprzedni zasobnik pękł bez ostrzeżenia w kantynie zakładu wywołując u Leona katastrofalny skok ciśnienia tętniczego i migotanie przedsionków serca, czego gość omal nie przypłacił życiem.

                                  Dwa lata spłacał rachunek z Trauma Team śpiąc w miasteczku namiotowym na placu Wilsona i żywiąc się przeterminowaną sojową pastą wyciąganą z automatów All Foods do utylizacji, ale kiedy już stanął na nogi, wymienił tani zawodny wszczep z Pacific Rim na dużo lepszego odpowiednika ze stajni Biodyne.

                                  Jego uzależnienie od adrenaliny było zbyt silne, by zrezygnował z osobistego dopalacza nawet po doświadczeniu klinicznej śmierci.

                                  - Nie przesadzaj, stary, bo się zaczynam bać - rzucił pozornie rozluźnionym tonem - Krety śmierdzą, ale jeszcze nigdy mnie na niczym nie wyruchali. Towar jest zawsze na czas, a jak sprzedają przedwojenne rupiecie, wszystko sprawdzają miernikami Geigera, żeby było czyste. Musisz ich szanować, wtedy wszystko idzie gładko.

                                  HiFi nic nie odpowiedział, okrążył w zamian kilka razy dla uspokojenia zardzewiałą starą beczkę po kakaowym nadzieniu do proteinowych tubek Orgiastica, teraz pełną po brzegi cuchnącej chemikaliami deszczówki. Gdzieś za murem posesji rozległ się nierówny warkot spalinowego silnika, który po chwili zgasł zastąpiony trzaskiem drzwi. Technik obejrzał się niespokojnie w tamtym kierunku, ale prawie trzymetrowa żelbetonowa zapora nie ziała nigdzie żadną dziurą, przez którą jacyś intruzi mogliby przeleźć z sąsiedniej ulicy na teren magazynów.

                                  Chyba, że mieli drabinę. Albo linki z hakami. Albo teleskopowe nogi z podrasowanym mechanizmem skocznym. Potok niespokojnym myśli ponownie zalał umysł młodzieńca ciągiem obrazów, w których świry z Maelstromu walczyły o lepsze z Kosiarzami i Brzytwami Dnia Ostatniego.

                                  A potem przestworza nad Northside wypełnił przeciągły grzmot, początkowo ledwie słyszalny, ale potężniejący z każdą sekundą, w pewnej chwili zdolny przytłumić na chwilę nawet niekończący się nigdy hałas metropolii. HiFi i Leon podnieśli głowy spoglądając w stronę zachodu, w kierunku odległych o wiele przecznic brudnych wód zatoki Del Coronado.

                                  Obły kształt wznosił się ku niebu na płomienistym ogonie i wielkiej wstędze gęstego dymu, walcząc zaciekle z ziemską grawitacją w drodze ku orbicie planety. Huk wahadłowca osiągnął na ułamek chwili apogeum, po czym zaczął cichnąć, lecz płomienisty spektakl trwał jeszcze przez kilka minut wykreślając na niebie trajektorię lotu rakiety.

                                  Wysłannik Samuela stanął w drzwiach magazynu, lecz tym razem nie był sam. Towarzyszyła mu niemłoda kobieta, równie bladoskóra i zaniedbana, co pierwszy obdartus. I równie mało przyjazna, kiedy spojrzało jej się w oczy.

                                  Oboje trzymali w rękach jakieś pudła, które postawili z kwaśnymi minami na pobliskiej pryzmie przegniłych palet.

                                  - Tu macie próbki do obejrzenia, ale niczego jeszcze nie zabieracie - oznajmiła chrapliwym głosem kobieta, ukazując zatrwożonym oczom HiFi niemal kompletnie bezzębne dziąsła. Technik oderwał od niej spłoszony wzrok, w duchu modląc się o to, aby kąpany w gorącej wodzie Leon pamiętał o szacunku do Kretów i nie palnął przypadkiem pod adresem Krecicy jakiegoś rubasznego żartu o seksie oralnym.

                                  Starając się ukryć zdenerwowanie otworzył większe z pudeł i wciągnął głęboki oddech, w jednej chwili zapominając o mrożącym krew w żyłach wyobrażeniu Krecicy gmerającej lubieżnie przy jego rozporku.

                                  - To jest… wzmacniacz lampowy McIntosha? - roziskrzony wzrok HiFi padł na zawartość pudła - MC 275, szósta generacja? Ale tutaj nie ma połowy elementów! Jest w połowie wybebeszony! To jest kurwa świętokradztwo!

                                  - Mamy wszystkie części, nie drzyj japy - powiedział oberwaniec - Zawsze coś wyciągamy z próbki, żeby nam ktoś nie zajebał z zaskoczenia wartościowego towaru. Już takich paru było, ale zapomnieli, że w każdym domu jest piwnica, a do każdej piwnicy da się dostać od spodu. Ale Samuel mówi, lepiej zapobiegać niż później ćwiartować. Dostaniesz tego MacIntosha i jeszcze jako premię to.

                                  Kobieta otworzyła swoje pudło ukazując oczom HiFi kilka etui z winylowymi płytami. Każde z nich zdobiła bez wątpienia ta sama męska twarz, podstarzała i mocno sterana życiem, różniąca się jednak w kilku przypadkach ważnymi detalami. Na jednej okładce artysta był biały, na innej miał orientalnie skośne oczy, na jeszcze innej ciemną karnację i negroidalne rysy twarzy - jakby projektanci okładek dopasowywali jego wygląd na potrzeby rynku docelowego.

                                  - To bardzo znany europejski muzyk sprzed pół wieku, jego płyty to prawdziwy biały kruk - oznajmiła kobieta - Niejeden by zabił za to pudełko.

                                  - Samuel kazał przekazać, że chce za ten wzmacniacz dziesięć strzelb i dziesięć paczek amunicji i pięć smartgogli z termowizją - dodał towarzysz Krecicy dłubiąc przy tym ostentacyjnie w nosie.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • NanatarN Niedostępny
                                    NanatarN Niedostępny
                                    Nanatar
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #22

                                    text alternatywny

                                    Sklep „Esoterica” w Little China, wczesny wieczór 14.07.77

                                    Brazil przytrzymała dłonie Misty zmieniając pozycję na stołku i przechylając się w jej stronę.

                                    - Jeśli mamy porozmawiać na poważnie, potrzeba mi trochę więcej dyskrecji - powiedziała ściszonym głosem - Magistrat nie jest aż tak wielkim problemem, jeśli gadamy o karcie tymczasowego pobytu, ale są jeszcze właściciele tej laski. Tygersi trzęsą tym miastem i nie będą zadowoleni jak im się urwie sztuka z inwentarza, nawet tylko jedna. Jak długo ci kolesie jeszcze będą medytować?

                                    Misty zerknęła w kierunku leżących w fotelach klientów, skontrolowała wyświetlacze liczników nad ich głowami.

                                    - Wyjdą za kwadrans, wtedy zamknę sklep - zaproponowała - Chcesz coś zjeść? Mam pudełko tofu w mikrofalówce, zjemy razem.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • WilczyW Niedostępny
                                      WilczyW Niedostępny
                                      Wilczy
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #23

                                      Warsztat samochodowy, wczesny wieczór 14.07.77

                                      Dingo zalała fala emocji, którą trudno mu było opanować. Nie wiedział co zrobić z rękami, więc skrzyżował je pod pachami i zaczął nerwowo bujać się z nogi na nogę, słuchając słów Isaaca. Dopiero docierało do niego ich znaczenie. Liz była od roku w miejskiej dżungli Night City. Sama, jeśli nie liczyć Cassy i najpewniej bezimiennego tłumu anonimowych znajomych. W tym mieście trudno być samotny wilkiem, ale za to z łatwością przychodzi samotność w tłumie - wiedział o tym aż za dobrze.

                                      Po rozczarowaniu, że nie dała mu znać, przyszedł gniew. Na Isaaca i na "rodzinę" w karawanie. Ładna to rodzina, która z jednej strony jest razem przeciw światu, a z drugiej wystarczy zrobić coś, co chociaż trochę odstaje od ich wizji i...

                                      Houston pokręcił głową. Nie czas teraz na rozważania, które - ostatecznie, jak zwykle - doprowadzą go do poczucia winy i zastanawiania się, czy pozostając w karawanie, razem z Liz, życie nie potoczyłoby się inaczej, lepiej.

                                      - Masz jaja, Isaac - powiedział z przekąsem Dawn - Nie wiem gdzie ona jest. Cholera, pięć minut temu nie wiedziałem, że jest w mieście. I w ogóle co to za jedna, ta Elliot? Chyba nie jest od was... - dodał mając na myśli rodzinę Connorów.

                                      Zaczął chodzić po warsztacie, wpychając ręce do kieszeni spodni i rzucając niespokojnym wzrokiem to na Isaaca, to na jego towarzysza.

                                      - Mój instynkt mówi mi... - podjął, patrząc pod nogi - ... że chcesz mojej pomocy w odnalezieniu jej. Zakładam, że numer, z którego przychodziły wiadomości nie odpowiada. A skoro przyszedłeś do mnie teraz... to pewnie wykorzystałeś już inne opcje? Nie winię cię, sam pewnie też nie chciałbym ze sobą gadać na twoim miejscu

                                      Dingo wzruszył ramionami, przystając w miejscu i w końcu spoglądając na Connora.

                                      - Poszukam jej - powiedział po prostu - Choćby dlatego, że takie lakoniczne wiadomości, takie... palenie za sobą mostów... to do niej niepodobne.

                                      Nie dodał, że to mogło oznaczać, że dziewczynie coś się stało. Nie musiał. W końcu byli w NC. Liz potrafiła sobie radzić, ale w mieście były dużo grubsze ryby niż nomadzkie płotki. A skoro o nomadach mowa...

                                      - Kim jest twój kumpel? - powiedział do Isaaca, wskazując brodą na drugiego człowieka, tego który wymachiwał wcześniej bronią, po czym zwrócił się do niego - Jesteś Wężem?

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • GladinG Niedostępny
                                        GladinG Niedostępny
                                        Gladin
                                        napisał ostatnio edytowany przez Gladin
                                        #24
                                        Awatar HiFi Zaplecze magazynowe All Foods w Northside, wczesny wieczór 14.07.77

                                        HiFi otrzeźwiał w jednej chwili z radości, gdy Krety podały swoje oczekiwania finansowe.

                                        - Samuel nie uszkodził sobie czegoś jeszcze, niż tylko nogi? - żachnął się. - 10 strzelb z amunicją, to będzie pięć patyków! Do tego półtora za gogle! To razem... sześć i pół kafla!

                                        - No i kurwa, wyciągnęliście coś... a ja potem będę musiał sprawdzać, czy jest dobrze złożone. Jak dacie źle lut, to przepływy pójdą w pizdu i sprzęt nie będzie trzymał parametrów! A jak szóstą generację robili to już nie było to tak idiotoodporne! Na trzeciej, ho! To można było sobie lutować... ja pierdolę - poskrobał się po głowie.

                                        - I za ile ja to pchnę dalej? Sześć? Sześć i pół? Po kosztach? A kasę na sprzęt muszę skombinować, bo w kieszeni takiej kurwa nie noszę! Co w tym dla nas za biznes!?

                                        - Dobra... - ochłonął nieco. - Dajcie mi tego wybebeszonego Macintosha jako zaliczkę. Bez brakujących części to i tak jest złom. Muszę mieć co pokazać klientom, że coś mam, żeby jakiś kredyt mi dali, nie? - tłumaczył.

                                        - Potrzebuję tygodnia na zorganizowanie... - zaczął głośno myśleć, chodząc w kółko.

                                        - Osiem strzelb, amunicja i bez smartgogli - przeszedł do negocjacji, zerkając na Leona, by ten udzielił wsparcia.

                                        Nie był w te klocki dobry, ale na tyle długo już żył na tym świecie, że wiedział, że trzeba zacząć od tego, że gardło-sobie-podrzynam. Nie mówił tym łazęgom, że pewnie uda się za to wyciągnąć 10 klocków. Nie po to przez lata budował sobie na dzielni renomę najlepszego speca od retro sprzętu audio, żeby teraz na tym nie zarabiać. Nie miał pojęcia, skąd weźmie kasę na broń i gogle (bo liczył się z tym, że jednak te gogle trzeba będzie dorzucić). Jeżeli Krętacze mają resztę oryginalnych części... powinno dać radę. Kurwa.

                                        Nawet nie musiał specjalnie udawać, że jest oburzony ich żądaniami. Pytanie „skąd tu wziąć taką kasę?” musiało malować się żałością i bólem egzystencjalnym na jego twarzy tak, jakby właśnie dostał zatwardzenia.

                                        Wiedział, że potrzebują tej broni na już. Że są przyparci do muru. Że nie mogą czekać tygodnia. Wiedział to i planował wykorzystać to w całości. Nie znajdą w tak krótkim czasie innego kupca, a jeżeli znajdą, to nie da im nawet połowy tego, co wytargują u niego. Oni to też wiedzieli. Dlatego zaczęli z wysokiej półki. Musieli tak zacząć, żeby było z czego schodzić. Zobaczymy, jak bardzo im zależy...


                                        Sesja Karak Varn

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • NanatarN Niedostępny
                                          NanatarN Niedostępny
                                          Nanatar
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #25

                                          Sklep „Esoterica” w Little China, wczesny wieczór 14.07.77

                                          Zjemy razem zabrzmiało jak głos boga, wystarczyłoby samo zjemy, żeby Brazil zamachała uszami jak zwierzątko. Mogła próbować nie okazywać entuzjazmu, ale marna by to była gra. Lepiej było zgrywać głupią. - Tofu, uwielbiam tofu - zaklaskała jak foczka. W gruncie rzeczy nie przepadała za tofu, które nie miało swojego smaku i żerowało na smakach obcych. Tofu żerowało i żerowała Brazil, kradła, podjadała kolegom, fałszowała kupony do Żabki i Pixie. Tego dnia jadła tylko śniadanie, które zostało po jej chłopakach, tak, że Tofu wydawało się ucztą. Jeszcze kilka tygodni zaciskania pasa i zrobiłaby włam do magistratu za rollera z fasolą.

                                          Ruszając z miejsca za Misty obejrzała się w lustrze, czy bardzo jej cycki i pupa opadły przez tę głodówkę. Switch musiał zauważyć, westchnęła, jak nie zauważył to go rzuci, uznała. Brazil nie była typem, który potrzebuje głodówek żeby trzymać talię i płaski brzuch, wręcz przeciwnie, nadaktywna, impulsywna, wiecznie w ruchu mogła i lubiła jeść, miała wtedy trochę większe puchy na buzi, a siedzenie i piersi wyglądały na odżywione i zdrowe. Tak się jednak stało, że dwa miesiące temu znalazła doskonałą biżuterię powystawową i teraz ją odpokutowywała. Brazil była spłukana do dna, kompletnie bez kasy. Została jej dycha i pięć kuponów do Żabki. Nie zamierzała ich trwonić mając w zasięgu tofu.

                                          - Z sosem sojowym, ja pierdolę znakomite. - mówiła z pełnymi ustami.

                                          Kiedy tylko zaspokoiła pierwszy głód, a przy skurczonym żołądku i apetycie Artemidy stało się to prędko, znów wróciły atawizmy paranoi i przezorności, uwagi skupionej na potencjalnym zagrożeniu. Z delikatnością, ale i konsekwencją unikała kontaktu dotykowego z Olszewską.

                                          Głód odszedł jak wujek z nowotowrem, a hakerka wróciła myślami do zlecenia. Choć jej było niecierpliwie nie puściła pary z buzi nim klienci nie wyszli, a elektroniczny zamek nie zatrzasną drzwi trzema grubymi sztabami metalu. Wtedy jeszcze chwilę przeszukała pomieszczenie dezaktywując wszystkie systemy elektronicznego zapisu.

                                          Skinęła na Misty i podeszła do jednego z terminali, siadła przy nim okrakiem, na pufce przed sobą ułożyła deck i przygotowała pierzastego węża do lotu.

                                          - Kochana - zaczęła z siostrzaną troską - nie chcę nawet podejrzewać dlaczego ona i jak chcesz ją wywieźć. I nie waż mi się mówić gdzie. Jeśli sprawa ma się udać musisz w szybkim czasie po zamianie danych wyrobić jej ID. Pozostaje sprawa chipa, sprawdzę to dla ciebie. Jego dezaktywacja może od razu uruchomić alarm. Na początek sprawdzimy sobie Tygersów i ten klub. - zagryzła mocno dolną wargę, jak zawsze kiedy denerwowała się, a starała zachować profesjonalizm - Dobra: Jaka masz wiedzę na temat tego co jest zapisywane na ID w bazie. Przecież tam muszą być daty wciągnięcia do systemu, jakieś dane o szkołach, kursach, zatrudnieniu, zasiłkach, wszczepach. To wszystko trzeba wiarygodnie uzupełnić. Będę też zapewne potrzebowała danych bimetrycznych tej kobiety. Listę dostarczę wkrótce. - Odpaliła deck, chciwe niewidzialne macki Pierzastego Węża poczęły przejmować systemy jednego z terminali. - Najważniejsze: Ile twoim zdaniem mamy czasu? Bo nie wejdę do magistratu bez przygotowania.


                                          Hakerka podpięła elektrody i po cichutku powędrowała przez orientalny bar do miejscowej Żabki, Brazil wtopiła się w kod naśladując jego strukturę. Żabki miały i tak otwarte terminale, nikt nie zwróci uwagi na większy przesył danych. Hakerka z szybkością mięsa sortowanego protezą przeszukiwała nie tylko oficjalne doniesienia, ale wszystko co było dostępne na wiszących w kosmosie dyskach o Tygersach i ich powiązaniach z Jotaro Shobo i jego klubach w Kabuki. Zaraz potem, wyczuwając dobra formę i słabe zabezpieczenia lokali, które same wolały być transparentne, Brazil przełączyła się na konkurencyjne do Żabki Pixie, gdzie łącze było szybsze, wolno było palić, a w porcji było więcej opakowania niż żarcia. Stąd sprawdziła jak powinny wyglądać dokumenty, jakie są procedury, jaka dokładność, jakie terminy. Była tam, a jej nie było.

                                          Kiedy odpinała nonotrody, zauważyła, że Misty masuje jej kark. To było zdecydowane przekroczenie granic, które sobie Brazil postawiła, ale tak dobre i potrzebne, że pozwoliła trwać chwili. Misty ją nakarmiła i rozluźniała stres, brakowało tylko, żeby jeszcze wycałowała jej cipkę. Nadmiar dobrobytu niebezpieczny, obudził zwierzątko, czujne, podejrzliwe.

                                          - Dzięki. Zrobię rozeznanie i wpadnę za dwa dni. Wyłącz na czas mojej wizyty zapis z kamer, albo sama to wytnę. Potrzebuję jeszcze zaliczki, może będę musiała kupić robaka, sama tak szybko nie napiszę, opłacić pisarzy kartotek i takie tam. Nie wiem ile to dla ciebie warte, ale mam nadzieję, że wiesz co robisz. Nie chciałabym stracić przyjaciółki. No i rozumiem, że Jackie wie o sprawie. Bo zamierzam wciągnąć w to Raze. - zmrużyła oczka

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          1
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy