Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 226 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez
    #64
    • Teraz byłbym cierpliwy - zaproponował Viktor po opowiedzeniu wszystkiego co zaobserwował - Obserwujmy to. Poczekajmy dziesięć minut. Nie wierzę by mistrzunio planował wytruć cały poziom gdy ktoś zerwie żyłkę, więc po tym czasie stężenie powinno być już nieszkodliwe. Cokolwiek by to miało robić. Potem bym jednak może spróbował przejść ponad nimi… ale bym osobiście pilnował każdej żyłki aby nikt mi w nie nie wdepnął.
      I to ona ryzykowała wtedy? A on co?
    • Mogłabym uruchomić pozostałe w jednym momencie... - powiedziała patrząc na Filię, nie Khala - Nie zbliżając się do nich.
      Filia się chwilę zastanowiła i kiwnęła głową.
    • Viktor, cofnij się do nas. - zerknęła na Kaylie - Zacznij, kiedy będziesz gotowa.
      Khal uśmiechnął się krzywo, ale był to czysto mentalny gest. No tak… cierpliwości mu się zachciało. Niedorzeczność. Jednak nie protestował i cofnął się… tylko tak daleko jak mógł, nie tracąc widoku z Kaylie.
      Sama Kaylie ustawiła się daleko od widocznego celu. Nie wiedziała co spowoduje jej działanie, więc i nie planowała być za blisko. To wcale nie musiały być jedynie jakieś trucizny.

    Kobieta zaczęła wypowiadać słowa w smoczym języku jakie jednak składały się na bardzo krótkie i szybkie frazy, a jej ruchy dłoni wydawały się wręcz nieistotnym gestem. Pojawiła się na widoku dłoń złożona z półprzezroczystej energii, jaka została skierowana na najdalszy kawałek korytarza i skierowana nisko aby jednym rozkazem szybko powróciła mając uderzyć we wszystkie linki po drodze.
    Najwyraźniej pułapka, albo seria pułapek nie została przemyślana, żeby aktywować je w tej kolejności. Ostatnia żyłka przybliżyła do siebie dwa kamienie na ścianie, które zaczęły strzelać do siebie małymi błyskawicami. Kolejne dwie, tak jak dwie pierwsze otworzyły jakieś zawory wypuszczające kolejne gazy. Dopiero po kilku sekundach nastąpiła reakcja, najwyraźniej opary musiały się jakoś wymieszać, co spowodowało, że błyskające kamienie wywołały zapłon całej przestrzeni. Potężny huk wypełnił kopalnię. Na szczęście wszyscy byli odpowiednio daleko, aby nie otrzymać żadnych obrażeń, a huk nie uszkodził ich słuchu.
    Kiedy było po wszystkim ściany i sufit korytarza były pokryte sadzą, natomiast niewielkie ilości piasku na podłodze zmieniły się w szkło.

    Viktor przetkał ucho małym palcem. Był… niezadowolony. Z tym poziomem będącym niemal wyludnionym była spora szansa, że walka powyżej nie zaalarmowała gospodarza. Teraz nie można było na to liczyć.

    • Ughh… na potrzeby przyszłych pułapek i zagrożeń… pragnę zauważyć, że cierpliwość pozwoliłaby tu gazom się rozrzedzić na tyle, że pewnie by nie doszło nawet do tej eksplozji. Wracam do zwiadu. Trzymajcie dystans jak poprzednio. Był on optymalny.
      Kaylie zauważyła, że Filia pokręciła oczami.
    • Nie słuchaj go. Nasz oponent to alchemik, kto wie co by się stało gdybyśmy czekali.
      Gdyby nie maska to inni zobaczyliby, że arkanistka na siłę trzyma w ryzach łzy czystej frustracji jakie zmieszane były z poczuciem bycia poniżaną. Chciała wykrzyczeć Khalowi jak nie miał racji...
      Filia rozumiała. To alchemik znający się na robocie. Dziesięć minut nie musiało usunąć ważnych składników z powietrza...
      Chciała płakać wśród tych sprzecznych sygnałów jakie otrzymywała od Khala.
      Viktor skrzywił się niezadowolony, kątem oka dostrzegając lekkie drżenie Kaylie. Tym bardziej trzeba było powiedzieć to co i tak zamierzał.
    • Czemu ludziom wydaje się, że obserwacje faktów, z nadzieją na wyciągnięcie przyszłych wniosków, to atak? Każdy reagent ma masę krytyczną, poniżej której nie następuje reakcja. Jakby pozwolić im się dość rozrzedzić to by nie doszło do eksplozji. To. Jest. FAKT który NIE podlega dyskusji. Kwestia tego czy w tych tunelach rozrzedzenie jest możliwe. To nie był atak, to nie była krytyka. To była: obserwacja. Rada. I ona NIE była kierowana do Kaylie… - zadeklarował, z umiarkowaną intensywnością patrząc prosto w Filię, ale błyskawicznie po tym jego spojrzenie złagodniało. - Ale i tak chcę zadeklarować moją wdzięczność za twoją gotowość by się za nią wstawić, gdy postrzegasz atak w nią wymierzony. Dziękuję - kiwnął jej głową z wdzięcznością i już odwrócił stopę, na znak, że jest gotów wrócić do wcześniejszej formacji…
      Kaylie milczała, ale dało się zobaczyć lekkie drżenie jej ciała.
      Widząc brak prób zatrzymania Khal się obrócił, by wrócić do zwiadu, ale… zatrzymał się w pół procesu. Widok Kaylie go zatrzymał.
    • Ale… - powiedział do niej… nie było w jego głosie grama pewności jeszcze sprzed dwóch sekund - Jeśli odebrałaś to jako atak na siebie to… przepraszam - to słowo było prawie, że wycedzone przez zęby… wypowiedziane z nieprzyjemnością. Nie było naturalne w jego ustach i nie brzmiało tak - Nie chciałem tego - zadeklarował i nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź, tylko ruszył przed oddział, by odkryć kolejne zagrożenia na niego czyhające.
    • Ktoś by pomyślał, że nauczyliby go w Cheliax ogłady. - mruknęła Filia do arkanistki - Tak kręci się wokół prostych słów i konceptów... - ton komendant zmienił się, był trochę zimniejszy i wpatrywała się uważnie w Viktora.
    • Choćmy. - odezwała się Kaylie po chwili i ruszyła powoli za Khalem, gdy była między nimi odpowiednia przestrzeń. Zetknęła tylko za ramię upewniając się czy Filia idzie.
      Komendant ruszyła za swoim ochroniarzem, ale nie spuszczała oczu z ich przewodnika.
      Reszta korytarza była bezpieczna i po kilku minutach grupa dotarła do kolejnego pomieszczenia. To było wypełnione zamkniętymi skrzyniami przewozowymi. Wychodziły z niego dwa inne tunele. Jak na oko Viktora i pozostałych wyjście po prawej doprowadziłoby ich z powrotem do pokoju z jajami.

    Viktor poczekał na oddział planując dalsze kroki.

    • Dajcie mi kilka minut. Sprawdzę tę odnogę by potwierdzić, że jest tam tylko korytarz bezpośrednio do sali z jajami, a nie posterunek, po drodze, pełen goblinów, co zaraz nam na plecy wyskoczą.
      Spojrzał na przybyłych, wyczekując nieoczekiwane protestu i ruszył w prawy korytarz. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz, prawda?
      Odnoga była kręta, minął dwa rozgałęzienia, które jak się okazało kręciły spowrotem do siebie. W końcu zobaczył znajome kształty na końcu korytarza. Te same trzy struktury, które trzymają sobie potwory. Jedno oczywiście z jedną stroną zniszczoną przez "narodziny" swojej zawartości.

    • Czysto - zadeklarował po powrocie do reszty - Kręte korytarze, ale puste. Żadnych niespodzianek. Wróćmy do formacji, ale… idźcie trochę dalej niż ostatnio… przynajmniej dziesięć metrów, lub jeden róg. To jest bezpieczna odległość, przy której mogę do was jeszcze wrócić w mgnieniu oka, ale wasze sapanie nie ostrzeże potencjalnych strażników, że nadchodzimy. Możemy tak zrobić?
      Zapytał ale już szedł do kolejnej odnogi. Jeśli ktoś nie planował protestować to nie potrzebował potwierdzenia.
      Kaylie ciągle patrzyła w stronę skrzyń. Nie odzywała się jednak do mężczyzny, a bez słowa po prostu ruszyła przyjrzeć się bliżej skrzyniom i ich zawartości.
      Skrzynie były różnej jakości, wśród starych ledwo trzymających się po latach wilgoci, było też kilka nowych.

    • Viktor poczekaj. - zawołała Filia do ich przewodnika, po czym podążyła za Kaylie i przy pomocy miecza otworzyła jedną ze skrzyń - Co do...?
      Skrzynie zawierały kamienie z dość grubymi kawałkami srebrzystego metalu.

    • Ruda srebra? Przecież... ta kopalnia miała być jałowa.

    • Po co trzymać alchemiczny reagent w miejscu oddalonym od wszystkiego? - mruknęła Kaylie pod nosem.
      Viktor przykucnął przed odnogą. Dając odrobinę odpocząć mięśniom, co w czasie walki z potworkiem z jajka wytężone były najbardziej od dobrych dwóch lat. Nie zaniedbywał odrobiny regularnych ćwiczeń, ale i tak czuł w plecach lekki dyskomfort, którego dziesięć lat temu by nie było, nawet po znacznie poważniejszych wyczynach. Niestety nie było magii co pomagała na upływ czasu. Uśmiechnął się do siebie szyderczo.

    • Tia… teraz to już tylko ziółka, koc i kominek dla ciebie, starcze - wykpił sam siebie, czekając aż kobiety skończą oglądać skrzynie, samemu wpatrując się w ciemność odnogi.

    • Pilnujcie perymetru! - polecił pozostałym strażnikom tonem, którego chciało się słuchać - I pamiętajcie, że są bestie co po sufitach łażą! - Większość z nich wiedziała co robić, ale część… utraciła wątpliwości.

    • Po co porzucać kopalnię, która jeszcze ma zasoby? - zastanowiła się Blackfyre - I po co tak pułapkować drogę do schowka na srebro? - zastanowiła się chwilę - Czy ktoś ma zaklęcie, które pozwala na zlokalizowanie tajnych przejść? - powiedziała ogólnie do pomieszczenia. Davion jedynie pokręcił głową - Szczerze nawet nie wiedziałbym jak przedstawić prośbę o to Abadarowi.

    • To kapłani muszą mówić bogu w jakim celu chcą magię? - zdziwiła się Kaylie - Za każdym razem? I może ci odmówić?

    • Modlimy się o zesłanie na nas ździebełka boskiej mocy. To nie jest coś o co prosisz mówiąc "Dawaj, bo chce mi się". Są zaklęcia, które bóstwa mogą być mniej chętne do podarowania swoim wyznawcom. Nie spodziewałbym się, aby Sarenrae, bogini światła i leczenia, od tak dawała zaklęcia ciemności czy wypełniania ciał negatywną energią. - wytłumaczył Davion - Do tego... zaklęcie odnajdywania tajnych przejść to bardziej domena magii tajemnej, a nie objawionej.

    • Przykro mi... - stwierdziła Kaylie - Nie posiadam takiego zaklęcia, ale przecież musi być sposób. Może jakieś ślady na posadzce po przeciąganiu takich skrzyń jak te tutaj. Jeżeli są tu jakieś zakamuflowane drzwi to przecież mogli chcieć coś przez nie przenieść. - spojrzała na Filię - A ta... Ihaili. Nie mogłaby w tym pomóc?

    • Wątpię, aby druid miał zaklęcie aby znaleźć drzwi, ale... - uniosła dłoń do twarzy obracając pierścień na palcu wskazującym - Ihaili przyjdź tu proszę. Potrzebujemy twojego nosa. - po kilku minutach haflinka przybiegła zasapana do grupy komendant - Musisz... mnie... zostawiać i... wołać? Mam... krótkie nogi... - zatrzymała się, aby złapać oddech.

    • I płacę ci więcej za marsz. - odparła Filia - To pomieszczenie jest dziwnie... zwyczajne. Podejrzane nawet. Mogłabyś wywęszyć czy niczego tu nie ma?

    • Mówiłam ci, "zainwestuj w psy tropicielskie", ale "Nieeee, chłopaki zaczną rozpieszczać i nic z nich nie będzie".

    • Jakby ciebie nie dokarmiali jak jesteś w formie ptaka czy psa.

    • Hej! Naucz się zmieniać to zobaczysz jak to zżera kalorie. - haflinka wyciągnęła jakieś listki ze swojej kieszeni, szybko je zgniotła i zaczęła wcierać wokół nosa i oczu, w kółko mamrocząc jakąś inkantację. Kiedy zakończyła, jej źrenice stały się poszerzone i przykucnęła szybko wciągając powietrze nosem. Po chwili zrobiła jedno SIIIILNE wciągnięcie powietrza i ruszyła w kierunku jednej ze skrzyń.

    • Tu. Czuję smród alchemii. - przez chwilę malutka kobieta próbowała pchnąć skrzynię, ale szybko się poddała i spojrzała błagalnie na dwóch strażników. Ci jedynie zachichotali i przesunęli, z pomocą Ihaili oczywiście, skrzynię na bok, ujawniając ukryte drzwiczki.
      Kaylie zwróciła głowę w stronę Khala, ale trwało to krótko po czym znowu odwróciła od niego wzrok.

    • Brawo dziewczyny. - powiedziała komendant jednocześnie do Haflinki i Kaylie.
      Viktor opuścił swoją pozycję wartowniczą i podszedł do źródła zainteresowania.

    • Dobra robota - również pochwalił. - Rozumiem, że chcemy zacząć od sprawdzenia tego przejścia?

    • To może poczekać. - odparła Filia - Przynajmniej jeżeli chodzi o nas. Ihaili, możesz wysłać tam szczurki? - haflinka kiwnęła głową. Ponownie sięgając do kieszeni wyjęła kilka ziaren pszenicy i rozrzuciła je na ziemi. Po kilku sekundach jakby znikąd pojawiło się kilka szczurów. Haflinka przykucnęła do nich, wydając z siebie piszczące dźwięki, najwyraźniej komunikując się ze szczurami. Gryzonie pobiegły do drzwiczek wciskając się między szparami - Zwiad załatwiony. Zobaczymy co jeszcze tu jest, żeby nic na nas nie wyskoczyło. - zerknęła na Viktora - Prowadź.

    • Ayay! - zasalutował tylko w ćwierć poważnie i ruszył zgodnie ze swoim starym planem.
      Ten tunel szedł dość prosto. W przeciągu kilku chwil Viktor doszedł do kolejnego pomieszczenia. Chociaż poczuł je zanim do niego dotarł. Smród gnijących ciał zaatakował jego nozdrza, ale był w stanie powstrzymać żołądek przed zwróceniem zawartości. Gdy tylko odzyskał pewność samokontroli wręcz wyszarpnął zza kaftana jedwabną chustkę. Nie wierzył by wiele dała, ale sama psychologiczna zapora pomagała. Krzywiąc się ruszył przed siebie. Musiał zobaczyć skąd ten zapach się bierze. Ogół rozumiał. Niuansów mu brakło.
      Najwyraźniej logika wystroju wnętrz uniknęła alchemika w jego edukacji. Tajne przejście do jego tajnej bazy, graniczyło ze schowkiem na odpady. pomieszczenie było mniejsze od pozostałych i było wypełnione gnijącymi kawałkami ciał, niektóre musiały być tu długo, ponieważ widział coś co jedynie mógłby opisać jako płynne szczątki.

    Viktor skrzywił się niezadowolony i parł naprzód, starając się nie wdepnąć w żadną “kałużę”. Po dwóch krokach zmusił się by zwolnić. Były zbyt szybkie. Zbyt nieostrożne. W tych zwałach coś mogło się czaić… zatrzymał się. Zastanowił i stanął na środku sali. Upewnił się, że nikt z jego oddziału nie wszedł mu w zasięg i sięgnął po narzędzie którego nie pamiętał gdy ostatni raz użył. Skupił się i wylał z siebie potoki negatywnej energii, zalewając nią salę.
    Nic jednak się nie stało, może kilka much padło do pozostałych ciał i cokolwiek co żywiło się obecnie na zwałach do nich dołączyło, ale nie zarejestrował ponadto żadnego ruchu.

    Kiedy Viktor wyruszył na zwiad jeden ze strażników podszedł do komendant. Mieli szybką wymianę zdań na osobności, po czym kobieta zerknęła na arkanistkę.

    • Kaylie, możemy porozmawiać?
      Kobieta odwróciła wzrok od zejścia, w jakim zniknął Khal i skinęła głową komendant.
    • Co się stało między wami? Tobą i Viktorem, jest niezwykle… agresywny dzisiaj. Wobec ciebie.
      Początkowo Kaylie tylko milczała, nim cicho odparła.
    • Nic takiego. Czasem tak bywa.
    • Nie. - odparła Filia - Nie bywa TAK, jak opisał to jeden z moich chłopców. Do tego widziałam jak oboje się zachowujecie teraz… Mam teorię, ale nie chce jej mówić, bo i tak od razu zaprzeczysz. - westchnęła - Możesz mi odpowiedzieć, szczerze na jedno pytanie?
    • Na jakie? - zapytała z ostrożnością w głosie.
    • Czy jesteś tutaj, z Viktorem, z własnej woli? Bez przymusu?
      Kaylie skrzywiła się pod maską. Co miała powiedzieć? Gdyby Azazel nie polecił to pewno by teraz tu nie siedziała... Czy ona chce wybadać możliwe powiązania z tym diabłem i u niej?
    • Nie. Z własnej woli bym w lepszym miejscu była. Ta kopalnia nie ma wysokiego standardu. - odpowiedziała nie odpowiadając.
      Filia uniosła brwi i uśmiechnęła się.
    • Niezły unik. Miałam na myśli Evercrest. Jeżeli jednak nie chcesz odpowiadać nie musisz.
      Kaylie nie odezwała się wracając do obserwacji zejścia.

    Viktor kiwnął sam sobie głową. Nie spodziewał się nieumarłych, więc przejście powinno być bezpieczne. Poszedł dalej. Powoli i z odrazą przyzwyczajał się do smrodu, ale chciał sprawdzić jeszcze najbliższe metry za “kostnicą”. Może będzie blisko coś co powie jasno “nie warto tędy drugi raz przechodzić”?
    Mijając schowek na ciała Viktor usłyszał ostatnie podrygi goblinów, które wykańczało zaklęcie Baltizara. Najwyraźniej to pomieszczenie służyło do trzymania odrzuconych eksperymentów na goblinach.
    Nie znając jednak ani źródła dźwięku, ani maga co je stworzył nie miał innej możliwości niż obniżyć postawę i wrócić do skradania się… poszedł powoli w przód, aby zlokalizować źródło. Widział ostatnie chwile Czarnych Macek nim puściły one zmiażdżone ciała goblinów. Niedaleko później widział zmielone ciała fey i widział, że ich krew była świeża. Widział jakieś ślady na podłodze… nigdy nie przyłożył się do nauki tropienia, ale to nie oznacało, że wniosków nie mógł wyciągać, a niektóre ślady były dosyć charakterystyczne. Rozświetlił korytarz magicznym światłem i szukał. Myślał… idea sama pchała mu się gdzieś z tyłów głowy, ale… jeszcze nie docierała do niego. Wdział, że korytarze się kręciły. Potrafiły nawracać, a odnogi się łączyć.

    Viktor wrócił do oddziału po dłuższym czasie.

    • Utrzymajcie dystans póki nie zwietrzeję. Przechodziłem przez kostnicę, łamaną przez śmietnik.
      Widział, że Kaylie wciąż jest spięta i Filia wciąż była… chłodna. Tylko w inny sposób, niż po tym jak to jej zarzucił niecierpliwość przy pułapkach. Czysto mentalnie wzruszył ramionami. Niech sobie będą. To problem dla Przyszłego-Viktora. Aktualny-Viktor musiał się skupić aby wyglądać nonszalacko i wesoło.
      Opowiedział szybko i “raportowo” co znalazł po drodze.
    • Cuchnie odrażająco tam, ale nie ma już nic żywego. Wydaje mi się, że ekipa Baltizara tam była dosłownie przed chwilą, ale już ruszyli w drogę powrotną.
    • Więc, to ostatnie pomieszczenie. Zostały tylko te dwa jaja, których nie ruszamy i to zejście tu. Ihaili twoi szpiedzy coś znaleźli? - haflinka kiwnęła głową.
    • W sensie nic, pomieszczenie tuż pod tym jest puste i ma tylko jedno wyjście.- Filia kiwnęła głową. Dobrze, wracamy do reszty i zdecydujemy dalszy plan działania.
    • Czemu w takim razie po prostu nie wejdziemy tam? - zapytała Kaylie - Tu nie ma czego roztrząsać i co planować. Albo idziemy, albo wracamy z pustymi rękoma.
    • Skrytka raczej jest po COŚ - przytaknął Khal - Może jest tam dalsze ukryte przejście? Albo coś czego szczur nie rozpoznał. Zakładam, że to “jedno wyjście” to to prowadzące do ukrytych drzwiczek…
    • Erm… nie. - odparła Ihaili - Te drzwiczki tu w podłodze, prowadzą do kamiennych schodów, na końcu ich jest kolejne pomieszczenie, z którego jest jedno wyjście.
    • Co do schodzenia od razu, mam jeszcze dwa oddziały w poprzednim pomieszczeniu i grupę Harpenessa, trzeba z nimi wszystko uzgodnić.
      Kaylie nie była zadowolona, ale zachowała milczenie.
      Filia kiwnęła głową i ruszyli z powrotem.
    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #65

      Gdy już gnom otrzymał oddział chłopców Filii, jego “pierzasty konstrukt” wyrwał się w kierunku wybranego przez gnoma tunelu.

      • Etri…! Ech… trudno… po prostu ruszamy za nim. I miejmy nadzieję, że nic mu się nie stanie.- odparł wyraźnie niezbyt zmartwiony nadgorliwością zwierzaka. Zaplanowaną zresztą z góry.
        Tymczasem konstrukt poruszając się cicho niczym sowa, na której wzór został ukształtowany wleciał już w czeluść tunelu wypatrując potencjalnych zagrożeń.
        Pochód prowadzili barbarzyńcy Jor i Ori, za nimi natomiast oddział strażników, wszystko zamykali Inarion, Ofun i Baltizar.
        Gdy tak wędrowali przez tunele gnom nagle zatrzymał się i syknął z bólu.
      • Momencik… momencik. Możemy zatrzymać się na moment?-
        Gdy już cała grupa stanęła w miejscu czekając Baltizar rozmasowywał sobie stopę, gdy z szelestem skrzydeł przyfrunął jego zwierzak. I wylądował obok niego wydał z siebie serię syków potrząsając przy tym łbem.
      • Mówi że z przodu… że przestraszył się… powoli i wyraźnie mów.- burknął Baltizar i dalej tłumaczył.- Mówi że z przodu duża jama pełna, długich robali z licznymi nogami… coś tasiemki.. Wije! Przed nami dużo olbrzymich stonóg!
        Spojrzał na awanturników pytając.- Co robimy?-
        Strażnicy wyglądali na trochę zagubionych, najemnicy natomiast zebrali się rozważając możliwości.
      • Standard? - zaproponował Jor.
      • Całe pomieszczenie pełne stonóg? Nie, nie mam zamiaru się tam zbliżać, ani bardziej trzymać was idiotów przy życiu. - odparł Inarion.
      • Hm…Ofun ile masz na sobie bomb? - spróbował Ori.
      • Za mało. I nie chcę zużywać wszystkiego na pędraki. - odparł alchemik, na chwilę zapadła cisza. W końcu pstryknął palcami Jor.
      • Dobra załatwiamy to tak. Jak i Ori wbiegamy tam siekamy co się da. Strażnicy wchodzą za nami, wy dwaj uważajcie czy nie robi się zbyt niebezpiecznie. - sale wypełniła cisza, po chwili Inarion zdzielił barbarzyńcę w potilicę.
      • To JEST standard ty tłuku!
      • Standard działa!
      • Wała, a działa!
      • Masz lepszy pomysł!? - znowu zapadła cisza. Inarion westchnął i spojrzał na Ofuna.
      • Daj im coś, aby nie padli od jadu tych bestyjek i módlmy się, że są głupsze od tych dwóch. - mag podszedł do strażników tłumacząc im "plan" Jora. Po chwili podszedł do Baltizara.
      • No to taki jest pomysł jaki słyszałeś szefie. Zostajesz za nami, aby wszystko notować?
      • Oczywiście.- odparł z uśmiechem gnom. - Po to tu przyszedłem. Będę się trzymał z tyłu i opisywał wasze bohaterskie czyny.-
        Po chwili zastanowienia się dodał.- Eeeem… mam w mojej talii od sponsora cudowną kartę. Która może się przydać w tej chwili. Ale to tylko jedna sztuczka, którą mogę użyć tylko ja… i cóż, nie ma co liczyć na kolejne. Wezwie na pomoc żywiołaka ognia. Nic wielkiego.. ale pomoże ze stonogami.-
        Inarion kiwnął głową i wrócił do grupy, która zaczęła ruszać się w kierunku stonóg.
        Baltizar już miał zamiar ruszyć za nimi, kiedy poczuł uścisk na kostce. Jedyne co ujrzał to wilgotną dłoń trzymającą jego nogę, a następnie wciągającą go w ziemię.

      Mokro. Ogólne uczucie wilgoci przepełniało Baltizara. Czuł jednak, że jego twarz jest nad wodą i nie ma problemu z oddychaniem. Usłyszał jakiś dźwięk, śpiew? Powietrze tego miejsca było słodkie w zapachu.

      • Zaprawdę, nie jestem w nastroju do zabaw.- wycharczał gniewnie gnom, w jego dłoń wskoczył kostur. A z jego ust popłynęły słowa klątwy.
      • Flamma gehennae luceat, Hanc animam urat ad ima nonae.-
        Czubek kostura wypełniły żółtawe płomienie rozświetlające miejsce w którym się znalazł.
        Niewielkie jeziorko wypełniało niewielką jaskinię, którą zaczęły oświetlać grzyby rosnące na ścianach. Obracając się Baltizar w końcu dostrzegł źródło śpiewu.

      Trzy piękne syreny stały w wodzie patrząc na gnoma z uśmiechem, przerwały śpiew kiedy zauważyły, że je spostrzegł. Po czym zaczęły rozmowę.

      • Wybudził się siostry.
      • To jeden z uciekinierów.
      • Jeden co był od nas, ale już nie.
      • Czujecie jego zapach?
      • Siarka i popiół..
      • Kurz i pustka..
      • Trawa i krew..? - spojrzały podejrzliwie na Baltizara - Kim jesteś uroczy gnomie? Dawnośmy nie widziały takiego okazu jak ty?
      • Jestem z tych, którego winno się unikać. Przynoszę skazę ze sobą.- uniósł w górę płonący kostur. - Czujecie zapach płomieni, czujecie ich żar? Ich naturę? -
        Spojrzał na syreny dodając.- Jestem chodzącą klątwą. A wy kim jesteście i co tu robicie? -
        Rozejrzał się dookoła.- To jama w podziemiach… to nie morskie odmęty… to nie miejsce ani dla mnie, ani dla was.-
        Kobiety zachichotały i zanurkowały pod wodę, mimo to ciągle je słyszał.
      • Ogień nie rani wody, głupi.
      • Nawet piekło zgaśnie pod jej naporem.
      • Klątwa dotyka tylko ciebie i twoich kuzynów.
      • Jesteśmy podróżniczkami. Jesteśmy ciekawe świata śmiertelnych.
      • Nie musimy być w morzu, każda woda jest dobra. - wyłoniły się z wody otaczając gnoma.
      • Nie zrobimy ci krzywdy. - zapewniła jedna z nich.
      • Jesteśmy tylko ciekawe.
      • Nie jestem pewien czy ten akurat ogień gaśnie pod wodą. - odparł Baltizar i cichym szeptem przeciął nić łączącą go z Etriganem. W tej chwili bowiem mógł potrzebować wszystkich swoich sztuczek. Przyjrzał się niewiastom.- Wybrałyście sobie kiepskie miejsce na zwiedzanie. Tam na górze żyje potwór, zmieniający niewinnych w potwory. Tam wyżej jest jedynie krew, ból i strach.-
      • Czyż to nie fascynujące?
      • Zabija je, ale one nie umierają.
      • I łączy w takie ciekawe kształty.
      • A o nas nie wie.
      • A śmiertelnicy są zabawni kiedy się boją i ich boli!
      • Ja jestem jednym z tych śmiertelników.- przypomniał im Baltizar.
      • Wiemy!
      • Ale ty jesteś inaczej ciekawy.
      • Twój zapach.
      • Pachniesz Piekłem i Gwiazdami.
      • I domem, ale inaczej.
      • Jak to może być?
        Baltizar spojrzał na trzy syreny oceniając ich… potencjał bojowy. Ta rozmowa go nużyła. Nie przyszedł tu zabawiać niewiasty opowiastkami.
      • Ja jestem klątwą powiązany z tym co kryje się za taflą którą nazywacie rzeczywistością. Tym który czeka w otchłani szaleństwa, tym który drapie pazurami i kiedyś wydrapie sobie przejście.- mruknął w końcu Bajarz.- Ahuizotl, Bestia Miliona Oczu czeka na mnie… Czy to zaspokoiło waszą ciekawość?-
      • To gwiazdy. - przyznała pierwsza.
      • A piekło? Zaprzedałeś duszę jakiemuś rogaczowi?
      • Przecież ona nie jest twoja, jak mogłeś oferować coś co do ciebie nie należy?
      • No i dom, czemu pachniesz jak Pierwszy Świat skoro jesteś stąd?
      • Jestem powiązany z wieloma miejscami na raz.- odparł gnom beznamiętnie.- Żyję i odradzam się ponownie od tysiącleci… z tego co wiem. A co do paktu… taki też zawarłem. Szczegółami nie będę was drogie panie zamęczał. Są nudne i bez znaczenia.-
      • Nie możliwe, abyś był tak nudny.
      • Jakaś fae już cię naznaczyła?
      • Może biegasz sobie z nią po ciałach waszych wrogów?
      • Ja jestem fae… jestem gnomem… Może i mój lud zbyt długo przebywał w tym świecie i zatracił więź z przeszłością. Ale tkwi ona w każdym z nas głębiej niż można by sądzić.- mruknął Baltizar.
        Syreny westchnęły.
      • Nuuudzisz nas.
      • Złapałaś jakiegoś przeciętniaka.
      • Ale ten zapach.
      • Będziemy obserwować. - wszystkie trzy spojrzały na gnowa. Chwyciły jego barki i wepchnęły go pod wodę. Chwilę później Baltizar znowu znajdował się w tuneli kopalni. Inarion podskoczył kiedy go zauważył.
      • Jesteś szefie, już się baliśmy, że coś cię zjadło. Okazało się, że to jedna DUŻA stonoga. Jor i Ori się z nią pobawili i jest już martwa.
      • Dobrze… to dobrze…- odparł gnom siadając. - Dajcie mi chwilkę samotności. Eeeem… rozejrzyjcie się dalej. Ja coś muszę załatwić.-
        Elf kiwnął głową i ruszył do pozostałych, zostawiając gnoma w samotności.
        Baltizar wbił kostur w skałę i przesunął dłonią po podłożu rysując palcem krąg, mrucząc pod nosem. Z każdym ruchem dłoni coraz więcej kart papierowych się pojawiało wokół niego wirując. Papierowy wir przyspieszał i po chwili z owego wiru kartek wyłonił się Etrigan.
      • No dobra, dobra… wiem że ci się to nie podobało.- mruknął pod nosem. A następnie gwizdnął. Jogmeth przybiegł do niego.
      • Prowadź mnie do mojego oddziału.- zwrócił się do ogara. A następnie zwrócił się do Etrigana.- Trzeba będzie się znów rozejrzeć z przodu.
        Pochodni na szczycie kostura już nie gasił. Mogła się jeszcze przydać.
        Kiedy gnom dołączył do reszty grupy Jor i Ori stali na środku pomieszczenia rzucając do siebie obciętą głową stonogi niczym piłką. Jor pomachał do Baltizara kiedy go zobaczył.
      • Szefie widziałeś? Skurczysyństwo śmierdziało jak tani burdel.
      • Jak obcięliśmy jej łeb to spasm przeszedł po całym ciele. Jak fala po łańcuchu.
      • Z dobrą minutę zajęło zanim doszło do... zadu?
      • Końca.
      • Ano. Jak będziesz pisał te swoje opowieści to możesz dać jako humorystyczny element.
      • Może… to zależy od tonu opowieści. Na przykład czysto heroiczna historia wymaga stonowania żartobliwych momentów. - stwierdził Baltizar od razu biorąc się za robienie notatek.
        Inarion podszedł do gnoma.
      • Ofun potrzebuje kilku minut, aby wyciągnąć coś z robala. Po tym trzeba będzie się cofnąć i wybrać inny tunel. Tu więcej nic nie ma.
      • Zostało jeszcze wiele tuneli do przejrzenia. Ruszymy jak Ofun będzie gotów.- zgodził się Baltizar siadając na pobliskim kamieniu, by uporządkować notatki.
        Kilka minut później zespół gnoma wrócił do głównego pomieszczenia, przechodząc do kolejnego tunelu.

      Gnom sięgnął po karty, wyciągnął jedną i wskazał kolejny tunel.

      • Teraz… ten? - zapytał bardziej niż stwierdził wybierając tunel na lewo od tego którym przybyli. I znów jego skrzydlaty pomocnik wyrwał się do przodu nie czekając na resztę.
        Papierny ptak wleciał w tunel praktycznie bez dźwięku. Kilka minut mu zajęło zanim doleciał do końca. Tunel nie rozgałęział się, a jedynie prowadził trochę krętymi ścieżkami do kolejnego okrągłego pomieszczenia. Tym razem jednak nic nie znajdowało się w nim poza dwoma kolejnymi wyjściami prowadzącymi w przeciwne strony.
        Po tym wszystkim zwiadowca powrócił do grupy i wylądował przy swoim panu. Gnom “przetłumaczył” swojego pomocnika.
      • Mamy dwie drogi… jedną w prawo drugą w lewo. Jak tylko dotrzemy do następnego dużego pomieszczenia.-
      • Rzut monetą? - zaproponował Inarion.
      • Najpierw tam dojdźmy. - rzucił Ofun - Może poczujemy podmuch powietrza, albo coś innego.
      • Ruszajmy więc.- rzekł entuzjastycznie gnom oczywiście podążając na tyłach całej wyprawy.
        Droga była spokojna, nawet jeżeli kręta. W ścianie jaskini było widać kilka pojedynczych żyłek srebra, ale nic co by było warte kopania.
      • Pomimo, że najwyraźniej ten alchemik trzyma tu swoje... rzeczy, jest tu dziwnie czysto. - zaczął Inarion - Wątpię, aby gobliny doglądały porządku na tym poziomie. Żadnych szczurów ani nic.
      • Może mieć swoich niewolników. Albo jakiegoś udomowionego potworka… może… śluza?- zastanowił się głośno Bajarz.
      • Do tej pory nie wydawał się taki... konwencjonalny. Szczerze chętnie bym przyjął nawet galaretowatą bryłę…
      • Możliwe że zapuściliśmy się na obszary, nad którymi nie panuje… a nawet się nimi nie przejmuje. - zadumał się Bajarz.
        Mag pokręcił głową.
      • Może, miejmy nadzieję, że nic niezwykłego nas nie czeka na końcu tego korytarza.
      • Tak czy siak. Nie ma co tracić czasu, heroiczna opowieść się sama nie napisze.- stwierdził gnom chowając notatnik do plecaka.
        W końcu dotarli do kolejnego pomieszczenia. Jor i Ori ruszyli pierwsi rozglądając się po pomieszczeniu.
        Baltizar wraz ze swoimi dwoma nieludzkimi ochroniarzami wkroczył na końcu rozglądając się dookoła ciekaw tego miejsca.
        Okrągłe pomieszczenie jak poprzednie. To jednak było całkowicie puste. Jor podszedł do ściany delikatnie pukając w poszukiwaniu tajnych przejść.
      • O..oh...- odparł po chwili cofając się.
      • Co tam widzisz Jor? - zapytał go brat. Z miejsca, w które właśnie pukał barbarzyńca wyłoniła się malutka istotka. Niewielkie zwierzątko, kilka spokojnie by zmieściło się w ręce.

      [media]https://i.imgur.com/df0aBYX.png[/media]

      • Zębowe wróżki... - obaj barbarzyńcy unieśli broń obronnie i zaczęli się cofać - Inarion. Mamy zębożerców!
      • Co?! Cholera, ile!?
      • Widzisz dziury w ścianach? Tyle...
      • O bogowie... - odparł elf - Szefie musimy wiać.
      • Dobry pomysł… uciekajcie.- odparł gnom ruszając wraz ze swoimi zwierzakami do tyłu. Spokojnie i ostrożnie cofał się.- Ale niespiesznie. Nie chcemy by zobaczyły naszej paniki i uznały to za okazję do ataku.-
      • One nie muszą widzieć paniki do tego. Te pierniczone fae żrą zęby i wszystko wokół… - wszyscy zaczęli się cofać, a gnom zobaczył, że ściana zaczyna się ruszać.
      • Wyjdźcie pospiesznie więc.- odparł gnom gniewnie, poirytowany faktem że… cóż… będzie musiał sięgnąć do arsenału swoich sztuczek. I to szybciej niż się obawiał.
      • Jor! Opinia!?
      • Za dużo! Zaraz wyfruną. ODPALAJ! - elf nie czekał na nic więcej. Wyciągnął z kieszeni kulkę siarki i kawałek nietoperzego guano, splatając zaklęcie posłał ognistą kulę w sam środek hordy małych istotek. Eksplozja wypełniła całe pomieszczenie. Niestety nie zabiła ona wszystkich i wciąż imponujący numer potworków pofrunął z pomieszczenia prosto na grupę.
      • Zębowe wróżki. Ha… Ja też mam zęby. - warknął Baltizar tonem głosu jakiego dotąd nie mieli okazji usłyszeć, chrapliwym gniewnym i nieco mrocznym. Wyciągnął w dłoń w kierunku potworków i wywarczał jakieś słowa po nosem… i pojawiły się one: małe i większe, wszystkie ostre i wszystkie lewitujące w wirze. Zęby i kły. Zablokowały, na ile były w stanie, przejście pomiędzy drużyną, a potworkami czekając na nie. Wir zębów kontra zębowe wróżki. Czas pokaże, kto zatriumfuje.
        W przeciągu kilku minuty zaklęcie rozwiało się zostawiając po sobie mieszankę nadgryzionych zębów i martwych istotek. Wszyscy zerknęli na gnoma, a barbarzyńcy zaczęli się śmiać.
      • Nie no, to było dobre szefie. MUSISZ to opisać w swojej opowieści.
      • Źle by się wkomponowało w opowieść. Zbyt makabryczna sztuczka. Ogniste kule są lepsze.- ocenił gnom sięgając do notatnika by coś zanotować.- Myślę że… kolejny korytarz? Ten na lewo teraz, czy lepiej odpuścić sobie tą odnogę i wracać do centralnego pomieszczenia?-
      • Jeżeli pozostałym idzie tak jak nam, to zostało tylko jedno pomieszczenie do sprawdzenia. - zauważył Inarion - Nie ma co przestawać teraz.
      • No to ruszajmy. Ku przygodzie, sławie i… dobrej opowieści. - rzekł w odpowiedzi Baltizar z przesadnym entuzjazmem w głosie.
        Grupa gnoma ruszyła odnogą w kierunku ostatniego pomieszczenia. Barbarzyncy na przedzie zatrzymali się kiedy ujrzeli wnętrze kolejnego pokoju.
      • Coś tam jest… - odparł Jor.
      • Dużo cosi. - dokończył Ori - Chyba gobliny?
      • Może się poddadzą…na nasz widok?- spytał cicho Baltizar drapiąc się po brodzie.- Dotychczas tutejsze gobliny nie okazywały się szczególnie bitne.-
      • Erm… - Inarion się chwilę zastanowił - Jeżeli posiadasz język równie srebrny co ten Viktor, to dawaj. Inaczej sądzę, że nie obejdzie się bez walki.
      • Eeechhh… dobra…- westchnął Baltizar i mamrocząc pod nosem “wszystko znowu na mojej głowie, a ja przecież jestem obsrywa… obserwatorem”... stanął w drzwiach. Ogień na jego kosturze zapłonął mocniej. Baltizar rozejrzał się i rzekł. - Heeej! Który to rządzi?!-
        Gobliny jak jeden mąż spojrzały w kierunku gnoma, ale nic nie odpowiedziały. Baltizar zobaczył, że nie ma żadnego intelektu za spojrzeniem małych zielonoskórych (niewielka strata, ale zawsze). Nie zdążył powtórzyć pytania, kiedy chmara rzuciła się w jego kierunku.
      • Doprawdy… nie mam czasu… na zabawy.- gnom kucnął i przyłożywszy dłoń do ziemi szepnął kolejne słowa. Gdy tylko opuściły one jego usta, ze skały wyrwały się czarne macki próbujące pochwycić i skrępować każdego goblina w zasięgu i dosłownie wydusić z nich życie. Do swojego pana doskoczyły oba jego dwaj ochroniarze osłaniając jego flanki.
        Macki owinęły się wokół goblinów, zatrzymując je w miejscu. Nie miały jednak dostatecznie dużo siły, aby zabić je od razu. Reszta grupy Baltizara podeszła do gnoma.
      • Co jest z nimi?
      • Chyba inne ofiary alchemika. Zwykła horda atakująca wszystko co ujrzy… litościwym chyba będzie zakończyć ich istnienie. - wszyscy spojrzeli na Baltizara oczekując komendy.
      • Macki potrwają jeszcze chwilę, potem… wy się lepiej na tym znacie.- wzruszył ramionami Baltizar dodając.- Ja jestem tylko bajarzem, nie awanturnikiem.-
        I ignorując przy tym wszystkie swoje działania, które przeczyły temu twierdzeniu.
      • Chyba macki zaczynają ich dobijać. - zauważył Jor słysząc pierwsze chrupnięcie i upadek goblina.
      • Nie ma więc co się spinać. Twoje zaklęcie dokończy dzieła. - uznał Inarion - Możemy chyba wracać do głównego pomieszczenia. Poczekamy tam na resztę.
      • Dobry pomysł.- zgodził się z nim Baltizar ruszając w kierunku głównego pomieszczenia i dodał głośno. - W celu uściślenia. To również nie znajdzie się w mojej opowieści. Dobijanie ofiar eksperymentów jest zbyt mało heroiczne.-
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez
        #66

        Grupa Filii wróciła do centralnego pomieszczenia, gdzie grupa Baltizara przekazywała informacje pozostałym oddziałom. Ihaili ruszyła, aby skompilować zebraną wiedzę. W międzyczasie komendant podeszła do Viktora.

        • Możemy porozmawiać? Na osobności?
          Viktor nie odpowiedział, ale kiwnął głowa i poszedl za Filią.
          Już się cieszył na kolejne komplikacje.
          Komendant odciągnęła adwokata do jednego z korytarzy wiodących od centralnego pomieszczenia.

        • Nie odzywaj się dopóki nie skończę. - zaczęła Blackfyre - Od czasu jak zaczęła się ta misja moi ludzie i ja zauważyliśmy coś w dynamice między tobą a Kaylie. - kobieta zaczęła odliczać na palcach - Jeden z moich widział jak siłowo ją przyciągasz do siebie i dość agresywnie dajesz jej reprymendę. Dziewczyna się skuliła i wracała do nas po ścianie ze strachu. Od tego czasu nie ważyła się zbytnio udzielać i bała się na ciebie spojrzeć. Jeżeli już spojrzała to w nadziei na aprobatę jej słów czy czynów, a jej brak tylko ją bardziej przybijał. Widziałam kilka razy tego typu zachowania, wiem skąd ty jesteś, wiem skąd ona jest. I nie gadaj, że jesteś stąd, dostatecznie długo byłeś w Cheliax. Więc teraz, spójrz mi prosto w oczy i odpowiedz szczerze. Czy Kaylie jest twoim niewolnikiem? Ponieważ dokładnie tak to wygląda.

        Uśmiech Viktora szybko rzedł w miarę słuchania tych oskarżeń, tych… tych oszczerstw!
        Na koniec miał wrażenie, że dostanie migreny. Prewencyjnie rozmasowywał już jedną skroń. Miał już kilka możliwych odpowiedzi. Najbardziej miał ochotę odwarknąć coś o nie zaszczycaniu tych bredni nawet komentarzem i odejść bez dalszych tłumaczeń. Wszystko inne wydawało się… uwłaczające. Miał agresywniejsze zagrywki. Miał sposoby manipulacji, albo wyśmiania, ale… czuł się… napięty. Jak przeprężona struna, gotowa zaraz się zerwać, jeśli choć trochę nie popuści.
        Jego ramiona nieco opadły i nagle wydał się zmęczony… tak strasznie zmęczony. Może nawet stary. Spojrzał Filii w oczy, tak jak prosiła. Widziała w jego spojrzeniu zrezygnowaną urazę.

        • Nie jest - odpowiedział martwym głosem. - Nie była. Nie będzie. Coś jeszcze? - zapytał odwracając już jedną stopę do powrotu. Nie chciał tu być. Nie chciał prowadzić tej dyskusji. To co by chciał to zapaść się pod ziemię i przez nieokreślenie długi czas być zupełnie samemu. Może ewentualnie z alkoholem, bądź parą nie-odzywających-się piersi… Albo rzucić się w głębię jakieś trudnej, ale ostatecznie śmiesznej sprawy między szlaciątkami Cheliax.

        • Dużo. - odparła komendant, jej zimne spojrzenie nie schodziło z Viktora - Czy ty masz pojęcie w jakiej sytuacji to mnie stawia? Wszyscy wiedzą skąd jesteś, a ty zachowujesz się tak? Sądzisz, że moi podwładni nie zaczną dochodzić do własnych wniosków? - westchnęła - Widzę, że oskarżenie nie leży ci dobrze na wątrobie. No cóż, trudno, jesteś pod moją jurysdykcją na mojej misji. Nie podoba się możesz wracać na górę i czekać, aż tu skończymy. - pokręciła głową - Jeżeli, JEŻELI, mówisz prawdę, to i tak na tyle straumatyzowałeś dziewczynę, że nie mogę was trzymać w jednym oddziale. Więc, pewnie poślę ją z ludźmi Baltizara. Teraz, chcę, żeby jedna rzecz była absolutnie jasna. Jeżeli wyjdzie, że mnie teraz okłamałeś, to nie obchodzi mnie kim dla mnie jesteś, co zrobił ci mój ojciec i inni… na kopach wrócisz do Cheliax a twoja noga już naprawdę nigdy tu nie postanie.
          Viktor myślał krótką chwilę, odwrócony profilem do Filii nim w końcu się odezwał.

        • Oczywiście, że mi nie leżą te zarzuty, podobnie jak tobie by nie leżało jakby ktoś oskarżył ciebie o rekreacyjne maltretowanie sierot w piątkowe wieczory. Kaylie ma swoją renomę… - bardziej szepnął niż powiedział, myśląc szybko i szukając odpowiedzi - … która głęboko kłóci się z byciem niewolnicą Cheliaxianina. Nie rozdmuchuj sprawy, a rozejdzie się po kościach. Ludzie chętni są zapominać o sprawach przeczących ich wcześniejszym poglądom… ale posłanie jej z Baltizarem może być dobrym pomysłem.

        • Sęk w tym, że ja nie wywodzę się z miejsca znanego z maltretowania sierot. A ty nie powiesz mi, że "Pierwsze Pióro Isger, Trzecie Cheliax", kraju w którym posiadanie niewolnika jest symbolem społecznym, nie posiadał niewolnika. Kit wciskać to my, a nie nam.
          Viktor mrużył brwi niezadowolony, słuchając maksymy odpowiedniej bardziej dla młodocianych łobuzów.

        • Nigdy ci nie “wciskałem kitu”. Wszystko co musisz zrobić to zapytać. Nie wstydzę się swojej przeszłości. Wszystko co zrobiłem i osiągnąłem to wynik moich decyzji i mojej pracy. Wszystkie grzechy po drodze należą do mnie i nie kryję swojego sumienia za wydarzeniami sprzed trzech dekad.

        • Miałem niewolników - odpowiedział w końcu - Czworo aby być precyzyjnym. I w moim domu najgorszą groźbą było, że zostaną odsprzedani komuś innemu. Wypowiedzianą tonem łagodnym i informacyjnym - zaprezentował przyjmując go na te kilka słów. Nie było w nim krztyny agresji, ani właśnie… groźby. Więcej zmartwienia w nim było słychać.

        • Raz tylko groźbę spełniłem, choć powinienem był zrobić wtedy znacznie więcej. Byłoby to słuszne, ale byłem zbyt zajęty ważną sprawą i odruchowo wybrałem generyczną decyzję. Heh…- jego uśmiech nie był wesoły - będziesz miała ochotę to jak wyślesz do Cheliax, oficjalnymi kanałami, pytanie o moje stanowisko apropos niewolników to może się zdziwisz.

        • Dużo mówi, że twoim głównym argumentem jest "ale inni są gorsi"... - Filia pokręciła głową - Kończę ten temat i rozmowę zanim zrobię coś czego oboje będziemy żałować. Poślę Kaylie z Baltizarem, a ciebie wolę mieć na oku.

        • To nie była nawet trzecia część argumentu… - zaprzeczył Khal, ale w jego głosie nie słychać było protestu. Zrobił krok w tył, symbolicznie przepuszczając Filię przodem. Tak aby wrócić te pół kroku za liderem wyprawy.

        Gnom stukając o podłogę ognistym kosturem ruszył w kierunku Kaylie. Potrzebował dowiedzieć w co się wpakowała drużyna kapłana. W końcu jego opowieść miała być o nim, a nie wybrykach Bajarza.
        Kaylie stała z boku, nie odzywając się do nikogo, jedynie patrząc w posadzkę.

        • Coś ty taka skwaszona. Wszyscy przeżyli jak dotąd. Cieszyć się trzeba raczej.- rzekł na powitanie Baltizar.
          Arkanistka uniosła spojrzenie na gnoma.

        • Masz jakąś sprawę do mnie? - zapytała przybitym głosem.

        • Tak. Potrzebuję informacji. O tym co się z wami działo, co widzieliście i co robiliście podczas eksploracji tuneli. - wzruszył ramionami gnom wbijając kostur w podłogę i wyjmując notatnik. - Potrzebuję wątków do mojej opowieści.

        • To w sumie Viktor by ci lepiej opowiedział. On szedł pierwszy, prowadził jak każdy dobry przywódca. - wypowiedziała te słowa niby lekko, ale jednak w jej głosie dało się usłyszeć nutki smutku.

        • Z pewnością tak uczynił. Jestem tego pewien. I dlatego właśnie jest bezużyteczny dla mnie. Potrzebuję kogoś kto z boku miał baczenie na całą sytuację. Aktor grający główną rolę nie nadaje się na recenzenta przedstawienia.- machnął ręką Baltizar zbywając tą sugestię arkanistki.

        • Więc chcesz poznać opowieść opowiadaną ze strony bardziej heroicznej? Opowieść o bohaterze?

        • Chcę poznać fakty i zdarzenia, chcę poznać prawdę… koloryzowanie ich i upiększanie zostaw mnie.- uśmiechnął się cierpko Baltizar.
          Kobieta chwilę milczała nim zaczęła mówić.

        • Od początku zgłosił się by pierwszy iść na przedzie. Dotarliśmy do sali trzema mniej więcej półtora metrowymi jajami o ciemnych skorupach. Wokół walały się trupy goblinów. Mimo moich ostrzeżeń Jakie były powodowane widokiem lekko pękniętej skorupki i wydobywającego się z nich dymu, komendant nakazała strzelić strażnikom do jednego z nich. Wyskoczyło z niego dwumetrowy monstrum, Jakie było głównie zbudowane z mięśni, kolców i szponów. Dzięki magii komendant został on rozkazem przyszpilony do ziemi. Tylko nasza dwójka była w stanie zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Ciosy strażników odbijały się od jego pancerza. Viktor uderzał swoim młotem z siłą kruszącą kości potwora. Zajęło chwilę nim wykończyliśmy paskudę.

        • Bardzo interesujące. - mruknął gnom zapisując słowa arkanistki. - Bardzo dramatyczne. Mało pomysłowe, ale klasyka… nie bez powodu jest klasyką. Co było dalej?

        • Nie słyszałeś tego wybuchu? - zapytała i zaczęła opowiadać o sprawach z linkami.

        • Mieliśmy własne eksplozje…- machnął ręką gnom tłumacząc tą kwestię i wrócił do notowania jej słów.

        • Po przejściu pułapki znaleźliśmy pomieszczenie w jakim odkryliśmy skryte pod skrzyniami zejście na niższy poziom. - zakończyła - To w sumie cała opowieść.

        • Achaa… - odparł gnom kończąc notowanie.

        • Czy trzeba ci jeszcze czegoś? - zapytała.

        • Nie… nie wydaje mi się, chyba że chcesz coś dodać od siebie? - odparł Bajarz.
          Kaylie pokręciła głową.

        Filia i Viktor wrócili po chwili, oboje najwyraźniej w gorszych humorach niż kiedy odchodzili. Komendant podeszła do arkanistki.

        • Kaylie, porozmawiałam z Viktorem. - spojrzała ponownie w stronę adwokata z odrobinę skwaszoną miną - Drań z niego muszę przyznać. Słuchaj, chcę abyś na następnym poziomie przeszła do drużyny Baltizara. Nie martw się o mnie, sama wiążę sobie sznurówki i mam swoją elfiokształtną mięsną tarczę. - uśmiechnęła się przez chwilę patrząc na Daviona - Po prostu widzę, że to co ci powiedział i zrobił Viktor, zaprząta ci ciągle głowę. Nie chcę, abyś była rozproszona, więc lepiej abyście byli osobno, a ja wolę mieć oko na diabolistę. Tak będzie lepiej dla ciebie, bo nie będziesz z nim i lepiej dla nas, bo nie będziesz musiała o nim myśleć. Dobrze?
          Kaylie zesztywniała słysząc te słowa. W myślach słyszała podobne, jakie zakorzeniły się w jej myślach już na lata.
        • Ale... Czy to naprawdę konieczne? - zapytała starając się panować nad drżeniem głosu.
          Tymczasem do dwójki podszedł sam Baltizar z kosturem płonącym na końcu.
        • Mam niby wszystko co chciałem, chcesz pani dodać jakieś słowa od siebie do mojej opowieści. Jakieś wzniosłe zdania?- wtrącił się w rozmowę zwracając do Filii.- Coś z czego chciałabyś być zapamiętana?
        • Jeszcze nie umarłam. - zauważyła Filia - Będzie pełno okazji, aby mnie zapamiętać. Mistrzu Harpeness, chciałabym aby zabrał pan ze sobą Kaylie do następnego poziomu. Obawiam się, że… członkowie mojej drużyny źle na nią wpływają. - komendant spojrzała na arkanistkę - Sądzę, że to będzie najlepsze dla wszystkich. Mam nadzieję, że się nie mylę.
        • Ach… nie mówię o epitafium. Tylko o słowach które mam zawrzeć w mojej opowieści.- machnął kosturem gnom i spojrzał na Kaylie.- No cóż… nie ma problemu. Porozmawiaj z Ofunem, on jest liderem moich awanturników i w sumie on tam dowodzi.-
          A potem znów spojrzał na Filię.- A na co ma bidulka alergię: wojskowy sznyt, żargon straży miejskiej?
        • Najwyraźniej Cheliaxianską ogładę.
        • No… pięknie.- sarknął pod nosem Bajarz.
          Kaylie patrzyła w przestrzeń... ale jej nie widziała. Widziała coś co powinno umrzeć lata temu, ale wciąż żyło w jej głowie. I śmiało się teraz okrutnie.
        • Ja... dam sobie radę...
        • Taaa… kiepska z ciebie aktoreczka. Mało przekonująca. - stwierdził sceptycznie Baltizar.- Słyszałaś słowa szefowej tej wyprawy. Zgłoś się do Ofuna.
          Machnął dłonią. - Trzeba respektować porządek kąsania.

        Ręce opadły bez siły w dół boków. Czuła bezsilną rozpacz jaką poznała, gdy ją odprawiano dla dobra rodziny...
        Nie odpowiedziała nic Filii. Wiedziała że nie zapanowałaby nad tonem głosu, a nie chciała okazać wewnętrznego bólu. To co jednak okazała było bezsilną złością nad jaką nie panowała. Stanęła na baczność i wykonała gestem jaki krył w sobie agresję w ruchu i jednocześnie był wykonany bez żadnego dbania o formę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę najemników gnoma.

        • No… tak… - dodał gnom drapiąc się po brodzie i spojrzał na Filię. - To chyba… załatwione. A co do słów. Samodzielnie wymyślić inspiracyjne wypowiedzi i wcisnąć w twoje usta? Cóż… twojej postaci w mojej opowieści. -
        • Jeżeli nie zrobisz ze mnie idiotki. - zaznaczyła komendant - Nie ma problemu.
        • Jak będą gotowe, dam ci okazję przejrzeć moje notatki w ramach zaakceptowania.- wzruszył ramionami Baltizar coś notując.

        Nieco dalej Khal siedział, z założoną nogą na nogę. Skrzynce pod nim brakło może jeszcze pół roku w tej wilgoci, aby nie być już w stanie utrzymać jego ciężaru. Jego ubiór, jakby rzucić na niego kątem oka, mógłby zostać pomylony z mundurem straży, ale przy spojrzeniu od razu było widać, że to co innego. Żuł mieszankę suszonych owoców, które zabrał ze sobą na tę wyprawę, nie zamierzając kalać swego podniebienia racjami podróżnymi. Wcale a wcale nie usiadł w odległości takiej, by jego wyczulone uszy słyszały jedną trzecią słów (a znając temat rozmowy łatwo ekstrapolował pozostałe części) jednocześnie będąc dość daleko aby nie wyglądać jakby podsłuchiwał. Praca adwokata w Cheliax, na jego poziomie, bywała znacznie szersza niż wielu mogło się wydawać i nieraz zawierała w sobie podtekst szpiegowski.

        Kaylie szła aby przejść obok niego. Nie widział jej twarzy pod maską, ale w kroku rozpoznawał buzujące emocje. Nie powinien wdrażać planu. Powinien zagrać “bezpiecznie” i zostawić rozwiązanie tego konfliktu na znacznie bardziej sprzyjające warunki… Nie zamierzał grać bezpiecznie.

        Łagodnie wstał i zrównał się z Kaylie gdy przechodziła obok, dopasowując swój krok do jej.

        • Czy… ścierpisz moją obecność na krótki moment? - zapytał, jakby nieśmiało… jakby przepraszająco. Samym tonem głosu deklarując jej władzę nad “być czy nie być” tej rozmowy.
          Kaylie zatrzymała się, ale nic nie powiedziała, jedynie kiwnęła głową na zgodę.

        • Dziękuję - Viktor kiwnął głową lekko, ale przedłużył nieco gest - Nie ma teraz możliwości by tę rozmowę w pełni odbyć więc powiem w skrócie… byłem gnojem. Przepraszam ciebie. W żadnym razie nie chciałem w ciebie uderzyć, po prostu… coś się stało i sam walczę by zachować pion i by nie dało się poznać jak bliski jestem… - wziął wdech, zbierając się aby głos pozostał spokojny - …rozpadnięcia się. Mam nadzieję… że dasz mi później szansę wyjaśnienia tego i poprawnych przeprosin…
          Zatrzymał się na chwilę by dać jej coś odpowiedzieć jakby chciała i w nadziei, że wyczyta coś z jej mowy ciała, albo oczu, ledwie widocznych, w cieniu otworów maski.

        • Tak... - cichy głos Kaylie był pełen usilnie skrywanego bólu i bezsilności. Tym razem jednak Khal miał wrażenie, że nie jest skupiony na tym co dotyczy jego, a nawet maska nie mogła ukryć cierpienia jakie odbijało się w jej oczach, a widząc je Khal zaobserwował również wzbierającą w nim samym nową falę poczucia winy, ale nie walczył z nią… “zasługujesz na to” pomyślał sam do siebie, jakby to był poprawny sposób radzenia sobie z takimi uczuciami i pozwolił im objąć się całego.

        • Czy… chcesz iść z Baltizarem… czy może, pomimo tego jak się zachowywałem, wolałabyś wciąż ze mną być w tej kopalni? - zapytał, umieszczając w swoim tonie odrobinę nadziei… taką aby nie miała wątpliwości, że to nie mogło być coś “aby nie poczuła się źle”, ale to jemu na tym zależało…. ale tylko tyle aby by nie czuła na sobie presji.

        • A jakie to ma znaczenie? - zapytała spuszczając głowę - Filia już zadecydowała.

        • Dla mnie? Wszelkie i jedyne. - Khal mówił z lekkim, nieagresywnym naciskiem reprezentującym jedynie jego intencję… i zupełnie zignorował słowa o Filii, wciąż wpatrując się z pytaniem. Sięgnął ostrożnie w jej kierunku i powoli, tak aby dokładnie widziała co robi… ujął ją pod brodą i delikatnie wzniósł jej spojrzenie do siebie.

        • Czy… pomimo tego jaki byłem… wciąż chciałabyś iść ze mną? Czułbym się… spokojniejszy… Czy dać ci przestrzeń i czas i wolisz pójść z Baltizarem? Nie miałbym do ciebie o to krztyny żalu i wciąż chciałbym ci… wytłumaczyć się w niedalekiej przyszłości.

        • Chciałabym iść z tobą... - odpowiedziała po chwili milczenia - Boję się tylko... że... - zamilkła.

        • Kruszyno… - głos Khala brzmiał delikatnością jedwabiu - Nie ruszę machiny jeśli będę miał wątpliwości czy na pewno tego chcesz. Nie proś mnie bym ryzykował, że znów jakoś cię zranię… proszę cię… powiedz mi czego się boisz…
          Kaylie znów spuściła głowę i szepnęła.

        • Boję się, że znowu będziesz przypominał... że czymś zawiodę...
          Khal znów pozwolił fali się objąć. Westchnął i powoli, bez nacisku, na wpół przyciągnął ją do siebie, na wpół sam do niej wyszedł… z tempem i ‘siłą” pozwalającą jej w każdej jednej chwili przerwać gdyby chciała, ale bez przeszkód czy oporów objął ją czule ramionami.

        • Byłem na ciebie zły, bo widziałem brak szacunku do twojego życia… ale to nie był błąd. Nie zawiodłaś ani wtedy ani później. To wszystko mój syf i moje próby utrzymania pionu… Pozwoliłem by mój własny ból się na ciebie wylał… proszę cię, wybacz mi to. Od teraz dam radę… będę silniejszy. Utrzymam się w ryzach i nie pozwolę aby moja żółć się ulewała. W porządku?

        • Tylko jaka to teraz różnica? - jęknęła płaczliwie - Filia nie chce mnie ze sobą. Wyrzuciła mnie...

        • Nie wyrzuciła cię… - skorygował Khal łagodnie - Chciała cię przede mną chronić. Tylko troska nią powodowała - słowa zapewnienia były delikatne, jak aloesowy okład. - A różnica, Skowroneczku, jest taka, że… nie przypominam sobie bym w którymkolwiek momencie pytał o jej chędożoną opinię.

        W przejściu Viktor klepnął Baltizara w bark.

        • Będzie drama. Chcesz być jej świadkiem… - powiedział krótko, ledwie zwalniając kroku.
        • Filio, potrzebuję cię na chwilę - Zwrócił na siebie uwagę komendant straży. Nie był już zmęczony jak wcześniej, ani nawet zniechęcony w żadnym razie. Uśmieszek podnoszący jeden róg ust, ton głosu i iskra w oczach sprawiały, że nawet w tych kopalniach wyglądał jak u siebie, a Kaylie stojąca wyprostowana bezpośrednio po jego prawicy tylko dodawała mu pewności - Wolisz tę rozmowę przeprowadzić tutaj… czy odrobinę dalej od twoich ludzi? - W jego głosie pobrzmiewała mieszanka nie-troski i drobnego, socjalnego ostrzeżenia. Mogła preferować by ta rozmowa odbyła się nieco bardziej prywatnie.
        • Można tutaj, chyba, że chcesz poruszyć coś zbyt strasznego dla ich morale. - odparła komendant.
          Gnom ustawił się z boku i westchnął ciężko. Jego dwa “zwierzaki” stanęły po obu jego stronach. Potrząsnął głową i potarł czoło… ilość macek wynurzających się ze ścian wzrosła, a krwawe oczy i zębate paszcze otwierały się na nich. Macki szyderczo układały się w kształt smoka… tyrana z karty.
        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez
          #67

          Viktor pokręcił głową zdawkowo. Nie przeszkadzali mu świadkowie, choć musiał nieco złagodzić niektóre zaplanowane słowa.

          • Mamy do omówienia dwie sprawy - zadeklarował uprzejmym tonem, Mistrza Obrad - Prima jest bardziej informacyjna, secunda rzeczywiście ma miejsce na dyskusje.

          • Primum. Odnoszę nieodparte wrażenie, że posiadasz na mój temat dwie inherentnie kontradyktywne idee. Primą z nich miałoby być, że jestem ni mniej, ni więcej: cheliańskim gnojem - w jego głosie pobrzmiało ostrzeżenie, a spojrzenie nabrało intensywności, ale tylko na pół sekundy… zaraz znów był wesoły i nonszalancki.

          • Ale w porządku, nie mam pretensji - kontynuował konsolidacyjnym tonem, który mógłby należeć do przyjaciela wybaczającego jakieś drobne przewinienie. - W Cheliax też mają swoje małe, śmieszne stereotypica o Rzeczniakach. Sprzeczność zaczęłaby się gdyby ktoś spróbował połączyć to z twoją drugą ewidentną opinią… że posiadam infinitos pokłady dobrej woli. Otóż… w tej kwestii jesteś w błędzie. Przyszedłem do ciebie w przyjaźni. Z uśmiechem. Życzliwością. I wyciągniętą ręką, a co więcej… sposobem na znalezienie tego miejsca. To dzięki mnie i Kaylie jesteśmy gdzie jesteśmy, o czym zdałaś się zapomnieć… w zamian otrzymałem pogardę i próby siły. Precyzyjnie ten sam bałagan, który myślałem, że zostawiłem w Cheliax. A ja naprawdę myślałem, że będziecie lepsi, tsk tsk tsk… - pokręcił głową w zawodzie, gdy mówił tonem łagodnym i miękkim jak jedwab.

          • Chciałem być twoim trochę-przyjacielem Filio. Jak jeden defensor legis, z drugim legisa executore… i naprawdę wolałbym nie musieć sięgać po karmazynowego skurwiela, jak mnie nazywano czasem na Salach, gdy sądzono, że nie słyszę. Zawsze wolałem uśmiech i wzajemne satisfactionem od prób sił. Ale jeśli, niezależnie od tego co zrobię, zamierzasz widzieć we mnie cheliańskeigo gnoja... to w tę grę również potrafię grać - zapewnił niby-niewinnie, ale brutalny błysk w jego oku kontrastował z tonem głosu.

          • Non est disputatio... to nie jest dyskusja - uciął jakąkolwiek odpowiedź która gotowała się w gardle Filii - Est informatio. Masz jeszcze możliwość współpracy z życzliwym Viktorem, ale bądź pewna, że skończyłem z jednostronnymi gestami benevolentiae. Uważaj mnie za lustro… na pogardę odpowiem pogardą. Na nieufność nieufnością, ale na przyjaźń również przyjaźnią… Od teraz to ty decydujesz, jak dalej będzie wyglądała nasza współpraca.
            Podszedł bliżej i ściszył głos, aby następnych słów jej ludzie już nie słyszeli. Nie chciał w nią tak uderzać.

          • Nie miej illusiones Filio. Twoja pomoc i twoja dobra wola są więcej-niż-mile widziane i bardzo chciałbym je mieć… Ale odnajdę moją matkę.
            Z tobą.
            Bez ciebie.
            A nawet wbrew tobie, jeśli zajdzie taka potrzeba.

          • Temat secundus - znów nie dał Filii dojść do słowa, pomimo cofania się o krok. Podniósł nawet nieco głos, gdy już brała ten rodzaj wdechu co miał zasilić słowa - Doszło do wstępnych wyjaśnień i do konkretnych ustaleń - powiedział, wskazując gestem brody stojącą obok Kaylie - Rozważyliśmy twoją wcześniejszą… suggerentiam. Doceniamy starania i rozumiemy, że pochodziła ona z miejsca troski i zmartwienia, ale postanowiliśmy z niej nie skorzystać.
            Kaylie chce iść ze mną.
            Kaylie pójdzie ze mną.
            Zadeklamował to nie jako decyzję, ale jako obserwację. Prosty i niezałamywalny ciąg przyczynowo skutkowy. Nie różniący się od spostrzeżenia, że wchodząc do wody niewątpliwie trzeba się zmoczyć.

          • Ignosce, że znów ci przerwę! - Ponownie podniósł nieco głos, gdy zobaczył rozwierające się usta Filii - Ale wysłuchałem grzecznie twoich wcześniejszych oszczerstw i teraz moja kolej by mówić. Staram się tu uchronić ciebie przed powiedzeniem czegoś, czego duma nie pozwoli ci cofnąć i to nie ty zapłacisz za to cenę…

          • Dyskusji podlega jedynie: czy Kaylie pójdzie ze mną w dół kopalni, jak do teraz się działo… czy może skorzystam z twojej oferty i razem z nią poczekamy przy wozach aż… zmienisz zdanie… bo je zmienisz. Na pewno już szacowałaś ile listów, do rodzin poległych, byś już miała do napisania, gdybym nie przekonał goblinów by złożyły broń… Jakby nasze magica armae nie ominęły odporności Wyklutego Potwora… Jakbyście aktywowali pułapkę stojąc w epicentrum wybuchu… My to wiemy i ty to wiesz.

          • I nie zrozum mnie źle… praefero iść z wami, ale to pochodzi z troski i chęci powstrzymania tego monstrae, ale jeśli nas odeślesz na górę… - wzruszył ramionami - też będę zadowolony… Mam z Kaylie długą rozmowę do odbycia sam na sam… - zaakcentował to słowo odrobinę dziwnie. Na tyle, że trudno byłoby wyłapać, że w ogóle coś inaczej powiedział, ale mówiąc to położył dłoń na prawym ramieniu Kaylie. Dla niej i dla każdego innego był to czuły gest, ale z punktu widzenia Filii i TYLKO z jej punktu widzenia, przez krótki moment mogło to wyglądać jakby za kark ją zamierzał chwycić… Przekaz ukryty w gestach i tonie był klarowny… i możliwy do zrozumienia tylko dla niej.
            “Skoro jestem okrutnym właścicielem Kaylie, to nie byłoby rozsądnie mieć mnie na oku?”
            -... ona zasługuje na poprawne przeprosiny i wyjaśnienia.
            Uśmiechnął się, nieco apologetycznie i spojrzał na Filią z wyczekiwaniem. Dając znać, że już nie będzie jej przerywał.

          • Za dużo mówisz. - skomentował to przemówienie gnom recenzując wypowiedź kapłana. Potarł czoło w niezadowoleniu. To nie tak wszak miało wyglądać. Cała ta jego wyprawa, cały ich plan… cała ta próba zrobienia wrażenia na miejscowych. Baltizar miał wrażenie, że to wszystko właśnie w tej chwili rozsypywało się przed nim niczym zamek z piasku zmywany morską falą.

          • To adwokat, mistrzu Harpeness. Im płacą od słowa. - skomentowała Filia - Pierwszy punkt. - komendant zbliżyła się do Goodmanna, aby przemówić ciszej - Viktorze, Khal, jeżeli myślisz, że nie otrzymałeś ode mnie dobrej woli, to pozwól, że coś ci przypomnę. Ciągle dotyczy cię prawomocny wyrok nie pozwalający ci przebywać w granicach tego królestwa. Fakt, że nie wykopałam cię pierwszego dnia kiedy dowiedziałam się kim jesteś to nic tylko moja dobra wola. Nie myśl jednak, że dam się zastraszyć, że się na mnie obrazisz. Też mogę dokończyć to dochodzenie bez twojej pomocy, a z naszej dwójki to tobie o wiele bardziej na tym zależy. - Filia odsunęła się delikatnie od adwokata.

          • Nawet wbrew tobie - dotarły tylko jej uszu jego powtórzone słowa, gdy cofała się w tył. Szczał na takie “gesty dobrej woli”.

          • A teraz punkt drugi. Jeżeli naprawdę sobie wszystko wyjaśniliście i nie będzie już problemów, to nie mam przeciwwskazań.

          Khal nawet na moment nie stracił swojego wyrazu twarzy, nawet gdy Filia groziła mu wygnaniem. Błysk w jego oku zdawał się tylko wyostrzyć.

          Miał kolejne szpile. Dalsze zarzuty, ale… to nie był tutaj cel. Nie zyskałby nic z naszczania na jej wizerunek wśród straży.

          • To mnie zadowala - przytaknął zadowolony i spojrzał na nią nieco poważniej. - Lustro. Pamiętaj - uśmiechnął się zachęcająco, pochylił zdawkowo głowę i nonszalanckim quasi-salutem pożegnał się ze świadkami, gdy poczuł jak dłoń Kaylie zatrzymuje go w miejscu. Arkanistka patrzyła to na Filię, to na niego i nagle powiedziała do nich szeptem, głosem upstrzonym ciepłym rozbawieniem.
          • Nie trzeba nawet magii by was określić. Właśnie mieliście typową sprzeczkę rodzeństwa.
            Viktor otworzył na moment szerzej oczy i gdy je przymykał całe napięcie i chęć do boju z niego uleciały. Zachichotał pod nosem w szczerym rozbawieniu.
          • Coś w tym jest Kruszyno, coś w tym jest.
            Filia prychnęła.
          • Czemu musiał mnie się trafić taki dupek… - westchnęła - Słuchaj Kh… Viktor. Jesteś mi w stanie dać jakąkolwiek przysięgę, w którą będę w stanie uwierzyć, że między tobą a Kaylie… to tylko jakieś porypane pomieszanie traum i braku ogłady?
          • Jestem pewien że w świątyni Calistri mają wykaz takich… kwestii. Może ich tu nie poruszajmy. To nie czas i miejsce na to.- wtrącił gnom pocierając podstawę swojego nosa.
            Viktor udał, że nie słyszał gnoma, poświęcając czas na rozważania.
          • Przypomnij sobie jak się pierwszy raz na oczy widzieliśmy… - poprosił Filię - Jakie były pierwsze słowa i gest Kaylie... To było skrajnie niekompatybilne z tymi oszczerstwami… i wydaje mi się, że to jest lepsze niż jakakolwiek przysięga jaką mógłbym złożyć. Nie zgodziłabyś się?
            Filia przez chwilę się zastanowiła i delikatnie parsknęła śmiechem kręcąc głową.
          • Fakt, fakt… przydałoby ci się jeszcze kilka takich gestów. Może byłbyś bardziej znośny. - westchnęła - Dobra grupa, zbieramy się. Znaleźliśmy przejście na niższy poziom. Davion, weź oddział ciężko zbrojnych i idźcie pierwsi. Potem idę ja z Viktorem,
            Kaylie i dwoma oddziałami, wszystko zamyka grupa Baltizara i dwa oddziały. Ruszać!

          Gnom podszedł do kapłana z szerokim uśmiechem i gniewnym spojrzeniem.

          • Jego ekscelencjo. Rozmowę na boku poproszę. Zajmie momencik. - rzekł potulnie.

          Viktor uśmiechnął się krzywo i poszedł za gnomem, ale gdy znaleźli się na ustronnym miejscu to on zaczął mówić pierwszy.

          • A teraz zamkniesz ten śliczny, skarlały ryj i będziesz słuchał - warknął tonem niesłyszalnym dla nikogo spoza ich dwójki. Uśmiech na jego twarzy z odległości wyglądał w pełni naturalnie i nie podejrzanie. Jakby opowiadał kronikarzowi swój punkt widzenia. - Nie interesuje mnie co myślisz o mojej dramie, mam dość twojego bezużytecznego zrzędzenia i strojenia min. Nie jesteś wyjatkowy, ani nie jesteś mhroczny i fajny. Co to, do stu diabłów, miało być? W sabotażystę postanowiłeś się bawić?! Miejsce na rady, na krytykę, nawet na obelgi jest gdy jesteśmy sami. Gdy przystępuję do publicznego działania OCZEKUJĘ od ciebie pełnego wsparcia. Choćbym przywdział strój primabaleriny i robił z siebie głupca przed wszystkimi, to ty masz mi pięknie brzdąkać do Jeziora Łabędziego, a nie zachęcać ich aby głośniej się śmiali! Czy jesteś w stanie to dla mnie zrobić? - zapytał z mdlącą wręcz słodyczą.
          • Jego ekscelencja lubi język… adwokacki, więc pozwolisz że w takim ci odpowiem.- odparł beznamiętnym tonem gnom.
          • Po pierwsze primo… nie muszę niczego sabotować. Twoja pycha pozwala ci doskonale podstawiać nogę sobie samemu. Po drugię, cieszę że jego ekscelencja wie jak winien się zachowywać przywódca potężnego kultu. Szkoda że zapomina, że na razie przewodzi kultowi liczącemu… hmmm… jedną osobę. Nie czas na fochy, dumną retorykę i przede wszystkim nie czas na myślenie przyrodzeniem. - mówił spokojnym pozbawionym tonu Bajarz. - Trzeba się uśmiechać nawet gdy w twarz plują. Czyż to nie ekscelencja rzekła że trzeba tą Fillię do siebie przekonać? Bez względu na cenę? Trochę jednak ciężko gdy to musisz ową cenę zapłacić?
            Machnął reką. - Co ci szkodziło rozstać się z Kaylie na kilka godzin? Od tego się nie umiera.-
            Spojrzał w oczy kapłana.- I zrozum jeszcze jedno jego ekscelencjo. Jesteś w ostatecznym rozrachunku pionkiem Azazela. Bardzo ważnym pionkiem, ale można cię zastąpić. Musisz utworzyć w tym mieście kult, zebrać wyznawców i przekuć ich wiarę w moc dla niego. Jeśli tego nie zrobisz, on znajdzie z pewnością bardzo ciekawe zastosowanie dla twojej duszyczki. Więc… szczerze ci radzę skupić się na tym celu i znieść wszystkie upokorzenia z uśmiechem. Wszystko musisz poświęcić ku temu celowi. Nie zapominaj kto jest twoim pracodawcą. I kto jest moim. Bo to nie jesteś ty.
            Cisza między tą dwójką przedłużała się nieco, gdy Viktor namiętnie dłubał w uchu.
          • Och… mówiłeś coś? - zapytał ze zmartwieniem, jakby dopiero spostrzegł, że jest w środku dyskusji - Coś mądrego? Przepraszam, ale nic nie usłyszałem takiego… Nie masz pojęcia o czym mówisz. Jeśli wydaje ci się, że ktokolwiek, kiedykolwiek zyskał szacunek i posłuch będąc czyjąś pokorną dziwką to nawet nie wiem jak z tobą rozmawiać - Khal rozłożył ręce w niemocy - To nie chodziło o Kaylie. Mój punkt pierwszy był tutaj kluczowy, a drugi tylko bonusem i podkreśleniem pierwszego. Sprawa wygląda tak… nieważne jaką masz opinię o tym co robię, ani jakie decyzje podejmuję. Jesteś na mnie skazany i beze mnie nie wypełnisz jego rozkazu. Możesz psioczyć i płakać w ten swój beznamiętny sposób, ale sabotując moje zagrania sabotujesz siebie. Póki nie zbierzesz jaj aby pójść bezpośrednio do naszego Benefaktora i postawić swoje słowo przeciwko mojemu to jest twoja rzeczywistość. Masz ostatnie zdanie i kończymy to, bo źle wygląda. Zaczynaj…

          Gnom starał się, starał się bardzo… ale ostatecznie wybuchł śmiechem. Prostym czystym śmiechem. Po którym dodał.- Masz rację w jednym. Nie masz pojęcia o czym mówisz... -
          Viktor kiwnął gnomowi głową w pół jego słowa, po tym jednym przydzielonym mu zdaniu i odwrócił się na pięcie, wracając do reszty ekipy.
          A Baltizar potarł się po brodzie mrucząc pod nosem do siebie. - Eeeech… ja zrobię swoje. Ale potem… umywam ręce od tego bajzlu.-

          Kiedy Viktor wrócił po rozmowie z Baltizarem, komendant podeszła od niego na chwilę.

          • Mam do ciebię jedną sprawę. Uznaj to, jako… przetestowanie dobrej woli.
            Słysząc głos młodszej siostrzyczki Khal natychmiast zmazał z twarzy frustrację na gnoma. Rozmówi się z Benefaktorem na temat reguł z nim powiązanych później.
          • Oczywiście, Filio - uśmiechnął się serdecznie - Jak mogę ci pomóc?
          • Twój… szef? Właściciel? Jakkolwiek wygląda wasza relacja. Ten… Azazel. Jesteś w stanie zorganizować spotkanie?
          • Whoah… - Viktor zdawał się nieco wstrząśnięty użytym słownictwem - Patron? - zaproponował - To znacznie lepiej oddaje naszą relację. Kapłani Infernalnych Lordów nie są bardziej własnością swoich bogów, niż Davion jest Abadara. Ja używam też słowa “Benefaktor”.
          • Kartofel, ziemniak. - odparła - Jesteś w stanie załatwić mi spotkanie z nim? Nie teraz, oczywiście.
            Khal uśmiechnął się wężowo, porzucając pomysły o ripoście z “niewolnicą Abadara”.
          • Tak. To jest do zrobienia. Technicznie muszę go zapytać… mimo wszystko to wciąż będzie audiencja. Zgodzi się jeśli tylko prośbę odpowiednio umotywuję. Jak chciałabyś abym to umotywował?
          • Że jeżeli chce, abym zezwoliła tobie na nieograniczoną działalność, to musi mnie przekonać. Diabolizm jest naprawdę niemile widziany poza Cheliax, nie jesteś na tyle fanatyczny, aby nie zgadywać czemu. Więc, chcę wiedzieć, od niego, jakie są jego… ambicje i wartości.
            Viktor się skrzywił średnio zadowolony.
          • W porządku, ale są warunki. Będzie to musiało mieć odpowiednią formę. Żaden bóg nie przyjmie dobrze kogoś przychodzącego do niego “ej, tłumacz mi się”. Mój Benefaktor nie jest tu wyjątkiem. I przed tym spędzisz ze mną kilka godzin, gdzie to JA wytłumaczę ci doktrynę w ogóle i w niuansie. Davion też jest zaproszony. Wiesz dobrze, że ogół jest prosty i szybki do wyjaśnienia, ale w szczegółach tkwi całe mięso… a audiencje nie mają zwyczaju się przedłużać na całe godziny. Ona będzie tylko po to aby to potwierdzić. Może… poczuć klimat. Czy to brzmi rozsądnie?
          • Kilka godzin słuchania ciebie o wyznawaniu diabła? Rozsądne nie jest słowem, które bym użyła. Jest jednak akceptowalne.
            Viktor uśmiechnął się wesoło.
          • Głównie o wizji prawa, Filio.
          • Jeżeli ograniczysz piekielny do minimum.
          • Jakoś przeżyje bez zaciągania. Pomimo, że z bólem - zadeklarował z niepoważnym smutkiem - Po powrocie ustalimy dogodne dla ciebie terminy. Myślę, że dam radę skompresować najważniejsze mięso do półtorej-trzech godzin rozmowy, zależnie jak głęboko w niuanse będziesz miała ochotę wchodzić.
            Filia kiwnęła głową.
          • Ruszamy.
          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez
            #68

            Kamienne schody, zamknięte w krętym korytarzu. Każdy zły ruch mógł zakończyć się tragicznie dla wszystkich. Odgłosy kroków ekspedycji odbijały się echem od wilgotnych, zniszczonych ścian kopalni. Światło pochodni i magicznych źródeł oświetlenia tańczyło na chropowatych kamieniach, rzucając długie, niepokojące cienie. Na końcu schodów znajdowało się puste pomieszczenie – surowa przestrzeń, którą czas i opuszczenie pozbawiły jakichkolwiek oznak życia.
            Ihaili wciągnęła kilka razy powietrze, zbliżając się do wyjścia z pomieszczenia.
            – Pachnie tu czymś. Rdzą, ale też czymś więcej… – zauważyła, zniżając głos. – Martwi mnie ta cisza… nawet tak głęboko, cisza nigdy nie oznacza nic dobrego.
            Filia, w pełnej zbroi, przycisnęła dłoń do rękojeści miecza, przesuwając wzrokiem po strażnikach, którzy stali w zwartym szyku za nimi.

            – Trzymać szyk. Ofun, sprawdź powietrze. Nie chcę, żebyśmy wpadli w jakąś pułapkę – rozkazała, a jej głos odbił się od ścian jak rozkaz generała.
            Alchemik skinął głową i sięgnął po fiolkę z jasnozielonym płynem. Kilka kropli substancji kapało na ziemię, wydając cichy syk, po którym uniosła się cienka, fosforyzująca mgiełka. Ofun zmarszczył brwi.
            – Powietrze jest czyste, przynajmniej na razie. Ale ten rdzawy kurz... Nie jestem pewien, czy to tylko rdza. Może zawierać coś toksycznego.
            Inarion, spoglądał na przejście do kolejnej jaskini. Jego szare oczy błyszczały w blasku zaklęcia światła.
            – Przejście wydaje się stabilne – powiedział, przesuwając palcami w powietrzu, jakby czytał niewidzialny tekst. – Ale coś tu jest. Coś dużego.

            [media]https://i.imgur.com/TfNMONO.png[/media]

            Ori i Jor, bliźniaczy barbarzyńcy, wymienili spojrzenia i, jak na komendę, chwycili za swoje ciężkie topory.
            – Zawsze coś dużego – mruknął Jor z zadowoleniem, a Ori parsknął śmiechem.
            Davion, kapłan Abadara, przesunął dłonią po medalionie, który wisiał na jego szyi.
            – W takim razie najlepiej, jeśli zachowamy czujność i przygotujemy się na najgorsze – powiedział, spoglądając na Filię.Z jaskini przed nimi dobiegł niski, głęboki dźwięk, jakby coś ogromnego poruszyło się w głębi. Cisza zapadła natychmiast, a powietrze zdawało się zgęstnieć. Wszyscy instynktownie sięgnęli po broń lub skupili swoją magię.

            – No to idziemy – powiedziała Filia, wyciągając miecz i ruszając pierwsza. – Ciężkozbrojni za mną. Reszta… najlepiej wiecie jak się rozstawić.- Grupa ruszyła za nią, a pochodnie rzucały długie cienie na ściany, gdy weszli w szeroką jaskinię, pokrytą rdzą i kurzem, które w świetle wyglądały jak krew.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez
              #69

              Kaylie wyraźnie traktowała bardzo poważnie ochronę Filii jakiej się podjęła. Znajdowała się zawsze obok niej, czasem lekko przed. Wyglądać to mogło dość zabawnie jak ciężkozbrojna była chroniona przez zamaskowaną maginię otoczoną jedynie zbroją z bladego niebieskiego magicznego światła.

              Viktor sam dla siebie potwierdził, że dywinacje wciąż nie działają. Nie wyrywał się tym razem przed zespół. Do czegokolwiek się zbliżali… raczej nie dadzą się zaskoczyć, ale mimo to trzymał się w pierwszym szeregu.

              Baltizar trzymał się całkiem z tyłu, wraz ze swoimi “zwierzakami”. Zaciskał dłonie na kosturze, który nadal płonął przywołanym ogniem i… starał się nie rzucać w oczy. Nie był wszak aktorem w tym przedstawieniu.

              Jedynie Baltizar minął przejście do głównej pieczary i z głośnym hukiem spadła za nim krata, zamykając cztery oddziały strażników z Ihaili i Jorim, po drugiej stronie.
              Natomiast Filia, Davion Kaylie, Viktor, Baltizar, Inarion, Jor, Ori i Ofun znaleźli się sami w obszernym pomieszczeniu. Niedługo zajęło, gdy usłyszeli pierwsze pomruki z drugiej strony jaskini. Wtedy też zobaczyli co ich czeka.
              Grupa dziewięciu mutantów powoli wkraczała do pomieszczenia. Kilka niefortunnie znali, widzieli trzy okazy bestyjek z jaj, które spotkali poziom wyżej. Był jeszcze jeden okaz potwora, którego spotkali na drodze. Było też pięć dziwnych psów, ich ciała wydawały się drżeć od nagromadzonej w nich elementalnej energii.

              Bez teatralności czy innych zabijaczy czasu pierwszy ze zmutowanych kundli rzucił się szarżą na Oriego. Na szczęście barbarzyńca odepchnął bestię swoim toporem nim dosięgnęły go jej zęby.

              • Postaram się ich trzymać z dala, nie zbliżajcie się! - Kaylie rzuciła do towarzyszy i bez oczekiwania na odpowiedź użyła znanej już sztuczki by oplątać pajęczyną szerokie przejście między stalagnatami oferując wąskie boczne drogi bez pajęczyny.

              Etrigan zaatakował z powietrza ogara, z którym mierzył się Ori starając się flankować bestię, w tym czasie gnom sięgnął do kieszeni wyciągając kartę. Moc przepłynęła przez nią wzmacniając skrzydlatego stwora. Szkoda że była… losowa. Niestety atak skrzydlatego compania gnoma się nie powiódł.Sytuację wykorzystał jednak Ofun, który wystrzelił z ciężkiej kuszy prosto w bestię, niestety ta właśnie się poruszyła i bełt przeleciał obok jej pyska, nie wyrządzając żadnych szkód. Kolejny pies wybiegł z szeregu nie robiąc sobie nic z pajęczyny, nie był jednak w stanie dobiec do drużyny przed ich ruchem. Filia uniosła swój miecz wypowiadając modlitwę do Abadara, ostrze delikatnie zaświeciło, kolejna modlitwa przyzwała dwie latające kusze, które unosiły się obok komendant. Davion przyklęknął wypowiadając modlitwę do Bogatego Ojca, wszyscy poczuli jak przepełnia ich błogosławieństwo boga miast. Jedna z dwunogich bestii ruszyła następna, pajęczyna rzucona przez Kaylie robiła jednak swoje, więc i pochód tej został spowolniony. Jor wydał z siebie okrzyk bojowy, jego skóra wydawała się pokryć delikatną białą łuską, a z jego palcy wyrosły potężne szpony. Barbarzyńca doskoczył do bestii atakującej jego brata. Wymierzył dwa potężne ciosy prosto w kark bestii. Pierwszy zagłębił się w nim do połowy, drugi oddzielił głowę psa od reszty ciała. Delikatne wyładowania piorunów przebiegały wzdłuż wypływających strumieni krwi mutanta. Kolejne dwa psy, być może rozwścieczone śmiercią kompana rzuciły się wściekle w stronę barbarzyńców. Niestety ich zapał okazał ich zgubą, ciężkie łapy zaplątały się w pajęczynę zatrzymując w splocie mutanty. Kolejna dwunoga bestia, dołączyła zaraz po nich. Olbrzym składający się z wielu nieszczęśników ruszył powolnym krokiem w stronę swych przyszłych ofiar, poszczęściło mu się bardziej od swego pobratymca, pajęczyna jedynie spowolniła bardziej jego ruch.

              Viktor patrzył, analizując pole bitwy. Wielki mutant wydawał się najgorszym zagrożeniem.
              Zrobił krok w bok, dla lepszego pola widzenia i wycelował w niego młotem, mrucząc infernalną inkantację. Magiczne słowa okulawiły jego zmaltretowany umysł (czy mieszankę umysłów?), odbierając nawet zdolności rozpoznawania co się właściwie, wokół niego, dzieje.
              Wyzwolony od namolnego zwierzaka, Ori również sięgnął do krwi swego rodzica, przybierając kilka z jego charakterystyk. Następnie podszedł do granicy pajęczyny, patrząc z morderstwem w oczach na nadciągających oponentów. Ostatnia z dwunożnych poczwar ruszyła w kierunku drużyny, ominęła jednak pajęczynę Kaylie. Ostatni z psów podążył za resztą swojego stada i najwyraźniej postanowił za ich przykładem zaplątać się w sieć. Dłuższa droga jednak nie pozwoliła jej na wykonanie większego ruchu przed Inarionem. Mag postanowił wspomóc swoich barbarzyńskich kompanów, kiedy splótł zaklęcie Jor urósł do prawie czterech metrów. Olbrzymie barbarzyńca uśmiechnął się szeroko, zerkając na pojedynczego potwora, który właśnie wyszedł zza winkla.

              Kaylie fuknęła na Oriego.

              • Ori, jak zarwiesz twoja wina!
                Smocze słowa zaczęły opuszczać w usta arkanistki, a dłoń kreślić znaki. Wyciągnęła spomiędzy połów ubrania malutką szklaną buteleczkę i zawiniątko sakiewki. Cisnęła częścią i zawartości w stronę przeciwników jaka to zawartość była wodą i kurzem.
                Na chwilę wszyscy poczuli mrożące zimno w kościach, ale na szczęście to wrażenie szybko minęło... Przynajmniej dla nich.
                Bo na terenie zajmowanym przez twory alchemika rozpętała się prawdziwa burza śnieżna, jaka nie ograniczała się tylko do śniegu, ale też uderzała z góry kawałami lodu , a także sprawiała, że ziemia wokół robiła się zamarznięta i wroga. Psy wydały z siebie skomlnięcia kiedy ciężki grad zaczął atakować ich formy, łamiąc żebra i siniącząc pyski. Olbrzym wydawał się nie reagować na to co się z nim dzieje, widać jednak było, że jego struktura odczuła atak. Dwie bestie z jaj warczały w złości i bólu, również otrzymując nie lada szkody. Żadna z bestii jednak nie padła.
                Baltizar postanowił na razie jedynie obserwować sytuację. Ofun nie chciał być pasywny i poszedł za przykładem Inariona. Rzucił fiolką z jakąś cieczą w Oriego, który tak jak brat urósł do olbrzymich rozmiarów. Jeden z psów zdołał się wyplątać z pajęczyny, ale połączenie gradu i lepkiej sieci oznaczał, że nigdzie się na razie nie wybierał.
                Filia uśmiechnęła się na postęp drużyny i razem z Davionem przesunęła się bardziej w stronę Inariona i Ofuna, zapewniając mniej uzbrojonym ochronę. W międzyczasie jedna z wyklutych bestii, próbowała się wyrwać z objęć pajęczyny, jednak jedynie się bardziej w nią zaplątała. Jor zwęszając okazję zaszarżował na dwu nogą poczwarę, którą obecnie bił grubo ponad głowę. Mocnym machnięciem wbił ostrze swego topora w bok bestii, nie wystarczyło to jednak, aby ją powalić. Sytuacja w pajęczynie zaczynała wyglądać smutno, żadne z zaplątanych mutantów nie zdołało się wyzwolić, natomiast olbrzymi mutant powolnie zbliżył się do jednego z zaplątanych psów. Uniósł kończynę zakończoną kościanym ostrzem i wymierzył cios, który przepołowił psiaka.

              Viktor uśmiechnął się do siebie, z ręką już grzebiącą w nadwymiarowej przestrzeni. Tego mut-ogara przypisywał sobie. Mógłby krzyknąć do drużyny aby wytrzymali chwile bez niego, ale… to by najwyżej rozkojarzyło ich nieporzebnie. Cofnął się wyciągając zwój. Pomarańczowe i czarne płomienie strawiły go gdy dokończył wypisaną w nim inkantację, czując magię płynącą przez jego mięśnie.

              • Zaraz was wpuszczę! Bądźcie gotowi! - zakrzyknął do oddziałów czekających za opuszczoną kratą.

              Ori widząc, że mutanty z pajęczyny nigdzie się nie wybierają ruszył pomóc bratu. Jednym zamachnięciem rozpłatał czaszkę zmutowanej bestii, która delikatnie spazmując padła na czekający grunt.

              • Zimno wam? - Kaylie zaczęła wyciągać kolejne komponenty z sakwy - Pomogę!
                Arkanistka nie potrzebowała teraz już tej sieci, ale wciąż mogła ją zutylizować. Okrutny uśmieszek pojawił się na jej ustach, gdy poczęła splatać zaklęcie. Jeżeli ktoś poznałby składniki jakich używała lub określił słowa i gesty to dobrze by wiedział co galtianka szykuje.
                A gdy płomień rozświetlił jaskinię nie było już odwrotu. Nici pajęczyny zajęły się ogniem dodatkowo krzywdząc stwory w niej zaplątane... Jakby sama ognista kula nie była wystarczająca.
                Śmiech galtianki pomiędzy odgłosami płonących mutantów był dość... niepokojący.
                Byłby gdyby mutanty przeżyły wybuch, pochłonął on przestrzeń między dwiema kolumnami, podpalając przy okazji pajęczynę. Kiedy opadł dym jedynie olbrzymi mutant stał na nogach, psy leżały tam gdzie były ich ciała zwęglone i powykręcane. Bestie z jaj, również leżały martwe ich torsy i twarze pokryte poparzeniami i sadzą.
                Jor widząc masakrę wykonaną przez Kaylie zawył radośnie i zaszarżował na ostatniego oponenta. Ostrze topora wbiło się w masę potwora, wyrządzając szkody, ale nie powalając bestii. Ta próbowała nie być winna i zamachnęła się dwoma kończynami na barbarzyńcę, który uniknął pierwszego ciosu, drugi jednak porządnie smagnął go w klatkę piersiową.

              Viktor spojrzał osttani raz za plecy, upewniając się, że sytuacja pozwala mu zupełnie porzucić gardę, ale nad… niestabilnym śmiechem Kaylie, wyciem jej burzy i umierającymi bestiami chyba walka docierała już do końca.

              • Odsuńcie się, nie próbujcie mi pomagać! - odgonił strażników za bramą, samemu kucając przy niej i chwytając najniżej jak mógł. Plecy prosto, łokcie też. Kolana w rozkroku i pięty blisko. Nie szarpać. To jest maranton, nie sprint…

              Spiął się stopniowo, szybko nabierając mocy. Pierwszą sekundę krata nie ruszyła, ale potem… zaczęła się powoli unosić pod napędzanym magią wysiłkiem Viktora. To nie było łatwe, o co to to nie. To wciąż było pół tony stali. Warczał przez zaciśnięte zęby z każdym kolejnym calem, gdy prostował klana. Był już prosto, ale nie wierzył by dał radę podnieść ją jeszcze o łokcie, więc… tym razem szarpnął. Prawie, że podskoczył odrobinę podrzucając ją w górę i błyskawicznie obniżył pozycji, wsuwając całe ręce głębiej, by oprzeć ją na przedramionach. Jeden wdech odpoczynku… i znów się wyprostował, unosząc ją na jakieś cztery stopy nad ziemią.

              • Do środka! Utrzymam ją dosyć długo, ale nie nadużywajmy tego, eh? - zaśmiał się po swojemu, ale słychać było w jego głosie wysiłek.
                Żołnierze wbiegli szybko do środka, w towarzystwie Joriego i Ihaili. Pierwsze co poczuli to swąd spalonego mięsa. Pierwsze co ujrzeli to Ori, który podążył za bratem. Skoczył na bestię wbijając swój topór prosto w jej.. łeb? Jeden z na pewno. Siła impetu wywołała drżenie w masie potwora, który chwilę później padł bez życia na grunt. Obaj mężczyźni wiwatując spoliczkowali się i uścisnęli dłonie.

              Viktor potwierdził, że wszyscy są już po właściwej stronie, odczekał jeszcze krótki moment na ten w którym walka umilkła, ale jeszcze okrzyki zwycięstwa nie rozeszły się wśród obecnych i z łomotem upuścił kratę. Grzmot nie był dużo mniejszy niż gdy pierwszy raz upadała. Otrzepał dłonie i ramionami.

              • Świetna robota, wszyscy. Kaylie, Ori, Jor… to się szczególnie was tyczy. Bez was byłoby krucho. Wszyscy są cali? Nikt nie został ranny?
              • Jor dał się smagnąć, idiota. - odparł Ori - Tak to, nasza mistrzyni znowu uratowała sytuację. - dwa olbrzymy niemalże doskoczyły do wciąż chichoczącej arkanistki - Moglibyśmy cię przenieść całą drogę z powrotem do miasta. - uznał Ori - W podzięce za tak ekscytującą walkę.

              Pewne…. ukłucie nie było w żaden sposób dostrzegalne w uśmiechu Viktora. Dał radę ograniczyć je do całkowicie wewnętrznego odczucia. To nie było miejsce na rozpatrywanie tej upierdliwości, toteż łatwo zracjonalizował, że przecież w Cheliax konkurencja zwykle była niczym więcej jak podniesieniem stawki… urobienie niewiasty technicznie trudniejsze, a za to satysfakcja rzeczywiście większa. Dał im się cieszyć chwilę, gdy utrzymywał uśmiech na swojej twarzy.

              • Jor, co z tym “smagnięciem”? Potrzebujesz leczenia, czy draśnięcie tylko? - zapytał sięgając już po zwój.
              • A weź do wychodka ten papier. - zawołał barbarzyńca - Ja mam się dobrze.
                Chichot Viktora był serdeczny i wesoły.
              • Poszło lepiej niż w pierwszej chwili można było się spodziewać. - Natomiast uśmiech kierowany do Filii był do tego jeszcze szczery.
              • Pogadamy o tym po wszystkim. - Kaylie zwróciła się do braci - Robię za ochroniarza komendant. Jeszcze moja robota się nie skończyła.
              • No, ją też możemy ponosić. - bracia się ponownie zaśmiali. Śmiech został jednak przerwany, kiedy pomieszczenie wypełniło warczenie. Stróżki krwi brodzące z ran potworków wsiąkały w kurz, który zaczął się ruszać, przemieszczać w kierunku centrum jaskini. Wszyscy szybko zauważyli, że warczenie zaczyna przybierać na sile, a rdzawy kurz zaczyna przybierać jakąś formę i więcej się go zbiera. W końcu, bardzo szybko, w centrum jaskini stało monstrum, było wyższe od powiększonych barbarzyńców, mieszanka kurzu i krwi nadała jej powłoce fakturę mokrego gipsu. Nie wyglądało jakby miało oczy, jednak wydawało się, że patrzy prosto na nich. Warczenie ucichło, a bestia wydała z siebie potworny ryk i rzuciła się na ekspedycję.

              Etrigan podfrunął w kierunku stwora, lecz zamiast go zaatakować bezpośrednio skrzydlaty stworek otworzył papierową paszczę. I “zionął” lodowatym promieniem.
              Promień trafił w monstrum, chociaż niewiele sobie z tego zrobiło. Strażnicy zaskoczeni pojawieniem się potwora, w połączeniu z jego rykiem i szarżą zaczęli panicznie dobierać broń, niestety chaos sytuacji sprawił, że na chwilę obecną byli bezużyteczni. Jori odpowiedział na wyzwanie bestii i odpowiedział własną szarżą. Spotkali się w połowie drogi, barbarzyńca uderzył w bark istoty. Cios był solidny jednak wydawał się, że zadał mniej obrażeń niż powinien. Następnie Inarion splótł szybkie zaklęcie posyłając cztery magiczne pociski w formę bestii, które utworzyły dość głębokie kratery w jej strukturze.

              Viktor skrzywił się już widząc Kaylie zbierającą się do pójścia do zwarcia. Szybko rozważał opcje… wzmocnić się i samemu ją wyprzedzić? Ją otoczyć magią ochronną? Popuścił rączkę młota, chwytając go tuż pod głowicą i wzniósł ją w górę. Zalśniła na złoto, z czerwonawym poblaskiem i uderzył nim w swoją tarczę. Z błysku uderzenia oddzieliły się dwa promienie, ale jeden zawirował gdzieś w bok, a drugi, co miał bestię oślepić, nie przyniósł dostatecznych efektów. Skrzywił, post factum widząc, że lepiej był postawić na niezawodne wzmocnienia defensywne. Ruszył do przodu…
              Następnie Davion chwycił złoty klucz wiszący u swej szyi, wymierzył dłonią w bestię.

              • Zgiń! Abadar nakazuje! - strumień energii czystego prawa spadł na potwora. Kapłan delikatnie zaklął pod nosem, najwyraźniej zaklęcie nie przyniósło efektu jakiego się spodziewał.
                "Pobudka." zwróciła się mentalnie do Rhaasta, gdy wtłaczała w niego swoją magiczną energię, która nadała ostrzu purpurową tintę. Jak zakładał Khal rzuciła się w stronę poczwary i wraz z nagłym rozświetleniem skóry dłoni bladym, niebieskim blaskiem zaatakowała.

              Czarne ostrze zagłębiło się w masie stworzenia, chwilę później spory kawałek jego ciała przybrał barwę zamrożonego mięsa, istota jednak ciągle nie dawała oznak, że zauważyła obrażenia. Jakby nie czuła w ogóle tego bólu. Czując się pozostawiony Ori dołączył do walki, również dobiegając do bestii wymierzył jej cios toporem, który walnął obok miejsca zamrożonego przez Kaylie odłupując całą masę zamrożonej tkanki, ponownie bestia nie zważała na to co się z nią dzieje.
              Ofun obserwując sytuację, wyciągnął zza pasa flakonik z blado niebieską cieczą. Rzucił nią z całych sił w potwora. Fiolka trafiła głowę istoty rozlewając zawartość po niej, zamarzając w końcu całość. Sekundę później potwór rozpadł się pozostawiając po sobie jedynie odrobinę rdzawego pyłu.

              • Uff… - westchnął Viktor i spojrzał nieco ostrzej za plecy, na bandę niemal trzech dziesiątek strażników, co ledwie po broń zdążyła w tym czasie sięgnąć, ale nie ją użyć. Nie trwało to długo, bo już sekundę później zmusił się aby je złagodzić.
              • Perymetr? - zasugerował Fili, nie chcąc jej w buty wchodzić. Najpewniej nic już nie było więcej w najbliższej okolicy, ale… nigdy nie wiadomo. Nie naciskał jednak obecnością i sam w ciekawości podszedł do resztek monstrum. Zebrał jego resztki do flakona, wyciągniętego zza pazuchy, zatkał korkiem i schował go z powrotem. Nie sądził by coś ciekawego dało się z tego wyciągnąć, ale… może? Na pewno nie teraz.
                Komendant westchnęła. Spojrzała na swoich podwładnych.
              • Brawo chłopcy, nie zmoczyliście się. - odezwała się do strażników - Upewnijcie się, że nic dalej tam nie ma. - Blackfyre ruszyła za Viktorem - Jakiś pomysł co to było?
              • Coś spoza Materialnej. Krew musiała być komponentem zaklęcia przywołania, ale to może być mankament samego twórcy. Wrażliwy na zimno się zdawał. Jakby nie ten fakt to, obstawiałbym coś Zza Cienia. Jakby nie blokada na dywinacje to może bym coś więcej mógł powiedzieć po śladzie magicznym. Jak opuścimy to miejsce to będę mógł spróbować. Może zostaną jakieś jego resztki.

              Kaylie przesuwała mieczem po szczątkach stwora próbując zgadnąć co to było. Z irytacją poddała się po dłuższej chwili. Miała tylko ogólny pomysł, ale uciekała jej pełna odpowiedź.

              • Musieliśmy trafić w tego słabość. - odezwała się podchodząc bliżej Filii i Khala. Miała kwaśną minę.
              • Jeśli nam zależy… to mam zwój co może pomóc, ale on należy już do droższych… nie to co ten z którym kratę podniosłem.
              • Na czym zależy? - zapytała arkanistka.
                Viktor pokręcił głowę, wyrywając się z zamyślenia. Uśmiechnął się przepraszająco.
              • Wybacz, Kruszyno. Ugrzązłem w myślach. Na głębszym rozpoznaniu go.
              • Tego żywiołaka? Nie ma co teraz się tym męczyć. - arkanistka machnęła ręką - To jeden z tych z pomniejszych żywiołów. Wypadło mi z głowy który, bo to nie jest okaz częsty...
                Viktor wzruszył ramionami. Był ciekaw ale nie tyle by zwój zużywać.
              • Jori! - zawołał trochę głośniej do alchemika - Nie wiedziałbyś przypadkiem co to specyficznie może być, co nie?
              • Żywiołak Krwi. Dziwna mieszanka wody i negatywnej energii. Nie istnieje "naturalnie", aby to tak stwierdzić.
              • Przynajmniej jedna dobra wiadomość, eh? - zachichotał Viktor.
              • Tak i nie. - przyznał alchemik - Naprawdę nie wierzę, aby alchemik, na którego polujemy miał dostęp do nich. A to oznacza, że ta kopalnia ma naprawdę złe korzenie.
              • Złe? - odezwała się Kaylie - Kopalnia? Co, trzymali w niej zrabowane na drogach złoto, czy co?
              • Złe… - odpowiedział Viktor, nagle mroczniejszym tonem - Pamiętasz jak opowiadałem o Cicero? Pijana byłaś więc nie musisz, ale mówiłem tam o “współczynniku przeżywalności” kopalni, wyznaczającym po jakim czasie połowa niewolników umiera z wycieńczenia. A to jest najprostsza możliwość. Jednak nie eliminujmy jeszcze alternatyw. Szczególnie, że nie są lepsze. Na przykład: nasz alchemik może mieć partnera. Ścisłego albo handlowego. Czy małe szanse? Zgodzę się, ale nie zerowe.
              • Erm.. nie to miałem na myśli. - odparł Jori - O ile twoje gdybania mają sens, miałem bardziej na myśli o pochodzenie tych stworzeń. Już chyba ustaliliśmy, że laboratorium alchemika jest odkopanymi ruinami, zważając na silne magiczne ochrony. Teraz kiedy spotkaliśmy takiego "strażnika"... jeżeli miałbym zgadywać, jesteśmy w resztkach świątyni Zon-Khutona.
                Davion zaklął.
              • Nie wypowiadaj tego imienia. Nie chcesz przykuć uwagi Mrocznego Księcia.
                Viktor rozejrzał po jamie. Kiedyś mogła się tu mieścić świątynia, ale tak samo mogła być kuźnia albo więzienie, jeśli dość dawno w przeszłości by ją umieścić.
              • Jeżeli istotnie miałaby to być świątynia kogoś takiego - słowo pobrzmiewało nutą obrzydzenia - To istotnie bym się wstrzymał z używaniem jego imienia. Jakiś konkretny powód by go podejrzewać nad powiedzmy… Panem Much, czy Księciem Ciemności? Oni też potrafią mieć paskudne rytuały w swoich świątyniach… Czy po prostu przeczucie?
              • Golem krwi to jego dzieło. - odparł Jori - Widzieliśmy kilka z Otto kiedy otworzyliśmy karczmę na planie Cieni… chyba tysiąc lat temu.
              • Hmmm… to jest dobry powód by go podejrzewać - odpowiedział Viktor uśmiechając się, ale był niezadowolony… powinien był dodać te fakty do siebie. No cóż… trudno. Wstał z przykucu i spojrzał na Filię.
              • Jeśli chcemy zrobić postój to równie dobrze mogę pójść na wstępny zwiad tamtych przejść… - wskazał gestem samej głowy po drugim końcu sali.
              • Zawsze mogę cię chronić. Filia powinna być bezpieczna teraz. - odezwała się Kaylie - Co do ciebie nie mam takiej pewności.
              • Nie pogardzę wsparciem… - uśmiechnął się do niej, porzucając myśli o kilku chwilach samemu. - To jak, Filio? Postój i zwiad, czy ruszamy od razu? - zapytał i zniżył nieco ton, aby nie wyszło nic poza najbliższe zgromadzenie - Twoim ludziom mogłoby się przydać kilka słów zachęty - zasugerował, ale nie rozwlekał się. Nie zdziwiłby się jakby komendant traktowała powolność swoich strażników dosyć osobiście i nie musiał jej mówić, że ich osiągi w ostatnich chwilach były mniej-niż-oczekiwane.
                Komendant kiwnęła głową.
              • Tylko nie schodźcie na niższy poziom sami. - spojrzała na swoje oddziały - Zbiórka chłopaki, mam kilka słów przed ostatnim starciem…

              Baltizar przysiadł z boku robiąc notatki. Zadowolony z tego, że nie musiał interweniować. I że jego skrzydlaty ochroniarz nie oberwał. Etrigan przyleciał do swojego szefa i wylądował obok pusząc dumnie kartki swych piór.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez
                #70

                Poszli szerokim łukiem wzdłuż ścian. Gdy zaczęli zbliżać się do wyjść z sali Viktor poprosił Kaylie aby trzymała się nieco z tyłu, ale zadowolony był z trzykrotnie mniejszej odległości niż wcześniej. Kaylie była do tego wyraźnie spokojniejsza i nie okazywała tego strachu co poziom wyżej. Khal obniżonym krokiem zbliżył się do załomu i wyjrzał ostrożnie, jakby oczekiwał gotowego batalionu goblińskich kuszników czekających aż personalnie Viktor Goodmann się wychyli… ale po spojrzeniu w głąb rozluźnił się nieco i wyprostował. Zawołał Kaylie gestem ręki i chwilę potem wszedł do środka.

                • Chyba nikogo więcej tu nie ma… - mimo słów pozostawał ostrożny, a pozycja była charakterystyczna dla tych co nie chcąc dać się zaskoczyć. To pomieszczenie było mniejsze. Kilkanaście większych i mniejszych klatek przy ścianach było puste, a w tyle spore podwójne drzwi, otoczone kamiennym łukiem.

                • Ktoś musiał je wypuścić na nas - skomentował, ale nie patrzył już na klatki, a rozświetlał sobie cienie w rogach równo przy podłodze, jak i suficie, aby upewnić się, że nie ma w tej sali żywej duszy, poza ich dwójką.

                • I nawiał na dół. - odezwała się Kaylie podchodząc bliżej mężczyzny - Nie sądzę by to był sam alchemik. Raczej to nie był goblin, bo byśmy mieli zwłoki tutaj. Współpracownik co może ogarnąć bestie? Kiedy na górze podeszłam do goblinów pierwsze łatwo uwierzyły, że jestem od niego, drugie dawały taką możliwość. Jeżeli poza nim nie byłoby nikogo poza zielonoskórymi, niewolnikami i stworami... Nie daliby temu wiary i sekundę.

                • To jest jedna z możliwości… ale ta niebezpieczniejsza, więc jak najbardziej to ją powinniśmy przyjąć - kiwnął Viktor głową - Jesteśmy tu sami - stwierdził, gasząc zaklęcie światła na pierścieniu - Za nami nasi, sufit nie zdaje się mieć tuneli, więc zostają tylko drzwi.
                  Podszedł do największej klatki i bez większego wysiłku przedstawił ją przed drzwi blokując ewentualną nagłą szarżę zza nich. Wyglądało to wręcz nieco groteskowo, gdy magia tak drastycznie wspomagała jego mięśnie. Zgarnął jeszcze po drodze stołek, stojący obok niej. Postawił go i usiadł, nagle wyglądając na bardzo zmęczonego. Skryżował nogi w kostakach, oparł dłonie na udach, a plecy wyprostował.

                • Nie medytuję, ani nic… - zaprzeczył temu jak rzeczywiście wyglądał, gdy jeszcze zamknął oczy - tylko próbuję się trochę rozluźnić. Siły zebrać. Widzę, że zwarłaś z Filią szeregi… czy może to tylko chwilowe zawieszenie broni i znów będę mógł podziwiać wasze przeurocze sprzeczki kocic? - zapytał przyozdabiają twarz wymuszonym nieco uśmiechem.

                • Ja po prostu staram się być neutralna dla niej. - Kaylie przeszła za mężczyznę i poczuł on jej dłonie na swoim karku, rozluźniające jego mięśnie - To prędzej ja zobaczę uroczą sprzeczkę rodzeństwa.

                • Przy odrobinie szczęścia nie będą już konieczne - powiedział z miłym mruknięcie, pochylając głowę by ułatwić jej dostęp do karku - Nie kłamałem tam, że preferuję układy z których wszyscy wychodzą zadowoleni. Z Filią definitywnie wolę taki układ, szczególnie, że wiesz… ona też nie kłamała, że jest w stanie mnie wywalić za granicę na pstryknięcie palcem. Co innego, że potem bym wrócił i już nie byłbym tak otwarty, ale to zupełnie osobna sprawa. Ughhh… nie znoszę gdy moi oponenci dysponują dywinatorami. Nie ma na nich dobrej kontry…
                  Palce Kaylie dość umiejętnie uciskały i masowały kark Khala, choć nie robiła tego czystą siłą.

                • Jest. - odparła - Śmierć.

                • … moja czy dywinatora? - zapytał, z pogłosem chichotu.

                • A jak sądzisz? - delikatne palce Kaylie przesuwały się przyjemnie po zmęczonej skórze.

                • Na górze... - odezwała się - Nie podjęłam ryzyka bez powodu. Podjęłam, bo mogłam więcej wygrać i szanse tragicznej porażki były minimalne.
                  Khal milczał chwilę nim wreszcie zebrał się na odpowiedź. Przez chwilę wydawało się, że w ogóle nie odpowie, zapominając się w masażu.

                • Jutro o tym porozmawiamy, dobrze? - w jego głosie znów pobrzmiewało zmęczenie - Dziś… nie mam… chęci - Kaylie odnosiła wrażenie, że pierwotnie chciał użyć innego słowa. - Wiem, że się zbierają tematy, ale to nie na to moment - to była dobra wymówka. I dopiero w niuansach można by dojrzeć odcienie nieszczerości.

                • Jasne. - odparła spokojnie kobieta dalej zajmując się masażem. Nic nie wskazywało, aby była zirytowana tą odpowiedzią Khala.

                Viktor nie powiedział tego w żadnym momencie, ale był wdzięczny Kaylie za rozmowę która się urwała. To nie ciało było zmęczone, a duch potrzebował odpoczynku, ale i duchowi masaż pośrednio pomagał, a gdy stała za jego plecami… mógł przestać zmuszać swoją twarz by wyglądała serdecznie i wesoło. Jakby ktoś przyklęknął przed jego pochyloną twarzą łatwo by dostrzegł w jego zmarszczonych brwiach, spiętych powiekach i lekko wykrywionach ustach nie zmęczenie a zmartwienie, gryzące go głębiej niż komukolwiek byłby gotów teraz przyznać. Ale nikt nie mógł dojrzeć jego twarzy.

                Dał sobie kilka minut nim nie uścisnął z wdzięcznością dłoni Kaylie.

                • Dzięki, Kruszyno… - wstał powoli, odwrócił się i przytulił ją na krótki moment. - Potrzebowałem tego… a teraz wróćmy zanim znów zapomną jak się sznurowadła wiąże i będą nas potrzebować - warknął ze śmiechem, przekrzywiając głowę, nieco komicznie.

                • Już chcesz wracać? - zapytała zdziwiona, ale zadowolona przytuleniem- Nie zobaczymy co jest za drzwiami? Filia mówiła byśmy nie schodzili niżej. To nie wydaje się być niżej.
                  Viktor milczał chwilę analizując potencjalne zagrożenia za nimi.

                • Myślisz, że możemy ich samych zostawić na tak długo? Gotowi się zgubić w tej pojedynczej sali… - mówił trochę nieobecnie, ale już zdążył podnieść klatkę i przestawiał ją na bok. W tonie jego głosu słychać było, że straż Evercrest utraciła w jego oczach.

                • Może zacznijmy ostrożnie… - zaproponował, przykucając przed zamkiem, szukając oznak potencjalnej pułapki.

                • Ktoś powinien ich doszkolić poza umiejętnością radzenia sobie z pijakami na ulicy czy kilkoma złodziejami. - stwierdziła czekając.
                  Viktor odsunął głowę i poszturchał jeszcze mechanizm drutem.

                • Wydaje się bezpieczne, ale… stańmy tu może… i jakbyś spróbowała Dłonią Maga je otworzyć… - proponował z zachęcającym uśmiechem. On nie miał dostępu do telekinezy w żadnej formie.
                  Kaylie odsunęła się z nim do tyłu i wypowiadając słowa zaklęcia wezwała telekinetyczną siłę mającą otworzyć drzwi...
                  ...ale nie stało się nic. Drzwi ni drgnęły.

                • Więc będzie trzeba zrobić dziurę w podłodze. - podśmiała się.

                • Hmmm… żadnego speca od zamków chyba ze sobą nie zabraliśmy. To jakby dziura się nie udała pewnie najprościej będzie Jora poprosić aby je otworzył...

                • A ty nie byłbyś w stanie? - zapytała - Skoro tamte kraty podniosłeś...
                  Viktor nagle poczuł się… wyzwany. Zmarszczył brwi, bo nigdy nie był wrażliwy na tego typu manipulacje, ale jakby teraz to oddelegował to… jego poczucie własnej męskości by ucierpiało… i nie mógł z tym zrobić nic innego niż ulec. Skrzywił się i zachichotał jednocześnie.

                • Hej. Mówiłem o najprostszym rozwiązaniu - uśmiechnął się, biorąc do ręki młot. Niby zwykła stal, ale magia zaklęcia wciąż rozświetlała jego odblaski. Jeśli tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem. - Cofnij się trochę. Mechanicznej pułapki raczej nie ma, ale w tym polu kontr-dywinatorskim nie mam jak magicznych szukać.
                  Przestawił potężną klatkę tak aby tylko zawiasy były dostępne. Tak na wszelki wypadek, jakby po drugiej stronie coś na nich czekało.
                  Ścisnął młot oburącz i uderzył w zawias z siłą pod którą musiał on ulec. Wyłupany kawałek kamienia z otaczającego ich łuku strzelił w jego udo, ale nie zrobił krzywdy.
                  Odczekał chwilę, nasłuchując czy po drugiej stronie czegoś nie słychać, czy jakiś gaz się nie zaczął ulatniać, czy jakaś magia nie brzęczała w powietrzu… nic z tych rzeczy.
                  Drugi zawias był zbyt wysoko dla wygodnego uderzenia i puścił dopiero po drugim podejściu, sypiąc mu pyłem w twarz. Skrzydło drzwi opadło na podłogę z głuchym łomotem i pochyliło się trochę do wnętrza, opierając się na klatce i, w mniejszym stopniu, zamku.

                Khal wypluł kamienne łupiny z ust, odczekał moment nasłuchując i zajrzał przez szczelinę do środka….
                Na razie nic nie widział, pomieszczenie w środku było ciemne, z braku opcji szybko splótł zaklęcie światła, które pokazało, że faktycznie jest puste, z kolejnymi schodami wiodącymi w dół.

                Viktor uniósł klatkę i uderzył nią w skrzydło drzwi, wywalając je na ziemię samym jej pędem. Odstawił na bok, spoglądając na Kaylie, zadowolony z siebie. Wszedł do środka by spojrzeć w dół schodów… gwoli potwierdzenia, że istotnie jest to pełne zejście na niższy poziom, a nie drobna różnica wysokości.
                Gdy tylko minął łuk drzwi poczuł jak duża ilość cieczy spada na niego, jakby ktoś opróżnił wiadro z wodą prosto na jego głowę. Chwilę później poczuł okropny ból w lewej dłoni, zarówno on jak i Kaylie zaczęli słyszeć dźwięk pękających kości. Viktor próbował krzyknąć z bólu i udało mu się, ale z trudem, czuł jak jego język puchnie, nie mieszcząc się już w ustach. Ból dłoni w końcu ustał, a Viktor z przerażeniem odkrył, że jego lewa dłoń posiada obecnie 11 palcy.

                • Khal! - arkanistka w pierwszym momencie chciała dotknąć mężczyznę, ale się zatrzymała. Nie chciała dotknąć tej cieczy...
                • Możesz iść? Musimy się stąd ewakuować.

                Viktor opanował mętlik w głowie, katalizując swą wolę i nią opierając się siłom co wyraźnie działały by rozerwać jego człowieczeństwo. Warknął niezadowolony, ale kiwnął głową. Z odrazą dostrzegł swoją rozrośniętą dłoń. Spróbował coś powiedzieć, ale już na pierwszej sylabie słyszał, że bełkot wydobywający się z jego gardzieli jest zwyczajnie poniżej jego godności… Cokolwiek się działo… przestało. Strzepnął ramionami przywołując dłuższy, gruby rękaw kryjący jego dłoń i chustę na dolnej połowie twarzy. Cholerne pole kontr-dywinacyjne. Z działającą detekcją magiczną by nie wpadł w coś takiego. Cofnął się kilka kroków i zastawił przejście klatką, po czym sięgnął za płaszcz. Wyciągnął kartkę z podkładką oraz ołówek.
                “Tymczasowe. Sprowadź Joriego.”
                Nawet w tym momencie jego pismo było nienagannie eleganckie.

                • Nie mogę cię tu samego zostawić. Chodź za mną. - troska w głosie była wręcz namacalna.
                  Viktor pokręcił głową.
                  “Nie pokażę się tak!” - dwukrotnie podkreślone i wskazał pierwszą wiadomość, a potem samego siebie i kciukiem, że jest w porządku.
                • Ta twoja durna duma! Choć podejdź kawałek, a nie zostawaj blisko zejścia!

                Kaylie biegiem wróciła do głównej ekspedycji, chwytając Joriego, kiedy tylko ujrzała alchemika i odciągając go siłą z powrotem do Viktora. Po drodze wyrzuciła z siebie litanię słów starając się opisać sytuację, chociaż alchemik głównie zrozumiał słowa jak "drzwi", "rozwalił", "ciecz", "palce". Więc nie wiedział za bardzo czego się spodziewać, kiedy arkanistka praktycznie rzuciła nim obok adwokata.
                Jori zerknął na Viktora, który robił wszystko, aby schować swoje mutacje.

                • Co się stało?
                  Adwokat diabła marszczył brwi w niezadowoleniu, pogłębianym tylko tym, że nie był w stanie nawet obnażyć uzębienia w irytacji. Strzepnął ramionami usuwając iluzję rękawa i zaprezentował dłoń… przewrócił oczami sam na siebie i strzepnął ponownie pozbywając się również chusty z twarzy. Zmutowana dłoń nie drażniła go w połowie tak bardzo ten cholerny język, odbierający mu jakąkolwiek szansę na godną prezencję.
                  Alchemik patrzył przez chwilę tępo na Viktora, po czym wybuchł śmiechem, wskazując język adwokata.
                • Żaba! - zawołał imitując przypadłość adwokata, co wypełniło khalowe spojrzenie żądzą mordu.
                • Przestań! - Kaylie warknęła na Joriego - To nie jest zabawne!
                • Musisz najwyraźniej nie widzieć tego samego co ja. - odparł alchemik i westchnął - No dobra, zobaczmy czym cię potraktował. - elf przejechał palcem po mokrym ubraniu Viktora i jak gdyby nigdy nic polizał ciecz - U… ok mam złe wieści i dobre wieści. Dobre wieści mogę to naprawić. Złe wieści, będzie wymagało skalpela bo jest permanentne.

                Viktor strzepnął ramionami, znów kryjąc swoje mutacje. Naskrobał coś na kartce i pokazał.
                “A to pewnie w Evercrest dopiero?”
                Pisał w niespotykanie szybkim tempie. Jedna z wielu drobnych zdolności Viktora.
                Kaylie wyraźnie była zmartwiona co chwilę patrząc na Khala.

                • Nie możemy czekać. Teraz to pozbawi go magii…
                  Alchemik pokręcił głową.

                • Ech, śmiertelnicy są zabawni tylko raz… Zejdzie samo za godzinę. Mogę ograniczyć sprawę języka, abyś mógł przynajmniej mówić, język będzie niestety dość sparaliżowany.
                  “Ładnie poproszę” - Pismo było kaligrafowane, z eleganckimi zawijasami i inicjałowaną ornamentowo pierwszą literą. Viktor przyozdobił by to jeszcze przepięknym uśmiechem, no ale tej możliwości los mu chwilowo skąpił.
                  Alchemik wyciągnął jakiś liść z sakiewki i włożył go adwokatowi pod spuchnięty język. Viktor poczuł zapach przypominający miętę i miód, oraz zaczął odczuwać mrowienie w języku.
                  Kaylie natomiast mogła zauważyć jak opuchlizna z języka spada, ale sam język zaczyna przybierać fioletowy kolor.

                • Och, dobrze, nie jesteś uczulony. Inaczej byłoby naprawdę ciekawie. Radzę uważać od tej pory, jeżeli zaczyna używać swoich mutagenów jako pułapek, to może być tylko coraz niebezpieczniej.

                • To wystarczyło go polać cieczą by zmutować go? Czy to, co na nim zostało ciągle jest niebezpieczne i może zadziałać na każdego, kto wejdzie w kontakt?

                • Paruje szybko, chociaż zostanie trochę na ubraniu. Radzę uważać przy następnym praniu. I tak lepiej, żeby nikt go nie dotykał… póki mutacje same nie znikną, to będzie oznaczało, że mutagen stracił na mocy.

                • Król Kurtz kupił klólowej… tfu.. irrumatol - warknął Viktor i przewrócił oczami słysząc, że nawet przekleństwo nieco wyseplenił. - Król. Kurtz. Kupił. Kró-lo-wej… Karreli. Korale… dobrze. Jak mówię powoli daję la… radę kontrolować język. Aktywator był magiczny i zbiornik też był gdzieś indziej. Albo telepolta… telepoRtacja. W tym polu kontR-dyw… wieszczeniowym nie mam jak ich znaleźć, ani roz… bRoić. Do przemyślenia… dzięki Lo… Vah! - wziął wdech, odsuwając frustrację - Dzięki Jori. Miałbym pewne trudności z wyjaśnieniem tego - uśmiechnął się pół krzywo, pół przekornie.

                • A może wystarczy by został przemyty wodą? - zasugerowała Kaylie - I te ubrania spalone? Lub... Czy oczyszczenie ich magią nie będzie dobre?

                • Na pewno nie zaszkodzi - stwierdził Viktor, mówiąc powoli, aby kontrolować zesztywniały język. Porzucił gestem iluzję, ujawniając lekki pancerz z grubej skóry i odwrócił się do Kaylie rozkładając nieco ręce, by ułatwić jej dostęp. Starał się nie dać poznać, że drażni go forma lewej - Chwilowo i tak tego nie spalimy, bo potrzebuję jednak jego ochrony - uśmiechał się serdecznie gdy mówił.

                • Jak chcesz mu zrobić kąpiel to jak najbardziej. Nie wiem, czy zaklęcie o którym myślisz by poskutkowało. Gdybyś jakoś go wysuszyła, to byłoby lepiej.

                Kaylie uśmiechnęła się i wypowiedziała krótkie słowa inkantacji dołączając proste gesty. Zupełnie znikąd pojawiła się tylko nad Khalem rzęsista ulewa, jakby został oblany cedrem z wodą. Stał tak, nie kryjąc w spojrzeniu, że liczył jednak na mniej “inwazyjną” prestidigitację, znaną głównie z oczyszczania urbań podróżników, lub świecenia fajerwerkami. Sięgnął tylko zdrową ręką i poklepał się dwa razy palcem po piersi, zamykając nadwymiarową przestrzeń. Woda nie powinna się tam dostać, ale zwoje w jej środku potrafiły być wrażliwe. Westchnął pod strumieniem i wyrósł mu na twarzy zadziorny uśmiech. Doceniał tego typu humor. Dawał otwarcie dla przyszłych kontr i bardzo ciekawych interakcji. Pozwolił wodzie lać się po nim i samą prawą ręką upewnił się, że z włosów i brody wypłukane zostały wszelkie resztki mutagenu. Pełna kąpiel musiała jednak poczekać.

                • W porządku, starczy… brrr… lodowata - stwierdził występując z strumienia, ale… podążył on za nim. Opuścił ręce i spojrzał na Kaylie z niepoważną frustracją - Mogłabyś? - zapytał wskazując palcem w górę, w nieokreślone źródło zimnej wody.
                  Jak i ulewa pojawiła się niespodziewanie tak i niespodziewanie przestała. Kaylie spojrzała z krzywym uśmieszkiem na Joriego.
                • Myślisz, że wystarczy?
                  Alchemik się uśmiechnął.
                • Och, chyba widzę trochę na jego włosach.
                  Spojrzenie Viktora nie wymagało słów. “Wszyscy troje wiemy, że to bzdura…”
                  I w tej sekundzie Kaylie wywołała kolejną magiczną ulewę nad Khalem na siłę panując nad śmiechem. Viktor zamknął tylko oczy i zastygł w akceptacji swego losu.
                • Kruszyno, Jori… dziękuję wam z całego serc... - nie zdążył dokończyć, gdy kolejna ulewa spadła mu na głowę, a Kaylie już nawet nie próbowała udawać powagi.

                Śmiali się razem, prawdopodobnie wyrzucając ostatnie stresy i bolączki, w pewnym momencie Viktor, wcale nie przerywając śmiechu, a jedynie kryjąc w nim inkantację sam wystrzelił z dłoni strumień wody. Dziesiątki litrów nie miały realnej siły, ale było ich dużo.

                • Kto wodą wojuje od wody moknie! - zakrzyknął w zemście, gdy jego śmiech tylko nabierał intensywności.
                  Kaylie otrzepała włosy.

                • A właśnie miałam zamiar cię wysuszyć. - wzruszyła ramionami i ograniczyła się do wysuszenia siebie magią - Ale teraz to już nie wiem. Jori?
                  Viktor powoli przesunął dłoń by wycelować w alchemika, uśmiechając się diabelsko.

                • Zachęcam do poważnego przemyślenia swoich następnych słów… w końcu ty ją sprowokowałeś do już niepotrzebnego oblewania mnie lodowatą wodą… - ostrzegał niemal niewinnie.
                  Jori jedynie uśmiechnął się szeroko. Dwie flaszki z wodą poleciały w stronę Azazelitów, pokrywając ich oboje od stóp do głów, sam alchemik nie pozostał suchy, śmiejąc się niczym dziecko.

                • Wróćmy do obozu, chcę by Filia zobaczyła złego kapłana diabła jak się bawił z resztą! - klepnela Khala w plecy wywołując mokry odgłos klaśnięcia.

                • Może dajmy jej się pobawić w detektywa i wnioskować ze zmierzwionych włosów i nieregularnego pofałdowania ubrań, zamiast dawać jej odpowiedź na tacy i jednak mnie wysuszymy? - zapytał z proszącym uśmiechem. Zabawa zabawą, ale to go jednak nieco wyziębiło.


                Grupa wróciła do reszty ekspedycji, która najwyraźniej powoli zamierzała się zbierać, aby kontynuować eksplorację. Komendant zerknęła na nowo przybyłą trójkę.

                • No, wróciliście. Co się stało i czemu potrzebowałaś Joriego? - zerknęła na Viktora, który pomimo że suchy, był bardzo nieuporządkowany - A z tobą co?

                • Małe komplikacje - odpowiedział, potrzebując poświęcać więcej skupienia niż chciał, aby brzmieć mniej więcej jak zwykle. Między innymi pomijając zidentyfikowane “problematyczne” głoski - Już po. Wymagana była wiedza alchemiczna. Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem. W sytuacji gdzie wieszczenia są niemożliwe szukanie ich… nie jest łatwe, ale nie niemożliwe.
                  Filia uniosła brew słuchając Viktora.

                • Brzmisz jakbyś sobie sparzył język… porządnie. Zakładam, że "Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem" oznacza "Wpadłem w magiczną pułapkę z mutagenem"?*

                • Powoluj…. ekhmmm… - westchnął ciężko gdy jego cwaniacka, nieco bezczelna odpowiedź została bezpowrotnie zniszczona przez niewspółpracujący język. - Świadome… niebezpieczeństwo zawodowe - rozłożył ręce, mówiąc powoli. Tak by mieć pewność, że wypowie to poprawnie. - Tymczasowe. Jo-Ri złagodził skutki uboczne. Jestem sprawny w najważniejszych aspektach.

                • Nie, nie jest. - wtrąciła Kaylie - Jori mówi, że minie za godzinę, teraz mniej. Umyliśmy go, bo był zalany mutagenem, ale jeszcze zostały problemy... - zastanowiła się - Z dłonią.

                • Nie możesz powiedzieć czegoś takiego i nie pokazać. - odparła Filia.

                • To krępujące dla niego. - szepnęła i zwróciła się do Khala szeptem - Pokaż siostrzyczce. Ważne by wiedziała co się stało i czemu nie możemy jeszcze ruszyć.

                Khal chciał coś powiedzieć, pewnie zaprotestować, ale zrezygnował.
                Uniósł iluzoryczny rękaw ukazując kawałek ręki. Dość aby Filia dobrze zobaczyła o co chodzi, ale tylko tyle. I trzymał ją blisko siebie, aby możliwie mało ją prezentować poza ich zamkniętym kręgiem.

                • Ot… kilka dodatkowych palców - skomentował beztrosko i schował mutację - Zamiast pełnej tal… taRrczy mogę przy-mocować sobie puklerz i tyle w temacie. A te bestie ktoś intencjonalnie na nas wypuścił. W kolejnej sali są puste klatki. Godzina może uczynić… różnicę…

                • Jak i te palce uczynić niemożliwym wezwanie niektórej magii. - zaprotestowała.

                • Na szczęście ta magia na której mi zależy wymaga jednej sprawnej dłoni - odpowiedział z pogodością i nutą wdzięczności w głosie. Wciąż nieco seplenił, pomimo głębokiego skupuienia, przez co brzmiał… nieco śmiesznie. Skierował swoje spojrzenie na Filię - Ograniczy to moje możliwości walki w zwarciu więc raczej przesunąłbym się do drugiego szeregu póki mi poprawna anatomia nie wróci, ale ta ważna magia pozostaje bez szwanku. Oceń sama co jest cenniejsze… ta godzina, czy moja tarcza. Co innego, że może w tę godzinę udałoby się skonstruować jakieś osłony pod którymi by się przechodziło. Ten mutagen próbował również zezwierzęcić mój umysł. Ktoś o słabszej woli… - ruchem niemal niezauważalnym nawet z bliska wskazał strażników w tle - mógłby wpaść w szał, a nie wiemy ile ich jeszcze możemy spotkać.
                  Filia chwilę się zastanowiła.

                • Nie istnieje zaklęcie, które by nas obroniło przed czymś takim.

                • Może udałoby się aktywować pułapkę poprzez oszukanie jej, że ktoś tam przechodzi. - wtrąciła Kaylie - Telekineza.

                • Może, ale najpierw trzeba ją znaleźć. - szybko splotła zaklęcie, jej oczy delikatnie zabłyszczały - Dobrze, ja będę na przedzie. Powinnam mieć szansę znaleźć te pułapki.

                • Cóż…- zadumał się na chwilę Viktor - Jeśli wierzysz w siebie dość by ryzykować, to i ja w ciebie wierzę - serdeczny uśmiech rozświetlił jego twarz. Filia na pewno rozumiała to co do niej powiedział i jak dewastujące dla morale jej ludzi byłoby gdyby mutagen zmienił ją w rozszalałego łasicoczłeka.


                Oddziały ponownie ruszyły z Filią na przedzie. Przechodząc przez drzwi, które wcześniej zostały zapułapkowane komendant się zatrzymała. Przykucnęła przy ziemi, przyglądając się dokładnie podłodze.

                • Wydaje się bezpiecznie, ale bądźcie metr za mną. - Blackfyre wykonała krok do przodu, po czym zatrzymała się natychmiast.

                • Ok... widzę pułapki. Pełno ich tu...
                  Kaylie rozejrzała się i spojrzała na strażników.

                • Przysięgnijcie tu truchło psowatego.
                  Viktor skrzywił się, bo sam nie dostrzegał nic z tego co wzmocnione magią zmysły Filii jej mówiły. Gdy strażnicy wybiegali po zwłoki, on sam wyszedł do poprzedniego pomieszczenia… kilka uderzeń młota później wrócił z długim na kilka metrów stalowym prętem odłamanym z największej klatki. Chwycił go jedną ręką na końcu, drugi wyciągając daleko przed nich i oparł go na ziemi. Postawą i mimiką nadał temu wygląd pokazu nonszalancji, zamiast chęci ukrycia dłoni.

                • Istnieje mała szansa, że pułapka, nawet aktywowana z odległości, byłaby w stanie wybrać cel, więc poczekajmy na coś mięsnego, co może by ją zmyliło.
                  Po kilku minutach strażnicy przytaszczyli truchło jednego z psów i rzucili u stóp komendant.

                • No dobrze więc. Jor, Ori, moglibyście pokazać jak daleko potraficie cisnąć tym truchłem? - barbarzyńcy nie potrzebowali większej zachęty, zaczęli się przepychać który może rzucić truchłem pierwszy. W międzyczasie Filia nakierowała ich na pierwszą pułapkę.

                • Jeżeli zadziała to nie dotykajcie znowu truchła. - przestrzegła Kaylie - Wtedy Viktor prętem będzie ciało przesuwał dalej.
                  Chłopaki kiwnęli głową, razem cisnęli martwym psem, który wylądował trochę przed pułapką, ale doturlał się, aktywując ją. Grunt pod truchłem zionął ogniem, niemal zwęglając psa. Komendant przekrzywiła głowę.

                • No cóż, przynajmniej nie jest monotonny. Dawajcie chłopaki idziemy dalej. - pół godziny zajęło grupie przejście w ten sposób przez pomieszczenie. Musieli się wrócić przy okazji po jeszcze dwa ciała. W końcu jednak dotarli do kolejnych schodów.

                • W końcu. - odparła Filia zmęczona całą tą zabawą - Przygotować się, bogowie jedynie wiedzą co nas tam czeka.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #71

                  Ekspedycja dotarła do ostatniego poziomu kopalni. Ten wyglądał inaczej od poprzednich, bardziej niż dawne miejsce poboru kruszcu i metali, to wyglądało jak ruiny starożytnej świątyni. Chociaż co do bardziej spostrzegawczy widzieli, że część kamieni została ociosana relatywnie nie dawno. Atmosfera była napięta, wszyscy pamiętali potworności wyższych poziomów i obawiali się jakie to szkaradztwa szalony alchemik wyśle na nich teraz. Wkroczyli do kolejnego szerokiego pomieszczenia, być może kolejna arena?
                  Po dokładnych oględzinach druidki, jak i chowańca Baltizara miejsce wydawało się bezpieczne. Filia zdecydowała, aby ruszyć dalej do kolejnego pomieszczenia.

                  Nagle, z mroku rozległ się głośny chlupot, a coś gęstego i lepkiego wytrysnęło z mrocznego sufitu, oblewając strażników w całości. Krzyki przerażenia odbiły się echem od kamieni.

                  – Co to jest?! – zawołała jedna ze strażniczek, wycierając twarz, na której błyszczała przezroczysta, mleczna substancja. Jej głos drżał od paniki.

                  Pierwszy z nich opuścił miecz, patrząc na swoje ręce, które zaczęły pokrywać się szarymi żyłkami. – Nie mogę... nie mogę ruszyć palcami! – jego głos przeszedł w pełne grozy wycie, gdy zauważył, jak skóra na jego dłoniach zaczyna twardnieć, zyskując chropowatą fakturę.

                  Jeden z młodszych strażników spróbował otrzeć ciecz z ramienia, ale w miejscu, gdzie jego palce dotknęły lepkiej mazi, skóra zamieniła się w szary kamień. – Pomocy! Na Abadara, co się dzieje?!

                  Powoli, jakby złośliwa siła żerowała na ich przerażeniu, proces przyspieszał. Ich ruchy stawały się coraz bardziej ograniczone, a oddechy płytkie. Strażniczka, która jeszcze chwilę wcześniej trzymała miecz, wypuściła go z brzdękiem, gdy jej ręka uniosła się w bezruchu, zmieniając się w posągową kończynę.

                  Zbroje i ubrania nie stanowiły żadnej ochrony – ciecz przenikała przez tkaniny, wżerając się w ciało pod nimi. Jeden z mężczyzn upadł na kolana, próbując złapać oddech, gdy jego nogi zdrętwiały i znieruchomiały.

                  – Pomóżcie mi... nie chcę... – jego błaganie urwało się, gdy jego twarz stężała w wyrazie czystego przerażenia.

                  Ciszę przerwało tylko ciche pęknięcie, gdy pierwszy z nich całkowicie zmienił się w posąg. Pozostali patrzyli na siebie w panice, ich twarze wykrzywione w niemym krzyku, aż w końcu i oni stali się nieruchomymi sylwetkami, niczym groteskowe figury ustawione na przeklętej scenie.

                  Nie wszystkich jednak spotkał ten smutny los, tuż przed oblaniem ekspedycji Kaylie, poczuła jak ktoś ją unosi i odrzuca od drużyny, dziewczyna wylądowała solidne trzy metry od wszystkich z kilkoma otarciami. Kiedy się odwróciła ujrzała jedynie powoli kamieniejącego Jor'a. Zadowolony uśmiech zastygał na kamiennej twarzy barbarzyńcu.

                  [media]https://64.media.tumblr.com/cf281d2585011c73ea685ffacfc4252d/tumblr_n31d8uKhGA1r55cpwo8_250.gif[/media]

                  Baltizara na jego strategicznej pozycji za wszystkimi ominęła kąpiel, z której wysuszenie zakończyło się petryfikacją.

                  Khal natomiast zobaczył jak Filia osłania go własną tarczą, dostając podwójną dawką cieczy. Kobieta nawet nie zdążyła się odezwać kiedy kamień uciszył ją na zawsze.

                  Trójka sług Azazela nie miała czasu zrozumieć co się stało kiedy, usłyszali cichy dźwięk kroków. Do pomieszczenia wkroczyła nowa postać, ubrany w proste szaty starszy mężczyzna. Jego skóra pokryta bliznami i przebarwieniami, jego oczy delikatnie zamglone.

                  [media]https://i.imgur.com/a9YZoue.png[/media]

                  Mężczyzna rozejrzał się z zadowoleniem po nowych statuach, kiedy zauważył trójką przeżyłych.

                  • Och, patrzcie państwo. Komuś się udało. - jego głos był dziwnie życzliwy i przyjazny - Gratuluję. Zakładam, że jesteście częścią tej ekspedycji?
                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #72

                    Kaylie w szoku patrzyła na Jora, nie rozumiejąc jego zachowania. poświęcił się dla niej... Czemu?

                    Słysząc słowa alchemika spojrzała wściekle na starego psychopatę. Czy jego petryfikacja właśnie... ich zabiła? Czy tylko przygotowała na eksperymenty?

                    • Nie chcesz cierpieć... - zwiększyła uchwyt na mieczu - ...poddaj się od razu. - głos Kaylie ociekał nie strachem, a złością.

                    • Proszę dziecko. Nie uczono cię negocjacji? Nie grozi się temu, kto trzyma wszystkie karty. - alchemik mimo wszystko trzymał się na bezpiecznej odległości od arkanistki.

                    • To jest wyjątkowo… irytujące. Zepsułeś mi zakończenie. Jak to teraz będzie wyglądało na kartach księgi? To takie…niepasujące do reszty historii. Gdzie jest ta wielka konfrontacja, gdzie krew, gdzie dramat ?- burknął Baltizar w irytacji sięgając po kartę.

                    • Rzeczywistość często zawodzi. Chociaż możesz być pewien, że dramat się nie skończył. - alchemik dokładnie przyjrzał się trójce - Nie widzę na was ubrań straży. Najemnicy? Altruiści?

                    • A jakie to ma dla ciebie znaczenie? - odpowiedziała Kaylie.

                    • Chcę wiedzieć z kim mam doczynienia. Najemników można przekupić, z altruistami jest trudniej. Jestem jednak pewny, że będę w stanie was przekonać.

                    Viktor roztarł skronie, jakby migreny dostał… głównie aby uspokoić oddech. Blisko było.

                    • Po pierwsze zacznijmy od sprawy najważniejszej.... - ton miał… zirytowany.

                    • Czy to jest odwracalne? Przynajmniej ta jedna - wskazał Filię kciukiem, jakby od niechcenia - Zdążyła mi za skórę zaleźć i już zacząłem pracę, aby w najbliższej przyszłości mi to wszystko bardzo przyjemnie odpracowała - mrugnął znacząco, z nie do końca przyzwoitym uśmiechem. Szybko ustąpił on znów miejsca niezadowoleniu, ale głos nie miał w sobie wrogości ani nawet konfrontacyjnej nuty.

                    • Jak najbardziej, martwi nie mają dla mnie wartości ponad badania jak umarli. Jednak, to co mówisz, sugeruje, że nie tylko odejdziesz, ale chcesz współpracy. - alchemik uniósł brwi na Viktora.

                    • Nie rozpędzajmy się za bardzo, ale jest na to pewien potencjał, więc… zobaczymy? - zaproponował, wznosząc lekko dłonie, jakby w geście niemocy. - Może zacznijmy od początku … - zaproponował, ale jego uwagę znów pochłonęła posągowa Filia… z wrednym uśmieszkiem wyprowadził jej pstryczka w nos… w pełni godząc się z bólem uderzenia paznokcia w kamień. Machnął ręką by go przegnać i znów spojrzał na alchemika.

                    • Jestem Viktor Goodmann, adwokat z kancelarii Marcellion & Malcador, kwiatu koronnego Czerwonej Loży Egorianu. Miło mi poznać! - głos miał przyjemny, gdy recytował powtórzoną setki, jeśli nie TYSIĄCE razy formułę.
                      Kaylie odwróciła głowę w stronę Khala i wydyszała przez zęby w galtiańskim.

                    • Putain d'adorateur du diable... - prychnęła idąc za grą Khala - Nie podpisywałam umowy na to, tylko by ci dupę bronić. A ty zmieniasz strony?

                    • Zmieniać strony? Skądże?! - Żachnął się, w dramatycznym oburzeniu - Nigdy nie opuściłem mojej własnej! - Dodał z niskim chichotem, ale nieco spoważniał sekundę potem.

                    • Oburzaj się jeśli chcesz, ale nie zrób nic głupiego. Nie wiem czy jestem chętny sprawdzać, siłę kart naszego gospodarza, licząc, że to wyjście w pojedynkę było jednak blefem. - Głos Viktora był… ciepły i niemal opiekuńczy. Bardziej pasujący do mentora dającego radę.
                      Spojrzał pytająco na alchemika, licząc, że ma wciąż w pamięci konwenanse związane z poznawaniem nowych ludzi.

                    • Szczerze, sądziłem, że złapałem was wszystkich. Chciałem zobaczyć zdobycz, zanim wrócą moje sługi. - uwagę alchemika na chwilę przykuła para barbarzyńców - Uuu, ci mają dużo mięsa na sobie. - potrząsnął głową odganiając rozpraszające myśli - Więc... Goodmann, tak? Ciekawe nazwisko dla kogoś z Cheliax. Ahair Faltis, nie mam żadnych wysoko brzmiących tytułów, niestety. Chociaż, jeżeli moje doświadczenia przyniosą owoce "Pogromca Śmierci" może być w mojej przyszłości.

                    • To byłby lepszy niż jakikolwiek z tytułów których się dotąd dorobiłem - przytaknął Viktor z uznaniem, wykorzystując każde rozproszenie uwagi alchemika by głębiej analizować pole nadchodzącej bitwy… szukając potencjalnych pułapek, dróg którymi więcej wrogów mogłoby dotrzeć… - A “Goodmann” zaczynał jako bardziej… pseudonim artystyczny. Budził zaufanie, ale gdzieś po dekadzie używania sam zacząłem o sobie tak myśleć więc zostało - uśmiechnął się trochę przepraszająco, jakby dął sie przyłapać na nieistotnym kłamstewku.

                    • Ściągnąłeś ostatnio na siebie uwagę, co? - zapytał z drobną przekorą - Kilka tworów ci uciekło… bo przecież to nie było planowane by zostały znalezione, prawda? - zapytał z zaciekawieniem, pobrzmiewającym nawet lekką ekscytacją… jakby zaczynał potencjalnie dostrzegać rozwiązanie szerszej zagadki.
                      Kaylie jakby nie mogła ustać na miejscu, ciągle poruszała się niespokojnie.

                    • Wręcz przeciwnie, zaczynały mi się kończyć obiekty badań, a wysyłanie kogoś, aby złapał pojedyncze okazy było... czasochłonne i nie przynoszące zadowalających efektów. Podejrzewałem, że pojawienie się kilku moich dzieł sprowokuje lokalne władze do wysłania jednej, może kilku band awanturników. Nie spodziewałem się... - tu wskazał na około trzydziestkę kamiennych statuł - tego. Będę mógł się znowu zaszyć na rok.

                    • Ha… Za rok zostaw jakieś wyraźniejsze podpowiedzi na temat lokacji, bo jakbym ja się nie napatoczył to nie wierzę, by straż dała radę znaleźć to miejsce. Byli głęboko w polu, gdy im z nieba spadłem. Uhhh… dobra. Do rzeczy. Spośród tych tutaj zależy mi na dwóch z nich. Ta menda, oraz alchemik. On ma bardzo potężnych przyjaciół i ani ty ani ja nie chcemy by nie powrócił tej wyprawy. Warto też wymienić jakoś kontakt. Jestem pewny, że będę w stanie ci zorganizować “obiekt” co dwa tygodnie, gdy te ci się już skończą. Nie za darmo rzecz jasna, ale wierzę, że format “przysługa za przysługę” będzie dla nas obydwu… niskoinwstycyjny, ale wysoko-zwrotny. Ma to sens dla ciebie?

                    Gdy pozostała dwójka przekomarzała się z szaleńcem, gnom korzystał z faktu że jest mały i niepozorny i ostrożnie przesuwał się do przodu. Niespiesznie i powoli. I nie aż tak znowu daleko… potrzebował tylko skrócić dystans do alchemika. I czekać aż… nadarzy się okazja.

                    Alchemik się chwilę zastanowił.

                    • A cóż to za potężni przyjaciele? Ja też takowych mam i zapewnili mi spokój.
                    • Niestety, będziesz musiał mi zaufać… - stwierdził Viktor z pełną powagą, pierwszy raz w głosie pobrzmiało ostrzeżenie - Bo wolę jednak spróbować moich szans z tobą, niż z jego przyjaciółmi. Ja go zwerbowałem do wyprawy, na moją głowę wyleje się ich gniew. Daj spokój Ahair! To dla ciebie tylko ciało do eksperymentów. Nawet wcale nie silne. Barbarzyńcy są na pewno znacznie ciekawsi, a jak ich obrabiać będziesz to bym się jeszcze chętnie wprosił by popatrzeć.
                    • To jednak kolega po fachu. - zauważył alchemik - A przydałby mi się uczeń, ale dobrze, weź jego i tą kobietę. Tylko co chcesz w zamian? No i czy przekonasz tą dwójkę do swego planu? Zawszę i z tym mogę pomóc.
                    • Viktor... - syknęła Kaylie - Nie płacisz tyle, abym się w twoje gierki bawiła...

                    Gnom zaś uznał że czas się skończył. Dwie karty w dłoni, szept cicho przeszedł w ruch dłoni i krzyk.

                    • Brać go!-
                      Koło alchemika nastąpił błysk otwierającego się portalu i wyskoczył pies o wyraźnie piekielnym rodowodzie.

                    Było w nim coś jednak nienaturalnego. Nic dziwnego, był to bowiem migopies wypaczony przez piekło. Bajarz miał świadomość, że zwierzak nie jest śmiertelnym zagrożeniem dla alchemika, ale uznał że jego zdolność związane z przeskakiwaniem z planu na plan uczynią go upierdliwym rozpraszaczem. Etrigan poderwał się do lotu ruszając ku alchemikowi i traktując go wyziewem mrozu na powitanie. Zaklęcie nie pozostawiło nawet śladu na alchemiku.

                    Kaylie chciała w tym momencie krzyczeć na gnoma, ale połknęła obelgi jakie chciała w jego osobę rzucić. Wykonała jeden krok w kierunku alchemika i pojawiła się przed nim z krótkim magicznym blaskiem. Ostrze jej miecza zaświeciło bladym blaskiem jak wymierzała cios w człowieka, który jedynie się delikatnie przechylił, aby uniknąć ciosu arkanistki.
                    Alchemik jedynie westchnął, oblał swoją dłoń jakąś substancją. Kończyna momentalnie pokryła się kamieniem, jednak nie straciła na ruchliwości. Mężczyzna wymierzył cios w Kaylie, kobieta na szczęście zdołała go odbić płazem broni.

                    Viktor miał ochotę westchnąć zmęczony, ale nie było na to czasu. Wyszeptał krótką inkantację w piekielnym zmniejszając dystans…

                    • Byłbyś uprzejmy sam się tą łapą uderzyć?! - warknął, a słowa pobrzmiały piekielnym ogniem, ale… to nie umysł alchemika odparł zaklęcie, a jakaś forma odporności. Skrzywił się niezadowolony. To zaklęcie to była jego ulubiona zabawka i czuł, jakby właśnie mu ją odebrano…
                      Etrigan zaatakował alchemika z powietrza płonącymi szponami i odskoczył poza zasięg jego kamiennej łapy. Zadowolony z tego, że w przeciwieństwie do ogara nie musiał pilnować swojego pana. Sam Bajarz znów sięgnął po magię… gest dłoni, słowa magii.
                      I z podłogi wystrzeliły trzy łańcuchy mające przeszyć jego ciało. Bajarz uznał, że ów szalony alchemik zbyt wiele widział i słyszał, by jego przetrwanie leżało w ich interesie.
                      Migopies zaś próbował ugryźć przeciwnika w dzikim szale.
                      Pierwszy z łańcuchów wyparował nim dopadł celu. Pozostałe dwa zdołały smagnąć alchemika, jednak jedynie uszkodziły jego ubranie, migopies niestety jedynie przeleciał nad mężczyzną nie wyrządzając mu szkód. Alchemik wydawał się jednak dobrze bawić całą sytuacją.

                    Sytuacja wyraźnie jeszcze bardziej zirytowała Kaylie. Ten piekielnik okrywał się jakąś magią jeżeli ataki innych na niego nie działały... Nawet magia kapłana nie zadziałała. Miała pewien pomysł jak na to zaradzić, ale obawiała się za dużo mocy użyć w zgadywaniu na ślepo. Postanowiła ponownie zaatakować ciągle trzymając miecz okryty trupim blaskiem.
                    Niestety i ten cios minął się z celem. Alchemik natomiast zaśmiał się, sięgając do swojej torby na chemikalia. Kaylie, jak i dwa stworzenia Baltizara próbowały skorzystać z sytuacji, jedynie jednak Etrigan zdołał trafić szaleńca, który delikatnie syknął od gorących szponów.
                    W końcu rzucił dwiema bombami pod swoje nogi, fala ognia owiała całą czwórkę walczącą w zwarciu.
                    Na Etriganie ta sztuczka nie zrobiła wrażenia płomienie oblizały jego ciało przy jego radosnym charczącym chichocie. Porażony żarem migopies nie zdołał w pełni uniknąć wybuchu i rozwiał się… wracając do miejsca z którego go przyzwano. Baltizar tym się nie przejął… zwierzak spełnił swoją rolę. Zmusił alchemika do obrony dając czas reszcie drużyny do dopadnięcia typka.

                    Viktor postępował powoli do zwarcia, nie przestając inkantować. Czuł w ustach gorzki posmak siarki i wiedział, że opary dymu zaczynały powoli unosić się mu spmiędzy włosów, może nawet uszu. Wbił palce w rzeczywistość i z rozdarcia przebiły się języki pomarańczowego ognia. Już prawie uchwycił esencję…

                    • Baltizar! Fajny ogar! Ale MÓJ JEST WIĘKSZY!
                      Miotnął piekielnymi ogniami, ale spomiędzy nich wyskoczył trójgłowy ogar, w kłębie sięgający ponad khalowe biodra.

                    Kliknij w miniaturkę

                    • Na wszystkich bogów, ty musisz mieć jakiś kompleks na punkcie wzrostu.- mruknął pod nosem Bajarz komentując jego słowa.
                      Ogar rzucił się do ataku, z dziką zawziętością zrodzoną w piekieł. Cerber Viktora dopadł do alchemika, który wgryzł się w kończyny alchemika utaczając krwi. Mimo wszystko alchemik wydawał się nie przejmować obrażeniami.

                    Etrigan przemieścił się tak by zrobić miejsce przybyłemu stworzeniu i nadal atakował szponami. Baltizar zaś…sięgając po kartę i wzdychając ciężko. Wokół alchemika wszak zrobiło się tłoczno. Wrzucanie kolejnego potwora do tej grupki, tylko by utrudniało sytuację reszcie.

                    Kawałek od Khala błysnęło magiczne światło przecinające przestrzeń, przez które zrobiła krok Kaylie... Jaka ze sobą przyniosła swąd palonego materiału, skóry i włosów. Krytycznie raniona zdołała ostatkiem sił wyciągnąć się z okolic alchemika i skryła za kapłanem kierowana jakimś odruchem, by przy nim szukać pomocy.
                    Kaylie cierpiała ciężkie poparzenia, a jej odzienie nosiło wiele śladów przypalenia. Oddychała ciężko łapiąc powietrze z jakimś bólem, a jedynie fakt, że opadła ciężko na ziemię bez świadomości darował jej dalszych mąk.

                    Alchemik strzelił językiem widząc ucieczkę Kaylie. Zerknął na latającą wokół niego niedogodność. Ponownie sięgnął do swojej torby szukając kolejnych komponentów. Etrigan chciał ponownie wykorzystać okazję, ale i tym razem jego szpony jedynie zaatakowały powietrze. Mężczyzna wyciągnął jasnozieloną ciecz w fiolce, którą błyskawicznie wypił, po czym splunął nią w szerokim pióropuszu kwasu. Papierowy ptak starał się odlecieć od ataku, niestety został całkowicie pokryty żrącą cieczą.

                    Khal otworzył szerzej oczy i chyba nawet zbladł dopiero widząc jak poważnie oberwała Kaylie. W pierwszym odruchu chciał ją złapać, powstrzymać upadek… ale widział, że instynkty kopnęły i nie rozbije ona sobie głowy, a zamiast ją łapać rozwijał już zwój. Dokończył tylko inkantację, rozpoczętą dawno temu, gdy go spisywał. Dla odmiany błękitne światło objęło Kaylie, gdy pozytywna energia stawiała ją na nogi.
                    Cerber odskoczył od Alchemika i zaatakował go znowu, tym razem jedynie jedna z głów zdołała zacisnąć na nim zęby.

                    Skrzydlaty pomocnik gnoma, choć niewątpliwie poważnie poraniony kwasem nadal atakował przewciwnika zaciekle szponami i dodatkowo paszczą zapewne licząc na to że cienista natura jego ciała pozwoli mu przetrwać kolejne ataki alchemika.
                    Baltizar nie przejął się cierpieniami Etrigana, tym bardziej że sam jego stwór wydawał się nie odczuwać bólu. Bo i nie odczuwał.
                    Kolejnym gestem dłoni, kolejnymi gniewnymi słowami przyzwał kolejne trzy łańcuchy by przebić nimi ciało upierdliwego starucha, który niemal bezwiednie odbijał ataki łańcuchów dłonią, podobnie jak ataki Etrigana.

                    Kaylie odzyskała świadomość i jak obmyła ją magia kapłańska. Skupiła spojrzenie na Khalu patrząc na niego z mieszanką zdziwienia połączonego z rozczuleniem, jednak bardzo szybko wdarł się ból. Jęknęła czując ciągle istniejący na jej ciele poparzenia.

                    • Khal... - szepnęła i urwała jak wyrwane zostało z niej syknięcie bólu.
                    • Nie mogę z nim tak walczyć... Ale broń mnie... Załatwię jego ochrony... - syknęła unosząc się na nogi.

                    Alchemik wyciągnął zza pasa strzykawkę z czerwonym płynem i błyskawicznie wbił ją sobie w kark. Ciecz bez oporów wlała się do wnętrza mężczyzny, a jego sylwetka przybrała na masie. Jego mięśnie napinały na papierową skórę gotowe z niej wyskoczyć. Spróbował następnie zaatakować pysk, który go ostatnio ugryzł. Kamienna pięść trafiła twarzoczaszkę piekielnego kundla, który wydał z siebie delikatne skomlnięcie.

                    Khal kiwnął Kaylie głową. Nie byli jeszcze bezpieczni, ale… była na tyle na ile się dało. Skupił spojrzenie na alchemiku.

                    • Fass! - wywarczał komendę, a szczęki trójgłowego ogara wykorzystały moment i zacisnęły się na udzie i łokciu alchemika. Nie by szarpać, ale by trzymać.

                    Viktor już inkantował kolejne zaklęcie. Pozwolił swoim oczom zabłysnąć piekielnym pomarańczem, a w jego na wpół zmaterializował się jakby obrys korbacza. Wybił do przodu, korzystając z przewagi jaką dał mu ogar i całe zamieszanie.

                    Głowica korbacza zatoczyła łuk. Wiedziony nie tylko umiejętnościami ale i intencją Khala uderzył w nadgarstek alchemika, nie czyniąc mu szkody, ale zatrzaskując się na nim. Natychmiast nabierał masy i materialności, ale to nie był koniec. Wciąż nie-do-końca istniejący koniec nagle ożył i wyrwał się z rąk kapłana. Zawinął za plecami alchemika, zatrzasnął na drugim nadgarstku. W pełni zmaterializowane mithrilowe bransolety szarpnęły z mocą, ściągając w tył spętane ramiona.

                    • Brawo wasza ekscelencjo, braaawo… będzie to ładnie wyglądało w opowieści. Choć osobiście uważam, że jest on zbyt groźny by zostawić go żywym.- rzekł gnom gestem dłoni przywołując Etrigana do siebie.

                    Viktor nie świętował jeszcze. Ahair zdawał się stracić wolę walki, gdy poznał, że cokolwiek go trzyma to za nic nie da rady tego zerwać, ale to wciąż mógł być podstęp.

                    • Opór spotka przemoc - syknął do alchemika - Deprime! - warknął z autorytetem, a ogar szarpnął, uderzając alchemikiem o ziemię. Twarzą w dół.
                    • Detrahe ei sacculum!
                      Trzecia głowa ogara uchwyciła torbę alchemika i szarpnięciem zerwała pasek…
                    • Miiitius…
                      Zatrzymała się w pół zamachu i łagodnie odłożyła ją obok.
                    • Booonus canis - pochwalił Viktor, klepiąc ogara po głowie - Booonus Furor.
                      Trójgłowy ogar, przysłany tutaj prosto z piekieł miał zrozumienie drastycznie większe niż oczekiwać można by po jakimkolwiek zwierzęciu i miał on swoją dumę… toteż udawał, że wcale nie docenia drapania za uszami.
                    • Vincula eum…
                      Kły ogara zagłębiły się w ciele alchemika, ale ledwie tyle by utoczyć krwi.To nie o rany chodziło, ale o klątwę którą niosły ze sobą… Powtórzył to jeszcze raz i znów i znów i…
                    • Satis est.

                    Viktor szybko przeszukał alchemika. Obmacywanie starego alchemika nie było przyjemnym procesem, ale koniecznym. Nie cackał się z tym, ani nie przejmował przyzwoitością. Traktował alchemika jako wciąż groźnego i zadowolony był dopiero gdy opróżnił mu wszystkie kieszenie, odebrał wszystko co miał przy pasie… i zdjął buty… ciężkie, skórzane buty było znacznie łatwiej zdjąć, niż upewnić się, że nie skrywają ostrza z mutagenną trucizną.

                    • Czy przeżyje, to w znacznej mierze zależy do niego. - Khal odniósł się wreszcie do opinii Baltizara.

                    • Wasza ekscelencja nie zrozumiała mojej sugestii. Uważam, że nie jest w naszym interesie aby on żył.- wyjaśnił gnom przykładając dłoń poranionego Etrigana i za pomocą słów przelewając w niego uzdrawiającą magię. Od razu się jego pupilkowi polepszyło.
                      Kaylie podeszła powoli, widocznie czymś bardzo poruszona. Gdy spojrzała na Baltizara gnom mógł zobaczyć w jej oczach... złość.

                    • Nie ty wydajesz wyrok. Nie będziesz robił co ci się uroi. ZNOWU. - warknęła.

                    • Nie wydaję wyroków. Oceniam sytuację. On jest niebezpieczny i jeśli nie blefował, samo dostarczenie go do miasta będzie niebezpieczne. A i co powie na … procesie…- wzruszył ramionami Baltizar nie przejmując się gniewem kobiety. - Ale to tylko moje skromne zdanie. Spojrzał w kierunku z którego wyszedł alchemik.- Tak czy siak… lepiej się pospieszyć i odszukać jego zapasy…antidotum na klątwę skamienienia. Pewnie ichor gorgony… lepiej się pospieszyć zanim ewentualne sługi naszego więźnia rzeczywiście się tu zjawią.

                    • Jak mówiłem, wiele zależy od niego… - zaczął Viktor, gdy bezwysiłkowo podnosił alchemika do pionu - …bo ktoś się zbyt podekscytował i uniemożliwił mi dowiedzenie się jak cofnąć petryfikację. Więc Ahair… wybacz to interludium. Po mojemu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Zacznijmy od sprawy najpierwszej… jak cofnąć petryfikację?
                      Alchemik się jedynie uśmiechnął.

                    • Nie ma problemu, chłopcze. Dwie opcje, jad bazyliszka przestanie działać sam za dwa dni. - starszy mężczyzna wzruszył ramionami - Mam też antidotum w laboratorium w następnym pomieszczeniu. Jak nie ufacie to poślijcie tego papierowego ptaka, aby zobaczył, że nic tam nie ma

                    • Baltizar, idź po antidotum. - warknęła Kaylie rozglądając się w poszukiwaniu swojej broni, którą puściła w bólu.
                      Gnom i tak planował tam się udać, więc po prostu ruszył z ptasim zwiadowcą na przedzie i ze swoim psem tuż obok.

                    • Fiolki z szarym płynem, wygląda jakby była w nim gęsta mgła! - zawołał alchemik za gnomem - Więc… co teraz? Zakładam, że osąd i egzekucja?

                    • Nie do końca mi oceniać - stwierdził Viktor otrzepując ramiona alchemika z pyłu - Mamy cię sprowadzić do Evercrest, jeśli uznamy, że to bezpieczne. Być może, ale nie mogę mieć pewności… ktoś ze ścisłej śmietanki towarzystwa tam mógłby chcieć z tobą porozmawiać. Zaproponować układ. Taki co byłby dla niego nieco bardziej korzystny niż dla ciebie, ale… prawdopodobnie i tak byś uznał za kuszący w świetle alternatywy… ale to tylko “być może”. Rzekomo nie wiem nic więcej niż komendant.
                      Viktor uśmiechnął się i klepnął go w pierś pokrzepiająco.

                    • Ale to potem - stwierdził Viktor i cofnął się krok w tył… niby w przyjaznym geście. Jakby zwracając alchemikowi osobistą przestrzeń, ale tak naprawdę po to aby móc go całego objąć wzrokiem.

                    • Twoje sługi. Kiedy spodziewasz się, że wrócą, w jakiej ilości i jakości? - zapytał, drapiąc za uchem jednej z głów Furora, co właśnie przysiadł obok.

                    • Piątka, powinni być w dobrej formie. Jeżeli wszystko poszło po myśli za dwa dni z kilkoma nowymi okazami. - alchemik wydawał się nieporuszony sytuacją.
                      Viktor kiwnął głową. Wierzył alchemikowi, ale i tak był zaniepokojony.

                    • Nie abym coś zarzucał, ale… dlaczego jesteś taki spokojny? Byłem kilka razy w takiej sytuacji i za każdym razem ten-w-kajdanach reagował dosyć emocjonalnie. W różne strony “emocjonalnie”, ale taki spokój widzę pierwszy raz…
                      To nie była do końca prawda… widział to raz, czy dwa i oznaczała asa w rękawie.

                    • A cóż mi da "emocjonowanie się"? Przegrałem, zabrałeś moje narzędzia, mutagen przestaje działać. Skończyły mi się sztuczki. Zostało mi teraz podążyć za procesem. Zawsze brałem to jako możliwą ewentualność. Ludzie odrzucają okropieństwa postępu, jeżeli dzieją się w ich teraźniejszości.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #73

                      Sala do której wkroczył gnom była nieco mniejsza od pieczary w której stoczyli walkę. Była za to o wiele bardziej wypełniona. Stoły, regały, gabloty pełne ksiąg, fiolek i sprzętu alchemicznego. Nieco głębiej widział kamienne stoły, puste, ale z zaschniętą krwią.

                      Baltizar podszedł do postawionych fiolek, przyjrzał się tym zawierającym szarą ciecz. Otworzył, powąchał i ocenił barwę, by upewnić się że alchemik nie kłamie. Ocenił, że jednak mówił prawdę. Baltizar zebrał fiolki, włożył do sakwy i podał Jogmethowi do pyska.

                      • Zanieś kobiecie.-
                        Po tych słowach ogar ruszył z powrotem, a gnom zaczął przeglądać księgi w poszukiwaniu czegoś ciekawego… ciekawego dla niego, więc pomijał księgi magiczne, alchemiczne. Interesowały go traktaty o planach, miejscowa historia i legendy.

                      Znalazł kilka ksiąg ze spisem fauny Pierwszego Świata i ich alchemicznych zastosowań. Widać jednak, że legendy, historia czy inne plany nie były zainteresowaniem alchemika.

                      • No cóż… warto było spróbować.- westchnął do siebie Baltizar i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu eliksirów, które mogły być użyteczne. Było tego sporo… gnom uznał, że… wszystkiego nie weźmie, więc postanowił wybrać sobie część tylko. A resztę zostawić pozostałym członkom ekipy ratunkowej. Po chwili do plecaka trafiło kilka silniejszych mikstur leczniczych, kilka neutralizujących trucizny i klątwy, kilka usuwające choroby. Poza nimi mikstury oddychania pod wodą, pajęczej wspinaczki oraz formy gazowej. A na koniec mikstury kociej gracji. I jeszcze wiele innych zostało, acz…Baltizar uznał, że na więcej nie ma już miejsca w jego plecaku.*

                      Kaylie wyruszyła na poszukiwanie miecza, co nie zajęło jej długo, kiedy uniosła czarną klingę zauważyła ruch na końcu pomieszczenia.
                      Piesek Baltizara wyszedł z komnaty i ruszył w kierunku Kaylie niosąc sakwę w której z pewnością coś było.
                      Kobieta patrzyła jak podchodzi pies, sama trzymając miecz w dość kurczowym uścisku, jaki przywodził na myśl tulenie dziecka, nie dzierżenie broni.
                      Jogmeht zakręcił się wokół niej, aż w końcu usiadł przed nią z początku trzymając sakwę w pysku… a następnie ostrożnie kładąc ją przed nią.
                      Arkanistka schowała broń w pochwie przy pasie i przychyliła się do sakwy zaglądając do niej. W środku było pełno fiolek z szarą cieczą. A Joghmeth wskazał pyskiem jeden z posągów.
                      Kaylie ostrożnie pogłaskała ogara pod uszami i zabrała sakwę. Skierowała się do "posągów" by wpierw Joriego uwolnić z kamiennych okowów.

                      Po kilku sekundach ciało elfa ponownie składało się z… no ciała. Jori zakaszlał kilka razy.

                      • Cholerne… - wypluł trochę śliny zmieszanej z kurzem - Jad bazyliszka. Dobra rzecz. - zerknął na Kaylie - Och, nie dorwał nas wszystkich. Dobrze, zakładam, że go załatwiliście?
                      • Unieszkodliwiony. - stwierdziła kobieta, jakiej ciało nosiło oparzenia, a ubranie było przypalone. Otworzyła sakiewkę z miksturami - Pomóż mi resztę przywracać do cielesności. - podała dwie fiolki i skierowała się pomóc Filii.
                      • Uuu, nie muszę korzystać z własnych zasobów. - elf ruszył do pozostałych statui.

                      Filia przewróciła się kiedy jej ciało wróciło do normy, najwyraźniej petryfikacja złapała ją w niewygodnej pozycji.

                      • Uuh… - kobieta otarła twarz, upewniając się, że nie jest z kamienia - Wygraliście?
                      • Nie. - podała fiolkę Filii - Jesteśmy przyszłymi okazami alchemika, a teraz musimy iść do klatek. Polewaj resztę sztywniaków. - zaironizowała, lekko krzywiąc się z bólu.
                      • Ech… nie tak widziałam emeryturę. - kobieta wstała z delikatnym uśmiechem - Mam nadzieję, że moja ofiara nie była daremna i idiota się przydał.
                      • Wygraliśmy dzięki niemu. - krótko rzuciła rozglądając się za Jorem.
                      • Dobrze… dasz sobie radę? Ja… muszę usiąść na chwilę. - Jor stał tam gdzie kobieta go ostatnio widziała.
                      • Tylko nie zapomnij o miksturze. - odparła i sama poszła pomóc Jorowi.

                      Barbarzyńca przeciągnął się jak tylko wrócił do żywych, po czym uniósł Kaylie śmiejąc się.

                      • HA! Wiedziałem, że dasz radę!
                        Gdy mężczyzna ją uniósł zobaczył jak kobieta krzywi się z bólu poparzeń.

                      • Ups! - szybko postawił Kaylie na ziemi - Przepraszam. Widzę, że walka była przednia.

                      • Cholernik był nie do tknięcia. Jego alchemia go chroniła... Mnie prawie zabił ognistą bombą. - skrzywiła się - Ostatkiem sił przeniosłam się za Viktora i on pomógł mi... a później udało mu się go spętać.

                      • To dobrze. Ofun ma chyba jakieś maści i mikstury, aby pomóc ci z oparzeniem. - Jor zauważył swojego skamieniałego brata - Masz może jeszcze coś, aby uwolnić tego idiotę?

                      • Nie martwisz się o swojego brata? - zapytała - Co jeżeli nie mam?

                      • Jestem pewny, że ten elfi alchemik coś wynajdzie, albo ten którego pokonaliście. A jak nie… oddam go mamie, posąg tego z nas, który jest bardziej po tacie ją ucieszy. - barbarzyńca się uśmiechnął - Pewnie w mieście kogoś znajdę, aby go uratować.

                      • Jesteś taki uroczy. - zaśmiała się i przysunęła bliżej, aby unieść lekko maskę i pocałować Jora w policzek.
                        Barbarzyńca momentalnie się zaczerwienił.

                      • Oj, przestań. - kopnął kamyk trochę zawstydzony - To masz jakieś jeszcze mikstury?
                        Kaylie wyjęła dwie mikstury z sakwy.

                      • Nie zmarnuj całej. Jedna mikstura wystarczy. Polej brata, drugą miksturę na innego spetryfikowanego. Ja zajmę się resztą. - zaczęła odchodzić, gdy się odwróciła - I pójdźcie sprawdzić czy Viktor nie potrzebuje pomocy z pilnowaniem alchemika.

                      W przeciągu dziesięciu minut wszystkie ofiary petryfikacji były wolne. Filia wydawała polecenia strażnikom, aby przygotować się do wymarszu.
                      Kaylie znalazła alchemika grupy Baltizara, który wręczył jej czerwono czarną miksturkę. Po wypiciu kobieta obrosła suchą skóra, która szybko odpadła, pozostawiając świeżą nie poparzoną powierzchnię.
                      Jori wrócił z pracowni alchemika z kilkoma księgami, przeglądając jedną z nich.

                      A Baltizar podszedł do Filii stukając kosturem o podłogę i podążając w towarzystwie swoich zwierzęcych ochroniarzy.

                      • Wszystko dobre co się dobrze kończy. Przestępca złapany toteż pewnie teraz będzie powrót do miasta?- zapytał na powitanie.
                        Filia kiwnęła głową.

                      • Jego sługusy pewnie się rozpierzchną jak nas zobaczą, później ich wyłapiemy.

                      • Nie masz co się bać droga Blackfyre. - odparł alchemik - Moje sługi mają ograniczony czas przeżywalności. W przeciągu tygodnia umrą.
                        Komendant miała dość zniesmaczoną minę na fakt, że popapraniec zna jej nazwisko.

                      • Dobrze… - zerknęła na ekipę Baltizara i Viktora oraz Kaylie - Wy jesteście poszukiwaczami przygód, wam zostawię rozkradzenie dobytku tego… osobnika.

                      • Baltizar pewnie się nim zajął... - spojrzała krzywo na gnoma - Skoro jego usilne próby utrudnienia walki poszły na nic...
                        Kaylie mówiła słabym głosem, ciągle czując rany, choć ból poparzeń zniknął.
                        Filia uniosła brew.

                      • Wydawało mi się, że nasz bajarz trzymałby się z tyłu.

                      • To prawda… wdzięczność za pokonanie alchemika należy się Kaylie i Viktorowi. No… Etrigan trochę pomógł, a ja… starałem się nie wchodzić między walczących.- odparł skromnie gnom. - Możliwe, że nie za bardzo mi to wychodziło. Nie jestem wojownikiem, więc nie wiedziałem, kiedy… moje próby uniknięcia walki utrudniały działania innym.-
                        Westchnął ciężko gnom.- Ale ja nie o tym… chodzi o to, czy moi najemnicy będą potrzebni w transporcie więźnia, biorąc pod uwagę potencjalne próby jego ucieczki lub uwolnienia przez tych nielicznych popleczników?

                      • Chyba i tak będą z nami wracać? - zapytał bardziej niż stwierdził Viktor, oceniwszy, że Filia nie wzięła sobie do serca słów Kaylie o Baltizarze… na pewnej płaszczyźnie zgadzał się z arkanistką, ale… Baltizar miał jeszcze swoją rolę do odegrania i nadszarpnięcie jego opinii by utrudniło.

                      • Oczywiście. - odparła komendant - Jakiekolwiek utarczki wy macie, to wasza sprawa. - wzruszyła ramionami - Tego tu… - wskazała głową na alchemika - Będziemy trzymać pod ciągłą obserwacją.

                      Kaylie nie wydawała się być zadowolona. Wiedziała, że tak będzie lepiej, ale nie podobało jej się puszczenie wolno gnoma. Wstrzymała się jednak od dalszych oskarżeń.
                      Stała obok Khala, o którego oparła się zmęczona. Objął ją ramieniem, by trochę wesprzeć.

                      • No to zobaczmy może co cennego uda się tu znaleźć. - Spojrzenie Khala uciekało do labolatrium - Ahair, masz jakieś rekomendacje? - zapytał bardziej interesując się jak daleko sięga apatia alchemika.

                      • Zależy co cię interesuje. Książki, mikstury, sprzęt? - kompletny brak przejęcia ze strony jeńca zaczynał chyba powoli działać Filii na nerwach, która ponagliła Viktora gestem ręki.

                      • Zobaczymy na miejscu - Viktor odsalutował Filii i poszedł do laboratorium, wciąż obejmując Kaylie ramieniem.

                      • Rzecz w tym, że moi awanturnicy nie wracają do miasta. Ani ja też… opowieść się zakończyła. Więźniowie uwolnieni, przestępca złapany. Ja tu nie jestem potrzebny i jeśli moi najemnicy też, to… mam w planach zwiedzanie okolicy, więc nasze drogi czasowo się rozchodzą. - wyjaśnił uprzejmie Bajarz drapiąc się po karku w zakłopotaniu.- Więc, jeśli moi pracownicy nie będą niezbędni, udadzą się ze mną. Duży świat zawsze jest groźny dla małego gnoma.-

                      • Rozumiem, chociaż sądziłam, że będziesz też chciał zobaczyć rozprawę. - przyznała Filia.

                      • Nie interesują mnie dramaty sądowe. To nie są dobre tematy na opowieści.- wzruszył ramionami Bajarz. - Zresztą… zapewne i tak oboje domyślamy się jaki wyrok zapadnie.-
                        Podrapał za uchem.- Tak więc, będę się żegnał. A i jeśli planujesz… wysłać za mną swoją małą druidkę, to niech nie chowa się po krzakach. Może dołączyć do drużyny i wypytać o co chce. Nie mam nic do ukrycia.- dodał na koniec żartobliwym tonem, skłonił się głęboko i udał w kierunku swoich podwładnych, by zakomunikować im swoje polecenia.

                      Gdy tylko Khal z Kaylie zniknęli w przejściu natychmiast porzucił maskę nonszalancji. Objął Kaylie ramionami i delikatnie przytulił.

                      • Niech to piekła, kobieto… przestraszyłaś mnie.
                        Kobieta odwzajemniła przytulenie.
                      • Przepraszam... Nie mogłam mu zadać obrażeń, naprawdę próbowałam...
                      • Zrobiłaś wszystko jak należy - zaprzeczył jej, wyciągając z nadwymiarowej kieszeni zwój. Rozwinął go za jego plecami. Nie musiał go czytać, bo sam spisywał inkantację kilka tygodni wcześniej. Wraz z infernalną mową zapachniało siarką i smołą. Kaylie poczuła magię niższych sfer przepływającą przez nią, a tym razem to również spomiędzy jej włosów uniosły się strużki siarkowego dymu. Powoli jej ciało dochodziło do siebie. Ból słabł. Zmęczenie zanikało… ale magia szybko się wyczerpała nie dając pełnej ulgi.
                      • Lepiej?

                      Kaylie wtuliła twarz w szyję mężczyzny czując ciepłe poczucie bezpieczeństwa.

                      • Tak... - złożyła pocałunek na skórze jego szyi - Dziękuję... Tak naprawdę to gdyby nie ty moglibyśmy nie wygrać. Ten szalony nagły atak Baltizara... To wybiło mnie z rytmu. - westchnęła - Mogłam inaczej do tego podejść, gdybym wcześniej zorientowała się, iż magia nie da rady... - zaczęła się kajać - Mogłam innych zaklęć użyć, mogłam... - słowa Kaylie skrywały w sobie jakiś pogłos desperackiej próby wytłumaczenia swoich błędów.
                      • Hej, hej, hejhej… - Viktor przerwał jej, wchodząc prosto w głoskę i uniósł jej spjrzenie na siebie - To była trudna walka. On dysponuje solidną magią. Tak jak nie było wstydu gdy ja byłem w twoim cieniu, jak miotałaś swoimi burzami i ogniami, tak i nie urąga ci, gdy potrzebna okazała się mniej widowiskowa magia. - Mamy pełne zwycięstwo. Pomimo pośpiechu Baltizara, pomimo, że kilka naszych zaklęć nie dało rady go sięgnąć. Wygraliśmy. Dochodzi do tej twojej ślicznej główki?

                      Kaylie patrzyła w milczeniu na Khala sprawdzając czy naprawdę mówi to, co myśli, spodziewając się raczej krytyki, a nie zrozumienia. Gdy nie zauważyła objawów niezadowolenia ponownie wtuliła się w mężczyznę mniej niczym kochanka, a bardziej dziecko szukające oparcia i bezpieczeństwa w rodzicu.

                      • Nie wiem czy mówisz prawdę. - szepnęła - Nie umiem rozpoznać twoich kłamstw czy ukrytych emocji, ale jeżeli naprawdę nie jesteś zły na mnie... - zamknęła oczy sycąc się uczuciem - ...to wiele dla mnie znaczy.
                        Viktor przytulił ją nieco mocniej i ucałował czubek jej głowy. Pozwolił swoim palcom łagodnie przeczesywać jej jej włosy, w uspokajającym rytmie.

                      • Nie kłamię, jeśli mi za to nie płacą - z lekkim naciskiem powtórzył starą maksymę. - Doskonale spisałaś się na wyższych piętrach, czyniąc naszą drogę tutaj drastycznie łatwiejszą. Wielu tych chłopców żyje dzięki tobie. A to, że ja zakończyłem walkę z “Wielkim-Złym” tylko jest lepsze dla historii, a to o nią nam tu chodziło. Wszystko poszło niemal doskonale, Kruszyno. Bah… jakbyś znów zdominowała tę walkę to byłby dla nas problem…

                      • Dlaczego? - zapytała ciesząc się z dotyku Khala - I wciąż uważam, że moje obrażenia są winą gnoma... I tego nie zamierzam darować. - odparła z powagą w głosie okazując, że naprawdę jest gotowa zrobić mu za to krzywdę.

                      • Nie rozumiem jego niecierpliwości - przytaknął Khal - ale do tej walki i tak by doszło. Może bym wypracował korzystniejsze warunki, może nie.
                        Wzruszył ramionami i nachylił się do jej ucha, dla odrobiny prywatności. Zbyt wiele historii się sypało, gdy ktoś dał się przypadkiem podsłuchać.

                      • Baltizar ma swoją rolę do spełnienia. Daliśmy mu materiał, teraz on musi spleść z tego historię… Masz już w niej swoje momenty gdzie błyszczysz, ja mam kilka innych, ale i tak: pokonanie alchemika powinno być moim momentem. I dobrze, że jest.

                      • Nie powiedziałeś mi tego nigdy. Nie zaznaczyłeś jakie to ważne dla ciebie, abym ogólnie się w to nie wtrącała. - mruknęła - Przecież to mogło być tak, że ja od razu bym zobaczyła co powinnam, a czego nie podczas walki. Co byś zrobił wtedy gdybym to ja pokonana alchemika?

                      • Nazwij to arogancją, Kruszyno… - uśmiechnął się pół-bezczelnie, ale nie mogła tego widzieć wciąż pozostając w uścisku. - …ale wierzyłem, że dam radę. Twoja magia jest bardzo potężna, ale w odróżnieniu od niej… moja jest dedykowana pojedynczym celom. A jakbym się przeliczył… - poczuła jego wzruszenie ramionami - … bym pracował z tym co mam. Liczę, że Baltizarowi uda się zrobić ze mnie wyraźnego bohatera tej wyprawy, dałem mu kilka momentów doskonale się do tego nadających, ale jakbyś to ty nim została… też dałoby się to ugrać na naszą korzyść… ale nie prowokujmy Bogini Przeznaczeń i zostawmy knucie na kiedy indziej.
                        Zachichotał i ucałował jej skroń. Wyprostował się, przyjmując znów normalny ton, który hipotetyczny szpieg za drzwiami mógł usłyszeć.

                      • Już w porządku w twojej główce? Rozumiesz już, że się wspaniale sprawdziłaś i nikt nie może mieć do ciebie pretensji?
                        Pokiwała głową bez radości.

                      • Ale nie wybaczam Baltizarowi. Już powiem Azazelowi do słuchu... - warknęła wyraźnie zeźlona - Nie będę tak współpracować.

                      • Porozmawiamy o tym później - stwierdził luzując uścisk, aby móc złapać kontakt wzrokowy - A teraz spróbujmy znaleźć tutaj jakichś bonus dla nas, co? - zapytał puszczając oczko.
                        Galtianka pokiwała głową.

                      • Ale ty nosisz.

                      • Myślę, że jakoś dam sobie radę.
                        Odkleił się wreszcie od Kaylie i rozejrzał po laboratorium, szukając gdzie coś cennego mogłoby być do znalezienia.

                      Podobnie jak Baltizar znaleźli całą masę mikstur i alchemicznych wytworów. Księgi prawiące o historii sztuki alchemii, almanachy pradawnych mistrzów, nawet podręczniki ze szkół. Co przykuło ich uwagę to wielkie szklane cylindry wypełnione błękitną cieczą ustawione w szeregach pod ścianami. Różnego rodzaju rury i metalowe liny były do nich podpięte.
                      Na końcu pomieszczenia znaleźli dość masywną księgę.

                      Viktor przeszedł się ostrożnie i powoli w kierunku księgi, w głowie oceniając ilości, szukając skrzyń aby to wynieść oraz potencjalnych pułapek… nie ufał apatycznemu alchemikowi.
                      Kaylie natomiast wpierw postanowiła sprawdzić czy nie ma nic w okolicy widocznego z magiczną aurą. Najbardziej była zainteresowana księgami, a szczególnie największą. Po chwili przypomniała sobie o ochronach przed tego typu magią jaką cieszy się to miejsce. Niestety nic nie była w stanie zobaczyć.
                      Żadnych pułapek nie znaleźli. Największa księga okazała się dziennikiem alchemika, Davros, tak się podpisywał. Księga była wypełniona jego chorymi eksperymentami, ale też codziennymi zdarzeniami. Jedno z pierwszych wpisów przykuło uwagę Viktora.
                      "Moi sprzymierzeńcy ofiarowali mi tą kopalnię w darze, w zamian prosili jedynie o jeden z moich cylindrów odnowienia."

                      Khal zmarszczył brwi w skupieniu. Przeleciał spojrzeniem jeszcze kilka stron szukając dat, bądź wydarzeń mogących sugerować daty… oraz jakiejś podpowiedzi czym te cylindry miały być. Prawdopodobnie chodziło o tę błękitną ciecz i z nazwy również można było wnioskować, ale nic nie wiesz póki nie potwierdzisz, prawda?
                      Było jeszcze kilka wspomnień. Z tego co zdołał wywnioskować ciecze w cylindrach pod ścianą są bardzo silnym związkiem alchemicznym, zdolnym odtworzyć ciało istoty w przeciągu kilku tygodni z niewielkiej ilości tkanki.
                      Arkanistka patrzyła przez ramię mężczyźnie i coraz bardziej, i bardziej była zaniepokojona tym co widziała. Nie powiedziała jednak nic a jedynie w pogotowiu stała przy Khalu gotowe zareagować w każdym momencie jeżeli zobaczy jakieś emocjonalne drgnięcie w jego osobie. To co zbaczyła to nie było “drgnięcie”. Khal sam sobie kiwnął głową, zgadzając się z jakimś pomrukiem i powoli odwrócił się do jednej z wielu kadzi błękitnego płynu. Jego spojrzenie zdało się utonąć w nim. Widać było jak intensywne były jego procesy myślowe gdy analizował nowe znalezisko.

                      • Może? - wyodrębniła wątpliwość z jego głosu pojedyncze mruknięcie i wreszcie odkleił swoje spojrzenie od słoja…

                      • Khal... - szepnęła do mężczyzny kładąc mu dłoń na ramieniu - Czy to widziałeś w swoim... śnie? - zapytała zmartwiona.

                      • Nie. - Odpowiedział sztywno. - Kolor był zielony. To nie wyglądało jak proces regeneracyjny… i z opisu wynika, że kadzie tworzą oddzielne istoty pozbawione duszy. Nie… sprowadzę… jej w ten sposób.

                      • ...czy tak dałoby się... Filia...? - zapytała mając nadzieję że się myli.

                      Vikor nie odpowiedział, tylko wrócił do księgi. Znów na jej pierwsze strony, tym razem usilniej szukając… i gdy znalazł… znieruchomiał. I lekko zbladł.

                      • Teoria nie gorsza niż zwykłe wskrzeszenie… - w końcu odpowiedział - i data się zgadza… ten Davros dostał kopalnię i oddał słój w 4 696, czternastego Arodusa. To jest… dwadzieścia osiem lat temu. Rok po moim wygnaniu. Rok przed rozkopaniem grobu. Dodajmy, że Spug, ten wódz gobliński, znał nazwisko Blackfyre… Musieli być zawzięci… i nie mieć dostępu do dość potężnego kapłana, co by dał radę ją wskrzesić, to zrobili klona poprzez te kadzie…. ale… - zawiesił się i pokręcił głową nie kontynuując myśli. Oparł się ciężko na biurku, powoli spuszczając powietrze z płuc dla odzyskania równowagi.

                      • ...Filia powinna to wiedzieć. - szepnęła - Pójść po nią?
                        Viktor spuszczał powietrzę jeszcze kilka długich sekund gdy pytanie zdążyło przebrzmieć. Dawał sobie czas.

                      • Nie. Jeszcze nie. Powiemy i pokażemy jej to jeszcze dziś, ale po rozmowie ze Spugiem. Filia stara się jak może, ale jest tylko człowiekiem. Bardzo łatwo będzie jej postrzegać teorie na temat ojca jako niedorzeczne, więc warto najpierw ustalić połączenie między Aegonem a tym miejscem.

                      • Chcę też ustalić długotrwały plan. - odparła powoli - Taki, jaki pomoże nam ponad wszelką wątpliwość rozwikłać ten węzeł zależności i winy. - położyła dłoń na policzku Khala - I móc zastosować karę na jaką zasługują w literze prawa... - zniżyła głos - ...lub nawet poza nią.
                        Kapłan ujął jej dłoń i pocałował, ale nie odpowiedział, a kiwnął tylko głową.
                        Miała rację. I był jej wdzięczny, bo to była deklaracja… ale to nie był czas na to.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #74

                        Ekspedycja wracała w dobrym humorze. Straty były praktycznie nie istniejące, udało się uratować przynajmniej część z porwanych no i pojmali głównego złoczyńcę.
                        Davros siedział w klatce na niewielkim wozie, otoczony przez czterech strażników. Ranni i jeńcy byli rozlokowani po wozach. Pochód wypełniony był rozmowami o wielkim wyczynie sług Azazela.

                        Kaylie nie ustawiła się przy Filii, idąc obok Khala. Była wciąż fizycznie zmęczona, ale szła z innymi nie marudząc

                        • Gdzie jest Fisuś? - nagle zapytała kapłana - Zgubił się gdzieś? Czemu go nie przywołałeś? Przydałby się w kopalniach. - zapytała zdziwiona nieobecnością chowańca.

                        Khal na chwilę zamilkł. Ciągły marsz pozwalał nagłej przerwie w rozmowie nie być niezręczną. Wiedział, że ten moment nadchodzi. Fisuś, w swej nowej, rozwiniętej formie, byłby bardzo przydatny. Prawdopodobnie przewyższył by Ihaili w zwiadzie, ze swoją niewidzialnością i Kaylie o tym wiedziała. Więc to była kwestia czasu nim zapyta. Zdusił uczucie rodzące się pod mostkiem. Obiecał, że będzie silniejszy… i to właśnie to oznaczało.

                        • Chwilowo potrzebował się czymś innym zająć - odpowiedział z lekkim wzruszeniem ramion, zadowolony z nonszalancji jaką udało mu się w ten gest włożyć. - Masz jakieś przemyślenia o Brandelenie? Musimy ustalić taktykę przemycenia go do Evercrest.
                          Kaylie zmarszczyła brwi.
                        • Zdążyłam zauważyć, że kiedy nie chcesz o czymś mówić to starasz się po prostu unikać tematu. Jak teraz robisz.
                          Viktor uśmiechnął się pod nosem, w sposób nie kryjący, że dał się przyłapać.
                        • Nie przypisywał bym sobie jakiejś exceptionalem z tego powodu. Zgrabna zmiana tematu, jeśli się uda, jest znacznie łagodniejsza dla współrozmówcy niż declarationes niechęci do przeprowadzenia danej rozmowy.
                          Uśmiechał się lekko bezczelnie, ale nonszalancja szybko wywietrzała z jego głosu, zostawiając jakąś rezygnację.
                        • To nie miejsce i nie czas, Kruszyno - dodał, obejmując spojrzeniem grubo ponad pół setki ludzi którzy składali cały ich pochód. Otworzył usta aby coś jeszcze dodać, ale zamknął je nim wydały dźwięk.
                        • Jak to ogarniesz masz zamiar dopiero o tym opowiedzieć. - stwierdziła niezadowolona - Jeżeli tak wolisz niech i tak będzie. - machnęła ręką - Ale jeżeli humorki twojego chowańca mają wpływać na misje to nie jestem zadowolona.

                        Khal tylko kiwnął głową w apatycznej zadumie. Miał ochotę zaprzeczyć. Bronić Fisusia przyznając się, że to jego własne “humorki” są tego wszystkiego powodem… ale to nie był moment na samobiczowanie. Spuścił powoli powietrze starając się odsunąć mroczniejsze myśli. Miał być silniejszy, prawda?

                        • Brandelen wciąż jest istotnym tematem. Myślałem, że spróbuję otwarcie z Filią to załatwić. Co o tym sądzisz?

                        • Smoczek to problem Joriego. Ważniejsza sprawa to obgadanie z Filią planu. A jaszczurka... Jeżeli mamy zamiar włączyć kapitan w jej przeszmuglowanie to zrobiłabym to na końcu. - Kaylie machnęła ręką.

                        • Takie przysługi bywają bardzo cenne - zamyślił się Khal, traktując to nieco poważniej. - A pikuś to… to nie jest sprawa wymagająca knucia. Z kolei plan... jak najbardziej masz tu rację. Trzeba to odpowiednio rozegrać…

                        • Całkowita szczerość. - odezwała się silnym głosem - Według mnie nie wolno nam kręcić w żadnym stopniu jeżeli chcemy od niej zyskać pomoc. Ją to będzie personalnie boleć, Więc i musisz się przygotować, że i ty musisz personalnie cierpieć. Dobrze wiemy, że prawda boli i wolimy ją ukrywać... - spojrzała poważnie na Khala ze smutkiem.
                          Khal kiwnął głową powoli. Znów pozwolił sobie skorzystać z wygodny ciszy w marszu. Łatwo było mu się z nią zgodzić gdy mówiła w aż takich ogólnikach. Uśmiechnął się półgębkiem.

                        • Myślę, że i “całkowita szczerość” ma swoje odcienie - stwierdził, ale nie dodał swoich wątpliwości o szczerym wyznaniu Filii o jego fantazjach na temat Aegona w jego loszku. Tej odrobiny paranoi nigdy nie miał się wyrzec. Zbyt wiele razy wygrywał, bądź tracił całe sprawy przez przypadkowe podsłuchania. - Przy czym… znów masz rację. Prawda jest po naszej stronie. Byłoby błędem się jej wyrzec.

                        • Filia służy Abadarowi. Nudnemu bogu całkowitej prawości. - Kaylie nie wyglądała na fankę - więc próba zatuszowania prawdy przy niej raczej nie będzie niczym dobrym. Może źle na to zareagować. - z głosu kobiety dało się wywnioskować jak niskie mniemanie ma o takich osobach - Zero elastyczności w ich osądach.

                        • Tsk… - zadziorny uśmiech wyrósł mu na twarzy - Odnoszę nieodparte wrażenie, że inaczej widzimy wartość silnego prawa w społeczeństwie. - Uśmiech przerodził się w cichy chichot - Kapłani Księcia Ciemności również by ci przytaknęli, choć nigdy oficjalnie, że litera prawa służy by ją zignorować w sprzyjającym momencie…

                        • Litera prawa to tania dziwka. - fuknęła Kaylie - Da każdemu kto jej więcej zaoferuje. Akurat ty tego doświadczyłeś za dzieciaka... - spojrzała Khalowi w oczy - Twoja matka by się ze mną zgodziła.
                          Ze współczucia, gdy Viktor myślał, że Kaylie odwołuje się do swojej historii, w której prawo wcale jej łagodnie nie potraktowało, przez ukłucie żalu przeszedł do gniewu. Jego twarz stężała, a usta wygięły się w urazie, gdy zaciskał pięści… Dał im zadrżeć z wysiłku i zluzował je. Patrzył przed siebie, póki nie upewnił się, że gwałtowność z niego już wyparowała. Gdy odwrócił do niej swoje spojrzenie miał w nim głównie zawód… i w tym samym momencie skrzyżował wzrok z Kaylie, która również się zatrzymała by przysunąć blisko, wręcz prawie na intymną odległość.

                        • Oboje zostaliście skrzywdzeni przez prawo sprzedajne. - poczuł jak kobieta chwyta go za dłoń - Bez szans na spisaną sprawiedliwość. Tylko ból i cierpienie.
                          Kaylie przysunęła usta do ucha mężczyzny i wyszeptała.

                        • Sądzisz, że twoje marzenia o ukaraniu winnych będą z litery prawa?
                          Khal skrzywił się nieprzyjemnie, bo jego paranoja nie była zadowolona. Spojrzał w rozgadany korowód, czy ktoś nie usłyszał więcej niż powinien. Wyprawa była rozgadana i niewielu strażników miało się na baczności, więc nie można było się rozsądnie spodziewać, że ktokolwiek by usłyszał ten niemal-szept Kaylie… ale nie na rozsądku się paranoja opierała. Odczekał jeszcze kilka chwil, by się bardziej oddalili, nim znów na nią spojrzał.

                        • Ocenianie co ludzie by uczynili w danej sytuacji pozostawmy tym, którzy przynajmniej ich poznali osobiście, dobrze? - zaproponował z delikatną, acz wyraźną nutą nagany w głosie. Po chwili westchnął, a ton jego głosu przybrał bardziej wyważony charakter.

                        • Jestem adwokatem z przekonania, serca i natury. Związałem mój los z Kozłem Ofiarnym, bo nasze wizje na temat Prawa są niemal tożsame. Nie zostałem Trzecim Piórem Cheliax ani przypadkiem, ani nieszczerością… W moim pełnym przekonaniu Prawo to koncept. To idea. Narzędzie. Nie ono nas skrzywdziło, ale ludzie którzy je wypaczyli w złej wierze.
                          Wzniósł dłoń, by dać Kaylie znać, że nie skończył, a myśli tylko zbierał.

                        • To nie Prawo chroni Aegona przed słusznym gniewem, ale jego zdolności, lojalni mu ludzie oraz, co tu jest największym czynnikiem, prawie trzy dekady czasu który upłynął zacierając ślady i pamięć. Gdyby udało nam się zebrać dowody, to wedle prawa Evercrest, za rażące sprzeniewierzenie się obowiązkom swojego świętego urzędu, powinien być rozczłonkowany wołami. Czy wierzę, że tak by się stało? Nie. Ale to jest zarzut znów do ludzi, a nie Prawa. I mojej kary dokonam wbrew ludziom, a nie wbrew Prawu.

                        Kaylie patrzyła uważnie na Khala słuchając jego słów ze smutkiem w oczach. Pokręciła głową z jakimś poddaniem się.

                        • Wiesz, że Galt też ma prawo? - nagle powiedziała cicho - I wedle tego prawa, wedle wszelkich jego zapisów... mam zostać oddana Ostatecznemu Ostrzu. To samo prawo też daje Ogrodnikom nieograniczoną wolność i władzę. Nie ma innego prawa, a ci co je spisywali... sami skończyli bez głów, z duszami uwięzionymi w Gilotynie. - kobieta zaśmiała się ze smutkiem przeczącym rozbawieniu.
                          Przysunęła twarz bardzo blisko twarzy Khala, że prawie mogła ustami muskać jego usta.
                        • Chciałam byś zrozumiał poprzez własne doświadczenia. Przeliczyłam się.
                        • Kaylie… Kruszyno… - Dłoń Khala ujęła jej żuchwę. Kciuk sięgnął i głaskał ją lekko po policzku. - Wiesz dobrze, że świat jest drastycznie bardziej zniuansowany, niż to, jak go teraz przedstawiasz. Gdy spojrzy się dość głęboko, NIC nie jest proste. Nawet coś tak pierwotnego, jak, zdałoby się, bezwarunkowa i jednowymiarowa miłość matki do dziecka. Staje się ona straszliwie złożoną rzeczą, gdy się w nią zagłębimy. Systemy zarządzania setkami tysięcy ludzi są o całe rzędy wielkości trudniejsze.
                          Zastanowił się chwilę, składając w głowie słowa.
                        • Myślę, że różnimy się w rozumieniu, czym właściwie jest Prawo. To, co byś ty nazwała prawem, ja rozdzielam na dwie odrębne kategorie. Nazwijmy je “Literą Prawa” oraz “Egzekucją Prawa”. To pierwsze jest tą koncepcją i ideą, w której sanctis wierzę. Nie oznacza to jednak fanatycznego przekonania, wykluczającego możliwość dokonywania jakościowych ocen w konkretnych przypadkach... Z kolei za drugie odpowiedzialni są homines, a właśnie w tej sferze istnieje niemal nieograniczony potencjał do malwersacji pierwotnej doktryny. Z lex codixes Galt tylko pobieżnie się zapoznałem i było to ponad dekadę temu, gdy przez chwilę miałem jechać na Szczyt w Kyonin, by ogarniać pewien kryzys…
                          Zrobił krótką pauzę, by ciszą zasugerować nie-generyczność tego kryzysu i dać jej czas na skojarzenie, że mowa o tym spowodowanym przez nią.
                        • Wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę, ale nawet w twojej ojczyźnie Litera Prawa stanowiła, że Szarzy Ogrodnicy byli zobowiązani działać w dobrej wierze, kierując się korzyścią narodu ORAZ obywateli. Przez całe swoje istnienie byli zobligowani nie nadużywania swoich uprawnień i zapewnienia odpowiedniej pewności wyroku, w stosunku do jego surowości…
                          Zastanowił się moment, rozważając szereg argumentacji.
                        • Ale w sumie to nie jestem pewny czy ja odpowiadam na rdzeń twojego argumentu… ty mi chciałaś podać przykład wypaczonego prawa, czy pokazać, że moja filozofia by ode mnie oczekiwała wydanie Ciebie Galt?
                        • Wypaczone prawo i byś zobaczył jak zaprzeczasz swoim ideałom... - pociągnęła Khala za sobą, aby nie oddalali się tak bardzo od grupy - Naiwnym ideałom w mojej ocenie. Nie wiem czemu akurat ty tego nie widzisz, Ale najwyraźniej nie mamy to zrozumienia. Zostałeś skrzywdzony, więc powinieneś dokładnie rozumieć sytuację.
                          Viktor ujął Kaylie za dłoń, by nadać tej dyskusji cieplejszy ton.
                        • Zrozumienie nieraz przychodzi dopiero z czasem. Iii… doświadczenie mi mówi, że my tak naprawdę wcale nie mamy tu aż tak różnych opinii, a problem wynika z różnej nomenklatury, którą stosujemy. Ludzie mający fundamentalnie inną filozofię często nie mogą zdzierżyć swojego towarzystwa… a spędzanie z tobą czasu postrzegam jako niemal znośne.
                          Na krótki moment jego głos stał się zadziorny, niski, i przyjemny… ale zaraz wrócił do swojej normy.
                        • Na przykład… jeśli, na potrzeby tej dyskusji, zdefiniujemy Prawo jako Koncept ORAZ Egzekucję... wtedy z miejsca przyznam ci rację. To prawo nas skrzywdziło. Nas oboje, ludzi, których kochaliśmy, oraz niepoliczalne legiony innych. To prawo jest wadliwe. Sprzedajne, jak ty to ujęłaś. Jest ono plugawe w Galt, w Cheliax też, i nawet tutaj też nie jest dobrze. Zbyt często jest ono narzędziem tych co mają władzę, by zyskać bogactwo i więcej władzy… albo prymitywną satysfakcję. Nie ma ono mojego szacunku i przez dekady nie traktowałem go lepiej niż moich jagniąt. Nie czuję konceptualnej, czy moralnej lojalności względem niego. Jedynie utylitarną. Czy to o czym mówię jest bliższe twojemu postrzeganiu Prawa?

                        Kaylie szła powoli obok mężczyzny patrząc bez emocji na drogę. Zaczęło się wydawać, że nie podejmie tematu, gdy się odezwała.

                        • Mówisz za dużo. - parsknęła krótkim śmiechem - I dokładnie tak czuję prawo. Tak je widzę. Nie zmienia to faktu, że gadasz za dużo. Nikt ci chyba nie płaci za każde słowo czy literę. - uśmiechnęła się krzywo z jakimś wrednym gestem.
                        • Gdzieś to już słyszałem… - podrapał się wolną ręką po skroni, w ostentacyjnym geście - …ale jakoś tak się niesamowicie składa, że niemal zawsze tuż przed, bądź tuż po tym jak tym jak jakiś konflikt został rozwiązany... - Wyszczerzył zęby, nie kryjąc samozadowolenia, ale zaraz wrócił do łagodnego uśmiechu.
                        • Rozważ proszę, w wolnej chwili, mój podział Literę Prawa oraz Egzekucję Prawa. Nie sprawiłoby mi przykrości, gdyby udało ci się dostrzec wartość tej idei. Niezależnie od tego jak bardzo nieosiągalna jest ona, poza światem filozoficznych dyskursów.
                        • To jakbyś oceniał siłę maga poprzez zawartość jego księgi zaklęć. Przecież nieważne jak opasna ona jest, nie ma żadnego znaczenia jeżeli dany mag nie chce użyć zaklęć w niej zawartych. - wzruszyła ramionami - W takim przypadku to tylko ładna książka jaka może być ci wspórką dla innych książek.

                        Khal myślał chwilę w marszu nim się odezwał.

                        • Z powodu samej skali nie możesz poprawnie porównać prawa, które określa sposób rozstrzygania konfliktów między setkami tysięcy ludzi, do pojedynczego maga, używającego kilku zaklęć z jednej księgi. W idealnej sytuacji, gdzie obywatele posiadaliby pełne zrozumienie oraz dobrą wolę, jakiekolwiek prawo byłoby zbędne. Ilość interakcji między obywatelami permutuje wraz ze wzrostem ich liczby, a prawo musi umieć sobie z tym radzić. Czy wyobrażasz sobie, że ludzie są na tyle dobrzy i altruistyczni, by osiemdziesiąt tysięcy obywateli w jednym mieście byłoby w stanie wykazać się zrozumieniem i bezinteresownością tak wielkimi, że one same wystarczałyby, by nigdy nie doszło do poważnych konfliktów, a stosunkowo wszystkie zostałyby rozwiązane polubownie?
                        • Ktokolwiek by w to wierzył byłby po prostu naiwny. - odparła wprost - Ludzie są zasady źli. - stwierdziła - Ty jesteś zły. Ja jestem zła. Ważne jest po prostu czy ktoś jest w stanie to powstrzymywać w sytuacjach odpowiednich. - wzruszyła ramionami.
                        • I wyznaczyłabyś kogoś konkretnego do tego powstrzymywania? Czy każdy kto ma ochotę, bądź czuje potrzebę? Ktoś musiałby oceniać co jest “sytuacją odpowiednią”, prawda?
                        • Chodzi o to czy osoba jest w stanie to powstrzymać w sobie. Jeżeli potrzebuje praw, aby to powstrzymać to bynajmniej nie jest osobą dobrą niezależnie co mówi.
                        • Zgadza się - przytaknął Khal - Gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy, to prawo byłoby niepotrzebne. Niestety nie są. Wyłonienie się prawa nie jest celem samo w sobie. Nie jest ono cechą jaką doskonałe społeczeństwo powinno posiadać, ale odpowiedzią na jego głęboką niedoskonałość. Jest smutnym pogodzeniem się z faktami zastanymi.
                        • Temu potrzeba nam kogoś kto zemści się za tych co nie mogą sami się zemścić. - powiedziała z siłą w głosie - Działać tam gdzie prawo nie dało rady. Pozwolić ludziom spokojnie przetrwać krzywdy, wiedząc że będą one pomszczone.
                          Kaylie mówiła to z pewnością w głosie i jakimś oddaniem tej sprawie. Wyraźnie mocno wierzyła w zemstę za nie pomszczone krzywdy.

                        Viktor zmarszczył brwi i dopiero po chwili je rozpogodził. Westchnął z lekką rezygnacją.

                        • Tak jak prawo jest konieczne w rażąco niedoskonałym społeczeństwie, tak rażąco niedoskonała egzekucja prawa może usprawiedliwiać konieczność pojawienia się vigilante. To jest śliski temat i wielu takich, metodą małych ustępstw moralnych, zostało w końcu zwykłymi bandytami… no ale oni wszyscy popełnili ten jeden poważny błąd nie bycia tobą i drugi nieposiadania mojego wsparcia, prawda? - zapytał zadziornie, nie bardzo kryjąc, że pod humorem kryło się zmartwienie. Zbyt wielu takich vigiliante widział na szubienicy.
                          Kaylie uśmiechnęła się ze smutkiem.
                        • Zakładając, że to nie ty byłbyś oskarżycielem przeciwko mnie. - stwierdziła wprost - Oraz że nie dałoby się cię przekonać nocą czy kilkoma. - zaśmiała się, chodź ciężko było wyczuć w tym jakąkolwiek radość. Może tylko wymuszoną.
                        • Może postarajmy się nie sprawdzić jak to by się rozegrało, co? - zapytał zachęcająco - Widziałem tylko jeden scenariusz gdy tacy mściciele nie kończyli pod opieką kata. Gdyby byli inteligentni. Cierpliwi. Zdolni… a przede wszystkim: robili to tylko raz. Jedna zemsta. Jedna pomszczona krzywda i koniec. Finito. To nie jest łatwe, bo niewiele równa się z hajem jaki wtedy się odczuwa, ale jeśli pozwoli się sobie na drugi akt zemsty… to ostatni będzie dopiero ten, po którym wreszcie się wpadnie. Będzie się mścić znowu i znowu, a gdy skończą się krzywdy własne i bliskich, zaczną wystarczyć krzywdy ludzi których się zna. Potem i domniemane, a w końcu zupełnie wymyślone i nim się spostrzeże jest się czarnym charakterem, przez którego matki boją się pozwalać dzieciom wychodzić po zmroku. Wtedy to kwestia czasu, nim ktoś niewinny będzie musiał zginąć bo “był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie”. Ostatnimi słowami, nim zapadnia się otwiera pod stopami są wtedy “na początku naprawdę chciałem dobrze”, albo “nie rozumiem jak to się stało”. Liora i Rylan… nie pamiętam ich nazwisk ale to dwaj których osobiście posłałem na szubienicę, choć gdzieś tam w środku wciąż byli dobrymi ludźmi o najszczerszych chęciach. Startowali ze znacznie lepszego miejsca niż my, a ostatecznie i tak, na sznurze tańczyli w rytm okrzyków radości i potępienia ludzi, dla których to wszystko zaczęli. W pełni zdając sobie sprawę z mojej hipokryzji… będę ci więcej niż wdzięczny za pomoc z moją zemstą, ale poza tym nigdy nie usłyszysz ode mnie słów zachęty byś przyjęła na siebie taką rolę. Wręcz przeciwnie… byłbym deprymującym diabłem na ramieniu, wytykającym ci każdy błąd taktyczny, każdą ścieżkę która może doprowadzić do porażki, każdy durny powód dla którego pomysł jest zły, szczerze licząc, że się zniechęcisz i zaniechasz, ale jeśli wbrew mnie podejmiesz się tej samobójczej roli… to będziesz przygotowana tak dobrze jak to tylko jest możliwe.
                        • I będziesz w pierwszym rzędzie patrzył jak zakładają mi pętlę na szyję. - stwierdziła pozbawionym emocji głosem.
                        • Jakby nie przysługiwało mi honorowe miejsce obok ciebie? Tak. Ale po to aby dodać ci odwagi i cichaczem zaprezentować diament, który bym wykorzystał by sprowadzić cię z powrotem. Względy zdolnego kapłana o wątpliwej moralności przychodzą z pewnymi benefitami - puścił jej oczko, z bezczelnym uśmiechem, w nadziei rozluźnienia atmosfery.

                        Kaylie milczała długi czas idąc obok Khala trzymając go za rękę. Nie był przekonany czy ona rozważa to co jej powiedział, czy raczej coś innego siedzi jej na głowie.

                        • Khal... - szepnęła nagle - Gdzie on jest? - spojrzała twardo w oczy mężczyzny - Gdzie jest Fisuś?
                          Khal odwrócił spojrzenie, wyciągając rękę z jej dłoni. Wyglądał jakby dostał fangę pod mostek. Oddech stał się płytki gdy na nią spojrzał. Oczy miał szeroko otwarte, a żyłka na czole pulsowała mu zbyt szybko. W jakiś sposób był zwyczajnie przestraszony i ten widok aż jej wzbudził serce, jakby nagle znalazła się w zagrożeniu.
                        • Nie… - odpowiedział niewiele więcej niż szeptem.
                          Stojąc tak blisko, z uwagą pochłoniętą przez jego reakcję nawet nie miała jak zauważyć cienistego korbacza, co zmaterializował się w jego dłoni. Poczuła go dopiero gdy zacisnął się nad jej kostką. Nie zdążyła zareagować w te ćwierć sekundy nim drugi jego koniec zacisnął się mithrilowymi kajdanami na drugiej nodze i szarpnięciem ściągnął kostki do siebie.

                        Kaylie była bardzo zaskoczona. Nie wiedziała co się dzieje. Czemu on to robił? Co planował? Mógł powiedzieć, że naprawdę nie jest gotowy, ale teraz...
                        W tym momencie kobieta poczuła się zagrożona z jego strony.

                        Khal nie zmienił wyrazu twarzy ani odrobinę. Poruszył tylko bezgłośnie ustami, kręcąc drobnie głową. Nie był w stanie wydać z siebie artykułowanych dźwięków, a nawet nie wiedział jakie chciałby wydać. Nie gdy “oberwał” tym z aż takiego zaskoczenia.

                        Odwrócił się i szybkim krokiem, prawie truchtem dołączył do korowodu. Po drodze strzepnął tylko ramionami rematerializując sobie ubiór, w którym łatwo mógł się w nim schować. Dwie sekundy po tym jak go straciła z oczu kajdany opadły i rozwiały się jakby nigdy nie były niczym więcej niż ciemną mgłą.

                        Kobieta patrzyła zaskoczona za kapłanem. Poczuła ukłucie żalu, gdy on postanowił uciec od tematu jakby same jej słowa parzyły. Nie wiedziała czy była czemuś winna, ale w tym momencie zaczęła podejrzewać, że nieobecność chowańca to jej wina.
                        Nie próbowała dołączyć do pochodu by znaleźć mężczyznę. Zrobiła pojedynczy krok jaki skierował ją wprost do komendant, jakby przy niej ciągle szła.

                        Filia nie zareagowała na początku na pojawienie się Kaylie. Kroczyły tak jedna obok drugiej w dość napiętej ciszy, dopóki komendant nie postanowiła jej przerwać.

                        • Należą ci się chyba przeprosiny…
                        • Przeprosiny? - kobieta zapytała po dłuższym czasie milczenia.
                        • Za to jak chciałam załatwić sprawę między tobą a Viktorem. Wiesz, te moje podejrzenia o to, że jesteś jego własnością… - kobieta westchnęła - Chyba szukam powodów, aby mu nie ufać. Aby wygnać go z Evercrest, żeby nie kopał głębiej sprawy mojego ojca i wujów. Nie chcę, aby miał rację…
                          Kaylie pokiwała głową.
                        • Nie mam ci nic za złe. Nie musisz się tym zadręczać. - odparła spokojnym tonem... w jakim jednak pobrzmiewał smutek.
                        • Coś cię męczy. - wypowiedź komendant była stwierdzeniem, nie pytaniem - Nie będę drążyć, ale jeżeli chodzi o Viktora. - kobieta trąciła biodrem Kaylie - Nie ma lepszego sojusznika przeciwko mężczyźnie niż jego siostra.
                        • To prawda, ale... - wzruszyła ramionami - Ale tylko jak siostra zna brata.
                        • Och, wypełnię braki w wiedzy stereotypami. - zapewniła Filia - Więc, chcesz wyrzucić z siebie coś? Możesz nawet gadać od rzeczy.
                        • Czego ty oczekujesz? Naprawdę nie wiem o co chodzi... Próbujesz mnie przesłuchać? Nie jestem dobra w gry socjalne. - zapytała z niepewnością w głosie.
                          Filia spojrzała na Kaylie.
                        • Może to i mój zawód, ale potrafię odczytać emocje po głosie. Kiedy powiedziałaś "Nie mam ci nic za złe.", miałaś smutny głos. Coś cię gnębi, więc chciałabym jakoś pomóc, ale nie mogę w ciemno. Jeżeli jednak chcesz zostawić to dla siebie, nie ma sprawy.
                        • Po prostu wiem, że nic byś na to nie poradziła. Oboje z Khalem nie jesteśmy emocjonalnie zdrowi, co może powodować problemy w związku.
                          Filia pokiwała głową.
                        • Faktycznie… nie jest to moja ekspertyza. Hm… może, potrzebujecie pomocy z Domu Odnowienia? Na pewno będzie tam ktoś, to pomoże wam poskładać, co jest popękane.
                          Kaylie spuściła głowę.
                        • To nie jest popękane. To jest po prostu zmiażdżone na proch. - wyszeptała - Wiemy, że możemy się krzywdzić w procesie... Ale co innego zostało?
                        • Zrobić sobie przerwę od siebie? - zaczęła komendant - Nie mówię, że musicie w tą stronę iść, ale to też opcja. Macie co prawda robotę tutaj, która zmusza was do współpracy. - westchnęła - Więc… może coś na odwrócenie uwagi? Konstruktywne zajęcie, abyście nie mieli czasu się krzywdzić? I jakoś leczyć się pomiędzy.
                          Arkanistka szła w milczeniu dłuższy czas nim odezwała się ponownie.
                        • Kiedy będziemy robić postój?
                        • Jeszcze trochę. - obiecała komendant - Musimy znaleźć odpowiednie miejsce.
                          Kaylie skinęła i dalej szła w milczeniu.

                        Wieczorny chłód zaczął być powoli odczuwalny kiedy karawana dotarła do brzegu rzeczki i zaczęła rozbijać obóz. Tak jak w noc ataku potwora, wozy były ustawione w okręgu wewnątrz którego znajdowała się klatka alchemika. Namioty powoli zaczynały się pojawiać się wokół małych ognisk.
                        Filia wydawała ostatnie polecenia i prowadziła luźną rozmowę z Davionem.

                        Viktor, po rozłożeniu namiotu i ogarnięciu wszystkich swoich technicznych spraw, związanych z podróżą był już zupełnie ogarnięty po swojej ostatniej dramie. Znalazł odrobinę prywatności by trochę odreagować.

                        • Filio, Davionie… - przywitał się, kiwając głową każdemu z osobna - Nie przeszkadzam, mam nadzieję…

                        • Nie, nie. - zapewniła komendant - O co chodzi?

                        • Będę przesłuchiwał przywódcę goblinów. Doceniłbym waszą obecność w procesie. Jesteście zainteresowani?

                        Kaylie stała nieopodal, ale nie włączała się w rozmowę. Miała zamiar sama przysłuchać się przesłuchaniu, ale jednocześnie nie czuła chęci wchodzenia w widok Khala.

                        Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła głową.

                        • Dobrze. Sądzisz, że coś z niego wyciągniesz?

                        • Nie jestem pewny jak dużo - kiwnął głową twierdząco - ale spodziewam się, że “coś” na pewno. Jeśli możemy się tym zająć teraz… to potrzebuję dwóch-trzech minut by jego ciało przynieść. Byłabyś uprzejma i posłała kogoś, by znalazł Kaylie i zaproponował jej obecność?

                        Filia stanęła na palcach aby spojrzeć za Viktorem prosto na Galtiankę z uniesioną brwią.

                        • Jasne. Davion, bądź miły i znajdź ją dobrze? Pewnie zgubiła się biedna.
                          Viktor sam również uniósł brew i podążył za spojrzeniem siostry. Uśmiechnął i opuścił głowę, chichocząc nisko, pod nosem rozumiejąc szczyptę żenującej śmieszności sytuacji.
                          Kapłan Abadara wyminął Azazelitę podchodząc do Kaylie.
                        • Chcesz tam pójść za kilka minut? - wyszeptał do niej.
                        • Tylko jeżeli on chce mojej obecności... - odezwała się arkanistka z jakąś niepewnością w głosie.
                          Khal uśmiechnął się do niej, z lekkim zażenowaniem i kiwnął głową.
                        • Chcę.
                          Kaylie tylko skinęła głową.

                        Filia zaprowadziła grupą w bardziej ustronne miejsce, nie chciała chłopakom pokazywać spektaklu z gadającym martwym goblinem. Spojrzała na Viktora, który ułożył ciało na ziemi przed nimi.

                        • Więc, o co pytamy?

                        • Mam w tym momencie w głowie jedno pytanie - odpowiedział Khal - Reszta będzie dedukcją, indukcją i improwizacją… jeśli w ogóle się uda. Powinno, ale echo Spuga nie będzie chętne nam pomagać. Ktoś kiedyś mnie przekonywał, że zmiana wyglądu kapłana może je oszukać… - Viktor wzruszył ramionami, nie dając pełnej wiary tym twierdzeniom - …ale to za chwilę. W czasie negocjacji odniosłem nieodparte wrażenie, że Spug rozpoznał nazwisko Blackfyre.
                          Khal zrobił krótką pauzę, aby dać ten moment na przyswojenie jego twierdzenia.

                        • Chcę to sprawdzić.
                          Kaylie patrzyła uważnie na reakcję Filii. Czy okaże szok? Niezrozumienie?
                          Filia chwyciła nasadę swojego nosa, zamykając oczy. Widać, że ten temat nie jest jej miły. W końcu kiwnęła głową. - Miejmy to za sobą.
                          Khal kiwnął głową i postanowił nie przedłużać, pomimo że ciekawiło go czy ukrycie wyglądu pod magią miałoby jakiś efekt. Złożył dłonie tworząc trójkąt i powoli, ale z naciskiem wymruczał inkantację. To nie był przypadek jak w kostnicy straży. To co zostało po Spugu musiało zostać zmuszone do udzielenia odpowiedzi. Ostatnim, mocniej wypowiedzianym słowem, ukończył zaklęcie quasi-wskrzeszając ciało.
                          Goblin otworzył oczy, ale nie ruszył się. Jedynie patrzył na kapłana oczami pełnymi... uznania?

                        • Zdrajca. - to nie było oskarżenie przepełnione bólem, ton goblina sugerował, że rozumiał, że kapłan go wykiwał i szanował to.
                          Viktor uśmiechnął się z sympatią. Nie oskarżał by goblina o zrozumienie, a tu proszę…

                        • Spug. Co ci mówi nazwisko Blackfyre?

                        • Wiele razy je słyszałem. Jeszcze młody byłem, alchemik jeszcze nie zmienił mnie więc nie rozumiałem. Przestępcy z miasta byli wysyłani tu, aby pracować w kopalni. Wtedy my ich łapaliśmy i oddawaliśmy alchemikowi. - rana w szyi goblina nie przeszkadzała mu w mówieniu, jedynie raz na jakiś czas wydawała gwizd.
                          Khal kiwnął głową i spojrzał na Filię, oceniając jak to znosi.

                        • Oboje mamy co najmniej jednego rodzica, zaangażowanego w tę sprawę. Jeśli przyjdzie ci do głowy jakieś pytanie to nie krępuj się…
                          Zaproponował i zamilkł na krótką chwilę, pozwalając jej zadać je, jeśli by już jakieś się zdążyło skrystalizować.

                        • Jaka była, według ciebie, rola Blackfyre’a w tym procesie?

                        • Pewnie on ich tu zsyłał.

                        • Dlaczego tak uważasz?

                        • Ludzie, którzy ich przynosili mówili "Kolejni skazani przez Blackfyre'a". - Filia przysłuchiwała się odpowiedziom goblina, zaczęła nerwowo chodzić z miejsca na miejsce czekając jak rozwinie się sytuacja. Można było widzieć, że komendant stara się wymyślić każde możliwe wytłumaczenie tej sytuacji, które nie robi z jej ojca części tego okropieństwa.

                        • Zostało ostatnie pytanie. - Głos Khala nie wywierał presji. Tylko przypominał, pobrzmiewając nutą troski. Mógł mieć swoje fantazje o Aegonie w jego piwnicy, ale stan Filii nie sprawiał mu radości. - Ja bym teraz pytał o tych ludzi co przyprowadzali ofiary. Jeśli ktoś ma jakieś lepsze to zachęcam… Przy czym bez presji… zabieram to ciało i za tydzień znów z nim porozmawiam. Wszyscy będziecie zaproszeni.
                          Adwokat zamilkł, pozwalając obecnym się zastanowić.

                        Kaylie pokręciła głową uważnie obserwując Filię i Daviona.

                        Cisza przedłużała się i była nieprzyjemna, choć minęła co najwyżej minuta. Viktor nie poganiał, ale w końcu musiał ją zakończyć. Kiwnął głową ze rozumieniem i odwrócił się do oczekującego Spuga.

                        • Jak dawno temu dostaliście ostatni transport skazańców od Blackfyre’a? - zapytał, zmieniwszy po drodze zdanie co do pytania.

                        Goblin zastanowił się.

                        • Dziesięć lat temu poznałem liczby i lata. Trochę wcześniej przestali przybywać. - z tymi słowami goblin wrócił do świata martwych.

                        Khal kilka chwil nic nie mówił, dając Filii czas. To był ważny moment dla nich obojga, ale z zupełnie różnych powodów. A ona, w pewnym sensie, właśnie traciła rodzica i z tym nie potrafił się nie utożsamiać. Osoba którą znała i kochała coraz bardziej i bardziej wydawała się być tylko wyrachowanym oszustwem. Maską kryjącą kogoś innego pod sobą.
                        Komendant starała się uspokoić oddech, aby nie zacząć się hiperwentylować. W końcu przełknęła na siłę.

                        • Mógł… mógł nie wiedzieć. Zsyłanie zbrodniarzy na ciężkie roboty to 9.7o złego. Jeżeli nie wiedział… - Davion położył dłoń na ramieniu komendant starając się ją wesprzeć.

                        • Jestem adwokatem od dwóch dekad. Wiele się nauczyłem o ludziach i nieprawdopodobieństwie. Zbyt wiele aby móc, w zgodzie z własnym rozumem, skreślić możliwość jego niewiny. Jeśli na końcu okazałby się tu ofiarą jakiejś większej gry… to ta sprawa nie znalazłaby się wśród trzech naj-nieprawdopodobniejszych, jakie prowadziłem. Nie wierzę by wysyłał skazańców, nie wiedząc co się z nimi dzieje, ale mógł nikogo nie wysyłać. Choćby Crawcolt posługiwał się jego imieniem, bądź całą personą. Może Yasperhyde, albo jeszcze ktoś, kogo nawet nie podejrzewam o udział w tym wszystkim, miał lojalność “kurierów” i w ramach dezinformacji mieli okłamywać alchemika. Wtedy, naturalnie, Spug również zostałby wprowadzony w błąd… Może to stara intryga… jakaś walka o wpływy między tymi trzema, która rozwiązała się nim plan, jakikolwiek by on nie był, doszedł do skutku. To są trzy jakoś-tam wiarygodne scenariusze, które z marszu wymyśliłem…
                          Gdzieś tam w środku Khala bawiło, mroczną szyderą, że dał się okolicznościom postawić w roli obrońcy Aegona i to w sprawie prawdopodobnie powiązaną z mordem na jego matce. “Bogini Przeznaczeń musi brechtać aż fikołki fika” przeszło mu przez myśl.

                        • Jednak nie zrozum mnie źle… - jego ton utracił nutę wsparcia. Zastąpiła ją mroczniejsze, a jednocześnie bardziej współczujące brzmienie - Te same dwie dekady doświadczenia mówią, że niewina, nawet jeśli nie niemożliwa, to nie jest tu wielce prawdopodobna.
                          Kaylie krążyła wokół zgromadzonych czekając na moment w jakim będzie mogła sensownie się wtrącić. Nie była pewna czy obecność Daviona nie sprawi problemów, więc potrzebowała więcej zobaczyć reakcji Filii.

                        Z Filii momentalnie zeszło całe powietrze. Kobieta osunęła się na ziemię, obejmując kolana. Po chwili dało się słyszeć jej szloch. Davion przykucnął do komendant obejmując ją delikatnie.

                        • Czemu… czemu nie mogło być normalnie? Czemu nie mogłabym zwykłą córką pół-elfa na jakimś pipidówku świata? - kobieta podniosła wzrok na Viktora, uśmiechnęła się, ale nie było w tym geście radości - Więc co teraz?
                        • Potrzebujemy prawdy. - nagle odezwała się Kaylie zza Filii i Daviona - Czystej prawdy. Bez emocji. Bólu. - stanęła na widoku pary patrząc na nich - Bez nienawiści i poczucia krzywdy. - zwróciła wzrok na Khala - Nie teraz. Teraz prawda. Odkrycie jej i rozplatanie splotów intrygi.

                        Spojrzenie Khala przez chwilę było cięższe, gdy mówiono mu, że ma nie nienawdzić… i sam nie wiedział czy bardziej rozdrażniła go sugestia, że w ogóle mógłby pozwolić temu wyjść w nieodpowiedniej sytuacji, czy nadmierna szczerość o jego odczuciach, przy Filii. Odczuciach których starał się nie prezentować.

                        • Musimy być ostrożni i cierpliwi. Nie wiem jak często się z nim widujesz, ale gdy do tego dojdzie nie możesz pozwolić mu zauważyć, że cokolwiek się zmieniło i to może nie być proste. Poza tym będziemy, ziarnko po ziarnku, zbierać wiedzę. Na przykład… cenne byłoby dookreślenie którego rodzica dzielimy. Do tego muszę się znaleźć stosunkowo blisko Aegona. Jakaś gala, przyjęcie, uczta by się do tego bardzo nadawały. Po dzisiejszych wyczynach byłoby naturalne, że na niej się znajdziemy.
                          Viktor spojrzał głębiej w Filię, ale nie widział w niej teraz dość zapasów siły by odpowiednio znieść kolejne możliwe plugastwa których winny mógł być jej ojciec, więc zostawił to na kolejne dni.

                        Filia westchnęła.

                        • Nie mówiłeś, że przypominam ci, fizycznie, matkę i dlatego zacząłeś coś podejrzewać?

                        • Mówiłem - potwierdził kiwnięciem głową - Rzecz w tym, że to wrażenie jest… efemeryczne. Jakieś półtorej dekady nie pamiętam już jak ona wyglądała. To odbiera temu “wrażeniu” bardzo wiele wiarygodności. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz. - Wzruszył ramionami, powtarzając jedną z reguł, którą wyrobił w cheliańskich sądach. - Nie daję mu więcej szans, że jest faktualne niż… cztery do pięciu. Alternatywnym wyjaśnieniem byłoby, że dostrzegłem w tobie jakieś ulotne podobieństwo do tego co widzę w zwierciadle i jakimś nieświadomym błędem logicznym, sam sobie tak to przetłumaczyłem… albo mój bóg zrobił boską rzecz i zesłał tycią inspirację, co miała mnie pchnąć w odpowiednim kierunku i nie musiała być do tego prawdziwa. Jeśli dzielimy matkę, to oznacza, że Tisis musiała zostać sprowadzona do życia… w jakiejś formie. Implikacje tego są na tyle istotne, że ta szansa jeden do pięciu jest nieakceptowalna. Oczywiście nie ma to aż takiego priorytetu aby zrezygnować z cierpliwości i ostrożności…
                          Viktor myślał przez pół wdechu nim nie kontynuował. Nie- Wiem, że tworzę tutaj scenariusze na scenariuszach i może to brzmieć mało wiarygodnie, a nawet mało poważnie… no ale właśnie to nie byłoby nawet na podium najdziwniejszych spraw jakie widziałem… Na ten moment musimy ustalić priorytety. Dla mnie, najważniejszym i przytłaczającym wszystkie inne, jest znalezienie matki bądź jej kości. Ukaranie winnych jest drugorzędne. Musisz pomyśleć na czym tobie specyficznie zależy… Chcesz prawdy? Sprawiedliwości? Odwetu? Czy może starczyłoby ci uratować tych których nasze Trio, potencjalnie, krzywdzi i upewnić się, że nikogo więcej nie skrzywdzą?
                          Łzy Filii zdążyły wyschnąć kiedy Viktor zakończył wywód.

                        • Chcesz może trochę prywatności dla siebie i twojego głosu? - kobieta delikatnie zachichotała - Czego ja chcę… - komendant chyba rzadko zadawała sobie to pytanie - Chcę, aby moje miasto i ludzie byli bezpieczni. Chcę, aby wszystkie potworności się już nigdy nie zdarzyły.

                        • Nie zrozum mnie źle, ale… to jest bardzo “kodeksowa” odpowiedź. Perfekcyjnie oczekiwana od komendant straży. Zastanów się potem czy aby Filia... osoba, a nie funkcja, nie chciałaby czegoś jeszcze. W pewnym momencie może się okazać, że to osoba będzie musiała osądzić Aegona i zadecydować o jego losie. Inny temat… bardziej potwierdzenie… ile Aegon wie o tej wyprawie?

                        • Dostatecznie dużo, aby potencjalne poszlaki czy świadkowie zniknęli, a oni wymyślili usprawiedliwienia. - komendant westchnęła - Nie miałam powodu, czy nawet sposobności skłamać, aby nie wyglądało to podejrzanie.

                        • To dobrze. - nagle stwierdziła Kaylie - A kto wie kim jest Viktor Goodmann?

                        • W sensie kim naprawdę? Nasza czwórka?

                        • Ihaili? Fern? - dopytał Khal - Mają dość informacji by móc to wywnioskować jakby ich przycisnął? Jeśli się dowie kim jestem i gdzie byłem… można oczekiwać gwałtownych reakcji.

                        • Nie odważy się. A wiedzą tylko, że się wami zainteresowałam z powodu Dworu. - przyznała komendant - Mogę ufać ojcu, ale nigdy nie dzielę się niebezpieczną wiedzą. Ihaili wie, że byłeś poza miastem odwiedzić jakiś stary grób, ale nie wie czyj.

                        • A jak wygląda wiedza o... infernalnym patronie? - zapytała galtianka.

                        • Przemilczałam.

                        • Prędzej czy później i tak się dowie - stwierdził Khal, gładząc się po brodzie w zamyśleniu - Nie powinno być problemem, jeśli tylko nie damy mu powodu by użyć tego jako pretekstu, więc jakbyś została postawiona w sytuacji, że “przemilczenie” brzmiałoby w danej chwili podejrzanie, albo miałoby potencjał by stać się podejrzane w przyszłości… to odradzam.
                          Khal milczał chwilę, widząc, że dyskusja dobiega już końca.

                        • Zupełnie osobny temat. Bardzo pośrednio powiązany z tym co omawialiśmy… Filio, czy posiadasz wiedzę, bądź jesteś w stanie się czegoś dowiedzieć o kontaktach Aegona, Yasperhyde’a i Crawcolta w Numerii?
                          Komendant zastanowiła się chwilę.

                        • Wiem, że Crawcolt ma kilka filii kupieckich. Pewnie, któraś handluje z tymi regionami. Czemu pytasz?

                        • Inna sprawa którą się zajmuję - głos Viktora pobrzmiał mrokiem - Kolejny grzech który wymaga zadośćuczynienia. Młody Crawcolt porwał moją przyjaciółkę i trzyma jej dzieci w Numerii, jako zakładników, aby nie śmiała się mu sprzeciwić. Dowiedziałem się o tym w dniu gdy wyruszyliśmy ze stolicy. Wciąż szukam tropów… Jeden z moich kontaktów myślał, że Aegon może coś wiedzieć.
                          Filia pokręciła głową.

                        • Nic więcej nie wiem. Yasperhyde jest trochę duchem w mieście, pojawia się od czasu do czasu, ale nikt nie wie czym się zajmuje. Crawcolt to typowy kupiec, który się dorobił. Tata... no, wiesz. - komendant westchnęła - Ciekawe czy ten nasz tu... - skinęła głową w stronę klatki alchemika - Ma jakiś z tym związek.

                        • JAKIŚ na pewno - stwierdził adwokat i już otworzył usta aby zacząć wyliczać powody… ale wstrzymał się i pokręcił lekko głową sam do siebie. Filia mogła się trzymać twardo, ale brak jakiekolwiek reakcji, czy choćby zmarszczenia brwi gdy usłyszała o porwanej kobiecie i dzieciach-zakładnikach kazał mu myśleć, że jest ona już na ostatkach. - Chyba już dość już dziś omówiliśmy. Wszyscy mamy dużo do przetrawienia, a to najlepiej wychodzi podczas snu.
                          Nie dodał, że nie wykluczał możliwości by Aegon mógł mieć informatora, albo dwóch wśród ludzi na wyprawie. O ile narady są oczekiwane, to zbyt długie wciąż mogły by być podejrzane.

                        Komendant pokiwała głową.

                        • Dobrze... Kaylie mogę mieć prośbę? Lubisz być tak bardzo ze mną na przedzie... poprowadź jutro karawanę.
                        • Miałaś już nie pić... - zaczął Davion.
                        • A ty miałeś mnie nie powstrzymywać jeżeli NAPRAWDĘ będę tego potrzebowała... NAPRAWDĘ tego potrzebuje. - przerwała mu Filia - Wszystko jasne? Dobrze. - Blackfyre skinęła głową Viktorowi i Kaylie i ruszyła do swojego namiotu. Kapłan Abadara westchnął.
                        • Mam nadzieję, że nie wróci do złych nawyków...
                          Khal odprowadził ją zmartwionym spojrzeniem.
                        • Na pewnym poziomie ona właśnie straciła rodzica. Kimkolwiek jest Aegon, nie jest on osobą którą Filia znała i teraz się ona godzi, że może nigdy nie był. To nie jest łatwe… Zwykle lepiej jest nie być samemu w tym momencie.
                          Khal przechylił nieco głowę, w pytającym geście, gdy złapał spojrzenie Daviona.
                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #75

                          Kapłan wskazał kilka punktów za komendant, gdzie teraz Viktor zauważył pozostawione elementy rynsztunku.

                          • Ona traci kontrolę impulsów pod wpływem alkoholu... tak się spotkaliśmy. - po sekundzie zrozumiał co powiedział - Nietomiałemnamyśli!
                            Viktor uniósł brew rozbawiony, a Kaylie otworzyła szerzej oczy.
                          • Zgwałciła cię?!
                          • NIE! Nie... nie? - kapłan westchnął - Przybyła do świątyni z "problemem". Konsekwencją jej picia, żeby to tak określić. Pomogliśmy jej, ale nie mogłem jej tak zostawić. Za kilka miesięcy znowu by wróciła. Zacząłem spędzać z nią czas, odganiałem ją od butelki, kilka razy nie zdołałem. Bogowie, one jest silna kiedy MA nad sobą kontrolę. - pokręcił głową - Już trzy lata nie pije... dużo.
                          • Tym bardziej nie powinna być sama… Nie pamiętam wiele z lat mojej tułaczki po kontynencie, ale pamiętam przytłaczającą samotność… no ale nic. Czegoś powinniśmy się spodziewać? Brzmiałeś jakbyś mówił o alko-agresji. Jeśli jest ryzyko, że byłoby to widoczne to może powinniśmy się przygotować aby ograniczyć… wizualność? Jeśli moje średnio-zasadne wyobrażenia są w połowie słuszne, to lepiej by ludzie jej taką nie widzieli.
                          • Chcesz ryzykować noc pasji z siostrą? - zapytał "subtelnie" kapłan - Wejdę do niej za jakieś pięć minut. Albo ją uspokoję, albo rozładuję. - Davion westchnął - Nikt nie mówił, że praca kapłana będzie łatwa.
                          • Pasji?! - powtórzył Khal z nutą oburzenia w głosie - Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
                          • Nie chcę być wulgarny. - odpowiedział Abadaryta - Chociaż przyznam... świnie mają więcej klasy od niej po kilku butelkach.
                          • Czyli Davion mówi o czysto zwierzęcym seksie. - Kaylie wprost powiedziała.

                          Viktor zamrugał kilka razy oczami, mając nadzieję na jakiś komentarz.

                          • Nie między nami. - odparł oburzony kapłan - Miałem bardziej na myśli technikę.
                          • Łał… muszę być bardziej zmęczony niż oczekiwałem - stwierdził Khal, jakby do siebie - bo zaczynam się gubić. Mowa o seksie, czy przemocy fizycznej? I jak nie między “wami” to między kim? Chyba, że nie nasz, cholerny, interes…
                          • Drażliwy temat. Ale lepiej jeżeli to zrozumiecie. Tylko... - uniósł palec - Nie słyszeliście tego ode mnie. Kiedy Filia pije, to znaczy, że jest sfrustrowana. Alkohol jej nie rozładowywuje, jedynie zmiękcza bariery. Sprawia, że przestaje ją obchodzić co uchodzi a co nie. Kiedy się nachla wtedy chce rozładować frustrację... w oczywisty sposób. Albo oferuje się pierwszej lepszej osobie, albo, częściej, siłą weźmie pierwszą lepszą osobę. I zanim zaczniesz, nie nikt tego nie zgłosił. Evercrest to nie żaden monolit kulturowo etyczny, nie wiem czy ktokolwiek w mieście by narzekał, albo się przyznał.

                          Khal zmarszczył brwi, ale był to gest kierowany do wnętrza, gdy sam w głowie układał te informacje, oraz jego odczucia a propos tych informacji w odpowiednich miejscach.

                          • To byłoby zdecydowanie poniżej mojej godności, więc chyba rzeczywiście będę się trzymał dziś z daleka. Pomijając nawet komplikacje jakich mogłoby to przysporzyć. Skoro nie oferujesz się dla niej jako trybut, to… starasz się znaleźć odpowiednią osobę?
                            Zapytał unosząc brew, gestem i tonem dając znać, że nie naciska na odpowiedź.
                          • Mówiłem "Albo uspokoję, albo rozładuję". Uspokoję oznacza, że uśpię ją zanim dojdzie do... potrzeb. Rozładuję to no... trybut. - kapłan się uśmiechnął.

                          Khal chwilę odgrywał ostatnie pół minuty rozmowy w swojej głowie aż w końcu prychnął rozbawiony gdy dostrzegł gdzie było nieporozumienie.

                          • “Nie między NAMI”. Nie tymi “nami” co myślałem. No cóż. To dobrze, że poruszyłem temat, bo rzeczywiście rozważałem zaproponowanie jej degustacji cheliańskiej brandy. Cóż wodzu… to chyba wzywa cię “niełatwa praca kapłana” - klepnął go swojsko w ramię i mrugnął okiem - Daj z siebie wszystko.
                            Kapłan kiwnął głową i ruszył za komendant, zbierając po drodze sprzęt Filii i zostawiając Viktora i Kaylie samych.

                          Kaylie prychnęła.

                          • A nam tego odmówiono wcześniej. - spojrzała na Khala - Nie spodziewałam się, że okażesz się takim tchórzem. - parsknęła.

                          • Tchórzem? - Uniesiona brew Khala wyczekiwała rozwinięcia myśli.

                          • Bałeś się z nią zostać.
                            Brew adwokata wcale nie opadła.

                          • Uważasz, że powinienem był “czysto zwierzęco” wykorzystać stan mojej młodszej siostrzyczki? - zapytał a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.

                          • Że powinieneś po prostu być w stanie opanować się w takiej sytuacji. - pokręciła głową.

                          • Z tego co nam przedstawiono, samokontrola nie jest tu rozwiązaniem, a wolę nie testować jej reakcji na moje metody prewencyjne. Nie gdy ma być w takim stanie.
                            Odpowiadając Khal rozłożył stary koc, w którym miał owiniętego Spuga, gdy go przynosił na przesłuchanie i powoli zwinął go w rulon.

                          • Właśnie… - strzelił palcami, wstał i wyciągnął z kieszeni nakrycie głowy, w którym paradował za życia denat pod jego stopami.

                          • To jest magiczne. Byłabyś w stanie zidentyfikować?
                            Kaylie wzięła do ręki nakrycie głowy martwego goblina. Obserwowała je, przekręcała na każdą stronę i dotykała jego powierzchni.

                          • Ta czapeczka pomagała mu być mniej głupim niż przeciętny i mniej nieokrzesany. Nawet gdy nie mówimy o modyfikacjach.

                          • No to chyba tobie ona przysługuje. Chyba, że razi w oczy, wtedy na sprzedaż, albo dla Baltizara… ja mam swoją obręcz - stwierdził, stukając palcem w mosiężny laur na jego skroni.
                            Kaylie uniosła brew.

                          • To brudne paskudztwo? - pomachała przed nosem trójkątnym nakryciem głowy.

                          • To na sprzedaż i podzielimy się pieniędzmi. Z materiałów, które za to kupię, potem zrobię coś odpowiedniejszego.
                            Khal podniósł jedną ręką koc z goblinem, trochę jak neceser i wziął od kaylie czapkę, by schować ją w nadwymiarowej przestrzeni.

                          • Odstawię go na miejsce i potem mam jeszcze coś do zrobienia. Widzimy się potem? - zapytał, już w ćwierć odwracając się do odejścia…

                          Arkanistka patrzyła na mężczyznę niezadowolona.

                          • A więc to tyle?
                            Viktor westchnął zmęczony, ale nie było w geście pretensji. Odwrócił się z powrotem do niej i odłożył goblina na ziemię.
                          • Przepraszam za tamten numer w trasie - spojrzenie i głos brzmiały skruchą - Chciałem wyjaśnić to, oraz całą resztę… ale potem. Teraz… trzymanie pionu staje się powoli nieznośne i sama widziałaś, że przestaje mi wychodzić. Potrzebuję… kilku chwil samemu… tylko tyle…
                            Kobieta patrzyła w milczeniu na Khala. Chciała coś powiedzieć, ale stanęła przed sytuacją, gdy naprawdę nie miało to sensu.
                          • Czyli mam cię nie próbować szukać, jeżeli teraz znowu znikniesz? - zapytała wprost chcąc mieć jasność.
                            Khal wziął powolny wdech i wyprostował się, gdy rozważał odpowiedź.
                            W końcu nieco bezczelny uśmiech uniósł kącik jego ust do góry.
                          • Moja duma mogłaby na tym ucierpieć.
                            Chichot wyrwał mu się spod nosa, ale szybko przerwał go grymasem. Śmiech mógł brzmieć szczerze, ale wewnątrz był tak bezczelnie fałszywy, że zaleciał mu kłamstwem.
                            Nie chciał kłamać.
                          • … ale jeśli masz ochotę nic nie robić w ciemności, ze mną, to nie zabronię… tylko nie oczekuj wielu atrakcji.
                          • Chcę tylko być. Po prostu... - cicho odpowiedziała - Być.
                            Ton Kaylie był jednocześnie spokojny z nutą smutku. Melancholijny?
                            Khal kiwnął głową. Powoli. Bez wesołości, ani bezczelności.
                          • “Po prostu być” brzmi dobrze…

                          Czas w ciemności dłużył się niemiłosiernie. Trudno było ocenić czy minął kwadrans, czy godzina, a Khal dostarczył precyzyjnie co oferował. Wspólną samotność, rozświetlaną tylko migoczącymi o gwizdami. Przynajmniej odgłosy nocy łamały poczucie odizolowania.

                          Kaylie czuła jak koc, na którym siedziała, powoli wilgotniał od podłoża. Khal, po jej lewicy, opierał się o wpół powalone drzewo, co jakiś czas przynosząc wątpliwości czy gdzieś po drodze nie zasnął, ale po dłuższym przyjrzeniu się możliwe było dostrzeżenie niemal nieistniejącego ruchu głowy, gdy obejmował spojrzeniem nowe połacie gwiazd, albo czasem błyskały ich odbicia w jego oku.
                          Kaylie pozostała milcząca jak powiedziała wcześniej. Cały czas trzymała na kolanach przed sobą miecz, z którym czasem telepatycznie rozmawiała. Poza tym nie zwracała na siebie uwagi.

                          Odpoczynek zajmował Khalowi więcej czasu niż oczekiwał. Możliwe, że obecność Kaylie nie pozwalała mu zupełnie puścić wodzy, albo może przypominała mu, że ma przed sobą bardzo nieprzyjemną rozmowę… ale nie uważał tego za coś złego. To było po prostu inne. No i on też chciałby dla niej być w takiej sytuacji.

                          • Wiesz kiedy… - zaczął melancholijnie, gdy uwierzył, że już ma dość wewnętrznej stabilności -... ludzie są najszczęśliwsi w moim otoczeniu?
                          • Gdy ich nie skazujesz na śmierć lub po prostu milczysz? - Kaylie schowała miecz kryjąc go w pochwie.
                            Drętwo-rozbawione prychnięcie było pierwszą odpowiedzią.
                          • Gdy jedynie chcę ich wykorzystać. Gdy są dla mnie pionkami na mojej własnej szachownicy. Wtedy doskonale wiem co i jak. Jakie uśmiechy sprawią, że poczują się dobrze ze sobą, jakie tony głosu przekonają ich do “zrozumienia moich racji”. Jak blisko powinienem stanąć aby idealnie naruszyć przestrzeń jagnięcia, ale jej nie złamać… Jak daleko mogę się posunąć aby sprowokować dokładnie tę ilość gniewu aby zmusić do refleksji i mi przypisać zasługi. Dają mi czego chcę i jeszcze są mi za to wdzięczni. Wiele razy usłyszałem rzeczy które można sprowadzić do tego, że uznawano mnie za jednego z najlepszych ludzi jacy są. Dobre sobie…
                            Warknął gniewnie i zamilkł na dłuższą chwilę. Zbierał myśli. Decydował co tak naprawdę chce powiedzieć, mimo, że zdążył tę rozmowę rozegrać już kilka razy w ciągu ostatnich godzin.
                          • Problemy zaczynają się gdy mi na kimś zależy… Fisuś jest, z pewnych stron, nietypowym chowańcem. Dostałem go, od Kozła, jeszcze w postaci jajka.
                            Początkowy spokój i opanowanie powoli ulatywały z jego głosu. Dłuższa pauza pozwoliła mu opanować drżenie, które zaczynało nawiedzać jego ton.
                          • Gdy dorósł, stał się pierwszą i jedyną istotą, którą Viktor Goodmann uznał za przyjaciela. Jedyną z której nie chciał nic wymanipulować, jedyną której potrafił zaufać, że ona nie będzie próbowała. Tylko z nim mógł rzeczywiście rozmawiać o rzeczach spomiędzy jego uszu. Dzięki niemu… zmienił się. Stał łagodniejszy. To z okresu przed nim wyrobiłem legendę Karmazynowego Skurwiela. Potem… trudniejsze stało się dla mnie łamanie niektórych świadków. Za to łatwiej mi było dotrzeć do innych...
                            Wziął głęboki wdech i powoli spuścił powietrze, próbując odbudować spokój.
                          • Pok… łóciliśmy się. I to była moja wina. J-ja to zacząłem. Ja to skończyłem.
                            Wdech. Długi wydech.
                            Głębszy wdech. Dłuższy wydech.
                            Pauza.
                            Dopiero po kilku chwilach uwierzył, że może wydać z siebie solidny dźwięk.
                          • I wciąż go nie ma… A potem jeszcze to, jak się zachowywałem w kopalni. - Apatia w końcu wyparła z głosu słabość i drżenie - Sam teraz nie wierzę, jak absurdalnie rozsądnie brzmiała wtedy decyzja “będę udawał przed wszystkimi, ale nie przed nią”. Przepraszam za to. Oślepił mnie własny żal. Nigdy nie chciałem by się na ciebie on wylał.

                          Kaylie pozwoliła mężczyźnie mówić bez wtrącania ni sylaby. Nie chciała zniszczyć toku jego słów sama próbując złożyć własne.

                          • Nie musisz tłumaczyć... - odezwała się po zbyt długiej chwili milczenia - Zrozumiałam już wszystko. - utkwiła spojrzenie w ziemi - Przepraszam, że do tego doprowadziłam, nie miałam takiego zamiaru. Nie kłam, tylko abym poczuła się lepiej. Aby nie mówić, że to wszystko moja wina.

                          Khal nie odpowiedział od razu. Zmarszczył tylko brwi, szukając w pamięci co takiego powiedział, co mogło być zinterpretowane w ten sposób.

