[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
-
Kilka godzin później karawana wychodziła z kolejnego lasu i ich spojrzenie spotkało się z niecodziennym widokiem.
[media]https://i.imgur.com/8KuP596.png [/media]
Obszerna polana pokryta popiołem jak tylko oko sięga. Niewielkie kawałki zeschłej trawy wytrwały, ale szybko też poddawały się. Powietrze było suche, ale nie pachniało dymem czy spalenizną.
Filia rozejrzała się w obie strony polany starając się zrozumieć co widzi. W końcu z braku pomysłu zwołała kilka osób, aby podjąć jakąś decyzję.
Wśród zgromadzonych był Viktor, Baltizar, Kaylie, Ofun, Davion i Inarion.
Filia zerknęła z powrotem na polanę.- Jakieś pomysły co tu się mogło stać?
- Ziemia została osuszona… wyjałowiona za pomocą magii?- zapytał Baltizar drapiąc się po podbródku.
Viktor od początku marszczył brwi w konsternacji. Rzucił Kaylie dwa spojrzenia gdy nikt nie widział, ale poza tym unikał jej widoku, co też robiła Kaylie odwracając głowę niczym wystraszone dziecko. - Dajcie mi moment… - poprosił i sam skierował się bliżej polany, zatrzymując jakieś pięć metrów przed nią, wymawaiając słowa inkantacji, co rozświetliła jego oczy blaskiem w kolorach wibrującego pomarańczu i czerwieni… Strzelił śliną i pokręcił niezadowolony głową.
- Fisuś… przydałbyś się… - szepnął, bez nadziei i podszedł bliżej, az mógł przyklęknąć nad zasadniejszą ilością popiołu. Zebrał go między palce i obejrzał z bliska określając kolor i wariację. Przetarł między opuszkami by poznać jego fakturę oraz rozmiar drobinek. Przysunął do nosa poznając zapach… Potem wrócił do konklawe wyprawy.
- Zero magii. Null. Nada. Całość wydaje się lokalna, znaczy, że z tej tutaj trawy pochodzić. Popiół normalnie jest suchy jak pieprz po spaleniu i bardzo szybko wilgotnieje w naturalnych warunkach. Ten wciąż jest suchy. Szacuję, że ma nie więcej niż godzinę, ale obstawiałbym bliżej kwadransa… jeśli to jakiś efekt quasi-magiczny, bo istnieją takie których zwykłe wykrycia nie ujawnią, ale wtedy to nie ma żadnych zasad.
- Nie jest tak gorąco, aby polana zajęła się sama. - zauważył Ofun - Może wieśniacy wypalają polany pod uprawy?
- Jesteśmy godziny od najbliższej osady. - Filia pokręciła głową - Więc… coś celowo podpaliło polanę. Nie chcę zawracać i nadkładać czasu szukając innego przejścia. Sądzicie, że warto zaryzykować?
- Nie - pokręcił głową Viktor - To wydarzyło się zbyt niedawno. Jakby to było coś wczorajszego, to jasne. Droga wolna. Ale ja wierzę w ten kwadrans. I martwi mnie brak zapachu spalenizny. To nie był normalny ogień, bo wciąż by się żarzyło i dymiło. Może bardziej aura gorąca? Jak od salamandry? Postawiłbym jakieś tam pieniądze, że to coś związanego z ogniem spoza naszego planu. Jest nas zbyt dużo byśmy dali radę szybciutko przebyć tę polanę… to tylko kawałek ziemi. Ile czasu stracimy obchodząc go?
- Zawsze też możemy próbować wypłoszyć cokolwiek tam by było. - rzuciła Kaylie - Ale nie wiem czy to miałoby większy sens poza zwykłym poszukiwaniem emocji. Niby kuszące... - wzruszyła ramionami - ale chyba zbyt ryzykowne.
Dywagacje przerwał im dźwięk dobywający się gdzieś z środka polany. Brzmiał jak bardzo szybkie, bardzo intensywne wąchanie, przerwane dźwiękiem, który z braku lepszego określenia brzmiał jak kocie mrauczenie. - Erm… - zaczęła Filia - Wy… też to słyszycie?
- Aż kusi zażartować, ale tak - opowiedział Viktor - To chyba rozstrzyga pytanie “czy źródło tego wciąż tu jest?” Możemy posłać delegację do ognistej kici, albo iść naokoło. Ponawiam pytanie… ile stracimy obchodząc polanę?
Kaylie stanęła przed Filią a polaną trzymając rękę na mieczu.
Baltizar był zajęty pisaniem trzymając się strategicznie na tyłach całej wyprawy. - Obejść polanę nie będzie łatwo. Chodzi o wozy, ta polana była jedną z niewielu przejść na tyle równych, aby niczego nie ryzykować. - gwizdnęła i grupa zobaczyła jak jaskółka przeleciała nad nimi i ruszyła nad polanę lecąc wysoko, po chwili wróciła do grupy, lądując obok Filii. Sekundę później miast jaskółki, stała haflinka ubrana w dość proste odzienie.
- To nie kot. Z góry wyglądałoby jak salamandra, ale miało skrzydła. Jakiś malutki smok.
- Tam gdzie jest mały smok… może być i jego mama.- mruknął gnom notując coś. - A choć chciałbym być świadkiem heroicznego ubijania smoka, to… czy ta wyprawa jest przygotowana na takie starcie?-
- Z matką? - zapyta Viktor - Absolutnie nie. Ughhh… Jak duże to jest? - zapytał patrząc na jaskółkę?
- Może pół metra długie? Powiedziałabym, że połowa tego wzwyż. Chude. Tarza się i wdycha ten popiół.
- I pewnie jestem tu jedyny co mówi w ignanie, prawda? - niby-zapytał Viktor, rozmasowując skroń. - Poczekajcie tu. Spróbuję to załatwić… - zadeklarował i zrobił już krok, w kierunku polany… na razie powolny, jakby kto chciał coś dodać nim przyspieszy.
- Poczekaj! - zawołała Filia, chyba sama była zdziwiona swoją reakcją. Odchrząknęła i wypowiedziała, krótką modlitwę do Abadara. Postać Viktora przez chwilę była pokryta jasno pomarańczową łuną - Zaklęcie ochrony przed ogniem… na wszelki wypadek.
- Doceniam - kiwnął Viktor głową i usłyszał jeszcze ciche słowa Kaylie:
- W razie problemu od razu będę.
Viktor spojrzał na chwilę na nią ledwie więcej niż kątem oka. Wymusił pewien uśmiech na twarzy i kiwnął głową z wdzięcznością. - Nie będzie problemów. Wracam jak ustalę co i jak.
Zadeklarował i poszedł do polany. - Ughh.. ale się usyfię… - skrzywił się, stawiając pierwsze kroki w popiele. Z każdym kolejny wznosił kolejne jego kłęby i jakby miał się teraz zacząć nagle cofać to musiałby wdychać popiół tak samo jak domniemany smok.
Kilka chwil później dojrzał istotę, której wszyscy się tak lękali.
[media]https://i.imgur.com/sRLUgRG.png[/media]
Smok był mniej więcej rozmiarów domowego kota. Właśnie leżał na brzuchu z pyszczkiem głęboko zakopanym w kupce popiołu, która powoli zaczynała maleć.
- Rzeczywiście smok - szepnął Viktor do siebie, odchrząknął, powtarzając w głowie składnię języka tych mitycznych istot, a nawet nie był pewny czy jest taki pisklak w ogóle już mówi. No nic. Trzeba było spróbować. Przykucnął, by nie górować nad nim, nawet z odległości.
- Hej mały - zagadnął perfekcyjnie łagodnym, nieco nawet opiekuńczym tonem, przynoszącym na myśl troskę i bezpieczeństwo - Jestem Viktor. Zgubiłeś się? Gdzie jest twoja mama?
Smok momentalnie podniósł łepek z popiołu i spojrzał na Viktora. Nie było lęku w jego oczach, bardziej zaciekawienie. Nic jednak nie odpowiedział, jedynie przekrzywił główkę dalej się przyglądając kapłanowi.
Viktor usiadł na ziemi, krzyżując nogi przed sobą, by wyglądać tak bardzo nie-niepokojąco jak się tylko dało. - No hej… rozumiesz cokolwiek co mówię? Czy jeszcze za drobny-i-uroczy jesteś na to? - pytał bardzo przyjemnym, wyćwiczonym głosem.
- A może preferowałbyś w ignanie? - zapytał w nieco bardziej świszczącym języku, szukając czegoś za pazuchą.
Smok zerknął na ręce kapłana. - Czego chcesz? - odezwał się jednak nie w języku smoków, a Fae - Mój popiół. Znajdź se własny.
- A nie ma problemu. Pozwolisz, że zaraz, kiedy będę sobie szedł to może wezmę ze sobą tyle co mi się do tyłka przykleiło i nie będzie chciało dać się strzepać, dobrze? Jestem Viktor, przedstawiłabyś mi się, ty cudowna bestyjo? Lubisz słodycze, czy tylko popiół?
Wyciągnął z podwymiarowej kieszeni woreczek z cukierkami. Jeden wrzucił sobie do ust, a drugi pokazał faerie.
Smok delikatnie powąchał cukierek, po czym wykrzywił nos i pokręcił główką kichając i schował nos z powrotem w popiele. - Brandelen… - odparł - Tak mówiła mama, kiedy byłem w jajku. Dziwnie pachniesz.
- Może być ku temu wiele powodów - uśmiechnął się Viktor i wrzucił sobie wzgardzony cukierek do ust, a woreczek schował. - Wciąż nie wiem czy rozumiesz smoczy, więc pozwól, że powtórzę po twojemu… jestem Viktor, miło mi cię poznać, Brandelenie. Jesteś tutaj sam? Gdzie teraz jest twoja mama?
- Sam. Nie zostajemy z innymi, za mało popiołu. Smoczy trochę rozumiem, widziałem inne, głupie są. Mają fioła na punkcie złota. Błyszczy tylko, twarde i nie pali się. Zostanę tu, aż nie skończę tego popiołu. Możecie przejechać, mięso ucieka jak się pali.
Viktor uniósł brew w rozbawieniu. Smoczątko jest bystrzejsze niż słodycz by kazała przypuszczać. Może wcale nie jest pisklakiem? - O to nam tylko chodziło. Dziękujemy, wielki Brandelenie, za prawo przejścia przez twoją domenę - ton Viktora był odrobinę żartobliwy, odrobinę podniosły, a quasi-ukłon, wykonany wciąż siedząc, nie dodawał mu powagi.
- To działa na smoki? Te całe płaszczenie się i puste słowa? - smoczątko pokręciło głową - Dorośli są głupi…
- Nawet nie wiesz jak. - przytaknął mu Khal z uśmiechem wstając i otrzepując spodnie - Wszyscy głupi jak kurze buty. Nie dorastaj Brandelenie, to jest pułapka i jak się spostrzeżesz to już jest za późno. Trochę nas tutaj jest, więc przejście przez polanę ciut nam zajmie. Trzymaj się.
Smok nie zwracał już dalej uwagi na człowieka wracając do… jedzenia popiołu?
Kilka chwil później, z których Viktor spędził sporo na skazanych na porażkę próbach otrzepania swojej zbroi, Filia odzyskała swojego doradcę.
- W porządku. Pokrótce: możemy przejść. To nie do końca smok, a chyba jakiś kuzyn pseudo-smoków, bo wyraźnie faerie. A ten popiół jest dla niego do jedzenia.
- CO!? - dopiero teraz Viktor zauważył Joriego. Alchemik Popielnego Dworu spojrzał na spopieloną polanę - Jesteś absolutnie pewien, że on je popiół? Mały? Mniej więcej rozmiarów kota? Czarno-szary? - elf wydawał się podekscytowany tą informacją.
- Jori? - Filia spojrzała na alchemika - Czy coś nie tak?
- Tak, je popiół. Jest czarno-szary, ale z wyraźnymi czerwieniami. Nie planujesz tego stworzonka na reagenty przerobić, prawda? - zażartował Viktor… tak aby się upewnić.
- Nie, jeżeli mam zamiar przeżyć powrót do Dworu. - odparł elf poważnie - Filio, mogę z nim porozmawiać sam? To zajmie dosłownie chwilę. - nie czekając na odpowiedź elf pognał w stronę smoczątka nie zważając na stan swojej szaty.
- Ma na imię Brandelen - krzyknął za nim jeszcze Viktor.
Chwilę był przykucnięty w miejscu, w którym Goodmann zostawił smoczątko, po czym wrócił do zgromadzenia z uśmiechem na twarzy. - Patrzcie, państwo… możemy iść, maluch odsunie się do innego popiołu, abyśmy nie musieli na niego uważać. Viktor, Kaylie, Baltizar mogę was poprosić na bok?
Viktor miał nadzieję, że to rzeczywiście nie mogło czekać, a nie że Jori się zbyt podekscytował by zręczniej zorganizować tę rozmowę.
- Wyprawa może ruszać. To nie tak, że macie jak nam uciec - puścił Viktor oczko do Filii i ruszył za Jorim.
Kaylie spojrzała na Filię. - Zaraz wrócę. - machnęła ręką i poszła z Viktorem usilnie próbując udawać, że nie zwraca na niego uwagi.
On naprawdę był na nią zły... Unikał nawet patrzenia na nią, gdy do reszty uśmiechał się i stroił żarty. Czy naprawdę aż tak była winna? Możliwe…
Gnom wyciągnął karty, przetasował je… aż znalazł właściwą. Przyjrzał się tyranowi uśmiechając się sarkastycznie. Nie spodziewał się, że wróżba będzie aż tak… dosłowna.
Viktor jeszcze w marszu objął Joriego za bark w swoiskim uścisku i śmiał się serdecznie.
- Ten wichajster dla Lilii, w końcu udało ci się wreszcie zmajstrować? - zapytał wesoło i zniżył głos tak aby tylko alchemik mógł go słyszeć - Pamiętaj o szpiegu Filii i, że ona mi nie ufa. Ta rozmowa raczej nie będzie prywatna. Jeśli mamy nowego gapowicza i tylko chciałeś nam o tym powiedzieć to inny czas na to będzie.
- Szpieg Filii? Masz na myśli Ihaili? To ta haflinka i na razie została z nimi. Prosta sprawa, musicie mi pomóc przekonać Filię, aby pozwoliła nam zabrać ze sobą Brandelena. - Elf mimo wszystko też zniżył głos kiedy przeszedł do sedna sprawy - Musimy go zabrać do Dworu.
Kaylie nie wyglądała na zachwyconą. - Zgłosiłam się strzec zdrowia i życia Filii przynajmniej podczas przeprawy do miejsca docelowego. Nie widzi mi się mieć małego smoka co może czknąć i podpalić pół wyprawy czy będę musiała na niego uważać jako na kolejne możliwe zagrożenie dla komendant.
Elf pokiwał głową. - No tak, zrozumiałe. Brandelen to młodociany jeszcze, pełny energii, wigoru. Możemy poruszyć temat jak będziemy wracać. Ta polana wystarczy mu na kilka dni, a pogadałem z nim, aby nie oddalał się stąd. Nie jest zagrożeniem, bo woli polować na rzeczy, które nie uciekają. - wzruszył ramionami - A Otis będzie bardzo, BARDZO wdzięczny za jego dostarczenie.
- Dlaczego? - zapytała - Chce z niego potrawkę zrobić?
- Nawet tak nie żartuj… - głos elfa brzmiał bardziej jak przestroga. Podrapał się po karku - Na ogół nie wolno mi wyjawiać sekretów Dworu, ale i tak już dużo wiecie. Brandelen jest potomkiem Otisa, dokładniej Shar'otis'enel'a. Możliwe nawet, że synem. Więc byłby niezwykle szczęśliwy z odzyskania jakiejś rodziny.
Viktor ukrył pół twarzy gdy rozsmasowywał skronie we frustracji. - I czy ta conversatio koniecznie musiała się odbyć TERAZ? Wyglądamy podejrzanie, a i tak mi tu na wejściu NIE ufają, za poinowacenie z Benefaktorem. Chyba nic nie stało na przeszkodzie aby gdzieś w ciągu następnych sześciu godzin marszu nas złapać, co? - zapytał, nieco jak dziecka. Warknął niezadowolony, opuszczając rękę - Problema non est. Rozumiem o co chodzi. Ogarniemy. Ale proszę… szczegóły potem. Może nawet w drodze powrotnej, czy może są jakieś powody czemu to musi być omówione teraz?
- Możemy zginąć? - przypomniał elf - Ta karawana nie jedzie na piknik do Brevoy, więc lepiej omówić to teraz. Co do podejrzliwości. Filia wie, że cokolwiek omawiam dotyczy Dworu, a komendant nie miesza się w sprawy Otto.
- Zachowujesz się czasem jak panikująca baba. - mruknęła Kaylie do Khala.
- Oh, ja się… - rzucił ale wstrzymał się nim zwerbalizował natrętną myśl. - Niech będzie - niby-przyznał jej rację - Jestem panikującą babą - ale wzruszenie ramion oznajmiało, że nie zamierza się tym przejmować i zwrócił się do alchemika. - Żaden z tych argumentów nie czyni tego konkretnego momentu lepszym na dyskusję niż powiedzmy za trzy godziny w trasie… no ale niech będzie, mleko się wylało. Brandelen, rozumiem, jest chętny z nami iść?
- Za trzy godziny w trasie, też stwierdziłbyś, że moment nieodpowiedni. - odparł elf - Brandelen to nastolatek, oczywiście, że chętny nie jest, bo robi to co inni chcą, ale zainteresowałem go. Da nam szansę.
Viktor przewrócił oczami dając znać co myśli o tym argumencie, ale wstrzymał się już od komentarza o zastąpieniu Ferna’a w roli nadwornego wróżbity. Nie miał nic tu do ugrania. Czas było wrócić do pełnej samokontroli. - Jeśli będzie współpracował to pewnie najwygodniej byłoby zrobić to skrycie. Otwarte zabranie go do Dworu zwróci uwagę i może Ferna naprowadzić na trop, a tego Otto chyba nie chce. Fakt, że Brandelen spalił sporą polanę tylko doda wagi zmartwieniom Filii na temat wnoszenia go do łatwopalnego miasta. Torba Przechowywania byłaby tu niezastąpiona, ale nie mam jej ani dość materiałów aby ją stworzyć. Pomyślę nad tym jak to rozegrać i będę miał plan jak będziemy tędy wracać. Może coś wpadnie w ręce w laboratorium. W porządku?
- Wracam zająć się ważnymi sprawami. - mruknęła - Możecie sobie jeszcze podyskutować, nasz prawnik jest napalony na ilość słów. - Kaylie odwróciła się najwyraźniej miała zamiar wracać chronić Filię.
Khal przez chwilę miał ochotę ją zatrzymać… poprosić by poczekała, aby skrzystać z okazji i porozmawiać z nią… wyjaśnić, choćby pokrótce… - Dziękuję za przekazanie moich słów do niej. - rzuciła jeszcze na odchodne do prawnika.
Viktor zmarszczył brwi, odprowadzając Kaylie wzrokiem. Nie. Nie miał jednak na to jeszcze… sił emocjonalnych. Nie na szczerość i konflikt jednocześnie. Jedno z nich dałby radę. Oba? Bez szans. - Załatwisz jak to chcesz. - uznał elf - Po prostu proszę, abyście go zabrali.
- Zrobię co się da. Choćby po to aby taka istotka nie była tak łatwa do przechwycenia przez jakichś zwyrodnialców… albo aby wynegocjować większy pokój z większym łóżkiem - zachichotał Khal, zacierając ręce. - Jakby kto mnie pytał o czym rozmawialiśmy będę odsyłał ich do ciebie jako twoją prywatną sprawę. To nie jest kłamstwo. Jakby ktoś i ciebie pytał, a nie chcesz odpowiadać to odeślij ich wyżej do samego Otto. Pod podobnym argumentem. Takie łańcuszki zwykle wystarczająco zniechęcają do drążenia tematu. Chyba mamy omówione co chcieliśmy? - zapytał kierując już jedną stopę z powrotem.
Alchemik kiwnął głową. - Wybacz, że tak to załatwiam, ale dawno nie mieliśmy niczego co by nawiązywało do dawnego Dworu... młody Popielny Smok, to mały promyk nadziei dla wszystkich.
- Rozumiem ekscytację - przytaknął Khal, po przyjacielsku klepiąc alchemika w ramię - Nadzieja jest cenna i rzadka. Warta walki o nią - Powiedział trochę mniej wesołym głosem i musiał powstrzymać wzrok, co znowu chciał za Kaylie podążyć - Zachęcam jednak do odrobiny więcej cierpliwości w przyszłości. Nie potrzeba bystrzachy aby wiedzieć, że rozmawialiśmy o czymś powiązanym z Brandelenem.
- Tak jak powiedziałem, "Sprawy Dworu". Filia jest jedną z niewielu, która zna trochę prawdy, więc zostawia nas w spokoju.
- Iii… to JEST ważny kontekst całej sytuacji. Jak bardzo “zostawia w spokoju”? Rozumiem, że nie aż tak bardzo aby machnąć ręką, gdy powiem, że zabieram Brandelena do Dworu, co?
- Na tyle, że pozwala Fae istnieć w swoim mieście. - elf westchnął - Nie znam dokładnie zasad, ale Filia i Otto doszli do jakiegoś porozumienia. Jakaś stara magia. Otto przestrzega praw miasta, a Filia przestrzega praw Dworu. Sprowadzenie Brandelena nie łamie tego ustalenia, ale... pewnie czułaby się nie do końca z tym wygodnie. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
- Ergo… - zaczął Khal nieco “dydaktycznym” tonem, pozbawionym wyższości czy jakichś pretensji - Filia wie, że: - zaczął wyliczać na palcach.
- Potężny fey żyje w jej mieście.
- Ten smoczek jest fey.
- A teraz jeszcze wprost i niewątpliwie wie, że Dwór, w twojej reprezentacji, się tym smokiem zainteresował.
- I odrobina patientiae pozwoliłaby nam uniknąć przynajmniej trzeciego punktu, a to jest punkt co mocno utrudnia mi przemycenie go do Evercrest.
Ton Viktora i jego wyraz twarzy były przyjazne i nieagresywne. Nie podkreślały “popełniłeś błąd”, ale mówiły “zrozum mój punkt widzenia”. I też jakoś przemycały, że nie miał zamiaru dalej drążyć, jeśli wciąż nie osiągnął porozumienia. - Och, ona już wiedziała, że coś będę robił z nim kiedy zareagowałem na twój opis. Ale, tak masz rację, tylko narobiłem problemów. Najpewniej odwiedzi Dwór jak wrócimy i da Otto do słuchu za sprowadzenie "Zagrożenia Pożarowego" do jej miasta. Lubi tak nas określać, jak potencjalne kataklizmy. Lilia i Piwonia to "Niebezpieczne Rozkwity".
- Można ją trochę zrozumieć - klepnął Joriego w ramię i wraz z nim rozpoczął marsz z powrotem. - W końcu… jakby Dwór zdecydował się temu naprawdę dedykować… czy jego możliwości destruktywne nie osiągnęłyby łatwo poziomu “małego kataklizmu”? - zapytał, ale w jego głosie brzmiało głównie uznanie dla możliwości faerie, a nie strach czy zwątpienie.
- Lilia i Piwonia... może z Lawendą i Chante mogłyby ogołocić z życia całe miasto w przeciągu dnia. - przyznał elf - Otis spaliłby tereny wokół. Otto... - alchemik spojrzał z powrotem w stronę miasta i gór na wschód od niego - W przeciągu tygodnia by zjadł wszystko do gołej ziemi, razem z górami.
- T-to… przekracza moje dotychczasowe przypuszczenia o cały rząd wielkości. Ale doskonale potwierdza moje twierdzenie. Oni w każdej chwili mogą stać się kataklizmem, jeśliby…
- Och, nie. - przerwał mu elf - Jesteśmy chaotyczni, nawet destruktywni. Jednak Pierwszy Świat pomimo swej zmienności ma prawa, a żaden, żaden Dwór nie przestrzegał ich bardziej niż Popielny. Jesteśmy gośćmi w Evercrest, a dobry gość nie nadużywa swojej pozycji. Otto zrobił jedną rzecz, przez którą miał duże problemy z Filią i poprzysiągł, że będzie się zachowywał jak najlepiej. Słowo jednego z Najstarszych jest prawem.
- Jak najbardziej wierzę i cieszę się tego powodu, ale… na imaginatio ludzką nie działają fakty i ograniczenia. A opcje i możliwości. A my, tak naprawdę, nie mamy żadnej możliwości ani potwierdzić, że “Słowo jest prawem”, dla takich jak on, ani jakie są ramy tego prawa… bo w każdym prawie są wyjątki i jestem absolutnie pewny, że obietnica “będę się zachowywał jak najlepiej” nie wymusi na nim pasywności jakby wściekły tłum na widłach chciał go wynieść. Więc pytanie brzmi… GDZIE jest ta granica. I czy nie ma jakichś kruczków, bo nie trudno sobie wyobrazić aby jakieś umieścił w tamtej deklaracji. Za to wizja Otto zjadającego królestwo Evercrest… przemawia do wyobraźni na innym poziomie, bo tu dochodzimy już do absurdu.
- Dramatyzujesz, wiesz o tym? Za długo pracowałeś z diabłami, sądzisz że wszyscy jak ustalą jakieś prawo, układ czy przysięgę, to robią to tak, aby wyjść z niej na dziesięć różnych sposobów. - elf westchnął - Mam ci teraz tłumaczyć, że wszelkie próby zaatakowania Otto, skończyłyby się tylko na tym, że byłby mniej głodny przez kilka godzin? Jest jedna prawda, którą musisz zrozumieć. Popielny Król potrzebuje swojej Królowej Gnicia. Ona jest tu, gdzieś w tych górach. Obiecał Azazelowi, że nie wykona żadnych gwałtownych ruchów, aby pozwolić wam zrobić tu jego religię. Obiecał Filii, że będzie się zachowywał jak najlepszy mieszkaniec miasta, jeżeli pozwoli mu w nim zostać. Przy okazji, jego obecność odstraszy każde inne Fae w okolicy. Tak powiedział i tak będzie, ponieważ odzyskanie naszej Królowej jest najważniejsze.
- Poznałem ludzkość z mroczniejszej strony niż ty, ale… mój poziom paranoi i… kombinatorstwa nie jest nieludzki. Adwokaci powstali w odpowiedzi na cwaniaków. Nie odwrotnie. Ja nie mówiłem, że obawiam się Otto pewnego pięknego ranka postanawiającego wsunąć pół Evercrest na śniadanie. Jedynie wyrażałem zrozumienie czemu Filia postrzega kogoś o tak absurdalnych możliwościach jako potencjalny kataklizm. I… rozumiem was. Wiem jak to jest podporządkować wszystko jednemu, nadrzędnemu celowi, tłamszącemu wszystkie inne. Jeśli dobrze rozumiem to mamy mieć jakąś swoją rólkę w jej odnalezieniu. Damy wtedy z siebie wszystko co mamy. Możecie na nas liczyć.
- Oby. Żadne z nas nie może się do niej zbliżyć, a Otto nie może opuścić Dworu. To w sumie urocze, że uważasz, że Cheliax jest najgorszym co ludzkość jest w stanie z siebie wykrzesać. Co do Filii... wie, że Otto jest straszny dla innych Fae, chociaż nie rozumie czemu. Ty pewnie też nie, ale to mniej istotne.
- Oj ja wiele miejsc uważam za gorsze niż Cheliax. Nidal czy Galt, aby nie szukać za daleko. A to ogóły… pewnie, że nawet wśród ludzi z tej wyprawy znalazł by się chociaż jeden potwór, co gdyby dać mu szansę, to zjeżyłby włosy na karku przeciętnego mieszkańcy Zachodniego Wybrzeża. I masz rację… mogę jedynie zgadywać, że by je zjadł? Ale przyjmuję całkowicie realną opcję, że to naiwne dyrdymały. Mam zbyt mało danych. Ciut inny temat: Obżartuch. Przedstawił mi ten tytuł jako swój ulubiony, ale kiedy ja się do niego nim zwróciłem to groził i spaniem na sianie. Jest w tym jakieś drugie dno, czy to po prostu tytuł nie dla śmiertelników?
- Wiesz czemu fae mają zero wartości dla życia? Śmierć to coś co przytrafia się innym, w Pierwszym Świecie nieważne co się z tobą stanie; mag eksploduje ci głowę, satyr zaseksi na śmierć, jednorożec potańczy po kręgosłupie. Zawsze wrócisz do życia, jasne możesz być słabszy niż byłeś, ale to w końcu odzyskasz. - elf się uśmiechnął - Różnicą jest Otto. Kiedy on coś zjadł, pozostawało to martwe. Koncept śmierci był obcy w Pierwszym Świecie, ciągle jest w wielu częściach. Jednak w Otto, Fae widzą drapieżcę, widzą coś czego absolutnie nie rozumieją. Widzą śmierć, ale nie potrafią jej nazwać. Więc nazwali ją tym co widzą. Obżartucha, Fae, który lubi jeść inne Fae. To ma dla nich sens i unika prawdy sytuacji. Kiedy ty go tak nazwałeś, nie rozumiałeś znaczenia tego słowa.
- Oh. Czyli moje naiwne dyrdymały okazały się prawdą, tylko pozbawioną niuansów. To myślisz, że teraz, jak mi to wyjaśniono, to mógłbym go tak nazywać? - zapytał bardziej zainteresowany niż cokolwiek innego.
- Jeżeli chcesz dołączyć do listy potencjalnych ofiar? - przyznał Jori - On jest królem, szacunek się należy.
- Aaahhh… już rozumiem… - Viktor pstryknął palcami w olśnieniu - to rzeczywiście jest ulubiony tytuł, ale w ustach nieprzychylnych… jak mnie kiedyś nazywano, przez chwilę, Czerwonym Skurwolem. Gigantyczna satysfakcja, ale tylko w ustach adversarii. Dziękuję za wyjaśnienie.
-
Kilka kolejnych godzin minęło, karawana wspinała się na ostatnie wzniesienie przed jej celem.
Atmosfera była napięta, wszyscy czuli zbliżający się konflikt. W końcu kiedy pierwszy wóz minął wzniesienie ujrzeli swój cel.Silverspine, niewielka wieś kopalniana, założona kiedy odkryto złoża srebra w jednym ze wzgórz. Wieś żyła tak długo, jak kopalnia była w stanie wydać na powierzchnię cenny kruszec. Teraz domki, w których kiedyś żyli górnicy i ich rodziny, rozpadały się, a natura powoli zaczynała przejmować spowrotem teren.
Filia zarządziła postój i ponownie zwołała naradę. Zajęło kilka chwil nim wszyscy się zebrali. -
Jak tylko zatrzymali się na miejscu Kaylie zatrzymała Filię.
- Mam ważną rzecz do przekazania ci. I to zanim wyjdziemy do kopalni. - powiedziała poważnie - Możemy porozmawiać same?
Komendant uniosła brew, ale jedynie kiwnęła głową i ruszyła kilka metrów od głównej karawany. - Więc, o co chodzi?
- Nie ma czasu wszystkiego wytłumaczyć, ale to zrobimy później. - żałowała, że nie ma Khala do pomocy, więc nie chciała całej kwestii wyrzucać - Chodzi o tego wariata, który pozmieniał tych ludzi. Zależałoby mi, gdyby nie został zabity podczas akcji.
- Zamieniłyśmy się rolami, kiedy nie patrzyłam? - Filia miała zdziwiony wyraz twarzy - Sądziłabym, że to bardziej ja powinnam wymawiać tą prośbę, ale cieszę się, że jesteśmy zgodne w tym.
Kaylie odetchnęła z ulgą. - Cieszę się, że się tak bez słów zrozumiałyśmy. Możemy wracać do spraw naglących.
Kaylie i Filia po chwili wróciły do zgromadzonych. Ofun tym razem został zastąpiony Jorim, ale poza tym narada miała znajome twarze. Komendant zaczęła.
-
Dobrze, mam taki plan. Viktor pójdzie ze mną do mojego nowego plemienia i przekonamy ich, aby pokazali nam te tajemne wejścia. To jest coś co na pewno trzeba będzie dziś zrobić. Teraz... czy wchodzić do kopalni dziś, czy wolicie poczekać do rana jak wszyscy będą wypoczęci?
-
I dać czas wrogowi jeszcze lepiej się na nas przygotować? - galtianka pokręciła głową w niedowierzaniu - Brakuje tylko abyśmy im jeszcze wysłali powiadomienie na kilka godzin przed szturmem. Oczywiście z potwierdzeniem odbioru. - zaironizowała - Jeszcze jest możliwość, że nie doszła tu wiadomość o stracie tego monstrum, ale to tylko w najlepszym wypadku. W najgorszym on już został powiadomiony przez tego szefa goblinów i mógł na wszelki wypadek przygotować się na przyjście jakiegoś problemu. Dawanie mu teraz jeszcze więcej czasu to tylko proszenie się o więcej kłopotów dla nas. - zakończyła przesuwając wzrokiem po innych zgromadzonych.
-
Kwestia jak się ludzie czują… - odpowiedział Viktor - Jeśli są w siłach aby szturmować laboratorium to powinniśmy to zrobić ze względu na wyżej wymienione powody. My tu zebrani się trzymamy… ale nasza wesoła gromadka nie wystarczy. Potrzebujemy aby również “szeregowi” byli w siłach. Są?
Filia spojrzała na Daviona, a kapłan Abadara kiwnął głową.
-
Są zwarci i gotowi na wszystko.
-
Do tego, nie wiem czy byliby w stanie usnąć w nocy, wiedząc jak blisko są ofiary i ich oprawca. - dodała Filia - Nie wiem czy ja bym była w stanie.
-
Jor i Ori już od godziny gadają, że nie będą na nikogo czekać. - dorzucił Inarion - Jak dla mnie nie ma co czekać, ale to bardziej decyzja Baltizara, jeżeli chodzi o nas.
-
Nie jestem żołnierzem, ani dowódcą, a choć znam opowieści o wielu bitwach… to tu zdam się na doświadczenie prawdziwych wojaków i podporządkuję ich poleceniem. Jednakże jeśli moi podwładni mają jakieś uwagi lub pomysły… to nie widzę problemu, by wyrazili swoją opinię. - stwierdził gnom z notatnikiem w dłoniach.
-
Pójdę przodem - postanowił Khal - Jest możliwość, że głęboko zinfiltruję kompleks nim zaczniemy szturm. Intel z tego będzie wyceniany w życiach. Jakby tylko Jori przygotował mi coś co aby oszukać powonienie bestii, co na pewno tam będą, to byłbym bardzo wdzięczny. Z oczami i uszami sobie łatwo poradzę.
-
Viktor. Gobliny? Pamiętasz, miały nam pokazać tajne wejścia. - powtórzyła Filia.
-
Tak, pamiętam - przytaknął marszcząc brwi - I jak nam pokażą to wejdę do środka i dowiem się czego gobliny nie były w stanie zwerbalizować a ponadto potwierdzę, że nie plotły trzy po trzy… czy to z nieszczerości czy głupoty. Liczebność, trasa, topografia... Nie liczę, że odnajdę samo laboratorium, bah… może mają solidne straże i nic się nie dowiem, ale chyba się zgadzamy, że wiedza dokąd wszarżowujemy jest na wagę złota, prawda?
-
O ile doceniam twoje poświęcenie, naprawdę. Nie sądzisz, że lepiej byłoby posłać Ihaili? Byłaby w stanie zmienić się w istotę, której gobliny by nie podejrzewały i wrócić bez szkód. - spojrzała jeszcze na zbroję i uzbrojenie Viktora - Do tego, twój rynsztunek nie sprzyja skrytości.
Viktor szarpnął ramionami i jego ubiór podróżny w mgnieniu oka zrematerilizował się jako bezczelne, głęboko czarne odzienie zabójców z dalekiego Tian Xia, spod którego tylko jego oczy było widać. Nie rzeczywisty, a bardziej kulturowy, taki jak w teatrach można było zobaczyć aby widzowie wiedzieli co mają myśleć. Po kolejnych szarpnięciu był w iluzji już zupełnie praktycznego, lekkiego stroju koloru brunatnej szarości. Idealnego by skradać się w jaskiniach. -
Nie mam nic do zarzucenia mojemu rynsztunkowi. Niewidzialność jest lepszą formą infiltracji niż transmutacja, ale nie zamierzam się upierać by być bohaterem - rozłożył ręce z lekkim uśmiechem i cofnął się o ćwierć kroku, poddając sprawę.
-
Efekciarz... - doszło do innych słowo wypowiedziane przez galtiankę.
-
Jesteście częścią tej misji, ale nie jesteście moimi podległymi. I tak robicie więcej, niż mogłabym od was oczekiwać, więc nie chcę niepotrzebnie was narażać. Więc proszę, Viktor, pozwól mi zrobić to na razie po mojemu. Kiedy wejdziemy do kopalni, chaos da ci pełno szans, aby zabłysnąć.
Viktor zmarszczył brwi w konsternacji, ale pokręcił tylko głową nim nawet otworzył usta. Cokolwiek by nie powiedział, było to bezcelowe… przed zarzutem o pozerstwo nie było metod obrony. Można było tylko nie zniżać się do próby. -
Już się zgodziłem - odpowiedział tylko, nieco nierozumiejącym tonem. Jakby nie wiedział czemu mu się ona wciąż tłumaczy.
Machnął ręką i widząc chwilę ciszy podjął inny temat. -
Co planujemy zrobić z muta-chemikiem? Szybka dekapitacja, czy jednak zabieramy go na proces?
-
Kaylie już to zasugerowała i ja się zgadzam. Łapiemy go żywcem, musi zostać osądzony. - Filia westchnęła - Co do goblinów, trzeba pewnie będzie ubić ich wodza.
Viktor spojrzał na Kaylie i kiwnął jej krótko głową z uznaniem i znów spojrzał na Filię, a oczy mu się zaśmiały. -
Między moja urażoną dumą… - zaczął chichocząc pod nosem - a ihailowymi polimorfiami, prawdopodobnie nie zaszkodziłoby jej jeszcze dodatkowa warstwa infiltracyjna, w postaci Niewidzialności ode mnie, prawda?
Kaylie chciała już się odezwać, ale uznała, że nie zabierze głosu jedynie nieznacznie cofając się do tyłu o krok, jakby nie chciała wychodzić na widok. W ten sposób przynajmniej nie będzie marnowała własnych zaklęć czy nie narazi się na wejście ponownie w chęci Khala.
Baltizar był obserwatorem i samozwańczym kronikarzem tej wyprawy, więc nie wtrącał się w jej przebieg. Swoje zdanie zachował dla siebie. A póki wyprawa toczyła się bez dramatycznych zwrotów, nie widział powodu by osobiście miał się wtrącać w przebieg wydarzeń. W końcu do tego najął awanturników.
- Oczywiście będziemy wdzięczni za każdą pomoc. - obiecała Filia - Więc, zgadzamy się z planem? Ja i Viktor odkrywamy tajne przejścia, Ihaili pod osłoną zaklęcia Viktora przeprowadza zwiad i atakujemy, jak będziemy mieli rozeznanie?
Gnom spojrzał pytająco na swoich najemników zapewne uznając, że jeśli coś powiedzą, to powiedzą mądrze, w przeciwieństwie do niego.
Inarion kiwnął głową.- Solidny wstęp. - przyznał - Być może uda się wejść z kilku stron, ale to dopiero po rozeznaniu.
- Wstępny zwiad może wszystko zmienić - przytaknął Viktor. - Potrzebujemy czasu na przygotowania, czy możemy zaczynać?
Kaylie nie mogła ustać spokojnie, gdyby było jedno naglące pytanie... Ale tak szczerze nie wiedziała czy powinna je zadawać. Nie chciała jeszcze bardziej antagonizować Khala, już te małe uszczypnięcia wcześniej zrobiły swoje, ale obawiała się czy nie przekroczy jakiejś granicy...
Z wyraźną niepewnością wysunęła się trochę w kierunku kapłana. - Jak długo możesz utrzymać zaklęcie w trwaniu? Tak naprawdę nie wiemy ile to wszystko zajmie, więc...
- Niewidzialność? - zapytał, ale tylko dla pewności. - Dziewięć minut. Osiemnaście, jeśli Ihaili powie, że to jej pomoże, ale to będą zasoby nie zaoszczędzone na walkę. Więc coś za coś.
Miała nadzieję, że to wystarczy. Nie chciała musieć użyć swoich mocy już teraz. Oczywiście miała pomysły i mogła je wykonać, ale... zawsze było ale. - Zobaczy się co ona powie. - stwierdziła w zamyśleniu.
- Mam ważną rzecz do przekazania ci. I to zanim wyjdziemy do kopalni. - powiedziała poważnie - Możemy porozmawiać same?
-
Proces był niestety długi i męczący. Zanim Viktor zdołał zmusić gobliny, które karawana zabrała ze sobą, do zbliżenia się do kompleksu kopalń i wskazać jakieś tajne wejście minęło dobre dziesięć minut. Później przykurcze kluczyły wokół wzgórza kolejne pół godziny nim w końcu znalazły jedno z wejść.
Było dość małe, ale wystarczające aby przygarbiony człowiek się przez nie dostał do środka.
Ihaili zasalutowała komendant i zmieniła się w czarnego szczura, czekała na zaklęcie Viktora nim wbiegła do środka. Haflinka stwierdziła, że dziewięć minut niewidzialności wystarczy jej, aby znaleźć bezpieczne miejsce i wtopić się w faunę kopalni.Godzina minęła, pełna nerwów i rozważania czy nie trzeba jednak wejść na ślepo, nim niewielki nietoperz wyleciał z jaskini, która była głównym wejściem kopalni i wylądował w prowizorycznym obozie straży. Ihaili pokręciła głową i ruszyła do namiotu Filii, dopadając po prędce zwoju i zaczęła rysować. Komendant zabroniła komukolwiek jej przeszkadzać, w międzyczasie ponownie zwołała naradę. W końcu zwiadowczyni położyła na stole przed zgromadzonymi mapę kompleksu.
- Trochę zajęło zanim znalazłam wszystko, ale to są główne pomieszczenia. - wskazała tunel na północy mapy - To jest główne wejście, z którego wyfrunęłam. Jest dość szerokie więc nie trzeba będzie wchodzić gęsiego. - następnie wskazała pomieszczenie po zachodnio-północnej stronie mapy - Do tego pomieszczenia prowadzi tajne wejście, które pokazały nam gobliny. Jest obecnie puste, ale po zapachu zgaduję, że trzymają tam zwierzynę. - pokazała pomieszczenie na południe od poprzedniego - Tu znajduje się strażnica. Jest tam sześć goblinów i dwa warany. - pokazała kolejne pomieszczenie na wschód - Kolejna strażnica. Dwanaście goblinów, trzy warany i coś... dziwnego. Pewnie jakiś mutant od alchemika. Mniejszy od tej poczwary, którą zabiliście. - przeszła palcem do kolejnego pomieszczenia - Tu znajduje się wódz goblinów. Ma śmieszną czapkę i czarną farbę na gębie. Naliczyłam jakieś dwadzieścia goblinów i pięć waranów, ale żadnych mutantów. Pewnie bestyjka by tam była, gdyby ciągle żyła. - wskazała największe pomieszczenie na środku kompleksu - Tu znajduje się główny szyb z windą wiodącą w dół. Gobliny tam nie są uzbrojone, ale przenoszą jakieś materiały, najpewniej kopią głębiej w kopalni. Pozostało to. - wskazała na ostatnie pomieszczenie we wschodnio północnej części mapy - Nie wiem jakie zastosowanie miało to pomieszczenie, ale teraz trzymają tam więźniów. Naliczyłam trzynaścioro. Różne rasy, różny wiek. - wyprostowała się patrząc na mapę - Większość tuneli jest zbyt wąska, aby się przez nią przedostać. Droga do więzienia, szybu i schowka na zwierzynę jest otwarta. Sala wodza jest odcięta i można się do niej dostać tylko przez strażnice. - usiadła ciężko - Dużo tego syfu i pewnie dużo pułapek. Nawet nie wiem co poradzić, najchętniej zawaliłabym wszystko w cholerę, ale nie wiadomo ilu więźniów jest jeszcze niżej.
- Nie wypada narażać niewinnych… uwolnienie więźniów winno być priorytetem bohaterów. Ważniejsze niż złapanie głównego złego. - wtrącił gnom mimochodem.
- Jak głęboka jest winda? - zapytał Viktor - Jest szansa, że na niższych poziomach nie usłyszą walk?
- Nie chciałam ryzykować. - przyznałą haflinka - Podejrzewam jednak, że nawet jeżeli poziom niżej usłyszy, to wykorzystają windę, a to da nam przewagę.
- Albo ją zablokuję i odetną nas, a sami zorganizują kontrofensywę korzystając z któregoś z innych wyjść. Tsk tsk tsk… nikt nie mówił, że będzie łatwo, co nie? W więzieniu są jacyś strażnicy? Może dałoby się porwanych cichaczem wyprowadzić przed rozpoczęciem akcji?
- Trzy gobliny, chociaż śpią. Więc jak najbardziej po cichu by się dało.
- Doskonale - kiwnął głową Viktor zadowolony. - To od tego zaczniemy. Jak wygląda uzbrojenie goblinów? Dobrze zgaduję, że będziemy prezentować supremację w dziedzinie walki dystansowej?
- To w ciasnej kopalni jest miejsce na walkę dystansową?- zapytał gnom notując wszystko.- I jeśli jest taka możliwość to ja chciałbym być w grupie ratującej jeńców.
- To nie do końca jaskinie, jeśli dobre rozumiem mapę, a kiedyś opuszczony podziemny kompleks. Jeśli zajmiemy centralną salę - odpowiedział, niezrażony sarkazmem Viktor - to da nam to możliwość postrzelania… Nie mówię, że będzie ona łatwa do wykorzystania, ale odstrzelenie kilku z nich jak najbardziej jest możliwe… - Viktor zmarszczył brwi - aaale… mamy ze sobą oddział strażników miejskich a nie żołnierzy, szkolonych pod coś takiego, czy awanturników co nauczyli się na błędach. Jeśli nie trenowali strzelania do zwarcia tak by swoich nie trafić, to istotnie mój pomysł jest godny wydrwienia… - autoskrytykował sam siebie, patrząc pytająco na Filię… choć spodziewał się odpowiedzi. - Mimo to wciąż chciałbym wiedzieć jak są uzbrojone. Klasyczne, kiepskie pseudo-bronie, których nikt z nas nie wziąłby do ręki bez odrazy, coś porządniejszego czy może były sprytne i mają nawet sieci bojowe?
- Chłopaki są przyzwyczajeni do patrolowania i walki z niewielkimi grupami bandytów. To nie jest część ich szkolenia. - wskazała na mapę kompleksu - Zalecałabym bardziej taktykę "Dziel i podbijaj". Główna siła zdobyłaby centralną salę, natomiast niewielka grupa weszłaby bocznym wejściem i wzięła ich od tyłu.
- Co do uzbrojenia. - powiedziała halfinka - Przyzwoita broń. Nic magicznego, ale wyglądało jak porządne żelazo. Toporki, noże, włócznie. Co do zbroi , to skóry.
- Rozumiem, że porwani... - cicho odezwała się arkanistka - ... są konkretnym priorytetem?
- Nadrzędnym. - przyznała Filia - Nie możemy jednak posłać wszystkich sił, aby ich uwolnili. Główna siła będzie dobrym odwróceniem uwagi, poślę oddział sześciu, aby uwolnili więźniów.
- Warto rozważyć próbę wyciągnięcia porwanych PRZED rozpoczęciem ataku - nacisnął jednak Viktor - Ihaili mówi, że to jest możliwe. Więzienie jest daleko od innych pomieszczeń, a gobliny na pewno nie są pogrążone w cichej medytacji. Bardzo możliwe, że nawet jakby nie udało się strażników zabić we śnie i doszło do krótkiej walki to nikt by się nie spostrzegł… A tych sześciu będzie cenne w chaosie właściwej bitwy.
- Jestem w stanie dać to wam. - odparła Kaylie - Potrzeba kogoś kto się zakradnie i zabije każdego z nich prostym poderżnięciem gardła czy czymkolwiek innym. Okryje osobę niewidocznością jakiej nie przerwie żaden atak. - powiedziała z lekko spuszczoną głową po czym uniosła ją - Ale czas trwania tego nie jest wielki.
- I ja tam się pofatyguję… nie martwcie się. Będę ostrożny i cichy.- wtrącił Baltizar.
- W to jakoś non dubio… - przytaknął Khal gnomowi i wrócił do ważniejszego tematu - Musimy myśleć taktycznie - niechętnie odrzucił pomysł Kaylie… nie chciał jej dalej prowokować - Może poziom niżej jest już alchemik, ale… jesteśmy zbyt wysoko. Wydaje mi się, że mamy przed sobą maraton i musimy bardzo rozważnie administrować naszymi zasobami. Jeśli potrzebujemy tak silnej magii na trzy śpiące gobliny, to za chwilę będziemy musieli się wycofać, albo skończymy bez wsparcia magicznego, a tego nie chcemy. Jak jest tam ich trzech, to potrzebujemy tylko trzech skradnych. Jest Ihaili, jestem ja, potrzeba jeszcze jednej osoby czującej się na spacerek pośród śpiących goblinów, by na jeden sygnał poderżnąć im gardła. Jeśli znajdzie się jeszcze czwarty to Ihaili może nas ubezpieczać. Również cenne jak cholera. A właśnie, nim będzie za późno… ciało wodza, poproszę, w całości. Znaczy może być w kawałkach, ale by aparat mowy był w jednej części. Porozmawiam z nim po tym jak go zabijemy. Jeszcze lepiej jakby się udało żywcem go wziąć na spytki, ale to już “ja-bym-chciejka”.
- Sądzisz, że wyciągniesz z niego więcej niż tych, którzy z nami przyszli?
- Możliwe. Mistrzunio nie będzie się zniżał do wydawania poleceń śmierdzącym goblinom z osobna. Będzie wydawał polecenia wodzowi. Albo komuś kto wyda polecenia wodzowi, ale to wciąż o krok bliżej do Złoczyńcy niż to co dotąd mieliśmy. Alternativum możemy czekać czy nie będzie lepszego obiektu dialogowego, ale zaklęcie jest już przygotowane i niewykorzystane się zmarnuje. Ale to potem… najpierw jeńcy. Daj mi Ihaili, to z Kaylie i Baltizarem pójdziemy po porwanych. Daj mi jeszcze kilku co będą osłaniać nasze tyły i pomogą jeńców wyciągnąć na światło dzienne. Potem, gdy ruszymy do chwalebnej szarży, będziemy mogli skupić się tylko na zabijaniu i przeżyciu. To naprawdę jest wystarczająco skomplikowany multitasking...
- Ale... Ja nie skradam się niesamowicie dobrze. - zaprotestowała Kaylie.
- W takim razie potrzebuję Ihaili i kogoś jeszcze - Viktor skorygował swój plan bez cienia zawahania - Rozumiem, Baltizarze, że ty czy twoje bestyjki nie będziecie mieć problemu z podejściem ani coup de grace...
Zapytany gnom spojrzał w kierunku kapłana. Podrapał się po brodzie i rzekł sceptycznie. - Obawiam się że podchodzisz do tej kwestii… zbyt naiwnie. Zakładasz, że wszystkie gobliny będą grzecznie spać i dadzą się zarżnąć jak bydło. Moje zwierzaczki potrafią ubić nieprzytomnych przeciwników. Każdy dobrze wyszkolony pies to potrafi. Ja też potrafię roztrzaskać kosturem czaszkę. Skradać zaś niespecjalnie potrafię… Być cicho, to mogę. Ale złodziejem nie jestem.
- Podchodzę do sprawy ufając naszemu zwiadowi… - Viktor wskazał wdzięcznym gestem dłoni Ihaili - … który mówi, że strażnicy właśnie specyficznie: grzecznie śpią i czekają by dać się zarżnąc jak bydło. To właśnie chcę wykorzystać, ale powoli tracę wiarę, że da się to zrobić bez śmieszności…. Potrzebujemy trzech ludzi, pewnych swych umiejętności by podejść do śpiącego goblina, nie budząc go i na sygnał zabić tak aby nie zdołał dźwięku wydać. Preferowałbym coś pewniejszego niż kostur.
- Mam i nóż…- wzruszył ramionami gnom i potarł czoło.- Mam też nadzieję, że będziemy mieli tyle szczęścia ile ty zakładasz. Kto wie, może bogowie cię faworyzują.
- Cóż, liczę, że co najmniej jeden - mrugnął uśmiechem Viktor nim nie spoważniał. - Szczęście już mieliśmy. Strażnicy śpią a gobliny nie mają wystawionych regularnych patroli w korytarzach, dobrze cię zrozumiałem, Ihaili? - zapytał niziołkę o potwierdzenie - Widocznie nie spodziewali się zostać znalezieni i nic dziwnego… to był przebłysk, napędzanego magią, geniuszu jak z Kaylie udało nam się zlokalizować to miejsce. Teraz to kwestia wykorzystania tego szczęścia. Dobra… Ja, ty i twoje potworki.. powinno się udać, ale w takim razie definitywnie potrzebujemy planu B i to takiego “nie po łebkach”. Chciałaś, Filio, posłać sześciu ludzi do więźniów. Poślij mnie z Baltizarem, daj Ihaili… - zatrzymał się na moment - Chyba, że usłyszę, że ona TAKŻE nie potrafi się skradać… - zachichotał nieco szyderczo -... i jeszcze dwóch aby tyłki nam chronili… niech będą przynajmniej w miarę skradni, dziękuję. Ci co nie idą muszą być gotowi do szturmu, na wypadek jakby nam się skomplikowało. Jeśli uda się szybko zająć środkową salę, to mamy piękne wąskie gardła, w których wspaniale sprawdzą się plamy oleju, albo pajęcze sieci. Lepiej olej. Niższe zaklęcie, a chcemy silniejsze zachować na niższe poziomy, gdy zaczną się regularne abominacje muta-chemika. Nie różni się to, Filio, wiele od Twojego pierwotnego planu, ale daje nam możliwość by jednak zaatakować z pełną siłą. Jakby udało się posłać kulę ognistą w głąb pomieszczenia gdzie jest wódz to by ślicznie przetrzebiło największą grupę na tym poziomie, a to by miało wartość mierzoną we krwi. Ihaili, te twoje polimorfie, są jakoś limitowane?
- Ilościowo. - przyznała halfinka - Zostały we mnie jeszcze dwie zmiany. Jeżeli pytasz o moje możliwości. Głównie jestem wykorzystywana do zwiadów, więc specjalizuje się w małych i szybkich stworzeniach… chociaż. - kopnęła kamień jakby się trochę wstydząc - Umiem zmieniać się w niedźwiedzia jaskiniowego.
- Pamiętaj, że najlepiej będzie tych więźniów jak najszybciej przetransportować stamtąd. - zauważyła Filia - Gobliny mogą chcieć ich wykorzystać.
- Więc trzeba ubić strażników i nie pozwolić goblinom dobrać się do więźniów w celach. - stwierdziła Kaylie trochę zaskoczona słowami kapłana o swoim wkładzie.
- Dokładnie. - kiwnęła głową komendant - Chciałabym, aby więźniowie byli priorytetem. Kiedy zapewnimy im bezpieczeństwo, będziemy mogli skupić się na goblinach i dalszym oczyszczaniu kopalni.
- Dokładnie. - przytaknął Viktor - Rozumiem, w takim razie, że mój plan aby ich odbić jeszcze przed właściwym szturmem został przyjęty?
- Z drobną modyfikacją. Ihaili pójdzie z wami i w momencie kiedy więźniowie będą zabezpieczeni, da nam znać, wtedy przeprowadzimy szturm, a wy wyprowadzicie więźniów.
- W jakim stanie są więźniowie? - Khal skierował pytanie do Ihaili - Będą w stanie sami iść?
Kaylie milczała siedząc przy rozłożonej mapie i wyraźnie coś licząc pod nosem zdając się używać palców i jako jakiegoś obszaru wizualizacji, po czym wróciła do bezgłośnego poruszania ustami jakby pomagało jej to w ogarnięciu myśli. - Gorzej z mentalnym niż fizycznym, ale nie puszczała bym ich samopas. Gorycz szybko przeradza się w gniew i nie potrzebujemy idiotów rzucających się na pierwszego goblina, którego zobaczą.*
- Ale nie będziemy musieli ich nieść i na to miałem nadzieję - stwierdził Khal zadowolony - Filio… daj nam trochę czasu. Jest realna szansa, że uwolnimy więźniów, wyprowadzimy ich i będziemy mogli rozpocząć szturm wszyscy razem. Jeśli by poszło gorzej… prawdopodobnie i tak to wy będziecie o tym wiedzieć nim dotrze to do wodza. Oni nie są gotowi na nas i wiesz, że zorganizowanie obrony z takiego stanu zajmuje czas. Nie wierzę w ich dyscyplinę i organizację na tyle aby wierzyć, że dadzą radę się znacząco skonsolidować przed tym jak wszarżujecie do środka. Non nego, że ten plan jest nieco ryzykowniejszy i ma czarny scenariusz gdzie wszystko pójdzie nie tak i stracimy element zaskoczenia… ale Jeśli się uda, a wierzę, że się uda, to nasza obecność w szturmie będzie oznaczać mniej krwi naszych chłopców i dziewcząt przelanej w nim. Wierzę, że to jest warte tego ryzyka.
- Gdyby później się dało zgromadzić zielonoskórych jak najbardziej w jednym miejscu... - Kaylie mruknęła wpatrzona w mapę - lub użyć przynęty by ich wywabić... - uniosła głowę na Khala i po chwili zastanowienia wróciła do obserwowania mapy - Przynęta... Chaos też by pomógł wyciągnąć więźniów... - po chwili spojrzała na komendant - Zgłaszam się.
- Mogłabyś rozwinąć myśl? Zgłaszasz się do czego?
- Na przynętę, by ich wyciągnąć. Cześć chociaż sprowadzić w jedno miejsce. - wyjaśniła chyba z lekką irytacją - Oczywiście inni też mogą się zgłosić do tej zabawy. Tylko trzeba będzie być szybkim, unikać trafienia i znaleźć się w danym miejscu nie później niż w określonej chwili.
- Dobrze, doceniam inicjatywę. - Filia patrzyła przez chwilę na mapę - Przeprowadzisz mnie przez swój plan? Co masz zamiar zrobić, jak ściągnąć ich uwagę?
Kaylie spojrzała na Inariona uśmiechając się do pod maską. - Sonus Exspirsvit. - radośnie wypowiedziała słowa w infernalnym - Pobawimy się razem z zielonymi przygłupami. Jesteś ze mną? - zapytała wyciągając dłoń do elfa.
Inarion zachichotał. - Czemu nie, może zmusimy kilku do ucieczki.
- Byłoby nawet lepiej, gdybyśmy mogli ich jak szczury zmusić do biegania po korytarzach, aby jak najwięcej ich ze strażnic zgromadziło się blisko siebie. Ja potrafię zmienić pozycję w mgnieniu oka, choć wolę oczywiście nie nadużywać.
- Nieszczególnie to pasuje do mojej sytuacji i moich krótkich nóżek, więc będę się musiał zdać na wasze relacje po akcji, co by uzupełnić moje notatki.- mruknął pod nosem Bajarz coś zapisując.
- W porządku, to da się wykorzystać - kiwnął głową Khal, ostrożnie dzieląc z Kaylie jej entuzjazm - Jak precyzyjnie byś to widziała? Bo widzę tutaj dwie sprzeczne opcje. Jeśli chcemy ich zgromadzić przy źródle dźwięku to nie możemy ich przerazić. Jedno i drugie ma swoją wartość, ale raczej się wykluczają.
Kaylie zacmokała ustami jak niezadowolony belfer z odpowiedzi ucznia. - Nie mówiłam nic o zgromadzeniu ich przy źródle dźwięku. Ja myślę o wypłoszeniu towarzystwa z dala od niego.
- “Zgromadzić zielonoskórych jak najbardziej w jednym miejscu”? - zacytował Khal z uśmiechem i spoważniał - Ryzykowny plan. Nie podoba mi się, ale możliwe, że to zbyt daleko poza moją strefą komfortu. I obwieścimy nasze przybycie wszystkim na niższych poziomach. Jednak jeśli ten chaos bardziej użyteczny niż ja bym go potrafił wykorzystać - mówił, pytająco patrząc na Filię - To może być wart świeczki.
- Kh… - zaczęła a prawnik ledwie powstrzymał się przed rzuceniem jej “spojrzenia” - Viktor... Słuchasz, ale nie słyszysz. - pokręciła głową - dźwięki miałyby być tak ustawione, aby zmusić grupę do ucieczki tylko w jednym możliwym kierunku, czyli tam gdzie ich będziemy chcieli mieć. Dlatego szukam pomocy drugiego maga, aby jego dźwiękowa iluzja nadeszła ze strony i jaka musi być zamknięta.
- Obwieścimy nasze przybycie walką. - zauważyła Filia - Natomiast pojmanie wodza goblinów, może usunąć nam część problemów z pozostałych poziomów, chociaż podejrzewam, że im głębiej tym mniej goblinów będzie. - westchnęła - Więc, podsumowując. Viktor wraz z Ihaili i dwoma strażnikami ruszy uratować więźniów. W tym czasie Kaylie i Inarion wprowadzą chaos w siły goblinów, zmuszając ich, aby wybiegli wprost na resztę naszych sił. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pomysły?
Gnom trzymał się swojej roli kronikarza i się nie odzywał. - Tylko proszę… - Khal rozmasowywał nasadę nosa, jak w migrenie - Kogoś skradnego…
-
Kapłan dostał jako wsparcie Ihaili.
[Media]https://i.imgur.com/8ijyqCb.png[/media]
I dwóch lekko uzbrojonych zwiadowców. Halfinka cicho prowadziła grupę w środku której znajdował się Viktor. Zaledwie trzydzieści metrów od głównego wejścia znaleźli pomieszczenie z więźniami.
[media]https://i.imgur.com/BBddOBs.png[/media]
Ściany były wypełnione klatkami na zwierzęta rozmiarów psów, a obecnie rezydowali w nich ludzie i inne rasy, kuląc się w bardzo niewygodnych pozycjach. Wszyscy wyglądali na brudnych, głodnych i przerażonych.
Ihaili uniosła dłoń, aby zatrzymać pochód i wskazała na miejsce po przeciwnej stronie wejścia. Gdzie obecnie trzy gobliny siedziały, chociaż dwa z nich były pogrążone we śnie, a trzeci właśnie uraczał się jakąś paskudną imitacją alkoholu.Viktor cofnął ekipę kilka metrów i wyjaśnił plan. Nie był skomplikowany…
Kilka chwil potem wychylił się nieco zza rogu, gdy jego oczy błyszczały nieco purpurowo, ale nie dostrzegały żadnej niespodziewanej magii. Wyczekiwał spokojnie momentu gdy siedzący bokiem goblin zaprezentował swoją potylicę na krótki moment. To był jego sygnał do startu… Zupełnie bezgłośnie doszedł do goblina, który ostatnim co zobaczył było mignięcie młota bojowego. Pozostałe dwa padły martwe zaraz za nim.
Wśród więźniów zrobiło się poruszenie. Część nie wierzyła co widzi, inni budzili śpiących by zobaczyli, komuś zbierało się by zawyć ze szczęścia i ulgi…- Cisza… - warknął niewiele więcej niż szeptem Viktor - Rozumiem, że to emocjonalny moment dla nas wszystkich, ale potrzebuję abyście zachowali spokój. Jesteśmy tu po to aby was wszystkich wyciągnąć i zaraz to zrobimy…
Gnom wszedł po wszystkim z kuszą w dłoni i ze swoimi zwierzakami za plecami. Przyjrzał się obojętnie martwym zielonoskórym… a potem przesunął spojrzenie po klatkach. Można było sądzić, że szukał kogoś konkretnego.
Jego ogar zaczął węszyć kierując się dalej w głąb pomieszczenia węsząc z potencjalnym zagrożeniem. Etrigan zaś czuwał przy swoim panu starając się wyglądać jak najmniej przerażająco.
Podszedł do pierwszej brzegu klatki i sam sobie kiwnął głową widząc kłódkę której rozbicie byłby by zbyt głośne jak na jego preferencje - Pilnujcie perymetru! - polecił strażnikom - nie chcemy niespodzianek.
- Ktoś wie czy strażnicy mieli klucze? - zapytał porwanych i ucieszył się, gdy nim zdążył zacząć grzebać w kieszeniach martwych goblinów Etrigan podrfunął do jednej z klatek i za pomocą papierowego szponu u swojej łapy zaczął grzebać w jednej z kłódek.
Po kilku chwilach klatki zaczęły się otwierać, a więźniowie powoli i nieśmiale zaczęli wychodzić lub wypadać ze swoich cel. Patrzyli z dziwną mieszanką przerażenia i nadzieji, ale nikt się nie odzywał tylko wyczekiwał komend. - Ihali moja droga… jak sądzisz? Jeden członek naszej małej drużynki wystarczy by wyprowadzić ich bezpiecznie na zewnątrz?- zapytał uprzejmie gnom, podczas gdy po wykonaniu zadania.. papierowy ptaszor podfrunął do Bajarz oczekując nagrody zapewne. W tym przypadku pogłaskania po łbie, co zresztą otrzymał.
- Wyglądają na chętnych. - przyznała haflinka, spojrzała na jednego z strażników - Wyprowadź ich. - zerknęła na najbliższego jeńca - Udajcię się proszę za nim. - ciągle przestraszeni, ale trochę pewniej jeńcy ruszyli za strażnikiem. Haflinka spojrzała na dwóch Azazelitów - Co teraz?
Bajarz spojrzał wraz z nią na kapłana oczekując od niego decyzji. - Teraz robimy dokładnie tak jak planowaliśmy - Odpowiedział Viktor - Wyprowadzamy ich. Razem. Kryję z Edwinem front, Ihaili, proszę strzeż ariergardy z Baltizarem. Malcolm, ty idź w korowodzie i pomagaj gdyby narodziła się potrzeba. Akcja trwa.
Spojrzał tylko, wyczekując czy jakiegoś protestu nie uświadczy, ale nie spodziewał się i jego oczekiwania zostały spełnione. Zdjął kaptur i ruszył wzdłuż grupy uwolnionych, wypatrując wśród nich tych w najgorszym stanie… dostrzegł kuśtykającego starca, ale… to nie było to czego szukał. Pomoc mu spadnie na ramiona Malcolma. Nie, nie… ten też nie… Ta!
Młoda kobieta, o ciemnych włosach zlepionych potem, trawiona była gorączką i z trudem sunęła, nawet podpierając się na ramieniu towarzyszki. Była młoda, śliczna i w potrzebie. Idealna dla symbolu.
- Pozwól, Skowroneczku… - Viktor wyrósł obok niej prawie jak duch, a jego głos i oczy przesiąknięte były niewątpliwą troską. Ujął dziewczynę i wziął ją na ręce, jakby nic nie ważyła. - Trzymasz się? - zapytał, naciskając palcami jej bark, by ściślej objęła jego kark. Gdy poczuł, że da ona radę powoli zwolnił własną rękę spod jej pleców i dobył młota, by iść uzbrojonym. Na wszelkie wypadek. I dobrze wyglądało.
- Dasz radę? - zapytał towarzyszki chorej dziewczyny.
Coś szepnęła, ale głos odmówił posłuszeństwa i kiwnęła głową zamiast tego, a Viktor zwrócił jej gest. Ruszył żwawszym krokiem między ludźmi. - Jeszcze tylko trochę - pocieszał ich i dodawał sił, przechodząc na front korowodu - Czterdzieści metrów i zobaczycie niebo. Tylko po cichu, proszę was. Na ulgę, radość i łzy jeszcze przyjdzie moment…
Dotarł do przodu i wyrwał bardziej w przód, by na rozwidleniu korytarzy spojrzeć czy żaden przypadkowy goblin się nie napatoczy by alarm wszcząć, ale były one puste. Cofnął się do sunącego korowodu gdzie kazał Edwinowi stanąć na czatach na rozwidleniu, gdy do niego dotrą. Znów ruszył wzdłuż pochodu, tym razem w stronę tyłów, wypatrując tych którym sił zaczynało brakować. Nie szczędząc słów pokrzepienia i wizjami ciepła wieczornego słońca na twarzach odnawiając werwę umęczonych duszy.
Czekający przed jaskinią w pierwszej chwili dostrzegli ruch. Strażnicy na czujkach cofnęli się i dali znaki, że nadchodzą. W światło pierwszy wyszedł szereg ludzkich wraków. Brudnych, wychudłych i mrużących oczy, ale mimo to wpatrujących się prosto w niebo, choć jego jasnośc wyciskała im łzy z oczu. Viktor wyszedł spomiędzy nich, niosąc w rękach dziewczynę. Szedł bokiem, całą uwagą skupiony na uwolnionych ludziach. Chyba coś ciągle mówił, zachęcającymi gestami młota wskazywał drogę. Szedł chwilę tyłem, tylko kątem oka spoglądając, co kilka kroków, na podłoże za sobą. Na ostatnich metrach odwrócił się do podekscytowanych strażników i obdarzył ich pełnym ulgi uśmiechem. Złapał znaczący kontakt wzrokowy z jednym szeregowym. Był młody, miał rude włosy i wąs, ale w oczach radość mieszaną z determinacją. Zrozumiał. Wystąpił w przód i przejął od Viktora dziewczynę.
- Sophie ma gorączkę i praktycznie ich nie karmili. Daj jej pić, owiń kocem i daj jednego suchara. Jednego - powtórzył z naciskiem. - Żadnych dodatków, bo się jej żołądek wywinie.
Pozwolił swoim barkom opaść, gdy spuszczał powietrze, odprowadzając wzrokiem parkę, przed którą wściekły i uradowany tłum się rozstępował. Spojrzał wreszcie na Filię.
- Wszystkich mamy. Możemy zaczynać.
Kilku strażników zaczęło odprowadzać pojmanych dalej do karawany gdzie czekał na nich kapłan Sarenrea. Filia spojrzała na Kaylie i Inariona. - Wasza kolej. Pokażcie co potraficie.
- Cisza… - warknął niewiele więcej niż szeptem Viktor - Rozumiem, że to emocjonalny moment dla nas wszystkich, ale potrzebuję abyście zachowali spokój. Jesteśmy tu po to aby was wszystkich wyciągnąć i zaraz to zrobimy…
-
Kaylie skrzywiła się pod maską widząc przedstawienie Khala. Powinien zostać aktorem w objazdowym teatrzyku. Machnęła ręką na elfiego maga, by odezwać się do niego jak był już blisko.
- Mam szalony plan. Chodźmy, wytłumaczę po drodze. - stwierdziła i ruszyła przed siebie.
Kilka minut później.
Pierwsza ze strażnic wypełniona była goblinskim gadaniem o goblinskich sprawach. Najwyraźniej żadne z nich nie brało swojego zadania na poważnie. Dysputy umilkły gdy usłyszeli dźwięk nadchodzących kroków, zielonoskóre przykurcze sięgnęły po prymitywne włócznie, noże i toporki. W końcu do pomieszczenia wkroczyła postać odziana w bogatą jak na ich oczy szatę i tajemniczą maskę. Gobliny patrzyły uważnie na nowoprzybyłą postać, chyba nie wiedząc co zrobić.
Kaylie okryta była półprzezroczystą energią niczym zbroją. Trzymała miecz w dłoni, ale było ostrze skierowane w ziemię. Gobliny nie mogły zobaczyć wyrazu twarzy osoby, ale po tonie głosu mogły zrozumieć, że kobieta jest rozdrażniona.- IDIOCI! - uniosła głos wskazując mieczem na tunel, z jakiego wyszła - ZGUBILIŚCIE BESTIĘ?! GDZIE WASZ SZEF?!
W tym momencie po korytarzu przeszedł ryk bestii, jaką ostatnio ubili.
Oczy goblinów rozszerzyły się, zaczęły coś krzyczeć do siebie po swojemu, kilka z nich wybiegło w głąb kopalni, skąd magini usłyszała kolejne krzyki. Po kilku sekundach z korytarza, którym wkroczyła Kaylie zaczął dochodzić dźwięk ciężkich kroków. Inarion postanowił dołożyć trochę własnej inicjatywy z tym oszustwem. Pozostałe gobliny zaczęły się trząść ze strachu, chyba zapominając kompletnie o kobiecie.
Kaylie przechodziła zirytowana co jakiś czas kopiąc w kamyczki na ziemi. - Dać wam coś, a wy co? ZERO WDZIĘCZNOŚCI LENIWE MORDY! Pewnie jeszcze znowu bestia SPIERDOLI SAMOPAS NA ZEWNĄTRZ!
Pozostałe trzy gobliny spojrzały na siebie, na korytarz do którego pobiegła reszta. Być może pchnięte strachem, desperacją lub czystym brakiem alternatyw pognały w kierunku Inariona wraz z waranami. Po chwili Kaylie usłyszała krótką inkantację, która poprzedziła trzy pióropusze ognia i przestraszone krzyki goblinów. Po kilku sekundach Inarion dołączył do Kaylie. - Przynajmniej to załatwione. Co chcesz zrobić teraz?
- Więcej chaosu. Weź te ciała gdzieś zawlecz czy upchnij by na nie nie wpadli. Więcej zabawy czeka. Ładny ryk bestii. - powiedziała i tym razem sama wykonała sztuczkę z rykiem bestii, po czym sama pobiegła do drugiej strażnicy.
Ta strażnica mieściła więcej goblinów, ale był tu też jeden z eksperymentów alchemika. Istota siedziała pod jedną ze ścian, wyglądała jak człowiek z wyolbrzymionymi kończynami, pomimo otwartych oczu Kaylie nie dostrzegała światła życia w nich. Jeżeli mutant żył, to jedynie pewnie reagował na bodźce. Ta grupa wyglądała na bardziej doświadczoną, na udawany ryk bestii jedynie przybrali szyk obronny. Jeden z nich jeżdżący na waranie spojrzał na Kaylie. - Kto ty?
- A jak sądzisz? - prychnęła tym razem nie podnosząc głosu jak na te większe przygłupy - Gdzie jest wasz szef? Ile jeszcze mam czekać?!
Goblin wciągnął kilka razy powietrze nosem. - Nie pachniesz jaskiniami…
- Oczywiście, że nie. - prychnęła przerywając słowa goblinowi nim dojdzie dalej do problematycznych pytań - Bo ja się MYJĘ! To gdzie jest szef do cholery?! Nie mam na to czasu!
Viktor stał patrząc w paszczę jaskini zastygły jak gargulec. Z początku, gdy Kaylie znikła w ciemność był odrobinę… niespokojny, ale wciąż się uśmiechał i był obecny. Obserwował co się dzieje, był gotów słowem wesprzeć kogoś kto potrzebował (choć nie więcej, bo chciał być gotowy na moment gdy plan Kaylie nabierze obrotów).
Teraz… po jednym ryku, jakichś krzykach i po drugim ryku a potem stu ośmiu sekundach nic się wciąż nie działo. Goblińska panika niosła się echem, ale miały one wybiegać im pod noże a jeszcze przed nimi biec Kaylie z Inarionem. Siłą, raz po raz, rozluźniał pięść ściskaną na młocie. Zaciskał zęby i czekał, gdy umysł wyszkolony na dwóch dekadach wymyślania scenariuszy został spuszczony ze smyczy. I było zbyt wiele złych opcji… od początku nie podobał mu się ten plan…
Gnom tymczasem usiadł opierając się plecami o leżącego Jogmetha. Ogar odpoczywał węsząc od czasu do czasu, potulnie służąc swojemu panu. W przeciwieństwie do niego Etrigan kręcił się niecierpliwie strosząc papierowe kartki będące jego piórami, a może nawet ciałem.
Baltizar zabrał się za zapisywanie coś w notatniku, od czasu do czasu zerkając na otoczenie. Zapewne notował to czego był świadkiem i to co miało być częścią jego opowieści. Od czasu do czasu zerkał w stronę uwolnionych licząc, że dostrzeże kogoś w szatach kultu Shelyn.
Niestety wszyscy jeńcy byli ubrani w te same łachy, jeżeli w ogóle. Nikt nie przykuwał wyjątkowo uwagi.
Gobliny ciągle patrzyły na Kaylie, wyczekiwały jednak pojawienia się bestii. Kiedy ta się jednak nie zjawiała szef tej strażnicy trochę się uspokoił.
- Jesteś od alchemika? Jakie jest hasło?
Nie oczekiwała takich wysublimowanych problemów ze strony goblinów. Wiedziała, że w tym momencie zaczynają się naprawdę problemy. Wiedziała, że nie posiada zdolności do manipulowania innymi jak Khal. To co jej zostało było balansowaniem na linie. - A od kogo innego? - parsknęła - Zobaczyłam jak bestyjka lata sama po okolicy, a jeżeli bardziej będzie zwracać jeśli siebie uwagę to jeszcze zwalą się tu inni. Wątpię, by alchemik był zadowolony z was jeżeli na głowę sprowadzicie mu batalion wojskowy. - wysyczała przez zęby.
Jeden goblin uniósł łuk, celując w Kaylie. Przywódca powtórzył. - Jakie. Jest. Hasło?
Kaylie czuła jak jej serce zabiło mocniej w nagłym stresie. Cholera by to... Nie da rady grać jak aktor.
Postawiła nogę w tył.
Kaylie usłyszała dźwięk spuszczanej cięciwy, ale nie podążył za nim ból. Strzała odbiła się niegroźnie od ściany za nią. Kilka goblinów zaczęło śmiać się z łucznika, który nie był w stanie trafić w nieruchomy cel.
Ten moment rozluźnienia wydawał jej się ostatnim w jakim mogła jeszcze uciec. Postarała się wymierzyć jak najlepiej było to w sytuacji i wykonać kolejny krok do tyłu patrząc przez ramię w stronę tunelu z jakiego przyszła. Bardzo krótkie i szybkie błyśnięcie magii jaka rozdarła przestrzeń poprzedziło zniknięcie jej osoby w tym miejscu i pojawienie się dopiero jak najgłębiej mogła widzieć w linii wzroku tunel.
Gobliny zamrugały kilka razy widząc zniknięcie i ponowne pojawienie się magini. Po chwili przywódca strażnicy wydał z siebie okrzyk bojowy i gobliny ruszyły ku Kaylie. Ta poczuła jak magia przepływa przez nią, poczuła się lżej i szybciej. - Wiej! - jedynie usłyszała Inariona nim ten zaczął uciekać, szybko nawet jak na elfa, z różdżką w ręce.
Kaylie nie trzeba było powtarzać, choć śmiech wydobywał jej się spod maski, gdy uciekała w stronę wyjścia.
Kilka chwil później obaj magowie wybiegli przez główne wyjście kopalni.
- Gonią nas! - zawołał Inarion. Kaylie natomiast zderzyła się z Viktorem, który był już dwadzieścia sekund po swoim “Pieprzę to. Wchodzę!” i już wbiegał sam do jaskini pełnej goblinów. Syknął gdy się zderzyli, ale nie potrzebował wcale czasu by zrozumieć co się działo. Chwycił Kaylie za rękę i ruszył pędem z powrotem, do swoich.
- KUSZE! - strażnicy jak jeden mąż unieśli swoje bronie celując w wyjście. Kiedy wybiegły gobliny bełty poleciały prosto w ich zbiorowisko, natychmiast powalając połowę z nich - ATAK!. - nawet minuta nie minęła, a wszystkie gobliny i ich zwierzaki leżały martwe na ziemi. Strażnicy odetchnęli, ale przyjęli obronne pozycje. W międzyczasie Filia podeszła do Kaylie, która zauważyła, że z goblinami nie wyszedł mutant.
- Która część planu wam umknęła? - w głosie komendant był w równej mierze gniew i zatroskanie - Udajecie, że wraca bestia, straszycie gobliny, uciekacie. To nie brzmiało, jakbyście zrozumieli wszystkie kroki.
- To chyba nie na to moment. Ważne, że są cali - wtrącił Viktor, spoglądając w głąb jaskini - Każda sekunda to sekunda kiedy się organizują. Powinniśmy natychmiast ruszać. Dociekanie co i kiedy poszło nie tak zostawmy na potem…
- Dokładnie. - poparła Kaylie niepokojąco zadowolonym głosem - Te dwie strażnice oczyszczone. W drugiej jakiś mutant tylko został. Nie trzeba dziękować. - na koniec z jej głosu dało się wywnioskować, iż teraz musi uśmiechać się wrednie od ucha do ucha.
Filia jedynie westchnęła. - Tarcze na przód! - strażnicy nawet nie spoglądając wykonali polecenie, tworząc ścianę z tarcz przed głównym pochodem. Filia stanęła tuż za nimi.
-
Powoli zaczęli wlewać się do jaskini i przemieszczać do największej jaskini z windą.
W której czekała na nich reszta goblinów, wraz z wybudzonym mutantem, jak i wodzem, który siedział na olbrzymim pająku.- Sprytni złodzieje. Sprytni. Osłabić gobliny i dobić resztę. Bardzo sprytni. Teraz spryt nie wystarczy. Uciekać z moja jaskinia, albo my zjeść was wszyscy! - Filia uniosła brew na Viktora.
- Chcesz się znowu pobawić w mojego szamana?
Khal spojrzał na nieruchomy mechanizm windy. Nie wyglądało jakby minuta czy dwie miały ich coś kosztować. - Czemu by nie. Ale na cuda nie licz…
Szaman odkaszlnął i wyszedł przed szereg. Szybko rozważał, w którym kierunku powinien skierować negocjacje.
- Jestem VIK-TOR. GOOD-MANN! - zawołał do goblinów, a wszystko w jego postawie i tonie głosu kazało wierzyć, że to imię lepiej zapamiętać - Szaman wodza Blackfyre. - Viktor i Kaylie zauważyli delikatny ruch u wodza goblinów na słowo "Blackfyre". Jakby delikatne zmartwienie - I jestem waszą jedyną szansą na przeżycie! Jest nas więcej, jesteśmy silniejsi i wiemy precyzyjnie ilu was tu jest i gdzie jesteście. Ale nie po was tu przyszliśmy i to jest wasza jedyna droga co nie prowadzi do bolesnej śmierci. Złóżcie broń. Opowiedzcie o Mistrzu Soczków. Potem dam wam odejść, bo szkoda mi wysiłku na wymordowanie was!
Głos Viktora był potężny, wyćwiczony latami na salach i aulach, a do tego szybko wyczuł jak korzystać z lokalnej akustyki by jeszcze ją wykorzystać dla lepszego efektu.
Wszystkie gobliny zaczęły uważnie przyglądać się swoim oponentom. Ich dobrym zbrojom, ostrej broni, rozłożeniu… po chwili salę wypełniał szmer rozmów pod nosem, gdy Viktor ostentacyjnie oglądał swoje paznokcie w niezadowoleniu. Wódz goblinów warknął na zgromadzenie i wszystkie gobliny umilkły. - Alchemik ma dużo potworów jak ten. - wskazał na mutanta, który wydawał się być nieobecny - Wasze liczby nic nie znaczą. - Viktor zauważył, że dykcja goblina się zmieniła. Czyżby udawał do tej pory zwykłego tępego zielonoskórego - Sądzisz, że dacie mu radę?
- Meh… - wzruszył ramionami, jakby w zawodzie - Po drodze tu zabiliśmy większego i bardziej ruchawego. Więcej śmiechu z nim było niż wysiłku… - jadowity uśmiech podkreślił słowa Viktora. - Jesteśmy przygotowani. Wiemy na co się rzucamy. Nie myślisz chyba, że przypadkiem znaleźliśmy to miejsce, co?
- Nie… - odparł goblin, w jego głosie było słychać gniew - Zostawicie nas w spokoju, jeżeli was nie zatrzymamy?
- Jesteście jedną z wielu band goblinów na tych ziemiach. My jesteśmy tutaj po jedynego i wyjątkowego Mistrza Soczków. Ale… musimy mieć pewność, że nie zaatakujecie nas od tyłu. Twoi ludzie zostawią broń, wodzu. Ty swoją możesz zachować i powiedzmy dwóch twoich najbliższych ochroniarzy. Cała reszta odchodzi bezbronna. I wciąż oczekujemy, od ciebie, wiedzy o niższych poziomach. A… i opowiedzenie nam o nim jak najwięcej jest w waszym interesie… w końcu jakby nam się nie udało… - teoretyzował Viktor, jakby niezobowiązująco - To mógłby on mieć do was personalne pretensje, że nas przepuściliście… więc najlepiej dla ciebie aby nie przeżył on dzisiejszego dnia.
Goblin kiwnął głową, wydał polecenie reszcie goblinów, które zaczęły rzucać broń na ziemię. Dwa z nich złapały mutanta za ręce i zaczęły odciągać spowrotem do strażnicy. - Przybył tu wiele zim temu. - zaczął wódz - Będzie z trzydzieści. Nie byłem wtedy wodzem, ale poprzedni mi opowiedział o nim. Zaoferował plemieniu siłę i potęgę w zamian za ochronę. Nikt nie odważał się schodzić niżej, mnie zabrał kilka razy, zmienił, abym był lepszym wodzem. - goblin skrzywił się delikatnie na to wspomnienie - Ból był wielki, ale warto było.
- Widać po tobie - przytaknął Viktor, z ciepłym uznaniem w głosie - po sposobie w jaki mówisz i zdolności do adaptacji, gdy sytuacja się zmienia. Może po wszystkim będziecie mogli tu jeszcze wrócić, jeśli nie znajdziemy sposobu aby to wszystko zawalić na koniec. Trzymajcie się może wtedy lepiej z dala od rozboju na ludziach z Evercrest. Wiesz… znamy już to miejsce. Jeszcze nim się rozejdziemy… jak masz na imię? Chcę zapamiętać wodza goblinów, co potrafił być rozsądnym…
- Spug Durbuluk! - goblin trochę nadął pierś wymawiając swoje imię - Winda zaprowadzi was na niższy poziom, ale nie na najniższy. Alchemik upewnił się, że tędy droga do jego laboratorium nie będzie łatwa. Nie znam innej. - goblin kopnął pająka, który opornie się obrócił i zaczął ruszać wgłąb jaskini - A teraz won! Załatwcie co musicie i zostawcie nas w spokoju!
- TERAZ! - głos Filii rozbrzmiał w sali i salwa bełtów oraz zaklęć poleciała w kierunku goblinów. Viktor obserwował to w bezruchu i bez cienia zdziwienia gdy jego plan odbywał się precyzyjnie jak oczekiwał… Ale on sam ręki do tego nie przyłożył, więc układ “ja dam wam odejść” został uszanowany… Spug na przyszłość powinien rozważyć pomoc adwokacką przy zawieraniu umów…
Było po wszystkim w przeciągu sekund. Komendant odetchnęła i zaczęła wydawać polecenia, aby przygotować windę.
Viktor chodził między ciałami. Nie dobijał rannych, jak kilku strażników, ale szukał wodza. Bydlak znał nazwisko Blackfyre. Zamierzał zadać mu kilka pytań na ten temat…
Kaylie opierała się o ścianę wciąż z siebie zadowolona.- Poszło gładko. - odezwała się bez grama zmartwienia, gdy Khal przechodził obok szukając ciała wodza, ale ten nawet nie bardzo zareagował. Nie mogła mieć wątpliwości, że ją słyszał, ale postanowił udać, że wcale nie… bo może nie widział jej twarzy, gdy Filia pytała “co poszło nie tak” przed jaskinią, ale słyszał zadrżenie jej głosu. Ociupnkę zbyt szybkie, zbyt nerwowe potwierdzenie, że “to nie moment na to” gdy tylko dał jej pretekst.
Mógł się mylić, sam przed sobą to przyznawał… ale wątpił w to i jakby odpowiedział jak miał ochotę to nie byłaby to przyjemna rozmowa i nie było teraz czasu na konflikty między nimi.
Arkanistka spojrzała za nim z tym okropnym uściskiem żalu w sercu. Nie rozumiała... Czemu on ją tak ignorował? I to tak ostentacyjnie? - Nikt z naszych do tego nie ucierpiał. - wymusiła na sobie bardziej radosny głos, choć ucisk w gardle nie odchodził, gdy sama jakby bez zauważenia problemu szła powoli za Khalem.
Viktor odwrócił się na pięcie i z jego ćwierć krokiem nagle Kaylie była o trzy cale od jego twarzy. I widziała, że jest zły. - Dziewczę drogie… - zaczął warkotem ledwie głośniejszym niż szpet - powiedz mi, że się mylę i moja teza, że UMYŚLNIE zignorowałaś ustalony plan i podjęłaś NIEPOTRZEBNIE drastyczne ryzyko, z powodów które mogę jedynie z fusów wróżyć, jest totalnie i absolutnie śmieszna i niedorzeczna…
- Ja tylko ulepszyłam plan... - zaczęła głosem jaki chciała by wydawał się radosny, ale raczej było w nim trochę nerwowości i może... Rozbawienia? - Oraz był bardziej zabawny w wykonaniu.
Milion emocji przepłynęła przez twarz Khala i wymieszały w jeden, nieokiełznany wir. Wściekłość, niedowierzanie, zawód i wiele, wiele innych których nazwanie, nawet dla niego w najlepszych warunkach, byłoby trudne. Nie do końca zdecydował o tym, ale szarpnął jej nadgarstek przyciągając ją do siebie. - Dziewczę drogie! - Warkot w jej uchu nie był najmroczniejszy jaki Kaylie słyszała w jego wykonaniu, ale był najgniewniejszy. Najagresywniejszy. Coś zaczął dalej mówić, ale… powstrzymał się. Odzyskał kontrolę. To nie był na to czas. To nie było na to miejsce. To nie był na to stan.
W momencie, gdy Khal brutalnie ścisnął nadgarstek kobiety i wywarczał słowa do jej ucha ta nagle cała się spięła i skuliła w strachu.
Strachu nie pozwalającym nawet próbować wyrwać się z uścisku, ale po krótkim momencie sam ją puścił i odstąpił krok w tył, z kamiennym wyrazem twarzy. Tylko w oczach wciąż płonęła mu wściekłość.
Jakiekolwiek słowa dalej zostały wypowiedziane nie było pewności czy ona je usłyszała. Była ogarnięta strachem co ją paraliżował i sprawił, że zaczęła się hiperwentylować. Spojrzała w stronę gdzie była Filia i inni strażnicy, aby powoli sunąć po ścianie uciec w jej stronę, niby chcąc uwolnić się od zagrożenia.Viktor… nie dokończył słów których Kaylie i tak nie słyszała. Gniew wymieszał się z czymś innym, czego chwilowo nazwać nie potrafił i… nie miał na to sił. Nie teraz. Nie dziś. Nie gdy wciąż nie wiedział czy Fistaszek w ogóle wróci. Stłumił w gardle wściekły ryk i odwrócił się na pięcie, by jej nawet nie widzieć. Skupić się na celu. Na następnym kroku. Pojedynczym tip-topku planu, póki nie odzyska równowagi aby dalej móc udawać przed wszystkimi, że u niego wszystko jest w porządku.
Znaleźć. Ciało. Wodza…
Nie było trudno. Wódz leżał obok swojego wierzchowca. Bełt sterczał z jego gardła, obraz zaskoczenia zastygły na jego twarzy.
Viktor uśmiechnął się okrutnie. Znał ten wyraz twarzy, choć zwykle z bardziej cywilizowanych okoliczności… co w żadnym wypadku nie oznacza “mniej parszywych”. Wzniósł go za kark, w ręce wyciągniętej daleko od siebie, by nie usyfić się truchłem. Wyszedł z sali, rzucając tylko oficerowi, że zaraz wraca jakby kto pytał o niego.Strażnicy powoli zaczęli wchodzić na windę, była dostatecznie obszerna, aby pomieścić połowę z nich na raz. Filia postanowiła posłać najciężej uzbrojonych najpierw w towarzystwie kapłana Abadara. Zerknęła na Kaylie kiedy ta do niej dopadła.
- Przepraszam, nie powinnam na ciebie się unosić. - komendant westchnęła - Jak rzeczy idą nie tak jak zaplanowałam, boję się nieprzewidzianych konsekwencji. - przyjrzała się dokładnie drżącej kobiecie - Hej, hej… co się stało?
Kaylie wzięła głęboki oddech. - Nic, nic... - założyła ręce wokół talii, aby w ten sposób ukryć ich drżenie - Postanowiłam trochę... Ulepszyć plan... Nie wiedziałam czy na pewno zadziała, ale uznałam, że jest większa szansa na sukces niż porażkę. Prawie nie zostały użyte zasoby magiczne, a do tego zupełnie nikt nie ucierpiał.
- Nie licząc goblinów. - zauważyła Filia z uśmiechem - Rozumiem, ale… postaraj się unikać takich sytuacji od teraz. Tam na dole już nie wiemy co nas czeka.
- I tak nie planowałam poniżej stosować tych samych taktyk. Wiem, że wychodzenie w sam środek do wroga nie jest pozbawione ryzyka, ale chyba się opłacało, prawda?
- Tym razem tak. - przyznała komendant - Chociaż Viktor był gotów wbiec tam za tobą, kiedy akurat wychodziłaś. Miej na uwadzę, że ten kretyn jest gotów wskoczyć za tobą w ogień.
- Nie przesadzasz? - spojrzała na ziemię.
- Może odrobinę, ale fakt pozostaje, że twoje życie ma dla niego więcej wagi niż jego własne. Co jak na Cheliaxianina musi chyba coś oznaczać.
Gnom ze swoimi zwierzaczkami ustawił się grzecznie w kolejce do windy. Baltizar wiedział że pewnie uda się tam jako ostatni, ale tym się akurat nie przejmował. Spojrzał na Etrigana wiercącego się niecierpliwie. Skinął głową.
Papierowy konstrukt rozłożył skrzydła i pofrunął w dół… unosząc się tuż nad windą.Khal wrócił z obozu, po zostawieniu truchła lidera goblinów i potwierdzeniu, że wszystko tam jest w należytym porządku. Winda miała potrzebować dwóch kursów by przewieźć iii… jeden kurs właśnie zjeżdżał. W porządku… to kończyło rozważania “do którego powinienem dołączyć?”. Drobny spacer pozwolił mu pozbierać myśli i znów był wesołym Viktorem, gdy zbierał klepnięcia w ramię i dobre słowa, za tak drastyczne ułatwienie walki z goblinami. Zaskoczone, bez broni były jak kaczki do odstrzału. Bez tej przewagi… z tą ich ilością przelana została by krew. Odpowiadał z uśmiechem, zręcznie odbijając podziękowania na współrozmówców aby wyglądało to jak szczera skromność i chęć dzielenia się chwałą z nimi wszystkimi… ale nie był na tyle przekonujący aby ktoś rzeczywiście uwierzył gdy mówił “nie zrobiłem nic wielkiego”...
Wszedł w końcu na platformę windy. Wesoły. Szczęśliwy, razem ze strażnikami wokół niego. Wszyscy pewni, że wyprawa nie może się nie udać, ale widać było, że pod śmiechem i dokazywaniem wszyscy rozumieli, że najgorsze przed nimi.
Rozstawienie było dość metodyczne. Pozostali członkowie sił straży rozmieścili się po zewnętrznych krańcach windy z Filią na środku. Komendant zerknęła na gnoma.
- Obawiam się, że nie będzie miejsca dla pana, mistrzu Harpeness i pańskiej świty. Poślemy windę w górę jak tylko z niej zejdziemy.
- To zrozumiałe. Nie zamierzam się spierać w tej sprawie.- zgodził się z nią Bajarz, po czym wskazała na swojego ochroniarza. - Aczkolwiek on… nie potrzebuje windy.-
- Jednak twoi najemnicy i ty potrzebujecie. - przypomniała Filia - Proszę się nie martwić, nie ruszymy bez was.
- Jak już wspomniałem, nie widzę w tym żadnego problemu. Cierpliwie poczekam.- odparł z uśmiechem gnom pocierając dłonią brodę. - Nie spieszy mi się.-
Stojąca obok Filii arkanistka dostrzegła Khala... I wręcz panicznie odwróciła wzrok starając się zrobić mniejsza w tej przestrzeni. Pocierała spód dłoni palcami próbując sobie tak dodać otuchy i zakryć delikatne drżenie rąk. Viktor dostrzegłby jej strach, gdyby spojrzał w jej kierunku, ale… unikał tego. Nie dużo inaczej niż ona unikała patrzenia na niego. Nie chciał naruszać ledwie odzyskanej równowagi.
Po kilku chwilach drugiej grupie ukazał się kolejny poziom kopalni. Przynajmniej pomieszczenie pod tym, z którego zjeżdżali. Wyglądało dokładnie tak samo jak to wyżej, chociaż miało sześć tuneli rozchodzących się od centralnego pomieszczenia.
Pierwsza grupa strażników stała zwarta oczekując poleceń od przełożonej.
Filia podeszła do Daviona. W między czasie winda zdążyła wrócić na górę i sprowadzić Baltizara i resztę.-
I jak? - kapłan pokręcił głową.
-
Cicho. Za cicho, jak w lesie kiedy kroczy drapieżca. - Davion zerknął na rozchodzące się tunele - Magia chroniąca to miejsce przed wykryciem nie pozwala mi chociażby wysnuć potencjalnego kierunku. Obawiam się, że będziemy musieli się rozdzielić.
-
Tego się obawiałam. - Filia westchnęła i wróciła do zgromadzonych - Idziemy na ślepo. Rozdzielamy się na trzy zespoły. Panie Harpeness, weźmie pan swoich najemników i oddział moich chłopców. Wybierzcie tunel i przeszukajcie go. Jeżeli znajdziecie zejście na dół wróćcie tutaj i oczekujcie naszego powrotu. - zerknęła na Viktora - Goodmann, ty i Kaylie, plus ja i Davion i jeden oddział. Pasuje?
-
Hmm…- zamyślił się gnom, sięgnął po talię kart. Wyciągnął jakąś, przyjrzał się jej, schował do talii, schował karty i wskazał jeden z tuneli, ten najbardziej na prawo.- Idziemy tym.-
Viktor myślał chwilę, marszcząc brwi nie do końca zadowolony. Podszedł bliżej Filii tak blisko, jak zgrabnie się dało, aby możliwie niewielu słyszało jego wątpliwości co do jej planu. Nie chciał podważać jej autorytetu wśród ludzi.
- A coś nam broni zacząć od głębokiego zwiadu, jak piętro wyżej? - zapytał, ale w jego głosie nie było śladu wyzwania, czy jakiegoś zarzutu. Jedynie chęć zrozumienia.
Kaylie chciała się odezwać, ale nie wystarczyło jej na to odwagi więc milczała wpatrzona w ziemię. - Marnowanie czasu. - zaczęła Filia - Pamiętasz, że przebadanie wyższego poziomu zajęło jej godzinę? Kto wie jak duży jest ten i ile jej to zajmie. Do tego nie chce zużywać jej zdolności wyłącznie na zwiad.
Viktor musiał teraz… nie unikać patrzenia na Kaylie, bo zbyt ostentacyjnie by to wyglądało… i serce mu ściskało gdy widział ją taką… zmalałą… odwrócił wzrok do Filii. - A zwiad nie jest najlepszym zastosowaniem jej zdolności? Zmiana w nietoperza to jedyna rzecz której nikt inny nie może zrobić… - pokręcił głową, ale był to gest odrzuconego pomysłu a nie jakiegokolwiek protestu. Nawet z głębi swej arogancji nie oskarżał się o bycie lepszym taktykiem niż Filia - Ty tu dowodzisz. Ale w mojej grupie, ja idę w awangardzie.
Komendant kiwnęła głową. - Ihaili ty i dwa oddziały zostajecie tutaj. - po czym ruszyła ze swoją grupą w tunel przeciwległy do tego który wybrał gnom.
Kaylie szła przy Filii ze wzrokiem wlepionym w grunt.
Viktor strzepnął ramionami, przywdziewając się w kamuflujące barwy.
- Trzymajcie się dziesięć metrów, bądź jeden zakręt za mną. Zależnie co bliższe.
Poszedł przodem jak cień. Co kilkanaście metrów zwalniając, by spojrzeć na emanacje magiczne. Niestety dopiero po chwili Wiktor zauważył, że zaklęcie nie pokazuje mu absolutnie nic. Wygląda na to, że cała jaskinia jest osłonięta przed wszelką formą wieszczenia. Uśmiechnął się do siebie drwiąco… i spróbował ponownie. I jeszcze raz i jeszcze, po piątej próbie akceptując wniosek, że tej blokady nie da się łatwo przeforsować.
W końcu dotarł do otwartego pomieszczenia. W środku zobaczył kilka martwych goblinów i malutkie ciałka zgniecione. Ścianę pomieszczenia "ozdabiały" pionowo stojące jajka. Trzy czarne owale wypuszczały z siebie delikatną mgiełkę.
[media]https://i.imgur.com/7ec2rz2.png[/media]
Viktor miał bardzo złe przeczucia. Cholerne jajka i martwe gobliny…
- Jak na moje… ostrzelajmy “jaja” z odległości - zaproponował po wyjaśnieniu - Jeśli coś z nich wylezie to da nam to dystans na improwizację.
Wciąż Arkanistka była wpatrzona w ziemię, gdy odezwała się cichym, trochę płochliwym głosem. - Może lepiej spróbować zniszczyć je wszystkie na raz?
Khal odkaszlnął w pięść. - Tak. Salwa bełtów powinna sobie poradzić. Wątpię by były wytrzymałe, ale nie oglądałem ich z bliska…
- Te jajka... Chyba nie są całe... Znaczy... Ta mgiełka... Ona... - zaczynała się plątać w słowach - I te martwe gobliny... - uniosła w końcu wzrok, ale jak natrafiła na spojrzenie Khala to ponownie szybko spuściła głowę jedynie szepcząc - Może się tym zajmę po prostu...
- Nie puszczę cię znowu samej - odpowiedział Viktor, marszcząc brwi i starając się ignorować w jakim była stanie od kiedy ją… od kiedy warknął na nią. To nie było miejsce ani czas na rozwiązywanie tego problemu - ale JEŻELI uważasz, że masz sposób z jakiegoś powodu skuteczniejszy niż salwa z kusz… to chodźmy i tyle. JEST on lepszy niż salwa bełtów? - zapytał bez jakiegokolwiek nacisku, w jego głosie słychać było tylko zaufanie do jej opinii o którą właśnie pytał.
Najwyraźniej Kaylie musiała to jakoś inaczej zrozumieć, bo zaczęła wyraźnie drżeć i ponownie się skuliła jakby obawiając ciosu. - Viktor! - syknęła Filia - Spójrz na nią, straszysz ją. - komendant spojrzała na zamaskowaną maginię - Jaki masz pomysł?
- Magiczny wybuch z odległości... - wydusiła z siebie.
Khal wycofał się krok w tył, z brwiami zmarszczonymi w zmartwieniu. Komendant miała rację…
Filia się zastanowiła chwilę, ale pokręciła głową. - Dobry pomysł, ale nie wiemy czy te jaja są zagrożeniem i czy zaklęcie zadziała. - uśmiechnęła się do Kaylie - Zachowaj tą ognistą kulę na moment kiedy coś zacznie z nich wychodzić, dobrze?
Kaylie pokiwała głową w milczeniu. - Dobrze więc, chłopcy wybierzcie jedno jajko i puśćcie w nie salwę. Zobaczymy czy zadziała i czy ktoś jest w domu. - strażnicy wymierzyli kusze w centralne jajo i puścili salwę, sześć bełtów odbiło się bez efektu od skorupy z dość cichym łupnięciem. Komendant strzeliła językiem w niezadowoleniu - Twardsze niż myślałam… może lepiej będzie je… - jajo delikatnie się poruszyło - … zostawić…
W sekundę z jaja wystrzeliła bestia, rozwierając jajo niczym kwiat.
[media]https://i.imgur.com/KA6bQNp.png[/media]
Monstrum liczyło z dwa metry, składało się wyłącznie z mięśni, kolcy i szponów. Nie wydało z siebie żadnego ryku ani dźwięku, tylko od razu rzuciło do ataku na intruzów.
Filia ruszyła się jako pierwsza wyciągając dłoń oskarżycielsko na bestię i ostrym głosem wypowiedziała.- PADNIJ! - i bestia momentalnie zaryła twarzą o ziemie leżąc bezradnie na ziemi.
Skołowany strażnik bardziej odruchowo niż według jakiego planu wystrzelił w bestię, strzała trafiła, ale wydała się utknąć płytko, nie przebijając skóry istoty.
Davion wypowiedział krótką modlitwę, wszyscy wokół poczuli dotyk i wsparcie Abadara. - Sędzia jest z nami!
Kaylie rzuciła się do przodu mając na ustach słowa w smoczym, a w jednej dłoni dzierżąc swój miecz, jaki w jednej chwili przybrał trupio blady kolor. Ostrze zagłębiło się w bestii przecinając jej skórę niczym jedwab, nekrotyczna energia momentalnie wpłynęła w ciało bestii, która wydała z siebie wściekłe warknięcie.
Dwóch kolejnych strażników pogoniło za Kaylie i starało się jej pomóc w dobiciu bestii. Niestety ich ciosy wydawały się jej nie ranić.
Viktor zakręcił młotem wychodząc przed szereg i wybiegł w przód. Nie cieszył się zbliżając się do jaj, w których mogły być jeszcze dwa takie, ale jak Kaylie już doszła do zwarcia to nie zamierzał jej samej zostawiać.. Młot wgniótł się w pancerz istoty wyginając grubą skórę, kapłan usłyszał przyjemne chrupnięcie jednego z żeber i kolejne warknięcie bestii.
Kolejny strażnik dołączył do znęcania się nad leżącą istotą, ale jak pozostali mógł sobie podarować. Bestia próbowała wyzwolić się z rozkazu komendant, niestety, albo stety wola Blackfyre była silniejsza. Komendant postanowiła nie podchodzić gotowa była na każdy ruch bestii, aby zadziałać odpowiednio. Kusznik wystrzelił ponownie, ale tym razem chybił, trafiając w ziemię obok bestii. Davion również postanowił zaczekać na dalsze losy ataku. Nie chciał podchodzić w zasięg potwora.
Kaylie nie odchodziła tylko ponownie zaatakowała bestię swoim mieczem o ostrzu emanującym trupim blaskiem. Ponownie czarne ostrze zanurzyło się w bestii, a magia negatywnej energii wpłynęła do ciała wroga. Zauważalnie jej kończyny wydawały się chudnąć.
Szczęście nie uśmiechnęło się do jednego ze strażników. Zamachując się na potwora jego ostrze zaryło o ścianę wypadając mu z dłoni. Drugi zdołał przebić pancerz bestii i utoczyć mu krwi.
Będąc w lepszej pozycji do ataku Viktor kontynuował natarcie. Młot wznosił się i opadał z siłą jego woli a nie mięśni, a wola była niezłomna. Bestia natomiast zaczynała coraz słabiej reagować, jej oddech zaczął robić się płytszy. Kolejny strażnik zadał cios bestii niestety miecz nie był w stanie zagłębić się w grubej skórze.
Potwór zdołał w końcu zwalczyć zaklęcie zmuszające go do przytulenia do ziemi. Dość mozolnie zaczęło podnosić się, otwierając się na ataki swoich oprawców. Być może pchnięci strachem, albo znużeniem tej nieuczciwej walki oprawcy potwora zadali jej ostatnie ciosy, który zwalił się na ziemię roztaczając kałużę ciemnej krwi.
Filia odetchnęła. - Może nie próbujmy budzić reszty. Wątpię, aby tędy była droga w dół. Kto za tym, aby pójść innym tunelem?
Walka zdała się otrzeźwić Kaylie, której wzrok zrobił się bardziej skupiony i nie było w nim niezrozumiałego przerażenia. Paradoksalnie. - Możemy obudzić resztę na raz. Wolę nie ryzykować, że ich osłonki pomogą im obronić się przed ogniem. Może znajdziemy tu jednak coś ciekawego. W tej walce nic się nie zdarzyło, to trzeba trochę emocji. Jak sądzicie? - jakiś ironiczny uśmieszek siedział z skryty za maską.
Viktor zerknął tylko czy wszyscy są cali nim odpowiedział. - Jeśli ta walka nie obudziła dwóch rzekomych pozostałych-monstrów to przejście obok nie powinno obudzić… Ale nie mam nic przeciwko sprawdzeniu trzeciego tunelu przed potwierdzeniem tej tezy.
- Wolałabym być ostrożna. - odparła Filia - Wróćmy do głównej sali i wybierzmy kolejny tunel. Może tam będzie coś bardziej emocjonalnego.
Arkanistka spojrzała na Khala i pokręciła głową. - Niech i będzie. - odezwała się do Filii.
- Dobrze. Ruszamy. - strażnicy ponownie przyjęli szyk, spoglądając z wdzięcznością na dwóch Azazelitów. Filia podeszła do kolejnego korytarza, wyglądał na dłuższy od poprzedniego, zerknęła na Viktora.
- Znowu chcesz iść przodzem?
Viktor kiwnął głową i ruszył jak poprzednio. Tylko swoim umiejętnościom ufał na tyle by nie lękać się głupiego wpadnięcia w zasadzkę. Nie przeszedł daleko gdy zauważył pierwszą pułapkę na swojej drodze. Niewielka żyłka wystawała ledwo kilka centymetrów nad grunt.
Zatrzymał się i zawołał gestem aby reszta się zbliżyła.
- Żyłka - wskazał precyzyjnie palcem - Niech nikt w nią nie wdepnie, bo ja tej pułapki rozbroić nie potrafię.
Zostawił Filię by nadzorowała resztę, gdy sam ruszył przodem. Wolniej niż wcześniej… jak była jedna pułapka to może być ich więcej.
Na szczęście żaden ze strażników nie stanął na żyłce. Kilka kroków dalej zobaczył kolejną żyłkę i kolejną i kolejną. Nie było opcji, że w końcu ktoś na nich nie stanie. - W porządku, zmiana planów! - zadecydował Viktor, wracając do grupy - Wracamy za pierwszą żyłkę. Daj mi ktoś linę, oczyszczę pułapki przed nami.
- Oczyścisz JAK? - zapytała Filia.
- Bardzo łatwo. Długa lina, obciążona węzłem i delikatne, wrażliwe żyłki… Z odległości je aktywuję. Nie wiemy co to jest, ale odległość da nam bezpieczeństwo.
- Nie wiesz co pułapka ma spowodować... - odezwała się Kaylie tylko na moment unosząc wzrok na mężczyznę - Może aktywować prostą fizyczną pułapkę, może przywołać do nas potworki alchemika, a może wręcz być jedną z tych aktywujących magiczne efekty. Na pierwsze faktycznie powinno wystarczyć aktywować je wszystkie z daleka, ale reszta, szczególnie magiczna, może mieć nieoczekiwane konsekwencje i ich zasięg.
Viktor przytaknął arkanistce. - Masz rację, Kruszyno… - jego głos był tak łagodny i troskliwy jak tylko był w stanie z siebie wydać. Nie chciał znów zobaczyć Kaylie kulącej się pod jego słowami..
-...i to wszystko wiem. Przy czym potężny magiczny efekt z tak prymitywnym aktywatorem jest… mało wiarygodny. I jest ich tam dużo. Ale nie można tego wykluczyć… dlatego ja będę w odległości, a wy będziecie jeszcze dalej. Pewność, niestety, jest luksusem na który nas teraz nie stać.
Kaylie niemo pokiwała głową.
Viktor dostał linę i kazał się wycofać co najmniej za najbliższy zakręt, gdy sam zawiązywał węzeł dla obciążenia. Rozkręcił linę jak korbacz i na próbę zobaczył jak daleko potrafi nią miotnąć. Kiwnął sam sobie głową i zabrał się do dzieła.
Przydeptał koniec liny, nadał węzłowi pędu i miotnął nim, a jeszcze gdy leciał przyklęknął zasłaniając się tarczą…
Lina przeleciała kilka metrów trafiając w końcu w jedną z żyłek. Kapłan usłyszał delikatny syk i zauważył drobny ruch powietrza i kurzu przy podłodze.Viktor się skrzywił. Gaz to jedna z bardzo niewielu rodzajów pułapek co rzeczywiście była niewygodna przy tej metodzie… Sięgnął po pochodnię, szybko ja odpalił cofając się krok po kroku. Spojrzał, że reszta wciąż jest daleko za nim i gdy nafta już solidnie się zajęła wziął zamach i cisnął ją w gaz. Trzeba sprawdzić, prawda?
Pochodnia poleciała w kierunku gazu i… nic.
Palący się patyk wylądował na ziemi bez efektu.- A mogłem przygotować kilka prostych przywołań…
Viktor wziął kilka głębszych wdechów, przecierając oczy aby je sobie podrażnić… na końcu wziął najgłębszy wdech i zatrzymał go głęboko w płucach i przeponie. Ruszył szybkim krokiem przed siebie, mrużąc oczy tak bardzo, że pamięć tego co widział wcześniej stała się dla niego równo-wartym przewodnikiem co rozmazane kształty co teraz dostrzegał. Tak chroniąc swoje płuca i oczy bez trwogi (albo rozsądku) wszedł w domniemany gaz. W pierwszy krokach nie czuł nic nadzwyczajnego. Małe mrowienie w kolanach, ale… nocebo. Definitywnie nocebo.
Rozkręcił linę i miotnął nią. Kolejna żyłka została zerwana. Tym razem wydobywający się gaz był widoczny… spływał ze szczelin pod sufitem i miał kolor zgniłej purpury. Wciąż na bezdechu, Viktor kiwnął sobie głową. Zaczynał czuć ucisk w płucach.
Cofnął się kilka kroków, po wciąż palącą się pochodnię i miotnął nią w nowy kłąb gazu, samemu zasłaniając się tarczą w przyklęku. Na wszelki wypadek. Znów nic się nie zapaliło, a płomień pochodni wciąż się palił.
Szybkim krokiem wrócił do swoich. Ostatni raz spojrzał w głąb korytarza przed zakrętem nim pozwolił sobie spuścić zużyte powietrze i wziąć nowy oddech. Gaz ulatniał się powoli. Jeśli nie miał być spuszczany wiele godzin to nie wierzył by miał dostateczne stężenie by szkodzić gdy tu dotrze.
-
- Teraz byłbym cierpliwy - zaproponował Viktor po opowiedzeniu wszystkiego co zaobserwował - Obserwujmy to. Poczekajmy dziesięć minut. Nie wierzę by mistrzunio planował wytruć cały poziom gdy ktoś zerwie żyłkę, więc po tym czasie stężenie powinno być już nieszkodliwe. Cokolwiek by to miało robić. Potem bym jednak może spróbował przejść ponad nimi… ale bym osobiście pilnował każdej żyłki aby nikt mi w nie nie wdepnął.
I to ona ryzykowała wtedy? A on co? - Mogłabym uruchomić pozostałe w jednym momencie... - powiedziała patrząc na Filię, nie Khala - Nie zbliżając się do nich.
Filia się chwilę zastanowiła i kiwnęła głową. - Viktor, cofnij się do nas. - zerknęła na Kaylie - Zacznij, kiedy będziesz gotowa.
Khal uśmiechnął się krzywo, ale był to czysto mentalny gest. No tak… cierpliwości mu się zachciało. Niedorzeczność. Jednak nie protestował i cofnął się… tylko tak daleko jak mógł, nie tracąc widoku z Kaylie.
Sama Kaylie ustawiła się daleko od widocznego celu. Nie wiedziała co spowoduje jej działanie, więc i nie planowała być za blisko. To wcale nie musiały być jedynie jakieś trucizny.
Kobieta zaczęła wypowiadać słowa w smoczym języku jakie jednak składały się na bardzo krótkie i szybkie frazy, a jej ruchy dłoni wydawały się wręcz nieistotnym gestem. Pojawiła się na widoku dłoń złożona z półprzezroczystej energii, jaka została skierowana na najdalszy kawałek korytarza i skierowana nisko aby jednym rozkazem szybko powróciła mając uderzyć we wszystkie linki po drodze.
Najwyraźniej pułapka, albo seria pułapek nie została przemyślana, żeby aktywować je w tej kolejności. Ostatnia żyłka przybliżyła do siebie dwa kamienie na ścianie, które zaczęły strzelać do siebie małymi błyskawicami. Kolejne dwie, tak jak dwie pierwsze otworzyły jakieś zawory wypuszczające kolejne gazy. Dopiero po kilku sekundach nastąpiła reakcja, najwyraźniej opary musiały się jakoś wymieszać, co spowodowało, że błyskające kamienie wywołały zapłon całej przestrzeni. Potężny huk wypełnił kopalnię. Na szczęście wszyscy byli odpowiednio daleko, aby nie otrzymać żadnych obrażeń, a huk nie uszkodził ich słuchu.
Kiedy było po wszystkim ściany i sufit korytarza były pokryte sadzą, natomiast niewielkie ilości piasku na podłodze zmieniły się w szkło.Viktor przetkał ucho małym palcem. Był… niezadowolony. Z tym poziomem będącym niemal wyludnionym była spora szansa, że walka powyżej nie zaalarmowała gospodarza. Teraz nie można było na to liczyć.
- Ughh… na potrzeby przyszłych pułapek i zagrożeń… pragnę zauważyć, że cierpliwość pozwoliłaby tu gazom się rozrzedzić na tyle, że pewnie by nie doszło nawet do tej eksplozji. Wracam do zwiadu. Trzymajcie dystans jak poprzednio. Był on optymalny.
Kaylie zauważyła, że Filia pokręciła oczami. - Nie słuchaj go. Nasz oponent to alchemik, kto wie co by się stało gdybyśmy czekali.
Gdyby nie maska to inni zobaczyliby, że arkanistka na siłę trzyma w ryzach łzy czystej frustracji jakie zmieszane były z poczuciem bycia poniżaną. Chciała wykrzyczeć Khalowi jak nie miał racji...
Filia rozumiała. To alchemik znający się na robocie. Dziesięć minut nie musiało usunąć ważnych składników z powietrza...
Chciała płakać wśród tych sprzecznych sygnałów jakie otrzymywała od Khala.
Viktor skrzywił się niezadowolony, kątem oka dostrzegając lekkie drżenie Kaylie. Tym bardziej trzeba było powiedzieć to co i tak zamierzał. - Czemu ludziom wydaje się, że obserwacje faktów, z nadzieją na wyciągnięcie przyszłych wniosków, to atak? Każdy reagent ma masę krytyczną, poniżej której nie następuje reakcja. Jakby pozwolić im się dość rozrzedzić to by nie doszło do eksplozji. To. Jest. FAKT który NIE podlega dyskusji. Kwestia tego czy w tych tunelach rozrzedzenie jest możliwe. To nie był atak, to nie była krytyka. To była: obserwacja. Rada. I ona NIE była kierowana do Kaylie… - zadeklarował, z umiarkowaną intensywnością patrząc prosto w Filię, ale błyskawicznie po tym jego spojrzenie złagodniało. - Ale i tak chcę zadeklarować moją wdzięczność za twoją gotowość by się za nią wstawić, gdy postrzegasz atak w nią wymierzony. Dziękuję - kiwnął jej głową z wdzięcznością i już odwrócił stopę, na znak, że jest gotów wrócić do wcześniejszej formacji…
Kaylie milczała, ale dało się zobaczyć lekkie drżenie jej ciała.
Widząc brak prób zatrzymania Khal się obrócił, by wrócić do zwiadu, ale… zatrzymał się w pół procesu. Widok Kaylie go zatrzymał. - Ale… - powiedział do niej… nie było w jego głosie grama pewności jeszcze sprzed dwóch sekund - Jeśli odebrałaś to jako atak na siebie to… przepraszam - to słowo było prawie, że wycedzone przez zęby… wypowiedziane z nieprzyjemnością. Nie było naturalne w jego ustach i nie brzmiało tak - Nie chciałem tego - zadeklarował i nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź, tylko ruszył przed oddział, by odkryć kolejne zagrożenia na niego czyhające.
- Ktoś by pomyślał, że nauczyliby go w Cheliax ogłady. - mruknęła Filia do arkanistki - Tak kręci się wokół prostych słów i konceptów... - ton komendant zmienił się, był trochę zimniejszy i wpatrywała się uważnie w Viktora.
- Choćmy. - odezwała się Kaylie po chwili i ruszyła powoli za Khalem, gdy była między nimi odpowiednia przestrzeń. Zetknęła tylko za ramię upewniając się czy Filia idzie.
Komendant ruszyła za swoim ochroniarzem, ale nie spuszczała oczu z ich przewodnika.
Reszta korytarza była bezpieczna i po kilku minutach grupa dotarła do kolejnego pomieszczenia. To było wypełnione zamkniętymi skrzyniami przewozowymi. Wychodziły z niego dwa inne tunele. Jak na oko Viktora i pozostałych wyjście po prawej doprowadziłoby ich z powrotem do pokoju z jajami.
Viktor poczekał na oddział planując dalsze kroki.
-
Dajcie mi kilka minut. Sprawdzę tę odnogę by potwierdzić, że jest tam tylko korytarz bezpośrednio do sali z jajami, a nie posterunek, po drodze, pełen goblinów, co zaraz nam na plecy wyskoczą.
Spojrzał na przybyłych, wyczekując nieoczekiwane protestu i ruszył w prawy korytarz. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz, prawda?
Odnoga była kręta, minął dwa rozgałęzienia, które jak się okazało kręciły spowrotem do siebie. W końcu zobaczył znajome kształty na końcu korytarza. Te same trzy struktury, które trzymają sobie potwory. Jedno oczywiście z jedną stroną zniszczoną przez "narodziny" swojej zawartości. -
Czysto - zadeklarował po powrocie do reszty - Kręte korytarze, ale puste. Żadnych niespodzianek. Wróćmy do formacji, ale… idźcie trochę dalej niż ostatnio… przynajmniej dziesięć metrów, lub jeden róg. To jest bezpieczna odległość, przy której mogę do was jeszcze wrócić w mgnieniu oka, ale wasze sapanie nie ostrzeże potencjalnych strażników, że nadchodzimy. Możemy tak zrobić?
Zapytał ale już szedł do kolejnej odnogi. Jeśli ktoś nie planował protestować to nie potrzebował potwierdzenia.
Kaylie ciągle patrzyła w stronę skrzyń. Nie odzywała się jednak do mężczyzny, a bez słowa po prostu ruszyła przyjrzeć się bliżej skrzyniom i ich zawartości.
Skrzynie były różnej jakości, wśród starych ledwo trzymających się po latach wilgoci, było też kilka nowych. -
Viktor poczekaj. - zawołała Filia do ich przewodnika, po czym podążyła za Kaylie i przy pomocy miecza otworzyła jedną ze skrzyń - Co do...?
Skrzynie zawierały kamienie z dość grubymi kawałkami srebrzystego metalu. -
Ruda srebra? Przecież... ta kopalnia miała być jałowa.
-
Po co trzymać alchemiczny reagent w miejscu oddalonym od wszystkiego? - mruknęła Kaylie pod nosem.
Viktor przykucnął przed odnogą. Dając odrobinę odpocząć mięśniom, co w czasie walki z potworkiem z jajka wytężone były najbardziej od dobrych dwóch lat. Nie zaniedbywał odrobiny regularnych ćwiczeń, ale i tak czuł w plecach lekki dyskomfort, którego dziesięć lat temu by nie było, nawet po znacznie poważniejszych wyczynach. Niestety nie było magii co pomagała na upływ czasu. Uśmiechnął się do siebie szyderczo. -
Tia… teraz to już tylko ziółka, koc i kominek dla ciebie, starcze - wykpił sam siebie, czekając aż kobiety skończą oglądać skrzynie, samemu wpatrując się w ciemność odnogi.
-
Pilnujcie perymetru! - polecił pozostałym strażnikom tonem, którego chciało się słuchać - I pamiętajcie, że są bestie co po sufitach łażą! - Większość z nich wiedziała co robić, ale część… utraciła wątpliwości.
-
Po co porzucać kopalnię, która jeszcze ma zasoby? - zastanowiła się Blackfyre - I po co tak pułapkować drogę do schowka na srebro? - zastanowiła się chwilę - Czy ktoś ma zaklęcie, które pozwala na zlokalizowanie tajnych przejść? - powiedziała ogólnie do pomieszczenia. Davion jedynie pokręcił głową - Szczerze nawet nie wiedziałbym jak przedstawić prośbę o to Abadarowi.
-
To kapłani muszą mówić bogu w jakim celu chcą magię? - zdziwiła się Kaylie - Za każdym razem? I może ci odmówić?
-
Modlimy się o zesłanie na nas ździebełka boskiej mocy. To nie jest coś o co prosisz mówiąc "Dawaj, bo chce mi się". Są zaklęcia, które bóstwa mogą być mniej chętne do podarowania swoim wyznawcom. Nie spodziewałbym się, aby Sarenrae, bogini światła i leczenia, od tak dawała zaklęcia ciemności czy wypełniania ciał negatywną energią. - wytłumaczył Davion - Do tego... zaklęcie odnajdywania tajnych przejść to bardziej domena magii tajemnej, a nie objawionej.
-
Przykro mi... - stwierdziła Kaylie - Nie posiadam takiego zaklęcia, ale przecież musi być sposób. Może jakieś ślady na posadzce po przeciąganiu takich skrzyń jak te tutaj. Jeżeli są tu jakieś zakamuflowane drzwi to przecież mogli chcieć coś przez nie przenieść. - spojrzała na Filię - A ta... Ihaili. Nie mogłaby w tym pomóc?
-
Wątpię, aby druid miał zaklęcie aby znaleźć drzwi, ale... - uniosła dłoń do twarzy obracając pierścień na palcu wskazującym - Ihaili przyjdź tu proszę. Potrzebujemy twojego nosa. - po kilku minutach haflinka przybiegła zasapana do grupy komendant - Musisz... mnie... zostawiać i... wołać? Mam... krótkie nogi... - zatrzymała się, aby złapać oddech.
-
I płacę ci więcej za marsz. - odparła Filia - To pomieszczenie jest dziwnie... zwyczajne. Podejrzane nawet. Mogłabyś wywęszyć czy niczego tu nie ma?
-
Mówiłam ci, "zainwestuj w psy tropicielskie", ale "Nieeee, chłopaki zaczną rozpieszczać i nic z nich nie będzie".
-
Jakby ciebie nie dokarmiali jak jesteś w formie ptaka czy psa.
-
Hej! Naucz się zmieniać to zobaczysz jak to zżera kalorie. - haflinka wyciągnęła jakieś listki ze swojej kieszeni, szybko je zgniotła i zaczęła wcierać wokół nosa i oczu, w kółko mamrocząc jakąś inkantację. Kiedy zakończyła, jej źrenice stały się poszerzone i przykucnęła szybko wciągając powietrze nosem. Po chwili zrobiła jedno SIIIILNE wciągnięcie powietrza i ruszyła w kierunku jednej ze skrzyń.
-
Tu. Czuję smród alchemii. - przez chwilę malutka kobieta próbowała pchnąć skrzynię, ale szybko się poddała i spojrzała błagalnie na dwóch strażników. Ci jedynie zachichotali i przesunęli, z pomocą Ihaili oczywiście, skrzynię na bok, ujawniając ukryte drzwiczki.
Kaylie zwróciła głowę w stronę Khala, ale trwało to krótko po czym znowu odwróciła od niego wzrok. -
Brawo dziewczyny. - powiedziała komendant jednocześnie do Haflinki i Kaylie.
Viktor opuścił swoją pozycję wartowniczą i podszedł do źródła zainteresowania. -
Dobra robota - również pochwalił. - Rozumiem, że chcemy zacząć od sprawdzenia tego przejścia?
-
To może poczekać. - odparła Filia - Przynajmniej jeżeli chodzi o nas. Ihaili, możesz wysłać tam szczurki? - haflinka kiwnęła głową. Ponownie sięgając do kieszeni wyjęła kilka ziaren pszenicy i rozrzuciła je na ziemi. Po kilku sekundach jakby znikąd pojawiło się kilka szczurów. Haflinka przykucnęła do nich, wydając z siebie piszczące dźwięki, najwyraźniej komunikując się ze szczurami. Gryzonie pobiegły do drzwiczek wciskając się między szparami - Zwiad załatwiony. Zobaczymy co jeszcze tu jest, żeby nic na nas nie wyskoczyło. - zerknęła na Viktora - Prowadź.
-
Ayay! - zasalutował tylko w ćwierć poważnie i ruszył zgodnie ze swoim starym planem.
Ten tunel szedł dość prosto. W przeciągu kilku chwil Viktor doszedł do kolejnego pomieszczenia. Chociaż poczuł je zanim do niego dotarł. Smród gnijących ciał zaatakował jego nozdrza, ale był w stanie powstrzymać żołądek przed zwróceniem zawartości. Gdy tylko odzyskał pewność samokontroli wręcz wyszarpnął zza kaftana jedwabną chustkę. Nie wierzył by wiele dała, ale sama psychologiczna zapora pomagała. Krzywiąc się ruszył przed siebie. Musiał zobaczyć skąd ten zapach się bierze. Ogół rozumiał. Niuansów mu brakło.
Najwyraźniej logika wystroju wnętrz uniknęła alchemika w jego edukacji. Tajne przejście do jego tajnej bazy, graniczyło ze schowkiem na odpady. pomieszczenie było mniejsze od pozostałych i było wypełnione gnijącymi kawałkami ciał, niektóre musiały być tu długo, ponieważ widział coś co jedynie mógłby opisać jako płynne szczątki.
Viktor skrzywił się niezadowolony i parł naprzód, starając się nie wdepnąć w żadną “kałużę”. Po dwóch krokach zmusił się by zwolnić. Były zbyt szybkie. Zbyt nieostrożne. W tych zwałach coś mogło się czaić… zatrzymał się. Zastanowił i stanął na środku sali. Upewnił się, że nikt z jego oddziału nie wszedł mu w zasięg i sięgnął po narzędzie którego nie pamiętał gdy ostatni raz użył. Skupił się i wylał z siebie potoki negatywnej energii, zalewając nią salę.
Nic jednak się nie stało, może kilka much padło do pozostałych ciał i cokolwiek co żywiło się obecnie na zwałach do nich dołączyło, ale nie zarejestrował ponadto żadnego ruchu.Kiedy Viktor wyruszył na zwiad jeden ze strażników podszedł do komendant. Mieli szybką wymianę zdań na osobności, po czym kobieta zerknęła na arkanistkę.
- Kaylie, możemy porozmawiać?
Kobieta odwróciła wzrok od zejścia, w jakim zniknął Khal i skinęła głową komendant. - Co się stało między wami? Tobą i Viktorem, jest niezwykle… agresywny dzisiaj. Wobec ciebie.
Początkowo Kaylie tylko milczała, nim cicho odparła. - Nic takiego. Czasem tak bywa.
- Nie. - odparła Filia - Nie bywa TAK, jak opisał to jeden z moich chłopców. Do tego widziałam jak oboje się zachowujecie teraz… Mam teorię, ale nie chce jej mówić, bo i tak od razu zaprzeczysz. - westchnęła - Możesz mi odpowiedzieć, szczerze na jedno pytanie?
- Na jakie? - zapytała z ostrożnością w głosie.
- Czy jesteś tutaj, z Viktorem, z własnej woli? Bez przymusu?
Kaylie skrzywiła się pod maską. Co miała powiedzieć? Gdyby Azazel nie polecił to pewno by teraz tu nie siedziała... Czy ona chce wybadać możliwe powiązania z tym diabłem i u niej? - Nie. Z własnej woli bym w lepszym miejscu była. Ta kopalnia nie ma wysokiego standardu. - odpowiedziała nie odpowiadając.
Filia uniosła brwi i uśmiechnęła się. - Niezły unik. Miałam na myśli Evercrest. Jeżeli jednak nie chcesz odpowiadać nie musisz.
Kaylie nie odezwała się wracając do obserwacji zejścia.
Viktor kiwnął sam sobie głową. Nie spodziewał się nieumarłych, więc przejście powinno być bezpieczne. Poszedł dalej. Powoli i z odrazą przyzwyczajał się do smrodu, ale chciał sprawdzić jeszcze najbliższe metry za “kostnicą”. Może będzie blisko coś co powie jasno “nie warto tędy drugi raz przechodzić”?
Mijając schowek na ciała Viktor usłyszał ostatnie podrygi goblinów, które wykańczało zaklęcie Baltizara. Najwyraźniej to pomieszczenie służyło do trzymania odrzuconych eksperymentów na goblinach.
Nie znając jednak ani źródła dźwięku, ani maga co je stworzył nie miał innej możliwości niż obniżyć postawę i wrócić do skradania się… poszedł powoli w przód, aby zlokalizować źródło. Widział ostatnie chwile Czarnych Macek nim puściły one zmiażdżone ciała goblinów. Niedaleko później widział zmielone ciała fey i widział, że ich krew była świeża. Widział jakieś ślady na podłodze… nigdy nie przyłożył się do nauki tropienia, ale to nie oznacało, że wniosków nie mógł wyciągać, a niektóre ślady były dosyć charakterystyczne. Rozświetlił korytarz magicznym światłem i szukał. Myślał… idea sama pchała mu się gdzieś z tyłów głowy, ale… jeszcze nie docierała do niego. Wdział, że korytarze się kręciły. Potrafiły nawracać, a odnogi się łączyć.Viktor wrócił do oddziału po dłuższym czasie.
- Utrzymajcie dystans póki nie zwietrzeję. Przechodziłem przez kostnicę, łamaną przez śmietnik.
Widział, że Kaylie wciąż jest spięta i Filia wciąż była… chłodna. Tylko w inny sposób, niż po tym jak to jej zarzucił niecierpliwość przy pułapkach. Czysto mentalnie wzruszył ramionami. Niech sobie będą. To problem dla Przyszłego-Viktora. Aktualny-Viktor musiał się skupić aby wyglądać nonszalacko i wesoło.
Opowiedział szybko i “raportowo” co znalazł po drodze. - Cuchnie odrażająco tam, ale nie ma już nic żywego. Wydaje mi się, że ekipa Baltizara tam była dosłownie przed chwilą, ale już ruszyli w drogę powrotną.
- Więc, to ostatnie pomieszczenie. Zostały tylko te dwa jaja, których nie ruszamy i to zejście tu. Ihaili twoi szpiedzy coś znaleźli? - haflinka kiwnęła głową.
- W sensie nic, pomieszczenie tuż pod tym jest puste i ma tylko jedno wyjście.- Filia kiwnęła głową. Dobrze, wracamy do reszty i zdecydujemy dalszy plan działania.
- Czemu w takim razie po prostu nie wejdziemy tam? - zapytała Kaylie - Tu nie ma czego roztrząsać i co planować. Albo idziemy, albo wracamy z pustymi rękoma.
- Skrytka raczej jest po COŚ - przytaknął Khal - Może jest tam dalsze ukryte przejście? Albo coś czego szczur nie rozpoznał. Zakładam, że to “jedno wyjście” to to prowadzące do ukrytych drzwiczek…
- Erm… nie. - odparła Ihaili - Te drzwiczki tu w podłodze, prowadzą do kamiennych schodów, na końcu ich jest kolejne pomieszczenie, z którego jest jedno wyjście.
- Co do schodzenia od razu, mam jeszcze dwa oddziały w poprzednim pomieszczeniu i grupę Harpenessa, trzeba z nimi wszystko uzgodnić.
Kaylie nie była zadowolona, ale zachowała milczenie.
Filia kiwnęła głową i ruszyli z powrotem.
- Teraz byłbym cierpliwy - zaproponował Viktor po opowiedzeniu wszystkiego co zaobserwował - Obserwujmy to. Poczekajmy dziesięć minut. Nie wierzę by mistrzunio planował wytruć cały poziom gdy ktoś zerwie żyłkę, więc po tym czasie stężenie powinno być już nieszkodliwe. Cokolwiek by to miało robić. Potem bym jednak może spróbował przejść ponad nimi… ale bym osobiście pilnował każdej żyłki aby nikt mi w nie nie wdepnął.
-
Gdy już gnom otrzymał oddział chłopców Filii, jego “pierzasty konstrukt” wyrwał się w kierunku wybranego przez gnoma tunelu.
- Etri…! Ech… trudno… po prostu ruszamy za nim. I miejmy nadzieję, że nic mu się nie stanie.- odparł wyraźnie niezbyt zmartwiony nadgorliwością zwierzaka. Zaplanowaną zresztą z góry.
Tymczasem konstrukt poruszając się cicho niczym sowa, na której wzór został ukształtowany wleciał już w czeluść tunelu wypatrując potencjalnych zagrożeń.
Pochód prowadzili barbarzyńcy Jor i Ori, za nimi natomiast oddział strażników, wszystko zamykali Inarion, Ofun i Baltizar.
Gdy tak wędrowali przez tunele gnom nagle zatrzymał się i syknął z bólu. - Momencik… momencik. Możemy zatrzymać się na moment?-
Gdy już cała grupa stanęła w miejscu czekając Baltizar rozmasowywał sobie stopę, gdy z szelestem skrzydeł przyfrunął jego zwierzak. I wylądował obok niego wydał z siebie serię syków potrząsając przy tym łbem. - Mówi że z przodu… że przestraszył się… powoli i wyraźnie mów.- burknął Baltizar i dalej tłumaczył.- Mówi że z przodu duża jama pełna, długich robali z licznymi nogami… coś tasiemki.. Wije! Przed nami dużo olbrzymich stonóg!
Spojrzał na awanturników pytając.- Co robimy?-
Strażnicy wyglądali na trochę zagubionych, najemnicy natomiast zebrali się rozważając możliwości. - Standard? - zaproponował Jor.
- Całe pomieszczenie pełne stonóg? Nie, nie mam zamiaru się tam zbliżać, ani bardziej trzymać was idiotów przy życiu. - odparł Inarion.
- Hm…Ofun ile masz na sobie bomb? - spróbował Ori.
- Za mało. I nie chcę zużywać wszystkiego na pędraki. - odparł alchemik, na chwilę zapadła cisza. W końcu pstryknął palcami Jor.
- Dobra załatwiamy to tak. Jak i Ori wbiegamy tam siekamy co się da. Strażnicy wchodzą za nami, wy dwaj uważajcie czy nie robi się zbyt niebezpiecznie. - sale wypełniła cisza, po chwili Inarion zdzielił barbarzyńcę w potilicę.
- To JEST standard ty tłuku!
- Standard działa!
- Wała, a działa!
- Masz lepszy pomysł!? - znowu zapadła cisza. Inarion westchnął i spojrzał na Ofuna.
- Daj im coś, aby nie padli od jadu tych bestyjek i módlmy się, że są głupsze od tych dwóch. - mag podszedł do strażników tłumacząc im "plan" Jora. Po chwili podszedł do Baltizara.
- No to taki jest pomysł jaki słyszałeś szefie. Zostajesz za nami, aby wszystko notować?
- Oczywiście.- odparł z uśmiechem gnom. - Po to tu przyszedłem. Będę się trzymał z tyłu i opisywał wasze bohaterskie czyny.-
Po chwili zastanowienia się dodał.- Eeeem… mam w mojej talii od sponsora cudowną kartę. Która może się przydać w tej chwili. Ale to tylko jedna sztuczka, którą mogę użyć tylko ja… i cóż, nie ma co liczyć na kolejne. Wezwie na pomoc żywiołaka ognia. Nic wielkiego.. ale pomoże ze stonogami.-
Inarion kiwnął głową i wrócił do grupy, która zaczęła ruszać się w kierunku stonóg.
Baltizar już miał zamiar ruszyć za nimi, kiedy poczuł uścisk na kostce. Jedyne co ujrzał to wilgotną dłoń trzymającą jego nogę, a następnie wciągającą go w ziemię.
Mokro. Ogólne uczucie wilgoci przepełniało Baltizara. Czuł jednak, że jego twarz jest nad wodą i nie ma problemu z oddychaniem. Usłyszał jakiś dźwięk, śpiew? Powietrze tego miejsca było słodkie w zapachu.
- Zaprawdę, nie jestem w nastroju do zabaw.- wycharczał gniewnie gnom, w jego dłoń wskoczył kostur. A z jego ust popłynęły słowa klątwy.
- Flamma gehennae luceat, Hanc animam urat ad ima nonae.-
Czubek kostura wypełniły żółtawe płomienie rozświetlające miejsce w którym się znalazł.
Niewielkie jeziorko wypełniało niewielką jaskinię, którą zaczęły oświetlać grzyby rosnące na ścianach. Obracając się Baltizar w końcu dostrzegł źródło śpiewu.
Trzy piękne syreny stały w wodzie patrząc na gnoma z uśmiechem, przerwały śpiew kiedy zauważyły, że je spostrzegł. Po czym zaczęły rozmowę.
- Wybudził się siostry.
- To jeden z uciekinierów.
- Jeden co był od nas, ale już nie.
- Czujecie jego zapach?
- Siarka i popiół..
- Kurz i pustka..
- Trawa i krew..? - spojrzały podejrzliwie na Baltizara - Kim jesteś uroczy gnomie? Dawnośmy nie widziały takiego okazu jak ty?
- Jestem z tych, którego winno się unikać. Przynoszę skazę ze sobą.- uniósł w górę płonący kostur. - Czujecie zapach płomieni, czujecie ich żar? Ich naturę? -
Spojrzał na syreny dodając.- Jestem chodzącą klątwą. A wy kim jesteście i co tu robicie? -
Rozejrzał się dookoła.- To jama w podziemiach… to nie morskie odmęty… to nie miejsce ani dla mnie, ani dla was.-
Kobiety zachichotały i zanurkowały pod wodę, mimo to ciągle je słyszał. - Ogień nie rani wody, głupi.
- Nawet piekło zgaśnie pod jej naporem.
- Klątwa dotyka tylko ciebie i twoich kuzynów.
- Jesteśmy podróżniczkami. Jesteśmy ciekawe świata śmiertelnych.
- Nie musimy być w morzu, każda woda jest dobra. - wyłoniły się z wody otaczając gnoma.
- Nie zrobimy ci krzywdy. - zapewniła jedna z nich.
- Jesteśmy tylko ciekawe.
- Nie jestem pewien czy ten akurat ogień gaśnie pod wodą. - odparł Baltizar i cichym szeptem przeciął nić łączącą go z Etriganem. W tej chwili bowiem mógł potrzebować wszystkich swoich sztuczek. Przyjrzał się niewiastom.- Wybrałyście sobie kiepskie miejsce na zwiedzanie. Tam na górze żyje potwór, zmieniający niewinnych w potwory. Tam wyżej jest jedynie krew, ból i strach.-
- Czyż to nie fascynujące?
- Zabija je, ale one nie umierają.
- I łączy w takie ciekawe kształty.
- A o nas nie wie.
- A śmiertelnicy są zabawni kiedy się boją i ich boli!
- Ja jestem jednym z tych śmiertelników.- przypomniał im Baltizar.
- Wiemy!
- Ale ty jesteś inaczej ciekawy.
- Twój zapach.
- Pachniesz Piekłem i Gwiazdami.
- I domem, ale inaczej.
- Jak to może być?
Baltizar spojrzał na trzy syreny oceniając ich… potencjał bojowy. Ta rozmowa go nużyła. Nie przyszedł tu zabawiać niewiasty opowiastkami. - Ja jestem klątwą powiązany z tym co kryje się za taflą którą nazywacie rzeczywistością. Tym który czeka w otchłani szaleństwa, tym który drapie pazurami i kiedyś wydrapie sobie przejście.- mruknął w końcu Bajarz.- Ahuizotl, Bestia Miliona Oczu czeka na mnie… Czy to zaspokoiło waszą ciekawość?-
- To gwiazdy. - przyznała pierwsza.
- A piekło? Zaprzedałeś duszę jakiemuś rogaczowi?
- Przecież ona nie jest twoja, jak mogłeś oferować coś co do ciebie nie należy?
- No i dom, czemu pachniesz jak Pierwszy Świat skoro jesteś stąd?
- Jestem powiązany z wieloma miejscami na raz.- odparł gnom beznamiętnie.- Żyję i odradzam się ponownie od tysiącleci… z tego co wiem. A co do paktu… taki też zawarłem. Szczegółami nie będę was drogie panie zamęczał. Są nudne i bez znaczenia.-
- Nie możliwe, abyś był tak nudny.
- Jakaś fae już cię naznaczyła?
- Może biegasz sobie z nią po ciałach waszych wrogów?
- Ja jestem fae… jestem gnomem… Może i mój lud zbyt długo przebywał w tym świecie i zatracił więź z przeszłością. Ale tkwi ona w każdym z nas głębiej niż można by sądzić.- mruknął Baltizar.
Syreny westchnęły. - Nuuudzisz nas.
- Złapałaś jakiegoś przeciętniaka.
- Ale ten zapach.
- Będziemy obserwować. - wszystkie trzy spojrzały na gnowa. Chwyciły jego barki i wepchnęły go pod wodę. Chwilę później Baltizar znowu znajdował się w tuneli kopalni. Inarion podskoczył kiedy go zauważył.
- Jesteś szefie, już się baliśmy, że coś cię zjadło. Okazało się, że to jedna DUŻA stonoga. Jor i Ori się z nią pobawili i jest już martwa.
- Dobrze… to dobrze…- odparł gnom siadając. - Dajcie mi chwilkę samotności. Eeeem… rozejrzyjcie się dalej. Ja coś muszę załatwić.-
Elf kiwnął głową i ruszył do pozostałych, zostawiając gnoma w samotności.
Baltizar wbił kostur w skałę i przesunął dłonią po podłożu rysując palcem krąg, mrucząc pod nosem. Z każdym ruchem dłoni coraz więcej kart papierowych się pojawiało wokół niego wirując. Papierowy wir przyspieszał i po chwili z owego wiru kartek wyłonił się Etrigan. - No dobra, dobra… wiem że ci się to nie podobało.- mruknął pod nosem. A następnie gwizdnął. Jogmeth przybiegł do niego.
- Prowadź mnie do mojego oddziału.- zwrócił się do ogara. A następnie zwrócił się do Etrigana.- Trzeba będzie się znów rozejrzeć z przodu.
Pochodni na szczycie kostura już nie gasił. Mogła się jeszcze przydać.
Kiedy gnom dołączył do reszty grupy Jor i Ori stali na środku pomieszczenia rzucając do siebie obciętą głową stonogi niczym piłką. Jor pomachał do Baltizara kiedy go zobaczył. - Szefie widziałeś? Skurczysyństwo śmierdziało jak tani burdel.
- Jak obcięliśmy jej łeb to spasm przeszedł po całym ciele. Jak fala po łańcuchu.
- Z dobrą minutę zajęło zanim doszło do... zadu?
- Końca.
- Ano. Jak będziesz pisał te swoje opowieści to możesz dać jako humorystyczny element.
- Może… to zależy od tonu opowieści. Na przykład czysto heroiczna historia wymaga stonowania żartobliwych momentów. - stwierdził Baltizar od razu biorąc się za robienie notatek.
Inarion podszedł do gnoma. - Ofun potrzebuje kilku minut, aby wyciągnąć coś z robala. Po tym trzeba będzie się cofnąć i wybrać inny tunel. Tu więcej nic nie ma.
- Zostało jeszcze wiele tuneli do przejrzenia. Ruszymy jak Ofun będzie gotów.- zgodził się Baltizar siadając na pobliskim kamieniu, by uporządkować notatki.
Kilka minut później zespół gnoma wrócił do głównego pomieszczenia, przechodząc do kolejnego tunelu.
Gnom sięgnął po karty, wyciągnął jedną i wskazał kolejny tunel.
- Teraz… ten? - zapytał bardziej niż stwierdził wybierając tunel na lewo od tego którym przybyli. I znów jego skrzydlaty pomocnik wyrwał się do przodu nie czekając na resztę.
Papierny ptak wleciał w tunel praktycznie bez dźwięku. Kilka minut mu zajęło zanim doleciał do końca. Tunel nie rozgałęział się, a jedynie prowadził trochę krętymi ścieżkami do kolejnego okrągłego pomieszczenia. Tym razem jednak nic nie znajdowało się w nim poza dwoma kolejnymi wyjściami prowadzącymi w przeciwne strony.
Po tym wszystkim zwiadowca powrócił do grupy i wylądował przy swoim panu. Gnom “przetłumaczył” swojego pomocnika. - Mamy dwie drogi… jedną w prawo drugą w lewo. Jak tylko dotrzemy do następnego dużego pomieszczenia.-
- Rzut monetą? - zaproponował Inarion.
- Najpierw tam dojdźmy. - rzucił Ofun - Może poczujemy podmuch powietrza, albo coś innego.
- Ruszajmy więc.- rzekł entuzjastycznie gnom oczywiście podążając na tyłach całej wyprawy.
Droga była spokojna, nawet jeżeli kręta. W ścianie jaskini było widać kilka pojedynczych żyłek srebra, ale nic co by było warte kopania. - Pomimo, że najwyraźniej ten alchemik trzyma tu swoje... rzeczy, jest tu dziwnie czysto. - zaczął Inarion - Wątpię, aby gobliny doglądały porządku na tym poziomie. Żadnych szczurów ani nic.
- Może mieć swoich niewolników. Albo jakiegoś udomowionego potworka… może… śluza?- zastanowił się głośno Bajarz.
- Do tej pory nie wydawał się taki... konwencjonalny. Szczerze chętnie bym przyjął nawet galaretowatą bryłę…
- Możliwe że zapuściliśmy się na obszary, nad którymi nie panuje… a nawet się nimi nie przejmuje. - zadumał się Bajarz.
Mag pokręcił głową. - Może, miejmy nadzieję, że nic niezwykłego nas nie czeka na końcu tego korytarza.
- Tak czy siak. Nie ma co tracić czasu, heroiczna opowieść się sama nie napisze.- stwierdził gnom chowając notatnik do plecaka.
W końcu dotarli do kolejnego pomieszczenia. Jor i Ori ruszyli pierwsi rozglądając się po pomieszczeniu.
Baltizar wraz ze swoimi dwoma nieludzkimi ochroniarzami wkroczył na końcu rozglądając się dookoła ciekaw tego miejsca.
Okrągłe pomieszczenie jak poprzednie. To jednak było całkowicie puste. Jor podszedł do ściany delikatnie pukając w poszukiwaniu tajnych przejść. - O..oh...- odparł po chwili cofając się.
- Co tam widzisz Jor? - zapytał go brat. Z miejsca, w które właśnie pukał barbarzyńca wyłoniła się malutka istotka. Niewielkie zwierzątko, kilka spokojnie by zmieściło się w ręce.
[media]https://i.imgur.com/df0aBYX.png[/media]
- Zębowe wróżki... - obaj barbarzyńcy unieśli broń obronnie i zaczęli się cofać - Inarion. Mamy zębożerców!
- Co?! Cholera, ile!?
- Widzisz dziury w ścianach? Tyle...
- O bogowie... - odparł elf - Szefie musimy wiać.
- Dobry pomysł… uciekajcie.- odparł gnom ruszając wraz ze swoimi zwierzakami do tyłu. Spokojnie i ostrożnie cofał się.- Ale niespiesznie. Nie chcemy by zobaczyły naszej paniki i uznały to za okazję do ataku.-
- One nie muszą widzieć paniki do tego. Te pierniczone fae żrą zęby i wszystko wokół… - wszyscy zaczęli się cofać, a gnom zobaczył, że ściana zaczyna się ruszać.
- Wyjdźcie pospiesznie więc.- odparł gnom gniewnie, poirytowany faktem że… cóż… będzie musiał sięgnąć do arsenału swoich sztuczek. I to szybciej niż się obawiał.
- Jor! Opinia!?
- Za dużo! Zaraz wyfruną. ODPALAJ! - elf nie czekał na nic więcej. Wyciągnął z kieszeni kulkę siarki i kawałek nietoperzego guano, splatając zaklęcie posłał ognistą kulę w sam środek hordy małych istotek. Eksplozja wypełniła całe pomieszczenie. Niestety nie zabiła ona wszystkich i wciąż imponujący numer potworków pofrunął z pomieszczenia prosto na grupę.
- Zębowe wróżki. Ha… Ja też mam zęby. - warknął Baltizar tonem głosu jakiego dotąd nie mieli okazji usłyszeć, chrapliwym gniewnym i nieco mrocznym. Wyciągnął w dłoń w kierunku potworków i wywarczał jakieś słowa po nosem… i pojawiły się one: małe i większe, wszystkie ostre i wszystkie lewitujące w wirze. Zęby i kły. Zablokowały, na ile były w stanie, przejście pomiędzy drużyną, a potworkami czekając na nie. Wir zębów kontra zębowe wróżki. Czas pokaże, kto zatriumfuje.
W przeciągu kilku minuty zaklęcie rozwiało się zostawiając po sobie mieszankę nadgryzionych zębów i martwych istotek. Wszyscy zerknęli na gnoma, a barbarzyńcy zaczęli się śmiać. - Nie no, to było dobre szefie. MUSISZ to opisać w swojej opowieści.
- Źle by się wkomponowało w opowieść. Zbyt makabryczna sztuczka. Ogniste kule są lepsze.- ocenił gnom sięgając do notatnika by coś zanotować.- Myślę że… kolejny korytarz? Ten na lewo teraz, czy lepiej odpuścić sobie tą odnogę i wracać do centralnego pomieszczenia?-
- Jeżeli pozostałym idzie tak jak nam, to zostało tylko jedno pomieszczenie do sprawdzenia. - zauważył Inarion - Nie ma co przestawać teraz.
- No to ruszajmy. Ku przygodzie, sławie i… dobrej opowieści. - rzekł w odpowiedzi Baltizar z przesadnym entuzjazmem w głosie.
Grupa gnoma ruszyła odnogą w kierunku ostatniego pomieszczenia. Barbarzyncy na przedzie zatrzymali się kiedy ujrzeli wnętrze kolejnego pokoju. - Coś tam jest… - odparł Jor.
- Dużo cosi. - dokończył Ori - Chyba gobliny?
- Może się poddadzą…na nasz widok?- spytał cicho Baltizar drapiąc się po brodzie.- Dotychczas tutejsze gobliny nie okazywały się szczególnie bitne.-
- Erm… - Inarion się chwilę zastanowił - Jeżeli posiadasz język równie srebrny co ten Viktor, to dawaj. Inaczej sądzę, że nie obejdzie się bez walki.
- Eeechhh… dobra…- westchnął Baltizar i mamrocząc pod nosem “wszystko znowu na mojej głowie, a ja przecież jestem obsrywa… obserwatorem”... stanął w drzwiach. Ogień na jego kosturze zapłonął mocniej. Baltizar rozejrzał się i rzekł. - Heeej! Który to rządzi?!-
Gobliny jak jeden mąż spojrzały w kierunku gnoma, ale nic nie odpowiedziały. Baltizar zobaczył, że nie ma żadnego intelektu za spojrzeniem małych zielonoskórych (niewielka strata, ale zawsze). Nie zdążył powtórzyć pytania, kiedy chmara rzuciła się w jego kierunku. - Doprawdy… nie mam czasu… na zabawy.- gnom kucnął i przyłożywszy dłoń do ziemi szepnął kolejne słowa. Gdy tylko opuściły one jego usta, ze skały wyrwały się czarne macki próbujące pochwycić i skrępować każdego goblina w zasięgu i dosłownie wydusić z nich życie. Do swojego pana doskoczyły oba jego dwaj ochroniarze osłaniając jego flanki.
Macki owinęły się wokół goblinów, zatrzymując je w miejscu. Nie miały jednak dostatecznie dużo siły, aby zabić je od razu. Reszta grupy Baltizara podeszła do gnoma. - Co jest z nimi?
- Chyba inne ofiary alchemika. Zwykła horda atakująca wszystko co ujrzy… litościwym chyba będzie zakończyć ich istnienie. - wszyscy spojrzeli na Baltizara oczekując komendy.
- Macki potrwają jeszcze chwilę, potem… wy się lepiej na tym znacie.- wzruszył ramionami Baltizar dodając.- Ja jestem tylko bajarzem, nie awanturnikiem.-
I ignorując przy tym wszystkie swoje działania, które przeczyły temu twierdzeniu. - Chyba macki zaczynają ich dobijać. - zauważył Jor słysząc pierwsze chrupnięcie i upadek goblina.
- Nie ma więc co się spinać. Twoje zaklęcie dokończy dzieła. - uznał Inarion - Możemy chyba wracać do głównego pomieszczenia. Poczekamy tam na resztę.
- Dobry pomysł.- zgodził się z nim Baltizar ruszając w kierunku głównego pomieszczenia i dodał głośno. - W celu uściślenia. To również nie znajdzie się w mojej opowieści. Dobijanie ofiar eksperymentów jest zbyt mało heroiczne.-
- Etri…! Ech… trudno… po prostu ruszamy za nim. I miejmy nadzieję, że nic mu się nie stanie.- odparł wyraźnie niezbyt zmartwiony nadgorliwością zwierzaka. Zaplanowaną zresztą z góry.
-
Grupa Filii wróciła do centralnego pomieszczenia, gdzie grupa Baltizara przekazywała informacje pozostałym oddziałom. Ihaili ruszyła, aby skompilować zebraną wiedzę. W międzyczasie komendant podeszła do Viktora.
-
Możemy porozmawiać? Na osobności?
Viktor nie odpowiedział, ale kiwnął głowa i poszedl za Filią.
Już się cieszył na kolejne komplikacje.
Komendant odciągnęła adwokata do jednego z korytarzy wiodących od centralnego pomieszczenia. -
Nie odzywaj się dopóki nie skończę. - zaczęła Blackfyre - Od czasu jak zaczęła się ta misja moi ludzie i ja zauważyliśmy coś w dynamice między tobą a Kaylie. - kobieta zaczęła odliczać na palcach - Jeden z moich widział jak siłowo ją przyciągasz do siebie i dość agresywnie dajesz jej reprymendę. Dziewczyna się skuliła i wracała do nas po ścianie ze strachu. Od tego czasu nie ważyła się zbytnio udzielać i bała się na ciebie spojrzeć. Jeżeli już spojrzała to w nadziei na aprobatę jej słów czy czynów, a jej brak tylko ją bardziej przybijał. Widziałam kilka razy tego typu zachowania, wiem skąd ty jesteś, wiem skąd ona jest. I nie gadaj, że jesteś stąd, dostatecznie długo byłeś w Cheliax. Więc teraz, spójrz mi prosto w oczy i odpowiedz szczerze. Czy Kaylie jest twoim niewolnikiem? Ponieważ dokładnie tak to wygląda.
Uśmiech Viktora szybko rzedł w miarę słuchania tych oskarżeń, tych… tych oszczerstw!
Na koniec miał wrażenie, że dostanie migreny. Prewencyjnie rozmasowywał już jedną skroń. Miał już kilka możliwych odpowiedzi. Najbardziej miał ochotę odwarknąć coś o nie zaszczycaniu tych bredni nawet komentarzem i odejść bez dalszych tłumaczeń. Wszystko inne wydawało się… uwłaczające. Miał agresywniejsze zagrywki. Miał sposoby manipulacji, albo wyśmiania, ale… czuł się… napięty. Jak przeprężona struna, gotowa zaraz się zerwać, jeśli choć trochę nie popuści.
Jego ramiona nieco opadły i nagle wydał się zmęczony… tak strasznie zmęczony. Może nawet stary. Spojrzał Filii w oczy, tak jak prosiła. Widziała w jego spojrzeniu zrezygnowaną urazę.-
Nie jest - odpowiedział martwym głosem. - Nie była. Nie będzie. Coś jeszcze? - zapytał odwracając już jedną stopę do powrotu. Nie chciał tu być. Nie chciał prowadzić tej dyskusji. To co by chciał to zapaść się pod ziemię i przez nieokreślenie długi czas być zupełnie samemu. Może ewentualnie z alkoholem, bądź parą nie-odzywających-się piersi… Albo rzucić się w głębię jakieś trudnej, ale ostatecznie śmiesznej sprawy między szlaciątkami Cheliax.
-
Dużo. - odparła komendant, jej zimne spojrzenie nie schodziło z Viktora - Czy ty masz pojęcie w jakiej sytuacji to mnie stawia? Wszyscy wiedzą skąd jesteś, a ty zachowujesz się tak? Sądzisz, że moi podwładni nie zaczną dochodzić do własnych wniosków? - westchnęła - Widzę, że oskarżenie nie leży ci dobrze na wątrobie. No cóż, trudno, jesteś pod moją jurysdykcją na mojej misji. Nie podoba się możesz wracać na górę i czekać, aż tu skończymy. - pokręciła głową - Jeżeli, JEŻELI, mówisz prawdę, to i tak na tyle straumatyzowałeś dziewczynę, że nie mogę was trzymać w jednym oddziale. Więc, pewnie poślę ją z ludźmi Baltizara. Teraz, chcę, żeby jedna rzecz była absolutnie jasna. Jeżeli wyjdzie, że mnie teraz okłamałeś, to nie obchodzi mnie kim dla mnie jesteś, co zrobił ci mój ojciec i inni… na kopach wrócisz do Cheliax a twoja noga już naprawdę nigdy tu nie postanie.
Viktor myślał krótką chwilę, odwrócony profilem do Filii nim w końcu się odezwał. -
Oczywiście, że mi nie leżą te zarzuty, podobnie jak tobie by nie leżało jakby ktoś oskarżył ciebie o rekreacyjne maltretowanie sierot w piątkowe wieczory. Kaylie ma swoją renomę… - bardziej szepnął niż powiedział, myśląc szybko i szukając odpowiedzi - … która głęboko kłóci się z byciem niewolnicą Cheliaxianina. Nie rozdmuchuj sprawy, a rozejdzie się po kościach. Ludzie chętni są zapominać o sprawach przeczących ich wcześniejszym poglądom… ale posłanie jej z Baltizarem może być dobrym pomysłem.
-
Sęk w tym, że ja nie wywodzę się z miejsca znanego z maltretowania sierot. A ty nie powiesz mi, że "Pierwsze Pióro Isger, Trzecie Cheliax", kraju w którym posiadanie niewolnika jest symbolem społecznym, nie posiadał niewolnika. Kit wciskać to my, a nie nam.
Viktor mrużył brwi niezadowolony, słuchając maksymy odpowiedniej bardziej dla młodocianych łobuzów. -
Nigdy ci nie “wciskałem kitu”. Wszystko co musisz zrobić to zapytać. Nie wstydzę się swojej przeszłości. Wszystko co zrobiłem i osiągnąłem to wynik moich decyzji i mojej pracy. Wszystkie grzechy po drodze należą do mnie i nie kryję swojego sumienia za wydarzeniami sprzed trzech dekad.
-
Miałem niewolników - odpowiedział w końcu - Czworo aby być precyzyjnym. I w moim domu najgorszą groźbą było, że zostaną odsprzedani komuś innemu. Wypowiedzianą tonem łagodnym i informacyjnym - zaprezentował przyjmując go na te kilka słów. Nie było w nim krztyny agresji, ani właśnie… groźby. Więcej zmartwienia w nim było słychać.
-
Raz tylko groźbę spełniłem, choć powinienem był zrobić wtedy znacznie więcej. Byłoby to słuszne, ale byłem zbyt zajęty ważną sprawą i odruchowo wybrałem generyczną decyzję. Heh…- jego uśmiech nie był wesoły - będziesz miała ochotę to jak wyślesz do Cheliax, oficjalnymi kanałami, pytanie o moje stanowisko apropos niewolników to może się zdziwisz.
-
Dużo mówi, że twoim głównym argumentem jest "ale inni są gorsi"... - Filia pokręciła głową - Kończę ten temat i rozmowę zanim zrobię coś czego oboje będziemy żałować. Poślę Kaylie z Baltizarem, a ciebie wolę mieć na oku.
-
To nie była nawet trzecia część argumentu… - zaprzeczył Khal, ale w jego głosie nie słychać było protestu. Zrobił krok w tył, symbolicznie przepuszczając Filię przodem. Tak aby wrócić te pół kroku za liderem wyprawy.
Gnom stukając o podłogę ognistym kosturem ruszył w kierunku Kaylie. Potrzebował dowiedzieć w co się wpakowała drużyna kapłana. W końcu jego opowieść miała być o nim, a nie wybrykach Bajarza.
Kaylie stała z boku, nie odzywając się do nikogo, jedynie patrząc w posadzkę.-
Coś ty taka skwaszona. Wszyscy przeżyli jak dotąd. Cieszyć się trzeba raczej.- rzekł na powitanie Baltizar.
Arkanistka uniosła spojrzenie na gnoma. -
Masz jakąś sprawę do mnie? - zapytała przybitym głosem.
-
Tak. Potrzebuję informacji. O tym co się z wami działo, co widzieliście i co robiliście podczas eksploracji tuneli. - wzruszył ramionami gnom wbijając kostur w podłogę i wyjmując notatnik. - Potrzebuję wątków do mojej opowieści.
-
To w sumie Viktor by ci lepiej opowiedział. On szedł pierwszy, prowadził jak każdy dobry przywódca. - wypowiedziała te słowa niby lekko, ale jednak w jej głosie dało się usłyszeć nutki smutku.
-
Z pewnością tak uczynił. Jestem tego pewien. I dlatego właśnie jest bezużyteczny dla mnie. Potrzebuję kogoś kto z boku miał baczenie na całą sytuację. Aktor grający główną rolę nie nadaje się na recenzenta przedstawienia.- machnął ręką Baltizar zbywając tą sugestię arkanistki.
-
Więc chcesz poznać opowieść opowiadaną ze strony bardziej heroicznej? Opowieść o bohaterze?
-
Chcę poznać fakty i zdarzenia, chcę poznać prawdę… koloryzowanie ich i upiększanie zostaw mnie.- uśmiechnął się cierpko Baltizar.
Kobieta chwilę milczała nim zaczęła mówić. -
Od początku zgłosił się by pierwszy iść na przedzie. Dotarliśmy do sali trzema mniej więcej półtora metrowymi jajami o ciemnych skorupach. Wokół walały się trupy goblinów. Mimo moich ostrzeżeń Jakie były powodowane widokiem lekko pękniętej skorupki i wydobywającego się z nich dymu, komendant nakazała strzelić strażnikom do jednego z nich. Wyskoczyło z niego dwumetrowy monstrum, Jakie było głównie zbudowane z mięśni, kolców i szponów. Dzięki magii komendant został on rozkazem przyszpilony do ziemi. Tylko nasza dwójka była w stanie zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Ciosy strażników odbijały się od jego pancerza. Viktor uderzał swoim młotem z siłą kruszącą kości potwora. Zajęło chwilę nim wykończyliśmy paskudę.
-
Bardzo interesujące. - mruknął gnom zapisując słowa arkanistki. - Bardzo dramatyczne. Mało pomysłowe, ale klasyka… nie bez powodu jest klasyką. Co było dalej?
-
Nie słyszałeś tego wybuchu? - zapytała i zaczęła opowiadać o sprawach z linkami.
-
Mieliśmy własne eksplozje…- machnął ręką gnom tłumacząc tą kwestię i wrócił do notowania jej słów.
-
Po przejściu pułapki znaleźliśmy pomieszczenie w jakim odkryliśmy skryte pod skrzyniami zejście na niższy poziom. - zakończyła - To w sumie cała opowieść.
-
Achaa… - odparł gnom kończąc notowanie.
-
Czy trzeba ci jeszcze czegoś? - zapytała.
-
Nie… nie wydaje mi się, chyba że chcesz coś dodać od siebie? - odparł Bajarz.
Kaylie pokręciła głową.
Filia i Viktor wrócili po chwili, oboje najwyraźniej w gorszych humorach niż kiedy odchodzili. Komendant podeszła do arkanistki.
- Kaylie, porozmawiałam z Viktorem. - spojrzała ponownie w stronę adwokata z odrobinę skwaszoną miną - Drań z niego muszę przyznać. Słuchaj, chcę abyś na następnym poziomie przeszła do drużyny Baltizara. Nie martw się o mnie, sama wiążę sobie sznurówki i mam swoją elfiokształtną mięsną tarczę. - uśmiechnęła się przez chwilę patrząc na Daviona - Po prostu widzę, że to co ci powiedział i zrobił Viktor, zaprząta ci ciągle głowę. Nie chcę, abyś była rozproszona, więc lepiej abyście byli osobno, a ja wolę mieć oko na diabolistę. Tak będzie lepiej dla ciebie, bo nie będziesz z nim i lepiej dla nas, bo nie będziesz musiała o nim myśleć. Dobrze?
Kaylie zesztywniała słysząc te słowa. W myślach słyszała podobne, jakie zakorzeniły się w jej myślach już na lata. - Ale... Czy to naprawdę konieczne? - zapytała starając się panować nad drżeniem głosu.
Tymczasem do dwójki podszedł sam Baltizar z kosturem płonącym na końcu. - Mam niby wszystko co chciałem, chcesz pani dodać jakieś słowa od siebie do mojej opowieści. Jakieś wzniosłe zdania?- wtrącił się w rozmowę zwracając do Filii.- Coś z czego chciałabyś być zapamiętana?
- Jeszcze nie umarłam. - zauważyła Filia - Będzie pełno okazji, aby mnie zapamiętać. Mistrzu Harpeness, chciałabym aby zabrał pan ze sobą Kaylie do następnego poziomu. Obawiam się, że… członkowie mojej drużyny źle na nią wpływają. - komendant spojrzała na arkanistkę - Sądzę, że to będzie najlepsze dla wszystkich. Mam nadzieję, że się nie mylę.
- Ach… nie mówię o epitafium. Tylko o słowach które mam zawrzeć w mojej opowieści.- machnął kosturem gnom i spojrzał na Kaylie.- No cóż… nie ma problemu. Porozmawiaj z Ofunem, on jest liderem moich awanturników i w sumie on tam dowodzi.-
A potem znów spojrzał na Filię.- A na co ma bidulka alergię: wojskowy sznyt, żargon straży miejskiej? - Najwyraźniej Cheliaxianską ogładę.
- No… pięknie.- sarknął pod nosem Bajarz.
Kaylie patrzyła w przestrzeń... ale jej nie widziała. Widziała coś co powinno umrzeć lata temu, ale wciąż żyło w jej głowie. I śmiało się teraz okrutnie. - Ja... dam sobie radę...
- Taaa… kiepska z ciebie aktoreczka. Mało przekonująca. - stwierdził sceptycznie Baltizar.- Słyszałaś słowa szefowej tej wyprawy. Zgłoś się do Ofuna.
Machnął dłonią. - Trzeba respektować porządek kąsania.
Ręce opadły bez siły w dół boków. Czuła bezsilną rozpacz jaką poznała, gdy ją odprawiano dla dobra rodziny...
Nie odpowiedziała nic Filii. Wiedziała że nie zapanowałaby nad tonem głosu, a nie chciała okazać wewnętrznego bólu. To co jednak okazała było bezsilną złością nad jaką nie panowała. Stanęła na baczność i wykonała gestem jaki krył w sobie agresję w ruchu i jednocześnie był wykonany bez żadnego dbania o formę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę najemników gnoma.- No… tak… - dodał gnom drapiąc się po brodzie i spojrzał na Filię. - To chyba… załatwione. A co do słów. Samodzielnie wymyślić inspiracyjne wypowiedzi i wcisnąć w twoje usta? Cóż… twojej postaci w mojej opowieści. -
- Jeżeli nie zrobisz ze mnie idiotki. - zaznaczyła komendant - Nie ma problemu.
- Jak będą gotowe, dam ci okazję przejrzeć moje notatki w ramach zaakceptowania.- wzruszył ramionami Baltizar coś notując.
Nieco dalej Khal siedział, z założoną nogą na nogę. Skrzynce pod nim brakło może jeszcze pół roku w tej wilgoci, aby nie być już w stanie utrzymać jego ciężaru. Jego ubiór, jakby rzucić na niego kątem oka, mógłby zostać pomylony z mundurem straży, ale przy spojrzeniu od razu było widać, że to co innego. Żuł mieszankę suszonych owoców, które zabrał ze sobą na tę wyprawę, nie zamierzając kalać swego podniebienia racjami podróżnymi. Wcale a wcale nie usiadł w odległości takiej, by jego wyczulone uszy słyszały jedną trzecią słów (a znając temat rozmowy łatwo ekstrapolował pozostałe części) jednocześnie będąc dość daleko aby nie wyglądać jakby podsłuchiwał. Praca adwokata w Cheliax, na jego poziomie, bywała znacznie szersza niż wielu mogło się wydawać i nieraz zawierała w sobie podtekst szpiegowski.
Kaylie szła aby przejść obok niego. Nie widział jej twarzy pod maską, ale w kroku rozpoznawał buzujące emocje. Nie powinien wdrażać planu. Powinien zagrać “bezpiecznie” i zostawić rozwiązanie tego konfliktu na znacznie bardziej sprzyjające warunki… Nie zamierzał grać bezpiecznie.
Łagodnie wstał i zrównał się z Kaylie gdy przechodziła obok, dopasowując swój krok do jej.
-
Czy… ścierpisz moją obecność na krótki moment? - zapytał, jakby nieśmiało… jakby przepraszająco. Samym tonem głosu deklarując jej władzę nad “być czy nie być” tej rozmowy.
Kaylie zatrzymała się, ale nic nie powiedziała, jedynie kiwnęła głową na zgodę. -
Dziękuję - Viktor kiwnął głową lekko, ale przedłużył nieco gest - Nie ma teraz możliwości by tę rozmowę w pełni odbyć więc powiem w skrócie… byłem gnojem. Przepraszam ciebie. W żadnym razie nie chciałem w ciebie uderzyć, po prostu… coś się stało i sam walczę by zachować pion i by nie dało się poznać jak bliski jestem… - wziął wdech, zbierając się aby głos pozostał spokojny - …rozpadnięcia się. Mam nadzieję… że dasz mi później szansę wyjaśnienia tego i poprawnych przeprosin…
Zatrzymał się na chwilę by dać jej coś odpowiedzieć jakby chciała i w nadziei, że wyczyta coś z jej mowy ciała, albo oczu, ledwie widocznych, w cieniu otworów maski. -
Tak... - cichy głos Kaylie był pełen usilnie skrywanego bólu i bezsilności. Tym razem jednak Khal miał wrażenie, że nie jest skupiony na tym co dotyczy jego, a nawet maska nie mogła ukryć cierpienia jakie odbijało się w jej oczach, a widząc je Khal zaobserwował również wzbierającą w nim samym nową falę poczucia winy, ale nie walczył z nią… “zasługujesz na to” pomyślał sam do siebie, jakby to był poprawny sposób radzenia sobie z takimi uczuciami i pozwolił im objąć się całego.
-
Czy… chcesz iść z Baltizarem… czy może, pomimo tego jak się zachowywałem, wolałabyś wciąż ze mną być w tej kopalni? - zapytał, umieszczając w swoim tonie odrobinę nadziei… taką aby nie miała wątpliwości, że to nie mogło być coś “aby nie poczuła się źle”, ale to jemu na tym zależało…. ale tylko tyle aby by nie czuła na sobie presji.
-
A jakie to ma znaczenie? - zapytała spuszczając głowę - Filia już zadecydowała.
-
Dla mnie? Wszelkie i jedyne. - Khal mówił z lekkim, nieagresywnym naciskiem reprezentującym jedynie jego intencję… i zupełnie zignorował słowa o Filii, wciąż wpatrując się z pytaniem. Sięgnął ostrożnie w jej kierunku i powoli, tak aby dokładnie widziała co robi… ujął ją pod brodą i delikatnie wzniósł jej spojrzenie do siebie.
-
Czy… pomimo tego jaki byłem… wciąż chciałabyś iść ze mną? Czułbym się… spokojniejszy… Czy dać ci przestrzeń i czas i wolisz pójść z Baltizarem? Nie miałbym do ciebie o to krztyny żalu i wciąż chciałbym ci… wytłumaczyć się w niedalekiej przyszłości.
-
Chciałabym iść z tobą... - odpowiedziała po chwili milczenia - Boję się tylko... że... - zamilkła.
-
Kruszyno… - głos Khala brzmiał delikatnością jedwabiu - Nie ruszę machiny jeśli będę miał wątpliwości czy na pewno tego chcesz. Nie proś mnie bym ryzykował, że znów jakoś cię zranię… proszę cię… powiedz mi czego się boisz…
Kaylie znów spuściła głowę i szepnęła. -
Boję się, że znowu będziesz przypominał... że czymś zawiodę...
Khal znów pozwolił fali się objąć. Westchnął i powoli, bez nacisku, na wpół przyciągnął ją do siebie, na wpół sam do niej wyszedł… z tempem i ‘siłą” pozwalającą jej w każdej jednej chwili przerwać gdyby chciała, ale bez przeszkód czy oporów objął ją czule ramionami. -
Byłem na ciebie zły, bo widziałem brak szacunku do twojego życia… ale to nie był błąd. Nie zawiodłaś ani wtedy ani później. To wszystko mój syf i moje próby utrzymania pionu… Pozwoliłem by mój własny ból się na ciebie wylał… proszę cię, wybacz mi to. Od teraz dam radę… będę silniejszy. Utrzymam się w ryzach i nie pozwolę aby moja żółć się ulewała. W porządku?
-
Tylko jaka to teraz różnica? - jęknęła płaczliwie - Filia nie chce mnie ze sobą. Wyrzuciła mnie...
-
Nie wyrzuciła cię… - skorygował Khal łagodnie - Chciała cię przede mną chronić. Tylko troska nią powodowała - słowa zapewnienia były delikatne, jak aloesowy okład. - A różnica, Skowroneczku, jest taka, że… nie przypominam sobie bym w którymkolwiek momencie pytał o jej chędożoną opinię.
W przejściu Viktor klepnął Baltizara w bark.
- Będzie drama. Chcesz być jej świadkiem… - powiedział krótko, ledwie zwalniając kroku.
- Filio, potrzebuję cię na chwilę - Zwrócił na siebie uwagę komendant straży. Nie był już zmęczony jak wcześniej, ani nawet zniechęcony w żadnym razie. Uśmieszek podnoszący jeden róg ust, ton głosu i iskra w oczach sprawiały, że nawet w tych kopalniach wyglądał jak u siebie, a Kaylie stojąca wyprostowana bezpośrednio po jego prawicy tylko dodawała mu pewności - Wolisz tę rozmowę przeprowadzić tutaj… czy odrobinę dalej od twoich ludzi? - W jego głosie pobrzmiewała mieszanka nie-troski i drobnego, socjalnego ostrzeżenia. Mogła preferować by ta rozmowa odbyła się nieco bardziej prywatnie.
- Można tutaj, chyba, że chcesz poruszyć coś zbyt strasznego dla ich morale. - odparła komendant.
Gnom ustawił się z boku i westchnął ciężko. Jego dwa “zwierzaki” stanęły po obu jego stronach. Potrząsnął głową i potarł czoło… ilość macek wynurzających się ze ścian wzrosła, a krwawe oczy i zębate paszcze otwierały się na nich. Macki szyderczo układały się w kształt smoka… tyrana z karty.
-
-
Viktor pokręcił głową zdawkowo. Nie przeszkadzali mu świadkowie, choć musiał nieco złagodzić niektóre zaplanowane słowa.
-
Mamy do omówienia dwie sprawy - zadeklarował uprzejmym tonem, Mistrza Obrad - Prima jest bardziej informacyjna, secunda rzeczywiście ma miejsce na dyskusje.
-
Primum. Odnoszę nieodparte wrażenie, że posiadasz na mój temat dwie inherentnie kontradyktywne idee. Primą z nich miałoby być, że jestem ni mniej, ni więcej: cheliańskim gnojem - w jego głosie pobrzmiało ostrzeżenie, a spojrzenie nabrało intensywności, ale tylko na pół sekundy… zaraz znów był wesoły i nonszalancki.
-
Ale w porządku, nie mam pretensji - kontynuował konsolidacyjnym tonem, który mógłby należeć do przyjaciela wybaczającego jakieś drobne przewinienie. - W Cheliax też mają swoje małe, śmieszne stereotypica o Rzeczniakach. Sprzeczność zaczęłaby się gdyby ktoś spróbował połączyć to z twoją drugą ewidentną opinią… że posiadam infinitos pokłady dobrej woli. Otóż… w tej kwestii jesteś w błędzie. Przyszedłem do ciebie w przyjaźni. Z uśmiechem. Życzliwością. I wyciągniętą ręką, a co więcej… sposobem na znalezienie tego miejsca. To dzięki mnie i Kaylie jesteśmy gdzie jesteśmy, o czym zdałaś się zapomnieć… w zamian otrzymałem pogardę i próby siły. Precyzyjnie ten sam bałagan, który myślałem, że zostawiłem w Cheliax. A ja naprawdę myślałem, że będziecie lepsi, tsk tsk tsk… - pokręcił głową w zawodzie, gdy mówił tonem łagodnym i miękkim jak jedwab.
-
Chciałem być twoim trochę-przyjacielem Filio. Jak jeden defensor legis, z drugim legisa executore… i naprawdę wolałbym nie musieć sięgać po karmazynowego skurwiela, jak mnie nazywano czasem na Salach, gdy sądzono, że nie słyszę. Zawsze wolałem uśmiech i wzajemne satisfactionem od prób sił. Ale jeśli, niezależnie od tego co zrobię, zamierzasz widzieć we mnie cheliańskeigo gnoja... to w tę grę również potrafię grać - zapewnił niby-niewinnie, ale brutalny błysk w jego oku kontrastował z tonem głosu.
-
Non est disputatio... to nie jest dyskusja - uciął jakąkolwiek odpowiedź która gotowała się w gardle Filii - Est informatio. Masz jeszcze możliwość współpracy z życzliwym Viktorem, ale bądź pewna, że skończyłem z jednostronnymi gestami benevolentiae. Uważaj mnie za lustro… na pogardę odpowiem pogardą. Na nieufność nieufnością, ale na przyjaźń również przyjaźnią… Od teraz to ty decydujesz, jak dalej będzie wyglądała nasza współpraca.
Podszedł bliżej i ściszył głos, aby następnych słów jej ludzie już nie słyszeli. Nie chciał w nią tak uderzać. -
Nie miej illusiones Filio. Twoja pomoc i twoja dobra wola są więcej-niż-mile widziane i bardzo chciałbym je mieć… Ale odnajdę moją matkę.
Z tobą.
Bez ciebie.
A nawet wbrew tobie, jeśli zajdzie taka potrzeba. -
Temat secundus - znów nie dał Filii dojść do słowa, pomimo cofania się o krok. Podniósł nawet nieco głos, gdy już brała ten rodzaj wdechu co miał zasilić słowa - Doszło do wstępnych wyjaśnień i do konkretnych ustaleń - powiedział, wskazując gestem brody stojącą obok Kaylie - Rozważyliśmy twoją wcześniejszą… suggerentiam. Doceniamy starania i rozumiemy, że pochodziła ona z miejsca troski i zmartwienia, ale postanowiliśmy z niej nie skorzystać.
Kaylie chce iść ze mną.
Kaylie pójdzie ze mną.
Zadeklamował to nie jako decyzję, ale jako obserwację. Prosty i niezałamywalny ciąg przyczynowo skutkowy. Nie różniący się od spostrzeżenia, że wchodząc do wody niewątpliwie trzeba się zmoczyć. -
Ignosce, że znów ci przerwę! - Ponownie podniósł nieco głos, gdy zobaczył rozwierające się usta Filii - Ale wysłuchałem grzecznie twoich wcześniejszych oszczerstw i teraz moja kolej by mówić. Staram się tu uchronić ciebie przed powiedzeniem czegoś, czego duma nie pozwoli ci cofnąć i to nie ty zapłacisz za to cenę…
-
Dyskusji podlega jedynie: czy Kaylie pójdzie ze mną w dół kopalni, jak do teraz się działo… czy może skorzystam z twojej oferty i razem z nią poczekamy przy wozach aż… zmienisz zdanie… bo je zmienisz. Na pewno już szacowałaś ile listów, do rodzin poległych, byś już miała do napisania, gdybym nie przekonał goblinów by złożyły broń… Jakby nasze magica armae nie ominęły odporności Wyklutego Potwora… Jakbyście aktywowali pułapkę stojąc w epicentrum wybuchu… My to wiemy i ty to wiesz.
-
I nie zrozum mnie źle… praefero iść z wami, ale to pochodzi z troski i chęci powstrzymania tego monstrae, ale jeśli nas odeślesz na górę… - wzruszył ramionami - też będę zadowolony… Mam z Kaylie długą rozmowę do odbycia sam na sam… - zaakcentował to słowo odrobinę dziwnie. Na tyle, że trudno byłoby wyłapać, że w ogóle coś inaczej powiedział, ale mówiąc to położył dłoń na prawym ramieniu Kaylie. Dla niej i dla każdego innego był to czuły gest, ale z punktu widzenia Filii i TYLKO z jej punktu widzenia, przez krótki moment mogło to wyglądać jakby za kark ją zamierzał chwycić… Przekaz ukryty w gestach i tonie był klarowny… i możliwy do zrozumienia tylko dla niej.
“Skoro jestem okrutnym właścicielem Kaylie, to nie byłoby rozsądnie mieć mnie na oku?”
-... ona zasługuje na poprawne przeprosiny i wyjaśnienia.
Uśmiechnął się, nieco apologetycznie i spojrzał na Filią z wyczekiwaniem. Dając znać, że już nie będzie jej przerywał. -
Za dużo mówisz. - skomentował to przemówienie gnom recenzując wypowiedź kapłana. Potarł czoło w niezadowoleniu. To nie tak wszak miało wyglądać. Cała ta jego wyprawa, cały ich plan… cała ta próba zrobienia wrażenia na miejscowych. Baltizar miał wrażenie, że to wszystko właśnie w tej chwili rozsypywało się przed nim niczym zamek z piasku zmywany morską falą.
-
To adwokat, mistrzu Harpeness. Im płacą od słowa. - skomentowała Filia - Pierwszy punkt. - komendant zbliżyła się do Goodmanna, aby przemówić ciszej - Viktorze, Khal, jeżeli myślisz, że nie otrzymałeś ode mnie dobrej woli, to pozwól, że coś ci przypomnę. Ciągle dotyczy cię prawomocny wyrok nie pozwalający ci przebywać w granicach tego królestwa. Fakt, że nie wykopałam cię pierwszego dnia kiedy dowiedziałam się kim jesteś to nic tylko moja dobra wola. Nie myśl jednak, że dam się zastraszyć, że się na mnie obrazisz. Też mogę dokończyć to dochodzenie bez twojej pomocy, a z naszej dwójki to tobie o wiele bardziej na tym zależy. - Filia odsunęła się delikatnie od adwokata.
-
Nawet wbrew tobie - dotarły tylko jej uszu jego powtórzone słowa, gdy cofała się w tył. Szczał na takie “gesty dobrej woli”.
-
A teraz punkt drugi. Jeżeli naprawdę sobie wszystko wyjaśniliście i nie będzie już problemów, to nie mam przeciwwskazań.
Khal nawet na moment nie stracił swojego wyrazu twarzy, nawet gdy Filia groziła mu wygnaniem. Błysk w jego oku zdawał się tylko wyostrzyć.
Miał kolejne szpile. Dalsze zarzuty, ale… to nie był tutaj cel. Nie zyskałby nic z naszczania na jej wizerunek wśród straży.
- To mnie zadowala - przytaknął zadowolony i spojrzał na nią nieco poważniej. - Lustro. Pamiętaj - uśmiechnął się zachęcająco, pochylił zdawkowo głowę i nonszalanckim quasi-salutem pożegnał się ze świadkami, gdy poczuł jak dłoń Kaylie zatrzymuje go w miejscu. Arkanistka patrzyła to na Filię, to na niego i nagle powiedziała do nich szeptem, głosem upstrzonym ciepłym rozbawieniem.
- Nie trzeba nawet magii by was określić. Właśnie mieliście typową sprzeczkę rodzeństwa.
Viktor otworzył na moment szerzej oczy i gdy je przymykał całe napięcie i chęć do boju z niego uleciały. Zachichotał pod nosem w szczerym rozbawieniu. - Coś w tym jest Kruszyno, coś w tym jest.
Filia prychnęła. - Czemu musiał mnie się trafić taki dupek… - westchnęła - Słuchaj Kh… Viktor. Jesteś mi w stanie dać jakąkolwiek przysięgę, w którą będę w stanie uwierzyć, że między tobą a Kaylie… to tylko jakieś porypane pomieszanie traum i braku ogłady?
- Jestem pewien że w świątyni Calistri mają wykaz takich… kwestii. Może ich tu nie poruszajmy. To nie czas i miejsce na to.- wtrącił gnom pocierając podstawę swojego nosa.
Viktor udał, że nie słyszał gnoma, poświęcając czas na rozważania. - Przypomnij sobie jak się pierwszy raz na oczy widzieliśmy… - poprosił Filię - Jakie były pierwsze słowa i gest Kaylie... To było skrajnie niekompatybilne z tymi oszczerstwami… i wydaje mi się, że to jest lepsze niż jakakolwiek przysięga jaką mógłbym złożyć. Nie zgodziłabyś się?
Filia przez chwilę się zastanowiła i delikatnie parsknęła śmiechem kręcąc głową. - Fakt, fakt… przydałoby ci się jeszcze kilka takich gestów. Może byłbyś bardziej znośny. - westchnęła - Dobra grupa, zbieramy się. Znaleźliśmy przejście na niższy poziom. Davion, weź oddział ciężko zbrojnych i idźcie pierwsi. Potem idę ja z Viktorem,
Kaylie i dwoma oddziałami, wszystko zamyka grupa Baltizara i dwa oddziały. Ruszać!
Gnom podszedł do kapłana z szerokim uśmiechem i gniewnym spojrzeniem.
- Jego ekscelencjo. Rozmowę na boku poproszę. Zajmie momencik. - rzekł potulnie.
Viktor uśmiechnął się krzywo i poszedł za gnomem, ale gdy znaleźli się na ustronnym miejscu to on zaczął mówić pierwszy.
- A teraz zamkniesz ten śliczny, skarlały ryj i będziesz słuchał - warknął tonem niesłyszalnym dla nikogo spoza ich dwójki. Uśmiech na jego twarzy z odległości wyglądał w pełni naturalnie i nie podejrzanie. Jakby opowiadał kronikarzowi swój punkt widzenia. - Nie interesuje mnie co myślisz o mojej dramie, mam dość twojego bezużytecznego zrzędzenia i strojenia min. Nie jesteś wyjatkowy, ani nie jesteś mhroczny i fajny. Co to, do stu diabłów, miało być? W sabotażystę postanowiłeś się bawić?! Miejsce na rady, na krytykę, nawet na obelgi jest gdy jesteśmy sami. Gdy przystępuję do publicznego działania OCZEKUJĘ od ciebie pełnego wsparcia. Choćbym przywdział strój primabaleriny i robił z siebie głupca przed wszystkimi, to ty masz mi pięknie brzdąkać do Jeziora Łabędziego, a nie zachęcać ich aby głośniej się śmiali! Czy jesteś w stanie to dla mnie zrobić? - zapytał z mdlącą wręcz słodyczą.
- Jego ekscelencja lubi język… adwokacki, więc pozwolisz że w takim ci odpowiem.- odparł beznamiętnym tonem gnom.
- Po pierwsze primo… nie muszę niczego sabotować. Twoja pycha pozwala ci doskonale podstawiać nogę sobie samemu. Po drugię, cieszę że jego ekscelencja wie jak winien się zachowywać przywódca potężnego kultu. Szkoda że zapomina, że na razie przewodzi kultowi liczącemu… hmmm… jedną osobę. Nie czas na fochy, dumną retorykę i przede wszystkim nie czas na myślenie przyrodzeniem. - mówił spokojnym pozbawionym tonu Bajarz. - Trzeba się uśmiechać nawet gdy w twarz plują. Czyż to nie ekscelencja rzekła że trzeba tą Fillię do siebie przekonać? Bez względu na cenę? Trochę jednak ciężko gdy to musisz ową cenę zapłacić?
Machnął reką. - Co ci szkodziło rozstać się z Kaylie na kilka godzin? Od tego się nie umiera.-
Spojrzał w oczy kapłana.- I zrozum jeszcze jedno jego ekscelencjo. Jesteś w ostatecznym rozrachunku pionkiem Azazela. Bardzo ważnym pionkiem, ale można cię zastąpić. Musisz utworzyć w tym mieście kult, zebrać wyznawców i przekuć ich wiarę w moc dla niego. Jeśli tego nie zrobisz, on znajdzie z pewnością bardzo ciekawe zastosowanie dla twojej duszyczki. Więc… szczerze ci radzę skupić się na tym celu i znieść wszystkie upokorzenia z uśmiechem. Wszystko musisz poświęcić ku temu celowi. Nie zapominaj kto jest twoim pracodawcą. I kto jest moim. Bo to nie jesteś ty.
Cisza między tą dwójką przedłużała się nieco, gdy Viktor namiętnie dłubał w uchu. - Och… mówiłeś coś? - zapytał ze zmartwieniem, jakby dopiero spostrzegł, że jest w środku dyskusji - Coś mądrego? Przepraszam, ale nic nie usłyszałem takiego… Nie masz pojęcia o czym mówisz. Jeśli wydaje ci się, że ktokolwiek, kiedykolwiek zyskał szacunek i posłuch będąc czyjąś pokorną dziwką to nawet nie wiem jak z tobą rozmawiać - Khal rozłożył ręce w niemocy - To nie chodziło o Kaylie. Mój punkt pierwszy był tutaj kluczowy, a drugi tylko bonusem i podkreśleniem pierwszego. Sprawa wygląda tak… nieważne jaką masz opinię o tym co robię, ani jakie decyzje podejmuję. Jesteś na mnie skazany i beze mnie nie wypełnisz jego rozkazu. Możesz psioczyć i płakać w ten swój beznamiętny sposób, ale sabotując moje zagrania sabotujesz siebie. Póki nie zbierzesz jaj aby pójść bezpośrednio do naszego Benefaktora i postawić swoje słowo przeciwko mojemu to jest twoja rzeczywistość. Masz ostatnie zdanie i kończymy to, bo źle wygląda. Zaczynaj…
Gnom starał się, starał się bardzo… ale ostatecznie wybuchł śmiechem. Prostym czystym śmiechem. Po którym dodał.- Masz rację w jednym. Nie masz pojęcia o czym mówisz... -
Viktor kiwnął gnomowi głową w pół jego słowa, po tym jednym przydzielonym mu zdaniu i odwrócił się na pięcie, wracając do reszty ekipy.
A Baltizar potarł się po brodzie mrucząc pod nosem do siebie. - Eeeech… ja zrobię swoje. Ale potem… umywam ręce od tego bajzlu.-Kiedy Viktor wrócił po rozmowie z Baltizarem, komendant podeszła od niego na chwilę.
- Mam do ciebię jedną sprawę. Uznaj to, jako… przetestowanie dobrej woli.
Słysząc głos młodszej siostrzyczki Khal natychmiast zmazał z twarzy frustrację na gnoma. Rozmówi się z Benefaktorem na temat reguł z nim powiązanych później. - Oczywiście, Filio - uśmiechnął się serdecznie - Jak mogę ci pomóc?
- Twój… szef? Właściciel? Jakkolwiek wygląda wasza relacja. Ten… Azazel. Jesteś w stanie zorganizować spotkanie?
- Whoah… - Viktor zdawał się nieco wstrząśnięty użytym słownictwem - Patron? - zaproponował - To znacznie lepiej oddaje naszą relację. Kapłani Infernalnych Lordów nie są bardziej własnością swoich bogów, niż Davion jest Abadara. Ja używam też słowa “Benefaktor”.
- Kartofel, ziemniak. - odparła - Jesteś w stanie załatwić mi spotkanie z nim? Nie teraz, oczywiście.
Khal uśmiechnął się wężowo, porzucając pomysły o ripoście z “niewolnicą Abadara”. - Tak. To jest do zrobienia. Technicznie muszę go zapytać… mimo wszystko to wciąż będzie audiencja. Zgodzi się jeśli tylko prośbę odpowiednio umotywuję. Jak chciałabyś abym to umotywował?
- Że jeżeli chce, abym zezwoliła tobie na nieograniczoną działalność, to musi mnie przekonać. Diabolizm jest naprawdę niemile widziany poza Cheliax, nie jesteś na tyle fanatyczny, aby nie zgadywać czemu. Więc, chcę wiedzieć, od niego, jakie są jego… ambicje i wartości.
Viktor się skrzywił średnio zadowolony. - W porządku, ale są warunki. Będzie to musiało mieć odpowiednią formę. Żaden bóg nie przyjmie dobrze kogoś przychodzącego do niego “ej, tłumacz mi się”. Mój Benefaktor nie jest tu wyjątkiem. I przed tym spędzisz ze mną kilka godzin, gdzie to JA wytłumaczę ci doktrynę w ogóle i w niuansie. Davion też jest zaproszony. Wiesz dobrze, że ogół jest prosty i szybki do wyjaśnienia, ale w szczegółach tkwi całe mięso… a audiencje nie mają zwyczaju się przedłużać na całe godziny. Ona będzie tylko po to aby to potwierdzić. Może… poczuć klimat. Czy to brzmi rozsądnie?
- Kilka godzin słuchania ciebie o wyznawaniu diabła? Rozsądne nie jest słowem, które bym użyła. Jest jednak akceptowalne.
Viktor uśmiechnął się wesoło. - Głównie o wizji prawa, Filio.
- Jeżeli ograniczysz piekielny do minimum.
- Jakoś przeżyje bez zaciągania. Pomimo, że z bólem - zadeklarował z niepoważnym smutkiem - Po powrocie ustalimy dogodne dla ciebie terminy. Myślę, że dam radę skompresować najważniejsze mięso do półtorej-trzech godzin rozmowy, zależnie jak głęboko w niuanse będziesz miała ochotę wchodzić.
Filia kiwnęła głową. - Ruszamy.
-
-
Kamienne schody, zamknięte w krętym korytarzu. Każdy zły ruch mógł zakończyć się tragicznie dla wszystkich. Odgłosy kroków ekspedycji odbijały się echem od wilgotnych, zniszczonych ścian kopalni. Światło pochodni i magicznych źródeł oświetlenia tańczyło na chropowatych kamieniach, rzucając długie, niepokojące cienie. Na końcu schodów znajdowało się puste pomieszczenie – surowa przestrzeń, którą czas i opuszczenie pozbawiły jakichkolwiek oznak życia.
Ihaili wciągnęła kilka razy powietrze, zbliżając się do wyjścia z pomieszczenia.
– Pachnie tu czymś. Rdzą, ale też czymś więcej… – zauważyła, zniżając głos. – Martwi mnie ta cisza… nawet tak głęboko, cisza nigdy nie oznacza nic dobrego.
Filia, w pełnej zbroi, przycisnęła dłoń do rękojeści miecza, przesuwając wzrokiem po strażnikach, którzy stali w zwartym szyku za nimi.– Trzymać szyk. Ofun, sprawdź powietrze. Nie chcę, żebyśmy wpadli w jakąś pułapkę – rozkazała, a jej głos odbił się od ścian jak rozkaz generała.
Alchemik skinął głową i sięgnął po fiolkę z jasnozielonym płynem. Kilka kropli substancji kapało na ziemię, wydając cichy syk, po którym uniosła się cienka, fosforyzująca mgiełka. Ofun zmarszczył brwi.
– Powietrze jest czyste, przynajmniej na razie. Ale ten rdzawy kurz... Nie jestem pewien, czy to tylko rdza. Może zawierać coś toksycznego.
Inarion, spoglądał na przejście do kolejnej jaskini. Jego szare oczy błyszczały w blasku zaklęcia światła.
– Przejście wydaje się stabilne – powiedział, przesuwając palcami w powietrzu, jakby czytał niewidzialny tekst. – Ale coś tu jest. Coś dużego.[media]https://i.imgur.com/TfNMONO.png[/media]
Ori i Jor, bliźniaczy barbarzyńcy, wymienili spojrzenia i, jak na komendę, chwycili za swoje ciężkie topory.
– Zawsze coś dużego – mruknął Jor z zadowoleniem, a Ori parsknął śmiechem.
Davion, kapłan Abadara, przesunął dłonią po medalionie, który wisiał na jego szyi.
– W takim razie najlepiej, jeśli zachowamy czujność i przygotujemy się na najgorsze – powiedział, spoglądając na Filię.Z jaskini przed nimi dobiegł niski, głęboki dźwięk, jakby coś ogromnego poruszyło się w głębi. Cisza zapadła natychmiast, a powietrze zdawało się zgęstnieć. Wszyscy instynktownie sięgnęli po broń lub skupili swoją magię.– No to idziemy – powiedziała Filia, wyciągając miecz i ruszając pierwsza. – Ciężkozbrojni za mną. Reszta… najlepiej wiecie jak się rozstawić.- Grupa ruszyła za nią, a pochodnie rzucały długie cienie na ściany, gdy weszli w szeroką jaskinię, pokrytą rdzą i kurzem, które w świetle wyglądały jak krew.
-
Kaylie wyraźnie traktowała bardzo poważnie ochronę Filii jakiej się podjęła. Znajdowała się zawsze obok niej, czasem lekko przed. Wyglądać to mogło dość zabawnie jak ciężkozbrojna była chroniona przez zamaskowaną maginię otoczoną jedynie zbroją z bladego niebieskiego magicznego światła.
Viktor sam dla siebie potwierdził, że dywinacje wciąż nie działają. Nie wyrywał się tym razem przed zespół. Do czegokolwiek się zbliżali… raczej nie dadzą się zaskoczyć, ale mimo to trzymał się w pierwszym szeregu.
Baltizar trzymał się całkiem z tyłu, wraz ze swoimi “zwierzakami”. Zaciskał dłonie na kosturze, który nadal płonął przywołanym ogniem i… starał się nie rzucać w oczy. Nie był wszak aktorem w tym przedstawieniu.
Jedynie Baltizar minął przejście do głównej pieczary i z głośnym hukiem spadła za nim krata, zamykając cztery oddziały strażników z Ihaili i Jorim, po drugiej stronie.
Natomiast Filia, Davion Kaylie, Viktor, Baltizar, Inarion, Jor, Ori i Ofun znaleźli się sami w obszernym pomieszczeniu. Niedługo zajęło, gdy usłyszeli pierwsze pomruki z drugiej strony jaskini. Wtedy też zobaczyli co ich czeka.
Grupa dziewięciu mutantów powoli wkraczała do pomieszczenia. Kilka niefortunnie znali, widzieli trzy okazy bestyjek z jaj, które spotkali poziom wyżej. Był jeszcze jeden okaz potwora, którego spotkali na drodze. Było też pięć dziwnych psów, ich ciała wydawały się drżeć od nagromadzonej w nich elementalnej energii.Bez teatralności czy innych zabijaczy czasu pierwszy ze zmutowanych kundli rzucił się szarżą na Oriego. Na szczęście barbarzyńca odepchnął bestię swoim toporem nim dosięgnęły go jej zęby.
- Postaram się ich trzymać z dala, nie zbliżajcie się! - Kaylie rzuciła do towarzyszy i bez oczekiwania na odpowiedź użyła znanej już sztuczki by oplątać pajęczyną szerokie przejście między stalagnatami oferując wąskie boczne drogi bez pajęczyny.
Etrigan zaatakował z powietrza ogara, z którym mierzył się Ori starając się flankować bestię, w tym czasie gnom sięgnął do kieszeni wyciągając kartę. Moc przepłynęła przez nią wzmacniając skrzydlatego stwora. Szkoda że była… losowa. Niestety atak skrzydlatego compania gnoma się nie powiódł.Sytuację wykorzystał jednak Ofun, który wystrzelił z ciężkiej kuszy prosto w bestię, niestety ta właśnie się poruszyła i bełt przeleciał obok jej pyska, nie wyrządzając żadnych szkód. Kolejny pies wybiegł z szeregu nie robiąc sobie nic z pajęczyny, nie był jednak w stanie dobiec do drużyny przed ich ruchem. Filia uniosła swój miecz wypowiadając modlitwę do Abadara, ostrze delikatnie zaświeciło, kolejna modlitwa przyzwała dwie latające kusze, które unosiły się obok komendant. Davion przyklęknął wypowiadając modlitwę do Bogatego Ojca, wszyscy poczuli jak przepełnia ich błogosławieństwo boga miast. Jedna z dwunogich bestii ruszyła następna, pajęczyna rzucona przez Kaylie robiła jednak swoje, więc i pochód tej został spowolniony. Jor wydał z siebie okrzyk bojowy, jego skóra wydawała się pokryć delikatną białą łuską, a z jego palcy wyrosły potężne szpony. Barbarzyńca doskoczył do bestii atakującej jego brata. Wymierzył dwa potężne ciosy prosto w kark bestii. Pierwszy zagłębił się w nim do połowy, drugi oddzielił głowę psa od reszty ciała. Delikatne wyładowania piorunów przebiegały wzdłuż wypływających strumieni krwi mutanta. Kolejne dwa psy, być może rozwścieczone śmiercią kompana rzuciły się wściekle w stronę barbarzyńców. Niestety ich zapał okazał ich zgubą, ciężkie łapy zaplątały się w pajęczynę zatrzymując w splocie mutanty. Kolejna dwunoga bestia, dołączyła zaraz po nich. Olbrzym składający się z wielu nieszczęśników ruszył powolnym krokiem w stronę swych przyszłych ofiar, poszczęściło mu się bardziej od swego pobratymca, pajęczyna jedynie spowolniła bardziej jego ruch.
Viktor patrzył, analizując pole bitwy. Wielki mutant wydawał się najgorszym zagrożeniem.
Zrobił krok w bok, dla lepszego pola widzenia i wycelował w niego młotem, mrucząc infernalną inkantację. Magiczne słowa okulawiły jego zmaltretowany umysł (czy mieszankę umysłów?), odbierając nawet zdolności rozpoznawania co się właściwie, wokół niego, dzieje.
Wyzwolony od namolnego zwierzaka, Ori również sięgnął do krwi swego rodzica, przybierając kilka z jego charakterystyk. Następnie podszedł do granicy pajęczyny, patrząc z morderstwem w oczach na nadciągających oponentów. Ostatnia z dwunożnych poczwar ruszyła w kierunku drużyny, ominęła jednak pajęczynę Kaylie. Ostatni z psów podążył za resztą swojego stada i najwyraźniej postanowił za ich przykładem zaplątać się w sieć. Dłuższa droga jednak nie pozwoliła jej na wykonanie większego ruchu przed Inarionem. Mag postanowił wspomóc swoich barbarzyńskich kompanów, kiedy splótł zaklęcie Jor urósł do prawie czterech metrów. Olbrzymie barbarzyńca uśmiechnął się szeroko, zerkając na pojedynczego potwora, który właśnie wyszedł zza winkla.Kaylie fuknęła na Oriego.
- Ori, jak zarwiesz twoja wina!
Smocze słowa zaczęły opuszczać w usta arkanistki, a dłoń kreślić znaki. Wyciągnęła spomiędzy połów ubrania malutką szklaną buteleczkę i zawiniątko sakiewki. Cisnęła częścią i zawartości w stronę przeciwników jaka to zawartość była wodą i kurzem.
Na chwilę wszyscy poczuli mrożące zimno w kościach, ale na szczęście to wrażenie szybko minęło... Przynajmniej dla nich.
Bo na terenie zajmowanym przez twory alchemika rozpętała się prawdziwa burza śnieżna, jaka nie ograniczała się tylko do śniegu, ale też uderzała z góry kawałami lodu , a także sprawiała, że ziemia wokół robiła się zamarznięta i wroga. Psy wydały z siebie skomlnięcia kiedy ciężki grad zaczął atakować ich formy, łamiąc żebra i siniącząc pyski. Olbrzym wydawał się nie reagować na to co się z nim dzieje, widać jednak było, że jego struktura odczuła atak. Dwie bestie z jaj warczały w złości i bólu, również otrzymując nie lada szkody. Żadna z bestii jednak nie padła.
Baltizar postanowił na razie jedynie obserwować sytuację. Ofun nie chciał być pasywny i poszedł za przykładem Inariona. Rzucił fiolką z jakąś cieczą w Oriego, który tak jak brat urósł do olbrzymich rozmiarów. Jeden z psów zdołał się wyplątać z pajęczyny, ale połączenie gradu i lepkiej sieci oznaczał, że nigdzie się na razie nie wybierał.
Filia uśmiechnęła się na postęp drużyny i razem z Davionem przesunęła się bardziej w stronę Inariona i Ofuna, zapewniając mniej uzbrojonym ochronę. W międzyczasie jedna z wyklutych bestii, próbowała się wyrwać z objęć pajęczyny, jednak jedynie się bardziej w nią zaplątała. Jor zwęszając okazję zaszarżował na dwu nogą poczwarę, którą obecnie bił grubo ponad głowę. Mocnym machnięciem wbił ostrze swego topora w bok bestii, nie wystarczyło to jednak, aby ją powalić. Sytuacja w pajęczynie zaczynała wyglądać smutno, żadne z zaplątanych mutantów nie zdołało się wyzwolić, natomiast olbrzymi mutant powolnie zbliżył się do jednego z zaplątanych psów. Uniósł kończynę zakończoną kościanym ostrzem i wymierzył cios, który przepołowił psiaka.
Viktor uśmiechnął się do siebie, z ręką już grzebiącą w nadwymiarowej przestrzeni. Tego mut-ogara przypisywał sobie. Mógłby krzyknąć do drużyny aby wytrzymali chwile bez niego, ale… to by najwyżej rozkojarzyło ich nieporzebnie. Cofnął się wyciągając zwój. Pomarańczowe i czarne płomienie strawiły go gdy dokończył wypisaną w nim inkantację, czując magię płynącą przez jego mięśnie.
- Zaraz was wpuszczę! Bądźcie gotowi! - zakrzyknął do oddziałów czekających za opuszczoną kratą.
Ori widząc, że mutanty z pajęczyny nigdzie się nie wybierają ruszył pomóc bratu. Jednym zamachnięciem rozpłatał czaszkę zmutowanej bestii, która delikatnie spazmując padła na czekający grunt.
- Zimno wam? - Kaylie zaczęła wyciągać kolejne komponenty z sakwy - Pomogę!
Arkanistka nie potrzebowała teraz już tej sieci, ale wciąż mogła ją zutylizować. Okrutny uśmieszek pojawił się na jej ustach, gdy poczęła splatać zaklęcie. Jeżeli ktoś poznałby składniki jakich używała lub określił słowa i gesty to dobrze by wiedział co galtianka szykuje.
A gdy płomień rozświetlił jaskinię nie było już odwrotu. Nici pajęczyny zajęły się ogniem dodatkowo krzywdząc stwory w niej zaplątane... Jakby sama ognista kula nie była wystarczająca.
Śmiech galtianki pomiędzy odgłosami płonących mutantów był dość... niepokojący.
Byłby gdyby mutanty przeżyły wybuch, pochłonął on przestrzeń między dwiema kolumnami, podpalając przy okazji pajęczynę. Kiedy opadł dym jedynie olbrzymi mutant stał na nogach, psy leżały tam gdzie były ich ciała zwęglone i powykręcane. Bestie z jaj, również leżały martwe ich torsy i twarze pokryte poparzeniami i sadzą.
Jor widząc masakrę wykonaną przez Kaylie zawył radośnie i zaszarżował na ostatniego oponenta. Ostrze topora wbiło się w masę potwora, wyrządzając szkody, ale nie powalając bestii. Ta próbowała nie być winna i zamachnęła się dwoma kończynami na barbarzyńcę, który uniknął pierwszego ciosu, drugi jednak porządnie smagnął go w klatkę piersiową.
Viktor spojrzał osttani raz za plecy, upewniając się, że sytuacja pozwala mu zupełnie porzucić gardę, ale nad… niestabilnym śmiechem Kaylie, wyciem jej burzy i umierającymi bestiami chyba walka docierała już do końca.
- Odsuńcie się, nie próbujcie mi pomagać! - odgonił strażników za bramą, samemu kucając przy niej i chwytając najniżej jak mógł. Plecy prosto, łokcie też. Kolana w rozkroku i pięty blisko. Nie szarpać. To jest maranton, nie sprint…
Spiął się stopniowo, szybko nabierając mocy. Pierwszą sekundę krata nie ruszyła, ale potem… zaczęła się powoli unosić pod napędzanym magią wysiłkiem Viktora. To nie było łatwe, o co to to nie. To wciąż było pół tony stali. Warczał przez zaciśnięte zęby z każdym kolejnym calem, gdy prostował klana. Był już prosto, ale nie wierzył by dał radę podnieść ją jeszcze o łokcie, więc… tym razem szarpnął. Prawie, że podskoczył odrobinę podrzucając ją w górę i błyskawicznie obniżył pozycji, wsuwając całe ręce głębiej, by oprzeć ją na przedramionach. Jeden wdech odpoczynku… i znów się wyprostował, unosząc ją na jakieś cztery stopy nad ziemią.
- Do środka! Utrzymam ją dosyć długo, ale nie nadużywajmy tego, eh? - zaśmiał się po swojemu, ale słychać było w jego głosie wysiłek.
Żołnierze wbiegli szybko do środka, w towarzystwie Joriego i Ihaili. Pierwsze co poczuli to swąd spalonego mięsa. Pierwsze co ujrzeli to Ori, który podążył za bratem. Skoczył na bestię wbijając swój topór prosto w jej.. łeb? Jeden z na pewno. Siła impetu wywołała drżenie w masie potwora, który chwilę później padł bez życia na grunt. Obaj mężczyźni wiwatując spoliczkowali się i uścisnęli dłonie.
Viktor potwierdził, że wszyscy są już po właściwej stronie, odczekał jeszcze krótki moment na ten w którym walka umilkła, ale jeszcze okrzyki zwycięstwa nie rozeszły się wśród obecnych i z łomotem upuścił kratę. Grzmot nie był dużo mniejszy niż gdy pierwszy raz upadała. Otrzepał dłonie i ramionami.
- Świetna robota, wszyscy. Kaylie, Ori, Jor… to się szczególnie was tyczy. Bez was byłoby krucho. Wszyscy są cali? Nikt nie został ranny?
- Jor dał się smagnąć, idiota. - odparł Ori - Tak to, nasza mistrzyni znowu uratowała sytuację. - dwa olbrzymy niemalże doskoczyły do wciąż chichoczącej arkanistki - Moglibyśmy cię przenieść całą drogę z powrotem do miasta. - uznał Ori - W podzięce za tak ekscytującą walkę.
Pewne…. ukłucie nie było w żaden sposób dostrzegalne w uśmiechu Viktora. Dał radę ograniczyć je do całkowicie wewnętrznego odczucia. To nie było miejsce na rozpatrywanie tej upierdliwości, toteż łatwo zracjonalizował, że przecież w Cheliax konkurencja zwykle była niczym więcej jak podniesieniem stawki… urobienie niewiasty technicznie trudniejsze, a za to satysfakcja rzeczywiście większa. Dał im się cieszyć chwilę, gdy utrzymywał uśmiech na swojej twarzy.
- Jor, co z tym “smagnięciem”? Potrzebujesz leczenia, czy draśnięcie tylko? - zapytał sięgając już po zwój.
- A weź do wychodka ten papier. - zawołał barbarzyńca - Ja mam się dobrze.
Chichot Viktora był serdeczny i wesoły. - Poszło lepiej niż w pierwszej chwili można było się spodziewać. - Natomiast uśmiech kierowany do Filii był do tego jeszcze szczery.
- Pogadamy o tym po wszystkim. - Kaylie zwróciła się do braci - Robię za ochroniarza komendant. Jeszcze moja robota się nie skończyła.
- No, ją też możemy ponosić. - bracia się ponownie zaśmiali. Śmiech został jednak przerwany, kiedy pomieszczenie wypełniło warczenie. Stróżki krwi brodzące z ran potworków wsiąkały w kurz, który zaczął się ruszać, przemieszczać w kierunku centrum jaskini. Wszyscy szybko zauważyli, że warczenie zaczyna przybierać na sile, a rdzawy kurz zaczyna przybierać jakąś formę i więcej się go zbiera. W końcu, bardzo szybko, w centrum jaskini stało monstrum, było wyższe od powiększonych barbarzyńców, mieszanka kurzu i krwi nadała jej powłoce fakturę mokrego gipsu. Nie wyglądało jakby miało oczy, jednak wydawało się, że patrzy prosto na nich. Warczenie ucichło, a bestia wydała z siebie potworny ryk i rzuciła się na ekspedycję.
Etrigan podfrunął w kierunku stwora, lecz zamiast go zaatakować bezpośrednio skrzydlaty stworek otworzył papierową paszczę. I “zionął” lodowatym promieniem.
Promień trafił w monstrum, chociaż niewiele sobie z tego zrobiło. Strażnicy zaskoczeni pojawieniem się potwora, w połączeniu z jego rykiem i szarżą zaczęli panicznie dobierać broń, niestety chaos sytuacji sprawił, że na chwilę obecną byli bezużyteczni. Jori odpowiedział na wyzwanie bestii i odpowiedział własną szarżą. Spotkali się w połowie drogi, barbarzyńca uderzył w bark istoty. Cios był solidny jednak wydawał się, że zadał mniej obrażeń niż powinien. Następnie Inarion splótł szybkie zaklęcie posyłając cztery magiczne pociski w formę bestii, które utworzyły dość głębokie kratery w jej strukturze.Viktor skrzywił się już widząc Kaylie zbierającą się do pójścia do zwarcia. Szybko rozważał opcje… wzmocnić się i samemu ją wyprzedzić? Ją otoczyć magią ochronną? Popuścił rączkę młota, chwytając go tuż pod głowicą i wzniósł ją w górę. Zalśniła na złoto, z czerwonawym poblaskiem i uderzył nim w swoją tarczę. Z błysku uderzenia oddzieliły się dwa promienie, ale jeden zawirował gdzieś w bok, a drugi, co miał bestię oślepić, nie przyniósł dostatecznych efektów. Skrzywił, post factum widząc, że lepiej był postawić na niezawodne wzmocnienia defensywne. Ruszył do przodu…
Następnie Davion chwycił złoty klucz wiszący u swej szyi, wymierzył dłonią w bestię.- Zgiń! Abadar nakazuje! - strumień energii czystego prawa spadł na potwora. Kapłan delikatnie zaklął pod nosem, najwyraźniej zaklęcie nie przyniósło efektu jakiego się spodziewał.
"Pobudka." zwróciła się mentalnie do Rhaasta, gdy wtłaczała w niego swoją magiczną energię, która nadała ostrzu purpurową tintę. Jak zakładał Khal rzuciła się w stronę poczwary i wraz z nagłym rozświetleniem skóry dłoni bladym, niebieskim blaskiem zaatakowała.
Czarne ostrze zagłębiło się w masie stworzenia, chwilę później spory kawałek jego ciała przybrał barwę zamrożonego mięsa, istota jednak ciągle nie dawała oznak, że zauważyła obrażenia. Jakby nie czuła w ogóle tego bólu. Czując się pozostawiony Ori dołączył do walki, również dobiegając do bestii wymierzył jej cios toporem, który walnął obok miejsca zamrożonego przez Kaylie odłupując całą masę zamrożonej tkanki, ponownie bestia nie zważała na to co się z nią dzieje.
Ofun obserwując sytuację, wyciągnął zza pasa flakonik z blado niebieską cieczą. Rzucił nią z całych sił w potwora. Fiolka trafiła głowę istoty rozlewając zawartość po niej, zamarzając w końcu całość. Sekundę później potwór rozpadł się pozostawiając po sobie jedynie odrobinę rdzawego pyłu.- Uff… - westchnął Viktor i spojrzał nieco ostrzej za plecy, na bandę niemal trzech dziesiątek strażników, co ledwie po broń zdążyła w tym czasie sięgnąć, ale nie ją użyć. Nie trwało to długo, bo już sekundę później zmusił się aby je złagodzić.
- Perymetr? - zasugerował Fili, nie chcąc jej w buty wchodzić. Najpewniej nic już nie było więcej w najbliższej okolicy, ale… nigdy nie wiadomo. Nie naciskał jednak obecnością i sam w ciekawości podszedł do resztek monstrum. Zebrał jego resztki do flakona, wyciągniętego zza pazuchy, zatkał korkiem i schował go z powrotem. Nie sądził by coś ciekawego dało się z tego wyciągnąć, ale… może? Na pewno nie teraz.
Komendant westchnęła. Spojrzała na swoich podwładnych. - Brawo chłopcy, nie zmoczyliście się. - odezwała się do strażników - Upewnijcie się, że nic dalej tam nie ma. - Blackfyre ruszyła za Viktorem - Jakiś pomysł co to było?
- Coś spoza Materialnej. Krew musiała być komponentem zaklęcia przywołania, ale to może być mankament samego twórcy. Wrażliwy na zimno się zdawał. Jakby nie ten fakt to, obstawiałbym coś Zza Cienia. Jakby nie blokada na dywinacje to może bym coś więcej mógł powiedzieć po śladzie magicznym. Jak opuścimy to miejsce to będę mógł spróbować. Może zostaną jakieś jego resztki.
Kaylie przesuwała mieczem po szczątkach stwora próbując zgadnąć co to było. Z irytacją poddała się po dłuższej chwili. Miała tylko ogólny pomysł, ale uciekała jej pełna odpowiedź.
- Musieliśmy trafić w tego słabość. - odezwała się podchodząc bliżej Filii i Khala. Miała kwaśną minę.
- Jeśli nam zależy… to mam zwój co może pomóc, ale on należy już do droższych… nie to co ten z którym kratę podniosłem.
- Na czym zależy? - zapytała arkanistka.
Viktor pokręcił głowę, wyrywając się z zamyślenia. Uśmiechnął się przepraszająco. - Wybacz, Kruszyno. Ugrzązłem w myślach. Na głębszym rozpoznaniu go.
- Tego żywiołaka? Nie ma co teraz się tym męczyć. - arkanistka machnęła ręką - To jeden z tych z pomniejszych żywiołów. Wypadło mi z głowy który, bo to nie jest okaz częsty...
Viktor wzruszył ramionami. Był ciekaw ale nie tyle by zwój zużywać. - Jori! - zawołał trochę głośniej do alchemika - Nie wiedziałbyś przypadkiem co to specyficznie może być, co nie?
- Żywiołak Krwi. Dziwna mieszanka wody i negatywnej energii. Nie istnieje "naturalnie", aby to tak stwierdzić.
- Przynajmniej jedna dobra wiadomość, eh? - zachichotał Viktor.
- Tak i nie. - przyznał alchemik - Naprawdę nie wierzę, aby alchemik, na którego polujemy miał dostęp do nich. A to oznacza, że ta kopalnia ma naprawdę złe korzenie.
- Złe? - odezwała się Kaylie - Kopalnia? Co, trzymali w niej zrabowane na drogach złoto, czy co?
- Złe… - odpowiedział Viktor, nagle mroczniejszym tonem - Pamiętasz jak opowiadałem o Cicero? Pijana byłaś więc nie musisz, ale mówiłem tam o “współczynniku przeżywalności” kopalni, wyznaczającym po jakim czasie połowa niewolników umiera z wycieńczenia. A to jest najprostsza możliwość. Jednak nie eliminujmy jeszcze alternatyw. Szczególnie, że nie są lepsze. Na przykład: nasz alchemik może mieć partnera. Ścisłego albo handlowego. Czy małe szanse? Zgodzę się, ale nie zerowe.
- Erm.. nie to miałem na myśli. - odparł Jori - O ile twoje gdybania mają sens, miałem bardziej na myśli o pochodzenie tych stworzeń. Już chyba ustaliliśmy, że laboratorium alchemika jest odkopanymi ruinami, zważając na silne magiczne ochrony. Teraz kiedy spotkaliśmy takiego "strażnika"... jeżeli miałbym zgadywać, jesteśmy w resztkach świątyni Zon-Khutona.
Davion zaklął. - Nie wypowiadaj tego imienia. Nie chcesz przykuć uwagi Mrocznego Księcia.
Viktor rozejrzał po jamie. Kiedyś mogła się tu mieścić świątynia, ale tak samo mogła być kuźnia albo więzienie, jeśli dość dawno w przeszłości by ją umieścić. - Jeżeli istotnie miałaby to być świątynia kogoś takiego - słowo pobrzmiewało nutą obrzydzenia - To istotnie bym się wstrzymał z używaniem jego imienia. Jakiś konkretny powód by go podejrzewać nad powiedzmy… Panem Much, czy Księciem Ciemności? Oni też potrafią mieć paskudne rytuały w swoich świątyniach… Czy po prostu przeczucie?
- Golem krwi to jego dzieło. - odparł Jori - Widzieliśmy kilka z Otto kiedy otworzyliśmy karczmę na planie Cieni… chyba tysiąc lat temu.
- Hmmm… to jest dobry powód by go podejrzewać - odpowiedział Viktor uśmiechając się, ale był niezadowolony… powinien był dodać te fakty do siebie. No cóż… trudno. Wstał z przykucu i spojrzał na Filię.
- Jeśli chcemy zrobić postój to równie dobrze mogę pójść na wstępny zwiad tamtych przejść… - wskazał gestem samej głowy po drugim końcu sali.
- Zawsze mogę cię chronić. Filia powinna być bezpieczna teraz. - odezwała się Kaylie - Co do ciebie nie mam takiej pewności.
- Nie pogardzę wsparciem… - uśmiechnął się do niej, porzucając myśli o kilku chwilach samemu. - To jak, Filio? Postój i zwiad, czy ruszamy od razu? - zapytał i zniżył nieco ton, aby nie wyszło nic poza najbliższe zgromadzenie - Twoim ludziom mogłoby się przydać kilka słów zachęty - zasugerował, ale nie rozwlekał się. Nie zdziwiłby się jakby komendant traktowała powolność swoich strażników dosyć osobiście i nie musiał jej mówić, że ich osiągi w ostatnich chwilach były mniej-niż-oczekiwane.
Komendant kiwnęła głową. - Tylko nie schodźcie na niższy poziom sami. - spojrzała na swoje oddziały - Zbiórka chłopaki, mam kilka słów przed ostatnim starciem…
Baltizar przysiadł z boku robiąc notatki. Zadowolony z tego, że nie musiał interweniować. I że jego skrzydlaty ochroniarz nie oberwał. Etrigan przyleciał do swojego szefa i wylądował obok pusząc dumnie kartki swych piór.
-
Poszli szerokim łukiem wzdłuż ścian. Gdy zaczęli zbliżać się do wyjść z sali Viktor poprosił Kaylie aby trzymała się nieco z tyłu, ale zadowolony był z trzykrotnie mniejszej odległości niż wcześniej. Kaylie była do tego wyraźnie spokojniejsza i nie okazywała tego strachu co poziom wyżej. Khal obniżonym krokiem zbliżył się do załomu i wyjrzał ostrożnie, jakby oczekiwał gotowego batalionu goblińskich kuszników czekających aż personalnie Viktor Goodmann się wychyli… ale po spojrzeniu w głąb rozluźnił się nieco i wyprostował. Zawołał Kaylie gestem ręki i chwilę potem wszedł do środka.
-
Chyba nikogo więcej tu nie ma… - mimo słów pozostawał ostrożny, a pozycja była charakterystyczna dla tych co nie chcąc dać się zaskoczyć. To pomieszczenie było mniejsze. Kilkanaście większych i mniejszych klatek przy ścianach było puste, a w tyle spore podwójne drzwi, otoczone kamiennym łukiem.
-
Ktoś musiał je wypuścić na nas - skomentował, ale nie patrzył już na klatki, a rozświetlał sobie cienie w rogach równo przy podłodze, jak i suficie, aby upewnić się, że nie ma w tej sali żywej duszy, poza ich dwójką.
-
I nawiał na dół. - odezwała się Kaylie podchodząc bliżej mężczyzny - Nie sądzę by to był sam alchemik. Raczej to nie był goblin, bo byśmy mieli zwłoki tutaj. Współpracownik co może ogarnąć bestie? Kiedy na górze podeszłam do goblinów pierwsze łatwo uwierzyły, że jestem od niego, drugie dawały taką możliwość. Jeżeli poza nim nie byłoby nikogo poza zielonoskórymi, niewolnikami i stworami... Nie daliby temu wiary i sekundę.
-
To jest jedna z możliwości… ale ta niebezpieczniejsza, więc jak najbardziej to ją powinniśmy przyjąć - kiwnął Viktor głową - Jesteśmy tu sami - stwierdził, gasząc zaklęcie światła na pierścieniu - Za nami nasi, sufit nie zdaje się mieć tuneli, więc zostają tylko drzwi.
Podszedł do największej klatki i bez większego wysiłku przedstawił ją przed drzwi blokując ewentualną nagłą szarżę zza nich. Wyglądało to wręcz nieco groteskowo, gdy magia tak drastycznie wspomagała jego mięśnie. Zgarnął jeszcze po drodze stołek, stojący obok niej. Postawił go i usiadł, nagle wyglądając na bardzo zmęczonego. Skryżował nogi w kostakach, oparł dłonie na udach, a plecy wyprostował. -
Nie medytuję, ani nic… - zaprzeczył temu jak rzeczywiście wyglądał, gdy jeszcze zamknął oczy - tylko próbuję się trochę rozluźnić. Siły zebrać. Widzę, że zwarłaś z Filią szeregi… czy może to tylko chwilowe zawieszenie broni i znów będę mógł podziwiać wasze przeurocze sprzeczki kocic? - zapytał przyozdabiają twarz wymuszonym nieco uśmiechem.
-
Ja po prostu staram się być neutralna dla niej. - Kaylie przeszła za mężczyznę i poczuł on jej dłonie na swoim karku, rozluźniające jego mięśnie - To prędzej ja zobaczę uroczą sprzeczkę rodzeństwa.
-
Przy odrobinie szczęścia nie będą już konieczne - powiedział z miłym mruknięcie, pochylając głowę by ułatwić jej dostęp do karku - Nie kłamałem tam, że preferuję układy z których wszyscy wychodzą zadowoleni. Z Filią definitywnie wolę taki układ, szczególnie, że wiesz… ona też nie kłamała, że jest w stanie mnie wywalić za granicę na pstryknięcie palcem. Co innego, że potem bym wrócił i już nie byłbym tak otwarty, ale to zupełnie osobna sprawa. Ughhh… nie znoszę gdy moi oponenci dysponują dywinatorami. Nie ma na nich dobrej kontry…
Palce Kaylie dość umiejętnie uciskały i masowały kark Khala, choć nie robiła tego czystą siłą. -
Jest. - odparła - Śmierć.
-
… moja czy dywinatora? - zapytał, z pogłosem chichotu.
-
A jak sądzisz? - delikatne palce Kaylie przesuwały się przyjemnie po zmęczonej skórze.
-
Na górze... - odezwała się - Nie podjęłam ryzyka bez powodu. Podjęłam, bo mogłam więcej wygrać i szanse tragicznej porażki były minimalne.
Khal milczał chwilę nim wreszcie zebrał się na odpowiedź. Przez chwilę wydawało się, że w ogóle nie odpowie, zapominając się w masażu. -
Jutro o tym porozmawiamy, dobrze? - w jego głosie znów pobrzmiewało zmęczenie - Dziś… nie mam… chęci - Kaylie odnosiła wrażenie, że pierwotnie chciał użyć innego słowa. - Wiem, że się zbierają tematy, ale to nie na to moment - to była dobra wymówka. I dopiero w niuansach można by dojrzeć odcienie nieszczerości.
-
Jasne. - odparła spokojnie kobieta dalej zajmując się masażem. Nic nie wskazywało, aby była zirytowana tą odpowiedzią Khala.
Viktor nie powiedział tego w żadnym momencie, ale był wdzięczny Kaylie za rozmowę która się urwała. To nie ciało było zmęczone, a duch potrzebował odpoczynku, ale i duchowi masaż pośrednio pomagał, a gdy stała za jego plecami… mógł przestać zmuszać swoją twarz by wyglądała serdecznie i wesoło. Jakby ktoś przyklęknął przed jego pochyloną twarzą łatwo by dostrzegł w jego zmarszczonych brwiach, spiętych powiekach i lekko wykrywionach ustach nie zmęczenie a zmartwienie, gryzące go głębiej niż komukolwiek byłby gotów teraz przyznać. Ale nikt nie mógł dojrzeć jego twarzy.
Dał sobie kilka minut nim nie uścisnął z wdzięcznością dłoni Kaylie.
-
Dzięki, Kruszyno… - wstał powoli, odwrócił się i przytulił ją na krótki moment. - Potrzebowałem tego… a teraz wróćmy zanim znów zapomną jak się sznurowadła wiąże i będą nas potrzebować - warknął ze śmiechem, przekrzywiając głowę, nieco komicznie.
-
Już chcesz wracać? - zapytała zdziwiona, ale zadowolona przytuleniem- Nie zobaczymy co jest za drzwiami? Filia mówiła byśmy nie schodzili niżej. To nie wydaje się być niżej.
Viktor milczał chwilę analizując potencjalne zagrożenia za nimi. -
Myślisz, że możemy ich samych zostawić na tak długo? Gotowi się zgubić w tej pojedynczej sali… - mówił trochę nieobecnie, ale już zdążył podnieść klatkę i przestawiał ją na bok. W tonie jego głosu słychać było, że straż Evercrest utraciła w jego oczach.
-
Może zacznijmy ostrożnie… - zaproponował, przykucając przed zamkiem, szukając oznak potencjalnej pułapki.
-
Ktoś powinien ich doszkolić poza umiejętnością radzenia sobie z pijakami na ulicy czy kilkoma złodziejami. - stwierdziła czekając.
Viktor odsunął głowę i poszturchał jeszcze mechanizm drutem. -
Wydaje się bezpieczne, ale… stańmy tu może… i jakbyś spróbowała Dłonią Maga je otworzyć… - proponował z zachęcającym uśmiechem. On nie miał dostępu do telekinezy w żadnej formie.
Kaylie odsunęła się z nim do tyłu i wypowiadając słowa zaklęcia wezwała telekinetyczną siłę mającą otworzyć drzwi...
...ale nie stało się nic. Drzwi ni drgnęły. -
Więc będzie trzeba zrobić dziurę w podłodze. - podśmiała się.
-
Hmmm… żadnego speca od zamków chyba ze sobą nie zabraliśmy. To jakby dziura się nie udała pewnie najprościej będzie Jora poprosić aby je otworzył...
-
A ty nie byłbyś w stanie? - zapytała - Skoro tamte kraty podniosłeś...
Viktor nagle poczuł się… wyzwany. Zmarszczył brwi, bo nigdy nie był wrażliwy na tego typu manipulacje, ale jakby teraz to oddelegował to… jego poczucie własnej męskości by ucierpiało… i nie mógł z tym zrobić nic innego niż ulec. Skrzywił się i zachichotał jednocześnie. -
Hej. Mówiłem o najprostszym rozwiązaniu - uśmiechnął się, biorąc do ręki młot. Niby zwykła stal, ale magia zaklęcia wciąż rozświetlała jego odblaski. Jeśli tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem. - Cofnij się trochę. Mechanicznej pułapki raczej nie ma, ale w tym polu kontr-dywinatorskim nie mam jak magicznych szukać.
Przestawił potężną klatkę tak aby tylko zawiasy były dostępne. Tak na wszelki wypadek, jakby po drugiej stronie coś na nich czekało.
Ścisnął młot oburącz i uderzył w zawias z siłą pod którą musiał on ulec. Wyłupany kawałek kamienia z otaczającego ich łuku strzelił w jego udo, ale nie zrobił krzywdy.
Odczekał chwilę, nasłuchując czy po drugiej stronie czegoś nie słychać, czy jakiś gaz się nie zaczął ulatniać, czy jakaś magia nie brzęczała w powietrzu… nic z tych rzeczy.
Drugi zawias był zbyt wysoko dla wygodnego uderzenia i puścił dopiero po drugim podejściu, sypiąc mu pyłem w twarz. Skrzydło drzwi opadło na podłogę z głuchym łomotem i pochyliło się trochę do wnętrza, opierając się na klatce i, w mniejszym stopniu, zamku.
Khal wypluł kamienne łupiny z ust, odczekał moment nasłuchując i zajrzał przez szczelinę do środka….
Na razie nic nie widział, pomieszczenie w środku było ciemne, z braku opcji szybko splótł zaklęcie światła, które pokazało, że faktycznie jest puste, z kolejnymi schodami wiodącymi w dół.Viktor uniósł klatkę i uderzył nią w skrzydło drzwi, wywalając je na ziemię samym jej pędem. Odstawił na bok, spoglądając na Kaylie, zadowolony z siebie. Wszedł do środka by spojrzeć w dół schodów… gwoli potwierdzenia, że istotnie jest to pełne zejście na niższy poziom, a nie drobna różnica wysokości.
Gdy tylko minął łuk drzwi poczuł jak duża ilość cieczy spada na niego, jakby ktoś opróżnił wiadro z wodą prosto na jego głowę. Chwilę później poczuł okropny ból w lewej dłoni, zarówno on jak i Kaylie zaczęli słyszeć dźwięk pękających kości. Viktor próbował krzyknąć z bólu i udało mu się, ale z trudem, czuł jak jego język puchnie, nie mieszcząc się już w ustach. Ból dłoni w końcu ustał, a Viktor z przerażeniem odkrył, że jego lewa dłoń posiada obecnie 11 palcy.- Khal! - arkanistka w pierwszym momencie chciała dotknąć mężczyznę, ale się zatrzymała. Nie chciała dotknąć tej cieczy...
- Możesz iść? Musimy się stąd ewakuować.
Viktor opanował mętlik w głowie, katalizując swą wolę i nią opierając się siłom co wyraźnie działały by rozerwać jego człowieczeństwo. Warknął niezadowolony, ale kiwnął głową. Z odrazą dostrzegł swoją rozrośniętą dłoń. Spróbował coś powiedzieć, ale już na pierwszej sylabie słyszał, że bełkot wydobywający się z jego gardzieli jest zwyczajnie poniżej jego godności… Cokolwiek się działo… przestało. Strzepnął ramionami przywołując dłuższy, gruby rękaw kryjący jego dłoń i chustę na dolnej połowie twarzy. Cholerne pole kontr-dywinacyjne. Z działającą detekcją magiczną by nie wpadł w coś takiego. Cofnął się kilka kroków i zastawił przejście klatką, po czym sięgnął za płaszcz. Wyciągnął kartkę z podkładką oraz ołówek.
“Tymczasowe. Sprowadź Joriego.”
Nawet w tym momencie jego pismo było nienagannie eleganckie.- Nie mogę cię tu samego zostawić. Chodź za mną. - troska w głosie była wręcz namacalna.
Viktor pokręcił głową.
“Nie pokażę się tak!” - dwukrotnie podkreślone i wskazał pierwszą wiadomość, a potem samego siebie i kciukiem, że jest w porządku. - Ta twoja durna duma! Choć podejdź kawałek, a nie zostawaj blisko zejścia!
Kaylie biegiem wróciła do głównej ekspedycji, chwytając Joriego, kiedy tylko ujrzała alchemika i odciągając go siłą z powrotem do Viktora. Po drodze wyrzuciła z siebie litanię słów starając się opisać sytuację, chociaż alchemik głównie zrozumiał słowa jak "drzwi", "rozwalił", "ciecz", "palce". Więc nie wiedział za bardzo czego się spodziewać, kiedy arkanistka praktycznie rzuciła nim obok adwokata.
Jori zerknął na Viktora, który robił wszystko, aby schować swoje mutacje.- Co się stało?
Adwokat diabła marszczył brwi w niezadowoleniu, pogłębianym tylko tym, że nie był w stanie nawet obnażyć uzębienia w irytacji. Strzepnął ramionami usuwając iluzję rękawa i zaprezentował dłoń… przewrócił oczami sam na siebie i strzepnął ponownie pozbywając się również chusty z twarzy. Zmutowana dłoń nie drażniła go w połowie tak bardzo ten cholerny język, odbierający mu jakąkolwiek szansę na godną prezencję.
Alchemik patrzył przez chwilę tępo na Viktora, po czym wybuchł śmiechem, wskazując język adwokata. - Żaba! - zawołał imitując przypadłość adwokata, co wypełniło khalowe spojrzenie żądzą mordu.
- Przestań! - Kaylie warknęła na Joriego - To nie jest zabawne!
- Musisz najwyraźniej nie widzieć tego samego co ja. - odparł alchemik i westchnął - No dobra, zobaczmy czym cię potraktował. - elf przejechał palcem po mokrym ubraniu Viktora i jak gdyby nigdy nic polizał ciecz - U… ok mam złe wieści i dobre wieści. Dobre wieści mogę to naprawić. Złe wieści, będzie wymagało skalpela bo jest permanentne.
Viktor strzepnął ramionami, znów kryjąc swoje mutacje. Naskrobał coś na kartce i pokazał.
“A to pewnie w Evercrest dopiero?”
Pisał w niespotykanie szybkim tempie. Jedna z wielu drobnych zdolności Viktora.
Kaylie wyraźnie była zmartwiona co chwilę patrząc na Khala.-
Nie możemy czekać. Teraz to pozbawi go magii…
Alchemik pokręcił głową. -
Ech, śmiertelnicy są zabawni tylko raz… Zejdzie samo za godzinę. Mogę ograniczyć sprawę języka, abyś mógł przynajmniej mówić, język będzie niestety dość sparaliżowany.
“Ładnie poproszę” - Pismo było kaligrafowane, z eleganckimi zawijasami i inicjałowaną ornamentowo pierwszą literą. Viktor przyozdobił by to jeszcze przepięknym uśmiechem, no ale tej możliwości los mu chwilowo skąpił.
Alchemik wyciągnął jakiś liść z sakiewki i włożył go adwokatowi pod spuchnięty język. Viktor poczuł zapach przypominający miętę i miód, oraz zaczął odczuwać mrowienie w języku.
Kaylie natomiast mogła zauważyć jak opuchlizna z języka spada, ale sam język zaczyna przybierać fioletowy kolor. -
Och, dobrze, nie jesteś uczulony. Inaczej byłoby naprawdę ciekawie. Radzę uważać od tej pory, jeżeli zaczyna używać swoich mutagenów jako pułapek, to może być tylko coraz niebezpieczniej.
-
To wystarczyło go polać cieczą by zmutować go? Czy to, co na nim zostało ciągle jest niebezpieczne i może zadziałać na każdego, kto wejdzie w kontakt?
-
Paruje szybko, chociaż zostanie trochę na ubraniu. Radzę uważać przy następnym praniu. I tak lepiej, żeby nikt go nie dotykał… póki mutacje same nie znikną, to będzie oznaczało, że mutagen stracił na mocy.
-
Król Kurtz kupił klólowej… tfu.. irrumatol - warknął Viktor i przewrócił oczami słysząc, że nawet przekleństwo nieco wyseplenił. - Król. Kurtz. Kupił. Kró-lo-wej… Karreli. Korale… dobrze. Jak mówię powoli daję la… radę kontrolować język. Aktywator był magiczny i zbiornik też był gdzieś indziej. Albo telepolta… telepoRtacja. W tym polu kontR-dyw… wieszczeniowym nie mam jak ich znaleźć, ani roz… bRoić. Do przemyślenia… dzięki Lo… Vah! - wziął wdech, odsuwając frustrację - Dzięki Jori. Miałbym pewne trudności z wyjaśnieniem tego - uśmiechnął się pół krzywo, pół przekornie.
-
A może wystarczy by został przemyty wodą? - zasugerowała Kaylie - I te ubrania spalone? Lub... Czy oczyszczenie ich magią nie będzie dobre?
-
Na pewno nie zaszkodzi - stwierdził Viktor, mówiąc powoli, aby kontrolować zesztywniały język. Porzucił gestem iluzję, ujawniając lekki pancerz z grubej skóry i odwrócił się do Kaylie rozkładając nieco ręce, by ułatwić jej dostęp. Starał się nie dać poznać, że drażni go forma lewej - Chwilowo i tak tego nie spalimy, bo potrzebuję jednak jego ochrony - uśmiechał się serdecznie gdy mówił.
-
Jak chcesz mu zrobić kąpiel to jak najbardziej. Nie wiem, czy zaklęcie o którym myślisz by poskutkowało. Gdybyś jakoś go wysuszyła, to byłoby lepiej.
Kaylie uśmiechnęła się i wypowiedziała krótkie słowa inkantacji dołączając proste gesty. Zupełnie znikąd pojawiła się tylko nad Khalem rzęsista ulewa, jakby został oblany cedrem z wodą. Stał tak, nie kryjąc w spojrzeniu, że liczył jednak na mniej “inwazyjną” prestidigitację, znaną głównie z oczyszczania urbań podróżników, lub świecenia fajerwerkami. Sięgnął tylko zdrową ręką i poklepał się dwa razy palcem po piersi, zamykając nadwymiarową przestrzeń. Woda nie powinna się tam dostać, ale zwoje w jej środku potrafiły być wrażliwe. Westchnął pod strumieniem i wyrósł mu na twarzy zadziorny uśmiech. Doceniał tego typu humor. Dawał otwarcie dla przyszłych kontr i bardzo ciekawych interakcji. Pozwolił wodzie lać się po nim i samą prawą ręką upewnił się, że z włosów i brody wypłukane zostały wszelkie resztki mutagenu. Pełna kąpiel musiała jednak poczekać.
- W porządku, starczy… brrr… lodowata - stwierdził występując z strumienia, ale… podążył on za nim. Opuścił ręce i spojrzał na Kaylie z niepoważną frustracją - Mogłabyś? - zapytał wskazując palcem w górę, w nieokreślone źródło zimnej wody.
Jak i ulewa pojawiła się niespodziewanie tak i niespodziewanie przestała. Kaylie spojrzała z krzywym uśmieszkiem na Joriego. - Myślisz, że wystarczy?
Alchemik się uśmiechnął. - Och, chyba widzę trochę na jego włosach.
Spojrzenie Viktora nie wymagało słów. “Wszyscy troje wiemy, że to bzdura…”
I w tej sekundzie Kaylie wywołała kolejną magiczną ulewę nad Khalem na siłę panując nad śmiechem. Viktor zamknął tylko oczy i zastygł w akceptacji swego losu. - Kruszyno, Jori… dziękuję wam z całego serc... - nie zdążył dokończyć, gdy kolejna ulewa spadła mu na głowę, a Kaylie już nawet nie próbowała udawać powagi.
Śmiali się razem, prawdopodobnie wyrzucając ostatnie stresy i bolączki, w pewnym momencie Viktor, wcale nie przerywając śmiechu, a jedynie kryjąc w nim inkantację sam wystrzelił z dłoni strumień wody. Dziesiątki litrów nie miały realnej siły, ale było ich dużo.
-
Kto wodą wojuje od wody moknie! - zakrzyknął w zemście, gdy jego śmiech tylko nabierał intensywności.
Kaylie otrzepała włosy. -
A właśnie miałam zamiar cię wysuszyć. - wzruszyła ramionami i ograniczyła się do wysuszenia siebie magią - Ale teraz to już nie wiem. Jori?
Viktor powoli przesunął dłoń by wycelować w alchemika, uśmiechając się diabelsko. -
Zachęcam do poważnego przemyślenia swoich następnych słów… w końcu ty ją sprowokowałeś do już niepotrzebnego oblewania mnie lodowatą wodą… - ostrzegał niemal niewinnie.
Jori jedynie uśmiechnął się szeroko. Dwie flaszki z wodą poleciały w stronę Azazelitów, pokrywając ich oboje od stóp do głów, sam alchemik nie pozostał suchy, śmiejąc się niczym dziecko. -
Wróćmy do obozu, chcę by Filia zobaczyła złego kapłana diabła jak się bawił z resztą! - klepnela Khala w plecy wywołując mokry odgłos klaśnięcia.
-
Może dajmy jej się pobawić w detektywa i wnioskować ze zmierzwionych włosów i nieregularnego pofałdowania ubrań, zamiast dawać jej odpowiedź na tacy i jednak mnie wysuszymy? - zapytał z proszącym uśmiechem. Zabawa zabawą, ale to go jednak nieco wyziębiło.
Grupa wróciła do reszty ekspedycji, która najwyraźniej powoli zamierzała się zbierać, aby kontynuować eksplorację. Komendant zerknęła na nowo przybyłą trójkę.
-
No, wróciliście. Co się stało i czemu potrzebowałaś Joriego? - zerknęła na Viktora, który pomimo że suchy, był bardzo nieuporządkowany - A z tobą co?
-
Małe komplikacje - odpowiedział, potrzebując poświęcać więcej skupienia niż chciał, aby brzmieć mniej więcej jak zwykle. Między innymi pomijając zidentyfikowane “problematyczne” głoski - Już po. Wymagana była wiedza alchemiczna. Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem. W sytuacji gdzie wieszczenia są niemożliwe szukanie ich… nie jest łatwe, ale nie niemożliwe.
Filia uniosła brew słuchając Viktora. -
Brzmisz jakbyś sobie sparzył język… porządnie. Zakładam, że "Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem" oznacza "Wpadłem w magiczną pułapkę z mutagenem"?*
-
Powoluj…. ekhmmm… - westchnął ciężko gdy jego cwaniacka, nieco bezczelna odpowiedź została bezpowrotnie zniszczona przez niewspółpracujący język. - Świadome… niebezpieczeństwo zawodowe - rozłożył ręce, mówiąc powoli. Tak by mieć pewność, że wypowie to poprawnie. - Tymczasowe. Jo-Ri złagodził skutki uboczne. Jestem sprawny w najważniejszych aspektach.
-
Nie, nie jest. - wtrąciła Kaylie - Jori mówi, że minie za godzinę, teraz mniej. Umyliśmy go, bo był zalany mutagenem, ale jeszcze zostały problemy... - zastanowiła się - Z dłonią.
-
Nie możesz powiedzieć czegoś takiego i nie pokazać. - odparła Filia.
-
To krępujące dla niego. - szepnęła i zwróciła się do Khala szeptem - Pokaż siostrzyczce. Ważne by wiedziała co się stało i czemu nie możemy jeszcze ruszyć.
Khal chciał coś powiedzieć, pewnie zaprotestować, ale zrezygnował.
Uniósł iluzoryczny rękaw ukazując kawałek ręki. Dość aby Filia dobrze zobaczyła o co chodzi, ale tylko tyle. I trzymał ją blisko siebie, aby możliwie mało ją prezentować poza ich zamkniętym kręgiem.-
Ot… kilka dodatkowych palców - skomentował beztrosko i schował mutację - Zamiast pełnej tal… taRrczy mogę przy-mocować sobie puklerz i tyle w temacie. A te bestie ktoś intencjonalnie na nas wypuścił. W kolejnej sali są puste klatki. Godzina może uczynić… różnicę…
-
Jak i te palce uczynić niemożliwym wezwanie niektórej magii. - zaprotestowała.
-
Na szczęście ta magia na której mi zależy wymaga jednej sprawnej dłoni - odpowiedział z pogodością i nutą wdzięczności w głosie. Wciąż nieco seplenił, pomimo głębokiego skupuienia, przez co brzmiał… nieco śmiesznie. Skierował swoje spojrzenie na Filię - Ograniczy to moje możliwości walki w zwarciu więc raczej przesunąłbym się do drugiego szeregu póki mi poprawna anatomia nie wróci, ale ta ważna magia pozostaje bez szwanku. Oceń sama co jest cenniejsze… ta godzina, czy moja tarcza. Co innego, że może w tę godzinę udałoby się skonstruować jakieś osłony pod którymi by się przechodziło. Ten mutagen próbował również zezwierzęcić mój umysł. Ktoś o słabszej woli… - ruchem niemal niezauważalnym nawet z bliska wskazał strażników w tle - mógłby wpaść w szał, a nie wiemy ile ich jeszcze możemy spotkać.
Filia chwilę się zastanowiła. -
Nie istnieje zaklęcie, które by nas obroniło przed czymś takim.
-
Może udałoby się aktywować pułapkę poprzez oszukanie jej, że ktoś tam przechodzi. - wtrąciła Kaylie - Telekineza.
-
Może, ale najpierw trzeba ją znaleźć. - szybko splotła zaklęcie, jej oczy delikatnie zabłyszczały - Dobrze, ja będę na przedzie. Powinnam mieć szansę znaleźć te pułapki.
-
Cóż…- zadumał się na chwilę Viktor - Jeśli wierzysz w siebie dość by ryzykować, to i ja w ciebie wierzę - serdeczny uśmiech rozświetlił jego twarz. Filia na pewno rozumiała to co do niej powiedział i jak dewastujące dla morale jej ludzi byłoby gdyby mutagen zmienił ją w rozszalałego łasicoczłeka.
Oddziały ponownie ruszyły z Filią na przedzie. Przechodząc przez drzwi, które wcześniej zostały zapułapkowane komendant się zatrzymała. Przykucnęła przy ziemi, przyglądając się dokładnie podłodze.
-
Wydaje się bezpiecznie, ale bądźcie metr za mną. - Blackfyre wykonała krok do przodu, po czym zatrzymała się natychmiast.
-
Ok... widzę pułapki. Pełno ich tu...
Kaylie rozejrzała się i spojrzała na strażników. -
Przysięgnijcie tu truchło psowatego.
Viktor skrzywił się, bo sam nie dostrzegał nic z tego co wzmocnione magią zmysły Filii jej mówiły. Gdy strażnicy wybiegali po zwłoki, on sam wyszedł do poprzedniego pomieszczenia… kilka uderzeń młota później wrócił z długim na kilka metrów stalowym prętem odłamanym z największej klatki. Chwycił go jedną ręką na końcu, drugi wyciągając daleko przed nich i oparł go na ziemi. Postawą i mimiką nadał temu wygląd pokazu nonszalancji, zamiast chęci ukrycia dłoni. -
Istnieje mała szansa, że pułapka, nawet aktywowana z odległości, byłaby w stanie wybrać cel, więc poczekajmy na coś mięsnego, co może by ją zmyliło.
Po kilku minutach strażnicy przytaszczyli truchło jednego z psów i rzucili u stóp komendant. -
No dobrze więc. Jor, Ori, moglibyście pokazać jak daleko potraficie cisnąć tym truchłem? - barbarzyńcy nie potrzebowali większej zachęty, zaczęli się przepychać który może rzucić truchłem pierwszy. W międzyczasie Filia nakierowała ich na pierwszą pułapkę.
-
Jeżeli zadziała to nie dotykajcie znowu truchła. - przestrzegła Kaylie - Wtedy Viktor prętem będzie ciało przesuwał dalej.
Chłopaki kiwnęli głową, razem cisnęli martwym psem, który wylądował trochę przed pułapką, ale doturlał się, aktywując ją. Grunt pod truchłem zionął ogniem, niemal zwęglając psa. Komendant przekrzywiła głowę. -
No cóż, przynajmniej nie jest monotonny. Dawajcie chłopaki idziemy dalej. - pół godziny zajęło grupie przejście w ten sposób przez pomieszczenie. Musieli się wrócić przy okazji po jeszcze dwa ciała. W końcu jednak dotarli do kolejnych schodów.
-
W końcu. - odparła Filia zmęczona całą tą zabawą - Przygotować się, bogowie jedynie wiedzą co nas tam czeka.
-
-
Ekspedycja dotarła do ostatniego poziomu kopalni. Ten wyglądał inaczej od poprzednich, bardziej niż dawne miejsce poboru kruszcu i metali, to wyglądało jak ruiny starożytnej świątyni. Chociaż co do bardziej spostrzegawczy widzieli, że część kamieni została ociosana relatywnie nie dawno. Atmosfera była napięta, wszyscy pamiętali potworności wyższych poziomów i obawiali się jakie to szkaradztwa szalony alchemik wyśle na nich teraz. Wkroczyli do kolejnego szerokiego pomieszczenia, być może kolejna arena?
Po dokładnych oględzinach druidki, jak i chowańca Baltizara miejsce wydawało się bezpieczne. Filia zdecydowała, aby ruszyć dalej do kolejnego pomieszczenia.Nagle, z mroku rozległ się głośny chlupot, a coś gęstego i lepkiego wytrysnęło z mrocznego sufitu, oblewając strażników w całości. Krzyki przerażenia odbiły się echem od kamieni.
– Co to jest?! – zawołała jedna ze strażniczek, wycierając twarz, na której błyszczała przezroczysta, mleczna substancja. Jej głos drżał od paniki.
Pierwszy z nich opuścił miecz, patrząc na swoje ręce, które zaczęły pokrywać się szarymi żyłkami. – Nie mogę... nie mogę ruszyć palcami! – jego głos przeszedł w pełne grozy wycie, gdy zauważył, jak skóra na jego dłoniach zaczyna twardnieć, zyskując chropowatą fakturę.
Jeden z młodszych strażników spróbował otrzeć ciecz z ramienia, ale w miejscu, gdzie jego palce dotknęły lepkiej mazi, skóra zamieniła się w szary kamień. – Pomocy! Na Abadara, co się dzieje?!
Powoli, jakby złośliwa siła żerowała na ich przerażeniu, proces przyspieszał. Ich ruchy stawały się coraz bardziej ograniczone, a oddechy płytkie. Strażniczka, która jeszcze chwilę wcześniej trzymała miecz, wypuściła go z brzdękiem, gdy jej ręka uniosła się w bezruchu, zmieniając się w posągową kończynę.
Zbroje i ubrania nie stanowiły żadnej ochrony – ciecz przenikała przez tkaniny, wżerając się w ciało pod nimi. Jeden z mężczyzn upadł na kolana, próbując złapać oddech, gdy jego nogi zdrętwiały i znieruchomiały.
– Pomóżcie mi... nie chcę... – jego błaganie urwało się, gdy jego twarz stężała w wyrazie czystego przerażenia.
Ciszę przerwało tylko ciche pęknięcie, gdy pierwszy z nich całkowicie zmienił się w posąg. Pozostali patrzyli na siebie w panice, ich twarze wykrzywione w niemym krzyku, aż w końcu i oni stali się nieruchomymi sylwetkami, niczym groteskowe figury ustawione na przeklętej scenie.
Nie wszystkich jednak spotkał ten smutny los, tuż przed oblaniem ekspedycji Kaylie, poczuła jak ktoś ją unosi i odrzuca od drużyny, dziewczyna wylądowała solidne trzy metry od wszystkich z kilkoma otarciami. Kiedy się odwróciła ujrzała jedynie powoli kamieniejącego Jor'a. Zadowolony uśmiech zastygał na kamiennej twarzy barbarzyńcu.
[media]https://64.media.tumblr.com/cf281d2585011c73ea685ffacfc4252d/tumblr_n31d8uKhGA1r55cpwo8_250.gif[/media]
Baltizara na jego strategicznej pozycji za wszystkimi ominęła kąpiel, z której wysuszenie zakończyło się petryfikacją.
Khal natomiast zobaczył jak Filia osłania go własną tarczą, dostając podwójną dawką cieczy. Kobieta nawet nie zdążyła się odezwać kiedy kamień uciszył ją na zawsze.
Trójka sług Azazela nie miała czasu zrozumieć co się stało kiedy, usłyszali cichy dźwięk kroków. Do pomieszczenia wkroczyła nowa postać, ubrany w proste szaty starszy mężczyzna. Jego skóra pokryta bliznami i przebarwieniami, jego oczy delikatnie zamglone.
[media]https://i.imgur.com/a9YZoue.png[/media]
Mężczyzna rozejrzał się z zadowoleniem po nowych statuach, kiedy zauważył trójką przeżyłych.
- Och, patrzcie państwo. Komuś się udało. - jego głos był dziwnie życzliwy i przyjazny - Gratuluję. Zakładam, że jesteście częścią tej ekspedycji?
-
Kaylie w szoku patrzyła na Jora, nie rozumiejąc jego zachowania. poświęcił się dla niej... Czemu?
Słysząc słowa alchemika spojrzała wściekle na starego psychopatę. Czy jego petryfikacja właśnie... ich zabiła? Czy tylko przygotowała na eksperymenty?
-
Nie chcesz cierpieć... - zwiększyła uchwyt na mieczu - ...poddaj się od razu. - głos Kaylie ociekał nie strachem, a złością.
-
Proszę dziecko. Nie uczono cię negocjacji? Nie grozi się temu, kto trzyma wszystkie karty. - alchemik mimo wszystko trzymał się na bezpiecznej odległości od arkanistki.
-
To jest wyjątkowo… irytujące. Zepsułeś mi zakończenie. Jak to teraz będzie wyglądało na kartach księgi? To takie…niepasujące do reszty historii. Gdzie jest ta wielka konfrontacja, gdzie krew, gdzie dramat ?- burknął Baltizar w irytacji sięgając po kartę.
-
Rzeczywistość często zawodzi. Chociaż możesz być pewien, że dramat się nie skończył. - alchemik dokładnie przyjrzał się trójce - Nie widzę na was ubrań straży. Najemnicy? Altruiści?
-
A jakie to ma dla ciebie znaczenie? - odpowiedziała Kaylie.
-
Chcę wiedzieć z kim mam doczynienia. Najemników można przekupić, z altruistami jest trudniej. Jestem jednak pewny, że będę w stanie was przekonać.
Viktor roztarł skronie, jakby migreny dostał… głównie aby uspokoić oddech. Blisko było.
-
Po pierwsze zacznijmy od sprawy najważniejszej.... - ton miał… zirytowany.
-
Czy to jest odwracalne? Przynajmniej ta jedna - wskazał Filię kciukiem, jakby od niechcenia - Zdążyła mi za skórę zaleźć i już zacząłem pracę, aby w najbliższej przyszłości mi to wszystko bardzo przyjemnie odpracowała - mrugnął znacząco, z nie do końca przyzwoitym uśmiechem. Szybko ustąpił on znów miejsca niezadowoleniu, ale głos nie miał w sobie wrogości ani nawet konfrontacyjnej nuty.
-
Jak najbardziej, martwi nie mają dla mnie wartości ponad badania jak umarli. Jednak, to co mówisz, sugeruje, że nie tylko odejdziesz, ale chcesz współpracy. - alchemik uniósł brwi na Viktora.
-
Nie rozpędzajmy się za bardzo, ale jest na to pewien potencjał, więc… zobaczymy? - zaproponował, wznosząc lekko dłonie, jakby w geście niemocy. - Może zacznijmy od początku … - zaproponował, ale jego uwagę znów pochłonęła posągowa Filia… z wrednym uśmieszkiem wyprowadził jej pstryczka w nos… w pełni godząc się z bólem uderzenia paznokcia w kamień. Machnął ręką by go przegnać i znów spojrzał na alchemika.
-
Jestem Viktor Goodmann, adwokat z kancelarii Marcellion & Malcador, kwiatu koronnego Czerwonej Loży Egorianu. Miło mi poznać! - głos miał przyjemny, gdy recytował powtórzoną setki, jeśli nie TYSIĄCE razy formułę.
Kaylie odwróciła głowę w stronę Khala i wydyszała przez zęby w galtiańskim. -
Putain d'adorateur du diable... - prychnęła idąc za grą Khala - Nie podpisywałam umowy na to, tylko by ci dupę bronić. A ty zmieniasz strony?
-
Zmieniać strony? Skądże?! - Żachnął się, w dramatycznym oburzeniu - Nigdy nie opuściłem mojej własnej! - Dodał z niskim chichotem, ale nieco spoważniał sekundę potem.
-
Oburzaj się jeśli chcesz, ale nie zrób nic głupiego. Nie wiem czy jestem chętny sprawdzać, siłę kart naszego gospodarza, licząc, że to wyjście w pojedynkę było jednak blefem. - Głos Viktora był… ciepły i niemal opiekuńczy. Bardziej pasujący do mentora dającego radę.
Spojrzał pytająco na alchemika, licząc, że ma wciąż w pamięci konwenanse związane z poznawaniem nowych ludzi. -
Szczerze, sądziłem, że złapałem was wszystkich. Chciałem zobaczyć zdobycz, zanim wrócą moje sługi. - uwagę alchemika na chwilę przykuła para barbarzyńców - Uuu, ci mają dużo mięsa na sobie. - potrząsnął głową odganiając rozpraszające myśli - Więc... Goodmann, tak? Ciekawe nazwisko dla kogoś z Cheliax. Ahair Faltis, nie mam żadnych wysoko brzmiących tytułów, niestety. Chociaż, jeżeli moje doświadczenia przyniosą owoce "Pogromca Śmierci" może być w mojej przyszłości.
-
To byłby lepszy niż jakikolwiek z tytułów których się dotąd dorobiłem - przytaknął Viktor z uznaniem, wykorzystując każde rozproszenie uwagi alchemika by głębiej analizować pole nadchodzącej bitwy… szukając potencjalnych pułapek, dróg którymi więcej wrogów mogłoby dotrzeć… - A “Goodmann” zaczynał jako bardziej… pseudonim artystyczny. Budził zaufanie, ale gdzieś po dekadzie używania sam zacząłem o sobie tak myśleć więc zostało - uśmiechnął się trochę przepraszająco, jakby dął sie przyłapać na nieistotnym kłamstewku.
-
Ściągnąłeś ostatnio na siebie uwagę, co? - zapytał z drobną przekorą - Kilka tworów ci uciekło… bo przecież to nie było planowane by zostały znalezione, prawda? - zapytał z zaciekawieniem, pobrzmiewającym nawet lekką ekscytacją… jakby zaczynał potencjalnie dostrzegać rozwiązanie szerszej zagadki.
Kaylie jakby nie mogła ustać na miejscu, ciągle poruszała się niespokojnie. -
Wręcz przeciwnie, zaczynały mi się kończyć obiekty badań, a wysyłanie kogoś, aby złapał pojedyncze okazy było... czasochłonne i nie przynoszące zadowalających efektów. Podejrzewałem, że pojawienie się kilku moich dzieł sprowokuje lokalne władze do wysłania jednej, może kilku band awanturników. Nie spodziewałem się... - tu wskazał na około trzydziestkę kamiennych statuł - tego. Będę mógł się znowu zaszyć na rok.
-
Ha… Za rok zostaw jakieś wyraźniejsze podpowiedzi na temat lokacji, bo jakbym ja się nie napatoczył to nie wierzę, by straż dała radę znaleźć to miejsce. Byli głęboko w polu, gdy im z nieba spadłem. Uhhh… dobra. Do rzeczy. Spośród tych tutaj zależy mi na dwóch z nich. Ta menda, oraz alchemik. On ma bardzo potężnych przyjaciół i ani ty ani ja nie chcemy by nie powrócił tej wyprawy. Warto też wymienić jakoś kontakt. Jestem pewny, że będę w stanie ci zorganizować “obiekt” co dwa tygodnie, gdy te ci się już skończą. Nie za darmo rzecz jasna, ale wierzę, że format “przysługa za przysługę” będzie dla nas obydwu… niskoinwstycyjny, ale wysoko-zwrotny. Ma to sens dla ciebie?
Gdy pozostała dwójka przekomarzała się z szaleńcem, gnom korzystał z faktu że jest mały i niepozorny i ostrożnie przesuwał się do przodu. Niespiesznie i powoli. I nie aż tak znowu daleko… potrzebował tylko skrócić dystans do alchemika. I czekać aż… nadarzy się okazja.
Alchemik się chwilę zastanowił.
- A cóż to za potężni przyjaciele? Ja też takowych mam i zapewnili mi spokój.
- Niestety, będziesz musiał mi zaufać… - stwierdził Viktor z pełną powagą, pierwszy raz w głosie pobrzmiało ostrzeżenie - Bo wolę jednak spróbować moich szans z tobą, niż z jego przyjaciółmi. Ja go zwerbowałem do wyprawy, na moją głowę wyleje się ich gniew. Daj spokój Ahair! To dla ciebie tylko ciało do eksperymentów. Nawet wcale nie silne. Barbarzyńcy są na pewno znacznie ciekawsi, a jak ich obrabiać będziesz to bym się jeszcze chętnie wprosił by popatrzeć.
- To jednak kolega po fachu. - zauważył alchemik - A przydałby mi się uczeń, ale dobrze, weź jego i tą kobietę. Tylko co chcesz w zamian? No i czy przekonasz tą dwójkę do swego planu? Zawszę i z tym mogę pomóc.
- Viktor... - syknęła Kaylie - Nie płacisz tyle, abym się w twoje gierki bawiła...
Gnom zaś uznał że czas się skończył. Dwie karty w dłoni, szept cicho przeszedł w ruch dłoni i krzyk.
- Brać go!-
Koło alchemika nastąpił błysk otwierającego się portalu i wyskoczył pies o wyraźnie piekielnym rodowodzie.
Było w nim coś jednak nienaturalnego. Nic dziwnego, był to bowiem migopies wypaczony przez piekło. Bajarz miał świadomość, że zwierzak nie jest śmiertelnym zagrożeniem dla alchemika, ale uznał że jego zdolność związane z przeskakiwaniem z planu na plan uczynią go upierdliwym rozpraszaczem. Etrigan poderwał się do lotu ruszając ku alchemikowi i traktując go wyziewem mrozu na powitanie. Zaklęcie nie pozostawiło nawet śladu na alchemiku.
Kaylie chciała w tym momencie krzyczeć na gnoma, ale połknęła obelgi jakie chciała w jego osobę rzucić. Wykonała jeden krok w kierunku alchemika i pojawiła się przed nim z krótkim magicznym blaskiem. Ostrze jej miecza zaświeciło bladym blaskiem jak wymierzała cios w człowieka, który jedynie się delikatnie przechylił, aby uniknąć ciosu arkanistki.
Alchemik jedynie westchnął, oblał swoją dłoń jakąś substancją. Kończyna momentalnie pokryła się kamieniem, jednak nie straciła na ruchliwości. Mężczyzna wymierzył cios w Kaylie, kobieta na szczęście zdołała go odbić płazem broni.Viktor miał ochotę westchnąć zmęczony, ale nie było na to czasu. Wyszeptał krótką inkantację w piekielnym zmniejszając dystans…
- Byłbyś uprzejmy sam się tą łapą uderzyć?! - warknął, a słowa pobrzmiały piekielnym ogniem, ale… to nie umysł alchemika odparł zaklęcie, a jakaś forma odporności. Skrzywił się niezadowolony. To zaklęcie to była jego ulubiona zabawka i czuł, jakby właśnie mu ją odebrano…
Etrigan zaatakował alchemika z powietrza płonącymi szponami i odskoczył poza zasięg jego kamiennej łapy. Zadowolony z tego, że w przeciwieństwie do ogara nie musiał pilnować swojego pana. Sam Bajarz znów sięgnął po magię… gest dłoni, słowa magii.
I z podłogi wystrzeliły trzy łańcuchy mające przeszyć jego ciało. Bajarz uznał, że ów szalony alchemik zbyt wiele widział i słyszał, by jego przetrwanie leżało w ich interesie.
Migopies zaś próbował ugryźć przeciwnika w dzikim szale.
Pierwszy z łańcuchów wyparował nim dopadł celu. Pozostałe dwa zdołały smagnąć alchemika, jednak jedynie uszkodziły jego ubranie, migopies niestety jedynie przeleciał nad mężczyzną nie wyrządzając mu szkód. Alchemik wydawał się jednak dobrze bawić całą sytuacją.
Sytuacja wyraźnie jeszcze bardziej zirytowała Kaylie. Ten piekielnik okrywał się jakąś magią jeżeli ataki innych na niego nie działały... Nawet magia kapłana nie zadziałała. Miała pewien pomysł jak na to zaradzić, ale obawiała się za dużo mocy użyć w zgadywaniu na ślepo. Postanowiła ponownie zaatakować ciągle trzymając miecz okryty trupim blaskiem.
Niestety i ten cios minął się z celem. Alchemik natomiast zaśmiał się, sięgając do swojej torby na chemikalia. Kaylie, jak i dwa stworzenia Baltizara próbowały skorzystać z sytuacji, jedynie jednak Etrigan zdołał trafić szaleńca, który delikatnie syknął od gorących szponów.
W końcu rzucił dwiema bombami pod swoje nogi, fala ognia owiała całą czwórkę walczącą w zwarciu.
Na Etriganie ta sztuczka nie zrobiła wrażenia płomienie oblizały jego ciało przy jego radosnym charczącym chichocie. Porażony żarem migopies nie zdołał w pełni uniknąć wybuchu i rozwiał się… wracając do miejsca z którego go przyzwano. Baltizar tym się nie przejął… zwierzak spełnił swoją rolę. Zmusił alchemika do obrony dając czas reszcie drużyny do dopadnięcia typka.Viktor postępował powoli do zwarcia, nie przestając inkantować. Czuł w ustach gorzki posmak siarki i wiedział, że opary dymu zaczynały powoli unosić się mu spmiędzy włosów, może nawet uszu. Wbił palce w rzeczywistość i z rozdarcia przebiły się języki pomarańczowego ognia. Już prawie uchwycił esencję…
- Baltizar! Fajny ogar! Ale MÓJ JEST WIĘKSZY!
Miotnął piekielnymi ogniami, ale spomiędzy nich wyskoczył trójgłowy ogar, w kłębie sięgający ponad khalowe biodra.
Kliknij w miniaturkę
- Na wszystkich bogów, ty musisz mieć jakiś kompleks na punkcie wzrostu.- mruknął pod nosem Bajarz komentując jego słowa.
Ogar rzucił się do ataku, z dziką zawziętością zrodzoną w piekieł. Cerber Viktora dopadł do alchemika, który wgryzł się w kończyny alchemika utaczając krwi. Mimo wszystko alchemik wydawał się nie przejmować obrażeniami.
Etrigan przemieścił się tak by zrobić miejsce przybyłemu stworzeniu i nadal atakował szponami. Baltizar zaś…sięgając po kartę i wzdychając ciężko. Wokół alchemika wszak zrobiło się tłoczno. Wrzucanie kolejnego potwora do tej grupki, tylko by utrudniało sytuację reszcie.
Kawałek od Khala błysnęło magiczne światło przecinające przestrzeń, przez które zrobiła krok Kaylie... Jaka ze sobą przyniosła swąd palonego materiału, skóry i włosów. Krytycznie raniona zdołała ostatkiem sił wyciągnąć się z okolic alchemika i skryła za kapłanem kierowana jakimś odruchem, by przy nim szukać pomocy.
Kaylie cierpiała ciężkie poparzenia, a jej odzienie nosiło wiele śladów przypalenia. Oddychała ciężko łapiąc powietrze z jakimś bólem, a jedynie fakt, że opadła ciężko na ziemię bez świadomości darował jej dalszych mąk.Alchemik strzelił językiem widząc ucieczkę Kaylie. Zerknął na latającą wokół niego niedogodność. Ponownie sięgnął do swojej torby szukając kolejnych komponentów. Etrigan chciał ponownie wykorzystać okazję, ale i tym razem jego szpony jedynie zaatakowały powietrze. Mężczyzna wyciągnął jasnozieloną ciecz w fiolce, którą błyskawicznie wypił, po czym splunął nią w szerokim pióropuszu kwasu. Papierowy ptak starał się odlecieć od ataku, niestety został całkowicie pokryty żrącą cieczą.
Khal otworzył szerzej oczy i chyba nawet zbladł dopiero widząc jak poważnie oberwała Kaylie. W pierwszym odruchu chciał ją złapać, powstrzymać upadek… ale widział, że instynkty kopnęły i nie rozbije ona sobie głowy, a zamiast ją łapać rozwijał już zwój. Dokończył tylko inkantację, rozpoczętą dawno temu, gdy go spisywał. Dla odmiany błękitne światło objęło Kaylie, gdy pozytywna energia stawiała ją na nogi.
Cerber odskoczył od Alchemika i zaatakował go znowu, tym razem jedynie jedna z głów zdołała zacisnąć na nim zęby.Skrzydlaty pomocnik gnoma, choć niewątpliwie poważnie poraniony kwasem nadal atakował przewciwnika zaciekle szponami i dodatkowo paszczą zapewne licząc na to że cienista natura jego ciała pozwoli mu przetrwać kolejne ataki alchemika.
Baltizar nie przejął się cierpieniami Etrigana, tym bardziej że sam jego stwór wydawał się nie odczuwać bólu. Bo i nie odczuwał.
Kolejnym gestem dłoni, kolejnymi gniewnymi słowami przyzwał kolejne trzy łańcuchy by przebić nimi ciało upierdliwego starucha, który niemal bezwiednie odbijał ataki łańcuchów dłonią, podobnie jak ataki Etrigana.Kaylie odzyskała świadomość i jak obmyła ją magia kapłańska. Skupiła spojrzenie na Khalu patrząc na niego z mieszanką zdziwienia połączonego z rozczuleniem, jednak bardzo szybko wdarł się ból. Jęknęła czując ciągle istniejący na jej ciele poparzenia.
- Khal... - szepnęła i urwała jak wyrwane zostało z niej syknięcie bólu.
- Nie mogę z nim tak walczyć... Ale broń mnie... Załatwię jego ochrony... - syknęła unosząc się na nogi.
Alchemik wyciągnął zza pasa strzykawkę z czerwonym płynem i błyskawicznie wbił ją sobie w kark. Ciecz bez oporów wlała się do wnętrza mężczyzny, a jego sylwetka przybrała na masie. Jego mięśnie napinały na papierową skórę gotowe z niej wyskoczyć. Spróbował następnie zaatakować pysk, który go ostatnio ugryzł. Kamienna pięść trafiła twarzoczaszkę piekielnego kundla, który wydał z siebie delikatne skomlnięcie.
Khal kiwnął Kaylie głową. Nie byli jeszcze bezpieczni, ale… była na tyle na ile się dało. Skupił spojrzenie na alchemiku.
- Fass! - wywarczał komendę, a szczęki trójgłowego ogara wykorzystały moment i zacisnęły się na udzie i łokciu alchemika. Nie by szarpać, ale by trzymać.
Viktor już inkantował kolejne zaklęcie. Pozwolił swoim oczom zabłysnąć piekielnym pomarańczem, a w jego na wpół zmaterializował się jakby obrys korbacza. Wybił do przodu, korzystając z przewagi jaką dał mu ogar i całe zamieszanie.
Głowica korbacza zatoczyła łuk. Wiedziony nie tylko umiejętnościami ale i intencją Khala uderzył w nadgarstek alchemika, nie czyniąc mu szkody, ale zatrzaskując się na nim. Natychmiast nabierał masy i materialności, ale to nie był koniec. Wciąż nie-do-końca istniejący koniec nagle ożył i wyrwał się z rąk kapłana. Zawinął za plecami alchemika, zatrzasnął na drugim nadgarstku. W pełni zmaterializowane mithrilowe bransolety szarpnęły z mocą, ściągając w tył spętane ramiona.
- Brawo wasza ekscelencjo, braaawo… będzie to ładnie wyglądało w opowieści. Choć osobiście uważam, że jest on zbyt groźny by zostawić go żywym.- rzekł gnom gestem dłoni przywołując Etrigana do siebie.
Viktor nie świętował jeszcze. Ahair zdawał się stracić wolę walki, gdy poznał, że cokolwiek go trzyma to za nic nie da rady tego zerwać, ale to wciąż mógł być podstęp.
- Opór spotka przemoc - syknął do alchemika - Deprime! - warknął z autorytetem, a ogar szarpnął, uderzając alchemikiem o ziemię. Twarzą w dół.
- Detrahe ei sacculum!
Trzecia głowa ogara uchwyciła torbę alchemika i szarpnięciem zerwała pasek… - Miiitius…
Zatrzymała się w pół zamachu i łagodnie odłożyła ją obok. - Booonus canis - pochwalił Viktor, klepiąc ogara po głowie - Booonus Furor.
Trójgłowy ogar, przysłany tutaj prosto z piekieł miał zrozumienie drastycznie większe niż oczekiwać można by po jakimkolwiek zwierzęciu i miał on swoją dumę… toteż udawał, że wcale nie docenia drapania za uszami. - Vincula eum…
Kły ogara zagłębiły się w ciele alchemika, ale ledwie tyle by utoczyć krwi.To nie o rany chodziło, ale o klątwę którą niosły ze sobą… Powtórzył to jeszcze raz i znów i znów i… - Satis est.
Viktor szybko przeszukał alchemika. Obmacywanie starego alchemika nie było przyjemnym procesem, ale koniecznym. Nie cackał się z tym, ani nie przejmował przyzwoitością. Traktował alchemika jako wciąż groźnego i zadowolony był dopiero gdy opróżnił mu wszystkie kieszenie, odebrał wszystko co miał przy pasie… i zdjął buty… ciężkie, skórzane buty było znacznie łatwiej zdjąć, niż upewnić się, że nie skrywają ostrza z mutagenną trucizną.
-
Czy przeżyje, to w znacznej mierze zależy do niego. - Khal odniósł się wreszcie do opinii Baltizara.
-
Wasza ekscelencja nie zrozumiała mojej sugestii. Uważam, że nie jest w naszym interesie aby on żył.- wyjaśnił gnom przykładając dłoń poranionego Etrigana i za pomocą słów przelewając w niego uzdrawiającą magię. Od razu się jego pupilkowi polepszyło.
Kaylie podeszła powoli, widocznie czymś bardzo poruszona. Gdy spojrzała na Baltizara gnom mógł zobaczyć w jej oczach... złość. -
Nie ty wydajesz wyrok. Nie będziesz robił co ci się uroi. ZNOWU. - warknęła.
-
Nie wydaję wyroków. Oceniam sytuację. On jest niebezpieczny i jeśli nie blefował, samo dostarczenie go do miasta będzie niebezpieczne. A i co powie na … procesie…- wzruszył ramionami Baltizar nie przejmując się gniewem kobiety. - Ale to tylko moje skromne zdanie. Spojrzał w kierunku z którego wyszedł alchemik.- Tak czy siak… lepiej się pospieszyć i odszukać jego zapasy…antidotum na klątwę skamienienia. Pewnie ichor gorgony… lepiej się pospieszyć zanim ewentualne sługi naszego więźnia rzeczywiście się tu zjawią.
-
Jak mówiłem, wiele zależy od niego… - zaczął Viktor, gdy bezwysiłkowo podnosił alchemika do pionu - …bo ktoś się zbyt podekscytował i uniemożliwił mi dowiedzenie się jak cofnąć petryfikację. Więc Ahair… wybacz to interludium. Po mojemu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Zacznijmy od sprawy najpierwszej… jak cofnąć petryfikację?
Alchemik się jedynie uśmiechnął. -
Nie ma problemu, chłopcze. Dwie opcje, jad bazyliszka przestanie działać sam za dwa dni. - starszy mężczyzna wzruszył ramionami - Mam też antidotum w laboratorium w następnym pomieszczeniu. Jak nie ufacie to poślijcie tego papierowego ptaka, aby zobaczył, że nic tam nie ma
-
Baltizar, idź po antidotum. - warknęła Kaylie rozglądając się w poszukiwaniu swojej broni, którą puściła w bólu.
Gnom i tak planował tam się udać, więc po prostu ruszył z ptasim zwiadowcą na przedzie i ze swoim psem tuż obok. -
Fiolki z szarym płynem, wygląda jakby była w nim gęsta mgła! - zawołał alchemik za gnomem - Więc… co teraz? Zakładam, że osąd i egzekucja?
-
Nie do końca mi oceniać - stwierdził Viktor otrzepując ramiona alchemika z pyłu - Mamy cię sprowadzić do Evercrest, jeśli uznamy, że to bezpieczne. Być może, ale nie mogę mieć pewności… ktoś ze ścisłej śmietanki towarzystwa tam mógłby chcieć z tobą porozmawiać. Zaproponować układ. Taki co byłby dla niego nieco bardziej korzystny niż dla ciebie, ale… prawdopodobnie i tak byś uznał za kuszący w świetle alternatywy… ale to tylko “być może”. Rzekomo nie wiem nic więcej niż komendant.
Viktor uśmiechnął się i klepnął go w pierś pokrzepiająco. -
Ale to potem - stwierdził Viktor i cofnął się krok w tył… niby w przyjaznym geście. Jakby zwracając alchemikowi osobistą przestrzeń, ale tak naprawdę po to aby móc go całego objąć wzrokiem.
-
Twoje sługi. Kiedy spodziewasz się, że wrócą, w jakiej ilości i jakości? - zapytał, drapiąc za uchem jednej z głów Furora, co właśnie przysiadł obok.
-
Piątka, powinni być w dobrej formie. Jeżeli wszystko poszło po myśli za dwa dni z kilkoma nowymi okazami. - alchemik wydawał się nieporuszony sytuacją.
Viktor kiwnął głową. Wierzył alchemikowi, ale i tak był zaniepokojony. -
Nie abym coś zarzucał, ale… dlaczego jesteś taki spokojny? Byłem kilka razy w takiej sytuacji i za każdym razem ten-w-kajdanach reagował dosyć emocjonalnie. W różne strony “emocjonalnie”, ale taki spokój widzę pierwszy raz…
To nie była do końca prawda… widział to raz, czy dwa i oznaczała asa w rękawie. -
A cóż mi da "emocjonowanie się"? Przegrałem, zabrałeś moje narzędzia, mutagen przestaje działać. Skończyły mi się sztuczki. Zostało mi teraz podążyć za procesem. Zawsze brałem to jako możliwą ewentualność. Ludzie odrzucają okropieństwa postępu, jeżeli dzieją się w ich teraźniejszości.
-
-
Sala do której wkroczył gnom była nieco mniejsza od pieczary w której stoczyli walkę. Była za to o wiele bardziej wypełniona. Stoły, regały, gabloty pełne ksiąg, fiolek i sprzętu alchemicznego. Nieco głębiej widział kamienne stoły, puste, ale z zaschniętą krwią.
Baltizar podszedł do postawionych fiolek, przyjrzał się tym zawierającym szarą ciecz. Otworzył, powąchał i ocenił barwę, by upewnić się że alchemik nie kłamie. Ocenił, że jednak mówił prawdę. Baltizar zebrał fiolki, włożył do sakwy i podał Jogmethowi do pyska.
- Zanieś kobiecie.-
Po tych słowach ogar ruszył z powrotem, a gnom zaczął przeglądać księgi w poszukiwaniu czegoś ciekawego… ciekawego dla niego, więc pomijał księgi magiczne, alchemiczne. Interesowały go traktaty o planach, miejscowa historia i legendy.
Znalazł kilka ksiąg ze spisem fauny Pierwszego Świata i ich alchemicznych zastosowań. Widać jednak, że legendy, historia czy inne plany nie były zainteresowaniem alchemika.
- No cóż… warto było spróbować.- westchnął do siebie Baltizar i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu eliksirów, które mogły być użyteczne. Było tego sporo… gnom uznał, że… wszystkiego nie weźmie, więc postanowił wybrać sobie część tylko. A resztę zostawić pozostałym członkom ekipy ratunkowej. Po chwili do plecaka trafiło kilka silniejszych mikstur leczniczych, kilka neutralizujących trucizny i klątwy, kilka usuwające choroby. Poza nimi mikstury oddychania pod wodą, pajęczej wspinaczki oraz formy gazowej. A na koniec mikstury kociej gracji. I jeszcze wiele innych zostało, acz…Baltizar uznał, że na więcej nie ma już miejsca w jego plecaku.*
Kaylie wyruszyła na poszukiwanie miecza, co nie zajęło jej długo, kiedy uniosła czarną klingę zauważyła ruch na końcu pomieszczenia.
Piesek Baltizara wyszedł z komnaty i ruszył w kierunku Kaylie niosąc sakwę w której z pewnością coś było.
Kobieta patrzyła jak podchodzi pies, sama trzymając miecz w dość kurczowym uścisku, jaki przywodził na myśl tulenie dziecka, nie dzierżenie broni.
Jogmeht zakręcił się wokół niej, aż w końcu usiadł przed nią z początku trzymając sakwę w pysku… a następnie ostrożnie kładąc ją przed nią.
Arkanistka schowała broń w pochwie przy pasie i przychyliła się do sakwy zaglądając do niej. W środku było pełno fiolek z szarą cieczą. A Joghmeth wskazał pyskiem jeden z posągów.
Kaylie ostrożnie pogłaskała ogara pod uszami i zabrała sakwę. Skierowała się do "posągów" by wpierw Joriego uwolnić z kamiennych okowów.Po kilku sekundach ciało elfa ponownie składało się z… no ciała. Jori zakaszlał kilka razy.
- Cholerne… - wypluł trochę śliny zmieszanej z kurzem - Jad bazyliszka. Dobra rzecz. - zerknął na Kaylie - Och, nie dorwał nas wszystkich. Dobrze, zakładam, że go załatwiliście?
- Unieszkodliwiony. - stwierdziła kobieta, jakiej ciało nosiło oparzenia, a ubranie było przypalone. Otworzyła sakiewkę z miksturami - Pomóż mi resztę przywracać do cielesności. - podała dwie fiolki i skierowała się pomóc Filii.
- Uuu, nie muszę korzystać z własnych zasobów. - elf ruszył do pozostałych statui.
Filia przewróciła się kiedy jej ciało wróciło do normy, najwyraźniej petryfikacja złapała ją w niewygodnej pozycji.
- Uuh… - kobieta otarła twarz, upewniając się, że nie jest z kamienia - Wygraliście?
- Nie. - podała fiolkę Filii - Jesteśmy przyszłymi okazami alchemika, a teraz musimy iść do klatek. Polewaj resztę sztywniaków. - zaironizowała, lekko krzywiąc się z bólu.
- Ech… nie tak widziałam emeryturę. - kobieta wstała z delikatnym uśmiechem - Mam nadzieję, że moja ofiara nie była daremna i idiota się przydał.
- Wygraliśmy dzięki niemu. - krótko rzuciła rozglądając się za Jorem.
- Dobrze… dasz sobie radę? Ja… muszę usiąść na chwilę. - Jor stał tam gdzie kobieta go ostatnio widziała.
- Tylko nie zapomnij o miksturze. - odparła i sama poszła pomóc Jorowi.
Barbarzyńca przeciągnął się jak tylko wrócił do żywych, po czym uniósł Kaylie śmiejąc się.
-
HA! Wiedziałem, że dasz radę!
Gdy mężczyzna ją uniósł zobaczył jak kobieta krzywi się z bólu poparzeń. -
Ups! - szybko postawił Kaylie na ziemi - Przepraszam. Widzę, że walka była przednia.
-
Cholernik był nie do tknięcia. Jego alchemia go chroniła... Mnie prawie zabił ognistą bombą. - skrzywiła się - Ostatkiem sił przeniosłam się za Viktora i on pomógł mi... a później udało mu się go spętać.
-
To dobrze. Ofun ma chyba jakieś maści i mikstury, aby pomóc ci z oparzeniem. - Jor zauważył swojego skamieniałego brata - Masz może jeszcze coś, aby uwolnić tego idiotę?
-
Nie martwisz się o swojego brata? - zapytała - Co jeżeli nie mam?
-
Jestem pewny, że ten elfi alchemik coś wynajdzie, albo ten którego pokonaliście. A jak nie… oddam go mamie, posąg tego z nas, który jest bardziej po tacie ją ucieszy. - barbarzyńca się uśmiechnął - Pewnie w mieście kogoś znajdę, aby go uratować.
-
Jesteś taki uroczy. - zaśmiała się i przysunęła bliżej, aby unieść lekko maskę i pocałować Jora w policzek.
Barbarzyńca momentalnie się zaczerwienił. -
Oj, przestań. - kopnął kamyk trochę zawstydzony - To masz jakieś jeszcze mikstury?
Kaylie wyjęła dwie mikstury z sakwy. -
Nie zmarnuj całej. Jedna mikstura wystarczy. Polej brata, drugą miksturę na innego spetryfikowanego. Ja zajmę się resztą. - zaczęła odchodzić, gdy się odwróciła - I pójdźcie sprawdzić czy Viktor nie potrzebuje pomocy z pilnowaniem alchemika.
W przeciągu dziesięciu minut wszystkie ofiary petryfikacji były wolne. Filia wydawała polecenia strażnikom, aby przygotować się do wymarszu.
Kaylie znalazła alchemika grupy Baltizara, który wręczył jej czerwono czarną miksturkę. Po wypiciu kobieta obrosła suchą skóra, która szybko odpadła, pozostawiając świeżą nie poparzoną powierzchnię.
Jori wrócił z pracowni alchemika z kilkoma księgami, przeglądając jedną z nich.A Baltizar podszedł do Filii stukając kosturem o podłogę i podążając w towarzystwie swoich zwierzęcych ochroniarzy.
-
Wszystko dobre co się dobrze kończy. Przestępca złapany toteż pewnie teraz będzie powrót do miasta?- zapytał na powitanie.
Filia kiwnęła głową. -
Jego sługusy pewnie się rozpierzchną jak nas zobaczą, później ich wyłapiemy.
-
Nie masz co się bać droga Blackfyre. - odparł alchemik - Moje sługi mają ograniczony czas przeżywalności. W przeciągu tygodnia umrą.
Komendant miała dość zniesmaczoną minę na fakt, że popapraniec zna jej nazwisko. -
Dobrze… - zerknęła na ekipę Baltizara i Viktora oraz Kaylie - Wy jesteście poszukiwaczami przygód, wam zostawię rozkradzenie dobytku tego… osobnika.
-
Baltizar pewnie się nim zajął... - spojrzała krzywo na gnoma - Skoro jego usilne próby utrudnienia walki poszły na nic...
Kaylie mówiła słabym głosem, ciągle czując rany, choć ból poparzeń zniknął.
Filia uniosła brew. -
Wydawało mi się, że nasz bajarz trzymałby się z tyłu.
-
To prawda… wdzięczność za pokonanie alchemika należy się Kaylie i Viktorowi. No… Etrigan trochę pomógł, a ja… starałem się nie wchodzić między walczących.- odparł skromnie gnom. - Możliwe, że nie za bardzo mi to wychodziło. Nie jestem wojownikiem, więc nie wiedziałem, kiedy… moje próby uniknięcia walki utrudniały działania innym.-
Westchnął ciężko gnom.- Ale ja nie o tym… chodzi o to, czy moi najemnicy będą potrzebni w transporcie więźnia, biorąc pod uwagę potencjalne próby jego ucieczki lub uwolnienia przez tych nielicznych popleczników? -
Chyba i tak będą z nami wracać? - zapytał bardziej niż stwierdził Viktor, oceniwszy, że Filia nie wzięła sobie do serca słów Kaylie o Baltizarze… na pewnej płaszczyźnie zgadzał się z arkanistką, ale… Baltizar miał jeszcze swoją rolę do odegrania i nadszarpnięcie jego opinii by utrudniło.
-
Oczywiście. - odparła komendant - Jakiekolwiek utarczki wy macie, to wasza sprawa. - wzruszyła ramionami - Tego tu… - wskazała głową na alchemika - Będziemy trzymać pod ciągłą obserwacją.
Kaylie nie wydawała się być zadowolona. Wiedziała, że tak będzie lepiej, ale nie podobało jej się puszczenie wolno gnoma. Wstrzymała się jednak od dalszych oskarżeń.
Stała obok Khala, o którego oparła się zmęczona. Objął ją ramieniem, by trochę wesprzeć.-
No to zobaczmy może co cennego uda się tu znaleźć. - Spojrzenie Khala uciekało do labolatrium - Ahair, masz jakieś rekomendacje? - zapytał bardziej interesując się jak daleko sięga apatia alchemika.
-
Zależy co cię interesuje. Książki, mikstury, sprzęt? - kompletny brak przejęcia ze strony jeńca zaczynał chyba powoli działać Filii na nerwach, która ponagliła Viktora gestem ręki.
-
Zobaczymy na miejscu - Viktor odsalutował Filii i poszedł do laboratorium, wciąż obejmując Kaylie ramieniem.
-
Rzecz w tym, że moi awanturnicy nie wracają do miasta. Ani ja też… opowieść się zakończyła. Więźniowie uwolnieni, przestępca złapany. Ja tu nie jestem potrzebny i jeśli moi najemnicy też, to… mam w planach zwiedzanie okolicy, więc nasze drogi czasowo się rozchodzą. - wyjaśnił uprzejmie Bajarz drapiąc się po karku w zakłopotaniu.- Więc, jeśli moi pracownicy nie będą niezbędni, udadzą się ze mną. Duży świat zawsze jest groźny dla małego gnoma.-
-
Rozumiem, chociaż sądziłam, że będziesz też chciał zobaczyć rozprawę. - przyznała Filia.
-
Nie interesują mnie dramaty sądowe. To nie są dobre tematy na opowieści.- wzruszył ramionami Bajarz. - Zresztą… zapewne i tak oboje domyślamy się jaki wyrok zapadnie.-
Podrapał za uchem.- Tak więc, będę się żegnał. A i jeśli planujesz… wysłać za mną swoją małą druidkę, to niech nie chowa się po krzakach. Może dołączyć do drużyny i wypytać o co chce. Nie mam nic do ukrycia.- dodał na koniec żartobliwym tonem, skłonił się głęboko i udał w kierunku swoich podwładnych, by zakomunikować im swoje polecenia.
Gdy tylko Khal z Kaylie zniknęli w przejściu natychmiast porzucił maskę nonszalancji. Objął Kaylie ramionami i delikatnie przytulił.
- Niech to piekła, kobieto… przestraszyłaś mnie.
Kobieta odwzajemniła przytulenie. - Przepraszam... Nie mogłam mu zadać obrażeń, naprawdę próbowałam...
- Zrobiłaś wszystko jak należy - zaprzeczył jej, wyciągając z nadwymiarowej kieszeni zwój. Rozwinął go za jego plecami. Nie musiał go czytać, bo sam spisywał inkantację kilka tygodni wcześniej. Wraz z infernalną mową zapachniało siarką i smołą. Kaylie poczuła magię niższych sfer przepływającą przez nią, a tym razem to również spomiędzy jej włosów uniosły się strużki siarkowego dymu. Powoli jej ciało dochodziło do siebie. Ból słabł. Zmęczenie zanikało… ale magia szybko się wyczerpała nie dając pełnej ulgi.
- Lepiej?
Kaylie wtuliła twarz w szyję mężczyzny czując ciepłe poczucie bezpieczeństwa.
- Tak... - złożyła pocałunek na skórze jego szyi - Dziękuję... Tak naprawdę to gdyby nie ty moglibyśmy nie wygrać. Ten szalony nagły atak Baltizara... To wybiło mnie z rytmu. - westchnęła - Mogłam inaczej do tego podejść, gdybym wcześniej zorientowała się, iż magia nie da rady... - zaczęła się kajać - Mogłam innych zaklęć użyć, mogłam... - słowa Kaylie skrywały w sobie jakiś pogłos desperackiej próby wytłumaczenia swoich błędów.
- Hej, hej, hejhej… - Viktor przerwał jej, wchodząc prosto w głoskę i uniósł jej spjrzenie na siebie - To była trudna walka. On dysponuje solidną magią. Tak jak nie było wstydu gdy ja byłem w twoim cieniu, jak miotałaś swoimi burzami i ogniami, tak i nie urąga ci, gdy potrzebna okazała się mniej widowiskowa magia. - Mamy pełne zwycięstwo. Pomimo pośpiechu Baltizara, pomimo, że kilka naszych zaklęć nie dało rady go sięgnąć. Wygraliśmy. Dochodzi do tej twojej ślicznej główki?
Kaylie patrzyła w milczeniu na Khala sprawdzając czy naprawdę mówi to, co myśli, spodziewając się raczej krytyki, a nie zrozumienia. Gdy nie zauważyła objawów niezadowolenia ponownie wtuliła się w mężczyznę mniej niczym kochanka, a bardziej dziecko szukające oparcia i bezpieczeństwa w rodzicu.
-
Nie wiem czy mówisz prawdę. - szepnęła - Nie umiem rozpoznać twoich kłamstw czy ukrytych emocji, ale jeżeli naprawdę nie jesteś zły na mnie... - zamknęła oczy sycąc się uczuciem - ...to wiele dla mnie znaczy.
Viktor przytulił ją nieco mocniej i ucałował czubek jej głowy. Pozwolił swoim palcom łagodnie przeczesywać jej jej włosy, w uspokajającym rytmie. -
Nie kłamię, jeśli mi za to nie płacą - z lekkim naciskiem powtórzył starą maksymę. - Doskonale spisałaś się na wyższych piętrach, czyniąc naszą drogę tutaj drastycznie łatwiejszą. Wielu tych chłopców żyje dzięki tobie. A to, że ja zakończyłem walkę z “Wielkim-Złym” tylko jest lepsze dla historii, a to o nią nam tu chodziło. Wszystko poszło niemal doskonale, Kruszyno. Bah… jakbyś znów zdominowała tę walkę to byłby dla nas problem…
-
Dlaczego? - zapytała ciesząc się z dotyku Khala - I wciąż uważam, że moje obrażenia są winą gnoma... I tego nie zamierzam darować. - odparła z powagą w głosie okazując, że naprawdę jest gotowa zrobić mu za to krzywdę.
-
Nie rozumiem jego niecierpliwości - przytaknął Khal - ale do tej walki i tak by doszło. Może bym wypracował korzystniejsze warunki, może nie.
Wzruszył ramionami i nachylił się do jej ucha, dla odrobiny prywatności. Zbyt wiele historii się sypało, gdy ktoś dał się przypadkiem podsłuchać. -
Baltizar ma swoją rolę do spełnienia. Daliśmy mu materiał, teraz on musi spleść z tego historię… Masz już w niej swoje momenty gdzie błyszczysz, ja mam kilka innych, ale i tak: pokonanie alchemika powinno być moim momentem. I dobrze, że jest.
-
Nie powiedziałeś mi tego nigdy. Nie zaznaczyłeś jakie to ważne dla ciebie, abym ogólnie się w to nie wtrącała. - mruknęła - Przecież to mogło być tak, że ja od razu bym zobaczyła co powinnam, a czego nie podczas walki. Co byś zrobił wtedy gdybym to ja pokonana alchemika?
-
Nazwij to arogancją, Kruszyno… - uśmiechnął się pół-bezczelnie, ale nie mogła tego widzieć wciąż pozostając w uścisku. - …ale wierzyłem, że dam radę. Twoja magia jest bardzo potężna, ale w odróżnieniu od niej… moja jest dedykowana pojedynczym celom. A jakbym się przeliczył… - poczuła jego wzruszenie ramionami - … bym pracował z tym co mam. Liczę, że Baltizarowi uda się zrobić ze mnie wyraźnego bohatera tej wyprawy, dałem mu kilka momentów doskonale się do tego nadających, ale jakbyś to ty nim została… też dałoby się to ugrać na naszą korzyść… ale nie prowokujmy Bogini Przeznaczeń i zostawmy knucie na kiedy indziej.
Zachichotał i ucałował jej skroń. Wyprostował się, przyjmując znów normalny ton, który hipotetyczny szpieg za drzwiami mógł usłyszeć. -
Już w porządku w twojej główce? Rozumiesz już, że się wspaniale sprawdziłaś i nikt nie może mieć do ciebie pretensji?
Pokiwała głową bez radości. -
Ale nie wybaczam Baltizarowi. Już powiem Azazelowi do słuchu... - warknęła wyraźnie zeźlona - Nie będę tak współpracować.
-
Porozmawiamy o tym później - stwierdził luzując uścisk, aby móc złapać kontakt wzrokowy - A teraz spróbujmy znaleźć tutaj jakichś bonus dla nas, co? - zapytał puszczając oczko.
Galtianka pokiwała głową. -
Ale ty nosisz.
-
Myślę, że jakoś dam sobie radę.
Odkleił się wreszcie od Kaylie i rozejrzał po laboratorium, szukając gdzie coś cennego mogłoby być do znalezienia.
Podobnie jak Baltizar znaleźli całą masę mikstur i alchemicznych wytworów. Księgi prawiące o historii sztuki alchemii, almanachy pradawnych mistrzów, nawet podręczniki ze szkół. Co przykuło ich uwagę to wielkie szklane cylindry wypełnione błękitną cieczą ustawione w szeregach pod ścianami. Różnego rodzaju rury i metalowe liny były do nich podpięte.
Na końcu pomieszczenia znaleźli dość masywną księgę.Viktor przeszedł się ostrożnie i powoli w kierunku księgi, w głowie oceniając ilości, szukając skrzyń aby to wynieść oraz potencjalnych pułapek… nie ufał apatycznemu alchemikowi.
Kaylie natomiast wpierw postanowiła sprawdzić czy nie ma nic w okolicy widocznego z magiczną aurą. Najbardziej była zainteresowana księgami, a szczególnie największą. Po chwili przypomniała sobie o ochronach przed tego typu magią jaką cieszy się to miejsce. Niestety nic nie była w stanie zobaczyć.
Żadnych pułapek nie znaleźli. Największa księga okazała się dziennikiem alchemika, Davros, tak się podpisywał. Księga była wypełniona jego chorymi eksperymentami, ale też codziennymi zdarzeniami. Jedno z pierwszych wpisów przykuło uwagę Viktora.
"Moi sprzymierzeńcy ofiarowali mi tą kopalnię w darze, w zamian prosili jedynie o jeden z moich cylindrów odnowienia."Khal zmarszczył brwi w skupieniu. Przeleciał spojrzeniem jeszcze kilka stron szukając dat, bądź wydarzeń mogących sugerować daty… oraz jakiejś podpowiedzi czym te cylindry miały być. Prawdopodobnie chodziło o tę błękitną ciecz i z nazwy również można było wnioskować, ale nic nie wiesz póki nie potwierdzisz, prawda?
Było jeszcze kilka wspomnień. Z tego co zdołał wywnioskować ciecze w cylindrach pod ścianą są bardzo silnym związkiem alchemicznym, zdolnym odtworzyć ciało istoty w przeciągu kilku tygodni z niewielkiej ilości tkanki.
Arkanistka patrzyła przez ramię mężczyźnie i coraz bardziej, i bardziej była zaniepokojona tym co widziała. Nie powiedziała jednak nic a jedynie w pogotowiu stała przy Khalu gotowe zareagować w każdym momencie jeżeli zobaczy jakieś emocjonalne drgnięcie w jego osobie. To co zbaczyła to nie było “drgnięcie”. Khal sam sobie kiwnął głową, zgadzając się z jakimś pomrukiem i powoli odwrócił się do jednej z wielu kadzi błękitnego płynu. Jego spojrzenie zdało się utonąć w nim. Widać było jak intensywne były jego procesy myślowe gdy analizował nowe znalezisko.-
Może? - wyodrębniła wątpliwość z jego głosu pojedyncze mruknięcie i wreszcie odkleił swoje spojrzenie od słoja…
-
Khal... - szepnęła do mężczyzny kładąc mu dłoń na ramieniu - Czy to widziałeś w swoim... śnie? - zapytała zmartwiona.
-
Nie. - Odpowiedział sztywno. - Kolor był zielony. To nie wyglądało jak proces regeneracyjny… i z opisu wynika, że kadzie tworzą oddzielne istoty pozbawione duszy. Nie… sprowadzę… jej w ten sposób.
-
...czy tak dałoby się... Filia...? - zapytała mając nadzieję że się myli.
Vikor nie odpowiedział, tylko wrócił do księgi. Znów na jej pierwsze strony, tym razem usilniej szukając… i gdy znalazł… znieruchomiał. I lekko zbladł.
-
Teoria nie gorsza niż zwykłe wskrzeszenie… - w końcu odpowiedział - i data się zgadza… ten Davros dostał kopalnię i oddał słój w 4 696, czternastego Arodusa. To jest… dwadzieścia osiem lat temu. Rok po moim wygnaniu. Rok przed rozkopaniem grobu. Dodajmy, że Spug, ten wódz gobliński, znał nazwisko Blackfyre… Musieli być zawzięci… i nie mieć dostępu do dość potężnego kapłana, co by dał radę ją wskrzesić, to zrobili klona poprzez te kadzie…. ale… - zawiesił się i pokręcił głową nie kontynuując myśli. Oparł się ciężko na biurku, powoli spuszczając powietrze z płuc dla odzyskania równowagi.
-
...Filia powinna to wiedzieć. - szepnęła - Pójść po nią?
Viktor spuszczał powietrzę jeszcze kilka długich sekund gdy pytanie zdążyło przebrzmieć. Dawał sobie czas. -
Nie. Jeszcze nie. Powiemy i pokażemy jej to jeszcze dziś, ale po rozmowie ze Spugiem. Filia stara się jak może, ale jest tylko człowiekiem. Bardzo łatwo będzie jej postrzegać teorie na temat ojca jako niedorzeczne, więc warto najpierw ustalić połączenie między Aegonem a tym miejscem.
-
Chcę też ustalić długotrwały plan. - odparła powoli - Taki, jaki pomoże nam ponad wszelką wątpliwość rozwikłać ten węzeł zależności i winy. - położyła dłoń na policzku Khala - I móc zastosować karę na jaką zasługują w literze prawa... - zniżyła głos - ...lub nawet poza nią.
Kapłan ujął jej dłoń i pocałował, ale nie odpowiedział, a kiwnął tylko głową.
Miała rację. I był jej wdzięczny, bo to była deklaracja… ale to nie był czas na to.
- Zanieś kobiecie.-
-
Ekspedycja wracała w dobrym humorze. Straty były praktycznie nie istniejące, udało się uratować przynajmniej część z porwanych no i pojmali głównego złoczyńcę.
Davros siedział w klatce na niewielkim wozie, otoczony przez czterech strażników. Ranni i jeńcy byli rozlokowani po wozach. Pochód wypełniony był rozmowami o wielkim wyczynie sług Azazela.Kaylie nie ustawiła się przy Filii, idąc obok Khala. Była wciąż fizycznie zmęczona, ale szła z innymi nie marudząc
- Gdzie jest Fisuś? - nagle zapytała kapłana - Zgubił się gdzieś? Czemu go nie przywołałeś? Przydałby się w kopalniach. - zapytała zdziwiona nieobecnością chowańca.
Khal na chwilę zamilkł. Ciągły marsz pozwalał nagłej przerwie w rozmowie nie być niezręczną. Wiedział, że ten moment nadchodzi. Fisuś, w swej nowej, rozwiniętej formie, byłby bardzo przydatny. Prawdopodobnie przewyższył by Ihaili w zwiadzie, ze swoją niewidzialnością i Kaylie o tym wiedziała. Więc to była kwestia czasu nim zapyta. Zdusił uczucie rodzące się pod mostkiem. Obiecał, że będzie silniejszy… i to właśnie to oznaczało.
- Chwilowo potrzebował się czymś innym zająć - odpowiedział z lekkim wzruszeniem ramion, zadowolony z nonszalancji jaką udało mu się w ten gest włożyć. - Masz jakieś przemyślenia o Brandelenie? Musimy ustalić taktykę przemycenia go do Evercrest.
Kaylie zmarszczyła brwi. - Zdążyłam zauważyć, że kiedy nie chcesz o czymś mówić to starasz się po prostu unikać tematu. Jak teraz robisz.
Viktor uśmiechnął się pod nosem, w sposób nie kryjący, że dał się przyłapać. - Nie przypisywał bym sobie jakiejś exceptionalem z tego powodu. Zgrabna zmiana tematu, jeśli się uda, jest znacznie łagodniejsza dla współrozmówcy niż declarationes niechęci do przeprowadzenia danej rozmowy.
Uśmiechał się lekko bezczelnie, ale nonszalancja szybko wywietrzała z jego głosu, zostawiając jakąś rezygnację. - To nie miejsce i nie czas, Kruszyno - dodał, obejmując spojrzeniem grubo ponad pół setki ludzi którzy składali cały ich pochód. Otworzył usta aby coś jeszcze dodać, ale zamknął je nim wydały dźwięk.
- Jak to ogarniesz masz zamiar dopiero o tym opowiedzieć. - stwierdziła niezadowolona - Jeżeli tak wolisz niech i tak będzie. - machnęła ręką - Ale jeżeli humorki twojego chowańca mają wpływać na misje to nie jestem zadowolona.
Khal tylko kiwnął głową w apatycznej zadumie. Miał ochotę zaprzeczyć. Bronić Fisusia przyznając się, że to jego własne “humorki” są tego wszystkiego powodem… ale to nie był moment na samobiczowanie. Spuścił powoli powietrze starając się odsunąć mroczniejsze myśli. Miał być silniejszy, prawda?
-
Brandelen wciąż jest istotnym tematem. Myślałem, że spróbuję otwarcie z Filią to załatwić. Co o tym sądzisz?
-
Smoczek to problem Joriego. Ważniejsza sprawa to obgadanie z Filią planu. A jaszczurka... Jeżeli mamy zamiar włączyć kapitan w jej przeszmuglowanie to zrobiłabym to na końcu. - Kaylie machnęła ręką.
-
Takie przysługi bywają bardzo cenne - zamyślił się Khal, traktując to nieco poważniej. - A pikuś to… to nie jest sprawa wymagająca knucia. Z kolei plan... jak najbardziej masz tu rację. Trzeba to odpowiednio rozegrać…
-
Całkowita szczerość. - odezwała się silnym głosem - Według mnie nie wolno nam kręcić w żadnym stopniu jeżeli chcemy od niej zyskać pomoc. Ją to będzie personalnie boleć, Więc i musisz się przygotować, że i ty musisz personalnie cierpieć. Dobrze wiemy, że prawda boli i wolimy ją ukrywać... - spojrzała poważnie na Khala ze smutkiem.
Khal kiwnął głową powoli. Znów pozwolił sobie skorzystać z wygodny ciszy w marszu. Łatwo było mu się z nią zgodzić gdy mówiła w aż takich ogólnikach. Uśmiechnął się półgębkiem. -
Myślę, że i “całkowita szczerość” ma swoje odcienie - stwierdził, ale nie dodał swoich wątpliwości o szczerym wyznaniu Filii o jego fantazjach na temat Aegona w jego loszku. Tej odrobiny paranoi nigdy nie miał się wyrzec. Zbyt wiele razy wygrywał, bądź tracił całe sprawy przez przypadkowe podsłuchania. - Przy czym… znów masz rację. Prawda jest po naszej stronie. Byłoby błędem się jej wyrzec.
-
Filia służy Abadarowi. Nudnemu bogu całkowitej prawości. - Kaylie nie wyglądała na fankę - więc próba zatuszowania prawdy przy niej raczej nie będzie niczym dobrym. Może źle na to zareagować. - z głosu kobiety dało się wywnioskować jak niskie mniemanie ma o takich osobach - Zero elastyczności w ich osądach.
-
Tsk… - zadziorny uśmiech wyrósł mu na twarzy - Odnoszę nieodparte wrażenie, że inaczej widzimy wartość silnego prawa w społeczeństwie. - Uśmiech przerodził się w cichy chichot - Kapłani Księcia Ciemności również by ci przytaknęli, choć nigdy oficjalnie, że litera prawa służy by ją zignorować w sprzyjającym momencie…
-
Litera prawa to tania dziwka. - fuknęła Kaylie - Da każdemu kto jej więcej zaoferuje. Akurat ty tego doświadczyłeś za dzieciaka... - spojrzała Khalowi w oczy - Twoja matka by się ze mną zgodziła.
Ze współczucia, gdy Viktor myślał, że Kaylie odwołuje się do swojej historii, w której prawo wcale jej łagodnie nie potraktowało, przez ukłucie żalu przeszedł do gniewu. Jego twarz stężała, a usta wygięły się w urazie, gdy zaciskał pięści… Dał im zadrżeć z wysiłku i zluzował je. Patrzył przed siebie, póki nie upewnił się, że gwałtowność z niego już wyparowała. Gdy odwrócił do niej swoje spojrzenie miał w nim głównie zawód… i w tym samym momencie skrzyżował wzrok z Kaylie, która również się zatrzymała by przysunąć blisko, wręcz prawie na intymną odległość. -
Oboje zostaliście skrzywdzeni przez prawo sprzedajne. - poczuł jak kobieta chwyta go za dłoń - Bez szans na spisaną sprawiedliwość. Tylko ból i cierpienie.
Kaylie przysunęła usta do ucha mężczyzny i wyszeptała. -
Sądzisz, że twoje marzenia o ukaraniu winnych będą z litery prawa?
Khal skrzywił się nieprzyjemnie, bo jego paranoja nie była zadowolona. Spojrzał w rozgadany korowód, czy ktoś nie usłyszał więcej niż powinien. Wyprawa była rozgadana i niewielu strażników miało się na baczności, więc nie można było się rozsądnie spodziewać, że ktokolwiek by usłyszał ten niemal-szept Kaylie… ale nie na rozsądku się paranoja opierała. Odczekał jeszcze kilka chwil, by się bardziej oddalili, nim znów na nią spojrzał. -
Ocenianie co ludzie by uczynili w danej sytuacji pozostawmy tym, którzy przynajmniej ich poznali osobiście, dobrze? - zaproponował z delikatną, acz wyraźną nutą nagany w głosie. Po chwili westchnął, a ton jego głosu przybrał bardziej wyważony charakter.
-
Jestem adwokatem z przekonania, serca i natury. Związałem mój los z Kozłem Ofiarnym, bo nasze wizje na temat Prawa są niemal tożsame. Nie zostałem Trzecim Piórem Cheliax ani przypadkiem, ani nieszczerością… W moim pełnym przekonaniu Prawo to koncept. To idea. Narzędzie. Nie ono nas skrzywdziło, ale ludzie którzy je wypaczyli w złej wierze.
Wzniósł dłoń, by dać Kaylie znać, że nie skończył, a myśli tylko zbierał. -
To nie Prawo chroni Aegona przed słusznym gniewem, ale jego zdolności, lojalni mu ludzie oraz, co tu jest największym czynnikiem, prawie trzy dekady czasu który upłynął zacierając ślady i pamięć. Gdyby udało nam się zebrać dowody, to wedle prawa Evercrest, za rażące sprzeniewierzenie się obowiązkom swojego świętego urzędu, powinien być rozczłonkowany wołami. Czy wierzę, że tak by się stało? Nie. Ale to jest zarzut znów do ludzi, a nie Prawa. I mojej kary dokonam wbrew ludziom, a nie wbrew Prawu.
Kaylie patrzyła uważnie na Khala słuchając jego słów ze smutkiem w oczach. Pokręciła głową z jakimś poddaniem się.
- Wiesz, że Galt też ma prawo? - nagle powiedziała cicho - I wedle tego prawa, wedle wszelkich jego zapisów... mam zostać oddana Ostatecznemu Ostrzu. To samo prawo też daje Ogrodnikom nieograniczoną wolność i władzę. Nie ma innego prawa, a ci co je spisywali... sami skończyli bez głów, z duszami uwięzionymi w Gilotynie. - kobieta zaśmiała się ze smutkiem przeczącym rozbawieniu.
Przysunęła twarz bardzo blisko twarzy Khala, że prawie mogła ustami muskać jego usta. - Chciałam byś zrozumiał poprzez własne doświadczenia. Przeliczyłam się.
- Kaylie… Kruszyno… - Dłoń Khala ujęła jej żuchwę. Kciuk sięgnął i głaskał ją lekko po policzku. - Wiesz dobrze, że świat jest drastycznie bardziej zniuansowany, niż to, jak go teraz przedstawiasz. Gdy spojrzy się dość głęboko, NIC nie jest proste. Nawet coś tak pierwotnego, jak, zdałoby się, bezwarunkowa i jednowymiarowa miłość matki do dziecka. Staje się ona straszliwie złożoną rzeczą, gdy się w nią zagłębimy. Systemy zarządzania setkami tysięcy ludzi są o całe rzędy wielkości trudniejsze.
Zastanowił się chwilę, składając w głowie słowa. - Myślę, że różnimy się w rozumieniu, czym właściwie jest Prawo. To, co byś ty nazwała prawem, ja rozdzielam na dwie odrębne kategorie. Nazwijmy je “Literą Prawa” oraz “Egzekucją Prawa”. To pierwsze jest tą koncepcją i ideą, w której sanctis wierzę. Nie oznacza to jednak fanatycznego przekonania, wykluczającego możliwość dokonywania jakościowych ocen w konkretnych przypadkach... Z kolei za drugie odpowiedzialni są homines, a właśnie w tej sferze istnieje niemal nieograniczony potencjał do malwersacji pierwotnej doktryny. Z lex codixes Galt tylko pobieżnie się zapoznałem i było to ponad dekadę temu, gdy przez chwilę miałem jechać na Szczyt w Kyonin, by ogarniać pewien kryzys…
Zrobił krótką pauzę, by ciszą zasugerować nie-generyczność tego kryzysu i dać jej czas na skojarzenie, że mowa o tym spowodowanym przez nią. - Wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę, ale nawet w twojej ojczyźnie Litera Prawa stanowiła, że Szarzy Ogrodnicy byli zobowiązani działać w dobrej wierze, kierując się korzyścią narodu ORAZ obywateli. Przez całe swoje istnienie byli zobligowani nie nadużywania swoich uprawnień i zapewnienia odpowiedniej pewności wyroku, w stosunku do jego surowości…
Zastanowił się moment, rozważając szereg argumentacji. - Ale w sumie to nie jestem pewny czy ja odpowiadam na rdzeń twojego argumentu… ty mi chciałaś podać przykład wypaczonego prawa, czy pokazać, że moja filozofia by ode mnie oczekiwała wydanie Ciebie Galt?
- Wypaczone prawo i byś zobaczył jak zaprzeczasz swoim ideałom... - pociągnęła Khala za sobą, aby nie oddalali się tak bardzo od grupy - Naiwnym ideałom w mojej ocenie. Nie wiem czemu akurat ty tego nie widzisz, Ale najwyraźniej nie mamy to zrozumienia. Zostałeś skrzywdzony, więc powinieneś dokładnie rozumieć sytuację.
Viktor ujął Kaylie za dłoń, by nadać tej dyskusji cieplejszy ton. - Zrozumienie nieraz przychodzi dopiero z czasem. Iii… doświadczenie mi mówi, że my tak naprawdę wcale nie mamy tu aż tak różnych opinii, a problem wynika z różnej nomenklatury, którą stosujemy. Ludzie mający fundamentalnie inną filozofię często nie mogą zdzierżyć swojego towarzystwa… a spędzanie z tobą czasu postrzegam jako niemal znośne.
Na krótki moment jego głos stał się zadziorny, niski, i przyjemny… ale zaraz wrócił do swojej normy. - Na przykład… jeśli, na potrzeby tej dyskusji, zdefiniujemy Prawo jako Koncept ORAZ Egzekucję... wtedy z miejsca przyznam ci rację. To prawo nas skrzywdziło. Nas oboje, ludzi, których kochaliśmy, oraz niepoliczalne legiony innych. To prawo jest wadliwe. Sprzedajne, jak ty to ujęłaś. Jest ono plugawe w Galt, w Cheliax też, i nawet tutaj też nie jest dobrze. Zbyt często jest ono narzędziem tych co mają władzę, by zyskać bogactwo i więcej władzy… albo prymitywną satysfakcję. Nie ma ono mojego szacunku i przez dekady nie traktowałem go lepiej niż moich jagniąt. Nie czuję konceptualnej, czy moralnej lojalności względem niego. Jedynie utylitarną. Czy to o czym mówię jest bliższe twojemu postrzeganiu Prawa?
Kaylie szła powoli obok mężczyzny patrząc bez emocji na drogę. Zaczęło się wydawać, że nie podejmie tematu, gdy się odezwała.
- Mówisz za dużo. - parsknęła krótkim śmiechem - I dokładnie tak czuję prawo. Tak je widzę. Nie zmienia to faktu, że gadasz za dużo. Nikt ci chyba nie płaci za każde słowo czy literę. - uśmiechnęła się krzywo z jakimś wrednym gestem.
- Gdzieś to już słyszałem… - podrapał się wolną ręką po skroni, w ostentacyjnym geście - …ale jakoś tak się niesamowicie składa, że niemal zawsze tuż przed, bądź tuż po tym jak tym jak jakiś konflikt został rozwiązany... - Wyszczerzył zęby, nie kryjąc samozadowolenia, ale zaraz wrócił do łagodnego uśmiechu.
- Rozważ proszę, w wolnej chwili, mój podział Literę Prawa oraz Egzekucję Prawa. Nie sprawiłoby mi przykrości, gdyby udało ci się dostrzec wartość tej idei. Niezależnie od tego jak bardzo nieosiągalna jest ona, poza światem filozoficznych dyskursów.
- To jakbyś oceniał siłę maga poprzez zawartość jego księgi zaklęć. Przecież nieważne jak opasna ona jest, nie ma żadnego znaczenia jeżeli dany mag nie chce użyć zaklęć w niej zawartych. - wzruszyła ramionami - W takim przypadku to tylko ładna książka jaka może być ci wspórką dla innych książek.
Khal myślał chwilę w marszu nim się odezwał.
- Z powodu samej skali nie możesz poprawnie porównać prawa, które określa sposób rozstrzygania konfliktów między setkami tysięcy ludzi, do pojedynczego maga, używającego kilku zaklęć z jednej księgi. W idealnej sytuacji, gdzie obywatele posiadaliby pełne zrozumienie oraz dobrą wolę, jakiekolwiek prawo byłoby zbędne. Ilość interakcji między obywatelami permutuje wraz ze wzrostem ich liczby, a prawo musi umieć sobie z tym radzić. Czy wyobrażasz sobie, że ludzie są na tyle dobrzy i altruistyczni, by osiemdziesiąt tysięcy obywateli w jednym mieście byłoby w stanie wykazać się zrozumieniem i bezinteresownością tak wielkimi, że one same wystarczałyby, by nigdy nie doszło do poważnych konfliktów, a stosunkowo wszystkie zostałyby rozwiązane polubownie?
- Ktokolwiek by w to wierzył byłby po prostu naiwny. - odparła wprost - Ludzie są zasady źli. - stwierdziła - Ty jesteś zły. Ja jestem zła. Ważne jest po prostu czy ktoś jest w stanie to powstrzymywać w sytuacjach odpowiednich. - wzruszyła ramionami.
- I wyznaczyłabyś kogoś konkretnego do tego powstrzymywania? Czy każdy kto ma ochotę, bądź czuje potrzebę? Ktoś musiałby oceniać co jest “sytuacją odpowiednią”, prawda?
- Chodzi o to czy osoba jest w stanie to powstrzymać w sobie. Jeżeli potrzebuje praw, aby to powstrzymać to bynajmniej nie jest osobą dobrą niezależnie co mówi.
- Zgadza się - przytaknął Khal - Gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy, to prawo byłoby niepotrzebne. Niestety nie są. Wyłonienie się prawa nie jest celem samo w sobie. Nie jest ono cechą jaką doskonałe społeczeństwo powinno posiadać, ale odpowiedzią na jego głęboką niedoskonałość. Jest smutnym pogodzeniem się z faktami zastanymi.
- Temu potrzeba nam kogoś kto zemści się za tych co nie mogą sami się zemścić. - powiedziała z siłą w głosie - Działać tam gdzie prawo nie dało rady. Pozwolić ludziom spokojnie przetrwać krzywdy, wiedząc że będą one pomszczone.
Kaylie mówiła to z pewnością w głosie i jakimś oddaniem tej sprawie. Wyraźnie mocno wierzyła w zemstę za nie pomszczone krzywdy.
Viktor zmarszczył brwi i dopiero po chwili je rozpogodził. Westchnął z lekką rezygnacją.
- Tak jak prawo jest konieczne w rażąco niedoskonałym społeczeństwie, tak rażąco niedoskonała egzekucja prawa może usprawiedliwiać konieczność pojawienia się vigilante. To jest śliski temat i wielu takich, metodą małych ustępstw moralnych, zostało w końcu zwykłymi bandytami… no ale oni wszyscy popełnili ten jeden poważny błąd nie bycia tobą i drugi nieposiadania mojego wsparcia, prawda? - zapytał zadziornie, nie bardzo kryjąc, że pod humorem kryło się zmartwienie. Zbyt wielu takich vigiliante widział na szubienicy.
Kaylie uśmiechnęła się ze smutkiem. - Zakładając, że to nie ty byłbyś oskarżycielem przeciwko mnie. - stwierdziła wprost - Oraz że nie dałoby się cię przekonać nocą czy kilkoma. - zaśmiała się, chodź ciężko było wyczuć w tym jakąkolwiek radość. Może tylko wymuszoną.
- Może postarajmy się nie sprawdzić jak to by się rozegrało, co? - zapytał zachęcająco - Widziałem tylko jeden scenariusz gdy tacy mściciele nie kończyli pod opieką kata. Gdyby byli inteligentni. Cierpliwi. Zdolni… a przede wszystkim: robili to tylko raz. Jedna zemsta. Jedna pomszczona krzywda i koniec. Finito. To nie jest łatwe, bo niewiele równa się z hajem jaki wtedy się odczuwa, ale jeśli pozwoli się sobie na drugi akt zemsty… to ostatni będzie dopiero ten, po którym wreszcie się wpadnie. Będzie się mścić znowu i znowu, a gdy skończą się krzywdy własne i bliskich, zaczną wystarczyć krzywdy ludzi których się zna. Potem i domniemane, a w końcu zupełnie wymyślone i nim się spostrzeże jest się czarnym charakterem, przez którego matki boją się pozwalać dzieciom wychodzić po zmroku. Wtedy to kwestia czasu, nim ktoś niewinny będzie musiał zginąć bo “był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie”. Ostatnimi słowami, nim zapadnia się otwiera pod stopami są wtedy “na początku naprawdę chciałem dobrze”, albo “nie rozumiem jak to się stało”. Liora i Rylan… nie pamiętam ich nazwisk ale to dwaj których osobiście posłałem na szubienicę, choć gdzieś tam w środku wciąż byli dobrymi ludźmi o najszczerszych chęciach. Startowali ze znacznie lepszego miejsca niż my, a ostatecznie i tak, na sznurze tańczyli w rytm okrzyków radości i potępienia ludzi, dla których to wszystko zaczęli. W pełni zdając sobie sprawę z mojej hipokryzji… będę ci więcej niż wdzięczny za pomoc z moją zemstą, ale poza tym nigdy nie usłyszysz ode mnie słów zachęty byś przyjęła na siebie taką rolę. Wręcz przeciwnie… byłbym deprymującym diabłem na ramieniu, wytykającym ci każdy błąd taktyczny, każdą ścieżkę która może doprowadzić do porażki, każdy durny powód dla którego pomysł jest zły, szczerze licząc, że się zniechęcisz i zaniechasz, ale jeśli wbrew mnie podejmiesz się tej samobójczej roli… to będziesz przygotowana tak dobrze jak to tylko jest możliwe.
- I będziesz w pierwszym rzędzie patrzył jak zakładają mi pętlę na szyję. - stwierdziła pozbawionym emocji głosem.
- Jakby nie przysługiwało mi honorowe miejsce obok ciebie? Tak. Ale po to aby dodać ci odwagi i cichaczem zaprezentować diament, który bym wykorzystał by sprowadzić cię z powrotem. Względy zdolnego kapłana o wątpliwej moralności przychodzą z pewnymi benefitami - puścił jej oczko, z bezczelnym uśmiechem, w nadziei rozluźnienia atmosfery.
Kaylie milczała długi czas idąc obok Khala trzymając go za rękę. Nie był przekonany czy ona rozważa to co jej powiedział, czy raczej coś innego siedzi jej na głowie.
- Khal... - szepnęła nagle - Gdzie on jest? - spojrzała twardo w oczy mężczyzny - Gdzie jest Fisuś?
Khal odwrócił spojrzenie, wyciągając rękę z jej dłoni. Wyglądał jakby dostał fangę pod mostek. Oddech stał się płytki gdy na nią spojrzał. Oczy miał szeroko otwarte, a żyłka na czole pulsowała mu zbyt szybko. W jakiś sposób był zwyczajnie przestraszony i ten widok aż jej wzbudził serce, jakby nagle znalazła się w zagrożeniu. - Nie… - odpowiedział niewiele więcej niż szeptem.
Stojąc tak blisko, z uwagą pochłoniętą przez jego reakcję nawet nie miała jak zauważyć cienistego korbacza, co zmaterializował się w jego dłoni. Poczuła go dopiero gdy zacisnął się nad jej kostką. Nie zdążyła zareagować w te ćwierć sekundy nim drugi jego koniec zacisnął się mithrilowymi kajdanami na drugiej nodze i szarpnięciem ściągnął kostki do siebie.
Kaylie była bardzo zaskoczona. Nie wiedziała co się dzieje. Czemu on to robił? Co planował? Mógł powiedzieć, że naprawdę nie jest gotowy, ale teraz...
W tym momencie kobieta poczuła się zagrożona z jego strony.Khal nie zmienił wyrazu twarzy ani odrobinę. Poruszył tylko bezgłośnie ustami, kręcąc drobnie głową. Nie był w stanie wydać z siebie artykułowanych dźwięków, a nawet nie wiedział jakie chciałby wydać. Nie gdy “oberwał” tym z aż takiego zaskoczenia.
Odwrócił się i szybkim krokiem, prawie truchtem dołączył do korowodu. Po drodze strzepnął tylko ramionami rematerializując sobie ubiór, w którym łatwo mógł się w nim schować. Dwie sekundy po tym jak go straciła z oczu kajdany opadły i rozwiały się jakby nigdy nie były niczym więcej niż ciemną mgłą.
Kobieta patrzyła zaskoczona za kapłanem. Poczuła ukłucie żalu, gdy on postanowił uciec od tematu jakby same jej słowa parzyły. Nie wiedziała czy była czemuś winna, ale w tym momencie zaczęła podejrzewać, że nieobecność chowańca to jej wina.
Nie próbowała dołączyć do pochodu by znaleźć mężczyznę. Zrobiła pojedynczy krok jaki skierował ją wprost do komendant, jakby przy niej ciągle szła.Filia nie zareagowała na początku na pojawienie się Kaylie. Kroczyły tak jedna obok drugiej w dość napiętej ciszy, dopóki komendant nie postanowiła jej przerwać.
- Należą ci się chyba przeprosiny…
- Przeprosiny? - kobieta zapytała po dłuższym czasie milczenia.
- Za to jak chciałam załatwić sprawę między tobą a Viktorem. Wiesz, te moje podejrzenia o to, że jesteś jego własnością… - kobieta westchnęła - Chyba szukam powodów, aby mu nie ufać. Aby wygnać go z Evercrest, żeby nie kopał głębiej sprawy mojego ojca i wujów. Nie chcę, aby miał rację…
Kaylie pokiwała głową. - Nie mam ci nic za złe. Nie musisz się tym zadręczać. - odparła spokojnym tonem... w jakim jednak pobrzmiewał smutek.
- Coś cię męczy. - wypowiedź komendant była stwierdzeniem, nie pytaniem - Nie będę drążyć, ale jeżeli chodzi o Viktora. - kobieta trąciła biodrem Kaylie - Nie ma lepszego sojusznika przeciwko mężczyźnie niż jego siostra.
- To prawda, ale... - wzruszyła ramionami - Ale tylko jak siostra zna brata.
- Och, wypełnię braki w wiedzy stereotypami. - zapewniła Filia - Więc, chcesz wyrzucić z siebie coś? Możesz nawet gadać od rzeczy.
- Czego ty oczekujesz? Naprawdę nie wiem o co chodzi... Próbujesz mnie przesłuchać? Nie jestem dobra w gry socjalne. - zapytała z niepewnością w głosie.
Filia spojrzała na Kaylie. - Może to i mój zawód, ale potrafię odczytać emocje po głosie. Kiedy powiedziałaś "Nie mam ci nic za złe.", miałaś smutny głos. Coś cię gnębi, więc chciałabym jakoś pomóc, ale nie mogę w ciemno. Jeżeli jednak chcesz zostawić to dla siebie, nie ma sprawy.
- Po prostu wiem, że nic byś na to nie poradziła. Oboje z Khalem nie jesteśmy emocjonalnie zdrowi, co może powodować problemy w związku.
Filia pokiwała głową. - Faktycznie… nie jest to moja ekspertyza. Hm… może, potrzebujecie pomocy z Domu Odnowienia? Na pewno będzie tam ktoś, to pomoże wam poskładać, co jest popękane.
Kaylie spuściła głowę. - To nie jest popękane. To jest po prostu zmiażdżone na proch. - wyszeptała - Wiemy, że możemy się krzywdzić w procesie... Ale co innego zostało?
- Zrobić sobie przerwę od siebie? - zaczęła komendant - Nie mówię, że musicie w tą stronę iść, ale to też opcja. Macie co prawda robotę tutaj, która zmusza was do współpracy. - westchnęła - Więc… może coś na odwrócenie uwagi? Konstruktywne zajęcie, abyście nie mieli czasu się krzywdzić? I jakoś leczyć się pomiędzy.
Arkanistka szła w milczeniu dłuższy czas nim odezwała się ponownie. - Kiedy będziemy robić postój?
- Jeszcze trochę. - obiecała komendant - Musimy znaleźć odpowiednie miejsce.
Kaylie skinęła i dalej szła w milczeniu.
Wieczorny chłód zaczął być powoli odczuwalny kiedy karawana dotarła do brzegu rzeczki i zaczęła rozbijać obóz. Tak jak w noc ataku potwora, wozy były ustawione w okręgu wewnątrz którego znajdowała się klatka alchemika. Namioty powoli zaczynały się pojawiać się wokół małych ognisk.
Filia wydawała ostatnie polecenia i prowadziła luźną rozmowę z Davionem.Viktor, po rozłożeniu namiotu i ogarnięciu wszystkich swoich technicznych spraw, związanych z podróżą był już zupełnie ogarnięty po swojej ostatniej dramie. Znalazł odrobinę prywatności by trochę odreagować.
-
Filio, Davionie… - przywitał się, kiwając głową każdemu z osobna - Nie przeszkadzam, mam nadzieję…
-
Nie, nie. - zapewniła komendant - O co chodzi?
-
Będę przesłuchiwał przywódcę goblinów. Doceniłbym waszą obecność w procesie. Jesteście zainteresowani?
Kaylie stała nieopodal, ale nie włączała się w rozmowę. Miała zamiar sama przysłuchać się przesłuchaniu, ale jednocześnie nie czuła chęci wchodzenia w widok Khala.
Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła głową.
-
Dobrze. Sądzisz, że coś z niego wyciągniesz?
-
Nie jestem pewny jak dużo - kiwnął głową twierdząco - ale spodziewam się, że “coś” na pewno. Jeśli możemy się tym zająć teraz… to potrzebuję dwóch-trzech minut by jego ciało przynieść. Byłabyś uprzejma i posłała kogoś, by znalazł Kaylie i zaproponował jej obecność?
Filia stanęła na palcach aby spojrzeć za Viktorem prosto na Galtiankę z uniesioną brwią.
- Jasne. Davion, bądź miły i znajdź ją dobrze? Pewnie zgubiła się biedna.
Viktor sam również uniósł brew i podążył za spojrzeniem siostry. Uśmiechnął i opuścił głowę, chichocząc nisko, pod nosem rozumiejąc szczyptę żenującej śmieszności sytuacji.
Kapłan Abadara wyminął Azazelitę podchodząc do Kaylie. - Chcesz tam pójść za kilka minut? - wyszeptał do niej.
- Tylko jeżeli on chce mojej obecności... - odezwała się arkanistka z jakąś niepewnością w głosie.
Khal uśmiechnął się do niej, z lekkim zażenowaniem i kiwnął głową. - Chcę.
Kaylie tylko skinęła głową.
Filia zaprowadziła grupą w bardziej ustronne miejsce, nie chciała chłopakom pokazywać spektaklu z gadającym martwym goblinem. Spojrzała na Viktora, który ułożył ciało na ziemi przed nimi.
-
Więc, o co pytamy?
-
Mam w tym momencie w głowie jedno pytanie - odpowiedział Khal - Reszta będzie dedukcją, indukcją i improwizacją… jeśli w ogóle się uda. Powinno, ale echo Spuga nie będzie chętne nam pomagać. Ktoś kiedyś mnie przekonywał, że zmiana wyglądu kapłana może je oszukać… - Viktor wzruszył ramionami, nie dając pełnej wiary tym twierdzeniom - …ale to za chwilę. W czasie negocjacji odniosłem nieodparte wrażenie, że Spug rozpoznał nazwisko Blackfyre.
Khal zrobił krótką pauzę, aby dać ten moment na przyswojenie jego twierdzenia. -
Chcę to sprawdzić.
Kaylie patrzyła uważnie na reakcję Filii. Czy okaże szok? Niezrozumienie?
Filia chwyciła nasadę swojego nosa, zamykając oczy. Widać, że ten temat nie jest jej miły. W końcu kiwnęła głową. - Miejmy to za sobą.
Khal kiwnął głową i postanowił nie przedłużać, pomimo że ciekawiło go czy ukrycie wyglądu pod magią miałoby jakiś efekt. Złożył dłonie tworząc trójkąt i powoli, ale z naciskiem wymruczał inkantację. To nie był przypadek jak w kostnicy straży. To co zostało po Spugu musiało zostać zmuszone do udzielenia odpowiedzi. Ostatnim, mocniej wypowiedzianym słowem, ukończył zaklęcie quasi-wskrzeszając ciało.
Goblin otworzył oczy, ale nie ruszył się. Jedynie patrzył na kapłana oczami pełnymi... uznania? -
Zdrajca. - to nie było oskarżenie przepełnione bólem, ton goblina sugerował, że rozumiał, że kapłan go wykiwał i szanował to.
Viktor uśmiechnął się z sympatią. Nie oskarżał by goblina o zrozumienie, a tu proszę… -
Spug. Co ci mówi nazwisko Blackfyre?
-
Wiele razy je słyszałem. Jeszcze młody byłem, alchemik jeszcze nie zmienił mnie więc nie rozumiałem. Przestępcy z miasta byli wysyłani tu, aby pracować w kopalni. Wtedy my ich łapaliśmy i oddawaliśmy alchemikowi. - rana w szyi goblina nie przeszkadzała mu w mówieniu, jedynie raz na jakiś czas wydawała gwizd.
Khal kiwnął głową i spojrzał na Filię, oceniając jak to znosi. -
Oboje mamy co najmniej jednego rodzica, zaangażowanego w tę sprawę. Jeśli przyjdzie ci do głowy jakieś pytanie to nie krępuj się…
Zaproponował i zamilkł na krótką chwilę, pozwalając jej zadać je, jeśli by już jakieś się zdążyło skrystalizować. -
Jaka była, według ciebie, rola Blackfyre’a w tym procesie?
-
Pewnie on ich tu zsyłał.
-
Dlaczego tak uważasz?
-
Ludzie, którzy ich przynosili mówili "Kolejni skazani przez Blackfyre'a". - Filia przysłuchiwała się odpowiedziom goblina, zaczęła nerwowo chodzić z miejsca na miejsce czekając jak rozwinie się sytuacja. Można było widzieć, że komendant stara się wymyślić każde możliwe wytłumaczenie tej sytuacji, które nie robi z jej ojca części tego okropieństwa.
-
Zostało ostatnie pytanie. - Głos Khala nie wywierał presji. Tylko przypominał, pobrzmiewając nutą troski. Mógł mieć swoje fantazje o Aegonie w jego piwnicy, ale stan Filii nie sprawiał mu radości. - Ja bym teraz pytał o tych ludzi co przyprowadzali ofiary. Jeśli ktoś ma jakieś lepsze to zachęcam… Przy czym bez presji… zabieram to ciało i za tydzień znów z nim porozmawiam. Wszyscy będziecie zaproszeni.
Adwokat zamilkł, pozwalając obecnym się zastanowić.
Kaylie pokręciła głową uważnie obserwując Filię i Daviona.
Cisza przedłużała się i była nieprzyjemna, choć minęła co najwyżej minuta. Viktor nie poganiał, ale w końcu musiał ją zakończyć. Kiwnął głową ze rozumieniem i odwrócił się do oczekującego Spuga.
- Jak dawno temu dostaliście ostatni transport skazańców od Blackfyre’a? - zapytał, zmieniwszy po drodze zdanie co do pytania.
Goblin zastanowił się.
- Dziesięć lat temu poznałem liczby i lata. Trochę wcześniej przestali przybywać. - z tymi słowami goblin wrócił do świata martwych.
Khal kilka chwil nic nie mówił, dając Filii czas. To był ważny moment dla nich obojga, ale z zupełnie różnych powodów. A ona, w pewnym sensie, właśnie traciła rodzica i z tym nie potrafił się nie utożsamiać. Osoba którą znała i kochała coraz bardziej i bardziej wydawała się być tylko wyrachowanym oszustwem. Maską kryjącą kogoś innego pod sobą.
Komendant starała się uspokoić oddech, aby nie zacząć się hiperwentylować. W końcu przełknęła na siłę.-
Mógł… mógł nie wiedzieć. Zsyłanie zbrodniarzy na ciężkie roboty to 9.7o złego. Jeżeli nie wiedział… - Davion położył dłoń na ramieniu komendant starając się ją wesprzeć.
-
Jestem adwokatem od dwóch dekad. Wiele się nauczyłem o ludziach i nieprawdopodobieństwie. Zbyt wiele aby móc, w zgodzie z własnym rozumem, skreślić możliwość jego niewiny. Jeśli na końcu okazałby się tu ofiarą jakiejś większej gry… to ta sprawa nie znalazłaby się wśród trzech naj-nieprawdopodobniejszych, jakie prowadziłem. Nie wierzę by wysyłał skazańców, nie wiedząc co się z nimi dzieje, ale mógł nikogo nie wysyłać. Choćby Crawcolt posługiwał się jego imieniem, bądź całą personą. Może Yasperhyde, albo jeszcze ktoś, kogo nawet nie podejrzewam o udział w tym wszystkim, miał lojalność “kurierów” i w ramach dezinformacji mieli okłamywać alchemika. Wtedy, naturalnie, Spug również zostałby wprowadzony w błąd… Może to stara intryga… jakaś walka o wpływy między tymi trzema, która rozwiązała się nim plan, jakikolwiek by on nie był, doszedł do skutku. To są trzy jakoś-tam wiarygodne scenariusze, które z marszu wymyśliłem…
Gdzieś tam w środku Khala bawiło, mroczną szyderą, że dał się okolicznościom postawić w roli obrońcy Aegona i to w sprawie prawdopodobnie powiązaną z mordem na jego matce. “Bogini Przeznaczeń musi brechtać aż fikołki fika” przeszło mu przez myśl. -
Jednak nie zrozum mnie źle… - jego ton utracił nutę wsparcia. Zastąpiła ją mroczniejsze, a jednocześnie bardziej współczujące brzmienie - Te same dwie dekady doświadczenia mówią, że niewina, nawet jeśli nie niemożliwa, to nie jest tu wielce prawdopodobna.
Kaylie krążyła wokół zgromadzonych czekając na moment w jakim będzie mogła sensownie się wtrącić. Nie była pewna czy obecność Daviona nie sprawi problemów, więc potrzebowała więcej zobaczyć reakcji Filii.
Z Filii momentalnie zeszło całe powietrze. Kobieta osunęła się na ziemię, obejmując kolana. Po chwili dało się słyszeć jej szloch. Davion przykucnął do komendant obejmując ją delikatnie.
- Czemu… czemu nie mogło być normalnie? Czemu nie mogłabym zwykłą córką pół-elfa na jakimś pipidówku świata? - kobieta podniosła wzrok na Viktora, uśmiechnęła się, ale nie było w tym geście radości - Więc co teraz?
- Potrzebujemy prawdy. - nagle odezwała się Kaylie zza Filii i Daviona - Czystej prawdy. Bez emocji. Bólu. - stanęła na widoku pary patrząc na nich - Bez nienawiści i poczucia krzywdy. - zwróciła wzrok na Khala - Nie teraz. Teraz prawda. Odkrycie jej i rozplatanie splotów intrygi.
Spojrzenie Khala przez chwilę było cięższe, gdy mówiono mu, że ma nie nienawdzić… i sam nie wiedział czy bardziej rozdrażniła go sugestia, że w ogóle mógłby pozwolić temu wyjść w nieodpowiedniej sytuacji, czy nadmierna szczerość o jego odczuciach, przy Filii. Odczuciach których starał się nie prezentować.
- Musimy być ostrożni i cierpliwi. Nie wiem jak często się z nim widujesz, ale gdy do tego dojdzie nie możesz pozwolić mu zauważyć, że cokolwiek się zmieniło i to może nie być proste. Poza tym będziemy, ziarnko po ziarnku, zbierać wiedzę. Na przykład… cenne byłoby dookreślenie którego rodzica dzielimy. Do tego muszę się znaleźć stosunkowo blisko Aegona. Jakaś gala, przyjęcie, uczta by się do tego bardzo nadawały. Po dzisiejszych wyczynach byłoby naturalne, że na niej się znajdziemy.
Viktor spojrzał głębiej w Filię, ale nie widział w niej teraz dość zapasów siły by odpowiednio znieść kolejne możliwe plugastwa których winny mógł być jej ojciec, więc zostawił to na kolejne dni.
Filia westchnęła.
-
Nie mówiłeś, że przypominam ci, fizycznie, matkę i dlatego zacząłeś coś podejrzewać?
-
Mówiłem - potwierdził kiwnięciem głową - Rzecz w tym, że to wrażenie jest… efemeryczne. Jakieś półtorej dekady nie pamiętam już jak ona wyglądała. To odbiera temu “wrażeniu” bardzo wiele wiarygodności. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz. - Wzruszył ramionami, powtarzając jedną z reguł, którą wyrobił w cheliańskich sądach. - Nie daję mu więcej szans, że jest faktualne niż… cztery do pięciu. Alternatywnym wyjaśnieniem byłoby, że dostrzegłem w tobie jakieś ulotne podobieństwo do tego co widzę w zwierciadle i jakimś nieświadomym błędem logicznym, sam sobie tak to przetłumaczyłem… albo mój bóg zrobił boską rzecz i zesłał tycią inspirację, co miała mnie pchnąć w odpowiednim kierunku i nie musiała być do tego prawdziwa. Jeśli dzielimy matkę, to oznacza, że Tisis musiała zostać sprowadzona do życia… w jakiejś formie. Implikacje tego są na tyle istotne, że ta szansa jeden do pięciu jest nieakceptowalna. Oczywiście nie ma to aż takiego priorytetu aby zrezygnować z cierpliwości i ostrożności…
Viktor myślał przez pół wdechu nim nie kontynuował. Nie- Wiem, że tworzę tutaj scenariusze na scenariuszach i może to brzmieć mało wiarygodnie, a nawet mało poważnie… no ale właśnie to nie byłoby nawet na podium najdziwniejszych spraw jakie widziałem… Na ten moment musimy ustalić priorytety. Dla mnie, najważniejszym i przytłaczającym wszystkie inne, jest znalezienie matki bądź jej kości. Ukaranie winnych jest drugorzędne. Musisz pomyśleć na czym tobie specyficznie zależy… Chcesz prawdy? Sprawiedliwości? Odwetu? Czy może starczyłoby ci uratować tych których nasze Trio, potencjalnie, krzywdzi i upewnić się, że nikogo więcej nie skrzywdzą?
Łzy Filii zdążyły wyschnąć kiedy Viktor zakończył wywód. -
Chcesz może trochę prywatności dla siebie i twojego głosu? - kobieta delikatnie zachichotała - Czego ja chcę… - komendant chyba rzadko zadawała sobie to pytanie - Chcę, aby moje miasto i ludzie byli bezpieczni. Chcę, aby wszystkie potworności się już nigdy nie zdarzyły.
-
Nie zrozum mnie źle, ale… to jest bardzo “kodeksowa” odpowiedź. Perfekcyjnie oczekiwana od komendant straży. Zastanów się potem czy aby Filia... osoba, a nie funkcja, nie chciałaby czegoś jeszcze. W pewnym momencie może się okazać, że to osoba będzie musiała osądzić Aegona i zadecydować o jego losie. Inny temat… bardziej potwierdzenie… ile Aegon wie o tej wyprawie?
-
Dostatecznie dużo, aby potencjalne poszlaki czy świadkowie zniknęli, a oni wymyślili usprawiedliwienia. - komendant westchnęła - Nie miałam powodu, czy nawet sposobności skłamać, aby nie wyglądało to podejrzanie.
-
To dobrze. - nagle stwierdziła Kaylie - A kto wie kim jest Viktor Goodmann?
-
W sensie kim naprawdę? Nasza czwórka?
-
Ihaili? Fern? - dopytał Khal - Mają dość informacji by móc to wywnioskować jakby ich przycisnął? Jeśli się dowie kim jestem i gdzie byłem… można oczekiwać gwałtownych reakcji.
-
Nie odważy się. A wiedzą tylko, że się wami zainteresowałam z powodu Dworu. - przyznała komendant - Mogę ufać ojcu, ale nigdy nie dzielę się niebezpieczną wiedzą. Ihaili wie, że byłeś poza miastem odwiedzić jakiś stary grób, ale nie wie czyj.
-
A jak wygląda wiedza o... infernalnym patronie? - zapytała galtianka.
-
Przemilczałam.
-
Prędzej czy później i tak się dowie - stwierdził Khal, gładząc się po brodzie w zamyśleniu - Nie powinno być problemem, jeśli tylko nie damy mu powodu by użyć tego jako pretekstu, więc jakbyś została postawiona w sytuacji, że “przemilczenie” brzmiałoby w danej chwili podejrzanie, albo miałoby potencjał by stać się podejrzane w przyszłości… to odradzam.
Khal milczał chwilę, widząc, że dyskusja dobiega już końca. -
Zupełnie osobny temat. Bardzo pośrednio powiązany z tym co omawialiśmy… Filio, czy posiadasz wiedzę, bądź jesteś w stanie się czegoś dowiedzieć o kontaktach Aegona, Yasperhyde’a i Crawcolta w Numerii?
Komendant zastanowiła się chwilę. -
Wiem, że Crawcolt ma kilka filii kupieckich. Pewnie, któraś handluje z tymi regionami. Czemu pytasz?
-
Inna sprawa którą się zajmuję - głos Viktora pobrzmiał mrokiem - Kolejny grzech który wymaga zadośćuczynienia. Młody Crawcolt porwał moją przyjaciółkę i trzyma jej dzieci w Numerii, jako zakładników, aby nie śmiała się mu sprzeciwić. Dowiedziałem się o tym w dniu gdy wyruszyliśmy ze stolicy. Wciąż szukam tropów… Jeden z moich kontaktów myślał, że Aegon może coś wiedzieć.
Filia pokręciła głową. -
Nic więcej nie wiem. Yasperhyde jest trochę duchem w mieście, pojawia się od czasu do czasu, ale nikt nie wie czym się zajmuje. Crawcolt to typowy kupiec, który się dorobił. Tata... no, wiesz. - komendant westchnęła - Ciekawe czy ten nasz tu... - skinęła głową w stronę klatki alchemika - Ma jakiś z tym związek.
-
JAKIŚ na pewno - stwierdził adwokat i już otworzył usta aby zacząć wyliczać powody… ale wstrzymał się i pokręcił lekko głową sam do siebie. Filia mogła się trzymać twardo, ale brak jakiekolwiek reakcji, czy choćby zmarszczenia brwi gdy usłyszała o porwanej kobiecie i dzieciach-zakładnikach kazał mu myśleć, że jest ona już na ostatkach. - Chyba już dość już dziś omówiliśmy. Wszyscy mamy dużo do przetrawienia, a to najlepiej wychodzi podczas snu.
Nie dodał, że nie wykluczał możliwości by Aegon mógł mieć informatora, albo dwóch wśród ludzi na wyprawie. O ile narady są oczekiwane, to zbyt długie wciąż mogły by być podejrzane.
Komendant pokiwała głową.
- Dobrze... Kaylie mogę mieć prośbę? Lubisz być tak bardzo ze mną na przedzie... poprowadź jutro karawanę.
- Miałaś już nie pić... - zaczął Davion.
- A ty miałeś mnie nie powstrzymywać jeżeli NAPRAWDĘ będę tego potrzebowała... NAPRAWDĘ tego potrzebuje. - przerwała mu Filia - Wszystko jasne? Dobrze. - Blackfyre skinęła głową Viktorowi i Kaylie i ruszyła do swojego namiotu. Kapłan Abadara westchnął.
- Mam nadzieję, że nie wróci do złych nawyków...
Khal odprowadził ją zmartwionym spojrzeniem. - Na pewnym poziomie ona właśnie straciła rodzica. Kimkolwiek jest Aegon, nie jest on osobą którą Filia znała i teraz się ona godzi, że może nigdy nie był. To nie jest łatwe… Zwykle lepiej jest nie być samemu w tym momencie.
Khal przechylił nieco głowę, w pytającym geście, gdy złapał spojrzenie Daviona.
-
Kapłan wskazał kilka punktów za komendant, gdzie teraz Viktor zauważył pozostawione elementy rynsztunku.
- Ona traci kontrolę impulsów pod wpływem alkoholu... tak się spotkaliśmy. - po sekundzie zrozumiał co powiedział - Nietomiałemnamyśli!
Viktor uniósł brew rozbawiony, a Kaylie otworzyła szerzej oczy. - Zgwałciła cię?!
- NIE! Nie... nie? - kapłan westchnął - Przybyła do świątyni z "problemem". Konsekwencją jej picia, żeby to tak określić. Pomogliśmy jej, ale nie mogłem jej tak zostawić. Za kilka miesięcy znowu by wróciła. Zacząłem spędzać z nią czas, odganiałem ją od butelki, kilka razy nie zdołałem. Bogowie, one jest silna kiedy MA nad sobą kontrolę. - pokręcił głową - Już trzy lata nie pije... dużo.
- Tym bardziej nie powinna być sama… Nie pamiętam wiele z lat mojej tułaczki po kontynencie, ale pamiętam przytłaczającą samotność… no ale nic. Czegoś powinniśmy się spodziewać? Brzmiałeś jakbyś mówił o alko-agresji. Jeśli jest ryzyko, że byłoby to widoczne to może powinniśmy się przygotować aby ograniczyć… wizualność? Jeśli moje średnio-zasadne wyobrażenia są w połowie słuszne, to lepiej by ludzie jej taką nie widzieli.
- Chcesz ryzykować noc pasji z siostrą? - zapytał "subtelnie" kapłan - Wejdę do niej za jakieś pięć minut. Albo ją uspokoję, albo rozładuję. - Davion westchnął - Nikt nie mówił, że praca kapłana będzie łatwa.
- Pasji?! - powtórzył Khal z nutą oburzenia w głosie - Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
- Nie chcę być wulgarny. - odpowiedział Abadaryta - Chociaż przyznam... świnie mają więcej klasy od niej po kilku butelkach.
- Czyli Davion mówi o czysto zwierzęcym seksie. - Kaylie wprost powiedziała.
Viktor zamrugał kilka razy oczami, mając nadzieję na jakiś komentarz.
- Nie między nami. - odparł oburzony kapłan - Miałem bardziej na myśli technikę.
- Łał… muszę być bardziej zmęczony niż oczekiwałem - stwierdził Khal, jakby do siebie - bo zaczynam się gubić. Mowa o seksie, czy przemocy fizycznej? I jak nie między “wami” to między kim? Chyba, że nie nasz, cholerny, interes…
- Drażliwy temat. Ale lepiej jeżeli to zrozumiecie. Tylko... - uniósł palec - Nie słyszeliście tego ode mnie. Kiedy Filia pije, to znaczy, że jest sfrustrowana. Alkohol jej nie rozładowywuje, jedynie zmiękcza bariery. Sprawia, że przestaje ją obchodzić co uchodzi a co nie. Kiedy się nachla wtedy chce rozładować frustrację... w oczywisty sposób. Albo oferuje się pierwszej lepszej osobie, albo, częściej, siłą weźmie pierwszą lepszą osobę. I zanim zaczniesz, nie nikt tego nie zgłosił. Evercrest to nie żaden monolit kulturowo etyczny, nie wiem czy ktokolwiek w mieście by narzekał, albo się przyznał.
Khal zmarszczył brwi, ale był to gest kierowany do wnętrza, gdy sam w głowie układał te informacje, oraz jego odczucia a propos tych informacji w odpowiednich miejscach.
- To byłoby zdecydowanie poniżej mojej godności, więc chyba rzeczywiście będę się trzymał dziś z daleka. Pomijając nawet komplikacje jakich mogłoby to przysporzyć. Skoro nie oferujesz się dla niej jako trybut, to… starasz się znaleźć odpowiednią osobę?
Zapytał unosząc brew, gestem i tonem dając znać, że nie naciska na odpowiedź. - Mówiłem "Albo uspokoję, albo rozładuję". Uspokoję oznacza, że uśpię ją zanim dojdzie do... potrzeb. Rozładuję to no... trybut. - kapłan się uśmiechnął.
Khal chwilę odgrywał ostatnie pół minuty rozmowy w swojej głowie aż w końcu prychnął rozbawiony gdy dostrzegł gdzie było nieporozumienie.
- “Nie między NAMI”. Nie tymi “nami” co myślałem. No cóż. To dobrze, że poruszyłem temat, bo rzeczywiście rozważałem zaproponowanie jej degustacji cheliańskiej brandy. Cóż wodzu… to chyba wzywa cię “niełatwa praca kapłana” - klepnął go swojsko w ramię i mrugnął okiem - Daj z siebie wszystko.
Kapłan kiwnął głową i ruszył za komendant, zbierając po drodze sprzęt Filii i zostawiając Viktora i Kaylie samych.
Kaylie prychnęła.
-
A nam tego odmówiono wcześniej. - spojrzała na Khala - Nie spodziewałam się, że okażesz się takim tchórzem. - parsknęła.
-
Tchórzem? - Uniesiona brew Khala wyczekiwała rozwinięcia myśli.
-
Bałeś się z nią zostać.
Brew adwokata wcale nie opadła. -
Uważasz, że powinienem był “czysto zwierzęco” wykorzystać stan mojej młodszej siostrzyczki? - zapytał a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.
-
Że powinieneś po prostu być w stanie opanować się w takiej sytuacji. - pokręciła głową.
-
Z tego co nam przedstawiono, samokontrola nie jest tu rozwiązaniem, a wolę nie testować jej reakcji na moje metody prewencyjne. Nie gdy ma być w takim stanie.
Odpowiadając Khal rozłożył stary koc, w którym miał owiniętego Spuga, gdy go przynosił na przesłuchanie i powoli zwinął go w rulon. -
Właśnie… - strzelił palcami, wstał i wyciągnął z kieszeni nakrycie głowy, w którym paradował za życia denat pod jego stopami.
-
To jest magiczne. Byłabyś w stanie zidentyfikować?
Kaylie wzięła do ręki nakrycie głowy martwego goblina. Obserwowała je, przekręcała na każdą stronę i dotykała jego powierzchni. -
Ta czapeczka pomagała mu być mniej głupim niż przeciętny i mniej nieokrzesany. Nawet gdy nie mówimy o modyfikacjach.
-
No to chyba tobie ona przysługuje. Chyba, że razi w oczy, wtedy na sprzedaż, albo dla Baltizara… ja mam swoją obręcz - stwierdził, stukając palcem w mosiężny laur na jego skroni.
Kaylie uniosła brew. -
To brudne paskudztwo? - pomachała przed nosem trójkątnym nakryciem głowy.
-
To na sprzedaż i podzielimy się pieniędzmi. Z materiałów, które za to kupię, potem zrobię coś odpowiedniejszego.
Khal podniósł jedną ręką koc z goblinem, trochę jak neceser i wziął od kaylie czapkę, by schować ją w nadwymiarowej przestrzeni. -
Odstawię go na miejsce i potem mam jeszcze coś do zrobienia. Widzimy się potem? - zapytał, już w ćwierć odwracając się do odejścia…
Arkanistka patrzyła na mężczyznę niezadowolona.
- A więc to tyle?
Viktor westchnął zmęczony, ale nie było w geście pretensji. Odwrócił się z powrotem do niej i odłożył goblina na ziemię. - Przepraszam za tamten numer w trasie - spojrzenie i głos brzmiały skruchą - Chciałem wyjaśnić to, oraz całą resztę… ale potem. Teraz… trzymanie pionu staje się powoli nieznośne i sama widziałaś, że przestaje mi wychodzić. Potrzebuję… kilku chwil samemu… tylko tyle…
Kobieta patrzyła w milczeniu na Khala. Chciała coś powiedzieć, ale stanęła przed sytuacją, gdy naprawdę nie miało to sensu. - Czyli mam cię nie próbować szukać, jeżeli teraz znowu znikniesz? - zapytała wprost chcąc mieć jasność.
Khal wziął powolny wdech i wyprostował się, gdy rozważał odpowiedź.
W końcu nieco bezczelny uśmiech uniósł kącik jego ust do góry. - Moja duma mogłaby na tym ucierpieć.
Chichot wyrwał mu się spod nosa, ale szybko przerwał go grymasem. Śmiech mógł brzmieć szczerze, ale wewnątrz był tak bezczelnie fałszywy, że zaleciał mu kłamstwem.
Nie chciał kłamać. - … ale jeśli masz ochotę nic nie robić w ciemności, ze mną, to nie zabronię… tylko nie oczekuj wielu atrakcji.
- Chcę tylko być. Po prostu... - cicho odpowiedziała - Być.
Ton Kaylie był jednocześnie spokojny z nutą smutku. Melancholijny?
Khal kiwnął głową. Powoli. Bez wesołości, ani bezczelności. - “Po prostu być” brzmi dobrze…
Czas w ciemności dłużył się niemiłosiernie. Trudno było ocenić czy minął kwadrans, czy godzina, a Khal dostarczył precyzyjnie co oferował. Wspólną samotność, rozświetlaną tylko migoczącymi o gwizdami. Przynajmniej odgłosy nocy łamały poczucie odizolowania.
Kaylie czuła jak koc, na którym siedziała, powoli wilgotniał od podłoża. Khal, po jej lewicy, opierał się o wpół powalone drzewo, co jakiś czas przynosząc wątpliwości czy gdzieś po drodze nie zasnął, ale po dłuższym przyjrzeniu się możliwe było dostrzeżenie niemal nieistniejącego ruchu głowy, gdy obejmował spojrzeniem nowe połacie gwiazd, albo czasem błyskały ich odbicia w jego oku.
Kaylie pozostała milcząca jak powiedziała wcześniej. Cały czas trzymała na kolanach przed sobą miecz, z którym czasem telepatycznie rozmawiała. Poza tym nie zwracała na siebie uwagi.Odpoczynek zajmował Khalowi więcej czasu niż oczekiwał. Możliwe, że obecność Kaylie nie pozwalała mu zupełnie puścić wodzy, albo może przypominała mu, że ma przed sobą bardzo nieprzyjemną rozmowę… ale nie uważał tego za coś złego. To było po prostu inne. No i on też chciałby dla niej być w takiej sytuacji.
- Wiesz kiedy… - zaczął melancholijnie, gdy uwierzył, że już ma dość wewnętrznej stabilności -... ludzie są najszczęśliwsi w moim otoczeniu?
- Gdy ich nie skazujesz na śmierć lub po prostu milczysz? - Kaylie schowała miecz kryjąc go w pochwie.
Drętwo-rozbawione prychnięcie było pierwszą odpowiedzią. - Gdy jedynie chcę ich wykorzystać. Gdy są dla mnie pionkami na mojej własnej szachownicy. Wtedy doskonale wiem co i jak. Jakie uśmiechy sprawią, że poczują się dobrze ze sobą, jakie tony głosu przekonają ich do “zrozumienia moich racji”. Jak blisko powinienem stanąć aby idealnie naruszyć przestrzeń jagnięcia, ale jej nie złamać… Jak daleko mogę się posunąć aby sprowokować dokładnie tę ilość gniewu aby zmusić do refleksji i mi przypisać zasługi. Dają mi czego chcę i jeszcze są mi za to wdzięczni. Wiele razy usłyszałem rzeczy które można sprowadzić do tego, że uznawano mnie za jednego z najlepszych ludzi jacy są. Dobre sobie…
Warknął gniewnie i zamilkł na dłuższą chwilę. Zbierał myśli. Decydował co tak naprawdę chce powiedzieć, mimo, że zdążył tę rozmowę rozegrać już kilka razy w ciągu ostatnich godzin. - Problemy zaczynają się gdy mi na kimś zależy… Fisuś jest, z pewnych stron, nietypowym chowańcem. Dostałem go, od Kozła, jeszcze w postaci jajka.
Początkowy spokój i opanowanie powoli ulatywały z jego głosu. Dłuższa pauza pozwoliła mu opanować drżenie, które zaczynało nawiedzać jego ton. - Gdy dorósł, stał się pierwszą i jedyną istotą, którą Viktor Goodmann uznał za przyjaciela. Jedyną z której nie chciał nic wymanipulować, jedyną której potrafił zaufać, że ona nie będzie próbowała. Tylko z nim mógł rzeczywiście rozmawiać o rzeczach spomiędzy jego uszu. Dzięki niemu… zmienił się. Stał łagodniejszy. To z okresu przed nim wyrobiłem legendę Karmazynowego Skurwiela. Potem… trudniejsze stało się dla mnie łamanie niektórych świadków. Za to łatwiej mi było dotrzeć do innych...
Wziął głęboki wdech i powoli spuścił powietrze, próbując odbudować spokój. - Pok… łóciliśmy się. I to była moja wina. J-ja to zacząłem. Ja to skończyłem.
Wdech. Długi wydech.
Głębszy wdech. Dłuższy wydech.
Pauza.
Dopiero po kilku chwilach uwierzył, że może wydać z siebie solidny dźwięk. - I wciąż go nie ma… A potem jeszcze to, jak się zachowywałem w kopalni. - Apatia w końcu wyparła z głosu słabość i drżenie - Sam teraz nie wierzę, jak absurdalnie rozsądnie brzmiała wtedy decyzja “będę udawał przed wszystkimi, ale nie przed nią”. Przepraszam za to. Oślepił mnie własny żal. Nigdy nie chciałem by się na ciebie on wylał.
Kaylie pozwoliła mężczyźnie mówić bez wtrącania ni sylaby. Nie chciała zniszczyć toku jego słów sama próbując złożyć własne.
- Nie musisz tłumaczyć... - odezwała się po zbyt długiej chwili milczenia - Zrozumiałam już wszystko. - utkwiła spojrzenie w ziemi - Przepraszam, że do tego doprowadziłam, nie miałam takiego zamiaru. Nie kłam, tylko abym poczuła się lepiej. Aby nie mówić, że to wszystko moja wina.
Khal nie odpowiedział od razu. Zmarszczył tylko brwi, szukając w pamięci co takiego powiedział, co mogło być zinterpretowane w ten sposób.
- Co? - zapytał, z głębokim niezrozumieniem i zdziwieniem w głosie i w końcu odwrócił spojrzenie w kierunku plamy ciemności, którą była dla niego Kaylie.
- C-co? Jak? - pytał dalej, nie do końca składnie - W jaki… wiesz, co? Nie! Nieważne jak do tego doszłaś, ale mylisz się.
Oparł się ciężko, z powrotem, o na wpół zwalone drzewo i skierował spojrzenie do gwiazd. Wyczerpał już nagły przypływ sił… - To wszystko się zdarzyło tuż po nieudanym zbliżeniu, prawda? - westchnęła - Rozumiem, że to miała być po prostu kara dla mnie, ale sam się zirytowałeś w sytuacji z Fisusiem, a on na pewno okazał też swoją pogardę w moją stronę.
Khal poczuł zbliżającą się migrenę. Sięgnął ręką by rozmasować kąciki oczu. - Deodamnatus, lupacane… Morologus es - wywarczał pod nosem plugawie. - Czy ty mnie, w ogóle, słuchasz? Czy wybierasz co chcesz usłyszeć i ignorujesz resztę? Z nas dwojga tylko ty jesteś tu poszkodowana. Nie chciałem ciebie za nic karać, a byłem jełopem… - wstrzymał się na moment, dusząc w gardle słowa i wymieniając je na łagodniejsze - Rozumiesz?
Kaylie w pierwszym odruchu skuliła się, gdy wywarczał wściekłe słowa. - Tak, tak... - odparła z tłumioną nerwowością.
Złość… opadła z Khala momentalnie, gdy zobaczył jej reakcję… i przypomniał sobie ostrzejszą w kopalni. Milczał chwilę, zbierając się w sobie.
- Przepraszam, Kruszyno… - powiedział łagodnie, ujmując jej ramię i przyciągając do siebie, z siłą która nie wyrażała oczekiwania, a jedynie ofertę.Kaylie się nie opierała. Pozwoliła mu się przyciągnąć i nawet lekko unieść, gdy sadzał ją przed sobą tak aby oparła się o niego. Objął ją czule w sposób niemal pozwalający szeptać na ucho.
- … wciąż jestem jełopem, ale mówiłem prawdę. Nie kłamię jak mi za to nie płacą, pamiętasz? Nie dostrzegam tu krztyny twojej winy. Null. Nada. Nihil. Oboje mamy nierówno między uszami. Przez moje pokrzywienie złamałem Fisusiowi serduszko, a twoje próbuje cię przekonać, że w jakiś sposób jest to twoja wina. Nie jest. Tylko ja jestem tu winny. Dociera wreszcie do twojej główki?
Kaylie niemrawo pokiwała głową. Lekko wtulając się w Khala. - Mówisz więc... że uważasz go za przyjaciela choć złość cię ogarnęła i tym zepsułeś?
Viktor myślał chwilę, opierając usta na jej ramieniu. - Byliśmy już na siebie źli w przeszłości…
Kaylie poczuła sztywność w ramionach Khala. - …ale to jak go potraktowałem odpowiadałoby bardziej przerysowanemu diaboliście z bajki dla dzieci.
Kaylie patrzyła w przestrzeń opierając policzek na ramieniu Khala. - Co zrobiłeś?
- Nazwałem niewolnikiem - niemal wyrecytował, głosem na siłę wyprutym z emocji, ale w jego ramionach czuć było drżenie - Naszą przyjaźń udawaną. Upokorzyłem go… i uderzyłem. Mojego Fisusia… który zawsze był ze m-mną i dla mnie… Nigdy, w żaden sposób, nie zasłużył sobie nawet na dziesiątą… na SETNĄ część takiego potraktowania… Boję się, że jest już daleko i wcale nie ma zamiaru wrócić… albo coś mu się stanie i nie będzie mógł…
Arkanistka chwyciła Khala za twarz trzymając oba policzki w swoich dłoniach. Zakleszczyła ją tak i przybliżyła twoją twarz patrząc mu głęboko w oczy. - On wróci, bo mu na tobie zależy. Troszczy się, a przecież rozumie ciebie i zna twoją duszę. To co zrobiłeś było jak ciężki cios, ale on wie, że wyszło z twojego pojebania. - pogłaskała Khala kciukiem pod okiem niczym matka by łzę dziecku otrzeć.
Adwokat milczał dłuższy czas, aż drżenie i sztywność całkowicie ustąpiły. Westchnął powoli, odzyskując wreszcie kontrolę. - Mam nadzieję…
Kaylie wracała inaczej niż Khal. Wciąż była przybita i czuła się w tym momencie... niechciana. Pomogła Khalowi, miała jutro pomagać Filii. Sama potrzebowała pomocy. Rhaast kazał jej po prostu brać się w garść i nie narzekać.
- Pójdę do namiotu. - poinformowała prawnika głosem pozbawionym siły, gdy wrócili do obozu - Do jutra.
Jej ramię się napięło, choć nawet nie do końca była pewna kiedy Khal złapał jej dłoń. Gdy przez cały wdech nie usłyszała słowa spojrzała za siebie. Widziała jak składał on słowa, które wciąż nie chciały wybrzmieć w jego głowie tak jakby oczekiwał. W końcu skrzywił się i podniósł na nią spojrzenie.
- Mój namiot jest większy i moja wygodnicka dupa zabrała ze sobą dodatkowe poduszki oraz miękkie koce… a chyba oboje nie powinniśmy być sam-na-sam z własnymi głowami… może moglibyśmy wspólnie spróbować odgonić dziś czarniejsze myśli?
Gdyby powiedzieć to innym tonem, przybrać inny wyraz twarzy albo postawę to z łatwością dałoby się doszukać w propozycji podtekstów, ale… tak jak Khal wyuczył się kiedyś ten podtekst przemycać w sposoby niemal niezauważalne, tak subtelne, że pozostawały ledwie zrozumiałem, oddziałując głownie na wyobraźnię tak samo potrafił zupełnie wyzuć z niego słowa. Cokolwiek miał na myśli było więcej niż jasne, że nie oczekiwał kontynuacji z lasu, kilka dni temu.
Kaylie patrzyła na Khala próbując go zrozumieć. O co mu chodziło?- Czy... Mówisz naprawdę? - zapytała szeptem - Czy nie masz zamiaru, jaki mnie znowu przybije?
Pytanie kobiety ociekało prawdziwą obawą.
Khal myślał kilka chwil. Wiedział, że nie wygląda to wcale dobrze, ale to pytanie było znacznie trudniejsze niż się mogło wydawać. Wiele różnych odpowiedzi krążyło mu w głowie, każda bardziej rozbudowana od poprzedniej. - Nigdy nie… chciałem… - westchnął i pokręcił głową porzucając myśl - Tak Kaylie, mówię prawdę - odpowiedział z poczuciem pewnej personalnej porażki, ale nie potrafiłby zarzucić Kaylie by jej obawy były bezpodstawne.
Kaylie wtuliła się w ramię Khala i poczuła jak ja objął. - Dobrze. Jeżeli chcesz... Jeżeli posłuchasz mnie...
- Jestem więcej niż “chętny”.
Khal nie kłamał o dodatkowych poduszkach i grubych kocach, które wyłożone miał pod śpiwór, aby złagodzić niewygody ziemi. To i tak było zbyt mało, jak na jego standardy.
Wieczorna toaleta, trochę reorganizacji bagaży, a potem technikalia jak rozpięcie obu śpiworów oraz spięcie ich z powrotem w jeden większy (o co Khal wcale nie pytał Kaylie, a jedynie rzucił okiem przez ramię, by potwierdzić, że nie spotka się to z protestem).
Nie potrzebowali żadnych podchodów. Ułożyli tylko wygodnie poduszki i zaraz Khal obejmował Kaylie ramieniem, czule przeczesując palcami jej włosy, czerpiąc zdecydowanie więcej przyjemności niż byłby gotów przyznać, z samego ciężaru jej głowy na swojej piersi. Nie poganiał jej. Nie miałby nic przeciwko jakby właśnie tak miała ta noc wyglądać.Milczenie trwało długie minuty, jakie w końcu zakończyła kobieta.
- Nie mam niczego do okrycia się bardziej. Miałam dużo drogich koszul w Galt.
- Nie spotkasz żadnej krytyki z mojej strony. Ja, sam z siebie, nocną koszulę założyłem raz i nie mogłem wtedy spać…
- Zazwyczaj śpię nago... chyba że to sytuacja możliwego zagrożenia. Nie chciałabym musieć walczyć bez ubrań. - stwierdziła urokliwie szczerze.
- Ja mam ciut więcej bezczelności… jak ktoś ma zamiar przerwać mój sen, to lepiej by był gotów na konsekwencje swojej decyzji… - chichot Khala zadudnił nisko przez krótki moment.
Arkanistka wtuliła twarz w szyję prawnika i nagle zmieniła temat.
- Opowiedz mi jak odebrałeś sytuację z nieudanego zbliżenia w lesie. - zapytała prawie szeptem.
- Byłem… - Khal zatrzymał się na moment, zbierając myśli - Tam było kilka aspektów… byłem rozczarowany i sfrustrowany, że nam przerwano kiedy wreszcie wyhodowałem parę cohones. Byłem… zadziwiony twoją gwałtowną reakcją. Bardziej niż powinienem, ale dopiero uczę się co rzeczywiście ci w główce gra i które struny rzeczywiście bolą… jak wracałem byłem zły na siebie, bo wiedziałem co chcesz usłyszeć, ale zamiast to powiedzieć pieprzyłem bez sensu o nieistotnych rzeczach… no a potem byłem “zadziwiony” i już wcale nie wydawało się na miejscu to powiedzieć… czy to odpowiada na twoje pytanie?
Galtianka patrzyła zdziwiona.
- Ja nie zakładałam, że mimo tych lat ciągle będziesz myślał o ukaraniu mnie za odrzucenie twoich podchodów. Starałam się o tym nie myśleć wcześniej, ale teraz to już było dla mnie pewne...
Khal zbierał myśli przez kilka chwil. - Uargumentuj, proszę, jak możesz… nie rozumiem skąd taki wniosek. Już teraz mówię: jest on wręcz absurdalnie błędny… ale chciałbym zrozumieć twoją logikę…
- Odrzucałeś mnie... Po tym jak już leżałam na twoje chęci. Widziałeś jak bardzo chcę... więc w ten sposób mogłeś się mścić. - powiedziała cicho.
- Kaylie… Kruszyno… ja naprawdę nie wiem co więcej mogę tu powiedzieć poza powtórzeniem rzeczy które już mówiłem… Jestem pokrzywiony. Spanikowałem wtedy. Wynika to z tego, że uwidział mi się ten kretyński pomysł czegoś “na poważnie” i nie bardzo wiem jak to “na poważnie” w ogóle działa… Nie mogłem karać ciebie ”edukacyjnie”, bo co to miałaby być za edukacja? “Nie próbuj mi więcej dać specyficznie tego co TY UWAŻASZ, chciałem dostać trzy lata temu”? Na pewno nie mogłem też ciebie karać dla tego uczucia wyższości, bo uwierz mi… ja wcale nie czułem się “wyższy” gdy tak żałośnie ciebie przepraszałem za tamto stchórzenie. Cholera… wymyśliłbym chociaż wymówkę co by nie robiła ze mnie cioty… - stwierdził wtórnie zażenowany. Jakby ktoś z jego “wewnętrznego kręgu” w Cheliax go słyszał wtedy to by przez lata go za to wyśmiewali, albo wprost uznali, że jest chory, bądź pod wpływem czegoś dziwnego. Persona jaką stworzył w żadnym razie nie była z tym kompatybilna.
Kaylie zamknęła oczy oddychając głęboko.
- Byłam wtedy zła... Ale nie na ciebie. Na świat. - ton kobiety miał skrytą w sobie płaczliwość - Wiesz w czym się zaczytywałam w Galt? W tych ckliwych romansach. Wiedziałam, że są nieprawdziwe, ale... miałam nadzieję. Miałam nadzieję, że to się wydarzy... - wzięła głęboki oddech - Najemnicy nauczyli mnie, że to były mrzonki. Próbowałam przestać marzyć. Po prostu... - uniosła spojrzenie na twarz Khala - Ale ty... Ten romans, wszystko co wcześniej robiłeś w mieście, te gesty, ta gorąca atmosfera mrocznego lasu...
- A ja się śmiałem z takich co w te romanse wierzyły… I również tych co wierzyLI… bo kobiety nie mają na to monopolu. Wiem o czym mówisz. Romantyzm… był użyteczny. Tyle. A ten raz gdy… - westchnął powoli i pokręcił głową - Ja wiem, że oboje jesteśmy uszkodzeni na więcej niż jeden sposób. To przez to jesteśmy… jacy jesteśmy… ale może wcale nie musimy tak samo uszkodzeni zdechnąć w jakimś rowie za te kilka, czy kilkanaście dekad. Może właśnie tego potrzebowaliśmy… kogoś kto nie tylko chciałby nam pomóc… bo takich na pewno oboje spotkaliśmy na swojej drodze… ale kogoś kto przy tej chęci również byłby równie pokrzywiony jak my… aby swoim poukładaniem, stabilnością… swoim zdrowiem nie razić nas kontrastem i nie sprawiać, że mamy ochotę go tylko odepchnąć, bo tak źle wyglądaliśmy z nim przy sobie… - Khal prychnął drętwo-rozbawiony - A może to tylko ja tak miałem…
- ...rozumiesz teraz czemu byłam zła? Nie na ciebie? - połasila się policzkiem o policzek Khala.
- Chyba tak… - odpowiedział ujmując jej drugi policzek i drapiąc za uchem z czułością. Kaylie poczuła jak dłoń, dotąd spoczywająca na jej ramieniu, teraz zsunęła się na talię.
- Też mam tę śmieszną, absurdalną wręcz ochotę… aby może zobaczyć, co “oni wszyscy” widzą w tym romantyzmie i całej tej niepoważnej otoczce… - nawet nie do końca wiadomo było w którym momencie, jeśli jakimkolwiek konkretnym, Khal zszedł do kuszącego, odrobinę “tajemniczego” szeptu.
Bardzo delikatny rumieniec pojawił się na policzkach Kaylie. - Może wiąże się to z potrzebą osoby doświadczenia uczuć, jakich nie zaznaje? - wstydliwość ledwo pojawiła się w ruchu jej ciała - Rodzina trzymała mnie z dala chłopców, a w akademii... Tylko raz się całowałam z synem ogrodnika. Tylko tyle!
- I dałaś się tak upilnować? Tsk tsk tsk… tamta Kaylie musiała być grzeczną i dobrą dziewczynką, co? - zachichotał nisko i przyjemnie - Mój pierwszy pocałunek… miałem jakieś dwadzieścia lat. Może dwadzieścia jeden. Pracowałem w bibliotece w Isger już wtedy. Do tego czasu… jeden buziak w policzek. Hah… niewielu wierzyło w prawdziwość tej historii.
- Naprawdę? Dwadzieścia jeden? Cóż... - spojrzała w bok - Ja miałam wtedy czternaście... - cicho przyznała - On był dwa, trzy lata starszy i bankowo chciałby więcej... Ale był z niskiej klasy, a ja do tego z szanowanej rodziny! Nie mogłam też zostać wyrzucona z nauk!
- Klasistka… - zaśmiał się Viktor w zupełnie niepoważnym zarzucie. - Miałem osiemnaście lat gdy dotarłem do Isger. Potrzebowałem ponad roku aby się resocjalizować po pół dekady mojego szlajania… Naprawdę potrzeba by dziewczyny, z jakimś kompleksem zbawicielki, aby się zainteresować kimś kim byłem w czasie tego roku… Aurora była starsza o jakieś piętnaście lat. Technicznie była wtedy moją przełożoną, ale nie wykorzystała żadnej z tych strasznych “nierównowag sił”. Wciąż wysyłamy sobie kartki raz czy dwa razy w roku.
- To nie jest tak, że pogardzam niższymi z urodzenia. - zaprzeczyła Kaylie - Tylko były pewne oczekiwania rodziny co do mnie, a syn ogrodnika był o wiele poniżej ich. Choć przyznam, było blisko, aby na głębokim pocałunku się nie skończyło... - powiedziała ze wstydem - Jego ojciec nas znalazł i ustawił do pionu. Biedak był przerażony, że przez syna może pracę stracić. - spojrzała smutno na Khala - Zostałeś wykorzystany przez starszą wiekiem i rangą. Czemu jesteś taki z tym spokojny? Ona użyła swojej władzy by zrobić z tobą co chce.
Viktor pokręcił głową w zaprzeczeniu.
-
Odnoszę wrażenie, że wyobrażasz sobie Aurorę jako jakąś bezzębną babinkę, z piersiami sięgającymi kolan… Aurora była wtedy gdzieś w połowie swojej czwartej dekady. W oczach Khaliego była kwintesencją elegancji i dojrzałego piękna. Daleko poza jego ligą i czuł się wyjątkowy gdy okazało się, że ona tak nie uważa…
Uśmiechnął się do starych wspomnień. -
Możliwość nie równa się rzeczywistości. Przełożony i podwładny wciąż są tylko ludźmi i mają prawo do ludzkich interakcji. Problemem jest gdy przełożony wykorzystuje swoją władzę zawodową jako wektor nacisku. Nic takiego nie miało miejsca w mojej historii z Aurorą. Ona się zaopiekowała zagubionym Khalim, do którego wciąż docierało, że już nie musi walczyć o przeżycie. Pomogła mi w tym i już zawsze będzie miała za to moją wdzięczność. Seks się po prostu wydarzył w pewnym momencie i on też miał swoją pozytywną rolę w odwierzęcaniu mnie. Jak można potępić kogoś w czyjej obronie staje nawet domniemany poszkodowany, całe lata po wydarzeniach?
-
Ofiarę można omamić. - mruknęła - I ty nigdy nie wykorzystałeś pracownic?
-
Tutaj potrzebujemy definicji… jak rozumiesz “wykorzystać”? Gdybyś zapytała czy sypiałem z podwładnymi to odpowiem, że tak. Ale według mnie to nie było wykorzystywanie.
-
Sypiały z tobą, bo tak mogły zyskać najwięcej. Nie miały innego wyboru niż ciebie zadowolić. Nie chciały być przecież zwolnione. - odparła skrzywiona.
Viktor spuścił z siebie powietrze niezadowolony. -
Każda jedna z którą się kiedykolwiek przespałem zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli i nie była pod żadnymi naciskami o których bym wiedział, ani nie mogła rozsądnie oczekiwać żadnych benefitów zawodowych w związku z tym. To byłoby… krzywe. Niesmaczne i dyssatysfakcjonujące jakbym ściągnął z którejś bieliznę wbrew jej szczerej woli… wiem, że wielu na mojej pozycji myśli inaczej, ale nie ja. Pod tym jednym aspektem akurat nie uważam by można mi było cokolwiek zarzucić.
Krótka pauza oddzieliła ciągi myślowe Khala od siebie. -
W twoim wyobrażeniu chyba to było łatwe zostać Trzecim Piórem Cheliax… Rywalizacja była mordercza i było dwoje innych prawników mogących mnie łatwo zepchnąć z podium. Nie byłem w sytuacji by sobie pozwolić na rezygnację ze zdolnych podwładnych z tak błahych powodów…
-
Powiedz mi jeszcze, że nigdy nie spałeś z żadnym niewolnikiem i uważasz, że to też było całkowicie dobrowolne. - mruknęła zimno, nagle bez uśmiechu.
-
Sytuacja… - Khal wyciągnął rękę, jakby prezentował wyobrażony przed nimi teatrzyk, który właśnie unosił kurtynę. - Wracam do siebie po przegranej sprawie. Staram się nie przejmować, mówiąc sobie, że była stracona od samego początku i trochę jest w tym nawet racji… ale tylko trochę. Z takich i innych powodów kładę się spać wstawiony i sam, co jest dla mnie niestandardowe w takich sytuacjach. Mam problemy z zaśnięciem. Wstaję przynieść sobie wina i książkę dla zabicia czasu, nim zmęczenie mnie nie zmorzy. Okazuje się, że Livia jeszcze nie śpi i sama czyta traktat filozoficzny, nie pamiętam już który. Każę jej nie wstawać, bo nie chcę by się odrywała od tak znamienitej lektury…. i tak to robi. Sama oferuje i naciska, że przyniesie mi z piwniczki świeżego. Trochę porozmawialiśmy. Powiedziałem, że jestem zawiedziony jak się sprawa potoczyła. Zgrabnie, nie bezpośrednio zapytała o mój brak towarzystwa, a ja machnąłem ręką i rzuciłem jakimś żartem. Ona się zaśmiała, ja się zaśmiałem. Już się czułem trochę lepiej. Udaję się do biblioteczki i wynajduję coś co mnie zainteresuje. Kiedy wracam nie ma jej w saloniku. Idę do siebie i ona czeka w mojej sypialni. Dziwna sprawa, bo na ogół to moje prywatne przestrzenie. Gdzieś po drodze przebrała się w białą, prześwitującą koszulę nocną. Zapytała, to już pamiętam dobrze: “Czy pan życzyłby sobie towarzystwa na noc?”. Livia była i w sumie wciąż jest piękną, młodą kobietą. Niewiele starszą od ciebie. Wyobrażasz sobie, że co jej odpowiedziałem?
-
Aż nie mogę się doczekać byś mi powiedział. - odparła twardym głosem - Pewnie powiesz jak odmówiłeś dbając o godność niewolnicy, a ona i tak cię błagała o seks.
-
To nie byłoby najskuteczniejsza obrona godności, jakbym do tego ją zmusił, nie sądzisz? Masz w połowie rację. Odprawiłem ją, ale nie błagała o nic. I posłuchała mnie. Tę noc spędziłem sam, w nastroju gorszym niż wcześniej. I nie zmrużyłem oka ani czytanie mi nie szło. Wiesz czemu kazałem jej wyjść?
-
Niech zgadnę. Żebyś biednej nie skrzywdził? - ironia w głosie Kaylie była wręcz namacalna - A ona wróciła do traktatu filozoficznego jak każdy niewolnik by zrobił.
Khal milczał chwilę, myśląc. Wnioskując.
-
Może wątpliwości co do mojej wersji wydarzeń rozwieje jeśli już teraz powiem, że potem sypiałem z nią regularnie, aż do mojego wyjazdu do Evercrest. Była w rotacji dłużej niż jakakolwiek wcześniej i szanowałem ją bardziej niż którekolwiek z jagniąt. Odprawiłem ją wtedy bo miałem wątpliwości czy to aby niewolnica nie czuje, że powinna zadowolić właściciela. I bardzo cię proszę, nie obrażaj mi tu Livii… ona jest edukowana zasadnie ponad cheliński standard i regularnie czytuje wyższą literaturę. Była dla mnie rzeczywistą partnerką do rozmowy. Dlatego ją wybrałem. Z podobnych powodów była wybrana również pozostałe czworo. Moi niewolnicy nie byli “jak każdy” i nie byli tak traktowani. Możesz mi uwierzyć, albo bym powoli kończył ten wątek dyskusji, bo nie bardzo mi się widzi teraz przekomarzanka na ten temat, gdy żadne z nas nie ma nic ponad same słowa do zaprezentowania… hmmm?
-
Zastanawiam się czy po prostu mi kłamiesz... - odezwała się powoli - ...co jednak wątpliwe, czy... - spojrzała Khalowi w oczy prawie stykając się z nim nosami - ... okłamujesz samego siebie.
-
Ughhh… w porządku. Udawajmy przez chwilę, czysto filozoficznie, że rzeczywiście byłem porządnym typem i traktowałem moich niewolników dobrze… czy jest jakakolwiek odpowiedź której mógłbym udzielić na taki zarzut? Czy jesteśmy tu skazani na “ta-ak” i “nie-e” powtarzane w kółko, jak kłótnia dzieci?
Kaylie pokręciła głową z rezygnacją. -
Więc żyjesz w kłamstwie chcąc czuć się "lepszym" człowiekiem. Niech i tak będzie.
Adwokat zmarszczył brwi, niezadowolony. -
Dziewczę drogie… w żadnym momencie nie zasłużyłem na takie podsumowanie mojej osoby. Po tym jak rzeczywiście traktowałem moich niewolników jak ludzi, jak oswobodziłem Livię wyjeżdżając z Cheliax. Po tym jak istotnie walczyłem, praktycznie jedyny, o zniesienie tego plugawego zwyczaju “oczyszczania” niewolników przed ich zeznaniami, a nawet po tym jak, choć rzeczywiście w mniejszym stopniu, próbowałem forsować poprawę warunków ich przechowywania na targach… po tym wszystkim czuję się rzeczywiście urażony… nie mam co na to odpowiedzieć, może tyle, że jeśli kiedyś wylądujemy w Cheliax to mogłabyś zapytać Livię czy chciała by ci opowiedzieć jak to rzeczywiście wyglądało, ale mogłaby ci odmówić… bo jest dziś wolnym człowiekiem.
Viktor oparł się wygodniej na poduszkach i zamknął oczy, mając nadzieję, że temat został wyczerpany.
Kaylie natomiast bynajmniej nie chciała porzucić tematu, który w tym momencie ją obódł.
- A teraz mówisz, że byłeś jakimś bohaterem walczącym o dobro niewolnika? - parsknęła.
Viktor milczał dłuższy czas, rozważając czy w ogóle udzielić odpowiedzi. - Zgodnie z moją wiedzą mówimy co najmniej o kilkunastu niewolnikach co uniknęli tortur przed zeznaniami stricte dzięki mnie, ale myślę, że było ich znacznie więcej, bo dobre argumenty rozchodzą się jak fale na stawie. “Wymęcz niewolnika a przyzna on nawet, że jest żółtym osłem w błękitne łaty.” Nie jestem bohaterem. Los postawił mnie w specyficznej pozycji, w specyficznym czasie gdzie mogłem spróbować coś zrobić z tym plugawym zwyczajem, z niewielkim kosztem własnym. Nie jestem wzorem cnót, nie jestem dobrym człowiekiem, ale to byłoby prawie jak odsunięcie się od spadającego z wysokości niemowlaka, co mogłem go złapać, ale wolałem nie ryzykować, że mnie krwią ochlapie. Mam w sobie tę odrobinę przyzwoitości. Osobistego akcentu i motywacji dodaje fakt dwóch sytuacji, gdzie mogłem łatwo sam zostać niewolnikiem. Ale to też jest dla ciebie bujda, albo okłamywanie samego siebie, a za te próby wyjaśnienia tobie czeka mnie tylko zawód i jad, prawda?
- No i czy cokolwiek osiągnąłeś? Czy tylko piękne przemówienia wygłosiłeś? - kobieta wyraźnie była poddenerwowana tematem, jakiego wyraźnie też nie chciała uniknąć.
Khal zastanowił się chwilę. - Osobiście udało mi się wyargumentować pięcioro niewolników z tego cholernego “oczyszczenia”. Wiem jeszcze o mniej więcej tuzinie od kolegów po fachu, którzy podzielali moje opinie i gdy Trzecie Pióro Cheliax wyciągnęło precedens sprzed dwóch wieków i jeszcze go skutecznie użyło, w dosyć publicznej sprawie… starczy powiedzieć, że tamtą sprawą dałem zwolennikom mojego poglądu narzędzia do ręki, których wcześniej w ogóle nie posiadali. Liczę, że ci moi znajomkowie również mają swoich znajomków i z czasem ilość takich jak my będzie rosła, ale to nie tak, że naprawiłem system.
Kaylie spojrzała w ziemię, aby zaraz zwrócić ponownie wzrok na Khala i zapytać napiętym głosem:
- Czy znasz Irvysa Nyera?
Adwokat zamrugał oczami kilkukrotnie, gdy upewniał się, że nie przesłyszało mu się. - T-tak… przyjaciel Czerwonej Loży. Również adwokat, ale prawa handlowego i raczej w ramach dodatkowego zestawu umiejętności, a nie głównego. Wiele razy korzystał z moich konsultacji, głównie listownie, ale... skąd TY go znasz?
Arkanistka spojrzała twardym spojrzeniem na Khala, z siłą od której sam się niemal bezwiednie spiął. - Czy mu kiedyś radziłeś w sprawach jego niewolników? - zapytała czując jak serce wali jej w piersi i z ciężkością może utrzymać oddech.
Adwokat znał odpowiedź na to pytanie, ale szukał w pamięci, w swojej wiedzy skąd to pytanie mogło w ogóle przyjść. - Tak… Radził się sprawy, bo miał problemy z jakimiś najemnikami. Jakoś wyszło, że mają mu “oczyścić” niewolnika przed tą sprawą. Nie pamiętam czy od początku chciał tego uniknąć, czy chodziło mu o niewystarczającą rekompensatę za stratę w wartości… w rozmowie doprowadziłem go do przekonania, że lepiej tego cyrku uniknąć i przeprowadziłem krok po kroku jak to osiągnąć…
Wyobraźnia Khala tworzyła jeden scenariusz za drugim, każdy kolejny bardziej szalony od poprzedniego. Postanowił założyć na razie, że one wszystkie są błędne i poczekać… zobaczyć co samo z tego wyjdzie.
Kaylie zamilkła i spuściła głowę patrząc w ziemię szeroko otwartymi oczami. Khal zobaczył jak drżą jej dłonie, a ona sama jakby bez siły luzuje wszystkie mięśnie. Chciała coś powiedzieć, jednak za każdym razem gdy nabierała powietrze nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ruszała ustami nieznacznie jakby sama nie mogła zmusić się do wypowiedzenia czegoś.
Następny moment musiał być nieoczekiwany dla Khala, gdy nagle z całkowitego zaskoczenia Kaylie rzuciła mu się na szyję przyciskając go do poduszek swoim ciężarem. Dźwięk jaki opuścił gardło kobiety nie był typowym kobiecym płaczem do jakiego życie go przyzwyczaiło. Był histerycznym szlochem, jaki Khali pamiętał gdy chował matkę.
Khal obejmował, głaskał i całował Kaylie po głowie, by czułością dać jej wiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie poganiać ani nie umniejszać jej wybuchu emocji. Niech czort pochłonie Filię i resztę… Ze wszystkich absurdalnych scenariuszy w jego głowie, jeden konkretny wyłaniał się bardziej i bardziej nad innymi. Scenariusz który chciał odrzucić, jako absurdalny, jako nieprawdopodobny, jako… jako po prostu bardzo “nie chcę”.
- Ćśśś… - szeptał do niej uspokajająco. Niezrażony, że tylko w chwilach ciszy, gdy brała wdech, mogła go słyszeć. - Jesteś bezpieczna i jesteś daleko od tego miejsca… I nigdy nie pozwolę by to się powtórzyło…
Nawet nie był pewny kiedy przyjął scenariusz jako rzeczywisty.
Długo trwało nim Kaylie odzyskała możliwość formowania słów, a nie tylko łez. Ciągle drżała na całym ciele tuląc się silnie w Khala, a łzy spływały jej po policzkach, gdy mówiła:
- To ty... Dzięki tobie...
Po tych słowach wpiła swoimi ustami w usta mężczyzny całując bez opamiętania.
Khal odpowiadał na pocałunki i pozwalał dłoniom wyczuć jej talię i plecy, ale sam był zbyt poruszony swoimi wnioskami i jej łzami spływającymi po jego twarz… wolał chwilowo pozwolić jej wyznaczać tempo i dawało mu to czas… może nie tyle myśleć, ale godzić się z myślą. Ujął jej policzki odsunął ją od siebie, na najkrótszą możliwą odległość by móc spojrzeć jej zapłakane oczy. Nie zadał żadnego pytania. Tylko czytał aby potwierdzić, że na pewno rozumie poprawnie i gdzieś tam w niej… znalazł to potwierdzenie. Przyciągnął ją znów do siebie i ucałował, obejmując z siłą jakby chciał ją chwycić, ukryć przed całym światem i nigdy więcej nikomu nie pozwolić jej skrzywdzić.
Kaylie usiadła na nim w rozkroku pochylając się nad jego ustami by dalej całować.- Ty jesteś powodem... - Khal poczuł dłonie głaszczące jego ciało przy szyi - ... że jestem tu... Żyję. - przysunęła usta do ucha mężczyzny, gdy jej ręce gładziły mu brzuch, a gdy już myślał, że się wreszcie opanował. Odzyskał wewnętrzny spokój i znów potrafi trzeźwo myśleć nagle poczuł się jakby oberwał obuchem w żołądek, gdy usłyszał wypowiedziane na ucho:
- Kocham cię.
I nagle znów nie potrafił myśleć. Poczuł gorąc i dreszcze jednocześnie, gdy próbował zrozumieć czy naprawdę usłyszał to co usłyszał. Przecież to nie mogło być… Zmusił się do kilku głębokich oddechów, bo te ostatnie były zbyt płytkie by odżywić krew.
- C-co? - zapytał w końcu, głosem tak słabym i mieszającym w sobie niezrozumienie, strach ale też jakąś zdradliwą nutę nadziei. - J-jak… dlacze… - wstrzymał się czując napór wzbierającej burzy w umyśle, którą musiał powstrzymać. Znów, po swojemu gdy odzyskać chciał kontrolę, spuścił powietrze z siebie, najmniejszą przerwą między ustami, dając sobie czas. Dużo czasu, który zdawał się tylko jeszcze bardziej rozciągać, ale teraz właśnie go potrzebował.
- Chcę być z tobą. - wsunęła jego dłonie pod swoją bluzkę - Być twoja.
Ponownie zaczęła całować Khala jednoznacznie drżąc z emocji. - Kocham...
- Ona traci kontrolę impulsów pod wpływem alkoholu... tak się spotkaliśmy. - po sekundzie zrozumiał co powiedział - Nietomiałemnamyśli!
-
Khal wciąż dawał sobie czas, ale gdzie umysł nie decydował, tam instynkty i odruchy się aktywowały. Zdjął jej bluzke i ujął ją, jednym ramieniem w talii, drugą za policzek. Był to łagodny, ale zdecydowany gest, który utrzymał ją gdy podnosił się do siadu. W ciemności widział głównie zarysy jej twarzy, ale też odbłyski w jej mokrych oczach i to mu wystarczyło.
Oparł się ręką o ziemię.
Szybki ruch… idealnie między gwałtownością, a delikatnością i teraz ona była pod nim.
Gdy znalazła się na plecach krótkie sapnięcie wydostało się z jej ust, a na jej policzkach pojawił się ostrzejszy rumieniec.Śpiwory przeszkadzały… przygniótł materiał kolanem, przy zamku i szarpnięciem ręki go rozerwał, oswobadzając się z ich ograniczeń.
Nagle wszystko zwolniło, gdy opuszki palców sunęły od kolana Kaylie, po jej udzie… nie mogąc polegać na oczach, szukając jakież to przeszkody są jeszcze na jego drodze… wsłuchiwał się w jej oddechy, czytając z nich instrukcje. Znalazł tylko bieliznę. Cienka, materiałowa, prosta.
I dwa oddechy później leżała już obok, a Khal ściągał własną koszulę.
W końcu nachylił się nad nią w ten konkretny sposób.- Więc będziesz moja… - kusił głosem, ale nie tylko… bo już go czuła.
- Tylko moja, a ja będę twój… - pokusa przestawała być tylko pokusą, gdy zmieniała się powoli w czyn. Nie spieszył się. Delektował każdym momentem w czasie, każdym dźwiękiem jaki wydawała, każdym kawałkiem jej dotyku.
- Tylko twoja... - czerwień policzków Kaylie przypominała rumieńce grzecznych panienek z dobrych domów, jakie po raz pierwszy miały zaznać mężczyzny. Oddech kobiety był urywający się.
- Wygrałeś.
Powolny dotąd ruch stał się nagłym uderzeniem, co ją całą podbiło kilka cali w górę na krótki moment.
- Zawsze wygrywam… - jego uśmiech w ciemności był równie bezczelny, co niewidoczny i wpił się w jej usta. Przylgnął ciałem do niej, delektując się jej ciepłem - Ale tym razem… uczynię to zwycięstwem dla nas obojga…
Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie.
Sam mężczyzna mógł teraz z bliska przyjrzeć się jej elficko-smuklemu ciału zroszonemu potem. Magiczne światło bijące spod warstwy ubrań, odbijające się od materiału namiotu dawało teraz przyjemny półmrok… Widział kilka blizn z przodu, ale dopiero gdy dotykał pleców wyczuł ich nagromadzenie, a Kaylie pierwszy raz widziała jego tatuaże. Ciemne linie i kształty, tworzące abstrakcyjne wzory pokrywały jego barki, część ramion i pierś, a dostrzec niedługo miała również te ciągnące się z barków wzdłuż kręgosłupa, niemal do samego krzyża.-
Tego oczekiwałes? - zapytała błogim głosem.
-
I niczego więcej… - odpowiedział, obracając się na bok, gdy pierwsza fala relaksu “po” już go opuszczałą. Sięgnął i gładził jej bok, talię i biodro opuszkami palców, delektując się jej kształtami. - Cudownie brzmiałaś w trakcie - mruknął zadowolony, odsłuchując jeszcze raz jej głosu w świeżych wspomnieniach, a wypowiedziane przez niego zdanie spowodowało, że Kaylie zapłonęła rumieńcem wstydu.
-
To co powiedziałaś wcześniej… - skrzywił się czysto mentalnie, bo wiedział, że powinien poczekać… albo w ogóle nigdy nie zadać tego pytania. To wcale nie był dobry moment, ale nie udało mu się powstrzymać. - Teraz, gdy emocje opadły i łatwiej trzeźwo myśleć… niech to czort, brzmię jak jakiś gołowąs… ekhm… zapomnij. Nieuczciwe pytanie.
Zachichotał nisko z własnej nieporadności. To było ciekawe doświadczenie być… takim. Zdążył zapomnieć jak to jest nie kontrolować wszystkich sznurków na scenie.
Kaylie lekko pocałowała Khala. -
Wypowiedz to.
-
Czy… wciąż uważasz, że mnie… Ugh… Z całym moim bagażem, głęboką niedoskonałością, skrzywieniami, traumami, syfem, przyzwyczajeniami, odruchami, przeszłością i definitywnie wcale nie wyglądającą łatwo i przyjemnie przyszłością… - jego spojrzenie, z każdym słowem, nabierało więcej i więcej jakiegoś wstydu, aż wprost pozwolił mu gdzieś odpłynąć. Pokręcił głową odganiając niechciane myśli i znów spojrzał w jej oczy. - Z tym całym bałaganem… kochasz… mnie?
Kaylie lekko pogłaskała mężczyznę po policzku. -
Jestem tutaj dzięki tobie. Gdybyś nie oszczędził mi cierpienia... - zamknęła oczy - Byłam gotowa się poddać. Może skończyć ze sobą lub nie szukać wolności. Ale ta myśl... że choć jest jedna osoba w Cheliax, jaka mi coś dała... Jakiej zależało na tyle... Miłość do tej osoby dała mi siły. I to nie uległo zmianie.
Khal ujął jej dłoń i długo myślał.
-
Będę musiał podumać nad tą odpowiedzią… ale nie mogę wyrazić jak się cieszę, że udało ci się tego uniknąć. I wciąż nawet nie wiem jak nazwać ten kłąb uczuć związany z tym, że to w wyniku moich działań się stało.
Galtianka przekręciła się na bok, aby móc lepiej objąć wzrokiem Khala. Coś w tonie, w jakim odpowiedział jej nie pasowało. Zupełnie jakby... Nie był zadowolony z jej słów. -
O co chodzi? - zapytała położywszy głowę na rękach niczym poduszce.
-
Nic, nic, Kruszyno. - Uśmiechnął się do niej łagodnie. - Chyba, po prostu, nie mogę oczekiwać, aby takie dwa powaleńce jak my, zaczęły w rzeczywiście poprawny sposób. Więc wezmę “co dają” i mam nadzieję, że zbudujemy z tego coś lepszego… ale tymczasem… potrzebuję byś coś usłyszała i coś od ciebie usłyszeć… Po pierwsze… jeśli uważasz, że jesteś mi cokolwiek winna, to w tym momencie ten domniemany dług uznaję za nieodwołalnie spłacony. Jeżeli masz być moja to dlatego, że to Kaylie personalnie tego chce i widzi w tym najlepszą drogę dla własnego szczęścia. Nie z wdzięczności niewolnicy do nieokreślonego fantoma, którym tylko przypadkowo, okazałem się być ja. Rozumiesz różnicę i ogólnie o czym mówię?
-
Nie martw się. Rozumiem i tak nie sądziłam. - ponownie pogłaskała policzek mężczyzny - Wiedziałam już wtedy, że działania nieznajomego prawnika były przypadkowe dla mnie i wątpiłam by były kierowane chęcią pomocy mi, ale... Nie miało to znaczenia. Bo dało mi siłę. - przesunęła dłoń Khala i wtuliła się policzkiem w nią.
-
Nie wyobrażaj sobie, że moje uczucie do ciebie powstało tylko przez odkrycie co zrobiłeś przypadkowo dla mnie jako Viktor w Cheliax. Potrzebowałam tej wiedzy, aby upewnić się w uczuciu do Khala. Czy aby na pewno chcę spróbować i zaryzykować. - pocałowała mężczyznę w policzek.
-
No to usłyszałem co potrzebowałem. - Głos miał łagodny i zadowolony. Z jakąkolwiek rozsądną szansą, że Kaylie czuje jakąś powinność związaną z nim… musiałby ją odesłać (cokolwiek mogłoby to oznaczać w tej sytuacji), jak kiedyś Livię i na cały ten wieczór położyło by to kwaśny cień. Niski chichot wydobył się jego gardła gdy jakieś napięcie, które dotąd starał się ignorować, ostatecznie z niego schodziło.
-
Pytałem cię kiedyś o to, ale nie dostałem odpowiedzi… to może teraz się uda… opowiedz mi jak, w twoich najlepszych wspomnieniach, wygląda Galt? Chciałbym go zobaczyć twoimi oczami. Jakby moją o nim wiedzę bezkrytycznie uznać za kompletną i prawdziwą, to byłoby niepojęte, że wciąż on istnieje.
Kaylie leniwie odwróciła się na brzuch i przeciągnęła wyciągając nogi. Zamruczała przeciągle. -
Pamiętam wszechobecną sztukę, filozofię... Piękno... obok krwi. - westchnęła - Galt chciało spokoju i było spokojne póki Thrune nie wcisnęło się ze swoją diabelską polityką. - skrzywiła się - Byliśmy znani jako kolebka artystów, wolnomyślicieli i poetów. Pamiętam cały artyzm mojej nacji... Ale pamiętam też terror, krew i strach. - spojrzała w oczy prawnika - A to właśnie strach jakim Thrune chciało nami rządzić pchnął nas wprost w ten obłędny krąg. I zanim zapytasz: nie, nie chciałabym powrócić pod but Cheliax.
Blade światło oświetlało sylwetkę kobiety, oferując widok na jej plecy. Khal zobaczył wiele blizn na nich jakie przypominały mu rany noszone przez niewolników w Cheliax... jakiego symbol był wytatuowany pod łopatką Kaylie wraz ze znajomym mu znakiem Nyera wedle prawnie ustalonych sztywnych norm dla trochę więcej wartych niewolników ich właściciela. -
Oj, nie martw się, mam tę odrobinę instynktu samozachowawczego aby czegoś takiego nie sugerować - zachichotał, muskając opuszkami palców jej plecy. Pieszcząc je delikatnie, dla przyjemności ich obojga, ale również chłonąc widok blizn. Mapując je, w jakiś masochistyczny sposób, we własnej głowie.
-
Rozumiem skąd ta nienawiść do Cheliax… niekoniecznie się z nią zgadzam, ale rozumiem. Ono nie zawsze takie było. - Khal mówił powoli i cicho. Pogrążony we wspomnieniach które wcale nie należały do niego, ale do kronikarzy i zwykłych ludzi którzy pisali o tamtych czasach, a których zapisków nie udało się Piekielnym Rycerzom spalić.
-
Po śmierci Arodena, przez prawie cztery dekady, Cheliax miało swoją własną Czerwoną Rewolucję. Rzeki płynące krwią, brat przeciw bratu. Nie muszę ci mówić… absolutnie rozumiem, że niewielu oddałoby władzę w Galt domowi Thrune, nawet jeśli miałoby to zakończyć zabijanie. Zbyt wiele nienawiści. Zbyt wiele złej krwi. I nikt rozsądny by nie dał wiary, że królowa Abrogail Druga zachowałaby się honorowo. Jednak wyobraź sobie inną sytuację… Cofnijmy się dekadę. Czerwona Rewolucja znów goreje. Ludzie umierają, trzy duże i wiele małych stron konfliktu regularnie zawiera i łamie sojusze. Publiczne kaźnie jeńców są narzędziem terroru, mającym przede wszystkich zniechęcić ludzi od dołączania do “tych niewłaściwych”, co w połączeniu z doktryną “kto nie z nami ten przeciw nam” nie zostawia im żadnego marginesu błędu… Szarzy Ogrodnicy, ze swoim nieregulowanym okrucieństwem i terrorem, czynią sytuację po dwakroć gorszą. I wtedy, w najgorszym czasie… Obywatel Drannoch wynajduje sposób. To ona zawiera pakt z Mephistofelesem, głównym oponentem, łamane przez: wrogiem Asmodeusza w piekłach. Tym paktem, jeśli nikt jej nie powstrzyma, wprowadzi piekielną wiarę, ale Ogrodnicy zostaną rozwiązani, walki zostaną przerwane, prawo zostanie przepisane w sposób okrutny, ale jasny i klarowny, a jego egzekutorzy zostaną wsparci siłami piekieł i rzeczywiście będą w stanie je wymusić… Czy z takim planem Drannoch nie znalazłaby zwolenników?
-
Czego to miało dowieść? - mruknęła - Wszędzie znajdą się zdrajcy. A cholerni Thrune teraz mają za duży ból dupy, aby nie zrobić krzywdy nikomu z Galt. Wierzę jednak, że pośród moich ludzi jest wystarczająco wielu jacy nie poszliby rączka w rączkę z Piekłami.
Słowa wypowiadane przez Kaylie były ironiczne w swoim wydźwięku, ale wyraźnie ona próbowała nie myśleć o swoim przypadku. -
Zgadzam się. Królowa by nie zachowała się honorowo, nawet jakby pokojowo Galt oddało się Cheliax. Dlatego nie pytałem o ten scenariusz. Ilu jest w Galt ojców, których do końca życia będą dręczyć zawodzenia syna na kaźni? Czy ktokolwiek mógłby rzeczywiście potępić tego ojca za przyzwolenie na wprowadzenie rządów na wzór Cheliax, w zamian za gwarancję, że jego córek nie spotka taki los? Iii… jeszcze kwestia tego, że poznałaś Cheliax od naprawdę NAJGORSZEJ strony. Może to nie brzmieć wiarygodnie w twoich uszach, ale ono ma swoje piękno. Żelazny but Cheliax, jaki na swoim karku czuł Galt, staje się aksamitną rękawiczką gdy jesteś wolnym człowiekiem w Egorianie. Taką która skrywa garotę, jeśli miałabyś wyściubić łeb wyżej niż się powinno, ale to osobny temat… Cheliax było trzydzieści osiem lat w swojej Czerwonej Rewolucji. Galtiańska trwa od pięćdziesięciu. Nie mówię, że Cheliax MOGŁO skończyć jak Galt… bo Cheliax BYŁO jak Galt. Z innych powodów, z innym akcentem, innym smakiem okrucieństwa i bez Szarych Ogrodników, ale z tym samym terrorem, takim samy zabijaniem, takim samym strachem i absolutną niemocą zwykłych ludzi. Niemocą, która była grzechem, za który się ginęło łamanym na kole, nabitym na palu, w żelaznej dziewicy czy na dowolny z dziesiątek innych sposobów. Pierwsza królowa Abrogail, z pomocą piekieł, chwyciła za jaja generała Daelitha Servitara, księcia Gratiana Velrina i wszystkich innych, tak twardo, że chłopięcym sopranem przyrzekli jej wierność. Właśnie to zakończyło zabijanie. Potem miało to swoje konsekwencje. Popełniono obiektywne błędy. Wiele efektów wciąż jest widoczna… ale załóżmy na krótką chwilę, że moje źródła są słuszne, tak jak to przedstawiłem tak rzeczywiście, faktualnie się wydarzyło… czy można jednoznacznie potępić Abrogail Pierwszą za pierwszy pakt z Księciem Ciemności?
Kaylie milczała cały czas i nie przerywała mu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji i wciąż bez słowa uniosła się i przysunęła bliżej... aby zarzucić Khalowi ręce na szyję i bez wahania zaatakować go głęboko całując. Dłuższa chwilę trwało nim przestali i ona szepnęła:
-
Tylko tak można ci przerwać byś się nie zadusił.
Viktor zachichotał po swojemu. Nisko i przyjemnie. -
Powoli zaczynam czuć się jak ten któremu już czwarta osoba mówi “jesteś pijany”. Czy ja rzeczywiście, wedle lokalnych standardów, za dużo mówię?
-
Nie znam lokalnych standardów, ale masz słowotok. Jak to prawnik. - zaśmiała się - Co bardzo kontrastuje z sytuacją, jak właśnie co skończyłeś z kobietą i ona jeszcze nie zdążyła nóg złożyć, jak już ją traktujesz filozyczno-moralnymi problemami, gdy wciąż jej brzuch drży. - pokazała język głaszcząc swoje podbrzusze.
-
Hej… - śmiech Khala pobrzmiał protestem, gdy schylał się by ucałować zawezwane podbrzusze - Ja chciałem posłuchać opowieści o złotych łanach zbóż, szepczących strumykach, strzelistych wieżach z białego marmuru, sztuce i poezji… Nie biorę na siebie winy za wymanewrowanie rozmowy na inne tory.
Głos Khala był niski, prawie do zadowolonego mruku, gdy palcami śledził jej kształty. -
Ten słowotok… rozumiem, że mogę mieć takie “skrzywienie zawodowe” w kontekście tego jak wiele teatru było w sprawach na moim poziomie, ale czy jest on w jakiś sposób frustrujący? W Cheliax nikt kto śmiałby mi to zarzucić nie był sam równie rozgadany…
Khal pytał z ciekawością i swobodą, dającą Kaylie poczucie, że nie ma tu złej odpowiedzi.
Kaylie cichutko zaśmiała się, gdy ucałował jej podbrzusze, a jego zadowolenie z kształtów kobiety tylko napełniało ją próżnością. Zakryła twarz we wstydzie swoimi odczuciami. -
A więc tak zdobywasz kobiety. Ugniatasz ich niewieścią pychę tak długo, póki ich uda nie przestaną być przed tobą zamknięte. - powiedziała z jakimś zażenowaniem, iż także w to wpadła.
-
Mnie bardziej bawi niż frustruje. - odpowiedziała mu - Ale rozumiem, że to może przez innych być widziane jako czyste zarozumialstwo i chęć pokazania swojej wyższości. W Cheliax pewnie i plebs próbuje stać na pułapie tych wyższych społecznie, choć nie będzie tak idealne. Tutaj nie ma kultu prawników. W Galt także inaczej to wygląda.
Kącik ust Khala drgnął w, błyskawicznie ukrytym, bezczelnym uśmieszku. Nie chciał tego prezentować, ale przed samym sobą nie krył, że zdobywanie kobiet było jedną z największych satysfakcji i przyjemności jego życia i, że dlatego Rotacja musiała właśnie… rotować. Płynąć, bo niewiele z nich mogło mu zaoferować więcej niż ten pierwszy haj, gdy oddawały mu się w całości. W większości przypadków nie było drugiego razu. On nie byłby już tym samym.
- Jakiekolwiek schematy polowania ma Viktor… nie poznałaś żadnego z nich - powiedział łagodnie, gdy podnosił sobie jej palce do ust i ucałował je długo i czule, nim kontynuował. - Moje zachowania były prawdziwe. Intencje szczere. Nigdy nie okłamywałem moich jagniąt, ale pozwalałem im wierzyć w swe błędne założenia. Nigdy nie obiecałem im niczego na więcej niż kilka tygodni w przód. A gdy któraś zbliżała się by powiedzieć Viktorowi, że go kocha… to był moment aby możliwie szybko ją wykluczyć z rotacji. Zwykle miałem więcej instynktu i nie pozwalałem się do tego zbliżyć… A tobie już zdążyłem obiecać, że jeśli będziesz chciała zaryzykować bycie nierozsądną… to stanę na rzęsach obok siebie aby to się udało. Nie klasyfikuj się w tej samej kategorii co moje jagnięta. Nie są one nawet w twoim pobliżu…
Kaylie przymknęła oczy z zadowoleniem, gdy pieścił jej palce pocałunkami.
- Czarujesz jak nie jeden arcymag. - wymruczała - Ale ciężko mi uwierzyć, że nie znajdziesz sobie tu takich zabawek jak w Cheliax miałeś. W końcu ja ci spowszednieję... Na razie to efekt nowości i dzikiej radości z wygranej. - położyła mu palec na ustach - Nie próbuj zaprzeczać i wykręcać się pięknymi słówkami. Znam romanse literackie i wiem, że są naiwnym kłamstewkiem. Nie oskarżam cię o brak uczucia do mnie, tylko patrzę realistycznie. W pewnym stopniu wygrałeś zdobywając mnie, tą co jeszcze kilka lat temu była tobą niezainteresowana. Ja przegrałam, gdy prawie sama weszłam ci do łóżka. - słowa Kaylie pozbawione były jakiegoś żalu czy zgorzknienia. Ona prezentowała je jako fakt.
Viktor uchwycił palec zamykający mu usta, ucałował go i powoli odsunął oswobadzając się z jego knebla. - Po pierwsze: Nawet w mojej własnej głowie, na palcach jednej ręki, mogę policzyć kobiety które odniosły “porażkę” w tym kontekście i miało to zawsze swoją historię. Ty do nich nie należysz. Tak samo jak nie uważam, abym to ja przegrał, gdy to jakaś dziewczyna, którą początkowo nie byłem zainteresowany, dała radę mnie do siebie przekonać… To tak, po prostu, nie działa.
- Po drugie: Poczucie zwycięstwa… rzeczywiście jest - stwierdził z jakąś niechęcią. - I nawet nie bardzo różniące się od wcześniejszych, co było głęboko wbrew moim oczekiwaniom. Jednak wyrzuć z główki myśl, Kruszyno, że w jakiś sposób ubodło mnie twoje utrzymanie bielizny na prawowitym miejscu, gdy Viktor Goodmann ci się przedstawił te trzy lata temu. To poczucie ma inne źródła, a to co jest nowe to to, że nie jest ono samo… ale nie pytaj mnie jeszcze o to. To jest węzeł który sam muszę jeszcze zrozumieć, rozwiązać i dopiero wtedy, mogę zacząć myśleć, jak ten dziw powinienem nazwać.
Westchnął zamyślony, rozważając co jeszcze powiedzieć, a co może powinien pominąć… - Nie wiem jak to będzie wyglądało. Wierzę tylko, że istnieje scenariusz, gdzie ten węzeł okaże się… wystarczający. To tylko potencjał, który nie wiem, czy jest rzeczywiście realny. Jeśli to dla ciebie istotne… postaram się aby był… ale konkretna rola, jaka jest dla mnie zaplanowana oraz mój zestaw umiejętności, którego pełnego wykorzystania nasz Benefaktor oczekuje… nie pozwala mi obiecać, że nawet w najlepszym scenariuszu, nie pojawią się nowe jagnięta, choć ich wybór byłby wtedy dyktowany potrzebą i okolicznościami, a nie moim własnym kaprysem…
Viktor mówił powoli i cicho. Trochę jakby się tłumaczył, trochę jakby wcale nie chciał. Nie znał tych emocji i scenariuszy i nie był do końca pewny jak powinien w nich operować.
Kaylie patrzyła w swoje dłonie jakby szukając w nich odpowiedzi. Czego oczekiwała, co chciała? Nie znała odpowiedzi. Znała wyidealizowane scenariusze, ale nauczono ją jakie są śmieszne i nieprawdziwe. Jej pierwszy związek... kłamstwo. To nie miało sensu znowu dać sobie zrobić takiej krzywdy emocjonalnej.
- Rozumiem... Nie liczyłam na idealny związek, bo wiem, że i sama idealna w tym nie umiem być. - uniosła spojrzenie na Khala - Jeżeli będziesz z kimś innym... czy miał rotację lub stałe kochanki... Nie kłam mi o tym. Nie udawaj, że nie ma nikogo tylko powiedz kim są. Kłamstwo boli o wiele bardziej niż prawda, z jaką się pogodziłeś w końcu, bo z tym możesz się pogodzić. Z kłamstwem... nie.
Khal odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, z nieokreślonym grymasem na twarzy. Nagle nie czuł się już zwycięski, a zwyczajnie brudny. Winny, że ta rozmowa w ogóle jest zasadna. Na jakimś poziomie chciałby być lepszy niż to. Na innym wiedział, że POWINIEN być lepszy… ale na wszystkich innych nie miał wątpliwości, że wcale nie jest. Pogodził się z tym już dawno temu, ale stare poczucie niedoskonałości znów się wyrwało. Z westchnięciem, upchał je głęboko z tyłu głowy, nim w końcu znów odnalazł jej spojrzenie.
-
Można mi zarzucić więcej niż bym chciał, ale nie jestem kłamcą - zadeklarował i choć mówił cicho, to w słowach czuć było jakąś moc, a może po prostu niezachwianą pewność.
Ujął jej policzek i nachylił, się, ale nie do pocałunku, a oparł czoło o czoło i zamknął oczy. -
Nigdy nie powiem ci świadomie nieprawdy, ani nie przemilczę usilnie tematu, który powinien być wypowiedziany… Masz tu moje słowo. Wiem, że w pewnych aspektach ja sam jestem przeszkodą by nam się udało… Jednak pcha mnie to i motywuje aby odpłacać i NADpłacać ci to na innych płaszczyznach. Mam nadzieję, że to będzie starczyć…
-
Możesz mnie traktować jak swoje zabawki. Nic im przecież nie obiecywałeś tylko pozwalałeś im samym dojść do błędnych wniosków. - wsunęła się pod rozerwany śpiwór - Czyste sumienie. To przecież nie było kłamstwo, prawda? Po prostu umyślnie pozwalałeś im dojść do błędnych wniosków. Czy chcesz też mnie tak trzymać w niewiedzy i fałszywej radości?
Viktor pozostał w niemal bezruchu gdy Kaylie się od niego odsunęła.
- Myślałem, że już pokazałem, że nie jesteś dla mnie jagnięciem... No trudno… Drugi człon mojej obietnicy odpowiada na twoje wątpliwości. Ich nie okłamywałem, prawda. Jednak definitywnie pomijałem tematy i to właśnie był sposób jakim pozostawały, w błędnym przekonaniu. Ta obietnica mówi specyficznie, że gdy dostrzegę u ciebie takie błędne przekonanie, to je zaadresuję…
Kaylie nagle mu weszła w zdanie chcąc odpowiedzi. - Czemu po prostu nie będziesz mnie informował jak ci podałam? Czemu nie powiesz: "Dziś spałem z tą, ta jest w mojej rotacji, pewnie jutro z baronówną spędzę noc, mam ochotę tą młodą nauczyć jak być żoną"? - zapytała wychylając się ku Khalowi - Czemu?
Viktor mrużył brwi, analizując pytanie, szukając czego nie zrozumiał, albo gdzie do pomyłki mogło dojść.
- Ależ… będę mówił. Skoro to jest to czego oczekujesz… skoro, dla ciebie, wszystko poniżej tego byłoby nieszczere… - wzruszył ramionami, jakby dochodził do nieco banalnych wniosków - Nigdy cię nie okłamię, ale równie ważne jest byś ty się nie czuła okłamywana. Jeśli mi mówisz, że takie informacje są warunkiem twojego poczucia mojej szczerości, to je akceptuję i będę działał w zgodzie z nimi.
Khal uśmiechnął się, trochę bezczelnie i bardzo przymilnie. - Czy tak jasna i jednoznaczna deklaracja, panią zadowala?
Kaylie uśmiechnęła się. - Ja też nie będę taić nic. Powiem wprost jeżeli ktoś mnie któregoś dnia posiadzie. - odparła szeroko uśmiechając się z nutą wredoty.
Khal zmrużył oczy niby-gniewnie, ale uśmiech na jego ustach stał się tylko bezczelniejszy, gdy wdrapywał się nad nią i oboje ich okrywał śpiworami, co chwilowo były nie więcej niż gloryfikowanym kocem.
- A czy my przypadkiem nie ustaliliśmy… - pytał niskim głosem, gdy jego dłoń powoli zsuwała się z jej policzka na szyję, co spowodowało chichot kobiety.
-... że w nagrodę za moje zwycięstwo…
Z szyi wyznaczyła szlak wzdłuż obojczyka i zaraz znów… niżej na co ciało arkanistki zaczęło się lekko wić. - … będziesz, cytując nawet ciebie… tylko moja?
Wymruczał kusząco jej pytanie na ucho powodując westchnięcie ekscytacji, gdy jego dłoń zacisnęła się rozkosznie. - Jestem gotów negocjować klauzulę…
Nie została tam długo, ale zdała się utracić ostrożność i nieśmiałość, gdy kreśliła linie mięśni brzucha Kaylie… i jej podbrzusza jakie drżało na najmniejszy dotyk… - ... która wymagałaby ode mnie gwarancji gotowości...
Dłoń zacisnęła z siłą, zdecydowaniem i zwyczajną żądzą, tam gdzie podbrzusze traciło swą szlachetną nazwę. - … na każde. Jedno. Twoje. Zawołanie.
Kaylie poczuła palce Khala wplatające się w jej włosy. Zacisnęły się one z doskonale dobraną siłą. Poderwały jej głowę kilka cali, przyciągając jej usta do jego, gdy jego palce dotarły gdzie dłoń już nie mogła, a kciuk naparł w bardzo odpowiedni sposób.
Jeżeli Kaylie chciała uciec robiła to w bardzo niewyraźny sposób, bo jednocześnie wydawała się wijąc próbować uciec palcom, ale jej westchnienia rysowały inny scenariusz.
- Khal... - wydyszała, a mocny rumieniec rysował wyraźną prawdę - Skoro ty... będziesz miał inne... Ja też powinnam móc... mieć... innych…
Palce zaciśnięte na włosach odgięły głowę Kaylie w tył, gdy zablokowały jej te nieprawdziwe próby ucieczki i jeszcze bardziej, gdy niespiesznym, ale zdecydoanym ruchem ściągnęły ją w dół, głębiej na jego palce.
- Tak, powinnaś. - Słowa zdawały się rzeczowe, ale głos wciąż kusił. - To byłaby klasyczna symetria… ale to mrzonka, że układy, nawet związki, są w pełni symetryczne. Zawsze są jakieś różnice. Jakieś… extra dla jednego, innego dla drugiego. Wyobraź sobie w praktyce to extra które tobie teraz oferuję… - dalej kusił, mrucząc teraz przyjemnie na ucho odchylonej w tył głowy, bo wciąż twardo trzymał ją, nie pozwalają w żaden sposób, nawet udawany, uciec.
- Ja muszę cię za każdym razem zdobywać. Przekonać. Ugłaskać. Rozgrzać, a i tak zawsze możesz stwierdzić, że się nie czujesz… a ja byłbym na każde. Twoje. Zawołanie. I nie ma że kręcę nosem, bo będę wiedział co mi z tego przysługuje. Wyobraź sobie, że mam się z tą baronetką widzieć… ale stwierdzasz, że nie podoba ci się aby miała zbyt dużo zabawy, więc przyjmujesz zwycięską postawę… wznosisz dłoń… pstrykasz palcami… a godzinę później wychodzę do niej już spóźniony i wymęczony.
- Och, jaki ty biedny... - zaironizowała, gdy drżały jej nogi, a oddech się urywał - To nie ja... - nabrała głębszego wdechu, chcąc go uspokoić - ...nie ja... jestem łowcą w tym... - mimo prób wydała z siebie ciche jęknięcie nim zakończyła zdanie - związku...
- Więc tym bardziej, ta wymiana reguł, nie powinna ci doskwierać, prawda? - zapytał, wzmagając wysiłek, by więcej tych cudownych dźwięków wydobyć - Oraz… oj nie. Ja definitywnie nie “biedny”. Taka wspaniałość rzeczywiście dobrych układów… wszyscy są… usatysfakcjonowani…
I wydobywał ich coraz więcej i więcej, a opór całkowicie zanikł.
- Rano... muszę grupę prowadzić... - wydyszała między tłumionymi jękami - Nie mów innym... o nas...
Khal uśmiechnął się dziko na tę prośbę.
- Hmmm… Ostro się targujesz. Dwa extra za moje jedno? Niech stracę. Akceptuję twoje warunki…
Viktor kiwnął głową a wpół sam sobie, gdy pomiędzy wyduszonymi jęknięciami nie usłyszał krzty protestu. - A w nagrodę, za bycie tak grzeczną dziewczynką… - nie dokończył.
Nie musiał, bo Kaylie poczuła i gwałtownie złapała się go, aż to on poczuł jej paznokcie w swojej skórze…
Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie, a on przeżywał przecudowne deja vu, gdy po raz drugi, tego wieczoru, podziwiając niemal identyczną scenę. Dawał jej czas odpocząć i sam sobie też. To była… wymagająca pozycja, choć nie aż tak jak ciekawa.
Kaylie cieszyła się z tej chwili ciszy i spokoju. Lekko głaskała linie tatuażu Khala jakie widziała, drażniąc jego skórę delikatnym jej łaskotaniem. Pogłaskała też własny bok i podbrzusze.
-
Czy to się stało naprawdę? - zapytała patrząc na swoją kobiecość z wyrazem zdziwienia - Czy ja naprawdę to zrobiłam? - położyła dłonie na czole oddychając ciężko.
-
Cóż… - zaczął Khal poważnie, chichot szybko pozbawił go tej aury - bardziej bym powiedział, że JA to zrobiłem.
Podźwignął się, a bezczelnym uśmieszkiem, nachylił i ucałował ją w czoło, nim nie zwalił się z powrotem na swoje miejsce. -
Choć nie dam głowy, że rzeczywiście masz na myśli to co mi się wydaje, że masz na myśli.
Dodał, opierając się wygodnie na poduszkach.
Kaylie wciąż patrzyła w jakimś zdziwieniu w sufit bez myśli głaszcząc swoje podbrzusze kulistym ruchem.
- Po prostu... ci się znowu oddałam. Tak z własnej woli. To... - pokręciła głową do siebie - Nigdy, żaden Cheliaxianin... Nigdy tak.
Położyła się na boku by patrzeć na twarz Khala.
- Ostatni Cheliaxianin jaki mnie posiadł... - uśmiechnęła się okrutnie - Stracił swoją męską dumę.
Khal spuścił z siebie powietrze, chowając wyrosły na twarzy grymas zimnego gniewu. Rozumiał dobrze implikacje tego co powiedziała, ale to implikacje tych implikacji… budziły w nim znacznie agresywniejsze żądze.
- Nyer? - zapytał chłodno, z jakimś mrocznym akcentem w spojrzeniu.
Galtianka położyła policzek na dłoniach leżących płasko na ziemi i sama będąc na brzuchu trzymała nogi w powietrzu. - Jakie to ma dla ciebie teraz znaczenie? - zapytała zaciekawiona co Khal powie, ale on się nie spieszył.
Oparł się na łokciu i wyciągnął dłoń, by samymi opuszkami palców sunąć powoli wzdłuż jej blizn, teraz klarownie prezentowanych. - I to… też on?
- Nie wierzę, że to powiem, ale... I tak, i nie. Był zimnym draniem, niemniej nie jego nakarmiłam jego własnymi jajami, a i też nie on mi razy wymierzał. Od tego miał innych. - uśmiechnęła się krzywo - Powinieneś wiedzieć. Musiałeś mieć ludzi do karania twoich niewolników za ciebie.
- Nie o mnie teraz... O ilu ludziach tutaj mówimy? “Nakarmiony”, rozumiem, już nie żyje i to mnie umiarkowanie satysfakcjonuje… ale kary wynikały z decyzji denata, Nyera, czy jeszcze kogoś innego?
Kaylie lekko uniosła się by wesprzeć brodę na złożonych dłoniach.
- Powiedz mi... - odezwała się lekko, patrząc łagodnie na Khala - Ile tak naprawdę wiesz o niewolnikach w Cheliax? Ile wiesz o Nyerze? Miałeś swoje własności.
- Kaylie… Miałaś jakieś osiem lat, gdy ja przekraczałem granicę Cheliax i od tego momentu koegzystowałem z niewolnikami. Nie wiem wszystkiego o niewolnictwie, bo to nigdy nie był mój obszar szczególnych zainteresowań i obracałem się w konkretnych kręgach, ale wiem dość. Rozumiem, że jak niewolnik trafi na złego właściciela… to czeka go swoiste piekło. Jednak wiem jako fakt, że bardzo wielu możnych było bardziej jak ja. Przez piętnaście lat mojego posiadania niewolników tylko raz musiałem jednego ukarać. Zrobiłem to osobiście i nienawidziłem każdego jednego uderzenia. To była moja ostatnia z wielu prób, aby zrozumiał, że pomimo mojej łagodności nie dam sobie wejść na głowę. O Nyerze wiem ile potrzebowałem aby mu doradzać. To jest przyjaciel Loży, a nie mój. Na oczy widziałem go koło siedmiu razy… i to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Choćby to co ci się stało było nieuniknioną codziennością każdego jednego niewolnika na powierzchni Golarionu… - wzruszył ramionami, również po to by kupić sobie czas, nie będąc pewnym jak zwerbalizować emocję.
- Oni nie są tobą. I to wszystko zmienia.
- Khal... - pokręciła głową - Chcę po prostu wiedzieć ile tak naprawdę wiesz o całym procesie bycia niewolnikiem. Ale... założę, że muszę ci wyłożyć wszystko by wytłumaczyć co się stało. Masz zastrzeżenia?
Khal zastanowił się chwilę. Wiedział jak to technicznie wygląda, ale… - Teoria może mijać się z praktyką. Opowiedz.
Kaylie usiadła przed Khalem na początku milcząc, gdy próbowała złożyć słowa.
-
Kiedy stajesz się niewolnikiem tracisz własność nad swoją osobą. Najczęściej po prostu jesteś sprzedawany komuś, rzadziej ten co cię pochwycił zostaje twoim właścicielem. - patrzyła w ziemię - Popełniłam błąd... Grupa najemnicza do jakiej należałam została zatrudniona do przetransportowania niewolników w Cheliax. Były to osoby z pogranicz jakie zostały pochwycone siłą, więc nawet jeszcze nie zostały oznaczone, ale według prawa już należały. - spojrzała na leżący nieopodal swój miecz.
-
Przeciwko zdaniu Rhaasta chciałam być lepsza, altruistyczna... w trakcie drogi uwolniłam niewolników, pozwoliłam im uciec, gdy była okazja. Inni najemnicy nie byli zadowoleni. - zamknęła oczy - Na nic błagania i próby przemówienia do ich sumienia. Postanowili zmniejszyć straty...
Zamilkła zbierając myśli. -
Nyer był tym zleceniodawcą i właścicielem niewolników jakich wypuściłam. Moi niedawni kompani oddali mnie mając nadzieję na darowanie im strat, choć raczej liczyli na więcej niż jedynie trzech słabych niewolników. Irvys Nyer od łaski wycenił mnie tylko na tyle, chyba tylko z powodu mojej magicznej edukacji. Więcej nie mogli ugrać. - zamknęła oczy.
-
Nyer pobocznie zajmuje się prawem handlowym, ale jego głównym zajęciem jest handel żywym towarem. Nie jest per se okrutny... ale posiadanych niewolników traktuje po prostu jak zwykłą rzecz. Nie obchodzi go ich samopoczucie czy to fizyczne, czy psychiczne. Na początku... - wzięła głęboki oddech - Przechodziłam "inspekcję towaru", jak to raczej każdy w różnym stopniu będzie musiał przejść. Rozebrali mnie do naga i sprawdzali każdy element mojego ciała... a Nyer zapisywał wszystkie obliczenia. To był bardzo zimny i bezuczuciowy proces, jakby oceniali czy sprzedano im nie wadliwy produkt. - zakryła oczy - Moja magia była skrępowana poprzez antymagiczną obrożę, Ale miało się okazać, że to było niczym...
Kaylie spojrzała na Khala, sprawdzając czy on chce coś powiedzieć, ale on tylko siedział naprzeciw niej i patrzył. Nie poganiał spojrzeniem, ani gestem ani słowem, choć czuć było w nim napięcie, a wyraz twarzy miał kamienny. Kiwał tylko głową od czasu do czasu, jakby potwierdzając, że zrozumiał.
-
Właściciele chcą złamać niewolnika by ani myślał o sprzeciwie czy ucieczce. Fizycznie czy psychicznie... - dotknęła jednej z blizn na boku - Mało który właściciel chce nieułożonego, więc się po prostu nie sprzedają dobrze, a zwroty zazwyczaj są ze zniżką dla sprzedającego. Nie tylko sprzedający chce ułożyć, ale także posiadający. - smutek w jej oczach był widoczny - Opierałam się. Bardzo długo walczyłam, ale... inni niewolni w końcu mi przetłumaczyli jaki to bezsens. Ja już miałam dość bólu, grozili mi burdelem... - łzy na chwilę się pojawiły
-
A później... minęło pół roku i moi dawni kompani przestali mieć chęć oddawać mu kasę. - ręce zaczęły się jej trząść - Na nic błagania Nyera... Zupełnie go to wszystko nie obchodziło. Nigdy mi nie powiedział, że zmienia zdanie. Przez tydzień czekałam przerażona w tej cholernej celi... - łzy popłynęły - Ledwo co spałam... Tylko histerycznie płakałam... widziałam jednego... nie był w stanie chodzić normalnie, ruszać rękoma jak trzeba, poddał się ostatecznie. Mówili, że niezależnie co będę mówiła i tak będzie trwało minimum kilka godzin. Śniłam jak będą mi wyłamywać palce, wbijać igły pod paznokcie, łamać kołem i przypalać. I... i... - zaczęła dyszeć ze stresu.
-
Ćśśś… wyobrażam sobie.
Khal zbliżył się ostrożnie, wstając na kolano. Nachylił i przytulił ją mocno. -
Nie mogę wyrazić jak mi przykro, że musiałaś to przejść, ale jesteś teraz bezpieczna i nigdy nie będziesz już w takiej sytuacji.
Khal odczekał aż poczuł, że drżenie ustąpiło i oddech się uspokoił, po czym cofnął się i usiadł, czekając czy Kaylie chce opowiedzieć dalej historię… był tylko odrobinkę bliżej niż wcześniej… i wciąż trzymał jej dłoń.
Kaylie odwzajemniła uścisk dłoni.
-
Przez cały tydzień straciłam wszystkie łzy. W tej sekundzie poddałam się. Widziałam, że cokolwiek mnie czeka zniszczy mnie fizycznie i mentalnie. Opowiadali mi historie o doświadczeniach torturowanych ludzi, o samobójstwach. Mówili jakie to wszystko bez sensu i nieważne czy chcesz powiedzieć prawdę czy nie... i tak cię umęczą. To bardziej przeciw właścicielowi niż tobie. W ten sposób chcą zadać cios twojej wartości. - westchnęła - Jednak kiedy nadszedł czas okazało się, że nie zostanie wykonana ta procedura. Czułam jakbym umarła ze stresu. Rozryczałam się histerycznie i prawie lizałam buty Nyera gdy mnie prowadził przez sąd. - zakryła oczy.
-
Dopiero kiedy mój umysł zaczął działać znowu to poczęłam widzieć drogę. Od tej pory byłam wzorowym niewolnikiem, robiłam co tylko ode mnie chciano nawet jeżeli miałam później noc przepłakać. Nyer, a raczej jego ludzie, mnie uważnie obserwowali. Czasem zastawiono na mnie pułapki. Dawano nadzieję na ucieczkę czekając na mój fałszywy ruch. To było naprawdę ciężkie odrzucić każdą okazję, bo nie wiedziałam jaka jest prawdziwa, a jaka to tylko podpucha.
-
Nie stawiałam się, kiedy jakiś jego znajomy dostał okazję na noc z Galtianką. - mocniej ścisnęła rękę mężczyzny - Tylko raz płakałam, co sprawiło, że ten Cheliaxianin niekomfortowo się poczuł i mnie poniechał. Nyer nakazał mi uspokoić się przy następnych. Od tego momentu zaczęłam połykać swoje własne łzy i przybierać fałszywy uśmiech. Nie jestem w stanie powiedzieć ilu z twoich znajomych mnie miało.
-
A Nyer... - spojrzała z bólem - Nie powiem, że nigdy nie zostałam wezwana do jego sypialni. Nie byłam jedyna, nie miał czasu na prawdziwe związki. Zależało mu tylko na przyjemności dla siebie. Po zakończeniu swojej powinności kłaniałam mu się w pas dziękując za... nie wiem za co nawet i wychodziłam by mu nie przeszkadzać. Był zimny i bezemocjonalny, ale nie robił mi krzywdy. - zabrzmiało to bardzo dziwnie w ustach arkanistki, jakby tak naprawdę nie rozumiała krzywdy - Czasem nawet pozwalał mi zostać w swoim łóżku na noc i dwa razy dał mi resztki swojego śniadania.
Uśmiech jaki pojawił się na jej ustach był niepokojąco prawdziwy w jej mniemaniu.