Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 226 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez Zell
    #47

    Qui pro quo

    - To było... - westchnęła Kaylie, gdy wraz z Lilią wyszły z pokoju - On był naprawdę... niesamowity. - zatrzymała się przy drzwiach poprawiając ubrania narzucone szybko.
    - Przyznam postarał się... - odparła Lilia delikatnie mrucząc i pomagając Galtiance, nie zważając na swój stan ubioru - Następnym razem załatszego, nie będziesz chciała, ani mogła wstać przez kilka dni. - uśmiechnęła się cmokając delikatnie Kaylie w ustka - Nie żałujesz niczego, prawda?
    Kaylie pokręciła głową.
    - Nie. Nawet na koniec, gdy tak silnie zadziałał... To było bolesne, aż krzyknęłam, ale też... Przyjemne. Nie spodziewałam się, że wejdzie aż tak głęboko. - zadrżała - Nikt mi tak nigdy nie zrobił. Szczerze chciałam i nie chciałam by skończył.
    - Widziałam, aż ci zazdrościłam, tak się zaczęłaś pod nim wić. Chyba odnajdę go później i sama sobie na tym skorzystam. - przyjrzała się kobiecie od góry do dołu - No, idealnie, nic nie widać, że właśnie spędziłaś trochę przyjemnego czasu z naszą dwójką.

    ...kilka chwil wcześniej

    Viktor nawet nie próbował zatrzymać strażnika. Widział reakcję i dostrzegał, że musiałby tu użyć siły. Odprowadził go spojrzeniem dodającym motywacji by szybciej jeszcze zejść mu z oczu. Kilka chwil obserwował drzwi za którymi zniknął, korzystając z chwili gdy mógł myśleć, nie starając się nawet utrzymać żadnego z uśmiechów. Wziął głębszy wdech przeganiając z twarzy i postawy niepożądane emocje, które dopiero w niedalekiej przyszłości miał zaklasyfikować, bo były dla niego czymś zupełnie nowym.
    - Materia probatoria nie pozwala, na tym etapie, sformułować jednoznacznych wniosków… - wymruczał sam do siebie formułkę, którą regularnie kupował czas swoim klientom, w sądach Cheliax - Konieczne jest kontynuowanie działań dochodzeniowych celem uzupełnienia brakujących elementów…
    Poczuł się… spokojniejszy. To nie wyglądało dobrze, ale znacznie gorzej wyglądające sprawy wiele razy okazywały się całkowicie niewinne.

    Drugi powolny wdech, dla odzyskania reszty równowagi, przerwały mu głosy Kaylie oraz Lilii. Nadstawił tylko nieco ucho i pozwolił by brakujące elementy same w nie wpadały…

    Fisuś syknął w panice, wybudzony nagle ze snu emocjami, które w Viktorze się zrodziły z nagłością jakiej nie znał on od dekad.
    - Vik… Viktor? - zapytał niezorientowany wąż w pierwszej sekundzie, nim nie wstrząsnął ciałem, by przegnać senność. Błyskawicznie popełzł w górę, wychylając się przez kołnierz, szukając zagrożenia
    - Ćśśś… - syknięcie Khala ledwie szept przewyższało. Było spokojne i zimne.
    Fisuś słuchał. Patrzył. I czuł.
    Bezgłośnie pozwolił kobietom mówić, gdy zbierał elementy układanki zewsząd, a głównie z emocji Khala.
    - Viktor. Chodźmy. Proszę. Nie powinniśmy tu teraz być…
    Szeptał wężowo, niedaleko jego ucha, czując burzę wzbierającą w adwokacie diabła. Burzę na kształt i podobieństwo tych których świadkiem był tylko raz. I ktoś wtedy prawie zginął.
    - Viktor, słyszysz mnie? - prosił chowaniec, nie widząc żadnej reakcji.

    Fistaszek poczuł jak burza była kanalizowana. Viktor złożył już dłoń do pierwszego sigilu przywołania ogara gdy jego wzrok błądził w pustce, szacując gdzie mógł teraz być ten strażnik. Czy zapamiętał dosyć jego twarz? Czy tak właśnie wyglądała zazdrość którą wyśmiewał w przeszłości? Czy on był tutaj winny? Czy ktokolwiek był czegokolwiek winny, poza samym Viktorem co śmiał mieć nadzieję? Karygodna zbrodnia!

    Westchnął po raz trzeci, niewątpliwie wyglądając dziwnie na oczach Otto a może i kogoś z kilku bywalców, co mogli się zainteresować nim. Burza się zmieniła. Jakby została skondensowana do wielkości perełki i schowana w kieszeni. Do późnijeszego poradzenia sobie z nią.

    Odwrócił się wreszcie, płynnym ruchem przechodząc do chodu, ze zmęczonym uśmieszkiem numer trzy. Budzącym sympatię, ale nie zachęcającym do wchodzenia w rozmowę.

    Lilia westchnęła wtulając się w Kaylie, łasząc o jej kark niczym kocica.
    - Może następnym razem zaprosimy kogoś na czwartego? Tyle opcji, tyle miejsc, których jeszcze nie widziałaś.
    - Miejsc? - zapytała galtianka.
    - Och, poproszę tatę to na pewno pozwoli. Dwór może się pojawić gdzie tylko tata zechce, lub zmienić pokój w jakiekolwiek miejsce. Uprawiałaś kiedyś seks podczas ciągłego spadania na planie powietrza? Ekstremalne doznania napędzają się, uwierz mi.

    Burza drgnęła w kieszeni Khala. Przeleciało mu przez myśl, że jakby go umyślnie chciały prowokowac to nie mogły by tego dużo lepiej zaplanować. Zatrzymał się chwilę na nie patrząc. Oczy Lilii były przyjemnie przymrużone. Może go nawet widziała? Ale Kaylie widział tylko włosy, bo w uścisku skierowała głowę w drugą stronę…

    … i nagle utracił wiarę, że zachowa zimną krew a było zdecydowanie zbyt wiele osób trzecich by mógł sobie pozwolić na jej utratę.
    - Nope... - obrócił się na pięcie i usłyszał ostre gwizdnięcie. Oczy Lilii przeszywały go na wylot, kiedy się obrócił z powrotem w ich kierunku, ledwie dość by jednym okiem je widzieć. Jego spojrzenie nie miało w sobie krztyny łagodności którą zwykle się u niego dostrzegało. Za to było w nich zimno, a zaciśnięta szczęka zdradzała, że gdzieś tam Burza wciąż się kotłowała.
    - Patrzcie, patrzcie...- córka Otto zadziornie uśmiechnęła się do adwokata - Ktoś, kto też by skorzystał gdyby tu był. - ucałowała delikatnie Kaylie w czubek nosa i puściła jej oko. Podeszła do Viktora dość zalotnie poruszając biodrami. Dopiero teraz zauważył, że oprócz bluzki, która ledwo zasłaniała jej biust, rudowłosa nic na sobie nie miała.
    - Jesteś jej winny nie lada wyjaśnień paniczu. - delikatnie ujęła jego policzki - Lubię cię i lubię ją. Wiem, że iskrzy między wami, więc nie bądź dupkiem myślącym o sobie i zrób pierwszą męską rzecz w swoim życiu. Porozmawiaj z nią.
    Viktor milczał chwilę nie do końca wierząc w co słyszy. On był tu dupkiem?!
    Odwrócił się frontem do Lilii, gdzieś po drodze tylko przelatując wzrokiem po zadowolonej, wciąż rumianej twarzy Kaylie. Iskierki rozbawienia (a może nawet szydery?) tańczyły w jej oczach. Chwycił dłonie Lilii. Delikatnie. Jakby ze zrozumieniem kiwnął głową i spotkał się z jej spojrzeniem.
    - Dziękuję… - uśmiechnął się do niej ciepło ale nagle uśmiech zrzedł na jego twarzy - Ale próbowałem rozmawiać. Naprawdę próbowałem i, jak widać, nie wyszło. Nie mam żalu do ciebie ani do niej. - zadeklarował, a w jego głosie nie dało się usłyszeć nawet szczypty wszechmiaru jego nieszczerości.
    - Żalu? O co? Kaylie powiedziała mi, że poprzedniej nocy rozgrzałeś ją do czerwoności i rzuciłeś, aby ostygła niczym padlina na drodze...
    - Lilia... - odezwała się galtianka - Zostawisz nas samych? Musimy pogadać najwyraźniej.
    Rudowłosa uniosła tylko obronnie ręce i odstąpiła od Viktora.
    - Jasne, jest twój. Pamiętaj co mówiłam o czwartym. - ruszyła mijając Kaylie dając im nie lada widok na swój krągły kuperek.

    - Wciąż możemy wyjść stąd zachowując twarz… - szepnął Fisuś, niesłyszalny ponad szelest przez nikogo poza samym Viktorem, co uciszył go niewiele różnie brzmiący syknięciem.
    Viktor podniósł wreszcie spojrzenie na Kaylie. Uśmiechał się lekko. Fisuś miał rację… teraz najchętniej by się ewakuował. Ostygł. Pewnie jakieś jagnię sobie znalazł na uspokojenie. A do tej rozmowy wrócił nigdy.
    - Prawdopodobnie piwnica będzie najlepszym miejscem na rozmowę sam na sam - zasugerował luźno, bez fizycznego wzruszenia ramion… ale słychać je było w głosie.
    Za to Kaylie wzruszyła ramionami.
    - Jak wolisz. Chodźmy.

    - Jaki jest twój problem? - Kaylie od razu przeszła do ataku werbalnego jak tylko zamknęli za sobą drzwi w piwnicy, gdy stała z rękami złożonymi na piersi.
    Viktor nie odpowiedział od razu. Spokojnym, luźnym krokiem podszedł do krzesła po drugiej stronie sali. Tego przy którym pracował splatając magię by swój laur zakląć. Cisza zdążyła dawno stać się niezręczna nim rozsiadł się wygodnie. Po zastanowieniu wstał z niego, obrócił i usiadł okrakiem, z oparciem między nogami, opierając się na nim wygodnie.
    - Problem? - zapytał w końcu, jakby dopiero usłyszał pytanie. - Powiedziałem coś, albo zrobiłem co sugeruje, że mam problem? Z mojej perspektywy ledwie wróciłem i to do mnie jest problem. Wyjaśnisz mi to? - dopiero pytanie zwokalizował w sposób, pokazujący, że jakiś problem jednak może mieć.
    - Lepiej ty mi wyjaśnij czemu odwalasz taką histerię. - mruknęła stojąc naprzeciw krzesła Viktora.
    - Wydaje mi się… że to słowo oznacza coś trochę innego niż ci się wydaje, że oznacza… - odpowiedział z kpiarskim uśmiechem na twarzy.
    - Zachowujesz się, jakby stało się coś strasznego, traumatycznego wręcz. Ty naprawdę się tego nie spodziewałeś? - prychnęła.
    - Oboje dobrze wiemy jak wyglądają “traumatyczne przeżycia”. Nie umniejszamy im porównując to co się teraz dzieje do nich - poprosił, zupełnie poważnie, nim nie wrócił do swego defensywnego uśmieszku.
    - Przyjmowałem taką możliwość. W końcu ostrzegałaś mnie. Mimo to miałem nadzieję. Wyglądam teraz na głuptasa, co nie? - zapytał wesoło i zaśmiał się, ale w ten dźwięk nie dał już rady wtłoczyć pozorów szczerości, więc szybko go przerwał.
    - Ty naprawdę sądziłeś, że po tym co mi uczyniłeś ja w żaden sposób nie będę próbowała sobie tego odrobić? - pokręciła głową - Czy serio oczekiwałeś, że będę szukać twojej zgody?
    - “Po tym co ci uczyniłem”... mówisz jakbym ci jakieś zwycięstwo odebrał. Albo upokorzył; publicznie… znasz pojęcie strawman’a? Tłumaczone jako “słomianek”, albo “baboła” też słyszałem. Jest to błąd logiczny, gdy atakuje się nie argument współrozmówcy, a karykaturę jego argumentu, bo karykatura jest znacznie podatniejsza na atak. Mówię to, bo… każde. Jedno. Twoje. Zdanie… było strawmanem w tej dyskusji. W ŻADNYM momencie nie podniosłem nawet głosu, o histerii nie mówiąc. W ŻADNYM momencie nie pozwoliłem sobie na jakąkolwiek gwałtowność, a mówisz o reakcji jak na traumę. W ŻADNYM momencie nie oczekiwałem nic od ciebie, a mówisz, że oczekiwałem byś pozyskała moje pozwolenie. No i moją własną panikę traktujesz jak bym ci w mordę strzelił, podczas gdy myślałem, że od ciebie akurat dostanę tę odrobinę zrozumienia… pomimo, że wcale nie małą - przerwał na najkrótszy moment nim kontynuował - To na co miałem nadzieję… to już zupełnie nieważne. Podjęłaś swoje decyzje. Wiedząc z czym one się wiążą, więc rozumiem, że koszta nie miały dla ciebie znaczenia. Szkoda. Ale rozumiem.

    - Ty uczyniłeś mi wtedy krzywdę. - wycedziła - Czemu to zrobiłeś? Dlaczego postanowiłeś mnie tak poniżyć? - głos zaczął się jej łamać - Co chciałeś tym osiągnąć? Pokazać swoją wyższość nade mną?
    - Kaylie… - zaczał Viktor powoli. Pierwszy raz ze szczerą emocją na twarzy. Ze zmartwieniem - … nie słuchasz mnie - powiedział nieco ostrzej niż sam chciał, gdy błysnął mu przed oczami obraz zarumienionej jeszcze Kaylie, z szyderczym spojrzeniem. Westchnął przeganiając go od siebie.
    - Istotnie, mam metodę albo dwie korzystającą z PODOBNEJ zagrywki, ale… to nie było to. Ja ci. Mówiłem. Szczerze. To. Chodziło. O mnie. - Wyrecytował powoli, mając nadzieję, że wreszcie do niej dotrze, choć nie wiedział czy w tym momencie ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie. - Ja. Spa-niko-wałem. To w mojej głowie zakręciło się jak nie powinno. To mój własny syf sprawił, że się przestraszyłem i uciekłem. Taka zagrywka miała by sens tylko jakbym chciał stworzyć między nami relację zależności, z tobą pod moimi stopami. Każde jedne przeprosiny, które ode mnie usłyszałaś inwalidują ten cel. A usłyszałaś ich co najmniej trzy osobne pakiety. Ja… - zamknął usta spoglądając w górę na Kaylie, jakby miał w jej twarzy znaleźć jakąś wskazówkę jak może do niej dotrzeć…
    - A teraz jesteś zły... Za to, do czego doprowadziły twoje czyny. - zobaczył w wyrazie twarzy kobiety jakiś ból - Potrzebowałam się rozluźnić po tym wszystkim. Nie sądziłam i wciąż nie sądzę, że to było cokolwiek złego. Nie jestem twoją własnością, abyś mógł mi wskazywać co mam robić, a czego nie. Nie rozumiem jaki masz tak wielki problem z moimi czynami.
    - Oj Kaylie… nie umniejszaj swojej sprawczości i kompetencji. To nie tak, że jesteś biedną dziewczynką która została pozbawiona zdolności est autodeterminatio. Wszystko co zrobiłem spada na moje sumienie, ale to co ty zrobiłaś… jest tylko twoje. I tak, jestem TROCHĘ irate. Ale miałaś pełne prawo na chwile rozkoszy, których tak brutalnie ci odmówiłem, a ja nie mam prawa mieć do ciebie pretensji. Jednak nic mi nie odbiera prawa być zawiedzionym. I jestem.
    - Co takiego zrobiłam, abyś był zawiedziony? Przecież nic takiego. - Kaylie zapytała z niezrozumieniem problemu. Jakby reakcja Khala nie miała dla niej sensu.

    Khal zmienił nieco pozycję, podpierając brodę na swoich pięściach, jak ktoś szykujący się na wysłuchanie dobrej historii.
    - Kaylie. Minąłem się ze strażnikiem poprawiającym swoje portki po wyjściu z łaźni. Słyszałem twoją rozmowę z Lilią po tym jak wy z niej wyszłyście. Chcesz mi powiedzieć, że nie doszło tam… do żadnych wydarzeń z kategorii “nie dla dzieci”? - zapytał z ciekawością.
    - Trochę mnie Lilia pomiziała, ale to tyle. A strażnik wtargnął z wiadomością od Filii, gdy byłam naga na stole od masażu. - zmarszczyła brwi - Masz mnie za kurwę, co da przypadkowym osobom? - zapytała z irytacją w głosie.
    Viktor znów chwilę myślał analizując co usłyszał.
    - Jestem ostatnią osobą co mogłaby powiedzieć złe słowo o kimś, kto prześpi się z kimś z czystego kaprysu, czy chęci odwetu. Powiedzmy, że usunięcie choroby to ja stosowałem w Cheliax prewencyjnie i uznaję to za uczynek prospołeczny… - uśmiechnął się i wstał. Podszedł do niej. Perfekcyjnie blisko aby budzić precyzyjną ilość dyskomfortu jednocześnie zachowując w polu widzenia niemal całe jej ciało, ze wszystkimi tikami i odruchami.
    - A teraz chcę abyś prześledziła w głowie całą tę sytuację. Dialog który między wami dwiema się odbył. O tym jak “on” był niesamowity, o tym jak “silnie zadziałał”, aż zabolało przyjemnie i jak się pod “nim” wiłaś i Lilia planuje go znowu znaleźć. Teraz kiedy nie masz wątpliwości, że słyszałem go w całości… powtórz mi proszę, pełnym zdaniem, że do niczego nie doszło.
    Kaylie patrzyła z uniesionymi brwiami na Khala oddając całość zaskoczenia.
    - Do niczego nie doszło. Z nikim. - przymrużyła oczy - Ani z Lilią, ani z tym cholernym strażnikiem co jak prawiczek spłonął na twarzy, a na pewno nie z Homunculusem od Joriego, co mi robił MASAŻ.

    Viktor zmrużył brwi w konsternacji. Kręciła gdy chodziło o Lilię. Ale tylko kręciła, a nie wprost kłamała. Coś się wydarzyło, czego by się krępowała powiedzieć, ale nie aż tak. Za to ze strażnikiem i o golemie nie prezentowała żadnych oznak nawet kręcenia. Jakby zupełnie nie zdradzała oznak stresu… wtedy mógłby mieć wątpliwości czy rzeczywiście nie ma nic do ukrycia, czy może tylko dobrze to kryje. Jednak taktyczne ujawnianie fałszywych oznak nieszczerości było daleko ponad poziomem o który Khal by ją oskarżał w najśmielszych szacunkach.
    - Czy… wyście się, baby, z komedii romantycznej urwały? - zaśmiał się gdy poczuł jak napięcie z niego schodziło. Wciąż nie wiedział jak czuje się na “jakieś igraszki” między Kaylie i Lilią, ale… w najgorszym wypadku to wciąż było o całe kategorie znośniejsze niż jakby uznała, że takie zero jak ten przypadkowy strażnik warte było zerwania… cokolwiek się między nimi rodziło. W najlepszym natomiast… oczekiwałby, że zostanie mu to opisane. Ze wszystkimi. Pikantnymi. Szczegółami… Stwierdził, że tak długi post (całe cztery dni!) mu definitywnie nie służy…
    - Jestem Marcillie winny przeprosiny kiedy w Cheliax zawitam. Dwa lata temu wyśmiałem, w zły sposób, jej rzemiosło mówiąc, że takie sceny są czystym absurdem i nie mają miejsca w życiu. Tak, byłem wtedy dupkiem, dziewczę nie zasłużyło na to. To na POWAŻNIE wyszło wam tak przypadkiem, czy to intencjonalnie ociekało seksem w ramach jakiegoś żartu czy to ze mnie czy między sobą?
    - A może ty po prostu szukałeś słów kluczy bez znajomości kontekstu? - skrzyżowała ręce na piersi - Rozluźniał bolesny mięsień, co głęboko był spięty. Tortura i ulga. - uważniej spojrzała na Khala - Za bardzo czynisz projekcję zachowania swoich szlauf do mnie.
    Khal skrzywił się brzydko. Wybitnie nie lubił brzmienia tego słowa. Choć nie mógł zaprzeczyć, że niosło poprawny przekaz emocjonalny co do tego jak tamte kobiety postrzegał. Więc słowo było używane, ale tylko w jego myślach.
    - Oj nie, kochana. Ten argument nie ma jakiejkolwiek mocy, po tym jak SAMA mnie ostrzegłaś, że tak właśnie możesz zrobić. Ty otworzyłaś tę puszkę, a ja ci tylko uwierzyłem. Ale w porządku. Z pewnym trudem, ale wierzę również, że w waszych głowach to było wybitnie oczywiste, że nie ma to związku z tym jak to brzmiało… co właśnie wymusi na mnie apologia i wielkie kwiaty dla biednej Marcillie. Ale teraz spójrz na to z mojej strony… Jeszcze dziś rano usłyszałem od ciebie ostrzeżenie verbatim “mogę szukać… pocieszenia “ chyba tego słowa użyłaś “u kogoś innego”. Twoje słowa, nie moje. Wchodzę do Dworu. Z łaźni wychodzi niebrzydki vir, poprawiając spodnie. Widząc mnie wpada w panikę i praktycznie wybiega unikając ze mnę jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Uspokajam się. Rationalizem. Powtarzam, że to nic nie oznacza i sprawa zasługuje na nie wyciąganie pochopnych wniosków. Potem wy wychodzicie. I słyszę ten dialog. Dialog który nienaciąganie, bez choćby jednej modyfikacji, MÓGŁBY być wymianą zdań kobiet po bardzo udanym triangulo. U siebie bym powiedział “w świetle zaistniałych okoliczności wyciągnięte wnioski były racjonalne i uzasadnione, nawet jeśli ostatecznie błędne.”
    - Ale wróćmy do wcześniejszego - powiedział już poważniej, ujmując dłonie Kaylie - Nic co dziś powiedziałem nie było nieprawdą. To dziś w nocy… to rzeczywiście chodziło o to co się we mnie działo. Nie była to żadna próba siły. Na prawdę przykro mi, że poczułaś się odrzucona, ale… potrzebowałem czasu by sobie w głowie ułożyć trochę, ale to właśnie wynika z tego jak bardzo ciebie chcę. Jakbyś była jagnięciem to sprawa byłaby prosta i klarowna. Dobrze sprawdzone schematy i viola. Lecimy. Ale wczoraj… przestraszyłem się. Bo… sam nie do końca wiem - wzruszył ramionami przepraszająco - I to tylko to. Nie miałem żadnej intencji by ciebie ubodnąć.

    Kaylie patrzyła na mężczyznę z jakimś zafascynowaniem. Ciężko było od razu określić z czego ono wynika. Miało w sobie coś takiego, co już wcześniej poznał w relacjach z innymi kobietami, a jednak... Było coś innego...
    - Jesteś fascynujący, wiesz? - odezwała się po chwili milczenia - Potrafisz gadać jak nakręcony nieważne od tematu, jaki jest przed tobą postawiony.
    Po tych słowach podjęła inną kwestię.
    - Przyznaję, w tamtym momencie byłam po prostu zła na ciebie. Chciałam się odegrać, chociażby i werbalnie. Później wpadłam w rezygnację i porzuciłam pomysł. W pierwszym momencie myślałam, że po prostu wyjdę na miasto i prześpię się z pierwszym możliwym, ale to było tylko powodowane emocją chwili. Poczułam taką chwilową chęć sprawienia ci bólu... - przyznała ze wstydem - Poczucie krzywdy przejęło nade mną kontrolę w tej sekundzie... Bo tak, poczułam się bardzo odrzucona, a w tym momencie zdecydowałam się oddać siebie... komuś kogo ledwie znam. Czego nie postanowiłeś docenić w żaden sposób, a wręcz odrzuciłeś jak szmatę.
    - Kaylie… Słońce ty moje… udawajmy przez chwilę, że rzeczywiście miałem dobry i poprawny powód aby chcieć przełożyć nasze zbliżenie na później. W jaki sposób musiałbym to zrobić, aby było to “po prostu odrzucenie”, w kontraście dla “odrzucenia jak szmaty”, a potem jak miałbym to zrobić aby to było “w ogóle nie odrzucenie”?
    - Nie czarować mnie przez cały czas i nie dawać wcześniej nadziei. Nie rozpalać moich własnych chęci. Do dziś nie wiem czemu tak naprawdę zrobiłeś to wszystko. Mówisz o swoich problemach, jednocześnie tymi słowami wykpiłeś się od szczególnej odpowiedzi. Rzuciłeś mi ochłap i uznałeś, że to wystarczy, aby mnie udobruchać. - odparła z wyraźnym żalem w głosie - Nie spodobało ci się coś co zrobiłam, prawda? Co to było takiego?
    Khal milczał chwilę, patrząc gdzieś w bok samymi oczami… obserwując sytuację w swojej własnej pamięci. W końcu kiwnął głową przyznając rację jakiemuś wnioskowi.
    - Kaylie, ja… - i pewność wniosku natychmiast wyparowała. Odkaszlnął by odzyskać ją przynajmniej w głosie - Ja nie do końca wiem o co mi chodziło. To są pierwotne, niezwerbalizowane wnioski których nie potrafię jeszcze ubrać w słowa, bo nawet ich zrozumieć nie daję rady. Nie przyszedłem z nimi do twojego pokoju. One się zrodziły właśnie w tamtej chwili. W trakcie. Jakbym rozumiał, że na tę propozycję będę musiał odmówić to inaczej bym to rozegrał. Ale nie rozumiałem. Jeszcze cię całując tego nie rozumiałem i wszystko we mnie walczyło abym nie zrozumiał i po prostu poszedł z prądem. Uwierz mi gdy mówię, że naprawdę tego chciałem… Nie zrobiłaś nic… - ujął ją delikatnie pod brodą, kierując jej spojrzenie na swoje - co mogłoby mi się nie spodobać. To co mi się nie spodobało było tylko w mojej głowie. Przykro mi, że nie mam lepszej odpowiedzi, ale to jest jedyna szczera odpowiedź.

    - W tamtym momencie... Chciałam być jak jedna z twoich szlauf. Poczuć się tak jak one musiały się czuć będąc przez ciebie owładnięte. Po prostu oddać się szalonej przyjemności i nie patrzeć w stronę jakichkolwiek konsekwencji. Oddać się chwili, emocjom, tobie. - westchnęła - Być szczęśliwym nie pamiętając o jakichkolwiek troskach.
    Khal skrzywił się znów słysząc to brzydkie słowo i nawet otworzył już usta aby oprotestować jego nadmierne używanie… ale zamknął je nim zdążył wydać głos i słuchał.
    - Przykro… mi, że nie miałem… odwagi dać ci czego wtedy potrzebowałaś. Chciałbym ci obiecać, że więcej tego nie zrobię, ale… nie jestem w stanie. Zranię cię jeszcze… a ty zranisz mnie. I to się zdarzy więcej niż raz. - Kaylie słuchała uważnie, w tym momencie nawet niemo przytakując ruchem głowy.
    - Oboje jesteśmy pokrzywieni w taki sposób i to nie będzie prosta i klarowna historia miłosna z romansideł dla znudzonych kur domowych. A jeśli postanowimy być nierozsądni i spróbujemy zrobić z tego coś prawdziwego, to jeszcze będziemy mieć zdjęte skorupy, którymi przez lata się obudowaliśmy i będzie to bolało po dziesięciokroć bardziej.
    Pusty wzrok kobiety skupiony był na ogólnej przestrzeni przy Khalu, nie patrząc na nic szczególnego. W jej oczach dało się wypatrzeć smutek, ból i... to zrozumienie czegoś, co było przedstawionym faktem.
    - Jednak… wierzę… może nawinie, na pewno głupio… że jeśli byśmy spróbowali w ten sposób… to gdzieś tam w przyszłości… istnieje pewna tycia szansa, że… - Khal mówił powoli. Na bieżąco szukając słów, których nigdy nie używał, co miały wyrazić jego myśli, których nigdy nie miał, w momencie, gdy Kaylie uniosła spojrzenie na niego, w jakimś oczekiwaniu. - … że moglibyśmy stać się lepsi. I niech to czort… jeśli to w ogóle jest opcją to chcę być lepszy. I to co rzeczywiście jestem w stanie ci obiecać, to to, że jeśli byś przyjęła moją nierozsądną propozycję… to będę się starał jak nigdy się nie starałem. Będę wyrozumiały. Będę kontrolował gniew. Powstrzymywał pochopne wnioski. Będę starał się ciebie zrozumieć i próbował nie następować na twoje skrzywienia. Będę się starał byś była szczęśliwa… a oczekiwać będę tylko i aż tego samego.
    Khal pochylił się nad zmieszaną Kaylie i ucałował ją w czoło, gestem zdejmując jakąkolwiek presję, a spojrzenie kobiety wyrażało uczucie, jakiego sama nie umiałaby określić.
    Szczyptę dziecinnej nadziei.
    - Nie musisz teraz nic deklarować, ani mi odpowiadać. Jednak chciałbym abyś, do momentu jak wrócimy z tej wyprawy, miała dla mnie jakąś odpowiedź. Zaakceptuję każdą. Ale potrzebuję jakiejś. Czy to brzmi uczciwie, w twojej ślicznej główce?
    Kaylie patrzyła w oczy Khala i przysunęła się bliżej, aby szepnąć do niego krótki przekaz.
    - Musimy iść. Filia nie będzie na nas czekać.
    Khal kiwnął głową, ale przytrzymał ją delikatnie jeszcze moment, gdy pochylał się do jej ucha. Niemal już w odruchu zbliżając usta na tyle, aby poczuła ciepło jego oddechu na skórze.
    - Do końca wyprawy - powtórzył z dziwną mieszanką łagodności i nacisku, ustalając między nimi zrozumienie. Termin może był czysto arbitralny, ale Khal zamierzał go uszanować.
    Kaylie nie odpowiedziała nic, a jedynie lekko odsunęła się... by zaraz złapać mężczyznę za kołnierz pod gardłem.
    - Pod jednym warunkiem. - ściągnęła twarz Khala niżej ku sobie - Że niezależnie od mojej decyzji...
    Wyszeptała dalsze słowa do ucha Khala, a ten kiwnął głową, z poważną miną.
    - To… jest możliwe do zorganizowania - odpowiedział poprawiając się, ale uśmieszek tańczył mu w kąciku ust.
    Kobieta sama uśmiechnęła się z krzywym rozbawieniem. Skierowała dłoń ku przytroczonej do pasa masce.
    - Nie dajmy Filii radości naszej nieobecności. - szepnęła z jadowitym tonem, odpinając maskę i zakrywając nią oblicze.

    Obóz straży znajdował się niewielki kawałek poza miastem. Para wysłanników Azazela mogła zobaczyć jakieś dziesięć wozów, większość z których była pusta, jedynie uściełana miękkimi materiałami. Zobaczyli Filię wydającą ostatnie polecenia. Zerknęła na dwójkę nowo przybyłych.
    - Jesteście. Dobrze. Potrzebujecie jakiś przydziałów?
    Zamaskowana Kaylie podeszła lekkim krokiem ku Filii.
    - Miałaś nadzieję, że nie pojawimy się? - lekko przekręciła głowę - Przydziałów?
    - Niektórzy nie lubią stać i nic nie robić. Do tego w ekspedycji takiej jak ta, ludzie lubią wiedzieć jakie mają zadania. Wprowadza odrobinę rutyny. Więc?
    - A co byś chciała nam dać? - mruknęła galtianka.
    - Zostało tylko kilka skrzynek do załadowania. Prowiant, woda i ubrania. Możecie w tym pomóc. Do tego przyda się ustalić, co będziecie robić kiedy zejdziemy do kopalni.
    Kaylie w pierwszym momencie myślała o proteście, ale zrezygnowała.
    - A ty co robisz? - zapytała z niemą łaskawością.
    Komendant spojrzała na galtiankę.
    - Nadzór, papierologia, otrzymywanie raportów i adaptacja. - odparła niemal mechanicznie - Chcesz się zamienić?
    - Praca fizyczna lub leżenie wygodnie i rozkazywanie innym...
    - Czy ja wyglądam jakbym leżała?
    - Na pewno nie wykonujesz ciężkiej pracy. Nadzór to praca tylko w oczach wydelikaconej szlachty.
    - Jeżeli zrobiona na odpierdol się i poprzez delegację. Co pięć minut otrzymuję raporty od zwiadowców, muszę przyswoić nowe informacje, skontrastować je ze starymi i dokonać odpowiednich decyzji. W międzyczasie rozsyłam gońców do pobliskich wiosek i mieścin, informuje rodziny mi podległych o misji na jaką zmierzamy. W końcu upewniam się, że wszyscy wykonują swoją pracę i nie marnujemy zasobów. Uwierz mi, chętnie ponosiłabym dziesięć kilo chleba.
    - Straszliwie komplikujesz sprawę. - pokręciła głową - Wiemy gdzie iść, idziemy. W razie problemów improwizujemy. Łapiemy skurwiela i do miasta z nim.
    - Pewnie tak to wygląda dla poszukiwaczy przygód. Ja i moi musimy jednak wrócić do miasta, do rodzin, do obowiązków. Nie mamy przywileju, aby pójść na wyprawę, zabić co się rusza, zabrać co nie i ruszyć dalej. Więc pozwól, że po komplikuje sobie życie, ale wrócę ze wszystkimi z którymi wyruszę.

    Viktor obserwował sytuację trochę jak dziejący się, w zwolnionym tempie, wypadek. Niby chciałoby się odwrócić wzrok i nie być tego świadkiem… ale chora ciekawość zmuszała. No ale też kupowała ona mu czas by ocenić co będzie lepsze dla jego wizerunku, jako przyszłego lidera duchowego kultu. Niedostępny posąg ze spiżu, będący dla wiernych wysłannikiem niebieskim… czy swój chłop? “Jeden z nas”.
    - Mamy dużą ekipę. Organizacja tylu ludzi nie jest prosta sprawa. Jak zarządzałem czasem małym legionem advocati adiuvantes w poważniejszych sprawach to był to prawdziwy wrzód in natibus. Mamy kilka dni drogi by ustalić jaka będzie nasza rola już na miejscu. Pozwólmy Filii robić swoje, a ja pomogę z załadunkiem.
    Zatrzymał się po dwóch krokach.
    - Proszę dziewczęta, nie wydrapcie sobie oczu gdy mnie nie będzie… - zaapelował, puszcając im oczko i odszedł nie dając czasu na odpowiedź.
    Kaylie spojrzała za Khalem, spojrzała na Filię i znowu na Khala.
    - Mamy nie wydrapać sobie oczu... - stwierdziła odwracają głowę w stronę komendant i nic więcej nie powiedziawszy jedynie wzruszyła ramionami i bez słowa ruszyła pomóc ładować ciężkie rzeczy.
    - Szkoda mi manicure'u - odparła komendant i wróciła do swoich zajęć.

    Viktor dołączył do pracujacych ludzi. Swoim urokiem i chęcią pomocy zyskując ich sympatię, ale szacunek i powagę kupił, gdy mimo niepozornego wyglądu i bogatego ubioru zaczął ładować beczki i skrzynie, które normalnie wymagały dwóch ludzi. Z jego pomocą praca znacznie przyspieszyła i wkrótce wesołe pomruki wypełniły atmosferę, szybko przeradzając się w otwarty śmiech po kolejnej, mimochodem opowiedzianej historii, czy impresji jakiejś znanej osoby…
    Ludzie ciepło przyjęli prawnika, ciesząc się z każdej pomocy przy załadunku ciężkich skrzyń. Niedługo później pojawiła się arcanistka, wyraźnie rozglądając się "komu by tu pomóc". Zauważyła, że jedna ze skrzyń ustawionych na wozach zaczęła się chybotać. Przed upadkiem uratował ją jeden ze strażników, który z trudem przechwycił ją, ale nie był w stanie wepchnąć jej z powrotem. Prostym ruchem dłoni Kaylie niefrasobliwie posłała magiczną dłoń, aby pomogła nieszczęśnikowi. Delikatne pchnięcie od spodu skrzyni wystarczyło, aby krnąbrny ładunek wrócił na swoje miejsce. Strażnik odwrócił się, ujrzał jednak jedynie zamaskowaną postać. Kaylie natomiast rozpoznała twarz, którą ostatnio widziała w barwach bardzo żywej czerwieni.
    - Ten.. Dziękuję. Dobrze czasem mieć czaroklepę pod ręką.
    - Nie ma za co. Mam nadzieję, że podobało się tak samo, jak wcześniejszy przypadkowy pokaz, na sali masażu. - powiedziała jednocześnie zalotnie, ale także drażniąc się i mając z tego dobrą rozrywkę.
    Twarz strażnika natomiast przybrała najpierw zdziwiony wyraz, po czym wróciła do znanej Kaylie czerwieni. Mężczyzna jedynie odkaszlnął, podrapał się po karku i pełen wstydu uciekł jak najdalej od magini, która śmiejąc się pod nosem dalej wspomagała swoją magią ładowanie prowiantu.

    W końcu zjawił się gnom na swoim sporym ogarze, jego papierowa sowa unosiła się nad nim obserwując sytuację. A za nim jechała jego banda awanturników. Wszyscy w tunikach tej samej barwy i z tym samym motywem. Gnom rozejrzał się dookoła, po czym skierował Joghmetha ku Fillii. A gdy dotarł do niej, rzekł buńczucznie.
    - Dzielni awanturnicy i moja skromna osoba, meldujemy się pod twe rozkazy pani.-
    - Ah, dobrze. - odparła Komendant - Twoi ludzie dostali już przydziały, czy ty chcesz się czymś zająć, zanim ruszymy? Twoi towarzysze, pomagają przy załadunku.
    - Oczywiście, bo gnom wielkości ludzkiego wyrostka wyśmienicie sprawdzi się jako tragarz. - odparł sarkastycznie Baltizar i dodał.- Cóż… ja po prostu usiądę gdzieś z boku i nie będę przeszkadzał innym. Tak najlepiej pomogę wszystkim.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #48

      Kaylie

      W przeciągu godziny karawana wyruszyła, grupa sług Azazela zauważyła, że dołączył do nich Jori, elfi alchemik mieszkający w Popielnym Dworze.
      Komendant Filia Blackfyre przewodziła pochodowi, krocząc z determinacją przed karawaną, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożeń dla jej podopiecznych i najwyraźniej ciągle przyjmując raporty od zwiadowców.
      Uniosła delikatnie brew kiedy ujrzała jak dogania ją Kaylie.

      • Chcesz mi dotrzymać towarzystwa, czy masz nadzieję, że pierwsza dojrzysz zasadzkę?

      Victor

      W środku karawany Victor siedział na jednym z wozów z zapasami. Zauważył, że strażnicy szli i siedzieli cicho. Powietrze nie było wypełnione rozmowami, żartami czy śmiechem.
      Srogie skupienie gościło na ich twarzach, zauważył jak jeden ze strażników trzyma swój miecz przed sobą, knykcie zbielałe w gniewnym uścisku.
      Filia musiała im powiedzieć, gdzie idą i co mają zrobić. Gniew i determinacja buzowała w krwi strażników, być może nadzieja na jaką liczyła komendant wyparowała szybciej niż by chciała i teraz jedyne co pchało jej ludzi do przodu to żądza zemsty.

      Baltizar

      Baltizar był na końcu karawany w wozie wynajętej przez niego grupy najemników.
      W porównaniu do Khala ci nie byli cicho. Barbarzyńscy bracia, którzy siedzieli na koźle przerzucali się przechwałkami i przysięgami. Elfi mag i alchemik musieli dopracowywać szczegóły planu działania.
      W końcu jeden z barbarzyńców zawołał do gnoma.

      • Hej, szefie. Ta dziewucha w masce co z tobą pomieszkuje to ładna?
      • I czy do wzięcia? My bracia zawsze się dzielimy!
        Ach, typowe rozmowy podczas podróży, kto ma na kogo chrapkę…

      Dzień zaczął chylić się ku końcowi filia więc zarządziła postój.
      Wozy zostały ustawione w szerokim kole, a konie spuszczone wewnątrz koła, aby nigdzie nie uciekły.
      Obóz został ustanowiony na otwartej polanie, jedynie z niewielkimi drzewami i krzakami ustawionymi po jego wschodniej stronie.
      Filia zarządziła rozbicie namiotów między wozami a drzewami, jeżeli coś ich zaatakuje nie zdoła uszkodzić wozów zanim do nich nie dotrą.
      Trzech strażników ustawiło się na wozach, aby lepiej dostrzec potencjalne zagrożenia.
      Strażnicy rozpalali pierwsze ogniska kiedy usłyszeli krzyki i szelest dobiegający z krzaków.

      [media]https://i.imgur.com/ehHQMpN.jpeg[/media]

      Po chwili grupa dwunastu istot wyskoczyła na polanę, wyglądały jak gobliny, jednak dziwnie zmienione. Dodatkowe kończyny, rogi, różne kolory i dość dobrze zbudowane. Ich pełne przerażenia oczy zaczęły rozglądać się po zgromadzeniu, kiedy spojrzenie jednego z nich musiało dojrzeć konie wewnątrz kręgu.

      • KONIE! - zawołał najwyraźniej przywódca i gobliny rzuciły się do ataku.
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez Zell
        #49

        - Mam zamiar cię chronić, jak wpadniesz w jakąś nieprzyjemną sytuację. Nie byłoby to dobre dla ogólnego morale, gdyby dowódca padł lub ciężko ucierpiał już w pierwszych godzinach podróży. - odpowiedziała arkanistka suchym, jakby zmęczonym banalnymi pytaniami głosem.
        - Och, dziękuję. - odparła komendant - Wątpię, aby coś na nas się rzuciło. Drogi są bezpieczne, a zwiadowcy informują mnie, że od wczoraj nikt nie opuścił terenu kopalni. - komendant westchnęła - Więc, co wy będziecie z tego mieli?
        - Hm? - Kaylie mruknęła pytająco - Czy naprawdę nie wierzysz w chęć uczynienia dobrego uczynku?
        Tak naprawdę arkanistka nawet nie siliła się na brzmienie zdziwioną.
        - W dniu kiedy człowiek wychowany w Cheliax zrobi coś z altruistycznych powodów, będzie dniem kiedy zmienię wiarę na Caileana i zapiję się na śmierć. Twój kompan na pewno chce coś ugrać z tego. Dobre pierwsze wrażenie jego patrona może?
        Kaylie uśmiechnęła się z niemym rozbawieniem.
        - Och, podejrzewam. Na szczęście nam to nie grozi. Przecież on nie został wychowany w Cheliax.
        - Evercrest opuścił... został wygnany jak miał... dziesięć, dwanaście może? - zaczęła komendant, fakt wygnania Khala najwyraźniej budził w niej niesmak - Od tego czasu nie mógł się włóczyć długo, jeżeli uzbierał dostatecznie dużo doświadczenia, aby być członkiem loży. Dostatecznie dużo czasu, aby zintegrować się z mentalnością tamtejszych.
        - Z tego co mi się wydaje, to czternaście. Tragiczny wiek na topienie w traumach. - kobieta mruknęła pod nosem - Na pewno Cheliax nie było pierwsze na jego drodze, a co później... Nie znam go bardzo długo. Wiem, że cokolwiek nie uczyniłby tam to byłoby to coś co rozumiem. - spojrzała w oczy Filii - Walka o przetrwanie.
        Filia uniosła brew.
        - Mam listę kilku czynności, które mógłby zrobić tylko dla własnego zysku, albo przyjemności. Rozumiem jednak o co ci chodzi. Zastanawiam się jednak, czy za szybko go nie rozgrzeszasz.
        - Albo ty za szybko go skazujesz. - wzruszyła ramionami - W końcu niewinny póki nie skazany? Choć może coś pomyliłam. W Galt jest winny póki nie uniewinniony, Ale myślałam, że to tylko u nas.
        - Ja go o nic nie oskarżam. - zapewniła Filia - Jedynie stwierdzam, że to facet, który sporo przeszedł i ostatnie... powiedzmy dwie dekady spędził w jednym z najbardziej niemoralnych krajów na kontynencie. Spodziewam się nie lada pikantnych opowieści o jego życiu codziennym.
        - Liczysz na deklamowanie hymnów pochwalnych ku czci Asmodeusza i poświęcanie dziewic?
        - Asmodeusz nie lubi kobiet. - zauważyła Filia - Do tego Khal nie wygląda na tępego fanatyka, plus powiedział, że jego patron to... Azazozel? Tak to było?
        - Azazel. - poprawiła - Ale w sumie masz rację. Nie poświęcałby nikomu dziewic. Wolałby... inaczej sam je spożytkować. - uśmiechnęła się półgębkiem.
        - Więc miałam przynajmniej trochę racji. - Filia się uśmiechnęła - Zawsze wyczuję chama. - zerknęła na swoją towarzyszkę - Więc, pewnie próbował już ciebie wziąć w obroty.
        Kobieta na chwilę zamilkła zastanawiając się jak ubrać to w słowa.
        - Tak jakby... Jednocześnie i tak, i nie. - niepewnie odparła - I uwierz mi, podczas bytności wśród najemników spotkałam wiele rodzajów chamstwa. On... Nie. Nie jest wobec mnie chamem.
        Filia ponownie zerknęła na Kaylie, tym razem na dłużej po czym gwizdnęła.
        - Wzięło cię nieźle. - pokręciła głową - Mam nadzieję, że traktuje cię dobrze. - westchnęła - Więc, wiem czemu on nam pomaga, a ty pomagasz nam dla niego, czy masz jakieś własne powody?
        - Jestem najemnikiem. A on to bonus do pieniądza. - wróciła do obserwacji drogi.
        Komendant przez chwilę szła cicho.
        - Duży bonus? - zapytała, nie mogąc powstrzymać prychnięcia śmiechem.
        - Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie zawiedzie moich oczekiwań.
        - Przepraszam, musiałam jakoś wypełnić tę ciszę, a żart się aż prosił.
        - Ja nie żartowałam. - odezwała się rozbawionym głosem.
        - No cóż, trzymam kciuki. - przez chwilę znowu zamilkła - Będę musiała pomówić z ojcem o jego wygnaniu, prawda?
        - To już twoja decyzja. - stwierdziła po dłuższej chwili.
        Ponownie westchnęła.
        - Czytałam tą sprawę kilka razy. Wygląda jak ustawka z rozwścieczonym tłumem jako oskarżycielem, świadkiem i ławą przysięgłych… prawie jak w Galt.
        - W Galt w najlepszym wypadku tłum by ją rozszarpał, a Khala wraz z matką za powinowactwo krwi. - stwierdziła bez wahania - Ciekawi mnie czy naprawdę wiesz o co w tym wszystkim chodziło.
        - Zważając, o co ją oskarżono, to pewnie Ostateczne Ostrze? - komendant pokręciła głową - Ojciec nigdy o tym nie gadał, to jedna z setek spraw. Jedynie do niej zajrzałam ponieważ odwiedziliście jej grób. Zabobony nie wydają się powodem, więc pewnie zatargi. Wendetta.
        - Ostateczne Ostrze. Dla obu osób. W najgorszym wypadku torturami by przyznanie się do winy wymusili, ale to bez znaczenia. Efekt ten sam. Podpis pod przyznaniem się by ładniej wyglądał w aktach, czy na plakatach nawołujących do spektaklu.
        Kaylie patrzyła w ciszy na Filię dłuższy czas.
        - To nie moje miejsce mówić więcej o tej sprawie. Musisz porozmawiać z Khalem... bo wątpię by ojciec ci powiedział prawdę.
        Filia uniosła brew na słowo "spektakl", ale jedynie pokręciła głową. Chwilę rozważała słowa Kaylie co do rozmowy z Khalem, ale tylko westchnęła.
        - Tego się bałam...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez Zell
          #50

          Dla innych las był tylko zbiorowiskiem żyjących i gnijących drzew, wśród których hasały, płodziły się… zabijały i rozkładały zwierzątka. Nie dla Baltizara. On widział więcej… cienie lasy odkrywały przed nim prawdę… przyszłość, mackowatą gnijącą… oplatającą wszytko nieuchroną przyszłość. Choćby na przykład… drzewo które mijali. Dla innych zwyczajne, ale on widział krwistą prawdę. Wzdrygnął się na jej widok, ale nie odwrócił wzroku. Dopiero pytanie które zostałe rzucone ku niemu niczym lina wyrwało fo z tych wizji. Pytanie którego znaczenie pochwycił dopiero po chwili.

          - Pomieszkuje? Wynajmuję pokój w karczmie. Wiele osób tam pomieszkuje. I nie wiem czy ona akurat jest ładna. Pod maskę jej nie zaglądałem… do pokoju też nie.- mruknął Baltizar jadąc powoli na ogarze i coś ciągle notując w swoim swojej podręcznej księdze. Po czym zamyślił się.
          - Wy potraficie się dzielić, a ona pewnie potrafiłaby was podzielić na kawałki. Tyle macie wspólnego z nią.- przyznał gnom potakując i spojrzał na braci. - Może lepiej sobie odpuście… mam wrażenie, że źle by się wasze konkury u niej skończyły.-
          - Uuu... - zaczął jeden z braci - Taka mocna? No, no, trzeba będzie zasięgnąć naszego osobistego uroku.
          - Mhmmm… dużo uroku i jeszcze więcej taktu. - odparł beznamiętnie gnom. - Przywykła do no… hmm… jak to mówią elfy… eleganckiego podejścia. Możecie zacząć od podarku w postaci drogiej biżuterii. Na pewno spojrzy na was wtedy łaskawym okiem. Która by nie spojrzała na bransoletę z diamentów.-
          Obaj spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami.
          - Poważnie? Ona z tych wydelikaconych panien? Co to myją się, perfumują i jedzą sztućcami? -westchnęli - Mieliśmy nadzieję, że ciekawsza.
          - Hmm… no nie wiem czy się myje i perfumuje, ale pewnikiem luksusową biżuterię lubi.- zastanowił się głośno gnom, nie mając właściwie pojęcia co lubi a czego nie lubi Kaylie. I nie mając żadnego interesu w pozyskaniu takich informacji.
          - Zrobimy to po naszemu. Znajdziemy największą, najsilniejszą bestię jaka będzie w kopalni i podarujemy jej głowę poczwary. Trofeum jest więcej wart niż jakieś tam błyskotki.
          - I tak trzymać. Każda niewiasta lubi dzielnych wojowników. Każda opowieść powinna być pełna heroicznych czynów. - dodał z entuzjazmem Baltizar. Po czym zamyślił się. - A do tej Filli nie zamierzacie uderzać w konkury? -
          - Ona już ma kogoś. - zaczął Jor - Niehonorowe podbierać komuś zwierzynę.
          - Acha… - pokiwał ze zrozumieniem gnom mając w sumie elastyczne podejście do prawa i honoru. Ale to że nie wiązały go żadne moralne więzi nie oznaczało, że nie rozumiał tego że pętają one inne osoby.
          - A ty i ta blondyna z karczmy? Widzieliśmy jak na ciebie patrzy. Jakby mogła cię zjeść na miejscu, albo zabić każdego kto do ciebie podejdzie.
          - Jestem jej maskotką. - machnął ręką Bajarz. - Jak ulubiony kotek.-
          Zamyślił się pocierając brodę.- Choć oczywiście mój urok całkowicie zawładnął jej biednym serduszkiem i jeszcze nie zdaje sobie że jest we całkowicie zauroczona.-
          - Szczęściarz. - mruknęli do siebie - Co tam w sumie pisujesz? Nie jesteś chyba molem książkowym jak ten elf?
          - Ja jestem Bajarzem. Opowiadam historie. Epickie, komedyowe, smutne romanse i przerażające… oraz pieprzne też. A teraz zbieram informacje pod kolejną opowieść. O was, o tej wyprawie i o jej niewątpliwym sukcesie. Dobrze mieć trochę własnego materiału, a nie tylko historie zasłyszane od innych.- wyjaśnił Baltizar.
          - Skald! - zawołał Jor - A to wszystko jasne. Załatwimy ci heroiczne pieśni na lata.
          - Noo.. coś w tym stylu.Tyle że ja nie śpiewam. W ogóle.- wyjaśnił uprzejmie Bajarz.
          - Nauczymy cię. Kilka kufli czegoś mocnego i nie ważne czy trzymasz rytm, melodie czy nawet wyraźnie mówisz. Śpiew idzie z serca... i żołądka!
          - Taaa… - odparł Baltizar nie wykazując nadmiernego entuzjazmu, bo i nie był fanem upijania się. Zamroczenie alkoholowe przyciągało demony jego umysłu.
          - Chcesz usłyszeć historię naszych rodziców? - zaczął jeden z braci.
          - A ty znowu?
          - To dobra historia, głupia, szalona i prawdziwa.
          - Z chęcią. - przyznał gnom szykując się robienia notatek.
          Jor otarł ręce nie mogąc się doczekać aż dojdzie do niespodzianki historii.
          - Dobra. Ja i mój brat wywodzimy się z klanu Lodowego Kła. To niewielki klan, ale nikt z nami nie zadziera ponieważ wodzem klanu, naszą mamą jest Azjaxali, jest potężną białą smoczycą i jedną z niewielu inteligentnych białych. Suka z niej straszna, ale lubi bawić się w wodza klanu. Raz spotkali podróżującą karawanę, mama oczywiście chciała ich obrabować, ale okazało się, że nawet nic takiego ciekawego nie mają, księgi, trochę świecuszek. Wzięli więc karawaniarzy w niewolę, aby sprzedać Lidze Technicznej. Wcześniej jednak mama skorzystała sobie na przywódcy karawany. Silny chłop, który , zaspokoił ją jak żaden inny. Tak go polubiła, że nawet go wypuściła gdy miała go dość. Kilka miesięcy później na świat przyszliśmy my. Ja z białymi włosami i mój braciszek z miedzianymi. Wtedy wyszła prawda, ponieważ tata przeleciał nad naszym obozem. Był miedzianym smokiem i ukrył swoją naturę, aby zagrać mamie na nosie. Była zła.
          - Farbowała nam włosy, aby jej nie przypominać. Ja wdałem wdałem się w matkę, Jor w ojca. - dokończył Ori - W zeszłym roku wyruszyliśmy na przygody, obiecaliśmy mamie skarby i jak znajdziemy ojca, to jakąś pamiątkę z niego.
          - Rzeczywiście… bardzo interesujące. - przyznał gnom notując wszystko w swojej książeczce. - Bardzo… Pomyślę więc nad tym.-
          Bracia barbarzyńcy na razie zamilkli, chyba rozważając jaką to opowieścią uraczyć gnoma.
          - Z innej beczki… z tego co twierdzi Filia śmiem wnioskować że nasza misja skończy się zanim wygaśnie wasz kontrakt ze mną, więc… po całej tej awanturze wyruszymy coś zobaczyć. Ponoć jest tu w okolicy stary krater. Chciałbym go zobaczyć… i przenocować w nim. - Bajarz zmienił temat.
          - Hej, ty jesteś szefem. Tak długo jak płacisz, jedziemy z tobą. Coś ciekawego w tym kraterze? Gwiezdny Metal może?
          - Inspiracja… myślę, że jego widok wzbogaci moje opowieści o nowe detale.- odparł Bajarz i wzruszył ramionami. - Z tego co słyszałem to miejsce jest dobrze znane, więc z pewnością zostało przeorane wzdłuż i wszerz przez poszukiwaczy skarbów, ale… jeśli będzie wam się nudziło, to możecie poszukać jakichś błyskotek. A nuż coś znajdziecie.-

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Zell
            #51

            Khal wstał od ognia, pierwszy raz przywdziewając swoją tarczę z ciemnodrzewiu, co nikt z obecnych nie widział by stało się wcześniej, oraz młot bojowy który przy jego jednak nie-”wojowniczej” posturze wydawał zwyczajnie zbyt wielki… ale gdy zakręcił nim wokół dłoni, dla rozgrzania nadgarstka widać było w ruchu wprawę.

            - Słuszny gniew jest po naszej stronie! Pierwsza kropla pomsty należy do nas! - Zakrzyknął z mocą, wznosząc młot nad głowę co zabłysł na kilka chwil złotą aurą - Ale mogą nie być sami! Strzeżcie perymetru! Nie dajmy się zaskoczyć jeśli to tylko dystrakcja!
            Polecił z mocą, głosem wyćwiczonym by w swej czystej formie wciąż docierać do dalekich rogów sal sądowych Egorianu, stolicy Cheliax. Maszerował ramię w ramię ze strażnikami formującymi już linię frontu by zatrzymać natarcie.

            Gnom tymczasem zrobił to zrobić powinien. Kucnął koło swojego wierzchowca i rozejrzawszy się ocenił sytuację. Były to zwykłe gobliny, toteż sięgnął po kuszę i naciągnął cięciwę mrucząc pod nosem “Na miejsce”.
            W łożu broni od razu zmaterializował się bełt. Baltizar uznał że będzie on podarunkiem dla najbliższego zielonoskórego pokurcza który się do niego zbliży.
            - Etrigan upoluj maga.- rzekł do swojego skrzydlatego obrońcy. Ten pofrunął w górę i poleciał ku goblinom szukając stworka ubranego w więcej piór i kości niż pozostali. Jego szpony zapłonęły ogniem. A biedny Jogmeth… cóż, musiał warować koło swojego pana w nadziei, że jakiemuś goblinowi uda się dotrzeć w zasięg jego szponów i paszczy.

            Kaylie bez wahania wyjęła z sakwy przytroczonej przeciwlegle do miecza niewielki... kawałek mydła. Maska nie dawała wglądu w wyraz jej twarzy, ale był szczególnie rozbawiony w tym momencie. Słowa smoczego języka opuściły gardło arkanistki, której dłonie tańczyły w magicznym rytmie. Ziemia pod i wokół goblinów zaczęła lśnić warstwą śliskiego łoju.
            - Strzelcy! - krzyknęła - Zostawić jednego! Reszta czekać!

            Strażnicy szykowali się w pozycji obronnej, kiedy nagle dziesięć z dwunastu goblinów, w wyniku śliskiej nawierzchni wylądowała twarzami do ziemi. Pozostałe gobliny zwolniły i patrzyły na strażników ze strachem. Trudno jednak było określić czy to ich się boją. Filia odchrząknęła, minęła swoich podwładnych i spojrzała na goblina ubranego w kolorowe łaszki i piórka.
            - Czemu nas atakujecie?
            - CO MACIE DO NASZYCH KONI!? -wykrzyknął Jor, jeden z barbarzyńskich braci. Filia tylko westchnęła i wróciła uwagą do goblina.
            - Jest nas więcej. Wiele, wiele więcej. Czemu nas atakujecie?
            - Konie, szybkie. Ucieczka. - odparł goblin oglądając się nerwowo za sobą w stronę lasu.
            - Przed czym?
            - NIE MA CZASU! - odkrzyknął goblin - Jest duże i silne. Zjadło dziesięciu z nas!
            Filia spojrzała na gobliny, które próbowały się podnieść i im to nie wychodziło. Zerknęła na Kaylie.
            - Możesz to odwołać jak poproszę?

            Bajarz westchnął i odwołał kołującego Etrigana z powrotem do siebie. Usiadł i z dala przyglądał się rozterkom bohaterów, notując w pamięci szczegóły i ignorując podszepty wydobywające się pęknięć w korze drzew. Stwór zatrzepotał gwałtownie skrzydłami z kartek i wylądował obok gnoma.
            Kaylie westchnęła ciężko.
            - Mogę, ale rozumiesz, że to puści ich wszystkich, prawda? A wątpię, że będą spokojne bez tego.
            - Wiem, dlatego nie rób tego jeszcze. Chcę ich przekonać, abyśmy pracowali razem. - uśmiechnęła się i spojrzała na Viktora - Goodman, ty masz dobrą gadanę. Przekonaj ich, że lepiej abyśmy współpracowali. - spojrzała na goblina - To jest mój szaman, wielki i mądry. Ustali pokój między nami.
            Kaylie jedynie uniosła ręce do góry poddając się i niezgrabnie wykonała parodię salutu.

            Viktor uniósł brew nieco rozbawiony takim obrotem spraw, ale dostał konkretną rolę do spełnienia i zamierzał ją spełnić… nawet jeśli nigdy nie miał opowiedzieć tej historii inaczej niż przy mocnym alkoholu, w ramach jajcarskiego żartu, o tematyce urażonej dumy. Negocjacje ze zmutowanymi goblinami! Toż sobie wymyśliła!

            Podszedł bliżej goblinów. Niebezpiecznie blisko, bo już w zasięgu szybkiej szarży i przyklęknął przed nimi, opierając się na swoim młocie. Nonszalancja była wystudiowana. Mówiła jasno “nie uznaję was nawet za zagrożenie”.
            - Ucieczka nic nie da. “Mistrz Soczków”, czy jakkolwiek nazywacie tego bydlaka co was pozmieniał, ma zwyczaj pozostawiania na swoich dziełach run. Niekiedy pod skórą. Oddalicie się za bardzo i “puff!”. Po was. Widziałem to. Mój wódz zdecydowała się nad wami ulitować, co daje wam opcje. Możecie spróbować dostać się do naszych koni… i widzicie jak wam to wychodzi… - odczekał chwilę, by gobliny próbujące wstać w kałuży oleju miały możliwość zrozumieć bezsensowność swojej sytuacji. - Albo możecie przysiąc posłuszeństwo mojemu wodzowi i cokolwiek was goni… stawimy temu czoła razem i większość z was to przeżyje. To co chłopaki, jak będzie?
            - My nie puff. - odparł goblin - Nas wysyła na łowy. - szaman zaczął rozglądać się po zgromadzeniu i zaczął chyba liczyć strażników, ale poddał się kiedy przekroczył pięć - Dobra, ale jeśli zaczniecie padać jak muchy, my kraść konie i uciekać.
            - Walczymy razem. Ramię w ramię. Jeśli spróbujecie chować się za naszymi plecami to pożałujecie… Zrobicie krok w kierunku koni to zobaczycie, że oni tam - wskazał kciukiem członków wyprawy - są jeszcze w porządku, ale JA… ja jestem gorszy od tego co was goni.
            Niby-serdeczny, ale wielce niepokojący uśmiech nie schodził z twarzy Khala. Coś w nim kazało wierzyć, że przynajmniej on sam wierzy w to co mówił.
            - Jak nie pasuje to możecie wrócić skąd przybyliście - gest dłoni prezentował las za nimi.
            Zamilkł na chwilę i kontynuował dopiero gdy zobaczył kiwnięcia głów i przyjęcie ultimatum.
            Cokolwiek nadchodziło… nie słyszał tego jeszcze. Więc mieli przynajmniej kilkanaście sekund.
            - Kaylie! Dasz tym biedakom wstać? - Zawołał za siebie.
            - Teraz przysięga posłuszeństwa - zwrócił się znów do nich, głosem który ogłaszał, że nie zaakceptuje żadnego sprzeciwu. Nie miał krztyny wiary w słowność goblinów, ale w takich kulturach tylko powtarzane próby sił mogły zapewnić jakieś resztki quasi-lojalności.
            - Powtarzajcie za mną. Dość głośno by wszyscy słyszeli. “Będziemy wdzięczni wodzowi Blackfyre i posłuszni mu póki nie zwolni nas ze służby!”.
            Kaylie jedynie przewróciła oczami i skierowała wzrok na Filię, kręcąc dłonią w wyrazie zniecierpliwionego oczekiwania na decyzję.
            Filia dała znak kilku strażnikom, którzy wycelowali kusze w gobliny.
            - Zrób jak mówi. Jeżeli spróbują czegoś głupiego, zmienimy ich w jeżyki.
            Arkanistka machnęła dłonią, jednocześnie porzucając skupienie na zaklęciu, jakiego magia rozmyła się w okamgnieniu pozostawiając gobliny na drapiącej powierzchni ziemi.
            Gnom zaś tylko obserwował i robił zapiski w notatniku szczęśliwy, że póki co, nie musi brać udziału w tej kłopotliwej awanturze.
            Gobliny powoli wstały pod nawoływaniem przywódcy. Po chwili stanęły w rządku i zaczęły recytować niczym dzieci słowa Viktora.
            - Będziemy wdzięczni wodzowi Blaa...Blaa...Blakfir i służni póki potrzebni. - no cóż, dostatecznie blisko jak na ich ograniczone słownictwo.
            - Black-fyre… - powtórzył Khal powoli, ale jego głosie brzmiała informacja a nie polecenie. Wstał i jego spojrzenie krążyło już daleko za goblinami.
            - Oddalmy się od lasu - polecił - Co was goni? Jak daleko za wami jest? - pytał szybko i rzeczowo, na później zostawiając mniej naglące, choć bardzo ważne kwestie jak “czemu Mistrz chce waszej śmierci”.
            - Duża liczba, wielkie, głośne. Dużo gęb, duże zęby. Wiele łap, pazury. - goblin zaczął robić pantomimę czegoś co najwyraźniej porusza się na czterech łapach - Od kilku minut nie widzimy, ale ma węch. Znajdzie nas i zje.
            - Jak duże? Jak koń? Jak niedźwiedź? Większe? Ile ich? Tyle co palców jednej ręki? Dwóch? Więcej?
            Viktorowi nie podobała się sytuacja. Machnął młotem, stukając głowicą w swoją pierś i pancerz na krótki moment zarysował się pomarańczowym konturem.
            - Jedno... duże jak... - goblin zaczął się rozglądać - Jak ta gałąź! - wskazał na gałąź mniej więcej trzy metry nad ziemią.
            Pomarańczowy poblask otoczył tym razem tarczę, gdy uderzył w nią młotem. Viktor pokręcił głową w oszczędnym, niezadowolonym geście. Czy “duża liczba” odnosiło się do odległości?
            - Nie problem. Większy bywały ubite. Wodzu… - zwrócił się do Filii z cichym rozbawieniem - Wygląda na to, że zaraz nam jakieś wielkie ścierwo się właduje. Jakoś perymetr przyszykujemy?
            Filia zerknęła na jedną gałąź, na której Khal zauważył niewielką jaskółkę.
            - Nie ma czasu. Zaraz tu będzie! - Filia podniosła głos - Tarcze i włócznie na przód! Łucznicy na tył! Viktor, Kaylie, najemnicy flanka! Już, już, JUŻ! - strażnicy zaczęli rozstawiać się według rozkazu komendant, która sama stanęła wraz z ścianą tarcz.
            Po kilku sekundach usłyszeli umęczone charczenie i ciężkie stąpanie, a po chwili przez drzewa i krzaki przetoczyła się abominacja, która sprawiła, że kilku strażników jęknęło z przerażenia.

            [media]https://i.imgur.com/fikEq0p.png[/media]

            Monstrum nawet się nie zatrzymało, tylko ruszyło na stojących strażników. I było wyższe niż gobliny mówiły, miało może pięć metrów wzwyż.
            Kusza… przestała się wydawać solidnym orężem w obliczu tego… czegoś… więc Baltizar sięgnął do pasa po różdżkę magicznego pocisku. Której to nie zamierzał używać, chyba że w ostateczności.
            Dźwięk jaki wydobył się spod maski Kaylie może i nie był słyszalny dobrze, ale każdy kto znał rudymentarny elficki zrozumiałby, że każdy elf skrzywiłby się na tak ordynarne określenie paskudztwa jakie na nich ruszyło. Kobieta lekko ruszyła się tyłem na lewą flankę, po czym zatrzymała się, aby wydobyć prawie niewidzialny gołym okiem, kawalątek pajęczej sieci. Trzymając w dłoni kawałek materiału, arkanistka splotła proste zaklęcie, po czym rzuciła pajęczyną w stronę poczwary. Sieć zaczęła rosnąć, po drodze zahaczyła o stary pieniek, ale leciała dalej. Kiedy dotarła do abominacji, oplotła ją kleistymi nićmi, oraz cały teren w promieniu sześciu metrów od niej. Istota stanęła w miejscu, przez chwilę próbując się wydostać z oplatających ją nici, ale jedynie zaplątywała się bardziej. Strażnicy zaczęli wiwatować widząc, że paskudztwo zostało na razie zatrzymane.

            Viktor wyszedł krok przed pierwszy szereg i skierował młot oskarżycielsko w poczwarę, recytując inkantację, planując w pełni wykorzystać bezcenne sekundy, które im Kaylie kupiła...
            Bratem cię zwał niegdyś Sprawiedliwy.
            Ale każdy twój krok dziś znaczy się Winą.
            Nie żal ci, człecze… Zła co żeś zrodził!
            Ukaż swą skruchę… przyjmij pokutę.
            Byś znów mógł nam być bratem…

            Bestia przez chwilę patrzyła, chyba, na Khala po czym jedną ze swych potężnych łap wymierzyła sobie cios.
            Filia wydała komendę, aby strzelać do bestii. Natomiast dwaj bracia barbarzyńcy, wykazując się nie lada inteligencją podeszli jedynie na skraj pajęczyny i jednocześnie wydali z siebie ziajnięcie smoków. Jor pokrył istotę mroźnym loden, Ori splunął strumieniem zjadliwego kwasu.
            Epicka bitwa skończyła się szybciej niż ktokolwiek mógłby sądzić, nikt nie zginął, oprócz bestii, która właśnie powoli znikała zżerana przez kwas Oriego.
            - Tego się bały te gobliny!? - zawołał Jor patrząc na przykurcze, które patrzyły na truchło z otwartymi szeroko gębami. Po chwili padły na kolana przed Filią, błagając o wybaczenie i obiecując niebo, ziemię, swe pierworodne i służbę plemienia po wsze czasy.
            Baltizar schował różdżkę i z nadal załadowaną kuszą powoli i ostrożnie zbliżał się do truchła by mu się przyjrzeć. Etrigan podleciał w górę, by się przyjrzeć potworowi z powietrza.
            Bestia powoli znikała w kałuży kwasu. Gnom widział kilkanaście czaszek wyłaniających się spod skóry i mięsa. Część wyglądała humonoidalnie, widział kilka orczych, goblinskich, jaszczuroludzkich? Trudno było określić z ilu istot to.. coś się składało.
            Baltizar beznamiętnie zapisał coś w swoim notatniku i podrapał się po brodzie.

            Filia schowała broń, patrząc na poległego oponenta.
            - Wracać na spoczynek. - komendant podeszła do Kaylie i Viktora obejmując ich oboje mocno - Dziękuję… ochroniliście moich ludzi. - spojrzała na dwóch barbarzyńców - Chłopcy! Idźcie do trzeciego wozu. Po beczce piwa dla was! - barbarzyńcy wydali z siebie dźwięk… przypominający coś co wydałaby jakaś morska bestia i pobiegli do wskazanego wozu.
            Kaylie spięła się w pierwszym momencie, gdy Filia ją uściskała, jakby nie do końca rozumiała reakcję. Szczerze nie zrobiła niczego imponującego, to nawet nie wymagało od niej użycia zaawansowanej mocy. Uśmiechnęła się lekko pod maską, jaka skryła jej niepewną reakcję. Skinęła jedynie głową... choć w sumie nie wiedziała co tym chciała okazać. Podziękowanie? Uznanie faktu?
            - Ho ho ho ha… - zaśmiał się Viktor, dla kontrastu doceniając i nawet odwzajemniając uścisk przez jeden wdech nim sam się z niego nie wplątał.
            - Po to tu jesteśmy - uśmiechał się serdecznie - Pamiętasz na co wczoraj naciskałem by zorganizować… magów z zaklęciami plam oleju oraz sieci. Te cudeńka zmieniają obraz pól bitew. Całe szczęście, że udało się takiego zabrać z nami. - klepnął Kaylie w ramię w nieco poufałym geście - Doskonała robota, swoją drogą. Bardzo właściwe myślenie. Słyszałem kiedyś tezę, że wrogowie mają tendencję okazywać się znacznie mniej groźni, gdy nie mogą się ruszać. - w niemal żadnym momencie Viktor nie przestawał chichotać pod nosem. Resztki adrenaliny wciąż krążyły w jego żyłach. Satysfakcja z ubicia czegoś tak paskudnego też go trzymała.
            - Te… - zagadnął Viktor nim Filia zdążyła odejść do obowiązków - ...bo ja tu widzę jeszcze jednego bezpośredniego świadka - zaproponował Viktor, już nieco poważniejszym tonem, ruchem samej głowy wskazując na zabite monstrum.
            - Chyba za mało go zostało, aby cokolwiek uzyskać. Do tego... który element chciałbyś przywołać? Pozwólmy jej spocząć w spokoju... - powiedziała Filia - Jeżeli chciałbyś wiedzieć coś o kopalni, to mamy tych tu. - wskazała na gobliny.
            - Tsk… Ori rzeczywiście dał mu popalić swoim kwasem, cóż… liczyłem, że znajdę jeszcze dziś zastosowanie dla tego zaklęcia, ale trudno. A gobliny jak najbardziej zamierzam dziś jeszcze przemaglować. Coś czuję, że będę nienawidził każdego jednego momentu tego procesu… tępe bydlaki jak stos dziurawych kaloszy. No ale musimy się dowiedzieć co się odwaliło. Jeśli Mistrzunio ma jakiś bunt, czy problem z zasobami ludzkimi, to jest to ważna informacja.
            - Dobrze. Zostawię to tobie, jesteś moim szamanem bądź co bądź. - Filia wróciła do swoich podwładnych upewnić się, że obecność bestii nie spłoszyła koni. W międzyczasie Jori, alchemik z Popielnego Dworu zbliżył się do truchła i gwizdnął.
            - Niezły klops... Bydlak robi postępy.
            Viktor podszedł do alchemika, jakby został zawołany.
            - Ta biomasa… ona została jakoś magicznie rozrośnięta z mniejszej ilości, czy rzeczywiście tutaj każdy kilogram należał kiedyś do żywego człowieka… przed tą masakrą musiał z dwie, może trzy tony ważyć… to by były przynajmniej dwa tuziny ludzi. Bardziej trzy.
            - Na pewno rozrośnięte. Sądzę, że składała się w sumie z dwunastu. - spojrzał na kolejny kawałek, który poddał się żrącej cieczy - Piętnastu ciał. Tylko pięciu ludzi, sześć goblinów, trzy orki i jeden ogr. Jestem pod wrażeniem, że cielsko było na tyle stabilne, że posłał ich za uciekinierami.
            - Rozumiem uznanie kompetencji, nawet jak osoba jest wyraźnie chora na głowę. Kiedyś brałem udział w posłaniu kapłana Pana Much na stos. Był powalony nawet jak na standardy swoich własnych ziomków. Ale potem trzeba było pilnować by jego notatki pozostały zamknięte, bo co rusz ktoś próbował je wykraść. Co złapani przyznawali, że kapłan był porąbany, ale to co osiągnął było genialne i nie chcieli by wiedza przepadła… ale to wpół losowa dygresja. Myślisz, że może mieć takich więcej u siebie?
            - Posyłasz najlepszego psa za zbiegłymi owcami?
            Viktor milczał chwile analizując wypowiedź.
            - Nigdy nie byłem pasterzem, ale teoretyzując… gdyby mi wystarczająco zależało na tych owcach? - Viktor wzruszył ramionami - Ale chyba nie taką odpowiedź miałeś na myśli. Cóż… w podziemnych korytarzach nie będzie tak łatwo. Tu mieliśmy dużo czasu pomiędzy linią lasu, a naszymi szeregami. Tam będą mogły się czaić za rogiem i tego czasu nie będzie.
            Jori spojrzał na leżące truchło, porozwalane drzewa i krzaki.
            - Za rogiem? Czaić?
            - Hej… to nie ja sugerowałem, że tam może mieć lepsze psy! A rozsądna ilość paranoi jest cenna. Na przykład ta paranoja każe mi teraz przestać prokrastynować i gobliny przesłuchać, bo nie wyeliminowałem jeszcze możliwości, że to tylko podpucha i chodziło o to byśmy dopuścili je do siebie. Jak przejdę do etapu wypytywania ich o mistrzunia i jego siedzibę posłać kogoś po ciebie? Możliwe, że twoja ekspertyza pozwoli zrozumieć ich bełkot gdy dojdziemy do opisu pomieszczeń czy osobistości.
            - Proszę bardzo. Ja zobaczę co zdołam odratować z tej zupy. Może coś przydatnego. - elf przykucnął przed delikatnie bulgoczącą plamą i wyciągnął szklaną rurkę - Hm... poprawka. Te gobliny, które liczyłem jako część stworzenia? Ono je zjadło.
            - Zjadło… i zintegrowało… to brzmi jakby miało potencjał dla efektu niesamowitej kuli śniegowej… spodziewasz się, że jest w tym jakiś mechanizm, czy zależność co by zdestabilizowało mutanta w miarę pożerania kolejnych wiosek?
            - Za mało, abym doszedł do pełnych wniosków, ale... - Elf wyciągnął jedną z goblinskich czaszek, która ociekała mieszanką kwasu, mięsa i krwi. Przyglądał się jej przez chwilę po czym polizał szlam, po sekundzie wypluł go i od niechcenia rzucił czaszkę - Wpychało ciała w puste miejsca swojej struktury. Nie było pełnej integracji, jedynie uzupełnianie... jak zaprawa murarska. Nie wchłania drewna, kamieni czy stali. - alchemik chwilę się zamyślił - Być może musi je wydalić ze swego organizmu, to pewnie je spowalniało. Co do tego czego można się spodziewać w kopalni... raczej nie tak rosłych okazów, za mało miejsca.
            - Co nie znaczy, że nie będą w stanie rozszarpać dwóch chłopców nim się zorientują, że nie żyją… ok. Praca, praca. Widzimy się potem.
            Viktor odmachnął ręką, już odchodząc w kierunku nieprzyjemności rozmowy z przyglupami…


            Kaylie krążyła w okolicy Filii i strażników upewniając się czy wszystko wygląda w porządku. Po tych oględzinach skierowała się na przypisane sobie posłanie na jakim usiadła ze skrzyżowanymi nogami i wyjęła księgę zaklęć skrytą w fałdach szaty, jaką zaczęła przeglądać.
            Tak naprawdę nie czuła się bardzo komfortowo w tej dziwnej sytuacji w jaką ją wciągnęła Filia, więc postanowiła się schować za czymś, co rozumie. Nie chciała w tym momencie musieć z innymi rozmawiać i narażać się na niezrozumiałe interakcje.
            Po chwili usłyszała radosne śpiewy dwóch barbarzyńców, którzy nosili po beczce piwa. Przechodząc spojrzeli na siedzącą maginię.
            - Oh, a tu jest nasza wybawicielka. Gratulacje w uratowaniu tyluż żyć.
            Kaylie uniosła wzrok na barbarzyńców, tak naprawdę nie wiedząc jak na to zareagować.
            - To było tylko proste zaklęcie. - stwierdziła z jakimś wstydem - Wolałam nie używać całego arsenału i czegoś mocniejszego. Przepraszam jeżeli zawiodłam oczekiwania...
            - I o to chodzi! - zawołał Jor i obaj usiedli przed Kaylie - Ilu moli książkowych by zaczęło ciskać kulami ognia i błyskawicami w nadziei, że bestia się na nich nie rzuci? Trzeba mieć więcej w ładnej główce niż miejsce na zaklęcia, aby zobaczyć dużą niezgrabną bestię i zatrzymać ją w miejscu. - barbarzyńca się uśmiechnął - Ja i Ori też potrafimy z siebie coś wyrzucić magicznego, ale to ze względu na pochodzenie. My byśmy ciskali kulami ognia i byli pewnie martwi. A tu ktoś kto naprawdę się zna na sztuce.
            - Oj, nie słodź już tak Jor bo dziewczynie zmienisz krew w lukier. Ma jednak braciszek rację, magia to więcej niż duże zaklęcia i duże szkody. Mądry mag upewni się, że nikt do niego nie podejdzie najpierw.

            Kaylie czuła jak rumieniec zawstydzenia wchodzi jej na twarz i ponownie, jak wiele razy wcześniej, była wdzięczna za maskę. Niestety nie chroniło ją to przed zdradzaniem głosem swojej niepewności.
            - Dziękuję za miłe słowa... - powiedziała cichym głosem - Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań w późniejszych walkach. Szczególnie kiedy zetrę się z wrogiem twarzą w twarz i będę używać moich... - przesunęła materiał szaty, aby ukazać swoje wyraźnie elfickie ostrze uczepione boku - ...dodatkowych umiejętności połączonych z magią.
            Jor gwizdnął.
            - Ty... to... jak to się mówi? Mag bojowy?
            - Coś takiego. Rzucanie zaklęć przez broń. Mówiłem ci, że się da, ty mówiłeś, że nie potrzebujemy.
            - Bo nie potrzebujemy, ale to...- barbarzyńca o krwi białego smoka wskazał od góry do dołu na Kaylie - Dziewczę jeszcze twej twarzy nie widziałem, a już jesteś w miejscu na skali, gdzie ja liczyć nie umiem.
            Kobieta położyła dłonie na zakrytej maską twarzy, jakby chcąc tak dodatkowo zakryć swoje oblicze.
            - Oh ho ho ho... chyba ją zawstydziłem. - barbarzyńca delikatnie trącił ramię kobiety - No daj spokój, taka utalentowana pani jak ty, na pewno się osłuchała pochlebieństw. Pijesz piwo?
            - Wino chętniej... Ale nie sądzę, żeby ta wyprawa to był najlepszy moment, abym osłabiała swoją zdolność myślenia. - powiedziała powoli - I nie chcę was ograbiać z nagrody od Filii. - nie skomentowała kwestii wielu wcześniejszych pochlebstw.
            - Ja i brat potrafimy się dzielić. - uśmiechnęli się trochę głupkowato do siebie - Ale jasne, nie przymuszamy. - wskazał na księgę przed Kaylie - Przygotowujesz zaklęcia na jutro?
            - Macie większą wiedzę magiczną, niż sądziłam. - stwierdziła próbując odtajać po byciu zawstydzoną.
            - Bardziej talent magiczny, niż wiedzę. Tata był miedzianym smokiem, mama białym. Odziedziczyliśmy trochę magii po nich. - Jor się uśmiechnął - I trochę już się bawimy w poszukiwaczy przygód i wiemy co oznacza magik z książką.
            - Macie rację, będę przygotowywać magię na jutro. - potwierdziła - Najpierw chcę się wywiedzieć co mój towarzysz od goblinów się dowie. Wolę przygotować zaklęcia już mając jakieś wejrzenie w to czego mogę się spodziewać naprzeciw.
            - Ano sprytnie, może naszemu czaroklepie też to zasugerujemy. Dobra więc, nie będziemy już przeszkadzać. Pytanko tylko mamy, jeżeli możemy dość prywatnej natury.
            Kaylie spojrzała nieufnie.
            - Możecie pytać, a czaroklepie zawsze powiedzieć, że może do mnie przyjść to razem ustalimy by się niepotrzebnie nie duplikować i wybrać najbardziej dobre kombinacje.

            - A przyślemy go, on lubi gadać z kolegami po fachu. Dobra, to pytanie. Czy jesteś pani dostępna do zalotów? Mama tłumaczyła, że kobieta jest jak zwierzyna. Trzeba zanęcić i złapać. Tylko, że my nie kradniemy cudzej zwierzyny. Więc, czy nie łamiemy własnych zasad z próbowaniem z tobą?
            - To... Naprawdę miłe z waszej strony. - zdziwiła się - Sądzę, że o tym musicie porozmawiać z Viktorem, choć mówiąc szczerze... To byłoby ciekawe zobaczyć jak się o mnie bijecie. - zażartowała.
            - Jeżeli za bardzo za nim nie będziesz tęskniła. To możemy go wyzwać.
            - Ja bardziej myślałam o nieletalnym sposobie poradzenia sobie ze sporem między mężczyznami! - zaprotestowała nagle.
            Obaj przekrzywili głowy na słowo "nieletalnym"
            - Pani, my proste chłopcy jesteśmy. Nie niszcz naszych umysłów jakimiś elfimi słowami.
            Początkowo kobieta nie zrozumiała problemu, ale zaraz się poprawiła.
            - Chodzi mi o to, że nie chce aby to była śmiertelna zwada. Aby ktokolwiek zginął z tego powodu lub nawet mocno ucierpiał. Pomyślcie jakby to źle wpłynęło na misję na jakiej jesteśmy.
            - Och, przecież my nie chcemy teraz zaciągać cię do namiotu. - zapewnił Jor - To plany na po misji. Po prostu badamy teren. Hm... - chłopaki się chwile zatanowili - Jak bardzo ludzisz dary, moja pani? I to nie te drogie ładne rzeczy. Czy naszyjnik z zębów smoka by cię zadowolił?
            - To byłoby interesujące, nie powiem... - zaryzykowała.
            - Ustalone więc, wyzwiemy go na konkurs prezentów. Ten który najbardziej cię ruszy wygrywa. - mężczyźni uśmiechnęli się do Kaylie, wzięli swoje beczki i zaczęli odchodzić - Miłej lektury.
            Kaylie patrzyła długo za odchodzącymi barbarzyńcami zastanawiając się co w sumie najlepszego narobiła. Przetarła oczy i wróciła do przewracania stron w księdze. Nagle uśmiechnęła się do siebie pod nosem, gdy uznała, że w sumie to będzie bardzo ciekawe zobaczyć całą sytuację.*


            Stukając swoim kosturem gnom szedł przez obozowisko. Ponieważ robiło się ciemno, mruknął pod nosem coś i dotknął głowicy “oręża”. Zapaliła się światłem niczym latarnia.
            Baltizar szedł sam, jego “pierzasty” towarzysz leciał nad nim, a ogar pilnował jego rzeczy.
            Bajarz szedł sam, aczkolwiek był bezpieczny w pełnym żołnierzy obozowisku. Szedł do namiotu Filii, strzeżonego przez dwóch strażników.
            Spojrzał na nich rzekł oficjalnym tonem.- Baltizar Harpaness prosi o oficjalną audiencję.-
            Jeden ze strażników zajrzał do namiotu, po krótkiej wymianie zdań odsunął poły namiotu.
            - Zobaczy cię.
            W środku był rozłożony niewielki stół z kilkoma mapami i książkami rozłożonymi na nim.
            Filia nie była w zbroi i przeglądała jakieś zwoje.
            - W czym mogę pomóc, mistrzu Harpaness?
            - Cóż… przyznaję że pierwsza stoczona bitwa była zjawiskowa, ale i krótka.- rzekł gnom wchodząc. - Tak z ciekawości, jak pani będąc doświadczonym dowódcą, ocenia przemowę bojową kapłana? Ja wszak mam na nią tylko spojrzenie laika i gawędziarza.-
            - Zażalenia co do czasu trwania bitwy zalecam złożyć Kaylie. - kobieta uśmiechnęła się - Chodzi panu o "Słuszny gniew" czy "Byłeś nam bratem"?
            - Nie znam się na takich sprawach, ale zawsze uważałem że najlepszą motywacją dla żołnierza jest… “beczka piwa dla tego kto przyniesie mi głowę wodza, chłopcy”. - rzekł pół żartem pół serio gnom. Po czym skinął głową.- Tak… o oba przemówienia.-
            - Drugie to chyba była wstępówka do zaklęcia. - przyznała Filia - Z tego co sądzę rzucił na stwora zaklęcie, które sprawiłoby, że zacząłby się sam atakować. Pierwsze... nie wiem o co mu chodziło.
            - Ach… ehmm… cóż… będę i nad tym musiał popracować.- ocenił gnom pocierając brodę.- W mojej opowieści dotyczącej tej wyprawy. A propo… mamy już jakieś plany jak podejść do tego problemu? Jak rozgromić alchemika? Chciałbym wiedzieć zawczasu, co by wiedzieć gdzie bym mógł jak najwięcej zobaczyć i jak najmniej przeszkadzać zarazem.-
            Filia spojrzała na gnoma i westchnęła.
            - Panie Harpeness... to nie jest wycieczka, a my nie jesteśmy pana ochroną. Ta wyprawa ma na celu ocalić ludzkie życia. Ma pan do dyspozycji wynajętą przez siebie grupę najemników. Co do planu, będziemy oczyszczać kopalnię, poziom po poziomie. Kiedy dotrzemy do laboratorium alchemika, zdam się na ekspertyzę mistrza Joriego. Jak na razie niestety idziemy na ślepo.
            - Chciałbym zaznaczyć.- Baltizar uniósł palec w górę.- Iż dobrze zdaję sobie sprawę co do natury tej wyprawy. I nie oczekuję niańczenia, po prostu nie chcę wchodzić w drogę profesjonalistom, więc… wolę z góry wiedzieć, gdzie powinienem być.
            Po czym podrapał się po brodzie.- Gobliny nie pomogły? Ani archiwa miejskie? Jestem pewien że to nie alchemik zbudował tą kopalnię, więc jej plany powinny znajdować się w mieście.-
            - Nie wiem czy Viktor dowiedział się czegoś w tej sprawie. Co do archiwów miejskich, nic. - kobieta westchnęła - Najpewniej laboratorium jest pamiątką po jakimś poprzednim użytkowniku. Co do gdzie pan może się trzymać... jakieś dziesięć metrów za główną grupą powinno być bezpieczne. Radzę trzymać swoją obstawę ze sobą, gobliny lubią drążyć boczne przejścia.
            - Hmm… dziesięć metrów to trochę za daleko dla mnie. Ale postaram się trzymać z tyłu za główną grupą jako… jako… Jakoś się to nazywało… straż odtylcowa? Odbytnia? Odbytowa….- gnom podrapał się w frustracji po czuprynie.- mam to na końcu języka.-
            - Tylna. - poprawiła Baltizara komendant - Panu chyba co innego chodzi po głowie.
            - Możliwe że jakieś robactwo mi wpadło w czuprynę w tym lesie.- przyznał Baltizar zupełnie nie łapiąc aluzji. Wzruszył ramionami, skłonił się i rzekł. - To już nie będę przeszkadzał. Owocnego planowania życzę.-
            Kobieta delikatnie prychnęła, ale pokiwała jedynie głową i ręką odprawiła gnoma.


            Kaylie kończyła właśnie przeglądanie swojej księgi kiedy podszedł do niej młody elf w spiczastej czapce.
            - Pani Kaylie?
            Kaylie uniosła spojrzenie na elfa, którego słowa tak ją wcześniej poruszyły. Elf z Kyonin...
            - Tak. - skinęła głową.
            - Osiłki powiedziały, że chciała pani ustalić zaklęcia.
            - Viktor nie wrócił jeszcze z informacjami od goblinów, ale jeszcze bez nich możemy porozmawiać, aby nie wchodzić sobie w drogę magią. - przesunęła się na bok na posłaniu, aby zrobić miejsce i elfowi obok siedzącej po turecku siebie - Lepiej jeżeli będziemy wiedzieć co będzie inny znawca magii robił, aby nie powielać bez celu lub wręcz sobie przeszkadzać wzajemnie lub nie wykorzystywać sytuacji.
            Akcent arkanistki był przyjemny dla ucha, a dla elfa wydawał się zawierać w sobie znajome nuty pobratymców.
            - Zamknięta przestrzeń, stara kopalnia. - zaczął elf siadając obok Galtianki - Nie możemy szaleć z zaklęciami niszczącymi. Strategia naszej grupy to przeważnie trzymać Jora i Oriego przy życiu, a oni zajmują się szczegółami. Dlatego zacząłem się specjalizować w magii obronnej i kontrolnej. Na szturm na kopalnię, poza standardowym pakietem dla chłopaków, planuję Sieć i Tłuszcz, do tego Płonące Dłonie, Magiczne Pociski do obrony własnej.
            - Prawdopodobnie będziemy w środku rozdzieleni na inne grupy. - zgadywała - Niemniej w razie natrafienia na moment, gdy razem będziemy w jednej, będę się znajdować prawdopodobnie dość na przedzie. Pierwszą magią spróbuję po prostu osłabiać przeciwnika, w zależności od tego na kogo natrafimy. Widziałeś jak potraktowałam tego wielkiego. Szczerze to było szczęście, że wystarczyło go oplątać i nawet nie było zagrożenia, że taki podejdzie póki łucznicy nie przerobią go na szaszłyk. - przyznała szczerze - Sposób mojej walki głównie na starcie jest zwykłym osłabianiem z odległości. Później idę w zwarcie, ale to nie znaczy, że nie używam magii. - można było mieć wrażenie, że kobieta uśmiechnęła się ironicznie pod maską - Wykorzystuję moją broń jako przedłużenie na ataki dotykowe. Niektóre nekromantycznie osłabiają, inne do tego zadają obrażenia.
            Elf pokiwał głową.
            - Ma sens. Ja jestem bardziej magiem na odległość. Reszta drużyny trzyma przeciwników z dala ode mnie, a ja staram się strategicznie się ich pozbyć. Więc dużo machania rękami i wołania w smoczym. Mogę zobaczyć pani broń? Przyznam zainteresowała mnie pani.

            Kaylie wolała, aby nie musieć tego robić, jednak teraz nie było już odwrotu. Sięgnęła do oręża i przekazując przez telepatyczną więź prostą wiadomość Rhaastowi - "nie wkop mnie", wysunęła z pochwy jego czarną klingę. Położyła broń między sobą a elfem.
            Elf zaczął przyglądać się broni z każdej strony, kilka razy wylądował na kolanach, aby lepiej dojrzeć szczegóły, nie wziął jej jednak do ręki. Widać było, że coraz bardziej się ekscytuje.
            - Elficka robota, bardzo stara. Widzę symbol Nethys i kilku rodów szlacheckich. Klinga ma imię "Rhaast". Nie mam pojęcia skąd ją wytrzasnęłaś, ale masz niebywałe szczęście.
            - Czy symbole tych rodów należą do rodzin, które jeszcze istnieją? - zapytała wpatrzona w broń.
            - Kilka, Fasinni, Myanmarsar, Silverstar, Kyo'shin, Evermoon... Najpewniej przyłożyły się do stworzenia broni, albo zamówili jej stworzenie. Nie musisz się martwić o zwracania im miecza, ostrza takie o ile rzadkie, nie mają jakiejś niebywałej wartości dla rodów.
            Jakie to było naiwne, że on uważał, iż najemnik będzie chciał zwracać coś takiego.
            - Ktokolwiek tę broń zrobił, to aż żałuję, że nie mogę mu powiedzieć co sądzę o tym meczu. Potrafi być bardzo nadętą bronią.
            - Świadomość magicznych broni, szczególnie tych starych, odzwierciedla poprzednich właścicieli. Pewnie miał wielu elfickich właścicieli.
            - To sensowne. - podśmiała się - Przynajmniej nie zaprzeczasz waszej cesze rasowej.
            - Niektórzy przesadzają z tym, ale wynika to z wieku. Wiele elfów jest starszych od każdego ludzkiego mędrca. Mamy więcej czasu, aby poznać o wiele więcej. Pycha jest dość oczywistą konkluzją.

            - A czemu ty nie znajdujesz się w Kyonin? Elfy nie są znane z zamiłowania do podróży po kontynencie. - zapytała chowając miecz.
            - Ech, świat jest duży i pełen ciekawych rzeczy. Siedzenie w Kyonin jest bezpieczne, ale w końcu nudne. Do tego się sporo rzeczy zdarzyło ostatnio i wolałem być dalej od Cheliax.
            - Nie mów, że teraz na Kyonin mają chętkę? - zapytała.
            - Nie, ale sytuacja między Kyonin i Cheliax się pogorszyła i elfy dostają wsparcie od Galt. Cheliaxianscy assassyni próbowali zabić jednego z naszych emisariuszy w Galt. Nie do końca się im udało i zaginęła krewna emisariusza. Wszystkie oczy są teraz skierowane na Cheliax i wszyscy żądają wyjaśnień. Diaboliści mówią, że nic o tym nie wiedzą i nie mieli z tym nic wspólnego. Nie będzie z tego wojny, ale sytuacja jest napięta.
            - Tylko czemu by oni chcieli gryźć Kyonin? To miałoby sens gdyby chcieli Galt, ale to? - stwierdziła - I po co im krewna? Czy ktoś sądzi, że mogla być zamieszana? - próbowała pytaniami zorientować się w jakich jest problemach.
            - Kto wie jakie szalone, dwudziestowarstwowe plany mają diabły. Może sądzili, że Kyonin oskarżyłoby Galt o jego śmierć? To by dało im sojusznika w próbach zagarnięcia Galt na nowo. Co do tej krewnej, niestety nic nie wiadomo. Zaginęła i tyle, może miała coś wspólnego, może ją porwali, może poszła pomścić i zginęła. Magia nie jest w stanie jej znaleźć, wieszcze są w stanie wykryć, że czarcia magią ją zasłania, dlatego podejrzenia padły na Cheliax.

            - A jaka jest twoja opinia? Na co byś stawiał?
            Elf wzruszył ramionami.
            - Pewnie nie żyje, poświęcona jakiemuś diabłu, biedactwo.
            - Mieć duszę w posiadaniu diabła i Piekieł... Okrutny los, szczególnie jeżeli niezasłużony. - westchnęła i nagle sobie przypomniała - Wybacz mi moje grubiaństwo, ale nawet o twoje imię nie zapytałam.
            - Inarion, Inarion Starstride. - mag kiwnął głową w wyniku czego czubek jego czapki się przekrzywił w jedną stronę.
            Kaylie przybliżyła rękę i bez słowa poprawiła niesforny czubek czapki elfa uśmiechając się pod nosem zza zakrycia maski.
            Elf chyba wyczuł uśmiech kobiety, ponieważ koniuszki jego ust również się uniosły.
            - Ostatni "dar" mojego mistrza.
            - "Dar"? - zapytała.
            - To czapka głupka. Nie wywodzę się z żadnej wyższej rodziny, ale udało mi się dostać pod skrzydła jednego z przodujących magów w Kyonin. Oczywiście on sądził, że z pospolitego śmiecia nic dobrego nie będzie, więc zakładał mi tą czapkę za każdym razem kiedy wychodziło mi gorzej niż reszcie. W końcu miałem dość i powiedziałem mu w twarz, że odchodzę, założył mi tą czapkę i kazał ją trzymać, abym pamiętał kim jestem. Więc ją trzymam, na przekór capowi. Pokażę mu kiedyś.
            - I temu kibicuję. - powiedziała szczerze - Mojego mistrza nigdy nie mogłam zadowolić... - elf poczuł palce Kaylie poprawiające jego włosy wychodzące na czoło spod czapki - ...niezależnie czy lepsze wyniki miałam od elfickich kolegów. - spojrzała w oczy Inariona.
            - T-też był elfem? - młody mag delikatnie kaszlnął - Jeżeli tak to tłumaczy. - wskazał na siebie - Pospolity śmieć. - wskazał na Kaylie - Ludzki dzikus. Pewnie chciał cię uczyć czytania na pierwszym dniu.
            - Nie chciałby mnie uczyć czegokolwiek. Dla niego mogłabym nawet notatki rysować kredkami. - westchnęła - Nie mogę zmienić nic w nim, ale chętnie zobaczyłabym minę twojego kiedyś.
            - Jeżeli będę wracał do Kyonin jako wielki Arcymag jakiś ziem, to wyślę zaproszenie. Może po drodzę wymyślę zaklęcie jak wytrząść z elfa rasizm i inne uprzedzenia i pokażemy je twojemu.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Zell
              #52

              Z namiotu Filii gnom ruszył na poszukiwanie kapłana, by omówić to co się dowiedział i ich plany na następny dzień tej heroicznej przygody.

              Odnalazł Khala siedzącego przy jednym z ognisk, grupy której warty się dziś już skończyły. Oddanego śmiechom i towarzystwu. Wysłuchał z uwagą, wraz z resztą grupy, historii jednego ze strażników prezentując zęby w uśmiechu sięgającym niemal ucha do ucha. Wdzięcznym był słuchaczem i ludziom aż chciało się dzielić opowieściami za jego zachętą. Wszystkich już znał po imieniu i chętnie ich używał, dopytując z zaciekawieniem o szczegóły i śmiał się razem ze wszystkimi przy puentach, a i razem ze wszystkimi wznosił kufle wypełnione cienkim piwem w górę.

              Viktor upił resztę swojego napoju ostatnim haustem.
              - Hej panowie, ja będę kończył na razie, inne sprawy wzywają, ale mam nadzieję, że jeszcze znajdziemy czas by w tym gronie się uśmiać!
              Odpowiedział mu męski chórek, klepnięcia w ramię i wzniesione trunki.

