Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 225 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez
    #134

    Viktor

    Dzień ruszał do przodu i zbliżała się pora obiadowa. Viktor zobaczył Lilię prowadzącą kilka ładnych dziewczyn, chociaż było w nich coś innego.
    Rudowłosa córka władcy Dworu pomachała do adwokata.

    • Hej, Viktor. Szykujemy już wszystko na obiad dla rodzin ofiar. - wzięła mężczyznę pod rękę - Chodź powiesz co myślisz.
      Księżniczka i kapłan weszli do pomieszczenia, Viktor nie był pewny którego. Być może już je widział, być może Otto przyzwał je na potrzeby tej okazji.

    Pomieszczenie było gościnne bez wchodzenia w ostentację, było to miejsce aby ukoić serca a nie zaimponować bogatym gościom. Pomieszczenie było podłużne z niskim sufitem, ściany pokryte panelami z ciemnego drewna, wypolerowanego wiekiem. Proste latarnie wypełniały pomieszczenie spokojnym, ciepłym światłem. W drugim końcu pomieszczenia kominek dodawał atmosfery bezpieczeństwa i domu.

    Długi, drewniany stół przykryty jasnym obrusem dominował pomieszczenie. Prosty, nie przyozdobiony, ale schludny. Proste ceramiczne talerze stały na swoich miejscach, w towarzystwie platerowanych sztućców i kubków. Szklane dzbany z wodą, winem i sokami owocowymi były rozmieszczone co kilka siedzisk. Oferowane jedzenie nie było wystawnie bogate. Pieczone kurczaki, gęsi i dzikie ptactwo, chleb świeży i pachnący niczym dopiero co opuścił piec, zupy bogate w warzywa i zioła. Dania, które nawet zamożniejsi z gości widzieliby na specjalnie okazje.

    Widać też było też kilka delikatniejszych akcentów.
    Suszone kwiaty w wazonach oraz świeże owoce, jabłka, jagody, czereśnie w miskach dodawały wszystkiemu cieplejszych barw, całość dokańczały świece w niedopasowanych świecznikach. Nie było złota czy srebra, niczego co by krzyczało szlacheckim przepychem.

    • Tata chciał urządzić obiad dla prostych ludzi, aby czuli się tu bezpiecznie. Jeżeli sądzisz, że trzeba coś zmienić, powiedz, w kilka chwil będzie jak ci się wymarzy. - zerknęła w jeden róg pomieszczenia - Och… naprawdę? Jest niemożliwy. - podążając za wzrokiem dziewczyny Viktor zobaczył mniejszy stół, były na nim dania podobne do tych na głównym stole, ale zauważył też różnego rodzaju słodkości i łakocie - Każde dziecko, które dostanie w swoje łapska rozpieszcza...

    Baltizar i Kaylie

    Świątynia Calistrii przywitała stała przed gnomem i Galtianką.
    Bardziej poświęcony ogród niż masywna świątynia, otoczony wysokim ozdobnym murem z jasnego piaskowca. Ryciny tańczących elfów, chmar os i kochanków zamkniętych w swych objęciach spoglądały na nowo przybyłych z każdej ściany.

    W centrum ogrodu stał drewniany ołtarz z ciemnego, polerowanego mahoniu na którym stał posąg Nienasyconego Płomienia. Calistria zostałą zaprezentowana w swej najbardziej znanej formie. Ponentnej elfki, pełnej gracjii i zanęty z jedną ręką wyciągniętą w zapraszającym geście, natomiast w drugiej pozłacany bicz. Z jej pleców zaś wystawały stylizowane złote skrzydła osy.

    Powietrze wypełniał zapach kadzideł, jaśmin wymieszany z miodem pitnym palił się w koksownikach otaczających ołtarz, mieszając swą woń z wszechobecnym zapachem żywicy.
    Ogród wypełniony był chudymi drzewami, rozstawionymi w rzędach odchodząc od ołtarza.
    Ich gałęzie uginały się pod ciężarem gniazd os, które robiły za świętych strażników domu Calistrii. Kapłanki przemieszczały się pomiędzy chmarami, nie zważając na bzyczenie owadów czy ich okazjonalny odpoczynek na ciele wiernej. Zwykli wierni i goście musieli zważać na insekty, inaczej ich użądlenia szybko by przypomniały im iż ból i przyjemność często podróżują razem.

    Centralny ołtarz był otoczony kamiennymi ławami, zapraszając wiernych do dłuższego pozostania. Natomiast nieco dalej, ukryte wśród drzew były zakryte jedwabiem altany gdzie bardziej… prywatne sakramenty mogły mieć miejsce.

    Wśród zgromadzonych Baltizar i Kaylie spostrzegli kobietę najwyraźniej przewodzącą temu zgromadzeniu.
    Wysoka i smukła kobieta ubrana w jedwabie w kolorze złota i czerni, odsłaniających tak dużo skóry jak tylko można. Złota biżuteria zdobiła jej szyję, nadgarstki i kostki, stylizowana oczywiście w osy i żądła.

    Czarne włosy związane i trzymane w miejscu bursztynowymi grzebyczkami, pozwalały tylko kilku luźnym kosmykom opaść na jej smukła twarz i zachęcający uśmiech. Piwne oczy spoczęły w końcu na nowo przybyłej parze, a kobieta skinęła dwójce zapraszając do siebie.

    [media]https://i.imgur.com/efa4LUx.png[/media]

    • Witajcie, witajcie. - kobieta uśmiechnęła się do dwójki Azazelitów - Nazywam się Seralyth Veyra, w czym dom Calistrii może wam pomóc?
    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #135

      Świątynia Calistri

      Galtianka nie była miłośniczką os, jakie wszędzie tu latały. Na szczęście Azazel nie miał jakiegoś ulubionego pupila, jaki bzyczałby po świątyni, Nie był w końcu panem much. Nie mogła jednak zaprzeczyć kunsztowi dekoracji tego miejsca. Dotacje dostawali chojne, to musiała przyznać.

      • Mój gnomi kompan martwił się o was. - skinęła głową na Baltizara - Ale to chyba jego miejsce wylać swoje troski.
        Gnom rozglądał się w zamyśleniu, szukając tego co jest pod powierzchnią. Nie widział jednakże nic, jedynie gdzieniegdzie pęknięcia w cieniu. Przez które to zerkały ślepia wysuwały się macki i ociekające śluzem jelita… i krew wypływająca strużkami z gniazd os. I obłęd w oczach niektórych kochanków. I rozpacz pod ich uśmiechami.
        Wzdrygnął się niczym uczniak wywołany do tablicy, gdy usłyszał słowa Kaylie.
      • Przepraszam, zamyśliłem się. - rzekł i potarł czoło.- O czym to ja. O tak… wiele się ostatnio wydarzyło i niedawno mijałem wysuszone w nienaturalny sposób źródło wody. Więcej jest ich takich w pobliżu. I staną się prędzej czy później problemem dla miasta. Więc… - podrapał się po karku. - … z pomocą naczelnej kapłanki Erato zamierzam zorganizować wiec uczonych, co by mogli podyskutować i znaleźć rozwiązanie takiego problemu. Wydało mi się niestosownym nie skierować takiego zaproszenia do wszystkich ważniejszych świątyń w mieście. Więc z tego powodu tu jestem. Oczywiście…- machnął ręką po okolicy.- … zdaję sobie sprawę, że wysychające niecki nie leżą obszarze zainteresowań Calistri. Niemniej jeśli w gronie kapłanek i wiernych są osoby obeznane z obszarami wiedzy mogącymi być przydatnymi w tej sytuacji. Cóż… wiec taki jest okazją do zaprezentowania świątyni od najlepszej strony.-
      • Faktycznie, zgromadzenia naukowe nie leżą w zainteresowaniach naszej pani. - przyznała kapłanka - Jednak skąd pańskie zainteresowanie naszym udziałem? I, co ważniejsze, jak się pan spodziewa iż ów udział będzie wyglądał? Erato i pozostali mogą zorganizować miejsce, księgi, porozsyłać zaproszenia. Opinia o mojej świątyni nie jest mi obca i wiem, czego ludzie będą się spodziewać. Nie mówię, że będą się mylić, ale jakiż jest twój plan mości gnomie?
      • Obawiam się że w naturze mojej rasy nie leżą aż tak dalekosiężne gdybania.- zaśmiał się Baltizar.- Nie jestem wszak krasnoludem. Uznałem po prostu, że nietaktem byłoby pominąć tą wspaniałą świątynię, nawet jeśli nie zdecyduje się ona wysłać własnych przedstawicieli ną ty dyskusję. O jej kształcie… nie będę decydował, nie będę jej głównym organizatorem.-
      • Rozumiem. Mogę jednak zapytać, skąd twoje przejęcie naszą dolą? Nie należysz do grona naszych wyznawców.
      • To nie znaczy, że nie sympatyzuję z ideami… przynajmniej niektórymi waszej Pani.- odparł uprzejmie gnom i rozejrzał. - No i życie nauczyło mnie, że dobrze jest być pozytywnie postrzeganym przez miejscowy kler, a musisz przyznać twój zachwycający przybytek jest jedną z trzech najważniejszych świątyń w mieście.-
      • Och? A czyjeż są pozostałe dwie? - delikatnie łobuzerski uśmiech pojawił się na twarzy kapłanki.
      • Z tego co wiem Shelyn i dwóch pozostałych bóstw, oraz Abadara?- zapytał retorycznie Bajarz drapiąc się po karku.- W każdym razie tak mi mówiono. Czyżbym się mylił?-
      • A ktoś mi się skarżył, że będziemy mieli na dniach nową świątynię w mieście. Słyszeliście coś o tym?
      • Ponoć tak. - wzruszył ramionami Bajarz.- Ale co to za świątynia? Bez wiernych. Pusty budynek.-
      • To miejsce. - wskazała na ogród poświęcony Calistrii - Zaczęło jako zwykły ołtarz z wyrzeźbioną osą. Nie umniejszaj ważności miejsca przez jego początki.
      • Niemniej to nie ołtarz przyciągnął wiernych, to nie on zbudował tę społeczność wyznającą Calistrię, tylko kapłanki i kapłani jej służący. Sam budynek to tylko początek, czy z niego wyrośnie kult…- westchnął gnom. - To już leży w ustach i dłoniach czcicieli bóstwa.-
      • Tak długo jak Kozioł zapamięta swoje miejsce, nie będzie problemu. Zgłoszę się do Erato, może znajdzie się jakieś zajęcie dla mojej świątyni.
      • Nie mnie w to wnikać pani jak plany ma Kozioł. - odparł uprzejmie gnom. - Boską politykę zostawiam bogom i ich klerowi.
        Skłonił się przed kapłanką i spojrzał na dotąd milczącą Kaylie.- To… co … chcesz się rozejrzeć po świątyni w ramach dokształcania?
      • Czemu nie... Chociaż pooglądam ten wystrój, aby się dokształcić w potrzebach świątyń. - zdecydowała.
      • Och? - kapłanka uniosła brew na słowa Kaylie - Pani bierze też udział w budowie?
      • Tak, od strony... estetycznej. - przyznała - Wyposażenie, jak i ozdoby pomieszczeń.
      • Chodziło mi o… a zresztą nieważne. - machnął ręką Bajarz.
        Kapłanka zachichotała.
      • Ohoho… widzę, że mości gnom ma typ. - zerknęła na Kaylie - Tu znajdziesz jedynie coś co jest miłe Calistrii moja droga. Jeżeli chcesz pomóc zrobić świątynię, taką, żeby ten niezdecydowany diabeł był zadowolony, będziesz musiała zrobić ją pod niego.
      • Mości gnom ma doświadczenia. - uściślił Baltizar uprzejmie.
      • Jeżeli zrobiłabym ją tak jak ja go widzę... Byłby bardzo niezadowolony. - burknęła galtianka.
      • Ach, widzę, że rekrutował swój kler w tradycyjny sposób. Potraktuj to w takim razie jak zlecenie. Im bardziej mu się spodoba tym większą nagrodę dostaniesz.
        Bajarz nie wtrącał się w tę wymianę zdań, bądź co bądź nie dotyczyła go. Jego spojrzenie wędrowało po okolicy, na moment zatrzymując się na ołtarzu. Wspomnienia… i wizje pomieszały się na moment, przez co lekko zbladł.
        Kaylie nie zwróciła uwagi na gnoma najwyraźniej za bardzo przejęta słowami o klerze.
      • Ja przepraszam, ale ja do kleru nie należę. - zaprzeczyła silnie swoim galtiańskim akcentem.
      • Alternatywa jest gorsza moja droga. Szczególnie, że "dla niego" pracujesz. Nie mam złych intencji. Zapraszam cię oczywiście do zwiedzania, a jeżeli jesteś zestresowana, to jedna z moich sióstr czy braci chętnie pomoże.
      • Czy... Czy ty mówisz o... - zaskoczenie było wyraźne na twarzy kobiety.
      • Tak. Tak. Mówi o tym. Choć myślę, że dla ciebie bardziej wskazane byłyby traktaty o tematyce łóżkowej, może z rycinami. Wiesz… dla inspiracji na później.- wtrącił gnom.
      • Jeżeli oczywiście jesteś w związku, nie ośmielili byśmy się przyczynić do zdrady. Nie istnieje większa zbrodnia dla naszego kościoła. Możemy zaoferować masaż.
      • Ale te osoby... Robią to wszystko z własnej woli...? - zapytała z prawdziwą troską.
      • Oczywiście. Niektóre mogą chcieć udawać przymus, ale nikogo nie zmusimy do zrobienie czegoś, czego by nie chciał.
      • Tak Kaylie, robią to z własnej woli lub przekonania. Przybywają tutaj by się uwolnić od okowów “moralności” i przekraczać granice które mają w swoich głowach. - wtrącił gnom niecierpliwym tonem. - I realizować swoje fantazje… skoro to już ustaliliśmy, to może pójdziemy po tą książkę dla ciebie lub się rozejrzyjmy, co byś się doedukowała?
      • Jesteś mrukliwym, nudnym przykurczem, wiesz? - galtianka odezwała się do Baltizara - Rozejrzę się... książki już w bibliotece ogarnęłam.
      • Możesz to uczynić sama? Ja mam jeszcze jedną świątynię do odwiedzenia. - stwierdził gnom i skłonił się kapłance Calistrii. - Dziękuję za poświęcony czas i uwagę.-
      • Oczywiście. - odwzajemniła skłonieni - Mogę jeszcze w czymś pomóc? - to pytanie było skierowane do Kaylie.
      • Polecasz jakieś miejsca, jakie powinnam tutaj zobaczyć? - zapytała.
      • Zależy czego poszukujesz?
      • Chcę zobaczyć istotne dla waszej religii miejsca i ich sztukę, chcę zrozumieć waszą boginię poprzez wygląd świątyni.
      • Jeżeli chodzi o sztukę, to oczywiście statua naszej pani. Możesz też obejrzeć mur okalający naszą świątynie. Jest pełen rycin i płaskorzeźb.
        A gnom w tym czasie w milczeniu się oddalił, tuż za nim podążyła dwójka jego zwierzaków.

      Zaś Kaylie zezwolono na zwiedzenie teren świątynny. Ściany muru okalającego ogród faktycznie były ozdobione płaskorzeźbami. Niektóre powtarzały motywy Calistrii, osy, noże oraz seks.Niektóre natomiast przedstawiały elementy historii boginii, jak została zdradzona przez swojego kochanka i jak zemściła się na nim. Jej udział w uwięzieniu Rovaguga również został uwieczniony, chociaż postać Niszczyciela została umniejszona. Przechadzając się tak wśród bzyczenia os, które trzymały swój dystans od Galtianki, usłyszała nowy dźwięk, kobiecy chichot. Znalazła się obok jednej z przesłoniętych jedwabiem altan, której lokatorzy nie zauważyli jeszcze obecności Kaylie. Kobieta i mężczyzna poruszali się w sensualnym objęciu, eksplorując swoje ciała i dzieląc przyjemność pocałunku.

      Straż Miejska

      Bajarz zostawił kobiety samym sobie kierując się do wyjścia. Zobaczył tu już wszystko co chciał zobaczyć. Teraz pozostało opuścić ten przybytek i udać się na poszukiwanie Filli. Ona wszak powinna być rozwiązaniem kwestii ostatniej z świątyń, a jeśli nawet nie była, to wskaże tego do którego musiał się udać. Więc… czas udać się do budynku straży miejskiej.
      Budynek przywitał go typowym ruchem i zgiełkiem. Strażnicy i urzędnicy pokierowali Baltizara do jednego z bocznych pokoi gdzie Filia właśnie przeglądała jakiś notatnik. Komendant straży zerknęła na gnoma.

      • Pan Harpaness. W czym mogę służyć?
      • Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Pewnie dużo jest pracy w mieście… otóż, w okolicy zaczęły się pojawiać obszary nadnaturalnej suszy. Co powoduje na razie drobne niedogodności w okolicy i w przyszłości może stać się dużym problem. Z pomocą świątyni Shelyn organizuję coś w rodzaju zebrania mądrych głów i cóż… chciałbym zaprosić do grona mędrców służących Abadarowi, by i oni dołożyli swoje pomysły. Myślę że taka debata nikomu nie zaszkodzi, a może pomóc.- zaczął pospiesznie mówić gnom. - Nie orientuję się jednak do kogo powinienem się zwrócić w tej sprawie.-
      • Świątynia Abadara znajduje się blisko marketu, ale pewnie by pan nie odróżnił od zwykłego urzędu, gdyby pan nie wiedział czego szukać. Przekaże to kapłanom jak wpadnę do nich wieczorem. - kobieta odłożyła notatnik - Proszę dokładnie opisać sytuację, jeżeli to coś co zagraża miastu, powinnam wiedzieć czy należy jakieś przygotowania zorganizować.
      • Obszary nienaturalnej suszy. Wyschnięte jeziorka i bagna. Same w sobie niegroźne, acz…- wzruszył ramionami gnom.- Susza oznacza głód dla istot żyjących przy jeziorkach, głód oznacza migrację w rejony gdzie da się go zaspokoić. Na przykład do pobliskich ludzkich osad. Już zaczęły się ataki na statki płynące rzeką. Uważam, że bardziej się opłaca leczyć przyczynę choroby niż zmagać z jej symptomami.-
      • Skąd pewność, że jest to nienaturalna susza? - Filia podeszła do jednej z komód i wyjęła mapę okolic Evercrest.
      • Punktowe wysychanie obszarów nie jest naturalne. - odparł gnom. - Dziwne narośla które zauważyłem, też nie były naturalne. Chyba. Nie jestem uczonym. Opowiadam historyjki.-
        Kobieta westchnęła.
      • Rzezimieszki i mordercy… czy proszę o dużo? - spojrzała na gnoma - Dobrze, rozpocznę jakieś zbiory wody, jeżeli faktycznie jest tak źle. Dziękuję, że dał mi pan o tym znać.
      • To akurat chyba bardziej zmartwienie możnowładcy i wyzwanie dla magów i mędrców Evercrest niż nasz problem.- odparł gnom i zapytał. - Czyli zaproszenie kapłanów Abadara mogę zostawić w twoich kompetentnych rękach? Szczegóły co do spotkania pewnie przekażą posłańcy ze świątyni Shelyn.
      • Dobrze jest czasem wyjść z własną inicjatywą. - odparła komendant - Tak, oczywiście. Na pewno będzie to ciekawe wydarzenie. Ciekawe skąd znajdą dostatecznie dużo mędrców, aby zadowolić określenie "wiec".
      • Nawet jeśli to będzie tylko spotkanie czterech osób przy herbatce, to będą mieli okazję wykazać się mądrością i może uratować okolicę.- przyznał uprzejmym tonem Bajarz.- Jakkolwiek trudno przyznać, przemoc i monety nie rozwiążą każdego problemu. Czasem trzeba pójść po rozum do głowy.-
      • Zdumiewająco dużo problemów da się jednak rozwiązać przemocą. Więc, pan też będzie brał udział w tym spotkaniu?
      • Jako świadek i gość. Nie zamierzam mieszać się w rozmowy mądrzejszych ode mnie.- odparł skromnie Bajarz.
      • Pewnie wezmę z ciebie przykład. - uznała kobieta - Potrzeba czegoś jeszcze?
      • Nie. Nie wydaje mi się.- stwierdził po namyśle gnom, skłonił się i rzekł.- To już więcej cennego czasu nie będę zajmował.
        A następnie skierował się do wyjścia.

      Odetchnął z ulgą będąc poza budynkiem. Załatwił bowiem wszystkie obowiązki… no może poza tym magiem. Ale w tym miała mu Kaylie pomóc podając mu list, o którym będzie wiedział… jeśli z niego tak dobry wróżbita.
      Baltizar potarł kark w irytacji. Tyle rozpraszających drobiażdżków odciągało go od jego misji. Tyle kwestii niewartych uwagi. Powoli stukając kosturem ruszył ulicami miasta. Dwójka jego ochroniarzy podążała tuż za nim.
      Joghmeth z nudów trącał czasem pyskiem kołyszącego się na boki Etrigana. Ten bowiem nie był stworzony do chodzenia pieszo, tylko latania. Niemniej ignorował zaczepki ogara z typową dla swojego pana obojętnością.

      Tymczasem Bajarz rozmyślał kierując swoje kroki ku gospodzie. Dziś już nie zamierzał się zabierać za nic. Na wieczór musiał przygotować swój występ i zarobić co nieco. Ostatnio wydał sporo i choć jeszcze co nieco mu zostało, to trzeba zacząć uzupełniać zapasy monet. Wykopaliska tanie nie są.

      Jutro więc liczył na spotkanie z miejscowym “towarzystwem archeologicznym”. Może uda się wydobyć od krasnoludów z Helmhammer trochę dodatkowych informacji? Albo od Fiony Crawford? Ta wydawała się wręcz zachwycona mogąc podzielić wiedzą jaką posiadała. I zapewne Bajarz nie potrzebowałby łapówki, by napić się z tego źródełka wiedzy.
      Tak więc jutro należało się z nimi skontaktować i może dogadać parę spraw? A dziś… jak wróci do karczmy to napisze list, który może Kaylie przekaże dziś, może jutro? Tak czy siak, dzisiaj już, nie miał ochoty na kolejne pogaduszki o wiecu uczonych. Chciał odpocząć, tym bardziej że cienie się wydłużały, a macki i oczy spoglądały z nich coraz śmielej. Zębate paszcze, żuwaczki i inne otwory szeptały to co zawsze… lubiły szeptać. Drwiły i kpiły, śmiały się i płakały.
      Coś co mogłoby go przerazić lata temu i słabsze umysły doprowadzić do szaleństwa, ale obecnie… było tylko irytującym bzyczeniem komara dla jego uszu i oczu, które nauczył się ignorować.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez
        #136
        • Wygląda pięknie - skomentował Viktor z wdzięcznością, ale już chwilę potem, wyplątany z liliowego chwytu, przechadzał się po sali, analitycznym okiem przyglądając się wystrojowi i oceniając. Przeszedł się powolnym krokiem wokół sali dwa razy nim w końcu utwierdził się w swoim zdaniu.
        • Lata interakcji z tymi “zwykłymi ludźmi” utwierdziły mnie w przekonaniu, że pewna ich część bardzo docenia potraktowanie ich trochę… poważniej. Nie wszyscy, a nawet nie większośc, ale jednak zasadna ich część. Skoro to nie problem to chciałbym dodać dwie bardziej wyszukane potrawy do menu. Widzę tu pieczoną perliczkę, nadziewaną kaszą z tymiankiem i borowikami, w sosie z owoców leśnych na słono. Drugą byłby miękki rwany chlebek ziołowy. Wiesz co mam na myśli? Takie trochę ciasto na słono, z masłem wzbogaconym czosnkiem, pietruszką, bazylią i rozmarynem… głównie czosnkiem. Jedno i drugie w niewielkiej ilości i wkomponowane aby było widoczne, ale nie raziło kontrastem. Możliwe też, że pojawią się dzieci. Jakby dało się pod ścianą zostawić kilka wyższych krzeseł, tak aby sięgały one wygodnie blatu byłbym bardzo wdzięczny.
        • Przekażę Otisowi, załatwi to szybko. Tata sądził, że dzieciaki powinny siedzieć przy tym osobnym stole. Żeby same cieszyły z dobrego jedzonka i słodkości, z dala od "poważnych spraw dorosłych", ale to twoje przyjęcie. - uznała Lilia. Wręczyła kartkę jednej z dziewczyn, z którymi szła. Ta pośpiesznie ruszyła w stronę głównej sali karczmy - Co w sumie planujesz im powiedzieć?
        • Wierzę w możliwość wyboru… część dzieci usiądzie przy małym. Inne będą wolały przy głównym stole. Ludzie doceniają wybór. Szczególnie tacy którym rzadko się go oferuje. Nie jestem jeszcze pewny co precyzyjnie będę mówił, ale to nie będzie jedna rzecz, a cały proces… Chcemy uhonorować zmarłych, ale jednocześnie nie zapomnieć o tych co powrócili. Nie możemy dać im poczuć się mniej wartymi uwagi niż ofiary. Mają poczuć, że nie są sami i, że nie zostali zapomniani. Poza tym już buduję tutaj swoją renomę, więc to także muszę odpowiednio przedstawić… brzmi to wyrachowanie, co nie? - zapytał jakby w pewnej autorefleksji.
        • Zbyt. - skomentowała Lilia - Ale rozumiem, że to część twojej wielkiej gry w szachy z podmienialnymi pionkami. Po prostu nie przesadzaj też, ci ludzie są prości i raczej dużo od nich nie zyskasz poza dobrym słowem.
        • Ach… widzisz… czasem dobre słowo to wszystko czego potrzeba…

        Sala nie była pełna gdy wszyscy się zebrali. Wiele krzeseł było puste, bo nie każdy przyjął zaproszenie. Przy każdym talerzu stała świeczka. Przy niektórych dwie, a tylko przy nielicznych żadnej. Jednak bez sposobu aby je rozpalić. Drobne pomuki nadawały szumu w tle sceny, ale większość ludzi milczała, niepewna jak się zachować.

        Viktor był ubrany prościej niż zwykle. Bardziej swojsko i skromniej, aby bogactwem nikogo nie przytłoczyć. Witał każdego przy wejściu. Kilkoro z nich pamiętał z wyprawy i tych witał po imieniu.

        • Sophie… radują się moje oczy, że ciebie widzę.
          Jego uśmiech był nawet szczery gdy zobaczył Sophie. Ciemnowłosą kobietę, którą we własnych ramionach wynosił z jaskini goblinów Ahaira. Wtedy trawiona była gorączką aż do poziomu gdzie jej piękne-teraz włosy zlepione były w kręcone strączki. Powitał ją i skojarzył znane już sobie imiona jej towarzyszki i matki z twarzami, ale nie poświęcił więcej czasu, bo już kolejni goście przychodzili.

        Szumy zamilkły gdy Viktor w końcu wstał. Nie potrzebował prosić o ciszę, ani uderzać łyżeczką w kieliszek. Spotkanie było wystarczająco kameralne by wszyscy sami dostrzegli.

        • Drodzy mieszkańcy Evercrest…a jeśli pozwolicie powiedzieć: towarzysze, bo nie śmiem jeszcze mówić “przyjaciele”. Nie znam wielu z was, lecz wiele twarzy widziałem i wyprowadziłem z mroku. Spotykamy się dziś nie po to aby wspominać zło które spotkało, na swój własny sposób, każdego z was tu obecnych. Chciałbym aby był to moment by uhonorować tych których już nie ma z nami… Lyran Dovall… młody kowal, który kochał ptaki. Edrin Callen, student biblioteki Evercrest…zafascynowany alchemią.

        Kilka rąk cicho opadło na stół, a starsza kobieta w czerni zasłoniła dłonią drżące usta. Siedzący obok młodszy mężczyzna – brat Lyrana – zacisnął dłoń na ramieniu matki ich obojga.

        • …Sarah Wintrel, która sprzedawała najpiękniejsze kwiaty… Nima, krawcowa która kochała dzieci…

        Ktoś podciągnął nosem, a ktoś zaszlochał cicho, słysząc imię utraconej osoby. Lista imion nie była krótka. Każdemu z nich Viktor poświęcał intymną chwilę i posyłał rodzinom współczujące spojrzenie. Nie miał żadnej listy, żadnej notatki… wszystkie te imiona i drobne fakty niósł w swojej pamięci. Był to swoisty dar dla obecnych… ukochani których stracili, nawet dla wielkich i potężnych, nie byli bezimiennymi ofiarami. Oni wszyscy istnieli. A istnieli tym bardziej im więcej ludzi pamiętało ich imiona.

        • Chciałbym abyście teraz wzięli świeczki które stoją przed wami - poprosił samemu też ujmując jedną. - Pozwólcie głupcowi uczynić z tego symboliczną chwilę. Jesteśmy w tym razem…

        Viktor rozproszył część magicznych świateł, pogrążając pokój w półmroku. Dopiero wtedy odpalił swoją własną świecę. Cisza pogłębiła się jakby wszystkie dźwięki zapadły się w sobie.

        • Niech każdy z tych płomieni niesie imię. Niech ich światło wypali się w naszych oczach byśmy pamiętali. Nie tylko o śmierci, ale o życiu, które miało znaczenie. Które było prawdziwe - prosił powoli, głosem spokojnym, ale skażonym jakąś słabością. Jego oczy błyszczały odbijając światło, gdy wnosił swoją świeczkę nieco do góry, a spojrzenie jeszcze wyżej.
        • Tisis… - niby-szepnął, pozwalając tej słabości zabrzmieć z cichą mocą. Po chwili usiadł i podzielił się swoim płomieniem z Elayne Torr po swojej prawicy, matką Terena, z Mirą Holt ze swojej lewej.

        Ogniki mnożyły się w półmroku. Kolejne imiona przebijały ciszę.
        Co chwila ktoś szlochał, ktoś inny szeptał słowa otuchy.
        To nie była klasyczna chwila ciszy. Jednak, na swój własny sposób, coś znacznie bardziej osobistego.

        Sam ukradkiem otarł swoje powieki, gdy rozjaśnił znów salę i oczy gości musiały przyzwyczaić się do światła. Odkaszlnął, aby wyraźnie zakończyć moment ciszy.

        • Nigdy ich nie zapomnimy i zabierzemy ze sobą ten ból do grobów, ale ten medal ma dwie strony. Nie chciałbym… nie mogę pozwolić by to cierpienie umniejszyło życia tych co wrócili… Daren Holt jest tu dziś z nami i niejeden stół jeszcze wyhebluje. Hadrik Voss jeszcze wróci do strzeżenia naszych ulic. Isella Dorn ukończy swoją naukę. Caldwinie… ja sam jestem sierotą i pozwól mi wyrazić jak się cieszę, że twoje dzieci unikną tego losu. Sello, Sophie… Wiem, że nigdy nie zapomnicie grozy którą przeszłyście, ale raduję się, że będziecie mieć przed sobą całe życia aby sobie z nią poradzić…

        Lista imion ponownie nie była wcale krótka. Do każdego ocaleńca zwrócił się z imienia i do większości powiedział słowo, albo dwa.

        • Teraz prosze jedzcie… dziewczęta Popielnego Dworu zaraz przyniosą gorące dania. Jedzcie, rozmawiajcie, poznajcie się. Mówią, że ból łatwiej nieść razem. Dajmy temu szansę.

        Posiłek-spotkanie trwał. Pyszne potrawy i wino rozwiązywały języki. Ludzie wstawali i rozmawiali. Za drobnymi socjalnymi szturchnięcia Viktora zaczęli dzielić się wspomnieniami. Nieraz salą wstrząsnął szloch, lub wręcz płacz. Raz Khal przyjął w pierś niemy krzyk protestu, za wydarzenia co ich spotkały. A on sam… łapał się raz i raz, że tracił więcej i więcej swego chłodu.

        Jeszcze pół dekady wcześniej przechodził przez takie spotkania jak golem. Jak mistrz cechu rzemieślniczego wykuwający swoje kolejne dzieło, ale teraz?
        “Pizda!” – warczał na siebie w myślach, za każdym razem gdy sam musiał otrzeć oczy.

        Nie spowalniało go to jednak. Wciąż pozostawał mistrzem swego rzemiosła. Nawet jeśli nagle czuł się niekomfortowo z przedmiotowością z jaką je traktował. Przygotowywał tych ludzi. Łączył ich wspólnym bólem i wspólną stratą. Wiedział, że to początek – zalążek jego wspólnoty.

        • Mam nadzieję, że cokolwiek co dziś zostało powiedziane przyniosło chociaż jednemu z wam jakąkolwiek ulgę… ale dzień sądu nadchodzi i to dosłownie. Alchemik stanie przed sądem i w związku z tym… chciałbym wam zaproponować, z szacunkiem i pokorą… pozwólcie abym to ja był na tym procesie waszym głosem. Prawa nauczyłem się na dzikich salach samego Cheliax. Nie dajcie się zwieść mojej łagodności na tym spotkaniu… Wygrałem setki spraw, w tym wiele uznawanych za niemożliwe do wybronienia. Posyłałem na męki i śmierć wielkich i możnych, jak również ratowałem od nieuczciwego wyroku niewinnych gdy wszystko na nich wskazywało. Poznaliście dziś ludzką stronę Viktora Goodmanna, ale gwarantuję wam, prawnika lepszego niż ja nie znajdziecie w Rzecznych Krolowstwach. Jeśli uznacie, że powierzycie mi swój głos… oddam pamięci waszego cierpienia należną jej sprawiedliwość.
          Humor gości jak i ich ogólne samopoczucie wydało się podnieść po słowach Viktora, jak i po jego geście w ich stronę. Chwilę szeptali między sobą, Goodmann natomiast usłyszał chichot dzieci. Odwracając się w ich stronę dostrzegł niecodzienny widok. Kaylie zabawiała maluchy prostymi magicznymi sztuczkami. Nie nosiła zwyczajowo maski, ponieważ jedna z dziewczynek się nią bawiła, próbując nałożyć tak aby nie spadła. Uśmiech gościł na twarzy Galtianki, ciepły.
        • Panie Goodmann. - odezwała się Sophie, aby zwrócić uwagę prawnika - Dziękujemy za pana ofertę i z miłą chęcią skorzystamy z pańskich usług. Proszę zapewnić nam i… nieobecnym sprawiedliwość.
        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez
          #137
          • Kaylie… spóźnimy się… - ponaglał delikatnie partnerkę Viktor, oparty barkiem o ścianę, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu. Sam zdawał się jeszcze wcale nie gotów, ale dla niego przywdzianie odpowiedniego ubioru to była kwestia jednego gestu. Wyszorował się w łaźniach jeszcze przed południem, teraz się wypachnił i to były całe przygotowania. Nie krył jednak, że w jakiś sposób go nieco… rozczulało… obserwowanie procesu nakładania makijażu przez Lilię na kaylową buźkę.
            Kaylie natomiast czasem chichotała jak młodziutkie dziewczę, co pierwszy raz ma za rękę z młodzieńcem spacerować.
          • Pamiętam o czasie. - stwierdziła patrząc z tłumioną radością na swój makijaż. Nic krzykliwego, ale podkreślający urodę i jej bardzo okrągłe oczy. Lilia musiała się na tym znać... lub to kolejna sztuczka Fey - A ty gotowy czy tylko marudzisz?
          • Gotowy, gotowy… Kiedy kreację wybierzesz to wyczaruję sobie coś pasującego i viola. Będziemy mogli wychodzić.
          • To wyjdź stąd! To będzie niespodzianka! - zachichotała jak typowa głupiutka siksa.
          • Nie psuj dziewczynie zabawy. - uśmiechnęła się do niego Lilia - Macie jeszcze czas. - spojrzała na swoje dzieło i kiwnęła głową - No, wyglądasz cudownie, moja droga. Nie jeden pewnie będzie pytał cię, czy "tata"... - skinęła głową na Viktora - pozwoli ci pójść z nim gdzieś.
            Viktor uniósł brew rozbawiony, ale postawnowił nie wspominać jak “kilku” panienkom w jego przeszłosci zdarzało się do niego zwracać.
          • Jak mnie nie chcą to idę sobie znaleźć zajęcie - rzucił z przekorą, nieco-tanecznym krokiem odwrócił się na pięcie i wyszedł, nie omieszkając puścić porozumiewawczego oczka gdy zamykał drzwi.

          Zanim Kaylie wyszła, Lilia musiała zbiec na chwilę do głównej sali porozmawiać o czymś z Otto. Ten zaśmiał się delikatnie i kiwnął swojej córce, która po chwili wróciła na górę do Galtianki.
          Po kilku minutach powolnym krokiem Kaylie Sunfall zeszła schodami. Jej usta umalowane były głęboką purpurą przechodzącą w czerń na krańcach ust. Jej oczy były pokryte fioletowo-różowym cieniem. Jej skóra została delikatnie przybledzona pudrem, a prawy kącik ust został przyozdobiony sztucznym pieprzykiem.
          Jej włosy uczesane były w warkocz zwijający się ku górze i przyozdobione intensywnie czerwoną siatką i motywami czarno-pomarańczowych motyli.
          W końcu ozdobna, jedwabna suknia. Długa czerwona spódnica z czarnymi kwiatowymi akcentami. Czarno-czerwony gorset przylegał do ciała kobiety, odsłaniając odważnie, ale nie wulgarnie dekolt. Ramiona pokryte były czarną koronką. Wszystko wieńczył krótki czerwony płaszczyk z czarnym futerkiem.

          Kaylie wykorzystywała swoją elficką smukłość i lekki chód, aby zejść ze schodów i niespiesznie podejść do Khala pogrążonego w dyskusji z jakąś kobietą. Poczuła ukłucie zazdrości, ale usilnie stłumiła grymas niezadowolenia, aby bez słowa położyć dłoń na ramieniu mężczyzny.

          • Och… - sapnął Viktor, gdy wstał i objął Kaylie całą spojrzeniem. Oczy zabłysły mu gdy chłonął jej widok. Uśmiechnął się do niej ciepło i przyjemnie.
          • No no… prawie jakbym na Vesperę Aureę się wybierał. Nie byłoby wstydu.
          • Cal, to jest Kaylie Sunfall. Potężna arkanistka i moja bliska… przyjaciółka. - Drobna pauza nie była zawahaniem, a niosła w sobie niemożliwy do pomylenia przekaz - Kay, to jest lady Calina Thornwell, poetka, artystka, aktorka i ambasadorka prosto z Gralton.
            Wysłanniczka sąsiada, ubrana kolorowo i krzykliwie, jakby na scenę teatru sie udawała zaraz, powstała i zmierzyła Kaylie wzrokiem. Oczy jej się zmrużyły nieco gdy zagryzała wargę.
          • Więc to tej jaskółce śpiewają motyle i kwiaty. Radość mnie wypełnia wreszcie mogąc cię poznać. Dołączysz do nas? Właśnie…
          • Przykro mi Cal, ale własnie się do lokalnego teatrzyku wybieramy.
          • Ah, wspominałeś coś istotnie…
          • Yhym. I nie chcemy się spóźnić. Więc…
          • Ostatnią jestem osobą która by pochwaliła spóźnienie się na sztukę, choćby najmniejszego z teatrów. Idź Vicky. I Kaylie… mam nadzieję, że dane nam będzie się zapoznać przy innej okazji.

          Teatr La Sala delle Maschere znajdował się w ścisłym centrum. Klejnot na miarę Evercrest. Niewielki, o nieco brutalnej urodzie, ale pyszny i dumny. Fasadę zdobiły rzeźby muz i smoków, a nad głównym portalem trzy witraże witały obrazami świtu, zmroku i głębokiej nocy. Mosiężne lampiony rozświetlały prowadzące w górę schody aż do szerokich, otwartych teraz wrót. Tłum zaczynał się zbierać. Wozy przyjeżdżały i szybko odjeżdżały, by zrobić miejsce dla kolejnych, bo wiele więcej czekało na swoją kolej.

          Gdy wysiadali z powozu Viktor pasował już kreacją do Kaylie. Pozostawał w kolorach czerni z czerwienią. Ciemny surdut o wysokim kołnierzu zapinany był mosiężnymi guzikami w kształcie róż. Ramiona i mankiety zdobiły ozdobne hafty o motywach pnączy przeistaczających się, miejscami, w węze. Pod spodem miał czarną satynową koszulę z szerokim kołnierzem, czerwoną wstęgę i burgundową kamizelkę, lekko połyskującą srebrną nicią którą wyszyto kilka motyli na jego piersi. Uderzało ekstrawagancją.

          Viktor wyciągnął do Kaylie rękę, by wsparła się na nim gdy wysiadała…

          • La damme?

          Kaylie wydawała się nagle przybrać więcej wdzięku z salonów, a sama zdawała się otoczona blaskiem tej szlacheckiej dumy.

          • Mon seigneur. - odparła przyjmując dłoń by się wesprzeć na niej.

          Kliknij w miniaturkę

          • … a to jego prześliczna małżonka Varia.
            Stali na schodach, tuż przed głównym wejściem do teatru. Ubrani w odcienie bieli i szarości, z antracytowymi dodatkami. Serg nie prezentował się wybitnie, nie był człowiekiem urody, ani charyzmy, ale swoją kompetencją i osiągnięciami (jakkolwiek nie dostatnimi jak na jego ambicje) dał radę przyciągnąć uwagę i chyba nawet miłość pięknej Varii… jasnookiej Hymbrianki, z najmniejsza domieszką elfiej krwi w żyłach.
          • Przemiło mi ciebie poznać - podjęła, zwracając się do Kaylie - Dawno nie widziałam stylu isgeriańskiego, bo dobrze rozpoznaję kolorystykę i dodatki, prawda? Mam kuzyna w Gillamoor i jak nas odwiedził to się bardzo podobnie nosił… opowiedz mi…

          Viktor z Sergiem zostali zostawieni sami, gdy Varia Malm jakimś zręcznym i nie do końca zaobserwowanym ruchem wyswobodziła Kaylie spod ramienia Viktora i sama ją ujęła, prowadząc przez bramy Sali Masek. Technicznie stał tam elegancko ubrany mężczyzna kontrolujący zaproszenia, ale znał już Varię dość aby wiedzieć, że na pewno stosowne posiada.

          Viktor zachichotał w końcu.

          • Cóż… chyba obaj zostaliśmy zostawieni… Heh… chciałem tobie, Serg, jeszcze raz podziękować za te bilety. Bez ciebie…
          • Daj spokój, Viktor. Przyjemność po mojej stronie. Przynajmniej będę miał towarzysza niedoli.
          • Czegóż to nie zrobimy dla naszych kobiet?
          • Mniej więcej. Idziemy?

          Na scenie panował półmrok. Nie mieli miejsc w żadnej z czterech lóż, ale nie były one wcale złe. Akurat taka odległość, że wciąż jeszcze mogli jasno dostrzec niuanse mimiki aktorów w przedniej połowie sceny, którą przyozdabiały cierniowe pnącza, z różami skręcanymi z czerwonej bibułki.

          Panie, za inicjatywą Varii, usiadły obok siebie, by móc na żywo oplotkowywać wydarzenia, a panowie siedzieli obok… pewnie by móc wspólnie wzdychać

          Narrator wystąpił z głębszego cienia. Ubrany w dworski płaszcz, z obdartymi brzegami i sfatygowaną, wyblakłą czapką błazna. Lekko ironiczny uśmiech zdobił jego twarz, gdy przez te kilka sekund mierzył publikę bystrym spojrzeniem, czekając aż ostatnie pomruki umilknął.

          • Witajcie podróżni! - zawołał, a akustyka tego miejsca poniosła jego słowa w najdalsze zakątki sali - Co przybyliście z traktów suchej codzienności! Zza gór niespełnionych nadziei! Zza mórz nudnych dni! Witamy was w La Sala delle Maschere – Sali Masek – gdzie monotonia jest największym grzechem!

          Zabierzemy was dzisiaj w podróż! Zabierzemy was w opowieść gdzie słowa nieść będą złoto i kłamstwa! Gdzie pod jednym dachem zatańczą święci i rozpustnicy, a każdy kielich w dwa dna jest przysposobiony by móc i winem słodkim napoić i gorzką trucizną.

          Tu pachnie różami, choć pod nimi gniją korzenie!
          Tu się śpiewa o miłości, by jęki zbrodni zgłuszyć!
          Tu każdy gest ma swój koszt. A każdy uśmiech może kryć sztylet!

          Na tronie Wrót Taldora zasiada nie kto iny jak nadobna Królowa Lysandra!
          Piękna jak grzech i jak grzech kosztowna.
          Korona Cierni zdobi skroń jej cieni! Dar jej krwi i przekleństwo losu!
          Bo w tym świecie nawet królowa nie wybiera…
          Czy ma kochać?
          Czy być kochaną?

          Zaraz jej dwór ujrzycie:
          Rycerzy, co honorem na ustach zdradę ze swych gardeł kryją!
          Damy modlące się w ciszy – nie zawsze do właściwych bogów!
          Poetów piszące wiersze, w nadziei na jeden uśmiech panny…

          Ale nie bierzcie tego nazbyt poważnie!
          Bo w tragedii czasem już tylko śmiech pozostaje!
          A śmiech, wiadomo, najstraszliwiej przebrzmiewa w najczarniejszych lochach!
          Narrator zrobił krótką pauzę, pozwalając ciszy przebrzmieć krótki moment. Podszedł wprzód i przykucnął na granicy sceny… tylko niemagiczna-magia tego miejsca niosła jego szept docierał gdziekolwiek poza najbliższymi mu osobami.

          Więc, drodzy widzowie… jeśliście gotowi…
          Jeśli macie w sobie tę straszliwą odwagę, aby spojrzeć w lustro…
          ...usiądźcie spokojnie.

          Wrota Taldora się przed wami otwierają.
          A za nimi miłość… zdrada… i kielich wina.

          Pamiętajcie tylko jedno:
          Gdy nazbyt chętnie ściśniecie różę…
          ...jej cierne zasmakują waszej krwi.

          • A jak on patrzył na Amandę! Myślałam, że naprawdę ją kocha!

          Galtianka szła uwieszona przez ramię Khala, gdy wychodzili z kolacji, na jaką się udali po zakończonym przedstawieniu. Podekscytowana Kaylie gadała jak nakręcona do wszystkich na raz.

          • A gnojek obracał jej siostrę pod pierzyną! I jak pojawił się na scenie z nagim torsem... - zachichotała patrząc na żonę Serga, nieudolnie próbując skryć ten dziewczęcy rumieniec, ale była wśród swoich, bo Varia w żaden sposób nie kryła swoich własnych ekscytacji.
          • Ah… MUSISZ z nami pójść na Sny Poranków Andorańskich. Tutaj się nie krępowali, ale w tamtych… uhhh… Tylko grają to cyklicznie i chwilowo…

          Serg szedł z minął zmęczoną ale spokojną. Nieco rozbawioną, w ten odrobinę protekcjonalny sposób, jakim rodzic obdarzyć może fascynację dziecka kolonią mrówek w ogrodzie, a Viktor odpowiadał mu milczącym spojrzeniem “wiem, wiem”. Obaj jednak mieli niemałą przyjemność z obserwacji ekscytacji swoich kobiet i cieszyli się, że znalazły sobie nową koleżankę.

          Kaylie mocniej uwiesiła się na ramieniu Khala i skierowała usta do jego ucha by mu wyszeptać konspiracyjnie z wyraźnym podekscytowaniem:

          • Tak sobie myślę... Że moglibyśmy...
          • Yhym? - mruknął Viktor zachęcająco, spoglądając na zaśmianą Varię, zajmującą uwagę Serga.
          • No bo... - ukryła twarz w ubraniu Khala - To takie... krępujące... Bo wiesz... Miałam takie marzenie... - jeszcze bardziej ściszyła głos - Bardzo gorszące... Nie wiem i czy ciebie nie zgorszy...
          • Och… dziewczę drogie…. - mruknął, ale postanowił nie onieśmielać jej werbalizacją wątpliwości, czy cokolwiek co na by sobie wyobraziła byłoby w stanie go “zgorszyć” w jakikolwiek sposób. - …zamieniam się w słuch.
          • Czy... Moglibyśmy... Na mieście... - zasłoniła usta - W jakimś zaułku...
            Viktor uśmiechnął się, z pewną minimalną dozą niby-zawodu… chwilę łudził, że może jednak coś go jeszcze zaskoczy, ale to było… tak bardzo… typowe dla błękitnokrwistych pań. Nie aby zamierzał narzekać.
          • Vario, Serg… To była przyjemność i liczę, że rychło to powtórzymy, jednak my tutaj odbijemy. Mamy ochotę jeszcze na spacer.
          • W sumie… - Serg zastanowił się patrząc w gwiazdy na niebie - Może my z wami też ughh… - stęknął gdy małżonka nieco zbyt entuzjastycznie szturchnęła go łokciem w bok. - Znaczy… my… - bardziej zapytał, z pewnym niezrozumieniem próbując wyczytać z jej spojrzenie skąd nagła brutalność. - Ohh... Aaah… oni… wy… my… oh… Znaczy… ekhm… oczywiście, Viktorze, to była przyjemność i musimy to powtórzyć. My wrócimy do siebie zupełnie nie…
          • Dziękujemy wam za wspólny czas - wtrąciła mu się w słowo żona, nie mając wiary by kolejne słowa płynące z jego ust nie miały okazać się… nietrafione - Do zobaczenia i miłej nocy.

          Kaylie patrzyła chwilę za odchodzącymi zanim zachichotała lekko wtulając się w ramię Khala.

          • Serg jest zabawny w swoim niezrozumieniu. A może by chciał nam towarzyszyć wiedząc co planujemy?

          • A TY byś chciała aby nam towarzyszył? - zapytał Viktor w rozbawieniu, prowadząc ich ciemnymi ulicami Evercrest. Zwykli i rozsądni ludzie powinni unikać takich spacerów, bo nawet w Egorianie strażników zawsze było zbyt mało… ale nikt nie oskarżył by tej dwójki o bycie “zwykłymi”, a nawet i “rozsądku” pewnie i sami by sobie odmówili.

          • A ty? - odwróciła pytanie.

          • A Varia też by dołączyła? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.

          • Nawet ich tak naprawdę nie znamy, więc co tu dywagować. - postarała się wykręcić od odpowiedzi.
            Viktor zachichotał tylko, pozwalając jej się wywinąć, choć posłany uśmieszek sugerował, że postrzegał to jako łaskę ze swojej strony.

          • Co sądzisz o zakończeniu sztuki?

          • Taka... bajkowa. - powiedziała pewnie - Nierealna. Lysandra przeżyła to wszystko zbyt delikatnie, jakby jej nie obchodziło. Jakby tak naprawdę nigdy go prawdziwie nie kochała.
            Viktor uśmiechnął się i ucałował Kaylie w poczliczek.

          • A nie można na to patrzeć, że była silną osobą, która wiedziała, że niesie na swoich barkach wielką odpowiedzialność? Albo, że i tak jest w lepszym miejscu niż była gdy historia się zaczynała?

          • W lepszym? Wtedy była zakochana i był jej ukochany z nią, a teraz została sama. To nie jest lepsze. - zaprotestowała - Bycie porzuconą jest najstraszniejszym doświadczeniem.

          • Kruszyno… rozumiem, że porzucenia były w Twojej przeszłości niezwykle bolesnymi przeżyciami, ale… uwierz mi, że są znacznie gorsze rzeczy. Dowód empiryczny: definitywnie bym wolał abyś mnie porzuciła niż abyś, na przykład, zginęła.

          • A czy widzisz opcję - zatrzymała mężczyznę w pół kroku - że ty byś mnie porzucił?
            Radosny głos stał się poważny.
            Viktor patrzył na nią dłuższą chwilę z łagodnością i jakimś smutkiem.

          • Dajmy z siebie wszystko co możemy - zachęcał, ująwszy ją za barki - Słuchajmy się i bądźmy wyrozumiali dla siebie i swoich… pokrzywień… to nigdy do tego nie dojdzie.
            Kaylie zwiesiła głowę i po chwili westchnęła ciężko.

          • Przepraszam, ja... Po prostu się boję. Za wiele razy straciłam w taki sposób. Więc czasem zbyt panicznie reaguję...

          • Heh… To nazywasz “paniczną reakcją”? Ja kiedyś prawie zatłukłem panicza Hawthorne’a. W jego własnym salonie. Na jego własnym spotkaniu. Za kilka słów zbyt dużo o mojej matce. A po uzdrowieniu jeszcze zmusiłem go aby mnie przeprosił. Ha!
            Dwa palce uniosły spojrzenie dziewczęcia w górę, by spojrzała w czułe oczy Viktora.

          • Nie jestem Saverisem, ani Jeyem. I ty też już dawno nie jesteś tą samą dziewczyną którą byłaś wtedy. Piszemy własną historię i tylko od nas zależy jak się ona potoczy. Rozumie twoja straumatyzowana główka?

          • ...ale przecież ty wiele razy odrzucałeś swoje dziewczyny, prawda? Wyrzuciłeś jak zużyte. - zaryzykowała.
            Viktor zamyślił się na kilka chwil. Miał ochotę oprotestować formę w jakiej wypowiedziano tak-jakby-zarzut, ale… nie miało to większego znaczenia. I kilka razy zdarzyło się, że był on adekwatny.

          • Tsk… Ta rozmowa wiele by zyskała gdybyś była już po dyskusji z kimś-trzecim o tym jak rzeczywiste związki wyglądają…

          • Ale już jestem. - wtrąciła przerywając mężczyźnie - Rozmawiałam w bibliotece ze "szlachciankami" - wypowiedziała to słowo z jakąś ironią w głosie - No i z Baltizarem.

          • Oh… i czy słusznie wyczuwam w tonie, że rozmowa nie przebiegła tak jak się tego spodziewałaś?

          • Zachowywały się jak plebejki! - jęknęła - Jakby nie rozumiały o co chodzi w szlachectwie. Jakby nie widziały tego, jak powinny zachowywać się lepsze stany! Nie traktowały moich słów poważnie... Nie rozumiały, a to mnie za dziwną widziały. - załamała ręce.

          • A czy to rzeczywiście aż tak dziwne? Te kobiety i ci mężczyźni, nieraz pierwszy raz spotykają swojego “wybranka” na żywo w dniu ślubu. Czy jest takie “nieludzkie”, czy “niskie”, że nie czując więzów miłości szukają odebranej im wolności gdzie indziej? W końcu zwykle to nie o uczucie wcale chodzi, ale o interesy rodów.

          • Szlachta jest wyższym stanem, a to się wiąże z poświęceniami! - wyłkała - To jest czymś więcej niż plakietką!

          • Kaylie… - w głosie Viktora było zmartwienie. Ostrożnie dobierał słowa. - Wszystko co teraz powiedziałaś to prawda. Jednak to nie paladyni światłości. Nie składali ślubów czystości, wierności czy prawości. Ci… szlachetni-szlachcie, o których myślisz, istnieją. Pewnie nawet ich spotkałaś w życiu, ale szlachcice to – generalnie – ludzie. Są wśród nich dobrzy, są wśród nich źli. Są wśród nich czyści i piękni, a są puszczalskie garbuski. Każdy zasługuje i każdego TRZEBA oceniać jego własną miarą. Tak jak ja nie jestem Cheliax, jak Ty nie jesteś tymi co dopuścili Ogrodników do mocy, tak i Aegon Blackfyre nie jest definiowany przez lokalną szlachtę. Ani w dobrą, ani złą.
            Kaylie wyglądała na zasmuconą. Nie radziła sobie z tymi nowościami życia, jakie zawsze chciała po prostu ignorować i nie patrzeć na nie.Tak było łatwiej. Czemu w ogóle patrzeć na świat w ten pokręcony sposób?

          • A jaka ja jestem? - zapytała nagle - Dobra, zła? Kim ja jestem?
            Viktor ujął ją za ramiona.

          • Kaylie… mam tysiąc i jedną odpowiedź na to pytanie… ale one nie są istotne. Powiedz mi: co TOBIE się wydaje? Kim jesteś w swoich własnych oczach?

          • Nie wiem... - odparła wprost unikając wzroku mężczyzny - Dla niektórych mogę być aniołem, dla innych wariatką... To... ciężkie. Sama w sumie nie wiem kim jestem.

          • Wszystkie trzy twoje odpowiedzi są równocześnie prawdziwe. Wszyscy składamy się z bardzo wielu aspektów, z których żaden nie definiuje nas w całości… Próba określenia się jednym słowem, czy zdaniem jest z góry skazana na porażkę. Zacznijmy od czegoś małego… słuchaj co mówię: Jestem człowiekiem, co za młody sypiał w schowku pod schodami biblioteki Isger. To jest bardzo mała cząstka tego kim jestem, ale jest prawdziwa. Teraz spróbuj ty… jestem kobietą która…

          • ...urodziła się szlachcianką w Galt...

          • Brawo. A teraz spróbujmy znaleźć coś w czym miałaś czynną rolę, a nie – po prostu – przydarzyło się tobie. Coś małego. Nie zmieniającego życia, ale ledwie na tyle istotnego abyś to wciąż pamiętała.
            Kaylie zamilkła. Naprawdę próbowała, ale... nie mogła sobie nic przypomnieć dobrego, więc... Musiała improwizować.

          • Za młodu widziała krew spływającą po schodach sceny…

          • Znowu to samo - Viktor udawał, że nie zauważył nawet treści wypowiedzi - Byłaś tego świadkiem. To jest coś co tylko tobie się przydarzyło. Pozwól, że ja “spróbuję”... Jesteś osobą która próbowała powstrzymać naiwnego głupca przed nadzianiem się na sytuację, z którą mógł sobie nie poradzić. To, że Viktor Goodmann okazał się potem Khalem Freyem to zupełnie osobna sprawa. Jesteś kobietą która sama zażądała ode mnie spisania umowy, te trzy lata temu, kiedy potrzebowałem twojej pomocy. Jesteś dziewczyną, która ze swojej własnej inicjatywy poświęciła swój czas i chęci dzieciom ofiar Ahaira, na obiedzie który wydawałem. To wszystko są drobne aspekty. Małe elementy twojej osoby. Rozumiesz już koncepcję?

          • Jestem też osobą, jaka wykonała przeciąganą w czasie egzekucję na jednym z Thrune. - spojrzała zimnym wzrokiem na ziemię - I smakowała z radością każdą chwilę i dźwięk jego wrzasków.

          • Tsk… Prosiłem o małe rzeczy, ale niech ci będzie. Pozwolę na to - łaskawie przystał Viktor na przytoczony “aspekt” - Trochę nie na temat, ale aby była jasność… Zasłużył sobie. I ja nie mam tutaj moralnej wyższości, bo gdy Yasperhyde wpadnie w moje ręce tak samo będę radował się jego błaganiami. Zarówno tymi o życie jak i tymi o śmierć… i nigdy nie pozwolę sobie pochylić głowy z tego powodu… Ale wróćmy do ważnego tematu. Załapałaś. To rzeczywiście było coś co sama zrobiłaś. Znajdziesz coś jeszcze? Może nieco lżejszego?

          • Byłam najemnikiem... Dość dobrym... Ale takich pewnie wiele, więc żadne osiągnięcie.
            Viktor przechylił głowę, jakby w zainteresowaniu.

          • Nie jest AŻ TAK wiele dość dobrych i byłaś zacznie więcej niż dość dobra, ale to nawet nie ma znaczenia. Nie proszę o twoje zalety. Chcę usłyszeć o twoich aspektach. I to było dobre. W wyniku swoich działań, zdolności i wiedzy zostałaś szanowaną najemniczką. A coś świeższego? Może coś o literaturze, która leży przy twoim stoliku nocnym?

          • Przecież według ciebie jest śmieszna. Żałosna wręcz. - burknęła bardzo niezadowolona najwyraźniej - Jest to dla głupiutkich szlauf.
            Viktor westchnął przeciągle.

          • Raz: to jest obrzydliwe słowo i nigdy go nie używam. Dwa: nie jest dla mnie śmieszna. Trzy: nawet gdyby była… to nie o to teraz chodzi. Szukamy drobnych aspektów tego kim jesteś. A jesteś dziewczyną która… - zaproponował z nadzieją w głosie.

          • Fisuś mówił, że tego słowa używasz. - nadęła policzki w irytacji i skrzywiła się - Jestem dziewczyną, która jest spragniona miłości? Która jest maginią, najemnikiem, odrzuconą szlachcianką? Jaka sprzedała duszę i wolność za życia i po śmierci?
            Viktor zmrużył brwi w konsternacji.

          • Jestem… mniej-więcej pewny, że nie miał na myśli tego co myślisz, że miał na myśli i to jakieś nieporozumienie. Bo ja. Tego słowa. Nie używam. Kropka. Ale dalej poszło ci bardzo ładnie. To są wszystko aspekty twojej osoby. Sugerowałbym ci, abyś poświęciła trochę czasu. w najbliższych dniach, aby spróbować rozwinąć tą listę. Ale to już raczej nie teraz… - zaproponował Viktor, spojrzeniem proponując by kontynuować spacer.

          • A ty w ogóle wiesz, gdzie idziemy? - zapytała ponownie biorąc go pod rękę.

          • Ależ oczywiście… idziemy prosto przed siebie! - zadeklarował z niezachwianą pewnością siebie, prowadząc ich na wprost w ciemności Evercrest.

          • Ale czy masz jakieś upatrzone miejsce i scenariusz?

          • Myślę… że trochę się nad tobą popastwię i zostawię cię w niewiedzy - odpowiedział ze zbójeckim półuśmieszkiem.

          • Czyli po prostu nie masz zielonego pomysłu. - delikatnie uśmiechnęła się w rozbawieniu.

          • Może tak, może nie… - chichotał Viktor, pewnym krokiem prowadząc ich przed siebie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez
            #138

            Viktor przerwał na moment pracę. Była już późna noc. Kaylie spała obok, zawinięta w swoje pościele, a okiennica otwierała się na nocne niebo. Nawet Fisuś spał obok, zwinięty w kłębek. Praca męczyła, ale magia go wspomagała, a tworzenie jeszcze nie zdążyło mu spowszednieć. Wciąż było pewnym wyzwaniem i zajmowało umysł, pozwalając uniknąć znudzenia. Na nie żadna magia nie mogła pomóc.

            Przez chwilę pozwolił myślom błądzić. O tym co zrobił z Kaylie w tamtym zaułku i jak cudownie się rumieniła robiąc tak nie-szlacheckie rzeczy. O tym jak budować będzie świątynię i, że jeszcze nie odnowił swojej wiedzy architektonicznej. A ona była absolutnie konieczna. Jakby się dach zawalił, nawet bez żadnych ofiar, to byłaby wizerunkowa tragedia. O raporcie który zdał mu Fisuś… Philipa-i-spółkę oskarżyć najłatwiej byłoby o lenistwo. Czyste, grzeszne lenistwo. Chowaniec, okryty płaszczem niewidzialności, przez pół dnia, całą noc i kolejny dzień obserwował ich przez dziurę w dachu, a ci tylko na dupach siedzieli i narzekali. Jedynym ciekawym wydarzeniem było gdy odwiedził ich niejaki “Sierżant”. Bezczelnik nawet nie zdjął munduru straży. Fisuś potem śledził go dalej. Jeszcze trzy podobne meliny odwiedził, a potem wrócił do patrolowania ulic. Regionalny zarządca za dychę… ale dosyć charakterystyczny. Wybielenia na twarzy i we włosach. A nawet bez tego… miał już narysowany portret pamięciowy. Viktor musiał tylko zdecydować czy angażować w to Filię. Niepotrzebnie się za strażnika podawał, ale to był dodatkowy wektor podejścia, który, w retrospekcji, okazał się zbędny, a teraz aktywnie szkodliwy… Napędzany emocjami błąd. Nie dość, że teraz “sierżant” mógł obalić legendę Ralpha Hillsburego, to na pewno nie chciałby aby do siostrzyczki dotarło, że za strażnika się podawał. Musiałby się pewnie na okoliczności powołać… a bardzo nie chciał “wykorzystywać” tego co przytrafiło się Kaylie w roli argumentu. No nic. Do przemyślenia później. Koniec przerwy…

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Seach
              #139

              Siedem dni minęło w Evercrest, a miasto zaczynało powoli wracać do normalności. Horrory i tragedie ostatnich miesięcy powoli odchodziły w zapomnienie, a mieszczanie zaczęli z powrotem patrzeć ku przyszłości.

              Kaylie

              Arkanistka obudziła się z porannym słońcem, nie był to jednak jej pokój w Popielnym Dworze. Ostatni wieczór spędziła w towarzystwie Ferna. Elfi wieszcz zakończył obiecaną edukację kobiety i zaproponował aby trochę poświętować tą okazję. Wieczór spędzili na rozmowie i sączeniu wina o dobrym roczniku. Niestety opowieść dla Kayliee kończy się zanim zasnęła, najpewniej wypiła za dużo. Obudziła się jednak w swoich ubraniach, jedynie buty leżały na podłodze pokoju. Właśnie pokój, nie rozpoznawała go. Łóżko było wygodne, ale nie umywało się do tego z Dworu. Mały stolik, skrzynia na ubrania… wyglądał jak pokój gościnny.
              Rozmyślania dziewczyny rozproszyło pukanie, przez drzwi weszła pokojówka, z tacą niosąc śniadanie.
              - Och, panienka się obudziła. Dobrze, Mistrz Fern kazał przekazać, że znajdzie go pani w bibliotece.

              Baltizar

              Baltizar obudził się w swoim pokoju na Popielnym Dworze, sam.
              Piwonia na ogół lubowała się w spędzeniu nocy i boku gnoma, ale ostatnio coś wydawało się zawracać jej głowę.
              Sam gnom również miał pełno zajęć. Między pomocą z organizacją Wiecu, planem, aby w końcu uwolnić się od istoty trzymającej macki na jego duszy i po prostu wykonywaniu swojego zawodu, miał niewiele czasu na relaks w objęciach blondwłosej piękności.
              Rozbudziwszy się ujrzał swoich dwóch kompanów, ogar piekielny spał u nóg swego pana, Egon natomiast siedział na belce pod sufitem, przyglądając się Baltizarowi.
              Papierowy ptak sfrunął do bajarza i wypuścił z dzioba kartkę.

              Dom Odnowy zaprasza wszystkich ludzi nauki, arcanów i wiedzy wszelakiej, na wiec organizowany poza murami miasta. Tematem zgromadzenia będzie zagrożenie suszy, której symptomy pojawiają się w pobliskich terenach.
              Transport będzie zorganizowany przy głównej bramie miasta."

              Wiec miał się odbyć dzisiejszego wieczora, Baltizar chyba wiedział gdzie go spędzi.

              Viktor

              Viktor spędził noc w pokoju Kaylie. Sam, nie był przyzwyczajony do takiej sytuacji. Nie mieli ostatnio kłótni, czy innych burzliwych sytuacji. Galtianka miała udać się wieczorem na swoje nauki u nadwornego maga Evercrest.
              Wierzył, że nic jej nie jest, jednak gdzieś z tyłu głowy czuł odrobinę niepewności.
              Postanowił rozwiać obawy i zajął się pracą na kolejnym magicznym przedmiotem, przychód z ich sprzedaży pomoże w pierwszych etapach ustalenia faktycznej świątyni w mieście.
              Nakładał właśnie ostateczne poprawki kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
              - Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.

              Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfire.

              - Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                #140

                Znowu przesadziła z alkoholem.

                Pierwszą reakcją po przebudzeniu był niezadowolony pomruk i położenie dłoni na czole. Nie było to nowe doznanie, ale też nie było czymś, za czym tęskniła.
                Westchnęła zobaczywszy, iż znajduje się w obcym pokoju... Także typowe. Ile to razy ją spotkało w przeszłości? Jak często budziła się w nieznanym miejscu, jakie niekonicznie było łóżkiem nawet? Pocieszeniem mógł być brak mężczyzny obok, choć z doświadczeń mogła wnioskować, że kimkolwiek był partner nie był skory pozostać po stosunku. Czemu by miał?
                Posiadanie ubrania na sobie było rzadkim przypadkiem, ale nie niemożliwym, szczególnie jeżeli partner chciał ukryć wydarzenia, co dwa razy wcześniej się stało w przeszłości. Wtedy jednak czuła się inaczej, miała pewne zrozumienie, iż zaszło coś tej nocy... choć po ostatnim upojeniu narkotykiem nie była w stanie określić szczegółów, więc... Pytanie było: Czy tym razem to znowu było wymuszone, czy zwykła zdrada Khala?

                Arkanistka skrzywiła się.
                Szlachcianka... pfeh. Pospolita dupodajka z ulicy.

                Nim zdążyła wstać do pokoju weszła nieznana służąca ze śniadaniem jakiej słowa przypomniały kobiecie z kim spędziła czas... choć nic więcej.
                - Tak... Fern. - mruknęła przyjmując jedzenie jakie postawiła na stoliku obok łóżka. Kiełbasa, chleb z masłem, plastry sera i szynki, do tego dzbanek z wodą. Na przyniesioną wodę wręcz rzuciła się wypijając ją długimi haustami - Dziękuję... Jeżeli byłabyś tak dobra to przynieś jeszcze więcej wody, dobrze?

                - Oczywiście, pani. - dziewczyna opuściła pokój i wróciła po kilku chwilach z kolejnym dzbanem wody - Będzie panienka jeszcze czegoś potrzebować?
                - Nie, nie. Ogarnę się i pójdę do mistrza Ferna.
                "Choć nie ogarnę tego kiełkującego poczucia winy..."


                Żałowała, że nie ma tu Khala. On by oczyścił jej organizm i przestała czuć konsekwencje wczorajszego picia... Teraz musiała zmierzyć się z elfem... i w sumie miała mieszane uczucia, gdy dotarła do biblioteki, w której ten miał przebywać.

                Fern siedział w bibliotece przeszukując kilka tomów. Spojrzał do góry kiedy dziewczyna weszła do pomieszczenia.
                - Dzień dobry… jak głowa?
                - Jakby ogr maczugą walił. - odparła.
                - Cztery butelki wina i czymkolwiek była ta piąta pewnie do tego doprowadzą. Coś ci siedziało na sercu i chciałaś to utopić w alkoholu. - nie było osądu w głosie elfa, brzmiało bardziej jak słowa kogoś kto już widział coś takiego nie raz.
                - To łatwiejszy sposób na radzenie sobie z tym, czego nie da się inaczej pokonać. - powiedziała spokojnym, trochę zrezygnowanym głosem - Mam nadzieję, że nie uczyniłam niczego, za co bym ci nie odpłaciła później?
                - Kilka przekleństw, zwymiotowałaś na dywan, nie jestem pewien czy zauważyłem różnicę i straciłaś przytomność. Służba zaniosła cię do pokoju pod moim okiem.
                Kaylie milczała chwilę zbierając słowa.
                - W którym momencie picia przespaliśmy się ze sobą? - zapytała jednocześnie z pewnością i zrezygnowaniem w głosie.
                - Erm… nigdy? - elf uniósł brew na tą insynuację.
                Kaylie wyraźnie była zaskoczona, jak i niepewna prawdomówności wieszcza.
                - Nie będę zła, nie będę oskarżać na ulicach miasta. Wiem jak to wszystko się kończy, więc zdaję sobie sprawę do czego mogło dojść i tym razem.
                - Nie doszło do niczego. - zapewnił elf - Czemu sądzisz, że odprowadziłem cię kiedy nieśli cię służący? Oni pewnie by skorzystali z nieprzytomnej niewiasty.
                Cisza przedłużała się jak Kaylie próbowała to strawić.
                - Dlaczego? - zapytała nagle - Dlaczego nie doszło do niczego między nami?
                Fern westchnął i odłożył trzymaną książkę.
                - Ponieważ nie jestem jakimś obszczymurem, który bierze każdą oferowaną dziurę. Ponieważ szanuję cię i nie zrobiłbym ci czegoś takiego. I ponieważ nie jesteś w moim typie. Tyle.
                - ...och. - przetarła oczy, jakie ją zaszczypały - Coś jest ze mną nie tak?
                - Oczywiście, że nie. Po prostu… użyłbym kulinarnej metafory, ale jesteś chyba na zbytnim kacu na to. - elf się uśmiechnął - Wolę swoje kobiety wyższe od siebie. Dużo wyższe.
                - To chyba nieczęsty widok, by kobieta była wyższa od elfiego mężczyzny, prawda?
                - Tragedia mojego gustu… kilka lat temu spotkałem wojowniczkę z Doliny Mamucich Lordów. - elf westchnął tęsknie - Zostałaś kiedyś uniesiona przez kogoś nad głowę i rzucona na łóżko jak kawał mięsa? Nie polecam, jeżeli nie jesteś gotowa.
                - Połamała ci kości?
                - I kochałem każde chrupnięcie… - elf westchnął - Dość o moim życiu. Czujesz się na siłach, aby powiedzieć co ciebie doprowadza do takiego picia? Nie nalegam, ale czasem podzielenie się bólem pomaga.

                Kaylie zamilkła rażona tym pytaniem. Nie spodziewała się go od de facto obcej jej osoby... a która nie wiedziała przecież kim ona naprawdę jest.
                - Moja przeszłość ciągnie się za mną i nie daje mi o sobie zapomnieć. - w końcu odpowiedziała wymijająco - Dokonałam wyborów, jakich konsekwencje na mnie ciążą. Łatwiej zapić niż tkwić w nich na trzeźwo.
                - Mówimy tu o twoim układzie z Azazelem, czy coś więcej za tobą podąża? - elf uśmiechnął się smutno - Nie zaprzeczaj, jestem wieszczem. I wiem, że ludzie tacy jak ty, nie będą sprzyjać Diabłu, bo chcą.
                - Wszystko jest w pewne sposoby powiązane z układem. - wymamrotała niechętna zaprzeczać - Czasem mam wrażenie, że wydarzenia zostały zapisane nim poznałam Azazela. Także wszystko, co stało się już po tym. - oparła się o stół zastawiony książkami - Jedna nieskończona opowieść o upadku.
                - Nie zaprzeczę, czasem los jaki potrafi nam zgotować Pharasma bywa okrutny. - elf wręczył kobiecie filiżankę z herbatą - Nie ma sensu jednak gnębić się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Czy możesz coś na razie zrobić z tym co za tobą podąża?
                - Nic z tego by się nie stało gdybym nie podpisała paktu... - wymamrotała niepomna, że oficjalnie przyznała zapisanie umowy z Azazelem - To, co podąża... nie ma ciała. Nie ma formy. Nie ma istnienia. - umilkła na kilka oddechów patrząc smutno w herbatę w otrzymanej filiżance - Dziękuję za naukę i wytrzymanie mnie.
                Elf położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
                - Jeżeli nie masz na coś wpływu, skup się na czymś, na co masz wpływ. Wydaje mi się, że mówiłaś, że planujesz z panem Goodmann'em otworzyć tę świątynię dla Kozła.
                Pokiwała powoli głową.
                - Tak. - upiła łyk herbaty - Potrzebuję wykorzystać magię do wytworzenia umeblowania świątyni i jej udekorowania. - wyjaśniła skupiona na płynie w naczyniu - Czy użyczyłbyś mi czegoś, by wykonać zadanie?
                Elf się uśmiechnął i wyciągnął z niewielkiej sakwy drewnianą różdżkę owiniętą w czerwony jedwab.
                - Ta różdżka zawiera zaklęcie, które pomoże ci wyobrazić sobie co dokładnie chcesz stworzyć… - następnie wręczył jej berło z czarnego żelaza, wyciągnięte z tej samej. zbyt małej jak na takie berło, sakwy - Natomiast to berło pozwoli ci zmienić surowy materiał w gotowe produkty, jak meble.
                Kaylie wzięła różdzkę w lewą rękę, filiżankę w prawą, zaś berło otrzymała w prawym ramieniu.
                - Jesteś z siebie zadowolony, bo wreszcie się sprawdził sen? Jak długo z tymi rzeczami chodziłeś?
                - Miesiąc.
                - Nawet nie jestem tak długo w Evercrest! - podziw był słyszalny w głosie kobiety.
                Elf nie mógł powstrzymać uśmiechu na ustach.
                - Wiem… - wydał z siebie piskliwie po czym zaśmiał się, a czysta radość wyszła z ciała Ferna - Ach… miłe uczucie, kiedy przepowiednia się spełnia. Szczególnie taka pozytywna.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • AbishaiA Niedostępny
                  AbishaiA Niedostępny
                  Abishai
                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                  #141


                  Baltizar "Bajarz" Harpaness

                  Pobudka była dla gnoma niepokojąca. Brak Piwonii przy nim sprawił, że poczuł się nieswój. Zniknięcie Piwonii było zmianą w dotychczasowym rytuale dnia. Gnom nie wiedział co ta zmiana oznacza, ale…
                  … karta którą wyciągnął dodatkowo wzmogła niepokój.

                  Łomot.

                  Wbrew nazwie, karta nie pokazywała bójki tylko ręce nieumarłych wynurzające się z ziemi by napaść na nieszczęsnego śmiertelnika. Prawdopodobnie hienę cmentarną.
                  Łomot był złowieszczą kartą. Zapowiadał napaść ze wszystkich stron lub załamanie nerwowe. Łomot oznaczał upadek fizyczny lub mentalny spowodowany nieustannymi atakami… jedyną “osłodą” było odkrycie jakiejś dotąd niezauważonej prawdy.
                  Gnom zbladł niczym ściana…nie potrafiąc, nie mając pojęcia nawet co o tym myśleć. Dzień wszak zapowiadał się nudno. Nawet, sensacja wieczoru, wiec nie miał być niczym więcej niż cyrkiem z przekrzykującymi się uczonymi w roli klaunów.

                  Choć do wieczora było całkiem sporo czasu, to gnom postanowił zajrzeć na miejsce zebrania tuż po śniadaniu. Wpierw jednak zamierz byał sprawdzić czy u Piwonii wszystko w porządku. Nie dlatego, że były między nimi jakieś uczucia. Baltizar wątpił by był jeszcze w stanie wykrzesać w sobie jakieś silne emocje. Niemniej przywiązał się do blondynki jak do swoich ochroniarzy. Więc podczas jedzenia porannej polewki popijanej cienkim piwem rozglądał się po sali w poszukiwaniu sylwetki Piwonii.
                  Dziewczyny jednak nigdzie nie było. Zauważył Lilię, która biegała między gośćmi, nawet Otto opuścił swoje normalne miejsce i pomagał córce.
                  Gnom po posiłku podszedł do Lilii powoli i przyglądał się przez chwilę, aż nadarzyła się okazja zapytać.
                  -Czy mogę ci na chwilię poprzeszkadzać rozmową?-
                  Dziewczyna zerknęła chwilę na gnoma.
                  -Jasne, o co chodzi?
                  -O Piwonię. Czy u niej wszystko… w porządku?- zapytał Baltizar.
                  -Mam nadzieję, tata ją wysłał… gdzieś. Jeżeli chcesz szczegółów to zapytaj jego. - twarz dziewczyny przyjęła przepraszającą minę - Wybacz, tajemnice rodzinne.
                  Gnom pokręcił głową w zaprzeczeniu.- Nie wpycham nosa tam gdzie nie mam interesu. Szanuję sekrety innych. Jeśli będę jej potrzebny… niech da znać. I niech uważa na siebie. Tajemnice rodzinne bywają… zabójcze.-
                  Dziewczyna spojrzała chwilę, zastanawiając się czym może się podzielić.
                  -Poszła po naszą młodszą siostrę… i nie ma jej na Golarionie.
                  Gnom skinął ze zrozumieniem. - Będę się o nią martwił.
                  Rozejrzał się dookoła.- No i już nie będę przeszkadzał w obowiązkach.-
                  Lilia kiwnęła głową i wróciła do obowiązków. Po kilku chwilach ktoś przysiadł się do gnoma.
                  -Mistrz Harpeness?
                  -Mistrz to deczko przesada. - odparł skromnie gnom zerkając w kierunku rozmówcy.
                  Do gnoma przysiadł się niebieskoskóry, złotooki mężczyzna, ubrany w złoto granatowe szaty.

                  -Paimon Aslin, mamy… wspólnego znajomego. - uścisnął z uśmiechem rękę Baltizara.
                  -Doprawdy? A kim jest ów wspólny znajomy?- zapytał beznamiętnie gnom.
                  Aasimar zerknął na piekielnego ogara leżącego pod stołem.
                  -Ktoś z bardziej ciepłego miejsca. Nie jestem pewny, czy wymawianie jego imienia jest odpowiednie przy cywilach.
                  -Cóóóż… obawiam się, że jego ekscelencja pod którym obecnie pracuję, nie ceni dyskrecji. Chyba wszystkie świątynie w okolicy wiedzą co się tu kroi.- odparł sarkastycznie gnom.
                  -Świątynie, tak. Podejrzewam, że Kozioł dał wszystkim listę swoich zamiarów. Ale zwykły chłop pańszczyźniany?
                  -Nie mnie wnikać w rozgrywki między bogami.- wzruszył ramionami Baltizar. - Na razie ta cała sprawa się ślimaczy, bo jego ekscelencja najwyraźniej pochodzi z tych okolic i… - machnął ręką.- Nie wiem co właściwie planuje uczynić. Nie raczył mnie wtajemniczyć, a ja nie jestem na tyle zaciekawiony, by to zbadać.
                  Spojrzał na aasimara. - Wspólny znajomy pewnie cię wtajemniczył, w moją niepochlebną opinię o bóstwach i samej naturze boskości?-
                  -Szczerze… nie. - Paimon się zastanowił -Powiedział, i pozwolisz, że zacytuję, ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem. W skrócie uważa, że się trochę guzdrzecie, więc wezwał małe wsparcie. Nie sprecyzował co mam robić więc… jak wygląda Polityka, przez duże P?
                  -Bogowie, żebym to ja wiedział.- zaśmiał się gnom. - Będziesz musiał jego ekscelencję o to zapytać. Z tego co ja wiem… do trzymania przestępcy w piwnicy… w jakimś celu.- wzruszył ramionami Baltizar. - Przy okazji Kozioł zapomniał wspomnieć o długu jaki tu zaciągnął, a jaki, jak się okazało, my mamy spłacić w jego imieniu. Miło by było wiedzieć o tym wprzódy. Więc… moje zadanie póki co, to przygotowanie się do spłacenia tego długu, bo nie wiem jak nasz wspólny znajomy ale ja nie chcę zrobić sobie wroga z naszego gospodarza.- machnął ręką.- Po prawdzie jego ekscelencja uwielbia robić politykę, przyciągać ku sobie uwagę i budować swoją prezencję… zapomniał tylko o tym, że ostatecznie jest kapłanem. Nie pamiętam, żeby urządził jakąkolwiek uroczystość religijną, czy wygłosił choćby kazanie. My tu potrzebujemy proroka, kaznodzieję… kogoś kto obudzi żar w sercach mieszkańców. A póki co na czele jednoosobowego kultu stoi prawnik i polityk. -
                  Gnom potarł kark.- Więc jakbyś znał jakichś paru żarliwych akolitów, byłoby miło ich rozesłać po mieście. Sam bym się tym zajął, ale nie mam odpowiedniej prezencji, a i… nie jestem i nie będę klechą. Nie pokładam wiary w żadnym z bogów, wliczając Kozła.-
                  Paimon się zaśmiał.
                  -Akolitów Kozła? Bogowie, ostatni kult, który próbował go wyznawać został wyrżnięty. Jakiś elfi bohater zrobił sobię na tym renomę. Nie, nie… dlatego tym razem on robi wszystko legitnie i otwarcie. Przynajmniej wobec bogów. Co do twojej opinii wobec Trzeciego Pióra Isger. Któż lepiej reprezentowałby boga adwokatów, niż adwokat?
                  -Znaczy to że nie był to kult… tylko sekta. Podporządkowana pod interesy kapłana przewodzącego kultystom i służąca głównie jego interesom.- skinął głową gnom pocierając podbródek.- Jest to różnica. Problem w tym, że obecnie ten legitny kult nie różni się niczym od tego wyrżniętego. Może z wyjątkiem tego, że tamten miał sukces z werbowaniem wyznawców.-
                  -No… nie. Był to kult wyznający doktrynę Kozła. Znaleźli jakąś jego księgę. Sęk w tym, że Az… Kozioł ma na pieńku z kilkoma bóstwami, które notorycznie, że tak ujmę, podcinały mu skrzydła, kiedy próbował to robić metodą Pierwszego.
                  -Jednym słowem… to nie kultyści zawiedli, ino okoliczności nie sprzyjały sukcesowi?- zapytał retorycznie gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… tu na razie sytuacja jest taka, że jego ekscelencji zależy chyba tylko na przekabaceniu jednej osoby. Kapłanki innego kultu. Jeśli to nie kopnie nas w dupę na końcu, to znaczy że Abadar skapciał na stare lata.-
                  -Jeszcze budynku nie postawił, a już kradnie wyznawców? - aasimar gwidznął - Albo brak mu skrupułów, albo rozumu. Chwali się.
                  -Kapłankę… to coś więcej niż byle wyznawca. - odparł gnom wzdychajac. - Brak skrupułów może i da się pochwalić. Ale brak rozumu… jest niepokojący. Tyle w każdym razie wiem, jeśli chcesz więcej polityki przez P to będziesz musiał przepytać jego ekscelencję. Teraz… moja kolej.- wskazał palcem na aasimara.- Co więc zamierzasz zrobić z tym wszystkim Paimonie? Bo jeśli tylko wysłać raport do naszego znajomego, to szkoda było fatygować się tutaj.-
                  -Ma moje niestety, mam dług wobec Kozła… albo inaczej, moja pra-pra-bardzopra-babka miała u niego dług i mnie przychodzi go spłacić. - aasimar skrzywił się kwaśno -Więc, jestem tu, aby pomóc wam zrobić co chcecie lub musicie, aby tą religię tu zacząć.
                  -No to muszę cię rozczarować. Moje spojrzenie na organizowanie religii od podstaw zdecydowanie się rozmija z wizją jego ekscelencji. A jego… “geniusz” przerasta moją wyobraźnię, więc nie mam pojęcia co właściwie on planuje zrobić. Siedzę od kilku dni na stercie propagandowych ulotek i czekam aż w końcu powstanie świątynia. - stwierdził sarkastycznie Bajarz.- Na początek radzę ci się rozgościć, bo spędzisz tu dużo czasu. Niemniej zdradź może jaki to rodzaj pomocy możesz zaoferować.-
                  -Brzmi jak brak komunikacji. - zauważył aasimar - Prawa ręka nie wie co robi lewa. Macie cel, każdy dąży do niego na własny sposób, bez nadzoru, bez kierunku. - planokrwisty pokręcił głową - Nie dobrze, nie dobrze… Organizacyjny chaos, brak struktury, ego. - Paimon westchnął - Porozmawiam z Goodmann'em. Tak być nie może. Na jego miejscu zrobił bym z ciebie propagandzistę, pomagał wybrać cele, widownię, jakie słowa wybrać, jakie opowieści przekazać. - aasimar wzruszył ramionami - Mniej więcej to mogę zaoferować.
                  -Kilka spraw wymaga więc wyjaśnienia. Po pierwsze nie ma tu chaosu, bo nie ma organizacji. Kult póki co jest jednoosobowy. Nie wydaje mi się, by nawet osobista ochroniarz jego ekscelencji chciała czcić nowe bóstwo. Ja natomiast jest osobą poza kultem, a i umowa moja… jest specyficzna. I mnie niespecjalnie może zmusić do czegokolwiek.- uśmiechnął się ironicznie gnom i potarł czoło.- Poza tym… przypuszczam, że wspólny znajomy nie przysłał cię tutaj z drobiażdżkiem o który prosiłem? Bo w tej postaci nie mogę się bawić w kaznodzieję. Muszę mieć trwałe i solidne przebranie na takie momenty.-
                  -Nic nie mówił. Przykro mi. Mogę jednak też coś załatwić, moja rodzina ma kontakty. Potrzebujesz przebrania w sensie peruka, sztuczny nos i szminka? Czy bardziej różdżka z zaklęciem?
                  -Cóż dłużej trwającego niż mój czar.- przyznał gnom drapiąc się podbródku.- Mogę przez chwilę zmienić postać, lecz mój czas w takiej formie jest dość ograniczony. Przebranie odpada. Jestem gnomem, a w Evercrest to dość rzadka rasa.-
                  -Aż dziwne. - zamyślił się aasimar - Słyszałeś, że w pobliskich ziemiach granica między Pierwszym Światem, a naszym jest cienka? Twoich pobratymców powinno być na pęczki. Co do zaklęcia… za dwa dni uda mi się skombinować różdżkę z magią polimorfii. Powinna spełnić twe zapotrzebowania.
                  -To lepsze niż nic.- przyznał gnom i rozejrzał się mówiąc.- Tak, orientuję się mniej więcej czemu tak jest. I jak wspomniałem, zachowuj się grzecznie w tej karczmie. -
                  Po czym wstał pytając.- Too… teraz chciałbyś zapewne odwiedzić jego ekscelencję? Wskażę ci drogę do jego pokoju. Może go tam nawet zastaniemy.-

                  text alternatywny

                  Przez drzwi Dworu przeszła Kaylie, wyglądając… definitywnie wczorajszo. Oczy delikatnie czerwone i przymrużone. Zdołała zauważyć Baltizara rozmawiającego z kimś kogo nie znała.

                  Głośniejsze rozmowy w Dworze powodowały skrzywienie bólu, gdy głowa nim odpowiadała. Kobieta położyła dłoń na czole i powoli ruszyła w kierunku gnoma, ale miast do niego zagadać skradła szklankę z wodą stojącą na stoliku przy nim by wypić zawartość bez pytania. Zignorowała obecność Aasimara, jedynie przelotnie na niego spojrzawszy.
                  -Piwonia nie będzie zazdrosna z nowej zabawki? - mruknęła do Baltizara.
                  -Czuję, że właśnie zostałem obrażony, ale nie rozumiem kontekstu. - Paimon przedstawiał odrobinę wyolbrzymioną urazę.
                  -Najwyraźniej posiadasz tylko śliczną buźkę, nic poza. - burknęła.
                  -A teraz jednocześnie pochlebiony i obrażony… rekord.
                  -To jest Paimon. Wsparcie przysłane jego ekscelencji w celu… przyspieszenia realizacji jego świętej misji.- stwierdził oficjalnie gnom przedstawiając Aasimara.- Ktoś na górze, albo na dole ocenił, że się strasznie ślimaczymy z tym zadaniem.
                  Kaylie spojrzała z pogardą na Aasimara.
                  -Czyżby? - parsknęła - Nasz malowany diabeł nie może się zabawki doczekać? - wykonała gest jakby ocierała łzę - Przykre. Powiedz mu, że ma się nie wpieprzać i czekać jak grzeczna koza. - zirytowanie było słyszalne w tonie skacowanej galtianki.
                  Gnom spojrzał znacząco na aasimara jakby mówił “widzisz z kim ja muszę pracować?”.
                  -Ty musisz być… jak on to ujął. Naiwnym dzieckiem okoliczności z Galt, o którym mówił. Paimon Aslin, najemnik, mniejszy szlachcic, daaaleki krewny Kozła. - sięgnął po dłoń kobiety w celu ucałowania jej, Kaylie zezwoliła na gest, chociaż na jej twarzy malował się brak zaufania do nowo przybyłego.
                  -I jeszcze się rozmnożył? - skrzywiła się z obrzydzeniem.
                  Aasimar się zaśmiał.
                  -W życiu. Jestem prawie pewny, że on nawet nie rozumie mechaniki skąd się biorą nowi śmiertelnicy.
                  -Tak czy siak, brałbym pod uwagę pochodzenie naszego pracodawcy. Anielska cierpliwość jest niezgodna z jego naturą. A głowę kościoła… zawsze można wymienić na inną.- wtrącił uprzejmie Baltizar.
                  -Ha! - Paimon się zaśmiał ponownie - Och… jak mało o nim wiecie. Cierpliwości jeszcze ma, gdybyście stąpali po cienkim lodzie nie przysłałby mnie. Tak czy inaczej, nie mamy kim zastąpić Goodmanna. Jedyna istota na tyle obeznana z jego religią jest po drugiej stronie Cheliax i nie ma zamiaru się stamtąd ruszać. Więc, trzeba pchnąć Viktorka w rzyć.
                  Kaylie westchnęła z głośną irytacją.
                  -Nie mam sił na to całe tańczenie wokół Azazela. Nie wiem co ten gnom ci nagadał i serio nie mam ochoty się wplątywać w jego wyobrażenia szaleńca.
                  -Zrozumiałe, wyglądasz jakbyś próbowała zapomnieć ostatnie… życie. - Paimon pokiwał głową - Może pani pójdzie przespać tego kaca i spróbujemy jeszcze raz z przywitaniami? Jestem pewny, że kiedy przestaniesz słyszeć dzwony będziesz naprawdę przyjemną osobą do rozmowy.
                  -Odszukajmy jego ekscelencję i cóż… wtedy sobie porozmawiacie o tańcu i cierpliwości i innych… kwestiach.- zaproponował gnom. - Niektórzy tu mają sprawy do załatwienia.
                  -Niech mi wyleczy tego kaca... - mruknęła - I o jakich sprawach mówisz?
                  -O sprawach na przyszłość. - machnął ręką gnom.- Nasz pracodawca narobił długów i nam przyjdzie je spłacić. Pracuję nad tym, żeby wtedy karty w naszej dłoni były mocne.
                  -I dziwi cię to? Naprawdę? On spłaca nami, bo może. Było o tym myśleć nim mu duszy nie oddałeś. - zasłoniła oczy, gdy światło dnia wpadło przez okno - Ooooottooo! Wyłącz to słońce, no!
                  -W zasadzie to mu duszy nie oddałem…- odparł cicho gnom i wzruszył ramionami.- Ale to inna kwestia. Generalnie nie masz się czym martwić. Sprawa jest szlachetna, jest też samobójcza, ale to detal.-
                  Karczmarz nawet nie spojrzał w kierunku Galtianki, jednym ruchem ręki sprawił, że wszystkie firany zasłoniły okna wewnątrz karczmy. Aasimar przyjrzał się uważnie karczmarzowi.
                  -To jest pewnie ta "istota o którą mam nie pytać i być wobec kulturalny"?
                  -Jeżeli wiesz co dla ciebie dobre. - Otto burknął przechodząc szybko obok Azazelitów.
                  -Nie strasz nam towarzysza broni…- skarcił go żartobliwie gnom i rzekł do Paimona.- On i jego córki są bardzo sympatyczni. Wystarczy nie być zbyt wścibskim.-
                  Kaylie tylko cicho mruknęła podziękowania do Otto i skinęła głową.
                  -Och… bycie wścibskim to jedna z moich bardziej urokliwych cech, postaram się ją powstrzymać. Więc, idziemy na poszukiwania pierwszego i przez długi czas jedynego arcykapłana Kozła?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ArveeA Niedostępny
                    ArveeA Niedostępny
                    Arvee
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #142

                    Viktor

                    text alternatywny

                    Kapłan Kozła Ofiarnego pozwolił sobie ostatniej nocy spać. Rzeczywiście zamknąć oczy na kilka godzin i pozwolić ciału odpocząć, a że koszmary go, tak wyjątkowo, nie męczyły, Fisuś go nie wzbudzał.

                    Ostatni tydzień był pracowity. Wiele osiągnięto i zbliżali się do finału pierwszego aktu.

                    Zrujnowany browar o dwie przecznice od ratusza Evercrest należał już do niego, wraz z prawem rozbiórki i przebudowy. Materiały już zmierzały do stolicy i miały pojawić się na dniach.

                    Ekscytował się na samą myśl o tym jak zacznie budowę, bo spotkanie Filii z Azazelem także poszło po jego myśli…

                    Uchylona okiennica rozwarła się bardziej i zamknęła, a Fisuś porzucił płaszcz niewidzialności, w trakcie przeistaczania się w turkusowego węża.
                    - Wciąż nic?
                    - A gdzie tam… speluna tam wyrosła zeszłego wieczora, ale Philipka i spółki ni widu, ni słychu. W pozostałych lokacjach to samo.
                    Viktor kiwnął głową. Stracił już nadzieję, że bandyterka wróci. Dwa dni po spotkaniu ich wszyscy zniknęli. Jak kamień w wodę. Tak samo strażnik z bielactwem, którego widział Fisuś i pozostałe grupy którymi on zawiadywał. Kontakt urwany. Zupełnie.
                    - Tsk… - strzelił śliną do własnej myśli. Dostrzegał w tym możliwość swojego błędu. Nie zakładał go jeszcze, ale najprostszy scenariusz był taki, że Pan Bielaty rozpytał o Ralpha Hillsburego, co w straży robił. Dowiedział się, że kogoś takiego nie ma i postanowił pozbyć się śladów. Oczywiście miał gotowe i dziesięć innych możliwych scenariuszy, nawet bez starania się, ale ten jeden wskazywałby jego błąd. A nie lubił swoich błędów.

                    Jego biurko, przyniesione do pokoju Kaylie, zawalone było stosami ksiąg, zwojów i traktatów. Doszkalał się. Przyswajał nową wiedzę i powstarzał starą, bo miał jej niedługo BARDZO potrzebować. Gdzieś w szufladzie miał schowany odcisk klucza do pokoju Zoryii, który Fisuś zdobył pod osłoną zaklęcia ciszy, gdy nienaturalny strażnik spał.

                    Również jego budżet powoli puchł i Zmierzchowcy bardziej i bardziej polegali na nim jako głównym kliencie. Macki kontroli które tam zapuszczał jeszcze długo miały się rozwijać nim je zaciśnie i Owlkin już w ciągu tych kilku dni pytał go o ważną radę. Okazywało się, że stosunkowo młody Guntar nie doceniał problematyki prowadzenia takiej organizacji. Na szczęście Khal służył pomocą, budując głębszą i głębszą zależność od siebie… oczywiście przy okazji pilnował aby nie robili nic głupiego. Jakby do Filii dotarło, że ma z nimi konszachty… negatywnie by się to odbiło na relacji z siostrzyczką.

                    text alternatywny

                    - Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.

                    Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfyre.

                    - Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…

                    Viktor zmrużył brwi w konsternacji.
                    - Jakbyś mi powiedziała, że lud chce sprawiedliwości to bym się nie zdziwił… ale szlachta? Ta sama której to nie obchodziło gdy pospólstwo ginęło teraz się obudziła gdy już nic nie jest w stanie zrobić?
                    - Wiem, dlatego się martwię. - oparła się o ścianę, nerwowo stukając palcami o drewno - Śmierdzi gównem i polityką, wybacz za słownictwo. Ojciec również zaczyna kręcić nosem od ich naporu. Obawiam się, że mamy maksymalnie tylko kilka dni.
                    - Ktoś się boi czegoś co Ahair może wypaplać. Wiemy, że panicz Crawcolt z nim kooperował. Wiemy, że alchemik jest członkiem Ligii Technicznej… i wciąż we dworze mamy ich ambasadora. Istnieje przynajmniej kilka wektorów z których te naciski mogą nadchodzić. Hmmm… Mógłbym sam sprawdzić, ale skoro ciebie tutaj mam… czy prawo Evercrest w jakikolwiek odnosi się do klonów?
                    Kobieta zaśmiała się pusto.
                    - Jasne, jest w tym samym dziale co homunculusy, golemy i mimiki… - pokręciła głową - Jeżeli istota wydaje się posiadać namiastki autonomii, a Ahair je posiada, to jest traktowana jako autonomiczna istota. Kropka.
                    - Świadkowie koronni? Odroczenie egzekucji celem wykorzystania w śledztwie za oryginałem? Brzmi jak coś co lokalne prawo mogłoby uznać za rozsądne?
                    - Viktor. Zakładam, że w Isger i Cheliax bawiłeś się ze szlachtą. Co się dzieje z prawem, kiedy szlachta chce czegoś, co nie jest dokładnie nielegalne?
                    - Wynajmowali odpowiedniego adwokata aby sprawił, że prawo zagra wespół z ich wolą. Wiesz Filio… jeśli mówisz, że sprawa już jest przegrana i nic nie da się zrobić… - wzruszył ramionami - To stare prawidło, że niektóre wektory podejścia zawodzą niezależnie od nas. Jedynym pewnym sposobem jest mieć ich wiele w garści. Nie jest on niezbędny, w zasadzie, do niczego. I może powinniśmy dać mu zginąć… jeśli te naciski byłyby manifestacją wzniesionej gardy takiego Crawcolta to po śmierci Ahaira pewnie ją opuści… o ile nic nie przekona go, że problem nie został rozwiązany. Jedyny problem byłby jeśli na procesie wypapla za dużo i nasze Trio zrozumie, że jesteśmy na tropie ich przeszłości. To definitywnie nie jest jeszcze moment aby odkryć karty… Hmmm… zajmę się tym.
                    Kiwnęła głową.
                    - Mówiłam ci już, że nienawidzę jak bardzo twoja obecność w mieście komplikuje mi życie?
                    Viktor milczał chwilę rozważając słowa, jakby przyjął je głębiej niż była intencja.
                    - Mam szczerą nadzieję, że gdy ta historia się zakończy, będziesz uznawała moje przybycie za jednak dobrą rzecz.
                    - Ja też… - Filia najwyraźniej ciągle nie była pewna słuszności swojej decyzji - Ciągle ciężko mi to przyjąć…
                    - Nie dziwię się. Masz na barkach wielki ciężar trudnych decyzji, których konsekwencje będą równie wielce poważne co odroczone w czasie. Nie zazdroszczę ci w moim kościele będziesz miała potężnego sojusznika. Niekoniecznie zawsze prostego i łatwego, ale wiele dobrego razem zdziałamy.
                    - Chociaż raz bym chciała, abyś przestał to ubierać w duże słowa o wspaniałej przyszłości, potężnych sojuszach… powiedz mi proszę, że to nie jest dla ciebie polityczna gra… że NAPRAWDĘ chcesz sprawiedliwości. Prosto w moje oczy.
                    Viktor zachichotał dudniąco. Nie odpowiedział od razu, ale po dwóch wdechach wstał i spojrzał siostrze w oczy, tak jak go prosiła.
                    - Nie jestem aniołem, ani paladynem dla którego “działanie w imię dobra” jest wystarczające…
                    Filia uśmiechnęła się i wcięła się adwokatowi w słowo.
                    - Znam różnicę między dobrem a sprawiedliwością… To, że ktoś je zrównuje, nie oznacza, że to prawda.
                    Viktor kiwnął głową krótko.
                    - To do czego zmierzałem to to, że moja wizja sprawiedliwości może być okrutniejsza od twojej, ale jednak o tę sprawiedliwość mi chodzi. Nie chcę obcinać rąk dzieciom kradnącym chleb, ale nim kto się dopuści mordu powinien zadrżeć na myśl tego co z nim Prawo zrobi jeśli zostanie schwytany… Szczerze chcę dla tego królestwa jak najlepiej i żaden z moich celów nie koliduje z tym jednym. Nie obiecam ci, że nigdy nie zniżę się do polityki… ale możesz być pewna, że TERAZ nie politykuję.
                    Komendant straży nie odrywała oczu od kapłana. W końcu kiwnęła głową.
                    - Wierzę ci… dokładniejsze szczegóły wkładu twojego kościoła w sprawiedliwość miasta obgadamy jak wszystko skończymy. - westchnęła - Cieszę się, że chcesz nam pomóc… wszystkim. Po prostu nie cierpię faktu… że czuję się jakbym była absolutnie bezsilna.

                    Viktor ostrożnie podszedł do kobiety i powoli uchwycił ją za ramiona, jakby chcąc dodać jej siły.
                    - Filio… Nie jesteś bezsilna. Jedynie nie jesteś samowystarczalna. Nikt nie jest. Myślisz, że bez mojej magii byśmy nie schwytali Ahaira? Prawda. Ale bez ciebie, twoich ludzi i twoich zdolności organizacji też bym sam nic nie zrobił i ludzie wciąż by umierali. Odkryłaś właśnie nowy świat. Znacznie mroczniejszy niż ten który znałaś. Nic dziwnego, że czujesz się w nim ślepa. Jednak z czasem nauczysz się w nim operować. Niezależnie czy będziesz chciała skorzystać z mojej w tym pomocy, czy sama w nim manewrować.
                    Viktor wycofał się pół kroku w tył, oddając kobiecie przestrzeń, do wkroczenia w którą wcale nie został zaproszony.
                    - Damy radę, ale potrzebujemy siebie nawzajem.
                    - … Masz szczęście, że jesteśmy spokrewnieni. Bo jestem zestresowana a mój narzeczony pojechał na jakiś Wiec… - kobieta zachichotała i wypuściła powoli powietrze - Więc, jaki jest plan?
                    - Myślę… że to nie byłaby aż taka tragedia, jakbym nie był chroniony tym konwenansem - uśmiech Viktora stał się nieco bezczelny, nim nie nabrał powagi - Wciąż działamy ostrożnie. Korzystne sytuacje da się prowokować, ale jest to niebezpieczne. Gdy czas nie goni lepiej czekać aż się one narodzą niezależnie i tak będziemy robić. Proces pójdzie do przodu. Ja z Ahairem ustalę jego zachowanie. Sądzę, że dojdziemy do porozumienia. Nie odkładaj procesu na siłę. Ktoś pociąga za sznurki szlachty i nie chcemy aby zauważył, że masz motywacje ponad rzetelny osąd. W pewnym momencie nastąpi okazja bym się spotkał z Aegonem i miło byłoby wtedy potwierdzić którego rodzica dzielimy, ale przede wszystkim muszę się do niego zbliżyć. Równolegle rozwijam kilka innych projektów, o których mógłbym ci opowiedzieć, ale nie wydaje mi się aby ciebie interesowały. Przede wszystkim… bez pośpiechu. Mamy czas i będziemy go mieć póki nie pozwolimy się zauważyć. Dopiero wtedy klepsydra ruszy.
                    - Kusisz… - mruknęła kobieta - Mogę tak zrobić, iść im na rękę i niech myślą, że wychodzi na ich… Kiedy przyjdzie ci na to spotkanie z moim ojcem… staraj się powstrzymać. Wiem, że masz konkretne emocje co do niego.
                    Viktor znów milczał kilka chwil, jak to miewał w zwyczaju.
                    - To było trzy dekady temu. Nabrałem dość chłodu i dystansu, oraz mam dość zrozumienia sytuacji, aby wiedzieć, że chcę aby uznał mnie za kogoś wartościowego. Idealnie byłoby jakby udało mi się wkraść w jego kręgi, ale to dalsze plany.
                    Kobieta kiwnęła głową.
                    - No to ja ci przyniosłam kiepskie nowiny, ty masz coś, co sprawi, że zacznę kwestionować wstawanie z łóżka przez miesiąc?
                    - Hmmm… Skoro sama pytasz… miałem poruszyć temat później, ale niech będzie… Jeśli miałbym zrobić coś zgodnego z ogólną moralnością oraz zgodnego z lokalnym prawem, co jednak zostanie odebrane jako poważne przestępstwo, ale niemożliwe do powiązania ze mną… wolałabyś zostać o tym poinformowana wcześniej, czy aby pozostawać w niewiedzy? To jest szczere pytanie. Gdy nie wiesz nie będzie w stanie ci to zaszkodzić.
                    Filia podniosła wzrok rozważając słowa Viktora.
                    - Potrafisz dać praktyczny przykład tego scenariusza?
                    - Hmmm… - Viktor myślał chwilę, tworząc w głowie scenariusz dosyć daleki od realnych zamiarów, ale dosyć bliski aby być adekwatny do nich. - Kradzież rodowego dziedzictwa, które wiem, że jest zaklętym magicznie człowiekiem, celem odczynienia uroku? Myślę, że to jest adekwatne porównanie.
                    - Czysto hipotetyczne, mam nadzieję. Jeżeli scenariusz trzymałby się tych kryteriów? Możesz mi mówić, mogłabym jakoś wtedy pomóc.
                    Viktor dał sobie czas.
                    - Zapytam ciebie tylko… chcesz abym ciebie w to wprowadził? To nie jest konieczne. Dam radę sam. Jeśli tobie opowiem to będzie pewien ciężar. Jeśli nie powiem to usłyszysz o tym i nie niekoniecznie będziesz wiedziała, że to moja sprawka. Przepraszam, że nie mam tutaj scenariusza który nie przyprawi ciebie o ból głowy.
                    - To po co wogóle pytałeś? - kobieta pokręciła głową - Czy bym chciała? Nie zaszkodzi jak sądzę, jeżeli uważasz ŻE zaszkodzi to nie mów.
                    Goodmann półuśmiechnął się do siebie, po chwili rozważań. Nie dawała my wygodnych opcji, ale trudno.
                    - Moja przyjaciółka została zmuszona do małżeństwa wbrew własnej woli, a jej dzieci są daleko w Numerii jako zakładnicy. Kontrola męża jest absolutna do poziomu, gdzie nawet w toalecie towarzyszy jej silnoręki. Ostatni raz widziała matkę na oczy dekadę temu, a jedyne listy od niej, które otrzymała, osobiście jej przemyciłem. Moim planem jest ją stamtąd wydostać, co na pewno zostanie przedstawione jako uprowadzenie. Najlepiej po odnalezieniu dzieci. Ale awaryjnie również przed tym. Ta przyjaciółka to Zorya Crawcolt. Żona Hieronima Crawcolta. Jeśli chcesz to z radością pozwolę ci z nią porozmawiać i potwierdzić moją wersję, gdy będzie pod moją opieką.
                    Filia stała jak wryta kilka chwil.
                    - Ciocia Zorya… żyje? I dzieciaki też?
                    Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
                    - Ah, tak… - przypomniał sobie dziwne relacje Filii z Trio. - Zorya jest uwięziona w willi Crawcolta o sześćdziesiąt mil na zachód od Evercrest. Phlip i Doria są gdzieś w Numerii na edukacji. Cz… czemu myślałaś, że są martwi? Co Hieronim wam opowiedział?
                    - Kilka lat temu wyprowadził się z miasta, zabrał Zoryę, dzieciaki. "Dobrze im zrobi z dala od zgiełku". Ciężka zima przyszła, na wiosnę Hieronim odwiedził mnie i… ojca. Powiedział, że się rozchorowali i… - łzy spłynęły po policzkach kobiety, jej głos zaczął się łamać - … nic im nie jest? Żyją?
                    Viktor powoli i ostrożnie, z powolnością i gestykulacją dającą do zrozumienia, że w każdej chwili był gotów przerwać, objął Filię rękoma.
                    - Tak, siostrzyczko… - mówił cicho i uspokajająco - Widziałem się z Zoryą trzy dni temu. Jest cała, zdrowa… fizjologicznie nic jej nie brakuje i wreszcie zaczyna mieć jakąś nadzieję w oczach. Philipa i Dorię też odnajdę. Już zacząłem wici zapuszczać. Mam stosunkowo pewne przekonanie, że Liga Techniczna jest z tym powiązana i mam już kontakt z kimś od niej. Koła się kręcą, zębatki już skrzypią. Machina idzie do przodu i odnajdę ich. W porządku? Hmmm?
                    Kobieta rozpłakała się w objęciach Viktora. Drżała kiedy emocje, których nie potrafiła zatrzymać wylewały się z niej potokami.
                    -...Nie… nienawidzę cię… - odparła po chwili z delikatnym uśmiechem - Jesteś… jesteś jednocześnie największym źródłem frustracji i radości dla mnie. - jej oddech zaczął się uspokajać - W-więc… Phili i Dori są w Numerii… mam nadzieję, że nic im nie jest. Co masz na myśli, że chcesz zabrać Zoryę? Gdzie?
                    - Mam prawie wszystko czego potrzebuję aby ją zabrać stamtąd w nocy. Planuję ją umieścić we Dworze, muszę tylko z Otto to omówić. Jego efekt antydywinacyjny jest tutaj kluczowy. Zorya mówi, że Hieronim robi się bardziej i bardziej zaborczy, ale dałem jej sposób by mnie wezwać gdy przesadzi.
                    Wciąż obejmując Filię pokazał jej srebrną obrączkę na swoim palcu.
                    - Pierścień Przysięgi, ona ma drugi od pary. Ma go zdjąć gdyby potrzebowała pomocy.
                    - To dobrze… jeżeli ją jeszcze zobaczysz, zanim ją zabierzesz. Pozdrów ją ode mnie i powiedz… że ją odwiedzę, jak już będzie bezpieczna.
                    - Przekażę - kiwnął głową adwokat, powoli wyplątując się z objęć. - Ostatnie pytanie z mojej strony. Masz w straży kogoś ze zmianami bielaczymi na twarzy?
                    Kobieta westchnęła.
                    - Pewnie tak… o co chodzi? Zakładam, że coś co przyprawi mnie o migrenę…
                    Viktor pstryknął palcami, przypominając coś sobie.
                    - Moment.. - poprosił sięgając za kaftan by wygrzebać z podwymiarowej przestrzeni kartkę papieru. Potwierdził, że jest na niej portret pamięciowy który naszkicował z relacji Fisusia i wręczył go Filii.
                    - To on. Mój szpieg widział go zawiadującego handlarzami zmierzchu... trzy dni temu wszyscy zapadli się jak kamień w wodę i on jest jednym z moich ostatnich tropów, choć nie mam co do niego wielkich nadziei.
                    Kobieta przyjrzała się rysunkowi.
                    - Ech… kilka lat temu jeszcze byłam w stanie rozpoznać każdego strażnika… było ich wtedy około trzydziestu. Teraz będziesz mi musiał dać czas, aby go znaleźć.
                    - Zachowaj szkic. To brudny strażnik i możesz chcieć sama go dopaść… mówisz, że ile wtedy ich było? Teraz ich ilość jakoś zauważalnie wzrosła? Czemu brzmisz jakby to coś złego było?
                    Kobieta westchnęła.
                    - Ponieważ straciłam prywatną koneksje. Wtedy znałam ich po imieniu, znałam ich rodziny, marzenia. Teraz, jest ich za dużo abym to spamiętała
                    Viktor uniósł brew powątpiewająco.
                    - Jesteś chyba pierwszą kapitan straży w historii, co jest niezadowolona z tego, że dostała więcej ludzi. Ilu ich teraz masz? Dwa razy więcej? Trzy?
                    - Stu osiemdziesięciu trzech strażników. Setka w mieście, reszta na rotację patrolując ziemie barona.
                    - To dosyć… drastyczna zmiana… skąd się oni, tak nagle, wzięli? To nie tak, że nagle ci się stu pięćdziesięciu strażników zaciągnęło na służbę, co?
                    - Inwestycja i rozrost. Zaczęliśmy rekrutować z okolicznych wsi. Wyszkoleni na tyle, aby wiedzieć jak trzymać włócznię i się nią nie zabić. Jesteśmy jak napompowany pęcherz, ale i tak muszę na nich zwracać uwagę… przynajmniej powinnam.
                    Viktor usiadł na rogu swojego biurka.
                    - W Cheliax prowadziłem kancelarię Malcador & Marcelion. Pracowało w niej około dwustu ludzi, wliczając w to sześćdziesięciu siedmiu auxilii. Chciałabyś… porady?
                    - Nie muszę się raczej martwić o noże w plecach, więc to możesz pominąć. - uśmiechnęła się - Szczerze, każda pomoc się przyda.
                    - Struktura hierarchiczna. Miałem pod sobą troje partnerów i piętnastu starszych adwokatów. Tyle. Trzon Malcador & Marcellion, czyli prawie setka socii, była podzielona na płynne zespoły – zwykle po pięć do siedmiu osób – i każdy zespół był zarządzany przez któregoś starszego adwokata. Problemem tego systemu był dobór tych osiemnaściorga ludzi których charakterom i zdolnościom ufałem wystarczająco, aby móc dać im wolną rękę. Kładę nacisk na charaktery, bo one były tu ważniejsze. Jeden nad wyraz zdolny starszy adwokat, ze sterroryzowany zespołem socii jest dwakroć mniej wart niż jeden o umiarkowanych zdolnościach, z zespołem o wysokim morale. Nie mówiąc już o drastycznie mniejszej ilości komplikacji w drugiej wersji. Nauczyłem się tego w bolesny sposób…. masz trzydziestu ludzi których znasz od podszewki. Znajdziesz wśród nich piętnastu którym ufasz, że nie nadużyją pozycji władzy?
                    Kobieta pokiwała głową.
                    - Ale trafiamy na problem jak teraz. Jeżeli znam tylko tych bezpośrednio pode mną, to nie będę wiedziała kim są wszyscy inni… i nie będę mogła sama ocenić sytuacji.
                    - Problem leży ciut-ciut gdzie indziej. Przy małych organizacjach, jaką była straż licząca trzydzieści osób, lider ma możliwość poznania każdego i mikrozarządzania wszystkim. Przy średnich, do których teraz się straż zalicza, nie ma takiej możliwości. Cassian Ulrex, w pewnym momencie, był moim głównym rywalem. Jego kancelaria była wspaniała. Był bardzo zdolny i miał świetny zespół. Miał wszelkie powody aby wygryźć Malcador & Marcelion z jej pozycji. Jednak zawiódł w bardzo ważnym teście, który ty teraz właśnie przechodzisz. Gdy jego kancelaria się rozrosła wciąż próbował operować nią jak wtedy kiedy miał pod sobą dziesięciu ludzi. Chciał mikrozarządzać każdą możliwą decyzją, bo nie ufał nikomu, że ma dość kompetencji by poradzić sobie bez jego światłego przywództwa. Jednak był tylko jednym człowiekiem. Na koniec prawie nie spał, wciąż decydował o wszystkim, ale przeciążony i wykończony umysł najpierw podejmował złe decyzje, a potem wybuchał i wyżywał się na współpracownikach próbujących ratować kancelarię przed tymi złymi decyzjami, by na koniec obwiniać ich o nie poradzenie sobie z “prostymi zadaniami”. W tym czasie ja miałem swój wewnętrzny krąg, któremu oddałem część odpowiedzialności i zajmowałem się tylko tym co rzeczywiście jedynie ja mogłem sobie poradzić.
                    Viktor skończył opowieść, nie przedstawiając wprost żadnych wniosków, dając Filii samej je wyciągnąć.
                    Komendant zastanowiła się chwilę nad słowami adwokata.
                    - Sądzisz, że to zadziała? Straż to nie to samo co kancelaria… ale chyba tak też działa wojsko, co nie?
                    Viktor kiwnął głową.
                    - W wojsku nazywają to łańcuchem dowodzenia. I wiem, że to by zadziałało, bo już przynajmniej raz to sama zrobiłaś.
                    Lekki, ale serdeczny uśmiech osładzał krótką pauzę, którą zostawił Filii na zastanowienie się.
                    - Gdy wyruszyliśmy po Ahaira, straż w Evercrest nie przestała funkcjonować, prawda?
                    - No… nie. Przekazałam swoje obowiązki mojemu zastępcy.
                    - I jak sobie poradził?
                    - Miasto wciąż stoi co nie? - Filia się uśmiechnęła trochę pusto - Więc radzisz, że powinnam wprowadzić system piramidowy… Nie wiem jak się z tym czuje… brzmi zbyt rygorystycznie.
                    - System piramidowy, łańcuch dowodzenia, struktura hierarchiczna… zwał jak zwał. Ważne jest to, że nie jesteś w stanie zarządzać tak jak to robiłaś dotąd. Możesz świadomie zmienić metodykę i na swoich regułach ją wprowadzić, albo piętrzące się kryzysy wymuszą to na tobie w znacznie boleśniejszy sposób. Nie mogę ci w tym oficjalnie pomóc, ale zawsze znajdę czas na konsultacje z tobą.
                    Filia odetchnęła i kiwnęła głową.
                    - Brzmi lepiej, niż żebym znowu szukała rozwiązania na dnie butelki…
                    - Na pewno będzie zdziebko produktywniejsze. Aby nie być gołosłownym… chciałabyś się już teraz umówić na spotkanie dedykowane twojej nowej sytuacji w straży? To będzie nie rozmowa, a seria długich rozmów i rozważań, które zaczną się od tego, że szczegółowo opowiesz mi o swoich najbardziej zaufanych ludziach. Tak abyśmy spośród nich mogli wybrać dziesiętników, którym nie będziesz bała się zaufać. Ja może ten łańcuch dowodzenia przedstawiłem w kilku zdaniach, ale tam jest wiele mankamentów które będą musiały być zaadresowane.
                    Filia już chciała odpowiedzieć kiedy drzwi do pokoju się otworzyły i przeszła przez nie Kaylie. Chód był trochę chwiejny, oczy odrobinę przekrwione, ubrania w nieładzie. Zdołała złapać Viktora za koszulę.
                    - Boli mnie głowa… pomóż.
                    Filia zerknęła na nowo przybyłą Galtiankę.
                    - Jakbym widziała swoje życie z zewnątrz…
                    Viktor zmarszczył brwi w pewnym niezadowoleniu.
                    - W porządku - odpowiedział, ale jeszcze zapytał Filię na szybko - Jutro wieczorem byś chciała może? - pytanie było delikatne i nienachalne. Nie wywierające nacisku, ale uciszające ewentualne nieśmiałości. Zaczął mruczeć infernalną inkantację, jedną dłoń opierając na skroni Kaylie, a wierzch drugiej na jej barku, dając tym też czas Filii na spokojnie rozważyć.
                    - Nosz… proszę. Lepiej? - zapytał serdecznie pacjentkę.
                    - Mmmmmhmmm... - magini mruknęła przeciągle i objęła Khala za szyję uwieszając się jego karku - Nawet już nie jest niedobrze…
                    -... Uważaj, jeżeli rozpoznanie wzorców mnie nie zawodzi, to zaraz zaciągnie cię do łóżka. - uśmiechnęła się się - Jutro może być. Możesz jakaś kolacja? Dawno nie byłam na czymś mniej wiążącym.
                    - Wspaniale. Purpurowy Indor? Tylko go znam lokalnie... chyba, że sama coś zaproponujesz?
                    - Brzmi dobrze… mam się wystroić, czy chcesz mnie bardziej po cywilu?
                    - A może by się wystroić po cywilu? - zapytał z półuśmieszkiem. Ciekaw bardziej wieczorowych kreacji siostrzyczki.
                    - Idziemy na kolację? - wtrąciła nagle Kaylie za wyraźnym uśmiechem.
                    - Jeśli masz ochotę się zabrać to jasne - przytaknął jej Viktor - Przy czym to będzie biznesowe spotkanie i tylko nasza osobista wspaniałość uchroni je przed byciem nieziemsko wręcz nudnym.

                    To spotkanie zostało przerwane pukaniem, potem ktoś… a dokładnie to gnom… nie czekając na odpowiedź wszedł wprowadzając za sobą szaroskórego aasiamara.
                    - Jego ekscelencjo poznaj Paimona Aslina… specjalnego wysłannika i doradcę do twojej dyspozycji.- rzekł oficjalnym tonem, po czym zwrócił się do Paimona.- Paimon… eee… poznaj jego ekscelencję i… Filię.-
                    Paimon poklepał delikatnie gnoma po plecach.
                    - Dziękuję mistrzu Harpeness, ale nie potrzebuję zapowiedzi. - po czym wysunął się przed gnoma i skłonił przed Viktorem - Paimon Aslin, do twej dyspozycji. - zerknął na stojącą w pokoju Filię - Nie wiem czy to odpowiedni moment na introdukcje…
                    Komendant straży westchnęła.
                    - Bogowie… kolejny?
                    - To bezpańska przybłęda. - Kaylie szepnęła nie ukrywając tego - Po prostu się pojawił.
                    Tym razem Viktor nie zmarszczył brwi. Dlatego, że jego niezadowolenie było poważniejsze.
                    - Ohoh… tłoczno się zaczyna robić. Uwierzyć by się chciało, że zaraz jeszcze Otto z córami nas zaszczycą.
                    Prawnik wstał z biurka i wygładził swój kaftan.
                    - Do dyspozycji mówisz… niech będzie. Jestem Viktor Goodmann, ale pewnie to już wiesz. Jadłeś śniadanie? Ja jeszcze nie, a tak zgrabniej będzie porozmawiać i wyjaśnić o co tu, w zasadzie, chodzi. Hmm?
                    - Ja jadłam. - wtrąciła Kaylie na ucho Khalowi wciąż się tuląc do niego.
                    - Mogę coś niewielkiego zjeść. A sytuacja do rozmowy jak najbardziej mile widziana. - aasimar wyciągnął dłoń w stronę kapłana - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie produktywna.
                    Gnom przyglądał się temu z obojętnością, co najwyżej zerkając na Fillę i przyglądając się jej reakcji na to wszystko.
                    Niby diabełek Kaylie znowu wyszeptała słowa do ucha Khala, tym razem tylko by on usłyszał: "Gnom nakłamał o tobie.
                    Viktor mruknął do Kaylie równo wdzięcznie co apologetycznie, gdy wyplątywał się z jej objęć, aby oddać gościowi należną uwagę. Uścisnął jego rękę pewnym chwytem.
                    - To zależy tylko od nas - odpowiedział serdecznie i wesoło. - Aslin… z tych Aslinów od sieci najemniczej?
                    - Mam nadzieję, bo jeżeli nie to nakłamałem naprawdę niebezpiecznym ludziom. - mężczyzna odwzajemnił uśmiech i rozejrzał się po pokoju - Więc, takie nagrody załatwia ci Azazel? Przytulnie, dostojnie.
                    - Pośrednio tak - przytaknął Viktor z uśmiechem, ale niby-żal zaraz wypełzł na jego twarz - Paimonie, czy byłbyś uprzejmy poczekać na mnie w głównej sali jakieś pięć do dziesięciu minut? Właśnie kończę tu rozmowę, ale chciałbym ją dokończyć poprawnie. Zamów sobie kawałek – albo dwa – jabłecznika. Robią go tutaj wspaniale i nim skończysz jeść powinienem już do ciebie dołączyć, hmmm?
                    - Och, oczywiście, gdzież moje maniery. Wtargnąłem w coś prywatnego. Przeprosiny w twoim kierunku i twych gości. - aasimar ponownie się skłonił i opuścił pomieszczenie. Filia przechyliła głowę na spektakl.
                    - Przynajmniej jest uprzejmy.
                    - Będę potrzebny przy tym doradzaniu? Bo jeśli nie to mam sprawy które muszę załatwić, miejsca które muszę odwiedzić. - wtrącił Baltizar beznamiętnie.
                    - Będziesz udawał się na dzisiejszy wiec? - zapytał Viktor w odpowiedzi.
                    - Tak. W końcu go zorganizowałem.- wzruszył ramionami Bajarz tłumacząc. - Chętnie posłucham co mędrcy Evercrest potrafią wykoncypować w związku przedstawionym im problemem. Mam wrażenie, że prędzej czy później będzie to dla nas ważne.
                    - Spodziewasz się, że ile będzie trwał? Ten jeden wieczór? Czy trochę dłużej?
                    - Pewnie wieczór. Może całą noc jeśli się rozgadają lub pokłócą. Mądrzy ludzie mają zwykle wysokie o sobie mniemanie… i niskie o głupcach. Przy czym często do głupców zaliczają każdego, kto nie zgadza się z ich tezami.- wzruszył ramionami Bajarz i potarł kciukiem o drewno kostura przyglądając się mu.- A ja lubię głupców… bywają bardziej nieprzewidywalni.-
                    - Nie pokrzyżuje żadnych twoich planów, jeśli też się na niego zabiorę, prawda?
                    - Ani trochę… - odparł gnom drapiąc się po karku.- Co prawda, nie będzie tam jego ekscelencja potrzebny. Nie wiesz czego szukamy w tym przypadku.-
                    - Oh, nie mam arogancji, by uzurpować sobie moc rozwiązania problemów, które was tam zbierają, samą swoją obecnością… ale jeśli coś poważnego się dzieje w okolicy to chcę sam wiedzieć co takiego.
                    - Cóż… wiec jest otwarty dla wszystkich. A ja sam też będę tylko widzem. Nie mnie uzurpować władzę do decydowania kto tam ma być, a kto być nie może. - ocenił gnom i spojrzał na Filię.- Zakładam że tutejsi mędrcy i świętobliwi kapłani zazwyczaj walczą na argumenty i nie będzie potrzeba straży by ich rozdzielać?-
                    Filia przekrzywiła głowę.
                    - "Mędrcy"... to duże słowo. Mamy kilku wyedukowanych, kapłaństwo się zjawi, z tego co słyszałam wezwali też lokalny krąg druidów. Nikt kto miałby tendencje do agresji… na trzeźwo. - zastanowił się chwilę - Co prawda mają tam też być służki Calistry, więc sądzę, że one utrzymają porządek… w ten czy inny sposób.
                    Kaylie widząc, że kapłan już się pobawił w uprzejmości, po prostu ponownie się uczepiła jego ramienia wtulając w nie.
                    - Dziękuję ci, Baltizarze… - Viktor położył dłoń na głowie Kaylie i opiekuńczo ją pogłaskał - …za twój wkład. Widzimy się na wiecu.
                    - Nie ma za co jego ekscelencjo.- odparł Bajarz, skłonił się i opuścił pospiesznie pomieszczenie.

                    Viktor odchylił głowę w tył, rozciągając kark i wziął dłuższy wdech. Wydarzyło się wiele i nagle. Ale w porządku… to były nowe możliwości. Obdarował Filię przyjaznym uśmiechem.
                    - Więc podsumowując… jutro. Nas troje. O zmroku. Purpurowy Indor. Ubiór umiarkowanie wieczorowy? Brakuje mi trochę okazji by się wystroić. Wciąż nie mogę uwierzyć, że całe miesiące przyjdzie mi czekać na najbliższy planowany bal, czy galę.
                    Kaylie wyglądała jak bardzo ucieszona nastolatka.
                    - Ubierzemy się pięknie, jak wyżej urodzeni! Będziemy piękni! - spojrzała na Filię - Nawet ty!
                    Komendant zamrugała kilka razy, po czym uśmiechnęła się wyzywająco.
                    - Dziewczyno wyglądałabym lepiej od ciebie w łachach!
                    Viktor strzyknął śliną kilkukrotnie, w jakiejś zadumie.
                    - Czy ja tu usłyszałem… wyzwanie? - zapytał przekornie i prowokacyjnie.
                    - Ty? - Kaylie wyglądała na rozśmieszoną szlachetkę - Ja wiem, że łachy do ciebie od narodzin pasują, więc nie próbuj wyrosnąć poza poziom wychodka, jaki służył ci za łaźnię obok stodoły, gdzie się rodziłaś. - machnęła ręką jakby odganiając owada - Znaj swoje miejsce i nie próbuj stawać na szczeblach społecznych jakich czubkiem głowy nie dotkniesz.
                    Viktor zmrużył trochę oczy, wczytując jak Filia to odbierała i oceniając, czy wymaga to jego interwencji… ale rozluźnił się widząc jej spojrzenie.
                    - Och, proszę. Tobie do szlachty jak mnie do czarowania. Pewnie ubrałabyś się jak dziewka uliczna i sądziła, że to szczyt mody. - uśmiech nie znikał z twarzy komendant, najwyraźniej potrzebowała odrobinę pasyno-agresywnej rozrywki.
                    - Słyszysz co ta plebejka sobie bzdura? - zapytała Khala obejmując jego ramię mocno - Może będziemy musieli na kolację przyjść z mydłem, jakby ta zapomniała o nim.
                    Filia złapała i zaczęła obejmować drugie ramię Viktora.
                    - Ja plebejka? Patrzcie szlachciankę trzech krów i świni. - spojrzała na adwokata - Pamiętaj, aby zabrać worek na paszę dla niej, aby biedactwo głodne nie było. - rozmowa zaczęła eskalować coraz bardziej, podjudzana tylko przez Viktora krótkimi prowokacjami. Kobiety przerzucały się "obelgami" ciągnąc go każda w swoją stronę kiedy była jej kolej na wyzwiska. Niby-oburzenie gościło na jego mimice, ale sytuacja naprawdę bawiła, a na swój sposób była nawet prymitywnie przyjemna.
                    - W porządku, dziewczęta. Stop - zatrzymał je ze śmiechem w głosie - Myślę, że ostatnim etapem eskalacji jaki nam tutaj jest walna bitwa. Albo na pięści i pazury, albo na kiecę i styl jutro wieczorem.
                    Adwokat w żadnym momencie nie krył która wersja bardziej mu się podoba.
                    - I żadnego korzystania z usług Otto! - postawiła warunek komendant - Nie dam ci wygrać bo masz dostęp do nieskończonej garderoby. Idziesz na miasto jak ja.
                    - Że niby jak plebs?! - oburzyła się - Od tego jest służba!
                    - A zaufałabyś nie-nieśmiertelnej służbie w doborze twojej kreacji? - pytanie Viktora było tylko odrobinę prowokacyjne.
                    - Jeżeli się oferujesz. - odparła Kaylie do mężczyzny wtulając twarz w jego ramię.
                    - Oj, wybacz, ale tu chciałbym pozostać bezstronny. Raczej mi chodzi, że nudna i uwłaczająco prosta byłaby to gra, jakbyś w ramach “służby” zaciągnęła dla siebie kogoś kategorii jak Otto z rodziną. I tak poważniej… nie dasz rady Filii pokazać bez supernaturalnego wsparcia, hmmm?
                    - Nie znam dobrze tego miasteczka. Nie wiem czy znajdę coś odpowiedniego dla gustu szlacheckiego. - powiedziała siląc się na przerysowany ton łaskawej wyższości.
                    - Myślę, że będzie uczciwie, jeśli weźmiesz Lilię do pomocy, póki ograniczy się ona do wsparcia ciebie swoją myślą i gustem, prawda Filio?
                    - Jeżeli jaśnie pani, nie potrafi sama się ubrać, to niech idzie z nią i cały orszak. - kobieta pokazała Galtiance język.
                    Galtianka prychnęła.
                    - Jutro zobaczysz, wieśniaro gdzie twoje miejsce.
                    - Nawzajem. Chcesz dodać odrobinę dreszczyku tej rywalizacji?
                    - Jakiego dreszczyku? - zapytała nieufnie.
                    - Zakład. Powiedzmy… jeżeli wygram będziesz musiała pracować dla straży przez tydzień i wykonywać wszystkie moje polecenia.
                    Uniosła brew.
                    - Tak serio? - przekręciła głowę - Czy ta wizja cię podnieca?
                    Komendant się zaśmiała.
                    - Zważając, że to ty tak to zinterpretowałaś? Zastanawiam się, kto tu jest podniecony.
                    - Czyli chciałabyś by mnie to podniecało!
                    - Lubię kiedy moi podkomendni cieszą się z pracy.
                    - Może być, o ile nie będziesz dawała mi pracy odrzucającej. A co jak - nie powiedziała "jeżeli" - ja wygram?
                    Filia zastanowiła się chwilę.
                    - Zorganizuje tobie i Viktorowi jakąś romantyczną randkę?
                    Kaylie spojrzała na Viktora.
                    - Czy ona sugeruje, że ty takiej robić nie potrafisz? - uśmiechnęła się wrednie.
                    - Adwokat z Cheliax. - zauważyła komendant.
                    - Myślę, Kruszyno, że mogła do Filii nie dotrzeć informacja o moich… o moim powodzeniu i kreatywności. Ale pikuś to. Jeśli w tle będzie nam grała orkiestra straży miejskiej to przyjmę to dla samej draki. Macie swoją orkiestrę w straży, prawda? - zapytał, w sumie nie wiedząc czy może swobodnie ekstrapolować reguły Cheliańskie na Evercrest… tam straż każdej dzielnicy miała własny zespół grajków i czasem ścierali się na tej płaszczyźnie.
                    - Ty sądzisz, że ja wam jakąś imprezę w remizie zorganizuje? Nie wiem, czy to nie jest większa poczwarz niż wszystko co Kaylie do mnie dziś powiedziała. Za karę zorganizuję randkę na siebie i Kaylie. Platoniczną. - zapewniła Galtiankę - A ty będziesz siedział sam w pokoju i wcinał suchary.
                    Chichot Viktora zadudnił nisko w jego piersi.
                    - Czyli ty wygrywasz – Kaylie jest twoją niewolnicą. Kaylie wygrywa – obie ryzykujecie wydrapanie sobie oczu? Tsk, tsk… przynajmniej nie będę wtedy stronniczy.
                    - Więc jak? - zerknęła na Galtiankę - Stoi? Tylko kto będzie sędzią?
                    - Coś wymyślimy w trakcie? - wzruszyła ramionami.
                    - Niech będzie. Przygotuj się na mało wygodny mundur.
                    Kaylie spojrzała na prawnika.
                    - To idziemy do tego wypierdka spod ogona Azazela? Bo wiesz... on się rozmnożył. - pół szeptem przekazała.
                    - Trzeba będzie. Filio, jesteśmy umówieni. Szlachty nie trzymaj bardzo na siłę. Zgodnie z ostatnimi informacjami materiały mają dotrzeć jutro bądź pojutrze i wtedy od razu zacznę budowę. Wypożyczyłabyś mi dwóch do czterech strażników, co przypilnują by nikt postronny nie wlazł mi na plac budowy i nie stracił kończyny? Czy kogoś niezależnego mam wynająć?
                    - Kilku świeżaków mogę ci dać. Spodziewasz się problemów?
                    - Tylko jeśli ktoś postanowi pozwolić ciekawości zwyciężyć nad instynktem samozachowawczym i nikt go nie uratuje przed własną… decyzją.
                    - Powinni sobie poradzić w takim razie. Nie będę wam przeszkadzać. I pamiętaj Kaylie… - komendant rzuciła Galtiance wyzywający uśmiech - zaczynamy pracę z porannym słońcem.

                    Wyrwanie

                    Gdy, po pożegnaniach, Filia zamknęła za sobą drzwi Viktor spojrzał na Kaylie.
                    - No, no… pewności na pewno ci nie braknie, skoro na tak nierówne szale zakładu się zgadzasz - zachichotał nisko.
                    - Ależ to idealna sprawa! - Kaylie wyraźnie była podekscytowana - Wątpliwe bym przegrała, ale w razie co... przecież i tak chciałam pójść do straży!
                    - W takim razie cieszę, że stworzyłaś sytuację gdzie zawsze wygrywasz. Słuchaj Kay. Chciałbym z Paimonem na razie porozmawiać sam na sam. Poznać go i podpytać o relacje z Kozłem. Miałabyś coś przeciwko?
                    - Dlaczego sam na sam? - zdziwiła się - Wstydzisz się mnie?
                    - Absolutnie nie, ale masz swoiste podejście do Kozła i chwilowo chciałbym przeprowadzić wywiad z nim bez tej dodatkowej komplikacji. Rozumiesz, prawda?
                    - O czym ty mówisz?
                    Viktor westchnął z drobnym zawodem.
                    - Nienawidzisz Kozła i masz do tego swoje powody. To będzie rozmowa dwóch istot które go szanują i nie chcę by twoje relacja z moim patronem skomplikowała rozmowę. Nie wiem kim on jest, jakie ma cele, ani czego można się po nim spodziewać czy oczekiwać. To ważny moment socjalny i preferowałbym go uprościć. Sądzisz, że twoje niekryte odczucia co do Kozła ułatwią mi ten moment?
                    - Ale... - Kaylie chyba nie spodziewała się tego i jednocześnie nie miała gotowej odpowiedzi, więc wpierw zbyt długo milczała robiąc pauzę - Ale on już wie co o Azazelu myślę... Byłam na kacu, ale mówiłam do niego...
                    - Kaylie… - Viktor złapał ją dłońmi za ramiona, patrząc w oczy z zauważalną, aczkolwiek delikatną stanowczością - … to nie chodzi o ciebie. Nie wstydzę się ciebie i w przyszłości bardzo chętnie się tobą przed nim pochwalę, a jak przyjdzie etap planowania definitywnie będziesz zaangażowana. Jednak teraz chciałbym z nim porozmawiać sam. Proszę.
                    Kobieta już otworzyła usta by oprotestować i nie zgodzić się z tym co mówił jej kochanek. Czy on naprawdę sądził, że była tak nieokiełznana, aby nie umieć się zachować, gdy tego wymaga sytuacja?
                    Zamknęła usta porzucając chęć protestu.
                    - Dobrze... To twój żywioł. - stwierdziła cicho.
                    - Dziękuję - ucałował ją w czule ponad brwiami - Widzimy się potem.

                    Wyrwanie

                    Kaylie od wyjścia Khala nie mogła wyzbyć się atakujących ją wspomnień, jakie cała sprawa przypomniała. To było bardzo dawno, jakby w innym życiu, bez diabłów, bez najemniczej krwi i lodu łańcuchów. Wtedy była inna, była spokojniejsza i bez wszystkich blizn, a jednak...
                    Taka sama...
                    Kobieta przewróciła się na łóżku, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Czy zawsze tak będzie?
                    - Niechciana... - szepnęła ledwo słyszalnie.

                    Co ona tu robi?
                    Po co w ogóle tu przyszła?

                    Silnie zamknęła oczy, jakby miały one zagłuszyć myśli szepczące wokół głowy.

                    *Przyniesie nam jedynie wstyd. *

                    Narzuciła na głowę aksamitną pościel.

                    Obraz grzechu swojej matki.

                    Wyrwanie

                    Szmer poranka we Dworze miał przyjemny klimat. Potrawy pachniały dla nosa, rozmowy grały dla uszu, a córy Otto… lśniły dla oczu. Viktor bez większego trudu wynalazł spojrzeniem niebieskoskórą sylwetkę.
                    - Wybacz, że kazałem czekać - czysto grzecznościowo przeprosił siadając przy wolnym krześle.
                    - Och, żaden problem. - aasimar podał Viktorowi kubek z jakimś sokiem - Trochę za wcześnie na coś mocniejszego. Więc… zapewne masz pytania?
                    - Oczywiście - przytaknął Viktor wesoło - Zacznijmy może podstaw. Paimonie… co ciebie do mnie sprowadza?
                    - Krótka odpowiedź? Kozioł. Długa odpowiedź? Kilka dni po tym jak tu wylądowaliście zaczął się martwić, że jesteście rozkojarzeni. Zajmujecie się jakimiś pobocznymi rzeczami zamiast budowaniem jego kultu. Ja rozumiem sprawy prawno-logistyczne, trzeba pogłaskać populację zanim otworzycie drzwi świątyni istoty z Piekieł. Azazel niestety najpewniej zaczyna czuć nacisk… chciałem powiedzieć, że z góry, ale to piekło.
                    - Hmmm… - Viktor zastanawiał się chwile, rozważając czy oficjalny powód istotnie był właściwym. W końcu nie spotkał się z żadnym ponagleniem ze strony patrona. - I jesteś tutaj jako bat, czy jako wsparcie?
                    - Wsparcie. Jeszcze za wcześnie na bat. - aasimar rozejrzał się i ściszył głos - Jak rozumiem, kobieta z którą cię przyłapałem to potencjalna rekrutka? Mistrz Harpeness sugerował, że podkradasz kapłaństwo innym bóstwom.
                    Viktor zmarszczył brwi niezadowolony
                    - Baltizarowi wydaje się, że rozumie znacznie więcej niż rzeczywiście rozumie. Na szczęście nie na jego wnioskowaniu mi zależy. Filia to komendant straży i miała – w sumie wciąż MA możliwości – aby uniemożliwić nam założenie legalnej religii. Jaka jest natura twojej relacji z Kozłem? Oczywiście ta część którą jesteś gotów wyjawić na pierwszym spotkaniu - uśmiech Viktora nie zobowiązywał do szczerej odpowiedzi. Nawet nieszczera mogła mu wiele powiedzieć.
                    - Och… gdzie tu zacząć… - Paimon zerknął na Viktora - Zakładam, że wiesz, że kiedyś był aniołem?
                    - Jak sam Mroczny Książę we własnej osobie i wiele innych diabłów. Jakby to nie było nasze pierwsze spotkanie to przynajmniej jednego z nas to pytanie by obrażało - śmiech Viktora nie zdradzał aby krył jakąkolwiek urazę.
                    - Asmodeus był bardziej bóstwem niż aniołem, ale przystanę na twoje. Sęk w tym, że Azazel przyłączył się do piekieł długo po tym jak Pierwszy się obraził, bo nie poszło po jego myśli. Zanim to nastało, moja przodkini nawiązała z Kozłem kontakt. Było to tak dawno, że traktujemy całą sprawę jak mit, nie sądzę, aby sam Azazel pamiętał szczegóły. Wersja, którą ja słyszałem, to taka, że moja przodkini była w ciąży i życie dziecka było zagrożone… ponieważ. Azazel, wtedy Fenuel, użyczył swoich mocy i uratował nienarodzone życie. Stąd masz mnie. - Paimon się uśmiechnął, tym uśmiechem, który bynajmniej nie widzi humoru w sytuacji - To był jeden z wielu długów, który moja rodzina u niego zaciągnęła. I teraz go spłacam.
                    - I po ugruntowaniu jego pozycji jako legalnego i, przede wszystkim, stabilnie czczonego bóstwa będziesz wolny ze swoich zobowiązań?
                    - Tych związanych z wami? Owszem… chociaż ciągle jest sprawa JEGO długu wobec… gospodarza.
                    - Ich spłacenie, niestety, będzie ważną częścią gruntowania pozycji Kozła. Cóż… mogę ci obiecać, że dołoże starań abyś możliwie szybko odzyskał swoją niezależność… Opowiedz mi może teraz, jeśli możesz, o tym czego mogę od ciebie oczekiwać. Jakie zadanie mogę ci oddelegować, jakie twoje zdolności mogę wykorzystać?
                    - Szeroki zakres wiedzy i metod jej pozyskiwania. - zaczął aasimar - Nie spodziewaj się, że będę dobrym wsparciem religijnym, pomimo mojego… pokrewieństwa z Azazelem, nie jestem wyznawcą jego ani nikogo innego. Znam się na nadzorze, organizacji i logistyce. Plus moja… bliska relacja z Kozłem ma benefity magiczne. Słyszałeś pewnie o czaroklepach, co to nie muszą siedzieć nad księgami bo ich przodek był bardem i zamoczył z czym nie powinien? Ta sama zasada, tylko ja jestem bardziej jak kapłan.
                    - To definitywnie będzie przydatne. Może udało mi się oszukać tutaj większość, ale tak naprawdę wcale nie wiem wszystkiego - szepnął konspiracyjnym tonem - Wsparcie magiczne na pewno będzie przydatne, a rzetelna wiedza logistyczna niezastąpiona. Moje ekstrapolacje z prowadzenia kancelarii są dobre na tyle na ile są dobre.W porządku, to daje mi obraz. Czy ty chcesz o nas coś wiedzieć? Czy zostałeś wprowadzony?
                    - Tylko podstawy. Ty masz… historię związaną z tym miastem i wiem, że to mało powiedziane. Galtianka ma masę własnych problemów, plus nienawidzi Azazela. Gnom jest absolutnie szalony a i tak najstabilniejszy z waszej trójki.
                    - To jest… definitywnie ciekawa interpretacja sytuacji, ale nie zniżę się do obrony własnych cnót. Na pewno będziesz miał okazję zrewidować ten dziwny pogląd. Więc może trochę ciebie wprowadzę w to z kim współpracujesz…

                    Viktor zaczął opowiadać, możliwie rzetelnie, choć raz pozwolił sobie na drobną szpilę wycelowaną w Baltizara. Gdzieś w połowie historii Lilia przyniosła im słodkie bułeczki i cienkie wino do zapicie, o które Viktor poprosił przed dołączeniem do Paimona.

                    - To zaraz. Abym dobrze zrozumiał. Ty i Kaylie nie jesteście ekskluzywni? Chcę wiedzieć jakie mam opcje.
                    Viktor uniósł brew.
                    - Mam swoje oczekiwania wobec niej, ale technicznie nie umawialiśmy się na wyłączność.
                    Aasimar również uniósł brew rozbawiony.
                    - A kto mówi o Kaylie?
                    Adwokat zamrugał kilka razy oczami, szukając logiki w niby-pytaniu Paimona. Oczy latały z lewa do prawa, odrzucając jedną opcję po drugiej aż zrozumienie przyszło.
                    - Oooo… To… Ah… - Viktor zamilkł na kilka chwil, składając dłonie przed ustami, w konsternacji.
                    - Co? Pierwsze pióro Isger i Trzecie Cheliax nigdy nie próbowało złapać klientów na ten sposób? - aasimar wyraźnie się świetnie bawił - Dobrze już, już. Nie jestem zwyrodnialcem. Rozumiem kiedy zainteresowanie nie jest wzajemne. I jeżeli nie chcesz, aby Kaylie szukała pociechy u innego, to to też uszanuję.
                    - To… - śmiech który wyrwał się z piersi Viktora tym razem był naturalny i całkowicie szczery, choć wcale nie różnił wiele od jego wystudiowanych. Dopiero odkaszlnięciem go przerwał.
                    - Może się zdarzało, może nie. Tego się nigdy nie dowiemy. Twoja uwaga definitywnie jest doceniona i ciepło przyjęta, ale to tyle… ale jakbyś skrzydłowego szukał, to definitywnie mogłoby być ciekawe ćwiczenie kooperacyjne - zaśmiał się znowu i upił łyk wina.
                    Paimon uśmiechnął się ciepło.
                    - Trzymam cię za słowo. - klasnął i zatarł dłonie - Dobrze, granice ustalone i szturchnięte.
                    - Coś mi mówi, że się naprawdę dobrze dogadamy. Dobrze. Część formalną mamy za sobą, to poznajmy się lepiej. Zagrajmy w Opowieści...

                    text alternatywny

                    Nim opowieści się skończyły i nowi towarzysze odeszli w swoje strony, sala jadalna Popielnego Dworu zdążyła się, w znacznej mierze, wypełnić. W jednym z kątów dostrzec można było drobne zgromadzenie i zgromadzenie to żądało od Viktorowej ciekawości zbadania. Nie opierał się uczuciu. Ciekawość nie zawsze była jednym z filarów jego działań, ale dziś… pozwolił jej.

                    Viktor zbliżył się do tłumu, wynajdując pretekst w krótkiej rozmowie ze strażnikiem miejskim co siedział niedaleko zgromadzenia. Rozmowa o niczym rozegrała się niemal bez udziału viktorowej świadomości, bo ona wypatrywała i wsłuchiwała się w to co działo się obok.

                    Wśród roztrajkotanej grupki, składającej się głównie z młodych mężczyzn, nieregularne centrum tworzyła, nie kto inny, jak z gracją siedząca na blacie stolika Elanna. Uśmiech miała przyjemny na twarzy, ale spojrzenie zimne. Z jakąś nieco-nawet-okrutną satysfakcją, bo o ile sprawiała jej uwagę satysfakcja to wiedziała, że próżny jest ich trud.

                    right aligned paragraph

                    Dostrzegła Viktora jedyne pół oddechu później niż on ją. Nie wstała by się z nim przywitać, a jedynie odchyliła lekko głowę… jakby w drobnej prowokacji. On też wcale nie przerwał niby-rozmowy ze strażnikiem i czekał. Pozwolił poczuć jej niecierpliwość (a może samo zainteresowanie?)
                    - Ciekawa jestem, Goodmann - zagadnęła gdy Viktor wreszcie zakończył dialog ze strażnikiem. Głos miała lekki, jakby senny - Czy brak interakcji jest oznaką obojętności… czy może subtelnej wzgardy?
                    - Ani jedno, ani drugie - odpowiedział siadając na pobliskim krześle. Nie przesadnie blisko, aby nie prowokować adoratorów swoją obecnością akceptując, bez krępacji, jej wyższa pozycję - Po prostu obserwuję i jeszcze nie jestem przekonany, czy jakakolwiek moja reakcja jest – bądź będzie – potrzebna.
                    Elanna przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Powoli i dokładnie. Z lekko uniesionymi brwiami i rozchylonymi ustami, z których uśmieszek prawie zniknął. Każdy gest miał znaczenie.
                    - Hmmm… - wymruczała, opuszczając powieki na pół sekundy, testując jego cierpliwość - Czyli jakby ktoś chciał twoje miejsce zająć… nie dotknęłoby cię to?
                    - Moje miejsce? Kochana… nie roszczę sobie prawa posiadania do żadnego miejsca w twoim kontekście. Tylko ty możesz je komukolwiek przyznać.
                    Uśmiech Elanny skrzywił się minimalnie. Niemal niewidoczny jak niewidoczny jest cień w półmroku. Była w nim satysfakcja i zadowolenie.
                    - Cóż, Viktorze… W takim razie… być może znajdziesz mnie później, gdy teatr dziennych obowiązków się zakończy.

                    text alternatywny

                    - Dzieciaku, nie chcesz tego robić… - Viktor mierzył spojrzeniem jednego z adoratorów Elanny. Grupka ucichła, na czele z ambasadorką Brevoy, co wyciągała szyję aby widzieć co się dzieje nad barkami mężczyzn… ale nie na tyle by wyglądała na nazbyt zainteresowaną… jednak w jej oczach Viktor widział to zainteresowanie. Mroczne i karmione agresją. Prymitywna satysfakcja, której samego istnienia by odmówiła, ale jednak karmiąca się walką samców o dominację… walką o nią.
                    - Ależ oczywiście, że chcę! - odwarknął młody brunet z kozią bródką. Był młody. Był silny… niewątpliwie silniejszy od niespomaganego magią, powoli starzejącego się już Viktora. Prawnik rozumiał skąd ta błędna pewność siebie. - Chyba, że sądzisz, ze panna Orlovsky nie jest warta walki o nią!?
                    - Ughh… - Viktor spuścił powoli powietrzem, nie pozwalając młodzikowi dyktować tempa tej interkacji. Spojrzał jeszcze raz na Elannę i widząc jej spojrzenie… posłał jej porozumiewawcze oczko. - Jak masz na imię?
                    - Lavel Orlock! Zapamiętaj je!
                    - Więc Lavel… ostatnia szansa. Nie chcę się z tobą bić… ale jeśli mnie zmusisz… to będzie wyglądało dużo inaczej niż sobie wyobrażasz.
                    - Nie przestraszysz mnie, dziadku.
                    Viktor znów westchnął i stanął z nim twarzą w twarz.
                    - Więc niech będzie… Lavel… czy byłbyś tak uprzejmy... - wyrecytował powoli - I zdzielił się w ten umiarkowanie-inteligentny pysk?
                    - Hmmm? Aughh… - początkowe zdziwienie przerwał ból, gdy pięść Lavela rzeczywiście wymierzyła cios w jego szczękę.
                    - Jeszcze raz - grupka adoratorów rozstąpiła się w przestrachu, odsłaniając Elannie widok na scenę. Drugi cios, z drugiej strony, powalił Lavela na ziemię.
                    - Splot słoneczny… - polecił Viktor i następne uderzenie wypompowało z chłopaka powietrze.
                    - Starczy ci?
                    Ale nie starczyło… potrzeba było jeszcze dwóch ciosów, z Viktorem nonszalancko kucającym nad nim… nieporuszony w żaden sposób bliskością pięści pana Orlocka (kimkolwiek Orlock miał być), nim Lavel pogodził się, że przegrał jeszcze nim zaczął.
                    - Wiesz, w ogóle, kim jestem?
                    - Dź-dziadem… starym.
                    - Nie do końca. Jestem Viktor Goodmann. I pamiętaj. Viktor Goodmann to twój przyjaciel.
                    Puścił mu oczko i uwolnił go wreszcie z zaklęcia. Tylko w przelocie spojrzał na Elannę, ale tylko tego momentu potrzebował by potwierdzić, to co już wiedział. Pod maską zimnej suki, Elanna była kobietą jak każda inna i jak większośc kobiet… uwielbiała u mężczyzn akty dominacji.

                    text alternatywny

                    right aligned paragraph

                    Po “rozładowaniu” napięcia z młodym Orlockiem, Viktor chciał już wrócić do Kaylie, ale spojrzeniem i gestem zawołał go do siebie nie kto inny jak Varion Letalle… ambasador Pitax. Zmarszczki wokół oczu zdradzały wiek i doświadczenie, ale spojrzenie wciąż było bystre i przebiegłe.
                    - Viktorze! - Varion zaprosił go gestem by zasiadł mu naprzeciw i zawołał po kielich wina dla niego - Pamiętałem ciebie jako bardziej… zdystansowanego… choć nie kryję, że czułem w tobie… alternatywne możliwości.
                    Viktor uśmiechnął się pół-tajemniczo.
                    - Mam wiele narzędzi w moim repertuarze, nie preczę.
                    - Ale powiedz mi… dzisiejsza “lekcja dla młodzików” była częścią większego planu? Zalotami? Czy po po prostu przejawem zranionej pychy?
                    - Och, Tym wszystkim… - odpowiedź była spokojna i przyjazna - … i jeszcze więcej. Zyskałem tym kilka rzeczy, kilka innych straciłem… ale czasem trzeba postawić granice.
                    - Prawda. Młodzi zawsze będą chcieli wycyckać starców i zrobią to jeśli im pozwolimy.
                    - Starców? Letalle, proszę cię… daj mi zachować moje złudzenia.
                    - Tsk, tsk, tsk… nie da rady. Moje wyrwano mi z piersi już dawno, więc zostało mi zawistne wciąganie innych w to bagno.
                    - Ty potworze…

                    text alternatywny

                    right aligned paragraph

                    Dyskusja trwała jeszcze dobry kwadrans. Ze wszystkich obecnych na sali Viktor chyba właśnie Variona dażył największą sympatią. Ten człowiek nie próbował już nic ugrać. Miał swoją pozycję i był z niej zadowolony. Robił swoje, bez zabaw w intrygi… albo był w nich tak dobry, że nawet Viktora oszukał. A wtedy należał mu się tylko większy respekt.

                    Przed powrotem do pokoju znów ktoś zwrócił jego uwagę… Z pergaminami i notatnikiem przy ścianie, w wiecznej gotowości, skrupulatnie rejestrował obserwacje konsul Tyrel Nex, z Ligii Technicznej. Viktor znał moralności Ligii Technicznej, ale potrzebował go teraz. Podszedł do jego stolika, zwracając na siebie uwagę.
                    - Viktorze, dobrze, że znalazłeś czas - powiedział Tyrel, jego ton był spokojny, precyzyjny, bez zbędnych ozdobników. - Usiądź tutaj. - Wskazał miejsce obok siebie, nie naprzeciw. Nachylili się do siebie, jakby knuli. - Mam dla ciebie aktualizację. Sprawa, o którą pytałeś, zaczyna przybierać konkretny kształt. Wymagać będzie dokładności i ostrożności w wykonaniu.
                    Goodmann kiwnął głową, ale nie odpowiedział.
                    - Zidentyfikowałem dwoje, których szukasz. Nazwisko Crawcolt zostawia po sobie sygnaturę rozchodzącą się jak kręgi na wodzie, łatwą do śledzenia dla kogoś z odpowiednimi możliwościami - Tyrel odchrząknął i przesunął kilka notatek, jakby chciał je poukładać według własnej logiki. - Są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Nie w mojej. Trzy inne pozostają opcjami. Konkretne dane dopiero otrzymam. Nie wiem, czy będę w stanie uzyskać precyzyjne informacje przed opuszczeniem Evercrest. Ich obecność jest… nieoptymalna. - Tyrel ujął to swoistymi słowami, jakby opisywał usterkę w maszynie. - Zostali przyjęci alternatywnymi kanałami. Zasoby, fundusze i procedury, zostały przekierowane w sposób, który nie jest standardem. Może to spowodować dodatkowe komplikacje w operacji.
                    Viktor milczał, przyswajają informacje.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ArveeA Niedostępny
                      ArveeA Niedostępny
                      Arvee
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #143

                      - Innymi słowy - kontynuował Tyrel, mierząc Viktora chłodnym spojrzeniem - przysługa, o którą prosiłeś, staje się znacznie bardziej złożona. Jedno: to zlokalizować cel w Numerii. Drugie: ingerować w działanie moich kolegów, nawet gdy nie kategoryzuję ich koniecznie pozytywnie. - Położył palec na notatniku, jakby wskazywał zależności między układami. - Zakładam, że przy rozliczeniu długu zostanie to uwzględnione. Logika wymaga, by moje naruszenie lojalności wobec nich było odpowiednio zbilansowane.
                      - Oczywiście, Tyrelu - odpowiedział Viktor. - Rozumiem koszty takiego działania i przyjmuję je do wiadomości.

                      text alternatywny text alternatywny
                      text alternatywny

                      Viktor stał w ciemnym pokoju. Zasłony były zaciągnięte, a okiennice zamknięte. Na łóżku kołdra zawinięta była w kulkę wielkości jakby ktoś się w nią zawinął. Goodmann odchylił głowę w tył, nagle czując zmęczenie i niechęć. Kolejna drama. Kolejne tłumaczenia. Zamknął za sobą drzwi i usiadł przy Kaylie.
                      - Wszystko w porządku? - zapytał kładąc dłoń na kołdrze, nie wiedząc która część ciała Kaylie znajdowała się w tym konkretnym miejscu.
                      Kołdra się lekko uniosła i wysunęła się z niej twarz Kaylie. Mężczyzna zobaczył zaczerwienienie pod jej oczyma i lekkie sińce. Dłoń trzymał na jej barku najpewniej.
                      - ...Mhm. - mruknęła cicho w potwierdzeniu - Jak było? - zapytała szeptem.
                      - W porządku. Rozmówiłem się jeszcze z kilkoma ludźmi po drodze. Czemu tak w ciemności leżysz?
                      Kaylie wzruszyła ramionami.
                      - Tak jakoś...
                      - Aż takie znaczenie miało dla ciebie pójść ze mną? Czy o coś innego chodzi?
                      - To nie tak... Po prostu... Myśli i wspomnienia aktywowała sytuacja... - uniosła się i zarzuciła ręce na szyi Khala by utulić go - To nie twoja wina.
                      Viktor objął ją ramieniem. Cicho zaskoczony i niejako zadowolony, że nie było znów tłumaczyć jej – i zagłaskiwać – jak dziecku.
                      - Rozumiem. Postaram się to brać pod uwagę, na przyszłość.
                      - Opowiesz co się działo? - zapytała wciąż wtulona jak dziecko.
                      - Mój kontakt znalazł coś o Philipie i Dorii… są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Z Elanną kilka słów zamieniłem, ku niezadowoleniu kółka jej adoratorów… Porozmawiałem z Varianem trochę… to ambasador z Pitax. Spotkaliśmy się pięć lat temu w Andoranie na szczycie politycznym. Ah… i nauczyłem manier jednego młodzika, co myślał, że jest twardy…
                      - Jakiego młodzika? Co się stało? Ktoś cię zaatakował? - zapytała z troską i spojrzała na twarz mężczyzny by sprawdzić czy nie jest obity.
                      - Liczył, że nazbiera kilka punktów społecznych na mnie. Zmusiłem go by sam się pokonał… w stylu jak bandytów przed trzema laty. Tylko mniej krwawo. Pamiętasz to, prawda?
                      - Tak, tak. - wróciła do przytulanek - A ten twór krocza Azazela? - zapytała ze słabo ukrywaną niechęcią.
                      - Dogadalibyście się, myślę. Też nie jest chętny Kozłowi, choć mniej intensywnie niż ty.
                      - Naprawdę mi się dziwisz? Popełniłam najgorszą zdradę w Galt. Nieważne, że chciałam ratować rodzinę... - ukryła twarz w jego szyi.
                      - Meh… może w idei. Jestem przekonany, że nawet Obywatel Drannoch miałaby większe pretensje do kogoś kto, hipotetycznie, by jej rodzinę zabił niż do ciebie.
                      Nadal przytulała się w szyję prawnika, uwieszona na jego barkach.
                      - I jestem zakochana w kapłanie diabła... - mruknęła pod nosem.
                      - Ah… no rzeczywiście… w takim razie Obywatel Drannoch rzeczywiście, by rozkazała wstrzymać poszukiwania tego mordercy jej rodziny. “To już nieważne. Musimy znaleźć prawdziwego zbrodniarza! Sprowadźcie mi JĄ”. Tak to sobie wyobrażasz, dziecino?
                      - Wyobrażam sobie, że to byłoby jak dowód. Zdradziłam i teraz się kręcę z diabolistami z Cheliax. - połasiła się o jego policzek - Ale to w sumie nieważne. Nic nie odkręcę. Nie zmienię przeszłości.
                      - Nie pierwszy raz w historii oskarżenie o konszachty z jakąś grupą wepchnęła oskarżonego prosto w łapy tej grupy. Gdyby nie Yasperhyde, albo Aegon nigdy bym nie zawarł paktu z Azazelem.
                      - Tylko z Asmodeuszem? - uśmiechnęła się.
                      - Mógłby być problem w spotkaniu jego kleru w Evercrest - odpowiedział z podobnym uśmiechem. - Tak naprawdę to nie mam pomysłu jak moja historia potoczyłaby się jakby nie tamte wydarzenia. Łatwo zgadywać, że bym został kapłanem-prawnikiem Abadara, ale bez mojej obsesji… nie wiem jak by to mogło wyglądać, ale diabłów w tej historii by – niemal na pewno – nie było.
                      - Jak w ogóle różniłbyś się, gdybyś został kapłanem pana Piekieł? Byłaby to ciekawa różnica?
                      - Hmmm… na pewno musiałbym trochę ugiąć moje poglądy. Dopasować do kleru. Oczekiwano by ode mnie konkretnych interpretacji prawa. Naginania go pod cele Czerwonej Loży i samego Księcia. By oczekiwano ode mnie posiadania znacznie większej liczby niewolników. Jako jego kapłan oraz Trzecie Pióro by oczekiwano ode mnie organizowania przyjęć których klimat by mi nie odpowiadał. Również miałbym znacznie większe wsparcie i zdobyłbym naturalne dojście do Thrune’ów. Niekoniecznie od razu do samej królowej Abrogail Drugiej… ale z czasem… tak. Jestem pewny, że tak. Chciałbyś abym poteoretyzował o jakimś konkretnym aspekcie tej fantazji?
                      - Zastanawiam się jaki byś był. Jako osoba. Blisko ci było do zostania jego kapłanem? Jak byś mnie traktował i czy miałbyś też rotację? - zapytała ciekawa i rozbawiona.
                      - Dosyć blisko, ale… jakbym chciał to bym mógł zostać, ale wiesz pewnie jak to jest… póki cel był odległy to niuanse nie raziły w oczy. Jednak kiedy się przybliżał coraz bardziej i bardziej nad ambicje i cele wynurzały się… różnice filozoficzne. Więc zacząłem szukać alternatyw. Kozioł był jedną z nich. Gdy udało mi się z nimi dogadać powoli wycofałem się z procesu zostania kapłanem. Ale jakbym nie znalazł Azazela, ani żadnej innej zadowalającej alternatywy… to bym został tym kapłanem… ale nie wiem ile by się zmieniło. Kwestia na ile bym dał radę rozdzielić moją publiczną personę od prywatnego-mnie. Myślę, że w ramach czystej teorii, można by założyć nieco by się przesączyło. To by oznaczało, że byłbym nieco twardszy. Nieco mniej wyrozumiały. Trochę bardziej wierzący, że najłatwiej ci pomóc strukturą.
                      - A jak byś najprawdopodobniej zachowywał się do niewolników? Widziałbyś ich jako rzeczy? - pytanie mogło się wydawać niepokojące, ale wychodziło bardziej z ciekawości niż próby znalezienia czegoś, co się nie spodoba - Jak w sumie standardowo kapłan Asmodeusza podchodzi?
                      - Kler Księcia Ciemności musi, przynajmniej oficjalnie, zgadzać się z generalną polityką Cheliax. Wedle tej polityki niewolnicy to raz rzeczy, a raz istoty gorszego sortu, a raz zwierzęta potrzebujące tresury i kierownictwa. Zależnie co jest w danej chwili wygodniejsze. Oficjalnie, poza kręgiem najbliższych zaufanych znajomych, musiałbym się z tym nie tylko zgadzać, ale potwierdzać swoim zachowaniem. Prywatnie jednak by dla mnie wciąż byli ludźmi. Sam zbyt blisko byłem zostania niewolnikiem abym był w stanie uwierzyć w którąkolwiek z tych bzdur. Zbyt dobrze rozumiem jak skuteczny jest ludzki umysł, gdy potrzebuje zracjonalizować sobie zasadność zła, które jest dla niego wygodne.
                      Zadała w końcu niepokojące pytanie.
                      - A co sądziłbyś o Thrunie, który mnie maltretował? Miałbyś jaja powiedzieć mu "nie"?
                      - Jakbyś była pod moją opieką i by przyszedł o ciebie prosić?
                      - Hmm. Kilka sytuacji. Jakbyś go miał jako gościa i nigdy wcześniej nie spał ze mną. Jakbyś miał go jako gościa, ale on już mnie miał wcześniej. Jakbyś po prostu słyszał co on robi z jakąś niewolnicą.
                      - Hmmm… Nigdy nie zaoferowałem gościowi żadnej z moich podopiecznych. Wybacz, że eufemizmów używam, ale… No… - wierzył, że powiedział wszystko co potrzebuje - Nigdy też nie zgodziłem się na żadną taką prośbę. Jak raz szlachcic myślał, że może Céline sam wziąć i wypłacić potem mi odszkodowanie, to pożałował. Bardzo. Dray Thrune był znacznie potężniejszą osobą z racji samego swojego nazwiska, więc musiałbym być ostrożniejszy. Zachować wiarygodną zaprzeczalność… ale walczyłbym o ciebie. Niezależnie czy byłabyś kolejną niewolnicą, czy rzeczywiście łączyłoby nas coś jak teraz. Najpewniej nie miałby dość posłuchu w swojej rodzinie aby mnie zmusić do oddania mu ciebie. Prędzej bym upozorował twoją śmierć i odesłał daleko z Cheliax, jako wolną kobietę, niż pozwolił mu robić z tobą to co robił. Tak… myślę, że w tym kierunku bym kombinował.
                      - A jeżeli byś tylko o tym wiedział, ale nie byłabym twoja? Jakoś byś mu nagadał?
                      Viktor skrzywił się nieco i myślał dłużej.
                      - Zależy od niuansów… ich miliona i jeszcze trzech. Nie zrozum mnie źle… otwarcie pogardzałem takim traktowaniem niewolników. Wielu ludzi wiedziało, że walczę przeciw ich oczyszczaniu przed przesłuchaniami… ale nie byłaś jedyna. I miałbym bardzo słabe roszczenia do czegokolwiek. Jakby mnie Nyer zapytał jak ciebie z tego wyciągnąć to by dostał czterdziestostronnicowy list z instrukcjami jak to wywalczyć, na jakie precedensy się powoływać, jak to bronić… może sam bym się pojawił. I bym ciebie wybronił. Są stare prawa, zapomniane przez większość i od początku ich istnienia mało stosowane… ale są. Kodeksy Prawne Cheliax są labiryntami. Przepisy są pisane niejednoznacznie i odwołują się do innych, które często są w innych księgach i te inne też się odwołują dalej. Tworzą splątaną sieć, której nikt nie jest w stanie pojąć w całości, a zrozumienie w małych kawałkach jest bezwartościowe. To nie jest wada, to nie jest błąd. Taka była intencja. To niemal sztuka poruszać się w ich ramach, ale jak jest się artystą w tej dziedzinie… wywalczyć można niemal wszystko. A ja byłem trzecim największym artystą Cheliax… Jednak to gdyby to była wola Nyera i ja bym go reprezentował… bez tego byłoby mi bardzo trudno coś zdziałać. Choć może… niższy trybun Westcrown był mi winny dużą przysługę. Jakbym był w klerze Księcia i miał jeszcze kilka znajomości i przysług… mógłbym spróbować pójść drogą, że z własnej próżności chcę ciebie dla siebie samego… byłoby to kosztowne i trudne, ale myślę, że przy najmniejszej odrobinie szczęścia dałbym radę to ugrać.
                      Kaylie utuliła silniej prawnika.
                      - Ten Thrune był zwykłym psychopatą. Robił krzywdę dla własnej satysfakcji z jej robienia. Swoje problemy wyładowywał na mojej skórze... - spuściła głowę - Jakkolwiek próbowałam... jakkolwiek okazywałam uległość i posłuszeństwo... Rzadko to wystarczało. Bardzo rzadko.
                      - Bo nie o to mu chodziło… ale masz to już za sobą i nigdy więcej cię to nie spotka.
                      - ...są sny, rozumiesz?
                      - Wiem. Cała nasza wesoła ferajna jest dręczona koszmarami. Ja sobie radzę, po prostu, nie śpiąc. Bardzo zdrowe, wiem… - zachichotał dudniąco i krótko - Te sny miną. Kiedyś. Tak jak i moje, a co z baltizarowymi to mnie średnio interesuje.
                      - A czasem... są jakby na jawie. Nie mogę przestać myśleć o nich.
                      - Znaczy… zmysło dostrzegasz obrazy i wydarzenia, czy to kompulsywne myśli, których nie możesz przegnać?
                      - Czasem sytuacje mi przypominają wydarzenia, nawet niekoniecznie powiązane... I wtedy myślę bez mojej zgody o tym co się stało. Zatapiam się w sytuacji i ciężko wypłynąć. Najłatwiej w to wpaść jak jest się samotnie, bez czegokolwiek na głowie. - powiedziała smutno.
                      - Trauma. Tak ona działa. Mi też wiele lat zajęło sobie z moją poradzić i tak średnio mi to wyszło… to dlatego siedziałaś w ciemności, pod kołdrą?
                      - Nie chciałam słyszeć tych wszystkich myśli... - odsunęła się puszczając Khala by spojrzeć mu na twarz - Głęboko wiedziałam, że nie to miałeś na myśli, ale... Myśli i tak gadały. Słyszałam głosy z przeszłości, pamiętałam sytuacje. Uciekałam od nich. - ściszyła głos - Przecież mnie nie chciałeś odrzucić...
                      - Oczywiście, że nie - odpowiedział patrząc jej w oczy - I dlatego też tutaj teraz jestem.

                      Kaylie pokiwała smutno głową.
                      - Mam rzeczy mi potrzebne do stworzenia umeblowania świątyni. - powiedziała cicho.
                      - Dobra robota - Viktor poklepał ją po główce jak zdolne dziecko - Rzeczy mówisz? Masz na myśli komponenty?
                      - Nie... Dostałam różdżkę i berło od Ferna. - wyjaśniła.
                      Viktor uniósł brew w konsternacji.
                      - I czego za nie chciał?
                      Spojrzała podejrzliwie.
                      - Czy ty mnie już o coś oskarżasz czy tylko tak brzmi?
                      - Możliwe, że w twojej główce rzeczywiście brzmi jak oskarżenie, ale zapewniam ciebie, że jest to zupełnie zasadne pytanie. Przecież nie oddał ci ich z dobroci serca, więc zastanawiam się co takiego za to dostał. I nie… “dupa” nie nie rodzajem waluty jakiej użycia się spodziewam…
                      - Straciłam świadomość w pewnym momencie i obudziłam się w łóżku, więc zapytałam go po przebudzeniu... - westchnęła - W końcu mi powiedział wcześniej, że jeżeli miałby taką uczennicę jak ja to zapełniłby uczniami Galarion...
                      Viktor zamrugał kilka razy oczami.
                      - Chyba nie do końca rozumiem co ja słyszę. Rozwiń proszę temat nim zupełnie błędne wnioski wyciągnę, proszę.
                      - Więc jak to wcześniej mówił to teraz sama byłam niepewna, ale jak zapytałam o to, to... wiesz co mi powiedział?! - odezwała się z irytacją.
                      - Hmmm?
                      - Że nie jestem w jego typie! - parsknęła.
                      Viktor spuścił powietrze i zachichotał głęboko w swojej piersi.
                      - Pardon, ale w takim razie… jaki jest jego typ?
                      - Wspomniał barbarzynkę o wielkiej budowie co go mogła na łóżko rzucić i jak podczas łamała mu kości... a on uwielbiał każdą chwilę. - pokręciła głową.
                      - Uuu… To jest… ciekawe. Cenna informacja, dziękuję… W porządku, to ustaliliśmy to co już wcześniej wiedzieliśmy… co cię kosztowała ta różdżka i berło? No bo przecież to nie był prezent, prawda?
                      Wzruszyła ramionami.
                      - Polubił mnie przez ten tydzień nauki i jak zapytałam czy miałby rady co do magii mi potrzebnej do umodelowania wnętrza świątyni to dał mi te rzeczy... bo przewidział nim w Evercrest się pojawiłam, że będą potrzebne komuś. Wieszcze...
                      - Hmmm… to… optymistycznie mnie nastawia. Raz: cieszę się, że odnaleźliście wspólny grunt. Szczególnie, że po fachu. Dwa: arcywieszcz wspierający nasze działania… wygląda jak dobra wróżba. Świetnie. Doedukowałaś się odpowiednio? Możliwe, że jutro postawię już świątynię i wtedy będzie twoja kolei…
                      - Mhm... Jak pójdziecie na wiec przejdę się do sądu... Pewnie jego wnętrze da mi pomysły... Na świątynię tego maniaka prawa... - mruknęła.
                      - Ale… żmudną pracę poznawania procesów rzemieślniczych też już odbębniłaś, lub masz zamiar odbębnić, prawda? - zapytał ostrożnie.
                      - A czy ja ci wyglądam na robola?
                      Viktor powoli wskazał ręką swoje biurko. Zawalone zwojami, księgami i kodeksami. Część otwarta, w większości po kilka zakładek.
                      - Też to przerabiam. Wiesz dobrze jak działa zaklęcie Wytwarzania. Zrozumienie procesu twórczego jest kluczowe. Nie każę ci iść do zakładu ciesielskiego i własnymi rękami wystrugać krzesła. Edukacja chyba nie jest poniżej twojej szlacheckiej godności…
                      - Zrobię to na czuja. - machnęła ręką i spojrzała w sufit - Na tyle ile zasługuje. - powiedziała powoli.
                      - A czy JA zasługuję tylko na “czuja”? - zapytał równie powoli.
                      Kaylie spojrzała na niego zaskoczona.
                      - Khal... Nie ufasz mi?
                      - W jaki sposób dochodzisz do takich wniosków, gdy ja, po prostu, wierzę ci w to co mi mówisz wprost?
                      - Przecież... - spuściła głowę - Tak, tak. Odbębniłam. - wymruczala pod nosem - Nie chcę by pan chochlik był zły.
                      - Dziękuję - ucałował ją w pochylone czoło - Zbyt się fiksujesz na nim. Spróbuj może myśleć o tym bardziej jak coś robionego dla mnie, hmmm? Nie brzmi to lepiej? A im szybciej to pójdzie, czego elementem jest świątynia, tym szybciej będziemy mieć czas aby, po prostu, żyć.
                      - Co z twoją kancelarią? - zapytała nagle.
                      - Będzie częścią świątyni, więc jak tylko materiały dotrą się tym zajmę. Czemu pytasz?
                      - Zastanawiałam się gdzie chcesz ją w mieście, ale najwyraźniej nie chcesz daleko ruszać tyłka między pracami. Ale ciągle tu będziesz mieszkał, prawda?
                      - To jest adekwatne by arcykapłan diabła prawa miał kancelarię w budynku świątyni. Będę też miał tam swoją sypialnię. To rozsądne mieć łóżko obok biura. Spać zamierzam gdzie akurat wygodnie - wzruszył ramionami.
                      - Czyli... To znaczy, że głównie raczej nie tu? - zapytała cicho ze smutkiem w spojrzeniu.
                      - Tam gdzie akurat wygodnie - powtórzył swoje słowa - I będzie dla ciebie tam miejsce. Czy coś innego ciebie martwi?
                      - Gdzie będzie miejsce? I czy ja nie jestem wystarczająco wygodna?
                      - Kaylie… nie jesteś niewygodna. O co tobie – rzeczywiście – chodzi? Nie odpycham ciebie. Jak będę spał w świątyni będziesz mogła spać ze mną. Jak będę tam pracował całą noc będziesz mogła być obok.
                      Galtianka westchnęła ciężko.
                      - Najwyraźniej nie jestem wystarczająco. - położyła się na łóżku i wyciągnęła ręce jakby się przeciągając, a jednocześnie eksponując kształty w byłej koszuli Khala - Naprawdę stary jesteś, jak dla ciebie jestem niewygodna.
                      Viktor milczał chwilę, ale jego oczy wyrażały, że wreszcie zrozumiał co Glatianka chciała przekazać… Odkaszlnął i wdrapał się powoli na nią.
                      - Ah.. la damme... czy pani mnie próbuje uwieść? - pytał niskim, przyjemnym głosem, pochylając się nad nią, a dłonią wyczuwając jej talię. To, że kryła się pod jego ubraniami dodawało scenie pewnej… personalnej intymności.
                      Kaylie zaczęła się wiercić niżej prawnika jak kotka.
                      - Masz iść na wiec i przecież Elanna jest na dole. Nie masz co marnować czasu na taką jak ja. - głos magini wyrażał drażniącą się z nim nutę.
                      Viktor uśmiechnął się drapieżnie, chwytając ją za policzki, aż wydął jej usta.
                      - Oh… myślę, że dam radę nieco czasu wysupłać, aby pokazać “takiej” gdzie jej miejsce… - mówił powoli chwytając jeden jej nadgarstek, drugi i unosząc obie dłonie nad jej głowę.
                      Na samym początku Kaylie patrzyła zdziwiona i jakby oczekiwała czegoś strasznego, ale zaraz się rozluźniła jak zrozumiała, że nie ma zagrożenia. Patrzyła na Khala badawczo, szukała znaków ostrzegawczych.
                      - Biedaku, na Brevoykę zabraknie sił. - uśmiechnęła się półgębkiem.
                      - Ohuhuhh… jeszcze zobaczymy kto z tego pokoju wyjdzie, a kto ledwie wypełznie…
                      Khal szarpnął koszulę na ciele Kaylie w górę, odsłaniając jej walory, ale ciągnął wyżej i wyżej, aż zasłoniła ona jej twarz i jeszcze odrobinkę wyżej, tworząc pseudo-węzeł na jej wzniesionych rękach. Magiczne kajdany spętały jej nadgarski i ściągnęły do siebie.
                      Nachylił swoje usta do jej ucha ukrytego pod koszulą.
                      - Grzeczne dziewczynki dostają nagrody. Niegrzeczne są rżnięte jak zwierzęta - mówił powoli rozpinając jej pasek. Pozwalając jej czuć gorąc swego oddechu uwięzionego pod materiałem, swoją niemal-ślepotę, gdy starała się dostrzegać cokolwiek między drobniutkimi szwami materiału a nawet niemoc spętanych dłoni.
                      - To ty... Powinieneś znać... Miejsce... - dyszała jednocześnie z podekscytowania jak ukłuć niepewności z obawy - Śmietnikowcuah… - obelga zakończyła się lekkim jękiem, gdy Viktor uszczypnął ją w sutka. Spodziewał się wyższego dźwięku. Już brał poprawki w jak na niej grać.
                      - Znajduję jednak w tym więcej godności niż na przykład… no nie wiem… byciem zabawką smietnikowca? - zapytał i szybkim ruchem przerzucił ją na twarz, by zszarpnął z niej spodnie. Taka naga i skrępowana zdążyła ledwo biodrami ruszyć nim nie poczuła jego dłoni na swoim karku i jego bioder na swoich. Siła wcisnęła jej twarz w poduszkę ledwie pozwalając oddychać.
                      - Coś jeszcze masz, zabawko, do powiedzenia? - pytał rozpinając swój pasek.
                      - Nie j.. - zaczęła mówić póki nagle nie przycisnął mocniej jej twarzy do poduszki. Jedynie pozostały jej niezgrabne szarpnięcia.
                      - Och… nie słyszę cię - jęknął z niby-zmartwieniem - Mów wyraźnie. Wyprostuj się. Głowa wysoko i spojrzenie godne! - kpił z niej, radując się z jej bezradności.
                      Męczył się jeszcze chwilę z paskiem nie przystosowanym do operaowania jedną dłonią, ale gdy “się” wyswobodził zmienił chwyt, poprzez swoja koszulę chwytając ją za włosy i wzniósł na kolana. Ręce wciąż uwięzione w koszuli i kajdanach były jedyną, poza jej głową, częścią ciała której skromność nie została odebrana.
                      Zwolnił nagle nachylając się do jej ucha i wsłuchując się w jej oddech, a przede wszystkim… oznak nadmiernego napięcia, strachu, czy przeciążenia emocjonalnego. Grał ostro i musiał powziąć środki ostrożności…
                      Kobieta nie rozumiała swoich uczuć. Braku strachu... przecież powinien być!
                      Ale była tylko ekscytacja jakiej nie mogła stłumić biorąc głęboki oddech… i zadowoliła ona Viktora. Uciszyła niepokój.
                      - Teraz ciebie zerżnę - mówił powoli, niskim głosem - Będziesz jęczeć i kwiczeć, aż ledwie będziesz w stanie się ruszać. Musisz tylko być grzeczną suką i powiedzieć “poproszę”.
                      - Pierdol się. - powiedziała jedynie, choć w tonie czuć było napięcie i podekscytowanie.
                      Lekkie pchnięcie. Tylko tyle było potrzebne aby znów runęła twarzą w przód. Próbowała ratować się i oprzeć na łokciach…
                      - Mocne słowa…
                      … jednak nacisk na kark znów odebrał jej autonomię, wciskając okrytą koszulą twarz w poduszkę, odbierając oddech. Ale tym razem tyle Viktorowi nie starczyło. Poczuła jego dłoń między swoimi nogami. Jednak nie był to pieszczotliwy dotyk, a niemalże–brutalny i całkowicie-zaborczy chwyt, który uniósł jej biodra w górę aż kolana rozdzieliły się z materacem i prawie odruchowo nóżkami zamajtała, próbując wyczuć swoją sytuację.
                      - … jak na kogoś kto cieknie tak bardzo, że ledwie mogę ten chwyt utrzymać. Poproś.
                      Rozkazał, osłabiając nacisk na karku.
                      - ...Proszę... - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
                      Viktor opuścił ją, z drobnym zawodem. W swoich wyobrażeniach już zdążył zarumienić jej pośladki klapsami za nieposłuszeństwo… ale to też miało swój urok.
                      - Grzeczna dziewczynka.
                      I jak zaczęli to kolejne godziny nie skończyli…

                      Wyrwanie

                      Naga Kaylie leżała wspierając głowę o tors swojego partnera. Pomrukiwała z zadowoleniem odpoczywając po ostatnich godzinach, jakich odwaga ją zadziwiła, a jednocześnie wskazywała na jej własne zaufanie w stosunku do Khala. Wcześniej nie zgodziłaby się na coś takiego nie po pijaku. Nie zaufałaby i nie powstrzymała powodzi wpomnień jakich przecież panicznie się bała.
                      To było... nowe.

                      Przytulała się z radością i z jeszcze większą przyjmowała delikatny dotyk na swojej gorącej i zroszonej potem skórze. Przypominał on pieszczotę oferowaną ulubionej kochance czy pupilowi o aksamitnym futrze.

                      Oddychała głęboko, ciągle czując drżenie napiętych mięśni. Spod półprzymkniętych oczu wodziła wzrokiem po liniach tatuażu Khala kręcącego meandry po skórze. Przesunęła palcami delikatnie po tym labiryncie na torsie i zaraz zaczęła składać delikatne pocałunki wokół czarnych kresek, a muskanie ust było tak delikatne, że miękkie usta lekko łaskotały.

                      Viktor pozostawał średnio przytomny po tym jakże przyjemnym wymęczeniu. Najchętniej oddałby się błogości i zdrzemnął godzinkę, albo dwie, ale… wiec się zbliżał. Magia go wspomoże, ale chwilowo nie było jeszcze takiej potrzeby, a relaks wciąż z siłą wibrował w jego mięśniach.

                      Wzniósł rękę. Przeczesał palcami jej włosy i leniwie podrapał za uchem.
                      - Dobra… dziewczynka… - wymruczał zadowolony.
                      Kaylie zatrzymała pocałunki.
                      - Pierdol się z tym. - i powróciła do pocałunków.
                      Pierś Viktora uniosła się rytmicznie w cichym chichocie.
                      Miał już trzy odpowiedzi, włącznie ze “zmuszeniem” jej do przyznania zachwytu tym potraktowaniem (pod groźbą, czy obietnicą, nie powtórzenia tego)... ale nie było potrzeby dalszych przepychanek. Chwilowo był zadowolony…
                      - Śliczny ten tatuaż... - uniosła głowę - Też mi taki zrobisz?
                      - Huh… Może jakbym trochę poćwiczył? Miałoby dla ciebie wartość, że tatuaż byłby zrobiony przeze mnie? Czy po prostu chciałabyś taki sam?
                      Arkanistka lekko posmutniała.
                      - Pewnie tatuażysta by zauważył ten drugi... i się domyślił co oznacza, a do tego... Będę w tym bezbronna. - położyła policzek na torsie mężczyzny i szepnęła - Może i to śmiesznie naiwne po takim czasie, jak jedna z głupiutkich siks jakie przetaczały się przez twoje pościele... - umilkła na może trzy sekundy - ...ale tylko tobie jestem w stanie tak zaufać...
                      Viktor aktywnie musiał się powstrzymać przed napompowaniem swojej piersi w jakiejś dumie, czy satysfakcji. Na ogół zrywał jakąkolwiek znajomość z jagniętami na długo nim miały okazję wytworzyć takie emocje. Nie zdusił ich, ale schował w kieszeń. Zachował do późniejszej celebracji.
                      - Bez większej wiary wspomnę tylko, ponownie, że mógłbym go usunąć… byłoby to tylko umiarkowanie bolesne… Poza tym… dobrze. W pewnym momencie liznąłem tematu. Będę potrzebował kilku dni, może tygodni aby opanować tę umiejętność i fuszerki ci nie odwalić… ale jeśli nie chcesz nic bardziej skomplikowanego niż to co ja mam to dam radę.
                      - Ja... Nie wiem. Na razie zostawmy... - szepnęła niepewnie - I raczej nic bardziej skomplikowanego nie chcę... A ten twój w sumie ma magię w sobie?
                      - Nic nie naciskam. Wiem, że blizny przeszłości mogą być powodem masochistycznej dumy… “Przetrwałem pomimo”... części mojego tatuażu mają w sobie magię, ale ja nie potrafię zawierać magii w tuszu, więc moje usługi byłyby czysto estetyczne.
                      - Szkoda... - przeciągnęła się wciąż wtulona w ciepłe ciało Khala - A jaką mają magię? - zapytała z ciekawością.
                      - Nadwymiarowy, niewykrywalny dla magii, schowek na piersi - klepnął prezentując - Na barkach mutiplikator udźwigu. To on, wraz z dodatkową magią, pozwolił mi unieść tamtą bramę u Ahaira. Na przedramionach pozwalają mi na te iluzoryczne ubiory. Bardzo hmmm… przydatne. Przy czym drogie. Dużo droższe niż ta sama magia zaklęta w przedmiotach.
                      Kobieta zachichotała i położyła dłoń na policzku Khala.
                      - A to na dole... też zaklęte? - zapytała ze słodkim uśmieszkiem.
                      - Ah… - zafrasował się odrobinę Viktor nim znalazł odpowiedź - Kiedyś pewna wiedźma odgrażała mi się jakimś urokiem, ale chyba nie poszło jej najlepiej… o ile rzeczywiście chciała mi zaszkodzić. W sumie to bardziej tobie oceniać… - puścił jej oczko i pozwolił głowie opaść na poduszkę.
                      - ...czy później masz zamiar się z nią spotkać? - zapytała po chwili milczenia jednocześnie wciąż wtulając się w jego tors policzkiem jakby w poduszkę. Głos miała zadziwiająco spokojny choć raczej po prostu dysocjacyjny.
                      - Zakładam, że nie pytasz o wiedźmę… Elanna? Nie. Przynajmniej nie dziś. Dzisiaj jest wiec.
                      - Mhm... - bawiła się kosmykiem włosów - Ale masz zamiar, prawda?
                      - Tsk… to trochę bardziej skomplikowane. Zapraszała mnie dziś wieczorem do siebie… a ja będę na wiecu. Nie wiem czy dobrze zniesie ona tą “wzgardę”. Raczej przyzwyczajona jest, że to ona wzgardza amantami, a nie widzę siebie znajdującego ochotę na odzyskanie jej łask…
                      - Więc ci zniszczyłam plany... Mogłeś z nią być teraz. - nie wiedziała czy czuje się z tym źle.
                      - Kaylie… czy ja wyglądam jakbym na cokolwiek narzekał?
                      - Teraz nie... Ale możesz później żałować.
                      - Kruszyno… Jakie to konsekwencje przewidujesz, z których ja sobie nie zdaję sprawy?
                      - Można żałować po fakcie. Można sobie pluć w brodę.
                      - I w jakiej sytuacji można żałować – po fakcie – swojej decyzji? - pytał spokojnym i nieco “edukacyjnym” tonem.
                      - Że nie wybrało się tego co zaraz może zniknąć.
                      - I każda taka decyzja prowadzić będzie do żalu?
                      - Nie, ale chyba byłeś szczęśliwy z ostatniego razu z nią...
                      - I każda decyzja rezygnacji z czegoś, co w przeszłości przyniosło satysfakcję, prowadzić będzie do żalu?
                      - Jeśli to co dostaniesz w zamian nie było tego warte.
                      - I czemu miałbym podjąć błędną decyzję?
                      - Nie jestem tak niesamowita... - powiedziała przybitym głosem.
                      - Kaylie… zaadresujemy tę bzdurę za chwileczkę… niech ci nie przyjdzie do głowy, że zgadzam się z nią. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie… nie pytam czemu uważasz, że ta konkretna decyzja mogłaby być błędna. Pytam hipotetycznie… z jakich powodów ludzie podejmują decyzje których potem żałują?
                      - Pomyłki. Błędne spojrzenia na sytuacje i osoby...
                      - Dokładnie. Błędy. Nieprzewidziane konsekwencje. Żal z podjętej decyzji to moment, w którym człowiek orientuje się, że wybór który podjął ma skutki, których wcześniej nie przewidział, lub konsekwencje są bardziej dotkliwe niż oczekiwał. Do tego stopnia, że gdyby mógł cofnąć czas, podjąłby inną decyzję… Więc mówiąc mi, że mogę później żałować mówisz mi, że mogą być konsekwencje których teraz nie widzę… cóż to miały by być za konsekwencje?
                      - ... - Kaylie umilkła i spuściła wzrok.
                      - Podjąłem w pełni świadomą decyzję, znając jej zyski i konsekwencje. Nie będę jej żałował. Jeśli spędzenie kilka godzin z tobą kosztować mnie spotkanie z nią… warto było. Wolę ciebie nad nią. Rozumiesz?
                      Spojrzenie Kaylie uległo zmianie. Jej twarz wyrażała szczere zdziwienie słowami kochanka. Ona naprawdę się ich nie spodziewała, co było bardzo widoczne. Uniosła się na rękach by obserwować Khala w ten sposób, starając się go oceniać?
                      - Naprawdę? - głos galtianki był wyższy, wyrażający zaskoczenie pomieszane z jakąś... ulgą? - Ty byś był w stanie sprzedać mi największe kłamstwo, a ja bym została wiernym w jego prawdę. Nie płacą ci, tak, ale... Nie umiałabym określić czy i to nie jest kłamstwem.

                      Te słowa nie były zarzutem. Były silnym stwierdzeniem, że ona rozumie, iż jest bezsilna, jeżeli on by chciał ją okłamać.
                      - Jesteś za dobry w tym.
                      - Tajemnicą kłamstwa nie jest sam proces kłamania. Dobry blef wymaga inteligentnego wplecenia go w rzeczywistość i inteligencją można go odkryć. Jakbym próbował ci wmówić, że jestem reinkarnowanym martwym bóstwem, ale odmawiam ci udowodnienia tego w jakikolwiek sposób czyste nieprawdopodobieństwo tego scenariusza uniemożliwiłoby mi okłamania średnio rozgarniętego dziewięciolatka. Jak nie ufasz sobie, że rozgryziesz mnie “tu i teraz” z moich samych słów, przyglądaj się temu co rzeczywiście robię na dłuższą metę. Przykład pierwszy… jestem tutaj z tobą, a nie z nią. O czym to świadczy?
                      - ...że wybrałeś to? - odparła niepewnie.
                      Viktor zachichotał cichutko.
                      - To jest obserwacja faktu. Spróbuj wejść głębiej. DLACZEGO to wybrałem? Stwórz listę potencjalnych przyczyn. Choćby absurdalnych. Ja zacznę… Mogłem wybrać Ciebie bo to jakaś długa gra. Potrzebuję tobą zmanipulować i stworzyć poczucie przywiązania… No i to by wymagała dalszego dywagowania dlaczego musiałbym to robić właśnie w ten sposób, co byłoby nie mniej przekombinowane niż pierwsza część… widzisz jakieś inne możliwości? Może prostsze?
                      - By nasycić własną potrzebę dominacji nad inną osobą. By poczuć się lepszym w ten sposób. - powiedziała ostrożnie.
                      - Można by tak rozważać… ale rodzi to więcej pytań. Dlaczego ty? Dlaczego nie Sigrun? Która jadłaby mi z ręki gdybym jej tylko pozwolił… Dlaczego nie Elanna?
                      - Bo ja potrafię być ci niemiła...
                      - Oh, dziewczę drogie… jakby TO był wyznacznik to definitywnie siedziałbym teraz z Elanną… Pudło. Masz jakiś inny rozsądny powód? Zaznaczam, że jego brak nie oznacza od razu odrzucenia możliwości…
                      - Chciałeś mi pokazać... moje miejsce?
                      - Szukasz w złych miejscach. Jeśli chodzi o klimat ustawiania knąbrnej dziewczynki... Również byłby teraz z Elanną w tym momencie. Zostawmy motyw potrzeby dominacji za sobą. Czy widzisz jakieś inne powody abym wybrał być tu z tobą, a nie kimkolwiek innym?
                      - Chcesz ten eksperyment realizować, jak to nazwałeś...
                      - Zbliżamy się… ale nazywasz bardzo bezosobowo coś bardzo osobistego. Dlaczego mi na tym eksperymencie zależy?
                      - By zobaczyć czy w ogóle jesteś w stanie kochać i być kochanym? - zaryzykowała.
                      - Woah… - westchnął Viktor - Znacznie mroczniej niż oczekiwałem… Melodramatyczniej… Dobrze, to jest pewna interpretacja, ale wciąż unikasz najprostszej. Najoczywistszej. Wymagającej najmniej tłumaczeń, wyjaśnień i najkrótszych łańcuchów logicznych. Wypowiesz ją na głos, czy na moje barki to spadnie?
                      Zamilkła nie wiedząc co dalej.
                      - Ehh… najprostszym wyjaśnieniem, wymagającym najmniej wyjaśnień i nie tworzącą żadnych kolejnych pytań, jest, że – zwyczajnie – zależy mi na tobie i uwielbiam z tobą spędzać czas. Bardziej niż z alternatywnymi opcjami. To jak teraz zebraliśmy kilka możliwych opcji mojej motywacji musisz sama rozważyć która z nich brzmi najwiarygodniej… oczywiście wiarygodność opcji nie jest wyznacznikiem prawdziwości… ale jak zbierzesz setkę takich sytuacji, gdzie odpowiedź “bo mu zależy” będzie najwiarygodniejszą opcją będziesz mogłą, z czystym sumieniem, przyjąć, że taka jest prawda. Tak się rozszyfrowuje kłamstwa intelektem. Bo kłamcy niemal zawsze popełnią gdzieś błąd. Zaplączą się w pajęczynie swoich fałszów. To jest jeden z powodów dla których sam nie kłamię… Jest tylko jedna rzeczywistość, ale kłamstw może być nieskończona ilość. Jakbym rutynowo kłamał to bym musiał zapamiętywać nową rzeczywistość dla każdego jednego człowieka którego okłamała. Korelować je między sobą, gdy dwóch okłamanych się zna. To jest absurdalnie trudny projekt, którego nie da się wykonać w pełni poprawnie. Znacznie prościej jest nie kłamać… ale chyba znów wpadłem w słowotok… przemyśl co powiedziałem i wyciągnij własne wnioski…
                      Znów pozwolił głowie opaść na poduszkę.
                      Zapadła wręcz niezręczna cisza w pokoju. Jedynym dźwiękiem mógł być szelest pościeli poruszonej lekkim ruchem nagiego ciała siedzącej na kołdrze kobiety jakie było wyeksponowane na widoku Khala. Blade światło nadchodzącego wieczora ledwie prześlizgnęło sie przez materiał zasłony nadając sylwetce Kaylie szarości poświaty, a jednocześnie obmywając kontrastem czerwieni jej wyeksponowany biust.
                      - Nie wiem... - odezwała się kuląc lekko jak pod ciężarem - Nie wiem czy jestem godna... być kochana... ważna komuś...
                      Viktor westchnął powoli.
                      - Naprawdę straszliwie siebie nie doceniasz. Jesteś pokrzywiona. Prawda. Bardziej nawet niż ja… ale widziałem już kobiety pokrzywione bardziej niż ja, które były kochane. Jesteś dla mnie ważna. To jest fakt. Twoje poczucie nieadekwatności w żaden sposób tego nie zmienia…
                      Ważna... Bolało ją, że tylko tyle, choć połknęła ten ból.
                      - Wcześniej jakaś była tak jak ja ważna dla ciebie? W takim stopniu?
                      - Valerie - odpowiedział chłodno, smutno i krótko.
                      Valerie...
                      - Śnisz o niej... - szepnęła bardzo delikatnym tonem.
                      - Czasami - przytaknął, jakby rzeczywiście miał nadzieję, że to zaspokoi Ciekawość Kaylie.
                      - Słyszałam jak mówiłeś jej imię przez sen. Val...
                      - Taaa… - przytaknął niechętnie - Fisuś też mi mówił.
                      Kobieta znowu położyła się obok kochanka. Nie chciała go zmuszać, choć chciała zrozumieć co się stało...
                      - Zaraz musisz na wiec iść. - powiedziała tuląc się do jego torsu.
                      Viktor pilnował czasu i wiedział, że ma jeszcze kilka chwil… ale to był dobry moment.
                      - Tak. Masz rację - przytaknął drapiąc ją za uchem - I potrzebuję się szybko wykąpać. Nie jestem świeży…

                      - Khal... - szepnęła do niego gdy zaczął już się unosić na rękach - Jak będziesz potrzebował... Zawsze możesz wylać swoje serce i myśli do mnie.
                      - Wiem - przytaknął - I jestem ci wdzięczny…- Choć nie spodziewał się kiedykolwiek opowiedzieć tej historii.

                      Wyrwanie

                      Potem wszystko się potoczyło szybko.

                      Viktor zamknął się w łaźni dworu. Zanużył w wodzie pachnącej lekko ziołami i gorącej aż piekła w skórę. Zagryzł nieprzyjemność, graniczącą z bólem i wyszorował się. Bez zwłoki. Bez relaksu. Bez rozkoszowania się. Zużył swój chwilowy przydział przyjemności i teraz trzeba było zająć się obowiązkami.

                      Pewnie jeszcze przed wyjściem Kaylie się do niego przyssie, by swój zapach zostawić, więc musiał liczyć jeszcze trzy minuty “straty”.

                      Mylił się… po kąpieli, gdy odnosił swoje brudne ubrania do pokoju, jej już nie było. Ani w pokoju, ani we Dworze.
                      - A gdzie wiedźmę wywiało? - zapytał turkusowy wąż spod jego kołnierza.
                      - Milion możliwości… możesz średnio w to wierzyć, ale ona ma swoje życie poza mną.
                      - …
                      - …
                      - Masz rację. Obserwując was, gołąbeczki, trudniej i trudniej mi w to uwierzyć…
                      - Hmmm? Co masz na myśli?
                      - Doskonale wiesz.

                      Nie kontynuowali rozmowy.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #144


                        Baltizar "Bajarz" Harpaness

                        Wychodząc z Popielnego Dworu gnom odetchnął z ulgą. Sprawy swoje załatwił. Niech “nowy” męczy się z kapłanem i jego kochanicą. On zaś miał w planach zobaczenie miejsca przyszłej debaty, a potem… musiał znaleźć krasnoludzkich badaczy i podpytać ich o postępy w ich badaniach. A może i nawet wywiedzieć się o położeniach gnomich osad. No… znaleźć sposób, by bardziej włączyć się w ich badania.
                        Droga na wiec poprowadziła Baltizara poza tereny miejskie. Na niewielkiej polanie otoczonej zagajnikiem rozłożono namioty i stoły. Gnom widział służbę zbierającą jedzenie i trunki. Zauważył też kilka znanych twarzy lokalnego kapłaństwa.
                        Bajarz rozejrzał się oceniając położenie stołu i wyszukując dla siebie wygodne miejsca z których mógłby podziwiać debatę i całkiem “przypadkowo” zbliżał się do miejsca w którym zebrało się kapłaństwo. A nuż uda się podsłuchać coś ciekawego z ich rozmów. Szczególnie interesowało go w jakich relacjach są służki osy i służki ptaszyny. Wszak w teorii uprawiały to samo poletko, jedne piórkiem a drugie pejczem.
                        Rozmowy między kapłankami przebiegały pokojowo. Dopinały spraw logistycznych kiedy zauważyły gnoma.
                        -Mistrz Harepness. Miło cię widzieć, cieszymy się, że dołączysz do dzisiejszego spotkania.
                        -Moja obecność będzie raczej symboliczna. Będę widzem mogącym podziwiać wymianę poglądów mądrzejszych od siebie. - stwierdził skromnie Bajarz kłaniając się głęboko.
                        Kapłanka Calistrei się zaśmiała.
                        -Z tego co słyszałam, mości gnomie, to ty rozpocząłeś całe to zamieszanie. Nie odejmuj sobie zaszczytów.
                        Kapłanka Shaelyn pokiwała głową.
                        -Słusznie. Gdyby nie twoje nowiny o wysychających terenach pewnie ciągle bylibyśmy pogrążeni w niewiedzy.
                        -Ktoś by w końcu przybył z nowiną. Takich problemów nie da się ignorować w nieskończoność. - przyznał Baltizar i dodał żartem.- Zwłaszcza gdy skutki tej suszy dopadły mnie osobiście, gdy napadnięto na okręt którym podróżowałem.-
                        -Zaczęłyśmy słyszeć o napadach Boggartów. - przyznała Seralyth - Paskudztwa robą się coraz odważniejsze.
                        -Niestety możemy jedynie poradzić lady Blackfyre zwiększyć patrole, ale straż miejska nie jest przygotowana na walkę z potworami. - dokończyła.
                        -Boggarty nie robią się odważniejsze. Tylko bardziej zdesperowane. - wtrącił gnom i wzruszając ramionami. - Straciły dom więc szukają nowych terenów łowieckich. Pewnie się cofną z powrotem na bagna, gdy będą miały gdzie się cofnąć.-
                        -Można mieć nadzieję. - pokiwały głową - Trochę zajmie zanim cały wiec się zacznie, możemy w czymś pomóc do tego czasu?
                        -Ach… zbytek łaski. Ja tu tylko się rozglądam, szukając sobie miejsca w którym mógłbym przycupnąć wieczorem.- odparł z uśmiechem gnom.
                        -Tamten namiot. - Erato z światyni Shelyn wskazała jeden z szerszych - Ma jedzenie i napitek, jeżeli chcesz umilić sobie czas. Wydaję mi się, że Dari też tam jest.
                        -Szkoda więc, że jestem po śniadaniu. Niestety w to małe ciałko można wcisnąć tylko ograniczoną liczbę przysmaków.- zażartował Bajarz i skłonił się.- Pozwolicie jednak że się oddalę, by obejrzeć ów namiot.-
                        Na miejscu gnom faktycznie zastał pokaźną ilość jedzenia i trochę żałował, że nie jest głodny. Zauważył szybko młodą, elfią kapłankę Shelyn która skubała kurczaka czytając jakąś książkę.
                        -Więęęc… jak oceniasz moją historyjkę? Tą przygotowaną dla ciebie? Przyznaję, że niewiele mogłem uczynić w tej kwestii mając tak mało informacji.- zapytał na wstępie gnom.
                        Elfka podskoczyła i zaśmiała się, delikatnie uderzając gnoma własnym tomem po głowie.
                        -Bogowie, przestraszyłeś mnie. - przytuliła gnoma na przywitanie - Bardzo mi się podobała. Twoja władza na prozą jest imponująca.
                        -Miałem trochę czasu na naukę i dużo opowieści na których mogłem się wzorować. Rzadko jednak sam tworzę fikcję. Wolę opowiadać historie które zasłyszałem. Tym bardziej, że…- zamyślił się gnom drapiąc po karku.- … wiele z nich jest lokalnymi legendami. Zostaną z czasem zapomniane zapewne i nikt o nich nie usłyszy w szerokim świecie. No chyba, że ktoś taki jak ja, zapozna się z nimi i poniesie je w świat szeroki.-
                        -Prawdziwy bard. - westchnęła elfka - Słyszałam, że jesteś po części odpowiedzialny za to zgromadzenie. Brawo, dawno nie widziałam tylko myślicieli na raz i to z tylu różnych dziedzin. Mamy magów, kapłanów, szamanów i druidów. Nawet kilku bardziej świeckich mędrców.
                        -Żaden bard. Bardowie śpiewają, grają na instrumentach… zaciągają córki karczmarzy na siano w stajni. Ja nie czynię żadnych z tych rzeczy. - zażartował gnom.
                        -Plotki krążą o tobie i Piwonii. - zauważyła Dari.
                        -Cóż… żadnej stajni nie było. Nie lubię jak źdźbła kłują mnie w zadek. Poza tym…- Baltizar machnął ręką.- Ja jestem gnomem, a ona jest wysoka. I traktuje mnie jak swojego egzotycznego zwierzaczka. Więc nic, poza tuleniem mnie jak ulubionej maskotki, się nie wydarzyło. A jakież to plotki krążą?-
                        -Że wzdycha przy oknie kiedy ciebie nie ma. Że Otto planuje zawiesić twoją głowę nad kominkiem za splugawienie jego córki. Że dzieli się tobą z Lilią. - elfka wyliczała na palcach - Że spodziewacie się bliźniaków. I, moja ulubiona, że jesteś rosłym człowiekiem, którego zaklęła do rozmiarów gnoma, abyś był… bardziej strategicznie umiejscowiony.
                        -Nie wiem gdzie oni widzą tą ciążę. Piwonia jest cały czas smukła.- westchnął gnom i dodał. - Piwonia jest moją przyjaciółką. A ja jej… egzotyczną nowinką. Bo gnomów w tym mieście jak na lekarstwo.-
                        Skierował czubek kostura ku twarzy młodej kapłanki.- A i ty zacznij uważać. Kto wie jakie plotki opowiedzą o nas.-
                        -Och, oby. Może wtedy w końcu ktoś mnie zauważy. - Dari pokręciła głową - Zazdrość. Nie ma chłopa, który by widział te dwie o odrazy nie luzował spodni. Pomysł, że… ich słowa nie moje, "pół człowieka" taką dziewczynę zdobył? Tóż to potwarz na ich "honorze".-
                        Gnom przyjrzał się dziewczynie uważnie oceniając atuty jej urody.
                        Jak przystało na przedstawicielkę elfiej rasy Dari była urodziwą niewiastą. Jej rysy były ostre, ale nie srogie. Włosy ładnie ułożone, delikatny makijaż. Jak każdy elf jej oczy miały niewiele białka, całość wypełniała ciemno niebieska tęczówka i źrenica. Nie posiadała biustu pokroju Lilii, ale nie była też niedożywionym dzieckiem. Na pewno cieszyłaby się zainteresowaniem nie jednego mężczyzny.
                        -Co? - uniosła brew widząc jak gnom ją lustruje.
                        -Wiesz… myślę że twoim problemem nie są niedostatki urody. A otoczenie. Erato jest jak garniec miodu, przyciąga uwagę wszystkich “muszek” w swoim otoczeniu.- zaczął wyjaśniać Baltizar. - Więc nie daje twojej urodzie zabłysnąć. Gdybyś… pojawiła się w innych zakątkach miasta, sama też musiałabyś mieć packę do odpędzenia namolnych zalotników. -
                        Elfka pokręciłą oczami.
                        -Nie jestem zdesperowana. Bez urazy dla tutejszych, ale większość mieszczuchów tutaj… to chłopi, którzy przyszli za pieniądzem i to widać. Chyba mam prawo trochę wybrzydzać.
                        -Oczywiście, że masz prawo.- odparł gnom skłaniając się przed nią.- O piękna niewiasto masz prawo chować się za murami biblioteki i rzucać tomami w niechcianych zalotników. Nie masz jednak prawa uważać się za brzydszą od Piwonii i Lilii. Jesteś równie śliczna jak one.-
                        Elfka dramatycznie powachlowała się ręką.
                        -Uważaj, jeszcze tak mną zakręcisz, że dam im powody do siania plotek. - Dari się uśmiechnęła - Nie chcę się wciskać w cudze prywatne sprawy… ale jesteś pewny, że Piwonia uważa cię jedynie za "ciekawostkę"? Albo inaczej, jesteś pewny, że ci to odpowiada? Czuję odrobinę bólu w twoich słowach.
                        Gnom podrapał się po brodzie w zamyśleniu. - Plotki które sprawią, że Otto przestanie szukać miejsca na moją głowę, zawsze są mi miłe.-
                        Zaśmiał się cicho. - Z tego co wiem o Piwonii i jej rodzinie. I ich sytuacji. Cóż… żaden romans między nami możliwy nie jest.-
                        -Ich sytuacji? - elfka przekrzywiła głowę - Zresztą nieważne, to duża dziewczyna. Na pewno może sama podejmować decyzje. Nie chciałbyś spróbować?
                        -Rzecz w tym, że jest możliwość… opcja bardziej, że Otto z rodziną się wyprowadzą z tej okolicy, a ja… - wzruszył ramionami Bajarz.- A ja właśnie kupiłem sobie wieżę. Pełną książek w nienajlepszym stanie. I pewnie zorganizuję ich przekazanie twojej świątyni.-
                        -Och… szkoda. Dwór jest częścią miasta już tak długo, niemal od zawsze. No ale pewności nie ma… - elka się zastanowiła - Wieżę? Gdzie?
                        -W Willow Creek.- odparł Bajarz.- Tam gdzie księgi drukują.-
                        -Och, świetne miejsce dla bajarza, jeżeli masz zamiar iść w publikowanie swoich opowieści. - uznała elfka - Opuszczona wieża pełna ksiąg… po magu? Czy jakaś mroczniejsza historia?
                        -Hmmm… dość mroczniejsza. Jej były właściciel stworzył drukarnię w tej osadzie i zniknął w tajemniczych okolicznościach. - wyjaśnił gnom drapiąc się po brodzie.
                        -"Tajemniczych" na ogół znaczy krwawych i bolesnych. - westchnęła elfka - Nie jesteś w zagrożeniu z tego powodu?
                        -Tajemniczych w znaczeniu… w zasadzie nikt nic nie wie.- wzruszył ramionami Bajarz. - Właściciel wieży zaginął bez wieści. Może się zadłużył u niewłaściwych osób i przybyli oni odebrać dług? -
                        -Och… trochę nudne. No ale cieszę się, że znalazłeś coś dla siebie w naszym skromnym końcu świata. Masz jakieś plany co do tej wieży?
                        -Jeszcze nie. Ale myślę nad tym. A co ty byś z nią zrobiła?- zapytał gnom ciekawy jej opinii.
                        Elfka zastanowiła się.
                        -Nigdy nie myślałam o wieży… ale pewnie wypełniłabym ostatnie piętro moimi ulubionymi księgami, każdą kondygnację przeznaczyła na inne rodzaj sztuki. Na samym dole byłoby miejsce gdzie "żyję", sypialnia, kuchnia, mój pokój do tworzenia. - uśmiechnęła się kiedy obraz zaczął się malować w jej wyobraźni - I zapraszałabym ludzi, aby mogli podziwiać moją kolekcję.
                        -To ciekawy pomysł.- przyznał gnom drapiąc się po brodzie. - Wieża jednak jest dość zaniedbana. Będzie wymagała sporo roboty i funduszy-
                        A następnie zapytał.- A o jakiej kolekcji mówisz?-
                        -Nooo… mam kilka książek. Nie mam dużego domu czy wieży, aby zacząć bawić się w magnata sztuki… ale bym chciała…
                        -Interesujące.- zamyślił się gnom i dodał ze śmiechem.- Twoja kolekcja i tak jest liczniejsza niż moja.-
                        -Ale ty tworzysz… w sensie ja też, ale dla świątyni. Nie mam czegoś co jest moje… - elfka trochę posmutniała, ale potrząsnęła głowa, aby rozgonić myśli - Mam czas, aby ją zwiększyć.
                        -Bardzo rzadko…- wyjaśnił gnom.- Moją rolą nie jest wymyślać nowe historie, a roznosić zasłyszane opowieści po krainach które odwiedzam.-
                        -Mógłbyś poszerzyć swój zasięg przenosząc je na pergamin. - zauważyła elfka.
                        -Jestem Bajarzem… cenię kontakt z widownią. Są lepsi ode mnie w pisaniu na kartach ksiąg.- rzekł wesoło Baltizar.
                        -Rozumiem. No cóż, może to będzie projekt dla mnie. Będę spisywać twoje opowieści.
                        Pożegnali się kilka minut później i gnom wyruszył z powrotem do miasta by wytropić krasnoludy zainteresowane archeologią. I dowiedzieć się o postępach ich badań.

                        Gnom w końcu dotarł do krasnoludzkiej części miasta. Zwiększona ilość kuźni i kamieniarzy sugerowała to przynajmniej. Szybko znalazł główną bazę klanu Helmhammer, spory budynek gildii miał na sobie znak runiczny klanu. Nie było strażników przed wejściem do gildii.
                        Baltizar ruszył więc ze swoimi ochroniarzami do drzwi i uprzejmie zapukał kosturem w drzwi, przed wejściem do środka.
                        Drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie łysiejący krasnolud, jego broda zaczynała pokazyć pierwsze siwe włosy. Zerknął na Baltizara i jego orszak.
                        -Słucham?
                        -Baltizar Harpaness…- przedstawił się gnom. - Przyszedłem… cóż, w sprawie poszukiwanych krasnoludzkich ruin.-
                        Krasnolud westchnął.
                        -Wyniesiemy się z miasta jak tylko je odnajdziemy i oczyścimy ze ścierwa. Wszelkie zażalenia rozumiemy i przykro nam z powodu niedogodności związanych z naszą obecnością w mieście. - przemowa krasnoluda wydawała się wytrenowana - Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
                        -Cóż… nie przyszedłem się żalić. W zasadzie to jestem bardzo zainteresowany tą sprawą. Bo może być powiązana z ruinami po moim ludzie. I byłem ciekaw… jaka jest obecnie sytuacja w tej kwestii i czy może mógłbym jakoś pomóc? - wyjaśnił Bajarz i zapytał. - Oczyścić… z czego?-
                        -Gobliny, trolle, orki… jakiekolwiek tałatajstwo się tam zagnieździło odkąd zostaliśmy stamtąd wykurzeni. - krasnolud zerknął na bajarza - Faktycznie kilka waszych osad i miast było w okolicy naszej głównej twierdzy. - odźwierny wpuścił gnoma do środka -Więc czego chce pan dokładnie się dowiedzieć?
                        -Wszystkiego… w tym jak mogę pomóc w tej działalności. Jestem wielce zainteresowany historią mojego ludu dotyczącą tej okolicy. A jak zapewne wiadomo… historia gnomów bywa często powiązana z krasnoludami.- rzekł entuzjastycznie Baltizar. wchodząc.
                        -Mamy kilka ksiąg o poczynaniach gnomów z czasów naszej bytności tu… - zadumał się krasnolud prowadząc Baltizara - Z tego co pamiętam pomagały nam z wyrobami jubilerskimi, a ich sztuka innowacji była mile widziana na dworze naszego ówczesnego króla… - krasnolud i gnom dotarli do niewielkiej biblioteki - Wydaje mi się, że osady zaczęły pustoszeć bez powodu na kilka miesięcy przed… czymkolwiek co zmusiło nas do opuszczenia tych terenów.
                        -Hmm…- zamyślił się gnom.- Jednym słowem nie macie pojęcia co tak naprawdę zmusiło je i was do exodusu? Żadnych źródeł pisanych, żadnych legend czy bajań na ten temat nie ma.
                        Spojrzał na krasnoluda pytając się. - To może oznaczać tylko jedno. Tabu. Cokolwiek się stało wtedy, sama rozmowa o tym wydarzeniu wydawała się być wtedy przestępstwem. Co mogłoby tak przerazić potężny i dumny lud krasnoludzki?-
                        Krasnolud westchnął.
                        -I to jest tragedia. Nic nie wiemy o tym co dokładnie się stało. Obecni Helmhammer są potomkami tych członków klanu, którzy nie żyli w głównej twierdzy. Dalsze placówki i mieściny. Główny klan dosłownie zniknął, a ci którzy zostali wysłani nie odważyli się mówić co widzieli. Przynajmniej takie są oficjalne doniesienia.
                        -Jeśli to nie tajemnica… to czy mogę poznać ówczesne położenia dawnych placów i mieścin? - zapytał się gnom wyjmując mapę z plecaka.- Przypuszczam, że główna twierdza była centrum… słońcem z którego promieniowała cywilizacja w postaci kolejnych siedzib.-
                        -Powiedziałbym bardziej rzeką, od której się robiły odnogi, ale twoja analogia jest ładniejsza. - krasnolud wyciągnął jedną staro wyglądającą mapę - Główna twierdza znajduje się gdzieś tu… - krasnolud wskazał na główne pasmo górskie na wschód od Evercrest.
                        -Mhmm…- gnom zaznaczył odpowiednie miejsce na swojej mapie.- I tam prowadzicie już poszukiwania? Czy jest już tam jakiś obóz, do którego mógłbym zajrzeć z pomocą?-
                        Krasnolud wskazał miejsce u podnóża gór na południe od miasta.
                        -Tam jest nasza główna ekspedycja, nie wiem co prawda czy chłopaki przyjmą pomoc kogoś z zewnątrz. Wiesz, sprawy klanu. - odźwierny się uśmiechnął i wskazał kilka punktów na mapie - Tu znajdowały się dawne wioski gnomów, wzdłuż naszych starych szlaków kupieckich. Kilka z nich było podziemnych z niewielkimi strażnicami na powierzchni, aby zaznaczyć gdzie się znajdują.
                        Gnom nanosząc punkty na swojej mapie mruknął.- Nooo… nie zamierzam się zjawić z pustymi rękami. Niemniej jeśli znajdę coś wartego waszej uwagi podczas moich badań historii mego ludu, to z przyjemnością podzielę się informacjami.-
                        Potarł podbródek.- A co do tych ksiąg o mojej rasie, to mogę je pożyczyć, czy choćby przejrzeć na miejscu i spisać interesujące kwestie do mojego notatnika?-
                        Krasnolud wziął trzy tomiki.
                        -To wszystko co mamy, kopie oczywiście, oryginały trzymamy w głównej bibliotece. Proszę o oddanie kiedy z nimi skończysz. I z miłą chęcią przyjmiemy wszelkie informacje, odbudowa naszego królestwa tutaj będzie wymagała też odbudowy gnomich mieścin.
                        -Jestem wielce…- oznajmił szczerze Baltizar.- …zobowiązany. Dziękuję za przekazanie tak cennych źródeł wiedzy.-
                        -Obyś miał z nich więcej pożytku niż my. To raporty zebrane z dzienników.. z braku lepszego słowa, burmistrzów tych mieścin. Zauważyliśmy kilka powtarzających się wzorców, ale nic konkretnego.
                        -Oby…- odparł z uśmiechem gnom przyglądając się zdobyczy.- Postaram się oddać jak najszybciej.
                        Zapakował dokumenty i swoją mapę.
                        -W takim razie… nie będę już więcej przeszkadzał w obowiązkach. Mam lekturę do przeczytania. - rzekł na pożegnanie.
                        Krasnolud kiwnął głową i zaczął odprowadzać gościa z powrotem do wyjścia.
                        -Radzę uważać, co kolwiek się przytrafiło naszym przodkom, nie mogło być dobre.
                        -Mam doświadczenie w takich… sprawach. - odparł uprzejmie Baltizar nie wdając się jednak w szczegóły

                        Dzień powoli zbliżał się do popołudniowych godzin kiedy Viktor dotarł na miejsce wiecu.
                        Wszystko wydawało się już przygotowane, namioty na odpoczynek i spożycie posiłku były gotowe. Biblioteczki i stoły do badań porozstawiane, aby goście mogli korzystać kiedy będą potrzebowali.
                        I duża widownia ustawiona w półokręgu przed niewielką sceną.
                        Wszystko gotowe na przyjęcie mądrych głów z Evercrest i okolic.

                        text alternatywny

                        Pięty uderzyły o ziemię.. Viktor wyprostował się i wziął głęboki wdech chłonąc atmosferę. Na ten moment zupełnie ignorując to lekkie chrupnięcie w kolanie. Klimat jarmarczny rozczulał go, nawet jeśli już po drobnym przyjrzeniu widać było różnice. Odwrócił się i podziękował woźnicy nim ruszył między lokalną inteligencję, wyciągając zza pazuchy mały bukłak z dosłownie kilkoma łykami wina w sobie. Zmówił krótką inkantację posilając się magią niewidzialnego Fisusia i upił dwa z nich. Poczuł przyjemne mrowienie rozchodzące się po ciele. Czas było dowiedzieć się o co – z tą całą suszą – chodzi.
                        Chodząc między zgromadzonymi Viktor mógł zauważyć oczywiście formujące się obozy; magów, kleryków, druidów i świeckich mędrców, które na razie trzymały się swojego grona i pewnie obgadywały pozostałych.
                        Kręcił się, niezobowiązująco między grupami, korzystając z kamuflażu wiecznego ruchu i ludzi przychodzących i odchodzących… długi czas nic nie mówił, tylko słuchał zbierając wiedzę…
                        Wszystkie grupy zgadzały się, że susza nie jest z przyczyn naturalnych, ale nikt się nie zgadzał co do przyczyn. Magowie podejrzewali jakieś arkanistyczne machlojki, kapłaństwo podejrzewało gniew bogów, Druidzi i Szamani mówili, że ilość miast i wsi burzyła naturalny ład świata i to jest konsekwencja.

                        Baltizar wraz ze swoją dwójką zwierzaków przemierzył szybko plac wiecu rozglądając się na boki. Szybko dotarł do miejsca, które wypatrzył rano. Beczki stojącej przy jednym z namiotów. Wdrapał się na nią i mając z niej doskonały widok na sam plac usiadł wygodnie z notatnikiem w dłoni i piórem. Liczył bowiem, że ktoś z rozmówców powie coś interesującego. Szansa na to była niewielka… ale zawsze była.

                        -Mistrzu Harpeness! - głos adwokata dotarł uszu gnoma - Cieszę się, że was znalazłem.
                        -Nie widzę powodu…- zastanowił się gnom kartkując notatnik. - To wszak nie ja jestem gwiazdą tego zbiegowiska. Dzisiejsze atrakcje wkrótce zjawią się na placu przed nami.-
                        -Wiem, wiem… zdaję sobie sprawę. Jednak to ty to… hmmm… zapoczątkowałeś. Znalazłbyś kilka do kilkunastu minut aby mi wyłożyć swoją wiedzę o tej suszy? Ostatnio obaj nie mieliśmy wiele czasu, a chciałbym poznać pełniejszy kontekst.
                        -Hmmm… Susza… jest wtedy, gdy na jakimś obszarze jest bardzo sucho. Nie ma roślinności i ziemia jest spękana… zupełnie bez wody.- zaczął wyjaśniać gnom beznamiętnie, przerywając jedynie co chwilę, by spojrzeć… gdzieś w dal. Jakby coś zauważył, coś co było inspiracją dla kolejnych wypowiadanych “sentencji”.- Ostatnio takie obszary zaczęły się pojawiać tam gdzie wody jest… powinno być bardzo dużo… na bagnach. I to powoduje że potwory tam żyjące szukają nowych siedlisk bliżej miasta. Na tych suchych obszarach są też dziwne narośle. Ot, to wszystko.-
                        Viktor kiwał głową, niezrażony.
                        -To wszystkie twoje obserwacje? Nie masz jakichś teorii z czego to może wynikać? Nie zorganizowałeś tego, bo zauważyłeś, że jakieś specyficzne bagno podeschło.
                        -Nie jestem tu od teorii… tylko od spisywania opowieści. Jeśli wasza ekscelencja chce błysnąć tutaj jakimś pomysłem, to sugeruję wpaść na niego samemu. Ja jestem wędrownym Bajarzem. Gdzie mi się tam równać z mądrymi głowami.- odparł gnom i potarł podstawę nosa odpowiadając ironicznie.- Nie żadne bagno podeschło, tylko…. obszar bagna wysechł całkowicie bez powodu. Ziemia aż popękała. I z tego co wiem takich obszarów jest całkiem sporo w okolicy. Jeśli wasza eminencja uważa, że to żaden istotny problem, radzę zabrać się za leczenie krótkowzroczności. To wada którą lepiej usunąć nim zasiądzie się na tronie. Bywa śmiertelna, gdy jest się już u władzy.-
                        Spojrzał przed siebie. - Jeśli tylko siebie ma się na widoku… łatwo stracić prawdziwy cel z oczu. Proponuję więc przyglądać się widowisku, słuchać i uczyć się nie tylko z ich słów, ale i postaw… reakcji. Czasami najlepsza pozycja to ta u podstawy świecznika, a nie na nim.-
                        -Właśnie dlatego jestem tu. Nie na świeczniku, ale naprzeciw ciebie. Nie mówić, a słuchać. Wierzę, że obaj cenimy ciebie znacznie więcej niż jako samego kronikarza i interesują mnie twoje obserwacje oraz przemyślenia. Jakbyś mógł odrobinę zwiększyć ich objętość kosztem morałów… byłbym wdzięczny. Szybciej wtedy wrócimy do wdzięczniejszych zajęć.
                        Gnom przyglądał się mężczyźnie przez chwilę niczym rzekł. - Moje obserwacje, przemyślenia. Otóż… są one proste. Nie wiem czy nasz nowy nabytek wspomniał ci o opinii twojego Pana o nas. Zacytuję więc jego cytat. Ehmm…- zaczął mówić zachowując intonację głosu Paimona. -“Ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem.” Moje przemyślenie więc jest takie. Zakup budynek, zrób w nim świątynię, zbierz garstkę wyznawców. Żarliwców przekuj w akolitów, a potem w kapłanów… a wtedy, będziesz miał wolną rękę. Twoi podwładni zajmą się tym, co ciebie nie interesuje. Kaptowaniem kolejnych owieczek do kultu. Codziennymi modlitwami, rytami… całym tym religijnym zgiełkiem.-
                        Wzruszył ramionami.- A ja wreszcie pozbędę się stosu broszurek z mojej komnaty, które przygotowałem na okres tuż przed otwarciem świątyni .
                        Viktor westchnął przeciągle, ale westchnienie to na końcu przerodziło się w głęboki, dudniący chichot.
                        -Zachowaj swoje spóźnione rady… Zadałem ci pytanie o suszę. Dałeś mi banały, gdy obaj wiemy, że masz obserwacje wykraczające ponad to co widać gołym okiem. Jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie? Czy odmawiasz podzielenia się wiedzą?
                        -Jego ekscelencja nie potrzebuje wiedzy. Potrzebuje skupienia się na celu zamiast kolejnych rozpraszaczy uwagi. A to…- wskazał przed siebie Baltizar. - Nie poświęciłem temu ani dnia rozmyślań. Nie zajmowałem się suszą ponad to, co uczyniłem. Zorganizowałem wiec, na którym mądrzy ludzie poprzerzucają się teoriami z których nic nie wyniknie. Bo nic wyniknąć teraz nie może. Za to zgromadzona widownia zorientuje się że Evercrest ma problem. I będzie oczekiwała od władzy, by ta ten problem rozwiązała. A władza zrobi to, co władza potrafi robić najlepiej. Zrzuci ten problem na kogoś innego. I ten ktoś, zapewne najmądrzejsza tutaj głowa, zorganizuje wyprawę badawczą by odkryć przyczynę suszy… i wtedy, jak ci tak bardzo na tym zależy, możesz podczepić się pod wyprawę jako zatroskany obywatel i zbadać dogłębnie tę tajemnicę. A na razie… weź skrzydełko kurczaka i posil się obserwując widowisko. Albo dołącz się do przerzucenia teoriami. Jak wolisz.-
                        Viktor westchnął w niezadowoleniu, a jego spojrzenie skierowało się już na sam wiec.
                        -Zostaw, Baltizarze, moje priorytety mnie do oceny. Tak jak ja nie doradzam tobie co masz robić na swoich wycieczkach. Obu nam braknie perspektywy, aby się wymądrzać na temat drugiego. Dziękuję ci za twój czas. Bywaj.
                        -Dobrej zabawy życzę wasza ekscelencjo.- rzekł kurtuazyjnie gnom na pożegnanie.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ArveeA Niedostępny
                          ArveeA Niedostępny
                          Arvee
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #145

                          Viktor na wiecu

                          text alternatywny

                          Viktor stał z boku kręgu mówców, nie wchodząc między nich. Nie było potrzeby. Na ten moment słuchał. Mapa rozłożona na skrzyni była stara, poprawiana wielokrotnie. Różne odcienie atramentów zaznaczały granice wydarzeń, nowe młyny, zanikłe osady, jedną nową tamę. Na niej skupiano wzrok, ale sam Viktor poświęcał więcej uwagi twarzom nad nimi pochylonymi.

                          \ - Od trzech lat obserwujemy zmniejszone opady w południowej Numerii - mówił Mirok z Martwego Mostu, nerwowo pocierając dłonie - Ale wciąż mieszczą się w granicach naturtalnej zmienności.
                          - A jednak studnie wysychają - odpowiedziała Soraya, mieszkająca w tych okolicach. - Nawet te co przetrwały lata znacznie gorsze niż te.

                          Rozmowa trwała dalej i zaczęła zataczać bezproduktywne koło, gdy liczono, że burza umysłów pozwoli coś nowego dostrzec.
                          - Pozwolicie, że dopytam… - wtrącił się wreszcie Viktor, ale nie podnosił głosu - Czy porównywano poziomy wód gruntowych z latami w których zaobserwowano przesunięty spływ, a nie realne niedobory?
                          Krótka cisza zaległa nad mapą, gdy w twarzach próbowano zrozumieć w jaki sposób jest to na temat.
                          - Przesunięty… spływ… - zapytał ktoś z tłumku.
                          - Oh, bogowie… - rozdrażnił się starszy Luriz, który przybył z Gralton - Sytuacja gdy opady powinny wystarczyć, ale woda nie chce się wchłaniać w ziemię. Jak po zbyt długiej suszy grunt jest utwardzony na kamień i potrzebuje długiego czasu aby w ogóle zmięknąć.
                          - Wiemy, dziadku o czym on mówi, ale jaki masz wektor logiczny w tym panie…
                          - Viktor. Viktor Goodman, tu z Evercrest. Rozważam tylko czy susza nie jest objawem. Nie mam jeszcze żadnych wniosków. Dołączam się tylko swoje dwa miedziaki.
                          - To… zmienia nieco bieg rozmowy - ktoś przytaknął. - Więc… czy mamy te dane?

                          Kałamarz

                          Krąg “kapłański” był spokojniejszy. Mniej emocji, więcej symboli i teologii. Trochę nadmiar rozmów o bogach jak na opinie Viktora, ale w końcu gdy ma się młotek wszystko zaczyna wyglądać jak gwóźdź. Erato rozważała zaburzoną harmonię. Pieśń natury, która straciła rytm. Selyth odpowiadała teoriami o gniewie duchów i zaniedbanych obrzędach.

                          Viktor stał nieco z tyłu. Dłonie splecione na plecach, wzrok opuszczony. Słuchał. Pozwał by teologia przebrzmiała i dopiero gdy temat rytuałów został poruszony w końcu powoli wszedł do rozmowy.
                          - Chciałbym się podzielić obserwacją…
                          - Oczywiście, panie Goodmann - odpowiedziała Erato.
                          - Goodmann? Vik…tor? - niemal zastrzygła uszami Selyth, kapłanka bogini – między innymi – rządz. - Chyba obiło mi się ostatnio o uszy to imię. Nie spodziewałam się ciebie na wiecu. Nie miałeś innych celów w mieście?
                          - Mam wiele celów i dobrobyt okolicy jest jednym z nich. Po heroicznej walce z moim grafikiem udało mi się wyszarpnąć ten jeden wieczór na sprawy suszy.
                          - Chwali się, chwali… więc co to za obserwacja?
                          - Wydaję mi się, że jakby nałożyć na mapę zaobserwowanych efektów suszy aktywne konflikty graniczne byśmy dostrzegli pewien wzór. Tymon z Razmiranem w górnych częściach Tolemaidy. Gralton z Touvette na północy Yhalt… te dwa spory zdają się oszczędzone, mimo, że pogorszenie opadów jest obserwowane w ich bezpośrednich okolicach.
                          - Rozwiniesz myśl? - zapytano go po nieco dłuższej chwili.
                          - Konflikty zbrojne, nawet jeszcze niedokonane, dodają pobożności lokalnej populacji.
                          - Prowokując intensywniejsze modlitwy… - zamyśliła się Erato.
                          - Ale konflikt Numerii z Brevoy, przy górach Golushkin już ich tak nie wyratował i susza uderza tam silniej niż w okolicach - skontrowała Selyth.
                          - To może być przypadek. Tak samo jak moje dwie wcześniejsze obserwacje. Za mało obserwacji aby mówić o schemacie, ale dosyć aby to zauważyć.
                          - Nie przekonuje mnie to zbytnio - krzywiła się arcykapłanka Calistrii, ale była w tym jakaś przekora.
                          - I słusznie. Mnie też wcale nie przekonuje… Ale budzi ciekawość.
                          - Jeśli by się okazała ona zasadna… - zaczęła powoli Erato.
                          - … to teoria o gniewnych duchach jest obalona - dokończyła Selyth.
                          - A możliwość potrzeby rytuałów przebłagalnych nabiera siły.
                          - Przy czym wciąż mamy definitywnie za mało wiedzy. - zakończył Viktor i niedługo potem wymówił się z rozmowy.

                          Kałamarz

                          Przy tym ognisku rozmowa była ostrzejsza. Davion mówił o kontraktach, klauzulach, zabezpieczeniach. Ku zdziwieniu Viktora... Elanna też tu była. Zimna jak lód. Ręce skrzyżowane na piersi i ledwie dało się zauważyć, że w ogóle dostrzegła przybycie Viktora, a potem nie bardzo na niego, w ogóle, patrzyła.

                          - Drobna korekta - wtrącił się w końcu, tonem uprzejmym i przyjaznym. - To nie “wywłaszczenie”.
                          - Słucham? - zapytał Davion, mierząc go chłodnym spojrzeniem.
                          - Pitax nikogo nie wywłaszczyło. Nazwali to prewentcyjną redystrybucją zasobów, maskując ją klauzulą siły wyższej - wyjaśnił Viktor, znosząc wzrok partnera swojej siostry. Nie znał go z tej… agresywniejszej strony. Ciekaw był czy zawsze jest taki w formalniejszych rozmowach, czy tylko w tej… - Technicznie legalne działanie. Moralnie… mocno dyskusyjne.
                          Elanna uniosła brew.
                          - Twierdzisz, że ktoś sprowadza suszę?
                          - Raczej ktoś ją wykorzystuje. Jeśli da się przewidzieć, które miasta pierwsze poczują zimne dreszcze z jej powodu… da się dużo na tym zarobić.
                          Davion zamruczał nisko, popadając w głębokie rozmyślania.
                          To wyglądało… wręcz uroczo, gdy aż tak zamknął się w swoim wewnętrznym świecie.
                          - To oznaczałoby świadome złamanie ze trzech traktatów - powiedział w końcu.
                          - Tylko jeśli by udowodnić intencję - skontrowała Elanna. Wszyscy wiedzieli jak trudno udowodnić intencję.
                          - Intencja często zostawia ślad… - skontrował Viktor - W umoach. W harmonogramach. W logistyce.
                          - A masz, w ogóle, metody aby tego szukać? - zapytała Brevoyka.
                          - Ja sam? Mowy nie ma. Ale jakby się zorganizować…

                          Kałamarz

                          Calithia Wren zachowywała się zupełnie inaczej niż we Dworze, po powrocie z wyprawy po Ahaira. Viktorowi… podobało się to. Mówiła szybko i rzeczowo. Zupełnie inaczej niż powolne wymiany haseł-zagadek. Nie oczekiwał nic innego… w końcu wciąż była ambasadorką Sevenarches. Ale przyjemnie było potwierdzić przypuszczenia. Słuchał jej uważnie. Zapamiętywał nazwy, pory… kierunki.
                          - Sevenarches nie odnotowało podobnych zjawisk? - zapytał w końcu.
                          - Nie. Najwyżej drobne anomalie. W granicach normy.
                          - A w Daggermark widzi się tego dużo. Hmmm… czyżby zjawisko miało granicę?
                          - Albo gradientowy zasięg. Na południu Daggermark niewiele już tego się obserwuje.
                          - Ale się obserwuje. A za granicą już nic. Przypadek? Tsk… jest możliwe.

                          Kałamarz

                          Wiec trwał głęboko w noc. Ogniska rozpalone na obrzeżach rzucały nieregularne światło na twarze wciąż dyskutujących ludzi. Były to cichsze rozmowy. Mniej gwałtowne. Wiele przerodziło się w zakrapiane imprezy towarzyskie, a i wiele namiotów miało w tamtej chwili więcej rezydentów niż przewidywano. Viktor siedział na beczce z boku. Niemal na granicy światła i cienia. Nie uczestniczył już w rozmowach. Chłonął klimat. Dobrze się tam czuł.

                          Fern odnalazł go bez trudu. Zawsze znajdował łatwo tych, którzy nie ustawiali się w centrum.
                          - Nie zabierałeś głosu na forum - powioedział, stając obok, bez ceremonialnego tonu, ani nazbytniego dystansu.
                          - Nie było potrzeby - odparł Viktor.
                          Fern przez chwilę nic nie mówił. Patrzył na ogniska, ludzi… wielkich mędrków, którzy teraz nie dyskutowali czy problem istnieje, ale jak złożony on jest. W końcu prychnął cicho.
                          - A jednak, twoje pytanie przebrzmiały wielokrotnie na zgromadzeniu.
                          Viktor uniósł wzrok nad horyzont. Ogień tańczył w jego oczach i pozwolił sobie na okazanie odrobiny satysfakcji.
                          - Bo dobre pytanie jest warte więcej niż i dziesięć odpowiedzi. Twierdzenia zamykają rozmowę. Odpowiednie wątpliwości ją ukierunkowują.
                          Fern uśmiechnął się ciężko.
                          - Nie myśl, że nie widzę co tu robiłeś.
                          - W żadnym momencie się nie łudziłem, że przechytrzę królewskiego arcywieszcza.
                          - Wielu uznało ciebie za aroganckiego.
                          - Owszem. I nie mylą się - w odpowiedzi nie brzmiał nawet ślad zawahania - Ludzie czasem wolą gdy ktoś się myli razem z nimi, niż gdy ma on rację sam… ale nie sympatię dziś chciałem zebrać.

                          Znów milczeli chwilę, patrząc w gwiazdy.
                          - Skąd wiesz, że dostrzegą to co chcesz?
                          - Nie wiem. Ale jakbym wszedł między nich i zaczął pokazywać palcem czego oczekuję to by się opierali. Gdy dają im dojść do moich wniosków stają się współautorami.
                          - Widzę przyszłość, a czasem zazdroszczę i tego jak manipulujesz głowami, co sądzą, że są zbyt na to mądre.
                          - To bardziej edukacja… - sprostował Viktor - róznica polega na tym, że po interakcji zostawiam ich mądrzejszymi, a nie posłusznymi.

                          Przez chwilę stali w milczeniu. W oddali ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny kłócił się o szczegół, który jeszcze rano uznano by za nieistotny.
                          - Możesz być wkrótce przydatny bliżej decyzyjnego kręgu - powiedział w końcu Fern - Nie dziś, ale wkrótce.
                          - Jak trzeba… - odpowiedział Viktor, jakby przyjmował to jako obywatelski obowiązek, a moment potem jego oczy dostrzegły w mroku… sylwetkę.
                          - Wiesz Fern… jestem zmęczony…
                          - A myślałem, że nie łudzisz się w oszukanie wieszcza…
                          - Wciąż użyję tej wymówki i bronić się będę klauzują domniemanej niewinności - odgryzł się rozbawionym głosem - Wiesz gdzie mnie znaleźć.

                          Viktor podszedł do tajemniczej sylwetki.... Elanna wzięła go pod ramię i odeszli razem w mrok.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #146

                            text alternatywny

                            Kaylie Sunfall

                            Kaylie stała nad swoim biurkiem w pokoju jaki sprezentował jej Otto. Powróciła z wyprawy na miasto do sądu i od razu zabrała się do pracy, choć bez nadmiernego entuzjazmu. Wiedziała w końcu na czyją korzyść musiała się z tym męczyć... i powiedzenie, że nie sprawiało jej to wielkiej radości zostałoby określone delikatnie.

                            Zacisnęła pięść na rozłożonych papierach zarysowanych szkicami malunków i płaskorzeźb, jakimi miała być ozdobiona świątynia. Nie zależało jej na wykonaniu rysunków idealnie, tyle aby zaznaczyć ich sens i położenie. W głębi duszy nie chciała tego robić... ale niestety ta dusza już do niej nie należała.
                            Jak i jej życie.
                            Prychnęła biorąc jedną kartkę i zmełła ją w dłoni by odrzucić w bok nieudanego śmiecia. Następna była zapisana wręcz hasłowo... Sceny z historii w Niebie, sceny z Piekła.

                            Wizyta w sądzie dała jej wejrzenie w styl, aby móc trochę wzorować całość na jego własnych planach, żeby świątynia mogła w pewnym sensie przypominać swym wystrojem właśnie sąd i w tym miały jej pomóc rozłożone wokół księgi traktujące o architekturze wnętrz.


                            text alternatywny text alternatywny

                            Viktor Goodmann, Kaylie Sunfall

                            Zajęta pracą nawet nie zwróciła uwagi, że wiec trwał już wystarczająco długo, więc jedynie dyskomfort pleców mógłby jej przypominać o czasie.
                            Nawet nie tknęła niczego z kolacji, jaka wciąż czekała na stole.

                            - Ughh… ale tu ciemno… - Viktor, którego wejścia nawet nie zauważyła póki się nie odezwał, przeszedł obok i otworzył okiennice. Nie nagle. Dał jej ten moment na zmrużenie oczu, by nie narażać nazbyt naraz na poranne światło.
                            - Studiujesz… - zauważył oczywistość, jakby miało to zmienić, że właśnie oderwał ją od pracy. Dłonią położoną na jej talii przyciągnął Kaylie do siebie i ucałował krótko.
                            - Całą noc temu poświęciłaś?
                            Kaylie uniosła spojrzenie zmęczonych oczu na Khala, jakich podkrążenie było widoczne z bliska.
                            - Mhm... Tak. Tak.
                            - Pracowita dziewczynka… - pochwalił Viktor, kładąc wierzch swojej prawej dłoni na jej barku i zmówił powoli inkantację modlitwy, wypędzając zmęczenie z ciała i umysłu Kaylie.
                            - Może nie najbardziej imponująca magia, ale jedna z praktyczniejszych. - Uśmiechnął się do niej w zadowoleniu.
                            Z widocznym zaskoczeniem spojrzała na Khala.
                            - Magowie nie potrzebują tego by się uczyć!
                            Viktor uniósł brew rozbawiony.
                            - Zdajesz sobie sprawę, że jeśli już by to za jakiś przytyk uznać, to był on do zarówno twojej, jak i mojej magii?
                            - Magowie nie muszą błagać kogoś innego o ich moc, najwyżej sami alchemią załatwią.
                            - Tiiiaaa… widziałem takich co tej alchemii nadużywali… I błagania się zdarzają, ale nie tak jak ci się wydaje. Wśród dobrych bóstw się nie błaga. U neutralnych też nie. Głównie szaleńcy wyznający demony rzeczywiście błagają o moc. Z Azazelem łączy mnie bardziej relacja… układu. Albo zatrudnienia. Ja oferuję swoje usługi, on mnie wyposaża w narzędzia które jestem w stanie udźwignąć. Nie ma tu nic uwłaczającego.
                            - Nigdy on ci nie dał swojej mocy? Takiej jego siły. Jesteś jego kapłanem. Nie czułeś jego mocy? - zapytała siadając na blacie biurka po odsunięciu zapisanych i zarysowanych papierów.
                            - Zależy co precyzyjnie masz na myśli. Efekty jego magii czułem, ale nigdy nie zostałem nawiedziony przez niego, ani żadne z jego sług… O czym myślisz?
                            - Ja... Otrzymałam od niego moc potrzebną do wygrania z moim pradziadkiem. Jego moc. - westchnęła - Bo moją własną bym tego nie zrobiła w tamtym momencie. I poczucie tego... Jest naprawdę ciężkie do opisania. - na chwilę zatopiła się w tym wspomnieniu - Niemniej nie opanowałam tego. Nie byłam w stanie. Przerosło mnie. Ale czy ty też coś takiego miałeś?
                            Viktor zamyślił się na chwilę.
                            - Tak i nie. Nigdy nie dostałem od niego ad hoc wzmocnienia mocy na daną chwilę. Nigdy nic tymczasowego… aczkolwiek wspomógł mnie gdy uczyłem się walki wręcz. Miałem w pewnym momencie fazę na to. To jak młotem macham jest, w zasadzie, jego zasługą. Sam bym nigdy nie znalazł czasu do mozolnej nauki i treningów.
                            - Więc mam więcej doświadczenia w odczuciu mocy Azazela niż jego kapłan? - zachichotała.
                            - Hmmm… jakby na to bardzo specyficznie spojrzeć… to tak można by powiedzieć.
                            - Lepsza od arcykapłana. - wskazała mężczyźnie by podszedł i zarzuciła mu ręce na szyję - A teraz opowiadaj co było, że tyle zajęło.

                            - Tsk… pełen sukces, ale niestety tylko mój, a nie mądralińskich. Istotnie jest susza. I to poważna. Nienaturalna. Udało mi się zaprezentować w gronie mędrców i to jak im równy. Nawet Fern tam był i chyba udało mi się zrobić na nim pewne wrażenie. To będzie bardzo cenne w przyszłości. Orlovsky też się na nim zjawiła... znaczy Elanna… choć ona niewiele mówiła.
                            - Hmm... - wtuliła twarz w szyję mężczyzny - Nie musisz dziękować za polepszenie spojrzenia Ferna. - stwierdziła zastanawiająco unikając tematu Elanny.
                            - Oh… Wstawiałaś się za mną u niego?
                            - Za naszą grupę, za tym kościołem... - powiedziała niechętnie - Uspokoiłam jego niepokój z nami związany... Ile się dało.
                            - No to dobra robota. Choć nie odmówię sobie wiary, że jednak pewna część zasług wynika z mojej prezencji na wiecu… ale możemy przyjąć, że mniejsza część.
                            - Oczywiście, że bez prezencji nic byś nie osiągnął. Ja tylko zmniejszyłam trudność. - powiedziała łagodnie - Ale długo to trwało, ten wiec.
                            - Wiesz jak to jest gdy inteligencyja się spotyka… zaczynają bardziej, bądź mniej poważnie, ale i tak kończy się alkoholem i karczemnym śpiewem.
                            - Mhm... Nie czuć od ciebie tony alkoholu. Od Elanny było? - zapytała tym samym spokojnym głosem.
                            - Trochę wina tylko. Dziewczyna ma impulsywną potrzebę kontroli… przynajmniej na ogół… a alkohol by jej to odebrał. Ja też niewiele piłem, choć nie mówił bym prawdy twierdząc, że uniknąłem upadlania się wspólnymi śpiewami. Radosna to była gromadka, gdy już się rozluźniła.
                            - No tak. Gdyby była pijana to byś z nią nie spał, nie? - zapytała łasząc się o jego szyję - Przecież nie sypiasz z pijanymi niewiastami.
                            - Zostawia to gorzki posmak - przytaknął.
                            - Nawet mnie byś odmówił?
                            - To… trochę co innego z kimś z ustaloną już relacją… aczkolwiek wciąż preferuję mieć ciebie trzeźwą. Przyjemniejsze, w mojej personalnej opinii.
                            Nadal wtulała się w jego szyję.
                            - W seksie też ma impulsywną potrzebę kontroli?

                            Viktor uniósł brew, choć Kay nie mogła tego widzieć.
                            - To w bardzo złym stylu rozmawiać o upodobaniach innych ludzi. Zapytaj o moje preferencje to bez problemu ci odpowiem, ale co Elanna lubi robić za kotarami to jej prywatna sprawa… Na pocieszenie: taką samą odpowiedź usłyszy każdy kto zapyta o twoje preferencje.
                            - No wiesz... Zobaczyłabym tak co ty też lubisz, skoro chętnie ją obracasz. Chcę wiedzieć co ci sprawi przyjemność.
                            - Wejście w posiadanie tej wiedzy nie wymaga od ciebie wypytywania mnie o preferencje osób trzecich. Możesz ją zapytać… Może nawet ci odpowie. Nie zdziwiłoby mnie to za bardzo. Ale możesz też zadać mnie pytanie… tylko musi być ono odpowiednie.
                            - Ty i te twoje intelektualne szarady.... - mruknęła - Czy dominujesz w trakcie waszych zabaw?
                            - Wciąż złe pytanie, bo zawiera w sobie osobę trzecią, która może sobie nie życzyć informowania o niej, ale odpowiem, że lubię dominować. Jednak to chyba nie zostawiało wątpliwości po wczorajszym, hmmm?
                            - Więc zakładam odpowiedź. Czy było to tak jak myśmy robili wczoraj?
                            - Kay… potrzebuję byś zrozumiała, że nie dam ci odpowiedzi wskazującej na to co specyficznie wczoraj i, może dziś, z nią robiłem bądź nie robiłem. Umowa zobowiązuje mnie do informacji, że COŚ było, ale tylko tyle. Możesz pytać mnie o moje generalne upodobania, możesz pytać mnie co robiłem z wieloma innymi nieokreślonymi jagniętami w przeszłości, ale tylko tyle.
                            - Jesteś uparty. - przewróciła oczami wracając przed niego - Zachowujesz się jakby nie powiedzenie czegoś dawało ci immunitet i czyste sumienie. Tylko może na papierze, a wiadomo że "Carta non erubescit".
                            - Jakby mnie Elanna zapytała dziś rano w jaki sposób ciebie wczoraj wziąłem i bym jej rzeczywiście odpowiedział. Czułabyś się potraktowana uczciwie?
                            Kaylie uśmiechnęła się bez emocji na to.
                            - To nie jest nic, co byłoby mi obce. Przyzwyczaiłam się. Stało się dla mnie normą.
                            - Cóż… nie u mnie. Co lubisz i co z tobą robię nie wyjdzie poza nasze grono, chyba, że sama o tym komuś opowiesz.
                            - Dla mnie ważne twoje chęci...
                            - A dla mnie twoje. Elanna i co z nią robię nie ma tu nic do rzeczy.
                            - Oczywiście, że ma. Chcę wiedzieć czy sprawia ci to większą przyjemność i chciałbyś bym i ja tak robiła!
                            - A ja bym chciał abyś pomyślała co TY chcesz robić. Hmmm?
                            Kay spojrzała zagubiona.
                            - ...to co ty chcesz bym robiła...
                            - Niestety nie jest tak łatwo mnie zadowolić. Będziesz musiała się bardziej postarać… ale niekoniecznie dziś i niekoniecznie jutro… ale w końcu tak.

                            - Dziś to już raczej miałeś wystarczająco radości... Jeszcze trochę popracuję, bo mnie rozbudziles i pójdziemy spać. - stwierdziła.
                            - Kto pójdzie ten pójdzie… złapałem posłańca po drodze… dziś moje zamówienie dociera. Potrzebuję dopieścić plany i szczegóły nim zacznę. No i definitywnie jestem zbyt podekscytowany by teraz zasnąć, nawet jakby sen był w moim zwyczaju.
                            - Co? Już? Ale... - przetarła oczy - To po kij tu ten bękart Azazela? - zirytowała się.
                            - Ehhh… Kozioł wysłał nam wsparcie aby nas wspomóc. I tyle. To o obijaniu się potraktuj jako przejaw piekielnego humoru.
                            - Humoru? Niech sam sobie tworzy kościół, to będzie miał co robić, a nie żarty! Putain de lutin, niech daje dupy Asmodeuszowi, a nie nam zawraca głowy... - warczała pod nosem.
                            - Jest jak jest. To co dziś zrobimy to nie koniec naszych zmartwień i wysiłków. Będzie on bardzo użyteczny w dalszych etapach i po to on tutaj jest.
                            Burknęła jeszcze pod nosem.
                            - Jasne... Niech będzie... - wyglądała teraz jak poirytowana nastolatka, co jej zabrano kieszonkowe - Jak znowu zobaczymy Azazela to już mu powiem do słuchu!
                            Zabawne było, że jakoś nie było pewności czy będzie miała odwagę cokolwiek mu powiedzieć w twarz... choć kto ją tam wie.
                            - Heh… no to będę musiał cię trzymać z daleka od niego przez jakiś czas. Nie chciałbym ciebie ryzykować.
                            - Ryzykować? O czym ty mówisz? -skrzyżowała ręce na piersi jak urażona damulka.
                            - O chęci nawtykania piekielnemu lordowi? - zapytał z uśmiechem.
                            - No i co on zrobi? Popłacze się?
                            - Tsk… preferowałbym nie sprawdzać co robią tacy jak on gdy się im napyskuje.
                            - Nic nie zrobi. Jestem mu potrzebna. - powiedziała wymuszoną pewnością.
                            - Kay… - głos Viktora zrobił się poważniejszy - Między “nic nie zrobi” a “ubezwartościowi” jest całe spektrum rzeczy które mógłby ci zrobić… Niech cię twoja główka nie myli. To wciąż diabeł, nawet jeśli stosunkowo mało “diabelski”.
                            - Ostatnio mu napyskowalam. I uderzyła go prawda, jakiej nie lubi, że wcale nie jest aż tak inny od Asmodeusza. Że jest tym samym skurwielem co wykorzystuje kruczki i przekręty. I co? - rozłożyła ręce - Żyję!
                            Jakaś satysfakcja była widoczna w jej oczach. Że pokonała system nie widząc jak balansuje na linie.
                            - … i myślisz, że Asmodeusz tak łagodnie, by potraktował takie “psykowanie” od, de facto, niewolnika?

                            Opuściła ręce.
                            - Nie. Azazel jest trochę inny, ale nie tyle, ile chciałby. Ale na tyle bym mogła mu powiedzieć do słuchu.
                            - Bardzo wygodne… znaczy się: dla ciebie. Korzystna, dla swojej sprawy, waloryzacja obserwacji jest demagogią. Nie aby była ona poniżej mojej godności… gdy ktoś mi za to płaci. Ale bądź ze sobą szczera… to, że nie gotujesz się teraz w oleju, okrutnie unieśmiertelniona, to wyraz drastycznej różnicy między Azazelem a Asmodeuszem. To, że Kozioł nie jest jeszcze “na mecie” i wciąż korzysta z krótkowzrocznych decyzyjnej desperatów… nie unieważnia tego jak daleko moralniejszą jest on istotą od Księcia Ciemności, Pana Much czy innych arcydiabłów. Chcesz go nienawidzić? Jasne… ale rób to uczciwie i nie okłamuj się przy tym.
                            - Jak ja niby się okłamuję, co? - fuknęła z irytacją - On nas potrzebuje, jestem też w tym. Niby czemu nie zrobił do tej pory nic ze mną?
                            - Jest ku temu kilka powodów… - odpowiedział Khal powoli - Raz - wzniósł jeden palec do góry - Nie przysługuje ci tu fałszywy dualizm – gdzie ukaranie ciebie za bezczelność udowodniłoby twoje naiwne twierdzenie, a nie ukaranie ciebie świadczy tylko o twojej konieczności. Nie ważne jak potrzebna byłabyś Asmodeuszowi… za pyskowowanie by przypomniał ci co może z tobą zrobić. Dla zasady. Nie spotkało cię to ze strony Azazela, więc tracisz możliwość przyrównywania do siebie tych dwóch istot. Dwa. - Wyprostował drugi palec. - Wstawiłem się za tobą i obiecałem mu, że JA spróbuję ciebie opanować, nim on będzie musiał.
                            Galtianka stała jak wryta. Chciała powiedzieć coś o pierwszym powodzie, ale drugi ją wyrwał z toku.
                            - ...co? - wyrzuciła z siebie po dłuższym czasie.
                            - Słyszałaś głośno i wyraźnie.
                            - On coś mówił o mnie, że musiałeś...?
                            - Mylisz się co do tego jaką istotą on jest, ale nie mylisz się aż tak bardzo aby pyskowanie mu przeszło bez echa. Jest dokładnie tak jak to brzmiało… jeśli sama sie nie opanujesz, albo mi się nie uda… to on będzie musiał to zrobić. A wtedy to ci się bardzo nie spodoba. Choć będziesz miała ten drobny tryumf, gdzie rzeczywiście zniży się on do poziomu o który go oskarżasz. Może spróbujmy tego uniknąć?
                            - ...co on chce zrobić? - wskoczyła na biurko siadając na granicy blatu, a jedna kartka powoli spadła na podłogę.
                            - “Chce”? On by preferował nie robić nic. Przynajmniej nic lokalnego dla Evercrest. Jestem przekonany, że ma lepsze zajęcia niż bawienie się nami. Ale wciąż jest bogiem i jest diabłem. Rozumiesz dobrze co to oznacza.
                            - I on ci to powiedział? Czemu? - spojrzała w podłogę.
                            - Kaylie… znasz dobrze odpowiedzi na oba te pytania. Nienawidzisz go, bo świadomie pozwolił ci podjąć krótkowzroczną decyzje i do dziś z niej korzysta. Rozumiem to. Ale nie daj się temu zaślepić. Ani temu, ani tej satysfakcji, gdy nie wgniótł ciebie w ziemię po tym jak mu napyskowałaś. To się niekoniecznie musi powtórzyć.
                            Nie uniosła głowy tylko zamknęła oczy i położyła dłoń na nich.
                            - Jestem blisko przekroczenia granicy?
                            - Niestety nie mam odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie widziałem go postawionego w takiej sytuacji. Więęęc… może nie testujmy?
                            Kaylie wyglądała na przybitą. To nie mogło być...
                            - Więc mam być jego posłusznym niewolnikiem i milczeć...
                            - Masz być rozsądna. Jesteś w sytuacji w jakiej jesteś. Jeśli go zmusisz aby traktował ciebie jak krnąbrną niewolnicę to nie jest to poniżej jego godności. Mnie traktuje jak nieco zdespociały król mógłby traktować wiernego rycerza.
                            - Niech będzie... - wymamrotała pod nosem i wyraźnie było widać jak ją to przybiło.

                            Viktor podszedł do Kaylie i przytulił ją ciepło.
                            - Nie jest idealnie, ale dla takich jak my… “idealnie” to daleka przeszłość, której może nawet nigdy nie było. Musimy żyć z tym co mamy dostępne… i będziemy żyć. Damy radę.
                            Nie odpowiedziała jedynie bez si kładąc czoło na ramieniu Viktora.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Seach
                              #147

                              Wiec dotyczący tajemniczej suszy dobiegł końca.
                              Niestety wizje zesłane przez bogów, zaklęcia plecione przez magów, jak i zwykła przyziemna nauka nie były w stanie wytłumaczyć fenomenu.
                              Ostatecznie zostały podjęte decyzje przygotowawcze na wypadek pogorszenia się sytuacji.
                              Tu rozpoczęła się prawdziwą wojna.
                              Magowie sugerowali utworzenie tymczasowych portali do planu żywiołu wody, aby zasilić lokalne źródła.
                              Kapłani i Druidzi byli absolutnie przeciwko temu rozwiązaniu i optowali za oddaniu sprawy w ręce bogów czy duchów natury.
                              Świeccy uczeni sugerowali bardziej logistyczne rozwiązania magazynowania wody.

                              Koniec końców wicc trwał dłużej niż ktokolwiek z naszych bohaterów miał siły czy ochotę dłużej słuchać.


                              Viktor i Kaylie

                              Kolejny poranek przywitał Azazelitów w pokoju Kaylie. Viktor zakończył swoje prace niedługo przed tym jak Kaylie skompletowała swoje projekty.
                              Lilia tym razem ich nie przywitała, a kiedy para zeszła na dół zobaczyli, że była zajęta rozmową z nieznaną im kobietą.

                              text alternatywny

                              Podobieństwo do Lilii i Piwonii było niezaprzeczalne, ta jednak wyglądało nieco doroślej od córek Otto. Karczmarz skinął głową kapłanowi i arkanistce zapraszając ich do siebie.
                              - Dobrego dnia, moi drodzy. Zjecie coś? Jakieś plany na dziś?

                              Baltizar

                              Gnom obudził się w swoim pokoju, ponownie było przy nim Piwonii. Coś nowego jednak pojawiło się w jego "królestwie". Donica z niewielką rośliną obdarzoną w małe paszcze.

                              text alternatywny

                              Oprócz tego był też niewielki list.

                              Drogi przyjacielu
                              Wróciłam z naszej ekspedycji i chciałam podzielić się moimi odkryciami.
                              Mogą cię zaciekawić.

                              Alicja Crawford

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              Odpowiedz
                              • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                              Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                              • Najpierw najstarsze
                              • Najpierw najnowsze
                              • Najwięcej głosów


                              • Zaloguj się

                              • Nie masz konta? Zarejestruj się

                              • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                              Powered by NodeBB Contributors
                              • Pierwszy post
                                Ostatni post
                              0
                              • Kategorie
                              • Ostatnie
                              • Tagi
                              • Popularne
                              • Świat
                              • Użytkownicy
                              • Grupy