[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
Warsztat samochodowy pod megablokiem 11, wczesny wieczór 14.07.77
Przez chwilę przyglądał się drzazdze z danymi zanim schował ją do kieszeni. Drobiazg, na którym były zapisane ludzkie życia i - pośrednio - eurodolary w kwocie, której dawno nie widział. Isaac mówił prawdę, Dingo nie śmierdział groszem. Wiedział jednak, że zapach pieniędzy potrafi przywabić większe drapieżniki.
Jakby sprowadzeni tą myślą pojawili się maelstromowcy. Houston obrzucił ich krótkim spojrzeniem i szybko ocenił sytuację. Próbował sobie przypomnieć, który to już raz w tym miesiącu te młode wilki wpadały na darmową naprawę i nie potrafił. Jednocześnie, nie chciał robić zadymy, kiedy Connor i Grzechotnik byli na miejscu. Z trzeciej strony - to nie był jego warsztat, tylko tu pracował, a przydałoby się mieć stałą robotę, żeby...
Zatrzymał się na tej myśli i pokręcił głową. Myślał jak człowiek z miasta, jak kanapowy piesek.
- Lepiej spadajcie - rzucił do nomadów - Dam znać jak coś znajdę.
Kiwnął głową Isaacowi i zwrócił się do boosterów.
- Idę, idę, tylko uprzedzam, że zaraz zamykamy - powiedział łapiąc i ciągnąc w ich stronę ciężki wózek, na którym stał moduł diagnostyczny starej generacji. Ostentacyjnie spojrzał na elektroniczny zegar wiszący nad szerokimi drzwiami do warsztatu - Spojrzę i sprawdzimy czy to coś do załatwienia na szybko, czy na wolno...
Poczuł wibrację smarthinga w kieszeni, ale zignorował to na razie. Pewnie HiFi znowu wysyła memy na wspólnym chacie, albo Brazil coś puściła...
- No, dawajcie tutaj tego rumaka - powiedział do łysego - Miejmy nadzieję, że to coś, co się da załatwić w dziesięć minut, a nie na przykład wymiana rozrządu, bo wtedy będziecie musieli ją tu zostawić i drałować piechty...
-

Kolejka NCART na trasie czerwonej, wczesny wieczór 14.07.77
Shawn patrzył przez chwilę na okno komunikatora bębniąc palcami po zimnej puszce. Switch miewał różnorakie pomysły. Generalnie typ był w porządku, ale czasem wydawało mu się, że jest cholera wie kim. Jakby bycie mało znaczącym nowicjuszem na ulicy było czymś podłym czy uwłaczającym. Sprawiał na Frogu wrażenie jednego z tych ambitnych co to chcieli zawojować świat. Fikać tym poukrywanym w szklanych twierdzach korpoludkom. Z podniesionym czołem wyrżnąć im krzemowym ostrzem wtórnego handlu informacją, drugą cipę na gębie. Bywały chwile, że mierziło to solosa, ale z drugiej strony Arta coś w nim widziała. A ta niunia, którą Camara znał jak zły szeląg, choć bywała pierdolnięta, to nie pukała się ze złamasami. Znaczy może i pukała, tego Shawn przecież nie wiedział. Ale nie kręciła z nimi na dłużej. Jak z fikserem.
Dopił do końca swojego Grzmota, ciepnął zgniecioną serwetkę po hot dogu do śmietnika i rozejrzał za zainstalowanym w ścianie Żabki puszkomatem. Chujstwo wyrzucało 2 eurocenty za puszkę. Jak tanio można dać się wytresować… Wała. Wrzucił pustą puszkę do sklepowego wózka pchanego przez zarośniętego i brudnego zbieracza złomu.
Stacja kolejki napowietrznej na Alexander Street znajdowała się sto metrów od skrzyżowania z Union, a kolejne składy odjeżdżały z niej w odstępach dziesięciu minut. Rozglądając się dyskretnie wokół siebie w poszukiwaniu grafitowego Villeforta Columbusa, Camara skręcił w kierunku bramek biletowych i usytuowanych za nimi ruchomych schodów, które wywoziły pasażerów na położony pięć pięter wyżej peron kolejki.
Skaner biletów odczytał kod kreskowy aplikacji, którą zhakowała dla całej paczki Brazil, otworzył bramkę wpuszczając ochroniarza na schody pnące się w górę tunelem poprowadzonym przez wnętrze lśniącego szkłem i metalem wieżowca. Inteligentne detektory broni od razu wychwyciły obecność pistoletu Shawna, drukarka przy wejściu na schody wypluła z siebie czworokąt metalizowanego czerwonego papieru, który Frog nakleił na ramię. Regulamin transportu miejskiego nakazywał czytelną identyfikację osób wnoszących do kolejki broń, aby inni pasażerowie byli świadomi hipotetycznego zagrożenia ze strony uzbrojonych ludzi - do tego właśnie służyły czerwone plastry z logo czarnego pistoletu.
Połowa ludzi na peronie miała identyczne plastry, toteż Shawn od razu poczuł na sobie czujne oczy współpasażerów. Niewielu użytkowników sieci NCART mogło sobie wyobrazić coś gorszego od strzelaniny w wagonie kolejki podwieszonej do szyny nośnej pięć pięter nad powierzchnią ulicy, ale Druga Poprawka pozostawała świętością nawet w mającym status wolnego państwa-miasta Night City. Pewnych konserwatywnych wartości zwyczajnie nie można było z amerykańskich serc i umysłów wykorzenić.
W końcu wjechał po schodach do pasażu razem z tłumem innych pasażerów i minąwszy korek do taśmociągu poszedł z buta. Sto metrów do przejścia, a ludzie i tak zamiast pójść normalnie odruchowo woleli gnieździć się na taśmie jak chomiki w tych plastikowych rurkach. Popolupo pełną gębą. A właściwie fajnie by było mieć chomika…
Już na peronie jego oczko padło ofiarą kilku conamolniejszych reklam przez to, że na chwilę odpalił Lśnienie by sprawdzić stan apki karty municypalnej - prezentu jaki im na walentynki sprawiła Brazil. Wiek, płeć, numer podatkowy… algorytm zaklasyfikował go na gumki, energetyki i klasyka Llama Comanche V. Pij więcej, rżnij więcej. Chętnie.
Mrugnięciem przescrollował clickbaity choć spodobał mu się tekst spod pukawki. “Masz problemy Shawn Camara z rozmową z ludźmi? Spróbuj Modelu V! Gdy on przemawia, ludzie słuchają.” I tak wolał swojego Streetmastera. Może nie był oryginalny Made in China, a zaledwie niemiecką podróbką, ale przynajmniej nie trzeba go było rejestrować. Poza tym czytał kiedyś art, że statystycznie w Night City najwięcej żniwa zbiera właśnie ta przaśna broń, a nie jakieś pedalskie, chromowane sześciostrzałowce do fleksowania się na dzielni.Oparł się o fasadę apartamentowca, do którego ściany dobudowano peron i zaczął gapić się na wielką płytę ekranu informacyjnego zawieszonego po przeciwnej stronie platformy. Hałas ulicznego zgiełku zelżał nieznacznie na tej wysokości, a przeważająca część pasażerów milczała słuchając czegoś przez wsadzone w uszy słuchawki, ale dźwięki wyświetlacza tonęły co chwila w jękliwym hałasie turbin przelatujących wyżej aerodyn.
W powietrzu wisiał silny zapach smogu wymieszany z kwaśną morską bryzą i ostrą wonią ozonu.
Ekran nastawiony był na kanał NT54, ale Shawn wstrzelił się prosto w pasmo reklamowe - ku swojej ogromnej uldze, szczerze już bowiem nie potrafił znieść informacji o najnowszych sondażach politycznych dla kandydatów walczących o stanowisko burmistrza NC albo o stopniu przygotowań do obchodów 53. rocznicy największego aktu terroru w historii Zachodniego Wybrzeża. Polityka generalnie Shawna mierziła, głównie dlatego, że niewiele z niej rozumiał, ale nawet ta niewiedza nie potrafiła go uchronić przed ciągłym bombardowaniem materiałami wyborczymi w dzień w w nocy na okrągło, w telewizji, sieci, Lśnieniu i w rozmowach na ulicach. Lucius Rhyne, na równi uwielbiany, co znienawidzony obecny burmistrz Night City oraz rywalizujący z nim radny Jefferson Peralez szli w sondażach łeb w łeb, co determinowało w szaleńczym wręcz stopniu ich komitety do jeszcze większego wysiłku na finiszu kampanii. Plakaty na ulicach, spoty reklamowe w TV, dziesiątki tysięcy botów SI spamujących w sieci i popleczników kandydatów napastujących ludzi na ulicach - wszystko to składało się na powtarzane co kilka lat szaleństwo, w którym musieli chcąc nie chcąc brać udział również zwyczajni mieszkańcy Night City.
Smarthing Froga ożył na chwilę krótką wibracją i w tej samej sekundzie w rogu wyświetlacza jego Kiroshi pojawiła się półprzeźroczysta projekcja wiadomości otrzymanej na telefonie.
Switch odpisał. Shawn wziął telefon do ręki, odpisał na pytanie fiksera dotykowo, pogrążył się w wymianie uwag i instrukcji rozważając jednocześnie w myślach prośbę kumpla.
