Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Violet wpadła do pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Już myślała, że się spóźni, ale wykład jeszcze się nie zaczął. Jakiś muzyk grał w najlepsze na scenie.
Poczuła na sobie spojrzenia kilku osób przyciągnięte przez hałas, który wywołała. Nerwowo rozprostowała sukienkę, próbując zakryć plamę, którą zrobiła przy porządkach w magazynie. Uczesana była równie niedbale. Z jej wysoko upiętego koka wymykały się niesworne kosmyki rudawych włosów, sprawiając, że nie wyglądała nawet na jej 20 lat.
Zawstydzona ruszyła ze wzrokiem wbitym w podłogę w stronę jednego ze stolików, przy którym siedział już mężczyzna.
- Czy można? - spytała i usiadła obok, nie czekając na odpowiedź. - Pan wygląda na takiego doświadczonego, znaczy... nie że starego, tylko jakby pan dużo przeszedł i zwiedził. Nie jak ktoś stąd. Pan też na ten wykład o egzotycznych zwierzętach? Gdzie moje maniery... Violet się nazywam - powiedziała, wyciągając rękę w stronę Johna. @ketharian
-
Gdy Eleonora podchodzi do stolika, i tak wcześniej przyciszone rozmowy w jednym momencie niemal gwałtownie cichnie. Trójka młodych ludzi szybko, trochę za szybko, natychmiast zwraca ku niej parę swoich oczu. Kobieta o śniadej cerze, czarnych, spiętych z tyłu w niewielki kucyk włosach, ciemnych oczach i nieco pulchnej twarzy z widocznymi siniakami i strupami, rzuca jej twarde, badawcze spojrzenie. Obok niej siedzi szczupły, około trzydziestoletni mężczyzna, z krótką brodą i okrągłymi okularami w drucianych oprawkach na nosie. Zwraca uwagę zwłaszcza jego płaszcz - zdecydowanie zbyt cienki jak na tę porę roku - oraz zwisający, nieudolnie zapięty krawat będący jadłospisem z ostatniego tygodnia. Wcześniej zdawał się coś notować w niewielkim kajecie, który teraz stara się dyskretnie (a przynajmniej tak mu się pewnie wydaje) schować pod stół. Trzeci z nich, wyglądający na najmłodszego, chłopak o wąskiej twarzy, z poczochranymi włosami i małym wąsikiem pod nosem, szybko wypala:
"Jeśli przyszłaś pytać o demonstrację, to jest jutro, na Market Street!"
Na jego twarzy zagościł lekki uśmiech, który jednak natychmiast zbladł, kiedy dostrzegł na sobie oskarżycielskie spojrzenia pozostałej dwójki. Szybko zwiesił głowę, zrobił kwaśną minę i utkwił wzrok w podłodze. Przez kilka sekund panuje cisza, po której drugi mężczyzna w końcu się odzywa:
Proszę wybaczyć... - mówi spokojnym, starannie dobieranym tonem. - Czy możemy się dowiedzieć kim szanowna panienka jest? Nie chcemy być nieuprzejmi, po prostu... chcemy się dowiedzieć, z kim mamy przyjemność.Rzuć na spostrzegawczość lub psychologię, w przypadku sukcesu - na priv dostaniesz wskazówkę.
-
Ren po wpadnięciu do Artisian’s Nook przeżył lekki szok i podważył wiarygodność ogłoszenia Chance'a, uważając że żaden szanujący się profesor nie organizował by spotkania w tak obskurnym miejscu, lecz po chwili uświadomił sobie jak wygląda sytuacja w stanach, do których przyleciał zaledwie kilka tygodni temu w skutek ucieczki od zagrożenia jakie groziło mu w Japonii.
Watanabe ubrany był wyjściowo w koszulę oraz miał zarzuconą marynarkę na ramieniu. Wyróżniał się spośród innych obecnych w klubie. Mimo trudnej sytuacji zawsze starał prezentować się schludnie i z klasą. Od większości swoich rodaków różnił się wzrostem, bo był stosunkowo wysoki jak na Japończyka. Po poprawieniu swoich gęstych czarnych włosów postanowił ruszyć w stronę lady i zamówić koktajl.
Po otrzymaniu swojego zamówienia szybko przeskanował innych gości w celu znalezienia kogoś, do kogo mógłby się dosiąść, ponieważ jego ekstrawertyzm nie pozwolił by mu usiąść samemu. Jego uwagę przykuł samotnie siedzący oraz popijający tylko cole mężczyzna ubrany w ciemnoszary garnitur. Uznał, że to właśnie do niego usiądzie i ruszył w jego stronę pewnym krokiem z uśmiechem na twarzy.
-Witam Pana, jestem Ren, a pan jak się nazywa? - nie mając zamiaru czekać na odpowiedź Ren kontynuuował: -Jest Pan w barze, nie pije alkoholu i siedzi sam? Jest tu Pan po coś, mam rację? Czy Pan również przyszedł z ogłoszenia doktora Chance'a? @cygan
-
Walter lekko zaskoczony inicjatywą młodo wyglądającego mężczyzny i zmieszany jego nierozsądnymi słowami postanowił od razu go naprostować
-Nazywam się Walter i jestem zaskoczony Pana pytaniem może Pan nie wiedzieć ale panuje prohibicja czyli zakaz sprzedawania alkoholu, ale pomimo niej nigdy nie ciągnęło mnie do upijania się, a tym bardziej w samotności.
Z chęcią bym z Panem porozmawiał dłużej, ale proszę spojrzeć chyba nastąpił lekki konflikt - skrycie wskazuje w stronę Eleonory.@elvis -
Ren zrozumiawszy swój błąd postanowił to naprostować i pociągnąć dalej rozmowę
-Miło mi cię poznać i ach, tak, przepraszam bardzo, jestem w stanach dopiero od niedawna i wciąż zapominam o panującej aktualnie prohibicji. -po zwróceniu głowy w stronę rozmawiającej kobiety i trzech mężczyzn, powiedział: -Faktycznie, jest chyba między nimi lekkie spięcie. Na razie może poobserwujmy jak rozwinie się akcja. - po chwili ciszy Ren dodał: -To skoro już się poznaliśmy, to może przejdźmy na ,,ty", Walter, co ty na to? @cygan
-
Walter zrozumiawszy że skośnooki nie przestanie gadać uznaje że może zamienić z nim parę zdań
-Dobrze nie ma co sobie "panować" Ren. Skoro już rozmawiamy w luźniejszej atmosferze zajmuję się inżynierią a ty? wyglądasz jak ktoś z klasą wiec pewnie masz jakiś porządny zawód - Walter pociągnął konwersacje przyglądając się sytuacji na którą wcześniej zwrócił uwagę -
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Melodyjny potok słów młodej kobiety skonsternował na chwilę milkliwego trapera. Alaskańczyk skinął jej na powitanie głową, łapiąc jednocześnie swoją filiżankę kawy i przysuwając ją bliżej swojej krawędzi stolika. Młode i pełne życia dziewczę sprawiało wrażenie równie uroczego, co roztrzepanego, aczkolwiek Carter zdążył się już przekonać jak łudzące bywało pierwsze wrażenie na dalekim południu kraju.
- Panienka wybaczy, jestem Carter, John Carter z Hopper Bay - zmieszany nieoczekiwanym towarzystwem uniósł ku skroni dwa złączone razem palce, w połowie tego ruchu uświadamiając sobie, że przecież zdjął chwilę wcześniej kapelusz - I prawdą jest, że bawię tutaj przejazdem.
Uścisnął lekko podaną mu kobiecą dłoń, zadziwiony uroczą na swój sposób bezpośredniością rozmówczyni.
- Przypłynąłem statkiem dwa tygodnie temu i szukam jakiegoś zajęcia, ale znalezienie pracy w San Francisco nie jest łatwe, sama panienka pewnie o tym wie. Ale mniejsza z pracą, proszę wybaczyć niestosowne żale. Tak, jestem ciekaw tej opowieści o stworzeniach śniegu i lodu. Prawie pięćdziesiąt lat spędziłem na Alasce i różne rzeczy dane mi było zobaczyć, ale yeti ani razu. Pewnikiem to tylko puste bajdurzenie dla łatwowiernych miastowych… oczywiście nie miałem na myśli panienki!
Pojąwszy w jednej chwili swoją gafę myśliwy zmieszał się i napił w rozmyślnie powolny sposób kawy, w myślach prosząc opatrzność o to, aby wykład rozpoczął się czym prędzej.
-
Violet puściła mimo uszu ostatnią uwagę Johna. Zbyt była zafascynowana jego osobą. Był jak człowiek z innego świata dostępnego dla niej tylko w marzeniach, gdy przed snem wyobrażała sobie piękne zaśnieżone lasy i ich mieszkańców. Cisnęło jej się do ust tyle pytań, które chciałaby zadać temu tajemniczemu podróżnikowi.
-
Oh - rozdziawiła usta zaskoczona odpowiedzią mężczyzny. Szybko jednak je zamknęła, przypominając sobie napomnienia matki, że w życiu nie znajdzie męża, jeśli będzie się tak zachowywać. Chociaż... w tej sytuacji nie miało to chyba znaczenia. Nie ma co się przejmować, co pomyśli o niej nieznajomy w podeszłym wieku, którego już pewnie nigdy więcej nie spotka.
-
Czyli pan jest z daleka! - zmierzyła Johna od stóp do głów zaciekawionym wzrokiem. - To fascynujące! Oh, jak ja bym chciała wybrać się w taką podróż, zamiast siedzieć całymi dniami za sklepową ladą... Oczywiście jestem wdzięczna za wszystko, czego nauczyli mnie rodzice i że mogę pracować u nich, i tylko trochę niecierpliwią się, że nie mam jeszcze... Nieważne - zreflektowała się, że nie wypada mówić aż tyle nowopoznanemu mężczyźnie. - A może... skoro i tak czekamy... opowie pan coś o Alasce - zmieniła temat. - Jak tam jest? Jaka niesamowita przygoda pana tam spotkała?
-
-
Eleonora było nieco zaskoczona takim obrotem sprawy - z drugiej strony licho jedno wie, jak policja traktowała tych ludzi wcześniej? Może mieli jakieś autentyczne nieprzyjemności i to dlatego?
- Em... dzień dobry. Nazywam się Eleonora, Eleonora Croft. Ja, em... chciałam tylko porozmawiać, bo... państwo tutaj wyglądają na w miarę normalnych, nie ja ci... - wskazała kciukiem na fanów 'wody brzozowej" - Ale jeśli w czymś przeszkadzam, to może lepiej będzie, jak sobie pójdę - skinęła ludziom głową, po czym odwróciła się i zostawiła ich samych - najwyraźniej nie była mile widziana w tym gronie.
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Nieoczekiwana wymiana słów z dziewczęciem najwyraźniej nie miała się skończyć na etapie powitalnym. John chrząknął niejednoznacznie w odpowiedzi na pytanie Violet, próbując zebrać myśli i ułożyć je w formie dość składnej, aby należąca do elokwentnych mieszczuchów kobieta nie uznała go za prostaka.
- Alaska to dzika kraina, panienko - rzekł upiwszy wpierw kolejny łyk kawy - Niewiele się tam dzieje rzeczy, które mogłyby ekscytować ludzi z wielkiego miasta. Śnieżyce, niedźwiedzie i wilki, Indianie. Nie ma tam tylu samochodów, co u was, a przede wszystkim nie ma tak wielu Chińczyków. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu Chińczyków w jednym miejscu, nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe! Ale byłem raz w kinie w Anchorage, to naprawdę coś niezwykłego. Widziała panienka „Światła Miasta”? Charliego Chaplina? Nie potrafię pojąć jak można coś takiego zachować na filmowej taśmie, znaczy się, zapisać.
-
Violet zmierzyła wzrokiem mężczyznę. Ktoś, kto na co dzień miał na wyciągnięcie ręki dziką, nieokiełznaną naturę, zachwycał się technologią kina... i ilością Chińczyków w mieście. Niebywałe. Gdyby ona miała okazję przeżyć to, co ten naznaczony srogą zimą i wiatrami człowiek, niewątpliwie opowiadałaby o tym bez ustanku. Chociaż... prawdę mówiąc, i teraz usta jej się nie zamykały.
- "Światła wielkiego miasta" to jeszcze nic. Niech Pan sobie wyobrazi, że teraz rejestrować można nie tylko obraz, ale również dźwięk. "Mały Cezar" to dopiero film! To jest przyszłość kina. Dużo ciekawszy od zwykłego życia miasta z nieco głupimi żartami. Pościgi, strzelaniny... - zrobiła pauzę. - Ale cóż to jest wobec życia wśród wspaniałej, dzikiej natury, jakie Pan wiódł? To dopiero ciekawe. Łosie, niedźwiedzie polarne, zaprzęgi ciągnięte przez psy... Co niezwykłego jest w Chińczykach? Ale za to Indianie, to musi być fascynująca społeczność. Jacy oni są?
-
ELEONORA
Widząc reakcję Eleonory (@kaworu), troje ludzi spojrzało po sobie z różnymi wyrazami twarzy. Po tym, jak dziewczyna zrobiła kilka kroków do przodu, usłyszała za sobą głos najmłodszego z towarzystwa, tego który zaczął z nią rozmowę na początku:
- Hej, nie! To znaczy... chwila! - zawołał za nią po kilku sekundach. - Nie o to chodzi. To znaczy...
- Siadaj! - odezwała się w końcu siedząca pomiędzy dwoma młodzieńcami kobieta o czarnych włosach. W jej sposobie mówienia Eleonora wyraźnie wyczuła, że jej rozmówczyni nie jest stąd (udany rzut na język ojczysty/wykształcenie - rozpoznasz dokładnie akcent). Jej spojrzenie jest nadal twarde i czujne. - Albo stój. Jak wolisz.
W końcu odzywa się ostatni, ten który pytał Eleonorę o imię:
- Proszę nie brać tego do siebie, panno Croft - mówi z krzywym i nieco wymuszonym uśmiechem. - Po prostu mamy... pewne doświadczenia, które każą nam nie ufać obcym. - po chwili milczenia dodaje: - ...ale jeśli już tu panienka przyszła, domyślam się, że w tym samym celu, co my - chcąc zobaczyć na własne oczy Kraj Rad i rozpocząć w nim nowe życie, z dala od krwiożerczego amerykańskiego kapitalizmu, postkolonialnej i niewolniczej mentalności, rasizmu, fanatyzmu, konsumpcjonizmu i tego wszystkiego, co wyznacza amerykański styl życia. Jeśli panna Croft pracuje dla FBI, to może im panienka od razu przekazać, że z wielką ulgą opuścimy terytorium tego państwa i przestaniemy "sprawiać kłopoty". A jeśli nie, to... proszę wybaczyć moją podejrzliwość. - wstaje i wyciąga rękę w kierunku Eleonory, tak aby ją delikatnie chwycić i pocałować. - Jestem Samuel. A to są Nathanael i Rosa.
Nate uśmiechnął się szeroko, pomachał Eleonorze i wyciągnął ku niej rękę, a Rosa tylko skinęła lekko głową.
Możesz rzucić na psychologię, jeśli chcesz "czytać" kogoś z nich.WSZYSCY
Drzwi otworzyły się, wpuszczając do klubu dość sporą ilość chłodnego powietrza. Do środka weszło czterech rosłych mężczyzn, w różnym wieku. Jeden, najmłodszy z nich, był łysy. Miał na sobie zieloną, luźną bluzkę i zupełnie niepasujące do niej białe, szerokie spodnie oraz zniszczone buty. Mimo tego, że słońca w San Francisco brakowało od dobrych kilku tygodni, nosił ciemne okulary i w wyjątkowo charakterystyczny sposób poruszał głową bez przerwy. Za nim wszedł mężczyzna około pięćdziesiątki, z rozczochranymi, brązowymi włosami i pokaźnymi wąsami. Miał na sobie czerwone spodnie oraz lnianą koszulę i również nosił ciemne okulary. Trzeci, wyjątkowo gruby i z najbardziej pokaźnym wąsem oraz przylizanymi do tyłu czarnymi włosami, był ubrany najbardziej kolorowo. Wreszcie ostatni i wyraźnie najstarszy ze wszystkich, nosił rozpiętą, dresową bluzę w kolorach flagi USA bez podkoszulka pod nią, pokazując swój mięsień piwny i wytatuowany tors. Wszystkich łączyły dwie rzeczy: wymalowana na twarzy wyraźnie nie dorastająca do średniej krajowej i gatunkowej inteligencja oraz umieszczona za paskiem pałka, w której ci z was, którzy walczyli na wojnie, mogą rozpoznać broń używaną w okopach. Cała czwórka zajęła miejsce przy jednym z wolnych stolików. Nie mówili jednak nic, jedynie siedzieli i przyglądali się wszystkim dookoła. Jednak na ich widok grupa przy stoliku Eleonory schowała swoje transparenty...
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Młoda dama wydawała się chłonąć każde słowo trapera, a sam John nie potrafił się oprzeć zgubnemu wrażeniu, że tonie coraz bardziej w jej szeroko otwartych, skrzących się ciekawską inteligencją oczach Violet. Z równą fascynacją słuchała o zastawianiu wnyków na zające, o sposobach suszenia łosiego mięsa i o ślubnych obyczajach plemion Atabasków. Raz i drugi Alaskańczyk złapał się na myśli, kiedy właściwie ostatni raz jakaś kobieta spoglądała na niego z równie żywym zainteresowaniem.
I wyglądało na to, że jeszcze nigdy.
Nie był nawykły do takiego gadulstwa, toteż szybko skończyła mu się kawa, wypita żwawymi łyczkami dla przepłukania zaschłego gardła. Zaczął nieco nieskładnie opowiadać o wyrobie własnych naboi do myśliwskiej broni, kiedy w lokalu pojawili się czterej jegomoście o nieco niepokojącej aparycji. Ich widok w przewrotny sposób wywołał u Johna nostalgiczne wrażenie czegoś autentycznie znajomego. Ludzie o takim wyglądzie byli równie powszechni w Kalifornii, co na Alasce - zapalczywie szukający jakiejkolwiek okazji do nabicia komuś guza albo utracenia paru własnych zębów.
Obrzuciwszy czwórkę mężczyzn bacznym spojrzeniem skinął każdemu z nich z osobna uprzejmie głową, a potem tak przestawił krzesło, aby w trakcie dalszej rozmowy z uroczą młodą damą przez cały czas mieć owych jegomościów w kącie oka.
-
Ten post został usunięty!
-
Wyglądało na to, że protestujący RZECZYWIŚCIE mieli jakieś nieprzyjemne doświadczenia z policją, co wyjaśniało całkiem wiele. Eleonora została więc i z nimi porozmawiała.
Osobiście uważała ZSRR za kraj imperialistyczny, nawet jeśli nie kapitalistyczny i wiedziała, że miał on swoje własne problemy. Nie chciała jednak niczego o tym powiedzieć na głos – podejrzewała, że tych ludzi i tak nie przekona, a co najwyżej ich do siebie zniechęci.
Została więc i zadawała przyjazne pytania – „czy znacie rosyjski?”, „dużo wiecie o kulturze ZSRR?”, „w jakim regionie tego kraju chcielibyście się osiedlić?” – ażeby podtrzymać dyskusję. I tak lepsi fanatycy ZSRR niż fanatycy wody brzozowej…
Gdy pojawili się nowi mężczyźni na sali, a protestujący schowali swoje transparenty, Eleonora uznała, że to ten moment, by się wycofać. Podziękowała swoim rozmówcom za ich czas, po czym podeszła do najbliższego wolnego stolika – czyli tego, przy którym siedzieli Walter i Ren.
- Dzień dobry, mogę tu usiąść? – spytała.
-
Ren odczuwając ulgę, że znalazł wreszcie kogoś chętnego na rozmowę odpowiedział na pytanie będąc jednocześnie zaintrygowany osobą Waltera.
-Och, z wykształcenia jestem adwokatem, lecz od czasu mojego przybycia do Ameryki tułam się po różnych stanach szukając tymczasowego zatrudnienia w zakładach pracy, magazynach i tego typu miejscach. -Ren mimo tego, że nie przepadał za mówieniem o swojej przeszłości to zdecydował się jednak uchylić rąbka tajemnicy Walterowi. -W Ameryce jestem zaledwie od kilku tygodni, musiałem wyemigrować z Japonii, z Kyoto, z powo- -Renowi nieudało się dokończyć swojej historii ze względu na pewną kobietę, która wyraziła chęć aby usiąść wraz z Japończykiem i jego kompanem.
Ren poprawił koszulę i wstał aby okazać jej szacunek oraz powitał ją z entuzjazmem i uśmiechem na twarzy.
-Witam damę, tak, oczywiście, to żaden problem. Ja jestem Ren, a to Walter. -powiedział wskazując na swojego towarzysza w rozmowie. -A Pani, jak się nazywa i co sprowadza taką niewiastę do tak obskurnego miejsca? Ach, tak, gdzie moje maniery? -po wypowiedzeniu tych słów Ren wyciągnął rękę w stronę dziewczyny
@cygan @kaworu -
Z początku John wydawał się chłodny i niedostępny jak ziemie, z których pochodził. Jednak ku zaskoczeniu Violet jej potok słów przełamał rychło lody i John rozgadał się na dobre. Metoda ta zwykle działała w przypadku klientów, którzy ujęci szczerością i otwartością Violet, nieraz zwierzali jej się z problemów czy dzielili plotkami. Dziewczyna uprzejmym zainteresowaniem wysłuchiwała wtedy historii o przedziurawionych butach, kolejnych amantach zaszczyconych uwagą panny Rose (wymieniała ich szybciej niż pary butów) czy też wybrykach syna Andersonów. A w ostatnich czasach, póki kloyenci jeszcze się pojawiali, także o wszechobecnych narastających problemach finansowych. Momentami miała już po dziurki w nosie wszystkich tych historii. Natomiast opowieść trapera śledziła z największą uwagą godną wspomnianego wcześniej filmu gangsterskiego. Z zapartym tchem podążała za opowieściami o czynnościach i zdarzeniach, które sądząc po tonie Johna, były jego chlebem powszednim.
Gdy mężczyzna przerwał na chwilę opowieść i skinął parokrotnie głową, Violet przez chwilę zastanowiała się, gdzie właściwie się znajduje. Podążyła za wzrokiem rozmówcy i dostrzegła nowoprzybyłych mężczyzn. Po jej plecach przebiegły ciarki. Poczuła ulgę, że nie jest tu sama. Mimo że znała Johna zaledwie od kilku chwil, jego obecność dodała jej otuchy.
- A ci czego tu mogą szukać? - spytała ściszonym głosem, pochylając się nad blatem w stronę Johna. - Nie wyglądają na miłośników wiedzy... - Dodała, lustrując kątem oka ich niegrzeszące inteligencją twarze.
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Carter spodziewał się po rozmówczyni przejawów niepokoju, jakiegoś zalęknienia wywołanego złowieszczą aparycją przybyszów; ale gotów był przysiąc, że w głosie Violet brzmiała raczej ciekawość niż strach. I jakaś zadziwiająca dziewczęca ekscytacja.
- Panienka się nie martwi - powiedział traper obracając w palcach pustą filiżankę - Nie sądzę, aby w tak zacnym przybytku komukolwiek przyszło do głowy warcholić, ale jeśli się mylę, i tak nic panience nie grozi. Gdyby się coś złego działo, proszę tylko szybko wyjść.
-
-Witam Walter Murdock, miło mi - ostatnie dwa słowa zostały wypowiedzianego przez niego bez przekonania, gdyż obserwował ją praktycznie od początku przyjścia i domyślał się, że kobieta zapewne nie podeszła do ich stolika z powodu chęci zapoznania się, a bardziej z chęci uniknięcia potencjalnego zagrożenia ze strony czterech typów, którzy przed chwilą weszli do środka.
-
WSZYSCY
Czarnoskóry muzyk kończy śpiewać i schodzi ze sceny. Kilka minut potem wreszcie pojawia się na niej wyczekiwana przez was postać - profesor Broephyle E. Chance. Żadne z was nigdy go nie widziało, w gazecie przy ogłoszeniu nie pojawiło się też jego zdjęcie, więc założenie, że to właśnie on, jest dosyć arbitralne. Jest w tym człowieku jednak coś, co sprawia, że nie macie co do jego personaliów żadnych wątpliwości.
Mężczyzna jest olbrzymi, spokojnie mierzy około dwóch metrów wzrostu i jest bardzo "postawny" (żeby nie powiedzieć "otyły"). Ma pięćdziesiąt, góra sześćdziesiąt lat, ale ciało zdaje się nosić jak ktoś, kto już dawno się z niego wyprowadził i przestało ono należeć do niego. Ma gęste, czarne, zmierzwione włosy, które kręcą się na końcach, podobnie jak jego pokaźna broda. Przekrzywione, okrągłe okulary, tak grube, że jego oczy wyglądają jak dno kieliszka, ledwo trzymają się na jego nosie. Mają tylko jeden zausznik - drugi zapewne się wyłamał. Ma na sobie szary, pognieciony garnitur z krawatem robiącym za jadłospis z ostatniego tygodnia. Jednak pomimo dość nietypowego wyglądu, kiedy tylko się pojawia wraz ze swoją brązową, skórzaną torbą na scenie, cały klub cichnie.
"Drodzy poszukiwacze prawdy", zaczyna grubym, tubalnym głosem pełnym emfazy, nadmiernie pobudzonym, niczym jakiś bardzo zafiksowany na punkcie czegoś wykładowca. "Ziemia, jak wiemy, nie wydała jeszcze wszystkich swoich sekretów. My, ludzie czwartej dekady dwudziestego wieku, patrzymy na niego z wyżyn, na które wyniosły nas maszyny i elektryczność. I, można powiedzieć, to dobrze - wszak patrząc z wysoka mamy o wiele lepszy widok. Jednak bez odpowiednich szkieł powiększających, których się wyzbyliśmy i uważamy, że nie potrzebujemy, nie jesteśmy w stanie dostrzec pewnych istotnych szczegółów..."
Profesor sięga do swojej torby, z której wyjmuje małe zawiniątko. Odwija je i unosi do góry, pokazując wszystkim.
"To jest, proszę państwa, kieł. Został znaleziony przez odbytą niecałe trzydzieści lat temu ekspedycję na Syberii." Faktycznie, przedmiot uniesiony w górę przez Chance'a to bladoróżowy kieł, nieco wilgotny, z lekkim połyskiem. Schodzi ze sceny i podchodzi do każdego z osobna aby pokazać mu ząb z bliska, dając wszystkim poznać przy okazji również swój własny, niezbyt przyjemny, zapach. "Włókna kolagenowe, znakomicie zachowana struktura tkanki... Proszę tylko spojrzeć. Wilgoć nie tylko zachowana, ale i aktywna biologicznie. Nie jest ani zamarznięta, ani zmumifikowana, jest ewidentnie świeża. Zamrożony pod torfem, bez dostępu powietrza, z minimalnym tylko skażeniem bakteryjnym. Warunki idealne do przetrwania, ale co najwyżej przez kilka dekad, na pewno nie przez tysiąclecia. Próbka wykazuje ślady aktywnej kreatyny. Czyli..." - zawiesza głos, unosząc palec i zwalniając tempo, aby zabrzmieć nieco bardziej dramatycznie. "...czyli zdechł co najwyżej kilkadziesiąt lat temu. I nie należy do żadnego zwierzęcia znanego nauce. Nie znaleziono w nim żadnego potwierdzenia tego, że jest to kieł jakiegokolwiek ze zwierząt żyjących na Syberii. A to tylko potwierdza moją tezę. Tezę, która mówi o tym, że dryophitecus giganteus, popularnie zwany 'yeti', 'człowiekiem śniegu' lub 'wielką stopą', w zależności od kultury, naprawdę istnieje! A to, że przez tyle lat nauka nic nie była w stanie na ten temat powiedzieć, wynika tylko i wyłącznie z tego, że naukowcy źle szukali. Nie w tych miejscach, gdzie trzeba. Wbrew temu, co sądziliśmy, dryophitecus giganteus zdaje się żyć nie w Himalajach, ale w syberyjskiej tajdze!"
Po sali przebiegł lekki szmer, głównie ze stolika "amatorów wody brzozowej". W końcu jeden z nich się odezwał: "I co, może jeszcze ten yeti nosił zafajdane krawaty?". Pozostali członkowie ekipy wybuchli śmiechem. "Bo patrząc na pańskie wymiary, to równie dobrze pan możesz być tym całym giganteusem...". Tym razem zaczęli już niemal krztusić się ze śmiechu. Chance jednak, niezrażony, kontynuował.
"Mam dowody na to, by sądzić, że jednak mam rację". Wyciągnął z torby jakieś kolejne materiały, które położył na rzutniku. Na ekranie tuż za nim pojawiło się czarno-białe, niewyraźne zdjęcie, wyglądające jak zrobione w pośpiechu. Widać na nim coś przypominającego gigantyczny, eliptyczny kształt. Jakby coś ciężkiego i ciepłego zapadło się w wilgotnym gruncie. "Te odciski są symetryczne. Przemieszczają się w parach. Analiza nacisku wskazuje na masę sięgającą od trzech do pięciu ton". Klik, nowe zdjęcie - kłębek szarej sierści z wbitymi drobinkami torfu. "Sierść. Mikroskop ujawnia nienaruszoną strukturę łodygi włosa, zachowane resztki tłuszczu, brak krystalizacji komórkowej, włókno świeże, reagujące na światło. A to oznacza jedno - to żadna skamielina ani zmumifikowana tkanka!"
Panowie od "wody brzozowej" kręcą głowami i wzdychają znacząco, komuniści coś notują i szepczą między sobą, a "kolorowi" wyraźnie się nudzą i mają coraz większą ochotę coś rozwalić. Chance jednak zdaje się nie zwracać uwagi na audytorium, lecz mówi sam do siebie, co zwłaszcza Eleonorze i Renowi bardzo przypomina wykłady na ich studiach. "Proszę zresztą przyjrzeć się bliżej kłowi. Wciąż elastyczny na powierzchni, analiza kreatyny wykazała aktywne białka. Nie ma tego w materiale starszym, niż mniej więcej czterdzieści lat. Zresztą, proszę dotknąć! Pan wygląda na takiego, co się na tym zna!" - Chance wyciąga kieł w kierunku Johna (@ketharian). Amatorzy "wody brzozowej" nie dają jednak za wygraną.
"Czyli co, według pana yeti żyją sobie na Syberii? A może jeszcze prowadzą swoje rady robotnicze, zgodnie z wolą rządzącej tam partii komunistycznej? Jak miał ten na imię? Towarzysz Yeticzenko?" - znów zanoszą się śmiechem, tworząc coraz bardziej wymyślne, rosyjskobrzmiące imiona dla giganteusa. "Szanowny panie Chance, yeti nie istnieje! To naukowy fakt, o którym wszyscy wiedzą. A to, co nam pan tu próbuje udowodnić, to zwykła bajka!"
Profesor stoi jednak niewzruszony. Po chwili, z uśmiechem i powoli, odpowiada: "Faktem, drogi panie, jest to, co powszechnie za fakt uznajemy. Ale historia zna rzeczy, które za fakty uznawano przez całe wieki, a potem znalazł się ktoś, kto je podważył i wykazał, że wcale faktami nie są! Wspomnę tu tylko Kopernika, Galileusza i innych". Po chwili znów wraca na scenę, pozostawiając kieł w rękach Johna. "Nie mam jeszcze pełni dowodów. Dlatego właśnie muszę tam pojechać! Ale nie sam. Potrzebuję ludzi silnych, otwartych i gotowych! Nie obiecuję wam sławy, ale obiecam wam, że jeśli odnajdziemy to, co myślę, że tam jest... zmienimy bieg historii!"
Gdy tylko Chance milknie, amatorzy "wody brzozowej" zakładają płaszcze i opuszczają klub. Słyszycie jeszcze szczątki ich rozmowy: "Powinien wysłać to do 'Weird Tales'. Może znajdą dla niego miejsce między smokami a Atlantydą...". Chance siedzi na zapadającym się pod nim, brudnym fotelu i w końcu mówi:
"No dobrze, skoro szumowiny już poszły, to teraz... czy są jeszcze jakieś pytania? Kto jest zainteresowany dołączeniem do ekspedycji i zaryzykowaniem życia dla przygody i miejsca w historii?"