[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
-
W pokoju arkanistki porozrzucane po całym łóżku były różnorakie notatki, a ona sama siedziała wsparta na poduszce uparcie próbując zaznajomić się z lekturą jaką wieszcz jej przekazał. Ku jej niezadowoleniu zdradzały ją własne myśli jakie kierowały jej uwagę na wydarzenia tej nocy.
Ciało wciąż pamiętało dotyk tego mężczyzny, ciepło jego skóry ocierające się o jej własną. Z bólem i irytacją ścisnęła nasadę nosa gdy piekielna migrena znowu powróciła.Jak tak pracować?!
Odrzuciła książkę na bok swojej poduszki godząc się już z tym, że od następnego elfa usłyszy jak bezużyteczna jest. Nie miała siły teraz skupić się na wszystkich problemach odnoszących się do nauki magicznych zaklęć jakiej to naturę chciała poznać. Czuła się w tym momencie bardzo samotna i pozostawiona, bardzo nieważna.
Rzuciła na głowę kołdrę i skuliła się pod jej okryciem.
-
Kaylie? - usłyszała stłumiony głos Viktora niedługo później, kiedy po cichu wszedł on do pokoju. Słyszała kroki gdy podchodził do niej i delikatny dotyk jego dłoni na swoim kolanie, gdy potwierdzał w którą stronę ona, w ogóle, leży..
-
Jak nie masz nic przeciwko to do ciebie dołączę… - zadeklarował ściągając z siebie buty i pancerz skórzany. Nie spieszył się, bo dawało jej to czas na przemyślenie i ewentualny protest.
Kilka dłuższych chwil potem do oczu Kaylie przedostało się światło, gdy Viktor podniósł kołdrę… tylko tyle by móc wpełznąć pod nią, ale przyzwyczajone do niemal całkowitego mroku oczy i tak się naturalnie zmrużyły.
Pełzł powoli, wymacując swoją relatywną pozycję palcami, bo o ile przyzwuczajone i ćwierć-elfie oczy Kaylie coś-coś dostrzgały, to on był zupełnie ślepy. W końcu dotarł… do celu. Nachylił się nieco, całując ją w skroń z czułością i opadł powoli naprzeciw niej.
- Jak się trzymasz?
- Dobrze - odpowiedziała mu fałszywie - Przygotowywałam się do lekcji z Ferenem.
- Przyda się pomoc? Praca w parach nie bez powodu jest bardzo często wykorzystywaną techniką na dobrych akademiach.
- To żadna praca domowa. Musiałam spróbować ogarnąć temat, abyśmy mogli dalej o nim dyskutować. - powiedziała cicho - Po prostu... Moje myśli są w każdym miejscu tylko nie tam gdzie powinny i przeszkadza mi to w skupieniu się na tekście.
- Kiedy będziesz się z nim widziała?
- Dziś wieczorem.
- No to mamy czas. Praca zespołowa to nie tylko ćwiczonka po zajęciach, ale również pełne studia. Zewnętrzna stymulacja w postaci moi może pomóc ci się skupić, hmmm?
Parsknięcie śmiechem rozeszło się pod kołdrą. - Z moich doświadczeń zewnętrzna stymulacja w twojej osobie łączy się z odwrotnością skupienia. Dam sobie radę. A ciebie to stare żelastwo nie zamęczyło? Znaleźliście cokolwiek?
- Oferta wciąż zostaje w mocy… A Rhaast był bardzo pomocny. Mamy gnoja. Nazywa się Philip. Potraktował ciebie narkotykiem który nazywają Zmierzch. To, że cokolwiek pamiętasz z wydarzeń sugeruje, że guzik wiedzą jak ma on rzeczywiście działać, albo coś poszło nie tak. Ma kumpli z bandy, co nie lepsi są od niego i jakiegoś szefa nad sobą. Głupi jak but i łatwowierny jak szczeniak. Mam ich portrety namalowane i Fisuś teraz go obserwuje. Może uda się zidentyfikować szefa. Widziałoby mi się pozbycie ich wszystkich z Evercrest…
- Mhm... Można oczywiście. - wyraźnie zignorowała kwestię Rhaasta - Dobrze się nimi bawiłeś?
- Tfu… nawet tego nie sugeruj. Persona którą przyjąłem na czas śledztwa była plugawa. Nie lepsza niż ta chędożona banda. Czuję się brudny z samych słów które mi z ust wypłynęły i niedobrze mi na myśl, że mogę musieć znów się wcielić w Ralpha…
- Potrzeba ci kąpieli? Nie mam ochoty na razie dalej siedzieć nad książką... Za dużo niechcianych myśli.
- Taaak. Definitywnie się przyda… ale wiesz… Fisuś na czatach to mi samotno, więc tylko jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.
- Przecież to rozumie się samo przez się. Oferuję ci łazienkę w tym pokoju. - zdjęła w końcu kołdrę z głowy - Znajdę u siebie jakieś lepsze mydełka, jakie w asortymencie z pokojem dostałam.
- Hmmmm… niech będzie… - stwierdził samemu też wychodząc spod kołdry. Preferowałby łaźnie Dworu, ale skoro Kaylie woli zostać w pokoju to niech tak będzie.
Odkręcił wodę w wannie i zaczął się rozbierać.
Kaylie w tym momencie zaczęła przeszukiwać szafki i wyjmować z nich ręczniki, mydełko i nawet jedno pachnidełko. Cieszyła się, że mężczyzna zostanie z nią w pokoju, a nie pozostawi ją samą ze swoimi myślami. Na razie nie uśmiechało jej się wychodzić za drzwi.
Ułożyła złożone ręczniki na stoliku przy wannie i wpuściła kilka kropel kwiatowego zapachu do ciepłej wody, jaką napełniała się wanna.
Viktor wciągnął zapach pełną piersią.
- Uff… tego mi brakło odkąd Cheliax opuściłem - stwierdził, przepuszczając lejącą się wodę przez palce.
Gdy wanna była jeszcze daleka od wypełnienia rozebrał się i wszedł do niej, pozwalając gorącej wodzie powoli wkradać się wyżej i wyżej. Każde pół cala było nową dawką przyjemności płynącej z takiego gorąca wdzierającego się w głąb ciała. Wyłożył się tak wygodnie jak się dało. - Przez trzy miesiące w trasie tutaj brakło mi tego jak czort jasny. Kultura higieny po drodze rzadko sięgała standardów do których moje cztery litery się przyzwyczaiły.
Opowiadał o głupotach, tak naprawdę… bardziej by wejść w jakąkolwiek rozmowę i z niej wyczytać nastrój i samopoczucie. Ciekaw też był czy do niego dołączy.
Kaylie ze spokojem podeszła do Khala i stając za nim powoli zaczęła ochlapywać jego plecy cieplutką wodą by po tym zacząć rozluźniający masaż mięśni karku. Nie miała wprawy jak wysoko wykwalifikowane masażystki, ale nie robiła tego na ślepo i to Viktorowi starczyło by mruczeć w zadowoleniu. - Tak łatwo zapomnieć o braku luksusów życia?
- Może tak, może nie… ale odzwyczaić się bardzo trudno. W mojej pamięci to jest wciąż świeże i mam nadzieję wyrobić nam sytuację, że luksusy wrócą do nas na stałe nim ich zapomnę.
Kaylie nie odezwała się zajęta rozmazywaniem i rozgrzewaniem jednego upartego mięśnia, zbyt twardego, aby niedługo nie zrobił się problemem. Dopiero po chwili mężczyzna poczuł niesamowicie przyjemny ból z jego strony. - Ughh… - stęknął zadowolony, pozwalając głowie opaść bezwiednie w przód - A czy to ja nie miałem o ciebie tutaj dbać i cię rozpieszczać?
- Przecież znalazłeś tego dupka. - powiedziała ze spokojem i pewnością w głosie. Przyjemnie drapiące uczucie pojawiło się na skórze Khala gdy jego kochanka nacierała ją mydłem z gąbki.
- A to jest zupełnie osobna sprawa. Oczywiście nie śmiem tutaj kręcić nosem, gdy tak dobrze mnie tu traktują… Swoją drogą… w jakiś dziwny sposób… dobrze Ci w Cheliańskim stylu. Jakby jeszcze pod twoją figurę to dopasować to wierzę, że było ci bardzo do twarzy.
Na chwilę zatrzymała mycie i spojrzała po sobie. - Naprawdę?
- Yhym… myślę, że veastalia praeclarus byłby tu szczególnie pasujący. Choć chyba bym czerwienie stonował do ciepłych purpur. I ten styl trochę czerpie z estetyki magów, tylko bardziej takich teatralnych. Ma wysokie kołnierze udające nieco kaptury szat, ale w odróżnieniu od klasycznych szat, w nim i kobiety chodzą w spodniach… choć bardziej obcisłych. Nie jest to klasyczny styl, nawet w samym Cheliax i nie każda kobieta może sobie pozwolić w nim przyjść… dla mężczyzn jest on łaskawszy… ale o dygresja… nawet sama ta kolorystyka na tobie do mnie przemawia. Nie ma potrzeby ubierania ciebie w żadne egzotyki. Nawet w moich ubraniach wyglądasz bardzo dobrze… choć tu możemy dochodzić nieobiektywności mojej opinii… - chichot zadudnił w jego piersi.
- Arcykapłan diabła i Trzecie Pióro Cheliax nieskromny? Bójcie się bogowie takich szaleństw! - zaironizowała.
- Heh… nie piję tu do mojego niewątpliwie dobrego gustu gdy idzie o to w co się ubieram, ale do mojej nieobiektywności wobec ciebie. Mogło ci umknąć, taki ze mnie zimny drań i prostak… ale mam do ciebie pewną… słabość.
- Każda cholera ma jakąś słabość jaka sprowadzi na niego zgubę w ostatecznym momencie. Tak mówi każda bajka. - rozpoczęła myć włosy Khala poprzez wylanie na jego głowę malutkiego wiaderka cieplutkiej wody.
- A jaką zgubę ty byś na mnie sprowadziła? - zapytał dając strużką wody lać się po jego twarzy.
- Nie wiem... - cieplejszy szampon został nalany na głowę mężczyzny - Może... - palcami rozprowadzała szampon - By twoi wrogowie zaszkodzili ci przez informacje ode mnie... - kwiatowy aromat łąki rozlał się w łazience - Lub cię zaszantażowali porywając mnie. - palce kreśliły wzory po skórze między włosami Khala - Albo może i ja sama w końcu stanę się zbyt toksyczna i nieopanowana w tym związku. Będę krzywdziła psychikę... - zakryła oczy mężczyzny dłonią - I powłokę fizyczną.
Kolejna woda zmyła włosy Khala z piany szamponu. - Meh… wszyscy musimy umrzeć. Ależ o ile romantyczniejsze jest gdy zagłada przychodzi od naszych bliskich. Jest w tym dramaturgia i jakaś siła. Tworzy znacznie lepszą historię niż dać się ubić bandytom na drodze, czy od losowej strzały na polu bitwy.
- A nie lepiej nie dać się ubić nikomu?
- I umrzeć ze starości i słabości? Może? Jakby odpowiednich ludzi mieć wokół siebie… Ale myślisz, że taki los jest pisany takim jak my?
- Jeżeli byśmy nikomu nie dali się zabić... To byłoby możliwe. Jak bardzo? Pewnie mało, ale byłoby. Bogowie w końcu przystali na wolną wolę i nie włażenie ci buciorami do domu.
- Brzmi całkiem nieźle… no niech ci będzie. Przekonałaś mnie. Możemy spróbować tego całego dożywania starości.
- Ty już blisko jesteś. - dodała wrednie - Trzeba resztę ciebie umyć. Chłopiec podoła czy mam pomóc?
- W jednym zdaniu jestem stary, w drugim już gówniarz? Baby… - prychnął rozbawiony, ale nie było w tym geście zawiści, ani pogardy - Dam radę, dzięki wielkie - stwierdził siadając prościej i przechodząc do praktyczniejszej części kąpieli.
Nie trwała ona długo. Gdy się sprężył ukończył w kilka minut i chwilę potem kończył się wycierać. Ubrał się w świeże rzeczy i spojrzał na Kaylie z trochę… intensywniejsza intencją.
- W porządku. Wiem, że temat nieprzyjemny, ale musimy wreszcie to omówić. Co chcesz z nim zrobić?
Kaylie rozwieszała ręczniki na parapecie by schły, sama nie patrząc na Khala. - Po prostu pozostaw to mnie.
- Przepraszam, Kruszyno, ale absolutnie mowy nie ma. Jak cię puszczę samopas to jest niezerowa szansa, że to CIEBIE Filia będzie musiała powiesić, a to się dosyć mija z tym o czym mówiliśmy… wiesz… na ten moment to całe dożywanie starości jest akceptowalne, bo masz mi w tym towarzyszyć.
- To dlatego on wciąż dycha? - odwróciła się do niego..
- Nie. Dycha dlatego, że chciałem dać ci wybór. Nie pełen wybór, ale pewien wybór. Nie wezmę udziału w czymś co może ciebie zabić i jeśli uprzesz się na coś takiego, to będę musiał żyć z twoim gniewiem i żalem, ale wolę to niż z twoją krwią na rękach. Moja propozycja: zróbmy to jak należy. Poślijmy ich wszystkich na szafot, a tobie zorganizuję, przywilej ciągnięcia za dźwignię dla każdego jednego z nich, na oczach całego Evercrest, a przede wszystkim oczach kobiet które oni skrzywdzili tak jak ty zostałaś skrzywdzona.
- I ile to zajmie? - zamarudziła.
- Zależy ilu z nich chcemy dorwać. Zależy jak wiele takich przyszłych krzywd chcemy powstrzymać. Jeśli zadowolimy się samym Philipem i jego najbliższymi kumplami… kilka dni, jakby dobrze poszło? Ale wtedy najgorsze bydlaki pozostaną na wolności. Jeśli chcemy dorwać “Szefa” i może producenta to zależy… nic nie wiem jeszcze ani o jednym ani o drugim, ale w ciągu dwóch godzin poszukiwań odnalazłem Philipa, jego bandę, dorwałem próbki... - z podwymiarowej kieszeni wyciągnął mały słoiczek z kilkoma tabletkami Zmierzchu - ... i zdobyłem ich wstępne zaufanie. Najpewniej nie będą to miesiące poszukiwań, a tygodnie.
Kaylie skrzyżowała ręce na piersiach. - A to by było także ważne dla ustalenia religii, co?
- Kaylie… jeśli zabijemy Philipka na własną rękę to i tak pójdę za resztą gangu. Czy pozbędziemy się go poprawnie, czy osobiście nie jest ważne dla religii. Jest to ważne dla mnie i ważniejsze dla ciebie. I wierzę, że dla ciebie będzie lepiej aby wszyscy zginęli na szafocie.
Zwróciła spojrzenie w podłogę. - Ale nie zanegujesz, że można by wykorzystać całą sprawę dla tego cholernego chochlika?
- Nie twoją sprawę. Nie pojedynczy incydent, niezależnie od tego jak osobiście go traktuję. Można wykorzystać tragedię nie wiadomo ilu kobiet. Można wykorzystać rozbiór całej zorganizowanej grupy przestępczej, w której Philip jest tylko malutkim trybikiem. Ale i bez naszego zadania od Kozła bym posłał ich wszystkich na randkę ze sznurem wisielczym, bo posyłałem takich jeszcze zanim moje ścieżki przecięły się z jego.
Kaylie mogła się wydawać teraz jak niezadowolona mała dziewczynka, jakiej nie pozwolono w nocy siedzieć ze starszymi. - ... będzie jak trzeba...
Viktor uchwycił ją za ramiona. - Kaylie… on umrze. I przed śmiercią będzie się bał. Pożałuje, że kiedykolwiek ciebie spotkał. Kwestia tylko JAK zejdzie z tego świata. Czy chcesz aby to było osobiste, gdy go sama wykastrujesz i poderżniesz gardło, czy się zapaskudzi w konwulsjach, na tle wiwatującego tłumu, wciąż czując w ustach zgniłe pomidory którymi zostanie obrzucony. Naciskam na drugą opcję, ale nie narzucę ci jej.
- Filia nie zgodzi się by ktokolwiek inny przeprowadził egzekucję. - burknęła - A na pewno nie bym była to ja. Ta, co chlała i dawała się na mieście każdemu kto chciał... - dodała pod nosem.
Viktor ucałował ją czule nad brwiami. - Nie “dawała każdemu co chciał”, ale “brała kogo tylko chciała”, jeśli wierzyć Davionowi. Zostaw to mnie. Wierzę w swoje zdolności. Muszę tylko wymyślić jak to ugrać, ale dam radę. A jakbym nie dał… to wrócimy do planu pierwszego z tajemniczym zaginięciem.
Kaylie opuściła głowę jakby bez siły. Nie miała jej na sprzeczanie się, więc nieoczekiwanie tego nie robiła. Psychicznie zmęczenie nie minęło, a jedynie skryło się w całej warstwie jej traum, a ona starała się zakopać je głęboko pod ich ciężarem. - Cokolwiek... - odparła prawie szeptem głosem wypranym z emocji i siły.
Viktor objął ją ramionami. - Przepraszam, że nie przynoszę doskonalszego rozwiązania…
Godzinę leżeli już w łóżku. Viktor tulił ją jak małą dziewczynkę, przeczesując palcami jej włosy i niestrudzenie szepcząc jej słowa czułości i pochwały, oraz zapewniał, że wszystko będzie dobrze…
W końcu powoli wyplątał się z jej ramiona, usiadł i rozejrzał się, dostrzegając poszukiwaną książkę na łóżku. Biorąc ją przysunął się do ściany i oparł o nią, otwierając na stronie oznaczonej zakładką. Wrócił do początku rozdziału. Arcana Magii Wtajemniczeń: Księgi i ich zastosowanie.
- Hmmm… coś tam, coś tam… - mruknął pod nosem i wyszeptał inkantację muskając papier opuszkami palców, racząc się zaklęciem które Kaylie mu pokazała.
Rozdział zawierał informacje dotyczące magicznych ksiąg stosowanych przez magów do katalogowania zaklęć.
Każde zaklęcie zawiera dokładną formułę, słowa, składniki i rytuały, które muszą zostać wykonane w odpowiedniej kolejności, aby osiągnąć zamierzony efekt.
"Zapamiętywanie zaklęcia" jak określają to laicy, nie polega jedynie na przeczytaniu receptury. Jest to rytuał sam w sobie, gdzie poprzez czytanie, zapamiętywanie i medytację wzór istoty i struktury zaklęcia zapisuje się w umyśle maga.
Zależnie od mocy i talentu maga jest on w stanie zapamiętać określoną ilość takich wzorów.
Rzucenie zaklęcia powoduje wyzwolenie wzoru, przywołanie jego mocy i "zapomnienie" zaklęcia. - Cudowne zaklęcie… - powiedział pod nosem do siebie i wziął się do rzeczywistego pierwszego czytania. Takiego przy którym jeszcze nie oczekiwał od siebie głębokiego zrozumienia…
"Liber Magicus, dalej znane jako magiczne księgi stanowią podstawę prac badawczych każdego studenta magii…"
Kaylie spojrzała z irytacją, jak zobaczyła, że Khal zabrał się za książkę. Nie był magiem a uzurpował sobie umiejętność pomocy jej i wytłumaczenie problemu? Absurdalny, nadęty dupek...
- No już, już… przecież jej nie ubrudzę… - zapewnił Kaylie kątem oka widząc jej minę.
Wczytywał się w książkę, chłonąc słowa i znaczenia. Kilka razy całe akapity czytając po dwa i więcej razy, gdy były bardziej skomplikowane niż był w stanie je zrozumieć z marszu. Aby być szczerym… nie było ich mało. Arkana magii wtajemniczeń nie były jego głównym obszarem zainteresowań, ale nie spodziewał się większych problemów, jeśli poświęci temu dość czasu.
Wstał z łóżka i usiadł do biurka. Przyszedł czas na drugie czytanie, gdy z każdego jednego akapitu spisywał notatkę. Krótszą i niepełną, bo i tak miała być tylko mapą mentalną, prowadzącą go do nie utrwalonego jeszcze zrozumienia, które jednak posiadał w swoim umyśle.
Ponownie kilka razy potrzebował się zatrzymać.
-
Hmmm… zatrzymałaś się przed, czy po fluktuacjach krystalo-meferestyki?
-
Przed. - starała się by jej irytacja nie wypłynęła w słowach.
Zobaczyła Rhaasta opartego o ramę łóżka i jakby od niechcenia położyła dłoń na jego rękojeści.
"Jesteście już najlepszymi przyjaciółkami?"
"Bez przesady. Doszliśmy po prostu do porozumienia." miecz przez chwilę milczał "Więc, jak się czujesz? On nie usłyszy i nic mu nie powiem."
"A odkąd to jesteśmy my przyjaciółkami co się sobie zwierzają? Nie pamiętasz już jak wiele razy ustalałeś granicę i przypomniałeś mi o tym?"
"Tak… przepraszam. Uniosłem się dumą i pozwoliłem, aby to zepsuło nasze relację, jestem stary powinienem wiedzieć lepiej. Słuchaj to nie jest tak, że mnie na tobie nie zależy. Po prostu… jest wiele rzeczy, które nas różnią, których sam nie za bardzo lubię. Nie powinienem wyładowywać tego na tobie."
"...co on ci nagadał?" zapytała nieufnie, nie do końca wierząc w jego intencje.
"Że bycie negatywnym nie będzie działać na ciebie. Więc, chcę spróbować zacząć od nowa. Pozytywne wsparcie i porady. Podejrzewam, że za bardzo zszargałem nasze relacje, aby zadziałało, ale jestem gotów spróbować."
"Wybacz, jeżeli będę nieufna."
"Wybacz, jeżeli i tak spyróbuję?"
Kaylie westchnęła lekko.
"Dobrze..."
"Dobrze. Mogę zacząć więc od drobnej porady?"
"Jakiej to?"
"Pójdź z planem Viktora i spróbuj publicznej, legalnej egzekucji."
"Już przecież się zgodziłam, będzie jak wolicie..."
"Ale robisz to ponieważ nie chcesz się kłócić. Chciałbym cię przekonać, abyś faktycznie uważała, że to lepsza opcja."
"Co jest w tym lepszego? Poza zakładaniem kościółka."
"Głód. W sensie głód cię czeka, jeżeli pójdziesz drugą opcją. Widziałem to dostatecznie dużo razy. Zabijesz raz w zemście za siebie i wielu innych, poczujesz się słuszna. Więc zaczniesz szukać kolejnego i kolejnego i kolejnego. Wielu bohaterów zmieniło się w potwory w imię tego co "słuszne". Jeżeli natomiast pójdziesz z planem Viktora, może nie poczujesz tego uczucia słuszności. Nie od razu, ale uwierz mi będziesz miała bardziej rację niż przy zabawie w samozwańczego stróża prawa. Nie jesteś złą osobą Kaylie."
Przez cały wywód ostrza Kaylie słuchała spokojnie, bez słowa. Dopiero przy ostatnich słowach... Coś w niej pękło. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła oddychać urwanie, próbując łapać głębokie oddechy. -
Kaylie? - zapytał Viktor odwracając do niej spojrzenie.
Miecz został z brzękiem stali zsunięty na podłogę, gdy skulona w sobie kobieta patrzyła pusto w przestrzeń szeroko rozwartymi oczyma.
Adwokat już przy niej był nim dźwięk upadającego miecza zdążył przebrzmieć.
Złapał ją za dłoń i zacisnął mocno. -
Jestem tu. To tylko atak paniki. Zaraz przejdzie… ściśnij mocno moją dłoń. Z całej siły jaką w tej chwili masz.
Prawie automatycznie i powoli zaczęła zaciskać dłoń Khala sama drżąc. Ciągle jej spojrzenie wychodziło z szeroko otwartych oczu skupionych na nienazwanej przestrzeni. -
Kaylie, spójrz na mnie - Viktor pochylił się szukając jej uwagi.
-
On... - wydusiła z siebie nie chcąc spojrzeć na Khala.
-
Zaraz mi opowiesz, ale teraz pomóż mi pomóc sobie, dobrze? Spójrz na mnie, kobieto.
-
Nie ma racji, nie ma... - nadal nie patrzyła zanurzona w pustej przestrzeni.
-
Kaylie! Słyszysz ty mnie?! Jesteś tu?!
Chciał uchwycić ją forsownie za twarz i skierować jej spojrzenie na swoje, ale jej dłoń zacisnęła się na jego jak imadło i zwyczajnie nie miał siły jej wyrwać.
Bardzo powoli skierowała swoje spojrzenie na Khala... Nie było już tak rozszerzone, ale wciąż... Lekko za mgłą. -
... przecież jestem w pokoju z tobą...
-
Kaylie… mam wrażenie, że w paranoję popadłem, ale powiedz mi… jak mam na imię?
-
Khal... Viktor...
-
W porządku. Jesteś już spokojna? Atak paniki za nami?
Jedynie pokiwała niemo głową. -
Uff… - Viktor spuścił powoli powietrze - Chcesz mi opowiedzieć mi co się stało? Kto nie ma racji? Jakieś nieporozumienie z Rhaastem?
-
Rhaast... Powiedział, że ja... - zakryła głowę ramionami - Sam go zapytaj.
Viktor kiwnął głową i w końcu wyswobodził dłoń z jej uścisku, by położyć palec na głowni magicznego miecza.
“Hmmm?” mruknął tylko mentalnie, pewnien, że nie musi wyjaśniać.
"Mówiłem, że bycie pozytywnym nie zadziała…" głos miecza wydawał się pokonany "Próbowałem ją przekonać do twojego planu. Powiedziałem, że przykro mi, że wcześniej nie wyszło, że to moja wina, bo dumny byłem. Powiedziałem, że nie jest złą osobą. Zapytałem czy wszystko z nią w porządku."
“Dobrze zrobiłeś. Nie miej sobie za złe. Praca nad tak zdruzgotanymi ludźmi nie jest łatwa, ani przyjemna. Dla nich zdrowienie bywa brutalnym opuszczeniem znanych dziedzin i to potrafi być przerażające. Potem porozmawiamy o tym więcej, ale powtarzam ci i nie wątp w moje słowa: dobrze zrobiłeś.”
"Chyba ją zepsułem bardziej…"
Viktor chciał na to odpowiedzieć, ale… nie był to czas na to. Teraz Kaylie go potrzebowała.
“Nie.” odpowiedział krótko i wrócił do arkanistki. -
… że nie jesteś złą osobą? - dokończył zdanie sprzed kilku chwil, którego Kaylie nie była w stanie.
Ponownie niema odpowiedź, gdy lekko skinęła głową. -
Kaylie… spójrz na mnie… - poprosił ujmując jej policzki i kierując oczy w górę. - Jakbyśmy odnaleźli niewolników których uratowałaś i opowiedzieli im o tym jak straszliwą cenę za to zapłaciłaś… co by o tobie sądzili?
-
Część z nich została złapana ponownie... - wyłkała z drżącymi mokrymi oczami - Zapłaciłam za nic...
-
No to skupmy się na tych którzy dali radę uciec. Co by o tobie sądzili? - zapytał z większym naciskiem.
-
...nie... Nie zrobiłam tego dla poklasku...
-
A gdybyś robiła… to by dodało cnoty temu czynowi, czy odebrało?
-
Odebrało...
-
Więc ci którzy zyskali całe swoje życie dzięki tobie, wiedząc jaką cenę za to zapłaciłaś i, że nie robiłaś tego dla poklasku… co by o tobie sądzili?
-
...że jestem naiwna...
-
Ja też byłem naiwny gdy ciebie od tortur wybroniłem?
-
Nie robiłeś tego bez żadnego bonusu dla siebie, choćby sama pomoc Nyerowi, prawda? Nawet jeżeli nie zależało ci na tym bardziej niż na pomocy niewolnikowi to dodałeś tak swojej renomie. - zaryzykowała.
-
Oj tak… zyskałem wiele w oczach niewolników i mniejszości co widziała ich jak ja. Ale wiesz u kogo straciłem? U Thrune’ów. U Davianów. U Arvanxi. Zgadnij którzy z nich mieli więcej możliwości dać mi odczuć swoje opinie… z resztą nieistotne… - zatrzymał sam siebie, zauważając, że pozwolił oskarżeniu wpędzić się w defensywę. - Naiwność nie tym o czym mówimy. I ostatecznie… tak. To było naiwne co zrobiłaś i wielu utilitarian by nazwało to dosadniej. Jednak nikt z uratowanych. W ich opowieściach jesteś aniołem zesłanym im z niebios. Ci co wiedzą bądź zgadują jak za to zapłaciłaś by cię jeszcze męczenniczką nazwali. Paladynów co idą ratować ludzi bez planu się jeszcze wychwala. Ja NIGDY nie zrobiłem nic w dziesiątej części tak dobrego jak ten jeden czyn. Nie jesteś złą osobą, Kaylie. Jesteś zszargana. Jesteś skrzywdzona. Jesteś zdewastowana emocjonalnie i zatwardziała przez to co przeszłaś… tak, aż za bardzo lubisz zabijać, ale nie widziałem abyś skierowała to przeciw komuś niewinnemu. Nie jesteś. Złą. Osobą. Udowodnij mi, że się mylę.
-
Jaka to różnica przeciw komu? - odwróciła wzrok - Chciałabym dokonywać krwawych i okrutnych odwetów... Co za różnica na kim?
-
Chciałabyś dokonać takiego odwetu na Lilii? Na losowej osobie co pod oknem teraz przechodzi? Na mnie?
-
Nie...
-
Czyli perfekcyjnie rozumiesz jaka jest różnica przeciw komu odwet jest kierowany. A to, że twoja zszargana dusza pragnie zemsty nie czyni ciebie złą osobą. To co zrobiłaś Thrune’owi nie czyni ciebie złą osobą. Twoje fantazje okrutnych mordów nie czynią ciebie złą osobą. Dopiero jakbyś pozwoliła temu okrucieństwu wylać się do czynów i skrzywdzić kogoś kto na to nie zasłużył… dopiero to byłoby złe. Ale wiesz co? Zrobienie jednej złej rzeczy RÓWNIEŻ nie uczyniłoby ciebie złą osobą. Zła osoba to taka która wybiera zło znowu, i znowu, i znowu. Ani razu nie widziałem ciebie wybierającą zło.
Kobieta nie odpowiedziała. Nie widziała jak i nie wiedziała czy chce. Po prosto skuliła głowę unikając wzroku mężczyzny. -
Wiem, że to nie jest proste. Wiara w coś takiego pozwala zabić nadzieję nim się ona narodzi, a nadzieja potrafi być przerażająca dla takich jak my. Bo co jeśli się nie uda? Co jeśli uwierzymy i zawiedziemy? Czujemy jakbyśmy mieli się po tym nie podnieść, to po co ryzykować, skoro tak jak jest teraz radzimy sobie całkiem–całkiem… Ale nie zawiodłabyś… czemu ten raz jest inny niż wszystkie poprzednie? Bo teraz wreszcie nie byłabyś z tym sama.
-
Mam coraz mniej czasu na studia... - mruknęła nie patrząc na Khala.
-
MamY. Pomagam ci w tym. Jeszcze kwadransa potrzebuję, a potem kolejny kwadrans gdy pomożesz mi dwie rzeczy zrozumieć i będę miał całość opanowaną. Wtedy będę mógł ci pomóc to przyswoić. I to NIE jest żadne wywyższanie się, ani w żaden sposób nie udowadnia to żadnej formy wyższości nikogo nad nikim. To tylko to, że ja mam w tym momencie znacznie czystszą głowę niż ty i nie muszę na głos mówić czemu tak jest…
-
Jasne... - mruknęła pod nosem. Ze swojego doświadczenia w czytaniu ludzi prawnik mógł mieć takie lekkie przeświadczenie, że ona
po prostu była...
...
...zazdrosna?
Viktor zamrugał kilka razy… przyjrzał się jej dokładniej, odegrał w głowie wydarzenia jeszcze raz i… utracił wiarę, że mu się tylko wydaje… ale to, że widział w najmniejszym stopniu nie oznaczało, że rozumie… -
Wyjaśnisz mi, Kruszyno, co teraz czujesz?
-
Niecierpliwość. - odparła zbyt szybko by to było prawdziwe - Załatwmy już to.
Cisza się odrobinę przedłużała gdy Khal rozważał opcje. Prawdę mówiąc… ciekawość go zżerała. Chciał to rozgryźć jak łamigłówkę. Jego uniesiona brew nie kryła braku wiary w jej odpowiedź. -
W porządku - kiwnął w końcu głową i wrócił do biurka. - Kwadrans i dalej będę ciebie potrzebował byś mi wyjaśniła… - powiedział biorąc do dłoni pióro i wracając do pracy.
Czwarte czytanie to było już tylko powtarzanie listy punktów i podpunktów, które miały podsumowywać cały rozdział książki. Przeczytał ją dziesięć razy i na koniec wyrecytował pod nosem, upewniając się, że za każdym podpunktem idzie nie tylko słowo, ale zrozumienie.
- W porządku, Kruszyno… podejdziesz do mnie? Potrzebuję twojej pomocy z kilkoma rzeczami…
- Tylko kilkoma? - przesunęła się bliżej Khala, starając się nie okazywać sarkazmu w głosie.
- Dwoma czy trzema… - udał, że wcale go nie słyszał. - Powiedz mi jak, rozumiesz meta-amplifikacje taurytyczne w kontekście polaryzacji wstecznej many? Jak to ma, w ogóle, działać?
Kaylie ledwo panowała nad zazdrością i złością. Nie mogła znieść, że JAKIŚ kapłan ma JĄ uczyć, który potrzebuje lizać buty innemu by użyczono mu magii? Jego szybka pojętność ją drażniła nieznośnie. Przecież to nie on był adeptem sztuk wtajemniczeń, to nie on miał za sobą lata doświadczeń! Czym on był przy niej?!
Kilkukrotnie fuknęła ironicznie na pytanie o wytłumaczenie mu banalnej teorii. Jeżeli jest taki niesamowity to czemu tego pojąć nie może? Czemu w ogóle próbuje, a nie odda się przyznając, że to go przerasta?
Ale Viktor się nie dawał zniechęcić. Na ten moment jeszcze udawał, że nie zauważa nieprzyjemności i jej spojrzenia. Czasem one same przechodziły… ale jego cierpliwość się kończyła powoli.
-
Kaylie, Kaylie, Kaylie… - zastopował ją, gdy się trochę zapędziła - Wolniej proszę. Jakbym nie potrzebował wyjaśnienia bym ciebie o nie nie prosił. Możemy jeszcze raz? Od początku? To już ostatnie będzie, hmm?
Kaylie skrzywiła się. -
Czy ty robisz mi na złość, czy naprawdę złoty chłopiec Cheliax, Trzecie Pióro potrzebuję kolejnego powtórzenia? - tym razem mi ton był dość agresywny.
VIktor oparł się na krześle, aby trochę się zdystansować. -
Tak - odpowiedział i dał słowu przebrzmieć nim kontynuował - Aby w danych mi ramach czasu to ogarnąć optymalne jest skorzystać z twojej ekspertyzy. Myślałem, że ci tu pomagam, ale zaczynam myśleć, że się tylko narzucam. Czy moja pomoc jest mile widziana?
-
Przecież ty nawet nie będziesz w stanie tego pojąć, a chcesz mnie uczyć?
-
Jakbyś połamała nogę… i potrzebowała się gdzieś szybko dostać, też byś traktowała jako obelgę jakbym chciał ci w tym pomóc?
-
To zupełnie co innego!
-
Tak? Bo ja to widzę tak, że jesteś ode mnie lepsza w czymś, ale okoliczności utrudniają tobie wykonanie tego czegoś w efekcie mi to idzie lepiej. Gdzie jest ta różnica?
-
Teraz nic nie złamałam!
-
Nie, nie złamałaś… złamanie byłoby “okolicznością utrudniającą” bieg. “Okoliczności utrudniające” naukę mają inne formy. Wiesz co zrobiłem gdy mnie spotkała “okoliczność utrudniająca” w postaci gorączki? Oddałem sprawę młodszemu wspólnikowi… ale gdyby była na tyle ważna, że osobiście musiałbym się stawić to pozwoliłbym mu przepracować temat i wyłożyć go dla mnie, mimo, że byłem dwa razy takim adwokatem co on. Pozwól mi teraz być tobie “młodszym wspólnikiem”.
-
...niech będzie... - burkneła jak mała dziewczynka.
-
Dziękuję… więc wyjaśnisz “młodszemu wspólnikowi” ark-syntezę? Naprawdę jest on bliski załapania, ale potrzebuje jeszcze trochę pomocy, hmm?
-
Już rozumiem. W sumie to proste jest. Bernck się solidnie postarał aby skomplikować prosty temat… W porądku… daj mi chwilę by sobie to wszystko ułożyć w głowie w jedną całość.
Viktor odchylił się w krześle i założył ręce za głowę. Spojrzenie skupiało się gdzieś ponad sufitem, gdy mamrotał do siebie po kolei chronologię zjawisk…
- W porządku. Wolisz zacząć od samego początku, czy od któregoś konkretnego momentu?
- Może być od początku... Nie chcę byś się pogubił.
- Doceniam troskę, tak też rzeczywiście bym preferował… pozwolisz, że zrobię to z tym całym wstępem jakbym ciebie rzeczywiście uczył, abyś mogła wyłapać moje ewentualne niedociągnięcia. Tak w ramach podwójnego sprawdzenia, hmmm? - zapytał mruknięciem, ale nie dał jej wcale czasu na odpowiedź. - No to więc…
-
-
Kaylie
Kaylie opuściła Popielny Dwór w blasku porannego słońca i skierowała się w stronę rezydencji barona Evercrest, na kolejną lekcję od Ferna. Strażnicy przed bramą przywitali ją uprzejmym skinieniem. Poznała jednego z nich z poprzedniej wizyty, drugi patrzył na nią z pewną dozą… strachu?
Ten, którego już znała ruszył przodem, prowadząc ją przez chłodne, kamienne korytarze budynku. Po drodze mijali obrazy, popiersia, magiczne lampy o bursztynowym blasku, wszystko uporządkowane, sterylne, niemal bezosobowe. Wreszcie dotarli do znajomych, wysokich drzwi biblioteki.
Strażnik otworzył je i stanął z boku, gestem zapraszając ją do środka.
Wnętrze było ciche, pachnące pergaminem i kadzidłem. Kilka ksiąg leżało już przygotowanych na stoliku przy oknie, starannie poukładanych. Obok, tacka z porcelaną: imbryczek z herbatą, dwie parujące czarki, miseczka z suszonymi owocami i drobnymi słodyczami.-Mistrz Fern kazał przeprosić, że nie może zjawić się od razu - powiedział strażnik. - Powinien przyjść za około pół godziny. Proszę się poczęstować i skorzystać z przygotowanych ksiąg. Powinny przygotować panią na dzisiejsze zajęcia.
Z tymi słowami odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi z dyskretnym kliknięciem.
Na moment zapanowała zupełna cisza. Jedynie cichy szelest liści za oknem i odgłos kapiącej wilgoci z imbryczka.„Podejrzane…” usłyszała w myślach głos Rhaasta. „Mile widziane, pewnie. Ale czemu jest aż tak miły?”
Khal
Azazelita został sam w swoim pokoju. No… był jeszcze Fisuś, ale chowaniec właśnie drzemał na łóżku Viktora, zwinięty w kłębek, pomrukując cicho, jakby śnił o czymś słodkim lub krwawym. W kącie stał jego sprzęt, zaczęty rytuał, szkic runicznego wzoru, kilka notatek rozrzuconych po stole. Kapłan rozważał, czy nie poświęcić reszty dnia na stworzenie kolejnego cudownego przedmiotu. Cisza sprzyjała skupieniu.
I wtedy, pukanie do drzwi.- Viktor? - rozległ się znajomy głos. Po chwili do pokoju zajrzała Lilia, trzymając się za framugę drzwi. - Wybacz, że przeszkadzam.
Zrobiła nieśmiały krok do środka. - Tata mówi, że zaraz przyjdzie Filia z tym całym Davrosem. - Skrzywiła się lekko na to imię - Ponoć możesz być zainteresowany.
Jej słowa potwierdził widok zza okna. W stronę Popielnego Dworu zbliżała się grupa strażników. Na czele szła komendant Filia, krokiem pewnym, ale spiętym. Za nią jechał wóz, na którym ustawiono solidną żelazną klatkę. Coś albo ktoś, poruszał się w jej wnętrzu, choć trudno było dostrzec szczegóły przez przykrycie.
Lilia odchrząknęła przywracając uwagę kapłana do siebie.
- To idziesz? - zapytała, uchylając drzwi szerzej i wyciągając dłoń w zapraszającym geście. Na jej twarzy zawitał lekki uśmiech.
Baltizar
Dzień był pochmurny, ale suchy. Wóz trząsł się rytmicznie na wyboistej drodze, gdy powoli oddalali się od Willowcreek. Pod plandeką kryły się dziesiątki ksiąg — świeżo wydrukowane tomy, z których część zamówił sam Baltizar. Zapach farby drukarskiej mieszał się z wonią kurzu, skóry i koniny.
Gunthard, młody krasnolud o gęstych, rudawych bokobrodach, gwizdał przez zęby, jakby na przekór ciszy, która zalegała wokół. Choć był drobniejszy niż większość jego krewniaków, miał donośny głos i nieustanną potrzebę mówienia. Obaj z gnomem wymieniali się opowieściami, aby umilić sobie drogę.
Kilka godzin i wiele historii później, krasnolud zerknął na drogę i mruknął:- Zjedziemy trochę na bok, trzeba dać koniowi odpocząć.
Wskazał palcem przed siebie. - Jest tu niedaleko takie jeziorko. Koń se poje i napije się. Może i my jakąś rybkę złowimy, chę? O! A przypomniało mi się coś.
Poprawił lejce i odchrząknął.
- Słyszałem historię o jednym z moich kuzynów, co zakochał się w banshee. Myślał, że to elfka. No bo wiesz, biała suknia, długie włosy, dużo smutnego śpiewania… - Gunthard zaśmiał się i pokręcił głową.
- No i niby romantycznie. Spotykali się co noc nad bagnem. On jej przynosił kwiatki, a ona mu... no, głównie ciszę. Myślał, że jest nieśmiała. A ona po prostu czekała, aż powie jej imię.
- A no… powiedział. I ponoć go pocałowała! I do dziś nie wiadomo, czy z miłości, czy żeby go uciszyć. - Parsknął śmiechem. - Ale wiesz co najdziwniejsze? Po nim został kufer. W rodzinnej kopalni. Czasem, jak do niej wchodzisz, słychać z niego śpiew. Taki… zły, ale smutny.
Zamilkli na chwilę. Droga prowadziła ich między pagórkami, aż wreszcie zza zakrętu wyłoniło się znajome miejsce, niewielkie jeziorko, nad którym podróżni często odpoczywali.
Ale coś było nie tak.
Zamiast wody, w zagłębieniu ziemi znajdowała się tylko spękana, sucha skorupa. Błoto dawno wyschło, zostawiając pęknięcia przypominające pajęczą sieć. Brzegi jeziora porastała żółknąca trawa, a w powietrzu unosił się niepokojący zapach zgniłej ryby, choć wody nie było ani kropli.
Koń zarżał niespokojnie i postąpił krok w bok.- Co do cholery…? - mruknął Gunthard, zeskakując z kozła. - Nie no, przecie ostatnio padało! - Krasnolud rozejrzał się, marszcząc brwi.
Baltizar poczuł znajomy ucisk niepokoju,ale nie takiego, który towarzyszył jego nowemu nabytkowi czy paskudztwu, która go gnębi. To było coś innego. Nowego. A jednak gdzieś w głębi duszy czuł, jakby znał to uczucie.
- Viktor? - rozległ się znajomy głos. Po chwili do pokoju zajrzała Lilia, trzymając się za framugę drzwi. - Wybacz, że przeszkadzam.
-
Podróż
Siedząc na Jogmethcie Baltizar rozejrzał się podejrzliwie po okolicy mówiąc głośno i nerwowo do krasnoluda.
- Wracaj na kozła i pogoń konia. Plugawej magii to dzieło i z pewnością… nadal jest tu w okolicy stanowiąc zagrożenie. Nie powinniśmy się tu zatrzymywać.-
Po czym zwrócił się do siedzącego na wozie Etrigana. - Zrób kilka kółek po okolicy i powiadom mnie o wszystkim co uznasz za nietypowe.-
Sam też sięgnął po czar mamrocząc pod nosem i wykonując drobne gesty. By wykryć ślady magii w okolicy.
Jednak nic, zaklęcie nie wykazało nawet cienia magii jakiegokolwiek pochodzenia. Dopiero po kilkunastu minutach Etrigan zgłosił dziwne narośla, uschłe, ale sięgające do środka wysuszonego jeziorka. Nie wyglądało jakby były podłączone do żadnej z lokalnych roślin.
Gnom zanotował odkrycia w notatniku i zwrócił się do krasnoluda. - Może lepiej wynośmy się stąd? Najwyżej odpoczniemy bliżej rzeki.-
Cokolwiek tu się stało, nie było wystarczająco istotne by ryzykować własne życie dla zaspokojenia ciekawości. Jeziorko nie zając, nie ucieknie. - Ano… - odparł krasnolud - Godzinę drogi stąd jest spokojny brzeg rzeki. Tam odsapniemy.
Gnom sięgnął po zakupioną mapę, rozejrzał i oznaczył na niej to miejsce. Po czym ruszył za wozem pytając.- Często takie anomalie tu się zdarzają? Takie wyschnięte… miejsca?-
Krasnolud wciągnął się na kozła i zaczął powoli odwracać wóz - Nie bez długiej suszy. - odparł - A takiej nie mieliśmy ostatnio.
- Hmm…- zamyślił się gnom chowając swoją mapę.- Czyli… od niedawna raczej. W Evercrest są… jacyś… uczeni…? Bo pewnie tacy zamawiają u was do wydrukowania tomy, od czasu do czasu?-
- Pełno. Głównie w tej ich świątyni trzech bogiń. Ale ponoć też jakąś szkołę otworzyli.
- To zadanie dla któregoś z nich. Zagadka do rozwiązania…- zamyślił się gnom planując głośno.- Oooo… to może być okazja dla rywalizacji między nimi. Która ze świątyń pierwsza znajdzie rozwiązanie? Której uczeni, kapłani, magowie są najmądrzejsi? O tak… podoba mi się to…-
- Na pewno jak im naopowiadaz to się zainteresują. - przyznał krasnolud - Chociaż to ponoć się zaczyna robić kłopot. Ataki Boggartów i innych bestii z mokradeł… brzmi jakby im domy powysychały.
- Jakiego maga nie interesują magiczne zagadki? Zwłaszcza jeśli może je rozwiązać przed konkurencją.- odparł z uśmiechem gnom, by po chwili dodać ponuro. - Zwłaszcza gdy mogą być zapowiedzią późniejszych kłopotów.-
- To możesz też poinformować tego ich Dwornego Maga. Straszny dziwak ponoć, z paranoją dorównującą komuś o złotych zębach wchodzącego do jamy smoka.
- Nooo… wypadałoby.- zastanowił się gnom drapiąc po brodzie.- A są w okolicy inne dziwaki jak on? Inni magowie?-
- Nie żeby się afiszowali. - przyznał krasnolud - Chociaż ponoć jaki mieszka gdzieś na wsi. Emeryt.
- Interesujące. - odparł Baltizar w zamyśleniu. Wszak nie istniało coś takiego jak emerytowany mag. - A gdzie szukać? Wśród jakich wsi? Bardziej na północ od Evercrest?-
Zapytał sięgając po mapę. - Wybacz, ale nie wiem. Jedynie słyszałem plotkę. Na północ i wschód od Evercrest nie ma wsi, więc możesz ograniczyć szukanie na południe i zachód.
- Acha… dzięki za informację.- odparł gnom znacząc coś na mapie. I po chwili schował ją. Po tych działaniach skupił się na dalszej podróży, od czasu do czasu wysyłając Etrigana by rozejrzał się z powietrza za nowymi “niespodziankami”.
- Wracaj na kozła i pogoń konia. Plugawej magii to dzieło i z pewnością… nadal jest tu w okolicy stanowiąc zagrożenie. Nie powinniśmy się tu zatrzymywać.-
-
"I o co chodziło tamtemu strażnikowi?"
Kaylie podeszła bliżej ksiąg i zaczęła je przeglądać, starając się wybrać możliwie najbardziej interesującą, aby z nią udać się na miejsce. Położyła bezpiecznie lekturę z dala od parującej czarki. Poczęstowała się suszonymi owocami ocierając palce o chusteczkę nim wzięła do ręki lekturę.
"Może po raz pierwszy zobaczył piękną kobietę, co nie śmierdzi oborą i się przeraził?"
Kaylie parsknęła śmiechem pod nosem nie przerywając przeglądania księgi.
Księgi kontynuowały tematykę z pierwszej lektury arkanistki. Zagłębiając się w arkana zapamiętywania zaklęć.
Kaylie przez cały czas czytała nie odzywając się ni słowem, o ile by Rhaast jej nie zagadał. Raczyła się poczęstunkiem wyraźnie uważając by nie urazić nim stronic księgi czy stolika lub nakruszyć na stolik lub dywan (nie dajcie bogowie!). Zachowywała się jak dobrze wychowana szachetna dama, nie jak typowy najmimorda. Nawet dla przyjemności gospodarza osłoniła jego parującą czarkę spodeczkiem by nie uciekało za bardzo ciepło i wieszcz nie przyszedł na chłodną herbatę.
Dokładnie pół godziny po przybyciu Kaylie, drzwi do biblioteki otworzyły się. Fern w dość nieformalnym, ale wciąż schludnym ubraniu dołączył do arkanistki.
- Witaj, moja droga. Wybacz, ale są rzeczy, na które wpływu nie mam i musiałem cię tu pozostawić na chwilę. - uśmiechnął się delikatnie - Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
- Nie ma problemu. - powiedziała odkładając książkę - To w sumie ty mi grzeczność robisz, nie na odwrót. - spojrzała w stronę czarek z napojem - Przykryłam twoją herbatę byś nie przyszedł na zimną.
- Dziękuję. - odparł elf i przysiadł się - I cieszy mnie, że przyszłaś. Wiem, że… - zamilkł na chwilę - Przeżyłaś małe piekło…
Kaylie powoli upiła łyczek herbaty patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń. - Poznałam Evercrest z... mniej szanowanej strony. Ale żyję.
- To dobrze. Że żyjesz, się znaczy, życie ma potencjał. Życie to ścieżka do nieskończonej ilości drzwi. - elf klasnął w dłonie - Dobrze więc, jesteś gotowa na kolejną lekcję?
- Chyba nie sądzisz, że przyszłam tutaj oglądać zbiory Barona?
Fern skrzywił się na komentarz. - Niestety mój benefactor ma więcej zasobów niż gustu. Po prostu cieszy mnie, kiedy rzuci część z nich w moim kierunku. Dobrze zaczynajmy więc. - Elf rozpoczął dokładniejsze tłumaczenie tajników zapamiętywania zaklęć, o niemalże symbiotycznej relacji księgi i maga i efektach zagłębiania się w trudniejsze inkantacje. Pod koniec Fern uśmiechnął się - Ludzie zawsze mnie zdumiewają. Elf, ponieważ ma czas, lubi poświęcić więcej czasu na… no wszystko. Wy potraficie nie tylko przelecieć przez temat w czasie, w którym my pewnie dopiero byśmy zaczynali, ale zdążycie też całkowicie przyswoić wiedzę i zrozumieć praktyczne zastosowania. - ujął dłoń kobiety - Mówiłem, że nie zwykłem brać uczniów, prawda? Zaczynam się zastanawiać, czy nie zmarnowałem czasu, tego nie robiąc. Gdybym miał uczniów jak ty, wypełniłbym świat czarodziejami od Arcadii po Tian-Xia.
Kaylie była wyraźnie zaskoczona słowami i gestami elfa. Chrząknęła odwracając wzrok wyraźnie uroczo speszona. Co miała powiedzieć, co miała robić? Wszystko było takie… nowe.
-
To… naprawdę nieoczekiwane słowa… - szepnęła pozwalając mu trzymać się za dłoń, jednocześnie nie wiedząc co to wszystko ma oznaczać. Czy on chce z nią flirtować…?
-
Ale zasłużone. - odparł elf - Posiadasz talent i chłonny umysł, który zadowoliłby każdego nauczyciela.
Kaylie była bardzo zaskoczona. -
...naprawdę? Mój nauczyciel... On mną gardził i nie zgodziłby się z tobą...
-
Więc był idiotą. - odparł Fern - Powiedziałem, że nasza edukacja zajmie tydzień, ale nie zdziwiłbym się gdybyś zrozumiała wszystko czego chciałbym cię nauczyć już za dwa dni. Oczywiście nie przeszkadzałoby mi, aby pouczyć cię trochę dłużej. - elf się uśmiechnął - Nie widzę jednak nigdy tego tępego niezrozumienia w twoich oczach, jak to zawsze bywa z nowymi tematami. Więc, nie wiem nawet czego JESZCZE miałbym cię uczyć.
-
Ja... Bardzo dziękuję. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, nawet nie wiesz jak wiele. - kobiecie ciężko było w to wszystko uwierzyć. Takie słowa? Z ust Wysokiego Ludu? - O jakim piekle wspominałeś na samym początku? Wiesz, co się stało?
Elf zmarkotniał. -
Wiem, ŻE się stało. Klątwa zawodowa, dosłownie w moim przypadku. Jestem w stanie wyczuć nadciągające... kłopoty. Jeżeli się nie skupię, to tylko tyle, jeżeli natomiast skoncentruję się na nich, to wiem dokładnie co gdzie i jak. Wolałem nie, w twojej sprawie. Nie ponieważ życzyłem ci źle. Doświadczenie mnie nauczyło, że świat nie lubi jak krzyżuje mu się plany. Dwa stulecia temu powstrzymałem zamach na życie lorda ziem na zachód stąd. Dobry czyn, co nie? Lord był dobry, dbał o ludzi o swoje ziemie... ożenił się z absolutną kurwą, która owinęła go sobie wokół palca. Ludzie zaczęli cierpieć a ja pięć lat spędziłem w lochu, za odradzanie aby jej słuchał. - pokręcił głową - Wiem, że coś się stanie, a doświadczenie mówi mi, że będzie gorzej jak zainterweniuję.
-
Nie jestem wieszczem, ale rozumiem. Nie mam ci nic za złe. Chciałam po prostu wiedzieć ile się dowiedziałeś... I czy to dziwnie zachowanie strażnika przy wejściu ma jakieś z tym połączenie? Jakbym widziała w jego zachowaniu trochę strachu...
-
Powiedziałem im, żeby obchodzili się z tobą delikatnie. Dużo przeszłaś. Ostatnio jak im dałem takie polecenie, mój gość okazał się wilkołakiem.
Kaylie zaśmiała się cicho.
-
Viktor spojrzał na córkę gospodarza wciąż analizując w głowie widok Filii za oknem.
- Lilio… Kwiecie tej mieściny niecywilizowanej… nigdy nie przepraszaj mnie za zajmowanie mojego czasu. Jesteś zawsze mile widziana, a gdy jeszcze przynosisz mi wieści to jest dodatkowa wartość. Prowadź…
Córka karczmarza uchwyciła Viktora pod rękę i zaprowadziła go do głównej sali, która była dziwnie pusta jak na tą porę dnia. Otto kiwnął głową kapłanowi. - Zaraz tu wejdą. Masz coś do obgadania z Blackfyre?
- Och… nawet nie wiem od czego zacząć, a co zostawić na inną okazję… zobaczymy jak się historia rozwinie.
Drzwi karczmy otworzyły się, do środka weszło dwóch strażników a za nimi Filia Blackfyre. Skinęła głową karczmarzowi.
- Witaj, Otto. Mamy twojego nowego gościa. - karczmarz prychnął.
- Gości ja zawsze chętnie przyjmę. To coś, to tylko udręka. - zapukał palcami o blat kontuaru - Poślij chłopaków na lewo, za rogiem karczmy będzie zejście na tyle duże, aby wjechał tam wóz z tą klatką. Nie ma co parszywcowi robić wygód. - komendant skinęła na strażników, którzy z nią weszli, a ci szybko opuścili pomieszczenie. Filia zerknęła na azazelitę.
- Viktor? Nie mów, że masz już jakieś plany co do naszego jeńca?
- Ciebie też dobrze widzieć, Filio… - odpowiedział z serdecznym uśmieszkiem - Nie mieliśmy okazji go przesłuchać w trasie, więc była pewna nadzieja, by to teraz zrobić… o ile grafik ci tego nie uniemożliwia… mam też nowe przypuszczenia którymi chciałbym się z tobą podzielić.
- Bogowie... co jeszcze odkryłeś? - komendant usiadła do jednego ze stołów zapraszając adwokata - Tylko podstawowe pytania. Niczego nie zaprzeczał, ale też nie miał informacji, które mogłyby pomóc. Nie znał imion swoich ofiar, bo go nie interesowały. Widział jedynie "mięso, które skamlało". Jego słowa.
Viktor usiadł przy stole rozważając cytat. Jak daleko sięgała współpraca Prawdopodobnie-Ahaira-Nr.Dwa z Crawcoltem i jego sojusznikami? - Niestety nie przynoszę dobrych wieści. Mam… zaufanego człowieka… co zarzeka się, że widział alchemika posługującego się imieniem Davros, konszachtującego z Crawcoltem. Wygląd się zgadza… ale wiek nie. I dystans. To spotkanie miało być tydzień temu i odległość nie pozwoliłaby mu dotrzeć do swojego laboratorium klasycznymi metodami… - na razie nie proponował swoich wniosków, chcąc dać Filii czas samej to przetrawić.
Kobieta zaklęła. - Tego nam brakowało. Jest ich więcej... - westchnęła - Tłumaczyłoby czemu jest tak nie przejęty swoim losem. Jeżeli ma jedną lub dwie kopie, albo sam jedną jest... - pokręciła głową - Zaczynam żałować, że wróciłeś do Evercrest. Życie wydawało się prostsze wtedy...
Viktor milczał chwilę, oddając szacunek jej trudom. - Przepraszam ciebie, Filio, ale jestem tylko światłem rozjaśniającym mrok w którym krył się syf, od zawsze będący w tym mieście. I wierzę, że właśnie tego światła Evercrest teraz bardzo potrzebuje. Czy chciałabyś abym… zwolnił? - zapytał z troską, ale bez żadnego rodzaju pobłażliwości - Liczyłem na ścisłą współpracę ze strażą, jako, że nasze cele są wybitnie zbieżne, ale jeśli to dla ciebie zbyt dużo… mogę zredukować twoje zaangażowanie, albo możesz wyznaczyć mi kogoś zaufanego ze swoich ludzi z którymi będę bezpośrednio pracował… masz bezpieczeństwo całego miasta na głowie, nie tylko te aspekty które odkrywam.
Filia chwilę się zastanowiła, ale w końcu pokręciła głową. - Nie. - odparła krótko - Nie, nie mogę pozwolić sobie na zwątpienie. Nie teraz, nie ponieważ "zrobiło się ciężko". - spojrzała na Viktora - "Ścisłą współpracę" - powtórzyła jego słowa - Z tobą, czy z twoim kościółkiem?
- Z obydwoma. Kościół będzie dzielił moją wizję i moją misję. I oboje nie spoczeniemy póki nie oczyścimy Evercrest choćby z czegoś takiego… - zadeklarował stawiając na stole buteleczką z tabletkami. - … skoro chcesz być w obiegu… wiesz co to jest?
Powietrze zeszło z Filii. Wysypała jedną tabletkę na dłoń. - Zmierzch? Cholerstwo pojawiło się kilka miesięcy temu. Technicznie nielegalne, praktycznie szlachta i bogaci korzystają podczas imprez. Wiesz, póki ktoś nie naskarży nie możemy nic zrobić. Skąd masz ten syf?*
Viktor zmarszczył brwi niezadowolony. - Wiesz, że może być stosowany nie tylko rekreacyjnie, ale również jak morfeina? Tak mi go właśnie reklamowano.
- Słyszałam. - przyznała Filia - Dlatego staramy się to gówno tropić. Kłopot w tym, że nie ma stałego przypływu. Pojawia się, mamy ciszę na jakiś czas i znowu wraca. Żadnych rutyn, niczego. Ja jedynie się połapałam o jego obecności w wyższych strefach na jednym przyjęciu, na które zaciągnął mnie tata. Nasze prawo zezwala na używanie nawet nielegalnych substancji pod kilkoma warunkami. Opłata, wniosek, notka informacyjna rozdawana każdemu przed przyjęciem i obecność medykusów. - kobieta się skrzywiła - Wiesz, że kobiety częściej z tego korzystały niż faceci? Najwyraźniej świństwo nie przeszkadza przepływowi krwi, ale przedłuża... wydarzenie.
- Nie wiedziałem… Hmmm… zdolność zachowywania wspomnień musi zależeć od dawki, bo mi go reklamowano właśnie jako amnestyk. Mówiłaś, że skargi potrzebujecie. Jakiej skali? Ja wiem o przynajmniej jednym wykorzystaniu dla krzywdy drugiej osoby. Kilka dni i pewnie znajdę jeszcze dziesiątki…
- Skargi w sprawie szlachty. Jeżeli zrobią to nielegalnie. Obszczymury gwałcą dziewczyny w barach? Powiedz kto, gdzie i kogo, a zakujemy w dyby z dupą wystawioną na jurne byki.
Viktor zamrugał oczami kilka razy. - Nie mówisz mi chyba, że jakbym dał ci na tacy zorganizowaną grupę przestępczą, odpowiedzialną za to, że obszczymury mają dostęp do tych tabletek to skończyli by w dybach na kilka dni, a potem by im pozwolono wrócić do biznesu, prawda?
Westchnęła. - To skomplikowane. Kara śmierci nie jest częstym wyrokiem. Szczególnie, jeżeli zbrodnia nie kosztowała kogoś życia. Najprawdopodobniej? Publiczne upokorzenie, jeżeli naprawdę zwyrodniała zbrodnia, to naznaczenie i wygnanie z kraju. Nie zamykamy ludzi w więzieniach na lata. Nie mamy infrastruktury na utrzymanie tego. Więc karzemy, jak możemy... i sprawiamy, aby nie byli już naszym problemem. - pokręciła głową - Co do zorganizowanej przestępczości... zależy jak wysoko by to szło. Jakiś bogaty kupiec? Zabralibyśmy mu wszystko i wygnali z kraju, razem z jego kumplami. Jakiś członek naszej szlachty... odebranie tytułu, ziem, bogactw i wygnanie. Skurczysyn skończyłby jedynie z butami na swoich nogach.
- Ughh… a potem wszyscy się dziwią, skąd tylu bandytów na traktach, prawda? Jakby nikt nie widział, że wasze łaskawe kary nie zostawiają im alternatyw. To… właśnie TO… - pół-warknął Viktor, głosem ostrym i napiętym - To właśnie jest powód dla którego Evercrest potrzebuje Azazela. I mnie. Jesteście tacy dobrzy, tacy humanitarni, że zamiast sobie pobrudzić ręce szybką egzekucją wolicie wygnać człowieka, by zdechł jak zwierze lub sam stał się zwierzęciem polującym na innych. W Cheliax nie było takich problemów… Było domniemanie niewinności i woleliśmy puścić przestępcę wolno, niż skazać niewinnego, ale jak się już udało… to kara COŚ znaczyła. To zgwałcona dziewczyna czuła, że sprawiedliwości stało się zadość. Publiczne wybatożenie… i to takie by przestępca zapamiętał. Większość wtedy już rozumiała swoją winę. A jeśli nie? Druga seria batów kończyła się kastracją. Lub szubienicą. I wiesz co? Do drugiego etapu dochodziło może dwa razy w roku. W mieście którego najmniejsza dzielnica była większa niż pół tego całego królestwa.
Zamilkł na chwilę… wziął wdech i spuścił go powoli, razem z nim upuszczając z siebie gniewu. - Ughh… wybacz… to nie na ciebie jestem zły… - dodał cicho, opierając szczękę na pięści. - Po prostu… oczekiwałem więcej. Kara powinna dawać pokrzywdzonemu poczucie sprawiedliwości. Widziałem jak dewastującą krzywdą potrafi być gwałt i same dyby zdają się splunięciem w twarz.
- Rozumiem, niestety jesteśmy częścią Rzecznych Królestw. Prawo jest warte mniej więcej tyle ile papier, na którym je spisano. Teraz wyobraź sobie nawigować w tym szambie i starać się bronić ludzi przed tymi, którzy o tym wiedzą.
- Dasz mi założyć kościół to będziesz miała we mnie najżarliwszego sojusznika we krwi i ciele, a poza tym dedyko4wanego boga po swojej stronie… ale to rozmowa na inny moment. Wciąż potrzebuję cię tę godzinę przemęczyć przed audiencją u Kozła Ofiarnego. Wracając to meta-tematu… sądzę, że Ahair, albo któraś jego iteracja. zaopatrza lokalne kręgi w ten syf. Jednocześnie synteza Zmierzchu ma być prawdziwą sztuką. Możliwe, że pozbycie się producenta byłoby łatwiejszą drogą niż całkowita delegalizacja.
- To dobrze? - zaczęła Filia - No bo przecież, mamy go w klatce co nie? - kobieta na chwilę zapauzowała - W sumie CZEMU się tym syfem zainteresowałeś?
- “Mamy w klatce” to bardzo względny termin, jeśli jest ich więcej. Zaintersowałem się tym, bo znam przypadek wykorzystania Zmierzchu przeciwko przynajmniej jednej osobie… i samo jego istnienie w mojej okolicy traktuję osobiście.
Filia uniosła brew. - Zapytałabym gdzie wtedy byłeś ty, jeżeli to ta osoba, o której myślę, ale to nie miałoby sensu. Jeżeli to wielokrotny złoczyńca… muszę poszperać w naszym kodeksie karnym. Ona technicznie jest szlachcianką innego państwa na naszych ziemiach. To może sprawić, że stryczek byłby opcją.
- Dobry wywiad - pochwalił zimno Viktor - Ilu ludzi wie o jej pochodzeniu?
- Ja, pewnie Fern, ale on nikomu nie powie. Tyle jestem pewna. Spokojnie nikomu nie kazałam zaglądać w waszą przeszłość. Mam dość problemów na głowie, aby dodawać dygnitarzy z Galt. Wściekły tłum mogę zorganizować sama.
- No to rozumiesz, że nie możemy się na to powoływać. Ona ma swoje powody by nie używać galtaińskiego nazwiska i tytułów. Czy sama ilość przestępstw nie może eskalować do jakiejś sensownej kary? Jestem pewny, że ona nie była pierwsza i nie będzie ostatnia jeśli czegoś z tym nie zrobimy.
- Jeżeli wyciągniemy z niego zeznanie… Tylko czemu miałby się przyznać, jeżeli wtedy zawiśnie… - kobieta poczochrała swoje włosy w frustracji - Magii nie możemy używać… - pstryknęła w końcu palcami - Mam coś, ale będzie naciągane. Powołać się na wolę ludu. Rozprawa musiałby być publiczna, nie na poziomie Davrosa, ale tyle, aby ktoś przyszedł, usłyszał jego zbrodnie. Jeżeli sędzia stwierdzi, że nie może ze spokojnym sumieniem wydać wyroku określonego przez prawo, powoła się na wolę ludu. Jeżeli ci powiedzą aby zawisł, zawiśnie.
- Więc wystarczy abym znalazł ofiary i te przyprowadziły swoje rodziny. Ale zostaje sędzia… jeśli on nie stwierdzi, że to zasługuje na tę wolę ludu to figa z tego wyjdzie. To nie będzie już Serg… kto by prowadził ten proces?
- Z urzędu… - chwilę się zastanowiła - Mogę coś zakręcić, aby zwolnić bardziej… przychylnego.
- I jak się uda… najlepszy scenariusz… znajdujesz najlepszego sędziego, rzucam mu złoczyńcę pod nogi z niepodważalnymi dowodami i zeznaniami mówiącymi jasno o wielokrotnej powtarzalności występku… jaką mamy szansę, że wyrokiem będzie wola ludu a nie dyby?
- Spora. Nie martw się. Skończymy tu to rozpocznę proces. Teraz chyba trzeba się skupić na sprawie Davrosa, co nie?
W tym momencie przez drzwi weszła Kaylie, jaka skończyła nauki u Ferna. Spojrzała zdziwiona obecnością Filii i podeszła lekkim krokiem do rozmawiających.
-
Co knujecie?
-
Hej, Kruszyno… - przywitał się Viktor bez zająknięcia - Davrosa właśnie pakujemy i będziemy szli go przepytać. Jak u Ferna poszło? - zapytał z jakąś ekscytacją w oczach.
Kaylie wyglądała na nieprzygotowaną na to pytanie. -
...dobrze...?
Viktor przekręcił głowę i zmierzył ją wzrokiem, oceniając jakiego rodzaju “dobrze” to miało oznaczać… i uśmiechnął się szeroko. -
A widzisz? Mówiłem, żeś zdolna dziewczynka.
Galtianka odwróciła wzrok zawstydzona. -
Uhuh… aż tak dobrze? - zapytał Viktor chichrając pod nosem. - W porządku, potem z ciebie wyduszę szczegóły. Davros już pewnie zabezpieczony Filio. Możemy iść z nim się rozmówić?
Komendant zerknęła na Otto, który jedynie skinął głową. -
Chodźcie za mną. - karczmarz ruszył w stronę jednego z bocznych korytarzy. Po kilku chwilach i zejściu krętymi schodami, wszyscy znaleźli się przed ciężkimi drewnianymi drzwiami. Władca Popielnego Dworu spokojnie je otworzył i wpuścił swoich gości do środka.
Nie licząc klatki Davrosa, pomieszczenie było puste, z kilkoma pochodniami oświetlającymi wszystko. Szalony alchemik spojrzał na nowo przybyłych, -
Ochoho, moi pogromcy. Miło mi znowu was widzieć. Teraz wy będziecie mnie zamęczać bezsensownymi pytaniami?
Kaylie nie odezwała się jedynie mając zamiar słuchać i obserwować... -
Hmmm… - zastanowił się Viktor chwilę - Mam nadzieję ciebie zaskoczyć. Opowiedziałbyś nam może o tych słojach które znaleźliśmy w twoim laboratorium?
-
Których słojach? Bo miałem ich kilka. Zakładam jednak, że chodzi ci o te duże, co stały pod ścianą. Wykorzystywałem je do hodowli tkanek, kończyn i organów. Okazy, które udało mi się złowić mogły oferować tylko ograniczoną ilość, a i tak nie w najlepszej jakości.
-
W dzienniku pisałeś o klonowaniu całych ludzi ze szczątkowych tkanek. Zrobiłeś to kiedyś? - pytanie zeszło Viktorowi łatwo z języka, ale to tylko dlatego, że miał czas się przygotować. Nie było ono dla niego łatwe.
-
Och, tak. Wiele, wiele razy. Czasem jest to łatwiejsze do zmodyfikowania. Klony niestety nie mają własnego życia, duszy. Więc nie mogą być bazą na moje kreacje.
-
Ale możliwe jest ich swoiste przebudzenie, dobrze zrozumiałem? - zapytał z iskrą podziwu w głosie.
-
Aktywacja? Tak, jednak nie mają intelektu ponad szczura. Potrzeba trochę bardziej zaawansowanej alchemii, zmieszanej magią, aby osiągnąć nawet kawałek życia.
-
Oddałeś kiedyś komuś takiego klona? Albo dałeś instrukcje jak go wyhodować?
Davros spojrzał na swojego rozmówcę. -
O… widzę, że jakaś większa intryga się szykuje. Dobrze, chłopcze. Powiedz mi DOKŁADNIE, jak wygląda sytuacja, a ja powiem ci czy miałem z nią coś wspólnego.
-
Kargar Yasperhyde. Znasz tego krasnoluda, prawda?
Alchemik gwizdnął. -
No, no... nie owijasz w bawełnę. Znam wiele osób, czemu sądzisz, że ten cały Yasperhyde jest jedną z nich?
-
Tylko przypuszczenie - wzruszył Viktor ramionami - Aż do teraz. Sklonowałeś kiedyś kogoś dla niego, prawda? Przypuszczałbym… dwadzieścia, może trzydzieści lat temu?
-
Prawie prawda, dostarczyłem mu sprzęt pozwalający na to. Z kilkoma jego modyfikacjami.
-
To jakiś twój partner handlowy? Sojusznik? Co o nim wiesz?
-
Nie takie były warunki, chłopcze. Miałeś mi przedstawić sytuację. Z grzeczności potwierdziłem twoje przypuszczenia, ale zaczynasz mnie już nudzić.
-
Myślę, że upchniesz w swoim napiętym grafiku kilka pytań, co? Teoria robocza jest, że Yasperhyde to jakiegoś rodzaju szaman, co zaklął w sklonowanym ciele właściwego ducha. Nie wiem jak, ani dlaczego, ale to właśnie chcę rozgryźć…
Kaylie nie mogła pozostać niema... -
I czemu sądzisz, że mógłby chcieć coś takiego zrobić? On też bawił się jak ty tymi ludźmi? - zapytała stojąc pod ścianą i jednocześnie postarała się odciągnąć Khala od części zbyt odkrywającej karty. Niech nawet będzie na nią zły za to...
-
Dziecko, nie komentuj prac, których nie rozumiesz. - odparł alchemik - Co do motywacji krasnoluda. Nie mam pojęcia, nie wydaje się, aby miał jakieś altruistyczne powody. Jeżeli chodziło o jakąś konkretną osobę, musiał mieć jakiś dobry powód. Nie da się na siłę przyciągnąć duszy śmiertelnej istoty.
-
Inny temat… - zadecydował Viktor - Co cię łączy z Hieronimem Crawcoltem?
-
Teraz Crawcolt? Dobrze, odpowiem ci jak ty odpowiesz pierwszy. Co łączy CIEBIE z nim i tym krasnoludem?
-
Crawcolt kupił kopalnię w jakiej uwiłeś sobie gniazdko. - wtrąciła Kaylie chcąc uratować sytuację... Z krasnoluda niech Khal się wyplącze - Czy on o tobie wiedział? Czy ustalaliście czynsz?
-
Jestem pewny, że twój towarzysz docenia wsparcie. Jednak nie z tobą rozmawiam. - zerknął na Viktora - Moje interpersonalne zdolności są trochę zardzewiałe, ale potrafię dostrzec, osobistą notę w twej pieśni. Więc?
-
Yasperhyde i Crawcolt tworzą jakiegoś rodzaju duo, ale to drugiego chcę dorwać. Klasyczna historia. Złe miejsce i zły czas. Chyba. Moja… bliska przyjaciółka… była w Numerii… - Viktor dostrzegł jak na to słowo Ahair wzdrygnął się, jakby chcąc schować się głębiej w klatce. Na razie udał, że tego nie zauważył - …szukać swego brata. Ślad po niej zaginął. Wciąż rozgryzam co się stało, ale wierzę, że Hieronim za to odpowiada. Wyobraź sobie moje zdziwienie gdy myśląc, że śledztwo dotyczy prostego zabójstwa, a znajduję klony… Dosyć personalnie?
-
Ciekawe. Dobrze więc, Crawcolt, jak i Yasperhyde, to klienci. Nic więcej. Crawcolt oferował mi tą zamkniętą kopalnię, a Yasperhyde fundusze. Krasnolud dostał ten słój, o którym mówiłem. Crawcolt bardzo, ale to bardzo specyficzną miksturę.
-
Opowiesz o tej miksturze? Brzmi interesująco…
-
Mutagen stworzony specyficznie dla niego. Usunąć wszelkie... niedoskonałości z jego krwi. Chciał aby jego potomstwo było doskonałe i posiadało talent do magii. Więc, to załatwiłem to dla niego.
-
I z talentem magicznym tych dzieci coś zrobił, czy to był akt pychy?
-
Nie mam pojęcia, nie pytałem.
-
Kiedy ostatnio wszedłeś z nim w jakieś interakcje?
-
Ile te jego smarki by teraz miały… Czternaście? Pietnaście lat? Coś takiego?
Na słowa o dzieciach wzrok Kaylie wyostrzył się, choć nic nie powiedziała.
"Nie myśl o tym…" usłyszała głos Rhaasta w swojej głowie. Głos miecza był proszący. -
Rozumiem, że w okolicach narodzin potwierdzono sukces i to było ostatnie spotkanie, tak? - zapytał Viktor, nie świadom rozmowy między arkanistką a jej mieczem.
-
Listownie. - odparł alchemik - Zapytałem go czy dzieciaki wyszły zdrowe i bez nieprzewidzianych mutacji. Potwierdził i tyle tego było.
-
Tsk… - strzelił Viktor śliną z zawodem w głosie - Masz jakiś związek z narkotykiem nazywanym tutaj Zmierzch? Powiedziano mi, że synteza to prawdziwa sztuka, więc pomyślałem o tobie… mam trochę racji?
Alchemik zamrugał. -
Faktycznie, dostarczam kilka używek do miasta. Reagenty nie są tanie. Nie zagłębiam się jednak w kulturę tych co korzystają. Powiedz co robi, a ja ci powiem czy to mój.
Viktor spojrzał kątem oka na Kaylie pod ścianą. Była trochę nieobecna, ale na ile słuchała? Nie był pewny. Podszedł krok bliżej aby obniżyć nieco głos. -
Opioid ogłupiający, osłabiający. Właściwości amnestyczne. Prosty skład, podkreślający wymóg odpowiedniego laboratorium i zdolności. Zawiera w sobie belladonę, wilcze jagody, prawdopodobnie mak.
-
A, to tak, to moje dzieło. Aż zdziwiony byłem ile płacili za tak prosty specyfik.
-
Komu go przekazywałeś?
-
Miałem punkt odbioru, między kopalnią a miastem. Klienci zostawiali pieniądze a ja produkt.
-
I ktoś, poza tobą-tutaj, potrafi syntezować tę substancję, wedle twojej wiedzy?
-
Oczywiście. Substancja prosta w konstrukcji, receptura nie jest niczym nieosiągalnym dla każdego z podstawową wiedzą o ziołach i alchemii. Czy ktoś będzie ją produkował, skoro ja jestem tu? Pewnie nie.
-
Hmmm… - mruknął Viktor, dostrzegając różnicę od wersji Joriego. Do późniejszej analizy - Czy posiadasz jakieś aktywne klony działające w Evercrest?
Alchemik się uśmiechnął. -
Klonów kogo?
-
Głównie myślę teraz o twoich klonach - Viktor odpowiedział własnym uśmiechem - ale pozostałe też by mnie interesowały.
-
Och, moich nie mam. Nie posiadam odpowiedniego sprzętu na rozszczepienie duszy. Powinno być kilku agentów, którzy poszukują potencjalnych klientów, lub ciekawe osobniki.
-
Czy przychodzi ci do głowy jakieś wyjaśnienie czemu ktoś mógłby twierdzić, że widział młodszą wersję ciebie?
To ewidentnie zbiło Davrosa z tropu. Przez dłuższą chwilę nic nie powiedział, w końcu usiadł, wyraźnie pokonany. -
Bo istnieje młodsza wersja mnie. Pewnie kilka. A ponieważ nie jestem ich świadom, najpewniej nie jestem oryginałem.
Viktor się skrzywił niezadowolony. Takiego czegoś się bał. Chciało się wierzyć, że “starszy” oznacza “pierwszy”… wtedy mieliby “mózg operacji”... a okazuje się, że mają tylko płotkę. Podszedł bliżej klatki i przykucnął przy niej, aby rozmawiać z Davrosem bez spoglądania na niego z góry… choć Filia i Kaylie mogły zobaczyć, że odpiął młotek bojowy przy pasie. -
Oryginał zrobił klona i puścił samopas? Trochę naciągane, nie sądzisz? - zapytał z powątpiewaniem - Znaczy… klasyczny klon to duża inwestycja. Taki z własną świadomością? Pewnie kilka razy większa… i zostawić go samemu sobie? Gdzie tu zysk?
-
Dwie opcje. - odparł Davros - Izolacja i wolność mogą doprowadzić do innowacji, niemożliwej w warunkach ścisłego nadzoru. Alternatywnie zostałem wysłany, razem z innymi, w różne regiony ze specyficznym celem zaimplantowanym w mojej podświadomości, aby zobaczyć czy jest do osiągnięcia w konkretnych warunkach. Nie jestem nieśmiertelny i wystarczyłoby, aby oryginał przybył po moje zapiski kiedy przestanę żyć.
-
Ale do nieśmiertelności dążyłeś… hmmm… do przemyślenia… jeśli istotnie byłbyś klonem… myślisz, że oryginał może mieć jakiś związek z Ligą Techniczną? Numeria ma dla ciebie jakieś znaczenie, prawda?
-
Jedyne miejsce z technologią, aby to osiągnąć. Do tego oczywiście jestem jej członkiem. Nawet jeżeli jestem klonem, jestem też agentem Ligii. Nie przyznaliby się oczywiście, co najwyżej powiedzieli "Zbiegły eksperyment".
-
Jak to Liga… “co złego to nie my”, co nie? - zapytał z przekorą… wiedział dobrze, że Liga nie ma problemów z przyznawaniem się do wielu okrucieństw, poza najgorszymi, lub tymi które byłyby problematyczne. - Słuchaj Ahair… Nie będę ci ściemniał… wciąż uważam ciebie za potwora w ludzkiej skórze i nie wiem czy te słowa coś ci mówią, ale zyskałeś nieco sympatii i współczucia… No i współpracujesz, a to zawsze trzeba docenić. Zorganizuję ci tu jakieś podstawowe wygody. Jakieś szczególne życzenia? Może jakieś książki byś chciał dla zabicia czasu?
-
Księgi byłyby miłe. - przyznał alchemik - Pytanie co chcesz tym zyskać?
-
Nic czego już mi nie dajesz… dalszą kooperację. Twoja postawa jest bardzo wygodna dla mnie i chciałbym abyś poczuł, że jest wygodna również dla ciebie. Poza tym… możesz być potworem, ale też robiłem rzeczy które niektórzy nazwaliby potwornymi. I ciężko mi nie widzieć w tobie choćby odrobinę ofiary tej całej sytuacji… jeśli zostałeś stworzony aby być takim potworem… - Viktor zamilkł chwilę rozważając następne słowa - … na jakimś poziomie to nawet nie jest twoja wina. Jakaś konkretna tematyka ksiąg? Czy wiele gatunków, abyś mógł poeksplorować?
-
Heh, cokolwiek mają w tym przybytku, nie jestem wybredny.
Viktor kiwnął głową i wstał. -
Filio, Kaylie… ja na dziś skończyłem. Macie jakieś własne pytania?
Filia zmierzyła alchemika wzrokiem. -
Nie było… celu w twoich działaniach, prawda? Evercrest po prostu było w pobliżu?
-
Brawo. Powinnaś rzucić straż i zostać detektywem. - Filia westchnęła.
-
To tyle ode mnie. Zważając na jego podejście wątpię, aby znał imiona swoich klientów w mieście.
Kaylie jedynie zaprzeczyła pokręciwszy głową.
- Lilio… Kwiecie tej mieściny niecywilizowanej… nigdy nie przepraszaj mnie za zajmowanie mojego czasu. Jesteś zawsze mile widziana, a gdy jeszcze przynosisz mi wieści to jest dodatkowa wartość. Prowadź…
-
- Nie będę tu oryginalny… - zaczął Viktor, siedząc już z kobietami przy stoliku w głównej sali dworu - … ale martwi mnie Pierwszy-Ahair. Nie podoba mi się, że Liga Techniczna w ogóle jest obecna w Evercrest, ale teraz mówimy o wielu agentach. No i jeszcze całe procesowanie Naszego-Ahaira może nas wbić na minę. Jeśli z wielką pompą pójdzie na szafot a potem pojawi się znowu będzie to bardzo niekorzystnie wyglądało. Jakbyśmy nawet egzekucji nie potrafili porządnie przeprowadzić…
- To zabije się go znowu. I znowu. Więcej rozrywki dla ludu. - Kaylie wzruszyła ramionami nieprzejęta.
Filia strzeliła językiem na sugestię Kaylie. - O ile podoba mi się entuzjazm, Viktor ma rację. Nie tylko może to zepsuć nasz "image", ale też może sprawić, że inni się schowają. Więc będzie trudniej ich wytropić.
- Yhym… - przytaknął Viktor - A póki żyje może nam pomóc… jak dotąd jest BARDZO pomocny. W Cheliax z łatwością bym przesunął proces na niezdeterminowany okres tłumacząc “trwającym śledztwem”. Jest to tutaj możliwe? W kontekście tego, że to byłaby niezaprzeczalna prawda?
- Jeszcze nie gadałam z ojcem, on by był jedynym, który by pchał na przyspieszenie. A tak, to możemy zwlekać, póki mamy gdzie go trzymać. - Filia zerknęła na Otto - Mogę liczyć na twoją gościnność?
- Obiecałem, że go przetrzymam, to go przetrzymam. Tu jest bezpieczny i nie stanowi zagrożenia.
- Te wszystkie podchody tylko rozeźlą tłuszczę i upewnią ją, że prawo tutaj coś kombinuje ze zbrodniarzem. - Kaylie nie wyglądała na zadowoloną z czekania.
- To też racja… - przyznała Filia - Viktor sądzisz, że zdołasz przekonać CAŁE miasto, że trzymanie go w klatce przez bogowie wiedzą jak długi czas to dobry pomysł?
- “Śledztwo trwa, ustalane są okoliczności i wydarzenia, by mieć pewność, że nikt winny nie uniknie kary.” W Cheliax, by to wystarczyło na czas nieokreślony, ale obywatele są tam wytresowani aby nie wyściubiać nosa. Tutaj? Na pewno starczy na pewien czas. Będziemy musieli trzymać rękę na pulsie i dostosowywać się do sytuacji. Na ten moment… nic nie tracimy odsuwając proces. Nawet jeśli doprowadzimy, że się nieco rozeźlą i zniecierpliwią… tylko bardziej nas będą wychwalać gdy im go w końcu rzucimy na przysłowiowe pożarcie... ale jeśli chcesz abym to JA przekonywał CAŁE miasto… to zabrzmi bardzo oportunistycznie, ale potrzebuję do tego oficjalnej FUNKCJI w mieście. Nie zostanę heroldem barona, ani rzecznikiem straży… najbliżej mi abym to zrobił jako arcykapłan religii, co ma w swoje dogmaty wpisane surowe prawo i kooperację z jego lokalnymi egzekutorami. I jak wtedy dasz mi przemówić na rynku do większego zgromadzenia… wtedy będę miał realne narzędzia aby kontrolować nastroje obywateli, gdy my będziemy polować na Ahaira-Prime’a... ale nie chcę byś się czuła w ten sposób naciskana na forsowną akceptację mojego kościoła, więc zaznaczę, że mogę też odpowiednio przeszkolić rzecznika straży, aby powiedział co trzeba…
Filia pokręciła głową.
- Czy mamy podstawy, aby na niego polować? W sensie prawne. Ja nie mogę się bawić z wami w poszukiwaczy przygód. Pójść do jego bazy, ogłosić go złoczyńcą, bo ciemna postać w rogu karczmy tak mi powiedziała, zabić go, jego rodzinę, znajomych i zwierzaki, wysadzić bazę i wrócić do domu… Chciałabym, ale nie mogę. Jeżeli chcesz, abym przyklepała to, musimy mieć powód. To coś w tamtej klatce, nie wystarczy. Najwyraźniej sam nie wiedział, ba ciągle nie wie, czy jego czyny były motywowane jego wolą.
- W domu miałam lepszą straż... Tam nie przejmowano się takimi pierdołami, tylko robiono co trzeba, nawet jeżeli nie było zapisane w książce. - burknęła Kaylie.
- Taa… słyszałam, że robią pokaz z egzekucji. I często szlachta jest celem, tych egzekucji. Wybacz, jeżeli nie zaimplementuje tego tutaj.
- Może ustalmy… - zaczął Viktor - … że nie będziemy gloryfikować Szarych Ogrodników. Hmmm? - zapytał spoglądając na Kaylie ale nie czekał wcale na odpowiedź. - Nie mówię, Filio, o urządzeniu polowania na czarownice z widłami i pochodniami. Mówię o rzetelnym zbadaniu sprawy. Mamy złoczyńcę. Istnego potwora. Wspaniale. Niestety istnieją poważne przesłanki by sądzić, że miał kogoś nad sobą, kto mógł organizować to wszystko. Myśl o tym w kategoriach przestępczości zorganizowanej. Jak złapiesz mordercę, co wydawał się być samotnikiem, ale pojawiają się powody by sądzić, że działał dla kogoś to szukasz tego kogoś. WYROK wymaga dowodów. ŚLEDZTWO jest specyficznie narzędziem które ma te dowody dostarczyć, gdy ich braknie.
- Dobrze. Co powiesz, abym cię zatrudniła? Oficjalnie, na rzecz straży/miasta? Nie jako strażnika, jako freelancera. Ahair dał mi pomysł, mógłbyś założyć też działalność detektywistyczną. Udowodniłeś, że potrafisz, a to by pomogło i jestem pewna, że ten twój Baran by to poparł.
- Tsk… - Viktor strzelił ślinę rozważając propozycję - Przykro mi ale to nie zadziała. Jako kapłan mogę i BĘDĘ przyjmował funkcję detektywa, ale nie mogę ZOSTAĆ detektywem. Podobnie nie mogę pracować DLA straży. Mogę i chcę pracować ZE strażą, ale w relacjach partnerskich. Tak jak byliśmy na wyprawie po Ahaira… nie byłem twoim człowiekiem, ale współpracowaliśmy w jednym celu i ta współpraca wymagała odrobinę dotarcia, ale ostatecznie wyszła bardzo dobrze. Naprawdę Filio… My oboje i całe Evercrest, najlepiej wyjdziemy jeśli uda nam się dziś wyszarpać tę godzinę na rozmowę przygotowawczą i samą audiencję jutro przeprowadzimy abyś mogła, z czystym sumienie, klepnąć mi to przyzwolenie na założenie kościoła. Obiecuję ci, że przekonasz się o wielkiej wygodzie wsparcia arcykapłana nawet młodziutkiej wiary.
- Czy to sprawa męskiego ego? Pomysł bycia "pod" kobietą jest przerażający? Dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie będziesz W straży, będziesz wynajęty PRZEZ straż. - Filia pokręciła głową - Kaylie musisz naprawdę wybić mu Asmodeusza ze łba. Ewidentnie ciągle siedzi w nim coś z Cheliax. - westchnęła - Gdybym nie była twoją siostrą, przysięgłabym, że próbujesz mnie poderwać na to teologiczne przygotowanie.
Viktor nie zdawał się przejąć przytykiem, choć pewna frustracja zatańczyła w jego jaźni. - Filio… poprosiłaś o spotkanie z moim Patronem. Zgodziłem się oczekując poświęcenia mi godziny i przystałaś na te warunki. Może weź Daviona jako przyzwoitkę i miejmy to z głowy, co? Czy jest może jakiś powód dla którego tak bardzo się przed tym wzbraniasz?
- Ponieważ jestem urażona SUGESTIĄ, że jej potrzebuję. Uważasz mnie za jakąś prowincjonalną dziewkę, co o kulturze i świecie to jedynie w książkach czytała? Może i jestem jeszcze młoda i nie zostałam "Pierwszym Piórem Isger". Ale, jestem komendantem straży CAŁEGO pierdolonego królestwa Evercrest. Byłam szkolona przez inkwizycję Abadara, aby jak najlepiej służyć prawu i mojemu społeczeństwu. Bogowie nie są jakimś obcym mi konceptem, przed którym trzeba się kajać, a kler wielbić ponad śmiertelników. Więc proszę, starszy bracie, WYPCHAJ SIĘ tym swoim szkoleniem. Azazel chce zostać bóstwem tych, których prawo wyruchało, bo są ludzie, dla których kary pieniężne oznaczają "legalne za opłatą". Świetnie. Bosko. Trzeba nam kogoś takiego na tym zawszonym świecie. Sam udowodniłeś mi to, pokazując jak zepsute i zakłamane było CAŁE MOJE ŻYCIE. Ale. Nigdy. Prze-kurwa-NIGDY. Nie sugeruj, że nie jestem gotowa na rozmowę z aspirującym bóstwem, bo nie będę wiedziała JAK SIĘ KURWA ZACHOWAĆ PRZED AUTORYTETEM! - komendant ciężko oddychała po wypowiedzi. Jej twarz przybrałą dość czerwoną barwę, a oczy były delikatnie załzawione.
Kaylie milczała chłonąć w ciszy przedstawienie.
"W końcu ktoś mu to powiedział..." usłyszała głos Rhaasta.
Viktor słuchał całego wybuchu oparty o oparcie krzesła. Nie nonszalacko, ale też nie skulił się, ani w żaden sposób nie skurczył. Och… ależ miał ochotę samemu “oddać energię”.
- Filio. Jestem twoim sojusznikiem. Chcę, RAZEM Z TOBĄ, posprzątać całe Evercrest. Chcę oczyścić jedyne miejsce gdzie, w całym moim życiu, byłem rzeczywiście szczęśliwy. Choćby przez krótkie momenty. Jakbym znalazł w twojej roli starego fiuta, co dekadę temu osiadł na laurach nie słyszałby on ode mnie tych słów. Bym działał obok niego i poza nim, bo jego zaangażowanie tylko, by mi przeszkadzało… ale o tobie już wiem, że jesteś niezwykle kompetentną jednostką. Zrobiłem wywiad. Znam małą część twoich osiągnięć i już ona jest imponująca. No i obserwowałem ciebie uważnie na naszej wyprawie. Z tobą lokalne porządki mogą zostać ukończone nim stracę ostatni odcień koloru we włosach. Oczekując tej godziny twojego czasu nie zarzucam ci głupoty. Nie zarzucam ci niewiedzy. Nie zarzucam ci nieumiejętności. Musisz jednak zrozumieć, że on jest wciąż diabłem. On ma oczekiwania. Ma swoje ego. Ma swoją cierpliwość i bardzo ograniczoną wyrozumiałość. JA potrzebuję abyś poszła na tę audiencję przygotowana. JA potrzebuję abyś miała już odpowiedzi na wszystkie proste pytania. JA potrzebuję uniknąć jego frustracji. Powiedz mi Filio… jak mam mieć całkowitą pewność, że rzeczywiście uważasz go za AUTORYTET, gdy zdanie wcześniej nazywałaś go “baranem”? Naprawdę sądzisz, że mam już ciebie tak głęboko rozgryzioną, że mogę nie mieć wątpliwości co ci w głowie siedzi? I tak między nami… za co pewnie dostanę po karku, jeśli on teraz słucha… z nim TAKŻE odbędę rozmowę przygotowawczą przed waszym spotkaniem i w pełni oczekuję, że będzie ona najtrudniejszą dyskusją tego roku, jeśli nie dekady.
Filia wysłuchała uważnie słów Viktora. Kiedy zakończył pokręciła głową. - Szanuję cię jako sojusznika na tyle, aby nie traktować cię protekcjonalnie. Więc pozwól, że podzielę się moją opinią o tobie, po tym co właśnie powiedziałeś. - kobieta odchrząknęła - Jesteś, bez cienia wątpliwości, najbardziej naiwną, lub najbardziej zadufaną istotą jaką spotkałam w swoim życiu. Ty, chcesz przygotować potencjalne bóstwo, które do tej pory było diabłem, do rozmowy, ze śmiertelnikiem? Czy ty się słyszysz? Sądzisz, że nie zaczął się przygotowywać do tej rozmowy od momentu kiedy pomysł na nią zawitał w twojej głowie? Ba, sądzisz, że musi się do niej przygotowywać? Sprzedawanie siebie i swoich usług, to coś co diabły robią każdym oddechem. Co do mnie, sądzisz, że on będzie chciał wytrenowaną, przygotowaną osobę jako potencjalnego sojusznika? Kogoś bezpiecznego? Kogoś kto nie ma kręgosłupa i będzie się bał go urazić, jeżeli uraza będzie konieczna? Czy TY byś chciał kogoś takiego jako sojusznika? Sojusznika, nie narzędzie. Nie coś, co wykorzystasz i odrzucisz. Jeżeli złapie mnie na jakimś pytaniu, którego nie będę w stanie odpowiedzieć. Przyznam to. Jestem jedynie śmiertelnikiem. Nie jestem wszechwiedząca. On powinien to wiedzieć. Ty też.
Viktor oparł łokcie na blacie i złożył dłonie przed sobą. - Ach… a czy ty chciałabyś we mnie sojusznika, co “bez kręgosłupa”, co bałby się wejść z tobą w konflikt i “urazić gdy uraza jest konieczne”? Bo moja odmowa, by być kimś takim odbywa się właśnie w tej chwili… ale to dlatego, że postrzegam ciebie jako sobie równą. Jako partnerkę. Jednak twoja gotowość by “urazić” diabła “gdy uraza będzie konieczna” właśnie mnie martwi. Nie tak wyglądają rozmowy z “autorytetami”. Spójrz na to z tej strony… jakbyś potrzebowała od barona Sahila więcej funduszy… byś przyjęła taką postawę? Byś mówiła “bez ogródek co konieczne”? Byłabyś “do bólu szczera”? Baron jest osobą która by to przyjęła dobrze?
- Zapomniałeś chyba jaka jest natura tej audiencji. To Azazel przychodzi do mnie. Nie na odwrót. Tak JA chciałam to spotkanie. Ale nie dlatego, że chcę czegoś od niego. Chcę, aby on przedstawił swój plan, swój dogmat. Ponieważ... bez urazy Viktor. Nie sądzę, że możesz być wiarygodnym źródłem. Nie sądzę, że on nim może być również, ale jego mam szansę rozgryźć. Może uda mi się wyczuć czy on kłamie. Ponieważ jest szansa, że okłamał ciebie. Jak każdy diabeł, dał ci przed nos to co chciałeś usłyszeć i zrobił cię na szaro. Nie mówię, że to oznacza, że jesteś głupi, a ja mądra. Jednak w przeciwieństwie do ciebie, będę miała dwa źródła do porównania, plus to co sama znalazłam na jego temat. Ty masz tylko własny zasób wiedzy, na pewno nie mały i jego słowa. A słowa diabła są warte mniej niż pięć sekund z tanią dziwką. - kobieta westchnęła - I ponownie, nie zakładaj z góry, że nie potrafię się zachować. Może i nie stanowi dla mnie autorytetu. Jest wiele bóstw, które nie uważam za autorytet, jednak sądzę, że potrafiła bym zachować się odpowiednio, nie poniżając siebie i mojego rozmówcy.
- W porządku… było tutaj wiele sub-tematów, więc po kolei… To jest audiencja boga przyjmującego śmiertelnika. Cały czas tylko dodajesz mi zmartwień twierdzeniami jak wcześniej “urazić gdy uraza jest potrzebna’ a teraz “on przychodzi do ciebie”. Nie. Nie przychodzi. To jest audiencja. Jeśli będziesz się upierała na pozycjonowanie się ponad nim to będę zmuszony wycofać zgodę na to spotkanie…
- To ja będę zmuszona wycofać swoją zgodę, na wasze dalsze przebywanie w mieście. - odparła Filia - Viktor, ty chcesz rozpocząć kult diabła w moim mieście. Mieście które mam bronić. Nieważne w jak ładne słowa to ubierzesz, to nie jest pomysł, na który mogę przystać ponieważ ty mnie zapewniasz, że on nie jest taki zły. Nie będę ryzykować bezpieczeństwa swoich ludzi, na twoim zapewnieniu. Mam nadzieję, że jesteś w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Nie będę się stawiała nad nim. Ale to ON chce mieć tu kult. Na razie jestem pierwszą osobą, która ma jakiś skrawek władzy i może mu to uniemożliwić jeszcze na tym poziomie. Więc to ON musi mnie przekonać, że faktycznie jego intencje są akceptowalne.
- Już ustaliliśmy, że Evercrest potrzebuje mnie, a ja jestem z nim w ścisłym pakiecie. Na lepsze czy na gorsze. Technicznie mógłbym się mu postawić, ale jako zwykły adwokat, nie ważne jak dobry i tak nie zdziałałbym za wiele. Jeśli nas wyrzucisz to zostaniesz sama, ale nie dasz już rady nie widzieć tego całego syfu który poznałaś. I ja też nie będę szczęśliwy, bo Evercrest jest dla mnie osobiste. Bo mam tutaj niedokończone sprawy. Rozumiem twoje zmartwienia. Rozumiem twoją motywację. I absolutnie rozumiem, że nie masz zamiaru się płaszczyć przed diabłem. Nie oczekuję tego. Ale pewnego poziomu respektu już tak. Takiego jaki byś miała idąc do barona obcego królestwa. Nie jako poddana. Ale jako wysłanniczka. Jako przedstawicielka Evercrest chcąca negocjować pakt polityczny, bo tak to, na pewnej płaszczyźnie, jest. To są rozsądne oczekiwania. To jest ta odrobina dumy, którą możesz poświęcić dla dobra swoich ludzi… I nosz kurde felek… nie chcę “kultu” zakładać. To będzie religia. Nie inna niż kościół Abaddara i tak samo jak on kontrolowana przez prawo i lokalne władze. I przez całe dekady znacznie łatwiejsza do zdelegalizowania, gdyby Kozioł okazał się czymś innym niż to co tu przedstawiam.
Filia delikatnie posmutniała. - Viktor... kurna szanuję cię bardziej niż powinnam, zważając ile się znamy. Nie jesteś "potrzebny" Evercrest. Jesteś bardzo, ale to BARDZO wygodny. Pomocny. Może i zbawienny. Jednak nie niezastąpiony. Więc proszę, nie stawiaj mnie w takiej sytuacji gdzie muszę ważyć co jest lepsze, a co gorsze dla tego miasta. To nie jest coś, co robią sojusznicy. Fakt, że do ciebie jestem gotowa powiedzieć kilka mniej przychylnych słów co do twojego patrona, nie oznacza, że będę ich używać wobec niego. Bogowie moja opinia co do Sahila sprawiłaby, żebym wylądowała na szubienicy gdybym mu ją powiedziała w twarz. Zważając, że jeszcze nie dyndam, oznacza, że potrafię trzymać język za zębami. - komendant westchnęła - To jest kłopot z prawnikami. "Zrobimy to legalniem oficjalnie. Jak się okaże, że bóg to drań, zdelegalizujemy i po kłopocie." Tylko, że ja muszę wtedy tłumaczyć swoim ludziom, swoim przełożonym i mieszkańcom miasta CZEMU na to pozwoliłam. I co ja im powiem? "Jego arcykapłan mnie przekonywał, że nie jest taki"?
Viktor ugryzł się w język, przed rzuceniem, że “bycie potrzebnym” to były słowa samej Filii sprzed kilku chwil. Nie potrzeba tego było teraz. Pewnie sama nawet to wiedziała. - Rzecz w tym Filio, że to nie twój kark jest na szali. Jeśli język ci się wymsknie zza zębów to wszystko idzie w diabły. Interakcja eskaluje w jednej chwili, a potem moja głowa za to poleci. Chciałaś rozmowy “z kręgosłupem”. Sojusznicy co mówią “nieprzyjemne prawdy” są najlepszymi jakich możesz mieć i jedna z nich jest taka, że nie masz tutaj prostej i klarownej “właściwej” ścieżki. Rozumiem, że wolałabyś mieć sojusznika w postaci paladyna Regathiela. Niestety masz mnie… ale jeśli mi zaufasz to przekonasz się, że i drużyna paladynów nie zdziałałaby tyle co ja. I jednocześnie też wcale nie proszę ciebie o ślepe zaufanie. Przyjdź do świątyni z Fernem, gdy ją wybuduję… potwierdź, że nie ma żadnych ukrytych przejść, ani komnat rytualnych. Wysyłaj ludzi na uroczystości, aby wiedzieć o czym uczę wiernych. Proś Ferna o prewencyjne wróżby na mój temat. Nie obiecuję, że zawsze będziemy się zgadzać… że straż nigdy nie wejdzie w jakiś konflikt z moim kościołem, ale to będą różnice interpretacji najlepszej ścieżki, by osiągnąć ten sam cel. Bezpieczeństwo najsłabszych. Ale nie sądź, że masz lepsze źródła niż ja aby go przejrzeć. Całe miesiące zgłębiałem jego istotę nim w końcu go przyzwałem. Wybrałem go z legionu alternatywnych opcji, specyficznie dlatego, że obaj dzielimy te same obsesje i nasze wizje prawa i porządku są praktycznie tożsame. Nie ma istoty boskiej, spoglądającej na Golarion, która jest mi bliższa niż on. Ręczę ci za to, a jeśli chcesz aby on ci to potwierdził… nie ma problemu. Już się zgodziłem i będziesz miała swoje potwierdzenie, ale… tak w drastycznym uproszczeniu: właśnie potrzebowałem usłyszeć coś w stylu “potrafię trzymać język za zębami” - postanowił nie dodawać, że reszty mowy ciała to też się tyczy.
Filia zastanowiła się chwilę. Spojrzała w końcu na Viktora. - Dobrze, zgodzę się na tą całą twoją rozmowę przygotowawczą. Jeżeli to uspokoi twoje obawy. Jednak chcę, abyś szczerze, bez owijania w bawełnę, żadnego "z pewnego punktu widzenia", odpowiedział mi na następne pytanie. Zgoda?
- Będę miał jeszcze komentarz, ale to za chwilę… zadaj pytanie.
- Czemu jest tu Kaylie? Czemu pomaga Azazelowi w tym przedsięwzięciu?
Viktor spojrzał na swoją partnerkę wzrokiem ważącym opcje. - Bo zawarła z nim umowę i właśnie się z niej wywiązuje. Szczegóły ich układu… nie są moją historią aby ją opowiadać. Przepraszam, że nie mogę precyzyjniej, ale jeśli zechce może sama ci opowie…
Kaylie milczała, choć wewnętrznie się spięła. Czemu ją w to ładują? - Nie potrzeba. Potwierdziłeś moje podejrzenia. Dobrze. Już wiem z kim będę miała do czynienia. Więc, umawiamy się na jutro z tym szkoleniem?
Viktor uśmiechnął się lekko, z pewną serdecznością. - Właśnie je odbyliśmy. Przynajmniej tą krytyczną część. Czy będzie potrzeba więcej? Zależy jak widzisz tę rozmowę. Jeśli chcesz znać jego doktryny i wgryźć się w szczegóły to wyznacz godzinę. Jeśli chodzi ci o bardziej ogólną rozmowę “czy jesteś taki jak Viktor ciebie przedstawia?” to nie będzie potrzeby ciebie męczyć.
Mrugnął do niej porozumiewawczo i czekał na decyzję. - Temat jego doktryn może wyjść podczas audiencji... więc możemy mnie przemęczyć. Miałeś jakiś komentarz?
- Eh… miało być zgrabnie i zręcznie, a wyszło jak zwykle… - uśmiechnął się z fałszywą skromnością “oh głuptas ja” - Miałem na myśli właśnie to, że najważniejsza część tej rozmowy już się odbyła. O której się pojawić i gdzie? Prosiłbym tylko nie między pierwszą i drugą godziną po południu… mam duże spotkanie już umówione.
- Może być koło jedenastej. I może ja przyjdę do ciebie? Nie ma sensu cię targać po mieście, a ja mam wymówkę, aby pójść na patrol.
- Mi casa es su casa… … … tak bym mógł powiedzieć jakby to był mój przybytek, ale wiesz co mam na myśli… - uśmiechnął się nieco lisio, gdy pierś zadudniła mu niskim chichotem.
Kaylie patrzyła to na jedno, to na drugie. Co tu się zadziało?
-
Czy przeoczyłam kilka stopni tej rozmowy? - zapytała próbując zrozumieć sens - Kiedy od niezgody przeszliście do całkowitego zrozumienia i uśmiechów? Czy to jakiś sposób komunikacji rodzeństwa?
-
Dwa duże ego się starły. Jedno w końcu musiało się poddać. Viktor jest rozmiarów Gór Pięciu Królestw, więc padło na mnie. Jestem jednak dostatecznie duża, aby wiedzieć, że nie ma co się dalej o to gryźć.
-
On jest dość typowym pagórkiem. Miałam większe. - odparła Galtianka - Nadrabia ego zasłaniającym jego strachy.
-
Dziękuję, nie potrzebowałam tego obrazu w mojej głowie. Typowe dla facetów. - uniosła mały paluszek do góry - Dlatego kobiety rządzą wszystkim z zaplecza.
-
Och nie… tajemnica się wydała… - jęknął Viktor bez zbytniego przejęcia. Jeśli dziewczęta chciały to w ten sposób odreagować to nie zamierzał im utrudniać… choć możliwe, że Kaylie jeszcze to odpracuje tego wieczora… - Jeśli jutro odrobimy nasze domowe to pojutrze można by już audiencję zorganizować. Oglądam już nieruchomości w okolicach centrum i nie chciałbym aby mojego faworyta ktos mi spod nosa capnął.
-
Brzmi jak plan. Otto zostawiam tego potwora w twojej opiece.
-
Nic mu tu nie grozi. A jeżeli by się wydostał z klatki… - drzwi, które prowadziły do pomieszczenia, w którym znajdował się Davros rozpłynęły się, pozostawiając jedynie gładką ścianę - … nie ma dokąd uciec. - Filia kiwnęła głową, spojrzała na Viktora i Kaylie.
-
To tyle, wy pewnie macie jeszcze coś do obgadania ze sobą. Spokojnej nocy.
-
Widzimy się jutro, Filio - uśmiech Viktora odprowadził siostrę póki nie zniknęła za drzwiami.
-
Ughh… a to właśnie ta łatwiejsza z rozmów była… - oparł się wygodniej i pozwolił nieco osunąć na krześle…
-
To co jest trudniejszą? - Kaylie położyła policzek na leżących na stole ramionach.
-
Rozmowa z Kozłem. Z nim nie mam co liczyć na przewagę rozmiarów ego.
-
Chce religię tutaj, nie ma co marudzić. Albo wóz, albo przewóz. Jeżeli chcesz to mogę mu to przekazać dosłownie. - mruknęła bez przejęcia.
-
Nie, nie… to moja w tym broszka… lepiej niech to weźmie na siebie ktoś kto jeszcze nie stracił instynktu samozachowawczego.
-
Ja nie straciłam! - zaprotestowała.
Viktor zachichotał nisko. -
Wciąż to powinienem być ja. Mam z nim zdziebko lepszą relację. Ale to jutro… dziś nie mam już sił mentalnych na to.
-
Diabełka się boisz?
-
Wciąż posiadam instynkt samozachowawczy. Ta rozmowa może wiele dać ale może też wiele odebrać.
-
Dlatego oferowałam siebie. Ja już nie stracę więcej niż już sama sprzedałam. - powiedziała bez bólu, choć z jakąś rezygnacją.
-
Ale też sam sobie daję nieco większe szanse na sukces negocjacji… nie przejmuj się Kruszyno. To jest mój problem do rozwiązania.
-
Mogę z tobą pójść. Obiecuję być grzeczna i nie pyskować mu.
Viktor pokręcił głową. -
Doceniam, ale nie. W biznesie panuje złota zasada. Zachwalaj publicznie. Krytykuj w cztery oczy. A to będzie krytyka.
-
To pracujemy razem czy nie? - uniosła głowę siadając prosto - Bo w tym momencie już nie wiem czy mam w tym być uczestnikiem, czy tłem. Jak to jest?
-
Pracujemy również z Filią na kilku płaszczyznach, ale jakbym miał tobie powiedzieć kilka ostrzejszych słów to wolałabyś aby jej przy tym nie było, prawda?
-
Już widzę te ostrzejsze słowa do niego w twoim wykonaniu. - sarknęła - Będziesz lawirował by go nie urazić
Viktor milczał chwilę jakby czekał na coś. -
To nie jest taki zarzut jak ci się wydaje. Oczywiście, że będę robił wszystko co się da aby osiągnąć mój cel. W to wlicza się lawirowanie aby go nie obrazić, bo jak zmuszę go aby tupnął nogą to dla zasady zrobi mi na przekór. I będzie to znacznie prostsze w sytuacji sam na sam. Bez świadków dających mu dodatkową incentywę utrzymania jakiegoś swojego wizerunku.
Kaylie westchnęła z irytacją. -
Więc co mam robić, o arcykapłanie? Czekać na polecenia?
-
Chcę byś opanowała dwa zaklęcia. Będziemy ich potrzebować, a są spoza magii objawień. Jedno łatwe, drugie trudne. Szczęście Twórcy, oraz Wytwarzanie. Jeśli znajdziesz czas wolny nie zaszkodziłoby abyś opanowała podstawy ciesielki i szklarstwa. Za pomocą twojej magii umeblujemy świątynię po minimalnych kosztach i w minimalnym czasie. Dasz radę?
-
Mówisz mi, abym zrobiła pracę niższej klasy? - spojrzała zdziwiona.
Viktor wstrzymał się aby nie jęknąć we frustracji. -
Mówię ci abyś posiadła wiedzę. Dorzuć do tego rzeźbę w kamieniu. Świątynia będzie potrzebowała ław, witraży, ołtarza, jakichś posągów… Wiesz jak działa Wytwarzanie... Szczęście Twórcy ciebie wspomoże. Moja magia także, ale nic nie zastąpi rzeczywistego zrozumienia procesu. Nie ma chyba nic “niskiego” w procesie zdobywania wiedzy, hmmm?
Kaylie westchnęła i spuściła głowę. -
Przepraszam... Oczywiście, oczywiście. Będzie jak sobie życzysz.
Viktor miał już ochotę po prostu pójść do łóżka… choć wiedział, że to tylko naiwna mrzonka i czeka go cała noc pracy. -
Kaylie… jeśli bardziej odpowiada ci byśmy “zawodowo” operowali hierarchicznie to jestem gotów na to przystać, tak długo póki to jest TYLKO zawodowo. Wolałbym jednak relację partnerską i aby to była prośba, a nie polecenie. Na mojej głowie jest postawienie całego gmachu i ja będę douczał się w dziedzinie architektury, a jeszcze konsultował z lepszymi w tym ode mnie. Pomijając zorganizowanie siły roboczej aby go postawić. To nie tak, że wydaję ci polecenie, gdy ja sam będę zajmował się nie-wiadomo-czym.
-
Nie zrozum mnie źle. Jestem w sytuacji w jakiej żaden galtianin być nie powinien. Nie dziw się, że łatwiejszym do przełknięcia wydaje mi się wykonywanie poleceń niż z jakiegoś powodu robienie czegoś z własnej woli dla diabła.
-
Jeśli tak się czujesz lepiej to proszę cię bardzo… uznaj to za polecenie służbowe. Jednak przyjmij też wtedy drugie… oczekuję od ciebie informacji zwrotnych. Nie chcę w tobie drona. Twoja ekspertyza jest dla mnie bardzo ważna. Ale muszę też zapytać… byłabyś zainteresowana rekontekstualizacją twojej sytuacji?
-
Co przez to rozumiesz? - zapytała cichym głosem nie unosząc wzroku znad stołu przy jakim siedzieli.
-
Azazel wezwał ciebie konkretnie na budowę swojej wiary. Jak to ukończymy najpewniej da ci spokój. Może nie na resztę twojego życia, ale można rozsądnie spodziewać się kilku dekad. Na tym się skup. Nie myśl “dlaczego miałabym chcieć dla niego pracować?”. Myśl “każdy mój sukces przybliża mnie do względnej wolności”. Myśl “pomagam Khalowi w jego ambicjach”. Nikt nie oczekuje od ciebie abyś wykrzesała z siebie entuzjazm dla jego celów. Ale byłoby dla ciebie znacznie znośniejsze gdyby udało ci się wykrzesać entuzjazm dla swoich własnych…
-
Zazdroszczę ci umiejętności zamknięcia oczu, gdy patrzenie boli...
-
To nie zazdrość, tylko postaraj się jej ode mnie nauczyć. Jest to krytycznie ważna zdolność dla takich jak ty, czy ja. Na początku możesz nawet zwyczajnie oczy zamykać i być ślepa. Poprowadzę ciebie.
Kaylie odetchnęła głęboko i powoli położyła głowę na klatce Khala. Poczuła obejmujące je opiekuńczo ramiona i pocałunek złożony na jej głowie. -
Damy radę, Kruszyno… i nie jesteś już sama w tym wszystkim.
-
Nie umiem być z tego szczęśliwa... - zamknęła oczy sycąc się bliskością - Wiesz... Ale dobrze mi w takich chwilach. Bezpiecznie. Lubię jak mnie tulisz...
-
Nikt nie mówi o “szczęściu”, Malutka… - przeczesywał kojąco jej włosy palcami - To są dalekie sny. Rzecz w tym aby uczynić to wszystko wystarczająco znośnym… i w tym możemy sobie nawzajem pomóc.
-
Mmm... - mruknęła cichutko wtulając policzek w tors mężczyzny - To też daje mi zrozumienie jak głęboko weszłam w niemożliwe marzenia. - powiedziała cichutko, jakby z obawą, nie będąc bardzo jasna w wypowiedzi.
-
Baltizar (wieczór)
Dalsza droga powrotna do Evercrest minęła bez większych zdażeń i szybciej niż Baltizar się spodziewał.
- Stare krasnoludzkie drogi. - odparł Gunthard - Jeżeli wiesz jak jechać i gdzie, droga między dwoma punktami jest krótsza niż się wydaje. Mam zapamiętaną mapę wszystkich skrótów, dlatego mnie wysyłają z dostawami wszędzie. Miło było mieć towarzystwo tym razem, nawet jeżeli coś niepokojącego się przytrafiło.
Evercrest przywitało ich spokojem. Szaleństwo dni pojmania alchemika zdawało się być odległą historią. Ludzie dokańczali interesów, strażnicy się zamieniali, cisza wisiała nad miastem.
Kilku przechodniów zauważyło gnoma i zaczęło rozmawiać ze sobą. Baltizar słyszał słowa "bohater", "wybawiciel" no i "bajarz". Najwyraźniej opowieści o działaniach grupki Viktora ciągle krążyły po społeczności.Gunther zostawił gnoma pod Popielnym Dworem.
- Będę w mieście kilka dni, jeżeli będziesz jeszcze pogadać. - po czym ruszył w kierunku dzielnicy świątyń.
Dwór najwyraźniej też się zamykał, kilkoro gości kończyło kolacje. Ledwo zdołał przekroczyć próg kiedy został poderwany z nóg.
- Wróciłeś! - Piwonia uniosła gnoma, tuląc go mocno robiąc z nim piruety - Tato! Baltizar wrócił! - usiadła z gnomem przy jednym ze stołów Musisz być głodny i zmęczony. Opowiedz mi wszystko!
Viktor i Kaylie (następny poranek)
Kaylie przebudziła się ze snu w swoim łóżku. Niestety sama, chociaż słyszała krzątanie się Viktora przy biurku.
Kapłan Azazela rozpoczął tworzenie magicznego przedmiotu, który miał pomóc mu w utworzeniu świątyni dla swego benefactora.Oboje usłyszeli pukanie do drzwi, zbytnio nie czekając na odpowiedź do środka weszła Lilia.
- Hej. Wybaczcie, ale słońce już dawno wstało, a wy chyba macie plany na dziś. - zerknęła na Viktora - Filia Blackfyre już jest, ale je śniadanie i gada z tatą o czymś. Chcecie zjeść tutaj czy zejdziecie na dół?
-
Brak koszmarów nie mógł być ciągły. Bliskość Khala zaczynała tracić na swojej nowości, a tym żesamym odwracać uwagę kobiety. Tej nocy nawiedziły ją koszmary kraju diabłów. Czy powinna się temu dziwić? W końcu zaczęła się taplać w tym diabelskim istnieniu. Nie rozumiała jak jej partner mógł być całkowicie zadowolony ze swojego życia w cieniu umowy z Azazelem. Czemu chciał skończyć w piekłach?
Cichutkie płaczliwe jęknięcie towarzyszyło przebudzeniu Kaylie. Nim otworzyła oczy czuła ciężkość łez pod powiekami, gdy serce chciało wyrwać się z piersi, a drżenie wstrząsało jej ciałem.
Bała się być sama. Nie czuć dotyku osoby obok.Viktor nie spojrzał jeszcze za siebie. Nie mógł przerwać tak nagle pracy. Kosztowałoby to go całe godziny.
- Nigdy, Lilio, nie przepraszaj gdy niesiesz nam wieści… - poprosił ciepłym tonem zamykając ostatnie trudne węzły i przekazując dokończenie procesu Fisusiowi. Kątem oka dostrzegł drżenie Kaylie, ale odłożył to na najbliższe chwile.
- Za chwilę zejdziemy. Niech dokończy to śniadanie - odpowiedział patrząc już na córę Popielnego Króla. - W sumie… łaźnie we Dworze są permanentnie gotowe, czy wymagają jakichś przygotowań? Nie jestem zbyt świeży…
- Powiedz tacie, że potrzebujesz a ci znajdzie gotowe łaźnie. - rudowłosa dziewczyna się uśmiechnęła i zerknęła na Kaylie - A ty nie będziesz potrzebowała pomocy przy swojej wannie?
Kaylie pokręciła głową patrząc w podłogę. - Wszystko dobrze. Dziękuję... - odezwała się cicho, jakby nie chcąc pozwolić swojemu głosowi bardziej rozbrzmieć i pokazać więcej swojego dźwięku.
Lilia posmutniała. - Chcesz przytulenia?
Kobieta bardzo lekko kiwnęła głową. - Tylko trochę…
Córka Otto podeszła do galtianki, siadając obok niej na łóżku delikatnie obejmując. - Co ci palant zrobił? - wyszeptała arkanistce do ucha.
- Pytasz o Khala? - zmusiła się do uśmiechu. Bardzo wymuszonego.
- Jedyny palant, którego znam. - odparła Lilia wcierając się w policzek Kaylie - Wiem, że jest ci ciężko. Jeżeli potrzebujesz czegokolwiek, możesz mnie zapytać.
- Nic mi nie zrobił. Po prostu... Koszmary. Zdarza się. Nie przejmuj się królewno. - złożyła krótki pocałunek na policzku Lilii.
- Jasne. Ech, gdyby moja młodsza siostra tu była, mogłaby ci pomóc. - Lilia mimo wszystko uśmiechnęła się na słowo "królewna" - Więc, milady. Powiem Otisowi, aby upichcił ci coś Galtianskiego. Podoba się pomysł?
- Oczywiście. - zgodziła się z lekkim uśmiechem.
Kiwnęła głową. Zerknęła na kapłana Azazela. - Viktor ty jakieś życzenia co do śniadania?
- Coś lekkiego proszę. Może na słodko tym razem.
- Też przekażę. - kiwnęła głową, cmoknęła czółko Kaylie - Nie siedźcie tu za długo. - uścisnęła arkanistkę po raz ostatni i zostawiła dwójkę azazelitów.
Viktor obserwował zamykające się drzwi aż do ich zamknięcia i spojrzał na Kaylie. Usiadł obok niej i podrapał ją między łopatkami z czułością.
- Chcesz mi opowiedzieć o tych snach? - zapytał bez nacisku.
Leżąc na boku spojrzała w górę na mężczyznę. - Masz swoje. Nie trzeba ci też moich. - stwierdziła szeptem.
- Meh… radzę sobie z nimi. I wciąż mam dwoje uszu by ci ich użyczyć…
- Nie musisz być ciągle silny i sam sobie próbować radzić, wiesz o tym? - Kaylie położyła głowę na kolanach kochanka i leżąc tak patrzyła na niego z dołu - Wiesz o tym, prawda?
- Wiem. I dziękuję ci za to, ale teraz to nie ja się wybudziłem ze złego snu.
- Sen jak sen... - westchnęła - Takie rzeczy mi się śniły często, jak ciebie nie było... Jak byłam sama... - posmutniała - Boję się spać sama... To dziecinne, wiem, ale... Sama nie wiem...
Poczuła pocałunek na swojej skroni, gdy Viktor myślał nad odpowiedzią. - Baltizar dostał jakieś ziółka od Otto. Jeśli będzie się powtarzać to poproszę go o nie. Tymczasem może jak usiądę bliżej ciebie do pracy to może jakoś pomoże…
Kobieta pokręciła głową. - Radzę sobie i bez prochów. Po prostu czasami... Czasami sobie przypominam. Wiesz jak to jest. Nie możesz zapomnieć, masz problem z pamiętaniem dobrych rzeczy. Powtarzasz bez przerwy na okrągło wszystkie traumatyczne... - westchnęła i przygryzła usta rozważając czy chce o tym opowiadać, aż w końcu poddała się - Śniłam dziś o takiej suce... Takiej dziwce co sama była zniewolona, a odczuwała jakąś przyjemność w maltretowaniu innych. I nadużywaniu jakiejkolwiek władzy jaką nad resztą miała.
- Ughh… plugawa babka. Odbijała sobie niedobór władzy na tych nad którymi władzę miała… albo po “awansie” poczuła się lepsze i, że “tak być powinno” bo sama była tak wcześniej traktowana. Tacy bywają gorsi niż wolni zarządcy, bo próbuję sobie “coś” odbić. Przykro mi, że poznałaś jak to jest mieć nad sobą kogoś takiego.
Kaylie patrzyła w dół bez wyrazu. - Sen był okropny, jakbym znowu tam była... Choć powoli, powoli sobie uświadamiałam po przebudzeniu, że to tylko sen. Że jej nie ma. - uniosła wzrok na Khala - Przecież rozbiłam jej łeb o ścianę.
- Hmmm… nie jest mi jej żal… - beztroska w głosie Khala kryła niepokój. Kaylie była rzeczywiście pokrzywiona - Zrobiłaś to w czasie swojej ucieczki?
- Wcześniej. Temu zawdzięczam część moich blizn. Po prostu... Miałam szczerze dość. To było przed procesem. Ona zabierała mi jedzenie, pomagała strażnikom mnie karać... Krzywdziła inne osoby w tej sytuacji. - zakończyła z groźnym pomrukiem.
- I … jak Nyer to przyjął? Czy się nie dowiedział?
- Wtedy nie przebywałam z nim, rzadko go widziałam, ale strażnicy bardzo źle zareagowali i do dziś noszę część blizn po karach. Nie żałuję. - stwierdziła twardo - Ta suka umęczyła nic nie winną dziewczynę, dla swoich bonusów. Wręcz "sprzedała" jej usługi strażnikom. Wyobrażasz sobie? Musiałam ją pomścić i upewnić się, że więcej nikomu tak nie uczyni...
- Cóż… dobra robota. Niektórzy nie zasługują na drugie szanse.
Kaylie schowała twarz w rękach. - Tylko czemu ona mi się czasem śni...
- Bo co “dobre i właściwe” zwykle wcale nie jest “łatwe i przyjemne”. Zrobiłaś co było słuszne, ale nie oznacza to, że nie ma to swojego ciężaru.
Kaylie westchnęła lekko i wstała by podejść do szafy. - Więc widzisz... moje blizny nie mają nic wspólnego z Nyerem. - odparła wyciągając uwieszone na wieszakach ubranie, jakie od Khala dostała - Irvys nie przyłożył do nich ręki.
- Absolutnie mam zbyt wiele zaplanowane na dziś aby zaczynać od tej… - zemł w ustach agresywniejsze słowo - ... od tego tematu. Chcesz w to wierzyć? Jasne. Po prostu nie zaczynaj dziś tej rozmowy.
Pomógł Fisusiowi zamknąć ostatni węzeł i przystąpił do procesu sprzątania komponentów i narzędzi.
Kaylie nie odezwała się tylko zaczęła ubierać się. Po chwilowym zastanowieniu wyjęła coś jeszcze z szafy i szybko schowała to w kieszeń spodni. - Dobrze, że nie urosłeś za dzieciaka. - odezwała się po chwili - Te ciuchy prawie pasują jak trzeba. Są trochę za duże, ale nie tak fatalnie.
Viktor zachichotał nisko, jednak zatrzymując dla siebie przekąs “o zaletach wszelakich niedożywienia dziecięcego”.
-
Kochankowie zeszli na dół na śniadanie. Galtianka była ubrana w cheliańskie dawne ubrania Khala w kolorach czerni i czerwieni pasujące prawie idealnie, dzięki jego sylwetce oraz elfickiej smukłości kobiety.
- Przydałoby się te ciuchy lekko dopasować. Może ta Barabii by pomogła? - zapytała jak zeszli ze schodów.
- Barabii z lat które ja wątpliwie pamiętam mogłaby, co najwyżej, oddać to którejś ze swoich pomocnic, bo sama była zajęta kreacją na konkretny bal dla jakiejś szlachcianki… - spojrzenie zamgliły mu wspomnienia, gdy uśmiechał się do przeszłości - Jeśli ten styl przypadł ci tak do gustu jak mi to z radością oddam ci część mojej szafy aby oddać ją na poprawki dla ciebie.
- Jest ciekawy. - uśmiechnęła się - No i... Twój. A to miłe je nosić, coś innej osoby. Choć by mnie za to opluto w Galt... - westchnęła i pociągnęła mężczyznę do stołu.
- Cóż… może to trochę inna sytuacja, ale style semi-galtiańskie miewały swoje pięć minut w modzie Egorianu… nie sądzisz, że może to już czas przestać się zastanawiać “co by inni pomyśleli?”.
- Przynajmniej ten cholerny kozioł powinien być zadowolony... - mruknęła z przekąsem pod nosem - Że choć ciutes się otwieeeram na te klimaty...
- Na pewno ja jestem zadowolony, że już nie jestem na liście podejrzanych za samo to gdzie spędziłem ostatnie pół życia. Miła odmiana.
Kaylie pociągnęła mężczyznę na ławę. - Mam coś dla ciebie. - powiedziała uśmiechnięta.
Lilia podeszła do pary z dwoma talerzami. Kaylie miała dwa przekrojone na pół rogaliki, jeszcze ciepłe, delikatne i kruche. Obok nich ciepłe kakao do popicia. Na dodatek kilka rodzajów dżemu, truskawka, malina i pomarańcza. Jeszcze zawijana bułeczka z nadzieniem czekoladowym.
Viktor otrzymał podobny zestaw chociaż u niego znajdował się świeży chleb, dżemy i kawa. Miał naczynko z delikatną śmietanką oraz cukierniczkę.
Głównym daniem na talerzu był puchaty omlet z bitą śmietaną i owocami. - Smacznego. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni.
- Bardzo dziękujemy, jest doskonale - odpowiedział Viktor, nie do końca będąc pewnym czy szczerze… ale po chwili stwierdził sam do siebie, że to najwyraźniej jeszcze pobrzmiewa mu z tyłu głowy tamta obelga od Otto, gdy pokoje im poprawiał. Teraz różnica nie wychodziła ponad coś co zamknąć można było w osobistej interpretacji, więc nie warte rozważań. Spojrzał na Kaylie pytająco.
- Czy ja słyszałam coś o jakimś prezencie nim nam tak przepysznie przerwano? - zapytał z rozbawieniem.
- Bardzo dobrze słyszałeś. - odparła z zadowoleniem - Ostatnio nie było dobrej okazji, a ja też zapomniałam, mea culpa. - sięgnęła do kieszeni spodni, gdy Khal powoli upijał łyki gorącej kawy - I ty też zapomniałeś.
Kaylie wyjęła zawiniątko jakie zmięła w pięści ukrywając jej zawartość. - Ja pamiętałam o tym.
Wcisnęła pięść w wolną dłoń Khala i zostawiła na niej osobisty "prezent", jaki zdjął z niej jeszcze w namiocie. - O twojej kolekcji.
Viktor nieomal zachłysnął się bardzo gorącym nektarem bogów gdy zobaczył zaprezentowaną mu parę koronkowej bielizny. Z mocą i intencją spiął się cały aby zdusić żar palący w tchawicy i wydać z siebie tylko niskie, niemal konspiracyjne dźwięki, zamiast rozkasłać się z potęgą od której wszystkie głowy by w jego stronę się skierowały… a nie chciał w ten sposób zwracać na siebie uwagi w ten sposób. Zdążył już dostrzec na sali Variona z Pitax, na pewno widział Alescio z Mivonu i chyba Calithia z Sevenarches mu zaświtała na sali gdy szli do stolika… to by, w żadnym razie, nie wyglądało dobrze!
Z trudem opanował odruchy. Rozkasłał się głucho i kontrolowanie w swoją pięść, pochylony w dół, jakby chciał się pod stolikiem schować, z intensywnością co zmusiła go by otarł drobne łzy tańczące w oczach, gdy już się wyprostował… nagłe pochylenie w połączeniu z gorącym napojem tylko dodały do efektu rumieniąc mu cała twarz, jak zawstydzonemu szczylowi.
- Ojejku… umiesz, kobieto, zaskakiwać… tego nie można ci odmówić - skomentował, chyba tylko aby powiedzieć “cokolwiek”, gdy jednym palcem przyciągał wręczony mu prezent do siebie… z niewątpliwą lubością tańczącą pod dopiero gasnącym niezrozumieniem.
- Ale skąd ty… - zaczął pytanie, ale wstrzymał się gdy odpowiedź sama strzeliła mu do głowy, a w tym momencie jego bark nagle ugiął się nieco w dół… jakby niewidzialna istotka wyskoczyła w górę odbijając się z niego, rozpostarła diable skrzydełka i uciekła w siną dal, nie mając zamiaru dać się tak publicznie przepytywać.
- Ehhh… skaranie boskie z tymi chowańcami… ale… jakaż to okoliczność pozwoliła wam dojść do TAKICH tematów? Dosyć prywatnych, chciałbym tu dodać! - nie czuć było w jego głosie żadnej urazy, a jedynie ciekawość i rozbawienie.
Wyraźnie rozbawienie było widziane na twarzy kobiety. Reakcja mężczyzny ją w bardzo rozbawiła i dawała wiele satysfakcji. Szczerze to nawet nie próbowała jej ukryć.
-
To było jeszcze w czasie jak on próbował mnie zniechęcić do tego związku. Wtedy też powiedział jakim jesteś gnojkiem i robisz kolekcję z kobiet.
-
Hmmm… w porządku, chcąc udowodnić tę tezę rozumiem czemu użył tego argumentu… Na moją obronę: moja kolekcja od wielu lat już nie rosła, ale z wielką radością uczynię wyjątek i uzupełnię ją o ten kwiat koronny. Dziękuję ci za ten prezent, sprawia mi on wiele radości.
Kaylie uśmiechnęła się lekko. -
Podejrzewam. Choć wyglądasz na dość tym wszystkim zaskoczony. - wyciągnęła dłoń ku twarzy Khala i położyła ją na jego policzku - Pewnie masz dużą kolekcję takich trofeów. Musiało ci sprawić radość jak ściągałeś ze szlachcianki bieliznę, hm?
Viktor uśmiechnął się lisio do wspomnień. Wspomnień o tym jak kolekcja zrobiła się tak monstrualna, że aż niepoważna… jak zachował je piątą ich część i już jej nie rozwijał. -
I tak i nie. Kolekcja kiedyś była większa, ale zachowałem tylko najwartościowsze eksponaty. Jednak lubość z jaką oswobadzam nadobne panie z bieliźnianych okowów… pozostała ta sama, choć skłamałbym twierdząc, że uwolnienie ciebie z ich ciężaru nie sprawiło mi wybitnie wiele radości i satysfakcji.
-
Więc ja nie jestem nadobna? - zapytała z krzywym uśmieszkiem.
Viktor odpowiedział swoim własnym zadowolonym spojrzeniem. -
Oh la damme, w wielu aspektach jesteś najnadobniejsza ze wszystkich kobiet i dziewcząt która uległy mojemu niekwestionowalnemu czarowi i żadnej z nich nie preferowałbym mieć teraz w twoim miejscu.
-
Tak tylko mówisz... - powiedziała kryjąc leciutkie zawstydzenie - I podejrzewam, że twoje plebejskie urodzenie skakało z radości, jak mogłeś dotknąć szlachetnego aksamitu skóry.
Viktor uśmiechał się wciąż, choć nabrał pewnego rozbawionego nacisku w spojrzeniu. -
Kiedyś… dawno temu… dosłownie miesiące po tym jak Viktor Goodmann narodził się na dobre, rzeczywiście było to pewne wydarzenie. Od tego czasu… tsk… - wzruszył ramionami - Nie… kłamałbym twierdząc, że nie miało to swego uroku gdy otrzymałem od pewnej markizy coś co w zasadzie było listem pochwalnym… choć historia absolutnie żąda dodania puenty, w której to zacząłem lekko panikować, gdy dotarło do mnie, że wyplątanie się z tego romansu niesie ze sobą pewne realne ryzyka…
Zachichotał nisko, wspominając tamte czasy. -
No tak. Pierwszy raz poczułeś się zwycięski, prawda? - pokręciła głową - Mogłeś dostać coś, co było za lepszym urodzeniem. Musiałeś uwielbiać tego smak.
-
Oj, nie doceniasz mnie, kochana… raz miałem markizę, ale hrabiny też już wtedy zdążyłem posmakować, a kilka baronowych zdążyło już aktywnie zabiegać o moje względy. Szlacheckie damy nie były już dla mnie nowinką, ale markiza… tsk tsk tsk… to było coś. Ale wciąż pozostaję przy wcześniejszej deklaracji. Choćby przyjechała tu za mną, ze swoim orszakiem i padła mi do kolan, nie wymieniłbym jej za ciebie.
-
Oj, tu naciągasz. Może nie wymieniłbyś, ale nie wahałbyś się posmakować. - stwierdziła zaczynając powoli i delikatnie pałaszować połówkę rogalika.
-
Może tak, może nie… nie umniejsza to jednak wadze mojej deklamacji - odpowiedział i sam również zabrał się do jedzenia. Wiele było jeszcze do zrobienia.
Zjadła połowę rogalika w milczeniu, ale gdy zabrała się za drugą połówkę nagle powiedziała przyciszonym głosem. -
Rozumiem, że jesteś gorszy urodzeniem... - przygryzła wargę - To czemu mnie kręcisz?
-
Hmmm… - mruknął powoli żując kęs nim odpowiedział - Jest na to wiele możliwych odpowiedzi… najprostsza… pomimo niższego urodzania, wciąż nie jesteś w stanie wymienić trojga szlachciców prezentujących sobą więcej niż ja w kategorii surowej kompetencji. Z drugiej strony… odpowiedzią na pewno nie jest “moja wrodzona skromność”... - zachichotał sam do siebie.
-
A może po prostu to taki mój fetysz? A nie żadna twoja wspaniałość? - stuknęła
palcem o nos Khala. -
Hmmm… - mruknął wyginając usta prawie jakby rozważał to jako poważną opcję. - Preferuję moją wersję… stawia mnie w… - zawiesił głos jakby szukał słów - w lepszym świetle. Ale jeśli to tylko twoje dziwactwo to będę musiał je pielegnować, aby nigdy ci go nie zabrakło.
Kaylie dokończyła cały rogalik. -
Chciałabym teraz przy wszystkich cię pocałować, przytulić. - westchnęła - Nie przejmować się czy ktokolwiek będzie wiedział, że jesteśmy razem...
-
No to chodź. Usiądź mi na kolanach i pocałuj… nie ma znaczenia czy ktokolwiek będzie wiedział.
-
Ale... Co jak będzie już rotacja...? - spojrzała po sali z jakimś wstydem.
-
Przywilej arcykapłański… nikt nie pomyśli o tobie złego słowa. Najwyżej z zazdrością będą mnie dupkiem nazywać.
Kaylie wyraźnie była zawstydzona i obawiała się społecznej oceny. Kobiety będą ją odgadywać... -
...jesteś pewny... że to dobry pomysł...?
-
A myślisz, że to coś rzadkiego? I pośród kapłanów światłości nie jest to czymś niespotykanym, tylko kryją się oni z tym intensywniej i gdy się pomyje wylewają jest z tego drama. Noś to jak order na piersi, a będą ciebie podziwiać jako wzór kobiety która dotarła na lokalne szczyty.
Kobieta wyraźnie obawiała się. Wypiła kakao dla uspokojenia i dokończyła śniadanie. -
...myślisz, że tak będzie lepiej? - szepnęła - Bez sekretów?
-
Tak. Gdy wilk spotka w lesie istotę której wcześniej nie widział zamiera… patrzy… wyczekuje jak ta istota zareaguje. To ona dyktuje zasady. Jeśli rzuci się ona do ataku wilk uzna ją za drapieżnika i zacznie uciekać. Jeśli to ona się odwróci na pięcie to staje się ofiarą i wilk rzuci się w pogoń. Tak samo jest z ludźmi. Jeśli będziesz to kryła i krępowała się, to stanie się czymś wstydliwym i godnym pogardy w oczach otoczenia. Ale jeśli przyjmiesz to z dumą wytrącisz im argumenty z rąk. Nie pomyślą o tobie źle, jeśli twoja postawa nie powie im “robię coś złego”.
Przymknęła oczy. -
Czy Brevoyka tu jest? - zapytała cicho.
Viktor zastanowił się moment. -
Nie sądzę. Widziałem kilkoro ambasadorów… - powiedział rozglądając się bez skrępowania - Wróć… poprawka… przyszła przed chwilą.
Kaylie zebrała się na odwagę choć wstyd gorzał w jej piersi. Wstała z ławy, aby przejść na kolana mężczyzny i zarzucić mu ręce na szyję łącząc się z nim w głębokim pocałunku, jakim próbowała skryć rumieniec, przyciskając się ciałem do Khala.
- No… - mruknął Viktor zadowolony, gdy odlepili się od siebie - Grzeczna dziewczynka. Czeka cię za to potem nagroda.
Kaylie spojrzała na niego z niepewnym uśmiechem, jakby nieufnym. Coś w jej spojrzeniu się zmieniło, choć ciężko było określić naturę tego. Na pewno ciało kobiety w jednej chwili zesztywniało, gdy wszystkie mięśnie odruchowo się spięły.
Chcąc ukryć swoją reakcję sama przesunęła wzrokiem po sali wciąż siedząc na kolanach Khala.
Viktor zmarszczył brwi, wciąż jednak uśmiechając się lekko. - Hej… Perełko… co jest? Coś nie tak powiedziałem? - zapytał choć miał swoje domysły którą strunę mogło to szarpnąć.
- Hm? - zapytała jakby wyrwana z myśli - Nie, nie, wszystko dobrze. - wtuliła twarz w szyję Khala, chowając w niej oczy - Jak inni reagują? - zapytała ze wstydem.
- Nijak, Kruszyno… nikogo to nie obchodzi. No dobra, Alescio z Mivonu wznosi do mnie toast - poprawił się Viktor, odpowiadając kapitanowi serdecznym gestem. - Tak długo jak nie będziemy sobie wpychać języków do gardeł i mlaskać przy tym nikt się nawet nie skrzywi. Ludzie mają dość własnych problemów.
- A Brevoyka? - naciskała.
- Nawet nie patrzy w tę stronę, ale nie oczekiwałbym od Elanny jakiejkolwiek reakcji. Nie ten typ.
- A podobało ci się z nią? - zapytała szeptem w jego ucho.
Viktor zmarszczył brwi i spojrzał na Kaylie kątem oka, oceniając… po czym westchnął powoli, węsząc komplikacje. - Yhymm… - przytaknął krótko. Nie zamierzał kłamać, nawet gdy miałoby to być wygodne.
Najwyraźniej szczerość uspokoiła trochę Kaylie. - I zamierzasz ją znowu mieć?
Viktor chwile nie odpowiadał, rozważają. - Nie wiem… chyba? Łatwe dojście już mam, ale… za łatwe? Z drugiej strony szkoda byłoby nie skorzystać. Ma dziewczę temperament, a za kilka dni wraca do Brevoy. Myślę, że jeszcze raz może się zdarzyć, ale sam nie wiem… wybacz jeśli brzmi jakbym kręcił… szczerze nie jestem pewny odpowiedzi…
- ...czy to było lepsze dla ciebie od stosunku ze mną? Czy sprawiło ci więcej przyjemności? - zadała to straszliwe pytanie "Czy była lepsza ode mnie".
- Kruszyno… - szepnał Khal czule, obejmując ją i przyciągając mocniej do siebie. - Była inna niż ty. Nie była lepsza. Nie była gorsza. Tylko inna. Ale z tobą wiem, że będę chciał się kochać tej nocy i następnej i jeszcze wiele, WIELE razy w postrzegalnej przyszłości… nią zainteresowanie już częściowo straciłem. Rozumiesz jak astronomiczna jest to różnica?
- Chcę wiedzieć co cię bardziej zadowala, jak najlepiej wpasować się w twoje chęci... - broniła się, aby nie czuł tego jako ataku.
- Rób to co robisz. Bądź reaktywna, mów do mnie i polegaj na mnie. Cała reszta będzie wtedy łatwa.
- Ty zawsze żartem uciekasz. - stuknęła palcem nos Khala - Pytam o seks. Umiem być lepsza, umiem zadowalać lepiej.
- Tu mnie masz. Ale odpowiedź zostaje podobna… nie chcę abyś była “lepsza”. Chcę byś robiła na co masz ochotę… hmm… cóż… może średnio mi się podoba, że twój galtiański jakby ucichłkiedy ci powiedziałem, że się go uczę… - wyszczerzył zęby cwaniacko.
- Nie dla ciebie te słowa!
Viktor zachłysnął się powietrzem w niby-oburzeniu. - To dla kogo, jak nie dla mnie?!
- Są moim własnym sekretem!
- Meh… trzeba było trzymać się planu i cię nie uświadamiać… znacznie więcej frajdy by było… - narzekał, ale pierś dudniła mu chichotem.
- O czym ty mówisz? - nadęła policzki.
- Że jakbym ci nie powiedział, że uczę się twojego języka to byś wciąż go wykorzystywała, a ja bym miał tylko więcej i więcej frajdy z tego, w miarę tego jak nabierał bym w nim biegłości.
- Twoja wina. Teraz wiem, aby nie używać go.
- Yhym… niestety. Mea grande culpa. Chwila słabości mnie do tego nakłoniła…
- Chciałeś po prostu się popisać, ty pyszałku! - oskarżyła go złośliwie.
- Nawet jeśli zredukujemy to do tej interpretacji… niekontrolowana pycha to również słabość.
Wzrok Kaylie wyrażał w tym momencie ciepło uczucia, jakie zapewne w jej głowie nazywało się "miłością"... Jakkolwiek miała je widzieć. Objęła ramię mężczyzny.
- Co masz zamiar obgadać z Filią? - zapytała bawiąc się jego kołnierzykiem.
- Dokładnie to co mówiłem. Muszę z nią omówić pewne niuanse doktryn Kozła i upewnić się, że miała dobre źródło wiedzy na temat ogólnych przykazów… aby wszystko poszło gładko i prosto. Nic wybitnie ciekawego.
- Nudy... - połasiła się do twarzy Khala - Traktujesz ją jak dziecko. A diabeł to diabeł. - mruknęła sama wyraźnie nie widząc Azazela jako cokolwiek innego od wariacji Asmodeusza. I to Filię trzeba douczyć?
- Hej… sam powiedziałem, że to nic ciekawego… ale wolę ryzykować traktowanie jej jak dziecka, niż rozzłoszczenie go gdy musiałby marnować czas na odpowiedzi których ja powinienem jej udzielić wcześniej. I cholerko urocza… Tak samo jak Regathiel i Shelyn to dwa drastycznie różne bóstwa, tak Pana Ciemności i Kozła wcale tak wiele nie łączy.
- Bzdury. Azazel na pewno nas mami, to diabeł. Oni tym istnieją. Ty mu całkowicie wierzysz? Bez żadnych wątpliwości? - sarknęła.
Viktor patrzał na nią przez chwilę, upewniając się, że dziewczyna istotnie nie żartuje. - Ile wiesz o różnicach między arcydiabłami? Jakbym postawił przed tobą kapłanów Po-dwakroć Upadłego i Popielnego Byka byś mi powiedziała który jest który i dlaczego?
- Mam wystarczającą wiedzę, aby nie ufać takie istotom. Jestem magiem, zapomniałeś? A ty jesteś zaślepiony i zbyt bardzo ufny w swojego boga.
- Tak? To dosyć silna teza… w jakiś sposób ją uargumentujesz?
- Że za bardzo ufasz? To diabeł, nie pamiętasz? Jego istota jest ponad naszym zrozumieniem, jego sposób myślenia jest nam obcy. Nie krzywdzi nas tylko dlatego, że ma w tym swoje plany. Będzie tak długo miły jak długo będzie mu to na rękę. - dodała twardo - To nie jest nasz przyjaciel.
- Nie jest przyjacielem, fakt. W tej jednej rzeczy masz rację. Ale nawet przyjmując twój wybitnie redukcyjny i niegodny twojej inteligencji tok rozumowania “wszystkie diabły takie same”... kojarzysz, że Książe Ciemności ma wybitnie rozbudowany kler? I oni wszyscy mają wszelkie możliwości aby osiągnąć wielkie rzeczy w Cheliax i poza nim? Jeśli chodzi o traktowanie lojalnych sobie ludzi to nawet Księciulkowi nie można wiele zarzucić.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że jesteś w stanie pojąć jego istotę? Że niemożliwe jest byś został przez niego zwiedziony? Przez kogoś kto ma zostać bogiem? Aż tak wielka jest twoja pycha? - pokręciła głową.
- Ach, dziewczę drogie… jak masz dwie sprzeczne sobie linie argumentacji to sugeruję jednak zdecydować się na jedną… więc Kozioł jest jak Książę Ciemności, czy nie? Od tego zacznijmy.
- Jest takim samym diabłem, więc ma podobne cechy. - mruknęła z niezadowoleniem - Jest istotą prawa i zła, choć on ma bardziej umiłowanie prawa co nie sprawia, że drugie w nim nie istnieje.
- Yhym… A Regathiel z Shelyn są oboje bogami dobra. Mają swoje bardziej i mniej umiłowane aspekty, ale to nie oznacza, że atrybut dobra znika. Czy byś powiedziała, że są “takimi samymi bogami”?
- Nie, ale są czymś innym niż ci dwaj. Obaj to są diabły. - Kaylie wyraźnie nie była zadowolona z kolejnej prawniczej dyskusji z Khalem... On musiał czerpać z tego przyjemność.
- Typ istoty nie ma znaczenia, bo rozważamy podobieństwa i różnice istot znajdujących się w obrębie jednego typu. Jeśli nazwanie Regathiela i Shelyn “takimi samymi istotami swojego typu” byłoby redukcjonistyczne to ta sama zasada tyczy się arcydiabłów. Ale nawet przyjmując twój własny redukcjonizm twoja argumentacja sypie się jak domek z kart, bo niemal każdy członek kleru Księcia w Cheliax żyje jak pączek w maśle. Nie są zdradzani przez swego boga i ich bóg zachowuje się precyzyjnie tak jak obiecał, że będzie się zachowywał. Więc jeśli jedyną różnicą między naszymi dwoma diabłami jest to, że Kozioł jest bardziej prawy, to oznacza, że można oczekiwać równie uczciwego, albo lepszego traktowania. I widzę jak się krzywisz… Chciałbym zaznaczyć, Perełko, że to ty zaczęłaś tę dyskusję. Ja jestem perfekcyjnie content aby została ona tutaj urwana.
- A tobie bardzo zależy, abym zaczęła widzieć inaczej Azazela. - stwierdziła - Abym zaczęła całkowicie zaprzeczać wszystkiemu, co we mnie było wpajane w Galt. Wybacz, że nie ufam mu. Że oczekuje po nim wszystkiego co złe. To, że będzie prawnie podpisane to nie zmienia faktu bycia moralnie krzywym.
- I zmieniasz znowu temat. Wiesz tam w środku, że mam rację. Wiesz, że Galt nienawidzi i tą samą nienawiścią ty pałasz. Rozumiesz też, że nienawiść potrafi zaślepiać i gdzieś tam dodajesz dwa do dwóch, że tak naprawdę to są zupełnie różne istoty, ale nienawidzić znacznie łatwiej, gdy nienawidzi się hipotetyczny archetyp, a nie rzeczywistą istotę. Archetypy są proste i jasne. Czarno białe. Rzeczywiste istoty są zniuansowane i wielowymiarowe. Kaylie… mam wrażenie, że ty w ogóle nie widzisz istoty pod tym archetypem. Jakbyś widziała i jej nienawidziła to koniecznie musiałabyś nienawidzić i mnie, bo moja moralność i wizja są bardzo bliskie tym azazelowym. Dlatego go wezwałem. To nie był przypadek, ja na niego nie “trafiłem”. Ja go wybrałem.
- Nie jesteś jak on! - wstała z kolan Khala - Nie jesteś jak diabeł. - nachyliła się ku niemu - Niezależnie jak bardzo chcesz się za takiego przedstawiać. Jesteś lepszy niż chciałbyś to przed sobą przyznać...
- Usiądź proszę. Zwracamy na siebie zły typ uwagi gdy tak podnosisz głos i się pochylasz nade mną.
Kaylie usiadła na ławie, ale nie dotykała już Khala. - Dziękuję. Absolutnie nie wątpię, że jestem lepszy niż archetyp który widzisz w swojej jaźni gdy myślisz o Azazelu. Jednak dalsza dyskusja będzie musiała poczekać na inny czas, a przede wszystkim: inne miejsce. Argument pozostaje: Książę Ciemności nie zdradza tych co są mu lojalni. Jeśli Kozioł jest “taki sam” to tego też można oczekiwać. A teraz zakończmy tę dyskusję. Nie sprawia ona przyjemności ani tobie ani mi. Możemy się chociaż w tym zgodzić?
Kaylie niemo kiwnęła głową. - Dziękuję - Viktor odpowiedział własnym kiwnięciem i wrócił do jedzenia śniadania.
- Opowiesz mi jak ostatnio ci się z Rhaastem współpracuje? - zapytał kilka chwil później.
- Lepiej. - odparła - Stara się.
Viktor uśmiechnął się do siebie, kryjąc samozadowolenie. - Cieszę się, że jakoś wam się zaczęło układać.
- Ale nadal przyjaciółmi to nie jesteśmy. Ja to widzę jako coś, co on może udawać.
- Ostrzegałem go, że będziesz nieufna… ale zastanów się sama do siebie… co on miałby takim udawaniem osiągnąć? Nie, nie odpowiadaj mi… nie chcę słyszeć szybkiego defensywnego twierdzenia, które wiązałoby potem twoje myśli. Zostaw te przemyślenia jako swoje własne.
- Więc teraz będziesz Filii tłumaczył. - stwierdziła.
- Tak, ale umówieni jesteśmy za dobre dwie godziny. Dam jej okazję przyspieszenia tego, jeśli by chciała, ale nie zakładam, że tak zrobimy - mówił smarując kolejną pajdę chleba powidłami.
- A co do tego czasu?
- Teraz dokończymy śniadanie. Potem… chyba Baltizar wrócił, ale nie potwierdziłem. Warto się dowiedzieć co i jak. Rozmowa z Filią, obiad z ofiarami alchemika… prawdopodobnie wycieczka do lady Barabii.
- Po ciuchy dla mnie?
- Dokładnie. Kilka moich co lepszych zestawów jej zaniesiemy aby poprawki dla ciebie zrobiła.
- I naprawdę to dla mnie załatwisz? Oddasz swoje ubrania? Dla mnie? - Kaylie lekko się zarumieniła w dziewczęcym wstydzie i spuściła głowę.
- Yhym… - przytaknął nieco nieobecnie, skupiony na omlecie z owocami i śmietaną. Dopiero po chwili uniósł spojrzenie, dostrzegając kaylowe onieśmielenie. Przekrzywił głowę analizując…
- Definitywnie - dodał w końcu - Skoro ci się podobają… sam swoich mam dość, a podobasz mi się w czerwieniach. Jakąś nostalgię we mnie budzą… mimo wszystko w Cheliax spędziłem ostatnie dwadzieścia lat. To kawał czasu.
- Ja się dziwnie czuję mając je na sobie... Nie powinnam ich mieć. To jak przyznanie się do zdrady... - szepnęła wyginając palce.
- Jeśli cię to jakoś pocieszy to podwaliny tej mody pochodzą w znacznej mierze z Andoranu, a kolorystyka w czerwieniach i czerniach nie jest zmonopolizowana przez Cheliax.
- Ale ludzie będą wiedzieć... I te twoje ulubione niedopowiedzenia na nic się nie przydadzą.
- Ludzie… będą wiedzieć… że co? Nie nosisz na plecach sztandaru Galt. I nikt nie dba o ten konflikt równie jak Galt, więc nawet jeśli by wiedzieli to by się nie przejmowali.
- Ale jeżeli kiedyś wróciłabym do Galt... - zaczęła bez żartu tym pomysłem.
- Jakbyś wróciła… to zakładam, że Szarzy Ogrodnicy by już nie istnieli, bo na ten moment mieliby oni z tobą wiele do omówienia... i wtedy rzeczywiście bym NIE polecał mieć na siebie tych ubrań.
Kaylie lekko wtuliła się w bok mężczyzny, szukając tak poczucia ochrony. - Nigdy nie wrócę do domu... Prawda...? - zapytała z jakąś dziecięcą nadzieją.
- Dziewczę drogie… ile w tobie elfiej krwi? Ćwierć? Jedna ósma? Pierwsze wróży tobie jeszcze dwa stulecia życia. Drugie wciąż grubo ponad wiek. To co się w Galt wyprawia nie będzie trwało wiecznie. To, że ten stan dotrwał do dnia dzisiejszego to nieśmieszny żart. Jest całkowicie realne, że za dekadę władza zmieni się trzy razy i nie będzie już nikogo kto chciałby ciebie tknąć… Masz przed sobą olbrzymią ilość czasu i zazdroszczę ci go niesamowicie. Ciebie znacznie mniej dotyczą słowa jak “nigdy”.
- Nie wierzę bym tyle żyła... - westchnęła - A co po obiedzie i ubraniach?
- Bo elfia krew wcale nie jest łączona z długowiecznością? Spotkam się z moimi kontaktami. Mają dla mnie więcej materiałów, których teraz potrzebuję a potem znajdę sobie jakiegoś architekta… mam sporo wiedzy do odświeżenia.
- I co dalej?
- A masz coś konkretnego co byś chciała zawrzeć w planie dnia?
- Pytam ciebie. - powiedziała wyczekująco.
- Hmmm… zależy jak późno skończę. To nie będzie pojedyncze posiedzenie, nawet jeśli
szybko znajdę tak dobrego architekta jak bym chciał… skoro jednak nikt nie wychodzi z propozycją jakichś alternatyw to chyba nie będę się specjalnie z tym spieszył? - dywagował, niby wcale bez żadnej intencji… - Przecież ja mam wnętrze robić. - wzruszyła ramionami urażona insynuacją, że ona nic nie robi - Dziś do biblioteki idę i pewnie z Fernem pogadam. A ty chyba masz budynek wyczarować i tak?
Viktor postukał kilkukrotnie palcami po blacie, szukając powodu jej napiętych brwi… - Nie miałem na myśli, że nie wypełniasz swojej części, a że najwyraźniej masz coś co byś chciałą zrobić potem i liczysz, że z fusów wywróżę co masz na myśli. Więęęc… Jest coś na co byś liczyła późniejszym popołudniem? Wyjście do ich lokalnego teatrzyku? Grają jakiś tragi-romans, podobno z elementami erotyki. Nie dla dzieci. Może chciałabyś na specer się wybrać? Są jeszcze miejsca które mógłbym ci pokazać, jeśli pamięć nie stroi mi figli. Może zamknąć się w pokoju i czytać książki? Albo nawet ich nie ruszyć?
Kaylie uniosła głowę z zaciekawieniem. - Jest coś takiego w teatrzyku? - wyraźnie ją poruszyło - I ten spacer także ciekawy, ale wszystko po Fernie i tak. A o co chodziło... - pokręciła głową - W sumie nieważne.
- Skoro tak uważasz… - odpowiedział z zawodem i wrócił do jedzenia omleta.
Zajęło kilka kęsów nim Kaylie nie wytrzymała ciszy. Przysunęła się do ucha mężczyzny i szepnęła. - ...zapomniałeś już co mi obiecałeś?
Viktor uśmiechnął się do siebie w myślach… to było na swój sposób urocze, że takie proste sposoby na nią działały. - Obiecałem tobie wiele różnych rzeczy… - odpowiedział nieco zniżonym, trochę przyjemniejszym głosem i prawie zmarszczył brwi gdy dotarła do niego haniebna dysproporcja w ilości tych deklaracji między nimi… i on o niej śmiał mieć takie pobłażliwe myśli?!
- Podpowiedź chociaż kiedy tę obietnicę, o której mówisz, składałem? Było to wczoraj? Dawniej? Dziś? Na tym śniadaniu? - wyliczał powoli, kątem oka obserwując jej reakcje i wyczytując rytm jej oddechów. - Ahh… na śniadaniu, prawda? Przed kilkoma chwilami gdy o nagrodzie mówiłem… Pamiętam o niej, pamiętam.
Uchwycił jej podbródek by mu nie uciekła, gdy całował ją w policzek i jakby gdyby nigdy nic wrócił do swojego omleta.
Kobieta uśmiechnęła się głupawo i ze wstydu wtuliła się w ramię Khala. - To nie musi być... W pokoju... Prawda...? - wyszeptała mu do ucha ze wstydem.
- Jeśli masz rozsądne propozycje to jestem gotów je rozważyć - odpowiedział tonem bardziej opiekuna, niż kochanka, ale w jakiś taki pasujący do sytuacji sposób.
Galtianka pokiwała chętnie głową. - Ale to po innych rzeczach... Mówiłeś szczerze o tym przedstawieniu?
- Jak najbardziej. “Korona Cierni i Róż”. Przy czym nie jestem pewny lokalnego wyczucia “elementów erotyki”, jak dla mnie, mogą równie dobrze oznaczać pokazanie kolana, a może lekcję anatomii. Jestem pewny, że dam radę zorganizować bilety jeśli się postaram… postarać się?
- A po przedstawieniu zabierzesz mnie na wycieczkę po tym mieście w nocy! - zgodziła się z jego propozycją zdobycia biletów będąc bardzo podekscytowaną malującymi się prospektami.
-
W bocznej alkowie odgłosy Dworu dobiegały nieco rozproszone, nieco bardziej jako szum tła. Dębowy stół zastawiony był tylko przekąskami i cienkim piwem, dla zwilżenia języka. Jedno i drugie w niewielkich ilościach. Ani Filia, ani Viktor nie byli tutaj by nic świętować.
- Więc… - zaczęła komendant chłodnym tonem - Twój Kozioł Ofiarny. Prawo, sprawiedliwość… zemsta? Pomiń proszę oczywistości i weź poprawkę CO byłoby oczywistością dla mnie. Ale w tym co ważne się nie ograniczaj. Wyłóż w całości i bez gier słownych. Jak krowie na rowie, proszę.
Viktor kiwnął głową i rozpoczął wykład. Mówił długo i cierpliwie. O prawie istniejącym nie dla pętania słabszych, ale dla powstrzymywania silnych. O różnicach między wizją Abadara, gdzie prawo jest potężnym narzędziem, ale wymagającym pewnej elastyczności… podczas gdy Azazel by w elastyczności doszukiwał się miejsca dla malwersacji. O prawach miejsc dzikich, które Abadara nie interesują, a piekielny duke by oddał im należny hołd. Mówił o analogiach do Calistry, bo oboje doceniali świętą instancję zemsty, choć Viktor, dosyć naokoło, zarzucał jej niewielką głębię tego zwyczaju. Azazel miał dla niej głębsze miejsce w swoim ładzie.
Mówił jeszcze wiele więcej, pokazując czym Azazel podobny jest do bogów lokalnych i dalekich, a w czym jest wyjątkowy i dlaczego ta wyjątkowość jest tym czego Evercrest potrzebuje.
Czasem komendant zadawała pytania. Innym razem zupełnie zmieniała nurt którym płynęła rozmowa, a Viktor uszanowywał jej uwagę i poświęcał słowa i czas aspektom które były dla niej ważne.
- Wiesz… mam nieodparte wrażenie, że on… wszedł w tak wąską niszę, że trudno mu będzie się rozrosnąć.
Viktorowy niski chichot zadudnił mu w piersi, gdy odchylał się w krześle.
- To może, moja droga, uznaj to za pewien dowód szczerości? - zaproponował z lekkością - Tu nie chodzi o popularność, ani moc, co mierzona by była ilością wyznawców. Chodzi tu o bycie wiernym swoim własnym przekonaniom. Gdziekolwiek one nie zaprowadzą. Choćby odrobina zakłamania mogła tak wiele ułatwić…
Filia zmrużyła oczy, ale na jej twarzy pojawił się cień zaskoczenia.
- Ty zawsze potrafisz wszystko ubrać tak aby było na twoje, co?
- To moja specjalna zdolność… - odparł z uśmieszkiem - Jedni dostają miecz, inni rozum, a ja mam wdzięk.
Filia westchnęła, wyprostowała się i spojrzała na Viktora.
- Dobrze. Wysłuchałam. Nie odrzucam. Nie przyjmuje bezkrytycznie. Zastanowię się nad tym i czekam na tę ”audiencję” - skrzywiła się w przekorze. - I po niej dopiero będę decydować.
- Tylko o to prosiłem. Dziękuję tobie, Filio.
Viktor został sam w sali. Otto wszystko przygotował. Lilia wyjaśniła. Zostało mu tylko przywołać diabła. Ale nie spieszyło mu się do tego. Dawał sobie czas. Stres przepływał przez niego. Pozwolił mu się objąć na kilka momentów, a potem, metodami relaksacyjnymi, wylał go z siebie jak wiadro pomyj.
- Będzie dobrze - powtórzył sobie i wrzucił do płomienia buchającego czarze kryształowy proszek.
Ogień zaiskrzył, ale cienie odmówiły rozjaśnienia… na przekór światłu tylko się pogłębiły.
A z ciemności kryjącej nienaturalnie ćwierć pomieszczenia spozierały dwa pomarańczone rozdarcia.
Viktor ukląkł na jedno kolano, pochylając głowę i rozkładając ramiona, w geście oddania, ale nie służalności. To był gest szacunku, jak rycerz przed królem, a nie niewolnik przed panem.
- Koźle Ofiarny… Twoja sprawa nabiera tempa. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem twoja świątynia, wielka na dekadę lub dwie prac, stanie w Evercrest przed końcem przyszłego tygodnia. Budujemy renomę i pierwszych nauk już udzielałem…
Powolne, ponaglające mruknięcie z ciemności wyraziło więcej niż, w normalnych okolicznościach, miałoby prawo… Azazel wiedział… Azazel nie chciał o tym słuchać… Azazel rozumiał, że to wszystko dla Viktora było tylko wstępem i Azazel oczekiwał zakończenia go już. Mruknięcie kazało mu też wstać.
Viktor przełknął głośniej niż by chciał i wyprostował się. To nie było wcale dobrze.
- Panie… - zaczął niskim, spokojnym tonem, dobranym by nie prowokować ani nie urażać. - Chciałem zapytać ciebie jak widzisz jutrzejszą audiencję? Spędziwszy wiele czasu z komendant Blackfyre wierzę, że zrozumiałem w jaki sposób do niej najłatwiej dotrzeć.
Rozdarcia ciemności obserwowały go uważnie, ale nie odpowiedziały. Viktor odkaszlnął lekko i kontynuował powoli, ostrożnie dobierając słowa.
- Ona jest strażniczką wzdłuż i w poprzek. Chodzi jej tylko i wyłącznie o to najlepsze dla Evercrest. Może stać się największą sojuszniczką twojego kościoła jeśli przekonamy ją do prostego faktu, że twoja wiara JEST teraz tym co najlepsze dla Evercret.
Ciemność charknęła niezadowolona. Znów go poganiała… ale przyzwalała na swobodne wyrażenie myśli, bez ryzyka urazy… w ramach rozsądku.
Viktor milczał chwilę, zbierając myśli… i odwagę.
- Rozumiesz, panie, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej istoty na tyle by mieć pewność, co jest dla ciebie rozsądne, a co nie uwiera twojej godności. Jestem przekonany, że w piekle władza nad diabłami wymaga twardych metod kontroli i wiecznego udowadniania wyższości, aby nie uroiło im się zbyt wiele w głowach, jednak… jednak gdy mowa o śmiertelnikach, potencjalnych wiernych i sprzymierzeńcach… miękkie metody wpływu często okażą się znacznie skuteczniejsze na dłuższą metę. Właśnie nimi oplatałem sobie ich wokół palca, aż zostałem Trzecim Piórem.
Dziwna dyskusja trwała dalej. Cień rozumiał o czym Viktor mówił i deklarował wiedzę o konieczności przytępienia bata w kontaktach ze śmiertelnikami.
Pytał jednak…
- Co jeśli “twardsza metoda” okaże się konieczna? - to już nie był pomruk, a rzeczywiste słowa - Na przykład Kaylie zbyt rozochoci się do egzekucji zemsty, pomijając prawo? Jest, nawet jeżeli tego nie chce, częścią mojej religii. Czy mam tobie zawierzyć rozwiązanie sprawy? Czy jednak użyć bata i upewnić się, że sytuacja się nie powtórzy?
- Kaylie, upraszałbym panie, byś dał mi możliwość próby jej opanowania. Widzę jej zapędy i pracuję nad nimi. Jak na razie mam ją pod kontrolą i wierzę, że z czasem będzie tylko pod głębszą. Jeśli jednak bym zawiódł… rozumiem konieczność. I taką samą w kontekście jej jak i wszystkich innych. Nieakceptowalnym zachowaniom trzeba przeciwdziałać. Preferowalnie zasadą “eskalującej reakcji”.
Wziął dłuższy wdech i kontynuował. - Tłumaczenia. Ostre słowa. Kary fizyczne, prace czy loch. Możliwe okaleczenie. A ostatecznie nawet i śmierć. Z niektórymi występkami wymagającymi przeskoczenie kilku kroków. Innymi nigdy nie sięgającymi bardziej zdecydowanych reakcji.
- Czy ta logika aplikuje się do tych trzech, których chcesz dostać w swoje ręce?
Viktor… zatrzymał się na moment. Zastygł w bezruchu i na bezdechu, analizując pytanie… - Tak - odpowiedział z pewnością - Na mocy niektórych występków walidujących przeskoczenie kilku kroków na skali kary. Na mocy wielokrotności ich zbrodni już znanych i tych które dopiero poznamy. Na mocy niemożliwości wyegzekwowania prawa poprawnymi metodami. Moje osobiste odczucia tylko przypadkowo są zgodne są z wyrokiem jaki przypadłby im w obliczu wszechwiedzącego arbitra.
- Oczywiście, że przypadkowo. Wcale nie dlatego wybrałeś mnie na swojego patrona. Przynajmniej twierdzisz, że będziesz się tego trzymał. Co do tej Blackfyre... ma szczęście, że nie obchodzi mnie prawo kosmiczne, bo jej istnienie... poirytowałoby kilka istot, ale to pewnie lepiej przemilczeć. Postaram się przedstawić jako sojusznika jej sprawy jako obrońcy ludności.
- Ośmielę się zaryzykować niezgodę, ale instancja Wszechwiedzącego Arbitra jest figurą filozoficzną i jest niezależna od moich wyborów życiowych. Za ich zbrodnie przysługuje śmierć. Niezależnie od tego czy Khal Frey w historii zostaje adwokatem diabła, paladynem Shelyn, czy poetą a również czy sam jest ofiarą ich zbrodni.
Milczał chwilę, starając się wyczuć nastrój, ale… jarzące się pomarańczowo rozdarcia ciemności nie zdradzały nic. - Pomijając to wszystko... składam ci dzięki za audiencję i zaufanie.
- Uważaj tylko Khal. Mnie jeszcze nie spotkały konsekwencje mojego wyboru, nie uważaj, że ciebie ominą konsekwencje twojego.
-
Wieczorne pogaduszki w karczmie
Zaatakowany czułością Bajarz nie miał czasu na reakcję i poddał się chwili i… dłoniom Piwonii.
- Emmm…no…wróciłem. W końcu byłem niedaleko.- gnom dał się usadzić przy stole i drapiąc po brodzie rzekł. - Więc… kupiłem wieżę. Nie bardzo wiem po co ją kupiłem. Ale kupiłem sobie budowlę na prowincji. Właściwie to ruinę, ale…- wzruszył ramionami.- … mam na nią papiery. No i jestem ciekaw co tu się działo, gdy mnie nie było? Czy kapłan wykazał się zakładając świątynię czy… wykazał się jeno niekompetencją ?-
- Miał kłótnię z Kaylie i... złe rzeczy się stały. Teraz się pogodzili i chyba planują tą budowę. - spojrzała na gnoma - Nie wyglądasz na kogoś kto potrzebuje wieży. Teatr może, ale taki podróżny. Więc co planujesz teraz?
- Mam dużo planów… bardzo dużo.- odparł Baltizar drapiąc się po brodzie.- Przyznaję, wieża nie była częścią żadnego z tych planów, ale… cóż… skoro już ją mam.-
Machnął ręką dodając. - Mam też historie, te na twoje uszko… i te których… tu wypowiedzieć nie mogę i tylko w obecności twojego ojczulka powinienem wyjawić. Ale to później… Ponoć… jedyny mag warty uwagi w Evercrest to ten szpiegujący twego tatę w gospodzie?- - Fern? Jest jednym z silniejszych. Jest jeszcze kilku na peryferiach zależy czego szukasz.
- Uczonego biegłego w magii… właściwie myślałem o kilku uczonych… w tym paru świątynnych. Jestem pewien że jeśli świątynia kupca i świątynia ptaszka włączy się w tą naukową rywalizację… to wplątanie w nią zazdrosnej osy będzie łatwe.- zaśmiał się cicho Bajarz i spoważniał dodając.- W okolicy zaczęły się pojawiać obszary nienaturalnej suszy. Jeśli ta sprawa nie zostanie rozwiązana teraz z czasem stanie się problemem dla miasta.-
- Och, jakąś zagadkę odkryłeś? - Piwonia wyglądała na zaintrygowaną.
- Wyschnięte obszary z jakimiś… - gnom zajrzał w notatki. - …dziwnymi naroślami.. po jeziorze została wyschnięta niecka. Niby nie ma tym magii, ale… coś zdecydowanie jest nie tak jak być powinno. -
-Hm… ciekawe. - Piwonia zerknęła na karczmarza, którego wzrok utknął na gnomie, ale nie podszedł - Wątpię, aby byli zadowoleni, najpierw sprawa z alchemikiem, a teraz to. Pewnie chcieliby odpocząć od ekscytujących rzeczy. - Cóż… nie nazwałbym badania wyschniętych niecek czymś ekscytującym. Na pewno nie będzie to ekscytowało najemników i żołnierzy patrzących się jak badacze, których ochraniają, przyglądają się zjawisku i rzucają czary wieszczące.- zachichotał gnom i potarł kark. - Szczerze powiedziawszy uważam, że jeśli zdusi się ten problem w zarodku to obejdzie się bez dramatów. A co z alchemikiem, jeszcze nie powiesili ?-
- Na razie trzymamy go w wyizolowanym pomieszczeniu w piwnicy. Viktor chce odłożyć egzekucję, najwyraźniej są powiązania z głębszym syfem miasta. - Piwonia wzruszyła ramionami - Pewnie też z jego osobistą historią.
- Piwnicy? Rozumiem że miasta nie stać na drukarnię, ale… żeby i aresztu nie miało?- zadziwił się gnom drapiąc po pobródku.- Ja bym go ubił od razu… jego obłęd może być zaraźliwy. Słowa potrafią skazić nieprzygotowany umysł. -
- Mają areszt, ale u nas jest bezpieczniej dla wszystkich. Szczególnie, że śmiertelny obłęd jest… uroczy dla nas. - córka Otto się uśmiechnęła - Nie nasze miejsce o tym decydować. - dziewczyna się zastanowiła - W sumie możesz porozmawiać z Kaylie, wynajęła Ferna, aby nauczył ją trochę magii. Może z nim pogadać o twoim odkryciu.
- Myślałem o zwróceniu się bezpośrednio do niego. Ale może… jeśli przekaże mu wieść ode mnie. Czeka mnie trochę chodzenia po świątyniach i…- tu na moment zamarł patrząc się gdzieś w dal i stukając palcami o swój plecak. Po chwili pokręcił głową.- … mam dużo na głowie… spraw. I jedną poważną. Porwiesz mnie do jakiegoś pokoju?-
W przeciągu kilku chwil Piwonia podniosła gnoma i czmychnęła z nim na piętro do jego pokoju. - Proszę bardzo. - postawiła Baltizara na podłodze - A cóż tam masz w plecaku? Śmierdzi niezwykle.
Gnom otworzył i wyjął z plecaka księgę obwiązaną sznurem pokrytym gdzieniegdzie rdzawą zaschniętą krwią. Jego dwaj ochroniarze czuwali tuż za drzwiami. - To… jest księga szaleństwa. Napisana przez kogoś przeklętego tak jak ja. Tyle że on nie był oczami tylko piórem. A w środku kryją się słowa wypaczające śmiertelny umysł… nie jestem pewien czy poradziłyby sobie z czymś potężniejszym, dlatego jeszcze jej nie użyłem.- wyjaśnił.
Dziewczyna zasłoniła usta i nos. - Ta… fetor niezwykły. Śmierdzi Mrocznym Całunem. - potrząsnęła głową - Więc chcesz to wykorzystać, aby pozbyć się tego ścierwa co cię goni?
- Teoretycznie… rzucić na siebie te dwie bestie. Jedną zsyłającą szaleństwo, a drugą pochłaniającą wrażenia moimi zmysłami. Nakarmić go tą trucizną. Tylko że to samobójcza metoda. I nie chcę jej stosować nie mając pewności, że zadziała. Na razie… potrzebuję lepszej klatki niż te sznury, którymi związałem księgę. Może twój ojciec coś poradzi w tej kwestii?- zastanowił się gnom przyglądając zdobyczy.
- Jesteś pewny, że będą miały animozje do siebie? - zastanowiła się - Lepiej porozmawiaj z tatą o tym, nie jestem pewna czy wie coś o tym.
- Nie… oczywiście, że nie będą miały animozji względem siebie. - odparł wesoło gnom, stukając palcem okładkę księgi.-... niemniej, księga zawiera szaleństwo jednej bestii zapisane w słowach i jeśli je przeczytam, to i ja … i mój potwór poznamy to szaleństwo.
Po czym skinął głową dodając. - I masz rację. Powinienem porozmawiać o tym tomie z twoim ojcem. - Duże ryzyko. I dużo gdybania… - zauważyła Piwonia - Może powinieneś to przemyśleć i przebadać zanim zrobisz jakiś ruch. - kobieta była wyraźnie zmartwiona - Nie wiesz czy twój kontakt z bestią działa w ten sposób… do tego, czy istoty takiego typu odczuwają szaleństwo tak samo jak śmiertelnicy?
- Masz znów rację moja droga. Dlatego stoję tu przed tobą. Nie mam pewności czy księga zadziała. - odparł z uśmiechem gnom i dodał smutniej. - Ale jeszcze mniej nadziei pokładam w konwencjonalnej magii.
- No i jest jeszcze Fenuel. Ma ci pomóc z tym prawda? Takie są warunki waszej umowy. Może będzie mógł coś poradzić?
- Taaa… aczkolwiek…- odparł niechętnie gnom i dodał. - Pokusa władzy i potęgi dotyka zarówno śmiertelnych jak i arcyczartów. Wolałbym nie informować go o księdze,żeby nie wpadł na pomysł, by jej użyć na jakimś pechowym śmiertelniku, tylko po to by zyskać trochę więcej kontroli…- wzruszył ramionami.- Taka krótkowzroczność bywa typowa dla tych ambitnych typów.-
- On planuje, aby zostać bogiem. Manipulacja śmiertelników to już chyba zbyt… niski pułap dla niego.
- Nie ma nic zbyt niskiego dla nadmiernej ambicji. No i nie wiadomo jak potężna jest ta księga, może jej mieszanie w głowach nie ogranicza się do prostych umysłów śmiertelników. Uważam, że informowanie arcyczarta o tej sprawie… może poczekać.- zastanowił się gnom.- Póki co… najważniejsze jest to, by spętać wpływ księgi na rzeczywistość. Widziałem co potrafiła zrobić ze swoim poprzednim miejscem zamieszkania. Muszę mieć pewność, że tutaj tak szaleć nie będzie.
- Tata pewnie coś znajdzie. Jeżeli nie musisz mieć jej przy sobie to mamy chyba kilka pomieszczeń gdzie może być trzymana bez zagrożenia dla otoczenia.
- Nie. Nie muszę mieć jej przy sobie. Po prawdzie… nie powinienem. Będę… wdzięczny za tę pomoc. - rzekł nieco roztargnionym głosem gnom i uśmiechając się dodał. - Naprawdę wdzięczny. Usiądź przy mnie.-
A gdy to uczyniła zaczął opowiadać o swojej podróży… o bitwie na statku i koszmarze wewnątrz wieży i o chciwym burmistrzu z którym się o ową wieżę targował. - To wszystko naruszyło mocno moją kieskę. Będę musiał wrócić do zarabiania.- zaśmiał się na koniec.
- Na pewno szybko nadrobisz. Poza tym masz tu darmowe wyżywienie i nocleg, więc nie musisz się tym przejmować. - zastanowiła się chwilę nad słowami gnoma - Dziwne, żeby żaboludy tak daleko odchodziły od swych mokradeł. Chociaż to wyschnięte jeziorko które odkryłeś. Może susza idzie głębiej?
- Idzie głębiej i w wielu miejscach. I jeśli mędrcy z Evercrest nie rozwiążą owej kwestii, to susza prawdopodobnie się rozszerzy i wraz z nią zjawi się jej odwieczny kochanek… głód. I to właśnie głód wywabił żaboludy z ich siedlisk. - wyjaśnił Bajarz drapiąc się po brodzie. - Więc… sądzę, że ów Fern się zajmie tą sprawą, tym bardziej jeśli będzie musiał konkurować z mędrcami świątynnymi.-
- Porozmawiaj o tym z tatą. - ton dziewczyny był dziwny. Wydawał się być jednocześnie podekscytowany, ale i zmartwiony.
- Teraz?- zapytał gnom.
- Podejrzewam, że może dać ci istotne informacje.
- No to go poszukajmy… - rzekł gnom zsuwając się z łóżka, z księgą w dłoniach.
Dziewczyna poprowadziła Baltizara na dół. Dwór był absolutnie pusty. Jedynie Otto siedział przy ganku. Polał jakiś mocny trunek do dwóch szklanek i wskazał na miejsce przed sobą.
- Więc, mistrzu Harpenes. Co odkryłeś?
- Potencjalną broń na mojego przeciwnika.- odparł Bajarz siadając i kładąc na stole obwiązaną księgę.- Potrzebuję kryjówki dla niej i łańcuchów, które spętają jej wpływ i które tylko wybrane osoby mogłyby zdjąć.-
Karczmarz zerknął na księgę. Po chwili wydał z siebie grożące warknięcie, a Baltizar mógł przysiąc, że księga zadrżała. Otto położył na niej dłoń i tom utonął w drewnie lady. Pan Dworu wręczył gnomowi wykałaczkę. - Podrap nią dowolną drewnianą powierzchnię wewnątrz Dworu, a księga się pojawi.
Baltizar przyjął wykałaczkę dodając. - Zakupiłem też wieżę… nie wiem czy zostanę w Evercrest na zawsze. Być może kiedyś przyjdzie mi je opuścić. Wtedy klucze do niej i akt własności zostawię tobie. Nie sądzę bym był w stanie zabrać całą wieżę z Willow Creek ze sobą.- dodał żartobliwie.
- Lepiej zostaw ją Goodmanowi. - przyznał karczmarz - Kiedy wykonacie zadanie dla mnie i załatwicie wszystko w Evercrest, to my, w sensie cały Dwór, powrócimy do Pierwszego Świata. Do tego, nie porzucaj jeszcze tej posesji. Jej kontakt z rzeczywistością jest dość słaby, odpowiednio silny mag, mógłby ci ją przenieść do prywatnego pół-planu. - karczmarz się uśmiechnął - Może nie jestem w stanie opuścić tego budynku, ale wyczuwam nieprawidłowości w swoim otoczeniu. Wieża, o której mówisz jest jedną z kilku takich nieprawidłowości.
- Tym bardziej nie zamierzam zostawić ją Goodmanowi. Pycha lubi przysłaniać rozsądek. - stwierdził Baltizar pocierając czoło palcami. - Dlatego też chciałem ukryć przed nim właśnie księgę. Przypuszczam, że użyłby jej do jakichś trywialnych intryg.
Potarł brodę pytając. - Wiem jakie zadanie dla Azazela mamy tu wykonać, a co w takim razie mamy zrobić dla ciebie?-
Oczy Otto się delikatnie zaszkliły, Baltizar usłyszał delikatne chlipanie od strony Piwonii. Karczmarz odchrząknął. - Wybacz, wybacz. To… ciężki temat. Muszę wytłumaczyć całą sytuację. - karczmarz wciągnął powoli powietrze - Miałem królową. Żonę. Kochankę. Matkę moich córek i synów. Została mi skradziona, zabrana… odcięta od nas. Straciliśmy wtedy wszystko, podwładnych, większośc moich synów i królestwo. Aby nas uratować musiałem wyrwać Popielny Dwór z Pierwszego Świata i rzucić go między Plany. Teraz tułamy się, od Wieży Pharasmy po planety Materialnego Planu. Jesteśmy tutaj, ponieważ tutaj ona jest. Azazel ją dla nas odnalazł w zamian za pomoc jaką teraz wam daję, ale musicie zrobić jeszcze jedno. Kiedy ją znajdziecie… musicie ją zabić. - ból wymalował się na twarzy karczmarza, a Baltizar mógł przysiąc, że ujrzał jakieś zwierzęce echa w twarzy mężczyzny - Nie permanentnie oczywiście, Moja Najdroższa nie jest tak łatwo unicestwiona. Będziecie musieli jednak zabić jej fizyczną formę, odnaleźć w niej nasiono i przynieść do mnie. Wtedy wszelkie długi Azazel ma co do mnie będą spłacone, a wy… będziecie mieli wdzięczność jednego z Najstarszych.
- Toooo… trudne jest zadanie jakie stawiasz…- zastanowił się gnom. - Kapłanowi złego bóstwa, magiczce z mieczem i szaleńcowi. Nie mówię, że go nie podejmę ale… muszę ostrzec cię… nasza trójka to jest wyjątkowo słaba ręka. Trójka dwójek, a nie trzy asy.-
- Dlatego nie wysyłam was teraz. Bynajmniej nie jesteście gotowi na takie starcie. Do tego nie wiem dokładnie gdzie ona jest, ale tu znajduje się błogosławieństwo. Pewnie słyszałeś, że lokalny klan krasnoludów poszukuje jakiejś dawno zatraconej twierdzy? Moja żona jest powodem, dla którego jest zatracona. Przynajmniej tak twierdzi Azazel, a jestem przekonany, że nie odważyłby się mnie okłamać. Nie w tej sprawie. Więc, kiedy dojdzie do eksploracji twierdzy, kilka krasnoludów zginie, spanikują i zaczną werbować awanturników, aby wyzwolić te ruiny. Wtedy wasza trójka się zaciągnie, dla dobra miasta, wiary, bogactwa, wymyślicie powód. Plan w miarę prosty?
- Hmm… możliwe że trafię i do pierwszej wyprawy… - zastanowił się gnom. - Wyrabiam bowiem sobie renomę w miejscowym… jakby to ująć… towarzystwie archeologicznym.
Postukał palcem o księgę. - A co do Azazela… obaj wiemy kim on jest. Diabłem. Nie okłamał cię… to pewne. Jak i to, że pewnie nie powiedział wszystkiego co wie. Lubi rzucać okruszki, gadać ślicznie i oślizgle … jak… prawnik. - uśmiechnął sarkastycznie.- Pewnie ostatecznie zostanie bogiem prawników i kruczków prawnych.- - Mniej więcej. - przyznał karczmarz - Przeżyję, jeżeli wiedział dokładnie gdzie się znajduje i mi nie powiedział. I tak nie miałbym możliwości jej odzyskać sam. - zastanowił się chwilę - Jeżeli tam się udasz, rada ode mnie. Znajdź jakiś ekwipunek lub zaklęcia, które ochronią cię przed truciznami i energią nekrotyczną. Moja żona jest Królową Gnicia, matką Entalpicznego Życia, sama jej obecność pchnie cię do śmierci, aby z twoich zwłok narodziło się coś nowego.
- Uroczo. - odparł krótko gnom i podrapał się po brodzie. - Na razie to jednak rozmowa na później. Ani my nie jesteśmy gotowi zmierzyć się z nią, ani krasnoludy niczego nie odnalazły…aaa.. i jeszcze sprawa.-
Machnął ręką.- Okolica wysycha punktowo. To jest problem dla Evercrest w przyszłości.- - Będziesz w stanie pokazać gdzie dokładnie? To najpewniej ona. - przed gnomem pojawiła się rycina Evercrest i okolic.
Gnom jednak nie zwrócił na nią uwagi. Wyciągnął swoją mapę, rozłożył i pokazał. - Natknąłem się tu. - palcem stuknął kropkę z atramentu.- Ale pewnie to nie jest jedyne takie miejsce. -
- Nie, nie jest. Ale tak daleko nie sięgała jeszcze. - Otto wskazał kilka punktów na mapie - Tu zauważyliśmy jej korzenie. Zakładam, że też widziałeś jakieś narośla w tamtym jeziorku?
- Mhmm… i planowałem zwerbować miejscowych uczonych do zajęcia się tym problemem. Żeby mieli coś ciekawego i pożytecznego do robienia, zamiast potencjalnie węszyć wokół nowego kultu. - zastanowił się gnom drapiąc po czuprynie.
- Dobry pomysł. - przyznał Otto - Przyspieszy to odkrycie jej położenia i pewnie spowolni rozrost. Im więcej wody pochłonie tym silniejsza będzie i tym trudniej będzie dla was.
- To chyba wszystko z mojej strony. A z twojej? Wydarzyło się coś ciekawego w mieście? I…- gnom potarł czoło dodając.- … nie mów mi o Goodmanie i jego perypetiach z kochanką. Prywatne sprawy kapłana nie budzą mojego zainteresowania.-
- No, jutro będzie tu obiad dla ofiar Alchemika. Tak to wszyscy ostatnio żyli tylko tym. Jedynie większe zmiany w mieście mają do czynienia z Goodmanem i Kaylie, ale nie chcesz o tym słyszeć. Więc, to wszystko. Dziękuję za informację w sprawie twojego odkrycia. Dajesz mi… odrobinę nadziei.
- Nie ma za co. - stwierdził gnom chowając mapę. - W takim razie udam się na spoczynek. Jutro czeka mnie długi dzień, pełen negocjacji i podpuszczania jednych na drugich.
- A narzekasz na Goodmana. - odparł z uśmiechem karczmarz. Piwonia podążyła za Baltizarem.
- Mogę z tobą spać? Brakuje mi bliskości ostatnio.
- Owszem, jeśli chcesz. Nie krzyczę już chyba przez sen, więc nie będę ci przeszkadzał.- odparł Baltizar z uśmiechem.
Poranek w karczmie
Następnego poranka Baltizar obudził się w objęciach Piwonii. Powietrze wypełniał słodki zapach kwiatów. Kobieta ciągle smacznie spała.
Gnom spojrzał na dziewczynę, przez chwilę zastanawiając co należało zrobić w tej sytuacji. Ostatecznie postanowił pogłaskać ją po włosach. Wstał i zaczął się ubierać.
Pierwsza na jego liście była świątynia Shelyn, bo tam miał najwięcej do załatwienia.Wpierw jednak się ubrał i przygotował. Sięgnął po talię, potasował, wyciągnął kartę…
… i westchnął ciężko. Zagubiony. Karta przedstawiająca pokraczną sylwetkę nieumarłego rycerza. A konkretnie bodaka. Ta kreatura powstała pod wpływem przerażających i sprowadzających szaleństwo okoliczności była pozbawioną duszy i rozumu wyschniętą chodzącą skorupą. Nienawidzącym światła, życia i odczuwającą wewnętrzną pustkę karykaturą dawnego rycerza. Jako karta zagubiony oznaczał pustkę. Karta szaleństwa, obłędu, zagubienia i utraty tożsamości. Kogo oznaczała tego dnia? Baltizara?
Może… niemniej obecnie gnom nie czuł się zagubiony, nie czuł też specjalnie szalony. Świat miał swoją logikę obecnie, pokręconą i nieracjonalną, ale wewnętrznie spójną. Bodak nie oznaczał więc Baltizara, z pewnością nie dzisiaj.Wizyta w świątyni
Świątynia przywitała gnoma mniejszym ruchem. Poranek bardziej przyciągał wiernych Serenrae. Kilku strażników świątynnych przywitało gnoma skinieniem. Po kilku chwilach zauważył znajomą elfkę zakopaną w jakiejś księdze. Dari siedziała pod jedną ze ścian, jej oczy przykute do kartek książki, której gnom ledwo odczytał tytuł "Tajemnice Nocy Osirionu".
- Witaj…- rzekł podchodząc do niej wraz ze swoimi zwierzakami. - Ciekawa?
Dziewczyna podskoczyła słysząc głos gnoma. Spojrzała zza książki na gościa. - Nawet. Bardziej sprawdzam w poszukiwaniu błędów drukarskich. - elfka podniosła się z podłogi i uśmiechnęła do Baltizara - Więc, w czym mogę pomóc?
- O czym jest? - zapytał gnom wyciągając przy okazji plecaka trzy broszurki.
- Nowelka przygodowa. Opowieści młodego rebelianta z ulic Osirionu, masa biegania, gadania, seksu i w końcu… kończy się. Wydaję mi się, że autor stracił fabułę w połowie drogi.
- Hmmm… przyjdzie ci więc ocenić jak mi poszło.- zaczął podawać jej kolejne broszury. - To jest moja opowieść o wyprawie na alchemika. Mój dar dla świątyni. To… broszurka dla ciebie, o niej i o tobie. W formie opowiastki dla dzieci. To… ta sama broszurka, tyle że dla biblioteki świątynnej. Ostatecznie decyzję co do losów wszystkich trzech tekstów zostawiam tobie.-
Elka przyjęła broszurkę. - Naprawdę? I zamieściłeś mnie w niej? Wieczna Różo, matka przełożona mi nie wybaczy tego… - Dari zachichotała - Oczywiście, przejrzę i dodam do zbioru. Dziękujemy za daninę dla świątyni. Będziesz chciał coś wypożyczyć?
- Niestety nie będę obecnie czasu na czytanie. Może później, jak już załatwię sprawy… a propo… spraw.- gnom rozejrzał się po okolicy.- Nie wiesz może gdzie mogę znaleźć Erato?-
- Powinna być w części poświęconej Shelyn. Idź na wprost i kiedy będzie rozgałęzienie na trzy idź w prawo. Powinieneś ją łatwo zauważyć.
- Dzięki. Zjawię się za kilka dni, by sprawdzić jak oceniasz moje literackie wysiłki.- rzekł wesoło gnom i skłonił się ruszając ku nowemu celowi.
Gdy tylko znikł z jej pola widzenia, zacisnął mocno dłonie na kosturze starając się zapanować na podszeptami dobywającymi się z cieni i spojrzeniami ślepi zerkających na niegoi z każdej szczeliny. A gdy to mu się udało ruszył dalej, zostawiając swoich ochroniarzy z tyłu.
"Księga cię nie uratuje… Jesteś mój… Jeśli nie ja, to Popielny cię pożre…" szepty z ciemności były wyraźniejsze niż zwykle, ale zamilkły kiedy wszedł głębiej do świątyni.
Po kilku minutach dotarł do części potrójnej świątyni poświęconej bogini sztuki. Wewnątrz widział kilku kapłanów i paladynów Wiecznej Róży, wśród zgromadzonych łatwo zauważył Erato. Kapłanka stała przed stelażem, malując portret młodego pół-nagiego modela.
Gnom powoli podszedł do niej, obojętnie zerkając na zebrany w pomieszczeniu tłumek.- Jeśli mogę… przeszkodzić… na moment.- zaczął uprzejmym tonem.
Kobieta zerknęła na gnoma. - Och, oczywiście mistrzu Baltizarze. - zerknęła na swojego modela - Idź odsapnij na chwilę Vigo. Zjedz coś i napij się. - mężczyzna skłonił się kapłance i opuścił dwójkę. Matka Erato usiadła do jednego ze stolików i wskazała na siedzisko obok siebie - Usiądź proszę. W czym mogę pomóc? Herbaty?
- Chętnie. I tak… myślę że ty… że świątynia może. Tak duża i bogata biblioteka zapewne przyciąga mędrców w jej progi?- zaczął tłumaczyć gnom drapiąc się po brodzie. - Otóż… wracając z Willow Creek natknąłem się na wyschnięte jeziorko. Jak się okazało ostatnio częsty widok w okolicy. Takie obszary suszy pojawiają się wszędzie dookoła i prędzej czy później staną się poważnym problemem. Pomyślałem, że… możnaby zebrać uczonych Evercrest po to by zajęli się tą sprawą, zanim stanie się poważnym problemem dla miasta.-
Kobieta nalała naparu do filiżanki przed gnomem i sama upiła łyk. - Kolejne? Faktycznie słyszymy pogłoski o wyschniętych zbiornikach. Sądzisz, że to aż taki problem?
- Zostałem napadnięty podczas podróży po rzece z powodu właśnie tego problemu. Jak wiesz pani za suszą podąża jej nieodłączny kochanek. Głód. A z ich połączenia rodzi się wyjątkowo złośliwe dziecko… desperacja. - wyjaśnił uprzejmie Baltizar.- I te wszystkie stworzenia, które póki co siedzą sobie głęboko w bagnach i nie wadzą nikomu, ruszą w poszukiwaniu nowych łowisk. I będą zbyt głodne i zbyt zdesperowane, by unikać miast i wsi. W końcu lepiej umrzeć w walce niż konać z pustym brzuchem.-
Kapłanka pokiwała głową. - Dobrze, zgłoszę to do Barona i zorganizujemy wiec naukowy. Już raz pomogłeś temu miastu, nie mam powodu nie zaufać twojej ocenie.
- Cóż… uważam, że wiedza która nie służy niczemu jest niewiele warta. A piękno które nie jest podziwiane. - odparł Bajarz zerkając na kapłankę.- Jest bolesną stratą. A i… jeśli chodzi o mnie, to miałbym prośbę, bardziej prywatną. Otóż bowiem udałem się do Willow Creek by wydrukować broszurki. Z których dwie ofiarowałem bibliotece tej świątyni. Niemniej… - potarł brodę.- … nabyłem małą posiadłość na miejscu. A wraz z nią księgi. Część z nich jest w dość opłakanym stanie niestety. Ale część z pewnością może jeszcze służyć swą zawartością kolejnym czytelnikom. Je również chciałbym w przyszłości ofiarować tej bibliotece, bo choć cenię słowo pisane, to nie widzę potrzeby by owo słowo kurzyło się na półce w jakiejś wieży, do której zapewne zaglądać będę sporadycznie. I chciałbym poprosić o pomoc przy zorganizowaniu transportu tych ksiąg z Willow Creek do Evercrest. Nie teraz oczywiście. Ale niewątpliwie wkrótce.-
- Willow Creek, Willow Creek… a ta wieś rybacka, na zachód? Jakiś pomysł cóż to za tomiszcza?
- Różne, różniste. Szczerze powiedziawszy przyjrzałem się jeno pobieżnie. - przyznał Baltizar.- Trzeba je na miejscu posortować i wybrać te nadające się do biblioteki.-
- Zgłoszę do gildii, pewnie się znajdzie grupka do zdobycia szybkiej kasy. - kapłanka zastanowiła się chwilę - Czy zaszczycisz nas swoją obecnością na wiecu?
- Oczywiście. Jako obserwator. Nie jestem bowiem ni magiem, ni uczonym. Nie wypada mi się wtrącać w sprawy o których nie mam pojęcia.- odpowiedział skromnie Baltizar.
-
WIOSKOWA SZLACHTA
Kaylie od razu z karczmy skierowała się do biblioteki zahaczając tylko wcześniej o swój pokój, by zabrać z niego dwie z pożyczonych książek. Zachowała jeszcze najbardziej "pikantną" z nich do dalszej lektury.
Zamierzała wypytać o książki dotyczące wystroju wnętrz, rzeźby i magii jaka pomogłaby. Wątpiła, aby zaklęcia posiadała ta wioskowa czytelnia, więc pewno o nie będzie musiała uśmiechnąć się do Ferna.
Biblioteka Domu Odnowy przywitała arkanistkę zapachem papieru i skóry. Bibliotekarka wysłuchała zainteresowań Kaylie. Przeglądała przez chwilę katalog księgozbioru.- Obawiam się, że nie posiadamy tego zaklęcia w formie do wypożyczenia. Mamy natomiast kilka ksiąg traktujących o sztuce wystroju wnętrz oraz ozdobnictwa. - zaproponowała.
- Żaden problem. Zapoznam się z zaklęciem na miejscu, zaś tamte księgi byłabym skora wypożyczyć. - stwierdziła.
- Oczywiście. - rozpisała coś na kartce po czym zaklikała językiem. Po kilku sekundach przy dwójce kobiet pojawił się niewielki golem. Bibliotekarka wręczyła mu kartkę, konstrukt spojrzał na papier po czym odbiegł w głąb biblioteki - Za kilka minut przyniesie księgi. Mogę jeszcze w czymś pomóc?
"- W zdobyciu miłości Khala Freya!" chciała powiedzieć, gdy zaprzeczała pytaniu. Chciała już się odwrócić nim zatrzymała wpół kroku, aby zapytać o poznane ostatnio "szlachcianki", czy może ponownie zjawiły się dziś w bibliotece. - Powinny być w czytelni. - bibliotekarka wskazała segment biblioteki gdzie Kaylie zauważyła kilka wygodnych kanap i foteli.
Ciągle nie czuła się pewnie, jeżeli chodzi o prowadzenie rozmów z napotkanymi osobami, a takimi były te kobiety z Evercrest. Mimo udawanej pewności siebie, prześwitała niepewność i wstyd zza pewności kogoś, kto uważa się za wyżej urodzonego.
Mimo niepewności udało jej się skierować rozmowę na tematy ją interesujące. W końcu nasłuchała się o sposobach prowadzenia rozmów "na salonach" i przynajmniej podłapała pewne podstawy, prawda?
-
Jak w życiu wyglądają romanse w Evercrest? Czy są tak fascynujące jak w książkach? - zapytała, choć w tyłu głowy miała już odpowiedź. Przecież nie mogły być inne, prawda?
-
Romanse? - zapytała jedna - W sensie zdradzanie męża czy etap zalotów?
Kaylie zaśmiała się lekko. -
Przecież męża to niskie klasy zdradzą lub niższe szlachetnością charakteru. To na pewno tylko w książkach. - powiedziała to z całkowitą naiwną pewnością... bardzo dziecinną. Praktycznie dziewiczą. - Miłość przed zdradą chroni wyżej urodzonych.
Kobiety spojrzały po sobie. -
Jasne… więc, chodzi ci o zaloty. - przewodząca grupie blondynka zaczęła - No, mój mąż zaczął od przynoszenia mi bukietów i biżuterii. Później zapraszał na kolację z dziczyzny, którą sam upolował. W końcu zaczął zabierać mnie na wycieczki po głuszy…
-
Puszczalska. - skomentowała jedna z jej koleżanek.
-
I to mówi ta, co się dała w ogrodzie?
-
O czym ty gadasz? Mój mąż nie dostał mnie przed ślubem.
-
Ona nie o mężu mówi. - na co Kaylie zasłoniła usta w szoku.
Blondynka odchrząknęła. -
Mniej więcej tak to wygląda. Tradycyjnie. Chłop się stara, obiecuje ci diamenty, zamek i smoka. Dostajesz paciorki, wille i pieska.
-
Ale przecież to nie koniec. To traktowanie będzie trwało i w związku. - stwierdziła jakby chcąc siebie samą przekonać.
-
Okazjonalnie. - przyznała szefowa - Na urodziny, rocznicę… jakieś święto zakochanych. Tak długo jak będzie pamiętał. Mnie też już tak bardzo na tym nie zależy.
-
Ale... przecież to ważne. Istotne, aby wszystko ciągle podtrzymywać, by uczucie nie zgasło, byś nie była traktowana jako ktoś, kto po prostu się pałęta w mieszkaniu, aby była miłość! - upierała się magini.
Kobieta się zastanowiła. Najwyraźniej myślała w jakie słowa ubrać smutną prawdę. -
Miłość… to skomplikowane uczucie. Przechodzi przez fazy z wiekiem. Zaczyna gorąco, pełna pasji, energii i entuzjazmu. - kobieta gestykulowała dłońmi próbując dać obraz swoim słowom - Z czasem się uspokaja, ogień gaśnie, ale zostaje ciepło. Na srebrne lata kiedy twój mężczyzna będzie miał kłopot, aby przypomnieć sobie gdzie zostawił buty, będziesz się cieszyła z każdego drobnego gestu. To, że nie morduje dla ciebie codziennie smoka nie znaczy, że mu nie zależy na tobie. Po prostu nie zależy mu już, aby ci zaimponować. I tobie powinno też przestać na tym zależeć.
-
Ale... - kobieta wyglądała na zdezorientowaną - Prawdziwa miłość nie zanika. Ciągle jest to ciepło. Ekscytacja z jego dotyku, ciągle są gesty i słowa, tak jak w książkach opisują! Niższe stany potrafią zadowolić się niskimi przyjemnościami bez uczuć, szlachta rozumie siłę miłości i jej trwałość. Ona nigdy się nie kończy, nie może!
Kaylie wyraźnie musiała żyć w fantazji i zaprzeczać temu co się dzieje.
Kobiety spojrzały na Galtiankę z lekką dozą politowania. -
To naprawdę urocze, że w to wierzysz. I kto wie, może znajdziesz partnera, który sprawi, że tak będzie wyglądała wasza miłość. Pytałaś jednak jak wyglądają sprawy w Evercrest. I wyglądają tak jak wszędzie.
-
Więc według was... to jest norma...? - zapytała zdziwiona galtianka - Zwyczajne dla szlachty? Jak wy możecie w tym żyć? Jak możecie się na to godzić?
-
Dostałyśmy to co ty opisujesz za młodu. Teraz… to wszystko wydaje się na wyrost. Sztuczne. I męczące. Wole swoje spokojne życie u boku tego, który sprawił, że jak byłam młoda świat zawirował i ciągle jest w stanie to wywołać raz na jakiś czas.
PORADY OD GNOMA
Galtianka siedziała pod ścianą przy wejściu do biblioteki czując się całkowicie załamana i pokonana. Łzy tańczyły jej w kącikach oczu, a ból w klatce ściągał jej powietrze z płuc. Chciała bić pięściami w ziemię i wywalić z siebie okrzyk pełen żalu i zgorzknienia. To nie mogła być prawda! To kłamstwo wioskowych “szlachcianek", co nigdy prawdziwej miłości nie zaznały! Plebs!
Schowała twarz w dłoniach jakby w ten sposób chciała łzy powstrzymać.
Gnom właśnie zakończył negocjacje z Erato i był w dobrym nastroju. Podążał powoli stukając laską z dwójką swoich ochroniarzy za sobą. Gdy ją zobaczył, nastrój mu się pogorszył. Pamiętał jak niestabilną potrafi być przyboczna kapłana. Jakby kobiecy czas był u niej nieustannie. Pewnie cierpiała na wściekłość macicy… czy jakoś tak. I teraz oczywiście… płakała. Kobieta machająca mieczem na prawo i lewo, miotająca czarami, zabijająca wszystko co wejdzie jej w drogę… użalała się nad sobą. Doprawdy, co deprymujący widok.- Coś się stało?- zapytał siląc się na współczujący ton głosu.
Słysząc głos gnoma, Kaylie szybko otarła oczy ręką i spojrzała wyżej... choć zadzierać głowy nie musiała nawet z siadu.
-
Nie. - odpowiedziała prawie zirytowanym tonem, siląc się na ukrycie rozedrgania głosu jaki ją próbował zdradzić.
-
Wiesz że spytałem tylko przez grzeczność. Bo już z daleka było widać, że się rozklejasz. Pytanie tylko czemu. - odparł gnom przyglądając się kobiecie beznamiętnie.
-
Bo na tej wsi nawet nie wiedzą nic o związkach z prawdziwej miłości... - fuknęła nie chcąc podnosić głosu, by nikt więcej nie usłyszał.
-
A czego niby potrzebujesz się dowiedzieć? Zwykle ciało i intuicja są w takich kwestiach przewodnikiem. - mruknął beznamiętnie gnom drapiąc się za uchem i czerpiąc z własnych doświadczeń.
-
To jaka jest twoja opinia o tym, jak normalnie wyglądają związki? - poddała się ponownie przecierając oczy - Też nie rozumiesz siły miłości? Jej trwałości na życie?
-
Nudno… normalne związki są nudne. Popadają w stagnację, w ciche ciepło usypiające uczucia, myśli… są zadowalające, ale nudne. Ciebie coś takiego nie czeka.- wzruszył ramionami Baltizar. - Twój fach nie daje ci szansy na nudny związek, czy na uśpienie w zadowoleniu.-
-
Chcę zawsze by mój partner obsypywał mnie tymi słodkimi słowami, by gesty stosował, zawsze trwał przy mnie... To przecież się dzieje! Z czego innego jak nie z życia pochodzą historie miłosne w niektórych książkach? Jak on szepcze jej do uszka, gdy tuląc ją zasypiają razem? - głos jej ponownie zadrżał.
Z kłamstw piszącego… gnom dobrze wiedział jak retuszowane są takie historie. Sam to robił dopasowując wersje do widowni. Ale tego naiwnej dziewczynie nie rzekł. -
Za dużo lukru jak dla mnie. Wolę więcej ognia i kajdan i pejczy i macek. - machnął ręką, po czym potarł dłonią brodę. - Permanente zauroczenie osoby rozwiąże twój problem. Ja bym wybrał dominację, ale co kto lubi…
Potarł kark dodając. - Jeśli jednak jesteś ambitna, musisz kochanka wytresować. -
Wytresować? - zdziwiła się - Ja chcę być prawdziwie kochana... Nie z przymusu... - spuściła wzrok - Nawet takie jednonocne związki są... - pokręciła silnie głową.
-
Noo… będziesz kochana. Będzie wielbił ziemię po której stąpasz, będzie całował stopy… będzie służył swojej pani wielbiąc niczym boginię.- stwierdził gnom wykonując gest dłonią. - Są takie kobiety, które bez pomocy magii mogą zmienić wybranka w takiego posłusznego wielbiciela. Przekuć uczucie miłości w uwielbienie.-
-
I... sądzisz, że tego by Viktor chciał?
-
Może. Nie wiem jakie ma fantazyje łóżkowe.- wzruszył ramionami Baltizar. - Nie sypiam z nim, więc nie wiem.
Spojrzał na magiczną wojowniczkę mówiąc. - Ja bym się na twoim miejscu zastanowił co ty chcesz i jak chcesz to osiągnąć, bo najwyraźniej ślepe mu posłuszeństwo nie pcha cię w tym kierunku. Cóż… mężczyźni rzadko doceniają to co dostają bez wysiłku. -
Czyli... Co mam robić? - zapytała wyraźnie zagubiona.
-
Na początek… ubierz się jak niewiasta. Wybierz suknię przyciągającą wzrok. Potem zażądaj kolacji przy świecach. I niech cię adoruje. - poradził gnom.- Niech robi te… wszystko co tam chcesz, niech cię wielbi. I niech się dobrze spisze, jeśli na końcu ma zobaczyć jakie majtki założyłaś pod suknię. W innym przypadku… niech liże klamkę do twojej komnaty. To tak na początek.
-
To nie zniechęci go do mnie? - zapytała z obawą - Nie rzuci mnie przez to?
-
Jeśli rzuci, to od początku cię nie kochał. - ocenił gnom po namyśle. I wzruszył ramionami. - Zawsze możesz zostawić wszystko tak jak jest. I dalej płakać po kątach.
-
Może spróbuję... - oparła po chwili - Ale to te kobiety mnie zmusiły do płaczu... ich gadanie o związkach…
-
Mają mężów zapewne i są z nich dumne, mają dzieci, może wnuki. - stwierdził Baltizar.- Słyszałem to nie raz. Zwykły szczęśliwy żywot chłopów i mieszczan. Gdybyś chciała takiego, to byś nie łaziła z przypasanym mieczem.
-
To tutejsza szlachta…
-
Kury domowe.- stwierdził z nutką pogardy gnom.- Udają zadowolone z życia, a czekają w podnieceniu na jakiegoś bandziora który wdarłby się do ich komnaty, by je wyobracać pod pościelą.
Kaylie westchnęła i wstała z ziemi. -
Dzięki, Baltizar. Poprawiłeś mi nastrój. - nachyliła się ku gnomowi i dała mu krótki cmok w policzek - I radę postaram się wprowadzić w życie.
-
Powodzenia.- odparł gnom i zamyślił się. - Ponoć u miejscowego maga masz chody? Jaki on jest?
-
Poprosiłam by pomógł mi z nauką pewnych tematów magicznych. - wyjaśniła zdziwiona - Raz dziennie do niego na nauki chodzę. Początkowo myślałam, że się nie dogadamy, ale wyszło lepiej niż zakładałam. To na pewno paranoik, ale nic zaskakującego po wieszczu. Chyba ceni moje zrozumienie elfickiej natury, a na pewno szlacheckie urodzenie. - powiedziała z cichą dumą.
-
Są jakieś konkretne wymagania co do audiencji u niego? Jakiś list trzeba wysłać, zapukać trzy razy?- zapytał Baltizar.
-
Ja przekazałam mu list proszący o audiencję, jaki strażnicy rezydencji Barona mu zanieśli.
-
Hmmm… więc czeka mnie pisanie listu. - zamyślił się gnom. - No cóż… skoro trzeba, to trzeba.
-
Jeżeli chcesz mogę wstawić się dziś za ciebie lub przekazać informacje. Co w ogóle od niego chcesz?
-
Zaprosić na wiec uczonych. Myślę, że tak ważna persona będzie potrzebowała trochę wazeliny słownej, by przybyć. - ocenił Bajarz.
-
Chcesz bym o tobie wspomniała sama, czy wolisz to sobie zostawić? Możliwie ten wieszcz już nawet wie, że do niego przyjdzie gnom, więc nie zdziw się.
-
Jakoś nie wiedział dotąd o obszarach suszy występujących w okolicy. I innych problemach nawiedzających Evercrest.- ocenił sceptycznie Baltizar i dodał.- Wspomnij, może dzięki temu mój list szybciej dotrze do niego.
-
Jego wizje nie są jasne, więc o mnie wiedział o wiele wcześniej, choć tak naprawdę bez szczegółów zrozumiałych. Gadał wszystkim, że oczekuje takiej najemniczki, choć wydawało się, że nie trafił. Mówił też, że smok będzie w mieście... Tylko myślał chyba o takim dużym, nie dziecku jak Brandelan. - lekko zaśmiała się.
-
Czyli niczego nas interesującego nie wypaplał?- zapytał retorycznie Bajarz zerkając na swoich, nudzących się, ochroniarzy.
-
Taki paranoik? Zapomnij!
-
Bardziej pasuje mi tu inne słowo na p. Pechowiec. - ocenił gnom drapiąc się po czole. - Więc teraz będę musiał napisać list. No i wizyta w świątyni osy jest jeszcze do zrobienia. Cisza z ich strony… niepokojąca.
-
O czym mówisz? - zapytała nie będąc w temacie.
-
Hmmm… w tym mieście jest kilka dużych świątyń. Nie uważasz, że przybytek Calistrii jest trochę za… cichy? Metaforycznie oczywiście.- machnął ręką gnom.- Ostatnio wiele się dzieje w mieście i… brak aktywności ze strony służek Smakowitego Żądła deczko mnie niepokoi. Wolę się upewnić, że miejscowi wyznawcy całkowicie się pogrążyli w aspekcie żądzy… zapominając o pozostałych dwóch, zemście i podstępach.
-
Myślisz, że coś im się stało tam?
-
Myślę, że ta cisza z ich strony jest niepokojąca. - odparł Baltizar.
-
Potrzebujesz pomocy na wszelki wypadek? - zapytała.
-
Nie sądzę, by mi coś groziło jeśli wejdę otwarcie do świątyni. Mam swoich… pomocników… - gnom wskazał dłonią na “zwierzaczki”.- … niemniej możesz iść ze mną. Może się czegoś przy okazji tam nauczysz.
-
Mam jeszcze czas na nauki u Ferna. Pójdę z tobą. Może pobronię twój tyłek. - zgodziła się.
-Może… choć… nie wiadomo czy bój który tam przyjdzie nam stoczyć, będzie odpowiedni dla tak niewinnej niewiasty. - ocenił gnom i ruszając stanowczym krokiem wyznaczył ich kolejny cel. Świątynię Calistii.
Kaylie burknęła niezadowolona.
-
Viktor
Dzień ruszał do przodu i zbliżała się pora obiadowa. Viktor zobaczył Lilię prowadzącą kilka ładnych dziewczyn, chociaż było w nich coś innego.
Rudowłosa córka władcy Dworu pomachała do adwokata.- Hej, Viktor. Szykujemy już wszystko na obiad dla rodzin ofiar. - wzięła mężczyznę pod rękę - Chodź powiesz co myślisz.
Księżniczka i kapłan weszli do pomieszczenia, Viktor nie był pewny którego. Być może już je widział, być może Otto przyzwał je na potrzeby tej okazji.
Pomieszczenie było gościnne bez wchodzenia w ostentację, było to miejsce aby ukoić serca a nie zaimponować bogatym gościom. Pomieszczenie było podłużne z niskim sufitem, ściany pokryte panelami z ciemnego drewna, wypolerowanego wiekiem. Proste latarnie wypełniały pomieszczenie spokojnym, ciepłym światłem. W drugim końcu pomieszczenia kominek dodawał atmosfery bezpieczeństwa i domu.
Długi, drewniany stół przykryty jasnym obrusem dominował pomieszczenie. Prosty, nie przyozdobiony, ale schludny. Proste ceramiczne talerze stały na swoich miejscach, w towarzystwie platerowanych sztućców i kubków. Szklane dzbany z wodą, winem i sokami owocowymi były rozmieszczone co kilka siedzisk. Oferowane jedzenie nie było wystawnie bogate. Pieczone kurczaki, gęsi i dzikie ptactwo, chleb świeży i pachnący niczym dopiero co opuścił piec, zupy bogate w warzywa i zioła. Dania, które nawet zamożniejsi z gości widzieliby na specjalnie okazje.
Widać też było też kilka delikatniejszych akcentów.
Suszone kwiaty w wazonach oraz świeże owoce, jabłka, jagody, czereśnie w miskach dodawały wszystkiemu cieplejszych barw, całość dokańczały świece w niedopasowanych świecznikach. Nie było złota czy srebra, niczego co by krzyczało szlacheckim przepychem.- Tata chciał urządzić obiad dla prostych ludzi, aby czuli się tu bezpiecznie. Jeżeli sądzisz, że trzeba coś zmienić, powiedz, w kilka chwil będzie jak ci się wymarzy. - zerknęła w jeden róg pomieszczenia - Och… naprawdę? Jest niemożliwy. - podążając za wzrokiem dziewczyny Viktor zobaczył mniejszy stół, były na nim dania podobne do tych na głównym stole, ale zauważył też różnego rodzaju słodkości i łakocie - Każde dziecko, które dostanie w swoje łapska rozpieszcza...
Baltizar i Kaylie
Świątynia Calistrii przywitała stała przed gnomem i Galtianką.
Bardziej poświęcony ogród niż masywna świątynia, otoczony wysokim ozdobnym murem z jasnego piaskowca. Ryciny tańczących elfów, chmar os i kochanków zamkniętych w swych objęciach spoglądały na nowo przybyłych z każdej ściany.W centrum ogrodu stał drewniany ołtarz z ciemnego, polerowanego mahoniu na którym stał posąg Nienasyconego Płomienia. Calistria zostałą zaprezentowana w swej najbardziej znanej formie. Ponentnej elfki, pełnej gracjii i zanęty z jedną ręką wyciągniętą w zapraszającym geście, natomiast w drugiej pozłacany bicz. Z jej pleców zaś wystawały stylizowane złote skrzydła osy.
Powietrze wypełniał zapach kadzideł, jaśmin wymieszany z miodem pitnym palił się w koksownikach otaczających ołtarz, mieszając swą woń z wszechobecnym zapachem żywicy.
Ogród wypełniony był chudymi drzewami, rozstawionymi w rzędach odchodząc od ołtarza.
Ich gałęzie uginały się pod ciężarem gniazd os, które robiły za świętych strażników domu Calistrii. Kapłanki przemieszczały się pomiędzy chmarami, nie zważając na bzyczenie owadów czy ich okazjonalny odpoczynek na ciele wiernej. Zwykli wierni i goście musieli zważać na insekty, inaczej ich użądlenia szybko by przypomniały im iż ból i przyjemność często podróżują razem.Centralny ołtarz był otoczony kamiennymi ławami, zapraszając wiernych do dłuższego pozostania. Natomiast nieco dalej, ukryte wśród drzew były zakryte jedwabiem altany gdzie bardziej… prywatne sakramenty mogły mieć miejsce.
Wśród zgromadzonych Baltizar i Kaylie spostrzegli kobietę najwyraźniej przewodzącą temu zgromadzeniu.
Wysoka i smukła kobieta ubrana w jedwabie w kolorze złota i czerni, odsłaniających tak dużo skóry jak tylko można. Złota biżuteria zdobiła jej szyję, nadgarstki i kostki, stylizowana oczywiście w osy i żądła.Czarne włosy związane i trzymane w miejscu bursztynowymi grzebyczkami, pozwalały tylko kilku luźnym kosmykom opaść na jej smukła twarz i zachęcający uśmiech. Piwne oczy spoczęły w końcu na nowo przybyłej parze, a kobieta skinęła dwójce zapraszając do siebie.
[media]https://i.imgur.com/efa4LUx.png[/media]
- Witajcie, witajcie. - kobieta uśmiechnęła się do dwójki Azazelitów - Nazywam się Seralyth Veyra, w czym dom Calistrii może wam pomóc?
- Hej, Viktor. Szykujemy już wszystko na obiad dla rodzin ofiar. - wzięła mężczyznę pod rękę - Chodź powiesz co myślisz.
-
Świątynia Calistri
Galtianka nie była miłośniczką os, jakie wszędzie tu latały. Na szczęście Azazel nie miał jakiegoś ulubionego pupila, jaki bzyczałby po świątyni, Nie był w końcu panem much. Nie mogła jednak zaprzeczyć kunsztowi dekoracji tego miejsca. Dotacje dostawali chojne, to musiała przyznać.
- Mój gnomi kompan martwił się o was. - skinęła głową na Baltizara - Ale to chyba jego miejsce wylać swoje troski.
Gnom rozglądał się w zamyśleniu, szukając tego co jest pod powierzchnią. Nie widział jednakże nic, jedynie gdzieniegdzie pęknięcia w cieniu. Przez które to zerkały ślepia wysuwały się macki i ociekające śluzem jelita… i krew wypływająca strużkami z gniazd os. I obłęd w oczach niektórych kochanków. I rozpacz pod ich uśmiechami.
Wzdrygnął się niczym uczniak wywołany do tablicy, gdy usłyszał słowa Kaylie. - Przepraszam, zamyśliłem się. - rzekł i potarł czoło.- O czym to ja. O tak… wiele się ostatnio wydarzyło i niedawno mijałem wysuszone w nienaturalny sposób źródło wody. Więcej jest ich takich w pobliżu. I staną się prędzej czy później problemem dla miasta. Więc… - podrapał się po karku. - … z pomocą naczelnej kapłanki Erato zamierzam zorganizować wiec uczonych, co by mogli podyskutować i znaleźć rozwiązanie takiego problemu. Wydało mi się niestosownym nie skierować takiego zaproszenia do wszystkich ważniejszych świątyń w mieście. Więc z tego powodu tu jestem. Oczywiście…- machnął ręką po okolicy.- … zdaję sobie sprawę, że wysychające niecki nie leżą obszarze zainteresowań Calistri. Niemniej jeśli w gronie kapłanek i wiernych są osoby obeznane z obszarami wiedzy mogącymi być przydatnymi w tej sytuacji. Cóż… wiec taki jest okazją do zaprezentowania świątyni od najlepszej strony.-
- Faktycznie, zgromadzenia naukowe nie leżą w zainteresowaniach naszej pani. - przyznała kapłanka - Jednak skąd pańskie zainteresowanie naszym udziałem? I, co ważniejsze, jak się pan spodziewa iż ów udział będzie wyglądał? Erato i pozostali mogą zorganizować miejsce, księgi, porozsyłać zaproszenia. Opinia o mojej świątyni nie jest mi obca i wiem, czego ludzie będą się spodziewać. Nie mówię, że będą się mylić, ale jakiż jest twój plan mości gnomie?
- Obawiam się że w naturze mojej rasy nie leżą aż tak dalekosiężne gdybania.- zaśmiał się Baltizar.- Nie jestem wszak krasnoludem. Uznałem po prostu, że nietaktem byłoby pominąć tą wspaniałą świątynię, nawet jeśli nie zdecyduje się ona wysłać własnych przedstawicieli ną ty dyskusję. O jej kształcie… nie będę decydował, nie będę jej głównym organizatorem.-
- Rozumiem. Mogę jednak zapytać, skąd twoje przejęcie naszą dolą? Nie należysz do grona naszych wyznawców.
- To nie znaczy, że nie sympatyzuję z ideami… przynajmniej niektórymi waszej Pani.- odparł uprzejmie gnom i rozejrzał. - No i życie nauczyło mnie, że dobrze jest być pozytywnie postrzeganym przez miejscowy kler, a musisz przyznać twój zachwycający przybytek jest jedną z trzech najważniejszych świątyń w mieście.-
- Och? A czyjeż są pozostałe dwie? - delikatnie łobuzerski uśmiech pojawił się na twarzy kapłanki.
- Z tego co wiem Shelyn i dwóch pozostałych bóstw, oraz Abadara?- zapytał retorycznie Bajarz drapiąc się po karku.- W każdym razie tak mi mówiono. Czyżbym się mylił?-
- A ktoś mi się skarżył, że będziemy mieli na dniach nową świątynię w mieście. Słyszeliście coś o tym?
- Ponoć tak. - wzruszył ramionami Bajarz.- Ale co to za świątynia? Bez wiernych. Pusty budynek.-
- To miejsce. - wskazała na ogród poświęcony Calistrii - Zaczęło jako zwykły ołtarz z wyrzeźbioną osą. Nie umniejszaj ważności miejsca przez jego początki.
- Niemniej to nie ołtarz przyciągnął wiernych, to nie on zbudował tę społeczność wyznającą Calistrię, tylko kapłanki i kapłani jej służący. Sam budynek to tylko początek, czy z niego wyrośnie kult…- westchnął gnom. - To już leży w ustach i dłoniach czcicieli bóstwa.-
- Tak długo jak Kozioł zapamięta swoje miejsce, nie będzie problemu. Zgłoszę się do Erato, może znajdzie się jakieś zajęcie dla mojej świątyni.
- Nie mnie w to wnikać pani jak plany ma Kozioł. - odparł uprzejmie gnom. - Boską politykę zostawiam bogom i ich klerowi.
Skłonił się przed kapłanką i spojrzał na dotąd milczącą Kaylie.- To… co … chcesz się rozejrzeć po świątyni w ramach dokształcania? - Czemu nie... Chociaż pooglądam ten wystrój, aby się dokształcić w potrzebach świątyń. - zdecydowała.
- Och? - kapłanka uniosła brew na słowa Kaylie - Pani bierze też udział w budowie?
- Tak, od strony... estetycznej. - przyznała - Wyposażenie, jak i ozdoby pomieszczeń.
- Chodziło mi o… a zresztą nieważne. - machnął ręką Bajarz.
Kapłanka zachichotała. - Ohoho… widzę, że mości gnom ma typ. - zerknęła na Kaylie - Tu znajdziesz jedynie coś co jest miłe Calistrii moja droga. Jeżeli chcesz pomóc zrobić świątynię, taką, żeby ten niezdecydowany diabeł był zadowolony, będziesz musiała zrobić ją pod niego.
- Mości gnom ma doświadczenia. - uściślił Baltizar uprzejmie.
- Jeżeli zrobiłabym ją tak jak ja go widzę... Byłby bardzo niezadowolony. - burknęła galtianka.
- Ach, widzę, że rekrutował swój kler w tradycyjny sposób. Potraktuj to w takim razie jak zlecenie. Im bardziej mu się spodoba tym większą nagrodę dostaniesz.
Bajarz nie wtrącał się w tę wymianę zdań, bądź co bądź nie dotyczyła go. Jego spojrzenie wędrowało po okolicy, na moment zatrzymując się na ołtarzu. Wspomnienia… i wizje pomieszały się na moment, przez co lekko zbladł.
Kaylie nie zwróciła uwagi na gnoma najwyraźniej za bardzo przejęta słowami o klerze. - Ja przepraszam, ale ja do kleru nie należę. - zaprzeczyła silnie swoim galtiańskim akcentem.
- Alternatywa jest gorsza moja droga. Szczególnie, że "dla niego" pracujesz. Nie mam złych intencji. Zapraszam cię oczywiście do zwiedzania, a jeżeli jesteś zestresowana, to jedna z moich sióstr czy braci chętnie pomoże.
- Czy... Czy ty mówisz o... - zaskoczenie było wyraźne na twarzy kobiety.
- Tak. Tak. Mówi o tym. Choć myślę, że dla ciebie bardziej wskazane byłyby traktaty o tematyce łóżkowej, może z rycinami. Wiesz… dla inspiracji na później.- wtrącił gnom.
- Jeżeli oczywiście jesteś w związku, nie ośmielili byśmy się przyczynić do zdrady. Nie istnieje większa zbrodnia dla naszego kościoła. Możemy zaoferować masaż.
- Ale te osoby... Robią to wszystko z własnej woli...? - zapytała z prawdziwą troską.
- Oczywiście. Niektóre mogą chcieć udawać przymus, ale nikogo nie zmusimy do zrobienie czegoś, czego by nie chciał.
- Tak Kaylie, robią to z własnej woli lub przekonania. Przybywają tutaj by się uwolnić od okowów “moralności” i przekraczać granice które mają w swoich głowach. - wtrącił gnom niecierpliwym tonem. - I realizować swoje fantazje… skoro to już ustaliliśmy, to może pójdziemy po tą książkę dla ciebie lub się rozejrzyjmy, co byś się doedukowała?
- Jesteś mrukliwym, nudnym przykurczem, wiesz? - galtianka odezwała się do Baltizara - Rozejrzę się... książki już w bibliotece ogarnęłam.
- Możesz to uczynić sama? Ja mam jeszcze jedną świątynię do odwiedzenia. - stwierdził gnom i skłonił się kapłance Calistrii. - Dziękuję za poświęcony czas i uwagę.-
- Oczywiście. - odwzajemniła skłonieni - Mogę jeszcze w czymś pomóc? - to pytanie było skierowane do Kaylie.
- Polecasz jakieś miejsca, jakie powinnam tutaj zobaczyć? - zapytała.
- Zależy czego poszukujesz?
- Chcę zobaczyć istotne dla waszej religii miejsca i ich sztukę, chcę zrozumieć waszą boginię poprzez wygląd świątyni.
- Jeżeli chodzi o sztukę, to oczywiście statua naszej pani. Możesz też obejrzeć mur okalający naszą świątynie. Jest pełen rycin i płaskorzeźb.
A gnom w tym czasie w milczeniu się oddalił, tuż za nim podążyła dwójka jego zwierzaków.
Zaś Kaylie zezwolono na zwiedzenie teren świątynny. Ściany muru okalającego ogród faktycznie były ozdobione płaskorzeźbami. Niektóre powtarzały motywy Calistrii, osy, noże oraz seks.Niektóre natomiast przedstawiały elementy historii boginii, jak została zdradzona przez swojego kochanka i jak zemściła się na nim. Jej udział w uwięzieniu Rovaguga również został uwieczniony, chociaż postać Niszczyciela została umniejszona. Przechadzając się tak wśród bzyczenia os, które trzymały swój dystans od Galtianki, usłyszała nowy dźwięk, kobiecy chichot. Znalazła się obok jednej z przesłoniętych jedwabiem altan, której lokatorzy nie zauważyli jeszcze obecności Kaylie. Kobieta i mężczyzna poruszali się w sensualnym objęciu, eksplorując swoje ciała i dzieląc przyjemność pocałunku.
Straż Miejska
Bajarz zostawił kobiety samym sobie kierując się do wyjścia. Zobaczył tu już wszystko co chciał zobaczyć. Teraz pozostało opuścić ten przybytek i udać się na poszukiwanie Filli. Ona wszak powinna być rozwiązaniem kwestii ostatniej z świątyń, a jeśli nawet nie była, to wskaże tego do którego musiał się udać. Więc… czas udać się do budynku straży miejskiej.
Budynek przywitał go typowym ruchem i zgiełkiem. Strażnicy i urzędnicy pokierowali Baltizara do jednego z bocznych pokoi gdzie Filia właśnie przeglądała jakiś notatnik. Komendant straży zerknęła na gnoma.- Pan Harpaness. W czym mogę służyć?
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Pewnie dużo jest pracy w mieście… otóż, w okolicy zaczęły się pojawiać obszary nadnaturalnej suszy. Co powoduje na razie drobne niedogodności w okolicy i w przyszłości może stać się dużym problem. Z pomocą świątyni Shelyn organizuję coś w rodzaju zebrania mądrych głów i cóż… chciałbym zaprosić do grona mędrców służących Abadarowi, by i oni dołożyli swoje pomysły. Myślę że taka debata nikomu nie zaszkodzi, a może pomóc.- zaczął pospiesznie mówić gnom. - Nie orientuję się jednak do kogo powinienem się zwrócić w tej sprawie.-
- Świątynia Abadara znajduje się blisko marketu, ale pewnie by pan nie odróżnił od zwykłego urzędu, gdyby pan nie wiedział czego szukać. Przekaże to kapłanom jak wpadnę do nich wieczorem. - kobieta odłożyła notatnik - Proszę dokładnie opisać sytuację, jeżeli to coś co zagraża miastu, powinnam wiedzieć czy należy jakieś przygotowania zorganizować.
- Obszary nienaturalnej suszy. Wyschnięte jeziorka i bagna. Same w sobie niegroźne, acz…- wzruszył ramionami gnom.- Susza oznacza głód dla istot żyjących przy jeziorkach, głód oznacza migrację w rejony gdzie da się go zaspokoić. Na przykład do pobliskich ludzkich osad. Już zaczęły się ataki na statki płynące rzeką. Uważam, że bardziej się opłaca leczyć przyczynę choroby niż zmagać z jej symptomami.-
- Skąd pewność, że jest to nienaturalna susza? - Filia podeszła do jednej z komód i wyjęła mapę okolic Evercrest.
- Punktowe wysychanie obszarów nie jest naturalne. - odparł gnom. - Dziwne narośla które zauważyłem, też nie były naturalne. Chyba. Nie jestem uczonym. Opowiadam historyjki.-
Kobieta westchnęła. - Rzezimieszki i mordercy… czy proszę o dużo? - spojrzała na gnoma - Dobrze, rozpocznę jakieś zbiory wody, jeżeli faktycznie jest tak źle. Dziękuję, że dał mi pan o tym znać.
- To akurat chyba bardziej zmartwienie możnowładcy i wyzwanie dla magów i mędrców Evercrest niż nasz problem.- odparł gnom i zapytał. - Czyli zaproszenie kapłanów Abadara mogę zostawić w twoich kompetentnych rękach? Szczegóły co do spotkania pewnie przekażą posłańcy ze świątyni Shelyn.
- Dobrze jest czasem wyjść z własną inicjatywą. - odparła komendant - Tak, oczywiście. Na pewno będzie to ciekawe wydarzenie. Ciekawe skąd znajdą dostatecznie dużo mędrców, aby zadowolić określenie "wiec".
- Nawet jeśli to będzie tylko spotkanie czterech osób przy herbatce, to będą mieli okazję wykazać się mądrością i może uratować okolicę.- przyznał uprzejmym tonem Bajarz.- Jakkolwiek trudno przyznać, przemoc i monety nie rozwiążą każdego problemu. Czasem trzeba pójść po rozum do głowy.-
- Zdumiewająco dużo problemów da się jednak rozwiązać przemocą. Więc, pan też będzie brał udział w tym spotkaniu?
- Jako świadek i gość. Nie zamierzam mieszać się w rozmowy mądrzejszych ode mnie.- odparł skromnie Bajarz.
- Pewnie wezmę z ciebie przykład. - uznała kobieta - Potrzeba czegoś jeszcze?
- Nie. Nie wydaje mi się.- stwierdził po namyśle gnom, skłonił się i rzekł.- To już więcej cennego czasu nie będę zajmował.
A następnie skierował się do wyjścia.
Odetchnął z ulgą będąc poza budynkiem. Załatwił bowiem wszystkie obowiązki… no może poza tym magiem. Ale w tym miała mu Kaylie pomóc podając mu list, o którym będzie wiedział… jeśli z niego tak dobry wróżbita.
Baltizar potarł kark w irytacji. Tyle rozpraszających drobiażdżków odciągało go od jego misji. Tyle kwestii niewartych uwagi. Powoli stukając kosturem ruszył ulicami miasta. Dwójka jego ochroniarzy podążała tuż za nim.
Joghmeth z nudów trącał czasem pyskiem kołyszącego się na boki Etrigana. Ten bowiem nie był stworzony do chodzenia pieszo, tylko latania. Niemniej ignorował zaczepki ogara z typową dla swojego pana obojętnością.Tymczasem Bajarz rozmyślał kierując swoje kroki ku gospodzie. Dziś już nie zamierzał się zabierać za nic. Na wieczór musiał przygotować swój występ i zarobić co nieco. Ostatnio wydał sporo i choć jeszcze co nieco mu zostało, to trzeba zacząć uzupełniać zapasy monet. Wykopaliska tanie nie są.
Jutro więc liczył na spotkanie z miejscowym “towarzystwem archeologicznym”. Może uda się wydobyć od krasnoludów z Helmhammer trochę dodatkowych informacji? Albo od Fiony Crawford? Ta wydawała się wręcz zachwycona mogąc podzielić wiedzą jaką posiadała. I zapewne Bajarz nie potrzebowałby łapówki, by napić się z tego źródełka wiedzy.
Tak więc jutro należało się z nimi skontaktować i może dogadać parę spraw? A dziś… jak wróci do karczmy to napisze list, który może Kaylie przekaże dziś, może jutro? Tak czy siak, dzisiaj już, nie miał ochoty na kolejne pogaduszki o wiecu uczonych. Chciał odpocząć, tym bardziej że cienie się wydłużały, a macki i oczy spoglądały z nich coraz śmielej. Zębate paszcze, żuwaczki i inne otwory szeptały to co zawsze… lubiły szeptać. Drwiły i kpiły, śmiały się i płakały.
Coś co mogłoby go przerazić lata temu i słabsze umysły doprowadzić do szaleństwa, ale obecnie… było tylko irytującym bzyczeniem komara dla jego uszu i oczu, które nauczył się ignorować. - Mój gnomi kompan martwił się o was. - skinęła głową na Baltizara - Ale to chyba jego miejsce wylać swoje troski.
-
- Wygląda pięknie - skomentował Viktor z wdzięcznością, ale już chwilę potem, wyplątany z liliowego chwytu, przechadzał się po sali, analitycznym okiem przyglądając się wystrojowi i oceniając. Przeszedł się powolnym krokiem wokół sali dwa razy nim w końcu utwierdził się w swoim zdaniu.
- Lata interakcji z tymi “zwykłymi ludźmi” utwierdziły mnie w przekonaniu, że pewna ich część bardzo docenia potraktowanie ich trochę… poważniej. Nie wszyscy, a nawet nie większośc, ale jednak zasadna ich część. Skoro to nie problem to chciałbym dodać dwie bardziej wyszukane potrawy do menu. Widzę tu pieczoną perliczkę, nadziewaną kaszą z tymiankiem i borowikami, w sosie z owoców leśnych na słono. Drugą byłby miękki rwany chlebek ziołowy. Wiesz co mam na myśli? Takie trochę ciasto na słono, z masłem wzbogaconym czosnkiem, pietruszką, bazylią i rozmarynem… głównie czosnkiem. Jedno i drugie w niewielkiej ilości i wkomponowane aby było widoczne, ale nie raziło kontrastem. Możliwe też, że pojawią się dzieci. Jakby dało się pod ścianą zostawić kilka wyższych krzeseł, tak aby sięgały one wygodnie blatu byłbym bardzo wdzięczny.
- Przekażę Otisowi, załatwi to szybko. Tata sądził, że dzieciaki powinny siedzieć przy tym osobnym stole. Żeby same cieszyły z dobrego jedzonka i słodkości, z dala od "poważnych spraw dorosłych", ale to twoje przyjęcie. - uznała Lilia. Wręczyła kartkę jednej z dziewczyn, z którymi szła. Ta pośpiesznie ruszyła w stronę głównej sali karczmy - Co w sumie planujesz im powiedzieć?
- Wierzę w możliwość wyboru… część dzieci usiądzie przy małym. Inne będą wolały przy głównym stole. Ludzie doceniają wybór. Szczególnie tacy którym rzadko się go oferuje. Nie jestem jeszcze pewny co precyzyjnie będę mówił, ale to nie będzie jedna rzecz, a cały proces… Chcemy uhonorować zmarłych, ale jednocześnie nie zapomnieć o tych co powrócili. Nie możemy dać im poczuć się mniej wartymi uwagi niż ofiary. Mają poczuć, że nie są sami i, że nie zostali zapomniani. Poza tym już buduję tutaj swoją renomę, więc to także muszę odpowiednio przedstawić… brzmi to wyrachowanie, co nie? - zapytał jakby w pewnej autorefleksji.
- Zbyt. - skomentowała Lilia - Ale rozumiem, że to część twojej wielkiej gry w szachy z podmienialnymi pionkami. Po prostu nie przesadzaj też, ci ludzie są prości i raczej dużo od nich nie zyskasz poza dobrym słowem.
- Ach… widzisz… czasem dobre słowo to wszystko czego potrzeba…
Sala nie była pełna gdy wszyscy się zebrali. Wiele krzeseł było puste, bo nie każdy przyjął zaproszenie. Przy każdym talerzu stała świeczka. Przy niektórych dwie, a tylko przy nielicznych żadnej. Jednak bez sposobu aby je rozpalić. Drobne pomuki nadawały szumu w tle sceny, ale większość ludzi milczała, niepewna jak się zachować.
Viktor był ubrany prościej niż zwykle. Bardziej swojsko i skromniej, aby bogactwem nikogo nie przytłoczyć. Witał każdego przy wejściu. Kilkoro z nich pamiętał z wyprawy i tych witał po imieniu.
- Sophie… radują się moje oczy, że ciebie widzę.
Jego uśmiech był nawet szczery gdy zobaczył Sophie. Ciemnowłosą kobietę, którą we własnych ramionach wynosił z jaskini goblinów Ahaira. Wtedy trawiona była gorączką aż do poziomu gdzie jej piękne-teraz włosy zlepione były w kręcone strączki. Powitał ją i skojarzył znane już sobie imiona jej towarzyszki i matki z twarzami, ale nie poświęcił więcej czasu, bo już kolejni goście przychodzili.
Szumy zamilkły gdy Viktor w końcu wstał. Nie potrzebował prosić o ciszę, ani uderzać łyżeczką w kieliszek. Spotkanie było wystarczająco kameralne by wszyscy sami dostrzegli.
- Drodzy mieszkańcy Evercrest…a jeśli pozwolicie powiedzieć: towarzysze, bo nie śmiem jeszcze mówić “przyjaciele”. Nie znam wielu z was, lecz wiele twarzy widziałem i wyprowadziłem z mroku. Spotykamy się dziś nie po to aby wspominać zło które spotkało, na swój własny sposób, każdego z was tu obecnych. Chciałbym aby był to moment by uhonorować tych których już nie ma z nami… Lyran Dovall… młody kowal, który kochał ptaki. Edrin Callen, student biblioteki Evercrest…zafascynowany alchemią.
Kilka rąk cicho opadło na stół, a starsza kobieta w czerni zasłoniła dłonią drżące usta. Siedzący obok młodszy mężczyzna – brat Lyrana – zacisnął dłoń na ramieniu matki ich obojga.
- …Sarah Wintrel, która sprzedawała najpiękniejsze kwiaty… Nima, krawcowa która kochała dzieci…
Ktoś podciągnął nosem, a ktoś zaszlochał cicho, słysząc imię utraconej osoby. Lista imion nie była krótka. Każdemu z nich Viktor poświęcał intymną chwilę i posyłał rodzinom współczujące spojrzenie. Nie miał żadnej listy, żadnej notatki… wszystkie te imiona i drobne fakty niósł w swojej pamięci. Był to swoisty dar dla obecnych… ukochani których stracili, nawet dla wielkich i potężnych, nie byli bezimiennymi ofiarami. Oni wszyscy istnieli. A istnieli tym bardziej im więcej ludzi pamiętało ich imiona.
- Chciałbym abyście teraz wzięli świeczki które stoją przed wami - poprosił samemu też ujmując jedną. - Pozwólcie głupcowi uczynić z tego symboliczną chwilę. Jesteśmy w tym razem…
Viktor rozproszył część magicznych świateł, pogrążając pokój w półmroku. Dopiero wtedy odpalił swoją własną świecę. Cisza pogłębiła się jakby wszystkie dźwięki zapadły się w sobie.
- Niech każdy z tych płomieni niesie imię. Niech ich światło wypali się w naszych oczach byśmy pamiętali. Nie tylko o śmierci, ale o życiu, które miało znaczenie. Które było prawdziwe - prosił powoli, głosem spokojnym, ale skażonym jakąś słabością. Jego oczy błyszczały odbijając światło, gdy wnosił swoją świeczkę nieco do góry, a spojrzenie jeszcze wyżej.
- Tisis… - niby-szepnął, pozwalając tej słabości zabrzmieć z cichą mocą. Po chwili usiadł i podzielił się swoim płomieniem z Elayne Torr po swojej prawicy, matką Terena, z Mirą Holt ze swojej lewej.
Ogniki mnożyły się w półmroku. Kolejne imiona przebijały ciszę.
Co chwila ktoś szlochał, ktoś inny szeptał słowa otuchy.
To nie była klasyczna chwila ciszy. Jednak, na swój własny sposób, coś znacznie bardziej osobistego.Sam ukradkiem otarł swoje powieki, gdy rozjaśnił znów salę i oczy gości musiały przyzwyczaić się do światła. Odkaszlnął, aby wyraźnie zakończyć moment ciszy.
- Nigdy ich nie zapomnimy i zabierzemy ze sobą ten ból do grobów, ale ten medal ma dwie strony. Nie chciałbym… nie mogę pozwolić by to cierpienie umniejszyło życia tych co wrócili… Daren Holt jest tu dziś z nami i niejeden stół jeszcze wyhebluje. Hadrik Voss jeszcze wróci do strzeżenia naszych ulic. Isella Dorn ukończy swoją naukę. Caldwinie… ja sam jestem sierotą i pozwól mi wyrazić jak się cieszę, że twoje dzieci unikną tego losu. Sello, Sophie… Wiem, że nigdy nie zapomnicie grozy którą przeszłyście, ale raduję się, że będziecie mieć przed sobą całe życia aby sobie z nią poradzić…
Lista imion ponownie nie była wcale krótka. Do każdego ocaleńca zwrócił się z imienia i do większości powiedział słowo, albo dwa.
- Teraz prosze jedzcie… dziewczęta Popielnego Dworu zaraz przyniosą gorące dania. Jedzcie, rozmawiajcie, poznajcie się. Mówią, że ból łatwiej nieść razem. Dajmy temu szansę.
Posiłek-spotkanie trwał. Pyszne potrawy i wino rozwiązywały języki. Ludzie wstawali i rozmawiali. Za drobnymi socjalnymi szturchnięcia Viktora zaczęli dzielić się wspomnieniami. Nieraz salą wstrząsnął szloch, lub wręcz płacz. Raz Khal przyjął w pierś niemy krzyk protestu, za wydarzenia co ich spotkały. A on sam… łapał się raz i raz, że tracił więcej i więcej swego chłodu.
Jeszcze pół dekady wcześniej przechodził przez takie spotkania jak golem. Jak mistrz cechu rzemieślniczego wykuwający swoje kolejne dzieło, ale teraz?
“Pizda!” – warczał na siebie w myślach, za każdym razem gdy sam musiał otrzeć oczy.Nie spowalniało go to jednak. Wciąż pozostawał mistrzem swego rzemiosła. Nawet jeśli nagle czuł się niekomfortowo z przedmiotowością z jaką je traktował. Przygotowywał tych ludzi. Łączył ich wspólnym bólem i wspólną stratą. Wiedział, że to początek – zalążek jego wspólnoty.
- Mam nadzieję, że cokolwiek co dziś zostało powiedziane przyniosło chociaż jednemu z wam jakąkolwiek ulgę… ale dzień sądu nadchodzi i to dosłownie. Alchemik stanie przed sądem i w związku z tym… chciałbym wam zaproponować, z szacunkiem i pokorą… pozwólcie abym to ja był na tym procesie waszym głosem. Prawa nauczyłem się na dzikich salach samego Cheliax. Nie dajcie się zwieść mojej łagodności na tym spotkaniu… Wygrałem setki spraw, w tym wiele uznawanych za niemożliwe do wybronienia. Posyłałem na męki i śmierć wielkich i możnych, jak również ratowałem od nieuczciwego wyroku niewinnych gdy wszystko na nich wskazywało. Poznaliście dziś ludzką stronę Viktora Goodmanna, ale gwarantuję wam, prawnika lepszego niż ja nie znajdziecie w Rzecznych Krolowstwach. Jeśli uznacie, że powierzycie mi swój głos… oddam pamięci waszego cierpienia należną jej sprawiedliwość.
Humor gości jak i ich ogólne samopoczucie wydało się podnieść po słowach Viktora, jak i po jego geście w ich stronę. Chwilę szeptali między sobą, Goodmann natomiast usłyszał chichot dzieci. Odwracając się w ich stronę dostrzegł niecodzienny widok. Kaylie zabawiała maluchy prostymi magicznymi sztuczkami. Nie nosiła zwyczajowo maski, ponieważ jedna z dziewczynek się nią bawiła, próbując nałożyć tak aby nie spadła. Uśmiech gościł na twarzy Galtianki, ciepły. - Panie Goodmann. - odezwała się Sophie, aby zwrócić uwagę prawnika - Dziękujemy za pana ofertę i z miłą chęcią skorzystamy z pańskich usług. Proszę zapewnić nam i… nieobecnym sprawiedliwość.
-
- Kaylie… spóźnimy się… - ponaglał delikatnie partnerkę Viktor, oparty barkiem o ścianę, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu. Sam zdawał się jeszcze wcale nie gotów, ale dla niego przywdzianie odpowiedniego ubioru to była kwestia jednego gestu. Wyszorował się w łaźniach jeszcze przed południem, teraz się wypachnił i to były całe przygotowania. Nie krył jednak, że w jakiś sposób go nieco… rozczulało… obserwowanie procesu nakładania makijażu przez Lilię na kaylową buźkę.
Kaylie natomiast czasem chichotała jak młodziutkie dziewczę, co pierwszy raz ma za rękę z młodzieńcem spacerować. - Pamiętam o czasie. - stwierdziła patrząc z tłumioną radością na swój makijaż. Nic krzykliwego, ale podkreślający urodę i jej bardzo okrągłe oczy. Lilia musiała się na tym znać... lub to kolejna sztuczka Fey - A ty gotowy czy tylko marudzisz?
- Gotowy, gotowy… Kiedy kreację wybierzesz to wyczaruję sobie coś pasującego i viola. Będziemy mogli wychodzić.
- To wyjdź stąd! To będzie niespodzianka! - zachichotała jak typowa głupiutka siksa.
- Nie psuj dziewczynie zabawy. - uśmiechnęła się do niego Lilia - Macie jeszcze czas. - spojrzała na swoje dzieło i kiwnęła głową - No, wyglądasz cudownie, moja droga. Nie jeden pewnie będzie pytał cię, czy "tata"... - skinęła głową na Viktora - pozwoli ci pójść z nim gdzieś.
Viktor uniósł brew rozbawiony, ale postawnowił nie wspominać jak “kilku” panienkom w jego przeszłosci zdarzało się do niego zwracać. - Jak mnie nie chcą to idę sobie znaleźć zajęcie - rzucił z przekorą, nieco-tanecznym krokiem odwrócił się na pięcie i wyszedł, nie omieszkając puścić porozumiewawczego oczka gdy zamykał drzwi.
Zanim Kaylie wyszła, Lilia musiała zbiec na chwilę do głównej sali porozmawiać o czymś z Otto. Ten zaśmiał się delikatnie i kiwnął swojej córce, która po chwili wróciła na górę do Galtianki.
Po kilku minutach powolnym krokiem Kaylie Sunfall zeszła schodami. Jej usta umalowane były głęboką purpurą przechodzącą w czerń na krańcach ust. Jej oczy były pokryte fioletowo-różowym cieniem. Jej skóra została delikatnie przybledzona pudrem, a prawy kącik ust został przyozdobiony sztucznym pieprzykiem.
Jej włosy uczesane były w warkocz zwijający się ku górze i przyozdobione intensywnie czerwoną siatką i motywami czarno-pomarańczowych motyli.
W końcu ozdobna, jedwabna suknia. Długa czerwona spódnica z czarnymi kwiatowymi akcentami. Czarno-czerwony gorset przylegał do ciała kobiety, odsłaniając odważnie, ale nie wulgarnie dekolt. Ramiona pokryte były czarną koronką. Wszystko wieńczył krótki czerwony płaszczyk z czarnym futerkiem.Kaylie wykorzystywała swoją elficką smukłość i lekki chód, aby zejść ze schodów i niespiesznie podejść do Khala pogrążonego w dyskusji z jakąś kobietą. Poczuła ukłucie zazdrości, ale usilnie stłumiła grymas niezadowolenia, aby bez słowa położyć dłoń na ramieniu mężczyzny.
- Och… - sapnął Viktor, gdy wstał i objął Kaylie całą spojrzeniem. Oczy zabłysły mu gdy chłonął jej widok. Uśmiechnął się do niej ciepło i przyjemnie.
- No no… prawie jakbym na Vesperę Aureę się wybierał. Nie byłoby wstydu.
- Cal, to jest Kaylie Sunfall. Potężna arkanistka i moja bliska… przyjaciółka. - Drobna pauza nie była zawahaniem, a niosła w sobie niemożliwy do pomylenia przekaz - Kay, to jest lady Calina Thornwell, poetka, artystka, aktorka i ambasadorka prosto z Gralton.
Wysłanniczka sąsiada, ubrana kolorowo i krzykliwie, jakby na scenę teatru sie udawała zaraz, powstała i zmierzyła Kaylie wzrokiem. Oczy jej się zmrużyły nieco gdy zagryzała wargę. - Więc to tej jaskółce śpiewają motyle i kwiaty. Radość mnie wypełnia wreszcie mogąc cię poznać. Dołączysz do nas? Właśnie…
- Przykro mi Cal, ale własnie się do lokalnego teatrzyku wybieramy.
- Ah, wspominałeś coś istotnie…
- Yhym. I nie chcemy się spóźnić. Więc…
- Ostatnią jestem osobą która by pochwaliła spóźnienie się na sztukę, choćby najmniejszego z teatrów. Idź Vicky. I Kaylie… mam nadzieję, że dane nam będzie się zapoznać przy innej okazji.
Teatr La Sala delle Maschere znajdował się w ścisłym centrum. Klejnot na miarę Evercrest. Niewielki, o nieco brutalnej urodzie, ale pyszny i dumny. Fasadę zdobiły rzeźby muz i smoków, a nad głównym portalem trzy witraże witały obrazami świtu, zmroku i głębokiej nocy. Mosiężne lampiony rozświetlały prowadzące w górę schody aż do szerokich, otwartych teraz wrót. Tłum zaczynał się zbierać. Wozy przyjeżdżały i szybko odjeżdżały, by zrobić miejsce dla kolejnych, bo wiele więcej czekało na swoją kolej.
Gdy wysiadali z powozu Viktor pasował już kreacją do Kaylie. Pozostawał w kolorach czerni z czerwienią. Ciemny surdut o wysokim kołnierzu zapinany był mosiężnymi guzikami w kształcie róż. Ramiona i mankiety zdobiły ozdobne hafty o motywach pnączy przeistaczających się, miejscami, w węze. Pod spodem miał czarną satynową koszulę z szerokim kołnierzem, czerwoną wstęgę i burgundową kamizelkę, lekko połyskującą srebrną nicią którą wyszyto kilka motyli na jego piersi. Uderzało ekstrawagancją.
Viktor wyciągnął do Kaylie rękę, by wsparła się na nim gdy wysiadała…
- La damme?
Kaylie wydawała się nagle przybrać więcej wdzięku z salonów, a sama zdawała się otoczona blaskiem tej szlacheckiej dumy.
- Mon seigneur. - odparła przyjmując dłoń by się wesprzeć na niej.
Kliknij w miniaturkę
- … a to jego prześliczna małżonka Varia.
Stali na schodach, tuż przed głównym wejściem do teatru. Ubrani w odcienie bieli i szarości, z antracytowymi dodatkami. Serg nie prezentował się wybitnie, nie był człowiekiem urody, ani charyzmy, ale swoją kompetencją i osiągnięciami (jakkolwiek nie dostatnimi jak na jego ambicje) dał radę przyciągnąć uwagę i chyba nawet miłość pięknej Varii… jasnookiej Hymbrianki, z najmniejsza domieszką elfiej krwi w żyłach. - Przemiło mi ciebie poznać - podjęła, zwracając się do Kaylie - Dawno nie widziałam stylu isgeriańskiego, bo dobrze rozpoznaję kolorystykę i dodatki, prawda? Mam kuzyna w Gillamoor i jak nas odwiedził to się bardzo podobnie nosił… opowiedz mi…
Viktor z Sergiem zostali zostawieni sami, gdy Varia Malm jakimś zręcznym i nie do końca zaobserwowanym ruchem wyswobodziła Kaylie spod ramienia Viktora i sama ją ujęła, prowadząc przez bramy Sali Masek. Technicznie stał tam elegancko ubrany mężczyzna kontrolujący zaproszenia, ale znał już Varię dość aby wiedzieć, że na pewno stosowne posiada.
Viktor zachichotał w końcu.
- Cóż… chyba obaj zostaliśmy zostawieni… Heh… chciałem tobie, Serg, jeszcze raz podziękować za te bilety. Bez ciebie…
- Daj spokój, Viktor. Przyjemność po mojej stronie. Przynajmniej będę miał towarzysza niedoli.
- Czegóż to nie zrobimy dla naszych kobiet?
- Mniej więcej. Idziemy?
Na scenie panował półmrok. Nie mieli miejsc w żadnej z czterech lóż, ale nie były one wcale złe. Akurat taka odległość, że wciąż jeszcze mogli jasno dostrzec niuanse mimiki aktorów w przedniej połowie sceny, którą przyozdabiały cierniowe pnącza, z różami skręcanymi z czerwonej bibułki.
Panie, za inicjatywą Varii, usiadły obok siebie, by móc na żywo oplotkowywać wydarzenia, a panowie siedzieli obok… pewnie by móc wspólnie wzdychać
Narrator wystąpił z głębszego cienia. Ubrany w dworski płaszcz, z obdartymi brzegami i sfatygowaną, wyblakłą czapką błazna. Lekko ironiczny uśmiech zdobił jego twarz, gdy przez te kilka sekund mierzył publikę bystrym spojrzeniem, czekając aż ostatnie pomruki umilknął.
- Witajcie podróżni! - zawołał, a akustyka tego miejsca poniosła jego słowa w najdalsze zakątki sali - Co przybyliście z traktów suchej codzienności! Zza gór niespełnionych nadziei! Zza mórz nudnych dni! Witamy was w La Sala delle Maschere – Sali Masek – gdzie monotonia jest największym grzechem!
Zabierzemy was dzisiaj w podróż! Zabierzemy was w opowieść gdzie słowa nieść będą złoto i kłamstwa! Gdzie pod jednym dachem zatańczą święci i rozpustnicy, a każdy kielich w dwa dna jest przysposobiony by móc i winem słodkim napoić i gorzką trucizną.
Tu pachnie różami, choć pod nimi gniją korzenie!
Tu się śpiewa o miłości, by jęki zbrodni zgłuszyć!
Tu każdy gest ma swój koszt. A każdy uśmiech może kryć sztylet!Na tronie Wrót Taldora zasiada nie kto iny jak nadobna Królowa Lysandra!
Piękna jak grzech i jak grzech kosztowna.
Korona Cierni zdobi skroń jej cieni! Dar jej krwi i przekleństwo losu!
Bo w tym świecie nawet królowa nie wybiera…
Czy ma kochać?
Czy być kochaną?Zaraz jej dwór ujrzycie:
Rycerzy, co honorem na ustach zdradę ze swych gardeł kryją!
Damy modlące się w ciszy – nie zawsze do właściwych bogów!
Poetów piszące wiersze, w nadziei na jeden uśmiech panny…Ale nie bierzcie tego nazbyt poważnie!
Bo w tragedii czasem już tylko śmiech pozostaje!
A śmiech, wiadomo, najstraszliwiej przebrzmiewa w najczarniejszych lochach!
Narrator zrobił krótką pauzę, pozwalając ciszy przebrzmieć krótki moment. Podszedł wprzód i przykucnął na granicy sceny… tylko niemagiczna-magia tego miejsca niosła jego szept docierał gdziekolwiek poza najbliższymi mu osobami.Więc, drodzy widzowie… jeśliście gotowi…
Jeśli macie w sobie tę straszliwą odwagę, aby spojrzeć w lustro…
...usiądźcie spokojnie.Wrota Taldora się przed wami otwierają.
A za nimi miłość… zdrada… i kielich wina.Pamiętajcie tylko jedno:
Gdy nazbyt chętnie ściśniecie różę…
...jej cierne zasmakują waszej krwi.- A jak on patrzył na Amandę! Myślałam, że naprawdę ją kocha!
Galtianka szła uwieszona przez ramię Khala, gdy wychodzili z kolacji, na jaką się udali po zakończonym przedstawieniu. Podekscytowana Kaylie gadała jak nakręcona do wszystkich na raz.
- A gnojek obracał jej siostrę pod pierzyną! I jak pojawił się na scenie z nagim torsem... - zachichotała patrząc na żonę Serga, nieudolnie próbując skryć ten dziewczęcy rumieniec, ale była wśród swoich, bo Varia w żaden sposób nie kryła swoich własnych ekscytacji.
- Ah… MUSISZ z nami pójść na Sny Poranków Andorańskich. Tutaj się nie krępowali, ale w tamtych… uhhh… Tylko grają to cyklicznie i chwilowo…
Serg szedł z minął zmęczoną ale spokojną. Nieco rozbawioną, w ten odrobinę protekcjonalny sposób, jakim rodzic obdarzyć może fascynację dziecka kolonią mrówek w ogrodzie, a Viktor odpowiadał mu milczącym spojrzeniem “wiem, wiem”. Obaj jednak mieli niemałą przyjemność z obserwacji ekscytacji swoich kobiet i cieszyli się, że znalazły sobie nową koleżankę.
Kaylie mocniej uwiesiła się na ramieniu Khala i skierowała usta do jego ucha by mu wyszeptać konspiracyjnie z wyraźnym podekscytowaniem:
- Tak sobie myślę... Że moglibyśmy...
- Yhym? - mruknął Viktor zachęcająco, spoglądając na zaśmianą Varię, zajmującą uwagę Serga.
- No bo... - ukryła twarz w ubraniu Khala - To takie... krępujące... Bo wiesz... Miałam takie marzenie... - jeszcze bardziej ściszyła głos - Bardzo gorszące... Nie wiem i czy ciebie nie zgorszy...
- Och… dziewczę drogie…. - mruknął, ale postanowił nie onieśmielać jej werbalizacją wątpliwości, czy cokolwiek co na by sobie wyobraziła byłoby w stanie go “zgorszyć” w jakikolwiek sposób. - …zamieniam się w słuch.
- Czy... Moglibyśmy... Na mieście... - zasłoniła usta - W jakimś zaułku...
Viktor uśmiechnął się, z pewną minimalną dozą niby-zawodu… chwilę łudził, że może jednak coś go jeszcze zaskoczy, ale to było… tak bardzo… typowe dla błękitnokrwistych pań. Nie aby zamierzał narzekać. - Vario, Serg… To była przyjemność i liczę, że rychło to powtórzymy, jednak my tutaj odbijemy. Mamy ochotę jeszcze na spacer.
- W sumie… - Serg zastanowił się patrząc w gwiazdy na niebie - Może my z wami też ughh… - stęknął gdy małżonka nieco zbyt entuzjastycznie szturchnęła go łokciem w bok. - Znaczy… my… - bardziej zapytał, z pewnym niezrozumieniem próbując wyczytać z jej spojrzenie skąd nagła brutalność. - Ohh... Aaah… oni… wy… my… oh… Znaczy… ekhm… oczywiście, Viktorze, to była przyjemność i musimy to powtórzyć. My wrócimy do siebie zupełnie nie…
- Dziękujemy wam za wspólny czas - wtrąciła mu się w słowo żona, nie mając wiary by kolejne słowa płynące z jego ust nie miały okazać się… nietrafione - Do zobaczenia i miłej nocy.
Kaylie patrzyła chwilę za odchodzącymi zanim zachichotała lekko wtulając się w ramię Khala.
-
Serg jest zabawny w swoim niezrozumieniu. A może by chciał nam towarzyszyć wiedząc co planujemy?
-
A TY byś chciała aby nam towarzyszył? - zapytał Viktor w rozbawieniu, prowadząc ich ciemnymi ulicami Evercrest. Zwykli i rozsądni ludzie powinni unikać takich spacerów, bo nawet w Egorianie strażników zawsze było zbyt mało… ale nikt nie oskarżył by tej dwójki o bycie “zwykłymi”, a nawet i “rozsądku” pewnie i sami by sobie odmówili.
-
A ty? - odwróciła pytanie.
-
A Varia też by dołączyła? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.
-
Nawet ich tak naprawdę nie znamy, więc co tu dywagować. - postarała się wykręcić od odpowiedzi.
Viktor zachichotał tylko, pozwalając jej się wywinąć, choć posłany uśmieszek sugerował, że postrzegał to jako łaskę ze swojej strony. -
Co sądzisz o zakończeniu sztuki?
-
Taka... bajkowa. - powiedziała pewnie - Nierealna. Lysandra przeżyła to wszystko zbyt delikatnie, jakby jej nie obchodziło. Jakby tak naprawdę nigdy go prawdziwie nie kochała.
Viktor uśmiechnął się i ucałował Kaylie w poczliczek. -
A nie można na to patrzeć, że była silną osobą, która wiedziała, że niesie na swoich barkach wielką odpowiedzialność? Albo, że i tak jest w lepszym miejscu niż była gdy historia się zaczynała?
-
W lepszym? Wtedy była zakochana i był jej ukochany z nią, a teraz została sama. To nie jest lepsze. - zaprotestowała - Bycie porzuconą jest najstraszniejszym doświadczeniem.
-
Kruszyno… rozumiem, że porzucenia były w Twojej przeszłości niezwykle bolesnymi przeżyciami, ale… uwierz mi, że są znacznie gorsze rzeczy. Dowód empiryczny: definitywnie bym wolał abyś mnie porzuciła niż abyś, na przykład, zginęła.
-
A czy widzisz opcję - zatrzymała mężczyznę w pół kroku - że ty byś mnie porzucił?
Radosny głos stał się poważny.
Viktor patrzył na nią dłuższą chwilę z łagodnością i jakimś smutkiem. -
Dajmy z siebie wszystko co możemy - zachęcał, ująwszy ją za barki - Słuchajmy się i bądźmy wyrozumiali dla siebie i swoich… pokrzywień… to nigdy do tego nie dojdzie.
Kaylie zwiesiła głowę i po chwili westchnęła ciężko. -
Przepraszam, ja... Po prostu się boję. Za wiele razy straciłam w taki sposób. Więc czasem zbyt panicznie reaguję...
-
Heh… To nazywasz “paniczną reakcją”? Ja kiedyś prawie zatłukłem panicza Hawthorne’a. W jego własnym salonie. Na jego własnym spotkaniu. Za kilka słów zbyt dużo o mojej matce. A po uzdrowieniu jeszcze zmusiłem go aby mnie przeprosił. Ha!
Dwa palce uniosły spojrzenie dziewczęcia w górę, by spojrzała w czułe oczy Viktora. -
Nie jestem Saverisem, ani Jeyem. I ty też już dawno nie jesteś tą samą dziewczyną którą byłaś wtedy. Piszemy własną historię i tylko od nas zależy jak się ona potoczy. Rozumie twoja straumatyzowana główka?
-
...ale przecież ty wiele razy odrzucałeś swoje dziewczyny, prawda? Wyrzuciłeś jak zużyte. - zaryzykowała.
Viktor zamyślił się na kilka chwil. Miał ochotę oprotestować formę w jakiej wypowiedziano tak-jakby-zarzut, ale… nie miało to większego znaczenia. I kilka razy zdarzyło się, że był on adekwatny. -
Tsk… Ta rozmowa wiele by zyskała gdybyś była już po dyskusji z kimś-trzecim o tym jak rzeczywiste związki wyglądają…
-
Ale już jestem. - wtrąciła przerywając mężczyźnie - Rozmawiałam w bibliotece ze "szlachciankami" - wypowiedziała to słowo z jakąś ironią w głosie - No i z Baltizarem.
-
Oh… i czy słusznie wyczuwam w tonie, że rozmowa nie przebiegła tak jak się tego spodziewałaś?
-
Zachowywały się jak plebejki! - jęknęła - Jakby nie rozumiały o co chodzi w szlachectwie. Jakby nie widziały tego, jak powinny zachowywać się lepsze stany! Nie traktowały moich słów poważnie... Nie rozumiały, a to mnie za dziwną widziały. - załamała ręce.
-
A czy to rzeczywiście aż tak dziwne? Te kobiety i ci mężczyźni, nieraz pierwszy raz spotykają swojego “wybranka” na żywo w dniu ślubu. Czy jest takie “nieludzkie”, czy “niskie”, że nie czując więzów miłości szukają odebranej im wolności gdzie indziej? W końcu zwykle to nie o uczucie wcale chodzi, ale o interesy rodów.
-
Szlachta jest wyższym stanem, a to się wiąże z poświęceniami! - wyłkała - To jest czymś więcej niż plakietką!
-
Kaylie… - w głosie Viktora było zmartwienie. Ostrożnie dobierał słowa. - Wszystko co teraz powiedziałaś to prawda. Jednak to nie paladyni światłości. Nie składali ślubów czystości, wierności czy prawości. Ci… szlachetni-szlachcie, o których myślisz, istnieją. Pewnie nawet ich spotkałaś w życiu, ale szlachcice to – generalnie – ludzie. Są wśród nich dobrzy, są wśród nich źli. Są wśród nich czyści i piękni, a są puszczalskie garbuski. Każdy zasługuje i każdego TRZEBA oceniać jego własną miarą. Tak jak ja nie jestem Cheliax, jak Ty nie jesteś tymi co dopuścili Ogrodników do mocy, tak i Aegon Blackfyre nie jest definiowany przez lokalną szlachtę. Ani w dobrą, ani złą.
Kaylie wyglądała na zasmuconą. Nie radziła sobie z tymi nowościami życia, jakie zawsze chciała po prostu ignorować i nie patrzeć na nie.Tak było łatwiej. Czemu w ogóle patrzeć na świat w ten pokręcony sposób? -
A jaka ja jestem? - zapytała nagle - Dobra, zła? Kim ja jestem?
Viktor ujął ją za ramiona. -
Kaylie… mam tysiąc i jedną odpowiedź na to pytanie… ale one nie są istotne. Powiedz mi: co TOBIE się wydaje? Kim jesteś w swoich własnych oczach?
-
Nie wiem... - odparła wprost unikając wzroku mężczyzny - Dla niektórych mogę być aniołem, dla innych wariatką... To... ciężkie. Sama w sumie nie wiem kim jestem.
-
Wszystkie trzy twoje odpowiedzi są równocześnie prawdziwe. Wszyscy składamy się z bardzo wielu aspektów, z których żaden nie definiuje nas w całości… Próba określenia się jednym słowem, czy zdaniem jest z góry skazana na porażkę. Zacznijmy od czegoś małego… słuchaj co mówię: Jestem człowiekiem, co za młody sypiał w schowku pod schodami biblioteki Isger. To jest bardzo mała cząstka tego kim jestem, ale jest prawdziwa. Teraz spróbuj ty… jestem kobietą która…
-
...urodziła się szlachcianką w Galt...
-
Brawo. A teraz spróbujmy znaleźć coś w czym miałaś czynną rolę, a nie – po prostu – przydarzyło się tobie. Coś małego. Nie zmieniającego życia, ale ledwie na tyle istotnego abyś to wciąż pamiętała.
Kaylie zamilkła. Naprawdę próbowała, ale... nie mogła sobie nic przypomnieć dobrego, więc... Musiała improwizować. -
Za młodu widziała krew spływającą po schodach sceny…
-
Znowu to samo - Viktor udawał, że nie zauważył nawet treści wypowiedzi - Byłaś tego świadkiem. To jest coś co tylko tobie się przydarzyło. Pozwól, że ja “spróbuję”... Jesteś osobą która próbowała powstrzymać naiwnego głupca przed nadzianiem się na sytuację, z którą mógł sobie nie poradzić. To, że Viktor Goodmann okazał się potem Khalem Freyem to zupełnie osobna sprawa. Jesteś kobietą która sama zażądała ode mnie spisania umowy, te trzy lata temu, kiedy potrzebowałem twojej pomocy. Jesteś dziewczyną, która ze swojej własnej inicjatywy poświęciła swój czas i chęci dzieciom ofiar Ahaira, na obiedzie który wydawałem. To wszystko są drobne aspekty. Małe elementy twojej osoby. Rozumiesz już koncepcję?
-
Jestem też osobą, jaka wykonała przeciąganą w czasie egzekucję na jednym z Thrune. - spojrzała zimnym wzrokiem na ziemię - I smakowała z radością każdą chwilę i dźwięk jego wrzasków.
-
Tsk… Prosiłem o małe rzeczy, ale niech ci będzie. Pozwolę na to - łaskawie przystał Viktor na przytoczony “aspekt” - Trochę nie na temat, ale aby była jasność… Zasłużył sobie. I ja nie mam tutaj moralnej wyższości, bo gdy Yasperhyde wpadnie w moje ręce tak samo będę radował się jego błaganiami. Zarówno tymi o życie jak i tymi o śmierć… i nigdy nie pozwolę sobie pochylić głowy z tego powodu… Ale wróćmy do ważnego tematu. Załapałaś. To rzeczywiście było coś co sama zrobiłaś. Znajdziesz coś jeszcze? Może nieco lżejszego?
-
Byłam najemnikiem... Dość dobrym... Ale takich pewnie wiele, więc żadne osiągnięcie.
Viktor przechylił głowę, jakby w zainteresowaniu. -
Nie jest AŻ TAK wiele dość dobrych i byłaś zacznie więcej niż dość dobra, ale to nawet nie ma znaczenia. Nie proszę o twoje zalety. Chcę usłyszeć o twoich aspektach. I to było dobre. W wyniku swoich działań, zdolności i wiedzy zostałaś szanowaną najemniczką. A coś świeższego? Może coś o literaturze, która leży przy twoim stoliku nocnym?
-
Przecież według ciebie jest śmieszna. Żałosna wręcz. - burknęła bardzo niezadowolona najwyraźniej - Jest to dla głupiutkich szlauf.
Viktor westchnął przeciągle. -
Raz: to jest obrzydliwe słowo i nigdy go nie używam. Dwa: nie jest dla mnie śmieszna. Trzy: nawet gdyby była… to nie o to teraz chodzi. Szukamy drobnych aspektów tego kim jesteś. A jesteś dziewczyną która… - zaproponował z nadzieją w głosie.
-
Fisuś mówił, że tego słowa używasz. - nadęła policzki w irytacji i skrzywiła się - Jestem dziewczyną, która jest spragniona miłości? Która jest maginią, najemnikiem, odrzuconą szlachcianką? Jaka sprzedała duszę i wolność za życia i po śmierci?
Viktor zmrużył brwi w konsternacji. -
Jestem… mniej-więcej pewny, że nie miał na myśli tego co myślisz, że miał na myśli i to jakieś nieporozumienie. Bo ja. Tego słowa. Nie używam. Kropka. Ale dalej poszło ci bardzo ładnie. To są wszystko aspekty twojej osoby. Sugerowałbym ci, abyś poświęciła trochę czasu. w najbliższych dniach, aby spróbować rozwinąć tą listę. Ale to już raczej nie teraz… - zaproponował Viktor, spojrzeniem proponując by kontynuować spacer.
-
A ty w ogóle wiesz, gdzie idziemy? - zapytała ponownie biorąc go pod rękę.
-
Ależ oczywiście… idziemy prosto przed siebie! - zadeklarował z niezachwianą pewnością siebie, prowadząc ich na wprost w ciemności Evercrest.
-
Ale czy masz jakieś upatrzone miejsce i scenariusz?
-
Myślę… że trochę się nad tobą popastwię i zostawię cię w niewiedzy - odpowiedział ze zbójeckim półuśmieszkiem.
-
Czyli po prostu nie masz zielonego pomysłu. - delikatnie uśmiechnęła się w rozbawieniu.
-
Może tak, może nie… - chichotał Viktor, pewnym krokiem prowadząc ich przed siebie.
- Kaylie… spóźnimy się… - ponaglał delikatnie partnerkę Viktor, oparty barkiem o ścianę, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu. Sam zdawał się jeszcze wcale nie gotów, ale dla niego przywdzianie odpowiedniego ubioru to była kwestia jednego gestu. Wyszorował się w łaźniach jeszcze przed południem, teraz się wypachnił i to były całe przygotowania. Nie krył jednak, że w jakiś sposób go nieco… rozczulało… obserwowanie procesu nakładania makijażu przez Lilię na kaylową buźkę.
-
Viktor przerwał na moment pracę. Była już późna noc. Kaylie spała obok, zawinięta w swoje pościele, a okiennica otwierała się na nocne niebo. Nawet Fisuś spał obok, zwinięty w kłębek. Praca męczyła, ale magia go wspomagała, a tworzenie jeszcze nie zdążyło mu spowszednieć. Wciąż było pewnym wyzwaniem i zajmowało umysł, pozwalając uniknąć znudzenia. Na nie żadna magia nie mogła pomóc.
Przez chwilę pozwolił myślom błądzić. O tym co zrobił z Kaylie w tamtym zaułku i jak cudownie się rumieniła robiąc tak nie-szlacheckie rzeczy. O tym jak budować będzie świątynię i, że jeszcze nie odnowił swojej wiedzy architektonicznej. A ona była absolutnie konieczna. Jakby się dach zawalił, nawet bez żadnych ofiar, to byłaby wizerunkowa tragedia. O raporcie który zdał mu Fisuś… Philipa-i-spółkę oskarżyć najłatwiej byłoby o lenistwo. Czyste, grzeszne lenistwo. Chowaniec, okryty płaszczem niewidzialności, przez pół dnia, całą noc i kolejny dzień obserwował ich przez dziurę w dachu, a ci tylko na dupach siedzieli i narzekali. Jedynym ciekawym wydarzeniem było gdy odwiedził ich niejaki “Sierżant”. Bezczelnik nawet nie zdjął munduru straży. Fisuś potem śledził go dalej. Jeszcze trzy podobne meliny odwiedził, a potem wrócił do patrolowania ulic. Regionalny zarządca za dychę… ale dosyć charakterystyczny. Wybielenia na twarzy i we włosach. A nawet bez tego… miał już narysowany portret pamięciowy. Viktor musiał tylko zdecydować czy angażować w to Filię. Niepotrzebnie się za strażnika podawał, ale to był dodatkowy wektor podejścia, który, w retrospekcji, okazał się zbędny, a teraz aktywnie szkodliwy… Napędzany emocjami błąd. Nie dość, że teraz “sierżant” mógł obalić legendę Ralpha Hillsburego, to na pewno nie chciałby aby do siostrzyczki dotarło, że za strażnika się podawał. Musiałby się pewnie na okoliczności powołać… a bardzo nie chciał “wykorzystywać” tego co przytrafiło się Kaylie w roli argumentu. No nic. Do przemyślenia później. Koniec przerwy…
-
Siedem dni minęło w Evercrest, a miasto zaczynało powoli wracać do normalności. Horrory i tragedie ostatnich miesięcy powoli odchodziły w zapomnienie, a mieszczanie zaczęli z powrotem patrzeć ku przyszłości.
Kaylie
Arkanistka obudziła się z porannym słońcem, nie był to jednak jej pokój w Popielnym Dworze. Ostatni wieczór spędziła w towarzystwie Ferna. Elfi wieszcz zakończył obiecaną edukację kobiety i zaproponował aby trochę poświętować tą okazję. Wieczór spędzili na rozmowie i sączeniu wina o dobrym roczniku. Niestety opowieść dla Kayliee kończy się zanim zasnęła, najpewniej wypiła za dużo. Obudziła się jednak w swoich ubraniach, jedynie buty leżały na podłodze pokoju. Właśnie pokój, nie rozpoznawała go. Łóżko było wygodne, ale nie umywało się do tego z Dworu. Mały stolik, skrzynia na ubrania… wyglądał jak pokój gościnny.
Rozmyślania dziewczyny rozproszyło pukanie, przez drzwi weszła pokojówka, z tacą niosąc śniadanie.
- Och, panienka się obudziła. Dobrze, Mistrz Fern kazał przekazać, że znajdzie go pani w bibliotece.Baltizar
Baltizar obudził się w swoim pokoju na Popielnym Dworze, sam.
Piwonia na ogół lubowała się w spędzeniu nocy i boku gnoma, ale ostatnio coś wydawało się zawracać jej głowę.
Sam gnom również miał pełno zajęć. Między pomocą z organizacją Wiecu, planem, aby w końcu uwolnić się od istoty trzymającej macki na jego duszy i po prostu wykonywaniu swojego zawodu, miał niewiele czasu na relaks w objęciach blondwłosej piękności.
Rozbudziwszy się ujrzał swoich dwóch kompanów, ogar piekielny spał u nóg swego pana, Egon natomiast siedział na belce pod sufitem, przyglądając się Baltizarowi.
Papierowy ptak sfrunął do bajarza i wypuścił z dzioba kartkę.Dom Odnowy zaprasza wszystkich ludzi nauki, arcanów i wiedzy wszelakiej, na wiec organizowany poza murami miasta. Tematem zgromadzenia będzie zagrożenie suszy, której symptomy pojawiają się w pobliskich terenach.
Transport będzie zorganizowany przy głównej bramie miasta."Wiec miał się odbyć dzisiejszego wieczora, Baltizar chyba wiedział gdzie go spędzi.
Viktor
Viktor spędził noc w pokoju Kaylie. Sam, nie był przyzwyczajony do takiej sytuacji. Nie mieli ostatnio kłótni, czy innych burzliwych sytuacji. Galtianka miała udać się wieczorem na swoje nauki u nadwornego maga Evercrest.
Wierzył, że nic jej nie jest, jednak gdzieś z tyłu głowy czuł odrobinę niepewności.
Postanowił rozwiać obawy i zajął się pracą na kolejnym magicznym przedmiotem, przychód z ich sprzedaży pomoże w pierwszych etapach ustalenia faktycznej świątyni w mieście.
Nakładał właśnie ostateczne poprawki kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
- Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfire.
- Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…
-
Znowu przesadziła z alkoholem.
Pierwszą reakcją po przebudzeniu był niezadowolony pomruk i położenie dłoni na czole. Nie było to nowe doznanie, ale też nie było czymś, za czym tęskniła.
Westchnęła zobaczywszy, iż znajduje się w obcym pokoju... Także typowe. Ile to razy ją spotkało w przeszłości? Jak często budziła się w nieznanym miejscu, jakie niekonicznie było łóżkiem nawet? Pocieszeniem mógł być brak mężczyzny obok, choć z doświadczeń mogła wnioskować, że kimkolwiek był partner nie był skory pozostać po stosunku. Czemu by miał?
Posiadanie ubrania na sobie było rzadkim przypadkiem, ale nie niemożliwym, szczególnie jeżeli partner chciał ukryć wydarzenia, co dwa razy wcześniej się stało w przeszłości. Wtedy jednak czuła się inaczej, miała pewne zrozumienie, iż zaszło coś tej nocy... choć po ostatnim upojeniu narkotykiem nie była w stanie określić szczegółów, więc... Pytanie było: Czy tym razem to znowu było wymuszone, czy zwykła zdrada Khala?Arkanistka skrzywiła się.
Szlachcianka... pfeh. Pospolita dupodajka z ulicy.Nim zdążyła wstać do pokoju weszła nieznana służąca ze śniadaniem jakiej słowa przypomniały kobiecie z kim spędziła czas... choć nic więcej.
- Tak... Fern. - mruknęła przyjmując jedzenie jakie postawiła na stoliku obok łóżka. Kiełbasa, chleb z masłem, plastry sera i szynki, do tego dzbanek z wodą. Na przyniesioną wodę wręcz rzuciła się wypijając ją długimi haustami - Dziękuję... Jeżeli byłabyś tak dobra to przynieś jeszcze więcej wody, dobrze?- Oczywiście, pani. - dziewczyna opuściła pokój i wróciła po kilku chwilach z kolejnym dzbanem wody - Będzie panienka jeszcze czegoś potrzebować?
- Nie, nie. Ogarnę się i pójdę do mistrza Ferna.
"Choć nie ogarnę tego kiełkującego poczucia winy..."
Żałowała, że nie ma tu Khala. On by oczyścił jej organizm i przestała czuć konsekwencje wczorajszego picia... Teraz musiała zmierzyć się z elfem... i w sumie miała mieszane uczucia, gdy dotarła do biblioteki, w której ten miał przebywać.
Fern siedział w bibliotece przeszukując kilka tomów. Spojrzał do góry kiedy dziewczyna weszła do pomieszczenia.
- Dzień dobry… jak głowa?
- Jakby ogr maczugą walił. - odparła.
- Cztery butelki wina i czymkolwiek była ta piąta pewnie do tego doprowadzą. Coś ci siedziało na sercu i chciałaś to utopić w alkoholu. - nie było osądu w głosie elfa, brzmiało bardziej jak słowa kogoś kto już widział coś takiego nie raz.
- To łatwiejszy sposób na radzenie sobie z tym, czego nie da się inaczej pokonać. - powiedziała spokojnym, trochę zrezygnowanym głosem - Mam nadzieję, że nie uczyniłam niczego, za co bym ci nie odpłaciła później?
- Kilka przekleństw, zwymiotowałaś na dywan, nie jestem pewien czy zauważyłem różnicę i straciłaś przytomność. Służba zaniosła cię do pokoju pod moim okiem.
Kaylie milczała chwilę zbierając słowa.
- W którym momencie picia przespaliśmy się ze sobą? - zapytała jednocześnie z pewnością i zrezygnowaniem w głosie.
- Erm… nigdy? - elf uniósł brew na tą insynuację.
Kaylie wyraźnie była zaskoczona, jak i niepewna prawdomówności wieszcza.
- Nie będę zła, nie będę oskarżać na ulicach miasta. Wiem jak to wszystko się kończy, więc zdaję sobie sprawę do czego mogło dojść i tym razem.
- Nie doszło do niczego. - zapewnił elf - Czemu sądzisz, że odprowadziłem cię kiedy nieśli cię służący? Oni pewnie by skorzystali z nieprzytomnej niewiasty.
Cisza przedłużała się jak Kaylie próbowała to strawić.
- Dlaczego? - zapytała nagle - Dlaczego nie doszło do niczego między nami?
Fern westchnął i odłożył trzymaną książkę.
- Ponieważ nie jestem jakimś obszczymurem, który bierze każdą oferowaną dziurę. Ponieważ szanuję cię i nie zrobiłbym ci czegoś takiego. I ponieważ nie jesteś w moim typie. Tyle.
- ...och. - przetarła oczy, jakie ją zaszczypały - Coś jest ze mną nie tak?
- Oczywiście, że nie. Po prostu… użyłbym kulinarnej metafory, ale jesteś chyba na zbytnim kacu na to. - elf się uśmiechnął - Wolę swoje kobiety wyższe od siebie. Dużo wyższe.
- To chyba nieczęsty widok, by kobieta była wyższa od elfiego mężczyzny, prawda?
- Tragedia mojego gustu… kilka lat temu spotkałem wojowniczkę z Doliny Mamucich Lordów. - elf westchnął tęsknie - Zostałaś kiedyś uniesiona przez kogoś nad głowę i rzucona na łóżko jak kawał mięsa? Nie polecam, jeżeli nie jesteś gotowa.
- Połamała ci kości?
- I kochałem każde chrupnięcie… - elf westchnął - Dość o moim życiu. Czujesz się na siłach, aby powiedzieć co ciebie doprowadza do takiego picia? Nie nalegam, ale czasem podzielenie się bólem pomaga.Kaylie zamilkła rażona tym pytaniem. Nie spodziewała się go od de facto obcej jej osoby... a która nie wiedziała przecież kim ona naprawdę jest.
- Moja przeszłość ciągnie się za mną i nie daje mi o sobie zapomnieć. - w końcu odpowiedziała wymijająco - Dokonałam wyborów, jakich konsekwencje na mnie ciążą. Łatwiej zapić niż tkwić w nich na trzeźwo.
- Mówimy tu o twoim układzie z Azazelem, czy coś więcej za tobą podąża? - elf uśmiechnął się smutno - Nie zaprzeczaj, jestem wieszczem. I wiem, że ludzie tacy jak ty, nie będą sprzyjać Diabłu, bo chcą.
- Wszystko jest w pewne sposoby powiązane z układem. - wymamrotała niechętna zaprzeczać - Czasem mam wrażenie, że wydarzenia zostały zapisane nim poznałam Azazela. Także wszystko, co stało się już po tym. - oparła się o stół zastawiony książkami - Jedna nieskończona opowieść o upadku.
- Nie zaprzeczę, czasem los jaki potrafi nam zgotować Pharasma bywa okrutny. - elf wręczył kobiecie filiżankę z herbatą - Nie ma sensu jednak gnębić się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Czy możesz coś na razie zrobić z tym co za tobą podąża?
- Nic z tego by się nie stało gdybym nie podpisała paktu... - wymamrotała niepomna, że oficjalnie przyznała zapisanie umowy z Azazelem - To, co podąża... nie ma ciała. Nie ma formy. Nie ma istnienia. - umilkła na kilka oddechów patrząc smutno w herbatę w otrzymanej filiżance - Dziękuję za naukę i wytrzymanie mnie.
Elf położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
- Jeżeli nie masz na coś wpływu, skup się na czymś, na co masz wpływ. Wydaje mi się, że mówiłaś, że planujesz z panem Goodmann'em otworzyć tę świątynię dla Kozła.
Pokiwała powoli głową.
- Tak. - upiła łyk herbaty - Potrzebuję wykorzystać magię do wytworzenia umeblowania świątyni i jej udekorowania. - wyjaśniła skupiona na płynie w naczyniu - Czy użyczyłbyś mi czegoś, by wykonać zadanie?
Elf się uśmiechnął i wyciągnął z niewielkiej sakwy drewnianą różdżkę owiniętą w czerwony jedwab.
- Ta różdżka zawiera zaklęcie, które pomoże ci wyobrazić sobie co dokładnie chcesz stworzyć… - następnie wręczył jej berło z czarnego żelaza, wyciągnięte z tej samej. zbyt małej jak na takie berło, sakwy - Natomiast to berło pozwoli ci zmienić surowy materiał w gotowe produkty, jak meble.
Kaylie wzięła różdzkę w lewą rękę, filiżankę w prawą, zaś berło otrzymała w prawym ramieniu.
- Jesteś z siebie zadowolony, bo wreszcie się sprawdził sen? Jak długo z tymi rzeczami chodziłeś?
- Miesiąc.
- Nawet nie jestem tak długo w Evercrest! - podziw był słyszalny w głosie kobiety.
Elf nie mógł powstrzymać uśmiechu na ustach.
- Wiem… - wydał z siebie piskliwie po czym zaśmiał się, a czysta radość wyszła z ciała Ferna - Ach… miłe uczucie, kiedy przepowiednia się spełnia. Szczególnie taka pozytywna. -

Baltizar "Bajarz" HarpanessPobudka była dla gnoma niepokojąca. Brak Piwonii przy nim sprawił, że poczuł się nieswój. Zniknięcie Piwonii było zmianą w dotychczasowym rytuale dnia. Gnom nie wiedział co ta zmiana oznacza, ale…
… karta którą wyciągnął dodatkowo wzmogła niepokój.Łomot.

Wbrew nazwie, karta nie pokazywała bójki tylko ręce nieumarłych wynurzające się z ziemi by napaść na nieszczęsnego śmiertelnika. Prawdopodobnie hienę cmentarną.
Łomot był złowieszczą kartą. Zapowiadał napaść ze wszystkich stron lub załamanie nerwowe. Łomot oznaczał upadek fizyczny lub mentalny spowodowany nieustannymi atakami… jedyną “osłodą” było odkrycie jakiejś dotąd niezauważonej prawdy.
Gnom zbladł niczym ściana…nie potrafiąc, nie mając pojęcia nawet co o tym myśleć. Dzień wszak zapowiadał się nudno. Nawet, sensacja wieczoru, wiec nie miał być niczym więcej niż cyrkiem z przekrzykującymi się uczonymi w roli klaunów.
Choć do wieczora było całkiem sporo czasu, to gnom postanowił zajrzeć na miejsce zebrania tuż po śniadaniu. Wpierw jednak zamierz byał sprawdzić czy u Piwonii wszystko w porządku. Nie dlatego, że były między nimi jakieś uczucia. Baltizar wątpił by był jeszcze w stanie wykrzesać w sobie jakieś silne emocje. Niemniej przywiązał się do blondynki jak do swoich ochroniarzy. Więc podczas jedzenia porannej polewki popijanej cienkim piwem rozglądał się po sali w poszukiwaniu sylwetki Piwonii.
Dziewczyny jednak nigdzie nie było. Zauważył Lilię, która biegała między gośćmi, nawet Otto opuścił swoje normalne miejsce i pomagał córce.
Gnom po posiłku podszedł do Lilii powoli i przyglądał się przez chwilę, aż nadarzyła się okazja zapytać.
-Czy mogę ci na chwilię poprzeszkadzać rozmową?-
Dziewczyna zerknęła chwilę na gnoma.
-Jasne, o co chodzi?
-O Piwonię. Czy u niej wszystko… w porządku?- zapytał Baltizar.
-Mam nadzieję, tata ją wysłał… gdzieś. Jeżeli chcesz szczegółów to zapytaj jego. - twarz dziewczyny przyjęła przepraszającą minę - Wybacz, tajemnice rodzinne.
Gnom pokręcił głową w zaprzeczeniu.- Nie wpycham nosa tam gdzie nie mam interesu. Szanuję sekrety innych. Jeśli będę jej potrzebny… niech da znać. I niech uważa na siebie. Tajemnice rodzinne bywają… zabójcze.-
Dziewczyna spojrzała chwilę, zastanawiając się czym może się podzielić.
-Poszła po naszą młodszą siostrę… i nie ma jej na Golarionie.
Gnom skinął ze zrozumieniem. - Będę się o nią martwił.
Rozejrzał się dookoła.- No i już nie będę przeszkadzał w obowiązkach.-
Lilia kiwnęła głową i wróciła do obowiązków. Po kilku chwilach ktoś przysiadł się do gnoma.
-Mistrz Harpeness?
-Mistrz to deczko przesada. - odparł skromnie gnom zerkając w kierunku rozmówcy.
Do gnoma przysiadł się niebieskoskóry, złotooki mężczyzna, ubrany w złoto granatowe szaty.
-Paimon Aslin, mamy… wspólnego znajomego. - uścisnął z uśmiechem rękę Baltizara.
-Doprawdy? A kim jest ów wspólny znajomy?- zapytał beznamiętnie gnom.
Aasimar zerknął na piekielnego ogara leżącego pod stołem.
-Ktoś z bardziej ciepłego miejsca. Nie jestem pewny, czy wymawianie jego imienia jest odpowiednie przy cywilach.
-Cóóóż… obawiam się, że jego ekscelencja pod którym obecnie pracuję, nie ceni dyskrecji. Chyba wszystkie świątynie w okolicy wiedzą co się tu kroi.- odparł sarkastycznie gnom.
-Świątynie, tak. Podejrzewam, że Kozioł dał wszystkim listę swoich zamiarów. Ale zwykły chłop pańszczyźniany?
-Nie mnie wnikać w rozgrywki między bogami.- wzruszył ramionami Baltizar. - Na razie ta cała sprawa się ślimaczy, bo jego ekscelencja najwyraźniej pochodzi z tych okolic i… - machnął ręką.- Nie wiem co właściwie planuje uczynić. Nie raczył mnie wtajemniczyć, a ja nie jestem na tyle zaciekawiony, by to zbadać.
Spojrzał na aasimara. - Wspólny znajomy pewnie cię wtajemniczył, w moją niepochlebną opinię o bóstwach i samej naturze boskości?-
-Szczerze… nie. - Paimon się zastanowił -Powiedział, i pozwolisz, że zacytuję, ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem. W skrócie uważa, że się trochę guzdrzecie, więc wezwał małe wsparcie. Nie sprecyzował co mam robić więc… jak wygląda Polityka, przez duże P?
-Bogowie, żebym to ja wiedział.- zaśmiał się gnom. - Będziesz musiał jego ekscelencję o to zapytać. Z tego co ja wiem… do trzymania przestępcy w piwnicy… w jakimś celu.- wzruszył ramionami Baltizar. - Przy okazji Kozioł zapomniał wspomnieć o długu jaki tu zaciągnął, a jaki, jak się okazało, my mamy spłacić w jego imieniu. Miło by było wiedzieć o tym wprzódy. Więc… moje zadanie póki co, to przygotowanie się do spłacenia tego długu, bo nie wiem jak nasz wspólny znajomy ale ja nie chcę zrobić sobie wroga z naszego gospodarza.- machnął ręką.- Po prawdzie jego ekscelencja uwielbia robić politykę, przyciągać ku sobie uwagę i budować swoją prezencję… zapomniał tylko o tym, że ostatecznie jest kapłanem. Nie pamiętam, żeby urządził jakąkolwiek uroczystość religijną, czy wygłosił choćby kazanie. My tu potrzebujemy proroka, kaznodzieję… kogoś kto obudzi żar w sercach mieszkańców. A póki co na czele jednoosobowego kultu stoi prawnik i polityk. -
Gnom potarł kark.- Więc jakbyś znał jakichś paru żarliwych akolitów, byłoby miło ich rozesłać po mieście. Sam bym się tym zajął, ale nie mam odpowiedniej prezencji, a i… nie jestem i nie będę klechą. Nie pokładam wiary w żadnym z bogów, wliczając Kozła.-
Paimon się zaśmiał.
-Akolitów Kozła? Bogowie, ostatni kult, który próbował go wyznawać został wyrżnięty. Jakiś elfi bohater zrobił sobię na tym renomę. Nie, nie… dlatego tym razem on robi wszystko legitnie i otwarcie. Przynajmniej wobec bogów. Co do twojej opinii wobec Trzeciego Pióra Isger. Któż lepiej reprezentowałby boga adwokatów, niż adwokat?
-Znaczy to że nie był to kult… tylko sekta. Podporządkowana pod interesy kapłana przewodzącego kultystom i służąca głównie jego interesom.- skinął głową gnom pocierając podbródek.- Jest to różnica. Problem w tym, że obecnie ten legitny kult nie różni się niczym od tego wyrżniętego. Może z wyjątkiem tego, że tamten miał sukces z werbowaniem wyznawców.-
-No… nie. Był to kult wyznający doktrynę Kozła. Znaleźli jakąś jego księgę. Sęk w tym, że Az… Kozioł ma na pieńku z kilkoma bóstwami, które notorycznie, że tak ujmę, podcinały mu skrzydła, kiedy próbował to robić metodą Pierwszego.
-Jednym słowem… to nie kultyści zawiedli, ino okoliczności nie sprzyjały sukcesowi?- zapytał retorycznie gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… tu na razie sytuacja jest taka, że jego ekscelencji zależy chyba tylko na przekabaceniu jednej osoby. Kapłanki innego kultu. Jeśli to nie kopnie nas w dupę na końcu, to znaczy że Abadar skapciał na stare lata.-
-Jeszcze budynku nie postawił, a już kradnie wyznawców? - aasimar gwidznął - Albo brak mu skrupułów, albo rozumu. Chwali się.
-Kapłankę… to coś więcej niż byle wyznawca. - odparł gnom wzdychajac. - Brak skrupułów może i da się pochwalić. Ale brak rozumu… jest niepokojący. Tyle w każdym razie wiem, jeśli chcesz więcej polityki przez P to będziesz musiał przepytać jego ekscelencję. Teraz… moja kolej.- wskazał palcem na aasimara.- Co więc zamierzasz zrobić z tym wszystkim Paimonie? Bo jeśli tylko wysłać raport do naszego znajomego, to szkoda było fatygować się tutaj.-
-Ma moje niestety, mam dług wobec Kozła… albo inaczej, moja pra-pra-bardzopra-babka miała u niego dług i mnie przychodzi go spłacić. - aasimar skrzywił się kwaśno -Więc, jestem tu, aby pomóc wam zrobić co chcecie lub musicie, aby tą religię tu zacząć.
-No to muszę cię rozczarować. Moje spojrzenie na organizowanie religii od podstaw zdecydowanie się rozmija z wizją jego ekscelencji. A jego… “geniusz” przerasta moją wyobraźnię, więc nie mam pojęcia co właściwie on planuje zrobić. Siedzę od kilku dni na stercie propagandowych ulotek i czekam aż w końcu powstanie świątynia. - stwierdził sarkastycznie Bajarz.- Na początek radzę ci się rozgościć, bo spędzisz tu dużo czasu. Niemniej zdradź może jaki to rodzaj pomocy możesz zaoferować.-
-Brzmi jak brak komunikacji. - zauważył aasimar - Prawa ręka nie wie co robi lewa. Macie cel, każdy dąży do niego na własny sposób, bez nadzoru, bez kierunku. - planokrwisty pokręcił głową - Nie dobrze, nie dobrze… Organizacyjny chaos, brak struktury, ego. - Paimon westchnął - Porozmawiam z Goodmann'em. Tak być nie może. Na jego miejscu zrobił bym z ciebie propagandzistę, pomagał wybrać cele, widownię, jakie słowa wybrać, jakie opowieści przekazać. - aasimar wzruszył ramionami - Mniej więcej to mogę zaoferować.
-Kilka spraw wymaga więc wyjaśnienia. Po pierwsze nie ma tu chaosu, bo nie ma organizacji. Kult póki co jest jednoosobowy. Nie wydaje mi się, by nawet osobista ochroniarz jego ekscelencji chciała czcić nowe bóstwo. Ja natomiast jest osobą poza kultem, a i umowa moja… jest specyficzna. I mnie niespecjalnie może zmusić do czegokolwiek.- uśmiechnął się ironicznie gnom i potarł czoło.- Poza tym… przypuszczam, że wspólny znajomy nie przysłał cię tutaj z drobiażdżkiem o który prosiłem? Bo w tej postaci nie mogę się bawić w kaznodzieję. Muszę mieć trwałe i solidne przebranie na takie momenty.-
-Nic nie mówił. Przykro mi. Mogę jednak też coś załatwić, moja rodzina ma kontakty. Potrzebujesz przebrania w sensie peruka, sztuczny nos i szminka? Czy bardziej różdżka z zaklęciem?
-Cóż dłużej trwającego niż mój czar.- przyznał gnom drapiąc się podbródku.- Mogę przez chwilę zmienić postać, lecz mój czas w takiej formie jest dość ograniczony. Przebranie odpada. Jestem gnomem, a w Evercrest to dość rzadka rasa.-
-Aż dziwne. - zamyślił się aasimar - Słyszałeś, że w pobliskich ziemiach granica między Pierwszym Światem, a naszym jest cienka? Twoich pobratymców powinno być na pęczki. Co do zaklęcia… za dwa dni uda mi się skombinować różdżkę z magią polimorfii. Powinna spełnić twe zapotrzebowania.
-To lepsze niż nic.- przyznał gnom i rozejrzał się mówiąc.- Tak, orientuję się mniej więcej czemu tak jest. I jak wspomniałem, zachowuj się grzecznie w tej karczmie. -
Po czym wstał pytając.- Too… teraz chciałbyś zapewne odwiedzić jego ekscelencję? Wskażę ci drogę do jego pokoju. Może go tam nawet zastaniemy.-

Przez drzwi Dworu przeszła Kaylie, wyglądając… definitywnie wczorajszo. Oczy delikatnie czerwone i przymrużone. Zdołała zauważyć Baltizara rozmawiającego z kimś kogo nie znała.
Głośniejsze rozmowy w Dworze powodowały skrzywienie bólu, gdy głowa nim odpowiadała. Kobieta położyła dłoń na czole i powoli ruszyła w kierunku gnoma, ale miast do niego zagadać skradła szklankę z wodą stojącą na stoliku przy nim by wypić zawartość bez pytania. Zignorowała obecność Aasimara, jedynie przelotnie na niego spojrzawszy.
-Piwonia nie będzie zazdrosna z nowej zabawki? - mruknęła do Baltizara.
-Czuję, że właśnie zostałem obrażony, ale nie rozumiem kontekstu. - Paimon przedstawiał odrobinę wyolbrzymioną urazę.
-Najwyraźniej posiadasz tylko śliczną buźkę, nic poza. - burknęła.
-A teraz jednocześnie pochlebiony i obrażony… rekord.
-To jest Paimon. Wsparcie przysłane jego ekscelencji w celu… przyspieszenia realizacji jego świętej misji.- stwierdził oficjalnie gnom przedstawiając Aasimara.- Ktoś na górze, albo na dole ocenił, że się strasznie ślimaczymy z tym zadaniem.
Kaylie spojrzała z pogardą na Aasimara.
-Czyżby? - parsknęła - Nasz malowany diabeł nie może się zabawki doczekać? - wykonała gest jakby ocierała łzę - Przykre. Powiedz mu, że ma się nie wpieprzać i czekać jak grzeczna koza. - zirytowanie było słyszalne w tonie skacowanej galtianki.
Gnom spojrzał znacząco na aasimara jakby mówił “widzisz z kim ja muszę pracować?”.
-Ty musisz być… jak on to ujął. Naiwnym dzieckiem okoliczności z Galt, o którym mówił. Paimon Aslin, najemnik, mniejszy szlachcic, daaaleki krewny Kozła. - sięgnął po dłoń kobiety w celu ucałowania jej, Kaylie zezwoliła na gest, chociaż na jej twarzy malował się brak zaufania do nowo przybyłego.
-I jeszcze się rozmnożył? - skrzywiła się z obrzydzeniem.
Aasimar się zaśmiał.
-W życiu. Jestem prawie pewny, że on nawet nie rozumie mechaniki skąd się biorą nowi śmiertelnicy.
-Tak czy siak, brałbym pod uwagę pochodzenie naszego pracodawcy. Anielska cierpliwość jest niezgodna z jego naturą. A głowę kościoła… zawsze można wymienić na inną.- wtrącił uprzejmie Baltizar.
-Ha! - Paimon się zaśmiał ponownie - Och… jak mało o nim wiecie. Cierpliwości jeszcze ma, gdybyście stąpali po cienkim lodzie nie przysłałby mnie. Tak czy inaczej, nie mamy kim zastąpić Goodmanna. Jedyna istota na tyle obeznana z jego religią jest po drugiej stronie Cheliax i nie ma zamiaru się stamtąd ruszać. Więc, trzeba pchnąć Viktorka w rzyć.
Kaylie westchnęła z głośną irytacją.
-Nie mam sił na to całe tańczenie wokół Azazela. Nie wiem co ten gnom ci nagadał i serio nie mam ochoty się wplątywać w jego wyobrażenia szaleńca.
-Zrozumiałe, wyglądasz jakbyś próbowała zapomnieć ostatnie… życie. - Paimon pokiwał głową - Może pani pójdzie przespać tego kaca i spróbujemy jeszcze raz z przywitaniami? Jestem pewny, że kiedy przestaniesz słyszeć dzwony będziesz naprawdę przyjemną osobą do rozmowy.
-Odszukajmy jego ekscelencję i cóż… wtedy sobie porozmawiacie o tańcu i cierpliwości i innych… kwestiach.- zaproponował gnom. - Niektórzy tu mają sprawy do załatwienia.
-Niech mi wyleczy tego kaca... - mruknęła - I o jakich sprawach mówisz?
-O sprawach na przyszłość. - machnął ręką gnom.- Nasz pracodawca narobił długów i nam przyjdzie je spłacić. Pracuję nad tym, żeby wtedy karty w naszej dłoni były mocne.
-I dziwi cię to? Naprawdę? On spłaca nami, bo może. Było o tym myśleć nim mu duszy nie oddałeś. - zasłoniła oczy, gdy światło dnia wpadło przez okno - Ooooottooo! Wyłącz to słońce, no!
-W zasadzie to mu duszy nie oddałem…- odparł cicho gnom i wzruszył ramionami.- Ale to inna kwestia. Generalnie nie masz się czym martwić. Sprawa jest szlachetna, jest też samobójcza, ale to detal.-
Karczmarz nawet nie spojrzał w kierunku Galtianki, jednym ruchem ręki sprawił, że wszystkie firany zasłoniły okna wewnątrz karczmy. Aasimar przyjrzał się uważnie karczmarzowi.
-To jest pewnie ta "istota o którą mam nie pytać i być wobec kulturalny"?
-Jeżeli wiesz co dla ciebie dobre. - Otto burknął przechodząc szybko obok Azazelitów.
-Nie strasz nam towarzysza broni…- skarcił go żartobliwie gnom i rzekł do Paimona.- On i jego córki są bardzo sympatyczni. Wystarczy nie być zbyt wścibskim.-
Kaylie tylko cicho mruknęła podziękowania do Otto i skinęła głową.
-Och… bycie wścibskim to jedna z moich bardziej urokliwych cech, postaram się ją powstrzymać. Więc, idziemy na poszukiwania pierwszego i przez długi czas jedynego arcykapłana Kozła?