Liczący cztery wagony skład kolejki wyślizgnął się zza narożnika pobliskiego wieżowca i wjechał na wiszącą wysoko w górze miasta stację. Camara oderwał wzrok od ściennego wyświetlacza, wyprostował się i zaczął czekać na dogodną sposobność, by wepchnąć się do pierwszego wagonu składu.
Dwie stacje. Nawykły do wypatrywania podejrzanych osób nie potrzebował dużo czasu by dostrzec ćpuna. Benzozjebowi ręce się trzęsły i dygotał, na co nikt nie zwracał uwagi. Frog też nie zamierzał. Strzelił natomiast okiem do chudej laski, która bez specjalnej wprawy rozglądała się, kogo dałoby się obrobić. Na Alexander wsiadało trochę urzędasów w garniaczkach z syntwełny, ale kradzież kieszonkowa już dawno odchodziła do lamusa. Wszystko co cenne i tak było pod skórą. Właśnie miała próbować szczęścia z jakimś czarnoskórym biznesmenem, gdy uchwyciła spojrzenie Camary. Cmoknął do niej i uśmiechnął się prostacko. W odpowiedzi otrzymał całkiem ładny uśmiech i faka. Night City.
Megablok 10tka, wczesny wieczór 14.07.77
Nadal było wcześnie gdy wchodził do megabloku. Zdąży wpaść na kwadrat. Na chwilę. Pusto na hajzie to i dobrze. Zrzucić krindżowy bezrękawnik Żabki i założyć swoją kurtkę. Zebrać szpadrynę i StreetMastera. Gotowe. Pod 877…
NoiseFeed:
Frog:
Czekam na kuriera.Tak jak przypuszczał, zeszło się jeszcze chwilę nim na korytarzu, na którym Shawn palił fajka pod dawno niedziałającym zraszaczem, pojawił się kurier z Wock’n’Shock. Switch dobrze wybrał z tą knajpą, bo kurierzy nie mieli uniformów. Koleś miał jakieś metr sześćdziesiąt i wyglądał na Puertoryka albo innego latynosa. Camara złapał go za ramię.
- Pod 877? - zapytał.
- Taaaa? - odparł niepewnie kurier zaskoczony zaczepką której spodziewał się raczej na dole w holu niż przy samych mieszkaniach. Na widok jednak ozdobionej licznymi siniakami mordki Camary, zaskoczenie szybko zmieniło się w obawę - Nie chcę kłopotów…
- Spoko. Przejmę żarcie.
- Ale…
- No mówię, że spoko. Jestem z 877 - po czym przejął siatkę od latynosa i zostawił go w korytarzu kierując się pod wskazany adres.
Stanął pod drzwiami i nacisnął dzwonek. W ostatniej chwili pośpiesznie zerwał z rękawa czerwoną plakietkę z kolejki i cisnął w kąt korytarza.
-

Siłownia „Fitness Shine” w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Brazil roześmiała się perliście na dźwięk sprośnej propozycji Basztara, rzuciła mokrym od potu ręcznikiem w stojącego obok Jeffa. Jej długie palce stukały zawzięcie w ekran smarthinga wprowadzając pierwsze komendy edycji do swojej rolki. Już wiedziała, że wyszło zajebiście, a mogła jeszcze podkręcić ten klimat dzięki dyskretnej pomocy SI. Linia sportowych ubrań Heresy miała całkiem spory budżet promocyjny i wiele influencerek już wyczuło łakomy kąsek próbując jak najszybciej złapać na haczyk bacznie obserwującego media społecznościowe sponsora.
Ilość nie przekładała się rzecz jasna na jakość. Niektóre konkurencyjne rolki wywoływały u Artemidy ataki szaleńczego śmiechu, inne pełen współczucia szloch; mało zaś które choćby sięgały artystycznego poziomu materiałów tworzonych przez nią samą. Większość była przesadnie przerotyzowana, w wulgarny sposób podkreślająca cielesność samych autorek. Brazil operowała erotyzmem w umiarkowany sposób, z właściwą sobie finezją i mnóstwem wieloznacznych niedopowiedzeń. Jednosekundowe zbliżenie na męską dłoń przesuwającą się po jej pośladku w sposób eksponujący logo Heresy, przeskok na dłoń niby przypadkiem muskającą napinający tkaninę kobiecy sutek, przede wszystkim zaś najazdu kamery na buchające lubieżnym testosteronem twarze jej adoratorów, w domyśle całkowicie podporządkowanych samczym instynktom wyzwalanym przez odzież Heresy.
Kluczem do sukcesu było oczywiście miejsce i bywający w nim ludzie. Brazil kręciła swoje rolki w jednej i tu samej siłowni, z facetami dobrze znanymi jej samej i Switchowi, gośćmi z tego samego megabloku. Wiedziała doskonale, że gdyby spróbowała kręcenia równie prowokacyjnych klipów w innym lokalu, pewnie przez cały czas musiałaby wyciągać z majtek czyjeś namolne dłonie albo kręcić zalotnie na wsadzonym w osłonę spustu palcu jeden z tanich jednorazowych pistoletów maszynowych sprzedawanych w ulicznych automatach Budget Arms.
Ci faceci - Basztar, Jeff czy Wielki Mike - znali doskonale granice dobrego smaku, które kończyły się na przyjacielskim uszczypnięciu sutka; wszystko powyżej tego gestu mogło się bowiem skończyć konfrontacją ze Switchem i Frogiem, a tego większość użytkowników siłowni wolała uniknąć po tym jak napruty błyszczykiem Pablo Espinoza spod numeru 422 spróbował włożyć Artemidzie na livestreamie wielkie czarne dildo w wycięcie sportowej koszulki, a krótko po tym został znaleziony w zsypie na śmieci z połamaną szczęką, rękami i nogami.
Ci goście stanowili najlepszy team, jaki Brazil mogła sobie wyobrazić, co nie zmieniało faktu, że to ona sama odpowiadała za najwyższą jakość materiału. Na co dzień skromność nie pozwala Artemidzie tego przyznawać, ale trudno było polemizować z prawdą, a ta jawnie dowodziła jednego: że genialny ścisły umysł programistki szedł w parze z jej fizyczną urodą i seksapilem.
A to przysparzało jej nie tylko adoratorów. Robiąc kilka tanecznych kroków w wyrazie podziękowań dla wielbicieli Brazil łapała kątem oka pełne zazdrosnej wściekłości miny korzystających z siłowni dziewczyn, przyglądających się zamieszaniu pośrodku pomieszczenia ze swoich treningowych przyrządów.
I kiedy jedna z nich przepchnęła się przez krąg rozentuzjazmowanych mężczyzn, influencerka tylko westchnęła teatralnie odwracając głowę ku rywalce.
Dziewczyna wyglądała na pozerkę Rihanny, chociaż jej twarz i figura mocno odstawały od modelu fizycznego określającego pełną zgodność z obiektem uwielbienia pozergangu.
- Tu się ćwiczy, a nie kręci dupą, tępa zdziro - zasyczała jadowicie Rihanna, a jej słowa wywołały eksplozję aplauzu otaczających Brazil facetów - Skończ z tym zamieszaniem i wypierdalaj, zanim ci potnę tę buźkę.
Towarzyszący Brazil w kręceniu rolki mężczyźni rozsunęli się na boki pośród żartów i śmiechu, w myślach widząc już zapewne jak Rihanna i Artemida drapią się i szarpią za włosy pośrodku sali.
- Czego się tak gapisz, suko? Lubisz się gzić z cudzymi facetami? To może chcesz, żebym teraz ja ciebie wyruchała?
Dźwięki aplauzu wzbogaciły się o kilka kobiecych nut dobitnie dowodząc tego, po której stronie stały korzystające z siłowni dziewczyny.

-
Siłownia „Fitness Shine” w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Ruch odświeżył ciało, a zaangażowanie w projekt skoncentrowało umysł, space monkey gotowa do wystrzelenia w digital. Jeszcze kilka poprawek, GiT 14, wytresowany do rolek Brazil przygotowywał wstępny materiał, który tylko musiała jeszcze osobiście obrobić, żeby był personalny, jej, autorski, Arta dbała o indywidualność przekazu w kalkowanej rzeczywistości.
Jeszcze izotonik z kolegami.- A kiedy taki poważny trening Brazil, wpadniesz jutro? - dopytywał Mike
- Jasne, że wpadnę, ale wcześniej. Zrobię Sarę II, a ty Terminatora III. - bajerowała, ale myślami była już gdzie indziej.
- Dasz radę laska Sarę III. - droczył się Basztar
- Wkręcasz, może za miesiąc.A w głowie już projekty nie z tego świata, virtualny pałac na mięsie, budowany według wzorca informacji. Replika cyfrowego świata. Brazil symulowała sytuacje i ograniczała możliwe wersje, które później zanalizuje na właściwym obiekcie. Niecierpliwa informacji od dwukruka, rozważała, czy dogodnie będzie zbudować nieopodal magistratu virtualny kiosk, czy może lepiej nie zostawiać śladów i odwiedzić obiekt osobiście.
Wyrwał ją Jeff ledwo muśnięciem, a obruszyła się jak opętana, dopiero dotarły słowa przez Rihannę wypowiedziane, jak z głębokiego echa. W pierwszym odruchu Brazil spanikowała nie wiedząc dokładnie co się wokół jej dzieje, kto czego od niej chce.
Zaraz poczuła gniew pod czaszką, zwierzątko chciało się bronić, to co przeleciało przez głowę Artemidy zgorszyło ją samą. Pozwoliła sobie na trzy oddechy, jak żałowała, że nie ma tak mocnych nerwów jak Frog. Poczuła, że zaciska szczęki.
Z pomocą przyszła proteza podpowiadając sprawdzenie urządzeń monitorujących w razie bijatyki. Hakerka wykryła cztery kamery, dwa mikrofony i smartingi chłopaków, idąc za ciosem sprawdziła bazę danych. Korelując z programem treningowym już wiedziała czego brakuje Rihannie.
Zauważyła przy okazji, że paradoksalnie, chwilowe dzielenie uwagi na dwoje światów, działa na nią uspokajająco. Wróciła aztecka szamanka. Magistrat, musiał chwilowo poczekać, Switch tym bardziej.
Obserwując z wielu oczu cyfrowych, Brazil pojęła przyczyny zaczepki. Zaniedbała w pośpiechu kobiety, tak to jest jak się mieszka z pięcioma testosteronami. W pośpiechu, bo nie miała czasu. Wykręciła głowę, przewróciła oczami, co tak uwielbiał Raze i Shawn i nie tylko.
Wstrzymując pierwszy odruch, zmierzyła jeszcze kobietę do pepegów po loki.
- Że co? Proponujesz mi randkę? - raz jeszcze z góry na dół - Ładna jesteś. Tylko musisz mnie poderwać na coś. Bo nie będziemy się napierdalały w kisielu dla tych zboków - klepnęła przyjacielsko Jeffa - No nie o to ci chyba chodziło - zatkała usta - weźcie chłopaki bez filmowania
Artemida zbliżyła dystans, choć wiedziała, że w konfrontacji to niebezpieczne, ale zależało jej by słyszała ją tylko Rihanna - Drzwi 349, masz do wyrobienia smukły, klinika ByLike oddział 3. Podoba mi się twoja odwaga, możemy się spotkać na kavie, mam ocenę Night Tok 6.7, mogę cię nauczyć montażu, jest też inna opcja.. - oddaliła się - a jak mi zaimponujesz to spytam czy Raze ma ochotę na trójkącik.
Kobieta w istocie zaimponowała Brazil, inne musiały ją wypchać, a ona głupia: pewnie co ja nie pójdę. Mogła ją Tourqemada zdominować dla przykładu, ale szkoda było sobie robić wrogów, skoro można było pozyskać sojuszników. Warto było przynajmniej spróbować i przy okazji zaoszczędzić czas.
-
Magazyny All Foods w Northside, wczesny wieczór 14.07.77
Leon Avrille wciąż stał w bezruchu, ale rozszerzone skrzydełka jego nosa i przyśpieszony rytm oddechu bezbłędnie zdradzały HiFi, że w krwioobiegu kumpla już krążył syntetyczny dekolt hormonów.
Brzytwiarze po kolei złapali ciśnięte im batony i okazali się w tym chwytaniu dość zwinni, aby żaden nie pociął ukrytymi jak na razie wewnątrz dłoni ostrzami swoich implantów. Wszyscy trzej natychmiast rozdarli opakowania wpychając sobie odżywcze tabliczki do ust i żując je entuzjastycznie. Widząc pracujące pośpiesznie szczęki boosterów HiFi zadał sobie w duchu pytanie, czy nie był to aby pierwszy ich posiłek tego dnia. W hierarchii bardziej brutalnych i mało zarazem zamożnych gangów najmniej szanowani członkowie grupy jadali jako ostatni albo nie jadali wcale, jeśli mieli pecha.
- Spoko jesteście goście - wybełkotał z pełnymi ustami jeden z Brzytwiarzy - Nie to, co te skąpe kurwy wszędzie wkoło. A Pan mówi, że bogaci powinni karmić biednych.
- Amen - drugi z boosterów oblizał usta i odsunął palcem opadające mu na oczy włosy - A my jesteśmy jego aniołami sprawiedliwości, nie mamy czasu na rolnictwo i pasterstwo, kiedy Pan wzywa. Zajebista ta pasta, nie bądź faryzeusz, daj jeszcze jedną, bądź samaramatyn, gościu.
HiFi nie pozwalał sobie na uśpienie czujności. Brzytwiarze mogli sprawiać wrażenie przyjaznych, ale ich nastrój mógł zmienić się w sekundę w reakcji na jedno źle zinterpretowane słowo lub gest. Wszyscy byli bardzo młodzi i mieli umysły przeżarte pseudoreligijną sieczką, która mogła zadziałać jak rtęciowy zapalnik.
HiFi miał nad nimi jedną przewagę, a tkwiła ona w szybkostrzelności jego broni. Uzi 101 Supra - daleki potomek legendarnego izraelskiego pistoletu maszynowego zaprojektowany i wdrożony do masowej produkcji dwie dekady temu w Kostaryce - wypluwał z lufy dwadzieścia pocisków na sekundę. Trzej Brzytwiarze nie sprawiali wrażenia ludzi mogących nosić podskórny pancerz albo choćby kuloodporne koszulki i raczej nie byli zdolni wchłonąć takiej ilości ołowiu i jeszcze ustać na nogach.
Gdyby sytuacja eskalowała do stopnia krytycznego, dokładnie nasmarowane Uzi 101 Supra miało przesądzić o wszystkim - pod warunkiem, że by się przypadkiem nieszczęśliwie nie zacięło.
- Słuchajcie, co byście chcieli za całą skrzynkę? - padło tonące w odgłosach mlaskania pytanie - Może byśmy się dogadali? Sami przecież tego nie przeżrecie. Co byście chcieli na wymianę?
- Może jakąś laskę do wyruchania? - zaproponował drugi - Za dopłatą może być nawet żywa.
HiFi zdrętwiał na dźwięk tej propozycji, zerknął z ukosa na Leona pamiętając w każdym szczególe o historii kontenera na Zachodniej Promenadzie Pacyfiki. Avrille tkwił w perfekcyjnym bezruchu, przestał nawet oddychać, w żaden sposób nie dając po sobie poznać, o czym myśli.
- Dogadajmy się - zaproponował ten pierwszy wycierając usta - Jesteście z All Foods, macie w chuj tego towaru, każdy słyszał o tych historiach, że wam całe transporty z aut spadają jak jedziecie nabijać automaty. Dogadajmy się. Powiedzcie, czego byście chcieli na wymianę i spotkajmy się tutaj za dwa dni. Żarcie za co tam ustalimy. Przyłożycie własną cegiełkę do zbożnego dzieła, pomożecie aniołom Pana w walce przeciwko szatańskiemu zepsuciu tego świata.
HiFi ponownie zerknął na swojego towarzysza czując nieznośne wręcz napięcie wiszące w powietrzu niczym podpalony kont. Leon uważnie obserwował wszystkich trzech młodzików, z palcami zaciśniętymi kurczowo na rękojeści Lexingtona.
- Możemy się dogadać - rzucił zachęcającym tonem, w duchu spodziewając się w każdej chwili odgłosu suchego trzasku wystrzału - Wymienimy się za broń. Potrzebujemy strzelb, mogą być pompkowe Mossbergi albo jakieś obrzyny Remingtona. To muszą być śrutówki, nic innego. Za każdą sztukę damy jedną skrzynkę z żarciem.
- Śrutówki… - mruknął ten, który proponował wcześniej dostarczenie niekoniecznie żywej kobiety. HiFi poczuł lodowaty dreszcz na wspomnienie słów Brzytwiarza, nie mogąc rozstrzygnąć w myślach, czy był to tylko makabryczny żart czy autentyczna propozycja.
W świecie niezwykłych technologii, cudów medycyny i pozornie nieskończonych możliwości człowieczeństwo gasło w niektórych ludziach szybciej niż zdmuchnięty płomień świecy; zwłaszcza w podupadłych dzielnicach znajdujących się poza strefą zainteresowania policji i służb korporacyjnych.
- Za dwa dni? - zaproponował trzeci z boosterów spoglądając pytająco na kompanów - Tutaj za dwa dni? Chyba damy radę załatwić kilka sztuk. Jedna pompka za jedną pełną skrzynkę żarcia, tak?
- Tak - potwierdził szybko HiFi - Za dwa dni tutaj o tej samej porze. Przyniesiemy pięć skrzynek na początek, ale macie mieć śrutowe strzelby, żadne inne gnaty. Nie ma strzelb, nie ma żarcia. A teraz idźcie stąd, bo mamy inne spotkanie. Jak je nam spierdolicie, nie będzie interesów.
Pomrukując coś, dojadając resztki batonów i szeleszcząc ich rozdartymi opakowaniami, Brzytwiarze odeszli swoim charakterystycznym sposobem, z rozstawionymi rękami i z cichą konwersacją na ustach. Avrille nie strzelił, chociaż HiFi do ostatniej chwili nie mógł być tego pewien.
Na magazynowym placu zapadła ciężka cisza, zakłócana jedynie wieczornym zgiełkiem reklamowych sloganów płynących z tysięcy billboardów w Kabuki, Little China i Japantown.
- Idziemy stąd - powiedział w końcu Leon, głosem przerażająco martwym i pełnym zdecydowania zarazem - Krety już nie wrócą, wystraszyliśmy ich. Skontaktują się ze mną jutro, mają swoje metody. Koniec na dzisiaj, bierz to swoje pudło, spadamy stąd.
