Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Popielny Dwór
SeachS
Seach jako
Azazel
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Kaylie Sunfall
ArveeA
Arvee jako
Viktor Goodmann
AbishaiA
Abishai jako
Baltizar Harpaness

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
156 Posty 4 Uczestników 963 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell jako Kaylie Sunfall
    Moderator Obsługa
    napisał ostatnio edytowany przez
    #146

    text alternatywny

    Kaylie Sunfall

    Kaylie stała nad swoim biurkiem w pokoju jaki sprezentował jej Otto. Powróciła z wyprawy na miasto do sądu i od razu zabrała się do pracy, choć bez nadmiernego entuzjazmu. Wiedziała w końcu na czyją korzyść musiała się z tym męczyć... i powiedzenie, że nie sprawiało jej to wielkiej radości zostałoby określone delikatnie.

    Zacisnęła pięść na rozłożonych papierach zarysowanych szkicami malunków i płaskorzeźb, jakimi miała być ozdobiona świątynia. Nie zależało jej na wykonaniu rysunków idealnie, tyle aby zaznaczyć ich sens i położenie. W głębi duszy nie chciała tego robić... ale niestety ta dusza już do niej nie należała.
    Jak i jej życie.
    Prychnęła biorąc jedną kartkę i zmełła ją w dłoni by odrzucić w bok nieudanego śmiecia. Następna była zapisana wręcz hasłowo... Sceny z historii w Niebie, sceny z Piekła.

    Wizyta w sądzie dała jej wejrzenie w styl, aby móc trochę wzorować całość na jego własnych planach, żeby świątynia mogła w pewnym sensie przypominać swym wystrojem właśnie sąd i w tym miały jej pomóc rozłożone wokół księgi traktujące o architekturze wnętrz.


    text alternatywny text alternatywny

    Viktor Goodmann, Kaylie Sunfall

    Zajęta pracą nawet nie zwróciła uwagi, że wiec trwał już wystarczająco długo, więc jedynie dyskomfort pleców mógłby jej przypominać o czasie.
    Nawet nie tknęła niczego z kolacji, jaka wciąż czekała na stole.

    - Ughh… ale tu ciemno… - Viktor, którego wejścia nawet nie zauważyła póki się nie odezwał, przeszedł obok i otworzył okiennice. Nie nagle. Dał jej ten moment na zmrużenie oczu, by nie narażać nazbyt naraz na poranne światło.
    - Studiujesz… - zauważył oczywistość, jakby miało to zmienić, że właśnie oderwał ją od pracy. Dłonią położoną na jej talii przyciągnął Kaylie do siebie i ucałował krótko.
    - Całą noc temu poświęciłaś?
    Kaylie uniosła spojrzenie zmęczonych oczu na Khala, jakich podkrążenie było widoczne z bliska.
    - Mhm... Tak. Tak.
    - Pracowita dziewczynka… - pochwalił Viktor, kładąc wierzch swojej prawej dłoni na jej barku i zmówił powoli inkantację modlitwy, wypędzając zmęczenie z ciała i umysłu Kaylie.
    - Może nie najbardziej imponująca magia, ale jedna z praktyczniejszych. - Uśmiechnął się do niej w zadowoleniu.
    Z widocznym zaskoczeniem spojrzała na Khala.
    - Magowie nie potrzebują tego by się uczyć!
    Viktor uniósł brew rozbawiony.
    - Zdajesz sobie sprawę, że jeśli już by to za jakiś przytyk uznać, to był on do zarówno twojej, jak i mojej magii?
    - Magowie nie muszą błagać kogoś innego o ich moc, najwyżej sami alchemią załatwią.
    - Tiiiaaa… widziałem takich co tej alchemii nadużywali… I błagania się zdarzają, ale nie tak jak ci się wydaje. Wśród dobrych bóstw się nie błaga. U neutralnych też nie. Głównie szaleńcy wyznający demony rzeczywiście błagają o moc. Z Azazelem łączy mnie bardziej relacja… układu. Albo zatrudnienia. Ja oferuję swoje usługi, on mnie wyposaża w narzędzia które jestem w stanie udźwignąć. Nie ma tu nic uwłaczającego.
    - Nigdy on ci nie dał swojej mocy? Takiej jego siły. Jesteś jego kapłanem. Nie czułeś jego mocy? - zapytała siadając na blacie biurka po odsunięciu zapisanych i zarysowanych papierów.
    - Zależy co precyzyjnie masz na myśli. Efekty jego magii czułem, ale nigdy nie zostałem nawiedziony przez niego, ani żadne z jego sług… O czym myślisz?
    - Ja... Otrzymałam od niego moc potrzebną do wygrania z moim pradziadkiem. Jego moc. - westchnęła - Bo moją własną bym tego nie zrobiła w tamtym momencie. I poczucie tego... Jest naprawdę ciężkie do opisania. - na chwilę zatopiła się w tym wspomnieniu - Niemniej nie opanowałam tego. Nie byłam w stanie. Przerosło mnie. Ale czy ty też coś takiego miałeś?
    Viktor zamyślił się na chwilę.
    - Tak i nie. Nigdy nie dostałem od niego ad hoc wzmocnienia mocy na daną chwilę. Nigdy nic tymczasowego… aczkolwiek wspomógł mnie gdy uczyłem się walki wręcz. Miałem w pewnym momencie fazę na to. To jak młotem macham jest, w zasadzie, jego zasługą. Sam bym nigdy nie znalazł czasu do mozolnej nauki i treningów.
    - Więc mam więcej doświadczenia w odczuciu mocy Azazela niż jego kapłan? - zachichotała.
    - Hmmm… jakby na to bardzo specyficznie spojrzeć… to tak można by powiedzieć.
    - Lepsza od arcykapłana. - wskazała mężczyźnie by podszedł i zarzuciła mu ręce na szyję - A teraz opowiadaj co było, że tyle zajęło.

    - Tsk… pełen sukces, ale niestety tylko mój, a nie mądralińskich. Istotnie jest susza. I to poważna. Nienaturalna. Udało mi się zaprezentować w gronie mędrców i to jak im równy. Nawet Fern tam był i chyba udało mi się zrobić na nim pewne wrażenie. To będzie bardzo cenne w przyszłości. Orlovsky też się na nim zjawiła... znaczy Elanna… choć ona niewiele mówiła.
    - Hmm... - wtuliła twarz w szyję mężczyzny - Nie musisz dziękować za polepszenie spojrzenia Ferna. - stwierdziła zastanawiająco unikając tematu Elanny.
    - Oh… Wstawiałaś się za mną u niego?
    - Za naszą grupę, za tym kościołem... - powiedziała niechętnie - Uspokoiłam jego niepokój z nami związany... Ile się dało.
    - No to dobra robota. Choć nie odmówię sobie wiary, że jednak pewna część zasług wynika z mojej prezencji na wiecu… ale możemy przyjąć, że mniejsza część.
    - Oczywiście, że bez prezencji nic byś nie osiągnął. Ja tylko zmniejszyłam trudność. - powiedziała łagodnie - Ale długo to trwało, ten wiec.
    - Wiesz jak to jest gdy inteligencyja się spotyka… zaczynają bardziej, bądź mniej poważnie, ale i tak kończy się alkoholem i karczemnym śpiewem.
    - Mhm... Nie czuć od ciebie tony alkoholu. Od Elanny było? - zapytała tym samym spokojnym głosem.
    - Trochę wina tylko. Dziewczyna ma impulsywną potrzebę kontroli… przynajmniej na ogół… a alkohol by jej to odebrał. Ja też niewiele piłem, choć nie mówił bym prawdy twierdząc, że uniknąłem upadlania się wspólnymi śpiewami. Radosna to była gromadka, gdy już się rozluźniła.
    - No tak. Gdyby była pijana to byś z nią nie spał, nie? - zapytała łasząc się o jego szyję - Przecież nie sypiasz z pijanymi niewiastami.
    - Zostawia to gorzki posmak - przytaknął.
    - Nawet mnie byś odmówił?
    - To… trochę co innego z kimś z ustaloną już relacją… aczkolwiek wciąż preferuję mieć ciebie trzeźwą. Przyjemniejsze, w mojej personalnej opinii.
    Nadal wtulała się w jego szyję.
    - W seksie też ma impulsywną potrzebę kontroli?

    Viktor uniósł brew, choć Kay nie mogła tego widzieć.
    - To w bardzo złym stylu rozmawiać o upodobaniach innych ludzi. Zapytaj o moje preferencje to bez problemu ci odpowiem, ale co Elanna lubi robić za kotarami to jej prywatna sprawa… Na pocieszenie: taką samą odpowiedź usłyszy każdy kto zapyta o twoje preferencje.
    - No wiesz... Zobaczyłabym tak co ty też lubisz, skoro chętnie ją obracasz. Chcę wiedzieć co ci sprawi przyjemność.
    - Wejście w posiadanie tej wiedzy nie wymaga od ciebie wypytywania mnie o preferencje osób trzecich. Możesz ją zapytać… Może nawet ci odpowie. Nie zdziwiłoby mnie to za bardzo. Ale możesz też zadać mnie pytanie… tylko musi być ono odpowiednie.
    - Ty i te twoje intelektualne szarady.... - mruknęła - Czy dominujesz w trakcie waszych zabaw?
    - Wciąż złe pytanie, bo zawiera w sobie osobę trzecią, która może sobie nie życzyć informowania o niej, ale odpowiem, że lubię dominować. Jednak to chyba nie zostawiało wątpliwości po wczorajszym, hmmm?
    - Więc zakładam odpowiedź. Czy było to tak jak myśmy robili wczoraj?
    - Kay… potrzebuję byś zrozumiała, że nie dam ci odpowiedzi wskazującej na to co specyficznie wczoraj i, może dziś, z nią robiłem bądź nie robiłem. Umowa zobowiązuje mnie do informacji, że COŚ było, ale tylko tyle. Możesz pytać mnie o moje generalne upodobania, możesz pytać mnie co robiłem z wieloma innymi nieokreślonymi jagniętami w przeszłości, ale tylko tyle.
    - Jesteś uparty. - przewróciła oczami wracając przed niego - Zachowujesz się jakby nie powiedzenie czegoś dawało ci immunitet i czyste sumienie. Tylko może na papierze, a wiadomo że "Carta non erubescit".
    - Jakby mnie Elanna zapytała dziś rano w jaki sposób ciebie wczoraj wziąłem i bym jej rzeczywiście odpowiedział. Czułabyś się potraktowana uczciwie?
    Kaylie uśmiechnęła się bez emocji na to.
    - To nie jest nic, co byłoby mi obce. Przyzwyczaiłam się. Stało się dla mnie normą.
    - Cóż… nie u mnie. Co lubisz i co z tobą robię nie wyjdzie poza nasze grono, chyba, że sama o tym komuś opowiesz.
    - Dla mnie ważne twoje chęci...
    - A dla mnie twoje. Elanna i co z nią robię nie ma tu nic do rzeczy.
    - Oczywiście, że ma. Chcę wiedzieć czy sprawia ci to większą przyjemność i chciałbyś bym i ja tak robiła!
    - A ja bym chciał abyś pomyślała co TY chcesz robić. Hmmm?
    Kay spojrzała zagubiona.
    - ...to co ty chcesz bym robiła...
    - Niestety nie jest tak łatwo mnie zadowolić. Będziesz musiała się bardziej postarać… ale niekoniecznie dziś i niekoniecznie jutro… ale w końcu tak.

    - Dziś to już raczej miałeś wystarczająco radości... Jeszcze trochę popracuję, bo mnie rozbudziles i pójdziemy spać. - stwierdziła.
    - Kto pójdzie ten pójdzie… złapałem posłańca po drodze… dziś moje zamówienie dociera. Potrzebuję dopieścić plany i szczegóły nim zacznę. No i definitywnie jestem zbyt podekscytowany by teraz zasnąć, nawet jakby sen był w moim zwyczaju.
    - Co? Już? Ale... - przetarła oczy - To po kij tu ten bękart Azazela? - zirytowała się.
    - Ehhh… Kozioł wysłał nam wsparcie aby nas wspomóc. I tyle. To o obijaniu się potraktuj jako przejaw piekielnego humoru.
    - Humoru? Niech sam sobie tworzy kościół, to będzie miał co robić, a nie żarty! Putain de lutin, niech daje dupy Asmodeuszowi, a nie nam zawraca głowy... - warczała pod nosem.
    - Jest jak jest. To co dziś zrobimy to nie koniec naszych zmartwień i wysiłków. Będzie on bardzo użyteczny w dalszych etapach i po to on tutaj jest.
    Burknęła jeszcze pod nosem.
    - Jasne... Niech będzie... - wyglądała teraz jak poirytowana nastolatka, co jej zabrano kieszonkowe - Jak znowu zobaczymy Azazela to już mu powiem do słuchu!
    Zabawne było, że jakoś nie było pewności czy będzie miała odwagę cokolwiek mu powiedzieć w twarz... choć kto ją tam wie.
    - Heh… no to będę musiał cię trzymać z daleka od niego przez jakiś czas. Nie chciałbym ciebie ryzykować.
    - Ryzykować? O czym ty mówisz? -skrzyżowała ręce na piersi jak urażona damulka.
    - O chęci nawtykania piekielnemu lordowi? - zapytał z uśmiechem.
    - No i co on zrobi? Popłacze się?
    - Tsk… preferowałbym nie sprawdzać co robią tacy jak on gdy się im napyskuje.
    - Nic nie zrobi. Jestem mu potrzebna. - powiedziała wymuszoną pewnością.
    - Kay… - głos Viktora zrobił się poważniejszy - Między “nic nie zrobi” a “ubezwartościowi” jest całe spektrum rzeczy które mógłby ci zrobić… Niech cię twoja główka nie myli. To wciąż diabeł, nawet jeśli stosunkowo mało “diabelski”.
    - Ostatnio mu napyskowalam. I uderzyła go prawda, jakiej nie lubi, że wcale nie jest aż tak inny od Asmodeusza. Że jest tym samym skurwielem co wykorzystuje kruczki i przekręty. I co? - rozłożyła ręce - Żyję!
    Jakaś satysfakcja była widoczna w jej oczach. Że pokonała system nie widząc jak balansuje na linie.
    - … i myślisz, że Asmodeusz tak łagodnie, by potraktował takie “psykowanie” od, de facto, niewolnika?

    Opuściła ręce.
    - Nie. Azazel jest trochę inny, ale nie tyle, ile chciałby. Ale na tyle bym mogła mu powiedzieć do słuchu.
    - Bardzo wygodne… znaczy się: dla ciebie. Korzystna, dla swojej sprawy, waloryzacja obserwacji jest demagogią. Nie aby była ona poniżej mojej godności… gdy ktoś mi za to płaci. Ale bądź ze sobą szczera… to, że nie gotujesz się teraz w oleju, okrutnie unieśmiertelniona, to wyraz drastycznej różnicy między Azazelem a Asmodeuszem. To, że Kozioł nie jest jeszcze “na mecie” i wciąż korzysta z krótkowzrocznych decyzyjnej desperatów… nie unieważnia tego jak daleko moralniejszą jest on istotą od Księcia Ciemności, Pana Much czy innych arcydiabłów. Chcesz go nienawidzić? Jasne… ale rób to uczciwie i nie okłamuj się przy tym.
    - Jak ja niby się okłamuję, co? - fuknęła z irytacją - On nas potrzebuje, jestem też w tym. Niby czemu nie zrobił do tej pory nic ze mną?
    - Jest ku temu kilka powodów… - odpowiedział Khal powoli - Raz - wzniósł jeden palec do góry - Nie przysługuje ci tu fałszywy dualizm – gdzie ukaranie ciebie za bezczelność udowodniłoby twoje naiwne twierdzenie, a nie ukaranie ciebie świadczy tylko o twojej konieczności. Nie ważne jak potrzebna byłabyś Asmodeuszowi… za pyskowowanie by przypomniał ci co może z tobą zrobić. Dla zasady. Nie spotkało cię to ze strony Azazela, więc tracisz możliwość przyrównywania do siebie tych dwóch istot. Dwa. - Wyprostował drugi palec. - Wstawiłem się za tobą i obiecałem mu, że JA spróbuję ciebie opanować, nim on będzie musiał.
    Galtianka stała jak wryta. Chciała powiedzieć coś o pierwszym powodzie, ale drugi ją wyrwał z toku.
    - ...co? - wyrzuciła z siebie po dłuższym czasie.
    - Słyszałaś głośno i wyraźnie.
    - On coś mówił o mnie, że musiałeś...?
    - Mylisz się co do tego jaką istotą on jest, ale nie mylisz się aż tak bardzo aby pyskowanie mu przeszło bez echa. Jest dokładnie tak jak to brzmiało… jeśli sama sie nie opanujesz, albo mi się nie uda… to on będzie musiał to zrobić. A wtedy to ci się bardzo nie spodoba. Choć będziesz miała ten drobny tryumf, gdzie rzeczywiście zniży się on do poziomu o który go oskarżasz. Może spróbujmy tego uniknąć?
    - ...co on chce zrobić? - wskoczyła na biurko siadając na granicy blatu, a jedna kartka powoli spadła na podłogę.
    - “Chce”? On by preferował nie robić nic. Przynajmniej nic lokalnego dla Evercrest. Jestem przekonany, że ma lepsze zajęcia niż bawienie się nami. Ale wciąż jest bogiem i jest diabłem. Rozumiesz dobrze co to oznacza.
    - I on ci to powiedział? Czemu? - spojrzała w podłogę.
    - Kaylie… znasz dobrze odpowiedzi na oba te pytania. Nienawidzisz go, bo świadomie pozwolił ci podjąć krótkowzroczną decyzje i do dziś z niej korzysta. Rozumiem to. Ale nie daj się temu zaślepić. Ani temu, ani tej satysfakcji, gdy nie wgniótł ciebie w ziemię po tym jak mu napyskowałaś. To się niekoniecznie musi powtórzyć.
    Nie uniosła głowy tylko zamknęła oczy i położyła dłoń na nich.
    - Jestem blisko przekroczenia granicy?
    - Niestety nie mam odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie widziałem go postawionego w takiej sytuacji. Więęęc… może nie testujmy?
    Kaylie wyglądała na przybitą. To nie mogło być...
    - Więc mam być jego posłusznym niewolnikiem i milczeć...
    - Masz być rozsądna. Jesteś w sytuacji w jakiej jesteś. Jeśli go zmusisz aby traktował ciebie jak krnąbrną niewolnicę to nie jest to poniżej jego godności. Mnie traktuje jak nieco zdespociały król mógłby traktować wiernego rycerza.
    - Niech będzie... - wymamrotała pod nosem i wyraźnie było widać jak ją to przybiło.

    Viktor podszedł do Kaylie i przytulił ją ciepło.
    - Nie jest idealnie, ale dla takich jak my… “idealnie” to daleka przeszłość, której może nawet nigdy nie było. Musimy żyć z tym co mamy dostępne… i będziemy żyć. Damy radę.
    Nie odpowiedziała jedynie bez si kładąc czoło na ramieniu Viktora.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach jako Azazel
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #147

      Wiec dotyczący tajemniczej suszy dobiegł końca.
      Niestety wizje zesłane przez bogów, zaklęcia plecione przez magów, jak i zwykła przyziemna nauka nie były w stanie wytłumaczyć fenomenu.
      Ostatecznie zostały podjęte decyzje przygotowawcze na wypadek pogorszenia się sytuacji.
      Tu rozpoczęła się prawdziwą wojna.
      Magowie sugerowali utworzenie tymczasowych portali do planu żywiołu wody, aby zasilić lokalne źródła.
      Kapłani i Druidzi byli absolutnie przeciwko temu rozwiązaniu i optowali za oddaniu sprawy w ręce bogów czy duchów natury.
      Świeccy uczeni sugerowali bardziej logistyczne rozwiązania magazynowania wody.

      Koniec końców wicc trwał dłużej niż ktokolwiek z naszych bohaterów miał siły czy ochotę dłużej słuchać.


      Viktor i Kaylie

      Kolejny poranek przywitał Azazelitów w pokoju Kaylie. Viktor zakończył swoje prace niedługo przed tym jak Kaylie skompletowała swoje projekty.
      Lilia tym razem ich nie przywitała, a kiedy para zeszła na dół zobaczyli, że była zajęta rozmową z nieznaną im kobietą.

      text alternatywny

      Podobieństwo do Lilii i Piwonii było niezaprzeczalne, ta jednak wyglądało nieco doroślej od córek Otto. Karczmarz skinął głową kapłanowi i arkanistce zapraszając ich do siebie.
      - Dobrego dnia, moi drodzy. Zjecie coś? Jakieś plany na dziś?

      Baltizar

      Gnom obudził się w swoim pokoju, ponownie było przy nim Piwonii. Coś nowego jednak pojawiło się w jego "królestwie". Donica z niewielką rośliną obdarzoną w małe paszcze.

      text alternatywny

      Oprócz tego był też niewielki list.

      Drogi przyjacielu
      Wróciłam z naszej ekspedycji i chciałam podzielić się moimi odkryciami.
      Mogą cię zaciekawić.

      Alicja Crawford

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ArveeA Niedostępny
        ArveeA Niedostępny
        Arvee jako Viktor Goodmann
        napisał ostatnio edytowany przez
        #148

        Róża
        RóżaRóża

        - I tobie dobrego, Otto… - odpowiedział Viktor, przez wpatrzony w nową dziewczynę we Dworze. - Dziś mam wielki dzień… ale wolę nie zapeszać. Jednak nie przejmuj się… jestem przekonany, że dotrze do ciebie informacja albo o moim wielkim tryumfie, albo przytłaczającej hańbie… Słusznie bym zgadywał, że to Lawenda? - zapytał z rozbawieniem. Słyszał jeszcze imię Chante, ale… łamało ono schemat.
        Karczmarz kiwnął głową.
        - Piwonia sprowadziła ją dziś w nocy. Lilia opowiada jej… między innymi o was. - Otto zerknął na kapłana - Zabierasz się w końcu za budowę świątyni?
        - Mhm... - mruknęła Kaylie już ładując w policzki rogala ze śniadania, jakiego porwać musiała z kontuaru przy kuchni do wydawania jedzenia - Gpffazda dzie.
        Otto uniósł brew i zerknął na Viktora.
        - Przetłumaczysz? Mój Galtianski najwyraźniej kuleje.
        - Przykro mi, wciąż mi umykają niuanse niektórych akcentów… - wzruszył ramionami. - I mówiłem, że nie zamierzam zapeszać, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. - Pomimo protestu, puszczone oczko z uśmieszkiem jasno tę odpowiedź dawały.
        Kaylie wciąż z rogalikiem w ustach (już drugim!) uwiesiła się na szyi Viktora.
        - Mfój! - przełknęła jedzenie - Będzie gwiazdą dziś!
        Otto zerknął ponownie na Viktora, oceniając go jakby w nowym świetle.
        - Nie za późno na zmianę kariery? Nie bronię oczywiście… ale chyba nie to Azazel miał na myśli mówiąc słowo "kult".
        - To będzie przedstawienie jakich ta wieś jeszcze nie zaznała! - zachichotała Galtianka tuląc silnie Khala.
        - Myślę, że fanów wystarczy dla nas obu - zaśmiał się Viktor do Otto, obejmując Kay ramieniem. - Przy czym ochłodził bym trochę przedwczesne zachwyty… Nie wiem czy dam radę dziś ją dokończyć. Jestem dobrej myśli, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem.
        - Uda ci się, wierzę w ciebie. - Kaylie wkładając mu do ust kawałek rogalika z czekoladą.
        - W porządku, Kaylie… - powiedział, nieco poważniej, gdy już przegryzł - Jeśli chcesz jeść śniadanie to mogłabyś się do tego wziąć? Wybacz, ale niecierpliwię się i chcę wreszcie to zacząć. Hmmm?
        Kobieta fuknęła na niego i pokazała wyczyszczony talerz po rogalikach jakie musiała pochłaniać.

        Róża

        Evercrest obudziło się tego dnia nieco wcześniej niż zwykle.
        Nieco żwawiej.

        Nie dlatego, że coś się wydarzyło — ale dlatego, że coś miało się wydarzyć.

        W ruinach dawnego browaru od świtu panował ruch. Straż opróżniała je z pijaków i włóczęgów. Wyznaczano obszary wyłączone z ruchu. Naprzeciw wejścia rosła niewielka góra materiałów… już nie wyższa, lecz coraz dłuższa, gdy kolejne wozy opróżniano z kamieni, stali i drewna.

        Ludzie zbierali się powoli. Najpierw kilkoro, potem kilkunastu, aż w końcu wiele tuzinów. Rozmawiano, dywagowano, zgadywano, jaki los wreszcie dosięgnął starą ruinę.

        Wszystko odbywało się z osobliwą sprawnością ludzi skupionych na swoim małym fragmencie zadania, nieprzejmujących się szerszym kontekstem. Ktoś inny musiał mieć plan. Prawda?

        Tym kimś był Viktor Goodmann.

        Przyszedł w zwiewnej białej koszuli z purpurowymi mankietami, na jednym z których krył się złoty sygnet Azazela, i w czarnych spodniach. Bez kaftana, bez kamizelki. Skromnie — niemal jak bard przed występem. Skrzypce pod ramieniem tylko potwierdzały to wrażenie.

        Urzędnik z karawany podtruchtał do niego z dokumentami. Viktor nie chciał ich czytać. Był zbyt podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Wymruczał inkantację i pozwolił, by sens sam spłynął w głąb jego świadomości. Złożył podpis.

        Rozładunek wciąż trwał.
        Tłumek się zbierał.
        Jakaś matka ściągnęła swoje dziecko z góry materiałów.

        Khal szybko zrozumiał, że czterech strażników to za mało. Postronni mogli zrobić sobie krzywdę nie tylko na budowie, ale też wśród materiałów.

        Łatwo wynalazł w tłumie Filię i z jej pomocą, niedobór został zażegnany.

        Na skośnym blacie Viktor rozłożył plany budowy, lecz już na nie nie patrzył. Przez ostatnie wieczory wypaliły się w jego umyśle. Były częścią rytuału.
        Uniósł twarz ku niebu i w ostatnich spokojnych chwilach chłonął atmosferę. Wiedział, że za moment czeka go wysiłek ponad ludzkie siły — i wiedział, że mu podoła. Wiele razy już dawał radę. A teraz miał do pomocy magię, o jakiej kiedyś nawet nie śnił.

        Pomruki tłumu były mu potrzebne. Pomagały wejść w rytm.

        Musica

        Pierwsze nuty były niemal nieśmiałe.
        Nie łamały praw natury.
        Nie unosiły kamieni w powietrze.
        …ale budziły uwagę.

        Tłum zamilkł.

        Kamienie drgnęły. Ruina przestała być obojętna. Drewno zatrzeszczało, jakby budziło się po długim śnie. Pierwsza dachówka oderwała się od dachu i opadła na ziemię. Za nią trzy kolejne. Potem dziesięć następnych. Układały się spokojnie w stos obok materiałów.

        Ktoś zachłysnął się powietrzem.
        Ktoś zakrzyknął w ekscytacji.
        Ktoś oniemiały tylko patrzył.

        A kilkoro dzieci wybuchło wiwatem.

        Budowa ruszyła. Zaczynając od rozbiórki. Dachówki, krokwie, kamienie odrywały się od zaprawy i gromadziły, by za chwilę znów zostać użyte. Viktor grał bez przerwy. Czasem patrzył na to, co się działo. Czasem przymykał ocz, jakby to nie on kierował magią, lecz instrument prowadził jego.

        Wydobywał dźwięki, o które nigdy nie posądziłby własnych dłoni. Były piękne.

        Viktor grał bez przerwy. Nie stał w miejscu jak zwycięzca, ale przechadzał się między lewitującymi kamieniami, opadającymi belkami, a czasem nawet naprzeciw ludzi, chłonąc ich… atmosferę.

        Po godzinie browar zniknął. Pozostały fundamenty i piwnice — część z nich zamierzał wykorzystać.

        Wtedy zaczęła się właściwa praca.

        Niewidzialne dłonie kopały rowy i przestrzenie jednocześnie. Belki wzmacniały konstrukcję. Wozy wywoziły nadmiar ziemi i gruzu poza miasto.

        Po trzech godzinach widać było już zarys świątyni. Nie gotowy kształt — raczej intencję. Fundamenty były stabilne. Ściany miejscami sięgały czterech metrów, w innych dopiero półtora. Z browaru zostało tylko wspomnienie.

        Gawiedź nie rozchodziła się. Wsłuchana w muzykę. Wpatrzona w cud, jakiego Evercrest nie pamiętało. Przynoszono jedzenie i wodę. Dzieci liczyły kolumny. Strażnicy mogli wreszcie odetchnąć, gdy nieroztropni przestali pchać się pod lewitujące belki.

        Ktoś zauważył, że Viktor jest blady.

        Po czterech godzinach jego palce krwawiły. Struny nie były ostre, lecz magia, która dała mu lata wprawy, nie dała opuszkom hartu, jaki te lata by przyniosły. Gdyby przerwał, choćby na chwilę, zaklęcie rozsypałoby się i mógłby do niego wrócić dopiero po siedmiu dniach.

        Muzyka stała się cięższa.

        Magia już nie żądała. Negocjowała.

        Dach nie chciał się domknąć. Kolumna pękła i trzeba było ją rozebrać. Ramy przyszłych witraży nie dawały się osadzić, jakby to jeszcze nie był ich moment.

        W siódmej godzinie fasada była gotowa, a ostatnie dachówki zamknęły dach. Praca przeniosła się do wnętrza. Kamienne płyty wykładały posadzkę. Belki budowały antresolę nad wejściem, gdzie kiedyś staną organy. Marmurowe obeliski ustawiano między otworami okiennymi, które w przyszłości staną się niszami na posągi.

        Nie pozwolił nikomu dostrzec grymasu bólu, gdy kolejny skurcz próbował odebrać mu władzę w dłoni. Jak kuszące było zostawić resztę na później. Zrobił już swoje. To, co powinno zająć dziesięć lat, wykonał w jeden dzień.

        Legenda kiełkowała.

        Muzyka ucichła dopiero godzinę później.

        Baltizar obserwował to gdzieś z tłumu. Trzymał się z tyłu i starał nie zwracać na siebie uwagi. Całe “przedstawienie” z budową niespecjalnie mu imponowało. Niemniej był zadowolony. Świątynia stanęła i będzie mógł pozbyć się broszur ze swojego pokoju. Ostatecznie… możliwe, że jedynie będzie co jakiś czas sprawdzać sytuację i wreszcie będzie mógł skupić się na swojej prawdziwej misji.

        Kaylie natomiast nie było w okolicy od samego początku, jako że zniknęła w uliczkach miasta nic nie tłumacząc. W połowie występu Khal mógł zauważyć swoją partnerkę krzątającą się po okolicy, głównie ogarniającą zbyt podekscytowane dzieci chcące się przybliżyć do latających kamieni. Widział jak zajmuje się wykonywaniem dla nich większej ilości magicznych sztuczek i opowiadaniem jakiś niestworzonych historii, jak nosiła jedno z mniejszych dzieci na barana.
        I naprawdę wyglądała na szczęśliwą w tym jednym momencie, gdy zafascynowane dzieciaki kłóciły się kogo następnego weźmie na ręce.

        Róża

        Kay dopadła do Viktora, który zachwiał się, gdy tylko przestał grać i wiedział, że nikt z zewnątrz go nie widzi.
        - Stoję… - sapnął słabo, odzyskując równowagę.
        Rękoma drżącymi jak w chorobie wcisnął jej skrzypce i smyczek do rąk, nim prawa ręka przykurczyła mu się do torsu w skurczu, który od godzin zwalczał i odsuwał. Był blady, wyczerpany. Struny instrumentu zbrązowiałe od krwi, mimo, że dwa razy proszono kapłana aby uzdrowił go magią… sam nie mógł czarować w czasie gry.

        Kaylie była naprawdę zaniepokojona, jak i podczas przedstawienia co pewien czas podawała Khalowi wody do ust.
        - Co ty sobie zrobiłeś?! - położyła instrumenty na ziemi i chwyciła kapłana w swoje ramiona starając się tym razem sama go podtrzymywać.

        - Nic strasz-sznego… - stęknął, próbując przeprostować skurcz w ręce, bo z nim nie był w stanie składać pieczęci błogosławieństw. - Dam-m radę. Ta magia jest wyczerpująca… i myślana dla znacznie krótszych prac… Ciało nie przyzwyczajone do tak długiego wysiłku. Zwykłe przeciążenie… Dasz mi stać samemu? - Poprosił, czując się już pewniej na nogach.
        Kaylie ostrożnie puściła Khala.
        - Nie powinieneś tak zamęczać swojego ciała... Nie jesteś już chłopcem w sile wieku... - syknęła mu na ucho.
        Viktor skrzywił się w grymasie bólu, gdy forsownie rozciągał skurcz w mięśniu. Czuł jak się włókna przeciągają i uszkadzają, ale nie dbał o to. Magia zaraz miała je wszystkie uzdrowić.
        - Sam będę to osądzał - odpowiedział krótko wwiercając spojrzenie w swoją drżącą pięść, jakby samym gniewem i pogardą chciał zmusić ją do posłuszeństwa i spokoju. Działało… Powoli.
        - Uparcie zaprzeczając nie zmienisz faktów... - w jej głosie słychać było troskę, gdy położyła dłoń na ramieniu kochanka
        - Dałem radę. To jedyny fakt który ma znaczenie.
        Rozluźnił w końcu dłoń. Wciąż lekko drżała, ale było w niej wystarczająco opanowania.
        Złożył ją w pieczęć i wymruczał inkantację.
        Błogosławieństwo przepływało przez jego ciało, wypłukując zmęczenie i ból. Spokojna, posłuszna i znajoma, jak jego własna krew. Z ulgą się wyprostował. Bladość ustąpiła ciepłu. Ramiona przestały drżeć. Oczy znów miały w sobie światło… ale nie takie jak na budowie. Ekscytacja ustąpiły innemu… stabilnemu.
        - Znam swoje granice i potrzebuję ciebie, abyś jednak mi trochę bardziej ufała. Możesz się martwić i doradzać, ale proszę ciebie…
        Kaylie po prostu się poddała.

        Róża

        Viktor wyszedł przez główny portal. Tak pozbawiony wrót, jak pozbawiona witrażu pozostawała rozeta nad nim. Kościół pachniał świeżym pyłem. Drewno nosiło ślady narzędzi. Świątynia stała naga przez obywatelami Evercrest. Szczera i nie udająca niczego.

        Stanął przed tłumem. Nie do końca naprzeciw, ale prawie, że z nimi. Idealnie by się wyróżniać, w jakiś taki swojski sposób.

        Ludzie w większości milczeli. Część szeptała. Ktoś patrzył z niepokojem, ktoś z nadzieją, a wszyscy z jakąś ekscytacją ostatniego akordu epickiej sagi.

        - To nie jest mój kościół - powiedział spokojnie. Nie musiał unosić głosu - I nie jest on dla Niego - uniósł lekko dłoń, nie wskazując jednak ani nieba, ani ziemi. - Jest on dla was.

        Zapadła cisza, nakrapiana niezrozumieniem.

        - Jest dla każdego kto czuje się skrzywdzony. Dla każdego kto widział jak potężni naginają prawo dla samych siebie. Dla tych co wierzą, że Sprawiedliwość musi być ślepa i bezlitosna.

        Zrobił krótką pauzę, aby dać ludziom czas zrozumieć.

        - Azazel nazywany jest Kozłem Ofiarnym. Tym który przyjmuje na siebie ciężar decyzji, aby wspólnota mogła trwać. Nie jest bogiem gniewu. Nie jest bogiem zemsty, okrucieństwa, ani chaosu. Jest manifestacją Prawa takiego jakim prawo powinno być. Takiego które rozumiane winno być jako odpowiedzialność.

        Przeszedł spojrzeniem po twarzach.

        - Uczy, że decyzje mają wagę. Że władza wymaga odwagi. Że porządek to więcej niż sama litera prawa, ale także jego egzekucja.

        Nie padały imiona innych bóstw. Nie było porównań. Tylko subtelne różnice, które nie trafiły, by do nikogo kto już nie był zawiedziony.

        - Ta świątynia nie powstała, by rywalizować z innymi wiarami. Powstała aby wypełnić pewną przestrzeń, która – głęboko wierzę – do dziś była porzucona.

        Zrobił krok w bok, gestem prezentując wejście.

        - Wejdźcie. Zobaczcie. Oceńcie, czy właśnie dla was jest to miejsce.

        Nie uśmiechał się szeroko. Nie musiał.

        Świątynia czekała.

        A spośród tłumu pierwsi ruszyli ci, którzy swe życie zawdzięczali łaskom Kozła Ofiarnego.
        A Bajarz stał w cieniu pobliskiej kamienicy, obserwował i liczył potencjalnych wiernych. Ciekaw jak spora to będzie grupka.

        Do kapłana podeszła Sunfall i szepnęła trochę poirytowanym tonem, uważając by nie usłyszał nikt inny.
        - Czemu już ich tam wpuszczasz? To pusty budynek!
        Viktor spojrzał na nią z lekkim uniesieniem brwi. Jego głos był miękki i ciepły, ale kryło się w nim coś więcej.
        - Jest doskonały. Ci którzy teraz wchodzą i rzeczywiście zostaną, będą czuć, że są z kościołem od samego początku. - mówił idąc powoli, wzdłuż wchodzącego tłumu - Będą czuć się z tego powodu wyjątkowi, a ciężko o lepsze źródło lojalności - mówił cicho, głosem specyficznie takim aby nie było słychać, że słowa przeznaczone są tylko dla uszu Kaylie.
        Kaylie skrzywiła się z wyraźnym brakiem zgody z jego słowami.
        - Jak tam sobie sądzisz. To w końcu ty jesteś arcykapłanem. - mruknęła i zatrzymała się sama nie widząc sensu by wejść.
        - Nie wygłupiaj się… - plany zepsuł jej chwyt za dłoń, który wciągnął ją w głąb świątyni pustej, gołej i szczerej. Viktor zaprowadził ją do środka i dłoń puścił dopiero gdy mijali ostatnich gapiów. Sam przekroczył te trzy schodki, wyznaczające strefę sacrum... jednak nic nie mówił. Obserwował ludzi z uśmiechem na ustach. Co do kilku twarzy nie miał wątpliwości, że zostaną tu dłużej. Jednak większość była tu zwiedzać. Pierwsza homilia miała poczekać na moment, gdy zostaną już sami prawdziwie zainteresowani.

        Róża

        Arkanistka oczekiwała cierpliwie, aż gapie rozejdą się wreszcie i pozostawią nowinkę w spokoju. Cały czas trzymała się z boku pod ścianą, nie chcąc wychodzić na przód i stać obok kapłana, więc zdecydowała się jedynie partycypować nic nie mówiąc o ile Khal nie postanowi jej wciągnąć w dyskusję z ludem... co byłoby pewnie ryzykownym posunięciem.
        Powoli zbliżyła się do Viktora rozmawiającego z zafascynowaną nim rudowłosą dziewczyną jakiej malutki nosek dodawał uroku jej piegowatej młodej twarzy. Zbyt delikatna na zwykły plebs, ubrania za bardzo pospolite na szlachectwo czy bogactwo. Wyraźnie czyny i słowa prawnika ją wzięły silnie i prawie nieśmiale się uśmiechała, jakby nie była pewna co dalej. Nie był to ten wstyd, jaki okazywała Kaylie, ale wstyd mimo wszystko.
        Galtianka stała blisko mężczyzny jedynie tnąc dziewczynę wzrokiem, a jednocześnie trzymając dłoń na pochwie Rhaasta.
        … - ci za dobre słowa, Veroniko. Zostań proszę, jeśli masz czas - proponował Viktor, ujmując dziewczę za dłonie i patrząc mu w oczy. Kaylie widziała, że rudzina połknęła już haczyk, z linką i wędką… a i na wędkarza jeszcze liczyła.
        - Gdy te mury opuszczą ci, których tylko płonna ciekawość przywiała, wygłoszę pierwszą – nawet jeśli symboliczną – homilię.
        Rumieniąca się dziewczyna wzniosła na niego swoje spojrzenie.
        - Bardzo nie chciałbym jej przegapić… - przyznała cicho, z pewnym przejęciem - Ale.. nie dziś.
        Uśmiechnęła się nieśmiało, trochę jakby sama ta rozmowa była dla niej wyróżnieniem.
        - Ale wrócę! Obiecuję… ojcz-e Viktorze? - Niepewność pojawiła się w jej ostatnich słowach, ale kapłan wciąż się uśmiechał łagodnie i zachęcająco. Ledwie zauważalne kiwnięcie głową przywróciło jej tej uszczkniętej pewności. Wysunęła palce z jego dłoni, spojrzała raz jeszcze – trochę z zachwytem, trochę nadzieją, trochę… czymś… – po czym odsunęła się i odeszła w tłum, do przyziemnych spraw, które wiedziała, że są ważne.. ale jakoś nie wydawały się już AŻ TAK ważne.
        - Ojcze... Viktorze... - Kaylie wycedziła pod nosem przez zaciśnięte zęby. Jej zazdrość była aż wyczuwalna przez skórę.
        - Eh… w moich uszach tytuł “mistrz” brzmi naturalniej, ale przyjmę co dają… - żachnął się niepoważnie, w fałszywej skromności.
        - Jak ci tak zależy możesz przecież ich poprawić, w końcu jesteś prawnikiem w świątyni diabła. - mruknęła.
        - Niestety to słowo nie niesie odpowiedniego przekazu emocjonalnego… “Ojciec” prowadzi i opiekuje się. “Mistrz” nakazuje i informuje. Niby-podobne, ale to gigantyczna różnica… w kancelarii będę “mistrzem” i to mi będzie musiało wystarczyć.
        - Będziesz wolał by wyjękiwały "mistrzu" czy "ojcze"? - prychnęła złośliwie.
        Uśmiech Viktora tylko odrobinę złagodniał. Widział zazdrość w Kaylie. Była dla niego jasna, jakby sobie to słowo wypisała na dekolcie… ale musiała się nauczyć. Jeśli ten związek miał działać to nie miała wyboru.
        - Myślę, że to nie jest miejsce na tą rozmowę. Możemy ją kontynuować potem, jeśli ci zależy… - odpowiedział, dostrzegając kogoś w tłumie.
        - Sello! - półzawołał niskawą blondynkę z pieprzykiem na skroni. Wyszedł jej naprzeciw.
        Ujęli się za przedramiona, jak ludzie nie na tyle bliscy aby witać się uściskiem, ale wystarczająco aby uścisk dłoni zdawał się zbyt suchy.
        - I… - pstryknął trzy razy palcami, wyszukując umienia towarzyszącego jej mężczyzny, aby dać mu znać, że nie chce podpowiedzi. Oboje byli ocaleńcami z jaskiń Ahaira - Daren. Daren… Holt?
        Oblicze kasztanowłosego chłopak z blizną z tyłu żuchwy rozjaśniło się.
        - Zgadza się, panie Viktorze. Chciałem powiedzieć, że to co zrobiliście… po prostu łał. To jest niesamowite, że jeszcze rano były tu te ruiny browaru, a teraz? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Tatko opowiadał, że świątynię Calistry budowano dwanaście lat!
        - Proszę… proszę… odpuśćmy królewskie “wy”, dobrze? Przynajmniej dzisiaj. Przed-ostatni akt tego dzieła należał do mnie, ale nie osiągnąłbym tego bez wsparcia.
        Kay dostrzegała jak fałszywa skromność Khala zdawała się trafiać, bez żadnych oporów, prosto w lędźwia Selli. Galtianka miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie. Albo zacznie krzyczeć. Może w nieartykułowanej złości, a może im w twarze, że to tylko jego gra i wszyscy (a przede wszystkie wszystkie) wokół tańczą bezkrytycznie pod viktorową melodię… nie wiedziała jeszcze.
        - W porządku… - odpowiedział Daren z drobną niezręcznością. - Panie Viktorze. Ojcze?
        - Jakkolwiek jest ci wygodniej - zapewnił kapłan, wiedząc dobrze, że “ojciec” już niedługo się przyjmie niezależnie od jego nastawienia.
        Daren kiwnął głową, łapiąc Sellę za dłoń, a ona odpowiedziała własnym uściskiem.
        - Chcieliśmy zapytać, kiedy oficjalne otwarcie… I pierwsze nabożeństwo.
        Viktor uśmiechnął się ciepło do dwojga młodych, z jakimś rozrzewnieniem. Wiedział jak bardzo wspólnego tragedie mogą łączyć ludzi, a oni byli razem w klatkach goblinów. Zdziwiłby się wielce, jakby wśród ocaleńców nie było jeszcze ze trzech świeżych par.
        - W ciągu najbliższych dni. Jutro postawię tablicę z ogłoszeniami przed wrotami i tam będzie rozpisany plan. Planujecie obecność? - zapytał skromnie, jakby wcale nie znał na to pytanie odpowiedzi już kilka dni temu, w czasie obiadu we Dworze.
        - Bez dwóch zdań!
        Ta rozmowa nie trwała długo, ale płynnie przeszła do kolejnej i jeszcze kolejnej i, w efekcie, dopiero niemal kwadrans (i ośmioro ludzi później) Kaylie znów miała Viktora dla siebie… nawet jeśli na krótką chwilę.
        - Durna, płytka cipa... - wysyczała przez zęby patrząc za odchodzącymi - Wszystko łyknęła jak z ciebie łyknie... - złość jaka przechodziła przez Galtiankę tylko wzrastała, a uścisk na broni pobielał kłykcie.
        Viktor stanął przed Kaylie, zasłaniając ją przed resztą zgromadzonych.
        - Kruszyno… Chciałbym móc pójść z tobą teraz na stronę i to wszystko przepracować, ale to jest dla nas bardzo ważny moment. Dałabyś radę wykrzesać z siebie przynajmniej neutralny wyraz twarzy? Dla mnie? Hmmm? - w głosie brzmiała przymilna prośba, a nie nagana… choć miał ochotę ją przynajmniej odrobinę skarcić za psucie tego momentu.
        Z Kaylie opadła czysta złość zastąpiona gorzkim smutkiem, takim co przylepia się do ściśniętego gardła.
        - Tak, tak... Po prostu lepiej będzie jak stąd pójdę na zewnątrz... Powiedz mi jak już będę miała wolne miejsce, by zacząć pracować nad wystrojem...
        - Dziękuję… Myślę, że potrzebuję tutaj jeszcze godziny… Jak masz ochotę to możesz do Dworu wrócić i Fisusia po Ciebie poślę, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
        - Mhm... - mruknęła poprawiając maskę, jaką założyła teraz na twarz ukrywając swój wyraz, choć krótkie słowa ukazywały, że nie chce mówić więcej by nie pokazać łamiącego się głosu - Tak.

        Viktor obserwował wychodzącą Kaylie nie pozwalając sobie na żaden smutek, który mógłby chcieć się wydobyć z tego widoku. Nie mógł. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko do kolejnej twarzy, aby znaleźć dla niej miejsce na swojej szachownicy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell jako Kaylie Sunfall
          Moderator Obsługa
          napisał ostatnio edytowany przez Zell
          #149


          KAYLIE W DWORZE



          Arkanistka wróciła do Dworu sama, jak nie mogła już dłużej wytrzymać w budynku nowej świątyni. Jak kiedyś, tak teraz trzymała maskę na twarzy, jaka zakrywała jej stan emocjonalny, jakiego okazywać nie chciała. Ruszyła do swojego pokoju nie zważając na nikogo, jedynie chcąc się w nim zamknąć.
          Dwór był relatywnie spokojny, Otto zerknął na Galtiankę i tylko kiwnął głową. Lilia natomiast odstąpiła od siostry i ruszyła do kobiety.
          - Hey, Kay… coś się stało? Nie musisz zdejmować maski, abym wiedziała, że aż w tobie buzuje…
          Kaylie przystanęła by bardzo wypranym z emocji głosem powiedzieć tylko.
          - Nie. Wracaj do siostry. - i ponownie ruszyć do swojego pokoju.
          Kobieta złapała dłoń Kaylie i przytrzymała ją w miejscu.
          - Dobra, co ten idiota zrobił tym razem?
          - Lilio. - odezwała się tym samym głosem, choć bardziej twardym - Nic nie zrobił. Po prostu chcę być sama. - kobieta walczyła, aby zdania były jak najkrótsze, aby nie pokazywać zawirowań emocji, jakie nią szargały.
          - Yhym… - rudowłosa dziewczyna przyjrzała się Galtaince - Słuchaj… Kay. Lubię cię, uważam nawet za przyjaciółkę. Więc nie kłam mi, że nic się nie stało, bo widzę, że stało. Jeżeli jednak chcesz po prostu wypłakać się w poduszkę, to nie będę stała ci na drodze. Chcesz wina, aby nie być przynajmniej samą z tym wszystkim?
          Kaylie milczała w zdziwieniu, jak określono ją jako czyjąś przyjaciółkę... Ale zaraz wzięła głęboki oddech by kontynuować:
          - Będę musiała wrócić, aby ozdobić świątynię za jakąś godzinę. Nie mogę się upić, więc podziękuję.
          Dziewczyna skrzywiła usta i westchnęła.
          - Poczekaj chwilkę. Dobrze? - podbiegła szybko do ganku gdzie szybko wymieniła zdanie z ojcem. Otrzymała od niego butelkę i jakieś pudełko. Po chwili ponownie stała przy Galtiance wręczając jej day.
          - Musujący napój owocowy, nie alkoholowy. I nadziewane czekoladki, nie alkoholowe. Napchaj się, napij się słodkim. Będzie trochę lepiej. Albo rozboli cię żołądek i zapomnisz o idiocie.
          Kaylie patrzyła z zaskoczeniem na otrzymanie rzeczy by po chwili objąć Lilię jednym ramieniem.
          - Dziękuję…
          Lilia odwzajemniła oburącz uścisk Galtianki, jej dłonie na krótką chwilkę powędrowały niżej, aby znowu wrócić do pleców Arkanistki.
          - Nie ma za co, zasługujesz aby być szczęśliwą.


          Viktor nie wszedł na pustą ambonę. Gdy wyszli ci których sprowadziła tylko ciekawość staną ledwie schodek ponad tymi co pozostali. Ponad dwadzieścia twarzy rozpoznawał… ocaleńcy wyciągnięci z leża Ahaira. Nie wszyscy przyszli, ale też nie liczył, że do KAŻDEGO dotrze.
          - Trzydzieści trzy osoby - powiedział spokojnie, głosem spokojnym i cichym, ale wyćwiczonym tak, że wraz z akustyką nawy świątyni łatwo docierała do wszystkich.
          - To dobrze - niby-mruknął powoli przechadzając się wzdłuż szeregu słuchaczy.
          - Gdybym chciał tłumu, mówiłbym o łasce. Gdybym chciał poklasku, mówiłbym o cudach.
          Zatrzymał się patrząc przed Sophie, którą wynosił na własnych rękach z jaskiń goblinów.
          - Ale nie zostaliście tutaj dla cudów.
          Za nią stał Caldwin, a obok niego Isella. Wznowił swój powolny chód wzdłuż.
          - Wy przyszliście, bo wiecie, co się dzieje, gdy nie ma porządku. Widzieliście czym się kończy wolność bez granic. Widzieliście jak wygląda geniusz bez odpowiedzialności. Co potrafi jeden człowiek, którego nikt nie zatrzyma.
          Nie podnosił głosu. Nie wzbudzał trwogi.
          - To nie był demon. To nie był smok. To był tylko i aż… człowiek.
          Krótka pauza pozwoliła dotrzeć znaczeniu.
          - I dlatego potrzebny jest nam Azazel.
          Kolejna pauza.
          - Kozioł ofiarny nie przychodzi, by was utulić. Nie przychodzi, by was pocieszyć. Nie wskaże wam drogi do szczęścia czy spełnienia. On przychodzi aby wskazać winę. Aby ją nazwać. I zmusić winnych, by ponieśli jej ciężar.
          Cisza gęstniała. Widział rodzące się zacięcie w twarzach obecnych. Ból i rodzony z niego gniew. Przeciw tym którzy ich skrzywdzili bez poniesienia kary. I Ahair nie był jedynym takim.
          Viktor nie spieszył się z kolejnymi słowami.
          Gdy się odezwał, a jego głos był spokojny.
          - Słuchajcie mnie uważnie… Azazel nie żąda krwi. On żąda porządku. Świat nie rozpada się dlatego, że jest zły. Rozpada się dlatego, że granice są zbyt płynne.
          Zatrzymał się przez Elayne, kolejną ocaloną. Obok niej stał nieznany jej mężczyzna… Przyprowadzony mąż?
          - Alchemik, który was okaleczył był człowiekiem bez ograniczeń. Bez nadzoru. Bez strachu przed konsekwencjami. Azazel obiecuje konsekwencje. Azazel jest granicą. Jego prawo jest surowe, ale jest jasne.
          Uniósł dłoń jak nauczyciel.
          - Przestrzegaj zasad i bądź chronion.
          - Złam je i bądź osądzon.
          - Nie ma kaprysu. Nie ma ukrytych wymagań. Nie ma wyjątków, nie ma ślepej łaski.

          Ktoś zapytał… nieśmiało i ze słabością w głosie, jakby bał się, że coś zepsuje.
          - A kto zapewni, że zasady będą uczciwe?
          - My - Viktor odpowiedział bez zawahania. - Nie będę wam obiecywał, że świat nagle stanie się uczciwy. Nie obiecam, że damy radę naprawić wszystkie niesprawiedliwości Glarionu, ani nawet Evercrest… ale zaczniemy. I z naszą pracą, nasze dzieci zaznają mniej niesprawiedliwości niż my, a nasze wnuki, mniej niż nasze dzieci.
          Spojrzał długo na wszystkich trzydzieścioro troje zgromadzonych i wzniósł głos.
          - W tej świątyni prawo będzie jasne. Granice wyraźne. Ochrona realna. Ścieżka oczywista.
          Uniósł ręce w kapłańskiej pozie.
          - Oto jest przymierze które Azazel chce z wami zawrzeć.
          - Jeśli nie jest ono dla was, odejdźcie z moim własnym błogosławieństwem. Ci którzy zostaną… otrzymają Jego.
          Cisza znów była ciężka.
          To był moment decyzji. Moment deklaracji i wszyscy to rozumieli.
          Sophie pierwsze przepchała się, by stanąć naprzeciw Viktora i uklękła. Zaraz obok niej Sella z Darenem. Czwarty ukląkł ktoś kogo twarzy VIktor nie znał, a potem poszło już wszystko falą…


          Procesja powoli się kończyła kiedy do Viktora podszedł niedawno poznany Aasimar. Planokrwisty miał szczery uśmiech na twarzy i delikatnie klaskał zbliżając się do kapłana.
          - Brawo, panie Goodmann. Nie myślał pan o karierze w handlu?
          - Rozważałem wiele karier. Ostatecznie wybrałem prawo. Nie był to wybór serca, ale obsesji… Ale wygląda, że kapłaństwo zostało wybrane DLA mnie - odpowiedział półżartem, z uśmiechem na ustach.
          - Kapłaństwo to w sumie sprzedawanie religii. - przyznał Paimon - Mimo wszystko piękna robota. Widzę prawdziwe zaczątki czegoś. - aasimar się zastanowił - Jednak… początki są zawsze łatwe, nawet jeżeli się nie wydają. Najbliższe miesiące pokażą czy ma pan szansę ustalić coś prawdziwego.
          - Wolę myśleć, że ją oferuję, a nie handluję nią. Moją rolą jest zrobić co się da, ale ludzie sami muszą chcieć tu przyjść… - nie był zupełnie szczery. Oboje doskonale wiedzieli, że chęci ludzkie mogą zostać pchnięte, połechtane lub podrażnione, na wiele różnych sposobów.
          - Jeśli masz coś do omówienia, bądź podzielenia się… mam tu już mury mojego przyszłego biura, a nie miałem jeszcze okazji się nim pochwalić.
          - I już łączysz przyjemne z pożytecznym. - odparł Paimon - Ano, mam. Kilka sugestii w sprawie tego waszego… biznesu.


          Wbrew obietnicom Viktora… mury nie były puste. Jak w głównej sali tu też leżału już materiały na meble i wyposażenie. Pomieszczenie było przestronne i dawało możliwości, które Viktor niewątpliwie wiedział jak zaktualizować.
          - Klasyczny plan. Biurko między wejściem a tyłem. Okno na lewej ścianie. Ściany wytapetowane regałami… nigdy nie jest dość półek na kolejne klastry dokumentów.
          Aasimar rozejrzał się po pomieszczeniu, zdziwiony wyraz twarzy pojawił się u niego kiedy podszedł do jednej ze ścian, przesuwając dłonią po niej.
          - Potrzebujesz chyba zamówić tynkarza, ściana nie trzyma pionu.
          - Oh… może rzeczywiście… - niby-zmartwił się Viktor, obserwując Paimona, badającego jedno z kilku wgłębień w ścianach. - Ale szkoda byłoby marnować fundusze na coś takiego… oszczędniej byłoby chyba… wynaleźć im jakieś alternatywne zastosowanie… Nie wiem, nie wiem. Do późniejszego przemyślenia.
          - Właśnie o funduszach chciałem między innymi pogadać. - zaczął Paimon - Wiem, że Kozioł raczej ci kieszonkowego nie daje i wszystko tu fundujesz sam. Dobre na początek, ale jeżeli kult się ma rozrastać, a to oznacza potencjalnych innych kapłanów, potrzebujesz jakiegoś stałego źródła dochodu. Pomysły?
          - Kilka różnych. Dwa tylko wyszły ponad plany. Zakładam, że masz jakieś pomysły, hmmm?
          - Będziecie instytucją charytatywną, prawda? Przynajmniej jeżeli idzie o wasze usługi prawnicze. Większość takich organizacji poszukuje bogatych sponsorów, albo finansowania od lokalnego rządu. - Paimon się uśmiechnął - Jest szansa na osiągnięcie pierwszego i to nie długo.
          - Odpowiedź byłaby znacznie bardziej zniuansowana niż “tak, nie”... - odmówił Viktor prostej odpowiedzi, rozkładając dłonie w geście bezradności. - Chyba, że to co mi zaraz powiesz drastycznie zmieni kontekst.
          - Ano trzymałem ucho na tym co się dzieje wśród śmietanki miejskiej. Niebiańskie korzenie jakoś otwierają ludzi na mnie. Tak czy inaczej, szykuje się impreza i to nie mała. Szlachta lokalna i dalsza, ponoć nawet ktoś z Galt i Cheliax ma się zjawić. Dużo ludzi z większą ilością kasy niż rozsądku i ty potrafiący sprzedać swoją religię niczym dziewka uliczna swe nogi. - aasimsar się uśmiechnął do kapłana - Żal byłoby nie skorzystać.
          - Oprotestować chciałbym to przyrównanie, ale bardziej interesuje mnie pierwsza część wypowiedzi. Wypatrywałem takiego wydarzenia od dłuższego czasu… prawda, prawda - wzniósł ręce, jakby przyznawał się do winy - Nie miałem wiele czasu, by specyficznie na to przedsięwzięcie poświęcić, ale pytanie pozostaje w mocy… czemu ty o tym wiesz, a ja nie?
          - Ponieważ jesteś siwiejącym wypierdkiem z Cheliax, który bawi się w Poszukiwacza Przygód. - przyznał aasimar szczerząc się - Ja jestem wypierdkiem z Cheliax w sile wieku i bez skrupułów aby zamoczyć ze służbą. Kilka dziewczynek podzieliło się plotkami swoich pań, później podążyłem za tropem.
          - Hah… z takimi agentami mogę być siwiejącym wypierdkiem - zaśmiał się Viktor - Świetna robota. Będziesz musiał mi opowiedzieć więcej. Kto, kiedy, gdzie, dlaczego i wszystkie pozostałe. Preferowalnie jutro z rana. Odpowiada ci to?
          Paimon się zastanowił po czym pstryknął palcami.
          - Zawsze zapominam zapytać o ich imiona. - zachichotał - Oczywiście, postaram się zrobić listę gości i potencjalne cele wizyty.
          - Ahhh… to takie było uczucie, gdy faktycznie ktoś był użyteczny ORAZ bezproblemowy… już zdążyłem zapomnieć wrażenia. Dziękuję ci bardzo. Taki cynk z wyprzedzeniem to bardzo cenna przewaga.
          - Służę, aby zadowalać. - uśmiechnął się aasimar - To jedna rzecz, druga: Jak przewidujesz, że będzie wyglądał organizacyjnie kościół? Kapłani jedna działka, adwokaci druga, egzekutorzy trzecia?
          - Na razie musimy się skupić na tym, by kościół rozrósł się do rozmiarów walidujących taki podział. Na ten moment ja będę kapłanem i prawnikiem, a rola egzekutorów na razie się dopiero klaruje i jest to bardzo delikatna sprawa, bo wiesz… oni już są… nazywają się strażą miejską. Jak pojawią się nowi kapłani… to wtedy będzie moment aby przemyśleć ich rolę. Każdemu podług jego zdolności… Idealnie by było aby każdy kapłan potrafił nudne rzeczy, jak pielęgnacja trzódki, jak i te trudniejsze w zdobywaniu nowej, a poza tym jeszcze znał się na prawie w ogóle, wraz z jakąś własną specjalizacją… I wierzę, że w pewnym momencie pojawią się takie jednostki, ale będą one wyjątkowe.
          - Pytam ponieważ trzeba rozważyć styl. - Paimon się zamyślił - Broń, kolory, płaszcze czy nie. Trzeba to rozplanować, zamówić i ustalić stały kontrakt. Wiem, że to przyszłościowe, ale dobrze będzie rozpuścić wici teraz.
          - To jest ZNACZNIE bardziej skomplikowana sprawa i nie ma teraz czasu wchodzić w niuanse… ale chcę się – w znacznej mierze – odciąć od diabelskiego splendoru, zostawiając jednak pewne elementy. Myśl o estetyce w dwóch trzecich drogi między Księciem Ciemności, a Boskim Sędzią, plus elementy własne. Również zamierzam pozostać wierny moim przekonaniom i metodyce, pozostając przy miękkich metodach wpływu jako punkcie wyjścia. Oczywiście z gotowością dla bardziej zdecydowanych działań. To wszystko będzie miało swoje odzwierciedlenie w strukturze i dekoracjach. Przy czym, jeśli masz jakieś sugestie, to nie krępuj się. Chętnie wysłucham, choć nie obiecuję, że wszystko wykorzystam.
          - Ja jestem od logistyki i w tym będę pomagał. Powinniśmy znaleźć źródło inne niż wykorzystuje straż, to na początek. Nie ma co robić konkurencji i konfliktu interesów. Jeżeli chodzi o styl… bardziej mogę poradzić materiał. Atłas albo satyna nie byłyby złe.*
          - Osobiście lubię mieszać materiały, dla różnych faktur… ale jak najbardziej rozumiem sentyment. A ze strażą zamierzam głęboko współpracować. Tak najłatwiej będzie mi poczynić realne zmiany… bo wierz, mi lub nie… na nich mi też zależy. Więc tak.. definitywnie nie chcemy wchodzić z nimi w jakikolwiek konflikt.
          - To dobrze, zważając na ich powinowactwo z kościołem Abadara… - Paimon westchnął - Została więc ostatnia rzecz. Jak kłopotliwa jest twoja agenda nie związana z kościołem?
          Viktor zmarszczył brwi, ale patrzył na aasimara z zainteresowaniem, a nie napięciem.
          - Niektóre elementy wcale, a wcale. Inne… nieco bardziej. Ile wiesz?
          - Pochodzisz z tego miasta, twoja matka tu została legalnie zamordowana, powiązani z tym wciąż żyją.
          - I piastują wysokie funkcje, albo są szanowani, albo wpływowi. Więc tak, to jest właśnie ta bardziej kłopotliwa część mojej agendy... ale znam swoje priorytety. Oni nie są na pierwszym miejscu, więc nie musisz się lękać sabotażu.
          - Yhym… - odparł aasimar chyba nie do końca przekonany -... a Kaylie? Rozumiem, że macie relacje, ale ona wydaje się mniej… ma inne priorytety niż ty.
          Viktor milczał kilka chwil.
          - Trafna obserwacja - przytaknął Paimonowi - Czy stąpa za nią jakieś pytanie?
          - Bardziej luźna obserwacja. Gnom jest obłąkany z tego co mi wiadomo, ty masz przykrą historię z lokalnymi możnymi, a twoja ładniejsza połowa wydaje się na taką co uważa, że konsekwencje to coś co przytrafia się innym.
          - Wciąż nie słyszę żadnego pytania, ale z pierwszego już zrezygnowałem, a nad drugim aktywnie pracuję, jeśli o to ci chodzi.
          - Czyli nie mam brać ich pod uwagę jeżeli idzie o konkretniejsze plany związane z organizacją? - wytłumaczył do czego zmierzał aasimar.
          - Jeśli uda ci się zaangażować gnoma to będziesz musiał mi zdradzić swój sekret. Kaylie jest… Kłopotliwa na wielu płaszczyznach i na równie wielu bardzo użyteczna. Skonsultuj się ze mną, jakbyś chciał skorzystać z jej zdolności.
          Paimon przekrzywił głowę z zaciekawieniem.
          - Wydawało mi się, że mówiłeś że jesteście ekskluzywni.
          Viktor uniósł brew w powątpiewaniu.
          - Stosujesz chyba nieznane mi idiomy, bo umyka mi kiedy przeszliśmy z rozmowy o kościele do prywaty… Co, w twoich ustach, oznaczają “konkretniejsze plany związane z organizacją”?
          - Najwyraźniej źle zrozumiałem "skorzystać z jej zdolności." - przekomarzał się delikatnie aasimar - Są częścią tego przedsięwzięcia, jeżeli tylko ty zostaniesz częścią samej organizacji… plotki się zradzały z mniejszych rzeczy.
          - Plotki zradzały się również z absolutnie niczego.
          - Dlatego poruszam temat. Azazel może tego nie powiedzieć na głos, ale Asmodeus zareaguje na jego usamodzielnienie. Potrzebujemy sojuszników.
          - I aktywnie buduje ich bazę - przytaknął Viktor Paimonowi - Którychś konkretnych masz teraz na myśli? Kogoś nieoczywistego uważasz, że byłoby łatwo przekonać do siebie?
          - Lokalny baron? - zaproponował aasimar - Wiem, że opinie o nim są… nie najlepsze, ale jest głównym decydentem tych ziem. Jakiekolwiek ruchy wykona Asmodeus, będzie musiał przestrzegać lokalnych praw.
          - Zawsze warto być w łaskach lokalnej władzy, ale też dobrze, nie być nikim przy pierwszym spotkaniu, bo wtedy nie łatwo wyrwać się z tego stanu. Dziś stałem się istotny. To był pierwszy krok do zdobycia jego przychylności na moich warunkach.
          - Zawarłeś już sojusz ze strażą miejską, a Kaylie ma jakieś prywatne spotkania z lokalnym czaroklepom. Pierwsze kroki zrobiłeś już dawno… jeżeli oczywiście zostały zauważone, ludzie pokroju lokalnego władcy uważają takie politykowanie za źródło zgagi.
          - Jak tak szeroko spojrzeć to tak. Przyznaję zasadność twojej perspektywie, ale to co dziś zrobiłem… to zostało zauważone do niewątpliwie. Nie wiesz może, czy mamy na tyle szczęścia, by na tej imprezie, o której wspomniałeś, miał się baron pojawić?
          - Och będzie, będzie. Ma zaprezentować… - Paimon sięgnął do kieszeni wyjmując notatnik, przeglądając swoje zapiski- "Najnowszy nabytek z Mwangi"... ponoć jakiś złoty idol lokalnego bóstewka… płodności. Hm… dziewczyny mówiły, że wygląda… i tu zacytuje "prowokacyjnie".
          - Wyobrażam sobie co najmniej trzy warianty co mogą mieć one na myśli… ale to świetnie. Wspaniale. Takie spotkania są znacznie lepszą okazją na zdobycie kontaktów. Trzeba poczynić przygotowania… Nie możemy zmarnować tej okazji. Ile mamy czasu?
          - Cztery dni. Wstępnie impreza zaczyna się koło południa, taki obiadek magnacki. Wieczorem rozpoczną się tańce, hulanki i swawole… potrzebne jest zaproszenie, ale zważywszy na twoje kontakty z komendant straży sądziłem, że to zbyteczny szczegół.
          - Słusznie. A i bez tego bym jakoś dał radę się tam pojawić. Znasz lokację?
          - Poza miastem Baron na swoją rodzinną willę. Taki "pałac letni". Wszyscy wiedzą o nim, więc jak wynajmiesz jakiegoś lokalnego woźnice to cię tam zawiezie.
          - Doskonale. Jeśli dobrze rozumiem to na dziś skończyłeś ten hymn własnych osiągnięć, hmmm? Pytam, czuję właśnie mojego zbliżającego się chowańca, a to oznacza, że Kaylie też się zbliża i możemy wziąć się do pracy.
          - Ta, to tyle jeżeli idzie o moje chwalenie się. - Paimon się uśmiechnął - Więc zostawię sprawę Kaylie tobie, mam wrażenie, że za mną nie przepada.
          - Uh… kiedyś ci opowiem jak moja znajomość z nią się zaczynała. Jak chciałbyś jej uniknąć to w lewo i w dół jest jeszcze nie odrzwione wyjście.
          Zasłony w pokoju Kaylie znowu były zasunięte, a jedynym źródłem światła była blada poświata dnia przemykająca przez materiał przed szybami. Siedziała na łóżku z podkulonymi pod brodę kolanami, a kołdra zakrywała je niezdarnie, jakby narzucona bez ładu. Przytulała zakryte kolana jakby była dzieckiem szukającym ukojenia w pluszaku. Zaczerwienione od płaczu oczy nie miały już łez, choć ukazywały niedawny stan emocjonalny.
          Wokół ust kobiety znajdowało się zabrudzenie czekoladą, jak i na jej palcach, zaś resztki cukierków i wspomnianej czekolady leżały obok niej na talerzyku.

          - Hej. Wszystko w porządku? - zapytał niewidzialny Fisuś, który sobie znanymi sposobami dostał się do pokoju i przysiadł na biurku. Głos miał… zmartwiony.
          Kaylie podskoczyła wystraszona i zajęło kilka oddechów nim się uspokoiła.
          - Długo tu jesteś? - głos miała jakby zmęczony płaczem - Khal już skończył?
          - Właśnie przypełzłem. Możesz przyjść robić swoje… ale mówi, że nie trzeba koniecznie teraz, jeśli potrzebujesz czasu dla siebie.
          - Im szybciej skończę tym lepiej... - wymamrotała - A jeszcze mamy dziś kolację z Filią... - spojrzała na talerzyk z łakociami - Chcesz czekolady czy czegoś innego?
          - Innym razem… - zdjął z siebie płaszcz niewidzialności, z jednoczesnym wzruszeniem ramion. - Poczekać na ciebie na zewnątrz?
          Teraz to Kaylie wzruszyła ramionami.
          - Możesz zostać jak chcesz. Mnie nie robi różnicy. I tak widziałeś mnie z Khalem w łóżku, a teraz dużo nie zamierzam ze sobą robić.
          - W porządku… - Fisuś zwiesił cienkie nóżki z biurka i położył się na nim, by czekać we względnej wygodzie.
          Kobieta wstała z łóżka i zrzuciła z siebie kołdrę, pod którą miała pełne ubranie. Podeszła do chowańca i uniosła go, by przenieść na wygodny materac łóżka, nieopodal łakoci. Położony wyciągnął się wygodnie i przeistoczył w turkusowego wężyka, z czerwonymi strzałkami, co wygodnie zwinął się w spiralę.
          Kaylie poszła do łazienki przemyć twarz i ręce z czekolady, a gdy wróciła zdjęła z siebie szatę, by przebrać się w czerwono-czarne ubranie jakie dostała od Viktora. Dla dodatkowego odświeżenia go wykorzystała magiczną sztuczkę, aby wszystkie zagięcia i nierówności oraz kurz zniknęły z odzienia. Już ubrana przytroczyła do paska nadwymiarową torbę jaka skrywała potrzebne rzeczy do stworzenia wystroju świątyni, jak i zabrała swój miecz. Jej twarz została zasłonięta maską, jaką ukrywała ślady swoich emocji.
          Podeszła do węża i delikatnie uniosła go na ramię, pozwalając się wtulić w to ubranie, w jakim buszował jeszcze w Cheliax.
          - Gotowa.

          Róża

          Viktor przechadzał się po pustej świątyni. Grube drewnane deski, nieobrobione obeliski i stalowe sztabki leżały w okolicach, gdzie powstać miały ławy, posągi, czy wrota. Trochę głębiej wiadra kwarcowego piasku i barwniki, które miały stać się witrażami.
          Jego spojrzenie rozjaśniło się gdy zobaczył Kaylie wchodzącą przez pusty portal.
          - Cieszę się, że jesteś. Jak się czujesz? - zapytał podchodząc do niej bliżej.
          Pierwszym co mogło rzucić się Viktorowi w oczy było dawne jego ubranie, jakie musiało z jakiegoś powodu przypaść galtiance do gustu. Drugim była maska, w jakiej nawet teraz przyszła, czego przestała robić. A trzecim... wybrzuszenie poruszające się pod bluzką.
          - Dobrze, dobrze... - odparła cichym głosem.
          - Kruszyno… - Viktor podszedł do Kaylie i złapał ją za dłonie z wyrozumiałością. - Jeśli się nie czujesz, to możemy zostawić to na później. Dziś potrzebuję tylko głównych główne i boczne wejścia zamknąć drzwiami, ale możemy to zrobić nocą, wracając z kolacji z Filią. Hmmm?
          - Nie chcę być problemem. Znowu. - wymamrotała.
          - Kay… Nie jesteś problemem. Bez ciebie jeszcze wiele czasu, by mi zajęło uruchomienie świątyni. Surowe materiały to ułamek ceny gotowych produktów i tylko ten ułamek ceny byłem w stanie sfinansować. Nie jesteś wołem pociągowym, którego można lać batem i to faktycznie odniesie skutek. Wolę byś się tym zajęła gdy twój umysł będzie wypoczęty, spokojny i rześki. Teraz tego nie widzę. Lepiej nam zrobi przejść się na spacer… albo zapolować na jakiś stroik dla ciebie na wieczór. Co myślisz?
          - Strój jest już zamówiony... - szepnęła z lekkim wstydem - Myślałeś, że oleję sprawę, prawda?
          - Wybacz, ale nie miałem dziś czasu poświęcić temu tematowi zbyt wiele uwagi. Kiedy możesz to odebrać? Nie potrzeba będzie przymiarek?
          - Późnym popołudniem. Suknia gotowa, tylko poprawki na moje rozmiary są przygotowywane. - wyjaśniła.
          - Hmmm… Rozumiem. No to jak? Spacer za miastem? Coś takiego zwykle oczyszcza umysł.
          - Chciałabym pójść, ale... Czy jesteś na mnie zły? - zapytała nagle.
          - Kaylie… dlaczego… miałbym być na ciebie zły?
          - Bo... Byłam nieprzyjemna pewnie... I niszczyłam twoje zadowolenie. - wymamrotała.
          Viktor spuścił z siebie powietrze powoli i spojrzał jej w oczy.
          - Nie jestem zły. Wszystko jest w porządku. Hmmm?
          - Dobrze... Masz pomysł gdzie możemy pójść? - zapytała już spokojniej, a wybrzuszenie pod koszulą znowu lekko się poruszyło.
          - Zwykły spacer po lesie. Dla odświeżenia głowy. Myślę, że te mury ustoją te kilka godzin bez naszej opieki.


          Kaylie dopiero zdjęła maskę jak opuścili miasto. Ślady smutku i mentalnej rozterki były jeszcze widoczne w oczach kobiety idącej w milczeniu obok kochanka.
          Minęło sporo czasu nim Kaylie odezwała się:
          - Fisusiowi tu dobrze. - zaczęła niezręcznie.
          - W to nie wątpię - przytaknął Viktor, rozbawionym tonem. - Baron niedługo organizuje przyjęcie. To będzie okazja aby się z nim spotkać wreszcie.
          - Kiedy? - zapytała nagle rozbudzona - Kiedy idziemy na przyjęcie? - wyraźnie łączyła jego pójście ze swoją obecnością, mimo że nic o tym nie mówił.
          - Za cztery dni. To musi być bardzo prywatne przyjęcie, skoro tak późno się tego dowiaduję. Zapytam dziś Filię o to. Ona na pewno zna więcej szczegółów.
          - Będzie przyjęcie!- pisnęła trochę jak podekscytowana nastka i objęła ramię Khala - To takie ekscytujące! Nasze pierwsze wspólne przyjęcie!
          Radość partnerki Viktora była w jednocześnie dziecinnie urocza, jak i po prostu naiwna. - Tak, będzie przyjęcie - przytaknął jej nieco rozczulony. Wiele z jego krótkotrwałych partnerek "na jedno wyjście" zachowało się, w przeszłości, podobnie.
          - Nie jestem jeszcze tylko pewny formy… i musimy na gwałt znaleźć co baron mógłby chcieć dostać jako prezent i to znaleźć.
          - Coś kiczowatego! Ten facet nie ma gustu i jeżeli coś błyszczy to uzna, że wartościowe! - zachichotała - Fern mi to powiedział.
          - Uhuh… takich precyzyjnie słów użył? Opowiedz mi o tej rozmowie.
          - No... - Kaylie zaśmiała się - Mówił, że baron absolutnie nie ma gustu i tak długo jak jest to drogie i egzotyczne to weźmie to. Nie sądzę, by Fern szanował jego brak smaku, jak i pewnikiem jego samego. Ma w tej rezydencji masę kiczu rzuconą przypadkowo między inny kicz. Taki plebs co dostał kasę i się nią wozi... w sumie nie mając pojęcia co z nią robić. Gromadzi każdy kicz udający wyższą klasę.
          - Hmmm… dobra robota. To bardzo ułatwi mi życie. Dziękuję ci za tę wiedzę.
          - Tobie? A nie "nam"? Chyba razem mamy iść na przyjęcie, prawda? - patrzyła uważnie na mężczyznę - Bo ja też z tobą idę, czyż nie?
          - Tak, tak… Po prostu myślę już dalej niż samo przyjęcie. Ah… i ma być ktoś z Galt i Cheliax podobno…
          - ...z Galt? - uśmiech znikł jej z twarzy - Jesteś pewien? Znaczy... Ahm... - zasłoniła oczy nie wiedząc jak na to zareagować - Nie wiem... Czy... Może nie, ale... - kobieta wyraźnie była zestresowana - Myślisz... Że jest duża szansa...?
          - Tego nie jestem w stanie określić. Słowo “podobno” było użyte.
          - Ale sądzisz... że mogę mimo wszystko? - spojrzała z wzrokiem proszącym o przyzwolenie - Naprawdę?
          - Wątpię aby były przeciwwskazania… w końcu… ilu Galtian może ciebie rozpoznać po tych wszystkich latach?
          - Raczej niewielu... ale... po prostu boję się. - zaczęła wyginać palce w stresie - Choć by sens miało. Cheliax porwało, teraz jest kochanką kapłana diabła... - zaśmiała się pod nosem.
          - Eh… w najgorszym wypadku zwalimy winę na mnie. Wielki, zły asmodean – bo wątpię aby interesowała ich różnica – porwał ciebie i zmanipulował do całkowitego złamania mentalności i wiary, że jest z własnej woli. W pewnych kręgach mogłoby mi to nawet koneksji dodać.
          - I dopiero "zobaczył światło" jakie nie było ogniem, gdy poznał wiarę w Azazela. Bleh... - wystawiła język jakby w obrzydzeniu - Wciąż czuję obrzydliwy posmak tych słów.
          - W tą stronę też można by - wzruszył ramionami, nieprzejęty absurdem wykorzystania którejkolwiek z tych wymówek w praktyce… to nie tak, że miała nastać taka potrzeba.
          Kaylie objęła ramię mężczyzny jak swojego obrońcy przed wypadkami tego świata.
          - Nie będziesz się mnie wstydził?
          Viktor uniósł brew.
          - A zamierzasz przynieść mi wstyd?
          - Nie... Ale przecież teraz w kościele nie lubiłeś mojej obecności.
          - Kaylie… ja sam ciebie wciągnąłem do świątyni. I ty sama z niej wyszłaś. Mi chodziło tylko o twoją postawę, jakbyś miałą wydrapać komuś oczy. Rozumiesz różnicę między sobą samą a swoją postawą, prawda?
          - A jak inaczej kobieta miałaby się zachowywać w takiej sytuacji?
          - Z godnością i akceptacją. Inaczej wychodzi na słabą, ofiarę, furiatkę, albo wszystko na raz. Takie sytuacje BĘDĄ się zdarzać. I możliwe, że na tym przyjęciu też się zdarzy. Czy będziesz w stanie to znieść z godnością i akceptacją?
          - Akceptacją... podrzędnej roli w oczach partnera? - puściła ramię Viktora.
          - Podrzędna się ona staje tylko jeśli sama sprawiasz takie wrażenie. Przyjmij to z godnością a pozostaniesz w kontroli i wszyscy będą uznawać, że jesteś panią życia. Buntuj się i strzelaj piorunami z oczu, a będziesz postrzegana jako słaba i żałosna.
          - Postrzegasz to na opak. Jaka jest duma w tym, że pozwalasz się poniżać? Co ci to daje? - nie zgodziła się z prawnikiem - Pokazujesz tylko, że można ci wejść na głowę, bo i tak nic nie zrobisz. Że jesteś niczym w tej relacji... - spojrzała w ziemię - Że jesteś jak jedna z tych żon, co odwracają wzrok jak mąż w drugim pokoju posuwa służkę, gdy ty bawisz wasze niemowlę z uśmiechem na ustach.
          - Co było poniżającego w tym, że Sella byłaby moja na pstryknięcia palców, gdy tymi palcami nie pstryknąłem?
          - Bo nie pstrykałbyś palcami u rąk. Wiemy o tym, Khal. - spojrzała twardym wzrokiem w jego oczy.
          Viktor uniósł brew powątpiewając.
          - To odpowiedź z innej kategorii logicznej. Zadałem pytanie o czynnik poniżający, odpowiedziałaś domniemaniem intencji, łamane przez: możliwości. Zauważyć bym chciał, że brak poprawnej odpowiedzi na właściwe pytanie głęboko zasugeruje braki merytoryczne w zarzucie.
          - Nie rozumiesz, że czuję się poniżona? - przetarła oczy - Nieważne. I tak nie zrozumiesz, nie było tematu. Jest jak jest, no nie?
          - Och, ależ rozumiem doskonale. Tylko co innego niż byś chciała…
          - Co takiego, co? - zapytała krzyżując ręce na piersi.
          - Po pierwsze. Prawda jest taka, że nie dałem ci dziś żadnego powodu do zazdrości. Sella może trochę. Jeśli się mylę to mi to udowodnij. Tylko merytorycznie proszę. Hmmm?
          - Ale jaka to dla mnie różnica? Ona dała mi powód. Jestem zazdrosna, bo wiem jak to najpewniej się skończy. Nie ustalaliśmy, że mam nie być zazdrosna, nawet jeżeli nie bierze się to z twoich działań. Bardziej z braku działań prostujących taką Sellę, czy tam Veronikę... Choć nie powinnam ich oczekiwać. To byłoby wbrew twojej naturze i celom jak i oficjalnym, jak i personalnym.
          - I co to był za powód? Specyficznie, proszę.
          - Te debilne uśmieszki, ona się do ciebie prawie łasiła!
          - Tak, kobiety tak robią w obecności potężnych, uber-kompetentnych mężczyzn, co zdolni są, kiwnięciem palca, zapewnić im byt i bezpieczeństwo. Co miałem zrobić? “Sello… byłabyś tak uprzejma nie śmiać się z moich żartów?”, albo “Ladacznico, przestań wykonywać te drobne, praktycznie niezauważalne-dla-niewyćwiczonego-oka ruchy ocierania uda o udo”. Wszystko co robiła było w granicach niedostrzegalności i wytknięcie jej tego zrobiło, by ze mnie niepoważnego wariata. Kobiety są w tym dobre. Znacznie lepsze niż większość mężczyzn. Bardzo rzadko przekraczają granicę wiarygodnej zaprzeczalności i Sella tego nie zrobiła NAWET jeśli zakładać, że wszystko co robiła było świadome. Wiesz jak zwykle kobiety sobie radzą z takimi nieadresowalnymi zachowaniami względem ich partnerów?
          - Oświeć mnie.
          - Kontrują własnym, nie-adresowalnym, adresowalnym bądź bardzo adresowanym zachowaniem. Miałaś kilka możliwości. Podejść do mnie i stanąć blisko. Na tyle by widać było, że jesteś moja. To by było to nie-adresowalne. Mogłaś chwycić mnie za rękę patrząc jej w oczy z lekkim wyzwaniem. To byłoby adresowalne. Mogłaś też wciągnąć mnie w głęboki pocałunek i wtedy jej spojrzeć w oczy. Nie polecam tego. Wygląda bardzo źle poza bardzo specyficznymi sytuacjami i bym musiał ciebie zatrzymać w trakcie. Jakbyś zrobiła pierwszą albo drugą rzecz byś była w kontroli. Byś miała władzę w sytuacji i byś wyglądała na silną. Ta której mężczyznę chcą inne, ale nie go mogą mieć. Stojąc i rzucając piorunami z oczu wyglądałaś na słabą i godną pożałowania. Co wolisz? Być silna i w kontroli, czy aby ciebie żałowano?
          - Nie zrobiłam tego by nie psuć ci twojego momentu i nie włazić w środek! - krzyknęła niespodziewanie z silnymi emocjami - Żebyś mógł mieć całą scenę dla siebie i czynić jak uznasz za wartościowe! Byś mógł sam pławić się w tym poczuciu bycia lepszym, gdy rozpływają się na każde twoje słowo i gest! A ja tylko chciałam byś nie pozwalał przekroczyć moich granic! - pod koniec ostatniego zdania głos kobiety się załamał.
          - Mam tutaj całą SERIĘ problemów z tą wypowiedzią, ale zaadresuję najważniejsze. Jakich granic? Ona NIC nie zrobiła. Drobny głupiutki uśmieszek, niewinny gest dłoni. Stojący obok niej partner nic nie zauważył. Daleko głębiej granice przekracza Lilia, czy nawet Lady Barnabii, gdy się z nią widzę.
          - Wiem, jak mogą one skończyć. Jak ty możesz z nimi skończyć i to mnie boli. Czemu w trakcie nie postanowiłeś sam jakkolwiek mnie zaadresować słowem czy gestem? Chociażby to by ustanowiło pewną granicę.
          - Kaylie… ja będę miał swoją rotację. Aby powiedzieć wprost i bez eufemizmów… ja BĘDĘ sypiał z innymi kobietami. Uprawiał seks. Pieprzył je. Przepychał rury. Jebał i wszystkie inne – coraz to wulgarniejsze – synonimy. Wiedziałaś o tym i twierdziłaś, że dasz sobie z tym radę. Nie wyglądasz jakbyś dawała…
          - Nie wiedziałam, że to będzie takie ciężkie, bo wytrzymywałam w innych związkach, ale... MUSIAŁO MI TAK MOCNO NA TYCH OSOBACH NIE ZALEŻEĆ! - uniosła głos, co wyraźnie i ją samą zaskoczyło - ...przepraszam...
          - Kay… zależy mi na tobie… ale nie zrezygnuję z rotacji. Nie jestem na to gotowy i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Nie chcę ciebie krzywdzić… dlatego potrzebuję wiedzieć… czy sądzisz, że możesz dać radę sobie to w główce poukładać? Być szczęśliwą pomimo tego?
          - Ja... Będę próbować... - powiedziała smutno - To też dla mnie ciężkie... Więc nie dziw się mojej zazdrości...
          - Ehh… rozumiem. Mimo wszystko potrzebuję ciebie aby ta zazdrość pozostała czymś prywatnym. Tylko między nami. Ujawnianie tego… stawia nas oboje w bardzo złym świetle. Rozumiesz?
          Kaylie pokiwała głową nadal wpatrzona w ziemię.
          - Rozumiem... Rozumiem. - wyszeptała i... wtuliła się w mężczyznę.
          Viktor objął ją ramieniem i kontynuowali dalej spacer. Tylko wolniej niż wcześniej.
          Nie szedł on do końca po jego myśli, ale przynajmniej pewne sprawy zostały wyjaśnione. Na jak długo? Miał nadzieję, że na dość.

          Kaylie po prostu chciała być kochana przez kogoś. Chciała być jedyna. Chciała by poza nią świata nie widział, nawet być przez niego rozpieszczana... Być kimś najistotniejszym w życiu ukochanego.
          Jak w historiach... Historiach o błogim szczęściu w miłości. Bajkach jakich jej życiu tak strasznie brakowało.



          KAYLIE VS FILIA - fashion battle



          - Panie Goodmann! Witam w Purpurowym Indorze.
          Viktor, prowadzony przez obsługę, zatrzymał się na ścieżce między stolikami i spojrzał na zbliżającego się do nich Mistrza Sali.
          - Pańskie dokonania wyprzedzają pana o kilka kroków. Obawiam się, że muszę dopuścić się pewnej drobnej zmiany. Mamy dla pana przygotowane stosowniejsze miejsce. Bardziej ustronne i spokojniejsze… albo bardziej eksponowane, jeśliby pan wolał.
          Viktor uśmiechnął się delikatnie pozwalając swojej piersi się odrobinę napompować. Chłonął ten konkretny rodzaj społecznego uznania, którego nie zaznał od opuszczenia Cheliax.


          Viktor obserwował salę z wysokości. Dokładnie wysokości trzech stopni ponad resztą. Delektował się przyniesionym winem, a gdy miał ochotę spoglądał przez wielkie łukowo-zakończone okno, z widokiem na noc Evercrest. Temu miastu można było wiele zarzucić, ale odpowiadało mu co oznacza “miejsce bardziej wyeksponowane”. Nie było ono jedynym takim. Stoły Arkadowe były jeszcze dwa w Indorze i jeden z nich był zajęty przez lokalnego lorda z żoną, którego Viktor nie miał jeszcze okazji poznać.

          Dotarły już do niego fikuśne przystawki, będące bardziej dziełem sztuki niż pokarmem i kieliszek przedniego wina. Czekał. Obserwował. Chłoną atmosferę… i udawał, że nie zauważa spojrzeń które przyciąga


          Do restauracji wkroczył Davion, elf wyglądał na wyraźnie zmartwionego. Podszedł do Viktora i przytaknął na przywitanie.
          - Dzień dobry, panie Goodmann. - przysiadł się do stolika zajętego przez kapłana Azazela - Będziesz w stanie mi wytłumaczyć co się dzieje między naszymi partnerkami?
          - Davionie, proszę… walczyliśmy ramię w ramię. Pozwól nam mówić sobie po imieniu, co myślisz?
          - Filia powiedziała mi, że będzie konkurs piękności między nią a Kaylie… nie wiem co o tym myśleć.
          Viktor uniósł brew, nieco rozbawiony zaaferowaniem kapłana, który zdał się nawet nie usłyszeć viktorowej propozycji.
          - Umowa, chyba, opiewała na bitwę na kiece. Nie per se piękność. Dziewczyny się rozochociły w faux-kłótni i skończyło się wyzwaniem o gust i kreacje, podkreślony małym zakładzikiem. Nic dramatycznego. Nic czym należałoby się martwić. Częstuj się, proszę. - zachęcił, gestem dłoni wskazując indorowe “płatki feniksa”, będące pergaminowo-cienkimi plastrami pieczonego buraka i jabłka i oprószone sproszkowanym szafranem, z kroplą miodu z lawendą, podane na czarnej kamiennej płycie. Dla przyjaznego oka wyglądały jak płomień i znikały w jednym kęsie.
          Kapłan westchnął.
          - "Nic czym by się martwić" - powtórzył Davion - Viktorze, moja kobieta prosi mnie o opinię na temat swojej kiecki i żeby porównać ją z kiecką innej kobiety. Mniej niebezpiecznie było w kopalni alchemika…
          - Oh Davionie… tak by było gdybyś był debitorrówną lojalność obu kobietom. Nie jesteś. Chcesz zagrać bezpiecznie i bezproblemowo? To choćby Filia przyszła w worku na ziemniaki, mów, że ona wygląda lepiej. Tyle. Kay będzie sfrustrowana twoim stronnictwem, ale… tak po prawdzie.. zrobi ci to różnicę?
          - Och… to ty nie wiesz. Filia przygotowała zaklęcie nie zezwalające na kłamstwa…
          - Och… - było przez długi czas jedynym komentarzem Viktora, który zrozumiał, że sprawa jest poważniejsza niż sądził. - Och… - powtórzył, składając ręce w łódeczkę.
          - Taa… - odparł kapłan - Więc… mamy przesrane…
          - Eh… damy radę - bagatelizował, ale nie miał już tej niewzruszonej pewności w głosie. I twoja situatio raczej jest wygodna. Kaylie nie miała nawet dnia na znalezienie kreacji. Jest skazana na coś gotowego, na szybko dopasowanego do jej figury. Filia powinna łatwo wygrać. Co innego ja… JA mam rzeczywiście problem. Bo Filia powinna łatwo wygrać…
          - Tu nie chodzi o wygraną… wyobrażasz sobie mówienie, SZCZERZE o innej kobiecie swojej narzeczonej? - Davion westchnął - Wiem, że nie zniszczy to naszego związku… ale darmowa amunicja do męczenia mnie przez lata nie przychodzi tak łatwo.
          - Tsk… zawsze możesz przyjść do mnie, abym representavit ciebie w sprawie o nękanie małżeńskie. Kaylie już reprezentuję w sytuacji, gdy Filia wykazałaaggressio wobec niej z użyciem niebezpiecznego narzędzia, specyficznie: poduszki.… a poważniej… jak dziewczęta zaczną przesadzać to powstrzymam je. Bitwa na kiece może być zabawna i śmieszna, ale to zaklęcie łamie grę. Kiedy do tego dojdzie… potrzebuje tylko abyś stanął za mną murem. Nie musisz być aktywny. Jedynie przytakiwać. Wtedy wyjdziemy z tego cali i najgorszym scenariuszem będą partnerki niezadowolone na jeden wieczór… i to raczej tego typu niezadowolenie, które da się kreatywnie rozładować późniejszym wieczorem.
          Davion pokręcił głową.
          - Mam nadzieję, że to żart i wyjdziemy z tego obronną ręką. Filia potrafi być bardzo kombatywna jeżeli idzie o swoją kobiecość… wiesz, nie może się na ogół zbyt afiszować w zbroi strażnika.
          - I rozumie, że jeśli da nam swobodę do drobnych kłamstewek będziemy mogli to wszystko ubrać w słowa które połechcą jej ego, tak jak ona tego chce, a jeśli nas obarczy tym zaklęciem to zmusi nas, aby obnażyć każdą brzydką prawdę, której ona sama nie chce usłyszeć. To może brzmieć ładnie w głowie, ale raczej dojdzie do tego, że to nie jest dobry pomysł.
          - Ego ma na tyle mocne, że wierzy, że nie istnieją "brzydkie prawdy" co do jej wyglądu. - kapłan Abadara zachichotał - Postarajmy się to powstrzymać i zróbmy, że żadna nie wygra. Co ty na to?
          - Absolutnie. Jeśli spróbują zmusić nas do mówienia rzeczy których nie chciałyby usłyszeć to nie usłyszą nic. Mogą się chwilę dąsać, ale im obu zależy na tej kolacji. Szczególnie, że udało mi się dostać jeden ze Stołów Arkadowych. Przynajmniej dla Kay to będzie cenne.
          - Brzmi jak plan… pora na nie czekać… będzie prawie tak stresujące jak kiedy się pojawią…
          - Davion… Zostaw to mnie. Nie z takich sytuacji wychodziłem obronną ręką. Opowiedz mi lepiej jakieś plotki z kleru Abadara. Jak przyjęto nową świątynię?
          - Zastanawialiśmy się, kiedy w końcu ją postawisz. Chociaż nie spodziewaliśmy się tak… innowacyjnego podejścia. Czapka z głowy za to. - kapłan Abadara delikatnie skłonił się koledze - Nie jesteśmy jeszcze pewni co myśleć o twoim patronie, Abadar nie ma najgorszej opinii o nim, ale to nie jest trudne do osiągnięcia.
          - Ale jest wygodnym punktem wyjścia i daje perspektywy na przyszłość. I myślę, że z czasem okażemy się sobie bliżsi doktrynalnie niż niektórzy mogliby się spodziewać… pardon, nie jestem tu nic sprzedawać. Jakie są najgłośniejsze głosy przeciwko mnie? Nie pytam o imiona osób… chciałbym tylko wiedzieć czego się spodziewać w przyszłości.
          - Za bardzo politykujesz jak na kapłana. - odparł Davion - Za bardzo się mieszasz w sprawy regionu. Wygląda to bardziej jak próba zasiedzenia, niż zbudowania od niczego, jeżelwiesz o co mi chodzi.
          - Ała… - Viktor obruszył się w niby-urazie - Ale cóż… sam o to prosiłem - kontynuował już z uśmiechem nim nie spoważniał nieco. - Jakbyś był uprzejmy rozwinąć myśl… myślę, że rozumiem, ale wiesz...
          - No… wygląda jakbyś nie chciał założyć nowej religii. Tylko zająć wysoką politycznie pozycję, zagarnąć ucho barona, wziąć w garść całe królestwo i założyć nową religię.
          - Huh… o takie możliwości jestem oskarżany? Schlebia mi to niepomiernie. Nie odbierz mnie na opak, nie każę ci bronić tych zarzutów, ale chciałbym zrozumieć skąd się one biorą… któreś moje specyficzne działanie zostało tak zinterpretowane? Czy to bardziej…. hmmm… niechęć osób mniej zmotywowanych, aby aktywnie poczynić zmiany?
          - Krótka odpowiedź? Cheliax. Długa odpowiedź? Jedno z twoich pierwszych ruchów w mieście to zaprzyjaźnienie się z Filią. Niektórzy zaczęliby od lokalnych pijaków.
          - A ty jak się na to zapatrujesz? Bez nacisku… jeśli to niezręczne dla ciebie to wycofuję pytanie i zaraz znajdę inny temat. Rozumiesz ciąg logiczny, który do tej przyjaźni doprowadził?
          - Wiem o waszej… skomplikowanej historii. Rozumiem jednak, że nie ona była powodem waszego spotkania. Koniec końców jednak, wiem, że jeżeli twoje motywacje nie są w stu procentach szlachetne, nie są też szkodliwe dla miasta. To mi wystarczy.
          - Dziękuję ci za zrozumienie. Naprawdę je doceniam. Nawet same Filia i Kaylie miały problem z zobaczeniem mnie pod tą smołą, co się na mnie osadziła przez lata w Cheliax… W zamian możesz być pewny, że ja ciebie też nie będę oceniał - zaoferował tonem łaskawym i nieco zadziornym.

          - To nie jego masz oceniać. - głos Filii pojawił się tuż przy uchu Viktora. Komendant zachichotała odsuwając się od mężczyzn, obracając się i pokazując swój ubiór. Nie była to jakaś niezwykle ozdobna kreacja. Ciemno niebieski aksamit pomieszany z bielą i złotem. Odsłaniała odrobinę skóry na klatce piersiowej, jednak nie była wulgarna. Spojrzała na mężczyzn z uśmiechem. Jej twarz była delikatnie umalowana. Usta podkreślona czerwienią, odrobina różu na policzkach.
          - I jak?
          - W… wyjdź za mnie. - Davion się zająknął, a Filia zdusiła śmiech.
          - Jeszcze miesiąc, kochanie. - zerknęła na Viktora oczekując jego opinii.
          Kapłan dał sobie czas aby przyjrzeć się detalom, ocenić ich zgranie i ogólny smak kreacji. Było to dużo co innego niż moda cheliańska… ale nie była wcale mu nie w smak.
          - Doskonały wybór. Perłowa biel współgra z cerą, a granat z oczami. Całość nie przytłacza nadmiarem niepotrzebnych niuansów, pozwalając tobie samej błyszczeć.
          Komendant dygnęła w swej sukni i delikatnie zachichotała znowu, siadając obok Daviona.
          - Co to w sumie za uroczystość, że jesteśmy na podeście?
          - Nie wiem o co chodzi… - odpowiedział Viktor z otwartą nieszczerością - Prowadzą mnie do stolika i wyobraź sobie, że w połowie ktoś nas przechwytuje i wylewnie przeprasza, ale musi wprowadzić pewne zmiany… i prowadzi mnie tutaj.
          Goodmann w żadnym momencie nie krył samozadowolenia, o jakie przyprawiało go takie potraktowanie.
          - Aha… - odparła Filia - Chodzi o tą twoją popisówę na mieście dzisiaj, prawda?
          - Myślisz, że o to chodzi? - zapytał, z uśmiechem biorąc do ust jednego z płatków feniksa. - Poważnie Davion, Filia… częstujcie się. Są pyszne.
          Komendant pokręciła oczami, ale sięgnęła po poczęstunek, delikatny błogi uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy jedzenie zaczęło pieścić jej język.
          - Więc, gdzie jest Kaylie? Chyba nie oddała pojedynku walkowerem?
          Viktor uśmiechnął się odrobinę szerzej widząc zadowolenie siostrzyczki.
          - Ja nic nie widziałem, nic nie słyszałem i nic nie powiem. Z resztą… o ile pamiętam to wasza bitwa na kiece jest tu przede wszystkim urozmaiceniem znacznie nudniejszego spotkania… hmmm?
          Kobieta fuknęła.
          - Faceci… nigdy nie wiedzą co jest naprawdę ważne…
          Kapłan wzniósł dłonie apologetycznie.
          - To nie jest wzgórze na którym gotów jestem umrzeć, więc mogę zagrać z wami.

          Pierwszy zobaczył Kaylie narzeczony Filii. Szła w stronę stolika prowadzona przez jednego z kelnerów, przy którym poruszała się gładko niczym w powietrzu, prawie nie wydając dźwięku stąpania po podłodze, a jej ruchy były równie nieskrępowane jakby pływała w powietrzu. Rozpięte włosy delikatnie poruszały się w rytm jej własnego ruchu, a delikatny makijaż jedynie zaznaczał kreski oczu swoim czerwonym barwnikiem, gdy złota szminka przyciągała wzrok do ust.

          Ale to sukienka miała większe znaczenie.

          Była inna stylem od tej, jaką przywdziała Filia. Nie było widać w niej aksamitu czy innych bogatych materiałów, jednak połączenie skrywało taką niedoskonałość. Biała suknia była obleczona burgundem i czernią tworzącymi siateczkę kwiatową wokół ciała kobiety opadającymi niczym woda na biodro oraz zakrywającymi lewą rękę ich pętami, pozostawiając nagość skóry na tym ramieniu.
          Kapłan Abadara przekrzywił głowę widząc Kaylie.
          - No, no… suknia piękna… - podskoczył czując uderzenie łokcia Filii, kiedy jego oczy nie potrafiły się oderwać - Ale twoja lepsza kochanie!
          Komendant uśmiechnęła się i zerknęła na swoją oponentkę.
          - Porządna kreacja, Kaylie. Trochę zbyt skomplikowana jak na moje upodobania.
          Kaylie uśmiechnęła się do Daviona z dziewczęcym zawstydzeniem i dygnęła grzecznie.
          - Widziałam kiedyś jak moja matka nosiła podobne kreacje na przyjęciach. I elfki z naszej rodziny. - wytłumaczyła wybór.
          Galtianka spojrzała na Khala z mocno bijącym sercem.

          Prawnik sycił wzrok widokiem swojej partnerki. Wyglądała pięknie, ale tak to po prostu powiedzieć? To się mijało z celem. Wstał i z niby poważną miną obszedł Kaylie, lekkim łukiem. Obejrzał ją dokładnie z każdej strony. Nie trzymał jej w niepewności. Pozwolił, aby jego spojrzenie wyrażało… może nie zachwyt. Zbyt wiele czasu na salonach Cheliax spędził… ale głębokie zadowolenie. Czynił z tego rytuał. Dodawał ciężaru emocjonalnego słowom, które wszyscy wiedzieli jakie zaraz nadejdą…
          - Wspaniała. Na gale [i]Noctis Electae[/i] zabierałem towarzyszki w gorszych kreacjach. Nie było wstydu. Skądżeś, w tej… w Rzecznych Królestwach, dała radę coś takiego wyczarować?
          - Poszłam do Lady Barabii. - uśmiechnęła się wyraźnie szczęśliwa z jego słów... Nawet bardziej niż z innych. Właśnie na jego ocenę czekała najbardziej.
          Viktor umyślnie nie spoglądał na widownię Purpurowego Indora. Potem Fisuś mu opowie reakcje, ale na ten moment jego zauważone zaciekawienie mogłoby zepsuć efekt. Cieszył się też, że Kaylie dała Lady Barabii okazję zabłysnąć. Może uda się to odpowiednio zakręcić, aby mogła powoli wrócić do pracy dla wyższych sfer?
          Ujął Kaylie za rękę, doprowadzając ją do stolika.
          - La damme… - odsunął dla niej krzesło i zaprosił dwornym gestem ręki co Kaylie przyjęła z uroczym dziewczęcym rumieńcem siadając na wskazanym krześle.
          Filia przyglądała się sukni Kaylie.
          - Przyznam, zaczyna mi się podobać bardziej. Nie nosiłabym jej, ale ci pasuje. - spojrzała na dwójkę mężczyzn ,- To teraz, szczerze, która wygląda lepiej? - mina Davina zrzedła i zerknął na Viktora, czekając na jego ruch. Rozbawiony uśmiech kapłana nie dodał mu wiele otuchy.
          - Davion – wierzę – już wyraził swoją opinię. Ja – z kolei – najwyraźniej obrosłem w siarkę i bardziej cheliańska kolorystyka do mnie przemawia. To jest piękna kreacja i absolutnie piękna w niej siedzi kobieta. Ale dla mnie Kay tu wygrywa.
          Filia skrzywiła usta niezadowolona.
          - Remis nic nam nie daje, chłopaki. Kaylie, masz jakiś pomysł jak go rozstrzygnąć?
          - Niech nam powiedzą, która jest według nich bardziej szlachecka. - powiedziała ciągle wpatrzona w Viktora.
          - Ty i te twoje szlacheckie ego… - mruknęła Filia - To niech będzie tak, która wygląda bardziej szlachecko, która wygląda bardziej kobieco i która wygląda bardziej kusząco. Zobaczmy jak chłopaki się pocą.
          - Zgadzam się. - zawyrokowała Kaylie.
          Viktorowy uśmiech stał się odrobinę… mniej poważny.
          - Nie spodobają wam się odpowiedzi… Kaylie wygląda bardziej jak szlachta Cheliax, Isger, czy Andoranu. Ty, Filio, jak szlachta Rzecznych Królestw, Ustalavu, czy nawet Mivonu w niektórych okresach. Z kolei kobiecość i pokusa są pojęciami bliskoznacznymi i obaj jesteśmy głęboko uprzedzeni. Wybierzemy tę kobietę, której mieliśmy okazje zajrzeć pod kiece… Ot co…
          - Słyszałam, że zaglądanie pod kiecę przychodzi ci łatwo - zagaiła Filia - Więc której chciałbyś teraz zajrzeć?
          - Za dużo plotek słuchasz - uśmiechnął się lekko, choć w oczach przemknęło coś chłodniejszego. - Ale skoro pytasz wprost… Udając, że nie jesteś w szczęśliwym związku i nie łączy nas krew – bo tych emocji wciąż nie rozpracowałem – to wygra chłopięca fantazja. Więc wam obu. Na raz. Ale też Erato i bruneteczce w czerwieni i różu, dwa stoliki za tobą. A jeśli zmusisz mnie do wskazania jednej… odpowiedź już padła. Jestem głęboko nieobiektywny. Wybrałbym kobietę, z którą dzielę nasze własne nieprzyzwoite sekrety. - na co Kaylie ułożyła głowę na ramieniu kapłana Azazela zamykając oczy w radości i zakochaniu.
          - Znasz mnie na tyle, że wiesz, że żadnej. Nie jestem tego typu mężczyzną. - odparł Davion, trzymając ręce blisko siebie, mężczyzna wyraźnie czuł się niezręcznie. Filia westchnęła i spojrzała na Kaylie.
          - Chłopy… dobrzy tylko do jednego. Więc, co robimy jak jest remis? Nikt nie wygrywa, czy obie wygrywamy?
          - Mmm... - mruknęła wciąż wtulona z zamkniętymi oczami - Będę łaskawa i niech będzie, że obie wygrywamy.
          - Więc.. - Filia klasnęła dłońmi - Ja wam urządzam romantyczną kolację, a ty przez tydzień pracujesz w Straży.
          - I z obu opcji jestem szczęśliwa. - odparła z uśmieszkiem.
          Komendant westchnęła, ale odwzajemniła uśmiech.
          - Jeszcze zobaczymy.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ArveeA Niedostępny
            ArveeA Niedostępny
            Arvee jako Viktor Goodmann
            napisał ostatnio edytowany przez
            #150

            Trójróża
            !(https://tinyurl.com/tc2n2wnr)...

            Viktor uśmiechnął się do Daviona pokrzepiająco, jakby mówiąc “już po wszystkim”. Sam był zadowolony, że interakcja skończyła się polubownie i bez nawet jednej obrażonej minki.
            - Skoro werdykt zapadł to pojedynek na kiece uznaję za zakończony! Więc: rozejm i świętowanie. Filio, skoro będziesz organizowała romantyczną kolację… - nachylił się niby konspiracyjnie - … a wszyscy wiemy, co Kay naprawdę kręci. - Wrócił do wcześniejszej postawy, jakby nigdy tego nie wypowiedział - Powiedz mi, co według ciebie bardziej zdradza szlachtę. Maniery przy stole, czy gust i styl?
            Wzniósł dłoń, aby gestem zwrócić na siebie uwagę kelnerki, zastanawiając się, czemu to sobie zrobił? Mógł wybrać prosty i bezpieczny temat, ale pozwolił ciekawości wygrać.
            - Zależy co rozumiesz przez "zdradza". Jak Kaylie pokazała, byle ulicznica może ubrać się w gustowny ciuch. - mówiąc to Filia puściła Galtiance oko na znak żartu - Manier też da się nauczyć. Co najczęściej zdradza szlachtę to ich negatywne cechy. Wywyższanie się, udawanie edukacji.
            A Kaylie mimo początkowej irytacji na słowa Filii o kreacji, powróciła do wtulania się w ramię Viktora, gdy zobaczyła, że to miało być droczenie się i żart. Wolała dalej okazywać uczucie w ten uroczy sposób.
            - Zła opinia o szlachcie, widzę… - stwierdził Viktor, bez żadnego nacisku - Jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej strony pycha nie jest przywilejem samej szlachty. I tacy wychowani na ulicy - nieznacznym, łatwym do niezauważenia gestem wskazał siebie samego - mogą wyrosnąć na aroganckich dupków, o przerośniętym ego. Tytuły można odziedziczyć. Klasę, edukację, czy styl trzeba wypracować. A jednak wciąż pospólstwo chce się upodabniać do szlachty, a nie odwrotnie.
            - Ponieważ szlachta ma pieniądze. Pospólstwo może ich nie mieć, ale może udawać, że je ma. Czasem ludzie pragną okłamywać samych siebie. - Filia westchnęła nieco ciężej - Ludzie robią dużo rzeczy kiedy są nieszczęśliwi…
            - Masz wiele racji, ale to nie tylko to. Pieniądze i szczęście to nie to samo. Uwierz mi, żyłem w obu tych światach i choć oczywiście proporcje są zgoła różne, to jednak widziałem lordów ze smutkiem w sercu, którego nie potrafili zrzucić i widziałem uliczną biedotę śmiejącą się tak głośno, że mógł rozboleć brzuch. Jeśli to jakoś doda ci otuchy… moje skrzypce nie są jednorazowe. Nie podejmowałbym się ponownie aż takiego wyczynu jak dziś… on mnie wiele kosztował. Ale możemy, w przyszłości, poczynić realne zmiany na lepsze dla tych co dziś są na tych ulicach, jak byłem ja.
            - W sumie skąd to pytanie? - zagaiła Filia - Mam wrażenie, że chcesz mnie wciągnąć w kolejny "Wielki Plan".
            - Ależ oczywiście… w końcu ja tylko pracuję, a relaxatio to dla mnie obcy koncept. - Viktor prychnął, przykładając opuszki do piersi, w teatralnej urazie - Dziś moim Magnum Consilium jest poznać Filię i Daviona, jacy są po cywilu. Znam już komendant straży. Chcę wiedzieć kim jesteś gdy zrzucasz pancerz. Znam też kapłana z misją, ale dopiero teraz człowiek mi się wyłania - dodał także, patrząc na Daviona. - A przede wszystkim, największy z planów, to miło spędzić czas, a może i wspomóc cię moim doświadczeniem, jeśli będziesz miała ochotę uhonorować pierwotne plany. Ten aspekt jednak spokojnie można przełożyć na kiedy indziej. Tylko Ty oceniasz jak bardzo czas goni.
            Filia uniosła ręce w przepraszającym geście. W tym czasie podeszła też kelnerka oczekując zamówienia od Viktora.
            - Przepraszam, przepraszam… Po prostu… odkąd pojawiłeś się w moim życiu wszystko stanęło na głowie. Za każdym razem kiedy z tobą rozmawiam staję się częścią świata, który jest zbyt duży i straszny na moje doświadczenie…
            Kaylie dalej się przytulała, jakby dumna, że to ona go ma.
            - Humpf… wybaczone - odpowiedział z niby-urażoną miną, ale do kelnerki uśmiechał się już zupełnie serdecznie - Karty bym prosił. Cztery. Nie mielibyście jakiejś butelki wina z Zachodniego Wybrzeża? Ugh… Cheliax, może Isger, Ravounel, ale nie Nidal. Hmmm?
            - Uh… zapytam mistrza sali i przy tym przyniosę karty, dobrze?
            - Yhym… - przytaknął Viktor, a dziewczyna odchodziła już przy pierwszej głosce zgody. Znów spojrzał na Filię.
            - Dziś nie chcę poszerzać twoich horizontes o to co trudne i straszne. Wolałbym aby to było w drugą stronę… Albo o kompletnych bzdurach rozmawiać. Na przykład… jak się poznaliście? I chciałbym coś więcej “ja byłam w kościele, on był w kościele i jakoś tak fortuna zadecydowała.”
            Filia i Davion zesztywnieli na to pytanie i spojrzeli na siebie z nie lada konsternacją. Pierwszy odezwał się Davion.
            - Ty chcesz, czy…?
            - Ty faktycznie to pamiętasz, więc może ty opowiedz… - odparła komendant straży zakopując twarz w dłoniach.
            Davion przytaknął i odchrząknął.
            - No.. nasze pierwsze spotkanie… nie było zbyt romantyczne. Znalazłem Filię… - zniżył głos do poziomu konspiracyjnego - W rynsztoku… - kobieta zdawała się próbować zakopać pod ziemię im bardziej jej kochanek opowiadał.
            - Była w naprawdę ciemnym miejscu i zaczęła sięgać do butelki, aby o tym zapomnieć. Nie miała na sobie munduru… ledwo co na sobie miała… ja wtedy byłem nowy w mieście i nie wiedziałem jeszcze kto jest kim. Zabrałem ją do kościoła, aby otrzeźwiała… coś zjadła. Dużo płakała kiedy się obudziła…
            - I myślałeś, że to jakaś biedaczka z dolnych dzielnic, co się zachlała po ostatnim kliencie.
            Kaylie nie zapytała. Kaylie stwierdziła wciąż wtulona w Khala.
            - Romantyczne.
            Davion westchnął.
            - W sumie… tak. - Filia wyprostowała się.
            - CO!? - Davion uniósł dłonie w obronie.
            - Nie znałem cię, byłaś w łachach w rynsztoku. Co powinienem myśleć? - komendant uspokoiła się i znowu wróciła do prób wtopienia się w krzesło - Więc po tym, zaoferowałem jej pomoc. Wsparcie w trudnych czasach… po kilku tygodniach… przybliżyło to nas.
            - Nie przeszkodziło, że zmusiłam cię do seksu kilka razy… - Filia mruknęła, czerwona na twarzy.
            - ... a kiedy dowiedziałeś się kim ona jest? - zapytała i spojrzała przelotnie na Khala.
            - Po jakimś tygodniu. - przyznał Davion - Głównie dlatego, że przyszła do mnie w mundurze… wcześniej udawała zwykłą dziewczynę z miasta.
            - Hah… Filio… na pewno pamiętasz jaką miał wtedy minę. Nie trzymaj nas w niewiedzy - negocjował Viktor.
            Kelnerka zdążyła wrócić z winem i kartami.
            - Dam państwu chwilkę i wrócę przyjąć zamówienie. - Filia odrazu złapała kartę i schowała się za nią.
            - Pierdol się… - mruknęła jedynie.
            - Wybacz… ona naprawdę nie wspomina dobrze tamtego czasu. Byłem w szoku, chociaż to mało powiedziane. - ujął delikatnie dłoń komendant, która starała się ciągle trzymać kurczowo kartę.
            Viktor skrzywił się, ale w ręku już trzymał wino i czytał etykietę.
            - Custodia Aurea. Tsk… kiepskie. Przygotowane tak jak obcym by się mogło wydawać, że cheliańskie powinno smakować.
            Mimo to otworzył butelkę. Nie wierzył, by mieli cokolwiek innego, skoro nie proponowali.
            - Uwierz lub nie, ale byłem w gorszym miejscu niż to co opisałaś. Nie spotkasz się z kszytyną oceny z mojej strony. A ty Davionie? Masz jaka jest twoja najbardziej zawstydzająca historia którą gotów jesteś się podzielić?
            Kapłan westchnął.
            - Dawno temu… będzie ze stulecie. Zostałem zaproszony na przyjęcie w… Isger jeżeli się nie myle. Dużo alkoholu, więcej niż przystoi, ale nie pamiętam kiedy straciłem kontrolę. Obudziłem się z grupą mężczyzn w fontannie, wszyscy mieliśmy pawie pióra między pośladkami.
            - Moje najwstydliwsze… ale takie odpowiednie do towarzyskiej dyskusji… - mruknął Viktor w zastanowieniu, bo jak pytał to wypadało aby i on się podzielił.
            Palce uderzały rytmicznie w stół, gdy rozważał póki nie znalazł.
            A wtedy rytm został przerwany i jego oczy otworzyły się szerzej na moment.
            - Ughh… - stęknął pochylając głowę by oprzeć ją na dłoni - to wydawało się znacznie łatwiejsze póki było abstrakcyjne… Kiedyś próbowałem reakwizycjonować kilka jaj. To było blisko granicy Andoranu i Isger, ale nie wiem po której stronie. Ogara pasterskiego przekupiłem jelenimi kośćmi, które niedźwiedź zostawił. Dostałem się do gęśnika na podwórzu i powoli wybierałem jajka w worek z porwanej koszuli. Wszystko szło świetnie póki spod gąsiora nie spróbowałem wybrać jaj. Musicie zrozumieć, że ja wtedy już dawno nie byłem dzieckiem. Nie w środku. Ale jak dziecko krzyczałem gdy przed nim uciekałem. Najpierw mnie podziobał i pogryzł, aż miło a potem dwa miesiące mi się rany paskudziły. Do dziś… te dwadzieścia trzy lata później, jak gęś zobaczę to potrafię się wzdrygnąć. Wielki prawnik. Trzecie Pióro Cheliax. Boi się gęsi. Hah!
            - Gęsie Pióro. - podśmiała się Kaylie.
            Filia spojrzała zza karty.
            - Mamy kilka gęsi w biedniejszej dzielnicy, jeżeli chcesz zmierzyć się ze swym lękiem ponownie.
            - Masz na myśli, że zorganizujesz dla mnie akcję eksterminacji wszystkich zębatych ptaków hodowlanych? Filio, jak ja ciebie uwielbiam. Tak, poproszę.
            - Miałam bardziej na myśli takie mini zoo, gdzie dzieci się oswajają z groźnymi i niebezpiecznymi stworzeniami ze wsi. Byłbyś wśród swoich. I dostaniesz słodycza jeżeli będziesz dzielny.
            - Niebezpieczne bestie… rozumiem czemu wybraliście do tego gęsi.Tak czy siak podziękuję… od ponad dwóch dekad uskuteczniam sukcesywne unikanie tych piekielnych stworzeń i sprawdza się to doskonale.
            - Mój dzielny mężczyzna... - zażartowała Kaylie dając Viktorowi cmok w policzek.
            - No to twoja kolej, Kaylie. Wszyscy się wyzwierzaliśmy. - rzuciła wyzwanie Galtiance Filia.
            Kaylie spojrzała trochę spanikowana. Zaczęła myśleć nad tym, co może powiedzieć, ale... wszystko co wymyśliła było gorsze od drugiego, a przecież nie na tym to wszystko miało polegać by innych traumą zalewać.Khal mógł zobaczyć jak ciężko jej odnaleźć coś, co uznane byłoby za śmieszne, gdy myśli zbaczały do ciemniejszych rejonów.
            - Ja... - zaczęła chcąc czas sobie kupić - ...budziłam się często z przypadkowymi osobami... wiecie, alkohol... - zaśmiała się nerwowo - Najemnicza wolność... I... Był też bogaty kupiec co nas wynajął... I po wykonanym zadaniu impreza... Na jakiej i on był... Oczywiście jak zawsze zaszalałam... I był też on... - wiedziała, że historia żałosna, ale nie mogła wpaść na inną - Po miesiącu myślałam, że jestem w ciąży. Może z nim. Tak brzuch męczył, niedobrze... - westchnęła - Ale miałam tylko problemy żołądkowe. Duże gazy i przeszły.
            Filia pokręciła głową.
            - Widzę, że wszystkie nasze wstydliwe grzeszki mają jeden temat. - westchnęła - Więc, widzisz Viktor. Tak wyglądam kiedy "jestem sobą". Nie najlepszy widok, co?
            - Meh… - wzruszył Viktor ramionami bez przejęcia - Nie jestem już dzieciakiem, co kradł gęsie jaja, by nie zdechnąć jak pies. Nie jesteś kobietą, która nie potrafiła kontroli zachować. Davion nie ma już pawiego pióra gdzie słońce nie dociera, a Kay nie jest już nie jest najemniczką z problemami z przywiązaniem. Nie jesteśmy definiowani nawet przez te historie, których nie ważymy się opowiedzieć przy tym stole. Jesteśmy tu i teraz. A teraz siedzimy przy Stole Arkadowym i chłopak po twojej lewej niedługo dostanie od swojej partnerki w twarz, bo zbyt chętnie jego wzrok ucieka w twoim kierunku.
            Filia walczyła z chęcią spojrzenia w kierunku, o którym wspomniał Viktor.
            - Więc… - westchnęła - … Szczerze… nie mam osobowości poza bycia Komendant Straży. Ojciec i… ogólnie wszyscy, kierowali mnie w kierunku bycia częścią systemu prawnego, jedyna moja wolność polegała na tym gdzie skończę… bez zaczęcia.
            - I uważasz, że dwa słowa “komendant straży” w pełni oddają twoją osobę?
            Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła smutno głową.
            - Z mojej perspektywy…
            - Zacznij chodzić na szlacheckie imprezy. To na pewno cię rozbudzi. - zasugerowała Kaylie.
            - Ćśś… nie teraz, Kruszyno… - poprosił ją Viktor, wciąż patrząc w Filię - Ile znasz osób piastujących stanowisko odpowiadające temu co w Evercrest nazywamy komendantem straży?
            Kaylie zamilkła, choć nie była zadowolona ze słów Viktora. Nie podobało jej się, że została uciszona i odstawiona na bok.
            - W sensie "koledzy po fachu"? Kilku z okolicznych królestw.
            - Czy jakbyś dostała niemożliwie-kompletne dossier was wszystkich, ale z usuniętymi wszystkimi nazwami własnymi oraz osiągnięciami zawodowymi. Byłabyś w stanie siebie wśród nich znaleźć? Czy byłyby one wszystkie identyczne i inherentnie nierozróżnialne?
            - Byłabym jedyną kobietą, jeżeli o to ci chodzi…
            Viktor pokręcił głową z nieco zażenowanym uśmiechem na twarzy.
            - Czy płeć byłaby jedyną rzeczą, cechą osobowości, elementem stylu zarządzania, które pozwoliłyby ci rozpoznać siebie?
            - Ech… nie… - kobieta nalała sobie kieliszek wina i upiła łyk, po czym opróżniła cały kielich- Głównym elementem byłoby to że zaczęłam jako Komendant Straży… a nie, że skończyłam na tej pozycji.
            - A zatem dalsze pytanie będzie takie samo jak poprzednie. Czy ten element byłby jedynym co pozwoliłoby ci rozpoznać siebie? Możesz zarzucać mnie całym szeregiem irreleventia, które doskonale wiesz, że nie stanowią sedna. Wówczas ja – za każdym razem – zawężę pytanie aby wykluczyć kolejny zbędny detal, aż dojdziemy do właściwego essentia. Więc sama decyduj… przejdziemy od razu do rzeczy o realnej wartości, czy kontynuujemy dalej w tą socjalną ciu-ciu-babkę?
            Kaylie wciąż się nie odzywała, ale wiedziała, że on ma teraz zamiar wejść w te nudne i zagmatwane rozprawy intelektualne, jakich osobiście nienawidziła.
            - Jedynym? Nie. Ale gdybyś powiedział "To jest lista wszystkich Komendantów Straży Rzecznych Królestw", to uwierz mi, nie musiałabym szukać głębiej jakbym zobaczyła "Baba, która została Komendant, bo jej ojciec jest głównym sędzią"...
            - Mógłbym otworzyć disputatio o zasięgu praktykowanego nepotyzmu wśród tych u władzy… gdyby nie była to nieistotna dygresja. Dyskutujemy o tym, czy osobowość Filii Blackfyre można by skutecznie zdefiniować słowami “komendant straży”. W contextusie tego tematu… nawet tak niekorzystna dla ciebie interpretacja rzeczywistości udowadnia jedynie MOJĄ tezę. Nie da się. Oczywiście, rozumiem, że bycie definiowaną jako “komendant straży; baba; nepo-dziecko” to nie jest pochlebną “definitia”, ale dopiero zaczęliśmy burzyć mury twojej błędnej percepcji swojej osoby. Jakbyśmy byli sami i wyraziłabyś chęć to bym chętnie pomógł ci przejść przez to powoli, tak abyś sama do wszystkiego doszła, jedynie naprowadzana przeze mnie… ale z szacunku dla poczytalności naszych partnerów trochę to przyspieszę… Jesteś własną, wyjątkową osobą. Jesteś mieszanką tysiąca i jednej cechy, które tworzą niepowtarzalną mieszankę i to mówiąc tylko o warstwie zawodowej. Jesteś kapitan straży która jest gotowa ścigać prawdę, mimo tego jak bardzo wygodniej byłoby schować głowę w piasek i udawać, że nic nie widzisz. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży, która osobiście poprowadziła wyprawę, aby uratować ludzi których przysięgała chronić. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży którą coś – nie pytam co – wepchnęło tak głęboko w butelkę, że jakakolwiek godność wyleciała przez okno… i się z tego podniosła. Nie każdy, by dał radę. Jesteś kapitan straży, która dla dobra swoich ludzi zaryzykowała sojusz z kapłanem Piekielnego Duke'a, mimo, że znacznie łatwiej intelektualnie byłoby się nie zastanawiać i to odrzucić. Uwierz mi: nie każdy by się tego podjął. To wszystko wykracza daleko ponad “kapitan straży”, a to dopiero warstwa zawodowa. Nie mam tak długiej listy dla Filii-w-cywilu, bo to pierwsze nasze rzeczywiście prywatne spotkanie, ale daj mi takie trzy to stworzę identyczną listę prywatnych atrybutów. Jednak już teraz mogę powiedzieć… jesteś moją siostrą i z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu… stałaś się dla mnie ważna. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi wzajemności. Zamiast tego powiedz mi, która z wymienionych decyzji, nie była twoja?
            - Viktor… a ile tych decyzji musiałabym podjąć i podjęłabym, gdybym nie była komendant? - Filia westchnęła - Tak, wiem… mało istotne, ale nie możesz powiedzieć, że nie ma korelacji… nawet wyciągnięcie się z dołka… nie było MOJĄ decyzją… było czymś co ktoś inny pomógł mi osiągnąć. Nie ma różnicy między mną komendant, a mną cywil. Mundur schodzi tylko wizualnie.
            - Davion. Jaka jest – w Domie Odnowy – skuteczność rzeczywistego pomagania tym, co szczerze chcą aby się od nich odczepić i dać wrócić do trucia się?
            - Viktor… wiem o co ci chodzi, ale przestań. Ignorujesz to co ją naprawdę męczy. - odparł kapłan Abadara, i położył dłoń na ramieniu Filii - Powiedz mu… po cichu…
            Filia zamknęła oczy i odetchnęła kilka razy.
            - Myszkowałam trochę… wiesz, po tym jak mi powiedziałeś o naszym pokrewieństwie. Myślałam… "Może to nie takie złe. Może matka Vitkora po prostu przeżyła noc pasji z moim ojcem."... Taty nie było w Evercreast, królestwie, przez cały okres twojego poczęcia i narodzin… Nie ma marginesu błędu.
            Kaylie w milczeniu spojrzała na Viktora, choć i jej się to mniej i mniej podobało.
            Viktor miał ochotę wytknąć różnice między “ignorowaniem” a “brakiem informacji”... póki Filia nie powiedziała o co rzeczywiście chodzi. Wtedy przestało to być takie ważne.
            Spojrzał na nią z jakąś niemocą i powoli rozłożył dłonie.
            - Spodziewałem się tych wniosków, do których nas to prowadzi. Przykro mi, że się potwierdziły.
            - A mnie jest przykro, że nie potrafię spojrzeć w lustro i nie czuć obrzydzenia i lęku. Że nie kwestionują każdego oddechu który biorę… bogowie.. czy ty… - Davion momentalnie przytulił Filię chowając jej twarz w swojej piersi.
            - Ciii… cii… - kapłan Abadara zerknął na Viktora - Naprawdę ją to wstrząsnęło. Stara się być silna, ale nie śpi już któryś dzień…
            Viktor patrzył chwilę na scenę… w jego oczach odbijał się siostrzany ból. Szukał w głowie sposobu jak jej pomóc. Jak wymanipulować z tego wszystkiego może odwrócić uwagę coś wyznając, albo…
            - Ja… nie mam… ja chciałbym… ehhh… Nie mam tu słów pocieszenia. Nawet nie wyobrażam sobie jak się czujesz. Wiem jak to jest nie móc patrzeć w lustro, ale… mamy kategoryczną różnicę w przyczynach. Wyobrażam sobie, że nic co zrobię, albo powiem nie byłoby w stanie ci teraz pomóc, więc przyjmij proszę, przynajmniej intencję… bardzo bym chciał ci pomóc i jeśli bym był w stanie bym zrobił co mogę, aby to osiągnąć.
            Filia siedziała tak chwilę wtulona w Daviona, do Viktora dotarły ciche dźwięki jej chlipania. W końcu się uspokoiła i odsunęła od narzyczone, kładąc delikatnie dłoń na jego policzku. Spojrzała potem twardo na Azazelitę.
            - Daruj sobie obietnice o pomocy - spojrzenie Viktora uciekło w dół, by nie ujawnić słabości w nim - Obiecaj mi coś. Mówisz, że Azazel będzie bogiem sprawiedliwości dla tych, których zawiódł system. Udowodnij mi to…
            - Jaki test proponujesz? - zapytał z jakąś rezygnacją.
            - Daj sprawiedliwość mnie i nasz… naszej… - kobieta zamknęła oczy starając się uspokoić - naszej matce. Dobrze? Obiecaj mi to.
            Spojrzenie Viktora wzniosło się. Było twarde, bystre i błyszczały w nim nienawistne iskry.
            - Dlaczego – ci się wydaje – zostałem adwokatem w kraju diabłów? - pytał, niemal sycząc przez zęby, gdy pod stołem Kaylie uchwyciła jego dłoń poza wzrokiem innych, gotowa by ją ścisnął.
            - Dlaczego – ci się wydaje – właśnie Azazela wybrałem?
            - Dlaczego – ci się wydaje – porzuciłem wpływy, bogactwa i moc, by tu przybyć?
            - Zostałem adwokatem, bo wpadłem w obsesję. “Jak mógłbym uzyskać sprawiedliwość?”. Dla niej. Wybrałem Azazela, bo obiecał mi właśnie to o co mnie prosisz. A wróciłem tutaj, bo nadszedł już Czas. Prowadzę wiele gier i mam wiele Wielkich Planów, jednak… Na wszystko co kiedykolwiek było mi drogie, na własną przeklętą duszę i wszelkie moje nadzieje… jeśli miałbym spełnić tylko jeden z nich to właśnie będzie sprawiedliwość dla mojej… naszej matki. Tisis Frey.
            - Nie wiem co pcha ludzi do podjęcia decyzji takich jak twoja… ale wierzę w twoją motywację. Po prostu… czuję się splugawiona… tak dogłębnie, że nie wiem jak ze sobą teraz żyć. Nie wiem czy sprawiedliwość, czy zemsta czy jak chcesz to nazwać, przyniesie mi ulgę… Ale KTOŚ musi za to zapłacić… tylko. - kobieta starała się uspokoić rzucające nią emocje - Daj mojemu ojcu szansę… przynajmniej, aby to wszystko wyjaśnił.
            - Własnoręczne grzebanie matki robi z ludzką psychiką nieprzyjemne rzeczy - odpowiedział, z nieszczerym uśmieszkiem, ale szybko go zmazał z twarzy - Wciąż przyjmuję opcję, że był tylko “oszukanym głupcem”. Widziałem podobnie nieprawdopodobne scenariusze okazujące się prawdą… scenariusz - poprawił się - jeden. Ale to daje mu pewne święte przywileje. Jeśli tylko okoliczności umożliwią to dostanie swoją możliwość wyjaśnień.
            - Dziękuję… - Filia powoli zaczęła się uspokajać - Trochę… trochę mi lepiej jak się tym podzieliłam. Przepraszam, że zepsułam tą sytuację moimi… problemami. - komendant uśmiechnęła się, chociaż smutno - Więc… - odchrząknęła starając się zmienić temat - Ktoś zamawia?
            Viktor wziął dłuższy wdech… gdy się prostował poczuł opór… to jego dłoń zaciśnięta na dłoni Kaylie. Świadomie zmusił się, aby rozluźnić palce.
            - Wybacz, Kruszyno… nie chciałem… - przeprosił, bo dopiero po fakcie poczuł z jaką siłą je zaciskał.
            Kaylie jedynie blado się uśmiechnęła na znak, że nie szkodzi, ale Khal mógł poczuć jak pod stołem lekko głaszcze trzymaną wcześniej dłoń.
            Wrócił do swego rytuału. Długi wdech… i powolny, prawie świszczący wydech, przedłużony aż płuca zaczęły palić z braku tlenu. Gdy podniósł wzrok miał w nim już swój zwyczajowy spokój i kontrolę.
            - Jeśli dobrze pamiętam to miałem swój udział w inicjacji tego tematu… - zagadnął lekko, spoglądając w kartę - Więc roszczę sobie prawo do części “winy”. Ja dziś świętuję moją świątynię. Więc biorę stek… z orzechami… - mówił powoli, na bieżąco zczytując wzrokiem opcje - i rozmarynem. Do niego pieczywo czosnkowe i jakąś sałatkę dla złamania smaku. Kay, coś wpada tobie w śliczne oko? Ah… i, oczywiście, dziś ja się zajmę rachunkiem i jak ktoś mi spróbuje się sprzeciwiać, to klnę się na moją umiarkowaną poczytalność, że przy dramie którą urządzę, ta sprzed chwili wydawać się będzie kulturalną rozmówką o zeszłorocznej pogodzie.
            - Chateau de Beaucastel Chateauneuf-De-Pape. - Kaylie powiedziała idealnym galtiańskim - I Crostini z serem Brie i smażonymi figami, proszę.

            Kelnerka zamrugała kilka razy i spojrzała do kart dań wertując strony. W końcu zatrzymała się w pewnym momencie i delikatnie ruszała kącikiem ust czytając nazwę wina.
            - Oczywiście, milady.
            - Dwie butelki. - rzuciła Filia.
            - Oczywiście, pani Kom… - dziewczynę zmroziło kiedy zobaczyła spojrzenie Filii - Lady Blackfyre.
            - Dobrze i poproszę Terrine z dziczyzny zapiekane w cieście Galtianskim. Wasz kucharz wie o co mi chodzi. - kelnerka zapisała zamówienie. Kaylie spostrzegła, że jej oponentka w ubiorze nawet dobrze wypowiedziała nazwę potrawy.
            - Ja poproszę naleśniki z twarogiem i owocami leśnymi, polane miodem. - Filia pokręciła oczami.
            - Ten twój elfi metabolizm nie jest wymówką, abyś jadł jak dziecko.
            - Zazdrościsz. - kapłan ucałował policzek swej narzeczonej. Kelnerka przyjęła zamówienia i ruszyła w stronę kuchni. Filia zerknęła na Kaylie.
            - Faktycznie miałaś na to ochotę, czy chciałaś się pochełpić swoim "szlachetnym językiem"?
            - Na co ochotę? - zapytała Kaylie.
            - Drogie Galtiańskie wino i potrawę z Galtianskiej części potraw?
            - Przypominają mi dom. Nie mam też często na nie okazji, a do tego to nie ja płacę. W domu mogły w piwnicach leżeć, tutaj mi jakieś sikacze ze spelun zostają.
            - Myślisz, że czemu poprosiłam o dziczyznę? - Filia uśmiechnęła się kiedy usłyszała "to nie ja płacę" od Kaylie - A ta restauracja jest faktycznie dobra… chociaż nie wiem, czemu narzekasz. Otto pewnie mógłby ci wyczarować każde wino, z każdego planu. - kobieta pokręciła głową - Skoro mowa o tym… czymś. Macie jakieś pojęcie CZEGO on tu chce? Nie robi problemów i kiedy pierwszy raz poruszyłam temat, po prostu odpowiedział: "Odnalazłem to czego szukam od dawna". Ale już minęło… pięć, sześć lat i nic nie zrobił.
            - Jego miejsce tak. Ale ja jako najemnik podróżowałam. A co chce... a masz go dość? Miły jest.
            - Wiem czym on jest, nawet jeżeli nie możemy tego powiedzieć. Pomysł, że taka istota jest praktycznie w samym centrum miasta nie napawa mnie spokojem.
            - Więc nasza obecność jest ci na rękę, bo na pewno póki my jesteśmy... póty nie będzie robił problemów. - wzruszyła ramionami - Może brzmieć jak szantaż, ale tym nie jest. To po prostu tak działa w jego przypadku.
            - Tak, wiem. Poczuje się sto razy lepiej jednak, kiedy zniknie. Nawet jeżeli będę trochę tęsknić za jego córkami i jedzeniem. - Filia westchnęła - Właśnie, czy ja dobrze widziałam, że kolejna się pojawiła?
            - Wyrastają prawie jak grzyby po deszczu, nie? - zażartowała - Choć to może być bardziej prawda niż się wydaje.
            - Nie wiem czy to dobry, czy zły omen. Mimo wszystko miło będzie ją poznać.
            - Lawenda ma na imię - wtrącił Viktor, zadowolony, że nie potrzebował – w żadnym momencie – skorygować słów Kaylie. Zgrabnie rozwiązała temat. - Śliczne dziewczę, ale to już tylko potwierdzenie zastanego wzorca. Nie miałem jeszcze okazji jej poznać. Trochę zbyt się ekscytowałem na dzisiejsze wydarzenia, aby zwolnić i złapać ją na kilka słów.
            - Lawenda? Ah, Lilia mi o niej opowiadała. - Filia zamyśliła się chwilę - Mówiła, że jest najspokojniejsza i najbardziej dojrzała z nich wszystkich. W sumie dobrze, nie wiem czy bym zniosła kolejnej flirtującej ze mną…
            - Flirtują z tobą? - twarz Daviona obrazowała duże spektrum emocji.
            - Głównie Lilia, ale Piwonia też potrafi. Czasem trudno odmówić…
            Davion otworzył i zamknął kilka razy usta.
            - Nie jestem pewny co o tym sądzić.
            Filia prychnęła.
            - Facet.
            - Lawenda istotnie daje wrażenie… hmmm… dojrzałości - dodał Viktor, nie wyrażając swojej opini o tym co Davion powinien sądzić. - Choć to mało warta opinia, w kontekście, że widziałem ją piętnaście sekund i nie zamieniłem z nią słowa. Ha.
            - Lilia i mnie chce zapylić. Coś mi się tak widzi. - galtianka stwierdziła bez wstydu.
            - Zapewnia mnie, że tak okazuje przyjaźń i ogólne ciepłe uczucia. - oznajmiła Filia.
            - Gdyby Otto nie zabronił... - podśmiała się cicho - Byś jeszcze listki wypuściła. - zerknęła na Daviona - Ktoś inny zasadziłby nasionka w twojej narzeczonej.
            Mężczyzna się zaczerwienił, a Filia zachichotała.
            - Och daj spokój, one nie ściągają sił życiowych z kobiet, więc my mamy wolną rękę. Do tego one nie zasadzają nasionek.
            - Więc pozostaje nam szukać innych dawców... Kiedy Davion zasieje?
            Mężczyzna zakrztusił się pijąc wino, a Filia sama się zaczerwieniła.
            - Niestety… nie jestem w stanie. Lekarze i Kapłani mówią, że nic nie da się zrobić…
            - Odpowiednio silna magia kapłańska da radę. Tu pewnie tak silnych kapłanów nie ma. - stwierdziła.
            - Mnie… brakuje odpowiednich części… - odparła Filia - Trudno uleczyć coś czego nie ma…
            - Nadal można odpowiednią magią zbudować, a w razie co... Pakty działają. - zasugerowała.
            - Może kiedyś, ale nie ma pośpiechu… - odparła Filia - A wy planujecie coś? Poważniejszy związek?
            Viktor zachichotał dudniąco.
            - W poważniejszy związek próbujemy. Na swój własny sposób. A na rozważania dzieci jest trochę za wcześnie po ledwie dwóch tygodniach takich prób.
            - Mhm... - Kay nie widziała sensu ciągnąć tematu, kiedy już widziała, że jest on po prostu przegrany. Filia i Davion nie wiedzieli, ale szanse na szczęśliwy związek i potomstwo nie były wysokie dla tej dwójki azazelitów.
            - No cóż, jeżeli będziecie potrzebowali zaślubin, wiecie gdzie pytać. - odparł Davion z uśmiechem.
            - Skoro o planach mowa, co teraz z tym waszym kościołem? Zbieracie pewnie wiernych, ale… no nie wiem, zaczniesz wymyślać jakieś święta? - Filia zerknęła na Viktora.
            - Święta będę raczej ustanawiał na bieżąco… jak coś ważnego się wydarzy, godnego własnego święta. Na pewno pierwszym będzie oficjalne otworzenie kościoła. Ale nie chcę robić nic na siłę. Wolę stawiać na oddolną pracę organiczną. Będę robił swoje, będę świecił przykładem moich wartości, będę pomagał ludziom i wierzę, że to się samo rozrośnie. Jednocześnie muszę pomyśleć o jakimś zewnętrznym finansowaniu… a propos tematu… podobno baron jakieś przyjęcie wyprawia, gdzie pojawią się bardzo wpływowe persony… - pozwolił aby niezakończona wypowiedź pobrzmiewała pytaniem.
            Filia zatrzymała się na sekundę.
            - Cholera… zapomniałam kompletnie. To już teraz? - komendant westchnęła - Taa, sfinansował jakąś wyprawę do Mwangi i będzie się popisywał co mu tam nie przynieśli.
            - Yhym. Z tego co wiem ma być za czte…
            - Taka PRAWDZIWA impreza za cztery dni! - podekscytowana galtianka wcięła się Khalowi w słowa.
            Filia wydawała z siebie delikatne zawodznie.
            - Wieeeeem… nienawidzę takich imprez. Wszyscy są fałszywie uprzejmi i pytają mnie o rzeczy, o których nie chce gadać…
            Humor komendant nieco się poprawił kiedy kelnerka zaczęła przynosić potrawy dla gości. Komendant zaczęła częstować się swoim daniem.
            - Będą lokalni możni, kilku z okolicznych królestw i jacyś cudzoziemcy spokrewnieni z baronem. Śmietanka towarzyska, rozpoznasz bo wszyscy są bladzi jakby z Ustlav…
            - To takie ekscytujące! - Kaylie wydawała się nie słyszeć niechęci komendant - Przyjęcie szlachty, piękne stroje i maniery! Drogie jedzenie! - galtianka się naprawdę w tym zagłębiła i wtuliła w Khala - Powiedział mi, że z nim idę! Tak się cieszę!
            - Przynajmniej ktoś się cieszy… - mruknęła Filia.
            - Na razie, Kaylie, to my jeszcze nie mamy zaproszeń - studził nieco zapał Viktor, wkrajając się w swój stek. Mięso bardzo przyjemnie rozstępowało się pod nożem.
            - Znałabyś może kogoś, komu mógłbym się podlizać, aby je dostać? - zapytał wznosząc spojrzenie na Filię.

            - Ha, ha, ha… - odparła sucho komendant - Załatwię wam te zaproszenia. Tylko proszę nie rób żadnych scen… już i tak będę się czuła nędznie…
            - Będę tam w interesach, a nie dla przyjemności, więc raczej nie musisz się o to martwić. I dziękuję. Wiele mi to ułatwia.
            - Będzie idealnie! - Kaylie nawet zapomniała o swoim posiłku będąc tak podekscytowaną. Silnie przytuliła Khala, jakby chciała miłością z niego życie wycisnąć. - Mogę się tobą opiekować! - rzuciła w stronę Filii.
            - Super… w sumie możemy się lepiej przygotować na to przyjęcie. Zwalimy facetów z nóg?
            - Tak! - radośnie zgodziła się Kaylie.
            - Drogie panie…. już jesteśmy zwaleni. Przy czym – oczywiście – wyczekuję z niecierpliwością czym nas zaskoczycie na przyjęciu.
            - A kto mówi o was? - odparła Filia - Już udowodniliście, że wasza opinia jest nic niewarta. Miałam nosa przygotowując zaklęcie, ale nie jesteście nawet warci zachodu.
            - Wiadome było, że będą kłamać. - machnęła ręką.
            - Nawet nie zamierzam zaszczycić tych oskarżeń obroną - Viktor wgryzł się w kęs swojego zamówienia i mruknął zadowolony - Mój stek jest wyśmienity. Jak wasze zamówienia?
            - Byłyby lepsze gdybyście bawili się z nami w ten konkurs kreacji, myśmy się specjalnie starały, a twardzi faceci stchórzyli. - mruknęła galtianka.
            - Miałoby to sens tylko i wyłącznie przy kategoryzacji względem płci - odpowiedział Viktor, odkrawając kolejny kawałek - Niemożliwe jest porównanie mody męskiej z żeńską bez wchodzenia w stosunkowo dziwne obszary. Jakbyś mi sie pochwaliła w czym przychodzisz to dobrałbym kreację współgrającą i uzupełniającą się z twoją, ale nie dostałem takiej możliwości.
            Filia pokręciła głową.
            - Odpuść sobie Kaylie, większe szanse masz w wyjaśnieniu konceptu koloru ślepej osobie. - zerknęła na talerz Galtianki - Dasz spróbować swojego?
            Galtianka podsunęła swój talerz Filii.
            - Chciałyśmy wiedzieć, która z nas będzie lepiej i bardziej szlachecko wyglądać od drugiej w waszych oczach, nie która para będzie bardziej pasująca ubiorem do siebie.
            - I wyszło, że jesteśmy sobie równe. Jak na faceta, który twierdzi, że jest obrotny, mało rozumiesz kobiety, Viktorze. - Fillia ugryzła kęs dania Kaylie i oddała spowrotem talerz - Dobre, weź zjedz bo szkoda, aby się zmarnowało.
            - Kiedyś coś takiego twierdziłem? - zapytał między kęsami i wzruszył ramionami. Powoli przestawała mu się podobać ta dwuosobowa obława na niego. - I chciałbym głęboko oprotestować bezpodstawne zarzuty o kłamstwo - bardziej prosił, niż karcił, a głos miał spokojny i serdeczny - Same zorganizowałyście zawody, ich zasady i ustanowiłyście parzystą liczbę głęboko nieobiektywnych sędziów. Wyniki wam nie pasują? Same jesteście sobie winne. Pretensje nie do mnie.
            /- To nie tak jakbyśmy miały wybór. Większość osób wolałaby być po dobrej stronie komendant Blackfyre, więc i to nie byłoby szczere. - Kaylie burknęła i włożyła do ust kawałek crostini
            - Dlatego proponuję, abyśmy poszły po całości. Słowa kłamią, ale oczy i ciała już mniej. - odparła Filia.
            - Czyli przyjdziesz odkryta? - zapytała galtianka.
            - Dziękuję za komplement. - odpowiedziała Filia z uśmiechem - Ale pamiętaj, wyobraźnia jest silniejsza. Odkryj tyle, aby umysł sam zaczął wypełniać luki.
            - Hej… - zaczął Davion, a Filia zamknęła jego oburzenie pocałunkiem.
            - Cii… lubisz kiedy ubieram się tylko w moją zbrójkę…
            - Przecież to rani ciało... - zaprotestowała Kaylie.
            - Dlatego nie noszę jej długo. - Filia mrugnęła do Galtianki, a Davion postarał się zniknąć we własnym posiłku.
            - Pożycz mi go! - radośnie poprosiła Kaylie - Zawsze chciałam by mnie elf miał!
            Komendant pacnęła Galtiankę po czubku głowy.
            - Już spokojnie. Wy możecie mieć luźną interpretację związku, ale my nie. - ton Filii był stanowczy, ale nie surowy - Poza tym, masz Ferna.
            - Upodobania Ferna nie są ze mną kompatybilne... Więc chciałabym Daviona spróbować. Najemnicy to co innego i zazwyczaj elfa w nich nie uświadczysz za dużo, a na pewno nie rasowego.
            - No niestety, ten jest mój i nie masz niczego co by mnie zainteresowało na tymczasową wymianę.
            - Przepraszam?! - Davion nie chował oburzenia bycia traktowanym jak przedmiot.
            - Mogę pożyczyć mojego faceta. Jest naprawdę dobry w łóżku. Czy gdziekolwiek indziej się legnie. - zaoferowała galtianka.
            - Tak, brałam go pod uwagę i nie, nie jest wart.
            Niewidzialny Fisuś pod stołem zastrzygł uszami nerwowo, czując emocje Khala.
            - CO!? - kapłan Abadara wydawał się tracić zmysły.
            - Cicho kochanie, poważne sprawy kobiet omawiamy. - Filia wróciła do Kaylie - Więc wybacz moja droga, Viktor może i kręci ciebie, ale jest za stary na moje upodobania… czy czasem ten cały Harpeness nie miał jakiegoś elfa w swojej trupie?
            - Po prostu daj im sobie pogadać… - Viktor machnął dłonią do Daviona lekceważąco, bardziej zainteresowany swoim stekiem niż psiapsiółczymi bla-blaniami. - To nie tak, że którakolwiek z nich mówi poważnie.
            Kaylie spojrzała na Viktora jakby zasmucona, że nie wywołała w nim zazdrości i silnej reakcji jak Filia w Davionie.
            - Nie mój typ. - szturchnela głową policzek Khala, chcąc by jakoś zareagował - Nie przeszkadzałoby ci, gdybym z Davionem się przespała?
            Odpowiedział własnym i wesołym szturchnęłam swoim policzkiem jej głowy.
            - Przeszkadzałoby, jak najbardziej… Ale nie uświadczysz ode mnie tego uroczego oburzenia. Niekoniecznie jestem wciąż do niego zdolny. To wymaga pewnej… niewinności, której od lat nie posiadam. Ty ją, Davionie, wciąż masz. Na lepsze, na gorsze… ale masz. Zachowaj ją. Gdy ją tracisz coś w tobie umiera i już nigdy nie jesteś taki sam. Można by argumentować o większej samokontroli, ale to puste słowa cyników podobnych mnie, ale mniej niż ja samoświadomych.
            Galtianka bardzo posmutniała na te słowa. Były one dla niej przyznaniem, że nie ma szans na to o czym marzyła. Na prawdziwe emocje z książek. Na to wszystko na czym została stworzona jej bajka.
            - Znaczy... - zaczęła ostrożnie - nigdy nie pokażesz tego oburzenia kochanka?
            - A sprawisz kiedyś, że w ciebie zwątpię?
            - Więc nigdy... - westchnęła boleśnie z wyraźnym smutkiem malującym się na twarzy. Miała głęboką nadzieję, że otrzyma coś tak książkowego.
            - Pamiętasz golema-masażystę? Wtedy miałaś “oburzonego kochanka”. Podobało ci się to? - zapytał lekko, znów wkrajając się w stek.
            - Na pewno było urocze jak źle zrozumiałeś sytuację. - wróciła do posiłku i napełniła kieliszek alkoholem - Więc zabawne w retrospekcji.
            - Więc czy chciałabyś abym częściej tak źle rozumiał sytuację? Jakbym teraz się oburzył o coś co misinterpretowałem, to byłabyś teraz z tego zadowolona?
            - Bym widziała, że ci zależy... Że jesteś naprawdę mną... zaaferowany i... czasem po prostu tracisz głowę w uczuciach.
            Kaylie wyginała palce nerwowo pod stołem, czując się jednocześnie głupio, jak i zestresowana możliwą odpowiedzią.
            - Raz straciłem głowę. Źle się skończyło. Dla wszystkich zaangażowanych i jeszcze kilkorga postronnych. Nigdy więcej. Musisz się zadowolić czynami które są moim wyborem. Wyjście do teatru. Zabranie ciebie na przyjęcie u barona. Ciągła praca emocjonalna z tobą, którą przyjmuję bez przymusu i z satysfakcją, ale dla kogoś innego nie miałbym motywacji aż tak się starać. Nawet w ten zakład z braćmi-barbarzyńcami wszedłem, co jest stricte dla ciebie i twojej przyjemności. Wymieniać dalej?
            Kaylie patrzyła w dół na swoje dłonie. Marzenie zostało odkopane z drogi jak śmieć ją zagradzający. Nie będzie wyłączności, nie będzie pięknych emocji jakie nim zawładną, tracenia dla niej głowy. Po prostu... nie.
            - Nie... - szepnęła unikając jego wzroku - Rozumiem. - wróciła do powolnego przeżuwania jedzenia.
            Viktor przechylił głowę w bok i ugryzł się w język. Nie tutaj…
            - Kaylie, to nie jest rozmowa na teraz. Ale zależy mi na tobie i dbam o ciebie. Wierzę, że widzisz to każdego dnia, nawet jeśli teraz skupiasz się bardziej na moich słabościach i rzeczach które straciłem lata temu.
            Spojrzał na Daviona z Filią przepraszającym spojrzeniem, ale nie zwerbalizował tego gestu.

            A Fisuś – pod stołem – coraz bardziej i bardziej kusiło, aby ugryźć Kaylie w łydkę.

            Davion i Filia patrzyli po sobie widząc interakcję między parą. W końcu komendant się odezwała.
            - Słuchajcie, nie moje miejsce mieszać się wasze relacje. Sądzę jednak, że potrzebujecie mediatora. Kogoś kto pomoże wam rozgryźć swoje emocje do siebie i przekazać je bez wylewania ich…
            - Doceniam próbę pomocy… - odpowiadał powoli Viktor - Może to rozważymy, ale to nie jest ten dzień.
            - Po prostu mówię, może dla was to działa, ale patrząc z zewnątrz… zdrowsze relacje widziałam między dziwkami i nowymi klientami.
            Viktor uniósł brew w powątpiewaniu po czym weschnął zrezygnowany, na moment pozwalając swojej głowie nieco opaść. Szanse na konstruktywny wieczór malały i malały, ale niech im będzie.
            - Odnosisz się do czegoś jeszcze, poza ostatnią minutą interakcji? Bo jeśli tylko o niej mówisz to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twoje słowa były odrobinkę przesadzone.
            - Sądzisz, że potrzeba czegoś więcej niż oczywista asymetria w związku, aby zobaczyć, że coś jest nie tak? - Filia spojrzała na Viktora - Mówisz, że myślicie, aby związek był "poważniejszy". Co to oznacza z twojej strony?
            Viktor skrzywił się niezadowolony, ale szybko zmazał ten wyraz twarzy.
            - Zaznaczam, że to ty chciałaś wejść na ten temat. Asymetria nie oznacza nic. Każdy związek jest bardziej lub mniej asymetryczny, więc jeśli to jest stosowane jako zarzut “w moim kierunku” to najpierw to omówimy. Więc temat: dlaczego, asymetria – inherentnie – ma być czymś “nie tak”?
            - Nie mówię, że jestem specjalistką w tej sprawie. Ale wiem czemu jestem szczęśliwa w swoim związku. Asymetria, masz rację zawsze istnieje. Zapewne znasz się na handlu, więc koncept zysku i straty jest ci znany. Kaylie otrzymuje od ciebie ciepłe słowa, wsparcie, w zamian ogranicza się do bycia tylko z tobą i upewniania się, że nie zezłości cię i robi jak zechcesz. Czy możesz powiedzieć, że tak samo to wygląda w sprawie twojego wkładu w ten związek?
            - To już jest odejście od generalnej rozmowy o czymś zewnętrznym i wejście na tematy głęboko personalne. Nie sądzę, aby to był dobry moment na nią - zdawkowym gestem głowy wskazał wciąż przybitą Kaylie - Zachęcam ciebie jednak do znacznego zdystansowania się od sytuacji. Ja dziś tylko powiedziałem, że nie jestem nastoletnim księciem z bajki, którego da się wmanipulować w brak zaufania do partnerki, “bo to takie romantyczne”.
            - Nie to miałam na myśli. - odparła Filia - Ale dobrze, chcesz ogólniki czemu asymetria jest zła? Bo nikt nie jest naiwny na zawsze. W końcu ktoś zauważy, że w związku więcej daje niż otrzymuje i jeżeli różnica jest duża, zacznie to rodzić niepokój, gniew i zawiść.
            - Filio... - Kaylie odezwała się w końcu - To... to nie jest tak jak myślisz... Ja się zgodziłam na to, tylko... jest ciężkie... Khal mi daje naprawdę dużo wsparcia jakiego od nikogo nie otrzymywałam... Opiekuje się mną, czego też nie miałam. Znosi moje nagłe akcje i pomaga mi pożary ugasić…
            - Kaylie, ja tego nie neguję i widzę, że nie do końca jesteś tak szczęśliwa jak byś chciała. Coś się gnębi, ale nie będę naciskać. Viktor zapytał mnie o coś, to dałam odpowiedź.
            Vikor zemł w ustach adwokacką formułkę o słowach i ich intencjach, albo kto faktycznie zaczął temat i w niego lgną. Kogo by to miało obejść?
            - Doceniam, Filio, że zależy ci na Kaylie na tyle, aby ten temat poruszyć. Czy możemy uznać temat za zamknięty, przynajmniej na dzisiejszy wieczór?
            - Oczywiście, złych intencji nie miałam, ani nikogo nie chciałam oskarżyć. Dla mnie wyglądało jak brak doświadczenia, który może zaszkodzić czemuś pięknemu.
            - Rozumiem Filio i wiem, że chciałaś dobrze - odpowiedział Viktor, powstrzymując jad, który chciał się wylać przez jego głos i ton. - Mieliśmy plany na dzisiejszy wieczór… chciałabyś już do nich przejść, czy wolisz mi opowiedzieć o co chodzi z tymi robotami na rynku, przed ratuszem?

            Zaczął rozmowę na zupełnie inny temat, aby uratować jeszcze to spotkanie i dać Kay czas i przestrzeń. Nie podobało mu się, że musiał sięgnąć po “techniki”. Miał nadzieję na zwykłą, towarzyską rozmowę o niczym. Bez nieszczerości, czy wyrachowania. Miał nadzieję… zbliżyć się do siostry? Ta myśl pobrzmiewał obco w jego głowie.

            Powoli wyratował sytuację. Nie była tak beztroska na jaką liczył i cień pozostał na spotkaniu.

            Kilka godzin później przeszli w końcu do rozmowy o straży. Wymianie doświadczeń i obserwacji. Analogii i różnic między strażą miejską, a kancelarią Viktora w Cheliax. To był dopiero początek. Goodmann ostrzegał, że to będzie seria dłuższych spotkań, ale Filia była chętna, otwarta i inteligentna. Szybko chłonęła wiedzę, nawet bez Viktora wykładającego jej ją na talerzu. Nie miał wątpliwości, że – z jego pomocą – Filia da radę z największymi wyzwaniami.

            Komendant straży słuchała uważnie porad adwokata i o ile miała kilka uwag, wydawała się akceptować jego sugestie, nawet jeżeli nie zaimplementuje ich od razu.
            Dwie pary rozeszły się w dobrych humorach i propozycji, aby zrobić z tego może cotygodniowe zdarzenie, szczególnie jeżeli Viktor stawia.

            Wyrwanie

            Kaylie stała pod ścianą restauracji ze spuszczoną głową, czekając aż dwójka azazelitów pozostanie sama. Wyglądała jak zawstydzone dziecko, jakie ma powiedzieć ojcu, że nie zachowywała się grzecznie i pewnie dostanie w tyłek oraz nie będzie słodyczy następny miesiąc.

            Viktor patrzył na nią z intensywnością która tylko… malała. Był zły. Był niezadowolony i przez dłuższą chwilę zdążył już żałować, że w ogóle zabrał Kaylie na tą kolację. I o ile przed chwilą był pewien, że da jej po uszach i potencjalnie wrócą osobno do Dworu… to ta złość szybciej w nim topniała niż Filia z Davionem znikali w mroku nocy.
            - Uhhh… - spuścił powoli powietrze, godząc się, że nie ma już w sobie “pary” by ją skarcić. - Dzięki, że się za mną wstawiłaś. Myślałem już, że sam zostałem z tymi nie-zarzutami.
            - To jedyne co mi pozostało... - wymamrotała unikając patrzenia Khalowi w oczy - Ja... Przepraszam, że zepsułam... Nie tak miało być..
            - Nie chciałaś źle i – ostatecznie – nie skończyło się źle. Możemy udawać, że się nie wydarzyło.
            Podszedł bliżej i wsunął w zasięg jej widzenia swoje ramię. Ujęła je nieśmiało i ruszyli w powolną wędrówkę nocnym miastem.
            - Czujesz się jeszcze na wyczarowanie bramy świątynnej i tylnych drzwi? Materiały są ciężkie i nieporęczne, ale wolałbym nie ułatwiać potencjalnym złodziejom.
            - Obiecałam, więc to zrobię. - powiedziała pewnie, choć patrzyła na Viktora z wyraźną nutką przestrachu... Niepewności?
            Viktor westchnął zmęczony nieco.
            - Kay… wyjaśnij mi co ci po główce chodzi?
            - Że jesteś na mnie teraz tak zły. Że przekroczyłam granice. Że jesteś już tylko dla mojej magii, a tak będziesz chciał ode mnie uciec, bo znowu zawaliłam wszystko. Że to moja wina, zniszczyłam kolejny związek... - galtianka zapętlała się.
            Viktor uchwycił Kaylie za podróbek i pchnął ją w ścianę kamienicy. Była w tym pozorna moc, ale… w jakiś sposób wynikała ona z jakiejś woli i inicjatywy, a nie rzeczywistej siły. Zamknął jej usta pocałunkiem. Długim aż dech odrobinę straciła.
            - Byłem zły, ale już nie jestem - powiedział cichutko, ledwie oderwawszy swoje usta od jej. Kaylie była jednocześnie zaskoczona, jak i bardzo podekscytowana. Jej obawa w oczach przerodziła się w rozanielenie tym nagłym uczuciem, jakie spowodowało drżenie na ciele. Wyglądała jak dziewczyna co właśnie została po raz pierwszy pocałowana przez nowego chłopaka.
            - I wciąż oferuję ci wsparcie i opiekę. Znoszenie twoich “nagłych akcji” i gaszenie pożarów. Wiem, że nie chciałaś. I wszystko wyszło dobrze. Zależy mi na tobie i jedno potknięcie nie starczy aby to zmienić. Rozumiesz?
            - T... tak... - szepnęła gdy rumieniec pojawiał się na jej policzkach, jaki zakryła dłońmi we wstydzie - ...tak mężatki łowiłeś...
            - Zdarzało się - przytaknął cicho i odsunął się nieco, aby móc spojrzeć jej w oczy. - Już dobrze w główce?
            Pokiwała lekko głową.
            - I naprawdę podoba ci się suknia?
            - Yhym… - kiwnął głową, zaplatając jej dłoń znów wokół swojego przedramienia i kontynuowali powolny powrót. - Nie sądziłem, że uda ci się coś takiego zorganizować. Lady Barabii pracuje teraz dla zwykłych ludzi. To coś odłożonego? Jakaś pamiątka?
            - Nie mów nikomu, ale to zlepek z tanich produktów. Ta siateczka jest z firanek, po prostu jej nadałam koloru. Lady Barabii kanibalizowała co miała i swoim kunsztem nadała kształtu ukrywając czym oryginalnie było! - powiedziała rozemocjonowana.
            - I w jeden dzień dała radę? Ho ho… No to gratulacje. W mojej opinii zwycięstwo a to jeszcze tylko podkreśla je. Dobra robota.
            - To jej zasługa, nie moja. Główny materiał też taki jak biedniejsi mają. - powiedziała z jakąś dumą, że nikt nie zauważył - Oczywiście zapłaciłam. I powiedziałam, że następnym razem przyniosę lepsze materiały.
            - Hmmm… może, z czasem, uda się jeszcze jej na tym skorzystać. Jakby to odpowiednio sprzedać… i właśnie dać wcześniej odpowiednie materiały… można by jej pomóc wrócić do pracy dla szlachty. Należałoby się jej to. Cieszę się, że tak się to potoczyło.
            - I tyle historii mi o małym Khalim opowiedziała! - zachichotała.

            Wyrwanie

            Stara Sonia, która kiedyś była Lady Barabii, wcale nie wymagała wiele przekonywania aby przynajmniej spróbować z suknią dla Kaylie. Wciąż czasem – głównie nocami – przyznawała przed sobą, że tęskno jej do czasów gdy tworzyła cuda szlachty, zamiast cerować kieszenie i łatać dziury pospólstwu. A jak Galtianka, jeszcze nim temat zdążył zostać poruszony, zaproponowała kwotę o którą Barabii dziś nawet nie śmiała by prosić, jednocześnie godząc się z możliwością porażki… poczuła się prawie jakby wytrącono jej z rąk wszelkie argumenty, by nie zjeść podwójnej porcji lodów w ramach śniadania…

            A gdy weszła w pracę… z czasem język jej się rozwiązał. Khala może tu nie było, ale jego towarzyszka przyniosła… jakąś jego aurę? I nawet ten jej skrawek przypominał jej o szczęśliwszych czasach.

            - Aaa… Tisis, powiadasz. Dzielna była dziewucha. Jedna z takich co się patrzyło i zastanawiało “skąd w niej tyle siły?” Nie myśl sobie… moja praca też była niełatwa, ale miałam wtedy jeszcze wiele szczęścia. Ale ona? Ona sama nauczyła się po dachach chodzić! Za parę miedziaków kominy czyściła. Połowę tego co prawdziwi kominiarze. A sadzy zabrać ze sobą z komina i dwa wory wielkie dawała radę. Ludzie myśleli “o taka, biedna i wdzięczna, że jeszcze dla nas sprząta”. Ale, ona głupia nie była. Tę sadzę potem w brykiet przerabiała.
            Stara Sonia uśmiechała się w czasie pracy, oczami wspomnień widząc lepsze czas.
            - Pokazała mi kiedyś. Oczy aż świeciły się jej z radości, bo w końcu znalazła proporcje co rzeczywiście działały. Jak ona to robiła? Hmm… na pewno kruszyła tę sadzę na mąkę prawie. Mieszała z trocinami, które Khali podbierał z tartaku. Takimi mokrymi i ciężkimi od żywicy w nich. Jeszcze z kruszonym węglem. Trochę popiołu, nie rozumiem po czemu, a na koniec wody i łoju ze świec, co po pół miedziaka kupowała. Pewnie jeszcze coś było, czego dziś już nie pomnę. Ale pokazała mi. Kuleczki. Ładne. Prawie błyszczące. Małe jak śnieżki i twarde jak.. no może nie “jak kamień”, ale w rękach nie rozkruszysz. A jak ona wtedy wyglądała.. ho ho! Cała umorusana w tej czerni. Ręce, twarz, szyja i pod nią, jakby ją górnik w obroty wziął! Kilka dni spod paznokci tego wymyć nie mogła, a nawet jedno oko jej się czerwieniło jakiś czas od tego wszystkiego.

            Wyrwanie

            - A Khali… no… o nim to mniej ci opowiem. On częściej się przy ścianie bawił, gdy Tisis uwagę poświęcałam. Albo moja Zoryenka go zabierała gdzieś. Oj, jak on wtedy promieniał, kiedy ona go brała. - Staruszka na moment przestała szyć i uśmiechnęła się tak, jakby pod sufitem rozgrywały się właśnie tamte dni. - Ona by więcej historii miała do opowiedzenia. Jak to się wszystko skończy i Khal już ją uratowaną będzie miał to sama ci nagada.

            - Ale jedno pamiętam. Czas taki był… Khali miał z siedem lat. Może osiem i w głowę mu weszło, że generałem będzie. Wojennym prawdziwym. I ćwiczyć zaczął. Tylko z kim miał musztrę robić, jak inne dzieci wolały biegać i się korzeniami traw obrzucać? No to sobie sam zebrał armię. Ze dwa tuziny ślimaków na murku i krzyczał na nie, że mu formację łamią. A innym razem jakiś chłopak od Zoryi go przyłapał, jak do wypolerowanej pokrywki od garnka miny ćwiczył. Takie poważne. Generalskie. Oh, jak się naśmiewali z małego Khaliego, aż trochę przykro się robi jak teraz wspominam…

            Wyrwanie

            - Byłeś taki słodki, taki niewinny. - wtuliła głowę w szyję Khala - Generał ślimaczej armii.
            Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
            - O czym ty… - zająknął się i zamilkł z intensywną mimiką. - Ah… ja… nie pamiętałem tego - powiedział powoli, wciąż zalewany szczegółami dawno utraconego wspomnienia. - Ahh… - zakrył dłonią górne pół twarzy w zażenowaniu. - To nieuczciwe, że ja nie mam kogo wypytywać o twoje wstydliwe historie!
            - To nie moja wina! Choć Zorya pewnie ma więcej ciekawych historii do opowiedzenia o Khalim! - powiedziała z wyraźną radością na możliwość.
            - To… muszę wprowadzić to jako dodatkowy koszt do rachunku zysku i strat z całej tej akcji. Ale tak. Aż mnie nieco stres łapię gdy pomyślę jakie historie jeszcze te dwie mogą pamiętać, które ja dawno wyrzuciłem z głowy. Hah.
            - To będzie urocze! Poznać prawdziwą część Khala!
            Viktor uśmiechnął się tylko odpychając od siebie chęć wytknięcia dramatycznej różnicy między Khali-przed-procesem i tym po. Nie chciał psuć tego uśmiechu na jej twarzy.
            - Jak tylko ją z tego wyciągnę będziesz mogła podjąć próby wywiadowcze. Zobaczymy czy coś z niej wyciągniesz.

            Milczenie przedłużyło się po tym temacie, choć wyraźnie coś gryzło Kaylie, ale dopiero po dłuższym czasie to z siebie mogła wywalić.
            - Czy ty ją kochasz?
            Viktor nie od razu wiedział jak, w ogóle, odpowiedzieć.
            - Narodziłaś się w jedwabiach. Nie zrozumiesz jak to jest pierwszy raz poczuć się człowiekiem gdy całe życie byłaś szczurem. Po prostu uznaj, że czuję się jej dłużny tak bardzo, że wyciągnięcie jej z tej sytuacji nie starczy by go spłacić. Brzmi to rozsądnie w twojej główce?
            - Rozumiem, ale... to nie odpowiada na pytanie. Skoro jest tak ważna dla ciebie mogłaby być o wiele lepszą partią niż ja byłabym kiedykolwiek i oboje to wiemy. - powiedziała smutno, choć poważnie.
            - Ona jest… zbyt czysta. Zbyt niewinna. Nawet musiałem jej obiecać, że nie zabiję Hieronima, jeśli to nie będzie konieczne. Bałaby się mnie jakby poznała kim – naprawdę – jestem. Więc całkowicie się tutaj mylisz. Skąd to pytanie?
            - Chcę wiedzieć... czy nie będę przeszkodą jak się pojawi... - wymamrotała. wyraźnie wciąż mając w sobie niepewność i poczucie nieadekwatności.
            - Ja… nawet nie bardzo wiem jak na to odpowiedzieć. Popełniasz tutaj błąd kategoryczny. Ona nie jest potencjalnym jagnięciem, ani członkinią rotacji. Nie postrzegam jej jako możliwej partnerki. Ty nią jesteś i nie chcę tego zmieniać.
            - Ale jest bardziej ważną osobą w twoim życiu niż ja kiedykolwiek... Bo znamy się ledwo ledwo. A to osoba z twojej przeszłości, istotna osoba, jaka ci pomogła przeżyć i ukształtować się... Fisuś o niej nawet wspominał... - przypomniała sobie jak chowaniec o niej mówił jeszcze na wyprawie.
            - Nie wiem co ten gamoń ci o niej mówił, ale rozmówię się z nim na temat paplania… Może w ten sposób spróbuję to wyjaśnić… Lady Barabii też jest dla mnie ważna. Znam ją dłużej od ciebie i bardzo wiele jej zawdzięczam. Czy czujesz jakbyś nam “była przeszkodą” w jakimś sensie?
            - Nie miej mu za złe, on serio chce dobrze dla ciebie... Ja po prostu potrafię być czymś, co jest przeciwnością twojego dobrego samopoczucia... I nie czuję w jej sensie.
            - Dlaczego nie?
            - Bo... Nie sądzę abyś kiedykolwiek widział ją jako osobę interesującą seksualnie. - wytłumaczyła z zażenowaniem.
            - Czyli zgadzamy się, że nie każda kobieta z pulsem musi być dla mnie interesująca seksualnie, tak?
            - Ale jej córka to nie każda kobieta z pulsem...
            - Kaylie… Przestań walczyć z moimi słowami, zacznij słuchać co rzeczywiście mówię. Bo mówię tobie, po raz czwarty, że nie postrzegam Zoryi jako potencjalną partnerkę. Rozumiesz wreszcie? - zapytał z lekkim naciskiem.
            - Przepraszam, że jestem tak zazdrosna...
            - W porządku. Przeżyjemy to. Musisz tylko zrozumieć, że wybrałem ciebie i nie był to przypadek, ani nie jest to “na przeczekanie”. Nie jesteś “póki się lepsza nie trafi”. Hmm?
            - Tylko w sumie to tak szybko było... Miałeś wiele partnerek. pewnie sporo sądziło, że jest na dłużej. Jaka teraz różnica?
            - Partnerek? No niech będzie. Różnica jest taka, że nigdy nie oferowałem próby. Oferowałem zabawę. Przyjemnie spędzony czas. Wejście do wyższego świata, nawet jeśli tylko na chwilę. To nigdy nie była “próba” niczego. Zawsze, od samego początku, było tylko na chwilę i nie próbowałem im wmawiać nic innego.
            - I wszystkie to zawsze tylko za to widziały?
            - Jeśśśli… rozumiem o co pytasz… to niektóre wyobrażały sobie, że są bohaterkami romantycznej powieści i przypisywały sobie wielką wyjątkowość. Taką, by spodziewać się, że zmienią moje danie. Zwykle, szybko wypadały z rotacji. Były problematyczne.
            - Zajmijmy się tymi drzwiami, co? Chcę odpocząć w łóżku... Będziesz spał obok? - zapytała nagle z nadzieją, urywając temat.
            Viktor przytaknął, bo istotnie zbliżali się już do świątyni.
            - Poczekam aż zaśniesz, a resztę nocy będę pracował o wyciągnięcie ręki od ciebie.
            - ...czy kiedyś będziesz ze mną zasypiał? - zapytała ze smutkiem.
            - Kay. Możliwe, że na przyjęciu barona uda mi się znaleźć patrona, który by finansował kościół i zdejmie z moich barków ten obowiązek, ale nie zmieni to wtedy tego jak wyczerpujący emocjonalnie jest dla mnie sen.
            - Dlaczego? Sen z kimś kto cię będzie chronił emocjonalnie?
            Wzrok Viktora złagodniał i posmutniał jednocześnie.
            - Kruszyno. To z kim śpię nie ma nic do mar które mnie nawiedzają we śnie.
            - Dla mnie to ma znaczenie. Nie czuję się z tobą samotna i pozostawiona bez opieki... Nawet jeżeli koszmar się pojawi to po przebudzeniu czuję, że nie jestem porzucona i zdana na siebie samą. Że komuś zależy na mnie i będzie się opiekował jak zajdzie potrzeba... wtedy koszmary... są łatwiejsze do przetrwania ich.
            Viktor zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
            -I… to, że pracuję dziesięć cali od ciebie, zamiast na nowo przeżywać moje własne koszmary, w jakiś sposób inwaliduje te wszystkie razy rzucałem wszystko aby ci pomóc i się tobą zaopiekować?
            Kaylie spojrzała zaskoczona nagłymi słowami Khala. Nie spodziewała się ich.
            - Khal... - zatrzymała się i położyła dłoń mu na policzku - Ja po prostu mówię jak sama sobie radzę, jak dużo mi daje przebywanie z tobą blisko i miałam nadzieję, że i tobie by to ulgi mogło dać. Nie chciałam cię do niczego zmuszać, a jedynie podać mój sposób... Ja nie cierpię, jako że koszmary bym miała, choć po przebudzeniu łatwiej mi z nich się otrząsnąć, gdy jesteś chociaż w tym samym pokoju.
            Spojrzenie Viktora złagodniało.
            - Próbowałem sobie z nimi radzić na tysiąc i dwa sposoby. Wszystkie zawiodły, albo koszta były gorsze niż same koszmary. Od ponad dekady śpię po dwie godziny, co dwa do pięciu dni i radzę sobie wystarczająco. Doceniam twoje próby pomocy, ale są one bezcelowe, poza samą deklaracją intencji.
            Kaylie patrzyła z prawdziwym smutkiem, ale skinęła głową na zgodę.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako Baltizar Harpaness
              napisał ostatnio edytowany przez
              #151

              Baltizar w milczeniu przyglądał się roślinie próbując… zrozumieć jej znaczenie. A roślina w odpowiedzi łypała na niego swoimi rozlicznymi oczkami, zarówno gadzimi jak i owadzimi jak i ludzkimi. I kłapała paszczami.
              Gnom ignorował te próby zastraszenia go przez przedstawicielkę flory, nadal nie mając pojęcia dlaczego ta roślina znalazła się w jego pokoju. I kto ją przyniósł. Gnom wszak nikomu nie wspomniał, że lubi “kwiatki”. Bo i nie skłamał w tej kwestii. Niespecjalnie bowiem przepadał za zielonymi organizmami, zwłaszcza jeśli zerkały na niego i oblizywały liczne paszcze gnijącymi jęzorami.
              Westchnął głośno postanawiając zignorować nowy dodatek do pokoju. Nie lubił szczególnie roślin czy kwiatków, ale też nie żywił wobec nich niechęci. Obecność nowego obiektu w pokoju nie stanowiła więc żadnej różnicy dla niego.
              Dlatego więc bajarz zabrał się za swoje poranne rytuały. Karta została wyciągnięta.
              Karta przedstawiająca szlachciankę zbierającą krew z odciętej głowy na winogrona.

              text alternatywny

              Karta zdrady. Karta o wielu znaczenia. Karta samolubstwa. Karta zazdrości prowadząca do zagłady. Karta pięknej osoby kryjącej zgniłe serce… tych gnom ostatnio znał wiele. Jedna karta byłaby za mało na podpowiedź. Gnom schował kartę w talii uznając, że odpowiedź przyniesie czas. Na razie miał wiele do zrobienia.

              text alternatywny.

              Budowla świątyni była przedstawieniem. Popisem jednego aktora, którym był naczelny kapłan kultu. Gnom był zadowolony. Z tego że budynek powstał i z tego że nie musiał brać udział w tym cyrku. Zdecydowanie wolał pozostawać w cieniu, więc cieszył się że to kapłan woli pławić się w blasku i wystawiać na cel. Zgodnie z rolą jaką przyszło mu pełnić.
              Nie widział potrzeby przepychać się ze swoimi zwierzakami do kapłana by mu pogratulować. Inni podbiją ego kapłana za niego.

              Po całym przedstawieniu związanym z budową kościoła Baltizar ruszył zająć poważnymi sprawami. Takimi jak odkrycia Alicji. Zresztą i tak miał w planach odwiedzić arystokratkę. W końcu potrzebował jej ekspertyzy w kilku nurtujących go kwestiach. Znając drogę do jej domu udał się tam. By w końcu stanąć przed bramą i zastukać o nią kosturem.
              Jeden ze strażników, którzy oryginalnie przyjęli Baltizara tygodnie temu wyjrzał przez bramę.
              - Harpeness? Milady cię oczekuje. - strażnik odprowadził gnoma do nieznanego mu skrzydła rezydencji. W dużej bibliotece wypełnionej księgami i artefaktami siedziała Alicja Crawford, przeglądała właśnie jakiś tom kiedy ujrzała swego gościa.
              - Baltizarze! Witaj. - uściskała gnoma na przywitanie - Opowiadaj, co tam u ciebie?
              Gnom skłonił się głęboko kobiecie i uśmiechając dodał. - Cóż… trochę się rozejrzałem po okolicy, zakupiłem wieżę. A teraz… powoli… szykuję się dooo… cóż… do pierwszej wyprawy archeologicznej. Nie mając w ogóle pojęcia jak się do niej zabrać.- zakończył ze śmiechem.
              Kobieta delikatnie zachichotała i wskazała na fotel naprzeciwko swojego.
              - Opowiadaj więc, gdzie toż się wybierasz?
              - Na razie…- podrapał się Baltizar. - Gdzieś w głuszę, do Dalga’goon. Przynajmniej tak nazywała się ta osada jego ludu kiedy istniała. Udało mi się dotrzeć do źródeł pozwalających zidentyfikować kilka takich miejsc. I to jest nam najbliższe.-
              - "Dalga'goon"... - powtórzyła kobieta jakby starała się posmakować słowo - Nie znam gnomiego, ale brzmi… odpowiednio. Jeżeli jednak tam cię prowadzi twoja misja. Czegoś potrzebujesz?
              - Oznacza… jakby to… rodzaj koloru… coś pomiędzy fuksją a fioletem. Trudno go zdefiniować, bo to kolor z ich rodzimego wymiaru. W każdym razie nazwa osady oznacza tęsknotę za tym kolorem. - wyjaśnił Baltizar i podrapał się po brodzie.- W sumie… wszystkiego. Ale na początku rady. Bo… ja spisuję historię, a nie przekopuję ziemię w poszukiwaniu pamiątek. Nie mam żadnego pojęcia na temat organizowania takich wypraw.-
              Kobieta się zastanowiła.
              - Podejrzewam, że będziesz musiał tam pójść więcej niż raz. Na początek sam, plus jakaś ochrona. Znaleźć miejsce, zobaczyć jak trudno się tam dostać. Później druga ekspedycja ekskawacyjna - Alicja zerknęła na gnoma - Przynajmniej tak ja bym to zrobiła, nie wiem czy ty nie chciałbyś zrobić tak jak to robią Poszukiwacze Przygód i wejść do dawno zapomnianego miejsca w nadziei, że skarb będzie wart tego co tam cię spotka.
              Baltizar zaśmiał się mówiąc. - Obawiam, że wioska gnomów to nie krasnoludzka twierdza. Nie bywają olbrzymi podziemnymi labiryntami pełnymi skarbów. Spodziewam się jedynie kilku zapadłych norek i reszek mebli, może kilku zagubionych drobiazgów. Żadnych niebezpiecznych pułapek i cóż… nawet krasnolud ma problemy z przemierzaniem wąskich i ciasnych tuneli gnomów.-
              - I tak polecałabym jakieś wsparcie - odparła szlachcianka - Ruiny mają tendencję do bycia niestabilnymi. Przykro by mi było, aby twoja opowieść zakończyła się w ten sposób.
              -Sam się tam wybierać nie zamierzam.- przyznał po namyśle Baltizar.
              - To dobrze. - przyznała kobieta - Mogę w końcu zapytać skąd to zainteresowanie historią twego ludu? Nie sądzę, aby dużo baśni dało się z tego utkać.
              - To MÓJ lud. Dziwi cię więc moja ciekawość? W okolicy powinno być pełno gnomów. Nie widziałem ani jednego.- przypomniał jej Baltizar i wzruszył ramionami.- Więc ciekawi mnie co się stało z nimi. Zresztą, skoro i tak krasnoludy badają swoją historię, to czemu ja nie miałbym. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.-
              Spojrzał na niewiastę.- A skoro już pytamy o te sprawy. Czemu ciebie interesuje archeologia i badanie przeszłości? Nie wyglądasz na osobę, która całe dnie spędza między zakurzonymi księgami.-
              - Och księgi są nudne. Młodość spędziłam czytając opowieści o odległych miejscach i egzotycznych istotach. Stwierdziłam, że bardziej ekscytującym będzie zobaczyć je na własne oczy. - Alicja również wzruszyła ramionami - Lubię tajemnice i lubię wspomnienia, archeologia to przypomnienie sobie wspomnień, o których zapomniał świat.
              - Ciekawość rozumiem. Kieruje ona moim ludem… ponoć.- zadumał się gnom. - Mam kilku zaufanych “ludzi” w miejscowej gildii. Raz się sprawdzili, więc zapewne wynajmę ich po raz drugi. Niestety… moje prywatne podróże nie są tak ekscytujące, jak ochrona kupca podczas wyprawy handlowej.-
              Spojrzał na nią pytając. - Wspominałaś coś o ekspedycji w liściku ? Tej z której wróciłaś? -
              - A, tak. Kompletnie zapomniałam. Chciałam ci pokazać coś. Ekspedycja była do jednej z krasnoludzkich ruin. Handlowa mieścina, znalazłam tam dystrykt gnomi a w nim znane nam hełmy.
              - Interesujące… coś jeszcze poza hełmami?- zapytał Bajarz wyraźnie zaciekawiony jej słowami.
              - Ryciny i płaskorzeźby. Nie pasujące mi do tego co wiem o twoim ludzie, ale może coś mi umknęło. Masa macek i oczu, mówi ci to coś?
              - Hmm… no nie bardzo.- skłamał Baltizar drapiąc się po brodzie. Po czym dodał już szczerze.- Choć spotkałem się z podobnymi motywami, to nie łączyły się z moimi współziomkami.-
              - Och, po prostu było to wyłącznie w ich części miasteczka. Miałam nadzieję, że możesz coś wiedzieć.
              - Jestem tylko Bajarzem. Nie uczonym. Opowiadam opowieści i… nie jestem znawcą historii mojej rasy.- przyznał Baltizar.
              - Żebyś ty wiedział ile opowieści mnie doprowadziło do skarbu. - zadumała się kobieta - Życzę ci powodzenia, jeżeli czegoś potrzebujesz, nie bój się zapytać. Twoje ekspedycje mogą być dobrym startem na kilka moich.
              - Opowieści gnomów nie dotyczą władców, wojen, twierdz i zagubionych skarbów. To historie o żartach i moralne przypowiastki dziejące się małych osadach. Często bezimiennych, podobnie jak ich bohaterowie… którzy są zwykle archetypami bardziej niż postaciami. - wyjaśnił Bajarz i zapytał.- Czy mogę obejrzeć te ryciny i płaskorzeźby?-
              - Mam szkice. - przyznała Alicja - Nie zabieram niczego co wygląda jakby było przeklęte, bez urazy. - kobieta sięgnęła do jednej z szuflad biurka i wręczyła gnomowi szkicownik. Szybko znalazł odpowiednie strony. Nie kłamała z opisem, masa macek i oczu. Od razu przypomniało mu to obraz Ahuizotla, który pokazał mu Otto.
              - Kult… a może tylko wizje…- zamyślił się gnom przyglądając się rycinom i niemal zapominając o całym świecie.- Tylko wyobrażenia bestii… żadnych czynności, żadnych opisów rytuałów? Bestia była sama? Nic przy niej?-
              - Trudno mi było odróżnić jeden kształt od drugiego. Była tam masa zniszczonych książek porozrzucana pod ścianami przy tych rycinach.
              - Byłaś tam gdzie krasnoludy kopią szukając swojej stolicy?- zapytał Baltizar drapiąc się po brodzie i dodał w zamyśleniu.- Będę musiał odwiedzić to miejsce.-
              - Oni nie tyle co kopią, co szukają faktycznej twierdzy. Krasnoludy budowały, aby przetrwało tyle co góra. Sęk w tym, że wszyscy którzy wiedzieli gdzie forteca się znajdowała dawno umarli, a wiedza o jej dokładnej lokalizacji zaginęła. Więc na razie bardziej przeczesują góry w poszukiwaniu wejścia.
              -Niemniej coś już znaleźli… co przywódca ich wyprawy sądzi o odkryciach w dzielnicy gnomów? Czy podziela twój niepokój co do tych znalezisk?- zapytał Baltizar.
              - Aby go zacytować "Gnomie gryzmoły". Nie miał najwyższej opinii na ich temat, był bardziej zainteresowany krasnoludzką częścią, szczególnie, że nie znaleźliśmy żadnych jubilerskich skarbów z których znane są gnomy.
              - No tak. Całe krasnoludy.- zaśmiał się Baltizar drapiąc po karku.- Pewnie szukają swojej stolicy, głównie dla ukrytych tam skarbów.- zażartował na koniec. I podrapał się po potylicy.- Jak już zbiorę najemników i wyruszę, to powiadomię cię o wynikach po moim powrocie. Nie spodziewam się jednak znaleźć zbyt wiele. To tylko w końcu osada gnomów.-
              - Jeżeli chodzi o odkrycia przeszłości nie istnieje słowo "tylko". - odparła Alicja - To miejsce gdzie żyli twoi ziomkowie. Ich historie ciągle tam są i powinny pojawić się na nowo w pamięci świata.
              - Będę o tym pamiętał. I pewnie przywiozę ci pamiątki. - rzekł Baltizar kłaniając się. - A teraz będę musiał cię pożegnać. Mam wie… o właśnie… nie wiem czy słyszałaś o tej całej tyradzie uczonych na błoniach miasta. Jeśli dotarły do ciebie wieści o niej, lub miałaś okazję ją zobaczyć, to ciekaw jestem twojej opinii na ten temat.- dodał przypominając sobie nagle o tej sprawie.
              - A tak, słyszałam o tym. To twoja sprawka? No, no… nie uważałam cię za takiego stróża dobra publicznego. - Alicja zastanowiła się - Zakładam, że nie jest to naturalna susza?
              - Zdecydowanie nienaturalna. Bo punktowa. Suche obszary w środku bagna. No i… przez tę suszę, napadnięto mnie, gdy podróżowałem na statku. Więc postanowiłem zwrócić uwagę władz na ten problem. Nie wiem jednak, czy mi się udało.- zadumał się Bajarz. - Tobie nie przydarzyły się takie przygody?-
              - Ostatnio faktycznie bagniste istoty wychodzą ze swego środowiska. Nie myślałam o tym zbytnio. Na szczęście nic nas jeszcze nie zaatakowało, ale będę chyba musiała zwiększyć ochronę.
              - Wypadałoby. Z czasem potwory będą coraz bardziej zdesperowane. Z czasem też przyjdą i większe. Z pewnością na tak olbrzymich bagnach kryje się przynajmniej jedna hydra.- ocenił sytuację gnom.
              - Omijają tereny blisko miasta szerokim łukiem. Jakby czegoś się bały. - zauważyła Alicja - Na razie i tak nie planujemy niczego. Będę jednak miała to na uwadze.
              - Omijają póki strach nie triumfuje nad głodem.- zasugerował Bajarz i zamyślił się. - Szkoda, że nie wiem czy ten cały wiec zwrócił jakoś uwagę włodarzy miasta ku sobie. I czy będą z niego wyciągnięte wnioski czy też…- wzruszył ramionami.- … cała sprawa zostanie zamieciona pod dywan.-
              - Słyszałam, że jakieś logistyczne decyzje zostały podjęte, bez zgody władz się nie da.
              - Dobrze, dobrze… dziękuję za dobre i podzielenie się ze mną wiedzą na temat odkryć. Jeśli będzie okazja porozmawiać o nich w większym gronie specjalistów to… byłbym zaszczycony, jeśli zostanę zaproszony. Nawet jeśli tylko w roli milczącego świadka.- rzekł kurtuazyjnym tonem gnom.
              - Raz w tygodniu organizujemy spotkanie w Domu Odnowy. Jest otwarte dla wszystkich. Następne będzie jutro, zaczynamy po czterech dzwonach.
              - Będę o tym pamiętał. - rzekł na pożegnanie gnom.

              text alternatywny

              Teraz, gdy istniał budynek z symbolem nowego bóstwa, Bajarz mógł zabrać się rozprowadzenie swojej broszury po całym mieście. Wyszukał i wynajął kilku solidnych uliczników do rozdania ich miejscowym. Prosta fucha, mieli stać na rogatkach i rozdawać broszurki chętnym. Połowa wynagrodzenia, przed połowa po robocie. Wskazując na Etrigana gnom zasugerował, że ma on władzę nad ptakami. I że gołębie będą obserwować ich czy wykonują poprawnie swoje zadanie. Był to oczywisty blef, ale kontrola jest lepsza od zaufania. Baltizar był ukontentowany. Na razie jego rola w tym przedstawieniu się zakończyła. Zasiał ziarna… i w postaci broszurek i w postaci wiecu. Pozostało czekać na to, co z nich wyrośnie.

              text alternatywny

              Gnom wszedł do karczmy po dość pracowitym dniu załatwiania formalności. Najęci pomocnicy już rozdawali broszurki które od jutra powinny krążyć po całym mieście. Czytane przez kolejne osoby. Na razie tyle mógł zrobić w kwestii kultu i nie miał ni ochoty ni powodu, ni nawet możliwości by uczynić coś więcej. Nie planował dziś występu w karczmie, tylko zakopanie się w pokoju i przygotowanie planów wyprawy zwiadowczej.
              Mijał kolejne stoły kiedy poczuł objęcie wokół swojego torsu i poczuł znajomy słodki zapach złotowłosej córki Otto.
              - Hej, Balti… - Piwonia wyglądała na ciągle zmęczoną, mimo wszystko przywitała gnoma uśmiechem.
              - Cieszę, że widzę cię z powrotem. Całą i zdrową.- była i nuta szczerości w jego słowach. Przyjrzał się jej bacznie.- Nie będę rozpytywał dziś, ale może później wypytam cię o twoją… wycieczkę.-
              - Mam ci trochę do poopowiadania. - przyznała Piwonia - Tyle cudownych rzeczy widziałam. Głodny jesteś?
              - Trochę.- przyznał gnom drapiąc się po czuprynie.- Tu też wiele wydarzyło. Z pewnością słyszałaś o nowej świątyni.-
              - Uwiliście w końcu gniazdko dla Fenuela? To świetnie, na pewno się ucieszy. - dziewczyna się uśmiechnęła - Nie wiedziałam, że znasz się na architekturze.
              - Nie znam. Jego ekscelencja wyśpiewał sobie budynek… właściwie to zagrał na instrumencie i zbudował.- stwierdził Bajarz wzruszając ramionami.- Cóż… lubi być na świeczniku, więc z pewnością miał to od dawna w planach. -
              - No, no, patrzcie państwo. Kapłan, adwokat, grajek i kochanek. Ten Viktor robi się nie lada osobistością. - Piwonia przytuliła ponownie gnoma - A ty jakiś wkład miałeś?
              - Nie. W zasadzie to nie. Za to dzięki temu, że zabrał się do roboty.- odparł Baltizar z uśmiechem.- Ja mogłem pozbyć się papieru z mojego pokoju. Jako kochanek też jest sławny?-
              - Lilia mówi, że zakręcił w głowie Kaylie i najwyraźniej podwija kiecki po mieście. Więc coś musi być na rzeczy.
              - Jedna… niewiasta?- machnął dłonią Bajarz.- Trudno to nazwać wyczynem. Legendarni kochankowie liczą swoje wielbicielki w tuzinach. Jedna kochanka to nie powód do sławy, nawet jeśli jest bardzo zakochana.-
              - Jedna kochanka, której imię znamy. - poprawiła Piwonia - Reszta to jakieś dziewczyny z miasta czy przyjezdne.
              - Jakieś…?- zapytał powątpiewająco gnom i potarł kark.- Po prawdzie wielu kapłanów zła ma prywatne haremy. Niemniej mają je już po założeniu świątyni i zbudowaniu kultu. Rekrutują je z głupich gąsek wyznających ich bóstwa. Stadko takich gąsek pielgrzymujących do jego komnaty, nawet mnie ciężko by było przegapić. A jednak nie byłem niczego takiego świadkiem, ani ja… ani moje zwierzaki. Niemniej…- uśmiechnął się gnom. - Jego łóżkowe sprawy to nie jest mój interes, więc… załóżmy, że jednak istnieją owe niewiasty. Tak samo jak istnieją romanse i figle między nami. Plotki, plotki.. zapewne bez pokrycia.-
              - Po prostu je szerzę. - uśmiechnęła się Piwonia - To jakie teraz są plany? Zostaniesz ze mną w mieście na jakiś czas, czy…?
              - Kusisz.- odparł ciepło Baltizar i pomyślał głośno. - Na razie. Na kilka dni zostaję. Potem wyprawa badawcza która potrwa kilka kolejnych dni. Powrót. A potem się zobaczy. No chyba, że jego ekscelencja wpadnie na jakiś szalony pomysł i będę mu potrzebny do jego realizacji. W co szczerze wątpię, bo zajął się chyba polityką i podlizywaniem możnym. A w tym niespecjalnie jestem przydatny. -
              - Yay! - ucieszyła się dziewczyna i przytuliła gnoma - Siadaj do stołu, zaraz coś ci przyniosę.
              Brodacz skorzystał z tej propozycji i usiadł przy stole. A jego zwierzaki otoczyły go z obu stron. Bajarz rozejrzał się dookoła przyglądając się klienteli, jej liczbie i składzie. Oceniał czy warto było dziś zabrać się za opowiadanie opowieści po posiłku, czy może byłoby to nieopłacalne.
              Zbiorowisko było większe niż zwykle. Wielu gości, których Baltizar kojarzył, że dawno powinni wyjść ciągle było w karczmie. Piwonia przyniosła gnomowi pieczeń z indyka, pieczone ziemniaki i sałatę.
              - Proszę bardzo. - Piwonią rozejrzała się po sali widząc jak Baltizar ją obserwuje - Lawenda przyciągnęła tłumik.
              - Lawenda?- zapytał gnom zdziwiony.- Czemu? Co w niej takiego niezwykłego?
              - Jest nowa. Wieści, że kolejna piękną córka Otto zjawiła się w karczmie przyciągnęła typowych gapiów. - dziewczyna się uśmiechnęła - Jak chcesz to was przedstawię.
              - Nie jestem…- machnął ręką Baltizar.- … tak łasy na niewieście wdzięki. I nie widzę potrzeby odbierania innym szansy na szczęście zajmując uwagę twojej krewnej.-
              Podrapał się po podbródku spytał.- Nie ujmując nic tobie i twoim siostrom, to nie wydaje mi się, by miasto narzekało na niedobór piękności mając pod ręką świątynię bogini piękna i świątynię bogini rozpusty. Więc… nie bardzo rozumiem skąd takie zamieszanie.
              - No wiesz co. Porównujesz nas do śmiertelnej urody? - Piwonia usiadła z udawaną urazą na twarzy - Wolałbyś towarzystwo jakiejś tam kapłanki Shelyn od mojego? - podrapała gnoma po bródce - Sporo opowiadałyśmy im o Lawendzie i Chante. Więc są ciekawi, do tego kto wie, może jest równie otwarta na zabawy co Lilia?
              - Jestem gnomem, w dodatku z początkowymi symptomami blaknięcia. Nie mnie oceniać urodę dużych kobiet.- odparł z uśmiechem Baltizar.- No i nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na twoje towarzystwo.
              - A ja nie pamiętam, żebyś je ostatnio chwalił. - odparła kobieta z psotnym uśmieszkiem - Maszkara cię ciągle gnębi?
              - O której maszkarze mówimy?- zapytał ironicznie gnom.- Sporo ich koło mnie.
              Po czym westchnął ciężko.- A moja osobista… nie opuszcza mnie nigdy.
              - Jak tam twój plan na pozbycie się jej?
              - W gruncie… samobójczy? Cokolwiek bym nie wymyślił, nie widzę szans na przetrwanie konfrontacji. To droga w tylko jednym kierunku.- zamyślił się gnom.- Zdobyłem księgę szaleństwa… ale jeszcze nie wiem jak ją skutecznie użyć.
              Kobieta posmutniała.
              - Nie mów tak, na pewno coś wymyślimy. To chyba nie odpowiednia pora i miejsce na takie rozmyślania. Zjedz, odpocznij i może pójdź spać. Jutro cię pomęczę z tą twoją książką.
              - Nie smuci mnie ten fakt. Już dawno pogodziłem się z moim losem. I nie tykaj księgi. Nie chciałbym, żeby coś ci się stało z mojego powodu. A na mnie sen nie czeka. Mam… plany do przygotowania. Wyprawę do zaplanowania. Niedaleko co prawda, ale nigdy nie organizowałem wykopalisk. To coś nowego dla mnie. - odparł z uśmiechem Bajarz.
              - Kolejne ruiny? Możę pójdę z tobą?
              - Nie mogę obiecać ruin. Natomiast mogę obiecać, że nie będzie to daleko. Wybrałem najbliższą miastu lokację. Więęęęc… mogę cię wziąć ze sobą.- stwierdził z uśmiechem gnom.- Acz nie oczekuj zbyt wiele. Ja w każdym razie sensacji się nie spodziewam.
              - Będę musiała uprosić tatę, a ty będziesz musiał mu obiecać, że nic mi się nie stanie.
              - Z nas dwojga prawdopodobnie ty jesteś ta potężniejsza. Ale mogę to mu obiecać. Po pierwsze nie planuję nic niebezpiecznego, a po drugie… zatrudnię wypróbowanych już przeze mnie ochroniarzy.- odparł ciepło Bajarz.

              text alternatywny

              Baltizar nie posłuchał rady Piwonii. Nie mógł tego uczynić. Noc wszak była młoda, a on miał co robić. Miał co planować. Rozłożył mapę i przywoławszy magią kulę światła zabrał się do roboty. Już wcześniej zaznaczył położenie zaginionych osad gnomów. Teraz trzeba było obliczyć odległości, ocenić czas trwania wyprawy i zaplanować trasę i zapasy. Trzeba było przyznać, że Bajarz nigdy nie czynił takich przygotowań. A przynajmniej nie na taką skalę. Niemniej odległość od Evercrest nie miała być zbyt duża i wszystkie błędy jakie poczyni podczas tej wyprawy powinno dać łatwo skorygować wysyłając paru członków wyprawy po brakujące zasoby.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell jako Kaylie Sunfall
                Moderator Obsługa
                napisał ostatnio edytowany przez
                #152


                Viktor i Kaylie nocą w pokoju w Dworze

                Niski pomruk w gardle Viktora składał się w galtiańskie kołysanki. Nie były do końca poprawne… akcent wciąż trochę się nie zgadzał, czasem odmiana, a słowa wciąż znał w znacznej mierze tylko dlatego, że się specyficznie ich wyczuł… ale brzmiała w nich opieka, gdy tak leżał obok Kaylie i głaskał ją czule, czekając aż zaśnie.
                Kaylie natomiast wtulała się niczym dziecko spragnione opieki rodzica, jakiej było pozbawione. Czuła się bezpiecznie, czuła się kochana.
                - Czy twoja mama też cię tak często usypiała? - zapytała bardzo rozmarzonym głosem.
                - Yhym… - przytaknął - NIe pamiętam już tych momentów. Bardziej jako koncept. Niejasny obraz w pamięci… ale pamiętam uczucie jakie we mnie budziło pamiętanie tego.
                - Mnie usypiały nianie. - kontynuowała - Czy inne służące. Nie miałam jednej osoby w rezydencji, bo i sama nie byłam. A mama miała inne rzeczy na głowie. Później byłam za duża.
                - Nie wymieniłbym się z tobą. Nianie coś ci śpiewały?
                - Tak... Ale w sumie nie pamiętam co dokładnie. Przynajmniej śpiewały jak bardzo malutka byłam. Tak sądzę...
                - Cóż… to zapamiętasz przynajmniej te… * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪*
                Kaylie słuchała z przymkniętymi oczami, sycąc się prostą kołysanką. Mocniej wtuliła twarz w ramię Khala i z prawdziwą delikatnością oraz radością w głosie wyszeptała:
                - Byłbyś wspaniałym ojcem...
                - Może tak… najpewniej wcale nie. To wymaga trochę więcej niż talentu do lingwistyki… śpij Kryszyno. Napracowałaś się dziś.
                - Przecież dopiero zaczęłam, żadna praca... - broniła się.
                - Powiedziałem: śpij. Skończyłaś na dziś.
                Kobieta jeszcze łasiła się do Khala, ale jednocześnie układała spokojniej i zamykała oczy.
                - Będziesz jak się obudzę, nie porzucisz mnie, jak będę spała? - zapytała w sposób, jaki jest z jakiegoś powodu ważny dla kobiet chociaż przecież nie zapewnia, że ich partner ich nie oszuka... tylko jest to jakieś uspokojenie dla nich?
                - Będę tutaj - przytaknął i pocałował ją nad brwiami. - A teraz już koniec gadania. * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪* - zanucił ponownie jedyną kołysankę, którą w-miarę potrafił, aby odprowadziła Kaylie do snu.



                Viktor i Azazel

                Blisko środka nocy Viktor przerwał pracę. Z Fisusiem zamknął węzły magiczne i zrobił miejsce. Nie komunikował się z chowańcem. Obaj wiedzieli, że to ten czas.

                Kartka papieru przed nim, pióro w ręce, kałamarz obok.
                Zaczął pisać. Z początku powoli i wciąż świadomie. Imiona wrogów swego Benefaktora, które znał… lecz drugiego nie skończył nim dłoń nie zaczęła pisać sama. Pióro przyspieszało w swoim tańcu po papierze. Piękny styl pisma nabierał nieśmiertelnej gracji, aż taniec pióra stał się niemal hipnotyzujący. Świadomość Viktora już nie była tylko we Dworze, ale na wpół dryfowała między planami.

                A Wielki Cień słuchał jego modlitwy i raportu. Słuchał i najwyraźneij był zadowolony, bo pokój kapłana wydawał się zanikać w oddali świadomości Viktora. Gdy otworzył oczy był… w innym miejscu niż te które kojarzył ze swych dotychczasowych wizji. Zniknęła znana mu sala sądowa Azazela, to miejsce było… inne… obce. Piekielny ogień ciągle palił jego plecy jednak kapłan nie czuł zagrożenia, to miejsce przepełnione było… nadzieją? Wizualnie nie był jeszcze pewien co widzi, miejsce wiło się niczym dym i mgła nie mogąc przyjąć jednego kształtu.
                Azazel stał u jego boku, diabeł zerkał co chwilę na swe dzieło.
                - Nie jest jeszcze gotowy, trochę zajmie zanim będę mógł przeprowadzić swoje działania. - wrócił uwagą do swego sługi - Więc, słyszę, że mamy postęp.
                - Tak, panie. Dotychczasowe małe kroczki wypracowały okoliczności do wielkiego skoku. Fasada świątyni już stoi i w dwa dni będzie ona wypełniona. Pierwsi wierni już zbiegają się w jej progi i będzie ich więcej.
                - Dobrze. - diabeł spojrzał jeszcze raz na swój projekt po czym machnął ręką, pojawiły się dwa siedziska, Azazel zasiadł przy jednym i wskazał na Viktorowi na drugie - Więc, opowiadaj o tej rozprawie, tej z alchemikiem. Rozumiem, że reprezentujesz ofiary.
                - Zgadza się - przytaknął, siadając na wskazanym miejscu - Sprawa prosta i klarowna. Rzesza świadków, dowody w postaci jego zapisków i jego pełna kooperacja. Spodziewam się, że przyzna się sam do winy. Są tylko dwa mankamenty i zdają się powiązane. Fakt, że jest on klonem oryginalnego Ahaira oraz ktoś naciska aby proces szybko został pchnięty w przód, więc spodziewam się, że ktoś wpływowy – postawiłbym duże pieniądze na Hiernonima Crawcolta, lub kogoś bezpośrednio z nim powiązanego – chce szybko ukręcić sprawie łeb nim Junior wypapla zbyt wiele.
                - Istota jego natury nie zmniejsza jego winy. - odparł diabeł - Możesz gdybać o tym czy został taki stworzony, czy nauczył się sam. Fakt pozostaje faktem, że jego działania są rezultatem jego decyzji. Jego wolnej woli. Co do grubszej polityki… polecałbym ci ją na razie pozostawić w spokoju. Zaczniesz mieszać się bardziej niż powinieneś i szybko skończysz na stryczku. - Azazel się zastanowił - Możemy zapewnić, że dusza tego Ahaira, nawet jeżeli to klon, spotka należyta kara…
                - Polityka, niestety, ma tendencje samodzielnie wchodzić z butami do życia. Tylko agresywniej jeśli się od niej wzrok odwraca. Ale definitywnie zamierzam grać zachowawczo i pozwolić Crawcoltowi zgnuśnieć w satysfakcji i błędnym poczuciu bezpieczeństwa, gdy będzie oglądał egzekucję alchemika. Jego kara jest mi ważniejsza niż ta należna Seniorowi.
                - Mi też bardziej chodzi o pokaz… - odparł diabeł z drobnym uśmiechem - Mojej osobistej interwencji w tej sprawie. I byłoby zastosowanie dla twojej towarzyszki.
                - Definitywnie coś takiego miałoby moc i napędziło zainteresowanie. Czy to jest plan w co mógłbym zostać wtajemniczony z wyprzedzeniem?
                - Rytualna egzekucja. - odparł diabeł - Nic krwawego, nic wbrew normom społecznym. Zwykła głośna modlitwa do mnie, dekapitacja. Reszta to, jak mówią, show biznes, sądzę, że Kaylie się nada.
                - Dam radę to zorganizować - zgodził się Viktor, z najdrobniejsza nutą nieufności.
                - Coś ci chodzi po głowie. - to nie było pytanie.
                - Wybacz, panie, - Viktor pochylił głowę w szacunku - ale próbuję zrozumieć twą wizję tego wydarzenia. W ramach “osobistej interwencji” spodziewałem się… więcej niż samej mojej modlitwy? I nie wiem czy nie zrozumiałem twojego planu, czy – zwyczajnie – nie zostałem jeszcze wprowadzony we wszystkie szczegóły.
                - Myślałem, że masz odrobinę pojęcia o teatralności. Jeżeli jednak wymagasz dokładnego opisu. Po tym jak głowa zostanie usunięty z ciała, na czole pojawi się mój symbol, oznaczający, że dusza złoczyńcy została oddana mnie do ukarania. Nie jest to oczywiście coś co mogę zrobić z każdym, bogowie trzymają dusze swoich sług przy piersi. Zważając jednak na sytuację, najpewniej odbędzie się bez obiekcji z zewnątrz. - Azazel zerknął na kapłana - Chyba nie sądziłeś, że osobiście się zjawię na egzekucji?*
                - Oh, nie. Zbyt niskie progi, to bez dwóch zdań. Twój symbol jest wystarczający i rzeczywiście osobisty. Wypełnia lukę logiczną, która powodowała mój dysonans poznawczy. Czy… mógłbym zasugerować praktyczne zastosowanie dla jego duszy?
                - Nie wykorzystam jej do umagicznienia ci broni… to zbyt demoniczne na moje gusta.
                - To bym sam mógł zrobić… mniej-więcej. Chciałbym go… wypożyczyć z Twej domeny. Za jakiś czas, na kilka krótkich dekad. Znajdę artificera, który zbuduje mu odpowiednie ciało. Gdy kara już go odpowiednio zmiękczy. Będzie pracował na moje polecenie i twoją korzyść. Kościół, prędzej czy później, zyska wrogów. Choćby agentów Księcia Ciemności, gdy ten zorientuje się, że idzie nam lepiej niż oczekiwał. Wtedy każda przewaga się przyda. Włącznie z niewolnym alchemikiem.
                Diabeł się zastanowił.
                - Rozważałem podobny system. Chociaż bardziej tutaj. Metoda dla idiotów, którzy zasłużyli na piekło, aby odkupić swe czyny ciężką pracą. Wysyłanie ich z powrotem na Golarion… ech, Pharasma będzie mi suszyć głowę o to, a wy będziecie pewnie mieli kłopot z jej wyznawcami. Nie martwiłbym się o Asmodeusa… jeszcze. Pierwszy uważa, że ciągle ma mnie w garści.
                - Hmmm… nawet w pełni mej arogancji nie przypisuję sobie możliwości zrozumienia niuansów boskich spraw… oświeć mnie jednak, panie… jeśli raczysz. Idea o której mówisz jest więcej-niż-zasadna. Nie mówimy tu o tworzeniu nieumarłych, ale tymczasowym opuszczeniu zaświatów. Procederem praktycznie niewiele różniącym się od klasycznych wskrzeszeń, o które kler Matki Dusz nie ma pretensji, a i sam czasem stosuje w regularności nie rzadszej niż inni kapłani. Pretensje o coś takiego wydają się… trącić hipokryzją?
                - Viktorze, klasycznym wskrzeszeniem nie będziesz miał nad nim kontroli. Wierzę w twój talent do urabiania sobie ludzi, ale czy jesteś pewny, i to całkowicie, że Ahair z własnej woli będzie chciał odkupić swe winy? Czy on w ogóle uważa swoje czyny za coś godnego potępienia?
                - Proszę o korektę, jeżeli się mylę, ale… Matka Dusz nie ma dogmatów przeciw kontroli, ani przymusom. Jej przykazania nie poruszają wolnej woli, ani odkupienia win. Jedynie nieuniknioność ostatecznego… - Viktor zatrzymał się w odpowiedzi, z twarzy patrona wyczytując, że popełnił jakiś błąd.
                - Nie to miałem na myśli. - diabeł westchnął - Wskrzesisz go. Jak przekonasz go, aby ci pomógł? Nie zaprzeczam ci umiejętności w tej sztuce, ale nawet ona ma swoje limity.
                - Zapewnieniem, że jedynie moja wola trzyma go przed powrotem na dół. Nie wierzę, by śmiertelne metody korekty mogły na niego wpłynąć, ale tam na pewno znajdą się sposoby kary, do których za nic w świecie nie będzie chciał wrócić. To plus z pół tuzina zabezpieczeń w samym ciele, które zostanie dla niego zbudowane.
                Diabeł się uśmiechnął.
                - To lepiej. - obejrzał się za nich w oddali było widać płomienie piekła - Więc jak sądzisz… tydzień wśród moich… współpracowników?
                - Mam kontakt z Ligą Techniczną. Można im wiele zarzucić, ale jeśli chodzi o budowanie ciała-więzienia dla duszy to na Golarionie raczej nie będzie lepszych. Jednak nie sądzę, aby zajęło to mniej niż miesiąc, więc będzie miał czas się ukisić w swoich sokach.
                - Czy on nie jest częścią Ligi?
                - Wiemy, że Senior jest w Lidze. Niekoniecznie Junior. Szczegóły i tak nie będą ich obchodziły, a pieniądze lub przysługi które będę im za to winny. Ale to mój problem, aby to zorganizować w sposób nienaruszający potrzeb Kościoła.
                Diabeł kiwnął głową.
                - Nie będę się mieszał, wiem, że jest to po części związane z twoją prywatną sprawą w tym mieście i trzymam cię za słowo, że nie sprawisz, aby stanęło to na drodze twojej powinności wobec mnie. - Diabeł spojrzał z powrotem w kierunku swego przyszłego dzieła - Miesiąc w Piekle powinien dać mu do myślenia. Czy masz do mnie jeszcze jakąś sprawę?
                - Jedną, jeśli się da. Czy jest możliwe otoczenie mojego biura w świątyni polem antydywinacyjnym? Częstość ich występowania w Evercrest każe mi sądzić, że są ku temu jakieś korzystne warunki… Mam metody obrony przed szpiegami, przed wrogami, przed cwaniakami i naciągaczami, a nawet przed przyjaciółmi, ale na dywinacje nie mam żadnej realnej kontry. A jednak sprawy kościoła i kancelarii powinny pozostać prywatne.
                - Naprawdę potrzebujesz mnie do tego? - Diabeł uniósł brew - Mogę dać ci przedmiot, który umieści teren w promieniu dziesięciu metrów w bańce przeciw wieszczeniu. Lub mogę cię nauczyć rytuału, aby osiągnąć ten sam efekt. Rytuał trzeba będzie powtarzać oczywiście, ale przedmiot można ukraść.
                - Rytuał, panie, jeśli mogę prosić.
                - Rytuał nie jest skomplikowany, ale jest czasochłonny. Będziesz potrzebował ołowiu, soli i odrobinę krwi… - trochę zajęło, aby diabeł wytłumaczył wszystkie niuanse przedmiotów i ich konieczności, ale po kilku minutach Viktor miał gotowy rytuał - Następnie będziesz musiał spędzić trzy godziny na modlitwie o ochronę, powtarzaj to raz na tydzień, aby utrzymać efekt.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach jako Azazel
                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                  #153

                  Dwa Dni Później

                  Świt nad Evercrest nadchodził powoli, jakby miasto nie chciało jeszcze budzić się ze snu. Blade światło przeciskało się między strzelistymi dachami i wąskimi uliczkami, barwiąc kamienne mury na odcienie złota i różu. Mgła unosiła się nisko nad brukiem, oplatając fundamenty domów i snując się leniwie w stronę rynku.
                  Pierwsi mieszkańcy byli na nogach. Gdzieś skrzypiała otwierana okiennica, ktoś zamiatał próg, a z oddali dobiegl głuchy stukot kopyt na kamieniu. Nad miastem rozlega się pojedynczy dźwięk dzwonu, oznajmiający początek nowego dnia.
                  Z kominów zaczynał unosić się dym, niosąc ze sobą zapach pieczonego chleba i wilgotnego drewna. Strażnicy na murach zmieniają wartę, ich sylwetki rysują się na tle jaśniejącego nieba. Gdzieś w zaułku kot przemknął bezszelestnie, a handlarze powoli rozstawiali swoje stragany, szykując się na kolejny dzień targu.
                  Evercrest budziło się do życia, nie świadome najnowszych niespodzianek jakie los zgotował naszym bohaterom.


                  Kaylie i Viktor

                  Galtianka jak zwykle obudziła się w swoim łóżku widząc swego lubego adwokata dokańczającego swoje najnowsze dzieło, jakiś kolejny świecuszek, który sprzeda na korzyść kościoła. Para kochanków usłyszała pukanie do drzwi, po chwili przeszła przez nie rudowłosa córka opiekunka karczmy.
                  - Hej kochani. - przywitała ich z uśmiechem, stawiając tacę ze śniadaniem przy stoliczku obok Kaylie - Dziś śniadanie do pokoju. Sądziłam, że będziecie chcieli zjeść przed dramą… - uśmiech Lilii trochę zrzedł - Filia Blackfyre jest na dole… i tata stara się nie dawać jej alkoholu. Nie wygląda jakby była w dobrym nastroju.


                  Baltizar

                  Gnom obudził się z głową na bujnym biuście Piwonii. Bogowie wiedzą czym zasłużył sobie na taką radość, ale nie miał zamiaru narzekać. Blondynka zaczęła częściej spędzać czas z gnomem, odkąd wróciła jej siostra. Harpeness spodziewał się dziś swoich najemników i mieli wyruszyć do ruin gnomiej wioski na południe od miasta.
                  Jak zwykle u jego boku "odpoczywali" jego dwaj stróże.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ArveeA Niedostępny
                    ArveeA Niedostępny
                    Arvee jako Viktor Goodmann
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #154

                    Trójróża
                    !(https://tinyurl.com/tc2n2wnr)...

                    .
                    - Moment proszę… - Viktor nie mógł przerwać pracy. Kilku oddechów potrzebował aby domknąć ją na tyle, aby Fisuś mógł zapakować.

                    Kapłan zmówił krótką inkantację, przywołując zaklęcie co wypłukało z niego zmęczenie i dopiero wtedy odwrócił się do Lilii.
                    - Dzień dobry, Słońce. Sprecyzować byś mogła co znaczy “tata stara się nie dawać alkoholu”? Bo brzmi jakby była w trakcie aktywnych prób spicia się z samego rana?
                    Kaylie przekręciła się pod kołdrą i przeciągnęła wysuwając spod niej nagie ciało.
                    - Już pić? Do śniadania? Czy na kacu i chce dobić go? - zapytała rozglądając się za ubraniem.
                    Lilia westchnęła.
                    - Wygląda jakby miała zamiar zapić się pod stół. Tata jej mówi, aby poczekała do czasu, aż przekaże wam to co chce przekazać. - rudzielec wzruszył ramionami - Dawno nie widziałam jej w takim stanie, nie wiem co się stało.
                    - Może niech tu przyjdzie? - Kaylie zapytała Khala zakładając bieliznę - To przynajmniej kontrolowane środowisko.
                    - Dobry pomysł - przytaknął Viktor wstając od biurka. - Dziękujemy ci za troskę. Jeśli Filia powtórzy to w przyszłości to będę wdzięczny za natychmiastowe wieści.

                    Kałamarz

                    Na dole Filia odbywała gorliwą dysputę z Otto. Karczmarz stał z założonymi rękami patrząc z politowaniem na komendant straży.
                    - Filio mówiłem ci już, alkohol nie jest rozwiązaniem. Będziesz później tylko żałować…
                    - Och, odpuść sobie. Już żałuję.
                    Karczmarz jedynie pokręcił głową i spojrzał w kierunku schodów.
                    - Widzisz. Tak jak mówiłem, już są. - Otto wyszedł zza szynku i dopadł do Viktora - Jest naprawdę w podłym nastroju, namów ją aby odpuściła alkohol.
                    - Zobaczymy - przytaknął Viktor, ze zmartwieniem w oczach - Hej, Filio… Chodźmy może na górę. Porozmawiamy w pokoju Kay, co ty na to?
                    Komendant zerknęła na niego. Otworzyła i zamknęła usta jakby próbowała coś powiedzieć, ale tylko zawiesiła głowę i ruszyła za Viktorem. Zatrzymał się na piętrze.
                    - Kay jest w swoim pokoju. Jeśli byś preferowała to opcją jest też porozmawiać u mnie.
                    Propozycję podkreślił krokiem w tył, dając jej swobodne przejście, niezależnie co wolała.
                    - … wszystko mi jedno… - mruknęła Filia i chyba po prostu czekała, aby Viktor ją poprowadził.
                    Viktor przyjrzał się jej uważniej, wyszukując oznak czy aby na pewno miała na myśli to co mówiła… Kiwnął głową i zabrał ją do pokoju Kaylie.

                    Kałamarz

                    Galtianka zobaczyła Viktora i Filię wchodzących do jej pokoju. Komendant wyglądała jakby ledwo trzymała wszystko w kupie.
                    Kaylie podeszła do Filii i położyła jej dłoń na ramieniu oraz objąwszy zaczęła prowadzić na łóżko z dostawionym stolikiem, na jakim stało śniadanie.
                    - Croissant i czekolada wciąż ciepłe. Pyszne. - powiedziała przysuwając talerzyk z pachnącą słodką bułeczką.
                    Filia spojrzała na rogalik i ugryzła kawałek.
                    -... Dzięki… Viktor szykuj się na rozprawę. Przyspieszyli wszystko. Za dwa dni na się odbyć. - komendant wyrzuciła z siebie informacje jakby chciała mieć to za sobą.
                    - Czekolada też znamienita. - Kaylie powiedziała podając szklankę z gorącym napojem - Zdążymy pogadać.
                    Filia upiła odrobinę czekolady i oparła głowę na ramieniu Galtianki. Kaylie zauważyła łzy formujące się w oczach komendant.
                    Kaylie delikatnie gładziła włosy kobiety i pozwalała jej radować się śniadaniem w milczeniu.
                    - Jestem tak gotowy jak ta zabawa na to zasługuje. Teraz moja uwaga jest skupiona na tej drugiej sprawie. Tej co cię w taki stan wprowadziła. Chciałabyś nam o niej opowiedzieć?
                    - DAVION OPUSZCZA EVERCREST! - Filia rozryczała się w ramię Kaylie. Starała się coś z siebie jeszcze wydobyć, ale słowa były szybko przerywane szlochem.
                    Kaylie pozwalała Filii szlochać i po prostu ją przytulała, pozwalając się ukrywać w swoim torsie, jednocześnie rzucając spojrzenie na Khala próbując dać mu do zrozumienia, że jemu oddaje pałeczkę, a on… czekał chwilę. Analizował. Usiadł obok i położył dłoń na ramieniu Filii aby… może nie “dodać otuchy”, bo to nie było realne w takim stanie… ale by wiedziała, że jest przy niej. Jak Kaylie dawał jej płakać. W takim stanie dopytywanie się “dlaczego?”, “ale na zawsze?”, czy “kiedy?” nie miało sensu.
                    - Jesteś wśród przyjaciół, Filio… - zapewniał tylko cicho.
                    Kilka minut minęło zanim komendant się uspokoiła.
                    - Wez… wezwali go do Absalomu… jakaś ważna sprawa… Ale nie wiemy kiedy wróci… za miesiąc mieliśmy brać ślub… - Filia wydała z siebie kolejny szloch.
                    - Jak to wyglądało? - zapytał Viktor chwilę później - Dostał list? Posłaniec werbalnie przekazał wiadomość? Wiemy dlaczego jest wzywany?
                    - List, zapieczętowany, prosto z Banku w Absalom… Nie było specyfików… przynajmniej nie, że ja je widziałam… chyba go awansują…
                    - I jak on na to zareagował?
                    - Płakał, klął, starał się skontaktować z przełożonymi… - delikatny, ciepły uśmiech się pojawił na ustach komendant - Wszystko, aby móc to legalne przesunąć. Nie dało rady…

                    • I macie pewność, że to prawdziwe wezwanie? - Kaylie zapytała łagodnie wciąż tuląc komendant.
                      - Sprawdzaliśmy… pięć, sześć razy. Wszystko się zgadza. - Filia westchnęła - Cieszę się dla niego, ale… czemu teraz?
                      - Absalom jest o tysiąc mil stąd… - głośno myślał Viktor, szukając już rozwiązań - Czterdzieści mil dziennie wierzchem daje… dwadzieścia pięć dni. Kiedy precyzyjnie macie mieć ślub?
                      - Dwudziestego Sarenith… w przesilenie. - zatem ślub komendant miałby się odbyć w przeciągu trzydziestu dni.
                      - Czy Davion potrafi sięgać po błogosławieństwa czwartego kręgu?
                      - Wiatr w plecy? - Filia podała kolokwialną nazwę błogosławieństwa, o którym myślał Viktor - Rozważaliśmy to… Ostatecznie… to tylko data… ważne, aby wrócił cały i zdrowy… po… poczekam…
                      Viktor zmrużył brwi w konsternacji.
                      - To… Mam wątpliwości czy rozumiem sytuację. Bardzo wyraźnie widzę, że idea odłożenia ślubu sprawia wam pewien dyskomfort emocjonalny. Pomyślny Wiatr nie nadaje podróży nadzwyczajnego ryzyka… wyjaśnisz mi dlaczego odrzuciliście tę opcję?
                      - Ponieważ bierzesz jedynie pod uwagę drogę do i z. Nie wiemy ile czasu on jeszcze będzie musiał tam spędzić. Wywierać na niego presję… że jeżeli się pośpieszy to zdąży, w czasie kiedy musi się skupić nad… czymkolwiek co oni będą od niego chcieli… tak będzie lepiej. Po prostu… wybierzemy inną datę…
                      Viktor kiwnął głową, rozumiejąc logikę.
                      - Ta data… ma dla was wyjątkowe znaczenie?
                      -... -asz pierwszy pocałunek…
                      Viktor znów kiwnął kilka razy głową.
                      - Więc to jest rzeczywiście ważna data. Hmmm… - zastanowił się dłużej aż w końcu pstryknął palcami. - Ah… - przyklęknął naprzeciw Filii, z iskrami w oczach. - Rozumiem czemu nie chcecie tego wezwania zignorować. Rozumiem, że te pięć dni to dużo za mało. Ale jeśli twój braciszek wyczarował by mu dwa pełne tygodnie, z możliwością poinformowania o rozwoju wydarzeń… Spróbowalibyście z pierwotnym terminem?
                      Filia zamrugała kilka razy.
                      - Lepiej wytłumacz mi wszystko zanim się zgodzę… - nutka nadziei pojawiła się w jej głosie.
                      - Słyszałaś o koniu i zębach, hmmm? Wymyśliłem to dosłownie pięć sekund temu. Nie mam jeszcze dopracowanych niuansów, ale dam radę to zorganizować. Będziesz musiała mi chwilowo zaufać ale zacznij od potwierdzenia, że dwa tygodnie uznacie za wystarczający zapas…
                      - Powinno wystarczyć... - uznała Filia - Możesz chociaż dać jakąś podpowiedź?
                      - Kilka opcji, które jednostkowo nie muszą się udać, ale jako komplet któryś na pewno przyniesie owoce. Ale zacznijmy od wyeliminowania najprostszej opcji… Fern na pewno byłby zdolny przeteleportować Daviona do Absalomu. Dlaczego nie jest on opcją?
                      Filia się zastanowiła.
                      - Ponieważ jest wieszczem a nie przywoływaczem? Nie zakładaliśmy, że to zaklęcie znajduje się w jego repertuarze.
                      - Masz na myśli, że paranoik nie opanowałby najlepszej magicznej ewakuacji? Heh… zaczniemy od niego. Jeśli się nie uda to mam trzy inne pomysły. Kay… Ty masz z nim nić porozumienia. Na pewno lepszą niż ja… wzięłabyś na siebie zapytanie go o to? Oferuję standardową rynkową zapłatę za takie zaklęcie.
                      - Lepiej powiedz co oferujesz jej za tą przysługę. - komendant mrugnęła do Galtianki.
                      - Ty nie cwaniakuj, bo jak takimi transakcjonistami mamy być, to ty mi się nie wypłacisz za to co ci tu zaraz wyczaruję - zaśmiał się do Filii i spojrzał na Kaylie pytająco.
                      Kaylie uśmiechnęła się.
                      - Dobrze, zapytam. - zgodziła się bez narzekania.
                      - Dziękuję, Kruszyno. Jak byś była uprzejma to po śniadaniu, byś mogła? Mam przeczucie, że to byłoby zbyt łatwe i muszę to wiedzieć w miarę szybko.
                      - Postaram się. - obiecała.
                      - Tylko o to proszę - Viktor zadowolony usiadł na krześle i wziął pierwszy kęs swojego śniadania. - Więc potencjalny-awans, mówisz. Za to też się należą potencjalne-gratulacje. I to w banku? Nie wiedziałem, że Davion ma jakieś powiązania…
                      - Nie finansowe, jeżeli o tym myślisz. Świątynie Abadara często też pełnią rolę banku czy innego urzędu. Bank w Absalom to główna świątynia Boga Miast.
                      - Ma sens… - przytaknął Viktor przegryzając kolejny kęs - To jakaś ich traditio, że wzywają z tysiąca mil, nie tłumacząc powodów?
                      - Nie… ale Davion stamtąd pochodzi, jego bezpośredni przełożony tam urzęduje… pewnie o to chodzi.
                      - Nie z Kyonin? - zapytała Kaylie z jakimś zawodem.
                      - Oryginalnie tak, ale przeniósł się do Absalom i tam spędził większość życia. - Filia zaczęła tłumaczyć - Przybył do Evercrest kiedy królestwo zaczęło się rozrastać jakieś piętnaście lat temu.
                      - Ale czemu opuścił Kyonin? - pytała dalej.
                      - Ciekawość świata, nuda, zrządzenie losu. - komendant wzruszyła ramionami - Podejrzewam, że sądzisz, że nikt nie chciałby opuścić królestwa elfów?
                      - Na pewno ja chciałam tam zamieszkać... ale rozumiem, że to niemożliwe, nawet mając pokrewieństwo krwi stamtąd... - westchnęła.
                      - Wiesz, że to ma więcej wspólnego z ich chęcią izolacji, niż twoim… nie-elfostwem?
                      - Gdybym była elfia to łatwo by mi było do nich dołączyć... - posmutniała wyraźnie - Zawsze to na moją niekorzyść działało…
                      Filia spojrzała na Galtiankę.
                      - Sądzę, że za wysoko ich cenisz. Jeżeli naprawdę cenisz sobie wolność jaką szczyci się Galt. Elfy Kyonin są dość… zatwardziałe w swoich przekonaniach i drogach.
                      - Wychowano mnie w przeświadczeniu, że elfy są po prostu lepsze. - szepnęła.
                      - Bez urazy… brzmi trochę jak fetyszowanie ich. W sensie, takie wielbienie kultury, z którą pewnie miało się niewielki kontakt? Mogłabyś się poważnie zawieść, gdybyś zobaczyła Kyonin, zarówno dobre i złe części.
                      Galtianka nie odpowiedziała już na to wybierając milczenie.
                      - Nawet nie wiesz jak… - przytaknął Viktor Filii o fetyszyzowanie elfów, kończąc powoli śniadanie.
                      Kaylie spojrzała bez słowa na swojego kochanka jedynie mogąc besztać go wzrokiem, ale on zdawał się nie dostrzegać nagany. Ani trochę... co wyraźnie irytowało Galtiankę.
                      Filia podeszła do Viktora i go uściskała.
                      - Dziękuję… - wróciła do Kaylie, którą również przytuliła - I tobie. Naprawdę dziękuję.
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Niedostępny
                      ZellZ Niedostępny
                      Zell jako Kaylie Sunfall
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #155

                      KAY IDZIE DO FERNA

                      Kaylie ponownie znalazła się w rezydencji barona, tym razem wciskając w siebie wyciągnięty od Otto rogalik, jako że swoje śniadanie zostawiła już Filii. Mając pełne usta zastanawiała się kiedy był pierwszy pocałunek jej i Khala... I zrozumiała, że nie byłaby to tak romantyczna okazja. Może lepsze byłoby jego pierwsze rozklejenie się przy niej? Nie... To mógłby źle przyjąć. Cholera z tymi datami. Kto by do nich wagę przywiązywał?
                      Wieszcz oczywiście się jej spodziewał, kto by pomyślał. Jak ona tych gości nie lubiła za to! Nawet jeżeli aktywnie nie podglądali to nieaktywnie wystarczyło by być irytujące dla drugiej strony.
                      Napychała usta kolejnym wypiekiem z Dworu idąc do wskazanych przez strażników komnat, po drodze "podziwiając" poziom bezguścia jakim Baron ozdobił swoje domostwo.
                      Prostak.
                      Strażnicy patrzyli na zbliżającą się Galtiankę.
                      -Aaah… to miał na myśli… Lord Fern panią oczekuję, znajduje się w bibliotece, zna pani drogę?
                      - Znam, znam... A co takiego tym razem powiedział? - zapytała z lekkim rozbawieniem.
                      - Że odwiedzi nas "kobieta pochłaniająca dziedzictwo swej kultury". Przyznam, nie to sobie wyobrażałem.
                      Kaylie jedynie pokręciła głową i udała się do biblioteki, ale nie przestała napychać się rogalikami. Oddała swoje śniadanie Filii, co miała innego robić?


                      W bibliotece Fern przeglądał jakieś księgi kiedy przez drzwi przeszła kobieta. Spojrzał na nią i delikatnie się zaśmiał.
                      - Nie musiałaś pożerać wszystkiego na szybkość. Poczekałbym.
                      - Nie wchodzi się między książki z jedzeniem. - powiedziała przełykając ostatni kęs.
                      - Kobieta z szacunkiem do wiedzy. - uśmiechnął się - Więc, o co chodzi? Widziałem jedynie, że mnie odwiedzisz.
                      - Chodzi o ratunek daty ślubu, do jakiego konieczna jest magia. Bardzo istotnego ślubu o bardzo istotnej dacie. Ślubu naszej komendant straży.
                      - Filii? A cóż się stało? - wieszcz wydawał się jednocześnie zmartwiony i podekscytowany.
                      - Jej narzeczony został przywołany do Absalom i zazębia się to z ich ustaloną datą ślubu. Dotarcie na miejsce, załatwienie spraw i powrót to będzie zbyt długo, aby się wyrobił. - wyjaśniła.
                      - Wezwany do Absalom… - wieszcz się zastanowił - … pewnie jakieś wewnątrzkościelne sprawy. No dobrze, to co ja mam z tym wspólnego?
                      - Zastanawialiśmy się czy posiadasz w swoich arsenale magicznym magię pozwalającą na teleportację choćby bliżej Absalom.
                      Elf strzelił językem na tą propozycję.
                      - Uuu… teleportacja bliżej Absalom… tak i nie. W sensie byłbym w stanie rzucić zaklęcie, problem w tym, że nigdy nie parałem się magią tej natury. - Fern zastanowił się - Wiem skąd zdobyć odpowiedni zwój, ale zajmie mi to do jutra. Oczywiście pomogę.
                      - Och, dziękuję! - Kaylie uśmiechnęła się uroczo - Ile będzie kosztować?
                      - Proszę, nie przejmuj się tym. Filia to bliska przyjaciółka, jeżeli mnie potrzebuje, cena nie gra roli. - elf się uśmiechnął - Szczerze, trochę się ekscytuje całą sprawą. Bo wzięła mnie absolutnie z zaskoczenia.
                      - To pomyśl jacy my byliśmy zaskoczeni jak przyszła do nas do Dworu cała zdenerwowana i załamana. Jadłam teraz, bo pocieszałam ją moim słodkim śniadaniem. - przedstawiła sytuację - I pomyśleliśmy o tobie.
                      - Dziękuję… trochę boli, że oni o mnie nie pomyśleli, ale Filia stara się nie robić problemów innym. - uśmiechnął się - Przekaż jej, że oczywiście pomogę. Coś jeszcze może chciałaś? Bardziej od siebie?
                      - Nie, na razie nie mam nic na myśli dla siebie. - zaprzeczyła grzecznie - Dziękuję już na zaś też od Filii.

                      KAY POWRACA DO DWORU

                      Arkanistka wracała uradowana dobrze załatwioną sprawą. Khal będzie szczęśliwy, gdy usłyszy że nie musi nic płacić! Nie mogła się doczekać zobaczyć jego reakcji...
                      Niestety nie miało być tak, jak sobie oczekiwała.

                      Już w sali głównej zobaczyła samą Filię... jaka jednak nie piła! Najwyraźniej rozsmakowała się w rogalikach, jakie Kaylie jej oddała jeszcze na górze, bo musiała od Otto więcej uprosić, jako że miała je przed sobą.
                      - Tak smakują? - odezwała się podchodząc do komendant.
                      - Smaka mi narobiłaś… - odparła komendant z delikatnym uśmiechem - Do tego ten tutaj… - machnęła ręką w kierunku Otto - Ciągle nie chce mi dać alkoholu…
                      - I dobrze. Widziałaś zapijaczonych? Zawsze wielki bęben. W suknię ślubną nie wejdziesz taka opita i jeszcze po rogalikach. - zaśmiała się z niej.
                      - Ej! To nie ja się nimi zajadam codziennie! - naburmuszyła się komendant. Spojrzała na Kaylie i przez chwilę otworzyła i zamknęła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Najwyraźniej bała się zapytać o sytuację z Fernem.
                      - Ferna zasmuciło, że do niego nie przyszłaś o pomoc. - w końcu wtrąciła - A pomoże z wielką chęcią. Nawet jest podekscytowany tym zadaniem. Do jutra mu zajmie zdobycie zwoju.
                      Filia podskoczyła i uściskała Kaylie całując jej policzek.
                      - Dziękujędziękujędziękuję!
                      Kaylie trwała zakleszczona w uścisku i pocałunkach podekscytowanej Filii.
                      - Nie wiem czy wszystko wyjdzie śpiewająco w Absalom, oczywiście... - spróbowała ostudzić kobietę - Ale większa teraz szansa, prawda? I chyba jako komendant straży powinnaś przystopować i zachować więcej powagi w miejscach publicznych?
                      - Oj cii… - przytuliła ją jeszcze raz - Naprawdę jestem ci wdzięczna za to wszystko co robisz, oboje robicie. Viktor wydaje mi się, że poszedł pogadać z tym waszym trzecim towarzyszem.
                      - Ja tylko poszłam do Ferna i dałam ci słodkości, to on wszedł w skórę wielkiego braciszka co broni siostrzyczki. Nawet był skory zapłacić, jeżeli Fern by tego zażądał. Chciał stanąć na głowie dla ciebie i to nie po to, by cię uwieść.
                      - To byłoby dziwne… sądzisz, że gdyby nie pokrewieństwo to by próbował? Z czystej ciekawości pytam.
                      - Nie sądzę, że poprzez pieniądze... A czy by próbował... Nie wiem... - westchnęła - My w sumie znamy się trochę ponad dwa tygodnie, odejmując małą misję kilka lat temu…
                      - Dwa… tygodnie? I ty już jesteś pewna, że to ten? Bogowie… musi być naprawdę dobry.
                      - Najlepszy jakiego kiedykolwiek miałam. I nie mówię tylko o łóżku. - potwierdziła pewnie.
                      Filia prychnęła.
                      - No, no… aż kusisz, aby posłuchać. - komendant przekomarzała się z Galtianką - Davion również jest wspaniały… we wszystkim. Ja po prostu miałam dłuższy czas, aby się z nim zapoznać zanim motylki zaczęły mi się wić w brzuchu.
                      - Wydaje mi się, że nie doceniasz starań jakie okazuje ci Viktor... Najwyraźniej widzi w tobie rodzinę, a to pewnie... więcej niż ode mnie teraz może otrzymać. - ostatnie słowa wypowiedziała przygaszona - Może wciąż jesteś do niego nieufna, nie wiem, ale to on jest tym co pierwszy rzucił ci się na pomoc.
                      - Nie zrozum mnie źle. Ufam jemu jeżeli idzie o mnie. Po prostu widziałam wiele dziewczyn, które płakało po nocach bo facet je nakręcił i porzucił dla "lepszej". - mina jej skwaśniała jakby mówiła z doświadczenia - Chyba kiedy nie widzę… swojej wersji związku, zaczynam martwić się o kobietę w nim.
                      - Jeżeli będę płakać... to z własnego wyboru. On mi wprost powiedział kim i jaką osobą jest. Nie zniechęciło mnie do prób... Najwyżej mnie kiedyś straż zgarnie z rynsztoka pijaną. Ale to pewnie nie będzie nic, czego nie mogłabym uniknąć, tylko jeżeli bym chciała.
                      - Mogę obiecać, że jeżeli sprawi, że będziesz płakać… żadne pokrewieństwo go przede mną nie ochroni. Możesz mu to przekazać. - objęła Galtiankę jedną ręką - Widzisz się jako druhnę?
                      Kaylie zawahała się.
                      - Nie wiem czy to dobry pomysł, jeżeli odbędzie się ślub po egzekucji... - szepnęła - Ktoś może mnie skojarzyć.
                      - Kaci też mają prawo żyć. - odparła Filia - Do tego, większość gości to członkowie straży, plus moja rodzina. Nikt nie będzie cię oceniał.
                      - A co z Viktorem? - zapytała - Czy będzie drużbą Daviona?
                      - To oni będą musieli ze sobą ustalić. Jeżeli ci zależy to mogę z nim o tym pogadać. Chociaż… - zniżyła głos do konspiracyjnego - Nie chcesz mieć tej małej przewagi nad nim? Że ty będziesz częścią ceremonii, a on, wielki pan adwokat, trzecie pióro Cheliax, może się tylko przyglądać?
                      - Filia! - Kaylie wyglądała na oburzoną - Gdyby nie on ciągle byś oczy łzami zalewała i nie byłoby jakichkolwiek szans! Mnie by nawet w sytuacji mogło nie być, a on by sam na głowie stanął by wam pomóc ze ślubem!
                      - Oj ci. To mój brat, mam prawo się z nim przekomarzać… nigdy nie miałam okazji. Ale dobrze, postaram się mu załatwić miejsce jako drużba. Chyba, że wypali z jakąś głupotą jak "Jak przeprowadzę ceremonię."
                      - Na przekomarzanie się będzie czas po ustaleniu relacji. I pamiętaj: gdyby nie jego działanie nie mielibyście nawet skrawka nadziei na ten ślub w danym terminie.
                      - Dobrze, dobrze. Wybacz… chyba nadzieja sprawiła, że trochę bardziej psotna się zrobiłam. Moja oferta co do druhny nadal stoi.
                      - Przyjmę acz tylko jak Viktor będzie drużbą. - uśmiechnęła się złośliwie.
                      Komendant trąciła ramię Galtianki.
                      - Patrzcie ją. Warunki stawia. Postaram się.
                      - Jedyną możliwością jeżeliby Viktor odmówił... ale w sumie zastanawiam się czemu ja? Musisz mieć jakieś znajome, jakie znasz dłużej niż mnie.
                      - Dziewczyny ze straży. Miałam zamiar dać im się pobić o miejsce. Ty natomiast właśnie oddałaś mi wielką przysługę i nie chodzi tylko o poczęstowanie się śniadaniem. - uśmiechnęła się do Kaylie - Jeżeli to co się dzieje między tobą i Viktorem jest prawdziwe… to będziesz moją siostrą co nie?
                      - Tak, ale... Ja naprawdę po prostu zrobiłam tylko tyle o co mnie Viktor poprosił, nie był to mój pomysł, sama też byś mogła poprosić Ferna... To raczej przypadkowe.
                      Filia spojrzała na Kaylie z delikatnym smutkiem.
                      - Słuchaj, jeżeli nie chcesz to cię nie zmuszę. Szczerze nie zależy mi na tym, kto kim jest na całej ceremonii… równie dobrze może mnie zaślubić jakiś pijaczyna, którego tego poranka wyłowię z rynsztoka. Jednak chciałam zaoferować to ponieważ… no wiem, że nie zawsze się układa między nami. Chciałam zacząć jakoś to odbudować.
                      - Oczywiście, że chcę tylko nie chciałabym zabierać miejsca komuś kto bardziej by z tobą był związany czy dłużej cię znał. - wyjaśniła.
                      - Nie martw się, nie zabierasz.

                      POWRÓT DO URZĄDZANIA ŚWIĄTYNI

                      Po opuszczeniu Dworu Kaylie znowu znalazła się przy wejściu do budynku świątyni Azazela, w jakim wyraźnie ktoś był. Drzwi pozostały uchylone, a głos natchnionego kapłana odbijał się od ścian. Głos, jaki miała wrażenie że rozpoznaje, choć teraz bardzo poszedł w nuty kaznodziei...
                      Galtianka nie śpieszyła się w jego stronę. Patrzyła na zimne i gołe ściany, jakie miała udekorować, gdy poczuła jak żołądek jej się ściska z obrzydzenia. Co ona robiła? Używała swojej magii dla miejsca kultu diabła...
                      Uchwyciła głowicę Rhaasta i wysłała do niego mentalną rozżaloną myśl: "Co ja czynię?"
                      "Ułatwiasz sobie życie?" padła odpowiedź "Wiem, że za bardzo tego nie chcesz, ale zdrowiej chyba będzie mu pójść na rękę… poza tym, masz wolność artystyczną co nie?"
                      Kaylie zwiesiła głowę czując się absolutnie pokonana. Była równie niewolna teraz, co mając kajdany na sobie w Cheliax. To samo uczucie, kompletnej zależności i braku wyboru.
                      Podłamana ruszyła w stronę natchnionego głosu kapłana.
                      "Hej, mam pomysł. W sumie pytanie. Ile z historii Azazela znasz?" głos miecz miał w sobie psotną nutkę.
                      "...chyba niewiele? Khal mi opowie. A co?"
                      Kaylie czuła uśmiech Rhaasta.
                      "A bo nie wszystkie jej elementy wspomina mile, a ty masz ją zaprezentować co nie? Chociażby tak, żeby tylko on o nich wiedział?"
                      *A ty skąd o nich wiesz?"
                      "Czas spędzony z twoim dziadkiem, plus wpływ Azazela na moją esencję. Ty wiesz, że twój chłopak chce go tu przyzywać?"
                      "Zakładałam taką możliwość..."
                      "No to, z tego co pamiętam o przyzywaniu, Azazel powinien mieć oczy gdzieś…" miecz zaczął tłumaczyć kobiecie umiejscowienie diabła oraz dzielić się kłopotliwymi aspektami jego historii.


                      Kaylie weszła do kaplicy w trakcie nauczań jakie Khal odprawiał dla wiernych w jeszcze nieprzygotowanym kościele. Nie zbliżyła się i nie stanęła obok innych, a zajęła miejsce wsparta o ścianę naprzeciw przemawiającego kapłano-prawnika. Prócz słuchania go i obserwowania wydarzenia sporo swojej uwagi poświęcała samemu pomieszczeniu jakie miała udekorować.

                      Dwie świątynne ławy ustawione były w szerokie “V”, pozwalające wszystkich obecnym być w podobnej bliskości do kapłana, który sam siedział na stosie nieużytych jeszcze bel drewna. Wyglądał swojsko i jak “jeden z nich”, nawet w szatach koloru czerwieni i czerni, spoglądając na nich z lekkiej wyższości.
                      - A co jak my wiemy, kto zawinił, ale Prawo będzie się z tym wlec i wlec, zanim samo do tego dojdzie?
                      - Wtedy przyjdziecie do mnie - uśmiechnął się Viktor - Nie obiecuję, że będę miał zawsze czas dla błahych spraw, ale dla poważnych będziecie mieć we mnie wsparcie. A szerzej to ujmując… Jednego dnia ty będziesz “pewien” winy sąsiada, jutro sąsiad będzie “pewny” twojej, a jak się pomylicie już tego nie cofniecie.

                      - Słuszny Osąd jest jak sędzia nad zwaśnionymi ludźmi. Nie może on pozwolić, by każdy sam wymierzał sprawiedliwość – “bo jest pewny” – bo wtedy racja pójdzie za siłą, a nie prawdą. Nie można wierzyć “na słowo”, bo zawsze jedno “słowo” stoi naprzeciw drugiemu…

                      Dyskusja trwała jeszcze dobry kwadrans, zanim Viktor ją zakończył. Kilka chwil potem
                      do Kaylie wciąż docierały odgłosy kolejnej rozmowy. Jednak już nie całe słowa, a sam ich podźwięk.


                      - Dziś chyba będziemy kończyć, jak myślisz? - zagadał Viktor, na przywitanie, gdy ją znalazł w głębi świątyni, jakieś dziesięć minut później.
                      Kaylie spojrzała na kapłana unoszc lekko głowę gdy podszedł.
                      - Po to tu przyszłam. Myślałam, że jesteś ze swoimi... znajomymi. - dłonią pokazała wysokość swojego łokcia.
                      Viktor uniósł brew nie do końca rozumiejąc co Kaylie ma na myśli.
                      - Ah… ci znajomi. Nie, nie. Trzódka była ciekawa. Wygląda, że mam już solidny rdzeń kościoła.
                      - Po prostu zniknąłeś tak nagle... - powiedziała cicho - Szczerze nie zakładałam, że cię tu znajdę, chciałam zrobić ten wygląd.
                      - Nagle? Nie nazwałbym tego tak, ale niech będzie. Zacznijmy dziś od mojego biura, dobrze?
                      - Jak sobie życzysz, Mistrzu.
                      W głosie Kaylie słychać było nuty sugerujące drażnienie się z nim.
                      - Wspaniale - przytaknął z uśmieszkiem, podejmując grę.
                      - Czy masz jakieś życzenia odnośnie gabinetu, Arcykapłanie? Pierwszy i jedyny?
                      - Mam dla ciebie ryciny. Styl lokalny, z elementami tylko stricte z Zachodniego Wybrzeża.
                      - Z Asmodeuszem może?
                      - Bardziej ornamenty, niż per se diabły. Zobaczysz na górze.
                      - Więc mam ci po prostu biuro zrobić. Jasne. Biurko, szafy na dokumenty i książki, wieszak na ubrania wierzchnie.
                      - Potem przejdziemy do mojego prywatnego pokoju i będzie więcej szaf, moje łoże, drugie biurko… długo by wymieniać wszystko. Po prostu chodźmy. Ja rzucę moje zaklęcia wspomagające i zostanę z tobą, aby wyjaśnić o co mi chodzi, gdy będzie to konieczne.
                      Początkowo Kaylie zaczęła iść. ale szybko zatrzymała się w pół kroku.
                      - ...łóżko? Znaczy... Ty już tak serio o tym postanowiłeś...?
                      - Kay… rozmawialiśmy o tym już dawno. Będę miał tu swoją sypialnię. Będziesz w niej mile widziana, a i tak wiele nocy będę spędzał w twoim pokoju we Dworze. Ale chcę mieć coś stricte swojego.
                      Galtianka spuściła głowę i spojrzała w ziemię wyraźnie przybita.
                      - Więc... co ostateczne?
                      Viktor ujął ją za ramiona i spojrzał w oczy.
                      - Kruszyno. Wyjaśnij mi skąd podkówka. Wciąż będziemy ze sobą spędzać noce, wciąż będziemy ze sobą spędzać czas. To nic nie zmienia między nami. Wyjaśnij mi czego nie widzę…
                      - Że będziesz tu pewnie spędzał więcej nocy i ja będę zostawać sama...
                      - I już zdążyłem Ciebie zaprosić abyś spędzała je tutaj ze mną, czyż nie?
                      - Tak, ale... - przygryzła wargę - Ja w sumie nie pamiętam, abym była traktowana jak szlachta, wiesz? Najpierw byłam młodziutka to tylko służba... później szkolenie... a później już wygnanie i... Dopiero Otto...
                      - I nie zamierzam ci tego odebrać. Wciąż będziemy tam nocować, wciąż będziemy korzystać z gestu wróżkowego króla. Jednak jeśli byś czuła, że on ciebie nie szanuje to wolałabyś mieć coś własnego i nie być na łasce jego humorów, prawda?
                      - Zależy czy bym mogła... - mruknęła smutno - Obawiam się... czy to już nie zwiastuje... rozluźnienia... więzi... - każde słowo wypowiadała ciszej od poprzedniego, bojąc się całości ich wydźwięku.
                      - Rozluźnienia więzi? Kay, niech piekło zamarznie… wymyślasz scenariusze i się ich boisz. Chcę mieć coś własnego, bo Otto mnie nie szanuje. Tyle. To wszystko. Nie ma to nic wspólnego z tym co jest między nami. Rozumiesz?
                      - Ale mogłoby doprowadzić do tego... - odwróciła wzrok - ...sama już nie wiem... Może też boję się zostać sama.
                      Viktor nachylił się i ucałował ją w czoło.
                      - Nie zostajesz sama. Nie odrzucam ciebie. Nie zaprzestajemy prób sprawienia, abyśmy działali. Nic się nie zmienia. Tylko to, że mam opcje i jak z Otto się pożrę to mam gdzie pójść… no i będę miał sypialnię zaraz obok biura kancelarii, co też na pewno się przyda.
                      - Ale przecież ty nie śpisz... - przypomniała.
                      Viktor zmrużył brwi.
                      - T-tak… ale ty śpisz. I jak będę pracował do późna to będziesz miała opcję spać obok. Poza tym sypiam co te dwa-trzy dni.
                      - Ale będą te noce, gdy cię nie będzie... - szepnęła i głęboko odetchnęła - Ale jest jak jest, prawda?
                      - Yhym… i one będą zupełnie niezależnie od mojej sypialni przy kancelarii.
                      Kaylie nie odpowiedziała ruszając w stronę pokoi dla Khala jedynie odwróciwszy się ku niemu by spojrzeć czy idzie za nią. Wtedy nagłe pchnięcie przyparło ją do ściany świątyni. Nie było gwałtowne, ale miało swój autorytet. Już w głębokim pocałunku skrzyżował jej nadgarstki wysoko nad jej głową i uchwycił je oba swoją dłonią, drugą przyciągając jej biodra do swoich.
                      Kobieta mimo początkowego zaskoczenia szybko zaczęła rozpływać się w niespodziewanym pocałunku.
                      Całował ją długo aż oboje dech zaczęli tracić, nim się oderwał.
                      - Bez smutania mi, proszę. Jesteśmy w tym wszystkim razem i na przekór światu walczymy o swoje szczęście. Chcę widzieć więcej werwy. Capisce?
                      Zapytał ale nie czekał na odpowiedź, a puścił ją (w sposób dający pewność, że nie utraci ona równowagi) i poszedł do biura przodem.
                      Arkanistka czuła gorąco na swoich policzkach walcząc z uśmiechem jaki wykręcał jej usta. Po kilku oddechach Khal usłyszał za sobą słowa kochanki:
                      - Oui maître.
                      - Quoi? Nie słyszałem. Głośniej, proszę! - Rzucił z wyzwaniem za plecy, wcale się nie zatrzymując.
                      - Oui...! Con. - ostatnie słowo powiedziała jakby z przekąsem.
                      Viktor zatrzymał się i spojrzał na nią marszcząc brwi podejrzliwie… rozumiał ton, ale definitywnie jeszcze nie znał galtaińskiego na tyle aby wiedzieć, że go obraziła… Pomachał palcem ostrzegawczo, ale złagodził to puszczonym oczkiem i skierował się znów do pokoju.


                      Biuro było przestronne i ułożone w nim były duże ilości surowców. Nie szkła i deski, ale bryły drzewa, piasek krzemowy, barwniki, stal, cyna, żelazo i ołów w ciężkich sztabach, oraz nawet kilka nieregularnych kostek marmuru. Kaylie łatwo też dostrzegała nieregularne nisze w ścianach. Przestrzenie na skrytki, dla ważniejszych dokumentów… albo na zmyłki. Większość na zmyłki.
                      Patrzyła z zamyśleniem na całość pokoju próbując go sobie wyobrazić urządzonego.
                      - Czy w tych przestrzeniach będą trzymane zwłoki?
                      - O tak prymitywne sposoby byś mnie oskarżała? Czuję się urażony… - chichot zadudnił w jego piersi, gdy wstępował do środka.
                      - Tu będzie stało moje biurko. Wszystkie ściany praktycznie wytapetowane regałami. Nigdy za dużo półek. W tej, tej i tej niszy zmontujemy sejfy. Za moimi plecami witraż. Tak aby pamiętano, że jestem również arcykapłanem. Tu skrzynia, tu szafa na ubiory robocze.
                      - A biurko tak wysokie by klęcząca osoba mogła się pod nim zmieścić, tak? - zapytała próbując brzmieć jak ktoś, komu nie zależy.
                      - Ma ono być wielkie, ciężkie i pełne ukrytych komór. Ma reprezentować moje stanowisko oraz być użytecznym narzędziem. Wszystko inne jest drugorzędne, ale… zastosowanie o którym mówisz naturalnie się kreuje jako efekt uboczny wcześniej wymienionych cech.
                      - Oczywiście. Oczywiście. Jak mogłam zapomnieć. - powiedziała ciągle siląc się na całkowity brak zainteresowania.
                      - Dobrze. Więc musimy najpierw zużyć materiały z tej grupy, aby zrobić miejsce…

                      Zaczęli pracę. Znacznie więcej było w tym opowiadania i oglądania rycin, niż faktycznego czarowania, ale taka była właśnie charakterystyka tej pracy. Zaklęcie to cztery do sześciu sekund. Precyzyjne zrozumienie co było oczekiwane mogło zajmować nawet kwadrans. Najwięcej uwagi poświęcone było biurku, ale łoże też okazało się dla Viktora ważne. Umysł Kaylie, zasilany zarówno błogosławieństwami i magią tajemną kierował zaklęcia wytwarzania w sposób tworzący dzieła sztuki, które na królewskie salony mogłyby trafić. I o to właśnie chodziło.

                      text alternatywny

                      - Doskonała robota - chwalił Viktor, widząc końcowy efekt. W oczach tańczyły mu ogniki radości. - W Cheliax bym się nie powstydził takiego wyposażenia. Może nawet mam najwspanialszy gabinet w cały Evercrest? Dziękuję Ci, Kaylie. Jeszcze raz: doskonała robota.
                      Mówić, że Kaylie była zawstydzona to nie mówić całej prawdy. Spuściła głowę trochę jakby coś źle zrobiła i wymruczała.
                      - To nic...
                      - Potem przetestujemy materac. Zajmiesz się resztą świątyni? Fisuś ci pomoże, wie wszystko co jest do zrobienia. Kozioł nauczył mnie rytuału przeciw-dywinacyjnego i chcę nim objąć te dwa pomieszczenia. Zajmie to kilka godzin.
                      - Jest tu gdzieś niewidzialny? Czy też patrzy na nas jak jesteśmy razem? - zapytała.
                      Viktor zachichotał dudniąco.
                      - No Fisuś, pokażesz się? - zapytał, a po chwili wężowy łepek wychylił się zza jego kołnierza.
                      - Zaznaczyć pragnę, że nie jestem przy waszych rozmowach częściej niż jest Rastafa. A technicznie jesteśmy istotami tej samej kategorii.
                      - Nie pytam o zwykłe rozmowy... - uśmiechnęła się - Chodzi o takie z akcją.
                      - Zrozumiałem… - odpowiedział Fisuś nie do końca zgodnie z prawdą - Odpowiedź pozostaje ta sama.
                      - Tak samo jak on uważasz, że to obrzydliwe? - zapytała wprost.
                      - Jeśli nie liczyć więzi empatycznej z Viktorem to jest to dla mnie czynność z tej samej kategorii co, powiedzmy, takie bieganie wokół jeziora. Nikt by mnie do tego nie zmusił, ale jak kto to lubi…
                      - Więc skoro ty odczuwasz co odczuwa... - nie dokończyła.
                      - To nie do końca tak… Na ogół trochę odczuwam, a więcej wiem... aczkolwiek przyznam, że część viktorowej satysfakcji do mnie dociera - wężyk wygiął się w jakiś taki sposób, że przypominało to gest wzruszenia ramionami.
                      Kaylie spojrzała na Khala.
                      - Nie wstydzisz się, że węża nakręcasz?
                      - Nie wstydzisz się, że swój miecz gorszysz? - odpowiedział zaczepnie.
                      - On nie musi patrzeć, a w końcu nie mamy aż tak... osobistej więzi. Nie wiem czy w ogóle rozumie i odczuwa moje uczucia.
                      - Nie dam ci odpowiedzi na tę konkretną zagadkę. Rhaast sam swoje przeszedł, ale ostatnio chyba próbował być milszym?
                      - Na tyle ile się da... Jest w sumie milszy do mnie. Szokujące, jakby nie on.
                      - Daj mu czas i doceń próby, a będzie tylko lepiej.
                      - Gdyby był czymś innym obawiałabym się, że coś knuje. - spojrzała na Fisusia - Jak ten mały tutaj.
                      - Ale nigdy się nie dowiecie co! - wąż wystawił język przekomarzająco i schował się za koszulą.
                      - Cieszę się, że i wasza relacja się poprawiła - uśmiechnął się Viktor.
                      - Ty wiesz, że masz pomagać mi w modelowaniu przestrzeni, Fisuś? Nie chowając się za koszulą Khala przecież. - przypomniała i zwróciła się do kapłana - Wątpiłeś?
                      - Skorzystam z prawa do składania zeznań… ale ona ma rację, Sir Fistaszku. Masz robotę do wykonania.
                      Viktor wyciągnął rękę i wąż wypełzł mu przez rękaw…
                      Po tym Kaylie przysunęła rękę i mały gad wsunął się pod jej rękaw.
                      - On wie tyle samo o naszych panu i władcy co ty? - zapytała z ironią opisując Azazela, jakiego w sumie wyśmiewała w jego świątyni.
                      - Ja tu wciąż jestem - wysyczał Fisuś głosem nieco stłumionym przez warstwy ubioru.
                      - Ale ja mogę być lepiej dysponowany do odpowiedzi na to pytanie - odpowiedział chowańcowi i spojrzał na Kaylie - Fisuś ma łatwiejszy kontakt z Kozłem Ofiarnym niż ja i ponad to wierzę, że rozumie go równie dobrze jak ja.
                      - Albo lepiej…
                      - Z tym bym polemizował, ale na pewno jesteśmy w tej samej kategorii poznawczej - zachichotał i spojrzał na Kaylie nieco poważniej - Nie chciałbym ciebie zanadto naciskać, ale bogowie mają szczególny wgląd w swoje świątynie i traktują je osobiście. Potrzebowałbym abyś przystopowała z przekorą i “humorem” gdy jesteśmy w jej murach. Możesz to dla mnie zrobić?
                      Kaylie zmarszczyła brwi.
                      - A boisz się, że będzie cię rozliczał z efektu?
                      - Boję się, że to nie JA będę rozliczany. I mówię o przekorze sprzed chwili, nie twojej pracy ZA chwilę. Nie spodziewam się abyś zostawiła jakąś niespodziankę, która by mi w przyszłości utrudniła życie.
                      - O czym ty mówisz? - przewróciła oczami - Nie zrobiłam niczego takiego, co postawiłoby mnie w złej sytuacji. Nie sprzeciwiam się mu.
                      - Nie mam nawet ochoty wchodzić w dyskusję o tym. Wiesz dobrze, że byłaś ironiczna. Chcesz być? Proszę bardzo… ale proszę ciebie… poza jego świątynią. To chyba nie takie trudne, prawda?
                      - Przecież go tu nie ma! - zaprotestowała.
                      - A tylko poprzez swoją obecność tu mógłby usłyszeć twoje słowa?
                      - Nie przeprowadziłeś żadnego rytuału, aby miał połączenie w te mury! - zaprotestowała.
                      - A sądzisz, że jakiegokolwiek rytuału by potrzebował, aby – w swojej pierwszej świątyni – mógł usłyszeć twoje słowa?
                      - To miejsce nie zostało mu poświęcone, więc jest jak każdy inny budynek. - upierała się i ze skrzywieniem spuściła głowę - Prawda?
                      - Wydaje ci się, że DLA NIEGO jest to jak każdy inny budynek?
                      - No nie, ale... w sumie jeszcze nic takiego tu się nie dzieje...
                      - I jesteś gotowa zaryzykować jego gniew, na mocy “w sumie to chyba nie będzie ciekawy”?
                      - Gniew... Jeszcze nie widziałam by ten diabeł był zły. Nie tak sobie wyobrażałam to... - mimo słów rozejrzała się oczami po pomieszczeniu jakby w lekkiej obawie.
                      - A czy wątpimy w jego zdolność do gniewu?
                      - Pewnie jest zdolny... - mruknęła pod nosem.
                      - Więc skoro przyjmujemy możliwość, że słyszy nas. Przyjmujemy możliwość, że usłyszane wzbudzi to jego gniew… Zakładam już, że jego gniew nie byłby przyjemny… czy nie warto oszczędzić sobie szansy na tę nieprzyjemność?
                      - ...tak... - burknęła niechętnie patrząc w ziemię.
                      Podszedł bliżej i ucałował ją w czoło.
                      - Dziękuję. Naprawdę nie chcę źle. To po prostu nieco autorytarna forma troski o ciebie. Jak będziesz tak przekorna względem niego we Dworze to nie usłyszysz mojego protestu. Czy taki układ brzmi rozsądnie?
                      - Ale masz zamiar tu mieszkać, a jednocześnie chcesz bym tu była często. - zamarudziła.
                      - Hmmm… trafny argument. Ale mój pokój nie będzie, de facto częścią świątyni, pomimo, że się w niej znajduje. Jestem pewny, że adresowanie czegoś takiego jak przed chwilą, w tym prywatnym pokoju, byłoby poniżej godności Kozła. Jak mówiłem… świątynia to szczególny przypadek. Pokój – nie.
                      - Robisz wyjątki dla swojej wygody bym chciała tu przychodzić.
                      - Mówiłem ci, to nie reguła a troska. Świątynie to szczególne miejsce dla bogów. Mój pokój nim nie jest.
                      - Czyli będziemy mogli robić cokolwiek i jakkolwiek w nim? Nawet wykrzykiwać bluźnierstwa, hmm?
                      - Byleby nie było słyszane w świątyni. Źle by to wyglądało… - uśmiechnął się do niej konspiracyjnie.
                      - Och, jej. To by ktoś był w świątyni poza nami?
                      - Jest możliwa taka sytuacja. Również możliwe są wieszczenia rywalizujących religii na obszarach których nie obejmę rytuałem antydywinacyjnym. Z głupszych powodów wygrywałem sprawy w Cheliax.
                      - Zaglądałeś do sypialni? - Kaylie zakryła usta w udawanym szoku - Jak przeciwna strona z żonami, mężami i kochankami? Gdzie twoja godność?
                      Viktor zamrugał oczami trzy razy teatralnej w konsternacji.
                      - Co takiego? Z czym się je tą “godność”. Dziwne koncepty przedstawiasz. I może tak, może nie, ale mogło mi się zdarzyć podsłuchać czyjąś rozmowę, w dosyć prywatnej sytuacji i dzięki temu ugruntować zwycięstwo w sporze handlowym.
                      - Więc wcale nie trzeba być dobrym prawnikiem! Wystarczyło wtykać nosa w prywatne sprawy jak jakiś szpieg! - pokręciła głową z niechęcią - A miałam cię za kogoś respektującego prawo i nie zniżającego się do tak ulicznych sztuczek.
                      Viktor wzruszył ramionami.
                      - Wyprowadzę ciebie z tego głębokiego niezrozumienia innym razem. Dziś mamy robotę. Zajmiecie się resztą świątyni. Chciałbym jutro już ją oficjalnie otworzyć.
                      - Słyszałeś Fisuś? Pan arcykapłan wydał polecenie. - ironizowała z uśmieszkiem.
                      Głośne chrapnięcie wydobyło się spod jej koszuli.
                      - Hę? Co?! Ah, no tak… tak długo chrzaniliście, że już sobie drzemkę uciąłem!
                      - Dobra, dobra… Oba cwaniaki: won - Viktor gestem brody wskazał drzwi - Wszyscy mamy swoją robotę, a niektórzy mają jej więcej potem.
                      - Gówno masz, a nie robotę! Idziemy Fisuś, my się przydamy! - powiedziała "urażonym" tonem i zabrała chowańca ze sobą, aby ozdabiać świątynię.
                      - A jak! - zawołał głosik spod jej koszuli, gdy wychodzili zostawiając rozbawionego Viktora, trochę nie rozumiejącego skąd ten nagły front się uformował.


                      - Więc wiesz dużo o przeszłości Azazela? - arkanistka odezwała się do chowańca, gdy oceniała zapotrzebowanie na ławy w świątyni - Przyda mi się do stworzenia płaskorzeźb i malunków naściennych.
                      - Tak jakby, ale nie będzie dużo scen z przeszłości Kozła Ofiarnego. Viktor nie chce estetyki jak ze świątyni Asmodeusza. Bliżej Abadara z diabelskimi elementami. Czy może ciebie to, po prostu, osobiście interesuje? Bo mogę opowiedzieć i tak…
                      - Interesuje, a na pewno też jakieś sceny są istotne, choć niewiele i lekko. Nie trzeba od razu robić tego jak u Asmodeusza. - wyjaśniła głaszcząc łepek węża.
                      - W porządku, ale wiele nie usłyszysz. Azazel strzeże swojej przeszłości, bardziej skupiając się na teraźniejszości. Wiadomo – bo on sam się nią dzielić nie chce –, że pierwotnie był aniołem o imieniu Fenuel. Zszedł na przedsionek Otchłani, aby chronić resztę wymiarów przed pochodem demonów. Wiesz jak to jest… Otchłań zawsze się chce rozrastać i zostawiona sama sobie pochłonie wszystko. Nieokreślony czas później został oskarżony o jakąś bzdurę przez niebiosa… wtedy piekła z niebami bliżej kooperowały… został zamknięty w planarnym odpowiednim więzienia na pięć tysięcy lat i stosunkowo niedawno dopiero wyszedł. To z tego pobytu przyjął przydomek Kozioł Ofiarny. Aby przejąć tę historię jako swoją… ale nic nie budzi w nim takiego szału jak zrzucanie na kogoś winy, by ratować się z własnego błędu.
                      - Dlaczego Asmodeusz akurat jego miałby poświęcać? Czym mu podpadł?
                      - Możesz go o to zapytać, mnie tam nie było.
                      - Nie mam za dobrych relacji z Azazelem, powinieneś o tym wiedzieć. Jako że masz większe zrozumienie tego diabła... Trzymasz go w wysokiej opinii? Poważasz go?
                      - … zgodnie z moją wiedzą NIKT nie ma z nim na tyle dobrych relacji, aby odpowiedział mu na pytanie o swoją przeszłość. Łatwiej byłoby z Księciem Ciemności, lub Baelzebubem pewnie… ale Kozioł by tego nie przyjął dobrze. Nie mogę o nim wiele powiedzieć, ale wiem, że on się stara. To jest istota, która aktywnie walczy ze swoją naturą i wygrywa. To jest chwalebne i ma w tym moje uznanie. Jest zauważalnie oderwany od rzeczywistości gdy idzie o niuanse tego świata, ale ma dość inteligencji aby ufać Viktorowi, że on je opanuje. Jednocześnie ogół już widzi całkiem poprawnie i wyciąga z tego poprawne wnioski. Ponadto jest w nich całkowicie szczery… albo dobrze gra, ale to jest niefalsyfikowalna możliwość z punktu widzenia śmiertelników. Ogólnie… zgadzam się w stu procentach z Viktorem. Nie kocham Kozła Ofiarnego, ale uznaję go za mojego patrona i popieram jego wizję.
                      /- Dla mnie on jest i zawsze będzie diabłem, choć tego nie chce przyznać. Jego diabelskość zawsze wysuwa swój paskudny pysk na wierzch. To jego natura i całkowicie pokonać jej nie jest w stanie. - przesunęła dłoń po całym długim grzbiecie węża - Aż dziwne, że takie jajeczko malutkie i niewinne stworzył.
                      - I to od razu definiuje go jako istotę, że jest diabłem?
                      - A myślisz, że jest inaczej? - zaczęła delikatnie drapać wężową skórkę.
                      - No ja nie wiem… - odpowiedział z naciskiem wygrzebując się z na wierzch jej dłoni. Jego turkusowa skóra się napięła i przekształciła. Zczerwieniała i uformowała kończyny. Kaylie musiała trochę się zaprzeć, gdy nabierał masy. Piekielny imp wstał i rozłożył ręce oraz skrzydła, prezentując swoją całą postać.

                      - … ty mi powiedz czy dla ciebie jestem i zawsze będę diabłem i niczym więcej.
                      - Malutkim diablątkiem, co najwyżej. - niezrażona zaczęła go miziać za skrzydłami - Nie starym, paskudnym diabłem co chce udawać anioła.
                      Fisus przymknął oczy przyjmując pieszczotę i zmienił się z powrotem w węża.
                      - I widzisz? Sama już dyferencjujesz pomiędzy różnymi stopniami diabelstwa. Oboje… ugh… mam na myśli, że i ja i on… errmmm… psia kość… miałem to już ułożone w głowie, to czemu mi się język plącze? Tff… Viktor sprawia, że to takie łatwe się wydaje… chodzi o to, że jeśli może być “mały uroczy diabeł” i “duży zły diaboł” to znaczy, że sam fakt bycia diabłem przestaje być definiujący. Przynajmniej totalnie… rozumiesz co mam na myśli?
                      - Rozumiem... ale to dla mnie nie poprawia sytuacji Azazela. - powiedziała pieszcząc chowańca.
                      - Chcesz go nienawidzić? Jasne. Masz ku temu swoje powody… ale nie mów “diabeł i tyle”. Diabły to nawet nie rasa, ale kategoria ras. Są bardzo różne, jak na moim przykładzie możemy zaobserwować.
                      - Jego bym nie mogła pieszczochać jak ciebie. - powiedziała przyjaźnie.
                      - A to akurat jego strata… Nie wie co dobre. W porządku… świątynia. Bo zaraz nam pół dnia zejdzie… Zacznijmy może od gargulców, co sądzisz?

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai jako Baltizar Harpaness
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Abishai
                        #156

                        Gnom przetasował talię kart ignorując śpiącą obok piękność. Znał zagrożenia związane z jej bliskością i ignorował pokusy. Bądź co bądź nie interesował się nawiązywaniem trwałych realcji z innymi. Szaleństwo i misja które go prowadziły przez całe dorosłe życie nie pozostawiały miejsca na takie sentymentalne drobnostki.
                        Poza tym…

                        … wyciągnięta karta przedstawiała rycerza w złotej zbroi. Paladyn. Oznaczała mężne stawanie przeciw przeciwnościom. Oznaczała też upór w trzymaniu się kursu. Bajarz jednak nie widział żadnych przeciwności, żadnych skał na swoim kursie. Zamierzał oznajmić co prawda kapłanowi swoje zamiary, ale nie potrzebował jego zgody i nie dbał o nią. Wszak nie był częścią jego kleru i nie był mu podległy. A co więcej nie był mu potrzebny. Do rozbudowy świątyni byli potrzebni rzemieślnicy, do rozbudowy kultu wyznawcy… Baltizar nie był żadnym z nich. I mając nawyk nie rzucania się w oczy władzom, nie był również użyteczny w intrygach Viktorach związanych z miejscowymi szychami. Póki co miał wolną rękę i zamierzał z tego korzystać.
                        A teraz… przyglądał się karcie z nutką irytacji w spojrzeniu. Paladyn oznaczał też uparciucha. A gnom ostatnio poznał wiele upartych osób. Ba… “sypiał” z jedną z nich. Ciężko więc było ocenić, którą z nich oznaczała ta karta.

                        Kapłan i “Bard”

                        Wychodząc z pokoju kapłan natknął się na zbliżającego się do niego gnoma wraz z jego “ptasim” pomocnikiem.
                        - Witam jego ekscelencję o tak wczesnej porze. Chciałbym pogratulować założenia świątyni. Bardzo… widowiskowe to było. A i oznajmić, że opuszczam miasto na kilka nocy. Bądź co bądź zadanie, póki co, wykonane. Nie będę też z pewnością pilnie potrzebny. - Bajarz zaczął mówić po ukłonieniu się. - Teraz bowiem sprawy wymagają kaznodziei bardziej niż mówcy. A i nie ma dla mnie miejsca pośród szlachetnie urodzonych, toteż tam nie będę żadną pomocą.
                        - Witaj, Baltizarze. Powinienem wiedzieć czym będziesz się zajmował? Czy to prywatna wycieczka?
                        - W zasadzie prywatna…- potwierdził gnom lekko potakując głową.- Zajmę się… tę no… jak to zwą… eeech… uczonym grzebaniem w ziemi w poszukiwaniu zapomnianych ruin. - zaśmiał się głośno. - Nic szczególnie intratnego. Pogrzebię w poszukiwaniu ruin osady gnomów. Spodziewam się dziur w ziemi i pajęczyn zamiast skarbów. Mój lud nie słynie z gruzowisk atrakcyjnych dla awanturników.
                        - Hmmm… rozumiem - kiwnął Viktor głową - Powiesz gdzie precyzyjnie i ile spodziewasz się być nieobecny? Chciałbym mieć opcję ruszenia ci na pomoc, w razie niespodziewanych problemów.
                        - Kilka dni najwyżej. - wzruszył ramionami gnom wyciągając z plecaka mapę.- To niedaleko od miasta. Bardziej wycieczka na rozruszanie kości i zabicie nudy, niż prawdziwa wyprawa. I zabieram ze sobą najemników, więc nie musisz się martwić o moje bezpieczeństwo, tym bardziej że dla twojej misji moja egzystencja nie ma znaczenia.
                        Rozłożył mapę i pośród kilkunastu czerwonych kropek wskazał tę najbliższą miastu.- O tu się udaję.
                        Viktor przyjrzał się i kiwnął głową.
                        - Nawet jeśli teraz nie jesteś mi konieczny, to w przyszłości możesz okazać się kluczowy, albo – zwyczajnie – wygodny. Jeśli byś pozwolił to zadośćuczynił bym mojej paranoi i dał ci awaryjną możliwość wezwania pomocy. Odpowiada ci to?
                        - Znajdę sposób by cię powiadomić.- odparł gnom składając mapę i dodał ponuro. - Jeśliby mi się coś stało, to… całe miasto jest pewnie zagrożone. Bo wszak… komu by zależało na wystawienie sił wystarczających by zagrozić doświadczonej grupie awanturników i… córce naszego gospodarza. Bo i ona się może wybrać. A skoro już o paranoi mówimy…-
                        Podrapał po karku.- Nie wiem czy ci twoja kochanka wspominała, ale… przywódczyni os w tym mieście groziła tobie… w zasadzie ostrzegała, byś uważał by nie wchodzić im w drogę. Nie wiem ile może tak naprawdę. Jej przybytek jest po prostu grotą lubieżników. Niemniej może mieć ukryte żądła. I ze wszystkich świątyń w mieście, na nią miej największe baczenie.- po czym uśmiechnął się.- Niemniej wspomniała też, że ogólnie nowy kult w mieście jej nie przeszkadza, dopóki trzyma się swojego poletka.
                        - Hmmm… to jest… zaskakująco pożyteczna informacja. Tak to właśnie ujęła? “Niech nie wchodzi mi w drogę, to nie będzie problemów”?
                        - Bardziej dyplomatycznie i aluzyjnie, ale… - zadumał się gnom. - … taki był ukryty sens jej słów. Typowe dla os zachowanie.
                        Po czym machnął ręką. - Nie przejmowałbym się tym na razie. Do jej świątyni biedacy nie przychodzą, a ci są tobie wasza ekscelencjo najbardziej potrzebni. Oddani fanatyczni i lojalni. Nie mający nic do stracenia, a wiele do zyskania. W końcu obaj wiemy, że bardziej cię interesuje brylowanie wśród szlachty, więc im szybciej uda się zyskać paru akolitów spośród nich, którzy zajmą się świątynią za nas, tym lepiej.
                        - Pamiętaj, Baltizarze, że nie założyłem piwnicznej sekty a i doktryny obu wiar się nakładają miejscami… Konflikt interesów na pewno będzie miał miejsce, prędzej czy później. Ale ten punkt już jest na mojej liście.
                        - Wątpię by kult prawników miał jakieś punkty zapalne z kultem mściwych lubieżników, ale… teologia nigdy mnie nie fascynowała. - wzruszył ramionami gnom.
                        - Odwet, Baltizarze. Ale oszczędzę ci niuansów. Cóż, to chyba wyczerpuje aktualny temat. Mamy coś jeszcze do omówienia?
                        - Nic. - machnął ręką Bajarz. - Nawet sprawa tej osy to marginalna kwestia. Wątpię, by wypłynęła przy obecnej naszej sytuacji. Nie jesteśmy jeszcze ani znaczący ani groźni dla nikogo.
                        - Mam o nas nieco wyższe mniemanie, ale rozumiem argument. No to dziękuję ci, Baltizarze, za tę rozmowę i za uprzedzenie. Widzimy się za kilka dni.
                        Gnom skłonił się w odpowiedzi.

                        Rozmowa z przyszłym “teściem”

                        Załatwiwszy najpilniejsze sprawy, Baltizar ruszył przez karczmę w poszukiwaniu jej właściciela. Musiał rozmówić z Otto w imieniu jego córki. Nawet jeśli ta cała sytuacja, wprawiała go w niesmak, to coś był winny przyjaciółce. Co poradzić, że jakimś cudem stał się aktorem, we własnej komedyi.
                        Karczmarz przeglądał jakąś książkę kiedy podszedł do niego gnom. Otto zerknął na gościa i uśmiechnął się.
                        - Witaj, Baltizarze. W czym mogę pomóc?
                        - Wybieram się w podróż. Niezbyt daleko. Dwa dni od miasta. Piwonia chciałaby się wybrać ze mną. Toteż przychodzę w niej imieniu.- gnoma kusiło dodać coś o czystych intencjach i ochroniarzach w roli przyzwoitek, ale powstrzymał się od tego żartu.
                        Otto wciągnął ostro powietrze na tą prośbę. Odłożył książkę na bok i spojrzał na gnoma.
                        - Baltizarze… nie jestem pewny czy wiesz o co mnie pytasz. Nie wiesz czym ryzykuje wypuszczając ją z moich oczu. Opowieść o moim królestwie jest stara, więc pewnie nie jest ci znana. Czy wiesz ile potomstwa posiadałem? Nie… oczywiście, że nie możesz wiedzieć. Siedmiu synów, pięć córek, trójka potomstwa dla których nie miałbyś nazwy. Pozostały mi cztery córki. Rozumiesz mnie? Cztery… straciłem pozostałe odkąd zaginęła moja żona… czy jesteś sobie w stanie wyobrazić co będę musiał jej powiedzieć kiedy się znowu spotkamy? Że pierwszym uczuciem jakim ją obdaruje po tysiącleciach rozłąki będzie cierpienie?
                        Gnom przez chwilę milczał. Po czym rzekł powoli.- Rozumiem też, że wybywam ledwie parę mil od miasta. Rzut kamieniem od niego. Że wyruszam z doświadczoną i liczną ochroną, która już sprawdziła się podczas poprzedniej misji. A i tak pewnie twoja córka jest potężniejsza od nich i ode mnie razem wziętych. Nie wiem, jakie istoty mogłyby zagrozić jej życiu tak blisko Evercrest, ale wątpię by były to wilki czy niedźwiedzie, któryś się nawet nie spodziewam zobaczyć.
                        - Możesz ubierać to w logikę i prawdy świata jak tylko chcesz, ale prosisz ojca, który stracił dużo, aby zaryzykował więcej. - Otto odetchnął - Masz oczywiście rację, jest bardzo niewiele rzeczy w promieniu setek mil, które by jej zagroziło. Pozwól, że dam ci jednak ostrzeżenie. Tak na motywację, abyś zapewnił jej bezpieczeństwo. Jakiekolwiek cierpienie twoja dusza znosi od tej istoty spoza kreacji. Cokolwiek Azazel i jego podobni poczynają ze swymi ofiarami. Będziesz tego łaknął jeżeli coś jej stanie. Rozumiemy się?
                        - Zawsze możesz odmówić. - odparł Bajarz spokojnie. - Ostatecznie nie mogę ciebie zmusić do niczego. I przyjmę twoją decyzję, jakakolwiek będzie.
                        Podrapał się po brodzie. - Dziwi mnie tylko, że zaryzykowałeś jej egzystencją wysyłając ją po swoją córkę… w misji zapewnie znacznie niebezpieczniejszej, niż biwak na świeżym powietrzu dwa dni od domu. A boisz się, że coś może jej się stać u przedmurzy miasta.
                        - Wysłałem ją do domeny Desny. Pani Szczęścia to bliska znajoma i wiedziałem, że nic Piwonii nie grozi. - odparł Otto - Nie odmówię, bo wiem, że to nie twoja prośba tylko jej. A wyrodnym ojcem nie będę. Chcę tylko, żebyśmy się rozumieli, że jesteś odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo.
                        - Oczywiście. I dlatego mam grupkę sprawdzonych ochroniarzy. I jeśli kogoś ze swoich podwładnych dorzucisz, nie będę się sprzeciwiał dodatkowej pomocy.- zgodził się z nim gnom.- Co prawda, sama wyprawa jest tylko bardziej przygotowaniem pod przyszłe ekspedycje i nie planuję niczego szalonego, to niemniej wszystko mam zaplanowane także pod kątem bezpieczeństwa.
                        - Możesz zabrać Brandelena z wami. Maluchowi przyda się trochę ruchu. - odparł Otto - Reszta Dworu jest mi potrzebna.
                        - Dobrze… przekażę twoje słowa Piwonii, chyba że wolisz osobiście uszczęśliwić córkę?- zapytał na koniec Bajarz.
                        - Ty jej przekaż, będzie szczęśliwsza. - karczmarz się uśmiechnął - Tylko teraz.. proszę uważaj na nią. Nie zdzierżę kolejnej straty.
                        - Oczywiście.- odparł gnom, skłonił się i wyszedł kierując się z powrotem do sypialni.

                        Rozmowa z “kochanką”.

                        W sypialni gnoma Piwonia przeglądała się w lustrze. Miast swojego typowego odzienia miała na sobie podróżną szatę maga, chociaż mniej ograniczającą jej ruch. Jej skóra była również trochę bardziej zielona niż pamiętał.
                        - Hmmm… czyli już wiesz?- zapytał retorycznie Baltizar składając dziwny odcień na karb innych częstych dla niego, przywidzeń.
                        - Znam tatę, ale i tak chętnie usłyszę werdykt. - blondynka spojrzała na gnoma z uśmiechem i obróciła się kilka razy - I jak wyglądam?
                        - Poważnie… i uroczo zarazem. - przyznał gnom oceniając jej szatę. - Do twarzy ci w tym stroju. A co do werdyktu, to… będziesz musiała powiadomić Brandelena że idzie z nami i ma pilnować twoje ślicznej pupci.
                        - Oh? Zabieramy szkraba ze sobą? Świetnie, przyda mu się zapoznać ze śmiertelnikami. Na razie ma dość typowo… fey podejście do nich.
                        - Mhmm…i dam znać ochronie żeby traktowali cię jak damę. - dodał Bajarz. - Aczkolwiek bliźniacy… są deczko… jakby to… sama wiesz. Troszkę nieokrzesani i rubaszni. I bardzo romantyczni.
                        - Ci dwaj z krwią smoków w sobie? Są uroczy na swój sposób. I bez przesady z tą "damą". Jestem zwykłą poszukiwaczką przygód. - pokazała mu psotnie język.
                        - Nie. Jesteś gościem na mojej wyprawie. Więc będziesz traktowana z właściwą rewerencją. Poza tym… - podrapał się po brodzie.- … nie szukamy przygód, tylko ruin wioski gnomów. Spodziewam się na wpół zasypanych norek, resztek mebli, może jakichś tekstów… na pewno nie zagrożeń. Właściwie to będzie nudno.
                        - Ty tam będziesz, więc nie będzie aż tak nudno. - dziewczyna się uśmiechnęła - No ale dobrze… tylko nie rób ze mnie jakiejś bezbronnej pannicy.
                        - Wolałbym żebyś była bezbronna i wszyscy ci nadskakiwali.- westchnął Baltizar dywagując głośno. - Bo cię tu wszyscy znają i jeśli byś pokazała coś więcej to… mielibyśmy świadków i plotka o magicznej córce Otta dotarłaby do miasta lotem jaskółki. I zaczęłyby się pytania… ten wścibski mag co tu przychodzi regularnie węszyć, zamiast zajmować prawdziwymi problemami, znów zacząłby szukać prawdy o tobie i twojej rodzinie.
                        - A co sądzisz, żeby zrobili z tą wiedzą? - dziewczyna się uśmiechnęła- Dobrze, dobrze. Będę nudna i grzeczna. - zieleń z jej skóry zniknęła.
                        - Nawet nie wiesz jakie głupstwa mogą zrobić przekonani o słuszności swoich przekonań dobrzy bohaterowie. - westchnął gnom i uśmiechnął ciepło. - Napaść może by i nie mogli, ale namieszać nam… bardzo. Poza tym, naprawdę nie sądzę byś miała okazję się tam wykazać. Co nas tam może napaść, wilki? Niedźwiedź?
                        - Nawet to było trochę ekscytujące… ale dobrze, pozwolę abyś mnie bronił przed misiem.
                        - Jestem pewien, że na swojej samotnej wyprawie miałaś więcej ekscytacji niż ja na wyprawie, którą opisałem w moim niedawnym dziele. - odparł Baltizar drapiąc się po brodzie. Potarł czoło dodając. - Iii… hmm… jeśli wyprawa będzie nudna i nic ważnego nie będzie mnie trzymało w mieście, to zorganizuję sobie wyprawę do mojej wieży i też zabiorę cię ze sobą. I tam… coś intrygującego wymyślę dla ciebie. Co ty na to?
                        - Stoi. - dziewczyna się uśmiechnęła ciepło - To kiedy ruszamy?
                        - Dziś. Jak tylko… zbiorą się moi najemnicy.- odparł Bajarz.- Nie wiem ile czasu będą potrzebowali na przygotowania. Ale zważywszy, że ruszamy jeno rzut kamieniem od miasta, to nie powinni potrzebować zbyt wiele czasu.
                        Kiwnęła głową i ucałowała gnoma w czoło.
                        - Spakuję malca… i zabiorę coś palnego dla niego do jedzenia.
                        Gnom tylko skinął w odpowiedzi.

                        Negocjacje przed wyprawą.

                        Baltizar oczywiście wynajął tych samych bohaterów co ostatnio. W końcu po co zmieniać to co działało. Zapłacił im tą samą standardową stawkę w siedzibie gildii i teraz czekał na ich przybycie, co by wyjaśnić im naturę misji. Ostatecznie w gildii zostawił jedynie enigmatyczną informację na temat eskorty podczas wyprawy.
                        Dlatego teraz szykował się na wyjaśnienie szczegółów i sytuacji, którą to obecność Piwonii pewnie skomplikuje. Bądź co bądź dziewczyna potrafiła rozpraszać uwagę płci przeciwnej samą swoją obecnością.
                        Dwóch wojowników północy pochłaniało właśnie kolejny kawał mięsa kiedy zobaczyli gnoma. Skinęli mu głową, ale nie oderwali się od posiłu. Elfi mag i ludzki alchemik skłonili się swemu pracodawcy delikatnie.
                        - Dobrego dnia, panie Harpeness. Więc dokąd się wybieramy?
                        - Tak. W sumie niedaleko. - gnom sięgnął do plecaka i wyjął z niego mapę. Wskazał jeden z wielu czerwonych punktów na mapie. Ten najbliższy miasta.- O tu.
                        Inarion zerknął na mapę i kiwnął głową.
                        - Faktycznie. Jakieś powiązania z tym nowym kościołem, czy prywatna sprawa?
                        - Kościołem? A nie… - machnął ręką Baltizar.- To całkowicie prywatna sprawa. Wręcz “rodzinna”. Każda kropka na mapie w teorii jest opuszczoną osadą gnomów. Ruszamy do najbliższej, by sprawdzić, czy rzeczywiście są tam jakieś pozostałości po moim ludzie. Trochę kopania może, na pewno trochę obozowania. Taka relaksująca wycieczka. Nie przewiduję niczego groźniejszego niż zabłąkany niedźwiedź.
                        Barbarzyńcy westchnęli.
                        - Szkoda. Ciągle szukamy odpowiedniego daru dla tej pięknej pani, co z nami podróżowała.
                        Ofun poklepał wojowników północy po plecach.
                        - Łatwe pieniądze chłopcy. Więc kiedy ruszamy?
                        - Dziś jak tylko będziecie gotowi. Pięknej pani… jakiej pięknej… aaaa… mówicie o Kaylie?- zapytał gnom drapiąc się po pobródku. - No w sumie jest śliczna zapewne. Nie mnie oceniać urodę dużych kobiet. Nie ta rasa co ja… nie ten rozmiar.-
                        Machnął ręką. - A co do pięknych pań. Tym razem nie ruszam sam. Córka mojego gospodarza, wyrusza z nami na tą wycieczkę. Zapewne o niej słyszeliście… ma Piwonia na imię i ponoć jak reszta córek Otto jest dobrze znana w mieście. Jako że nasza wyprawa będzie właściwie spacerkiem przez las, zdecydowałem się ją zabrać ze sobą. I jako że jej ojciec jest bardzo bardzo BARDZO opiekuńczy… jej bezpieczeństwo na tej wyprawie to priorytet. Nie ma jej spaść włos z głowy. I trzeba ją traktować z szacunkiem. Inaczej, Otto zrobi mi z tyłko jesień czasów starożytnych, a potem… nie zadowoli się moją zgubą.
                        Wszyscy pokiwali głowami.
                        - Znamy panienkę Piwonię. - odparł Inarion - Jakiś powód, że z nami idzie, czy po prostu po znajomości?
                        - Nudzi się tutaj troszeczkę. A wyprawa jest w zasadzie wycieczką. Połazimy po dziczy. Trochę pokopiemy. Może znajdziemy jakieś skorupy garnków, albo inne pozostałości ekscytujące uczonych. Gnomy słyną z wyrobu biżuterii, ale nie słyną z jej gromadzenia. To domena krasnoludów bardziej. - wyjaśnił Baltizar.
                        - Tych drugich sporo tutaj. - zauważyła elf - Załadujemy wóz i chyba możemy ruszać.
                        - No to ruszamy po obiedzie? Z pełnymi brzuchami i pozytywnym nastawieniem… powinniśmy pod wieczór dotrzeć tu. - wskazał palcem gnom. - Wedle mojej mapy jest tam wioska w której możemy zatrzymać się na noc, nim rankiem ruszymy dalej do celu.
                        Plan został omówiony, cel wyznaczony. Pozostało więc słowa przekuć w czyn i wyruszyć w podróż. Wyprawa pewnie będzie nudna i pozbawiona niespodzianek. Ale Bajarz zawsze cenił nudę i przewidywalność. Niespodzianki ze strony fatum, wedle niego, były zdecydowanie zbyt często przeceniane. Takie historie lepiej się opowiada niż przeżywa.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0

                        Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                        Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                        With your input, this post could be even better 💗

                        Zarejestruj się Zaloguj się
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy
                        • Strona startowa