                          • Co? - zapytał, z głębokim niezrozumieniem i zdziwieniem w głosie i w końcu odwrócił spojrzenie w kierunku plamy ciemności, którą była dla niego Kaylie.
                          • C-co? Jak? - pytał dalej, nie do końca składnie - W jaki… wiesz, co? Nie! Nieważne jak do tego doszłaś, ale mylisz się.
                            Oparł się ciężko, z powrotem, o na wpół zwalone drzewo i skierował spojrzenie do gwiazd. Wyczerpał już nagły przypływ sił…
                          • To wszystko się zdarzyło tuż po nieudanym zbliżeniu, prawda? - westchnęła - Rozumiem, że to miała być po prostu kara dla mnie, ale sam się zirytowałeś w sytuacji z Fisusiem, a on na pewno okazał też swoją pogardę w moją stronę.
                            Khal poczuł zbliżającą się migrenę. Sięgnął ręką by rozmasować kąciki oczu.
                          • Deodamnatus, lupacane… Morologus es - wywarczał pod nosem plugawie. - Czy ty mnie, w ogóle, słuchasz? Czy wybierasz co chcesz usłyszeć i ignorujesz resztę? Z nas dwojga tylko ty jesteś tu poszkodowana. Nie chciałem ciebie za nic karać, a byłem jełopem… - wstrzymał się na moment, dusząc w gardle słowa i wymieniając je na łagodniejsze - Rozumiesz?
                            Kaylie w pierwszym odruchu skuliła się, gdy wywarczał wściekłe słowa.
                          • Tak, tak... - odparła z tłumioną nerwowością.

                          Złość… opadła z Khala momentalnie, gdy zobaczył jej reakcję… i przypomniał sobie ostrzejszą w kopalni. Milczał chwilę, zbierając się w sobie.

                          • Przepraszam, Kruszyno… - powiedział łagodnie, ujmując jej ramię i przyciągając do siebie, z siłą która nie wyrażała oczekiwania, a jedynie ofertę.Kaylie się nie opierała. Pozwoliła mu się przyciągnąć i nawet lekko unieść, gdy sadzał ją przed sobą tak aby oparła się o niego. Objął ją czule w sposób niemal pozwalający szeptać na ucho.
                          • … wciąż jestem jełopem, ale mówiłem prawdę. Nie kłamię jak mi za to nie płacą, pamiętasz? Nie dostrzegam tu krztyny twojej winy. Null. Nada. Nihil. Oboje mamy nierówno między uszami. Przez moje pokrzywienie złamałem Fisusiowi serduszko, a twoje próbuje cię przekonać, że w jakiś sposób jest to twoja wina. Nie jest. Tylko ja jestem tu winny. Dociera wreszcie do twojej główki?
                            Kaylie niemrawo pokiwała głową. Lekko wtulając się w Khala.
                          • Mówisz więc... że uważasz go za przyjaciela choć złość cię ogarnęła i tym zepsułeś?
                            Viktor myślał chwilę, opierając usta na jej ramieniu.
                          • Byliśmy już na siebie źli w przeszłości…
                            Kaylie poczuła sztywność w ramionach Khala.
                          • …ale to jak go potraktowałem odpowiadałoby bardziej przerysowanemu diaboliście z bajki dla dzieci.
                            Kaylie patrzyła w przestrzeń opierając policzek na ramieniu Khala.
                          • Co zrobiłeś?
                          • Nazwałem niewolnikiem - niemal wyrecytował, głosem na siłę wyprutym z emocji, ale w jego ramionach czuć było drżenie - Naszą przyjaźń udawaną. Upokorzyłem go… i uderzyłem. Mojego Fisusia… który zawsze był ze m-mną i dla mnie… Nigdy, w żaden sposób, nie zasłużył sobie nawet na dziesiątą… na SETNĄ część takiego potraktowania… Boję się, że jest już daleko i wcale nie ma zamiaru wrócić… albo coś mu się stanie i nie będzie mógł…
                            Arkanistka chwyciła Khala za twarz trzymając oba policzki w swoich dłoniach. Zakleszczyła ją tak i przybliżyła twoją twarz patrząc mu głęboko w oczy.
                          • On wróci, bo mu na tobie zależy. Troszczy się, a przecież rozumie ciebie i zna twoją duszę. To co zrobiłeś było jak ciężki cios, ale on wie, że wyszło z twojego pojebania. - pogłaskała Khala kciukiem pod okiem niczym matka by łzę dziecku otrzeć.
                            Adwokat milczał dłuższy czas, aż drżenie i sztywność całkowicie ustąpiły. Westchnął powoli, odzyskując wreszcie kontrolę.
                          • Mam nadzieję…

                          Kaylie wracała inaczej niż Khal. Wciąż była przybita i czuła się w tym momencie... niechciana. Pomogła Khalowi, miała jutro pomagać Filii. Sama potrzebowała pomocy. Rhaast kazał jej po prostu brać się w garść i nie narzekać.

                          • Pójdę do namiotu. - poinformowała prawnika głosem pozbawionym siły, gdy wrócili do obozu - Do jutra.

                          Jej ramię się napięło, choć nawet nie do końca była pewna kiedy Khal złapał jej dłoń. Gdy przez cały wdech nie usłyszała słowa spojrzała za siebie. Widziała jak składał on słowa, które wciąż nie chciały wybrzmieć w jego głowie tak jakby oczekiwał. W końcu skrzywił się i podniósł na nią spojrzenie.

                          • Mój namiot jest większy i moja wygodnicka dupa zabrała ze sobą dodatkowe poduszki oraz miękkie koce… a chyba oboje nie powinniśmy być sam-na-sam z własnymi głowami… może moglibyśmy wspólnie spróbować odgonić dziś czarniejsze myśli?

                          Gdyby powiedzieć to innym tonem, przybrać inny wyraz twarzy albo postawę to z łatwością dałoby się doszukać w propozycji podtekstów, ale… tak jak Khal wyuczył się kiedyś ten podtekst przemycać w sposoby niemal niezauważalne, tak subtelne, że pozostawały ledwie zrozumiałem, oddziałując głownie na wyobraźnię tak samo potrafił zupełnie wyzuć z niego słowa. Cokolwiek miał na myśli było więcej niż jasne, że nie oczekiwał kontynuacji z lasu, kilka dni temu.
                          Kaylie patrzyła na Khala próbując go zrozumieć. O co mu chodziło?

                          • Czy... Mówisz naprawdę? - zapytała szeptem - Czy nie masz zamiaru, jaki mnie znowu przybije?
                            Pytanie kobiety ociekało prawdziwą obawą.
                            Khal myślał kilka chwil. Wiedział, że nie wygląda to wcale dobrze, ale to pytanie było znacznie trudniejsze niż się mogło wydawać. Wiele różnych odpowiedzi krążyło mu w głowie, każda bardziej rozbudowana od poprzedniej.
                          • Nigdy nie… chciałem… - westchnął i pokręcił głową porzucając myśl - Tak Kaylie, mówię prawdę - odpowiedział z poczuciem pewnej personalnej porażki, ale nie potrafiłby zarzucić Kaylie by jej obawy były bezpodstawne.
                            Kaylie wtuliła się w ramię Khala i poczuła jak ja objął.
                          • Dobrze. Jeżeli chcesz... Jeżeli posłuchasz mnie...
                          • Jestem więcej niż “chętny”.

                          Khal nie kłamał o dodatkowych poduszkach i grubych kocach, które wyłożone miał pod śpiwór, aby złagodzić niewygody ziemi. To i tak było zbyt mało, jak na jego standardy.
                          Wieczorna toaleta, trochę reorganizacji bagaży, a potem technikalia jak rozpięcie obu śpiworów oraz spięcie ich z powrotem w jeden większy (o co Khal wcale nie pytał Kaylie, a jedynie rzucił okiem przez ramię, by potwierdzić, że nie spotka się to z protestem).
                          Nie potrzebowali żadnych podchodów. Ułożyli tylko wygodnie poduszki i zaraz Khal obejmował Kaylie ramieniem, czule przeczesując palcami jej włosy, czerpiąc zdecydowanie więcej przyjemności niż byłby gotów przyznać, z samego ciężaru jej głowy na swojej piersi. Nie poganiał jej. Nie miałby nic przeciwko jakby właśnie tak miała ta noc wyglądać.

                          Milczenie trwało długie minuty, jakie w końcu zakończyła kobieta.

                          • Nie mam niczego do okrycia się bardziej. Miałam dużo drogich koszul w Galt.
                          • Nie spotkasz żadnej krytyki z mojej strony. Ja, sam z siebie, nocną koszulę założyłem raz i nie mogłem wtedy spać…
                          • Zazwyczaj śpię nago... chyba że to sytuacja możliwego zagrożenia. Nie chciałabym musieć walczyć bez ubrań. - stwierdziła urokliwie szczerze.
                          • Ja mam ciut więcej bezczelności… jak ktoś ma zamiar przerwać mój sen, to lepiej by był gotów na konsekwencje swojej decyzji… - chichot Khala zadudnił nisko przez krótki moment.

                          Arkanistka wtuliła twarz w szyję prawnika i nagle zmieniła temat.

                          • Opowiedz mi jak odebrałeś sytuację z nieudanego zbliżenia w lesie. - zapytała prawie szeptem.
                          • Byłem… - Khal zatrzymał się na moment, zbierając myśli - Tam było kilka aspektów… byłem rozczarowany i sfrustrowany, że nam przerwano kiedy wreszcie wyhodowałem parę cohones. Byłem… zadziwiony twoją gwałtowną reakcją. Bardziej niż powinienem, ale dopiero uczę się co rzeczywiście ci w główce gra i które struny rzeczywiście bolą… jak wracałem byłem zły na siebie, bo wiedziałem co chcesz usłyszeć, ale zamiast to powiedzieć pieprzyłem bez sensu o nieistotnych rzeczach… no a potem byłem “zadziwiony” i już wcale nie wydawało się na miejscu to powiedzieć… czy to odpowiada na twoje pytanie?

                          Galtianka patrzyła zdziwiona.

                          • Ja nie zakładałam, że mimo tych lat ciągle będziesz myślał o ukaraniu mnie za odrzucenie twoich podchodów. Starałam się o tym nie myśleć wcześniej, ale teraz to już było dla mnie pewne...
                            Khal zbierał myśli przez kilka chwil.
                          • Uargumentuj, proszę, jak możesz… nie rozumiem skąd taki wniosek. Już teraz mówię: jest on wręcz absurdalnie błędny… ale chciałbym zrozumieć twoją logikę…
                          • Odrzucałeś mnie... Po tym jak już leżałam na twoje chęci. Widziałeś jak bardzo chcę... więc w ten sposób mogłeś się mścić. - powiedziała cicho.
                          • Kaylie… Kruszyno… ja naprawdę nie wiem co więcej mogę tu powiedzieć poza powtórzeniem rzeczy które już mówiłem… Jestem pokrzywiony. Spanikowałem wtedy. Wynika to z tego, że uwidział mi się ten kretyński pomysł czegoś “na poważnie” i nie bardzo wiem jak to “na poważnie” w ogóle działa… Nie mogłem karać ciebie ”edukacyjnie”, bo co to miałaby być za edukacja? “Nie próbuj mi więcej dać specyficznie tego co TY UWAŻASZ, chciałem dostać trzy lata temu”? Na pewno nie mogłem też ciebie karać dla tego uczucia wyższości, bo uwierz mi… ja wcale nie czułem się “wyższy” gdy tak żałośnie ciebie przepraszałem za tamto stchórzenie. Cholera… wymyśliłbym chociaż wymówkę co by nie robiła ze mnie cioty… - stwierdził wtórnie zażenowany. Jakby ktoś z jego “wewnętrznego kręgu” w Cheliax go słyszał wtedy to by przez lata go za to wyśmiewali, albo wprost uznali, że jest chory, bądź pod wpływem czegoś dziwnego. Persona jaką stworzył w żadnym razie nie była z tym kompatybilna.

                          Kaylie zamknęła oczy oddychając głęboko.

                          • Byłam wtedy zła... Ale nie na ciebie. Na świat. - ton kobiety miał skrytą w sobie płaczliwość - Wiesz w czym się zaczytywałam w Galt? W tych ckliwych romansach. Wiedziałam, że są nieprawdziwe, ale... miałam nadzieję. Miałam nadzieję, że to się wydarzy... - wzięła głęboki oddech - Najemnicy nauczyli mnie, że to były mrzonki. Próbowałam przestać marzyć. Po prostu... - uniosła spojrzenie na twarz Khala - Ale ty... Ten romans, wszystko co wcześniej robiłeś w mieście, te gesty, ta gorąca atmosfera mrocznego lasu...
                          • A ja się śmiałem z takich co w te romanse wierzyły… I również tych co wierzyLI… bo kobiety nie mają na to monopolu. Wiem o czym mówisz. Romantyzm… był użyteczny. Tyle. A ten raz gdy… - westchnął powoli i pokręcił głową - Ja wiem, że oboje jesteśmy uszkodzeni na więcej niż jeden sposób. To przez to jesteśmy… jacy jesteśmy… ale może wcale nie musimy tak samo uszkodzeni zdechnąć w jakimś rowie za te kilka, czy kilkanaście dekad. Może właśnie tego potrzebowaliśmy… kogoś kto nie tylko chciałby nam pomóc… bo takich na pewno oboje spotkaliśmy na swojej drodze… ale kogoś kto przy tej chęci również byłby równie pokrzywiony jak my… aby swoim poukładaniem, stabilnością… swoim zdrowiem nie razić nas kontrastem i nie sprawiać, że mamy ochotę go tylko odepchnąć, bo tak źle wyglądaliśmy z nim przy sobie… - Khal prychnął drętwo-rozbawiony - A może to tylko ja tak miałem…
                          • ...rozumiesz teraz czemu byłam zła? Nie na ciebie? - połasila się policzkiem o policzek Khala.
                          • Chyba tak… - odpowiedział ujmując jej drugi policzek i drapiąc za uchem z czułością. Kaylie poczuła jak dłoń, dotąd spoczywająca na jej ramieniu, teraz zsunęła się na talię.
                          • Też mam tę śmieszną, absurdalną wręcz ochotę… aby może zobaczyć, co “oni wszyscy” widzą w tym romantyzmie i całej tej niepoważnej otoczce… - nawet nie do końca wiadomo było w którym momencie, jeśli jakimkolwiek konkretnym, Khal zszedł do kuszącego, odrobinę “tajemniczego” szeptu.
                            Bardzo delikatny rumieniec pojawił się na policzkach Kaylie.
                          • Może wiąże się to z potrzebą osoby doświadczenia uczuć, jakich nie zaznaje? - wstydliwość ledwo pojawiła się w ruchu jej ciała - Rodzina trzymała mnie z dala chłopców, a w akademii... Tylko raz się całowałam z synem ogrodnika. Tylko tyle!
                          • I dałaś się tak upilnować? Tsk tsk tsk… tamta Kaylie musiała być grzeczną i dobrą dziewczynką, co? - zachichotał nisko i przyjemnie - Mój pierwszy pocałunek… miałem jakieś dwadzieścia lat. Może dwadzieścia jeden. Pracowałem w bibliotece w Isger już wtedy. Do tego czasu… jeden buziak w policzek. Hah… niewielu wierzyło w prawdziwość tej historii.
                          • Naprawdę? Dwadzieścia jeden? Cóż... - spojrzała w bok - Ja miałam wtedy czternaście... - cicho przyznała - On był dwa, trzy lata starszy i bankowo chciałby więcej... Ale był z niskiej klasy, a ja do tego z szanowanej rodziny! Nie mogłam też zostać wyrzucona z nauk!
                          • Klasistka… - zaśmiał się Viktor w zupełnie niepoważnym zarzucie. - Miałem osiemnaście lat gdy dotarłem do Isger. Potrzebowałem ponad roku aby się resocjalizować po pół dekady mojego szlajania… Naprawdę potrzeba by dziewczyny, z jakimś kompleksem zbawicielki, aby się zainteresować kimś kim byłem w czasie tego roku… Aurora była starsza o jakieś piętnaście lat. Technicznie była wtedy moją przełożoną, ale nie wykorzystała żadnej z tych strasznych “nierównowag sił”. Wciąż wysyłamy sobie kartki raz czy dwa razy w roku.
                          • To nie jest tak, że pogardzam niższymi z urodzenia. - zaprzeczyła Kaylie - Tylko były pewne oczekiwania rodziny co do mnie, a syn ogrodnika był o wiele poniżej ich. Choć przyznam, było blisko, aby na głębokim pocałunku się nie skończyło... - powiedziała ze wstydem - Jego ojciec nas znalazł i ustawił do pionu. Biedak był przerażony, że przez syna może pracę stracić. - spojrzała smutno na Khala - Zostałeś wykorzystany przez starszą wiekiem i rangą. Czemu jesteś taki z tym spokojny? Ona użyła swojej władzy by zrobić z tobą co chce.

                          Viktor pokręcił głową w zaprzeczeniu.

                          • Odnoszę wrażenie, że wyobrażasz sobie Aurorę jako jakąś bezzębną babinkę, z piersiami sięgającymi kolan… Aurora była wtedy gdzieś w połowie swojej czwartej dekady. W oczach Khaliego była kwintesencją elegancji i dojrzałego piękna. Daleko poza jego ligą i czuł się wyjątkowy gdy okazało się, że ona tak nie uważa…
                            Uśmiechnął się do starych wspomnień.

                          • Możliwość nie równa się rzeczywistości. Przełożony i podwładny wciąż są tylko ludźmi i mają prawo do ludzkich interakcji. Problemem jest gdy przełożony wykorzystuje swoją władzę zawodową jako wektor nacisku. Nic takiego nie miało miejsca w mojej historii z Aurorą. Ona się zaopiekowała zagubionym Khalim, do którego wciąż docierało, że już nie musi walczyć o przeżycie. Pomogła mi w tym i już zawsze będzie miała za to moją wdzięczność. Seks się po prostu wydarzył w pewnym momencie i on też miał swoją pozytywną rolę w odwierzęcaniu mnie. Jak można potępić kogoś w czyjej obronie staje nawet domniemany poszkodowany, całe lata po wydarzeniach?

                          • Ofiarę można omamić. - mruknęła - I ty nigdy nie wykorzystałeś pracownic?

                          • Tutaj potrzebujemy definicji… jak rozumiesz “wykorzystać”? Gdybyś zapytała czy sypiałem z podwładnymi to odpowiem, że tak. Ale według mnie to nie było wykorzystywanie.

                          • Sypiały z tobą, bo tak mogły zyskać najwięcej. Nie miały innego wyboru niż ciebie zadowolić. Nie chciały być przecież zwolnione. - odparła skrzywiona.
                            Viktor spuścił z siebie powietrze niezadowolony.

                          • Każda jedna z którą się kiedykolwiek przespałem zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli i nie była pod żadnymi naciskami o których bym wiedział, ani nie mogła rozsądnie oczekiwać żadnych benefitów zawodowych w związku z tym. To byłoby… krzywe. Niesmaczne i dyssatysfakcjonujące jakbym ściągnął z którejś bieliznę wbrew jej szczerej woli… wiem, że wielu na mojej pozycji myśli inaczej, ale nie ja. Pod tym jednym aspektem akurat nie uważam by można mi było cokolwiek zarzucić.
                            Krótka pauza oddzieliła ciągi myślowe Khala od siebie.

                          • W twoim wyobrażeniu chyba to było łatwe zostać Trzecim Piórem Cheliax… Rywalizacja była mordercza i było dwoje innych prawników mogących mnie łatwo zepchnąć z podium. Nie byłem w sytuacji by sobie pozwolić na rezygnację ze zdolnych podwładnych z tak błahych powodów…

                          • Powiedz mi jeszcze, że nigdy nie spałeś z żadnym niewolnikiem i uważasz, że to też było całkowicie dobrowolne. - mruknęła zimno, nagle bez uśmiechu.

                          • Sytuacja… - Khal wyciągnął rękę, jakby prezentował wyobrażony przed nimi teatrzyk, który właśnie unosił kurtynę. - Wracam do siebie po przegranej sprawie. Staram się nie przejmować, mówiąc sobie, że była stracona od samego początku i trochę jest w tym nawet racji… ale tylko trochę. Z takich i innych powodów kładę się spać wstawiony i sam, co jest dla mnie niestandardowe w takich sytuacjach. Mam problemy z zaśnięciem. Wstaję przynieść sobie wina i książkę dla zabicia czasu, nim zmęczenie mnie nie zmorzy. Okazuje się, że Livia jeszcze nie śpi i sama czyta traktat filozoficzny, nie pamiętam już który. Każę jej nie wstawać, bo nie chcę by się odrywała od tak znamienitej lektury…. i tak to robi. Sama oferuje i naciska, że przyniesie mi z piwniczki świeżego. Trochę porozmawialiśmy. Powiedziałem, że jestem zawiedziony jak się sprawa potoczyła. Zgrabnie, nie bezpośrednio zapytała o mój brak towarzystwa, a ja machnąłem ręką i rzuciłem jakimś żartem. Ona się zaśmiała, ja się zaśmiałem. Już się czułem trochę lepiej. Udaję się do biblioteczki i wynajduję coś co mnie zainteresuje. Kiedy wracam nie ma jej w saloniku. Idę do siebie i ona czeka w mojej sypialni. Dziwna sprawa, bo na ogół to moje prywatne przestrzenie. Gdzieś po drodze przebrała się w białą, prześwitującą koszulę nocną. Zapytała, to już pamiętam dobrze: “Czy pan życzyłby sobie towarzystwa na noc?”. Livia była i w sumie wciąż jest piękną, młodą kobietą. Niewiele starszą od ciebie. Wyobrażasz sobie, że co jej odpowiedziałem?

                          • Aż nie mogę się doczekać byś mi powiedział. - odparła twardym głosem - Pewnie powiesz jak odmówiłeś dbając o godność niewolnicy, a ona i tak cię błagała o seks.

                          • To nie byłoby najskuteczniejsza obrona godności, jakbym do tego ją zmusił, nie sądzisz? Masz w połowie rację. Odprawiłem ją, ale nie błagała o nic. I posłuchała mnie. Tę noc spędziłem sam, w nastroju gorszym niż wcześniej. I nie zmrużyłem oka ani czytanie mi nie szło. Wiesz czemu kazałem jej wyjść?

                          • Niech zgadnę. Żebyś biednej nie skrzywdził? - ironia w głosie Kaylie była wręcz namacalna - A ona wróciła do traktatu filozoficznego jak każdy niewolnik by zrobił.

                          Khal milczał chwilę, myśląc. Wnioskując.

                          • Może wątpliwości co do mojej wersji wydarzeń rozwieje jeśli już teraz powiem, że potem sypiałem z nią regularnie, aż do mojego wyjazdu do Evercrest. Była w rotacji dłużej niż jakakolwiek wcześniej i szanowałem ją bardziej niż którekolwiek z jagniąt. Odprawiłem ją wtedy bo miałem wątpliwości czy to aby niewolnica nie czuje, że powinna zadowolić właściciela. I bardzo cię proszę, nie obrażaj mi tu Livii… ona jest edukowana zasadnie ponad cheliński standard i regularnie czytuje wyższą literaturę. Była dla mnie rzeczywistą partnerką do rozmowy. Dlatego ją wybrałem. Z podobnych powodów była wybrana również pozostałe czworo. Moi niewolnicy nie byli “jak każdy” i nie byli tak traktowani. Możesz mi uwierzyć, albo bym powoli kończył ten wątek dyskusji, bo nie bardzo mi się widzi teraz przekomarzanka na ten temat, gdy żadne z nas nie ma nic ponad same słowa do zaprezentowania… hmmm?

                          • Zastanawiam się czy po prostu mi kłamiesz... - odezwała się powoli - ...co jednak wątpliwe, czy... - spojrzała Khalowi w oczy prawie stykając się z nim nosami - ... okłamujesz samego siebie.

                          • Ughhh… w porządku. Udawajmy przez chwilę, czysto filozoficznie, że rzeczywiście byłem porządnym typem i traktowałem moich niewolników dobrze… czy jest jakakolwiek odpowiedź której mógłbym udzielić na taki zarzut? Czy jesteśmy tu skazani na “ta-ak” i “nie-e” powtarzane w kółko, jak kłótnia dzieci?
                            Kaylie pokręciła głową z rezygnacją.

                          • Więc żyjesz w kłamstwie chcąc czuć się "lepszym" człowiekiem. Niech i tak będzie.
                            Adwokat zmarszczył brwi, niezadowolony.

                          • Dziewczę drogie… w żadnym momencie nie zasłużyłem na takie podsumowanie mojej osoby. Po tym jak rzeczywiście traktowałem moich niewolników jak ludzi, jak oswobodziłem Livię wyjeżdżając z Cheliax. Po tym jak istotnie walczyłem, praktycznie jedyny, o zniesienie tego plugawego zwyczaju “oczyszczania” niewolników przed ich zeznaniami, a nawet po tym jak, choć rzeczywiście w mniejszym stopniu, próbowałem forsować poprawę warunków ich przechowywania na targach… po tym wszystkim czuję się rzeczywiście urażony… nie mam co na to odpowiedzieć, może tyle, że jeśli kiedyś wylądujemy w Cheliax to mogłabyś zapytać Livię czy chciała by ci opowiedzieć jak to rzeczywiście wyglądało, ale mogłaby ci odmówić… bo jest dziś wolnym człowiekiem.
                            Viktor oparł się wygodniej na poduszkach i zamknął oczy, mając nadzieję, że temat został wyczerpany.

                          Kaylie natomiast bynajmniej nie chciała porzucić tematu, który w tym momencie ją obódł.

                          • A teraz mówisz, że byłeś jakimś bohaterem walczącym o dobro niewolnika? - parsknęła.
                            Viktor milczał dłuższy czas, rozważając czy w ogóle udzielić odpowiedzi.
                          • Zgodnie z moją wiedzą mówimy co najmniej o kilkunastu niewolnikach co uniknęli tortur przed zeznaniami stricte dzięki mnie, ale myślę, że było ich znacznie więcej, bo dobre argumenty rozchodzą się jak fale na stawie. “Wymęcz niewolnika a przyzna on nawet, że jest żółtym osłem w błękitne łaty.” Nie jestem bohaterem. Los postawił mnie w specyficznej pozycji, w specyficznym czasie gdzie mogłem spróbować coś zrobić z tym plugawym zwyczajem, z niewielkim kosztem własnym. Nie jestem wzorem cnót, nie jestem dobrym człowiekiem, ale to byłoby prawie jak odsunięcie się od spadającego z wysokości niemowlaka, co mogłem go złapać, ale wolałem nie ryzykować, że mnie krwią ochlapie. Mam w sobie tę odrobinę przyzwoitości. Osobistego akcentu i motywacji dodaje fakt dwóch sytuacji, gdzie mogłem łatwo sam zostać niewolnikiem. Ale to też jest dla ciebie bujda, albo okłamywanie samego siebie, a za te próby wyjaśnienia tobie czeka mnie tylko zawód i jad, prawda?
                          • No i czy cokolwiek osiągnąłeś? Czy tylko piękne przemówienia wygłosiłeś? - kobieta wyraźnie była poddenerwowana tematem, jakiego wyraźnie też nie chciała uniknąć.
                            Khal zastanowił się chwilę.
                          • Osobiście udało mi się wyargumentować pięcioro niewolników z tego cholernego “oczyszczenia”. Wiem jeszcze o mniej więcej tuzinie od kolegów po fachu, którzy podzielali moje opinie i gdy Trzecie Pióro Cheliax wyciągnęło precedens sprzed dwóch wieków i jeszcze go skutecznie użyło, w dosyć publicznej sprawie… starczy powiedzieć, że tamtą sprawą dałem zwolennikom mojego poglądu narzędzia do ręki, których wcześniej w ogóle nie posiadali. Liczę, że ci moi znajomkowie również mają swoich znajomków i z czasem ilość takich jak my będzie rosła, ale to nie tak, że naprawiłem system.

                          Kaylie spojrzała w ziemię, aby zaraz zwrócić ponownie wzrok na Khala i zapytać napiętym głosem:

                          • Czy znasz Irvysa Nyera?
                            Adwokat zamrugał oczami kilkukrotnie, gdy upewniał się, że nie przesłyszało mu się.
                          • T-tak… przyjaciel Czerwonej Loży. Również adwokat, ale prawa handlowego i raczej w ramach dodatkowego zestawu umiejętności, a nie głównego. Wiele razy korzystał z moich konsultacji, głównie listownie, ale... skąd TY go znasz?
                            Arkanistka spojrzała twardym spojrzeniem na Khala, z siłą od której sam się niemal bezwiednie spiął.
                          • Czy mu kiedyś radziłeś w sprawach jego niewolników? - zapytała czując jak serce wali jej w piersi i z ciężkością może utrzymać oddech.
                            Adwokat znał odpowiedź na to pytanie, ale szukał w pamięci, w swojej wiedzy skąd to pytanie mogło w ogóle przyjść.
                          • Tak… Radził się sprawy, bo miał problemy z jakimiś najemnikami. Jakoś wyszło, że mają mu “oczyścić” niewolnika przed tą sprawą. Nie pamiętam czy od początku chciał tego uniknąć, czy chodziło mu o niewystarczającą rekompensatę za stratę w wartości… w rozmowie doprowadziłem go do przekonania, że lepiej tego cyrku uniknąć i przeprowadziłem krok po kroku jak to osiągnąć…
                            Wyobraźnia Khala tworzyła jeden scenariusz za drugim, każdy kolejny bardziej szalony od poprzedniego. Postanowił założyć na razie, że one wszystkie są błędne i poczekać… zobaczyć co samo z tego wyjdzie.

                          Kaylie zamilkła i spuściła głowę patrząc w ziemię szeroko otwartymi oczami. Khal zobaczył jak drżą jej dłonie, a ona sama jakby bez siły luzuje wszystkie mięśnie. Chciała coś powiedzieć, jednak za każdym razem gdy nabierała powietrze nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ruszała ustami nieznacznie jakby sama nie mogła zmusić się do wypowiedzenia czegoś.

                          Następny moment musiał być nieoczekiwany dla Khala, gdy nagle z całkowitego zaskoczenia Kaylie rzuciła mu się na szyję przyciskając go do poduszek swoim ciężarem. Dźwięk jaki opuścił gardło kobiety nie był typowym kobiecym płaczem do jakiego życie go przyzwyczaiło. Był histerycznym szlochem, jaki Khali pamiętał gdy chował matkę.

                          Khal obejmował, głaskał i całował Kaylie po głowie, by czułością dać jej wiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie poganiać ani nie umniejszać jej wybuchu emocji. Niech czort pochłonie Filię i resztę… Ze wszystkich absurdalnych scenariuszy w jego głowie, jeden konkretny wyłaniał się bardziej i bardziej nad innymi. Scenariusz który chciał odrzucić, jako absurdalny, jako nieprawdopodobny, jako… jako po prostu bardzo “nie chcę”.

                          • Ćśśś… - szeptał do niej uspokajająco. Niezrażony, że tylko w chwilach ciszy, gdy brała wdech, mogła go słyszeć. - Jesteś bezpieczna i jesteś daleko od tego miejsca… I nigdy nie pozwolę by to się powtórzyło…
                            Nawet nie był pewny kiedy przyjął scenariusz jako rzeczywisty.

                          Długo trwało nim Kaylie odzyskała możliwość formowania słów, a nie tylko łez. Ciągle drżała na całym ciele tuląc się silnie w Khala, a łzy spływały jej po policzkach, gdy mówiła:

                          • To ty... Dzięki tobie...
                            Po tych słowach wpiła swoimi ustami w usta mężczyzny całując bez opamiętania.

                          Khal odpowiadał na pocałunki i pozwalał dłoniom wyczuć jej talię i plecy, ale sam był zbyt poruszony swoimi wnioskami i jej łzami spływającymi po jego twarz… wolał chwilowo pozwolić jej wyznaczać tempo i dawało mu to czas… może nie tyle myśleć, ale godzić się z myślą. Ujął jej policzki odsunął ją od siebie, na najkrótszą możliwą odległość by móc spojrzeć jej zapłakane oczy. Nie zadał żadnego pytania. Tylko czytał aby potwierdzić, że na pewno rozumie poprawnie i gdzieś tam w niej… znalazł to potwierdzenie. Przyciągnął ją znów do siebie i ucałował, obejmując z siłą jakby chciał ją chwycić, ukryć przed całym światem i nigdy więcej nikomu nie pozwolić jej skrzywdzić.
                          Kaylie usiadła na nim w rozkroku pochylając się nad jego ustami by dalej całować.

                          • Ty jesteś powodem... - Khal poczuł dłonie głaszczące jego ciało przy szyi - ... że jestem tu... Żyję. - przysunęła usta do ucha mężczyzny, gdy jej ręce gładziły mu brzuch, a gdy już myślał, że się wreszcie opanował. Odzyskał wewnętrzny spokój i znów potrafi trzeźwo myśleć nagle poczuł się jakby oberwał obuchem w żołądek, gdy usłyszał wypowiedziane na ucho:
                          • Kocham cię.

                          I nagle znów nie potrafił myśleć. Poczuł gorąc i dreszcze jednocześnie, gdy próbował zrozumieć czy naprawdę usłyszał to co usłyszał. Przecież to nie mogło być… Zmusił się do kilku głębokich oddechów, bo te ostatnie były zbyt płytkie by odżywić krew.

                          • C-co? - zapytał w końcu, głosem tak słabym i mieszającym w sobie niezrozumienie, strach ale też jakąś zdradliwą nutę nadziei. - J-jak… dlacze… - wstrzymał się czując napór wzbierającej burzy w umyśle, którą musiał powstrzymać. Znów, po swojemu gdy odzyskać chciał kontrolę, spuścił powietrze z siebie, najmniejszą przerwą między ustami, dając sobie czas. Dużo czasu, który zdawał się tylko jeszcze bardziej rozciągać, ale teraz właśnie go potrzebował.
                          • Chcę być z tobą. - wsunęła jego dłonie pod swoją bluzkę - Być twoja.
                            Ponownie zaczęła całować Khala jednoznacznie drżąc z emocji.
                          • Kocham...
                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #76

                            Khal wciąż dawał sobie czas, ale gdzie umysł nie decydował, tam instynkty i odruchy się aktywowały. Zdjął jej bluzke i ujął ją, jednym ramieniem w talii, drugą za policzek. Był to łagodny, ale zdecydowany gest, który utrzymał ją gdy podnosił się do siadu. W ciemności widział głównie zarysy jej twarzy, ale też odbłyski w jej mokrych oczach i to mu wystarczyło.
                            Oparł się ręką o ziemię.
                            Szybki ruch… idealnie między gwałtownością, a delikatnością i teraz ona była pod nim.
                            Gdy znalazła się na plecach krótkie sapnięcie wydostało się z jej ust, a na jej policzkach pojawił się ostrzejszy rumieniec.

                            Śpiwory przeszkadzały… przygniótł materiał kolanem, przy zamku i szarpnięciem ręki go rozerwał, oswobadzając się z ich ograniczeń.
                            Nagle wszystko zwolniło, gdy opuszki palców sunęły od kolana Kaylie, po jej udzie… nie mogąc polegać na oczach, szukając jakież to przeszkody są jeszcze na jego drodze… wsłuchiwał się w jej oddechy, czytając z nich instrukcje. Znalazł tylko bieliznę. Cienka, materiałowa, prosta.
                            I dwa oddechy później leżała już obok, a Khal ściągał własną koszulę.
                            W końcu nachylił się nad nią w ten konkretny sposób.

                            • Więc będziesz moja… - kusił głosem, ale nie tylko… bo już go czuła.
                            • Tylko moja, a ja będę twój… - pokusa przestawała być tylko pokusą, gdy zmieniała się powoli w czyn. Nie spieszył się. Delektował każdym momentem w czasie, każdym dźwiękiem jaki wydawała, każdym kawałkiem jej dotyku.
                            • Tylko twoja... - czerwień policzków Kaylie przypominała rumieńce grzecznych panienek z dobrych domów, jakie po raz pierwszy miały zaznać mężczyzny. Oddech kobiety był urywający się.
                            • Wygrałeś.

                            Powolny dotąd ruch stał się nagłym uderzeniem, co ją całą podbiło kilka cali w górę na krótki moment.

                            • Zawsze wygrywam… - jego uśmiech w ciemności był równie bezczelny, co niewidoczny i wpił się w jej usta. Przylgnął ciałem do niej, delektując się jej ciepłem - Ale tym razem… uczynię to zwycięstwem dla nas obojga…

                            Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie.
                            Sam mężczyzna mógł teraz z bliska przyjrzeć się jej elficko-smuklemu ciału zroszonemu potem. Magiczne światło bijące spod warstwy ubrań, odbijające się od materiału namiotu dawało teraz przyjemny półmrok… Widział kilka blizn z przodu, ale dopiero gdy dotykał pleców wyczuł ich nagromadzenie, a Kaylie pierwszy raz widziała jego tatuaże. Ciemne linie i kształty, tworzące abstrakcyjne wzory pokrywały jego barki, część ramion i pierś, a dostrzec niedługo miała również te ciągnące się z barków wzdłuż kręgosłupa, niemal do samego krzyża.

                            • Tego oczekiwałes? - zapytała błogim głosem.

                            • I niczego więcej… - odpowiedział, obracając się na bok, gdy pierwsza fala relaksu “po” już go opuszczałą. Sięgnął i gładził jej bok, talię i biodro opuszkami palców, delektując się jej kształtami. - Cudownie brzmiałaś w trakcie - mruknął zadowolony, odsłuchując jeszcze raz jej głosu w świeżych wspomnieniach, a wypowiedziane przez niego zdanie spowodowało, że Kaylie zapłonęła rumieńcem wstydu.

                            • To co powiedziałaś wcześniej… - skrzywił się czysto mentalnie, bo wiedział, że powinien poczekać… albo w ogóle nigdy nie zadać tego pytania. To wcale nie był dobry moment, ale nie udało mu się powstrzymać. - Teraz, gdy emocje opadły i łatwiej trzeźwo myśleć… niech to czort, brzmię jak jakiś gołowąs… ekhm… zapomnij. Nieuczciwe pytanie.
                              Zachichotał nisko z własnej nieporadności. To było ciekawe doświadczenie być… takim. Zdążył zapomnieć jak to jest nie kontrolować wszystkich sznurków na scenie.
                              Kaylie lekko pocałowała Khala.

                            • Wypowiedz to.

                            • Czy… wciąż uważasz, że mnie… Ugh… Z całym moim bagażem, głęboką niedoskonałością, skrzywieniami, traumami, syfem, przyzwyczajeniami, odruchami, przeszłością i definitywnie wcale nie wyglądającą łatwo i przyjemnie przyszłością… - jego spojrzenie, z każdym słowem, nabierało więcej i więcej jakiegoś wstydu, aż wprost pozwolił mu gdzieś odpłynąć. Pokręcił głową odganiając niechciane myśli i znów spojrzał w jej oczy. - Z tym całym bałaganem… kochasz… mnie?
                              Kaylie lekko pogłaskała mężczyznę po policzku.

                            • Jestem tutaj dzięki tobie. Gdybyś nie oszczędził mi cierpienia... - zamknęła oczy - Byłam gotowa się poddać. Może skończyć ze sobą lub nie szukać wolności. Ale ta myśl... że choć jest jedna osoba w Cheliax, jaka mi coś dała... Jakiej zależało na tyle... Miłość do tej osoby dała mi siły. I to nie uległo zmianie.

                            Khal ujął jej dłoń i długo myślał.

                            • Będę musiał podumać nad tą odpowiedzią… ale nie mogę wyrazić jak się cieszę, że udało ci się tego uniknąć. I wciąż nawet nie wiem jak nazwać ten kłąb uczuć związany z tym, że to w wyniku moich działań się stało.
                              Galtianka przekręciła się na bok, aby móc lepiej objąć wzrokiem Khala. Coś w tonie, w jakim odpowiedział jej nie pasowało. Zupełnie jakby... Nie był zadowolony z jej słów.

                            • O co chodzi? - zapytała położywszy głowę na rękach niczym poduszce.

                            • Nic, nic, Kruszyno. - Uśmiechnął się do niej łagodnie. - Chyba, po prostu, nie mogę oczekiwać, aby takie dwa powaleńce jak my, zaczęły w rzeczywiście poprawny sposób. Więc wezmę “co dają” i mam nadzieję, że zbudujemy z tego coś lepszego… ale tymczasem… potrzebuję byś coś usłyszała i coś od ciebie usłyszeć… Po pierwsze… jeśli uważasz, że jesteś mi cokolwiek winna, to w tym momencie ten domniemany dług uznaję za nieodwołalnie spłacony. Jeżeli masz być moja to dlatego, że to Kaylie personalnie tego chce i widzi w tym najlepszą drogę dla własnego szczęścia. Nie z wdzięczności niewolnicy do nieokreślonego fantoma, którym tylko przypadkowo, okazałem się być ja. Rozumiesz różnicę i ogólnie o czym mówię?

                            • Nie martw się. Rozumiem i tak nie sądziłam. - ponownie pogłaskała policzek mężczyzny - Wiedziałam już wtedy, że działania nieznajomego prawnika były przypadkowe dla mnie i wątpiłam by były kierowane chęcią pomocy mi, ale... Nie miało to znaczenia. Bo dało mi siłę. - przesunęła dłoń Khala i wtuliła się policzkiem w nią.

                            • Nie wyobrażaj sobie, że moje uczucie do ciebie powstało tylko przez odkrycie co zrobiłeś przypadkowo dla mnie jako Viktor w Cheliax. Potrzebowałam tej wiedzy, aby upewnić się w uczuciu do Khala. Czy aby na pewno chcę spróbować i zaryzykować. - pocałowała mężczyznę w policzek.

                            • No to usłyszałem co potrzebowałem. - Głos miał łagodny i zadowolony. Z jakąkolwiek rozsądną szansą, że Kaylie czuje jakąś powinność związaną z nim… musiałby ją odesłać (cokolwiek mogłoby to oznaczać w tej sytuacji), jak kiedyś Livię i na cały ten wieczór położyło by to kwaśny cień. Niski chichot wydobył się jego gardła gdy jakieś napięcie, które dotąd starał się ignorować, ostatecznie z niego schodziło.

                            • Pytałem cię kiedyś o to, ale nie dostałem odpowiedzi… to może teraz się uda… opowiedz mi jak, w twoich najlepszych wspomnieniach, wygląda Galt? Chciałbym go zobaczyć twoimi oczami. Jakby moją o nim wiedzę bezkrytycznie uznać za kompletną i prawdziwą, to byłoby niepojęte, że wciąż on istnieje.
                              Kaylie leniwie odwróciła się na brzuch i przeciągnęła wyciągając nogi. Zamruczała przeciągle.

                            • Pamiętam wszechobecną sztukę, filozofię... Piękno... obok krwi. - westchnęła - Galt chciało spokoju i było spokojne póki Thrune nie wcisnęło się ze swoją diabelską polityką. - skrzywiła się - Byliśmy znani jako kolebka artystów, wolnomyślicieli i poetów. Pamiętam cały artyzm mojej nacji... Ale pamiętam też terror, krew i strach. - spojrzała w oczy prawnika - A to właśnie strach jakim Thrune chciało nami rządzić pchnął nas wprost w ten obłędny krąg. I zanim zapytasz: nie, nie chciałabym powrócić pod but Cheliax.
                              Blade światło oświetlało sylwetkę kobiety, oferując widok na jej plecy. Khal zobaczył wiele blizn na nich jakie przypominały mu rany noszone przez niewolników w Cheliax... jakiego symbol był wytatuowany pod łopatką Kaylie wraz ze znajomym mu znakiem Nyera wedle prawnie ustalonych sztywnych norm dla trochę więcej wartych niewolników ich właściciela.

                            • Oj, nie martw się, mam tę odrobinę instynktu samozachowawczego aby czegoś takiego nie sugerować - zachichotał, muskając opuszkami palców jej plecy. Pieszcząc je delikatnie, dla przyjemności ich obojga, ale również chłonąc widok blizn. Mapując je, w jakiś masochistyczny sposób, we własnej głowie.

                            • Rozumiem skąd ta nienawiść do Cheliax… niekoniecznie się z nią zgadzam, ale rozumiem. Ono nie zawsze takie było. - Khal mówił powoli i cicho. Pogrążony we wspomnieniach które wcale nie należały do niego, ale do kronikarzy i zwykłych ludzi którzy pisali o tamtych czasach, a których zapisków nie udało się Piekielnym Rycerzom spalić.

                            • Po śmierci Arodena, przez prawie cztery dekady, Cheliax miało swoją własną Czerwoną Rewolucję. Rzeki płynące krwią, brat przeciw bratu. Nie muszę ci mówić… absolutnie rozumiem, że niewielu oddałoby władzę w Galt domowi Thrune, nawet jeśli miałoby to zakończyć zabijanie. Zbyt wiele nienawiści. Zbyt wiele złej krwi. I nikt rozsądny by nie dał wiary, że królowa Abrogail Druga zachowałaby się honorowo. Jednak wyobraź sobie inną sytuację… Cofnijmy się dekadę. Czerwona Rewolucja znów goreje. Ludzie umierają, trzy duże i wiele małych stron konfliktu regularnie zawiera i łamie sojusze. Publiczne kaźnie jeńców są narzędziem terroru, mającym przede wszystkich zniechęcić ludzi od dołączania do “tych niewłaściwych”, co w połączeniu z doktryną “kto nie z nami ten przeciw nam” nie zostawia im żadnego marginesu błędu… Szarzy Ogrodnicy, ze swoim nieregulowanym okrucieństwem i terrorem, czynią sytuację po dwakroć gorszą. I wtedy, w najgorszym czasie… Obywatel Drannoch wynajduje sposób. To ona zawiera pakt z Mephistofelesem, głównym oponentem, łamane przez: wrogiem Asmodeusza w piekłach. Tym paktem, jeśli nikt jej nie powstrzyma, wprowadzi piekielną wiarę, ale Ogrodnicy zostaną rozwiązani, walki zostaną przerwane, prawo zostanie przepisane w sposób okrutny, ale jasny i klarowny, a jego egzekutorzy zostaną wsparci siłami piekieł i rzeczywiście będą w stanie je wymusić… Czy z takim planem Drannoch nie znalazłaby zwolenników?

                            • Czego to miało dowieść? - mruknęła - Wszędzie znajdą się zdrajcy. A cholerni Thrune teraz mają za duży ból dupy, aby nie zrobić krzywdy nikomu z Galt. Wierzę jednak, że pośród moich ludzi jest wystarczająco wielu jacy nie poszliby rączka w rączkę z Piekłami.
                              Słowa wypowiadane przez Kaylie były ironiczne w swoim wydźwięku, ale wyraźnie ona próbowała nie myśleć o swoim przypadku.

                            • Zgadzam się. Królowa by nie zachowała się honorowo, nawet jakby pokojowo Galt oddało się Cheliax. Dlatego nie pytałem o ten scenariusz. Ilu jest w Galt ojców, których do końca życia będą dręczyć zawodzenia syna na kaźni? Czy ktokolwiek mógłby rzeczywiście potępić tego ojca za przyzwolenie na wprowadzenie rządów na wzór Cheliax, w zamian za gwarancję, że jego córek nie spotka taki los? Iii… jeszcze kwestia tego, że poznałaś Cheliax od naprawdę NAJGORSZEJ strony. Może to nie brzmieć wiarygodnie w twoich uszach, ale ono ma swoje piękno. Żelazny but Cheliax, jaki na swoim karku czuł Galt, staje się aksamitną rękawiczką gdy jesteś wolnym człowiekiem w Egorianie. Taką która skrywa garotę, jeśli miałabyś wyściubić łeb wyżej niż się powinno, ale to osobny temat… Cheliax było trzydzieści osiem lat w swojej Czerwonej Rewolucji. Galtiańska trwa od pięćdziesięciu. Nie mówię, że Cheliax MOGŁO skończyć jak Galt… bo Cheliax BYŁO jak Galt. Z innych powodów, z innym akcentem, innym smakiem okrucieństwa i bez Szarych Ogrodników, ale z tym samym terrorem, takim samy zabijaniem, takim samym strachem i absolutną niemocą zwykłych ludzi. Niemocą, która była grzechem, za który się ginęło łamanym na kole, nabitym na palu, w żelaznej dziewicy czy na dowolny z dziesiątek innych sposobów. Pierwsza królowa Abrogail, z pomocą piekieł, chwyciła za jaja generała Daelitha Servitara, księcia Gratiana Velrina i wszystkich innych, tak twardo, że chłopięcym sopranem przyrzekli jej wierność. Właśnie to zakończyło zabijanie. Potem miało to swoje konsekwencje. Popełniono obiektywne błędy. Wiele efektów wciąż jest widoczna… ale załóżmy na krótką chwilę, że moje źródła są słuszne, tak jak to przedstawiłem tak rzeczywiście, faktualnie się wydarzyło… czy można jednoznacznie potępić Abrogail Pierwszą za pierwszy pakt z Księciem Ciemności?

                            Kaylie milczała cały czas i nie przerywała mu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji i wciąż bez słowa uniosła się i przysunęła bliżej... aby zarzucić Khalowi ręce na szyję i bez wahania zaatakować go głęboko całując. Dłuższa chwilę trwało nim przestali i ona szepnęła:

                            • Tylko tak można ci przerwać byś się nie zadusił.
                              Viktor zachichotał po swojemu. Nisko i przyjemnie.

                            • Powoli zaczynam czuć się jak ten któremu już czwarta osoba mówi “jesteś pijany”. Czy ja rzeczywiście, wedle lokalnych standardów, za dużo mówię?

                            • Nie znam lokalnych standardów, ale masz słowotok. Jak to prawnik. - zaśmiała się - Co bardzo kontrastuje z sytuacją, jak właśnie co skończyłeś z kobietą i ona jeszcze nie zdążyła nóg złożyć, jak już ją traktujesz filozyczno-moralnymi problemami, gdy wciąż jej brzuch drży. - pokazała język głaszcząc swoje podbrzusze.

                            • Hej… - śmiech Khala pobrzmiał protestem, gdy schylał się by ucałować zawezwane podbrzusze - Ja chciałem posłuchać opowieści o złotych łanach zbóż, szepczących strumykach, strzelistych wieżach z białego marmuru, sztuce i poezji… Nie biorę na siebie winy za wymanewrowanie rozmowy na inne tory.
                              Głos Khala był niski, prawie do zadowolonego mruku, gdy palcami śledził jej kształty.

                            • Ten słowotok… rozumiem, że mogę mieć takie “skrzywienie zawodowe” w kontekście tego jak wiele teatru było w sprawach na moim poziomie, ale czy jest on w jakiś sposób frustrujący? W Cheliax nikt kto śmiałby mi to zarzucić nie był sam równie rozgadany…
                              Khal pytał z ciekawością i swobodą, dającą Kaylie poczucie, że nie ma tu złej odpowiedzi.
                              Kaylie cichutko zaśmiała się, gdy ucałował jej podbrzusze, a jego zadowolenie z kształtów kobiety tylko napełniało ją próżnością. Zakryła twarz we wstydzie swoimi odczuciami.

                            • A więc tak zdobywasz kobiety. Ugniatasz ich niewieścią pychę tak długo, póki ich uda nie przestaną być przed tobą zamknięte. - powiedziała z jakimś zażenowaniem, iż także w to wpadła.

                            • Mnie bardziej bawi niż frustruje. - odpowiedziała mu - Ale rozumiem, że to może przez innych być widziane jako czyste zarozumialstwo i chęć pokazania swojej wyższości. W Cheliax pewnie i plebs próbuje stać na pułapie tych wyższych społecznie, choć nie będzie tak idealne. Tutaj nie ma kultu prawników. W Galt także inaczej to wygląda.

                            Kącik ust Khala drgnął w, błyskawicznie ukrytym, bezczelnym uśmieszku. Nie chciał tego prezentować, ale przed samym sobą nie krył, że zdobywanie kobiet było jedną z największych satysfakcji i przyjemności jego życia i, że dlatego Rotacja musiała właśnie… rotować. Płynąć, bo niewiele z nich mogło mu zaoferować więcej niż ten pierwszy haj, gdy oddawały mu się w całości. W większości przypadków nie było drugiego razu. On nie byłby już tym samym.

                            • Jakiekolwiek schematy polowania ma Viktor… nie poznałaś żadnego z nich - powiedział łagodnie, gdy podnosił sobie jej palce do ust i ucałował je długo i czule, nim kontynuował. - Moje zachowania były prawdziwe. Intencje szczere. Nigdy nie okłamywałem moich jagniąt, ale pozwalałem im wierzyć w swe błędne założenia. Nigdy nie obiecałem im niczego na więcej niż kilka tygodni w przód. A gdy któraś zbliżała się by powiedzieć Viktorowi, że go kocha… to był moment aby możliwie szybko ją wykluczyć z rotacji. Zwykle miałem więcej instynktu i nie pozwalałem się do tego zbliżyć… A tobie już zdążyłem obiecać, że jeśli będziesz chciała zaryzykować bycie nierozsądną… to stanę na rzęsach obok siebie aby to się udało. Nie klasyfikuj się w tej samej kategorii co moje jagnięta. Nie są one nawet w twoim pobliżu…

                            Kaylie przymknęła oczy z zadowoleniem, gdy pieścił jej palce pocałunkami.

                            • Czarujesz jak nie jeden arcymag. - wymruczała - Ale ciężko mi uwierzyć, że nie znajdziesz sobie tu takich zabawek jak w Cheliax miałeś. W końcu ja ci spowszednieję... Na razie to efekt nowości i dzikiej radości z wygranej. - położyła mu palec na ustach - Nie próbuj zaprzeczać i wykręcać się pięknymi słówkami. Znam romanse literackie i wiem, że są naiwnym kłamstewkiem. Nie oskarżam cię o brak uczucia do mnie, tylko patrzę realistycznie. W pewnym stopniu wygrałeś zdobywając mnie, tą co jeszcze kilka lat temu była tobą niezainteresowana. Ja przegrałam, gdy prawie sama weszłam ci do łóżka. - słowa Kaylie pozbawione były jakiegoś żalu czy zgorzknienia. Ona prezentowała je jako fakt.
                              Viktor uchwycił palec zamykający mu usta, ucałował go i powoli odsunął oswobadzając się z jego knebla.
                            • Po pierwsze: Nawet w mojej własnej głowie, na palcach jednej ręki, mogę policzyć kobiety które odniosły “porażkę” w tym kontekście i miało to zawsze swoją historię. Ty do nich nie należysz. Tak samo jak nie uważam, abym to ja przegrał, gdy to jakaś dziewczyna, którą początkowo nie byłem zainteresowany, dała radę mnie do siebie przekonać… To tak, po prostu, nie działa.
                            • Po drugie: Poczucie zwycięstwa… rzeczywiście jest - stwierdził z jakąś niechęcią. - I nawet nie bardzo różniące się od wcześniejszych, co było głęboko wbrew moim oczekiwaniom. Jednak wyrzuć z główki myśl, Kruszyno, że w jakiś sposób ubodło mnie twoje utrzymanie bielizny na prawowitym miejscu, gdy Viktor Goodmann ci się przedstawił te trzy lata temu. To poczucie ma inne źródła, a to co jest nowe to to, że nie jest ono samo… ale nie pytaj mnie jeszcze o to. To jest węzeł który sam muszę jeszcze zrozumieć, rozwiązać i dopiero wtedy, mogę zacząć myśleć, jak ten dziw powinienem nazwać.
                              Westchnął zamyślony, rozważając co jeszcze powiedzieć, a co może powinien pominąć…
                            • Nie wiem jak to będzie wyglądało. Wierzę tylko, że istnieje scenariusz, gdzie ten węzeł okaże się… wystarczający. To tylko potencjał, który nie wiem, czy jest rzeczywiście realny. Jeśli to dla ciebie istotne… postaram się aby był… ale konkretna rola, jaka jest dla mnie zaplanowana oraz mój zestaw umiejętności, którego pełnego wykorzystania nasz Benefaktor oczekuje… nie pozwala mi obiecać, że nawet w najlepszym scenariuszu, nie pojawią się nowe jagnięta, choć ich wybór byłby wtedy dyktowany potrzebą i okolicznościami, a nie moim własnym kaprysem…
                              Viktor mówił powoli i cicho. Trochę jakby się tłumaczył, trochę jakby wcale nie chciał. Nie znał tych emocji i scenariuszy i nie był do końca pewny jak powinien w nich operować.

                            Kaylie patrzyła w swoje dłonie jakby szukając w nich odpowiedzi. Czego oczekiwała, co chciała? Nie znała odpowiedzi. Znała wyidealizowane scenariusze, ale nauczono ją jakie są śmieszne i nieprawdziwe. Jej pierwszy związek... kłamstwo. To nie miało sensu znowu dać sobie zrobić takiej krzywdy emocjonalnej.

                            • Rozumiem... Nie liczyłam na idealny związek, bo wiem, że i sama idealna w tym nie umiem być. - uniosła spojrzenie na Khala - Jeżeli będziesz z kimś innym... czy miał rotację lub stałe kochanki... Nie kłam mi o tym. Nie udawaj, że nie ma nikogo tylko powiedz kim są. Kłamstwo boli o wiele bardziej niż prawda, z jaką się pogodziłeś w końcu, bo z tym możesz się pogodzić. Z kłamstwem... nie.

                            Khal odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, z nieokreślonym grymasem na twarzy. Nagle nie czuł się już zwycięski, a zwyczajnie brudny. Winny, że ta rozmowa w ogóle jest zasadna. Na jakimś poziomie chciałby być lepszy niż to. Na innym wiedział, że POWINIEN być lepszy… ale na wszystkich innych nie miał wątpliwości, że wcale nie jest. Pogodził się z tym już dawno temu, ale stare poczucie niedoskonałości znów się wyrwało. Z westchnięciem, upchał je głęboko z tyłu głowy, nim w końcu znów odnalazł jej spojrzenie.

                            • Można mi zarzucić więcej niż bym chciał, ale nie jestem kłamcą - zadeklarował i choć mówił cicho, to w słowach czuć było jakąś moc, a może po prostu niezachwianą pewność.
                              Ujął jej policzek i nachylił, się, ale nie do pocałunku, a oparł czoło o czoło i zamknął oczy.

                            • Nigdy nie powiem ci świadomie nieprawdy, ani nie przemilczę usilnie tematu, który powinien być wypowiedziany… Masz tu moje słowo. Wiem, że w pewnych aspektach ja sam jestem przeszkodą by nam się udało… Jednak pcha mnie to i motywuje aby odpłacać i NADpłacać ci to na innych płaszczyznach. Mam nadzieję, że to będzie starczyć…

                            • Możesz mnie traktować jak swoje zabawki. Nic im przecież nie obiecywałeś tylko pozwalałeś im samym dojść do błędnych wniosków. - wsunęła się pod rozerwany śpiwór - Czyste sumienie. To przecież nie było kłamstwo, prawda? Po prostu umyślnie pozwalałeś im dojść do błędnych wniosków. Czy chcesz też mnie tak trzymać w niewiedzy i fałszywej radości?

                            Viktor pozostał w niemal bezruchu gdy Kaylie się od niego odsunęła.

                            • Myślałem, że już pokazałem, że nie jesteś dla mnie jagnięciem... No trudno… Drugi człon mojej obietnicy odpowiada na twoje wątpliwości. Ich nie okłamywałem, prawda. Jednak definitywnie pomijałem tematy i to właśnie był sposób jakim pozostawały, w błędnym przekonaniu. Ta obietnica mówi specyficznie, że gdy dostrzegę u ciebie takie błędne przekonanie, to je zaadresuję…
                              Kaylie nagle mu weszła w zdanie chcąc odpowiedzi.
                            • Czemu po prostu nie będziesz mnie informował jak ci podałam? Czemu nie powiesz: "Dziś spałem z tą, ta jest w mojej rotacji, pewnie jutro z baronówną spędzę noc, mam ochotę tą młodą nauczyć jak być żoną"? - zapytała wychylając się ku Khalowi - Czemu?

                            Viktor mrużył brwi, analizując pytanie, szukając czego nie zrozumiał, albo gdzie do pomyłki mogło dojść.

                            • Ależ… będę mówił. Skoro to jest to czego oczekujesz… skoro, dla ciebie, wszystko poniżej tego byłoby nieszczere… - wzruszył ramionami, jakby dochodził do nieco banalnych wniosków - Nigdy cię nie okłamię, ale równie ważne jest byś ty się nie czuła okłamywana. Jeśli mi mówisz, że takie informacje są warunkiem twojego poczucia mojej szczerości, to je akceptuję i będę działał w zgodzie z nimi.
                              Khal uśmiechnął się, trochę bezczelnie i bardzo przymilnie.
                            • Czy tak jasna i jednoznaczna deklaracja, panią zadowala?
                              Kaylie uśmiechnęła się.
                            • Ja też nie będę taić nic. Powiem wprost jeżeli ktoś mnie któregoś dnia posiadzie. - odparła szeroko uśmiechając się z nutą wredoty.

                            Khal zmrużył oczy niby-gniewnie, ale uśmiech na jego ustach stał się tylko bezczelniejszy, gdy wdrapywał się nad nią i oboje ich okrywał śpiworami, co chwilowo były nie więcej niż gloryfikowanym kocem.

                            • A czy my przypadkiem nie ustaliliśmy… - pytał niskim głosem, gdy jego dłoń powoli zsuwała się z jej policzka na szyję, co spowodowało chichot kobiety.
                              -... że w nagrodę za moje zwycięstwo…
                              Z szyi wyznaczyła szlak wzdłuż obojczyka i zaraz znów… niżej na co ciało arkanistki zaczęło się lekko wić.
                            • … będziesz, cytując nawet ciebie… tylko moja?
                              Wymruczał kusząco jej pytanie na ucho powodując westchnięcie ekscytacji, gdy jego dłoń zacisnęła się rozkosznie.
                            • Jestem gotów negocjować klauzulę…
                              Nie została tam długo, ale zdała się utracić ostrożność i nieśmiałość, gdy kreśliła linie mięśni brzucha Kaylie… i jej podbrzusza jakie drżało na najmniejszy dotyk…
                            • ... która wymagałaby ode mnie gwarancji gotowości...
                              Dłoń zacisnęła z siłą, zdecydowaniem i zwyczajną żądzą, tam gdzie podbrzusze traciło swą szlachetną nazwę.
                            • … na każde. Jedno. Twoje. Zawołanie.
                              Kaylie poczuła palce Khala wplatające się w jej włosy. Zacisnęły się one z doskonale dobraną siłą. Poderwały jej głowę kilka cali, przyciągając jej usta do jego, gdy jego palce dotarły gdzie dłoń już nie mogła, a kciuk naparł w bardzo odpowiedni sposób.

                            Jeżeli Kaylie chciała uciec robiła to w bardzo niewyraźny sposób, bo jednocześnie wydawała się wijąc próbować uciec palcom, ale jej westchnienia rysowały inny scenariusz.

                            • Khal... - wydyszała, a mocny rumieniec rysował wyraźną prawdę - Skoro ty... będziesz miał inne... Ja też powinnam móc... mieć... innych…

                            Palce zaciśnięte na włosach odgięły głowę Kaylie w tył, gdy zablokowały jej te nieprawdziwe próby ucieczki i jeszcze bardziej, gdy niespiesznym, ale zdecydoanym ruchem ściągnęły ją w dół, głębiej na jego palce.

                            • Tak, powinnaś. - Słowa zdawały się rzeczowe, ale głos wciąż kusił. - To byłaby klasyczna symetria… ale to mrzonka, że układy, nawet związki, są w pełni symetryczne. Zawsze są jakieś różnice. Jakieś… extra dla jednego, innego dla drugiego. Wyobraź sobie w praktyce to extra które tobie teraz oferuję… - dalej kusił, mrucząc teraz przyjemnie na ucho odchylonej w tył głowy, bo wciąż twardo trzymał ją, nie pozwalają w żaden sposób, nawet udawany, uciec.
                            • Ja muszę cię za każdym razem zdobywać. Przekonać. Ugłaskać. Rozgrzać, a i tak zawsze możesz stwierdzić, że się nie czujesz… a ja byłbym na każde. Twoje. Zawołanie. I nie ma że kręcę nosem, bo będę wiedział co mi z tego przysługuje. Wyobraź sobie, że mam się z tą baronetką widzieć… ale stwierdzasz, że nie podoba ci się aby miała zbyt dużo zabawy, więc przyjmujesz zwycięską postawę… wznosisz dłoń… pstrykasz palcami… a godzinę później wychodzę do niej już spóźniony i wymęczony.
                            • Och, jaki ty biedny... - zaironizowała, gdy drżały jej nogi, a oddech się urywał - To nie ja... - nabrała głębszego wdechu, chcąc go uspokoić - ...nie ja... jestem łowcą w tym... - mimo prób wydała z siebie ciche jęknięcie nim zakończyła zdanie - związku...
                            • Więc tym bardziej, ta wymiana reguł, nie powinna ci doskwierać, prawda? - zapytał, wzmagając wysiłek, by więcej tych cudownych dźwięków wydobyć - Oraz… oj nie. Ja definitywnie nie “biedny”. Taka wspaniałość rzeczywiście dobrych układów… wszyscy są… usatysfakcjonowani…

                            I wydobywał ich coraz więcej i więcej, a opór całkowicie zanikł.

                            • Rano... muszę grupę prowadzić... - wydyszała między tłumionymi jękami - Nie mów innym... o nas...

                            Khal uśmiechnął się dziko na tę prośbę.

                            • Hmmm… Ostro się targujesz. Dwa extra za moje jedno? Niech stracę. Akceptuję twoje warunki…
                              Viktor kiwnął głową a wpół sam sobie, gdy pomiędzy wyduszonymi jęknięciami nie usłyszał krzty protestu.
                            • A w nagrodę, za bycie tak grzeczną dziewczynką… - nie dokończył.
                              Nie musiał, bo Kaylie poczuła i gwałtownie złapała się go, aż to on poczuł jej paznokcie w swojej skórze…

                            Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie, a on przeżywał przecudowne deja vu, gdy po raz drugi, tego wieczoru, podziwiając niemal identyczną scenę. Dawał jej czas odpocząć i sam sobie też. To była… wymagająca pozycja, choć nie aż tak jak ciekawa.

                            Kaylie cieszyła się z tej chwili ciszy i spokoju. Lekko głaskała linie tatuażu Khala jakie widziała, drażniąc jego skórę delikatnym jej łaskotaniem. Pogłaskała też własny bok i podbrzusze.

                            • Czy to się stało naprawdę? - zapytała patrząc na swoją kobiecość z wyrazem zdziwienia - Czy ja naprawdę to zrobiłam? - położyła dłonie na czole oddychając ciężko.

                            • Cóż… - zaczął Khal poważnie, chichot szybko pozbawił go tej aury - bardziej bym powiedział, że JA to zrobiłem.
                              Podźwignął się, a bezczelnym uśmieszkiem, nachylił i ucałował ją w czoło, nim nie zwalił się z powrotem na swoje miejsce.

                            • Choć nie dam głowy, że rzeczywiście masz na myśli to co mi się wydaje, że masz na myśli.
                              Dodał, opierając się wygodnie na poduszkach.

                            Kaylie wciąż patrzyła w jakimś zdziwieniu w sufit bez myśli głaszcząc swoje podbrzusze kulistym ruchem.

                            • Po prostu... ci się znowu oddałam. Tak z własnej woli. To... - pokręciła głową do siebie - Nigdy, żaden Cheliaxianin... Nigdy tak.

                            Położyła się na boku by patrzeć na twarz Khala.

                            • Ostatni Cheliaxianin jaki mnie posiadł... - uśmiechnęła się okrutnie - Stracił swoją męską dumę.

                            Khal spuścił z siebie powietrze, chowając wyrosły na twarzy grymas zimnego gniewu. Rozumiał dobrze implikacje tego co powiedziała, ale to implikacje tych implikacji… budziły w nim znacznie agresywniejsze żądze.

                            • Nyer? - zapytał chłodno, z jakimś mrocznym akcentem w spojrzeniu.
                              Galtianka położyła policzek na dłoniach leżących płasko na ziemi i sama będąc na brzuchu trzymała nogi w powietrzu.
                            • Jakie to ma dla ciebie teraz znaczenie? - zapytała zaciekawiona co Khal powie, ale on się nie spieszył.
                              Oparł się na łokciu i wyciągnął dłoń, by samymi opuszkami palców sunąć powoli wzdłuż jej blizn, teraz klarownie prezentowanych.
                            • I to… też on?
                            • Nie wierzę, że to powiem, ale... I tak, i nie. Był zimnym draniem, niemniej nie jego nakarmiłam jego własnymi jajami, a i też nie on mi razy wymierzał. Od tego miał innych. - uśmiechnęła się krzywo - Powinieneś wiedzieć. Musiałeś mieć ludzi do karania twoich niewolników za ciebie.
                            • Nie o mnie teraz... O ilu ludziach tutaj mówimy? “Nakarmiony”, rozumiem, już nie żyje i to mnie umiarkowanie satysfakcjonuje… ale kary wynikały z decyzji denata, Nyera, czy jeszcze kogoś innego?

                            Kaylie lekko uniosła się by wesprzeć brodę na złożonych dłoniach.

                            • Powiedz mi... - odezwała się lekko, patrząc łagodnie na Khala - Ile tak naprawdę wiesz o niewolnikach w Cheliax? Ile wiesz o Nyerze? Miałeś swoje własności.
                            • Kaylie… Miałaś jakieś osiem lat, gdy ja przekraczałem granicę Cheliax i od tego momentu koegzystowałem z niewolnikami. Nie wiem wszystkiego o niewolnictwie, bo to nigdy nie był mój obszar szczególnych zainteresowań i obracałem się w konkretnych kręgach, ale wiem dość. Rozumiem, że jak niewolnik trafi na złego właściciela… to czeka go swoiste piekło. Jednak wiem jako fakt, że bardzo wielu możnych było bardziej jak ja. Przez piętnaście lat mojego posiadania niewolników tylko raz musiałem jednego ukarać. Zrobiłem to osobiście i nienawidziłem każdego jednego uderzenia. To była moja ostatnia z wielu prób, aby zrozumiał, że pomimo mojej łagodności nie dam sobie wejść na głowę. O Nyerze wiem ile potrzebowałem aby mu doradzać. To jest przyjaciel Loży, a nie mój. Na oczy widziałem go koło siedmiu razy… i to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Choćby to co ci się stało było nieuniknioną codziennością każdego jednego niewolnika na powierzchni Golarionu… - wzruszył ramionami, również po to by kupić sobie czas, nie będąc pewnym jak zwerbalizować emocję.
                            • Oni nie są tobą. I to wszystko zmienia.
                            • Khal... - pokręciła głową - Chcę po prostu wiedzieć ile tak naprawdę wiesz o całym procesie bycia niewolnikiem. Ale... założę, że muszę ci wyłożyć wszystko by wytłumaczyć co się stało. Masz zastrzeżenia?
                              Khal zastanowił się chwilę. Wiedział jak to technicznie wygląda, ale…
                            • Teoria może mijać się z praktyką. Opowiedz.

                            Kaylie usiadła przed Khalem na początku milcząc, gdy próbowała złożyć słowa.

                            • Kiedy stajesz się niewolnikiem tracisz własność nad swoją osobą. Najczęściej po prostu jesteś sprzedawany komuś, rzadziej ten co cię pochwycił zostaje twoim właścicielem. - patrzyła w ziemię - Popełniłam błąd... Grupa najemnicza do jakiej należałam została zatrudniona do przetransportowania niewolników w Cheliax. Były to osoby z pogranicz jakie zostały pochwycone siłą, więc nawet jeszcze nie zostały oznaczone, ale według prawa już należały. - spojrzała na leżący nieopodal swój miecz.

                            • Przeciwko zdaniu Rhaasta chciałam być lepsza, altruistyczna... w trakcie drogi uwolniłam niewolników, pozwoliłam im uciec, gdy była okazja. Inni najemnicy nie byli zadowoleni. - zamknęła oczy - Na nic błagania i próby przemówienia do ich sumienia. Postanowili zmniejszyć straty...
                              Zamilkła zbierając myśli.

                            • Nyer był tym zleceniodawcą i właścicielem niewolników jakich wypuściłam. Moi niedawni kompani oddali mnie mając nadzieję na darowanie im strat, choć raczej liczyli na więcej niż jedynie trzech słabych niewolników. Irvys Nyer od łaski wycenił mnie tylko na tyle, chyba tylko z powodu mojej magicznej edukacji. Więcej nie mogli ugrać. - zamknęła oczy.

                            • Nyer pobocznie zajmuje się prawem handlowym, ale jego głównym zajęciem jest handel żywym towarem. Nie jest per se okrutny... ale posiadanych niewolników traktuje po prostu jak zwykłą rzecz. Nie obchodzi go ich samopoczucie czy to fizyczne, czy psychiczne. Na początku... - wzięła głęboki oddech - Przechodziłam "inspekcję towaru", jak to raczej każdy w różnym stopniu będzie musiał przejść. Rozebrali mnie do naga i sprawdzali każdy element mojego ciała... a Nyer zapisywał wszystkie obliczenia. To był bardzo zimny i bezuczuciowy proces, jakby oceniali czy sprzedano im nie wadliwy produkt. - zakryła oczy - Moja magia była skrępowana poprzez antymagiczną obrożę, Ale miało się okazać, że to było niczym...

                            Kaylie spojrzała na Khala, sprawdzając czy on chce coś powiedzieć, ale on tylko siedział naprzeciw niej i patrzył. Nie poganiał spojrzeniem, ani gestem ani słowem, choć czuć było w nim napięcie, a wyraz twarzy miał kamienny. Kiwał tylko głową od czasu do czasu, jakby potwierdzając, że zrozumiał.

                            • Właściciele chcą złamać niewolnika by ani myślał o sprzeciwie czy ucieczce. Fizycznie czy psychicznie... - dotknęła jednej z blizn na boku - Mało który właściciel chce nieułożonego, więc się po prostu nie sprzedają dobrze, a zwroty zazwyczaj są ze zniżką dla sprzedającego. Nie tylko sprzedający chce ułożyć, ale także posiadający. - smutek w jej oczach był widoczny - Opierałam się. Bardzo długo walczyłam, ale... inni niewolni w końcu mi przetłumaczyli jaki to bezsens. Ja już miałam dość bólu, grozili mi burdelem... - łzy na chwilę się pojawiły

                            • A później... minęło pół roku i moi dawni kompani przestali mieć chęć oddawać mu kasę. - ręce zaczęły się jej trząść - Na nic błagania Nyera... Zupełnie go to wszystko nie obchodziło. Nigdy mi nie powiedział, że zmienia zdanie. Przez tydzień czekałam przerażona w tej cholernej celi... - łzy popłynęły - Ledwo co spałam... Tylko histerycznie płakałam... widziałam jednego... nie był w stanie chodzić normalnie, ruszać rękoma jak trzeba, poddał się ostatecznie. Mówili, że niezależnie co będę mówiła i tak będzie trwało minimum kilka godzin. Śniłam jak będą mi wyłamywać palce, wbijać igły pod paznokcie, łamać kołem i przypalać. I... i... - zaczęła dyszeć ze stresu.

                            • Ćśśś… wyobrażam sobie.
                              Khal zbliżył się ostrożnie, wstając na kolano. Nachylił i przytulił ją mocno.

                            • Nie mogę wyrazić jak mi przykro, że musiałaś to przejść, ale jesteś teraz bezpieczna i nigdy nie będziesz już w takiej sytuacji.
                              Khal odczekał aż poczuł, że drżenie ustąpiło i oddech się uspokoił, po czym cofnął się i usiadł, czekając czy Kaylie chce opowiedzieć dalej historię… był tylko odrobinkę bliżej niż wcześniej… i wciąż trzymał jej dłoń.

                            Kaylie odwzajemniła uścisk dłoni.

                            • Przez cały tydzień straciłam wszystkie łzy. W tej sekundzie poddałam się. Widziałam, że cokolwiek mnie czeka zniszczy mnie fizycznie i mentalnie. Opowiadali mi historie o doświadczeniach torturowanych ludzi, o samobójstwach. Mówili jakie to wszystko bez sensu i nieważne czy chcesz powiedzieć prawdę czy nie... i tak cię umęczą. To bardziej przeciw właścicielowi niż tobie. W ten sposób chcą zadać cios twojej wartości. - westchnęła - Jednak kiedy nadszedł czas okazało się, że nie zostanie wykonana ta procedura. Czułam jakbym umarła ze stresu. Rozryczałam się histerycznie i prawie lizałam buty Nyera gdy mnie prowadził przez sąd. - zakryła oczy.

                            • Dopiero kiedy mój umysł zaczął działać znowu to poczęłam widzieć drogę. Od tej pory byłam wzorowym niewolnikiem, robiłam co tylko ode mnie chciano nawet jeżeli miałam później noc przepłakać. Nyer, a raczej jego ludzie, mnie uważnie obserwowali. Czasem zastawiono na mnie pułapki. Dawano nadzieję na ucieczkę czekając na mój fałszywy ruch. To było naprawdę ciężkie odrzucić każdą okazję, bo nie wiedziałam jaka jest prawdziwa, a jaka to tylko podpucha.

                            • Nie stawiałam się, kiedy jakiś jego znajomy dostał okazję na noc z Galtianką. - mocniej ścisnęła rękę mężczyzny - Tylko raz płakałam, co sprawiło, że ten Cheliaxianin niekomfortowo się poczuł i mnie poniechał. Nyer nakazał mi uspokoić się przy następnych. Od tego momentu zaczęłam połykać swoje własne łzy i przybierać fałszywy uśmiech. Nie jestem w stanie powiedzieć ilu z twoich znajomych mnie miało.

                            • A Nyer... - spojrzała z bólem - Nie powiem, że nigdy nie zostałam wezwana do jego sypialni. Nie byłam jedyna, nie miał czasu na prawdziwe związki. Zależało mu tylko na przyjemności dla siebie. Po zakończeniu swojej powinności kłaniałam mu się w pas dziękując za... nie wiem za co nawet i wychodziłam by mu nie przeszkadzać. Był zimny i bezemocjonalny, ale nie robił mi krzywdy. - zabrzmiało to bardzo dziwnie w ustach arkanistki, jakby tak naprawdę nie rozumiała krzywdy - Czasem nawet pozwalał mi zostać w swoim łóżku na noc i dwa razy dał mi resztki swojego śniadania.
                              Uśmiech jaki pojawił się na jej ustach był niepokojąco prawdziwy w jej mniemaniu.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #77

                              Khal słuchał, zmuszając się aby powstrzymać wszelkie grymasy chcące mu wypełznąć na twarz. Z jednej strony chciał zakrzyknąć w proteście na pomysł, że to nie była krzywda… z drugiej… wiedział zbyt dobrze w jak parszywym świecie żyją i, że mogło być znacznie gorzej. Wielu by stwierdziło, że miała lekko. Im by Khal zaprzeczył i wyszłaby z tego zażarta dyskusja.

                              • Może powinienem to pominąć, ale… czuję, że może wcale nie. Tak naprawdę to nie wiem co tu powiedzieć, więc proszę… jeśli to nie jest to, to nie miej mi tego za złe… rozumiesz, że traktowanie “źle, ale nie najgorzej”, wcale nie oznacza traktowania “dobrze” i “nie robienia krzywdy”, prawda?
                                Kaylie spojrzała zaskoczona.

                              • On naprawdę nie robił mi krzywdy. Odkąd zaczęłam być posłuszna przestał kazać mnie karać, nie był agresywny podczas stosunku, nie poniżał mnie, czasami oferował te małe "luksusy".

                              • Kaylie, Kruszyno… godzinę temu mówiłaś, że nadużywałem władzy gdy moje pracownice pchały mi się pod biurko. Gdy Livia przyszła do mnie pierwszy raz odesłałem ją, bo wyczułem cień szansy, że robi to ona z “powinności”, a nie “chęci”. Jak już spędzała ze mną noc to zawsze zostawała do rana. I na każdy jeden raz gdy ja jej PROPONOWAŁEM noc u mnie, trzy razy ona sama wychodziła z inicjatywą, w takiej czy innej formie. I wszyscy moi niewolnicy jedli na tyle dobrze, że poczuli by się obrażeni gdybym im zaproponował moje resztki… I choć byłem w mniejszości, to w Egorianie wcale nie byłem wyjątkiem… pomyśl o tym wszystkim, bardzo cię proszę.... Nie wiem kiedy, ale poruszę znowu ten temat, ale teraz… chciałbym usłyszeć resztę historii. Jeśli czujesz się by ją opowiedzieć.

                              • Dobrze... Ale wiedz, że jesteś w błędzie. - mruknęła nie zgadzając się z jego słowami i wróciła do opowieści.

                              • Nyer miał niestety jeszcze jednego znajomego z jakim znajomość była bardzo ważna politycznie. Chociaż dobrze wiedział, że ta osoba czyni mi krzywdę za każdym razem to nigdy mu nie zabraniał skorzystać ze mnie. - zacisnęła pięści ze wściekłości - Pełen kompleksów, nienawiści do swojego nieudanego życia i szukający rozładowania się na kimś... nic nie warta któraś z kolei popłuczyna swojego rodu. Dray Thrune.

                              Kaylie prawie wypluła to miano jednego z nieistotnych kuzynów domu Thrune. Diablo głodny władzy jakiej nie mógł wyrwać przy swoich krewnych. Jego zaletą była umiejętność zdobywania istotnych znajomości na jakich budował swoje znaczenie.

                              • Odkąd tylko dowiedział się skąd jestem skupił się na robieniu mi krzywdy za swoje krzywdy... przynajmniej to co za nie postrzegał. Czerpał obrzydliwą radość z poniżania mnie i patrzenia jak przy nim się płaszczę. Nie było możliwości ugłaskania go. Każda noc była okrutną mieszanką wymuszonych czynów i cierpienia. - łzy i wściekłość kumulowały się w głosie Kaylie - Przy nim nawet nie byłam w stanie udawać chęci, a nawet tak bardziej go to bawiło.

                              • Chciałam uciec, ale musiałam czekać... aż w końcu Nyer opuścił gardę i wyjechał biznesowo pozostawiając mnie z mniejszą strażą. - uśmiechnęła się okrutnie - Udało mi się odnaleźć swój miecz i uwolnić się z okowów... ale to był tylko początek. - zaczęła śmiać się maniakalnie.

                              • Dray nie widział zagrożenia, gdy pojawiłam się w jego żałosnej kancelarii jako "prezent" od Nyera. Do dziś pamiętam jego głupią gębę, jak wciskam mu w gardło jego własne jaja! Pamiętam jego błagania! Widzę krew Thrune spływającą po papierach akt jakie spadły z biurka!
                                Oczy Kaylie nabrały szalonej iskry, gdy opisywała masakrę.

                              • Zostawiłam go konającego trzymającego w połowie odciętą męskość w ręce!
                                Śmiech Galtianki zalał namiot.

                              Khal kilka chwil po prostu patrzył, dopiero pojmująć głębię tej rany którą w sobie nosiła… i nagle pożałował, że posłuchał swoich odruchów i jego namiot nie był gdzieś dalej na uboczu…

                              • Kaylie, ćśśś… nie jesteśmy… - przerwał gdy potwierdził co przypuszczał. Wcale go nie słuchała. Zatkanie ust dłonią wydawało się zbyt agresywnie…
                                To była prawda. Ona nie słuchała.

                              • Ciekawe co zrobili inni jak zobaczyli go z figurką Asmodeusza wepchniętą w dupę! - ponownie zaczęła histerycznie się śmiać, ale tym razem szybko został zduszony, gdy Khal wyrwał w przód, chwytając ją za potylicę i przycisnął swoje usta do jej. Stłamszony śmiech szybko zamarł, a Khal wycofał się, z pewną dozą niepewności. W tej chwili zupełnie nie był pewny reakcji.
                                Kaylie tylko patrzyła jakby sama nie widząc co teraz zrobić. Patrzyła z pytaniem na mężczyznę najwyraźniej oczekując jakiś reakcji od niego, jak jej sama pierwsza nie chciała dać i Khalowi to odpowiadało. Alternatywy, które rozgrywał w głowie, były w większości zauważalnie gorsze.

                              • Wybacz - przeprosił, ale uśmiechał się ciepło, a w głosie nie miał śladu skruchy - Rozumiem te emocje, ale nie jesteśmy tu sami. Czy myślisz, że dałabyś radę przełożyć, tak ekspresyjne wyrażanie ich, na trochę bardziej odpowiadający moment? - zapytał bez nacisku, ani śladu pretensji w głosie.
                                Kobieta niechętnie pokiwała głową zgadzając się na warunki.

                              • Dziękuję. Wiem, że się powtarzam, ale przykro mi, że musiałas przez to przejść i jakbyś go nie zabiła, to dopisałbym jego imię do swojej listy. Cieszę się, że nie zszedł łagodnie z tego świata. Nyer mieszkał, jeśli dobrze pamiętam, w Westcrown, choć nie jestem pewny… jak udało ci się uciec? To nie mogło być zwykłe szczęście… Jakby każdy niewolnik mógł zabić swego właściciela i rzeczywiście liczyć, że ucieknie do swojego “długo i szczęśliwie” to Cheliax by tak nie wyglądało…

                              • Dray nie był moim właścicielem, a Nyer w tym czasie nie był na miejscu tylko w podróży.

                              • Fakt, źle to ująłem - przyznał Khal, drapiąc się po skroni, nieco zażenowany tak rażącym błędem - Rdzeń pytania zostaje ten sam…

                              • Odkąd uniknęłam tortur zaczęłam budować maskę posłuszeństwa. Dopiero po dwóch latach od zniewolenia nastał moment w jakim podjęłam ryzyko... Wtedy już dostawałam pozwolenie samej wyjść na miasto robić sprawunki na rozkaz. - okryła się kołdrą niczym dziecko - To był długi proces planowania, cierpliwości i gry. Wiele razy miałam dość... czemu próbować? Lepiej się poddać i błagać o większy posiłek... - patrzyła w ziemię - Ale wtedy przypominałam sobie, że choć jednej osobie na tyle zależało, aby pomóc mi oszczędzić cierpień. I tej myśli się trzymałam... że ciągle jest po co walczyć... choć tylko by wysiłek przeszukiwania ksiąg prawnych nie był na darmo.

                              Khal przymknął oczy i przyłożył dwa palce do skroni, mrucząc pod nosem…

                              • Jakieś osiem lat temu doradzałem Nyerowi… siedem? Plus dwa lata… wtedy… to były moje trzy lata gdy pracowałem nad sprawą ”Malforien przeciw Ardovale”... gdzieś początek jej drugiej połowy… chyba słyszałem coś o mordzie jakiegoś Thrune… jeśli teraz sobie nie dopowiadam. Nie przyłożyłem wielkiej wagi do tego… jeśli to ta sama historia… to musieli rzeczywiście być zawstydzeni i chcieć zamieść sprawę pod dywan, albo załatwić ją cicho. Inaczej znacznie większą famę byś zyskała… niezależnie czy jedno, czy drugie… na pewno znacznie ci ułatwiło.
                                Odkaszlnął, przerywając swój ciąg myślowy… z początku chciał tylko pozycjonować te wydarzenia gdzieś w swojej własnej chronologii.

                              • Wydaje ci się, że jesteś już wolna od tych wydarzeń? Czy wciąż się one za tobą ciągną?
                                Zapytał, choć znał odpowiedź… ale chodziło mu bardziej o zrozumienie jej perspektywy.
                                Zdziwienie malowało się na twarzy arkanistki, a zaraz zmieniło się w ironiczne rozbawienie.

                              • A czy ty uwolniłeś się od wspomnień śmierci swojej matki? Czy nigdy już o tym nie myślisz, jesteś wolny? Och, Khal. Znasz odpowiedź. To ciągle we mnie siedzi... Miesza się z poniżeniami i traumami z Galt, ale jest.
                                Wychyliła się ku mężczyźnie.

                              • Nie zawsze to widzę w snach... ale... Jest. Ciało pamięta. Umysł pamięta. - zakryła się szczelniej rozerwanym posłaniem jakie wciąż nosiło na sobie zapachy ich stosunku - Ale... pewne sytuacje przypominają... I bolą, a inne... Wzbudzają agresję. Pamiętasz.

                              • A wiesz co Rhaast powiedział jak go odzyskałam? - uśmiechnęła się zbyt szeroko, z wilgocią skrytą w oczach - Wiesz?
                                Khal wychylił się i jego dłoń z pod połę śpiworów, odnajdując jej nadgarstek. Wyobrażał sobie możliwości… najpewniej coś o byciu winną samej sobie… ale nie zamierzał mówić tego na głos.

                              • Nie - pokręcił głową, z troską w oczach.

                              • Był na mnie zły. - położyła drugą dłoń na jego dłoni - Że tyle to trwało. Powiedziałam mu co się działo, co przeżywałam... - głos jej się załamał - Powiedział, że to kara za nie słuchanie go. I dobrze, że tak się stało, lekcja dla mnie jaką zapamiętam na życie...
                                Ostatnie słowa wypowiadała przez łzy.

                              Khal ścisnął nieco mocniej dłoń na jej nadgarstku.

                              • Próbowałaś być lepsza niż plugawy świat w którym żyjemy. Myślałaś, że twoi towarzysze też są od niego lepsi. Coś co ja bym zrobił w Cheliax, gdybym miał dość ku temu odwagi… ale świat, tak samo jak wielu ludzi, bardzo źle znosi gdy własnym kontrastem wytyka się mu jego własną niedoskonałość. Nie ważne jak bardzo bym chciał… nie mogę się cofnąć do siedemset osiemnastego i urządzić małych Karmazynowych Łowów, ani zwyczajnie cię wykupić od niego, ale jeśli mi pozwolisz… chciałbym od teraz być przy tobie i pomóc ci nieść ten ból.

                              • Wedle prawa Cheliax ciągle jestem jego niewolnikiem... - zamknęła oczy - Zbiegłym mordercą.

                              • I to powinno mieć dla nas jakie znaczenie?

                              • Jeżeli pojawię się w Cheliax i odkryją moje imię i twarz...

                              • Iii… masz tam jakieś pilne interesy, wymagające twojej obecności?

                              • Ty chciałeś tam wrócić! Ja... - westchnęła - Chcę iść za tobą...

                              • Więęęc… oczywistym staje się, że tam NIE wrócę. Bah… tak naprawdę to, opuszczając Zachodnie Wybrzeże, przyjmowałem możliwość, że nie zobaczę go więcej. To co teraz robimy już wtedy było dla mnie ważniejsze niż kariera w Loży i ma lepsze perspektywy rozwojowe… A skoro ty się jeszcze pojawiłaś… to już przesądza temat.

                              • Nie możesz porzucić wszystkiego, co zdobyłeś, twoja kariera, majątek, wpływy! Mogę nawet pracować dla ciebie! - Kaylie wyraźnie była w stanie ostatecznie zdradzić Galt.

                              • Kaylie, Kruszyno… - Khal odnalazł jej drugą dłoń i trzymał teraz obie. - Podjąłem już decyzję. Nie masz na nią wpływu. Moja najbliższa przyszłość, a mówię tu prawdopodobnie o nie mniej niż dekadzie lub dwóch, jest w Evercrest. Z tobą. Jeśli chcesz ze mną pracować, to będę się tylko cieszył, że więcej czasu z tobą spędzę…

                              • Ale co tu cię czeka? To wieś przy innych opcjach... Tu o krowę są sprawy. - zniżyła głos - Będziesz ogarnięty żalem i niespełnieniem jak skończy się aktualne zamieszanie...

                              • “Aktualne zamieszanie” nigdy się nie kończy. Tylko zmienia formę, albo płynnie przechodzi w kolejne. Dobrowolnie przyjąłem rolę arcykapłana Kozła Ofiarnego. Jak to się uda, czeka mnie kampania aby zmodernizować lokalne prawo, bo to, że ktoś taki jak Crawcolt czy Yasperhyde wciąż marnują tlen, jest świadectwem jego niekompetencji. Będą oponenci. Będą przeszkody. Będą walki i zamachy. Intryga na intrydze. I stu żywotów by mi nie starczyło aby cokolwiek zmienić w Cheliax, ale tutaj? Tutaj mogę zrobić różnicę, podczas gdy w Cheliax byłem gloryfikowanym trybikiem. Miałem bogactwo, lokalną sławę, wpływy a ponicze z dworów kłaniali mi się w pas, ale z każdym awansem coraz… więcej oczekiwań musiałem spełniać. Chcesz wiedzieć w jaki sposób wszedłem w posiadanie Christiana? Mojego pierwszego niewolnika?

                              • Tutaj jest mała społeczność i mało do wygrania... - stwierdziła smutno - Powinni cię znać na salonach metropolii, nie w zapyziałych dziurach. Jesteś powyżej tego. - mimo słów porzuciła już próby przekonania mężczyzny, więc po prostu wypowiada je ze smutkiem.

                              • Kupiłeś go? Czy może był prezentem? Oddał Ci się w niewolę zamiast opłaty sądowej? - zapytała z prawdziwą ciekawością.

                              • Dostałem go po mojej pierwszej, dużej, wygranej sprawie od mistrzyni Morgwyn. Mojej mentorki. To nigdy nie zostało powiedziane wprost, ale było… oczekiwanie. Wtedy uwierzyłem, a dziś wiem… że gdybym odmówił to moja kariera stanęła by w miejscu. Wiesz jak ludzie, co mają swoje rodziny, opowiadają o ciotkach na zjazdach pytających “kiedy spodziewasz się mieć dzieci”, co nie? No to w Cheliax, od pewnego poziomu, pyta się ludzi czemu mam tylko jednego, trzech czy pięciu niewolników… “bo przecież powinienem mieć już z pięć razy więcej” mimo, że ta piątka wystarczyła mi aż nadto. Podobnie, choć z innych powodów, nie mogłem sobie pozwolić aby oswobodzić wszystkich moich niewolników gdy opuszczałem Cheliax. Jak dałem wolność Livii sprowokowałem tylko nieco pobłażliwe uśmiechy… że się sentymentalny zrobiłem. Jakbym puścił ich wszystkich… to byłoby potraktowane jako proklamacja polityczna, a są narzędzia którymi mogliby moje wyzwolenie cofnąć. Tu mogę zostać arcykapłanem religii i jednocześnie stanąć na miejscu Blackfyre’a, po drodze stając się szarą eminencją całego królestwa… plus Cheliax nie dawało mi żadnej nadziei aby wydłużyć moją krótką egzystencję. Evercrest tak. Ja nie zostałem tu zesłany pod przymusem. Jestem tutaj specyficznie z powodu moich ambicji.
                                Kaylie nie wyglądała na przekonaną jego pomysłem, ale nie opierała się. Oparła głowę o pierś Khala.

                              • Nyer miał kolekcję niewolników i mógł wymieniać w każdej chwili jako sprzedawca. Zanim jakiegoś uznał jako "nie na sprzedaż" mijał czas. Zależało od sytuacji, choć on lubił swoje własności odpowiednio złamane i wykonujące każdy rozkaz bez mrugnięcia okiem. Ze względu na swoją pracę... wiedział jak łamać innych nawet nie kiwnąwszy samemu palcem. - im dłużej mówiła, tym ciszej.

                              • Ja z moimi… rozmawiałem. Dawałem im prawa w moim domu, które szanowałem i za to oni szanowali mnie. “Proszę”, “dziękuję”, “czy mógłbyś”... Za wyznacznik, do którego powinienem dążyć, wziąłem jak możni w Andoranie traktowali swoją wolną służbę. Skoro okoliczności oczekiwały ode mnie posiadania niewolników, to chciałem mieć z nimi taką relację. Przy czym, ja też specyficznie wybrałem sobie takich, przy których było to, w ogóle, możliwe. Wiem, że potrzeba konkretnej mentalności, aby móc się pogodzić z losem niewolnika, niezależnie od tego czyją własnością się jest.

                              Kaylie uniosła głowę by patrzeć na górującego nad nią Khala w jakiego się wtulała.

                              • A wyobraź sobie sytuację, że nie znamy się i jestem winna tobie szkody finansowej. Może też wizerunkowej. Przekonują cię byś odebrał straty moją wolnością. Jaki byś był dla kogoś usilnie opierającego się miesiącami?

                              • Miałem… nieco zbliżoną historię. Ruk trafił do mnie w wyniku pewnej pomyłki moich znajomych z Loży, ale został. Ruk nie został przeze mnie wybrany. Nie miał tej konkretnej mentalności i rzeczywiście się opierał. A gdy ja mówiłem “czy mógłbyś” on słyszał “nie musisz, jeśli nie chcesz”. W “dziękuję” słyszał słabość. I chciał ją wykorzystać. On sam, jak mi potem mówił, nie wiedział jaki ma plan. Stosowałem metodę “eskalacji reakcji”. Najpierw z nim rozmawiałem. Tłumaczyłem mu. Nie zadziałało. Potem podniosłem głos. Nie zadziałało. Potem groziłem, że go odsprzedam na targ. Nie zadziałało. Potem zabrałem go aby obejrzał jak wygląda żywot innych niewolników, aby zobaczył jaka jest jego alternatywa. Nie uwierzył, że go odsprzedam. Brzmi mało wiarygodnie, ale kondensuję tutaj jakieś trzy miesiące interakcji w kilka zdań… To wtedy był pierwszy i jedyny raz gdy wymierzyłem niewolnikowi karę. Na tyle surową aby zrozumiał i uwierzył… Nie miałem z nim wiele więcej problemów i wierzę, że odnalazł swoje… może nie “szczęście”, ale swój spokój. Moi niewolnicy mieli swoje prawa i czas wolny. Mieli miejsce na osobisty rozwój i poszukiwanie satysfakcji…

                              • “Ale on mi nie był winny pieniędzy” mówisz? - zapytał dalej Khal - Ty byłaś wyceniona na trzech niewolników. Założę się, że drużynę, z którą pracowałaś, obciążono całą resztą, prawda? Czy może Nyer zapomniał jak działa ekonomia i wydawało mu się, że z ciebie wyciągnie dość wartości jeszcze za czterech kolejnych?

                              • O to była sprawa, bo po opłaceniu jeszcze dwóch z własnej kasy nie chcieli już za więcej zwracać. - zamknęła oczy w przyjemności przytulenia.

                              • Ale wciąż twierdzę, że okłamujesz sam siebie. Te kobiety naprawdę były tobą zainteresowane, bo byłeś ich szefem, a do tego bardzo ważnym. Mogłeś wybić w górę lub zniszczyć ich kariery. A niewolne... mają jeszcze mniej prawdziwych opcji niezależnie od tego jak sobie to wyobrażasz.

                              • Tak, były mną zainteresowane, bo byłem szefem kancelarii, bo byłem ważny, bo byłem potężny… ze świecą szukać kobiet których to nie pociąga i wiem, że jako żebrak na ulicy nie miałbym mojej rotacji… było też wiele innych powodów, ale nie są teraz ważne. Wyobraź sobie sytuację… trzy młode kobiety. Charlotte, która uczy rachować dzieci średnio-bogackich. Imponuje jej mój status. Sypiam z nią. Lirithia, która pracuje dla mnie. Imponuje jej mój status. Sypiam z nią. I Caelista, która pracuje dla mnie. Imponuje jej mój status. Nie sypiam z nią, z takich czy innych powodów. Caelista, w kancelarii, jest traktowana przeze mnie lepiej niż Lirithia, bo jest bystrzejsza i jest dla mnie realną pomocą. To jest realny scenariusz, który się wydarzył. Co jest w nim problematycznego?

                              • Że z takim brakiem szacunku traktujesz te, jakim umyślnie pozwoliłeś wpaść w pułapkę błędnych wniosków jednocześnie starając się pozować jako niewinny niczego. - wprost powiedziała.

                              • Iii… w jaki sposób się to ma do tego, że dziewczyny były moimi podwładnymi? Bo to o czym mówisz to jest już zupełnie osobny zarzut. Jeśli mam się tłumaczyć z moich czynów wątpliwej moralności… po kolei proszę. Jest ich wiele i nie chciałbym aby któryś poczuł się po
                                minięty.

                              • To generuje niesprawiedliwą dynamikę siły jakiej chcąc nie chcąc musiały się podporządkować.

                              • I jak Caelista się ma do twojego twierdzenia?

                              • Nie spałeś z nią, więc mogłeś być mniej zainteresowany lub wymagałoby więcej wysiłku.

                              • Wszystkie trzy były pięknymi dziewczynami. Piękno jest atutem. Otwiera furtki, których żadne umiejętności nie otworzą. Proste fakty są takie, że Lirithia chciała ze mną sypiać, bo podniecał ją mój status i możliwości, a gdy z nią kończyłem nogi jej dygotały tak, że do łazienki dojść nie mogła. Może sobie myślała, że będzie tą jedną co mnie usidli, ale jeśli tak to wbrew moim szczerym zapewnieniom. Jednak była zwyczajnie przeciętna i, pomimo jej entuzjazmu, by mi pościele grzać, była traktowana adekwatnie. Caelista była prymuską i była dumna ze swego intelektu. Nie chciała, aby ktokolwiek, kiedykolwiek mógł powiedzieć, że jej osiągnięcia wynikają z rozłożenia nóg. I z całego serca to szanowałem. Dostała wszystkie okazje, które jej przysługiwały i doskonale je wykorzystała. Jest dziś szanowaną członkinią Czerwonej Loży i jestem z niej personalnie dumny. Z resztą… wyjaśnij mi… Co byłoby takiego złego w wykorzystaniu moich możliwości aby uczynić dla nich korzystnym prześciganie się, która pierwsza mi pasek rozepnie? Każdy system władzy zawsze czyni bardzo korzystnym działania w zgodzie z jego zasadami. Jeśli to jest akceptowane przez wszystkich w makroskali, to czemu w skali personalnej miałoby nie być?

                              • Rozumiem, że będziesz to dalej robił w nowej kancelarii? - zapytała tak naprawdę nie potrzebując odpowiedzi - Czemu po prostu nie odrzuciłeś takiej dziewczyny jak wtedy swojej niewolnicy? Czemu postanowiłeś z niej korzystać? By czuć się zwycięski? Musiało cię bardzo bawić jak ona poszła zmyć z siebie twoje... pamiątki... na drżących nogach. - ton Kaylie nie był pozytywny - Ta trzecia też tak kończyła?
                                Khal mrużył chwilę brwi.

                              • Zwykle brałem ją na ręce i niosłem, do łazienki, jak księżnikę. Uwielbiała to nie mniej niż ja.

                              • Skaczesz, Kruszyno, po tematach. Odpowiedz mi proszę na pytanie. Co byłoby złego w wykorzystaniu swojej władzy by uczynić korzystnym przyjęcie mojej adoracji, a niekorzystnym odmówienie.

                              • Wymusza na pracownikach dostosowywanie się do twoich życzeń nawet ze szkodą dla siebie. Poświęca się szacunek osobisty dla przyjemności szefa, a on i tak za darmową ulicznice cię będzie widział i traktował.

                              • W porządku… a gdybym wycofał regularne nagrody, zostawiając je tylko mojej decyzji, ale kary wciąż pozostały jak były… to byłoby lepiej? Nie może to być takie złe… one zawsze miały możliwość rezygnacji i szukania pracy w którejś z dziesiątek innych kancelarii.
                                Khal nie miał agresji w głosie. Pytał z pewną ciekawością, jakby sam szukał tu odpowiedzi.

                              • Rezygnacja? Z pracy w kancelarii Trzeciego Piòra Cheliax? - przewróciła oczami.

                              • Oj, dziewczę drogie… nie doceniasz jaki wyścig szczurów jest na tym poziomie. Regularnie zwalniałem ludzi i jeszcze częściej sami odchodzili nie mogąc znieść tempa które narzucałem. Rashen & Rashen tylko czekali na takich i z miejsca oferowali im pracę, bo wszyscy wiedzieli, że jeśli miałeś w ogóle okazję nie dać sobie u mnie rady, to znaczy, że już jesteś w ścisłej śmietance. Potem świetnie sobie radzili, te półtorej ligi niżej. Więc… czy jakbym odebrał regularność nagród w tym systemie… uczyniłoby go to uczciwym?

                              • Tak... o ile byś nie wykorzystywał i tak pracownic! - przetarła oczy - Uważasz, że im nie należało się lepsze traktowanie. Więc to samo ze mną, bo choć chcesz widzieć mnie jako kogoś ponad, to JA też czasem bez przywołania przychodziłam do Nyera czy jednego ze strażników zrobić mu jako materac. Bo chciałam coś uzyskać. - uważnie patrzyła na Khala, a on patrzył na nią z jakąś troską i zmartwieniem. Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło, nim znów nie spojrzał w jej oczy, ujmując w dłoń jej policzek.

                              • I jak się wtedy czułaś? - zapytał ze współczuciem i jakimś bólem, ale wierzył, że muszą przez to przejść.

                              Uścisk Kaylie się wzmocnił wraz ze spięciem mięśni, gdy Khal zadał pytanie.

                              • Ja... - wyłkała i pokręciła głową - To...
                                Nagle odepchnęła mężczyznę i zaczęła zbierać elementy rozrzuconej garderoby, które w jakimś przerażeniu, szoku czy wstydzie zaczęła na szybko na siebie wrzucać, a Khal próbował zrozumieć… bo mogło być kilka powodów takiej reakcji.
                              • To był błąd, mój błąd! Nie powinnam ci tego robić, nie zasługujesz na kogoś takiego. Wcale nie jestem taka jaką sobie wymarzyłeś!

                              Viktor był… cierpliwy. Patrzył. Czytał. Słuchał i czekał, gdy Kaylie naciągała na siebie bieliznę, gdy wkładała koszulę wybrał ten jeden krótki moment, gdy jej ręce były pół-skrępowane zbliżył się i bez słowa ja objął mocnym, ale nie agresywnym chwytem i przyciągnął do siebie.

                              • Ćśśś… już dobrze… - poczuł się spięła się w jego ramionach - jestem tutaj… możesz próbować mnie odtrącić z miliona różnych powodów, ale już ci nie pozwolę. Jesteś moja, pamiętasz? - pytał cichym, łagodnym tonem, wcale nie stosownym do wybuchu Kaylie.
                                Kaylie początkowo trwała sztywno i milczała by nagle zacząć się szarpać nie za mocno i łkać.
                              • Daj mi odejść, nie jesteśmy dla siebie, skrzywdzę cię, Fisuś miał rację!
                              • Ćśśś… to jest w porządku… wiem, że to zrobisz. I wiem, że i ja zrobię. Na to się zgodziliśmy, pamiętasz? - pytał, przeczesując jej włosy dłonią, tonem wciąż cichym i opiekuńczym. Zupełnie nie wzruszonym żadną szarpaniną, ani słowami, ani jej podniesionym głosem. - Nie chcę kawałka ciebie, nie chcę jakiejś wyidealizowanej wersji, nie chcę byś nikogo udawała. Chcę ciebie całą. Wszystko co dobre i wszystko co złe. Z całą twoją przeszłością, włącznie z tym co ci zrobiono i tym co sama robiłaś, z takich czy innych powodów. Dociera do tej ślicznej główki?
                                Szarpanie nie ustało.
                              • Jestem jak Lirithia w twoim spojrzeniu, dawałam się za przysługi, dawałam wielu! - zaczęła pięściami uderzać Khala w tors - Oddałam godność!
                              • I tym chcesz mnie odstraszyć? Nie chcę się tu chwalić, ale po najgorszej raszpli, jaką przeleciałem dla benefitów, to ja sobie język i podniebienie mydłem szorowałem i jestem pewny, że przynajmniej trzy wszy połknąłem… - skontrował, nie przejmując się uderzeniami. Wciąż ją obejmował, wciąż głaskał i wciąż pozostawał opiekuńczy, mimo obrzydliwości o jakich opowiadał. Jakby to nie było wcale nic wielkiego.
                              • Ciebie. Całą. Rozumiesz?

                              Kaylie płakała i czując, że nie ma siły się wyrwać spojrzała z bólem w oczach na Khala.

                              • Zostaw mnie...

                              W tym momencie mężczyzna poczuł zderzenie czoła kobiety z jego nosem. Gwiazdy bólu rozbłysły przed jego oczami mięśnie zwiotczały na krótki moment, ale warknął wściekle i opanował się, nim Kaylie zdołała się wyrwać. Nie miał wątpliwości, że gdyby nie wybrał wcześniej momentu i nie była wciąż wpół-skrępowana nie-do-końca założoną koszulką to by już uciekła. Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami i obnażonymi zębami, gdy adrenalina uderzyła w jego żyły, a krew spływająca po twarzy nie dodawała mu poczytalności. Syknął, kryjąc pod tym ból, emanujący z siłą, od jakiej jego wygodne życie go odzwyczaiło. Kobieta nie pomagała ciągle się szarpiąc.
                              Wziął dłuższy, świszczący wdech przez zęby i powoli spuścił powietrze, odsuwając stare instynkty z młodszych lat.

                              • Kaylie, proszę… przestań… - głos nagle był wręcz błagalny - Wystarczy.
                              • To mnie puść! - jęknęła dramatycznie - Bo cię znowu skrzywdzę! - wydusiła z wewnętrznym bólem.
                              • To nie ja cierpię a ty! I niczego nie chcę bardziej niż ci pomóc.

                              Chyba przygotowywała się by znowu uderzyć, nawet odgięła głowę do tyłu... i powstrzymała się. Zaczęła drżeć na całym ciele i płakać histerycznie...
                              I ciągle powtarzać "przepraszam", w kółko, raz za razem.

                              • Ćśśś… Nic się nie stało. - Jego chwyt złagodniał, gdy poczuł, że Kaylie już się nie wyrywała - Robiłaś co musiałaś by przetrwać. To nie świadczy kim jesteś, ani cię w żaden sposób nie plami.
                                Khal martwił się innymi obozującymi, trudno byłoby to wyjaśnić, ale… istniała pewna mała szansa, że śpiewy przy ognisku, ogólny hulaszczy nastrój i zapewne wiele par “zmagające się” w namiotach jakoś ich zagłuszą… problem na przyszły dzień.
                              • Jesteś moją perełką i żadna historia z twojej przeszłości tego nie zmieni.
                              • Nie różnię się... - łkała między słowami - Od tych co pogardzałeś... co były ci zabawkami...
                              • Różnisz się wszystkim… - odpowiedział bez zawahania i przyłożył sobie wreszcie rękaw jednej ze swoich koszul do nosa, bo krew już mu do pępka spływała a i Kaylie niemało poplamił.
                              • Byłam wykorzystywana do prostych prac, sprzątania, zakupów, prania... Uciechy dla niektórych gości i Nyera... - wysmyknęła się Khalowi by znaleźć ulgę w okryciu podartym posłaniem - Później pozwalał mi akta alfabetycznie układać... pod obserwacją...

                              Khal usiadł ciężko, wreszcie mogąc odpocząć po tej szarpaninie.
                              Wolną ręką stuknął się w jeden z tatuaży na lewej piersi i włożył w niego dwa palce, aby wyciągnąć zwój. Wymacał nos, obnażając zęby, by ból kontrolować i gdy potwierdził, że nie jest złamany, a przynajmniej, że nie wymaga nastawiania, wymruczał inkantację. Przestał krwawić. Wytarł twarz i tors na ile się dało i wstrząsnął ramionami “ubierając” prostą koszulę nocną.

                              • To było okropne jak cię używano.
                                Stwierdzenie było krótkie i samotne. Nie chciał jej poganiać. Miała mówić co sama chciała.
                              • Ale przynajmniej Nyer nigdy mnie nie skrzywdził... - powtórzyła uparcie patrząc na materiał jakim się opatuliła - Nigdy nie podniósł na mnie ręki. Nie przymuszał siłą...
                              • Kaylie… szukałaś siły gdziekolwiek się dało. To zrozumiałe… i bardzo się cieszę, że udało ci się ją wyskubać w tak niedostępnych miejscach… Jednak, z czasem, dla własnego dobra, będziesz musiała zaakceptować, że krzywda jest krzywdą i dokonanie jej czyimiś rękoma w żaden sposób nie zmazuje winy, a groźba użycia siły JEST przymusem siłą. Rozumiem, że tego nie widzisz i czeka nas wiele rozmów o tym, a będą to trudne rozmowy… będzie wiele łez, pewnie krzyków… będziesz na mnie zła i może nawet nie będziesz rozumiała czemu sprawiam ci ból… ale wierzę, że to jest potrzebne i na końcu tej trudnej drogi… będziesz przynajmniej ten krok bliżej do pogodzenia się z przeszłością.

                              Kaylie wysoko nakryła się śpiworem wcześniej ponownie zdejmując ubrania jakie odrzuciła na bok, woląc czuć chłód materiału na ciele.

                              • Przepraszam... - znowu powtórzyła z bólem.
                              • Kruszyno… za co ty mnie ciągle przepraszasz? Czym, uważasz, że mi zawiniłaś?
                                Domyślał się jaki może być powód, ale… nie był już pewny.
                              • Uderzyłam cię...
                              • Pierwszy użyłem przeciwko tobie siły. Robiąc to zdjąłem z siebie założenie nietykalności. Nie mam krztyny pretensji, naprawdę.
                              • A przecież tyle przyjemności mi dałeś dziś... - kontynuowała niezbyt nawiązując do słów Khala - Gdybym wstała też by mi nogi drżały jak tamtej dziewczynie... A ja tak ci się odpłaciłam...

                              Viktor westchnął powoli i przysunął się do Kaylie. Ujął oba jej policzki w dłonie by wznieść jej spojrzenie na swoje.

                              • Perełko, posłuchaj mnie… UWIELBIAŁEM każdą jedną chwilę sprawiania ci przyjemności i sam jej niemało też miałem. Nic mi się nie stało, a może to dla mnie dobre przypomnienie dlaczego preferuję nie używać siły w relacjach damsko-męskich. Nie jesteś złą osobą. Nie jesteś tu niczemu winna. Jesteś skrzywdzona. Jesteś zagubiona. Niesiesz w sobie traumy nie mniejsze niż ja, ale nie jesteś już sama. Pomogę ci. Jeśli tylko mi pozwolisz. Proszę… pozwól sobie pomóc.
                                Arkanistka odwróciła wzrok na bok, jakby bała się skrzyżować spojrzenie z Khalem.
                              • Czy musimy tak komplikować? Po prostu... Ograniczmy się do samego aktu, po co grzebać w przeszłości... Powodach... - wyszeptała wciąż unikając wzroku partnera - Niepotrzebnie zaczęłam o tym mówić, przepraszam... Nie powtórzy się...
                                Sposób wypowiedzenia słów i ich przekaz zdawał się być niepokojąco podobny do relacji jakie trwały między niewolnym a jego właścicielem...
                                Khal przyciągnął ją do siebie, ucałował w czoło i przytulił czule.
                              • Czy pomyślałaś o mnie gorzej, gdy opowiadałem ci… - zmusił się aby wypowiedzieć słowa swobodnie -... o tym jak chowałem mamę?

                              Te słowa sprowokowały Kaylie, aby ponownie spojrzała na kapłana. Jej wzrok wyrażał zaskoczenie i jednocześnie troskę pomieszaną ze strachem. Bała się, że przez swoją reakcję uderzyła bolesną stronę.

                              • Nie! - zaprzeczyła silnie - Bynajmniej! Nigdy coś takiego by mi przez głowę nie przeszło!
                              • Więc dlaczego myślisz o sobie źle, gdy mi opowiadasz o swojej przeszłości?
                              • To są dwie różne rzeczy! - pokręciła głową - Ty byłeś ofiarą jakiegoś spisku, ja ponosiłam konsekwencje własnych działań.
                              • Gdy postanowiłam współpracować i nie stawiać się uległa poprawie jakość mojego życia. Nyer wykazał się cierpliwością i oczekiwał aż się dostosuję do sytuacji. Pierwszy raz zostałam wezwana do jego pokoju w nocy dopiero kilka tygodni po uniknięciu przedprocesowych tortur.
                                Sposób w jaki opisywała wydarzenia był niepokojąco o zabarwieniu wdzięcznością wobec Nyera.
                              • To są dwie te same rzeczy - zaprzeczył Khal, tonem pełnym zdecydowania - Jeden pokrzywieniec opowiadający drugiemu o swojej traumie. Tyle. Nyer nie ma tu znaczenia. Wykazujesz się odwagą i obdarzasz mnie zaufaniem i dziękuję ci za to. Jesteś teraz dla mnie kimś więcej niż byłaś, zanim mi to opowiedziałaś. Nie mniej. Rozumiesz?
                                Kaylie nie rozumiała, więc zachowała milczenie chowając twarz w ramionach wspartych na kolanach.
                                Khal siedział chwilę, wyczekując czy coś powie, ale po chwili stało się jasne, że nie zamierzała. Westchnął cicho i sam zaczął.
                              • Oboje zostaliśmy skrzywdzeni. W różnych okolicznościach. Ja bez mojego wkładu, a ty jeszcze gorzej, bo ty zrobiłaś coś dobrego i za to cię to spotkało. Oboje niesiemy w sobie ból z którym nie możemy sobie poradzić. - w końcu i Khal podwinął nogi i objął je rękoma, a spojrzenie uciekało mu gdzieś w bok - Oboje szukamy wsparcia w drugim i możliwości by wreszcie wypowiedzieć, albo wręcz wykrzyczeć nasze krzywdy. Oboje będziemy potrzebować jeszcze całych lat aby MOŻE kiedyś z tego wyjść. Na tej płaszczyźnie jesteśmy niemal identyczni. Widzisz to?

                              Początkowo milczała tylko niczym dziecko wtulając się w śpiwór. Uniosła wzrok w końcu, aby wyciągnąć rękę ku twarzy Khala, jakiego policzek zaznał delikatnego dotknięcia dłoni kobiety, która głaskała czule jego policzek. Nie odezwała się pieszcząc go w sposób bardziej przypominający czułość matki niż kochanki.

                              Khal chwycił i ucałował dłoń nim znów podniósł na nią spojrzenie.

                              • Nie rozwiążemy dziś wszystkich problemów świata… ale ten jeden… trzeba. Potrzebuję byś zrozumiała, że to jest dobre, że mi o tym wszystkim opowiedziałaś. Że jestem ci za to wdzięczny. Że mam nadzieję, że to powtórzymy i, jakby się udało, że to co robiłaś aby przeżyć w żadnym razie nie określa tego kim jesteś.
                                Kaylie trzymała głowę spuszczoną.
                              • Tam nie było wszystko... takie jakbyś przypuszczał... Jakbyś chciał... - powiedziała z wyraźnym wstydem w głosie.
                              • Perełko… nie ma żadnego “jak bym chciał”. Wiem jak działa ludzka psychika. Wiem jak daleko jest w stanie się ugiąć. Sama do niego chodziłaś, dla benefitów? Doskonale. To oznacza, że potrafiłaś MYŚLEĆ. Może w pewnym momencie pokochałaś bat i sama karałaś innych niewolników na jego kiwnięcie palcem? Źle wygląda, ale dobra decyzja. Miałaś okazje uciec, ale bałaś się skorzystać? Nic dziwnego, jak ci w głowie namieszał tymi pułapkami. A może wcale nie chciałaś skorzystać? Też rozumiem. Nieważne jak złamana byłaś, jak uległa, jak posłuszna, czy jak okrutna, czy nawet jak chętna... nie potępię cię za to i wciąż będę chciał byś była moja.

                              Na te słowa Kaylie zaczęła silnie szlochać histerycznie i wbiła głowę w poły śpiwora. Biła pięściami samą siebie po głowie i wyrywała włosy...
                              Khal, w tempie jakim pozwalał mu niski namiot, zbliżył się do niej dwoma, niezgrabnymi susami. Po drodze coś mówił, prosił aby przestała, ale on sam nawet nie wierzył, że słowa tu zadziałają. Czy przesadzałał? Zbyt naciskał? Bardzo możliwe i definitywnie w tym momencie tak właśnie czuł.

                              Gdy nie udało mu się złapać jej rąk by ją powstrzymać zmienił taktykę i przytulił ją, przyciągając jej głowę do własnej piersi, otaczając rękoma i swoją własną głową i zbierając kilka uderzeń nim się zorientowała co w zasadzie robi.

                              • Kruszyno, proszę. Przestań… bo serce mi pęknie…
                                Kaylie wtulała się silnie w Khala wyraźnie już bardzo wyczerpana dwoma rundami i płaczem. Wyglądała na zmiażdżoną psychicznie.
                              • Zasługuję na Piekło... - jęknęła.
                              • To przygotuję ci sypialnię w moim pałacu - odpowiedział Khal, nagle zmęczony, gdy poczuł chwilę, że może sobie na to pozwolić. Nie wiedział jak wiele siły mu zostało na tę rozmowę.
                              • Preferujesz klasyczny biały marmur, czy za różowym się rozejrzeć? - zapytał wcale nie wesoło. Może jakaś mroczna szydera, kierowana w nieokreślonym kierunku, mogła się kryć między nutami.
                                Kaylie pozostała we wtuleniu w mężczyznę drżąc ze stresu.
                              • Chcę zapomnieć siebie...
                              • To nieco uciążliwe… ale jeśli chciałabyś spróbować, koślawego, nowego startu… to chętnie ci pomogę. Potrzymam za rękę byś nie była już sama. Rozświetlę mrok przed tobą i zajebię każdego gnoja co spróbuje ciebie skrzywdzić… - choć słowa Khala nabrały agresji, jego głos pozostał spokojny.

                              Kaylie puściła mężczyznę i ułożyła się w śpiworze.

                              • Nie zostawisz mnie? - spuściła wzrok - Wcześniej nie chciałeś przyjąć moich uczuć... Dopiero dziś. - powiedziała dość niezrozumiale.
                                Viktor zamknął oczy dając sobie dwie sekundy na odepchnięcie jakiejś myśli, którą przywołało to pytanie.
                              • Kaylie, ja… - jego głos brzmiał smutkiem i jakimś wstydem. Westchnął porzucając myśl. To nie był na to moment. - Nie zostawię cię - obiecał, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Wtedy się bałem własnych uczuć. To wszystko.
                              • To tak bolało... Bo tak wyrażam uczucia. - głaskała dłoń mężczyzny - To najsilniejszy sposób... Choć nie zawsze działa z każdym.
                                Viktor wzniósł na nią nierozumiejące spojrzenie.
                              • Ty… mnie… już wtedy? - zapytał jakoś nieskładnie.
                              • Byłam... Czułam uczucie na tyle mocne, abym była gotowa ci je przekazać. Byłam zafascynowana tym Khalim co tak wiele przeszedł, a tak się wyciągnął wysoko. Byłam podbita twoim romansem w traktowaniu mnie, ale ta fascynacja... Trwała odkąd zwiedziliśmy miasto. - zamilkła chwilę - Zwiększała się później, aż zdecydowałam się na ruch. Odpłacić ci i pokazać jak bardzo jestem gotowa ci się oddać. Sprawić przyjemność.

                              Khal oparł twarz na palcach, rozcierając oczy, przez zamknięte powieki.
                              Myślał, a nie było to łatwe przy resztkach sił mentalnych które mu zostały i lękach z przeszłości, które właśnie budziły się do nowego życia… lękach mówiących, że nie potrafi nie krzywdzić tych na których mu zależy. Odegnał je. Chociaż na chwilę.

                              • Rozumiem… i dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. Też masz moją fascynację, ale będę chciał od ciebie znacznie więcej niż samego seksu, rozumiesz to, prawda?

                              • Rozumiem. - było słyszalne wahanie w głosie Kaylie.
                                Khal w końcu również wszedł pod śpiwór, uznając, że dość już zmarzł i zrzucił z siebie iluzję koszuli nocnej. Oparł się na poduszkach i ujął jej policzek w dłoń, z bardzo bliska patrząc w oczy.

                              • Będę ciebie potrzebował abyś przynajmniej szczerze spróbowała być szczęśliwa. Nie “zadowolona”. Nie uznająca, że “mogło być gorzej”. Nie niezdrowo zapatrzona we mnie, niezależnie co zrobię. Szczęśliwa. Pomogę ci w tym i chciałbym też twojej pomocy… ale trudniejsze będzie, że potrzebuję cię również, abyś przynajmniej szczerze spróbowała… wyzdrowieć. Oboje mamy nierówno w głowach i… to nie powinno tak być. To nie będzie łatwe, a droga nie będzie przyjemna… ale może… spróbujmy wyzdrowieć razem… choć trochę… co o tym myślisz?
                                Arkanistka niepewnie lekko pokiwała głową.

                              • Nie wiem jak to by miało wyglądać, ale... Dobrze. - ciepłe ciało kobiety przylgnęło do zmarzniętej nagiej skóry Khala - Ale tylko jeżeli ty też będziesz próbował uleczyć siebie...

                              • Myślę, że… - zaczął leniwie, przymykając już oczy - porządne wyspanie się… może być dobrym początkiem.
                                Kaylie prychnęła z irytacją.

                              • A więc bawisz się w uniki? Jesteś okropny. - mimo słów nie odsunęła się od mężczyzny, a nawet zwiększyła płaszczyznę jaka ściśle przylgnęła do niego.

                              • Gnojek... - mruknęła czując ogarniające ich ciepło i błogość.
                                Drobny, powolny i cichszy od szeptu chichot wydobył się z jego ust.

                              • Próbuję… - odpowiedział po chwili, z odrobiną powagi, ale też ze słabością kogoś już jedną nogą we śnie. - Od zawsze… prób… uję… może… wreszcie… uda…

                              Kaylie już nie odpowiedziała, ale słychać było delikatne mruczenie od strony kobiety. Szczęśliwe, usatysfakcjonowane. Khal musiał nie raz doświadczać takiej reakcji swojej partnerki jaka nieświadoma jego prawdziwych odczuć oddawała całą siebie w jego posiadanie.
                              Ale czy to była taka sama sytuacja? Czy skończy się tak samo, jak już Fisuś ostrzegał Kaylie?

                              Khal już spał w tym momencie. Zmęczony emocjami. Zmęczony zaangażowaniem. Zmęczony lękiem i zabrał to wszystko ze sobą do snu, gdzie razem przybrały twarz której od lat nie widział, choć wciąż wiedział o niej wszystko.

                              • Val… - szepnął cicho. Już w pogłębiającym się śnie, gdy Kaylie sama już zasypiała. Nawet nie była pewna czy jej się ten dźwięk nie przyśnił.
                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #78

                                Gnom z zadowoleniem oddalał się ze swoimi ludźmi od wracającej do miasta wyprawy karnej. Baltizar zdecydowanie za dużo czasu stracił na tym przedsięwzięciu, ale… cóż… może materiały propagandowe oparte o nią będą warte wpakowanych w nią pieniędzy, czasu i wysiłku. Bajarz był rozczarowany osobą kapłana. Nie tak wyobrażał sobie charyzmatycznego religijnego przywódcę, który miał być założycielem kultu. Khal czy Viktor…czy jak się tam zwał. Tak czy siak okazał się doskonałym materiałem na arcykapłana, ale już utrwalonego kultu. Byłby z niego pewnie idealny arcykapłan Asmodeusza, posiadał bowiem… wedle gnoma, cały zestaw zalet i wad typowego kapłana złego kultu. Tylko czy… poradzi sobie na początku, gdy religia będzie tylko wątłą roślinką wymagającą opieki, podlewania i troski?
                                Bajarz uznał, że ma to w nosie. On już swoje zrobił, póki co niech Viktor zakasa rękawy i zacznie w końcu nawracać plebs na kult Azazela. W końcu nie ważne jak wspaniałe dzieło gnom napisze, na nic się ono zda jeśli prorok nowej religii okaże się leniem.
                                Tak czy siak zerknąwszy na mapę i pożegnawszy się z Filią, udał się drogą w kierunku krateru. Z przyszłym arcykapłanem nie zamienił słowa, bo… po co miał gadać po próżnicy? Jego ekscelencja wszak słuchała tylko jednej osoby… siebie samego.

                                Po kilku dniach podróży pełnych spokoju i nudy, ekipa Baltizara dotarła do krateru, o którym gnom słyszał jako o źródle dziwnego hełmu. Teraz miejsce przejęła z powrotem natura, ale posiadało wciąż rozpoznawalny kształt krateru. Inarion podszedł do pracodawcy, rozglądając się po terenie.

                                • Więc co teraz, szefie? Mamy brać łopaty?
                                • Jeśli macie ochotę.- stwierdził nieco zakłopotanym tonem gnom. - Ja tu przybyłem dla widoku, inspiracji… - machnął ręką.- … się po prostu rozejrzę.
                                  Uniósł palec w górę. - Ale nim zaczniemy zabijać czas pisaniem i kopaniem i gadaniem… Trzeba rozbić obóz mniej więcej pośrodku i sprawdzić okolicę, co by nie zaskoczyli nas miejscowi bandyci lub miejscowa fauna.-
                                  Pstryknął palcami i wykonał gest dłonią, małe kółeczko.
                                  Etrigan zrozumiał polecenie i wzbił się w powietrze, by rozejrzeć się po najbliższej okolicy.
                                  Okolice wydawały się bezpieczne, kilka łań i lisów biegało wśród lokalnych zarośli, ale nic niebezpiecznego.
                                  Jor i Ori karczowali teren pod obóz, natomiast Inarion i Ofun zbierali sprzęt.
                                • Mamy na coś konkretnie uważać?
                                • Nie wiem… to wy jesteście miejscowymi awanturnikami. Z czego słynie okolica? Z jakich zagrożeń? - zapytał Bajarz.
                                • No… porwań lokalnej populacji wiejskiej, ale to już chyba problem rozwiązany. - zaczął mag - Krasnoludy poszukują ruin dawnych przyczółków, skoro miały tą dużą twierdzę gdzieś w górach.
                                • Interesujące. Aczkolwiek krasnoludy nie mają powodu by być agresywne wobec nas. Porwania już nie są problemem, więc… obawiam się, że jedyną rozrywką tutaj mogą być wilki albo niedźwiedzie.- wzruszył ramionami Baltizar i uśmiechnął się.- Niestety wygląda na to że atrakcje już mamy za sobą i jedyne co nas tu czeka to nudne oglądanie widoków. W takim przypadku kopanie dołków w poszukiwaniu starych zapomnianych skarbów może być rozrywką. Ja jednak… lubię nudę. -
                                  Zaśmiał się głośno i dodał. - Zamierzam połazić po okolicy, po kraterze… i napawać się atmosferą aż do wieczora.-
                                  Kłamał. W planach miał bowiem jedną niebezpieczną wycieczkę. Niemniej nie mógł na nią zabrać ani najemników, ani pieska ani nawet Etrigana. Niektóre ścieżki mógł tylko on przemierzać.
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #79

                                  [media]https://t4.ftcdn.net/jpg/09/70/20/71/360_F_970207167_ZeYdfxBEMyggQbdJjTJ89nyDQnM0t1cI.j pg[/media]

                                  Przebudzenie nie było tak dobre jak miała nadzieję. Sen nie zmył wszystkiego co mętliło się w głowie Kaylie i chodź wtulenie w kapłana było przyjemne to jednak jego obecność przypominała jej o czymś o czym chciała zapomnieć...
                                  "Czy on to naprawdę powiedział?"
                                  Kobieta ciągle pamiętała słowa chowańca o Valerie. Było ich oczywiście za mało, ale zasadziły poczucie niepewności jakie już lekko wykiełkowało, gdy w trakcie ich nocy Khal powiedział przez sen: "Val...". Niestety arkanistka nie wiedziała czy usłyszała to naprawdę w ten sposób, czy po prostu sobie dopowiedziała zapadając w sen.

                                  Obóz jeszcze spał, więc nie była to sekunda na wyjście, ale ona już spać nie mogła. Patrzyła na mężczyznę śpiącego obok niej pod porwanym śpiworem w jakim niedawno toczyli miłosny bój. Obserwowała jego oddech, wznoszący się i opadający tors w rytm oddechu.

                                  "Czy jestem po prostu drugą opcją? Zapasowym zamiennikiem?"

                                  Pokręciła głową kładąc swoją dłoń na jego tatuażu na torsie. Delikatnie, aby nie obudzić, pocałowała jego skórę naznaczoną farbą.

                                  Spał niespokojnie. Nie były to dramatyczne sceny, nie rzucał się, nie krzyczał przez sen, ale co jakiś czas jego brwi marszczyły się, w nieprzyjemnym grymasie. Czasem pojedynczy drobny tik, niemal niezauważalnie wzdrygał jego ciałem, albo jego oddech, na krótki moment, przyspieszał.

                                  • …uś…
                                    Kaylie przez chwilę myślała, że Khal się przebudza, ale szybko okazało się, że wciąż jest pogrążony we śnie. Ciekawość i niepewność zwyciężyły nad… nie wiadomo w sumie nad czym, ale uniosła się o cal, albo dwa. Z gracją kotki, tak aby jak najmniej nim poruszyć, nachyliła nad jego ustami, czy nie wypowie czegoś więcej. Nie była pewna czy lepiej byłoby nadstawić ucho, aby każdy najdrobniejszy dźwięk usłyszeć, czy patrzeć na usta, by może braki dźwięków z ich ruchu próbować wyczytać. Spróbowała czegoś pośredniego. Dłuższy czas wisiała nad nim. Czując się coraz bardziej i bardziej jakby naruszała jego prywatność. Mięśnie zaczynały drżeć w niewygodnej pozycji, gdy jego brwi znów się zmarszczyły, a usta poruszyły, wydają z siebie ledwie artykułowane, jękliwe dźwięki.
                                  • F…uś… wuć… iłeś… zos… szę…
                                    Kaylie rozejrzała się po namiocie, znowu spojrzała na Khala i zacisnęła zęby. Ostrożnie wsunęła się od ciepła ciała mężczyzny by opuścić ochronę śpiwora. Wzdrygnęła się, gdy chłód obmył jej ciało i odnalazła na ziemi długą bluzkę. Nie chciała w tym momencie szukać innych części odzienia jakie zagubiły się podczas wszystkiego co robili.

                                  "Ten suczysyn tu był... na pewno!"

                                  Szybko wypowiedziała szeptem słowa krótkiego zaklęcia i zaraz jej oczom ujawnił się ślad prowadzący na zewnątrz. Wyciągnęła bardziej w dół bluzkę, aby lepiej zasłonić swoje prywatne części, i nawet nie zakładając butów wyszła na zewnątrz poszukiwaniu chowańca.
                                  Budzący się do życia obóz nie był pozbawiony emanacji magicz oonych, ale ta jedna była łatwa do śledzenia. Była świeża. Czuć była od niej, na swój dziwny sposób, agrestem, insynuując, że to prawdopodobnie była iluzja. To tylko potwierdzało, skoro Fisuś ostatnio, jako nowo-odrodzony imp, potrafił pozostawać wiecznie okryty niewidzialnością.

                                  Poranek był chłodny i sama bluzka, ledwie kryjąca walory (definitywnie nie wszystkie) nie uchroniła przed gęsią skórką, która falą podbiła całą jej skórę, od karku aż do koniuszków palców.

                                  Ktoś z lewej zakrzyknął w pozdrowieniu dla Kaylie, co wraz z Khalem ogłoszona została wcześniejszego wieczora bohaterką wyprawy. Odmachnęła mu, uśmiechając się. Potem kolejnemu. I jeszcze jednemu, choć trzeci chyba to już jako żart traktował. Trop zawiódł ją do obozu z zaopatrzeniem. Jak podeszła i wychyliła się by zajrzeć dostrzegła rozpakowaną rację podróżną… z sera zostały okruszki, suchary zostały, z pogardą, odrzucone gdzieś w bok, a suszone mięso pełzało w miejscu i kawałek po kawałku znikało, gdy kawałek został dość przerzuty do połknięcia.

                                  • Uczta się podoba? - arkaniska odezwała się podchodząc ku znikającemu jedzeniu. Oplatała się ramionami próbując w ten sposób zatrzymać uciekające ciepło.

                                  Rzute mięso odskoczyło gdzieś w bok, a niewidzialny Fisuś wyraźnie w jakimś innym kierunku, z gwałtownością przestraszonego zwierzęcia.

                                  • Ughhh… - westchnięcie ociekało frustracją - Ze wszystkich choler to ty musiałaś być, co? Jakżeś mnie, w ogóle znalazła?! To prawie pusty wóz na skraju obozu! Nikt nie powinien się nim interesować aż do wyjazdu!
                                    Głos wyraźnie należał do Fisusia, ale był nieco inny. Głębszy. I przyjemniejszy. Zyskał jakąś nutę upodabniającą go do głosu Khala.
                                    Kaylie lekko się uśmiechnęła patrząc w stronę głosu i co jakiś czas lekko drżąc z zimna.
                                  • Zapomniałeś, że używam magii?
                                  • Jasne… każdego ranka przechodzisz się prewencyjnie po obozie, oglądając pływy magiczne… zapomnij, nieważne. Słuchaj, nie jestem pewny czy nie zostawiłem we dworze świeczki zapalonej pod firanką, to będę już leciał. Nie mów Viktorowi, że tu byłem, dobrze?
                                    Emanacja magiczna się wyklarowała w oczach Kaylie i mogła już dostrzec, że przysiadł na brzegu wozu, z dala od niej.
                                  • Znalazłam cię, bo on wyczuł twoją obecność przez sen. - nagle się odezwała - Wzywał cię po imieniu przez sny. - zrobiła ostrożny krok w stronę chowańca - Nie może sobie poradzić z twoją nieobecnością.
                                    Chowaniec długi czas nie dał znaku, że w ogóle wciąż jest. Tylko zaklęcie pozwalało Kaylie potwierdzić, że został w miejscu.
                                  • I co ja, niby, mam na to odpowiedzieć? Wiem o tym, ale ty też wiesz czemu nie chcę z nim rozmawiać…
                                  • On żałuje. - kolejny krok i zatrzymanie - Rozumie, że nie powinien mówić tych słów i były one spowodowane jedynie emocjami oraz jego własnymi problemami emocjonalnymi. Gdzieś w środku ty też to wiesz... A ja wiem, że ci naprawdę zależy na nim i vice versa.
                                    Znowu długa chwila ciszy przeminęła nim się odezwał.
                                  • Wiem. Cholera… mamy tę więź empatyczną… - Fisuś brzmiał jakoś inaczej i Kaylie szybko zrozumiała, że mówił do niej patrząc gdzieś daleko w bok. - Godzinę później już wiedziałem, że głupoty gadał. Nie wyobrażaj sobie, że znasz go lepiej niż ja! Możesz mu powiedzieć, że niedługo wrócę… tylko jeszcze… Nah… tyle starczy. Albo nic mu nie mów. To też może być lepsze rozwiązanie.
                                  • Wiem, że znasz go lepiej. - stwierdziła stając już obok - Nie skorzystałam z tego co do mnie powiedziałeś tamtego dnia. Nie pytałam o nią. - powiedziała delikatnie - Zrozumiałam, że to jest coś co spowodowałoby krzywdę dla niego, a tego nie chciałam i nie chcę.
                                    Fisuś westchnął i pozwolił niewidzialności się rozwiać ukazując długie, czarne futro, przetykane srebrną siwizją, dodającą mu jakoś powagi.

                                  Kliknij w miniaturkę

                                  Spojrzał na nią swoimi żółtymi oczami, co wyglądały jakby odrobinę bardziej ludzko niż powinny.

                                  • Słuchaj. Byłem wtedy jeszcze zły i nie chciałem dla niego dobrze. Najlepiej zapomnij, że kiedykolwiek wspomniałem ci o Valierie. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich trojga. Dobrze?
                                  • Rozumiem, że byłeś zły, A moja własna złość została źle odebrana. Byłam zła, ale nie na żadnego z was, a na świat. Ale... - zawahała się - Powiedz mi proszę kim jest Valerie. Khal przez sen wypowiedział jej imię... Z bólem.
                                    Czarny kocur odchylił głowę daleko w tył i syknął sfrustrowany.
                                  • Ughhh… Czemu, do jasnej cholery, miałby wypowiedzieć jej imię?! Czort… - zamilkł na chwilę, ale szybko skorygował. - To nie jest pytanie do ciebie… I to nie jest moje miejsce by ci o niej opowiadać. Kazałbym ci samej go zapytać, ale… on ci nie opowie. Nawet wtedy wiedziałem, że ci nie opowie. Zapomnij tego imienia. To jest… szczera rada.
                                  • Nie mogę! - patrzyła błagalnie - Muszę wiedzieć by zrozumieć gdzie jestem w tej relacji i jakie dręczą go koszmary.
                                  • Przykro mi. Ale nie mogę ci pomóc. Wiem dość o tej sprawie, by wiedzieć jak ważne to dla niego jest. Nie zdradzę tak jego zaufania. Nie ważne jak zły na niego jestem. Valerie jest daleko w Cheliax. Jest mała szansa, że się znowu spotkają, więc nie powinnaś się przejmować. A gdzie w relacji jesteś to ci, cholera, nie podpowiem. Ja się już zupełnie pogubiłem.
                                  • Co takiego skomplikowanego jest w naszych relacjach? - zapytała przybita odmową chowańca.
                                    Fisuś otworzył szerzej oczy, doszukując się żartu.
                                  • … poważnie? Dziwię się, że pół obozu nad tym się nie zastanawia ze mną. Po serenadach jakie dziś odgrywaliście? Znaczy… specyficznie jakie TY odgrywałaś. Byłem gotów na odsiecz lecieć, jakbyś nagle zmieniła namiot w słup płomieni… A po tym wszystkim gołąbeczki śpią razem, snem niemowlaków. Nie rozumiem. Już nie próbuję zrozumieć.
                                  • Ja... - skrzywiła się - Przesadziłam... Przeraziło mnie jak zaczął krwawić. Mówiłam mu, że nie jestem stabilna, ale jego to nie obchodzi. Nie obchodzi go moja przeszłość... - spuściła wzrok - Czy Valerie... To ktoś kto mógłby mnie tak po prostu zastąpić?
                                    Kot przekręcił głowę, nadając temu jakiegoś smaku agresji.
                                  • Co znaczy fraza “zaczął krwawić”?! Wiedźmo! Go może nie obchodzić, ale ja ci wydrapię oczy we śnie, jeśli coś mu zrobisz! - warknął stając w bojowej postawie i syknął jak wściekły kot.
                                    Kaylie cofnęła się o krok, wystraszona nagłą złością chowańca.
                                  • Trzymał mnie siłą i nie chciał puścić, a chciałam po prostu uciec! Byłam w histerii i po prostu uderzyłam go z czółka w nos, bo tylko tyle mogłam zrobić!
                                  • Chwila! Co?! - zapytał kot w zdziwieniu, jakby ducha zobaczył. - Siłą cię trzymał?! Viktor! Nie, nie, nienienie… Viktor NIGDY by żadnej kobiety nie chciał siłą wziąć! Albo masz na myśli coś innego niż jak to brzmi, albo… nie możesz mieć tego na myśli! Refrazuj, proszę!
                                    Kaylie silnie pokręciła głową.
                                  • Nie, nie! Nie chciał mnie brać siłą! Oba razy oddałam się dobrowolnie! - sprecyzowała - Tylko nie mogłam wytrzymać przytaczania rzeczy z przeszłości o jakie chciał mnie wypytać... Po prostu nie wytrzymam.
                                    Fisuś znów usiadł na brzegu wozu, choć wciąż patrzył spode łba.
                                  • Przyjmijmy na razie, że było jak mówisz… To się zapuszcza. Normalnie ma wyczucie. Żebyś widziała jak w Cheliax sobie szlaufy, wokół palca, okręcał mmmppphaa… - wydał z siebie cmoknięcie, jak szef kuchni prezentując swoje sztandarowe danie - Poezja. Czysta poezja… ale nieistotne. O coś mnie pytałaś… A no tak. Valerie. Ona jest daleko w Cheliax i potrzebna byłaby jakaś koniunkcja tuzina nieprawdopodobnych wydarzeń, aby cię wygryzła. Nawet nie zgaduję, jak by zareagował, gdyby się tu pojawiła. Nie przejmuj się nią. Zapomnij najlepiej.
                                  • Ale byłabym "tym drugim" wyborem... Prawda? - zapytała ze smutkiem w głosie.
                                  • Kobietooo… - westchnął Fisuś zmęczony - Nie jestem Viktorem i nie mam do ciebie tyle cierpliwości co on. Przestań wymyślać problemy. Z Valerie się… - wstrzymał myśl nim mu się wymsknęła - Nie. Za dużo. Nie moje miejsce. Valerie jest poza kadrem. Nie bierze już udziału w tej historii. Już nie wiem czy nie powiedziałem za dużo. Zapytaj go jeśli chcesz wiedzieć… mówił przez sen jej imię? To nawet nie musisz zdradzać, że ja się wygadałem. Nie poznaję ostatnio Viktora. Może dasz radę to z niego, jakoś, wyciągnąć.
                                    Kobieta spuściła głowę.
                                  • Mówiłeś, że się mną znudzi jak dostanie mnie. Jak oddam mu się. - spojrzała w oczy kota - Nadal tak sądzisz?
                                    Fisuś myślał długi czas i widać było, że nie podobały mu się wnioski… aż w końcu westchnął z rezygnacją.
                                  • Nie wiem już nic. Nie jesteś jagnięciem dla niego. To na pewno. Jednak to nie tak, że w rotacji nie było nie-jagniąt. I one też wypadały. W końcu. Nie wiem czy jesteś na tyle inna by wyrwać się ze schematu.
                                  • Mówiłam mu, że może mieć inne! - broniła się.
                                    Fisus uniósł brew do góry, w jakimś powątpiewaniu.
                                  • Znaczy… co dokładnie mi mówisz? Że godzisz się z jego rotacją? Czy “wiedziały gały co brały” i mógł szukać innej relacji, a nie chciał?
                                    Kobieta westchnęła ciężko.
                                  • Będzie mógł mieć rotację, jakieś inne kobiety... Po prostu nie chcę bym była znana wszem i wobec jako ta bardziej stała co się na to godzi.
                                    Fisuś wstrząsnął głową, nie będąc pewnym czy dobrze zrozumiał.
                                  • Chciałabyś… ukrywać, że byłabyś jego numero uno?
                                    Kaylie powoli pokiwała głową.
                                  • Nie chcę... by mnie porzucił.
                                    Fisus spojrzał gdzieś w bok, otwierając szerzej oczy jak ktoś mający ciężki orzech do zgryzienia.
                                  • W porządku… Po pierwsze… dobrze, że się na rotację zgodziłaś. Drastycznie zwiększa wasze szanse. To nie jest kwestia nudy dla niego. Viktor tego potrzebuje i te ostatnie pięć dni celibatu to jego osobisty rekord. Jakbyś rozumiała co to naprawdę oznacza, to byś się teraz rumieniła i uśmiechała jak głupiutka nastolatka, której idol puścił oczko. Po drugie…
                                  • A co oznacza? - weszła w słowo Fisusiowi.
                                  • Hmmm… - zastanowił się chowaniec - W sumie to najlepiej chyba powiedzieć, że to się nie zdarzyło. Nigdy. Viktor nie jest golemem i też mu się zdarzały fascynacje, czy może jakiegoś rodzaju zadurzenia… i u niego, jakoś dziwnie, to działało, że w tych okresach intensyfikował swoje interakcje z rotacją… jego kariera zawsze na tym cierpiała. Interpretuj to jak chcesz, ale dla mnie to duży ewenement.
                                    Mały rumieniec pojawił się na obliczu kobiety. Fisuś miał rację w ocenie.
                                  • No - prychnął Fisuś, w niby-irytacji. - Tak już lepiej. Jeśli masz go mieć dla siebie, to lepiej go, kurna, doceniaj i całuj ziemię po której stąpa, bo ja się z tobą policzę… - Fisuś zamyślił się na chwilę, kiwając głową na boki. - Z tym ostatnim to przegiąłem. Nie chcemy mu jeszcze bardziej ego podpompować, co?
                                    Odkaszlnął i w tym dźwięku brzmiał prawie zupełnie jak Khal, gdy anonsował on, że przechodzi to innego tematu.
                                  • Po drugie… - zrobił pauzę, upewniając się, że teraz nikt mu nie wejdzie w zdanie - …nie mam pojęcia jak Viktor przyjmie, jeśli mu powiesz, że chciałabyś abyście pozostali tajemnicą, ale nie będzie mu się to podobać… może… przeceniasz jak “publiczna” jest jego rotacja? O jej istnieniu wiedział on, wiedziałem o niej ja. Wiedział Ziggi, Moyra i naprawdę niewielka garstka innych ludzi, co nie paplali. Jeśli coś nie pójdzie bardzo nie tak, to nigdy nie będziesz “wszem i wobec znana” jako ta, co się na coś takiego zgadza… Czort… czemu ja ci, w ogóle, pomagam? - Zaklął i zmarszczył kocie brwi, gdy szukał odpowiedzi gdzieś z boku.
                                  • Niby się zgodził... jak ustaliliśmy zasady... Ale to było w przerwie między jedną a drugą sesją, więc...
                                  • Ughh… jeśli pytasz o jakąś opinię to potrzebuję cytatu… i kontekstu… a będę pewnie żałował jeśli dostanę te dwie rzeczy…
                                  • Pytam... - westchnęła i przycupnęła obok kota - Ja nie mam żadnego sensownego doświadczenia w prawdziwych związkach. - po tych słowach nastąpił dość dokładny opis sytuacji w jakiej ustalali zasady... Włącznie z tymi jakim kusił i jak doprowadziło to do zbliżenia.
                                  • Nie wiem na ile mam to brać poważnie... - odezwała się po historii wyraźnie zarumieniona samym opisywaniem.
                                  • Ughhh… czemu mnie los pokarał uszami?! - jęknął w niebiosa i przemienił się w turkusowego węża. Takiego jakim był dawniej, tylko miał ponad trzy stopy długości zamiast jednej.
                                  • Tak już lepiej - zachichotał z własnego żartu - Po pierwsze. TO! - wskazał ogonem prosto w nią - To gdy się rumienisz i zawstydzasz jak ta głupia siksa, co ledwie dzieciaka może z siebie wyciągnąć… Nigdy tego nie trać. Cholera jasna. Nawet JA mam ochotę cię w czoło ucałować gdy tak robisz. Viktor na to leci zdecydowanie bardziej niż powinien.
                                    Na te słowa leciutko się zarumieniła i zakryła twarz.
                                    Fisuś się zawiesił na moment i, dopiero po wstrząśnięciu łebkiem, kontynuował.
                                  • Dooobra jesteś… ale do rzeczy… Viktor jest dumny z tego, że nie kłamie. Skoro się tak umówiliście to tak będzie. A dalej… nie jestem pewny na co kładziesz tutaj nacisk… ty się boisz, że by uczynił z tego publiczną wiedzę, że mając ciebie jako “Pierwszą z wielu”, ma jeszcze to “wiele”? - przekręcił łepek pytająco.
                                  • To miasto jest małe. Tutaj plotki rozchodzą się pewnie bardzo szybko i ciężej utrzymać coś w tajemnicy, szczególnie jeżeli nie będzie się na nią zwracać uwagi. On będzie Arcykapłanem... Będzie miał też możliwości polityczne i wiem, że będzie musiał chociaż dla nich czasem użyć swojego czaru na kobiety... Jeżeli byłoby wiadomo, że jestem jego oficjalną partnerką... - westchnęła - Rozumiesz...
                                  • Jeśli myślisz, że Viktor by “nie zwracał uwagi” na dyskrecję to jesteś w błędzie. Istnienie rotacji było plotką. I to taką, której niewielu dawało wiarę. Wiedziano, że jest kawalerem i korzysta z praw tego stanu, ale niewielu podejrzewało, a NIKT nie mógł w żaden sposób potwierdzić ogromu skali, w jakiej korzystał. Zawsze potrafił zakręcić to tak, że po pytaniu wiedziało się mniej na ten temat niż przed pytaniem. I utrzymał to przez półtorej dekady, prawie bez potknięć. Mam wiarę, że tutaj też sobie da radę.
                                    Kobieta westchnęła ciężko.
                                  • Zdaję sobie sprawę, że ten sekret prędzej czy później będzie za ciężki do utrzymania lub po prostu się wyleje w tej społeczności. Rozumiem to... - przetarła oczy - Po prostu nie chcę tego od początku.
                                  • Kaylie… czy ty mnie słuchasz? Bo twoja ostatnia wypowiedź brzmi jakbyś zrozumiała coś zupełnie odwrotnego niż powiedziałem… Półtorej dekady. Prawie bez potknięć. To jest inna sytuacja i ty jesteś tutaj dzikim elementem…. jednak jest duża szansa, że to by nigdy nie wyjdzie. Nie ponad plotki. Z resztą o czym my tu rozmawiamy? Ty pamiętasz, że wy tak nie do końca się kryliście, prawda? Wiesz… chodzenie za ręce… buzi buzi... popisy w kopalni… bardzo emocjonalna noc w namiocie… Fisuś podkreślał każdy kolejny przykład przechyleniem wężowego łebka w drugą stronę.
                                  • Bah… sama to “związkiem” nazwałaś… prawie z wozu spadłem jak to usłyszałem… ale to moja sprawa tylko via proxy. Musisz o tym z Viktorem porozmawiać, bo to co mi opowiedziałaś… ja z tego bym nie wyciągnął, że chcesz bawić się w “tajny romans”. Może on tak, ale nie obstawiałbym pieniędzy na jego domyślność, gdy świeciłaś…
                                    Fisuś zatrzymał się w wypowiedzi, zdając sobie sprawę, że nie ma już ochoty być wrednym gadem i nie bardzo chce ją zawstydzać. Westchnął, nieco zawiedziony swoją postawą.
                                  • … gdy był w takich okolicznościach.
                                  • Co innego pocieszać się razem w trakcie misji. - silnie stwierdziła - Przecież nie tylko my użyliśmy dziś namiotu jako prywatnego pokoju... A co innego być oficjalnie parą na salonach! Do tego w kopalni to mieliśmy spięcie. Poważne.
                                  • Widziałem - odpowiedział Fisuś, nagle poważny, choć tylko na to jedno słowo. - A gdy tylko Filia chciała was rozdzielić z miejsca zawarliście szeregi i stworzyliście wspólny front. Jeśli to nie wygląda jak “kłótnia kochanków” to nie wiem co można by tak określić. I co Lilia ci mówiła? Że ona “widzi jak on do ciebie mówi”? Jakoś tak. Albo może “jak ciebie traktuje”? Nieistotne szczegóły… ważne, że ludzie to widzą… ale nie zrozum mnie źle.
                                    Głos Fisusia złagodniał.
                                  • Rozumiem twoje zmartwienia, rozumiem twoją bardzo niewygodną pozycję i jak powszechna wiedza, na temat zasad waszej relacji, by uderzała w twoją godność, łamane przez: dumę. Skreśl mniej odpowiadające słowo. - Z nieruchomego, wężowego łebka wydobył się niski chichot. Fisuś, w nowym wydaniu, okazjonalnie brzmiał bardzo jak Khal.
                                    Kaylie ciężko westchnęła. Widać przy tym było, że sama nie do końca rozumie tego związku, choć nie było wiadomo czy chodzi konkretnie o ich związek, czy o związek w ogóle.
                                  • Fistaszku... - przysnęła rękę bliżej chowańca i pogłaskała jego łepek opuszkami palców. Chętnie przyjął pieszczoty. - Dziękuję za rady... I przepraszam za moje agresywne zachowanie wcześniej. To... Czasem tracę kontrolę.
                                    Fisuś, z początku otworzył szerzej jedno oko, co chyba miało udawać uniesienie brwi. Krótką chwilę potem westchnął. Długo.
                                  • Nie przejmuj się. Ja trochę-tyci byłem dupkiem, ty byłaś… no też przesadziłaś… chwilowo i tak wydaje się to małe piwo… - głos węża zadrżał słabością, którą natychmiast odepchnął od siebie gniewnym syknięciem - Możemy uznać, że chujoza wyrównana! Skoro Viktor postanowił na ciebie postawić…
                                    Pauza się przedłużała, gdy chowaniec szukał co w ogóle chce powiedzieć.
                                  • To chyba powinienem zacząć wam kibicować… Od teraz sztama? - zaproponował, nieco niepewnie.
                                  • Ja nie mam do ciebie złości. - podrapała chowańca po łebku - Pójdziesz zrobić niespodziankę? - przycupnęła przed Fisusiem - Na razie Khal śpi. Jest przekonany, że cię szybko nie zobaczy, a nawet boi się, że nie zobaczy cię już nigdy. Może zaserwuj mu szok stulecia? Zwiniesz się na nim i poczekamy jak zareaguje gdy się obudzi? Zakładam bardzo wiele przeprosin. - zaproponowała - Proszę.
                                  • J-ja… - chowaniec się zająknął. Niby się spodziewał, że dotrą do tej części rozmowy, ale wcale nie uczyniło to jej łatwiejszą. Skonfliktowany spojrzał gdzieś w bok, zadowolony, że wężowa forma niezdolna była do żadnej mimiki…
                                  • Nie-e wiem czy jestem… jak teraz wrócę to, założę się, że będę beczał! A jak ja zacznę to pewnie i ten ciul zacznie! To nie jest dobry pomysł! Nie dobry pomysł! Tak… znaczy NIE!
                                    Wąż odgiął się w górę gdy brał głęboki wdech i, zupełnie jak Khal, powoli spuścił z siebie powietrze, aby uspokoić rozszalałe emocje.
                                    Kaylie poczęła delikatnie, uspokajająco głaskać węża. Było coś w tym geście przypominającego sposób w jaki próbowała uspokoić kapłana.
                                  • Rozumiem, że to po prostu ciężkie. Niemniej każdy z was będzie cierpiał dłużej im później sytuacja zostanie zażegnana. Będziemy ponownie rozmawiali z Filią w czasie następnego postoju i on potrzebuje mieć głowę pozbawioną tego stresu jaki ciągle siedzi w jego myśli. Mogę wam zapewnić spokój, aby nikt do was nie wchodził i ciszę, aby nikt was nie słyszał.
                                    Fisuś utrzymał się na bezdechu, jeszcze kilka sekund, po tym jak Kaylie skończyła mówić. Walczył z rosnącym w piersi bólem, jednocześnie odnajdując w nim jakiegoś rodzaju autodestruktywny spokój i klarowność. Jednak w końcu musiał z nim przegrać. Wziął łapczywy wdech, jak nurek, co niemal przesadził i spojrzał na arkanistkę oczami otwartymi jak spodki.
                                  • Tak, masz rację - przyznał odrobinę zbyt szybko, kiwając główką, odrobinę zbyt intensywnie, ale jego spojrzenie zaraz odzyskało poczytalność.
                                  • Nikt nie słyszał? Jak was wczczyyy… Nie! Miałem NIE być małym chujkiem. Pardon. O jakimś zaklęciu myślisz? Namiot macie w środku obozu…
                                  • Cisza, będę z nią próbować. Dasz mi pół godziny. Oprócz tego sama mogę zacząć robić zamieszanie obozie, aby zaczęli się ruszać.
                                    Turkusowy wąż uniósł się w górę. W kilka sekund porosła go ruda sierść i chwilę potem patrzył na Kaylie lisimi oczami, co zdawały się być równie mądre co chytre.

                                  Kliknij w miniaturkę

                                  • Potrafisz… stworzyć w niej martwe pole? Viktor nie potrafi… a mogę sam mieć już dość tego dąsania się, ale jednak CHCĘ usłyszeć jak gnojek się płaszczy…

                                  • Zrobię wszystko co będę mogła. - powiedziała i lekko pocałowała w lisią głowę.
                                    Ku zdziwieniu obojga… zawstydziło go to. W dobry sposób… że aż odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, w zakłopotaniu.

                                  • I naprawdę mam się nie przejmować Valerią? - zapytała, postanawiając udawać, że tego nie dostrzega.
                                    Zawstydzenie wywietrzało z pyszczka lisa, co okazał się znacznie zdolniejszy w sztuce mimiki emocji niż wąż… ale jego miejsce zajęło jakieś zmartwienie. Nie tego Kaylie oczekiwała.

                                  • ValerIE, nie ValerIĄ… Długie “iii”... podobne imiona… - poprawił ją Fisuś, jakoś nie do końca obecnie. Pokręcił pyszczkiem ekspresyjnie i ukrył… cokolwiek miał do ukrycia. Jednak, gdy spojrzał na Kaylie, mógł tylko westchnąć… Widziała zawahanie… a on teraz widział jej minę. Otwarte szerzej oczy, rozchylone usta… postawę która jakby się skurczyła… Zaczynało ją to zżerać. I z miejsca wiedział, że czego on nie wyjawi, to ona sobie sama dopowie… i to w najgorszy możliwy sposób.

                                  • Nie, nie, nie! - Zaprzeczył szybko, starając się ją uspokoić. - Valerie jest poza obrazkiem, nie musisz się o nią martwić, ona nie jest żadnym problemem!
                                    Dla Kaylie pauza zdawała się trwać całą wieczność. Nic nie powiedziała, ale oboje rozumieli, że jest tam “ale”. Tylko Fisuś potrzebował chwili, aby móc przepracować i ocenić wszystkie ZERO możliwości zgrabnego porzucenia tematu.

                                  • Szlag… - zaklął w chwilowej złości. Miał wrażenie, że Kaylie pęknie. Westchnął i wylał z siebie potok słów. - Niemal na pewno mi się wydaje. Jeśli się nie wydaje to to był tylko “taki moment”. Jeśli to było więcej niż “taki moment” to na pewno nie jest to w ten…

                                  • Fisuś!
                                    Lis wziął wdech, bo zdążył powietrze całe zużyć i starał się kontynuować wolniej.

                                  • Nnnie byłem przy jego rozmowie z Zoryą, stałem na czatach aby nikt ich nie nadszedł, ale… emocje jakie w nim, w pewnym momencie wzbudziła… To nie… nie wiem, jak to określić… - zawiesił na moment głos, rozważając swoje lojalności - Czort! Niech będzie… to nie było to co przy Valerie, ok?! Ani nie jest to co przy tobie… ale jeszcze coś innego, a te wszystkie trzy i tak są w jakiś sposób podobne…. To było tylko przez krótki moment, nie więcej niż minuta. Ona była jakąś jego przyjaciółką, w poprzednim życiu. To, na pewno, jest coś bardziej tego typu. Może się przed chwilą zawahałem, ale to była myśl co mnie nagle strzeliła i jak pomyślałem, to jestem niemal pewny… - spojrzał w niebiosa przeklinając własny język, bo odniósł nieodparte wrażenie, że “niemal pewny” Kaylie zrozumie nie lepiej niż “być może”... - jestem PEWNY, że ona nie jest dla ciebie konkurencją. Chłop ostatnio ją widział jak jeszcze Tisis żyła i to pewnie z tym się jakoś skorelowało… Poza tym jesteś młodsza, ładniejsza i jesteś wspaniałą czarodziejką! Nawet obiektywnie jesteś, po prostu, atrakcyjniejszą partią. Hmmm?
                                    Kaylie uśmiechnęła się... ale w tym uśmiechu brakowało prawdziwej radości.
                                    Czy ona w ogóle miała szanse przy tych dawnych znajomościach? O Valerie mówił przez sen tuż po ich pierwszym zbliżeniu...

                                  • Dzięki. - odparła i poczochrala lisa za uszami, uśmiechając się w ten wymuszony sposób imitujący radość.
                                    Fisuś… zrozumiał, że nawalił. Po prostu. I nie wiedział jak to naprawić. Nie był Viktorem i może podłapał coś z jego retoryki… ale tu on był potrzebny. Tylko kolejny powód dla którego musiał wrócić…

                                  • Kaylie, słoneczko… Jesteś bystra dziewczyna. Wiesz dobrze, że to nic nie oznacza. Może umówmy się, że nie będziesz wyciągać pochopnych wniosków, a jeśli “wredny głos” próbuje ci coś wmówić, to może skontrargumentuj go tym celibatem, którego Viktor nigdy, dla żadnej nie przyjął… Tylko dla ciebie… Może ładnie ten fakt podkreśli, jak ci powiem, że on jeszcze przed waszym spotkaniem we Dworze, zdążył tutaj znaleźć jagnię, które już raz miał i to po tamtym wieczornym spacerze po Evercrest stwierdził, że nie zrobi z tego niczego regularnego… Hmmm? Przemawia to, choć trochę, do ciebie?

                                  • Może troszkę... - westchnęła drapiąc liska za uchem. Nie była przekonana do tego powodu. Celibat? Dobre sobie. Ile to trwało? Ponad tydzień bez seksu?

                                  • I czy naprawdę on jest tak uzależniony od używania wszystkich kobiet jakie mu wpadną w oko? - mruknęła z lekkim skrzywieniem.
                                    Fisuś uniósł brew, ale grymas szybko zszedł mu z pyszczka. Od-drapaniowe przymrużenie oczu przeważyło.

                                  • Z Viktorem mam odmienną opinię dlaczego on to robi… ale na twoje pytanie obaj byśmy opowiedzieli “nie”, a ja od siebie dodam “zapytaj go”, bo to nie moje miejsce by go tłumaczyć z tego. Jednak jeśli inne kobiety mają cię… drażnić. To… Ufff… dziewczę drogie, czeka cię nieprzyjemna przeprawa… Czy może twoje zmartwienia są bardziej moralne i martwisz się o “biedne, głupiutkie niewiasty”?

                                  • Nie, nie! - zaprzeczyła silnie, trochę jakby wystraszona - Ustaliliśmy, że będą inne i to już moja broszka, aby się z tym pogodzić i nie robić scen. Bardziej zastanawiam się czy on jest takim seksoholikiem, aby tygodniowy "celibat" wręcz był jemu męczeńskim poświęceniem. - pokręciła głową - A co do kwestionowalnej moralności wprowadzania w błąd kobiet mam swoje zdanie, bo byłam kiedyś po stronie takiej kobiety i po roku mydlenia oczu, niedopowiedzeniach i pozwalania mi dojścia do błędnych wniosków zostałam nagle odrzucona jak zużyta szmata. - powiedziała grobowo - Więc wiem jak to boli.
                                    Fisuś milczał chwilę, oddając ten symbol szacunku przeżyciom Kaylie.

                                  • To wiedz, że to tak wyglądać NIE będzie. Mediana długości bytności kobiet w rotacji to było około trzech–czterech tygodni… On nie zostawiał za sobą szlaku złamanych serc. Najwyżej frustracji i zawodów. Wiele od początku wiedziało, że to tylko chwilowa zabawa i z radością się na to zgadzało, bo to była jedyna w ich życiu szansa, choćby aby znaleźć się na gali Conventia Sola–Vallis, która jest jednym z największych niepublicznych wydarzeń roku w Egorianie. Viktor… i dziewczyny z plebsu zabierał na salony, jeśli tylko reprezentowały one sobą wystarczająco wiele… Suknie dostawały wtedy w prezencie. Kiedy wszystko szło po jego myśli, a niemal zawsze szło, z perspektywy jego jagniąt, to był tylko przelotny romans. Jeden z wielu jakich w swoim życiu doświadczyły i, łamane przez: lub… doświadczą.

                                  • A “celibat”... eh… wciąż nie łapiesz. To nie jest per se “poświęcenie”. To nie tak, że on tobie złożył taki trybut. Nie mówię ci abyś traktowała to, jakby dla ciebie, po żarzących się węglach przeszedł boso… Choć przypomnę, że już zdążył samotnie wszarżować do jaskini pełnej wrogów, aby cię ratować… Ja podkreślam tutaj, tylko i aż, wyjątkowość tego splotu wydarzeń, która sugeruje jego wyjątkowe postrzeganie ciebie. Capere?

                                  • To może być czasowe zauroczenie... - mruknęła - Takich miałam na tyle dużo, aby nie szukać już prawdziwych... Więc teraz jestem zagubiona i trochę wystraszona. Nie chcę ponownie wpaść w pułapkę uczuć w jaką wpadłam za pierwszym razem...

                                  • Iii… Czy to ma bardziej związek z jego rotacją, czy bardziej… czymś… - Fisuś zawahał się, szukając delikatnego słowa które zawrze odpowiedni przekaz - …eh… inaczej. Czy chcesz usłyszeć co mi się wydaje?
                                    Kaylie pokiwała głową z twardą pewnością.
                                    Fisuś kiwnął głową, czując się nieco bardziej uprawniony jej zgodą.

                                  • Wydaje mi się, że to nie do końca o Viktora chodzi… Raz się naprawdę zaangażowałaś. Dostałaś za to w mordę. Srogo. Boleśnie. Potem… instynkt samozachowawczy ci nie dał tego powtórzyć. I teraz, wbrew niemu, znów się angażujesz… jeśli dobrze rozumiem sytuację, to bym się dziwił gdybyś nie była wystraszona. Nie spodziewam się abyś cokolwiek mi odpowiedziała… po prostu potraktuj to jako materiał dla rozważań…

                                  Kaylie spuściła wzrok i po chwili uciekła spojrzeniem w bok. Nie mogła dać całkowicie wiary w słowa Fisusia. Musiała być ostrożna...

                                  • Zajmę się osłoną dla was... Chodźmy do namiotu. I tak ubrania muszę wziąć... - odetchnęła głęboko - Tylko daj mi jeszcze chwilę. Muszę się skupić na wykonaniu tej magii... Później... Będziecie mieli maksymalnie pół godziny. Po tym ruszamy, a będę obok siebie Khala potrzebowała, by drogę pomagał wybierać.

                                  Lisek kiwnął niepewnie łebkiem.

                                  • Ttta… chodźmy zanim stchórzę…

                                  Kaylie już wiele razy wcześniej myślała o wykonaniu takiej modyfikacji magicznej, ale nigdy nie była w stanie opanować procesu. Minęło dużo prób i nigdy żadna nie dała pożądanego efektu... ale dziś chciała spróbować ponownie i tym razem wykonać proces.
                                  Już tyle próbowała, wreszcie czuła gotowość, a nawet Rhaast dał jej zielone światło.

                                  Słowa magii akompaniamentowały ruchom jej dłoni splatającym nici magii. Zaplatala je delikatnie, unikając ich zerwania, ale w swoim dziele nie poruszała się magicznymi drogami jakie zapisano w księgach. Poruszała się sprawnie dzięki umiejętności wykorzystania skrótów i stworzenia nowych dróg.

                                  Patrzyła przez odsłoniętą płachtę namiotu na śpiącego Khala i nieśmiało pełzającego Fisusa, jakich ominęła moc magii.

                                  Ostatni raz z uczuciem przesunęła wzrokiem po Khalu nim zniknęła na zewnątrz zasłaniając płachtę.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #80

                                    Viktor wciąż spał. Turkusowy wąż, z czerwony strzałkami wpełzł przez jeden z wielu otworów które miał do dyspozycji. Z tej odległości… czuł, że Viktor ma za sobą ciężką noc. Nie paskudną, takie też były częste… ale nieprzyjemną. Znał ten rodzaj zmęczenia, wyciekający teraz z niego. Dokładnie taki sam jakim emanował godzinę wcześniej, gdy z Kaylie wciąż spał, a Fisuś wkradł się na przeszpiegi. Nie denerwował się wtedy tak bardzo. Teraz serce chciało mu, z małej piersi, wyskoczyć. Ten stres przelewał się echem na Viktora i w jakimś rezonansie wracał do Fisusia. Wąż pokręcił łebkiem… “im szybciej tym lepiej”...

                                    Zwinięty na jego piersi… czekał. Viktorowe oddechy podnosiły go i opuszczały, nadając poczucia trochę jakby był na łódce. Cisza była nierealna. Tak głęboka, że pomiędzy oddechami kapłana zdawało mu się, że słyszy pulsy krwi w jego żyłach… albo swoich.

                                    Czekał.
                                    I czekał.
                                    I jeszcze czekał.

                                    Nie tak wyobrażał sobie tę scenę. Serduszko mu zwolniło, ale tylko trochę. Miał wrażenie, że zaraz pęknie jeśli coś się nie wydarzy. Wychylił się i wężowy łepek zawisł nad twarzą kapłana, starając się, samym przekazem mentalnym, pogonić go, by się wreszcie obudził… ale więź, jaka ich łączyła, nie działała w ten sposób…

                                    Wysunął rozdwojony język…

                                    Do snu Viktora, co zaraz miał zostać niepowrotnie zapomniany, przedarło się poczucie… swędzenia. Sięgnął leniwie ręką, potarł czubek nosa i pozwolił jej opaść.

                                    Nie dotarło do niego oburzone syknięcie.

                                    Swędzenie się ponowiło. Bardziej natarczywe. Znów go wyciągnęło na granicę jawy i, tym razem, na niej pozostał. Po przegonieniu uczucia, pozwolił dłoni orpzeć się na twarzy. Było już jasno… gdzieś tam jego rozsądek się budził i przypominał sobie, że musi wstać, bo będą niedługo ruszać. Roztarł leniwie oczy, przez powieki, gdy spychał głęboko w niebyt pamięć niektórych snów i same odczucia pozostałych.

                                    Pozwolił głowie opaść w bok.

                                    • Hee…
                                      Zalotne powitanie przerwał w pół tonu, gdy dopiero otworzone oczy nie dostrzegły obok Kaylie. Był nieco… zawiedziony, ale było to dalekie uczucie. Nie był w jawie jeszcze na tyle twardo, by absolutna cisza nie wpędziła go w poczucie nierealności.

                                    Kątem oka dostrzegał nieznany kształt na swojej piersi, ale umysł wciąż tego nie przyjmował do siebie. Tryby powoli się obracały, ale były nieuchronne. W końcu spojrzał z ciekawością na węża na sobie. Nie widział łebka Fistaszka, ukrytego za zwiniętym ciałem. Nie widział jego oczu okrągłych jak spodki, a szybki wężowy oddech był zbyt drobny, by mógł go usłyszeć.

                                    • Heh… - uśmiechnął się, dochodząc do jedynego rozsądnego wniosku. Wciąż spał.
                                      Zamknął oczy i przewrócił się na bok.

                                    Fistaszek jęknął, spadając z wysokości, co dla niego nie była wcale błaha, ale… pozostał w bezruchu, bo poczuł szybko narastający szok i niedowierzanie emanujące od Viktora.

                                    Oba oddechy ugrzęzły w piersiach. Jeden w dużej a drugi w malutkiej.

                                    Obaj czuli aż dwa węzły emocji. Jeden swój, a drugi empatycznie.

                                    Obaj, dziesiątki razy, wyobrażali sobie jak ta rozmowa miała by przebiegnąć… mieli plany. Punkty które trzeba było poruszyć. Zarzuty które wykrzyczeć, ale… niewiele mogli sobie teraz przypomnieć i nic z tego nie brzmiało w żaden sposób… adekwatnie.

                                    Fisuś powoli i drżąco odwrócił pyszczek i wreszcie mogli na siebie spojrzeć. Obaj.

                                    Gdyby Viktor kiedyś opowiedział komuś o tym momencie opisać by musiał małego turkusowego węża, drżącego z emocji. Takiego co potrzebował dać im ujście tak bardzo, że przeoblekł się w małego psa, leżącego płasko na ziemi, spoglądającego w górę czarnymi oczkami, które coraz bardziej i bardziej się szkliły.

                                    Kliknij w miniaturkę

                                    … jednak Viktor miał nigdy nikomu nic o tym nie powiedzieć…

                                    Gdyby Fisusia ktoś zapytał co widział swoimi psimi ślepiami opowiedziałby o gargulcu. Zastygłym w całkowitym bezruchu, poza drżącą szczęką i powiekami. Mówiłby o niedowierzającym spojrzeniu i drzemiącej w nim winie. O tym jak bał się wydać z siebie jakiś dźwięk, a nawet oddech wziąć…

                                    ... ale Fisuś wiedział, że zabierze to ze sobą do grobu…

                                    Gdyby ktoś zażądał od bogów, by wyjawił co się działo w tym namiocie spotkałby się z prostą odmową… bo niektóre wydarzenia są święte i nawet diabły, albo kapłani upadłych aniołów mają swoje prawa, dla których naruszenia dostatecznie dobre powody nie istniały. Po prostu.

                                    Kaylie nie posiadała żadnych umiejętności jakie pomogłyby jej w nadzorowaniu ogarniania obozu. Musiała zdać się na siłę jaką zyskała przez czyny podczas misji i mieć nadzieję, że to wystarczy.

                                    Na szczęście wystarczyło.

                                    Strażnicy byli dość ospali, gdy zaczęła towarzystwo budzić ostrym tonem. Nie była ich dowódcą, ale przecież zawsze mogła nastraszyć ich tym, że może przekazać Filii jacy byli nie kooperatywni.
                                    Szybko zauważyła, że nie tylko ona i Khal dziś w nocy świętowali razem, gdy namioty okazywały się koedukacyjne, chociaż posiadały mniej śpiworów niż ludzi w nich leżących... zazwyczaj bardzo blisko siebie.

                                    Czasami rzucano jej lekko wredne uśmieszki dając do zrozumienia, że jej noc została usłyszana. Kiedy jeden z obudzonych zapytał ją o znaczenie jednych słów, jakie dość głośno wykrzyczała, Kaylie spłonęła silnym rumieńcem wstydu i szybko odeszła rzucając przez ramię rozkaz by ogarnęli śniadanie, bo niedługo wyruszają.

                                    Rzeczy które zając powinny kwadrans zajmowały trzy. Nie chodziło tylko o samą Kaylie, co na bieżąco dochodziła do tego co powinna zrobić, ale też ogólne rozluźnienie obozu. Ludzie czuli się zwycięzcy. Czuli się niepokonani. I czuli się bezpieczni…. a ponadto czuli się niewyspani, po długim świętowaniu, w niektórych przypadkach trwającym póki wstające słońce nie zaczęło rozświetlać horyzontu.

                                    Ktoś się lenił.
                                    Ktoś potrzebował decyzji.
                                    Ktoś miał jakieś pretensje.
                                    Ktoś szukał cichego miejsca, by się zdrzemnąć.
                                    Ktoś znów szedł do Kaylie o coś zapytać…

                                    Arkanistka szybko spławiła poprzedniego “kogoś”... powoli zaczynała rozumieć czemu ogarnianie obozu nie zostawiało Filii czasu na bardziej przyziemne obowiązki… a teraz to sytuacja była komfortowa, bo raczej nie trzeba było lękać się zagrożeń…

                                    Kryjąc rosnącą frustrację, z błahości połowy problemów, z którymi do niej przychodzono, odwróciła się, by rozwiązać kolejną trudność, z którą przeciętny półgłówek NIE wyszkolony do bezmyślnego wykonywania rozkazów, powinien sobie łatwo poradzić…

                                    .. niemal nie zdążyła wzroku odwrócić, nim nie objęły jej ramiona… jedna dłoń spoczęła na jej plecach, druga z tyłu głowy… jeszcze ćwierć sekundy potrzebowała, by skojarzyć to krótkie mignięcie twarzy, jego sylwetkę i zapach…

                                    • Dziękuję… - głos Khala był inny niż w ostatnich dniach. Jakby ubyło z niego przygniatającego ciężaru, którego wcześniej nawet nie dostrzegła… aż cieplej się zrobiło gdzieś w piersi…

                                    W pierwszym momencie się spięła nim nie dotarło do niej kto ją dotknął. Gdy zrozumiała rozluźniła się od razu. Uśmiechnęła się słysząc jego głos pozbawiony wcześniejszego stresu, jaki pomagała mu wczoraj zagłuszać.

                                    Ktoś kogoś szturchnął, wskazując na parę bohaterów wyprawy.
                                    Ktoś się uśmiechnął i zwolnił, by nacieszyć oczy gestem tak…
                                    ...szczerym?
                                    Ktoś przewrócił oczami, ale nie potrafił się z nimi nie cieszyć.

                                    Kaylie niemalże “usłyszała” khalowy uśmiech… ten z aroganckiego rodzaju. Niemal bezczelnego. Ręka opadła, obejmując ją w talii…

                                    … i poderwała ją w górę. Wir, w który nagle została wciągnięta wydobył z niej, prawie-że “dziewczęcy”, jęk, a on wyrwał Khalowi z gardła serdeczny śmiech, co zdawał się, choć na krótki moment, odsuwać wszelkie troski.
                                    Uchwyciła się jego karku… Wciąż wirowała gdy jej pisk został stłumiony khalowym pocałunkiem.

                                    Ktoś w tle zawiwatował.
                                    Ktoś się tylko uśmiechnął błogo.
                                    Ktoś gwizdnął, wibrująco, przez palce.
                                    Ktoś wyrechotał oczekiwania “powtórki” z nocy.
                                    Ktoś zdzielił poprzedniego w potylicę.

                                    Stopy Kaylie, niemal “nagle”, spotkały ziemię, ale dłoń na krzyżu upewniła jej wątpliwą równowagę i trzymała ją póki błędnik się nie opanował. Spotkała wreszcie jego spojrzenie… intensywność wdzięczności i jakiegoś… uczucia w nim wręcz wprawiło ją w zakłopotanie.
                                    A przecież nie zrobiła nic tak wielkiego... Nie była przyzwyczajona do takich reakcji na temat swoich czynów... więc tylko z zakłopotaniem uśmiechnęła się do mężczyzny.

                                    Viktor pochylił się i ucałował Kaylie w czoło

                                    • Fisuś mi wszystko powiedział… nigdy ci tego nie zapomnę… - mówił cicho, tak blisko, że ustami wciąż muskał jej skórę.
                                      Zimno przeszło jej po kręgosłupie, gdy usłyszała, że wszystko zostało przekazane Khalowi. Była wystraszona i niepewna reakcji. Czy on już wie o wątpliwościach odnośnie Valerie i Zoryi?

                                    Nie znalazła w Viktorze odpowiedzi, bo odstąpił pół kroku, a jego spojrzenie objemowało już obóz, który na ten moment się zatrzymał… Wiwaty, zachęty, żarty i śmiechy niemal ustały, a część powoli wracała do pracy…

                                    • Dziękujemy za dobre słowa! - zakrzyknął, głosem wyćwiczonym latami, by nieść się daleko, brzmieć przyjemnie i rozwiewać wątpliwości. - Wszyscy wiemy co robić! Zbierzmy dupę w troki i wracajmy do rodzin, dobrze? Ktokolwiek z was wpadnie do Popielnego Dworu zawsze znajdzie miejsce przy moim stoliku i kolejkę dla siebie!
                                      Ostatni wiwat rozszedł się po obozie falą i ludzie wrócili do pracy, z jakąś odrobiną nowej werwy i zadowolenia.

                                    Uśmiechnięty Khal odwrócił się do Kaylie.

                                    • Czego ode mnie potrzebujesz? - zapytał, a w głosie i spojrzeniu znalazła gotowość do pełnego jej wsparcia.
                                    • Znasz się na tych terenach. - stwierdziła patrząc z lekkim zafascynowaniem nagłością i siłą zmiany w jego zachowaniu. Jakby wtłoczyć w niego nowe życie. Czy Viktor Goodmann taki był w Cheliax?
                                    • Pomógłbyś mi poprowadzić do następnego postoju przed miastem.
                                    • “Znam” to mocne słowo… - jednak głosie Viktora nie znać było zwątpienia czy zawahania - … ale pamiętam, chyba, punkty orientacyjne po drodze, a jak Fisuś się dość wzniesie to i samo Evercrest dojrzy. Widoczność jest doskonała - ocenił patrząc w niebo - Jak ruszymy rozeznam się kto jest najwyższy rangą, pod niedyspozycyjność Filii, aby pomógł nam z technikaliami i dziwactwami lokalnej straży… Ale najpierw musimy ruszyć. Jakieś konkretne problemy wymagają rozwiązania, czy starczy im pomoc, zachęta i doraźna decyzja?
                                    • Mają do nas bardzo pozytywne podejście. - odezwała się, gdy upewniła się, że inni zajęli się śniadaniem - Choć czasem niektórzy bardzo jak do kumpla... To bywa... Krępujące. - rumieniec zażenowania dawał wyraźną odpowiedź o czym mówi - Chyba byliśmy za głośni w namiocie...
                                    • Tylko w tym sensie, że sprowokowaliśmy te żarty - uśmiechnął się Khal, puszczając oczko.
                                    • Jeśli byś chciała, to mogę zgrabnie i po cichu ogarnąć, aby przystopowali nieco… ale jak nie ma w tym złej woli, ani nie zrobi się natarczywe… - wzruszył ramionami - Starczy twoje słowo… - zachęcił, widząc jej zawstydzenie, ale galtianka tylko machnęła ręką zbywając temat - Wiemy co u Filii? Daviona ktoś widział? Ktoś specyficznie skontrolował stan odbitych? Mamy wartowników na posterunkach?
                                      Khal pytał o wiele rzeczy, ale nie gnał, a jego głos nie był natarczywy… słychać było, że chce odhaczyć punkty na swojej liście i spodziewa się, że większość jest już rozwiązana.
                                      Kaylie została zalana tymi pytaniami, które ją po prostu wystraszyły na tyle, że nie wiedziała czy jest w stanie na każde odpowiedzieć.
                                    • Ja... - zająknęła się - Przep... - drżenie głosu ukazywało jak czuje się w tym momencie. - Zobaczę co z Filią...
                                      Wyglądała jak przyłapane dziecko przez nauczyciela na braku pracy domowej.
                                    • Hej, hejejej… - Khal złapał jej dłoń, wzniósł do ust i ucałował. Nie spieszył się z tym. - Idąc tu widziałem, że uwijałaś się jak truteń… Jestem tu aby cię wesprzeć. Nie by oceniać.
                                      Zbliżył się. Ujął ją za biodro oraz policzek i oparł czoło o jej.
                                    • Teraz spokojnie… - Głos miał łagodny i opiekuńczy. - Oddychaj ze mną. Wdech. Yyyyhhh… i wydech. Uhhhhh… Wszystko gra, hmmm? Sprawdź, proszę, Filię i Daviona. Ja ustalę co z wartami i uratowanymi. Widzimy się, w tym miejscu, za pięć do dziesięciu minut, dobrze?
                                      Kaylie wyraźnie ulżyło, gdy zobaczyła reakcję Khala. On jej o nic nie oskarżał, nie był ironicznie wredny...
                                    • Dobrze, dobrze! Dziękuję... - powiedziała szybko i ruszyła do namiotu Filii.

                                    Arkanistka zatrzymała się przed wejściem do namiotu dowódcy i tylko uniosła głos nie wchodząc bez zaproszenia.

                                    • Mogę wejść czy to zły moment?
                                      Chwilę zajęło zanim ze środka dobiegł głos komendant.

                                    • Wejdź, wejdź… - Filia brzmiała na zmęczoną.
                                      Galtianka przeszła do środka odsuwając poły materiału z drogi.
                                      Filia zakładała właśnie buty, jej zbroja i reszta rynszutku leżała porozrzucona po ziemi. Westchnęła kiedy w końcu z trudem wsunęła stopę w but.

                                    • O co chodzi? - włosy komendant były w nieładzie, sama też wyglądała jakby potrzebowała kilku wizyt w jakimś salonie piękności.

                                    • Pobudziłam wszystkich, teraz mają ogarnąć śniadanie. Khal zajmuje się wartami i stanem odbitych, komendant. - Kaylie zasalutowała poważnie i zaraz z wrednym uśmiechem dodała - Kac doskwiera?
                                      Zaskakująco Kaylie nie nosiła teraz maski.

                                    • Tylko kiedy bije mi serce… - odparła Filia - Dziękuję, że przejmujesz obowiązki… ja… nie jestem w dobrym stanie, aby przeprowadzić musztrę, a co tu mówić o prowadzeniu tej wycieczki…

                                    • Więc będą mieli spacerek, bo i ja musztrować ich nie będę. - wzruszyła ramionami - Też ich noc wymęczyła. Niejedni musieli spuścić stres grupowo.
                                      Komendant pokiwała głową i jęknęła kiedy ruch wywołał ból.

                                    • Nie wiem… nie wiem, co zrobić jak wrócimy do miasta. To… to za dużo.
                                      Kaylie usiadła obok Filii.

                                    • Porozmawiamy o tym podczas następnego postoju. Spokojnie, nie zostaniesz sama z decyzjami i nie będą wymuszone na szybko. - niepewnie położyła dłoń na barku Filii, po czym zabrała rękę - Na razie odpoczywaj... Choć przyznam, że nie oczekiwałam tak ostrego traktowania przez elfa.

                                    • Ostrego? - komendant uniosła brew - Davion jest najdelikatniejszą osobą jaką znam.

                                    • A co... - bez ostrzeżenia dźgnęła palcem bok kobiety.
                                      Filia syknęła.

                                    • To kac… - zapewniła - Po prostu za dużo wypiłam… i zawsze miałam tylko materac i drewno na opał…

                                    • Jak twierdzisz... - stwierdziła nie do końca dając wiarę - Gdzie on polazł w sumie?

                                    • Zorganizuje małą kapliczkę i przeprowadzi krótką modlitwę dla chłopców i uratowanych.

                                    • Kapłani są dziwni... Tym się zajął i zostawił kobietę z jaką miał noc?

                                    • Czy jest teraz noc? - zapytała Filia - Pomógł mi kiedy byłam w potrzebie, teraz inni go potrzebują. Tak, jest tak wytrzymały. - komendant ubiegła żart arkanistki.

                                    • W łóżku też? - wyszczerzyła się radośnie.

                                    • Szczególnie. - odparła - A jak mój brat? Zadowala pomimo zaawansowanego wieku?

                                    • W czym niby zadowala? - Kaylie próbowała zostać bezemocjonalna, ale bez maski widać było rumieniec na jej policzkach.

                                    • Mogłam opróżnić trzy butelki wina, rumu i piwa, ale to nie znaczy, że nie mam oczu i uszu w obozie. - uśmiechnęła się łobuzersko - Widzę natomiast po twojej reakcji, że owszem. Dobrze, zasługujesz na trochę radości w życiu.
                                      Galtianka położyła dłonie na kolanach i skupiła wzrok przed sobą.

                                    • Tak, w końcu spędziliśmy intymny czas ze sobą. Bynajmniej nie żałuję.

                                    • To dobrze. - odparła komendant - A on?

                                    • On? - zapytała zdziwiona - Czemu miałby?

                                    • Żart. - zapewniła Filia - Nie znam was tak dobrze i próbuje wybadać grunt.

                                    • O czym mówisz? - zdziwiła się - Tak, podoba mi się i daliśmy temu upust w namiocie. - przyznała.

                                    Filia pokręciła głową.

                                    • Jak na Galtiankę jesteś bardzo sztywna. Zmieńmy temat. - zastanowiła się chwilę - To będzie dość prywatne pytanie, więc nie musisz mi odpowiadać. Wiem, że Viktor jest tu, aby zacząć kult tego… Azazela. Wiem, że mistrz Baltizar ma mu w tym pomóc. Wnioskuje zatem, że oboje mają jakiś układ z tym diabłem. Więc jaki jest twój, jeżeli jest jakiś?

                                    • Jestem najemnikiem i pracuję dla Khala. - odparła.
                                      Filia jedynie skrzywiła usta.

                                    • Nawet na kacu wiem, że to nie cała prawda. Nie musisz jednak mówić, jeżeli nie chcesz.

                                    • Skąd w ogóle takie zainteresowanie? - nie była szczęśliwa z dociekliwości Filii - Jaki ono ma sens?

                                    • Jaki sens miało pytanie mnie czy Davion jest wytrzymały w łóżku? - odparła komendant.

                                    • Przekomarzaniki i to ty pierwsza powiedziałaś o jego byciu wytrzymałym, więc się prosiło. Temat dobry na zajęcie twoich myśli. - odpowiedziała wprost - Chyba nie myślałaś, że mnie to interesuje z personalnych powodów i chcę go dziś zobaczyć nocą w swoim namiocie?

                                    • Przyjąłby to jako komplement. - zapewniła Filia - No cóż, odwzajemniłam przekomarzanki. Wybacz jeżeli uderzyłam w drażliwy temat.

                                    • Twoje pytanie nie było tym samym. - pokręciła głową - Sądzisz, że Davion by do mnie przyszedł w nocy i uprawniałby ze mną miłość, gdybym wyraziła zainteresowanie? - zapytała z uśmieszkiem.

                                    • Zainteresowanie? Nie. Przyjdziesz do niego z wypełnionym kontraktem i moją pisemną zgodą? Jak najbardziej.

                                    • Jakim kontraktem?

                                    • Że wasza noc przyjemności, będzie wyłącznie dla przyjemności, żadnych uczuć czy pasji i po jej zakończeniu pójdziecie swoimi osobnymi ścieżkami. Tak w skrócie.

                                    • Ale uczucia potrafią się tworzyć dopiero po takiej nocy. Nie możesz samym kawałkiem papieru tego zmienić. - pokręciła głową krzywiąc się.

                                    • A jednak ludzie potrafią chodzić na dziwki bez emocji. - uśmiechnęła się - Tu chodzi o założenie zasad spotkania.

                                    • Twierdzisz, że byłabym dziwką? - zapytała z chłodem w głosie.

                                    • To Davion przyjmowałby kontrakt z zezwoleniem. - Filia się uśmiechnęła.

                                    • Niech ci będzie... - mruknęła - Wszyscy jesteście tak sztywni co do papierologii jak i Khal umie być. Szokujące.

                                    • Och, ty nawet sobie nie wyobrażasz jak ja potrafię zagrać na Davionie przy odpowiedniej manipulacji papierów.

                                    • Co? - Kaylie wyraźnie nie rozumiała o czym Filia mówi.
                                      Komendant uśmiechnęła się.

                                    • Mam ci wytłumaczyć zawiłości skomplikowanego systemu druków, wniosków i petycji? Czy wystarczy ci "Daję mu prośbę o urlop na wniosku o rezerwację miejsca w restauracji" i on wtedy wie, że zapraszam go na kolację?

                                    • Jesteś spokrewniona z Khalem. - pokręciła głową - Oboje byście to za dobry sposób widzieli i śmiali byście się z wykonania. - złapała się za głowę - Dobrze, że mnie tak nie powaliło…

                                    • Jeżeli twój związek z nim potrwa dłużej, to możesz się zarazić. - zapewniła Filia - Poczekaj, aż zaczniesz sprawdzać czy kolor papieru, na którym piszesz spełnia normy. Wtedy będziesz wiedziała, że jest za późno.

                                    • Szczerze wątpię... - westchnęła ze skrzywieniem - Mogę mu pomagać w przeszukiwaniu papierów, ale nie mam zamiaru się do nich onanizować…
                                      Filia delikatnie się zaśmiała.

                                    • Ech, naprawdę. Niektórym brak wyobraźni.

                                    Kaylie skrzywiła się.

                                    • Mam nadzieję, że Khal aż tak nudny nie będzie często.
                                      -Tylko ciebie to nudzi. - zapewniła komendant - Coś jeszcze?
                                    • Wątpliwe, że tylko mnie z całej populacji. - pokręciła głową - Na następnym postoju pogadamy, to masz czas poleczyć kaca... K-O-M-E-N-D-A-N-T.
                                      Ostatnie słowo wypowiedziała umyślnie długo i głośno salutując jej z wrednym uśmieszkiem.
                                      W odpowiedzi dostała w głowę poduszką od Filii.
                                    • Spadaj już.

                                    Okrutny chichot Kaylie jeszcze był słyszany jak opuściła namiot dowodzącej.

                                    Viktor odprowadził Kaylie spojrzeniem nie do końca jeszcze wiedząc co myśleć o jej… pewnej nadreaktywności na niego… odłożył rozważania na później. Nie wiedział czy obóz jest zabezpieczony. Nie spodziewał się aby ktoś ich zaatakował, ale jakby do tego doszło to obecność a nieobecność wartowników na straży decydowałaby o życiu lub śmierci.

                                    • Sprawdzisz perymetr? zapytał niewidzialnego chowańca, a odpowiedzią którą usłyszał był trzepot skrzydeł.

                                    Odprowadził spojrzeniem imaginację obrazu Fisusia.

                                    • Dobrze mieć cię z powrotem…
                                      Szybkim krokiem poszedł sprawdzić co z odbitymi ludźmi. Wyzwoleńcy byli w dobrym stanie fizycznie, ale widać, że ich umysły noszą blizny po tym co widzieli i doznali. Długo zajmie zanim na ich twarzach ponownie pojawi się szczery uśmiech, ale nie o niego teraz Viktorowi chodziło. Starczyło, że są wszyscy zdrowi. Nie miał czasu aby jakoś ich rozweselić, więc nie został u nich długo i poszedł potwierdzić, że mają straże… szczerze oczekiwał, że będą… to nie były podlotki, ale chciał mieć pewność.
                                      Strażnicy faktycznie byli obecni, chociaż nie byli bardzo uzbrojeni. Starali się zapewnić byłym jeńcom poczucie bezpieczeństwa. Kilku akolitów Abadara upewniało się, że niczego im nie potrzeba. To też było zadowalające.
                                      Na koniec poszedł potwierdzić, że obóz w całości jest poprawnie zabezpieczony i żadne losowe zagrożenie nie da rady się do nich podkraść.
                                      Wszystko wydawało się być bezpieczne. Viktor nawet zauważył grupkę goblinów, którą przygarnęli, składającą "raport" Ihaili. Uznał, że ciekawszego nic nie znajdzie w tej chwili. Wszystko wyglądało jak należy. Podszedł bliżej, od strony z której został zauważony przez niziołkę.
                                    • Hej, Ihaili. Coś interesującego się dzieje? Widzę, że znalazłaś nowym rekrutom zajęcie…
                                    • Ano, chociaż na razie widzieli pięć wiewiórek, dwie wrony, trzy orły, sowę i więcej niż dziesięć drzew. - haflinka westchnęła - Mimo wszystko, lepiej jest im dać cokolwiek do robienia. Nie chcę, aby zaczęli iść na samowolkę.
                                    • Dobrze, że ktoś o tym pomyślał - przytaknął, chichocząc. - W obozie wydaje się wszystko w porządku i ogarnięte. Miło widzieć kompetencję. Jakby rekruci sprawiali problemy to odeślij ich do mnie. Ostatnio udało mi się przemówić im do rozsądku.
                                    • Lepiej nie, szamanie. Ostatnio rozważali ołtarz na cześć wielkiej Wódz Blackfyre. Jeszcze zaczęliby cię pytać o wymiary komendant.
                                    • Cóż, wielka wódz Blackfyre poprowadziła zwycięską wyprawę, przeciw strasznemu alchemikowi terroryzującemu lokalne społeczności bez strat w personelu… - Głos Viktora był wesoły i niepoważny - Jakiś mały łuczek triumfalny można by jej postawić!
                                    • W wykonaniu goblinów? Bałabym się nad nim przelecieć, co tu mówić o przejściu pod.
                                    • Trzeba doceniać chęci, nawet gdy towarzyszy im niekompetencja… każda wielka umiejętność była kiedyś właśnie takim zamiarem bez zdolności… - uśmiechnął się Khal - Pójdę jeszcze spojrzeć co u naszego jeńca i kończę personalne upewnienie się, że wszystko gra. Jakby potrzeba było z czymś pomocy, to łatwo mnie znajdziesz… - zaproponował adwokat…

                                    Przed sprawdzeniem upłynęło by ustalone “pięć do dziesięciu minut”, a punktualność miał we krwi do stopnia, że czuł nieprzyjemne drapanie z tyłu głowy, gdy dotarło do niego, że musi zmienić plan, bo by się spóźnił…. Kaylie już na niego czekała. Widział… zalążki znudzenia i próby odepchnięcia go, na razie poprzez szukanie w okolicy czegokolwiek na czym można by oko uwiesić.

                                    • Hej. Obóz jest sprawny. Dają radę. Co u siostrzyczki?
                                      Jak tylko Khal się odezwał zmienił się humor Kaylie. Drastycznie wręcz.

                                    Spojrzała w stronę mężczyzny uśmiechając się szeroko i doskoczyła bliżej Frey'a wieszając mu się na szyi. Khal zamrugał oczami w zdziwieniu, ale szybko ustąpiło ono zadowoleniu i musiałby forsownie powstrzymać uśmiech, gdyby go nie chciał… ale go nie powstrzymywał.

                                    • Chodź! - rzuciła od razu i chwyciła go za nadgarstek chcąc go ciągnąć na mocne obrzeża obozu by.. zrobić coś?
                                    • W… porządku? - zgodził się w rozbawieniu, uznając, że odłoży trochę kontrolę więźnia. Jak dotąd jego obchód pokazał jedną rzecz: straż wiedziała co robić. - Chodźmy.

                                    Kaylie ciągnęła Khala szybko aż nie zniknęli z widoku obozu i zatrzymała się z nim wśród roślinności ich okrywającej. Pchnęła go plecami na pień wysokiego drzewa i szybko pocałowawszy go w usta wtuliła się i wymruczała mu do ucha.

                                    • Potrzebuję prawnika.

                                    • Hmmm… - zastanawiał się chwilę Khal, ale Kaylie czuła jak jego kciuk znalazł drogę pod jej koszulę i sunął to w jedną, stronę, z powrotem po jej talii gdy reszta dłoni spoczywała na jej biodrze - Myślę, że byłbym w stanie ci kilku polecić… a jaką… problematyką miałby się zająć dla ciebie?

                                    • Polecić? - złapała Khala za koszulę pod gardłem i przysunęła jego twarz do swojej - Ja chcę ciebie. CIEBIE. - złożyła kolejny pocałunek na jego ustach - Potrzebuję stworzyć pismo urzędowe, aby pozwać osobę, jaka mnie zaatakowała fizycznie.

                                    Viktor pozwolił słowom Kaylie dotrzeć do siebie dopiero po chwili, wcześniej wyparte przyjemnością pocałunku… ale gdy dotarły otworzył oczy szeroko, a jego mięśnie się spięły. Chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie, tyle aby spojrzeć w jej oczy.

                                    • Ktoś ciebie zaatakował? - zapytał, choć widział, że czegoś tu wyraźnie nie rozumie.
                                    • Tak. - powiedziała twardo z pewnością w wyrazie twarzy - Filia.
                                    • Opowiedz mi.
                                      Kaylie ciężko westchnęła, ale Khal zobaczył jakiś malutki uśmieszek krążący wokół rogu jej ust.
                                    • Jest skacowana. I żeby mnie pogonić, gdy głośno do niej mówiłam zaatakowała mnie... - przytuliła się do mężczyzny i czuła ile spięcia w nim było, jakby już się szykował do walki - ...poduszką.
                                      Stres powoli zszedł z Khala. Schodził wraz z powoli spuszczanym z płuc powietrzem.
                                    • Sam ci kark ukręcę, jak mnie będziesz tak straszyć! - zaśmiał się z równą wesołością co ulgą i sam ją ucałował.
                                    • Gadałyśmy o tym, że wysyła swojemu facetowi jakieś papiery jeżeli chce go zaprosić na kolację. Chyba prawniczo się onanizują nimi. - mruknęła - Powiedziała, że jestem nudna i nie mam inwencji... - prychnęła i uśmiechnęła się złośliwie - To ja już jej pokażę galtiańską inwencję prawniczą!
                                    • Hmmm… rozumiem. To będziemy musieli sporządzić zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa… protokół z przesłuchania pokrzywdzonego powinien być przeprowadzony przez organ porządkowy, ale możemy go nazwać “niezależnym” i będziemy udawać, jakby miało to jakikolwiek sens. “Bądź dość bezczelny w tym co robisz, a nikt nie śmie cię sprawdzić.” Potem byłby akt oskarżenia, a jakby udało się pożyczyć od niej tą poduszkę, to można by zrobić z niej “załącznik”, jako dowód wydarzenia. Całość adresowana do “Komendant straży miejskiej Evercrest Blackfyre” i oskarżonego nazywać “Filia Blackfyre”... w prośbie o rozstrzygnięcie zasugerujemy jakąś absurdalną, ale niegroźną karę jak “zakaz używania poduszek przez dwa tygodnie i rozprawka o psychologicznych konsekwencjach mikro-przemocy”...
                                      Kaylie już w połowie wypowiedzi utraciła jakiekolwiek złudzenia… Khal się świetnie bawił.
                                      Kobieta też wyraźnie dobrze się bawiła tym absurdem.
                                    • Niech to wygląda jak najbardziej prawdziwie i oficjalnie jak się da. Niech absurd zostanie odkryty dopiero na samym końcu tekstu, aby musieli się przekopać przez prawnicze mambo-dżambo, bo na pewno swojego faceta w to włączy!
                                    • Hmmm… sugerowałbym jednak ograniczyć. Pięć minut stresu, że to na poważnie starczy. Tym bardziej, że gdy dojdą do naszego “niezależnego protokołu przesłuchania pokrzywdzonego” to się domyślą, że to żart, a jeśli nie… to zostanie interpretacja, że rażąco nie rozumiemy tutejszego prawa, albo mamy nieczyste zamiary i to jest jakiś trik. Jak na moje to niech tylko pierwsze dwie trzecie zawiadomienia będą brzmiały poważnie. To jakieś dwie do pięciu minut stresu. Za to… znajdziemy jakiegoś dzieciaka. Specyficznie siedmiolatka i damy mu miedziaka aby nabazgrał kilka dyktowanych słów o tym jak przegranie walki na poduszki ze starszą siostrą było dla niego tragedią i nazwiemy go “ekspertem”... dostanie drugiego miedziaka za wydrapanie kredkami rysunku patyczaka z czarnym sianem na głowie, rzucającego poduszką w patyczka z kasztanowym sianem i to będzie “rekonstrukcja wydarzeń”. Na koniec się ja się podpiszę jakoś dziwnie, jak Giktor Voodmann… lub Voodoomann? Heh… Tsk.. nie. Przesada już. Cienka jest granica między absurdalnym humorem, a zwykła groteską.
                                    • Może być i tak. - zgodziła się - Niech się nauczy, żeby nie podgryzać mnie. A! Przecież ona była po alkoholu, to się dodaje do oskarżenia!
                                    • Hmmm… może? Zobaczę jakie są tu klimaty. W Cheliax jak najbardziej bym dodał, w Isger powoli to wchodzi, ale w Nidal by mnie zapytano czemu o tym piszę w dokumentacji… “nie alkohol jest problemem, ale czyny”... ale dobre myślenia. Spora szansa, że miałoby znaczenie, gdyby to było na poważnie… musimy się jeszcze postarać by trafiło to prosto do niej, a nie przechodziło przez nikogo pośrednio, bo jeszcze jej narobimy pod tyłkiem i wtedy nie będzie jej do śmiechu. Cóż… w takim razie przyjmuję twoją sprawę, potrzebuję teraz abyś dała mi srebrnika.
                                    • Mmm... - skrzywiła się lekko i zaczęła poprawiać kołnierzyk Khala - A czy przypadkiem nie dałam ci wystarczająco monet ostatniej nocy? - zapytała dwuznacznie.`
                                    • Hmmm… kwestia niuansów. W momencie jak dostanę od ciebie jakiekolwiek pieniądze, nawet pojedynczego srebrnika, jestem przez ciebie zatrudniony i to nakłada na mnie pewne obligacje… najbardziej znana: tajemnica zawodowa. Dalej: obowiązek działania w twoim interesie. Swoista lojalnościówka, co tutaj znaczy, że Filia nie mogłaby do mnie przyjść abym ją bronił przed twoimi zarzutami i wiele wiele innych mankamentów. Nie spotkałem się jeszcze z systemem który pozwalałby adwokatowi oficjalnie rozliczać się w naturze... A co najważniejsze… bawi mnie to - wzruszył ramionami z uśmiechem na twarzy, dając znać, że nawet “najważniejsze” wciąż nie było tutaj wcale ważne.
                                    • Poza tym mihi ignoscet... - żachnął się z jakimś oburzeniem i uniósł ją w górę, obejmując w talii. Sekundę potem to ona była przyparta do drzewa, ale jej nogi wisiały w powietrzu.
                                    • Jeśli dobrze odtwarzam wczorajsze wydarzenia to to definitywnie nie była jednostronna wymiana korzyści…
                                      Khal miał jakiś taki sposób, że nawet gdy mówił tak okropnie płaskie i rzeczowe słowa, to tonem, gestem i mimiką potrafił sprawić, że brzmiały nieprzyzwoicie w ten najlepszy sposób.
                                    • Wiesz, że teraz nie ma czasu... - spojrzała w stronę obozu - I chyba trzeba nam coś zjeść przed podróżą, co? Coś zasycającego, jakieś jedzenie. - dodała szybko nim mógł wtrącić cokolwiek o tym, co mógłby jej dać.
                                    • Tsk… - skrzywił się niepoważnie, widząc, że jego żart został powstrzymany nim dało się go wypowiedzieć. No ale nie oczekiwałby po Kaylie wpadnięcia w tak klasyczną i, mimo wszystko, banalną pułapkę. - No to chodźmy - przytaknął, stawiając ją na ziemi.
                                      Kaylie poprawiła górę szaty.
                                    • Ciągle mi wisisz urwaną sprzączkę od ubrania, pamiętasz?
                                      Khal strzelił palcami w przebłysku zrozumienia.
                                    • Vae mihi... - zaklął niezobowiązująco do siebie i sięgnął do kieszeni na piersi. - Wstyd i hańba by tyle razy zapomnieć… a gdy nie było okazji to pamiętałem… - mówił, ale trochę nieobecnie, bardziej wypełniając ciszę gdy szukał - Mam - zadeklarował, wyciągnął zawezwaną sprzączkę i wręczył ją Kaylie - Proszę bardzo. Miałem nadzieję, że nic więcej nie przegapiłem, ale magiczne światło nie jest wdzięczne do takich poszukiwań.
                                      Była pogięta do stanu nieużywalności, ale wierzył, że odrobina kaylowej magii to więcej niż potrzeba.
                                    • Świetnie. - odparła z uśmiechem gdy chowała sprzączkę w kieszonkę pod szatą - Rozumiem, że mamy ustalone co ze sprawą o pobicie? Dzięki! - nie czekała na odpowiedź Khala najwyraźniej uważając sprawę za załatwioną, a mu nie zależało dosyć, więc wkrótce poszedł za nią.
                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #81

                                      Baltizar

                                      Baltizar leżał wśród zieleni porastającej dno krateru, wsłuchując się w ciche szmery wiatru między liśćmi. Przestrzeń wokół była niemal idylliczna – miękka trawa, ciepłe światło zachodzącego słońca, zapach wilgotnej ziemi. Co jakiś czas natrafiał na zardzewiałe fragmenty metalu i strzępy materiału, niemal całkowicie pochłonięte przez przyrodę, jakby krater powoli trawił resztki dawnej tragedii. Kiedy niebo zaczęło ciemnieć, ułożył się wygodnie, zamknął oczy i pozwolił, by sen go pochłonął.
                                      Ale to nie był zwykły sen.
                                      Najpierw poczuł dotyk – zimny, obślizgły, pełzający po skórze jak tysiące cienkich macek. Nie był to uścisk, lecz zaproszenie, jakby coś pod ziemią czekało, cierpliwie i od wieków. Nim zdążył się poruszyć, opłatające go macki szarpnęły, a świat zawirował. Spadał w dół, przez ziemię, przez skałę, przez coś, co nie powinno być płynne, a jednak pochłaniało go jak ciemne odmęty.
                                      A potem nastała cisza.
                                      Baltizar stał w sercu podziemnego miasta. Było znajome, a jednak obce – niby gnomia architektura, lecz nienaturalnie rozciągnięta, zniekształcona, jakby budynki były świadomymi istotami, które próbowały naśladować styl jego ludu, ale nie do końca rozumiały proporcje i celowość ich konstrukcji. Wąskie uliczki wiły się nielogicznie, ściany budynków uginały się pod niemożliwymi kątami, a latarnie wyrastały w miejscach, w których nie było potrzeby oświetlenia.
                                      Światło było mdłe, blade i nienaturalne, jakby sączyło się z powietrza, a nie z konkretnego źródła. Powietrze pachniało pleśnią i czymś nieznanym, niemal chemicznym, jakby starożytność tego miejsca nie była naturalnym efektem upływu czasu, lecz wynikiem zapomnianej alchemii.
                                      Baltizar nie widział nikogo, nie słyszał kroków, rozmów, nawet echa własnego oddechu. Ale czuł, że nie jest sam.
                                      Oczy.
                                      Malowane na budynkach, rozciągnięte po ścianach i drzwiach, niektóre proste jak dziecięce bazgroły, inne realistyczne do granic niepokoju – złowieszcze, z wypukłymi źrenicami, błyszczące w półmroku. Każdy krok Baltizara zdawał się zmieniać ich ustawienie. Nie ruszały się, a jednak zawsze były skierowane na niego. Niektóre szeroko otwarte, inne przymrużone jak w nieufnym zaciekawieniu.
                                      Cisza trwała, lecz Baltizar czuł, że to tylko maska. Miasto nie było opustoszałe. Czekało.


                                      Kaylie i Viktor

                                      Poranek nadszedł zbyt szybko dla tych, którzy świętowali ubiegłą noc. Komendant Filia Blackfyre, zwykle czujna i pełna energii, teraz ukrywała się pod kapturem płaszcza, walcząc z konsekwencjami nadmiernej konsumpcji alkoholu. Jej obowiązki przejęła Kaylie, zajmując miejsce na froncie karawany. Chłodne powietrze poranka wdzierało się pod jej ubranie, ale była na to przygotowana. Oczy miała szeroko otwarte, wypatrując zagrożeń – od zwykłych bandytów po dzikie bestie, które mogłyby czaić się w gęstwinie.
                                      Ścieżka, którą podążali, wiła się przez zarośnięty las, wciąż wilgotny po niedawnej burzy. Karawana była dobrze zabezpieczona – strażnicy, choć niektórzy jeszcze zaspani, trzymali ręce na broni, a konie poruszały się równo, przyzwyczajone do długich podróży. Jeńcy, których uratowali poprzedniego dnia, jechali pod strażą, wciąż wstrząśnięci wydarzeniami, ale przynajmniej wolni od szaleństwa alchemika, który ich więził.
                                      Z tyłu karawany Viktor, w pełnej krasie swojego prawniczego autorytetu i kapłańskiej postawy, prowadził rozmowę ze strażnikami. Pytali go o jego wiarę – jak to jest służyć bogu, który nie zna litości dla niesprawiedliwości? Czy naprawdę wierzy, że można sprowadzić sprawiedliwość na ten świat, skoro zło nigdy nie śpi? Czym różni się od bóstw takich jak Calistria czy Ragathiel? W końcu jeden z nowszych strażników zadał ciekawe pytanie.
                                      — A co, jeśli ktoś żałuje swoich czynów? Czy Azazel daje im drugą szansę?
                                      Dyskusja ucichła, a w karawanie rozległ się tylko stukot końskich kopyt i skrzypienie wozów, czekając na odpowiedź.


                                      Kaylie była pierwsza, która ją zobaczyła.
                                      Drzewa wokół nagle przerzedziły się, ustępując miejsca szerokiej polanie, wypalonej niemal do gołej ziemi. Popiół unosił się w powietrzu, a czarne ślady ognia rysowały się na krawędziach lasu. W centrum tej pustki coś leżało – mała, zwinięta w kłębek istota.
                                      Smoczek. Brandelen.
                                      Jego łuski, mieniące się delikatnym odcieniem srebra i błękitu, zdawały się połyskiwać w porannym świetle. Oddychał spokojnie, jego boki uniosły się miarowo, jakby nie przejmował się niczym na świecie.
                                      Kaylie podniosła rękę, dając znak karawanie do zatrzymania się. Konie zarżały, a strażnicy natychmiast chwycili broń, niepewni, co myśleć o tym znalezisku. Cisza zawisła nad polaną, gdy wszyscy wstrzymali oddech, czekając, co zrobi smok. W między czasie podszedł Jori, alchemik rozejrzał się po polanie.

                                      • No, maluch się najadł. Pewnie będzie ciężko go przekonać na przeprowadzkę. - zerknął na dwójkę Azazelitów - Spróbujecie udobruchać Filię? Ja w tym czasie pogadam z Brandelenem.
                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #82

                                        Khal & trzódka

                                        Viktor nie czuł się jeszcze pewnie w roli ewangelisty Kozła Ofiarnego. Ta rola miała wiele wspólnego z magią słów którą stosował we wciąż niedalekiej przeszłości, ale w niuansach zaczynała się różnić. Nie dał po sobie poznać krztyny zawahanie. Zbyt dobrze wiedział jak odwracać uwagę i kupować sobie czas na przemyślenia, jak zmieniać tematy czy jak odpowiadać nie przedstawiając żadnych twierdzeń… ale to pytanie… było ważne. Mogło definiować.

                                        • Gdy ktoś żałuje… hmmm… - mruknięcie, które wydał, w brzmieniu nadało mu aury nauczyciela. Mędra nieco. - Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niemal zawsze: tak. Bądź pewny, że na każde tysiąc przewin które popełniają mieszkańcy Golarionu, na palcach jednej ręki możesz policzyć te których kara nie da ci drugiej szansy. Jeśli skradłeś chleb i żałujesz to przyjmij baty, albo prace, albo cokolwiek będzie ci wyznaczone i po tym… nie krzywdź więcej swych bliźnich. To jest łaskawość sprawiedliwego Prawa. Kara cię oczyszcza. Przyjmij ją z pokorą i zakończ lepszym nim byłeś, a sprawiedliwe społeczeństwo przyjmie cię z otwartymi ramionami, niewinnego jak dziecko… Tak, widzę już pytania w waszych spojrzeniach - zachichotał się Viktor serdecznie - Co jeśli zbrodnia jest gorsza? Zaczęliśmy od jednej skrajności, to przejdźmy w drugą. Mord. Mąż dopatruje się niewierności żony. Rzeczywistej bądź urojonej… W zazdrosnym szale dusi ją, ucieka, zostaje pojmany i postawiony przed szafotem. I wtedy zaczyna żałować? Nie. Na to już za późno. Mógł żałować po czynie. Teraz? Czy łaską byłoby powiedzieć zdruzgotanej matce, że wybaczymy mordercy jej córki? Czy byłoby sprawiedliwe poinformować jej braci i siostry, że darujemy szwagrowi żonobójstwo, “bo jest mu przykro”? Widziałem dziesiątki winnych co pod niebiosa deklamowali żal za swe czyny, ale wiecie co? Oni kłamali. Oni nie żałowali czynów, ale tego, że nie udało im się umknąć. Nie przebudziło się ich sumienie, ale strach, bo przez ten cały czas byli przekonani, że unikną kary. Dobre prawo, dobry system… pokazuje ludziom, nawet najmniejszym i najsłabszym: tu masz receptę na przyzwoite życie. Żyj zgodnie z tymi zasadami a zaopiekujemy się tobą… Sprzeciw się im… to zastosujemy metody przymusu. W wizji Kozła Ofiarnego, a również i mojej własnej, surowe kary są narzędziem, a nie celem. Jak każde narzędzie, trzeba je stosować z rozsądkiem, ale w odróżnieniu od narzędzi, ich ostatecznym celem jest aby nie stosować ich w ogóle…
                                          Głos Viktora dawał poczucie niedokończonego wątku, ale zamiast odpowiedzieć sięgnął po bukłak i upił odrobiny cienkiego wina.
                                        • A co z niesprawiedliwymi karami? - zapytał jeden ze starszych strażników - Ludzie potrafią być skorumpowani, nawet ci, którzy stoją na czele prawa. Magowie też istnieją jak i kapłani mrocznych bóstw. Co jeżeli taki czaroklepa cię zaczaruje, abyś zabił swoją żonę, ty za to zawiśniesz i... i co wtedy?
                                          Viktor spoważniał i znów się chwilę zastanowił, dając poważnemu pytaniu poważną ilość czasu.
                                        • Tu, niestety, dochodzimy do bardzo trudnego tematu. Najlepsze, najsprawiedliwsze, najdoskonalsze Prawo nie zda się na nic jeśli jego egzekucja zawiedzie. Nie ma tu dobrej odpowiedzi… niezależnie czyja doktryna kształtuje system prawny… To jest niedoskonałość natury ludzkiej, której efekty możemy… MUSIMY próbować przezwyciężyć, ale nigdy do końca się nie uda… a jeśli interesuje cię czym, w tym aspekcie, różniłby się Kozioł Ofiarny od innych bogów… On traktuje bardzo osobiście przewiny, tych co w tak plugawy sposób malwersują Prawo i jego kapłani dokładaliby nieproporcjonalnych starań aby temu przeciwdziałać… a bardziej konkretnie… jeśli jakiś czarodziej magią zmusi kogoś do zabicia żony… to idealnym zachowaniem byłoby od razu biec do władzy i o tym opowiedzieć. Tak jak magia może zmusić człowieka by zrobił czego nie chce, tak i magia może pokazać, że ten przymus miał miejsce… Jak mag zabija żonę rękoma męża, za pomocą magii, to mag jest winny. Nie mąż. I Kozioł dołożyłby szczególnych starań aby go dorwać. Szczególnie jeśli zrozumienie przyszłoby zbyt późno i niewinny mąż zdążyłby już zawisnąć. To jest coś czego Kozioł nigdy by nie wybaczył, a kara która spotkała by tego maga byłaby nauczką dla niego i lekcją dla wszystkich innych magów, aby nigdy nawet nie próbowali.
                                          Strażnicy słuchali uważnie słów kapłana, kiwając głowami, najwyraźniej zgadzali się z logiką zarówno Viktora jak i Azazela.
                                        • Jeżeli można. - zaczął ponownie młody strażnik - Czy te surowe kary nie wydają się marnotrawstwem? Na ilu winnych popaprańców jak ten alchemik, trafiło się bogu winnych nieszczęśników, którzy zaszli za skórę niewłaściwej osobie? Chyba lepiej aby, nieważne jaka zbrodnia, śmierć nie była odpowiedzią. Lepiej, aby taki spędził resztę życia na ciężkich pracach, jeżeli jest niewinny, ktoś będzie mógł tego dowieść. Jeżeli jest winny, to i tak nikomu już nie zagrozi, a przysłuży się społeczeństwu.
                                        • Ależ absolutnie - przytaknął Viktor młodzikowi - Dlatego specyficznie mówiłem o karach jako narzędziu, które stosować należy z rozsądkiem. Egzekucja jest bardzo… trudną karą. Z wielu względów. Jednak musimy tutaj rozważyć jakie są cele systemu karnego… bo jest ich kilka. Pierwszym i najważniejszym: jest prewencja. Wszyscy sobie możemy wyobrazić jak by Evercrest, czy jakiekolwiek inne państwo, wyglądało jakby wszyscy ludzie nagle poczuli się całkowicie i niepodważalnie bezkarni. Nie wymierzamy przestępcom kar z zemsty. Wymierzamy je aby ci wszyscy, co rozważają skrzywdzenie drugiej osoby stwierdzili, że to nie jest tego warte. Drugim celem jest reedukacja. Wielu ludzi popełnia przestępstwo, zostają złapani, odbywają swoją karę i do końca życia są przykładnymi obywatelami. Ostatni, najmniejszy, ale wciąż istotny powód zadaje kłam mojemu wcześniejszemu stwierdzeniu… bo ostatnim jest łaska zemsty. Wyobraź sobie… mag zmusił ciebie byś udusił swoją żonę. Byłeś tego cały czas świadomy. Widziałeś jej strach, jej niezrozumienie… czułeś jak bardzo zdradzona się czuła, gdy w jej oczach gasło światło. Umarła wierząc, że osoba, którą całym sercem kochała, postanowiła ją zabić własnymi rękoma…. i nie da się już tego naprawić. Nigdy nie będzie możliwości by to zmienić. Daj temu chwilę. Wyobraź sobie… To jest coś co może zdruzgotać człowieka. Ran na psychice, które to stworzyło, pewnie nigdy się nie wyleczy, ale… poczucie dokonanej sprawiedliwości może uśmierzyć ból… choćby tę odrobinkę.
                                          Viktor zamilkł, pozwalając wszystkim by wyobraźnia pokazała im te sceny.
                                          Cisza była niemal namacalna. Reakcje strażników były podobne chociaż różniły się w sile.
                                          Niektórzy pobledli, najmłodszy wyglądał jakby miał zamiar zwymiotować, ale główną emocją w powietrzu był gniew. Oburzenie niesprawiedliwością możliwości zaistnienia takich sytuacji, w końcu odezwał się najstarszy ze strażników.
                                        • Tak, czasem trzeba. Chociażby dla dobra tych co pozostali. - pokiwał głową - Dobrze, że takie sprawy są ponad naszą płacę, bo chyba bym się sam powiesił ze stresu. Zatem, ten twój Kozioł. On chce zapewnić, że ci którzy chcą oszukać system nie dadzą rady?
                                          Viktor znów chwilę myślał. Dla kogoś o mniejszej charyzmie, o słabszej aurze mogłoby to wyglądać źle. Jakby nie miał odpowiedzi. Jakby szukał jakiegoś sposobu by ominąć prawdę… ale od niego… czuć było tylko szacunek do pytania i powagę z jaką je traktował.
                                        • Azazel sam doświadczył niesprawiedliwego Prawa na swojej skórze. I cierpiał za to w skali niemożliwej do zrozumienia przez śmiertelne dusze. Wielu bogów Prawa ma serce w dobrym miejscu i gdyby świat był lepszy, albo mieli więcej mocy to wyeliminowali by niesprawiedliwości… To nie tak, że miasto, w którym kościół Azazela niósłby ciężar Osądów oraz Egzekucji Prawa na swoich barkach, z miejsca zostałoby oczyszczone z takich elementów… ale możemy mieć pewność co do dwóch rzeczy. Po pierwsze: żaden z jego kapłanów nigdy by nie splugawił tak Litery Prawa. To by oznaczało natychmiastową ekskomunikę, a wierni Kozłowi kapłani z miejsca zostali by spuszczeni na niego, jak piekielne ogary, co j.cduż zwęszyły krew swojej ofiary… Drugą rzeczą której możemy być pewni… każdy taki ”mag”, co rozważałby “perfekcyjną zbrodnię”, by zabić kogoś rękoma zdominowanymi magią i na te ręce zrzucić winę… zastanowiłby się jeszcze trzy razy, jeśli w jego pamięci byłaby ta straszliwa scena z kaźni, którą urządzono poprzedniemu “magowi” co myślał, że w ten sposób zmalwersuje Prawo. I, mam nadzieję, że dzięki temu wspomnieniu zaniechał by planu, stwierdzając “Jakiekolwiek małostkowe powodu bym miał by to zrobić… ryzyko, że skończę tak jak tamten mag, nie jest tego warte.” I w ten sposób jedna “żona” zachowała by życie, a “mąż” uniknął straszliwej traumy. Widzicie… surowe kary… nawet okrutne kary… nie służą nasyceniu żądzy krwi. Ukaranie winnego jest tylko środkiem. CELEM jest uchronić tych co nie noszą na sobie krztyny winy… ale chyba w dygresję się zapędziłem! - Viktorowy chichot momentalnie rozchmurzył atmosferę, która zwyczajnie robiła się już zbyt ciężka - Kler Azazela dokładałby nieproporcjonalnych starań aby wyeliminować próby wykorzystania systemu wbrew jego intencji, szczególnie z krzywdą niewinnych ludzi. To jest DUŻA rzecz dla niego i jego kapłanów.
                                          Strażnicy zaczęli patrzeć po sobie, słowa kapłana najwyraźniej trąciły jakąś strunę.
                                        • Jak? O ile wszystko co mówisz brzmi fajnie, to… no jesteś pierwszym przedstawicielem swojej religii o której słyszeliśmy. Co możesz zrobić, aby to osiągnąć?
                                        • Ja? Hmmm… ja jestem tylko jednym człowiekiem. Będę zakładał kancelarię, więc będę mógł być obrońcą pokrzywdzonych, walczącym z całych sił aby ten “mąż” otrzymał uczciwy proces, który mu zwyczajnie przysługuje i nie zawisł póki jego wina nie będzie “najprawdopodobniejsza”, ale zwyczajnie “całkowicie pewna”. Z innej strony… ja, w odróżnieniu od niektórych kapłanów, nie boję się pobrudzić sobie rąk. Wymachiwanie młotem bojowym, marsz w awangardzie, czy mroczniejsza magia… jak rozmowa ze zmarłymi ofiarami… nic z tego nie jest poniżej mojej godności. Zaryzykuję nieskromność, ale… to dzięki mojej magii wiedzieliśmy gdzie zacząć szukać kryjówki alchemika. Jedna burza mózgów zespołu: “Kaylie oraz moi” plus zaciągnięta przysługa i viola... w jedno popołudnie wyznaczyliśmy gdzie go szukać.
                                          Samozadowolony chichot zadudnił nisko ze strony Viktora. Nie krył, że miał pewne poczucie dumy ze sprawności z jaką udało im się określić lokację kopalni.
                                        • Z kolei jako przedstawiciel religii… Hmmm… na pewno będę kontynuował współpracę ze strażą, Filią i Evercrest aby zapewnić jego mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, a malwersantom Litery Prawa zaszczepić strach i poczucie, że jestem na ich tropie… ale jestem. tylko jednym człowiekiem. I na pewno zrozumiałe jest, że przy wielce ograniczonych godzinach jakie mam w dobie, priorytetem dla mnie byli by moi bracia w wierze… I to niezależnie czy potrzebować oni będą bezlitosnego adwokata, co wyuczył się prawa w najdzikszych salach samego Cheliax… detektywa co rozwikła ich sprawę, czy może bym ujął w prawicę mój młot… A chyba dałem już radę pokazać, że to nie są czcze słowa, co? - zapytał, klepiąc jednego z chłopaków swojsko w ramię.
                                        • Heh… ale na dyskusję co kościół Azazela by mógł Evercrest zaoferować jako jedna z wiodących religii to nie wchodźmy. Do wieczora byśmy nie skończyli… ale jakby kto miał ochotę na legislacyjno-religijną dyskusję to wpadnijcie do Dworu, postawcie mi piwo i z radością spędzę z wami długie wieczory!
                                        • A jaką rolę pełni zamaskowana pani w klerze? Bo jest jego częścią prawda? - to znowu zapytał młody strażnik.
                                        • Kaylie… jest, przede wszystkim, moją… hmmm… przyjaciółką - uśmiechnął się Viktor znacząco - Nie ma w “klerze” żadnej oficjalnej roli, ale zamierzam cieszyć się jej towarzystwem tak długo jak będzie chętna mi go użyczyć.
                                          Strażnicy uśmiechnęli się do siebie znacząco. W końcu starszy strażnik zadał pytanie, na które wszyscy spojrzeli uważnie na kapłana.
                                        • Więc, jak to wszystko ma się do faktu, że Azazel jest jednym ze sług Asmodeusa?
                                        • “Sługa” to nie jest dobre słowo… Książę Ciemności jest jego… Suwerenem. I ma się to nijak. Są osobnymi bogami, mają osobne doktryny i nawet jeśli mówić tylko o Prawie to też w wielu miejscach się nie zgodzą. A z kolei ich interakcje, niesnaski, czy możliwa zła krew... to już kwestia boskiej polityki, a wyobrażacie sobie jak pokręcone mogą być intrygi diabłów i piekielnych lordów… jednak zapamiętajcie z tego jedno… Azazel może niewprawnemu oku wydawać się podobny Asmodeuszowi, ale jakby się przyjrzeć… Kozłowi jest dużo bliżej do Abbadara niż Księcia Ciemności.
                                          Odpowiedź kapłana najwyraźniej zadowoliła publiczność. Rozmowa powoli zaczęła się przenosić na bardziej przyziemne sprawy.

                                        Kaylie czuła ironiczne rozbawienie widząc jak Filia na kacu próbuje trzymać fason i podążać w milczeniu z grupą. W sumie miała szczęście, że arkanistka naprawdę traktowała swoje obowiązki poważnie i po skonsultowaniu drogi z Khalem sumiennie wykonywała powierzone jej zadanie.

                                        Kobieta wiedziała, że prawdziwa akcja zacznie się dopiero w mieście, gdzie będą musieli zakończyć problem z alchemikiem. Zastanawiała się czy ktokolwiek będzie próbował mu teraz pomóc, czy po prostu pozostawią go jako ofiarę, aby obronić swoje interesy i własne tyłki. Ten węzeł zależności sięgał zbyt daleko, aby łatwo go rozwiązać.

                                        Kaylie patrzyła na rozleniwionego smoczka zachowującego się jak najedzony kot. Może sama powinna jakiegoś zwierzaka posiadać? Rhaast nie zastępował chowańca jako dobry towarzysz i przyjaciel.

                                        • Pogadamy ze skacowaną komendant. - zgodziła się z Jorim - W sumie... Może masz coś co ulżyłoby jej w cierpieniach? - uśmiechnęła się wrednie pod nosem - Mogłabym wykorzystać taką opcję jako kartę przetargową.

                                        • Nie przy sobie. - przyznał alchemik - Jeźeli jest, aż tak źle, to może być ugodowa, abyście dali jej spokój.

                                        • To pójdę do niej, ty tego łuskowatego kota przekonaj. - stwierdziła i machnęła ręką do Khala - Idziesz ze mną?

                                        • Definitywnie - przytaknął adwokat diabła, trochę żałując, że jednak nie zajął się tym wcześniej, jednak stan Filii nie faworyzował pośpiechu.

                                        Zadowolona Kaylie ruszyła przodem przed Khalem jakby dowodząca.

                                        Znaleźli Filię opierającą się o jeden z wozów, jej twarz ciągle przesłonięta kapturem. Zerknęła na zbliżającą się dwójkę Azazelitów wydając z siebie zmęczone westchnięcie.

                                        • Co się stało? - jej głos nie brzmiał inaczej niż zwykle, przynajmniej nie dla niewprawionych uszu. Viktor i Kaylie poznali jednak delikatny ból w jej głosie, kiedy promień słońca przemknął się między kapturem płaszcza i włosami kobiety.
                                        • Chwilowy postój by zabrać dodatkowego pasażera. - arkanistka stwierdziła beztrosko - Może lepiej by ci było na wozie? Z wiadrem na wszelki wypadek?
                                        • NIC… au… - komendant sięgnęła do skroni po zbyt głośno wypowiedzianym słowie - Nic mi nie jest… Jakiego znowu pasażera?
                                        • Popiołożernego smoczka. Ty bierzesz kult goblinów do miasta, my tego malucha.
                                        • Pokrótce, aby cię nie męczyć… - wtrącił się Viktor łagodnie, mówiąc cichym i nieco obniżonym głosem, aby możliwie oszczędzić Filii bólu pokuty poalkoholowej. - Jori uważa, że Brandelen jest spokrewniony z Otto. Jeśli to prawda to jest tylko kolejny powód aby nie zostawiać tego chodzącego zagrożenia pożarowego samopas. Jako dowódca wyprawy powinnaś wiedzieć, że go bierzemy. Nie masz nic przeciwko, prawda?
                                        • Eh... wiedziałam, że ten pierniczony… solar, ma więcej swego motłochu tutaj. - komendant westchnęła - Więc chcecie go zabrać DO miasta?
                                          To było zabawne. Otto będzie musiał usłyszeć, że jest Solarem.
                                        • Oczywiście. - przyznała kobieta - Możesz chcieć z nami dywagować na ten temat, ale wtedy będziesz musiała podjąć dyskusję w tym momencie przeciw Viktorowi. Jakim będzie używał swoich mocy w gadaniu bez przerwy. Głośno. - uśmiechnęła się uroczo.
                                        • Tęskno ci do poduszki? - bąknęła komendant - Bierzcie go. Ale wy bierzecie za niego odpowiedzialność. Wy z nim wychodzicie na spacery, karmicie i zbieracie brudy.
                                          Viktor zdawał się chwilę to rozważać.
                                        • Otto będzie nam winny dużą przysługę za to. Niech będzie. Inny temat… a raczej nienachalne pytanie. Mam przygotowaną magię odnawiającą… Chciałbyś się poczęstować? Pytam bardziej pro forma, bo raczej masz dostęp do własnej, ale kto tam wie… - wzruszył ramionami na znak, że nie naciska.
                                          Komendant wetchnęła i kiwnęła głową.
                                        • Na ogół nie męczę Daviona tym. Proszenie Abadara, aby uratować mnie przed konsekwencjami: picia na służbie, publicznego upajania się i nadużywania alkoholu, brzmi trochę jak herezja...
                                          Viktor uśmiechnął się łagodnie.
                                        • Mnie takie ograniczenia nie obejmują i wielokrotnie ratowałem się, łaskami Kozła, przed konsekwencjami…
                                          Podszedł do niej i oparł, nieco ceremonialnie, wierzchy swoich dłoni na jej barkach. Przymknął oczy gdy mruczał niekanoniczną inkantację, w której prosił Azazela o ulżenie “siostrzyczce” i o personalnej wdzięczności za to. Pomarańczowe światło rozświetliło tętnice w jego nadgarstkach, jego dłonie i powoli przesączyło się przez skórę i wniknęło w mundur Filii, wypełniając ją magicznym wypoczynkiem, przeganiając zmęczenie i całą resztę konsekwencji dnia poprzedniego.
                                          Khal cofnął się o krok gdy magia zakończyła swoje działanie.
                                        • Lepiej? - zapytał dla potwierdzenia, ale też z tlącą się satysfakcją z pomocy. - Hmmm… Nie mówisz w infernalnym, prawda?
                                        • Mój ojciec jest prawnikiem. - przypomniała Filia.
                                        • Hmmm… to ciut niezręczne, w takim razie - ale uśmieszek Khala nie zdradzał żadnego zażenowania - Mimo to polecam się na przyszłość.
                                        • Nie martw się, idiotką nie jestem. Wiem, jakie mniej więcej są zasady diabłów i nie możesz sprzedać mojej duszy, za swoje zaklęcia. - uśmiechnęła się, ból najwyraźniej opuścił jej ciało - Jori zabiera tego smoka podróżnego?
                                        • Eh… zaklęcie tu, przysługa tam, wsparcie jeszcze gdzie indziej i ziarnko po ziarnku uda mi się wrobić ciebie w przekonanie, że wcale nie jestem taki zły - odpowiedział zadziornie - Tak, myślę, że jak tu wszystko ustalone to chyba pójdę zobaczyć jak mu idzie.
                                        • No cóż, zawsze chciałam plażę. - Filia uśmiechnęła się do Viktora - Idź, idź.. ja… chyba i tak zostanę na wozie. Muszę odpocząć a Kaylie, chce się pewnie wykazać.
                                        • Rano przejmiesz stery. - mruknęła Arkanistka.
                                        • Odrobina wolnego, w odpowiednim momencie, to święte prawo - stwierdził Viktor tonem mędrca - Widzimy się potem.
                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #83

                                          Kaylie odezwała się, gdy byli już dalej granicy słuchu Filii zbliżając się ku polanie prochu.

                                          • Czemu to zrobiłeś? - mruknęła niepocieszona - Czemu uleczyłeś jej kaca?
                                            Viktor zmarszczył brwi w lekkiej konsternacji.
                                          • A… istnieje jakiś powód aby tego nie robić? - zapytał jeszcze kilka kroków dalej.
                                          • A istnieje powód by to robić?
                                          • Milion i jeszcze jeden - odpowiedział spod uniesionej brwi - Zaczynając od tego, że to, zwyczajnie, miła rzecz aby zrobić.
                                          • Nie otrzymaliśmy niczego w zamian. Nie miało sensu. Przecież nie umarłaby cierpiąc konsekwencje swoich działań. - przewróciła oczami.
                                          • Otrzymaliśmy. Co najmniej jej wdzięczność oraz ciepłą myśl… nie doceniasz jak cenna jest to waluta.
                                            Parsknęła.
                                          • Nie słyszałeś jak ona o mnie jak o dzieciaku, co chce się wykazać przed dorosłymi?
                                          • A nie słyszałaś jak zaczęła od verbatim: “muszę odpocząć”? Bo to był powód… a reszta to próba przekonania samej siebie, że to jest w porządku. Myślałem, że zakopałyście topór wojenny…
                                          • Ale to ona zaatakowała. - najeżyła się.

                                          Viktor zatrzymał ich oboje w miejscu aby spojrzeć Galtiance w oczy.

                                          • Kaylie. Kruszyno. Nikt ciebie nie zaatakował. Nikt nie miał nic złego na myśli. Nikt nie jest ci tu nawet odrobinę wrogi. Ludzie co czują się winni jakiś decyzji często szukają zewnętrznej jej usprawiedliwienia. Zostałaś wykorzystana jako takie usprawiedliwienie, bo Filia nie przypuszczała, że w jakikolwiek sposób weźmiesz to do siebie. Rozumiesz?
                                            Kaylie odwróciła wzrok nic nie odpowiadając.
                                            Viktor spojrzał na nią nieco łagodniej.
                                          • Ptaszyno… powiedz mi, które z nas jest mistrzem, czy mistrzynią, manipulacji?
                                            Kaylie spojrzała twardo na mężczyznę.
                                          • Żadne.
                                          • Cóż… no to chyba będziemy musieli się wstrzymać z oceną sytuacji póki nie dowiemy się więcej, a tymczasem zająć się oczywistszymi elementami. Jak sprawdzenie co z Jorim i Brandelenem. Co o tym myślisz? - zapytał, nie wykazując aby jakoś go odpowiedź zraziła.
                                            Kaylie w odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami, a Viktor wziął to jako znak dla wznowienia marszu. Nie był pewny czy Jori na pewno da radę z Brandelenem.

                                          Kiedy dotarli do alchemika ten właśnie podnosił, z trudem, drzemiącego smoczka.

                                          • Och, jesteście. I jak poszło?
                                          • Możemy go zabrać - odpowiedział Viktor - ale my odpowiadamy za ewentualne pożary, więc postarajmy się tego uniknąć… Przejąć go od ciebie? - zapytał, wskazując już dłonią smoka.
                                          • Daj mu się wykazać. - odezwała się ironicznie do alchemika - Jego poczucie męskości potrzebuje tego.
                                            Viktor nie cofnął ręki, wciąż nienachalnie oferując Joriemu pomoc, jakby nie usłyszał przytyku Kaylie.
                                            Alchemik pokręcił głową.
                                          • Wybacz, ale ciebie nie zna. Ja mu przynajmniej pachnę odpowiednio. - Jori otworzył jedną ręką swoją torbę i delikatnie włożył do niej smoka tak, że jedynie wystawał z niej czubek jego nosa - To powinno mu wystarczyć.
                                            Viktor uśmiechnął się, niezrażony.
                                          • Jasne. Więc zostawiamy go tobie. Potrzebujesz czegoś od nas? Jakbyś miał z nim problemy wal do nas jak w dym. Nie żartuję. Siedzimy w tym razem.
                                          • Spokojnie, maluch powinien spać aż nie wrócimy do miasta.
                                          • Doskonale, widzimy się. Zbieramy wyprawę i ruszamy? - zapytał Kaylie z lekkim uśmiechem.

                                          Kaylie ruszyła bez słowa dopiero odzywając się jak byli sami. Zatrzymała się przed Khalem i od razu słownie zaatakowała.

                                          • Musimy porozmawiać. - wypowiedziała te słowa zupełnie jakby kierowała w jego stronę broń przygotowując się do walki.

                                          • Chyba nawet się zgadzamy - przytaknął Viktor, ale nie kontynuował. Pozwolił jej zacząć.

                                          • Czy ty masz jakiś problem ze mną?
                                            Nieco uniesione brwi Viktora nie wyrażały zrozumienia. Pokręcił głową, odzyskując zwyczajowy wyraz twarzy.

                                          • W porządku… wyjaśnij. Gdzie postrzegasz mój “problem z tobą”?

                                          • Unikasz konfrontacji. Tchórzysz przed nią. - powiedziała wychylając się bliżej w agresywnym ruchu, na który otworzył tylko szerzej oczy, na krótki moment - A jednocześnie chcesz tak bardzo pokazać jaki lepszy jesteś.

                                          • Iii… zaobserwowałaś to w tym jak oszczędziłem Filii kaca?

                                          • Zobaczyłam to w twojej próbie pokazania jakim jesteś lepszym i potężnym w manipulacji jednocześnie chcąc bym przyznała przed światem jak jesteś niesamowity, a mnie nijak do ciebie. Zobaczyłam jak chciałeś pokazać przed wszystkimi, że naprawdę jesteś tak silny i możesz zrobić więcej niż inni.

                                          • W którym momencie chciałem byś przyznała, że Ci “nijak do mnie”? - zapytał, ignorując całą resztę wypowiedzi.

                                          • Gdy zapytałeś mnie, które z nas jest mistrzem manipulacji wyraźnie oczekując mojego skulenia uszu i przyznania, że to wielki ty.

                                          • A masz pomysł dlaczego zadałem to pytanie?

                                          • Żeby mi pokazać moje miejsce w szeregu. - wręcz wywarczała słowa - Nie myśl sobie, że nie znam takich zagrywek. "Kim jesteś? Powiedz kim." - zaczęła mówić pobudzonym głosem.

                                          • No to mi dogadałaś wtedy, co? - zapytał z lisim uśmiechem - Tak się chciał, menduch, wywyższyć, ale pokazałaś mu, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać. - Zachichotał pod nosem ale zaraz spoważniał. - Kaylie. Ja JESTEM od ciebie lepszy. W wielu aspektach. I ty jesteś ode mnie lepsza. W wielu innych. W arkanach mam ułamek twojej wiedzy, w magii bitewnej nie bardzo ci do kolan dorastam. W wymachiwaniu mieczem nie bardzo bym się nawet z tobą próbował. Czy to wielokrotnie przyznanie ci wyższości nade mną, w jakikolwiek sposób, uniża mi i sprawia, że “nijak mi do ciebie”?

                                          • Ty tak nie sądzisz naprawdę. Chcesz tylko ciągle boostować swoje ego! - zaczęła sama się nakręcać.

                                          • Kaylie. Rozumiem, że czujesz teraz rosnące emocje i bardzo chciałbym byśmy byli w sytuacji gdzie możemy je wykrzyczeć, omówić i rozwikłać, ale nie jesteśmy. Czy damy radę kontynuować tę rozmowę w sposób spokojny i bez podnoszenia głosu?
                                            Kaylie prychnęła i objęła się rękoma patrząc uważnie na mężczyznę.

                                          • Dziękuję - kiwnął jej głową, choć sam aktywnie się powstrzymywał przed zaciskaniem pięści. - Czy uważasz, że, będąc rozsądną osobą, mogę uważać moją wiedzę arkanistyczną jako porównywalną do twojej?

                                          • Pewnie nie, ale to niczego nie zmienia.

                                          • Czy uważasz, że będąc rozsądnym, mógłbym przyrównywać moją magię bitewną do twojej?

                                          • Rozsądek nie ma tu nic do mówienia w wypadku, gdy jesteś tak bardzo żądny poczucia wyższości. - stwierdziła wprost.

                                          • Nie o to pytałem. Czy… jeśli założymy, że jestem rozsądny, mogę przyrównać moją magię do twojej, w kontekście bitew?

                                          • Twoja magia ma inne zastosowanie, ciężko to porównywać. - mruknęła - Nie będę porównywać dwóch różnych zastosowań magicznych.

                                          • Alesz pod górkę robisz… - prychnął rozbawiony, ale tak naprawdę wcale nie do końca - Jakbym cię zapytał o przyrównanie pozytywnej energii do many astralnej, w kontekście uzdrowień… też byś tak kręciła?

                                          • Czego ty oczekujesz? Wygrania debaty, prawda? - fuknęła.

                                          • Oczekuję odpowiedzi na proste pytanie - wyrwało mu się warknięcie, ale zaraz zemł je w gardle. - Pardon. Postawiłaś mi zarzut i zamierzam skorzystać ze przysługującego mi świętego prawa do obrony. Jeśli mi go jednak chciałbyś mi go odmówić, to skorzystam z prawa do zachowania milczenia i zakończenia tej dyskusji. Więc jak to będzie, hmmm? Twój wybór.

                                          Kaylie odwróciła spojrzenie ze złością.

                                          • Dobra, jak tak bardzo chcesz. Nie, nie możesz. Zadowolony z wygranej?

                                          • Też mi wygrana… - prychnął. - Ale jeszcze nie skończyłem. Nie mam ochoty ryzykować dalszego utrudniania, więc ja już odpowiem na ostatnie pytanie: również nie można rozsądnie uwierzyć, że w machaniu mieczem byłbym od ciebie lepszy. Więc przyznałem ci prym w tych trzech dużych kategoriach i musiałbym być głupcem aby sądzić, że jest inaczej… Ale ty wolisz zarzucić mi kłamstwo, a tym samym również i głupotę, bo z jakiegoś powodu CHCESZ abym myślał o tobie źle i doszukujesz się tej pogardy w każdym jednym miernym pretekście. Nie myślę o tobie źle. I nie uważam ciebie za kłamczynię, ani nie uważam byś była głupia - ostatnie dwa nie-zarzuty wywarczał. - Więc kto tu o kim tak źle myśli? - zapytał z pretensją.
                                            Arkanistka silnie obejmowała się rękoma wyraźnie bardzo rozstrojona.

                                          • Znam takie zachowania. Wiem, że chcecie namieszać słowami w głowie i wyjść tak zwycięsko. - zasłoniła oczy dłonią kładąc ją na masce. W tym momencie wydawała się zmaleć.

                                          • Zdajesz się już posiadać pełną i wyczerpującą wiedzę na temat tej dyskusji, a mój udział wygląda jakby był zbędny. Cokolwiek ja powiem obalasz retorycznym odpowiednikiem “Nie bo nie-e” i z tą samą wartością argumentacyjną… “Ja znam takie zagrywki”, “wcale tak nie myślisz”... to nie są argumenty. To TWIERDZENIA. Deklaracje, co wymagają własnych argumentów… Nie czuję byś mnie tu w ogóle słuchała, więc powtórzę jeszcze raz. Proszę… usłysz moje słowa i zrozum ich treść: Samo moje przyznanie, że jesteś lepszą czarodziejką niż ja, lepszą szermierką niż ja i wiesz więcej o arkanach niż ja, w żaden sposób mi nie ubliża. Żadne z tych twierdzeń nie mówi “jestem gorszy od ciebie jako osoba w całości”. One mówią “jeden z TYSIĘCY aspektów składających się na moją osobę jest słabszy niż ten sam u ciebie”. Nie “cała osoba”. Jeden “aspekt”. Doprowadźmy to do argumentum ad absurdum... jakbym ci powiedział, że przewyższam cię w “aspekcie” zatytułowanym “ilość elementów anatomicznych wiszących między nogami” w jakikolwiek sposób by cię to ubodło?

                                          • Ja... - spuściła głowę jak dziecko strofowane przez rodzica nerwowo wyginając palce w dłoniach - Mówię co czuję... Moje uczucia...
                                            Viktor skrzywił się, korzystając z tego, że Kaylie nie mogła go widzieć. Przez chwilę nic nie mówił, zemł w ustach przekleństwo i spuścił powoli powietrze. Podszedł i objął ją rękoma.

                                          • Rozumiem, Kruszyno - głos miał łagodny. Niemal kojący. - Uczucia ludzi, co przeszli dziesiątą część tego co ty, potrafią ich omamić. To nie oznacza, że są one “złe” i należy je stłumić, ale trzeba spróbować znaleźć jakiś złoty środek. Dobrą metodą jest zdepersonalizowanie zagadnienia. Spróbuj pomyśleć o tym nie w kategoriach “Viktor i Kaylie”, ale “Osoba A i Osoba B”. Żadne z nas nie jest żadną z tych osób. Czy jeśli B powiedziałaby do A “Opanowałam jeden zestaw umiejętności na poziomie wyższym niż ty, a ty opanowałaś inny na wyższym niż ja.” Czy to dałoby Osobie B rozsądne podstawy by sądzić, że została obrażona?

                                          • To po prostu... Smutne... - głos Kaylie był teraz cichy, gdy tak obejmował ją Viktor - Przepraszam... - wydukała i uniosła spojrzenie - ...przepraszam... Ja... Nie chciałam cię urazić, tylko...
                                            Zamilkła nie mogąc znaleźć słów, jakimi chciałaby wyjaśnić swoje zachowanie. Nie, nie umiała. Sama nie potrafiła złożyć swoich myśli w całość posiadającą sens. Gdzieś w sobie czuła, że ta logika istnieje, jednak nie umiała jej zwerbalizować i pokazać innym sensu jaki posiadała w jej głowie.

                                          • … tylko mały, wredny goblin siedzi głęboko z tyłu głowy. Cały czas szepcze okropne rzeczy i czasem naprawdę trudno jest mu nie uwierzyć? - zapytał, nieco nieobecnie - Czy jeszcze coś innego?

                                          • Czasami nie umiem przekazać sensu swoich słów choć dla mnie są one całkowicie logiczne, na tyle że niepodważalne. Czuję je silnie pod skórą... I nie rozumiem czemu inni tego nie widzą. Irytujące... - westchnęła ciężko, wtulona w Khala jakby w nim szukała oparcia. Poczuła maskę zsuwającą się odrobinę z jej twarzy i czuły pocałunek na czole. Po nim maska wróciła na miejsce.

                                          • Rozumiem. Znaczy… trochę. Chyba. Błąd logiczny. Tylko głęboki. Trudny do przezwyciężenia… potrzebuję zapytać. TERAZ widzisz już, że nie chciałem cię w żaden sposób uniżyć?
                                            Kaylie milczała wtulając się tors Khala.

                                          • Chyba tak... - mocniej wbiła twarz w mężczyznę - Przepraszam, przepraszam... Nie zostawiaj mnie...
                                            Viktor ścisnął ją mocniej.

                                          • Nie mam zamiaru. Obiecałem, że dam z siebie wszystko i stanę na rzęsach, obok siebie byle nam się udało. Jedno spięcie i to wcale nie takie poważne, to dużo za mało. Ale z dzisiaj chciałbym spróbować jednego… tylko spróbować, jak się nie uda to trudno… będziemy się starać dalej. Postaraj się mi uwierzyć i zapamiętać… Ja nie myślę o tobie źle i nie jesteś dla mnie jagnięciem. Szanuję ciebie, twoje zdanie i twoje emocje. Nie uważam się za lepszego ani gorszego. Wbij to sobie w główkę. Zapamiętaj. I umówmy się… jak postrzeżesz jakąś moją akcję, słowa, bądź nie-akcję jako przeczącą temu… daj mi ten kredyt zaufania. Odsuń od siebie te wioski na chwilę. Zamiast już decydować, oceniać i szpile wbijać… zapytaj. Daj mi się wytłumaczyć. A ja będę cierpliwy. Będę wyrozumiały. Możemy tak spróbować?

                                          • Ale mnie nie zostawisz? - zapytała z realnym strachem w głosie - Na pewno mnie nie porzucisz? Bo znudzisz się mną. Inne będą cię bardziej zaspokajały swoją różnorodnością. Swoją nowością. W końcu zdobędziesz ze mnie wszystko co sobie wymarzysz, A ja w końcu zrobię się tylko przeszkodą i to nudną.
                                            Khal milczał dłużej niż by chciał. Świadomym wysiłkiem zachowywał swobodę w mięśniach.

                                          • Kaylie ja… ughh… chcę dać nam wszelką możliwą szansę. Chcę aby nam się udało, bo uznaję cię za moją ostatnią szansę być lepszym. I nie chcę cię skrzywdzić… aby to miało szansę przetrwać… to będzie wiele, nas oboje, kosztowało. Jeśli odniesiemy sukces to wszystko się zwróci po stokroć, a jeśli zawiedziemy to tylko pogłębi ból… ale to jedyna droga. Nie wiem czy za rok, czy dekadę wciąż będziemy razem, a jeśli tak, to czy nie byłoby lepiej abyśmy jednak nie byli… ale ewentualne rozstanie nie byłoby niczym nagłym. Tyle mogę obiecać. Nie zostałabyś tym zaskoczona.

                                          • Ale... To jest możliwe? - zapytała z wyraźnym strachem w głosie - Zakładasz, że się wydarzy... - otworzyła szerzej oczy - Co mam robić żeby tego uniknąć? - zapytała wyraźnie wystraszona.

                                          • Kaylie. Posłuchaj mnie i co do ciebie mówię. Tak, to jest możliwe. Nie, DEFINITYWNIE nie zakładam, że to się wydarzy. Co możesz zrobić? Na razie wszystko idzie jak powinno. Rozmawiasz ze mną. Po odrobinie wysiłku, słyszysz co do ciebie mówię i dajesz sobie wytłumaczyć. Wszystko idzie dobrze. Rozumiesz? Musimy utrzymać kurs. Gdy będą pojawiać się problemy, razem stawiać im czoła. Gdy będą między nami tarcia, być wyrozumiałymi i cierpliwymi. Wynosić się na nowe wyżyny. Ufać sobie i dawać sobie dużo, DUŻO kredytu zaufania. Chcę uczynić ciebie najszczęśliwszą dziewczyną na Golarionie. Na przekór plugawości tego świata i głębokiemu mrokowi, którym jest on spowity, rozpalić w nim światełko i z obelżywym gestem, zaśmiać mu się w twarz. Wykrzyczeć “Nie dałeś rady! Na przekór tobie, jesteśmy szczęśliwi! Niech niebiosa zapłaczą wespół z Otchłanią i Piekłami, bo skoro TO nam się udało… to nic nas już nigdy nie zatrzyma!”
                                            Khal w końcu zamilkł, dopiero zdając sobie sprawę ile dla niego znaczyło to wszystko co powiedział. Widział to w swoim oddechu, którego mu zabrakło. Oczach otwartych szerzej niż powinien. Palcach zaciśniętych na niej i sercu walącym z niezrozumiałą mocą. Niemal natychmiast zwątpił w swoją własną wiarę w tę możliwość… Czy, przy najlepszych nawet okolicznościach, mogli być, rzeczywiście, szczęśliwi?

                                          Kaylie milczała wczepiona w ubranie Khala jak wystraszone dziecko ojca. Oddychała głęboko i drżała z nagromadzonych emocji. Czy spodziewała się innego wyniku niż był zawsze? Przez ciągle porzucanie postanowiła już nie próbować znowu...

                                          • Zbyt wiele razy zostałam odrzucona... więc postanowiłam nie wiązać się z nikim, nawet w przyjacielskiej więzi... Tak było bezpieczniej. Być samemu. - nie przestawała się tulić w pierś mężczyzny - Bo tak... Nikt nie skrzywdzi. - uniosła spojrzenie na oczy Khala - Mogę cię skrzywdzić... Znowu uderzyć... Stracić panowanie.
                                            Khal odwzajemnił spojrzenie i ujął w dłoń jej policzek.
                                          • Złamana kość, trochę przelanej krwi, siniak czy wstrząs… niewielka cena za szansę dla nas. Może nie pasować do mojej persony, ale Viktorowi Goodmannowi krew i przemoc nie są nieznane. To baśka w nocy… heh… nie zrobiła na mnie wrażenia.
                                            Wzięła głęboki oddech i niepewnie pokiwała głową po czym zmusiła się do uśmiechu.
                                          • Chciałam rozwiązać spór przed rozmową z Filią na postoju nocą.
                                          • No to doskonała robota. Gratulacje. Cel osiągnięty. W ramach nagrody… - palce zsunęły się jej z policzka i wplotły we włosy - … zamierzam cię teraz pocałować.
                                            Palce zacisnęły się, a ruch nadgarstka odgiął jej całą głowę nieco w górę, idealnie aby ich ustom najłatwiej było się spotkać. To nie był grzeczny buziak, ale gorący pocałunek, którym wylewał i odreagowywał emocje właśnie zakończonego konfliktu i naiwnie rozbudzonych nadziei.
                                            Kaylie odwzajemniała równie gorąco i zdawać się mogło, że zatraciła się nim nie odsunęła ust kończąc chwilę.
                                          • Trzeba wracać... - wydyszała zarumieniona.
                                          • Oj, definitywnie. Chodźmy.
                                          • Tak... - potwierdziła poprawiając maskę - Kategorycznie...
                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy