Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Klub yakuzy
Reed i jego kompani nie potrzebowali dodatkowej zachęty - słysząc zamierzenie złowrogie słowa trapera natychmiast wzięli nogi za pasy, w drodze do wyjścia strzelając na wszystkie strony oczami.
Carter odczekał, aż wszyscy opuszczą lokal i dopiero wówczas przeciął ostrożnym krokiem zadymioną i pełną orientalnych dźwięków przestrzeń klubu w drodze do stolika zajmowanego przez Watanabe.
Był świadomy niejednoznacznych spojrzeń innych siedzących przy stoliku mężczyzn, kiedy stanął obok krzesła Reba i z przepraszającą miną pochylił się ku uchu.
- Profesor Chance bardzo się martwi pańską nieobecnością, Watanabe-san.
-
Walter patrzył na kartkę z zdumieniem. Nad tym jak zapobiec zakopywaniu sam wiele razy myślał, więc rozwiązanie z użyciem pługu i przesunięciem silnika na środek pojazdu, żeby ciężar rozchodził się równomiernie nie było aż tak odkrywcze. Tym co na prawdę wzbudziło w Walterze podziw to hamulec na bazie ręcznego przy samych gąsienicach. Inżynier nigdy nie miał do czynienia z tak niską temperaturą, więc sprawienie, żeby płyn hamulcowy nie zamarzł było dla niego czarną magią, a Violet dała mu rozwiązanie tak proste, że zastanawiał się jak on o tym nie pomyślał.
Genialne po prostu wspaniałe. Mówił Walter wpatrując się w trochę koślawy rysunek Violet. Wiem, że wymyśliłaś to z pomocą maski, ale miałaś tylko suche fakty. Te rozwiązania to nie tylko sama wiedza tylko też twoja pomysłowość. - Walter klepnął w bark Violet w ramach uznania. - Moim zdaniem udowodniłaś, że z wiedzą mogłabyś być jedną z najlepszych inżynierek na świecie. Gdy skończymy ekspedycję chętnie pomogę ci dostać się na jakieś studia. Rozumiesz, że nie możesz polegać tylko na masce prawda? Ostatnie dwa zdania nie były kłamstwem, ale też nie zostały wypowiedziane tylko by docenić Violet. Walter wiedział, jak to jest mieć w rękach ogrom wiedzy, który trzeba oddać, sam nie raz ukradł książkę, gdy jeszcze był dzieciakiem.
Zanim jeszcze zdejmiesz maskę. - Odwrócił plan pojazdu. - Możesz zapisać, gdzie najlepiej i najtaniej kupić części jakich potrzebujemy w Japonii? I najlepszy statek jakim możemy dopłynąć na Syberie. Wiesz jakaś uczciwa załoga i cudowanie jakby na statku było miejsce na zbudowanie pojazdu. Znacznie przyśpieszyłoby to nasze odpłynięcie. O i jeszcze jedno. - Walter nachylił się do piszącej Violet i ściszył ton. Napisz wszystko co wiesz o Yetim i Kazuo Nakamurze. - Madame pewnie nie wiedziała kim jest ten człowiek, ale ostrożności nigdy za wiele. Skoro zna pułkownika to może te nazwisko też jej się nie podoba.
-
ELEONORA, WALTER I VIOLET
Madame Beaumont przez dłuższą chwilę patrzyła na Eleonorę, wyraźnie próbując przebić się przez alkohol i zrozumieć wagę jej słów. W końcu zmarszczyła brwi.
Tanaka-san? Pułkownik Tanaka? - powtórzyła powoli. - On wiedział o masce? Zanim... zanim wydarzyło się to wszystko?
Spojrzała na Violet, potem na Waltera, a następnie na miejsce, w którym jeszcze niedawno leżała maska. - Nie. Nie, nie podoba mi się to. Ani trochę. - machnęła ręką, omal nie tracąc równowagi.
Mademoiselle Shane może się z nim spotkać, skoro już obiecała. Ale o tym... - wskazała palcem na Violet. - ...ani słowa. Proszę powiedzieć, że obejrzałyście maskę. Że jest stara, interesująca. Chińska, japońska, mandżurska... cokolwiek. Niech pani nie kłamie, jeśli nie musi. Po prostu niech mu pani nie mówi tego, o co nie zapyta.
Nagle spojrzała na Eleonorę znacznie poważniej.
I proszę dowiedzieć się, skąd on w ogóle o niej wie. Bo ja mu o niej nie mówiłam. A jeśli zacznie nalegać... proszę wrócić do mnie. To mój dom i moja maska. Pułkownik czy nie pułkownik, nie będzie mi mówił, co mam robić z moimi rzeczami.
Po tych słowach sięgnęła po kieliszek, odkryła, że jest pusty, i spojrzała na niego z autentycznym rozczarowaniem. Teraz zdecydowanie potrzebowała więcej armagnacu.
***
Rozmowę Violet i Waltera przerwało pukanie do drzwi. Stanął w nich profesor Chance, którego krawat i broda wyraźnie zdradzały wszystko co zjadł i wypił tego wieczoru, a co Violet natychmiast rozpoznaje.
Ach, tutaj jesteście! - wszedł do środka. Sprawiał wrażenie całkowicie nieświadomego tego, że właśnie wkroczył w centrum wydarzeń, które jeszcze przed kilkoma minutami mogły doprowadzić ich do utraty zmysłów. Jego wzrok przemknął po wszystkich i zatrzymał się na projektach Violet.
Ach, widzę że pracujecie! Doskonale - najwidoczniej to wyjaśnienie całkowicie mu wystarczyło. Walter, Eleonora i Violet sami nie wiedzieli, czy profesor właściwie poznał rudowłosą dziewczynę na tyle, żeby zauważyć jakąkolwiek zmianę w jej zachowaniu i podejściu. Zresztą nawet, jeśliby ją znał... wielokrotnie dał im już świadectwo tego, że i tak pewnie nie połączyłby kropek. Wyjął zegarek kieszonkowy, spojrzał na niego i powiedział:
Obawiam się jednak, że będziemy musieli kończyć. Zrobiło się dość późno. Zaczynam się trochę niepokoić... Watanabe miał załatwić swoją sprawę i wrócić, a nie widziałem go od rana. Wysłałem Cartera, żeby go znalazł. Razem z Redem, Biggym i resztą... - urwał, chyba dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego jak to brzmi wypowiedziane na głos. - ...a teraz nie ma nikogo. Wydawało mi się, że wysłanie większej liczby ludzi rozwiąże problem, tymczasem najwidoczniej tylko zwiększyła się liczba zaginionych członków ekspedycji... - poprawił okulary i usiadł spokojnie na łóżku. - W każdym razie powinniśmy już wracać do hotelu. Jeśli ich tam nie będzie, będziemy musieli zastanowić się co właściwie powinniśmy teraz zrobić z Nakamurą - no tak, bo to w końcu był główny cel tej ekspedycji. John i Ren zdecydowanie schodzili na dalszy plan. - ** W każdym razie... madame, bardzo dziękujemy za gościnę** - podszedł do madame i pocałował jej dłoń. - ...ale będziemy już się zbierać. No, to do zobaczenia za parę minut na dole! - rzucił do reszty i wyszedł z pokoju. -
Odwróciłem się od współgraczy z którymi grałem w hazard do Johna, a na mojej twarzy winkwitł uśmiech.
-Johnunia ty moja! A już się martwiłem że mnie porzycicie- Pwoeidziałem do niego.
Szybko zabrałem z pobliskiego stolika krzesełko aby przyjaciel usiadł na nim.
Alkohol i znajoma twarz sprawiła że się lekko rozluźniłem a słowa wypadały mi z ust nie tak dobrze dopracowane jak powinny.
-Wiem wiem... trochę mnie nie było... ale no. Czy grałeś w tę hazardową japońską grę? Raczej nie. Na tej ostatniej partyjce pokaże ci co nie co. Ale no, sam dopiero zaczynam, więc nie bierz co mówie jako święty gral.Gra się potoczyła dalej, a w trakcie jej trwania tłumaczyłem koledze co trzeba tutaj robić nie zdradzając nic przeciwnikom. Dość mocno gestukulowałem, podkreślając nawet najmniejsze słowo. Hazart, niebezpieczeństwo, strach, to znikło, przy potoku słów spowodowanym rozlużnieniem nawet odrobinę słupła w brzuchu który miałem na widok znajomej twarzy. Kości się toczyły, rzetony zmnieniały właścicielów. Mineła na pewno kilkanaście minut gdy ostatnia partia się zakończyła, i odebrałem z puli żetonów moją wygraną.
-widzisz? Tak się wygrywa. - Powiedziałem patrząc na górę żetonów.
Wtedy fala niepokoju mnie naszła, wizja co by się stało jakbym przegrał. Przecież to były żetony Yakuzy. Moja twarz straciła kolory. Szybko zebrałem żetony i skierowałem się do depozytu aby oddać to co pożyczyłem... pożyczyłem pod przymusem. Po czym wyszedłem z Johnem z klubu.-Johnunio, jak ja nie lubie hazardu... jest.... no wiesz... On dał mi i kazał grać... uh... dobrze że nie przegrałem bo bym był w duuupie- Szedłem lekko się kołysząc ale trzymając się o własnych nogach.
-Ja ma coś... mam coś więcej niż rozmowa z naszym poszukiwanym... mam jego no....myśli ale na papierze, jego duszę w atramentowym zwierciadle.*
-
Nocne ulice Yokohamy
John Carter nie posiadał się ze zdumienia, kiedy przez czysty przypadek odkrył drugą twarz Rena Watanabe. Powściągliwy i niezwykle taktowny japoński prawnik od chwili poznania w San Francisco stanowił dla Alaskańczyka prawdziwy wzór opanowania, uprzejmości i sztuki panowania nad emocjami - tym bardziej zatem szokujące było obcowanie z nim, kiedy pozostając pod wpływem alkoholu stracił wszelkie zahamowania. Prowadząc go do wynajętego przez ekspedycję hotelu traper zachodził w głowę, co Watanabe właściwie wypił i w jakich ilościach.
Opowieść adwokata, mocno chaotyczna i pełna niezrozumiałych dla Johna anegdot, nie ułatwiała zrozumienia, co Ren właściwie podczas swych perypetii odkrył i jak mogło się to przydać profesorowi - toteż po krótkiej chwili Alaskańczyk przestał Watanabe wypytywać zwalając to zadanie na barki profesora.
Swoją własną misję wykonał, nie tylko odnajdując zaginionego prawnika, ale i uwalniając z aresztu komunistycznych agitatorów. Teraz zależało mu jedynie na sprawdzeniu, co działo się w międzyczasie z uroczą rudowłosą Kalifornijką, o której John ostatnimi czasy coraz częściej rozmyślał.
-
Pod wpływem impulsu Violet podążyła tuż za profesorem, nie dając towarzyszom szansy na powstrzymanie jej przed opuszczeniem pokoju w masce. Gdyby pułkownik zastał Madame w takim stanie, bez trudu mógłby ją okraść. Nie było lepszego ukrycia dla maski... niż mieć ją na sobie podczas rozmowy. Na szczęście w jej przypadku działanie maski nie było dostrzegalne na pierwszy rzut oka, jak u Waltera.
Violet podążyła pewnym krokiem w dół schodów, woląc się nie oglądać w obawie przed karcącym spojrzeniem Eleonory. Gdy tylko znalazła się znów w głównej sali, podążyła wprost w kierunku pułkownika. Miała niewiele czasu zanim towarzysze ją dogonią, a spodziewała się, że mogą mieć nieco odmienne poglądy w tej kwestii.
-Panie pułkowniku - Violet zwróciła się szeptem do mężczyzny. - Ta maska jest doprawdy niebywa... dziwna. Z niespotykanego drewna z takimi... jakby mackami. I są na niej starojapońskie symbole, które... - przełknęła ślinę, mając nadzieję, że rozmówca nie wyczuje kłamstwa - nie mam pojęcia, co znaczą. Jest na pewno dosyć... oryginalna. Bardzo ładnie prezentuje się w kolekcji Madame.
Pułkownik patrzył na nią z uśmiechem, okazując jej uprzejme zainteresowanie.
-Ach, doprawdy? - spytał swoim nienagannym angielskim, nadal się uśmiechając. - Macki, powiada panienka... to dość nietypowe, jak na maskę nō. A czy Madame wspominała coś skąd dokładnie pochodzi ta maska?Violet zastanowiła się przez chwilę.
-Niee... nie przypominam sobie, żeby o tym mówiła. Szczerze powiedziawszy... - dziewczyna ściszyła głos jeszcze bardziej - chyba nienajlepiej się czuje... aktualnie.Tanaka uniósł brwi.
-Czyżby nasza gospodyni zaniemogła? Jakże mi przykro... może powinienem udać się po pomoc? Proszę mi wybaczyć, panienko, ale chyba sama panienka rozumie, trzeba pomóc naszej francuskiej gościni... - Tanaka ukłonił się Violet, po czym strzelił obcasami i odszedł, wychodząc z willi.Violet w lekkiej panice rozejrzała się po gościach w poszukiwaniu znajomych twarzy. Jej wzrok padł na profesora, z którym wcześniej rozmawiał Chance.
-Przepraszam, szanownego Pana, zdaje się, że Madame potrzebuje wsparcia. Jest niedysponowana... i odnoszę wrażenie, że nie powinna pozostać sama w takim stanie - Violet wskazała wzrokiem w górę schodów i sama ruszyła do wyjścia, by poczekać na resztę towarzyszy za drzwiami willi. Mimo wszystko miała nadzieję, że nie ściągnęła na Madame zbyt dużych kłopotów.
-
Eleonora wpatrywała się w Madame. Była jej wdzięczna za to, że jej wysłuchała i że zrozumiała powagę sytuacji.
- Dobrze, powiemy tak mało o masce, jak tylko się da, i ani słowa o jej właściwościach. Ale… Nie wiem do końca jak mamy podpytać pułkownika, żeby się nie dowiedział, że wiemy od Madame, że nie powinien nic o niej wiedzieć. Trzeba to jakoś sprytnie rozegrać… ale nie mam bladego pojęcia jak. Jakieś pomysły – spojrzała po zebranych, głównie zaś na Violet. Czy ona teraz nie była tutaj z nich wszystkich najmądrzejsza?
~*~
Eleonora udała się z powrotem razem z Violet do pułkownika. Nie wiedziała, czy jej obecność nie wyda mu się… podejrzana, ale… gdyby zdał sobie sprawę (jakimś cudem?) że Violet ma maskę na sobie… O Boże, wolała nie myśleć, co by mogło się wydarzyć! Więc była z nią, głównie z obawy przed najgorszym.
Jej lęk nie był w pełni (wcale?) logiczny, ale nie mogła się od niego wyzbyć.
Najwyraźniej wszystko jednak było okej? Bogu niech będą dzięki. Co prawda nie dowiedzieli się skąd pułkownik wie o masce, ale… uniknęli najgorszego?
Eleonora przypatrywała się Violet, zastanawiając się (może była złą przyjaciółką?) jak i kiedy ta zamierza zwrócić maskę Madame.
-
WSZYSCY
Kiedy wreszcie udało się wam wszystkim zebrać w hotelu, przy śniadaniu opowiedzieliście wszystko to, czego doświadczyliście. A przynajmniej to, co dotyczyło Nakamury, bo czy ktokolwiek chciał wspominać reszcie o masce? Zwłaszcza, że żadne z was nie było jeszcze do końca pewne jej działania.
Chance słuchał was, lub przynajmniej sprawiał takie wrażenie, siedząc po turecku przy niskim stole, po jakimś czasie poddając się jeśli chodzi o używanie pałeczek i zaczynając jeść palcami, co jednak nie uchroniło go od tego, że jego krawat był po paru minutach jadłospisem z jego śniadania. Na twarzy wymalowane ma zmęczenie i tę dobrze już przez was znaną nerwową iskrę szaleństwa i determinacji, które potrafią przysłonić Chance'owi cały zdrowy rozsądek.
Następne dwa dni Ren i Eleonora spędzili na tłumaczeniu dziennika Nakamury na angielski, co zapewne poszłoby znacznie szybciej, gdyby profesor wciąż im się nie wcinał i nie dawał im do zrozumienia jak ważne jest dokładne oszacowanie miejsca, w którym Nakamura miał widzieć yeti. Problem polegał na tym, że nie dawał im przy tym pracować. Sam dziennik też jest dość problematyczny i pełen niejasności. Eleonorze i Renowi udaje się znaleźć odpowiednie fragmenty, Chance wówczas wyciąga wielką mapę Rosji (z końcówki XIX wieku, na której Syberia jest w większości pustką, no ale cóż...), na której kreśli ołówkiem miejsca, o których Nakamura wspomina. Problemem jest jednak to, że japoński "podróżnik" nie do końca wiedział gdzie się właściwie znajduje, nie znał geografii Rosji ani tym bardziej jej etnografii. Z dziennika wynika, że w wyjątkowo krótkich odstępach czasu był w miejscach, do których w żaden sposób nie da się dotrzeć tak szybko. Lokalne ludy zaś nazywa raz Jakutami, raz Buriatami, inny raz Mongołami, a jeszcze inny raz - kimś innym. Wszystko to czyniło zlokalizowanie miejsca, w którym widział yeti, dość trudnym.
Niewątpliwie jednak pisał o płaskowyżach na północnej Syberii. Tam ponoć trafił do wioski dowodzonej przez szamana imieniem Kiutl, który wraz ze swoimi ludźmi uratował go przed bandytami, którzy napadli go, kiedy jechał saniami po zamarzniętej rzece Lena. Zapisał, że ów lud czcił stwora, którego nazywali Taab'ba. Nakamura uczestniczył w jakimś dziwnym rytuale na cześć tego... czegoś. Początkowo traktował wierzenia rdzennych mieszkańców Syberii jako zwykłe zabobony, ale w końcu sam to zobaczył - wielkie, człekokształtne, włochate bydle, wyraźnie silniejsze i bardziej pierwotne od jakiejkolwiek małpy czy człowieka. Samego rytuału nie opisuje w szczegółach, ograniczając się tylko do stwierdzenia, że jest to "zbyt przerażające, aby ująć to w słowa". Nakamura nie rozpisuje się zbytnio na temat tych wydarzeń, opisuje cały swój pobyt w wiosce dość po macoszemu. Kiedy odchodził, Kiutl dał Nakamurze w prezencie "maskę pobłogosławioną przez Taab'ba", dzięki której "pozbędzie się swoich największych słabości", jako wyraz ich gościnności.
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem dziennika - pozostałe jego strony są wyrwane. Jeśli Ren opowiedział wszystkim o swoim spotkaniu z yakuzą i okolicznościach zdobycia dziennika, Eleonora zapewne już się domyśla dlaczego akurat tej części dziennika brakuje.
W ciągu następnych dni profesor siedzi zamknięty w swoim pokoju i właściwie z niego nie wychodzi. W pewnym momencie zaczynacie się już niepokoić, ale mimo wszystko wasz szef daje znaki życia, je i logicznie odpowiada na pytania, choć ewidentnie jest w ferworze pracy i bardzo się denerwuje, kiedy mu się przerywa. Macie kilka dni wolnych, na zajęcie się swoimi sprawami. W końcu oznajmia wam:
No dobrze, mamy już wszystko, jutro rano wyruszamy. Spakujcie wszystkie potrzebne rzeczy i zróbcie jak największe zapasy. Tam, gdzie wyruszamy, zdobycie czegokolwiek będzie już dużo trudniejsze. Panie Watanabe, pan chyba coś wspominał o tym, że załatwił pan transport do Związku Radzieckiego...
Istotnie, Ren dostał od yakuzy propozycję nie do odrzucenia. Musiał udać się do swojego niedawnego rozmówcy i załatwić całą resztę.
Doskonale, panie Watanabe - yakuza powiedział spokojnym głosem, kiedy Ren zawitał z powrotem do klubu Kurohane, wręczając mu pakunek. - W środku znajduje się sześć wzmocnionych ampułek, każda starannie zabezpieczona. Nie musi pan wiedzieć co jest w środku, zresztą... lepiej nie wiedzieć. Ważne, żeby żadna z nich nie została uszkodzona i żeby wszystkie dotarły na miejsce. Przekazanie nastąpi w Czicie, w herbaciarni o nazwie „Wschodni Wiatr”, tuż przy torach kolejowych. Proszę wejść tam o zmierzchu i zamówić zieloną herbatę z jaśminem i odrobiną imbiru. Podadzą panu filiżankę, ale proszę jej nie ruszać dopóki nie pojawi się tam mężczyzna, który wypowie słowa "prawdziwe smaki płyną z północy". Wtedy, i tylko wtedy, proszę przekazać mu szkatułkę. Jeśli pana złapią, nie znamy się. A jeśli zrobi pan coś głupiego, znajdę pana nawet i na końcu świata. Proszę się nie łudzić, będzie pan pod stałą obserwacją.
Ren oczywiście odebrał dane kapitana oraz barki, na którą następnego dnia załadowaliście cały wasz dobytek. Wsiedliście wszyscy, w komplecie. A ilu z was wróci? Tego nikt nie mógł przewidzieć...
Morze jest tu zimne i ciemne, w kolorze brudnego żwiru. Jokohama znika za szaroniebieską mgłą, kiedy barka z wami na pokładzie płynie na północ, ku Związkowi Radzieckiemu. Dni zlewają się w jedną całość, właściwie nie wiecie już nawet ile płyniecie. Drewno pokładu niemiłosiernie skrzypi i gnije, do tego wszędzie dookoła rozlewa się zapach smoły i rybiego tłuszczu. Podróżowaniu nią naprawdę daleko do jakichkolwiek luksusów. A jednak, dla was przygotowano dość zaskakująco porządne miejsce: hamaki z poduszkami i kocami, zapasy żywności, woda do mycia… Żaden luksus, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Z załogą trudno się porozumieć, nawet kapitan ma trudności z dogadaniem się z tą zbieraniną ludzi mówiących w różnych językach i nie znających żadnego wspólnego. Raz John podsłuchał jak Rosa, która najwidoczniej znała skądś rosyjski, stale wygłaszając teorie o "robotniczym braterstwie ponad podziałami", próbowała podzielić się tym komfortem z robotnikami, zgodnie z zasadą solidarności społecznej - ba, na początku ona i reszta jej kompanów nie chcieli nawet tam spać, twierdząc że to "przysługa dla ludzi, z którymi nie chcą mieć nic wspólnego". Ale kiedy ci tak kochani przez Rosę robotnicy odpowiadali jej w stylu "możesz się, królewno, przespać obok mnie, albo i na mnie" (a to i tak jedna z mniej bezpośrednich i wulgarnych odzywek, jakich doświadczyła), nieco jej przeszło. Profesor zaś nadal wpatrywał się w swoje notatki i obliczenia, znajdując się w amoku z którego trudno go wyrwać, nawet w takich warunkach nie przerywając pracy. Od czasu do czasu też i Ren widywał jednego z tych mężczyzn, którego widział przy stole za parawanem w Kurohane, który najwidoczniej płynął z nimi. Nigdy z nikim nie rozmawiał, ale cały czas był obecny.
Podróż trwa około tygodnia. Kapryśne i lodowate morze zaś coraz bardziej wydaje się nie mieć końca.KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
-
Eleonora z chęcią tłumaczyła dziennik razem z Renem, będąc świadomą jego znaczenia i wartości. Nie wiedziała, co myśleć o tym, co tłumaczyła, ale odkąd poznała na własne oczy moc Maski Madame… była w stanie uwierzyć, że yeti, którego szukali, był w istocie czymś więcej niż tylko yetim. Jakie okultystyczne moce mógł on skrywać? Nikt tego nie wie…
W międzyczasie uczyła się dosyć intensywnie rosyjskiego, rozumiejąc, że jest to umiejętność, której nie posiada, a która się jej bardzo przyda. Nawet poczyniła pewne znaczące postępy w nauce owego języka, ale wiedziała też, że cała masa nauki i wysiłku jeszcze przed nią. Zrobiła ledwie jeden krok, a miała przed sobą całą długą podróż.
Poświęcając cały wolny czas najpierw na tłumaczenie, a potem na rosyjski, nie miała zbyt wiele innych rzeczy do roboty. Zakupiła ciepłe ubranie, będąc świadomą, jak wielki ziąb panuje na północy Rosji, ale obawiała się, że wyprawa będzie obfitować w wydarzenia, których nie będzie w stanie przewidzieć i uprzedzić.
Póki co jednak poświęcała swoje wolne chwile na naukę języka, uznając, że nie ma co się martwić na zapas, jeśli zrobi co tylko może, by się odpowiednio przygotować na wszelkie możliwe niespodzianki.
-

Wschodnie wybrzeże Hokkaido
Wiatr był tak lodowaty, że John mógłby przysiąc, iż zamarza mu nawet szpik w kościach. Alaskański traper nie lękał się zimowego chłodu, lecz czym innym były wiatry w porośniętych świerkami górach jego ojczyzny, czym innym zaś zmrożone powietrze gnane uderzeniami wichrów po stalowoszarych wodach Pacyfiku. Daleko na zachodzie linię widnokręgu wypełniały kontury linii brzegowej Hokkaido, ale ląd był zbyt daleko, by John potrafił dostrzec jakiekolwiek szczegóły skalistego wybrzeża. Barka przecinała fale z rytmicznym łoskotem tłoków parowego silnika, trzeszcząc wręgami i stukocząc obluzowanymi nitami i wydając z siebie cały szereg innych niepokojących dźwięków rodzących w głowie myśliwego trwożne przekonanie, że lada chwila zatonie.
S.S. Providance był statkiem, który w opinii Johna pozostawiał wiele do życzenia, ale zdezelowana barka biła amerykańskiego trampa o wiele głów pod względem stanu wysłużenia. Kajuty cuchnęły tranem i smołą, amoniakiem i zjełczałym tłuszczem oraz wszechobecną stęchlizną. Carter znosił podróż na jej pokładzie ze stoickim spokojem, ale chwilami, najwcześniej wówczas gdy opróżniał ponad relingiem kolejną misję własnych wymiotów, tęsknił za opuszczoną niedawno Yokohamą. Traper nie urodził się człowiekiem morza i rozkołysany pokład pod nogami wystawiał cierpliwość mężczyzny na srogą próbę. Widziany za dnia ląd kusił pasmem ciemnych konturów na styku nieba i wody, chociaż John pozostawał doskonale świadomy ogromnych pułapek kulturowych czyhających na niego w kraju Kwitnącej Wiśni.
Morskiej podróży nie łagodził też inny fakt. Czujący wcześniej pogłębiającą się więź przyjaźni z Violet i Walterem John nie mógł się od chwili opuszczenia Japonii wyzbyć przekonania, że coś położyło się cieniem na relacjach pomiędzy nim i resztą kompanów. Cokolwiek wydarzyło się na kolacji u madame - a coś się ewidentnie wydarzyło, chociaż Carter nie potrafił dojść do żadnego szczegółu utrwalającego go w niespokojnych podejrzeniach - sprawiło, że traper poczuł się odsunięty od jakiejś znanej tylko tej trójce tajemnicy. Strzępki konwersacji odwołujących się do dziwnych niedopowiedzeń, porozumiewawcze spojrzenia i atmosfera jakiegoś łączącego trójkę podróżników sekretu były dla Johna aż nazbyt widoczne, chociaż ani Violet ani Walter, a tym bardziej Eleonora się z nimi nie obnosili.
Przytłoczony poczuciem narastającej samotności i jednoczesnym zatroskaniem o dalsze losy chaotycznie zorganizowanej ekspedycji, Alaskańczyk spędzał długie dnie na obserwacji załogi i swoich towarzyszy, na przemian ćmiąc fajkę i oliwiąc swoją broń oraz narzędzia.
Odliczał już nie tyle dni, co godziny dzielące go od zejścia na skutą mrozem rosyjską ziemię.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się