Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 226 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez Seach
    #36

    text alternatywny

    Khal stanął przed drzwiami pokoju Kaylie. Nie słyszał nic, ani wpierw, ani po krótkim nasłuchiwaniu. W końcu zapukał. Ostrożnie z początku. Nie zdecydował jeszcze czy ją obudzi jeśli już spała….
    Dość szybko mężczyzna usłyszał ruch i skrzypienie desek za drzwiami. Ktoś podchodził powoli i chyba nie szedł wystarczająco prosto.
    Skrzypnął zamek w drzwiach, gdy został otwierany z klucza. Poprzez uchylone drzwi wyjrzała twarz Kaylie.

    -To ty... -mruknęła wpuszczając Khala.
    Bez dalszych słów skierowała się z powrotem na łóżko.
    W pokoju nie było żadnych obrazów znęcanie się nad przedmiotami. Mężczyzna zobaczył jednak jak dziewczyna powoli stawia kroki z wyraźną ostrożnością, a na stoliku obok łóżka stoi butelka z prawie całkowicie wypitym winem. Sama kobieta wyraźnie już trochę rozebrała się przed snem i porzuciła wokół łóżka część ubrania pozostając jedynie w podstawowym podkoszulku i majtkach.
    Khal wszedł do środka. Przez chwilę przyglądał się krześle przy stoliku, ale rozmyślił się. Zamiast tego usiadł obok Kaylie, po drodze zrzucając iluzje poważnego ubioru, zostawiając na sobie cienką koszulę i lekkie spodnie. Bez słowa objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie…
    Czuł jak ciało kobiety się spięło, a ona sama nie wydawała się zachwycona sytuacją.

    -W końcu przyszedłeś zaliczyć mnie, co nie? -pozornie zapytała, a tak naprawdę bardziej stwierdziła.
    -Nie -odpowiedział jej głos pozbawiony barwy. Nie mógł przed samym sobą kryć bezwiednej ekscytacji… ale mógł jej nie pokazywać na zewnątrz.
    -Przyszedłem cię wesprzeć. Tak jak to robimy między sobą. Pomyślałem, że obecność przyjaciela ci się przyda. Ale rozumiem zarzut… teraz jednak jestem poza jakimkolwiek moim skryptem i nie bardzo wiem co powinienem zrobić… podpowiesz mi tutaj?
    -Dobrze, że nie przyszedłeś z tym zamiarem. Gdybyś przyszedł to bym cię teraz mogła wykastrować. -odpowiedziała bardzo spokojnym i niepokojąco wyważonym głosem -Bo i nastroju nie mam.

    Kaylie wzięła butelkę z ćwiartką wina w rękę i podała Khalowi wbijając mu w klatkę.
    -Masz. Dobre jest.
    -No to na pochybel skurwysynom… -wzniósł Viktor butelkę w toaście i upił łyk.
    -Powiedz mi jak mogę cię wesprzeć? Chciałbyś o tym porozmawiać? Może posłuchać co się o Zoryi dowiedziałem? Jakąś zawiłą historię jak wydymałem jakieś szlachciątką w sądzie tak, że do dziś się zbiera? Skląć siedem niebios i wszystkie piekła za to co odwalają z naszym światem? Czy po prostu być tu dla ciebie i nie pozwolić ci pić w samotności?
    Kaylie patrzyła prosto przed siebie w przeciwległą ścianę pokoju.
    -Wiesz... Inne kraje mają problem z ufaniem Galt. Ostatnio nawiązaliśmy lepsze stosunki z Kyonin. Wysłali nawet swojego ambasadora. -spojrzała w oczy mężczyzny -Zabiłam go.
    Khal spuścił powoli powietrze dając sobie czas na myślenie. Na odzyskanie wewnętrznej stabilności.
    -I nasz patron miał z tym jakiś związek? -zapytał powoli.
    -Paktowałam z nim, aby otrzymać moc potrzebną dla pokonania go. -zaśmiała się krótko -To nawet zabawne się wydaje. Te wszystkie lata nie mogłam przetrawić myśli, że zabiłam ambasadora elfiego i mojego pradziadka w jednym. A do tego jakiegoś bohatera tych długołuchów. -ścisnęła silnie dłonie -Ale to było kłamstwo Azazela! On po prostu zabrał jego duszę. -wysyczała.
    Viktor przez chwilę składał sobie ciąg przyczynowo-skutkowy w głowie… ale nie wiedział czy dobrze go rozumiał.
    -Czyli… inaczej. Rozumiem, że ambasador, pradziadek i bohater elfów to jedna i ta sama osoba, ale na tym się kończy… myślałaś, że go zabiłaś, ale go nie zabiłaś tylko Azazel go zabił wyrywając mu duszę? -pytał Khal z przepraszającą minął. Naprawdę wolałby od razu zrozumieć co miała na myśli niż kazać jej przez to jeszcze raz, nawet czysto werbalnie, przechodzić.
    -Zabiłabym go, jako że nawet nie kontrolowałam tej mocy. Ale jedynie go... doprowadziłam na skraj? -westchnęła -Jednak Azazel... On się tam pojawił i wtedy musiał odebrać mu duszę. Najwyraźniej ciało jest trzymane w jakimś magicznym stasis przez elfy.
    -Więc go nie zabiłaś -stwierdził bardziej podsumowująco Viktor -Tylko Azazel to zrobił… zależnie czy wyrwanie duszy, jak ciało wciąż jest żywe, uznajemy za śmierć. Czujesz się by powiedzieć mi dlaczego chciałaś go zabić?
    -Nie chciałam go zabić! -uniosła głos -Chciałam go pokonać, poniżyć! -zacisnęła zęby -Chciałam by poczuł mój ból... -westchnęła ciężko i zamilkła na moment.
    -Uczyłam się w rodzinnej akademii magicznej pod jeg0 okiem. To był zaszczyt. Duma. -wlepiła wzrok w podłogę -Dopóki nie spotkałam go po raz pierwszy i zobaczyłam wtedy w jego oczach czyste obrzydzenie moją osobą... Bo nie było we mnie elfa. -przesuwała palcami po skórze dłoni -Miało to jakieś podłoże z konfliktem jego z synem, a moim dziadkiem. Syn wybrał człowieka i ten stary elf nie mógł sobie tego podarować. Jako że nie mógł nic zrobić ze swoim synem... -zamknęła oczy -Gdy się pojawiłam... Zaczęłam ponosić konsekwencje działań z dawnych lat. Nie swoich działań. Poniżał mnie na każdym kroku, był niechętny uczyć mnie, a jedynie tolerował moją obecność jak rzadko kiedy wchodziłam mu przed oczy. Każdy błąd wyśmiewał i pokazywał mnie jako beztalencie. Groził, że po prostu wyrzuci mnie z akademii co byłoby tragedią. -ciężki smutek zasnuł oczy Kaylie -Moja bardziej elficka rodzina ma dość dobrą ochronę przed Ogrodnikami i całym tym syfem politycznym w Galt dzięki mnogości magów. Moja gałąź... Nie posiada żadnego. Ja byłam szansą...
    “A wszystko w kontekście historii ukochanego wuja pojmanego przez tych barbarzyńców” skomentował Khal we własnych myślach.
    -Kim był ten dupek? Dlaczego był tak ważny dla Galtu?
    -Halpaeril Myamtharsar. Był ważny, bo Kyonin go jako ambasadora przysłał. Polityka między nacjami.

    -W porządku, więc powiedz mi… czy moje domysły, że to z tego powodu uciekłaś z Galt i przez lata cię ścigali bądź nawet wciąż ścigają… są słuszne?
    -Tak, choć... Wygląda na to, że sami nie wiedzą jaka była moja w tym rola. Magowie odnaleźli ślady infernalnej magii i podejrzewają Cheliax. Myślą nawet, że zostałam tam zaciągnięta, b0 nie mogą wieszczyć mojej lokacji. -przetarła oczy -Oczywiście moja rodzina jest pod baczną obserwacją. Mamy wrogów, którzy na pewno chcą, abyśmy my ponieśli konsekwencje.
    Khal myślał chwilę, wciąż obejmując ją jedną ręką, masując tylko od czasu do czasu jej ramię ruchami dłoni. Myślał i rozważał. Co powinien powiedzieć?
    -Przykro mi, że tak się potoczyła twoja historia. To nie było w porządku. Ale… to chyba zmienia wszystko. Gdzie w tej historii mieszczą się łowcy co na ciebie polowali?
    Kaylie machnęła ręką.
    -Najwyraźniej ci, co szukali to mieli odnaleźć. Reszta... To moja paranoja którą stworzył Azazel. -warknela -Na pewno nie płakaliby gdyby mnie znaleźli i mogli zadać mi pytania. -stwierdziła -A nie powinieneś zakładać, że będzie w Galt honorowane założenie niewinności póki nic nie zostanie ustalone. A gdy mowa jeszcze o Cheliax czy diabłach to na pewno będą głęboko szukać. Magicznie czy fizycznie i psychicznie.
    Cisza się przedłużała gdy Viktor dochodził do wniosków. Nie spieszył się. To nie była sala sądowa gdzie tempo i celność przytyków były wyceniane w głosach ławy przysięgłych…
    -To było zbędne… -stwierdził w końcu -Przez te lata nie musiałaś uciekać… nie musiałaś się bać. Tylko o tym nie wiedziałaś, bo… -zawiesił na chwilę wypowiedź, samemu odpwoiedając sobie już na pół niezadanego jeszcze pytania -... Azazel okłamał cię, czy po prostu pozwolił nie wiedzieć?

    -Kiedy "zabiłam" Halpaerila, Azazel pojawił się na miejscu i powiedział bym uciekała. -warknela -Tak bardzo chce się odróżniać od Asmodeusza, a jest tym samym diabłem, takim samym skurwysynem niezależnie od tego co by chciał! -wstała z łóżka i zaczęła przechadzać się po pokoju jak wściekłe zwierzę -Powiedziałam mu to dzisiaj i był taki biedny i taki smutny... -parsknęła -Tak mi przykro, że zraniłam jego uczucia. -ironizowała.
    Viktor wsunął się głębiej na łóżko Kaylie, krzyżując nogi pod sobą. Dla poprawy wygody. Wmawiać mógł sobie co chciał i mógł świadomie zadecydować, że nie wykona tego wieczoru “ruchu”, ale jego… “natura” domagała się czego innego, gdy prezentowała się przed nim tak piękna kobieta, w tak niepełnym ubiorze, w tak wrażliwym stanie… Odkaszlnął odganiając myśli.
    -Zranione uczucia… -wyszeptał, jakby powtarzał słowa -To ciekawe. Ale dobrze mu tak. Tak i jeszcze po dziesięciokroć. Wiesz jaki miał w tym cel? Raczej nie po to aby cię jeszcze pognębić…
    -Żebym na pewno odeszła z Galt! -uderzyła pięścią w ścianę -powiedział, że śmiertelnicy tak już mają i pewnie liczył się też mój młody wiek. Sądził, że jeszcze wrócę skruszona i do wszystkiego się przyznam. Na pewno sensownie powiedział jedno: gdyby on nie zgodził się mi pomóc to poszukałabym innego diabła.
    -I… -zaczął powoli. Ostrożnie. -Jakbyś wróciła i się przyznała, to jak by się skończyło dla ciebie?
    -Pewnie więzieniem, przesłuchaniami, torturami i Ostatecznym Ostrzem na końcu. -zmarszczyła brwi nieufnie -Nawet nie próbuj mi powiedzieć, że powinnam być wdzięczna temu kłamcy.

    Khal wzniósł dłonie w geście pokoju.
    -Nie stawiam tutaj żadnych twierdzeń. I nie zrozum mnie źle… jestem zły. Nawet jeśli by dać mu gigantyczny kredyt zaufania i stwierdzić, że uratował tym zbyt młodą, na coś takiego, dziewczynę, to wciąż jest winny wstrzymania kluczowych dla powódk… dla ciebie informacji. I nie ma jak tutaj argumentować o “dobrej wierze”. Mówiłem ci już wcześniej… w moim pojęciu wciąganie tak młodych ludzi w permanentne pakty, łamane przez: umowy, nie jest prawym czynem i jakbym u niego dostateczny posłuch to bym próbował z nim wejść w dyskurs, by w przyszłości tego nie powtarzać… Czekaj, czekaj, czekaj… -Khal zawiesił na moment głos, gdy w głowie skojarzył kilka faktów.
    -Pamiętam te wydarzenia… -stwierdził bardziej do siebie, ze spojrzeniem utkniętym wiele lat w przeszłości, gdy odkopywał ze wspomnień cały kontekst.
    -Co pamiętasz?
    Kaylie podeszła do łóżka i usiadła na nim ponownie, lekko uspokojona słowami Khala. Nie była jednak w całości pewna o co w tym wszystkim chodzi...
    -Kilka miesięcy wcześniej wreszcie dostałem się do Wewnętrznego Kręgu w Czerwonej Loży. Rozważano posłanie mnie w delegacji na szczyt w Drumie. Ostatecznie miałem inne obowiązki. Kyonin oskarżyło Cheliax o śmierć twojego dziadka. To był duży problem. Utracili traktat handlowy, na którym im zależało. Ledwie udało się uniknąć akcji odwetowej, co by miała duży potencjał przerodzić się w regularną vendettę. Galt cały czas tylko dolewał oliwy do konfliktu… relacje Cheliax-Kyonin wciąż są bardzo nieprzyjemne, a przed tym… no nie było “dobrze”... diabły i ta otoczka… ale to była tylko niechęć. Niechęć osładzana stabilnie rozwijającym się handlem i wymianą wiedzy, na której oba państwa bardzo zyskiwały. Czy ty zdajesz sobie sprawę co by się stało, gdyby Kyonin oskarżyło Galt o tę śmierć?

    -Czy teraz próbujesz mi pokazać, że w sumie dobrze się stało? -warknęła -Wiem, że byłoby to na pograniczu wojny, a przynajmniej Galt straciłoby bardzo wiele. To jednak nie poprawia wcale sytuacji. Jeżeli kiedyś by mnie znaleźli to byłby koniec gry. Azazel niby przekonuje elfa do współpracy, ale nie ufam ani jednemu ani drugiemu. Szczególnie że najwyraźniej obaj mają jakąś wspólną przeszłość.
    -Galt mogłoby już nie być. Cheliax ma dość siły militarnej aby je podbić, ale nie ma dość siły politycznej. Ma zbyt wielu sąsiadów, którzy się aktywnie boją jego imperialistycznych zapędów i nie pozwoliliby na inwazję, bo jak jeden mąż trzęśli by portasami, że oni będą następni. Ale jakby to Kyonin zaatakowało… a Cheliax “tylko” wspierało swojego sojusznika… Na coś takiego od dekad czekają tam w wysokich pałacach Zachodniego Wybrzeża. Galt jest potężnym cierniem w zadzie Domu Thrune i nienawidzą oni Galt nie mniej personalnie niż Galt nienawidzi całego Cheliax.
    -Azazel potężnie uderzył w Asmodeusza przekierowując winę na Cheliax. Czy to dobrze, że tak zrobił? Nie oceniam… i to nic nie zmienia w tym, że powinien był ci później powiedzieć. Gdy już mleko spod nosa otarłaś. TO byłoby PRAWE. To byłoby słuszne. To byłby krok w kierunku istoty, którą Azazel deklaruje, że chce być. Jak się w ogóle dowiedziałaś o tym wszystkim? To wygląda jak nowa wiedza…
    -Ten elf z grupy, którą wynajął Baltizar, opowiadał o tym swoim w karczmie. -wyjaśniła -Do tego momentu nie wiedziałam o niczym takim...
    Kobieta nie przyznała na głos, ale słowa Khala rzuciły nowe światło na problem. Nie oznaczało to jednak, że uważała działania Azazela za jakkolwiek lepsze.
    -Rozumiem… -kiwnął głową, rozważając szanse, że to mógł nie być przypadek. Ale nie miał jak tego ocenić, a w paranoję nie chciał popadać.
    -In fine… pomijając moralną ocenę decyzji naszego patrona… nikt cię nie ściga. Nie musisz już bać się, że Ogrodnicy cię dorwą. Jak się tu wywiążemy to może nawet będziesz w stanie gdzieś znaleźć swój własny dom. A jeśli będziesz chciała podróżować to będziesz to robić z własnego kaprysu a nie strachu. Jak się z tym czujesz?
    -Wściekła na Azazela. -powiedziała szczerze -I po tym wszystkim jeszcze postanowił mi pogrozić.
    -Ha! To widzę. A groźbę potraktuj jako przyznanie “zabodło mnie co powiedziałaś i potrzebuję poczuć się męski”. Ale… czy pod tą wściekłością nie kryje się ziarnko… ulgi? Nie musisz już uciekać… Galt nie wysyła za tobą ludzi. Bah… pewnie uważa cię za postronną ofiarę.
    -Zakładają, że Cheliax mnie porwało, jako że nie mogą mnie wywieszczyć i od 10 lat tam przebywam. A Azazel... Powiedział, że na razie mu pomagałam czując powinność. Powiedział też, że nie chciałby musieć zabrać mi wyboru i zmusić mnie do posłuchu. Przynajmniej dobrze rozumie, że właśnie straciłam jakąkolwiek chęć pomocy z powodu poczucia powinności. -warknęła.
    Kiwnął głową ze zrozumieniem.
    -Definitywnie brakuje mu zrozumienia różnic w kontroli diabłów i ludzi. Groźby są najgorszą metodą wpływu jeśli myśli się o długookresowej współpracy. Albo właśnie poczuł się urażony i wykazał klasycznie “mięską” cechę gdzie na emocjonalnym poziomie potrzebował, aby dyskusja zakończyła się “z nim na górze”. I nie zrozum mnie źle, ja go nie “tłumaczę” tutaj. Ja go “wyjaśniam”.

    -To również jest coś co bym z nim omówił gdybym miał więcej posłuchu. Możliwe, że jak nam się tu uda to będę w stanie, jako arcykapłan jego pierwszego kościoła, wpływać na… jego politykę rządów.
    -Przynajmniej się nie zdziwi jak w końcu przestanę robić cokolwiek dla jego Wielkiego Planu. -fuknęła i wpadła na łóżko plecami obok Khala.
    -A o co chodzi z Zoryią? -zapytała patrząc w sufit rozwalona na łóżku i z rękami rzuconymi przy głowie.
    Khal sięgnął ręką i podrapał ją czule między włosami.
    -Wiem gdzie ona jest. Crawcolt trzyma ją w willi kilka godzin na zachód. Może uda mi się jutro z nią zobaczyć, ale muszę to zrobić z głową zrobić… ma twardogłowa, który jej pilnuje. Bydlak nawet jej dzieci wykorzystuje przeciw niej… wysłał je gdzieś na edukację i nie powiedział gdzie. Ale stary Blackfyre robił z nim szemrane interesy… może od niego uda się to z czasem wywiedzieć? Nie wiem… ale wizja wrzucenia Zoryi z matką na jakiś wóz i odprowadzenia aż do granicy Królestw się mocno oddala.
    -Jasne. Złapię go, przesłuchaniem wyrwę informacje i zabiję. -Kaylie powiedziała to z taką niefrasobliwością, że aż mężczyźnie mogły ciarki po karku przejść.
    -On jest mój -wpół odwarknął Khal, mrocznym i gardłowym głosem. Nie było w nim krztyny żartu, czy nonszalancji. -Nie zapominaj o kim mówimy.
    Oparł dłonie na kolanach, przyciskając plecy i potylicę do ściany. Głęboki wdech i długi, męcząco powolny wydech powoli pozwalały mu odzyskać spokój. Przegnać mroczny gniew i oleistą nienawiść. Dwie trucizny jego duszy, na których obecność już wyrobił taką odporność, że stały się jej częścią. Precyzyjnie tych co miały sprawić, że stary Blackfyre spędzi długie lata jako sam ludzki korpus w ciemnej piwnicy kapłana arcydiabła. Kapłana o wielkiej dedykacji by nie pozwolić mu umrzeć. Tę fantazję też od siebie powoli odsuwał… Nie lubił kim się stawał, gdy zostawała przywołana. Ona należała do nocy.
    Kaylie patrzyła na kapłana z lekkim uśmieszkiem. Naprawdę potrafił być większym diabolistą niż by chciał.
    -Khal... Nie mówię o półelfie. -przekręciła się na bok i patrzyła na mężczyznę trzymając głowę opartą o dłoń -Mówię o tym gnojku co wziął sobie Zoryę. On też przecież wie gdzie są te dzieciaki.
    Mężczyna tylko na chwilę wstrzymał spuszczanie z siebie powietrza, ale wznowił je i dał sobie ten czas.
    -To jest… tsk… pardon. Zdziebko to żenujące. Wybacz, że się uniosłem. Muszę nad tym popracować… zbyt emocjonalnie na to reaguję… -stwierdził po raz tysięczny, choć pierwszy raz gdziekolwiek poza swoją własną głową i było to równie nieszczere jak każdy wcześniejszy raz.
    -Przydałoby mi się wsparcie. Mam bardzo niewiele magii infiltracyjnej i raczej potrzebuję jej już w willi. Wolałbym pójść tam nocą, ale będziemy już w trasie, a na prawdę nie chcę aby nasza przyjaciółka-szpieg doniosła mojej siostrzyczce, że byłem u Crawcolta. Dałabyś radę podzielić się z rana jakąś niewidzialnością, polimorfią czy iluzją? Jak ją zgubię z początku to nie powinno być problemu. A jeśli Fern wywieszczy… to już szczam na to.
    -Coś ogarnę. -położyła głowę na łóżku -Wiesz, że twój wybuch pokazał mi także ciekawszą twoją stronę? Bardziej seksowną.

    Na jeden wdech oczy Khala się rozszerzyły i niemal bezwiednie powędrowały do Kaylie, wzdłuż wszystkich jej, skromnie krytych, krągłości oraz muskulatury. Były więcej niż przyjemne dla jego oka.
    Zachichotał pod nosem niskim głosem znów kierując spojrzenie przed siebie, ale znów opuścił dłoń z kolana i zaplótł dwa palce między jej włosy by z delikatnością podrapać ją po głowie.
    -Cóż… nie abym się chciał przechwalać, ale jestem bardzo uniwersalnie pokrzywiony, a to tylko jeden z tego aspektów. Trzymaj się blisko, a będziesz miała sporo okazji, aby to podziwiać!
    Kaylie uniosła głowę i przybliżyła twarz ku twarzy Khala.
    -I tylko to będę podziwiać? -zapytała szeptem wpatrując się uważnie w oczy mężczyzny.
    Spojrzenie Khala bezwiednie uciekło w dół, ale szybko je podniósł z powrotem. Przełknął ślinę besztając sam siebie za tak… szczeniackie reakcje na odrobinę kobiecych wdzięków i kokieterii… ale było w tym coś ekscytującego. Od lat nie zdarzyło mu się przez kobietę utracić nawet tej odrobiny samokontroli. Było jakoś… upajające.
    -Myślę, że nie, Kruszyno… -odpowiedział jej bez pośpiechu, z lekko-zbójeckim półuśmiechem i pochył swoje usta do jej na jeden dłuższy wdech, ale po oderwaniu się od nich nie “kontynuował”, a znów oparł się plecami o ścianę.
    Khal znowu zobaczył jak krótki rumieniec pojawił się na policzkach kobiety. Kaylie sama wzięła głębszy oddech uspokajając myśli.
    -Gdy uciekłam z Galt... -zaczęła cichym głosem -Przyłączyłam się do jednej z najemniczych grup. I tam wpadłam w pułapkę pierwszej miłości. Zauroczenia. -znowu patrzyła w sufit -W domu trzymano mnie z dala od facetów. Dopiero wtedy się nauczyłam ich.
    -Ja… mnie to nie spotkało. Moja prima amorculus to było dziecięce zauroczenie przed… tym wszystkim. Żadne z nas jeszcze nie rozumiało o co nam w ogóle chodzi… -uśmiechnął się do wspomnień, które doskonale wiedział jak bardzo czas je wypaczył i oczyścił. Ale ich niewinność w jakiś sposób ogrzewała mu serce o tą orobinkę.
    -Pamiętam twoją reakcję sprzed dwóch dni, gdy wychodziliśmy z rozmowy z naszym benefaktorem. Nie ukrywałaś, że się spażyłaś wśród najemników. Chcesz mi o nim opowiedzieć? Raczej się domyślasz, że jestem ostatnią osobą mogącą kogokolwiek oceniać za przeszłych partnerów -zachichotał pod nosem zachęcającym tonem.
    -Był przywódcą tej grupy. -zaczęła wspominać -Miał posłuch, siłę, autorytet. Po prostu mną zawładnął... A do tego jako dziewczyna szefa miałam sama wpływy. -znowu położyła się na boku -Wiem, że on czerpał satysfakcję z posiąścia jakiegoś podlotka z lepszego domu. Był starszy o ponad dekadę ode mnie, ale... Delikatny i czuły. Było mi jak w niebie. Póki nie powiedział, że wraca do żony i dzieci...
    Khalowi… nie podobała się ta historia. Zbyt wiele razy brał udział w dokładnie takich scenariuszach. Choć on miał szereg innych wymówek niż “żona i dzieci”.
    -No tak, ale większość ludzi przechodzi złamane serce, co nie? Coś co się wszyscy musimy nauczyć i wychodzimy z tego silniejsi, bo wreszcie rozumiemy i nie oczekujemy już od świata by był bajką. Czy inaczej to może widać z twojej perspektywy?
    -Rhaast mnie ostrzegał przed nim. Nie słuchałam. -odparła nijakim głosem -Po tym... Po prostu zrezygnowałam ze starania się. Później tylko był związek na noc lub kilka. W końcu i tak nie chciano nic innego, a łatwiej żyć bez wiary w bajkę.
    -Ile to trwało?
    -Z półtora roku. -odpowiedziała bez wahania.
    -Myślisz, że jakby to krócej trwało to by w ciebie tak nie uderzyło i może byś dała jeszcze szansę komuś innemu?
    -Na pewno byłoby łatwiej. -potwierdziła.
    Zamilkli na chwilę, gdy Khal szukał w swojej pamięci kontekstów. Nie łudził się, że da radę choćby policzyć kobiety z którymi spał, ale te z którymi się “spotykał” więcej niż 2-3 razy już były o rząd wielkości mniej liczne. Analizował i próbował sobie przypomnieć co wiedział o ich dalszych losach. Odpowiedź była niemal zawsze identyczna: nic. Docierały do niego plotki, pogłoski. Raz jedna ex zaprosiła go na swój ślub w jakiejś dziwnej próbie siły. Rozważał przyjęcie, aby do ślicznej druhny dojście zyskać, ale odpuścił. Źle by wyglądało samo pojawienie się tam. Wiedział też, że niektóre bardzo… niestabilnie znosiły wypadnięcie z rotacji i Boryat w kancelarii miał polecenie już nawet nie informować Khala, że się zjawiły. Nie przejmował się nigdy nimi. Myśli nigdy nie kierowały się w stronę “jak się ona dziś ma?”. Odepchnął je od siebie. To nie był moment, ani stulecie na nie.
    -Ja… nie byłem… nie jestem dobrą osobą. -Wyznał powoli i niepewnie. -Wiesz o tym, prawda? Mam w sobie nienawiść i gniew, które nigdy nie przestały się we mnie gotować -mówił, ale w jego głosie nie było ich słychać. Była w nim tylko rezygnacja. -Krzywdzę i manipuluję ludźmi tak, że są mi jeszcze za to wdzięczni. Ten spokój i uśmiech są narzędziami i ciężką, mroczną szyderą ze świata, w którym żyjemy. Nie wiem czy jakbym miał możliwość go zniszczyć pstryknięciem palców to bym tego nie zrobił wierząc, że oddaję wszystkim istniejącym duszom przysługę.
    Kaylie przez dłuższy czas po prostu obserwowała mężczyznę, jakby dając sobie czas na wybór następnych słów. W końcu ostrożnie wyciągnęła rękę ku jego twarzy i położyła policzek Khala w swojej dłoni.
    -Wiem. -odpowiedziała silnie -Wiem. Temu rozumiem w co się pakuje z tobą. I robię to w pełni odpowiedzialności... Jakie ty musisz też posiadać chcąc związku ze mną.

    Khal ujął jej dłoń w swoją własną i myślał, pozwalając ciepłu przepływać przez ich dotyk.
    -Oboje znamy Ból z każdej strony. Oboje zostaliśmy przemaglowani przez świat, że nigdy już nie usiądziemy nie czując tego. Ja… jestem chętny jeszcze ten jeden raz spróbować znaleźć w nim coś… wartego. Jak się nie uda… trudno. Jestem dużym chłopcem. Wrócę do punktu wyjścia i będę mógł znowu się w stu procentach skupić na moim Wielkim Planie. A jakbym teraz stchórzył… jeszcze by się okazało, że jestem pizda i przez te pozostałe kilka dekad życia co mi zostały bym się zastanawiał “a co gdyby”. Może o to właśnie chodziło? By znaleźć kogoś równie popieprzonego jak ja? Hah…
    -Najwyżej spędzimy ciekawy czas razem i seksem zagłuszymy nasze traumy. -powiedziała -A później poszukamy innych i powtórzymy proces.
    -Brzmi dobrze -przytaknął chichocząc pod nosem. -Sprawdzimy razem, czy tacy jak my w ogóle potrafią być szczęśliwi.

    Kaylie nie odpowiedziała za to Khal poczuł jak kładzie dłonie na jego klacie, a zaraz wsuwają się jej palce pod materiał koszuli, gdy usta muskają jego wargi. A jego odpowiedziały. Poczuła dwa, trzy, nie: cztery palce sunące po jej udzie ledwie muskając skórę. Z uda ścieżka zaprowadziła je na biodro i dalej, pod koszulką nocną na talię. Przyciągnął ją do siebie i sam się przysunął bliżej wypompowują spomiędzy nich całą tę zbędną przestrzeń.
    Kaylie całowała go bez opamiętania, a oddech miała nierównomierny. Urywał się, a skóra drżała pod dotykiem. Położyła dłoń na dłoni Khala pod koszulą jakby chciała zatrzymać lecz nie zatrzymywała jej.
    Viktor czuł się… zwycięski. Satysfakcja znacznie większa niż fizyczna przyjemność zalewała mu jaźń. Pamiętał jak trzy lata temu rzuciła mu w twarz, że jest stary i nie ma u niej szans, a teraz… sama wciskała mu się pod rękę. Jak niepoliczalne szeregi wcześniej… nawet gdy jakaś “nie chciała”, to rzadko potrzebował więcej niż kilku spotkań by to zmienić. Teraz… po raz kolejny to sobie udowadniał.
    -Kaylie… -szepnął między pocałunkami i oddechami. Nie dawały one wiele czasu. Jego dłoń kreśliła krągłości jej piersi, na razie tylko kusząc intensywniejszym dotykiem.
    Drżenie kobiety tylko wskazywało na sukcesy działań Khala.
    -Kaylie… -powtórzył nieco głośniej pozwalając kciukowi zawędrować głębiej, gdy druga dłoń chwyciła ją w talii. Jak drapieżca mógłby złapać owieczkę. Jak setki razy już to robił.
    I dobrze wiedział, że mu się oddawała. Kaylie mruczała cichutko sama kierując dłonie mężczyzny na swoje obnażone piersi, gdy materiał bluzki uniosła wyżej. Khal już wielokrotnie widział ten obraz, gdy kobieta zatracała się w jego działaniach i wiedział, że nic już nie przeszkodzi mu w uczynieniu ją swoją...
    -Dość… -powiedział już w głos, zabierając obie dłonie spod jej nocnej koszuli, odrywając usta od jej ust i uściskiem przyciągając do siebie... aby nie musieć znieść niezrozumienia w jej spojrzeniu, które jeszcze nawet nie miało czasu wykwitnąć.
    Kaylie spojrzała na niego z zaskoczeniem sytuacją, a czerwień policzków dodawała temu surrealizmu.
    -Przep… -zaczął ale zabrakło mu tchu. Wziął kilka głębszych, nieregularnych oddechów. Kaylie czuła jak drżał. Nie musiała go widzieć aby czuć jak szukał słów.
    -Przepraszam… ja… za szybko… -mówił z nutą strachu w głosie. Strachu, że Kaylie wyciągnie pochopne wnioski i wciąż nie złapał do końca tchu. -To prawie jak… ja potrzebuję coś… ja MUSZĘ sobie coś udowodnić. To chodzi stricte o mnie, nie zrobiłaś nic nie tak i widzisz wyraźnie jak bardzo bym chciał kontynuować, ale… -nie dokończył, bo sam dopiero składał sobie w głowie o co mu właściwie chodzi.
    To... Nie miało sensu.

    Kaylie oddychała głęboko próbując ułożyć myśli. Nigdy tak się nie działo. Kiedy przeszła z kimś granicę, to mężczyzna nigdy się nie wycofał, czy tego chciała, czy nie.
    -Khal... -wysapała sama drżąc -Co udowodnić...?
    -Że… ja… -wahał się w odpowiedzi, szukając odpowiednich słów. Wolałby zbyć temat. Rzucić jakąś wymówką. Wykpić się z odpowiedzi, ale nie chciał ryzykować, że wyciągnie ona własne wnioski. I zasługiwała ona na to? Ta myśl dziwnie brzmiała w jego głowie.
    -Złego słowa użyłem. Ja potrzebuję tego symbolu… -odpowiedział opierając skroń o skroń. Czując jej włosy łaskoczące go po twarzy -Dotąd zawsze mi chodziło właśnie o ten moment. Ścigałem go jak wilk bezbronne jagnię i mój pościg nigdy nie był długi. I czuję… nie potrafię wyjaśnić czemu tak czuję… że to musi zająć więcej. Nie wiem ile… może jeszcze kilka dni… bo nie chcę czuć się wilkiem, nie teraz. Nie z tobą. Czy to co mówię ma sens? -zapytał wciąż nieco roztrzęsiony.
    Kaylie przetarła zaróżowiony policzek pod okiem. Ściągnęła w dół bluzkę zakrywając się na powrót. Niemniej w ruchu nie było widać pośpiechu. Sama kobieta czuła ukłucia zawodu.
    -Rozumiem... -odparła powoli.
    Khal kiwnął głową z niepewnością. Jego część nie mogła uwierzyć jak szczeniacko się zachowuje. Jak zakochany gówniarz, co jeszcze w ten absurd “romantyzmu” wierzy. Coś czego nigdy nawet sam nie miał.
    -Naprawdę mi zależy, aby to się udało… albo abyśmy przynajmniej mogli powiedzieć, że próbowaliśmy ze wszystkich sił i nic więcej nie mogliśmy zrobić. Taki koniec tej historii również zaakceptuję. Ale nie darowałbym sobie jakby poszło to w diabły, bo nie opanowałem… moich schematów działania.
    Kaylie nie odzywała się czując jak jej ciało się wycisza. Pozwalała Khalowi mówić. Wiedziała, że to był jego sposób na poradzenie sobie ze stresem jaki w nim trwał przez życie.
    Nie chciała pokazać własnych emocji, więc ograniczyła się do ponownego zamknięcia ich pod kluczem. Dziś naprawdę je wyciągnęła i płaciła za t0. Zauważyła, że cały pobyt w tym mieście naprawdę zaczął z niej wyciągać naturę, jaką usypiała tak długo...
    I teraz przyjdzie jej za to płacić.

    -Jutro pracowity dzień. -odezwała się w końcu dość apatycznym szeptem -Musimy wypocząć. Jutro przyjdź po moją magię.

    Kaylie po wyjściu Khala

    Mówić, że Kaylie była zawiedziona to nic nie mówić. Czuła się odrzucona i to przez kogoś, kto miał kobiety na pęczki! Bo chciał spróbować czegoś więcej... Kobieta nie wierzyła w powodzenie tego eksperymentu. Żadne z nich nie nadawało się będąc tak zniszczonymi psychicznie.

    Rzuciła z irytacją ubranie w bok łóżka i okryła się kołdrą. Przysunęła miecz i położyła go obok głowy trzymając dłoń na rękojeści.

    "Możesz komentować." mruknęła w myślach.
    "Organiczne istoty są obrzydliwe." odparło jej mruknięcie miecza "Zakładam, że nie poszło po myśli"
    "Oczywiście, że nie." fuknęła "Odrzucił mnie."
    "Wiesz, to nie ty... to on." odparł drwiąco miecz "Na poważnie, najwyraźniej na stare lata, chce spróbować prawdziwego związku. Może zabierze cię na randkę. Kolacja, świece, teatr. Wtedy łóżko."
    "To są bajki, mrzonki. Miałeś rację... Nie powinnam tak się emocjom dawać"
    "Myślałem, że to teraz to była bardziej żądza niż emocje. Byłaś zestresowana, zła, pijana, potrzebowałaś czegoś co by cię uziemiło. Cios w ego nie było tym czego się spodziewałaś, ale pewnie też zadziałało."
    "Nie pomagasz..." mruknęła "I jeszcze ten Azazel... Co za dupek. Nie będę robić wszystkiego co chce, nie ma bata."
    "Nienajlepszy pomysł." odparł miecz "Jeżeli ma kontrolę nad twoim życiem, może naprawdę ci napsuć krwi. Poza tym, czy chciał czegoś ponad to co i tak już robisz? Pomagasz temu łamaczowi serc."
    "Mogę przestać" stwierdziła.
    "Pierwsze: Naprawdę chciałabyś? Chyba jednak polubiłaś towarzystwo tego adwokata. Drugie: On cię zmusi, żebyś nie przestała. To w końcu diabeł."
    "Jeżeli przesadzi to się mu postawię."
    "Brzmi jakbyś to ty chciała wykonać pierwszy ruch"
    "Skąd takie spojrzenie?"
    "Nie będę robić co chce? Mogę przestać?" zacytował ją miecz "Jesteś na niego wściekła, to zrozumiałe. Jednak twoim słowom niedaleko do: Mam zamiar pokrzyżować mu plany. A wtedy pewnie pokaże ci, czemu nie zadziera się z Piekłami."
    "No to po prostu odejdę." stwierdziła patrząc w sufit.
    "Gdzie? W sensie Gdzie na Golarion będziesz poza jego wpływem?
    "Pomożesz mi znaleźć takie miejsce, oczywiście."
    "To pozwól, że pomogę ci teraz. Ostateczne Ostrze."
    "Ha... Ha... Komediant z ciebie..".
    "Staram się. Jeżeli dobrze pamiętam wasz pakt, jesteś jego własnością. Nie ma miejsca, gdzie byłabyś bezpieczna."
    Kaylie prychnęła z irytacją.
    " To pomóż mi ten pakt anulować."
    "Jesteś gotowa spędzić całe życie na świątobliwej służbie jednemu z dobrych bóstw? Przy okazji to nie zapewni ci obrony, ale jest jedyną szansą. Przykro mi dziecko, ale nie ma ucieczki od tego. Najlepsze co mogę poradzić, to próbować ugrać jak najwięcej dla siebie. Może, jeżeli naprawdę dobrze pomożesz temu Khalowi w jego misji, przyłożysz się do tego, to będziesz mogła ustalić z Azazelem jakieś nowe warunki, lub nawet wynegocjować, że dług spłacony?"
    Kaylie zakryła oczy w dłoni. Nie wiedziała czy jest w stanie tak długo trwać...
    "Nie sądziłam, że kiedykolwiek naprawdę zacznie wymagać za życia. Tak długo było cicho. Już nawet przyzwyczaiłam się do tej samotności, wiesz? Czasami było to tylko przeplatane krótszymi i dłuższymi epizodami z relacjami. W sumie, gdy zrozumiałam, że wszystkie są tylko czasowo to zaczęło mi się żyć łatwiej. Samotność wcale nie była tak zabójcza, gdy mogła łatwo zostać przerwana na noc czy tydzień..." Brak możliwości pokazania tonu głosu poprzez myśl nie pozwalał łatwo przekazać wewnętrznego bólu.
    "Wiem, zawsze ma się nadzieję, na najlepsza sytuacja się zdarzy. Jednak jeśli zaczniesz teraz dywagować czego to byś nie zrobiła, gdyby Azazel się nie odezwał, to znowu wrócisz do butelki. A ja nie chcę spędzić kolejnego miesiąca na mówieniu ci ile masy straciłaś, bo pijesz a nie jesz."
    "Tak się starałam..." zamknęła oczy "Tak próbowałam zadowolić Halpaerila... Tak pracowałam..." oddychała nerwowo i odezwała się na głos -Zabijałam się by zrobić co chciał. Zawsze! I co wyszło?! -krzyknęła płacząc.
    "Wyszło szydło z worka" odparł miecz "Wiesz... miałem z nim... empatyczne połączenie wtedy. Kilka razy był pod wrażeniem twojego postępu. Nienawiść do ludzi jednak wzięła górę. Wolał
    cię dołować, niż coś z tobą osiągnąć."
    "Czy on naprawdę by mnie wyrzucił z Akademii jak mówił?" zapytała w końcu.
    "Pewnie tak. Chociaż byłby bardziej zadowolony, gdyby zmusił cię do odejścia."
    "Ta nauka w Akademii była dla mnie istotna. Sukces zagwarantowały większy spokój i bezpieczeństwo w Galt dla mojej rodziny... Nie mogłam tego porzucić..."
    "Więc w końcu wysłałby cię z kwitkiem mówiącym, że jesteś beztalenciem, aby znaleźli ci efliego męża, aby jego krew wróciła na należyty tor."
    "To czy naprawdę się dziwisz, że zaczęłam pić po pakcie, jaki zawiązałam z desperacji?"
    "Nie najbardziej produktywne rozwiązanie" przyznał miecz "Ale zrozumiałe. Mógłbym walnąć ci: Udowadniasz mu tylko, że ma rację. Czy tego typu mądrości. Miast tego, dam ci radę. Idź spać, zobaczymy co rano przyniesie. Co powiesz na to?"

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #37

      text alternatywny

      -text alternatywny
      text alternatywny text alternatywny-

      Khal, wreszcie sam ze sobą.

      Sala narad pod Popielnym Dworem powoli stawała się najczęstszym miejscem przebywania Khala gdy był w karczmie. Tym razem nie pracował. Butelka przejrzystego alkohol stała obok niego otwarta, ale kieliszek był suchy. Krzesło pod klamką barykadowało drzwi, zapewniając mu prywatność. Otto mogłoby przeszkadzać gdyby dotarło do niego, że ktoś tak się rządzi na jego dworze, ale to był problem dla Przyszłego-Khala. Teraźniejszy-Khal chciał być koniecznie sam. Więc bujał się na krześle, z rękoma splecionymi na potylicy, butami na ziemi i stopami na stole. Testował swój zmysł balansu. Czy może się wychylić jeszcze o te ćwierć cala nim przegra bitwę z grawitacją?
      I myślał. Analizował. Zastanawiał się. I nie czuł się ani trochę jak… on sam.
      - Viktor? - cieniutki głosik niepewnie zapytał spod jego koszuli.
      - Yhym?
      - Wszystko… w porządku? - zapytał w infernalnym. Jedynym wysławialnym języku jaki magia jego bytu potrafiła symulować. Dziwnie kontrastował ton głosu z piekielnym brzmieniem głosek i sylab.
      - Nie. Słyszałeś jej głos. Zrozumiała to źle. A ja… nabrałem wody w usta. I nie potrafiłem wyjaśnić. Zakręcić jej, aby nie przejmowała się. Najwyraźniej nie potrafię manipulować ludźmi, gdy nie chcę z nich nic dla siebie wyciągną…
      - I… to o to chodzi?

      Cisza nie dawała żadnej odpowiedzi.

      - Viktor. Mów do mnie. Co jest?
      - Co byś chciał usłyszeć? - Podźwięk warkotu rezonował gdzieś tam w głębi odpowiedzi. Fisuś powoli wypełzł zza koszuli i, po nodze, dotarł na stół. Zwinął się w kłębek z głową kryjącą się pod długim podbrzuszem. Ledwie wyglądając spod ciała na Viktora.
      - Na przykład… dlaczego?
      Adwokat się skrzywił. Nie było potrzeby doprecyzować pytania. Sir Fistaszek rozumiał psyche Viktora mniej niż się mu wydawało, ale bardziej niż się wydawało Khalowi. I czuł falę gorącej, czerwieniejącej policzki ekscytacji przelewającą się przez niego gdy uniosła koszulkę. Ekscytacji która prawie przejęła nad nim władzę i strąciła ze ścieżki którą wierzył, że musi podążyć.
      - Bo zobaczyłem w niej… jagnię - odpowiedział, a słowo w jego ustach brzmiało plugawie - Zanim ciebie osiągnąłem spotkałem się z nią. Azazel kazał mi znaleźć pewien sygnet i “dał” mi ją do pomocy, ale uznałem, że wolę aby pomogła mi z własnej woli, nie wiedząc, że jestem od niego… ale to dygresja. Bardzo szybko przestałem ją widzieć jako jagnię. - Fisuś przytaknął mruknięciem. Wiedział dobrze, że jagnię jest jednym z wielu eufemizmów używanych przez Viktora. Ten konkretny był równoznaczny ze szlaufem.

      - Ale… to nie dobrze? - zapytał Fisuś, znając generalną odpowiedź. Bardziej chcąc eksplorować jej okolice i Viktor doskonale to widział. - Byłaby zła, byłaby zraniona, ale by wciąż współpracowała bo musi. A ty byś zaspokoił ciekawość i mógł się na Wielkim Planie skupić. Czy on nie jest ważniejszy? Był dotąd ważniejszy niż całe twoje życie…
      Khal chwilę myślał nim odpowiedział.
      - I wciąż jest. Ale może uda się zjeść ciastko i mieć ciastko. Wracając do tematu… - wypowiedział, powoli i z naciskiem. Między wierszami mówiąc “przerwałeś mi”.
      - Już wtedy przestała być jagnięciem. Przez kompetencję między uszami i w mieczu… co się chichrasz? Nie mieczu a rzeczywiście mieczu. A co się działo od przybycia do Evercrest to już byłeś świadkiem. Wszystko się tutaj opiera, całe moje nadzieje, cała moja intencja aby się wygłupiać w jakikolwiek związek… fundamentem tego wszystkiego jest, że ona NIE jest jagnięciem. I jeśli ją tak będę widział… to wszystko idzie w diabły.
      - I czemu się aż tak tym przejmujesz? Mówiła ci. Jest dorosła. Wie dobrze, że tak to się może skończyć.
      Viktor spojrzał na Fisusia z iskrą gniewu w oku.
      - Adwokat diabła to moja fucha. Nie wczuwaj się aż tak bardzo.
      - Nie unikaj odpowiedzi. Wiesz dobrze jak niechętnie przyjmuję tę niewdzięczną rolę, to przynajmniej współpracuj. Rozumiesz, że ona jest dorosła, w pełni świadoma zagrożeń i jakby wszystko poszło w diabły to dałaby sobie radę?
      Niezadowolone chrząknięcie było jedyną odpowiedzią.
      - Świadka wzywa się do nie unikania odpowiedzi! - warknął Fisuś, uderzając ogon w stół z najmniejszą groteską sędziowskiego młotka, gdy cytował Viktora Goodmanna z sali sądowej.
      - Tak, wiem! - odwarknął niezadowolony, choć nuta rozbawienia przedarła się w którejś z głosek - Niby wiem.
      - Ale…
      - Ale nie chcę by musiała to udowadniać. Nie chcę by musiała znów przez to przechodzić. A ja sam już nie jestem pewny czy jestem szczery, czy ją kręcę… Czy rzeczywiście jestem poza skryptem i idę z pływem, czy po prostu opracowuję nowy skrypt.
      - A uważasz, że większość ludzi rozumie co robi i dlaczego?
      - Nie…
      - Jakbyś miał ocenić… jaka część ludzi rzeczywiście wie dlaczego wszystko robi? Uznaj swoje metody kręcenia i ich skuteczność za wskazówkę.
      - … Niemal nikt.
      - Niemal nikt - przytaknął Fisuś. - Masz jakąś teorię czemu tak jest?
      - To gdzieś zmierza?
      - Viktor, do czorta. Mieliśmy umowę, prawda? Współpracuj, albo pieprz się. Będziesz się zamęczał całą noc, nic nie zrobisz, a ja jestem pewny, że uda mi się od Otto jakieś ciastko wyłudzić!
      Adwokat mruknął niezadowolony.
      - Ludzie są skomplikowani. Zbyt kompleksowi dla samych siebie, więc operują na instynktach znacznie bardziej niż się im wydaje. Nie kwestionują ich, bo nawet jakby mieli w ogóle pojęcie, że jest co kwestionować i mieliby możliwości intelektualne aby robić to skutecznie to zajęłoby im to więcej czasu niż są w stanie poświęcić.
      - I czy uważasz, że nasze postrzeganie szlaufów było kompleksowe?
      Khal skrzywił się słysząc tę obelgę na głos. Nie lubił jej. Nie znosił jej brzmienia.
      - Czy to…
      Oczy węża nagle błysnęły piekielną czerwienią.
      - NAWET NIE ZACZYNAJ! - przerwał rodzący się protest niskim warkotem diabła, a wydźwięk słów infernalnej mowy tym razem wspaniale zgrywał się z tonem. - Ostatnia szansa, albo zostajesz sam!
      Khal zamrugał kilka razy oczami.
      - Do twarzy ci z takim ogniem w czarnym serduszku.
      - Poważnie? - zapytał wąż, jak uradowany szczeniak, zupełnie łamiąc wrażenie.
      - Yhym… dobrze, dobrze… spróbujemy po twojemu. Możemy zresetować licznik?
      - Znaj moją łaskę…
      - Nie. Jagnięcia widziałem w takiej kompleksowości w jakiejś zasłużyły. Jednowymiarowej.
      - Czy to nie kłóci się z ich kompleksowością zbyt wielką by pozwolić im się samym zrozumieć?
      Khal zmarszczył brwi szukając odpowiedzi.
      - Nie. Ta kompleksowość może tam być, ale nie jest warta uwagi. Nie sama w sobie. Tylko utrudnia życie im wszystkim, jeśli za nią nie stoi kompetencja.
      Fisuś zmrużył płazie oczka.
      - Niech będzie, że wybrnąłeś, ale wiesz, że kręcisz tutaj. Mimo to nie jest to tak naprawdę istotne.
      - To po c…
      - E! E! E! Ustalaliśmy? Ustalaliśmy. Co to był za jeden wymiar który widziałeś w szlaufach?
      Khal skrzywił się rozważając, czy stare umowy są warte tego wywlekania. Fisuś oczekiwał mówienia na głos czegoś co nawet w myślach nie było nigdy zwerbalizowane.
      Posadził go sobie na barku, aby nie musieć mówić dużo więcej niż szeptem.
      - Ładna buzia, krągłości, głębokości. Z zerowym zainteresoaniem tym co między uszami miały. Zadowolony?
      - Tak. Więc… jak uważasz… hmmm…
      Wyczekująca cisza się przedłużała aż do niezręczności.
      - Fisuś?
      - Tak, tak. Daję ci kontemplować nad odpowiedziami.
      - Fiiisuuuś…
      Viktor uśmiechnął się do węża z nutą pobłażliwości i czekał. I czekał… i jeszcze odrobinę czekał.
      - No dobra! Zgubiłem wątek…
      Khal wreszcie wypuścił na zewnątrz gotujący się w nim śmiech. Wesoły. Serdeczny i ciepły śmiech człowieka który właśnie, przynajmniej na chwilę poczuł niewysłowioną ulgę ciężaru stresu i zmartwień ściągniętych z serca…. śmiał się jakby gdzieś tam wiedział, że to tylko krótki moment i ze wszystkich sił chciał wykorzystać ten moment jak tylko się dało.
      - To przez… musiałem cię… mógłbyś PRZESTAĆ?!
      - Jesz…cze… nie… poczekaj… - wydukał między wdechami, gdy Fisuś robił urażoną minę… ale z empatyczną więzią co ich łączyła nie był w stanie ukryć, że cieszył się widząc ulgę Viktora.

      - W porządku. Już jestem znowu. Dobra, zgubiłeś wątek… zaczęliśmy rozmowę, oczywiście, od Kaylie i mojego… wyjścia. O tym, że nagle zobaczyłem ją jak każdą inną. Że oboje jesteśmy dorośli i dalibyśmy sobie radę, nawet gdybyśmy wciąż mieli serducha do nadpęknięcia. Potem że ludzie to niewiele więcej niż bezwłose małpy z rozstrojeniami lękowymi…
      - Coś jeszcze było… w tym momencie już miałem chyba plan, ale nie pamiętam co to za plan… Mam! Mówiłeś, że sam nie wiesz czy w ogóle jesteś szczery w tym romansie.
      - Yhym…
      - Więc podsumowując… dotąd, z twoimi jagnięciami zawsze interagowałeś w drastycznie ograniczonym spektrum. Tyle by je zmanipulować, by ci dupy dały.
      - Uwielbiasz przedstawiać to w taki sposób abym chciał zaprotestować?
      - Tak. Jedna-jedyna radość funkcji adwokata diabła dla rzeczywistego adwokata diabła, więc nawet nie myśl, że z tego zrezygnuję. Tak czy nie?
      Viktor westchnął.
      - Dużo inaczej bym to ujął, ale tak. Jakby miały coś więcej do zaoferowania, to by nie były jagnięciami.
      - Dziękuję. Dalej: Ludzie nie są w stanie pojąć swojej własnej kompleksowości na zadowalającym poziomie. Tak? Właśnie. To teraz, choć nie powinienem tego robić, zadam bardziej naprowadzające pytanie, ale nie dam rady cię zmanipulować. Ta więź empatyczna i w ogóle…
      - Yup… totalnie więź empatyczna. To jest JEDYNY powód dla którego mnie nie dasz rady zmanipulować.
      Fisuś postanowił zignorować cwaniakowanie Viktora.
      - Więc czy gdyśmy nie mówili o tobie, ale powiedzmy o Gavielu Sarinim… on przychodzi do ciebie i sam ma taki właśnie… kryzys. Raz w życiu chce spróbować czegoś poważnego, ale sam nie wie czy naprawdę próbuje, czy po prostu jest elastyczny w urobie. Czy uważasz, że byłoby uczciwe zasugerowanie możliwości, że Gaviel, zwyczajnie, pierwszy raz w życiu postawił się w sytuacji gdzie potrzebuje postrzegać siebie, w konkteście relacjach damsko-męskich…
      - Ekhm…
      - Strzele ci Viktor! No ale jak się czepiasz, to niech ci będzie… pierwszy raz postawił się w sytuacji, że musi się auto-postrzegać, w kontekście relacjach MĘSKO-męskich, w pełnej, wielowymiarowej kompleksowości zamiast pojedynczej płaszczyźnie zwanej: “chcę bardzo szczegółowo wyeksplorować jego rectum”?
      - …
      - …
      - Ten mentalny obraz zostanie ze mną zdecydowanie zbyt długo. Moja zemsta będzie straszliwa. Lękaj się, bo nie znasz dnia ani godziny.
      - Trala lala - odpowiedział zadziornie, rozbawiony wąż - Odpowiedz na pytanie. Czy to byłoby wiarygodne założenie?
      - …
      - …
      - Sugerujesz, że moje wątpliwości co do moich meta-intencji są efektem tego, że dopiero drugi raz w życiu, a obaj wiemy jak skończył się pierwszy raz, eksploruję głębię mojej własnej kompleksowości w aspekcie relacji męskoTFU! Damsko-męskich?
      - Nie. Pytam o hipotetyczną, pozbawioną ryzyka urażenia twojego wątłego ego, sytuację tyczącą się się Gaviela Sarinima.
      - …
      - …
      - Tak. Można by go podejrzewać o coś takiego.
      - Więc czy jest jakaś róż…
      - Fisuś, do czorta. Wiem, że via proxy mówimy o mnie - warknął Viktor niezadowolony, bo doskonale rozumiał, że nie miał żadnej metody obrony przed zarzutem o “kruche ego”. Każda jedna próba by zadawała sama sobie kłam samym swoim zaistnieniem.
      - Ty to powiedziałeś - nie odmówił sobie turkusowy wąż tej małej przyjemności prztyczka w nos - Więc skoro wiemy… to gdzie nas to stawia?
      - Nie wiem. Ty mi powiedz.
      - Viktor…
      - Nie wiem. Jeśli rzeczywiście by to zrzucić na karb mojego auto-niezrozumienia to jakoś to poprawia sytuację? - Twarz Viktora była wykrzywiona w niezadowoleniu. Nie podobała mu się wizja by w jakimkolwiek aspekcie był taki sam jak motłoch.
      Sir Fistaszek również się skrzywił, ale był to czysto emocjonalny gest. Nie był zdolny do mimiki. Pożałował tych dwóch ostatnich przytyków. Utrudniały dalszą szczerą rozmowę.
      - Tak. I gdzieś tam wiesz o tym. Czuję iskierkę twojego zrozumienia. Masz pomysł czemu to może być lepsze?
      - …
      - …
      Fisuś się nie poganiał Viktora. Czuł empatycznie intensywność z jaką Viktor szukał odpowiedzi. Tak na prawdę ją miał, bo Goodmann naprawdę dobrze rozumiał ludzi i ich procesy myślowe. Tylko nigdy nie wkładał samego siebie w poczet “ludzi”.
      - Bo to normalne…
      - Bo to normalne. - Przytaknął chowaniec z pochwałą w głosie. - Jesteśmy pokrzywieni w całym spektrum, ale wydaje mi się, że źle zinterpretowałeś tę sytuację. Widziałeś to jako pokrzywienie sprawiające, że gdy Kaylie stała się dla ciebie szlaufem…
      - Czy… musisz… - niby-zapytał Viktor, ale Fisuś nawet nie zwolnił wypowiedzi.
      - … moim zdaniem tam wystąpiło niezrozumienie. Niezrozumienie, bo jesteś w sytuacji dzieciaka dopiero eksperymentującego z pierwszą miłością…
      - To… nie…
      - Pieprz się! To tylko fraza i doskonale to rozumiesz. Rola jaką nasze pokrzywienie tutaj miało to zasianie strachu. Wiesz doskonale co niedostrzeżona świadomie sugestia potrafi zrobić z procesem myślowym człowieka. Ten strach wyrósł w śmierdzący kwiat, przez którego pryzmat Kaylie wyglądała jak szlauf, gdy sama ci pod rękę weszła. To nawet dosyć poetycka i na swój sposób mściwa karma, że to jak setki razy implantowałeś niezauważone sugestie w ludzkich umysłach stworzyło potwora, który teraz tobie niezauważenie zaimplantował sugestię.

      Khal nie odpowiedział. Cisza się przedłużała, ale nie była niezręczna. Adwokat myślał, a Fisuś z cichą radością i satysfakcją obserwował przyjmujące się w psyche Khala nasiona zrozumienia.

      - Jeśli mam rację - kontynuował wąż, gdy uznał, że już moment - To przynajmniej NAZWALIŚMY problem. To nie jest moment gdy zostaje on rozwiązany…
      - Ale daje to nadzieję…
      - … Tak. Daje nadzieję.

      Pół godziny później Viktor wreszcie pracował. Kręgi magiczne wykaligrafowane na zwojach ułożonych na stole, tworzących większą całość ułatwiały. Magiczne zwierciadło pozwalało czasem spojrzeć na węzły zaplatane w parze cienkich, skórzanych rękawiczek, ale głównie i tak musiał je wyczuwać niedookreślonym magicznym zmysłem, który wyrobił przez lata właśnie na takie okazje.

      Praca była długa więc się nie spieszył. Utrzymywał intensywność i tempo pracy tak aby się nie zmęczyć szybciej niż należało, ale i tak potrzebował kilku przerw.

      Gdyby był w swoim pokoju to dostrzegłby pierwsze promienie słońca nim skończył pracę, ale nie było to problemem. Umysł nie był zmęczony, a znużony. Naprawi to w najbliższej przyszłości odrobiną snu, ale przede wszystkim rozrywką. Ostatnio zbyt niewiele jej miał, a byli na pierwszy etapie wielkiego przedsięwzięcia. Kolejne miały być tylko gorsze.

      text alternatywny

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez Zell
        #38

        Avruil

        Zrezygnowana Kaylie, umęczona, odrzucona ułożyła się na łóżku. Nie wie kiedy w końcu usnęła, ale wiedziała, że ten sen był inny.

        Leżała na czymś twardym, zimnym, jakby jej ciało spoczywało na kamiennej płycie. Jej kończyny były skrępowane, związane w taki sposób, że każdy ruch wywołuje ból. Nie mogła się uwolnić. W powietrzu unosił się ciężki, metaliczny zapach, który przyprawiał ją o mdłości. Nagle usłyszała kroki – ktoś zbliżał się do niej. Strach wypełnił każdą komórkę jej ciała, czysty, prymitywny lęk, który wywołuje drżenie całej istoty. To strach ofiary, która wie, że jest na łasce drapieżcy.

        Spojrzała w prawo, oczy szeroko otwarte w panice. Widziała rząd ostrzy, igieł i innych narzędzi, błyszczących w słabym świetle. Każde z tych narzędzi wyglądało, jakby było stworzone wyłącznie po to, by zadawać ból. Czuła, jak jej skóra zaczyna piec, jakby narzędzia same przez się dotykały jej ciała, choć nadal pozostają na swoim miejscu. Ból był przerażający, niemal fizyczny, przeszywający jej duszę.

        Z przerażenia odwróciła głowę w lewo. Tam ujrzała szklane naczynia wypełnione cieczami w żywych kolorach – czerwonym, zielonym, niebieskim. Płyny w naczyniach bulgotały, jakby żyły własnym życiem. Każda ciecz zdawała się emanować złowrogą energią, a jej obecność wywoływała fale mdłości. Czuła, jak coś mrowi pod jej skórą, jakby te kolory próbowały dostać się do jej ciała, zanieczyścić jej krew. Mdłości narastały, sprawiając, że niemal chciała krzyczeć.

        Zamknięcie oczu było jej jedyną ucieczką. Gdy je otworzyła, rzeczywistość zmienia się gwałtownie.
        Biegnie przez ciemność, jej stopy uderzały o nierówną ziemię. Była noc, zimno, ciemno. Wszystko ją bolało, ale była wolna, uciekła! Serce biło szybko, lecz tym razem z nadzieją, że się uratuje.
        Minęła kolejne wzniesienie, w końcu je ujrzała. Miasto, światła delikatnie migotały w dali.
        Musi jedynie tam dobiec, a będzie bezpieczna.

        Wtedy nagle, bez ostrzeżenia, poczuła ostry ból z tyłu głowy. W jednej chwili wszystko wokół zaczęło blednąć, a ból przechodził w zimno, które przenikało aż do kości. Ciemność ogarniała ją, nie było już ucieczki. Została tylko przerażająca pustka.

        Khal

        Khal zakończył swoje dzieło i udało się na spoczynek. Nie dał on mu jednak ulgi jakiej mógłby się spodziewać. Obudził się zlany potem, a sen który męczył go przez te dwie godziny wypalił się w jego umyśle.

        Unosił się w bezkresnej, lodowatej ciemności, zamknięty w objęciach wody, która zdawała się nie mieć dna ani powierzchni. Całe jego ciało było sparaliżowane, jakby ciężar świata przygniatał każdą jego kończynę. Płuca płonęły ogniem, błagając o powietrze, ale nie było mowy o ratunku. Nie mógł ani wypłynąć na powierzchnię, ani pozwolić wodzie wypełnić swoich płuc, by zakończyć ten koszmar. Agonia rozciągałą się w nieskończoność, a czas tracił swoje znaczenie.

        Nagle, przez wszechobecną ciemność, przedarł się blask – migoczące, zielone światło. Otworzył oczy szerzej, dostrzegając, że nie unosił się w bezkresnym oceanie, ale był zamknięty w gigantycznym szklanym słoju, wypełnionym cieczą o przerażającym, zielonym odcieniu. W gęstej mgle wody widział cienie – kształty osób, które go obserwowały z zewnątrz. To jego oprawcy, choć ich twarze pozostają zamazane, niczym w odbiciu na powierzchni wody.

        Chciał wyciągnąć rękę, dotknąć szkła, jakby to miało mu pomóc w ucieczce, ale ruchy były ciężkie, niemal niemożliwe. W końcu dłoń powoli zbliżyła się do powierzchni szkła. Gdy opiera ją o zimną taflę, zauważył coś – to nie jego ręka. Jest smukła, delikatna, kobieca. Ale coś było nie tak. Kciuk był pozbawiony mięsa, obnażona kość błyszczała siniejącą bielą, a rana jątrzyła się zgnilizną, która wydawała się rozprzestrzeniać z każdą sekundą.

        Usłyszał głos, jedno słowo, ale doskonale je znał, nawet wymęczone przez ciecz, jak i głos który je wypowiedział.
        Khal… – głos jego matki, ciepły i kojący, jak wtedy, gdy był dzieckiem, jednak pełny bólu. Głos, którego nie słyszał od dekad, a który teraz rozbrzmiewa jak echo z odległej przeszłości, wciągając go w wir wspomnień.

        Druga ręka uniosła się ku szkłu, ale Khal widział jedynie kikut, porażony tą samą zgnilizną, która toczy drugą dłoń.

        Kiedy wydaje się, że dźwięki świata zewnętrznego znikną, z mroku wyłania się inne imię, wypowiedziane głosem, który powinien budzić ciepło, a teraz tylko pogłębia lodowate przerażenie.
        - Filia.

        Baltizar

        Lekarstwo, które wręczył gnomowi Jori uratowało go przed rozrywkami jakich doświadczali jego towarzysze. Noc spędził absolutnie pozbawioną snów, dokładnie tak jak chciał.
        Czekała go jednak niespodzianka kiedy się obudził. O ile znajdował się na swoim łóżku, coś znajdowało się między nim, a meblem.
        Blond włosy i znajomy zapach zdradziły, że Piwonia wkradła się do jego pokoju.
        Jej biust właśnie robił mu za poduszkę. Dziewczyna wyglądała żywiej, jeżeli to nawet było możliwe. Delikatny, zdrowy rumieniec gościł na jej policzkach, włosy wydawały się pełniejsze koloru, oczy wydawały się błyszczeć. Ucałowała nos gnoma.
        - Dzień dobry, mój bajarzu. Nie miałeś problemów w nocy?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez Seach
          #39

          text alternatywny

          Viktor Goodman nie zerwał się ze snu dramatycznie. Nie krzyknął w przerażeniu. Nie zacisnął pięści ani nie sklął świata gdy wrócił do jawy. Patrzył niby-w-sufit, ale tak naprawdę daleko za niego. Sen był paskudny. Nierzeczywiście realny i długi. Śmierdział czymś intencjonalnym. A przynajmniej wyjątkowym. Jego koszmary były inne. I od długich lat nie słyszał w nich jej głosu…
          - Mamo… - bardziej poruszył ustami niż nawet szepnął.
          Pamiętał jej głos. Niech piekła się roztworzą, pamiętał jej głos!
          Myślał, że go utracił i usłyszy znów dopiero gdy ją odzyska, ale… teraz słyszał go w swojej głowie. Powtarzał go w kółko i w kółko, wyrywając go sobie głęboko w pamięci, aby pozostał z nim tak długo jak się tylko dało.
          Sama ta możliwość byłaby warta katorgi jaką przeszedł tej nocy. Byłaby gdyby nie ból w jej głosie. Gdyby nie dewastacja jej ciała. Czy to cokolwiek oznaczało?

          Nie było jej w grobie… Filia była jego pół-siostrą urodzoną po śmierci matki. Istniała pewna mała, wręcz absurdalna szansa, że Filia i Viktor nie dzielą matki, a ojca… odsunął od siebie tę myśl. Nie zapomniał… ale odsunął.

          Leżał długi czas nie mogąc zdecydować czy… nie wiedział sam co. Usiadł powoli na łóżku z oczami wpatrzonymi w nieostrą przestrzeń. Szlag… teraz by się jakieś jagnię przydało… jakieś tępe, zapatrzone w niego jagnię jakich niewielką kohortę zostawił za sobą w Cheliax.

          text alternatywny

          Kaylie rano

          Sen był nieprzyjemnym wydarzeniem, szczególnie mając ciągle w pamięci równie nieprzyjemne wydarzenia dnia wcześniejszego. Na pewno po tej marze, która najpewniej miała związek z przejściami kobiety, jaka uciekła od tego wariata mutującego ludzi, tym bardziej zaczęła mieć ochotę wypruć z wariata flaki.

          Kaylie wstała spod kołdry i leniwie zaczęła się odziewać. W tym momencie po prostu postanowiła czekać na Khala, jaki miał się do niej zgłosić po magię.

          text alternatywny

          Był sam na korytarzu, a i schody i drzwi wydawały dźwięki na długo nim ktoś zbliżył by się na tyle by zobaczyć jego wahanie. Więc pozwalał sobie na nie. Jeśli nie było nikogo by je dostrzec to czy naprawdę istniało? Wiedział, że zaraz wejdzie do środka, ale zbierał się w sobie. Kaylie źle go wczoraj zrozumiała. Widział to w jej oczach i słyszał w głosie. Czy miała dość czasu aby ułożyć to sobie w głowie? Czy spotka go teraz nieprzyjemna oziębłość? Po ostatniej nocy po prostu nie miał siły rozpracowywać tego nieporozumienia.

          - Hej… - przywitał się z lekkim uśmiechem, już w środku - Zapytałbym klasycznie “jak się spało”, ale podejrzewam, że równie paskudnie jak mi?
          Kaylie odkąd otworzyła drzwi i wpuściła prawnika patrzyła na niego... bez emocji. Jakby zamknęła je za ścianą obojętności. Khal zobaczył w jej oczach ledwo ukazany gram nieufności. Czy ona w ten sposób chroniła się przed zbytnim zaufaniem mu znowu?
          - Nie doznałam przyjemnych snów, tak. - Kaylie wyzuła swój głos z jakiegokolwiek emocjonalnego odbicia. Nie chciała mężczyźnie więcej pokazywać swoich uczuć. Obawiała się ich i konsekwencji do jakich mogą doprowadzić.
          “A więc wariant frigida muliercula” zaklasyfikował szybko zachowanie i skrzywił się w duszy sam do siebie. Tak klasyfikował jagnięta. Wszystko się opierało na tym, że ona nie jest jagnięciem, prawda?
          - Przykro mi z tego powodu - odpowiedział bez wesołości - Preferowałbym bym wariant wydarzeń, w którym jedynie mnie dotknęły insomnia.
          Usiadł na krześle. Ale w sposób oddzielający ich stolikiem od siebie. Chciał jej dać przestrzeń. W znacznej mierze dlatego, że jego skrypt zakładałby zupełnie odwrotną rzecz.

          Symboliczna przeszkoda między nimi dawała go.
          -Trzymasz się? Moje były paskudne. Widziałem w nich matkę… - wyjawił choć sam nie wiedział czy ma na to ochotę… ale takie wyznanie często pomagało się otworzyć współrozmówcy.
          Ona wciąż stała bokiem do rozmówcy i dopiero po chwili zwróciła na niego spojrzenie. Nie odezwała się jednak jakby po prostu milczeniem pozwolić mężczyźnie samemu zacząć ani go nie pośpieszała, ani nie okazywała zniecierpliwienia, po prostu czekała na dalsze słowa.

          Khal… posmutniał. Opuścił głowę pozwalając powietrzu zejść z niego. Nie miał na to ochoty. Nie miał na to siły. Ale mimo to wciąż mu zależało.
          - Kaylie… sol meus es. Jakby okoliczności pozwalały opowiedziałbym ci co się wczoraj w mojej głowie działo. Powiedział, że… decyzja, którą wczoraj podjąłem nie miała na celu w żadnym razie zranienia ciebie, w żaden sposób nie była to próba sił, ani żadna manipulacja i, że było to całkowicie wbrew moim własnym… pierwotnym instynktom. Mówiłbym długo licząc, że usłyszysz w moich słowach szczerość i zrozumiesz co się w mojej własnej głowie wtedy działo… ale nie pozwalają. Więc zamiast tego proszę cię o wotum zaufania do czasu gdy okoliczności pozwolą nam na rozmowę o tym. Nie mówię byś zachowywała się jakby się nie stało, ale spróbuj w swojej własnej główce zostawić otwartą furtkę możliwości “może on, gdzieś tam w swojej skrzywionej głowie, chciał dobrze?” Możesz to dla mnie zrobić?
          Kaylie cierpliwie słuchała słów mężczyzny. Nie odzywała się wciąż na niego patrząc i pozwalała czasowi płynąć swoim oleistym trybem. Khal mógł uważać ten czas za zbyt rozwlekły, jakby kobieta umyślnie to rozwlekła. Co kombinowała?

          W końcu przysunęła własne krzesło ze skrzypieniem desek podłogi, ustawiając je tuż naprzeciw Khala. Powoli usiadła i patrząc w oczy mężczyzny powiedziała tym twardym, ale spokojnym głosem:
          - Źle zrozumiałeś. - spokój przebrzmiewał w jej tonie, jednak z jakiegoś powodu miał w sobie smutek ukryty - Nie oczekuję rozmowy o wczoraj.

          - Ale ja jej oczekuję - zaprzeczył Khal, marszcząc brwi w zmartwieniu - Bo nie chcę cię taką widzieć. Bo co wczoraj zrobiłem zostało zinterpretowane w konkretny sposób, a dziś się zupełnie odcięłaś ode mnie i teraz nie siedzi przede mną Kaylie którą znam a maska którą założyła ona na twarz. Wiem, że najpewniej znowu zaprzeczysz, powiesz, że nie mam racji albo coś podobnego, ale mimo to… przepraszam, że ciebie zraniłem. Nie chciałem tego. Niech piekła zamarzną, absolutnie tego nie chciałem.
          - Ale nie potrzebujemy o tym TERAZ rozmawiać - kontynuował nim znów zdążyła uderzyć w niego tą wymuszoną obojętnością. Naprawdę nie miał sił mentalnych po tej nocy.
          - Dostanę od Ciebie to zaklęcie exfiltracyjne? Dużo ułatwi mi ono życie. Drobna iluzja, albo niewidzialność wystarczą…
          Kobieta przysunęła się bliżej, wysuwając w stronę rozmówcy.
          - Khal. - twardo zaczęła - Czy zamkniesz się na chwilę i dasz mi powiedzieć, bo widzę, że nadal nie rozumiesz, więc muszę to przekazać w prostych i oczywistych słowach? Ja. Chcę. Byś. Mi. Powiedział. O. Swoim. Śnie. - wysylabowala.
          Khal zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
          - Pardon. Zostawiłem swoje fusy w pokoju, nie miałem jak tego wywróżyć - żachnął się, ale zaraz jego spojrzenie złagodniało.
          - Niewiele jest do powiedzenia. Topiła się w jakimś słoju. Była chora. Wyglądała wręcz nieumarło. Wypowiedziała moje imię. Miała w głosie troskę i ból.
          Kaylie milczała trawiąc te informacje. Zastanawiała się czy utulić Khala, ale w końcu zrezygnowała nie chcąc dawać niejasnych sygnałów. Prócz tego wyciągnęła rękę ku niemu i położyła ją na jego ramieniu.
          - Dorwiemy winnych w końcu, wiesz o tym?
          - Wiem - odpowiedział z lekkim uśmiechem - I będą długo umierać.
          - Ale do tego jeszcze trochę potrzeba. Jest dobrze- dodał niezgodnie z prawdą. Dobrze miało być dopiero gdy to się rzeczywiście spełni. - Jestem jej bliżej niż kiedykolwiek w ostatnich dwóch dekadach. To czas działania, nie użalania się nad sobą. I mam już plan jak ją odnaleźć… ale do tego potrzebuję jeszcze tej szczypty mocy od naszego benefaktora… więc musimy się wykazać przez najbliższe dni.
          Kaylie pokiwała głową.
          - Choć sprawa wczoraj... wciąż aktywna. - dodała grobowo.
          - Wiem - przytaknął tonem na wpół poważnym jak jej. - I to jest coś co będzie mi zaprzątać głowę póki tego nie wyjaśnimy, ale okoliczności nie pozwalają zrobić tego teraz, bo to raczej dłuższa dyskusja…
          Kaylie wstała z krzesła.
          - Mam tylko nadzieję że zdajesz sobie sprawę, iż mogę pocieszyć się inną osobą, prawda? - nagle stwierdziła, a Khal… stężał. Może nawet utracił odrobinę koloru z twarzy na krótki moment nim nie opanował reakcji.
          - A ja mam głęboką nadzieję, że tego nie zrobisz - teraz to jego głos stał się zimny. Gdzieś, na jakimś poziomie, ta scena go bawiła. Ciężką, mroczną szyderą. Pięknie wpasowującą się w jego zdanie o świecie jako jednym wielkim średnio-śmiesznym żarcie. Normalnie boki zrywać…
          - Ale nie jesteś mi nic winna - dodał z uśmiechem. Takim co intencjonalnie epatował swoim fałszem - Więc jeśli to byłoby dla ciebie ważniejsze niż…- zastanowił się chwilę i wskazał gestem dłoni generalne okolice, nie omijając jej i jego. Ich. I w jakiś sposób ten gest, mimo nieokreśloności… był jasny. - To nie miałbym prawa mieć pretensji.
          - Cieszy mnie, że rozumiesz. - odparła obserwując Khala, jakby nie zauważyła jego reakcji - Wiedziałeś też na co się piszesz, ostrzegałam.
          Viktor myślał kiwając lekko chwilę głową, gdy patrzył gdzieś w przestrzeń. Wstał powoli i spojrzał na nią z… zawodem? Niezadowoleniem? Jakąś iskrą bólu? Cokolwiek to było szybko zepchnął to głęboko zostawiając tylko zimną nonszalancję na wierzchu.
          - Usłyszałaś i zrozumiałaś doskonale co powiedziałem. Masz przed sobą decyzję do podjęcia. Zachęcam cię abyś dobrze przemyślała na czym ci zależy. Niezależnie od niej… wciąż będziesz miała moją przyjaźń - zadeklarował łagodniej, samemu nie wiedząc czy jest szczerym i zepchnięty pęczek emocji znów, na jedną krótką sylabę, się uzewnętrznił. - Jeśli będziesz jej chciała. Czy oferta użyczenia zaklęcia wciąż jest w mocy?
          - Tak. Dostaniesz ode mnie zaklęcie niewidzialności. Będzie trwało tylko kilka minut, ale zakładam że wystarczy ci aby opuścić miasto.
          - Całkowicie mi wystarczy - przytaknął - Dziękuję. Jestem gotów.
          - Powiedz mi tylko jedno. - zaczęła przeszukiwać skrytkę z magicznymi komponentami - Dlaczego miałbyś taki problem, gdybym spędziła czas z innym mężczyzną w łóżku? - uniosła spojrzenie - Nie ze względów uczuciowych bym to przecież robiła.
          Khal zmarszczył brwi gdy analizował co odpowiedzieć.
          - Nie wiem. Nie potrafię jeszcze tego ubrać w eleganckie słowa i klarowną logikę. Możemy roboczo uznać, że jestem zaborczym dupkiem? - Mrugnął do niej nieco weselej.
          - Jeżeli nie potrafisz ubrać w eleganckie słowa... - wyciągnęła malutką kulkę gumy arabskiej - To użyj nieeleganckich.
          Khal zagryzł wargę patrząc gdzieś w bok. Nieeleganckich słów też nie miał. Tylko surowe odczucia, które narodziły się dosłownie kilka zdań temu.
          “Bo chcę abyś była tylko moja”? Nigdy nie wypowiedział tych słów. Nieważne jak bardzo by pomogły w urobie. Nigdy nie kłamał gdy mu za to nie płacili. To była dla niego ważna zasada. Taka która była ważnym filarem jego “nie jestem AŻ TAKIM dupkiem”.
          Nie czuł aby te słowa w ogóle mogły mu teraz przejść przez gardło.
          - Bo tak czuję. Bo budzi to we mnie gniew i… - zawiesił się na chwilę wycinając słowo z wypowiedzi w jej trakcie - I nie podoba mi się to.
          Kaylie patrzyła intensywnie dłużej na Khala.
          - Znamy się ledwo dni.
          - Hej. Ja proponowałem uznanie mnie za zaborczego dupka, nie? - rzucił z niepoważnym zarzutem, po czym jego głos złagodniał - Wiem Kaylie - przytaknął jej, podchodząc bliżej - I nie obchodzi mnie to - i jeszcze bliżej, ujmując jej dłonie. - Wiem też, że oboje jesteśmy pokrzywieni. Oboje wiemy podobnie mało o związkach które są prawdziwe. I oboje mamy podobne antydyspozycje do nich. Ale wierzę też, że istnieje mała, najmniejsza, ledwie zauważalna iskierka nadziei… - dopiero teraz skierował swoje spojrzenie do jej oczu - że możemy kiedyś być szczęśliwi. Nie zadowoleni. Nie usatysfakcjonowani... Szczęśliwi.
          Gdzieś tam między słowami, w intonacji, w spojrzeniu przemycona została niewypowiedziana treść. “Ja nie miałem już żadnej nadziei być szczęśliwym. I wiem, że ty też nie”.
          - Dlatego chcę dać tej iskierce wszelką możliwą pomoc i troskę jaką jestem w stanie. Ale sam nie dam rady. Po prostu nie jestem w stanie i potrzebuję abyś mi w tym pomogła. Pomożesz mi?
          Kobieta nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała czy chce, czy wierzy w szanse.
          - Zdajesz sobie sprawę, że ty się wyszalałeś i żyłeś bez zobowiązań, których teraz ode mnie oczekujesz? - mruknęła.
          - Wyszalałem? - zapytał z nutą rozbawionego absurdu w głosie - I teraz się o tym dowiaduję? Cały ten wysiłek w utrzymanie wiecznie świeżej i zadowolonej rotacji jagniąt był zbędny? Kurka wodna…
          Zachichotał pod nosem z wesołą szyderczością.
          - Ja tego nie oczekuję. Szansa o której mówię jest zbyt mała nawet w moich własnych oczach aby rozsądnie czegokolwiek oczekiwać. Ja cię tu, w pełni świadomie, proszę byś była nie-rozsądna... I nie będę żywił pretensji jeśli tej prośby nie spełnisz. Wciąż będę oferował pełną współpracę, przyjaźń i… - uśmiech z zadziornego stał się nieco drapieżny - okazjonalne pocieszenie.
          - Takie pocieszenie jak to było wczoraj? - chłodny głos Kaylie wyraźnie pokazał co czuje.
          Uśmiech powoli zrzedł Khalowi na twarzy. Wyjście poprzedniego wieczoru kosztowało go naprawdę wiele, ale rozumiał, że on był trzeźwy i to nie on został odrzucony.
          - Przeprosiłem cię już za to i zrobię to jeszcze raz: Przepraszam. Nie chciałem ciebie zranić. Nie chciałem byś poczuła się odrzucona. To co zrobiłem było egoistyczne, nawet jeśli wierzyłem, że było konieczne. To były moje własne syfy między uszami i one wciąż. Tam. Są. - Zwolnił wypowiedź aby wyraźnie zaznaczyć jej przekaz.
          - I kiedy będziesz dziś rozważać czy chcesz spróbować być nie-rozsądną to musisz wziąć na nie poprawkę, bo one są elementem mieszanki pozbawiającej ofertę rozsądności.
          Był w pełni gotów, że jego otwartość nadzieje się na odpowiedź pełną zimna i obojętności, może nawet zaprawioną jakąś szpilą i godził się z tym.
          “Jeśli tego potrzebuje to niech ma” - utwierdzał sam siebie w przekonaniu, rozumiejąc, że doświadczone odrzucenie potrafi doskwierać, a drobne odegranie się potrafi pomóc sobie z nim poradzić.
          - To chcesz tej magii? - zapytała znowu nagle zmieniając temat - Możemy nie mieć okazji rozmówić się podczas tej wyprawy.
          Khal patrzył na nią chwilę rozważając czy nie drążyć, jeszcze trochę… ale limity czasowe przeważyły. I może danie jej odrobiny czasu z własnymi myślami pozwoli jej sobie ułożyć w główce to wszystko?
          - Poproszę…
          Dwójce przerwało pukanie do drzwi Kaylie.
          - Mogę wejść? - był to głos Lilii.
          Kaylie zatrzymała się i po chwilowym zastanowieniu podeszła do drzwi i otworzyła je z klucza.
          - Coś się stało?
          Dziewczyna wyglądał inaczej niż Kaylie ją kojarzyła. Jej włosy normalnie ciemnorude, teraz jaśniały niczym płomień. Jej ciało również wydawało się jakby pełniejsze. Do tej pory jej ubiór był dość wyzywający, teraz jednak jej bluzka była całkowicie rozpięta ledwo trzymając jej biust w zakryciu. Dziewczyna ją przytuliła ponownie, spojrzała na Khala przez jej ramie.
          - Och, ty też tu jesteś. Mam nadzieję, że nie przerwałam w niczym. Jori ma dla ciebie wiadomość. - pomachała kartką i spojrzała na Kaylie - Chciałam podziękować za wczoraj, ale widzę, że masz towarzystwo. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to daj znać.
          “Ufff… Nie, definitywnie się jeszcze nie wyszalałem” - skomentował Khal, czysto wewnętrznie, nie pozwalając swemu spojrzeniu ześlizgiwać się na dekolt córy pana Popielnego Dworu… nie kiedy można było to dostrzec. Podszedł bliżej korzystając z okazji.
          - Zaraz i tak miałem wychodzić - uśmiechnął się lekko, ale serdecznie i wyciągnął dłoń po kartkę.
          Lilia podała kartkę Khalowi, nie wypuszczając jednak Kaylie z objęć.
          - Co ci ten bydlak zrobił? - wyszeptała Galtiance do ucha.
          Wiadomość, była relatywnie krótka, ale treściwa.

          "Blackfyre zaprosiła mnie przed wschodem do kostnicy. Nic nowego co do ciał nie odkryłem, poza glifami. Mieszanka krasnoludzkich magii runicznej z alchemią. W momencie opuszczenia pewnego zasięgu, wystrzeliwuje promień negatywnej energii. Przeważnie wycelowane w mózg, serce, płuca."
          Kaylie spojrzała na Lilie z jakimś... smutkiem?
          - Porzucił mnie. Odrzucił.
          Delikatny płomień pojawił się w oczach Lilii. Spojrzała z obrzydzeniem na Khala.
          - No wiesz!?
          - Ja… nie… - chciał zaprotestować, ale wyrwany nagle z analizy wiadomości dał się wytrącić z jakiejkolwiek równowagi i nie potrafił zaimprowizować jakiejkolwiek zasadnej obrony.
          - Taki łakomy kąsek ci się trafił, a ty focha strzelasz? - pocałowała policzek Kaylie - Nie martw się, ja cię uwielbiam taką jaka jesteś. Poproś o cokolwiek... - położyła duży nacisk na słowo "cokolwiek" - a postaram się, aby się spełniło.
          Khal spuścił powoli z siebie parę, gdy bardzo przyjemny obraz stanął mu przed oczami. Tylko bardziej i bardziej żałował wczorajszego numeru…
          Kaylie lekko się uśmiechnęła.
          - Skoro tu jesteś... To faktycznie możesz coś zrobić. Khal musi się wydostać z miasta niepostrzeżenie, a niestety straż wzięła jakiś szpiegów. Masz może masz może coś lepszego niż ja posiadam? Ja mogłabym tylko uczynić go niewidocznym.*
          Lilia spojrzała na Khala, krzywiąc delikatnie usta.
          - Mogłabym. Gdzie dokładnie musisz się dostać?
          - To NIE było tak jak ona to przedstawiła - oprotestował w końcu, w oburzeniu, wcześniejszy zarzut - Zapytaj ją potem co mam na myśli mówiąc o nie-rozsądnej propozycji. A tymczasem… starczy mi opuścić niepostrzeżenie dwór. I tak muszę jeszcze coś odebrać przed wyruszeniem. Nie oskarżam Filii o przydzielenie do mnie jakichś nadnaturalnych szpionów.
          - Och, naszemu drogiemu prawnikowi, nie wygodnie na siedzisku oskarżonego. - powiedziała Lilia, drocząc się - Pewnie nasłała na ciebie Ihaili. Potrafi zmieniać się w zwierzęta. - rudowłosa spojrzała na chwilę w okno - Mogę cię wyciągnąć, aby nikt nie widział. Jednak najbliżej, gdzie wyjdziemy to slumsy.

          - Jakbym był czemukolwiek winny to bym się z tym pogodził - zachichotał pod nosem - Ale teraz… To pomówienia niezgodne z faktami zastanymi.
          - Ten plan nie zakłada marszu przez kanały, prawda? Bo muszę się jeszcze dziś poprzekradać trochę a śmierdzenie kanałami mi to wielce utrudni.
          - Nie, nie... chociaż tam też byśmy mogli. Słyszałeś, że druidzi potrafią się przemieszczać między niezwykłymi odległościami za pomocą drzew?
          - Nie widziałem w praktyce, ale tak.
          - Umiem podobnie, ale mogę się przenieść tylko do moich potomków. Jest kilka w mieście, ale nie mogę pozwolić, aby się rozpleniły za bardzo.
          - Potomków...? - odezwała się Kaylie.
          - Fey, co nie? - niby-zapytał Khal.
          Lilia się uśmiechnęła.
          - To nie to, co myślicie. Tata i mama, jako jedni z Najstarszych, reprezentują jakiś element natury, który bogowie chcieli przetestować. W ich wypadku Krąg Życia. My... w sensie ja, Piwonia i nasze siostry, przedstawiłyśmy światu bardzo specyficzne rośliny. Piwonia wszystkie, które żywią się żywymi zwierzętami. Ja tymi, które rosną na padlinie, szczególnie tej, która padła z głodu.
          Khal uniósł brew w górę, zadowolony z tego cudownego absurdu gdy aż tak śliczne dziewczę prezenetowało tak odrażający aspekt natury.
          - Porwę cię kiedyś na dłuższa rozmowę na ten temat, ale czas naprawdę mnie goni. Mam cztery godziny konnej podróży w jedną stronę… i to tylko dzięki magii odnawiającej… cztery godziny z powrotem i teraz już tylko dwie godziny, czterdzieści minut na ogarnięcie wszystkiego. Moglibyśmy ruszać? - zapytał Khal przepraszającym tonem.
          - Niecierpliwy, niecierpliwy. Nigdy nie zaspokoisz kobiety, przechodząc od razu do sedna. - dziewczyna westchnęła i ponownie cmoknęła Kaylie. Tym razem w usta.
          - Poczekaj tu, jak wrócę to... porozmawiamy. - puściła Galtiance oko i podeszła do Khala. Chwyciła go za rękę, delikatnie się uśmiechając.
          - To będzie dziwne uczucie. - ostrzegła dziewczyna. Mrugnięcie później Khal stał w nią w jakiejś pustej alejce w Evercrest, otoczeni krwisto czerwoną trawą.
          Z punktu widzenia Kaylie, pnącza, gałązki i trawy wystrzeliły z podłogi i wciągnęły Lilię i Khala pod ziemię.

          text alternatywny

          - Oto i jesteśmy. - powiedziała Lilia. Khal czuł delikatnie przewroty w żołądku. Przyłożył palec do ust, dając sobie czas je opanować.
          - Dziękuję Lilio. Bardzo ułatwiasz mi życie. A z rozmową mówiłem poważnie, jestem wielce ciekawy. Widzimy się potem - pożegnał się, dając jej jeszcze czas na ewentualne słowa gdyby chciała coś dodać i odszedł szybkim krokiem przed siebie. Widziała jeszcze jak strzepnął dłońmi, a wierzchnia warstwa ubioru w jednej i tej samej chwili zde- oraz zma-terializowała się z wygodnego kubraka w brunatny, stary płaszcz z kapturem. Takim co budził podejrzliwość, ale wśród tysiąca podejrzenych typów wciąż zapewniał anonimowość.

          text alternatywny

          Kwadrans później Viktor opuszczał miasto na śniadym rumaku. Miał głęboko żałować tej metody transportu w bardzo niedalekiej przyszłości… rozleniwił się. Przyzwyczaił zadek i krzyż do dorożek, a z Cheliax też jechał do Królestw wygodnymi wozami, z poduszkami, pierzynami i wystarczającą ilością miejsca. Ale to był problem dla Przyszłego-Viktora. Teraźniejszy miał kilka zaklęć gotowe co miały ułatwić podróż, ale dedykowane one były dla śniadka…

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Seach
            #40

            text alternatywny

            Niecodzienna pobudka

            Baltizar zmrużył oczy przyglądając się podejrzliwie Piwonii rozważając sytuację. Czy… był ubrany? Wydawało mu się że położył się do swojego łóżka, ale też oprócz leku wypił dość dużo alkoholu. Mógł zabłądzić, prawda?
            - Nie. Nie miałem… problemów. A powinienem mieć? Coś… mnie ominęło?- mruknął w końcu.
            - Tata mówił, że czuł negatywną energię krążącą po korytarzu. Lilia mówi, że tamta dwójka miała koszmary, więc chciałam sprawdzić ciebie. - gnom właśnie sobie uświadomił, że był całkowicie nagi. Pokój był jego, ale nie był pewny czy stan, w którym się obudził, był tym samym w którym zasnął.
            - Przywykłem do koszmarów. Nie są dla mnie zmartwieniem.- mruknął Bajarz odruchowo muskając palcami pierś Piwonii. - Ta… energia… nie miała przypadkiem właściciela, który ją posłał? Zakładam, że nie był to jakiś miejscowy fenomen?-
            - To nie ten twój, jeżeli o to pytasz. - zapewniła dziewczyna - Najpewniej czymś przyciągnęli do siebie ją. Negatywne emocje, taboo, tego typu rzeczy. Rzeczywistość na Dworze potrafi być płynna.
            - Nie sądziłem że mój…- machnął ręką Baltizar i dodał.- Prędzej czy później nasz mały prorok przyciągnie uwagę do siebie różnych sił. Kapłani dobra i czarodzieje na usługach jasności są spętani przez swoje sumienia i nie sięgnęli by do nieczystych zagrań. Ale czciciele mrocznych sił…- zaśmiał się chrapliwie mocniej napierając głową na sprężystą “poduszkę”. -... tych nie obowiązuje kodeks honorowy, a Zło nie lubi konkurencji nawet po swojej stronie.-
            Dziewczyna wydała z siebie delikatne westchnięcie na "atak" gnoma.
            - Zapewne. Chociaż szukanie konfliktu z nieznanym? Głupie, nawet jak na typowe egzemplarze "Sił Zła".
            - Silni nie muszą być subtelni. Silni depczą słabych. Silni nie ukrywają się. Silni… budzą strach. - stwierdził filozoficznie Baltizar.
            - Och, mam nadzieję, że obronisz mnie przed takimi "silnymi". Ja, biedna, słabiutka dziewczynka. - Piwonia uśmiechnęła się pokazując psotnie język.
            - Mogę zmienić się w mocarnego barbarzyńcę. Może owi silni się wystraszą.- zaśmiał się sarkastycznie gnom.
            Kobieta przytuliła mocniej Baltizara.
            - Wolę cię takim. - odparła - I pewnie potrafiłbyś być bardziej imponujący niż najmocarniejszy dzikus.
            - Wyobraźnia tylko mnie ogranicza… i moc zaklęcia.- przyznał na koniec i ciszej Baltizar. Cmoknął czule pierś, do której był tulony. - Jakie negatywne emocje mogą mieć oni? Co prawda kobieta chodzi jak struta, ale kapłan? On wydawał się mi zawsze kłębkiem pozytywnej energii. -
            Dziewczyna znowu wydała z siebie westchnienie, tym razem bardziej podekscytowane.
            - Może się pokłócili? Tata mówi, że ta Kaylie, wczoraj kłóciła się też z Fenuelem.
            - A to ja powinienem być tym ponurakiem. Widać jednak, że zostało we mnie dość natury mego ludu mimo całego tego doświadczenia z wielookim. A tak z ciekawości… chodzisz czasem do miejscowej świątyni bogini piękna? - zmienił temat gnom.
            - Kiedy mi wolno. - odpowiedziała - Lubię świątynie Shelyn. Tata ją kiedyś gościł, ale to było przede mną. Ponoć jej darem było podium w jadalni.
            - Mhmm… miło z jej strony.- znowu cmoknął czule pierś Piwonii i westchnął.- Powinienem wstać, chyba? Ech… nie chce mi się uganiać za bandą lunatyków po to by grać drugie skrzypce w czyjejś komedyi.-
            Dziewczyna się delikatnie naburmuszyła, kiedy gnom z niej schodził.
            - Czasem bycie na zapleczu ma swoje dobre strony. Jeżeli wybuchnie im to w twarz, to tobie się oberwie najmniej.
            - Nie przeszkadza mi bycie na zapleczu. Po prostu nie chce mi się jechać. - zaśmiał się Baltizar i wzruszył ramionami.- Nie martw się o mnie sikoreczko. Może nie jestem tak potężnym rębajłem jak Kaylie, ale umiem wydostawać się z kłopotów. Nie mam nic przeciwko pospiesznej rejteradzie, gdy sytuacja idzie nie tak jak powinna.-
            - Pomyśl o tym jako poszukiwania nowych inspiracji. Kto wie jakie horrory tam zobaczysz. Niektórzy lubią opowieści z dreszczykiem.
            - Dość się naoglądałem horrorów w życiu. Wolę czerpać inspirację z piękna.- odparł gnom znacząco zerkając na Piwonię.

            text alternatywny

            Przed karczmą.

            Na razie z pięknem gnom musiał się pożegnać. I razem ze swoimi stworkami powitać swoją drużynę. Miał bowiem dla nich tuniki… i wieści.
            Zatrudniona drużyna przyjechała przyjechała wozem, na którego widok gnom gwizdnął z zachwytem.

            text alternatywny

            To był całkiem solidny pojazd i użyteczny na wiele sposobów. Ci nowi podwładni Baltizara znali się na swojej robocie. Co było bardzo pocieszające dla gnoma, który nie przepadał za amatorszczyzną. Baltizar wdrapał się więc pospiesznie na kozła i mając swoich najemników przed obliczem przyjrzał się im ponownie.
            - Panowie… - zaczął przemowę po chrząknięciu dla oczyszczenia gardła. -... nasz szlachetny przykład już zaowocował dobrą zmianą. Miasto zobaczyło nasze dobre intencje i samo postanowiło zorganizować wyprawę przeciw złu gnębiącemu okolicę, pod wodzą niejakiej Filii. Zapewne znacie ją lepiej ode mnie…- mówił bardzo głośno, by te słowa wpadły do przypadkowych uszu i wydały plon w postaci plotek. Jego słowa mijały się nieco z faktami, ale… po pierwsze nie wszystkie fakty znał, po drugie był bajarzem i koloryzowanie opowieści było częścią jego fachu.- Zostaliśmy zaproszeni do tej wyprawy i ja to zaproszenie przyjąłem. Wszak wszyscy powinniśmy się zjednoczyć w zwalczaniu okrucieństwa.-
            Zerknął na okolicznych przechodniów sprawdzając jak reagują na jego przemówienie. I zamilkł na moment widząc wynurzające się z zaułka oślizgłe macki pokryte oczami. Sen może i oszczędzał mu ostatnio okrutnych widoków, ale na jawie nadal się pojawiały, kryjąc się w kącie oka.
            Chrząknął by znów oczyścić swoje gardło. - O czym to ja? A tak, przyłączymy się do ich wyprawy i będziemy podlegać ich decyzjom. Oczywiście priorytet, czyli chronienie mojego zadka, pozostaje w mocy. Aczkolwiek… ja jestem tylko małym słabym gnomem, więc nie będę walczył na pierwszej linii, bo nimi jak… zagadam wroga na śmierć? Z pewnością wykażecie się podczas tej wyprawy karnością, męstwem i bohaterstwem boooo… - uśmiechnął się drapiąc po brodzie.-... takie postawy zostaną nagrodzone przeze mnie odpowiednio ciężką sakiewką. Musimy zrobić dobre wrażenie, bo tego oczekuje od nas mój pracodawca. Więc proszę o nie wywoływanie burd i ograniczenie się w upijaniu. Macie zawstydzać paladynów swoim postępowaniem. Szczegóły na temat wyprawy poda nam zapewne nowa jej przywódczyni. Tak czy siak będzie trochę tałatajstwa do wybicia i będę dumnie obserwował wasze czyny… z bezpiecznej odległości. Tuniki...- tu pstryknął palcem na Etrigana, który trzymał w dziobie/paszczy pakunek. Potwór szeleszcząc kartkami z których był zbudowany.- … zostały przyszykowane. Weźcie pasujące do waszej postury i przez resztę wyprawy traktujcie jak drugą skórę. Jakieś pytania?-

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Zell
              #41

              Avruil

              Kaylie ponownie ujrzała pnącza pojawiające się w jej podłodze. Czerwony pączek kwiatu wyłonił się z pnączy, a gdy otworzył się, ujrzała Lilię, przeciągającą się. Rudowłosa córka Otto uśmiechnęła się do Galtianki i usiadła na łóżku obok kobiety.
              - Załatwione, powinien mieć spokój z czymkolwiek tam chce. Więc masz mnie tylko dla siebie…- dziewczyna urwała, widząc na twarzy Kaylie smutek. Westchnęła, ale spróbowała trochę zadziornie zainteresować Galtiankę
              - Chciałam ci coś zaproponować. Co powiesz na małe oderwanie się od rzeczywistości? Może relaks w łaźni? Wyobraź sobie: kąpiel błotna, masaż, a wokół same wspaniałe zapachy… i ja?
              Zerknęła na Kaylie z wyczekiwaniem, jakby chciała dodać trochę pikanterii do dnia, który miał być tylko jej.
              - Obiecuję, że to będzie zupełnie inna perspektywa. Chciałabym, żebyś poczuła się doceniona. Taki dzień tylko dla ciebie, gdzie nikt nie będzie cię oceniać.
              Lilia uśmiechnęła się szeroko, zachęcając Kaylie do wyjścia z cienia, w które wpadła.
              - To jak? Chcesz chociaż spróbować? Naprawdę zasługujesz na chwilę dla siebie.
              W jej głosie brzmiała szczerość i ciepło, które mogłyby pomóc Kaylie znaleźć promyk światła w tej trudnej chwili.

              Viktor

              Viktor, z nieco sztywną postawą, siedział na siodle po długiej podróży i już zaczynał żałować metody podróży. Niezależnie od tego, jak wiele razy przekładał nogi na koń, po latach jeżdżenia dorożkami czuł się nieco niepewnie, choć z każdym krokiem konia coraz bardziej odnajdywał pewność siebie. Jego dłonie płynnie przesuwały się po grzywie zwierzęcia, świadome, że magia, której użył, przywróciła mu siły.
              Gdy dotarł do skrajnej granicy lasu, jego wzrok padł na imponującą willę, która wyrastała z otoczenia jak z bajki. Dwupiętrowy budynek, z białymi marmurowymi ścianami, zachwycał swoim stylem. Ciemne dachówki lśniły w promieniach słońca jak klejnoty, a rzędy drzew prowadzące do schodów kończących się pod potężnymi, podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna dodawały całości majestatycznego charakteru.
              Viktor spiął konia, czując, jak adrenalina wypełnia jego żyły. Przez moment natchniony pięknem miejsca, postanowił zsunął się z siodła i pacnąć konia w bok, by wyruszyła na zasłużony odpoczynek.

              Baltizar

              Ekipa Gnoma przez chwilę przyglądała się sobie przez chwilę. Barbażyńscy bracia w końcu się odezwali.
              - Mamy pracować, ze strażą miejską? Mamy słuchać ich rozkazów? - najwyraźniej wojownicy dzikich terenów Mamucich Lordów nie lubili być ograniczani.
              Ofun, alchemik grupy westchnął.
              - Czy wiesz cokolwiek o ich misji? Chcę wiedzieć, co powinienem przygotować.
              Elfi mag, Inarion, kiwnął głową.
              - Jeżeli szykuje się jakaś większa walka. Mam przygotowane zaklęcia bardziej na indywidualne cele, nie duże oddziały.


              Gdy Gnom zakończył rozmowę ze swoimi pracownikami, ktoś do niego podszedł.
              Chwilę mu zajęło, aby przypomnieć sobie imię elfki, która go wczoraj oprowadziła po bibliotece Domy Odnowy.
              - Witaj, mistrzu Baltizarze. - Dari uśmiechnęła się ciepło do gnoma - Słyszałam, że ostatnio występujesz na Popielnym Dworze. Chciałam ujrzeć twe występy, przed mniej wymagającą widownią. Słyszę jednak, że dusza bohatera w tobie goreje. Wyprawa z lady Blackfyre? Ratowanie tych biednych porwanych? Toż to zaczątki na niesamowitą historię, o której będą śpiewać przez lata. Mogę zabrać ci trochę czasu zanim wyruszysz?

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                #42

                Galtianka oczekiwała na powrót córki Otto stojąc nieruchomo przed zamkniętym oknem, które ledwo co odsłoniła, jakby nie chciała dawać żadnego wglądu osobom z zewnątrz. Jedną dłoń trzymała na boku przy mieczu, jakiego obecność dodawała jej spokoju ducha, gdy drugą ręką wspierała się na łokciu na ścianie przy oknie wystukując palcami dysharmonijny rytm.

                Usłyszała dźwięk przypominający szelest liści za sobą. Gdy się odwróciła na środku jej pokoju znajdował się kwietny pąk sięgający sufitu. Po sekundzie pąk się otworzył pokazując Lilię, rudowłosa dziewczyna przeciągnęła się i spojrzała na Kaylie, która właśnie odsuwała rękę od miecza.
                - Załatwione. - oznajmiła z uśmiechem, wychodząc z pąku, który momentalnie zmienił się w pył - Viktor może teraz załatwiać, co mu się tam podoba.
                Kobieta mruknęła w potwierdzeniu skinąwszy głową. nie trzymała już dłoni przy mieczu, teraz skrzyżowała obie na piersi.
                - Dziękuję za pomoc.
                - Jestem ci trochę dłużna, więc nie ma za co. - usiadła spokojnie na łóżku Kaylie patrząc przez chwilę w sufit - Co cię męczy?
                Kaylie spojrzała krótko na dziewczynę.
                - Nic. - odparła i odwróciła się znowu w stronę okna.
                - Kłaaamiesz - odparła - Tata czuł, że coś się między wami stało, nic dobrego. - Lilia wstała, oglądając galtiankę od góry do dołu - Jeżeli chodzi o faceta... - podeszła po cichu do Kaylie i wyszeptała jej do ucha - Odrzucił cię?
                Kaylie stała niczym posąg, a jej odpowiedź była zimna, choć utrzymywana w chwiejnym spokoju.
                - On twierdzi, że nie.
                Rudowłosa westchnęła, odwróciła Kaylie szybko i cmoknęła ją w usta.
                - Proszę. Dostateczny szok, aby cię wyciągnąć z jaskini smutku? Chcesz o tym pogadać? Jest to lepsze niż butelkowanie tego w sobie.
                Kobieta nie była naprawdę zaskoczona gestem, choć dużo z reakcji pochodziło z samokontroli.
                - Nie ma o czym. - pokręciła głową - Różnych facetów widziałam. Czasem się zapominam po prostu.
                - Ten raz zabolał. - zauważyła Lilia - Dlatego, że do niczego nie doszło, zanim miałaś szansę żałować? Słuchaj, nie chcę się wciskać gdzie mnie nie chcą, ale słyszałam jak on do ciebie mówi. Nie wiem ile było prawdy w tych jego słodzeniach, ale ma talent z językiem. Dziwne więc, że tak by cię nakręcał, aby tylko powiedzieć "Nie, wolę inne". Może po prostu, oboje nie rozumiecie sytuacji.
                - Nie ma o czym mówić. - stwierdziła po chwili z pogłosem żalu.
                - Och, jest, jest. Słychać to w twoim głosie, czuć w twoim zapachu. Po prostu nie chcesz o tym mówić ze mną. - dziewczyna przez chwilę spoglądała na podłogę - Co powiesz na małą ofertę? Weź ten dzień i pomyśl tylko o sobie. Mamy na Dworze spa. Kąpiel błotna, w wodzie z kolorową solą górską, masaże, egzotyczne owoce, które łaskoczą język i podniebienie. Wszystko, abyś mogła się zrelaksować. Brzmi kusząco?
                Kaylie westchnęła lekko.
                - Brzmi. Ale kto będzie wszystkim zarządzał i robił masaż? Ty?
                - A chcesz? Bo mogę. - Lilia chwyciła dłoń - Jeżeli jednak, chcesz silnych męskich dłoni, aby ugniatały tam gdzie dobrze. To Jori zmajstruje nam odpowiednią rzecz. Nie zrobi niczego, czego nie będziesz chciała.
                - A mogę obie opcje na raz?
                - Ochocho… - dziewczyna objęła szyję Kaylie - Jak najbardziej… chcesz zacząć tu.. czy dopiero na dole?
                - Wszystko mi jedno. - uśmiechnęła się lekko do Lilli - Po prostu chcę zapomnieć.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                  #43

                  Khal na wycieczce

                  - Tia… odpoczynek… - mruknął do własnej myśli, gdy klacz odbiegała lekkim kłusem na polankę. Magia odnawiająca sprawiła, że nawet nie bardzo się spociła podczas trzygodzinnego galopu. Ta sama magia, której musiał sobie żałować, jeśli miał jeszcze zdążyć wrócić na obiad z tokenowym sędzią-pozorantem, a było to ważne dla jego oddolnej budowy wizerunku. Nawet jeśli Filia przejrzała go jeszcze nim się w ogóle spotkali, to nie oznaczało, że taki stan rzeczy pozostanie niezmiennym.

                  Przez chwile rozważał kwadrans popasu, ale odrzucił myśl. Łatwiej teraz zmusić się do aktywności, niż gdy ostygnie.

                  Strzepnął ramionami dez- i re-integrując ubiór w bardziej odpowiedni do otoczenia. Nie rzucający się w oczy płaszcz i mieszczańska koszula. Obszedł rezydencję szerokim łukiem, podchodząc do niej od tyłu. Była… piękna. Pomieszkiwał w takich w Cheliax, ale nigdy nie miał takiej na własność, a stary Crawcolt miał go nawet nie jako “dom letniskowy”, ale rezydencję-więzienie.

                  Schylony przemierzył pola winogron wchodząc głębiej i głębiej w ziemie posiadłości, wyciągając tylko Fisusia ponad uprawy, jak peryskop w podmorskich maszynach parowych gnomów. W tym momencie również nie nosił już swojej twarzy (ukrytej pod tworem zestawu do przebrań) a iluzja ubioru imitowała resztę służby.

                  Na razie jego podchody pozostały niezauważone. Nie było widać ruchu na terenach wokół rezydencji, ani też w oknach, czy tarasach. Pozostało mu tylko teraz zdecydować jak wkraść się do środka. Przez okno czy drzwi do piwnicy, jak jakiś złodziej? Wdrapać się na balkon albo z buta otworzyć frontowe drzwi jak znamienity (i głupi) rycerz. Czy może jego srebrny język otworzy mu drzwi? Nie… nie miał zbudowanej legendy. Cokolwiek by wymyślił mogłoby zostać później sprawdzone i Zorya mogłaby na tym ucierpieć. Musiał pozostać duchem. Zobaczyć się tylko z nią. Drobne omsknięcia były dopuszczalne, ale nikt nie mógł się spostrzec, że jest spoza służby. Czyli nikt nie mógł przyjrzeć się jego twarzy.

                  Najpierw musiał zlokalizować Zoryę. Ukradkowym krokiem maszerował, z samym Fisusiem, okazjonalnie wyglądającym ponad winoroślami. Ktokolwiek dojrzałby małego węża wystającego ponad uprawy musiałby uznać, że mu się coś przywidziało… Wedle rozmowy z Archibaldem pani Crawcolt mogła być w ogrodzie, w biblioteczce, czy studium jak to nazywali. Mniejsza szansa była na spacer wokół posiadłości, a najmniejsza, ale najbardziej uciążliwa, na coś zupełnie innego. Wtedy musiałby improwizować. Postanowił zacząć od najmniej inwazyjnej opcji. Ogród.
                  Jakiekolwiek siły mu się przyglądały musiały mu obecnie sprzyjać. Lata ją trochę zmieniły, ale był pewny, że widzIał Zoryę siedzącą na ławce w ogrodzie, czytającą jakiś list.

                  - Bogini Przeznaczeń… - szepnął z wdzięcznością spoglądając w niebiosa i przyłożył dwa palce do ust, by posłać nieistniejącej (wedle jego wszelkiej wiedzy) personifikacji złośliwości losu, pocałunek. Zwykle była wredną suką, więc należało jej się uznanie gdy obdarzała łaską. Strzepnął rękoma dez- i -reintregrując ubiór na bardziej odpowiadający służbie. Co prawda nie tej specyficznej, bo Zorya była pierwszą osobą z dworku którą znalazł, ale wciąż drastycznie mniej podejrzane niż kamuflujący płaszcz koloru błota, który przed chwilą miał.
                  - Fisuś, stój na czatach.
                  - Ayay - zasalutował wąż ogonem i popełzł krzakami w kierunku dworku, z której to strony najpewniej by przyszła służba gdyby miała się pojawić.
                  A Khal… nagle poczuł ciężar w przeponie. Nie oczekiwał tak szybko jej znaleźć i… nie czuł się gotów.
                  - Pizda…
                  Warknął na siebie bardziej mentalnie niż nawet szeptem. Wiedział doskonale jak powinien ją podejść gdyby chciał ją uwieść. Wiedział jakich słów użyć gdyby coś od niej chciał. I niby technicznie mógł tak samo zacząć, ale… to było co innego. I to była przyjaciółka z poprzedniego życia. Choć ona sama pewnie widziała w nim niewiele więcej niż ofiarę niedoli. Projekt charytatywny który przyjęła jej matka. Z litości rzucała z nim piłką gdy ich matki rozmawiały.
                  Zza płaszcza wyciągnął podkładkę, papier i pióro… Napisał słowa. Tylko ich kilka. Ale mniej słów często potrafiło znaczyć więcej. Zaraz potem z tej samej kieszeni wyciągnął inną kartkę. Ta była w pełni zapisana literami tak drobnymi, że ledwie czytelnymi. Zwiesił przy pasie małą różdżkę. Prostą, nawet nie na stopę długą, pozbawioną jakichkolwiek zdobień, z pominięciem stalowych okuć na końcach. Dla zwiększonej odporności.


                  - Lady Zoryo - zwrócił na siebie uwagę, podchodząc od strony domu. Tak jak służba mogłaby przyjść. I głosem precyzyjnie odpowiadającym służbie mówił dalej - Nowy list przyszedł… - wręcz zaanonsował, wyciągając do niej rękę z dwoma kartkami papieru. Wyprostowane plecy, pochylona głowa i nawet pięść zaciśnięta na krzyżu perfekcyjnie imitowały wysokiej klasy służącego. Takiego jakich, spodziewał się, Zorya miała na swoje usługi we dworku.
                  Kobieta odłożyła książkę, spoglądając na nowo przybyłego.
                  - Tak, to ja. Jesteś nowym członkiem służby? - Zorya nie wydawała się zaniepokojona obecnością nieznanego mężczyzny. Pewność swego bezpieczeństwa, czy obojętność na zagrożenie?
                  - Coś… w tym rodzaju - intencjonalnie przedłużył odrobinę wypowiedź, aby dać nie-definitywnie znać, że może być w nim coś więcej. Takie delikatne wprowadzenie potrafiło łagodzić reakcję.
                  - List odnosi się również do tego.
                  W jego głosie pobrzmiała zachęta by przeczytać. Pozwolił sobie przejść przed nią, by przyjąć postawę służącego po jej drugiej stronie. Tam gdzie zasłaniała go jabłoń i tylko z jednego okna w dworku byłby czysty widok na niego.
                  Kobieta spojrzała najpierw na niego, później zerknęła na jedno z okien na piętrze willi.
                  - Tak, masz jakieś dziesięć minut zanim mój pies strażniczy się zjawi. Kim jesteś i czego chcesz?
                  - Jestem duchem z poprzedniego życia. Khal Frey, pewnie nie pamiętasz - powiedział i zmarszczył brew, gdy zrozumiał, że “zakładał najgorszy scenariusz”. Zrozumiał, że chciałby aby go pamiętała i wolał już założyć zawód, aby go umniejszyć.
                  - Tacy byliśmy wtedy - wskazał ręką wzrost - Przede wszystkim chciałem dostarczyć list. Bo to jest coś co wiem, że tobie odmawiano, lady Zoryo. Potem chciałbym ustalić metodę która pozwoli mi, lub komuś wysłanemu przeze mnie, przekazywać między wami korespondencję. Następnie… dojdziemy do tego…
                  - Khal... Frey? - kobieta się chwilę zastanowiła - Pamiętam cię... wygnali cię z Evercrest. Czemu... czemu to robisz? Po tylu latach, wracasz i pomagasz dawnym znajomym, którzy dla bezpieczeństwa nic nie mówili, kiedy skazywali cię na wygnanie?
                  - Heh… - uśmiechnął się Viktor, czując… ciepło na sercu.
                  “Pamięta mnie.”
                  - Wiesz jak to jest… marznąć aż do kości? Starać się zasnąć, gdy palce są sine, a stawy sztywne? Całe ciało drży, starając się wykrzesać odrobinę ciepła, ale nie ma siły bo od wczoraj nic nie jadłaś? A jutro musisz mieć siły by dalej walczyć, bo każdy dzień to jest walka…
                  Zamilkł na krótki moment, pozwalając Zoryi ujrzeć scenę. Nawet jeśli nie wierzył, by w połowie zrozumiała co naprawdę opisywał. Jakby miała?
                  - Lady Barabi, wielka dama, o której usługi lepsi walczyli między sobą, kiedyś ulitowała się nad matką chłopca, co ze wszystkich sił walczyła by w rynsztoku nie skoczyć. Dała jej ciepłego materiału, z niezachwianą pewnością nazywając go odpadem. Mały Khali jej wtedy uwierzył. Khal dziś wie, że nie istnieje coś takiego jak odpad długi na trzy metry. Wiedziałaś, że bieda jest droga? Do tego czasu co roku kupowaliśmy kolejne szmaty, w których wciąż trzęśliśmy się nocą z zimna, a po sezonie już do niczego się nie nadawały.. Dla nas one wcale nie były tanie. Ten odpad… on dosłownie zmienił nasze życie. Pamiętam wiele dni i nocy w których nie byłem zziębnięty i nie byłem głodny dzięki niemu. Dzięki wam.
                  - W mojej pamięci widzę cię jak ikonę. Jakbyście były święte. Za ten jeden fakt, że nie gardziłyście nami, za samą tę bezczelną impertynencję kalania waszych spojrzeń naszą niedolą. - Stare wspomnienia i urazy nadały jego głosowi jadowitego podźwięku, ale zaraz westchnął i znów miał miękki ton zatroskanego przyjaciela.
                  - Byliśmy dla was ludźmi. Bliźnimi w potrzebie, gdy większość widziała w nas szczury, którym pozwalano żyć, póki nie rzucały się w oczy i łaską to nazywali. Pół świata przemierzyłem na wygnaniu, ale wróciłbym tu lata temu, gdybym wiedział jak ciebie potraktowano…
                  Oczami wspomnień widział wyidealizowane obrazy przeszłości. Takie które ułomna pamięć przez dekady obdarła z każdej cząstki mroku, zostawiając tylko czyste, błyszczące iskry ułomków szczęścia, jarzących się kontrastem ze wszystkim co pamiętał o tamtych czasach. To nie były już nawet sceny, a bardziej pojedyncze obrazy, albo same idee. Jak grali razem. Jak przemyciła go do łaźni by zmył z siebie już niemal skamieniały brud, potem ubrała go jak człowieka i zabrała na zabawę z innymi dziećmi lepszych. Na krótkie momenty wprowadzało go do swojego świata i za to, na swój sposób, mały Khali kochał ją i poszedłby za nią w bój. Jak rycerz za dobrym władcą, bo stała się wtedy jedną z niewielu gwiazdek na niebie i póki ona na nim świeciła… świat był tego wart…
                  Teraz zbyt dobrze ten świat rozumiał, by choćby i tysiąc takich gwiazdek mogło go rozświetlić, ale wciąż wiedział, że jeśli będzie trzeba… to zawezwie gniew piekieł i czaszkami jej wrogów, wybrukuje trakt wiodący ją wreszcie do szczęścia…
                  Kobieta posmutniała.
                  - Aż boję się zapytać, coś słyszał. Pewnie i tak w połowie nie jest tak dobrze... - westchnęła - I proszę, nie zgrywaj rycerza. Miałeś dostatecznie dużo własnych kłopotów, aby męczyć się moimi... chociaż...- spojrzała na list od matki, a Khal zauważył delikatną wilgoć zbierającą się w jej oczach - Powiedz... jak ma się mama? Widziałeś ją, a ja... - słowa przez chwilę utknęły jej w gardle - ja nie. Wszystko z nią dobrze?
                  “Nie zgrywaj rycerza!?” - słowa ukłuły Khala jak nie powinny. Odsunął tę myśl. Zorya dość przeszła i może wręcz bała się już nadziei. Jej brak był potężną tarczą przeciw zawodom potrafiącym rozerwać serce.
                  - Moje bolączki nie grają tu roli - zaprzeczył, ale musiał ukryć ból który chciał się przesączyć do głosu, gdy wspomnienie kopania grobu dla matki samo wydarło mu się z pamięci.
                  - Zapamiętaj proszę co ci powiedziałem i przemyśl to później. Może zrozumienie, jak ważna była twoja dobrać dla małego Khaliego, przyjdzie później. Twoja matka jest silna. Trzyma się twardo i dopiero gdy rozpoznała kim jestem udało mi się wyprosić u niej by mi powiedziała co się z tobą stało. Jej warsztat i herbata którą mnie poczęstowała sugerują, że nie ma problemów z pieniędzmi i pracą. Wciąż wysyła do ciebie listy nie rzadziej niż co kwartał.
                  Zorya pokiwała głową, silnie walczyła, aby nie rozpłakać się.
                  - To.. to dobrze. Cieszę się, że się jej wiedzie. - wciągnęła i powoli wypuściła powietrze, aby uspokoić myśli - Co kwartał? Sądziłam, że chowa je przede mną... pewnie nawet pali. Więc, co teraz?
                  - Przede wszystkim ustalamy metodę przekazu korespondencji. Dziś mi się poszczęściło, ale nie zawsze musi tak być. Jest jakieś miejsce, do którego masz w miarę swobodny dostęp, wiesz, że nikt ze służby tam zagląda i ktoś z zewnątrz może swobodnie zostawić i odebrać zostawiony list? Jakiś konkretny kamień, dziupla w drzewie, może cegła w murze jest luźna?
                  Kobieta chwilę się zastanowiła. Spojrzała na rzędy drzew prowadzących do rezydencji.
                  - Jedno z drzew w tym rzędzie. Jabłoń. - wskazała na pojedyncze drzewo o grubym konarze i gęstych gałęziach - Wisi na nim dom dla ptaków. Można otworzyć go od tyłu, nie dotykają go do czasu zimy, kiedy trzeba oczyścić go z brudu i gałązek.
                  Viktor spojrzał na wskazane drzewo.
                  - Chyba się nada. Dobrze szacuję, że tylko ze wschodniego skrzydła można by zobaczyć człowieka coś przy nim robiącego?

                  - W porządku. Teraz trudne pytanie, ale muszę wiedzieć… kiedy odnajdę już Dorię i Philipa… w jakiś sposób udowodnię, że jestem od ciebie i powiem, że uwalniam was wszystkich od panicza Crawcolta by posłać na drugi koniec świata do nowego życia i mam ku temu możliwości... będą chciały ze mną pójść?
                  Zorya zamrugała kilka razy i zaczęła płakać. Chwilę zajęło jej zanim się uspokoiła.
                  - Ich nie ma w kraju... Wysłał ich do Numerii... boję się najgorszego...
                  - Odnajdę ich - zadeklarował Khal z mroczną pewnością - To zajmie czas, nie wiem jak długo, ale nie jestem sam. Odnajdę ich i sprowadzę. Ale będę potrzebował abyś opisała mi wszystko co wiesz o wszystkim związanym z nimi, z ich dawcą nasienia, relacjami między nimi. O ludziach Crawcolta i jego partnerach. Każdy jeden skrawek informacji to możliwy trop. Nie mamy teraz na to czasu. Przemyśl to. Poświęć temu czas i zostaw te informacje w domku dla ptaków. Odbiorę je za tydzień, albo dwa i zostawię kolejny list. Ale teraz mi powiedz. Jakbyś zaczęła nosić nowy prosty, srebrny pierścień na palcu ktokolwiek by zwrócił na to uwagę?
                  - Nikt nie zwraca uwagi na to co noszę. - zauważyła kobieta - Na pewno nie mój "luby"...
                  Khal przytaknął i wyciągając zza pazuchy mieszek. Przyklęknął przed Zoryą na kolano, tak aby zasłaniała go od strony domu i wysypał z niego na swoją dłoń niemal dwa tuziny pierścieni. Srebrnych, stalowych, nawet kilka złotych. Niektóre były zupełnie bez ozdób, ale blisko trzecia część z nich nadawała się na obrączki.
                  - Wybierz jeden który wygodnie leży ci na palcu - polecił, rozsypując wcale niemały stos na swoją drugą, przystawioną pierwszej dłoń.
                  Kilka chwil później kobiet awybrała prostą srebrną obrączkę.
                  - Rzucisz teraz jakieś zaklęcie na nią? Tyle mi obiecujesz, a i tak już tyle zrobiłeś, że nie zdziwiłabym się, gdybyś nie zaklął ją, aby zabiła każdego, kto zechce mnie skrzywdzić.
                  - Będzie rodzaj zaklęcia… - przytaknął wybierając żelazny pierścień i zakładając go na własny palec. Pozostałe luzem wrzucił do podwymiarowej kieszeni pod ubraniem i uchwycił dłoń Zoryi, swoją własną kładąc na jej tak, że pierścienie się stykały. Był to ostrożny, ale nawet odrobinę czuły dotyk.
                  - Tak się kończy pozwolenie szczurom poczuć się jak ludziom. Ego vos virum et uxorem nuncupo - wymruczał inkantację, a oba pierścienie na moment zrobiły się ciepłe. Odkaszlnął, odrobinę zmieszany i zajął swoją dawną pozycję, imitującą służącego z boku ławki.
                  - Jakby przemoc mogła rozwiązać tę sytuację, to ta willa dziś by spłonęła do gołej ziemi, a ciała panicza nikt nigdy by nie znalazł. - odpowiedział, a pierwszy raz w jego głosie usłyszeć można było mrok… dostrzec można było, że Khal może mieć w sobie więcej niż łagodne słowa i wielkie deklaracje, ale na zawołanie… może też stać się potworem. Ale to było tylko wrażenie, prawda?
                  - Jak jedno z nas zdejmie swój pierścień ten należący do drugiego pęknie. Niezależnie jak daleko od siebie będziemy. Możesz go przesuwać wzdłuż palca, ale utrzymaj go za paznokciem. Jak kiedyś poczujesz się zagrożona i będziesz chciała bym cię stąd zabrał to wtedy go zdejmij, a ja przybędę najszybciej jak będę mógł. To nie będzie oznaczało w żaden sposób, że porzucę poszukiwania Dorii i Philipa. Mam gdzie ciebie ukryć gdzie nikt cię nie dosięgnie… tylko będzie ciaśniej.
                  - Może Cheliax? - zapytała Zorya - Nie rozumiem Piekielnego, ale rozpoznaje go kiedy go słyszę. Widzę, że daleko uciekłeś od naszych stron.
                  - Jakbyś chciała wystarczyłby jeden list ode mnie, aby przywitano was tam z otwartymi ramionami - przytaknął - I tam akurat wcale nie mielibyście ciasno. Mam tam wiele nieodebranych przysług. Ta inkantacja to nie było nic mrocznego, jakbyś miała się o to martwić. Jedna z tamtejszych klasycznych formułek.
                  - Jakby nas twój pies strażniczy miał zaskoczyć… Chciałabyś abym coś przekazał twojej matce?
                  - Powiedz... że za nią tęsknię i że żałuję, że nie spotkała jeszcze swoich wnucząt. Pokochałyby ją. Nic mi nie grozi, ale do końca bezpieczna nie jestem.
                  - Przekażę. Pomiędzy korespondencją na bieżąco i planowaniem twojego uwolnienia w dłuższym terminie… jest coś co mogę dla ciebie zrobić, aby ci trochę ulżyć? Cokolwiek… czy przynieść wypiek którego ci tu żałują, czy może ktoś ze służby bywa w Evercrest i przydałby mu się bardziej lub mniej poważny wypadek. Może jakaś konkretna książka, albo koszula nocna co twoja matka by uszyła? Albo łatwe do ukrycia ostrze, bądź nawet trucizna co wygląda jakby na serce ktoś umarł?
                  - Nie! - odpowiedź kobiety była szybka i wypełniona strachem - Nie.. to tylko pracownicy. Niczego nie są winni. Jeżeli... jeżeli miałbyś uratować mnie... udałoby ci się zabrać i ich?
                  - Hej, hejhejej… - spróbował uspokoić ją łagodnym tonem - Skoro byli dla ciebie dobrzy to nie spotka ich z mojej ręki krzywda.
                  Khal zamilkł na chwilę. Rozważał.
                  - To… drastycznie zwiększy ryzyko. Przemycenie czworga ludzi wymaga przygotowań. Dziesięciorga? Z wrogiem o takich funduszach i kruchym ego jak Crawcoltowie? Musiałbym to robić w transzach… W Cheliax mógłbym wam gniazdko uwić aby legalnie nie mogli was tknąć ani nawet szukać, ale znalezienie jednego z nich mogłoby doprowadzić pościg do was.
                  - On... zabił już kilkoro... Próbowali mi pomóc uciec. Zabił ich na moich oczach... powiedział, że to moja wina. Gdybym ich nie prosiła o pomoc to by dalej żyli, pracowali by, zarabiali, jedli, pili, spali... zakładali rodziny. - łzy znowu zaczęły pojawiać się na oczach Zoryi - Jeżeli zniknę... to zabije i tych…
                  Viktor skrzywił się. Na moment zimna nienawiść na nowo rozbłysła gorącymi iskierkami.
                  - Zorya… moment w którym zobaczę powóz z tobą, twoją matką i dziećmi znikający za horyzontem na drodze do choćby Cheliax, daleko za granicami Rzecznych Królestw będzie momentem gdy ruszę po Crawcolta i pewnie w bonusie jego ojca. Moje możliwości i moja magia mają swoją mroczną stronę. Żaden z nich nie wyjdzie z tego żywy.
                  Dziewczyna pokiwała głową, ale spojrzała twardo na Khala.
                  - Ja... Ja nie chcę stąd uciekać! To mój dom. Tu wychowałam się. Chcę tu zostać, ale.. bez niego. Dasz radę?
                  Viktor uniósł brew.
                  - Nie. Nie w… - odmówił w pierwszej chwili, ale szybko zmienił ton -… uhh… rozumiesz, że zabicie Hieronima nie przejdzie bez echa, prawda? On ma rodzinę. Przyjaciół. Partnerów w handlu i postawiłbym duże pieniądze, że również w zbrodni. Uhhh… - podrapał się po brodzie dumając - Są pewne… opcje. Ale są… nazwijmy je “wątpliwymi”. Raczej nie są dla ciebie. Zapomnij, że coś mówiłem… Zobaczę jak to wygląda. Może karty dojdą nam do ręki w tej jednej kombinacji która na to pozwoli, ale… nie miałbym wielkich nadziei. Bardzo wiele elementów układanki musiałoby się ułożyć akurat na naszą korzyść…
                  - Jakie opcje? - kobieta spojrzała na adwokata, zobaczył delikatny promyk nadziei w jej oczach.
                  - Uhhh… To są… opcje dla ludzi nie mających już wiele nadziei. Niektórzy by powiedzieli, że dla ludzi złamanych. Opcja z której ja sam kiedyś skorzystałem, ale na przekór im wszystkim… nigdy tego nie żałowałem. Nie sugerowałbym ci iść aż tak daleko ja, ale jakbyś choćby przyjęła wiarę mojego patrona… dałoby mi to pole manewru. I wierzę, że za moją namową byłby chętny kiwnąć palcem w naszej sprawie…
                  Khal mówił powoli. Niby bezwiednie, ale tak naprawdę głęboko wpatrując się w jej mimikę, w jej stan emocjonalny i reakcje oceniając, czy była gotowa usłyszeć co miało nadejść kolejne. Była.
                  - Proszę. Zanim wyciągniesz o mnie pochopne wnioski… daj mi wyjaśnić. I pamiętaj, że ja nigdy nie chciałem tego tematu poruszyć… Mój patron to Kozioł Ofiarny. Piekielny Lord surowego prawa oraz porządku, do którego ono prowadzi. Nie kojarz go w żaden sposób z Asmodeuszem czy innymi diabłami. Tu nie ma miejsca na ofiary z niewinnych, nie ma picia krwi, nie ma prawie nic co ludziom kojarzy się gdy słyszą o piekłach. W społeczności wymarzonej przez niego prawo trzyma w ryzach potężnych, by nie śmieli oni nadużywać swych przywilejów. W tej społeczności, każdy jeden Hieronim dostałby to na co zasłużył i to byłoby to dokładnie to co sobie wyobrażasz. A potem wszyscy następni Hieronimowie sami trzymaliby się w ryzach z czystego instynktu przetrwania.
                  - Nie namawiam cię do przyjęcia jego patronatu. Jedynie przedstawiam ci opcje…
                  - To... to dużo. - kobieta chwilę się zamyśliła i delikatnie prychnęła - Ironia. Twoją matkę fałszywie skazano za konszakty z diabłami, a teraz ty szerzysz wiarę w jednego.
                  - Znaleźli diabła gdzie go nie było. Tym sprowadzili na podwórko prawdziwego.
                  Przytaknął jej ironi.
                  - Ale czuję potrzebę powtórzenia się… nie kojarz mnie a asmodeanami, czy belzabubitami ani innymi. Nie mam z nimi nic wspólnego i z Azazelem połączył mnie mój zawód.
                  - W Cheliax znają mnie jako Viktora Goodmanna. I Viktor Goodmann jest trzecim Piórem… znaczy się adwokatem, w Cheliax. W Isger nie ma ode mnie lepszych. Gdy tam dotarłem, ponad dwie dekady temu, na wiele lat popadłem w obsesję ucząc się prawa. Katalogując scenariusze jak mógłbym… ją… wybronić spod tych zarzutów. - Viktor odkaszlnął, by przegonić słabość zdradliwie pobrzmiewają w jego głosie - Albo jak mógłbym posłać Yasperhyde’a i Blackfyre’a na szubienicę za to co zrobili. Nigdy nasze ścieżki by się nie przecięły gdybym nie został wygnany.
                  - No... pomyślę o tym. Może później będziesz mógł mi powiedzieć więcej. Na razie... lepiej już idź. Za chwilę kończy się moje pół godziny prywatności.
                  - Brak decyzji jest bezpieczną decyzją - wpół przyznał, wpół pochwalił Khal - Może wydarzenia się ułożą na naszą korzyść. Mój agent stoi na czatach i bym wiedział jakby ktoś nadchodził. Te pół godziny… zawsze jest o tej porze dnia? Czy to była figura liryczna?
                  Zorya pokręciła głową.
                  - Urocze, prawda? Mam rutynowy czas dla siebie. - westchnęłą - Po nim, mój cień zacznie za mną wszędzie chodzić.
                  - Plugawe. Ale ułatwi nam przyszłe spotkania, skoro wiem, że mogę oczekiwać tego momentu. Może nawet okaże się, że domek dla ptaków będzie zbędny, ale zobaczymy… Za tydzień, maksymalnie dwa znów się pojawię. Miej dla mnie wtedy wszystko co myślisz, że może mieć cień szansy na jakikolwiek trop by znaleźć twoje dzieci, lub dorwać po cichu Hieronima i przygotuj list dla matki. Bardzo chciałaby więcej od ciebie usłyszeć. Mam niewidzialny atrament. Taki co w kilku minutach na powietrzu utlenia się i znika, a wywołanie go wymaga odpowiedniej alchemii. Jeśli zdarza im się przeszukać twoje rzeczy to ci go zostawię i nim będziesz zapisywała wszystkie wiadomości na drugiej stronie kartki, z nie-podejrzanym tekstem. Zostawić ci go?
                  - Nie potrzeba. Wiem, gdzie chować rzeczy, które nie chcę, aby były znalezione. - spojrzała jeszcze raz na swoją rezydencję - Lepiej już idź. Za dwie minuty wyjdzie przez boczne drzwi.
                  - Nie będzie miał szans mnie zobaczyć. Do zobaczenia, Zoryo. Pomimo tego wszystkiego… dobrze było cię zobaczyć.
                  Khal przymknął oczy, gdy mruczał krótką inkantację, dłoń w magiczny sygil i zaczął się rozmywać. Łata, po łacie okrywał się płaszczem niewidzialności aż nic już nie zostało.

                  W ostatniej godzinie galopu Viktor pożałował śniadkowi odnowienia, bo zachował ostatnie dla siebie, więc gdy przejeżdżał przez bramę oboje byli już w parszywym stanie. Odstawił klacz do stajni i dopiero wtedy potraktował się modlitwą. Momentalnie ból pleców, mięśni a przede wszystkim miednicy kryjącej się pod czterema literami minął. Nagły brak dyskomfortu uderzył go rzeczywistą przyjemnością jak…
                  Uśmiechnął się zadziornie do myśli. Definitywnie był na głodzie. I to z własnej, do stu piekieł, winy! Nie, nie winy. Gorzej: decyzji.

                  Przed obiadem w Purpurowym Indorze odwiedził łaźnie Popielnego Dworu, przemierzając jego próg nosząc twarz i ubiór kogoś innego. Człowieka który nigdy nie istniał. Nie chciał ułatwiać pracy prawdopodobie-Ihaili. Jeśli wciąż go obserwuje to nie ma potrzeby zbyt szybko wykluczać dla niej opcji “może nie opuszczał Dworu aż do popołudnia”.

                  Nie nadawał się na żadne spotkania śmierdząc ośmioma godzinami podróży. I nawet jak fizycznie czuł się już dobrze, to mentalnie był wykończony wielogodzinnym dyskomfortem. Mimo to, gdy wysiadał z wozu pod Indorem wyglądał bardzo reprezentatywnie.
                  - Mistrzu Goodmann! Perfekcyjna punktualność - w ćwierć zakrzyknął Serg, a towarzyszyła mu prześliczna brunetka w sukni kolorów sienny i bordo.
                  - Sędzio Malm - Viktor uścisnął wyciągniętą rękę, ujmując go za łokieć, w swojskim geście - Kiepski byłby ze mnie prawnik bez niej, ale to historia na za chwilę… - stwierdził przyjemnym głosem, spoglądając znacząco na kobietę.
                  - Przedstawiam ci moją małżonkę, Varię. Vario, to jest prawnik z Cheliax, o którym ci mówiłem. Mistrz Viktor Goodmann.
                  - Uhuh… jakbym ostrzeżony został o obecności… - pochylił się całując Varię w wierzch dłoni… to nie był zwyczaj Evercrest z wyłączeniem najwyższych sfer - … tak zjawiskowych istot dwa razy bym przemyślał dobór mojej dzisiejszej kreacji - głos miał niski i przyjemny. Spojrzenie żywe i przeszywające.
                  Odstąpił pół kroku w tył, nim rumieniec na policzkach mógł zostać dostrzeżony przez kogokolwiek mniej obytego w czytaniu kobiet niż sam Goodmann.
                  Spojrzenie Viktora powróciło do Serga
                  - Pozwolicie, że zachowam się nie do końca w zgodzie z savoir vivre’m kulinarnym, ale naprawdę… umieram z głodu - zadeklarował z aktorską dramaturgią spoglądając na wejściowe drzwi Purpurowego Indora…

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                    #44

                    Nim opuścił swój pokój, gnom zaczął dzień od rytuału. Sięgnął do talii i wyciągnął kartę.

                    Żart. Karta przedstawiająca rozbawionego olbrzyma… prawdopodobnie ettina i barda odpowiadającego mu dowcip. Karta oznaczająca przeciwności które dało się pokonać nie siłą, a sprytem i charyzmą. Czy takie właśnie zadanie czekało gnoma? Czas pokaże.
                    Na razie nastał czas przygotowań do posiłku.

                    Pierwszym spotkaniem w jego planach była rozmowa z najemnikami i ta… przebiegała satysfakcjonująco. Zaczęli zadawać pytania, które miały sens. I Baltizar oczywiście się ich spodziewał.
                    - Ten tego… przyjdzie nam się zmierzyć z alchemikiem poszukującym nieśmiertelności. Ma dwunastkę zmutowanych pomagierów i trzeba przejść przez plemię goblinów, by się dostać do jego siedziby będącej podziemnym laboratorium. - zaczął wspominać gnom głaskając się po brodzie. - Filia ma zorganizować siły w liczbie circa dwudziestu- trzydziestu chłopa. I pewnie zna więcej szczegółów. I będzie czas by się wywiedzieć. Do siedziby tego szaleńca jest ze dwa dni drogi.-
                    Po czym spojrzał na Inariona. - Będzie więc czas na przygotowanie odpowiednich zaklęć, obmyślenie taktyk, zadanie pytań przywództwu tej wyprawy. No i pamiętajcie…- uniósł palec. - Nie jesteście częścią sił Filli. Tylko samodzielną grupą podległą mnie i pilnującą mego zadka. Przyznaję, zadanie niewdzięczne, bo jej zadek pewnie ładniejszy. Niemniej my się z nią sprzymierzymy, a nie będziemy całkowicie podlegać. Nie rozrzucę was po jej zbieraninie.-
                    Odpowiedź gnoma trochę uspokoiła grupę. Ponownie odezwał się elf.
                    - Czy ta misja zastępuję tą, dla której nas zatrudniłeś, czy nią się zajmiemy po zakończeniu tego zadania?
                    - Nie. To ta misja. Ponoć właśnie ten szaleniec jest winny owych śmierci.- zaprzeczył gnom z uśmiechem.- Więc to jest ta misja do której was zatrudniłem. Po prostu zrobiła się nieco łatwiejsza. Uważam za uśmiech losu, to że podczas szarży na goblinów będzie nas więcej.-
                    - Ty masz jakiś plan, czy zdajesz się na nasze doświadczenie w tych sprawach?
                    - Na wasze i Filii. Zapewne wiecie o niej więcej niż ja. Niemniej z tego co słyszałem o niej… zna się na robocie. - wzruszył ramionami. - Ja jestem tylko bajarzem. Będę trzymał się z tyłu i was zagrzewał do boju. Gdybym się w walkę włączył, byłbym dla was obciążeniem.-
                    Bajarzem łażącym z dwoma potworkami, jednym dziwniejszym od drugiego… ale ten fakt Baltizar pomijał.
                    - Więc jesteś bardem? Słyszałem, że niektórzy z twojego zawodu znają się na magii zaklinania lub iluzji.
                    - Jestem bajarzem… - poprawił go gnom. - Żaden ze mnie bard. Mogę sobie przywołać niewidzialnego sługę do pomocy… acz wątpię by to było użyteczne na polu walki.-
                    Elf przez chwilę przyglądał się gnomowi.
                    - Przywoływacz? No to jakieś zaklęcia potrafisz. Czy faktycznie masz zamiar siedzieć z tyłu i pozwalać nam przecierać ci drogę? Po prostu chcę wiedzieć jak rozplanować nasze podejście. Przeważnie wysyłamy tych dwóch przodem. - tu wskazał na braci barbarzyńców - Nasz alchemik zajmuje się utrzymaniem ich przy życiu, a ja przeszkadzam przeciwnikowi.
                    - Zdolność rasowa bardziej, potrafię jeszcze umm… podnosić małe przedmioty magią.- przyznał Baltizar i uśmiechnął się.- I nie sądźcie że będę pławił w sławie waszym kosztem. Wprost przeciwnie. Jestem pewien że dołączę do swojego repertuaru opowieść o waszych szlachetnych czynach. Po prostu pozwolę wam wykonywać robotę i nie będę przeszkadzał. Nie widzę też powodu, by… mój udział w ewentualnych łupach był proporcjonalny do mego udziału w boju. Tak naprawdę interesują mnie tylko księgi i to w dodatku tylko te niemagiczne. Nie obchodzą mnie czary i zwoje. Jedynie historia i opowieści.-
                    Grupa zerknęła na siebie, ale wzruszyli jedynie ramionami.
                    - Zrozumiano. Wiesz GDZIE zmierzamy? Może uda nam się coś wywiedzieć zanim tam dotrzemy.
                    - Tego nie wiem, ale wieczorem spotykamy się z Filią, to wtedy się dowiemy.- przyznał ze wstydem gnomem.- Obawiam się że jestem raczej nowicjuszem w tym całym bohaterskim interesie. Dotychczas tylko opowiadałem bohaterskie historie… nie znam się na stronie organizacyjnej takich przedsięwzięć.-
                    Elf westchnął.
                    - No dobrze, to chyba wszystko. Więc widzimy się wieczorem.
                    - Jedna kolejka na mój koszt, najlepszego piwa. Za powodzenie naszej wyprawy.- zaproponował entuzjastycznie gnom na zakończenie spotkania. Zawsze warto kupować sobie sympatię takimi prostymi gestami.

                    Spotkanie z bibliotekarką świątynną, było natomiast niespodzianką. Nawet całkiem miłą. Gnom na początku zaśmiał się słysząc słowa dziewczyny. Nieco ironicznie, nieco serdecznie.
                    - Obawiam się że mały gnom, to słaby materiał na bohatera. Nie, nie, nie… owszem jadę na tą wyprawę, ale to nie ja będę toczył boje i popisywał się bohaterstwem. Mnie przypadnie skromna rola kronikarza szlachetnych czynów innych. Jestem mistrzem słowa, nie miecza i… między nami mówiąc.- mruknął poufale na koniec. - Brzydzę się przemocą.-
                    - Niestety, przemoc jest częścią natury śmiertelników. Do tego wiele legend kręci się wokół przemocy, krwi... i seksu. - odpowiedziała pokazując psotnie język - Jednak chętnie się powymieniam z tobą opowieściami. Jestem oczytana, a ty pewnie pamiętasz więcej niż ja miałam okazję zapomnieć.
                    - Wiem, znam opowieści dotyczące zarówno przemocy i krwi i seksu. W zależności od tego który temat jest dla panienki szczególnie ekscytujący. - odparł żartobliwym tonem Baltizar. - Jak dobrze pójdzie to przywiozę z tej wyprawy nową opowieść. A ciekaw jestem tutejszych legend.-
                    - Mamy ich kilka. Evercrest nie jest oczywiście tak starym miejscem, aby wyrobić sobie własne opowieści. Z tych co słyszałam i pamiętam, to upadek krasnoludzkiej twierdzy. O lokalnych Fae, chociaż miasto nie ma z nimi problemu.
                    - Interesujące… acz nie wspomniałaś jakie ciebie interesują historie. - odparł uprzejmie gnom gestem dłoni zapraszając Dari do stolika w sali jadalnej.
                    Dziewczyna się delikatnie zarumieniła.
                    - Ckliwe romanse. - przyznała i schowała twarz w dłoniach chichocząc - Wiem, wiem, "Baba romansidła lubi"... ale coś po prostu mnie bawi w czytaniu ich. Kiepskie dialogi, albo niedorzeczne sytuacje.
                    - Oczywiście znam takie historie, aczkolwiek… większość z nich doprawiona jest szczyptą…- gnom pogłaskał się po brodzie. -... dosłownej erotyczności. Zabawne jest to, jak wiele niewiast woli pieprzne opowieści. Niemniej jeśli ta kwestia uraża twoje uszy, to zostanie pominięta podczas ich opowiadania.-
                    - Pewnie czytałam gorsze. - uspokoiła gnoma dziewczyna z uśmiechem - Z ciekawości, jak bardzo pikantne znasz?
                    - Jest pewna historia o księżniczce i księciu i tajemniczym loszku… - wyjaśnił Baltizar wspominając. - i rozkoszach związanych z linami… raz to książę jest więźniem, raz księżniczka… w zależności od fabuły. Ale zawsze są liny i pejcze i pomysły godne wyznawców Calistrii. Nomen omen… mężczyzna który mi ją opowiadał był chyba związany z jej kultem.-
                    Dziewczyna uśmiechnęła się.
                    - Och, "Tysiące i jedna rozkosz Książęcej Piwnicy". Znam ją. Czytałam kilka wersji, w jednej byli rodzeństwem, w innej z wrogich sobie domów. - Dari się zamyśliła - "Noc kolorowego pierza", uważana przez kościół Shelyn za pogranicze herezji. Ogólnie nowo pobrana para, uprawia miłość w tak piękny i sensualny sposób, iż bogini piękna sama schodzi na plan śmiertelny, aby doświadczyć tego.
                    - Interesujące…” odmawiać” bogini doznań, którym patronuje.- skomentował to żartobliwie gnom i dodał. - Oczywiście moje “Tysiące…” są deczko lepsze od innych. Ja widziałem taką piwnicę i jej wyposażenie. Opowieść jest lepsza, gdy jest się świadkiem wydarzeń, więc… dlatego wyruszam z bohaterami na wyprawę.-
                    - Mam nadzieję, że wrócicie z niej zwycięsko. Ten potwór, który gnębi naszych mieszkańców musi zapłacić. - mina kobiety sposępniała - Wśród porwanych jest jenda z sióstr świątyni. Proszę daj nam znać, jeżeli uda wam się ją ocalić.
                    - Ja też liczę na to, że tak liczna grupa bohaterów, zarówno miejscowe siły jak i awanturnicy poradzą sobie. - odparł z nadzieją w głosie gnom. - Wolałbym nie być świadkiem tragedii. Pomogę im ile będę w stanie. Niestety moja rasa nie rodzi osobników o dużym wzroście i sporej sile… a ja nie jestem… szczególnie dobrym wojakiem. Niemniej postaram się ciebie zawiadomić po powrocie o tym jak przebiegała wyprawa i… będę się rozglądał za nią.-
                    Zamyślił się. - Może jeszcze znajdę też czas na występ w świątyni przed wyruszeniem na wyprawę. Nie mam dziś wielu innych spraw do załatwienia, poza oczywiście odwiedzeniem siedziby straży miejskiej.-
                    - Bylibyśmy zaszczyceni. - zapewniła Dari - Masz jakąś konkretną opowieść na myśli?
                    - Dobieram opowieści do zgromadzonej widowni, więc jeszcze nie wiem jaką wybiorę. A jaką historią ty byś mnie zaszczyciła?- zapytał gnom.
                    - Hm...- spojrzała na karczmę Otto pod którą stali - Hm.. chciałbyś usłyszeć o "Popielnym Dworze"? Otto wybrał nie lada imię dla swego przybytku.
                    - Z chęcią… ciekaw jestem jakie to miejsce zainspirowało go do tak… jakby to ująć… niecodziennej nazwy. Popielny Dwór to dziwna nazwa dla karczmy… nie kojarzy się gościnnie. - przyznał Baltizar.
                    - Zdziwiłbyś się. - zaczęła elfka - W całym Pierwszym Świecie nie ma miejsca bardziej gościnnego. Popielny Dwór leżał w samym sercu Pustkowi Potrzeby, szerokiego obszaru, ciągle zmiennego, jednak z jednym constansem. Nic tam nie rosło, woda była nie do picia, zwierzyna omijała to miejsce, nawet Fae od niego stroniły. Nagle, w miejscu Pustkowi wyrósł las, olbrzymi, z fantastycznymi drzewami i nie tylko, jak w każdym zakątku Pierwszego Świata. Tu jednak rośliny pożerały zwierzęta, a zwierzęta na tyle silne, aby pokonać rośliny zjadały też siebie nawzajem. W samym środku lasu stał Popielny Dwór, królestwo Popielnego Króla i Królowej Gnicia. Każdy kto tam przybył, mógł znaleźć schronienie, jedzenie i trunki wszelkiego rodzaju i uciechy o jakich tylko byś mógł pomyśleć. W zamian, po trzech dniach, Król zaprosił cię na łowy. Miałeś dwa dni, aby razem z Królem upolować godną zwierzynę inaczej, ty byś się nią stał. - Dari się uśmiechnęła - Legendy głoszą, że Popielny Król jest jednym z bardziej stabilnych Najstarszych, nie wiadomo ile w tym prawdy.
                    - Mhmm… to urocza opowieść, bardzo… interesująca. - przyznał gnom po zastanowieniu. - Więc… ten Dwór nadal tam istnieje?-
                    - Właśnie nie. Legendy mówią, że z jakiegoś powodu Królowa Gnicia uciekła z Dworu, a Król wyrwał swe królestwo z Pierwszego Świata, rzucając go, aby podróżować po planach.-
                    - To interesująca historia… bardzo romantyczna i tragiczna zarazem. - przyznał bajarz rozmyślając. - Brakuje jej detali… i trzeba by dopisać parę wątków. Opowieść nie może być tak niejasna. Acz chyba ta nie jest powszechnie znana w mieście, nieprawdaż?-
                    - Otto zna ją lepiej. - przyznała Dari - Więc możesz dopytać jego. Sama opowieść nie jest znana, Fae nie cieszą się popularnością tak blisko Skradzionych Ziem.
                    - Otto? Od niego więc ją usłyszałaś?- zapytał zaciekawionym tonem Baltizar.
                    - Nie, moją wersję znalazłam w jednej z książek o Pierwszym Świecie. Pokazałam ją mu raz, aby powiedział, czy to go zainspirowało do nazwy. Zaśmiał się i powiedział, że tak okrojona bajka, nie zainspirowała by go do otworzenia wychodka pod tą nazwą. - dziewczyna się delikatnie naburmuszyła - Powiedział, że może kiedyś mi opowie całą historię, ale jeszcze to nie nastało.
                    - Hmm… możliwe więc, że za młodu był uczonym, który… za bardzo związał się z jakąś uczennicą z dobrego domu. To by tłumaczyło jego wiedzę, pieniądze które potrzebowałby na wybudowanie takiego przybytku i… córki.- zaczął gdybać gnom uznając za uprzejmość odciągnięcie podejrzeń dziewczyny od prawdy.
                    - Nikt nigdy nie pytał. - przyznała dziewczyna - Chociaż "Popielny Dwór był tu zawsze", jest najczęstszą odpowiedzią co do przybytku. Może odziedziczył po kimś i zmienił nazwę? Co do córek... chyba adoptowane. Niepodobne ani do niego, ani do siebie... Do tego.. no one wyglądają na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć. On nie wygląda jakby dochodził do czterdziestki. Wiem, że ludzie płodzą się młodo, ale chyba nie aż tak.
                    - Domieszka elfiej krwi potrafi u mieszańca zachować bardzo długo młody wygląd. Nawet jeśli jest on potomkiem elfa z trzeciego czy czwartego pokolenia. - odparł gnom przyglądając się Dari.- Zresztą jeśli chodzi o urodę, to ty też masz się czym pochwalić. Zakładam że do biblioteki zachodzą i młodzieńcy, przyciągnięci twoją uroczą osóbką?
                    Gnom postanowił zmienić kierunek rozmowy bacznie przyglądając się Dari.
                    - Och, przestań. - elfka trąciła gnoma w bok - Tutejsza młodzież boi się słowa pisanego jak ognia, musieliby się zainteresować biblioteką, aby o mnie usłyszeć.
                    - Ich strata…- wzruszył ramionami Baltizar. Po czym zamyślił się.- A więc… jestem ci winien opowieść. -
                    Po tych słowach zaczął opowiadać historię o kochankach przeklętych przez los. On nisko urodzony człowiek księgi, ona szlachcianka. Młoda i piękna. On ją uczył wiedzy i pokazywał piękno świata, ona jego kusiła pięknem. Zakochali się i czynili potajemne schadzki, pod nosem zazdrosnego cerbera… kapitana straży, który również się w niej podkochiwał…
                    Dziewczyna westchnęła.
                    - Uwielbiam tego typu opowieści. Trójkąt miłosny, tajne schadzki... Pamiętam czytałam jedno romansidło. On wampir, ona ludzka dziewczyna i drugi on, wilkołak. Proza nienajlepszego gatunku, ale cieszyła się popularnością.
                    - Bardzo naiwne… bo wampir to impotent, a wilkołactwo to choroba.- zaśmiał się gnom sarkastycznie.
                    - Słyszałam, że niektórzy pisarze wykorzystują wampiry, aby zaprezentować mroczne aspekty seksu, a wilkołaki te bardziej brutalne. - elfka wzruszyła ramionami - Pełno jest opowieści o elfkach, które popadły w melancholie po śmierci ludzkiego kochanka, czy smokach, które tworzyły harem, aby spłodzić armię pół-smoków.
                    - Jeśli chodzi o elfy… i smoki, to obie sytuacje są jak najbardziej realne, choć w przypadku smoków brak tu romantyzmu… tylko pragmatyzm. Osobiście nie zawierzyłbym bezpieczeństwa swojego leża koboldom, potomek półkrwi jest bardziej godny zaufania.- ocenił Baltizar.
                    - Potomek smoczej półkrwi. - zaznaczyła elfka - Więc, ja bym nie zostawiła mu złotej folii do pilnowania. Chodziło mi, że śmiertelni poszukują różnych form romantyzmu i erotyki, ale nie zawsze potrafią ją przedstawić przy pomocy zwykłych aktorów. Elfy znane ze swej długowieczności, przekazują obraz straty silniej niż powiedzmy, półorczyca, która umrze w wieku 40 lat.
                    - Wydajesz całkiem obeznana w temacie takiego romantyzmu i erotyki, czyżbyś cię to szczególnie pociągało? - zaciekawił się gnom.
                    - Po prostu zaczęliśmy od romansów. - zaczęła się bronić elfka - Analizuję wszelką literaturę. Trendy, motywy.
                    - Analizujesz jedynie? Powinnaś kiedyś pomyśleć nad porównaniu rzeczywistości z literaturą. Opisów z prawdą. - odparła pozornie obojętnie gnom, dobrze się bawiąc tym prowokowaniem elfki. - Dobrze mieć doświadczenia z różnych źródeł.
                    - Och? A poleciłbyś jakiegoś eksperta od rzeczywistego romansu i erotyki? - elfka najwyraźniej nie zamierzała być dłużna w prowokacji.
                    - Skromność nie pozwala mi polecić siebie.- odparł żartobliwie bajarz. Pogłaskał się po brodzie. - Wyruszam na wyprawę z wojakami, więc pewnie przy ognisku nasłucham się o ich podbojach. Będę miał więc kogo polecić jak wrócę.-
                    - Będę czekać. Kogoś delikatnego proszę, potrzebuję jasności umysłu, aby zanotować porównania.
                    - Zobaczę co da się zrobić.- odparł z uśmiechem gnom.

                    Rozmowa z Dari była tylko rozrywką, trywialną i bez znaczenia. Teraz zaczynała się praca. Baltizar w towarzystwie swoich dwóch nienaturalnych ochroniarzy ruszył na poszukiwanie siedziby straży. Nie była to szczególnie trudna misja. Ot, wystarczyło zapytać najbliższy patrol gdzie się udać. Niemniej gnom nie miał jeszcze planów co do rozmowy w samej siedzibie. Wiedział tylko jakie powinien sprawić wrażenie. Wynurzające się z cieni miejskich wielkie ślepia i paszcze tego nie ułatwiały… ani szepty.
                    - Zamknij się.. i tak ciebie nie słucham… wdepczę każde twoje oko w piasek… zobaczysz.- syczał cicho pod nosem.
                    - Zobaczysz... zobaczysz... zobaczysz... - szepty szyderczo powtarzały słowa gnoma - Widzimy... widzimy... widzimy…
                    - Gówno… widzicie.. gówno potraficie docenić.- mruknął cicho Baltizar pod nosem rozglądając się za patrolem straży miejskiej.
                    Nie zajęło długo nim ujrzał czterech strażników przemierzających ulicę. Rozmawiali ze sobą, chociaż ciągle się rozglądali po bocznych uliczkach i ciemnych zakątkach.
                    Gnom podszedł do nich dziarskim krokiem stukając głośno laską by zagłuszyć szepty i zapytał.
                    - Wybaczcie że przerywam dysputę, ale… w którym kierunku mam się udać, by dotrzeć do siedziby straży miejskiej? - zapytał wprost.
                    Strażnicy zerknęli na gnoma i zwierzyniec z nim podróżujący.
                    - Do głównej? Znajdziesz ją przy placu głównym. - jeden ze strażników wskazał odpowiedni kierunek - Czegoś, albo kogoś konkretnego szukasz?
                    - Komendant straży… Filia ma na imię?- bardziej zapytał niż stwierdził Bajarz.
                    - To dobrze, że doprecyzowałeś. Lady Filii nie ma na komendzie. Musisz udać się przez Główną Bramę poza miasto. Jakieś sto metrów od murów zbiera ludzi na dzisiejszą wyprawę. Ty jesteś jednym z tych awanturników, którzy się z nimi wybierają?
                    - Niezupełnie. Tak się składa że opłacam taką jedną grupę.- przyznał gnom gestem dłoni przywołując Jogmetna do siebie.
                    Dosiadł zwierzaka niczym wierzchowca i skierował w kierunku bramy miejskiej.
                    - Dziękuję za informację.- rzekł do straży i głosem pogonił swojego wierzchowca.- Ruszamy Jogmeth.-
                    A drugi “ochroniarz” wzbił się w powietrze szeleszcząc kartkami, gdy Jogmeth od razu rzucił się do biegu radosny z faktu, że nie musi dalej powoli truchtać.

                    Podróż nie zajęła gnomowi długo, kiedy dotarł do obiecanego obozu Straży Miejskiej trochę się tam działo. Naliczył około trzydziestu chłopa, w pełnym rynsztunku, szykujących wozy i konie, widział też najwyraźniej komendant. Nie miał pojęcia jak wygląda, ale stała i krzyczała rozkazy na każdego kto się zbliżył, więc najpewniej ona tu dowodziła.
                    Uniosła brew kiedy ujrzała gnoma zbliżającego się na dużym ogarze.
                    - Tak? W czym mogę pomóc? Jesteśmy tu trochę zajęci.
                    Gnom wpierw rozejrzał się po tej zbieraninie oceniając z kim ma do czynienia. Czy są to poszukiwacze przygód potrafiący się łatwo dostosować do sytuacji ale niekoniecznie karni. Czy raczej regularna wojskowa formacja… czy też… może zbieranina chętnych na zarobek, ale niekoniecznie na pierwszą linię rzezimieszków.
                    Bardziej niż regularne wojsko, formacja wyglądała jak większa grupa strażników miejskich. Ci jednak wydawali się dobrze wytrenowani i wyposażeni. Może jakaś specjalna grupa na ciężkie misje. Ciężko uzbrojeni.. acz na bliskie dystanse. Dobrze… będą solidną ścianą za którą Baltizar będzie mógł się ukryć… w wielu znaczeniach tego słowa.
                    - Ach tak… nazywam się Baltizar, jestem Bajarzem i zatrudniłem paru ludzi którzy mieli zmierzyć się z problemem trapiącym okoliczne osady. Problemem z którym ty się zamierzasz zmierzyć. Przybyłem zadeklarować, że oddaję moich podwładnych pod twoją komendę, ale że… nie znam sprawy aż tak dobrze jak ty pani, to ktoś będzie musiał im sprawę dokładniej wyłuszczyć. - odezwał się do kobiety po rozpoznaniu sytuacji.
                    Ta przyjrzała mu się dokładnie, zerkając nie jeden raz na psa.
                    - Ty jesteś tym gnomen co przybył razem z Khalem, czy tam Viktorem, prawda? On nie powiedział ci jaki jest plan?
                    - Pani… ja jestem bajarzem, nie oficerem. - wzruszył ramionami gnom. - Ze mnie pożytku na polu bitwy nie będzie. Poza tym wolałbym nie pomieszać faktów, przekazując informacje. Lepiej by dowiedzieli się z pierwszej ręki.-
                    Kobieta westchnęła masując nasadę nosa.
                    - Tego mi jeszcze brakuje... spektatora i bandy awanturników. - sięgnęła do dłoni obracając jedną srebrną obrączkę na palcu wskazującym - Widzisz tych najemników, co ich gnom przygarnął? - przez chwilę wydało się jakby czegoś nasłuchiwała - Idą z nami, a ich szef nic nie wie. Wytłumacz im sytuację. - puściła obrączkę i spojrzała na Baltizara - Załatwione, twoi ludzie zostaną poinformowani o planie i naszej strategii. Poinformuję, że atakujemy bazę alchemika znajdującą się głęboko w starej kopalni. Chcesz ruszać z nami, czy pozostaniesz na górze?
                    - Ruszę z wami. Z tyłu, by nie przeszkadzać. Chcę być świadkiem pogromu zła. Będzie z tego piękna opowieść.- odparł gnom i szybko dodał.- Proszę się nie martwić, znam swoje ograniczenia. Umiem dbać o swoją skórę i nie wchodzę w paradę fachowcom. Dlatego się nie wtrącam w te plany… dobrze wiem że strateg że nie żaden i nie muszę masować swoje dumy udawaniem przywódcy. Nie sprawię problemów.
                    - Radzę więc nauczyć się jakiś sztuczek, z których będzie pożytek na polu bitwy. - odparła komendant - To nie jakaś przechadzka po opuszczonych ruinach. Spodziewamy się plemienia goblinów, a to oznacza też jakąkolwiek zwierzynę, którą tam trzymają. Plus alchemik i jego abominacje. Nie poświęcę ludzi, aby cię pilnowali, a na twoim miejscu nie liczyłabym bardzo na ochronę najemników.
                    - Umiem strzelać z kuszy.- odparł dumnie Baltizar starając się wydawać nieporadnym.
                    - Nie wiem na ile się to zda w ciasnych korytarzach kopalni. - zauważyła Filia - Zważając na twój orszak i rytualik, który codziennie odprawiasz, zakładam, że potrafisz jakąś magię. Możesz coś z nią zrobić?
                    - Mogę powróżyć z kart.- zaoferował gnom i podrapał się po brodzie. - Nie jestem, że tak powiem, obeznany z magią bojową. Jestem badaczem. Z pomocą mojego pieska i golema jestem w stanie obronić swoją skórę… ale jeśli chodzi o kartę przetargową, to moi najemnicy wydają się solidniejszym wyborem.-
                    Baltizar uśmiechnął się ciepło, choć drażniła go ta próba kobiety mająca na celu odsłonięcie jego atutów.
                    Kobieta ponownie westchnęła.
                    - Chodzi o to, że gobliny są słabe i wiedzą o tym. Dlatego korzystają z pułapek, tajnych korytarzy, zapadni. Trzeba się będzie tego spodziewać podczas tej wyprawy, dlatego byłoby dobrze, aby każdy mógłby przynajmniej chronić samego siebie. Jest pan do tego zdolny, panie gnomie?
                    - Żyję przecież, czyż nie? Dotarłem do miasta sam.- wzruszył ramionami gnom i spojrzał na wojsko Filii.- A skoro spodziewane są pułapki, to może… da się zrekrutować w pobliskich osadach jakichś łowców? Z pewnością znajdą wszelkie wnyki zastawiane przez goblinów. W końcu sami zakładają podobne.-
                    - Mam ludzi od tego. Wysłałam ich już na miejsce docelowe. - zapewniła komendant - Chłop na polu też żyje... eh, nie mam czasu się sprzeczać. Nie zabronię panu podróżować z nami, ani nawet zejść z nami do kopalni. Ostrzegam jednak, że nie będzie pan priorytetem w przypadku pojmania.
                    - Nie oczekuję tego. - wzruszył ramionami Baltizar. - Nie zamierzam się wtrącać w plany bitwy, nie zamierzam też kłopotać innych swoją skromną osobą. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… będzie piękna opowieść. Jeśli nie… - gnom spojrzał na Filię.- Oboje dobrze wiemy, kto będzie priorytetem do pojmania dla zirytowanego szaleńca. I obawiam się że nie będzie to mały gnom bez znaczenia.-
                    Kobieta kiwnęła głową.
                    - Więc wszystko jasne, czy coś jeszcze?
                    - Kiedy i gdzie miejsce ostatecznej zbiórki?- zapytał Baltizar.
                    - Wyślę kogoś do Popielnego Dworu, kiedy przyjdzie czas. Najpewniej wieczorem powinniśmy być gotowi.
                    Kobieta okazała się wścibska i dobrze poinformowana. Co dziwiło nieco Bajarza. Spodziewał się bowiem, że Otto dba o to by jego ludzie byli lojalni wobec niego. Najwyraźniej jednak nie wszyscy. Niemniej gnom nie martwił się tym, że kobieta wiedziała o jego małym rytuale. W końcu wróżenie z kart to nic niezwykłego. Oczywiście prawdziwi profesjonaliści w tej kwestii znali się na magii wieszczenia… Baltizar nie miał o niej pojęcia. I niespecjalnie jej ufał, jeśli chodzi o swój własny przypadek. Bądź co bądź wieszczenie jakoś nigdy mu nie pomogło, więc wolał zawierzyć swój los siłom chaosu i czystemu przypadkowi.

                    Znowu się tu znalazł. Znowu dostał się do świątyni. Jak widać, cierpliwość popłacała. Za każdym razem coraz bardziej zapoznawał się z rozkładem świątynnych pomieszczeń. I położeniem strażników. Mogło to być przydatne później.
                    Na razie korzystał z sytuacji w której był tylko niegroźnym gadułą opowiadającym różne historie. Małym gnomem bez znaczenia. Siedząc wygodnie zaczął snuć opowieści. Najpierw jedną prostą, o gnomach i ich zamiłowania do żartu. I jak czasem takie żarty mają niespodziewane konsekwencje. Potem kolejną, tym razem zgodnie z zaleceniami kapłana, o morale takim jaki on chciał, by gnom propagował. Osobiście Baltizar nie uważał swoich opowieści za aż tak wpływowe. Niemniej skoro ich nieustraszonemu liderowi zależało, to kim był Baltizar by sprzeciwiać się jego życzeniu?
                    Kolejna opowieść była bardziej romantyczna i w oryginale bardzo pikantna, niemniej Baltizar pozbawił ją tej ostrości z powodu licznego grona słuchaczy. A właśnie to grono słuchaczy interesowało gnoma najbardziej. Podczas opowiadania przyglądał się powoli każdemu z nich z osobna. Kto wie, może ta wiedza przyda mu się później?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez Zell
                      #45

                      Kaylie

                      Lilia powoli zaciągnęła Kaylie do łaźni, zakleszczając ją w namiętnym pocałunku, przynajmniej kiedy nie były na widoku. Galtianka potrzebowała tego, czuć się chcianą, pożądaną. Dłonie rudowłosej kobiety eksplorowały ciało Kaylie, nie tylko wywołując dreszcze rozkoszy, ale i rozluźnienie pod naciskiem palcy Lilii.
                      Kiedy dotarły do łaźni, córka Otto pomogła Kaylie się rozebrać i razem wskoczyły do płytkiego basenu z ciepłą wodą, pokrytą płatkami róży. Lilia uśmiechnęła się do swej towarzyszki.
                      - Obiecałam ci relaks i dopełnię tego. Najpierw, zmyjmy z ciebie cały znuj. Zaufaj mi, nie pozwolę ci utonąć. - nie czekając na odpowiedź, rudowłosa ułożyła Kaylie na plecach, pozwalając ciepłej wodzie otulić jej ciało. Chwilę później Galtianka poczuła delikatne naciskanie mydełka na swoją skórę, delikatna piana pachnąca miodem zaczęła pojawiać się na powierzchni wody. Lilia nie oszczędziła żadnego miejsca, trochę za długo spędziła oczyszczając koniuszki biustu Kaylie, za co szybko przeprosiła kolejnym pocałunkiem.
                      Boczne drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wkroczył rosły osobnik. Kaylie kilka razy widziała obrazy takie w księgach o sztuce rysunku, czy anatomii śmiertelnych ras. Istota wyglądała na idealne odzwierciedlenie mężczyzny, traktującego swoje ciało niczym świątynie. Ani grama tłuszczu, mięśnie widoczne jak pod skórą niczym bladą niczym marmur. Nie posiadała twarzy, a Lilia szybko zakryła głowę istoty ręcznikiem.
                      - Oh, jest i nasz towarzysz. Poprosiłam Joriego, aby był jedynie ładny do oglądania i aby dobrze wykonywał masaż. - rudowłosa objęła Kaylie szepcząc jej cicho do uszka "moja" - Nie sądzę, że masz ochotę na praktyczne wykorzystanie męskich walorów. Zaczynajmy więc.
                      Kaylie oparła się na miękkich poduszkach, otulona ciepłem parującej wody, która unosiła się z dużej, drewnianej wanny. Delikatne światło świec rzucało ciepłe refleksy na ścianach, tworząc intymną atmosferę. Aromat lawendy i jaśminu przenikał powietrze, a ledwie słyszalna muzyka harfy w tle potęgowała uczucie relaksu.
                      Zamknęła oczy, a na jej miękkiej skórze czuła dotyk Lilii, której czerwone włosy również młuskały jej ciało. Rudowłosa delikatnie masowała jej ramiona, po czym przeszła do pleców, skutecznie rozluźniając spięte mięśnie i uwalniając napięcie, które zgromadziła przez ostatnie dni.
                      Każdy ruch dziewczyny był pewny i delikatny, a Kaylie nie mogła powstrzymać się od westchnień ulgi. Tak długo czekała na chwilę spokoju. Zauważając, że Galtianka opuściła gardę zaatakowała, całując kark i szyję kobiety. Kaylie nie mogła się powstrzymać od westchnienia rozkoszy.
                      Homonculus, ich nietypowy towarzysz, cicho poruszał się obok, czasem nakładając dłoń na jej plecy. Jego silne i ciepłe ręce, gładkie niczym kaszmir doskonale dopełniały działania Lilii, sprawiając, że Kaylie czuła się, jakby unosiła się w powietrzu. Otoczenie wydawało się znikać, a jedynym, co pozostawało, były relaksujące ruchy i szept cichych rozmów.
                      - Nie martw się. Nie myśl o niczym, tylko o sobie i o przyjemności…
                      Słowa te rozbrzmiewały echem w myślach Kaylie, przerywając strumień smutnych myśli związanych z Viktorem. Zamiast tego, czuła, jak narasta w niej ciepło znane jedynie z chwil prawdziwego relaksu. Odkrywanie tak prostych przyjemności miało dla niej nieocenioną wartość.
                      Gdy Lilia delikatnie wmasowywała oliwkę w jej skórę, Kaylie wyobraziła sobie, że ta chwila trwa wiecznie. Odetchnęła głęboko, czując, jak ciepło sprawia, że lęki i niepewności odpływają, a tylko błogość i spokój wypełniają jej zmysły.
                      W tych samych chwilach była jednocześnie blisko, ale i daleko, jakby otuliła ją chmurka ciepła, w której mogła bezpiecznie schować się przed zawirowaniami codzienności.
                      Ich relaks przerwało wtargnięcie do pomieszczenia. Mężczyzna ubrany w mundur strażnika miejskiego nawet nie zapukał i najwyraźniej natychmiast pożałował.
                      Jego twarz momentalnie przybrała barwę zdrowego pomidorka, a dłoń chyba odruchowo zasłoniła oczy.
                      - Ja… przepraszam. Komendant Filia wysłała mnie, aby poinformować, że jesteśmy gotowi do wymarszu. - wziął głęboki oddech najwyraźniej starając się rozgonić myśli i ostudzić krew - Przykro mi, że przerywam chwile relaksu, ale spodziewamy się was w przeciągu godziny. Inaczej wyruszymy bez was. - nawet nie czekając na odpowiedź wyszedł zamykając za sobą drzwi. Lilia tylko zachichotała.
                      - Biedaczek, ciekawe czy Filia podejrzewała co może go spotkać. - zerknęła na Kaylie i tylko westchnęła zrezygnowana - Będziemy musiały to dokończyć kiedy indziej. Nie sięgnęłam jeszcze wszystkich miejsc, które potrzebowały eksploracji.

                      Baltizar

                      Baltizar przerwał opowieść, gdy paw wkroczył do pomieszczenia. Był to ptak piękny, wręcz majestatyczny, jego pióra mieniły się w blasku świec ustawionych przy ołtarzu. Gnom uśmiechnął się lekko, próbując nie okazać zaskoczenia. W końcu nie co dzień widzi się pawia spacerującego po świątyni, jak gdyby należała do niego.
                      Kapłani patrzyli z mieszanką zdziwienia i fascynacji, a niektórzy nawet się uśmiechali – zapewne uważając, że to część przedstawienia Baltizara. Gnom podjął próbę kontynuowania swojej opowieści, ale widok piór rozpościerających się przed nim całkowicie odwrócił jego uwagę. Paw rozłożył ogon, tworząc feerię barw, a „oczy” na piórach wyglądały, jakby miały swoje własne życie. Baltizar mógł przysiąc, że każde z tych „oczu” spoglądało prosto na niego – jedno po drugim, a potem wszystkie naraz, z pełną uwagą i może... oczekiwaniem?
                      Poczucie niepokoju zaczęło narastać w nim powoli. Oczy zdawały się poruszać, obserwować, szukać czegoś w jego wnętrzu. Baltizar przełknął ślinę, próbując nie pokazywać, jak mocno wytrąciło go to z równowagi. Miał wrażenie, że czas wokół zwolnił, a każdy szelest piór wydawał się być zagłuszającym szumem w jego uszach. Spojrzał na publiczność, próbując się oderwać od hipnotyzujących „oczu” pawia.
                      Alicja Crawford przyglądała się uważnie. Jej wyraz twarzy, zwykle pełen znużenia, zdradzał teraz coś więcej – zainteresowanie, może nawet podejrzliwość. Gnom wiedział, że Alicja nie jest osobą, która łatwo ulega iluzjom. Jeśli paw był symbolem lub przesłaniem, Alicja mogła mieć pomysł, co to oznacza.
                      Baltizar postanowił działać – nie mógł pozwolić, by publiczność zorientowała się, że coś jest nie tak. Z uśmiechem zwrócił się w stronę pawia, jakby to wszystko było częścią jego występu.
                      W końcu Paw zamrugał, a „oczy” na jego piórach zdawały się skupić na Baltizarze jeszcze intensywniej, jakby ptak rzeczywiście go rozumiał. Po chwili ptak odwrócił się i dumnym krokiem opuścił pomieszczenie, pozostawiając gnoma z nieodpartym uczuciem, że to był dopiero początek czegoś większego.
                      Baltizar odetchnął, a potem zwrócił się do publiczności, wracając do przerwanej opowieści, choć już nie mógł przestać myśleć o Alicji i jej badawczym spojrzeniu.

                      Viktor

                      Posiłek w Purpurowym Indorze dobrze zrobił na samopoczucie Viktora. Obolałe kończyny i głowa dostały niewielki zastrzyk energii, który rozgonił marazm. Towarzystwo też było odpowiednie i dostarczyło mu rozrywki.
                      Teraz czekało go przygotowanie do podróży, najwyższy czas położyć kres temu szaleńcy.
                      Kiedy przekroczył prób Popielnego Dworu, iluzja, którą na siebie narzucił automatycznie się rozwiała. Otto zerknął leniwie na niego zza lady baru i kiwnął jedynie głową.
                      - Galtianka jest w łaźniach, jeśli jej szukasz.
                      W tym momencie ujrzał mężczyznę w rynsztunku straży, jeden z ludzi Filii, wychodzącego z kierunku łaźni. Był czerwony niczym burak i pośpiesznie, oraz niezdarnie poprawiał płaszcz i niedopięte elementy odzienia. Delikatnie zbladł kiedy ujrzał Viktora.
                      - Ja.. ten…- zaczął niezgrabnie - Lady Filia was oczekuje, w przeciągu godziny wyruszamy. Z wami czy bez was. - nie czekając na odpowiedź minął adwokata i niemal wybiegł z przybytku.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                        #46

                        W świątyni Shelyn

                        Widzieli tego pawia? Widzieli? Dobrze. Dzięki temu gnom był pewien że nie jest on jedynym który widzi ptaka, aczkolwiek pióra. Tylko on je widział. Te prawdziwie… ślepia wpatrzone w niego z pogardą. Oczy na piórach pawia otwierały się, jedno po drugim… gadzie, smocze, żabie, ludzkie, demoniczne, kozie… wszystkie łypały z pogardą na gnoma, a może i z rozbawieniem przyglądając się tej zbuntowanej kukiełce. Baltizar jednak przywykł już do takich widoków, więc nie były w stanie go rozproszyć.
                        Bajarz miał problem z tym “objawieniem”. Prawdziwe oczy przesłaniane były po części, przez chore omamy jego własnego umysłu. Ciężko mu było stwierdzić, które z nich były autentyczne, a które nie. Otarł czoło… zroszone potem. Lęk… myślał, że lęk był tylko towarzyszem jego snów. Że nic na jawie nie mogło być bardziej przerażającego od jego własnych koszmarów. Najwyraźniej się nieco mylił.
                        Wdech, wydech, wdech, wydech… gdy w końcu zapanował nad sobą, ruszył ku Alicji uśmiechając się dumnie.
                        - Podobała się opowieść?- zapytał zaczynając rozmowę.
                        - O tak. - odparła Crawcolt - Nie wiedziałam, że aż tak jesteś w stanie zawładnąć widownią. A ten paw, ładny dodatek.
                        - Nie mój dodatek. - odparł gnom wykorzystując proste zaklęcie do zapalenia światła na szczycie swojego kostura. - To jest cały mój potencjał magiczny… prostacka sztuczka dostępna każdemu uczniowi czarodzieja. Paw jest zdecydowanie poza zasięgiem moich skromnych możliwości, ale… może ty mogłabyś pomóc w rozgryzieniu jego zagadki?-
                        - Pawie krążą po świątyni, ich piękno podoba się Shelyn. Tobie nie o to chodzi jednak prawda? - kobieta ewidentnie go wabiła.
                        - O to co wyróżniało tego pawia. Jakaś boska interwencja? Lub żart któregoś z iluzjonistów lub kapłanek? - wzruszył ramionami Baltizar i odruchowo pogłaskał laszącego się do niego Etrigana. - Nie lubi ptasiej konkurencji.-
                        - Nie. Nikt tego nie zauważył poza tobą i mną. Ja nauczyłam się zwracać uwagę na tego typu... sytuacje. Zważając, że patrzył na ciebie... zakładam, że coś bardziej osobistego?
                        Baltizar wzruszył ramionami wzdychając. - Osobiste przesłania do mnie… widzę tylko ja. I zazwyczaj nie pojawiają się w postaci pawii. Podążając za nowymi historiami, zdarzało mi się wdeptywać w bardzo grząskie bagienka…- przyznał na koniec. Rozejrzał się po świątyni. - Tym razem jednak źródło tego komunikatu jest mi nieznane.-
                        Następnie skupił podejrzliwe spojrzenie na Crawcolt.- I co to znaczy… że “nauczyłaś się zwracać uwagę na tego typu sytuacje”?-
                        - Och byłam przeklęta przez pradawne kulty, zapomnianych bogów i plemienia goblinów wyznających ciekawe formacje kamienne, więcej razy niż chce mi się zliczać. Czasem klątwy mają na tyle mocy, aby się jakoś objawić.
                        - Współczuję.- odpowiedział szczerze gnom.- Klątwy rzeczywiście bywają kłopotliwe… ale ten paw…- wzruszył ramionami.- Nie wiem właściwie co to było. Raczej nie klątwa. Może… warto byłoby zwrócić się do kapłanek w tej sprawie? Może…-
                        - Tutejszych? Nie umniejszając im, to nie jest ich specjalizacja. Mnie natomiast ciekawi, czy ma to związek z twoimi pobratymcami. Tymi, których hełm znalazłeś.
                        - Wątpię… świat nie kręci się wokół gnomów niestety. - odparł żartobliwie Baltizar.
                        - Świat, nie. Nienaturalne wydarzenia.. całkiem możliwe.
                        - W świątyni… bogini piękna… sztuki i miłości. Nienaturalne zdarzenia dotyczą piękna, sztuki i miłości. Piękny to za bardzo nie jestem, nawet wedle gnomich standardów. Sztukę dopiero co zakończyłem… została miłość… zainteresowana?- zażartował Bajarz i dodał drapiąc się po głowie. - To co mnie interesuje i to co mnie tu przyciągnęło to przeszłość. Boska interwencja zawsze dotyczy przyszłości.-
                        - Nie dzisiaj, muszę zaplanować wyprawę. Może jak wrócę za dwa tygodnie. A cóż z przeszłości cię tak interesuje?
                        - Mojego ludu przeszłość tutaj. - wzruszył ramionami Baltizar. - Ale chyba to już wiesz. A gdzie ty zamierzasz się wybrać?-
                        - Znalazłam kilka zapisków o krasnoludzkiej bazie na południe od miasta. Może uda mi się ją odnaleźć.
                        - Interesujące… powodzenia życzę z tym planem.- odparł uprzejmie Baltizar.
                        - A tobie we wsparciu naszej drogiej straży.
                        - Wyruszam bardziej jako kronikarz niż wsparcie. Liczę na interesujący materiał na opowieści.- zaśmiał się gnom.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez Zell
                          #47

                          Qui pro quo

                          - To było... - westchnęła Kaylie, gdy wraz z Lilią wyszły z pokoju - On był naprawdę... niesamowity. - zatrzymała się przy drzwiach poprawiając ubrania narzucone szybko.
                          - Przyznam postarał się... - odparła Lilia delikatnie mrucząc i pomagając Galtiance, nie zważając na swój stan ubioru - Następnym razem załatszego, nie będziesz chciała, ani mogła wstać przez kilka dni. - uśmiechnęła się cmokając delikatnie Kaylie w ustka - Nie żałujesz niczego, prawda?
                          Kaylie pokręciła głową.
                          - Nie. Nawet na koniec, gdy tak silnie zadziałał... To było bolesne, aż krzyknęłam, ale też... Przyjemne. Nie spodziewałam się, że wejdzie aż tak głęboko. - zadrżała - Nikt mi tak nigdy nie zrobił. Szczerze chciałam i nie chciałam by skończył.
                          - Widziałam, aż ci zazdrościłam, tak się zaczęłaś pod nim wić. Chyba odnajdę go później i sama sobie na tym skorzystam. - przyjrzała się kobiecie od góry do dołu - No, idealnie, nic nie widać, że właśnie spędziłaś trochę przyjemnego czasu z naszą dwójką.

                          ...kilka chwil wcześniej

                          Viktor nawet nie próbował zatrzymać strażnika. Widział reakcję i dostrzegał, że musiałby tu użyć siły. Odprowadził go spojrzeniem dodającym motywacji by szybciej jeszcze zejść mu z oczu. Kilka chwil obserwował drzwi za którymi zniknął, korzystając z chwili gdy mógł myśleć, nie starając się nawet utrzymać żadnego z uśmiechów. Wziął głębszy wdech przeganiając z twarzy i postawy niepożądane emocje, które dopiero w niedalekiej przyszłości miał zaklasyfikować, bo były dla niego czymś zupełnie nowym.
                          - Materia probatoria nie pozwala, na tym etapie, sformułować jednoznacznych wniosków… - wymruczał sam do siebie formułkę, którą regularnie kupował czas swoim klientom, w sądach Cheliax - Konieczne jest kontynuowanie działań dochodzeniowych celem uzupełnienia brakujących elementów…
                          Poczuł się… spokojniejszy. To nie wyglądało dobrze, ale znacznie gorzej wyglądające sprawy wiele razy okazywały się całkowicie niewinne.

                          Drugi powolny wdech, dla odzyskania reszty równowagi, przerwały mu głosy Kaylie oraz Lilii. Nadstawił tylko nieco ucho i pozwolił by brakujące elementy same w nie wpadały…

                          Fisuś syknął w panice, wybudzony nagle ze snu emocjami, które w Viktorze się zrodziły z nagłością jakiej nie znał on od dekad.
                          - Vik… Viktor? - zapytał niezorientowany wąż w pierwszej sekundzie, nim nie wstrząsnął ciałem, by przegnać senność. Błyskawicznie popełzł w górę, wychylając się przez kołnierz, szukając zagrożenia
                          - Ćśśś… - syknięcie Khala ledwie szept przewyższało. Było spokojne i zimne.
                          Fisuś słuchał. Patrzył. I czuł.
                          Bezgłośnie pozwolił kobietom mówić, gdy zbierał elementy układanki zewsząd, a głównie z emocji Khala.
                          - Viktor. Chodźmy. Proszę. Nie powinniśmy tu teraz być…
                          Szeptał wężowo, niedaleko jego ucha, czując burzę wzbierającą w adwokacie diabła. Burzę na kształt i podobieństwo tych których świadkiem był tylko raz. I ktoś wtedy prawie zginął.
                          - Viktor, słyszysz mnie? - prosił chowaniec, nie widząc żadnej reakcji.

                          Fistaszek poczuł jak burza była kanalizowana. Viktor złożył już dłoń do pierwszego sigilu przywołania ogara gdy jego wzrok błądził w pustce, szacując gdzie mógł teraz być ten strażnik. Czy zapamiętał dosyć jego twarz? Czy tak właśnie wyglądała zazdrość którą wyśmiewał w przeszłości? Czy on był tutaj winny? Czy ktokolwiek był czegokolwiek winny, poza samym Viktorem co śmiał mieć nadzieję? Karygodna zbrodnia!

                          Westchnął po raz trzeci, niewątpliwie wyglądając dziwnie na oczach Otto a może i kogoś z kilku bywalców, co mogli się zainteresować nim. Burza się zmieniła. Jakby została skondensowana do wielkości perełki i schowana w kieszeni. Do późnijeszego poradzenia sobie z nią.

                          Odwrócił się wreszcie, płynnym ruchem przechodząc do chodu, ze zmęczonym uśmieszkiem numer trzy. Budzącym sympatię, ale nie zachęcającym do wchodzenia w rozmowę.

                          Lilia westchnęła wtulając się w Kaylie, łasząc o jej kark niczym kocica.
                          - Może następnym razem zaprosimy kogoś na czwartego? Tyle opcji, tyle miejsc, których jeszcze nie widziałaś.
                          - Miejsc? - zapytała galtianka.
                          - Och, poproszę tatę to na pewno pozwoli. Dwór może się pojawić gdzie tylko tata zechce, lub zmienić pokój w jakiekolwiek miejsce. Uprawiałaś kiedyś seks podczas ciągłego spadania na planie powietrza? Ekstremalne doznania napędzają się, uwierz mi.

                          Burza drgnęła w kieszeni Khala. Przeleciało mu przez myśl, że jakby go umyślnie chciały prowokowac to nie mogły by tego dużo lepiej zaplanować. Zatrzymał się chwilę na nie patrząc. Oczy Lilii były przyjemnie przymrużone. Może go nawet widziała? Ale Kaylie widział tylko włosy, bo w uścisku skierowała głowę w drugą stronę…

                          … i nagle utracił wiarę, że zachowa zimną krew a było zdecydowanie zbyt wiele osób trzecich by mógł sobie pozwolić na jej utratę.
                          - Nope... - obrócił się na pięcie i usłyszał ostre gwizdnięcie. Oczy Lilii przeszywały go na wylot, kiedy się obrócił z powrotem w ich kierunku, ledwie dość by jednym okiem je widzieć. Jego spojrzenie nie miało w sobie krztyny łagodności którą zwykle się u niego dostrzegało. Za to było w nich zimno, a zaciśnięta szczęka zdradzała, że gdzieś tam Burza wciąż się kotłowała.
                          - Patrzcie, patrzcie...- córka Otto zadziornie uśmiechnęła się do adwokata - Ktoś, kto też by skorzystał gdyby tu był. - ucałowała delikatnie Kaylie w czubek nosa i puściła jej oko. Podeszła do Viktora dość zalotnie poruszając biodrami. Dopiero teraz zauważył, że oprócz bluzki, która ledwo zasłaniała jej biust, rudowłosa nic na sobie nie miała.
                          - Jesteś jej winny nie lada wyjaśnień paniczu. - delikatnie ujęła jego policzki - Lubię cię i lubię ją. Wiem, że iskrzy między wami, więc nie bądź dupkiem myślącym o sobie i zrób pierwszą męską rzecz w swoim życiu. Porozmawiaj z nią.
                          Viktor milczał chwilę nie do końca wierząc w co słyszy. On był tu dupkiem?!
                          Odwrócił się frontem do Lilii, gdzieś po drodze tylko przelatując wzrokiem po zadowolonej, wciąż rumianej twarzy Kaylie. Iskierki rozbawienia (a może nawet szydery?) tańczyły w jej oczach. Chwycił dłonie Lilii. Delikatnie. Jakby ze zrozumieniem kiwnął głową i spotkał się z jej spojrzeniem.
                          - Dziękuję… - uśmiechnął się do niej ciepło ale nagle uśmiech zrzedł na jego twarzy - Ale próbowałem rozmawiać. Naprawdę próbowałem i, jak widać, nie wyszło. Nie mam żalu do ciebie ani do niej. - zadeklarował, a w jego głosie nie dało się usłyszeć nawet szczypty wszechmiaru jego nieszczerości.
                          - Żalu? O co? Kaylie powiedziała mi, że poprzedniej nocy rozgrzałeś ją do czerwoności i rzuciłeś, aby ostygła niczym padlina na drodze...
                          - Lilia... - odezwała się galtianka - Zostawisz nas samych? Musimy pogadać najwyraźniej.
                          Rudowłosa uniosła tylko obronnie ręce i odstąpiła od Viktora.
                          - Jasne, jest twój. Pamiętaj co mówiłam o czwartym. - ruszyła mijając Kaylie dając im nie lada widok na swój krągły kuperek.

                          - Wciąż możemy wyjść stąd zachowując twarz… - szepnął Fisuś, niesłyszalny ponad szelest przez nikogo poza samym Viktorem, co uciszył go niewiele różnie brzmiący syknięciem.
                          Viktor podniósł wreszcie spojrzenie na Kaylie. Uśmiechał się lekko. Fisuś miał rację… teraz najchętniej by się ewakuował. Ostygł. Pewnie jakieś jagnię sobie znalazł na uspokojenie. A do tej rozmowy wrócił nigdy.
                          - Prawdopodobnie piwnica będzie najlepszym miejscem na rozmowę sam na sam - zasugerował luźno, bez fizycznego wzruszenia ramion… ale słychać je było w głosie.
                          Za to Kaylie wzruszyła ramionami.
                          - Jak wolisz. Chodźmy.

                          - Jaki jest twój problem? - Kaylie od razu przeszła do ataku werbalnego jak tylko zamknęli za sobą drzwi w piwnicy, gdy stała z rękami złożonymi na piersi.
                          Viktor nie odpowiedział od razu. Spokojnym, luźnym krokiem podszedł do krzesła po drugiej stronie sali. Tego przy którym pracował splatając magię by swój laur zakląć. Cisza zdążyła dawno stać się niezręczna nim rozsiadł się wygodnie. Po zastanowieniu wstał z niego, obrócił i usiadł okrakiem, z oparciem między nogami, opierając się na nim wygodnie.
                          - Problem? - zapytał w końcu, jakby dopiero usłyszał pytanie. - Powiedziałem coś, albo zrobiłem co sugeruje, że mam problem? Z mojej perspektywy ledwie wróciłem i to do mnie jest problem. Wyjaśnisz mi to? - dopiero pytanie zwokalizował w sposób, pokazujący, że jakiś problem jednak może mieć.
                          - Lepiej ty mi wyjaśnij czemu odwalasz taką histerię. - mruknęła stojąc naprzeciw krzesła Viktora.
                          - Wydaje mi się… że to słowo oznacza coś trochę innego niż ci się wydaje, że oznacza… - odpowiedział z kpiarskim uśmiechem na twarzy.
                          - Zachowujesz się, jakby stało się coś strasznego, traumatycznego wręcz. Ty naprawdę się tego nie spodziewałeś? - prychnęła.
                          - Oboje dobrze wiemy jak wyglądają “traumatyczne przeżycia”. Nie umniejszamy im porównując to co się teraz dzieje do nich - poprosił, zupełnie poważnie, nim nie wrócił do swego defensywnego uśmieszku.
                          - Przyjmowałem taką możliwość. W końcu ostrzegałaś mnie. Mimo to miałem nadzieję. Wyglądam teraz na głuptasa, co nie? - zapytał wesoło i zaśmiał się, ale w ten dźwięk nie dał już rady wtłoczyć pozorów szczerości, więc szybko go przerwał.
                          - Ty naprawdę sądziłeś, że po tym co mi uczyniłeś ja w żaden sposób nie będę próbowała sobie tego odrobić? - pokręciła głową - Czy serio oczekiwałeś, że będę szukać twojej zgody?
                          - “Po tym co ci uczyniłem”... mówisz jakbym ci jakieś zwycięstwo odebrał. Albo upokorzył; publicznie… znasz pojęcie strawman’a? Tłumaczone jako “słomianek”, albo “baboła” też słyszałem. Jest to błąd logiczny, gdy atakuje się nie argument współrozmówcy, a karykaturę jego argumentu, bo karykatura jest znacznie podatniejsza na atak. Mówię to, bo… każde. Jedno. Twoje. Zdanie… było strawmanem w tej dyskusji. W ŻADNYM momencie nie podniosłem nawet głosu, o histerii nie mówiąc. W ŻADNYM momencie nie pozwoliłem sobie na jakąkolwiek gwałtowność, a mówisz o reakcji jak na traumę. W ŻADNYM momencie nie oczekiwałem nic od ciebie, a mówisz, że oczekiwałem byś pozyskała moje pozwolenie. No i moją własną panikę traktujesz jak bym ci w mordę strzelił, podczas gdy myślałem, że od ciebie akurat dostanę tę odrobinę zrozumienia… pomimo, że wcale nie małą - przerwał na najkrótszy moment nim kontynuował - To na co miałem nadzieję… to już zupełnie nieważne. Podjęłaś swoje decyzje. Wiedząc z czym one się wiążą, więc rozumiem, że koszta nie miały dla ciebie znaczenia. Szkoda. Ale rozumiem.

                          - Ty uczyniłeś mi wtedy krzywdę. - wycedziła - Czemu to zrobiłeś? Dlaczego postanowiłeś mnie tak poniżyć? - głos zaczął się jej łamać - Co chciałeś tym osiągnąć? Pokazać swoją wyższość nade mną?
                          - Kaylie… - zaczał Viktor powoli. Pierwszy raz ze szczerą emocją na twarzy. Ze zmartwieniem - … nie słuchasz mnie - powiedział nieco ostrzej niż sam chciał, gdy błysnął mu przed oczami obraz zarumienionej jeszcze Kaylie, z szyderczym spojrzeniem. Westchnął przeganiając go od siebie.
                          - Istotnie, mam metodę albo dwie korzystającą z PODOBNEJ zagrywki, ale… to nie było to. Ja ci. Mówiłem. Szczerze. To. Chodziło. O mnie. - Wyrecytował powoli, mając nadzieję, że wreszcie do niej dotrze, choć nie wiedział czy w tym momencie ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie. - Ja. Spa-niko-wałem. To w mojej głowie zakręciło się jak nie powinno. To mój własny syf sprawił, że się przestraszyłem i uciekłem. Taka zagrywka miała by sens tylko jakbym chciał stworzyć między nami relację zależności, z tobą pod moimi stopami. Każde jedne przeprosiny, które ode mnie usłyszałaś inwalidują ten cel. A usłyszałaś ich co najmniej trzy osobne pakiety. Ja… - zamknął usta spoglądając w górę na Kaylie, jakby miał w jej twarzy znaleźć jakąś wskazówkę jak może do niej dotrzeć…
                          - A teraz jesteś zły... Za to, do czego doprowadziły twoje czyny. - zobaczył w wyrazie twarzy kobiety jakiś ból - Potrzebowałam się rozluźnić po tym wszystkim. Nie sądziłam i wciąż nie sądzę, że to było cokolwiek złego. Nie jestem twoją własnością, abyś mógł mi wskazywać co mam robić, a czego nie. Nie rozumiem jaki masz tak wielki problem z moimi czynami.
                          - Oj Kaylie… nie umniejszaj swojej sprawczości i kompetencji. To nie tak, że jesteś biedną dziewczynką która została pozbawiona zdolności est autodeterminatio. Wszystko co zrobiłem spada na moje sumienie, ale to co ty zrobiłaś… jest tylko twoje. I tak, jestem TROCHĘ irate. Ale miałaś pełne prawo na chwile rozkoszy, których tak brutalnie ci odmówiłem, a ja nie mam prawa mieć do ciebie pretensji. Jednak nic mi nie odbiera prawa być zawiedzionym. I jestem.
                          - Co takiego zrobiłam, abyś był zawiedziony? Przecież nic takiego. - Kaylie zapytała z niezrozumieniem problemu. Jakby reakcja Khala nie miała dla niej sensu.

                          Khal zmienił nieco pozycję, podpierając brodę na swoich pięściach, jak ktoś szykujący się na wysłuchanie dobrej historii.
                          - Kaylie. Minąłem się ze strażnikiem poprawiającym swoje portki po wyjściu z łaźni. Słyszałem twoją rozmowę z Lilią po tym jak wy z niej wyszłyście. Chcesz mi powiedzieć, że nie doszło tam… do żadnych wydarzeń z kategorii “nie dla dzieci”? - zapytał z ciekawością.
                          - Trochę mnie Lilia pomiziała, ale to tyle. A strażnik wtargnął z wiadomością od Filii, gdy byłam naga na stole od masażu. - zmarszczyła brwi - Masz mnie za kurwę, co da przypadkowym osobom? - zapytała z irytacją w głosie.
                          Viktor znów chwilę myślał analizując co usłyszał.
                          - Jestem ostatnią osobą co mogłaby powiedzieć złe słowo o kimś, kto prześpi się z kimś z czystego kaprysu, czy chęci odwetu. Powiedzmy, że usunięcie choroby to ja stosowałem w Cheliax prewencyjnie i uznaję to za uczynek prospołeczny… - uśmiechnął się i wstał. Podszedł do niej. Perfekcyjnie blisko aby budzić precyzyjną ilość dyskomfortu jednocześnie zachowując w polu widzenia niemal całe jej ciało, ze wszystkimi tikami i odruchami.
                          - A teraz chcę abyś prześledziła w głowie całą tę sytuację. Dialog który między wami dwiema się odbył. O tym jak “on” był niesamowity, o tym jak “silnie zadziałał”, aż zabolało przyjemnie i jak się pod “nim” wiłaś i Lilia planuje go znowu znaleźć. Teraz kiedy nie masz wątpliwości, że słyszałem go w całości… powtórz mi proszę, pełnym zdaniem, że do niczego nie doszło.
                          Kaylie patrzyła z uniesionymi brwiami na Khala oddając całość zaskoczenia.
                          - Do niczego nie doszło. Z nikim. - przymrużyła oczy - Ani z Lilią, ani z tym cholernym strażnikiem co jak prawiczek spłonął na twarzy, a na pewno nie z Homunculusem od Joriego, co mi robił MASAŻ.

                          Viktor zmrużył brwi w konsternacji. Kręciła gdy chodziło o Lilię. Ale tylko kręciła, a nie wprost kłamała. Coś się wydarzyło, czego by się krępowała powiedzieć, ale nie aż tak. Za to ze strażnikiem i o golemie nie prezentowała żadnych oznak nawet kręcenia. Jakby zupełnie nie zdradzała oznak stresu… wtedy mógłby mieć wątpliwości czy rzeczywiście nie ma nic do ukrycia, czy może tylko dobrze to kryje. Jednak taktyczne ujawnianie fałszywych oznak nieszczerości było daleko ponad poziomem o który Khal by ją oskarżał w najśmielszych szacunkach.
                          - Czy… wyście się, baby, z komedii romantycznej urwały? - zaśmiał się gdy poczuł jak napięcie z niego schodziło. Wciąż nie wiedział jak czuje się na “jakieś igraszki” między Kaylie i Lilią, ale… w najgorszym wypadku to wciąż było o całe kategorie znośniejsze niż jakby uznała, że takie zero jak ten przypadkowy strażnik warte było zerwania… cokolwiek się między nimi rodziło. W najlepszym natomiast… oczekiwałby, że zostanie mu to opisane. Ze wszystkimi. Pikantnymi. Szczegółami… Stwierdził, że tak długi post (całe cztery dni!) mu definitywnie nie służy…
                          - Jestem Marcillie winny przeprosiny kiedy w Cheliax zawitam. Dwa lata temu wyśmiałem, w zły sposób, jej rzemiosło mówiąc, że takie sceny są czystym absurdem i nie mają miejsca w życiu. Tak, byłem wtedy dupkiem, dziewczę nie zasłużyło na to. To na POWAŻNIE wyszło wam tak przypadkiem, czy to intencjonalnie ociekało seksem w ramach jakiegoś żartu czy to ze mnie czy między sobą?
                          - A może ty po prostu szukałeś słów kluczy bez znajomości kontekstu? - skrzyżowała ręce na piersi - Rozluźniał bolesny mięsień, co głęboko był spięty. Tortura i ulga. - uważniej spojrzała na Khala - Za bardzo czynisz projekcję zachowania swoich szlauf do mnie.
                          Khal skrzywił się brzydko. Wybitnie nie lubił brzmienia tego słowa. Choć nie mógł zaprzeczyć, że niosło poprawny przekaz emocjonalny co do tego jak tamte kobiety postrzegał. Więc słowo było używane, ale tylko w jego myślach.
                          - Oj nie, kochana. Ten argument nie ma jakiejkolwiek mocy, po tym jak SAMA mnie ostrzegłaś, że tak właśnie możesz zrobić. Ty otworzyłaś tę puszkę, a ja ci tylko uwierzyłem. Ale w porządku. Z pewnym trudem, ale wierzę również, że w waszych głowach to było wybitnie oczywiste, że nie ma to związku z tym jak to brzmiało… co właśnie wymusi na mnie apologia i wielkie kwiaty dla biednej Marcillie. Ale teraz spójrz na to z mojej strony… Jeszcze dziś rano usłyszałem od ciebie ostrzeżenie verbatim “mogę szukać… pocieszenia “ chyba tego słowa użyłaś “u kogoś innego”. Twoje słowa, nie moje. Wchodzę do Dworu. Z łaźni wychodzi niebrzydki vir, poprawiając spodnie. Widząc mnie wpada w panikę i praktycznie wybiega unikając ze mnę jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Uspokajam się. Rationalizem. Powtarzam, że to nic nie oznacza i sprawa zasługuje na nie wyciąganie pochopnych wniosków. Potem wy wychodzicie. I słyszę ten dialog. Dialog który nienaciąganie, bez choćby jednej modyfikacji, MÓGŁBY być wymianą zdań kobiet po bardzo udanym triangulo. U siebie bym powiedział “w świetle zaistniałych okoliczności wyciągnięte wnioski były racjonalne i uzasadnione, nawet jeśli ostatecznie błędne.”
                          - Ale wróćmy do wcześniejszego - powiedział już poważniej, ujmując dłonie Kaylie - Nic co dziś powiedziałem nie było nieprawdą. To dziś w nocy… to rzeczywiście chodziło o to co się we mnie działo. Nie była to żadna próba siły. Na prawdę przykro mi, że poczułaś się odrzucona, ale… potrzebowałem czasu by sobie w głowie ułożyć trochę, ale to właśnie wynika z tego jak bardzo ciebie chcę. Jakbyś była jagnięciem to sprawa byłaby prosta i klarowna. Dobrze sprawdzone schematy i viola. Lecimy. Ale wczoraj… przestraszyłem się. Bo… sam nie do końca wiem - wzruszył ramionami przepraszająco - I to tylko to. Nie miałem żadnej intencji by ciebie ubodnąć.

                          Kaylie patrzyła na mężczyznę z jakimś zafascynowaniem. Ciężko było od razu określić z czego ono wynika. Miało w sobie coś takiego, co już wcześniej poznał w relacjach z innymi kobietami, a jednak... Było coś innego...
                          - Jesteś fascynujący, wiesz? - odezwała się po chwili milczenia - Potrafisz gadać jak nakręcony nieważne od tematu, jaki jest przed tobą postawiony.
                          Po tych słowach podjęła inną kwestię.
                          - Przyznaję, w tamtym momencie byłam po prostu zła na ciebie. Chciałam się odegrać, chociażby i werbalnie. Później wpadłam w rezygnację i porzuciłam pomysł. W pierwszym momencie myślałam, że po prostu wyjdę na miasto i prześpię się z pierwszym możliwym, ale to było tylko powodowane emocją chwili. Poczułam taką chwilową chęć sprawienia ci bólu... - przyznała ze wstydem - Poczucie krzywdy przejęło nade mną kontrolę w tej sekundzie... Bo tak, poczułam się bardzo odrzucona, a w tym momencie zdecydowałam się oddać siebie... komuś kogo ledwie znam. Czego nie postanowiłeś docenić w żaden sposób, a wręcz odrzuciłeś jak szmatę.
                          - Kaylie… Słońce ty moje… udawajmy przez chwilę, że rzeczywiście miałem dobry i poprawny powód aby chcieć przełożyć nasze zbliżenie na później. W jaki sposób musiałbym to zrobić, aby było to “po prostu odrzucenie”, w kontraście dla “odrzucenia jak szmaty”, a potem jak miałbym to zrobić aby to było “w ogóle nie odrzucenie”?
                          - Nie czarować mnie przez cały czas i nie dawać wcześniej nadziei. Nie rozpalać moich własnych chęci. Do dziś nie wiem czemu tak naprawdę zrobiłeś to wszystko. Mówisz o swoich problemach, jednocześnie tymi słowami wykpiłeś się od szczególnej odpowiedzi. Rzuciłeś mi ochłap i uznałeś, że to wystarczy, aby mnie udobruchać. - odparła z wyraźnym żalem w głosie - Nie spodobało ci się coś co zrobiłam, prawda? Co to było takiego?
                          Khal milczał chwilę, patrząc gdzieś w bok samymi oczami… obserwując sytuację w swojej własnej pamięci. W końcu kiwnął głową przyznając rację jakiemuś wnioskowi.
                          - Kaylie, ja… - i pewność wniosku natychmiast wyparowała. Odkaszlnął by odzyskać ją przynajmniej w głosie - Ja nie do końca wiem o co mi chodziło. To są pierwotne, niezwerbalizowane wnioski których nie potrafię jeszcze ubrać w słowa, bo nawet ich zrozumieć nie daję rady. Nie przyszedłem z nimi do twojego pokoju. One się zrodziły właśnie w tamtej chwili. W trakcie. Jakbym rozumiał, że na tę propozycję będę musiał odmówić to inaczej bym to rozegrał. Ale nie rozumiałem. Jeszcze cię całując tego nie rozumiałem i wszystko we mnie walczyło abym nie zrozumiał i po prostu poszedł z prądem. Uwierz mi gdy mówię, że naprawdę tego chciałem… Nie zrobiłaś nic… - ujął ją delikatnie pod brodą, kierując jej spojrzenie na swoje - co mogłoby mi się nie spodobać. To co mi się nie spodobało było tylko w mojej głowie. Przykro mi, że nie mam lepszej odpowiedzi, ale to jest jedyna szczera odpowiedź.

                          - W tamtym momencie... Chciałam być jak jedna z twoich szlauf. Poczuć się tak jak one musiały się czuć będąc przez ciebie owładnięte. Po prostu oddać się szalonej przyjemności i nie patrzeć w stronę jakichkolwiek konsekwencji. Oddać się chwili, emocjom, tobie. - westchnęła - Być szczęśliwym nie pamiętając o jakichkolwiek troskach.
                          Khal skrzywił się znów słysząc to brzydkie słowo i nawet otworzył już usta aby oprotestować jego nadmierne używanie… ale zamknął je nim zdążył wydać głos i słuchał.
                          - Przykro… mi, że nie miałem… odwagi dać ci czego wtedy potrzebowałaś. Chciałbym ci obiecać, że więcej tego nie zrobię, ale… nie jestem w stanie. Zranię cię jeszcze… a ty zranisz mnie. I to się zdarzy więcej niż raz. - Kaylie słuchała uważnie, w tym momencie nawet niemo przytakując ruchem głowy.
                          - Oboje jesteśmy pokrzywieni w taki sposób i to nie będzie prosta i klarowna historia miłosna z romansideł dla znudzonych kur domowych. A jeśli postanowimy być nierozsądni i spróbujemy zrobić z tego coś prawdziwego, to jeszcze będziemy mieć zdjęte skorupy, którymi przez lata się obudowaliśmy i będzie to bolało po dziesięciokroć bardziej.
                          Pusty wzrok kobiety skupiony był na ogólnej przestrzeni przy Khalu, nie patrząc na nic szczególnego. W jej oczach dało się wypatrzeć smutek, ból i... to zrozumienie czegoś, co było przedstawionym faktem.
                          - Jednak… wierzę… może nawinie, na pewno głupio… że jeśli byśmy spróbowali w ten sposób… to gdzieś tam w przyszłości… istnieje pewna tycia szansa, że… - Khal mówił powoli. Na bieżąco szukając słów, których nigdy nie używał, co miały wyrazić jego myśli, których nigdy nie miał, w momencie, gdy Kaylie uniosła spojrzenie na niego, w jakimś oczekiwaniu. - … że moglibyśmy stać się lepsi. I niech to czort… jeśli to w ogóle jest opcją to chcę być lepszy. I to co rzeczywiście jestem w stanie ci obiecać, to to, że jeśli byś przyjęła moją nierozsądną propozycję… to będę się starał jak nigdy się nie starałem. Będę wyrozumiały. Będę kontrolował gniew. Powstrzymywał pochopne wnioski. Będę starał się ciebie zrozumieć i próbował nie następować na twoje skrzywienia. Będę się starał byś była szczęśliwa… a oczekiwać będę tylko i aż tego samego.
                          Khal pochylił się nad zmieszaną Kaylie i ucałował ją w czoło, gestem zdejmując jakąkolwiek presję, a spojrzenie kobiety wyrażało uczucie, jakiego sama nie umiałaby określić.
                          Szczyptę dziecinnej nadziei.
                          - Nie musisz teraz nic deklarować, ani mi odpowiadać. Jednak chciałbym abyś, do momentu jak wrócimy z tej wyprawy, miała dla mnie jakąś odpowiedź. Zaakceptuję każdą. Ale potrzebuję jakiejś. Czy to brzmi uczciwie, w twojej ślicznej główce?
                          Kaylie patrzyła w oczy Khala i przysunęła się bliżej, aby szepnąć do niego krótki przekaz.
                          - Musimy iść. Filia nie będzie na nas czekać.
                          Khal kiwnął głową, ale przytrzymał ją delikatnie jeszcze moment, gdy pochylał się do jej ucha. Niemal już w odruchu zbliżając usta na tyle, aby poczuła ciepło jego oddechu na skórze.
                          - Do końca wyprawy - powtórzył z dziwną mieszanką łagodności i nacisku, ustalając między nimi zrozumienie. Termin może był czysto arbitralny, ale Khal zamierzał go uszanować.
                          Kaylie nie odpowiedziała nic, a jedynie lekko odsunęła się... by zaraz złapać mężczyznę za kołnierz pod gardłem.
                          - Pod jednym warunkiem. - ściągnęła twarz Khala niżej ku sobie - Że niezależnie od mojej decyzji...
                          Wyszeptała dalsze słowa do ucha Khala, a ten kiwnął głową, z poważną miną.
                          - To… jest możliwe do zorganizowania - odpowiedział poprawiając się, ale uśmieszek tańczył mu w kąciku ust.
                          Kobieta sama uśmiechnęła się z krzywym rozbawieniem. Skierowała dłoń ku przytroczonej do pasa masce.
                          - Nie dajmy Filii radości naszej nieobecności. - szepnęła z jadowitym tonem, odpinając maskę i zakrywając nią oblicze.

                          Obóz straży znajdował się niewielki kawałek poza miastem. Para wysłanników Azazela mogła zobaczyć jakieś dziesięć wozów, większość z których była pusta, jedynie uściełana miękkimi materiałami. Zobaczyli Filię wydającą ostatnie polecenia. Zerknęła na dwójkę nowo przybyłych.
                          - Jesteście. Dobrze. Potrzebujecie jakiś przydziałów?
                          Zamaskowana Kaylie podeszła lekkim krokiem ku Filii.
                          - Miałaś nadzieję, że nie pojawimy się? - lekko przekręciła głowę - Przydziałów?
                          - Niektórzy nie lubią stać i nic nie robić. Do tego w ekspedycji takiej jak ta, ludzie lubią wiedzieć jakie mają zadania. Wprowadza odrobinę rutyny. Więc?
                          - A co byś chciała nam dać? - mruknęła galtianka.
                          - Zostało tylko kilka skrzynek do załadowania. Prowiant, woda i ubrania. Możecie w tym pomóc. Do tego przyda się ustalić, co będziecie robić kiedy zejdziemy do kopalni.
                          Kaylie w pierwszym momencie myślała o proteście, ale zrezygnowała.
                          - A ty co robisz? - zapytała z niemą łaskawością.
                          Komendant spojrzała na galtiankę.
                          - Nadzór, papierologia, otrzymywanie raportów i adaptacja. - odparła niemal mechanicznie - Chcesz się zamienić?
                          - Praca fizyczna lub leżenie wygodnie i rozkazywanie innym...
                          - Czy ja wyglądam jakbym leżała?
                          - Na pewno nie wykonujesz ciężkiej pracy. Nadzór to praca tylko w oczach wydelikaconej szlachty.
                          - Jeżeli zrobiona na odpierdol się i poprzez delegację. Co pięć minut otrzymuję raporty od zwiadowców, muszę przyswoić nowe informacje, skontrastować je ze starymi i dokonać odpowiednich decyzji. W międzyczasie rozsyłam gońców do pobliskich wiosek i mieścin, informuje rodziny mi podległych o misji na jaką zmierzamy. W końcu upewniam się, że wszyscy wykonują swoją pracę i nie marnujemy zasobów. Uwierz mi, chętnie ponosiłabym dziesięć kilo chleba.
                          - Straszliwie komplikujesz sprawę. - pokręciła głową - Wiemy gdzie iść, idziemy. W razie problemów improwizujemy. Łapiemy skurwiela i do miasta z nim.
                          - Pewnie tak to wygląda dla poszukiwaczy przygód. Ja i moi musimy jednak wrócić do miasta, do rodzin, do obowiązków. Nie mamy przywileju, aby pójść na wyprawę, zabić co się rusza, zabrać co nie i ruszyć dalej. Więc pozwól, że po komplikuje sobie życie, ale wrócę ze wszystkimi z którymi wyruszę.

                          Viktor obserwował sytuację trochę jak dziejący się, w zwolnionym tempie, wypadek. Niby chciałoby się odwrócić wzrok i nie być tego świadkiem… ale chora ciekawość zmuszała. No ale też kupowała ona mu czas by ocenić co będzie lepsze dla jego wizerunku, jako przyszłego lidera duchowego kultu. Niedostępny posąg ze spiżu, będący dla wiernych wysłannikiem niebieskim… czy swój chłop? “Jeden z nas”.
                          - Mamy dużą ekipę. Organizacja tylu ludzi nie jest prosta sprawa. Jak zarządzałem czasem małym legionem advocati adiuvantes w poważniejszych sprawach to był to prawdziwy wrzód in natibus. Mamy kilka dni drogi by ustalić jaka będzie nasza rola już na miejscu. Pozwólmy Filii robić swoje, a ja pomogę z załadunkiem.
                          Zatrzymał się po dwóch krokach.
                          - Proszę dziewczęta, nie wydrapcie sobie oczu gdy mnie nie będzie… - zaapelował, puszcając im oczko i odszedł nie dając czasu na odpowiedź.
                          Kaylie spojrzała za Khalem, spojrzała na Filię i znowu na Khala.
                          - Mamy nie wydrapać sobie oczu... - stwierdziła odwracają głowę w stronę komendant i nic więcej nie powiedziawszy jedynie wzruszyła ramionami i bez słowa ruszyła pomóc ładować ciężkie rzeczy.
                          - Szkoda mi manicure'u - odparła komendant i wróciła do swoich zajęć.

                          Viktor dołączył do pracujacych ludzi. Swoim urokiem i chęcią pomocy zyskując ich sympatię, ale szacunek i powagę kupił, gdy mimo niepozornego wyglądu i bogatego ubioru zaczął ładować beczki i skrzynie, które normalnie wymagały dwóch ludzi. Z jego pomocą praca znacznie przyspieszyła i wkrótce wesołe pomruki wypełniły atmosferę, szybko przeradzając się w otwarty śmiech po kolejnej, mimochodem opowiedzianej historii, czy impresji jakiejś znanej osoby…
                          Ludzie ciepło przyjęli prawnika, ciesząc się z każdej pomocy przy załadunku ciężkich skrzyń. Niedługo później pojawiła się arcanistka, wyraźnie rozglądając się "komu by tu pomóc". Zauważyła, że jedna ze skrzyń ustawionych na wozach zaczęła się chybotać. Przed upadkiem uratował ją jeden ze strażników, który z trudem przechwycił ją, ale nie był w stanie wepchnąć jej z powrotem. Prostym ruchem dłoni Kaylie niefrasobliwie posłała magiczną dłoń, aby pomogła nieszczęśnikowi. Delikatne pchnięcie od spodu skrzyni wystarczyło, aby krnąbrny ładunek wrócił na swoje miejsce. Strażnik odwrócił się, ujrzał jednak jedynie zamaskowaną postać. Kaylie natomiast rozpoznała twarz, którą ostatnio widziała w barwach bardzo żywej czerwieni.
                          - Ten.. Dziękuję. Dobrze czasem mieć czaroklepę pod ręką.
                          - Nie ma za co. Mam nadzieję, że podobało się tak samo, jak wcześniejszy przypadkowy pokaz, na sali masażu. - powiedziała jednocześnie zalotnie, ale także drażniąc się i mając z tego dobrą rozrywkę.
                          Twarz strażnika natomiast przybrała najpierw zdziwiony wyraz, po czym wróciła do znanej Kaylie czerwieni. Mężczyzna jedynie odkaszlnął, podrapał się po karku i pełen wstydu uciekł jak najdalej od magini, która śmiejąc się pod nosem dalej wspomagała swoją magią ładowanie prowiantu.

                          W końcu zjawił się gnom na swoim sporym ogarze, jego papierowa sowa unosiła się nad nim obserwując sytuację. A za nim jechała jego banda awanturników. Wszyscy w tunikach tej samej barwy i z tym samym motywem. Gnom rozejrzał się dookoła, po czym skierował Joghmetha ku Fillii. A gdy dotarł do niej, rzekł buńczucznie.
                          - Dzielni awanturnicy i moja skromna osoba, meldujemy się pod twe rozkazy pani.-
                          - Ah, dobrze. - odparła Komendant - Twoi ludzie dostali już przydziały, czy ty chcesz się czymś zająć, zanim ruszymy? Twoi towarzysze, pomagają przy załadunku.
                          - Oczywiście, bo gnom wielkości ludzkiego wyrostka wyśmienicie sprawdzi się jako tragarz. - odparł sarkastycznie Baltizar i dodał.- Cóż… ja po prostu usiądę gdzieś z boku i nie będę przeszkadzał innym. Tak najlepiej pomogę wszystkim.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #48

                            Kaylie

                            W przeciągu godziny karawana wyruszyła, grupa sług Azazela zauważyła, że dołączył do nich Jori, elfi alchemik mieszkający w Popielnym Dworze.
                            Komendant Filia Blackfyre przewodziła pochodowi, krocząc z determinacją przed karawaną, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożeń dla jej podopiecznych i najwyraźniej ciągle przyjmując raporty od zwiadowców.
                            Uniosła delikatnie brew kiedy ujrzała jak dogania ją Kaylie.

                            • Chcesz mi dotrzymać towarzystwa, czy masz nadzieję, że pierwsza dojrzysz zasadzkę?

                            Victor

                            W środku karawany Victor siedział na jednym z wozów z zapasami. Zauważył, że strażnicy szli i siedzieli cicho. Powietrze nie było wypełnione rozmowami, żartami czy śmiechem.
                            Srogie skupienie gościło na ich twarzach, zauważył jak jeden ze strażników trzyma swój miecz przed sobą, knykcie zbielałe w gniewnym uścisku.
                            Filia musiała im powiedzieć, gdzie idą i co mają zrobić. Gniew i determinacja buzowała w krwi strażników, być może nadzieja na jaką liczyła komendant wyparowała szybciej niż by chciała i teraz jedyne co pchało jej ludzi do przodu to żądza zemsty.

                            Baltizar

                            Baltizar był na końcu karawany w wozie wynajętej przez niego grupy najemników.
                            W porównaniu do Khala ci nie byli cicho. Barbarzyńscy bracia, którzy siedzieli na koźle przerzucali się przechwałkami i przysięgami. Elfi mag i alchemik musieli dopracowywać szczegóły planu działania.
                            W końcu jeden z barbarzyńców zawołał do gnoma.

                            • Hej, szefie. Ta dziewucha w masce co z tobą pomieszkuje to ładna?
                            • I czy do wzięcia? My bracia zawsze się dzielimy!
                              Ach, typowe rozmowy podczas podróży, kto ma na kogo chrapkę…

                            Dzień zaczął chylić się ku końcowi filia więc zarządziła postój.
                            Wozy zostały ustawione w szerokim kole, a konie spuszczone wewnątrz koła, aby nigdzie nie uciekły.
                            Obóz został ustanowiony na otwartej polanie, jedynie z niewielkimi drzewami i krzakami ustawionymi po jego wschodniej stronie.
                            Filia zarządziła rozbicie namiotów między wozami a drzewami, jeżeli coś ich zaatakuje nie zdoła uszkodzić wozów zanim do nich nie dotrą.
                            Trzech strażników ustawiło się na wozach, aby lepiej dostrzec potencjalne zagrożenia.
                            Strażnicy rozpalali pierwsze ogniska kiedy usłyszeli krzyki i szelest dobiegający z krzaków.

                            [media]https://i.imgur.com/ehHQMpN.jpeg[/media]

                            Po chwili grupa dwunastu istot wyskoczyła na polanę, wyglądały jak gobliny, jednak dziwnie zmienione. Dodatkowe kończyny, rogi, różne kolory i dość dobrze zbudowane. Ich pełne przerażenia oczy zaczęły rozglądać się po zgromadzeniu, kiedy spojrzenie jednego z nich musiało dojrzeć konie wewnątrz kręgu.

                            • KONIE! - zawołał najwyraźniej przywódca i gobliny rzuciły się do ataku.
                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez Zell
                              #49

                              - Mam zamiar cię chronić, jak wpadniesz w jakąś nieprzyjemną sytuację. Nie byłoby to dobre dla ogólnego morale, gdyby dowódca padł lub ciężko ucierpiał już w pierwszych godzinach podróży. - odpowiedziała arkanistka suchym, jakby zmęczonym banalnymi pytaniami głosem.
                              - Och, dziękuję. - odparła komendant - Wątpię, aby coś na nas się rzuciło. Drogi są bezpieczne, a zwiadowcy informują mnie, że od wczoraj nikt nie opuścił terenu kopalni. - komendant westchnęła - Więc, co wy będziecie z tego mieli?
                              - Hm? - Kaylie mruknęła pytająco - Czy naprawdę nie wierzysz w chęć uczynienia dobrego uczynku?
                              Tak naprawdę arkanistka nawet nie siliła się na brzmienie zdziwioną.
                              - W dniu kiedy człowiek wychowany w Cheliax zrobi coś z altruistycznych powodów, będzie dniem kiedy zmienię wiarę na Caileana i zapiję się na śmierć. Twój kompan na pewno chce coś ugrać z tego. Dobre pierwsze wrażenie jego patrona może?
                              Kaylie uśmiechnęła się z niemym rozbawieniem.
                              - Och, podejrzewam. Na szczęście nam to nie grozi. Przecież on nie został wychowany w Cheliax.
                              - Evercrest opuścił... został wygnany jak miał... dziesięć, dwanaście może? - zaczęła komendant, fakt wygnania Khala najwyraźniej budził w niej niesmak - Od tego czasu nie mógł się włóczyć długo, jeżeli uzbierał dostatecznie dużo doświadczenia, aby być członkiem loży. Dostatecznie dużo czasu, aby zintegrować się z mentalnością tamtejszych.
                              - Z tego co mi się wydaje, to czternaście. Tragiczny wiek na topienie w traumach. - kobieta mruknęła pod nosem - Na pewno Cheliax nie było pierwsze na jego drodze, a co później... Nie znam go bardzo długo. Wiem, że cokolwiek nie uczyniłby tam to byłoby to coś co rozumiem. - spojrzała w oczy Filii - Walka o przetrwanie.
                              Filia uniosła brew.
                              - Mam listę kilku czynności, które mógłby zrobić tylko dla własnego zysku, albo przyjemności. Rozumiem jednak o co ci chodzi. Zastanawiam się jednak, czy za szybko go nie rozgrzeszasz.
                              - Albo ty za szybko go skazujesz. - wzruszyła ramionami - W końcu niewinny póki nie skazany? Choć może coś pomyliłam. W Galt jest winny póki nie uniewinniony, Ale myślałam, że to tylko u nas.
                              - Ja go o nic nie oskarżam. - zapewniła Filia - Jedynie stwierdzam, że to facet, który sporo przeszedł i ostatnie... powiedzmy dwie dekady spędził w jednym z najbardziej niemoralnych krajów na kontynencie. Spodziewam się nie lada pikantnych opowieści o jego życiu codziennym.
                              - Liczysz na deklamowanie hymnów pochwalnych ku czci Asmodeusza i poświęcanie dziewic?
                              - Asmodeusz nie lubi kobiet. - zauważyła Filia - Do tego Khal nie wygląda na tępego fanatyka, plus powiedział, że jego patron to... Azazozel? Tak to było?
                              - Azazel. - poprawiła - Ale w sumie masz rację. Nie poświęcałby nikomu dziewic. Wolałby... inaczej sam je spożytkować. - uśmiechnęła się półgębkiem.
                              - Więc miałam przynajmniej trochę racji. - Filia się uśmiechnęła - Zawsze wyczuję chama. - zerknęła na swoją towarzyszkę - Więc, pewnie próbował już ciebie wziąć w obroty.
                              Kobieta na chwilę zamilkła zastanawiając się jak ubrać to w słowa.
                              - Tak jakby... Jednocześnie i tak, i nie. - niepewnie odparła - I uwierz mi, podczas bytności wśród najemników spotkałam wiele rodzajów chamstwa. On... Nie. Nie jest wobec mnie chamem.
                              Filia ponownie zerknęła na Kaylie, tym razem na dłużej po czym gwizdnęła.
                              - Wzięło cię nieźle. - pokręciła głową - Mam nadzieję, że traktuje cię dobrze. - westchnęła - Więc, wiem czemu on nam pomaga, a ty pomagasz nam dla niego, czy masz jakieś własne powody?
                              - Jestem najemnikiem. A on to bonus do pieniądza. - wróciła do obserwacji drogi.
                              Komendant przez chwilę szła cicho.
                              - Duży bonus? - zapytała, nie mogąc powstrzymać prychnięcia śmiechem.
                              - Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie zawiedzie moich oczekiwań.
                              - Przepraszam, musiałam jakoś wypełnić tę ciszę, a żart się aż prosił.
                              - Ja nie żartowałam. - odezwała się rozbawionym głosem.
                              - No cóż, trzymam kciuki. - przez chwilę znowu zamilkła - Będę musiała pomówić z ojcem o jego wygnaniu, prawda?
                              - To już twoja decyzja. - stwierdziła po dłuższej chwili.
                              Ponownie westchnęła.
                              - Czytałam tą sprawę kilka razy. Wygląda jak ustawka z rozwścieczonym tłumem jako oskarżycielem, świadkiem i ławą przysięgłych… prawie jak w Galt.
                              - W Galt w najlepszym wypadku tłum by ją rozszarpał, a Khala wraz z matką za powinowactwo krwi. - stwierdziła bez wahania - Ciekawi mnie czy naprawdę wiesz o co w tym wszystkim chodziło.
                              - Zważając, o co ją oskarżono, to pewnie Ostateczne Ostrze? - komendant pokręciła głową - Ojciec nigdy o tym nie gadał, to jedna z setek spraw. Jedynie do niej zajrzałam ponieważ odwiedziliście jej grób. Zabobony nie wydają się powodem, więc pewnie zatargi. Wendetta.
                              - Ostateczne Ostrze. Dla obu osób. W najgorszym wypadku torturami by przyznanie się do winy wymusili, ale to bez znaczenia. Efekt ten sam. Podpis pod przyznaniem się by ładniej wyglądał w aktach, czy na plakatach nawołujących do spektaklu.
                              Kaylie patrzyła w ciszy na Filię dłuższy czas.
                              - To nie moje miejsce mówić więcej o tej sprawie. Musisz porozmawiać z Khalem... bo wątpię by ojciec ci powiedział prawdę.
                              Filia uniosła brew na słowo "spektakl", ale jedynie pokręciła głową. Chwilę rozważała słowa Kaylie co do rozmowy z Khalem, ale tylko westchnęła.
                              - Tego się bałam...

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                #50

                                Dla innych las był tylko zbiorowiskiem żyjących i gnijących drzew, wśród których hasały, płodziły się… zabijały i rozkładały zwierzątka. Nie dla Baltizara. On widział więcej… cienie lasy odkrywały przed nim prawdę… przyszłość, mackowatą gnijącą… oplatającą wszytko nieuchroną przyszłość. Choćby na przykład… drzewo które mijali. Dla innych zwyczajne, ale on widział krwistą prawdę. Wzdrygnął się na jej widok, ale nie odwrócił wzroku. Dopiero pytanie które zostałe rzucone ku niemu niczym lina wyrwało fo z tych wizji. Pytanie którego znaczenie pochwycił dopiero po chwili.

                                - Pomieszkuje? Wynajmuję pokój w karczmie. Wiele osób tam pomieszkuje. I nie wiem czy ona akurat jest ładna. Pod maskę jej nie zaglądałem… do pokoju też nie.- mruknął Baltizar jadąc powoli na ogarze i coś ciągle notując w swoim swojej podręcznej księdze. Po czym zamyślił się.
                                - Wy potraficie się dzielić, a ona pewnie potrafiłaby was podzielić na kawałki. Tyle macie wspólnego z nią.- przyznał gnom potakując i spojrzał na braci. - Może lepiej sobie odpuście… mam wrażenie, że źle by się wasze konkury u niej skończyły.-
                                - Uuu... - zaczął jeden z braci - Taka mocna? No, no, trzeba będzie zasięgnąć naszego osobistego uroku.
                                - Mhmmm… dużo uroku i jeszcze więcej taktu. - odparł beznamiętnie gnom. - Przywykła do no… hmm… jak to mówią elfy… eleganckiego podejścia. Możecie zacząć od podarku w postaci drogiej biżuterii. Na pewno spojrzy na was wtedy łaskawym okiem. Która by nie spojrzała na bransoletę z diamentów.-
                                Obaj spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami.
                                - Poważnie? Ona z tych wydelikaconych panien? Co to myją się, perfumują i jedzą sztućcami? -westchnęli - Mieliśmy nadzieję, że ciekawsza.
                                - Hmm… no nie wiem czy się myje i perfumuje, ale pewnikiem luksusową biżuterię lubi.- zastanowił się głośno gnom, nie mając właściwie pojęcia co lubi a czego nie lubi Kaylie. I nie mając żadnego interesu w pozyskaniu takich informacji.
                                - Zrobimy to po naszemu. Znajdziemy największą, najsilniejszą bestię jaka będzie w kopalni i podarujemy jej głowę poczwary. Trofeum jest więcej wart niż jakieś tam błyskotki.
                                - I tak trzymać. Każda niewiasta lubi dzielnych wojowników. Każda opowieść powinna być pełna heroicznych czynów. - dodał z entuzjazmem Baltizar. Po czym zamyślił się. - A do tej Filli nie zamierzacie uderzać w konkury? -
                                - Ona już ma kogoś. - zaczął Jor - Niehonorowe podbierać komuś zwierzynę.
                                - Acha… - pokiwał ze zrozumieniem gnom mając w sumie elastyczne podejście do prawa i honoru. Ale to że nie wiązały go żadne moralne więzi nie oznaczało, że nie rozumiał tego że pętają one inne osoby.
                                - A ty i ta blondyna z karczmy? Widzieliśmy jak na ciebie patrzy. Jakby mogła cię zjeść na miejscu, albo zabić każdego kto do ciebie podejdzie.
                                - Jestem jej maskotką. - machnął ręką Bajarz. - Jak ulubiony kotek.-
                                Zamyślił się pocierając brodę.- Choć oczywiście mój urok całkowicie zawładnął jej biednym serduszkiem i jeszcze nie zdaje sobie że jest we całkowicie zauroczona.-
                                - Szczęściarz. - mruknęli do siebie - Co tam w sumie pisujesz? Nie jesteś chyba molem książkowym jak ten elf?
                                - Ja jestem Bajarzem. Opowiadam historie. Epickie, komedyowe, smutne romanse i przerażające… oraz pieprzne też. A teraz zbieram informacje pod kolejną opowieść. O was, o tej wyprawie i o jej niewątpliwym sukcesie. Dobrze mieć trochę własnego materiału, a nie tylko historie zasłyszane od innych.- wyjaśnił Baltizar.
                                - Skald! - zawołał Jor - A to wszystko jasne. Załatwimy ci heroiczne pieśni na lata.
                                - Noo.. coś w tym stylu.Tyle że ja nie śpiewam. W ogóle.- wyjaśnił uprzejmie Bajarz.
                                - Nauczymy cię. Kilka kufli czegoś mocnego i nie ważne czy trzymasz rytm, melodie czy nawet wyraźnie mówisz. Śpiew idzie z serca... i żołądka!
                                - Taaa… - odparł Baltizar nie wykazując nadmiernego entuzjazmu, bo i nie był fanem upijania się. Zamroczenie alkoholowe przyciągało demony jego umysłu.
                                - Chcesz usłyszeć historię naszych rodziców? - zaczął jeden z braci.
                                - A ty znowu?
                                - To dobra historia, głupia, szalona i prawdziwa.
                                - Z chęcią. - przyznał gnom szykując się robienia notatek.
                                Jor otarł ręce nie mogąc się doczekać aż dojdzie do niespodzianki historii.
                                - Dobra. Ja i mój brat wywodzimy się z klanu Lodowego Kła. To niewielki klan, ale nikt z nami nie zadziera ponieważ wodzem klanu, naszą mamą jest Azjaxali, jest potężną białą smoczycą i jedną z niewielu inteligentnych białych. Suka z niej straszna, ale lubi bawić się w wodza klanu. Raz spotkali podróżującą karawanę, mama oczywiście chciała ich obrabować, ale okazało się, że nawet nic takiego ciekawego nie mają, księgi, trochę świecuszek. Wzięli więc karawaniarzy w niewolę, aby sprzedać Lidze Technicznej. Wcześniej jednak mama skorzystała sobie na przywódcy karawany. Silny chłop, który , zaspokoił ją jak żaden inny. Tak go polubiła, że nawet go wypuściła gdy miała go dość. Kilka miesięcy później na świat przyszliśmy my. Ja z białymi włosami i mój braciszek z miedzianymi. Wtedy wyszła prawda, ponieważ tata przeleciał nad naszym obozem. Był miedzianym smokiem i ukrył swoją naturę, aby zagrać mamie na nosie. Była zła.
                                - Farbowała nam włosy, aby jej nie przypominać. Ja wdałem wdałem się w matkę, Jor w ojca. - dokończył Ori - W zeszłym roku wyruszyliśmy na przygody, obiecaliśmy mamie skarby i jak znajdziemy ojca, to jakąś pamiątkę z niego.
                                - Rzeczywiście… bardzo interesujące. - przyznał gnom notując wszystko w swojej książeczce. - Bardzo… Pomyślę więc nad tym.-
                                Bracia barbarzyńcy na razie zamilkli, chyba rozważając jaką to opowieścią uraczyć gnoma.
                                - Z innej beczki… z tego co twierdzi Filia śmiem wnioskować że nasza misja skończy się zanim wygaśnie wasz kontrakt ze mną, więc… po całej tej awanturze wyruszymy coś zobaczyć. Ponoć jest tu w okolicy stary krater. Chciałbym go zobaczyć… i przenocować w nim. - Bajarz zmienił temat.
                                - Hej, ty jesteś szefem. Tak długo jak płacisz, jedziemy z tobą. Coś ciekawego w tym kraterze? Gwiezdny Metal może?
                                - Inspiracja… myślę, że jego widok wzbogaci moje opowieści o nowe detale.- odparł Bajarz i wzruszył ramionami. - Z tego co słyszałem to miejsce jest dobrze znane, więc z pewnością zostało przeorane wzdłuż i wszerz przez poszukiwaczy skarbów, ale… jeśli będzie wam się nudziło, to możecie poszukać jakichś błyskotek. A nuż coś znajdziecie.-

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                  #51

                                  Khal wstał od ognia, pierwszy raz przywdziewając swoją tarczę z ciemnodrzewiu, co nikt z obecnych nie widział by stało się wcześniej, oraz młot bojowy który przy jego jednak nie-”wojowniczej” posturze wydawał zwyczajnie zbyt wielki… ale gdy zakręcił nim wokół dłoni, dla rozgrzania nadgarstka widać było w ruchu wprawę.

                                  - Słuszny gniew jest po naszej stronie! Pierwsza kropla pomsty należy do nas! - Zakrzyknął z mocą, wznosząc młot nad głowę co zabłysł na kilka chwil złotą aurą - Ale mogą nie być sami! Strzeżcie perymetru! Nie dajmy się zaskoczyć jeśli to tylko dystrakcja!
                                  Polecił z mocą, głosem wyćwiczonym by w swej czystej formie wciąż docierać do dalekich rogów sal sądowych Egorianu, stolicy Cheliax. Maszerował ramię w ramię ze strażnikami formującymi już linię frontu by zatrzymać natarcie.

                                  Gnom tymczasem zrobił to zrobić powinien. Kucnął koło swojego wierzchowca i rozejrzawszy się ocenił sytuację. Były to zwykłe gobliny, toteż sięgnął po kuszę i naciągnął cięciwę mrucząc pod nosem “Na miejsce”.
                                  W łożu broni od razu zmaterializował się bełt. Baltizar uznał że będzie on podarunkiem dla najbliższego zielonoskórego pokurcza który się do niego zbliży.
                                  - Etrigan upoluj maga.- rzekł do swojego skrzydlatego obrońcy. Ten pofrunął w górę i poleciał ku goblinom szukając stworka ubranego w więcej piór i kości niż pozostali. Jego szpony zapłonęły ogniem. A biedny Jogmeth… cóż, musiał warować koło swojego pana w nadziei, że jakiemuś goblinowi uda się dotrzeć w zasięg jego szponów i paszczy.

                                  Kaylie bez wahania wyjęła z sakwy przytroczonej przeciwlegle do miecza niewielki... kawałek mydła. Maska nie dawała wglądu w wyraz jej twarzy, ale był szczególnie rozbawiony w tym momencie. Słowa smoczego języka opuściły gardło arkanistki, której dłonie tańczyły w magicznym rytmie. Ziemia pod i wokół goblinów zaczęła lśnić warstwą śliskiego łoju.
                                  - Strzelcy! - krzyknęła - Zostawić jednego! Reszta czekać!

                                  Strażnicy szykowali się w pozycji obronnej, kiedy nagle dziesięć z dwunastu goblinów, w wyniku śliskiej nawierzchni wylądowała twarzami do ziemi. Pozostałe gobliny zwolniły i patrzyły na strażników ze strachem. Trudno jednak było określić czy to ich się boją. Filia odchrząknęła, minęła swoich podwładnych i spojrzała na goblina ubranego w kolorowe łaszki i piórka.
                                  - Czemu nas atakujecie?
                                  - CO MACIE DO NASZYCH KONI!? -wykrzyknął Jor, jeden z barbarzyńskich braci. Filia tylko westchnęła i wróciła uwagą do goblina.
                                  - Jest nas więcej. Wiele, wiele więcej. Czemu nas atakujecie?
                                  - Konie, szybkie. Ucieczka. - odparł goblin oglądając się nerwowo za sobą w stronę lasu.
                                  - Przed czym?
                                  - NIE MA CZASU! - odkrzyknął goblin - Jest duże i silne. Zjadło dziesięciu z nas!
                                  Filia spojrzała na gobliny, które próbowały się podnieść i im to nie wychodziło. Zerknęła na Kaylie.
                                  - Możesz to odwołać jak poproszę?

                                  Bajarz westchnął i odwołał kołującego Etrigana z powrotem do siebie. Usiadł i z dala przyglądał się rozterkom bohaterów, notując w pamięci szczegóły i ignorując podszepty wydobywające się pęknięć w korze drzew. Stwór zatrzepotał gwałtownie skrzydłami z kartek i wylądował obok gnoma.
                                  Kaylie westchnęła ciężko.
                                  - Mogę, ale rozumiesz, że to puści ich wszystkich, prawda? A wątpię, że będą spokojne bez tego.
                                  - Wiem, dlatego nie rób tego jeszcze. Chcę ich przekonać, abyśmy pracowali razem. - uśmiechnęła się i spojrzała na Viktora - Goodman, ty masz dobrą gadanę. Przekonaj ich, że lepiej abyśmy współpracowali. - spojrzała na goblina - To jest mój szaman, wielki i mądry. Ustali pokój między nami.
                                  Kaylie jedynie uniosła ręce do góry poddając się i niezgrabnie wykonała parodię salutu.

                                  Viktor uniósł brew nieco rozbawiony takim obrotem spraw, ale dostał konkretną rolę do spełnienia i zamierzał ją spełnić… nawet jeśli nigdy nie miał opowiedzieć tej historii inaczej niż przy mocnym alkoholu, w ramach jajcarskiego żartu, o tematyce urażonej dumy. Negocjacje ze zmutowanymi goblinami! Toż sobie wymyśliła!

                                  Podszedł bliżej goblinów. Niebezpiecznie blisko, bo już w zasięgu szybkiej szarży i przyklęknął przed nimi, opierając się na swoim młocie. Nonszalancja była wystudiowana. Mówiła jasno “nie uznaję was nawet za zagrożenie”.
                                  - Ucieczka nic nie da. “Mistrz Soczków”, czy jakkolwiek nazywacie tego bydlaka co was pozmieniał, ma zwyczaj pozostawiania na swoich dziełach run. Niekiedy pod skórą. Oddalicie się za bardzo i “puff!”. Po was. Widziałem to. Mój wódz zdecydowała się nad wami ulitować, co daje wam opcje. Możecie spróbować dostać się do naszych koni… i widzicie jak wam to wychodzi… - odczekał chwilę, by gobliny próbujące wstać w kałuży oleju miały możliwość zrozumieć bezsensowność swojej sytuacji. - Albo możecie przysiąc posłuszeństwo mojemu wodzowi i cokolwiek was goni… stawimy temu czoła razem i większość z was to przeżyje. To co chłopaki, jak będzie?
                                  - My nie puff. - odparł goblin - Nas wysyła na łowy. - szaman zaczął rozglądać się po zgromadzeniu i zaczął chyba liczyć strażników, ale poddał się kiedy przekroczył pięć - Dobra, ale jeśli zaczniecie padać jak muchy, my kraść konie i uciekać.
                                  - Walczymy razem. Ramię w ramię. Jeśli spróbujecie chować się za naszymi plecami to pożałujecie… Zrobicie krok w kierunku koni to zobaczycie, że oni tam - wskazał kciukiem członków wyprawy - są jeszcze w porządku, ale JA… ja jestem gorszy od tego co was goni.
                                  Niby-serdeczny, ale wielce niepokojący uśmiech nie schodził z twarzy Khala. Coś w nim kazało wierzyć, że przynajmniej on sam wierzy w to co mówił.
                                  - Jak nie pasuje to możecie wrócić skąd przybyliście - gest dłoni prezentował las za nimi.
                                  Zamilkł na chwilę i kontynuował dopiero gdy zobaczył kiwnięcia głów i przyjęcie ultimatum.
                                  Cokolwiek nadchodziło… nie słyszał tego jeszcze. Więc mieli przynajmniej kilkanaście sekund.
                                  - Kaylie! Dasz tym biedakom wstać? - Zawołał za siebie.
                                  - Teraz przysięga posłuszeństwa - zwrócił się znów do nich, głosem który ogłaszał, że nie zaakceptuje żadnego sprzeciwu. Nie miał krztyny wiary w słowność goblinów, ale w takich kulturach tylko powtarzane próby sił mogły zapewnić jakieś resztki quasi-lojalności.
                                  - Powtarzajcie za mną. Dość głośno by wszyscy słyszeli. “Będziemy wdzięczni wodzowi Blackfyre i posłuszni mu póki nie zwolni nas ze służby!”.
                                  Kaylie jedynie przewróciła oczami i skierowała wzrok na Filię, kręcąc dłonią w wyrazie zniecierpliwionego oczekiwania na decyzję.
                                  Filia dała znak kilku strażnikom, którzy wycelowali kusze w gobliny.
                                  - Zrób jak mówi. Jeżeli spróbują czegoś głupiego, zmienimy ich w jeżyki.
                                  Arkanistka machnęła dłonią, jednocześnie porzucając skupienie na zaklęciu, jakiego magia rozmyła się w okamgnieniu pozostawiając gobliny na drapiącej powierzchni ziemi.
                                  Gnom zaś tylko obserwował i robił zapiski w notatniku szczęśliwy, że póki co, nie musi brać udziału w tej kłopotliwej awanturze.
                                  Gobliny powoli wstały pod nawoływaniem przywódcy. Po chwili stanęły w rządku i zaczęły recytować niczym dzieci słowa Viktora.
                                  - Będziemy wdzięczni wodzowi Blaa...Blaa...Blakfir i służni póki potrzebni. - no cóż, dostatecznie blisko jak na ich ograniczone słownictwo.
                                  - Black-fyre… - powtórzył Khal powoli, ale jego głosie brzmiała informacja a nie polecenie. Wstał i jego spojrzenie krążyło już daleko za goblinami.
                                  - Oddalmy się od lasu - polecił - Co was goni? Jak daleko za wami jest? - pytał szybko i rzeczowo, na później zostawiając mniej naglące, choć bardzo ważne kwestie jak “czemu Mistrz chce waszej śmierci”.
                                  - Duża liczba, wielkie, głośne. Dużo gęb, duże zęby. Wiele łap, pazury. - goblin zaczął robić pantomimę czegoś co najwyraźniej porusza się na czterech łapach - Od kilku minut nie widzimy, ale ma węch. Znajdzie nas i zje.
                                  - Jak duże? Jak koń? Jak niedźwiedź? Większe? Ile ich? Tyle co palców jednej ręki? Dwóch? Więcej?
                                  Viktorowi nie podobała się sytuacja. Machnął młotem, stukając głowicą w swoją pierś i pancerz na krótki moment zarysował się pomarańczowym konturem.
                                  - Jedno... duże jak... - goblin zaczął się rozglądać - Jak ta gałąź! - wskazał na gałąź mniej więcej trzy metry nad ziemią.
                                  Pomarańczowy poblask otoczył tym razem tarczę, gdy uderzył w nią młotem. Viktor pokręcił głową w oszczędnym, niezadowolonym geście. Czy “duża liczba” odnosiło się do odległości?
                                  - Nie problem. Większy bywały ubite. Wodzu… - zwrócił się do Filii z cichym rozbawieniem - Wygląda na to, że zaraz nam jakieś wielkie ścierwo się właduje. Jakoś perymetr przyszykujemy?
                                  Filia zerknęła na jedną gałąź, na której Khal zauważył niewielką jaskółkę.
                                  - Nie ma czasu. Zaraz tu będzie! - Filia podniosła głos - Tarcze i włócznie na przód! Łucznicy na tył! Viktor, Kaylie, najemnicy flanka! Już, już, JUŻ! - strażnicy zaczęli rozstawiać się według rozkazu komendant, która sama stanęła wraz z ścianą tarcz.
                                  Po kilku sekundach usłyszeli umęczone charczenie i ciężkie stąpanie, a po chwili przez drzewa i krzaki przetoczyła się abominacja, która sprawiła, że kilku strażników jęknęło z przerażenia.

                                  [media]https://i.imgur.com/fikEq0p.png[/media]

                                  Monstrum nawet się nie zatrzymało, tylko ruszyło na stojących strażników. I było wyższe niż gobliny mówiły, miało może pięć metrów wzwyż.
                                  Kusza… przestała się wydawać solidnym orężem w obliczu tego… czegoś… więc Baltizar sięgnął do pasa po różdżkę magicznego pocisku. Której to nie zamierzał używać, chyba że w ostateczności.
                                  Dźwięk jaki wydobył się spod maski Kaylie może i nie był słyszalny dobrze, ale każdy kto znał rudymentarny elficki zrozumiałby, że każdy elf skrzywiłby się na tak ordynarne określenie paskudztwa jakie na nich ruszyło. Kobieta lekko ruszyła się tyłem na lewą flankę, po czym zatrzymała się, aby wydobyć prawie niewidzialny gołym okiem, kawalątek pajęczej sieci. Trzymając w dłoni kawałek materiału, arkanistka splotła proste zaklęcie, po czym rzuciła pajęczyną w stronę poczwary. Sieć zaczęła rosnąć, po drodze zahaczyła o stary pieniek, ale leciała dalej. Kiedy dotarła do abominacji, oplotła ją kleistymi nićmi, oraz cały teren w promieniu sześciu metrów od niej. Istota stanęła w miejscu, przez chwilę próbując się wydostać z oplatających ją nici, ale jedynie zaplątywała się bardziej. Strażnicy zaczęli wiwatować widząc, że paskudztwo zostało na razie zatrzymane.

                                  Viktor wyszedł krok przed pierwszy szereg i skierował młot oskarżycielsko w poczwarę, recytując inkantację, planując w pełni wykorzystać bezcenne sekundy, które im Kaylie kupiła...
                                  Bratem cię zwał niegdyś Sprawiedliwy.
                                  Ale każdy twój krok dziś znaczy się Winą.
                                  Nie żal ci, człecze… Zła co żeś zrodził!
                                  Ukaż swą skruchę… przyjmij pokutę.
                                  Byś znów mógł nam być bratem…

                                  Bestia przez chwilę patrzyła, chyba, na Khala po czym jedną ze swych potężnych łap wymierzyła sobie cios.
                                  Filia wydała komendę, aby strzelać do bestii. Natomiast dwaj bracia barbarzyńcy, wykazując się nie lada inteligencją podeszli jedynie na skraj pajęczyny i jednocześnie wydali z siebie ziajnięcie smoków. Jor pokrył istotę mroźnym loden, Ori splunął strumieniem zjadliwego kwasu.
                                  Epicka bitwa skończyła się szybciej niż ktokolwiek mógłby sądzić, nikt nie zginął, oprócz bestii, która właśnie powoli znikała zżerana przez kwas Oriego.
                                  - Tego się bały te gobliny!? - zawołał Jor patrząc na przykurcze, które patrzyły na truchło z otwartymi szeroko gębami. Po chwili padły na kolana przed Filią, błagając o wybaczenie i obiecując niebo, ziemię, swe pierworodne i służbę plemienia po wsze czasy.
                                  Baltizar schował różdżkę i z nadal załadowaną kuszą powoli i ostrożnie zbliżał się do truchła by mu się przyjrzeć. Etrigan podleciał w górę, by się przyjrzeć potworowi z powietrza.
                                  Bestia powoli znikała w kałuży kwasu. Gnom widział kilkanaście czaszek wyłaniających się spod skóry i mięsa. Część wyglądała humonoidalnie, widział kilka orczych, goblinskich, jaszczuroludzkich? Trudno było określić z ilu istot to.. coś się składało.
                                  Baltizar beznamiętnie zapisał coś w swoim notatniku i podrapał się po brodzie.

                                  Filia schowała broń, patrząc na poległego oponenta.
                                  - Wracać na spoczynek. - komendant podeszła do Kaylie i Viktora obejmując ich oboje mocno - Dziękuję… ochroniliście moich ludzi. - spojrzała na dwóch barbarzyńców - Chłopcy! Idźcie do trzeciego wozu. Po beczce piwa dla was! - barbarzyńcy wydali z siebie dźwięk… przypominający coś co wydałaby jakaś morska bestia i pobiegli do wskazanego wozu.
                                  Kaylie spięła się w pierwszym momencie, gdy Filia ją uściskała, jakby nie do końca rozumiała reakcję. Szczerze nie zrobiła niczego imponującego, to nawet nie wymagało od niej użycia zaawansowanej mocy. Uśmiechnęła się lekko pod maską, jaka skryła jej niepewną reakcję. Skinęła jedynie głową... choć w sumie nie wiedziała co tym chciała okazać. Podziękowanie? Uznanie faktu?
                                  - Ho ho ho ha… - zaśmiał się Viktor, dla kontrastu doceniając i nawet odwzajemniając uścisk przez jeden wdech nim sam się z niego nie wplątał.
                                  - Po to tu jesteśmy - uśmiechał się serdecznie - Pamiętasz na co wczoraj naciskałem by zorganizować… magów z zaklęciami plam oleju oraz sieci. Te cudeńka zmieniają obraz pól bitew. Całe szczęście, że udało się takiego zabrać z nami. - klepnął Kaylie w ramię w nieco poufałym geście - Doskonała robota, swoją drogą. Bardzo właściwe myślenie. Słyszałem kiedyś tezę, że wrogowie mają tendencję okazywać się znacznie mniej groźni, gdy nie mogą się ruszać. - w niemal żadnym momencie Viktor nie przestawał chichotać pod nosem. Resztki adrenaliny wciąż krążyły w jego żyłach. Satysfakcja z ubicia czegoś tak paskudnego też go trzymała.
                                  - Te… - zagadnął Viktor nim Filia zdążyła odejść do obowiązków - ...bo ja tu widzę jeszcze jednego bezpośredniego świadka - zaproponował Viktor, już nieco poważniejszym tonem, ruchem samej głowy wskazując na zabite monstrum.
                                  - Chyba za mało go zostało, aby cokolwiek uzyskać. Do tego... który element chciałbyś przywołać? Pozwólmy jej spocząć w spokoju... - powiedziała Filia - Jeżeli chciałbyś wiedzieć coś o kopalni, to mamy tych tu. - wskazała na gobliny.
                                  - Tsk… Ori rzeczywiście dał mu popalić swoim kwasem, cóż… liczyłem, że znajdę jeszcze dziś zastosowanie dla tego zaklęcia, ale trudno. A gobliny jak najbardziej zamierzam dziś jeszcze przemaglować. Coś czuję, że będę nienawidził każdego jednego momentu tego procesu… tępe bydlaki jak stos dziurawych kaloszy. No ale musimy się dowiedzieć co się odwaliło. Jeśli Mistrzunio ma jakiś bunt, czy problem z zasobami ludzkimi, to jest to ważna informacja.
                                  - Dobrze. Zostawię to tobie, jesteś moim szamanem bądź co bądź. - Filia wróciła do swoich podwładnych upewnić się, że obecność bestii nie spłoszyła koni. W międzyczasie Jori, alchemik z Popielnego Dworu zbliżył się do truchła i gwizdnął.
                                  - Niezły klops... Bydlak robi postępy.
                                  Viktor podszedł do alchemika, jakby został zawołany.
                                  - Ta biomasa… ona została jakoś magicznie rozrośnięta z mniejszej ilości, czy rzeczywiście tutaj każdy kilogram należał kiedyś do żywego człowieka… przed tą masakrą musiał z dwie, może trzy tony ważyć… to by były przynajmniej dwa tuziny ludzi. Bardziej trzy.
                                  - Na pewno rozrośnięte. Sądzę, że składała się w sumie z dwunastu. - spojrzał na kolejny kawałek, który poddał się żrącej cieczy - Piętnastu ciał. Tylko pięciu ludzi, sześć goblinów, trzy orki i jeden ogr. Jestem pod wrażeniem, że cielsko było na tyle stabilne, że posłał ich za uciekinierami.
                                  - Rozumiem uznanie kompetencji, nawet jak osoba jest wyraźnie chora na głowę. Kiedyś brałem udział w posłaniu kapłana Pana Much na stos. Był powalony nawet jak na standardy swoich własnych ziomków. Ale potem trzeba było pilnować by jego notatki pozostały zamknięte, bo co rusz ktoś próbował je wykraść. Co złapani przyznawali, że kapłan był porąbany, ale to co osiągnął było genialne i nie chcieli by wiedza przepadła… ale to wpół losowa dygresja. Myślisz, że może mieć takich więcej u siebie?
                                  - Posyłasz najlepszego psa za zbiegłymi owcami?
                                  Viktor milczał chwile analizując wypowiedź.
                                  - Nigdy nie byłem pasterzem, ale teoretyzując… gdyby mi wystarczająco zależało na tych owcach? - Viktor wzruszył ramionami - Ale chyba nie taką odpowiedź miałeś na myśli. Cóż… w podziemnych korytarzach nie będzie tak łatwo. Tu mieliśmy dużo czasu pomiędzy linią lasu, a naszymi szeregami. Tam będą mogły się czaić za rogiem i tego czasu nie będzie.
                                  Jori spojrzał na leżące truchło, porozwalane drzewa i krzaki.
                                  - Za rogiem? Czaić?
                                  - Hej… to nie ja sugerowałem, że tam może mieć lepsze psy! A rozsądna ilość paranoi jest cenna. Na przykład ta paranoja każe mi teraz przestać prokrastynować i gobliny przesłuchać, bo nie wyeliminowałem jeszcze możliwości, że to tylko podpucha i chodziło o to byśmy dopuścili je do siebie. Jak przejdę do etapu wypytywania ich o mistrzunia i jego siedzibę posłać kogoś po ciebie? Możliwe, że twoja ekspertyza pozwoli zrozumieć ich bełkot gdy dojdziemy do opisu pomieszczeń czy osobistości.
                                  - Proszę bardzo. Ja zobaczę co zdołam odratować z tej zupy. Może coś przydatnego. - elf przykucnął przed delikatnie bulgoczącą plamą i wyciągnął szklaną rurkę - Hm... poprawka. Te gobliny, które liczyłem jako część stworzenia? Ono je zjadło.
                                  - Zjadło… i zintegrowało… to brzmi jakby miało potencjał dla efektu niesamowitej kuli śniegowej… spodziewasz się, że jest w tym jakiś mechanizm, czy zależność co by zdestabilizowało mutanta w miarę pożerania kolejnych wiosek?
                                  - Za mało, abym doszedł do pełnych wniosków, ale... - Elf wyciągnął jedną z goblinskich czaszek, która ociekała mieszanką kwasu, mięsa i krwi. Przyglądał się jej przez chwilę po czym polizał szlam, po sekundzie wypluł go i od niechcenia rzucił czaszkę - Wpychało ciała w puste miejsca swojej struktury. Nie było pełnej integracji, jedynie uzupełnianie... jak zaprawa murarska. Nie wchłania drewna, kamieni czy stali. - alchemik chwilę się zamyślił - Być może musi je wydalić ze swego organizmu, to pewnie je spowalniało. Co do tego czego można się spodziewać w kopalni... raczej nie tak rosłych okazów, za mało miejsca.
                                  - Co nie znaczy, że nie będą w stanie rozszarpać dwóch chłopców nim się zorientują, że nie żyją… ok. Praca, praca. Widzimy się potem.
                                  Viktor odmachnął ręką, już odchodząc w kierunku nieprzyjemności rozmowy z przyglupami…


                                  Kaylie krążyła w okolicy Filii i strażników upewniając się czy wszystko wygląda w porządku. Po tych oględzinach skierowała się na przypisane sobie posłanie na jakim usiadła ze skrzyżowanymi nogami i wyjęła księgę zaklęć skrytą w fałdach szaty, jaką zaczęła przeglądać.
                                  Tak naprawdę nie czuła się bardzo komfortowo w tej dziwnej sytuacji w jaką ją wciągnęła Filia, więc postanowiła się schować za czymś, co rozumie. Nie chciała w tym momencie musieć z innymi rozmawiać i narażać się na niezrozumiałe interakcje.
                                  Po chwili usłyszała radosne śpiewy dwóch barbarzyńców, którzy nosili po beczce piwa. Przechodząc spojrzeli na siedzącą maginię.
                                  - Oh, a tu jest nasza wybawicielka. Gratulacje w uratowaniu tyluż żyć.
                                  Kaylie uniosła wzrok na barbarzyńców, tak naprawdę nie wiedząc jak na to zareagować.
                                  - To było tylko proste zaklęcie. - stwierdziła z jakimś wstydem - Wolałam nie używać całego arsenału i czegoś mocniejszego. Przepraszam jeżeli zawiodłam oczekiwania...
                                  - I o to chodzi! - zawołał Jor i obaj usiedli przed Kaylie - Ilu moli książkowych by zaczęło ciskać kulami ognia i błyskawicami w nadziei, że bestia się na nich nie rzuci? Trzeba mieć więcej w ładnej główce niż miejsce na zaklęcia, aby zobaczyć dużą niezgrabną bestię i zatrzymać ją w miejscu. - barbarzyńca się uśmiechnął - Ja i Ori też potrafimy z siebie coś wyrzucić magicznego, ale to ze względu na pochodzenie. My byśmy ciskali kulami ognia i byli pewnie martwi. A tu ktoś kto naprawdę się zna na sztuce.
                                  - Oj, nie słodź już tak Jor bo dziewczynie zmienisz krew w lukier. Ma jednak braciszek rację, magia to więcej niż duże zaklęcia i duże szkody. Mądry mag upewni się, że nikt do niego nie podejdzie najpierw.

                                  Kaylie czuła jak rumieniec zawstydzenia wchodzi jej na twarz i ponownie, jak wiele razy wcześniej, była wdzięczna za maskę. Niestety nie chroniło ją to przed zdradzaniem głosem swojej niepewności.
                                  - Dziękuję za miłe słowa... - powiedziała cichym głosem - Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań w późniejszych walkach. Szczególnie kiedy zetrę się z wrogiem twarzą w twarz i będę używać moich... - przesunęła materiał szaty, aby ukazać swoje wyraźnie elfickie ostrze uczepione boku - ...dodatkowych umiejętności połączonych z magią.
                                  Jor gwizdnął.
                                  - Ty... to... jak to się mówi? Mag bojowy?
                                  - Coś takiego. Rzucanie zaklęć przez broń. Mówiłem ci, że się da, ty mówiłeś, że nie potrzebujemy.
                                  - Bo nie potrzebujemy, ale to...- barbarzyńca o krwi białego smoka wskazał od góry do dołu na Kaylie - Dziewczę jeszcze twej twarzy nie widziałem, a już jesteś w miejscu na skali, gdzie ja liczyć nie umiem.
                                  Kobieta położyła dłonie na zakrytej maską twarzy, jakby chcąc tak dodatkowo zakryć swoje oblicze.
                                  - Oh ho ho ho... chyba ją zawstydziłem. - barbarzyńca delikatnie trącił ramię kobiety - No daj spokój, taka utalentowana pani jak ty, na pewno się osłuchała pochlebieństw. Pijesz piwo?
                                  - Wino chętniej... Ale nie sądzę, żeby ta wyprawa to był najlepszy moment, abym osłabiała swoją zdolność myślenia. - powiedziała powoli - I nie chcę was ograbiać z nagrody od Filii. - nie skomentowała kwestii wielu wcześniejszych pochlebstw.
                                  - Ja i brat potrafimy się dzielić. - uśmiechnęli się trochę głupkowato do siebie - Ale jasne, nie przymuszamy. - wskazał na księgę przed Kaylie - Przygotowujesz zaklęcia na jutro?
                                  - Macie większą wiedzę magiczną, niż sądziłam. - stwierdziła próbując odtajać po byciu zawstydzoną.
                                  - Bardziej talent magiczny, niż wiedzę. Tata był miedzianym smokiem, mama białym. Odziedziczyliśmy trochę magii po nich. - Jor się uśmiechnął - I trochę już się bawimy w poszukiwaczy przygód i wiemy co oznacza magik z książką.
                                  - Macie rację, będę przygotowywać magię na jutro. - potwierdziła - Najpierw chcę się wywiedzieć co mój towarzysz od goblinów się dowie. Wolę przygotować zaklęcia już mając jakieś wejrzenie w to czego mogę się spodziewać naprzeciw.
                                  - Ano sprytnie, może naszemu czaroklepie też to zasugerujemy. Dobra więc, nie będziemy już przeszkadzać. Pytanko tylko mamy, jeżeli możemy dość prywatnej natury.
                                  Kaylie spojrzała nieufnie.
                                  - Możecie pytać, a czaroklepie zawsze powiedzieć, że może do mnie przyjść to razem ustalimy by się niepotrzebnie nie duplikować i wybrać najbardziej dobre kombinacje.

                                  - A przyślemy go, on lubi gadać z kolegami po fachu. Dobra, to pytanie. Czy jesteś pani dostępna do zalotów? Mama tłumaczyła, że kobieta jest jak zwierzyna. Trzeba zanęcić i złapać. Tylko, że my nie kradniemy cudzej zwierzyny. Więc, czy nie łamiemy własnych zasad z próbowaniem z tobą?
                                  - To... Naprawdę miłe z waszej strony. - zdziwiła się - Sądzę, że o tym musicie porozmawiać z Viktorem, choć mówiąc szczerze... To byłoby ciekawe zobaczyć jak się o mnie bijecie. - zażartowała.
                                  - Jeżeli za bardzo za nim nie będziesz tęskniła. To możemy go wyzwać.
                                  - Ja bardziej myślałam o nieletalnym sposobie poradzenia sobie ze sporem między mężczyznami! - zaprotestowała nagle.
                                  Obaj przekrzywili głowy na słowo "nieletalnym"
                                  - Pani, my proste chłopcy jesteśmy. Nie niszcz naszych umysłów jakimiś elfimi słowami.
                                  Początkowo kobieta nie zrozumiała problemu, ale zaraz się poprawiła.
                                  - Chodzi mi o to, że nie chce aby to była śmiertelna zwada. Aby ktokolwiek zginął z tego powodu lub nawet mocno ucierpiał. Pomyślcie jakby to źle wpłynęło na misję na jakiej jesteśmy.
                                  - Och, przecież my nie chcemy teraz zaciągać cię do namiotu. - zapewnił Jor - To plany na po misji. Po prostu badamy teren. Hm... - chłopaki się chwile zatanowili - Jak bardzo ludzisz dary, moja pani? I to nie te drogie ładne rzeczy. Czy naszyjnik z zębów smoka by cię zadowolił?
                                  - To byłoby interesujące, nie powiem... - zaryzykowała.
                                  - Ustalone więc, wyzwiemy go na konkurs prezentów. Ten który najbardziej cię ruszy wygrywa. - mężczyźni uśmiechnęli się do Kaylie, wzięli swoje beczki i zaczęli odchodzić - Miłej lektury.
                                  Kaylie patrzyła długo za odchodzącymi barbarzyńcami zastanawiając się co w sumie najlepszego narobiła. Przetarła oczy i wróciła do przewracania stron w księdze. Nagle uśmiechnęła się do siebie pod nosem, gdy uznała, że w sumie to będzie bardzo ciekawe zobaczyć całą sytuację.*


                                  Stukając swoim kosturem gnom szedł przez obozowisko. Ponieważ robiło się ciemno, mruknął pod nosem coś i dotknął głowicy “oręża”. Zapaliła się światłem niczym latarnia.
                                  Baltizar szedł sam, jego “pierzasty” towarzysz leciał nad nim, a ogar pilnował jego rzeczy.
                                  Bajarz szedł sam, aczkolwiek był bezpieczny w pełnym żołnierzy obozowisku. Szedł do namiotu Filii, strzeżonego przez dwóch strażników.
                                  Spojrzał na nich rzekł oficjalnym tonem.- Baltizar Harpaness prosi o oficjalną audiencję.-
                                  Jeden ze strażników zajrzał do namiotu, po krótkiej wymianie zdań odsunął poły namiotu.
                                  - Zobaczy cię.
                                  W środku był rozłożony niewielki stół z kilkoma mapami i książkami rozłożonymi na nim.
                                  Filia nie była w zbroi i przeglądała jakieś zwoje.
                                  - W czym mogę pomóc, mistrzu Harpaness?
                                  - Cóż… przyznaję że pierwsza stoczona bitwa była zjawiskowa, ale i krótka.- rzekł gnom wchodząc. - Tak z ciekawości, jak pani będąc doświadczonym dowódcą, ocenia przemowę bojową kapłana? Ja wszak mam na nią tylko spojrzenie laika i gawędziarza.-
                                  - Zażalenia co do czasu trwania bitwy zalecam złożyć Kaylie. - kobieta uśmiechnęła się - Chodzi panu o "Słuszny gniew" czy "Byłeś nam bratem"?
                                  - Nie znam się na takich sprawach, ale zawsze uważałem że najlepszą motywacją dla żołnierza jest… “beczka piwa dla tego kto przyniesie mi głowę wodza, chłopcy”. - rzekł pół żartem pół serio gnom. Po czym skinął głową.- Tak… o oba przemówienia.-
                                  - Drugie to chyba była wstępówka do zaklęcia. - przyznała Filia - Z tego co sądzę rzucił na stwora zaklęcie, które sprawiłoby, że zacząłby się sam atakować. Pierwsze... nie wiem o co mu chodziło.
                                  - Ach… ehmm… cóż… będę i nad tym musiał popracować.- ocenił gnom pocierając brodę.- W mojej opowieści dotyczącej tej wyprawy. A propo… mamy już jakieś plany jak podejść do tego problemu? Jak rozgromić alchemika? Chciałbym wiedzieć zawczasu, co by wiedzieć gdzie bym mógł jak najwięcej zobaczyć i jak najmniej przeszkadzać zarazem.-
                                  Filia spojrzała na gnoma i westchnęła.
                                  - Panie Harpeness... to nie jest wycieczka, a my nie jesteśmy pana ochroną. Ta wyprawa ma na celu ocalić ludzkie życia. Ma pan do dyspozycji wynajętą przez siebie grupę najemników. Co do planu, będziemy oczyszczać kopalnię, poziom po poziomie. Kiedy dotrzemy do laboratorium alchemika, zdam się na ekspertyzę mistrza Joriego. Jak na razie niestety idziemy na ślepo.
                                  - Chciałbym zaznaczyć.- Baltizar uniósł palec w górę.- Iż dobrze zdaję sobie sprawę co do natury tej wyprawy. I nie oczekuję niańczenia, po prostu nie chcę wchodzić w drogę profesjonalistom, więc… wolę z góry wiedzieć, gdzie powinienem być.
                                  Po czym podrapał się po brodzie.- Gobliny nie pomogły? Ani archiwa miejskie? Jestem pewien że to nie alchemik zbudował tą kopalnię, więc jej plany powinny znajdować się w mieście.-
                                  - Nie wiem czy Viktor dowiedział się czegoś w tej sprawie. Co do archiwów miejskich, nic. - kobieta westchnęła - Najpewniej laboratorium jest pamiątką po jakimś poprzednim użytkowniku. Co do gdzie pan może się trzymać... jakieś dziesięć metrów za główną grupą powinno być bezpieczne. Radzę trzymać swoją obstawę ze sobą, gobliny lubią drążyć boczne przejścia.
                                  - Hmm… dziesięć metrów to trochę za daleko dla mnie. Ale postaram się trzymać z tyłu za główną grupą jako… jako… Jakoś się to nazywało… straż odtylcowa? Odbytnia? Odbytowa….- gnom podrapał się w frustracji po czuprynie.- mam to na końcu języka.-
                                  - Tylna. - poprawiła Baltizara komendant - Panu chyba co innego chodzi po głowie.
                                  - Możliwe że jakieś robactwo mi wpadło w czuprynę w tym lesie.- przyznał Baltizar zupełnie nie łapiąc aluzji. Wzruszył ramionami, skłonił się i rzekł. - To już nie będę przeszkadzał. Owocnego planowania życzę.-
                                  Kobieta delikatnie prychnęła, ale pokiwała jedynie głową i ręką odprawiła gnoma.


                                  Kaylie kończyła właśnie przeglądanie swojej księgi kiedy podszedł do niej młody elf w spiczastej czapce.
                                  - Pani Kaylie?
                                  Kaylie uniosła spojrzenie na elfa, którego słowa tak ją wcześniej poruszyły. Elf z Kyonin...
                                  - Tak. - skinęła głową.
                                  - Osiłki powiedziały, że chciała pani ustalić zaklęcia.
                                  - Viktor nie wrócił jeszcze z informacjami od goblinów, ale jeszcze bez nich możemy porozmawiać, aby nie wchodzić sobie w drogę magią. - przesunęła się na bok na posłaniu, aby zrobić miejsce i elfowi obok siedzącej po turecku siebie - Lepiej jeżeli będziemy wiedzieć co będzie inny znawca magii robił, aby nie powielać bez celu lub wręcz sobie przeszkadzać wzajemnie lub nie wykorzystywać sytuacji.
                                  Akcent arkanistki był przyjemny dla ucha, a dla elfa wydawał się zawierać w sobie znajome nuty pobratymców.
                                  - Zamknięta przestrzeń, stara kopalnia. - zaczął elf siadając obok Galtianki - Nie możemy szaleć z zaklęciami niszczącymi. Strategia naszej grupy to przeważnie trzymać Jora i Oriego przy życiu, a oni zajmują się szczegółami. Dlatego zacząłem się specjalizować w magii obronnej i kontrolnej. Na szturm na kopalnię, poza standardowym pakietem dla chłopaków, planuję Sieć i Tłuszcz, do tego Płonące Dłonie, Magiczne Pociski do obrony własnej.
                                  - Prawdopodobnie będziemy w środku rozdzieleni na inne grupy. - zgadywała - Niemniej w razie natrafienia na moment, gdy razem będziemy w jednej, będę się znajdować prawdopodobnie dość na przedzie. Pierwszą magią spróbuję po prostu osłabiać przeciwnika, w zależności od tego na kogo natrafimy. Widziałeś jak potraktowałam tego wielkiego. Szczerze to było szczęście, że wystarczyło go oplątać i nawet nie było zagrożenia, że taki podejdzie póki łucznicy nie przerobią go na szaszłyk. - przyznała szczerze - Sposób mojej walki głównie na starcie jest zwykłym osłabianiem z odległości. Później idę w zwarcie, ale to nie znaczy, że nie używam magii. - można było mieć wrażenie, że kobieta uśmiechnęła się ironicznie pod maską - Wykorzystuję moją broń jako przedłużenie na ataki dotykowe. Niektóre nekromantycznie osłabiają, inne do tego zadają obrażenia.
                                  Elf pokiwał głową.
                                  - Ma sens. Ja jestem bardziej magiem na odległość. Reszta drużyny trzyma przeciwników z dala ode mnie, a ja staram się strategicznie się ich pozbyć. Więc dużo machania rękami i wołania w smoczym. Mogę zobaczyć pani broń? Przyznam zainteresowała mnie pani.

                                  Kaylie wolała, aby nie musieć tego robić, jednak teraz nie było już odwrotu. Sięgnęła do oręża i przekazując przez telepatyczną więź prostą wiadomość Rhaastowi - "nie wkop mnie", wysunęła z pochwy jego czarną klingę. Położyła broń między sobą a elfem.
                                  Elf zaczął przyglądać się broni z każdej strony, kilka razy wylądował na kolanach, aby lepiej dojrzeć szczegóły, nie wziął jej jednak do ręki. Widać było, że coraz bardziej się ekscytuje.
                                  - Elficka robota, bardzo stara. Widzę symbol Nethys i kilku rodów szlacheckich. Klinga ma imię "Rhaast". Nie mam pojęcia skąd ją wytrzasnęłaś, ale masz niebywałe szczęście.
                                  - Czy symbole tych rodów należą do rodzin, które jeszcze istnieją? - zapytała wpatrzona w broń.
                                  - Kilka, Fasinni, Myanmarsar, Silverstar, Kyo'shin, Evermoon... Najpewniej przyłożyły się do stworzenia broni, albo zamówili jej stworzenie. Nie musisz się martwić o zwracania im miecza, ostrza takie o ile rzadkie, nie mają jakiejś niebywałej wartości dla rodów.
                                  Jakie to było naiwne, że on uważał, iż najemnik będzie chciał zwracać coś takiego.
                                  - Ktokolwiek tę broń zrobił, to aż żałuję, że nie mogę mu powiedzieć co sądzę o tym meczu. Potrafi być bardzo nadętą bronią.
                                  - Świadomość magicznych broni, szczególnie tych starych, odzwierciedla poprzednich właścicieli. Pewnie miał wielu elfickich właścicieli.
                                  - To sensowne. - podśmiała się - Przynajmniej nie zaprzeczasz waszej cesze rasowej.
                                  - Niektórzy przesadzają z tym, ale wynika to z wieku. Wiele elfów jest starszych od każdego ludzkiego mędrca. Mamy więcej czasu, aby poznać o wiele więcej. Pycha jest dość oczywistą konkluzją.

                                  - A czemu ty nie znajdujesz się w Kyonin? Elfy nie są znane z zamiłowania do podróży po kontynencie. - zapytała chowając miecz.
                                  - Ech, świat jest duży i pełen ciekawych rzeczy. Siedzenie w Kyonin jest bezpieczne, ale w końcu nudne. Do tego się sporo rzeczy zdarzyło ostatnio i wolałem być dalej od Cheliax.
                                  - Nie mów, że teraz na Kyonin mają chętkę? - zapytała.
                                  - Nie, ale sytuacja między Kyonin i Cheliax się pogorszyła i elfy dostają wsparcie od Galt. Cheliaxianscy assassyni próbowali zabić jednego z naszych emisariuszy w Galt. Nie do końca się im udało i zaginęła krewna emisariusza. Wszystkie oczy są teraz skierowane na Cheliax i wszyscy żądają wyjaśnień. Diaboliści mówią, że nic o tym nie wiedzą i nie mieli z tym nic wspólnego. Nie będzie z tego wojny, ale sytuacja jest napięta.
                                  - Tylko czemu by oni chcieli gryźć Kyonin? To miałoby sens gdyby chcieli Galt, ale to? - stwierdziła - I po co im krewna? Czy ktoś sądzi, że mogla być zamieszana? - próbowała pytaniami zorientować się w jakich jest problemach.
                                  - Kto wie jakie szalone, dwudziestowarstwowe plany mają diabły. Może sądzili, że Kyonin oskarżyłoby Galt o jego śmierć? To by dało im sojusznika w próbach zagarnięcia Galt na nowo. Co do tej krewnej, niestety nic nie wiadomo. Zaginęła i tyle, może miała coś wspólnego, może ją porwali, może poszła pomścić i zginęła. Magia nie jest w stanie jej znaleźć, wieszcze są w stanie wykryć, że czarcia magią ją zasłania, dlatego podejrzenia padły na Cheliax.

                                  - A jaka jest twoja opinia? Na co byś stawiał?
                                  Elf wzruszył ramionami.
                                  - Pewnie nie żyje, poświęcona jakiemuś diabłu, biedactwo.
                                  - Mieć duszę w posiadaniu diabła i Piekieł... Okrutny los, szczególnie jeżeli niezasłużony. - westchnęła i nagle sobie przypomniała - Wybacz mi moje grubiaństwo, ale nawet o twoje imię nie zapytałam.
                                  - Inarion, Inarion Starstride. - mag kiwnął głową w wyniku czego czubek jego czapki się przekrzywił w jedną stronę.
                                  Kaylie przybliżyła rękę i bez słowa poprawiła niesforny czubek czapki elfa uśmiechając się pod nosem zza zakrycia maski.
                                  Elf chyba wyczuł uśmiech kobiety, ponieważ koniuszki jego ust również się uniosły.
                                  - Ostatni "dar" mojego mistrza.
                                  - "Dar"? - zapytała.
                                  - To czapka głupka. Nie wywodzę się z żadnej wyższej rodziny, ale udało mi się dostać pod skrzydła jednego z przodujących magów w Kyonin. Oczywiście on sądził, że z pospolitego śmiecia nic dobrego nie będzie, więc zakładał mi tą czapkę za każdym razem kiedy wychodziło mi gorzej niż reszcie. W końcu miałem dość i powiedziałem mu w twarz, że odchodzę, założył mi tą czapkę i kazał ją trzymać, abym pamiętał kim jestem. Więc ją trzymam, na przekór capowi. Pokażę mu kiedyś.
                                  - I temu kibicuję. - powiedziała szczerze - Mojego mistrza nigdy nie mogłam zadowolić... - elf poczuł palce Kaylie poprawiające jego włosy wychodzące na czoło spod czapki - ...niezależnie czy lepsze wyniki miałam od elfickich kolegów. - spojrzała w oczy Inariona.
                                  - T-też był elfem? - młody mag delikatnie kaszlnął - Jeżeli tak to tłumaczy. - wskazał na siebie - Pospolity śmieć. - wskazał na Kaylie - Ludzki dzikus. Pewnie chciał cię uczyć czytania na pierwszym dniu.
                                  - Nie chciałby mnie uczyć czegokolwiek. Dla niego mogłabym nawet notatki rysować kredkami. - westchnęła - Nie mogę zmienić nic w nim, ale chętnie zobaczyłabym minę twojego kiedyś.
                                  - Jeżeli będę wracał do Kyonin jako wielki Arcymag jakiś ziem, to wyślę zaproszenie. Może po drodzę wymyślę zaklęcie jak wytrząść z elfa rasizm i inne uprzedzenia i pokażemy je twojemu.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                    #52

                                    Z namiotu Filii gnom ruszył na poszukiwanie kapłana, by omówić to co się dowiedział i ich plany na następny dzień tej heroicznej przygody.

                                    Odnalazł Khala siedzącego przy jednym z ognisk, grupy której warty się dziś już skończyły. Oddanego śmiechom i towarzystwu. Wysłuchał z uwagą, wraz z resztą grupy, historii jednego ze strażników prezentując zęby w uśmiechu sięgającym niemal ucha do ucha. Wdzięcznym był słuchaczem i ludziom aż chciało się dzielić opowieściami za jego zachętą. Wszystkich już znał po imieniu i chętnie ich używał, dopytując z zaciekawieniem o szczegóły i śmiał się razem ze wszystkimi przy puentach, a i razem ze wszystkimi wznosił kufle wypełnione cienkim piwem w górę.

                                    Viktor upił resztę swojego napoju ostatnim haustem.
                                    - Hej panowie, ja będę kończył na razie, inne sprawy wzywają, ale mam nadzieję, że jeszcze znajdziemy czas by w tym gronie się uśmiać!
                                    Odpowiedział mu męski chórek, klepnięcia w ramię i wzniesione trunki.

                                    Goodmann z towarzystwa odszedł prosto do gnoma, co jego właśnie wymowne spojrzenie wezwało go z przyjemniejszej części doby.
                                    - I jak? Podobają ci się dotychczasowe materiały do kroniki, Baltizarze?
                                    - Więcej dramatyzmu z pewnością by się przydało, ale…- odparł gnom. - Jestem bajarzem, nie historykiem. Nie muszę opowiadać prawdy, więc zawsze mogę wydarzenia lekko ubarwić.-
                                    Wzruszył ramionami. - Moich ludzi Filia chce dać do obrony mojej skromnej osoby, a przez to do tylnej straży. Dziwne… przypuszczałem, że sobie przywłaszczy ich sobie jakoś, skoro tak się wykazali podczas ostatniej potyczki.-
                                    Fisuś ledwie wychylił się Khalowi zza kołnierza na karku, szukając jaskółeczki co ostatnio tak radośnie poinformowała Filię o nadchodzącej bestyi. Nie było jej widać nigdzie, a na pewno nie było jej w zasięgu słuchu.
                                    - Na pewno dasz radę oddać straszność bestii ledwie mniejszej niż co poniektóre drzewa, zatrzymanej zaklęciem i zmuszonej słowami by sama sobie krwi upuściła. - Uśmiechnął się Viktor, puszczając porozumiewawcze oczko - To twoi ludzie. Nie ona im płaci, to by się nie wywiązali z kontraktu i mogli mieć problemy w gildii, jakby zaczęli jej słuchać zamiast ciebie. Od ciebie jakiejś magii możemy się spodziewać? Jak już dojdzie co do czego i wzmocnienia byłyby bardzo korzystne. Ja zamierzam kręcić się między pierwszą i drugą linią i nie przeczę, że odpowiednie wsparcie pomogło by mi… spisać się jak należy.
                                    Gnom zakrył twarz dłonią mrucząc do siebie. - Pracuję z amatorami.-
                                    Podszedł bliżej kapłana i syknął.- My? Nie ma żadnych nas, wasza ekscelencjo. Jesteś ty. Są twoi wyznawcy. Nie jesteśmy tutaj dla jakiejś zabawy w ubijanie głupca… Jesteśmy tu po to byś ty się wykazał swoim geniuszem, swoją potęgą… a nie po to by jakiś mały gnom zajmujący się pleceniem trzy po trzy na rogach ulic przyćmił was swoimi sztuczkami. Ja tu nie jestem głównym aktorem kapłanie. Ty jesteś. I pilnuj by światła sceny padały na ciebie. W innym przypadku marnujemy czas.
                                    - Iii… właśnie dlatego będę z przodu - przytaknął Viktor, niewzruszony w żaden sposób tonem, czy nastawieniem gnoma - I dlatego pytam cię o zaklęcia wsparcia, a nie o gwiazdki i wybuchy. Nie odmówisz mi logiki, że z dodatkowym “umph” będzie mi łatwiej się sprawdzić w wyżej wymienionej roli, prawda?
                                    - Nie jestem bardem. - mruknął gnom i machnął ręką. - I nie zajmuję się wspieraniem.
                                    Viktor patrzył na gnoma z nieco rozbawionym powątpiewaniem przez dwa wdechy.
                                    - Niech ci będzie - kiwnął głową, jakby zadowolony - Mamy jeszcze coś do omówienia?
                                    - No nie wiem. Pomyślę czy nie podesłać ci kogoś do pomocy, ale Kaylie chyba dobrze radzi sobie z pilnowaniem twojego zadka. - podrapał się po głowie Baltizar. - Będzie dużo łażenia po korytarzach kopalni, więc ciemno i ciasno… idealne warunki dla mnie. Nie dla dużego ludu. Postaram się mieć na was oko, ale postarajcie się… nie potrzebować mojej pomocy.-
                                    - Taki jest plan, ale bycie “na głównej scenie” siłą rzeczy determinuje bycie tam gdzie jest największe zagrożenie. I, tak naprawdę, żadne z nas nie miało jeszcze okazji zobaczyć sprawności bitewnej drugiego. Wierzę w całą tu ekipę, ale wszyscy będziemy musieli się mieć na baczności. Z drugiej strony to nawet gobliny sądzą, że sługi naszego alchemika są tępe jak but, a o to niełatwo…
                                    - Niewolnicy nie potrzebują inteligencji. Wystarcza im wtłoczone w głowy posłuszeństwo.- wzruszył ramionami Baltizar i rozejrzał się dookoła mówiąc cicho. - Nie pozwalaj sobie na luksus zbaczania uwagą z głównego celu. Na sukcesie tej misji to nie nam zależy, nie tobie… a Filii.-
                                    - Ale dobrze będzie wyglądało, jeśli osobiście rozłupię mu czaszkę w heroicznym starciu - uśmiechnął się Viktor, po czym spoważniał… nieco… - Zachowujemy się podejrzanie. Jak mamy tak ukradkiem gadać na widoku, to lepiej odłóżmy to na lepszy moment. Widzimy się potem?
                                    - Jeśli takie będzie życzenie waszej ekscelencji. Choć ja już powiedziałem co miałem powiedzieć. - odparł obojętnie gnom.
                                    - Filia ma zmiennokształtnego szpiega i jest on tu z nami. Uważaj na niego - polecił cichszym tonem, nim nie podniósł go znów - Tak trzymać! - przytaknął mu Viktor odrobinę głośniej. Nie do niego, a do potencjalnych uszu. - Wyśpij się dobrze. Coś mam wrażenie, że jutro będzie się działo! - klepnął gnoma po ramieniu już przechodząc obok.
                                    - Tak. Z pewnością.- odparł gnom i ruszył ku swojemu ogarowi.

                                    Po dziwnej rozmowie z Baltizarem Viktor udał się do Filii. Pierwotny plan był zacząć od raportu do niej, na temat przesłuchania goblinów… ale wymęczyło go ono tak, że gdy przechodząc obok grupki usłyszał zaproszenie do zmoczenia sobie z nimi gardła… nie odmówił.
                                    - Komendant Blackfyre? - bardziej anonsował swoje przyjście, spoglądając w głąb namiotu, niż pytał o cokolwiek.
                                    - Witaj szamanie. - Filia kiwnęła Viktorowi na przywitanie - I co tam udało ci się dowiedzieć?
                                    - Tej roli jeszcze nie nosiłem - zachichotał pod nosem w odpowiedzi - Trochę… Mistrzunio chciał gobliny do swoich eksperymentów. Wódz się zgodził, szaman nie i razem z większa ich ilością, którą szacuję na między osiemnaście a dwadzieścia pięć, bo niestety powątpiewam w zdolności rachunkowe tej zgrai, uciekli. Abominacja została wysłana za nimi. Nie jestem pewny jej genezy. Słowo “ofiarowana” i kilka bliskoznacznych pojawiło się parę razy, ale nie udało się wyciągnąć od kogo miałby ją dostać. Jak wszystko pójdzie po naszej myśli… będziemy musieli poszukać czy na pewno działał na własną rękę. Z dobrych wiadomości to znają kilka alternatywnych wejść, ale za nic nie potrafią map czytać, więc będą musieli nam pokazać. Sługi alchemika opisują jako “wielkie, silne, tępe”. Nie wymusiłem konkretnych przykładów tępoty, ale wierzę, że przynajmniej one w to wierzą.
                                    - Jak na standardy goblinów… no cóż, tępa góra mięśni też potrafi być niebezpieczna. Alternatywne wejścia będą dobre, przydałoby się dowiedzieć dokąd prowadzą, bo nie widzi mi się wejść do ich głównego obozu.
                                    - Jak najbardziej, ale czasem da się taką wyprowadzić w pole… Gobliny mają problem ze zrozumieniem różnicy między wieloma pojęciami i posiadają zerową wyobraźnie abstrakcyjną, więce definitywnie polecałbym posłać zwiad przed szarżą z fanfarami w tle.
                                    - Oczywiście. - coś widocznie trapiło komendant - Coś jeszcze udało ci się wywiedzieć?
                                    - Niestety nic używalnego. Od strony kopalni jest wejście z długą trasą w dół i wydaje im się, że jest jakieś tajne wyjście z laboratorium Mistrzunia, ale to brzmi jak educated guess, jakkolwiek absurdalne to nie jest w ustach goblina… No i, że się go boją, ale to nie jest odkrycie.. - Viktor zamilkł na jeden krótki wdech. - W czymś… jeszcze mógłbym ci pomóc? - zapytał, a w postawie i tonie głosu słychać było, że dostrzega jej strapienia.
                                    Usiadła ciężko na podróżnym foteliku. Westchnęła próbując zebrać słowa.
                                    - Rozmawiałam z Kaylie i... zaogniła wątpliwości jakie mam. Twoja sprawa sprzed lat. Twoja i twojej matki. Czytałam ją kilka razy i wygląda na bardzo naciąganą. Brak świadków, dowodów, jedynie oskarżenie i głos tłumu. Chcę wierzyć, że mój ojciec jedynie zrobił coś, aby obłaskawić motłoch, ale Kaylie... sugerowała coś gorszego.

                                    Viktor poczuł się jakby dostał tłuczkiem pod mostek. Absolutnie nie spodziewał się wywlekania teraz tej historii. Na krótki moment nawet pozwolił by wyrwało mu się to na twarz. Odkaszlnął, wykorzystując gest by zmazać niej tę emocję i upewnić się, że głos będzie mu posłuszny.
                                    Uśmiechnął się lekko. Z odrobiną nonszalancji i pełnią fałszywości, ale o ile pierwsze było widoczne, to drugie za grosz.
                                    - Jakbyśmy byli na Zachodnim Wybrzeżu czy okolicach definitywnie bym protestarem spowinowacenie mnie z tym imieniem… ale nie sądzę by przysługiwała mi tu wiarygodna zaprzeczalność... - jego ramiona wzniosły się i opadły w zrezygnowanym geście, a uśmiech opuścił jego twarz - To było niemal trzy dekady temu. Dziwię się, że jakiekolwiek papiery przetrwały. O systemie prawnym Królestw krąży opinia, że sprawy zapominane są po pierwszej libacji. Najwyraźniej wrzucanie Evercrest do wora razem z ich resztą jest nieuzasadnione. To będzie ciekawa anegdotka do opowiedzenia nigdy-nikomu.
                                    Spuścił powoli z siebie powietrze.
                                    - Co byś chciała usłyszeć? Wątpię by był to wstęp do propozycji by mi je udostępnić do wglądu… Chyba nie zaczynasz widzieć człowieka pod tą siarką i smołą, pani komendant? - zapytał nieco zadziornie. Czarnym humorem odsuwając czarniejsze uczucia.
                                    Komendant wstała od stołu, podchodząc do niewielkiego kufra. Przez kilka chwili przerzucała jego zawartość po czym rzuciła na stół niewielki zwój, z zerwaną pieczęcią Blackfyre. Filia jedynie usiadła z powrotem na krześle i uniosła wymownie brwi na Viktora, co nagle utracił wszelkie ślady nonszalancji. Nie patrzył na nią. Ledwie ją postrzegał. Oczy utkwione były w zwoju. Chciał po niego sięgnąć, ale słabość ogarnęła jego kończyny z mocą, że nie wiedział czy nie wywróci się przy jakimkolwiek ruchu, więc zamarł i dopiero po kilku chwilach zdał sobie sprawę, że nacisk w piersi rósł i rósł, nie z napięcia, ale dlatego, że nie oddychał. Zamrugał trzy razy gdy chwytał powietrze.
                                    - Jeśli to jest okrutny żart… - powiedział powoli, z ostrzeżeniem w głosie - To gratulacje. Trafia on prosto w cel…
                                    Podszedł do biurka twardym krokiem, chwycił zwój i rozwinął go z tempem i pewnością kogoś kto robił to niezliczone razy. Jego oczy w pierwszej chwili tańczyły po dokumencie. Uśmiechnął się z rezygnacją i mroczną szyderą. “Dokument” nie liczył czterdziestu słów i większość to były dane zaangażowanych w sprawę ludzi. Nawet daty brakowało. W Cheliax miał autentycznie obszerniejsze materiały na temat plebejusza co patrzył zbyt długo i “zbyt intensywnie” na szlachciankę.
                                    - Nie wiem czemu oczekiwałem więcej. Głuptas jestem. - Niewesoły uśmiech zdobył jego twarz gdy zwijał zwój - Kiedyś posłałem poprzez Lożę oficjalną prośbę o kopię, twierdząc, że “Khal Frey został złapany gdy przekraczał granicę” i Cheliax chciałoby wiedzieć z kim ma do czynienia i dlaczego został wygnany. Nigdy nie dostałem odpowiedzi.
                                    Spuścił z siebie powietrze i spojrzał na Filię oddając jej dokument.
                                    - Przynajmniej już wiem, że nawet będąc na miejscu… nie ma po co podejmować prób dostania kopii. Nawet jeśli nie był to po prostu gest dobrej woli to dziękuję ci. Naprawdę. To pozwala mi zamknąć ten wątek w mojej głowie.
                                    Filia dokładnie przyglądała się Khalowi, kiedy ten zobaczył zwój. Zważając na dotychczasowe obycie prawnika, nie spodziewała się, aż takich emocji. Mina się jej bynajmniej nie poprawiła, gdy ujrzała jak z Freya schodzi powietrze, gdy zobaczył zawartość pergaminu. Pokręciła jedynie głową i wyciągnęła kolejny zwój, ten o wiele obszerniejszy, również z pieczęcią Blackfyre.
                                    - To inna rozprawa, której przewodził ojciec. Proszę przejrzyj.
                                    Viktor spoważniał. Już widział, że wpadł w pułapkę uprzedzeń i zbyt łatwo mu było uwierzyć, że coś takiego jest standardem w Evercrest. Nawet nie zapytał!
                                    Wziął zwój i rozwinął go gestem silnym i zdecydowanym, ale tym razem nie skażonym nawet odrobiną słabości.
                                    Cytat:
                                    12 Desnus 4683

                                    Rozprawa z powództwa Johna Millera, młynarza z wsi Fallmoor, przeciwko Fabianowi Daeri, piekarzowi z Evercrest.
                                    Oskarżenie: Oszustwo cenowe na skupowanej mące i ziarnach
                                    Wysokość strat oskarżonego: 100 sztuk złota na rok
                                    Reprezentanci: Obie strony zgodziły się na reprezentowanie przez odpowiednio wyszkolonych członków straży.
                                    Pan Miller reprezentowany przez St. Sierżanta Gio Demu. Pan Daeri przez St. Sierżant Fabianne Fiks.
                                    Dalej i dalej dokument szedł, dokładnie opisując procedurę sądową, posiadała nawet transkrypt trzech posiedzeń, które miały miejsce zanim Blackfyre ogłosił wyrok.[/i]

                                    Filia nie odrywała wzroku od Viktora.
                                    - Wszystkie rozprawy mojego ojca posiadają taką dokumentację. Powiedz mi więc szczerze, Khal… O co naprawdę chodziło?
                                    Wyraz twarzy Viktora tym razem pozostawał doskonale kamienny gdy czytał.
                                    - To było trzy dekady temu - wzruszył ramionami, niemal mechanicznie - Moje wspomnienia nie mają żadnej wagi dowodowej. Ale poza skryptem, jakby mnie kto niezobowiązująco zapytał po zbyt dużej ilości alkoholu… bym powiedział, że to była zemsta za urażoną dumę. Pamiętam luźno zaloty krasnoluda imieniem Yasperhyde. Matka z jakiegoś powodu nim gardziła i w końcu mu wygarnęła tak, że zrozumiał. Chwilę potem pojawiły się oskarżenia o diabologię… kto miał dostęp do tych dokumentów? Ktoś mógł podmienić oryginał na ten żart? Czy uważasz, że od początku mógł on tak wyglądać?
                                    Filia się skrzywiła kiedy Khal wspomniał krasnoluda.
                                    - I jeszcze wujek Kargar? - pokręciła głową - To pismo taty, rozpoznam je zawsze. Pieczęć była stara, tak samo jak zwój. To oryginał. - jej oczy wydawały się ciężkie, jakby nagle wiedza, którą otrzymała zaczynała otwierać tamę, której nie była w stanie zatrzymać - Proszę… powiedz mi, że tata nie posłał niewinnej kobiety na śmierć, ponieważ odrzuciła zaloty jego bliskiego przyjaciela…
                                    - Wuj? - powtórzył Viktor. Pajęczyna intryg się zagęszczała. Nie zakładał, aby Yasperhyde był z Blackfyre’ami spowinowacony. Dotąd to była tylko możliwość.
                                    - Jeśli to jakoś poprawia sytuację, to odnoszę wrażenie, że moja matka była niezłą suką, gdy mu na drzewo kazała spadać… - rzucił kamiennym nie-żartem - Ale pamięć może mi figle płatać. A jakby miała sprawa być pogorszona… to “dokument” nie wspomina o tym, że wygnanie jej syna odłożono o dwa dni specyficznie po to, aby mógł ją osobiście i własnoręcznie pochować - przyozdobił komentarz wykrzywieniem ust, składającym się w nie-uśmiech.
                                    - Jak rozmawiamy szczerze… pozwól, że zadam ci wybitnie personalne pytanie, ale zaufaj mi, że ono może się okazać powiązane ze sprawą… nigdy nic nie słyszałem o pani Blackfyre… - stwierdził, ale pytanie brzmiało w tym stwierdzeniu.
                                    - Nie prawdziwy wuj. - przyznała Filia - On i Hieronim Crawcolt są bliskimi przyjaciółmi taty. Praktycznie pomogli mu mnie wychować, są jak rodzina, której nie mia… - zatrzymała się, kiedy usłyszała o odroczeniu wygnania, pobladła i wyglądało jakby miała się rozchorować - Nie… tak mi przykro… - kilka razy wzięła głęboki oddech, aby uspokoić myśli. Skupiła się na ostatnim pytaniu.
                                    - Mama? Nie znałam jej, umarła kiedy ja przychodziłam na świat. Służąca w domu taty, która wpadła w oko samotnemu pół-elfowi.
                                    Viktor wziął wdech, gdy odsuwał od siebie kolejną szpilę. Kolejną porcję żółci, którą miał ochotę z siebie wylać, gdy… widział, że ktoś go słucha.
                                    “Czy wiesz jak z bliska wygląda skręcony kark kochanej osoby?”
                                    To nie było na to miejsce, nieważne jak bardzo jad chciałby się wylać.

                                    Yasperhyde. Blackfyre. Crawcolt. Oni wszyscy się jakoś łączyli. Dotąd tylko przyjmował jako potencjalną możliwość połączenia pierwszych dwóch, a Hiernonima miał za niezależnego filium scortae.
                                    - Masz jakiegoś kapłana, bo mag tu niestety nie pomoże, któremu ufasz, że jakby poznał coś… niewygodnego, to zachowa to dla siebie?
                                    - Zależy jak niewygodnego.
                                    - Coś kategorii… - Viktor zawiesił na chwilę głos tworząc scenariusz niosący odpowiednią wagę, odpowiedniego rodzaju - Jakby się okazało, że Aegon ma bękarta, co, z jego pomocą, pnie się w podziemiu przestępczym. Chodzi o kapłana co na twoją prośbę, po dowiedzeniu się o czymś takim, zachowałby to dla siebie.
                                    Filia uniosła brew.
                                    - Mógłbyś przestać kluczyć i powiedzieć o co chodzi? Mam kogoś takiego, ale powiedz dokładnie. O. Kim. Ty. Mówisz?
                                    - Preferowałbym poczekać aż wrócimy do Evercrest i kapłan będzie mógł od razu potwierdzić moje słowa. Puzzel który posiadam jest… nieprawdopodobny i bym go wyśmiał jakbym sam nie potwierdził, a nie oskarżam się, abym zyskał dość twego zaufania byś mi uwierzyła w gołe słowa.
                                    - Jeżeli pytasz "Czy faktycznie jestem córką Aegona?". Odpowiedź brzmi tak, sama sprawdzałam. Kiedy wychowuje cię trzech mężczyzn, a twoja matka nie żyje, zaczynasz się zastanawiać, nad niektórymi rzeczami.
                                    Viktor bez żadnego wyrazu twarzy zanotował tę informację.
                                    - Rozumiem, ale nie ma to związku z tym o czym myślę.
                                    Nie dodał “i moje jest dużo dziwniejsze”, choć samo się na język cisnęło. Chodziło tu aby albo rzeczywiście odłożyć to na później, albo niech się ona sama dokopie, bez natrętnego zachęcania.
                                    - Jeśli ci powiem będę ryzykował, że uznasz mnie za śmierdzącego kłamcę i manipulatora, a potrzebujemy sobie na tej akcji przynajmniej podstawowo ufać. Więc preferuję być uznanym za tajemniczego dupka, co lubi dramę… ale oboje wiemy, że jest w tej historii jeszcze wiele puzzli których oboje nie znamy. I chyba nam obojgu zależy na ich odnalezieniu… nie mylę się?
                                    Zapytał a z jego nogawki wypełzł Fisuś, udający się na zwiad wokół namiotu. By upewnić się, że rozmowa jest prywatna.
                                    - Myślałam, że mój ojciec po prostu dał się zmanipulować przyjacielowi. Ty natomiast sugerujesz większą konspirację. Uwierz mi jestem otwarta, nawet na najgłupsze sugestie. Jeżeli będziesz mógł udowodnić swoje słowa, nie będę miałą powodu ci nie wierzyć. Jeżeli jednak chcesz się bawić w podchody, to dobrze. Poczekamy do powrotu do Evercrest. Chociaż kapłan, o którym mówiłam jest w obozie.
                                    - Nie sugeruję jeszcze nic. Gdy tu przybywałem wierzyłem, że Aegon najpewniej jest winny jedynie wydania wyroku przy zbyt małej wiedzy. Jak każdy jeden sędzia w historii, bo oboje doskonale wiemy, że “niezbite dowody” to zbyt często luksus na który nie stać społeczeństwa. Jakbyś nie twierdziła, że ten żart jest oryginalnym, spisanym przez niego raportem ze sprawy, albo nie wyprowadziła mnie z błędu, że takie żarty są tu standardem… to wciąż bym w to wierzył.
                                    - Wygląda jak oryginał. Mogę poprosić kogoś o weryfikację, ale to zajmie.
                                    - A obecność kapłana… - podjął wcześniejszy temat - Zmienia postać rzeczy. Poproś go aby przygotował na jutro zaklęcie Wykrycia Relacji. To rzadko używana magia, ale będzie wiedział o czym mowa. Wtedy ci z radością powiem czego sam się dowiedziałem i mam nadzieję, że razem damy radę dojść do sedna tej sprawy.
                                    - Tak jak powiedziałam, sama sprawdzałam czy jestem córką Aegona, więc wiem o tym zaklęciu. Dobrzę, przekaże mu. - westchnęła - Czy coś jeszcze zostało nam do ustalenia?
                                    - Chyba wszystko, wodzu. Jakbyś mnie szukała to pewnie będę tam gdzie najchętniej się śmieją.
                                    Viktor wykonał jakiegoś rodzaju półsalut i wyszedł, obracając się na pięcie.

                                    Szedł przed siebie z półuśmiechem na twarzy. Dotarł za jeden z namiotów, za którym wierzył, że przez ten moment nikt go nie widzi, a gdzieś po drodze zgarną Fisusia.
                                    Drżącą dłonią wykonał sigile, które okryły całe jego roztrzęsione ciało płaszczem niewidzialności.

                                    Kaylie & Khal

                                    - Ave... - usłyszała infernalny szept gdzieś z boku i dostrzegła turkusowego węża, któremu ledwie głowa wystawała spomiędzy pakunków na wozie. - Co tam? Coś ciekawego? - zapytał, gestem głowy wskazując książkę.
                                    Kaylie lekko drgnęła, gdy usłyszała infernalny szept. Skierowała twarz w stronę dźwięku, a widząc wystającego węża spod pakunków zdjęła rękę kierującą się już do miecza.
                                    - To moja księga zaklęć. - wytłumaczyła cicho w infernalnym i wróciła wzrokiem do lektury - Nudzisz się?
                                    - Nie - zaprzeczył chowaniec - Viktor jest po rozmowie z Filią… usłuchała twojej rady… i rozmawiali głównie o wydarzeniach sprzed trzydziestu lat…
                                    Lord Fistaszek mówił powoli. Przeciągając odrobinę głoski, jak ktoś dający znać, że pod słowami kryje się drugie dno i spodziewa się zrozumienia tego.
                                    - Mhm. - mruknęła - Czy nie powinieneś więc porozmawiać z Filią? Jestem przecież wiedźmą, która uczyni krzywdę twojemu Viktorowi. - ciągle wpatrzone w książkę powoli wypowiadała słowa.
                                    Fisuś milczał chwilę, ale z jego wężowego pyszczka nie dało się krztyny emocji wyczytać.
                                    - I wszyscy troje, a może nawet czworo…- gestem pyszczka wskazał miecz - rozumiemy, że najpewniej mam rację. Myślałem, że może z tej waszej zabawy może jednak coś dobrego można wyciągnąć, ale jeśli wieść na “z Viktorem mogłoby być lepiej” pierwszą odpowiedzią jest mi wbić szpilę, to zaczynam mieć wątpliwości…
                                    Kaylie dała dłonią znać, aby wąż do niej się przysunął, ale tylko głębiej się schował i już zza pakunków mówił.
                                    - Ni cholery! Pamiętam twoje metody argumentacji! Znajdź kogoś swoich rozmiarów!
                                    Kaylie zamknęła księgę z westchnieniem.
                                    - To chcesz bym poszła do niego czy nie? Jeżeli jednak chcesz to chodź wespnij mi się na ramię. - patrzyła uważnie w stronę węża.
                                    - Nie robisz tego dla mnie - żachnął się Fisuś, ale wpezł jej w rękaw - Masz jakieś zaklęcia eksfiltracyjne? Chłop dołożył starań by szpion Filii go nie śledziła. Jeśli sprowadzimy mu na głowę samą możliwość, że za nami podążyła to wszystko diabli wezmą…
                                    - Diabli wzięli już dawno temu. - skrzywiła się w uśmiechu - Mam, mam. Więcej niż moją magię. I na pewno nie robię tego dla ciebie, nie wyobrażaj sobie. Nie zasłużyłeś na lepsze traktowanie, tchórzu. - złapała palcami pyszczek chowańca - Nie próbuj marudzić. Podaj kierunek. - szepnęła odsuwając rękę i chowając pod ubraniem księgę zaklęć.

                                    Viktor patrzył w nocne niebo, z rękoma splecionymi na karku, oparty o na wpół zwalone drzewo. Wiedział, że Fisuś zniknął i nawet domyślał się o co mogło chodzić. Mógłby zmienić lokację, ale… czy naprawdę chciał? A i definitywnie nie byłoby to tak łatwe bez chowańca, któremu ciemność nie przeszkadzała.

                                    Nie wiedział co powinien zrobić, nie wiedział co chciał zrobić… więc po prostu wciąż się gapił w gwiazdy, jako jakąś formę wizualnej medytacji. Niech przez chwilę istnieją tylko te gwiazdy. Tylko Tu i Teraz...


                                    Fisuś zaprowadził Kaylie na skraj polany, trzysta metrów w głąb lasu. Obniżenie terenu musiało zmieniać ją w mokradło w jesiennych miesiącach, ale to nie był jeszcze ten moment. Miriady gwiazd rozświetlały nocne niebo spomiędzy chmur, z którymi powoli przegrywały bitwę o dominację.

                                    Fisuś wyprowadził Kaylie tyle, aby na metr przed polaną się znaleźć. Na tyle aby ją widzieć, ale by samym pozostać niewidocznymi.
                                    - Dobra - wężowy szept w infernalnym brzmiał dziwnie… adekwatnie. - Widziałem go takim i w Cheliax miał na to prostą i perfekcyjnie skuteczną metodę.
                                    Istne. Morze. Cycków.
                                    - Nie sugeruję byś w tę stronę próbowała iść, a wręcz odradzam. Khal nie zachowuje się jak Viktor którego znam i nie obstawiałbym fortuny, że viktorowe metody tu zadziałają.
                                    - Ty naprawdę się o niego martwisz. - szepnęła powoli idąc w lewo, przeklinając w myślach swoje ułomne elfie zmysły - To słodkie.
                                    - Tia… - przytaknął Fisuś, przedłużonym dźwiękiem i odłożył na kiedy indziej pytania o jej relację z mieczem. To nie był na to moment. - Jeszcze trochę i będzie mógł nas usłyszeć. Nie jesteśmy specjalnie skradni. Jak chcemy to zrobić?
                                    - Instynktownie. - odparła krótko Kaylie.
                                    Z pyszczka Fisusia wydało się nie do końca zadowolone syknięcie, otworzył go by coś powiedzieć, gdy przerwał mu głos z polany.
                                    - Fisuś! - głos Viktora był podniesiony, choć nieco zmęczony - Czuję, że tu jesteś i czuję, że knujesz! Możecie przyjść otwarcie!
                                    Syknięcie Fisusia było już całkowicie niezadowolone.
                                    - Przepraszam. - Kaylie wyszeptała do chowańca i bez dalszych ostrzeżeń cisnęła wężem w stronę Khala. Jak tylko Fisuś wyszedł z zasięgu niewidoczności pojawił się w przestrzeni, ciśnięty do swojego właściciela.

                                    Lord Fistaszek krzyknął z infernalnym akcentem, a Viktor nagle zalany panicznym strachem swego chowańca, zerwał się na nogi jak sprężyna… ale w ciemności ledwie dostrzegał kształty pojedynczych drzew, a pędzący mały wąż był zupełnie niewidzialny i postrzegany tylko po krzyku. Khal był precyzyjnie świadom momentu gdy przeleciał on obok niego, ale było już zbyt późno by wystawiać ręce, choćby na oślep.

                                    Fistaszek przerwał krzyk gdy poczuł szarpnięcie. Było to uczucie zgoła inne od uderzenia w ziemię, ale i tak potrzebował momentu aby zebrać się do otworzenia oczu. Wisiał w powietrzu, niecałe pół metra nad ziemią.
                                    - Z jakiego, przeklętego powodu miałabyś zrobić coś takiego?! - zapytał chowaniec, gdy strach i adrenalina dopiero zaczynały go opuszczać.
                                    Khal poczuł czułe dotknięcie dłoni na swoim policzku pochodzące z lewej strony i usłyszał zmartwiony głos Kaylie zza swoich pleców.
                                    - Khal...

                                    Viktor… znieruchomiał. Mozolnie wybudowany, w ostatniej godzinie, mur samokontroli został gwałtownie zburzony uderzeniem strachu chowańca. Khal próbował go na szybko poskładać. Odzyskać z trudem osiągnięty spokój, ale… zbyt wolno. To szło mu zbyt wolno. Opuścił głowę z ramionami, spuszczając z siebie powoli powietrze.
                                    - Kaylie… kruszyno… - jego głos nie miał w sobie krztyny nonszalancji, czy zadziornej pewności siebie, która wydawała się dotąd dla niego tak naturalna, że brzmiał teraz prawie jakby nie należał do Khala - Doceniam… że przyszłaś. Ale nie chcę byś mnie takiego widziała… proszę… daj mi czas się pozbierać i porozmawiamy o tym w obozie, dobrze?
                                    Kaylie przeszła przed mężczyznę i złapała go za dłonie.
                                    - Nie.
                                    ”Nie”? - powtórzył z niezrozumieniem, we własnej głowie.
                                    Co znaczy “nie”?!
                                    Wyciągnął dłonie z jej rąk.
                                    - Kaylie. Słońce, ty moje - jego głos nie był już… jak wcześniej. Teraz głos należał do trzeciego prawnika Egorianu. On wcale nie prosił, ale z pełną uprzejmością… żądał - Potrzebuję trochę przestrzeni dla siebie. Twoja chęć pomocy została odnotowana i doceniona, ale poszanowanie dla moich granic również prezentuje sobą nietrywialną wartość. Proszę. Uszanuj je.
                                    Kaylie nie ruszyła się z miejsca.
                                    - Nie przyszłam tu oczekując od ciebie czegokolwiek. - spokojny ton kobiety przypominał ten, gdy pierwszy raz okazał słabość przy niej - Nie chcę znać szczegółów. Na wszystko przyjdzie pora jak zdecydujesz. Przyszłam ci towarzyszyć, nawet jeżeli w całkowitym milczeniu. Nie zostawię cię teraz samego.
                                    Khal nie widział jej oczu w ciemności, jedynie generalną sylwetkę i odpowiadało mu to. Jakby zobaczył jej zrozumienie, albo współczucie to mógłby nie dać rady utrzymać pionu… ale nawet bez tego siła, którą dał radę na moment przywołać, już go opuszczała… Wypuścił z siebie powietrze zrezygnowany.
                                    - Zgaduję, że nie mam praw własności do tej polany… - stwierdził, jakby od niechcenia prezentując ją gestem samej dłoni i, na wpół po omacku, wrócił gdzie wcześniej siedział, kierując spojrzenie w gwiazdy, z których ostatnie miały skryć się za chmurami nie dalej niż w ciągu godziny.

                                    Kaylie usiadła obok mężczyzny, choć nie na tyle, aby mu przeszkadzać. Była blisko lecz nie na tyle żeby swoją obecnością być uporczywa. Jak mówiła - siedziała w ciszy. Nie przeszkadzała nawet głośnym oddechem.

                                    Viktor długo milczał, wciąż wpatrzony w gwiazdy w jakiejś zadumie. Fisuś szybko dołączył i zwinął się spiralnie na jego barku, wyglądając w czarnym niebie przyszłości tak samo jak Khal. W pewnym momencie Kaylie poczuła uścisk jego dłoni na swojej na co Kaylie odpowiedziała własnym uściskiem, ale wciąż nie powiedział ani słowa.
                                    Dopiero później… w czasie który trudno było ocenić gdy brakło punktów odniesienie odkaszlnął, sprawdzając czy głos go nie zdradzi.
                                    - Nawet nie bardzo jest o czym mówić. Dowiedziałem się jedynie, że Yasperhyde i Blackfyre są przyjaciółmi. Już wtedy byli. I trio dopełnia nikt inny jak Hieronim Crawcolt.
                                    Kobieta nie puszczała dłoni Khala.
                                    - Podobne charaktery się przyciągają. - cicho powiedziała - Filia ci to powiedziała?
                                    Przytaknął ruchem głowy i mruknięciem.
                                    - Pokazała mi akta z procesu mamy. W pierwszej chwili nawet nie mogłem po nie ręki wyciągnąć. Dawniej gotów byłbym zabić za wgląd w nie… bah… dziś rano może i bym zabił… są puste. “Dowody: zeznania społeczności”. Nawet daty nie miały. Pokazała mi akta innej sprawy. Drobne oszustwo na cenie zboża. Spisane szczegółowo, że w Cheliax by nie mieli się do czego przyczepić. Oba te dokumenty spisane ręką Aegona i podbite jego pieczęcią. Do dziś, gdy zdarzały mi się przebłyski klarowności, musiałem sam przed sobą przyznawać, że mógł być oszukany. Przekonany fałszywymi świadectwami, bez świadomości skazujący… - głos zadrgał mu słabością i ugrzązł w gardle, a wtedy poczuł jak palce dłoni Kaylie głaszczą górę trzymanej dłoni Khala w uspokajającym i wspierającym geście. Czułym. Ciepłym. Wyrażającym... zrozumienie?
                                    Cisza przedłużała się, gdy Viktor znów zbierał siły.
                                    - …ale nie. Od początku wiedział. Ale moja… młodsza siostrzyczka… - wymawiał te słowa w jakichś sposób powoli. Jakby smakował ich, czy w ogóle mu opowiadają - dziwnie to brzmi. Tak czy siak… Filia wyraźnie nie wiedziała. I chyba nawet jej wierzę, że jakby przynieść jej dowody to własnego ojca, wraz z resztą Trio, by posłała na szubienicę. A przynajmniej chyba-wierzę, że ona w to wierzyła w tamtej chwili.
                                    - Powiedziałeś jej? - zapytała po chwili - O pokrewieństwie?
                                    - Jeszcze nie. To nie jest rewelacja jaką się ujawnia bez dowodów, bo się kłamcą zostaje obwołanym. To byłoby wiarygodniejsze, że zwyczajnie kłamię, bo mam jakieś niezrozumiałe cele. Jest w obozie kapłan któremu ona ufa. Poprosi go o przygotowanie zaklęcia które to potwierdzi i to on jej to powie. Myślę… że wtedy będzie więcej niż chętna pomóc mi szukać… mamy… i na pewno pomoże zorganizować sytuację gdzie bym przynajmniej z odległości widział Aegona. To by wystarczyło aby wykluczyć opcję, że to on jest rodzicem, którego dzielimy.
                                    - Nie wiem czy powinieneś doprowadzać do tego w trakcie naszej misji. Zanim nie zrealizujemy wszystkiego w kopalni. - powiedziała patrząc mu w oczy. Już wcześniej zobaczył, że przy nim zdjęła maskę - Ta informacja i dla niej będzie szokiem, a nie wiem czy nie wpłynie to na następne ruchy i może nawet doprowadzić do nieoczekiwanych skutków próbie odbicia tych ludzi.
                                    Viktor myślał krótką chwilę nim odpowiedział.
                                    - Jeśli to jest błąd to już go popełniłem. Nie mam opcji odwrotu, a jeśli dziewczyna przysiądzie i przemyśli dlaczego kazałem jej o to zaklęcie prosić… to zrozumie implikacje i bez mojej kooperacji. A zaklęcie będzie czekało na użycie… Jeśli będzie cierpliwa to nie walnę jej tą wiedzą w potylicę. Wprowadzę ją w nią podobnie jak ciebie wprowadzałem w moją tożsamość, wtedy, na Dworze przed z spotkaniem Otto.

                                    - No cóż... Więc to już się stało. Zostało wierzyć, że nie stanie się nic czego się obawiałam. Lub ty to ogarniesz. - wtuliła się w ramię mężczyzny - I może poprzesz też mój plan, który może także przysłużyć się twojemu... I może temu jaki chciałaby widzieć twoja siostra. - przymknęła oczy wyraźnie sycąc się uczuciem jakie odczuwała z fizycznego kontaktu z Khalem.
                                    - Ah… do tego najpierw musiałbym go poznać… - odpowiedział, obejmując ją w talii i przyciągając do siebie, w wyćwiczonym optimum między łagodnością i zdecydowaniem.
                                    - To wiadomo. - nie oponowała na bliższe bycie przy mężczyźnie - Oczywiście wytłumaczę wszystko, jednocześnie prosząc was, aby nie zabijać tego mistrza soczków. - powiedziała powoli, jednocześnie sycąc się tym uczuciem bliskości. Bliskości pozbawionej zagrożenia.
                                    Khal uniósł brew, ale był to tylko mentalny gest. Kaylie poczuła jak jego mały palec znalazł drogę pod jej szaty na biodrze, ale nie szukał dalej. Spoczął ukontentowany, zwykłym dotykiem skóra do skóry.
                                    Gdy jego palce dotknęły skóry kobiety poczuł jak jej całe ciało zadrżało delikatnie.
                                    - I… brzmisz jakbyś nie chciała mi TERAZ wytłumaczyć powodów? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewał śmiech.
                                    - A powinnam? - zapytała lekko zadziornie... czy może mu się tylko wydawało?
                                    - Noo… jeśli wierzysz, że sama dasz radę przekonać Filię, że to dobry pomysł… to nie ma takiej potrzeby - odpowiedział i palcem smagnął ją delikatnie po czubku nosa. - Ale jeśli mam przygotować obronę tego stanowiska… to lepiej bym miał więcej czasu niż mniej… chyba, że… - zawiesił głos i przeszedł na sylwański szept - masz pewność, że szpion Filli was nie śledziła? Ona jest tu z nami na wyprawie.
                                    - Postarałam się opuścić obóz jak najbardziej skrycie. - wymruczała w tym samym języku - Więc nie sądzę byśmy byli podglądani... podsłuchiwani. Teraz. Po prostu zrzuć to na moje własne poczucie dumy. - drażniła się.
                                    Viktor milczał chwilę.
                                    - Ihali się ona nazywała - odnalazł imię w pamięci i wypowiedział na głos, by lepiej zapamiętać. Całe skupienie natychmiast wróciło do kobiety po jego prawicy. - No, ale nie bądź taka… - jęknął żałośnie, a śmiech widoczny na jego twarzy może i był skryty w mroku, to w jego głosie ani trochę. - Quaeso, quaeso, quaeso, quaeso… - głos prosił jednym tchem… ale wszystkie dziesięć palców, co znalazły drogę pod jej szaty żądały łaskotkami…
                                    Kobieta zaczęła się śmiać zduszonym głosem, nie chcąc zbyt głośno. Jednocześnie wiła się próbując uciec od łaskotek i odsunąć palce mężczyzny.
                                    - Kh.... Khal.... Co ty.... - próbowała wyrwać się śmiejąc.
                                    Śmiechy ich obojga rozświetlały nocną polanę, gdy ten szantaż trwał jeszcze kilka krótkich oddechów. Przerwał tak nagle jak zaczął kładąc dłoń na jej roześmianym i zarumienionym policzku.
                                    - Nie prośba, nie groźba, to może łapówka… - Głos miał nagle cichy. Niski i przyjemny. Jego spojrzenie tkwiło w światełkach gwiazd odbijających się w jej oczach, bo samych oczu w ciemności nie był w stanie dostrzec.
                                    Ruszył się. Płynnym ruchem z siadu przyklęknął przed nią i pochylił się, całując z uczuciem i intensywnością jakby jutra miało nie być… a Kaylie odpowiadała pocałunkowi, jednocześnie czasami mając dech wypowiedzieć krótkie słowa.
                                    - Do miasta... - szepnęła między pocałunkami - zabierzemy... - silnie obejmowała Khala dysząc - go... - sama czerpała niesamowitą radość z prostego pocałunku - na sąd. - w końcu wyrzuciła z siebie słowa częściowego wyjaśnienia.
                                    Viktor przerwał w końcu pocałunek, ostatecznie dając Kaylie złapać oddech odebrany jej haniebnie łaskotkami. Patrzył chwilę w światełka w jej oczach, gładząc kciukiem po policzku. Mroki kryły jego rozmarzone spojrzenie, choć elfia krew pozwalała Kaylie dostrzec jego… zarysy.
                                    Zwalił się na swoje stare miejsce i znów ją objął w talii.
                                    - Na sąd? - powtórzył w końcu - Tego się nie spodziewałem. Jakie jest drugie dno tego planu?
                                    Kaylie położyła jedną dłoń na swoim brzuchu jaki w rytm jej oddechu unosił się w dół i do góry.
                                    - Ludzie z miasta... chcą sprawiedliwości. - urwała, aby wziąć głębszy oddech - Baltizar ma umiejętności poruszyć większą ich ilość opowiadając o niesprawiedliwości i tym jak sąd Evercrest może ją dać tym, którzy ucierpieli. - spojrzała na twarz Khala - A potrzebny będzie doświadczony i szanowany sędzia. Tak wyciągniemy z emerytury Aegona, na tą jedną ważną dla miasta sprawę. Nie będzie mógł odmówić kiedy ludzie będą tego oczekiwali. Siła tłumu, Galt o tym wie. - urwała, choć nie było to wszystko.

                                    - Rozumiem… i co… Fisuś? Co się dzieje?
                                    Kaylie nie widziała węża zwiniętego w kłębek a ramieniu Viktora, ale usłyszała zmartwienie w jego głosie.
                                    - Przepr… raszam. Próbowałem to odsuną, ale… to już czas.
                                    - Że… teraz?!
                                    - Nie, do stu CZORTÓW, jutro! Arghh…
                                    Kaylie spojrzała wybita z rytmu. Nie rozumiała co się dzieje.
                                    - Khal?
                                    - To… jest coś czego nie oczekiwaliśmy nie wcześniej niż za trzy miesiące. Fisuś ma pewnego rodzaju… rozwiązanie.
                                    - Nawet się NIE WAŻ tak tego nazywać? - warknął wąż boleśnie, ześlizgując się z jego barku, ale Khal przechwycił go, układając na swoich dłoniach.
                                    - Fisuś, oddychaj. Ćwiczyliśmy to wiele razy.
                                    Kaylie dostrzegła… drobny blask. Czerwona łuna zdawała wypełzać delikatnie spod jego łusek.
                                    - Jesteśmy tu z tobą i przejdziemy przez to razem - wspierał go Khal łagodnym głosem - Wiem, że boli… wiem.
                                    - Ughh… to nie jest normalne… coś we mnie pęka… i chrupie! Viktor! Coś we mnie CHRUPIE. Ty mi to zrobiłeś, dupku!
                                    - On rodzi? Jak my?! Czy ty z nim... - Kaylie była zszokowana.
                                    I Viktor i Khal umilkli patrząc na Kaylie ze sztyletami w oczach.
                                    - Nie - odpowiedzieli jednocześnie i chyba coś mieli jeszcze mówić, ale kolejne chrupnięcie wykrzywiło Fisstaszka i wyrwało z niego bolesny syk. Owinął swój ogon wokół nadgarstka Khala.
                                    - Tak, wiem.. - przytaknął Khal - Ale jestem tutaj, trzymam cię - uspokajał go dalej, gładząc powoli i starając się wyglądać pewnie i spokojnie, ale… widok przyjaciela w takim stanie nie byłby łatwy nawet bez łącza empatycznego, poprzez które czuł wszystko to co on, nawet jeśli “jak przez mgłę”. - Fisusiu, jesteś bardzo dzielny. Zobaczysz, że to za chwilę się skończy i to będzie tak bardzo warte tej chwili bólu, że zaraz o nim zupełnie zapomnisz.
                                    - Viktor! Ja się rozpadam - wykrzywił się znowu, mocniej zaciskając ogon, a czerwone światło wyraźnie już przebijało spod jego łusek, a one… poruszały się jakby coś pod nimi krążyło.
                                    - To wszystko przejdzie za chwilę.
                                    Kobieta powstrzymała się, ale już miała ochotę mówić mu "Przyj!". Ograniczyła się tylko do delikatnego pogłaskania jego łebka.
                                    Viktor kiwnął jej głową z wdzięcznością za wsparcie i znów zwrócił się do chowańca.
                                    - Musisz chwilę wytrzymać. To wszystko jest dla ciebie. Staniesz się potężniejszy. I będziesz miał RĘCE! Wyobraź sobie mieć dwadzieścia chwytnych palców!
                                    - “Ręce"!? - na wpół jęknął, a na wpół syknął - O jak cudownie! Co ja zrobię z rękami?! Ja tu umieram! Jakby… jakby…
                                    Fisuś zawył a spazm wygiął go tak, że aż Viktor poczuł ból gdy owinięty wokół nadgarsta ogon wykrzesał z siebie niemożliwą dla tak małego ciałka siłę.
                                    - A co, jeśli coś pójdzie nie tak?! Jeśli wyjdę… bez ogona? Albo zielony?
                                    - Będziesz pięknym, Fisusiu, nawet jakbyś był różowy i z trzema ogonami.
                                    - Dupek! Czuję jak ciebie bawi ta wizja! Ughh…
                                    - Wytrzymaj. Jeszce trochę. Jeszcze krótki moment. Oddychaj ze mną. Ehhh. Uhhh. Ehhh. Uhhh.
                                    - Oooch… czort. Viktor, to naprawdę się dzieje. Uh-uh-uh-uh…ja to naprawdę zrobię. Znajdę go… i zapytam: Azi… co to, do murwy nędzy, miało być?! To teraz. Khal… to się dzieje.
                                    - Tu chcemy odrobinę dystansu… - rzucił Khal do Kaylie, gdy wstawał. Odwinął sobie węża z ręki i położył go na ziemi kilka metrów dalej, po czym cofnął się do Kaylie. Fisuś wydał z siebie gardłowe warknięcie, ale teraz był to warkot wojownika, co na ostatniej prostej, siłą woli przemaszerowywał przez ból do celu. Czerwona łuna rozświatlała już go na tyle, że perfekcyjnie był widać jak jego wijącą się sylwetkę. Trwa wokół niego zajęła się ogniem pomimo wieczornie skroplonej wilgoci.
                                    - Arrrghhhh…
                                    Eksplozja zbyt dużej ilości krwi i ciała brzmiała mokrym plaśnięciem. Czerwona łuna wędrowała razem z nimi i Viktor dostał kawałkiem w twarz, gdy Kaylie dała radę uniknąć. Światło zgasło, a ogniki zostały ugaszone krwią.

                                    Światło zgasło i chwilę było cicho.
                                    - Fisuś, jesteś tam? - pytał Khal podchodząc bliżej, szukając. Kaylie widziała to czego ludzkie oczy nie dostrzegały. W miejscu węża był piekielny imp, powoli gramolący się z ziemi. Wyraźnie testujący swoje nowe ciało. Z leżenia podniósł się do czworaków. Potem do klęku i ostrożnie, tylko w niewielkim stopniu rozumiejąc koncepcję używania kończyn… wstał, oglądając swoje dłonie ze wszystkich stron.

                                    Kliknij w miniaturkę

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                      #53

                                      - Jestem, Viktor - opowiedział we wspólnym. Głos miał… inny. Nieco głębszy. Nieco… doroślejszy. - Udało się. Wszystko poszło jak powinno.
                                      Rozłożył skrzydła i machnął nimi kilka razy na próbę i wzbił się w powietrze… ale nie trafił w Viktora i przeleciał obok niego, lądując gdzieś w krzakach.
                                      - Ałałałał…
                                      - Ok, starczy tych wygłupów… - stwierdził kapłan, wyciągając zza kaftana amulet i założył go na szyję.
                                      ”I światło wam przynoszę, powiedział Sprawiedliwy”

                                      Inkantacja rozświetliła półszlachetny kamień, ciasno zabudowany mosiądzem w sposób, że rzucał on strumień światła tylko przed siebie. Trochę jak latarnia i z jego pomocą odnalazł chowańca, ale z krzaków… po jego rękawie wbiegł szczur.
                                      - Fisuś?
                                      Na pytanie szczurowi wyrosły skrzydła i kilka sekund transformacji potem, na przedramieniu Khal miał kruka.
                                      - A fyddech chi'n cael ychydig o amser i siarad am ein Harglwyddes a Chanllaw y Eneidiau, Ffaranma? - Słowa, które wydobyły się z jego dzioba brzmiały jak głośny szept, pozbawiony twardych dźwięków, ale ton miał bardzo oficjalny, niemal “orędowniczy” i przetykany znaczącymi pytaniami.
                                      - Hi, sy'n gweld pob dechrau a diwedd, sy'n gwybod eich llwybr yn y cylch bywyd a marwolaeth!
                                      - Co on mówi? - zdziwiła się Kaylie.
                                      - Heh. Wydurnia się. Posłańcy Pharasmy często przyjmują formę kruków. W Necrilu pyta czy mamy czas porozmawiać o “naszej pani i zbawczyni” oferując gwarancje bez pokrycia, o łagodnym przejściu na drugą stronę. Chyba frajdę mu sprawia, że może mówić w nie-infernalnym.
                                      - Abyś wiedział, że sprawia - odpowiedział w elfim, a Khal… zmarszczył brwi w konsternacji.
                                      - Z elfiego znam tylko jak brzmi. Dlaczego rozumiem co powiedziałeś?
                                      - Wiesz, że sam odpowiedziałeś w czystym efickim? - zauważyła kobieta.
                                      - Odpowiedziałem? Oh… Rzeczywiście. Tym bardziej nie wiem co się dzieje…
                                      - Kozioł Ofiarny przesyła pozdrowienia - kiwnął głową kruk - Ma ci się przydać.
                                      - Cóż… na pewno będzie ciekawie wreszcie rozumieć przekleństwa, którymi co poniektórzy rzucają w elfim pod nosem - uśmiechnął się Viktor, a Fisuś znów zaczął się zmieniać, by przeistoczyć się w formę nie inną jak… turkusowego węża.
                                      - Iii… to wszystko było po to abyś i tak wrócił do swojej poprzedniej formy?
                                      - Ej, dwa lata w niej siedziałem! Dziwnie się czuję z nadmiarem kończyn.
                                      - Znaczy… z ilością większą niż zero?
                                      - Doook-ładnie - zaintonował wąż, niemal śpiewnie - A do tego jeszcze te palce… brrr… nie wiem co wy w nich widzicie! Ale za to… potrafię: tak! - zakrzyknął i łuski zrobiły się przezroczyste, potem skóra, wnętrzności a na koniec i kości, pozostawiając dłonie Khala pozornie pustymi.
                                      - I to tak bez ograniczeń! Filia myśli, że ma fajnego szpiega? To niech patrzy na mnie!
                                      - To dobrze, że będziesz zmieniał formę, bo nie licz, że pozwoliłabym impowi obmacywać mnie pod kołdrą. - Kaylie stała z założonymi rękoma.
                                      Viktor uniósł brew, samymi ruchami oczu krążąc między Fisusiem a Kaylie, rozważając co mogła ona mieć na myśli.
                                      - Kaylie, kochanie… - przepraszający ton akompaniował unoszącemu się “samodzielnie” rękawowi Khala, gdy Fisuś wpełzał pod niego. Czuł się znacznie odważniej niż gdy był z nią sam na sam i to zupełnie widzialny. - Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ta przygoda od początku miała być tylko na jedną noc. Oboje mieliśmy swoja przyjemność, Ty moje niezastąione towarzystwo, ja twoje ciepełko…
                                      - Dobra, dość! - przerwał wywód Khal - O czym wy, do cholery, mówicie? - zapytał już w ćwierć roześmiany - Czego ja nie wiem? Może ja was samych powinienem zostawić?
                                      - Twój chowaniec pokonał więcej stopni niż ty. - wzruszyła ramionami.
                                      Viktor wzniósł w górę ręce, w geście akceptacji porażki.
                                      - Poddaję się. Przechodzę na emeryturę. Założę gospodę “Pod Smutnym Bydlakiem” gdzie będę opowiadał historie i mądrości życiowe, wiecznie czyszcząc jeden i ten sam kufel. Może przywdzieję habit, wygolę czubek głowy i celibat przysięgnę, ale jeszcze nie oceniłem czy AŻ TAK bardzo zostałem pokonany.
                                      - Tsk… myślę, że tak - odpowiedział z niby-niezadowoleniem Fisuś, spod jego koszuli - może lepiej abyś, by ukryć swój wstyd, udał się do Nidalu, gdzie wieść będziesz żywot kozy.
                                      - Pamiętasz, że byłbyś tam ze mną?
                                      Przez jeden oddech chowaniec milczał, analizując sytuacje.
                                      - Myślę, że zostanie mnichem będzie wystarczające.
                                      Kaylie spojrzała na Khala i wtrąciła:
                                      - Czy chcesz kontynuować... rozmowę? - zapytała drażniąc się dwuznacznością.
                                      Viktor zgasił rażący w oczy, zupełnie a-klimatyczny amulet i podszedł do Kaylie, starając się udawać, że przy nagłym braku światła wcale nie jest totalnie ślepy. Odnalazł w ciemności jej ramiona, nie będąc pewnym czy mu nie pomogła, ale potem było już łatwo.
                                      - Fisuś. Jak się czujesz z lataniem? - zapytał opierając czoło swoje o kaylowe.
                                      - Nie najlepiej jeszcze… a co?
                                      - No to weź pobiegnij do obozu, zobaczyć czy wszystko w porządku i czy nas przypadkiem nie szukają. Nie potrzebujemy dramy.
                                      - Dupek - skomentował wąż, ale popełzł nogawką na ziemię, gdzie nie porzucając niewidzialności transformował się w jakieś większe zwierze i pokłusował, z bardzo wątpliwą gracją, z powrotem.


                                      - A o czym my to rozmawialiśmy? - zapytał Khal, z udawaną niewinnością, gdy byli już sami.
                                      - O moim planie. - szepnęła Kaylie bawiąc się włosami Khala.
                                      - Ah, no tak. Plan. Hmmm… wiesz… to jest dziwnie… kuszące… gdy, tak dla odmiany, to mi jest plan tłumaczony. To jest niemal… - zamilkł niby-szukając odpowiedniego słowa -... egzotyczne.
                                      - Jest ustalony Aegon jako sędzia. Jest oskarżony. - mężczyzna poczuł jak dłonie Kaylie zaczynają szukać po omacku pasków zbroi - Brakuje oskarżyciela. Pro bono działającego dla ludu. Samego... - jeden pasek został rozpięty - Viktora... - drugi poluzowany - Goodmanna.
                                      - Hmmm… - zadowolone mruknięcie pobrzmiewało głęboką aprobatą. Składał już w głowie całą listę zalet tego planu, pod sześcioma różnymi kątami, ale… z niespodziewaną mocą przemawiała do niego scena, gdy młoda i bystra siksa, wykładała posiadaczowi niepisanego tytułu Trzeciego Pióra Cheliax plan dla wykatapultowania jego kariery, gdy mocowała się z jego paskiem.
                                      - Mów dalej… - zachęcił przyjemnym pół-głosem.
                                      Ciemność pozostawia tylko słuch i dotyk, a oba wyczuły jak kobieta rozpięła pas u spodni, gdy upadł z brzękiem na ziemię ciągnięty ciężarem buławy.
                                      - Wyrokiem będzie śmierć... a ja zajmę się egzekucją. - zsunęła zbroję z Khala - By lud czuł sprawiedliwość. - delikatne palce wsunęły się pod bluzkę i zaczęły ją ściągać by odrzucić na bok - I tak... Zbliżysz się do Aegona. I może na salony.
                                      Kaylie poczuła jego dłonie na swoich. Uchwycił ją i obrócił, w quasi-nagłym półpirucie by przyciągnąć do siebie. Jej ręce były skrzyżowane. Ich palce splecione. Czuła jego dłonie na swoich biodrach, a usta na karku.
                                      - Jakby któraś z moich asystentek była w połowie jak ty… - szepnął, na ucho tak blisko, że muskał je ustami - W połowie tak bystra. W połowie tak piękna. W połowie tak… niebezpieczna. To bardzo… źle zrobiłoby mojej kancelarii… - bez pośpiechu nachylił się do drugiego ucha, gdy jej pas lądował na ziemi - Bo zamiast pracować… - jego głos nagle pobrzmiał dzikością i nabrał agresji - …dzień i noc byśmy się pieprzyli jak króliki!
                                      Szarpnął za krawędź jej szaty, zrywając spinki, haftki i agrafki utrzymujące ją w “stanie skromnym”, wystawiając jej skórę i ciało na chłód nocy… i jego własne dłonie.
                                      Kaylie zamruczala, nawet gdy zimny wiatr przesunął się po jej nagiej skórze powodując grom reakcji ciała. Oddychała głęboko drżąc delikatnie pod wpływem chłodu i obecności mężczyzny. Zamknęła oczy wczuwając się w ciało.
                                      - Mam więc twoje poparcie w tym planie? - zapytała cichutko, jakby nie chcąc zburzyć atmosfery.
                                      Nie odpowiedział od razu, ale znów ją obrócił, z wystudiowanym latami prób i błędów, złotym środkiem między łagodnością i gwałtownością. Jak marionetkarz, którego kontroli tak łatwo było się oddać i wciąż czuć perfekcyjnie bezpiecznie. Bez krztyny dyskomfortu. Poczuła jego dłoń na swoim krzyżu i przyciągnął ją do siebie. Ich nagie, na dwa odrobinę różne sposoby, ciała docisnęły się do siebie. Kaylie nie widziała uśmiechu dzikiej przyjemności na twarzy Khala, ale wyczuła pojedynczy dreszcz który przeszedł przez jego ciało.

                                      I zwolnił nagle. Nie czuć od niego już było tego “marionetkarza”, ani siły, ani agresji. Była czułość i bliskość, gdy gładził jej policzek wierzem palców.
                                      - Pełne poparcie. Jakbyś to nie ty go wymyśliła, to byłbym na siebie zły, że ktoś pomyślał o tym przede mną…
                                      Kaylie uśmiechnęła się zadowolona. Gdyby Khal mógł widzieć teraz jej twarz to zobaczyłby jak czerwone miała policzki. Oddychała głęboko mając problem ze złapaniem wystarczającego oddechu, kiedy jej własny urywał się co chwilę.
                                      - Przybliżymy się do całej gromady. - położyła własne dłonie na policzkach mężczyzny - Będziemy się na nich czaić pod samymi ich nosami. - kobieta zaczęła składać delikatne pocałunki na szyi partnera - Uda ci się zostać mu przyjacielem i w ten sposób zdobędziesz potrzebne informacje oraz wpływy w mieście. A później dowody na wszystkie krzywdy jakie wyrządzono. - wtuliła twarz w szyję Khala - Zemstę ugotujemy na wolnym ogniu.
                                      - A jak zyskam moc… - zaczął, ale nie dokończył. Jednak nie był jeszcze gotów, by powiedzieć co chciał powiedzieć. Możliwe, że przez całe lata miał jeszcze nie być i to zakładając, że wszystko by poszło jak należy.

                                      Przez te kilka dni dał Kaylie wejrzeć w głąb swojej zwichrowanej duszy głębiej niż komukolwiek… kiedykolwiek. I nie stało się nic z rzeczy które przewidywał, z których powodu właśnie pozostawał dla świata posągiem ze spiżu o którym mówił Baltizar. Choć trochę innym niż miał on na myśli. Niecały oddech zajęło mu odrzucenie myśli “czy się myliłem w ich ocenie?”. Bez żadnego wysiłku przytłoczył tę myśl inną: “nie, to ona jest… wyjątkowa i nie mogę jej do tych szlaufów nawet porównywać”.

                                      - Zbyt bystra, dla własnego dobra, siksa… - pół mruknął, pół syknął z aprobatą gdy rozpoznał a potem przegonił smutny uśmiech, co mu na twarzy wyrósł w zadumie. Cieszył się, że nie miała jak go dostrzec. To nie był czas dla niego i odrobinę się nie lubił za tą reakcję w TAKICH okolicznościach.
                                      Sama Kaylie z przyjemnością trwała wtulona szyję mężczyzny i nawet delikatnie pomrukiwała z zadowoleniem.

                                      Skierował swe myśli na nagość ich ciał. Ciepło jej skóry. Cudowne poczucie [i]kłujących[/] go sutków. Dotyk jej dłoni na swoim ciele. Kształt krzyża i mięśni jej pleców które smakował własnymi palcami. Zarys początków pośladków pod opuszkami tych palców, gdy zerkały pod jej bieliznę i drobna, jedwabna koronka na ich wierzchu.

                                      Kobieta czuła, jak ciało pomimo chłodu oddaje gorąco, a sam brzuch zdawał się być bardziej gorący nawet od reszty. Policzki były rozpalone, a i tak pomimo tego odczucia szukała ciepła we wtulaniu się w Khala

                                      Kolejny, arcyprzyjemy dreszcz przeszedł jego ciało i podkreślił go zadowolonym mruknięciem. To było więcej niż mile widziane by Kaylie była świadoma jak na niego działa co sama przyjmowała z radością.

                                      - Zemsta to odległe plany… - szepnął, gestem samych palców obracając sygnet tarczą do wnętrza dłoni i zaklęciem rozświetlił drzewa i teren za nimi, precyzyjnie notując w pamięci ich położenie i kształt. Światło zgasło, gdy tą dłonią ujął jej biodro - Teraz nie na niej mi zależy…
                                      Płynnym ruchem obniżył postawę i chwycił ją pewniej, obejmując ją pod biodrami i poderwał w górę. Nie było to szarpnięcie. Nie było to gwałtowne, a zdecydowane i zdało się bezwysiłkowe, prezentując siłę której niewielu by się mogło spodziewać po kimś o nie-wybitnej posturze Khala, co spędził dosłownie większość życia zakopany w zwojach, księgach, pergaminach i raportach.

                                      Dość smukłe elfickie ciało kobiety również nie było budowy kulturysty, więc kiedy partner po prostu ją tak bez problemu uniósł jak piórko, ta z jakimś dziewczęcą radością zachichotała wtulając się w jego twarz. Wiedziała do czego to wszystko prowadzi i naprawdę była podekscytowana.
                                      - Khali... - szepnęła udając zaskoczenie naiwnej dziewczyny - Co ty robisz? Musimy wrócić do obozu... - stwierdziła, choć to stwierdzenie bynajmniej nie oznaczało szybkiej potrzeby powrotu, a raczej chęci szybkiego powrotu i wychodziło z ochoty podręczenia się z nim.
                                      Viktor wpół zachichotał, wpół zamruczał w ciemności i ruszył naprzód…


                                      Gdyby ktoś ich obserwował poprzez tę ciemność to widziałby Kaylie opartą łopatkami o drzewo i trzymająca się go nad głową jedną ręką. Jej szatę zwisającą swobodnie wzdłuż pnia i jej wygięte w przód, nagie ciało niekryte ani krztyną skromności. Zobaczyłby jak kobieta sama wygina się ku mężczyźnie i pomrukuje z radością, jakby nie mogła się doczekać dalszego rozwoju wypadków. Zobaczyłby jak porzuciła jakąkolwiek skromność i czasami wydawała z siebie nawet głośniejszy pomruk zadowolenia. Widziałby Khala stojącego przed nią. Zapartego i trzymającego jej biodro jedną ręką, a drugą podpierający krzyż, bo jej uda oplatały jego głowę i twarz, gdy pierwszy raz od dawna miał okazję komukolwiek zaprezentować jedną ze swych “cheliaxiańskich” technik… Ten ktoś mógłby się też zmartwić wysokością na której trzymał Kaylie…
                                      - Khali... Khali... - powtarzała jak mantrę drżąc na całym ciele.
                                      - Khali...
                                      Viktor uwielbiał momenty takie jak ten. Gdy jagnię wiło mu się pod tym co robił i wiedział jak wolniej, lub szybciej zbliża się ono do stanu, że może z nim zrobić co by tylko nie wymyślił. To, że nie miał przed sobą jagnięcia i, że tym razem pościg trwał znacznie dłużej niż zwykle i, że sam sobie go przedłużał… tylko potęgowało efekt i miał wrażenie, że momentami kręciło mu się w głowie i to nie z niechęci do przerw na wzięcie oddechu.
                                      Kaylie wiedziała, że zostało wyłączone jej logiczne myślenie. Wszelkie protesty jakie kiedykolwiek by miała straciły jakikolwiek sens. To nie był pierwszy raz, gdy tego doświadczyła, o nie. Zdarzyło się nie raz podczas ostatnich lat. Wiedziała, że się zatraca, ale w tym momencie nie miała nawet ochoty z tym próbować walczyć. Może tym razem nie było w tym ani krztyny alkoholu, jednak czuła to samo szaleństwo jakie czuła lata temu młodziutka dziewczyna jaka znalazła się w obozie podczas oblewania udanego intratnego zlecenia. Różnica była taka, że tym razem nie powinno być możliwości, że obudzi się rano z kacem moralnym.
                                      I tym razem na pewno będzie wiedziała kto był jej partnerem.
                                      - Khali... - szepnęła z jakimś proszącym wyczekiwaniem.
                                      - Moment… - mruknął, na wdechu - Podoba mi się tu… - przepraszał i prosił jednocześnie, gdy wyciągnął rękę i paznokciami zostawił pięć, ścieżek lekkiego zarumienienia skóry wzdłuż kręgosłupa. Ostatni oddech mu się kończył gdy wyciągnął się, podpierając Kaylie między łopatkami, zmienił postawę i podniósł ją do pionu, jakby jeździła mu na baranach… tylko nie z tej strony. Podrzucił ją kilka cali w górę, by wyplątać się z jej nóg, a światło sygnetu oderwanego od ciała na moment rozświetliło okolicę, rażąc w nieprzyzywzcajone oczy… ale pozwalając mu dostrzec… więcej…
                                      Wylądowała w jego ramionach, jak księżniczka z baśni, uchroniona przed upadkiem. Dyszał. Łapczywie chwytał powietrze, co tak skromnie je sobie wydzielał przez ostatnie minuty i szukał światełek gwiazd, odbijających się w jej oczach. Niby-anonimowość ciemności, niebezpieczna wyprawa na której byli, sojusznicy co staliby się wrogami, jakby wiedzieli. Możliwość, że jednak są obserwowani przez szpiega w postaci jaskółki a to jeszcze na tle wciąż przemawiającego echem rozpadu emocjonalnego, sprzed niecałego kwadransa… wszystko składało się w ogrom emocji i odczuć, jakich ze świecą mu było szukać, w klarownych, ułożonych i… mimo wszystko trywialnych podbojach w Cheliax.

                                      Odnalazł te iskierki… i wiedział, że w tym świetle to więcej sobie dopowiada niż widzi… ale postanowił sam sobie uwierzyć, że widział w nich wyczekiwanie. I sam też nie mógł się doczekać. Zbyt długo sobie tego odmawiał…

                                      Przyklęknął na ziemi i zamaszystym ruchem ułożył na niej Kaylie, tak, że ani kawalątek jej pięknej skóry, nie został skalany brudną ziemią czy mokrą trawą, a w całości leżała na swojej rozpiętej szacie.

                                      Powoli przeszedł przed nią. Pocałował w kolano i nacisnął… odchylają je w bok. Drugie w ten sam sposób usunął z drogi. Światło sygnetu jedynie sączyło się spod zaciśniętej pięści, ale… rozwarł ją na krótki moment, by choć w tej pojedynczej chwili móc spojrzeniem złapać ją całą, ale wbrew samemu sobie… jego spojrzenie i tak podążyło do jej spojrzenia.

                                      Powoli, bez pośpiechu wchodził na nią, nie szczędząc dotyku palców, ani ust, a nawet i szorstki zarost okazjonalnie wykorzystując, gdy chciał gwałtowniejsze uczucie wywołać.

                                      A Kaylie z oczekiwaniem pomagała mu dostać dostęp do każdego swojego kawałka, chcąc by nie bawił się nią długo. Pamiętała jak jej pierwszy partner tak się zachowywał, delikatnie, by nie skrzywdzić wystraszonej młódki. Wtedy nie miała doświadczenia, a teraz czuła się podobnie... Bo obaj mężczyźni tak delikatnie podchodzili.

                                      W końcu gwiazdki odbijające się w jej oczach były dokładnie przed jego twarzą. Wyciągnięta w bok pięść się rozwarła, kierując światło z sygnetu w jej wnętrze, w sposób, że tylko ten niewielki jego ułamek co odbijał się od skóry cokolwiek rozjaśniał. Jednak przyzwyczajone do mroku spojrzenia natychmiast dostrzegły oczy naprzeciw siebie. Zarysy rozwartych ust. Ich uniesione kąciki.

                                      - Gotowa? - nie pytał na prawdę, a jedynie uległ pokusie by jeszczę tę odrobinkę się z nią podrażnić. By jeszcze raz wyłudzić słowa co może i wcale niepotrzebne, to jednak tak pięknie brzmiały w uszach i pomiędzy nimi…
                                      - Khali... - mruknęła ze zmarszczonymi brwiami - Sam zrozumiesz jak sprawdzisz... - wydyszała.
                                      Viktor zrozumiał ale to, że już nazbyt dał się ponieść tym podchodom i zapamiętał na przyszłość. Uśmiechnął się tylko i sięgnął ręką w dół, wreszcie oswobadzając się ze spodni. Poczuła go, gdy znów wyciągał rękę w bok, by w tym momencie widzieć choćby zarys jej twarzy.
                                      - Iii… - zaczął i nagle jego mimika skamieniała.
                                      Spojrzał gdzieś w bok, prosto w ciemność.
                                      Ciężko oddychająca Kaylie drżała z nagromadzenia emocji, jakie rozpalały jej policzki.
                                      - Co...? - zapytała nie wiedząc czemu przerwał.
                                      - CZEGO?! - Khal ryknął z gniewem w noc.
                                      - Szukają was - odpowiedział Fisuś, siedzący w mroku, gdzieś w koronie pobliskiego drzewa - Znaczy jeden ze strażników pyta wszystkich po kolei czy ciebie kto nie widział. Pewnie już skojarzyli, że ciebie także nie ma. Nim się zbierzecie i wrócicie cały obóz pewnie dwa razy obejdzie.
                                      W świetle z dłoni, co rozwarła się bardziej niż Khal planował Kaylie widziała wściekłość, co wylała się na jego twarz. Zemł przekleństwo przez zaciśnięte zęby i pozwolił by gniew naturalnie przeistoczył się w głęboki i bolesny zawód.
                                      - Wybacz - przeprosił i ostatni raz ją pocałował, nim nie wstał, zapinając spodnie.
                                      Zaoferował jej rękę jaką prawie mechanicznie przyjęła.
                                      - Czemu...? - żal i zawód wylewał się z jej słowa - Czemu on nie powie, że jesteśmy sobą zajęci...?
                                      Khal zagryzł wargę rozważając. Może to byłoby tego warte?
                                      - Jesteśmy na terenie gdzie już raz spotkaliśmy wroga i to specyficznie tutaj. Filia prezentuje sobą archetyp dowódcy stawiającego duży nacisk na dyscyplinę i kohezję grupy. Tacy jak ona potrafią w takich momentach cały obóz ruszyć na poszukiwania “zaginionych”. Jeśli do tego dojdzie współpraca między nami i nasz posłuch u niej drastycznie ucierpią. Z nimi również szanse powodzenia twojego planu. Gdybyśmy dali komuś znać, że odchodzimy na pół godziny to byłoby zupełnie co innego, ale oni nie wiedzą czy nie zostaliśmy porwani gdy poszliśmy pęcherze opróżnić. Niestety, Fisuś nie został nigdy nikomu z nich przedstawiony i ma zerową wartość jako świadek.
                                      Kaylie wyglądała jakby była bliska płaczu, gdy z ziemi zbierała części ubrania.
                                      - Jasne, jasne! - z płaczliwym rozżaleniem ledwo była w stanie wypowiedzieć słowa magii jakie naprawiały rozerwaną szatę - JASNE! - z furią odziewała się na nowo drżąc ze stresu - Bo każdy normalny człowiek będzie planował zawczasu czy akurat w danym momencie będzie chciał się parzyć! Może ona chce harmonogram?! - na siłę założyła maskę i ciągle wściekła ruszyła w drogę powrotną nie patrząc w stronę mężczyzny.

                                      Viktor obserwował ginącą w mroku sylwetkę jeszcze kilka chwil, a otwarte szeroko oczy w żadnym razie nie pomagały mu widzieć więcej.
                                      - Whoah… Chyba powinienem był ZACZĄĆ od propozycji kontynuacji w namiocie…
                                      Popełnił błąd. Rozumiał perfekcyjnie gdzie i jak łatwo, było go uniknąć.
                                      - Ale zebrało mi się, kurna, na pełne i rozbudowane odpowiedzi… - a przecież doskonale rozumiał, że to o co kobiety pytają rzadko ma związek z tym co CHCĄ usłyszeć.
                                      - Fisuś, leć za nią, aż do obozu wejdzie cała i bezpieczna.
                                      - Ale…
                                      - Żadnego “ale”. Leć.
                                      Usłyszał trzepot skrzydeł, gdy sięgnął ręką w górę, rozświetlając pojedynczy listek nad głową zaklęciem światła. Potem w innym miejscu drugi i trzeci. Ubrał się szybko i pobieżnie pozapinał klamry, a rzemyków w ogóle nie wiązał. Za to dłużej szukał pośród trawy, nie wiedząc w ogóle czy to tam jest i co to będzie. W końcu spojrzał pod odpowiednim kątem. Padające światło odbiło się od wygiętej, ciężkiej agrafki z jakiejś-tam-czystości srebra, którą zerwał otwierając szaty Kaylie. Prawdopodobnie znalazłby się w obozie zamiennik… ale… on zepsuł, to wypada, aby on ogarnął.

                                      Wrócił powoli, rozświetlając sobie drogę światłem sygnetu, a Fisuś dotarł do niego, gdy zostało mu jeszcze grubo ponad pół trasy.
                                      - Bardzo jest zła?
                                      - Wściekła jak osa. Nie pokazuj jej się już dziś, bo gotowa użądlić. A jutro oczekiwałbym traktowania jak dziś rano, albo gorzej, skoro to już drugi faul. Stop. Metr przed tobą. Naprzeciw prawej stopy.
                                      Khal skorygował trasę o ostrzeżenie chowańca, rozważając co powinien zrobić. Widział jej oczy, słyszał jej głos, rozumiał frustrację… nie, Fisuś miał rację. Jakby byli w prywatnych okolicznościach może jakby zbudował scenę gdzie mogłaby mu wykrzyczeć frustracje w twarz, może nawet do kontrolowanych rękoczynów doprowadzić… to MOGŁOBY pomóc, ale nic z tego nie wchodziło w grę…
                                      - Szszszlag…
                                      - Co?
                                      - Przyszła do mnie, by pomóc mi w dołku i wyciągnęła z paskudnej dziury… i to jest jej nagroda.

                                      Cisza stała się ciężka i nieprzyjemna.

                                      - Nie chciałeś tego.
                                      - I ma to znaczenie?
                                      Fisuś wzruszył ramionami, ale Viktor ten gest jedynie wyczuł, a nie zobaczył.
                                      - W Cheliax połowę słabsze powody wystarczyły.
                                      - Nie jesteśmy w Cheliax - warknął Viktor gniewnie - I ona NIE jest z jagniąt!
                                      - Nie podnoś głosu już. Jesteśmy niedaleko - syknął chowaniec z naganą.
                                      - Czy ty… mnie właśnie ochrzaniłeś? - zapytał Khal niedowierzając, bo nigdy wcześniej nie brzmiało to poważnie.
                                      - Co proszę?
                                      - Fistaszek. Noga!
                                      Gardłowe warknięcie Viktora zdało się wygłuszyć wszystkie dźwięki w okolicy. Dla tej dwójki na pewno. Chowaniec przywołany rozkazem, wcale nie miał on ochoty ulec, ale… techniczny wybór wcale nie jest wyborem. Khal wymacał niewidzialnego impa. Pięść zacisnęła się boleśnie na cienkiej, nieludzkiej szyi, a uderzenie o drzewo rozwiało niewidzialność. Ujawnione dla oczu spojrzenie było przestraszone i nie do końca dowierzające.
                                      - Ci się chyba po transformacji klepki poprzestawiały, więc pozwól, że coś wyjaśnię…
                                      Fisuś syczał, z trudem chwytając powietrze, ale nie śmiał użyć pazurów na dłoni swego twórcy.
                                      - Jestem właścicielem. Ty jesteś własnością. Pan: mówi. Niewolnik: wykonuje. Możemy się bawić w przyjaźń, tak długo póki tam w środku smolnego serduszka rozumiesz co ci wolno, a czego nie…
                                      - Kh… ghy… i TO jess… khh… moj…a nagroda - wycharczał chowaniec przez zaciśnięte zęby, a w jego ślepiach odbijały się sylwetki orszaków piekielnych.
                                      Viktor zamrugał oczami, luzując odrobinę ścisk. Imp uniósł się na łapkach, by odciążyć szyję i złapać oddech.
                                      - Kha… haaaa… uhhh… Myślisz, że to ona cię znalazła?! Była zbyt zajęta książką! KSIĄŻKĄ! To JA ją do ciebie sprowadziłem - odwarknął Fistaszek, ale gniew ustępował powoli czemuś innemu. - Bo nie chciałem byś był sam… Wbrew własnym przekonaniom. Wbrew temu co sądzę o tej waszej zabawie. Z ryzykiem dalszej przemocy z jej strony… sprowadziłem ją. Dla ciebie. Wiesz co mi powiedziała po drodze?
                                      “Ty naprawdę się o niego martwisz”.
                                      Khal… milczał. Zamarł. Czuł jak żołądek mu się skręcał, gdy docierało do niego co właśnie zrobił. Jak plugawe były słowa które wypluł ze swojej gardzieli.
                                      - Martwiłem się… bo myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi… Jakiej frazy ty lubisz używać? Ah tak… Głuptas jestem, co nie? - zapytał z mroczną szyderą, nie do końca kryjącą zawód, żal… i złamane serce.
                                      Viktor otworzył dłoń powoli i odwrócił ją, pomagając chowańcowi się wspiąć.
                                      - Fisuś, ja…
                                      - Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia - odwarknął łamiącym się głosem - Gdy mistrz wezwie… niewolnik posłusznie przybędzie - rozłożył skrzydła i zniknął w ciemności.
                                      Khal… stał patrząc w swoja pustą dłoń. Szybko utracił z nim więź empatyczną gdy odleciał za daleko. Stał tak póki nie zakręciło mu się w głowie. Szybko rozpędzającej się hiperwentylacji z początku nawet nie zauważył. Zatoczył się w tył. Upadek w ciemnościach zdawał się trwać pół wieczności, ale cudem został przerwany przez drzewo. Uderzenie bolało, ale pozwoliło zachować pion, a ból… pozwolił wykrzesać z siebie odrobinę gniewu i powstrzymać panikę.
                                      Powoli osunął się na ziemię, wbijając paznokcie w skórę głowy, w dalszym bólu szukając wściekłości, a we wściekłości siły by się opanować. Już czuł mroki na skraju widzenia, przez oddech tak szybki, że nawet do płuc nie dawał rady dochodzić.
                                      Nie działało.
                                      Mroczki wygrywały.
                                      Ciało chciało tlenu.
                                      Za mało.
                                      Sięgnął ręką w bok i zdzielił się w twarz, z całej siły którą dał radę siebie wykrzesać. W pierwszej chwili myślał, że to już zupełnie przepchnie go na drugą stronę nieprzytomności, ale… Ból palił, rodząc ognisty gniew, który pokonał panikę uspokajając oddech i sam teraz szybko gasł. W zgliszczach które po sobie zostawił była już tylko mroczna, oleista apatia.
                                      - No tak. W końcu jestem… mną - stwierdził sam do siebie, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
                                      Wyciągnął zza kaftana jedwabną chustę i otarł twarz, a potem i tak dopiększył się magią, by wyglądać całkowicie reprezentatywnie. Musiał się jeszcze pokazać w obozie, dowiedzieć czy Kaylie z kimś rozmawiała i co potencjalnie powiedziała. Potem sprzedać jakąś bajeczkę zgodną z jej potencjalnymi zeznaniami. I wszystko tak aby nie kłamać… bo wciąż nikt mu za to nie płacił.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                        #54

                                        Kaylie

                                        Noc nie przyniosła magini wytchnienia, a poranek nie obiecywał poprawy.
                                        Kaylie obudził ogólny hałas obozu, krzątanie się żołnierzy, obijanie się garnków, rozmowy.
                                        Kiedy w końcu wygramoliła się z namiotu przywitało ją kilku strażników, którzy brali wczoraj udział w potyczce z bestią. Kiwnęli jej głową i wręczyli kubek z ciepłym ciemnym wywarem.
                                        - Kahve? Mamy też trochę Tygrysiej Czapetki, jeżeli chcesz. - Kahve to delikatniejsza odmiana kawy, z cukrem i mlekiem dla zabicia goryczy ziaren. Herbata z Tygrysiej Czapetki pomagała na kłopoty żołądkowe i odświeżała trochę oddech.

                                        Nieco dalej Kaylie zobaczyła Jor'a, który właśnie zajadał się jakimś mięsiwem. Pomachał kobiecie na przywitanie i zaprosił ją do siebie.
                                        - Witam, witam. Spokojna noc? - barbarzyńca poklepał kłodę na której siedział, zapraszając arkanistkę, aby usiadła obok.
                                        - Mój brat poszedł poszukać tego Viktora. Wytłumaczyć mu zasady gry. - podał kobiecie rondelek z kawałkiem mięsa na kości - Głodna?

                                        Viktor

                                        Viktor obudził się z delikatnym bólem głowy i nawrotem mroczków. Chwilę zajęło zanim świat się uspokoił. Obóz się już budził, a ludzie rozpoczynali swoje poranne rytuały. Kiedy sam wyczłapał się z namiotu jego spojrzenie spotkało się z martwymi oczami łosia. Głowa bestii leżała u jego stóp, pozbawiona jednego z rogów, który wylądował w dłoni kapłana zanim ten zrozumiał co się dzieje. Kiedy w końcu spojrzał w górę zobaczył jednego z barbarzyńskich braci. Oriego? Wojownik kiwnął Viktorowi głową na przywitanie.
                                        - Razem z bratem wyzywamy cię na pojedynek o względy pani Kaylie. Każde z nas przyniesie jej prezent, wykonany własnymi rękami, z bestii którą sami zabiją. Kaylie wybierze ten najbardziej jej miły i zarazem ogłosi zwycięzcę. - głos barbarzyńcy nie brzmiał jak sugestia, czy oferta. Wojownik przedstawiał sytuację jako fakt i najwyraźniej żadne uwagi Viktora, nie będą brane pod uwagę.

                                        Kilka chwil po tym barbarzyńca wrócił do swoich zadań, jeden z strażników podszedł do Viktora.
                                        - Komendant Filia wzywa cię do swego namiotu.
                                        Filia siedziała w swoim namiocie jedząc jakąś potrawkę i czytając kolejne raporty. Spojrzała na Viktora kiedy ten wszedł.
                                        - A jesteś. Dobrze. - skinęła ręką na postać, którą dopiero teraz spostrzegł kapłan.

                                        [media]https://i.imgur.com/2kQ7D7e.jpeg[/media]

                                        Elfi kapłan z złoto, srebrnej szacie z złotym kluczem na łańcuszku mógł być tylko kapłanem Abadara.
                                        - Viktor Goodmann, poznaj proszę Daviona, kapłana Abadara. Wytłumaczyłam mu, czego chcesz, ale to chyba do obgadania między wami. - elf spokojnie podszedł do Azazelity z wyciągniętą ręką.
                                        - Miło mi. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, iż Azazel chce tutaj spróbować ze swoją religią. - ton elfa jak i mimika twarzy nie wyrażała agresji czy podejrzliwości, czyżby wiedział o czymś więcej - Więc, po co chcesz, aby sprawdzał więzi krwi między ludźmi?

                                        Baltizar

                                        Pomimo lekarstwa Joriego, gnoma znowu nawiedziły koszmary, tym razem jednak inne.
                                        Nie widział typowych wizji oczu i macek. Przemieszczał się przez las, był wielki i masywny. Czuł jak drzewa uginają się kiedy przechodził, a każdy jego krok odbijał się głośnym tąpnięciem.
                                        Musiał coś złapać. Małe stworzenia, które przed nim uciekały. Goni jej już długo, zjadł kilka, zabił więcej, ale ciągle zostało mu więcej śmierci do wydania.
                                        W końcu wyszedł z drzewostanu, ale momentalnie został opleciony jakąś lepką liną, chwilę potem był ból i zimno i w końcu… umierał. Czuł jak ból ustępuje i wypełnia go… ulga.

                                        Kiedy otworzył oczy, leżał w swoim namiocie, Etrigan siedział na skrzyni w namiocie gnoma, natomiast ogar spokojnie spał u jego stóp.
                                        Na zewnątrz świat się też budził, a obóz wracał do życia.
                                        Na zewnątrz zobaczył Inariona razem z Ofunem i Jorim. Dwaj alchemicy prowadzili jakąś dysputę, natomiast mag notował coś w swej księdze. Zerknął na Baltizara, kiedy ten wyszedł z namiotu.
                                        - A, dzień dobry szefie. Mamy kiełbaski i jajka jeżeli chcesz śniadanie. Jor i Ori poszli coś sobie upolować.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                          #55

                                          Gnom wyszedł blady z namiotu, zachwiał się. Rozejrzał błędnym spojrzeniem po okolicy. Wyciągnął dłoń. Kostur który wydawał się nieodłącznym towarzyszem bajarza sam wskoczył w jego dłoń. Wyglądało na to, że nie tylko zwierzaki ale i przedmioty nieożywione które posiadał są do niego przywiązane.
                                          - Ja bym… - wychrypiał, przetarł dłonią czoło opierając się na kosturze.- .. ja myślę, że tym razem przydałby mi się łyk czegoś zdecydowanie… mocniejszego.-
                                          - Ciężka noc? - zapytał Jori - Mam trochę Cheliaxianskiej Whiskey Pieprzowej. Powinna rozgonić mroczki i cokolwiek innego. - alchemik sięgnął do swojego plecaka i po chwili wyciągnął butelkę, z której przelał trochę bursztynowego płynu. Wręczył go gnomowi - Sądziłem, że mikstura którą ci dałem powinna wybronić ciebie przed... koszmarami.
                                          - Są koszmary których żadna mikstura… żadna magia nie potrafi odpędzić… najwyraźniej.- odparł Baltizar i sięgnął po trunek i wypił duszkiem kilka łyczków, zakrztusił się. - Mocne.-
                                          Odetchnął głośno i uśmiechnął się słabo.- To nie tak, że nie przywykłem do koszmarów… acz dziwne, że ten akurat pamiętam.-
                                          - To co tym razem ci się śniło? Otto powiedział mi o naturze koszmarów, które normalnie cię gnębią.
                                          - Przeżyłem śmierć… giganta… oplecionego zimną macką. Giganta polującego w lesie na maluczkich.- odparł Baltizar i zamyślił się gadając bardziej do siebie niż do Jori’ego.- Może to i dobrze… że widziałem… jest miejsce w okolicy, w którym to liczę na takie… sny.-
                                          Jori zastanowił się chwilę.
                                          - Brzmi jakbyś przeżył śmierć tego eksperymentu, który wczoraj utłukliśmy.Ciekawe…
                                          - Eksperymentu?- zamyślił się Baltizar i potarł kark.- Może i ciekawe, ale w naszej sytuacji… mało użyteczne. Może dla mnie bardziej, gdy będę komponował nową opowieść. Taka inspiracja zawsze się przyda… ale chyba tylko mi.-
                                          - Są ludzie których bawi horror ciała. - zauważył elfi alchemik - Ciekawi mnie natomiast, czemu widziałbyś jego ostatnie chwile w swoim śnie. Gdyby była tu Lawenda, mogłaby pomóc.
                                          - Niby jak? - zaciekawił się Bajarz.
                                          - To kolejna z córek Otto. Magini o nie lada talencie, spędziła kilka ostatnich lat w Cynosure, domenie Desny. Pewnie mogłaby ci pomóc.
                                          - Nie sądzę… by warto było podejmować ryzyko. Radzę sobie.- uśmiechnął się gnom. I rozejrzał się pytając.- Jest gdzieś tu w okolicy jakiś strumień, albo rzeczka?-
                                          - Chcesz się umyć, to chłopaki skołują ci wiadro wody. Chcesz skorzystać, to tam masz krzaki. Chcesz rzygnąć, to załatwimy ci puste wiadro.
                                          - Potrzebuję wody… na kawę.- wyjaśnił Baltizar.- Myślę że przyda mi się dziś coś wyjątkowego.-
                                          Ofun postawił garnuszek z wodą nad ogniem przed nimi.
                                          - Za chwilę powinno być gotowe
                                          Gnom sięgnął do swojego plecaka i z pietyzmem wyjął paczuszkę. Otworzył ją powoli. Rozniósł się zapach mocnej kawy z nutką czegoś ostrego. Gnom nasypał jedną porcję do zagotowanej wody i starannie wymieszał rozkoszując się zapachem.
                                          - Za jakąś godzinę pewnie wyruszamy. - odparł Jori wstając od ogniska - Miejmy nadzieję, że nie będzie już takich niespodzianek.
                                          - Niespodzianki to jedyne co nas czeka. Nie wiemy co kryje się w korytarzach kopalni.- ocenił gnom powoli popijając gorącą kawę.
                                          - Miałem bardziej na myśli na drodze. Kopalnia to kompletnie inna para butów.
                                          - Ponoć mamy zwiadowców na tej wyprawie. Może dziś popiszą się lepiej niż wczoraj.- odparł gnom popijając powoli kawę i rozkoszując się jej smakiem.
                                          - Oby, ale jeśli takich poczwar jak ta z wczoraj czeka nas w kopalni, to będę musiał przygotować kilka mikstur w drodze. Słyszałem, że masz zamiar tylko notować nasze wyczyny.
                                          - Ogólnie… nie jestem historykiem. Nie spiszę wszystkich szczegółów, tylko te ciekawe i heroiczne. - wyjaśnił gnom.
                                          Po czym wrócił do namiotu, by się spakować, a potem… powróżyć. Potasował talię i wyciągnął kartę wyznaczająco losy dzisiejszego dnia. Kartę przedstawiającą smoka zgniatającego krwawiący świat za pomocą swoich szponów.

                                          Kartę Tyrana, będącego zgubą swoich podwładnych. Gnom zamyślił się przyglądając tej karcie. Kogo ona oznaczała? Fillię? Khala? Może jego samego… możliwe że oznaczała iż dziś zabiją alchemika. Gnom cieszyłby się takim rozwojem sytuacji.
                                          Baltizar podrapał się po karku. Odruchowo nie lubił tyranów. Jako gnom niespecjalnie cenił scentralizowaną władzę. Rozumiał co prawda, że czasem trzeba ludzi wziąć za pyski, ale… to że to rozumiał, to że akceptował, nie oznaczało że lubił.
                                          Po spakowaniu się ruszył przez obozowisko przyglądając się przygotowującym się do wyruszenia podwładnym Filli. Notował coś od czasu do czasu zbierając materiał do swojej opowieści. Był tutaj niepotrzebny. Ukrywając prawdę za maską bezużyteczności był tylko obserwatorem… więc, obserwował beznamiętnie.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy