красота требует жертв
-
Vsevolod bez słowa opuścił pomieszczenie, a za nim posłusznie Dragos. Dziewczyna była w pewien sposób zdziwiona, ale nie bardzo, jakby się wszystkiego spodziewała. Jakby pobyt tutaj ją nauczył oczekiwania każdej możliwości.
Niczym czujne zwierzę nie drgnęła pierwsza. Obserwowała. Analizowała Michaiła, jaki był nieznanym jej elementem. Nim zadziała musiała wiedzieć z czym się mierzy.
Wciąż czujna.
Wciąż ostrożna.Ale nie pchłochliwa jak zając czy sarna.
Czujna jak dziki kot. Gotowy do ataku. -

— Jeśli ci chodzi po głowie mnie zabić albo grozić zabiciem — toś durak nad duraki. I znaczy, żem się w tobie pomylił.
Ułamał pętko kiełbasy grubymi palcami i wrzucił do ust. Żuł powoli, patrząc na nią spod ciężkich brwi. Potem kiwnął głową w stronę mięsiwa na stole i sięgnął po butelczynę.
— Częstuj się — mruknął. — Kto wie, ile ci życia zostało. Lepiej się chwilą nacieszyć.
Pełna flaszka miała przyjemny ciężar w dłoni. Prawdziwy. Zrozumiały. Odszpuntował ją krótkim ruchem.
Ostry zapach samogona uderzył w nozdrza.
Michaił skrzywił się lekko i pociągnął ostrożny łyk.
Ogień spłynął gardłem.
— Oj… — westchnął przez zęby. — Jak miło pali.
Pociągnął drugi raz, już pewniej.
— Oj, matuszko…
Odstawił butelkę na stół. Szkło stuknęło o drewno. Podsunął ją dziewczynie dwoma palcami.
— Będziemy się tu trochę poznawać — powiedział spokojniej. — Bliżej, niżbyś pewnie chciała.
Oparł się na zydlu, który jęknął pod jego ciężarem.
— Michaił — rzucił. — Michaił Władimirowicz Kuzniecjew.
Beknął krótko, bez skrępowania.
— A ty?
Chwilę patrzył, jakby ważył jej twarz, oczy, oddech.
— Jeśli myślisz, że stąd uciekniesz… — parsknął cicho — to muszę cię rozczarować.
Machnął ręką.
— Jeb twoju mat’... Bez urazy. — Pochylił się trochę bliżej stołu. — Co to za miejsce, hm?
-
Kobieta przypatrywała się Michaiłowi bez słowa. Możliwe trochę mniej spięta była aczkolwiek wciąż niczym zaszczute zwierzę. Nie chciała z nim rozmawiać, nie ufała mu. Nie tknęła jedzenia ni picia.
- Fałszywe gesty. Fałszywe słowa. - odezwała się w końcu - Kazali to mówisz. Pewnie sam nie rozumiesz, prawda?
Wzrok delikatnej więźniarki spoczął na kowalu, który wtedy zobaczył, że spojrzenie tej niewieściej istoty nosi w sobie więcej siły, niż widział u wielu.
-

— Co tu rozumieć? — Michaił wzruszył ciężko ramionami. — Gospodin posłali po mnie, zabrali. Na wóz wsadzili, przywieźli.
Machnął ręką gdzieś w bok, jakby to była sprawa tak zwyczajna, że aż nie warta większej uwagi.
— Teraz mnie kazali z tobą gadać. Wydłubać, co wiedzieć chcą. A ty… — spojrzał na nią uważniej — …ty tu zdechniesz, jeśli nic nie powiesz. Jak powiesz może i też zdechniesz, tyle że szybciej. Mniej boleśnie. Ot i cała mądrość.
Zamilkł na chwilę. W jego spojrzeniu nie było okrucieństwa — tylko zmęczenie i coś na kształt ciężkiej, niewygodnej uczciwości.
Sięgnął po pieczyste, odłamał kawał i wsadził do ust. Przeżuwał powoli, nie spuszczając z niej wzroku.
— Nie jesz? — mruknął w końcu, już mniej wyraźnie.
Popił z flaszki, ostrożnie, skrzywił się lekko, ale zaraz kiwnął głową z uznaniem.
— Dobre. Powinnaś spróbować.
Otarł usta wierzchem dłoni i oparł łokcie o kolana, pochylając się ku niej odrobinę.
— Mnie nada wracać do domu. — powiedział ciszej. — A ty tu siedzisz i się upierasz…
Pokręcił głową, jakby naprawdę nie rozumiał.
— Po co? Myślisz, że kogoś to obejdzie? Że ktoś po ciebie przyjdzie?
Krótka pauza.
— Lepiej powiedz, co chcą usłyszeć. Szybciej się skończy. Dla mnie… i dla ciebie.
-
Lekkie skrzywienie przecięło usta białogłowy, jakiej zmrużone oczy wyrażały jakieś ironiczne rozbawienie.
- Rozumiem. Rozumiem. - oparła się plecami o ścianę - Ale czy ty rozumiesz? - przymrużyła oczy jakby chcąc tak lepiej dojrzeć odpowiedź na jakieś pytanie, jakiej próbowała odnaleźć w przyszłym oprawcy - Chyba nie... ale może?
W nerwowym ruchu zaczęła drapać dłoń jakiej palce wyginała. -

— Co tu rozumieć…
Podrapał się po czerepie, pazury zaskrobały o skórę. Samogon zaczynał przyjemnie szumieć — ciepło rozlewało się po karku, luzowało mięśnie. Napięcie puściło. Za szybko.
Odsunął butelkę z ciężkim westchnieniem. Spojrzał na nią tęsknie.
Jeszcze wrócę. Po robocie.— Co tu… rozumieć — powtórzył ciszej.
Zmarszczył brwi.
Już to mówił.
Już tu siedział.
Ten stół. Ta cela. Ta dziewucha.Było.
Coś zaskrobało pod czaszką. Jak pazur od środka. Jakby myśl próbowała się przebić, ale nie mogła.
Potrząsnął łbem, jak koń odganiający muchy.
— Tfu…
Sięgnął po kawał tłustego mięsa. Palce śliskie od tłuszczu. Aromat wkręcał się w nozdrza.
— Dlaczego jesteś taka… uparta?
Wepchnął mięso w usta i żuł, nie odrywając od niej wzroku.
-
Kobieta spojrzała głęboko w oczy Michaiłowi utrzymując milczenie przez dłuższy czas. Badając go? Oceniając.
- Więc nie rozumiesz... Z czyjej miski jesz. A może w ogóle nie jesz, a tylko się jak dureń patrzysz w żarcie. A może... nawet nie wiesz, jeszcze co przed tobą jest.Niewielka wsza schowała się między włosami kobiety.
-

Skołowaciała — przemknęło przez głowę kowalowi. — Ktoś ją przez łeb za mocno trzepnął i zdurniała… albo strach jej w głowie wszystko pomieszał.
— Coś mi się widzi, że na durno ja się starał, żeby ciebie od ściany odpiąć…
Władimirowicz powiedział to z ciężkim, szczerym smutkiem. Nie udawanym. Dziewucha zdawała się nie pojmować, jaki koniec ją czeka. A jeśli jej się w głowie poprzewracało — to i robota z nią będzie jak z krzywym żelazem. Niby jest, ale kuć nie ma jak.
Skrzywił się.
— Nie ty mnie — warknął nagle — lecz ja ciebie mam tu indagować!
Irytacja podeszła pod skórę. Za szybko. Za łatwo.
Źle. To idzie źle.— Nie pojmujesz, głupia — ciągnął już niżej, twardziej — że przez twój upór nie tylko ty zginiesz? W mękach. Długo.
Pochylił się lekko nad stołem.
— Ale i mnie wciągniesz za sobą.
Krótka pauza.
— A ja mam do czego wracać.
Spojrzenie mu stężało.
— Mam Nadiejkę. Niebogą. Ona beze mnie...
Uderzył dłonią w stół, zabijając niewypowiedzianą myśl jak muchę. Wyprostował się powoli.
— I nie będę patrzył, jak przez twoje milczenie ktoś mi ją na szwank naraża.
Dłonie zacisnęły się na blacie.
— Więc zacznij gadać.
W ostatnim zdaniu zawrzeć miał groźbę, lecz głos mu się załamał, podły zdrajca, i zabrzmiała jak prośba.
-
Kobieta jedynie patrzyła na kowala dłuższą chwilę nim w końcu odbiła się dłońmi od ściany na jakiej się wspierała, aby w ten sposób przysunąć się ku Michaiłowi i wyciągając ku niemu szyję odezwać się głosem zawierającym w sobie ociupkę wyzwania.
- Nie. I co teraz? -

Skołowaciała.
— Dlaczego?Zmarszczył brwi. Nie składało mu się to w całość.
— No, poczemu ty taka durna…
Umysł kowala nie nadążał. Kręcił się w kółko, jak pies na łańcuchu.
Nie pojmował, czemu baba tak uparcie milczy.Nie ze strachu. Nie z bólu.
To było gorsze.
— Nie rozumiem — mruknął już ciszej, bardziej do siebie niż do niej.
-
- Co ci zaoferowali? - zapytała nagle - Czy zagrozili?
-

— Zaoferowali? Zagrozili? — Michaił spojrzał na nią jak na niespełna rozumu. — Dobrodiej każe, człowiek czyni. Tak to idzie.
Wstał. Ława zaskrzypiała.Machnął ręką.
— Nie chcesz gadać… trudno.
Westchnął. Długo. Nie z gniewu. Smutno.
— Zapamiętaj jedno.
Odwrócił się jeszcze na moment.
— Chciałem ci pomóc.
Pauza.
— Sama nie chciałaś.
-
Niespodziewanie powietrze przecięło pytanie, jakiego Michaił by się pewnie nie spodziewał, a wychodzące od dziewuchy, jaka szła w zaparte mając przed sobą malujące się zagrożenie bólu i cierpienia.
- Czemu ta Nadiejka jest tak bardzo nieboga dla ciebie? -

Zatrzymał się w pół kroku, w drodze po strażnika.
Jakby ktoś go chwycił za kark i cofnął.
Powoli odwrócił głowę. Nie od razu cały się obrócił. Najpierw spojrzenie. Ciężkie.
— Czemu…
Słowo zawisło. Obce. Durne. Nie na miejscu.
Zmarszczył brwi. Coś w nim się zacięło. Jak źle spasowane żelazo.
— Tobie co do tego? — warknął odruchowo, ostro.
Ale nie wyszedł.
Stał.
Przełknął ślinę. Gorzała jeszcze grzała żołądek.
— Nadiejka… — powtórzył ciszej.
Potarł kark.
— Bo jest moja.
Krótko. Twardo. Jak uderzenie młota.
Milczał chwilę.
— Bo bez niej… — urwał. Skrzywił się, jakby coś go ukuło pod żebrami. — Bez niej dom to tylko ściany. Bo ona moja. Tylko moja i ona jedna mi została.
Odetchnął ciężko.
— Bo nikt jej nie podniesie, jak upadnie. Nikt jej wody nie przyniesie. Nikt ognia nie rozpali.
Spojrzał na dziewczynę uważniej.
— A czemu pytasz?
Głos miał niższy.
— Co ty możesz o tym wiedzieć, a?
-
- Ale co się z nią stało? - naciskała dalej na odpowiedź - Narodziła się taka?
W kobiecie paradoksalnie nie było widać strachu. Może przekroczyła już jego granicę? Może poznała go tyle, że przestał on robić na niej wrażenie?
- Czemu sama się nie podniesie? -

I znowu deja vu.
To już było.
Albo dopiero będzie.Padło to pytanie… prawda?
Tylko z innych ust.Vsevolod.
— Narodziło się takie?
Tak powiedział.
Powiedział?
Nie.
Michaił zmarszczył brwi. Coś drapało od środka czaszki. Głębiej niż myśl. Jakby pazur szukał wyjścia, skrobał o kość.
Nie tak było.
Albo właśnie tak.— Narodziła się taka?
Teraz ona.
Czy… powtórzyła?
Czy on sobie dopowiedział?
Spojrzał na nią dziwnie. Za długo. Jakby chciał zobaczyć, czy jej usta poruszyły się naprawdę, czy tylko mu się zdawało.
Korytarz gdzieś za plecami zaszumiał. A może to w głowie.
Oni to wiedzą.
Albo chcą, żebym myślał, że wiedzą.Serce uderzyło mocniej.
— Czemu się tak interesujecie… — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej.
Zmowa.
Słowo przyszło samo. Ciężkie. Obce. A jednak pasowało za dobrze.
Cofnął się o pół kroku. Potem znów stał w miejscu. Nie był pewien, czy się ruszył.
— A co się, kurwa, czepiłaś… — wychrypiał w końcu.
Ale głos nie był pewny.
I przez krótką chwilę nie wiedział, czy odpowiedział jej… czy komuś, kto pytał wcześniej.
-
- Z ciekawości. Po prostu ciekawości. - odparła powoli obserwując rozmówcę jak dzikie zwierzę do jakiego trzeba podchodzić ostrożnie - Co cię skłoniło do posłuszeństwa im. Czy wystarczyło, że dostałeś człowiecze polecenie i jesteś po prostu oślepiony.
-

Michaił zesztywniał.
Coś drgnęło mu pod okiem.
— Z ciekawości? — powtórzył powoli, jakby smakował słowo i od razu chciał je wypluć. — Z ciekawości to ja ci zaraz brzuch rozpruję, dziewucho, żeby sprawdzić, co tam tak mądrze w środku gada.
Pół kroku do stołu. Pochylił się nad nim gwałtowniej, niż zamierzał. W oczach pociemniało. Z gniewu? W nozdrza uderzył mu zapach mięsa, samogona i wilgotnego kamienia.
— Ty myślisz, że to zabawa? — wychrypiał. — Że ja tu siedzę dla ciekawości?
Dłoń sama zacisnęła mu się na brzegu stołu. Twardo. Jeszcze chwila i zawoła Dragosa. Kazać ją znowu przypiąć do ściany. Do żelaza. Tam było prościej. Człowiek wiedział, gdzie stoi.
Już nawet nabrał powietrza.
I zawahał się.
Bo patrzyła.
Nie jak skazaniec. Nie jak ktoś złamany. Ostrożnie. Jakby naprawdę czegoś szukała pod jego skórą. Jakby nie pytała dla kpiny.
Durak.
Powinien skończyć tę rozmowę. Zawołać strażników. Oddać ją z powrotem pod łańcuchy i mieć święty spokój.
A jednak...
coś go uwierało.
Ta ciekawość. Durna. Nie na miejscu. Jak gwóźdź wbity pod paznokieć.
Michaił osunął się ciężko z powrotem na zydel. Potarł twarz dłonią.
— Oślepiony… — mruknął.
Parsknął krótko.
— Ty gadasz jak ktoś, kto nigdy głodu nie widział. Nigdy zimą drewna nie liczył. Nigdy nie patrzył, jak dziecko ci słabnie, bo nie ma czym pieca napalić.
Spojrzał na nią spode łba.
— Człowiek nie słucha dlatego, że chce. Człowiek słucha, bo świat go wcześniej nauczył, co się dzieje z tymi, co nie słuchają.
Znów zerknął ku drzwiom.
Jedno słowo.
Dragos wszedłby i przykuł ją do ściany.
Powinien to zrobić.
A mimo to dalej siedział.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się