              Goodmann z towarzystwa odszedł prosto do gnoma, co jego właśnie wymowne spojrzenie wezwało go z przyjemniejszej części doby.
              - I jak? Podobają ci się dotychczasowe materiały do kroniki, Baltizarze?
              - Więcej dramatyzmu z pewnością by się przydało, ale…- odparł gnom. - Jestem bajarzem, nie historykiem. Nie muszę opowiadać prawdy, więc zawsze mogę wydarzenia lekko ubarwić.-
              Wzruszył ramionami. - Moich ludzi Filia chce dać do obrony mojej skromnej osoby, a przez to do tylnej straży. Dziwne… przypuszczałem, że sobie przywłaszczy ich sobie jakoś, skoro tak się wykazali podczas ostatniej potyczki.-
              Fisuś ledwie wychylił się Khalowi zza kołnierza na karku, szukając jaskółeczki co ostatnio tak radośnie poinformowała Filię o nadchodzącej bestyi. Nie było jej widać nigdzie, a na pewno nie było jej w zasięgu słuchu.
              - Na pewno dasz radę oddać straszność bestii ledwie mniejszej niż co poniektóre drzewa, zatrzymanej zaklęciem i zmuszonej słowami by sama sobie krwi upuściła. - Uśmiechnął się Viktor, puszczając porozumiewawcze oczko - To twoi ludzie. Nie ona im płaci, to by się nie wywiązali z kontraktu i mogli mieć problemy w gildii, jakby zaczęli jej słuchać zamiast ciebie. Od ciebie jakiejś magii możemy się spodziewać? Jak już dojdzie co do czego i wzmocnienia byłyby bardzo korzystne. Ja zamierzam kręcić się między pierwszą i drugą linią i nie przeczę, że odpowiednie wsparcie pomogło by mi… spisać się jak należy.
              Gnom zakrył twarz dłonią mrucząc do siebie. - Pracuję z amatorami.-
              Podszedł bliżej kapłana i syknął.- My? Nie ma żadnych nas, wasza ekscelencjo. Jesteś ty. Są twoi wyznawcy. Nie jesteśmy tutaj dla jakiejś zabawy w ubijanie głupca… Jesteśmy tu po to byś ty się wykazał swoim geniuszem, swoją potęgą… a nie po to by jakiś mały gnom zajmujący się pleceniem trzy po trzy na rogach ulic przyćmił was swoimi sztuczkami. Ja tu nie jestem głównym aktorem kapłanie. Ty jesteś. I pilnuj by światła sceny padały na ciebie. W innym przypadku marnujemy czas.
              - Iii… właśnie dlatego będę z przodu - przytaknął Viktor, niewzruszony w żaden sposób tonem, czy nastawieniem gnoma - I dlatego pytam cię o zaklęcia wsparcia, a nie o gwiazdki i wybuchy. Nie odmówisz mi logiki, że z dodatkowym “umph” będzie mi łatwiej się sprawdzić w wyżej wymienionej roli, prawda?
              - Nie jestem bardem. - mruknął gnom i machnął ręką. - I nie zajmuję się wspieraniem.
              Viktor patrzył na gnoma z nieco rozbawionym powątpiewaniem przez dwa wdechy.
              - Niech ci będzie - kiwnął głową, jakby zadowolony - Mamy jeszcze coś do omówienia?
              - No nie wiem. Pomyślę czy nie podesłać ci kogoś do pomocy, ale Kaylie chyba dobrze radzi sobie z pilnowaniem twojego zadka. - podrapał się po głowie Baltizar. - Będzie dużo łażenia po korytarzach kopalni, więc ciemno i ciasno… idealne warunki dla mnie. Nie dla dużego ludu. Postaram się mieć na was oko, ale postarajcie się… nie potrzebować mojej pomocy.-
              - Taki jest plan, ale bycie “na głównej scenie” siłą rzeczy determinuje bycie tam gdzie jest największe zagrożenie. I, tak naprawdę, żadne z nas nie miało jeszcze okazji zobaczyć sprawności bitewnej drugiego. Wierzę w całą tu ekipę, ale wszyscy będziemy musieli się mieć na baczności. Z drugiej strony to nawet gobliny sądzą, że sługi naszego alchemika są tępe jak but, a o to niełatwo…
              - Niewolnicy nie potrzebują inteligencji. Wystarcza im wtłoczone w głowy posłuszeństwo.- wzruszył ramionami Baltizar i rozejrzał się dookoła mówiąc cicho. - Nie pozwalaj sobie na luksus zbaczania uwagą z głównego celu. Na sukcesie tej misji to nie nam zależy, nie tobie… a Filii.-
              - Ale dobrze będzie wyglądało, jeśli osobiście rozłupię mu czaszkę w heroicznym starciu - uśmiechnął się Viktor, po czym spoważniał… nieco… - Zachowujemy się podejrzanie. Jak mamy tak ukradkiem gadać na widoku, to lepiej odłóżmy to na lepszy moment. Widzimy się potem?
              - Jeśli takie będzie życzenie waszej ekscelencji. Choć ja już powiedziałem co miałem powiedzieć. - odparł obojętnie gnom.
              - Filia ma zmiennokształtnego szpiega i jest on tu z nami. Uważaj na niego - polecił cichszym tonem, nim nie podniósł go znów - Tak trzymać! - przytaknął mu Viktor odrobinę głośniej. Nie do niego, a do potencjalnych uszu. - Wyśpij się dobrze. Coś mam wrażenie, że jutro będzie się działo! - klepnął gnoma po ramieniu już przechodząc obok.
              - Tak. Z pewnością.- odparł gnom i ruszył ku swojemu ogarowi.

              Po dziwnej rozmowie z Baltizarem Viktor udał się do Filii. Pierwotny plan był zacząć od raportu do niej, na temat przesłuchania goblinów… ale wymęczyło go ono tak, że gdy przechodząc obok grupki usłyszał zaproszenie do zmoczenia sobie z nimi gardła… nie odmówił.
              - Komendant Blackfyre? - bardziej anonsował swoje przyjście, spoglądając w głąb namiotu, niż pytał o cokolwiek.
              - Witaj szamanie. - Filia kiwnęła Viktorowi na przywitanie - I co tam udało ci się dowiedzieć?
              - Tej roli jeszcze nie nosiłem - zachichotał pod nosem w odpowiedzi - Trochę… Mistrzunio chciał gobliny do swoich eksperymentów. Wódz się zgodził, szaman nie i razem z większa ich ilością, którą szacuję na między osiemnaście a dwadzieścia pięć, bo niestety powątpiewam w zdolności rachunkowe tej zgrai, uciekli. Abominacja została wysłana za nimi. Nie jestem pewny jej genezy. Słowo “ofiarowana” i kilka bliskoznacznych pojawiło się parę razy, ale nie udało się wyciągnąć od kogo miałby ją dostać. Jak wszystko pójdzie po naszej myśli… będziemy musieli poszukać czy na pewno działał na własną rękę. Z dobrych wiadomości to znają kilka alternatywnych wejść, ale za nic nie potrafią map czytać, więc będą musieli nam pokazać. Sługi alchemika opisują jako “wielkie, silne, tępe”. Nie wymusiłem konkretnych przykładów tępoty, ale wierzę, że przynajmniej one w to wierzą.
              - Jak na standardy goblinów… no cóż, tępa góra mięśni też potrafi być niebezpieczna. Alternatywne wejścia będą dobre, przydałoby się dowiedzieć dokąd prowadzą, bo nie widzi mi się wejść do ich głównego obozu.
              - Jak najbardziej, ale czasem da się taką wyprowadzić w pole… Gobliny mają problem ze zrozumieniem różnicy między wieloma pojęciami i posiadają zerową wyobraźnie abstrakcyjną, więce definitywnie polecałbym posłać zwiad przed szarżą z fanfarami w tle.
              - Oczywiście. - coś widocznie trapiło komendant - Coś jeszcze udało ci się wywiedzieć?
              - Niestety nic używalnego. Od strony kopalni jest wejście z długą trasą w dół i wydaje im się, że jest jakieś tajne wyjście z laboratorium Mistrzunia, ale to brzmi jak educated guess, jakkolwiek absurdalne to nie jest w ustach goblina… No i, że się go boją, ale to nie jest odkrycie.. - Viktor zamilkł na jeden krótki wdech. - W czymś… jeszcze mógłbym ci pomóc? - zapytał, a w postawie i tonie głosu słychać było, że dostrzega jej strapienia.
              Usiadła ciężko na podróżnym foteliku. Westchnęła próbując zebrać słowa.
              - Rozmawiałam z Kaylie i... zaogniła wątpliwości jakie mam. Twoja sprawa sprzed lat. Twoja i twojej matki. Czytałam ją kilka razy i wygląda na bardzo naciąganą. Brak świadków, dowodów, jedynie oskarżenie i głos tłumu. Chcę wierzyć, że mój ojciec jedynie zrobił coś, aby obłaskawić motłoch, ale Kaylie... sugerowała coś gorszego.

              Viktor poczuł się jakby dostał tłuczkiem pod mostek. Absolutnie nie spodziewał się wywlekania teraz tej historii. Na krótki moment nawet pozwolił by wyrwało mu się to na twarz. Odkaszlnął, wykorzystując gest by zmazać niej tę emocję i upewnić się, że głos będzie mu posłuszny.
              Uśmiechnął się lekko. Z odrobiną nonszalancji i pełnią fałszywości, ale o ile pierwsze było widoczne, to drugie za grosz.
              - Jakbyśmy byli na Zachodnim Wybrzeżu czy okolicach definitywnie bym protestarem spowinowacenie mnie z tym imieniem… ale nie sądzę by przysługiwała mi tu wiarygodna zaprzeczalność... - jego ramiona wzniosły się i opadły w zrezygnowanym geście, a uśmiech opuścił jego twarz - To było niemal trzy dekady temu. Dziwię się, że jakiekolwiek papiery przetrwały. O systemie prawnym Królestw krąży opinia, że sprawy zapominane są po pierwszej libacji. Najwyraźniej wrzucanie Evercrest do wora razem z ich resztą jest nieuzasadnione. To będzie ciekawa anegdotka do opowiedzenia nigdy-nikomu.
              Spuścił powoli z siebie powietrze.
              - Co byś chciała usłyszeć? Wątpię by był to wstęp do propozycji by mi je udostępnić do wglądu… Chyba nie zaczynasz widzieć człowieka pod tą siarką i smołą, pani komendant? - zapytał nieco zadziornie. Czarnym humorem odsuwając czarniejsze uczucia.
              Komendant wstała od stołu, podchodząc do niewielkiego kufra. Przez kilka chwili przerzucała jego zawartość po czym rzuciła na stół niewielki zwój, z zerwaną pieczęcią Blackfyre. Filia jedynie usiadła z powrotem na krześle i uniosła wymownie brwi na Viktora, co nagle utracił wszelkie ślady nonszalancji. Nie patrzył na nią. Ledwie ją postrzegał. Oczy utkwione były w zwoju. Chciał po niego sięgnąć, ale słabość ogarnęła jego kończyny z mocą, że nie wiedział czy nie wywróci się przy jakimkolwiek ruchu, więc zamarł i dopiero po kilku chwilach zdał sobie sprawę, że nacisk w piersi rósł i rósł, nie z napięcia, ale dlatego, że nie oddychał. Zamrugał trzy razy gdy chwytał powietrze.
              - Jeśli to jest okrutny żart… - powiedział powoli, z ostrzeżeniem w głosie - To gratulacje. Trafia on prosto w cel…
              Podszedł do biurka twardym krokiem, chwycił zwój i rozwinął go z tempem i pewnością kogoś kto robił to niezliczone razy. Jego oczy w pierwszej chwili tańczyły po dokumencie. Uśmiechnął się z rezygnacją i mroczną szyderą. “Dokument” nie liczył czterdziestu słów i większość to były dane zaangażowanych w sprawę ludzi. Nawet daty brakowało. W Cheliax miał autentycznie obszerniejsze materiały na temat plebejusza co patrzył zbyt długo i “zbyt intensywnie” na szlachciankę.
              - Nie wiem czemu oczekiwałem więcej. Głuptas jestem. - Niewesoły uśmiech zdobył jego twarz gdy zwijał zwój - Kiedyś posłałem poprzez Lożę oficjalną prośbę o kopię, twierdząc, że “Khal Frey został złapany gdy przekraczał granicę” i Cheliax chciałoby wiedzieć z kim ma do czynienia i dlaczego został wygnany. Nigdy nie dostałem odpowiedzi.
              Spuścił z siebie powietrze i spojrzał na Filię oddając jej dokument.
              - Przynajmniej już wiem, że nawet będąc na miejscu… nie ma po co podejmować prób dostania kopii. Nawet jeśli nie był to po prostu gest dobrej woli to dziękuję ci. Naprawdę. To pozwala mi zamknąć ten wątek w mojej głowie.
              Filia dokładnie przyglądała się Khalowi, kiedy ten zobaczył zwój. Zważając na dotychczasowe obycie prawnika, nie spodziewała się, aż takich emocji. Mina się jej bynajmniej nie poprawiła, gdy ujrzała jak z Freya schodzi powietrze, gdy zobaczył zawartość pergaminu. Pokręciła jedynie głową i wyciągnęła kolejny zwój, ten o wiele obszerniejszy, również z pieczęcią Blackfyre.
              - To inna rozprawa, której przewodził ojciec. Proszę przejrzyj.
              Viktor spoważniał. Już widział, że wpadł w pułapkę uprzedzeń i zbyt łatwo mu było uwierzyć, że coś takiego jest standardem w Evercrest. Nawet nie zapytał!
              Wziął zwój i rozwinął go gestem silnym i zdecydowanym, ale tym razem nie skażonym nawet odrobiną słabości.
              Cytat:
              12 Desnus 4683

              Rozprawa z powództwa Johna Millera, młynarza z wsi Fallmoor, przeciwko Fabianowi Daeri, piekarzowi z Evercrest.
              Oskarżenie: Oszustwo cenowe na skupowanej mące i ziarnach
              Wysokość strat oskarżonego: 100 sztuk złota na rok
              Reprezentanci: Obie strony zgodziły się na reprezentowanie przez odpowiednio wyszkolonych członków straży.
              Pan Miller reprezentowany przez St. Sierżanta Gio Demu. Pan Daeri przez St. Sierżant Fabianne Fiks.
              Dalej i dalej dokument szedł, dokładnie opisując procedurę sądową, posiadała nawet transkrypt trzech posiedzeń, które miały miejsce zanim Blackfyre ogłosił wyrok.[/i]

              Filia nie odrywała wzroku od Viktora.
              - Wszystkie rozprawy mojego ojca posiadają taką dokumentację. Powiedz mi więc szczerze, Khal… O co naprawdę chodziło?
              Wyraz twarzy Viktora tym razem pozostawał doskonale kamienny gdy czytał.
              - To było trzy dekady temu - wzruszył ramionami, niemal mechanicznie - Moje wspomnienia nie mają żadnej wagi dowodowej. Ale poza skryptem, jakby mnie kto niezobowiązująco zapytał po zbyt dużej ilości alkoholu… bym powiedział, że to była zemsta za urażoną dumę. Pamiętam luźno zaloty krasnoluda imieniem Yasperhyde. Matka z jakiegoś powodu nim gardziła i w końcu mu wygarnęła tak, że zrozumiał. Chwilę potem pojawiły się oskarżenia o diabologię… kto miał dostęp do tych dokumentów? Ktoś mógł podmienić oryginał na ten żart? Czy uważasz, że od początku mógł on tak wyglądać?
              Filia się skrzywiła kiedy Khal wspomniał krasnoluda.
              - I jeszcze wujek Kargar? - pokręciła głową - To pismo taty, rozpoznam je zawsze. Pieczęć była stara, tak samo jak zwój. To oryginał. - jej oczy wydawały się ciężkie, jakby nagle wiedza, którą otrzymała zaczynała otwierać tamę, której nie była w stanie zatrzymać - Proszę… powiedz mi, że tata nie posłał niewinnej kobiety na śmierć, ponieważ odrzuciła zaloty jego bliskiego przyjaciela…
              - Wuj? - powtórzył Viktor. Pajęczyna intryg się zagęszczała. Nie zakładał, aby Yasperhyde był z Blackfyre’ami spowinowacony. Dotąd to była tylko możliwość.
              - Jeśli to jakoś poprawia sytuację, to odnoszę wrażenie, że moja matka była niezłą suką, gdy mu na drzewo kazała spadać… - rzucił kamiennym nie-żartem - Ale pamięć może mi figle płatać. A jakby miała sprawa być pogorszona… to “dokument” nie wspomina o tym, że wygnanie jej syna odłożono o dwa dni specyficznie po to, aby mógł ją osobiście i własnoręcznie pochować - przyozdobił komentarz wykrzywieniem ust, składającym się w nie-uśmiech.
              - Jak rozmawiamy szczerze… pozwól, że zadam ci wybitnie personalne pytanie, ale zaufaj mi, że ono może się okazać powiązane ze sprawą… nigdy nic nie słyszałem o pani Blackfyre… - stwierdził, ale pytanie brzmiało w tym stwierdzeniu.
              - Nie prawdziwy wuj. - przyznała Filia - On i Hieronim Crawcolt są bliskimi przyjaciółmi taty. Praktycznie pomogli mu mnie wychować, są jak rodzina, której nie mia… - zatrzymała się, kiedy usłyszała o odroczeniu wygnania, pobladła i wyglądało jakby miała się rozchorować - Nie… tak mi przykro… - kilka razy wzięła głęboki oddech, aby uspokoić myśli. Skupiła się na ostatnim pytaniu.
              - Mama? Nie znałam jej, umarła kiedy ja przychodziłam na świat. Służąca w domu taty, która wpadła w oko samotnemu pół-elfowi.
              Viktor wziął wdech, gdy odsuwał od siebie kolejną szpilę. Kolejną porcję żółci, którą miał ochotę z siebie wylać, gdy… widział, że ktoś go słucha.
              “Czy wiesz jak z bliska wygląda skręcony kark kochanej osoby?”
              To nie było na to miejsce, nieważne jak bardzo jad chciałby się wylać.

              Yasperhyde. Blackfyre. Crawcolt. Oni wszyscy się jakoś łączyli. Dotąd tylko przyjmował jako potencjalną możliwość połączenia pierwszych dwóch, a Hiernonima miał za niezależnego filium scortae.
              - Masz jakiegoś kapłana, bo mag tu niestety nie pomoże, któremu ufasz, że jakby poznał coś… niewygodnego, to zachowa to dla siebie?
              - Zależy jak niewygodnego.
              - Coś kategorii… - Viktor zawiesił na chwilę głos tworząc scenariusz niosący odpowiednią wagę, odpowiedniego rodzaju - Jakby się okazało, że Aegon ma bękarta, co, z jego pomocą, pnie się w podziemiu przestępczym. Chodzi o kapłana co na twoją prośbę, po dowiedzeniu się o czymś takim, zachowałby to dla siebie.
              Filia uniosła brew.
              - Mógłbyś przestać kluczyć i powiedzieć o co chodzi? Mam kogoś takiego, ale powiedz dokładnie. O. Kim. Ty. Mówisz?
              - Preferowałbym poczekać aż wrócimy do Evercrest i kapłan będzie mógł od razu potwierdzić moje słowa. Puzzel który posiadam jest… nieprawdopodobny i bym go wyśmiał jakbym sam nie potwierdził, a nie oskarżam się, abym zyskał dość twego zaufania byś mi uwierzyła w gołe słowa.
              - Jeżeli pytasz "Czy faktycznie jestem córką Aegona?". Odpowiedź brzmi tak, sama sprawdzałam. Kiedy wychowuje cię trzech mężczyzn, a twoja matka nie żyje, zaczynasz się zastanawiać, nad niektórymi rzeczami.
              Viktor bez żadnego wyrazu twarzy zanotował tę informację.
              - Rozumiem, ale nie ma to związku z tym o czym myślę.
              Nie dodał “i moje jest dużo dziwniejsze”, choć samo się na język cisnęło. Chodziło tu aby albo rzeczywiście odłożyć to na później, albo niech się ona sama dokopie, bez natrętnego zachęcania.
              - Jeśli ci powiem będę ryzykował, że uznasz mnie za śmierdzącego kłamcę i manipulatora, a potrzebujemy sobie na tej akcji przynajmniej podstawowo ufać. Więc preferuję być uznanym za tajemniczego dupka, co lubi dramę… ale oboje wiemy, że jest w tej historii jeszcze wiele puzzli których oboje nie znamy. I chyba nam obojgu zależy na ich odnalezieniu… nie mylę się?
              Zapytał a z jego nogawki wypełzł Fisuś, udający się na zwiad wokół namiotu. By upewnić się, że rozmowa jest prywatna.
              - Myślałam, że mój ojciec po prostu dał się zmanipulować przyjacielowi. Ty natomiast sugerujesz większą konspirację. Uwierz mi jestem otwarta, nawet na najgłupsze sugestie. Jeżeli będziesz mógł udowodnić swoje słowa, nie będę miałą powodu ci nie wierzyć. Jeżeli jednak chcesz się bawić w podchody, to dobrze. Poczekamy do powrotu do Evercrest. Chociaż kapłan, o którym mówiłam jest w obozie.
              - Nie sugeruję jeszcze nic. Gdy tu przybywałem wierzyłem, że Aegon najpewniej jest winny jedynie wydania wyroku przy zbyt małej wiedzy. Jak każdy jeden sędzia w historii, bo oboje doskonale wiemy, że “niezbite dowody” to zbyt często luksus na który nie stać społeczeństwa. Jakbyś nie twierdziła, że ten żart jest oryginalnym, spisanym przez niego raportem ze sprawy, albo nie wyprowadziła mnie z błędu, że takie żarty są tu standardem… to wciąż bym w to wierzył.
              - Wygląda jak oryginał. Mogę poprosić kogoś o weryfikację, ale to zajmie.
              - A obecność kapłana… - podjął wcześniejszy temat - Zmienia postać rzeczy. Poproś go aby przygotował na jutro zaklęcie Wykrycia Relacji. To rzadko używana magia, ale będzie wiedział o czym mowa. Wtedy ci z radością powiem czego sam się dowiedziałem i mam nadzieję, że razem damy radę dojść do sedna tej sprawy.
              - Tak jak powiedziałam, sama sprawdzałam czy jestem córką Aegona, więc wiem o tym zaklęciu. Dobrzę, przekaże mu. - westchnęła - Czy coś jeszcze zostało nam do ustalenia?
              - Chyba wszystko, wodzu. Jakbyś mnie szukała to pewnie będę tam gdzie najchętniej się śmieją.
              Viktor wykonał jakiegoś rodzaju półsalut i wyszedł, obracając się na pięcie.

              Szedł przed siebie z półuśmiechem na twarzy. Dotarł za jeden z namiotów, za którym wierzył, że przez ten moment nikt go nie widzi, a gdzieś po drodze zgarną Fisusia.
              Drżącą dłonią wykonał sigile, które okryły całe jego roztrzęsione ciało płaszczem niewidzialności.

              Kaylie & Khal

              - Ave... - usłyszała infernalny szept gdzieś z boku i dostrzegła turkusowego węża, któremu ledwie głowa wystawała spomiędzy pakunków na wozie. - Co tam? Coś ciekawego? - zapytał, gestem głowy wskazując książkę.
              Kaylie lekko drgnęła, gdy usłyszała infernalny szept. Skierowała twarz w stronę dźwięku, a widząc wystającego węża spod pakunków zdjęła rękę kierującą się już do miecza.
              - To moja księga zaklęć. - wytłumaczyła cicho w infernalnym i wróciła wzrokiem do lektury - Nudzisz się?
              - Nie - zaprzeczył chowaniec - Viktor jest po rozmowie z Filią… usłuchała twojej rady… i rozmawiali głównie o wydarzeniach sprzed trzydziestu lat…
              Lord Fistaszek mówił powoli. Przeciągając odrobinę głoski, jak ktoś dający znać, że pod słowami kryje się drugie dno i spodziewa się zrozumienia tego.
              - Mhm. - mruknęła - Czy nie powinieneś więc porozmawiać z Filią? Jestem przecież wiedźmą, która uczyni krzywdę twojemu Viktorowi. - ciągle wpatrzone w książkę powoli wypowiadała słowa.
              Fisuś milczał chwilę, ale z jego wężowego pyszczka nie dało się krztyny emocji wyczytać.
              - I wszyscy troje, a może nawet czworo…- gestem pyszczka wskazał miecz - rozumiemy, że najpewniej mam rację. Myślałem, że może z tej waszej zabawy może jednak coś dobrego można wyciągnąć, ale jeśli wieść na “z Viktorem mogłoby być lepiej” pierwszą odpowiedzią jest mi wbić szpilę, to zaczynam mieć wątpliwości…
              Kaylie dała dłonią znać, aby wąż do niej się przysunął, ale tylko głębiej się schował i już zza pakunków mówił.
              - Ni cholery! Pamiętam twoje metody argumentacji! Znajdź kogoś swoich rozmiarów!
              Kaylie zamknęła księgę z westchnieniem.
              - To chcesz bym poszła do niego czy nie? Jeżeli jednak chcesz to chodź wespnij mi się na ramię. - patrzyła uważnie w stronę węża.
              - Nie robisz tego dla mnie - żachnął się Fisuś, ale wpezł jej w rękaw - Masz jakieś zaklęcia eksfiltracyjne? Chłop dołożył starań by szpion Filii go nie śledziła. Jeśli sprowadzimy mu na głowę samą możliwość, że za nami podążyła to wszystko diabli wezmą…
              - Diabli wzięli już dawno temu. - skrzywiła się w uśmiechu - Mam, mam. Więcej niż moją magię. I na pewno nie robię tego dla ciebie, nie wyobrażaj sobie. Nie zasłużyłeś na lepsze traktowanie, tchórzu. - złapała palcami pyszczek chowańca - Nie próbuj marudzić. Podaj kierunek. - szepnęła odsuwając rękę i chowając pod ubraniem księgę zaklęć.

              Viktor patrzył w nocne niebo, z rękoma splecionymi na karku, oparty o na wpół zwalone drzewo. Wiedział, że Fisuś zniknął i nawet domyślał się o co mogło chodzić. Mógłby zmienić lokację, ale… czy naprawdę chciał? A i definitywnie nie byłoby to tak łatwe bez chowańca, któremu ciemność nie przeszkadzała.

              Nie wiedział co powinien zrobić, nie wiedział co chciał zrobić… więc po prostu wciąż się gapił w gwiazdy, jako jakąś formę wizualnej medytacji. Niech przez chwilę istnieją tylko te gwiazdy. Tylko Tu i Teraz...


              Fisuś zaprowadził Kaylie na skraj polany, trzysta metrów w głąb lasu. Obniżenie terenu musiało zmieniać ją w mokradło w jesiennych miesiącach, ale to nie był jeszcze ten moment. Miriady gwiazd rozświetlały nocne niebo spomiędzy chmur, z którymi powoli przegrywały bitwę o dominację.

              Fisuś wyprowadził Kaylie tyle, aby na metr przed polaną się znaleźć. Na tyle aby ją widzieć, ale by samym pozostać niewidocznymi.
              - Dobra - wężowy szept w infernalnym brzmiał dziwnie… adekwatnie. - Widziałem go takim i w Cheliax miał na to prostą i perfekcyjnie skuteczną metodę.
              Istne. Morze. Cycków.
              - Nie sugeruję byś w tę stronę próbowała iść, a wręcz odradzam. Khal nie zachowuje się jak Viktor którego znam i nie obstawiałbym fortuny, że viktorowe metody tu zadziałają.
              - Ty naprawdę się o niego martwisz. - szepnęła powoli idąc w lewo, przeklinając w myślach swoje ułomne elfie zmysły - To słodkie.
              - Tia… - przytaknął Fisuś, przedłużonym dźwiękiem i odłożył na kiedy indziej pytania o jej relację z mieczem. To nie był na to moment. - Jeszcze trochę i będzie mógł nas usłyszeć. Nie jesteśmy specjalnie skradni. Jak chcemy to zrobić?
              - Instynktownie. - odparła krótko Kaylie.
              Z pyszczka Fisusia wydało się nie do końca zadowolone syknięcie, otworzył go by coś powiedzieć, gdy przerwał mu głos z polany.
              - Fisuś! - głos Viktora był podniesiony, choć nieco zmęczony - Czuję, że tu jesteś i czuję, że knujesz! Możecie przyjść otwarcie!
              Syknięcie Fisusia było już całkowicie niezadowolone.
              - Przepraszam. - Kaylie wyszeptała do chowańca i bez dalszych ostrzeżeń cisnęła wężem w stronę Khala. Jak tylko Fisuś wyszedł z zasięgu niewidoczności pojawił się w przestrzeni, ciśnięty do swojego właściciela.

              Lord Fistaszek krzyknął z infernalnym akcentem, a Viktor nagle zalany panicznym strachem swego chowańca, zerwał się na nogi jak sprężyna… ale w ciemności ledwie dostrzegał kształty pojedynczych drzew, a pędzący mały wąż był zupełnie niewidzialny i postrzegany tylko po krzyku. Khal był precyzyjnie świadom momentu gdy przeleciał on obok niego, ale było już zbyt późno by wystawiać ręce, choćby na oślep.

              Fistaszek przerwał krzyk gdy poczuł szarpnięcie. Było to uczucie zgoła inne od uderzenia w ziemię, ale i tak potrzebował momentu aby zebrać się do otworzenia oczu. Wisiał w powietrzu, niecałe pół metra nad ziemią.
              - Z jakiego, przeklętego powodu miałabyś zrobić coś takiego?! - zapytał chowaniec, gdy strach i adrenalina dopiero zaczynały go opuszczać.
              Khal poczuł czułe dotknięcie dłoni na swoim policzku pochodzące z lewej strony i usłyszał zmartwiony głos Kaylie zza swoich pleców.
              - Khal...

              Viktor… znieruchomiał. Mozolnie wybudowany, w ostatniej godzinie, mur samokontroli został gwałtownie zburzony uderzeniem strachu chowańca. Khal próbował go na szybko poskładać. Odzyskać z trudem osiągnięty spokój, ale… zbyt wolno. To szło mu zbyt wolno. Opuścił głowę z ramionami, spuszczając z siebie powoli powietrze.
              - Kaylie… kruszyno… - jego głos nie miał w sobie krztyny nonszalancji, czy zadziornej pewności siebie, która wydawała się dotąd dla niego tak naturalna, że brzmiał teraz prawie jakby nie należał do Khala - Doceniam… że przyszłaś. Ale nie chcę byś mnie takiego widziała… proszę… daj mi czas się pozbierać i porozmawiamy o tym w obozie, dobrze?
              Kaylie przeszła przed mężczyznę i złapała go za dłonie.
              - Nie.
              ”Nie”? - powtórzył z niezrozumieniem, we własnej głowie.
              Co znaczy “nie”?!
              Wyciągnął dłonie z jej rąk.
              - Kaylie. Słońce, ty moje - jego głos nie był już… jak wcześniej. Teraz głos należał do trzeciego prawnika Egorianu. On wcale nie prosił, ale z pełną uprzejmością… żądał - Potrzebuję trochę przestrzeni dla siebie. Twoja chęć pomocy została odnotowana i doceniona, ale poszanowanie dla moich granic również prezentuje sobą nietrywialną wartość. Proszę. Uszanuj je.
              Kaylie nie ruszyła się z miejsca.
              - Nie przyszłam tu oczekując od ciebie czegokolwiek. - spokojny ton kobiety przypominał ten, gdy pierwszy raz okazał słabość przy niej - Nie chcę znać szczegółów. Na wszystko przyjdzie pora jak zdecydujesz. Przyszłam ci towarzyszyć, nawet jeżeli w całkowitym milczeniu. Nie zostawię cię teraz samego.
              Khal nie widział jej oczu w ciemności, jedynie generalną sylwetkę i odpowiadało mu to. Jakby zobaczył jej zrozumienie, albo współczucie to mógłby nie dać rady utrzymać pionu… ale nawet bez tego siła, którą dał radę na moment przywołać, już go opuszczała… Wypuścił z siebie powietrze zrezygnowany.
              - Zgaduję, że nie mam praw własności do tej polany… - stwierdził, jakby od niechcenia prezentując ją gestem samej dłoni i, na wpół po omacku, wrócił gdzie wcześniej siedział, kierując spojrzenie w gwiazdy, z których ostatnie miały skryć się za chmurami nie dalej niż w ciągu godziny.

              Kaylie usiadła obok mężczyzny, choć nie na tyle, aby mu przeszkadzać. Była blisko lecz nie na tyle żeby swoją obecnością być uporczywa. Jak mówiła - siedziała w ciszy. Nie przeszkadzała nawet głośnym oddechem.

              Viktor długo milczał, wciąż wpatrzony w gwiazdy w jakiejś zadumie. Fisuś szybko dołączył i zwinął się spiralnie na jego barku, wyglądając w czarnym niebie przyszłości tak samo jak Khal. W pewnym momencie Kaylie poczuła uścisk jego dłoni na swojej na co Kaylie odpowiedziała własnym uściskiem, ale wciąż nie powiedział ani słowa.
              Dopiero później… w czasie który trudno było ocenić gdy brakło punktów odniesienie odkaszlnął, sprawdzając czy głos go nie zdradzi.
              - Nawet nie bardzo jest o czym mówić. Dowiedziałem się jedynie, że Yasperhyde i Blackfyre są przyjaciółmi. Już wtedy byli. I trio dopełnia nikt inny jak Hieronim Crawcolt.
              Kobieta nie puszczała dłoni Khala.
              - Podobne charaktery się przyciągają. - cicho powiedziała - Filia ci to powiedziała?
              Przytaknął ruchem głowy i mruknięciem.
              - Pokazała mi akta z procesu mamy. W pierwszej chwili nawet nie mogłem po nie ręki wyciągnąć. Dawniej gotów byłbym zabić za wgląd w nie… bah… dziś rano może i bym zabił… są puste. “Dowody: zeznania społeczności”. Nawet daty nie miały. Pokazała mi akta innej sprawy. Drobne oszustwo na cenie zboża. Spisane szczegółowo, że w Cheliax by nie mieli się do czego przyczepić. Oba te dokumenty spisane ręką Aegona i podbite jego pieczęcią. Do dziś, gdy zdarzały mi się przebłyski klarowności, musiałem sam przed sobą przyznawać, że mógł być oszukany. Przekonany fałszywymi świadectwami, bez świadomości skazujący… - głos zadrgał mu słabością i ugrzązł w gardle, a wtedy poczuł jak palce dłoni Kaylie głaszczą górę trzymanej dłoni Khala w uspokajającym i wspierającym geście. Czułym. Ciepłym. Wyrażającym... zrozumienie?
              Cisza przedłużała się, gdy Viktor znów zbierał siły.
              - …ale nie. Od początku wiedział. Ale moja… młodsza siostrzyczka… - wymawiał te słowa w jakichś sposób powoli. Jakby smakował ich, czy w ogóle mu opowiadają - dziwnie to brzmi. Tak czy siak… Filia wyraźnie nie wiedziała. I chyba nawet jej wierzę, że jakby przynieść jej dowody to własnego ojca, wraz z resztą Trio, by posłała na szubienicę. A przynajmniej chyba-wierzę, że ona w to wierzyła w tamtej chwili.
              - Powiedziałeś jej? - zapytała po chwili - O pokrewieństwie?
              - Jeszcze nie. To nie jest rewelacja jaką się ujawnia bez dowodów, bo się kłamcą zostaje obwołanym. To byłoby wiarygodniejsze, że zwyczajnie kłamię, bo mam jakieś niezrozumiałe cele. Jest w obozie kapłan któremu ona ufa. Poprosi go o przygotowanie zaklęcia które to potwierdzi i to on jej to powie. Myślę… że wtedy będzie więcej niż chętna pomóc mi szukać… mamy… i na pewno pomoże zorganizować sytuację gdzie bym przynajmniej z odległości widział Aegona. To by wystarczyło aby wykluczyć opcję, że to on jest rodzicem, którego dzielimy.
              - Nie wiem czy powinieneś doprowadzać do tego w trakcie naszej misji. Zanim nie zrealizujemy wszystkiego w kopalni. - powiedziała patrząc mu w oczy. Już wcześniej zobaczył, że przy nim zdjęła maskę - Ta informacja i dla niej będzie szokiem, a nie wiem czy nie wpłynie to na następne ruchy i może nawet doprowadzić do nieoczekiwanych skutków próbie odbicia tych ludzi.
              Viktor myślał krótką chwilę nim odpowiedział.
              - Jeśli to jest błąd to już go popełniłem. Nie mam opcji odwrotu, a jeśli dziewczyna przysiądzie i przemyśli dlaczego kazałem jej o to zaklęcie prosić… to zrozumie implikacje i bez mojej kooperacji. A zaklęcie będzie czekało na użycie… Jeśli będzie cierpliwa to nie walnę jej tą wiedzą w potylicę. Wprowadzę ją w nią podobnie jak ciebie wprowadzałem w moją tożsamość, wtedy, na Dworze przed z spotkaniem Otto.

              - No cóż... Więc to już się stało. Zostało wierzyć, że nie stanie się nic czego się obawiałam. Lub ty to ogarniesz. - wtuliła się w ramię mężczyzny - I może poprzesz też mój plan, który może także przysłużyć się twojemu... I może temu jaki chciałaby widzieć twoja siostra. - przymknęła oczy wyraźnie sycąc się uczuciem jakie odczuwała z fizycznego kontaktu z Khalem.
              - Ah… do tego najpierw musiałbym go poznać… - odpowiedział, obejmując ją w talii i przyciągając do siebie, w wyćwiczonym optimum między łagodnością i zdecydowaniem.
              - To wiadomo. - nie oponowała na bliższe bycie przy mężczyźnie - Oczywiście wytłumaczę wszystko, jednocześnie prosząc was, aby nie zabijać tego mistrza soczków. - powiedziała powoli, jednocześnie sycąc się tym uczuciem bliskości. Bliskości pozbawionej zagrożenia.
              Khal uniósł brew, ale był to tylko mentalny gest. Kaylie poczuła jak jego mały palec znalazł drogę pod jej szaty na biodrze, ale nie szukał dalej. Spoczął ukontentowany, zwykłym dotykiem skóra do skóry.
              Gdy jego palce dotknęły skóry kobiety poczuł jak jej całe ciało zadrżało delikatnie.
              - I… brzmisz jakbyś nie chciała mi TERAZ wytłumaczyć powodów? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewał śmiech.
              - A powinnam? - zapytała lekko zadziornie... czy może mu się tylko wydawało?
              - Noo… jeśli wierzysz, że sama dasz radę przekonać Filię, że to dobry pomysł… to nie ma takiej potrzeby - odpowiedział i palcem smagnął ją delikatnie po czubku nosa. - Ale jeśli mam przygotować obronę tego stanowiska… to lepiej bym miał więcej czasu niż mniej… chyba, że… - zawiesił głos i przeszedł na sylwański szept - masz pewność, że szpion Filli was nie śledziła? Ona jest tu z nami na wyprawie.
              - Postarałam się opuścić obóz jak najbardziej skrycie. - wymruczała w tym samym języku - Więc nie sądzę byśmy byli podglądani... podsłuchiwani. Teraz. Po prostu zrzuć to na moje własne poczucie dumy. - drażniła się.
              Viktor milczał chwilę.
              - Ihali się ona nazywała - odnalazł imię w pamięci i wypowiedział na głos, by lepiej zapamiętać. Całe skupienie natychmiast wróciło do kobiety po jego prawicy. - No, ale nie bądź taka… - jęknął żałośnie, a śmiech widoczny na jego twarzy może i był skryty w mroku, to w jego głosie ani trochę. - Quaeso, quaeso, quaeso, quaeso… - głos prosił jednym tchem… ale wszystkie dziesięć palców, co znalazły drogę pod jej szaty żądały łaskotkami…
              Kobieta zaczęła się śmiać zduszonym głosem, nie chcąc zbyt głośno. Jednocześnie wiła się próbując uciec od łaskotek i odsunąć palce mężczyzny.
              - Kh.... Khal.... Co ty.... - próbowała wyrwać się śmiejąc.
              Śmiechy ich obojga rozświetlały nocną polanę, gdy ten szantaż trwał jeszcze kilka krótkich oddechów. Przerwał tak nagle jak zaczął kładąc dłoń na jej roześmianym i zarumienionym policzku.
              - Nie prośba, nie groźba, to może łapówka… - Głos miał nagle cichy. Niski i przyjemny. Jego spojrzenie tkwiło w światełkach gwiazd odbijających się w jej oczach, bo samych oczu w ciemności nie był w stanie dostrzec.
              Ruszył się. Płynnym ruchem z siadu przyklęknął przed nią i pochylił się, całując z uczuciem i intensywnością jakby jutra miało nie być… a Kaylie odpowiadała pocałunkowi, jednocześnie czasami mając dech wypowiedzieć krótkie słowa.
              - Do miasta... - szepnęła między pocałunkami - zabierzemy... - silnie obejmowała Khala dysząc - go... - sama czerpała niesamowitą radość z prostego pocałunku - na sąd. - w końcu wyrzuciła z siebie słowa częściowego wyjaśnienia.
              Viktor przerwał w końcu pocałunek, ostatecznie dając Kaylie złapać oddech odebrany jej haniebnie łaskotkami. Patrzył chwilę w światełka w jej oczach, gładząc kciukiem po policzku. Mroki kryły jego rozmarzone spojrzenie, choć elfia krew pozwalała Kaylie dostrzec jego… zarysy.
              Zwalił się na swoje stare miejsce i znów ją objął w talii.
              - Na sąd? - powtórzył w końcu - Tego się nie spodziewałem. Jakie jest drugie dno tego planu?
              Kaylie położyła jedną dłoń na swoim brzuchu jaki w rytm jej oddechu unosił się w dół i do góry.
              - Ludzie z miasta... chcą sprawiedliwości. - urwała, aby wziąć głębszy oddech - Baltizar ma umiejętności poruszyć większą ich ilość opowiadając o niesprawiedliwości i tym jak sąd Evercrest może ją dać tym, którzy ucierpieli. - spojrzała na twarz Khala - A potrzebny będzie doświadczony i szanowany sędzia. Tak wyciągniemy z emerytury Aegona, na tą jedną ważną dla miasta sprawę. Nie będzie mógł odmówić kiedy ludzie będą tego oczekiwali. Siła tłumu, Galt o tym wie. - urwała, choć nie było to wszystko.

              - Rozumiem… i co… Fisuś? Co się dzieje?
              Kaylie nie widziała węża zwiniętego w kłębek a ramieniu Viktora, ale usłyszała zmartwienie w jego głosie.
              - Przepr… raszam. Próbowałem to odsuną, ale… to już czas.
              - Że… teraz?!
              - Nie, do stu CZORTÓW, jutro! Arghh…
              Kaylie spojrzała wybita z rytmu. Nie rozumiała co się dzieje.
              - Khal?
              - To… jest coś czego nie oczekiwaliśmy nie wcześniej niż za trzy miesiące. Fisuś ma pewnego rodzaju… rozwiązanie.
              - Nawet się NIE WAŻ tak tego nazywać? - warknął wąż boleśnie, ześlizgując się z jego barku, ale Khal przechwycił go, układając na swoich dłoniach.
              - Fisuś, oddychaj. Ćwiczyliśmy to wiele razy.
              Kaylie dostrzegła… drobny blask. Czerwona łuna zdawała wypełzać delikatnie spod jego łusek.
              - Jesteśmy tu z tobą i przejdziemy przez to razem - wspierał go Khal łagodnym głosem - Wiem, że boli… wiem.
              - Ughh… to nie jest normalne… coś we mnie pęka… i chrupie! Viktor! Coś we mnie CHRUPIE. Ty mi to zrobiłeś, dupku!
              - On rodzi? Jak my?! Czy ty z nim... - Kaylie była zszokowana.
              I Viktor i Khal umilkli patrząc na Kaylie ze sztyletami w oczach.
              - Nie - odpowiedzieli jednocześnie i chyba coś mieli jeszcze mówić, ale kolejne chrupnięcie wykrzywiło Fisstaszka i wyrwało z niego bolesny syk. Owinął swój ogon wokół nadgarstka Khala.
              - Tak, wiem.. - przytaknął Khal - Ale jestem tutaj, trzymam cię - uspokajał go dalej, gładząc powoli i starając się wyglądać pewnie i spokojnie, ale… widok przyjaciela w takim stanie nie byłby łatwy nawet bez łącza empatycznego, poprzez które czuł wszystko to co on, nawet jeśli “jak przez mgłę”. - Fisusiu, jesteś bardzo dzielny. Zobaczysz, że to za chwilę się skończy i to będzie tak bardzo warte tej chwili bólu, że zaraz o nim zupełnie zapomnisz.
              - Viktor! Ja się rozpadam - wykrzywił się znowu, mocniej zaciskając ogon, a czerwone światło wyraźnie już przebijało spod jego łusek, a one… poruszały się jakby coś pod nimi krążyło.
              - To wszystko przejdzie za chwilę.
              Kobieta powstrzymała się, ale już miała ochotę mówić mu "Przyj!". Ograniczyła się tylko do delikatnego pogłaskania jego łebka.
              Viktor kiwnął jej głową z wdzięcznością za wsparcie i znów zwrócił się do chowańca.
              - Musisz chwilę wytrzymać. To wszystko jest dla ciebie. Staniesz się potężniejszy. I będziesz miał RĘCE! Wyobraź sobie mieć dwadzieścia chwytnych palców!
              - “Ręce"!? - na wpół jęknął, a na wpół syknął - O jak cudownie! Co ja zrobię z rękami?! Ja tu umieram! Jakby… jakby…
              Fisuś zawył a spazm wygiął go tak, że aż Viktor poczuł ból gdy owinięty wokół nadgarsta ogon wykrzesał z siebie niemożliwą dla tak małego ciałka siłę.
              - A co, jeśli coś pójdzie nie tak?! Jeśli wyjdę… bez ogona? Albo zielony?
              - Będziesz pięknym, Fisusiu, nawet jakbyś był różowy i z trzema ogonami.
              - Dupek! Czuję jak ciebie bawi ta wizja! Ughh…
              - Wytrzymaj. Jeszce trochę. Jeszcze krótki moment. Oddychaj ze mną. Ehhh. Uhhh. Ehhh. Uhhh.
              - Oooch… czort. Viktor, to naprawdę się dzieje. Uh-uh-uh-uh…ja to naprawdę zrobię. Znajdę go… i zapytam: Azi… co to, do murwy nędzy, miało być?! To teraz. Khal… to się dzieje.
              - Tu chcemy odrobinę dystansu… - rzucił Khal do Kaylie, gdy wstawał. Odwinął sobie węża z ręki i położył go na ziemi kilka metrów dalej, po czym cofnął się do Kaylie. Fisuś wydał z siebie gardłowe warknięcie, ale teraz był to warkot wojownika, co na ostatniej prostej, siłą woli przemaszerowywał przez ból do celu. Czerwona łuna rozświatlała już go na tyle, że perfekcyjnie był widać jak jego wijącą się sylwetkę. Trwa wokół niego zajęła się ogniem pomimo wieczornie skroplonej wilgoci.
              - Arrrghhhh…
              Eksplozja zbyt dużej ilości krwi i ciała brzmiała mokrym plaśnięciem. Czerwona łuna wędrowała razem z nimi i Viktor dostał kawałkiem w twarz, gdy Kaylie dała radę uniknąć. Światło zgasło, a ogniki zostały ugaszone krwią.

              Światło zgasło i chwilę było cicho.
              - Fisuś, jesteś tam? - pytał Khal podchodząc bliżej, szukając. Kaylie widziała to czego ludzkie oczy nie dostrzegały. W miejscu węża był piekielny imp, powoli gramolący się z ziemi. Wyraźnie testujący swoje nowe ciało. Z leżenia podniósł się do czworaków. Potem do klęku i ostrożnie, tylko w niewielkim stopniu rozumiejąc koncepcję używania kończyn… wstał, oglądając swoje dłonie ze wszystkich stron.

              Kliknij w miniaturkę

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                #53

                - Jestem, Viktor - opowiedział we wspólnym. Głos miał… inny. Nieco głębszy. Nieco… doroślejszy. - Udało się. Wszystko poszło jak powinno.
                Rozłożył skrzydła i machnął nimi kilka razy na próbę i wzbił się w powietrze… ale nie trafił w Viktora i przeleciał obok niego, lądując gdzieś w krzakach.
                - Ałałałał…
                - Ok, starczy tych wygłupów… - stwierdził kapłan, wyciągając zza kaftana amulet i założył go na szyję.
                ”I światło wam przynoszę, powiedział Sprawiedliwy”

                Inkantacja rozświetliła półszlachetny kamień, ciasno zabudowany mosiądzem w sposób, że rzucał on strumień światła tylko przed siebie. Trochę jak latarnia i z jego pomocą odnalazł chowańca, ale z krzaków… po jego rękawie wbiegł szczur.
                - Fisuś?
                Na pytanie szczurowi wyrosły skrzydła i kilka sekund transformacji potem, na przedramieniu Khal miał kruka.
                - A fyddech chi'n cael ychydig o amser i siarad am ein Harglwyddes a Chanllaw y Eneidiau, Ffaranma? - Słowa, które wydobyły się z jego dzioba brzmiały jak głośny szept, pozbawiony twardych dźwięków, ale ton miał bardzo oficjalny, niemal “orędowniczy” i przetykany znaczącymi pytaniami.
                - Hi, sy'n gweld pob dechrau a diwedd, sy'n gwybod eich llwybr yn y cylch bywyd a marwolaeth!
                - Co on mówi? - zdziwiła się Kaylie.
                - Heh. Wydurnia się. Posłańcy Pharasmy często przyjmują formę kruków. W Necrilu pyta czy mamy czas porozmawiać o “naszej pani i zbawczyni” oferując gwarancje bez pokrycia, o łagodnym przejściu na drugą stronę. Chyba frajdę mu sprawia, że może mówić w nie-infernalnym.
                - Abyś wiedział, że sprawia - odpowiedział w elfim, a Khal… zmarszczył brwi w konsternacji.
                - Z elfiego znam tylko jak brzmi. Dlaczego rozumiem co powiedziałeś?
                - Wiesz, że sam odpowiedziałeś w czystym efickim? - zauważyła kobieta.
                - Odpowiedziałem? Oh… Rzeczywiście. Tym bardziej nie wiem co się dzieje…
                - Kozioł Ofiarny przesyła pozdrowienia - kiwnął głową kruk - Ma ci się przydać.
                - Cóż… na pewno będzie ciekawie wreszcie rozumieć przekleństwa, którymi co poniektórzy rzucają w elfim pod nosem - uśmiechnął się Viktor, a Fisuś znów zaczął się zmieniać, by przeistoczyć się w formę nie inną jak… turkusowego węża.
                - Iii… to wszystko było po to abyś i tak wrócił do swojej poprzedniej formy?
                - Ej, dwa lata w niej siedziałem! Dziwnie się czuję z nadmiarem kończyn.
                - Znaczy… z ilością większą niż zero?
                - Doook-ładnie - zaintonował wąż, niemal śpiewnie - A do tego jeszcze te palce… brrr… nie wiem co wy w nich widzicie! Ale za to… potrafię: tak! - zakrzyknął i łuski zrobiły się przezroczyste, potem skóra, wnętrzności a na koniec i kości, pozostawiając dłonie Khala pozornie pustymi.
                - I to tak bez ograniczeń! Filia myśli, że ma fajnego szpiega? To niech patrzy na mnie!
                - To dobrze, że będziesz zmieniał formę, bo nie licz, że pozwoliłabym impowi obmacywać mnie pod kołdrą. - Kaylie stała z założonymi rękoma.
                Viktor uniósł brew, samymi ruchami oczu krążąc między Fisusiem a Kaylie, rozważając co mogła ona mieć na myśli.
                - Kaylie, kochanie… - przepraszający ton akompaniował unoszącemu się “samodzielnie” rękawowi Khala, gdy Fisuś wpełzał pod niego. Czuł się znacznie odważniej niż gdy był z nią sam na sam i to zupełnie widzialny. - Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ta przygoda od początku miała być tylko na jedną noc. Oboje mieliśmy swoja przyjemność, Ty moje niezastąione towarzystwo, ja twoje ciepełko…
                - Dobra, dość! - przerwał wywód Khal - O czym wy, do cholery, mówicie? - zapytał już w ćwierć roześmiany - Czego ja nie wiem? Może ja was samych powinienem zostawić?
                - Twój chowaniec pokonał więcej stopni niż ty. - wzruszyła ramionami.
                Viktor wzniósł w górę ręce, w geście akceptacji porażki.
                - Poddaję się. Przechodzę na emeryturę. Założę gospodę “Pod Smutnym Bydlakiem” gdzie będę opowiadał historie i mądrości życiowe, wiecznie czyszcząc jeden i ten sam kufel. Może przywdzieję habit, wygolę czubek głowy i celibat przysięgnę, ale jeszcze nie oceniłem czy AŻ TAK bardzo zostałem pokonany.
                - Tsk… myślę, że tak - odpowiedział z niby-niezadowoleniem Fisuś, spod jego koszuli - może lepiej abyś, by ukryć swój wstyd, udał się do Nidalu, gdzie wieść będziesz żywot kozy.
                - Pamiętasz, że byłbyś tam ze mną?
                Przez jeden oddech chowaniec milczał, analizując sytuacje.
                - Myślę, że zostanie mnichem będzie wystarczające.
                Kaylie spojrzała na Khala i wtrąciła:
                - Czy chcesz kontynuować... rozmowę? - zapytała drażniąc się dwuznacznością.
                Viktor zgasił rażący w oczy, zupełnie a-klimatyczny amulet i podszedł do Kaylie, starając się udawać, że przy nagłym braku światła wcale nie jest totalnie ślepy. Odnalazł w ciemności jej ramiona, nie będąc pewnym czy mu nie pomogła, ale potem było już łatwo.
                - Fisuś. Jak się czujesz z lataniem? - zapytał opierając czoło swoje o kaylowe.
                - Nie najlepiej jeszcze… a co?
                - No to weź pobiegnij do obozu, zobaczyć czy wszystko w porządku i czy nas przypadkiem nie szukają. Nie potrzebujemy dramy.
                - Dupek - skomentował wąż, ale popełzł nogawką na ziemię, gdzie nie porzucając niewidzialności transformował się w jakieś większe zwierze i pokłusował, z bardzo wątpliwą gracją, z powrotem.


                - A o czym my to rozmawialiśmy? - zapytał Khal, z udawaną niewinnością, gdy byli już sami.
                - O moim planie. - szepnęła Kaylie bawiąc się włosami Khala.
                - Ah, no tak. Plan. Hmmm… wiesz… to jest dziwnie… kuszące… gdy, tak dla odmiany, to mi jest plan tłumaczony. To jest niemal… - zamilkł niby-szukając odpowiedniego słowa -... egzotyczne.
                - Jest ustalony Aegon jako sędzia. Jest oskarżony. - mężczyzna poczuł jak dłonie Kaylie zaczynają szukać po omacku pasków zbroi - Brakuje oskarżyciela. Pro bono działającego dla ludu. Samego... - jeden pasek został rozpięty - Viktora... - drugi poluzowany - Goodmanna.
                - Hmmm… - zadowolone mruknięcie pobrzmiewało głęboką aprobatą. Składał już w głowie całą listę zalet tego planu, pod sześcioma różnymi kątami, ale… z niespodziewaną mocą przemawiała do niego scena, gdy młoda i bystra siksa, wykładała posiadaczowi niepisanego tytułu Trzeciego Pióra Cheliax plan dla wykatapultowania jego kariery, gdy mocowała się z jego paskiem.
                - Mów dalej… - zachęcił przyjemnym pół-głosem.
                Ciemność pozostawia tylko słuch i dotyk, a oba wyczuły jak kobieta rozpięła pas u spodni, gdy upadł z brzękiem na ziemię ciągnięty ciężarem buławy.
                - Wyrokiem będzie śmierć... a ja zajmę się egzekucją. - zsunęła zbroję z Khala - By lud czuł sprawiedliwość. - delikatne palce wsunęły się pod bluzkę i zaczęły ją ściągać by odrzucić na bok - I tak... Zbliżysz się do Aegona. I może na salony.
                Kaylie poczuła jego dłonie na swoich. Uchwycił ją i obrócił, w quasi-nagłym półpirucie by przyciągnąć do siebie. Jej ręce były skrzyżowane. Ich palce splecione. Czuła jego dłonie na swoich biodrach, a usta na karku.
                - Jakby któraś z moich asystentek była w połowie jak ty… - szepnął, na ucho tak blisko, że muskał je ustami - W połowie tak bystra. W połowie tak piękna. W połowie tak… niebezpieczna. To bardzo… źle zrobiłoby mojej kancelarii… - bez pośpiechu nachylił się do drugiego ucha, gdy jej pas lądował na ziemi - Bo zamiast pracować… - jego głos nagle pobrzmiał dzikością i nabrał agresji - …dzień i noc byśmy się pieprzyli jak króliki!
                Szarpnął za krawędź jej szaty, zrywając spinki, haftki i agrafki utrzymujące ją w “stanie skromnym”, wystawiając jej skórę i ciało na chłód nocy… i jego własne dłonie.
                Kaylie zamruczala, nawet gdy zimny wiatr przesunął się po jej nagiej skórze powodując grom reakcji ciała. Oddychała głęboko drżąc delikatnie pod wpływem chłodu i obecności mężczyzny. Zamknęła oczy wczuwając się w ciało.
                - Mam więc twoje poparcie w tym planie? - zapytała cichutko, jakby nie chcąc zburzyć atmosfery.
                Nie odpowiedział od razu, ale znów ją obrócił, z wystudiowanym latami prób i błędów, złotym środkiem między łagodnością i gwałtownością. Jak marionetkarz, którego kontroli tak łatwo było się oddać i wciąż czuć perfekcyjnie bezpiecznie. Bez krztyny dyskomfortu. Poczuła jego dłoń na swoim krzyżu i przyciągnął ją do siebie. Ich nagie, na dwa odrobinę różne sposoby, ciała docisnęły się do siebie. Kaylie nie widziała uśmiechu dzikiej przyjemności na twarzy Khala, ale wyczuła pojedynczy dreszcz który przeszedł przez jego ciało.

                I zwolnił nagle. Nie czuć od niego już było tego “marionetkarza”, ani siły, ani agresji. Była czułość i bliskość, gdy gładził jej policzek wierzem palców.
                - Pełne poparcie. Jakbyś to nie ty go wymyśliła, to byłbym na siebie zły, że ktoś pomyślał o tym przede mną…
                Kaylie uśmiechnęła się zadowolona. Gdyby Khal mógł widzieć teraz jej twarz to zobaczyłby jak czerwone miała policzki. Oddychała głęboko mając problem ze złapaniem wystarczającego oddechu, kiedy jej własny urywał się co chwilę.
                - Przybliżymy się do całej gromady. - położyła własne dłonie na policzkach mężczyzny - Będziemy się na nich czaić pod samymi ich nosami. - kobieta zaczęła składać delikatne pocałunki na szyi partnera - Uda ci się zostać mu przyjacielem i w ten sposób zdobędziesz potrzebne informacje oraz wpływy w mieście. A później dowody na wszystkie krzywdy jakie wyrządzono. - wtuliła twarz w szyję Khala - Zemstę ugotujemy na wolnym ogniu.
                - A jak zyskam moc… - zaczął, ale nie dokończył. Jednak nie był jeszcze gotów, by powiedzieć co chciał powiedzieć. Możliwe, że przez całe lata miał jeszcze nie być i to zakładając, że wszystko by poszło jak należy.

                Przez te kilka dni dał Kaylie wejrzeć w głąb swojej zwichrowanej duszy głębiej niż komukolwiek… kiedykolwiek. I nie stało się nic z rzeczy które przewidywał, z których powodu właśnie pozostawał dla świata posągiem ze spiżu o którym mówił Baltizar. Choć trochę innym niż miał on na myśli. Niecały oddech zajęło mu odrzucenie myśli “czy się myliłem w ich ocenie?”. Bez żadnego wysiłku przytłoczył tę myśl inną: “nie, to ona jest… wyjątkowa i nie mogę jej do tych szlaufów nawet porównywać”.

                - Zbyt bystra, dla własnego dobra, siksa… - pół mruknął, pół syknął z aprobatą gdy rozpoznał a potem przegonił smutny uśmiech, co mu na twarzy wyrósł w zadumie. Cieszył się, że nie miała jak go dostrzec. To nie był czas dla niego i odrobinę się nie lubił za tą reakcję w TAKICH okolicznościach.
                Sama Kaylie z przyjemnością trwała wtulona szyję mężczyzny i nawet delikatnie pomrukiwała z zadowoleniem.

                Skierował swe myśli na nagość ich ciał. Ciepło jej skóry. Cudowne poczucie [i]kłujących[/] go sutków. Dotyk jej dłoni na swoim ciele. Kształt krzyża i mięśni jej pleców które smakował własnymi palcami. Zarys początków pośladków pod opuszkami tych palców, gdy zerkały pod jej bieliznę i drobna, jedwabna koronka na ich wierzchu.

                Kobieta czuła, jak ciało pomimo chłodu oddaje gorąco, a sam brzuch zdawał się być bardziej gorący nawet od reszty. Policzki były rozpalone, a i tak pomimo tego odczucia szukała ciepła we wtulaniu się w Khala

                Kolejny, arcyprzyjemy dreszcz przeszedł jego ciało i podkreślił go zadowolonym mruknięciem. To było więcej niż mile widziane by Kaylie była świadoma jak na niego działa co sama przyjmowała z radością.

                - Zemsta to odległe plany… - szepnął, gestem samych palców obracając sygnet tarczą do wnętrza dłoni i zaklęciem rozświetlił drzewa i teren za nimi, precyzyjnie notując w pamięci ich położenie i kształt. Światło zgasło, gdy tą dłonią ujął jej biodro - Teraz nie na niej mi zależy…
                Płynnym ruchem obniżył postawę i chwycił ją pewniej, obejmując ją pod biodrami i poderwał w górę. Nie było to szarpnięcie. Nie było to gwałtowne, a zdecydowane i zdało się bezwysiłkowe, prezentując siłę której niewielu by się mogło spodziewać po kimś o nie-wybitnej posturze Khala, co spędził dosłownie większość życia zakopany w zwojach, księgach, pergaminach i raportach.

                Dość smukłe elfickie ciało kobiety również nie było budowy kulturysty, więc kiedy partner po prostu ją tak bez problemu uniósł jak piórko, ta z jakimś dziewczęcą radością zachichotała wtulając się w jego twarz. Wiedziała do czego to wszystko prowadzi i naprawdę była podekscytowana.
                - Khali... - szepnęła udając zaskoczenie naiwnej dziewczyny - Co ty robisz? Musimy wrócić do obozu... - stwierdziła, choć to stwierdzenie bynajmniej nie oznaczało szybkiej potrzeby powrotu, a raczej chęci szybkiego powrotu i wychodziło z ochoty podręczenia się z nim.
                Viktor wpół zachichotał, wpół zamruczał w ciemności i ruszył naprzód…


                Gdyby ktoś ich obserwował poprzez tę ciemność to widziałby Kaylie opartą łopatkami o drzewo i trzymająca się go nad głową jedną ręką. Jej szatę zwisającą swobodnie wzdłuż pnia i jej wygięte w przód, nagie ciało niekryte ani krztyną skromności. Zobaczyłby jak kobieta sama wygina się ku mężczyźnie i pomrukuje z radością, jakby nie mogła się doczekać dalszego rozwoju wypadków. Zobaczyłby jak porzuciła jakąkolwiek skromność i czasami wydawała z siebie nawet głośniejszy pomruk zadowolenia. Widziałby Khala stojącego przed nią. Zapartego i trzymającego jej biodro jedną ręką, a drugą podpierający krzyż, bo jej uda oplatały jego głowę i twarz, gdy pierwszy raz od dawna miał okazję komukolwiek zaprezentować jedną ze swych “cheliaxiańskich” technik… Ten ktoś mógłby się też zmartwić wysokością na której trzymał Kaylie…
                - Khali... Khali... - powtarzała jak mantrę drżąc na całym ciele.
                - Khali...
                Viktor uwielbiał momenty takie jak ten. Gdy jagnię wiło mu się pod tym co robił i wiedział jak wolniej, lub szybciej zbliża się ono do stanu, że może z nim zrobić co by tylko nie wymyślił. To, że nie miał przed sobą jagnięcia i, że tym razem pościg trwał znacznie dłużej niż zwykle i, że sam sobie go przedłużał… tylko potęgowało efekt i miał wrażenie, że momentami kręciło mu się w głowie i to nie z niechęci do przerw na wzięcie oddechu.
                Kaylie wiedziała, że zostało wyłączone jej logiczne myślenie. Wszelkie protesty jakie kiedykolwiek by miała straciły jakikolwiek sens. To nie był pierwszy raz, gdy tego doświadczyła, o nie. Zdarzyło się nie raz podczas ostatnich lat. Wiedziała, że się zatraca, ale w tym momencie nie miała nawet ochoty z tym próbować walczyć. Może tym razem nie było w tym ani krztyny alkoholu, jednak czuła to samo szaleństwo jakie czuła lata temu młodziutka dziewczyna jaka znalazła się w obozie podczas oblewania udanego intratnego zlecenia. Różnica była taka, że tym razem nie powinno być możliwości, że obudzi się rano z kacem moralnym.
                I tym razem na pewno będzie wiedziała kto był jej partnerem.
                - Khali... - szepnęła z jakimś proszącym wyczekiwaniem.
                - Moment… - mruknął, na wdechu - Podoba mi się tu… - przepraszał i prosił jednocześnie, gdy wyciągnął rękę i paznokciami zostawił pięć, ścieżek lekkiego zarumienienia skóry wzdłuż kręgosłupa. Ostatni oddech mu się kończył gdy wyciągnął się, podpierając Kaylie między łopatkami, zmienił postawę i podniósł ją do pionu, jakby jeździła mu na baranach… tylko nie z tej strony. Podrzucił ją kilka cali w górę, by wyplątać się z jej nóg, a światło sygnetu oderwanego od ciała na moment rozświetliło okolicę, rażąc w nieprzyzywzcajone oczy… ale pozwalając mu dostrzec… więcej…
                Wylądowała w jego ramionach, jak księżniczka z baśni, uchroniona przed upadkiem. Dyszał. Łapczywie chwytał powietrze, co tak skromnie je sobie wydzielał przez ostatnie minuty i szukał światełek gwiazd, odbijających się w jej oczach. Niby-anonimowość ciemności, niebezpieczna wyprawa na której byli, sojusznicy co staliby się wrogami, jakby wiedzieli. Możliwość, że jednak są obserwowani przez szpiega w postaci jaskółki a to jeszcze na tle wciąż przemawiającego echem rozpadu emocjonalnego, sprzed niecałego kwadransa… wszystko składało się w ogrom emocji i odczuć, jakich ze świecą mu było szukać, w klarownych, ułożonych i… mimo wszystko trywialnych podbojach w Cheliax.

                Odnalazł te iskierki… i wiedział, że w tym świetle to więcej sobie dopowiada niż widzi… ale postanowił sam sobie uwierzyć, że widział w nich wyczekiwanie. I sam też nie mógł się doczekać. Zbyt długo sobie tego odmawiał…

                Przyklęknął na ziemi i zamaszystym ruchem ułożył na niej Kaylie, tak, że ani kawalątek jej pięknej skóry, nie został skalany brudną ziemią czy mokrą trawą, a w całości leżała na swojej rozpiętej szacie.

                Powoli przeszedł przed nią. Pocałował w kolano i nacisnął… odchylają je w bok. Drugie w ten sam sposób usunął z drogi. Światło sygnetu jedynie sączyło się spod zaciśniętej pięści, ale… rozwarł ją na krótki moment, by choć w tej pojedynczej chwili móc spojrzeniem złapać ją całą, ale wbrew samemu sobie… jego spojrzenie i tak podążyło do jej spojrzenia.

                Powoli, bez pośpiechu wchodził na nią, nie szczędząc dotyku palców, ani ust, a nawet i szorstki zarost okazjonalnie wykorzystując, gdy chciał gwałtowniejsze uczucie wywołać.

                A Kaylie z oczekiwaniem pomagała mu dostać dostęp do każdego swojego kawałka, chcąc by nie bawił się nią długo. Pamiętała jak jej pierwszy partner tak się zachowywał, delikatnie, by nie skrzywdzić wystraszonej młódki. Wtedy nie miała doświadczenia, a teraz czuła się podobnie... Bo obaj mężczyźni tak delikatnie podchodzili.

                W końcu gwiazdki odbijające się w jej oczach były dokładnie przed jego twarzą. Wyciągnięta w bok pięść się rozwarła, kierując światło z sygnetu w jej wnętrze, w sposób, że tylko ten niewielki jego ułamek co odbijał się od skóry cokolwiek rozjaśniał. Jednak przyzwyczajone do mroku spojrzenia natychmiast dostrzegły oczy naprzeciw siebie. Zarysy rozwartych ust. Ich uniesione kąciki.

                - Gotowa? - nie pytał na prawdę, a jedynie uległ pokusie by jeszczę tę odrobinkę się z nią podrażnić. By jeszcze raz wyłudzić słowa co może i wcale niepotrzebne, to jednak tak pięknie brzmiały w uszach i pomiędzy nimi…
                - Khali... - mruknęła ze zmarszczonymi brwiami - Sam zrozumiesz jak sprawdzisz... - wydyszała.
                Viktor zrozumiał ale to, że już nazbyt dał się ponieść tym podchodom i zapamiętał na przyszłość. Uśmiechnął się tylko i sięgnął ręką w dół, wreszcie oswobadzając się ze spodni. Poczuła go, gdy znów wyciągał rękę w bok, by w tym momencie widzieć choćby zarys jej twarzy.
                - Iii… - zaczął i nagle jego mimika skamieniała.
                Spojrzał gdzieś w bok, prosto w ciemność.
                Ciężko oddychająca Kaylie drżała z nagromadzenia emocji, jakie rozpalały jej policzki.
                - Co...? - zapytała nie wiedząc czemu przerwał.
                - CZEGO?! - Khal ryknął z gniewem w noc.
                - Szukają was - odpowiedział Fisuś, siedzący w mroku, gdzieś w koronie pobliskiego drzewa - Znaczy jeden ze strażników pyta wszystkich po kolei czy ciebie kto nie widział. Pewnie już skojarzyli, że ciebie także nie ma. Nim się zbierzecie i wrócicie cały obóz pewnie dwa razy obejdzie.
                W świetle z dłoni, co rozwarła się bardziej niż Khal planował Kaylie widziała wściekłość, co wylała się na jego twarz. Zemł przekleństwo przez zaciśnięte zęby i pozwolił by gniew naturalnie przeistoczył się w głęboki i bolesny zawód.
                - Wybacz - przeprosił i ostatni raz ją pocałował, nim nie wstał, zapinając spodnie.
                Zaoferował jej rękę jaką prawie mechanicznie przyjęła.
                - Czemu...? - żal i zawód wylewał się z jej słowa - Czemu on nie powie, że jesteśmy sobą zajęci...?
                Khal zagryzł wargę rozważając. Może to byłoby tego warte?
                - Jesteśmy na terenie gdzie już raz spotkaliśmy wroga i to specyficznie tutaj. Filia prezentuje sobą archetyp dowódcy stawiającego duży nacisk na dyscyplinę i kohezję grupy. Tacy jak ona potrafią w takich momentach cały obóz ruszyć na poszukiwania “zaginionych”. Jeśli do tego dojdzie współpraca między nami i nasz posłuch u niej drastycznie ucierpią. Z nimi również szanse powodzenia twojego planu. Gdybyśmy dali komuś znać, że odchodzimy na pół godziny to byłoby zupełnie co innego, ale oni nie wiedzą czy nie zostaliśmy porwani gdy poszliśmy pęcherze opróżnić. Niestety, Fisuś nie został nigdy nikomu z nich przedstawiony i ma zerową wartość jako świadek.
                Kaylie wyglądała jakby była bliska płaczu, gdy z ziemi zbierała części ubrania.
                - Jasne, jasne! - z płaczliwym rozżaleniem ledwo była w stanie wypowiedzieć słowa magii jakie naprawiały rozerwaną szatę - JASNE! - z furią odziewała się na nowo drżąc ze stresu - Bo każdy normalny człowiek będzie planował zawczasu czy akurat w danym momencie będzie chciał się parzyć! Może ona chce harmonogram?! - na siłę założyła maskę i ciągle wściekła ruszyła w drogę powrotną nie patrząc w stronę mężczyzny.

                Viktor obserwował ginącą w mroku sylwetkę jeszcze kilka chwil, a otwarte szeroko oczy w żadnym razie nie pomagały mu widzieć więcej.
                - Whoah… Chyba powinienem był ZACZĄĆ od propozycji kontynuacji w namiocie…
                Popełnił błąd. Rozumiał perfekcyjnie gdzie i jak łatwo, było go uniknąć.
                - Ale zebrało mi się, kurna, na pełne i rozbudowane odpowiedzi… - a przecież doskonale rozumiał, że to o co kobiety pytają rzadko ma związek z tym co CHCĄ usłyszeć.
                - Fisuś, leć za nią, aż do obozu wejdzie cała i bezpieczna.
                - Ale…
                - Żadnego “ale”. Leć.
                Usłyszał trzepot skrzydeł, gdy sięgnął ręką w górę, rozświetlając pojedynczy listek nad głową zaklęciem światła. Potem w innym miejscu drugi i trzeci. Ubrał się szybko i pobieżnie pozapinał klamry, a rzemyków w ogóle nie wiązał. Za to dłużej szukał pośród trawy, nie wiedząc w ogóle czy to tam jest i co to będzie. W końcu spojrzał pod odpowiednim kątem. Padające światło odbiło się od wygiętej, ciężkiej agrafki z jakiejś-tam-czystości srebra, którą zerwał otwierając szaty Kaylie. Prawdopodobnie znalazłby się w obozie zamiennik… ale… on zepsuł, to wypada, aby on ogarnął.

                Wrócił powoli, rozświetlając sobie drogę światłem sygnetu, a Fisuś dotarł do niego, gdy zostało mu jeszcze grubo ponad pół trasy.
                - Bardzo jest zła?
                - Wściekła jak osa. Nie pokazuj jej się już dziś, bo gotowa użądlić. A jutro oczekiwałbym traktowania jak dziś rano, albo gorzej, skoro to już drugi faul. Stop. Metr przed tobą. Naprzeciw prawej stopy.
                Khal skorygował trasę o ostrzeżenie chowańca, rozważając co powinien zrobić. Widział jej oczy, słyszał jej głos, rozumiał frustrację… nie, Fisuś miał rację. Jakby byli w prywatnych okolicznościach może jakby zbudował scenę gdzie mogłaby mu wykrzyczeć frustracje w twarz, może nawet do kontrolowanych rękoczynów doprowadzić… to MOGŁOBY pomóc, ale nic z tego nie wchodziło w grę…
                - Szszszlag…
                - Co?
                - Przyszła do mnie, by pomóc mi w dołku i wyciągnęła z paskudnej dziury… i to jest jej nagroda.

                Cisza stała się ciężka i nieprzyjemna.

                - Nie chciałeś tego.
                - I ma to znaczenie?
                Fisuś wzruszył ramionami, ale Viktor ten gest jedynie wyczuł, a nie zobaczył.
                - W Cheliax połowę słabsze powody wystarczyły.
                - Nie jesteśmy w Cheliax - warknął Viktor gniewnie - I ona NIE jest z jagniąt!
                - Nie podnoś głosu już. Jesteśmy niedaleko - syknął chowaniec z naganą.
                - Czy ty… mnie właśnie ochrzaniłeś? - zapytał Khal niedowierzając, bo nigdy wcześniej nie brzmiało to poważnie.
                - Co proszę?
                - Fistaszek. Noga!
                Gardłowe warknięcie Viktora zdało się wygłuszyć wszystkie dźwięki w okolicy. Dla tej dwójki na pewno. Chowaniec przywołany rozkazem, wcale nie miał on ochoty ulec, ale… techniczny wybór wcale nie jest wyborem. Khal wymacał niewidzialnego impa. Pięść zacisnęła się boleśnie na cienkiej, nieludzkiej szyi, a uderzenie o drzewo rozwiało niewidzialność. Ujawnione dla oczu spojrzenie było przestraszone i nie do końca dowierzające.
                - Ci się chyba po transformacji klepki poprzestawiały, więc pozwól, że coś wyjaśnię…
                Fisuś syczał, z trudem chwytając powietrze, ale nie śmiał użyć pazurów na dłoni swego twórcy.
                - Jestem właścicielem. Ty jesteś własnością. Pan: mówi. Niewolnik: wykonuje. Możemy się bawić w przyjaźń, tak długo póki tam w środku smolnego serduszka rozumiesz co ci wolno, a czego nie…
                - Kh… ghy… i TO jess… khh… moj…a nagroda - wycharczał chowaniec przez zaciśnięte zęby, a w jego ślepiach odbijały się sylwetki orszaków piekielnych.
                Viktor zamrugał oczami, luzując odrobinę ścisk. Imp uniósł się na łapkach, by odciążyć szyję i złapać oddech.
                - Kha… haaaa… uhhh… Myślisz, że to ona cię znalazła?! Była zbyt zajęta książką! KSIĄŻKĄ! To JA ją do ciebie sprowadziłem - odwarknął Fistaszek, ale gniew ustępował powoli czemuś innemu. - Bo nie chciałem byś był sam… Wbrew własnym przekonaniom. Wbrew temu co sądzę o tej waszej zabawie. Z ryzykiem dalszej przemocy z jej strony… sprowadziłem ją. Dla ciebie. Wiesz co mi powiedziała po drodze?
                “Ty naprawdę się o niego martwisz”.
                Khal… milczał. Zamarł. Czuł jak żołądek mu się skręcał, gdy docierało do niego co właśnie zrobił. Jak plugawe były słowa które wypluł ze swojej gardzieli.
                - Martwiłem się… bo myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi… Jakiej frazy ty lubisz używać? Ah tak… Głuptas jestem, co nie? - zapytał z mroczną szyderą, nie do końca kryjącą zawód, żal… i złamane serce.
                Viktor otworzył dłoń powoli i odwrócił ją, pomagając chowańcowi się wspiąć.
                - Fisuś, ja…
                - Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia - odwarknął łamiącym się głosem - Gdy mistrz wezwie… niewolnik posłusznie przybędzie - rozłożył skrzydła i zniknął w ciemności.
                Khal… stał patrząc w swoja pustą dłoń. Szybko utracił z nim więź empatyczną gdy odleciał za daleko. Stał tak póki nie zakręciło mu się w głowie. Szybko rozpędzającej się hiperwentylacji z początku nawet nie zauważył. Zatoczył się w tył. Upadek w ciemnościach zdawał się trwać pół wieczności, ale cudem został przerwany przez drzewo. Uderzenie bolało, ale pozwoliło zachować pion, a ból… pozwolił wykrzesać z siebie odrobinę gniewu i powstrzymać panikę.
                Powoli osunął się na ziemię, wbijając paznokcie w skórę głowy, w dalszym bólu szukając wściekłości, a we wściekłości siły by się opanować. Już czuł mroki na skraju widzenia, przez oddech tak szybki, że nawet do płuc nie dawał rady dochodzić.
                Nie działało.
                Mroczki wygrywały.
                Ciało chciało tlenu.
                Za mało.
                Sięgnął ręką w bok i zdzielił się w twarz, z całej siły którą dał radę siebie wykrzesać. W pierwszej chwili myślał, że to już zupełnie przepchnie go na drugą stronę nieprzytomności, ale… Ból palił, rodząc ognisty gniew, który pokonał panikę uspokajając oddech i sam teraz szybko gasł. W zgliszczach które po sobie zostawił była już tylko mroczna, oleista apatia.
                - No tak. W końcu jestem… mną - stwierdził sam do siebie, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
                Wyciągnął zza kaftana jedwabną chustę i otarł twarz, a potem i tak dopiększył się magią, by wyglądać całkowicie reprezentatywnie. Musiał się jeszcze pokazać w obozie, dowiedzieć czy Kaylie z kimś rozmawiała i co potencjalnie powiedziała. Potem sprzedać jakąś bajeczkę zgodną z jej potencjalnymi zeznaniami. I wszystko tak aby nie kłamać… bo wciąż nikt mu za to nie płacił.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                  #54

                  Kaylie

                  Noc nie przyniosła magini wytchnienia, a poranek nie obiecywał poprawy.
                  Kaylie obudził ogólny hałas obozu, krzątanie się żołnierzy, obijanie się garnków, rozmowy.
                  Kiedy w końcu wygramoliła się z namiotu przywitało ją kilku strażników, którzy brali wczoraj udział w potyczce z bestią. Kiwnęli jej głową i wręczyli kubek z ciepłym ciemnym wywarem.
                  - Kahve? Mamy też trochę Tygrysiej Czapetki, jeżeli chcesz. - Kahve to delikatniejsza odmiana kawy, z cukrem i mlekiem dla zabicia goryczy ziaren. Herbata z Tygrysiej Czapetki pomagała na kłopoty żołądkowe i odświeżała trochę oddech.

                  Nieco dalej Kaylie zobaczyła Jor'a, który właśnie zajadał się jakimś mięsiwem. Pomachał kobiecie na przywitanie i zaprosił ją do siebie.
                  - Witam, witam. Spokojna noc? - barbarzyńca poklepał kłodę na której siedział, zapraszając arkanistkę, aby usiadła obok.
                  - Mój brat poszedł poszukać tego Viktora. Wytłumaczyć mu zasady gry. - podał kobiecie rondelek z kawałkiem mięsa na kości - Głodna?

                  Viktor

                  Viktor obudził się z delikatnym bólem głowy i nawrotem mroczków. Chwilę zajęło zanim świat się uspokoił. Obóz się już budził, a ludzie rozpoczynali swoje poranne rytuały. Kiedy sam wyczłapał się z namiotu jego spojrzenie spotkało się z martwymi oczami łosia. Głowa bestii leżała u jego stóp, pozbawiona jednego z rogów, który wylądował w dłoni kapłana zanim ten zrozumiał co się dzieje. Kiedy w końcu spojrzał w górę zobaczył jednego z barbarzyńskich braci. Oriego? Wojownik kiwnął Viktorowi głową na przywitanie.
                  - Razem z bratem wyzywamy cię na pojedynek o względy pani Kaylie. Każde z nas przyniesie jej prezent, wykonany własnymi rękami, z bestii którą sami zabiją. Kaylie wybierze ten najbardziej jej miły i zarazem ogłosi zwycięzcę. - głos barbarzyńcy nie brzmiał jak sugestia, czy oferta. Wojownik przedstawiał sytuację jako fakt i najwyraźniej żadne uwagi Viktora, nie będą brane pod uwagę.

                  Kilka chwil po tym barbarzyńca wrócił do swoich zadań, jeden z strażników podszedł do Viktora.
                  - Komendant Filia wzywa cię do swego namiotu.
                  Filia siedziała w swoim namiocie jedząc jakąś potrawkę i czytając kolejne raporty. Spojrzała na Viktora kiedy ten wszedł.
                  - A jesteś. Dobrze. - skinęła ręką na postać, którą dopiero teraz spostrzegł kapłan.

                  [media]https://i.imgur.com/2kQ7D7e.jpeg[/media]

                  Elfi kapłan z złoto, srebrnej szacie z złotym kluczem na łańcuszku mógł być tylko kapłanem Abadara.
                  - Viktor Goodmann, poznaj proszę Daviona, kapłana Abadara. Wytłumaczyłam mu, czego chcesz, ale to chyba do obgadania między wami. - elf spokojnie podszedł do Azazelity z wyciągniętą ręką.
                  - Miło mi. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, iż Azazel chce tutaj spróbować ze swoją religią. - ton elfa jak i mimika twarzy nie wyrażała agresji czy podejrzliwości, czyżby wiedział o czymś więcej - Więc, po co chcesz, aby sprawdzał więzi krwi między ludźmi?

                  Baltizar

                  Pomimo lekarstwa Joriego, gnoma znowu nawiedziły koszmary, tym razem jednak inne.
                  Nie widział typowych wizji oczu i macek. Przemieszczał się przez las, był wielki i masywny. Czuł jak drzewa uginają się kiedy przechodził, a każdy jego krok odbijał się głośnym tąpnięciem.
                  Musiał coś złapać. Małe stworzenia, które przed nim uciekały. Goni jej już długo, zjadł kilka, zabił więcej, ale ciągle zostało mu więcej śmierci do wydania.
                  W końcu wyszedł z drzewostanu, ale momentalnie został opleciony jakąś lepką liną, chwilę potem był ból i zimno i w końcu… umierał. Czuł jak ból ustępuje i wypełnia go… ulga.

                  Kiedy otworzył oczy, leżał w swoim namiocie, Etrigan siedział na skrzyni w namiocie gnoma, natomiast ogar spokojnie spał u jego stóp.
                  Na zewnątrz świat się też budził, a obóz wracał do życia.
                  Na zewnątrz zobaczył Inariona razem z Ofunem i Jorim. Dwaj alchemicy prowadzili jakąś dysputę, natomiast mag notował coś w swej księdze. Zerknął na Baltizara, kiedy ten wyszedł z namiotu.
                  - A, dzień dobry szefie. Mamy kiełbaski i jajka jeżeli chcesz śniadanie. Jor i Ori poszli coś sobie upolować.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                    #55

                    Gnom wyszedł blady z namiotu, zachwiał się. Rozejrzał błędnym spojrzeniem po okolicy. Wyciągnął dłoń. Kostur który wydawał się nieodłącznym towarzyszem bajarza sam wskoczył w jego dłoń. Wyglądało na to, że nie tylko zwierzaki ale i przedmioty nieożywione które posiadał są do niego przywiązane.
                    - Ja bym… - wychrypiał, przetarł dłonią czoło opierając się na kosturze.- .. ja myślę, że tym razem przydałby mi się łyk czegoś zdecydowanie… mocniejszego.-
                    - Ciężka noc? - zapytał Jori - Mam trochę Cheliaxianskiej Whiskey Pieprzowej. Powinna rozgonić mroczki i cokolwiek innego. - alchemik sięgnął do swojego plecaka i po chwili wyciągnął butelkę, z której przelał trochę bursztynowego płynu. Wręczył go gnomowi - Sądziłem, że mikstura którą ci dałem powinna wybronić ciebie przed... koszmarami.
                    - Są koszmary których żadna mikstura… żadna magia nie potrafi odpędzić… najwyraźniej.- odparł Baltizar i sięgnął po trunek i wypił duszkiem kilka łyczków, zakrztusił się. - Mocne.-
                    Odetchnął głośno i uśmiechnął się słabo.- To nie tak, że nie przywykłem do koszmarów… acz dziwne, że ten akurat pamiętam.-
                    - To co tym razem ci się śniło? Otto powiedział mi o naturze koszmarów, które normalnie cię gnębią.
                    - Przeżyłem śmierć… giganta… oplecionego zimną macką. Giganta polującego w lesie na maluczkich.- odparł Baltizar i zamyślił się gadając bardziej do siebie niż do Jori’ego.- Może to i dobrze… że widziałem… jest miejsce w okolicy, w którym to liczę na takie… sny.-
                    Jori zastanowił się chwilę.
                    - Brzmi jakbyś przeżył śmierć tego eksperymentu, który wczoraj utłukliśmy.Ciekawe…
                    - Eksperymentu?- zamyślił się Baltizar i potarł kark.- Może i ciekawe, ale w naszej sytuacji… mało użyteczne. Może dla mnie bardziej, gdy będę komponował nową opowieść. Taka inspiracja zawsze się przyda… ale chyba tylko mi.-
                    - Są ludzie których bawi horror ciała. - zauważył elfi alchemik - Ciekawi mnie natomiast, czemu widziałbyś jego ostatnie chwile w swoim śnie. Gdyby była tu Lawenda, mogłaby pomóc.
                    - Niby jak? - zaciekawił się Bajarz.
                    - To kolejna z córek Otto. Magini o nie lada talencie, spędziła kilka ostatnich lat w Cynosure, domenie Desny. Pewnie mogłaby ci pomóc.
                    - Nie sądzę… by warto było podejmować ryzyko. Radzę sobie.- uśmiechnął się gnom. I rozejrzał się pytając.- Jest gdzieś tu w okolicy jakiś strumień, albo rzeczka?-
                    - Chcesz się umyć, to chłopaki skołują ci wiadro wody. Chcesz skorzystać, to tam masz krzaki. Chcesz rzygnąć, to załatwimy ci puste wiadro.
                    - Potrzebuję wody… na kawę.- wyjaśnił Baltizar.- Myślę że przyda mi się dziś coś wyjątkowego.-
                    Ofun postawił garnuszek z wodą nad ogniem przed nimi.
                    - Za chwilę powinno być gotowe
                    Gnom sięgnął do swojego plecaka i z pietyzmem wyjął paczuszkę. Otworzył ją powoli. Rozniósł się zapach mocnej kawy z nutką czegoś ostrego. Gnom nasypał jedną porcję do zagotowanej wody i starannie wymieszał rozkoszując się zapachem.
                    - Za jakąś godzinę pewnie wyruszamy. - odparł Jori wstając od ogniska - Miejmy nadzieję, że nie będzie już takich niespodzianek.
                    - Niespodzianki to jedyne co nas czeka. Nie wiemy co kryje się w korytarzach kopalni.- ocenił gnom powoli popijając gorącą kawę.
                    - Miałem bardziej na myśli na drodze. Kopalnia to kompletnie inna para butów.
                    - Ponoć mamy zwiadowców na tej wyprawie. Może dziś popiszą się lepiej niż wczoraj.- odparł gnom popijając powoli kawę i rozkoszując się jej smakiem.
                    - Oby, ale jeśli takich poczwar jak ta z wczoraj czeka nas w kopalni, to będę musiał przygotować kilka mikstur w drodze. Słyszałem, że masz zamiar tylko notować nasze wyczyny.
                    - Ogólnie… nie jestem historykiem. Nie spiszę wszystkich szczegółów, tylko te ciekawe i heroiczne. - wyjaśnił gnom.
                    Po czym wrócił do namiotu, by się spakować, a potem… powróżyć. Potasował talię i wyciągnął kartę wyznaczająco losy dzisiejszego dnia. Kartę przedstawiającą smoka zgniatającego krwawiący świat za pomocą swoich szponów.

                    Kartę Tyrana, będącego zgubą swoich podwładnych. Gnom zamyślił się przyglądając tej karcie. Kogo ona oznaczała? Fillię? Khala? Może jego samego… możliwe że oznaczała iż dziś zabiją alchemika. Gnom cieszyłby się takim rozwojem sytuacji.
                    Baltizar podrapał się po karku. Odruchowo nie lubił tyranów. Jako gnom niespecjalnie cenił scentralizowaną władzę. Rozumiał co prawda, że czasem trzeba ludzi wziąć za pyski, ale… to że to rozumiał, to że akceptował, nie oznaczało że lubił.
                    Po spakowaniu się ruszył przez obozowisko przyglądając się przygotowującym się do wyruszenia podwładnym Filli. Notował coś od czasu do czasu zbierając materiał do swojej opowieści. Był tutaj niepotrzebny. Ukrywając prawdę za maską bezużyteczności był tylko obserwatorem… więc, obserwował beznamiętnie.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #56

                      Arkanistka przysiadła do Jora się z kubkiem Kahvy w ręce. Wyraz twarzy jak i spojrzenie miała dość apatyczne. Patrzyła w zawartość kubka, jakby szukała w niej odpowiedzi na pytania egzystencjalne.

                      • Noc jak noc. - wzruszyła ramionami i zaciskając lekko zęby, gdy dowiedziała się, że teraz brat zaczepił Khala - Nie wiem czy przyjmie.
                      • Nie ma wyboru. Najwyżej będzie mniej konkurencji. - zerknął na kobietę - Znam tą minę, coś ci leży na żołądku. Nie dosłownie, chociaż patrząc na to błocko w twoim kubku to może i. Chcesz się podzielić?
                        Kaylie mechanicznie wyciągnęła kubek w stronę barbarzyńcy.
                      • Proszę, ale tam - wskazała za siebie - mogą dać ci cały kubek.
                        Jor przez chwilę patrzył na kubek po czym się zaśmiał.
                      • Nie dzięki, nie tykam tego obcego gówna. Miałem na myśli to co męczy twoją ładną główkę.
                      • Nic godnego uwagi. - mruknęła chwytając kubek w obie dłonie dla ogrzania się.
                        Jor przez chwilę przyglądał się Kaylie, ale nie drążył tematu. Po kilku chwilach dołączył do nich Ori.
                      • Wiadomość przesłana, zobaczymy, czy nasz cywilizowany chłoptaś przyjmie wyzwanie… Och. - chyba dopiero teraz spostrzegł obecność Kaylie - Dzień dobry, pani.
                      • Nie zaczynaj. - powstrzymał go Jor - Coś jej wyraźnie popsuło wczoraj humor. Nie nasza sprawa drążyć ją co.
                      • Ano. - odparł drugi wojownik siadając na ziemi, wyciągnął kość z mięsem z rondelka - Łykowaty ten łoś. - zauważył przed pierwszym kęsem.
                      • Ale przynajmniej nie pokryty tłuszczem. - spojrzał ponownie na Kaylie - Szukasz przepowiedni w tym kubku? Słyszałem, że najpierw trzeba go wypić, aby fusy zobaczyć.
                      • I tak nie jestem wieszczem... - wypiła łyk Khavy i skrzywiła się - Faktycznie okropne.
                      • Mówiłem. Za wcześnie na wino, ale ten elf z karczmy dał nam to. - wręczył dziewczynie inny kubek z pomarańczowym płynem - Sok z południowych owoców. Taki słodko kwaśny, ale przyjemny w smaku.
                        Kaylie na boku wylała w trawę drugi napój i przyjęła z wdzięcznością sok.
                      • Dziękuję. - powiedziała i spokojnie upiła - A jak zareagował Viktor? - zapytała nagle z lekką obawą.
                      • Ledwo. - przyznał Ori - Jeżeli był zbyt nieprzytomny, aby to zrozumieć, wyjaśnię mu przy najbliższej okazji. Skoro o tym mowa, jakieś preferencje? Zbroja? Tarcza? Biżuteria?
                      • Wszelkie zbroję czy tarcze mi się nie przydadzą, jako że ja nie korzystam z żadnego. - zastanowiła się - Ale jakiekolwiek elementy jak naszyjniki, pierścionki czy karwasze... Zawsze mogę doprawić magią.
                      • Zatem wiemy w co celujemy. - przyznał zadowolony Jor - Załatwimy ci takie naszyjniki, że będzie szkoda ci ich zakładać. - obaj bracia się zaśmiali - Możemy zadać pytanie? Czemu ciągle nosisz tą maskę?
                        Kaylie nie lubiła musieć o tym mówić.
                      • Bo jestem poszukiwaną zbiegłą kobietą, co uciekła sprzed ołtarza.
                      • Czyjego? Jakieś demoniczne suczysyny cię gonią?
                      • Jej chyba chodziło o ślubny ołtarz.
                      • Co? Ale… to by znaczyło, że ktoś ją upolował.
                      • I zwierzyna zbiegła.
                      • A… no tak. - obaj spojrzeli na Kaylie - No to tylko zyskujesz w naszych oczach. Więc, twój były gah cię goni, ty zaczęłaś być awanturniczką i znalazłaś sobie nowych. Są pieśni o kobietach jak ty i my mamy okazję być częścią jednej! - bracia najwyraźniej się coraz bardziej cieszyli z nowej znajomości - Może damy temu Viktorowi trochę przewagi, co ty na to Ori?
                      • Żeby najpierw zdjęła przy nas maskę? Ano, ma sens, ten Viktor wygląda na mięczaka, więc może potrzebować więcej czasu.
                      • Powiedziałeś mu w sumie ile go ma?
                      • A ile go ma?
                      • Yyyyy… kurde. O tym nie pomyśleliśmy. Miesiąc?
                      • Brzmi rozsądnie. Więc, pani. Możemy spróbować, przez miesiąc obdarować cię dwoma darami? Pierwszy, abyś ukazała nam swoją twarz i drugi, abyś nas wybrała na swoich partnerów?
                        Kobieta zastanowiła się po czym skinęła głową.
                      • Dobrze.
                        Obaj bracia uścisnęli sobie dłonie i uklękli przed Kaylie.
                      • Obiecujemy ci, najpiękniejsze dary z najgroźniejszych bestii tych ziem, albo szczeźniemy próbując, tylko dodając legendy twej urody.
                      • Której nawet nie znamy.
                      • Zamknij się Ori. - obaj bracia wrócili do pozycji siedzącej - No to formalności załatwione. Możemy wrócić, do tematu, który cię męczy? Nie musisz nawet mówić dokładnie o co chodzi. Tylko, czy jest to problem pokroju, musisz się wyżyć na czymś, aby dać upust złości i goryczy?
                        Wczoraj chciałaby dać temu upust, ale dziś... Była na tyle spokojna, na ile się w apatię wpuściła.
                      • Nie możecie mi pomóc. - powiedziała ze zrezygnowaniem - Nie możecie cofnąć czasu.
                      • Cofanie czasu nigdy nie pomaga. - zaczął Jor - Rany na sercu zawsze zostają. Jedyne co możesz zrobić to spojrzeć na co powoduje, że dalej krwawią.
                      • Gadaj do niej po ludzku Jor, brzmisz jak nasz szaman.
                      • Bo on tak gada. Dobra, chodzi o to, że nigdy nie będzie lepiej, jeżeli będziesz ciągle myśleć o tym co zrobiłaś źle kiedyś, albo co byś mogła zrobić, aby nie było źle. To co było, cię naznaczyło, ale nie dyktuje kim jesteś. Więc jedyne co możesz zrobić, to spojrzeć na to co cię ciągle boli, które decyzje sprawiają, że ciągle nie możesz spać.
                      • I jak je rozpoznasz, to musisz je podzielić, na te, z którymi możesz coś zrobić i na te z którymi nie możesz. - dołączył Ori - Jeżeli możesz coś z nimi zrobić, to zrób. Nawet jeżeli nic nie osiągniesz, próba jest dobrym startem. Jeżeli są to problemy, z którymi nic możesz zrobić, to się nimi nie przejmuj. Natomiast, jeżeli to nadal nie pomaga, zawsze możesz posłużyć się naszą metodą.
                        W jednej chwili Khayle poczuła się... słaba. Pokonana i bezbronna. W tej jednej chwili spadły na nią wszystkie tamowane emocje, jakie na siłę próbowała stłamsić. Pamiętała dotyk Khala, jakiego palce przesuwały się po jej nagiej skórze, i jak docierały do wrażliwych punktów na jej ciele. Pamiętała sprawianą jej przyjemność, jaka dokonywała, że tylko chętniej i chętniej otwierała dla niego ostatnie drzwi swojej prywatności. Pamiętała jak kochana czuła się w momentach uniesienia, jak zatraciła się trzymana przy drzewie i wtedy...

                      Barbarzyńcy zobaczyli jak kobieta zadrżała na ciele. Jakby powodowana płaczem.

                      Czemu on wtedy pozwolił jej odejść? Czy po prostu nie chciał cię męczyć z histeryzującą babą? Może się pomyliła i jemu tak naprawdę nie zależało na niej... i jej uczuciach.
                      Kaylie wstała nagle i odwróciła się, aby ruszyć z powrotem do namiotu.

                      • Muszę złożyć wszystko, w końcu niedługo wyruszymy. - rzuciła w stronę barbarzyńców głosem ze spiętego gardła, nie chcąc, aby zrozumieli jej ból.*

                      Viktor obudził się z poczuciem, że właśnie opuścił koszmar którego nie pamiętał. Kilku chwil medytacji potrzebował by uspokoić oddech a potem gapił się w poły namiotu. Zbierał mentalne siły aby być uśmiechniętym, serdecznym i nonszalanckim Viktorem którego znać miał świat, a którym za nic nie miał ochoty być. Ale to nie tak, aby jego odczucia miały tu znaczenie…

                      Głowę łosia przyjął… apatycznie.

                      • Oh… - stwierdził tylko krótko, nie wysilając się nawet na zdziwienie.
                        Barbarzyńca coś do niego mówił, gdy wstawał i otrzepywał się, a jakiekolwiek spojrzenie dał radę mu poświęcić dopiero w ostatnich dźwiękach wypowiedzi.
                      • Hę? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała głębia pobłażliwej pogardy, ale… najwyraźniej niuanse umknęły uwadze draba. Albo też poświęcił on słowom Khala porównywalną ilość uwagi co Khal jego twierdzeniom…

                      Viktor obserwował go odchodzącego i dopiero w tym momencie docierało do niego o czym został poinformowany, dochodząc do wniosku, że dobrze to rozegrał… bo odpowiedzi, które teraz mu przychodziły do głowy nie przyniosłyby nic dobrego. Ograniczył się do jednego komentarza nie-do-końca pod nosem.

                      • Tchórz.

                      No nic… przywdział lekki, niezobowiązujący półuśmieszek, roztarł powieki aby zmusić oczy do dopasowania się i rozpoczął dzień.

                      Viktor uścisnął wyciągniętą rękę kapłana Abadara, uśmiechając się szeroko.

                      • I mnie niezmiernie miło. W tych stronach nie często zdarza się by moje… przymierza spotkały się z nie-negatywnym przyjęciem. Wiedz, że doceniam i jeśli okoliczności pozwolą to z wielką radością porwałbym cię na krótką dyskusję, z opcją przeciągnięcia jej, o lokalnym wymiarze prawnym. W głębi duszy uważam się bardziej za adwokata niż kapłana i taka rozmowa byłaby dla mnie nadwyraz cenna.

                      Wziął głębszy, wesoły wdech i spoważniał.

                      • Rozumiem, że Filia wprowadziła cię, że sprawa jest poufna. Dajcie mi proszę pół minuty i pozwólcie uczynić zadość mojej osobistej tradycji. Możliwe, że jest to zbędne, ale więcej niż raz było warte świeczki. Filio, na pewno gdzieś tam składasz w całość o jakim puzzlu układanki mówiłem, choć możesz traktować to jako zbyt absurdalne by brać to pod uwagę.

                      Wziął wdech, przywołując do pamięci złożone wcześniej w całość słowa.

                      • Gdy pierwszy raz się spotkaliśmy przeżyłem najdziwniejsze deja vu w życiu, którego wnioski były nieprawdopodobne i absurdalne. Wedle wszelkiej logiki powinienem był je odrzucić jako zwyczajnie głupie. Błąd umysłu i tyle. Jednak kariera nauczyła mnie wielu rzeczy, a jedną z nich jest: Nie wiesz NIC póki nie potwierdzisz. Dzień później, gdy przybyłaś ze swoimi ludźmi do Popielnego Dworu… potwierdziłem. I od tego czasu chciałem cię o to wypytać, ale… to nie jest temat który można “ot tak” zacząć. Spokojnie, już skończyłem wstęp.

                      Khal nieco przedłużał, ale było to całkowicie celowe. Jak kilka dni wcześniej z Kaylie. Mógł wtedy oprzeć się wygodnie na krześle, posłać całusa i z mocą się przedstawić
                      “JA jestem Khal Frey!”
                      I teraz też miał w głowie perfekcyjnie imponujący sposób przedstawienia tematu.
                      “Filio, pozwól, że się jeszcze raz przedstawię… Jestem Viktor Goodmann, Trzecie Pióro Cheliax, yadda yadda yadda… twój starszy braciszek.” Może tym razem bez całusa.
                      Tak jak za pierwszym razem, tak i teraz chciał załatwić to łagodniej. Pozwolić Filii samej dojść do tego o czym miał mówić, aby wypowiedzenie tego na głos było już tylko formalnością i potwierdzeniem, że zrozumiała sugestię.

                      • Davionie. Poprosiłem cię poprzez Filię, abyś przygotował zaklęcie Rozpoznania Relacji. Wszystkie osoby, o których mowa są w tym namiocie. Proszę, powiedz nam… jaka relacja łączy mnie z Filią.

                      • Tak podejrzewałem. - przyznał elf i spojrzał na komendant, która delikatnie wbiła się bardziej w swój fotelik, ale kiwnęła głową. Jedno zaklęcie później elf przyglądał się dokładnie dwójce ludzi po czym westchnął - Twoje podejrzenia są prawdziwe jak sądzę. Filio ten człowiek dzieli z tobą krew, macie wspólnego jednego rodzica. - Filia wzięła głęboki oddech i wypuściła powoli powietrze starając się uspokoić emocje. Schowała na chwilę jednak oczy w dłoni, kręcąc głową.

                      • Więc… zakładamy, że mój ojciec skazał twoją matkę, ponieważ dała mu bękarta? - głos komendant wydawał się pokonany.

                      • To byłaby prostsza wersja wydarzeń - przytaknął Khala - I Brzytwą Ockhama powinniśmy ją przyjąć - jednak w jego głosie słychać było nadchodzące “ale”.

                      • Ale… na przykład, w tobie widać elfią krew. Czasem objawia się ona bardziej, lub mniej widocznie, jednak bardzo rzadko u ćwierć-elfa nie objawia się ona wcale - Viktor gestem zaprezentował swoją, całkowicie ludzką sylwetkę i aparycję - Aegona widziałem na oczy raz. Przez chwilę, gdy wkradłem się na wydanie wyroku. To nie twoje podobieństwo do niego spowodowało moje deja vu.
                        Filia zamrugała kilka razy.

                      • Chyba nie sugerujesz, że Aegon JAKOŚ spłodził mnie ze zwłokami twojej matki…
                        Viktor pokręcił głową zdawkowo.

                      • Filio… przybywając tu miałem w głowie, że jeszcze dwóch, maksymalnie pięciu lat potrzebuję by zyskać moc by samodzielnie ją wskrzesić. Czy uważasz, że w zasięgu bogactwa Crawcolta, wpływów Aegona a może i sposobów Yasperhyde’a nie było wtedy kapłanów zdolnych to zrobić?
                        Zapytał, ale nie czekał na odpowiedź, za to zaczął odliczać na palcach.

                      • Ja nie wydaję się ćwierć elfem. Ty wydajesz mi się mieć coś z mojej matki. W historii z bękartem musiałoby być znacznie więcej aby miała rację bytu. Zwłoki mojej matki zostały porwane dwa lata po jej śmierci. Rok później ty się rodzisz, więc chronologia też tego nie wyklucza. Nie wydaję jeszcze wyroków, nie twierdzę bym teraz rozgryzł co się dokładnie stało. Jednak myślę, że to wszystko razem waliduje jedną rzecz na pewno… dalsze śledztwo. Nie mam dostępu do Aegona. Potrzebuję znaleźć się w zasięgu dziewięciu metrów od niego i swobodnie rzucić zaklęcie, albo by Davion rzucił zaklęcie gdy będę na tyle blisko. Jeśli pokaże ono, że jest moim ojcem… to będę niezachwycony, że ćwierć elfiej krwi nie zdało się, ani odrobinę, wydłużyć mojego życia. Ale w tym momencie bym postawił duże pieniądze, że nie wykaże ono pokrewieństwa między nami.

                      • Ale… - zaczęła Filia najwyraźniej zbierając jak najwięcej informacji - Czemu? W sensie, mówiłeś, że to Yasperhyde miał miętę do twojej matki, więc czemu Aegon by sobie robił z nią dzieci? Crawcolt nie ma żadnych dzieciaków, poza tymi ze swoją żoną, a nie widziałam w mieście pół-krasnoludów.

                      • Odpowiedź jest równie prosta co dys-satysfakcjonująca: Nie wiem. Może historia o wielkim pożądaniu, co szybko się wypaliło… a wskrzeszanie ludzi nie jest tanie, więc szkoda by się zmarnowało. Poza tym… przypomnieć bym chciał moje słowa z wczoraj… to było trzy dekady temu. Byłem chłopcem. Moje wspomnienia nie mają żadnej wagi dowodowej.

                      • Zeznania świadków rzadko mają. - przyznał elf - To co powiedziałeś i co sugerujesz… to naprawdę okropne. Yasperhyde i Crawcolt zawsze wydawali mi się zepsuci, że mogliby mieć zły wpływ na lorda Blackfyre, ale to… On przewodził naszemu systemowi prawnemu przez ponad pół wieku, pomyśleć ile z jego osądów mogłoby być…

                      • Jeszcze nic nie jest pewne! - przerwała mu Filia chyba głośniej niż chciała - Wybacz, ale… to mój ojciec. Nawet jeżeli… - przerwała na chwilę - Viktor… Khal jest moim bratem, ale to nie znaczy, że mój ojciec musi być jakimś zwyrodnialcem. Może mają na niego haka, może przymusili go do tego, może… - Filia opadła na fotel, całe powietrze z niej zeszło - To… to do załatwienia później. Teraz mamy ważniejsze sprawy, mamy ludzi do ocalenia i szaleńca do powstrzymania. Goodmann czy coś jeszcze chciałeś ustalić?

                      • Nie - pokręcił głową - Ratujmy żywych. Martwymi zajmiemy się później. Jedynie… wspomnę, że jakby Aegon okazał się tutaj niewinny, czy ofiarą a może po prostu oszukanym głupcem… widziałem dziwniejsze i bardziej zagmatwane sprawy. Nie jedną. To nie jest poza zasięgiem realnych możliwości. Więc… widzimy się w trasie.
                        Viktor odczekał jeden oddech, dając czas Filii go zatrzymać gdyby chciała, kiwnął głową do Daviona.

                      • Nie sugeruję jeszcze nic. Jedynie zbieram fakty i przypuszczenia. To jeszcze nie czas na jakiekolwiek wnioski… To była przyjemność poznać.

                      Wychodził zupełnie spokojny, w kontraście do poprzedniego dnia, choć tematy poruszone były nie przyjemniejsze.

                      Viktor odnalazł moment gdy czuł się… odrobinę prywatnie. Uśmieszek momentalnie spłynął mu z ust. Zmęczony spojrzał przed siebie, na linię lasu. Myśl o rzuceniu tego wszystkiego w diabły oddalił od siebie, nim zdążyła się rozsiąść w jego niechętnym umyśle. Ciężko spuścił z siebie powietrze. Nie mógł się nad sobą użalać. Nie miał na to czasu. Zaraz kogoś zainteresuje jego sylwetka stojąca na skraju obozu. Zaraz ktoś podejdzie i zapyta. A on miał być Spiżowym Posągiem. Wciąż słowa Baltizara wierciły mu się w głowie, w nieprzyjemny sposób. Czy w ogóle był w stanie być takim posągiem? Nie “naprawdę”. Co do tego nie miał wątpliwości. Może za kilka lat, jeśli wszystko pójdzie jak należy… Całe trio będzie martwe, jego matka będzie żywa, a Zorya wolna. Azazel usatysfakcjonowany, a rotacja świeża i zadowolona. Może wtedy wreszcie dałby radę się nim stać. Teraz wątpił czy mógł choćby udawać.
                      Od ognia, do ognia.
                      Z ciemności w ciemność.
                      Przez te narzędzia,
                      twa wola się spełni.
                      Tarcza Viktora zalśniła pomarańczowym blaskiem, a błysk pancerza ukryła iluzja ubioru. Młota nie wzmacniał. Bez Fistaszka nie był w stanie go przedłużyć wystarczająco. Spojrzał w niebo i rozejrzał się, szukając czy go gdzieś nie dostrzeże, ale… potrafił on być teraz niewidzialny… i nie wyczuwał go empatycznie.
                      Zacisnął szczęki, które zdradziecko zechciały zadrżeć.
                      A dwa wdechy później wrócił składać swój namiot.

                      Kaylie zmierzała z powrotem do swojego namiotu. Szła z opuszczoną głową patrząc głównie na ziemię. Nie planowała mieć żadnej interakcji, a jedynie zająć się składaniem swojego namiotu, jednak niedaleko przed zatrzymała się i spojrzała przed siebie...
                      W odległości zobaczyła Khala, przykucniętego przed na wpół złożonym namiotem.
                      Jego widok spowodował u niej ból, a jednocześnie nie mogła przestać patrzeć w jego stronę nieważne jak wielki smutek ją ogarniał. Wstała tak wpatrzona w niego choć nie drgnęła ani cala w stronę mężczyzny. Jej lekko opuszczona głowa wydawała się obrazować wstyd i poczucie zagubienia, chodź tych uczuć było tak naprawdę o wiele więcej. Stała objęta rękoma, nie robiąc ruchu w kierunku Khala.

                      Viktor zwinął namiot i wcisnął go do worka, usztywnionego pałąkami. Klepnął go, w drobnym uznaniu małej robótki. Zarzucił go sobie przez bark, by zanieść do wozu i nieświadomie obrócił się do Kaylie.

                      Jej widok był… niespodziewany, choć wcale nie powinien być. Dostrzegła to na jego twarzy i dopiero po chwili zmazał z niej ten wyraz, przecierając ją ręką. Została jakaś rezygnacja, która się tylko pogłębiała w miarę jak obraz jej bólu wypalał mu się w głowie. Zamknął oczy i spuścił powoli powietrze…

                      Kiedy kobieta zobaczyła ból na jego twarzy to poczuła jak poczucie winy kiełkuje paląco. Khal nie mógł zobaczyć jej całego wyrazu twarzy, ale fakt skulenia w postawie okazywał jakiś strach ją trawiący. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej była przekonana, że jest winna w jego oczach.
                      Część z niej chciała do niego podejść, chciała w niego płakać, wytłumaczyć mu i przeprosić go, chociaż nie wiedziała za co. Ale przecież musiała być winna. Druga część była po prostu przerażona możliwością. I tym, że mogłaby go tym bardziej skrzywdzić.

                      Zrobiła krok w jego stronę, zupełnie jakby się go obawiała. W jednym momencie zaczęła iść do niego.

                      Viktor wciąż spuszczał powietrze, swoim rytuałem odbudowując swoją równowagę. Gdy podniósł spojrzenie nie patrzył na nią, a w bok… widziała jak podszedł do jednego z ludzi Filii, co sam niedługo kończył składać duży, sześcioosobowy namiot. Wymienił z nim kilka serdecznych słów przyozdobionych viktorowym uśmiechem, osiągając jakiegoś rodzaju przyzwolenie od strażnika i zostawił u niego swój worek. Strażnik wrócił do pracy, a Viktor spojrzał jeszcze raz na Kaylie, z tym samym wyrazem twarzy co chwilę wcześniej, ale zmienił się on w niezrozumienie gdy zobaczył, że się ona do niego zbliża.
                      Przekrzywił głowę pytająco… wolałby poczekać w miejscu na nią… ale wyszedł jej powoli naprzeciw, tak aby zyskać choćby odrobinę prywatności w dystansie.

                      Kaylie zatrzymała się przed Khalem i... nie wiedziała co dalej. Chciałaby przytulić się do niego, płakać, ale...

                      Zaciskając oczy szybkim krokiem przeszła obok mężczyzny, jaki usłyszał rzucone szybko jedno słowo płaczliwym tonem.

                      • Przepraszam...

                      Viktor spojrzał w dół… na swoją dłoń, która zdradziecko dała się porwać naiwnej wyobraźni. Wyobraźni której chwilę wydawało mu się, że Kaylie idzie po uścisk… dłoń co już zdążyła się obrócić i nawet nieco rozłożyć by ten wyimaginowany uścisk przyjąć.

                      Była już daleko, gdy w końcu się obrócił za nią.

                      • Przepraszam? - powtórzył, nie będąc pewnym czy dobrze usłyszał.
                        Spodziewał się apatii i dystansu. Może wściekłości. Nie… tego. Powinien za nią pójść… samemu przytulić i mówić tak długo aż zrozumie, ale… nie miał na to krztyny siły. Potrzeba przywdziania maski przed Filią i Davianem już go wypompowała, a z Fistaszkiem co się wciąż nie pokazał…
                        No i definitywnie nie było to ani miejsce, ani czas… za nie więcej niż kwadrans pewnie będą wyruszać. Zacisnął gniewnie, zdradziecką pięść, aż kości zbielały i rozluźnił.
                        Potem poszedł przed siebie, w nieokreślonym kierunku, w nieokreślonym celu…

                      W przeciągu godziny obóz zebrał się i wyruszyli znowu.
                      Tym razem jednak wozy były bliżej siebie, aby nie zezwolić na rozbicie karawany. Mniej strażników było też na wozach, część pełniła rolę zwiadowczą, otaczając całą karawanę.
                      Filia jak zwykle była na przedzie wytyczając tempo, jej oczy ciągle rozglądały się za kolejnym zagrożeniem.
                      Dość szybko do Filii dołączyła Kaylie, idąc przy niej na takiej pozycji, aby w razie czego móc obronić ją przed każdym zagrożeniem. Nie odzywała się do niej słowem, jak i nie próbowała nawiązać kontaktu wzrokowego.
                      Kilka minut maszerowały tak w ciszy, w końcu komendant westchnęła.

                      • Chcesz coś powiedzieć?
                      • Nie. - odparła kobieta wydająca się ciągle być skupiona na otoczeniu - Robię tylko swoją robotę.
                        Filia kiwnęła głową. Po chwili znowu podjęła rozmowę.
                      • Ile wiedziałaś?
                      • Czego? - zapytała wciąż nie patrząc na kapitan.
                      • Nie zgrywaj głupiej. Sama zasugerowałaś mi rozmowę z Viktorem. Ile wiedziałaś z tego, że jesteśmy spokrewnieni?
                        Kaylie dłużej szła w milczeniu bardziej zainteresowana ruchem gałęzi drzew niż odpowiedzią.
                      • Powiedział mi o swoich przypuszczeniach ostatnio. - odezwała się w końcu bez żadnego rozemocjonowania w głosie - A czemu nic ci nie powiedziałam? Bo to nie była moja sprawa, a kwestia między waszą dwójką.
                      • Wątpię, abym ci uwierzyła, gdybyś powiedziała. - przyznała komendant - Nie wiem co o tym myśleć.
                        Kaylie westchnęła pod maską.
                      • Nie mów nic swojemu ojcu. - powiedziała twardo - Z tego zupełnie nic dobrego nie wyjdzie i nie da wam odpowiedzi. Zamknie się przed tobą.
                        Filia jedynie kiwnęła głową.
                      • Będzie ciężko… - przyznała po chwili - Nie jestem plotkarą, ale coś takiego… za dużo pytań.
                      • Khal ci powiedział o planie? - zapytała nagle.
                      • Jeszcze jest jakiś "plan"? Bogowie, nie wystarczająco mam na głowie?
                      • Więc nie. - westchnęła z żalem w głosie - To nie jest coś co powinno być teraz opowiedziane...
                        Kaylie poczuła smutek wiedząc, że jednak on niczego nie przekazał. Może zrobił to dlatego, że poprzedniego dnia mu podpadła? Może naprawdę był na nią zły i to był jego sposób na ukaranie jej…
                      • Zabiłoby monotonię, ale jak chcesz…
                        Upłynęło sporo czasu nim kobieta odezwała się ponownie.
                      • W tej sekundzie naprawdę nie mam nastroju.
                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #57

                        Kilka godzin później karawana wychodziła z kolejnego lasu i ich spojrzenie spotkało się z niecodziennym widokiem.

                        [media]https://i.imgur.com/8KuP596.png [/media]

                        Obszerna polana pokryta popiołem jak tylko oko sięga. Niewielkie kawałki zeschłej trawy wytrwały, ale szybko też poddawały się. Powietrze było suche, ale nie pachniało dymem czy spalenizną.
                        Filia rozejrzała się w obie strony polany starając się zrozumieć co widzi. W końcu z braku pomysłu zwołała kilka osób, aby podjąć jakąś decyzję.
                        Wśród zgromadzonych był Viktor, Baltizar, Kaylie, Ofun, Davion i Inarion.
                        Filia zerknęła z powrotem na polanę.

                        • Jakieś pomysły co tu się mogło stać?
                        • Ziemia została osuszona… wyjałowiona za pomocą magii?- zapytał Baltizar drapiąc się po podbródku.
                          Viktor od początku marszczył brwi w konsternacji. Rzucił Kaylie dwa spojrzenia gdy nikt nie widział, ale poza tym unikał jej widoku, co też robiła Kaylie odwracając głowę niczym wystraszone dziecko.
                        • Dajcie mi moment… - poprosił i sam skierował się bliżej polany, zatrzymując jakieś pięć metrów przed nią, wymawaiając słowa inkantacji, co rozświetliła jego oczy blaskiem w kolorach wibrującego pomarańczu i czerwieni… Strzelił śliną i pokręcił niezadowolony głową.
                        • Fisuś… przydałbyś się… - szepnął, bez nadziei i podszedł bliżej, az mógł przyklęknąć nad zasadniejszą ilością popiołu. Zebrał go między palce i obejrzał z bliska określając kolor i wariację. Przetarł między opuszkami by poznać jego fakturę oraz rozmiar drobinek. Przysunął do nosa poznając zapach… Potem wrócił do konklawe wyprawy.
                        • Zero magii. Null. Nada. Całość wydaje się lokalna, znaczy, że z tej tutaj trawy pochodzić. Popiół normalnie jest suchy jak pieprz po spaleniu i bardzo szybko wilgotnieje w naturalnych warunkach. Ten wciąż jest suchy. Szacuję, że ma nie więcej niż godzinę, ale obstawiałbym bliżej kwadransa… jeśli to jakiś efekt quasi-magiczny, bo istnieją takie których zwykłe wykrycia nie ujawnią, ale wtedy to nie ma żadnych zasad.
                        • Nie jest tak gorąco, aby polana zajęła się sama. - zauważył Ofun - Może wieśniacy wypalają polany pod uprawy?
                        • Jesteśmy godziny od najbliższej osady. - Filia pokręciła głową - Więc… coś celowo podpaliło polanę. Nie chcę zawracać i nadkładać czasu szukając innego przejścia. Sądzicie, że warto zaryzykować?
                        • Nie - pokręcił głową Viktor - To wydarzyło się zbyt niedawno. Jakby to było coś wczorajszego, to jasne. Droga wolna. Ale ja wierzę w ten kwadrans. I martwi mnie brak zapachu spalenizny. To nie był normalny ogień, bo wciąż by się żarzyło i dymiło. Może bardziej aura gorąca? Jak od salamandry? Postawiłbym jakieś tam pieniądze, że to coś związanego z ogniem spoza naszego planu. Jest nas zbyt dużo byśmy dali radę szybciutko przebyć tę polanę… to tylko kawałek ziemi. Ile czasu stracimy obchodząc go?
                        • Zawsze też możemy próbować wypłoszyć cokolwiek tam by było. - rzuciła Kaylie - Ale nie wiem czy to miałoby większy sens poza zwykłym poszukiwaniem emocji. Niby kuszące... - wzruszyła ramionami - ale chyba zbyt ryzykowne.
                          Dywagacje przerwał im dźwięk dobywający się gdzieś z środka polany. Brzmiał jak bardzo szybkie, bardzo intensywne wąchanie, przerwane dźwiękiem, który z braku lepszego określenia brzmiał jak kocie mrauczenie.
                        • Erm… - zaczęła Filia - Wy… też to słyszycie?
                        • Aż kusi zażartować, ale tak - opowiedział Viktor - To chyba rozstrzyga pytanie “czy źródło tego wciąż tu jest?” Możemy posłać delegację do ognistej kici, albo iść naokoło. Ponawiam pytanie… ile stracimy obchodząc polanę?
                          Kaylie stanęła przed Filią a polaną trzymając rękę na mieczu.
                          Baltizar był zajęty pisaniem trzymając się strategicznie na tyłach całej wyprawy.
                        • Obejść polanę nie będzie łatwo. Chodzi o wozy, ta polana była jedną z niewielu przejść na tyle równych, aby niczego nie ryzykować. - gwizdnęła i grupa zobaczyła jak jaskółka przeleciała nad nimi i ruszyła nad polanę lecąc wysoko, po chwili wróciła do grupy, lądując obok Filii. Sekundę później miast jaskółki, stała haflinka ubrana w dość proste odzienie.
                        • To nie kot. Z góry wyglądałoby jak salamandra, ale miało skrzydła. Jakiś malutki smok.
                        • Tam gdzie jest mały smok… może być i jego mama.- mruknął gnom notując coś. - A choć chciałbym być świadkiem heroicznego ubijania smoka, to… czy ta wyprawa jest przygotowana na takie starcie?-
                        • Z matką? - zapyta Viktor - Absolutnie nie. Ughhh… Jak duże to jest? - zapytał patrząc na jaskółkę?
                        • Może pół metra długie? Powiedziałabym, że połowa tego wzwyż. Chude. Tarza się i wdycha ten popiół.
                        • I pewnie jestem tu jedyny co mówi w ignanie, prawda? - niby-zapytał Viktor, rozmasowując skroń. - Poczekajcie tu. Spróbuję to załatwić… - zadeklarował i zrobił już krok, w kierunku polany… na razie powolny, jakby kto chciał coś dodać nim przyspieszy.
                        • Poczekaj! - zawołała Filia, chyba sama była zdziwiona swoją reakcją. Odchrząknęła i wypowiedziała, krótką modlitwę do Abadara. Postać Viktora przez chwilę była pokryta jasno pomarańczową łuną - Zaklęcie ochrony przed ogniem… na wszelki wypadek.
                        • Doceniam - kiwnął Viktor głową i usłyszał jeszcze ciche słowa Kaylie:
                        • W razie problemu od razu będę.
                          Viktor spojrzał na chwilę na nią ledwie więcej niż kątem oka. Wymusił pewien uśmiech na twarzy i kiwnął głową z wdzięcznością.
                        • Nie będzie problemów. Wracam jak ustalę co i jak.
                          Zadeklarował i poszedł do polany.
                        • Ughh.. ale się usyfię… - skrzywił się, stawiając pierwsze kroki w popiele. Z każdym kolejny wznosił kolejne jego kłęby i jakby miał się teraz zacząć nagle cofać to musiałby wdychać popiół tak samo jak domniemany smok.
                          Kilka chwil później dojrzał istotę, której wszyscy się tak lękali.

                        [media]https://i.imgur.com/sRLUgRG.png[/media]

                        Smok był mniej więcej rozmiarów domowego kota. Właśnie leżał na brzuchu z pyszczkiem głęboko zakopanym w kupce popiołu, która powoli zaczynała maleć.

                        • Rzeczywiście smok - szepnął Viktor do siebie, odchrząknął, powtarzając w głowie składnię języka tych mitycznych istot, a nawet nie był pewny czy jest taki pisklak w ogóle już mówi. No nic. Trzeba było spróbować. Przykucnął, by nie górować nad nim, nawet z odległości.
                        • Hej mały - zagadnął perfekcyjnie łagodnym, nieco nawet opiekuńczym tonem, przynoszącym na myśl troskę i bezpieczeństwo - Jestem Viktor. Zgubiłeś się? Gdzie jest twoja mama?
                          Smok momentalnie podniósł łepek z popiołu i spojrzał na Viktora. Nie było lęku w jego oczach, bardziej zaciekawienie. Nic jednak nie odpowiedział, jedynie przekrzywił główkę dalej się przyglądając kapłanowi.
                          Viktor usiadł na ziemi, krzyżując nogi przed sobą, by wyglądać tak bardzo nie-niepokojąco jak się tylko dało.
                        • No hej… rozumiesz cokolwiek co mówię? Czy jeszcze za drobny-i-uroczy jesteś na to? - pytał bardzo przyjemnym, wyćwiczonym głosem.
                        • A może preferowałbyś w ignanie? - zapytał w nieco bardziej świszczącym języku, szukając czegoś za pazuchą.
                          Smok zerknął na ręce kapłana.
                        • Czego chcesz? - odezwał się jednak nie w języku smoków, a Fae - Mój popiół. Znajdź se własny.
                        • A nie ma problemu. Pozwolisz, że zaraz, kiedy będę sobie szedł to może wezmę ze sobą tyle co mi się do tyłka przykleiło i nie będzie chciało dać się strzepać, dobrze? Jestem Viktor, przedstawiłabyś mi się, ty cudowna bestyjo? Lubisz słodycze, czy tylko popiół?
                          Wyciągnął z podwymiarowej kieszeni woreczek z cukierkami. Jeden wrzucił sobie do ust, a drugi pokazał faerie.
                          Smok delikatnie powąchał cukierek, po czym wykrzywił nos i pokręcił główką kichając i schował nos z powrotem w popiele.
                        • Brandelen… - odparł - Tak mówiła mama, kiedy byłem w jajku. Dziwnie pachniesz.
                        • Może być ku temu wiele powodów - uśmiechnął się Viktor i wrzucił sobie wzgardzony cukierek do ust, a woreczek schował. - Wciąż nie wiem czy rozumiesz smoczy, więc pozwól, że powtórzę po twojemu… jestem Viktor, miło mi cię poznać, Brandelenie. Jesteś tutaj sam? Gdzie teraz jest twoja mama?
                        • Sam. Nie zostajemy z innymi, za mało popiołu. Smoczy trochę rozumiem, widziałem inne, głupie są. Mają fioła na punkcie złota. Błyszczy tylko, twarde i nie pali się. Zostanę tu, aż nie skończę tego popiołu. Możecie przejechać, mięso ucieka jak się pali.
                          Viktor uniósł brew w rozbawieniu. Smoczątko jest bystrzejsze niż słodycz by kazała przypuszczać. Może wcale nie jest pisklakiem?
                        • O to nam tylko chodziło. Dziękujemy, wielki Brandelenie, za prawo przejścia przez twoją domenę - ton Viktora był odrobinę żartobliwy, odrobinę podniosły, a quasi-ukłon, wykonany wciąż siedząc, nie dodawał mu powagi.
                        • To działa na smoki? Te całe płaszczenie się i puste słowa? - smoczątko pokręciło głową - Dorośli są głupi…
                        • Nawet nie wiesz jak. - przytaknął mu Khal z uśmiechem wstając i otrzepując spodnie - Wszyscy głupi jak kurze buty. Nie dorastaj Brandelenie, to jest pułapka i jak się spostrzeżesz to już jest za późno. Trochę nas tutaj jest, więc przejście przez polanę ciut nam zajmie. Trzymaj się.
                          Smok nie zwracał już dalej uwagi na człowieka wracając do… jedzenia popiołu?

                        Kilka chwil później, z których Viktor spędził sporo na skazanych na porażkę próbach otrzepania swojej zbroi, Filia odzyskała swojego doradcę.

                        • W porządku. Pokrótce: możemy przejść. To nie do końca smok, a chyba jakiś kuzyn pseudo-smoków, bo wyraźnie faerie. A ten popiół jest dla niego do jedzenia.
                        • CO!? - dopiero teraz Viktor zauważył Joriego. Alchemik Popielnego Dworu spojrzał na spopieloną polanę - Jesteś absolutnie pewien, że on je popiół? Mały? Mniej więcej rozmiarów kota? Czarno-szary? - elf wydawał się podekscytowany tą informacją.
                        • Jori? - Filia spojrzała na alchemika - Czy coś nie tak?
                        • Tak, je popiół. Jest czarno-szary, ale z wyraźnymi czerwieniami. Nie planujesz tego stworzonka na reagenty przerobić, prawda? - zażartował Viktor… tak aby się upewnić.
                        • Nie, jeżeli mam zamiar przeżyć powrót do Dworu. - odparł elf poważnie - Filio, mogę z nim porozmawiać sam? To zajmie dosłownie chwilę. - nie czekając na odpowiedź elf pognał w stronę smoczątka nie zważając na stan swojej szaty.
                        • Ma na imię Brandelen - krzyknął za nim jeszcze Viktor.
                          Chwilę był przykucnięty w miejscu, w którym Goodmann zostawił smoczątko, po czym wrócił do zgromadzenia z uśmiechem na twarzy.
                        • Patrzcie, państwo… możemy iść, maluch odsunie się do innego popiołu, abyśmy nie musieli na niego uważać. Viktor, Kaylie, Baltizar mogę was poprosić na bok?

                        Viktor miał nadzieję, że to rzeczywiście nie mogło czekać, a nie że Jori się zbyt podekscytował by zręczniej zorganizować tę rozmowę.

                        • Wyprawa może ruszać. To nie tak, że macie jak nam uciec - puścił Viktor oczko do Filii i ruszył za Jorim.
                          Kaylie spojrzała na Filię.
                        • Zaraz wrócę. - machnęła ręką i poszła z Viktorem usilnie próbując udawać, że nie zwraca na niego uwagi.
                          On naprawdę był na nią zły... Unikał nawet patrzenia na nią, gdy do reszty uśmiechał się i stroił żarty. Czy naprawdę aż tak była winna? Możliwe…

                        Gnom wyciągnął karty, przetasował je… aż znalazł właściwą. Przyjrzał się tyranowi uśmiechając się sarkastycznie. Nie spodziewał się, że wróżba będzie aż tak… dosłowna.

                        Viktor jeszcze w marszu objął Joriego za bark w swoiskim uścisku i śmiał się serdecznie.

                        • Ten wichajster dla Lilii, w końcu udało ci się wreszcie zmajstrować? - zapytał wesoło i zniżył głos tak aby tylko alchemik mógł go słyszeć - Pamiętaj o szpiegu Filii i, że ona mi nie ufa. Ta rozmowa raczej nie będzie prywatna. Jeśli mamy nowego gapowicza i tylko chciałeś nam o tym powiedzieć to inny czas na to będzie.
                        • Szpieg Filii? Masz na myśli Ihaili? To ta haflinka i na razie została z nimi. Prosta sprawa, musicie mi pomóc przekonać Filię, aby pozwoliła nam zabrać ze sobą Brandelena. - Elf mimo wszystko też zniżył głos kiedy przeszedł do sedna sprawy - Musimy go zabrać do Dworu.
                          Kaylie nie wyglądała na zachwyconą.
                        • Zgłosiłam się strzec zdrowia i życia Filii przynajmniej podczas przeprawy do miejsca docelowego. Nie widzi mi się mieć małego smoka co może czknąć i podpalić pół wyprawy czy będę musiała na niego uważać jako na kolejne możliwe zagrożenie dla komendant.
                          Elf pokiwał głową.
                        • No tak, zrozumiałe. Brandelen to młodociany jeszcze, pełny energii, wigoru. Możemy poruszyć temat jak będziemy wracać. Ta polana wystarczy mu na kilka dni, a pogadałem z nim, aby nie oddalał się stąd. Nie jest zagrożeniem, bo woli polować na rzeczy, które nie uciekają. - wzruszył ramionami - A Otis będzie bardzo, BARDZO wdzięczny za jego dostarczenie.
                        • Dlaczego? - zapytała - Chce z niego potrawkę zrobić?
                        • Nawet tak nie żartuj… - głos elfa brzmiał bardziej jak przestroga. Podrapał się po karku - Na ogół nie wolno mi wyjawiać sekretów Dworu, ale i tak już dużo wiecie. Brandelen jest potomkiem Otisa, dokładniej Shar'otis'enel'a. Możliwe nawet, że synem. Więc byłby niezwykle szczęśliwy z odzyskania jakiejś rodziny.
                          Viktor ukrył pół twarzy gdy rozsmasowywał skronie we frustracji.
                        • I czy ta conversatio koniecznie musiała się odbyć TERAZ? Wyglądamy podejrzanie, a i tak mi tu na wejściu NIE ufają, za poinowacenie z Benefaktorem. Chyba nic nie stało na przeszkodzie aby gdzieś w ciągu następnych sześciu godzin marszu nas złapać, co? - zapytał, nieco jak dziecka. Warknął niezadowolony, opuszczając rękę - Problema non est. Rozumiem o co chodzi. Ogarniemy. Ale proszę… szczegóły potem. Może nawet w drodze powrotnej, czy może są jakieś powody czemu to musi być omówione teraz?
                        • Możemy zginąć? - przypomniał elf - Ta karawana nie jedzie na piknik do Brevoy, więc lepiej omówić to teraz. Co do podejrzliwości. Filia wie, że cokolwiek omawiam dotyczy Dworu, a komendant nie miesza się w sprawy Otto.
                        • Zachowujesz się czasem jak panikująca baba. - mruknęła Kaylie do Khala.
                        • Oh, ja się… - rzucił ale wstrzymał się nim zwerbalizował natrętną myśl. - Niech będzie - niby-przyznał jej rację - Jestem panikującą babą - ale wzruszenie ramion oznajmiało, że nie zamierza się tym przejmować i zwrócił się do alchemika. - Żaden z tych argumentów nie czyni tego konkretnego momentu lepszym na dyskusję niż powiedzmy za trzy godziny w trasie… no ale niech będzie, mleko się wylało. Brandelen, rozumiem, jest chętny z nami iść?
                        • Za trzy godziny w trasie, też stwierdziłbyś, że moment nieodpowiedni. - odparł elf - Brandelen to nastolatek, oczywiście, że chętny nie jest, bo robi to co inni chcą, ale zainteresowałem go. Da nam szansę.
                          Viktor przewrócił oczami dając znać co myśli o tym argumencie, ale wstrzymał się już od komentarza o zastąpieniu Ferna’a w roli nadwornego wróżbity. Nie miał nic tu do ugrania. Czas było wrócić do pełnej samokontroli.
                        • Jeśli będzie współpracował to pewnie najwygodniej byłoby zrobić to skrycie. Otwarte zabranie go do Dworu zwróci uwagę i może Ferna naprowadzić na trop, a tego Otto chyba nie chce. Fakt, że Brandelen spalił sporą polanę tylko doda wagi zmartwieniom Filii na temat wnoszenia go do łatwopalnego miasta. Torba Przechowywania byłaby tu niezastąpiona, ale nie mam jej ani dość materiałów aby ją stworzyć. Pomyślę nad tym jak to rozegrać i będę miał plan jak będziemy tędy wracać. Może coś wpadnie w ręce w laboratorium. W porządku?
                        • Wracam zająć się ważnymi sprawami. - mruknęła - Możecie sobie jeszcze podyskutować, nasz prawnik jest napalony na ilość słów. - Kaylie odwróciła się najwyraźniej miała zamiar wracać chronić Filię.
                          Khal przez chwilę miał ochotę ją zatrzymać… poprosić by poczekała, aby skrzystać z okazji i porozmawiać z nią… wyjaśnić, choćby pokrótce…
                        • Dziękuję za przekazanie moich słów do niej. - rzuciła jeszcze na odchodne do prawnika.
                          Viktor zmarszczył brwi, odprowadzając Kaylie wzrokiem. Nie. Nie miał jednak na to jeszcze… sił emocjonalnych. Nie na szczerość i konflikt jednocześnie. Jedno z nich dałby radę. Oba? Bez szans.
                        • Załatwisz jak to chcesz. - uznał elf - Po prostu proszę, abyście go zabrali.
                        • Zrobię co się da. Choćby po to aby taka istotka nie była tak łatwa do przechwycenia przez jakichś zwyrodnialców… albo aby wynegocjować większy pokój z większym łóżkiem - zachichotał Khal, zacierając ręce. - Jakby kto mnie pytał o czym rozmawialiśmy będę odsyłał ich do ciebie jako twoją prywatną sprawę. To nie jest kłamstwo. Jakby ktoś i ciebie pytał, a nie chcesz odpowiadać to odeślij ich wyżej do samego Otto. Pod podobnym argumentem. Takie łańcuszki zwykle wystarczająco zniechęcają do drążenia tematu. Chyba mamy omówione co chcieliśmy? - zapytał kierując już jedną stopę z powrotem.
                          Alchemik kiwnął głową.
                        • Wybacz, że tak to załatwiam, ale dawno nie mieliśmy niczego co by nawiązywało do dawnego Dworu... młody Popielny Smok, to mały promyk nadziei dla wszystkich.
                        • Rozumiem ekscytację - przytaknął Khal, po przyjacielsku klepiąc alchemika w ramię - Nadzieja jest cenna i rzadka. Warta walki o nią - Powiedział trochę mniej wesołym głosem i musiał powstrzymać wzrok, co znowu chciał za Kaylie podążyć - Zachęcam jednak do odrobiny więcej cierpliwości w przyszłości. Nie potrzeba bystrzachy aby wiedzieć, że rozmawialiśmy o czymś powiązanym z Brandelenem.
                        • Tak jak powiedziałem, "Sprawy Dworu". Filia jest jedną z niewielu, która zna trochę prawdy, więc zostawia nas w spokoju.
                        • Iii… to JEST ważny kontekst całej sytuacji. Jak bardzo “zostawia w spokoju”? Rozumiem, że nie aż tak bardzo aby machnąć ręką, gdy powiem, że zabieram Brandelena do Dworu, co?
                        • Na tyle, że pozwala Fae istnieć w swoim mieście. - elf westchnął - Nie znam dokładnie zasad, ale Filia i Otto doszli do jakiegoś porozumienia. Jakaś stara magia. Otto przestrzega praw miasta, a Filia przestrzega praw Dworu. Sprowadzenie Brandelena nie łamie tego ustalenia, ale... pewnie czułaby się nie do końca z tym wygodnie. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
                        • Ergo… - zaczął Khal nieco “dydaktycznym” tonem, pozbawionym wyższości czy jakichś pretensji - Filia wie, że: - zaczął wyliczać na palcach.
                        • Potężny fey żyje w jej mieście.
                        • Ten smoczek jest fey.
                        • A teraz jeszcze wprost i niewątpliwie wie, że Dwór, w twojej reprezentacji, się tym smokiem zainteresował.
                        • I odrobina patientiae pozwoliłaby nam uniknąć przynajmniej trzeciego punktu, a to jest punkt co mocno utrudnia mi przemycenie go do Evercrest.
                          Ton Viktora i jego wyraz twarzy były przyjazne i nieagresywne. Nie podkreślały “popełniłeś błąd”, ale mówiły “zrozum mój punkt widzenia”. I też jakoś przemycały, że nie miał zamiaru dalej drążyć, jeśli wciąż nie osiągnął porozumienia.
                        • Och, ona już wiedziała, że coś będę robił z nim kiedy zareagowałem na twój opis. Ale, tak masz rację, tylko narobiłem problemów. Najpewniej odwiedzi Dwór jak wrócimy i da Otto do słuchu za sprowadzenie "Zagrożenia Pożarowego" do jej miasta. Lubi tak nas określać, jak potencjalne kataklizmy. Lilia i Piwonia to "Niebezpieczne Rozkwity".
                        • Można ją trochę zrozumieć - klepnął Joriego w ramię i wraz z nim rozpoczął marsz z powrotem. - W końcu… jakby Dwór zdecydował się temu naprawdę dedykować… czy jego możliwości destruktywne nie osiągnęłyby łatwo poziomu “małego kataklizmu”? - zapytał, ale w jego głosie brzmiało głównie uznanie dla możliwości faerie, a nie strach czy zwątpienie.
                        • Lilia i Piwonia... może z Lawendą i Chante mogłyby ogołocić z życia całe miasto w przeciągu dnia. - przyznał elf - Otis spaliłby tereny wokół. Otto... - alchemik spojrzał z powrotem w stronę miasta i gór na wschód od niego - W przeciągu tygodnia by zjadł wszystko do gołej ziemi, razem z górami.
                        • T-to… przekracza moje dotychczasowe przypuszczenia o cały rząd wielkości. Ale doskonale potwierdza moje twierdzenie. Oni w każdej chwili mogą stać się kataklizmem, jeśliby…
                        • Och, nie. - przerwał mu elf - Jesteśmy chaotyczni, nawet destruktywni. Jednak Pierwszy Świat pomimo swej zmienności ma prawa, a żaden, żaden Dwór nie przestrzegał ich bardziej niż Popielny. Jesteśmy gośćmi w Evercrest, a dobry gość nie nadużywa swojej pozycji. Otto zrobił jedną rzecz, przez którą miał duże problemy z Filią i poprzysiągł, że będzie się zachowywał jak najlepiej. Słowo jednego z Najstarszych jest prawem.
                        • Jak najbardziej wierzę i cieszę się tego powodu, ale… na imaginatio ludzką nie działają fakty i ograniczenia. A opcje i możliwości. A my, tak naprawdę, nie mamy żadnej możliwości ani potwierdzić, że “Słowo jest prawem”, dla takich jak on, ani jakie są ramy tego prawa… bo w każdym prawie są wyjątki i jestem absolutnie pewny, że obietnica “będę się zachowywał jak najlepiej” nie wymusi na nim pasywności jakby wściekły tłum na widłach chciał go wynieść. Więc pytanie brzmi… GDZIE jest ta granica. I czy nie ma jakichś kruczków, bo nie trudno sobie wyobrazić aby jakieś umieścił w tamtej deklaracji. Za to wizja Otto zjadającego królestwo Evercrest… przemawia do wyobraźni na innym poziomie, bo tu dochodzimy już do absurdu.
                        • Dramatyzujesz, wiesz o tym? Za długo pracowałeś z diabłami, sądzisz że wszyscy jak ustalą jakieś prawo, układ czy przysięgę, to robią to tak, aby wyjść z niej na dziesięć różnych sposobów. - elf westchnął - Mam ci teraz tłumaczyć, że wszelkie próby zaatakowania Otto, skończyłyby się tylko na tym, że byłby mniej głodny przez kilka godzin? Jest jedna prawda, którą musisz zrozumieć. Popielny Król potrzebuje swojej Królowej Gnicia. Ona jest tu, gdzieś w tych górach. Obiecał Azazelowi, że nie wykona żadnych gwałtownych ruchów, aby pozwolić wam zrobić tu jego religię. Obiecał Filii, że będzie się zachowywał jak najlepszy mieszkaniec miasta, jeżeli pozwoli mu w nim zostać. Przy okazji, jego obecność odstraszy każde inne Fae w okolicy. Tak powiedział i tak będzie, ponieważ odzyskanie naszej Królowej jest najważniejsze.
                        • Poznałem ludzkość z mroczniejszej strony niż ty, ale… mój poziom paranoi i… kombinatorstwa nie jest nieludzki. Adwokaci powstali w odpowiedzi na cwaniaków. Nie odwrotnie. Ja nie mówiłem, że obawiam się Otto pewnego pięknego ranka postanawiającego wsunąć pół Evercrest na śniadanie. Jedynie wyrażałem zrozumienie czemu Filia postrzega kogoś o tak absurdalnych możliwościach jako potencjalny kataklizm. I… rozumiem was. Wiem jak to jest podporządkować wszystko jednemu, nadrzędnemu celowi, tłamszącemu wszystkie inne. Jeśli dobrze rozumiem to mamy mieć jakąś swoją rólkę w jej odnalezieniu. Damy wtedy z siebie wszystko co mamy. Możecie na nas liczyć.
                        • Oby. Żadne z nas nie może się do niej zbliżyć, a Otto nie może opuścić Dworu. To w sumie urocze, że uważasz, że Cheliax jest najgorszym co ludzkość jest w stanie z siebie wykrzesać. Co do Filii... wie, że Otto jest straszny dla innych Fae, chociaż nie rozumie czemu. Ty pewnie też nie, ale to mniej istotne.
                        • Oj ja wiele miejsc uważam za gorsze niż Cheliax. Nidal czy Galt, aby nie szukać za daleko. A to ogóły… pewnie, że nawet wśród ludzi z tej wyprawy znalazł by się chociaż jeden potwór, co gdyby dać mu szansę, to zjeżyłby włosy na karku przeciętnego mieszkańcy Zachodniego Wybrzeża. I masz rację… mogę jedynie zgadywać, że by je zjadł? Ale przyjmuję całkowicie realną opcję, że to naiwne dyrdymały. Mam zbyt mało danych. Ciut inny temat: Obżartuch. Przedstawił mi ten tytuł jako swój ulubiony, ale kiedy ja się do niego nim zwróciłem to groził i spaniem na sianie. Jest w tym jakieś drugie dno, czy to po prostu tytuł nie dla śmiertelników?
                        • Wiesz czemu fae mają zero wartości dla życia? Śmierć to coś co przytrafia się innym, w Pierwszym Świecie nieważne co się z tobą stanie; mag eksploduje ci głowę, satyr zaseksi na śmierć, jednorożec potańczy po kręgosłupie. Zawsze wrócisz do życia, jasne możesz być słabszy niż byłeś, ale to w końcu odzyskasz. - elf się uśmiechnął - Różnicą jest Otto. Kiedy on coś zjadł, pozostawało to martwe. Koncept śmierci był obcy w Pierwszym Świecie, ciągle jest w wielu częściach. Jednak w Otto, Fae widzą drapieżcę, widzą coś czego absolutnie nie rozumieją. Widzą śmierć, ale nie potrafią jej nazwać. Więc nazwali ją tym co widzą. Obżartucha, Fae, który lubi jeść inne Fae. To ma dla nich sens i unika prawdy sytuacji. Kiedy ty go tak nazwałeś, nie rozumiałeś znaczenia tego słowa.
                        • Oh. Czyli moje naiwne dyrdymały okazały się prawdą, tylko pozbawioną niuansów. To myślisz, że teraz, jak mi to wyjaśniono, to mógłbym go tak nazywać? - zapytał bardziej zainteresowany niż cokolwiek innego.
                        • Jeżeli chcesz dołączyć do listy potencjalnych ofiar? - przyznał Jori - On jest królem, szacunek się należy.
                        • Aaahhh… już rozumiem… - Viktor pstryknął palcami w olśnieniu - to rzeczywiście jest ulubiony tytuł, ale w ustach nieprzychylnych… jak mnie kiedyś nazywano, przez chwilę, Czerwonym Skurwolem. Gigantyczna satysfakcja, ale tylko w ustach adversarii. Dziękuję za wyjaśnienie.
                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #58

                          Kilka kolejnych godzin minęło, karawana wspinała się na ostatnie wzniesienie przed jej celem.
                          Atmosfera była napięta, wszyscy czuli zbliżający się konflikt. W końcu kiedy pierwszy wóz minął wzniesienie ujrzeli swój cel.

                          Silverspine, niewielka wieś kopalniana, założona kiedy odkryto złoża srebra w jednym ze wzgórz. Wieś żyła tak długo, jak kopalnia była w stanie wydać na powierzchnię cenny kruszec. Teraz domki, w których kiedyś żyli górnicy i ich rodziny, rozpadały się, a natura powoli zaczynała przejmować spowrotem teren.
                          Filia zarządziła postój i ponownie zwołała naradę. Zajęło kilka chwil nim wszyscy się zebrali.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #59

                            Jak tylko zatrzymali się na miejscu Kaylie zatrzymała Filię.

                            • Mam ważną rzecz do przekazania ci. I to zanim wyjdziemy do kopalni. - powiedziała poważnie - Możemy porozmawiać same?
                              Komendant uniosła brew, ale jedynie kiwnęła głową i ruszyła kilka metrów od głównej karawany.
                            • Więc, o co chodzi?
                            • Nie ma czasu wszystkiego wytłumaczyć, ale to zrobimy później. - żałowała, że nie ma Khala do pomocy, więc nie chciała całej kwestii wyrzucać - Chodzi o tego wariata, który pozmieniał tych ludzi. Zależałoby mi, gdyby nie został zabity podczas akcji.
                            • Zamieniłyśmy się rolami, kiedy nie patrzyłam? - Filia miała zdziwiony wyraz twarzy - Sądziłabym, że to bardziej ja powinnam wymawiać tą prośbę, ale cieszę się, że jesteśmy zgodne w tym.
                              Kaylie odetchnęła z ulgą.
                            • Cieszę się, że się tak bez słów zrozumiałyśmy. Możemy wracać do spraw naglących.

                            Kaylie i Filia po chwili wróciły do zgromadzonych. Ofun tym razem został zastąpiony Jorim, ale poza tym narada miała znajome twarze. Komendant zaczęła.

                            • Dobrze, mam taki plan. Viktor pójdzie ze mną do mojego nowego plemienia i przekonamy ich, aby pokazali nam te tajemne wejścia. To jest coś co na pewno trzeba będzie dziś zrobić. Teraz... czy wchodzić do kopalni dziś, czy wolicie poczekać do rana jak wszyscy będą wypoczęci?

                            • I dać czas wrogowi jeszcze lepiej się na nas przygotować? - galtianka pokręciła głową w niedowierzaniu - Brakuje tylko abyśmy im jeszcze wysłali powiadomienie na kilka godzin przed szturmem. Oczywiście z potwierdzeniem odbioru. - zaironizowała - Jeszcze jest możliwość, że nie doszła tu wiadomość o stracie tego monstrum, ale to tylko w najlepszym wypadku. W najgorszym on już został powiadomiony przez tego szefa goblinów i mógł na wszelki wypadek przygotować się na przyjście jakiegoś problemu. Dawanie mu teraz jeszcze więcej czasu to tylko proszenie się o więcej kłopotów dla nas. - zakończyła przesuwając wzrokiem po innych zgromadzonych.

                            • Kwestia jak się ludzie czują… - odpowiedział Viktor - Jeśli są w siłach aby szturmować laboratorium to powinniśmy to zrobić ze względu na wyżej wymienione powody. My tu zebrani się trzymamy… ale nasza wesoła gromadka nie wystarczy. Potrzebujemy aby również “szeregowi” byli w siłach. Są?

                            Filia spojrzała na Daviona, a kapłan Abadara kiwnął głową.

                            • Są zwarci i gotowi na wszystko.

                            • Do tego, nie wiem czy byliby w stanie usnąć w nocy, wiedząc jak blisko są ofiary i ich oprawca. - dodała Filia - Nie wiem czy ja bym była w stanie.

                            • Jor i Ori już od godziny gadają, że nie będą na nikogo czekać. - dorzucił Inarion - Jak dla mnie nie ma co czekać, ale to bardziej decyzja Baltizara, jeżeli chodzi o nas.

                            • Nie jestem żołnierzem, ani dowódcą, a choć znam opowieści o wielu bitwach… to tu zdam się na doświadczenie prawdziwych wojaków i podporządkuję ich poleceniem. Jednakże jeśli moi podwładni mają jakieś uwagi lub pomysły… to nie widzę problemu, by wyrazili swoją opinię. - stwierdził gnom z notatnikiem w dłoniach.

                            • Pójdę przodem - postanowił Khal - Jest możliwość, że głęboko zinfiltruję kompleks nim zaczniemy szturm. Intel z tego będzie wyceniany w życiach. Jakby tylko Jori przygotował mi coś co aby oszukać powonienie bestii, co na pewno tam będą, to byłbym bardzo wdzięczny. Z oczami i uszami sobie łatwo poradzę.

                            • Viktor. Gobliny? Pamiętasz, miały nam pokazać tajne wejścia. - powtórzyła Filia.

                            • Tak, pamiętam - przytaknął marszcząc brwi - I jak nam pokażą to wejdę do środka i dowiem się czego gobliny nie były w stanie zwerbalizować a ponadto potwierdzę, że nie plotły trzy po trzy… czy to z nieszczerości czy głupoty. Liczebność, trasa, topografia... Nie liczę, że odnajdę samo laboratorium, bah… może mają solidne straże i nic się nie dowiem, ale chyba się zgadzamy, że wiedza dokąd wszarżowujemy jest na wagę złota, prawda?

                            • O ile doceniam twoje poświęcenie, naprawdę. Nie sądzisz, że lepiej byłoby posłać Ihaili? Byłaby w stanie zmienić się w istotę, której gobliny by nie podejrzewały i wrócić bez szkód. - spojrzała jeszcze na zbroję i uzbrojenie Viktora - Do tego, twój rynsztunek nie sprzyja skrytości.
                              Viktor szarpnął ramionami i jego ubiór podróżny w mgnieniu oka zrematerilizował się jako bezczelne, głęboko czarne odzienie zabójców z dalekiego Tian Xia, spod którego tylko jego oczy było widać. Nie rzeczywisty, a bardziej kulturowy, taki jak w teatrach można było zobaczyć aby widzowie wiedzieli co mają myśleć. Po kolejnych szarpnięciu był w iluzji już zupełnie praktycznego, lekkiego stroju koloru brunatnej szarości. Idealnego by skradać się w jaskiniach.

                            • Nie mam nic do zarzucenia mojemu rynsztunkowi. Niewidzialność jest lepszą formą infiltracji niż transmutacja, ale nie zamierzam się upierać by być bohaterem - rozłożył ręce z lekkim uśmiechem i cofnął się o ćwierć kroku, poddając sprawę.

                            • Efekciarz... - doszło do innych słowo wypowiedziane przez galtiankę.

                            • Jesteście częścią tej misji, ale nie jesteście moimi podległymi. I tak robicie więcej, niż mogłabym od was oczekiwać, więc nie chcę niepotrzebnie was narażać. Więc proszę, Viktor, pozwól mi zrobić to na razie po mojemu. Kiedy wejdziemy do kopalni, chaos da ci pełno szans, aby zabłysnąć.
                              Viktor zmarszczył brwi w konsternacji, ale pokręcił tylko głową nim nawet otworzył usta. Cokolwiek by nie powiedział, było to bezcelowe… przed zarzutem o pozerstwo nie było metod obrony. Można było tylko nie zniżać się do próby.

                            • Już się zgodziłem - odpowiedział tylko, nieco nierozumiejącym tonem. Jakby nie wiedział czemu mu się ona wciąż tłumaczy.
                              Machnął ręką i widząc chwilę ciszy podjął inny temat.

                            • Co planujemy zrobić z muta-chemikiem? Szybka dekapitacja, czy jednak zabieramy go na proces?

                            • Kaylie już to zasugerowała i ja się zgadzam. Łapiemy go żywcem, musi zostać osądzony. - Filia westchnęła - Co do goblinów, trzeba pewnie będzie ubić ich wodza.
                              Viktor spojrzał na Kaylie i kiwnął jej krótko głową z uznaniem i znów spojrzał na Filię, a oczy mu się zaśmiały.

                            • Między moja urażoną dumą… - zaczął chichocząc pod nosem - a ihailowymi polimorfiami, prawdopodobnie nie zaszkodziłoby jej jeszcze dodatkowa warstwa infiltracyjna, w postaci Niewidzialności ode mnie, prawda?
                              Kaylie chciała już się odezwać, ale uznała, że nie zabierze głosu jedynie nieznacznie cofając się do tyłu o krok, jakby nie chciała wychodzić na widok. W ten sposób przynajmniej nie będzie marnowała własnych zaklęć czy nie narazi się na wejście ponownie w chęci Khala.

                            Baltizar był obserwatorem i samozwańczym kronikarzem tej wyprawy, więc nie wtrącał się w jej przebieg. Swoje zdanie zachował dla siebie. A póki wyprawa toczyła się bez dramatycznych zwrotów, nie widział powodu by osobiście miał się wtrącać w przebieg wydarzeń. W końcu do tego najął awanturników.

                            • Oczywiście będziemy wdzięczni za każdą pomoc. - obiecała Filia - Więc, zgadzamy się z planem? Ja i Viktor odkrywamy tajne przejścia, Ihaili pod osłoną zaklęcia Viktora przeprowadza zwiad i atakujemy, jak będziemy mieli rozeznanie?

                            Gnom spojrzał pytająco na swoich najemników zapewne uznając, że jeśli coś powiedzą, to powiedzą mądrze, w przeciwieństwie do niego.
                            Inarion kiwnął głową.

                            • Solidny wstęp. - przyznał - Być może uda się wejść z kilku stron, ale to dopiero po rozeznaniu.
                            • Wstępny zwiad może wszystko zmienić - przytaknął Viktor. - Potrzebujemy czasu na przygotowania, czy możemy zaczynać?
                              Kaylie nie mogła ustać spokojnie, gdyby było jedno naglące pytanie... Ale tak szczerze nie wiedziała czy powinna je zadawać. Nie chciała jeszcze bardziej antagonizować Khala, już te małe uszczypnięcia wcześniej zrobiły swoje, ale obawiała się czy nie przekroczy jakiejś granicy...
                              Z wyraźną niepewnością wysunęła się trochę w kierunku kapłana.
                            • Jak długo możesz utrzymać zaklęcie w trwaniu? Tak naprawdę nie wiemy ile to wszystko zajmie, więc...
                            • Niewidzialność? - zapytał, ale tylko dla pewności. - Dziewięć minut. Osiemnaście, jeśli Ihaili powie, że to jej pomoże, ale to będą zasoby nie zaoszczędzone na walkę. Więc coś za coś.
                              Miała nadzieję, że to wystarczy. Nie chciała musieć użyć swoich mocy już teraz. Oczywiście miała pomysły i mogła je wykonać, ale... zawsze było ale.
                            • Zobaczy się co ona powie. - stwierdziła w zamyśleniu.
                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #60

                              Proces był niestety długi i męczący. Zanim Viktor zdołał zmusić gobliny, które karawana zabrała ze sobą, do zbliżenia się do kompleksu kopalń i wskazać jakieś tajne wejście minęło dobre dziesięć minut. Później przykurcze kluczyły wokół wzgórza kolejne pół godziny nim w końcu znalazły jedno z wejść.
                              Było dość małe, ale wystarczające aby przygarbiony człowiek się przez nie dostał do środka.
                              Ihaili zasalutowała komendant i zmieniła się w czarnego szczura, czekała na zaklęcie Viktora nim wbiegła do środka. Haflinka stwierdziła, że dziewięć minut niewidzialności wystarczy jej, aby znaleźć bezpieczne miejsce i wtopić się w faunę kopalni.

                              Godzina minęła, pełna nerwów i rozważania czy nie trzeba jednak wejść na ślepo, nim niewielki nietoperz wyleciał z jaskini, która była głównym wejściem kopalni i wylądował w prowizorycznym obozie straży. Ihaili pokręciła głową i ruszyła do namiotu Filii, dopadając po prędce zwoju i zaczęła rysować. Komendant zabroniła komukolwiek jej przeszkadzać, w międzyczasie ponownie zwołała naradę. W końcu zwiadowczyni położyła na stole przed zgromadzonymi mapę kompleksu.

                              • Trochę zajęło zanim znalazłam wszystko, ale to są główne pomieszczenia. - wskazała tunel na północy mapy - To jest główne wejście, z którego wyfrunęłam. Jest dość szerokie więc nie trzeba będzie wchodzić gęsiego. - następnie wskazała pomieszczenie po zachodnio-północnej stronie mapy - Do tego pomieszczenia prowadzi tajne wejście, które pokazały nam gobliny. Jest obecnie puste, ale po zapachu zgaduję, że trzymają tam zwierzynę. - pokazała pomieszczenie na południe od poprzedniego - Tu znajduje się strażnica. Jest tam sześć goblinów i dwa warany. - pokazała kolejne pomieszczenie na wschód - Kolejna strażnica. Dwanaście goblinów, trzy warany i coś... dziwnego. Pewnie jakiś mutant od alchemika. Mniejszy od tej poczwary, którą zabiliście. - przeszła palcem do kolejnego pomieszczenia - Tu znajduje się wódz goblinów. Ma śmieszną czapkę i czarną farbę na gębie. Naliczyłam jakieś dwadzieścia goblinów i pięć waranów, ale żadnych mutantów. Pewnie bestyjka by tam była, gdyby ciągle żyła. - wskazała największe pomieszczenie na środku kompleksu - Tu znajduje się główny szyb z windą wiodącą w dół. Gobliny tam nie są uzbrojone, ale przenoszą jakieś materiały, najpewniej kopią głębiej w kopalni. Pozostało to. - wskazała na ostatnie pomieszczenie we wschodnio północnej części mapy - Nie wiem jakie zastosowanie miało to pomieszczenie, ale teraz trzymają tam więźniów. Naliczyłam trzynaścioro. Różne rasy, różny wiek. - wyprostowała się patrząc na mapę - Większość tuneli jest zbyt wąska, aby się przez nią przedostać. Droga do więzienia, szybu i schowka na zwierzynę jest otwarta. Sala wodza jest odcięta i można się do niej dostać tylko przez strażnice. - usiadła ciężko - Dużo tego syfu i pewnie dużo pułapek. Nawet nie wiem co poradzić, najchętniej zawaliłabym wszystko w cholerę, ale nie wiadomo ilu więźniów jest jeszcze niżej.
                              • Nie wypada narażać niewinnych… uwolnienie więźniów winno być priorytetem bohaterów. Ważniejsze niż złapanie głównego złego. - wtrącił gnom mimochodem.
                              • Jak głęboka jest winda? - zapytał Viktor - Jest szansa, że na niższych poziomach nie usłyszą walk?
                              • Nie chciałam ryzykować. - przyznałą haflinka - Podejrzewam jednak, że nawet jeżeli poziom niżej usłyszy, to wykorzystają windę, a to da nam przewagę.
                              • Albo ją zablokuję i odetną nas, a sami zorganizują kontrofensywę korzystając z któregoś z innych wyjść. Tsk tsk tsk… nikt nie mówił, że będzie łatwo, co nie? W więzieniu są jacyś strażnicy? Może dałoby się porwanych cichaczem wyprowadzić przed rozpoczęciem akcji?
                              • Trzy gobliny, chociaż śpią. Więc jak najbardziej po cichu by się dało.
                              • Doskonale - kiwnął głową Viktor zadowolony. - To od tego zaczniemy. Jak wygląda uzbrojenie goblinów? Dobrze zgaduję, że będziemy prezentować supremację w dziedzinie walki dystansowej?
                              • To w ciasnej kopalni jest miejsce na walkę dystansową?- zapytał gnom notując wszystko.- I jeśli jest taka możliwość to ja chciałbym być w grupie ratującej jeńców.
                              • To nie do końca jaskinie, jeśli dobre rozumiem mapę, a kiedyś opuszczony podziemny kompleks. Jeśli zajmiemy centralną salę - odpowiedział, niezrażony sarkazmem Viktor - to da nam to możliwość postrzelania… Nie mówię, że będzie ona łatwa do wykorzystania, ale odstrzelenie kilku z nich jak najbardziej jest możliwe… - Viktor zmarszczył brwi - aaale… mamy ze sobą oddział strażników miejskich a nie żołnierzy, szkolonych pod coś takiego, czy awanturników co nauczyli się na błędach. Jeśli nie trenowali strzelania do zwarcia tak by swoich nie trafić, to istotnie mój pomysł jest godny wydrwienia… - autoskrytykował sam siebie, patrząc pytająco na Filię… choć spodziewał się odpowiedzi. - Mimo to wciąż chciałbym wiedzieć jak są uzbrojone. Klasyczne, kiepskie pseudo-bronie, których nikt z nas nie wziąłby do ręki bez odrazy, coś porządniejszego czy może były sprytne i mają nawet sieci bojowe?
                              • Chłopaki są przyzwyczajeni do patrolowania i walki z niewielkimi grupami bandytów. To nie jest część ich szkolenia. - wskazała na mapę kompleksu - Zalecałabym bardziej taktykę "Dziel i podbijaj". Główna siła zdobyłaby centralną salę, natomiast niewielka grupa weszłaby bocznym wejściem i wzięła ich od tyłu.
                              • Co do uzbrojenia. - powiedziała halfinka - Przyzwoita broń. Nic magicznego, ale wyglądało jak porządne żelazo. Toporki, noże, włócznie. Co do zbroi , to skóry.
                              • Rozumiem, że porwani... - cicho odezwała się arkanistka - ... są konkretnym priorytetem?
                              • Nadrzędnym. - przyznała Filia - Nie możemy jednak posłać wszystkich sił, aby ich uwolnili. Główna siła będzie dobrym odwróceniem uwagi, poślę oddział sześciu, aby uwolnili więźniów.
                              • Warto rozważyć próbę wyciągnięcia porwanych PRZED rozpoczęciem ataku - nacisnął jednak Viktor - Ihaili mówi, że to jest możliwe. Więzienie jest daleko od innych pomieszczeń, a gobliny na pewno nie są pogrążone w cichej medytacji. Bardzo możliwe, że nawet jakby nie udało się strażników zabić we śnie i doszło do krótkiej walki to nikt by się nie spostrzegł… A tych sześciu będzie cenne w chaosie właściwej bitwy.
                              • Jestem w stanie dać to wam. - odparła Kaylie - Potrzeba kogoś kto się zakradnie i zabije każdego z nich prostym poderżnięciem gardła czy czymkolwiek innym. Okryje osobę niewidocznością jakiej nie przerwie żaden atak. - powiedziała z lekko spuszczoną głową po czym uniosła ją - Ale czas trwania tego nie jest wielki.
                              • I ja tam się pofatyguję… nie martwcie się. Będę ostrożny i cichy.- wtrącił Baltizar.
                              • W to jakoś non dubio… - przytaknął Khal gnomowi i wrócił do ważniejszego tematu - Musimy myśleć taktycznie - niechętnie odrzucił pomysł Kaylie… nie chciał jej dalej prowokować - Może poziom niżej jest już alchemik, ale… jesteśmy zbyt wysoko. Wydaje mi się, że mamy przed sobą maraton i musimy bardzo rozważnie administrować naszymi zasobami. Jeśli potrzebujemy tak silnej magii na trzy śpiące gobliny, to za chwilę będziemy musieli się wycofać, albo skończymy bez wsparcia magicznego, a tego nie chcemy. Jak jest tam ich trzech, to potrzebujemy tylko trzech skradnych. Jest Ihaili, jestem ja, potrzeba jeszcze jednej osoby czującej się na spacerek pośród śpiących goblinów, by na jeden sygnał poderżnąć im gardła. Jeśli znajdzie się jeszcze czwarty to Ihaili może nas ubezpieczać. Również cenne jak cholera. A właśnie, nim będzie za późno… ciało wodza, poproszę, w całości. Znaczy może być w kawałkach, ale by aparat mowy był w jednej części. Porozmawiam z nim po tym jak go zabijemy. Jeszcze lepiej jakby się udało żywcem go wziąć na spytki, ale to już “ja-bym-chciejka”.
                              • Sądzisz, że wyciągniesz z niego więcej niż tych, którzy z nami przyszli?
                              • Możliwe. Mistrzunio nie będzie się zniżał do wydawania poleceń śmierdzącym goblinom z osobna. Będzie wydawał polecenia wodzowi. Albo komuś kto wyda polecenia wodzowi, ale to wciąż o krok bliżej do Złoczyńcy niż to co dotąd mieliśmy. Alternativum możemy czekać czy nie będzie lepszego obiektu dialogowego, ale zaklęcie jest już przygotowane i niewykorzystane się zmarnuje. Ale to potem… najpierw jeńcy. Daj mi Ihaili, to z Kaylie i Baltizarem pójdziemy po porwanych. Daj mi jeszcze kilku co będą osłaniać nasze tyły i pomogą jeńców wyciągnąć na światło dzienne. Potem, gdy ruszymy do chwalebnej szarży, będziemy mogli skupić się tylko na zabijaniu i przeżyciu. To naprawdę jest wystarczająco skomplikowany multitasking...
                              • Ale... Ja nie skradam się niesamowicie dobrze. - zaprotestowała Kaylie.
                              • W takim razie potrzebuję Ihaili i kogoś jeszcze - Viktor skorygował swój plan bez cienia zawahania - Rozumiem, Baltizarze, że ty czy twoje bestyjki nie będziecie mieć problemu z podejściem ani coup de grace...
                                Zapytany gnom spojrzał w kierunku kapłana. Podrapał się po brodzie i rzekł sceptycznie.
                              • Obawiam się że podchodzisz do tej kwestii… zbyt naiwnie. Zakładasz, że wszystkie gobliny będą grzecznie spać i dadzą się zarżnąć jak bydło. Moje zwierzaczki potrafią ubić nieprzytomnych przeciwników. Każdy dobrze wyszkolony pies to potrafi. Ja też potrafię roztrzaskać kosturem czaszkę. Skradać zaś niespecjalnie potrafię… Być cicho, to mogę. Ale złodziejem nie jestem.
                              • Podchodzę do sprawy ufając naszemu zwiadowi… - Viktor wskazał wdzięcznym gestem dłoni Ihaili - … który mówi, że strażnicy właśnie specyficznie: grzecznie śpią i czekają by dać się zarżnąc jak bydło. To właśnie chcę wykorzystać, ale powoli tracę wiarę, że da się to zrobić bez śmieszności…. Potrzebujemy trzech ludzi, pewnych swych umiejętności by podejść do śpiącego goblina, nie budząc go i na sygnał zabić tak aby nie zdołał dźwięku wydać. Preferowałbym coś pewniejszego niż kostur.
                              • Mam i nóż…- wzruszył ramionami gnom i potarł czoło.- Mam też nadzieję, że będziemy mieli tyle szczęścia ile ty zakładasz. Kto wie, może bogowie cię faworyzują.
                              • Cóż, liczę, że co najmniej jeden - mrugnął uśmiechem Viktor nim nie spoważniał. - Szczęście już mieliśmy. Strażnicy śpią a gobliny nie mają wystawionych regularnych patroli w korytarzach, dobrze cię zrozumiałem, Ihaili? - zapytał niziołkę o potwierdzenie - Widocznie nie spodziewali się zostać znalezieni i nic dziwnego… to był przebłysk, napędzanego magią, geniuszu jak z Kaylie udało nam się zlokalizować to miejsce. Teraz to kwestia wykorzystania tego szczęścia. Dobra… Ja, ty i twoje potworki.. powinno się udać, ale w takim razie definitywnie potrzebujemy planu B i to takiego “nie po łebkach”. Chciałaś, Filio, posłać sześciu ludzi do więźniów. Poślij mnie z Baltizarem, daj Ihaili… - zatrzymał się na moment - Chyba, że usłyszę, że ona TAKŻE nie potrafi się skradać… - zachichotał nieco szyderczo -... i jeszcze dwóch aby tyłki nam chronili… niech będą przynajmniej w miarę skradni, dziękuję. Ci co nie idą muszą być gotowi do szturmu, na wypadek jakby nam się skomplikowało. Jeśli uda się szybko zająć środkową salę, to mamy piękne wąskie gardła, w których wspaniale sprawdzą się plamy oleju, albo pajęcze sieci. Lepiej olej. Niższe zaklęcie, a chcemy silniejsze zachować na niższe poziomy, gdy zaczną się regularne abominacje muta-chemika. Nie różni się to, Filio, wiele od Twojego pierwotnego planu, ale daje nam możliwość by jednak zaatakować z pełną siłą. Jakby udało się posłać kulę ognistą w głąb pomieszczenia gdzie jest wódz to by ślicznie przetrzebiło największą grupę na tym poziomie, a to by miało wartość mierzoną we krwi. Ihaili, te twoje polimorfie, są jakoś limitowane?
                              • Ilościowo. - przyznała halfinka - Zostały we mnie jeszcze dwie zmiany. Jeżeli pytasz o moje możliwości. Głównie jestem wykorzystywana do zwiadów, więc specjalizuje się w małych i szybkich stworzeniach… chociaż. - kopnęła kamień jakby się trochę wstydząc - Umiem zmieniać się w niedźwiedzia jaskiniowego.
                              • Pamiętaj, że najlepiej będzie tych więźniów jak najszybciej przetransportować stamtąd. - zauważyła Filia - Gobliny mogą chcieć ich wykorzystać.
                              • Więc trzeba ubić strażników i nie pozwolić goblinom dobrać się do więźniów w celach. - stwierdziła Kaylie trochę zaskoczona słowami kapłana o swoim wkładzie.
                              • Dokładnie. - kiwnęła głową komendant - Chciałabym, aby więźniowie byli priorytetem. Kiedy zapewnimy im bezpieczeństwo, będziemy mogli skupić się na goblinach i dalszym oczyszczaniu kopalni.
                              • Dokładnie. - przytaknął Viktor - Rozumiem, w takim razie, że mój plan aby ich odbić jeszcze przed właściwym szturmem został przyjęty?
                              • Z drobną modyfikacją. Ihaili pójdzie z wami i w momencie kiedy więźniowie będą zabezpieczeni, da nam znać, wtedy przeprowadzimy szturm, a wy wyprowadzicie więźniów.
                              • W jakim stanie są więźniowie? - Khal skierował pytanie do Ihaili - Będą w stanie sami iść?
                                Kaylie milczała siedząc przy rozłożonej mapie i wyraźnie coś licząc pod nosem zdając się używać palców i jako jakiegoś obszaru wizualizacji, po czym wróciła do bezgłośnego poruszania ustami jakby pomagało jej to w ogarnięciu myśli.
                              • Gorzej z mentalnym niż fizycznym, ale nie puszczała bym ich samopas. Gorycz szybko przeradza się w gniew i nie potrzebujemy idiotów rzucających się na pierwszego goblina, którego zobaczą.*
                              • Ale nie będziemy musieli ich nieść i na to miałem nadzieję - stwierdził Khal zadowolony - Filio… daj nam trochę czasu. Jest realna szansa, że uwolnimy więźniów, wyprowadzimy ich i będziemy mogli rozpocząć szturm wszyscy razem. Jeśli by poszło gorzej… prawdopodobnie i tak to wy będziecie o tym wiedzieć nim dotrze to do wodza. Oni nie są gotowi na nas i wiesz, że zorganizowanie obrony z takiego stanu zajmuje czas. Nie wierzę w ich dyscyplinę i organizację na tyle aby wierzyć, że dadzą radę się znacząco skonsolidować przed tym jak wszarżujecie do środka. Non nego, że ten plan jest nieco ryzykowniejszy i ma czarny scenariusz gdzie wszystko pójdzie nie tak i stracimy element zaskoczenia… ale Jeśli się uda, a wierzę, że się uda, to nasza obecność w szturmie będzie oznaczać mniej krwi naszych chłopców i dziewcząt przelanej w nim. Wierzę, że to jest warte tego ryzyka.
                              • Gdyby później się dało zgromadzić zielonoskórych jak najbardziej w jednym miejscu... - Kaylie mruknęła wpatrzona w mapę - lub użyć przynęty by ich wywabić... - uniosła głowę na Khala i po chwili zastanowienia wróciła do obserwowania mapy - Przynęta... Chaos też by pomógł wyciągnąć więźniów... - po chwili spojrzała na komendant - Zgłaszam się.
                              • Mogłabyś rozwinąć myśl? Zgłaszasz się do czego?
                              • Na przynętę, by ich wyciągnąć. Cześć chociaż sprowadzić w jedno miejsce. - wyjaśniła chyba z lekką irytacją - Oczywiście inni też mogą się zgłosić do tej zabawy. Tylko trzeba będzie być szybkim, unikać trafienia i znaleźć się w danym miejscu nie później niż w określonej chwili.
                              • Dobrze, doceniam inicjatywę. - Filia patrzyła przez chwilę na mapę - Przeprowadzisz mnie przez swój plan? Co masz zamiar zrobić, jak ściągnąć ich uwagę?
                                Kaylie spojrzała na Inariona uśmiechając się do pod maską.
                              • Sonus Exspirsvit. - radośnie wypowiedziała słowa w infernalnym - Pobawimy się razem z zielonymi przygłupami. Jesteś ze mną? - zapytała wyciągając dłoń do elfa.
                                Inarion zachichotał.
                              • Czemu nie, może zmusimy kilku do ucieczki.
                              • Byłoby nawet lepiej, gdybyśmy mogli ich jak szczury zmusić do biegania po korytarzach, aby jak najwięcej ich ze strażnic zgromadziło się blisko siebie. Ja potrafię zmienić pozycję w mgnieniu oka, choć wolę oczywiście nie nadużywać.
                              • Nieszczególnie to pasuje do mojej sytuacji i moich krótkich nóżek, więc będę się musiał zdać na wasze relacje po akcji, co by uzupełnić moje notatki.- mruknął pod nosem Bajarz coś zapisując.
                              • W porządku, to da się wykorzystać - kiwnął głową Khal, ostrożnie dzieląc z Kaylie jej entuzjazm - Jak precyzyjnie byś to widziała? Bo widzę tutaj dwie sprzeczne opcje. Jeśli chcemy ich zgromadzić przy źródle dźwięku to nie możemy ich przerazić. Jedno i drugie ma swoją wartość, ale raczej się wykluczają.
                                Kaylie zacmokała ustami jak niezadowolony belfer z odpowiedzi ucznia.
                              • Nie mówiłam nic o zgromadzeniu ich przy źródle dźwięku. Ja myślę o wypłoszeniu towarzystwa z dala od niego.
                              • “Zgromadzić zielonoskórych jak najbardziej w jednym miejscu”? - zacytował Khal z uśmiechem i spoważniał - Ryzykowny plan. Nie podoba mi się, ale możliwe, że to zbyt daleko poza moją strefą komfortu. I obwieścimy nasze przybycie wszystkim na niższych poziomach. Jednak jeśli ten chaos bardziej użyteczny niż ja bym go potrafił wykorzystać - mówił, pytająco patrząc na Filię - To może być wart świeczki.
                              • Kh… - zaczęła a prawnik ledwie powstrzymał się przed rzuceniem jej “spojrzenia” - Viktor... Słuchasz, ale nie słyszysz. - pokręciła głową - dźwięki miałyby być tak ustawione, aby zmusić grupę do ucieczki tylko w jednym możliwym kierunku, czyli tam gdzie ich będziemy chcieli mieć. Dlatego szukam pomocy drugiego maga, aby jego dźwiękowa iluzja nadeszła ze strony i jaka musi być zamknięta.
                              • Obwieścimy nasze przybycie walką. - zauważyła Filia - Natomiast pojmanie wodza goblinów, może usunąć nam część problemów z pozostałych poziomów, chociaż podejrzewam, że im głębiej tym mniej goblinów będzie. - westchnęła - Więc, podsumowując. Viktor wraz z Ihaili i dwoma strażnikami ruszy uratować więźniów. W tym czasie Kaylie i Inarion wprowadzą chaos w siły goblinów, zmuszając ich, aby wybiegli wprost na resztę naszych sił. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pomysły?
                                Gnom trzymał się swojej roli kronikarza i się nie odzywał.
                              • Tylko proszę… - Khal rozmasowywał nasadę nosa, jak w migrenie - Kogoś skradnego…
                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #61

                                Kapłan dostał jako wsparcie Ihaili.

                                [Media]https://i.imgur.com/8ijyqCb.png[/media]

                                I dwóch lekko uzbrojonych zwiadowców. Halfinka cicho prowadziła grupę w środku której znajdował się Viktor. Zaledwie trzydzieści metrów od głównego wejścia znaleźli pomieszczenie z więźniami.

                                [media]https://i.imgur.com/BBddOBs.png[/media]

                                Ściany były wypełnione klatkami na zwierzęta rozmiarów psów, a obecnie rezydowali w nich ludzie i inne rasy, kuląc się w bardzo niewygodnych pozycjach. Wszyscy wyglądali na brudnych, głodnych i przerażonych.
                                Ihaili uniosła dłoń, aby zatrzymać pochód i wskazała na miejsce po przeciwnej stronie wejścia. Gdzie obecnie trzy gobliny siedziały, chociaż dwa z nich były pogrążone we śnie, a trzeci właśnie uraczał się jakąś paskudną imitacją alkoholu.

                                Viktor cofnął ekipę kilka metrów i wyjaśnił plan. Nie był skomplikowany…
                                Kilka chwil potem wychylił się nieco zza rogu, gdy jego oczy błyszczały nieco purpurowo, ale nie dostrzegały żadnej niespodziewanej magii. Wyczekiwał spokojnie momentu gdy siedzący bokiem goblin zaprezentował swoją potylicę na krótki moment. To był jego sygnał do startu… Zupełnie bezgłośnie doszedł do goblina, który ostatnim co zobaczył było mignięcie młota bojowego. Pozostałe dwa padły martwe zaraz za nim.
                                Wśród więźniów zrobiło się poruszenie. Część nie wierzyła co widzi, inni budzili śpiących by zobaczyli, komuś zbierało się by zawyć ze szczęścia i ulgi…

                                • Cisza… - warknął niewiele więcej niż szeptem Viktor - Rozumiem, że to emocjonalny moment dla nas wszystkich, ale potrzebuję abyście zachowali spokój. Jesteśmy tu po to aby was wszystkich wyciągnąć i zaraz to zrobimy…
                                  Gnom wszedł po wszystkim z kuszą w dłoni i ze swoimi zwierzakami za plecami. Przyjrzał się obojętnie martwym zielonoskórym… a potem przesunął spojrzenie po klatkach. Można było sądzić, że szukał kogoś konkretnego.
                                  Jego ogar zaczął węszyć kierując się dalej w głąb pomieszczenia węsząc z potencjalnym zagrożeniem. Etrigan zaś czuwał przy swoim panu starając się wyglądać jak najmniej przerażająco.
                                  Podszedł do pierwszej brzegu klatki i sam sobie kiwnął głową widząc kłódkę której rozbicie byłby by zbyt głośne jak na jego preferencje
                                • Pilnujcie perymetru! - polecił strażnikom - nie chcemy niespodzianek.
                                • Ktoś wie czy strażnicy mieli klucze? - zapytał porwanych i ucieszył się, gdy nim zdążył zacząć grzebać w kieszeniach martwych goblinów Etrigan podrfunął do jednej z klatek i za pomocą papierowego szponu u swojej łapy zaczął grzebać w jednej z kłódek.
                                  Po kilku chwilach klatki zaczęły się otwierać, a więźniowie powoli i nieśmiale zaczęli wychodzić lub wypadać ze swoich cel. Patrzyli z dziwną mieszanką przerażenia i nadzieji, ale nikt się nie odzywał tylko wyczekiwał komend.
                                • Ihali moja droga… jak sądzisz? Jeden członek naszej małej drużynki wystarczy by wyprowadzić ich bezpiecznie na zewnątrz?- zapytał uprzejmie gnom, podczas gdy po wykonaniu zadania.. papierowy ptaszor podfrunął do Bajarz oczekując nagrody zapewne. W tym przypadku pogłaskania po łbie, co zresztą otrzymał.
                                • Wyglądają na chętnych. - przyznała haflinka, spojrzała na jednego z strażników - Wyprowadź ich. - zerknęła na najbliższego jeńca - Udajcię się proszę za nim. - ciągle przestraszeni, ale trochę pewniej jeńcy ruszyli za strażnikiem. Haflinka spojrzała na dwóch Azazelitów - Co teraz?
                                  Bajarz spojrzał wraz z nią na kapłana oczekując od niego decyzji.
                                • Teraz robimy dokładnie tak jak planowaliśmy - Odpowiedział Viktor - Wyprowadzamy ich. Razem. Kryję z Edwinem front, Ihaili, proszę strzeż ariergardy z Baltizarem. Malcolm, ty idź w korowodzie i pomagaj gdyby narodziła się potrzeba. Akcja trwa.
                                  Spojrzał tylko, wyczekując czy jakiegoś protestu nie uświadczy, ale nie spodziewał się i jego oczekiwania zostały spełnione. Zdjął kaptur i ruszył wzdłuż grupy uwolnionych, wypatrując wśród nich tych w najgorszym stanie… dostrzegł kuśtykającego starca, ale… to nie było to czego szukał. Pomoc mu spadnie na ramiona Malcolma. Nie, nie… ten też nie… Ta!

                                Młoda kobieta, o ciemnych włosach zlepionych potem, trawiona była gorączką i z trudem sunęła, nawet podpierając się na ramieniu towarzyszki. Była młoda, śliczna i w potrzebie. Idealna dla symbolu.

                                • Pozwól, Skowroneczku… - Viktor wyrósł obok niej prawie jak duch, a jego głos i oczy przesiąknięte były niewątpliwą troską. Ujął dziewczynę i wziął ją na ręce, jakby nic nie ważyła. - Trzymasz się? - zapytał, naciskając palcami jej bark, by ściślej objęła jego kark. Gdy poczuł, że da ona radę powoli zwolnił własną rękę spod jej pleców i dobył młota, by iść uzbrojonym. Na wszelkie wypadek. I dobrze wyglądało.
                                • Dasz radę? - zapytał towarzyszki chorej dziewczyny.
                                  Coś szepnęła, ale głos odmówił posłuszeństwa i kiwnęła głową zamiast tego, a Viktor zwrócił jej gest. Ruszył żwawszym krokiem między ludźmi.
                                • Jeszcze tylko trochę - pocieszał ich i dodawał sił, przechodząc na front korowodu - Czterdzieści metrów i zobaczycie niebo. Tylko po cichu, proszę was. Na ulgę, radość i łzy jeszcze przyjdzie moment…

                                Dotarł do przodu i wyrwał bardziej w przód, by na rozwidleniu korytarzy spojrzeć czy żaden przypadkowy goblin się nie napatoczy by alarm wszcząć, ale były one puste. Cofnął się do sunącego korowodu gdzie kazał Edwinowi stanąć na czatach na rozwidleniu, gdy do niego dotrą. Znów ruszył wzdłuż pochodu, tym razem w stronę tyłów, wypatrując tych którym sił zaczynało brakować. Nie szczędząc słów pokrzepienia i wizjami ciepła wieczornego słońca na twarzach odnawiając werwę umęczonych duszy.

                                Czekający przed jaskinią w pierwszej chwili dostrzegli ruch. Strażnicy na czujkach cofnęli się i dali znaki, że nadchodzą. W światło pierwszy wyszedł szereg ludzkich wraków. Brudnych, wychudłych i mrużących oczy, ale mimo to wpatrujących się prosto w niebo, choć jego jasnośc wyciskała im łzy z oczu. Viktor wyszedł spomiędzy nich, niosąc w rękach dziewczynę. Szedł bokiem, całą uwagą skupiony na uwolnionych ludziach. Chyba coś ciągle mówił, zachęcającymi gestami młota wskazywał drogę. Szedł chwilę tyłem, tylko kątem oka spoglądając, co kilka kroków, na podłoże za sobą. Na ostatnich metrach odwrócił się do podekscytowanych strażników i obdarzył ich pełnym ulgi uśmiechem. Złapał znaczący kontakt wzrokowy z jednym szeregowym. Był młody, miał rude włosy i wąs, ale w oczach radość mieszaną z determinacją. Zrozumiał. Wystąpił w przód i przejął od Viktora dziewczynę.

                                • Sophie ma gorączkę i praktycznie ich nie karmili. Daj jej pić, owiń kocem i daj jednego suchara. Jednego - powtórzył z naciskiem. - Żadnych dodatków, bo się jej żołądek wywinie.

                                Pozwolił swoim barkom opaść, gdy spuszczał powietrze, odprowadzając wzrokiem parkę, przed którą wściekły i uradowany tłum się rozstępował. Spojrzał wreszcie na Filię.

                                • Wszystkich mamy. Możemy zaczynać.
                                  Kilku strażników zaczęło odprowadzać pojmanych dalej do karawany gdzie czekał na nich kapłan Sarenrea. Filia spojrzała na Kaylie i Inariona.
                                • Wasza kolej. Pokażcie co potraficie.
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #62

                                  Kaylie skrzywiła się pod maską widząc przedstawienie Khala. Powinien zostać aktorem w objazdowym teatrzyku. Machnęła ręką na elfiego maga, by odezwać się do niego jak był już blisko.

                                  • Mam szalony plan. Chodźmy, wytłumaczę po drodze. - stwierdziła i ruszyła przed siebie.

                                  Kilka minut później.
                                  Pierwsza ze strażnic wypełniona była goblinskim gadaniem o goblinskich sprawach. Najwyraźniej żadne z nich nie brało swojego zadania na poważnie. Dysputy umilkły gdy usłyszeli dźwięk nadchodzących kroków, zielonoskóre przykurcze sięgnęły po prymitywne włócznie, noże i toporki. W końcu do pomieszczenia wkroczyła postać odziana w bogatą jak na ich oczy szatę i tajemniczą maskę. Gobliny patrzyły uważnie na nowoprzybyłą postać, chyba nie wiedząc co zrobić.
                                  Kaylie okryta była półprzezroczystą energią niczym zbroją. Trzymała miecz w dłoni, ale było ostrze skierowane w ziemię. Gobliny nie mogły zobaczyć wyrazu twarzy osoby, ale po tonie głosu mogły zrozumieć, że kobieta jest rozdrażniona.

                                  • IDIOCI! - uniosła głos wskazując mieczem na tunel, z jakiego wyszła - ZGUBILIŚCIE BESTIĘ?! GDZIE WASZ SZEF?!
                                    W tym momencie po korytarzu przeszedł ryk bestii, jaką ostatnio ubili.
                                    Oczy goblinów rozszerzyły się, zaczęły coś krzyczeć do siebie po swojemu, kilka z nich wybiegło w głąb kopalni, skąd magini usłyszała kolejne krzyki. Po kilku sekundach z korytarza, którym wkroczyła Kaylie zaczął dochodzić dźwięk ciężkich kroków. Inarion postanowił dołożyć trochę własnej inicjatywy z tym oszustwem. Pozostałe gobliny zaczęły się trząść ze strachu, chyba zapominając kompletnie o kobiecie.
                                    Kaylie przechodziła zirytowana co jakiś czas kopiąc w kamyczki na ziemi.
                                  • Dać wam coś, a wy co? ZERO WDZIĘCZNOŚCI LENIWE MORDY! Pewnie jeszcze znowu bestia SPIERDOLI SAMOPAS NA ZEWNĄTRZ!
                                    Pozostałe trzy gobliny spojrzały na siebie, na korytarz do którego pobiegła reszta. Być może pchnięte strachem, desperacją lub czystym brakiem alternatyw pognały w kierunku Inariona wraz z waranami. Po chwili Kaylie usłyszała krótką inkantację, która poprzedziła trzy pióropusze ognia i przestraszone krzyki goblinów. Po kilku sekundach Inarion dołączył do Kaylie.
                                  • Przynajmniej to załatwione. Co chcesz zrobić teraz?
                                  • Więcej chaosu. Weź te ciała gdzieś zawlecz czy upchnij by na nie nie wpadli. Więcej zabawy czeka. Ładny ryk bestii. - powiedziała i tym razem sama wykonała sztuczkę z rykiem bestii, po czym sama pobiegła do drugiej strażnicy.
                                    Ta strażnica mieściła więcej goblinów, ale był tu też jeden z eksperymentów alchemika. Istota siedziała pod jedną ze ścian, wyglądała jak człowiek z wyolbrzymionymi kończynami, pomimo otwartych oczu Kaylie nie dostrzegała światła życia w nich. Jeżeli mutant żył, to jedynie pewnie reagował na bodźce. Ta grupa wyglądała na bardziej doświadczoną, na udawany ryk bestii jedynie przybrali szyk obronny. Jeden z nich jeżdżący na waranie spojrzał na Kaylie.
                                  • Kto ty?
                                  • A jak sądzisz? - prychnęła tym razem nie podnosząc głosu jak na te większe przygłupy - Gdzie jest wasz szef? Ile jeszcze mam czekać?!
                                    Goblin wciągnął kilka razy powietrze nosem.
                                  • Nie pachniesz jaskiniami…
                                  • Oczywiście, że nie. - prychnęła przerywając słowa goblinowi nim dojdzie dalej do problematycznych pytań - Bo ja się MYJĘ! To gdzie jest szef do cholery?! Nie mam na to czasu!

                                  Viktor stał patrząc w paszczę jaskini zastygły jak gargulec. Z początku, gdy Kaylie znikła w ciemność był odrobinę… niespokojny, ale wciąż się uśmiechał i był obecny. Obserwował co się dzieje, był gotów słowem wesprzeć kogoś kto potrzebował (choć nie więcej, bo chciał być gotowy na moment gdy plan Kaylie nabierze obrotów).

                                  Teraz… po jednym ryku, jakichś krzykach i po drugim ryku a potem stu ośmiu sekundach nic się wciąż nie działo. Goblińska panika niosła się echem, ale miały one wybiegać im pod noże a jeszcze przed nimi biec Kaylie z Inarionem. Siłą, raz po raz, rozluźniał pięść ściskaną na młocie. Zaciskał zęby i czekał, gdy umysł wyszkolony na dwóch dekadach wymyślania scenariuszy został spuszczony ze smyczy. I było zbyt wiele złych opcji… od początku nie podobał mu się ten plan…

                                  Gnom tymczasem usiadł opierając się plecami o leżącego Jogmetha. Ogar odpoczywał węsząc od czasu do czasu, potulnie służąc swojemu panu. W przeciwieństwie do niego Etrigan kręcił się niecierpliwie strosząc papierowe kartki będące jego piórami, a może nawet ciałem.
                                  Baltizar zabrał się za zapisywanie coś w notatniku, od czasu do czasu zerkając na otoczenie. Zapewne notował to czego był świadkiem i to co miało być częścią jego opowieści. Od czasu do czasu zerkał w stronę uwolnionych licząc, że dostrzeże kogoś w szatach kultu Shelyn.
                                  Niestety wszyscy jeńcy byli ubrani w te same łachy, jeżeli w ogóle. Nikt nie przykuwał wyjątkowo uwagi.


                                  Gobliny ciągle patrzyły na Kaylie, wyczekiwały jednak pojawienia się bestii. Kiedy ta się jednak nie zjawiała szef tej strażnicy trochę się uspokoił.

                                  • Jesteś od alchemika? Jakie jest hasło?
                                    Nie oczekiwała takich wysublimowanych problemów ze strony goblinów. Wiedziała, że w tym momencie zaczynają się naprawdę problemy. Wiedziała, że nie posiada zdolności do manipulowania innymi jak Khal. To co jej zostało było balansowaniem na linie.
                                  • A od kogo innego? - parsknęła - Zobaczyłam jak bestyjka lata sama po okolicy, a jeżeli bardziej będzie zwracać jeśli siebie uwagę to jeszcze zwalą się tu inni. Wątpię, by alchemik był zadowolony z was jeżeli na głowę sprowadzicie mu batalion wojskowy. - wysyczała przez zęby.
                                    Jeden goblin uniósł łuk, celując w Kaylie. Przywódca powtórzył.
                                  • Jakie. Jest. Hasło?
                                    Kaylie czuła jak jej serce zabiło mocniej w nagłym stresie. Cholera by to... Nie da rady grać jak aktor.
                                    Postawiła nogę w tył.
                                    Kaylie usłyszała dźwięk spuszczanej cięciwy, ale nie podążył za nim ból. Strzała odbiła się niegroźnie od ściany za nią. Kilka goblinów zaczęło śmiać się z łucznika, który nie był w stanie trafić w nieruchomy cel.
                                    Ten moment rozluźnienia wydawał jej się ostatnim w jakim mogła jeszcze uciec. Postarała się wymierzyć jak najlepiej było to w sytuacji i wykonać kolejny krok do tyłu patrząc przez ramię w stronę tunelu z jakiego przyszła. Bardzo krótkie i szybkie błyśnięcie magii jaka rozdarła przestrzeń poprzedziło zniknięcie jej osoby w tym miejscu i pojawienie się dopiero jak najgłębiej mogła widzieć w linii wzroku tunel.
                                    Gobliny zamrugały kilka razy widząc zniknięcie i ponowne pojawienie się magini. Po chwili przywódca strażnicy wydał z siebie okrzyk bojowy i gobliny ruszyły ku Kaylie. Ta poczuła jak magia przepływa przez nią, poczuła się lżej i szybciej.
                                  • Wiej! - jedynie usłyszała Inariona nim ten zaczął uciekać, szybko nawet jak na elfa, z różdżką w ręce.
                                    Kaylie nie trzeba było powtarzać, choć śmiech wydobywał jej się spod maski, gdy uciekała w stronę wyjścia.

                                  Kilka chwil później obaj magowie wybiegli przez główne wyjście kopalni.

                                  • Gonią nas! - zawołał Inarion. Kaylie natomiast zderzyła się z Viktorem, który był już dwadzieścia sekund po swoim “Pieprzę to. Wchodzę!” i już wbiegał sam do jaskini pełnej goblinów. Syknął gdy się zderzyli, ale nie potrzebował wcale czasu by zrozumieć co się działo. Chwycił Kaylie za rękę i ruszył pędem z powrotem, do swoich.
                                  • KUSZE! - strażnicy jak jeden mąż unieśli swoje bronie celując w wyjście. Kiedy wybiegły gobliny bełty poleciały prosto w ich zbiorowisko, natychmiast powalając połowę z nich - ATAK!. - nawet minuta nie minęła, a wszystkie gobliny i ich zwierzaki leżały martwe na ziemi. Strażnicy odetchnęli, ale przyjęli obronne pozycje. W międzyczasie Filia podeszła do Kaylie, która zauważyła, że z goblinami nie wyszedł mutant.
                                  • Która część planu wam umknęła? - w głosie komendant był w równej mierze gniew i zatroskanie - Udajecie, że wraca bestia, straszycie gobliny, uciekacie. To nie brzmiało, jakbyście zrozumieli wszystkie kroki.
                                  • To chyba nie na to moment. Ważne, że są cali - wtrącił Viktor, spoglądając w głąb jaskini - Każda sekunda to sekunda kiedy się organizują. Powinniśmy natychmiast ruszać. Dociekanie co i kiedy poszło nie tak zostawmy na potem…
                                  • Dokładnie. - poparła Kaylie niepokojąco zadowolonym głosem - Te dwie strażnice oczyszczone. W drugiej jakiś mutant tylko został. Nie trzeba dziękować. - na koniec z jej głosu dało się wywnioskować, iż teraz musi uśmiechać się wrednie od ucha do ucha.
                                    Filia jedynie westchnęła.
                                  • Tarcze na przód! - strażnicy nawet nie spoglądając wykonali polecenie, tworząc ścianę z tarcz przed głównym pochodem. Filia stanęła tuż za nimi.
                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #63

                                    Powoli zaczęli wlewać się do jaskini i przemieszczać do największej jaskini z windą.
                                    W której czekała na nich reszta goblinów, wraz z wybudzonym mutantem, jak i wodzem, który siedział na olbrzymim pająku.

                                    • Sprytni złodzieje. Sprytni. Osłabić gobliny i dobić resztę. Bardzo sprytni. Teraz spryt nie wystarczy. Uciekać z moja jaskinia, albo my zjeść was wszyscy! - Filia uniosła brew na Viktora.
                                    • Chcesz się znowu pobawić w mojego szamana?
                                      Khal spojrzał na nieruchomy mechanizm windy. Nie wyglądało jakby minuta czy dwie miały ich coś kosztować.
                                    • Czemu by nie. Ale na cuda nie licz…

                                    Szaman odkaszlnął i wyszedł przed szereg. Szybko rozważał, w którym kierunku powinien skierować negocjacje.

                                    • Jestem VIK-TOR. GOOD-MANN! - zawołał do goblinów, a wszystko w jego postawie i tonie głosu kazało wierzyć, że to imię lepiej zapamiętać - Szaman wodza Blackfyre. - Viktor i Kaylie zauważyli delikatny ruch u wodza goblinów na słowo "Blackfyre". Jakby delikatne zmartwienie - I jestem waszą jedyną szansą na przeżycie! Jest nas więcej, jesteśmy silniejsi i wiemy precyzyjnie ilu was tu jest i gdzie jesteście. Ale nie po was tu przyszliśmy i to jest wasza jedyna droga co nie prowadzi do bolesnej śmierci. Złóżcie broń. Opowiedzcie o Mistrzu Soczków. Potem dam wam odejść, bo szkoda mi wysiłku na wymordowanie was!
                                      Głos Viktora był potężny, wyćwiczony latami na salach i aulach, a do tego szybko wyczuł jak korzystać z lokalnej akustyki by jeszcze ją wykorzystać dla lepszego efektu.
                                      Wszystkie gobliny zaczęły uważnie przyglądać się swoim oponentom. Ich dobrym zbrojom, ostrej broni, rozłożeniu… po chwili salę wypełniał szmer rozmów pod nosem, gdy Viktor ostentacyjnie oglądał swoje paznokcie w niezadowoleniu. Wódz goblinów warknął na zgromadzenie i wszystkie gobliny umilkły.
                                    • Alchemik ma dużo potworów jak ten. - wskazał na mutanta, który wydawał się być nieobecny - Wasze liczby nic nie znaczą. - Viktor zauważył, że dykcja goblina się zmieniła. Czyżby udawał do tej pory zwykłego tępego zielonoskórego - Sądzisz, że dacie mu radę?
                                    • Meh… - wzruszył ramionami, jakby w zawodzie - Po drodze tu zabiliśmy większego i bardziej ruchawego. Więcej śmiechu z nim było niż wysiłku… - jadowity uśmiech podkreślił słowa Viktora. - Jesteśmy przygotowani. Wiemy na co się rzucamy. Nie myślisz chyba, że przypadkiem znaleźliśmy to miejsce, co?
                                    • Nie… - odparł goblin, w jego głosie było słychać gniew - Zostawicie nas w spokoju, jeżeli was nie zatrzymamy?
                                    • Jesteście jedną z wielu band goblinów na tych ziemiach. My jesteśmy tutaj po jedynego i wyjątkowego Mistrza Soczków. Ale… musimy mieć pewność, że nie zaatakujecie nas od tyłu. Twoi ludzie zostawią broń, wodzu. Ty swoją możesz zachować i powiedzmy dwóch twoich najbliższych ochroniarzy. Cała reszta odchodzi bezbronna. I wciąż oczekujemy, od ciebie, wiedzy o niższych poziomach. A… i opowiedzenie nam o nim jak najwięcej jest w waszym interesie… w końcu jakby nam się nie udało… - teoretyzował Viktor, jakby niezobowiązująco - To mógłby on mieć do was personalne pretensje, że nas przepuściliście… więc najlepiej dla ciebie aby nie przeżył on dzisiejszego dnia.
                                      Goblin kiwnął głową, wydał polecenie reszcie goblinów, które zaczęły rzucać broń na ziemię. Dwa z nich złapały mutanta za ręce i zaczęły odciągać spowrotem do strażnicy.
                                    • Przybył tu wiele zim temu. - zaczął wódz - Będzie z trzydzieści. Nie byłem wtedy wodzem, ale poprzedni mi opowiedział o nim. Zaoferował plemieniu siłę i potęgę w zamian za ochronę. Nikt nie odważał się schodzić niżej, mnie zabrał kilka razy, zmienił, abym był lepszym wodzem. - goblin skrzywił się delikatnie na to wspomnienie - Ból był wielki, ale warto było.
                                    • Widać po tobie - przytaknął Viktor, z ciepłym uznaniem w głosie - po sposobie w jaki mówisz i zdolności do adaptacji, gdy sytuacja się zmienia. Może po wszystkim będziecie mogli tu jeszcze wrócić, jeśli nie znajdziemy sposobu aby to wszystko zawalić na koniec. Trzymajcie się może wtedy lepiej z dala od rozboju na ludziach z Evercrest. Wiesz… znamy już to miejsce. Jeszcze nim się rozejdziemy… jak masz na imię? Chcę zapamiętać wodza goblinów, co potrafił być rozsądnym…
                                    • Spug Durbuluk! - goblin trochę nadął pierś wymawiając swoje imię - Winda zaprowadzi was na niższy poziom, ale nie na najniższy. Alchemik upewnił się, że tędy droga do jego laboratorium nie będzie łatwa. Nie znam innej. - goblin kopnął pająka, który opornie się obrócił i zaczął ruszać wgłąb jaskini - A teraz won! Załatwcie co musicie i zostawcie nas w spokoju!
                                    • TERAZ! - głos Filii rozbrzmiał w sali i salwa bełtów oraz zaklęć poleciała w kierunku goblinów. Viktor obserwował to w bezruchu i bez cienia zdziwienia gdy jego plan odbywał się precyzyjnie jak oczekiwał… Ale on sam ręki do tego nie przyłożył, więc układ “ja dam wam odejść” został uszanowany… Spug na przyszłość powinien rozważyć pomoc adwokacką przy zawieraniu umów…

                                    Było po wszystkim w przeciągu sekund. Komendant odetchnęła i zaczęła wydawać polecenia, aby przygotować windę.
                                    Viktor chodził między ciałami. Nie dobijał rannych, jak kilku strażników, ale szukał wodza. Bydlak znał nazwisko Blackfyre. Zamierzał zadać mu kilka pytań na ten temat…
                                    Kaylie opierała się o ścianę wciąż z siebie zadowolona.

                                    • Poszło gładko. - odezwała się bez grama zmartwienia, gdy Khal przechodził obok szukając ciała wodza, ale ten nawet nie bardzo zareagował. Nie mogła mieć wątpliwości, że ją słyszał, ale postanowił udać, że wcale nie… bo może nie widział jej twarzy, gdy Filia pytała “co poszło nie tak” przed jaskinią, ale słyszał zadrżenie jej głosu. Ociupnkę zbyt szybkie, zbyt nerwowe potwierdzenie, że “to nie moment na to” gdy tylko dał jej pretekst.
                                      Mógł się mylić, sam przed sobą to przyznawał… ale wątpił w to i jakby odpowiedział jak miał ochotę to nie byłaby to przyjemna rozmowa i nie było teraz czasu na konflikty między nimi.
                                      Arkanistka spojrzała za nim z tym okropnym uściskiem żalu w sercu. Nie rozumiała... Czemu on ją tak ignorował? I to tak ostentacyjnie?
                                    • Nikt z naszych do tego nie ucierpiał. - wymusiła na sobie bardziej radosny głos, choć ucisk w gardle nie odchodził, gdy sama jakby bez zauważenia problemu szła powoli za Khalem.
                                      Viktor odwrócił się na pięcie i z jego ćwierć krokiem nagle Kaylie była o trzy cale od jego twarzy. I widziała, że jest zły.
                                    • Dziewczę drogie… - zaczął warkotem ledwie głośniejszym niż szpet - powiedz mi, że się mylę i moja teza, że UMYŚLNIE zignorowałaś ustalony plan i podjęłaś NIEPOTRZEBNIE drastyczne ryzyko, z powodów które mogę jedynie z fusów wróżyć, jest totalnie i absolutnie śmieszna i niedorzeczna…
                                    • Ja tylko ulepszyłam plan... - zaczęła głosem jaki chciała by wydawał się radosny, ale raczej było w nim trochę nerwowości i może... Rozbawienia? - Oraz był bardziej zabawny w wykonaniu.
                                      Milion emocji przepłynęła przez twarz Khala i wymieszały w jeden, nieokiełznany wir. Wściekłość, niedowierzanie, zawód i wiele, wiele innych których nazwanie, nawet dla niego w najlepszych warunkach, byłoby trudne. Nie do końca zdecydował o tym, ale szarpnął jej nadgarstek przyciągając ją do siebie.
                                    • Dziewczę drogie! - Warkot w jej uchu nie był najmroczniejszy jaki Kaylie słyszała w jego wykonaniu, ale był najgniewniejszy. Najagresywniejszy. Coś zaczął dalej mówić, ale… powstrzymał się. Odzyskał kontrolę. To nie był na to czas. To nie było na to miejsce. To nie był na to stan.

                                    W momencie, gdy Khal brutalnie ścisnął nadgarstek kobiety i wywarczał słowa do jej ucha ta nagle cała się spięła i skuliła w strachu.
                                    Strachu nie pozwalającym nawet próbować wyrwać się z uścisku, ale po krótkim momencie sam ją puścił i odstąpił krok w tył, z kamiennym wyrazem twarzy. Tylko w oczach wciąż płonęła mu wściekłość.
                                    Jakiekolwiek słowa dalej zostały wypowiedziane nie było pewności czy ona je usłyszała. Była ogarnięta strachem co ją paraliżował i sprawił, że zaczęła się hiperwentylować. Spojrzała w stronę gdzie była Filia i inni strażnicy, aby powoli sunąć po ścianie uciec w jej stronę, niby chcąc uwolnić się od zagrożenia.

                                    Viktor… nie dokończył słów których Kaylie i tak nie słyszała. Gniew wymieszał się z czymś innym, czego chwilowo nazwać nie potrafił i… nie miał na to sił. Nie teraz. Nie dziś. Nie gdy wciąż nie wiedział czy Fistaszek w ogóle wróci. Stłumił w gardle wściekły ryk i odwrócił się na pięcie, by jej nawet nie widzieć. Skupić się na celu. Na następnym kroku. Pojedynczym tip-topku planu, póki nie odzyska równowagi aby dalej móc udawać przed wszystkimi, że u niego wszystko jest w porządku.
                                    Znaleźć. Ciało. Wodza…
                                    Nie było trudno. Wódz leżał obok swojego wierzchowca. Bełt sterczał z jego gardła, obraz zaskoczenia zastygły na jego twarzy.
                                    Viktor uśmiechnął się okrutnie. Znał ten wyraz twarzy, choć zwykle z bardziej cywilizowanych okoliczności… co w żadnym wypadku nie oznacza “mniej parszywych”. Wzniósł go za kark, w ręce wyciągniętej daleko od siebie, by nie usyfić się truchłem. Wyszedł z sali, rzucając tylko oficerowi, że zaraz wraca jakby kto pytał o niego.

                                    Strażnicy powoli zaczęli wchodzić na windę, była dostatecznie obszerna, aby pomieścić połowę z nich na raz. Filia postanowiła posłać najciężej uzbrojonych najpierw w towarzystwie kapłana Abadara. Zerknęła na Kaylie kiedy ta do niej dopadła.

                                    • Przepraszam, nie powinnam na ciebie się unosić. - komendant westchnęła - Jak rzeczy idą nie tak jak zaplanowałam, boję się nieprzewidzianych konsekwencji. - przyjrzała się dokładnie drżącej kobiecie - Hej, hej… co się stało?
                                      Kaylie wzięła głęboki oddech.
                                    • Nic, nic... - założyła ręce wokół talii, aby w ten sposób ukryć ich drżenie - Postanowiłam trochę... Ulepszyć plan... Nie wiedziałam czy na pewno zadziała, ale uznałam, że jest większa szansa na sukces niż porażkę. Prawie nie zostały użyte zasoby magiczne, a do tego zupełnie nikt nie ucierpiał.
                                    • Nie licząc goblinów. - zauważyła Filia z uśmiechem - Rozumiem, ale… postaraj się unikać takich sytuacji od teraz. Tam na dole już nie wiemy co nas czeka.
                                    • I tak nie planowałam poniżej stosować tych samych taktyk. Wiem, że wychodzenie w sam środek do wroga nie jest pozbawione ryzyka, ale chyba się opłacało, prawda?
                                    • Tym razem tak. - przyznała komendant - Chociaż Viktor był gotów wbiec tam za tobą, kiedy akurat wychodziłaś. Miej na uwadzę, że ten kretyn jest gotów wskoczyć za tobą w ogień.
                                    • Nie przesadzasz? - spojrzała na ziemię.
                                    • Może odrobinę, ale fakt pozostaje, że twoje życie ma dla niego więcej wagi niż jego własne. Co jak na Cheliaxianina musi chyba coś oznaczać.

                                    Gnom ze swoimi zwierzaczkami ustawił się grzecznie w kolejce do windy. Baltizar wiedział że pewnie uda się tam jako ostatni, ale tym się akurat nie przejmował. Spojrzał na Etrigana wiercącego się niecierpliwie. Skinął głową.
                                    Papierowy konstrukt rozłożył skrzydła i pofrunął w dół… unosząc się tuż nad windą.

                                    Khal wrócił z obozu, po zostawieniu truchła lidera goblinów i potwierdzeniu, że wszystko tam jest w należytym porządku. Winda miała potrzebować dwóch kursów by przewieźć iii… jeden kurs właśnie zjeżdżał. W porządku… to kończyło rozważania “do którego powinienem dołączyć?”. Drobny spacer pozwolił mu pozbierać myśli i znów był wesołym Viktorem, gdy zbierał klepnięcia w ramię i dobre słowa, za tak drastyczne ułatwienie walki z goblinami. Zaskoczone, bez broni były jak kaczki do odstrzału. Bez tej przewagi… z tą ich ilością przelana została by krew. Odpowiadał z uśmiechem, zręcznie odbijając podziękowania na współrozmówców aby wyglądało to jak szczera skromność i chęć dzielenia się chwałą z nimi wszystkimi… ale nie był na tyle przekonujący aby ktoś rzeczywiście uwierzył gdy mówił “nie zrobiłem nic wielkiego”...

                                    Wszedł w końcu na platformę windy. Wesoły. Szczęśliwy, razem ze strażnikami wokół niego. Wszyscy pewni, że wyprawa nie może się nie udać, ale widać było, że pod śmiechem i dokazywaniem wszyscy rozumieli, że najgorsze przed nimi.

                                    Rozstawienie było dość metodyczne. Pozostali członkowie sił straży rozmieścili się po zewnętrznych krańcach windy z Filią na środku. Komendant zerknęła na gnoma.

                                    • Obawiam się, że nie będzie miejsca dla pana, mistrzu Harpeness i pańskiej świty. Poślemy windę w górę jak tylko z niej zejdziemy.
                                    • To zrozumiałe. Nie zamierzam się spierać w tej sprawie.- zgodził się z nią Bajarz, po czym wskazała na swojego ochroniarza. - Aczkolwiek on… nie potrzebuje windy.-
                                    • Jednak twoi najemnicy i ty potrzebujecie. - przypomniała Filia - Proszę się nie martwić, nie ruszymy bez was.
                                    • Jak już wspomniałem, nie widzę w tym żadnego problemu. Cierpliwie poczekam.- odparł z uśmiechem gnom pocierając dłonią brodę. - Nie spieszy mi się.-
                                      Stojąca obok Filii arkanistka dostrzegła Khala... I wręcz panicznie odwróciła wzrok starając się zrobić mniejsza w tej przestrzeni. Pocierała spód dłoni palcami próbując sobie tak dodać otuchy i zakryć delikatne drżenie rąk. Viktor dostrzegłby jej strach, gdyby spojrzał w jej kierunku, ale… unikał tego. Nie dużo inaczej niż ona unikała patrzenia na niego. Nie chciał naruszać ledwie odzyskanej równowagi.

                                    Po kilku chwilach drugiej grupie ukazał się kolejny poziom kopalni. Przynajmniej pomieszczenie pod tym, z którego zjeżdżali. Wyglądało dokładnie tak samo jak to wyżej, chociaż miało sześć tuneli rozchodzących się od centralnego pomieszczenia.
                                    Pierwsza grupa strażników stała zwarta oczekując poleceń od przełożonej.
                                    Filia podeszła do Daviona. W między czasie winda zdążyła wrócić na górę i sprowadzić Baltizara i resztę.

                                    • I jak? - kapłan pokręcił głową.

                                    • Cicho. Za cicho, jak w lesie kiedy kroczy drapieżca. - Davion zerknął na rozchodzące się tunele - Magia chroniąca to miejsce przed wykryciem nie pozwala mi chociażby wysnuć potencjalnego kierunku. Obawiam się, że będziemy musieli się rozdzielić.

                                    • Tego się obawiałam. - Filia westchnęła i wróciła do zgromadzonych - Idziemy na ślepo. Rozdzielamy się na trzy zespoły. Panie Harpeness, weźmie pan swoich najemników i oddział moich chłopców. Wybierzcie tunel i przeszukajcie go. Jeżeli znajdziecie zejście na dół wróćcie tutaj i oczekujcie naszego powrotu. - zerknęła na Viktora - Goodmann, ty i Kaylie, plus ja i Davion i jeden oddział. Pasuje?

                                    • Hmm…- zamyślił się gnom, sięgnął po talię kart. Wyciągnął jakąś, przyjrzał się jej, schował do talii, schował karty i wskazał jeden z tuneli, ten najbardziej na prawo.- Idziemy tym.-

                                    Viktor myślał chwilę, marszcząc brwi nie do końca zadowolony. Podszedł bliżej Filii tak blisko, jak zgrabnie się dało, aby możliwie niewielu słyszało jego wątpliwości co do jej planu. Nie chciał podważać jej autorytetu wśród ludzi.

                                    • A coś nam broni zacząć od głębokiego zwiadu, jak piętro wyżej? - zapytał, ale w jego głosie nie było śladu wyzwania, czy jakiegoś zarzutu. Jedynie chęć zrozumienia.
                                      Kaylie chciała się odezwać, ale nie wystarczyło jej na to odwagi więc milczała wpatrzona w ziemię.
                                    • Marnowanie czasu. - zaczęła Filia - Pamiętasz, że przebadanie wyższego poziomu zajęło jej godzinę? Kto wie jak duży jest ten i ile jej to zajmie. Do tego nie chce zużywać jej zdolności wyłącznie na zwiad.
                                      Viktor musiał teraz… nie unikać patrzenia na Kaylie, bo zbyt ostentacyjnie by to wyglądało… i serce mu ściskało gdy widział ją taką… zmalałą… odwrócił wzrok do Filii.
                                    • A zwiad nie jest najlepszym zastosowaniem jej zdolności? Zmiana w nietoperza to jedyna rzecz której nikt inny nie może zrobić… - pokręcił głową, ale był to gest odrzuconego pomysłu a nie jakiegokolwiek protestu. Nawet z głębi swej arogancji nie oskarżał się o bycie lepszym taktykiem niż Filia - Ty tu dowodzisz. Ale w mojej grupie, ja idę w awangardzie.
                                      Komendant kiwnęła głową.
                                    • Ihaili ty i dwa oddziały zostajecie tutaj. - po czym ruszyła ze swoją grupą w tunel przeciwległy do tego który wybrał gnom.
                                      Kaylie szła przy Filii ze wzrokiem wlepionym w grunt.

                                    Viktor strzepnął ramionami, przywdziewając się w kamuflujące barwy.

                                    • Trzymajcie się dziesięć metrów, bądź jeden zakręt za mną. Zależnie co bliższe.
                                      Poszedł przodem jak cień. Co kilkanaście metrów zwalniając, by spojrzeć na emanacje magiczne. Niestety dopiero po chwili Wiktor zauważył, że zaklęcie nie pokazuje mu absolutnie nic. Wygląda na to, że cała jaskinia jest osłonięta przed wszelką formą wieszczenia. Uśmiechnął się do siebie drwiąco… i spróbował ponownie. I jeszcze raz i jeszcze, po piątej próbie akceptując wniosek, że tej blokady nie da się łatwo przeforsować.
                                      W końcu dotarł do otwartego pomieszczenia. W środku zobaczył kilka martwych goblinów i malutkie ciałka zgniecione. Ścianę pomieszczenia "ozdabiały" pionowo stojące jajka. Trzy czarne owale wypuszczały z siebie delikatną mgiełkę.

                                    [media]https://i.imgur.com/7ec2rz2.png[/media]

                                    Viktor miał bardzo złe przeczucia. Cholerne jajka i martwe gobliny…

                                    • Jak na moje… ostrzelajmy “jaja” z odległości - zaproponował po wyjaśnieniu - Jeśli coś z nich wylezie to da nam to dystans na improwizację.
                                      Wciąż Arkanistka była wpatrzona w ziemię, gdy odezwała się cichym, trochę płochliwym głosem.
                                    • Może lepiej spróbować zniszczyć je wszystkie na raz?
                                      Khal odkaszlnął w pięść.
                                    • Tak. Salwa bełtów powinna sobie poradzić. Wątpię by były wytrzymałe, ale nie oglądałem ich z bliska…
                                    • Te jajka... Chyba nie są całe... Znaczy... Ta mgiełka... Ona... - zaczynała się plątać w słowach - I te martwe gobliny... - uniosła w końcu wzrok, ale jak natrafiła na spojrzenie Khala to ponownie szybko spuściła głowę jedynie szepcząc - Może się tym zajmę po prostu...
                                    • Nie puszczę cię znowu samej - odpowiedział Viktor, marszcząc brwi i starając się ignorować w jakim była stanie od kiedy ją… od kiedy warknął na nią. To nie było miejsce ani czas na rozwiązywanie tego problemu - ale JEŻELI uważasz, że masz sposób z jakiegoś powodu skuteczniejszy niż salwa z kusz… to chodźmy i tyle. JEST on lepszy niż salwa bełtów? - zapytał bez jakiegokolwiek nacisku, w jego głosie słychać było tylko zaufanie do jej opinii o którą właśnie pytał.
                                      Najwyraźniej Kaylie musiała to jakoś inaczej zrozumieć, bo zaczęła wyraźnie drżeć i ponownie się skuliła jakby obawiając ciosu.
                                    • Viktor! - syknęła Filia - Spójrz na nią, straszysz ją. - komendant spojrzała na zamaskowaną maginię - Jaki masz pomysł?
                                    • Magiczny wybuch z odległości... - wydusiła z siebie.
                                      Khal wycofał się krok w tył, z brwiami zmarszczonymi w zmartwieniu. Komendant miała rację…
                                      Filia się zastanowiła chwilę, ale pokręciła głową.
                                    • Dobry pomysł, ale nie wiemy czy te jaja są zagrożeniem i czy zaklęcie zadziała. - uśmiechnęła się do Kaylie - Zachowaj tą ognistą kulę na moment kiedy coś zacznie z nich wychodzić, dobrze?
                                      Kaylie pokiwała głową w milczeniu.
                                    • Dobrze więc, chłopcy wybierzcie jedno jajko i puśćcie w nie salwę. Zobaczymy czy zadziała i czy ktoś jest w domu. - strażnicy wymierzyli kusze w centralne jajo i puścili salwę, sześć bełtów odbiło się bez efektu od skorupy z dość cichym łupnięciem. Komendant strzeliła językiem w niezadowoleniu - Twardsze niż myślałam… może lepiej będzie je… - jajo delikatnie się poruszyło - … zostawić…
                                      W sekundę z jaja wystrzeliła bestia, rozwierając jajo niczym kwiat.

                                    [media]https://i.imgur.com/KA6bQNp.png[/media]

                                    Monstrum liczyło z dwa metry, składało się wyłącznie z mięśni, kolcy i szponów. Nie wydało z siebie żadnego ryku ani dźwięku, tylko od razu rzuciło do ataku na intruzów.
                                    Filia ruszyła się jako pierwsza wyciągając dłoń oskarżycielsko na bestię i ostrym głosem wypowiedziała.

                                    • PADNIJ! - i bestia momentalnie zaryła twarzą o ziemie leżąc bezradnie na ziemi.
                                      Skołowany strażnik bardziej odruchowo niż według jakiego planu wystrzelił w bestię, strzała trafiła, ale wydała się utknąć płytko, nie przebijając skóry istoty.
                                      Davion wypowiedział krótką modlitwę, wszyscy wokół poczuli dotyk i wsparcie Abadara.
                                    • Sędzia jest z nami!
                                      Kaylie rzuciła się do przodu mając na ustach słowa w smoczym, a w jednej dłoni dzierżąc swój miecz, jaki w jednej chwili przybrał trupio blady kolor. Ostrze zagłębiło się w bestii przecinając jej skórę niczym jedwab, nekrotyczna energia momentalnie wpłynęła w ciało bestii, która wydała z siebie wściekłe warknięcie.
                                      Dwóch kolejnych strażników pogoniło za Kaylie i starało się jej pomóc w dobiciu bestii. Niestety ich ciosy wydawały się jej nie ranić.
                                      Viktor zakręcił młotem wychodząc przed szereg i wybiegł w przód. Nie cieszył się zbliżając się do jaj, w których mogły być jeszcze dwa takie, ale jak Kaylie już doszła do zwarcia to nie zamierzał jej samej zostawiać.. Młot wgniótł się w pancerz istoty wyginając grubą skórę, kapłan usłyszał przyjemne chrupnięcie jednego z żeber i kolejne warknięcie bestii.
                                      Kolejny strażnik dołączył do znęcania się nad leżącą istotą, ale jak pozostali mógł sobie podarować. Bestia próbowała wyzwolić się z rozkazu komendant, niestety, albo stety wola Blackfyre była silniejsza. Komendant postanowiła nie podchodzić gotowa była na każdy ruch bestii, aby zadziałać odpowiednio. Kusznik wystrzelił ponownie, ale tym razem chybił, trafiając w ziemię obok bestii. Davion również postanowił zaczekać na dalsze losy ataku. Nie chciał podchodzić w zasięg potwora.
                                      Kaylie nie odchodziła tylko ponownie zaatakowała bestię swoim mieczem o ostrzu emanującym trupim blaskiem. Ponownie czarne ostrze zanurzyło się w bestii, a magia negatywnej energii wpłynęła do ciała wroga. Zauważalnie jej kończyny wydawały się chudnąć.
                                      Szczęście nie uśmiechnęło się do jednego ze strażników. Zamachując się na potwora jego ostrze zaryło o ścianę wypadając mu z dłoni. Drugi zdołał przebić pancerz bestii i utoczyć mu krwi.
                                      Będąc w lepszej pozycji do ataku Viktor kontynuował natarcie. Młot wznosił się i opadał z siłą jego woli a nie mięśni, a wola była niezłomna. Bestia natomiast zaczynała coraz słabiej reagować, jej oddech zaczął robić się płytszy. Kolejny strażnik zadał cios bestii niestety miecz nie był w stanie zagłębić się w grubej skórze.
                                      Potwór zdołał w końcu zwalczyć zaklęcie zmuszające go do przytulenia do ziemi. Dość mozolnie zaczęło podnosić się, otwierając się na ataki swoich oprawców. Być może pchnięci strachem, albo znużeniem tej nieuczciwej walki oprawcy potwora zadali jej ostatnie ciosy, który zwalił się na ziemię roztaczając kałużę ciemnej krwi.
                                      Filia odetchnęła.
                                    • Może nie próbujmy budzić reszty. Wątpię, aby tędy była droga w dół. Kto za tym, aby pójść innym tunelem?
                                      Walka zdała się otrzeźwić Kaylie, której wzrok zrobił się bardziej skupiony i nie było w nim niezrozumiałego przerażenia. Paradoksalnie.
                                    • Możemy obudzić resztę na raz. Wolę nie ryzykować, że ich osłonki pomogą im obronić się przed ogniem. Może znajdziemy tu jednak coś ciekawego. W tej walce nic się nie zdarzyło, to trzeba trochę emocji. Jak sądzicie? - jakiś ironiczny uśmieszek siedział z skryty za maską.
                                      Viktor zerknął tylko czy wszyscy są cali nim odpowiedział.
                                    • Jeśli ta walka nie obudziła dwóch rzekomych pozostałych-monstrów to przejście obok nie powinno obudzić… Ale nie mam nic przeciwko sprawdzeniu trzeciego tunelu przed potwierdzeniem tej tezy.
                                    • Wolałabym być ostrożna. - odparła Filia - Wróćmy do głównej sali i wybierzmy kolejny tunel. Może tam będzie coś bardziej emocjonalnego.
                                      Arkanistka spojrzała na Khala i pokręciła głową.
                                    • Niech i będzie. - odezwała się do Filii.
                                    • Dobrze. Ruszamy. - strażnicy ponownie przyjęli szyk, spoglądając z wdzięcznością na dwóch Azazelitów. Filia podeszła do kolejnego korytarza, wyglądał na dłuższy od poprzedniego, zerknęła na Viktora.
                                    • Znowu chcesz iść przodzem?
                                      Viktor kiwnął głową i ruszył jak poprzednio. Tylko swoim umiejętnościom ufał na tyle by nie lękać się głupiego wpadnięcia w zasadzkę. Nie przeszedł daleko gdy zauważył pierwszą pułapkę na swojej drodze. Niewielka żyłka wystawała ledwo kilka centymetrów nad grunt.

                                    Zatrzymał się i zawołał gestem aby reszta się zbliżyła.

                                    • Żyłka - wskazał precyzyjnie palcem - Niech nikt w nią nie wdepnie, bo ja tej pułapki rozbroić nie potrafię.
                                      Zostawił Filię by nadzorowała resztę, gdy sam ruszył przodem. Wolniej niż wcześniej… jak była jedna pułapka to może być ich więcej.
                                      Na szczęście żaden ze strażników nie stanął na żyłce. Kilka kroków dalej zobaczył kolejną żyłkę i kolejną i kolejną. Nie było opcji, że w końcu ktoś na nich nie stanie.
                                    • W porządku, zmiana planów! - zadecydował Viktor, wracając do grupy - Wracamy za pierwszą żyłkę. Daj mi ktoś linę, oczyszczę pułapki przed nami.
                                    • Oczyścisz JAK? - zapytała Filia.
                                    • Bardzo łatwo. Długa lina, obciążona węzłem i delikatne, wrażliwe żyłki… Z odległości je aktywuję. Nie wiemy co to jest, ale odległość da nam bezpieczeństwo.
                                    • Nie wiesz co pułapka ma spowodować... - odezwała się Kaylie tylko na moment unosząc wzrok na mężczyznę - Może aktywować prostą fizyczną pułapkę, może przywołać do nas potworki alchemika, a może wręcz być jedną z tych aktywujących magiczne efekty. Na pierwsze faktycznie powinno wystarczyć aktywować je wszystkie z daleka, ale reszta, szczególnie magiczna, może mieć nieoczekiwane konsekwencje i ich zasięg.
                                      Viktor przytaknął arkanistce.
                                    • Masz rację, Kruszyno… - jego głos był tak łagodny i troskliwy jak tylko był w stanie z siebie wydać. Nie chciał znów zobaczyć Kaylie kulącej się pod jego słowami..
                                      -...i to wszystko wiem. Przy czym potężny magiczny efekt z tak prymitywnym aktywatorem jest… mało wiarygodny. I jest ich tam dużo. Ale nie można tego wykluczyć… dlatego ja będę w odległości, a wy będziecie jeszcze dalej. Pewność, niestety, jest luksusem na który nas teraz nie stać.
                                      Kaylie niemo pokiwała głową.
                                      Viktor dostał linę i kazał się wycofać co najmniej za najbliższy zakręt, gdy sam zawiązywał węzeł dla obciążenia. Rozkręcił linę jak korbacz i na próbę zobaczył jak daleko potrafi nią miotnąć. Kiwnął sam sobie głową i zabrał się do dzieła.

                                    Przydeptał koniec liny, nadał węzłowi pędu i miotnął nim, a jeszcze gdy leciał przyklęknął zasłaniając się tarczą…
                                    Lina przeleciała kilka metrów trafiając w końcu w jedną z żyłek. Kapłan usłyszał delikatny syk i zauważył drobny ruch powietrza i kurzu przy podłodze.

                                    Viktor się skrzywił. Gaz to jedna z bardzo niewielu rodzajów pułapek co rzeczywiście była niewygodna przy tej metodzie… Sięgnął po pochodnię, szybko ja odpalił cofając się krok po kroku. Spojrzał, że reszta wciąż jest daleko za nim i gdy nafta już solidnie się zajęła wziął zamach i cisnął ją w gaz. Trzeba sprawdzić, prawda?
                                    Pochodnia poleciała w kierunku gazu i… nic.
                                    Palący się patyk wylądował na ziemi bez efektu.

                                    • A mogłem przygotować kilka prostych przywołań…
                                      Viktor wziął kilka głębszych wdechów, przecierając oczy aby je sobie podrażnić… na końcu wziął najgłębszy wdech i zatrzymał go głęboko w płucach i przeponie. Ruszył szybkim krokiem przed siebie, mrużąc oczy tak bardzo, że pamięć tego co widział wcześniej stała się dla niego równo-wartym przewodnikiem co rozmazane kształty co teraz dostrzegał. Tak chroniąc swoje płuca i oczy bez trwogi (albo rozsądku) wszedł w domniemany gaz. W pierwszy krokach nie czuł nic nadzwyczajnego. Małe mrowienie w kolanach, ale… nocebo. Definitywnie nocebo.

                                    Rozkręcił linę i miotnął nią. Kolejna żyłka została zerwana. Tym razem wydobywający się gaz był widoczny… spływał ze szczelin pod sufitem i miał kolor zgniłej purpury. Wciąż na bezdechu, Viktor kiwnął sobie głową. Zaczynał czuć ucisk w płucach.

                                    Cofnął się kilka kroków, po wciąż palącą się pochodnię i miotnął nią w nowy kłąb gazu, samemu zasłaniając się tarczą w przyklęku. Na wszelki wypadek. Znów nic się nie zapaliło, a płomień pochodni wciąż się palił.

                                    Szybkim krokiem wrócił do swoich. Ostatni raz spojrzał w głąb korytarza przed zakrętem nim pozwolił sobie spuścić zużyte powietrze i wziąć nowy oddech. Gaz ulatniał się powoli. Jeśli nie miał być spuszczany wiele godzin to nie wierzył by miał dostateczne stężenie by szkodzić gdy tu dotrze.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #64
                                      • Teraz byłbym cierpliwy - zaproponował Viktor po opowiedzeniu wszystkiego co zaobserwował - Obserwujmy to. Poczekajmy dziesięć minut. Nie wierzę by mistrzunio planował wytruć cały poziom gdy ktoś zerwie żyłkę, więc po tym czasie stężenie powinno być już nieszkodliwe. Cokolwiek by to miało robić. Potem bym jednak może spróbował przejść ponad nimi… ale bym osobiście pilnował każdej żyłki aby nikt mi w nie nie wdepnął.
                                        I to ona ryzykowała wtedy? A on co?
                                      • Mogłabym uruchomić pozostałe w jednym momencie... - powiedziała patrząc na Filię, nie Khala - Nie zbliżając się do nich.
                                        Filia się chwilę zastanowiła i kiwnęła głową.
                                      • Viktor, cofnij się do nas. - zerknęła na Kaylie - Zacznij, kiedy będziesz gotowa.
                                        Khal uśmiechnął się krzywo, ale był to czysto mentalny gest. No tak… cierpliwości mu się zachciało. Niedorzeczność. Jednak nie protestował i cofnął się… tylko tak daleko jak mógł, nie tracąc widoku z Kaylie.
                                        Sama Kaylie ustawiła się daleko od widocznego celu. Nie wiedziała co spowoduje jej działanie, więc i nie planowała być za blisko. To wcale nie musiały być jedynie jakieś trucizny.

                                      Kobieta zaczęła wypowiadać słowa w smoczym języku jakie jednak składały się na bardzo krótkie i szybkie frazy, a jej ruchy dłoni wydawały się wręcz nieistotnym gestem. Pojawiła się na widoku dłoń złożona z półprzezroczystej energii, jaka została skierowana na najdalszy kawałek korytarza i skierowana nisko aby jednym rozkazem szybko powróciła mając uderzyć we wszystkie linki po drodze.
                                      Najwyraźniej pułapka, albo seria pułapek nie została przemyślana, żeby aktywować je w tej kolejności. Ostatnia żyłka przybliżyła do siebie dwa kamienie na ścianie, które zaczęły strzelać do siebie małymi błyskawicami. Kolejne dwie, tak jak dwie pierwsze otworzyły jakieś zawory wypuszczające kolejne gazy. Dopiero po kilku sekundach nastąpiła reakcja, najwyraźniej opary musiały się jakoś wymieszać, co spowodowało, że błyskające kamienie wywołały zapłon całej przestrzeni. Potężny huk wypełnił kopalnię. Na szczęście wszyscy byli odpowiednio daleko, aby nie otrzymać żadnych obrażeń, a huk nie uszkodził ich słuchu.
                                      Kiedy było po wszystkim ściany i sufit korytarza były pokryte sadzą, natomiast niewielkie ilości piasku na podłodze zmieniły się w szkło.

                                      Viktor przetkał ucho małym palcem. Był… niezadowolony. Z tym poziomem będącym niemal wyludnionym była spora szansa, że walka powyżej nie zaalarmowała gospodarza. Teraz nie można było na to liczyć.

                                      • Ughh… na potrzeby przyszłych pułapek i zagrożeń… pragnę zauważyć, że cierpliwość pozwoliłaby tu gazom się rozrzedzić na tyle, że pewnie by nie doszło nawet do tej eksplozji. Wracam do zwiadu. Trzymajcie dystans jak poprzednio. Był on optymalny.
                                        Kaylie zauważyła, że Filia pokręciła oczami.
                                      • Nie słuchaj go. Nasz oponent to alchemik, kto wie co by się stało gdybyśmy czekali.
                                        Gdyby nie maska to inni zobaczyliby, że arkanistka na siłę trzyma w ryzach łzy czystej frustracji jakie zmieszane były z poczuciem bycia poniżaną. Chciała wykrzyczeć Khalowi jak nie miał racji...
                                        Filia rozumiała. To alchemik znający się na robocie. Dziesięć minut nie musiało usunąć ważnych składników z powietrza...
                                        Chciała płakać wśród tych sprzecznych sygnałów jakie otrzymywała od Khala.
                                        Viktor skrzywił się niezadowolony, kątem oka dostrzegając lekkie drżenie Kaylie. Tym bardziej trzeba było powiedzieć to co i tak zamierzał.
                                      • Czemu ludziom wydaje się, że obserwacje faktów, z nadzieją na wyciągnięcie przyszłych wniosków, to atak? Każdy reagent ma masę krytyczną, poniżej której nie następuje reakcja. Jakby pozwolić im się dość rozrzedzić to by nie doszło do eksplozji. To. Jest. FAKT który NIE podlega dyskusji. Kwestia tego czy w tych tunelach rozrzedzenie jest możliwe. To nie był atak, to nie była krytyka. To była: obserwacja. Rada. I ona NIE była kierowana do Kaylie… - zadeklarował, z umiarkowaną intensywnością patrząc prosto w Filię, ale błyskawicznie po tym jego spojrzenie złagodniało. - Ale i tak chcę zadeklarować moją wdzięczność za twoją gotowość by się za nią wstawić, gdy postrzegasz atak w nią wymierzony. Dziękuję - kiwnął jej głową z wdzięcznością i już odwrócił stopę, na znak, że jest gotów wrócić do wcześniejszej formacji…
                                        Kaylie milczała, ale dało się zobaczyć lekkie drżenie jej ciała.
                                        Widząc brak prób zatrzymania Khal się obrócił, by wrócić do zwiadu, ale… zatrzymał się w pół procesu. Widok Kaylie go zatrzymał.
                                      • Ale… - powiedział do niej… nie było w jego głosie grama pewności jeszcze sprzed dwóch sekund - Jeśli odebrałaś to jako atak na siebie to… przepraszam - to słowo było prawie, że wycedzone przez zęby… wypowiedziane z nieprzyjemnością. Nie było naturalne w jego ustach i nie brzmiało tak - Nie chciałem tego - zadeklarował i nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź, tylko ruszył przed oddział, by odkryć kolejne zagrożenia na niego czyhające.
                                      • Ktoś by pomyślał, że nauczyliby go w Cheliax ogłady. - mruknęła Filia do arkanistki - Tak kręci się wokół prostych słów i konceptów... - ton komendant zmienił się, był trochę zimniejszy i wpatrywała się uważnie w Viktora.
                                      • Choćmy. - odezwała się Kaylie po chwili i ruszyła powoli za Khalem, gdy była między nimi odpowiednia przestrzeń. Zetknęła tylko za ramię upewniając się czy Filia idzie.
                                        Komendant ruszyła za swoim ochroniarzem, ale nie spuszczała oczu z ich przewodnika.
                                        Reszta korytarza była bezpieczna i po kilku minutach grupa dotarła do kolejnego pomieszczenia. To było wypełnione zamkniętymi skrzyniami przewozowymi. Wychodziły z niego dwa inne tunele. Jak na oko Viktora i pozostałych wyjście po prawej doprowadziłoby ich z powrotem do pokoju z jajami.

                                      Viktor poczekał na oddział planując dalsze kroki.

                                      • Dajcie mi kilka minut. Sprawdzę tę odnogę by potwierdzić, że jest tam tylko korytarz bezpośrednio do sali z jajami, a nie posterunek, po drodze, pełen goblinów, co zaraz nam na plecy wyskoczą.
                                        Spojrzał na przybyłych, wyczekując nieoczekiwane protestu i ruszył w prawy korytarz. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz, prawda?
                                        Odnoga była kręta, minął dwa rozgałęzienia, które jak się okazało kręciły spowrotem do siebie. W końcu zobaczył znajome kształty na końcu korytarza. Te same trzy struktury, które trzymają sobie potwory. Jedno oczywiście z jedną stroną zniszczoną przez "narodziny" swojej zawartości.

                                      • Czysto - zadeklarował po powrocie do reszty - Kręte korytarze, ale puste. Żadnych niespodzianek. Wróćmy do formacji, ale… idźcie trochę dalej niż ostatnio… przynajmniej dziesięć metrów, lub jeden róg. To jest bezpieczna odległość, przy której mogę do was jeszcze wrócić w mgnieniu oka, ale wasze sapanie nie ostrzeże potencjalnych strażników, że nadchodzimy. Możemy tak zrobić?
                                        Zapytał ale już szedł do kolejnej odnogi. Jeśli ktoś nie planował protestować to nie potrzebował potwierdzenia.
                                        Kaylie ciągle patrzyła w stronę skrzyń. Nie odzywała się jednak do mężczyzny, a bez słowa po prostu ruszyła przyjrzeć się bliżej skrzyniom i ich zawartości.
                                        Skrzynie były różnej jakości, wśród starych ledwo trzymających się po latach wilgoci, było też kilka nowych.

                                      • Viktor poczekaj. - zawołała Filia do ich przewodnika, po czym podążyła za Kaylie i przy pomocy miecza otworzyła jedną ze skrzyń - Co do...?
                                        Skrzynie zawierały kamienie z dość grubymi kawałkami srebrzystego metalu.

                                      • Ruda srebra? Przecież... ta kopalnia miała być jałowa.

                                      • Po co trzymać alchemiczny reagent w miejscu oddalonym od wszystkiego? - mruknęła Kaylie pod nosem.
                                        Viktor przykucnął przed odnogą. Dając odrobinę odpocząć mięśniom, co w czasie walki z potworkiem z jajka wytężone były najbardziej od dobrych dwóch lat. Nie zaniedbywał odrobiny regularnych ćwiczeń, ale i tak czuł w plecach lekki dyskomfort, którego dziesięć lat temu by nie było, nawet po znacznie poważniejszych wyczynach. Niestety nie było magii co pomagała na upływ czasu. Uśmiechnął się do siebie szyderczo.

                                      • Tia… teraz to już tylko ziółka, koc i kominek dla ciebie, starcze - wykpił sam siebie, czekając aż kobiety skończą oglądać skrzynie, samemu wpatrując się w ciemność odnogi.

                                      • Pilnujcie perymetru! - polecił pozostałym strażnikom tonem, którego chciało się słuchać - I pamiętajcie, że są bestie co po sufitach łażą! - Większość z nich wiedziała co robić, ale część… utraciła wątpliwości.

                                      • Po co porzucać kopalnię, która jeszcze ma zasoby? - zastanowiła się Blackfyre - I po co tak pułapkować drogę do schowka na srebro? - zastanowiła się chwilę - Czy ktoś ma zaklęcie, które pozwala na zlokalizowanie tajnych przejść? - powiedziała ogólnie do pomieszczenia. Davion jedynie pokręcił głową - Szczerze nawet nie wiedziałbym jak przedstawić prośbę o to Abadarowi.

                                      • To kapłani muszą mówić bogu w jakim celu chcą magię? - zdziwiła się Kaylie - Za każdym razem? I może ci odmówić?

                                      • Modlimy się o zesłanie na nas ździebełka boskiej mocy. To nie jest coś o co prosisz mówiąc "Dawaj, bo chce mi się". Są zaklęcia, które bóstwa mogą być mniej chętne do podarowania swoim wyznawcom. Nie spodziewałbym się, aby Sarenrae, bogini światła i leczenia, od tak dawała zaklęcia ciemności czy wypełniania ciał negatywną energią. - wytłumaczył Davion - Do tego... zaklęcie odnajdywania tajnych przejść to bardziej domena magii tajemnej, a nie objawionej.

                                      • Przykro mi... - stwierdziła Kaylie - Nie posiadam takiego zaklęcia, ale przecież musi być sposób. Może jakieś ślady na posadzce po przeciąganiu takich skrzyń jak te tutaj. Jeżeli są tu jakieś zakamuflowane drzwi to przecież mogli chcieć coś przez nie przenieść. - spojrzała na Filię - A ta... Ihaili. Nie mogłaby w tym pomóc?

                                      • Wątpię, aby druid miał zaklęcie aby znaleźć drzwi, ale... - uniosła dłoń do twarzy obracając pierścień na palcu wskazującym - Ihaili przyjdź tu proszę. Potrzebujemy twojego nosa. - po kilku minutach haflinka przybiegła zasapana do grupy komendant - Musisz... mnie... zostawiać i... wołać? Mam... krótkie nogi... - zatrzymała się, aby złapać oddech.

                                      • I płacę ci więcej za marsz. - odparła Filia - To pomieszczenie jest dziwnie... zwyczajne. Podejrzane nawet. Mogłabyś wywęszyć czy niczego tu nie ma?

                                      • Mówiłam ci, "zainwestuj w psy tropicielskie", ale "Nieeee, chłopaki zaczną rozpieszczać i nic z nich nie będzie".

                                      • Jakby ciebie nie dokarmiali jak jesteś w formie ptaka czy psa.

                                      • Hej! Naucz się zmieniać to zobaczysz jak to zżera kalorie. - haflinka wyciągnęła jakieś listki ze swojej kieszeni, szybko je zgniotła i zaczęła wcierać wokół nosa i oczu, w kółko mamrocząc jakąś inkantację. Kiedy zakończyła, jej źrenice stały się poszerzone i przykucnęła szybko wciągając powietrze nosem. Po chwili zrobiła jedno SIIIILNE wciągnięcie powietrza i ruszyła w kierunku jednej ze skrzyń.

                                      • Tu. Czuję smród alchemii. - przez chwilę malutka kobieta próbowała pchnąć skrzynię, ale szybko się poddała i spojrzała błagalnie na dwóch strażników. Ci jedynie zachichotali i przesunęli, z pomocą Ihaili oczywiście, skrzynię na bok, ujawniając ukryte drzwiczki.
                                        Kaylie zwróciła głowę w stronę Khala, ale trwało to krótko po czym znowu odwróciła od niego wzrok.

                                      • Brawo dziewczyny. - powiedziała komendant jednocześnie do Haflinki i Kaylie.
                                        Viktor opuścił swoją pozycję wartowniczą i podszedł do źródła zainteresowania.

                                      • Dobra robota - również pochwalił. - Rozumiem, że chcemy zacząć od sprawdzenia tego przejścia?

                                      • To może poczekać. - odparła Filia - Przynajmniej jeżeli chodzi o nas. Ihaili, możesz wysłać tam szczurki? - haflinka kiwnęła głową. Ponownie sięgając do kieszeni wyjęła kilka ziaren pszenicy i rozrzuciła je na ziemi. Po kilku sekundach jakby znikąd pojawiło się kilka szczurów. Haflinka przykucnęła do nich, wydając z siebie piszczące dźwięki, najwyraźniej komunikując się ze szczurami. Gryzonie pobiegły do drzwiczek wciskając się między szparami - Zwiad załatwiony. Zobaczymy co jeszcze tu jest, żeby nic na nas nie wyskoczyło. - zerknęła na Viktora - Prowadź.

                                      • Ayay! - zasalutował tylko w ćwierć poważnie i ruszył zgodnie ze swoim starym planem.
                                        Ten tunel szedł dość prosto. W przeciągu kilku chwil Viktor doszedł do kolejnego pomieszczenia. Chociaż poczuł je zanim do niego dotarł. Smród gnijących ciał zaatakował jego nozdrza, ale był w stanie powstrzymać żołądek przed zwróceniem zawartości. Gdy tylko odzyskał pewność samokontroli wręcz wyszarpnął zza kaftana jedwabną chustkę. Nie wierzył by wiele dała, ale sama psychologiczna zapora pomagała. Krzywiąc się ruszył przed siebie. Musiał zobaczyć skąd ten zapach się bierze. Ogół rozumiał. Niuansów mu brakło.
                                        Najwyraźniej logika wystroju wnętrz uniknęła alchemika w jego edukacji. Tajne przejście do jego tajnej bazy, graniczyło ze schowkiem na odpady. pomieszczenie było mniejsze od pozostałych i było wypełnione gnijącymi kawałkami ciał, niektóre musiały być tu długo, ponieważ widział coś co jedynie mógłby opisać jako płynne szczątki.

                                      Viktor skrzywił się niezadowolony i parł naprzód, starając się nie wdepnąć w żadną “kałużę”. Po dwóch krokach zmusił się by zwolnić. Były zbyt szybkie. Zbyt nieostrożne. W tych zwałach coś mogło się czaić… zatrzymał się. Zastanowił i stanął na środku sali. Upewnił się, że nikt z jego oddziału nie wszedł mu w zasięg i sięgnął po narzędzie którego nie pamiętał gdy ostatni raz użył. Skupił się i wylał z siebie potoki negatywnej energii, zalewając nią salę.
                                      Nic jednak się nie stało, może kilka much padło do pozostałych ciał i cokolwiek co żywiło się obecnie na zwałach do nich dołączyło, ale nie zarejestrował ponadto żadnego ruchu.

                                      Kiedy Viktor wyruszył na zwiad jeden ze strażników podszedł do komendant. Mieli szybką wymianę zdań na osobności, po czym kobieta zerknęła na arkanistkę.

                                      • Kaylie, możemy porozmawiać?
                                        Kobieta odwróciła wzrok od zejścia, w jakim zniknął Khal i skinęła głową komendant.
                                      • Co się stało między wami? Tobą i Viktorem, jest niezwykle… agresywny dzisiaj. Wobec ciebie.
                                        Początkowo Kaylie tylko milczała, nim cicho odparła.
                                      • Nic takiego. Czasem tak bywa.
                                      • Nie. - odparła Filia - Nie bywa TAK, jak opisał to jeden z moich chłopców. Do tego widziałam jak oboje się zachowujecie teraz… Mam teorię, ale nie chce jej mówić, bo i tak od razu zaprzeczysz. - westchnęła - Możesz mi odpowiedzieć, szczerze na jedno pytanie?
                                      • Na jakie? - zapytała z ostrożnością w głosie.
                                      • Czy jesteś tutaj, z Viktorem, z własnej woli? Bez przymusu?
                                        Kaylie skrzywiła się pod maską. Co miała powiedzieć? Gdyby Azazel nie polecił to pewno by teraz tu nie siedziała... Czy ona chce wybadać możliwe powiązania z tym diabłem i u niej?
                                      • Nie. Z własnej woli bym w lepszym miejscu była. Ta kopalnia nie ma wysokiego standardu. - odpowiedziała nie odpowiadając.
                                        Filia uniosła brwi i uśmiechnęła się.
                                      • Niezły unik. Miałam na myśli Evercrest. Jeżeli jednak nie chcesz odpowiadać nie musisz.
                                        Kaylie nie odezwała się wracając do obserwacji zejścia.

                                      Viktor kiwnął sam sobie głową. Nie spodziewał się nieumarłych, więc przejście powinno być bezpieczne. Poszedł dalej. Powoli i z odrazą przyzwyczajał się do smrodu, ale chciał sprawdzić jeszcze najbliższe metry za “kostnicą”. Może będzie blisko coś co powie jasno “nie warto tędy drugi raz przechodzić”?
                                      Mijając schowek na ciała Viktor usłyszał ostatnie podrygi goblinów, które wykańczało zaklęcie Baltizara. Najwyraźniej to pomieszczenie służyło do trzymania odrzuconych eksperymentów na goblinach.
                                      Nie znając jednak ani źródła dźwięku, ani maga co je stworzył nie miał innej możliwości niż obniżyć postawę i wrócić do skradania się… poszedł powoli w przód, aby zlokalizować źródło. Widział ostatnie chwile Czarnych Macek nim puściły one zmiażdżone ciała goblinów. Niedaleko później widział zmielone ciała fey i widział, że ich krew była świeża. Widział jakieś ślady na podłodze… nigdy nie przyłożył się do nauki tropienia, ale to nie oznacało, że wniosków nie mógł wyciągać, a niektóre ślady były dosyć charakterystyczne. Rozświetlił korytarz magicznym światłem i szukał. Myślał… idea sama pchała mu się gdzieś z tyłów głowy, ale… jeszcze nie docierała do niego. Wdział, że korytarze się kręciły. Potrafiły nawracać, a odnogi się łączyć.

                                      Viktor wrócił do oddziału po dłuższym czasie.

                                      • Utrzymajcie dystans póki nie zwietrzeję. Przechodziłem przez kostnicę, łamaną przez śmietnik.
                                        Widział, że Kaylie wciąż jest spięta i Filia wciąż była… chłodna. Tylko w inny sposób, niż po tym jak to jej zarzucił niecierpliwość przy pułapkach. Czysto mentalnie wzruszył ramionami. Niech sobie będą. To problem dla Przyszłego-Viktora. Aktualny-Viktor musiał się skupić aby wyglądać nonszalacko i wesoło.
                                        Opowiedział szybko i “raportowo” co znalazł po drodze.
                                      • Cuchnie odrażająco tam, ale nie ma już nic żywego. Wydaje mi się, że ekipa Baltizara tam była dosłownie przed chwilą, ale już ruszyli w drogę powrotną.
                                      • Więc, to ostatnie pomieszczenie. Zostały tylko te dwa jaja, których nie ruszamy i to zejście tu. Ihaili twoi szpiedzy coś znaleźli? - haflinka kiwnęła głową.
                                      • W sensie nic, pomieszczenie tuż pod tym jest puste i ma tylko jedno wyjście.- Filia kiwnęła głową. Dobrze, wracamy do reszty i zdecydujemy dalszy plan działania.
                                      • Czemu w takim razie po prostu nie wejdziemy tam? - zapytała Kaylie - Tu nie ma czego roztrząsać i co planować. Albo idziemy, albo wracamy z pustymi rękoma.
                                      • Skrytka raczej jest po COŚ - przytaknął Khal - Może jest tam dalsze ukryte przejście? Albo coś czego szczur nie rozpoznał. Zakładam, że to “jedno wyjście” to to prowadzące do ukrytych drzwiczek…
                                      • Erm… nie. - odparła Ihaili - Te drzwiczki tu w podłodze, prowadzą do kamiennych schodów, na końcu ich jest kolejne pomieszczenie, z którego jest jedno wyjście.
                                      • Co do schodzenia od razu, mam jeszcze dwa oddziały w poprzednim pomieszczeniu i grupę Harpenessa, trzeba z nimi wszystko uzgodnić.
                                        Kaylie nie była zadowolona, ale zachowała milczenie.
                                        Filia kiwnęła głową i ruszyli z powrotem.
                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #65

                                        Gdy już gnom otrzymał oddział chłopców Filii, jego “pierzasty konstrukt” wyrwał się w kierunku wybranego przez gnoma tunelu.

                                        • Etri…! Ech… trudno… po prostu ruszamy za nim. I miejmy nadzieję, że nic mu się nie stanie.- odparł wyraźnie niezbyt zmartwiony nadgorliwością zwierzaka. Zaplanowaną zresztą z góry.
                                          Tymczasem konstrukt poruszając się cicho niczym sowa, na której wzór został ukształtowany wleciał już w czeluść tunelu wypatrując potencjalnych zagrożeń.
                                          Pochód prowadzili barbarzyńcy Jor i Ori, za nimi natomiast oddział strażników, wszystko zamykali Inarion, Ofun i Baltizar.
                                          Gdy tak wędrowali przez tunele gnom nagle zatrzymał się i syknął z bólu.
                                        • Momencik… momencik. Możemy zatrzymać się na moment?-
                                          Gdy już cała grupa stanęła w miejscu czekając Baltizar rozmasowywał sobie stopę, gdy z szelestem skrzydeł przyfrunął jego zwierzak. I wylądował obok niego wydał z siebie serię syków potrząsając przy tym łbem.
                                        • Mówi że z przodu… że przestraszył się… powoli i wyraźnie mów.- burknął Baltizar i dalej tłumaczył.- Mówi że z przodu duża jama pełna, długich robali z licznymi nogami… coś tasiemki.. Wije! Przed nami dużo olbrzymich stonóg!
                                          Spojrzał na awanturników pytając.- Co robimy?-
                                          Strażnicy wyglądali na trochę zagubionych, najemnicy natomiast zebrali się rozważając możliwości.
                                        • Standard? - zaproponował Jor.
                                        • Całe pomieszczenie pełne stonóg? Nie, nie mam zamiaru się tam zbliżać, ani bardziej trzymać was idiotów przy życiu. - odparł Inarion.
                                        • Hm…Ofun ile masz na sobie bomb? - spróbował Ori.
                                        • Za mało. I nie chcę zużywać wszystkiego na pędraki. - odparł alchemik, na chwilę zapadła cisza. W końcu pstryknął palcami Jor.
                                        • Dobra załatwiamy to tak. Jak i Ori wbiegamy tam siekamy co się da. Strażnicy wchodzą za nami, wy dwaj uważajcie czy nie robi się zbyt niebezpiecznie. - sale wypełniła cisza, po chwili Inarion zdzielił barbarzyńcę w potilicę.
                                        • To JEST standard ty tłuku!
                                        • Standard działa!
                                        • Wała, a działa!
                                        • Masz lepszy pomysł!? - znowu zapadła cisza. Inarion westchnął i spojrzał na Ofuna.
                                        • Daj im coś, aby nie padli od jadu tych bestyjek i módlmy się, że są głupsze od tych dwóch. - mag podszedł do strażników tłumacząc im "plan" Jora. Po chwili podszedł do Baltizara.
                                        • No to taki jest pomysł jaki słyszałeś szefie. Zostajesz za nami, aby wszystko notować?
                                        • Oczywiście.- odparł z uśmiechem gnom. - Po to tu przyszedłem. Będę się trzymał z tyłu i opisywał wasze bohaterskie czyny.-
                                          Po chwili zastanowienia się dodał.- Eeeem… mam w mojej talii od sponsora cudowną kartę. Która może się przydać w tej chwili. Ale to tylko jedna sztuczka, którą mogę użyć tylko ja… i cóż, nie ma co liczyć na kolejne. Wezwie na pomoc żywiołaka ognia. Nic wielkiego.. ale pomoże ze stonogami.-
                                          Inarion kiwnął głową i wrócił do grupy, która zaczęła ruszać się w kierunku stonóg.
                                          Baltizar już miał zamiar ruszyć za nimi, kiedy poczuł uścisk na kostce. Jedyne co ujrzał to wilgotną dłoń trzymającą jego nogę, a następnie wciągającą go w ziemię.

                                        Mokro. Ogólne uczucie wilgoci przepełniało Baltizara. Czuł jednak, że jego twarz jest nad wodą i nie ma problemu z oddychaniem. Usłyszał jakiś dźwięk, śpiew? Powietrze tego miejsca było słodkie w zapachu.

                                        • Zaprawdę, nie jestem w nastroju do zabaw.- wycharczał gniewnie gnom, w jego dłoń wskoczył kostur. A z jego ust popłynęły słowa klątwy.
                                        • Flamma gehennae luceat, Hanc animam urat ad ima nonae.-
                                          Czubek kostura wypełniły żółtawe płomienie rozświetlające miejsce w którym się znalazł.
                                          Niewielkie jeziorko wypełniało niewielką jaskinię, którą zaczęły oświetlać grzyby rosnące na ścianach. Obracając się Baltizar w końcu dostrzegł źródło śpiewu.

                                        Trzy piękne syreny stały w wodzie patrząc na gnoma z uśmiechem, przerwały śpiew kiedy zauważyły, że je spostrzegł. Po czym zaczęły rozmowę.

                                        • Wybudził się siostry.
                                        • To jeden z uciekinierów.
                                        • Jeden co był od nas, ale już nie.
                                        • Czujecie jego zapach?
                                        • Siarka i popiół..
                                        • Kurz i pustka..
                                        • Trawa i krew..? - spojrzały podejrzliwie na Baltizara - Kim jesteś uroczy gnomie? Dawnośmy nie widziały takiego okazu jak ty?
                                        • Jestem z tych, którego winno się unikać. Przynoszę skazę ze sobą.- uniósł w górę płonący kostur. - Czujecie zapach płomieni, czujecie ich żar? Ich naturę? -
                                          Spojrzał na syreny dodając.- Jestem chodzącą klątwą. A wy kim jesteście i co tu robicie? -
                                          Rozejrzał się dookoła.- To jama w podziemiach… to nie morskie odmęty… to nie miejsce ani dla mnie, ani dla was.-
                                          Kobiety zachichotały i zanurkowały pod wodę, mimo to ciągle je słyszał.
                                        • Ogień nie rani wody, głupi.
                                        • Nawet piekło zgaśnie pod jej naporem.
                                        • Klątwa dotyka tylko ciebie i twoich kuzynów.
                                        • Jesteśmy podróżniczkami. Jesteśmy ciekawe świata śmiertelnych.
                                        • Nie musimy być w morzu, każda woda jest dobra. - wyłoniły się z wody otaczając gnoma.
                                        • Nie zrobimy ci krzywdy. - zapewniła jedna z nich.
                                        • Jesteśmy tylko ciekawe.
                                        • Nie jestem pewien czy ten akurat ogień gaśnie pod wodą. - odparł Baltizar i cichym szeptem przeciął nić łączącą go z Etriganem. W tej chwili bowiem mógł potrzebować wszystkich swoich sztuczek. Przyjrzał się niewiastom.- Wybrałyście sobie kiepskie miejsce na zwiedzanie. Tam na górze żyje potwór, zmieniający niewinnych w potwory. Tam wyżej jest jedynie krew, ból i strach.-
                                        • Czyż to nie fascynujące?
                                        • Zabija je, ale one nie umierają.
                                        • I łączy w takie ciekawe kształty.
                                        • A o nas nie wie.
                                        • A śmiertelnicy są zabawni kiedy się boją i ich boli!
                                        • Ja jestem jednym z tych śmiertelników.- przypomniał im Baltizar.
                                        • Wiemy!
                                        • Ale ty jesteś inaczej ciekawy.
                                        • Twój zapach.
                                        • Pachniesz Piekłem i Gwiazdami.
                                        • I domem, ale inaczej.
                                        • Jak to może być?
                                          Baltizar spojrzał na trzy syreny oceniając ich… potencjał bojowy. Ta rozmowa go nużyła. Nie przyszedł tu zabawiać niewiasty opowiastkami.
                                        • Ja jestem klątwą powiązany z tym co kryje się za taflą którą nazywacie rzeczywistością. Tym który czeka w otchłani szaleństwa, tym który drapie pazurami i kiedyś wydrapie sobie przejście.- mruknął w końcu Bajarz.- Ahuizotl, Bestia Miliona Oczu czeka na mnie… Czy to zaspokoiło waszą ciekawość?-
                                        • To gwiazdy. - przyznała pierwsza.
                                        • A piekło? Zaprzedałeś duszę jakiemuś rogaczowi?
                                        • Przecież ona nie jest twoja, jak mogłeś oferować coś co do ciebie nie należy?
                                        • No i dom, czemu pachniesz jak Pierwszy Świat skoro jesteś stąd?
                                        • Jestem powiązany z wieloma miejscami na raz.- odparł gnom beznamiętnie.- Żyję i odradzam się ponownie od tysiącleci… z tego co wiem. A co do paktu… taki też zawarłem. Szczegółami nie będę was drogie panie zamęczał. Są nudne i bez znaczenia.-
                                        • Nie możliwe, abyś był tak nudny.
                                        • Jakaś fae już cię naznaczyła?
                                        • Może biegasz sobie z nią po ciałach waszych wrogów?
                                        • Ja jestem fae… jestem gnomem… Może i mój lud zbyt długo przebywał w tym świecie i zatracił więź z przeszłością. Ale tkwi ona w każdym z nas głębiej niż można by sądzić.- mruknął Baltizar.
                                          Syreny westchnęły.
                                        • Nuuudzisz nas.
                                        • Złapałaś jakiegoś przeciętniaka.
                                        • Ale ten zapach.
                                        • Będziemy obserwować. - wszystkie trzy spojrzały na gnowa. Chwyciły jego barki i wepchnęły go pod wodę. Chwilę później Baltizar znowu znajdował się w tuneli kopalni. Inarion podskoczył kiedy go zauważył.
                                        • Jesteś szefie, już się baliśmy, że coś cię zjadło. Okazało się, że to jedna DUŻA stonoga. Jor i Ori się z nią pobawili i jest już martwa.
                                        • Dobrze… to dobrze…- odparł gnom siadając. - Dajcie mi chwilkę samotności. Eeeem… rozejrzyjcie się dalej. Ja coś muszę załatwić.-
                                          Elf kiwnął głową i ruszył do pozostałych, zostawiając gnoma w samotności.
                                          Baltizar wbił kostur w skałę i przesunął dłonią po podłożu rysując palcem krąg, mrucząc pod nosem. Z każdym ruchem dłoni coraz więcej kart papierowych się pojawiało wokół niego wirując. Papierowy wir przyspieszał i po chwili z owego wiru kartek wyłonił się Etrigan.
                                        • No dobra, dobra… wiem że ci się to nie podobało.- mruknął pod nosem. A następnie gwizdnął. Jogmeth przybiegł do niego.
                                        • Prowadź mnie do mojego oddziału.- zwrócił się do ogara. A następnie zwrócił się do Etrigana.- Trzeba będzie się znów rozejrzeć z przodu.
                                          Pochodni na szczycie kostura już nie gasił. Mogła się jeszcze przydać.
                                          Kiedy gnom dołączył do reszty grupy Jor i Ori stali na środku pomieszczenia rzucając do siebie obciętą głową stonogi niczym piłką. Jor pomachał do Baltizara kiedy go zobaczył.
                                        • Szefie widziałeś? Skurczysyństwo śmierdziało jak tani burdel.
                                        • Jak obcięliśmy jej łeb to spasm przeszedł po całym ciele. Jak fala po łańcuchu.
                                        • Z dobrą minutę zajęło zanim doszło do... zadu?
                                        • Końca.
                                        • Ano. Jak będziesz pisał te swoje opowieści to możesz dać jako humorystyczny element.
                                        • Może… to zależy od tonu opowieści. Na przykład czysto heroiczna historia wymaga stonowania żartobliwych momentów. - stwierdził Baltizar od razu biorąc się za robienie notatek.
                                          Inarion podszedł do gnoma.
                                        • Ofun potrzebuje kilku minut, aby wyciągnąć coś z robala. Po tym trzeba będzie się cofnąć i wybrać inny tunel. Tu więcej nic nie ma.
                                        • Zostało jeszcze wiele tuneli do przejrzenia. Ruszymy jak Ofun będzie gotów.- zgodził się Baltizar siadając na pobliskim kamieniu, by uporządkować notatki.
                                          Kilka minut później zespół gnoma wrócił do głównego pomieszczenia, przechodząc do kolejnego tunelu.

                                        Gnom sięgnął po karty, wyciągnął jedną i wskazał kolejny tunel.

                                        • Teraz… ten? - zapytał bardziej niż stwierdził wybierając tunel na lewo od tego którym przybyli. I znów jego skrzydlaty pomocnik wyrwał się do przodu nie czekając na resztę.
                                          Papierny ptak wleciał w tunel praktycznie bez dźwięku. Kilka minut mu zajęło zanim doleciał do końca. Tunel nie rozgałęział się, a jedynie prowadził trochę krętymi ścieżkami do kolejnego okrągłego pomieszczenia. Tym razem jednak nic nie znajdowało się w nim poza dwoma kolejnymi wyjściami prowadzącymi w przeciwne strony.
                                          Po tym wszystkim zwiadowca powrócił do grupy i wylądował przy swoim panu. Gnom “przetłumaczył” swojego pomocnika.
                                        • Mamy dwie drogi… jedną w prawo drugą w lewo. Jak tylko dotrzemy do następnego dużego pomieszczenia.-
                                        • Rzut monetą? - zaproponował Inarion.
                                        • Najpierw tam dojdźmy. - rzucił Ofun - Może poczujemy podmuch powietrza, albo coś innego.
                                        • Ruszajmy więc.- rzekł entuzjastycznie gnom oczywiście podążając na tyłach całej wyprawy.
                                          Droga była spokojna, nawet jeżeli kręta. W ścianie jaskini było widać kilka pojedynczych żyłek srebra, ale nic co by było warte kopania.
                                        • Pomimo, że najwyraźniej ten alchemik trzyma tu swoje... rzeczy, jest tu dziwnie czysto. - zaczął Inarion - Wątpię, aby gobliny doglądały porządku na tym poziomie. Żadnych szczurów ani nic.
                                        • Może mieć swoich niewolników. Albo jakiegoś udomowionego potworka… może… śluza?- zastanowił się głośno Bajarz.
                                        • Do tej pory nie wydawał się taki... konwencjonalny. Szczerze chętnie bym przyjął nawet galaretowatą bryłę…
                                        • Możliwe że zapuściliśmy się na obszary, nad którymi nie panuje… a nawet się nimi nie przejmuje. - zadumał się Bajarz.
                                          Mag pokręcił głową.
                                        • Może, miejmy nadzieję, że nic niezwykłego nas nie czeka na końcu tego korytarza.
                                        • Tak czy siak. Nie ma co tracić czasu, heroiczna opowieść się sama nie napisze.- stwierdził gnom chowając notatnik do plecaka.
                                          W końcu dotarli do kolejnego pomieszczenia. Jor i Ori ruszyli pierwsi rozglądając się po pomieszczeniu.
                                          Baltizar wraz ze swoimi dwoma nieludzkimi ochroniarzami wkroczył na końcu rozglądając się dookoła ciekaw tego miejsca.
                                          Okrągłe pomieszczenie jak poprzednie. To jednak było całkowicie puste. Jor podszedł do ściany delikatnie pukając w poszukiwaniu tajnych przejść.
                                        • O..oh...- odparł po chwili cofając się.
                                        • Co tam widzisz Jor? - zapytał go brat. Z miejsca, w które właśnie pukał barbarzyńca wyłoniła się malutka istotka. Niewielkie zwierzątko, kilka spokojnie by zmieściło się w ręce.

                                        [media]https://i.imgur.com/df0aBYX.png[/media]

                                        • Zębowe wróżki... - obaj barbarzyńcy unieśli broń obronnie i zaczęli się cofać - Inarion. Mamy zębożerców!
                                        • Co?! Cholera, ile!?
                                        • Widzisz dziury w ścianach? Tyle...
                                        • O bogowie... - odparł elf - Szefie musimy wiać.
                                        • Dobry pomysł… uciekajcie.- odparł gnom ruszając wraz ze swoimi zwierzakami do tyłu. Spokojnie i ostrożnie cofał się.- Ale niespiesznie. Nie chcemy by zobaczyły naszej paniki i uznały to za okazję do ataku.-
                                        • One nie muszą widzieć paniki do tego. Te pierniczone fae żrą zęby i wszystko wokół… - wszyscy zaczęli się cofać, a gnom zobaczył, że ściana zaczyna się ruszać.
                                        • Wyjdźcie pospiesznie więc.- odparł gnom gniewnie, poirytowany faktem że… cóż… będzie musiał sięgnąć do arsenału swoich sztuczek. I to szybciej niż się obawiał.
                                        • Jor! Opinia!?
                                        • Za dużo! Zaraz wyfruną. ODPALAJ! - elf nie czekał na nic więcej. Wyciągnął z kieszeni kulkę siarki i kawałek nietoperzego guano, splatając zaklęcie posłał ognistą kulę w sam środek hordy małych istotek. Eksplozja wypełniła całe pomieszczenie. Niestety nie zabiła ona wszystkich i wciąż imponujący numer potworków pofrunął z pomieszczenia prosto na grupę.
                                        • Zębowe wróżki. Ha… Ja też mam zęby. - warknął Baltizar tonem głosu jakiego dotąd nie mieli okazji usłyszeć, chrapliwym gniewnym i nieco mrocznym. Wyciągnął w dłoń w kierunku potworków i wywarczał jakieś słowa po nosem… i pojawiły się one: małe i większe, wszystkie ostre i wszystkie lewitujące w wirze. Zęby i kły. Zablokowały, na ile były w stanie, przejście pomiędzy drużyną, a potworkami czekając na nie. Wir zębów kontra zębowe wróżki. Czas pokaże, kto zatriumfuje.
                                          W przeciągu kilku minuty zaklęcie rozwiało się zostawiając po sobie mieszankę nadgryzionych zębów i martwych istotek. Wszyscy zerknęli na gnoma, a barbarzyńcy zaczęli się śmiać.
                                        • Nie no, to było dobre szefie. MUSISZ to opisać w swojej opowieści.
                                        • Źle by się wkomponowało w opowieść. Zbyt makabryczna sztuczka. Ogniste kule są lepsze.- ocenił gnom sięgając do notatnika by coś zanotować.- Myślę że… kolejny korytarz? Ten na lewo teraz, czy lepiej odpuścić sobie tą odnogę i wracać do centralnego pomieszczenia?-
                                        • Jeżeli pozostałym idzie tak jak nam, to zostało tylko jedno pomieszczenie do sprawdzenia. - zauważył Inarion - Nie ma co przestawać teraz.
                                        • No to ruszajmy. Ku przygodzie, sławie i… dobrej opowieści. - rzekł w odpowiedzi Baltizar z przesadnym entuzjazmem w głosie.
                                          Grupa gnoma ruszyła odnogą w kierunku ostatniego pomieszczenia. Barbarzyncy na przedzie zatrzymali się kiedy ujrzeli wnętrze kolejnego pokoju.
                                        • Coś tam jest… - odparł Jor.
                                        • Dużo cosi. - dokończył Ori - Chyba gobliny?
                                        • Może się poddadzą…na nasz widok?- spytał cicho Baltizar drapiąc się po brodzie.- Dotychczas tutejsze gobliny nie okazywały się szczególnie bitne.-
                                        • Erm… - Inarion się chwilę zastanowił - Jeżeli posiadasz język równie srebrny co ten Viktor, to dawaj. Inaczej sądzę, że nie obejdzie się bez walki.
                                        • Eeechhh… dobra…- westchnął Baltizar i mamrocząc pod nosem “wszystko znowu na mojej głowie, a ja przecież jestem obsrywa… obserwatorem”... stanął w drzwiach. Ogień na jego kosturze zapłonął mocniej. Baltizar rozejrzał się i rzekł. - Heeej! Który to rządzi?!-
                                          Gobliny jak jeden mąż spojrzały w kierunku gnoma, ale nic nie odpowiedziały. Baltizar zobaczył, że nie ma żadnego intelektu za spojrzeniem małych zielonoskórych (niewielka strata, ale zawsze). Nie zdążył powtórzyć pytania, kiedy chmara rzuciła się w jego kierunku.
                                        • Doprawdy… nie mam czasu… na zabawy.- gnom kucnął i przyłożywszy dłoń do ziemi szepnął kolejne słowa. Gdy tylko opuściły one jego usta, ze skały wyrwały się czarne macki próbujące pochwycić i skrępować każdego goblina w zasięgu i dosłownie wydusić z nich życie. Do swojego pana doskoczyły oba jego dwaj ochroniarze osłaniając jego flanki.
                                          Macki owinęły się wokół goblinów, zatrzymując je w miejscu. Nie miały jednak dostatecznie dużo siły, aby zabić je od razu. Reszta grupy Baltizara podeszła do gnoma.
                                        • Co jest z nimi?
                                        • Chyba inne ofiary alchemika. Zwykła horda atakująca wszystko co ujrzy… litościwym chyba będzie zakończyć ich istnienie. - wszyscy spojrzeli na Baltizara oczekując komendy.
                                        • Macki potrwają jeszcze chwilę, potem… wy się lepiej na tym znacie.- wzruszył ramionami Baltizar dodając.- Ja jestem tylko bajarzem, nie awanturnikiem.-
                                          I ignorując przy tym wszystkie swoje działania, które przeczyły temu twierdzeniu.
                                        • Chyba macki zaczynają ich dobijać. - zauważył Jor słysząc pierwsze chrupnięcie i upadek goblina.
                                        • Nie ma więc co się spinać. Twoje zaklęcie dokończy dzieła. - uznał Inarion - Możemy chyba wracać do głównego pomieszczenia. Poczekamy tam na resztę.
                                        • Dobry pomysł.- zgodził się z nim Baltizar ruszając w kierunku głównego pomieszczenia i dodał głośno. - W celu uściślenia. To również nie znajdzie się w mojej opowieści. Dobijanie ofiar eksperymentów jest zbyt mało heroiczne.-
                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #66

                                          Grupa Filii wróciła do centralnego pomieszczenia, gdzie grupa Baltizara przekazywała informacje pozostałym oddziałom. Ihaili ruszyła, aby skompilować zebraną wiedzę. W międzyczasie komendant podeszła do Viktora.

                                          • Możemy porozmawiać? Na osobności?
                                            Viktor nie odpowiedział, ale kiwnął głowa i poszedl za Filią.
                                            Już się cieszył na kolejne komplikacje.
                                            Komendant odciągnęła adwokata do jednego z korytarzy wiodących od centralnego pomieszczenia.

                                          • Nie odzywaj się dopóki nie skończę. - zaczęła Blackfyre - Od czasu jak zaczęła się ta misja moi ludzie i ja zauważyliśmy coś w dynamice między tobą a Kaylie. - kobieta zaczęła odliczać na palcach - Jeden z moich widział jak siłowo ją przyciągasz do siebie i dość agresywnie dajesz jej reprymendę. Dziewczyna się skuliła i wracała do nas po ścianie ze strachu. Od tego czasu nie ważyła się zbytnio udzielać i bała się na ciebie spojrzeć. Jeżeli już spojrzała to w nadziei na aprobatę jej słów czy czynów, a jej brak tylko ją bardziej przybijał. Widziałam kilka razy tego typu zachowania, wiem skąd ty jesteś, wiem skąd ona jest. I nie gadaj, że jesteś stąd, dostatecznie długo byłeś w Cheliax. Więc teraz, spójrz mi prosto w oczy i odpowiedz szczerze. Czy Kaylie jest twoim niewolnikiem? Ponieważ dokładnie tak to wygląda.

                                          Uśmiech Viktora szybko rzedł w miarę słuchania tych oskarżeń, tych… tych oszczerstw!
                                          Na koniec miał wrażenie, że dostanie migreny. Prewencyjnie rozmasowywał już jedną skroń. Miał już kilka możliwych odpowiedzi. Najbardziej miał ochotę odwarknąć coś o nie zaszczycaniu tych bredni nawet komentarzem i odejść bez dalszych tłumaczeń. Wszystko inne wydawało się… uwłaczające. Miał agresywniejsze zagrywki. Miał sposoby manipulacji, albo wyśmiania, ale… czuł się… napięty. Jak przeprężona struna, gotowa zaraz się zerwać, jeśli choć trochę nie popuści.
                                          Jego ramiona nieco opadły i nagle wydał się zmęczony… tak strasznie zmęczony. Może nawet stary. Spojrzał Filii w oczy, tak jak prosiła. Widziała w jego spojrzeniu zrezygnowaną urazę.

                                          • Nie jest - odpowiedział martwym głosem. - Nie była. Nie będzie. Coś jeszcze? - zapytał odwracając już jedną stopę do powrotu. Nie chciał tu być. Nie chciał prowadzić tej dyskusji. To co by chciał to zapaść się pod ziemię i przez nieokreślenie długi czas być zupełnie samemu. Może ewentualnie z alkoholem, bądź parą nie-odzywających-się piersi… Albo rzucić się w głębię jakieś trudnej, ale ostatecznie śmiesznej sprawy między szlaciątkami Cheliax.

                                          • Dużo. - odparła komendant, jej zimne spojrzenie nie schodziło z Viktora - Czy ty masz pojęcie w jakiej sytuacji to mnie stawia? Wszyscy wiedzą skąd jesteś, a ty zachowujesz się tak? Sądzisz, że moi podwładni nie zaczną dochodzić do własnych wniosków? - westchnęła - Widzę, że oskarżenie nie leży ci dobrze na wątrobie. No cóż, trudno, jesteś pod moją jurysdykcją na mojej misji. Nie podoba się możesz wracać na górę i czekać, aż tu skończymy. - pokręciła głową - Jeżeli, JEŻELI, mówisz prawdę, to i tak na tyle straumatyzowałeś dziewczynę, że nie mogę was trzymać w jednym oddziale. Więc, pewnie poślę ją z ludźmi Baltizara. Teraz, chcę, żeby jedna rzecz była absolutnie jasna. Jeżeli wyjdzie, że mnie teraz okłamałeś, to nie obchodzi mnie kim dla mnie jesteś, co zrobił ci mój ojciec i inni… na kopach wrócisz do Cheliax a twoja noga już naprawdę nigdy tu nie postanie.
                                            Viktor myślał krótką chwilę, odwrócony profilem do Filii nim w końcu się odezwał.

                                          • Oczywiście, że mi nie leżą te zarzuty, podobnie jak tobie by nie leżało jakby ktoś oskarżył ciebie o rekreacyjne maltretowanie sierot w piątkowe wieczory. Kaylie ma swoją renomę… - bardziej szepnął niż powiedział, myśląc szybko i szukając odpowiedzi - … która głęboko kłóci się z byciem niewolnicą Cheliaxianina. Nie rozdmuchuj sprawy, a rozejdzie się po kościach. Ludzie chętni są zapominać o sprawach przeczących ich wcześniejszym poglądom… ale posłanie jej z Baltizarem może być dobrym pomysłem.

                                          • Sęk w tym, że ja nie wywodzę się z miejsca znanego z maltretowania sierot. A ty nie powiesz mi, że "Pierwsze Pióro Isger, Trzecie Cheliax", kraju w którym posiadanie niewolnika jest symbolem społecznym, nie posiadał niewolnika. Kit wciskać to my, a nie nam.
                                            Viktor mrużył brwi niezadowolony, słuchając maksymy odpowiedniej bardziej dla młodocianych łobuzów.

                                          • Nigdy ci nie “wciskałem kitu”. Wszystko co musisz zrobić to zapytać. Nie wstydzę się swojej przeszłości. Wszystko co zrobiłem i osiągnąłem to wynik moich decyzji i mojej pracy. Wszystkie grzechy po drodze należą do mnie i nie kryję swojego sumienia za wydarzeniami sprzed trzech dekad.

                                          • Miałem niewolników - odpowiedział w końcu - Czworo aby być precyzyjnym. I w moim domu najgorszą groźbą było, że zostaną odsprzedani komuś innemu. Wypowiedzianą tonem łagodnym i informacyjnym - zaprezentował przyjmując go na te kilka słów. Nie było w nim krztyny agresji, ani właśnie… groźby. Więcej zmartwienia w nim było słychać.

                                          • Raz tylko groźbę spełniłem, choć powinienem był zrobić wtedy znacznie więcej. Byłoby to słuszne, ale byłem zbyt zajęty ważną sprawą i odruchowo wybrałem generyczną decyzję. Heh…- jego uśmiech nie był wesoły - będziesz miała ochotę to jak wyślesz do Cheliax, oficjalnymi kanałami, pytanie o moje stanowisko apropos niewolników to może się zdziwisz.

                                          • Dużo mówi, że twoim głównym argumentem jest "ale inni są gorsi"... - Filia pokręciła głową - Kończę ten temat i rozmowę zanim zrobię coś czego oboje będziemy żałować. Poślę Kaylie z Baltizarem, a ciebie wolę mieć na oku.

                                          • To nie była nawet trzecia część argumentu… - zaprzeczył Khal, ale w jego głosie nie słychać było protestu. Zrobił krok w tył, symbolicznie przepuszczając Filię przodem. Tak aby wrócić te pół kroku za liderem wyprawy.

                                          Gnom stukając o podłogę ognistym kosturem ruszył w kierunku Kaylie. Potrzebował dowiedzieć w co się wpakowała drużyna kapłana. W końcu jego opowieść miała być o nim, a nie wybrykach Bajarza.
                                          Kaylie stała z boku, nie odzywając się do nikogo, jedynie patrząc w posadzkę.

                                          • Coś ty taka skwaszona. Wszyscy przeżyli jak dotąd. Cieszyć się trzeba raczej.- rzekł na powitanie Baltizar.
                                            Arkanistka uniosła spojrzenie na gnoma.

                                          • Masz jakąś sprawę do mnie? - zapytała przybitym głosem.

                                          • Tak. Potrzebuję informacji. O tym co się z wami działo, co widzieliście i co robiliście podczas eksploracji tuneli. - wzruszył ramionami gnom wbijając kostur w podłogę i wyjmując notatnik. - Potrzebuję wątków do mojej opowieści.

                                          • To w sumie Viktor by ci lepiej opowiedział. On szedł pierwszy, prowadził jak każdy dobry przywódca. - wypowiedziała te słowa niby lekko, ale jednak w jej głosie dało się usłyszeć nutki smutku.

                                          • Z pewnością tak uczynił. Jestem tego pewien. I dlatego właśnie jest bezużyteczny dla mnie. Potrzebuję kogoś kto z boku miał baczenie na całą sytuację. Aktor grający główną rolę nie nadaje się na recenzenta przedstawienia.- machnął ręką Baltizar zbywając tą sugestię arkanistki.

                                          • Więc chcesz poznać opowieść opowiadaną ze strony bardziej heroicznej? Opowieść o bohaterze?

                                          • Chcę poznać fakty i zdarzenia, chcę poznać prawdę… koloryzowanie ich i upiększanie zostaw mnie.- uśmiechnął się cierpko Baltizar.
                                            Kobieta chwilę milczała nim zaczęła mówić.

                                          • Od początku zgłosił się by pierwszy iść na przedzie. Dotarliśmy do sali trzema mniej więcej półtora metrowymi jajami o ciemnych skorupach. Wokół walały się trupy goblinów. Mimo moich ostrzeżeń Jakie były powodowane widokiem lekko pękniętej skorupki i wydobywającego się z nich dymu, komendant nakazała strzelić strażnikom do jednego z nich. Wyskoczyło z niego dwumetrowy monstrum, Jakie było głównie zbudowane z mięśni, kolców i szponów. Dzięki magii komendant został on rozkazem przyszpilony do ziemi. Tylko nasza dwójka była w stanie zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Ciosy strażników odbijały się od jego pancerza. Viktor uderzał swoim młotem z siłą kruszącą kości potwora. Zajęło chwilę nim wykończyliśmy paskudę.

                                          • Bardzo interesujące. - mruknął gnom zapisując słowa arkanistki. - Bardzo dramatyczne. Mało pomysłowe, ale klasyka… nie bez powodu jest klasyką. Co było dalej?

                                          • Nie słyszałeś tego wybuchu? - zapytała i zaczęła opowiadać o sprawach z linkami.

                                          • Mieliśmy własne eksplozje…- machnął ręką gnom tłumacząc tą kwestię i wrócił do notowania jej słów.

                                          • Po przejściu pułapki znaleźliśmy pomieszczenie w jakim odkryliśmy skryte pod skrzyniami zejście na niższy poziom. - zakończyła - To w sumie cała opowieść.

                                          • Achaa… - odparł gnom kończąc notowanie.

                                          • Czy trzeba ci jeszcze czegoś? - zapytała.

                                          • Nie… nie wydaje mi się, chyba że chcesz coś dodać od siebie? - odparł Bajarz.
                                            Kaylie pokręciła głową.

                                          Filia i Viktor wrócili po chwili, oboje najwyraźniej w gorszych humorach niż kiedy odchodzili. Komendant podeszła do arkanistki.

                                          • Kaylie, porozmawiałam z Viktorem. - spojrzała ponownie w stronę adwokata z odrobinę skwaszoną miną - Drań z niego muszę przyznać. Słuchaj, chcę abyś na następnym poziomie przeszła do drużyny Baltizara. Nie martw się o mnie, sama wiążę sobie sznurówki i mam swoją elfiokształtną mięsną tarczę. - uśmiechnęła się przez chwilę patrząc na Daviona - Po prostu widzę, że to co ci powiedział i zrobił Viktor, zaprząta ci ciągle głowę. Nie chcę, abyś była rozproszona, więc lepiej abyście byli osobno, a ja wolę mieć oko na diabolistę. Tak będzie lepiej dla ciebie, bo nie będziesz z nim i lepiej dla nas, bo nie będziesz musiała o nim myśleć. Dobrze?
                                            Kaylie zesztywniała słysząc te słowa. W myślach słyszała podobne, jakie zakorzeniły się w jej myślach już na lata.
                                          • Ale... Czy to naprawdę konieczne? - zapytała starając się panować nad drżeniem głosu.
                                            Tymczasem do dwójki podszedł sam Baltizar z kosturem płonącym na końcu.
                                          • Mam niby wszystko co chciałem, chcesz pani dodać jakieś słowa od siebie do mojej opowieści. Jakieś wzniosłe zdania?- wtrącił się w rozmowę zwracając do Filii.- Coś z czego chciałabyś być zapamiętana?
                                          • Jeszcze nie umarłam. - zauważyła Filia - Będzie pełno okazji, aby mnie zapamiętać. Mistrzu Harpeness, chciałabym aby zabrał pan ze sobą Kaylie do następnego poziomu. Obawiam się, że… członkowie mojej drużyny źle na nią wpływają. - komendant spojrzała na arkanistkę - Sądzę, że to będzie najlepsze dla wszystkich. Mam nadzieję, że się nie mylę.
                                          • Ach… nie mówię o epitafium. Tylko o słowach które mam zawrzeć w mojej opowieści.- machnął kosturem gnom i spojrzał na Kaylie.- No cóż… nie ma problemu. Porozmawiaj z Ofunem, on jest liderem moich awanturników i w sumie on tam dowodzi.-
                                            A potem znów spojrzał na Filię.- A na co ma bidulka alergię: wojskowy sznyt, żargon straży miejskiej?
                                          • Najwyraźniej Cheliaxianską ogładę.
                                          • No… pięknie.- sarknął pod nosem Bajarz.
                                            Kaylie patrzyła w przestrzeń... ale jej nie widziała. Widziała coś co powinno umrzeć lata temu, ale wciąż żyło w jej głowie. I śmiało się teraz okrutnie.
                                          • Ja... dam sobie radę...
                                          • Taaa… kiepska z ciebie aktoreczka. Mało przekonująca. - stwierdził sceptycznie Baltizar.- Słyszałaś słowa szefowej tej wyprawy. Zgłoś się do Ofuna.
                                            Machnął dłonią. - Trzeba respektować porządek kąsania.

                                          Ręce opadły bez siły w dół boków. Czuła bezsilną rozpacz jaką poznała, gdy ją odprawiano dla dobra rodziny...
                                          Nie odpowiedziała nic Filii. Wiedziała że nie zapanowałaby nad tonem głosu, a nie chciała okazać wewnętrznego bólu. To co jednak okazała było bezsilną złością nad jaką nie panowała. Stanęła na baczność i wykonała gestem jaki krył w sobie agresję w ruchu i jednocześnie był wykonany bez żadnego dbania o formę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę najemników gnoma.

                                          • No… tak… - dodał gnom drapiąc się po brodzie i spojrzał na Filię. - To chyba… załatwione. A co do słów. Samodzielnie wymyślić inspiracyjne wypowiedzi i wcisnąć w twoje usta? Cóż… twojej postaci w mojej opowieści. -
                                          • Jeżeli nie zrobisz ze mnie idiotki. - zaznaczyła komendant - Nie ma problemu.
                                          • Jak będą gotowe, dam ci okazję przejrzeć moje notatki w ramach zaakceptowania.- wzruszył ramionami Baltizar coś notując.

                                          Nieco dalej Khal siedział, z założoną nogą na nogę. Skrzynce pod nim brakło może jeszcze pół roku w tej wilgoci, aby nie być już w stanie utrzymać jego ciężaru. Jego ubiór, jakby rzucić na niego kątem oka, mógłby zostać pomylony z mundurem straży, ale przy spojrzeniu od razu było widać, że to co innego. Żuł mieszankę suszonych owoców, które zabrał ze sobą na tę wyprawę, nie zamierzając kalać swego podniebienia racjami podróżnymi. Wcale a wcale nie usiadł w odległości takiej, by jego wyczulone uszy słyszały jedną trzecią słów (a znając temat rozmowy łatwo ekstrapolował pozostałe części) jednocześnie będąc dość daleko aby nie wyglądać jakby podsłuchiwał. Praca adwokata w Cheliax, na jego poziomie, bywała znacznie szersza niż wielu mogło się wydawać i nieraz zawierała w sobie podtekst szpiegowski.

                                          Kaylie szła aby przejść obok niego. Nie widział jej twarzy pod maską, ale w kroku rozpoznawał buzujące emocje. Nie powinien wdrażać planu. Powinien zagrać “bezpiecznie” i zostawić rozwiązanie tego konfliktu na znacznie bardziej sprzyjające warunki… Nie zamierzał grać bezpiecznie.

                                          Łagodnie wstał i zrównał się z Kaylie gdy przechodziła obok, dopasowując swój krok do jej.

                                          • Czy… ścierpisz moją obecność na krótki moment? - zapytał, jakby nieśmiało… jakby przepraszająco. Samym tonem głosu deklarując jej władzę nad “być czy nie być” tej rozmowy.
                                            Kaylie zatrzymała się, ale nic nie powiedziała, jedynie kiwnęła głową na zgodę.

                                          • Dziękuję - Viktor kiwnął głową lekko, ale przedłużył nieco gest - Nie ma teraz możliwości by tę rozmowę w pełni odbyć więc powiem w skrócie… byłem gnojem. Przepraszam ciebie. W żadnym razie nie chciałem w ciebie uderzyć, po prostu… coś się stało i sam walczę by zachować pion i by nie dało się poznać jak bliski jestem… - wziął wdech, zbierając się aby głos pozostał spokojny - …rozpadnięcia się. Mam nadzieję… że dasz mi później szansę wyjaśnienia tego i poprawnych przeprosin…
                                            Zatrzymał się na chwilę by dać jej coś odpowiedzieć jakby chciała i w nadziei, że wyczyta coś z jej mowy ciała, albo oczu, ledwie widocznych, w cieniu otworów maski.

                                          • Tak... - cichy głos Kaylie był pełen usilnie skrywanego bólu i bezsilności. Tym razem jednak Khal miał wrażenie, że nie jest skupiony na tym co dotyczy jego, a nawet maska nie mogła ukryć cierpienia jakie odbijało się w jej oczach, a widząc je Khal zaobserwował również wzbierającą w nim samym nową falę poczucia winy, ale nie walczył z nią… “zasługujesz na to” pomyślał sam do siebie, jakby to był poprawny sposób radzenia sobie z takimi uczuciami i pozwolił im objąć się całego.

                                          • Czy… chcesz iść z Baltizarem… czy może, pomimo tego jak się zachowywałem, wolałabyś wciąż ze mną być w tej kopalni? - zapytał, umieszczając w swoim tonie odrobinę nadziei… taką aby nie miała wątpliwości, że to nie mogło być coś “aby nie poczuła się źle”, ale to jemu na tym zależało…. ale tylko tyle aby by nie czuła na sobie presji.

                                          • A jakie to ma znaczenie? - zapytała spuszczając głowę - Filia już zadecydowała.

                                          • Dla mnie? Wszelkie i jedyne. - Khal mówił z lekkim, nieagresywnym naciskiem reprezentującym jedynie jego intencję… i zupełnie zignorował słowa o Filii, wciąż wpatrując się z pytaniem. Sięgnął ostrożnie w jej kierunku i powoli, tak aby dokładnie widziała co robi… ujął ją pod brodą i delikatnie wzniósł jej spojrzenie do siebie.

                                          • Czy… pomimo tego jaki byłem… wciąż chciałabyś iść ze mną? Czułbym się… spokojniejszy… Czy dać ci przestrzeń i czas i wolisz pójść z Baltizarem? Nie miałbym do ciebie o to krztyny żalu i wciąż chciałbym ci… wytłumaczyć się w niedalekiej przyszłości.

                                          • Chciałabym iść z tobą... - odpowiedziała po chwili milczenia - Boję się tylko... że... - zamilkła.

                                          • Kruszyno… - głos Khala brzmiał delikatnością jedwabiu - Nie ruszę machiny jeśli będę miał wątpliwości czy na pewno tego chcesz. Nie proś mnie bym ryzykował, że znów jakoś cię zranię… proszę cię… powiedz mi czego się boisz…
                                            Kaylie znów spuściła głowę i szepnęła.

                                          • Boję się, że znowu będziesz przypominał... że czymś zawiodę...
                                            Khal znów pozwolił fali się objąć. Westchnął i powoli, bez nacisku, na wpół przyciągnął ją do siebie, na wpół sam do niej wyszedł… z tempem i ‘siłą” pozwalającą jej w każdej jednej chwili przerwać gdyby chciała, ale bez przeszkód czy oporów objął ją czule ramionami.

                                          • Byłem na ciebie zły, bo widziałem brak szacunku do twojego życia… ale to nie był błąd. Nie zawiodłaś ani wtedy ani później. To wszystko mój syf i moje próby utrzymania pionu… Pozwoliłem by mój własny ból się na ciebie wylał… proszę cię, wybacz mi to. Od teraz dam radę… będę silniejszy. Utrzymam się w ryzach i nie pozwolę aby moja żółć się ulewała. W porządku?

                                          • Tylko jaka to teraz różnica? - jęknęła płaczliwie - Filia nie chce mnie ze sobą. Wyrzuciła mnie...

                                          • Nie wyrzuciła cię… - skorygował Khal łagodnie - Chciała cię przede mną chronić. Tylko troska nią powodowała - słowa zapewnienia były delikatne, jak aloesowy okład. - A różnica, Skowroneczku, jest taka, że… nie przypominam sobie bym w którymkolwiek momencie pytał o jej chędożoną opinię.

                                          W przejściu Viktor klepnął Baltizara w bark.

                                          • Będzie drama. Chcesz być jej świadkiem… - powiedział krótko, ledwie zwalniając kroku.
                                          • Filio, potrzebuję cię na chwilę - Zwrócił na siebie uwagę komendant straży. Nie był już zmęczony jak wcześniej, ani nawet zniechęcony w żadnym razie. Uśmieszek podnoszący jeden róg ust, ton głosu i iskra w oczach sprawiały, że nawet w tych kopalniach wyglądał jak u siebie, a Kaylie stojąca wyprostowana bezpośrednio po jego prawicy tylko dodawała mu pewności - Wolisz tę rozmowę przeprowadzić tutaj… czy odrobinę dalej od twoich ludzi? - W jego głosie pobrzmiewała mieszanka nie-troski i drobnego, socjalnego ostrzeżenia. Mogła preferować by ta rozmowa odbyła się nieco bardziej prywatnie.
                                          • Można tutaj, chyba, że chcesz poruszyć coś zbyt strasznego dla ich morale. - odparła komendant.
                                            Gnom ustawił się z boku i westchnął ciężko. Jego dwa “zwierzaki” stanęły po obu jego stronach. Potrząsnął głową i potarł czoło… ilość macek wynurzających się ze ścian wzrosła, a krwawe oczy i zębate paszcze otwierały się na nich. Macki szyderczo układały się w kształt smoka… tyrana z karty.
                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy