Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 226 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez Seach
    #25

    text alternatywny

    Khal zagwizdał z uznaniem nad swoim sazerakiem, kręcąc szkłem by wzburzyć trunek wokół ostatniej resztki kostki lodu w środku.
    - Śmietanka towarzystwa, widzę. Prawie jak w domu się czuję. Goodmann, Viktor Goodmann. Adwokat.- Również skinął głową z uprzejmością i manierą.

    Viktor nie spieszył się. Wyciągnął spod kaftana dwie kartki i wrócił do szkicu oficjalnego listu który niedługo miał pisać. Kolejnego już. Piękne egzotyczne pióro sunęło w jego palcach z gracją baletnicy. Poza pięknem ktoś o odpowiedniej wiedzy łatwo mógł dostrzec również kosztowność oraz kunszt wykonania. Nikt w Rzecznych Królestwach takich nie tworzył. Jakby przynudzony mag pozwolił oczom pobłądzić łatwo dostrzegłby draft zamówienia tysiąca sztuk wizytówek adresowanego do Daggermark. Największego miasta Królestw. Mimo, że to był sam szkic, z pozostawionymi zaznaczonymi lukami w miejscach na adres, nazwę drukarni, czy imię właściciela… mimo, że pisany wyraźnie od niechcenia i lekko to pismo było przepiękne. Nawet inicjałował pierwsze litery akapitów. Nie prezentował specjalnie na widok, ale łokieć który zasłaniał kartkę regularnie się cofał, aby pozwolić usączyc odrobinę sazeraku lub odwracał się zarzucając jakąś towarzyską gadką do Otto gdy ten przechodził, dając jedną możliwość po drugiej aby bezwiednie, czy przypadkiem rzucić okiem.
    - Otto przyjacielu, zrobisz mi vieux carré? - zapytał gdy udało mu się złapać kontakt wzrokowy z gospodarzem.
    - Znowu coś z ziem diabłów?
    - Gorzej. Tego poznałem gdy byłem w Nidal in legatione. Cholernicy mają na herbie czaszkę z kajdanami wiszącymi z oczodołów… ten napitek może być dosłownie jedyną dobrą rzeczą jaka stamtąd pochodzi, a pół życia w Cheliax spędziłem. Moja perspektywa jest zwichrowana w nie tę stronę.
    - To dawaj. Tylko szybko.
    - Więc chłodzisz szklankę do mieszania lodem i przekładasz go do docelowego szkła. Wlewasz po miarce whisky, koniaku, wermutu, likieru oraz po dwie krople dwóch bitterów. W zasadzie dowolnych, ale angostura i peychaud najlepsze są… Mieszasz całość delikatnie jakieś pół minuty i przelewasz przez sito do szkła z lodem, tego samego co wcześniej wypełniłeś. Dekorujesz kawałkiem cytryny i viola.

    Khal zarzucał haczyki przyszłej dyskusji, jak wędkarz na łodzi. Jego postawa, cała mowa ciała były intencjonalnie otwarte. Zachęcające, ale nie narzucające się. Wystudiowane aby sprawiać podprogowe wrażenie “jestem chętny do rozmowy jakbyś chciał”, ale sam czekał.
    - To sportowa rywalizacja-zgadywanka, czy poważne przedsięwzięcie aby odgadnąć jego naturę? - zapytał odkładając pióro i powoli, z precyzją składając papier. Tonem wyrażającym zainteresowanie, ale też odrobinę tajemniczości.
    - W momencie kiedy ta… istota pojawiła się w mieście, wyczułem zagrożenie. - rozpoczął energicznie mag - Wszyscy mieszkańcy zaczęli twierdzić, że "Popielny Dwór był tu od zawsze", bzdury. Fakt, że jeszcze nic nie zrobił, nie znaczy, że nie jest niebezpieczny. Odkrycie jego natury jest pierwszym krokiem, aby wygnać go z naszej krainy.
    - Uuu… - zamyślił się na chwilę Khal, niby w rozważaniu znaczenia tych słów - Co o tym baron sądzi? Nie ufa swojemu nadwornemu magowi dość aby autoryzować poważniejsze dochodzenie?
    Otto prychnął.
    - Fern ma... historie wołania "Wilk" jak zobaczy szczura. Więc, baron nie bierze na poważnie jego wołania o zgubie i cierpieniach.
    - Tym zdolniejszym musisz być magiem - kiwnął głową Efeliemu z uznaniem - Na pewno potraktowałeś go serią zaklęć wykryć. Zła w nim magia nie wykrywa. Więc czy najgorsze opcje chyba nie zostały już wykluczone?
    - Jaka jest twoja wersja, Otto? Popielny Dwór był tu od zawsze, czy pojawił się w tym miejscu i pamięci ludzkiej?
    Karczmarz uśmiechnął się.
    - To że pojawił się tu któregoś dnia, nie znaczy, że nie był tu zawsze.
    - Uuu… Fabuła się zagęszcza. Filtr percepcji mówisz. Popielny Dwór był tu zawsze w jakiejś formie, ale ludzie nie dostrzegali go i obchodzili go, nie zauważając? Czy bardziej nudne wyjaśnienie o wymiarze eterycznym, czy jakimś innym równoległym?
    - Czemu musisz zabierać magię ze wszystkiego? Miałem na myśli coś bardziej romantycznego. Popielny Dwór nie jest miejscem, jest konceptem, ideą. - karczmarz się naburmuszył - Ale zważając na twoje powinowacje, nie dziwię się, że jesteś taki nudny.
    - Bardziej kwestia zawodu. Jestem cholernym prawnikiem. Rozmontowywanie wydarzeń do prostych czynników pierwszych to już wręcz skrzywienie zawodowe - chichot cheliańskiego adwokata był serdeczny i na swój sposób przyjemny.
    - Mistrzu Efeli, wprowadź mnie prosze w lokalną doktrynę… mówisz, że “nic nie zrobił nie oznacza, że nie zrobi… więc trzeba się go pozbyć”. Nie robię tu strawmana z twojego stanowiska?
    - Nie rozumiesz. Specjalizuje się w magii wieszczenia, baron przyjął mnie na swój dwór ze względu na moje zdolności przewidywania zagrożeń. Czuję zagrożenie od tej... istoty, dla miasta, może nawet dla całego królestwa. Nikt mi oczywiście nie wierzy, głupcy. Więc pozbycie się go leży tylko i wyłącznie w moich rękach.
    - Hmmm… - zastanowił się chwilę Goodamnn - Ciężko dyskutować z niemożliwym do przekazania w niezmienionej formie komukolwiek innemu. Z tego powodu na Zachodnim Wybrzeżu wszelkim dywinacjom w procesach sądowniczych przypisuje się nawet mniej wartości niż rzekomym świadkom. Nie zrozum mnie źle, nie próbuję cię przekonać byś porzucił swój cel. Dobrze rozumiem, że kogoś tak dedykowanego bym nie odwiódł nawet gdyby mi na tym zależało. - W tonie Viktor przekazywał wyrazy uznania za upartość w postanowieniu.
    - Co twoje zaklęcia ci o nim mówiły, jeśli nie jest to tajemnica państwowa? - zachichotał Khal - Może razem rozpracujemy co ten drań knuje - dodał konspiracyjnym tonem, prawie jakby Otto nie mógł słyszeć każdego jednego słowa.
    - Sęk w tym, że nic! - uniósł się mag - Wszelkie próby spaliły na panewce. Tym bardziej mnie to martwi, ponieważ aż boję sobie wyobrazić, cóż za szkaradny byt chowa się za tą przeciętną gębą.
    - Ja cię słyszę, Fern. - odparł Otto nie podnosząc wzroku znad szklanki, którą właśnie stereotypowo czyścił.
    - Mam nadzieję! Czemu po prostu nie opuścisz tego miasta, jeżeli naprawdę "Nie masz złych intencji" jak mi zacząłeś mówić od jakiegoś czasu. - mag spojrzał na Viktora - Bydlak miał czelność nie zaprzeczać, że najpewniej uszkodzi miasto kiedy swoje zrobi, dopiero kilka miesięcy temu zmieniła mu się śpiewka.
    - Ponieważ komuś obiecałem, że zostawię miasto w spokoju. - odpowiedział karczmarz - A nie opuszczę go ponieważ mam jeszcze tutaj sprawy do załatwienia, między innymi główny powód mojego pojawienia się.
    - Czyli!?
    - Szukam kogoś, Fern. Kogoś bardzo dla mnie ważnego. Nie, nie znajdziesz tej osoby swoją magią. Gdybyś miał ją wykryć już byś to zrobił.
    - Kolejne zagrożenie dla miasta!? - mag zaczynał się nakręcać.
    - Och wątpię, aby zstąpiła tutaj. Jednak jej obecność może nie lada na was wpłynąć. - mag usiadł ciężko, setki myśli przelatywały obecnie przez jego głowę. Otto natomiast zerknął na Viktora - I tak od ponad dekady. Wyobrażasz sobie jak męczące to musi być? Dla mnie to też nic wygodnego.
    - Woah… wiele informacji do przyswojenia - westchnął Viktor i upił swojego vieux carré.
    - W porządku… - podjął temat kilka oddechów później - Fern. Całkowicie rozumiem twoje zmartwienia. Gdy miałem do czynienia na sali sądowej z mistrzem Locke byłem non-stop zestresowany. To jedyny prawnik w Cheliax który jest niepodważalnie lepszy niż ja w te klocki. Poza tym zwykle zamiatam podłogę drugą stroną jeśli tylko sprawa jest w miarę równa. Jako królewski dywinator na pewno jesteś, całkowicie słusznie, dumny ze swych zdolności i umiejętności w tej dziedzinie i ktoś odporny na dywinacje jest niepokojący. Rozumiem.
    - Spójrz na to jednak z tej strony… Jeśli Otto wprost przyznawał, że miasto może ucierpieć w jego dążeniu do swego celu to oznacza, że ma pewne cechy. Jest to teraz przynajmniej pewien rodzaj szczerości i bezczelności. Jakby ich nie miał to by skłamał “nie Fern, Evercrest nic nie grozi, nie masz się czym przejmować”. Może nie powstrzymałoby ciebie to od drążenia tematu, ale wszyscy trzej doskonale wiemy, że powiedzenie prawdy miało potencjał jedynie zwiększyć mu ilość problemów.
    - Jeśli wciąż oskarżamy go o posiadanie tych cech. I posiadając tą samą szczerość i bezczelność mówi, że zmienił plany i teraz dołoży dość starań aby być pewnym, że Evercrest nie ucierpi… to siłą rzeczy by oznaczało, że przynajmniej on w to wierzy.
    - Może się mylić, mógł nastąpić w nim wewnętrzny regres cnót i już nie ma w sobie prawdomówności… ale może też po prostu mówić prawdę. Sama możliwość do wyrządzenia zła nie jest niczym złym. Każdy z nas ma taką możliwość. Nie bez powodu prawo nigdy nie kara za możliwe przestępstwa, bo WSZYSCY byśmy musieli zostać straceni za możliwe zabójstwo.
    - Ale też nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że na pewno nie masz racji. Jakaś szansa zawsze jest. Pytanie jaka ilość wysiłku aby ją zbadać jest odpowiednia do jej wiarygodności.
    - Jest na razie jedynym zagrożeniem…
    - Porwani. - przypomniał Otto.
    - Którym nikt się nie zajmuje! - dokończył mag - Jeżeli jest szansa, że uszkodzi miasto trzeba to brać jako pewnik. - Fern się zatrzymał i spojrzał na Viktora - Cheliax?
    - Tak. Dużo gorzej być nie może, ale przynajmniej nie Nidal, co? - zapytał rozbawiony i upił kolejny łyk.
    - Więc może rozumiesz czemu jednak kładę nacisk na “potencjał do winy nie jest winą”. Po drodze tutaj wielu ludzi oskarżało mnie o złe zamiary na mocy poinowacenia z historiami, wymyślonymi bądź prawdziwymi, na temat zachowań moich ziomków. Od razu powiem… nie mam nic wspólnego z mroczniejszymi aspektami mojego państwa. Jestem prawnikiem i wiele razy doprowadzałem do posłania takich porypańców na szubienicę, kilka razy na stos i miałem z tego satysfakcję.
    - A propos porwanych… jutro idę spróbować w tym swoich sił. Myślę, że mogę dać nową perspektywę na tę sprawę. Mógłbym cię poprosić o pomoc, jakbym jakiś trop złapał? - zapytał nieco poważniej.
    - Jeżeli wyciągniesz coś, czego młodej Blackfyre się nie udało, to chętnie pomogę.
    - Doskonale. Jestem pewny, że coś wyciągnę i również, że twoja pomoc będzie nieopisana. Jakbym coś złapał, to jak mógłbym się do ciebie dostać? Wyobrażam sobie, że do nadwornego maga nie wchodzi się po prostu z ulicy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #26

      text alternatywny

      Khal był błogo nieświadom problemów, jakie Fisuś mu na głowę sprowadził, swoim nieutoryzowanym paplaniem poprzedniego wieczora. Uśmiechał się serdecznie choć wciąż sennie.
      - Dziękuję, cukiereczku. Jest do mnie jakaś paczka?
      - Nie wiem! - odkrzyknęła Piwonia śpiewnie za plecy, schodząc już w dół.
      Mimo nieświadomości Khal dostrzegł pewne… zmieszanie na twarzy Kaylie. Zamknięcie jej postawy. To nie było nic wyjątkowego. Wiele razy widział zmieszanie w niewieścich sercach i istniał tysiąc różnych małych i dużych powodów dlaczego teraz Kaylie mogła się tak czuć.
      - Dzień dobry, Kruszyno. Słuchaj. Głupia sprawa - podszedł bliżej ujmując jej dłoń i obrócił z deliakatnością, trochę jakby chciał potwierdzić, że nie chowa w niej nic - Zgubiłem wczoraj jadowitego węża. Mniej więcej na stopę długi, w kolorze turkusu. - Drugą ręką sięgnął do jej skroni i delikatnie muskając ja po skórze, odsłonił kasztanową falę włosów jakby za jej uchem go szukając. - Z trzema podwójnymi strzałkami na grzbiecie, nie widziałas go może? - zapytał z lekką przekorą, będąc już… blisko. I spojrzał jej w oczy. Pytania o Fisusia były szczere, ale były także doskonałym pretekstem.

      Noc była ciężka dla Kaylie, ale to ranek rozpoczął się źle. Nie spodziewała się tak szybkiego odzewu strażniczki, który przesuwałby jakiekolwiek plany. Chciała porozmawiać z Khalem o wielu sprawach, jednak nie w biegu. Możliwe, że bynajmniej nie polubi on tematu ani nie zakończy się rozmowa dobrze. Nie była jednak przygotowana na takie działania mężczyzny już z samego rana...

      - Ja... - zaczęła z lekkim rumieńcem w reakcji na dotyk - Niechcący wczoraj go zabrałam w ubraniu...

      Khal nie mógł powstrzymać nieco rozczulonego uśmiechu wykwitającego mu na twarzy.
      - O ile uwielbiam oglądać cię taką zakłopotaną to potrzebuję go natychmiast. Oczekiwałem odrobinę innej chronologii wydarzeń.
      - Sir Fistaszku! - wychylił się w bok i zawołał nieco głośniej w głąb pokoju Kaylie - Mogę cię prosić?
      Odpowiedziało syknięcie, ale… znacznie bliżej niż się spodziewał. Khal zmarszczył brwi w na wpół rozbawionej konsternacji, gdy zobaczył ruch za koszulą Kaylie. Powoli śledził go od jej pasa, w górę pomiędzy jej…

      Odwrócił wzrok by nie być bezczelnym i tylko wyciągnął rękę przed jej obojczykiem by Fisuś, już po wypełznięciu przez jej kołnierz mógł bezpośrednio do niego przyjść.
      - No już… - zagadał do niego dziarsko widząc, że wąż jest niemrawy.
      - Nie gniewam się - zapewnił Khal przykucając - ale masz mi potem sporo do opowiedzenia.
      - Znajdź mi pretendenta. Na wczoraj - rozkazał poważnym tonem. Teraz się już nie wygłupiał.
      Wąż zasalutował ogonem i popędził w dół, przemykając się szczelinami i cieniami, poza widokiem ludzi.
      - Będzie potrzebował pięciu, może dziesięciu minut, więc prosze… kupmy mu tę odrobinę czasu.
      - Pretendent? - zapytała wiedząc, że tylko próbuję sobie samej załatwić czas, aby się uspokoić - Do tego czeka na nas Blackfyre...
      - Dziesięć minut nie zrobi różnicy. - Zapewnił wciąż na kuckach patrząc w punkt gdzie ostatnio widział Fisusia - A pretendent... to ładny eufemizm. Moja moc jest na pewnym progu, którego przekroczenie daje wyraźne efekty, ale chwilowo sam tego nie potrafię. Pretendent to zwykle szczur którego energią życiową zasilam moja łączę z domeną naszego benefaktora.
      Kaylie patrzyła w bok, nie na mężczyznę. W odpowiedzi tylko mruknęła potwierdzając, że rozumie o czym mówi.
      - Khal... - szepnęła w końcu - Wczoraj... Było nieoczekiwane...
      Viktor niemal zastrzygł uszami gdy usłyszał jej ton. Wstał zmuszając się aby był to łagodny ruch i spojrzał na nią marszcząc brwi w zmartwieniu. Cofnął się pół kroku, dając jej oddychać.
      - Naprawdę… nienawidzę tego co mówię, ale jeśli masz jakieś wątpliwości co do wczoraj… to to nie jest moment na tę rozmowę. Utrzymam chłodniejszy dystans, dam ci przestrzeń do kiedy nie będziemy mogli tego poważnie omówić, tego byś chciała?
      Jego propozycja była może nie wesoła i serdeczna, ale powierzchownie swobodna. Zachęcająca, jakby to było rozwiązanie które sam by preferował, ale dostrzegała napięcie w jego oczach.
      - Po prostu... Chcę ustalić wszystko... Żeby była... Jasność... - każde słowo wypowiadała z coraz mniejszą pewnością.
      Khal spuścił spojrzenie oraz powietrze z siebie powoli. Z najdrobniejszą nutą… czegoś.
      - W porządku, Kruszyno. “Wszystko” to duży temat - uśmiechnął się do niej serdecznie.
      - Jest porządku - powtórzył wesoło, wkradając się w jej odwrócone spojrzenie. Oczy mu się śmiały pogodnie i zachęcająco - Wszystko będzie dobrze - zapewnił, spychając wszelkie własne wątpliwości i to jak ubodła go wizja która przez chwile roztoczyła się przed jego wyobraźnią. Nie powinna była go tak ukłuć.
      ”Beksa!”
      - Idziemy? - zapytał dziarsko, wskazując gestem głowy w stronę schodów.
      - Tak, oczywiście. - Kaylie uśmiechnęła się na siłę, czując w tym momencie jak więzień swoich słów.

      Na dole jak zwykle było drobnie zbiorowisko ludzi, w tym i Baltizar ze swoją grupą najemników. Największą uwagę jednak przyciągała obecnie Komendant Blackfyre, która kłóciła się z Otto.
      - … służymy w obronie miasta! W tym i twojej karczmy!
      - I wszyscy jesteśmy wdzięczni Filio, ale znasz zasady mojej karczmy. Chcesz lepsze traktowanie, zrób coś co wspomoże ją. - karczmarz stał z założonymi ramionami.
      - Słuchaj, "dziewczyny" Joriego, są czyste, ciepłe i wykonują każdą zachciankę…
      - Dziękuję za darmową reklamę.
      - A ja nie chcę, aby moi chłopcy dostawali jakiegoś syfa od ulicznic.
      - To niech se utną, znajdą żony, albo korzystają z droższych.
      - Na płacy strażnika? - wciął się jeden z oficerów, który przybył z komendant. Otto westchnął i spojrzał w sufit.
      - Dla całej straży, na zawołanie… Ty wiesz ile kosztuje stworzenie tak skomplikowanego Homunculusa? Powinienem wam liczyć jak na Wyspach Północy. - zastukał kilka razy o blat stołu - Dobrze, ale mam jeden warunek. Raz w miesiącu dziesięciu twoich chłopców uda się z Otisem na łowy, a on poluje tylko na dużą zwierzynę.
      - Dużą w sensie…?
      - Sowodźwiedzie, mantikory, młodociane smoki, olbrzymy. Zależy czego trop złapie. Umowa stoi? - Otto wyciągnął rękę, po chwili rozważania kobieta wyciągnęła swoją i złączyła ją w uścisku z karczmarzem.
      - Stoi. - Otto kiwnął głową.
      - Twoi paranormalni detektywi przybyli. - karczmarz nawet nie spojrzał na nowo przybyłą dwójkę.

      Chwilę wcześniej…

      Khal zatrzymał się na szczycie schodów, puszczając Kaylie przodem gdy tylko usłyszał głos komendant Blackfyre. Dwa kroki w dół usłyszała pomruki szeptanego pod nosem zaklęcia. Gdy się odwróciła widziała tylko jego ostatni gest… i zobaczyła jak bezczelny uśmieszek i pełna nonszalancja momentalnie wyparowały z jego postawy.
      - Khal?
      …zbladł w przeciągu kilku sekund. Oczami okrągłymi jak spodki pod herbatę wpijał spojrzenie raz w Filię, raz we własną dłoń, a chwile potem zakrywał nią usta. Wyglądał wprost jakby zobaczył ducha. Usiadł na schodach i wręcz było widać jak miliony scenariuszy przemykały przez jego myśli odrzucane jeden po drugim.
      Kaylie wróciła bliżej mężczyzny i położyła mu rękę na ramieniu.
      - Khal? Co się dzieje? - zapytała zaniepokojona tą reakcją.
      Obserwowała jego oczy w każdej półsekundzie patrzące gdzie indziej, czasem nawet w jej kierunku ale definitywnie nie na nią. Słyszała głębokie, wymuszone oddechy.
      - Wszystko w porządku - usłyszała sztywne słowa cedzone przez jego palce, wciąż zasłaniające usta. Wziął głęboki wdech, zamknął oczy i powoli spuścił powietrze… jak zawsze gdy potrzebował odzyskać kontrolę i przetarł twarz obiema dłońmi.
      - Coś do mnie dotarło. Nie na to teraz moment… - odpowiedział przywołując swoją normalna mimikę. Tylko blady trochę pozostawał.
      Kaylie skinęła głową i ścisnęła dłoń prawnika, aby tak dodać mu otuchy.
      - Chodźmy...


      - Twoi paranormalni detektywi przybyli - zaanonsował Otto zwracając na nich uwagę.
      - We własnych osobach! - Odkrzyknął Viktor, schodząc ze schodów i znów był w swej zwyczajowej personie. Serdeczny, odrobinę bezczelny i diablo pewny siebie.
      - Komendant Blackfyre, nie spodziewałem się takiej eskorty. Carl, dobrze pamiętam? - spojrzał na przygrubego strażnika, którego imię usłyszał wczoraj jako jedynego, poza Finlem, co ich przyjmował na wejściu, ale go tu nie było - Dobrze cię widzieć.
      Zmarszczył brwi w zmartwieniu.
      - Nie mówcie mi proszę, że od naszego spotkania mamy nowego… świadka…
      - Na szczęście nie. - odparła Blackfyre - Mówiłam, że po was poślę co nie? A i tak miałam sprawę do załatwienia z Otto. Gotowi?
      Khal odetchnął z ulgą, teatralnie ocierając czoło.
      - W takim razie postanawiam poczuć się połechtanym po ego w przyjemny sposób - wyszczerzył zęby bezczelnie - Potrzebuję dziesięciu minut. Mój człowiek próbuje zorganizować mi komponent który ułatwi nam śledztwo. Nie nagli nas aż tak bardzo, prawda?
      - Bardziej martwi się nie zrobią... - mruknęła komendant - Nie wiedziałam, że masz tu "ludzi". Zważając, że to twój trzeci dzień w mieście.
      - Bardzo śliska persona. - odezwała się Kaylie poprawiając maskę.
      - Dziękuję Kaylie - zaczął bardzo oficjalnym tonem - twoje niezachwiane wsparcie zawsze jest dla mnie podporą… - uśmiechnął się swobodniej i zwrócił do komendant - W szerokim rozumieniu tego słowa. W Cheliax miałem cały zespół. Kilku z nich nawet myślałem czy ze sobą nie wziąć, by start sobie ułatwić, ale uznałem, że nie chcę ich rodzinom wyrywać.
      - Cheliax? - powtórzyła Blackfyre - Gorzej niż sądziłam. - zerknęła na swojego kompana, ale tylko wzruszył ramionami - Pamiętaj o rozwścieczonym tłumie Goodmann. Idź do swego człowieka, ja jeszcze coś muszę obgadać z twoim gospodarzem.
      - Czekam na jego sygnał, ale rozumiem… prywatniejsze tematy - zachichotał pod nosem wesoło - Otto, klapnę tam przy stoliku, mógłbym prosić Otisa o chudą jajecznicę?
      - Jasne, powiem mu też żeby dał ci pieczonego chleba bez skórki... - po czym karczmarz wrócił do rozmowy z komendant.

      Khal usiadł przy stoliku tak aby swobodnie, niemal bezwiednie móc spoglądać na rozmowę Filii z Otto.
      - Homunkulus kurtyzana… - rzucił z najmniejszą odrobiną zainteresowania. Dłonie miał złożone w piramidkę, raz po raz dźgając swoją dolną wargę palcami wskazującymi w zamyśleniu - To nie moja dziedzina wiedzy, ale jeśli to ma koszty jak golemy, to łatwiej całemu posterunkowi byłoby wykupić pakiet cotygodniowego magiczne odsyfienie. Pewnie ze trzy dekady by minęły nim koszty by przeważyły… - nawet nie udawał, że jego myśli są zupełnie gdzie indziej.
      Kaylie usiadła obok Khala przyglądając się jego reakcjom nim się odezwała nagle.
      - Co się dzieje?
      Khal spojrzał na Kaylie z nowym zainteresowaniem.
      - Otto negocjuje z Filią stworzenie magicznej kobity strażnikom - odpowiedzial z wrednym uśmieszekiem, nim wzrok znów mu nie odpłyną do komendant - a Fisuś… złapał trop, ale ma wątpliwości czy mu się uda. Byłoby wygodniej jeśli tak - drażnił się z nią odrobinkę, najwyraźniej nawet pogrążony w myślach nie mógł sobie odmówić drobnej zabawy.
      Kaylie złapała jego dłoń z kawałkiem jajecznicy i zatrzymała ją.
      - Wiesz o co pytam i nie o ruchome lalki dla straży.
      - Wiem - przytaknął Khal z pogodnym uśmiechem, nie próbując nawet wyrwać ręki - Ale… sam nie wiem jeszcze co myśleć. Mam mętlik w głowie i nie wiem czy chcę cię tym obciążać… więc kupuję czas gadając bez ładu czy składu, licząc, że coś mi się w głowie wyklaruje.
      Kobieta przewróciła oczami.
      - Daruj sobie te gadki. Pytam, więc chcę wiedzieć. - wyciągnęła mu z ręki widelec - Nie jestem twoim dzieckiem czy twoją szlaufą.
      - Oczywiście, że nie - zaprzeczył oburzony… nim wyraźnie nie dodał dwa do dwóch.
      - Czemu użyłaś tego słowa? - zapytał podejrzliwie i z niepokojem. “Szlauf” nie było słowem używanym poza Zachodnim Wybrzeżem. Głównie Cheliax i Nidal. Nigdzie go nie usłyszał wypowiedzianego na głos od kiedy opuścił te rejony.
      Kaylie uniosła maskę i zjadła część jajecznicy z widelca.
      - Tak przecież nazywasz kobiety z twoich rotacji.
      Przez kilka oddechów Khal nie mógł z siebie słowa wydobyć kiedy składał w głowie wersję wydarzeń.
      - Przerobię go na sznurówki… - zadeklarował i znów, po swojemu.
      - Na moją obronę… NIGDY nie użyłem tego słowa na głos - stwierdził niezadowolony i… zawstydzony - Co ci jeszcze powiedział? - zapytał opierając łokieć na blacie, a skroń na palcach dłoni - To o to na górze chodziło?
      - Nie. - odłożyła widelec na talerz Khala - Tego się spodziewałam i byłam gotowa, bo miałam relacje z różnym elementem. Ale on więcej powiedział, nie tylko by cię podminować, ale zmusiło to do przemyśleń.
      - Przemyśleń? - powtórzył Khal, zaniepokojony - Nie wiem teraz nawet przed czym mam się bronić… - ślad frustracji zabłysnął na moment na twarzy Khala - Kaylie, co on ci powiedział?
      - Przemyśleń nad tym, co robię. - patrzyła na swoje paznokcie - Martwi się o ciebie. Martwi się, że nie powinnam się przy tobie pojawić i jak najszybciej to przerwać by nie uczynić ci większego bólu.
      Khal zamilkł na kilka chwil. Analizując z pięciu stron na raz jak tamta rozmowa mogła przebiec i jak Kaylie się na nią zapatrywała. Kąty pod którymi to było ważne. W końcu zaśmiał się kilkoma tylko dźwiękami do siebie, nie był to wesoły śmiech, raczej sposób aby samemu się rozluźnić, może przy okazji łagodząc atmosferę. Sięgnął do jej dłoni i przyciągnął ją delikatnie bliżej siebie.
      - Kruszyno… rozumiem, że wydaje ci się, że Fisuś, jako kawałek mojej duszy, musi mówić coś co mi naprawdę w serduchu siedzi, albo może mieć nawet lepszy w nie wgląd niż ja… - mówił łagodnym tonem, rysując leniwe ósemki palcem, we wnętrzu jej dłoni - jakbyś miała swojego chowańca możliwe, że byś poznała lepiej jak bardzo ograniczona jest ich percepcja do wewnątrz rodzica. On jest tylko małym kawałkiem mnie. Prezentuje tylko mały kawałek mojej perspektywy. Brak mu zrozumienia niuansów kiedy tylko wychylamy się poza ten mały kawałek. Spójrz na mnie - poprosił sięgając do jej brody i delikatnie ją uniósł by wejrzeć jej w oczy.
      - Mam czterdzieści dwa lata. Byłem wygnaną sierotą gdzieś w okolicach twoich narodzin. Bah… mógłbym mieć córkę w twoim wieku i mało kto by spojrzał na to krzywo. Jest we mnie strach, że to się nie uda. Nie przeczę. Bo bardzo chcę aby się udało… ale jeśli wyjdzie inaczej… - wzruszył ramionami nie dokańczając.
      - Nie musisz się o to martwić - zapewniał ją dalej - Nie byłby to pierwszy raz gdy kobieta poznała bliżej Viktora Goodmanna i postanowiła, że nie jest on dla niej.
      - Nie chcę moimi działaniami rozdrapać jakiejś traumy. - westchnęła - A sama mam swoje i wiem, że najlepszym partnerem do związku nie jestem. Za mną ciągną się problemy. A do tego... - zamknęła oczy - Nie wiem jak się czuć z myślą, że jesteś Cheliaxaninem, co czyni ze mnie całkowitego zdrajcę. - potargała grzywkę - Zdaję sobie sprawę, że związek nie będzie pozbawiony innych kobiet i się godzę z tym. Jak i z tym, że może nie mieć długiego trwania...
      Khal pozwolił sobie by zmartwienie wypłynęło na jego twarz. Pomieszane odrobinę ze współczuciem. Żadne niewidziane przez nikogo, a szczególnie przez Kaylie. Rzucił okiem na rozmowę Otto z Filią i widząc, że trwa w najlepsze odwrócił się na krześle w jej kierunku i powoli, nie siłą, a słowem i dotykiem obrócił ją do siebie. Czule odgarnął zmierzwione pasemko za jej ucho i złapał ją za dłonie.
      - Zacznę od brzydkiej części, bo nie chcę cię okłamywać poprzez niedopowiedzenie… nasz benefaktor będzie ode mnie oczekiwał uwodzenia i sypiania z innymi. To jest zbyt skuteczne narzędzie wpływu w moim arsenale. - Jego głos był niby-spokojny, ale słychać było w nim nuty smutku, oraz… czegoś.
      - Poza tym… nie chcę w przyszłości myśleć o tobie i zastanawiać się “a co gdyby”. Zasługujemy co najmniej na szansę. Wiem to równie dobrze jak ty i się tego boję równie bardzo jak ty. Nie mylę się, prawda? - zapytał, ale tak naprawdę nie było to wcale pytanie.
      - Rozumiem, rozumiem... ty tylko wiedz, że to może różnie się potoczyć... - westchnęła - A teraz mi powiedz o tym, co się stało.
      - Uff… więc tak. Nie wiem jak to się stało, ale Filia Blackfyre jest moją siostrą. - rzucił szybko, praktycznie jednym tchem.
      Kaylie patrzyla w zaskoczeniu.
      - ...co?
      - Co nie? - przytaknął jej reakcji, bez najmniejszego zawahania - Jak ją tylko wczoraj zobaczyłem miałem najdziwniejsze déja vu w życiu. Więc dziś przygotowałem dosyć niszowe zaklęcie wykrycia co określa relacje rodzinne… ale to było w myśl zasady “nie wiesz póki nie potwierdzisz”. Byłem całkowicie pewien, że mi się tylko wydaje i myślałem, że użyję go w kostnicy, ale teraz nadarzyła się lepsza okazja… i bah… to moja siostra. Nie miałem nigdy siostry. Albo jest znacznie starsza niż się wydaje… znaczy, że jest zauważalnie starsza ode mnie, albo… tutaj to jest edukowana zgadywanka… Aegon wykopał moją matkę, wskrzesił ją i w jakiś absurdalny sposób wyszła z tego Filia i definitywnie wciąż jestem w szoku skoro nie ma wokół nas jeszcze żadnych trupów…
      Kaylie spojrzała w dół. Ze złością.
      - Jeżeli twoja matka to zrobiła i nie szukała cię... Zabije ją znowu. - powiedziała poważnie.
      Przez chwilę w jego spojrzeniu pojawiła się wdzięczność… Nie za same słowa… ale za to, że jej zależało.
      - Zawsze byłem pewny, że to ja ją wskrzeszę. Kiedy tylko Azazel da mi dość mocy i nigdy nie wątpiłem, że w końcu na to zapracuję. Wyobrażałem sobie tamten moment. Gdy umarła była dekadę młodsza niż ja jestem teraz. Czy by mnie w ogóle poznała? Ile bym musiał jej tłumaczyć co się wydarzyło? Ale teraz… ona może żyć. Ona może być żywa… I wiem kto zna odpowiedź… ale nie mogę jej jeszcze zapytać. Musimy się… zaprzyjaźnić. Wytworzyć relację gdzie takie pytanie nie byłoby absurdalnie wścibskie.
      Khal był…. odcięty. Oczy znów miał szeroko otwarte i spojrzenie krążyło gdzieś w przestrzeni. Mówił szybko, ale prawie płasko. Nie było śladu emocji, poza… jakąś zimną ekscytacją.
      Arkanistka nałożyła na widelec kawałek jajecznicy i przysunęła do do ust Khala.
      - Jedz póki ciepłe.
      Viktor uśmiechnął się ciepło i skorzystał z propozycji, a potem sam przejął widelec.
      - Jesteśmy jak ogień i lód. Tylko odwrotnie względem stereotypów.
      - Muszę to dokładnie przemyśleć.
      - I wywiedzieć się więcej. - rzucał krótkimi zdaniami pomiędzy kęsami.
      - Może wcale nie muszę jej pytać. Nikt nie mówił, że to jakaś tajemnica. Tylko Otto, że nie wie kim jest matka, ale to nic nie świadczy.
      Kaylie nie odzywała się pozwalając Khalowi samemu walczyć z myślami, ale także nie opuszczała go. Wiedziała, że to bardzo... istotny dla niego moment.
      - Fisuś złapał pretendenta - rzucił nagle patrząc gdzieś w przestrzeń i wstał, szybko odkładając widelec na resztkach jajecznicy - Teraz liczy się czas. Jak chcesz, Kruszyno, to czuj się zaproszona, ale to nie będzie ładny widok - ostrzegł Kaylie, ale spojrzenie miał pytające.


      Wyszli razem i chwile potem Khal łapał Fisusia w dziwny, wężowy, całkowicie niedynamiczny sposób skaczącego z dachu z wróblem w pysku. Kolejną chwilę potem wstrzykiwał ptaszkowi, unieruchomionemu elastycznymi gumkami, surowicę z jadu chowańca prosto w malutkie serduszko, igłą tak cieniutką, że nie mogła powstać bez użycia magii.
      Kaylie nie patrzyła bardzo na to, co robił Khal z ptaszkiem. Zachowywała zimny wyraz twarzy, ale sam proces najwyraźniej jej nie cieszył. Przypatrywała się za to Fistaszkowi, jakby chciała zobaczyć czy chowaniec coś spróbuje zrobić, a ten unikał spojrzenia obojga z nich. Jak tylko mógł wpełzł za kołnierz Viktora, chowając się przed potencjalnymi pytaniami czy inną metodą wydania się.
      - Przy tym rozmiarze i ranach… ma jakieś trzydzieści, czterdzieści minut - powiedział Khal z pewnym niesmakiem chowając go za koszulę. - Też za tym nie przepadam - przytaknął Kaylie z brzydkim grymasem gdy zobaczył jej spojrzenie - Jednak to robi różnicę. Zauważalną. Nie znęcam się nad nim bez powodu.
      Kobieta patrzyła w ziemię.
      - Wiesz... - odezwała się nagle - Też chciałam mieć chowańca. - powiedziała jakby mimochodem - Ale mam jego... - poklepała klingę miecza - Wredny bufon.
      - Inteligentne ostrze… - kiwnął Khal głową z uznaniem. - Może dwa razy takie w życiu widziałem. Ma imię?
      - Przedstawił mi się jako Rhaast. - potwierdziła.
      - Wredny bufon, mówisz… chyba obaj nasi towarzysze nie wiedzą kiedy gębę otwierać, hmmm? - zapytał znaczącym tonem, ale kierował słowa w okolice swego lewego boku… i nie trzeba było wiedzieć na co patrzeć aby dostrzec, że wężowy ruch momentalnie ustał. Jak na tę komendę.
      - Tak, wiem już. Będziemy mieli o tym dłuuugą dyskusję jeszcze…
      Rzucił dwa krótkie spojrzenia to na Kaylie, to na ścianę za nią zagryzając odrobinę wargę, w rozważaniach… Strzyknął w końcu śliną rezygnując z pomysłu. Nie moment na to.
      - W porządku, Kruszyno - podjął wcześniejszy temat robiąc krótkie pół kroku już z powrotem, gdzie zaraz mogli zacząć ich szukać i wyciągnął do niej dłoń zapraszająco - Opowiedz mi o nim. Jestem ciekaw jak cholera.
      - Nie wiem czy jest o czym opowiadać... - przyjęła dłoń, a Khal zanotował, że sprawiło mu to więcej przyjemności niż wypadało. - Jak nie chcę go słuchać to go nie dotykam... - wzruszyła ramionami - Pomaga w walce przenosząc moje zaklęcia... a i sam może swoje umiejętności wykorzystać, tylko jest taki przemądrzały dziad…
      - Nieusłuchany podlotek… - usłyszała kobieta głos miecza.
      Kaylie odsunęła rękę od miecza.
      - Tak jak teraz nie chcę słuchać jego narzekania. - Parsknęła.
      - “Nie wiem czy jest o czym opowiadać” - zachichotał Khal serdecznie - Skąd go masz? Sama go stworzyłaś, znalazłaś, czy to… prezent? Jakby ktoś go dotknął to też mógłby go usłyszeć? I najważniejsze w mej próżności… w jakich to pejoratywach się o mnie wypowiada? - Zapytał Khal w rozbawieniu, puszczając już Kaylie przodem, przez próg Dworu.
      Kaylie dotknęła miecza sama zaciekawona opinii miecza.
      - Służalczy, śmierdzący siarką, stetryczały, smarkacz, który myśli, że wie co jest dla ciebie dobre. Masz ochotę to go przeleć i odrzuć jak szmatę.
      - Nie wiem czy chcesz wiedzieć... - odparła Kaylie z niepewną miną - Może byś mógł, gdyby on chciał...
      Nie odpowiedziała na wszystkie pytania Khala, ale nie powstrzymało go przed własnymi wnioskami.
      - Aż tak źle? Hah… Wieloma sposobami mnie nazywano - odpowiedział ze swoim bezczelnym uśmiechem - Jestem ciekaw czy inteligentne miecze mają jakieś ciekawe metodyki uwłaczania. Spójrz na to z takiej strony… - zaproponował rozbawiony. - To jest jedyny przypadek w historii gdy Viktor Goodmann prosi kobietę aby go z błotem zmieszała.
      Arkanistka westchnęła.
      - Jego słowa. "Służalczy, śmierdzący siarką, stetryczały, smarkacz, który myśli, że wie co jest dla ciebie dobre. Masz ochotę to go przeleć i odrzuć jak szmatę." - powiedziała wprost.
      - Smarkacz jest oryginalny w kontekście mnie, to muszę przyznać - jeżeli w jakikolwiek sposób zdanie miecza dotknęło Khala to nie dał tego po sobie poznać - To jego opinia bardziej o wszystkich pretendentach do twojej sympatii, czy jestem wyjątkowy w jakiś sposób?
      - Raczej... nie. Jesteś tylko kolejnym dzieciakiem, który właduje mnie w kłopoty. On oczywiście po takich kłopotach wyśmiewa mnie bez zawracania sobie głowy ostrzeganiem czy pomocą wcześniej. Ogląda fajerwerki.
      Dobry humor szybko wywietrzał z twarzy Khala gdy tego słuchał. Zastąpiło go współczujące zmartwienia.
      - No to mamy dużo różną sytuację z naszymi towarzyszami. Fisuś, poza tym ostatnim, jest zwykle wspierający, na swój głupiutki sposób. - Oburzone syknięcie spod koszuli Khala zaprotestowało gniewnie - Rozumiem więcej i więcej… - dodał chyba na wpół do siebie, przesuwając delikatnie kciukiem po jej dłoni. - Ale porozmawiamy o tym innym razem. - Ścisnął mocniej (czulej?) jej dłoń na krótki moment, widząc uścisk dłoni wieńczący negocjacje Filii z Otto i puścił. Wchodzili znów w sytuację zawodową, a nie prywatną,. Takie czułości jak trzymanie się za ręce nie były już na miejscu.
      - Mamy komponent - zadeklarował gdy się zbliżyła. - Jesteśmy gotowi, jeśli wy jesteście.
      - Dobrze. - odparła komendant - Otto, miło było robić z tobą interesy.
      - Nawzajem. Proszę tylko ich oddać, są mi jeszcze coś winni. - karczmarz mrugnął do dwójki Azazelitów, którzy opuścili karczmę w towarzystwie straży.


      Droga do komisariatu przebiegła szybko, Filia narzucała dość karkołomne tempo, w międzyczasie komendant zdołała zapoznać Khala i Avruil z ich przyszłymi znajomymi.

      Pierwsza ofiara, którą znaleźli, to Moriana Galazo. Matka dwójki dzieci, zaginęła cztery miesiące temu, nigdy nie znaleźli ciała do tygodnia temu. Jej ciało przeszło przez wiele zmian, nie wszystkie w wyniku mutacji. Obok jej zwykłych ludzkich uszu ma przyszytą parę elfich. między jej łopatkami została przyszyte orcze ramię. Straciła jedno oko i wszystkie zęby. Z mutacji, które zidentyfikowali to nogi wygięte i wydłużone przypominając tylne nogi psa. Powód śmierci: Infekcja z przyszytych kończyn.

      Druga ofiara, Fix Galii, gnom... którego zwłoki mają obecnie dwa metry wzrostu, chociaż zachowały typowo gnomie proporcje. Podejrzewali, że ciało zostało po prostu zwiększone magią, ale wszelkie próby rozwiania zaklęcia spaliły na panewce, więc to najpewniej kolejna mutacja. To plus jego skóra przybrała kolor łososiowy, a włosy przypominały skrzela salamandry. Powód śmierci: uduszenie

      Trzecia ofiara, Ork, brak jednej ręki (najpewniej przyczepiona do Moriany), druga głowa na torsie, masywny rozrost mięśni. Powód śmierci: Krwawienie mózgu drugiej głowy spowodowało jej śmierć, co następnie spowodowało rozprzestrzenianie się martwej krwi po ciele właściwym.

      Czwarta ofiara, nieznana, istota humanoidalna, około 170 cm wzrostu, brak twarzy; włosów, powiek, warg. Ciało absolutnie smukłe, brak tłuszczu, włosów, skóra gładka i wilgotna, przylegająca do mięśni. Mięśnie jednolite, nadając kończynom cylindryczną budowę. Powód śmierci: uduszenie.

      Piąta ofiara, nieznana, czworonożna istota zbudowana z palców. Skóra jak u człowieka północy. Wyglądem przypomina gada. Powód śmierci: nieznany.

      Komendant starała się przedstawiać fakty sytuacji, ale widać było, że cała sprawa wzbudza w niej niepokój. W końcu dotarli do siedziby straży i bez żadnego zatrzymania zeszli do piwnicy. Tam, przechodząc przez kilka korytarzy weszli do dość szerokiego pomieszczenia oświetlonego świecami.
      Khal i Avruil zauważyli małego żywiołaka lodu trzymanego w klatce w rogu przy suficie.
      Na środku pomieszczenia znajdowało się pięć stołów i na nich przykrytych pięć ciał.

      text alternatywny

      Khal był poważny i cichy gdy słuchał o ofiarach. Nie było śladu jego typowej wesołości czy pogodnej szyderczości. Ludzie umarli. Boleśnie. I jeszcze dwie dziesiątki teraz było porwane. Sytuacja wymagała… należytego szacunku.
      - W porządku. Mój scenariusz byłby taki: obejrzymy jeszcze raz ciała. Możliwe, że zauważymy coś nowego i wpłynie to na pytania. Mamy pewne magiczne sposoby otwierające możliwości. Potem ich obudzę. Po kolei. Każdemu zadamy cztery pytania. Jestem adwokatem z zawodu, nie śledczym i “śledztwa” w czasie rozprawy to zupełnie co innego niż w terenie i nie znamy okolicy ani geograficznie ani socjalnie. Ty znasz. Dlatego ty powinnaś obmyślić jakie pytania im zadać oraz komu… dziś mogę przepytać troje z nich. Jutro resztę. Za tydzień będzie można powtórzyć proces. Czy to ci odpowiada?
      Komendant chwilę się zastanowiła.
      - Nigdy nie miałam do czynienia z tego typu magią. Nie wiem jakie pytania jest sens zadawać. - chwilę przyjrzała się zwłokom na stołach - Najmniej sensu jest rozmawiać z orkiem jak sądzę. Pytanie "gdzie byli trzymani" jest ryzykowne, bo spora szansa, że tego nie wiedzieli. - Filia spojrzała na chwilę w sufit zastanawiając się - "Jak wygląli twoi porywacze?", "Ilu ich było?", "Gdzie cię porwali?", "Co możesz nam powiedzieć o miejscu, w którym cię przetrzymywano?" - postanowiła - Moriana, Fix i ta istota zbudowana z palców. Czy jeżeli przed śmiercią popadła w obłęd, lub jakieś zezwierzęcenie to ma to wpływ na jej duszę po śmierci?
      - Może mieć wpływ. Nie musi. Obłęd to zbyt szeroki worek tak naprawdę niepoliczalnej ilości różnych… schorzeń… aby móc definitywnie stwierdzić. Nie wierzę aby to z czym będziemy rozmawiać było duszą, ale o tym prowadzi się od wieków dyskursy filozoficzne, ale nie zmienia to faktu, że nie dowiemy się w jakim będzie to stanie póki nie spróbujemy. Przy ogólniejszych pytaniach będzie sumarycznie więcej informacji, ale mniej szczegółowych. Zacząć można nawet od bardzo szerokiego “co wiesz o tych co ciebie porwali?”. Wtedy najpewniej otrzymamy szereg ogólników, ale to może nakierować kolejne pytania… no ale to po obejrzeniu zwłok, jeśli możemy… możliwe, że coś z nimi związanego naprowadzi na jakiś kierunek jeszcze przed rozpoczęciem zadawania pytań.
      - A możliwe jest, że dana dusza nie będzie chciała się jakkolwiek pojawić? - zapytała Kaylie.
      - Nie do końca. Tak naprawdę nie wiemy czy cokolwiek się w ogóle tutaj pojawia, czy może wyciągamy coś co jest ukryte w samym ciele - wykładał Khal tonem nauczyciela, gdy podchodził do stolika. Zrobił na nim sobie trochę miejsca i wyłożył na nim paczkę.
      - Żadne badanie magiczne nigdy nie potwierdziło jednoznacznie obecności czy nieobecności duszy w mówiącym ciele, a bogowie milczą na ten temat. Albo tak twierdzą ich kapłani. Ale to dywagacja…
      Po rozpakowaniu na stoliku ukazała się skórzana teczułka z zestawem narzędzi medycznych i chirurgicznych.
      - Praktyczną wiedzą jest, że ciało zawsze się budzi, ale potrafi być niechętne lub wręcz wrogie. Znane są pojedyncze przypadki gdy kłamało, ale nieprzyjazne ciało musi oprzeć się woli Mówcy. Te kłamstwa też, w dwóch z trzech przypadków historycznych które znam, wiązały się z tym, że z umarłym próbował rozmawiać Mówca który “umarł” tego człowieka. Teoretyzuje się, że odpowiednia indoktrynacja przed śmiercią może przekłamac późniejsze rozmowy z osobą, ale… nawet w Cheliax takie badania byłoby nielegalne… choć nie mam dość wiary by sądzić, że nigdy nie spróbowano, ale ja wyników tych prób nie znam. Raczej psów lamashtu nie oskarżamy o stosowanie technik socjalnych.
      - Byłoby nielegalne, chyba że nikt by nie dał się na tym złapać, co? Wtedy żadnych problemów. - mruknęła Kaylie na słowa o legalności w Cheliax.
      - Cóż… dochodzimy tu do ulicznej mądrości… WSZYSTKO jest legalne póki wymiar sprawiedliwości nie widzi. Cheliax nie jest tutaj w żaden sposób wyjątkowe.
      - Ale w Cheliax jest to pochwalane. - szepnęła.
      - Bardzo chętnie porozmawiam o malwersacjach legislacyjnych w Cheliax, ale to jest naprawdę potwornie przekomplikowany temat na cały wieczór, albo i trzy. Bardzo niewiele można w tej dziedzinie sprowadzić do jednego zdania.
      Kaylie wzruszyła ramionami.
      - Nie ten czas.
      Przytaknęło jej jedynie chrząknięcie, brzmiące bardzo blisko serdecznemu “właśnie”.
      - Pani komendant, możemy przystąpić do oględzin zwłok?
      - Jeżeli zakończyliście dysputy metafizyczno/prawne... - mruknęła kobieta. Kiwnęła głową Duncanowi, który zdjął okrycia z ciał. Na starcie było dość przeciętnie, nie były to pierwsze ciała, które widzieli. Dwumetrowy, różowy gnom był dość imponującym widokiem, ale nie byli gotowy na "palczaste" stworzenie. Oboje poczuli jak przewraca im się w żołądkach, ale na szczęście udało im się uspokoić - Proszę bardzo. - Filia wskazała Khalowi na ciała - Miłej zabawy.
      - Definitywnie będzie… - stwierdził Viktor, ale nie miał w głosie krztyny wesołości.
      Sięgnął ręką za poły kaftana do nadwymiarowej kieszeni i chwycił wątłego wróbelka. Nie wiedział nawet czy wciąż żyje, ale liczył na to. Ścisnął odrobinę mocniej, gdy szeptał inkantację, sięgając do jego sił życiowych i wchłonął je… było ich już tak niewiele… ale nie ich wielkość tak naprawdę miała znaczenie, ale o niematerialną więź życia ze śmiercią nawiązaną gdy maleństwo umarło w jego dłoni. Uchwycił ją i zaczepił o swoją własną moc. To była mroczna magia, wypełniająca niepokojącym poczuciem siły. Wziął gwałtowniejszy wdech nozdrzami, pozwalając pierwszej euforii przyjść oraz odejść. Wypuścił powietrze ustami dłuższym gestem.

      Postawił na stoliku dwa drewniane kubki i wypełnił cienkim winem. Wymawiana nad nimi inkantacja dłużyła się odrobinę gdy błogosławił trunki.

      Pozwolił magii rozlać się po jego ciele znacznie głębiej niż wlało się samo wino, a gdy poczuł, że to już… zabrał swoje przyrządy…
      - Poczęstuj się, Kaylie - zaproponował, wskazując gestem pozostały kubek i podszedł do pierwszego ciała. Gnoma-giganta. Palczastego zostawił na później.
      Zaczął od światła. Świece były drastycznie niewystarczające. Kilka nonszalanckich pstryknięć palców później, które tak naprawdę wcale nie były elementem zaklęcia, sufit jarzył się siłą lipcowego słońca, choć bez jego ciepła. Rozpalił również kilka świec magicznym światłem. Aby mieć przenośne źródła dla mniej wygodnych kątów.

      Drugim etapem były notatki… chodził wokół zapisując w notesie obserwacje. Segregował je względem części ciała. Z każdym kolejnym okrążeniem wchodząc głębiej w szczegóły. Zakładał, że może chcieć w przyszłości je przejrzeć i chciał wtedy mój jeszcze raz to przeżyć.

      Kaylie wzięła kubek z niepewną miną, aby zaraz zamknąć oczy i wypić zawartość. Nie wiedziała czy powinna lubić ten efekt pochodzący z siły życiowej… ale z zawstydzeniem musiała przyznać, że sprawiał jej jakąś przyjemność, gdy ją pochłaniało to uczucie. Starała się jednak o tym mocno nie myśleć, sama poszukując jakiś wskazówek w umęczonych ciałach.

      Inspekcja wszystkich zwłok trochę im zajęła, jednak po kilkunastu minutach byli gotowi podzielić się swoimi spostrzeżeniami.
      Niestety nie byli w stanie dostrzec jakiś szczególnych znamion na każdym z ciał.
      Avruil dostrzegła magiczny glif wyryty za jednym z elfich uszu kobiety. Była w stanie wyczuć negatywną energię, która ciągle się w nim jątrzyła.
      Khal podobny glif znalazł na gnomie, chociaż nie rozumiał jego działania. Utrzymanie się rozmiarów i proporcji gnoma nawet po jego śmierci i tak długim czasie odrzucało standardową magię. Dostrzegł również zaschniętą krew na "skrzelach" u gnoma. Najwyraźniej zastąpiły one standardowe płuca biedaka.
      Oboje szybko znaleźli glif na orku, ale też i kilka innych rzeczy. Klanowy tatuaż "Złych Toporów", klanu który od lat żyje w lokalnych górach. Do tego ślady wokół uciętej ręki dawały do zrozumienia, że została ona usunięta po śmierci orka. Khal znalazł w ranie pojedynczy malutki owocnik grzyba głębinowego, wskazujący, że ciało przed wyrzuceniem było trzymane w jaskini.
      Istota pozbawiona twarzy nie wydała żadnych poszlak, Avruil musiała na kilka chwil się odsunąć, nie była w stanie się jej przyglądać długo.
      Na końcu istota składająca się z palców. Khal nawet nie wiedział od czego zacząć, żeby coś zauważyć i szybko się poddał. Avruil dostrzegła, że o ile większość palcy jest sklejona, niektóre dawało się rozsunąć, aby zajrzeć pod ich wierzchnią warstwę. W jednym z tych rozsunięć znalazła znany im już glif. W kolejnej znalazła kolejny i kolejny i kolejny. Niestety nie była w stanie zrozumieć celu takiej ilości.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez Seach
        #27

        text alternatywny

        Widok nie był miły Kaylie, a palce ją zniechęciły do dalszych badań.
        - To z palców... Chyba składa się z więcej niż jednej osoby... - spojrzała w drugą stronę - Pod nimi są nekromantyczne glify, a ona... - wskazała na pierwszą ofiarę - Wciąż nosi w sobie trochę negatywnej energii z zaklęcia...

        - Ciała nie posiadają śladów interwencji chirurgona. Brak cięć, ani szwów, czy blizn po takowych. Zostały usunięte magicznie, albo cały proces był czysto magiczny.

        - Druga głowa orka również bez śladów interwencji chirurgona, jednak nie jest to efekt niekontrolowanej magii regeneracji. Coś takiego, w teorii, by w bardzo konkretnym przypadku wytworzyło bliźniaczą głowę. Ta ma inne rysy.

        - Płeć zezwierzęconej połowy kobiety się zgadza, ale nie wyklucza to jeszcze zespolenia ciała z dwóch osobnych połówek… i wygląda jakby tak właśnie było. Trzecia ręka jest oczywiście nie wymutowana a dodana. Również brak śladów anatomicznego połączenia, ale trzyma się ona solidniej niż gdyby była przyłączona do tkanek miękkich. Prawdopodobnie również kościec jest zespolony. NIE należy ona do naszego Złego Topora. Jest mniejsza, smuklejsza. Przy bliższym porównaniu ma inny odcień i rzadszą szczecinę.

        - Ciało bez twarzy jest wyjątkowe w nieposiadaniu żadnego glifa. Może został utracony w procesie? Pod skórą nie czuć uzębienia, kształtu szczęki ani nawet gałek ocznych. Nie będzie w stanie wypowiedzieć słowa nawet jakby rozciąć tkankę miękką. Nie nadaje się do rozmowy i nie mam nawet pomysłu co mogłoby dać mu tę możliwość. Może bardzo potężne odnowienie? Nie mam do takowego dostępu.

        - Paczasty… ughh… Zgadzam się z Kaylie, że może być zlepkiem większej ilości ciał. Kształt jest z goła nieludzki, ale definitywnie magicznie połączone. Między naroślami znajdują się zbyt wielkie usta prawie pozbawione czerwieni wargowej sięgające niemal od ucha do ucha. Kształt bardzo przybliżenie humanoidalny. Jeśli wnioski są poprawne… to zwyczajnie nie wiem jak ciało zachowa się pod zaklęciem.

        - Gnom w porównaniu do dwóch poprzednich wydaje się wręcz nieciekawy, ale utrata płuc może utrudnić komunikację. Jednak czytanie z ruchu warg zawsze pozostaje opcją.

        Khal cofnął się krok. Wymruczał pod nosem śpiewną inkantację i otworzył oczy szerzej na magię, ale nie dostrzegł nic nowego.

        - Przed obudzeniem spróbowałbym jeszcze usunąć glif z ciała kobiety. Prawdopodobnie nic się nie stanie, ale może jednak tak… i wtedy da nam to wgląd w jego zachowanie. Ekstremalnie dobry scenariusz: to tak naprawdę jest efekt zdegenerowanej magii transmutacji i efekt jest utrzymywany glifami, a usunięcie ich przywróci ciała do ich pierwotnego kształtu umożliwiając bezproblemową komunikację. Fakt, że ciało zdeformowane drastycznie bardziej niż inne posiada drastycznie więcej glifów jest tu argumentem za. Brak glifów na ciele bez twarzy jest argumentem przeciw, ale może jest schowany w środku ciała?

        - Chciałbym jeszcze poznać kilka szczegółów, ale większość z nich jest mocno inwazyjna i chwilowo bym tego unikał. Ograniczę się do obejrzenia mięśni człowieka bez twarzy. Wyglądają mi podejrzanie i chcę je obejrzeć. Potem zaszyję otwarcie.
        Viktor nie czekał na pozwolenie Filii, ale też nie spieszył się. Miała dużo czasu aby zaprotestować nim rozłoży narzędzia na pobliskim stoliku.
        Duncan uniósł rękę chyba chcąc coś zasugerować.
        - A gdyby włożyć te skrzela gnoma do wody? Może wtedy byłby w stanie mówić?
        - Anatomia na to nie pozwala. Nasze struny głosowe wymagają osnowy powietrza aby działać poprawnie, ale… to na pewno nie zaszkodzi. Jest drobna szansa, że wraz ze skrzelami i struny głosowe mu wymutowały akurat w ten jeden sposób, że zasilane wodą będą wydawać dźwięki zrozumiałe w powietrzu… kto tam wie Matkę Potworów. Trzeba by go powiesić za kostki i opuścić do wysokości oczu do bani z wodą.
        Filia przez chwilę przyglądał się ciałom zanim coś powiedziała.
        - Zakładasz, że to co widzimy nie było przewidzianym efektem tego szaleńca?
        - Jestem tego niemal pewny. On eksperymentuje. Sprawdza co da się zrobić. Na pewno ma jakiś ostateczny cel, ale bym zgadywał, że jeszcze go nie potrafi osiągnąć. Nie wiem jak się w tym komponuje to, że zostawiał nam ciała byśmy je znaleźli.
        - Rób co uważasz za konieczne. - odparła komendant - Przeprowadź mnie przez proces.
        - Viktorze... Nie wiem czy na pewno tylko jedną duszę wezwiesz... - odezwała się Kaylie - To w sumie... Dziwna hybryda. Szczególnie to z palców.
        - Ciężko określić jak się zaklęcie zachowa. Co zostanie obudzone - zaakcentował frazę - bo wciąż oprotestowuję mówienie o przywołaniu duszy… Może zaklęcie obudzi jeden kawałek ciała, a może uzna, że ten zlepek jest jedną istotą… w bardzo nieprawdopodobnym scenariuszu może rzeczywiście przywoła coś innego. Niezależnie od tego która z tych opcji się sprawdzi… może zadziałać albo nie. To jest skrajnie niestandardowy przypadek użycia tego zaklęcia. Gdy słyszałem wczoraj o mutacjach to wyobrażałem sobie dzikie transmutacje, gdzie wszystko jednak pochodziło z jednego ciała. Wtedy sprawa byłaby klarowna.
        W końcu był gotowy. Odwrócił głowę Moriany na bok.
        - Przystępuję do usunięcia glifu z ciała kobiety. Zacznę od czterech płytkich nacięć wokół… - w czasie opisu planów już wykonywał pierwsze cięcie skalpelem i dalej też na bieżąco informował co robi. Pensetą odciągnął mały rożek skóry i drobnymi cięciami oddzielał ją od reszty ciała. Powoli i ostrożnie. Przewidywał, że nic się nie stanie, ale nie miał pewności.
        Usunięcie glifu przeszło bez problemów, Khal zauważył, że tkanka pod glifem była widocznie w bardziej zaawansowanym stadium rozkładu niż reszta ciała.
        - Brak doraźnych efektów - skomentował Viktor gdy odcięty płatek skóry leżał już od pół minuty obok kobiety - Do czegokolwiek służył glif zdaje się, że już wykonał swoje zadanie. Jednak ciało pod nim wyraźnie zdegradowało pośmiertnie w przyspieszonym tempie względem reszty. Możliwe, że przez negatywną energię którą zaobserwowała Kaylie. Potrzebne potwierdzenie - zadecydował i przedł do gnoma. Znów sukcesywnie opisywał swoje działania gdy dokonywał tym razem tylko trzech nacięć wokół glifu, aby odsłonić i obejrzeć ciało pod nim, a nie go całkowicie odciąć.
        Tym razem ciało pod glifem nie było w stanie rozkładu, jednak sam symbol zdawał się wkopywać głębiej, jakby wierzchni symbol wypalił się w głąb ciała.

        Po zaraportowaniu obserwacji Viktor podrapał się po skroni nadgarstkiem, umyślnie trzymając palce z daleka od siebie. Tyle z prostej sprawy. Nawet glifu nie mogą być konsekwentne w swoim zastosowaniu.
        - Zajrzę jeszcze pod glif orka i przynajmniej dwa palczastego, jeśli uda mi się do nich dostać. Nie wiemy które strzępy informacji okażą się za chwilę, bądź w przyszłości użyteczne.
        - Pani komendant, dorosłem do tej myśli i podoba mi się pomysł z wodą - stwierdził szykując się już do kolejnego glifu - I nie trzeba będzie go wcale wieszać. Wystarczy aby głowa mu wystawała za stół opadając do dużej misy. Da się poprosić kogoś z twoich ludzi aby taką nam zorganizował?
        Filia kiwnęła głową Duncanowi, który pośpiesznie opuścił pomieszczenie. Viktor w między czasie przeszedł do kolejnego zadania. Mięso pod glifem orka było nietknięte.
        - W sumie, gdybyś miał wskrzeszać Orka, to którą głowę? - zapytała komendant.
        - Obie z nich mogą coś wiedzieć czego nie wie druga… - odpowiedział Viktor, tak naprawdę nie wiedząc jak zaklęcie się zachowa. Zgodnie z całą jego wiedzą mogło powołać obie głowy “bo jedno ciało”, jedną albo żadnej. - Ale dodatkowa nie jest połączona z płucami, więc nie będzie w stanie wydać z siebie dźwięku. Więc zacząłbym od głównej… Ughh… - skrzywił się nieprzyjemnie, gdy podszedł do “palczastego”. - Odrażająca robota… - Skomentował szukając kąta pod którym mógłby jeden glif sięgnąć.
        To zadanie zajęło dłużej, gdyż palce, z których składała się istota były sztywne i utrudniały zajęcie. W końcu udało mu się wyciąć dwa glify, jak się okazało pod spodem znajdowała się kolejna warstwa palcy. Czyżby każdy organ, mięsień i kość w istocie została zamieniona na palczasty odpowiednik?
        W tym momencie Kaylie odwróciła się blada i jakby przewróciło jej się w żołądku.

        Palce…. Oślizgłe i mokre od krwi i płynów ustrojowych. Pomarszczone jak od długiej i gorącej kąpieli, palce nie działały na żołądek. Viktor cieszył, że obie kobiety miał za plecami bo dało mu to czas aby odzyskać zimną krew. Odłożył skalpel na bok i oparł się ciężko na stole, na swoich pięściach i zastygł tak na dwa oddechy.
        - Transmutacja w “palce” wyraźnie objętościowa, a nie tylko na powierzchni ciała. Nie wiadomo jak głęboko. Możliwe, że aż do kośćca. Glify, jak można było się spodziewać, muszą odgrywać kluczową rolę w mutacjach. Ich wielka ilość była potrzebna bądź spowodowała to wynaturzenie.

        - Moja ciekawość powoli się wyczerpuje. Przechodzę do ciała pozbawionego twarzy. Rozetnę skórę lewego przedramienia wzdłuż wierzchu dłoni, oraz obwodowo przed nadgarstkiem oraz łokciem aby odsłonić mięśnie, kości i naczynia krwionośne…
        Było to zadanie trudniejsze niż można by sądzić. O ile skóra rozcięła się dość łatwo, nie mógł rozróżnić poszczególnych tkanek. W końcu znalazł kość właściwą istoty, ale wszelkie mięśnie, tkanki łączne czy żyły wydawały się zlane w jednolity blok... mięsa.

        - To… - Viktor wskazał niechlujnym gestem całe ciało - W żadnym momencie nie miało prawa żyć. Jest pozbawione układu krwionośnego, nerwowego, limfatycznego, integumentarnego… jakby sie przyjrzeć egzokrynowego też nie ma i podejrzewam, że tnąc dalej moczowy i rozrodczy, a może nawet oddechowy również byłyby nieobecne. Sam kościec oblepiony tkanką jak drobno zmielona… nienawidzę, że tego porównania jestem zmuszony użyć… kiełbaska i całość oblepiona skórą. Prawdopodobnie nałożono glif który rozpoczął transmutację i po drodze sam glif został przez nią pochłonięty… dalsze sekcje raczej nie przyniosą więcej wniosków - stwierdził ukrywając zawód. Tak naprawdę liczył na więcej poszlak znalezionych na skórze, zawężających obszar poszukiwań. - No trudno.

        Viktor owinął skalpel kawałkiem nasączonego w ziołach materiału i odłożył go do bocznej komory. Do późniejszej poważnej dezynfekcji. Sam znalazł w sali misę z woda i mydłem i bardzo dokładnie wyszorował ręce aż po łokcie.

        - Przechodzimy w takim razie do właściwego celu tego spotkania. Zaczniemy od kobiety. Jest w najbardziej “jednoznacznym” stanie. Przyjmiemy, myślę, metodykę od szczegółu do ogółu. Zaczynając od bardzo szerokiego pytania “co wiesz o twoich porywaczach”. Dostaniemy bardzo ogólną odpowiedź pozbawioną szczegółów i będziemy musieli wyłowić z niej wątki o które warto dopytać. Będziemy mieć tylko cztery pytania. Nie wiemy czy kultyści mają tylko jedną siedzibę. Prawdopodobnie tak, ale nie możemy wykluczyć, że jest więcej miejsc a nawet więcej “twórców”. Jednak mamy za mało pytań aby to potwierdzić… - zatrzymał się na chwilę w zamyśleniu. - Złe Topory prawdopodobnie nie trzymają się w jakimś konkretnym “rezerwacie” i ten ork mógł zostać zagarnięty praktycznie z dowolnego miejsca w Evercrest, prawda? -
        - Mają "twierdzę" gdzieś ukrytą w górach. Palisada, kilka domków i namiotów. Pewnie złapali ich gdziekolwiek. - Filia zastanowiła się chwilę - Nie słyszałam, żeby coś się z nimi ostatnio stało, więc pewnie jakiś zwiadowca, albo łowca zdobyty z dala od swojej grupy.
        - Id est anus. Nic nam to nie podpowiada. No dobra… to zaczynamy. Pytania JA będę musiał zadawać. Pomiędzy sobą możecie swobodnie rozmawiać, ale jeśli ja bym zadał którejkolwiek z was jakieś pytanie to niezależnie jak je sformułuję ryzykujemy, że ciało i tak na nie odpowie, więc nie będę tego robił.

        Viktor podszedł do ciała kobiety, położył dłoń na jej czole w niemal czułym geście i rozpoczął inkantację…

        Oczy kobiety po chwili otworzyły się szeroko i można było słyszeć łapczywe chwytanie powietrza. Rozkojarzony wzrok wodził po pomieszczeniu w końcu zatrzymując się na kapłanie.

        - Moriano. Spotkała cię niesprawiedliwość - zaczął Khal, podniosłym nieco głosem, wręcz recytując. W dłoniach trzymał już notes i pióro aby notować odpowiedzi na przyszłość. - Chcemy ukarać złoczyńców i uchronić innych przed ich złem, ale potrzebujemy w tym twojej pomocy. Opowiedz nam… co wiesz o tych cię porwali?
        - Było ich czterech. Śmierdzieli, ale nie brudem. Ubrani byli w ciemne szaty. Rośli, wysocy, nie porozumiewali się bardziej ponad pomruki. - odpowiedź kobiety była spokojna, metodyczna.
        - Jakbyś miała mi pomóc odnaleźć miejsce gdzie cię trzymali, co byś powiedziała?
        - W podziemiu. Chyba jakieś ruiny. Kiedy uciekałam stamtąd widziałam światła miasta.
        - Jak długo im zajęło przetransportowanie ciebie od uchwycenia do miejsca gdzie cię trzymali?
        - Nie wiem. Ogłuszyli mnie. Obudziłam się już na miejscu.
        - W czasie ucieczki… opisz mi najbardziej charakterystyczne elementy terenu.
        Zwłoki kobiety jedynie się beznamiętnie przyglądały kapłanowi.
        - Pytanie z jakiegoś powodu było błędne… - skomentował Viktor, bardziej do żywych pań, rozważając co może być tego powodem, ale nie zwerbalizował przemyśleń. Ciała potrafiły czasem odpowiedzieć nawet na twierdzenia.
        Kaylie wtrąciła się szeptem.
        - To nie było pytanie...
        Viktor otworzył usta, ale zamknął je szybko i spuścił powietrze, rozbawiony odrobinę. Zbyt wiele wątków myślowych na raz.
        - Ergo… było błędne - niby zaprzeczył, ale tak naprawdę przyznał jej rację.
        - Jakie były charakterystyczne elementy terenu w czasie twojej ucieczki?
        - Drzewa? Widziałam miasto zanim umarłam. - i z tymi słowami ciało kobiety ponownie wróciło to stanu nie ożywionego.
        - No, to było pouczające. Jesteś pewny, że wiesz co robisz? - zapytała Filia - I czemu nie zapytałeś jej jak umarła?
        Kaylie tylk0 stała z boku, uśmiechając się pod maską. Ciekawe jak wyjdzie z tego Khal.
        - Rozmowa ze zmarłymi to nie do końca nauka - Viktor nie dał po sobie poznać irytacji narodzonej z krytyki - Standardowe schematy nie działają i zmarli potrafią różnie odpowiedzieć, jeśli się pytanie ułoży odrobinę inaczej. Na ten moment wiemy, że jest ich prawdopodobnie czwórka. Rośli i wysocy. Śmierdzą. Może hobgobliny? Trzymają ich w podziemiach, może ruinach, ale po wyjściu z nich widać światła miasta. Zakładam, że nocą. Liczyłem, że będzie coś bardziej charakterystycznego niż drzewa w lesie. Może jakiś głaz. Wzniesienie. Wyjątkowo wielki dąb. Nie udało się. Możliwe, że pytanie o szczegóły śmierci dałoby więcej informacji, ale musiałem zgadywać. Jeśli w ciągu tygodnia nie rozwiążemy sprawy będziemy mogli zapytać ją ponownie.
        - Możliwe, że zaszło pewne nieporozumienie w komunikacji - kontynuował po niecałych dwóch wdechach - w czasie gdy rozmawiam ze zmarłym wy możecie się odzywać, sugerować a nawet proponować pytania. Póki ja tego pytania nie powtórzę zmarły nie zareaguje. Mamy jeszcze dwie próby dzisiaj. Myślę, że gnom będzie kolejny. Nie miałbym też oporów przed przyjęciem pomocy. Więc jeśli w trakcie którakolwiek z was uzna, że jakieś pytanie powinno zostać zadane, to bardzo was proszę… nie krępujcie się.
        - Może jednak spróbuj z orkami? - zaproponowała Filia - Duncan pewnie szuka dostatecznie dużego wiadra. A nie ma co ryzykować ze zmarnowanym zaklęciem. Kto wie, może dostaniemy dwie odpowiedzi w cenie jednej?
        Khal kiwnął głową i podszedł do orka. Położył dłoń na czole oryginalnej głowy i rozpoczął inkantację…
        Po kilku chwilach oczy obu orczych twarzy się otworzyły, a ciało orka usiadło wyprostowane. Cztery pary oczu zaczęły wertować pomieszczenie, aż w końcu zatrzymały się na Khalu.
        Kaylie stanęła za kapłanem zaciekawiona jak on spróbuje gadać z orkami.

        Viktor cofnął się dwa kroki by mieć dobry widok na nieboszczyków. Odwrócił się do kobiet, prezentując ich gestem dłoni, jakby proponował im wybór butelki wina. Gdy po kilku oddechach żadna nie wyrwała się aby samej zadać pytanie wrócił spojrzeniem do orków.
        - Nie wiem jak się zachowa zaklęcie w tej sytuacji - skomentował krótko, nie wchodząc w dywagacje o możliwościach, bo zbyt łatwo mogły zabrzmieć one jak pytanie.
        - Zły Toporze. Potraktowano ciebie niehonorowo. Naszym celem jest zemsta na złoczyńcach co cię skrzywdzili. Pomóż nam w tym. Jakie są najbardziej charakterystyczne elementy terenu, fauny albo flory najbliższych okolic miejsca w którym cię przetrzymywano?
        Zapytał i spojrzenie twardo tkwiło na ustach dodatkowej głowy. Dawno nie odświeżał umiejętności czytania z ruchu warg... no i mimika werbalna orków wydawała się być nieco inna od ludzkiej. Jak inna? Miał się przekonać.
        - Eeee… - zaczęła "główna" głowa Orka zanim głowa w torsie się odezwała.
        - Jeleń!
        - Tak, jeleń i te no.. jeż.
        - I bober.
        - I drzewa!
        - Ano drzewa!
        - I wzgórza i jezioro! - obie głowy zdawały się być zadowolone z ilości informacji, którymi były w stanie się podzielić.
        Khal zanotował wszystkie odpowiedzi, choć tak naprawdę interesowało go “jezioro i wzgórza”.
        - To nie jest normalne zachowanie ciał pod zaklęciem - poinformował kobiety nie patrząc na nie - Zachodzą tu jakieś niespotykane interakcje, prawdopodobnie ze wcześniejszymi zaklęciami. Niemal na pewno nic z tego nie będzie, ale bądźmy czujni - ostrzegł i potwierdził, że młotek bojowy przy jego pasie da się łatwo i szybko wyciągnąć, sugerując jaki scenariusz postrzega jako możliwy najgorszy.
        - Co wiesz o tych co was uprowadzili i prowadzili eksperymenty?
        - Mistrz soczków? Przybył do obozu. - zaczęła główna głowa - Obiecał wodzowi soczki, aby wojownicy byli silni i wytrzymali. W zamian dostał mnie i Gozgura. - ręka orka wskazała na głowę w swoim torsie - Mistrz soczków poił nas swoimi soczkami. Ja urosłem duży, taki duży i silny! Gozgur zrobił siem mondry. Wtedy mistrz nas skeił. Ja byłem górą i rękoma, Gozgur nogami. Mistrz był bardzo z nas zadowolony.
        - Były tam inne osoby, jakie Mistrz zmieniał? - zapytała nagle Kaylie.
        - Ano, dużo. Niektóre kroił, inne poił soiczkami. Kilka zanurzał w zupie i wychodzili inni.
        Viktor poczuł ukłucie stresu i ekscytacji gdy ciało odpowiedziało na pytanie Kaylie. Nie powinno tego robić. Powinno tylko go słuchać. Odłożył notes na stolik obok i wycofać się poza zasięg rąk orka. Na wszelki wypadek.
        - Jak możemy znaleźć Mistrza?
        - Musicie mieć kogoś, kto lubi soczki. Wtedy sam was znajdzie.
        - Gdzie znajduje się wasz obóz z waszym szefem, co się układał z Mistrzem? - Kaylie odezwała się ponownie.
        - W górach. Między czterema kamieniami. - ciało orka jednak nie padło ponownie martwe. Dalej się przyglądało wszystkim najwyraźniej oczekując kolejnych pytań.
        Viktor był bardziej i bardziej spięty. Już pięć pytań z czterech, a zaklęcie wciąż działało. Rozruszał dłoń, by być gotowym jakby zrobiło się brzydko.
        - Jak znaleźć wejście do miejsca w którym poił was soczkami, gdy już będziemy nad tamtym jeziorem?
        - Nie wiemy.
        - Jak Mistrz wyglądał? - wtrąciła znowu bez obawy.
        - Człowiek, chyba. Trochę wyższy niż ten tu. - główna głowa poruszyła się wskazując na Khala - Ubrany w długie ubrania, nie ze skóry. Ciągle w chodzi w masce, która ma taką długą rurkę do dużego kanistra z soczkiem na plecach. Ma cztery ręce, dwie bez palców. Jedna ma ostrze z zębami a druga bez.
        - Jak znaleźć któregoś z jego pomocników?
        - Nie da się. Nie wypuszcza ich z kryjówki, chyba, że na łowy. - i z tymi słowami ciało legło na stole, ponownie wśród umarłych.
        Khal się rozluźnił gdy ork opadł na swoje łoże.
        - Więc wygląda na to, że zaklęcie dało nam po cztery pytania na każdą głowę. Do tego byli żwawsi niż zwykle się to widuje - stwierdził, sięgając po odłożony notes i szybko zapisał wynik dyskusji, póki była świeża w pamięci.
        - Ile mamy jezior w Evercrest? - zapytał spoglądając na komendant, nie przestając wcale notować.
        Filia spojrzała w sufit licząc coś pod nosem.
        - Cztery duże, jakieś dziesięć mniejszych i nawet nie wiem ile jeziorek. Lasów też mamy w bród. Podejrzewam, że możemy jednak ograniczyć poszukiwania do kilku konkretnych, w okolicach gór. Wycieczka w tą i z powrotem wyglądając tak jak on, w towarzystwie kilku osiłków i dwóch orków przykułaby uwagę.
        - Plus Moriana po ucieczce z tego miejsca widziała światła miasta - dodał Viktor - Zależnie od struktury geograficznej okolicy to też może kilka opcji wykluczyć. I warto sprawdzić czy nie znajdziemy czegoś o ruinach. Możliwe, że znów by zawęziło opcje. Mamy w Evercrest jakąś poważniejszą bibliotekę? Taką co miała by mapy które mógłbym spróbować skompilować w jedną funkcjonalną na nasze potrzeby?
        - Jeżeli potrzebujesz porządnej mapy okolic, to mamy taką na komendzie. - odpowiedziała Blackfyre - Jestem wdzięczna za pomoc. Chcesz przesłuchać, jeszcze któregoś?
        - Chętnie potem spojrzę i najchętniej pożyczę. Teraz został nam gnom i palczasty, bo nie bardzo wierzę aby pan-bez-twarzy był w stanie z siebie słowo wydać. Preferuję gnoma. Zaklęcie dziwnie się zachowywało już przy orkach. Przy czymś z tak wielu ciał nie jestem w stanie przewidzieć jego zachowania… Hmmm… - zamyślił się Viktor na chwilę, korzystając, że Duncan wciąż szukał odpowiedniej misy czy wiadra.
        - Czy jeśli zatroszczę się o magiczną konserwację ciał, to po wszystkim mógłbym dostać do nich cotygodniowy dostęp? Opisanie i skodyfikowanie mankamentów niektórych zaklęć w kontekście takich ciał byłoby czymś czego nikt, wedle mojej wiedzy, jeszcze nie zrobił.
        - Viktorze. Zakładam, że w Cheliax ofiary przestępstwa są zasobem jak każdy inny, ale w Evercrest staramy się szanować zmarłych. Masz do nich dostęp tylko na potrzeby tego śledztwa i ani sekundy dłużej. - głos Filii był stanowczy -Duncan za chwilę powinien się zjawić z odpowiednim wiadrem z wodą. I faktycznie w przeciągu kilku minut wymieniony strażnik, w towarzystwie dwóch innych, przynieśli szeroką balię z wodą i umieścili ją pod głową gnoma. Kilka chwil później przynieśli krzesło, aby utrzymać ją w odpowiednim miejscu i zanurzyli w iej głowę i skrzela zmutowanego denata. Filia zerknęła na Goodmana czekając na jego następny ruch.

        - Wielka szkoda - skomentował tylko Viktor, ale nie było w jego głosie zarzutu czy pretensji ani nawet protestu. Może nadarzy się jeszcze okazja nim to wszystko się zakończy.

        Inkantacja nie była długa ani w żaden sposób inna niż wcześniejsze. Jedynie Viktor musiał kucnąć przed ciałem by sięgnąć jego czoła.

        Po kilku chwila ciało gnoma wydało się wciągnąć powietrze, jednak jedyne co to wywołało delikatne bulgotanie w balii z wodą. Poza tym ciało pozostało bez ruchu.

        Viktor pochodził kilka momentów wokół nieboszczyka, szukając pozycji w której dobrze i wygodnie widział jego usta.
        - Fix Galii. Zostałeś skrzywdzony. Poszukujemy złoczyńcy który jest za to odpowiedzialny. Pomóż nam. Co wiesz o lokacji i okolicy miejsca, w którym ciebie przetrzymywano?
        - Stare laboratorium. Chyba nie jego, odziedziczył, albo zagarnął. Obszerne, wiele cel i dużo przestrzeni. Wejście nie znajduje się daleko od miasta, ale samo laboratorium jest głęboko pod ziemia. - głos gnoma był trochę mokry, bulgoczący, ale dostatecznie wyraźny.

        Viktor wydał z siebie czysto mentalne westchnięcie ulgi, że nie musiał sprawdzać swej umiejętności czytania z ruchu ust. To nie musiało się wcale poprawnie skończyć.
        - Jak znaleźć wejście do tego laboratorium?
        - Stara kopalnia srebra. Najniższy poziom zawalił się kawałek, odsłaniając laboratorium. - Filia uniosła brwi, ale nic nie powiedziała, pozwalając Viktorowi kontynuować przesłuchanie.
        - Jak wielu ludzi i nie-ludzi tam widziałeś, nie licząc porwanych ofiar?
        - Nie wiem, czy którekolwiek z nich jest jeszcze "ludźmi". Razem z nim jest ich trzynastu.
        - Ostatnie pytanie na dziś - zwrócił się Viktor do kobiet - Jeśli któraś ma jakiś pomysł to jest to ten moment. Ja bym dalej pytał o potencjalnie zabezpieczenia między kopalnią a laboratorium, bo mogli nie zadowolić się ukryciem wejścia.
        - Wątpię, aby coś wiedział o tym. - zauważyła Filia - Był więźniem, nie architektem ich kryjówki. Może zapytaj, czy pamięta ilu jeszcze więźniów było tam?
        - Był więźniem który nigdy nie miał zostać wypuszczony. Są realne szanse, że czuli się pewnie i na przykład hipotetyczne hasło do hipotetycznych magicznych drzwi przy nim wypowiedzieli, albo coś w tym stylu… to jest pewna szansa na ważną informację taktyczną. Szacowałaś, że jest koło dwudziestu porwanych. Dookreślenie, że jest ich pięć czy dziesięć ofiar więcej czy mniej jest dla nas praktycznie istotne? - zapytał z zainteresowaniem, nie pozostawiającym wątpliwości, że jest otwarty na wszelkie odpowiedzi.
        - Pomogłoby mi z ustaleniem ile wozów transportowych trzeba zabrać... - mruknęła komendant - Dobra zadawaj swoje.
        Kaylie jedynie machnęła ręką, aby Viktor się nią nie przejmował.
        Goodmann kiwnął głową porzucając docinek “to zabierzemy jeden lub sześć wozów więcej!”.
        Zwrócił się znów do nieboszczyka.
        - Wedle twojej wiedzy… Jakie metody utrudnienia dostępu do laboratorium zastosowali przeciw komuś kto już jest w kopalni?
        - Klan goblinów. Zamieszkują wyższe poziomy kopalni. - po tych słowach gnom ponownie zesztywniał martwy, Filia westchnęła.
        - Mamy jakieś poszlaki. Szkoda, że ciągle nie wiemy gdzie jest to jego laboratorium. - uniosła dłoń zanim Viktor zdążył coś powiedzieć - W okolicach Evercrest nie ma i nigdy nie było kopalni srebra. Przynajmniej żadnych oficjalnych.
        Viktor sięgnął dłonią do czoła i rozmasował swoje skronie. Powstrzymał się od bezsensownego już pytania “dlaczego dzieli się tą wiedzą teraz, z nie dwa pytania temu?”.
        - Mam jeszcze jedną wątpliwą sztuczkę w rękawie, ale to za chwilę… myślałas o zaangażowaniu w tę sprawę Ferna Efeliego? Jest dywinatorem. To jest perfekcyjna specjalizacja dla takich właśnie spraw.
        Filia złapała się dramatycznie za czoło.
        - Masz rację! Czemu ja nie pomyślałam, aby zaangażować utalentowanego wieszcza do znalezienia ponad dwóch dziesiątek porwanych ludzi? - jej głos ociekał sarkazmem - Nic nie znalazł. Parszywiec musi mieć jakieś magiczne zabezpieczenie przed wieszczeniem. - zastanowiła się chwilę - Muszę odwiedzić naszych drogich krasnoludów. To oni twierdzili, że na tych terenach nie ma srebra, jeżeli nas okłamali... no cóż, Baron zadowolony nie będzie.
        Kaylie chciała coś powiedzieć... ale przecież nie mogła podkopywać Khala. Takie smutne...
        - Hmmm… - zastanowił się Khal, nie okazując by przejął się sceną - To jest cenna informacja. To moje wieszczenie będę musiał gdzieś w okolice tego Mistrza wycelować, a nie w niego. Możliwe, że jego ekranowanie jest bardziej personalne. Zastanowię się nad tym i prześlę ci czego się dowiedziałem. Jutro spróbujemy z dwoma pozostałymi. Nie dowiemy się raczej dużo, ale nie zaszkodzi spróbować. Tymczasem jakbym mógł pożyczyć od was porządną lokalną mapę to byłbym wdzięczny. Posiedzę nad nią z notatkami z przesłuchania. Może coś przyjdzie do głowy.
        - Oczywiście. Duncan zabierz proszę naszego konsultanta do biblioteki. Ah, i Viktorze. - kobieta spojrzała Khalowi prosto w oczy - Czczenie diabłów może nie być karalne w Evercrest, ale nie jesteśmy temu przychylni. Rozumiemy się?
        Viktor opuścił na moment głowę, jakby w geście rezygnacji.
        - I dlatego wolę to zachowywać dla siebie. Nieważne kim jestem czy co robię, ważne są moje afiliacje z boskim patronem. Znowu. - W jego głosie pobrzmiewała… rana… ubodnięcie. Wyciągnął rękę w przyjaźni i nie zauważono jego chęci, a diabła. Znowu.
        - Może w ten sposób… - podniósł na nią wzrok, marszcząc brwi w niezadowoleniu, opierając pięści na biodrach - Nie jesteście PRECYZYJNIE CZEMU przychylni? Jak ta nieprzychylność się będzie objawiać? Czy mam rozumieć, że będę persona non grata kiedy tylko przestanę być potrzebny? Bo na razie to tylko chciałem pomóc lokalnej społeczności nawet o nagrodę nie pytając.
        Głos miał spokojny. Nie napędzał się, nie przyspieszał ani nie podnosił go. Pozostawał twardy i zdecydowany, ale nie sugerował niechęci pomocy, czy groźby jej wycofania.
        Komendant uniosła brew.
        - A ja zawsze chciałam różowego kuca jednorożca. - odparła na chęć pomocy bez nagrody jaką obiecywał Viktor - Jesteśmy przeciwni kultom i szerzeniu piekielnej wiary. I uwierz mi, trudno będzie mi uwierzyć, że jako KAPŁAN Asmodeusa czy jakiegoś innego, jesteś tu tylko po to, aby założyć poradnię adwokacką. - Filia westchnęła - Trzymaj swoją wiarę przy sobie, a problemu nie będzie. Mimo wszystko pomagasz nam, kiedy inni kapłani uparcie odmawiali. Więc, mogę oddać delikatną modlitwę dziękczynną za ciebie. Do kogo mam ją skierować?
        Viktor wydawał się… zmęczony tą dyskusją, ale nie tylko nią. Raczej serią dyskusji której ta była tylko kolejną częścią.
        - Jestem prawnikiem. Przede wszystkim. Nie przyjąłem żadnych święceń, nie nauczałem, nigdy nawet nie byłem w jego świątyni. Z Ostatnim Sędzią, Azazelem łączy mnie przede wszystkim wiara w silne prawo prowadzące do dobrobytu społecznego. Takie któremu poświęciłem życie zawodowe, walcząc z malwersacjami w jakich lubuje Książę Ciemności. Pytanie które powinnaś mi zadać, które pomoże zrozumieć to “w takim razie dlaczego, z najbogatszych salonów Cheliax postanowiłeś przenieść się do tego zaścianku zwanego Evercrest?”
        Filia jedynie uniosła brew, pozwalając Viktorowi kontynuować myśl.
        - Więc?
        - Bo Cheliax śmierdzi, a ja się urodziłem w Oar’s Rest. Włamywałem się z przyjaciółmi do Browaru Zubina w Sodbury i piliśmy niedofermentowane jeszcze piwo. Brałem jakieś grosze za pomoc w noszeniu zboża do młyna Rakusa, a po wszystkim biegaliśmy po Starym Zrębie - wspomniał o nieużywanym już za jego czasów tartaku - Cud, że nikt z nas się nie zabił na tych pordzewiałych piłach. Jestem stąd. I od dekady odkładałem na później i na później próbę czy wciąż mam w sercu Rzeczne Królestwa, czy już zupełnie przesiąkłem siarką i smołą. I bogowie… nie jestem pewny.
        Filia wykrzywiła usta.
        - Jak na fałszywą historię dość niezła. Trochę prawdy, trochę kłamstwa. Jesteś tutejszy, na pewno, pominąłeś czemu przestałeś tu mieszkać i wylądowałeś w Cheliax. Zapomniałeś też wspomnieć jakie miałeś kontakty z tą biedną duszą, którą pochowano w lesie poza miastem. - komendant się uśmiechnęła - Może kiedyś umyjesz zęby i zdrapiesz siarkę z języka, ale na razie wystarczy mi ta bajeczka. Pytanie tylko mam, jak daleko chcecie brnąć w to dochodzenie?
        To była kolejna sytuacja, gdy maska była dobra. Pomagała Kaylie zakryć reakcję, więc na zewnątrz kobieta stała bez emocji jako wierny najemny ochroniarz.
        - A o bardzo wielu rzeczach nie wspomniałem - odpowiedział z uśmiechem - Brakuje na to trochę czasu i definitywnie na wiele z nich nie znamy się dość dobrze… Jak tak doinformowana jesteś… jesteś w stanie mi powiedzieć co się stało z tym grobem? Zastanie go w takim stanie było… nieoczekiwane i to jest bolesny cierń w moim siarkowatym sercu. Tisis Frey była dla mnie ważną osobą i traktuję to dosyć osobiście.
        - Szczerze nie wiem, jak powiedzieli mi, że odwiedziłeś jej grób sprawdziłam tą sprawę. Tisis Frey, kobieta skazana za konszakty z diabłami, po śmierci pochowana przez jedynego syna, który sam został wygnany z Evercest. Obecnie powinien mieć jakieś czterdzieści coś lat. - uśmiech nie znikał z twarzy Filii - Grób został zbezczeszczony jakieś dwa lata później, ale to było na dobre dwa lata przed moimi narodzinami. Założono, że nekromanta lub jakieś dzikie zwierzę to zrobiło.
        - Uhuh… Już mam własną obstawę? Uznam to za komplement - zachichotał pod nosem. - Jeśli kiedyś spotkam jej syna powiem mu, że o nim przynajmniej papier tu pamięta - odpowiedział z takim samym uśmiechem jakim sam był obdarzany. “Wiem, że ty wiesz i że wiesz, że ja wiem.”
        - Ale tymczasem… jeśli pomoc będzie mile widziana to byłbym na miejscu kiedy będzie się odbywał szturm na to laboratorium… klan goblinów plus trzynaścioro mutantów… to nie przelewki. Do tego czasu zrobię co w mojej mocy abyśmy odnaleźli bydlaka co to zrobił. - Wskazał ciała niechętnym gestem ręki.
        Filia kiwnęła głową.
        - Miasto na pewno będzie wdzięczne. Nie będę was już zatrzymywać. - Duncan otworzył drzwi.
        - Panie Goodmann, proszę za mną.
        Viktor kiwnął głową i dał się poprowadzić.

        Viktor i Kaylie zastali poprowadzeni szeregiem korytarzy i schodów do odosobnionego pokoju.
        Otwarte okna oświetlały szereg regałów pełnych różnego rozmiaru i jakości zwojów.
        Na środku pokoju był stół, na którym leżała rozłożona mapa. Nawet z poziomu drzwi Viktor widział, że przedstawia miasto i jego okolice w promieniu około dwustu kilometrów.
        - To powinno panu wystarczyć. - Duncan wyjął z szuflady kilka przyrządów kartograficznych i ułożył je na tacy, którą położył na stole.
        Viktor uniósł brew z powątpiewaniem i spojrzał na Filię, ale chwilę potem uśmiechnął się lekko ale serdecznie. Może odrobinkę pobłażliwie.
        - Przyda się jeszcze pudełko na przyrządy. I tuba na mapę. Wstępną analizę chętnie tutaj przeprowadzę, ale będę potrzebował ich jeszcze później. Obiecuję oddać w nienaruszonym stanie - zadeklarował z szerokim uśmiechem, kładąc dłoń na piersi.
        - A ja ci przypominam, że to śledztwo Straży i wszelkie dane i notatki zostają tutaj. - mina Filii zdradzała delikatne zmęczenie sztuczną grzecznością Viktora - Sama też będę chciała je przejrzeć i zobaczyć czy coś wywnioskuję. Będziesz mógł wrócić do nich jutro.
        Viktor mrużył chwilę brwi w niezadowoleniu patrząc na Filię.
        - A straż chce mojej pomocy, czy jest już usatysfakcjonowana moim zaangażowaniem? - zapytał z jeszcze głębszą uprzejmością i łagodnością… ale szybko ona wyparowywała z jego tonu - Czy może wolicie abym wam magii użyczył i poza tym zapomniał o sprawie? Bo odnoszę większe i większe wrażenie, że jestem tutaj postrzegany jako uciążliwość i problem. Filio, nie zrozum mnie źle… Mój diabelski plan przejęcia władzy w całych Rzecznych Królestwach - słowa wypowiadał z uśmiechem, ale akcentował je odrobiną szyderczego, kwaśnego sarkazmu - nie ma żadnego związku z tym delikwentem ani całą sprawą.
        - Mimo to chcę wam pomóc tak bardzo jak jestem w stanie. Do tego potrzebuję dobrej mapy. Co najmniej na dzień. Tej albo innej którą sam sobie zorganizuję, ale to ty proponowałaś tę. Do tego też potrzebuję moich notatek, ale mogę ci tu na miejscu sporządzić kopię.
        - Więc Filio… straż chce mojej pomocy? Czy samych zaklęć? Czy już nic nie chce ode mnie? - ton głosu nie zdradzał rzuconego wyzwania, ani próby sił. Brzmiał prawie neutralnie, jakby każda z tych opcji była dla Viktora całkowicie zadowalająca.
        - Viktorze. Nie wiem jakimi sprawami się zajmowałeś w Cheliax, ale powiedz mi. Co byś powiedział o prokuratorze, który zezwolił konsultantowi na zachowanie dokumentacji, jakiejkolwiek, dotyczącej bardzo ważnej i bardzo delikatnej rozprawy?
        - Dokumentacja postępowania to zbiór wszystkich dokumentów, dowodów i protokołów związanych z prowadzonym śledztwem, obejmujący działania organów ścigania od momentu zgłoszenia przestępstwa aż po zakończenie postępowania. - Wyrecytował formułkę.
        - Te bazgroły w moim personalnym notesie nie noszą znamion odróżniających je w żaden sposób od ich hipotetycznej reprodukcji, bądź dowolnego rzekomego nonsensu, który mógłbym spisać zaraz po wyjściu z posterunku. Nie można ich więc uznać za żadnego rodzaju dokument ani dowód. O byciu protokołem… chyba nawet nie muszę argumentować.
        - Ryzyko wypłynięcia wrażliwych informacji do świadomości publicznej nie jest w papierze, a w nas tu wszystkich obecnych oraz tych co mają wiedzę o wydarzeniach.
        - Jeśli posiadałbym chęci i możliwości wzniecenia niepokojów w Evercrest z tymi nie-zwalidowanymi niczym notatkami to by oznaczało, że mogę to zrobić i bez nich, albo z ich reprodukcją którą bym tylko nazywał oryginałem.
        - Duncanie, jeśli możesz… prosiłbym ciebie abyś teraz oficjalnie nie słuchał - uśmiechnął się serdecznie do strażnika i znów zwrócił do Filii.
        - A jeżeli czujesz, że twoi przełożeni by mieli do ciebie pretensje i swoich tyłów nie chcesz ryzykować… to to jest zupełnie inna dyskusja. Przeczytam je jeszcze trzy razy i zostawię tobie, ale nie obiecam, że nie przyjdzie mi do głowy odtworzyć ich z pamięci póki wciąż są w niej świeże. Bah… specjalnie jeszcze zostawię ci jeszcze dodatkowe wyjaśnienia co mniej intuicyjnych skrótów myślowych, które zastosowałem, aby poprawić twoje szanse skojarzenia czegoś… te notatki na prawdę byłyby dla ciebie znacznie więcej warte gdybyś dała mi je przetłumaczyć z goodmannowego na wspólny.
        - Moich przełożonych ta sprawa obchodzi tyle co zeszłoroczny śnieg. - zaczęła Filia - To nie z tobą mam problemy, a z miejscem, w którym przebywasz. Nie podejrzewam Otto, ale jest niewielu alchemików, którzy mogliby zrobić coś takiego co widzieliśmy w kostnicy. Jori na sto procent by to umiał.
        Viktor podumał moment i rozpogodził się.
        - To również jest zupełnie inna dyskusja. Nie można było od tego zacząć? - zapytał z uśmiechem.
        - Hmmm… nie wiedziałem, że Jori ma takie możliwości. Nie miałem z nim jeszcze rzeczywistej rozmowy o niczym. Tylko przywitanie w przejściu. Jeśli jest tak zdolny to gdyby go wyeliminować z kręgu podejrzanych jego wiedza mogłaby być bardzo cenna. Takie mutageny na pewno wymagają rzadkich komponentów, może byłby w stanie oszacować łańcuchy logistyczne. Czy będę ryzykował kolejnym plaśnięcie twojej dłoni w twoje czoło, jeśli zapytam czy zdolności Ferna były wykorzystane w jego kontekście? Wiem, że Otto nie jest w stanie dostrzec dywinacjami i spodziewane jest, że ta sama ochrona rozciąga się na braciszka, ale ta szansa jest warta kilku zaklęć. A ten ogon co mi postawiliście? Dałoby się ich, albo kogoś o ich zdolnościach oddelegować do obserwacji Joriego przez kilka dni? Zdolno są, nikogo nie widziałem… czy to też był Fern ze swoją abrakadabrą?
        - To Otis jest bratem Otto, nie Jori. - zauważyła Filia - Cały Dwór jest chroniony, więc pewnie się nie da. Co do twojego ogona… no mogłabym kazać jej przerzucić się na Joriego.
        Viktor pstryknął palcami.
        - Fakt. To tylko pokazuje jak mało interakcji miałem z tą dwójką. Jeśli masz tylko ją to po prostu rozważ. Ja tu jestem stroną zainteresowaną, więc moje opinia nie niesie obiektywnej wagi, ale jakby zrobić z niego konsultanta w tej sprawie, to jego ekspertyza może się okazać warta więcej niż moje zdolności zasięgnięcia porady od naszych świadków. Z drugiej strony jeśli ją oddelegujesz ode mnie, to odbierzesz mi przepyszną zabawę w “znajdź szpiona”.
        - Wracając do poważnych tematów. Mój plan zakładał zabranie mapy do biblioteki i skorelowanie jej z pamiętnikami i dziennikami lokalnych traperów i podróżników oraz kodeksami geograficznymi. Da się tutaj takie znaleźć, prawda? Nie robiłem jeszcze tour des bibliothèques w Rzecznych Królestwach i tylko mogę ekstrapolować co u siebie widywałem.
        - Może też obserwować was obu. Jest rezolutna. - Filia westchnęła - Dobrze, zabierz mapę, ale ostrzegam. Jeżeli w jakiś sposób wpłyną informacje o tym dochodzeniu, wrócisz do domu pocztą. W kilku turach.
        - Zdolny szpion - pochwalił nieznaną mu chyba-dziewczynę (bo nie ufał, że Filia na pewno nie stosuje tu dezinformacji). - I dziękuję. Dołożę wszelkich starań. Naprawdę zależy mi na dobru tego śledztwa i moja wiara jest w tym, że to jest najlepsze co mogę dla niego zrobić.
        Viktor zwinął mapę w rulon i schował ją za koszulą, a moment później również przybory. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że ma tam nadwymiarową kieszeń.
        - Jak pozwolisz… zacząłbym teraz. Mam jeszcze kilka godzin zwiększonych obrotów mentalnych w związku z zaklęciami które rzuciłem przed obejrzeniem ciał. Chciałbym to wykorzystać. Podpowiesz gdzie szukać odpowiedniej mi biblioteki?
        - Loża poszukiwaczy przygód ma dobrą bibliotekę. Szczególnie jeżeli idzie o tematykę starych zapomnianych kopalń. Miejska biblioteka ma większy zbiór, znajduje się w północnej części miasta przy akademii. Magowie założyli tu lożę kilka lat temu, możecie też tam poszukać. Południowa część miasta, duży budynek, wieże, masa mężczyzn w kieckach.
        - Dziękuję. Zaczniemy od poszukiwaczy przygód - postanowił szybko. Zegar tykał.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez Seach
          #28

          Baltizar Harpeness

          Baltizar wracał do swojego pokoju zabrać potrzebne rzeczy - plecak, sakiewkę - do wyjścia na miasto. Skręcił w korytarz do swojego pokoju, kiedy nagle lokacja się zmieniła.

          Siedział w jakimś fotelu, pomieszczenie w którym się znajdował drżało, wydając przy tym jęki metalu. Nie był sam, po jego prawej, gnoma kobieta płakała w swoje dłonie. Kiedy tylko na nią spojrzał uniosła głowę i zwróciła twarz w stronę Harpenessa. Jej oczy… dobrzy bogowie, jej oczy, to co z nich zostało, były wgniecione w głąb jej głowy. Czarna posoka wypływała z oczodołów. Szeroki, złowieszczy uśmiech gościł na jej ustach, kąciki jej ust były pęknięte, pozwalając uśmiechowi sięgnąć jej uszu. Kiedy przemówiła, jej głos był znajomy, a jednak… coś było nie tak.
          - Baltizar! Pamiętaj nas! - była to błagalna prośba, kiedy słowa opuszczały jej usta, towarzyszyła im ta sama czarna posoka co z jej oczu, oraz kawałki mięsa i czegoś jeszcze…

          Gnom nie miał czasu, aby się przyglądać jej bardziej gdyż został chwycony i patrzył prosto w istny koszmar. Twarz innego gnoma, jego rysy rozciągnięte, policzki zapadnięte, skóra blada i popękana niczym porcelana. Puste oczodoły, również sączące tą ohydną maź, zdawały się wpatrywać prosto w jego duszę. Język? Macka? Przesuwała się po twarzy nieszczęśnika zlizując paskudną ciecz. Krzyczał coś niezrozumiałego, z każdym dźwiękiem pęknięcia na jego skórze powiększały się, a drobne kawałki ciała zaczęły odpadać. W końcu zrozumiały dźwięk dotarł do uszu Baltizara.
          - URATUJ NAS!

          Eksplozja czerni wypełniła wszystkie zmysły gnoma, ból, hałas, ciemnośność. Szepty! Szepty, szepty… szeptyszeptyszepty! Wszędzie nad nim, pod nim, z lewa, z prawej, w jego głowie. Szepty, głosy, krzyki, słowa, dźwięki, cisza. Wszystko, wszędzie, na raz i po kolei.
          Musiał uciec, musiał się wydostać stąd, ale gdzie!? Pod ziemię? Nie, nienienienienienienieNIE, one tam są, siedzą w ciemnych zakamarkach. Na powierzchni? NIE! Tam go widzą jak na dłoni. Potrzebuje światła, one go nienawidzą! Księżyc! Tak!

          - Baltizar? Baltizar! Obudź się! - kobiecy głos przebił się przez wizję i przywołał go z powrotem do świata żywych. Piwonia trzymała go na rękach potrząsając nim energicznie, kiedy gnom otworzył obolałe oczy odetchnęła z ulgą - Tato! On wrócił. - Harpeness usłyszał groźny zwierzęcy pomruk, po chwili wysoka, bardzo wysoka sylwetka wyposażona w okazałe rogi pojawiła się w widoku gnoma, nie był w stanie jej jednak dostrzec. Kiedy mrugnął, ujrzał zmartwioną twarz karczmarza.
          - Na Wiszącą Altanę chłopcze, nic ci nie jest?


          Viktor i Kaylie

          Droga do Gildii Poszukiwaczy Przygód nie zajęła dwójce Azazelitów długo, ale dało im czas na obgadanie kilku spraw i ustalenie planu działania.

          Kaylie na szczęście znała drogę więc sprawnie poprowadziła Cheliaxianina do miejsca docelowego.
          Wnętrze gildii było puste, jedyna recepcjonistka, którą Kaylie kojarzyła ze swojej ostatniej wizyty, drzemała za swoim biurkiem. Kilka kartek ze zleceniami wisiało na tablicy ogłoszeń, zimny kominek posiadał kilka kawałków niedopalonego drewna. Stoły przy których różnego rodzaju awanturnicy posilaliby się, rozmawiali i uzgadniali taktyki stały puste.
          Było tak cicho, że można by było usłyszeć upadek igły.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Seach
            #29

            text alternatywny

            Gnom zmrużył oczy i potrząsnął głowę. Nic… mu… nie było? Wątpił w to. Jego stan się chyba pogorszył. Ataki już nie ograniczały się do nocnych koszmarów.
            - Nie wiem… gdzie jestem? Ile czasu byłem… nieprzytomny? - wychrypiał w końcu.
            Piwonia trzymała go na kolanach delikatnie opierając jego głowę na swojej dłoni.
            - Kilka chwil. Tata wyskoczył nagle zza baru i kazał mi podążać za nim. Znaleźliśmy cię na ziemi, trząsłeś się cały. - Otto westchnął.
            - Azazel nie ostrzegł mnie, że jeden z Pradawnych trzyma na tobie łapska. Niewiele istot od tak może wejść do Dworu. - karczmarz spojrzał w sufit i warknął, po chwili wracając spojrzeniem na gnoma - Jak się czujesz? Potrzebujesz wody, albo czegoś mocniejszego?
            - Nie wchodzi… nie dba… po prostu… jest tam gdzieś. Jestem… gnomem… nie mam znaczenia u nikogo, ani u bogów ani u pradawnych… -wycharczał Baltizar próbując wstać.- Coś mocniejszego… może być miłe.-
            Dziewczyna zabrała Baltizara do jego pokoju i spokojnie usadziła go krześle przy stole. Otto wszedł za dwójką nalewając jakiś trunek do szklanki.
            - Trzymaj, powinno postawić ci włosy na karku. A teraz... - karczmarz przyklęknął przed gnomem - Niech ci się dokładnie przyjrzę. Nie przestrasz się tylko, moje oczy będą wyglądały dziwnie.
            - Widziałem rzeczy straszniejsze niż piekielne kręgi… ciężko mnie przerazić czymkolwiek.- stwierdził obojętnym tonem Baltizar.
            - Przereklamowane co nie? - zażartował Otto. Jego źrenice zaczęły się powiększać, aż w końcu pochłonęły całe jego oczy. Dwie czarne perły przyglądały się gnomowi z twarzy karczmarza, który zaczął mocno pociągać nosem, najwyraźniej wąchając gnoma. Po chwili gwizdnął.
            - No nieźle. - jego oczy wróciły do normy - Nie jesteś "gnomem bez znaczenia". Chociaż pewnie nie jesteś tego świadom.
            - Jestem tylko kolejnym szaleńcem… w długiej linii… szaleńców. Kaprysem równie szalonego bytu… jak ja. Pasujemy do siebie.- odparł sarkastycznie gnom i potarł czoło. - Mam zadanie do wykonania i najwyraźniej czas na jego zrobienie się skrócił.-
            - Chcesz, abym ci powiedział co w tobie czuję? - zapytał karczmarz. Spojrzał na Piwonię, która bez słowa opuściła pokój.
            - Nie musiałeś ją odsyłać… Nie mam tajemnic. - zaśmiał się chrapliwie gnom i przytaknął głową.
            - Poszła po coś do jedzenia dla ciebie. - karczmarz westchnął - Twoja dusza jest... stara. I to bardzo, może nawet być jedną z pierwszych gnomich dusz. Więc... co widziałeś w tej swojej wizji?
            - Szepty przeszłości. Torturowane upiory… ślepe…- ciężko mu było wyrazić słowami to co widział. Sięgnął po szklanicę.- Księżyc. Tam chciały uciec… przed… nim… czymkolwiek ono jest.-
            - Nie znam się bardzo na Pradawnych, czy Zewnętrznych. To na pewno jednak było jedno z nich. Zdołałem go przegonić więc na razie da ci spokój. Polecałbym dowiedzieć się co to jest, wtedy będzie można pomyśleć o bardziej permanentnej ochronie. - drzwi do pokoju otworzyły się i Piwonia wniosła tacę z jedzeniem, którą ustawiła przed gnomem. Dziewczyna wzięła Baltizara na kolana i zaczęła go powoli karmić.
            - Musisz nabrać sił po tym. - uśmiechnęła się, Otto jedynie westchnął na wybryki swej córki i wrócił do sprawy.
            - Ucieczka na księżyc nie była złym pomysłem... kilka tysiącleci temu. Teraz, nie jest tam bezpiecznie.
            Gnom dawał się karmić. Zerknął jedynie na czającego się w kącie, nastroszonego bojowo Etrigana.
            Zaśmiał się ironicznie. - Myślisz że nie próbowałem? Cały ten cholerny Pakt miał załatwić to właśnie. Odkryć tożsamość i zniszczyć wroga. Ale cała potęga Piekieł, całe biblioteki czarnych tomów, cała moc Azalela okazały się… bezsilne. I umowa jest póki co martwym świstkiem papieru. -
            Pokręcił głową. - Nie dbam o bezpieczeństwo. Jedyne co mnie interesuje to ostateczne rozwiązanie problemu… bez względu na koszty. Co jest dobre dla nas wszystkich. Bo… bariera słabnie, bo to co mnie ściga… i moich przodków i moich krewnych jest coraz bliżej… i pochłonie wszystko. -
            Spojrzał w sufit i zaśmiał się histerycznie.- A wtedy te trywialne spory, ten podział na dobro i zło… to wszystko będzie puchem na wietrze.-
            Otto usiadł naprzeciwko Baltizara, uważnie mu się przyglądając.
            - Technicznie jesteś swoim własnym przodkiem, jeżeli o to chodzi. Nie wiem jak, ale twoja dusza powraca do świata żywych po śmierci. Przynajmniej tak to wygląda dla mnie. - chwilę się zastanowił - Nie wiem, czym bym wierzył, że nie mają pojęcia, KTO trzyma na tobie łapy. Może nie chce dopełnić na razie tej drugiej części umowy.
            - Azazel nie będzie miał duszy jeśli jej nie dotrzyma, a skoro i tak powracam… to jeśli ja zawiodę, to może kolejna wersja mnie wypełni zadanie ? - zastanowił się głośno gnom i znów zaśmiał, tym razem ironicznie.- To zabawne nieprawdaż? Potężni władcy Piekieł trzęsący zadkami ze strachu przed jakimś szalonym bytem, którego chce zabić mały słaby gnom.-
            - Obgadałbym to z nim przy najbliższej okazji. - zaproponował karczmarz - Zostawię cię w trosce Piwonii.
            - Gdyby to było takie proste.- westchnął pod nosem gnom. A po chwili dopiero zorientował się w sytuacji.
            - Ten… tego… dlaczego mnie tak karmisz? I dlaczego siedzę ci na kolanach?- zapytał w końcu zerkając na Piwonię.
            - Ponieważ potrzebujesz sił po tym przeżyciu, a tak jest łatwiej cię karmić. - kobieta wzruszyła ramionami - Jak chcesz mogę cię posadzić.
            - Nie przeszkadza mi to… ale nie musisz się aż tak poświęcać.- odparł gnom wzruszając ramionami.
            Po dłuższym milczeniu i karmieniu, rzekł. - Chyba wystarczy. Jeśli masz do mnie jakieś pytania, to je zadaj… jeśli nie, czeka mnie trochę roboty na mieście.-
            Po czym zaczął się wiercić na jej kolanach, szykując się do zejścia z nich.
            Piwonia postawiła gnoma i przyjrzała mu się.
            - Jaki masz plan? Długoterminowy.
            - O jakich terminach mówimy?- odparł Baltizar drapiąc się po brodzie.- W najbliższym okresie mam wyprawę do przeprowadzenia, kultystów do wytropienia i ubicia. I znalezienie wskazówek w pewnym kraterze… Jeśli chodzi o dalsze plany, to zbieranie informacji… różnych i przydatnych. Może i jestem szalony, ale z pewnością nie głupcem. Wiem jak potężna jest… siła z którą przyjdzie mi się zmierzyć. I że muszę się przygotować, lub przynajmniej zostawić notatki moim następcom.-
            - Wiem po co ty i ta dwójka innych tu jesteście. Pan Fanuel zakłada tu religię i wy jesteście założycielami. Jednak czego TY chcesz? Czymś cię przekonał, aby zjawić się tu.
            - Wygląda na to że tu moi przodkowie próbowali polecieć jakąś… nie wiem… latającą łodzią na księżyc.- zasępił się gnom.- Albo dalej. A ja chcę ubić pradawną istotę, która chce zjeść ten świat. I miesza w moim życiu od urodzenia.
            Machnął ręką dodając.- Taaaa… kult prawników. Ech, czy ja wyglądam na gryzipiórka? Ja tu jestem tylko do pomocy. Od doktryny jest nasz człowiek, a ja… robię za naganiacza.-
            Dziewczyna skrzywiła usta.
            - Ubić coś takiego, że tata musiał się spocić nie będzie łatwo, jeżeli w ogóle możliwe. A nie chciałbyś po prostu wyzwolić siebie i swoich?
            Gnom spojrzał na dziewczynę mówiąc spokojnie i ponuro.- Moja śliczna. Z diabłami można negocjować, z demonami się kłócić… z tym… czymś… nie. To coś… nie negocjuje… nawet nie zabija… to coś przynosi tak straszliwą mękę, że… ci z mojego rodu, którzy byli w stanie zapamiętać swoje sny popadali w obłęd. A to tylko marzenia senne.-
            - Och, nie mówiłam o negocjacjach. - uśmiechnęła się - Dusze śmiertelników, mają kilka zasad co do ich przynależności. Pharasma nie zezwala od tak wziąć duszy.
            Baltizar zaśmiał się ciepło.- Mówisz moja droga o tutejszych bytach, które działają według tutejszych zasad. Tamten nie gra według naszych reguł, nie słucha się bogów i… cóż… sam w sobie jest zaprzeczeniem praw rzeczywistości.-
            - Ja też działam według innych reguł. - uśmiechnęła się - To, że ich nie słucha nie znaczy, że się ich nie boi. Tata o nich dużo nie wie, ale powiem ci coś, czego on nie przyzna. Tata jest słabszy, od najsłabszego z prawdziwych bogów. A ta istota, jest co najwyżej równa jemu w sile.
            Gnom zerknął na twarz dziewczyny opierając się o jej piersi i uśmiechnął się smutno.- Dzięki za pocieszenie, ale nie jestem pewien czy ta sytuacja aż tak… prosta. Rzecz w tym, że reguły które ograniczają nas… im są obce. Strach, siła, potęga… miary jakie stosujemy nie mają znaczenia wobec czegoś co nie jest opisywalne. Poza tym… będzie silniejsze… -
            - Nie nastawiaj się na przegraną. - Piwonia przytuliła gnoma głaszcząc jego bródkę - Fanuel chce się nastawić na jakiegoś Boga Prawa, prawda? To daje możliwości.
            - Nie nastawiam się na żadną przegraną moja droga.- mruknął Baltizar poddając się pieszczocie ze stoickim spokojem.- Gdybym wierzył… sądził, że nie mam szans, to bym się poddał. Po prostu podchodzę do tej kwestii realnie… na tyle ile jestem w stanie. To jest trudne.. nawet bardzo, ale nie niewykonalne. Ostatecznie, wszystko można zabić.-
            - Wybacz, mama miała mnie na wiosnę, więc jestem bardziej pozytywna. - cmoknęła gnoma delikatnie w usta - Rozważałabym jednak inne opcje, takie których może jeszcze nie brałeś pod uwagę.
            - Hmm… jakie? - zapytał niezrażony sytuacją Baltizar.
            Krzesło delikatnie jęknęło kiedy drewno jakby ożyło przemieniając się w leżankę. Piwonia leżała z Baltizarem na swoim biuście, ciągle głaszcząc i pieszczotliwie drapiąc jego bródkę.
            - Jeżeli Fanuel zostanie tym Bogiem Prawa, mógłby się przyjrzeć sprawie twojej i twoich bliskich. O ile bestyjka może nie słuchać naszych zasad, to nie jest też brana pod uwagę jako strona w tej sytuacji. Jeżeli to co się przytrafia tobie i twoim jest nielegalne, będzie mógł to odwrócić. Widziałam, kilka razy jak to robiły mniej potężne istoty.
            - Nie sądzę, by coś co istnieje poza regułami logiki i rzeczywistości przejmowało się przestrzeganiem prawa… niemniej… - zaśmiał się gnom. - Zabawnie było zobaczyć taki proces.-
            Dodał wygodniej układając głowę na biuście dziewczyny. - Nawet jeśli niewiele z niego wyniknie.
            Następnie zmienił temat nieco. - A co ciebie tak ciekawi w moim ludzie? Jestem pewien, że o wiele więcej wiesz o fey, niż ja mógłbym ci opowiedzieć.-
            - Jesteście pierwszymi fay z duszami. - odparła Piwonia - Trudno to wyjaśnić, ale... pachniecie inaczej. Jakby dodać kompletnie nowej przyprawy do dania, które jadło się setki razy. Zapach jest ekscytujący. - uśmiechnęła się - Od tak dawna jestem na tułaczce z tatą, że już zapomniałam Pierwszego Świata, a inne fey uciekają od taty.
            - No ja też nie pamiętam owego miejsca, tym bardziej że nigdy tam nie byłem. Nie jestem i nie będę magiem by otwierać portale do innych światów. Bardzo to by pomogło, ale nie ma zacięcia do regułek, ani talentu we krwi.- zaśmiał się chrapliwie i dodał pół żartem.- I nie wydaje mi się był bym smaczny… zwłaszcza jeśli moja dusza jest wielokrotnego użytku.-
            - Och, spokojnie, dusze to bardziej przysmak Daemonów i Demonów. To po prostu było najlepsze porównanie jakie mogłam wymyślić. Co do Pierwszego Światu, Dwór to najbliższe co mamy. Tata wyrwał go i rzucił w kosmos. Teraz może pojawić się w każdym mieście, dopóki nie znajdziemy Mamy.
            - A kim jest twoja mama?- zapytał Baltizar.
            - No, tata jest Królem Popielnego Dworu, to mama jest Królową. Ich związek był... ciekawy. Chociaż pewnie przerażający z perspektywy śmiertelników. Czytałam wasze romansidła, z nimi wygląda to kompletnie inaczej.
            - Romanse są dla znudzonych dam dworu. - odparł Baltizar wiercąc się, gdy przewracał się z grzbietu na brzuch. Oparł głowę o piersi dziewczyny mówiąc.- Zaprawdę powiadam ci… pomysłowość śmiertelników przekracza mdłe historyjki z romansideł.-
            Zaśmiał się ironicznie i spoglądając w oczy dziewczyny.- A z moich bliższych planów, to muszę przygotować tuniki. Znasz jakichś solidnych krawców okolicy? Takich co potrafią szyć szybko, acz niekoniecznie pięknie. I wyszywać równie szybko.-
            - Jeżeli chodzi o wsparcie lokalnych biznesów, to jest kilka krawcowych. Jeżeli zaś chodzi coś mniej codziennego... jest Fig. - odparła kobieta nie odwracając wzroku od gnoma - Fig, to driderka, tata ją przygarnął kilka lat temu. Idealna szwaczka.
            - Chodzi o tuniki, takie na zbroję zarzucane żeby wiadomo było na polu walki, komu żołnierze służą. Do tego trzeba wyszyć na nich ten sam symbol. Rzecz w tym, że jutro muszą być gotowe. Więc pośpiech jest ważny.- mówił gnom spoglądając na oblicze Piwonii. Uśmiechnął się wesoło.- Wiesz co? Jak tak dalej pójdzie, to zrobię z ciebie moją asystentkę. I narażę się twojemu ojczulkowi. I to nim będę się musiał martwić, a nie potworem poza granicami czasu i przestrzeni.-
            - Och, tata nie zjadł gościa od ponad dwustu lat. - odparła dziewczyna z uśmniechem - A cóż chcesz zrobić, że mu się narazisz? - zapytała z łobuzerskim uśmieszkiem.
            - Na razie porwać cię na miasto. Potrzeba mi przewodniczki po krawcach.- przyznał z uśmiechem gnom i podrapał się za uchem.- Na razie… a potem… potem się zobaczy Piwonio.-
            - Trzymam za słowo. Zejdziesz, w takim razie? Ta pozycja nie jest najwygodniejsza, aby cię zdejmować.
            - Hmm… tak, za momencik.- odparł Bajarz i po chwili z pewnym trudem i dużą dozą ostrożności zsunął się z dziewczęcia na podłogę.

            text alternatywny

            Gnomowi chwilę zajęło przygotowywanie się. Głównie przywołanie psiaka z powrotem i poprawienie swojego stroju. Ujął kostur w dłonie, spojrzał na Piwonię. Skłonił się dwornie i rzekł.
            - Prowadź waćpanno.-
            Dziewczyna delikatnie pogłaskała ogara, który widocznie czuł się niepewnie w jej towarzystwie. Rozejrzała się po okolicy i ruszyła przed siebie.
            - Znam kilka niziołków, którzy zajmują się tkaninami. Szybko pracują, chociaż nie są tani.
            - Zależy nam na czasie… cóż… mnie zależy, więc jestem gotów dopłacić ekstra.- odparł Baltizar posłusznie podążając za dziewczyną ze swoimi ochroniarzami.
            - To niedaleko. - poprowadziła gnoma do niewielkiej chatki. Zapukała trzy razy i gwizdnęła głośno. Po chwili drzwi otworzył niziołek już w swoich srebrnych latach. Zerknął najpierw na Baltizara, który był bliżej pola widzenia halflinga, jednak szybko przerzucił spojrzenie na górującą nad nimi kobietę.
            - Księżniczka Piwonia! Witaj moja droga, witaj. Co cię do nas sprowadza?
            - Dzień dobry Fix. Przyprowadziłam jednego z gości taty, ma dla was zlecenie. Zapłaci za szybką robotę. - niziołek zerknął ponownie na gnoma i wyciągnął do niego dłoń - Felix Ilsinis, krawiec, szewc, garbarz. W czym mogę pomóc?
            - Potrzeba kilka tunik wojskowych, białe płótno na których trzeba wyszyć symbol.- zaczął wyjaśniać gnom, a następnie podał wymiary owych tunik. - Na dziś niestety. Sprawa jest pilna.-
            Niziołek gwizdnął.
            - A ile ci ich potrzeba?
            - Niech no spojrzę.- mruknął gnom sięgając do notatnika.- Dwie bardzo duże i bardzo szerokie, dwie na skromniejsze w gabarytach sylwetki i wreszcie…- westchnął z niechęcią.- Jedna dla mnie.
            Pokazał swoje notatki.- Tu są konkretne wymiary.-
            Niziołek przyjął notatki i zaczął liczyć coś na palcach.
            - Możemy załatwić ci to na dzisiejszy wieczór. - przyznał Felix - Będzie to jednak kosztowało ekstra. 20 złota za materiały, 40 robocizny i 40 za mikstury... 100 złota i zabieramy się za to natychmiast.
            - Żaden problem… połowa z góry, połowa po odbiorze towaru?- zaproponował gnom w pamięci notując i te wydatki.
            - Oczywiście. Odbiór osobisty, czy dostarczyć do Dworu?
            - Dostarczyć do dworu.- zarządził gnom, po czym zwrócił się do Piwonii.- A teraz śliczna przewodniczko, będziesz tak łaskawa zaprowadzić mnie do przybytku w którym mógłbym zakupić solidną mapę okolicy?-
            Piwonia chwilę się zastanowiła i pstryknęła palcami.
            - Emporium Dasenora. Ma mapy i inne przedmioty dla członków gildii Poszukiwaczy. Na pewno znajdziesz tam też inne potrzebne ci rzeczy. - złapała rękę gnoma i zaczęła go odciągać w odpowiednim kierunku, ciesząc się niczym dziecko, że komuś pomaga.

            text alternatywny

            Emporium było wbudowane w wysoki pagórek na północnej części miasta. W środku Baltizar widział wiele broni i zbroi o ciekawych barwach i kształtach. Widział też kilka oczywistych części ekwipunku jak torby przechowywania, czy różdżki. Sam właściciel przybytku wyglądał dość codziennie, chociaż bledszy niż przeciętny człowiek. Przywitał Piwonię i gnoma uśmiech.
            - Piwonio, miło cię znów widzieć. Czyżby Otis zapraszał na kolejny łów?
            - Hej Desonor! - kobieta pomachała mężczyźnie jak tylko przekroczyła próg - Nie, to jest mój przyjaciel, Baltizar. Potrzebuje mapy lokalnych terenów. - Desonor spojrzał na gnoma, wzruszył ramionami i wyciągnął kilka egzemplarzy ukazujących w większym lub mniejszym detalu tereny wokół miasta - Jakiś konkretny zasięg i dokładność?
            - Obejmującą miasto i okoliczne wioski. Tak myślę że te w zasięgu jurysdykcji miasta wystarczą, a dokładność… hmm… zależy mi na lokalizacji pewnego… krateru, który ponoć znajduje się w okolicy.- zadecydował gnom.
            - Ten na południu? - zgadł sklepikarz i wręczył gnomowi dwie mapy - Pierwsza zawiera okoliczne mieściny. Druga jest większego zasięgu i ma zaznaczone kilka ważnych miejsc, kamme kręgi, ruiny miast i właśnie ten krater. - wskazał odpowiednie miejsce na mapie - Mam nadzieję, że to pomoże.
            - Zdecydowanie tak.- odparł Baltizar dosłownie zacierając ręce.- Za ile ją sprzedasz?-
            - 20 złota za wszystko. - odparł sklepikarz wręczając gnomowi mapy - W czymś jeszcze mogę pomóc?
            - W tej chwili… chyba nie.- zadumał się gnom i podrapał po czuprynie zerkając na Piwonię.- Chyba możemy wrócić z powrotem do karczmy moja przewodniczko.-
            Dziewczyna się uśmiechnęła i kiwnęła głową. Pomachała Desonorowi i ruszyli w drogę powrotną.

            text alternatywny

            Tuż przed karczmą, gnom pokłonił się dziewczynie i rzekł.
            - Wielcem wdzięczny za twoją pomoc panno Piwonio. I jeśli mógłbym się kiedyś jakoś odwdzięczyć daj znać.-
            Nie lubił bowiem mieć niespłaconych długów.
            Po tych słowach skupił się na planach klecących się w jego głowie. Na razie burczący brzuch sugerował w miarę obfity obiad. Następnie… było jeszcze trochę czasu przed wieczorem, wiec mógł zrobić to co każdy dorabiający bard robił na tym świecie. Popromować się na ulicach za co łaska. Oczywiście gnomowi nie zależało aż tak bardzo na miedziakach z ulicy. Jedynie na własnej sławie, która mogła przyciągnąć kolejnych gości na jego występy, oraz… na plotkach jakie mógł usłyszeć przy świątyniach i na szpiegowaniu ich bezpiecznie. Bo nikt nie mu raczej nie zabroni występu koło nich, ani na podpatrywaniu ich z ulicy. To akurat było legalne. No i… przed lub po występie w karczmie należało by zaczepić ich przywódcę kultu, by wywiedzieć się co on się dowiedział na temat całej tej sprawy z kultem. Eeeech… takie przygody dobre były na historie zapisane w księgach, nie na opowieści przy kominku. Te bowiem powinny być w miarę proste i bardzo widowiskowe. Ubicie wywerny lepiej brzmiało niż jakieś tam potyczki z fanatykami, nawet jeśli ci szaleńcy byli znacznie groźniejsi niż upośledzony mentalnie daleki kuzyn smoka.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Seach
              #30

              text alternatywny

              Khal uśmiechnął się odrobinę rozczulony ciszą przerywaną tylko oddechem śniącej recepcjonistki.
              - Hmmm - zastanowił się chwilę nim zwrócił się do Kaylie.
              - Jak to w takich miejscach wygląda? Potrzebujemy jej drzemkę przerywać, czy ktoś inny się zajmuje ich zbiorami? - zapytał, nie czując się “na swoim podwórku”.
              Z najemnikami czy poszukiwaczami przygód miał kontakt zwykle zgoła inny. Zwykle korzystał z pośrednika, który brał na siebie większośc spraw organizacyjnych za nieprzyzwoity wręcz procent…
              Kaylie spojrzała w stronę śpiącej kobiety.
              - Ona będzie wiedziała. Zakładam, że ty masz doświadczenie w budzeniu nieprzytomnych i nieprzygotowanych kobiet.
              Cichy chichot wydobył się spod nosa Khala.
              - Musiałabyś zapytać którąś z tych “nieprzytomnych i nieprzygotowanych” jak wspominają dalsze wydarzenia. - Odpowiedział puszczając Kaylie bezczelne oczko i podszedł do recepcjonistki, stając od niej w komfortowej odległości.
              - Hej, królewno… - zaczął do śpiącej kobiety łagodnym głosem, jakim można by budzić niemowlaka po drzemce po opiciu się mleczkiem - Wybacz, że ci sen przerywam, ale potrzebuję ciebie…
              - Jak masz tak zamiar słodzić to cukiernię otwórz. - odpowiedziała mu leniwie kobieta, prostując się na krześle. Zerknęła na Viktora, potem na Kaylie - Kolejnego klienta przynosisz? Jak szukasz roboty jako pośrednik to mam wniosek do wypełnienia.
              - Tylko jeśli mi w tej cukierni pomożesz. Chciałbym skorzystać ze zbiorów waszej biblioteki. Polecono mi ją jako najodpowiedniejszą dla moich potrzeb, a definitywnie nie chcę się panoszyć nie u siebie. Mógłbym ciebie prosić o wyjaśnienie jak to mogę zrobić? Gdzie stosowne opłaty uiścić i podobne?
              Kobieta przyjrzała się prawnikowi po czym wyjęła kartkę z wnioskiem, pióro i kałamarz.
              - Skoro nie jesteś członkiem musisz wypełnić wniosek. - dokument był relatywnie prosty:

              Ja niżej podpisany (imię i nazwisko), proszę o dostęp do działów biblioteki Gildii Poszukiwaczy Przygód w Evercrest.
              Działy:

              Zbiory tam zebrane są mi potrzebne do:

              Oznajmiam, że wykorzystam je tylko i wyłącznie w w/w celu, a wszelkie zmiany w tym postanowieniu uzgodnię z reprezentantem Gildii.
              Jestem poinformowany, że nie posiadam zezwolenia na zabranie ze sobą zbiorów i rozumiem konsekwencje prawne związane ze złamaniem tego zakazu.

              Khal uśmiechnął sie do siebie i wyciągnął spod kaftana własne pióro… piękne i misternie wykonane w ze stali, z uchwytem z niemal czarnego drewna. Na całej swej powierzchni zdobione drobnym wzorem roślinnym nie tylko pięknym, ale poprawiającym chwyt. Próżno takiego drugiego byłoby w Królestwach szukać. Ale atramentem się już poczęstował.
              - Poszukuję map, atlasów geograficznych Evercrest… - wyjaśnił gdy jego cudeńko tańczyło już po papierze kreśląc pierwsze znaki, ze szczególną uwagą kaligrafując jego własne imię. Nikt nie będzie szanował słów “Viktor Goodmann” jeśli on sam nie będzie.
              -... wykazów i dzienników lokalnych traperów. Szukam kopalni która chyba oficjalnie nie istnieje, albo została zapomniana, albo jest dawno uznana za wyczerpaną, znając urywki opisów geografii okolic zejścia do niej. W waszym wykonaniu te działy jak są nazywane? - zapytał, wisząc stalówką pióra nad odpowiednim polem.
              - Geografia, historia lokalna, raporty zwiadowcze. - podała kobieta - Po co wam ta kopalnia?
              Viktor spisał nazwy niemal z połową tempa ich wymawiania, a mimo to linie były pewne, klarowne i kształtne.
              - Zlecenie które przyjęliśmy. Jest tam pewnie coś co nasz zleceniodawca chce znaleźć - odpowiedział nieco tajemniczym, nieco wesołym tonem… ale łatwo dało się wyczytać między wierszami “i oczekuje on dyskrecji. Wybacz.”
              - Zbiory tam zebrane są mi potrzebne - recytował zapis z podania - do wykonania powierzonego mi zlecenia, którego cele w pełni zbieżne są z dobrem Evercrest oraz mieszkańców? - zapytał nim wpisał. - Tak będzie dobrze? Czy oczekujecie więcej szczegółów? - zapytał z ufającym uśmiechem.
              - Może być. - odparła - Proszę za mną. - kobieta zaprowadziła dwójkę do oddzielnego skrzydła gildii. Szeregi regałów wypełniały masywne pomieszczenie. - Dla pana. - recepcjonistka wręczyła Viktorowi niewielki wisiorek - Nie musisz go zakładać. Zarejestrowałam, które działy chce pan przeglądać. Magiczne zabezpieczenia zostaną zdjęte z ksiąg kiedy pan do nich podejdzie, ale tylko z tych działów, które pan wybrał.
              - Bardzo dziękuję, nie będziemy dziś testować ich skuteczności.
              Viktor podtrzymał jeszcze kilka momentów rozmowę dopytując o pomniejsze procedury biblioteczne tu obowiązujące i przemycając drobny, niemal niezauważalny i bezwiedny flirt, ale… nawet nie bardzo nawet dał czas na niego odpowiedzieć bo wzywały go księgi…

              Kilkanaście minut później Viktor z Kaylie stali przy największym znalezionym stoliku z niemała stertą ksiąg, notesów, zwojów i tekstów, a przed nimi wszystkimi zwiniętą wciąż mapą okolic z posterunku.
              - Mamy jeszcze jakieś półtorej godziny działania na zwiększonych obrotach. Wykorzystajmy to. Podziemia. Owocnik grzyba głębinowego. “Ruiny” po wyjściu z których widać światła miasta. Okolice wzgórza i jeziora. Pod ziemią stare laboratorium, pewnie nie “Mistrza Soczków” a kogoś przed nim. Spodziewamy się, że w pobliżu gór gdzie orkowie mają swoją “twierdzę”. No i ta kopalnia srebra.
              Sam pierwszym co wziął była mapa z lepiej zaznaczonymi wysokościami niż pozostałe. Szukał regionów i oznaczał je w notesie z których może byłaby możliwość dostrzeżenia “świateł stolicy”.
              Kaylie położyła dłoń na ramieniu Khala.
              - Zajmę się księgami. Mamy mało czasu, więc nie przeszkadzaj, dobrze? Ogarnij te obrazki.
              Pomimo uciekających chwil jednak przerwał swe poszukiwania delikatnie chwytając jej dłoń. Nie puścił jej nim, niecałe dwa wdechy później, nie ucałował jej czule.
              - Cieszę się, że tu jesteś… - ledwie wyszeptał i odchrząknął przeganiając tę najdrobniejszą nutę rozczulenia z głosu. Pochylił się nad mapę, wracając do pracy - Nie uwierzyłabyś jakich młokosów wypuszczały akademie w Cheliax. Nawet absolwenci Heveliusa rzadko rozumieli na czym w praktyce wygląda prawo. Większość z nich potrzebowała z pół roku nim stała się użyteczna. Gdyby dobre stosunki z uczelnią nie były aż tak wartościowe to za darmo bym ich do siebie nie brał.
              Kaylie uśmiechnęła się pod nosem, sama zaczynając przeglądać książki. Interesowała ją ta, w której znajdzie informacje o owym grzybie głębinowym, za którym dalej będzie szukać tropów. Nie było na razie jednej konkretnej książki, na której mogłaby się skupić, więc teraz poszukiwała połączenia z tym grzybem, które mogło naprowadzić ją na tropy wokół Evercrest i jego okolic.
              - Zakładam, że za darmo byś nie wziął. Chyba, że uczennica zapłaciłaby ci inaczej w trakcie. - odparła nie podnosząc oczu znad tekstu.
              - Brałem i jeszcze im pensje płaciłem… - żachnął się Khal, również skupiony na pracy.
              - A absolwentki… - zastanowił się króciutki moment - nah… nie czas na te historie…
              Za młodu Avruil, bardziej niż spędzać długich nużących godzin nad zakurzonymi książkami, wyszukiwała słów kluczy, aby dojść do tego co ją interesuje. Ten talent przydał się jej i tu, gdyż po kilku minutach udało się jej znaleźć rycinę przedstawiającą dokładnie ten grzyb, który znaleźli na orku.
              "Amanita Argentis" - muchomor srebrny. Grzyb głębinowy występujący w jaskiniach na południowy wschód od miasta, gdzie znajdują się złoża srebra, przy których ten gatunek rośnie.
              Khal kiwnął głową z uznaniem.
              - No tak… już zapomniałem jakie masz tempo. Dobra robota. Więc… południowy zachód. To są okolice gór gdzie plemię orków ma przesiadywać, więc się zgadza… ale jaskiń będzie pewnie dużo. Potrzebujemy więcej…
              Zaczął kreślić na większej kartce szkic tych rejonów Evercrest oznaczając spodziewane kierunki spadku terenu. Aby po wyjściu z ruin widoczne były światła stolicy musiał być on choćby lekko opadać w jej kierunku, albo nie mieć drzew czy innych zasłon pomiędzy nimi. Niestety żadna z map nie miała oznaczonego punktu “siedlisko goblinów, a pod nim stara pracownia alchemiczna”. Ale miały pozaznaczane jeziora… to również był filtr, pozwalający ograniczyć zakres poszukiwań.
              Po kilku chwilach miał wyznaczone pięć potencjalnych miejsc, w których mogła się znajdować kryjówka ich podejrzanego. Niestety były dość daleko od siebie, więc nie było mowy o jednorazowej ekspedycji do kilku z nich.
              W tym momencie także Kaylie poszukiwała informacji o okolicach i możliwych ruinach wskazanych jako punkty zainteresowania na terenie mogące być zainteresowaniem dla badaczy miejsc geograficznych tych terenów.
              Niestety jedyne co znalazła to wzmianki o starych krasnoludzkich strażnicach i punktach handlowych. Pozwoliło to na odrzucenie jednego z punktów, które wytyczył Viktor.

              Półtorej godziny minęło jak z bicza strzelił. Nie pracowali w ciszy. Niemal non stop rozmawiali, przerzucali się pomysłami i spostrzeżeniami. Łączyli tropy tak luźne, że niezauważalne i wyciągali niemożliwe wnioski, odrzucając inne na mocy spostrzeżeń tak subtelnych, że nie dało się ich nawet nazwać inaczej niż intuicją. Khal… wspaniale się bawił. To nie miało intensywności jak gra w berka, czy w pościelach. Było powolniejsze, przetykane nawet dłuższymi momentami gdy tylko szorowanie grafitu po papierze wzburzało ciszę, ale zaraz któreś z nich coś znalazło i czuło się kolejny imponujący krok na drodze do celu, do którego kilku ważnych i potężnych już próbowało się zbliżyć i zawiodło. Kaylie widziała jak dobrze Khal czuł się w tym momencie i bez problemu mogła wyobrazić sobie, że dokładnie tak samo wyglądał rozpracowując sprawę sądową na której, dzień później, miał zmiażdżyć nieszczęśnika po drugiej stronie.

              - Ufff… - spuścił z siebie powietrze, osuwając się na oparciu - Cztery miejsca. Właśnie zredukowaliśmy całe Evercrest to czterech możliwych miejsc… Kaylie, jesteśmy niezwyciężeni!
              Kaylie uśmiechała się z pobłażaniem jak do dziecka.
              - To dopiero początek. Jeszcze nie znaleźliśmy konkretnego miejsca, a jedynie określiliśmy cztery możliwości. Jeszcze nie pora na odtrąbienie zwycięstwa. Będziemy mogli poklepać się po ramionach, gdy załatwimy tych wszystkich wariatów jacy eksperymentują na mieszkańcach. - ostudziła radość, jaka według niej była przedwczesna.
              - A ja zamierzam cieszyć się z każdego znaczącego kroku na drodze do celu - zaprotestował z nierzędnącym uśmiechem.
              - No nie żartuj, Kaylie… Evercrest było bezsilne. Cała straż miejska, wszystkie ich zasoby wraz z jakimś uber-szpiegiem, co nas śledziła nim w ogóle zdążyliśmy w jakikolwiek zwrócić na siebie uwagę, z królewskim dywinatorem w to zaangażowanym nie byli w stanie tej sprawy ruszyć. Nie wiedzieli nawet jak się do tego zabrać i przez [okres czasu który zaraz w sesji wynajdę] stali w miejscu. A dziś przyszliśmy my. W jedno popołudnie mamy prawdopodobne miejsce gdzie bydlak przebywa. Myślę, że zapracowaliśmy sobie na to drobne podpompowanie ego.
              - Podpompujesz ego, gdy będzie pozamiatane. Gdzie twoja cierpliwość prawniku diabłów?
              - Oszczędzana na moment gdy będzie potrzebna - odpowiedział puszczając oczko - Ale w porządku… - podźwignął się z osunięcia na krześle i pochył nieco do Kaylie, zaplatając dłonie przed sobą - Uargumentuj. Czemu moje zadowolenie z postępu w śledztwie może okazać się szkodliwe. Ostrzegam jednak, że jeśli powiesz coś o osiadaniu na laurach to i całej reszty wypowiedzi nie będę w stanie potraktować poważnie - oczy mu się śmiały non-stop.
              - Nadmierne samozadowolenie może zmniejszyć ostrożność i doprowadzić do podejmowania ryzykownych decyzji, gdy przestaniemy uważać na swoje działania widząc je jako już wygrane, a przeciwnika jako pokonanego. - wyjaśniła z cierpliwością opiekunki dziecka.
              - To… JEST odmiana “osiadania na laurach”- stwierdził z lekkim zawodem w głowie - ... ale w porządku. Całkowicie rozsądne podejście - przyznał Kaylie rację - Kwestia tego czy ma się wiarę by udało się zachować adekwatną do dalszej części wyzwania czujność i skupienie. No i ja mam w sobie dość arogancji by uważać, że mój uśmiech na gębie mi w tym nie przeszkodzi… ale nie będę Ci przeszkadzał w odbieraniu tego po swojemu.
              - Zrobiliśmy ile się dało - kontynuował po chwili już zupełnie poważnie - Można by jeszcze szukać pod kątem leż goblińskich w raportach, ale mała szansa, by nam coś to przyniosło. Goblińskie plemiona mają zbytnią tendencję do migracji. Najpewniej nie są tam na tyle długo aby z losowych spotkań zielonoskórych w lesie udało się wyciągnąć regułę. Mam lepszy pomysł…

              text alternatywny

              Nadworny mag pojawił się ponownie w Popielnym Dworze. Nie wykłócał się jednak tym razem z Otto na temat natury karczmarza. Najwyraźniej nie wywróżył nowej teorii. Otto zerknął na przybyłych Viktora i Kaylie.
              - O, są nasi konsultanci. Fern mówi, że macie coś dla niego.
              Kaylie odezwała się pierwsza z jakimś zmęczeniem w głosie.
              - Dywinacja czy szpieg? - odezwała się spod maski.
              - To słodkie, że uważasz, że poświęcałbym wam szpiegów barona. Już wystarczy ogon, który dała wam Filia. - odparł mag - I nie potrzebna mi była dywinacja, fakt, że Blackfyre przyszła po was osobiście było wystarczającym omenem, że będę potrzebny.
              - Ależ jesteś skromny. - zacmokała - Zaskakujące. - stwierdziła ironicznie.
              - Jak przystało na mistrza magii. Więc, cóż takiego udało wam się wyciągnąć?
              - Określiliśmy cztery możliwe miejsca, w których mogą być porwani, jak i ten szaleniec co ich zmienia. - powiedziała wprost.
              - Och! - zawołał mag - A to ciekawe. Dobra pokazujcie, może jakoś pomogę.
              Viktor strzelił śliną w średnim zadowoleniu. Byli u niego prosto z biblioteki i służba rozłożyła ręce.
              - To dlatego nie było ciebie w twojej wieży - stwierdził oczywistość, bardziej jako między-wersowy przekaz “byliśmy u ciebie”. - Jak wrócisz majordomus będzie miała dla ciebie list ode mnie. Będzie już nieaktualny.
              - Potrzebujemy coś jeszcze ci pokazać przed tym. To nie jest daleko, pozwolisz z nami? - jedna stopa Viktora już wskazywała wyjście z Dworu.
              Elf uniósł brew, ale spokojnie ruszył za Viktorem i Kaylie.
              - No cóż, wybaczysz, że nie siedzę na zadzie wyczekując twojego wezwania. - odparł mag na przekąs diabolisty.
              - Nie miałem na myśli najmniejszego zarzutu - przeprosił Viktor akcentowanym żalem tonem - To było raczej… zagajenie. Wstęp do informacji, że będziesz miał do przeczytania bądź wyrzucenia spisaną wiadomość ode mnie.

              Viktor nie prowadził zespołu daleko. Niecałe dziesięć minut później znaleźli się w pokoju innej karczmy, który Viktor wynajął z jedynym warunkiem by było czysto i by miał on stół i krzesła. Zostawił Fisusia wyglądającego przez szczelinę pod drzwiami, czy rozmowa jest prywatna. Sam rozświetlił kilka gwoździ w suficie magicznym światłem w sposób dający sztuczny, pozbawiony cieni, ale nie rażący w oczu widok.
              - Wybacz, Fern, te podchody. Komendant Blackfyre ma pewne wątpliwości… - zawahał się na chwilę - Zakładam, że jesteś wprowadzony w szczegóły sprawy, skoro próbowała korzystać z twoich możliwości… - Viktor zrobił krótką pauzę wyczytując z twarzy maga odpowiedź jeszcze nim ten zdążył kiwnąć głową.
              - Więc Filia mówi, w parafrazie: “Bardzo niewielu byłoby w stanie zrobić to co nasz cel zrobił i Jori należy do tej elitarnej grupy”. Dlatego wolałem nie przeprowadzać tej rozmowy w Popielnym Dworze.
              Viktor wyjaśniał okoliczności sprawy i rozkładał wyciągniętą z podwymiaru mapę, którą dostali na posterunku oraz wyciągnął własne notatki z biblioteki. Nie chciał mazać po nie swojej mapie, więc nie była ona oznaczona.
              - Po przesłuchaniu świadków udało nam się ustalić kilka rzeczy, które, po skorelowaniu z materiałami z biblioteki Loży Najemniczej, pozwoliły nam zawęzić prawdopodobną siedzibę naszego celu do czterech lokacji. Niestety opieramy się na spisanych materiałach, więc nie możemy założyć, że nie ma w tych okolicach innych jaskiń czy ruin potencjalnie spełniających wymagania, a zwyczajnie nie zostały zaraportowane. Mój plan wyglądałby tak, że byśmy cię pięknie poprosili abyś spróbował wywieszczyć te lokacje. Wiemy, że nasz cel kryje się pod płaszczem jakiejś formy non-detekcji, więc jeśli by się okazało, że jednej z nich nie jesteś w stanie to by dało nam niemal pewność, że to jest właśnie to. Co o tym myślisz?
              - Szczerze za dużo nie wiem. - przyznał elf chociaż bez żadnej goryczy - Zwłoki porwanych ludzi pojawiają się z mutacjami o alchemicznej naturze. Widziałem zwłoki kobiety i olbrzymiego gnoma , ale nie udało mi się ustalić gdzie ostatnio byli. - mag wzruszył ramionami - Jeżeli udało wam się ustalić potencjalne miejsca chętnie pomogę zawęzić pulę.
              - Będziemy bardzo wdzięczni, a Filia jeszcze bardziej - uśmiechnął się Viktor i urwał kilka kawałków papieru. Narysował na każdym z nich strzałkę i położył je na mapie by wskazywały lokacje o których mowa.
              - Ta zamknięta kopalnia kiedyś miała w sobie rudę miedzi, ale zgodnie z zapisami wyczerpała się ponad wiek temu i została porzucona. Było w raportach kilka historii o plemionach goblinów, koboldów, raz gnoli i dwa razy bandytów tam lokujących swoją bazę wypadową. Ostatny spisany raport o niej wspominający to gdy dekadę temu drużyna Robara z czterema innymi awanturnikami przyjęli zlecenie aby wybić mieszkające tam wtedy plemię goblinów. Zgodnie z raportem: zabili strażników z przodu i nim zeszli głębiej zablokowali za sobą wejście czymś co nazwali “ścianą mocy”, ale nie wierzę by mieli na myśli faktyczne zaklęcie “ściany mocy”. To musiał być jakiś skrót myślowy czy ich gwara. Zgodnie z ich deklaracjami: żaden goblin nie przeżył.
              - Ta tu jaskinia jest w archiwach wspomniana tylko kilka razy, bo w niej urządzano noclegi. Wspomniano w raportach, że jest głęboka, ale nikt nie schodził by sprawdzić jak bardzo głęboka.
              - Ta jaskinia jest w miejscu gdzie przed trzema wiekami była mała wioska. Teraz nic z niej nie zostało, poza kilkoma kamieniami na kamieniu. Schodzi się do niej przez wydrążony otwór wokół której obudowana była studnia. Ma schodzić dwadzieścia metrów w dół i otwierać się na znacznie szerszą jaskinię. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy może być drugie wejście, ale nie znaleziono go. Przed wiekami, dwadzieścia kilometrów stąd miała być siedziba wampirzycy. Jej mały zameczek został zrównany z ziemią i wszystkie potencjalne podziemne tunele razem z nim.
              - Ta tutaj miała się otworzyć dwie dekady temu, gdzie warlock Salomen starł się z drużyną Varrika. Jego żelazny golem został miotnięty w coś co wydawało się litą skałą, ale okazało się efektem zaklęcia Kształtowania kamienia i miało niecałą stopę grubości. Sprawdzenie jej zostawiono na później, bo po walce byli mocno ranni i musieli szybko wracać aby się połatać. Dwóch z nich nie przeżyło podróży. Czemu potem nikt nie wrócił tego zbadać? Nie mam pojęcia.
              - Czy to ci wystarczy do twojej magii? - zapytał w końcu.
              - Jak najbardziej. - mag wyciągnął wahadełko spod szaty i umieścił ją nad mapą. - To może zająć kilka chwil. - po czym rozpoczął cicho mrucząc inkantację. Oboje rozpoznali rytuał wieszczący mający na celu odnalezienie poszukiwanego miejsca. Wahadełko zaczęło wykonywać okręgi nad mapą, zwiększając swój promień z każdym obrotem. W końcu okrąg objął wszystkie wskazane punkty, aby po chwili odskoczyć od trzeciej lokacji. Mag spojrzał na mapę z uśmiechem - Mogę z całą pewnością potwierdzić, że nie ma go w tej jaskini w wiosce. - spojrzał na dwójkę Azazelitów - No cóż, moja magia jednak na nic się nie zda. - gra aktorska elfa pozostawia wiele do życzenia - Mam nadzieję, że to wam pomogło.
              Viktor kiwnął mu głową z wdzięcznością i zrozumieniem.
              - Oczywiście, przyjacielu. Doceniamy z całego serca twoje starania. Jeśli by ci to pasowało to chciałbym cię zaprosić na obiad, gdy to wszystko się już skończy. W ramach podziękowań za twoje starania. Purpurowy Indor odpowiada komuś twojego statusu? - zapytał z towarzyską przekorą.
              Kaylie nie odezwała się, stojąc w ciszy za zakryciem maską. Gdyby jej nie miała to zobaczyliby jej skrzywienie na ofertę dla elfa. Nie to co Khal powiedział było dla niej problemem. Chodziło tu o jej niechęć do samego elfiego maga.
              - Z chęcią bym przyjął, ale muszę wracać do domu. Najwyraźniej oczekuje mnie wiadomość. - mag uśmiechnął się do dwójki - Przekażcie pozdrowienia Filii.
              - Nie będziemy cię zatrzymywać i definitywnie przekażemy - zgodził się Viktor, nie ukazując w żaden sposób swojego niezadowolenia z prostego faktu, że został spławiony.

              - Ostatnia planowana sztuczka na dzisiaj - zapowiedział Kaylie gdy zostali sami, zamykając drzwi na klucz - Potrzebuję dziesięciu minut.
              Zrolował mapę i schował ją za pazuchą. W jej miejsce położył zwój z wkaligrafowanym kręgiem rytualnym. W jego środku położył trzy opale. Bliżej siebie położył pustą kartkę, a do ręki wziął węgielek.
              - Przypilnuj proszę, Kruszyno, aby nikt mi nie przeszkodził.

              Zamknął oczy i rozpoczął szeptaną inkantację w nieistniejącym języku, choć o brzmieniu podobnym do piekielnego. Nie trwała ona długo. Może trzydzieści sekund gdy ją zatrzymał. Trzy sekundy pozostawał w bezruchu, po których zaczął szkicować coś. Z początku powoli, z czasem coraz intensywniej i intensywniej. Szybciej i bardziej chaotycznie. Już po pięciu minutach kartka wypełniona po brzegi była całymi warstwami bohomazów i bazgrołów. Słów i zdań nie mających żadnego kontekstu, ani sensu, a nawet samym sobie nie oznaczającym nic. Khal był w płytkim transie. Oddychał energicznie, ale nie głęboko.

              Po dziesięciu minutach wyszedł z niego, a jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas.
              - Nie lubię tych zaklęć… - zadeklarował i spojrzał na kartkę, szukając odpowiedzi. Korelacji. Jakiś wskazówek na temat szpiega, co ich śledził.
              Na zwoju w kręgu opale wyglądały na wypalone… jak węgielki tylko otoczone cienką skorupką czegoś co kiedyś mogło mieć wartość.

              "W świecie hodowli największa jest krowa,
              W świecie ptaków najskrytsza jest sowa."

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                #31

                text alternatywny
                Kaylie zaśmiała się widząc to. Wręcz nie mogła się opanować.

                Fisuś porzucił swój posterunek w szparze pod drzwiami i wspiął się Khalowi nogawką aż do kołnierza, by spojrzeć na słowa i tak samo jak prawnik… oklapnąć.
                - Tia… to rzadko jest zrozumiałe z wyprzedzeniem.
                Papier zniknął w podwymairowej kieszeni.
                - Śmiej się, śmiej, Malutka. Potem oboje się zdzielimy w czoła, gdy okaże się, że odpowiedź była “oczywista”. Jedyny pomysł w tym momencie to, że nas jakiś chowaniec obserwuje.
                Skrzyżował nogi, siadając na łóżku i oparł się o ścianę, dając sobie chwilę relaksu mentalnego.
                - Fisuć, tsk, tsk… - cmoknął znacząco a wąż zasalutował ogonem i pognał do okna, gdzie powoli, ukradkowo, wpełzł między zasłony by wyjrzeć czy jakaś sowa ich nie obserwuje.
                - Krótka przerwa i myślę, że do Filii się dobijemy. Miło będzie siostrzyczce zaimponować - zachichotał pod nosem po cichu i przeszedł na sylvański. Jeden z bardziej egzotycznych języków który, już ustalili, oboje znają - Trzeba będzie jeszcze Baltizara wprowadzić w to co wiemy. Chwalił się nam o której planuje wylecieć? Byłoby niekorzystnie gdyby nam uciekł. Choć pewnie dałoby się posłańca wysłać aby go dogonił…
                Kaylie ciągle była rozbawiona sytuacją.
                - Trzeba, nie trzeba... Ja muszę dziś zapracować na łaźnię. - stwierdziła w Sylvańskim - Mnie tam w sumie nie grzeje, że siostra lubi zaglądać w twoje sprawki. To co jednak mnie fascynuje... - uśmiechnęła się z rozbawieniem - To fakt, że jesteś tak rozgadany jak nakręcony i płacili ci od wypowiedzianego słowa. Zachrypniesz kiedyś od tego nieszanowania swojego gardła.
                Khal uśmiechnął się nie otwierając oczu.
                - Ogon od siostrzyczki mnie bardziej ziębi jednak. Mam już kontakt z lokalnym… rynkiem… i średnio mi odpowiada, że mógł on już zostać zauważony. Psuje moją legendę.
                - Nie masz pojęcia ile ziółek na głos w siebie w życiu wlałem. Połowa sądownictwa Cheliax to konkurs popularności. Przystojna gęba, przyjemny głos, gadane… nie są ważniejsze od jednoznacznych faktów, ale fakty zbyt często mogą oznaczać zbyt wiele sprzecznych sobie rzeczy. Moje wygadanie zwykle mi służyło. Często pozwalało sprawić by dziewczyna zapomniała, że mógłbym być jej ojcem i w zasadzie wcale mnie nie lubiła - wyszczerzył zęby w żartobliwym uśmiechu.
                - Już mi to kiedyś mówiłeś, staruchu. - przypomniała - Bój się, że kiedyś spotkasz jakąś swoją bękarcią córkę. I dokonasz czynu jaki będziesz żałował.
                - JA mówiłem? - zapytał z powątpiewaniem i uniesioną brwią, nawet na moment nie tracąc dobrego humoru - Trochę inaczej wydarzenia pamiętam, no ale skoro tak mówisz…
                - I nie jestem pewny… jakiego to czynu miałbym żałować? - zapytał tonem pełnym teatralnie akcentowanej ciekawości.
                - Nie udawaj głupszego niż jesteś. - Kaylie przewróciła oczami - Chodzi o to żebyś się z nią w pewnym momencie przespał nie wiedząc kim jest.
                Uśmiech Khala nie zrzedł w żadnym momencie. “Udawanie głupszego”, niezależnie jak “niegodnie” brzmiało było pełnoprawnym narzędziem w jego repertuarze.
                - Hmmm… moje podboje na poważnie zaczęły się jakieś dwadzieścia jeden lat temu, więc ta hipotetyczna córka mogłaby mieć te dwadzieścia lat. Zauważalnie powyżej mojego dolnego limitu. Ergo: to byłoby mało prawdopodobne, ale jak najbardziej możliwe. Więc pozwól mi to sobie zwizualizować aby nabrało to dla mnie treści… Powiedzmy, że Octavia okazałaby się córką Thalii. Nie, lepiej Valerii… z nią wciąż sobie wysyłamy kartki na Wiecznonoc i relacja utrzymała się dłużej. No i wiem, że ma ona córkę. I tego pięknego ranka, na trzy dni nim Cheliax opuściłem, wtedy kiedy widziałem Octavię po raz ostatni, nagle wpada mi do sypialni blada jak duch Valeria. Nie wiem jak ominęła ochronę, nie ma to teraz znaczenia.
                - I wykrzykuje coś do Octavii, coś do mnie, pewnie bełkocze póki nie wyczaruję sobie iluzji ubrań i jej nie ogarnę. Choć nie… znając te dwie to raczej by mi do słowa nie dały dojść, a jakbym próbował to by mi oczy wydrapały. Obie mają pazur. Ziarnko, po ziarnku, słowo po słowie dochodzimy do wielkiego Ujawnienia. Jestem ojcem Octavii. I jak ja się z tym czuję? - zastanowił się kilka chwil. Widać było oznaki odbywającej się wewnętrznej debaty.
                - Powinienem czuć odrazę. Może bym ją poczuł gdyby do tego rzeczywiście doszło, ale na ten moment… wydaje mi się to być suchym faktem nie niosącym emocjonalnego znaczenia. Też utrudnia sprawę, że w Cheliax… to się po prostu zdarza. Tak, tak… oficjalnie jest to pogardzane i definitywna większość ma w sobie przynajmniej umiarkowaną do tego pogardę… ale jest akceptowane póki się z tym nie obnosi i prawo się angażuje w te praktyki tylko w ramach represji politycznych. Posłałem za to raz pewnego vice-hrabiego w znacznie… mroczniejsze czeluście ekonomiczno-socjalne gdy poczuł się dość fajny, by z kościołem Beliala w szranki stanąć. Przy czym on nie z córką sypiał…
                Kaylie skrzywiła się wyraźnie. Słuchała z napiętą szczęką i jakimś niechętnym wyrazem twarzy.
                - Czyli twierdzisz, że sama możliwość cię nie odrzuca? - zapytała z gorzkością w ustach.
                Khal otworzyl oczy i spojrzał na nią ze zmartwieniem, ale nie skruchą. Chwilę milczał ważąc słowa, a gdy w końcu zaczął mówić w głosie pobrzmiewała mu nutka żalu.
                - Kaylie… musisz zrozumieć, że ostatnią rodziną jaką miałem była moja matka. “Córka”, “syn”, “ojciec”, “ciotka”... to dla mnie puste słowa. Rozumiem je na mocy obserwacji i ekstrapolacji, ale ich nie czuję. W ogóle. Jeśli przeznaczenie kiedyś przeklnie jakąś niewinną duszę mną jako ojcem w jego życiu… to może się to zmieni. Jednym z “dobrych zakończeń” jakie dla siebie kiedyś wyobrażałem, takie w których przestaję być… - zastanowił się kilka chwil, szukając słów które by oddały co ma na myśli - taki. - Wskazał w końcu bezładnym gestem ogólnie siebie licząc, że Kaylie zrozumie - To było, że powtórzę Tiberiusa… Tiberius piętnaście lat temu był moim tak jakby przyjacielem. Równie skrzywionym jak ja, traktujący kobiety gorzej niż ja, a mimo to było mu z nimi bardziej łatwo nawet niż mi, bo miał gębę cholernego Adonisa. Zerwałem z nim jakikolwiek kontakt gdy urodziło mu się pierwsze dziecko które uznał za swoje. Opowiadał, że kiedy pierwszy raz wziął ją na ręce świat wokół niego się zupełnie zmienił. Wedle jego własnych słów… ledwie powstrzymał się by na kolana nie paść i nie przyrzec tej małej niewinnej duszyczce, że kimkolwiek był Tibbi to właśnie precyzyjnie w tym momencie przestał nim być - głos Khala z czasem stał się nieco smutny, melancholijny nawet.
                - Nie mogłem ścierpieć tego - ton stał się ostry, jakby z dawno zgasły gniew się przebudził - Jego szczęście paliło mnie w oczy. Podważało moje powody “dlaczego taki jestem”. Był dowodem, że wcale nie muszę taki być. Więc wyciąłem go z mojego życia, a potem, w chwilach słabości, albo gdy uchlałem się na smutno, wyobrażałem sobie, że i ja mógłbym zostać tak magicznie naprawiony biorąc niewinną duszyczkę na ręce.
                - Wybacz! - Nie pozwolił ciszy przebrzmieć i wstał z łóżka - Dużo pieprzenia, mało treści. Odpowiadając na twoje pytanie: zgadza się, nie odrzuca mnie to, bo słowo “córka” nic dla mnie nie znaczy. Taki ze mnie cheliaxiański bydlak - zaśmiał się równie wesoło jak nieszczerze.
                - Chodźmy Filii się pochwalić, że to czego ona nie potrafiła przez dwa tygodnie ruszyć my po jednym popołudniu już możemy jej pokazać “tam szarżuj!”
                Kaylie patrzyła na mężczyznę twardym wzrokiem.
                - Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz taką radość. - odparła - I zrozumiesz o czym mowa. Szkoda, że na razie cię nie interesowały możliwe dzieci, które pewnie masz, jak zakładam. Wypadki każdemu się zdarzają.
                Khal odpłynął na chwilę wzrokiem gdzieś w przestrzeń. Miał jakąś myśl którą porzucił.
                - Więc… co to za historia? Czemu jest to dla ciebie tak osobiste by aż tak bardzo śliczne brwi ci marszczyć?
                - Nie wiem o co ci chodzi. - odparła - Ja po prostu wyrażam swoje zdanie o obrzydliwości tego co sugerujesz.
                - Zadałaś abstrakcyjne dla mnie pytanie. Odpowiedziałem w zgodzie z moimi czysto akademickimi przewidywaniami. Wyjaśniłem skąd wynikają moje wnioski nawet nie próbując ukryć, że pochodzą one z bardzo niezdrowego miejsca. Zaznaczyłem, że jakby kiedyś abstrakcja zmieniła się w fakt to odpowiedź mogłaby się zmienić. Naprawdę nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć, poza tym, że przykro mi gdy tak na mnie patrzysz. Możemy wrócić do tej dyskusji w przyszłym milenium? Albo lepiej: jeszcze kolejnym? - zapytał z prośbą w twarzy, już kierując się do drzwi.
                Kaylie chwyciła go za ramię zatrzymując w pół kroku.
                - Panicznie unikasz odpowiedzi. - spojrzała mu w oczy - Boisz się tego na co nie masz pewnej już odpowiedzi. Ułatwię ci to. - zaczęła mówić powoli - Czy taką samą niepewną odpowiedź byś mi dał, gdyby była mowa o twojej rodzonej matce, jakby żyła?
                Khal dał się zatrzymać bez oporów i wysłuchał ze spokojem pytania, ale nie spodziewał się takiego przekierowania. W pierwszej chwili na jego twarzy pojawił się protest, który szybko jednak zdusił, jednak jeszcze kilka chwil jego oczy tańczyły, na zaciętej twarzy, to w lewo to w prawo.
                - To… - skrzywił się, aż biel jego zębów zabłysła na moment - Istotnie… inna perspektywa. Tak, odpowiedź byłaby dużo inna. I zgodna z twoimi oczekiwaniami.
                - Więc z dzieckiem miałbyś to samo. Szczególnie jeżeli byś to dziecko wychowywał, ale gdybyś się po prostu dowiedział kim jest twój partner... mogłoby cię to złamać.
                - Kaylie… - zaczął łagodnie, ujmując ją za przedramiona - Dlaczego o tym rozmawiamy? - w jego oczach widziała zmartwienie - Zrzuciłem ci na barki ciężar więcej niż jednej mojej osobistej tragedii. Jeśli masz jakąś własną która próbuje się wreszcie wyrwać i przeobrazić w słowa… byłbym zaszczycony użyczając ci ucha by jej wysłuchać i dobrej woli by nie oceniać…
                Kaylie słuchała w milczeniu i trochę zajęło nim się odezwała.
                - Chodźmy do Filli, późno się robi, a ja będę musiała poszukać tych facetów dla córek Otto.
                Khal opuścił ręce i kiwnął głową z lekkim, nie do końca wesołym uśmiechem.
                - W porządku. - Wyszedł i przytrzymał dla niej drzwi - Z najmitami możesz sobie poradzić lepiej niż ja. I mam umówione spotkanie z kontaktem, co może mi coś powiedzieć o Zoryi. Tylko ten kontakt jeszcze o tym nie wie. Więc nie zaproponuję ci pomocy.
                - Najpierw pójdziemy do Filli. Chcę zobaczyć jak się będziesz puszyć. - odparła bez przejęcia sytuacją.

                text alternatywny

                Droga powrotna do siedziby straży minęła dwójce bez żadnych przygód. W środku był znany im już ruch i zgiełk. Viktor zauważył Duncana siedzącego ponownie w recepcji, który uniósł brew jak tylko ich zobaczył.
                - Na pewno nie chcecie się zaciągnąć? - strażnik zaczął wpisując dwójkę do zeszytu - Jesteście tu częściej niż kilku z naszych.
                - Może innym razem - Viktor puścił strażnikowi wesołe oczko - Komendant jest wciąż na posterunku?
                - Tak, tak. - Duncan wręczył dwójce plakietki z napisem "Konsultant" - Chodźcie, zaprowadzę was. - strażnik ruszył w głąb kwatery Straży Miejskiej, doprowadził ich do szerokich schodów i rozpoczął wspinaczkę - Na ostatnie piętro. Odkąd złapaliście jakiś trop, miejsce ożyło. Komendant zaczęła rozsyłać wezwania do rezerwistów.
                - Co do zaciągnięcia się... - odezwała się nagle Kaylie - Jakie są stawki?
                - Za niskie. - odpowiedział Duncan - Jest za to "prestiż munduru i satysfakcja z zapewniania bezpieczeństwa miastu", jak to mi mówili pierwszego dnia.
                - I ciągle w to wierzysz? - Kaylie uniosła dłoń - Nie, nie musisz odpowiadać. Nie chcę szkodzić twojemu zatrudnieniu.
                Duncan wdzięcznie skorzystał z oferty Kaylie. Doprowadził ich do drzwi z plakietką "Komendant Filia Blackfyre". Zapukał trzy razy zanim się odezwał.
                - Pani komendant? Goodmann i Sunfall wrócili.
                - Wpuść ich. - kiedy dwójka weszła do pokoju Filia właśnie odkładała aktówkę z jakimiś papierami. Viktor zauważył i rozpoznał złamaną pieczęć Blackfyre na aktówce. Komendant przyjrzała się dwójce z uniesioną brwią - Już wracacie? Nie mówcie mi, że macie lokację? - chociaż w głosie kobiety było zwątpienie, jej oczy błyszczały nadzieją.
                - Aż tak wysokie mniemanie masz o nas? - zapytał Khal, już połechtany po ego - Wynalezienie w jedno popołudnie kryjówki patologicznego alchemo-złola, w oparciu na kilka pytań zadanych na krzyż niechętnym do rozmowy truposzom, graniczyłoby z absurdem- odpowiedział ze pół-aktorskim smutkiem w głosie. Precyzyjnie modulowanym, aby tworzyć perfekcyjną wątpliwość “czy on mówi poważnie, czy nie?”.
                - Ale mamy to. - Powaga jego głosu skontrastowała z poprzednim tonem nim przedłużająca się cisza zdążyła przekształcić wątpliwość we frustrację. Idąc na straż rozważał trzy różne drogi “puszenia się”, ale uznał, że co za dużo to niezdrowo. Ta odrobina starczyła.
                - Podziemia pod wioską Baldenburry, co wymarła jakieś trzy i pół wieku temu. Chcesz pełną historię, czy skróconą, tego jak do tego doszliśmy?
                Viktor wzniósł nieco w górę, mapę wyciągniętą zza kaftana, w niewerbalnym pytaniu “pokazać gdzie?”
                Kobieta oparła brodę na dłoni na początku wywodu Viktora. Westchnęła kiedy w końcu skończył.
                - Jesteś tak zauroczony własnym głosem, czy przyzwyczajony, że płacą ci od słowa? - pokręciła głową - Mój ojciec by cię polubił. - wstała z krzesła robiąc miejsce na biurku, aby Cheliaxianin mógł położyć mapę - Skróconą proszę, chcę wyruszyć jeszcze w tym roku.
                - Miałbym nadzieję… mamy bardzo podobny obszar zainteresowań zawodowych - odpowiedział, nie zrażony w żaden sposób - Z Kaylie udało nam się zredukować potencjalne lokacje do czterech - mówił rozwijając mapę - Ale wiedząc, że nasz cel kryje się pod płaszczem non-detekcji poprosiliśmy Ferna, kazał cię pozdrowić swoją drogą, aby sprawdził której z tych lokacji NIE może wywróżyć. To jest właśnie ta - wskazał wreszcie palcem.
                - Raporty z Loży mówią o zejściu otworem, wokół którego była kiedyś obudowana studnia. Jest głęboki. Ma być inne wejście, ale nie wiadomo gdzie. Tutaj - wskazał palcem na mapie trochę obok - Są ruiny zamku wampirzycy Virgeil, co ją ubito jeszcze nim wioska wymarła. To niecałe dwadzieścia kilometrów. Nie wiem czy ma to związek, ale byłoby co najmniej ciekawy zbieg okoliczności.
                - Jeżeli laboratorium było częścią kompleksu Virgeil… - zaczęła myśleć komendant - Kilka dekad temu okolicę nawiedziły silne trzęsienia ziemi. Do tego roboty wykopaliskowe krasnoludów… może laboratorium się przemieściło i podłączyło do kompleksu w mieście?
                Khal skrzywił się odrobinę, w niedefinitywnym proteście.
                - Teorie można dowolnie mnożyć. Może laboratorium należało do Virgeil i było w zamku, może do szalonego licza nad którego katakumbami ktoś wybudował Baldenburry. Może to inne wejście zawsze prowadziło do zamku, może trzęsienia je stworzyły, albo w ogóle go nie ma. To co wiemy, to to, że to miejsce przeszło wszystkie filtry, które udało nam się ustalić podczas rozmowy ze świadkami i jako jedyne z tych co spełniały, jest ono objęte płaszczem non-detekcji. To razem oznacza, że możemy być niemal pewni, że to jest to miejsce, choć pewności mieć nie będziemy póki nie sprawdzimy. Dziwniejsze zbiegi okoliczności widziałem. Można zagrać teraz zachowawczo i wysłać kogoś aby sprawdził, ale musimy pamiętać o plemieniu goblinów, albo można od razu iść z siłą. Dobrym pomysłem mogłaby być również wystawiona czujka z metodami magicznej komunikacji, ale to zadziała tylko jeśli rzeczywiście wychodzą szybem studni.
                - Dopiero pojutrze uda mi się zorganizować odpowiednią ilość ludzi na misję. - przyznała Filia - Ale wyślę kilku zwiadowców, aby zbadali teren. Mogę liczyć na was i tego gnoma, z którym podróżujecie?
                - Pojutrze? - Kaylie zamarudziła - A nie możemy dziś czy jutro?
                - Rozumiem, że Poszukiwacze Przygód, są przyzwyczajeni do wchodzenia do nieznanych miejsc, bez wsparcia i doprowadzania do wymarcia przynajmniej jednej społeczności. Tu jednak chodzi o życia porwanych. Nie mogę pozostawić miasta bez obrony i nie mogę zabrać byle kogo na tą eskapadę. - Filia zaczęła masować nasadę nosa - Jutro wieczorem. - powiedziała - Jeżeli was nie będzie, ruszamy bez was.
                - Jeżeli tak zależy ci na życiach to tym bardziej trzeba się spieszyć. - mruknęła - Im szybciej tam pójdziemy, tym większa szansa, że odnajdziemy kogoś, kto jest jeszcze do uratowania, a nie do dobicia. Do tego dzięki temu zmniejszymy szansę, że ten wariat po prostu wyczuje nasze przygotowania i tym bardziej będziemy mieć problem. Im dłużej mamy zamiar się przygotowywać tym większa szansa, że wystawimy się.
                - Myślisz, że tego nie wiem? - zaczęła komendant - Chcecie iść tam we dwójkę i dać się zabić goblinom, zanim przejdziecie przez pierwszy poziom kopalni? Myślicie, że pięciu chłopa, których teraz mogę zwołać dużo pomoże w takiej sytuacji? Potrzebuję czasu, żeby wezwać odpowiednią ilość ludzi. Muszę ich wyekwipować, przygotować zaopatrzenie, wozy, prowiant, lekarstwa i bandaże. - Filia westchnęła - Wiem, że każda sekunda spędzona na nie ratowaniu tych ludzi, przybliża ich do śmierci. Jakie jednak będą mieli szanse, jeżeli padniemy zanim do nich dotrzemy?
                - Czemu zakładasz, że nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z jakimiś goblinami czy innym syfem stamtąd? - mruknęła niezadowolona - Sypnij groszem, a już na jutro rano zbiorę najemników, co nie będą bali się ruszyć bez ciepłych gaci na dupie.
                - Może i dacie radę goblinom. Może nawet ubijecie tego popaprańca i cokolwiek tam ma w laboratorium. Jak zamierzasz przetransportować ocalałych?
                - Po pierwsze to byłby problem na później. Po drugie jeżeli najemnicy zdołają utłuc co trzeba to tym bardziej wyciągnąć porwanych. Oczywiście, tych których jest jeszcze sens wyciągać.
                - Jak na ochroniarza, czyjeś zdrowie i bezpieczeństwo są nisko na twojej liście priorytetów. - mruknęła Filia - Wiemy o dwudziestu porwanych, nie licząc tych na dole, to daje nam piętnastu. Co jeżeli nie wszyscy będą nadawali się do przemarszu, tylko będą potrzebowali transportu? Zostawisz ich? Dobijesz?
                - Nie jestem ich ochroniarzem. - doprecyzowała - I powiem coś szczerze. - przesunęła się bliżej Filii - Jeżeli którzyś z nich będą zbyt zmienieni, aby miało sens ich zabrać... Dobiję, aby oszczędzić ich rodzinom traumy poznania losu swoich bliskich.
                - Dobrze więc, że to JA, a nie ty, jesteś tu od podejmowania takich decyzji, a ty i tak czekasz na to co ci Viktor powie. Świat musi być łatwy z twojej perspektywy. Czarno-biały. A co z tymi, którzy nie są zmienieni, a jedynie okaleczeni? Zdolni do życia, ale potrzebujący pomocy? Twoje czarne wyznające diabły serduszko, zrozumiałoby koncept współczucia?
                Kaylie zmrużyła oczy w irytacji.
                - Mówiłam tylko o dobijaniu tych, którzy byliby tak zmieni jak ci na dole. Niemożliwi do naprawy ich stanu. Ranni i okaleczeni to inna sprawa. - powiedziała i następne słowa wysyczała ze złością - I z łaski swojej nie oskarżaj mnie o wyznawanie jakichkolwiek diabłów. Nie jestem Viktorem.
                - Jednak podróżujesz z nim i gnomem, który załatwia sobie wdzianka z religijnym symbolem. - odparła Filia - Radzę więc może lepiej dobierać sobie towarzyszy. Ja cały czas mówiłam o tych, których da się odratować, nie o beznadziejnych przypadkach. Nadzieja jest ci obca Galtianko?
                Kolejny raz Kaylie cieszyła się, że jej reakcja jest zakryta maską. Nie podobało jej się to.
                - Nadzieja jest matką naiwnych i zdesperowanych. Wyrodną matką bym powiedziała. - mruknęła - I czemu sądzisz, że takie mam pochodzenie?
                - Nie zawsze dobrze chowasz akcent. - odparła Filia - Życie ci pewnie nieźle dało w kość, że skończyłaś jako ochroniarz Cheliaxiańskiego diabolisty, rodzice muszą być zawiedzeni... - komendant zerknęła na Viktora - Masz zamiar się włączyć do debaty?

                Zawezwany nie spieszył się wybitnie. Odbił się ruchem barku od ściany o którą się wygodnie opierał i podziwiał. Szybko odrzucił odpowiedź “Nie. Ja się tu świetnie bawię.” Po prawdzie zawsze też był niechętny się włączać w kłótnię kobiet. Zbyt łatwo potrafiły one spontanicznie stworzyć nowy front wycelowany w intruza.
                - Mamy tutaj problemy z komunikacją i punktami widzenia. WSZYSTKIM nam zależy aby uratować ilu się tylko da, więc przestańmy sobie zarzucać co innego. Mamy jedynie inne wizje na temat tego co byłoby najskuteczniejszą metodą zminimalizowania ilości śmierci. Jednocześnie musimy też złapać tego bydlaka, bo inaczej to powtórzy. I chcemy wyruszyć przynajmniej w miarę bez fanfarów, bo on może mieć swoich szpionów w mieście. Może mieć sens aby punkt zborny zrobić gdzieś za miastem. Tuzin czy dwa tuziny ludzi opuszczających miasto pojedynczo znacznie łatwiej przejdzie niezauważona niż wspólny wymarsz.
                - Ale Kaylie ma rację… da się wysupłać od barona trochę złota, aby wesprzeć się najemnikami? Mamy trzynaście mutantów plus plemię goblinów do zarżnięcia i będziemy na ich terenie… Mniemam, że wśród strażników pewnie masz niewielu magów? Przynajmniej kilku czaromiotów przydałoby się donająć do roboty. Nie muszę ci mówić jakie cuda potrafi zdziałać pojedyncza plama Oleju.
                - Jeżeli chcesz wyruszyć za miesiąc a nie jutro... - odparła Filia - Jego skarbnik bije się o każdy wydatek, który "nie jest w budżecie". Mam prawo zwerbować kilku na pensji strażników, ale gdzieś z pół tuzina. Co do magików w straży, mamy tylko jednego, ale specjalizuje się w magii obronnej. Głównie korzystamy z usług kleryków.- westchnęła - Dojście na miejsce zajmie nam dwa dni. - kobieta zaczęła spisywać coś na kartce - Uda mi się zabrać dwudziestu strażników, wyślę prośbę do świątyń o użyczenie kilku kapłanów wyłącznie jako lekarzy. Sześciu najemników z gildii, wasza dwójka, plus gnom i jego ferajna. - zatrzymała się - Viktorze, będę miała prośbę.
                - Zamieniam się w słuch.
                - Masz jakąś tam kontrolę nad językiem i słowami. Na tyle, aby przekonać do siebie ludzi. Jeżeli ten alchemik jest tak dobry jak sądzę, potrzebujemy kogoś o podobnych zdolnościach. Spróbuj zwerbować Joriego.
                Viktor chwilę nic nie mówił, patrząc w przestrzeń gdzieś w bok. Myśląc.
                - I nagle bardziej żałuję, że nie zamieniłem z nim więcej słów niż przywitanie w przejściu. W porządku… zakładam, że już mu ufamy, a przynajmniej jesteśmy zmuszeni zaryzykować zaufanie mu. Może uda się zagrać na jego poczuciu dumy zawodowej, ale pewnie będę musiał coś mu zaoferować. Skoro nie ma jak wysupłać nagrody pieniężnej, a jeśli dobrze rozumiem jak wysoko oceniasz jego zdolności to musiała by być niemała, to może pozwolimy mu przygarnąć połowę reagentów które tam znajdziemy? Skoro już mu ufamy, to warto też mu pokazać przed akcją ciała. Wyciągnie z ich oględzin znacznie więcej niż my byliśmy w stanie i potencjalnie pozwoli nam się przygotować specyficznie na jakieś paskudztwa. To byłoby wyceniane w życiach: naszych, twoich ludzi oraz porwanych.
                - Mam trochę odłożonego pieniądza. - wtrąciła Kaylie - Mogę nim wspomóc, ale na bank będę chciała z powrotem. I tak, jeżeli będzie trzeba przekonam tego skarbnika żeby szybciutko oddał.
                - Możemy go zaprosić. - przyznała Filia - Nie kłopotałam się ponieważ trudno go wyciągnąć z tej dziupli w Dworze. - spojrzała z politowaniem na Kaylie - Straż poradzi sobie bez jałmużny, dziękuję. Nie chcę też zabierać małej armii na to.
                Kaylie zgrzytnęła zębami i wycedziła słowa tym słodkim jak syrop głosem.
                - Oczywiście. Zapomniałam, że nie warto próbować pomóc, jeżeli nie jest to za darmo. Mea culpa.
                Viktor rozmasował kąciki oczu. Nie miał ochoty się mieszać w te przepychanki.
                - Jeszcze trzy sprawy. Raz: Baltizar nie jest moim człowiekiem. Porozmawiam z nim i prawdopodobnie dołączy do nas, ale nie mogę nic obiecać. No i w tym momencie potrzebuję zapytać o przewidzianą nagrodę za pomoc w tym problemie. O ile ja z Kaylie zadowalamy się zaufaniem, że będzie ona przynajmniej nie-obraźliwa, to nie mogę tego oczekiwać od osób trzecich.
                - Dwa: Kaylie nie jest moim ochroniarzem, a partnerem i jej pomoc była nieoceniona w poszukiwaniach.
                - Trzy: Aby była jasność. Znam się na medycynie i mam spory zapas zwojów leczących, ale… śmierdzą one siarką. Preferuję je od typowych, bo są skuteczniejsze. Możliwe, że nie będą konieczne, jeśli uda się kilku uzdrowicieli wziąć, ale jeśli to będzie sprawa życia lub śmierci kogokolwiek z naszych, to nie zawaham się z nich skorzystać. Oczekiwałbym, że w takiej sytuacji nie będzie to wzięte mi za złe.
                W ostatnich słowach Viktora pobrzmiała malutka nutka pytania. Pomimo, że była to deklaracja, to słychać było, że pyta o potwierdzenie.
                - Jeden: Zrozumiałe, nagroda pieniężna oczywiście będzie. Dwa: Sądziłam, że wasze relacje są czysto profesjonalne. Trzy: Zawsze się przyda i przymknę oko.
                - W żadnym momencie nie wątpiłem w obecność nagrody, ale teraz potrzebuję wiedzieć: jaka? Bo jeśli mam skusić Baltizara by do nas dołączył to potrzebuję wiedzieć czym dokładnie kuszę.
                - Zakładam, że pieniężna go nie interesuje? Jeżeli interesuje, oferuje 500 złota, plus wszystko co zabierze na ekspedycji. Jeżeli coś więcej, mogę zaoferować priorytetyzację w pomocy straży.
                - Nie wiem, ale waluta to dobry punkt wyjścia. I można z kwoty ekstrapolować alternatywne formy wynagrodzenia.
                - Więc ustal wszystko z nim i przyjdźcie jutro, przed wieczorem. Rozpocznę odprawę, przydzielę zadania i ruszymy.
                Viktor kiwnął głową i spojrzał na Kaylie, by ocenić czy ma jakieś sprawy jeszcze, ale… z tą maską nie był w stanie.
                - Tak zrobimy. Jak będziesz najmować tych sześciu najemników… sugeruję magów… te plamy oleju czy inne sieci… - uśmiechnął się, nieco zadziornie, po czym kontynuował już poważniej - To chyba będzie wszystko w takim razie - powiedział, powoli, dając Kaylie czas się wtrącić się gdyby chciała.
                Filia kiwnęła głową.
                - Znajdziecie sami wyjście, czy mam wołać Duncana? - nie czekałą na odpowiedź i zrobiła ruch ręką odprawiając ich. Sama zaczęła rozpisywać rozkazy i zamówienia.

                text alternatywny

                Viktor zobaczył jak Kaylie po prostu szybkim krokiem idzie przed nim.
                Westchnął zmęczony i ruszył za nią, przystając tylko na moment, aby pożegnać się z Duncanem na dyżurce. Wbrew oczekiwaniom nie ujrzał jej pod tym samym murem, w tej samej pozycji co kiedy wczoraj opuszczał posterunek straży. Strzyknął śliną rozglądając się i dojrzał ją, idącą powoli przed siebie, czasem coś kopiąc. Powoli ginęła luźnym “tłumie” miasta. Westchnął i przyspieszył nieco kroku, by ją dogonić.

                Kilka dłuższych chwil potem zrównał się z nią w końcu. Krokiem intencjonalnie na tyle głośnym aby nie zostać niezauważonym, w martwym polu maski.
                - Jeśli mnie pamięć nie myli, to trzy dekady temu, gdzieś w tamtych okolicach była wybitna piekarnia z cudownymi jagodziankami. Miałabyś ochotę? - zapytał bez nacisku.
                Kaylie zatrzymała się ze spuszczoną głową patrząc w ziemię. Nie odezwała się do Khala, a jedynie ograniczyła swoją reakcję do mizernego skinięcia głową.
                - Dobrze, więc myślę… - zawiesił na chwilę głos, szukając w pamięci obrazów z poprzedniego życia, gdy jego dłoń zaplatała się z jej dłonią. Ścisnął dwukrotnie, odrobinę mocniej, pocierając kciukiem z czułością.
                -.... w tamtą stronę to będzie - zadeklarował i delikatnie poprowadził Kaylie - Mam w pamięci zarys twarzy, z którym już, niestety, nie wiąże się żadne imię… ale nazwijmy tę przyjaciółkę małego Khaliego Aerie. Aerie była cwaniarą i jakieś półtorej roku starsza od niego. Ona nauczyła go jak kraść. Nic poważnego, ale właśnie z tej piekarni regularnie podkradaliśmy słodkości. W pamięci mi najbardziej utkwiły właśnie jagodzianki…
                Khal nie przejmował się brakiem zaangażowania Kaylie. Historia była pocieszna, wesoła, lekka i radosna. Wręcz dziecięca. Wyraźnie opowiadana przez pryzmat różowych okularów dni których mroki dawno utonęły w niepamięci, pozostawiając tylko to co się chciało zapamiętać. Nie miała nagłych zwrotów akcji, a kadra aktorska była ograniczona. Kilka razy odbiegła na boczne, nie związane z głównym wątkiem tory ale definitywnie miała ona pewien urok “szczęśliwszych dni”.

                - Na szczęście postanowili dać mi lekcję - opowiadał z ulgą, po tym gdy na końcu aktu drugiego historii dał się złapać piekarzowi i jego synom - Kazali cały dzień mieszać mąkę, na kolejne wypieki. To nie była lekka praca dla małego Khaliego. Na wieczór przyszła druga część lekcji… postawili przede mną dwanaście jagodzianek co się nie sprzedały i nie pozwolili wrócić do domu nim wszystkich ich nie zjem. Mały Khali myślał, że musiało im się coś pomylić. Albo, że żartują i nie są wcale źli, a on się świetnie spisał pomagając im. Dwanaście jagodzianek! Tylko dla niego! Mały łasuch dopiero przy czwartej zrozumiał co to za nienormalna ilość by zjeść na raz. Trzech godzin potrzebowałem by je w siebie wcisnąć. Nigdy potem nie ruszyłem jagodzianki, a na wszelkie słodkie wypieki żołądek mi się skręcał - opowiadał ze śmiechem - Lekcja definitywnie okazała się skuteczna!
                Kaylie nic nie mówiła przez całą opowieść. Po prostu szła jak ją prowadził mężczyzna, zdając się spróbować przełknąć słowa jakie chciały i nie chciały wyjść z jej gardła.
                - Jagodzianki... - odezwała się w końcu wciąż wpatrzona w drogę - Zawsze sprzedawali je na głównym placu w Isarn. Szczególne wyroby na czas zgromadzeń. To była okazja... Same wyroby nie były wysokiej jakości. W domu miałabym lepsze, ale... Te były szczególne. - urwała i odezwała się po chwili - Ich sprzedawcy zarabiali, gdy w ruch puszczano Ostateczne Ostrze. Jagody w końcu bardzo dobrze mogą poplamić ciemną czerwienią, jak i ścięta głowa murawę.
                - No to wycofuję prawie-wypowiedzianą pochwałę o waszym guście… Czytałem kiedyś a i opowiadano mi o tych zabawkach. Włos się na karku jeży.
                - Na egzekucjach było zawsze dużo osób. - odezwała się nie dając skończyć Khalowi - Starzy, młodzi, dzieci. Ludzie musieli iść na nie i patrzeć na los skazańca, aby w ten sposób nikt nie uznał, że są sympatykami tej osoby i nie popierają egzekucji. - głos kobiety był dość cichy - Bo na nią mogło cię skazać samo podejrzenie czy fałszywe oskarżenie. Ludzie dla ratowania siebie i swoich rodzin potrafili kogoś innego wskazać jako winnego chociaż ani ty, ani tamta osoba nie byliście winni, a znaleźliście się w złej sytuacji i zrobiliście sobie wrogów z osób, z których nie powinniście.
                - Nigdy nie byłem w Galt. Brzmi nawet gorzej niż Nidal, a to jest paskudne miejsce. W Galt bym stopy nie postawił. Pewnie z mili by wyczuli zapach smoły.
                - Wiem co było w raportach - wspomniał, krzywiąc się do wspomnień - znam opowieści, ale… zawsze były co najmniej z drugiej ręki. To nie była reguła, prawda? - zapytał ze szczątkami nadziei w głosie - To było przede wszystkim narzędzie terroru i się zdarzało o wiele zbyt często, ale nie na tyle, że każdy z was kogoś stracił w ten sposób… prawda?
                Kaylie zatrzymała się z boku ulicy by nie zatrzymywać innych.
                - Zależy jak sądzisz, że reguła by wyglądała. Ale rzadkie to nie było. Ja osobiście widziałam z bliska pięć egzekucji. Z czego dwie bliskich mi osób. Jedna... - zamknęła oczy - Jak miałam jakieś kilka lat to mój ojciec został zmuszony, aby wydać pod ostrze swojego brata, żeby to nie moja matka i ja poniosły konsekwencje fałszywych oskarżeń. - powiedziała z bólem w głosie - Teraz jego dusza jest zamknięta jako jedna z setek w tym artefakcie.
                - Kruszyno… - ledwie szepnął Khal z bólem, po czym wciągnął ją odrobinę głębiej w alejkę, aby tę odrobinę prywatności zyskać.
                - Chodź mi tutaj… - powiedział cicho przyciągając ją do siebie i obejmując w czułym uścisku, obok tylnego wyjścia zakładu szewca, gdzie świadkiem był im tylko gruby kot i ludzie okazjonalnie rzucający tylko krótkie spojrzenie w ich stronę, gdy przechodzili główną drogą.

                Khal przeczesywał jej włosy palcami, kojącym szeptem wymawiając słowa czułości oraz zapewnienia… że jeśli tylko będzie chciała to nie musi nieść tego ciężaru sama. Oczami wyobraźni widział dziewczynkę zmuszoną by oglądać egzekucję swego wuja. Widział ojca zmuszonego wydać swego brata na niesłuszną śmierć. Czy wuj to rozumiał? Czy ostatnie chwile spędził, a teraz wieczność spędza w plugawym artefakcie wyjąc z poczucia zdrady?

                - Kaylie… - głos Khala nagle osłabł, gdy przyszła mu do głowy okrutna możliwość. Pobrzmiewała w nim nuta strachu - Rozumiesz, że to nie była twoja wina, prawda?
                Kobieta uniosła na Khala pełen poddania się wzrok.
                - On mnie bardzo kochał, nawet zdawał się mi bliższy od ojca. Jakie ma znaczenie moja odpowiedź, gdy jest możliwość, że mój wuj zawsze będzie czuł bolesną zdradę, która może także i ode mnie pochodzić?
                Khal milczał, szukając słów. Odpowiedzi której po prostu nie miał.
                Ujął jej policzek w dłoń i oparł swoje czoło o jej, zamykając oczy.
                - Moja matka… - sięgnął po jedną ranę dzięki której mógł się odnieść do bólu Kaylie - ona rozumiała co ją czeka na godziny nim zapadł wyrok. Była z tym pogodzona. Dałbym radę. Byli ludzie chętni mi pomóc. Była w klatce jak zwierzę… - zamilkł na chwilę, bo poczuł jak głos mu zadrżał słabością i potrzebował odzyskać siłę - Zakuta w kajdany i zakneblowana, by zaklęć nie mogła rzucać… łzy ciurkiem lały się po jej policzkach, ale wiem, że opłakiwała to, że utracę jedyną rodzinę jaką miałem, a nie własną śmierć. Zaczęła wyć w proteście dopiero gdy usłyszała, że i ja zostaję wygnany.
                - Twój wuj rozumiał. Nie znałem go i nie wiem jak to się stało, ale jestem pewny, że rozumiał i jeśli kochał cię jak moja matka mnie, to sam by się zgłosił pod gilotynę, gdyby wiedział, że ciebie to od niej uchroni. I bardzo, ale to BARDZO, chciałby abyś wiedziała… że to nie była. Twoja. Wina. Rozumiesz?
                Kaylie patrzyła w bok, gdy wypowiedziała słowa:
                - Miałeś poszukać u kogoś informacji o Zoryi.
                - Ale zatrzymało mnie chwilowo coś ważniejszego - odpowiedział ze zdecydowaniem.
                - Kruszyno… rozumiem, że to już było dla ciebie dużo i nie będę teraz dalej naciskał. Ale cieszę się, że aż tyle się otworzyłaś. Kiedykolwiek będziesz chciała… będę dla ciebie. Jak jeden pokrzywieniec dla drugiego. Ale teraz chcę abyś usłyszała jasno i wyraźnie i aby obijało ci się to między uszami gdy myśli będą schodzić w mroczne miejsca…
                Khal obrócił jej spojrzenie aby ich oczy mogły się spotkać.
                - To. Nie była. Twoja. Wina.
                Wyrecytował z naciskiem. Słowo po słowie. Z całkowitą pewnością i determinacją, po czym nachylił się i ucałował ją nad brwiami.

                text alternatywny

                Niecałe dziesięć minut później znaleźli wreszcie piekarnię. Nie była tak dobra, jak Khal pamiętał, ale wciąż bardzo przyzwoita. Tylko “wielka szkoda”, że jagodzianki “się skończyły”. Ale wypieki z pieczonymi jabłkami również były bardzo dobre. Kaylie znów wyglądała twardo, sukowato i nie emanowała aurą która zmuszała Khala by ją tulić i głaskać, więc zostawił ją w końcu samą, jej własnym poszukiwaniom bruneta.

                Kamerdyner co pracował niedawno dla Zoryi i jej męża nie czekałby na Viktora. Szczególnie, że nie wiedział, że mają się spotkać.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                  #32

                  Baltizar Harpeness

                  Brzuch Baltizara stawiał wyraźne protesty na dalsze egzystowanie bez wypełnienia, więc gnom chcąc nie chcąc wrócił do Popielnego Dworu. W środku zobaczył znajome twarze typowych gości, jak i grupę najemników, którą wynajął. Rozmawiali energicznie o czymś.
                  Otto, Lilia i Piwonia stawiali potrawy na szwedzkim stole, blondynka pomachała z uśmiechem do gnoma, ale wróciła szybko do pracy.
                  Karczmarz zerknął na Harpenessa, wskazał mu jeden wolny stół i sam podszedł, porozmawiać z gnomem.
                  - Piwonia opowiedziała mi o waszej wyprawie. Wszystko w porządku mam nadzieję? - zerknął na swoją córkę - To zabrzmi dziwnie, ale… nie stała w jednym miejscu za długo? Z resztą nie ważne, poślę najwyżej Otisa, aby sprawdził. Jeżeli będziesz jeszcze wychodził rozejrzyj się za szybko rosnącymi roślinami. - Lilia przyniosła gnomowi syty posiłek i spojrzała na ojca z żalem.
                  - A kiedy ja będę mogła sobie ot tak wyjść na przechadzkę. - karczmarz westchnął.
                  - Już wystarczy, że jedna z was wyszła. Dopóki nie zjecie czegoś porządnego, nie ma wychodzenia. - dziewczyna pokazała język ojcu i wróciła do pracy, ten spojrzał na gnoma z pokonanym uśmiechem - Dzieci… nie rozumieją, że chce się dla nich dobrze.


                  Po posiłku Baltizar miał czas przejść się jeszcze po mieście. Nie zauważał żadnych "szybko rosnących roślin" jak opisał to Otto.
                  Dotarł do części miasta gdzie znajdowały się świątynie, miejsce było wypełnione ludźmi odwiedzającymi boskie domy. Rozpoczął promowanie swojego repertuaru, kiedy podeszła do niego kobieta, ubrana w kolorowe szaty kapłańskie Shelyn.

                  [media]https://i.imgur.com/HmSCo5e.jpeg[/media]

                  - Witam. - jej głos był delikatny niczym szept, jednak gnom nie miał problemu ze zrozumieniem jej - Słyszałam, że mamy nowego artystę w mieście. Witam cię w imieniu Wiecznej Róży.


                  Baltizar wrócił do Dworu kiedy zbliżał się wieczór, nie przekroczył nawet progu kiedy przechwycił go Otto i posadził go przy jednym z wolnych stołów.
                  - Mam dla ciebie coś, co cię może zaciekawić. - rozejrzał się wokół stołu, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym sięgnął do stołu, momentalnie się pojawił na jego powierzchni delikatnie świecący portal, w którym zniknęła ręka karczmarza, po chwili wyciągnął ją trzymając grubą księgę - Kiedy przegoniłem to cholerstwo które cię goni… - zaczął wertować książkę - Nie udało mi się oczywiście jemu przyjrzeć, ale zauważyłem coś co przykuło moją uwagę. - położył książkę przed gnomem, pierwszej stronie widniała rycina. Nie był w stanie zrozumieć na co patrzy. Widział zęby, macki, palce, jednak nie było w tym ładu, rytmu czy chociażby iskry zamysłu. Otto przyłożył palec do prawej strony ryciny, gdzie coś przypominające pawi ogon wychodził z masy istoty. Ogon był wypełniony masą przerażonych oczu - Zauważyłem zad gnidy i ten ogon. - wskazał na pojedyncze słowo znajdujące się na drugiej stronie.

                  Ahuizotl, Bestia Miliona Oczu

                  - Ten almanach nie ma nic ponad obrazki i imiona. - karczmarz westchnął - Masz jednak imię swojego wroga. Uważaj jednak jeśli idzie do badanie tych istot, szaleństwo jest niedaleko za wiedzą o nich.

                  Avruil Myamtharsar

                  Avruil pozostawiła Khala jego machinacjom, flirtom czy co on tam planował. Sama miała coś do zrobienia.
                  Opuszczając kapłana splotła szybkie zaklęcie i zmieniła swój wygląd. Nic szalonego, kilka centymetrów w tą stronę, inny kolor włosów, oczu, jaśniejsza karnacja. Na tyle, aby nikt jej nie rozpoznał, kiedy ruszyła na łowy dla córek Otto.

                  Trochę jej zajęło, zważając, że trudno było określić "kaloryczność" potencjalnych partnerów wobec opisu karczmarza. "I większym są obciążeniem dla społeczeństwa". Żebracy? Szczerze wątpiła, aby dziewczyny by się skusiły. Sklepikarze, cieśle? Oni coś sobą reprezentują. Prawnicy? Pomyślała przez chwilę o Khalu, ale tylko pokręciła głową.
                  W końcu coś zauważyła. Dwóch młodzieńców, wyglądali jak podlotki szlacheckie, które kojarzyła z Galt. Głośni, nieuprzejmi, uważający, że wszystko się im należy z racji na pochodzenie.
                  Właśnie zostali wyrzuceni z konkurencji Dworu, ewidentnie pod wpływem alkoholu.
                  - A walcie…sie! - jeden zakrzyknął do zamkniętych drzwi - Mój tato ma tyle… tyle kasy, że kupi ten.. ten.. karczmę! I was! - oparł się o ścianę, albo próbował bo była o kilka metrów dalej niż sądził i padł na ziemię.
                  - W..wstawaj… - zawołał drugi podnosząc kolegę - Nocz jeszcze młoda. - było popołudnie - O patrzszzszsz… tu mamy chętną. - chwiejną ręką wskazał na Avruil, która jedynie uniosła brew z rozbawionym uśmieszkiem - G..Heeeejjjj malutka! Mamy tu coś dla cici…si..siiiiebie. Dwóch młodych…ogrów! Chcesz? Zapłacimy dużo. - dwóch młokosów podtrzymywało się nawzajem, jakoś nie przewracając się.
                  Kobieta jedynie pokręciła głową.
                  - Ja? Chyba wam nie podołam. Tacy młodzi i silni, złamalibyście mnie w pół. - komplementy nie obiły się o głuche uszy i mężczyźni wypięli klaty, lądując z powrotem na ziemi - Mam natomiast dwie koleżanki, które chętnie was obsłużą. Młode, silne i z służby karczemnej. Więc wiedzą gdzie ich miejsce. - młodzieńcy wstali szybciej niż sądziła, że byliby w stanie - Chodźcie, przedstawię was.
                  Tak też ruszyli, młoda Galtianka i dwój zapijaczonych młodzieńców, którzy zaczęli śpiewać o aniele lubieżności, który wysyła ich do raju. Przynajmniej "anioł", "ruchanie" i "raj" były słowami, które zrozumiała.


                  Nie zdążyła przekroczyć do końca progu kiedy dopadły do niej córki Karczmarza i zaczęły całować policzki dziewczyny.
                  - Dzięki, dzięki, dzięki! Będziesz coś chciała to przychodź! - zawołała Lilia i chwyciła jednego z mężczyzn - Chodź kruszyno, pokaże ci mój piękny kwiat. - młodzian nawet nie zdążył odpowiedzieć kiedy dziewczyna zaczęła zaciągać go do bocznego pokoju. Piwonia chichotała, kiedy ruszała z drugim, który już starał zdjąć z niej ubranie.
                  Otto pomachał do dziewczyny i wskazał na siedzisko przed sobą.
                  - Dzięki za tą przysługę. Dziewczynom nie wolno wychodzić kiedy są głodne, a już mnie męczą i Piwonia wyszła bez pozwolenia. - polał kobiecie kolorowego napoju - Woda smakowa, chyba jeszcze nie jesteś gotowa na mocniejsze trunki?

                  Podczas rozmowy z karczmarze, Avruil usłyszała wśród gwary w tle słowa "Galt" i "Kyonin".

                  Khal Frey

                  Blisko godzinę zajęło Khalowi zaciąganie języka w mieście. Znajome twarze nie mogły przecież go rozpoznać. W końcu jednak zdobył kilka ciekawostek na temat Archibalda Wintergreen, byłego kamerdynera Crawcoltów.

                  • Achibald jest już w swoich srebrnych latach

                  • Został zwolniony jakiś tydzień temu

                  • Hieronim wyrzucił go bez grosza

                  • Przy okazji tak mu zniszczył opinię, że nikt z szlachty go już nie zechce zatrudnić

                  • Żyje teraz z drobnych prac

                • Znalezienie Archibalda w jego nowym domu było już nieco trudniejsze. Z braku pieniędzy mężczyzna musiał zamieszkać w biedniejszej części miasta. Bliżej muru, ale z dala od jakiejkolwiek bramy. Ulice w tej części nie były opisane ani ponumerowane, a większość tubylców odsuwała się od niego jak tylko go ujrzała.
                  W końcu, jak zgubił kilka sztuk srebra w dekolcie ulicznicy, znalazł odpowiedni dom.
                  Wyglądał jakby jedyne co go trzymało w pionie to domy, które zdawały się napierać na niego z obu stron jak imadło.
                  Drzwi nie wyglądały na solidne, ale spełniały swoje zadanie.


                  Khal wrócił do Dworu jako ostatni.
                  Typowe zgromadzenie żegnało dzień w słodkim alkoholu, ciemny piwie i ciężkiej kolacji. Nie widział nigdzie córek Otto, ale wszystko zdawało się działać należycie.
                  Karczmarz kiwnął głową Freyowi i zaczął przyrządzać mu jakiś koktail.
                  - Masz tu coś odemnie. - postawił chłodny, pomarańczowy napój w wysokim kielichy przed kapłanem.

                  text alternatywny

                  - Więc, jak tam poszło z Filią? Wszyscy zadowoleni?

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Seach
                  #33

                  Viktor, Spotkanie z Archibaldem.

                  Khal nie wyglądał ani trochę jak Khal. Mieszanka magii i starego, dobrego zestawu do przebrań, całość wspierana magicznie zmiennymi ubraniami dawała mu swobodę anonimowości. Najwyżej nie licząc mitycznego szpiona, którego za nim puściła siostrzyczka.

                  Poszukiwania i zasięganie języka zajmowało czas, ale nie było aż tak trudne. Czy Cheliax, czy Evercrest, czy Magnimarze… ludzie byli tacy sami. Chcieli plotek. Chcieli by ktoś ich wysłuchał, a nade wszystko… chcieli cię poprawiać gdy się myliłeś.
                  “Wintergreen nie został zwolniony tylko sam odszedł”
                  “Pleciesz trzy po trzy, młody… Lord Crawcolt go na zbity pysk wywali za…”

                  text alternatywny

                  Kliknij w miniaturkę
                  Archibald wyjrzał przez trzy-calową szczelinę w drzwiach. Nie zdjął zabezpieczającego ich łańcucha, bo nie znał osoby po drugiej stronie. Młodego mężczyzny, do niedawna chłopaka o blond czuprynie. Wysoki kołnierz jasnej koszuli wymykał się spod ciemniejszego płaszcza. Nie rzucał się w oczy w żaden sposób, ani wyglądem, ani bogactwem, ani zachowaniem. W pierwszej chwili patrzył gdzieś w bok, słusznie będąc ostrożnym w tej dzielnicy.
                  - Czym mogę służyć? - zapytał z wyuczoną manierą byłego kamerdynera, ale była to zimna grzeczność.
                  - Dzień dobry, jestem Ludwig Valliger. Archibald Wintergreen, jak mniemam?- zapytał przyjemnym, wyćwiczonym bądź naturalnie dźwięcznym głosem i gdy odpowiedziało mu kiwnięcie głowy kontynuował - Nie zajmę stosunkowo wiele pańskiego czasu. Oczywiście rozumiem, że jest pan zajętym człowiekiem więc nie omieszkam zrekompensować utraconego czasu wolnego, bądź pracy w srebrze.
                  Zapewnienie podkreśliły dwie monety, co zabłyszczały w dłoni na moment wystarczająco długi tylko by pozwolić Archibaldowi nie wątpić, że je zobaczył i, że pokazano mu je z intencją. Ludwig rozejrzał się znów wokoło. To nie była dzielnica gdzie przedłużająca się samodzielna bytność na widoku pozostawała równie bezpieczna niezależnie od upływającego czasu.
                  Archibald chwilę przyjrzał się monetom, po chwili zamknął drzwi, a "Ludwig" usłyszał dźwięk zdejmowanego łańcucha. Były kamerdyner otworzył ponownie wejście do swojego domu, robiąc miejsce dla gościa.
                  - Proszę, proszę wejść. - wpuszczając młodzieńca do środka ponownie zamknął drzwi, zakładając łańcuch - Herbaty? Wody? Obawiam się, że więcej nie mam.
                  - Herbata byłaby przemiła - odpowiedział z uśmiechem, tylko nieco bezwiednie się rozglądając po mieszkaniu. Wyobrażał sobie jaki musiał być to dla Archibalda szok przenieść się do takiej dziury, ale nie łamał się. Był trzeźwy i czysty. To zasługiwało na uznanie. Nic z tego toku myśli nie dało się wyczytać z jego twarzy ani postawy. Nie dało się odróżnić jego mowy ciała od takiej jaką prezentowało się na salonach.

                  Ludwig poprowadził kilka minut rozmowy na tematy “o niczym”. Ot… coś o wydarzeniach w dzielnicy, albo w Evercrest, a Archibald rozumiał zwyczaj. To było wypełnienie czasu gdy woda się gotowała i wyraz wzajemnego szacunku. “Przychodzę tu jak równy do równego”. Nawet jeśli wyuczony, wręcz wystudiowany… to wciąż znaczący.

                  Ludwig odstawił kubek na stolik przy którym usiedli.
                  - Cudowna herbata. W Evercrest okazuje się być nie-oczywistym, że wrzątek niszczy smak. Ale marnuję pański czas, więc przejdźmy do rzeczy. Niestety nie przychodzę w błahej i przyjemnej sprawie, więc na osłodę zacznijmy od tego…
                  Valliger wyciągnął rękę i położył na stoliku dwie srebrne monety. Głęboko po stronie z której siedział Archibald.
                  - Nie chcę by pan czuł, że trzymam obiecaną rekompensatę jako zakładnika. Proszę potraktować to jako gest dobrej woli. I mniej przyjemna część:
                  - Pańska służba, na podstawie jednak ograniczonego czasowo wywiadu na który mogłem sobie pozwolić, była bez skazy. Zarówno u Crawcolta - imię wypowiedziane było z najmniejszym, najsubtelniejszym grymasem, tylko sugerującym niechęć - jak wcześniej u lady Caldorwynn, a dalej nie sięgałem. Takoż znając… temperament pańskiego ostatniego pracodawcy ostatnie zasłyszane historie zmuszony jestem włożyć między legendy i baśnie. Chciałbym usłyszeć… jak to naprawdę było?
                  Ton głosu, postawa, spojrzenie… w Ludwigu nie dało się doszukać krztyny złej woli. Nie było w nim też litości, ani żalu. Przychodził do człowieka potraktowanego nieuczciwie, ale nie do “ofiary” pozbawionej dumy. I jedyne mroczniejsze nuty pobrzmiewały konspiracyjnie gdy wspominano o Hieronimie.
                  - Zapewniam również o poufności naszej tu rozmowy - dodał jeszcze pół sekundy później.
                  Starszy mężczyzna przyjrzał się dokładnie Ludwigowi, po czym westchnął.
                  - Masz pan rację, Panicz Crawcolt szerzy oszczerstwa na temat mojej służby, nie mogłem dłużej patrzeć na cierpienia panienki Crawcolt. Trzyma ją w zamknięciu jak najpiękniejszą ptaszynę i jedynie popisuje się nią na spotkaniach. Prosiła mnie, abym przekazał list do jej mamy… ale panicz i jego zbóje złapali mnie pierwsi.
                  Ludwig już się nie uśmiechał, a przyjazny wyraz twarzy stał się ponury, ale nie znać było w nim gniewu. Gniew był gwałtowny. Uczucie które oczy wyrażały było zimne.
                  - Matka pani Zoryi napisała ponad setkę listów przez ostatnie półtorej dekady. Nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Czy któreś z nich przynajmniej docierały do córki?
                  - Na początku.- odparł smutno starszy człowiek - Później Lord Crawcolt je przechwytywał i palił. Lady kilka razy chciała wysłać, ale lord przekupywał gońców. Lady płakała… w końcu się złamałem, chociaż obiecywałem lojalność lordowi.
                  - Niektórzy nie zasługują na lojalność… wiem, że Crawcoltowie mają przynajmniej dwie rezydencje w samym Evercrest i jedną w Sodbury. Nie wiem ile mniejszych domów, czy loży wakacyjnych. Czy jest jakieś miejsce gdzie z reguły jest trzymana?
                  - Willa poza miastem. Taki Pałac Letni, pół dnia drogi na nogach, na zachód.
                  Zamaskowany magią i sposobem Khal kiwnął głową. Niedaleko. Mogło być gorzej. Może zdąży jeszcze przed wyruszeniem po “Mistrza Soczków”.
                  - Byłbyś uprzejmy… - zaczął Ludwig sięgając za kaftan płaszcza - …rozrysować mi plan willi? Na tyle na ile pamiętasz - poprosił kładąc przed nim papier i rysik. - Ze szczególnym naciskiem na pokój Zoryi.
                  Mężczyzna sięgnął po rysik, ale spojrzał najpierw na Ludwiga.
                  - Czemu? Po co ci te informacje? Kim w sumie jesteś panie Ludwigu?
                  Młody blondyn dał sobie krótką chwilę na przemyślenie odpowiedzi.
                  - Są jeszcze ludzie którym los lady Zoryi nie jest obojętny. Potrzebuję z nią porozmawiać. Dlatego proszę cię o plan willi. Następnie poproszę cię o skład służby i straży na miejscu. Potem jak często Zorya jest tam sama, bez pożalcie się bogowie, męża w okolicy. Zlitowałeś się nad jej niedolą i nie zostanie ci to zapomniane, ale proszę… nie pytaj o więcej. To bardzo delikatna sprawa.
                  Mężczyzna patrzył nerwowo na kartkę przed sobą. Widać było, że zarys sytuacji nie przekonywał starszego kamerdynera o pozytywnych intencjach Ludwiga.
                  Blondyn wygiął brwi w rozumiejącym wyrazie twarzy.
                  - Archibaldzie. Jesteś dobrym człowiekiem i wiesz równie dobrze jak ja, że Zorya dość już wycierpiała. Ale moment na ratowanie niewiasty z rąk okrutnika minął ponad półtorej dekady temu, więc nie mogę już osiodłać konia, z czterema chłopakami wszarżować do willi i uciec z nią w stronę zachodzącego słońca. Dlatego muszę z nią porozmawiać. Zapytać czego to ONA by chciała… I nie wiem co to będzie. Ona ma dzieci. Macierzyństwo komplikuje sprawę… ale na pewno chciała by się wymienić korespondencją z matką. Jeśli martwisz się, że chcę Crawcolta okraść to po prostu nie zaznaczaj mi żadnych lokacji kosztowności. Jeśli myślisz, że chciałbym ją porwać dla okupu czy nacisku… Crawcolt z tego co wiem nie pała miłością do swojej małżonki i wątpię by dało się cokolwiek zyskać w ten sposób. Proszę cię… jeśli jej los nie jest ci obojętny… pomóż mi pomóc jej.
                  - Szczerze martwię się, że to ją chcesz skrzywdzić. - kamerdyner rozpoczął szkicowanie wilii - Więc pozwól, że coś ci powiem. Jeżeli dowiem się, że Lady Crawcolt coś się stało, zgłoszę to lady Filii Blackfyre i spędzę ostatnie lata jakie mi zostały na tym świecie, aby zobaczyć twój łeb nabity na pal. - groźba mężczyzny brzmiała szczerze - Ma dwójkę dzieci. Doria, starsza córka, ma piętnaście lat, młodszy Philip trzynaście. Lord Crawcolt wysłał ich do szkoły... gdzieś. Nikomu nie powiedział gdzie, nawet Lady Zoryi. - mężczyzna westchnął - Nie wierzę, żeby zrobił im krzywdę, ale jest to kolejna lina, którą obwiązał Lady.
                  Ludwig uśmiechnął się ciepło słysząc groźbę Archibalda.
                  - To trzeba będzie tę pętlę zdjąć. Ktoś musi wiedzieć gdzie zostały wysłane.
                  Ludwig nie odzywał dłuższą chwilę, poświęcając uwagę swojej herbacie, gdy Archibald szkicował plan posiadłości.
                  - Lord na pewno. - przyznał kamerdyner - Nie wiem jednak komu mógłby się jeszcze zwierzyć. Blackfyre może...?
                  - Moż… Blackfyre? - zapytał Ludwig, przerywając ledwie rozpoczętą myśl. Nie spodziewał się usłyszeć tego nazwiska w tej rozmowie. - Stary, czy młoda?
                  - Lord Aegon Blackfyre. - doprecyzował kamerdyner - Od lat prowadzi interesy z Lordem Crawcoltem. Lady Filia za nim nie przepada.
                  - Mocne plecy. To komplikuje sprawę. Wiesz cokolwiek o tych interesach? Musiały być bardzo ścisłe, skoro uważasz, że mu mógł coś powiedzieć o dzieciach…
                  - Zakładam, że chodzi o inwestycje Crawcoltów. Mają wiele ziem, kopalni, lasów, ogólnie terenów do eksploatacji. Nie chcę sugerować, że Lord Blackfyre by naginał prawo, aby zezwolić na prowadzenie inwestycji taniej...
                  - Ależ oczywiście. Nikt by nie śmiał tego podejrzewać. - Głos Ludwiga przeczył jego słowom.
                  Blondyn skrzywił się i rozmasował kąciki oczu.
                  - Więc kolejna komplikacja sprawy. Trudno, niech będzie. Tym tylko bardziej potrzebuję absolutnej dyskrecji w pierwszych etapach. Nie mogę jej jeszcze zaszkodzić…

                  - Dziękuję. Mogę? - Ludwig zapytał słowem i gestem o gotowy już plan willi. Od razu zaczął szukać połączeń: sypialnia Zoryi - zewnątrz domu. Dróg wejścia, zagrożeń. Nie był w stanie powstrzymać drobnej ekscytacji na myśl o zobaczeniu przyjaciółki (choć ona tak pewnie o Khalim nie myślała) z poprzedniego życia. Choć nie miał problemu z ukryciem jej.
                  - Jaka ochrona jest zwykle w willi? - zapytał kładąc plan na stoliku między nimi.
                  - Jeden dryblas. - odparł kamerdyner - Pilnuje kto wchodzi i wychodzi. Pilnuje też, by Lady Crawcolt nie była nigdzie sama.
                  - Jak bardzo “nigdy”? Chyba nie obserwuje jej gdy na stronę idzie i nie śpi z nią w pokoju, prawda?
                  - W sensie kiedy opuszcza wille, lub kiedy ma gości.
                  - W porządku. To jest do obejścia. Panicz często tam bywa? Jak losowego dnia się tam wybiorę jaka jest szansa, że go zastanę?
                  - Odwiedza ją dwa razy w tygodniu. Jeżeli nic nie zmienił to był wczoraj i będzie za dwa dni.
                  - Czyli regularne, planowane wizyty. Dobrze. To akurat ułatwia. Jakieś formy zabezpieczeń przed magicznym wtargnięciem?
                  - Nie żeby było mi o tym wiadomo. Takie rzeczy tanie nie są, a Lord nie lubi bez potrzeby wydawać pieniędzy.
                  - Dużo jest służby?
                  - Kucharz, sprzątaczki, nadzorca domu, stajenny, ogrodnik. W sumie jakieś sześć, siedem osób.
                  - Ktoś stoi nocą na warcie, albo pracuje nocami?
                  - Raz na godzinę nadzorca robi obchód po rezydencji.
                  - Stałe godziny? Czy jak mu się akurat zachce?
                  - Tego nie pilnowałem. Zakładam, że jakiś poślizg może być.
                  - W porządku. To też daje mi pogląd na sytuację. Przychodzi ci do głowy coś jeszcze o czym powinienem wiedzieć nim… udam się na rozmowę z Zoryą?
                  - Jeżeli chcesz się zakradać... wejście do winnicy w podziemiu jest zawsze otwarte. To drzwi w boku domu, prowadzące w dół.
                  Ludwig uśmiechnął się do siebie, wypatrując na mapie gdzie to może być.
                  - Te drzwi? - upewnił się, że nie będzie ich szukał po omacku.
                  Ludwig kiwnął głową po otrzymaniu potwierdzenie i odpowiedzi na jeszcze kilka drobnych pytań.
                  - W porządku. Archibaldzie, bardzo dziękuję za twoją pomoc. Wiem, że słowa niewiele znaczą, ale zaszkodzenie jej jest ostatnim co chcę zrobić. Twoja pomoc jest nieoceniona, ale wierze, że należy się ją wycenić… w kontekście tego, że w gruncie rzeczy za to samo, co ja chcę teraz zrobić, twoje życie uległo radykalnej zmianie na gorsze. "To samo" rozumiejąc jako "ulżyć jej w niedoli".
                  Ludwig odliczał pod kubrakiem kubraka, kolejne monety. Gdy wstał i żegnał się jeszcze pięć ich leżało na stoliku.

                  Viktor, po powrocie

                  Khal usiadł ciężko na taborecie przy barze, poszukując spojrzeniem gospodarza. Gdy go znalazł kiwnęli sobie głowami i karczmarz przyrządził mu jakiś koktajl
                  - Masz tu coś odemnie. - Otto postawił chłodny, pomarańczowy napój w wysokim kielichy przed kapłanem.
                  - Dzięki, wodzu - diabolista łyknął trochę delektując się zimnym napojem po długim dniu.
                  - Więc, jak tam poszło z Filią? Wszyscy zadowoleni?
                  - Praeclariter. - “Wybitnie” - Mogło być lepiej, ale nie dużo. Niestety jeszcze nie skończyłem na dziś… Jori jest u siebie?
                  - Tak, jeżeli go potrzebujesz to go wezwę. Nie lubi jak mu się wchodzi na podwórko. - karczmarz spojrzał w stronę schodów - Powinieneś zerknąć na tą swoją Galtiankę. Wasz szef nieźle jej zepsuł humor.
                  Khal otworzył usta, ale nie rozpoczął słowa. Zamknął je i pomyślał chwilę.
                  - Definitywnie do niej zajrzę. Ale sprawa do Joriego niestety żąda prioritatem. Nie oponowałbyś jakbym spróbował go zrekrutować na kilkudniową wyprawę by unie-żywotnić pewnego zdrowo pokrzywionego alchemika-mutatora?
                  - Jori nie jest jednym z moich dzieci, robi co mu się podoba. Będziesz musiał jego przekonać. Największe szanse masz, jeżeli opowiesz mu co popapraniec robi.
                  - Nie chciałem działać za plecami gospodarza-nadnaturala - uśmiechnął się serdecznie, choć widać było w tym uśmiechu zmęczenie. - Dzięki za podpowiedź. To byłbyś uprzejmy go zawołać? Wyruszamy jutro wieczorem. Jeśli mi się uda to lepiej by wiedział, że się z nami wybiera wcześniej niż później.
                  Otto pociągnął za jakiś sznur przy swoim barze. Po kilku minutach elf pojawił się, wychodząc z bocznych drzwi.
                  - O co chodzi? - nowoprzybyły zwrócił się bezpośrednio do karczmarza, nie zwracając uwagi na Khala.
                  - Jeden z naszych gości, tych od Kozła, ma do ciebie sprawę. Najwyraźniej miasto dręczy jakiś alchemik. - Elf dopiero teraz najwyraźniej zauważył Khala, skinął mu głową.
                  - Więc, o co chodzi?
                  Prawnik wstał i samym grzecznościowym gestem otrzepał swój kaftan.
                  - Viktor Goodman, ale używam również imienia Khal - przedstawił się, na w ćwierć wyciągając do niego dłoń. Na tyle by na pewno dostrzegł propozycję uściśnięcia, nie dość aby nieainteresowanie tym było dla któregokolwiek z nich niezręczne.
                  - Prawnik. Mag objawień. Od niedawna twórca magicznych przedmiotów. To moje pierwsze prawdziwe dzieło - z dumą poklepał palcem po laurze owiniętym wokół jego skroni. Nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać.
                  - A, to ty jesteś tym kapłanem od Zazela? Otto mówił, że lubisz gadać. - Jori przyjrzał się dziełu Khala, ale najwyraźniej brakowało mu ekspertyzy, aby powiedzieć coś więcej więc jedynie skomentował "ładne".
                  - Przychodzę z dosyć ważną i paskudną sprawą oraz propozycją w związku z nią. Pokrótce: mamy delikwenta który wykorzystuje metody alchemiczne… zmieniać ludzi i nie znam nikogo o większej wiedzy w tej dziedzinie. Twoja ekspertyza byłaby niemożliwa do wyceniania. Moglibyśmy przenieść rozmowę piętro niżej dla pełniejszej swobody?
                  - No... dobrze. - odparł elf, Khal zauważył, że przez chwilę zerknął na karczmarza, który jedynie kiwnął głową. Elf wstał i zaczął prowadzić swojego rozmówcę - Od lat nie zajmowałem się mutagenami. Użyteczne narzędzie, ale uzależnia słabsze umysły.

                  - Dziękuję za twój czas - zaczął Viktor już na dole - Sprawa jest delikatna więc prosiłbym Cię o zachowanie dla siebie tego o czym będziemy rozmawiać. Przynajmniej by poza Dwór nie wyszło. Mamy do czynienia ze zwyrolem co mutuje ludzi. Porywa ich i zmienia w monstra.
                  Khal wyciągnął spod kaftana swój notatnik i wyrecytował swoje notatki, tłumacząc na bieżąco własne skróty myślowe, opis sekcji palczastego potwora.
                  - Ten był najgorszy, ale pozostałe czworo też było plugawie pokrzywdzone. Blackfyre szacuje, że może mieć jeszcze dwadzieścioro porwanych, ale wiemy już, niemal na pewno, gdzie ma swoją pracownię i będziemy ruszać tam jutro wieczorem. Chcielibyśmy cię zwerbowac byś wyruszył z nami. Oferta to pół tysiąca za udział plus wynegocjowałem dla ciebie możliwość zarekwirowania połowy reagentów które ten bydlak ma zmagazynowane. Łatwo wybierzesz te które będą dla ciebie cenne, bo będziesz jedynym co się na nich zna. Nie idziemy sami. Filia zabiera swoich najlepszych ludzi, Kaylie organizuje kilku najemników z loży, towarzyszyć nam będzie dwóch-trzech kapłanów w roli uzdrowicieli, ale na miejscu spodziewamy się potężne wymutowanego alchemika, dwunastu jego ludzi plus plemiona goblinów.
                  Elf wysłuchał uwag Khala po czym westchnął.
                  - Kolejny od Haagentiego szuka nieśmiertelności w regeneracji. Przynajmniej nie troll jak zwykle…
                  Viktor zachichotał pod nosem zadowolony.
                  - Od początku wierzyłem, że twoja ekspertyza przekroczy nasze możliwości o całe kategorie, a i tak przekroczyłeś moje oczekiwania. “Kolejny” mówisz? To już jakiś regularne wydarzenie?
                  - Częste. Haagenti to Lord Demonów, on nauczył śmiertelników sztuki przemiany ciała. Prędzej czy później, z wiekiem, typowe lęki śmiertelności się budzą w każdym. Więc szukają metod na nieśmiertelność. Kilku się udaje, większość partoli i kończy jako kupa mięsa i guzów. - elf ponownie spojrzał na notatki - Ten robi postępy. Zaczął od kobiety, tu jeszcze używał chirurgii. Potem ork i gnom. W tej kolejności mi się wydaje. Udane scalenie dwóch organizmów i permanentna alternacja. Potem… najpewniej to połączenie kilku osób, chłop celuje w salamandry. Ostatni to ten bez twarzy, próba zmiany organizmy w jednorodną tkankę. Mózg, serce, mięśnie, nerwy, kości i tak dalej jako jedna mieszanka spełniająca funkcje wszystkich. Najwyraźniej mu się nie udało. - oddał notatki Khalowi - Jak dla mnie samouk, znalazł pewnie jakieś notatki i próbuje po omacku.
                  - Jakby go zostawić samemu sobie… jaki jest najgorszy scenariusz? Postawiłbym pieniądze, że znacznie gorszy niż, że osiągnie swoją nieśmiertelność kosztem jeszcze kilkudziesięciu żyć i sobie pójdzie…
                  - Zacznę od najlepszego. Za jakieś... dwa lata, uzna, że doprowadził do perfekcji swój kunszt, spróbuje się zmienić, spartoli, umrze. Po drodze jego ofiarą padnie ponad setka osób. Najgorszy, to że zajmie mu to jeszcze pięć lat, spróbuje się zmienić, uda mu się, uzna, że jest nowym, nieśmiertelnym bogiem tych ziem i spróbuje przejąć kontrolę mordując wszystkich, którzy staną mu naprzeciw. Ewentualnie, dojdzie do takiego poziomu, że jego dzieła przestaną umierać tak łatwo i zacznie je wysyłać na populację.
                  - Czegoś dziwnego możemy się tam spodziewać, poza fizycznymi mutacjami? Jakieś plucia kwasem, macki wysączone negatywną energią? Coś co mi do głowy nawet nie przychodzi?
                  - Tu ci nie pomogę. Nie mam pojęcia czy bawi się w modyfikowanie siebie, czy po prostu ma cel, do którego zmierza.
                  Viktor kiwnął głową kilkukrotnie przyjmując odpowiedź.
                  - Przydałbyś się nam. Twoja pomoc wartościowana byłaby w życiach. A wyceniona jak mówiłem… złoto plus reagenty… Dla mnie na pewno będzie to też satysfakcja z ubicia takiego bydlaka.
                  Elf chwilę się zastanawiał.
                  - Chcę też do wglądu wszelkie dokumenty jakie tam znajdziemy. Może amator odkrył coś ciekawego.
                  Viktor uśmiechnął się uradowany.
                  - Jestem pewny, że dam radę to załatwić. Wyruszamy jutro wieczorem. Mają być wozy aby zabrać żywe ofiary, więc w tamtą stronę będzie wygodnie, a z powrotem tż powinno być, bo na pewno weźmie zapas. Czeka nas też schodzenie po linie w głąb studni. Powinno to zająć cztery do sześciu dni. Cieszę się, że będziemy ciebie mieć. Niewątpliwie zmniejszysz, a może zupełnie zapobiegniesz stratom wśród naszych. Jeśli nie masz żadnych pytań… - Khal dał Joriemu chwilę -... To bym cię naprawdę przeprosił, ale mam jeszcze dwie duże rozmowy do odbycia dzisiaj…
                  - Nie ma problemu. Blackfyre pewnie jeszcze jutro wpadnie ustalić ze mną kilka spraw. Więc przekaże jej, że zabieram się z wami. Miłych rozmów.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                    #34

                    text alternatywny

                    Gnom pokłonił się przed kobietą głęboko, by ukryć delikatny uśmiech wykwitający alemu na twarzy.
                    - To wielki zaszczyt, że kościół Shelyn raczył zwrócić na mnie uwagę i uznać mnie godnym nazwania artystą.-
                    I to że dosłownie męczył ich o to swoimi ciągłymi występami nie miało nic z tym wspólnego. Nic a nic.
                    - I to jakże godnym uwagi. - rzuciła komplementem kapłanka - Nazywam się Erato, przewodzę świątyni Wiecznej Róży. Twoja władza nad wyobraźnią widowni jest naprawdę imponująca. Wybacz, że zadam prywatne pytanie, ale czy służysz Shelyn?
                    - Nieee… aczkolwiek szanuję i cenię tę boginię. Brak mi jednak skupienia by być żarliwym wyznawcą.- przyznał skromnie Baltizar.
                    - Rozumiem. Jeżeli chciałbyś większej widowni, Dom Odnowy chętnie cię ugości.
                    - To byłby wielki… naprawdę zaszczyt dla mnie, gdybym mógł dziś wystąpić w świątyni.- odparł szczerze gnom. Był to wszak wielki zaszczyt i jeszcze większa okazja.
                    - Zapraszam więc. - wyciągnęła rękę do do gnoma i poprowadziła go do środka świątyni. W środku widział dużo, więcej niż byłby w stanie przytoczyć. Łaźnie, sale masażu, miniteatry dla oratorów, kółka malarskie, mały szpital i bardziej znachorskie metody leczenia. Sam Baltizar skończył na jednym z miniteatrów. Chwilę zajęło, ale w przeciągu dziesięciu minut obserwowała go spokojnie setka osób, jak nie więcej.
                    Gnom rozejrzał się po publice, uśmiechnął i ukłonił. Zapalił zwyczajnie szczyt swojego kostura i zapytał.
                    - Jaką to historię chce usłyszeć szanowna publika? Znam wiele opowieści, niektóre są straszne, niektóre śmieszne, niektóre z morałem… niektóre frywolne. -
                    - Frywolne!
                    - Straszne!
                    - Bajki!
                    - Romanse!
                    Zawołania z widowni rzucały mieszane sugestie, w końcu jeden głos przebił wszystkie.
                    - Epikę Heroiczną! - był to głos Erato, która kiwnęła głową gnomowi, aby zaczynał.
                    Gnom zadumał się i rzekł.- Stało się to w dalekich czasach i w dalekim miejscu. Niebiańskie zastępy zebrały się na równinach, by wyruszyć w czeluście piekielne. Archony i anioły zlatywały się z szumem skrzydeł by pod wodzą planetara Hazauriela wyruszyć na wyprawę przeciw władcom piekieł .-
                    gnom znał tą historię z annałów piekielnych. Przeczytał te zapiski szukając odpowiedzi na własne pytania. Znał więc dobrze tę wojenną wyprawę, choć jedynie z punktu widzenia czartów. Co jednak nie przeszkadzało mu ją przedstawić jako heroiczny upadek jednego plantera kierującego się zemstą i wyniesienie podległego mu drugiego plantera Ursusa którego mądre czyny uratowały los wyprawy. I oczywiście nie zapomniał wspomnieć o heroicznych czynach archonów, aniołów jak i o wielkich bitwach w których obie strony przelały rzeki krwi. Epickie historie nie należały do jego ulubionych, ale poznał ich trochę.
                    Kiedy ostatnie słowa opuściły usta gnoma, widownia była chwilę cicha, najwyraźniej łaknąc więcej. W końcu jednak pierwsze oklaski, potem gwizdy i wiwaty wypełniły salę. Owację na stojąco rozpoczęła najwyższa kapłanka Shelyn.
                    - Brawo! Brawo! Zaprawdę twój talent jest niezwykły! - dygnęła Baltizarowi z aprobatą.
                    - To tylko mieszanka ciekawości, cierpliwości i dobrej pamięci.- gnom skłonił się przed publiką. - I muszę podziękować za możliwość w tak wspaniałym przybytku i przed tak wspaniałą publicznością. I jeśli nadarzy się taka okazja, chętnie ponownie zapewnię rozrywkę w tej świątyni.-
                    - Z chęcią gościmy nowe talenty. Każda sztuka jest miła Shelyn, a zbrodnią by było odmówić twojej jej wiernym.
                    - Oczywiście zgadzam się z tym i jestem na wasze zawołanie. Aczkolwiek czeka mnie pewna wyprawa jutro.- westchnął ciężko gnom i szybko zmienił temat.- Mogę spytać o to kto obecnie jest uważany za największego artystę? Jakiś śpiewak może? Malarka? Rzeźbiarz? Chciałbym skorzystać z okazji i poobcować z najwyższą… sztuką, acz tyle tu tego jest, że nie wiem od czego zacząć, a niestety czas mój jest ograniczony. Wieczór mam zakontraktowany.-
                    - Nikt nie jest najplepszy, ale mamy kilku mistrzów. Felicia Fazbah, jest znamienitą malarką, specjalizuje się w portretach i pejzażach. Franco Deli, pracuje z gliną tworząc cudowne wazy, ale też rzeźby. Ostatnio też młody Gil Hafletuf, halfling kaligraf, potrafi zmienić stronę książki w istne dzieła sztuki.
                    - Czy nie byłoby kłopotem znaleźć dla mnie przewodnika, który oprowadził by mnie po tym wspaniałym przybytku i godnie zaprezentował zarówno dzieła jak i twórców? - zapytał skromnie gnom nie dodając na głos, że przy okazji poznałby rozkład pomieszczeń świątyni.
                    - Oczywiście. - rozejrzała się po świątyni, po chwili uśmiech pojawił się na jej ustach - Dari! Dari, podejdź proszę. - młoda elfka podbiegła do kapłanki i gnoma.
                    - Tak, Lady Erato?
                    - To jest Baltizar, jeden z najnowszych nabytków świątyni. Chciałby zapoznać się z niektórymi twórcami, jakich tu zebraliśmy. Oprowadź go proszę. - elfka dygnęła delikatnie i spojrzała na gnoma.
                    - Proszę za mną. - zaczęła ruszać w kierunku centrum świątyni - Więc, cóż pierwszego chciałbyś ujrzeć?
                    - Zacznijmy od obrazów? Ponoć dzieła artystki Fazbach są godne polecenia, rzeźby pana Deli i może potem kaligraficzne cudeńka Gila… i wszystko co sama uważasz za piękne. Oddaję się w twoje ręce. - powiedział z uśmiechem Baltizar.
                    Młoda kapłanka uśmiechnęła się i zaczęła prowadzić gnoma. Segment Domu Odnowy poświęcony Shelyn podzielony był na kilka odseparowanych pracowni, które łączyły się we wspólnym holu, który otwierał się do wspaniałej galerii. Widział obrazy, które zapewne przykuwały oko niejednego znawcy, rzeźby zachwycające dokładnością anatomii, jak i manuskrypty, pełne barw i uroku.
                    - Czy chciałbyś coś jeszcze ujrzeć?
                    - To co ty lubisz.- zaproponował gmon. - Zdam się na twój gust.-
                    - Książki? Biblioteka Domu Odnowy jest naprawdę obszerna. - elfka zaprowadziła Baltizara do potężnego pomieszczenia. Sufit biblioteki musiał być jakieś piętnaście metrów nad nim. Masywne regały zdawały się go podpierać, wielopoziomowe platformy połączone schodami i mostami przecinały powietrze niczym chaotyczna pajęczyna. Elfka wciągnęła powietrze, wypełnione zapachem starych i nowych ksiąg - Jakiś dział chciałbyś zobaczyć?
                    - Historyczne, traktaty teologiczne… księgi dotyczące innych planów egzystencji. To doskonała inspiracja do moich opowieści. Życie pisze najciekawsze scenariusze.- przyznał Baltizar i przyjrzał się Dari.- Nie spodziewałem się że tak śliczna istotka właśnie w księgach znajduje upodobanie. Stawiałbym raczej na rzeźbę.-
                    - Tędy. - zaczęła prowadzić gnoma w stronę schodów - Uczę się, aby zostać kustoszem tej biblioteki. Książki mają w sobie tyle potencjału. Uczucia, obrazy, sekrety, nigdy nie wiesz co znajdziesz kiedy przewrócisz tą pierwszą kartkę.
                    - To prawda… księgi mają sekrety. Nie tylko te zapisane tekstem. Sekrety ukryte w okładkach księgach, zdobieniach. Czasami między wierszami.- zgodził się z nią Baltizar.
                    - Czasem sekret jest rozrzucony między kilkoma księgami. Kilka miesięcy temu poznaliśmy zbiór historyka Azlanti. Okazało się, że cały zbiór zawiera ukrytą mapę ruin dawnego imperium, wystarczyło otworzyć każdą księgę na stronie trzydziestej drugiej i ustawić je w kręgu, od ostatniej do pierwszej. Odkrycie dało nam pogłos w odpowiednich kręgach.
                    - To interesujące. - odparł wyraźnie zaciekawiony gnom.- A są tutaj jakieś księgi dotyczące historii tego regionu? Pewnie też ukrywają jakieś tajemnice.-
                    Etrigan drepczący za nimi zaszeleścił głośniej swoimi “piórami” z “papieru”.
                    - Historia Rzecznych Królestw? Mamy cały dział, obok jest Lokalny Folklore i Legendy. - elfka zaprowadziła gnoma do odpowiedniego miejsca - To tu. Przy każdym regale jest golem, podaj mu tytuł, albo temat a on ściągnie dla ciebie księgę z regału.
                    - Uroczo.- odparł z uśmiechem Baltizar. -Bardzo mnie interesuje lokalny folklor i legendy. Skądś muszę czerpać materiały na moje historie.-
                    - No to pewnie znajdziesz tu czego szukasz. Potrzebujesz jeszcze mojej pomocy? Muszę rozpocząć audyt, działu religijnego.
                    - Nie będę cię zatrzymywał w takim razie. Już dość czasu ci zabrałam.- odparł ciepło gnom.- Dalej poradzę sobie sam.-

                    I zabrał się ze swoim pomocnikiem za poszukiwanie woluminów. Etrigan za swoim panem szeleszcząc głośniej papierowymi piórami, gdy zauważył coś ciekawego. A Baltizar zwracał uwagę na jego… “sugestie”.
                    Ostatecznie wybrał “Byografyje burmistrzów Evercrest piórem sir. Aldana spisane”, “Legendy Rzecznych Królestw, praca zbiorowa” oraz "Sekrety ukryte w ciemnościach"… dość zniszczony brulion spisany łamanym gnomim przez anonimowego autora będący zbiorem plotek i paszkwili dotyczący miejscowym wpływowych rodzin. Ktoś postanowił przelać swoja żółć na pergamin, a gnom postanowił się z jego frustracją zapoznać.

                    text alternatywny

                    “Ahuizot, szaleństwo”… słowa te docierały do umysłu gnoma, ale czy ostrzeżenia przed nimi nie miały znaczenia.
                    - Doprawdy?- uśmiechnął się Baltizar. - Na szczęście w moim przypadku obłęd… jest już obłaskawioną dolegliwością.-
                    - Jedynie dzielę się mądrością. - odparł karczmarz - Masz przynajmniej imię, to więcej niż kiedy przybyłeś do miasta.
                    - To prawda… to więcej. I za to jestem wdzięczny.- odparł Baltizar przyglądając się księgę.- Obrazki mogą wystarczyć na początek. Pytanie tylko kto mógłby…-
                    Wrócił do strony z ryciną i przesunął po niej palcem. -... czasami obraz potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów. A jeszcze więcej… sam autor.-
                    Bajarz zaczął szukać na początkowych stronach imienia autora księgi, oraz informacji o artyście który obrazy wykonał.
                    Znalazł, jednak nie był w stanie rozpoznać słów, czy nawet alfabetu. Otto zerknął na gnoma.
                    - Jeżeli szukasz autora, to odpuść sobie. Nawet gdyby miał umrzeć z przyczyn naturalnych, to umarłby z dobre dziesięć tysięcy lat temu.
                    - Czymże jest śmierć, czymże czas w naszej sytuacji… jedynie drobną niedogodnością.- wzruszył ramionami gnom. - Autor jest jedną z nici, którą warto sprawdzić. Skąd masz tę księgę?-
                    - Plan Cieni. Księga jest z Golarionu, jakiś krewny autora zabrał ją tam. Kopie lub podobne prace pewnie da się znaleźć w różnych miejscach.
                    - Hmm… kłopotliwe. Przyznaję.- ocenił Baltizar wyraźnie zamyślony. Wzruszył ramionami.- Imię potwora… to zawsze jest jakiś ślad. -

                    text alternatywny

                    Przedstawienie stało się już rutyną dla gnoma. Niemniej było przyjemnie snuć kolejne opowieści przed dość liczną widownią. I przemycać w nich sugestie kapłana z którym współpracował. Ale tylko w jednej opowieści na trzy inne. Baltizar uważał, że historie z proponowanym przez niego morałem wychodzą mu słabiej niż inne. Może dlatego, że nie miał dość czasu, by je dopracować. Może były i inne powody?
                    Tego nie jeszcze nie zdążył przemyśleć.

                    A po występie nie miał na to czasu, bo Khal zaproponował mu rozmowę przy drinku. Na co oczywiście gnom się zgodził.
                    - W porządku. Pozwolisz, że przerobię wieści na szybko. - Viktor pochylił się do gnoma, aby móc mówić bezpiecznie cichym tonem. Wciąż pamiętał, że ma ogon…
                    - Mamy bydlaka. Miałem ciebie zwerbować. Filia organizuje ludzi i jutro wieczorem ruszamy. To jakieś dwa dni drogi stąd. Złol to alchemik-mutator, wygląda na to, że poszukuje nieśmiertelności za przewodnictwem demoniego księcia Haagentiego. Ma na usługach jakąś dwunastkę mutantów i między powierzchnią a jego laboratorium znajduje się plemię goblinów. Będzie nas koło dwóch, trzech dziesiątek. W tym kilku, mam nadzieję, magów z loży najemniczej, kilku kapłanów w roli uzdrowicieli i większość dobrani strażnicy. Na osłodę płacą nam po pół tysiąca na głowę.
                    - Więc twoja w tym głowa, żeby nasi najemnicy zagrali główną rolę w tym przedstawieniu i pokonali złola. - wtrącił gnom drapiąc się po brodzie.- Jeśli nie zabłysną, to jak zwrócisz uwagę wszystkich na symbol, pod którym będą walczyć?
                    - Spróbujemy, ale gramy tutaj długą grę, więc nie zróbmy też tam nic głupiego. Lepiej zmarnować okazję i skorzystać z którejś które nadejdą w przyszłości niż się spalić. Chcę aby kult Kozła stał się tu oficjalną i akceptowaną przez władze religią, do tego potrzebujemy dobrych relacji z nimi.
                    Gnom przekrzywił głowę przyglądając się kapłanowi jakby był okazem jakiegoś rzadkiego ptaka.
                    - Co niby głupiego mielibyśmy zrobić? Idziemy grzecznie bawić się z resztą miejscowych rycerzy prawa, nie planujemy żadnego wbijania sztyletu w plecy. Będziemy tak szlachetni, że paladyni będą nam zazdrościć. - zaśmiał się chrapliwie.- Jedyne co musimy zrobić, to wyróżnić się czynieniem dobra, być bardziej biali i czyści niż całun pogrzebowy.-
                    - A mimo to mamy już szpiega na ogonie. Komendant jest nad wyraz doinformowana. Zgadywał bym zaangażowanie nadwornego arcymaga-dywinatora, bo innego pomysłu nie mam. Wie też, że jestem kapłanem Sędziego i definitywnie mi, oraz via proxy wam również, nie ufa. Po prostu… nie możemy oczekiwać gruszek na wierzbie. Trochę zajmie nim nasze relacje się ocieplą.
                    - Niech pomyślę…- zadumał się gnom głaszcząc swoją brodę.- Jak głęboko w dupie mam zaufanie komendanta? Uuuu… bardzo głęboko.-
                    Uśmiechnąwszy się Baltizar rzekł cynicznie acz cicho.- A niech nas szpieguje, niech się przygląda. Na nasze zebrania towarzyskie karczmarz go nie wpuści… a co do reszty. Nie mam nic do ukrycia. Jestem tylko bajarzem. Opowiadam historie. Szukam inspiracji do nowych opowieści. Zaprzyjaźniam się kapłankami bogini piękna i dobra. Niech sobie nas śledzi… no chyba że ty lub twoja ochroniarz robicie coś niewłaściwego na boku. Ja nie… więc niech śledzi, niech gapi się ten szpieg, niech pisze raporty. Niech frustruje komendanta brakiem wyników.-
                    - Na początku - przytaknął Khal z uśmiechem - Ale docelowo chcę aby zobaczyła Azazela podobnie jak ja go widzę. Przede wszystkim patron surowego, ale uczciwego prawa. Aby stała się naszą sojuszniczką i potem pomogła zalegalizować religię. Ale to, jak mówiłem, długa gra i będzie wymagać cierpliwości. Tak czy siak… aby trzymać cię w obiegu informacyjnym: nasz cel wygląda na wyznawcę księcia demonów Haagentiego szukającego nieśmiertelności poprzez mutacje. Spodziewamy się koło tuzina wymutowanych sług oraz plemienia goblinów nad laboratorium, bo schodzić będzie..-
                    - A co mnie to obchodzi. Nie widzisz z kim rozmawiasz? Jestem małym słabym gnomem. Chyba nie spodziewasz się mnie na pierwszej linii, co? Ja się nie zamierzam fatygować w ten konflikt. Będę stał z tyłu i zagrzewał naszych do walki.- machnął dłonią Baltizar wtrącając się w jego wypowiedź.- Nie obchodzi mnie co wyznaje ten wariat. Może nawet wielbić trollową gębę. Te szczegóły są dla naszych najemników. I nawet to nie my powinniśmy ich informować w tej kwestii. Niech zrobi to przywódca tej całej wyprawy. Bądź co bądź mój wkład w nią jest zbyt mikry, by brano moje zdanie pod uwagę podczas podejmowania decyzji. Zresztą strategiem też nie jestem. Opowiadam bajki.-
                    Viktor uśmiechnął się.
                    - Uczciwie. Niech będzie. Wyruszamy jutro wieczorem. Zajmie to kilka dni. Ci najemnicy co ich z loży wynająłeś… planujesz ich zabrać?
                    - Przede wszystkim ich planuję zabrać. W innym przypadku mój wkład w ten cały cyrk będzie polegał na zabawie w kronikarza wyprawy.- wzruszył ramionami Baltizar.- Moi podwładni mają się na tej wyprawie wykazać użytecznością i przyciągnąć przyjazne spojrzenia do znaku na swoich tunikach.-
                    - W porządku, chciałem się upewnić. Dobra, skoro nie interesują cię szczegóły i nie odnoszę wrażenia aby propozycja wspólnego picia dla zacieśnienia więzi wewnątrz-drużynowych spotkała się tu z entuzjazmem to pójdę zająć się kolejnym punktem z mojej zbyt długiej listy rzeczy do zrobienia przed snem. Widzimy się…
                    - Jak sobie życzysz ekscelencjo. - mruknął gnom wzruszając ramionami.
                    Khal wstał i pożegnał się pseudo-salutem.

                    Gdy kapłan poszedł, gnom przeciągnął się zadowolony. Sytuacja wydawała się zdecydowanie zmieniać na jego korzyść. Odpadało mu żmudne śledztwo, odpadało głowienie się nad sytuacją. Ktoś inny, bardziej kompetentny miał przejąć dowodzenie. A gnom jedynie się podporządkować i zbierać materiały na opowieści. Nieufnością potencjalnej przełożonej Baltizar się nie przejmował. Nie planował podczas tej wyprawy żadnych podstępnych intryg, więc… niech go obserwuje ile chce. I tak zawsze był obserwowany, przez dziesiątki oczu wyzierających z każdej szczeliny.
                    Na dziś miał już dość, więc po posiłku i łyknięciu lekarstwa szykował się na sen.
                    Następny dzień zapowiadał się ciekawie.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                      #35

                      text alternatywny

                      Kaylie chciała już odpowiedzieć Otto, gdy doszły ją słowa z tyłu. Karczmarz zobaczył jak nagle kobieta widocznie pobladła. Wzięła duży łyk otrzymanego napoju, a Otto zobaczył, że zatrzęsły się jej dłonie.
                      Karczmarz westchnął. Sięgnął pod ladę i nalał kobiecie ciemno bursztynowego płynu. Nozdrza dziewczyny zaatakował zapach alkoholu i dębu.
                      - Coś się właśnie stał0, prawda?
                      Dziewczyna szybko upiła trunku.
                      -Zaraz zobaczę jak bardzo... - spojrzała w tył zadowolona, że nałożyła małą iluzję na siebie wcześniej - Najwyżej wypiję więcej...
                      Kaylie odstawiła kubek na szynku i ruszyła niby spokojnym krokiem w stronę, z której doszły ją słowa.
                      Szybko dotarła do grupy rozmawiających. To była ekipa, którą wynajął Baltizar. Efli mag właśnie chyba dokańczał jakąś opowieść.
                      - ... szukają jej i assassynów. - dwóch barbarzyńców było absolutnie pochłoniętych opowieścią elfa, reszta ekipy tylko co jakiś czas zerkała znad jedzenia.
                      Kaylie podeszła bliżej lekko zataczając się niby popiła więcej niż naprawdę. Trunek 0d Otto zostawił chociaż trochę zapachu, co pomagało, gdy stanęła wspierając się o ścianę patrząc na elfa i słuchając go.
                      - Niestety dom Myamtharsar jest teraz pod ciągłą obserwacją. Zaginięcie córki, próba zabójstwa emisariusza, z którym są spokrewnieni. Nie zazdroszczę im. Chociaż to Galt, póki są na oczach wszystkich chyba nikt ich nie tknie. - grupa nie zwracała uwagi na Kaylie, jeden z barbarzyńców podrapał się po głowie, najwyraźniej jakaś rzadko spotykana myśl tam zawitała.
                      - Zaraz, mówiłeś, że zabili tego elfa.
                      - Nie, nie. Jedynie wykradli jego duszę. Ciało jest żywe, w jakimś stanie magicznego zastoju. Dlatego Kyonin nie wykonało jeszcze ruchu. Do tego magowie z Galt wykryli obecność piekielnej magii, co zwróciło oczy wszystkich na Cheliax...
                      Kaylie poczuła słabość w nogach. Chciała upaść w tym momencie, chciała by ten koszmar się skończył. Co Azazel zrobił?!
                      - Więc ta ich córka, wyruszyła ocalić lub pomścić przodka? HA! To się nazywa kobieta! - zawołał drugi z barbarzyńców.
                      - Taka jest oficjalna historia. Niestety z jakiegoś powodu magia nie jest w stanie jej znaleźć, więc zakładają, że jest w Cheliax już od dekady. Serce mnie boli na myśl co ona musiała przejść do tej pory.

                      Kaylie powróciła do szynku i oparła się ciężko o niego, kładąc głowę na rękach ułożonych na blacie. Wydała z siebie jęk psychicznego bólu.
                      Otto spojrzał na dziewczynę.
                      - To był tylko łyk tego whisky. Chyba aż tak cię nie rozłożył?
                      - Nie... - przesunęła dłońmi po twarzy - Chciałabym by to było to... Najgorzej by się kacem skończyło i rzyganiem. Później byłoby znowu dobrze... - przesunęła paznokciami po skórze przedramienia, jakby w bólu szukała otrząśnięcia się z koszmaru - A to? - uderzyła pięścią w blat - A TO?! - czoło trzasnęło w drewno, gdy podążyło za pięścią...
                      Po czym zaczęła się histerycznie śmiać.
                      Reszta karczmy na chwilę spojrzała w kierunku Kaylie, ale jedynie uznała, że kolejna ofiara mocnych trunków. Otto natomiast westchnął.
                      - Brzmi jakbyś potrzebowała ucha do wysłuchania żali.
                      Patrzyła dłużej w blat nim odpowiedziała Otto już innym głosem. Zdeterminowanym, znającym ból i rozterkę, poszukującym czegoś...
                      Zemsty?
                      - Muszę porozmawiać z Azazelem. - wyszeptała i spojrzała w oczy karczmarza z nutą chaosu w nich, czymś co było diabłom przeciwne.
                      Otto przyjrzał się dokładnie oczom kobiety, delikatny łobuzerski uśmiech zagościł na jego ustach. Kiwnął głową i poprowadził dziewczynę do jednego z bocznych pokoi.

                      DRAMA~

                      Pomieszczenie było innego od tego, w którym Azazel przemawiał poprzednio do grupy. Jedynie dwa fotele stały w jego wnętrzu. Jeden pod ścianą, jeden na środku. Karczmarz wskazał dziewczynie na środkowe siedzisko, a sam sięgnął do kieszeni, mamrocząc coś pod nosem. W końcu wyciągnął rękę i cisnął diamentowym proszkiem w ścianę przeciwległa siedzeniu Kaylie.
                      - Azazel! - karczmarz następnie szybko podbiegł do siedziska pod ścianą, głupkowaty uśmiech gościł na jego twarzy.
                      W tym czasie ściana eksplodowała i zapadła się w sobie. Otwierając się na panoramę piekielnych otchłani. Po chwili w polu widzenia pojawiła się postać, z początku zamazana, ale w końcu Kaylie zobaczyła Azazela. Diabeł spojrzał najpierw na Otto, który wydawał się wyciągać jakąś przekąskę do chrupania, a potem na Kaylie.
                      - Avruil? Wyglądasz na... rozstrojoną. Czemu mam wrażenie, że zaraz zaczniesz krzyczeć?
                      Kaylie wręcz buzowała chaosem ledwo utrzymywanym w ryzach. Chciała go uderzyć jak kiedyś Khala, ale siłą powstrzymywała te emocje.
                      - Nie chcę dać ci tej satysfakcji, kłamco. - fuknęła - Łżesz jak Asmodeusz. Nie jesteś lepszy, nieważne jak chcesz się prezentować, Koźle Ofiarny.
                      Diabeł jedynie uniósł brwi, pstryknął palcami przywołując siedzisko dla siebie. Spojrzał w oczy Avruil.
                      - Dowiedziałaś się o stanie dziadka. - to nie było pytanie.
                      - Złamałeś umowę. - wycedziła - Nie umawialiśmy się na to, że możesz porwać jego duszę i ją sobie zatrzymać.
                      Azazel się uśmiechnął. Wyciągnął rękę, w której pojawił się zwój. Rozpoczął go dokładnie przeglądać.
                      - Faktycznie. Umowa stwierdza, że ty, Avruil Myamtharsar, przy pomocy darów które ja, Azazel, ci użyczę, pokonasz swojego dziadka. W zamian oddasz swoją duszę siłom piekła, a życie mnie. - diabeł zerknął na kobietę - Z momentem pokonania twojego dziadka, byłaś moja i mogłem robić co mi się żywnie podoba. Umowa nie mówiła, że mogę go zabrać, ale nie mówiła też, że nie mogę. Więc niczego nie złamałem.
                      - Tak jak powiedziałam... - Kaylie czuła jak serce kołacze ze stresu - ...chcesz uchodzić za lepszego od Asmodeusza i innych diabłów, a bazujesz na kruczkach w umowach jak oni.
                      Mina diabła zrzedła, najwyraźniej nie lubił tej prawdy. Pokiwał jednak smutno głową.
                      - Czasem trzeba. To co zrobiłem sprzyjało jak najlepiej moim planom, ty po prostu jesteś przypadkowym beneficjentem. Więc czego teraz oczekujesz? Żebym go wypuścił? Na razie nie mogę, jest mi jeszcze potrzebny i... nie doszliśmy jeszcze do konsensusu.
                      Jej słowa trafnie uderzyły w Azazela. Malutka wygrana... Choć czy naprawdę cokolwiek jej dawała?
                      - Czemu pozwoliłeś mi uciekać przed czymś czego nie ma? Bać się kłamstwa lub mówiąc inaczej - niedopowiedzenia? Czy ja coś zrobiłam co na karę zasłużyło?
                      - Poza paktowaniem z diabłem i ataku na emisariusza z kraju, który dopiero co zaczął wam ponownie ufać?
                      - Dobrze wiesz czemu go zaatakowałam i wiesz, że nie chciałam go zabić czy poważnie skrzywdzić. - zaprotestowała - I wiesz co chciałam osiągnąć, a nie ma to nic do relacji międzynarodowych.
                      - Nie wiń mnie, że brakowało ci doświadczenia i wyczucia w magicznej walce. Do tego, sądzisz, że nie rozpoznałby skąd masz te moce? Galtianka, która paktuje z diabłem? Wiesz, że za tobą nie przepadał. Ciekawe co by zrobił z taką amunicją.
                      - Byłam zgorzkniałym podlotkiem, więc wtedy nie myślałam o tym. Nie sądzę, że diabły mają jakieś granice wiekowe, ale mogę się mylić i nagiąłeś je. Nie odpowiada to jednak czemu pozwoliłeś mi żyć w przeświadczeniu winy, że zamordowalam krewnego, choć tak nie było.
                      - Potrzebowałaś motywacji, aby uciec z Galt. Znając śmiertelników, po tygodniu wróciłabyś, przyznała do wszystkiego i skończyła przed Ogrodnikami. Lęk, prawdziwy lęk, pchnął cię w świat. I spójrz na siebie teraz. Pomijając przynależność do mnie, jesteś rozpoznawalna w świecie. Gdybyś została, pewnie byś skończyła jako "Żona księcia jakmutam, jutro odwiedzi ich wściekły tłum."
                      Kaylie patrzyła skrzywiona.
                      - Kłamstwo w końcu wyjdzie na jaw... - mruknęła - Dziękuję za wyjaśnienie, mój panie. - ostatnie dwa słowa wypowiedziała w dziwny sposób. Z jednej strony można było odczuć, że były kierowane strachem, który wyszedł na wierzch, gdy złość otęchła, a z drugiej, że zawierały w sobie dużą dawkę złośliwej ironii.
                      - Dlatego negocjuję z twoim dziadkiem. Będzie musiał kolaborować historię. - westchnął - Nie skończyłabyś na mnie, jeżeli bym odmówił. Przyzwałabyś innego co nie chcąc oddać twojej duszy do Ostatecznego Ostrza, zabiłby cię po tym jak pokonasz dziadka. Więc, powinnaś być wdzięczna, że na mnie trafiłaś. Przynajmniej masz szansę coś zyskać więcej z tego wszystkiego.
                      Kaylie tylko skinęła głową nic więcej nie mówiąc.
                      - Jeżeli to wszystko w tej sprawie. - diabeł wstał ze swego siedziska, które zmieniło się w dym chwilę potem - Może Khal ci to lepiej wytłumaczy. Jeżeli potrzebujesz więcej przekonywania. I rozum jedno Avruil. Na razie sprzyjasz mi, ponieważ czujesz powinność. To twoja decyzja, aby mi pomóc. Nie spraw, abym odebrał ci ją. - i z tymi słowami pokój wrócił do swojego poprzedniego wyglądu.

                      Otto przez chwilę się przyglądał ścianie.
                      - To tyle? Eh... miałem nadzieję na coś więcej. Chociaż wywołać w diable "żal"... czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
                      Kaylie westchnęła.
                      - Nie chciałam grać tak jak przypuszczał. Do tego... Sam słyszałeś, że on już wie co planuje zrobić jeżeli mu się postawię. Sądzisz, że byłby zadowolony gdybym odstawiła mu niemiłą sytuację? Mógłby wykorzystać swoją władzę nade mną. - ostre skrzywienie pokazało się na twarzy kobiety.
                      - Rozmawiałem z nim, zanim tu przyszliście. Wyjaśnił mi swój "WIELKI PLAN". - karczmarz wykonał cudzysłów palcami - Jeżeli go rozumiem, a uwierz mi jego gadka prawnicza jest równie porywająca co schnięcie farby, to wolałby nie. Jeżeli jednak nie dasz mu opcji…
                      - To niech nie daje mi powodu... - fuknęła - I nie wierzę diabłowi, że woli mnie nie zmuszać.
                      - No cóż i tu jest szczegół pogrzebany. On nie chce już się bawić z diabłami.
                      - Sam słyszałeś jak powiedziałam mu, że wcale tak różny od nich nie jest, za jakiego chce uchodzić.
                      - Słyszałem i to go zabolało. Brzydka prawda, z którą będzie musiał żyć. Jednak on planuje być jednym z tych nudnych bogów prawa i legislacji. - fae wykonał grymas jakby mu się zbierało na wymioty - Będzie musiał się pożegnać z nawykami jakich się nauczył od Asmodeusa.
                      - Natury tak łatwo nie zmienisz, więc i w jego zmianę nie wierzę. - mruknęła - Diabeł diabłem pozostanie.
                      - Zaczynał jako anioł. - zauważył karczmarz - Tak jak nie mała część tych potężnych rogaczy. Zmiana natury przychodzi im łatwiej niż śmiertelnikom.
                      - I masz rację. Bogowie prawa i legislacji są okropnie nudni, bo i to prawo i legislacja to bardzo nudne tematy. - przytaknęła fey - Ale z tego co wiem o Wymiarach to ten cały jego plan nie będzie taki prosty do wykonania, że dokona się za życia ludzkiego pokolenia. Wy, Pozaplanowcy macie odmienne spojrzenie na czas niż istoty z Pierwszego Materialnego.
                      - Nie tylko na czas. - zauważył Otto - Moje pojęcie miłości i twoje są na pewno różne. Jednak Fenuel zawsze był uparty w tym, że "Wie czego chce" i pójdzie gdzie może aby to uzyskać.
                      - Za dobrze mu nie wyszło jeżeli poszedł za Asmodeuszem... Bo mówimy wciąż o Azazelu? - zapytała orientując się jak go nazwał Otto.
                      - Tak, tak. Wybacz, Fenuel to było jego imię kiedy jeszcze był w Niebie. Fenuel, Archanioł Osądu. Kiedy Asmodeus opuszczał Niebo, Fenuel ruszył z nim ponieważ biurokracja tam prowadziła do takiej stagnacji, że zajmował się rozprawami sprzed uformowania się bogów.
                      - Chyba nie przemyślał dobrze całej sprawy. Idąc z Asmodeuszem dał się zrobić jak dziecko. - wzruszyła ramionami - Skoro uwierzył, że z tym gościem będzie lepiej.
                      - Było inaczej. - pokiwał głową karczmarz - I pewnie na początku było "lepiej". Później.. no, diabły. - wzruszył ramionami - Po kilku tysiącleciach jeszcze ta rozprawa, którą przegrał. Najwyraźniej miał dość biurokracji z podcinaniem nóg.
                      - Muszę przemyśleć swoje następne ruchy. - westchnęła - Nie jestem pewna jaką taktykę podjąć. Ostatnio czasami mi po prostu wszystko jedno. - machnęła ręką - W Galt nie miałam takich nijakich i czasem nihilistycznych myśli.
                      - Pamiętaj, świat jest tylko mroczny i przeciwko tobie, jeżeli mu na to pozwolisz. Spójrz na mnie. Od ponad ośmiu tysięcy lat tułaczę się po planach w poszukiwaniu żony, moje królestwo upadło, moi synowie umarli, jedna z moich córek nie chce opuścić domeny Shelyn. - westchnął - To czasem boli, ale wiem, że kiedy w końcu wrócę gdzie moje miejsce... będzie dobrze.
                      - Tylko on może mnie skrzywdzić jak się mu postawię. - westchnęła - Jestem wobec niego na przegranej pozycji.
                      - To mu się nie stawiaj. Wybacz porównanie, ale jesteś psem na smyczy. Właśnie próbowałaś się zerwać i dostałaś po nosie. Zobacz jak daleko możesz się oddalić na smyczy którą masz, bez zmuszania go, aby ją ściągnął. Rozumiesz o co mi chodzi?

                      Kaylie pokiwała głową.
                      - I co z tymi łaźniami? Dałam twoim córkom przekąskę.
                      - Oczywiście. - karczmarz, wstał i poprowadził kobietę - Jeszcze raz ci dziękuję za to. Dziewczyny są... no powiedzmy, że trudno mi zostać w jednym miejscu, jeżeli trzymam je głodne.
                      Łaźnie miały niewielki basenik z ciepłą, parującą wodą. Na siedzisku obok baseniku leżał ręcznik i miękki szlafrok. Kilka mydełek unosiło się na wodzie w drewnianej łódeczce.
                      - Miłego relaksu. - z tym karczmarz zamknął za sobą drzwi, zostawiając kobietę samą w łaźni.

                      text alternatywny

                      Kaylie położyła swoje rzeczy i ubrania na krześle obok basenika z gorącą wodą.
                      Powoli weszła w jej taflę i wsunęła się w objęcia wody. Przyjemne ciepło ogarnęło jej ciało, ale mimo wszystko nie zmyło z niej psychicznego zawirowania. Ochlapała twarz wodą i przesunęła palcami po policzkach. Spojrzała swoje odbicie jakie pojawiło się na tafli przy jej brzuchu i nagle poczuła złość. Złość na siebie.
                      Uderzyła w wodę rozchlapując ją także poza balię. Od lat coraz gorzej znosiła widok siebie. Wiedziała, że zaczęła sobą pogardzać. Pamiętała jak na początku swojej tułaczki rozważała by po prostu wrócić i oddać się osądowi. Nie dokonała tego tylko temu, że Rhaast jej przetłumaczył... Sama nie wiedziała jak.
                      Bezmyślnie zaczęła zmywać z siebie kurz i pot pozostawionymi mydełkami, wcale nie zauważając czasu jaki na to poświęca. Dopiero, gdy woda schłodziła się, Kaylie zakończyła mycie i wyszła z wody. Kiedy wycierała się ciągle czuła spływające po policzkach łzy, jakie wcześniej zakrywała woda z kąpieli.

                      text alternatywny

                      Kaylie podeszła do szynku, już umyta, ale... wyglądającą na bardziej załamaną. I zdeterminowaną jednocześnie?
                      - Potrzebuję alkoholu. - wyrzuciła z siebie z jakimś żalem.
                      Położyła głowę na dłoniach ułożonych na blacie, ciągnąc włosy swojej grzywki.
                      Otto westchnął. Dziewczyna czuła, że fay najwyraźniej żal jej.
                      - Do płaczu, czy żeby się zwalić?
                      - Pierwsze. Jutro wcześnie ta durna Blackfyre ma się zjawić. - warknęła, najwyraźniej mając coś do tej osoby.
                      Karczmarz odkorkował butelkę wina wiśniowego i wręczył ją kobiecie.
                      - Nie wyglądasz w nastroju na kieliszek. Filia też zaszła ci za skórę?
                      - Tak. - warknęła, ale nie doprecyzowywała, a jedynie wstała z miejsca biorąc ze sobą butelkę - Będę u siebie.
                      - Zrozumiałe. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, wiesz gdzie jestem.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez Seach
                        #36

                        text alternatywny

                        Khal stanął przed drzwiami pokoju Kaylie. Nie słyszał nic, ani wpierw, ani po krótkim nasłuchiwaniu. W końcu zapukał. Ostrożnie z początku. Nie zdecydował jeszcze czy ją obudzi jeśli już spała….
                        Dość szybko mężczyzna usłyszał ruch i skrzypienie desek za drzwiami. Ktoś podchodził powoli i chyba nie szedł wystarczająco prosto.
                        Skrzypnął zamek w drzwiach, gdy został otwierany z klucza. Poprzez uchylone drzwi wyjrzała twarz Kaylie.

                        -To ty... -mruknęła wpuszczając Khala.
                        Bez dalszych słów skierowała się z powrotem na łóżko.
                        W pokoju nie było żadnych obrazów znęcanie się nad przedmiotami. Mężczyzna zobaczył jednak jak dziewczyna powoli stawia kroki z wyraźną ostrożnością, a na stoliku obok łóżka stoi butelka z prawie całkowicie wypitym winem. Sama kobieta wyraźnie już trochę rozebrała się przed snem i porzuciła wokół łóżka część ubrania pozostając jedynie w podstawowym podkoszulku i majtkach.
                        Khal wszedł do środka. Przez chwilę przyglądał się krześle przy stoliku, ale rozmyślił się. Zamiast tego usiadł obok Kaylie, po drodze zrzucając iluzje poważnego ubioru, zostawiając na sobie cienką koszulę i lekkie spodnie. Bez słowa objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie…
                        Czuł jak ciało kobiety się spięło, a ona sama nie wydawała się zachwycona sytuacją.

                        -W końcu przyszedłeś zaliczyć mnie, co nie? -pozornie zapytała, a tak naprawdę bardziej stwierdziła.
                        -Nie -odpowiedział jej głos pozbawiony barwy. Nie mógł przed samym sobą kryć bezwiednej ekscytacji… ale mógł jej nie pokazywać na zewnątrz.
                        -Przyszedłem cię wesprzeć. Tak jak to robimy między sobą. Pomyślałem, że obecność przyjaciela ci się przyda. Ale rozumiem zarzut… teraz jednak jestem poza jakimkolwiek moim skryptem i nie bardzo wiem co powinienem zrobić… podpowiesz mi tutaj?
                        -Dobrze, że nie przyszedłeś z tym zamiarem. Gdybyś przyszedł to bym cię teraz mogła wykastrować. -odpowiedziała bardzo spokojnym i niepokojąco wyważonym głosem -Bo i nastroju nie mam.

                        Kaylie wzięła butelkę z ćwiartką wina w rękę i podała Khalowi wbijając mu w klatkę.
                        -Masz. Dobre jest.
                        -No to na pochybel skurwysynom… -wzniósł Viktor butelkę w toaście i upił łyk.
                        -Powiedz mi jak mogę cię wesprzeć? Chciałbyś o tym porozmawiać? Może posłuchać co się o Zoryi dowiedziałem? Jakąś zawiłą historię jak wydymałem jakieś szlachciątką w sądzie tak, że do dziś się zbiera? Skląć siedem niebios i wszystkie piekła za to co odwalają z naszym światem? Czy po prostu być tu dla ciebie i nie pozwolić ci pić w samotności?
                        Kaylie patrzyła prosto przed siebie w przeciwległą ścianę pokoju.
                        -Wiesz... Inne kraje mają problem z ufaniem Galt. Ostatnio nawiązaliśmy lepsze stosunki z Kyonin. Wysłali nawet swojego ambasadora. -spojrzała w oczy mężczyzny -Zabiłam go.
                        Khal spuścił powoli powietrze dając sobie czas na myślenie. Na odzyskanie wewnętrznej stabilności.
                        -I nasz patron miał z tym jakiś związek? -zapytał powoli.
                        -Paktowałam z nim, aby otrzymać moc potrzebną dla pokonania go. -zaśmiała się krótko -To nawet zabawne się wydaje. Te wszystkie lata nie mogłam przetrawić myśli, że zabiłam ambasadora elfiego i mojego pradziadka w jednym. A do tego jakiegoś bohatera tych długołuchów. -ścisnęła silnie dłonie -Ale to było kłamstwo Azazela! On po prostu zabrał jego duszę. -wysyczała.
                        Viktor przez chwilę składał sobie ciąg przyczynowo-skutkowy w głowie… ale nie wiedział czy dobrze go rozumiał.
                        -Czyli… inaczej. Rozumiem, że ambasador, pradziadek i bohater elfów to jedna i ta sama osoba, ale na tym się kończy… myślałaś, że go zabiłaś, ale go nie zabiłaś tylko Azazel go zabił wyrywając mu duszę? -pytał Khal z przepraszającą minął. Naprawdę wolałby od razu zrozumieć co miała na myśli niż kazać jej przez to jeszcze raz, nawet czysto werbalnie, przechodzić.
                        -Zabiłabym go, jako że nawet nie kontrolowałam tej mocy. Ale jedynie go... doprowadziłam na skraj? -westchnęła -Jednak Azazel... On się tam pojawił i wtedy musiał odebrać mu duszę. Najwyraźniej ciało jest trzymane w jakimś magicznym stasis przez elfy.
                        -Więc go nie zabiłaś -stwierdził bardziej podsumowująco Viktor -Tylko Azazel to zrobił… zależnie czy wyrwanie duszy, jak ciało wciąż jest żywe, uznajemy za śmierć. Czujesz się by powiedzieć mi dlaczego chciałaś go zabić?
                        -Nie chciałam go zabić! -uniosła głos -Chciałam go pokonać, poniżyć! -zacisnęła zęby -Chciałam by poczuł mój ból... -westchnęła ciężko i zamilkła na moment.
                        -Uczyłam się w rodzinnej akademii magicznej pod jeg0 okiem. To był zaszczyt. Duma. -wlepiła wzrok w podłogę -Dopóki nie spotkałam go po raz pierwszy i zobaczyłam wtedy w jego oczach czyste obrzydzenie moją osobą... Bo nie było we mnie elfa. -przesuwała palcami po skórze dłoni -Miało to jakieś podłoże z konfliktem jego z synem, a moim dziadkiem. Syn wybrał człowieka i ten stary elf nie mógł sobie tego podarować. Jako że nie mógł nic zrobić ze swoim synem... -zamknęła oczy -Gdy się pojawiłam... Zaczęłam ponosić konsekwencje działań z dawnych lat. Nie swoich działań. Poniżał mnie na każdym kroku, był niechętny uczyć mnie, a jedynie tolerował moją obecność jak rzadko kiedy wchodziłam mu przed oczy. Każdy błąd wyśmiewał i pokazywał mnie jako beztalencie. Groził, że po prostu wyrzuci mnie z akademii co byłoby tragedią. -ciężki smutek zasnuł oczy Kaylie -Moja bardziej elficka rodzina ma dość dobrą ochronę przed Ogrodnikami i całym tym syfem politycznym w Galt dzięki mnogości magów. Moja gałąź... Nie posiada żadnego. Ja byłam szansą...
                        “A wszystko w kontekście historii ukochanego wuja pojmanego przez tych barbarzyńców” skomentował Khal we własnych myślach.
                        -Kim był ten dupek? Dlaczego był tak ważny dla Galtu?
                        -Halpaeril Myamtharsar. Był ważny, bo Kyonin go jako ambasadora przysłał. Polityka między nacjami.

                        -W porządku, więc powiedz mi… czy moje domysły, że to z tego powodu uciekłaś z Galt i przez lata cię ścigali bądź nawet wciąż ścigają… są słuszne?
                        -Tak, choć... Wygląda na to, że sami nie wiedzą jaka była moja w tym rola. Magowie odnaleźli ślady infernalnej magii i podejrzewają Cheliax. Myślą nawet, że zostałam tam zaciągnięta, b0 nie mogą wieszczyć mojej lokacji. -przetarła oczy -Oczywiście moja rodzina jest pod baczną obserwacją. Mamy wrogów, którzy na pewno chcą, abyśmy my ponieśli konsekwencje.
                        Khal myślał chwilę, wciąż obejmując ją jedną ręką, masując tylko od czasu do czasu jej ramię ruchami dłoni. Myślał i rozważał. Co powinien powiedzieć?
                        -Przykro mi, że tak się potoczyła twoja historia. To nie było w porządku. Ale… to chyba zmienia wszystko. Gdzie w tej historii mieszczą się łowcy co na ciebie polowali?
                        Kaylie machnęła ręką.
                        -Najwyraźniej ci, co szukali to mieli odnaleźć. Reszta... To moja paranoja którą stworzył Azazel. -warknela -Na pewno nie płakaliby gdyby mnie znaleźli i mogli zadać mi pytania. -stwierdziła -A nie powinieneś zakładać, że będzie w Galt honorowane założenie niewinności póki nic nie zostanie ustalone. A gdy mowa jeszcze o Cheliax czy diabłach to na pewno będą głęboko szukać. Magicznie czy fizycznie i psychicznie.
                        Cisza się przedłużała gdy Viktor dochodził do wniosków. Nie spieszył się. To nie była sala sądowa gdzie tempo i celność przytyków były wyceniane w głosach ławy przysięgłych…
                        -To było zbędne… -stwierdził w końcu -Przez te lata nie musiałaś uciekać… nie musiałaś się bać. Tylko o tym nie wiedziałaś, bo… -zawiesił na chwilę wypowiedź, samemu odpwoiedając sobie już na pół niezadanego jeszcze pytania -... Azazel okłamał cię, czy po prostu pozwolił nie wiedzieć?

                        -Kiedy "zabiłam" Halpaerila, Azazel pojawił się na miejscu i powiedział bym uciekała. -warknela -Tak bardzo chce się odróżniać od Asmodeusza, a jest tym samym diabłem, takim samym skurwysynem niezależnie od tego co by chciał! -wstała z łóżka i zaczęła przechadzać się po pokoju jak wściekłe zwierzę -Powiedziałam mu to dzisiaj i był taki biedny i taki smutny... -parsknęła -Tak mi przykro, że zraniłam jego uczucia. -ironizowała.
                        Viktor wsunął się głębiej na łóżko Kaylie, krzyżując nogi pod sobą. Dla poprawy wygody. Wmawiać mógł sobie co chciał i mógł świadomie zadecydować, że nie wykona tego wieczoru “ruchu”, ale jego… “natura” domagała się czego innego, gdy prezentowała się przed nim tak piękna kobieta, w tak niepełnym ubiorze, w tak wrażliwym stanie… Odkaszlnął odganiając myśli.
                        -Zranione uczucia… -wyszeptał, jakby powtarzał słowa -To ciekawe. Ale dobrze mu tak. Tak i jeszcze po dziesięciokroć. Wiesz jaki miał w tym cel? Raczej nie po to aby cię jeszcze pognębić…
                        -Żebym na pewno odeszła z Galt! -uderzyła pięścią w ścianę -powiedział, że śmiertelnicy tak już mają i pewnie liczył się też mój młody wiek. Sądził, że jeszcze wrócę skruszona i do wszystkiego się przyznam. Na pewno sensownie powiedział jedno: gdyby on nie zgodził się mi pomóc to poszukałabym innego diabła.
                        -I… -zaczął powoli. Ostrożnie. -Jakbyś wróciła i się przyznała, to jak by się skończyło dla ciebie?
                        -Pewnie więzieniem, przesłuchaniami, torturami i Ostatecznym Ostrzem na końcu. -zmarszczyła brwi nieufnie -Nawet nie próbuj mi powiedzieć, że powinnam być wdzięczna temu kłamcy.

                        Khal wzniósł dłonie w geście pokoju.
                        -Nie stawiam tutaj żadnych twierdzeń. I nie zrozum mnie źle… jestem zły. Nawet jeśli by dać mu gigantyczny kredyt zaufania i stwierdzić, że uratował tym zbyt młodą, na coś takiego, dziewczynę, to wciąż jest winny wstrzymania kluczowych dla powódk… dla ciebie informacji. I nie ma jak tutaj argumentować o “dobrej wierze”. Mówiłem ci już wcześniej… w moim pojęciu wciąganie tak młodych ludzi w permanentne pakty, łamane przez: umowy, nie jest prawym czynem i jakbym u niego dostateczny posłuch to bym próbował z nim wejść w dyskurs, by w przyszłości tego nie powtarzać… Czekaj, czekaj, czekaj… -Khal zawiesił na moment głos, gdy w głowie skojarzył kilka faktów.
                        -Pamiętam te wydarzenia… -stwierdził bardziej do siebie, ze spojrzeniem utkniętym wiele lat w przeszłości, gdy odkopywał ze wspomnień cały kontekst.
                        -Co pamiętasz?
                        Kaylie podeszła do łóżka i usiadła na nim ponownie, lekko uspokojona słowami Khala. Nie była jednak w całości pewna o co w tym wszystkim chodzi...
                        -Kilka miesięcy wcześniej wreszcie dostałem się do Wewnętrznego Kręgu w Czerwonej Loży. Rozważano posłanie mnie w delegacji na szczyt w Drumie. Ostatecznie miałem inne obowiązki. Kyonin oskarżyło Cheliax o śmierć twojego dziadka. To był duży problem. Utracili traktat handlowy, na którym im zależało. Ledwie udało się uniknąć akcji odwetowej, co by miała duży potencjał przerodzić się w regularną vendettę. Galt cały czas tylko dolewał oliwy do konfliktu… relacje Cheliax-Kyonin wciąż są bardzo nieprzyjemne, a przed tym… no nie było “dobrze”... diabły i ta otoczka… ale to była tylko niechęć. Niechęć osładzana stabilnie rozwijającym się handlem i wymianą wiedzy, na której oba państwa bardzo zyskiwały. Czy ty zdajesz sobie sprawę co by się stało, gdyby Kyonin oskarżyło Galt o tę śmierć?

                        -Czy teraz próbujesz mi pokazać, że w sumie dobrze się stało? -warknęła -Wiem, że byłoby to na pograniczu wojny, a przynajmniej Galt straciłoby bardzo wiele. To jednak nie poprawia wcale sytuacji. Jeżeli kiedyś by mnie znaleźli to byłby koniec gry. Azazel niby przekonuje elfa do współpracy, ale nie ufam ani jednemu ani drugiemu. Szczególnie że najwyraźniej obaj mają jakąś wspólną przeszłość.
                        -Galt mogłoby już nie być. Cheliax ma dość siły militarnej aby je podbić, ale nie ma dość siły politycznej. Ma zbyt wielu sąsiadów, którzy się aktywnie boją jego imperialistycznych zapędów i nie pozwoliliby na inwazję, bo jak jeden mąż trzęśli by portasami, że oni będą następni. Ale jakby to Kyonin zaatakowało… a Cheliax “tylko” wspierało swojego sojusznika… Na coś takiego od dekad czekają tam w wysokich pałacach Zachodniego Wybrzeża. Galt jest potężnym cierniem w zadzie Domu Thrune i nienawidzą oni Galt nie mniej personalnie niż Galt nienawidzi całego Cheliax.
                        -Azazel potężnie uderzył w Asmodeusza przekierowując winę na Cheliax. Czy to dobrze, że tak zrobił? Nie oceniam… i to nic nie zmienia w tym, że powinien był ci później powiedzieć. Gdy już mleko spod nosa otarłaś. TO byłoby PRAWE. To byłoby słuszne. To byłby krok w kierunku istoty, którą Azazel deklaruje, że chce być. Jak się w ogóle dowiedziałaś o tym wszystkim? To wygląda jak nowa wiedza…
                        -Ten elf z grupy, którą wynajął Baltizar, opowiadał o tym swoim w karczmie. -wyjaśniła -Do tego momentu nie wiedziałam o niczym takim...
                        Kobieta nie przyznała na głos, ale słowa Khala rzuciły nowe światło na problem. Nie oznaczało to jednak, że uważała działania Azazela za jakkolwiek lepsze.
                        -Rozumiem… -kiwnął głową, rozważając szanse, że to mógł nie być przypadek. Ale nie miał jak tego ocenić, a w paranoję nie chciał popadać.
                        -In fine… pomijając moralną ocenę decyzji naszego patrona… nikt cię nie ściga. Nie musisz już bać się, że Ogrodnicy cię dorwą. Jak się tu wywiążemy to może nawet będziesz w stanie gdzieś znaleźć swój własny dom. A jeśli będziesz chciała podróżować to będziesz to robić z własnego kaprysu a nie strachu. Jak się z tym czujesz?
                        -Wściekła na Azazela. -powiedziała szczerze -I po tym wszystkim jeszcze postanowił mi pogrozić.
                        -Ha! To widzę. A groźbę potraktuj jako przyznanie “zabodło mnie co powiedziałaś i potrzebuję poczuć się męski”. Ale… czy pod tą wściekłością nie kryje się ziarnko… ulgi? Nie musisz już uciekać… Galt nie wysyła za tobą ludzi. Bah… pewnie uważa cię za postronną ofiarę.
                        -Zakładają, że Cheliax mnie porwało, jako że nie mogą mnie wywieszczyć i od 10 lat tam przebywam. A Azazel... Powiedział, że na razie mu pomagałam czując powinność. Powiedział też, że nie chciałby musieć zabrać mi wyboru i zmusić mnie do posłuchu. Przynajmniej dobrze rozumie, że właśnie straciłam jakąkolwiek chęć pomocy z powodu poczucia powinności. -warknęła.
                        Kiwnął głową ze zrozumieniem.
                        -Definitywnie brakuje mu zrozumienia różnic w kontroli diabłów i ludzi. Groźby są najgorszą metodą wpływu jeśli myśli się o długookresowej współpracy. Albo właśnie poczuł się urażony i wykazał klasycznie “mięską” cechę gdzie na emocjonalnym poziomie potrzebował, aby dyskusja zakończyła się “z nim na górze”. I nie zrozum mnie źle, ja go nie “tłumaczę” tutaj. Ja go “wyjaśniam”.

                        -To również jest coś co bym z nim omówił gdybym miał więcej posłuchu. Możliwe, że jak nam się tu uda to będę w stanie, jako arcykapłan jego pierwszego kościoła, wpływać na… jego politykę rządów.
                        -Przynajmniej się nie zdziwi jak w końcu przestanę robić cokolwiek dla jego Wielkiego Planu. -fuknęła i wpadła na łóżko plecami obok Khala.
                        -A o co chodzi z Zoryią? -zapytała patrząc w sufit rozwalona na łóżku i z rękami rzuconymi przy głowie.
                        Khal sięgnął ręką i podrapał ją czule między włosami.
                        -Wiem gdzie ona jest. Crawcolt trzyma ją w willi kilka godzin na zachód. Może uda mi się jutro z nią zobaczyć, ale muszę to zrobić z głową zrobić… ma twardogłowa, który jej pilnuje. Bydlak nawet jej dzieci wykorzystuje przeciw niej… wysłał je gdzieś na edukację i nie powiedział gdzie. Ale stary Blackfyre robił z nim szemrane interesy… może od niego uda się to z czasem wywiedzieć? Nie wiem… ale wizja wrzucenia Zoryi z matką na jakiś wóz i odprowadzenia aż do granicy Królestw się mocno oddala.
                        -Jasne. Złapię go, przesłuchaniem wyrwę informacje i zabiję. -Kaylie powiedziała to z taką niefrasobliwością, że aż mężczyźnie mogły ciarki po karku przejść.
                        -On jest mój -wpół odwarknął Khal, mrocznym i gardłowym głosem. Nie było w nim krztyny żartu, czy nonszalancji. -Nie zapominaj o kim mówimy.
                        Oparł dłonie na kolanach, przyciskając plecy i potylicę do ściany. Głęboki wdech i długi, męcząco powolny wydech powoli pozwalały mu odzyskać spokój. Przegnać mroczny gniew i oleistą nienawiść. Dwie trucizny jego duszy, na których obecność już wyrobił taką odporność, że stały się jej częścią. Precyzyjnie tych co miały sprawić, że stary Blackfyre spędzi długie lata jako sam ludzki korpus w ciemnej piwnicy kapłana arcydiabła. Kapłana o wielkiej dedykacji by nie pozwolić mu umrzeć. Tę fantazję też od siebie powoli odsuwał… Nie lubił kim się stawał, gdy zostawała przywołana. Ona należała do nocy.
                        Kaylie patrzyła na kapłana z lekkim uśmieszkiem. Naprawdę potrafił być większym diabolistą niż by chciał.
                        -Khal... Nie mówię o półelfie. -przekręciła się na bok i patrzyła na mężczyznę trzymając głowę opartą o dłoń -Mówię o tym gnojku co wziął sobie Zoryę. On też przecież wie gdzie są te dzieciaki.
                        Mężczyna tylko na chwilę wstrzymał spuszczanie z siebie powietrza, ale wznowił je i dał sobie ten czas.
                        -To jest… tsk… pardon. Zdziebko to żenujące. Wybacz, że się uniosłem. Muszę nad tym popracować… zbyt emocjonalnie na to reaguję… -stwierdził po raz tysięczny, choć pierwszy raz gdziekolwiek poza swoją własną głową i było to równie nieszczere jak każdy wcześniejszy raz.
                        -Przydałoby mi się wsparcie. Mam bardzo niewiele magii infiltracyjnej i raczej potrzebuję jej już w willi. Wolałbym pójść tam nocą, ale będziemy już w trasie, a na prawdę nie chcę aby nasza przyjaciółka-szpieg doniosła mojej siostrzyczce, że byłem u Crawcolta. Dałabyś radę podzielić się z rana jakąś niewidzialnością, polimorfią czy iluzją? Jak ją zgubię z początku to nie powinno być problemu. A jeśli Fern wywieszczy… to już szczam na to.
                        -Coś ogarnę. -położyła głowę na łóżku -Wiesz, że twój wybuch pokazał mi także ciekawszą twoją stronę? Bardziej seksowną.

                        Na jeden wdech oczy Khala się rozszerzyły i niemal bezwiednie powędrowały do Kaylie, wzdłuż wszystkich jej, skromnie krytych, krągłości oraz muskulatury. Były więcej niż przyjemne dla jego oka.
                        Zachichotał pod nosem niskim głosem znów kierując spojrzenie przed siebie, ale znów opuścił dłoń z kolana i zaplótł dwa palce między jej włosy by z delikatnością podrapać ją po głowie.
                        -Cóż… nie abym się chciał przechwalać, ale jestem bardzo uniwersalnie pokrzywiony, a to tylko jeden z tego aspektów. Trzymaj się blisko, a będziesz miała sporo okazji, aby to podziwiać!
                        Kaylie uniosła głowę i przybliżyła twarz ku twarzy Khala.
                        -I tylko to będę podziwiać? -zapytała szeptem wpatrując się uważnie w oczy mężczyzny.
                        Spojrzenie Khala bezwiednie uciekło w dół, ale szybko je podniósł z powrotem. Przełknął ślinę besztając sam siebie za tak… szczeniackie reakcje na odrobinę kobiecych wdzięków i kokieterii… ale było w tym coś ekscytującego. Od lat nie zdarzyło mu się przez kobietę utracić nawet tej odrobiny samokontroli. Było jakoś… upajające.
                        -Myślę, że nie, Kruszyno… -odpowiedział jej bez pośpiechu, z lekko-zbójeckim półuśmiechem i pochył swoje usta do jej na jeden dłuższy wdech, ale po oderwaniu się od nich nie “kontynuował”, a znów oparł się plecami o ścianę.
                        Khal znowu zobaczył jak krótki rumieniec pojawił się na policzkach kobiety. Kaylie sama wzięła głębszy oddech uspokajając myśli.
                        -Gdy uciekłam z Galt... -zaczęła cichym głosem -Przyłączyłam się do jednej z najemniczych grup. I tam wpadłam w pułapkę pierwszej miłości. Zauroczenia. -znowu patrzyła w sufit -W domu trzymano mnie z dala od facetów. Dopiero wtedy się nauczyłam ich.
                        -Ja… mnie to nie spotkało. Moja prima amorculus to było dziecięce zauroczenie przed… tym wszystkim. Żadne z nas jeszcze nie rozumiało o co nam w ogóle chodzi… -uśmiechnął się do wspomnień, które doskonale wiedział jak bardzo czas je wypaczył i oczyścił. Ale ich niewinność w jakiś sposób ogrzewała mu serce o tą orobinkę.
                        -Pamiętam twoją reakcję sprzed dwóch dni, gdy wychodziliśmy z rozmowy z naszym benefaktorem. Nie ukrywałaś, że się spażyłaś wśród najemników. Chcesz mi o nim opowiedzieć? Raczej się domyślasz, że jestem ostatnią osobą mogącą kogokolwiek oceniać za przeszłych partnerów -zachichotał pod nosem zachęcającym tonem.
                        -Był przywódcą tej grupy. -zaczęła wspominać -Miał posłuch, siłę, autorytet. Po prostu mną zawładnął... A do tego jako dziewczyna szefa miałam sama wpływy. -znowu położyła się na boku -Wiem, że on czerpał satysfakcję z posiąścia jakiegoś podlotka z lepszego domu. Był starszy o ponad dekadę ode mnie, ale... Delikatny i czuły. Było mi jak w niebie. Póki nie powiedział, że wraca do żony i dzieci...
                        Khalowi… nie podobała się ta historia. Zbyt wiele razy brał udział w dokładnie takich scenariuszach. Choć on miał szereg innych wymówek niż “żona i dzieci”.
                        -No tak, ale większość ludzi przechodzi złamane serce, co nie? Coś co się wszyscy musimy nauczyć i wychodzimy z tego silniejsi, bo wreszcie rozumiemy i nie oczekujemy już od świata by był bajką. Czy inaczej to może widać z twojej perspektywy?
                        -Rhaast mnie ostrzegał przed nim. Nie słuchałam. -odparła nijakim głosem -Po tym... Po prostu zrezygnowałam ze starania się. Później tylko był związek na noc lub kilka. W końcu i tak nie chciano nic innego, a łatwiej żyć bez wiary w bajkę.
                        -Ile to trwało?
                        -Z półtora roku. -odpowiedziała bez wahania.
                        -Myślisz, że jakby to krócej trwało to by w ciebie tak nie uderzyło i może byś dała jeszcze szansę komuś innemu?
                        -Na pewno byłoby łatwiej. -potwierdziła.
                        Zamilkli na chwilę, gdy Khal szukał w swojej pamięci kontekstów. Nie łudził się, że da radę choćby policzyć kobiety z którymi spał, ale te z którymi się “spotykał” więcej niż 2-3 razy już były o rząd wielkości mniej liczne. Analizował i próbował sobie przypomnieć co wiedział o ich dalszych losach. Odpowiedź była niemal zawsze identyczna: nic. Docierały do niego plotki, pogłoski. Raz jedna ex zaprosiła go na swój ślub w jakiejś dziwnej próbie siły. Rozważał przyjęcie, aby do ślicznej druhny dojście zyskać, ale odpuścił. Źle by wyglądało samo pojawienie się tam. Wiedział też, że niektóre bardzo… niestabilnie znosiły wypadnięcie z rotacji i Boryat w kancelarii miał polecenie już nawet nie informować Khala, że się zjawiły. Nie przejmował się nigdy nimi. Myśli nigdy nie kierowały się w stronę “jak się ona dziś ma?”. Odepchnął je od siebie. To nie był moment, ani stulecie na nie.
                        -Ja… nie byłem… nie jestem dobrą osobą. -Wyznał powoli i niepewnie. -Wiesz o tym, prawda? Mam w sobie nienawiść i gniew, które nigdy nie przestały się we mnie gotować -mówił, ale w jego głosie nie było ich słychać. Była w nim tylko rezygnacja. -Krzywdzę i manipuluję ludźmi tak, że są mi jeszcze za to wdzięczni. Ten spokój i uśmiech są narzędziami i ciężką, mroczną szyderą ze świata, w którym żyjemy. Nie wiem czy jakbym miał możliwość go zniszczyć pstryknięciem palców to bym tego nie zrobił wierząc, że oddaję wszystkim istniejącym duszom przysługę.
                        Kaylie przez dłuższy czas po prostu obserwowała mężczyznę, jakby dając sobie czas na wybór następnych słów. W końcu ostrożnie wyciągnęła rękę ku jego twarzy i położyła policzek Khala w swojej dłoni.
                        -Wiem. -odpowiedziała silnie -Wiem. Temu rozumiem w co się pakuje z tobą. I robię to w pełni odpowiedzialności... Jakie ty musisz też posiadać chcąc związku ze mną.

                        Khal ujął jej dłoń w swoją własną i myślał, pozwalając ciepłu przepływać przez ich dotyk.
                        -Oboje znamy Ból z każdej strony. Oboje zostaliśmy przemaglowani przez świat, że nigdy już nie usiądziemy nie czując tego. Ja… jestem chętny jeszcze ten jeden raz spróbować znaleźć w nim coś… wartego. Jak się nie uda… trudno. Jestem dużym chłopcem. Wrócę do punktu wyjścia i będę mógł znowu się w stu procentach skupić na moim Wielkim Planie. A jakbym teraz stchórzył… jeszcze by się okazało, że jestem pizda i przez te pozostałe kilka dekad życia co mi zostały bym się zastanawiał “a co gdyby”. Może o to właśnie chodziło? By znaleźć kogoś równie popieprzonego jak ja? Hah…
                        -Najwyżej spędzimy ciekawy czas razem i seksem zagłuszymy nasze traumy. -powiedziała -A później poszukamy innych i powtórzymy proces.
                        -Brzmi dobrze -przytaknął chichocząc pod nosem. -Sprawdzimy razem, czy tacy jak my w ogóle potrafią być szczęśliwi.

                        Kaylie nie odpowiedziała za to Khal poczuł jak kładzie dłonie na jego klacie, a zaraz wsuwają się jej palce pod materiał koszuli, gdy usta muskają jego wargi. A jego odpowiedziały. Poczuła dwa, trzy, nie: cztery palce sunące po jej udzie ledwie muskając skórę. Z uda ścieżka zaprowadziła je na biodro i dalej, pod koszulką nocną na talię. Przyciągnął ją do siebie i sam się przysunął bliżej wypompowują spomiędzy nich całą tę zbędną przestrzeń.
                        Kaylie całowała go bez opamiętania, a oddech miała nierównomierny. Urywał się, a skóra drżała pod dotykiem. Położyła dłoń na dłoni Khala pod koszulą jakby chciała zatrzymać lecz nie zatrzymywała jej.
                        Viktor czuł się… zwycięski. Satysfakcja znacznie większa niż fizyczna przyjemność zalewała mu jaźń. Pamiętał jak trzy lata temu rzuciła mu w twarz, że jest stary i nie ma u niej szans, a teraz… sama wciskała mu się pod rękę. Jak niepoliczalne szeregi wcześniej… nawet gdy jakaś “nie chciała”, to rzadko potrzebował więcej niż kilku spotkań by to zmienić. Teraz… po raz kolejny to sobie udowadniał.
                        -Kaylie… -szepnął między pocałunkami i oddechami. Nie dawały one wiele czasu. Jego dłoń kreśliła krągłości jej piersi, na razie tylko kusząc intensywniejszym dotykiem.
                        Drżenie kobiety tylko wskazywało na sukcesy działań Khala.
                        -Kaylie… -powtórzył nieco głośniej pozwalając kciukowi zawędrować głębiej, gdy druga dłoń chwyciła ją w talii. Jak drapieżca mógłby złapać owieczkę. Jak setki razy już to robił.
                        I dobrze wiedział, że mu się oddawała. Kaylie mruczała cichutko sama kierując dłonie mężczyzny na swoje obnażone piersi, gdy materiał bluzki uniosła wyżej. Khal już wielokrotnie widział ten obraz, gdy kobieta zatracała się w jego działaniach i wiedział, że nic już nie przeszkodzi mu w uczynieniu ją swoją...
                        -Dość… -powiedział już w głos, zabierając obie dłonie spod jej nocnej koszuli, odrywając usta od jej ust i uściskiem przyciągając do siebie... aby nie musieć znieść niezrozumienia w jej spojrzeniu, które jeszcze nawet nie miało czasu wykwitnąć.
                        Kaylie spojrzała na niego z zaskoczeniem sytuacją, a czerwień policzków dodawała temu surrealizmu.
                        -Przep… -zaczął ale zabrakło mu tchu. Wziął kilka głębszych, nieregularnych oddechów. Kaylie czuła jak drżał. Nie musiała go widzieć aby czuć jak szukał słów.
                        -Przepraszam… ja… za szybko… -mówił z nutą strachu w głosie. Strachu, że Kaylie wyciągnie pochopne wnioski i wciąż nie złapał do końca tchu. -To prawie jak… ja potrzebuję coś… ja MUSZĘ sobie coś udowodnić. To chodzi stricte o mnie, nie zrobiłaś nic nie tak i widzisz wyraźnie jak bardzo bym chciał kontynuować, ale… -nie dokończył, bo sam dopiero składał sobie w głowie o co mu właściwie chodzi.
                        To... Nie miało sensu.

                        Kaylie oddychała głęboko próbując ułożyć myśli. Nigdy tak się nie działo. Kiedy przeszła z kimś granicę, to mężczyzna nigdy się nie wycofał, czy tego chciała, czy nie.
                        -Khal... -wysapała sama drżąc -Co udowodnić...?
                        -Że… ja… -wahał się w odpowiedzi, szukając odpowiednich słów. Wolałby zbyć temat. Rzucić jakąś wymówką. Wykpić się z odpowiedzi, ale nie chciał ryzykować, że wyciągnie ona własne wnioski. I zasługiwała ona na to? Ta myśl dziwnie brzmiała w jego głowie.
                        -Złego słowa użyłem. Ja potrzebuję tego symbolu… -odpowiedział opierając skroń o skroń. Czując jej włosy łaskoczące go po twarzy -Dotąd zawsze mi chodziło właśnie o ten moment. Ścigałem go jak wilk bezbronne jagnię i mój pościg nigdy nie był długi. I czuję… nie potrafię wyjaśnić czemu tak czuję… że to musi zająć więcej. Nie wiem ile… może jeszcze kilka dni… bo nie chcę czuć się wilkiem, nie teraz. Nie z tobą. Czy to co mówię ma sens? -zapytał wciąż nieco roztrzęsiony.
                        Kaylie przetarła zaróżowiony policzek pod okiem. Ściągnęła w dół bluzkę zakrywając się na powrót. Niemniej w ruchu nie było widać pośpiechu. Sama kobieta czuła ukłucia zawodu.
                        -Rozumiem... -odparła powoli.
                        Khal kiwnął głową z niepewnością. Jego część nie mogła uwierzyć jak szczeniacko się zachowuje. Jak zakochany gówniarz, co jeszcze w ten absurd “romantyzmu” wierzy. Coś czego nigdy nawet sam nie miał.
                        -Naprawdę mi zależy, aby to się udało… albo abyśmy przynajmniej mogli powiedzieć, że próbowaliśmy ze wszystkich sił i nic więcej nie mogliśmy zrobić. Taki koniec tej historii również zaakceptuję. Ale nie darowałbym sobie jakby poszło to w diabły, bo nie opanowałem… moich schematów działania.
                        Kaylie nie odzywała się czując jak jej ciało się wycisza. Pozwalała Khalowi mówić. Wiedziała, że to był jego sposób na poradzenie sobie ze stresem jaki w nim trwał przez życie.
                        Nie chciała pokazać własnych emocji, więc ograniczyła się do ponownego zamknięcia ich pod kluczem. Dziś naprawdę je wyciągnęła i płaciła za t0. Zauważyła, że cały pobyt w tym mieście naprawdę zaczął z niej wyciągać naturę, jaką usypiała tak długo...
                        I teraz przyjdzie jej za to płacić.

                        -Jutro pracowity dzień. -odezwała się w końcu dość apatycznym szeptem -Musimy wypocząć. Jutro przyjdź po moją magię.

                        Kaylie po wyjściu Khala

                        Mówić, że Kaylie była zawiedziona to nic nie mówić. Czuła się odrzucona i to przez kogoś, kto miał kobiety na pęczki! Bo chciał spróbować czegoś więcej... Kobieta nie wierzyła w powodzenie tego eksperymentu. Żadne z nich nie nadawało się będąc tak zniszczonymi psychicznie.

                        Rzuciła z irytacją ubranie w bok łóżka i okryła się kołdrą. Przysunęła miecz i położyła go obok głowy trzymając dłoń na rękojeści.

                        "Możesz komentować." mruknęła w myślach.
                        "Organiczne istoty są obrzydliwe." odparło jej mruknięcie miecza "Zakładam, że nie poszło po myśli"
                        "Oczywiście, że nie." fuknęła "Odrzucił mnie."
                        "Wiesz, to nie ty... to on." odparł drwiąco miecz "Na poważnie, najwyraźniej na stare lata, chce spróbować prawdziwego związku. Może zabierze cię na randkę. Kolacja, świece, teatr. Wtedy łóżko."
                        "To są bajki, mrzonki. Miałeś rację... Nie powinnam tak się emocjom dawać"
                        "Myślałem, że to teraz to była bardziej żądza niż emocje. Byłaś zestresowana, zła, pijana, potrzebowałaś czegoś co by cię uziemiło. Cios w ego nie było tym czego się spodziewałaś, ale pewnie też zadziałało."
                        "Nie pomagasz..." mruknęła "I jeszcze ten Azazel... Co za dupek. Nie będę robić wszystkiego co chce, nie ma bata."
                        "Nienajlepszy pomysł." odparł miecz "Jeżeli ma kontrolę nad twoim życiem, może naprawdę ci napsuć krwi. Poza tym, czy chciał czegoś ponad to co i tak już robisz? Pomagasz temu łamaczowi serc."
                        "Mogę przestać" stwierdziła.
                        "Pierwsze: Naprawdę chciałabyś? Chyba jednak polubiłaś towarzystwo tego adwokata. Drugie: On cię zmusi, żebyś nie przestała. To w końcu diabeł."
                        "Jeżeli przesadzi to się mu postawię."
                        "Brzmi jakbyś to ty chciała wykonać pierwszy ruch"
                        "Skąd takie spojrzenie?"
                        "Nie będę robić co chce? Mogę przestać?" zacytował ją miecz "Jesteś na niego wściekła, to zrozumiałe. Jednak twoim słowom niedaleko do: Mam zamiar pokrzyżować mu plany. A wtedy pewnie pokaże ci, czemu nie zadziera się z Piekłami."
                        "No to po prostu odejdę." stwierdziła patrząc w sufit.
                        "Gdzie? W sensie Gdzie na Golarion będziesz poza jego wpływem?
                        "Pomożesz mi znaleźć takie miejsce, oczywiście."
                        "To pozwól, że pomogę ci teraz. Ostateczne Ostrze."
                        "Ha... Ha... Komediant z ciebie..".
                        "Staram się. Jeżeli dobrze pamiętam wasz pakt, jesteś jego własnością. Nie ma miejsca, gdzie byłabyś bezpieczna."
                        Kaylie prychnęła z irytacją.
                        " To pomóż mi ten pakt anulować."
                        "Jesteś gotowa spędzić całe życie na świątobliwej służbie jednemu z dobrych bóstw? Przy okazji to nie zapewni ci obrony, ale jest jedyną szansą. Przykro mi dziecko, ale nie ma ucieczki od tego. Najlepsze co mogę poradzić, to próbować ugrać jak najwięcej dla siebie. Może, jeżeli naprawdę dobrze pomożesz temu Khalowi w jego misji, przyłożysz się do tego, to będziesz mogła ustalić z Azazelem jakieś nowe warunki, lub nawet wynegocjować, że dług spłacony?"
                        Kaylie zakryła oczy w dłoni. Nie wiedziała czy jest w stanie tak długo trwać...
                        "Nie sądziłam, że kiedykolwiek naprawdę zacznie wymagać za życia. Tak długo było cicho. Już nawet przyzwyczaiłam się do tej samotności, wiesz? Czasami było to tylko przeplatane krótszymi i dłuższymi epizodami z relacjami. W sumie, gdy zrozumiałam, że wszystkie są tylko czasowo to zaczęło mi się żyć łatwiej. Samotność wcale nie była tak zabójcza, gdy mogła łatwo zostać przerwana na noc czy tydzień..." Brak możliwości pokazania tonu głosu poprzez myśl nie pozwalał łatwo przekazać wewnętrznego bólu.
                        "Wiem, zawsze ma się nadzieję, na najlepsza sytuacja się zdarzy. Jednak jeśli zaczniesz teraz dywagować czego to byś nie zrobiła, gdyby Azazel się nie odezwał, to znowu wrócisz do butelki. A ja nie chcę spędzić kolejnego miesiąca na mówieniu ci ile masy straciłaś, bo pijesz a nie jesz."
                        "Tak się starałam..." zamknęła oczy "Tak próbowałam zadowolić Halpaerila... Tak pracowałam..." oddychała nerwowo i odezwała się na głos -Zabijałam się by zrobić co chciał. Zawsze! I co wyszło?! -krzyknęła płacząc.
                        "Wyszło szydło z worka" odparł miecz "Wiesz... miałem z nim... empatyczne połączenie wtedy. Kilka razy był pod wrażeniem twojego postępu. Nienawiść do ludzi jednak wzięła górę. Wolał
                        cię dołować, niż coś z tobą osiągnąć."
                        "Czy on naprawdę by mnie wyrzucił z Akademii jak mówił?" zapytała w końcu.
                        "Pewnie tak. Chociaż byłby bardziej zadowolony, gdyby zmusił cię do odejścia."
                        "Ta nauka w Akademii była dla mnie istotna. Sukces zagwarantowały większy spokój i bezpieczeństwo w Galt dla mojej rodziny... Nie mogłam tego porzucić..."
                        "Więc w końcu wysłałby cię z kwitkiem mówiącym, że jesteś beztalenciem, aby znaleźli ci efliego męża, aby jego krew wróciła na należyty tor."
                        "To czy naprawdę się dziwisz, że zaczęłam pić po pakcie, jaki zawiązałam z desperacji?"
                        "Nie najbardziej produktywne rozwiązanie" przyznał miecz "Ale zrozumiałe. Mógłbym walnąć ci: Udowadniasz mu tylko, że ma rację. Czy tego typu mądrości. Miast tego, dam ci radę. Idź spać, zobaczymy co rano przyniesie. Co powiesz na to?"

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez Seach
                          #37

                          text alternatywny

                          -text alternatywny
                          text alternatywny text alternatywny-

                          Khal, wreszcie sam ze sobą.

                          Sala narad pod Popielnym Dworem powoli stawała się najczęstszym miejscem przebywania Khala gdy był w karczmie. Tym razem nie pracował. Butelka przejrzystego alkohol stała obok niego otwarta, ale kieliszek był suchy. Krzesło pod klamką barykadowało drzwi, zapewniając mu prywatność. Otto mogłoby przeszkadzać gdyby dotarło do niego, że ktoś tak się rządzi na jego dworze, ale to był problem dla Przyszłego-Khala. Teraźniejszy-Khal chciał być koniecznie sam. Więc bujał się na krześle, z rękoma splecionymi na potylicy, butami na ziemi i stopami na stole. Testował swój zmysł balansu. Czy może się wychylić jeszcze o te ćwierć cala nim przegra bitwę z grawitacją?
                          I myślał. Analizował. Zastanawiał się. I nie czuł się ani trochę jak… on sam.
                          - Viktor? - cieniutki głosik niepewnie zapytał spod jego koszuli.
                          - Yhym?
                          - Wszystko… w porządku? - zapytał w infernalnym. Jedynym wysławialnym języku jaki magia jego bytu potrafiła symulować. Dziwnie kontrastował ton głosu z piekielnym brzmieniem głosek i sylab.
                          - Nie. Słyszałeś jej głos. Zrozumiała to źle. A ja… nabrałem wody w usta. I nie potrafiłem wyjaśnić. Zakręcić jej, aby nie przejmowała się. Najwyraźniej nie potrafię manipulować ludźmi, gdy nie chcę z nich nic dla siebie wyciągną…
                          - I… to o to chodzi?

                          Cisza nie dawała żadnej odpowiedzi.

                          - Viktor. Mów do mnie. Co jest?
                          - Co byś chciał usłyszeć? - Podźwięk warkotu rezonował gdzieś tam w głębi odpowiedzi. Fisuś powoli wypełzł zza koszuli i, po nodze, dotarł na stół. Zwinął się w kłębek z głową kryjącą się pod długim podbrzuszem. Ledwie wyglądając spod ciała na Viktora.
                          - Na przykład… dlaczego?
                          Adwokat się skrzywił. Nie było potrzeby doprecyzować pytania. Sir Fistaszek rozumiał psyche Viktora mniej niż się mu wydawało, ale bardziej niż się wydawało Khalowi. I czuł falę gorącej, czerwieniejącej policzki ekscytacji przelewającą się przez niego gdy uniosła koszulkę. Ekscytacji która prawie przejęła nad nim władzę i strąciła ze ścieżki którą wierzył, że musi podążyć.
                          - Bo zobaczyłem w niej… jagnię - odpowiedział, a słowo w jego ustach brzmiało plugawie - Zanim ciebie osiągnąłem spotkałem się z nią. Azazel kazał mi znaleźć pewien sygnet i “dał” mi ją do pomocy, ale uznałem, że wolę aby pomogła mi z własnej woli, nie wiedząc, że jestem od niego… ale to dygresja. Bardzo szybko przestałem ją widzieć jako jagnię. - Fisuś przytaknął mruknięciem. Wiedział dobrze, że jagnię jest jednym z wielu eufemizmów używanych przez Viktora. Ten konkretny był równoznaczny ze szlaufem.

                          - Ale… to nie dobrze? - zapytał Fisuś, znając generalną odpowiedź. Bardziej chcąc eksplorować jej okolice i Viktor doskonale to widział. - Byłaby zła, byłaby zraniona, ale by wciąż współpracowała bo musi. A ty byś zaspokoił ciekawość i mógł się na Wielkim Planie skupić. Czy on nie jest ważniejszy? Był dotąd ważniejszy niż całe twoje życie…
                          Khal chwilę myślał nim odpowiedział.
                          - I wciąż jest. Ale może uda się zjeść ciastko i mieć ciastko. Wracając do tematu… - wypowiedział, powoli i z naciskiem. Między wierszami mówiąc “przerwałeś mi”.
                          - Już wtedy przestała być jagnięciem. Przez kompetencję między uszami i w mieczu… co się chichrasz? Nie mieczu a rzeczywiście mieczu. A co się działo od przybycia do Evercrest to już byłeś świadkiem. Wszystko się tutaj opiera, całe moje nadzieje, cała moja intencja aby się wygłupiać w jakikolwiek związek… fundamentem tego wszystkiego jest, że ona NIE jest jagnięciem. I jeśli ją tak będę widział… to wszystko idzie w diabły.
                          - I czemu się aż tak tym przejmujesz? Mówiła ci. Jest dorosła. Wie dobrze, że tak to się może skończyć.
                          Viktor spojrzał na Fisusia z iskrą gniewu w oku.
                          - Adwokat diabła to moja fucha. Nie wczuwaj się aż tak bardzo.
                          - Nie unikaj odpowiedzi. Wiesz dobrze jak niechętnie przyjmuję tę niewdzięczną rolę, to przynajmniej współpracuj. Rozumiesz, że ona jest dorosła, w pełni świadoma zagrożeń i jakby wszystko poszło w diabły to dałaby sobie radę?
                          Niezadowolone chrząknięcie było jedyną odpowiedzią.
                          - Świadka wzywa się do nie unikania odpowiedzi! - warknął Fisuś, uderzając ogon w stół z najmniejszą groteską sędziowskiego młotka, gdy cytował Viktora Goodmanna z sali sądowej.
                          - Tak, wiem! - odwarknął niezadowolony, choć nuta rozbawienia przedarła się w którejś z głosek - Niby wiem.
                          - Ale…
                          - Ale nie chcę by musiała to udowadniać. Nie chcę by musiała znów przez to przechodzić. A ja sam już nie jestem pewny czy jestem szczery, czy ją kręcę… Czy rzeczywiście jestem poza skryptem i idę z pływem, czy po prostu opracowuję nowy skrypt.
                          - A uważasz, że większość ludzi rozumie co robi i dlaczego?
                          - Nie…
                          - Jakbyś miał ocenić… jaka część ludzi rzeczywiście wie dlaczego wszystko robi? Uznaj swoje metody kręcenia i ich skuteczność za wskazówkę.
                          - … Niemal nikt.
                          - Niemal nikt - przytaknął Fisuś. - Masz jakąś teorię czemu tak jest?
                          - To gdzieś zmierza?
                          - Viktor, do czorta. Mieliśmy umowę, prawda? Współpracuj, albo pieprz się. Będziesz się zamęczał całą noc, nic nie zrobisz, a ja jestem pewny, że uda mi się od Otto jakieś ciastko wyłudzić!
                          Adwokat mruknął niezadowolony.
                          - Ludzie są skomplikowani. Zbyt kompleksowi dla samych siebie, więc operują na instynktach znacznie bardziej niż się im wydaje. Nie kwestionują ich, bo nawet jakby mieli w ogóle pojęcie, że jest co kwestionować i mieliby możliwości intelektualne aby robić to skutecznie to zajęłoby im to więcej czasu niż są w stanie poświęcić.
                          - I czy uważasz, że nasze postrzeganie szlaufów było kompleksowe?
                          Khal skrzywił się słysząc tę obelgę na głos. Nie lubił jej. Nie znosił jej brzmienia.
                          - Czy to…
                          Oczy węża nagle błysnęły piekielną czerwienią.
                          - NAWET NIE ZACZYNAJ! - przerwał rodzący się protest niskim warkotem diabła, a wydźwięk słów infernalnej mowy tym razem wspaniale zgrywał się z tonem. - Ostatnia szansa, albo zostajesz sam!
                          Khal zamrugał kilka razy oczami.
                          - Do twarzy ci z takim ogniem w czarnym serduszku.
                          - Poważnie? - zapytał wąż, jak uradowany szczeniak, zupełnie łamiąc wrażenie.
                          - Yhym… dobrze, dobrze… spróbujemy po twojemu. Możemy zresetować licznik?
                          - Znaj moją łaskę…
                          - Nie. Jagnięcia widziałem w takiej kompleksowości w jakiejś zasłużyły. Jednowymiarowej.
                          - Czy to nie kłóci się z ich kompleksowością zbyt wielką by pozwolić im się samym zrozumieć?
                          Khal zmarszczył brwi szukając odpowiedzi.
                          - Nie. Ta kompleksowość może tam być, ale nie jest warta uwagi. Nie sama w sobie. Tylko utrudnia życie im wszystkim, jeśli za nią nie stoi kompetencja.
                          Fisuś zmrużył płazie oczka.
                          - Niech będzie, że wybrnąłeś, ale wiesz, że kręcisz tutaj. Mimo to nie jest to tak naprawdę istotne.
                          - To po c…
                          - E! E! E! Ustalaliśmy? Ustalaliśmy. Co to był za jeden wymiar który widziałeś w szlaufach?
                          Khal skrzywił się rozważając, czy stare umowy są warte tego wywlekania. Fisuś oczekiwał mówienia na głos czegoś co nawet w myślach nie było nigdy zwerbalizowane.
                          Posadził go sobie na barku, aby nie musieć mówić dużo więcej niż szeptem.
                          - Ładna buzia, krągłości, głębokości. Z zerowym zainteresoaniem tym co między uszami miały. Zadowolony?
                          - Tak. Więc… jak uważasz… hmmm…
                          Wyczekująca cisza się przedłużała aż do niezręczności.
                          - Fisuś?
                          - Tak, tak. Daję ci kontemplować nad odpowiedziami.
                          - Fiiisuuuś…
                          Viktor uśmiechnął się do węża z nutą pobłażliwości i czekał. I czekał… i jeszcze odrobinę czekał.
                          - No dobra! Zgubiłem wątek…
                          Khal wreszcie wypuścił na zewnątrz gotujący się w nim śmiech. Wesoły. Serdeczny i ciepły śmiech człowieka który właśnie, przynajmniej na chwilę poczuł niewysłowioną ulgę ciężaru stresu i zmartwień ściągniętych z serca…. śmiał się jakby gdzieś tam wiedział, że to tylko krótki moment i ze wszystkich sił chciał wykorzystać ten moment jak tylko się dało.
                          - To przez… musiałem cię… mógłbyś PRZESTAĆ?!
                          - Jesz…cze… nie… poczekaj… - wydukał między wdechami, gdy Fisuś robił urażoną minę… ale z empatyczną więzią co ich łączyła nie był w stanie ukryć, że cieszył się widząc ulgę Viktora.

                          - W porządku. Już jestem znowu. Dobra, zgubiłeś wątek… zaczęliśmy rozmowę, oczywiście, od Kaylie i mojego… wyjścia. O tym, że nagle zobaczyłem ją jak każdą inną. Że oboje jesteśmy dorośli i dalibyśmy sobie radę, nawet gdybyśmy wciąż mieli serducha do nadpęknięcia. Potem że ludzie to niewiele więcej niż bezwłose małpy z rozstrojeniami lękowymi…
                          - Coś jeszcze było… w tym momencie już miałem chyba plan, ale nie pamiętam co to za plan… Mam! Mówiłeś, że sam nie wiesz czy w ogóle jesteś szczery w tym romansie.
                          - Yhym…
                          - Więc podsumowując… dotąd, z twoimi jagnięciami zawsze interagowałeś w drastycznie ograniczonym spektrum. Tyle by je zmanipulować, by ci dupy dały.
                          - Uwielbiasz przedstawiać to w taki sposób abym chciał zaprotestować?
                          - Tak. Jedna-jedyna radość funkcji adwokata diabła dla rzeczywistego adwokata diabła, więc nawet nie myśl, że z tego zrezygnuję. Tak czy nie?
                          Viktor westchnął.
                          - Dużo inaczej bym to ujął, ale tak. Jakby miały coś więcej do zaoferowania, to by nie były jagnięciami.
                          - Dziękuję. Dalej: Ludzie nie są w stanie pojąć swojej własnej kompleksowości na zadowalającym poziomie. Tak? Właśnie. To teraz, choć nie powinienem tego robić, zadam bardziej naprowadzające pytanie, ale nie dam rady cię zmanipulować. Ta więź empatyczna i w ogóle…
                          - Yup… totalnie więź empatyczna. To jest JEDYNY powód dla którego mnie nie dasz rady zmanipulować.
                          Fisuś postanowił zignorować cwaniakowanie Viktora.
                          - Więc czy gdyśmy nie mówili o tobie, ale powiedzmy o Gavielu Sarinim… on przychodzi do ciebie i sam ma taki właśnie… kryzys. Raz w życiu chce spróbować czegoś poważnego, ale sam nie wie czy naprawdę próbuje, czy po prostu jest elastyczny w urobie. Czy uważasz, że byłoby uczciwe zasugerowanie możliwości, że Gaviel, zwyczajnie, pierwszy raz w życiu postawił się w sytuacji gdzie potrzebuje postrzegać siebie, w konkteście relacjach damsko-męskich…
                          - Ekhm…
                          - Strzele ci Viktor! No ale jak się czepiasz, to niech ci będzie… pierwszy raz postawił się w sytuacji, że musi się auto-postrzegać, w kontekście relacjach MĘSKO-męskich, w pełnej, wielowymiarowej kompleksowości zamiast pojedynczej płaszczyźnie zwanej: “chcę bardzo szczegółowo wyeksplorować jego rectum”?
                          - …
                          - …
                          - Ten mentalny obraz zostanie ze mną zdecydowanie zbyt długo. Moja zemsta będzie straszliwa. Lękaj się, bo nie znasz dnia ani godziny.
                          - Trala lala - odpowiedział zadziornie, rozbawiony wąż - Odpowiedz na pytanie. Czy to byłoby wiarygodne założenie?
                          - …
                          - …
                          - Sugerujesz, że moje wątpliwości co do moich meta-intencji są efektem tego, że dopiero drugi raz w życiu, a obaj wiemy jak skończył się pierwszy raz, eksploruję głębię mojej własnej kompleksowości w aspekcie relacji męskoTFU! Damsko-męskich?
                          - Nie. Pytam o hipotetyczną, pozbawioną ryzyka urażenia twojego wątłego ego, sytuację tyczącą się się Gaviela Sarinima.
                          - …
                          - …
                          - Tak. Można by go podejrzewać o coś takiego.
                          - Więc czy jest jakaś róż…
                          - Fisuś, do czorta. Wiem, że via proxy mówimy o mnie - warknął Viktor niezadowolony, bo doskonale rozumiał, że nie miał żadnej metody obrony przed zarzutem o “kruche ego”. Każda jedna próba by zadawała sama sobie kłam samym swoim zaistnieniem.
                          - Ty to powiedziałeś - nie odmówił sobie turkusowy wąż tej małej przyjemności prztyczka w nos - Więc skoro wiemy… to gdzie nas to stawia?
                          - Nie wiem. Ty mi powiedz.
                          - Viktor…
                          - Nie wiem. Jeśli rzeczywiście by to zrzucić na karb mojego auto-niezrozumienia to jakoś to poprawia sytuację? - Twarz Viktora była wykrzywiona w niezadowoleniu. Nie podobała mu się wizja by w jakimkolwiek aspekcie był taki sam jak motłoch.
                          Sir Fistaszek również się skrzywił, ale był to czysto emocjonalny gest. Nie był zdolny do mimiki. Pożałował tych dwóch ostatnich przytyków. Utrudniały dalszą szczerą rozmowę.
                          - Tak. I gdzieś tam wiesz o tym. Czuję iskierkę twojego zrozumienia. Masz pomysł czemu to może być lepsze?
                          - …
                          - …
                          Fisuś się nie poganiał Viktora. Czuł empatycznie intensywność z jaką Viktor szukał odpowiedzi. Tak na prawdę ją miał, bo Goodmann naprawdę dobrze rozumiał ludzi i ich procesy myślowe. Tylko nigdy nie wkładał samego siebie w poczet “ludzi”.
                          - Bo to normalne…
                          - Bo to normalne. - Przytaknął chowaniec z pochwałą w głosie. - Jesteśmy pokrzywieni w całym spektrum, ale wydaje mi się, że źle zinterpretowałeś tę sytuację. Widziałeś to jako pokrzywienie sprawiające, że gdy Kaylie stała się dla ciebie szlaufem…
                          - Czy… musisz… - niby-zapytał Viktor, ale Fisuś nawet nie zwolnił wypowiedzi.
                          - … moim zdaniem tam wystąpiło niezrozumienie. Niezrozumienie, bo jesteś w sytuacji dzieciaka dopiero eksperymentującego z pierwszą miłością…
                          - To… nie…
                          - Pieprz się! To tylko fraza i doskonale to rozumiesz. Rola jaką nasze pokrzywienie tutaj miało to zasianie strachu. Wiesz doskonale co niedostrzeżona świadomie sugestia potrafi zrobić z procesem myślowym człowieka. Ten strach wyrósł w śmierdzący kwiat, przez którego pryzmat Kaylie wyglądała jak szlauf, gdy sama ci pod rękę weszła. To nawet dosyć poetycka i na swój sposób mściwa karma, że to jak setki razy implantowałeś niezauważone sugestie w ludzkich umysłach stworzyło potwora, który teraz tobie niezauważenie zaimplantował sugestię.

                          Khal nie odpowiedział. Cisza się przedłużała, ale nie była niezręczna. Adwokat myślał, a Fisuś z cichą radością i satysfakcją obserwował przyjmujące się w psyche Khala nasiona zrozumienia.

                          - Jeśli mam rację - kontynuował wąż, gdy uznał, że już moment - To przynajmniej NAZWALIŚMY problem. To nie jest moment gdy zostaje on rozwiązany…
                          - Ale daje to nadzieję…
                          - … Tak. Daje nadzieję.

                          Pół godziny później Viktor wreszcie pracował. Kręgi magiczne wykaligrafowane na zwojach ułożonych na stole, tworzących większą całość ułatwiały. Magiczne zwierciadło pozwalało czasem spojrzeć na węzły zaplatane w parze cienkich, skórzanych rękawiczek, ale głównie i tak musiał je wyczuwać niedookreślonym magicznym zmysłem, który wyrobił przez lata właśnie na takie okazje.

                          Praca była długa więc się nie spieszył. Utrzymywał intensywność i tempo pracy tak aby się nie zmęczyć szybciej niż należało, ale i tak potrzebował kilku przerw.

                          Gdyby był w swoim pokoju to dostrzegłby pierwsze promienie słońca nim skończył pracę, ale nie było to problemem. Umysł nie był zmęczony, a znużony. Naprawi to w najbliższej przyszłości odrobiną snu, ale przede wszystkim rozrywką. Ostatnio zbyt niewiele jej miał, a byli na pierwszy etapie wielkiego przedsięwzięcia. Kolejne miały być tylko gorsze.

                          text alternatywny

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez Zell
                            #38

                            Avruil

                            Zrezygnowana Kaylie, umęczona, odrzucona ułożyła się na łóżku. Nie wie kiedy w końcu usnęła, ale wiedziała, że ten sen był inny.

                            Leżała na czymś twardym, zimnym, jakby jej ciało spoczywało na kamiennej płycie. Jej kończyny były skrępowane, związane w taki sposób, że każdy ruch wywołuje ból. Nie mogła się uwolnić. W powietrzu unosił się ciężki, metaliczny zapach, który przyprawiał ją o mdłości. Nagle usłyszała kroki – ktoś zbliżał się do niej. Strach wypełnił każdą komórkę jej ciała, czysty, prymitywny lęk, który wywołuje drżenie całej istoty. To strach ofiary, która wie, że jest na łasce drapieżcy.

                            Spojrzała w prawo, oczy szeroko otwarte w panice. Widziała rząd ostrzy, igieł i innych narzędzi, błyszczących w słabym świetle. Każde z tych narzędzi wyglądało, jakby było stworzone wyłącznie po to, by zadawać ból. Czuła, jak jej skóra zaczyna piec, jakby narzędzia same przez się dotykały jej ciała, choć nadal pozostają na swoim miejscu. Ból był przerażający, niemal fizyczny, przeszywający jej duszę.

                            Z przerażenia odwróciła głowę w lewo. Tam ujrzała szklane naczynia wypełnione cieczami w żywych kolorach – czerwonym, zielonym, niebieskim. Płyny w naczyniach bulgotały, jakby żyły własnym życiem. Każda ciecz zdawała się emanować złowrogą energią, a jej obecność wywoływała fale mdłości. Czuła, jak coś mrowi pod jej skórą, jakby te kolory próbowały dostać się do jej ciała, zanieczyścić jej krew. Mdłości narastały, sprawiając, że niemal chciała krzyczeć.

                            Zamknięcie oczu było jej jedyną ucieczką. Gdy je otworzyła, rzeczywistość zmienia się gwałtownie.
                            Biegnie przez ciemność, jej stopy uderzały o nierówną ziemię. Była noc, zimno, ciemno. Wszystko ją bolało, ale była wolna, uciekła! Serce biło szybko, lecz tym razem z nadzieją, że się uratuje.
                            Minęła kolejne wzniesienie, w końcu je ujrzała. Miasto, światła delikatnie migotały w dali.
                            Musi jedynie tam dobiec, a będzie bezpieczna.

                            Wtedy nagle, bez ostrzeżenia, poczuła ostry ból z tyłu głowy. W jednej chwili wszystko wokół zaczęło blednąć, a ból przechodził w zimno, które przenikało aż do kości. Ciemność ogarniała ją, nie było już ucieczki. Została tylko przerażająca pustka.

                            Khal

                            Khal zakończył swoje dzieło i udało się na spoczynek. Nie dał on mu jednak ulgi jakiej mógłby się spodziewać. Obudził się zlany potem, a sen który męczył go przez te dwie godziny wypalił się w jego umyśle.

                            Unosił się w bezkresnej, lodowatej ciemności, zamknięty w objęciach wody, która zdawała się nie mieć dna ani powierzchni. Całe jego ciało było sparaliżowane, jakby ciężar świata przygniatał każdą jego kończynę. Płuca płonęły ogniem, błagając o powietrze, ale nie było mowy o ratunku. Nie mógł ani wypłynąć na powierzchnię, ani pozwolić wodzie wypełnić swoich płuc, by zakończyć ten koszmar. Agonia rozciągałą się w nieskończoność, a czas tracił swoje znaczenie.

                            Nagle, przez wszechobecną ciemność, przedarł się blask – migoczące, zielone światło. Otworzył oczy szerzej, dostrzegając, że nie unosił się w bezkresnym oceanie, ale był zamknięty w gigantycznym szklanym słoju, wypełnionym cieczą o przerażającym, zielonym odcieniu. W gęstej mgle wody widział cienie – kształty osób, które go obserwowały z zewnątrz. To jego oprawcy, choć ich twarze pozostają zamazane, niczym w odbiciu na powierzchni wody.

                            Chciał wyciągnąć rękę, dotknąć szkła, jakby to miało mu pomóc w ucieczce, ale ruchy były ciężkie, niemal niemożliwe. W końcu dłoń powoli zbliżyła się do powierzchni szkła. Gdy opiera ją o zimną taflę, zauważył coś – to nie jego ręka. Jest smukła, delikatna, kobieca. Ale coś było nie tak. Kciuk był pozbawiony mięsa, obnażona kość błyszczała siniejącą bielą, a rana jątrzyła się zgnilizną, która wydawała się rozprzestrzeniać z każdą sekundą.

                            Usłyszał głos, jedno słowo, ale doskonale je znał, nawet wymęczone przez ciecz, jak i głos który je wypowiedział.
                            Khal… – głos jego matki, ciepły i kojący, jak wtedy, gdy był dzieckiem, jednak pełny bólu. Głos, którego nie słyszał od dekad, a który teraz rozbrzmiewa jak echo z odległej przeszłości, wciągając go w wir wspomnień.

                            Druga ręka uniosła się ku szkłu, ale Khal widział jedynie kikut, porażony tą samą zgnilizną, która toczy drugą dłoń.

                            Kiedy wydaje się, że dźwięki świata zewnętrznego znikną, z mroku wyłania się inne imię, wypowiedziane głosem, który powinien budzić ciepło, a teraz tylko pogłębia lodowate przerażenie.
                            - Filia.

                            Baltizar

                            Lekarstwo, które wręczył gnomowi Jori uratowało go przed rozrywkami jakich doświadczali jego towarzysze. Noc spędził absolutnie pozbawioną snów, dokładnie tak jak chciał.
                            Czekała go jednak niespodzianka kiedy się obudził. O ile znajdował się na swoim łóżku, coś znajdowało się między nim, a meblem.
                            Blond włosy i znajomy zapach zdradziły, że Piwonia wkradła się do jego pokoju.
                            Jej biust właśnie robił mu za poduszkę. Dziewczyna wyglądała żywiej, jeżeli to nawet było możliwe. Delikatny, zdrowy rumieniec gościł na jej policzkach, włosy wydawały się pełniejsze koloru, oczy wydawały się błyszczeć. Ucałowała nos gnoma.
                            - Dzień dobry, mój bajarzu. Nie miałeś problemów w nocy?

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez Seach
                              #39

                              text alternatywny

                              Viktor Goodman nie zerwał się ze snu dramatycznie. Nie krzyknął w przerażeniu. Nie zacisnął pięści ani nie sklął świata gdy wrócił do jawy. Patrzył niby-w-sufit, ale tak naprawdę daleko za niego. Sen był paskudny. Nierzeczywiście realny i długi. Śmierdział czymś intencjonalnym. A przynajmniej wyjątkowym. Jego koszmary były inne. I od długich lat nie słyszał w nich jej głosu…
                              - Mamo… - bardziej poruszył ustami niż nawet szepnął.
                              Pamiętał jej głos. Niech piekła się roztworzą, pamiętał jej głos!
                              Myślał, że go utracił i usłyszy znów dopiero gdy ją odzyska, ale… teraz słyszał go w swojej głowie. Powtarzał go w kółko i w kółko, wyrywając go sobie głęboko w pamięci, aby pozostał z nim tak długo jak się tylko dało.
                              Sama ta możliwość byłaby warta katorgi jaką przeszedł tej nocy. Byłaby gdyby nie ból w jej głosie. Gdyby nie dewastacja jej ciała. Czy to cokolwiek oznaczało?

                              Nie było jej w grobie… Filia była jego pół-siostrą urodzoną po śmierci matki. Istniała pewna mała, wręcz absurdalna szansa, że Filia i Viktor nie dzielą matki, a ojca… odsunął od siebie tę myśl. Nie zapomniał… ale odsunął.

                              Leżał długi czas nie mogąc zdecydować czy… nie wiedział sam co. Usiadł powoli na łóżku z oczami wpatrzonymi w nieostrą przestrzeń. Szlag… teraz by się jakieś jagnię przydało… jakieś tępe, zapatrzone w niego jagnię jakich niewielką kohortę zostawił za sobą w Cheliax.

                              text alternatywny

                              Kaylie rano

                              Sen był nieprzyjemnym wydarzeniem, szczególnie mając ciągle w pamięci równie nieprzyjemne wydarzenia dnia wcześniejszego. Na pewno po tej marze, która najpewniej miała związek z przejściami kobiety, jaka uciekła od tego wariata mutującego ludzi, tym bardziej zaczęła mieć ochotę wypruć z wariata flaki.

                              Kaylie wstała spod kołdry i leniwie zaczęła się odziewać. W tym momencie po prostu postanowiła czekać na Khala, jaki miał się do niej zgłosić po magię.

                              text alternatywny

                              Był sam na korytarzu, a i schody i drzwi wydawały dźwięki na długo nim ktoś zbliżył by się na tyle by zobaczyć jego wahanie. Więc pozwalał sobie na nie. Jeśli nie było nikogo by je dostrzec to czy naprawdę istniało? Wiedział, że zaraz wejdzie do środka, ale zbierał się w sobie. Kaylie źle go wczoraj zrozumiała. Widział to w jej oczach i słyszał w głosie. Czy miała dość czasu aby ułożyć to sobie w głowie? Czy spotka go teraz nieprzyjemna oziębłość? Po ostatniej nocy po prostu nie miał siły rozpracowywać tego nieporozumienia.

                              - Hej… - przywitał się z lekkim uśmiechem, już w środku - Zapytałbym klasycznie “jak się spało”, ale podejrzewam, że równie paskudnie jak mi?
                              Kaylie odkąd otworzyła drzwi i wpuściła prawnika patrzyła na niego... bez emocji. Jakby zamknęła je za ścianą obojętności. Khal zobaczył w jej oczach ledwo ukazany gram nieufności. Czy ona w ten sposób chroniła się przed zbytnim zaufaniem mu znowu?
                              - Nie doznałam przyjemnych snów, tak. - Kaylie wyzuła swój głos z jakiegokolwiek emocjonalnego odbicia. Nie chciała mężczyźnie więcej pokazywać swoich uczuć. Obawiała się ich i konsekwencji do jakich mogą doprowadzić.
                              “A więc wariant frigida muliercula” zaklasyfikował szybko zachowanie i skrzywił się w duszy sam do siebie. Tak klasyfikował jagnięta. Wszystko się opierało na tym, że ona nie jest jagnięciem, prawda?
                              - Przykro mi z tego powodu - odpowiedział bez wesołości - Preferowałbym bym wariant wydarzeń, w którym jedynie mnie dotknęły insomnia.
                              Usiadł na krześle. Ale w sposób oddzielający ich stolikiem od siebie. Chciał jej dać przestrzeń. W znacznej mierze dlatego, że jego skrypt zakładałby zupełnie odwrotną rzecz.

                              Symboliczna przeszkoda między nimi dawała go.
                              -Trzymasz się? Moje były paskudne. Widziałem w nich matkę… - wyjawił choć sam nie wiedział czy ma na to ochotę… ale takie wyznanie często pomagało się otworzyć współrozmówcy.
                              Ona wciąż stała bokiem do rozmówcy i dopiero po chwili zwróciła na niego spojrzenie. Nie odezwała się jednak jakby po prostu milczeniem pozwolić mężczyźnie samemu zacząć ani go nie pośpieszała, ani nie okazywała zniecierpliwienia, po prostu czekała na dalsze słowa.

                              Khal… posmutniał. Opuścił głowę pozwalając powietrzu zejść z niego. Nie miał na to ochoty. Nie miał na to siły. Ale mimo to wciąż mu zależało.
                              - Kaylie… sol meus es. Jakby okoliczności pozwalały opowiedziałbym ci co się wczoraj w mojej głowie działo. Powiedział, że… decyzja, którą wczoraj podjąłem nie miała na celu w żadnym razie zranienia ciebie, w żaden sposób nie była to próba sił, ani żadna manipulacja i, że było to całkowicie wbrew moim własnym… pierwotnym instynktom. Mówiłbym długo licząc, że usłyszysz w moich słowach szczerość i zrozumiesz co się w mojej własnej głowie wtedy działo… ale nie pozwalają. Więc zamiast tego proszę cię o wotum zaufania do czasu gdy okoliczności pozwolą nam na rozmowę o tym. Nie mówię byś zachowywała się jakby się nie stało, ale spróbuj w swojej własnej główce zostawić otwartą furtkę możliwości “może on, gdzieś tam w swojej skrzywionej głowie, chciał dobrze?” Możesz to dla mnie zrobić?
                              Kaylie cierpliwie słuchała słów mężczyzny. Nie odzywała się wciąż na niego patrząc i pozwalała czasowi płynąć swoim oleistym trybem. Khal mógł uważać ten czas za zbyt rozwlekły, jakby kobieta umyślnie to rozwlekła. Co kombinowała?

                              W końcu przysunęła własne krzesło ze skrzypieniem desek podłogi, ustawiając je tuż naprzeciw Khala. Powoli usiadła i patrząc w oczy mężczyzny powiedziała tym twardym, ale spokojnym głosem:
                              - Źle zrozumiałeś. - spokój przebrzmiewał w jej tonie, jednak z jakiegoś powodu miał w sobie smutek ukryty - Nie oczekuję rozmowy o wczoraj.

                              - Ale ja jej oczekuję - zaprzeczył Khal, marszcząc brwi w zmartwieniu - Bo nie chcę cię taką widzieć. Bo co wczoraj zrobiłem zostało zinterpretowane w konkretny sposób, a dziś się zupełnie odcięłaś ode mnie i teraz nie siedzi przede mną Kaylie którą znam a maska którą założyła ona na twarz. Wiem, że najpewniej znowu zaprzeczysz, powiesz, że nie mam racji albo coś podobnego, ale mimo to… przepraszam, że ciebie zraniłem. Nie chciałem tego. Niech piekła zamarzną, absolutnie tego nie chciałem.
                              - Ale nie potrzebujemy o tym TERAZ rozmawiać - kontynuował nim znów zdążyła uderzyć w niego tą wymuszoną obojętnością. Naprawdę nie miał sił mentalnych po tej nocy.
                              - Dostanę od Ciebie to zaklęcie exfiltracyjne? Dużo ułatwi mi ono życie. Drobna iluzja, albo niewidzialność wystarczą…
                              Kobieta przysunęła się bliżej, wysuwając w stronę rozmówcy.
                              - Khal. - twardo zaczęła - Czy zamkniesz się na chwilę i dasz mi powiedzieć, bo widzę, że nadal nie rozumiesz, więc muszę to przekazać w prostych i oczywistych słowach? Ja. Chcę. Byś. Mi. Powiedział. O. Swoim. Śnie. - wysylabowala.
                              Khal zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
                              - Pardon. Zostawiłem swoje fusy w pokoju, nie miałem jak tego wywróżyć - żachnął się, ale zaraz jego spojrzenie złagodniało.
                              - Niewiele jest do powiedzenia. Topiła się w jakimś słoju. Była chora. Wyglądała wręcz nieumarło. Wypowiedziała moje imię. Miała w głosie troskę i ból.
                              Kaylie milczała trawiąc te informacje. Zastanawiała się czy utulić Khala, ale w końcu zrezygnowała nie chcąc dawać niejasnych sygnałów. Prócz tego wyciągnęła rękę ku niemu i położyła ją na jego ramieniu.
                              - Dorwiemy winnych w końcu, wiesz o tym?
                              - Wiem - odpowiedział z lekkim uśmiechem - I będą długo umierać.
                              - Ale do tego jeszcze trochę potrzeba. Jest dobrze- dodał niezgodnie z prawdą. Dobrze miało być dopiero gdy to się rzeczywiście spełni. - Jestem jej bliżej niż kiedykolwiek w ostatnich dwóch dekadach. To czas działania, nie użalania się nad sobą. I mam już plan jak ją odnaleźć… ale do tego potrzebuję jeszcze tej szczypty mocy od naszego benefaktora… więc musimy się wykazać przez najbliższe dni.
                              Kaylie pokiwała głową.
                              - Choć sprawa wczoraj... wciąż aktywna. - dodała grobowo.
                              - Wiem - przytaknął tonem na wpół poważnym jak jej. - I to jest coś co będzie mi zaprzątać głowę póki tego nie wyjaśnimy, ale okoliczności nie pozwalają zrobić tego teraz, bo to raczej dłuższa dyskusja…
                              Kaylie wstała z krzesła.
                              - Mam tylko nadzieję że zdajesz sobie sprawę, iż mogę pocieszyć się inną osobą, prawda? - nagle stwierdziła, a Khal… stężał. Może nawet utracił odrobinę koloru z twarzy na krótki moment nim nie opanował reakcji.
                              - A ja mam głęboką nadzieję, że tego nie zrobisz - teraz to jego głos stał się zimny. Gdzieś, na jakimś poziomie, ta scena go bawiła. Ciężką, mroczną szyderą. Pięknie wpasowującą się w jego zdanie o świecie jako jednym wielkim średnio-śmiesznym żarcie. Normalnie boki zrywać…
                              - Ale nie jesteś mi nic winna - dodał z uśmiechem. Takim co intencjonalnie epatował swoim fałszem - Więc jeśli to byłoby dla ciebie ważniejsze niż…- zastanowił się chwilę i wskazał gestem dłoni generalne okolice, nie omijając jej i jego. Ich. I w jakiś sposób ten gest, mimo nieokreśloności… był jasny. - To nie miałbym prawa mieć pretensji.
                              - Cieszy mnie, że rozumiesz. - odparła obserwując Khala, jakby nie zauważyła jego reakcji - Wiedziałeś też na co się piszesz, ostrzegałam.
                              Viktor myślał kiwając lekko chwilę głową, gdy patrzył gdzieś w przestrzeń. Wstał powoli i spojrzał na nią z… zawodem? Niezadowoleniem? Jakąś iskrą bólu? Cokolwiek to było szybko zepchnął to głęboko zostawiając tylko zimną nonszalancję na wierzchu.
                              - Usłyszałaś i zrozumiałaś doskonale co powiedziałem. Masz przed sobą decyzję do podjęcia. Zachęcam cię abyś dobrze przemyślała na czym ci zależy. Niezależnie od niej… wciąż będziesz miała moją przyjaźń - zadeklarował łagodniej, samemu nie wiedząc czy jest szczerym i zepchnięty pęczek emocji znów, na jedną krótką sylabę, się uzewnętrznił. - Jeśli będziesz jej chciała. Czy oferta użyczenia zaklęcia wciąż jest w mocy?
                              - Tak. Dostaniesz ode mnie zaklęcie niewidzialności. Będzie trwało tylko kilka minut, ale zakładam że wystarczy ci aby opuścić miasto.
                              - Całkowicie mi wystarczy - przytaknął - Dziękuję. Jestem gotów.
                              - Powiedz mi tylko jedno. - zaczęła przeszukiwać skrytkę z magicznymi komponentami - Dlaczego miałbyś taki problem, gdybym spędziła czas z innym mężczyzną w łóżku? - uniosła spojrzenie - Nie ze względów uczuciowych bym to przecież robiła.
                              Khal zmarszczył brwi gdy analizował co odpowiedzieć.
                              - Nie wiem. Nie potrafię jeszcze tego ubrać w eleganckie słowa i klarowną logikę. Możemy roboczo uznać, że jestem zaborczym dupkiem? - Mrugnął do niej nieco weselej.
                              - Jeżeli nie potrafisz ubrać w eleganckie słowa... - wyciągnęła malutką kulkę gumy arabskiej - To użyj nieeleganckich.
                              Khal zagryzł wargę patrząc gdzieś w bok. Nieeleganckich słów też nie miał. Tylko surowe odczucia, które narodziły się dosłownie kilka zdań temu.
                              “Bo chcę abyś była tylko moja”? Nigdy nie wypowiedział tych słów. Nieważne jak bardzo by pomogły w urobie. Nigdy nie kłamał gdy mu za to nie płacili. To była dla niego ważna zasada. Taka która była ważnym filarem jego “nie jestem AŻ TAKIM dupkiem”.
                              Nie czuł aby te słowa w ogóle mogły mu teraz przejść przez gardło.
                              - Bo tak czuję. Bo budzi to we mnie gniew i… - zawiesił się na chwilę wycinając słowo z wypowiedzi w jej trakcie - I nie podoba mi się to.
                              Kaylie patrzyła intensywnie dłużej na Khala.
                              - Znamy się ledwo dni.
                              - Hej. Ja proponowałem uznanie mnie za zaborczego dupka, nie? - rzucił z niepoważnym zarzutem, po czym jego głos złagodniał - Wiem Kaylie - przytaknął jej, podchodząc bliżej - I nie obchodzi mnie to - i jeszcze bliżej, ujmując jej dłonie. - Wiem też, że oboje jesteśmy pokrzywieni. Oboje wiemy podobnie mało o związkach które są prawdziwe. I oboje mamy podobne antydyspozycje do nich. Ale wierzę też, że istnieje mała, najmniejsza, ledwie zauważalna iskierka nadziei… - dopiero teraz skierował swoje spojrzenie do jej oczu - że możemy kiedyś być szczęśliwi. Nie zadowoleni. Nie usatysfakcjonowani... Szczęśliwi.
                              Gdzieś tam między słowami, w intonacji, w spojrzeniu przemycona została niewypowiedziana treść. “Ja nie miałem już żadnej nadziei być szczęśliwym. I wiem, że ty też nie”.
                              - Dlatego chcę dać tej iskierce wszelką możliwą pomoc i troskę jaką jestem w stanie. Ale sam nie dam rady. Po prostu nie jestem w stanie i potrzebuję abyś mi w tym pomogła. Pomożesz mi?
                              Kobieta nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała czy chce, czy wierzy w szanse.
                              - Zdajesz sobie sprawę, że ty się wyszalałeś i żyłeś bez zobowiązań, których teraz ode mnie oczekujesz? - mruknęła.
                              - Wyszalałem? - zapytał z nutą rozbawionego absurdu w głosie - I teraz się o tym dowiaduję? Cały ten wysiłek w utrzymanie wiecznie świeżej i zadowolonej rotacji jagniąt był zbędny? Kurka wodna…
                              Zachichotał pod nosem z wesołą szyderczością.
                              - Ja tego nie oczekuję. Szansa o której mówię jest zbyt mała nawet w moich własnych oczach aby rozsądnie czegokolwiek oczekiwać. Ja cię tu, w pełni świadomie, proszę byś była nie-rozsądna... I nie będę żywił pretensji jeśli tej prośby nie spełnisz. Wciąż będę oferował pełną współpracę, przyjaźń i… - uśmiech z zadziornego stał się nieco drapieżny - okazjonalne pocieszenie.
                              - Takie pocieszenie jak to było wczoraj? - chłodny głos Kaylie wyraźnie pokazał co czuje.
                              Uśmiech powoli zrzedł Khalowi na twarzy. Wyjście poprzedniego wieczoru kosztowało go naprawdę wiele, ale rozumiał, że on był trzeźwy i to nie on został odrzucony.
                              - Przeprosiłem cię już za to i zrobię to jeszcze raz: Przepraszam. Nie chciałem ciebie zranić. Nie chciałem byś poczuła się odrzucona. To co zrobiłem było egoistyczne, nawet jeśli wierzyłem, że było konieczne. To były moje własne syfy między uszami i one wciąż. Tam. Są. - Zwolnił wypowiedź aby wyraźnie zaznaczyć jej przekaz.
                              - I kiedy będziesz dziś rozważać czy chcesz spróbować być nie-rozsądną to musisz wziąć na nie poprawkę, bo one są elementem mieszanki pozbawiającej ofertę rozsądności.
                              Był w pełni gotów, że jego otwartość nadzieje się na odpowiedź pełną zimna i obojętności, może nawet zaprawioną jakąś szpilą i godził się z tym.
                              “Jeśli tego potrzebuje to niech ma” - utwierdzał sam siebie w przekonaniu, rozumiejąc, że doświadczone odrzucenie potrafi doskwierać, a drobne odegranie się potrafi pomóc sobie z nim poradzić.
                              - To chcesz tej magii? - zapytała znowu nagle zmieniając temat - Możemy nie mieć okazji rozmówić się podczas tej wyprawy.
                              Khal patrzył na nią chwilę rozważając czy nie drążyć, jeszcze trochę… ale limity czasowe przeważyły. I może danie jej odrobiny czasu z własnymi myślami pozwoli jej sobie ułożyć w główce to wszystko?
                              - Poproszę…
                              Dwójce przerwało pukanie do drzwi Kaylie.
                              - Mogę wejść? - był to głos Lilii.
                              Kaylie zatrzymała się i po chwilowym zastanowieniu podeszła do drzwi i otworzyła je z klucza.
                              - Coś się stało?
                              Dziewczyna wyglądał inaczej niż Kaylie ją kojarzyła. Jej włosy normalnie ciemnorude, teraz jaśniały niczym płomień. Jej ciało również wydawało się jakby pełniejsze. Do tej pory jej ubiór był dość wyzywający, teraz jednak jej bluzka była całkowicie rozpięta ledwo trzymając jej biust w zakryciu. Dziewczyna ją przytuliła ponownie, spojrzała na Khala przez jej ramie.
                              - Och, ty też tu jesteś. Mam nadzieję, że nie przerwałam w niczym. Jori ma dla ciebie wiadomość. - pomachała kartką i spojrzała na Kaylie - Chciałam podziękować za wczoraj, ale widzę, że masz towarzystwo. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to daj znać.
                              “Ufff… Nie, definitywnie się jeszcze nie wyszalałem” - skomentował Khal, czysto wewnętrznie, nie pozwalając swemu spojrzeniu ześlizgiwać się na dekolt córy pana Popielnego Dworu… nie kiedy można było to dostrzec. Podszedł bliżej korzystając z okazji.
                              - Zaraz i tak miałem wychodzić - uśmiechnął się lekko, ale serdecznie i wyciągnął dłoń po kartkę.
                              Lilia podała kartkę Khalowi, nie wypuszczając jednak Kaylie z objęć.
                              - Co ci ten bydlak zrobił? - wyszeptała Galtiance do ucha.
                              Wiadomość, była relatywnie krótka, ale treściwa.

                              "Blackfyre zaprosiła mnie przed wschodem do kostnicy. Nic nowego co do ciał nie odkryłem, poza glifami. Mieszanka krasnoludzkich magii runicznej z alchemią. W momencie opuszczenia pewnego zasięgu, wystrzeliwuje promień negatywnej energii. Przeważnie wycelowane w mózg, serce, płuca."
                              Kaylie spojrzała na Lilie z jakimś... smutkiem?
                              - Porzucił mnie. Odrzucił.
                              Delikatny płomień pojawił się w oczach Lilii. Spojrzała z obrzydzeniem na Khala.
                              - No wiesz!?
                              - Ja… nie… - chciał zaprotestować, ale wyrwany nagle z analizy wiadomości dał się wytrącić z jakiejkolwiek równowagi i nie potrafił zaimprowizować jakiejkolwiek zasadnej obrony.
                              - Taki łakomy kąsek ci się trafił, a ty focha strzelasz? - pocałowała policzek Kaylie - Nie martw się, ja cię uwielbiam taką jaka jesteś. Poproś o cokolwiek... - położyła duży nacisk na słowo "cokolwiek" - a postaram się, aby się spełniło.
                              Khal spuścił powoli z siebie parę, gdy bardzo przyjemny obraz stanął mu przed oczami. Tylko bardziej i bardziej żałował wczorajszego numeru…
                              Kaylie lekko się uśmiechnęła.
                              - Skoro tu jesteś... To faktycznie możesz coś zrobić. Khal musi się wydostać z miasta niepostrzeżenie, a niestety straż wzięła jakiś szpiegów. Masz może masz może coś lepszego niż ja posiadam? Ja mogłabym tylko uczynić go niewidocznym.*
                              Lilia spojrzała na Khala, krzywiąc delikatnie usta.
                              - Mogłabym. Gdzie dokładnie musisz się dostać?
                              - To NIE było tak jak ona to przedstawiła - oprotestował w końcu, w oburzeniu, wcześniejszy zarzut - Zapytaj ją potem co mam na myśli mówiąc o nie-rozsądnej propozycji. A tymczasem… starczy mi opuścić niepostrzeżenie dwór. I tak muszę jeszcze coś odebrać przed wyruszeniem. Nie oskarżam Filii o przydzielenie do mnie jakichś nadnaturalnych szpionów.
                              - Och, naszemu drogiemu prawnikowi, nie wygodnie na siedzisku oskarżonego. - powiedziała Lilia, drocząc się - Pewnie nasłała na ciebie Ihaili. Potrafi zmieniać się w zwierzęta. - rudowłosa spojrzała na chwilę w okno - Mogę cię wyciągnąć, aby nikt nie widział. Jednak najbliżej, gdzie wyjdziemy to slumsy.

                              - Jakbym był czemukolwiek winny to bym się z tym pogodził - zachichotał pod nosem - Ale teraz… To pomówienia niezgodne z faktami zastanymi.
                              - Ten plan nie zakłada marszu przez kanały, prawda? Bo muszę się jeszcze dziś poprzekradać trochę a śmierdzenie kanałami mi to wielce utrudni.
                              - Nie, nie... chociaż tam też byśmy mogli. Słyszałeś, że druidzi potrafią się przemieszczać między niezwykłymi odległościami za pomocą drzew?
                              - Nie widziałem w praktyce, ale tak.
                              - Umiem podobnie, ale mogę się przenieść tylko do moich potomków. Jest kilka w mieście, ale nie mogę pozwolić, aby się rozpleniły za bardzo.
                              - Potomków...? - odezwała się Kaylie.
                              - Fey, co nie? - niby-zapytał Khal.
                              Lilia się uśmiechnęła.
                              - To nie to, co myślicie. Tata i mama, jako jedni z Najstarszych, reprezentują jakiś element natury, który bogowie chcieli przetestować. W ich wypadku Krąg Życia. My... w sensie ja, Piwonia i nasze siostry, przedstawiłyśmy światu bardzo specyficzne rośliny. Piwonia wszystkie, które żywią się żywymi zwierzętami. Ja tymi, które rosną na padlinie, szczególnie tej, która padła z głodu.
                              Khal uniósł brew w górę, zadowolony z tego cudownego absurdu gdy aż tak śliczne dziewczę prezenetowało tak odrażający aspekt natury.
                              - Porwę cię kiedyś na dłuższa rozmowę na ten temat, ale czas naprawdę mnie goni. Mam cztery godziny konnej podróży w jedną stronę… i to tylko dzięki magii odnawiającej… cztery godziny z powrotem i teraz już tylko dwie godziny, czterdzieści minut na ogarnięcie wszystkiego. Moglibyśmy ruszać? - zapytał Khal przepraszającym tonem.
                              - Niecierpliwy, niecierpliwy. Nigdy nie zaspokoisz kobiety, przechodząc od razu do sedna. - dziewczyna westchnęła i ponownie cmoknęła Kaylie. Tym razem w usta.
                              - Poczekaj tu, jak wrócę to... porozmawiamy. - puściła Galtiance oko i podeszła do Khala. Chwyciła go za rękę, delikatnie się uśmiechając.
                              - To będzie dziwne uczucie. - ostrzegła dziewczyna. Mrugnięcie później Khal stał w nią w jakiejś pustej alejce w Evercrest, otoczeni krwisto czerwoną trawą.
                              Z punktu widzenia Kaylie, pnącza, gałązki i trawy wystrzeliły z podłogi i wciągnęły Lilię i Khala pod ziemię.

                              text alternatywny

                              - Oto i jesteśmy. - powiedziała Lilia. Khal czuł delikatnie przewroty w żołądku. Przyłożył palec do ust, dając sobie czas je opanować.
                              - Dziękuję Lilio. Bardzo ułatwiasz mi życie. A z rozmową mówiłem poważnie, jestem wielce ciekawy. Widzimy się potem - pożegnał się, dając jej jeszcze czas na ewentualne słowa gdyby chciała coś dodać i odszedł szybkim krokiem przed siebie. Widziała jeszcze jak strzepnął dłońmi, a wierzchnia warstwa ubioru w jednej i tej samej chwili zde- oraz zma-terializowała się z wygodnego kubraka w brunatny, stary płaszcz z kapturem. Takim co budził podejrzliwość, ale wśród tysiąca podejrzenych typów wciąż zapewniał anonimowość.

                              text alternatywny

                              Kwadrans później Viktor opuszczał miasto na śniadym rumaku. Miał głęboko żałować tej metody transportu w bardzo niedalekiej przyszłości… rozleniwił się. Przyzwyczaił zadek i krzyż do dorożek, a z Cheliax też jechał do Królestw wygodnymi wozami, z poduszkami, pierzynami i wystarczającą ilością miejsca. Ale to był problem dla Przyszłego-Viktora. Teraźniejszy miał kilka zaklęć gotowe co miały ułatwić podróż, ale dedykowane one były dla śniadka…

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                                #40

                                text alternatywny

                                Niecodzienna pobudka

                                Baltizar zmrużył oczy przyglądając się podejrzliwie Piwonii rozważając sytuację. Czy… był ubrany? Wydawało mu się że położył się do swojego łóżka, ale też oprócz leku wypił dość dużo alkoholu. Mógł zabłądzić, prawda?
                                - Nie. Nie miałem… problemów. A powinienem mieć? Coś… mnie ominęło?- mruknął w końcu.
                                - Tata mówił, że czuł negatywną energię krążącą po korytarzu. Lilia mówi, że tamta dwójka miała koszmary, więc chciałam sprawdzić ciebie. - gnom właśnie sobie uświadomił, że był całkowicie nagi. Pokój był jego, ale nie był pewny czy stan, w którym się obudził, był tym samym w którym zasnął.
                                - Przywykłem do koszmarów. Nie są dla mnie zmartwieniem.- mruknął Bajarz odruchowo muskając palcami pierś Piwonii. - Ta… energia… nie miała przypadkiem właściciela, który ją posłał? Zakładam, że nie był to jakiś miejscowy fenomen?-
                                - To nie ten twój, jeżeli o to pytasz. - zapewniła dziewczyna - Najpewniej czymś przyciągnęli do siebie ją. Negatywne emocje, taboo, tego typu rzeczy. Rzeczywistość na Dworze potrafi być płynna.
                                - Nie sądziłem że mój…- machnął ręką Baltizar i dodał.- Prędzej czy później nasz mały prorok przyciągnie uwagę do siebie różnych sił. Kapłani dobra i czarodzieje na usługach jasności są spętani przez swoje sumienia i nie sięgnęli by do nieczystych zagrań. Ale czciciele mrocznych sił…- zaśmiał się chrapliwie mocniej napierając głową na sprężystą “poduszkę”. -... tych nie obowiązuje kodeks honorowy, a Zło nie lubi konkurencji nawet po swojej stronie.-
                                Dziewczyna wydała z siebie delikatne westchnięcie na "atak" gnoma.
                                - Zapewne. Chociaż szukanie konfliktu z nieznanym? Głupie, nawet jak na typowe egzemplarze "Sił Zła".
                                - Silni nie muszą być subtelni. Silni depczą słabych. Silni nie ukrywają się. Silni… budzą strach. - stwierdził filozoficznie Baltizar.
                                - Och, mam nadzieję, że obronisz mnie przed takimi "silnymi". Ja, biedna, słabiutka dziewczynka. - Piwonia uśmiechnęła się pokazując psotnie język.
                                - Mogę zmienić się w mocarnego barbarzyńcę. Może owi silni się wystraszą.- zaśmiał się sarkastycznie gnom.
                                Kobieta przytuliła mocniej Baltizara.
                                - Wolę cię takim. - odparła - I pewnie potrafiłbyś być bardziej imponujący niż najmocarniejszy dzikus.
                                - Wyobraźnia tylko mnie ogranicza… i moc zaklęcia.- przyznał na koniec i ciszej Baltizar. Cmoknął czule pierś, do której był tulony. - Jakie negatywne emocje mogą mieć oni? Co prawda kobieta chodzi jak struta, ale kapłan? On wydawał się mi zawsze kłębkiem pozytywnej energii. -
                                Dziewczyna znowu wydała z siebie westchnienie, tym razem bardziej podekscytowane.
                                - Może się pokłócili? Tata mówi, że ta Kaylie, wczoraj kłóciła się też z Fenuelem.
                                - A to ja powinienem być tym ponurakiem. Widać jednak, że zostało we mnie dość natury mego ludu mimo całego tego doświadczenia z wielookim. A tak z ciekawości… chodzisz czasem do miejscowej świątyni bogini piękna? - zmienił temat gnom.
                                - Kiedy mi wolno. - odpowiedziała - Lubię świątynie Shelyn. Tata ją kiedyś gościł, ale to było przede mną. Ponoć jej darem było podium w jadalni.
                                - Mhmm… miło z jej strony.- znowu cmoknął czule pierś Piwonii i westchnął.- Powinienem wstać, chyba? Ech… nie chce mi się uganiać za bandą lunatyków po to by grać drugie skrzypce w czyjejś komedyi.-
                                Dziewczyna się delikatnie naburmuszyła, kiedy gnom z niej schodził.
                                - Czasem bycie na zapleczu ma swoje dobre strony. Jeżeli wybuchnie im to w twarz, to tobie się oberwie najmniej.
                                - Nie przeszkadza mi bycie na zapleczu. Po prostu nie chce mi się jechać. - zaśmiał się Baltizar i wzruszył ramionami.- Nie martw się o mnie sikoreczko. Może nie jestem tak potężnym rębajłem jak Kaylie, ale umiem wydostawać się z kłopotów. Nie mam nic przeciwko pospiesznej rejteradzie, gdy sytuacja idzie nie tak jak powinna.-
                                - Pomyśl o tym jako poszukiwania nowych inspiracji. Kto wie jakie horrory tam zobaczysz. Niektórzy lubią opowieści z dreszczykiem.
                                - Dość się naoglądałem horrorów w życiu. Wolę czerpać inspirację z piękna.- odparł gnom znacząco zerkając na Piwonię.

                                text alternatywny

                                Przed karczmą.

                                Na razie z pięknem gnom musiał się pożegnać. I razem ze swoimi stworkami powitać swoją drużynę. Miał bowiem dla nich tuniki… i wieści.
                                Zatrudniona drużyna przyjechała przyjechała wozem, na którego widok gnom gwizdnął z zachwytem.

                                text alternatywny

                                To był całkiem solidny pojazd i użyteczny na wiele sposobów. Ci nowi podwładni Baltizara znali się na swojej robocie. Co było bardzo pocieszające dla gnoma, który nie przepadał za amatorszczyzną. Baltizar wdrapał się więc pospiesznie na kozła i mając swoich najemników przed obliczem przyjrzał się im ponownie.
                                - Panowie… - zaczął przemowę po chrząknięciu dla oczyszczenia gardła. -... nasz szlachetny przykład już zaowocował dobrą zmianą. Miasto zobaczyło nasze dobre intencje i samo postanowiło zorganizować wyprawę przeciw złu gnębiącemu okolicę, pod wodzą niejakiej Filii. Zapewne znacie ją lepiej ode mnie…- mówił bardzo głośno, by te słowa wpadły do przypadkowych uszu i wydały plon w postaci plotek. Jego słowa mijały się nieco z faktami, ale… po pierwsze nie wszystkie fakty znał, po drugie był bajarzem i koloryzowanie opowieści było częścią jego fachu.- Zostaliśmy zaproszeni do tej wyprawy i ja to zaproszenie przyjąłem. Wszak wszyscy powinniśmy się zjednoczyć w zwalczaniu okrucieństwa.-
                                Zerknął na okolicznych przechodniów sprawdzając jak reagują na jego przemówienie. I zamilkł na moment widząc wynurzające się z zaułka oślizgłe macki pokryte oczami. Sen może i oszczędzał mu ostatnio okrutnych widoków, ale na jawie nadal się pojawiały, kryjąc się w kącie oka.
                                Chrząknął by znów oczyścić swoje gardło. - O czym to ja? A tak, przyłączymy się do ich wyprawy i będziemy podlegać ich decyzjom. Oczywiście priorytet, czyli chronienie mojego zadka, pozostaje w mocy. Aczkolwiek… ja jestem tylko małym słabym gnomem, więc nie będę walczył na pierwszej linii, bo nimi jak… zagadam wroga na śmierć? Z pewnością wykażecie się podczas tej wyprawy karnością, męstwem i bohaterstwem boooo… - uśmiechnął się drapiąc po brodzie.-... takie postawy zostaną nagrodzone przeze mnie odpowiednio ciężką sakiewką. Musimy zrobić dobre wrażenie, bo tego oczekuje od nas mój pracodawca. Więc proszę o nie wywoływanie burd i ograniczenie się w upijaniu. Macie zawstydzać paladynów swoim postępowaniem. Szczegóły na temat wyprawy poda nam zapewne nowa jej przywódczyni. Tak czy siak będzie trochę tałatajstwa do wybicia i będę dumnie obserwował wasze czyny… z bezpiecznej odległości. Tuniki...- tu pstryknął palcem na Etrigana, który trzymał w dziobie/paszczy pakunek. Potwór szeleszcząc kartkami z których był zbudowany.- … zostały przyszykowane. Weźcie pasujące do waszej postury i przez resztę wyprawy traktujcie jak drugą skórę. Jakieś pytania?-

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                  #41

                                  Avruil

                                  Kaylie ponownie ujrzała pnącza pojawiające się w jej podłodze. Czerwony pączek kwiatu wyłonił się z pnączy, a gdy otworzył się, ujrzała Lilię, przeciągającą się. Rudowłosa córka Otto uśmiechnęła się do Galtianki i usiadła na łóżku obok kobiety.
                                  - Załatwione, powinien mieć spokój z czymkolwiek tam chce. Więc masz mnie tylko dla siebie…- dziewczyna urwała, widząc na twarzy Kaylie smutek. Westchnęła, ale spróbowała trochę zadziornie zainteresować Galtiankę
                                  - Chciałam ci coś zaproponować. Co powiesz na małe oderwanie się od rzeczywistości? Może relaks w łaźni? Wyobraź sobie: kąpiel błotna, masaż, a wokół same wspaniałe zapachy… i ja?
                                  Zerknęła na Kaylie z wyczekiwaniem, jakby chciała dodać trochę pikanterii do dnia, który miał być tylko jej.
                                  - Obiecuję, że to będzie zupełnie inna perspektywa. Chciałabym, żebyś poczuła się doceniona. Taki dzień tylko dla ciebie, gdzie nikt nie będzie cię oceniać.
                                  Lilia uśmiechnęła się szeroko, zachęcając Kaylie do wyjścia z cienia, w które wpadła.
                                  - To jak? Chcesz chociaż spróbować? Naprawdę zasługujesz na chwilę dla siebie.
                                  W jej głosie brzmiała szczerość i ciepło, które mogłyby pomóc Kaylie znaleźć promyk światła w tej trudnej chwili.

                                  Viktor

                                  Viktor, z nieco sztywną postawą, siedział na siodle po długiej podróży i już zaczynał żałować metody podróży. Niezależnie od tego, jak wiele razy przekładał nogi na koń, po latach jeżdżenia dorożkami czuł się nieco niepewnie, choć z każdym krokiem konia coraz bardziej odnajdywał pewność siebie. Jego dłonie płynnie przesuwały się po grzywie zwierzęcia, świadome, że magia, której użył, przywróciła mu siły.
                                  Gdy dotarł do skrajnej granicy lasu, jego wzrok padł na imponującą willę, która wyrastała z otoczenia jak z bajki. Dwupiętrowy budynek, z białymi marmurowymi ścianami, zachwycał swoim stylem. Ciemne dachówki lśniły w promieniach słońca jak klejnoty, a rzędy drzew prowadzące do schodów kończących się pod potężnymi, podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna dodawały całości majestatycznego charakteru.
                                  Viktor spiął konia, czując, jak adrenalina wypełnia jego żyły. Przez moment natchniony pięknem miejsca, postanowił zsunął się z siodła i pacnąć konia w bok, by wyruszyła na zasłużony odpoczynek.

                                  Baltizar

                                  Ekipa Gnoma przez chwilę przyglądała się sobie przez chwilę. Barbażyńscy bracia w końcu się odezwali.
                                  - Mamy pracować, ze strażą miejską? Mamy słuchać ich rozkazów? - najwyraźniej wojownicy dzikich terenów Mamucich Lordów nie lubili być ograniczani.
                                  Ofun, alchemik grupy westchnął.
                                  - Czy wiesz cokolwiek o ich misji? Chcę wiedzieć, co powinienem przygotować.
                                  Elfi mag, Inarion, kiwnął głową.
                                  - Jeżeli szykuje się jakaś większa walka. Mam przygotowane zaklęcia bardziej na indywidualne cele, nie duże oddziały.


                                  Gdy Gnom zakończył rozmowę ze swoimi pracownikami, ktoś do niego podszedł.
                                  Chwilę mu zajęło, aby przypomnieć sobie imię elfki, która go wczoraj oprowadziła po bibliotece Domy Odnowy.
                                  - Witaj, mistrzu Baltizarze. - Dari uśmiechnęła się ciepło do gnoma - Słyszałam, że ostatnio występujesz na Popielnym Dworze. Chciałam ujrzeć twe występy, przed mniej wymagającą widownią. Słyszę jednak, że dusza bohatera w tobie goreje. Wyprawa z lady Blackfyre? Ratowanie tych biednych porwanych? Toż to zaczątki na niesamowitą historię, o której będą śpiewać przez lata. Mogę zabrać ci trochę czasu zanim wyruszysz?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                    #42

                                    Galtianka oczekiwała na powrót córki Otto stojąc nieruchomo przed zamkniętym oknem, które ledwo co odsłoniła, jakby nie chciała dawać żadnego wglądu osobom z zewnątrz. Jedną dłoń trzymała na boku przy mieczu, jakiego obecność dodawała jej spokoju ducha, gdy drugą ręką wspierała się na łokciu na ścianie przy oknie wystukując palcami dysharmonijny rytm.

                                    Usłyszała dźwięk przypominający szelest liści za sobą. Gdy się odwróciła na środku jej pokoju znajdował się kwietny pąk sięgający sufitu. Po sekundzie pąk się otworzył pokazując Lilię, rudowłosa dziewczyna przeciągnęła się i spojrzała na Kaylie, która właśnie odsuwała rękę od miecza.
                                    - Załatwione. - oznajmiła z uśmiechem, wychodząc z pąku, który momentalnie zmienił się w pył - Viktor może teraz załatwiać, co mu się tam podoba.
                                    Kobieta mruknęła w potwierdzeniu skinąwszy głową. nie trzymała już dłoni przy mieczu, teraz skrzyżowała obie na piersi.
                                    - Dziękuję za pomoc.
                                    - Jestem ci trochę dłużna, więc nie ma za co. - usiadła spokojnie na łóżku Kaylie patrząc przez chwilę w sufit - Co cię męczy?
                                    Kaylie spojrzała krótko na dziewczynę.
                                    - Nic. - odparła i odwróciła się znowu w stronę okna.
                                    - Kłaaamiesz - odparła - Tata czuł, że coś się między wami stało, nic dobrego. - Lilia wstała, oglądając galtiankę od góry do dołu - Jeżeli chodzi o faceta... - podeszła po cichu do Kaylie i wyszeptała jej do ucha - Odrzucił cię?
                                    Kaylie stała niczym posąg, a jej odpowiedź była zimna, choć utrzymywana w chwiejnym spokoju.
                                    - On twierdzi, że nie.
                                    Rudowłosa westchnęła, odwróciła Kaylie szybko i cmoknęła ją w usta.
                                    - Proszę. Dostateczny szok, aby cię wyciągnąć z jaskini smutku? Chcesz o tym pogadać? Jest to lepsze niż butelkowanie tego w sobie.
                                    Kobieta nie była naprawdę zaskoczona gestem, choć dużo z reakcji pochodziło z samokontroli.
                                    - Nie ma o czym. - pokręciła głową - Różnych facetów widziałam. Czasem się zapominam po prostu.
                                    - Ten raz zabolał. - zauważyła Lilia - Dlatego, że do niczego nie doszło, zanim miałaś szansę żałować? Słuchaj, nie chcę się wciskać gdzie mnie nie chcą, ale słyszałam jak on do ciebie mówi. Nie wiem ile było prawdy w tych jego słodzeniach, ale ma talent z językiem. Dziwne więc, że tak by cię nakręcał, aby tylko powiedzieć "Nie, wolę inne". Może po prostu, oboje nie rozumiecie sytuacji.
                                    - Nie ma o czym mówić. - stwierdziła po chwili z pogłosem żalu.
                                    - Och, jest, jest. Słychać to w twoim głosie, czuć w twoim zapachu. Po prostu nie chcesz o tym mówić ze mną. - dziewczyna przez chwilę spoglądała na podłogę - Co powiesz na małą ofertę? Weź ten dzień i pomyśl tylko o sobie. Mamy na Dworze spa. Kąpiel błotna, w wodzie z kolorową solą górską, masaże, egzotyczne owoce, które łaskoczą język i podniebienie. Wszystko, abyś mogła się zrelaksować. Brzmi kusząco?
                                    Kaylie westchnęła lekko.
                                    - Brzmi. Ale kto będzie wszystkim zarządzał i robił masaż? Ty?
                                    - A chcesz? Bo mogę. - Lilia chwyciła dłoń - Jeżeli jednak, chcesz silnych męskich dłoni, aby ugniatały tam gdzie dobrze. To Jori zmajstruje nam odpowiednią rzecz. Nie zrobi niczego, czego nie będziesz chciała.
                                    - A mogę obie opcje na raz?
                                    - Ochocho… - dziewczyna objęła szyję Kaylie - Jak najbardziej… chcesz zacząć tu.. czy dopiero na dole?
                                    - Wszystko mi jedno. - uśmiechnęła się lekko do Lilli - Po prostu chcę zapomnieć.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                      #43

                                      Khal na wycieczce

                                      - Tia… odpoczynek… - mruknął do własnej myśli, gdy klacz odbiegała lekkim kłusem na polankę. Magia odnawiająca sprawiła, że nawet nie bardzo się spociła podczas trzygodzinnego galopu. Ta sama magia, której musiał sobie żałować, jeśli miał jeszcze zdążyć wrócić na obiad z tokenowym sędzią-pozorantem, a było to ważne dla jego oddolnej budowy wizerunku. Nawet jeśli Filia przejrzała go jeszcze nim się w ogóle spotkali, to nie oznaczało, że taki stan rzeczy pozostanie niezmiennym.

                                      Przez chwile rozważał kwadrans popasu, ale odrzucił myśl. Łatwiej teraz zmusić się do aktywności, niż gdy ostygnie.

                                      Strzepnął ramionami dez- i re-integrując ubiór w bardziej odpowiedni do otoczenia. Nie rzucający się w oczy płaszcz i mieszczańska koszula. Obszedł rezydencję szerokim łukiem, podchodząc do niej od tyłu. Była… piękna. Pomieszkiwał w takich w Cheliax, ale nigdy nie miał takiej na własność, a stary Crawcolt miał go nawet nie jako “dom letniskowy”, ale rezydencję-więzienie.

                                      Schylony przemierzył pola winogron wchodząc głębiej i głębiej w ziemie posiadłości, wyciągając tylko Fisusia ponad uprawy, jak peryskop w podmorskich maszynach parowych gnomów. W tym momencie również nie nosił już swojej twarzy (ukrytej pod tworem zestawu do przebrań) a iluzja ubioru imitowała resztę służby.

                                      Na razie jego podchody pozostały niezauważone. Nie było widać ruchu na terenach wokół rezydencji, ani też w oknach, czy tarasach. Pozostało mu tylko teraz zdecydować jak wkraść się do środka. Przez okno czy drzwi do piwnicy, jak jakiś złodziej? Wdrapać się na balkon albo z buta otworzyć frontowe drzwi jak znamienity (i głupi) rycerz. Czy może jego srebrny język otworzy mu drzwi? Nie… nie miał zbudowanej legendy. Cokolwiek by wymyślił mogłoby zostać później sprawdzone i Zorya mogłaby na tym ucierpieć. Musiał pozostać duchem. Zobaczyć się tylko z nią. Drobne omsknięcia były dopuszczalne, ale nikt nie mógł się spostrzec, że jest spoza służby. Czyli nikt nie mógł przyjrzeć się jego twarzy.

                                      Najpierw musiał zlokalizować Zoryę. Ukradkowym krokiem maszerował, z samym Fisusiem, okazjonalnie wyglądającym ponad winoroślami. Ktokolwiek dojrzałby małego węża wystającego ponad uprawy musiałby uznać, że mu się coś przywidziało… Wedle rozmowy z Archibaldem pani Crawcolt mogła być w ogrodzie, w biblioteczce, czy studium jak to nazywali. Mniejsza szansa była na spacer wokół posiadłości, a najmniejsza, ale najbardziej uciążliwa, na coś zupełnie innego. Wtedy musiałby improwizować. Postanowił zacząć od najmniej inwazyjnej opcji. Ogród.
                                      Jakiekolwiek siły mu się przyglądały musiały mu obecnie sprzyjać. Lata ją trochę zmieniły, ale był pewny, że widzIał Zoryę siedzącą na ławce w ogrodzie, czytającą jakiś list.

                                      - Bogini Przeznaczeń… - szepnął z wdzięcznością spoglądając w niebiosa i przyłożył dwa palce do ust, by posłać nieistniejącej (wedle jego wszelkiej wiedzy) personifikacji złośliwości losu, pocałunek. Zwykle była wredną suką, więc należało jej się uznanie gdy obdarzała łaską. Strzepnął rękoma dez- i -reintregrując ubiór na bardziej odpowiadający służbie. Co prawda nie tej specyficznej, bo Zorya była pierwszą osobą z dworku którą znalazł, ale wciąż drastycznie mniej podejrzane niż kamuflujący płaszcz koloru błota, który przed chwilą miał.
                                      - Fisuś, stój na czatach.
                                      - Ayay - zasalutował wąż ogonem i popełzł krzakami w kierunku dworku, z której to strony najpewniej by przyszła służba gdyby miała się pojawić.
                                      A Khal… nagle poczuł ciężar w przeponie. Nie oczekiwał tak szybko jej znaleźć i… nie czuł się gotów.
                                      - Pizda…
                                      Warknął na siebie bardziej mentalnie niż nawet szeptem. Wiedział doskonale jak powinien ją podejść gdyby chciał ją uwieść. Wiedział jakich słów użyć gdyby coś od niej chciał. I niby technicznie mógł tak samo zacząć, ale… to było co innego. I to była przyjaciółka z poprzedniego życia. Choć ona sama pewnie widziała w nim niewiele więcej niż ofiarę niedoli. Projekt charytatywny który przyjęła jej matka. Z litości rzucała z nim piłką gdy ich matki rozmawiały.
                                      Zza płaszcza wyciągnął podkładkę, papier i pióro… Napisał słowa. Tylko ich kilka. Ale mniej słów często potrafiło znaczyć więcej. Zaraz potem z tej samej kieszeni wyciągnął inną kartkę. Ta była w pełni zapisana literami tak drobnymi, że ledwie czytelnymi. Zwiesił przy pasie małą różdżkę. Prostą, nawet nie na stopę długą, pozbawioną jakichkolwiek zdobień, z pominięciem stalowych okuć na końcach. Dla zwiększonej odporności.


                                      - Lady Zoryo - zwrócił na siebie uwagę, podchodząc od strony domu. Tak jak służba mogłaby przyjść. I głosem precyzyjnie odpowiadającym służbie mówił dalej - Nowy list przyszedł… - wręcz zaanonsował, wyciągając do niej rękę z dwoma kartkami papieru. Wyprostowane plecy, pochylona głowa i nawet pięść zaciśnięta na krzyżu perfekcyjnie imitowały wysokiej klasy służącego. Takiego jakich, spodziewał się, Zorya miała na swoje usługi we dworku.
                                      Kobieta odłożyła książkę, spoglądając na nowo przybyłego.
                                      - Tak, to ja. Jesteś nowym członkiem służby? - Zorya nie wydawała się zaniepokojona obecnością nieznanego mężczyzny. Pewność swego bezpieczeństwa, czy obojętność na zagrożenie?
                                      - Coś… w tym rodzaju - intencjonalnie przedłużył odrobinę wypowiedź, aby dać nie-definitywnie znać, że może być w nim coś więcej. Takie delikatne wprowadzenie potrafiło łagodzić reakcję.
                                      - List odnosi się również do tego.
                                      W jego głosie pobrzmiała zachęta by przeczytać. Pozwolił sobie przejść przed nią, by przyjąć postawę służącego po jej drugiej stronie. Tam gdzie zasłaniała go jabłoń i tylko z jednego okna w dworku byłby czysty widok na niego.
                                      Kobieta spojrzała najpierw na niego, później zerknęła na jedno z okien na piętrze willi.
                                      - Tak, masz jakieś dziesięć minut zanim mój pies strażniczy się zjawi. Kim jesteś i czego chcesz?
                                      - Jestem duchem z poprzedniego życia. Khal Frey, pewnie nie pamiętasz - powiedział i zmarszczył brew, gdy zrozumiał, że “zakładał najgorszy scenariusz”. Zrozumiał, że chciałby aby go pamiętała i wolał już założyć zawód, aby go umniejszyć.
                                      - Tacy byliśmy wtedy - wskazał ręką wzrost - Przede wszystkim chciałem dostarczyć list. Bo to jest coś co wiem, że tobie odmawiano, lady Zoryo. Potem chciałbym ustalić metodę która pozwoli mi, lub komuś wysłanemu przeze mnie, przekazywać między wami korespondencję. Następnie… dojdziemy do tego…
                                      - Khal... Frey? - kobieta się chwilę zastanowiła - Pamiętam cię... wygnali cię z Evercrest. Czemu... czemu to robisz? Po tylu latach, wracasz i pomagasz dawnym znajomym, którzy dla bezpieczeństwa nic nie mówili, kiedy skazywali cię na wygnanie?
                                      - Heh… - uśmiechnął się Viktor, czując… ciepło na sercu.
                                      “Pamięta mnie.”
                                      - Wiesz jak to jest… marznąć aż do kości? Starać się zasnąć, gdy palce są sine, a stawy sztywne? Całe ciało drży, starając się wykrzesać odrobinę ciepła, ale nie ma siły bo od wczoraj nic nie jadłaś? A jutro musisz mieć siły by dalej walczyć, bo każdy dzień to jest walka…
                                      Zamilkł na krótki moment, pozwalając Zoryi ujrzeć scenę. Nawet jeśli nie wierzył, by w połowie zrozumiała co naprawdę opisywał. Jakby miała?
                                      - Lady Barabi, wielka dama, o której usługi lepsi walczyli między sobą, kiedyś ulitowała się nad matką chłopca, co ze wszystkich sił walczyła by w rynsztoku nie skoczyć. Dała jej ciepłego materiału, z niezachwianą pewnością nazywając go odpadem. Mały Khali jej wtedy uwierzył. Khal dziś wie, że nie istnieje coś takiego jak odpad długi na trzy metry. Wiedziałaś, że bieda jest droga? Do tego czasu co roku kupowaliśmy kolejne szmaty, w których wciąż trzęśliśmy się nocą z zimna, a po sezonie już do niczego się nie nadawały.. Dla nas one wcale nie były tanie. Ten odpad… on dosłownie zmienił nasze życie. Pamiętam wiele dni i nocy w których nie byłem zziębnięty i nie byłem głodny dzięki niemu. Dzięki wam.
                                      - W mojej pamięci widzę cię jak ikonę. Jakbyście były święte. Za ten jeden fakt, że nie gardziłyście nami, za samą tę bezczelną impertynencję kalania waszych spojrzeń naszą niedolą. - Stare wspomnienia i urazy nadały jego głosowi jadowitego podźwięku, ale zaraz westchnął i znów miał miękki ton zatroskanego przyjaciela.
                                      - Byliśmy dla was ludźmi. Bliźnimi w potrzebie, gdy większość widziała w nas szczury, którym pozwalano żyć, póki nie rzucały się w oczy i łaską to nazywali. Pół świata przemierzyłem na wygnaniu, ale wróciłbym tu lata temu, gdybym wiedział jak ciebie potraktowano…
                                      Oczami wspomnień widział wyidealizowane obrazy przeszłości. Takie które ułomna pamięć przez dekady obdarła z każdej cząstki mroku, zostawiając tylko czyste, błyszczące iskry ułomków szczęścia, jarzących się kontrastem ze wszystkim co pamiętał o tamtych czasach. To nie były już nawet sceny, a bardziej pojedyncze obrazy, albo same idee. Jak grali razem. Jak przemyciła go do łaźni by zmył z siebie już niemal skamieniały brud, potem ubrała go jak człowieka i zabrała na zabawę z innymi dziećmi lepszych. Na krótkie momenty wprowadzało go do swojego świata i za to, na swój sposób, mały Khali kochał ją i poszedłby za nią w bój. Jak rycerz za dobrym władcą, bo stała się wtedy jedną z niewielu gwiazdek na niebie i póki ona na nim świeciła… świat był tego wart…
                                      Teraz zbyt dobrze ten świat rozumiał, by choćby i tysiąc takich gwiazdek mogło go rozświetlić, ale wciąż wiedział, że jeśli będzie trzeba… to zawezwie gniew piekieł i czaszkami jej wrogów, wybrukuje trakt wiodący ją wreszcie do szczęścia…
                                      Kobieta posmutniała.
                                      - Aż boję się zapytać, coś słyszał. Pewnie i tak w połowie nie jest tak dobrze... - westchnęła - I proszę, nie zgrywaj rycerza. Miałeś dostatecznie dużo własnych kłopotów, aby męczyć się moimi... chociaż...- spojrzała na list od matki, a Khal zauważył delikatną wilgoć zbierającą się w jej oczach - Powiedz... jak ma się mama? Widziałeś ją, a ja... - słowa przez chwilę utknęły jej w gardle - ja nie. Wszystko z nią dobrze?
                                      “Nie zgrywaj rycerza!?” - słowa ukłuły Khala jak nie powinny. Odsunął tę myśl. Zorya dość przeszła i może wręcz bała się już nadziei. Jej brak był potężną tarczą przeciw zawodom potrafiącym rozerwać serce.
                                      - Moje bolączki nie grają tu roli - zaprzeczył, ale musiał ukryć ból który chciał się przesączyć do głosu, gdy wspomnienie kopania grobu dla matki samo wydarło mu się z pamięci.
                                      - Zapamiętaj proszę co ci powiedziałem i przemyśl to później. Może zrozumienie, jak ważna była twoja dobrać dla małego Khaliego, przyjdzie później. Twoja matka jest silna. Trzyma się twardo i dopiero gdy rozpoznała kim jestem udało mi się wyprosić u niej by mi powiedziała co się z tobą stało. Jej warsztat i herbata którą mnie poczęstowała sugerują, że nie ma problemów z pieniędzmi i pracą. Wciąż wysyła do ciebie listy nie rzadziej niż co kwartał.
                                      Zorya pokiwała głową, silnie walczyła, aby nie rozpłakać się.
                                      - To.. to dobrze. Cieszę się, że się jej wiedzie. - wciągnęła i powoli wypuściła powietrze, aby uspokoić myśli - Co kwartał? Sądziłam, że chowa je przede mną... pewnie nawet pali. Więc, co teraz?
                                      - Przede wszystkim ustalamy metodę przekazu korespondencji. Dziś mi się poszczęściło, ale nie zawsze musi tak być. Jest jakieś miejsce, do którego masz w miarę swobodny dostęp, wiesz, że nikt ze służby tam zagląda i ktoś z zewnątrz może swobodnie zostawić i odebrać zostawiony list? Jakiś konkretny kamień, dziupla w drzewie, może cegła w murze jest luźna?
                                      Kobieta chwilę się zastanowiła. Spojrzała na rzędy drzew prowadzących do rezydencji.
                                      - Jedno z drzew w tym rzędzie. Jabłoń. - wskazała na pojedyncze drzewo o grubym konarze i gęstych gałęziach - Wisi na nim dom dla ptaków. Można otworzyć go od tyłu, nie dotykają go do czasu zimy, kiedy trzeba oczyścić go z brudu i gałązek.
                                      Viktor spojrzał na wskazane drzewo.
                                      - Chyba się nada. Dobrze szacuję, że tylko ze wschodniego skrzydła można by zobaczyć człowieka coś przy nim robiącego?

                                      - W porządku. Teraz trudne pytanie, ale muszę wiedzieć… kiedy odnajdę już Dorię i Philipa… w jakiś sposób udowodnię, że jestem od ciebie i powiem, że uwalniam was wszystkich od panicza Crawcolta by posłać na drugi koniec świata do nowego życia i mam ku temu możliwości... będą chciały ze mną pójść?
                                      Zorya zamrugała kilka razy i zaczęła płakać. Chwilę zajęło jej zanim się uspokoiła.
                                      - Ich nie ma w kraju... Wysłał ich do Numerii... boję się najgorszego...
                                      - Odnajdę ich - zadeklarował Khal z mroczną pewnością - To zajmie czas, nie wiem jak długo, ale nie jestem sam. Odnajdę ich i sprowadzę. Ale będę potrzebował abyś opisała mi wszystko co wiesz o wszystkim związanym z nimi, z ich dawcą nasienia, relacjami między nimi. O ludziach Crawcolta i jego partnerach. Każdy jeden skrawek informacji to możliwy trop. Nie mamy teraz na to czasu. Przemyśl to. Poświęć temu czas i zostaw te informacje w domku dla ptaków. Odbiorę je za tydzień, albo dwa i zostawię kolejny list. Ale teraz mi powiedz. Jakbyś zaczęła nosić nowy prosty, srebrny pierścień na palcu ktokolwiek by zwrócił na to uwagę?
                                      - Nikt nie zwraca uwagi na to co noszę. - zauważyła kobieta - Na pewno nie mój "luby"...
                                      Khal przytaknął i wyciągając zza pazuchy mieszek. Przyklęknął przed Zoryą na kolano, tak aby zasłaniała go od strony domu i wysypał z niego na swoją dłoń niemal dwa tuziny pierścieni. Srebrnych, stalowych, nawet kilka złotych. Niektóre były zupełnie bez ozdób, ale blisko trzecia część z nich nadawała się na obrączki.
                                      - Wybierz jeden który wygodnie leży ci na palcu - polecił, rozsypując wcale niemały stos na swoją drugą, przystawioną pierwszej dłoń.
                                      Kilka chwil później kobiet awybrała prostą srebrną obrączkę.
                                      - Rzucisz teraz jakieś zaklęcie na nią? Tyle mi obiecujesz, a i tak już tyle zrobiłeś, że nie zdziwiłabym się, gdybyś nie zaklął ją, aby zabiła każdego, kto zechce mnie skrzywdzić.
                                      - Będzie rodzaj zaklęcia… - przytaknął wybierając żelazny pierścień i zakładając go na własny palec. Pozostałe luzem wrzucił do podwymiarowej kieszeni pod ubraniem i uchwycił dłoń Zoryi, swoją własną kładąc na jej tak, że pierścienie się stykały. Był to ostrożny, ale nawet odrobinę czuły dotyk.
                                      - Tak się kończy pozwolenie szczurom poczuć się jak ludziom. Ego vos virum et uxorem nuncupo - wymruczał inkantację, a oba pierścienie na moment zrobiły się ciepłe. Odkaszlnął, odrobinę zmieszany i zajął swoją dawną pozycję, imitującą służącego z boku ławki.
                                      - Jakby przemoc mogła rozwiązać tę sytuację, to ta willa dziś by spłonęła do gołej ziemi, a ciała panicza nikt nigdy by nie znalazł. - odpowiedział, a pierwszy raz w jego głosie usłyszeć można było mrok… dostrzec można było, że Khal może mieć w sobie więcej niż łagodne słowa i wielkie deklaracje, ale na zawołanie… może też stać się potworem. Ale to było tylko wrażenie, prawda?
                                      - Jak jedno z nas zdejmie swój pierścień ten należący do drugiego pęknie. Niezależnie jak daleko od siebie będziemy. Możesz go przesuwać wzdłuż palca, ale utrzymaj go za paznokciem. Jak kiedyś poczujesz się zagrożona i będziesz chciała bym cię stąd zabrał to wtedy go zdejmij, a ja przybędę najszybciej jak będę mógł. To nie będzie oznaczało w żaden sposób, że porzucę poszukiwania Dorii i Philipa. Mam gdzie ciebie ukryć gdzie nikt cię nie dosięgnie… tylko będzie ciaśniej.
                                      - Może Cheliax? - zapytała Zorya - Nie rozumiem Piekielnego, ale rozpoznaje go kiedy go słyszę. Widzę, że daleko uciekłeś od naszych stron.
                                      - Jakbyś chciała wystarczyłby jeden list ode mnie, aby przywitano was tam z otwartymi ramionami - przytaknął - I tam akurat wcale nie mielibyście ciasno. Mam tam wiele nieodebranych przysług. Ta inkantacja to nie było nic mrocznego, jakbyś miała się o to martwić. Jedna z tamtejszych klasycznych formułek.
                                      - Jakby nas twój pies strażniczy miał zaskoczyć… Chciałabyś abym coś przekazał twojej matce?
                                      - Powiedz... że za nią tęsknię i że żałuję, że nie spotkała jeszcze swoich wnucząt. Pokochałyby ją. Nic mi nie grozi, ale do końca bezpieczna nie jestem.
                                      - Przekażę. Pomiędzy korespondencją na bieżąco i planowaniem twojego uwolnienia w dłuższym terminie… jest coś co mogę dla ciebie zrobić, aby ci trochę ulżyć? Cokolwiek… czy przynieść wypiek którego ci tu żałują, czy może ktoś ze służby bywa w Evercrest i przydałby mu się bardziej lub mniej poważny wypadek. Może jakaś konkretna książka, albo koszula nocna co twoja matka by uszyła? Albo łatwe do ukrycia ostrze, bądź nawet trucizna co wygląda jakby na serce ktoś umarł?
                                      - Nie! - odpowiedź kobiety była szybka i wypełniona strachem - Nie.. to tylko pracownicy. Niczego nie są winni. Jeżeli... jeżeli miałbyś uratować mnie... udałoby ci się zabrać i ich?
                                      - Hej, hejhejej… - spróbował uspokoić ją łagodnym tonem - Skoro byli dla ciebie dobrzy to nie spotka ich z mojej ręki krzywda.
                                      Khal zamilkł na chwilę. Rozważał.
                                      - To… drastycznie zwiększy ryzyko. Przemycenie czworga ludzi wymaga przygotowań. Dziesięciorga? Z wrogiem o takich funduszach i kruchym ego jak Crawcoltowie? Musiałbym to robić w transzach… W Cheliax mógłbym wam gniazdko uwić aby legalnie nie mogli was tknąć ani nawet szukać, ale znalezienie jednego z nich mogłoby doprowadzić pościg do was.
                                      - On... zabił już kilkoro... Próbowali mi pomóc uciec. Zabił ich na moich oczach... powiedział, że to moja wina. Gdybym ich nie prosiła o pomoc to by dalej żyli, pracowali by, zarabiali, jedli, pili, spali... zakładali rodziny. - łzy znowu zaczęły pojawiać się na oczach Zoryi - Jeżeli zniknę... to zabije i tych…
                                      Viktor skrzywił się. Na moment zimna nienawiść na nowo rozbłysła gorącymi iskierkami.
                                      - Zorya… moment w którym zobaczę powóz z tobą, twoją matką i dziećmi znikający za horyzontem na drodze do choćby Cheliax, daleko za granicami Rzecznych Królestw będzie momentem gdy ruszę po Crawcolta i pewnie w bonusie jego ojca. Moje możliwości i moja magia mają swoją mroczną stronę. Żaden z nich nie wyjdzie z tego żywy.
                                      Dziewczyna pokiwała głową, ale spojrzała twardo na Khala.
                                      - Ja... Ja nie chcę stąd uciekać! To mój dom. Tu wychowałam się. Chcę tu zostać, ale.. bez niego. Dasz radę?
                                      Viktor uniósł brew.
                                      - Nie. Nie w… - odmówił w pierwszej chwili, ale szybko zmienił ton -… uhh… rozumiesz, że zabicie Hieronima nie przejdzie bez echa, prawda? On ma rodzinę. Przyjaciół. Partnerów w handlu i postawiłbym duże pieniądze, że również w zbrodni. Uhhh… - podrapał się po brodzie dumając - Są pewne… opcje. Ale są… nazwijmy je “wątpliwymi”. Raczej nie są dla ciebie. Zapomnij, że coś mówiłem… Zobaczę jak to wygląda. Może karty dojdą nam do ręki w tej jednej kombinacji która na to pozwoli, ale… nie miałbym wielkich nadziei. Bardzo wiele elementów układanki musiałoby się ułożyć akurat na naszą korzyść…
                                      - Jakie opcje? - kobieta spojrzała na adwokata, zobaczył delikatny promyk nadziei w jej oczach.
                                      - Uhhh… To są… opcje dla ludzi nie mających już wiele nadziei. Niektórzy by powiedzieli, że dla ludzi złamanych. Opcja z której ja sam kiedyś skorzystałem, ale na przekór im wszystkim… nigdy tego nie żałowałem. Nie sugerowałbym ci iść aż tak daleko ja, ale jakbyś choćby przyjęła wiarę mojego patrona… dałoby mi to pole manewru. I wierzę, że za moją namową byłby chętny kiwnąć palcem w naszej sprawie…
                                      Khal mówił powoli. Niby bezwiednie, ale tak naprawdę głęboko wpatrując się w jej mimikę, w jej stan emocjonalny i reakcje oceniając, czy była gotowa usłyszeć co miało nadejść kolejne. Była.
                                      - Proszę. Zanim wyciągniesz o mnie pochopne wnioski… daj mi wyjaśnić. I pamiętaj, że ja nigdy nie chciałem tego tematu poruszyć… Mój patron to Kozioł Ofiarny. Piekielny Lord surowego prawa oraz porządku, do którego ono prowadzi. Nie kojarz go w żaden sposób z Asmodeuszem czy innymi diabłami. Tu nie ma miejsca na ofiary z niewinnych, nie ma picia krwi, nie ma prawie nic co ludziom kojarzy się gdy słyszą o piekłach. W społeczności wymarzonej przez niego prawo trzyma w ryzach potężnych, by nie śmieli oni nadużywać swych przywilejów. W tej społeczności, każdy jeden Hieronim dostałby to na co zasłużył i to byłoby to dokładnie to co sobie wyobrażasz. A potem wszyscy następni Hieronimowie sami trzymaliby się w ryzach z czystego instynktu przetrwania.
                                      - Nie namawiam cię do przyjęcia jego patronatu. Jedynie przedstawiam ci opcje…
                                      - To... to dużo. - kobieta chwilę się zamyśliła i delikatnie prychnęła - Ironia. Twoją matkę fałszywie skazano za konszakty z diabłami, a teraz ty szerzysz wiarę w jednego.
                                      - Znaleźli diabła gdzie go nie było. Tym sprowadzili na podwórko prawdziwego.
                                      Przytaknął jej ironi.
                                      - Ale czuję potrzebę powtórzenia się… nie kojarz mnie a asmodeanami, czy belzabubitami ani innymi. Nie mam z nimi nic wspólnego i z Azazelem połączył mnie mój zawód.
                                      - W Cheliax znają mnie jako Viktora Goodmanna. I Viktor Goodmann jest trzecim Piórem… znaczy się adwokatem, w Cheliax. W Isger nie ma ode mnie lepszych. Gdy tam dotarłem, ponad dwie dekady temu, na wiele lat popadłem w obsesję ucząc się prawa. Katalogując scenariusze jak mógłbym… ją… wybronić spod tych zarzutów. - Viktor odkaszlnął, by przegonić słabość zdradliwie pobrzmiewają w jego głosie - Albo jak mógłbym posłać Yasperhyde’a i Blackfyre’a na szubienicę za to co zrobili. Nigdy nasze ścieżki by się nie przecięły gdybym nie został wygnany.
                                      - No... pomyślę o tym. Może później będziesz mógł mi powiedzieć więcej. Na razie... lepiej już idź. Za chwilę kończy się moje pół godziny prywatności.
                                      - Brak decyzji jest bezpieczną decyzją - wpół przyznał, wpół pochwalił Khal - Może wydarzenia się ułożą na naszą korzyść. Mój agent stoi na czatach i bym wiedział jakby ktoś nadchodził. Te pół godziny… zawsze jest o tej porze dnia? Czy to była figura liryczna?
                                      Zorya pokręciła głową.
                                      - Urocze, prawda? Mam rutynowy czas dla siebie. - westchnęłą - Po nim, mój cień zacznie za mną wszędzie chodzić.
                                      - Plugawe. Ale ułatwi nam przyszłe spotkania, skoro wiem, że mogę oczekiwać tego momentu. Może nawet okaże się, że domek dla ptaków będzie zbędny, ale zobaczymy… Za tydzień, maksymalnie dwa znów się pojawię. Miej dla mnie wtedy wszystko co myślisz, że może mieć cień szansy na jakikolwiek trop by znaleźć twoje dzieci, lub dorwać po cichu Hieronima i przygotuj list dla matki. Bardzo chciałaby więcej od ciebie usłyszeć. Mam niewidzialny atrament. Taki co w kilku minutach na powietrzu utlenia się i znika, a wywołanie go wymaga odpowiedniej alchemii. Jeśli zdarza im się przeszukać twoje rzeczy to ci go zostawię i nim będziesz zapisywała wszystkie wiadomości na drugiej stronie kartki, z nie-podejrzanym tekstem. Zostawić ci go?
                                      - Nie potrzeba. Wiem, gdzie chować rzeczy, które nie chcę, aby były znalezione. - spojrzała jeszcze raz na swoją rezydencję - Lepiej już idź. Za dwie minuty wyjdzie przez boczne drzwi.
                                      - Nie będzie miał szans mnie zobaczyć. Do zobaczenia, Zoryo. Pomimo tego wszystkiego… dobrze było cię zobaczyć.
                                      Khal przymknął oczy, gdy mruczał krótką inkantację, dłoń w magiczny sygil i zaczął się rozmywać. Łata, po łacie okrywał się płaszczem niewidzialności aż nic już nie zostało.

                                      W ostatniej godzinie galopu Viktor pożałował śniadkowi odnowienia, bo zachował ostatnie dla siebie, więc gdy przejeżdżał przez bramę oboje byli już w parszywym stanie. Odstawił klacz do stajni i dopiero wtedy potraktował się modlitwą. Momentalnie ból pleców, mięśni a przede wszystkim miednicy kryjącej się pod czterema literami minął. Nagły brak dyskomfortu uderzył go rzeczywistą przyjemnością jak…
                                      Uśmiechnął się zadziornie do myśli. Definitywnie był na głodzie. I to z własnej, do stu piekieł, winy! Nie, nie winy. Gorzej: decyzji.

                                      Przed obiadem w Purpurowym Indorze odwiedził łaźnie Popielnego Dworu, przemierzając jego próg nosząc twarz i ubiór kogoś innego. Człowieka który nigdy nie istniał. Nie chciał ułatwiać pracy prawdopodobie-Ihaili. Jeśli wciąż go obserwuje to nie ma potrzeby zbyt szybko wykluczać dla niej opcji “może nie opuszczał Dworu aż do popołudnia”.

                                      Nie nadawał się na żadne spotkania śmierdząc ośmioma godzinami podróży. I nawet jak fizycznie czuł się już dobrze, to mentalnie był wykończony wielogodzinnym dyskomfortem. Mimo to, gdy wysiadał z wozu pod Indorem wyglądał bardzo reprezentatywnie.
                                      - Mistrzu Goodmann! Perfekcyjna punktualność - w ćwierć zakrzyknął Serg, a towarzyszyła mu prześliczna brunetka w sukni kolorów sienny i bordo.
                                      - Sędzio Malm - Viktor uścisnął wyciągniętą rękę, ujmując go za łokieć, w swojskim geście - Kiepski byłby ze mnie prawnik bez niej, ale to historia na za chwilę… - stwierdził przyjemnym głosem, spoglądając znacząco na kobietę.
                                      - Przedstawiam ci moją małżonkę, Varię. Vario, to jest prawnik z Cheliax, o którym ci mówiłem. Mistrz Viktor Goodmann.
                                      - Uhuh… jakbym ostrzeżony został o obecności… - pochylił się całując Varię w wierzch dłoni… to nie był zwyczaj Evercrest z wyłączeniem najwyższych sfer - … tak zjawiskowych istot dwa razy bym przemyślał dobór mojej dzisiejszej kreacji - głos miał niski i przyjemny. Spojrzenie żywe i przeszywające.
                                      Odstąpił pół kroku w tył, nim rumieniec na policzkach mógł zostać dostrzeżony przez kogokolwiek mniej obytego w czytaniu kobiet niż sam Goodmann.
                                      Spojrzenie Viktora powróciło do Serga
                                      - Pozwolicie, że zachowam się nie do końca w zgodzie z savoir vivre’m kulinarnym, ale naprawdę… umieram z głodu - zadeklarował z aktorską dramaturgią spoglądając na wejściowe drzwi Purpurowego Indora…

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                        #44

                                        Nim opuścił swój pokój, gnom zaczął dzień od rytuału. Sięgnął do talii i wyciągnął kartę.

                                        Żart. Karta przedstawiająca rozbawionego olbrzyma… prawdopodobnie ettina i barda odpowiadającego mu dowcip. Karta oznaczająca przeciwności które dało się pokonać nie siłą, a sprytem i charyzmą. Czy takie właśnie zadanie czekało gnoma? Czas pokaże.
                                        Na razie nastał czas przygotowań do posiłku.

                                        Pierwszym spotkaniem w jego planach była rozmowa z najemnikami i ta… przebiegała satysfakcjonująco. Zaczęli zadawać pytania, które miały sens. I Baltizar oczywiście się ich spodziewał.
                                        - Ten tego… przyjdzie nam się zmierzyć z alchemikiem poszukującym nieśmiertelności. Ma dwunastkę zmutowanych pomagierów i trzeba przejść przez plemię goblinów, by się dostać do jego siedziby będącej podziemnym laboratorium. - zaczął wspominać gnom głaskając się po brodzie. - Filia ma zorganizować siły w liczbie circa dwudziestu- trzydziestu chłopa. I pewnie zna więcej szczegółów. I będzie czas by się wywiedzieć. Do siedziby tego szaleńca jest ze dwa dni drogi.-
                                        Po czym spojrzał na Inariona. - Będzie więc czas na przygotowanie odpowiednich zaklęć, obmyślenie taktyk, zadanie pytań przywództwu tej wyprawy. No i pamiętajcie…- uniósł palec. - Nie jesteście częścią sił Filli. Tylko samodzielną grupą podległą mnie i pilnującą mego zadka. Przyznaję, zadanie niewdzięczne, bo jej zadek pewnie ładniejszy. Niemniej my się z nią sprzymierzymy, a nie będziemy całkowicie podlegać. Nie rozrzucę was po jej zbieraninie.-
                                        Odpowiedź gnoma trochę uspokoiła grupę. Ponownie odezwał się elf.
                                        - Czy ta misja zastępuję tą, dla której nas zatrudniłeś, czy nią się zajmiemy po zakończeniu tego zadania?
                                        - Nie. To ta misja. Ponoć właśnie ten szaleniec jest winny owych śmierci.- zaprzeczył gnom z uśmiechem.- Więc to jest ta misja do której was zatrudniłem. Po prostu zrobiła się nieco łatwiejsza. Uważam za uśmiech losu, to że podczas szarży na goblinów będzie nas więcej.-
                                        - Ty masz jakiś plan, czy zdajesz się na nasze doświadczenie w tych sprawach?
                                        - Na wasze i Filii. Zapewne wiecie o niej więcej niż ja. Niemniej z tego co słyszałem o niej… zna się na robocie. - wzruszył ramionami. - Ja jestem tylko bajarzem. Będę trzymał się z tyłu i was zagrzewał do boju. Gdybym się w walkę włączył, byłbym dla was obciążeniem.-
                                        Bajarzem łażącym z dwoma potworkami, jednym dziwniejszym od drugiego… ale ten fakt Baltizar pomijał.
                                        - Więc jesteś bardem? Słyszałem, że niektórzy z twojego zawodu znają się na magii zaklinania lub iluzji.
                                        - Jestem bajarzem… - poprawił go gnom. - Żaden ze mnie bard. Mogę sobie przywołać niewidzialnego sługę do pomocy… acz wątpię by to było użyteczne na polu walki.-
                                        Elf przez chwilę przyglądał się gnomowi.
                                        - Przywoływacz? No to jakieś zaklęcia potrafisz. Czy faktycznie masz zamiar siedzieć z tyłu i pozwalać nam przecierać ci drogę? Po prostu chcę wiedzieć jak rozplanować nasze podejście. Przeważnie wysyłamy tych dwóch przodem. - tu wskazał na braci barbarzyńców - Nasz alchemik zajmuje się utrzymaniem ich przy życiu, a ja przeszkadzam przeciwnikowi.
                                        - Zdolność rasowa bardziej, potrafię jeszcze umm… podnosić małe przedmioty magią.- przyznał Baltizar i uśmiechnął się.- I nie sądźcie że będę pławił w sławie waszym kosztem. Wprost przeciwnie. Jestem pewien że dołączę do swojego repertuaru opowieść o waszych szlachetnych czynach. Po prostu pozwolę wam wykonywać robotę i nie będę przeszkadzał. Nie widzę też powodu, by… mój udział w ewentualnych łupach był proporcjonalny do mego udziału w boju. Tak naprawdę interesują mnie tylko księgi i to w dodatku tylko te niemagiczne. Nie obchodzą mnie czary i zwoje. Jedynie historia i opowieści.-
                                        Grupa zerknęła na siebie, ale wzruszyli jedynie ramionami.
                                        - Zrozumiano. Wiesz GDZIE zmierzamy? Może uda nam się coś wywiedzieć zanim tam dotrzemy.
                                        - Tego nie wiem, ale wieczorem spotykamy się z Filią, to wtedy się dowiemy.- przyznał ze wstydem gnomem.- Obawiam się że jestem raczej nowicjuszem w tym całym bohaterskim interesie. Dotychczas tylko opowiadałem bohaterskie historie… nie znam się na stronie organizacyjnej takich przedsięwzięć.-
                                        Elf westchnął.
                                        - No dobrze, to chyba wszystko. Więc widzimy się wieczorem.
                                        - Jedna kolejka na mój koszt, najlepszego piwa. Za powodzenie naszej wyprawy.- zaproponował entuzjastycznie gnom na zakończenie spotkania. Zawsze warto kupować sobie sympatię takimi prostymi gestami.

                                        Spotkanie z bibliotekarką świątynną, było natomiast niespodzianką. Nawet całkiem miłą. Gnom na początku zaśmiał się słysząc słowa dziewczyny. Nieco ironicznie, nieco serdecznie.
                                        - Obawiam się że mały gnom, to słaby materiał na bohatera. Nie, nie, nie… owszem jadę na tą wyprawę, ale to nie ja będę toczył boje i popisywał się bohaterstwem. Mnie przypadnie skromna rola kronikarza szlachetnych czynów innych. Jestem mistrzem słowa, nie miecza i… między nami mówiąc.- mruknął poufale na koniec. - Brzydzę się przemocą.-
                                        - Niestety, przemoc jest częścią natury śmiertelników. Do tego wiele legend kręci się wokół przemocy, krwi... i seksu. - odpowiedziała pokazując psotnie język - Jednak chętnie się powymieniam z tobą opowieściami. Jestem oczytana, a ty pewnie pamiętasz więcej niż ja miałam okazję zapomnieć.
                                        - Wiem, znam opowieści dotyczące zarówno przemocy i krwi i seksu. W zależności od tego który temat jest dla panienki szczególnie ekscytujący. - odparł żartobliwym tonem Baltizar. - Jak dobrze pójdzie to przywiozę z tej wyprawy nową opowieść. A ciekaw jestem tutejszych legend.-
                                        - Mamy ich kilka. Evercrest nie jest oczywiście tak starym miejscem, aby wyrobić sobie własne opowieści. Z tych co słyszałam i pamiętam, to upadek krasnoludzkiej twierdzy. O lokalnych Fae, chociaż miasto nie ma z nimi problemu.
                                        - Interesujące… acz nie wspomniałaś jakie ciebie interesują historie. - odparł uprzejmie gnom gestem dłoni zapraszając Dari do stolika w sali jadalnej.
                                        Dziewczyna się delikatnie zarumieniła.
                                        - Ckliwe romanse. - przyznała i schowała twarz w dłoniach chichocząc - Wiem, wiem, "Baba romansidła lubi"... ale coś po prostu mnie bawi w czytaniu ich. Kiepskie dialogi, albo niedorzeczne sytuacje.
                                        - Oczywiście znam takie historie, aczkolwiek… większość z nich doprawiona jest szczyptą…- gnom pogłaskał się po brodzie. -... dosłownej erotyczności. Zabawne jest to, jak wiele niewiast woli pieprzne opowieści. Niemniej jeśli ta kwestia uraża twoje uszy, to zostanie pominięta podczas ich opowiadania.-
                                        - Pewnie czytałam gorsze. - uspokoiła gnoma dziewczyna z uśmiechem - Z ciekawości, jak bardzo pikantne znasz?
                                        - Jest pewna historia o księżniczce i księciu i tajemniczym loszku… - wyjaśnił Baltizar wspominając. - i rozkoszach związanych z linami… raz to książę jest więźniem, raz księżniczka… w zależności od fabuły. Ale zawsze są liny i pejcze i pomysły godne wyznawców Calistrii. Nomen omen… mężczyzna który mi ją opowiadał był chyba związany z jej kultem.-
                                        Dziewczyna uśmiechnęła się.
                                        - Och, "Tysiące i jedna rozkosz Książęcej Piwnicy". Znam ją. Czytałam kilka wersji, w jednej byli rodzeństwem, w innej z wrogich sobie domów. - Dari się zamyśliła - "Noc kolorowego pierza", uważana przez kościół Shelyn za pogranicze herezji. Ogólnie nowo pobrana para, uprawia miłość w tak piękny i sensualny sposób, iż bogini piękna sama schodzi na plan śmiertelny, aby doświadczyć tego.
                                        - Interesujące…” odmawiać” bogini doznań, którym patronuje.- skomentował to żartobliwie gnom i dodał. - Oczywiście moje “Tysiące…” są deczko lepsze od innych. Ja widziałem taką piwnicę i jej wyposażenie. Opowieść jest lepsza, gdy jest się świadkiem wydarzeń, więc… dlatego wyruszam z bohaterami na wyprawę.-
                                        - Mam nadzieję, że wrócicie z niej zwycięsko. Ten potwór, który gnębi naszych mieszkańców musi zapłacić. - mina kobiety sposępniała - Wśród porwanych jest jenda z sióstr świątyni. Proszę daj nam znać, jeżeli uda wam się ją ocalić.
                                        - Ja też liczę na to, że tak liczna grupa bohaterów, zarówno miejscowe siły jak i awanturnicy poradzą sobie. - odparł z nadzieją w głosie gnom. - Wolałbym nie być świadkiem tragedii. Pomogę im ile będę w stanie. Niestety moja rasa nie rodzi osobników o dużym wzroście i sporej sile… a ja nie jestem… szczególnie dobrym wojakiem. Niemniej postaram się ciebie zawiadomić po powrocie o tym jak przebiegała wyprawa i… będę się rozglądał za nią.-
                                        Zamyślił się. - Może jeszcze znajdę też czas na występ w świątyni przed wyruszeniem na wyprawę. Nie mam dziś wielu innych spraw do załatwienia, poza oczywiście odwiedzeniem siedziby straży miejskiej.-
                                        - Bylibyśmy zaszczyceni. - zapewniła Dari - Masz jakąś konkretną opowieść na myśli?
                                        - Dobieram opowieści do zgromadzonej widowni, więc jeszcze nie wiem jaką wybiorę. A jaką historią ty byś mnie zaszczyciła?- zapytał gnom.
                                        - Hm...- spojrzała na karczmę Otto pod którą stali - Hm.. chciałbyś usłyszeć o "Popielnym Dworze"? Otto wybrał nie lada imię dla swego przybytku.
                                        - Z chęcią… ciekaw jestem jakie to miejsce zainspirowało go do tak… jakby to ująć… niecodziennej nazwy. Popielny Dwór to dziwna nazwa dla karczmy… nie kojarzy się gościnnie. - przyznał Baltizar.
                                        - Zdziwiłbyś się. - zaczęła elfka - W całym Pierwszym Świecie nie ma miejsca bardziej gościnnego. Popielny Dwór leżał w samym sercu Pustkowi Potrzeby, szerokiego obszaru, ciągle zmiennego, jednak z jednym constansem. Nic tam nie rosło, woda była nie do picia, zwierzyna omijała to miejsce, nawet Fae od niego stroniły. Nagle, w miejscu Pustkowi wyrósł las, olbrzymi, z fantastycznymi drzewami i nie tylko, jak w każdym zakątku Pierwszego Świata. Tu jednak rośliny pożerały zwierzęta, a zwierzęta na tyle silne, aby pokonać rośliny zjadały też siebie nawzajem. W samym środku lasu stał Popielny Dwór, królestwo Popielnego Króla i Królowej Gnicia. Każdy kto tam przybył, mógł znaleźć schronienie, jedzenie i trunki wszelkiego rodzaju i uciechy o jakich tylko byś mógł pomyśleć. W zamian, po trzech dniach, Król zaprosił cię na łowy. Miałeś dwa dni, aby razem z Królem upolować godną zwierzynę inaczej, ty byś się nią stał. - Dari się uśmiechnęła - Legendy głoszą, że Popielny Król jest jednym z bardziej stabilnych Najstarszych, nie wiadomo ile w tym prawdy.
                                        - Mhmm… to urocza opowieść, bardzo… interesująca. - przyznał gnom po zastanowieniu. - Więc… ten Dwór nadal tam istnieje?-
                                        - Właśnie nie. Legendy mówią, że z jakiegoś powodu Królowa Gnicia uciekła z Dworu, a Król wyrwał swe królestwo z Pierwszego Świata, rzucając go, aby podróżować po planach.-
                                        - To interesująca historia… bardzo romantyczna i tragiczna zarazem. - przyznał bajarz rozmyślając. - Brakuje jej detali… i trzeba by dopisać parę wątków. Opowieść nie może być tak niejasna. Acz chyba ta nie jest powszechnie znana w mieście, nieprawdaż?-
                                        - Otto zna ją lepiej. - przyznała Dari - Więc możesz dopytać jego. Sama opowieść nie jest znana, Fae nie cieszą się popularnością tak blisko Skradzionych Ziem.
                                        - Otto? Od niego więc ją usłyszałaś?- zapytał zaciekawionym tonem Baltizar.
                                        - Nie, moją wersję znalazłam w jednej z książek o Pierwszym Świecie. Pokazałam ją mu raz, aby powiedział, czy to go zainspirowało do nazwy. Zaśmiał się i powiedział, że tak okrojona bajka, nie zainspirowała by go do otworzenia wychodka pod tą nazwą. - dziewczyna się delikatnie naburmuszyła - Powiedział, że może kiedyś mi opowie całą historię, ale jeszcze to nie nastało.
                                        - Hmm… możliwe więc, że za młodu był uczonym, który… za bardzo związał się z jakąś uczennicą z dobrego domu. To by tłumaczyło jego wiedzę, pieniądze które potrzebowałby na wybudowanie takiego przybytku i… córki.- zaczął gdybać gnom uznając za uprzejmość odciągnięcie podejrzeń dziewczyny od prawdy.
                                        - Nikt nigdy nie pytał. - przyznała dziewczyna - Chociaż "Popielny Dwór był tu zawsze", jest najczęstszą odpowiedzią co do przybytku. Może odziedziczył po kimś i zmienił nazwę? Co do córek... chyba adoptowane. Niepodobne ani do niego, ani do siebie... Do tego.. no one wyglądają na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć. On nie wygląda jakby dochodził do czterdziestki. Wiem, że ludzie płodzą się młodo, ale chyba nie aż tak.
                                        - Domieszka elfiej krwi potrafi u mieszańca zachować bardzo długo młody wygląd. Nawet jeśli jest on potomkiem elfa z trzeciego czy czwartego pokolenia. - odparł gnom przyglądając się Dari.- Zresztą jeśli chodzi o urodę, to ty też masz się czym pochwalić. Zakładam że do biblioteki zachodzą i młodzieńcy, przyciągnięci twoją uroczą osóbką?
                                        Gnom postanowił zmienić kierunek rozmowy bacznie przyglądając się Dari.
                                        - Och, przestań. - elfka trąciła gnoma w bok - Tutejsza młodzież boi się słowa pisanego jak ognia, musieliby się zainteresować biblioteką, aby o mnie usłyszeć.
                                        - Ich strata…- wzruszył ramionami Baltizar. Po czym zamyślił się.- A więc… jestem ci winien opowieść. -
                                        Po tych słowach zaczął opowiadać historię o kochankach przeklętych przez los. On nisko urodzony człowiek księgi, ona szlachcianka. Młoda i piękna. On ją uczył wiedzy i pokazywał piękno świata, ona jego kusiła pięknem. Zakochali się i czynili potajemne schadzki, pod nosem zazdrosnego cerbera… kapitana straży, który również się w niej podkochiwał…
                                        Dziewczyna westchnęła.
                                        - Uwielbiam tego typu opowieści. Trójkąt miłosny, tajne schadzki... Pamiętam czytałam jedno romansidło. On wampir, ona ludzka dziewczyna i drugi on, wilkołak. Proza nienajlepszego gatunku, ale cieszyła się popularnością.
                                        - Bardzo naiwne… bo wampir to impotent, a wilkołactwo to choroba.- zaśmiał się gnom sarkastycznie.
                                        - Słyszałam, że niektórzy pisarze wykorzystują wampiry, aby zaprezentować mroczne aspekty seksu, a wilkołaki te bardziej brutalne. - elfka wzruszyła ramionami - Pełno jest opowieści o elfkach, które popadły w melancholie po śmierci ludzkiego kochanka, czy smokach, które tworzyły harem, aby spłodzić armię pół-smoków.
                                        - Jeśli chodzi o elfy… i smoki, to obie sytuacje są jak najbardziej realne, choć w przypadku smoków brak tu romantyzmu… tylko pragmatyzm. Osobiście nie zawierzyłbym bezpieczeństwa swojego leża koboldom, potomek półkrwi jest bardziej godny zaufania.- ocenił Baltizar.
                                        - Potomek smoczej półkrwi. - zaznaczyła elfka - Więc, ja bym nie zostawiła mu złotej folii do pilnowania. Chodziło mi, że śmiertelni poszukują różnych form romantyzmu i erotyki, ale nie zawsze potrafią ją przedstawić przy pomocy zwykłych aktorów. Elfy znane ze swej długowieczności, przekazują obraz straty silniej niż powiedzmy, półorczyca, która umrze w wieku 40 lat.
                                        - Wydajesz całkiem obeznana w temacie takiego romantyzmu i erotyki, czyżbyś cię to szczególnie pociągało? - zaciekawił się gnom.
                                        - Po prostu zaczęliśmy od romansów. - zaczęła się bronić elfka - Analizuję wszelką literaturę. Trendy, motywy.
                                        - Analizujesz jedynie? Powinnaś kiedyś pomyśleć nad porównaniu rzeczywistości z literaturą. Opisów z prawdą. - odparła pozornie obojętnie gnom, dobrze się bawiąc tym prowokowaniem elfki. - Dobrze mieć doświadczenia z różnych źródeł.
                                        - Och? A poleciłbyś jakiegoś eksperta od rzeczywistego romansu i erotyki? - elfka najwyraźniej nie zamierzała być dłużna w prowokacji.
                                        - Skromność nie pozwala mi polecić siebie.- odparł żartobliwie bajarz. Pogłaskał się po brodzie. - Wyruszam na wyprawę z wojakami, więc pewnie przy ognisku nasłucham się o ich podbojach. Będę miał więc kogo polecić jak wrócę.-
                                        - Będę czekać. Kogoś delikatnego proszę, potrzebuję jasności umysłu, aby zanotować porównania.
                                        - Zobaczę co da się zrobić.- odparł z uśmiechem gnom.

                                        Rozmowa z Dari była tylko rozrywką, trywialną i bez znaczenia. Teraz zaczynała się praca. Baltizar w towarzystwie swoich dwóch nienaturalnych ochroniarzy ruszył na poszukiwanie siedziby straży. Nie była to szczególnie trudna misja. Ot, wystarczyło zapytać najbliższy patrol gdzie się udać. Niemniej gnom nie miał jeszcze planów co do rozmowy w samej siedzibie. Wiedział tylko jakie powinien sprawić wrażenie. Wynurzające się z cieni miejskich wielkie ślepia i paszcze tego nie ułatwiały… ani szepty.
                                        - Zamknij się.. i tak ciebie nie słucham… wdepczę każde twoje oko w piasek… zobaczysz.- syczał cicho pod nosem.
                                        - Zobaczysz... zobaczysz... zobaczysz... - szepty szyderczo powtarzały słowa gnoma - Widzimy... widzimy... widzimy…
                                        - Gówno… widzicie.. gówno potraficie docenić.- mruknął cicho Baltizar pod nosem rozglądając się za patrolem straży miejskiej.
                                        Nie zajęło długo nim ujrzał czterech strażników przemierzających ulicę. Rozmawiali ze sobą, chociaż ciągle się rozglądali po bocznych uliczkach i ciemnych zakątkach.
                                        Gnom podszedł do nich dziarskim krokiem stukając głośno laską by zagłuszyć szepty i zapytał.
                                        - Wybaczcie że przerywam dysputę, ale… w którym kierunku mam się udać, by dotrzeć do siedziby straży miejskiej? - zapytał wprost.
                                        Strażnicy zerknęli na gnoma i zwierzyniec z nim podróżujący.
                                        - Do głównej? Znajdziesz ją przy placu głównym. - jeden ze strażników wskazał odpowiedni kierunek - Czegoś, albo kogoś konkretnego szukasz?
                                        - Komendant straży… Filia ma na imię?- bardziej zapytał niż stwierdził Bajarz.
                                        - To dobrze, że doprecyzowałeś. Lady Filii nie ma na komendzie. Musisz udać się przez Główną Bramę poza miasto. Jakieś sto metrów od murów zbiera ludzi na dzisiejszą wyprawę. Ty jesteś jednym z tych awanturników, którzy się z nimi wybierają?
                                        - Niezupełnie. Tak się składa że opłacam taką jedną grupę.- przyznał gnom gestem dłoni przywołując Jogmetna do siebie.
                                        Dosiadł zwierzaka niczym wierzchowca i skierował w kierunku bramy miejskiej.
                                        - Dziękuję za informację.- rzekł do straży i głosem pogonił swojego wierzchowca.- Ruszamy Jogmeth.-
                                        A drugi “ochroniarz” wzbił się w powietrze szeleszcząc kartkami, gdy Jogmeth od razu rzucił się do biegu radosny z faktu, że nie musi dalej powoli truchtać.

                                        Podróż nie zajęła gnomowi długo, kiedy dotarł do obiecanego obozu Straży Miejskiej trochę się tam działo. Naliczył około trzydziestu chłopa, w pełnym rynsztunku, szykujących wozy i konie, widział też najwyraźniej komendant. Nie miał pojęcia jak wygląda, ale stała i krzyczała rozkazy na każdego kto się zbliżył, więc najpewniej ona tu dowodziła.
                                        Uniosła brew kiedy ujrzała gnoma zbliżającego się na dużym ogarze.
                                        - Tak? W czym mogę pomóc? Jesteśmy tu trochę zajęci.
                                        Gnom wpierw rozejrzał się po tej zbieraninie oceniając z kim ma do czynienia. Czy są to poszukiwacze przygód potrafiący się łatwo dostosować do sytuacji ale niekoniecznie karni. Czy raczej regularna wojskowa formacja… czy też… może zbieranina chętnych na zarobek, ale niekoniecznie na pierwszą linię rzezimieszków.
                                        Bardziej niż regularne wojsko, formacja wyglądała jak większa grupa strażników miejskich. Ci jednak wydawali się dobrze wytrenowani i wyposażeni. Może jakaś specjalna grupa na ciężkie misje. Ciężko uzbrojeni.. acz na bliskie dystanse. Dobrze… będą solidną ścianą za którą Baltizar będzie mógł się ukryć… w wielu znaczeniach tego słowa.
                                        - Ach tak… nazywam się Baltizar, jestem Bajarzem i zatrudniłem paru ludzi którzy mieli zmierzyć się z problemem trapiącym okoliczne osady. Problemem z którym ty się zamierzasz zmierzyć. Przybyłem zadeklarować, że oddaję moich podwładnych pod twoją komendę, ale że… nie znam sprawy aż tak dobrze jak ty pani, to ktoś będzie musiał im sprawę dokładniej wyłuszczyć. - odezwał się do kobiety po rozpoznaniu sytuacji.
                                        Ta przyjrzała mu się dokładnie, zerkając nie jeden raz na psa.
                                        - Ty jesteś tym gnomen co przybył razem z Khalem, czy tam Viktorem, prawda? On nie powiedział ci jaki jest plan?
                                        - Pani… ja jestem bajarzem, nie oficerem. - wzruszył ramionami gnom. - Ze mnie pożytku na polu bitwy nie będzie. Poza tym wolałbym nie pomieszać faktów, przekazując informacje. Lepiej by dowiedzieli się z pierwszej ręki.-
                                        Kobieta westchnęła masując nasadę nosa.
                                        - Tego mi jeszcze brakuje... spektatora i bandy awanturników. - sięgnęła do dłoni obracając jedną srebrną obrączkę na palcu wskazującym - Widzisz tych najemników, co ich gnom przygarnął? - przez chwilę wydało się jakby czegoś nasłuchiwała - Idą z nami, a ich szef nic nie wie. Wytłumacz im sytuację. - puściła obrączkę i spojrzała na Baltizara - Załatwione, twoi ludzie zostaną poinformowani o planie i naszej strategii. Poinformuję, że atakujemy bazę alchemika znajdującą się głęboko w starej kopalni. Chcesz ruszać z nami, czy pozostaniesz na górze?
                                        - Ruszę z wami. Z tyłu, by nie przeszkadzać. Chcę być świadkiem pogromu zła. Będzie z tego piękna opowieść.- odparł gnom i szybko dodał.- Proszę się nie martwić, znam swoje ograniczenia. Umiem dbać o swoją skórę i nie wchodzę w paradę fachowcom. Dlatego się nie wtrącam w te plany… dobrze wiem że strateg że nie żaden i nie muszę masować swoje dumy udawaniem przywódcy. Nie sprawię problemów.
                                        - Radzę więc nauczyć się jakiś sztuczek, z których będzie pożytek na polu bitwy. - odparła komendant - To nie jakaś przechadzka po opuszczonych ruinach. Spodziewamy się plemienia goblinów, a to oznacza też jakąkolwiek zwierzynę, którą tam trzymają. Plus alchemik i jego abominacje. Nie poświęcę ludzi, aby cię pilnowali, a na twoim miejscu nie liczyłabym bardzo na ochronę najemników.
                                        - Umiem strzelać z kuszy.- odparł dumnie Baltizar starając się wydawać nieporadnym.
                                        - Nie wiem na ile się to zda w ciasnych korytarzach kopalni. - zauważyła Filia - Zważając na twój orszak i rytualik, który codziennie odprawiasz, zakładam, że potrafisz jakąś magię. Możesz coś z nią zrobić?
                                        - Mogę powróżyć z kart.- zaoferował gnom i podrapał się po brodzie. - Nie jestem, że tak powiem, obeznany z magią bojową. Jestem badaczem. Z pomocą mojego pieska i golema jestem w stanie obronić swoją skórę… ale jeśli chodzi o kartę przetargową, to moi najemnicy wydają się solidniejszym wyborem.-
                                        Baltizar uśmiechnął się ciepło, choć drażniła go ta próba kobiety mająca na celu odsłonięcie jego atutów.
                                        Kobieta ponownie westchnęła.
                                        - Chodzi o to, że gobliny są słabe i wiedzą o tym. Dlatego korzystają z pułapek, tajnych korytarzy, zapadni. Trzeba się będzie tego spodziewać podczas tej wyprawy, dlatego byłoby dobrze, aby każdy mógłby przynajmniej chronić samego siebie. Jest pan do tego zdolny, panie gnomie?
                                        - Żyję przecież, czyż nie? Dotarłem do miasta sam.- wzruszył ramionami gnom i spojrzał na wojsko Filii.- A skoro spodziewane są pułapki, to może… da się zrekrutować w pobliskich osadach jakichś łowców? Z pewnością znajdą wszelkie wnyki zastawiane przez goblinów. W końcu sami zakładają podobne.-
                                        - Mam ludzi od tego. Wysłałam ich już na miejsce docelowe. - zapewniła komendant - Chłop na polu też żyje... eh, nie mam czasu się sprzeczać. Nie zabronię panu podróżować z nami, ani nawet zejść z nami do kopalni. Ostrzegam jednak, że nie będzie pan priorytetem w przypadku pojmania.
                                        - Nie oczekuję tego. - wzruszył ramionami Baltizar. - Nie zamierzam się wtrącać w plany bitwy, nie zamierzam też kłopotać innych swoją skromną osobą. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… będzie piękna opowieść. Jeśli nie… - gnom spojrzał na Filię.- Oboje dobrze wiemy, kto będzie priorytetem do pojmania dla zirytowanego szaleńca. I obawiam się że nie będzie to mały gnom bez znaczenia.-
                                        Kobieta kiwnęła głową.
                                        - Więc wszystko jasne, czy coś jeszcze?
                                        - Kiedy i gdzie miejsce ostatecznej zbiórki?- zapytał Baltizar.
                                        - Wyślę kogoś do Popielnego Dworu, kiedy przyjdzie czas. Najpewniej wieczorem powinniśmy być gotowi.
                                        Kobieta okazała się wścibska i dobrze poinformowana. Co dziwiło nieco Bajarza. Spodziewał się bowiem, że Otto dba o to by jego ludzie byli lojalni wobec niego. Najwyraźniej jednak nie wszyscy. Niemniej gnom nie martwił się tym, że kobieta wiedziała o jego małym rytuale. W końcu wróżenie z kart to nic niezwykłego. Oczywiście prawdziwi profesjonaliści w tej kwestii znali się na magii wieszczenia… Baltizar nie miał o niej pojęcia. I niespecjalnie jej ufał, jeśli chodzi o swój własny przypadek. Bądź co bądź wieszczenie jakoś nigdy mu nie pomogło, więc wolał zawierzyć swój los siłom chaosu i czystemu przypadkowi.

                                        Znowu się tu znalazł. Znowu dostał się do świątyni. Jak widać, cierpliwość popłacała. Za każdym razem coraz bardziej zapoznawał się z rozkładem świątynnych pomieszczeń. I położeniem strażników. Mogło to być przydatne później.
                                        Na razie korzystał z sytuacji w której był tylko niegroźnym gadułą opowiadającym różne historie. Małym gnomem bez znaczenia. Siedząc wygodnie zaczął snuć opowieści. Najpierw jedną prostą, o gnomach i ich zamiłowania do żartu. I jak czasem takie żarty mają niespodziewane konsekwencje. Potem kolejną, tym razem zgodnie z zaleceniami kapłana, o morale takim jaki on chciał, by gnom propagował. Osobiście Baltizar nie uważał swoich opowieści za aż tak wpływowe. Niemniej skoro ich nieustraszonemu liderowi zależało, to kim był Baltizar by sprzeciwiać się jego życzeniu?
                                        Kolejna opowieść była bardziej romantyczna i w oryginale bardzo pikantna, niemniej Baltizar pozbawił ją tej ostrości z powodu licznego grona słuchaczy. A właśnie to grono słuchaczy interesowało gnoma najbardziej. Podczas opowiadania przyglądał się powoli każdemu z nich z osobna. Kto wie, może ta wiedza przyda mu się później?

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy