Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
красота требует жертв
-

— Co tu rozumieć? — Michaił wzruszył ciężko ramionami. — Gospodin posłali po mnie, zabrali. Na wóz wsadzili, przywieźli.
Machnął ręką gdzieś w bok, jakby to była sprawa tak zwyczajna, że aż nie warta większej uwagi.
— Teraz mnie kazali z tobą gadać. Wydłubać, co wiedzieć chcą. A ty… — spojrzał na nią uważniej — …ty tu zdechniesz, jeśli nic nie powiesz. Jak powiesz może i też zdechniesz, tyle że szybciej. Mniej boleśnie. Ot i cała mądrość.
Zamilkł na chwilę. W jego spojrzeniu nie było okrucieństwa — tylko zmęczenie i coś na kształt ciężkiej, niewygodnej uczciwości.
Sięgnął po pieczyste, odłamał kawał i wsadził do ust. Przeżuwał powoli, nie spuszczając z niej wzroku.
— Nie jesz? — mruknął w końcu, już mniej wyraźnie.
Popił z flaszki, ostrożnie, skrzywił się lekko, ale zaraz kiwnął głową z uznaniem.
— Dobre. Powinnaś spróbować.
Otarł usta wierzchem dłoni i oparł łokcie o kolana, pochylając się ku niej odrobinę.
— Mnie nada wracać do domu. — powiedział ciszej. — A ty tu siedzisz i się upierasz…
Pokręcił głową, jakby naprawdę nie rozumiał.
— Po co? Myślisz, że kogoś to obejdzie? Że ktoś po ciebie przyjdzie?
Krótka pauza.
— Lepiej powiedz, co chcą usłyszeć. Szybciej się skończy. Dla mnie… i dla ciebie.
-
Lekkie skrzywienie przecięło usta białogłowy, jakiej zmrużone oczy wyrażały jakieś ironiczne rozbawienie.
- Rozumiem. Rozumiem. - oparła się plecami o ścianę - Ale czy ty rozumiesz? - przymrużyła oczy jakby chcąc tak lepiej dojrzeć odpowiedź na jakieś pytanie, jakiej próbowała odnaleźć w przyszłym oprawcy - Chyba nie... ale może?
W nerwowym ruchu zaczęła drapać dłoń jakiej palce wyginała. -

— Co tu rozumieć…
Podrapał się po czerepie, pazury zaskrobały o skórę. Samogon zaczynał przyjemnie szumieć — ciepło rozlewało się po karku, luzowało mięśnie. Napięcie puściło. Za szybko.
Odsunął butelkę z ciężkim westchnieniem. Spojrzał na nią tęsknie.
Jeszcze wrócę. Po robocie.— Co tu… rozumieć — powtórzył ciszej.
Zmarszczył brwi.
Już to mówił.
Już tu siedział.
Ten stół. Ta cela. Ta dziewucha.Było.
Coś zaskrobało pod czaszką. Jak pazur od środka. Jakby myśl próbowała się przebić, ale nie mogła.
Potrząsnął łbem, jak koń odganiający muchy.
— Tfu…
Sięgnął po kawał tłustego mięsa. Palce śliskie od tłuszczu. Aromat wkręcał się w nozdrza.
— Dlaczego jesteś taka… uparta?
Wepchnął mięso w usta i żuł, nie odrywając od niej wzroku.
-
Kobieta spojrzała głęboko w oczy Michaiłowi utrzymując milczenie przez dłuższy czas. Badając go? Oceniając.
- Więc nie rozumiesz... Z czyjej miski jesz. A może w ogóle nie jesz, a tylko się jak dureń patrzysz w żarcie. A może... nawet nie wiesz, jeszcze co przed tobą jest.Niewielka wsza schowała się między włosami kobiety.
-

Skołowaciała — przemknęło przez głowę kowalowi. — Ktoś ją przez łeb za mocno trzepnął i zdurniała… albo strach jej w głowie wszystko pomieszał.
— Coś mi się widzi, że na durno ja się starał, żeby ciebie od ściany odpiąć…
Władimirowicz powiedział to z ciężkim, szczerym smutkiem. Nie udawanym. Dziewucha zdawała się nie pojmować, jaki koniec ją czeka. A jeśli jej się w głowie poprzewracało — to i robota z nią będzie jak z krzywym żelazem. Niby jest, ale kuć nie ma jak.
Skrzywił się.
— Nie ty mnie — warknął nagle — lecz ja ciebie mam tu indagować!
Irytacja podeszła pod skórę. Za szybko. Za łatwo.
Źle. To idzie źle.— Nie pojmujesz, głupia — ciągnął już niżej, twardziej — że przez twój upór nie tylko ty zginiesz? W mękach. Długo.
Pochylił się lekko nad stołem.
— Ale i mnie wciągniesz za sobą.
Krótka pauza.
— A ja mam do czego wracać.
Spojrzenie mu stężało.
— Mam Nadiejkę. Niebogą. Ona beze mnie...
Uderzył dłonią w stół, zabijając niewypowiedzianą myśl jak muchę. Wyprostował się powoli.
— I nie będę patrzył, jak przez twoje milczenie ktoś mi ją na szwank naraża.
Dłonie zacisnęły się na blacie.
— Więc zacznij gadać.
W ostatnim zdaniu zawrzeć miał groźbę, lecz głos mu się załamał, podły zdrajca, i zabrzmiała jak prośba.
-
Kobieta jedynie patrzyła na kowala dłuższą chwilę nim w końcu odbiła się dłońmi od ściany na jakiej się wspierała, aby w ten sposób przysunąć się ku Michaiłowi i wyciągając ku niemu szyję odezwać się głosem zawierającym w sobie ociupkę wyzwania.
- Nie. I co teraz? -

Skołowaciała.
— Dlaczego?Zmarszczył brwi. Nie składało mu się to w całość.
— No, poczemu ty taka durna…
Umysł kowala nie nadążał. Kręcił się w kółko, jak pies na łańcuchu.
Nie pojmował, czemu baba tak uparcie milczy.Nie ze strachu. Nie z bólu.
To było gorsze.
— Nie rozumiem — mruknął już ciszej, bardziej do siebie niż do niej.
-
- Co ci zaoferowali? - zapytała nagle - Czy zagrozili?
-

— Zaoferowali? Zagrozili? — Michaił spojrzał na nią jak na niespełna rozumu. — Dobrodiej każe, człowiek czyni. Tak to idzie.
Wstał. Ława zaskrzypiała.Machnął ręką.
— Nie chcesz gadać… trudno.
Westchnął. Długo. Nie z gniewu. Smutno.
— Zapamiętaj jedno.
Odwrócił się jeszcze na moment.
— Chciałem ci pomóc.
Pauza.
— Sama nie chciałaś.
-
Niespodziewanie powietrze przecięło pytanie, jakiego Michaił by się pewnie nie spodziewał, a wychodzące od dziewuchy, jaka szła w zaparte mając przed sobą malujące się zagrożenie bólu i cierpienia.
- Czemu ta Nadiejka jest tak bardzo nieboga dla ciebie?