[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt leżał na plecach, patrząc w dym unoszący się znad stosu. Raz był gęsty, raz się rwał, jakby sam nie mógł się zdecydować, w którą stronę iść. Słowa Boscha wróciły same. Nie rozumiał połowy z tego, co tamten powiedział. "Mania", „kurtatela”, „nadania”… za dużo trudnych słów jak na prostą sprawę. Ale sens był jasny. Jeden gada, drugi pilnuje.
Kurt zmrużył oczy. Nie pierwszy raz ktoś tak mówił, kiedy chciał mieć go po swojej stronie. Przewrócił się lekko na bok, podpierając na łokciu. Spojrzał w stronę świątyni, potem na ludzi kręcących się po dziedzińcu, później na Boscha. Bosch miał gadane. Tacy czasem się przydają. Czasem pierwsi giną. Kurt splunął w bok. Przez chwilę jeszcze patrzył na ogień, jakby coś w nim liczył.
– Aha... - mruknął.
Opadł z powrotem na kamień, zamykając oczy na moment. Nie spał.
-
Cyrkowiec przez chwilę patrzył z niesmakiem na ten żywy obraz ludzkiej degrengolady, po czym pokręciwszy głową rzucił jej ziemniaka i monety. Wykorzystywać bogate pannice to jedno, ale tę życiową pierdołę... no z tego to Ranald nie byłby raczej dumny.
/- Nooo... to teraz nie będzie cię biła. I będzie trudniej. Bo sama będziesz musiała decydować o wszystkim. - spojrzał na ciało starszej z dziewczyn niezdecydowany. Może jakiejś paskudnej cioty dostała i dlatego taka wredna była? Ale coś cyrkowcowi w tym nie pasowało, bo biło się to to jak Kurt prawie. A łypało jak ci popaprańcy z ulicy. Nie zdecydował się jednak dokładniej przeszukać ciała - A ten "on" o którym mówiłaś. Co za jeden? Jej gaszek?
-
Z dzwonnicy wyszła grupa jaka biegła na nią ratować sytuację i powód całego zamieszania. Zamknięto za sobą wejścia do wieży odcinając od możliwych pomysłów jak i ostatnio się wydarzyło. Nadja widząc resztę towarzyszy niedoli pierwsza podeszła w ich stronę.
- Sprawa zażegnana. Ten - wskazała na mężczyznę co chciał w dzwon bić - mówi, że uciekał przed kobietami, z których jedna szalona chciała go bić. Zamierzał dzwonić by je szaleńcy odgonili czy coś. -

Oswald BraunOswald nie do końca rozumiał tego, co mówił niedoszły dzwonnik. To znaczy rozumiał każde słowo z osobna, ale jako całość... Nijak do niego to nie mogło dotrzeć.
- No cóż... - Wzruszył ramionami. - Będziesz dokładniej opowiadał tym na dole.
Z wysokości dzwonnocy spojrzał w dół, by zorientować się, co się dzieje w okolicy, a potem z innymi ruszył w dół.
-
Dla Marrrta
Dziewczyna podniosła ziemniaka wręcz z namaszczeniem, po czym na miejscu wciągnęła jego druga część. Po chwili zawiechy, zjadła go do końca.
- Tak, tak, sama ... ale z Wami. Nie chce tu zostać. Mogę iść z Wami? Siorka mówiła że do niczego się nie nadaje, nawet na mięso armatnie, ale może jednak spróbuje? Pokażesz mi?
- To taki zwykły człek, nie jej w sensie że gach, chociaż mówiła że ma go w garści i że jak podskoczy to pożałuje. Coś tam było jeszcze z jakąś tajemnicą, że mamy wszyscy jedną wspólną, więc jesteśmy jak rodzina, ale nie wiem, bo jak stałam za blisko to siorka kazała mi $#@^@# w podskokach i pilnować żeby mi ubrań nie $@@#%@ przypadkiem.
- Ale ogólnie ostanio więcej krzyczała niż mówiła, i bardzo dziwnie, po słowach, jak ułomna, taka wkurzona ułomna.
Dla Keta i Morta
Podczas gdy celnik i ochroniarz zajęci byli ratowaniem skóry Ojca klasztoru, reszta grupy miała swoje również niemałe problemy. Po chwili w obu lokacjach leżał trup. Większość pobiegła w stronę wieży, na dole został Ergo z jakąś dziewczyna - która sądząc po postawie, była zdecydowanie uległa. Bohaterowie podeszli do Suma. Faktycznie przepytywał dziewczyne, a obok ich leżało solidnie poobijane ciało kobiety.
Dla Zell, Arbuza i Kerma
Mężczyzna "złapany" przy dzwonnicy zachowywał się spokojnie. Dał się sprowadzić w dół, czekał aż bohaterowie zablokują drzwi i razem z nimi ruszył w kierunku Suma.
Dla wszystkich
Wszyscy bohaterowie, mężczyzna z dzwonnicy, oraz kobieta która rozmawiała z Sumem spotkali się przy cyrkowcu.
Reakcja mężczyzny, który miał rzekomo bić dzwonem, na widok ciała walczącej kobiety była raczej pozytywna. Podszedł do niej ostrożnie, zupełnie jakby obawiając się że jest jeszcze żywa. Rozmówczynie Erga zignorował. Wyglądał na rozluźnionego. Widać było że chce już sobie pójść, lecz zdawał sobie sprawę iż bohaterowie mogą chcieć mu zadać jakieś pytania, dlatego czekał w milczeniu.
Strażnicy podeszli do grupy gdy już było właściwie po wszystkim. To nie tak że nie chcieli wdawać się w bitkę, po prostu potrzebowali spojrzeć na sprawę z dystansu i uznali że warto dać się wykazać nowym również w wyjaśnieniu kwestii popleczników szalonej kobiety. Zbrojni postali chwile, obejrzeli ciało i stanęli na uboczu, nie ukrywając że mają zamiar przysłuchiwać się rozmowom. Z drugiej strony widać było że nie bardzo chcą się interesować czymkolwiek innym niż ich własnymi sprawami. Też mieli do wymienienia kilka słów na osobności, wiec oddalili się na tyle że bohaterowie mogli rozmawiać swobodnie.
- Zechce Pan zrelacjonować wnioski z zajścia, jak uda się Wam coś ustalić - jeden ze strażników zwrócił się bezpośrednio do Hieronima
-
Plac świątyni w Bögenhafen
Usłyszawszy opowieść Nadji o zajściu w dzwonnicy Hieronim pokręcił tylko niemo głową, utrwalając się w swoim przeświadczeniu, że święty przybytek wcale nie chronił przed czarną magią mącącą w umysłach mieszkańców miasta. Celnik nie uważał schronienia w świątyni za błąd, ale był już pewien, że głupotą byłoby pozostanie w niej choćby dzień dłużej.
Los chroniących się tu ludzi najwyraźniej był już przesądzony i nie mogło ich ocalić nawet miłosierdzie Sigmara.
Puściwszy zatem koło uszu dopiero co zasłyszaną historię, Bosch przywołał towarzyszy niedoli z więziennej celi w kąt dziedzińca, a kiedy ci zainteresowani ruchami rąk starego mytnika podeszli bliżej, Hieronim zaczął do nich mówić ściszonym głosem.
- Słuchajcie uważnie, bo lepiej nam będzie nie rozprawiać zbyt długo, za dużo tu niepożądanych uszu i oczu. Pewnikiem spostrzegliście, że po nabożeństwie świątobliwy Zygfryd zaszczycił mnie prywatną audiencją. Jak bardzo byśmy opłakanie wyglądali, on poznał się od razu na naszych charakterach. Zapewne trzyma swoją opinię w tajemnicy, aby nie wywołać paniki wśród pospólstwa, sam jednak sądzi, że roztropni ludzie powinni uchodzić z miasta, bo tu nie czeka nas nic dobrego. Jego świątobliwość gotów jest udzielić nam swego namaszczenia i obdarzyć uprawnieniami wielu rodzajów jako wysłanników działających w jego imieniu. Powiedział mi to wprost i bez ogródek. I powiedział coś więcej.
Hieronim zaczekał krótką chwilę z dalszym objaśnieniem chcąc spotęgować efekt swojej szeptanej konspiracyjnie przemowy.
- Jeśli się spiszemy, wykorzysta autorytet świątyni, aby oczyścić nas z zarzutów, pod którymi nas osądzono, moich rzecz jasna sfabrykowanych, waszych nawet nie próbujcie się wypierać, bo świątobliwy Zygfryd i tak okaże wam wielką miłosierną łaskawość. Jako cesarski urzędnik pełniłbym rzecz jasna pieczę nad tą misją przetarcia drogi ucieczki z Bögenhafen. Co zatem rzekniecie? Jaką odpowiedź mam mu zanieść? Tylko nie rozważajcie tej łaskawej oferty za długo, bo jak nieborak ducha wyzionie, będziemy w koziej rzyci.
-
Nadji nie składały się spójnie te słowa w jedną całość. Albo Hieronim kręcił, albo tylko to było jego pobożne życzenie.
- Chwilę, chwilę. Z jednej strony może zaraz ducha wyzionąć, a jednocześnie jest gwarancja, że się za nami wstawi jak się sprawdzimy? To wyzionie ducha zaraz czy dopiero jak się sprawdzimy? - pokręciła głową - O zarzutach nawet mi się nie chce z tobą dyskutować, bo to jak walić głową w ścianę. Ja się zgodzę, większa szansa na przeżycie, bo cokolwiek się dzieje w tym przeklętym mieście nie zachęca do pozostania w jego murach, a nawet mury świątynne nie są bezpieczne. -
Dla Suma liczyło się najbardziej, że nikt go nie próbuje obarczać śmiercią tej wariatki. A to, że zeznanie jej siorki i to co zgodnie z relacją Nadii opowiadał ten typ z dzwonnicy nijak się kupy nie trzymało, nie było już jego zmartwieniem. Z uwagą więc wysłuchał co Hieronim miał do powiedzenia i ochoczo pokiwał głową.
- A mnie tam pasuje! Czemu nie? Jeszcze dla świątyni nie robiłem, ale jak się uda dzięki temu stąd spierdolić, to mogę i w habicie. Aaaa... a ta tu. To chce wiać z nami.
Co rzekłszy klepnął dziewczynę w tyłek i wyszczerzył się.
- Uratowana. -
Kurt już podczas poprzedniej rozmowy z Hieronimem zgodził się objąć ową misję swoją Kurtatelą. Zresztą robił to niemal od samego początku. Można byłoby rzec, że wręcz pasował do tego jak mało kto, a jeśli dzięki temu miał zostać oczyszczony ze swoich przewin, to tym bardziej mu to pasowało. Kiwnął więc głowo twierdząco, bo nie zwykł zbyt dużo mówić, a nikt i tak specjalnie nie oczekiwał tego od niego.
-
Cyrulik przysłuchiwał się przemowie Hieronima z rosnącym obrzydzeniem, lecz jako człowiek ogólnie przywykły do różnego autoramentu obrzydliwości (zwykle w postaci wydzielin które toczyły si z różnych naturalnych jak i nabytych później otworów pacjentów) maskował to dość dobrze, świdrując towarzysza swymi głęboko osadzonymi w jednak trochę nalanej twarzy. Serdecznie dłoń na ramieniu Hieronima, i nie był to gest władczy, tylko naprawdę serdeczny - chociaż ciężar łapska medyka mógł powodować inne wrażenia u obdarowanego.
- Hieronim, zacnie prawisz... Ale wiesz czemu siedziałem z wami w ciupie? Bo towarzysze pewnego szlachciury obiecywali mi wszystko, byleby tylko ratować towarzysza który, taki niefart, wypadek miał obok mego przybytku. W zamian za to, trafiłem z wami w te progi, bo chłopak na rozumie stracił. A tak ogólnie to jak pracuję w fachu, tak nigdy mi nikt nie dał tego, co umierając, obiecywał... Chcę ci przez to powiedzieć, że obietnice przyszłego trupa należy trzymać głęboko w dupie, co najmniej za pierwszym zakrętem kiszki, a jak to z rzeczami z dupy pochodzącymi jest, nie warto kusić nimi kompanów ani też wymachiwać w kierunku dam.
Poklepał urzędnika po plecach.
- Ale z jednym masz rację, musimy stąd pryskać. Tylko bez sensacji, jakby nas tu nigdy nie było. Jedyne co bym proponował, to postarać się wyciąć oczka kolczugi i zrobić z nich wabiki, jeśli kto utalentowany w rzemiośle. Jeśli uważamy, że mamy czas. I jeszcze coś - cyrulik zamyślił się - widzę, że jesteś głębokiej wiary i dobrego wykształcenia. Proszę cię, od teraz, do końca, cyklicznie przepytuj nasz wszystkich z modlitw do Sigmara. To co widzieliśmy, potwierdza to co słyszałem z plotek, oszaleć można i później. Musimy się kontrolować, zakładam, że plugawemu stworowi w transie daleko będzie myślami sięgnąć takich treści. -
Plac świątyni w Bögenhafen
Hieronim zerknął na cyrulika z ukosa robiąc przy tym minę sugerującą, że intensywnie nad czymś myśli.
- Słusznie prawisz, dobry człowieku - odrzekł w końcu bardziej uprzejmym tonem - Pod wieloma względami słusznie prawisz. Mus nam żwawo działać, bo czas ucieka. Świątobliwy Zygfryd może rychło ducha wyzionąć, dlatego mus mi się z nim ponownie rozmówić, ale wcześniej chciałem wiedzieć, czy mam was po swojej stronie. Czcigodny kapłan chciał, abyśmy w jego imieniu opuścili miasto i sprowadzili pomoc przekazawszy jej wpierw ostrzeżenie o plugawej naturze tej plagi. Jeśli to uczynimy, zostaną wam odpuszczone wszystkie wasze winy.
Bosch obejrzał się za siebie ku grupie świątynnych strażników i rozmawiającego z nimi pełnym niespokojnego zdenerwowania tonem kleryka.
- To nasza wielka szansa, większej pewnikiem nie dożyjemy. Poproszę czcigodnego Zygfryda, aby przekazał mi jakieś pismo albo i sygnet, coby nasze słowa poza miastem miały odpowiednią wagę. Im szybciej wyruszymy, tym dla nas lepiej. I jeszcze jedno, świątynia odpuści nam wasze przewiny, ale niewiele może zaoferować w podróży, lecz nie lękajcie się, bo to nieszczęsne miasto samo z siebie może nam pomóc. Przy każdej z miejskich bram są biura mytników, gdzie żołdacy spod bram odnoszą pieniądze zbierane od przejezdnych. Tam składa się je w kufry, a kiedy te są już pełne, przewozi się je do ratusza. Kiedy ta gorączka szaleństwa wybuchła, nikt pewnikiem nie pomyślał o tych kufrach, bo insze sprawy mieli wszyscy na głowie.
Hieronim Bosch ponownie urwał na chwilę, powiódł po swoich kompanach uważnym spojrzeniem.
- Złoto i srebro zabrane ze skarbczyków celnych będą najcenniejszym narzędziem już poza murami miasta, bo gdzie będzie trzeba, odwrócą w bok czyjś niepożądany wzrok, a gdzie będzie trzeba, tam napełnią nam brzuchy. Dzięki nim będziemy znacznie bezpieczniejsi, a i tak nam z tymi skarbczykami po drodze w kierunku za mury.
-
Ulrich westchnął ciężko gdy Hieronim ich opuścił.
- Wiecie, że zaraz ten glejt podrobi, nie? I jeszcze na złoto łasy - machnął ręką - dasz radę coś na szybko ogarnąć z tymi kolczugami, Laleczka - zwrócił się do towarzyszki - jak coś, możemy też zahaczyć do mojego zakładu. Większość zarekwirowało miasto z wyposażenia, drugie tyle pewnie rozkradziono, ale jest szansa, że uchowa się coś, na przykład jakiś prawdziwy lek którego niewykształceni w fachu nie poznają.
Nie dodał, że również trucizna, gdyż jak mawiano w środowisko, dawka czyni truciznę. -
- Mogę spróbować, ale nie wiem jak mi to wyjdzie. Zbroi nie rozprawiczałam. - Nadja wzruszyła ramionami - A dziadek już się na kasę ślini, też mi szlachetny mąż. Trzeba pozbierać prowiant i ekwipunek na podróż, nie wpierw szukać monet. Gdzie w ogóle najbliższe miasto, w jakim można monety zużyć? I jak szybko uznają, że pokradliśmy? Do twojego mieszkanka mogę się udać... Ergo! Pomóż też z tymi kolczugami!
-
Kurt słuchał Boscha w milczeniu. Im dłużej Hieronim mówił, tym bardziej Mały marszczył brwi, jakby próbował przesunąć ciężką szafę we własnej głowie. Pisma. Glejty. Pieczęcie. Bramy. Kufry. Za dużo słów. Ale potem padło „złoto” i to już zrozumiał.
Kurt powoli usiadł, patrząc na Boscha trochę inaczej niż wcześniej. Nie jak na urzędnika. Bardziej jak na człowieka, który właśnie powiedział, że kiedyś może mieć własny dom z piętrem. Albo dwa.
– Hmmm... - Kurt zadumał się srodze. Bosch gadał jak ktoś, kto już widział siebie z kufrem pełnym złota, siedzącego przy dużym stole, z mięsem, winem i ludźmi biegającymi wokół na skinienie palca.
I wtedy do Kurta dotarło coś jeszcze. Jak Bosch będzie bogaty… to będzie potrzebował ochrony. Prawdziwej ochrony. Nie stania przy drzwiach karczmy za miskę zupy i dwa miedziaki. Nie obijania pijaków dla lichwiarza. Tylko porządnej roboty. Z bogatym człowiekiem. Może nawet z własnym pokojem.
Kurt zamyślił się tak mocno, że prawie przestał słuchać reszty rozmowy.
– Mocarz… – mruknął pod nosem.
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej mu się podobało. Bogaci ludzie żyją długo, bo mają takich jak on. Spojrzał na Boscha z czymś, co u Kurta mogło uchodzić za uznanie. Kurt kiwnął w stronę Hieronima porozumiewawczo głową.
-
Złoto, zdaniem Oswalda, miało swój urok. Podobnie zresztą jak i srebro. Ale mimo wszystko Oswald uważał, iż własny żywot cenniejszy jest niż wszystkie skarby świata, będące (mimo wszystko) jedynie miłym dodatkiem do życia. Trupowi błyszczące krążki na nic by się zdały. Z drugiej strony... gdyby się dało je zdobyć bez zbytniego ryzyka...
- Najważniejsze to jednak ujść z tego miasta - powiedział. - Nawet bez złota. Papier od kapłana i worek jedzenia - spojrzał na Nadję i skinął głową z aprobatą - będą najważniejsze.
-
Ergo wzruszył ramionami na dalsze dysputy. Wiać ze złotem, czy bez złota... Ano lepiej ze złotem jakby się okazja przytrafiła. Zwłaszcza, że miał już nie dwie, a cztery ręce żeby taszczyć. Uniósł brew na wezwanie "laleczki". Znał się na zbrojach i robocie jak świnia na gwiazdach. W ogóle jak żył to z pracy jego rąk, niewiele dzieł przyszło na ten świat co też łacno było poznać po braku odcisków i wstrętnych zgrubień na dłoniach. Ale, że jak już było powiedziane, Ergo Sum był człekiem z natury pomocnym i nie dąsał się na kompanów nawet gdy ci mu obrzucali i zatłukli widzów jak horda dzikich zieleńców, to zgodził się pomóc Nadii. Choć niekoniecznie własnoręcznie.
- Słyszałaś niuńka? - zapytał uratowanej - W ogóle jak cię wołać? A zresztą. Trzeba pomóc laleczce z robotą. To chyba jak dzierganie coś. No. Chcesz wiać z nami to kasaj kiecę i do roboty.
-
Dla Keta
Kapłani strażnicy bez problemu przepuścili Mytnika, Hieronim wszedł do pomieszczenia gdzie leżał ranny Zygfryd. Starszy kapłan wyglądał źle, lecz jednocześnie dużo lepiej niż mógłby, po tak zadanym ciosie. Nie było mowy o rozmowie 1 a 1. Przy łózku stał kapłan, ten sam który uczestniczył przy poprzedniej ich rozmowie.
Na łóżku, pośród zmiętych lnianych prześcieradeł i zapachu ziół, leżał kapłan Zygfryd. Twarz miał bladą jak wosk. Gruby bandaż oplatał jego bok i pierś - spod materiału przebijała ciemna plama, świeża i niepokojąco wilgotna. Każdy oddech przychodził mu z wysiłkiem; płytki, urywany, czasem kończący się cichym świstem bólu.
Jego prawa ręka drżała lekko, zaciskając się kurczowo na symbolu wiary zawieszonym na szyi. Oczy miał przytomne, ale zmęczone - człowieka, który widział już śmierć stojącą przy swoim łóżku. Kiedy próbował mówić, głos łamał mu się w gardle i przechodził w chrapliwy szept. Co jakiś czas kasłał głucho, a wtedy na ustach pojawiała się cienka nitka krwi.
Widać było, że żyje bardziej siłą woli niż ciała. Każdy ruch sprawiał mu cierpienie, lecz mimo tego próbował unosić głowę, jakby chciał jeszcze coś przekazać.Hieronim przekazał swoją propozycje. Ojciec potrzebował chwili aby przetrawić słowa Mytnika, po czym skinął na kapłana znajdującego się koło jego łoża. Ten nachylił się na chwilę, wysłuchał słów przełożonego i zwrócił się do bohatera.
- Do świątyni dotarły plotki że na północ od tego miejsca otwarte zostało przejście. Jest to dobre miejsce na rekonesans, aczkolwiek równie dobrze mogłaby to być zwykła plotka. Sugerujemy najmniej zerknąć, a nóż droga ucieczki będzie łatwiejsza niż myśleliśmy. Jeśli nie tam, to jedną z opcji będzie przebicie się do innej dzielnicy i tak próbowanie swych sił. Nie mamy niestety pewnej drogi, sami musicie ją odnaleźć.
- Co macie przekazać? Że tu jesteśmy, żyjemy i trwamy na posterunku, że miasto jeszcze nie jest stracone. Że mamy ludzi którzy nie są w stanie uciec ale mogą się bronić, póki jest nadzieja.
- Ojciec Zygryd udzieli Wam wparcia w postaci prowiantu na 5 dni dla całej Waszej grupy oraz pisma z lakową pieczęcią Przeora:
„Ja, ojciec Zygfryd Grimmig, przełożony świątyni Sigmara pod wezwaniem Świętego Helmgarta, zaświadczam, iż okaziciele tego pisma działają z mojego rozkazu oraz pod moją pieczą.
Każdy wierny sługa Imperium, Świątyni i prawa winien udzielić im pomocy, wsparcia oraz bezpiecznego przejścia, gdy zajdzie taka potrzeba.
Kto wystąpi przeciw nim bez słusznej przyczyny, ten wystąpi także przeciw mojej woli.”
Pod podpisem odciśnięto ciężką lakową pieczęć osobistą. Hieronim widział jak młodszy kapłan naprowadza swojego przełożonego aby ten, bez zdejmowania sygnetu, mógł odbić znak w laku.
Młodszy kapłan poczekał aż Hieronim skończy czytać i skwitował:
- Ojciec nie ma już Wam nic więcej do powiedzenia, poza tym musi odpoczywać. Ruszajcie czym prędzej, każdy dzień jest na wagę złota.Ojciec Zygryd zamknął oczy a jego pomocnik gestem odprawił Bohatera.
Dla wszystkich
Hieronim odszedł, lecz nie na długo. Ledwo Ulrich zdążył obrobić mu dupę, a Mytnik już był z powrotem. W jednej ręce trzymał złożony kawałek papieru, w drugiej stosunkowo ciężki wór - prowiant na drogę, sądząc po ilości, solidne kilka dni bez głodu, ale też i bez wygód.
- Nazywam się Linda. Już się zabieram. - dziewczyna odpowiedziała służalczo na polecenie Suma. Klepnięcie w tyłek również skwitowała krótkim "dziękuje"
Dziewczyna uratowana przez suma niezbyt szybko skumała o co dokładnie chodzi, ale gdy już ogarnęła to bez zwłoki zabrała się za robotę. Korzystając z noża i kamienia wypruwała płatki kolczugi. Trzeba było ją upomnieć żeby robiła to cicho, aczkolwiek efekty jej pracy były zadowalające.
-
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Mamroczący pod nosem dziękczynne słowa i kłaniający się w pas mytnik wyszedł czym prędzej z komnaty nie chcąc dawać Zygfrydowi czasu na zmianę decyzji. Audiencja spełniła w dużej kierze oczekiwania Hieronima, w szczególności zaś wręczone mu pismo.
Swoich towarzyszy zastał w tym samym miejscu, w którym ich zostawił. Świadomość tego, jakim cieszył się wśród tych ordynusów szacunkiem i poważaniem sprawiła Boschowi autentyczną przyjemność, aczkolwiek nie dał tego po sobie poznać przywołując w zamian na twarz surową minę.
- Radujcie się, albowiem Sigmar prawdziwie się nad nami zmiłował - oświadczył pełnym emfazy tonem - Czcigodny Grimmig dotrzymał obietnicy. Otrzymaliśmy glejt z lakową pieczęcią świątyni, który zapewnia nam ochronę z mocy jego autorytetu. Dostaliśmy też jadło na pięć dni, abyśmy nie opadli z sił. Czcigodny ojciec Grimmig ma nadzieję, że zdołamy wydostać się z miasta i sprowadzić tu pomoc. Wierzę, że żadnemu z was nie przypadł jeszcze w udziale równie wielki zaszczyt, ale nie oczekuję waszej wdzięczności, wystarczy mi posłuszeństwo i poświęcenie sprawie.
Hieronim podał wypełniony strawą ciężki podróżny worek w ręce Kurta, posłał mu porozumiewawcze spojrzenie, którego pozostali nie przeoczyli, ale najpewniej nie zrozumieli jego znaczenie.
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
- Osobiście widzą mi się dwie drogi ucieczki - powiedział mytnik, kiedy grupka ułaskawionych przez kapłana skazańców znów została sama - Albo wedle słów czcigodnego Grimmiga na północny zachód albo z powrotem do portu i łodzią na wybrzeże, wszelako zdam się tutaj na wasz osąd, moglibyście w końcu zapracować na swój los.
-
Kurt słuchał Boscha uważniej niż zwykle.
Nie wszystkiego rozumiał, ale tym razem coś brzmiało inaczej. Nie jak gadanie urzędnika. Bardziej jak kazanie kapłana po kilku kuflach wina.
-Sigmar się nad nami zmiłował. - Kurt spojrzał na glejt z pieczęcią, potem na worek z jedzeniem, a później na świątynię za plecami Hieronima. Jeszcze niedawno siedział w celi i czekał, aż ktoś go spali albo zatłucze. Teraz miał miecz i worek jedzenia.
To było dziwne. Bardzo dziwne. Wziął worek bez słowa i zarzucił go sobie na ramię. Ciężar był przyjemny.
-Może ten Sigmar naprawdę patrzy?- Zamyślił się.
Kurt nigdy się nad tym nie zastanawiał. Bogowie byli od tego, żeby kapłani mieli o czym gadać, a ludzie gdzie zanosić monety przed bitwą. Ale odkąd wszystko się posypało, dziwne rzeczy działy się jedna po drugiej. Szaleniec w celi. Ludzie chodzący jak stado opętanych. Strażnik, który dostał młotem tak, że normalnemu człowiekowi odpadłaby połowa ciała, a dalej próbował zabijać. I jeszcze oni. Żywi.
Kurt podrapał się po szczęce.
– Może faktycznie nas pilnuje. - Szepnął pod nosem.
Nie wiadomo było, czy mówi o Boschu, Zygfrydzie czy samym Sigmarze.
Spojrzał na worek z jedzeniem, potem na glejt. Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad płomieniami stosu.
– Świętobliwy ojciec Zygfryd wspomniał, że powinniśmy iść na północny-zachód? – mruknął wolniej. – Któż w takim razie miałby wątpić w jego słowa? - Zapytał retorycznie i spojrzał po reszcie.
-
Ergo słuchał Hieronima, słuchał i uśmiechał się i głową kiwał z każdym słowem, które mamlał dziadyga. Miał ochotę pogonić go kijem jako zwyczaj kazał dziada gonić. Ale umiał docenić przedstawienie. I nie miał kija. Za to Hieronim chyba miał, bo się Kurtowi tak na oko udzieliło to całe sigmarowanie.
- Radujcie się albowiem mocą mojego autorytetu zaraz się zesram! - zawołał Ergo głosem świetnie imitującym Hieronima, po czym parsknął już własnym sumowym śmiechem - Zaszczyt sraszczyt, Grimmig srimmig. Rzekłem, że mogę się bawić w ten świątynny cyrk, byle zwiać z tej dziury. Ale ty tu dziadu nie strosz piór jak kapucyn, bo posłuszeństwa to możesz wołać co najwyżej od swoich wszów. Albo fujary. Elfa powiesili nie za to, że kradł, a za to, że dał się złapać. Wszyscyśmy tu jednako "niewinni". No może poza Lindeczką. - co rzekłszy spojrzał na dziewczynę, która pracowicie wykonywała polecenie Ulricha, tak jak sam Ergo nie do końca rozumiejąc zapewne po jaką cholerę - Żarcia w mieście w bród. A i ten glejt to rzecz niepewna. Byle sierżancina jak będzie mieć zły humor, a będzie, bo wolałby patrol gdziekolwiek byle nie w mieście, to jak mu tym glejtem zaczniesz wymachiwać, to się nim podetrze, a potem ci go zeżreć karze. Wszystko jedno gdzie pójdziemy. Wszędzie będą posrańcy. Omijałbym główne ulice i napewno rynek. A najbliżej stąd mamy do przeprawy strażników. Pamiętacie mapę ze strażnicy?... Tee gruby, po co ona to właściwie dzierga te kółka?
Nie wytrzymał w końcu z pytaniem do Ulricha, patrząc na robotę dziewczyny.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się