Avrille podniósł skrzynkę z racjami żywnościowymi i ruszył poprzez plac w stronę najbliższej ulicy. HiFi podążył w ślad za nim niosąc oburącz MacIntosha jakby stary lampowy wzmacniacz był co najmniej świętym Graalem.
- Za dwa dni o tej samej porze - powiedział Leon, kiedy razem z HiFi stanęli na chodniku pośród przechodniów - Słyszałeś? Za dwa dni o tej porze. Zajebiemy ich wszystkich, stary, zajebiemy jak psy.
I nie dodając nic więcej odszedł w głąb ulicy pozostawiając HiFi przy krawężniku. Odszedł niczym człowiek pogrążony w transie albo zatopiony w myślach.
HiFi wiedział, o czym myślał w tej chwili Leon. O kontenerze na śmieci w zaułku Zachodniej Promenady w Pacyfice. O kobiecie, zgwałconej w bestialski sposób przez grupę mężczyzn, zamordowanej i wrzuconej pomiędzy worki z odpadami z pobliskiej restauracj cztery lata temu. Ofiary mordu, którego sprawców policja nigdy nie znalazła, bo zabójstwo zwyczajnej kelnerki z Pacyfiki nie trafiło zbyt wysoko na listy priorytetowych spraw NCPD.
Ale ta kobieta miała imię i miała rodzinę, która o niej pamiętała. Nazywała się Celine Avrille i była siostrą Leona.
-

Hartley "Mack" MackinawKennedy Avenue, Northside, wczesny wieczór 14.07.2077
Zaskoczył ich. Sam w to nie wierzył, ale do cholery, zaskoczył ich!
A że wiele zwierząt w momencie zaskoczenie nie ucieka, tylko atakuje...
A po słowach tego drugiego, Mack sam poczuł się jak zwierzę, co wybiegło na drogę i jest oślepione. Stał w miejscu, próbując to ogarnąć.- Ja mam zakończyć? Niby co? Że mnie chcieliście zabić? - Potem palcem przejechał po ramie roweru i zmałpował faceta - Zarysowałeś mi lakier na ramie! Masz ubezpieczenie?! - i po chwili już ciszej, żeby tylko tamten (albo i też Murphy) to usłyszał: - Jak chcecie to zakończyć i pogadać to musimy się stąd ulotnić. Nie wsiadam tutaj wam do wozu, jasne? Następne skrzyżowanie, zgoda? Inaczej dalej będziesz gwiazdą w sieci. Nie patrz się tak na mnie, nie JA wymyśliłem taranowanie osób. Nie zwieję wam, ale do kurwy nędzy nie próbuj jeszcze raz taranować, jasne?
Wsiadł na rower i odjechał, na szczęście rower był cały.
- Dobra dzieciarnia, koniec sceny, koniec sprawy! - wrzasnął jeszcze do tłumu. nie był mówcę, Mack sam czuł że zabrzmiało to trochę głupio.
Nie spieszył się zbytnio, co chwilę sprawdzał czy za nim jadą. Pogada z nimi. Jak ma wsiąść z nimi do wozu, to rower musi się zmieścić w bagażniku czy gdziekolwiek. Nie zostawi go na pastwę ulicy, nawet przypiętego.
-
Wejście do mieszkania 877 w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Kurier wymamrotał coś pod nosem, po czym czmychnął w głąb korytarza z wyrazem wielkiej ulgi na twarzy. Istniało kilka profesji, których przedstawiciele nie mogli liczyć na żadne ubezpieczenie zdrowotne, a listę tę otwierali kurierzy rowerowi oraz dostawcy jedzenia.
Frog upewnił się, że gość na pewno nie wróci, po czym przełożył papierową torbę z chińszczyzną do lewej ręki i spojrzał na zamknięte drzwi mieszkania Shivy Lacroix. Cyfrowy wyświetlacz ponad wejściem informował jedynie o opłaceniu czynszu do ostatniego dnia lipca, co samo w sobie nie było niczym niezwykłym, bo niemal wszyscy mieszkańcy megabloków opłacali czynsz w ostatnich dniach miesiąca, ciułając grosz do grosza z żenująco niskich pensji. Na panelu ściennym przy drzwiach paliła się samotna zielona dioda, sygnalizująca jedynie skrywane zasilanie interkomu.
Shawn obejrzał się w prawo i lewo, ale nie dostrzegł w swoim pobliżu żadnych podejrzanych typów. Pięć drzwi dalej stojąca w progu dziewczyna obściskiwała się z wychodzącym od niej kolesiem i oboje byli tak dalece zajęci sobą, że nie zwrócili najmniejszej uwagi ani na Froga ani na przepłoszonego przez niego dostawcę jedzenia. Po przeciwnej stronie zza rogu korytarza dobiegały rozentuzjazmowane głosy grupy Wietnamczyków grających na tarasie piętra w jakąś ogromnie skomplikowaną grę na pełnej wielobarwnych pól planszy i z użyciem mnóstwa żetonów.
Shawn nacisnął przycisk interkomu, a urządzenie wydało z siebie kilkakrotnie powtórzony dźwięk sygnału, po czym ucichło. W mieszkaniu nie rozległ się żaden odgłos mogący ujść za oznakę życia. Frog powtórzył zabieg, tym razem przytrzymując guzik interkomu chwilę dłużej. I tym razem nikt nie pośpieszył mu z otwarciem drzwi. Ochroniarz potarł w zamyśleniu szczękę, obrzucił przeciągłym spojrzeniem kolesia, który zamiast się w końcu wynieść z progu mieszkania swojej dziewczyny coraz namiętniej tarmosił ją za opięte cienkim materiałem bokserek pośladki.
Istniała możliwość, że głośnik interkomu w mieszkaniu nie działał albo generował sygnał zbyt słaby, aby było go słysząc w każdym pomieszczeniu. Świadomy takiej możliwości, Shawn zacisnął prawą dłoń w pięść i zaczął walić po drzwiach niczym pneumatyczny młot.
Tym razem jego pełne męskiej energii poczynania przyniosły wymierny skutek. Drzwi mieszkania naprzeciwko 877 otworzyły się z przeciągłym zgrzytem rolek, uderzyły z nadmierną szybkością w futrynę. Shawn obrócił się w miejscu niczym mistrz ringu osaczony przez zgraję atakujących podstępnie od tyłu karłów.
W progu mieszkania 881 stanęła wielka kobieta o czarnej jak węgiel skórze, z afro stworzonym na bazie kilku różnych syntetycznych doczepów; tęga i wyraźnie kipiąca złością tylko szukającą dogodnego pretekstu do zapłonu.
- I czego kurwa tak wali? - warknęła niskim męskim głosem, którego baryton szczerze Shawna skonsternował i sprawił, że ochroniarz nagle zaczął powątpiewać w pierwotnie przyjętą opinię o płci sąsiadki - Jak nie otwiera to nie otwiera, idzie się chyba zorientować, co? Od trzech dni jej nie widziałam, a jak jest w domu, na całym korytarzu czuć marihuanę. Od trzech dni nie czuć. Czego od niej chce?
- Żarcie jej przywiozłem - oznajmił Camara machając przed nosem sąsiadki torbą z chińszczyzną - Zamówienie do dziesiątki, pod 877.
- To ktoś się jebnął - zmarszczyła czoło matrona - Ona na pewno tego nie zamawiała, a teraz się zmarnuje.
Za plecami sąsiadki pojawiła się zgraja nastoletnich dzieci, głównie chłopców w koszulkach z symboliką ulicznych gangów. Wyglądające zza pleców matki zmrużone złe oczy bacznie lustrowały Shawna, najwięcej uwagi poświęcając jego torbie.
- Zapłacone i do kosza pójdzie - narzekała dalej matrona, przez cały ten czas nie odrywając własnych oczu od twarzy Camary - A ja ledwie na czynsz zbieram, bandę nierobów muszę wyżywić, co mi ciągle kuratora na głowę ściągają, wszyscy oni tacy sami jak ich ojcowie! Po mleko poszli i nie wrócili! A Nowa Wakanda sama się nie zbuduje, a ich do nauki nie można zagonić, bo ciągle głodni. To na pewno zapłacone? To daj pan, zanim wystygnie, a Bóg pana wynagrodzi.
-
- Chuja tam zapłacone… Muszę zapytać szefa - rzucił na odczepnego do Murzynki. Sympatii to to nie wzbudzało w nim żadnej, ale nie palił się, by posrać cały jej przychówek, który miał do dyspozycji raptem jeden kibel. Nawet jeśli z tej gównażerii same gangusy będą. A pewnie będą.
Wyciągnął SmartThinga i na napisał do Switcha.
NoiseFeed:
*Frog:
Głucho pod 877.
Od 3 dni nikogo tam nie widziano.
I zioła nie czuć.
A pono zawsze czuć jak laska w domu siedzi.
HiFi by mi się zdał.
Albo mogę poszukać działającego czujnika i alarm przeciwpożarowy odpalić.
To powinno zdjąć centralne blokady.
A z zamkiem bym sobie chyba poradził.
Ale nie wiem. Co robić?* -
Skrzyżowanie Salinas i Cartier w Japantown, wczesny wieczór 14.07.77
SlimWire podłączył się do smarthinga Switcha w ciągu kilku sekund, przejął kontrolę nad gniazdem Bluetootha wyłapując sygnały prywatnych sieci monitoringu zabezpieczanych lokale gastronomiczne i usługowe na parterach lśniących szkłem i neonami drapaczy chmur. Widząc w rogu wyświetlacza malejący status baterii telefonu Raze mógł sobie tylko wyobrażać jakie pakiety danych wędrowały w eterze pomiędzy netrunnerem, firmowymi routerami w namierzanych lokalach i łączącym oba końce połączenia urządzeniem Switcha. Artemida próbowała mu kiedyś wytłumaczyć jak wygląda forsowanie ścian baz danych za pomocą ataków słownikowych, ale Raze był zbyt zgrzany porcją kupionego od Tygersów błyszczyka, aby móc skupić się dostatecznie mocno na jej przerażająco technicznym wykładzie.
Teraz, wędrując pozornie bez celu w tłumie rozpoczynających towarzyskie życie przechodniów, musiał się zadowolić ogólnikową wiedzą na temat poczynań SlimWire, bombardującego punkty dostępu lokalnych sieci oprogramowaniem infiltracyjnym mającym przełamać ich niskobudżetowe zabezpieczenia.
- Mam twojego Emperora, to te blachy - w eterze rozległ się głos sieciarza - Wjechał na skrzyżowanie i skręcił w lewo w stronę Skyline North. Naginaj do skrzyżowania z Raymond.
Raze skręcił za narożnym biurowcem DataMaxu, wyminął grupkę ludzi wchodzących do rozświetlonej lampionami orientalnej galerii sztuki i ruszył wzdłuż krawężnika ku następnemu skrzyżowaniu, niosąc na metaforycznych plecach wytrzeszczającego tysiąc cyfrowych oczu netrunnera.
Smarthing ożył melodią nadchodzącego połączenia, ścieżką dźwiękową prastarej komedii o nazwie Akademia Policyjna, którą HiFi wyszperał kiedyś na pchlim targu. Leon Navarro, funkcjonariusz drogówki w Kabuki, członek najbardziej skorumpowanej formacji NCPD w całym mieście. Fikser przełączył SlimWire w tryb oczekiwania i odebrał połączenie gliniarza.
- Cześć Patch - powiedział podnosząc telefon z powrotem do ucha - Myślałem, że…
- W co tyś mnie kurwa wjebał? - Navarro ryknął w eterze tak głośno, że fikser natychmiast odsunął aparat od głowy - Co to za gówno?! Będę miał przez ciebie przejebane, Switch!
Fikser poczuł zimny dreszcz, bo w głosie Patcha oprócz wściekłości dźwięczała też nieudawana panika.
- Nie drzyj ryja, tylko powiedz, co jest grane - odpowiedział siląc się na opanowanie.
- Wrzuciłem na bęben te jebane blachy - Patch przestał krzyczeć, ale jego wzburzenie wciąż wylewało się z głośnika telefonu - Wyskoczyło info o danych zastrzeżonych, normalne dla specjalnych pojazdów korpo, nie do wszystkich mamy dostęp. Ale zaraz potem zadzwonił do mnie sam jebany naczelnik Watson we własnej osobie! I zapytał, dlaczego sprawdzam te blachy! Switch, chyba cię zajebię, ten chuj mnie zawiesił, za przekroczenie uprawnień! Jestem na posterunku w Kabuki, ktoś tu już po mnie jedzie.
Patch zdyszał się swoją tyradą, toteż w eterze zapadła na chwilę ciężka złowróżbna cisza.
On gada o twoim Emperorze?
Na wyświetlaczu Kiroshi pojawiła się linijka tekstu, która przypomniała Switchowi, że podpięty do jego smarthinga SlimWire słyszał każde słowo wypowiedziane przez Navarro. A także częściowo kontrolował cyberoko fiksera dzięki sprzęgowi jego Kiroshi ze smarthingiem.
- Co to za auto, Switch? Co to za ludzie? - odezwał się ponownie Navarro - Po co ci te jebane informacje? Co ja mam powiedzieć tym z wewnętrznego jak mnie o to spytają? Możesz być pewien, że jeśli mnie ujebią, ty pójdziesz na dno razem ze mną!
-

- Leon, czekaj, kurwa, Leon! - HiFi starał się nadążyć za kumplem tachając swoją zdobycz. - Stary, nie będę wciskał ci kitu, że wiem co czujesz... i wiem, że oni są... no, pewnie światu byłoby lepiej bez nich... ale stary... ja nie chcę bawić się w jakiegoś boga, kto ma żyć, a... uff... nie, czekaj kurwa, no!
- Ale dla ciebie, pomogę ci! Tylko to trzeba zrobić z głową. Nie rób nic bezmyślnie... nie żaden samotny wilk McQuede... zabijesz trzech, a reszta cię dopadnie... to żadna matematyka, słyszysz! Jak nie od razu nas zabiją, to nas znajdą i całe życie w strachu! To trzeba przemyśleć! Kurwa, zadzwoń do mnie jak ochłoniesz!!
Odprowadził go wzrokiem, rezygnując z dalszych prób dotrzymania mu kroku.
No trudno. Przynajmniej miał to pudło. Co prawda Leon zabrał batony... chuj z tym...
Czas spadać na chatę.
Tak zajęty był pilnowaniem swej zdobyczy, że nie miał czasu sprawdzać wiadomości. Dopiero wbiwszy na metę i wciśnięciu MacIntosha w bezpieczne miejsce, obudowaniu go ciuchami, położył się zmęczony na łóżko.
Zaczął od poszukiwania memów, Żabka zawsze lubił je dostawać. To mu pomoże nieco ochłonąć po nieudanych negocjacjach biznesowych...
O, ten mu się spodoba, uśmiechnął się do siebie.

Z uśmiechem na ustach ułożył się wygodniej i zzuł buty, wyciągając stopy w skarpetach na oparciu. Zaczął nadganiać wiadomości.
NoiseFeed:
HiFi:
Żaba, uważaj na plecy. Jak zamknięte i nikt nie otwiera, a każdy kurier znika...W mieszkaniu był sam. Co prawda Shawn był solosem i technik by mu tylko w razie kłopotów przeszkadzał... ale lepiej mieć kogoś, kto ci pleców pilnuje, nie?
NoiseFeed:
HiFI:
Żaba, zadekuj się gdzieś. Bryknę się do ciebie.
Zrzucił z siebie ciuchy służbowe, narzucił swoją kurtkę, nałożył ciemne okulary. Chwycił puszkę z lodówki i szybko ją opróżnił, po czym wrzucił do pojemnika na metale. Przed wyruszeniem w drogę zerknął jeszcze w wielkie lustro umieszczone tam przez Bra.
- Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najseksowniejszy w świecie?
-
Warsztat samochodowy w Northside, wczesny wieczór 14.07.77
Connor i Grzechotnik zbyli zaproszenie do wyjścia milczeniem, żadnym ruchem nie zdradzając chęci pożegnania i obserwując w zamian w milczeniu groteskowo wszczepionego bojówkarza Maelstromu. Dingo przyjął ich niemą decyzję do wiadomości, przeciągnął diagnostyczny wózek przez warsztat i na zewnątrz budynku, na zaniedbany plac pełen śmieci i kęp trawy wyrastającej ze szczelin pomiędzy betonowymi płytami parkingu.
Izera pracowała na jałowym biegu, z dziwnym metalicznym klangiem, którym samym swoim brzmieniem zdradzał jakieś problemy z silnikiem. Houston zatrzymał wózek przy samochodzie, obrzucił siedzącego nisko na resorach Thraxa bacznym wzrokiem. Nie potrzeba mu było drugiego spojrzenia, aby oszacować dodatkowy ciężar pojazdu, na który składały się płyty domowej roboty pancerza. Każdy silnik zacząłby przy takim obciążeniu zdychać.
- Auto jest za ciężkie - powiedział wsadzając głowę do środka przez spuszczoną boczną szybę w poszukiwaniu dźwigni klapy silnika - Wsadziliście w nie jakieś ćwierć tony ekstra, to nie ma się co dziwić, że silnik przeciążyliście i teraz wszystko zaczyna się psuć.
- Chuja się chyba znasz - powiedział ten z twarzopłytą świdrując Houstona czerwonymi implantami wzroku - Brachole mają więcej płyt na takich samych Izerach i dają radę, a nasza nie daje. Weź nie pierdol.
- Może ich pancerz jest z gównolitu, a nie takiego stopu jak wasz - Dingo postukał z udawanym uznaniem w wzmocnienie drzwi, a potem podpiął aparat diagnostyczny do interfejsu na desce rozdzielczej Izery i zaczął długą litanię narzekań. Recytował długą listę potencjalnych awarii wskazując na ich koszty, brak części zamiennych i wysokie ryzyko dalszych komplikacji; na koniec zaś zasugerował z miną uczestnika żałobnego konduktu, że najlepszym rozwiązaniem dla Thraxa będzie wymiana całego silnika na nowy.
- Chyba całkiem ochujałeś! - stęknął drugi z maelstromowców - Przecież to jest całkiem nowe auto, z pół roku temu z lawety zajebane, to się nie miało prawa zepsuć!
- Ty się chuja znasz, partaczu - powiedział ten z metalową twarzopłytą - Pierdolisz jakieś kocopoły. Przyjedziemy jutro rano jak tu będzie ktoś, ktoś się zna na robocie, a ty wypinaj te kable i spierdalaj!
Connor i Grzechotnik stali w drzwiach warsztatu patrząc jak gangster kopie ze złością w odciągany przez Dingo diagnostyczny wózek, a drugi na aparat pluje. Drzwi wozu trzasnęły, silnik zajęczał bolesną nutą, z rury wydechowej strzeliły kłęby czarnego dymu.
- To miasto schodzi na psy - oznajmił odprowadzający wyjeżdżającą z placu Izerę wzrokiem Connor - Na autostradzie załatwilibyśmy to jak cywilizowani ludzie, pochowalibyśmy ich z godnością w jakiejś rozpadlinie, a tutaj musimy patrzeć jak plują na członka rodziny, nawet jeśli okazał się dupkiem. Musimy znaleźć Liz i to jak najszybciej. Postaraj się Dingo, tym razem nie spierdol.
-
Holly Street w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077
- Nie panikuj, Patch - rzucił Raze do smarthinga, zaciągając głos jakby palił jednocześnie trzy papierosy. - Zgłoszenie kolizji, częściowa zgodność tablic, częściowa zgodność opisu wozu z inną sprawą, próba podmiany dVIN-u przez przemytników, anonimowe zgłoszenie… Jest milion niewinnych powodów, dla których mogłeś to sprawdzić. Coś wymyślisz. Robisz to nie od dziś. Zepnij poślady i zacznij myśleć. Zadzwoń, jak będziesz miał info.
Rozłączył się, zanim policjant zdążył cokolwiek odburknąć.
- Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz - odwarknął potem w kierunku SlimWire’a.
Jednak zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Przyszło mu do głowy, że poluje na dużą rybę. Za dużą rybę. Taką, którą może się udławić.
- Sprawdzasz tylko kamerki, kumasz? - powiedział już spokojniej, choć w głosie pobrzmiewał stalowy ton. - Nikt cię nie powiąże z tym wozem. Poza tym nic nie wiesz, i tak lepiej, żeby tak zostało. Im mniej wiesz, tym mniejsze szanse, że znajdą cię utopionego w twojej wannie.
Ping od Froga zamigał mu przed oczami.
- Widziałeś? - rzucił do sieciarza. - Twojej lali nie ma na chacie od kilku dni. Przynajmniej żywej. Może ktoś ją zajebał, może się zjarała, a może wynieśli ją jak worek śmieci. Jeśli chcesz wiedzieć - trzeba zrobić włam. A to już inny paragraf, SlimWire. Inna rozmowa.
Przeciągnął dłonią po czubie włosów i syknął:
- A teraz ogarnij się i znajdź mi tego Emperora.
-

Opodal skrzyżowania Salinas i Raymonda w Japantown, wczesny wieczór 14.07.77
SlimWire zamilkł na krótką, ale bardzo wymowną chwilę, ewidentnie we wnikliwy sposób analizując ostre słowa Switcha.
- Wredny z ciebie gnojek, Raze - oznajmił z pośpiesznym przekąsem - Co się kurwa spinasz, przecież nic nie mówiłem. Tamten gliniarz obsrał się po uszy, to się wolałem upewnić, co i jak, każdy by się chciał upewnić. Poszukam ci tego pierdolonego auta, ale mnie też zależy. Shiva to dla mnie sprawa życia i śmierci, słyszysz? Emperor za kontakt do niej, musi do mnie zadzwonić. Jak będzie trzeba, wyłamcie te drzwi, chuj z tym i nie pierdol mi, że to przestępstwo, święty nie jesteś.
- Nie jestem, ale nie sram w swoje gniazdo - odpowiedział Raze - To dziesiątka, ja tu mieszkam. Pójdzie fama po bloku, że okradam tu mieszkania, to mnie wypierdolą, będę musiał z Brazil w Pacyfice pod mostem zamieszkać.
- Chuj z tobą, dla Brazil zawsze znajdzie się u mnie miejsce na sofie - SlimWire roześmiał się w nieudolnie markowany sposób - Kurwa, Switch, nie próbuj wyruchać kumpla w potrzebie. Znajdę ci tego Emperora i jak już kurwa musisz okraść starego inwalidę, to ci mogę dać pięć stów z wdzięczności, najwyżej z głodu zdechnę, obyś się udławił tą kasą. Shiva musi do mnie zadzwonić do rana.
Fikser zatrzymał się przy ruchliwym skrzyżowaniu, zatrzymał na chwilę wzrok na zamykającą Salinas ścianę biurowców biegnących wzdłuż prostopadłej Skyline North. Jeśli Keira nie skręciła na prawo w Raymonda, musiała to zrobić skrzyżowanie dalej wjeżdżając na Skyline North na wysokości domu towarowego Druga Poprawka. Dokąd ona jechała?
- Mam sygnał kilku sieci wokół ciebie - odezwał się ponownie SlimWire - Zostań tam, gdzie jesteś i czekaj, zwal sobie może konia dla zabicia czasu to nie będziesz taki wredny.
- Ta - odburknął Switch czytając na nowo ostatnią wiadomość Shawna - Słuchaj, jeżeli Frog stoi pod drzwiami tej laski i by się zgodził, żebyś przejął jego telefon, umiałbyś zdalnie otworzyć te drzwi?
- Nie - odpowiedział SlimWire, w opinii fiksera podejrzanie szybko - Potrafię kluczyć w Sieci i zacierać ślady, ale nie jestem drapieżnikiem szczytowym. Już nie jestem. Jeśli włamię się do jej mieszkania zdalnie, ktoś może znaleźć mój cyfrowy ślad. Dopóki nie wiem, co jej się stało, nie mogę ryzykować, ja nie spierdolę po przeciwpożarowych schodach, kiedy o szóstej wywalą mi drzwi.
Błyszczący zielonym lakierem Mizutani Shion wjechał na chodnik tuż obok Switcha, zagrał ostrą nutą silnika przepychając się pomiędzy przechodniami pod ścianę biurowca InfoComp. Raze obrzucił uważnym spojrzeniem dwóch siedzących w wozie młodych Azjatów o ramionach i barkach pokrytych barwnymi orientalnymi tatuażami. Tygersi, najpewniej rekieterzy robiący wieczorny obchód ulicznych dziwek. Obaj śmiali się z czegoś do rozpuku, ewidentnie odprężeni. Nie stanowili zagrożenia, więc Switch od razu puścił ich w niepamięć.
- Mam ich - w eterze rozległ się głos netrunnera - Zjechali na prawo w Raymonda, to na blachę ten wóz. Zapierdalaj do końca ulicy.
Fikser ruszył szybkim krokiem we wskazanym kierunku, w myślach układając odpowiedź na czekającego cierpliwie w dziesiątce Froga.
Kennedy Avenue w Northside, wczesny wieczór 14.07.77
Hartley wyszukał odpowiednie miejsce do rozmowy: ogrodzony metalową siatką placyk załadunkowy przed nieczynnym punktem serwisowym dla ciężarówek Petrochemu, usytuowany tuż za kolejnym skrzyżowaniem. Lata świetności tego warsztatu dawno już minęły, a otwarta szeroko brama wjazdowa i wybite w niektórych oknach szyby dowodziły tego, że czyjeś lepkie ręce wyniosły już ze środka wszystkie wartościowe rzeczy.
Jak w przypadku większości budynków w tej części dzielnicy, również tutaj można było dostrzec na ścianach charakterystyczne graffiti Maelstromu, chociaż spod farby pajęczych symboli przedzierały też znaki Staloworękich i Chupacabras. Hartley obrzucił placyk uważnym spojrzeniem, a potem wjechał w bramę i zatrzymał rower przy pustym metalowym kontenerze. Murphy i jego kumpel stanęli pośrodku placu, wysiedli z wozu zamykając drzwi. Kurator walnął swoimi z uczuciem, drugi gość zaś tak, aby nie wydały z siebie hałasu.
- Randall Swift wam spierdolił, to już do mnie dotarło - oznajmił Mack decydując się na ciąg dalszy obrony przez atak - Ale co ja mam do waszej niekompetencji? Dlaczego mam mieć przejebane z tego powodu? Od wyjścia z pierdla nie miałem z nim kontaktu i jestem z tego powodu zajebiście szczęśliwy. Nawet jeśli jest w Night City, co mnie do tego? W jaki sposób może mi zagrozić?
Towarzysz Murphy’ego położył dłoń na ramieniu otwierającego usta kuratora.
- Powiem wprost, czego od ciebie potrzebujemy - powiedział spoglądając pełnym determinacji wzrokiem na Macka - Jeśli Swift jest w NC, będzie chciał wrócić do Brzytew Dnia Ostatniego. Jest ostatnim z liderów sekty i spróbuje ją odbudować. W San Cristobal byłeś jego ulubieńcem, zaufanym chłoptasiem. Wykorzystasz to zaufanie, zinfiltrujesz gang i wydasz nam Swifta na srebrnej tacy, najlepiej z kompletem Brzytew do odstrzału. Czy zrobisz to za darmo w ramach spłaty długu wobec społeczeństwa? Nie, nie będziemy się bawić w takie pożałowania godne gierki. Dasz nam Swifta, a dostaniesz nową tożsamość razem z prawem do wykonywania zawodu i dziesięć tysięcy na karcie na okaziciela. Pozostaje nam tylko dogadać szczegóły.
Facet mówił rzeczowym tonem, nawet na chwilę nie zrywając kontaktu wzrokowego z Mackiem.
- Wszystko na razie jasne?
Pod mieszkaniem 877, wczesny wieczór 14.07.77
Czarnoskóra heroina Nowej Wakandy nie przyjęła odmowy rzekomego dostawcy z zadowoleniem. Wbrew narzekaniom na brak pieniędzy i ustawiczny głód biła od niej jakaś półzwierzęca witalność i drapieżna energia, która w dziwny sposób i wbrew jego własnej woli autentycznie Shawna ekscytowała.
- Co to jest za chory świat, w którym dzieci muszą głodować?! - huknęła matrona potrząsając imponującym afro - I to czarne dzieci! Czy one nie wycierpiały już dość? A chciwy białas żałuje im pudełka chińszczyzny! Jezus to widzi i cię rozliczy za twoje skąpstwo! Jezus wspiera potrzebujących, a karze grzeszników. Masz szczęście, że ma nogi do krzyża przybite gwoździami białasów, bo by ci inaczej nimi do ryja nakopał!
Zwieńczywszy w tak malowniczy sposób tyradę matrona wparowała z powrotem do swojego mieszkania i zatrzasnęła drzwi z takim hukiem, że Camara odruchowo na ów dźwięk podskoczył. Obściskująca się pięć mieszkań dalej para wyciągnęła sobie z ust języki na krótką chwilę niezbędną do sprawdzenia, o co właściwie ów cały zgiełk, po czym powróciła do własnych zajęć. Zza rogu wyjścia na taras wystawił głowę jakiś Wietnamczyk, który też bez ociągania powrócił do kompanów i ich gry.
Frog pozostał sam pod drzwiami laski, którą tak interesował się z jakiegoś powodu Switch. Na wyświetlaczu smarthinga wyskoczyło potwierdzenie, że fikser przeczytał otrzymaną wiadomość, ale z jakiegoś powodu zwlekał z odpowiedzią.
Na schodach najbliższej klatki rozległ się dźwięk coraz bliższych kroków. Słysząc je Shawn odsunął się na wszelki wypadek od drzwi interesującego go mieszkania, po czym zmienił wartość obiektywu Kiroshi wykonując zbliżenie cyberoka na szczyt schodów.
- To ja, nie strzelaj - rzucił kpiarskim tonem HiFi wślizgując się na korytarz i kręcąc na wszystkie strony głową - Jak się sprawy mają?
- To jest to mieszkanie - rzucił półgłosem solo, kiedy młodzieniec stanął tuż obok z pytającym wyrazem na twarzy - Brak oznak życia od trzech dni. Sąsiadka twierdzi, że lala ostro popalała maryśkę, a od trzech dni nic nie czuć. Dzwoniłem, nikt nie otwieram. Czekam na info od Switcha, co dalej.
- Kurde, ale ta chińszczyzna zajebiście pachnie - HiFi oblizał się mimowolnie, kiedy wciągnął w nozdrza woń jeszcze ciepłego jedzenia - Co to w ogóle jest za laseczka?
- Wiem tyle, co ty - wzruszył ramionami Frog - Czytałeś wiadomości na grupie. Nazywa się Shiva i jest znajomą jakiegoś jego ziomala. Zastanawiałem się, czy nie wywołać alarmu przeciwpożarowego…
- To też przeczytałem na grupie - prychnął z lekką przyganą HiFi - Finezją ten plan nie grzeszy. Widzisz te zaślepki po obu stronach panelu kontrolnego drzwi? Pod nimi są śruby. Jak je odkręcę, zdejmę pokrywę, a pod spodem jest gniazdo serwisowe na uniwersalną wtyczkę. Mogę się podpiąć kabelkiem ze smarthinga i poszukać aplikacji klucza do tego modelu zamka. Mógłbyś się w końcu czegoś ode mnie nauczyć, Żaba.
- Poczekamy, co odpisze Raze - Shawn potarł dłonią podbródek i rozejrzał się po korytarzu - Kurde, sam nie wiem.
-
Opodal skrzyżowania Salinas i Raymonda w Japantown, wczesny wieczór, 14 lipca 2077
- Może zadzwoni, o ile nie odwaliła kity - burknął Raze. - Bierzesz w ogóle tę opcję pod uwagę, Slim? Pomyślę nad tym… A tymczasem Emperor – przypomniał, zniecierpliwiony.
- Mam ich - w eterze rozległ się głos netrunnera. - Zjechali na prawo w Raymonda, to na blachę ten wóz. Zapierdalaj do końca ulicy.
Switch ruszył szybkim, pewnym krokiem we wskazaną stronę. W tym samym czasie klepnął komunikat na NoiseFeed.
NoiseFeed:
Switch:
Kontakt z Shivą wymagany najpóźniej do jutra rana.
Jakieś pomysły na wejście?
Cieknąca rura, kontrola instalacji...
Frog, jak to widzisz?
Ograniczaj ryzyko. -
Shawn wyłączył uczenie się od HiFi'ego mniej więcej po "zdejmę pokrywę". Dalej było jakieś pierdololo. Fajnie, że technik to ogarniał. Ale solo na szczęście nie musiał.
Zerknął na SmartThinga, który w końcu piknął i parsknął.
- Switchowi cieknie rura na tę laskę i mamy tam wejść. Możliwie bez ryzyka.
Spojrzał na majsterkowanie kumpla i na drzwi. Wyłamanie nie niosło za sobą wielkiego ryzyka. W razie co by powiedział, że usłyszał jak ktoś z środka wzywa pomocy. Ot najwyżej by odpowiedział za wandalizm i odsiedział dzień na dołku i tak nie miał żadnej gotu... Tylko kurna teraz by mu mogli wejść na konto i te eurosy zająć jako grzywnę.
- Dobra, próbuj. Tylko szybko. Bo zaraz ta Makumba wróci z naprzeciwka. A babsko takie, że nie chciałbym go na ringu spotkać.
Co rzekłszy nastukał szybko do Switcha:
NoiseFeed
Frog:
HiFi przyszedł. Jedziemy z WŁM. -

Hartley "Mack" MackinawZaułek na Kennedy Avenue, Northside, wczesny wieczór 14.07.77
Mack nie musiał się długo zastanawiać. Wpatrywał się w obu gości, jakby byli obcymi, co dopiero przylecieli na Ziemię latającym spodkiem.
- Ulubieńcem? Zaufanym chłoptasiem? Czyli jednak uczą was czym jest sarkazm i ironia - odgryzł się Mack, ale przez jego głos słychać było gorycz. - Nie. Po prostu nie. Nie będę jeszcze raz przez to przechodzić. Po drugie ten pedał nie jest debilem, zwiewa wam z klatki i nagle pojawia się jego stara zabawka z celi. Braindance siadł wam na mózgi czy co? Nie, nie i jeszcze raz nie! Wszystko na razie jasne? - na końcu zmałpował bagiety.
- Kto w ogóle wymyślił ten numer? Wy, policja, federalni, czy może jakiś ciotowaty fafik od twórców programu, który wyśle za mną drony UltrahiperHD i który się ślini i mu fiut staje na samą myśl, że nagra Swifta w akcji?! Nie odpowiadajcie, nie musicie - wyrzucił z siebie.
Pytanie co tamci teraz zrobią. Nagroda była bardzo kusząca, ale Mack nie chciał i nie zamierzał widzieć znowu mordy Swifta, nawet jeżeli ten po ucieczce zrobił nową twarz. Zmuszą go do tego? Niby jak? Po akcji na skrzyżowaniu (jak wróci do mieszkadła, to musi znaleźć i zgrać sobie te nagrania) byli w to zamieszani na cacy i prokurator tego ot tak po prostu nie przyklepie. Za duży szum.
Hartley czekał. Grał. Aktorzył. Gwiazdorzył. Był zmęczony, wkurzony, a tamci chcieli go wrzucić do Brzytew. Na szcżęście nie trzęsły mu się ręce.
-

- Nie no, po co ten pośpiech - zdziwił się HiFi odczytując info od Żabki do fiksera. - Na środki ostateczne jeszcze będzie czas. Czekaj...
NoiseFeed:
HiFi:
Raze, jak mamy mieć pewność, że ją namierzymy to daj nam fotkę tej lali.
I jak laska się nazywa. Shiva. Shiva co? Kto to jest?
Czekając na odpowiedź zapukał i zadzwonił, po czym zaczął nasłuchiwać. Docierały do niego odgłosy z sąsiednich mieszkań, ale z 877 nic.
Gdzieś zza rogu słyszał szmer głosów grupy osób i mógł jedynie podejrzewać, że to jacyś azjaci, po melodii głosów sądząc.
Z drugiej strony korytarza jakaś para w drzwiach cieszyła się swoją obecnością. Dziwne, że robili to akurat tu i teraz...
- Te, Einstein, na to ja też wpadłem - Frog prychnął na widok czynności technika.
- Ta, co ty nie powiesz, drogi Watsonie...
- No nie wiem... - Hajfi przejechał dłonią po włosach.
- Ja bym najpierw rozpytał o nią. Bo to wiesz, w jakie gówno się wpakujesz? Wesołek z tego More'a... zajrzyjcie, kilku kurierów tam bez wieści przepadło, ale wy zajrzyjcie? Pojebało go? Co mu na tej lasce tak zależy? Jak Bra to przeczyta to będzie się musiał tłumaczyć.
- A co to komu szkodzi powiedzieć, że znajomy się o nią martwi, bo nie odbiera telefonów i nie daje znaku życia?
- Otworzymy to i pewnie się w jakieś głębokie gie wpakujemy. To może jednak tak... ja zajrzę tam, za róg do tych...
Nie dokończył zdania, bo właśnie w tym momencie...
-
Warsztat samochodowy w Northside, wczesny wieczór 14.07.77
Houston przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w Connora. "Można zabrać nomadę z Pustkowi, ale nie da się zabrać Pustkowi z nomady", pomyślał. Isaac znalazł sobie nową gadzią rodzinę i wydaje mu się, że z Grzechotnikiem u boku jest królem dżungli. Nie widział wzajemnych powiązań, najwyraźniej nie pamiętał, że każdy trup na autostradzie ciągnie za sobą odwet i więcej śmierci. Nie rozumiał, że czasem trzeba być lwem, a czasem lisem.
- Postaram się, Isaac - odparł w końcu, odstawiając wózek diagnostyczny na miejsce i zbliżając się do bramy garażu, żeby ją zamknąć - Nie dajcie się zabić.
Poza nim warsztat był pusty, a po hecy z mealstromowcami i informacjach od Isaaca, Dingo i tak nie potrafiłby się już skupić na naprawianiu starego Archera. Będzie musiał poczekać.
Ruszył w stronę - z braku lepszego określenia, dla meliny, którą dzielił z resztą ekipy - "domu". Do Dziesiątki było tylko kilka przecznic, więc rozważał szybki marsz - zawsze łatwiej mu się było skupić w ruchu. Wyciągnął swojego smarthinga - zdaje się, że dostał wcześniej jakieś powiadomienie - i zmarszczył brwi, widząc łańcuch zaległych wiadomości na NoiseFeed. Zaczynało się niewinnie (Dingo uśmiechnął się, na widok mema - pomyślał przewrotnie, że spodobałby się chłopakom od Izery), ale niżej wyglądało na to, że Frog i HiFi pakują się w jakąś kabałę.
Dawn odpowiedział tylko wrzucając na Feed emotkę biegnącego geparda, dając w ten sposób znać, że wraca. Chciał schować smarta do kieszeni, ale zawahał się, kiedy przyszło mu coś do głowy. Od razu lepiej mu się myśli, jak tylko wyszedł z ciasnego warsztatu.
Napisał szybką wiadomość do Switcha:
NoiseFeed:
Dingo:
Yo,Switch
masz jeszcze swoje wtyki w MedCenter?
bo będzie sparwa
sprawa
bardziej prywatna
Jednak ruszył w kierunku podmiejskiej kolejki.
-
Kennedy Avenue w Northside, wczesny wieczór 14.07.77
W ubraniu jednego z mężczyzn rozległ się rytmiczny dźwięk elektronicznego timera, nastawiony wcześniej i czytelnie o czymś przypominający. Wciąż bezimienny towarzysz kuratora wyciągnął z kieszeni kurtki niewielki farmakologiczny tlok w postaci strzykawki, zerwał jego osłonę, podciągnął rękaw i wtłoczył zawartość wtrysku w mięśnie ramienia.
Ktoś inny mógłby uznać, że stróż prawa zaaplikował sobie jakiś środek pobudzający, ale Hartley Mackinaw bezbłędnie rozpoznał oznakowanie strzykawki. Był to środek wzmacniający system immunologiczny walczący z wirusem HR3M odpowiedzialną za toksoliozę, odzwierzęcą chorobę roznoszoną przez gryzonie. Toksolioza, szczurza klątwa, wirus zbierający krwawe żniwo wśród bezdomnych oraz osób miewających z nimi kontakt.
Mężczyzna odrzucił od siebie pusty tłok, rozmasował ramię przenosząc wzrok na twarz Macka.
- Twoja niechęć jest jak najbardziej zrozumiała - powiedział pojednawczym tonem - Nie miałeś ze Swiftem łatwego życia. Niemniej ta sprawa ma dla prokuratury absolutnie priorytetowe znaczenie, a ty jesteś najlepszym w tej chwili narzędziem. Twój problem polega na tym, że nie możesz odmówić. Wiemy, gdzie mieszkasz i wiemy, gdzie pracujesz. Fred w każdej chwili może wystawić opinię, że twój proces resocjalizacji nie przebiega poprawnie i cofnie cie na dodatkowy rok do paki. Nie będziesz chciał nawiązać kontaktu z Randallem dobrowolnie, rozpuścimy plotki przez kapusiów, że przez cały czas odsiadki pilnowałeś Swifta i raportowałeś do naczelnika więzienia o każdym jego słowie…
- Pojebało cię? - sarknął rozwścieczony Mack - Nie doniosłem nawet jednego słowa…
- Przecież wiem, nie musisz się tak unosić - wzruszył ramionami nosiciel szczurzej klątwy - Ja to wiem, ty to wiesz i Fred też, ale Swift nie i postaramy się, żeby usłyszał coś zupełnie odwrotnego. Coś, co zachęci go, aby cię szybko odnaleźć, żeby wyjaśnić nieporozumienie. Byliśmy przygotowani na twoją odmowę, mamy kilka pomysłów na wiarygodne kłamstwa.
- To jest czyste skurwysyństwo! To jest nadużycie władzy! - Hartley na co dzień wystrzegał się przemocy, ale w tej chwili gotów był sięgnąć po owinięte łańcuchem zamknięcie roweru, które mogło posłużyć bez trudu za improwizowaną pałkę - Są nagrania jak mnie próbowaliście przejechać, a potem wciągnąć do auta. Wszystko pójdzie w sieć i zostaniecie udupieni.
- Liczymy się z takim scenariuszem. Pierwsze nagrania już nawet wpadły na Night Toka. Nasze SI od dziesięciu minut tworzy alternatywne wersje tego materiału, w każdym z wielu przypadków różniące się w jakiś sposób od oryginału. Trzy czwarte z nich będą zmontowane tak, by zademonstrować twój atak na przejeżdżający samochód. Uruchomimy farmy botów i zalejemy Night Toka dziesięcioma wariantami nagrania, będziemy je wrzucać w feedy pod każdy oryginał, aż ludzie będą mieli taką sieczkę w mózgach, że dochodzenie do prawdziwego ciągu wydarzeń nie będzie miało sensu. Robiliśmy to już wcześniej wiele razy, mamy w tym doświadczenie. Po dwudziestu czterech godzinach każdy będzie przekonany, że były skazaniec Hartley Mackinaw dokonał napaści na parę przejezdnych gości, nawet twój kurator w to uwierzy.
Fred Murphy uśmiechnął się kiwając potakująco głową, a jego uśmiech zmroził Mackowi krew w żyłach.
- Z mojego punktu widzenia jesteś w sytuacji bez wyjścia, Hartley - ciągnął dalej drugi mężczyzna - Naszym celem jest schwytanie Randalla Swifta, a ty jesteś dogodnym narzędziem. Możesz z nami współpracować i wiele na tym zyskać albo odmówić i wiele stracić, może nawet życie. Tak czy owak, w obu wariantach doprowadzisz nas do Swifta, dobrowolnie albo wbrew swojej woli. Obaj sądzimy, że po dobroci będzie łatwiej i szybciej, prawda, Fred?
- Najprawdziwsza prawda - pokiwał głową kurator nie odrywając wzroku od twarzy Macka.
-

Hartley "Mack" MackinawZaułek na Kennedy Avenue w Northside, wczesny wieczór 14.07.2077
- Czy wy sami siebie słyszycie? Wasze groźby się nie kleją. To wy jesteście narzędziami, nie ja. Jakie kurwa boty? Od kiedy to SI zostało spuszczone ze smyczy? Nie próbujcie mi tym grozić, tam na skrzyżowaniu byliście zestrachani, że wszyscy to nagrywają!
Mack dyszał ze wściekłości. Miał może 1 procent szans na to, że oni odpuszczą.
- A ty, panie Murphy, do cofnięcia swojej dobrej opinii potrzebujesz konkretów. Walniesz mi swoją opinię, a ja mam prawo do adwokata. Więzienia są przepełnione. I co, w sądzie pokażecie te niby zmajstrowane przez wasze niby boty nagrania? Przecież to żaden dowód! Będą tysiące wersji i będzie widać, że nagrania są przerobione. Ale wystarczą, że doszło do spotkania ominięciem drogi służbowej i urzędowej - chciał jeszcze dodać, że ich wóz też ma kamery, ale te nagrania naprawdę byli w stanie przerobić, więc nie chciał im podsuwać pomysłu, zwłaszcza że tamci popełnili już duży błąd sprawiając, że ta rozmowa się odbyła.
- Do tej roboty szukacie samobójcy, ja pasuję, Night City mi wystarczy. To wy jesteście w desperacji, zbrodni doskonałej z tego nie będzie. Swift siedział dłużej ode mnie, na pewno za mną nie płakał. Znalazł sobie inną ofiarę. Więc wy zróbcie to samo. Zapomnijcie o tej rozmowie, a ja też nie wywlekę jej przed kamery.
Poszedł na całość, teraz już naprawdę skończyły się mu argumenty. Miał nadzieję, że tego nie zauważą.