[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
-
Poszli szerokim łukiem wzdłuż ścian. Gdy zaczęli zbliżać się do wyjść z sali Viktor poprosił Kaylie aby trzymała się nieco z tyłu, ale zadowolony był z trzykrotnie mniejszej odległości niż wcześniej. Kaylie była do tego wyraźnie spokojniejsza i nie okazywała tego strachu co poziom wyżej. Khal obniżonym krokiem zbliżył się do załomu i wyjrzał ostrożnie, jakby oczekiwał gotowego batalionu goblińskich kuszników czekających aż personalnie Viktor Goodmann się wychyli… ale po spojrzeniu w głąb rozluźnił się nieco i wyprostował. Zawołał Kaylie gestem ręki i chwilę potem wszedł do środka.
-
Chyba nikogo więcej tu nie ma… - mimo słów pozostawał ostrożny, a pozycja była charakterystyczna dla tych co nie chcąc dać się zaskoczyć. To pomieszczenie było mniejsze. Kilkanaście większych i mniejszych klatek przy ścianach było puste, a w tyle spore podwójne drzwi, otoczone kamiennym łukiem.
-
Ktoś musiał je wypuścić na nas - skomentował, ale nie patrzył już na klatki, a rozświetlał sobie cienie w rogach równo przy podłodze, jak i suficie, aby upewnić się, że nie ma w tej sali żywej duszy, poza ich dwójką.
-
I nawiał na dół. - odezwała się Kaylie podchodząc bliżej mężczyzny - Nie sądzę by to był sam alchemik. Raczej to nie był goblin, bo byśmy mieli zwłoki tutaj. Współpracownik co może ogarnąć bestie? Kiedy na górze podeszłam do goblinów pierwsze łatwo uwierzyły, że jestem od niego, drugie dawały taką możliwość. Jeżeli poza nim nie byłoby nikogo poza zielonoskórymi, niewolnikami i stworami... Nie daliby temu wiary i sekundę.
-
To jest jedna z możliwości… ale ta niebezpieczniejsza, więc jak najbardziej to ją powinniśmy przyjąć - kiwnął Viktor głową - Jesteśmy tu sami - stwierdził, gasząc zaklęcie światła na pierścieniu - Za nami nasi, sufit nie zdaje się mieć tuneli, więc zostają tylko drzwi.
Podszedł do największej klatki i bez większego wysiłku przedstawił ją przed drzwi blokując ewentualną nagłą szarżę zza nich. Wyglądało to wręcz nieco groteskowo, gdy magia tak drastycznie wspomagała jego mięśnie. Zgarnął jeszcze po drodze stołek, stojący obok niej. Postawił go i usiadł, nagle wyglądając na bardzo zmęczonego. Skryżował nogi w kostakach, oparł dłonie na udach, a plecy wyprostował. -
Nie medytuję, ani nic… - zaprzeczył temu jak rzeczywiście wyglądał, gdy jeszcze zamknął oczy - tylko próbuję się trochę rozluźnić. Siły zebrać. Widzę, że zwarłaś z Filią szeregi… czy może to tylko chwilowe zawieszenie broni i znów będę mógł podziwiać wasze przeurocze sprzeczki kocic? - zapytał przyozdabiają twarz wymuszonym nieco uśmiechem.
-
Ja po prostu staram się być neutralna dla niej. - Kaylie przeszła za mężczyznę i poczuł on jej dłonie na swoim karku, rozluźniające jego mięśnie - To prędzej ja zobaczę uroczą sprzeczkę rodzeństwa.
-
Przy odrobinie szczęścia nie będą już konieczne - powiedział z miłym mruknięcie, pochylając głowę by ułatwić jej dostęp do karku - Nie kłamałem tam, że preferuję układy z których wszyscy wychodzą zadowoleni. Z Filią definitywnie wolę taki układ, szczególnie, że wiesz… ona też nie kłamała, że jest w stanie mnie wywalić za granicę na pstryknięcie palcem. Co innego, że potem bym wrócił i już nie byłbym tak otwarty, ale to zupełnie osobna sprawa. Ughhh… nie znoszę gdy moi oponenci dysponują dywinatorami. Nie ma na nich dobrej kontry…
Palce Kaylie dość umiejętnie uciskały i masowały kark Khala, choć nie robiła tego czystą siłą. -
Jest. - odparła - Śmierć.
-
… moja czy dywinatora? - zapytał, z pogłosem chichotu.
-
A jak sądzisz? - delikatne palce Kaylie przesuwały się przyjemnie po zmęczonej skórze.
-
Na górze... - odezwała się - Nie podjęłam ryzyka bez powodu. Podjęłam, bo mogłam więcej wygrać i szanse tragicznej porażki były minimalne.
Khal milczał chwilę nim wreszcie zebrał się na odpowiedź. Przez chwilę wydawało się, że w ogóle nie odpowie, zapominając się w masażu. -
Jutro o tym porozmawiamy, dobrze? - w jego głosie znów pobrzmiewało zmęczenie - Dziś… nie mam… chęci - Kaylie odnosiła wrażenie, że pierwotnie chciał użyć innego słowa. - Wiem, że się zbierają tematy, ale to nie na to moment - to była dobra wymówka. I dopiero w niuansach można by dojrzeć odcienie nieszczerości.
-
Jasne. - odparła spokojnie kobieta dalej zajmując się masażem. Nic nie wskazywało, aby była zirytowana tą odpowiedzią Khala.
Viktor nie powiedział tego w żadnym momencie, ale był wdzięczny Kaylie za rozmowę która się urwała. To nie ciało było zmęczone, a duch potrzebował odpoczynku, ale i duchowi masaż pośrednio pomagał, a gdy stała za jego plecami… mógł przestać zmuszać swoją twarz by wyglądała serdecznie i wesoło. Jakby ktoś przyklęknął przed jego pochyloną twarzą łatwo by dostrzegł w jego zmarszczonych brwiach, spiętych powiekach i lekko wykrywionach ustach nie zmęczenie a zmartwienie, gryzące go głębiej niż komukolwiek byłby gotów teraz przyznać. Ale nikt nie mógł dojrzeć jego twarzy.
Dał sobie kilka minut nim nie uścisnął z wdzięcznością dłoni Kaylie.
-
Dzięki, Kruszyno… - wstał powoli, odwrócił się i przytulił ją na krótki moment. - Potrzebowałem tego… a teraz wróćmy zanim znów zapomną jak się sznurowadła wiąże i będą nas potrzebować - warknął ze śmiechem, przekrzywiając głowę, nieco komicznie.
-
Już chcesz wracać? - zapytała zdziwiona, ale zadowolona przytuleniem- Nie zobaczymy co jest za drzwiami? Filia mówiła byśmy nie schodzili niżej. To nie wydaje się być niżej.
Viktor milczał chwilę analizując potencjalne zagrożenia za nimi. -
Myślisz, że możemy ich samych zostawić na tak długo? Gotowi się zgubić w tej pojedynczej sali… - mówił trochę nieobecnie, ale już zdążył podnieść klatkę i przestawiał ją na bok. W tonie jego głosu słychać było, że straż Evercrest utraciła w jego oczach.
-
Może zacznijmy ostrożnie… - zaproponował, przykucając przed zamkiem, szukając oznak potencjalnej pułapki.
-
Ktoś powinien ich doszkolić poza umiejętnością radzenia sobie z pijakami na ulicy czy kilkoma złodziejami. - stwierdziła czekając.
Viktor odsunął głowę i poszturchał jeszcze mechanizm drutem. -
Wydaje się bezpieczne, ale… stańmy tu może… i jakbyś spróbowała Dłonią Maga je otworzyć… - proponował z zachęcającym uśmiechem. On nie miał dostępu do telekinezy w żadnej formie.
Kaylie odsunęła się z nim do tyłu i wypowiadając słowa zaklęcia wezwała telekinetyczną siłę mającą otworzyć drzwi...
...ale nie stało się nic. Drzwi ni drgnęły. -
Więc będzie trzeba zrobić dziurę w podłodze. - podśmiała się.
-
Hmmm… żadnego speca od zamków chyba ze sobą nie zabraliśmy. To jakby dziura się nie udała pewnie najprościej będzie Jora poprosić aby je otworzył...
-
A ty nie byłbyś w stanie? - zapytała - Skoro tamte kraty podniosłeś...
Viktor nagle poczuł się… wyzwany. Zmarszczył brwi, bo nigdy nie był wrażliwy na tego typu manipulacje, ale jakby teraz to oddelegował to… jego poczucie własnej męskości by ucierpiało… i nie mógł z tym zrobić nic innego niż ulec. Skrzywił się i zachichotał jednocześnie. -
Hej. Mówiłem o najprostszym rozwiązaniu - uśmiechnął się, biorąc do ręki młot. Niby zwykła stal, ale magia zaklęcia wciąż rozświetlała jego odblaski. Jeśli tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem. - Cofnij się trochę. Mechanicznej pułapki raczej nie ma, ale w tym polu kontr-dywinatorskim nie mam jak magicznych szukać.
Przestawił potężną klatkę tak aby tylko zawiasy były dostępne. Tak na wszelki wypadek, jakby po drugiej stronie coś na nich czekało.
Ścisnął młot oburącz i uderzył w zawias z siłą pod którą musiał on ulec. Wyłupany kawałek kamienia z otaczającego ich łuku strzelił w jego udo, ale nie zrobił krzywdy.
Odczekał chwilę, nasłuchując czy po drugiej stronie czegoś nie słychać, czy jakiś gaz się nie zaczął ulatniać, czy jakaś magia nie brzęczała w powietrzu… nic z tych rzeczy.
Drugi zawias był zbyt wysoko dla wygodnego uderzenia i puścił dopiero po drugim podejściu, sypiąc mu pyłem w twarz. Skrzydło drzwi opadło na podłogę z głuchym łomotem i pochyliło się trochę do wnętrza, opierając się na klatce i, w mniejszym stopniu, zamku.
Khal wypluł kamienne łupiny z ust, odczekał moment nasłuchując i zajrzał przez szczelinę do środka….
Na razie nic nie widział, pomieszczenie w środku było ciemne, z braku opcji szybko splótł zaklęcie światła, które pokazało, że faktycznie jest puste, z kolejnymi schodami wiodącymi w dół.Viktor uniósł klatkę i uderzył nią w skrzydło drzwi, wywalając je na ziemię samym jej pędem. Odstawił na bok, spoglądając na Kaylie, zadowolony z siebie. Wszedł do środka by spojrzeć w dół schodów… gwoli potwierdzenia, że istotnie jest to pełne zejście na niższy poziom, a nie drobna różnica wysokości.
Gdy tylko minął łuk drzwi poczuł jak duża ilość cieczy spada na niego, jakby ktoś opróżnił wiadro z wodą prosto na jego głowę. Chwilę później poczuł okropny ból w lewej dłoni, zarówno on jak i Kaylie zaczęli słyszeć dźwięk pękających kości. Viktor próbował krzyknąć z bólu i udało mu się, ale z trudem, czuł jak jego język puchnie, nie mieszcząc się już w ustach. Ból dłoni w końcu ustał, a Viktor z przerażeniem odkrył, że jego lewa dłoń posiada obecnie 11 palcy.- Khal! - arkanistka w pierwszym momencie chciała dotknąć mężczyznę, ale się zatrzymała. Nie chciała dotknąć tej cieczy...
- Możesz iść? Musimy się stąd ewakuować.
Viktor opanował mętlik w głowie, katalizując swą wolę i nią opierając się siłom co wyraźnie działały by rozerwać jego człowieczeństwo. Warknął niezadowolony, ale kiwnął głową. Z odrazą dostrzegł swoją rozrośniętą dłoń. Spróbował coś powiedzieć, ale już na pierwszej sylabie słyszał, że bełkot wydobywający się z jego gardzieli jest zwyczajnie poniżej jego godności… Cokolwiek się działo… przestało. Strzepnął ramionami przywołując dłuższy, gruby rękaw kryjący jego dłoń i chustę na dolnej połowie twarzy. Cholerne pole kontr-dywinacyjne. Z działającą detekcją magiczną by nie wpadł w coś takiego. Cofnął się kilka kroków i zastawił przejście klatką, po czym sięgnął za płaszcz. Wyciągnął kartkę z podkładką oraz ołówek.
“Tymczasowe. Sprowadź Joriego.”
Nawet w tym momencie jego pismo było nienagannie eleganckie.- Nie mogę cię tu samego zostawić. Chodź za mną. - troska w głosie była wręcz namacalna.
Viktor pokręcił głową.
“Nie pokażę się tak!” - dwukrotnie podkreślone i wskazał pierwszą wiadomość, a potem samego siebie i kciukiem, że jest w porządku. - Ta twoja durna duma! Choć podejdź kawałek, a nie zostawaj blisko zejścia!
Kaylie biegiem wróciła do głównej ekspedycji, chwytając Joriego, kiedy tylko ujrzała alchemika i odciągając go siłą z powrotem do Viktora. Po drodze wyrzuciła z siebie litanię słów starając się opisać sytuację, chociaż alchemik głównie zrozumiał słowa jak "drzwi", "rozwalił", "ciecz", "palce". Więc nie wiedział za bardzo czego się spodziewać, kiedy arkanistka praktycznie rzuciła nim obok adwokata.
Jori zerknął na Viktora, który robił wszystko, aby schować swoje mutacje.- Co się stało?
Adwokat diabła marszczył brwi w niezadowoleniu, pogłębianym tylko tym, że nie był w stanie nawet obnażyć uzębienia w irytacji. Strzepnął ramionami usuwając iluzję rękawa i zaprezentował dłoń… przewrócił oczami sam na siebie i strzepnął ponownie pozbywając się również chusty z twarzy. Zmutowana dłoń nie drażniła go w połowie tak bardzo ten cholerny język, odbierający mu jakąkolwiek szansę na godną prezencję.
Alchemik patrzył przez chwilę tępo na Viktora, po czym wybuchł śmiechem, wskazując język adwokata. - Żaba! - zawołał imitując przypadłość adwokata, co wypełniło khalowe spojrzenie żądzą mordu.
- Przestań! - Kaylie warknęła na Joriego - To nie jest zabawne!
- Musisz najwyraźniej nie widzieć tego samego co ja. - odparł alchemik i westchnął - No dobra, zobaczmy czym cię potraktował. - elf przejechał palcem po mokrym ubraniu Viktora i jak gdyby nigdy nic polizał ciecz - U… ok mam złe wieści i dobre wieści. Dobre wieści mogę to naprawić. Złe wieści, będzie wymagało skalpela bo jest permanentne.
Viktor strzepnął ramionami, znów kryjąc swoje mutacje. Naskrobał coś na kartce i pokazał.
“A to pewnie w Evercrest dopiero?”
Pisał w niespotykanie szybkim tempie. Jedna z wielu drobnych zdolności Viktora.
Kaylie wyraźnie była zmartwiona co chwilę patrząc na Khala.-
Nie możemy czekać. Teraz to pozbawi go magii…
Alchemik pokręcił głową. -
Ech, śmiertelnicy są zabawni tylko raz… Zejdzie samo za godzinę. Mogę ograniczyć sprawę języka, abyś mógł przynajmniej mówić, język będzie niestety dość sparaliżowany.
“Ładnie poproszę” - Pismo było kaligrafowane, z eleganckimi zawijasami i inicjałowaną ornamentowo pierwszą literą. Viktor przyozdobił by to jeszcze przepięknym uśmiechem, no ale tej możliwości los mu chwilowo skąpił.
Alchemik wyciągnął jakiś liść z sakiewki i włożył go adwokatowi pod spuchnięty język. Viktor poczuł zapach przypominający miętę i miód, oraz zaczął odczuwać mrowienie w języku.
Kaylie natomiast mogła zauważyć jak opuchlizna z języka spada, ale sam język zaczyna przybierać fioletowy kolor. -
Och, dobrze, nie jesteś uczulony. Inaczej byłoby naprawdę ciekawie. Radzę uważać od tej pory, jeżeli zaczyna używać swoich mutagenów jako pułapek, to może być tylko coraz niebezpieczniej.
-
To wystarczyło go polać cieczą by zmutować go? Czy to, co na nim zostało ciągle jest niebezpieczne i może zadziałać na każdego, kto wejdzie w kontakt?
-
Paruje szybko, chociaż zostanie trochę na ubraniu. Radzę uważać przy następnym praniu. I tak lepiej, żeby nikt go nie dotykał… póki mutacje same nie znikną, to będzie oznaczało, że mutagen stracił na mocy.
-
Król Kurtz kupił klólowej… tfu.. irrumatol - warknął Viktor i przewrócił oczami słysząc, że nawet przekleństwo nieco wyseplenił. - Król. Kurtz. Kupił. Kró-lo-wej… Karreli. Korale… dobrze. Jak mówię powoli daję la… radę kontrolować język. Aktywator był magiczny i zbiornik też był gdzieś indziej. Albo telepolta… telepoRtacja. W tym polu kontR-dyw… wieszczeniowym nie mam jak ich znaleźć, ani roz… bRoić. Do przemyślenia… dzięki Lo… Vah! - wziął wdech, odsuwając frustrację - Dzięki Jori. Miałbym pewne trudności z wyjaśnieniem tego - uśmiechnął się pół krzywo, pół przekornie.
-
A może wystarczy by został przemyty wodą? - zasugerowała Kaylie - I te ubrania spalone? Lub... Czy oczyszczenie ich magią nie będzie dobre?
-
Na pewno nie zaszkodzi - stwierdził Viktor, mówiąc powoli, aby kontrolować zesztywniały język. Porzucił gestem iluzję, ujawniając lekki pancerz z grubej skóry i odwrócił się do Kaylie rozkładając nieco ręce, by ułatwić jej dostęp. Starał się nie dać poznać, że drażni go forma lewej - Chwilowo i tak tego nie spalimy, bo potrzebuję jednak jego ochrony - uśmiechał się serdecznie gdy mówił.
-
Jak chcesz mu zrobić kąpiel to jak najbardziej. Nie wiem, czy zaklęcie o którym myślisz by poskutkowało. Gdybyś jakoś go wysuszyła, to byłoby lepiej.
Kaylie uśmiechnęła się i wypowiedziała krótkie słowa inkantacji dołączając proste gesty. Zupełnie znikąd pojawiła się tylko nad Khalem rzęsista ulewa, jakby został oblany cedrem z wodą. Stał tak, nie kryjąc w spojrzeniu, że liczył jednak na mniej “inwazyjną” prestidigitację, znaną głównie z oczyszczania urbań podróżników, lub świecenia fajerwerkami. Sięgnął tylko zdrową ręką i poklepał się dwa razy palcem po piersi, zamykając nadwymiarową przestrzeń. Woda nie powinna się tam dostać, ale zwoje w jej środku potrafiły być wrażliwe. Westchnął pod strumieniem i wyrósł mu na twarzy zadziorny uśmiech. Doceniał tego typu humor. Dawał otwarcie dla przyszłych kontr i bardzo ciekawych interakcji. Pozwolił wodzie lać się po nim i samą prawą ręką upewnił się, że z włosów i brody wypłukane zostały wszelkie resztki mutagenu. Pełna kąpiel musiała jednak poczekać.
- W porządku, starczy… brrr… lodowata - stwierdził występując z strumienia, ale… podążył on za nim. Opuścił ręce i spojrzał na Kaylie z niepoważną frustracją - Mogłabyś? - zapytał wskazując palcem w górę, w nieokreślone źródło zimnej wody.
Jak i ulewa pojawiła się niespodziewanie tak i niespodziewanie przestała. Kaylie spojrzała z krzywym uśmieszkiem na Joriego. - Myślisz, że wystarczy?
Alchemik się uśmiechnął. - Och, chyba widzę trochę na jego włosach.
Spojrzenie Viktora nie wymagało słów. “Wszyscy troje wiemy, że to bzdura…”
I w tej sekundzie Kaylie wywołała kolejną magiczną ulewę nad Khalem na siłę panując nad śmiechem. Viktor zamknął tylko oczy i zastygł w akceptacji swego losu. - Kruszyno, Jori… dziękuję wam z całego serc... - nie zdążył dokończyć, gdy kolejna ulewa spadła mu na głowę, a Kaylie już nawet nie próbowała udawać powagi.
Śmiali się razem, prawdopodobnie wyrzucając ostatnie stresy i bolączki, w pewnym momencie Viktor, wcale nie przerywając śmiechu, a jedynie kryjąc w nim inkantację sam wystrzelił z dłoni strumień wody. Dziesiątki litrów nie miały realnej siły, ale było ich dużo.
-
Kto wodą wojuje od wody moknie! - zakrzyknął w zemście, gdy jego śmiech tylko nabierał intensywności.
Kaylie otrzepała włosy. -
A właśnie miałam zamiar cię wysuszyć. - wzruszyła ramionami i ograniczyła się do wysuszenia siebie magią - Ale teraz to już nie wiem. Jori?
Viktor powoli przesunął dłoń by wycelować w alchemika, uśmiechając się diabelsko. -
Zachęcam do poważnego przemyślenia swoich następnych słów… w końcu ty ją sprowokowałeś do już niepotrzebnego oblewania mnie lodowatą wodą… - ostrzegał niemal niewinnie.
Jori jedynie uśmiechnął się szeroko. Dwie flaszki z wodą poleciały w stronę Azazelitów, pokrywając ich oboje od stóp do głów, sam alchemik nie pozostał suchy, śmiejąc się niczym dziecko. -
Wróćmy do obozu, chcę by Filia zobaczyła złego kapłana diabła jak się bawił z resztą! - klepnela Khala w plecy wywołując mokry odgłos klaśnięcia.
-
Może dajmy jej się pobawić w detektywa i wnioskować ze zmierzwionych włosów i nieregularnego pofałdowania ubrań, zamiast dawać jej odpowiedź na tacy i jednak mnie wysuszymy? - zapytał z proszącym uśmiechem. Zabawa zabawą, ale to go jednak nieco wyziębiło.
Grupa wróciła do reszty ekspedycji, która najwyraźniej powoli zamierzała się zbierać, aby kontynuować eksplorację. Komendant zerknęła na nowo przybyłą trójkę.
-
No, wróciliście. Co się stało i czemu potrzebowałaś Joriego? - zerknęła na Viktora, który pomimo że suchy, był bardzo nieuporządkowany - A z tobą co?
-
Małe komplikacje - odpowiedział, potrzebując poświęcać więcej skupienia niż chciał, aby brzmieć mniej więcej jak zwykle. Między innymi pomijając zidentyfikowane “problematyczne” głoski - Już po. Wymagana była wiedza alchemiczna. Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem. W sytuacji gdzie wieszczenia są niemożliwe szukanie ich… nie jest łatwe, ale nie niemożliwe.
Filia uniosła brew słuchając Viktora. -
Brzmisz jakbyś sobie sparzył język… porządnie. Zakładam, że "Pojawiła się magiczna pułapka z mutagenem" oznacza "Wpadłem w magiczną pułapkę z mutagenem"?*
-
Powoluj…. ekhmmm… - westchnął ciężko gdy jego cwaniacka, nieco bezczelna odpowiedź została bezpowrotnie zniszczona przez niewspółpracujący język. - Świadome… niebezpieczeństwo zawodowe - rozłożył ręce, mówiąc powoli. Tak by mieć pewność, że wypowie to poprawnie. - Tymczasowe. Jo-Ri złagodził skutki uboczne. Jestem sprawny w najważniejszych aspektach.
-
Nie, nie jest. - wtrąciła Kaylie - Jori mówi, że minie za godzinę, teraz mniej. Umyliśmy go, bo był zalany mutagenem, ale jeszcze zostały problemy... - zastanowiła się - Z dłonią.
-
Nie możesz powiedzieć czegoś takiego i nie pokazać. - odparła Filia.
-
To krępujące dla niego. - szepnęła i zwróciła się do Khala szeptem - Pokaż siostrzyczce. Ważne by wiedziała co się stało i czemu nie możemy jeszcze ruszyć.
Khal chciał coś powiedzieć, pewnie zaprotestować, ale zrezygnował.
Uniósł iluzoryczny rękaw ukazując kawałek ręki. Dość aby Filia dobrze zobaczyła o co chodzi, ale tylko tyle. I trzymał ją blisko siebie, aby możliwie mało ją prezentować poza ich zamkniętym kręgiem.-
Ot… kilka dodatkowych palców - skomentował beztrosko i schował mutację - Zamiast pełnej tal… taRrczy mogę przy-mocować sobie puklerz i tyle w temacie. A te bestie ktoś intencjonalnie na nas wypuścił. W kolejnej sali są puste klatki. Godzina może uczynić… różnicę…
-
Jak i te palce uczynić niemożliwym wezwanie niektórej magii. - zaprotestowała.
-
Na szczęście ta magia na której mi zależy wymaga jednej sprawnej dłoni - odpowiedział z pogodością i nutą wdzięczności w głosie. Wciąż nieco seplenił, pomimo głębokiego skupuienia, przez co brzmiał… nieco śmiesznie. Skierował swoje spojrzenie na Filię - Ograniczy to moje możliwości walki w zwarciu więc raczej przesunąłbym się do drugiego szeregu póki mi poprawna anatomia nie wróci, ale ta ważna magia pozostaje bez szwanku. Oceń sama co jest cenniejsze… ta godzina, czy moja tarcza. Co innego, że może w tę godzinę udałoby się skonstruować jakieś osłony pod którymi by się przechodziło. Ten mutagen próbował również zezwierzęcić mój umysł. Ktoś o słabszej woli… - ruchem niemal niezauważalnym nawet z bliska wskazał strażników w tle - mógłby wpaść w szał, a nie wiemy ile ich jeszcze możemy spotkać.
Filia chwilę się zastanowiła. -
Nie istnieje zaklęcie, które by nas obroniło przed czymś takim.
-
Może udałoby się aktywować pułapkę poprzez oszukanie jej, że ktoś tam przechodzi. - wtrąciła Kaylie - Telekineza.
-
Może, ale najpierw trzeba ją znaleźć. - szybko splotła zaklęcie, jej oczy delikatnie zabłyszczały - Dobrze, ja będę na przedzie. Powinnam mieć szansę znaleźć te pułapki.
-
Cóż…- zadumał się na chwilę Viktor - Jeśli wierzysz w siebie dość by ryzykować, to i ja w ciebie wierzę - serdeczny uśmiech rozświetlił jego twarz. Filia na pewno rozumiała to co do niej powiedział i jak dewastujące dla morale jej ludzi byłoby gdyby mutagen zmienił ją w rozszalałego łasicoczłeka.
Oddziały ponownie ruszyły z Filią na przedzie. Przechodząc przez drzwi, które wcześniej zostały zapułapkowane komendant się zatrzymała. Przykucnęła przy ziemi, przyglądając się dokładnie podłodze.
-
Wydaje się bezpiecznie, ale bądźcie metr za mną. - Blackfyre wykonała krok do przodu, po czym zatrzymała się natychmiast.
-
Ok... widzę pułapki. Pełno ich tu...
Kaylie rozejrzała się i spojrzała na strażników. -
Przysięgnijcie tu truchło psowatego.
Viktor skrzywił się, bo sam nie dostrzegał nic z tego co wzmocnione magią zmysły Filii jej mówiły. Gdy strażnicy wybiegali po zwłoki, on sam wyszedł do poprzedniego pomieszczenia… kilka uderzeń młota później wrócił z długim na kilka metrów stalowym prętem odłamanym z największej klatki. Chwycił go jedną ręką na końcu, drugi wyciągając daleko przed nich i oparł go na ziemi. Postawą i mimiką nadał temu wygląd pokazu nonszalancji, zamiast chęci ukrycia dłoni. -
Istnieje mała szansa, że pułapka, nawet aktywowana z odległości, byłaby w stanie wybrać cel, więc poczekajmy na coś mięsnego, co może by ją zmyliło.
Po kilku minutach strażnicy przytaszczyli truchło jednego z psów i rzucili u stóp komendant. -
No dobrze więc. Jor, Ori, moglibyście pokazać jak daleko potraficie cisnąć tym truchłem? - barbarzyńcy nie potrzebowali większej zachęty, zaczęli się przepychać który może rzucić truchłem pierwszy. W międzyczasie Filia nakierowała ich na pierwszą pułapkę.
-
Jeżeli zadziała to nie dotykajcie znowu truchła. - przestrzegła Kaylie - Wtedy Viktor prętem będzie ciało przesuwał dalej.
Chłopaki kiwnęli głową, razem cisnęli martwym psem, który wylądował trochę przed pułapką, ale doturlał się, aktywując ją. Grunt pod truchłem zionął ogniem, niemal zwęglając psa. Komendant przekrzywiła głowę. -
No cóż, przynajmniej nie jest monotonny. Dawajcie chłopaki idziemy dalej. - pół godziny zajęło grupie przejście w ten sposób przez pomieszczenie. Musieli się wrócić przy okazji po jeszcze dwa ciała. W końcu jednak dotarli do kolejnych schodów.
-
W końcu. - odparła Filia zmęczona całą tą zabawą - Przygotować się, bogowie jedynie wiedzą co nas tam czeka.
-
-
Ekspedycja dotarła do ostatniego poziomu kopalni. Ten wyglądał inaczej od poprzednich, bardziej niż dawne miejsce poboru kruszcu i metali, to wyglądało jak ruiny starożytnej świątyni. Chociaż co do bardziej spostrzegawczy widzieli, że część kamieni została ociosana relatywnie nie dawno. Atmosfera była napięta, wszyscy pamiętali potworności wyższych poziomów i obawiali się jakie to szkaradztwa szalony alchemik wyśle na nich teraz. Wkroczyli do kolejnego szerokiego pomieszczenia, być może kolejna arena?
Po dokładnych oględzinach druidki, jak i chowańca Baltizara miejsce wydawało się bezpieczne. Filia zdecydowała, aby ruszyć dalej do kolejnego pomieszczenia.Nagle, z mroku rozległ się głośny chlupot, a coś gęstego i lepkiego wytrysnęło z mrocznego sufitu, oblewając strażników w całości. Krzyki przerażenia odbiły się echem od kamieni.
– Co to jest?! – zawołała jedna ze strażniczek, wycierając twarz, na której błyszczała przezroczysta, mleczna substancja. Jej głos drżał od paniki.
Pierwszy z nich opuścił miecz, patrząc na swoje ręce, które zaczęły pokrywać się szarymi żyłkami. – Nie mogę... nie mogę ruszyć palcami! – jego głos przeszedł w pełne grozy wycie, gdy zauważył, jak skóra na jego dłoniach zaczyna twardnieć, zyskując chropowatą fakturę.
Jeden z młodszych strażników spróbował otrzeć ciecz z ramienia, ale w miejscu, gdzie jego palce dotknęły lepkiej mazi, skóra zamieniła się w szary kamień. – Pomocy! Na Abadara, co się dzieje?!
Powoli, jakby złośliwa siła żerowała na ich przerażeniu, proces przyspieszał. Ich ruchy stawały się coraz bardziej ograniczone, a oddechy płytkie. Strażniczka, która jeszcze chwilę wcześniej trzymała miecz, wypuściła go z brzdękiem, gdy jej ręka uniosła się w bezruchu, zmieniając się w posągową kończynę.
Zbroje i ubrania nie stanowiły żadnej ochrony – ciecz przenikała przez tkaniny, wżerając się w ciało pod nimi. Jeden z mężczyzn upadł na kolana, próbując złapać oddech, gdy jego nogi zdrętwiały i znieruchomiały.
– Pomóżcie mi... nie chcę... – jego błaganie urwało się, gdy jego twarz stężała w wyrazie czystego przerażenia.
Ciszę przerwało tylko ciche pęknięcie, gdy pierwszy z nich całkowicie zmienił się w posąg. Pozostali patrzyli na siebie w panice, ich twarze wykrzywione w niemym krzyku, aż w końcu i oni stali się nieruchomymi sylwetkami, niczym groteskowe figury ustawione na przeklętej scenie.
Nie wszystkich jednak spotkał ten smutny los, tuż przed oblaniem ekspedycji Kaylie, poczuła jak ktoś ją unosi i odrzuca od drużyny, dziewczyna wylądowała solidne trzy metry od wszystkich z kilkoma otarciami. Kiedy się odwróciła ujrzała jedynie powoli kamieniejącego Jor'a. Zadowolony uśmiech zastygał na kamiennej twarzy barbarzyńcu.
[media]https://64.media.tumblr.com/cf281d2585011c73ea685ffacfc4252d/tumblr_n31d8uKhGA1r55cpwo8_250.gif[/media]
Baltizara na jego strategicznej pozycji za wszystkimi ominęła kąpiel, z której wysuszenie zakończyło się petryfikacją.
Khal natomiast zobaczył jak Filia osłania go własną tarczą, dostając podwójną dawką cieczy. Kobieta nawet nie zdążyła się odezwać kiedy kamień uciszył ją na zawsze.
Trójka sług Azazela nie miała czasu zrozumieć co się stało kiedy, usłyszali cichy dźwięk kroków. Do pomieszczenia wkroczyła nowa postać, ubrany w proste szaty starszy mężczyzna. Jego skóra pokryta bliznami i przebarwieniami, jego oczy delikatnie zamglone.
[media]https://i.imgur.com/a9YZoue.png[/media]
Mężczyzna rozejrzał się z zadowoleniem po nowych statuach, kiedy zauważył trójką przeżyłych.
- Och, patrzcie państwo. Komuś się udało. - jego głos był dziwnie życzliwy i przyjazny - Gratuluję. Zakładam, że jesteście częścią tej ekspedycji?
-
Kaylie w szoku patrzyła na Jora, nie rozumiejąc jego zachowania. poświęcił się dla niej... Czemu?
Słysząc słowa alchemika spojrzała wściekle na starego psychopatę. Czy jego petryfikacja właśnie... ich zabiła? Czy tylko przygotowała na eksperymenty?
-
Nie chcesz cierpieć... - zwiększyła uchwyt na mieczu - ...poddaj się od razu. - głos Kaylie ociekał nie strachem, a złością.
-
Proszę dziecko. Nie uczono cię negocjacji? Nie grozi się temu, kto trzyma wszystkie karty. - alchemik mimo wszystko trzymał się na bezpiecznej odległości od arkanistki.
-
To jest wyjątkowo… irytujące. Zepsułeś mi zakończenie. Jak to teraz będzie wyglądało na kartach księgi? To takie…niepasujące do reszty historii. Gdzie jest ta wielka konfrontacja, gdzie krew, gdzie dramat ?- burknął Baltizar w irytacji sięgając po kartę.
-
Rzeczywistość często zawodzi. Chociaż możesz być pewien, że dramat się nie skończył. - alchemik dokładnie przyjrzał się trójce - Nie widzę na was ubrań straży. Najemnicy? Altruiści?
-
A jakie to ma dla ciebie znaczenie? - odpowiedziała Kaylie.
-
Chcę wiedzieć z kim mam doczynienia. Najemników można przekupić, z altruistami jest trudniej. Jestem jednak pewny, że będę w stanie was przekonać.
Viktor roztarł skronie, jakby migreny dostał… głównie aby uspokoić oddech. Blisko było.
-
Po pierwsze zacznijmy od sprawy najważniejszej.... - ton miał… zirytowany.
-
Czy to jest odwracalne? Przynajmniej ta jedna - wskazał Filię kciukiem, jakby od niechcenia - Zdążyła mi za skórę zaleźć i już zacząłem pracę, aby w najbliższej przyszłości mi to wszystko bardzo przyjemnie odpracowała - mrugnął znacząco, z nie do końca przyzwoitym uśmiechem. Szybko ustąpił on znów miejsca niezadowoleniu, ale głos nie miał w sobie wrogości ani nawet konfrontacyjnej nuty.
-
Jak najbardziej, martwi nie mają dla mnie wartości ponad badania jak umarli. Jednak, to co mówisz, sugeruje, że nie tylko odejdziesz, ale chcesz współpracy. - alchemik uniósł brwi na Viktora.
-
Nie rozpędzajmy się za bardzo, ale jest na to pewien potencjał, więc… zobaczymy? - zaproponował, wznosząc lekko dłonie, jakby w geście niemocy. - Może zacznijmy od początku … - zaproponował, ale jego uwagę znów pochłonęła posągowa Filia… z wrednym uśmieszkiem wyprowadził jej pstryczka w nos… w pełni godząc się z bólem uderzenia paznokcia w kamień. Machnął ręką by go przegnać i znów spojrzał na alchemika.
-
Jestem Viktor Goodmann, adwokat z kancelarii Marcellion & Malcador, kwiatu koronnego Czerwonej Loży Egorianu. Miło mi poznać! - głos miał przyjemny, gdy recytował powtórzoną setki, jeśli nie TYSIĄCE razy formułę.
Kaylie odwróciła głowę w stronę Khala i wydyszała przez zęby w galtiańskim. -
Putain d'adorateur du diable... - prychnęła idąc za grą Khala - Nie podpisywałam umowy na to, tylko by ci dupę bronić. A ty zmieniasz strony?
-
Zmieniać strony? Skądże?! - Żachnął się, w dramatycznym oburzeniu - Nigdy nie opuściłem mojej własnej! - Dodał z niskim chichotem, ale nieco spoważniał sekundę potem.
-
Oburzaj się jeśli chcesz, ale nie zrób nic głupiego. Nie wiem czy jestem chętny sprawdzać, siłę kart naszego gospodarza, licząc, że to wyjście w pojedynkę było jednak blefem. - Głos Viktora był… ciepły i niemal opiekuńczy. Bardziej pasujący do mentora dającego radę.
Spojrzał pytająco na alchemika, licząc, że ma wciąż w pamięci konwenanse związane z poznawaniem nowych ludzi. -
Szczerze, sądziłem, że złapałem was wszystkich. Chciałem zobaczyć zdobycz, zanim wrócą moje sługi. - uwagę alchemika na chwilę przykuła para barbarzyńców - Uuu, ci mają dużo mięsa na sobie. - potrząsnął głową odganiając rozpraszające myśli - Więc... Goodmann, tak? Ciekawe nazwisko dla kogoś z Cheliax. Ahair Faltis, nie mam żadnych wysoko brzmiących tytułów, niestety. Chociaż, jeżeli moje doświadczenia przyniosą owoce "Pogromca Śmierci" może być w mojej przyszłości.
-
To byłby lepszy niż jakikolwiek z tytułów których się dotąd dorobiłem - przytaknął Viktor z uznaniem, wykorzystując każde rozproszenie uwagi alchemika by głębiej analizować pole nadchodzącej bitwy… szukając potencjalnych pułapek, dróg którymi więcej wrogów mogłoby dotrzeć… - A “Goodmann” zaczynał jako bardziej… pseudonim artystyczny. Budził zaufanie, ale gdzieś po dekadzie używania sam zacząłem o sobie tak myśleć więc zostało - uśmiechnął się trochę przepraszająco, jakby dął sie przyłapać na nieistotnym kłamstewku.
-
Ściągnąłeś ostatnio na siebie uwagę, co? - zapytał z drobną przekorą - Kilka tworów ci uciekło… bo przecież to nie było planowane by zostały znalezione, prawda? - zapytał z zaciekawieniem, pobrzmiewającym nawet lekką ekscytacją… jakby zaczynał potencjalnie dostrzegać rozwiązanie szerszej zagadki.
Kaylie jakby nie mogła ustać na miejscu, ciągle poruszała się niespokojnie. -
Wręcz przeciwnie, zaczynały mi się kończyć obiekty badań, a wysyłanie kogoś, aby złapał pojedyncze okazy było... czasochłonne i nie przynoszące zadowalających efektów. Podejrzewałem, że pojawienie się kilku moich dzieł sprowokuje lokalne władze do wysłania jednej, może kilku band awanturników. Nie spodziewałem się... - tu wskazał na około trzydziestkę kamiennych statuł - tego. Będę mógł się znowu zaszyć na rok.
-
Ha… Za rok zostaw jakieś wyraźniejsze podpowiedzi na temat lokacji, bo jakbym ja się nie napatoczył to nie wierzę, by straż dała radę znaleźć to miejsce. Byli głęboko w polu, gdy im z nieba spadłem. Uhhh… dobra. Do rzeczy. Spośród tych tutaj zależy mi na dwóch z nich. Ta menda, oraz alchemik. On ma bardzo potężnych przyjaciół i ani ty ani ja nie chcemy by nie powrócił tej wyprawy. Warto też wymienić jakoś kontakt. Jestem pewny, że będę w stanie ci zorganizować “obiekt” co dwa tygodnie, gdy te ci się już skończą. Nie za darmo rzecz jasna, ale wierzę, że format “przysługa za przysługę” będzie dla nas obydwu… niskoinwstycyjny, ale wysoko-zwrotny. Ma to sens dla ciebie?
Gdy pozostała dwójka przekomarzała się z szaleńcem, gnom korzystał z faktu że jest mały i niepozorny i ostrożnie przesuwał się do przodu. Niespiesznie i powoli. I nie aż tak znowu daleko… potrzebował tylko skrócić dystans do alchemika. I czekać aż… nadarzy się okazja.
Alchemik się chwilę zastanowił.
- A cóż to za potężni przyjaciele? Ja też takowych mam i zapewnili mi spokój.
- Niestety, będziesz musiał mi zaufać… - stwierdził Viktor z pełną powagą, pierwszy raz w głosie pobrzmiało ostrzeżenie - Bo wolę jednak spróbować moich szans z tobą, niż z jego przyjaciółmi. Ja go zwerbowałem do wyprawy, na moją głowę wyleje się ich gniew. Daj spokój Ahair! To dla ciebie tylko ciało do eksperymentów. Nawet wcale nie silne. Barbarzyńcy są na pewno znacznie ciekawsi, a jak ich obrabiać będziesz to bym się jeszcze chętnie wprosił by popatrzeć.
- To jednak kolega po fachu. - zauważył alchemik - A przydałby mi się uczeń, ale dobrze, weź jego i tą kobietę. Tylko co chcesz w zamian? No i czy przekonasz tą dwójkę do swego planu? Zawszę i z tym mogę pomóc.
- Viktor... - syknęła Kaylie - Nie płacisz tyle, abym się w twoje gierki bawiła...
Gnom zaś uznał że czas się skończył. Dwie karty w dłoni, szept cicho przeszedł w ruch dłoni i krzyk.
- Brać go!-
Koło alchemika nastąpił błysk otwierającego się portalu i wyskoczył pies o wyraźnie piekielnym rodowodzie.
Było w nim coś jednak nienaturalnego. Nic dziwnego, był to bowiem migopies wypaczony przez piekło. Bajarz miał świadomość, że zwierzak nie jest śmiertelnym zagrożeniem dla alchemika, ale uznał że jego zdolność związane z przeskakiwaniem z planu na plan uczynią go upierdliwym rozpraszaczem. Etrigan poderwał się do lotu ruszając ku alchemikowi i traktując go wyziewem mrozu na powitanie. Zaklęcie nie pozostawiło nawet śladu na alchemiku.
Kaylie chciała w tym momencie krzyczeć na gnoma, ale połknęła obelgi jakie chciała w jego osobę rzucić. Wykonała jeden krok w kierunku alchemika i pojawiła się przed nim z krótkim magicznym blaskiem. Ostrze jej miecza zaświeciło bladym blaskiem jak wymierzała cios w człowieka, który jedynie się delikatnie przechylił, aby uniknąć ciosu arkanistki.
Alchemik jedynie westchnął, oblał swoją dłoń jakąś substancją. Kończyna momentalnie pokryła się kamieniem, jednak nie straciła na ruchliwości. Mężczyzna wymierzył cios w Kaylie, kobieta na szczęście zdołała go odbić płazem broni.Viktor miał ochotę westchnąć zmęczony, ale nie było na to czasu. Wyszeptał krótką inkantację w piekielnym zmniejszając dystans…
- Byłbyś uprzejmy sam się tą łapą uderzyć?! - warknął, a słowa pobrzmiały piekielnym ogniem, ale… to nie umysł alchemika odparł zaklęcie, a jakaś forma odporności. Skrzywił się niezadowolony. To zaklęcie to była jego ulubiona zabawka i czuł, jakby właśnie mu ją odebrano…
Etrigan zaatakował alchemika z powietrza płonącymi szponami i odskoczył poza zasięg jego kamiennej łapy. Zadowolony z tego, że w przeciwieństwie do ogara nie musiał pilnować swojego pana. Sam Bajarz znów sięgnął po magię… gest dłoni, słowa magii.
I z podłogi wystrzeliły trzy łańcuchy mające przeszyć jego ciało. Bajarz uznał, że ów szalony alchemik zbyt wiele widział i słyszał, by jego przetrwanie leżało w ich interesie.
Migopies zaś próbował ugryźć przeciwnika w dzikim szale.
Pierwszy z łańcuchów wyparował nim dopadł celu. Pozostałe dwa zdołały smagnąć alchemika, jednak jedynie uszkodziły jego ubranie, migopies niestety jedynie przeleciał nad mężczyzną nie wyrządzając mu szkód. Alchemik wydawał się jednak dobrze bawić całą sytuacją.
Sytuacja wyraźnie jeszcze bardziej zirytowała Kaylie. Ten piekielnik okrywał się jakąś magią jeżeli ataki innych na niego nie działały... Nawet magia kapłana nie zadziałała. Miała pewien pomysł jak na to zaradzić, ale obawiała się za dużo mocy użyć w zgadywaniu na ślepo. Postanowiła ponownie zaatakować ciągle trzymając miecz okryty trupim blaskiem.
Niestety i ten cios minął się z celem. Alchemik natomiast zaśmiał się, sięgając do swojej torby na chemikalia. Kaylie, jak i dwa stworzenia Baltizara próbowały skorzystać z sytuacji, jedynie jednak Etrigan zdołał trafić szaleńca, który delikatnie syknął od gorących szponów.
W końcu rzucił dwiema bombami pod swoje nogi, fala ognia owiała całą czwórkę walczącą w zwarciu.
Na Etriganie ta sztuczka nie zrobiła wrażenia płomienie oblizały jego ciało przy jego radosnym charczącym chichocie. Porażony żarem migopies nie zdołał w pełni uniknąć wybuchu i rozwiał się… wracając do miejsca z którego go przyzwano. Baltizar tym się nie przejął… zwierzak spełnił swoją rolę. Zmusił alchemika do obrony dając czas reszcie drużyny do dopadnięcia typka.Viktor postępował powoli do zwarcia, nie przestając inkantować. Czuł w ustach gorzki posmak siarki i wiedział, że opary dymu zaczynały powoli unosić się mu spmiędzy włosów, może nawet uszu. Wbił palce w rzeczywistość i z rozdarcia przebiły się języki pomarańczowego ognia. Już prawie uchwycił esencję…
- Baltizar! Fajny ogar! Ale MÓJ JEST WIĘKSZY!
Miotnął piekielnymi ogniami, ale spomiędzy nich wyskoczył trójgłowy ogar, w kłębie sięgający ponad khalowe biodra.
Kliknij w miniaturkę
- Na wszystkich bogów, ty musisz mieć jakiś kompleks na punkcie wzrostu.- mruknął pod nosem Bajarz komentując jego słowa.
Ogar rzucił się do ataku, z dziką zawziętością zrodzoną w piekieł. Cerber Viktora dopadł do alchemika, który wgryzł się w kończyny alchemika utaczając krwi. Mimo wszystko alchemik wydawał się nie przejmować obrażeniami.
Etrigan przemieścił się tak by zrobić miejsce przybyłemu stworzeniu i nadal atakował szponami. Baltizar zaś…sięgając po kartę i wzdychając ciężko. Wokół alchemika wszak zrobiło się tłoczno. Wrzucanie kolejnego potwora do tej grupki, tylko by utrudniało sytuację reszcie.
Kawałek od Khala błysnęło magiczne światło przecinające przestrzeń, przez które zrobiła krok Kaylie... Jaka ze sobą przyniosła swąd palonego materiału, skóry i włosów. Krytycznie raniona zdołała ostatkiem sił wyciągnąć się z okolic alchemika i skryła za kapłanem kierowana jakimś odruchem, by przy nim szukać pomocy.
Kaylie cierpiała ciężkie poparzenia, a jej odzienie nosiło wiele śladów przypalenia. Oddychała ciężko łapiąc powietrze z jakimś bólem, a jedynie fakt, że opadła ciężko na ziemię bez świadomości darował jej dalszych mąk.Alchemik strzelił językiem widząc ucieczkę Kaylie. Zerknął na latającą wokół niego niedogodność. Ponownie sięgnął do swojej torby szukając kolejnych komponentów. Etrigan chciał ponownie wykorzystać okazję, ale i tym razem jego szpony jedynie zaatakowały powietrze. Mężczyzna wyciągnął jasnozieloną ciecz w fiolce, którą błyskawicznie wypił, po czym splunął nią w szerokim pióropuszu kwasu. Papierowy ptak starał się odlecieć od ataku, niestety został całkowicie pokryty żrącą cieczą.
Khal otworzył szerzej oczy i chyba nawet zbladł dopiero widząc jak poważnie oberwała Kaylie. W pierwszym odruchu chciał ją złapać, powstrzymać upadek… ale widział, że instynkty kopnęły i nie rozbije ona sobie głowy, a zamiast ją łapać rozwijał już zwój. Dokończył tylko inkantację, rozpoczętą dawno temu, gdy go spisywał. Dla odmiany błękitne światło objęło Kaylie, gdy pozytywna energia stawiała ją na nogi.
Cerber odskoczył od Alchemika i zaatakował go znowu, tym razem jedynie jedna z głów zdołała zacisnąć na nim zęby.Skrzydlaty pomocnik gnoma, choć niewątpliwie poważnie poraniony kwasem nadal atakował przewciwnika zaciekle szponami i dodatkowo paszczą zapewne licząc na to że cienista natura jego ciała pozwoli mu przetrwać kolejne ataki alchemika.
Baltizar nie przejął się cierpieniami Etrigana, tym bardziej że sam jego stwór wydawał się nie odczuwać bólu. Bo i nie odczuwał.
Kolejnym gestem dłoni, kolejnymi gniewnymi słowami przyzwał kolejne trzy łańcuchy by przebić nimi ciało upierdliwego starucha, który niemal bezwiednie odbijał ataki łańcuchów dłonią, podobnie jak ataki Etrigana.Kaylie odzyskała świadomość i jak obmyła ją magia kapłańska. Skupiła spojrzenie na Khalu patrząc na niego z mieszanką zdziwienia połączonego z rozczuleniem, jednak bardzo szybko wdarł się ból. Jęknęła czując ciągle istniejący na jej ciele poparzenia.
- Khal... - szepnęła i urwała jak wyrwane zostało z niej syknięcie bólu.
- Nie mogę z nim tak walczyć... Ale broń mnie... Załatwię jego ochrony... - syknęła unosząc się na nogi.
Alchemik wyciągnął zza pasa strzykawkę z czerwonym płynem i błyskawicznie wbił ją sobie w kark. Ciecz bez oporów wlała się do wnętrza mężczyzny, a jego sylwetka przybrała na masie. Jego mięśnie napinały na papierową skórę gotowe z niej wyskoczyć. Spróbował następnie zaatakować pysk, który go ostatnio ugryzł. Kamienna pięść trafiła twarzoczaszkę piekielnego kundla, który wydał z siebie delikatne skomlnięcie.
Khal kiwnął Kaylie głową. Nie byli jeszcze bezpieczni, ale… była na tyle na ile się dało. Skupił spojrzenie na alchemiku.
- Fass! - wywarczał komendę, a szczęki trójgłowego ogara wykorzystały moment i zacisnęły się na udzie i łokciu alchemika. Nie by szarpać, ale by trzymać.
Viktor już inkantował kolejne zaklęcie. Pozwolił swoim oczom zabłysnąć piekielnym pomarańczem, a w jego na wpół zmaterializował się jakby obrys korbacza. Wybił do przodu, korzystając z przewagi jaką dał mu ogar i całe zamieszanie.
Głowica korbacza zatoczyła łuk. Wiedziony nie tylko umiejętnościami ale i intencją Khala uderzył w nadgarstek alchemika, nie czyniąc mu szkody, ale zatrzaskując się na nim. Natychmiast nabierał masy i materialności, ale to nie był koniec. Wciąż nie-do-końca istniejący koniec nagle ożył i wyrwał się z rąk kapłana. Zawinął za plecami alchemika, zatrzasnął na drugim nadgarstku. W pełni zmaterializowane mithrilowe bransolety szarpnęły z mocą, ściągając w tył spętane ramiona.
- Brawo wasza ekscelencjo, braaawo… będzie to ładnie wyglądało w opowieści. Choć osobiście uważam, że jest on zbyt groźny by zostawić go żywym.- rzekł gnom gestem dłoni przywołując Etrigana do siebie.
Viktor nie świętował jeszcze. Ahair zdawał się stracić wolę walki, gdy poznał, że cokolwiek go trzyma to za nic nie da rady tego zerwać, ale to wciąż mógł być podstęp.
- Opór spotka przemoc - syknął do alchemika - Deprime! - warknął z autorytetem, a ogar szarpnął, uderzając alchemikiem o ziemię. Twarzą w dół.
- Detrahe ei sacculum!
Trzecia głowa ogara uchwyciła torbę alchemika i szarpnięciem zerwała pasek… - Miiitius…
Zatrzymała się w pół zamachu i łagodnie odłożyła ją obok. - Booonus canis - pochwalił Viktor, klepiąc ogara po głowie - Booonus Furor.
Trójgłowy ogar, przysłany tutaj prosto z piekieł miał zrozumienie drastycznie większe niż oczekiwać można by po jakimkolwiek zwierzęciu i miał on swoją dumę… toteż udawał, że wcale nie docenia drapania za uszami. - Vincula eum…
Kły ogara zagłębiły się w ciele alchemika, ale ledwie tyle by utoczyć krwi.To nie o rany chodziło, ale o klątwę którą niosły ze sobą… Powtórzył to jeszcze raz i znów i znów i… - Satis est.
Viktor szybko przeszukał alchemika. Obmacywanie starego alchemika nie było przyjemnym procesem, ale koniecznym. Nie cackał się z tym, ani nie przejmował przyzwoitością. Traktował alchemika jako wciąż groźnego i zadowolony był dopiero gdy opróżnił mu wszystkie kieszenie, odebrał wszystko co miał przy pasie… i zdjął buty… ciężkie, skórzane buty było znacznie łatwiej zdjąć, niż upewnić się, że nie skrywają ostrza z mutagenną trucizną.
-
Czy przeżyje, to w znacznej mierze zależy do niego. - Khal odniósł się wreszcie do opinii Baltizara.
-
Wasza ekscelencja nie zrozumiała mojej sugestii. Uważam, że nie jest w naszym interesie aby on żył.- wyjaśnił gnom przykładając dłoń poranionego Etrigana i za pomocą słów przelewając w niego uzdrawiającą magię. Od razu się jego pupilkowi polepszyło.
Kaylie podeszła powoli, widocznie czymś bardzo poruszona. Gdy spojrzała na Baltizara gnom mógł zobaczyć w jej oczach... złość. -
Nie ty wydajesz wyrok. Nie będziesz robił co ci się uroi. ZNOWU. - warknęła.
-
Nie wydaję wyroków. Oceniam sytuację. On jest niebezpieczny i jeśli nie blefował, samo dostarczenie go do miasta będzie niebezpieczne. A i co powie na … procesie…- wzruszył ramionami Baltizar nie przejmując się gniewem kobiety. - Ale to tylko moje skromne zdanie. Spojrzał w kierunku z którego wyszedł alchemik.- Tak czy siak… lepiej się pospieszyć i odszukać jego zapasy…antidotum na klątwę skamienienia. Pewnie ichor gorgony… lepiej się pospieszyć zanim ewentualne sługi naszego więźnia rzeczywiście się tu zjawią.
-
Jak mówiłem, wiele zależy od niego… - zaczął Viktor, gdy bezwysiłkowo podnosił alchemika do pionu - …bo ktoś się zbyt podekscytował i uniemożliwił mi dowiedzenie się jak cofnąć petryfikację. Więc Ahair… wybacz to interludium. Po mojemu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Zacznijmy od sprawy najpierwszej… jak cofnąć petryfikację?
Alchemik się jedynie uśmiechnął. -
Nie ma problemu, chłopcze. Dwie opcje, jad bazyliszka przestanie działać sam za dwa dni. - starszy mężczyzna wzruszył ramionami - Mam też antidotum w laboratorium w następnym pomieszczeniu. Jak nie ufacie to poślijcie tego papierowego ptaka, aby zobaczył, że nic tam nie ma
-
Baltizar, idź po antidotum. - warknęła Kaylie rozglądając się w poszukiwaniu swojej broni, którą puściła w bólu.
Gnom i tak planował tam się udać, więc po prostu ruszył z ptasim zwiadowcą na przedzie i ze swoim psem tuż obok. -
Fiolki z szarym płynem, wygląda jakby była w nim gęsta mgła! - zawołał alchemik za gnomem - Więc… co teraz? Zakładam, że osąd i egzekucja?
-
Nie do końca mi oceniać - stwierdził Viktor otrzepując ramiona alchemika z pyłu - Mamy cię sprowadzić do Evercrest, jeśli uznamy, że to bezpieczne. Być może, ale nie mogę mieć pewności… ktoś ze ścisłej śmietanki towarzystwa tam mógłby chcieć z tobą porozmawiać. Zaproponować układ. Taki co byłby dla niego nieco bardziej korzystny niż dla ciebie, ale… prawdopodobnie i tak byś uznał za kuszący w świetle alternatywy… ale to tylko “być może”. Rzekomo nie wiem nic więcej niż komendant.
Viktor uśmiechnął się i klepnął go w pierś pokrzepiająco. -
Ale to potem - stwierdził Viktor i cofnął się krok w tył… niby w przyjaznym geście. Jakby zwracając alchemikowi osobistą przestrzeń, ale tak naprawdę po to aby móc go całego objąć wzrokiem.
-
Twoje sługi. Kiedy spodziewasz się, że wrócą, w jakiej ilości i jakości? - zapytał, drapiąc za uchem jednej z głów Furora, co właśnie przysiadł obok.
-
Piątka, powinni być w dobrej formie. Jeżeli wszystko poszło po myśli za dwa dni z kilkoma nowymi okazami. - alchemik wydawał się nieporuszony sytuacją.
Viktor kiwnął głową. Wierzył alchemikowi, ale i tak był zaniepokojony. -
Nie abym coś zarzucał, ale… dlaczego jesteś taki spokojny? Byłem kilka razy w takiej sytuacji i za każdym razem ten-w-kajdanach reagował dosyć emocjonalnie. W różne strony “emocjonalnie”, ale taki spokój widzę pierwszy raz…
To nie była do końca prawda… widział to raz, czy dwa i oznaczała asa w rękawie. -
A cóż mi da "emocjonowanie się"? Przegrałem, zabrałeś moje narzędzia, mutagen przestaje działać. Skończyły mi się sztuczki. Zostało mi teraz podążyć za procesem. Zawsze brałem to jako możliwą ewentualność. Ludzie odrzucają okropieństwa postępu, jeżeli dzieją się w ich teraźniejszości.
-
-
Sala do której wkroczył gnom była nieco mniejsza od pieczary w której stoczyli walkę. Była za to o wiele bardziej wypełniona. Stoły, regały, gabloty pełne ksiąg, fiolek i sprzętu alchemicznego. Nieco głębiej widział kamienne stoły, puste, ale z zaschniętą krwią.
Baltizar podszedł do postawionych fiolek, przyjrzał się tym zawierającym szarą ciecz. Otworzył, powąchał i ocenił barwę, by upewnić się że alchemik nie kłamie. Ocenił, że jednak mówił prawdę. Baltizar zebrał fiolki, włożył do sakwy i podał Jogmethowi do pyska.
- Zanieś kobiecie.-
Po tych słowach ogar ruszył z powrotem, a gnom zaczął przeglądać księgi w poszukiwaniu czegoś ciekawego… ciekawego dla niego, więc pomijał księgi magiczne, alchemiczne. Interesowały go traktaty o planach, miejscowa historia i legendy.
Znalazł kilka ksiąg ze spisem fauny Pierwszego Świata i ich alchemicznych zastosowań. Widać jednak, że legendy, historia czy inne plany nie były zainteresowaniem alchemika.
- No cóż… warto było spróbować.- westchnął do siebie Baltizar i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu eliksirów, które mogły być użyteczne. Było tego sporo… gnom uznał, że… wszystkiego nie weźmie, więc postanowił wybrać sobie część tylko. A resztę zostawić pozostałym członkom ekipy ratunkowej. Po chwili do plecaka trafiło kilka silniejszych mikstur leczniczych, kilka neutralizujących trucizny i klątwy, kilka usuwające choroby. Poza nimi mikstury oddychania pod wodą, pajęczej wspinaczki oraz formy gazowej. A na koniec mikstury kociej gracji. I jeszcze wiele innych zostało, acz…Baltizar uznał, że na więcej nie ma już miejsca w jego plecaku.*
Kaylie wyruszyła na poszukiwanie miecza, co nie zajęło jej długo, kiedy uniosła czarną klingę zauważyła ruch na końcu pomieszczenia.
Piesek Baltizara wyszedł z komnaty i ruszył w kierunku Kaylie niosąc sakwę w której z pewnością coś było.
Kobieta patrzyła jak podchodzi pies, sama trzymając miecz w dość kurczowym uścisku, jaki przywodził na myśl tulenie dziecka, nie dzierżenie broni.
Jogmeht zakręcił się wokół niej, aż w końcu usiadł przed nią z początku trzymając sakwę w pysku… a następnie ostrożnie kładąc ją przed nią.
Arkanistka schowała broń w pochwie przy pasie i przychyliła się do sakwy zaglądając do niej. W środku było pełno fiolek z szarą cieczą. A Joghmeth wskazał pyskiem jeden z posągów.
Kaylie ostrożnie pogłaskała ogara pod uszami i zabrała sakwę. Skierowała się do "posągów" by wpierw Joriego uwolnić z kamiennych okowów.Po kilku sekundach ciało elfa ponownie składało się z… no ciała. Jori zakaszlał kilka razy.
- Cholerne… - wypluł trochę śliny zmieszanej z kurzem - Jad bazyliszka. Dobra rzecz. - zerknął na Kaylie - Och, nie dorwał nas wszystkich. Dobrze, zakładam, że go załatwiliście?
- Unieszkodliwiony. - stwierdziła kobieta, jakiej ciało nosiło oparzenia, a ubranie było przypalone. Otworzyła sakiewkę z miksturami - Pomóż mi resztę przywracać do cielesności. - podała dwie fiolki i skierowała się pomóc Filii.
- Uuu, nie muszę korzystać z własnych zasobów. - elf ruszył do pozostałych statui.
Filia przewróciła się kiedy jej ciało wróciło do normy, najwyraźniej petryfikacja złapała ją w niewygodnej pozycji.
- Uuh… - kobieta otarła twarz, upewniając się, że nie jest z kamienia - Wygraliście?
- Nie. - podała fiolkę Filii - Jesteśmy przyszłymi okazami alchemika, a teraz musimy iść do klatek. Polewaj resztę sztywniaków. - zaironizowała, lekko krzywiąc się z bólu.
- Ech… nie tak widziałam emeryturę. - kobieta wstała z delikatnym uśmiechem - Mam nadzieję, że moja ofiara nie była daremna i idiota się przydał.
- Wygraliśmy dzięki niemu. - krótko rzuciła rozglądając się za Jorem.
- Dobrze… dasz sobie radę? Ja… muszę usiąść na chwilę. - Jor stał tam gdzie kobieta go ostatnio widziała.
- Tylko nie zapomnij o miksturze. - odparła i sama poszła pomóc Jorowi.
Barbarzyńca przeciągnął się jak tylko wrócił do żywych, po czym uniósł Kaylie śmiejąc się.
-
HA! Wiedziałem, że dasz radę!
Gdy mężczyzna ją uniósł zobaczył jak kobieta krzywi się z bólu poparzeń. -
Ups! - szybko postawił Kaylie na ziemi - Przepraszam. Widzę, że walka była przednia.
-
Cholernik był nie do tknięcia. Jego alchemia go chroniła... Mnie prawie zabił ognistą bombą. - skrzywiła się - Ostatkiem sił przeniosłam się za Viktora i on pomógł mi... a później udało mu się go spętać.
-
To dobrze. Ofun ma chyba jakieś maści i mikstury, aby pomóc ci z oparzeniem. - Jor zauważył swojego skamieniałego brata - Masz może jeszcze coś, aby uwolnić tego idiotę?
-
Nie martwisz się o swojego brata? - zapytała - Co jeżeli nie mam?
-
Jestem pewny, że ten elfi alchemik coś wynajdzie, albo ten którego pokonaliście. A jak nie… oddam go mamie, posąg tego z nas, który jest bardziej po tacie ją ucieszy. - barbarzyńca się uśmiechnął - Pewnie w mieście kogoś znajdę, aby go uratować.
-
Jesteś taki uroczy. - zaśmiała się i przysunęła bliżej, aby unieść lekko maskę i pocałować Jora w policzek.
Barbarzyńca momentalnie się zaczerwienił. -
Oj, przestań. - kopnął kamyk trochę zawstydzony - To masz jakieś jeszcze mikstury?
Kaylie wyjęła dwie mikstury z sakwy. -
Nie zmarnuj całej. Jedna mikstura wystarczy. Polej brata, drugą miksturę na innego spetryfikowanego. Ja zajmę się resztą. - zaczęła odchodzić, gdy się odwróciła - I pójdźcie sprawdzić czy Viktor nie potrzebuje pomocy z pilnowaniem alchemika.
W przeciągu dziesięciu minut wszystkie ofiary petryfikacji były wolne. Filia wydawała polecenia strażnikom, aby przygotować się do wymarszu.
Kaylie znalazła alchemika grupy Baltizara, który wręczył jej czerwono czarną miksturkę. Po wypiciu kobieta obrosła suchą skóra, która szybko odpadła, pozostawiając świeżą nie poparzoną powierzchnię.
Jori wrócił z pracowni alchemika z kilkoma księgami, przeglądając jedną z nich.A Baltizar podszedł do Filii stukając kosturem o podłogę i podążając w towarzystwie swoich zwierzęcych ochroniarzy.
-
Wszystko dobre co się dobrze kończy. Przestępca złapany toteż pewnie teraz będzie powrót do miasta?- zapytał na powitanie.
Filia kiwnęła głową. -
Jego sługusy pewnie się rozpierzchną jak nas zobaczą, później ich wyłapiemy.
-
Nie masz co się bać droga Blackfyre. - odparł alchemik - Moje sługi mają ograniczony czas przeżywalności. W przeciągu tygodnia umrą.
Komendant miała dość zniesmaczoną minę na fakt, że popapraniec zna jej nazwisko. -
Dobrze… - zerknęła na ekipę Baltizara i Viktora oraz Kaylie - Wy jesteście poszukiwaczami przygód, wam zostawię rozkradzenie dobytku tego… osobnika.
-
Baltizar pewnie się nim zajął... - spojrzała krzywo na gnoma - Skoro jego usilne próby utrudnienia walki poszły na nic...
Kaylie mówiła słabym głosem, ciągle czując rany, choć ból poparzeń zniknął.
Filia uniosła brew. -
Wydawało mi się, że nasz bajarz trzymałby się z tyłu.
-
To prawda… wdzięczność za pokonanie alchemika należy się Kaylie i Viktorowi. No… Etrigan trochę pomógł, a ja… starałem się nie wchodzić między walczących.- odparł skromnie gnom. - Możliwe, że nie za bardzo mi to wychodziło. Nie jestem wojownikiem, więc nie wiedziałem, kiedy… moje próby uniknięcia walki utrudniały działania innym.-
Westchnął ciężko gnom.- Ale ja nie o tym… chodzi o to, czy moi najemnicy będą potrzebni w transporcie więźnia, biorąc pod uwagę potencjalne próby jego ucieczki lub uwolnienia przez tych nielicznych popleczników? -
Chyba i tak będą z nami wracać? - zapytał bardziej niż stwierdził Viktor, oceniwszy, że Filia nie wzięła sobie do serca słów Kaylie o Baltizarze… na pewnej płaszczyźnie zgadzał się z arkanistką, ale… Baltizar miał jeszcze swoją rolę do odegrania i nadszarpnięcie jego opinii by utrudniło.
-
Oczywiście. - odparła komendant - Jakiekolwiek utarczki wy macie, to wasza sprawa. - wzruszyła ramionami - Tego tu… - wskazała głową na alchemika - Będziemy trzymać pod ciągłą obserwacją.
Kaylie nie wydawała się być zadowolona. Wiedziała, że tak będzie lepiej, ale nie podobało jej się puszczenie wolno gnoma. Wstrzymała się jednak od dalszych oskarżeń.
Stała obok Khala, o którego oparła się zmęczona. Objął ją ramieniem, by trochę wesprzeć.-
No to zobaczmy może co cennego uda się tu znaleźć. - Spojrzenie Khala uciekało do labolatrium - Ahair, masz jakieś rekomendacje? - zapytał bardziej interesując się jak daleko sięga apatia alchemika.
-
Zależy co cię interesuje. Książki, mikstury, sprzęt? - kompletny brak przejęcia ze strony jeńca zaczynał chyba powoli działać Filii na nerwach, która ponagliła Viktora gestem ręki.
-
Zobaczymy na miejscu - Viktor odsalutował Filii i poszedł do laboratorium, wciąż obejmując Kaylie ramieniem.
-
Rzecz w tym, że moi awanturnicy nie wracają do miasta. Ani ja też… opowieść się zakończyła. Więźniowie uwolnieni, przestępca złapany. Ja tu nie jestem potrzebny i jeśli moi najemnicy też, to… mam w planach zwiedzanie okolicy, więc nasze drogi czasowo się rozchodzą. - wyjaśnił uprzejmie Bajarz drapiąc się po karku w zakłopotaniu.- Więc, jeśli moi pracownicy nie będą niezbędni, udadzą się ze mną. Duży świat zawsze jest groźny dla małego gnoma.-
-
Rozumiem, chociaż sądziłam, że będziesz też chciał zobaczyć rozprawę. - przyznała Filia.
-
Nie interesują mnie dramaty sądowe. To nie są dobre tematy na opowieści.- wzruszył ramionami Bajarz. - Zresztą… zapewne i tak oboje domyślamy się jaki wyrok zapadnie.-
Podrapał za uchem.- Tak więc, będę się żegnał. A i jeśli planujesz… wysłać za mną swoją małą druidkę, to niech nie chowa się po krzakach. Może dołączyć do drużyny i wypytać o co chce. Nie mam nic do ukrycia.- dodał na koniec żartobliwym tonem, skłonił się głęboko i udał w kierunku swoich podwładnych, by zakomunikować im swoje polecenia.
Gdy tylko Khal z Kaylie zniknęli w przejściu natychmiast porzucił maskę nonszalancji. Objął Kaylie ramionami i delikatnie przytulił.
- Niech to piekła, kobieto… przestraszyłaś mnie.
Kobieta odwzajemniła przytulenie. - Przepraszam... Nie mogłam mu zadać obrażeń, naprawdę próbowałam...
- Zrobiłaś wszystko jak należy - zaprzeczył jej, wyciągając z nadwymiarowej kieszeni zwój. Rozwinął go za jego plecami. Nie musiał go czytać, bo sam spisywał inkantację kilka tygodni wcześniej. Wraz z infernalną mową zapachniało siarką i smołą. Kaylie poczuła magię niższych sfer przepływającą przez nią, a tym razem to również spomiędzy jej włosów uniosły się strużki siarkowego dymu. Powoli jej ciało dochodziło do siebie. Ból słabł. Zmęczenie zanikało… ale magia szybko się wyczerpała nie dając pełnej ulgi.
- Lepiej?
Kaylie wtuliła twarz w szyję mężczyzny czując ciepłe poczucie bezpieczeństwa.
- Tak... - złożyła pocałunek na skórze jego szyi - Dziękuję... Tak naprawdę to gdyby nie ty moglibyśmy nie wygrać. Ten szalony nagły atak Baltizara... To wybiło mnie z rytmu. - westchnęła - Mogłam inaczej do tego podejść, gdybym wcześniej zorientowała się, iż magia nie da rady... - zaczęła się kajać - Mogłam innych zaklęć użyć, mogłam... - słowa Kaylie skrywały w sobie jakiś pogłos desperackiej próby wytłumaczenia swoich błędów.
- Hej, hej, hejhej… - Viktor przerwał jej, wchodząc prosto w głoskę i uniósł jej spjrzenie na siebie - To była trudna walka. On dysponuje solidną magią. Tak jak nie było wstydu gdy ja byłem w twoim cieniu, jak miotałaś swoimi burzami i ogniami, tak i nie urąga ci, gdy potrzebna okazała się mniej widowiskowa magia. - Mamy pełne zwycięstwo. Pomimo pośpiechu Baltizara, pomimo, że kilka naszych zaklęć nie dało rady go sięgnąć. Wygraliśmy. Dochodzi do tej twojej ślicznej główki?
Kaylie patrzyła w milczeniu na Khala sprawdzając czy naprawdę mówi to, co myśli, spodziewając się raczej krytyki, a nie zrozumienia. Gdy nie zauważyła objawów niezadowolenia ponownie wtuliła się w mężczyznę mniej niczym kochanka, a bardziej dziecko szukające oparcia i bezpieczeństwa w rodzicu.
-
Nie wiem czy mówisz prawdę. - szepnęła - Nie umiem rozpoznać twoich kłamstw czy ukrytych emocji, ale jeżeli naprawdę nie jesteś zły na mnie... - zamknęła oczy sycąc się uczuciem - ...to wiele dla mnie znaczy.
Viktor przytulił ją nieco mocniej i ucałował czubek jej głowy. Pozwolił swoim palcom łagodnie przeczesywać jej jej włosy, w uspokajającym rytmie. -
Nie kłamię, jeśli mi za to nie płacą - z lekkim naciskiem powtórzył starą maksymę. - Doskonale spisałaś się na wyższych piętrach, czyniąc naszą drogę tutaj drastycznie łatwiejszą. Wielu tych chłopców żyje dzięki tobie. A to, że ja zakończyłem walkę z “Wielkim-Złym” tylko jest lepsze dla historii, a to o nią nam tu chodziło. Wszystko poszło niemal doskonale, Kruszyno. Bah… jakbyś znów zdominowała tę walkę to byłby dla nas problem…
-
Dlaczego? - zapytała ciesząc się z dotyku Khala - I wciąż uważam, że moje obrażenia są winą gnoma... I tego nie zamierzam darować. - odparła z powagą w głosie okazując, że naprawdę jest gotowa zrobić mu za to krzywdę.
-
Nie rozumiem jego niecierpliwości - przytaknął Khal - ale do tej walki i tak by doszło. Może bym wypracował korzystniejsze warunki, może nie.
Wzruszył ramionami i nachylił się do jej ucha, dla odrobiny prywatności. Zbyt wiele historii się sypało, gdy ktoś dał się przypadkiem podsłuchać. -
Baltizar ma swoją rolę do spełnienia. Daliśmy mu materiał, teraz on musi spleść z tego historię… Masz już w niej swoje momenty gdzie błyszczysz, ja mam kilka innych, ale i tak: pokonanie alchemika powinno być moim momentem. I dobrze, że jest.
-
Nie powiedziałeś mi tego nigdy. Nie zaznaczyłeś jakie to ważne dla ciebie, abym ogólnie się w to nie wtrącała. - mruknęła - Przecież to mogło być tak, że ja od razu bym zobaczyła co powinnam, a czego nie podczas walki. Co byś zrobił wtedy gdybym to ja pokonana alchemika?
-
Nazwij to arogancją, Kruszyno… - uśmiechnął się pół-bezczelnie, ale nie mogła tego widzieć wciąż pozostając w uścisku. - …ale wierzyłem, że dam radę. Twoja magia jest bardzo potężna, ale w odróżnieniu od niej… moja jest dedykowana pojedynczym celom. A jakbym się przeliczył… - poczuła jego wzruszenie ramionami - … bym pracował z tym co mam. Liczę, że Baltizarowi uda się zrobić ze mnie wyraźnego bohatera tej wyprawy, dałem mu kilka momentów doskonale się do tego nadających, ale jakbyś to ty nim została… też dałoby się to ugrać na naszą korzyść… ale nie prowokujmy Bogini Przeznaczeń i zostawmy knucie na kiedy indziej.
Zachichotał i ucałował jej skroń. Wyprostował się, przyjmując znów normalny ton, który hipotetyczny szpieg za drzwiami mógł usłyszeć. -
Już w porządku w twojej główce? Rozumiesz już, że się wspaniale sprawdziłaś i nikt nie może mieć do ciebie pretensji?
Pokiwała głową bez radości. -
Ale nie wybaczam Baltizarowi. Już powiem Azazelowi do słuchu... - warknęła wyraźnie zeźlona - Nie będę tak współpracować.
-
Porozmawiamy o tym później - stwierdził luzując uścisk, aby móc złapać kontakt wzrokowy - A teraz spróbujmy znaleźć tutaj jakichś bonus dla nas, co? - zapytał puszczając oczko.
Galtianka pokiwała głową. -
Ale ty nosisz.
-
Myślę, że jakoś dam sobie radę.
Odkleił się wreszcie od Kaylie i rozejrzał po laboratorium, szukając gdzie coś cennego mogłoby być do znalezienia.
Podobnie jak Baltizar znaleźli całą masę mikstur i alchemicznych wytworów. Księgi prawiące o historii sztuki alchemii, almanachy pradawnych mistrzów, nawet podręczniki ze szkół. Co przykuło ich uwagę to wielkie szklane cylindry wypełnione błękitną cieczą ustawione w szeregach pod ścianami. Różnego rodzaju rury i metalowe liny były do nich podpięte.
Na końcu pomieszczenia znaleźli dość masywną księgę.Viktor przeszedł się ostrożnie i powoli w kierunku księgi, w głowie oceniając ilości, szukając skrzyń aby to wynieść oraz potencjalnych pułapek… nie ufał apatycznemu alchemikowi.
Kaylie natomiast wpierw postanowiła sprawdzić czy nie ma nic w okolicy widocznego z magiczną aurą. Najbardziej była zainteresowana księgami, a szczególnie największą. Po chwili przypomniała sobie o ochronach przed tego typu magią jaką cieszy się to miejsce. Niestety nic nie była w stanie zobaczyć.
Żadnych pułapek nie znaleźli. Największa księga okazała się dziennikiem alchemika, Davros, tak się podpisywał. Księga była wypełniona jego chorymi eksperymentami, ale też codziennymi zdarzeniami. Jedno z pierwszych wpisów przykuło uwagę Viktora.
"Moi sprzymierzeńcy ofiarowali mi tą kopalnię w darze, w zamian prosili jedynie o jeden z moich cylindrów odnowienia."Khal zmarszczył brwi w skupieniu. Przeleciał spojrzeniem jeszcze kilka stron szukając dat, bądź wydarzeń mogących sugerować daty… oraz jakiejś podpowiedzi czym te cylindry miały być. Prawdopodobnie chodziło o tę błękitną ciecz i z nazwy również można było wnioskować, ale nic nie wiesz póki nie potwierdzisz, prawda?
Było jeszcze kilka wspomnień. Z tego co zdołał wywnioskować ciecze w cylindrach pod ścianą są bardzo silnym związkiem alchemicznym, zdolnym odtworzyć ciało istoty w przeciągu kilku tygodni z niewielkiej ilości tkanki.
Arkanistka patrzyła przez ramię mężczyźnie i coraz bardziej, i bardziej była zaniepokojona tym co widziała. Nie powiedziała jednak nic a jedynie w pogotowiu stała przy Khalu gotowe zareagować w każdym momencie jeżeli zobaczy jakieś emocjonalne drgnięcie w jego osobie. To co zbaczyła to nie było “drgnięcie”. Khal sam sobie kiwnął głową, zgadzając się z jakimś pomrukiem i powoli odwrócił się do jednej z wielu kadzi błękitnego płynu. Jego spojrzenie zdało się utonąć w nim. Widać było jak intensywne były jego procesy myślowe gdy analizował nowe znalezisko.-
Może? - wyodrębniła wątpliwość z jego głosu pojedyncze mruknięcie i wreszcie odkleił swoje spojrzenie od słoja…
-
Khal... - szepnęła do mężczyzny kładąc mu dłoń na ramieniu - Czy to widziałeś w swoim... śnie? - zapytała zmartwiona.
-
Nie. - Odpowiedział sztywno. - Kolor był zielony. To nie wyglądało jak proces regeneracyjny… i z opisu wynika, że kadzie tworzą oddzielne istoty pozbawione duszy. Nie… sprowadzę… jej w ten sposób.
-
...czy tak dałoby się... Filia...? - zapytała mając nadzieję że się myli.
Vikor nie odpowiedział, tylko wrócił do księgi. Znów na jej pierwsze strony, tym razem usilniej szukając… i gdy znalazł… znieruchomiał. I lekko zbladł.
-
Teoria nie gorsza niż zwykłe wskrzeszenie… - w końcu odpowiedział - i data się zgadza… ten Davros dostał kopalnię i oddał słój w 4 696, czternastego Arodusa. To jest… dwadzieścia osiem lat temu. Rok po moim wygnaniu. Rok przed rozkopaniem grobu. Dodajmy, że Spug, ten wódz gobliński, znał nazwisko Blackfyre… Musieli być zawzięci… i nie mieć dostępu do dość potężnego kapłana, co by dał radę ją wskrzesić, to zrobili klona poprzez te kadzie…. ale… - zawiesił się i pokręcił głową nie kontynuując myśli. Oparł się ciężko na biurku, powoli spuszczając powietrze z płuc dla odzyskania równowagi.
-
...Filia powinna to wiedzieć. - szepnęła - Pójść po nią?
Viktor spuszczał powietrzę jeszcze kilka długich sekund gdy pytanie zdążyło przebrzmieć. Dawał sobie czas. -
Nie. Jeszcze nie. Powiemy i pokażemy jej to jeszcze dziś, ale po rozmowie ze Spugiem. Filia stara się jak może, ale jest tylko człowiekiem. Bardzo łatwo będzie jej postrzegać teorie na temat ojca jako niedorzeczne, więc warto najpierw ustalić połączenie między Aegonem a tym miejscem.
-
Chcę też ustalić długotrwały plan. - odparła powoli - Taki, jaki pomoże nam ponad wszelką wątpliwość rozwikłać ten węzeł zależności i winy. - położyła dłoń na policzku Khala - I móc zastosować karę na jaką zasługują w literze prawa... - zniżyła głos - ...lub nawet poza nią.
Kapłan ujął jej dłoń i pocałował, ale nie odpowiedział, a kiwnął tylko głową.
Miała rację. I był jej wdzięczny, bo to była deklaracja… ale to nie był czas na to.
- Zanieś kobiecie.-
-
Ekspedycja wracała w dobrym humorze. Straty były praktycznie nie istniejące, udało się uratować przynajmniej część z porwanych no i pojmali głównego złoczyńcę.
Davros siedział w klatce na niewielkim wozie, otoczony przez czterech strażników. Ranni i jeńcy byli rozlokowani po wozach. Pochód wypełniony był rozmowami o wielkim wyczynie sług Azazela.Kaylie nie ustawiła się przy Filii, idąc obok Khala. Była wciąż fizycznie zmęczona, ale szła z innymi nie marudząc
- Gdzie jest Fisuś? - nagle zapytała kapłana - Zgubił się gdzieś? Czemu go nie przywołałeś? Przydałby się w kopalniach. - zapytała zdziwiona nieobecnością chowańca.
Khal na chwilę zamilkł. Ciągły marsz pozwalał nagłej przerwie w rozmowie nie być niezręczną. Wiedział, że ten moment nadchodzi. Fisuś, w swej nowej, rozwiniętej formie, byłby bardzo przydatny. Prawdopodobnie przewyższył by Ihaili w zwiadzie, ze swoją niewidzialnością i Kaylie o tym wiedziała. Więc to była kwestia czasu nim zapyta. Zdusił uczucie rodzące się pod mostkiem. Obiecał, że będzie silniejszy… i to właśnie to oznaczało.
- Chwilowo potrzebował się czymś innym zająć - odpowiedział z lekkim wzruszeniem ramion, zadowolony z nonszalancji jaką udało mu się w ten gest włożyć. - Masz jakieś przemyślenia o Brandelenie? Musimy ustalić taktykę przemycenia go do Evercrest.
Kaylie zmarszczyła brwi. - Zdążyłam zauważyć, że kiedy nie chcesz o czymś mówić to starasz się po prostu unikać tematu. Jak teraz robisz.
Viktor uśmiechnął się pod nosem, w sposób nie kryjący, że dał się przyłapać. - Nie przypisywał bym sobie jakiejś exceptionalem z tego powodu. Zgrabna zmiana tematu, jeśli się uda, jest znacznie łagodniejsza dla współrozmówcy niż declarationes niechęci do przeprowadzenia danej rozmowy.
Uśmiechał się lekko bezczelnie, ale nonszalancja szybko wywietrzała z jego głosu, zostawiając jakąś rezygnację. - To nie miejsce i nie czas, Kruszyno - dodał, obejmując spojrzeniem grubo ponad pół setki ludzi którzy składali cały ich pochód. Otworzył usta aby coś jeszcze dodać, ale zamknął je nim wydały dźwięk.
- Jak to ogarniesz masz zamiar dopiero o tym opowiedzieć. - stwierdziła niezadowolona - Jeżeli tak wolisz niech i tak będzie. - machnęła ręką - Ale jeżeli humorki twojego chowańca mają wpływać na misje to nie jestem zadowolona.
Khal tylko kiwnął głową w apatycznej zadumie. Miał ochotę zaprzeczyć. Bronić Fisusia przyznając się, że to jego własne “humorki” są tego wszystkiego powodem… ale to nie był moment na samobiczowanie. Spuścił powoli powietrze starając się odsunąć mroczniejsze myśli. Miał być silniejszy, prawda?
-
Brandelen wciąż jest istotnym tematem. Myślałem, że spróbuję otwarcie z Filią to załatwić. Co o tym sądzisz?
-
Smoczek to problem Joriego. Ważniejsza sprawa to obgadanie z Filią planu. A jaszczurka... Jeżeli mamy zamiar włączyć kapitan w jej przeszmuglowanie to zrobiłabym to na końcu. - Kaylie machnęła ręką.
-
Takie przysługi bywają bardzo cenne - zamyślił się Khal, traktując to nieco poważniej. - A pikuś to… to nie jest sprawa wymagająca knucia. Z kolei plan... jak najbardziej masz tu rację. Trzeba to odpowiednio rozegrać…
-
Całkowita szczerość. - odezwała się silnym głosem - Według mnie nie wolno nam kręcić w żadnym stopniu jeżeli chcemy od niej zyskać pomoc. Ją to będzie personalnie boleć, Więc i musisz się przygotować, że i ty musisz personalnie cierpieć. Dobrze wiemy, że prawda boli i wolimy ją ukrywać... - spojrzała poważnie na Khala ze smutkiem.
Khal kiwnął głową powoli. Znów pozwolił sobie skorzystać z wygodny ciszy w marszu. Łatwo było mu się z nią zgodzić gdy mówiła w aż takich ogólnikach. Uśmiechnął się półgębkiem. -
Myślę, że i “całkowita szczerość” ma swoje odcienie - stwierdził, ale nie dodał swoich wątpliwości o szczerym wyznaniu Filii o jego fantazjach na temat Aegona w jego loszku. Tej odrobiny paranoi nigdy nie miał się wyrzec. Zbyt wiele razy wygrywał, bądź tracił całe sprawy przez przypadkowe podsłuchania. - Przy czym… znów masz rację. Prawda jest po naszej stronie. Byłoby błędem się jej wyrzec.
-
Filia służy Abadarowi. Nudnemu bogu całkowitej prawości. - Kaylie nie wyglądała na fankę - więc próba zatuszowania prawdy przy niej raczej nie będzie niczym dobrym. Może źle na to zareagować. - z głosu kobiety dało się wywnioskować jak niskie mniemanie ma o takich osobach - Zero elastyczności w ich osądach.
-
Tsk… - zadziorny uśmiech wyrósł mu na twarzy - Odnoszę nieodparte wrażenie, że inaczej widzimy wartość silnego prawa w społeczeństwie. - Uśmiech przerodził się w cichy chichot - Kapłani Księcia Ciemności również by ci przytaknęli, choć nigdy oficjalnie, że litera prawa służy by ją zignorować w sprzyjającym momencie…
-
Litera prawa to tania dziwka. - fuknęła Kaylie - Da każdemu kto jej więcej zaoferuje. Akurat ty tego doświadczyłeś za dzieciaka... - spojrzała Khalowi w oczy - Twoja matka by się ze mną zgodziła.
Ze współczucia, gdy Viktor myślał, że Kaylie odwołuje się do swojej historii, w której prawo wcale jej łagodnie nie potraktowało, przez ukłucie żalu przeszedł do gniewu. Jego twarz stężała, a usta wygięły się w urazie, gdy zaciskał pięści… Dał im zadrżeć z wysiłku i zluzował je. Patrzył przed siebie, póki nie upewnił się, że gwałtowność z niego już wyparowała. Gdy odwrócił do niej swoje spojrzenie miał w nim głównie zawód… i w tym samym momencie skrzyżował wzrok z Kaylie, która również się zatrzymała by przysunąć blisko, wręcz prawie na intymną odległość. -
Oboje zostaliście skrzywdzeni przez prawo sprzedajne. - poczuł jak kobieta chwyta go za dłoń - Bez szans na spisaną sprawiedliwość. Tylko ból i cierpienie.
Kaylie przysunęła usta do ucha mężczyzny i wyszeptała. -
Sądzisz, że twoje marzenia o ukaraniu winnych będą z litery prawa?
Khal skrzywił się nieprzyjemnie, bo jego paranoja nie była zadowolona. Spojrzał w rozgadany korowód, czy ktoś nie usłyszał więcej niż powinien. Wyprawa była rozgadana i niewielu strażników miało się na baczności, więc nie można było się rozsądnie spodziewać, że ktokolwiek by usłyszał ten niemal-szept Kaylie… ale nie na rozsądku się paranoja opierała. Odczekał jeszcze kilka chwil, by się bardziej oddalili, nim znów na nią spojrzał. -
Ocenianie co ludzie by uczynili w danej sytuacji pozostawmy tym, którzy przynajmniej ich poznali osobiście, dobrze? - zaproponował z delikatną, acz wyraźną nutą nagany w głosie. Po chwili westchnął, a ton jego głosu przybrał bardziej wyważony charakter.
-
Jestem adwokatem z przekonania, serca i natury. Związałem mój los z Kozłem Ofiarnym, bo nasze wizje na temat Prawa są niemal tożsame. Nie zostałem Trzecim Piórem Cheliax ani przypadkiem, ani nieszczerością… W moim pełnym przekonaniu Prawo to koncept. To idea. Narzędzie. Nie ono nas skrzywdziło, ale ludzie którzy je wypaczyli w złej wierze.
Wzniósł dłoń, by dać Kaylie znać, że nie skończył, a myśli tylko zbierał. -
To nie Prawo chroni Aegona przed słusznym gniewem, ale jego zdolności, lojalni mu ludzie oraz, co tu jest największym czynnikiem, prawie trzy dekady czasu który upłynął zacierając ślady i pamięć. Gdyby udało nam się zebrać dowody, to wedle prawa Evercrest, za rażące sprzeniewierzenie się obowiązkom swojego świętego urzędu, powinien być rozczłonkowany wołami. Czy wierzę, że tak by się stało? Nie. Ale to jest zarzut znów do ludzi, a nie Prawa. I mojej kary dokonam wbrew ludziom, a nie wbrew Prawu.
Kaylie patrzyła uważnie na Khala słuchając jego słów ze smutkiem w oczach. Pokręciła głową z jakimś poddaniem się.
- Wiesz, że Galt też ma prawo? - nagle powiedziała cicho - I wedle tego prawa, wedle wszelkich jego zapisów... mam zostać oddana Ostatecznemu Ostrzu. To samo prawo też daje Ogrodnikom nieograniczoną wolność i władzę. Nie ma innego prawa, a ci co je spisywali... sami skończyli bez głów, z duszami uwięzionymi w Gilotynie. - kobieta zaśmiała się ze smutkiem przeczącym rozbawieniu.
Przysunęła twarz bardzo blisko twarzy Khala, że prawie mogła ustami muskać jego usta. - Chciałam byś zrozumiał poprzez własne doświadczenia. Przeliczyłam się.
- Kaylie… Kruszyno… - Dłoń Khala ujęła jej żuchwę. Kciuk sięgnął i głaskał ją lekko po policzku. - Wiesz dobrze, że świat jest drastycznie bardziej zniuansowany, niż to, jak go teraz przedstawiasz. Gdy spojrzy się dość głęboko, NIC nie jest proste. Nawet coś tak pierwotnego, jak, zdałoby się, bezwarunkowa i jednowymiarowa miłość matki do dziecka. Staje się ona straszliwie złożoną rzeczą, gdy się w nią zagłębimy. Systemy zarządzania setkami tysięcy ludzi są o całe rzędy wielkości trudniejsze.
Zastanowił się chwilę, składając w głowie słowa. - Myślę, że różnimy się w rozumieniu, czym właściwie jest Prawo. To, co byś ty nazwała prawem, ja rozdzielam na dwie odrębne kategorie. Nazwijmy je “Literą Prawa” oraz “Egzekucją Prawa”. To pierwsze jest tą koncepcją i ideą, w której sanctis wierzę. Nie oznacza to jednak fanatycznego przekonania, wykluczającego możliwość dokonywania jakościowych ocen w konkretnych przypadkach... Z kolei za drugie odpowiedzialni są homines, a właśnie w tej sferze istnieje niemal nieograniczony potencjał do malwersacji pierwotnej doktryny. Z lex codixes Galt tylko pobieżnie się zapoznałem i było to ponad dekadę temu, gdy przez chwilę miałem jechać na Szczyt w Kyonin, by ogarniać pewien kryzys…
Zrobił krótką pauzę, by ciszą zasugerować nie-generyczność tego kryzysu i dać jej czas na skojarzenie, że mowa o tym spowodowanym przez nią. - Wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę, ale nawet w twojej ojczyźnie Litera Prawa stanowiła, że Szarzy Ogrodnicy byli zobowiązani działać w dobrej wierze, kierując się korzyścią narodu ORAZ obywateli. Przez całe swoje istnienie byli zobligowani nie nadużywania swoich uprawnień i zapewnienia odpowiedniej pewności wyroku, w stosunku do jego surowości…
Zastanowił się moment, rozważając szereg argumentacji. - Ale w sumie to nie jestem pewny czy ja odpowiadam na rdzeń twojego argumentu… ty mi chciałaś podać przykład wypaczonego prawa, czy pokazać, że moja filozofia by ode mnie oczekiwała wydanie Ciebie Galt?
- Wypaczone prawo i byś zobaczył jak zaprzeczasz swoim ideałom... - pociągnęła Khala za sobą, aby nie oddalali się tak bardzo od grupy - Naiwnym ideałom w mojej ocenie. Nie wiem czemu akurat ty tego nie widzisz, Ale najwyraźniej nie mamy to zrozumienia. Zostałeś skrzywdzony, więc powinieneś dokładnie rozumieć sytuację.
Viktor ujął Kaylie za dłoń, by nadać tej dyskusji cieplejszy ton. - Zrozumienie nieraz przychodzi dopiero z czasem. Iii… doświadczenie mi mówi, że my tak naprawdę wcale nie mamy tu aż tak różnych opinii, a problem wynika z różnej nomenklatury, którą stosujemy. Ludzie mający fundamentalnie inną filozofię często nie mogą zdzierżyć swojego towarzystwa… a spędzanie z tobą czasu postrzegam jako niemal znośne.
Na krótki moment jego głos stał się zadziorny, niski, i przyjemny… ale zaraz wrócił do swojej normy. - Na przykład… jeśli, na potrzeby tej dyskusji, zdefiniujemy Prawo jako Koncept ORAZ Egzekucję... wtedy z miejsca przyznam ci rację. To prawo nas skrzywdziło. Nas oboje, ludzi, których kochaliśmy, oraz niepoliczalne legiony innych. To prawo jest wadliwe. Sprzedajne, jak ty to ujęłaś. Jest ono plugawe w Galt, w Cheliax też, i nawet tutaj też nie jest dobrze. Zbyt często jest ono narzędziem tych co mają władzę, by zyskać bogactwo i więcej władzy… albo prymitywną satysfakcję. Nie ma ono mojego szacunku i przez dekady nie traktowałem go lepiej niż moich jagniąt. Nie czuję konceptualnej, czy moralnej lojalności względem niego. Jedynie utylitarną. Czy to o czym mówię jest bliższe twojemu postrzeganiu Prawa?
Kaylie szła powoli obok mężczyzny patrząc bez emocji na drogę. Zaczęło się wydawać, że nie podejmie tematu, gdy się odezwała.
- Mówisz za dużo. - parsknęła krótkim śmiechem - I dokładnie tak czuję prawo. Tak je widzę. Nie zmienia to faktu, że gadasz za dużo. Nikt ci chyba nie płaci za każde słowo czy literę. - uśmiechnęła się krzywo z jakimś wrednym gestem.
- Gdzieś to już słyszałem… - podrapał się wolną ręką po skroni, w ostentacyjnym geście - …ale jakoś tak się niesamowicie składa, że niemal zawsze tuż przed, bądź tuż po tym jak tym jak jakiś konflikt został rozwiązany... - Wyszczerzył zęby, nie kryjąc samozadowolenia, ale zaraz wrócił do łagodnego uśmiechu.
- Rozważ proszę, w wolnej chwili, mój podział Literę Prawa oraz Egzekucję Prawa. Nie sprawiłoby mi przykrości, gdyby udało ci się dostrzec wartość tej idei. Niezależnie od tego jak bardzo nieosiągalna jest ona, poza światem filozoficznych dyskursów.
- To jakbyś oceniał siłę maga poprzez zawartość jego księgi zaklęć. Przecież nieważne jak opasna ona jest, nie ma żadnego znaczenia jeżeli dany mag nie chce użyć zaklęć w niej zawartych. - wzruszyła ramionami - W takim przypadku to tylko ładna książka jaka może być ci wspórką dla innych książek.
Khal myślał chwilę w marszu nim się odezwał.
- Z powodu samej skali nie możesz poprawnie porównać prawa, które określa sposób rozstrzygania konfliktów między setkami tysięcy ludzi, do pojedynczego maga, używającego kilku zaklęć z jednej księgi. W idealnej sytuacji, gdzie obywatele posiadaliby pełne zrozumienie oraz dobrą wolę, jakiekolwiek prawo byłoby zbędne. Ilość interakcji między obywatelami permutuje wraz ze wzrostem ich liczby, a prawo musi umieć sobie z tym radzić. Czy wyobrażasz sobie, że ludzie są na tyle dobrzy i altruistyczni, by osiemdziesiąt tysięcy obywateli w jednym mieście byłoby w stanie wykazać się zrozumieniem i bezinteresownością tak wielkimi, że one same wystarczałyby, by nigdy nie doszło do poważnych konfliktów, a stosunkowo wszystkie zostałyby rozwiązane polubownie?
- Ktokolwiek by w to wierzył byłby po prostu naiwny. - odparła wprost - Ludzie są zasady źli. - stwierdziła - Ty jesteś zły. Ja jestem zła. Ważne jest po prostu czy ktoś jest w stanie to powstrzymywać w sytuacjach odpowiednich. - wzruszyła ramionami.
- I wyznaczyłabyś kogoś konkretnego do tego powstrzymywania? Czy każdy kto ma ochotę, bądź czuje potrzebę? Ktoś musiałby oceniać co jest “sytuacją odpowiednią”, prawda?
- Chodzi o to czy osoba jest w stanie to powstrzymać w sobie. Jeżeli potrzebuje praw, aby to powstrzymać to bynajmniej nie jest osobą dobrą niezależnie co mówi.
- Zgadza się - przytaknął Khal - Gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy, to prawo byłoby niepotrzebne. Niestety nie są. Wyłonienie się prawa nie jest celem samo w sobie. Nie jest ono cechą jaką doskonałe społeczeństwo powinno posiadać, ale odpowiedzią na jego głęboką niedoskonałość. Jest smutnym pogodzeniem się z faktami zastanymi.
- Temu potrzeba nam kogoś kto zemści się za tych co nie mogą sami się zemścić. - powiedziała z siłą w głosie - Działać tam gdzie prawo nie dało rady. Pozwolić ludziom spokojnie przetrwać krzywdy, wiedząc że będą one pomszczone.
Kaylie mówiła to z pewnością w głosie i jakimś oddaniem tej sprawie. Wyraźnie mocno wierzyła w zemstę za nie pomszczone krzywdy.
Viktor zmarszczył brwi i dopiero po chwili je rozpogodził. Westchnął z lekką rezygnacją.
- Tak jak prawo jest konieczne w rażąco niedoskonałym społeczeństwie, tak rażąco niedoskonała egzekucja prawa może usprawiedliwiać konieczność pojawienia się vigilante. To jest śliski temat i wielu takich, metodą małych ustępstw moralnych, zostało w końcu zwykłymi bandytami… no ale oni wszyscy popełnili ten jeden poważny błąd nie bycia tobą i drugi nieposiadania mojego wsparcia, prawda? - zapytał zadziornie, nie bardzo kryjąc, że pod humorem kryło się zmartwienie. Zbyt wielu takich vigiliante widział na szubienicy.
Kaylie uśmiechnęła się ze smutkiem. - Zakładając, że to nie ty byłbyś oskarżycielem przeciwko mnie. - stwierdziła wprost - Oraz że nie dałoby się cię przekonać nocą czy kilkoma. - zaśmiała się, chodź ciężko było wyczuć w tym jakąkolwiek radość. Może tylko wymuszoną.
- Może postarajmy się nie sprawdzić jak to by się rozegrało, co? - zapytał zachęcająco - Widziałem tylko jeden scenariusz gdy tacy mściciele nie kończyli pod opieką kata. Gdyby byli inteligentni. Cierpliwi. Zdolni… a przede wszystkim: robili to tylko raz. Jedna zemsta. Jedna pomszczona krzywda i koniec. Finito. To nie jest łatwe, bo niewiele równa się z hajem jaki wtedy się odczuwa, ale jeśli pozwoli się sobie na drugi akt zemsty… to ostatni będzie dopiero ten, po którym wreszcie się wpadnie. Będzie się mścić znowu i znowu, a gdy skończą się krzywdy własne i bliskich, zaczną wystarczyć krzywdy ludzi których się zna. Potem i domniemane, a w końcu zupełnie wymyślone i nim się spostrzeże jest się czarnym charakterem, przez którego matki boją się pozwalać dzieciom wychodzić po zmroku. Wtedy to kwestia czasu, nim ktoś niewinny będzie musiał zginąć bo “był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie”. Ostatnimi słowami, nim zapadnia się otwiera pod stopami są wtedy “na początku naprawdę chciałem dobrze”, albo “nie rozumiem jak to się stało”. Liora i Rylan… nie pamiętam ich nazwisk ale to dwaj których osobiście posłałem na szubienicę, choć gdzieś tam w środku wciąż byli dobrymi ludźmi o najszczerszych chęciach. Startowali ze znacznie lepszego miejsca niż my, a ostatecznie i tak, na sznurze tańczyli w rytm okrzyków radości i potępienia ludzi, dla których to wszystko zaczęli. W pełni zdając sobie sprawę z mojej hipokryzji… będę ci więcej niż wdzięczny za pomoc z moją zemstą, ale poza tym nigdy nie usłyszysz ode mnie słów zachęty byś przyjęła na siebie taką rolę. Wręcz przeciwnie… byłbym deprymującym diabłem na ramieniu, wytykającym ci każdy błąd taktyczny, każdą ścieżkę która może doprowadzić do porażki, każdy durny powód dla którego pomysł jest zły, szczerze licząc, że się zniechęcisz i zaniechasz, ale jeśli wbrew mnie podejmiesz się tej samobójczej roli… to będziesz przygotowana tak dobrze jak to tylko jest możliwe.
- I będziesz w pierwszym rzędzie patrzył jak zakładają mi pętlę na szyję. - stwierdziła pozbawionym emocji głosem.
- Jakby nie przysługiwało mi honorowe miejsce obok ciebie? Tak. Ale po to aby dodać ci odwagi i cichaczem zaprezentować diament, który bym wykorzystał by sprowadzić cię z powrotem. Względy zdolnego kapłana o wątpliwej moralności przychodzą z pewnymi benefitami - puścił jej oczko, z bezczelnym uśmiechem, w nadziei rozluźnienia atmosfery.
Kaylie milczała długi czas idąc obok Khala trzymając go za rękę. Nie był przekonany czy ona rozważa to co jej powiedział, czy raczej coś innego siedzi jej na głowie.
- Khal... - szepnęła nagle - Gdzie on jest? - spojrzała twardo w oczy mężczyzny - Gdzie jest Fisuś?
Khal odwrócił spojrzenie, wyciągając rękę z jej dłoni. Wyglądał jakby dostał fangę pod mostek. Oddech stał się płytki gdy na nią spojrzał. Oczy miał szeroko otwarte, a żyłka na czole pulsowała mu zbyt szybko. W jakiś sposób był zwyczajnie przestraszony i ten widok aż jej wzbudził serce, jakby nagle znalazła się w zagrożeniu. - Nie… - odpowiedział niewiele więcej niż szeptem.
Stojąc tak blisko, z uwagą pochłoniętą przez jego reakcję nawet nie miała jak zauważyć cienistego korbacza, co zmaterializował się w jego dłoni. Poczuła go dopiero gdy zacisnął się nad jej kostką. Nie zdążyła zareagować w te ćwierć sekundy nim drugi jego koniec zacisnął się mithrilowymi kajdanami na drugiej nodze i szarpnięciem ściągnął kostki do siebie.
Kaylie była bardzo zaskoczona. Nie wiedziała co się dzieje. Czemu on to robił? Co planował? Mógł powiedzieć, że naprawdę nie jest gotowy, ale teraz...
W tym momencie kobieta poczuła się zagrożona z jego strony.Khal nie zmienił wyrazu twarzy ani odrobinę. Poruszył tylko bezgłośnie ustami, kręcąc drobnie głową. Nie był w stanie wydać z siebie artykułowanych dźwięków, a nawet nie wiedział jakie chciałby wydać. Nie gdy “oberwał” tym z aż takiego zaskoczenia.
Odwrócił się i szybkim krokiem, prawie truchtem dołączył do korowodu. Po drodze strzepnął tylko ramionami rematerializując sobie ubiór, w którym łatwo mógł się w nim schować. Dwie sekundy po tym jak go straciła z oczu kajdany opadły i rozwiały się jakby nigdy nie były niczym więcej niż ciemną mgłą.
Kobieta patrzyła zaskoczona za kapłanem. Poczuła ukłucie żalu, gdy on postanowił uciec od tematu jakby same jej słowa parzyły. Nie wiedziała czy była czemuś winna, ale w tym momencie zaczęła podejrzewać, że nieobecność chowańca to jej wina.
Nie próbowała dołączyć do pochodu by znaleźć mężczyznę. Zrobiła pojedynczy krok jaki skierował ją wprost do komendant, jakby przy niej ciągle szła.Filia nie zareagowała na początku na pojawienie się Kaylie. Kroczyły tak jedna obok drugiej w dość napiętej ciszy, dopóki komendant nie postanowiła jej przerwać.
- Należą ci się chyba przeprosiny…
- Przeprosiny? - kobieta zapytała po dłuższym czasie milczenia.
- Za to jak chciałam załatwić sprawę między tobą a Viktorem. Wiesz, te moje podejrzenia o to, że jesteś jego własnością… - kobieta westchnęła - Chyba szukam powodów, aby mu nie ufać. Aby wygnać go z Evercrest, żeby nie kopał głębiej sprawy mojego ojca i wujów. Nie chcę, aby miał rację…
Kaylie pokiwała głową. - Nie mam ci nic za złe. Nie musisz się tym zadręczać. - odparła spokojnym tonem... w jakim jednak pobrzmiewał smutek.
- Coś cię męczy. - wypowiedź komendant była stwierdzeniem, nie pytaniem - Nie będę drążyć, ale jeżeli chodzi o Viktora. - kobieta trąciła biodrem Kaylie - Nie ma lepszego sojusznika przeciwko mężczyźnie niż jego siostra.
- To prawda, ale... - wzruszyła ramionami - Ale tylko jak siostra zna brata.
- Och, wypełnię braki w wiedzy stereotypami. - zapewniła Filia - Więc, chcesz wyrzucić z siebie coś? Możesz nawet gadać od rzeczy.
- Czego ty oczekujesz? Naprawdę nie wiem o co chodzi... Próbujesz mnie przesłuchać? Nie jestem dobra w gry socjalne. - zapytała z niepewnością w głosie.
Filia spojrzała na Kaylie. - Może to i mój zawód, ale potrafię odczytać emocje po głosie. Kiedy powiedziałaś "Nie mam ci nic za złe.", miałaś smutny głos. Coś cię gnębi, więc chciałabym jakoś pomóc, ale nie mogę w ciemno. Jeżeli jednak chcesz zostawić to dla siebie, nie ma sprawy.
- Po prostu wiem, że nic byś na to nie poradziła. Oboje z Khalem nie jesteśmy emocjonalnie zdrowi, co może powodować problemy w związku.
Filia pokiwała głową. - Faktycznie… nie jest to moja ekspertyza. Hm… może, potrzebujecie pomocy z Domu Odnowienia? Na pewno będzie tam ktoś, to pomoże wam poskładać, co jest popękane.
Kaylie spuściła głowę. - To nie jest popękane. To jest po prostu zmiażdżone na proch. - wyszeptała - Wiemy, że możemy się krzywdzić w procesie... Ale co innego zostało?
- Zrobić sobie przerwę od siebie? - zaczęła komendant - Nie mówię, że musicie w tą stronę iść, ale to też opcja. Macie co prawda robotę tutaj, która zmusza was do współpracy. - westchnęła - Więc… może coś na odwrócenie uwagi? Konstruktywne zajęcie, abyście nie mieli czasu się krzywdzić? I jakoś leczyć się pomiędzy.
Arkanistka szła w milczeniu dłuższy czas nim odezwała się ponownie. - Kiedy będziemy robić postój?
- Jeszcze trochę. - obiecała komendant - Musimy znaleźć odpowiednie miejsce.
Kaylie skinęła i dalej szła w milczeniu.
Wieczorny chłód zaczął być powoli odczuwalny kiedy karawana dotarła do brzegu rzeczki i zaczęła rozbijać obóz. Tak jak w noc ataku potwora, wozy były ustawione w okręgu wewnątrz którego znajdowała się klatka alchemika. Namioty powoli zaczynały się pojawiać się wokół małych ognisk.
Filia wydawała ostatnie polecenia i prowadziła luźną rozmowę z Davionem.Viktor, po rozłożeniu namiotu i ogarnięciu wszystkich swoich technicznych spraw, związanych z podróżą był już zupełnie ogarnięty po swojej ostatniej dramie. Znalazł odrobinę prywatności by trochę odreagować.
-
Filio, Davionie… - przywitał się, kiwając głową każdemu z osobna - Nie przeszkadzam, mam nadzieję…
-
Nie, nie. - zapewniła komendant - O co chodzi?
-
Będę przesłuchiwał przywódcę goblinów. Doceniłbym waszą obecność w procesie. Jesteście zainteresowani?
Kaylie stała nieopodal, ale nie włączała się w rozmowę. Miała zamiar sama przysłuchać się przesłuchaniu, ale jednocześnie nie czuła chęci wchodzenia w widok Khala.
Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła głową.
-
Dobrze. Sądzisz, że coś z niego wyciągniesz?
-
Nie jestem pewny jak dużo - kiwnął głową twierdząco - ale spodziewam się, że “coś” na pewno. Jeśli możemy się tym zająć teraz… to potrzebuję dwóch-trzech minut by jego ciało przynieść. Byłabyś uprzejma i posłała kogoś, by znalazł Kaylie i zaproponował jej obecność?
Filia stanęła na palcach aby spojrzeć za Viktorem prosto na Galtiankę z uniesioną brwią.
- Jasne. Davion, bądź miły i znajdź ją dobrze? Pewnie zgubiła się biedna.
Viktor sam również uniósł brew i podążył za spojrzeniem siostry. Uśmiechnął i opuścił głowę, chichocząc nisko, pod nosem rozumiejąc szczyptę żenującej śmieszności sytuacji.
Kapłan Abadara wyminął Azazelitę podchodząc do Kaylie. - Chcesz tam pójść za kilka minut? - wyszeptał do niej.
- Tylko jeżeli on chce mojej obecności... - odezwała się arkanistka z jakąś niepewnością w głosie.
Khal uśmiechnął się do niej, z lekkim zażenowaniem i kiwnął głową. - Chcę.
Kaylie tylko skinęła głową.
Filia zaprowadziła grupą w bardziej ustronne miejsce, nie chciała chłopakom pokazywać spektaklu z gadającym martwym goblinem. Spojrzała na Viktora, który ułożył ciało na ziemi przed nimi.
-
Więc, o co pytamy?
-
Mam w tym momencie w głowie jedno pytanie - odpowiedział Khal - Reszta będzie dedukcją, indukcją i improwizacją… jeśli w ogóle się uda. Powinno, ale echo Spuga nie będzie chętne nam pomagać. Ktoś kiedyś mnie przekonywał, że zmiana wyglądu kapłana może je oszukać… - Viktor wzruszył ramionami, nie dając pełnej wiary tym twierdzeniom - …ale to za chwilę. W czasie negocjacji odniosłem nieodparte wrażenie, że Spug rozpoznał nazwisko Blackfyre.
Khal zrobił krótką pauzę, aby dać ten moment na przyswojenie jego twierdzenia. -
Chcę to sprawdzić.
Kaylie patrzyła uważnie na reakcję Filii. Czy okaże szok? Niezrozumienie?
Filia chwyciła nasadę swojego nosa, zamykając oczy. Widać, że ten temat nie jest jej miły. W końcu kiwnęła głową. - Miejmy to za sobą.
Khal kiwnął głową i postanowił nie przedłużać, pomimo że ciekawiło go czy ukrycie wyglądu pod magią miałoby jakiś efekt. Złożył dłonie tworząc trójkąt i powoli, ale z naciskiem wymruczał inkantację. To nie był przypadek jak w kostnicy straży. To co zostało po Spugu musiało zostać zmuszone do udzielenia odpowiedzi. Ostatnim, mocniej wypowiedzianym słowem, ukończył zaklęcie quasi-wskrzeszając ciało.
Goblin otworzył oczy, ale nie ruszył się. Jedynie patrzył na kapłana oczami pełnymi... uznania? -
Zdrajca. - to nie było oskarżenie przepełnione bólem, ton goblina sugerował, że rozumiał, że kapłan go wykiwał i szanował to.
Viktor uśmiechnął się z sympatią. Nie oskarżał by goblina o zrozumienie, a tu proszę… -
Spug. Co ci mówi nazwisko Blackfyre?
-
Wiele razy je słyszałem. Jeszcze młody byłem, alchemik jeszcze nie zmienił mnie więc nie rozumiałem. Przestępcy z miasta byli wysyłani tu, aby pracować w kopalni. Wtedy my ich łapaliśmy i oddawaliśmy alchemikowi. - rana w szyi goblina nie przeszkadzała mu w mówieniu, jedynie raz na jakiś czas wydawała gwizd.
Khal kiwnął głową i spojrzał na Filię, oceniając jak to znosi. -
Oboje mamy co najmniej jednego rodzica, zaangażowanego w tę sprawę. Jeśli przyjdzie ci do głowy jakieś pytanie to nie krępuj się…
Zaproponował i zamilkł na krótką chwilę, pozwalając jej zadać je, jeśli by już jakieś się zdążyło skrystalizować. -
Jaka była, według ciebie, rola Blackfyre’a w tym procesie?
-
Pewnie on ich tu zsyłał.
-
Dlaczego tak uważasz?
-
Ludzie, którzy ich przynosili mówili "Kolejni skazani przez Blackfyre'a". - Filia przysłuchiwała się odpowiedziom goblina, zaczęła nerwowo chodzić z miejsca na miejsce czekając jak rozwinie się sytuacja. Można było widzieć, że komendant stara się wymyślić każde możliwe wytłumaczenie tej sytuacji, które nie robi z jej ojca części tego okropieństwa.
-
Zostało ostatnie pytanie. - Głos Khala nie wywierał presji. Tylko przypominał, pobrzmiewając nutą troski. Mógł mieć swoje fantazje o Aegonie w jego piwnicy, ale stan Filii nie sprawiał mu radości. - Ja bym teraz pytał o tych ludzi co przyprowadzali ofiary. Jeśli ktoś ma jakieś lepsze to zachęcam… Przy czym bez presji… zabieram to ciało i za tydzień znów z nim porozmawiam. Wszyscy będziecie zaproszeni.
Adwokat zamilkł, pozwalając obecnym się zastanowić.
Kaylie pokręciła głową uważnie obserwując Filię i Daviona.
Cisza przedłużała się i była nieprzyjemna, choć minęła co najwyżej minuta. Viktor nie poganiał, ale w końcu musiał ją zakończyć. Kiwnął głową ze rozumieniem i odwrócił się do oczekującego Spuga.
- Jak dawno temu dostaliście ostatni transport skazańców od Blackfyre’a? - zapytał, zmieniwszy po drodze zdanie co do pytania.
Goblin zastanowił się.
- Dziesięć lat temu poznałem liczby i lata. Trochę wcześniej przestali przybywać. - z tymi słowami goblin wrócił do świata martwych.
Khal kilka chwil nic nie mówił, dając Filii czas. To był ważny moment dla nich obojga, ale z zupełnie różnych powodów. A ona, w pewnym sensie, właśnie traciła rodzica i z tym nie potrafił się nie utożsamiać. Osoba którą znała i kochała coraz bardziej i bardziej wydawała się być tylko wyrachowanym oszustwem. Maską kryjącą kogoś innego pod sobą.
Komendant starała się uspokoić oddech, aby nie zacząć się hiperwentylować. W końcu przełknęła na siłę.-
Mógł… mógł nie wiedzieć. Zsyłanie zbrodniarzy na ciężkie roboty to 9.7o złego. Jeżeli nie wiedział… - Davion położył dłoń na ramieniu komendant starając się ją wesprzeć.
-
Jestem adwokatem od dwóch dekad. Wiele się nauczyłem o ludziach i nieprawdopodobieństwie. Zbyt wiele aby móc, w zgodzie z własnym rozumem, skreślić możliwość jego niewiny. Jeśli na końcu okazałby się tu ofiarą jakiejś większej gry… to ta sprawa nie znalazłaby się wśród trzech naj-nieprawdopodobniejszych, jakie prowadziłem. Nie wierzę by wysyłał skazańców, nie wiedząc co się z nimi dzieje, ale mógł nikogo nie wysyłać. Choćby Crawcolt posługiwał się jego imieniem, bądź całą personą. Może Yasperhyde, albo jeszcze ktoś, kogo nawet nie podejrzewam o udział w tym wszystkim, miał lojalność “kurierów” i w ramach dezinformacji mieli okłamywać alchemika. Wtedy, naturalnie, Spug również zostałby wprowadzony w błąd… Może to stara intryga… jakaś walka o wpływy między tymi trzema, która rozwiązała się nim plan, jakikolwiek by on nie był, doszedł do skutku. To są trzy jakoś-tam wiarygodne scenariusze, które z marszu wymyśliłem…
Gdzieś tam w środku Khala bawiło, mroczną szyderą, że dał się okolicznościom postawić w roli obrońcy Aegona i to w sprawie prawdopodobnie powiązaną z mordem na jego matce. “Bogini Przeznaczeń musi brechtać aż fikołki fika” przeszło mu przez myśl. -
Jednak nie zrozum mnie źle… - jego ton utracił nutę wsparcia. Zastąpiła ją mroczniejsze, a jednocześnie bardziej współczujące brzmienie - Te same dwie dekady doświadczenia mówią, że niewina, nawet jeśli nie niemożliwa, to nie jest tu wielce prawdopodobna.
Kaylie krążyła wokół zgromadzonych czekając na moment w jakim będzie mogła sensownie się wtrącić. Nie była pewna czy obecność Daviona nie sprawi problemów, więc potrzebowała więcej zobaczyć reakcji Filii.
Z Filii momentalnie zeszło całe powietrze. Kobieta osunęła się na ziemię, obejmując kolana. Po chwili dało się słyszeć jej szloch. Davion przykucnął do komendant obejmując ją delikatnie.
- Czemu… czemu nie mogło być normalnie? Czemu nie mogłabym zwykłą córką pół-elfa na jakimś pipidówku świata? - kobieta podniosła wzrok na Viktora, uśmiechnęła się, ale nie było w tym geście radości - Więc co teraz?
- Potrzebujemy prawdy. - nagle odezwała się Kaylie zza Filii i Daviona - Czystej prawdy. Bez emocji. Bólu. - stanęła na widoku pary patrząc na nich - Bez nienawiści i poczucia krzywdy. - zwróciła wzrok na Khala - Nie teraz. Teraz prawda. Odkrycie jej i rozplatanie splotów intrygi.
Spojrzenie Khala przez chwilę było cięższe, gdy mówiono mu, że ma nie nienawdzić… i sam nie wiedział czy bardziej rozdrażniła go sugestia, że w ogóle mógłby pozwolić temu wyjść w nieodpowiedniej sytuacji, czy nadmierna szczerość o jego odczuciach, przy Filii. Odczuciach których starał się nie prezentować.
- Musimy być ostrożni i cierpliwi. Nie wiem jak często się z nim widujesz, ale gdy do tego dojdzie nie możesz pozwolić mu zauważyć, że cokolwiek się zmieniło i to może nie być proste. Poza tym będziemy, ziarnko po ziarnku, zbierać wiedzę. Na przykład… cenne byłoby dookreślenie którego rodzica dzielimy. Do tego muszę się znaleźć stosunkowo blisko Aegona. Jakaś gala, przyjęcie, uczta by się do tego bardzo nadawały. Po dzisiejszych wyczynach byłoby naturalne, że na niej się znajdziemy.
Viktor spojrzał głębiej w Filię, ale nie widział w niej teraz dość zapasów siły by odpowiednio znieść kolejne możliwe plugastwa których winny mógł być jej ojciec, więc zostawił to na kolejne dni.
Filia westchnęła.
-
Nie mówiłeś, że przypominam ci, fizycznie, matkę i dlatego zacząłeś coś podejrzewać?
-
Mówiłem - potwierdził kiwnięciem głową - Rzecz w tym, że to wrażenie jest… efemeryczne. Jakieś półtorej dekady nie pamiętam już jak ona wyglądała. To odbiera temu “wrażeniu” bardzo wiele wiarygodności. Nie wiesz nic póki nie potwierdzisz. - Wzruszył ramionami, powtarzając jedną z reguł, którą wyrobił w cheliańskich sądach. - Nie daję mu więcej szans, że jest faktualne niż… cztery do pięciu. Alternatywnym wyjaśnieniem byłoby, że dostrzegłem w tobie jakieś ulotne podobieństwo do tego co widzę w zwierciadle i jakimś nieświadomym błędem logicznym, sam sobie tak to przetłumaczyłem… albo mój bóg zrobił boską rzecz i zesłał tycią inspirację, co miała mnie pchnąć w odpowiednim kierunku i nie musiała być do tego prawdziwa. Jeśli dzielimy matkę, to oznacza, że Tisis musiała zostać sprowadzona do życia… w jakiejś formie. Implikacje tego są na tyle istotne, że ta szansa jeden do pięciu jest nieakceptowalna. Oczywiście nie ma to aż takiego priorytetu aby zrezygnować z cierpliwości i ostrożności…
Viktor myślał przez pół wdechu nim nie kontynuował. Nie- Wiem, że tworzę tutaj scenariusze na scenariuszach i może to brzmieć mało wiarygodnie, a nawet mało poważnie… no ale właśnie to nie byłoby nawet na podium najdziwniejszych spraw jakie widziałem… Na ten moment musimy ustalić priorytety. Dla mnie, najważniejszym i przytłaczającym wszystkie inne, jest znalezienie matki bądź jej kości. Ukaranie winnych jest drugorzędne. Musisz pomyśleć na czym tobie specyficznie zależy… Chcesz prawdy? Sprawiedliwości? Odwetu? Czy może starczyłoby ci uratować tych których nasze Trio, potencjalnie, krzywdzi i upewnić się, że nikogo więcej nie skrzywdzą?
Łzy Filii zdążyły wyschnąć kiedy Viktor zakończył wywód. -
Chcesz może trochę prywatności dla siebie i twojego głosu? - kobieta delikatnie zachichotała - Czego ja chcę… - komendant chyba rzadko zadawała sobie to pytanie - Chcę, aby moje miasto i ludzie byli bezpieczni. Chcę, aby wszystkie potworności się już nigdy nie zdarzyły.
-
Nie zrozum mnie źle, ale… to jest bardzo “kodeksowa” odpowiedź. Perfekcyjnie oczekiwana od komendant straży. Zastanów się potem czy aby Filia... osoba, a nie funkcja, nie chciałaby czegoś jeszcze. W pewnym momencie może się okazać, że to osoba będzie musiała osądzić Aegona i zadecydować o jego losie. Inny temat… bardziej potwierdzenie… ile Aegon wie o tej wyprawie?
-
Dostatecznie dużo, aby potencjalne poszlaki czy świadkowie zniknęli, a oni wymyślili usprawiedliwienia. - komendant westchnęła - Nie miałam powodu, czy nawet sposobności skłamać, aby nie wyglądało to podejrzanie.
-
To dobrze. - nagle stwierdziła Kaylie - A kto wie kim jest Viktor Goodmann?
-
W sensie kim naprawdę? Nasza czwórka?
-
Ihaili? Fern? - dopytał Khal - Mają dość informacji by móc to wywnioskować jakby ich przycisnął? Jeśli się dowie kim jestem i gdzie byłem… można oczekiwać gwałtownych reakcji.
-
Nie odważy się. A wiedzą tylko, że się wami zainteresowałam z powodu Dworu. - przyznała komendant - Mogę ufać ojcu, ale nigdy nie dzielę się niebezpieczną wiedzą. Ihaili wie, że byłeś poza miastem odwiedzić jakiś stary grób, ale nie wie czyj.
-
A jak wygląda wiedza o... infernalnym patronie? - zapytała galtianka.
-
Przemilczałam.
-
Prędzej czy później i tak się dowie - stwierdził Khal, gładząc się po brodzie w zamyśleniu - Nie powinno być problemem, jeśli tylko nie damy mu powodu by użyć tego jako pretekstu, więc jakbyś została postawiona w sytuacji, że “przemilczenie” brzmiałoby w danej chwili podejrzanie, albo miałoby potencjał by stać się podejrzane w przyszłości… to odradzam.
Khal milczał chwilę, widząc, że dyskusja dobiega już końca. -
Zupełnie osobny temat. Bardzo pośrednio powiązany z tym co omawialiśmy… Filio, czy posiadasz wiedzę, bądź jesteś w stanie się czegoś dowiedzieć o kontaktach Aegona, Yasperhyde’a i Crawcolta w Numerii?
Komendant zastanowiła się chwilę. -
Wiem, że Crawcolt ma kilka filii kupieckich. Pewnie, któraś handluje z tymi regionami. Czemu pytasz?
-
Inna sprawa którą się zajmuję - głos Viktora pobrzmiał mrokiem - Kolejny grzech który wymaga zadośćuczynienia. Młody Crawcolt porwał moją przyjaciółkę i trzyma jej dzieci w Numerii, jako zakładników, aby nie śmiała się mu sprzeciwić. Dowiedziałem się o tym w dniu gdy wyruszyliśmy ze stolicy. Wciąż szukam tropów… Jeden z moich kontaktów myślał, że Aegon może coś wiedzieć.
Filia pokręciła głową. -
Nic więcej nie wiem. Yasperhyde jest trochę duchem w mieście, pojawia się od czasu do czasu, ale nikt nie wie czym się zajmuje. Crawcolt to typowy kupiec, który się dorobił. Tata... no, wiesz. - komendant westchnęła - Ciekawe czy ten nasz tu... - skinęła głową w stronę klatki alchemika - Ma jakiś z tym związek.
-
JAKIŚ na pewno - stwierdził adwokat i już otworzył usta aby zacząć wyliczać powody… ale wstrzymał się i pokręcił lekko głową sam do siebie. Filia mogła się trzymać twardo, ale brak jakiekolwiek reakcji, czy choćby zmarszczenia brwi gdy usłyszała o porwanej kobiecie i dzieciach-zakładnikach kazał mu myśleć, że jest ona już na ostatkach. - Chyba już dość już dziś omówiliśmy. Wszyscy mamy dużo do przetrawienia, a to najlepiej wychodzi podczas snu.
Nie dodał, że nie wykluczał możliwości by Aegon mógł mieć informatora, albo dwóch wśród ludzi na wyprawie. O ile narady są oczekiwane, to zbyt długie wciąż mogły by być podejrzane.
Komendant pokiwała głową.
- Dobrze... Kaylie mogę mieć prośbę? Lubisz być tak bardzo ze mną na przedzie... poprowadź jutro karawanę.
- Miałaś już nie pić... - zaczął Davion.
- A ty miałeś mnie nie powstrzymywać jeżeli NAPRAWDĘ będę tego potrzebowała... NAPRAWDĘ tego potrzebuje. - przerwała mu Filia - Wszystko jasne? Dobrze. - Blackfyre skinęła głową Viktorowi i Kaylie i ruszyła do swojego namiotu. Kapłan Abadara westchnął.
- Mam nadzieję, że nie wróci do złych nawyków...
Khal odprowadził ją zmartwionym spojrzeniem. - Na pewnym poziomie ona właśnie straciła rodzica. Kimkolwiek jest Aegon, nie jest on osobą którą Filia znała i teraz się ona godzi, że może nigdy nie był. To nie jest łatwe… Zwykle lepiej jest nie być samemu w tym momencie.
Khal przechylił nieco głowę, w pytającym geście, gdy złapał spojrzenie Daviona.
-
Kapłan wskazał kilka punktów za komendant, gdzie teraz Viktor zauważył pozostawione elementy rynsztunku.
- Ona traci kontrolę impulsów pod wpływem alkoholu... tak się spotkaliśmy. - po sekundzie zrozumiał co powiedział - Nietomiałemnamyśli!
Viktor uniósł brew rozbawiony, a Kaylie otworzyła szerzej oczy. - Zgwałciła cię?!
- NIE! Nie... nie? - kapłan westchnął - Przybyła do świątyni z "problemem". Konsekwencją jej picia, żeby to tak określić. Pomogliśmy jej, ale nie mogłem jej tak zostawić. Za kilka miesięcy znowu by wróciła. Zacząłem spędzać z nią czas, odganiałem ją od butelki, kilka razy nie zdołałem. Bogowie, one jest silna kiedy MA nad sobą kontrolę. - pokręcił głową - Już trzy lata nie pije... dużo.
- Tym bardziej nie powinna być sama… Nie pamiętam wiele z lat mojej tułaczki po kontynencie, ale pamiętam przytłaczającą samotność… no ale nic. Czegoś powinniśmy się spodziewać? Brzmiałeś jakbyś mówił o alko-agresji. Jeśli jest ryzyko, że byłoby to widoczne to może powinniśmy się przygotować aby ograniczyć… wizualność? Jeśli moje średnio-zasadne wyobrażenia są w połowie słuszne, to lepiej by ludzie jej taką nie widzieli.
- Chcesz ryzykować noc pasji z siostrą? - zapytał "subtelnie" kapłan - Wejdę do niej za jakieś pięć minut. Albo ją uspokoję, albo rozładuję. - Davion westchnął - Nikt nie mówił, że praca kapłana będzie łatwa.
- Pasji?! - powtórzył Khal z nutą oburzenia w głosie - Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
- Nie chcę być wulgarny. - odpowiedział Abadaryta - Chociaż przyznam... świnie mają więcej klasy od niej po kilku butelkach.
- Czyli Davion mówi o czysto zwierzęcym seksie. - Kaylie wprost powiedziała.
Viktor zamrugał kilka razy oczami, mając nadzieję na jakiś komentarz.
- Nie między nami. - odparł oburzony kapłan - Miałem bardziej na myśli technikę.
- Łał… muszę być bardziej zmęczony niż oczekiwałem - stwierdził Khal, jakby do siebie - bo zaczynam się gubić. Mowa o seksie, czy przemocy fizycznej? I jak nie między “wami” to między kim? Chyba, że nie nasz, cholerny, interes…
- Drażliwy temat. Ale lepiej jeżeli to zrozumiecie. Tylko... - uniósł palec - Nie słyszeliście tego ode mnie. Kiedy Filia pije, to znaczy, że jest sfrustrowana. Alkohol jej nie rozładowywuje, jedynie zmiękcza bariery. Sprawia, że przestaje ją obchodzić co uchodzi a co nie. Kiedy się nachla wtedy chce rozładować frustrację... w oczywisty sposób. Albo oferuje się pierwszej lepszej osobie, albo, częściej, siłą weźmie pierwszą lepszą osobę. I zanim zaczniesz, nie nikt tego nie zgłosił. Evercrest to nie żaden monolit kulturowo etyczny, nie wiem czy ktokolwiek w mieście by narzekał, albo się przyznał.
Khal zmarszczył brwi, ale był to gest kierowany do wnętrza, gdy sam w głowie układał te informacje, oraz jego odczucia a propos tych informacji w odpowiednich miejscach.
- To byłoby zdecydowanie poniżej mojej godności, więc chyba rzeczywiście będę się trzymał dziś z daleka. Pomijając nawet komplikacje jakich mogłoby to przysporzyć. Skoro nie oferujesz się dla niej jako trybut, to… starasz się znaleźć odpowiednią osobę?
Zapytał unosząc brew, gestem i tonem dając znać, że nie naciska na odpowiedź. - Mówiłem "Albo uspokoję, albo rozładuję". Uspokoję oznacza, że uśpię ją zanim dojdzie do... potrzeb. Rozładuję to no... trybut. - kapłan się uśmiechnął.
Khal chwilę odgrywał ostatnie pół minuty rozmowy w swojej głowie aż w końcu prychnął rozbawiony gdy dostrzegł gdzie było nieporozumienie.
- “Nie między NAMI”. Nie tymi “nami” co myślałem. No cóż. To dobrze, że poruszyłem temat, bo rzeczywiście rozważałem zaproponowanie jej degustacji cheliańskiej brandy. Cóż wodzu… to chyba wzywa cię “niełatwa praca kapłana” - klepnął go swojsko w ramię i mrugnął okiem - Daj z siebie wszystko.
Kapłan kiwnął głową i ruszył za komendant, zbierając po drodze sprzęt Filii i zostawiając Viktora i Kaylie samych.
Kaylie prychnęła.
-
A nam tego odmówiono wcześniej. - spojrzała na Khala - Nie spodziewałam się, że okażesz się takim tchórzem. - parsknęła.
-
Tchórzem? - Uniesiona brew Khala wyczekiwała rozwinięcia myśli.
-
Bałeś się z nią zostać.
Brew adwokata wcale nie opadła. -
Uważasz, że powinienem był “czysto zwierzęco” wykorzystać stan mojej młodszej siostrzyczki? - zapytał a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.
-
Że powinieneś po prostu być w stanie opanować się w takiej sytuacji. - pokręciła głową.
-
Z tego co nam przedstawiono, samokontrola nie jest tu rozwiązaniem, a wolę nie testować jej reakcji na moje metody prewencyjne. Nie gdy ma być w takim stanie.
Odpowiadając Khal rozłożył stary koc, w którym miał owiniętego Spuga, gdy go przynosił na przesłuchanie i powoli zwinął go w rulon. -
Właśnie… - strzelił palcami, wstał i wyciągnął z kieszeni nakrycie głowy, w którym paradował za życia denat pod jego stopami.
-
To jest magiczne. Byłabyś w stanie zidentyfikować?
Kaylie wzięła do ręki nakrycie głowy martwego goblina. Obserwowała je, przekręcała na każdą stronę i dotykała jego powierzchni. -
Ta czapeczka pomagała mu być mniej głupim niż przeciętny i mniej nieokrzesany. Nawet gdy nie mówimy o modyfikacjach.
-
No to chyba tobie ona przysługuje. Chyba, że razi w oczy, wtedy na sprzedaż, albo dla Baltizara… ja mam swoją obręcz - stwierdził, stukając palcem w mosiężny laur na jego skroni.
Kaylie uniosła brew. -
To brudne paskudztwo? - pomachała przed nosem trójkątnym nakryciem głowy.
-
To na sprzedaż i podzielimy się pieniędzmi. Z materiałów, które za to kupię, potem zrobię coś odpowiedniejszego.
Khal podniósł jedną ręką koc z goblinem, trochę jak neceser i wziął od kaylie czapkę, by schować ją w nadwymiarowej przestrzeni. -
Odstawię go na miejsce i potem mam jeszcze coś do zrobienia. Widzimy się potem? - zapytał, już w ćwierć odwracając się do odejścia…
Arkanistka patrzyła na mężczyznę niezadowolona.
- A więc to tyle?
Viktor westchnął zmęczony, ale nie było w geście pretensji. Odwrócił się z powrotem do niej i odłożył goblina na ziemię. - Przepraszam za tamten numer w trasie - spojrzenie i głos brzmiały skruchą - Chciałem wyjaśnić to, oraz całą resztę… ale potem. Teraz… trzymanie pionu staje się powoli nieznośne i sama widziałaś, że przestaje mi wychodzić. Potrzebuję… kilku chwil samemu… tylko tyle…
Kobieta patrzyła w milczeniu na Khala. Chciała coś powiedzieć, ale stanęła przed sytuacją, gdy naprawdę nie miało to sensu. - Czyli mam cię nie próbować szukać, jeżeli teraz znowu znikniesz? - zapytała wprost chcąc mieć jasność.
Khal wziął powolny wdech i wyprostował się, gdy rozważał odpowiedź.
W końcu nieco bezczelny uśmiech uniósł kącik jego ust do góry. - Moja duma mogłaby na tym ucierpieć.
Chichot wyrwał mu się spod nosa, ale szybko przerwał go grymasem. Śmiech mógł brzmieć szczerze, ale wewnątrz był tak bezczelnie fałszywy, że zaleciał mu kłamstwem.
Nie chciał kłamać. - … ale jeśli masz ochotę nic nie robić w ciemności, ze mną, to nie zabronię… tylko nie oczekuj wielu atrakcji.
- Chcę tylko być. Po prostu... - cicho odpowiedziała - Być.
Ton Kaylie był jednocześnie spokojny z nutą smutku. Melancholijny?
Khal kiwnął głową. Powoli. Bez wesołości, ani bezczelności. - “Po prostu być” brzmi dobrze…
Czas w ciemności dłużył się niemiłosiernie. Trudno było ocenić czy minął kwadrans, czy godzina, a Khal dostarczył precyzyjnie co oferował. Wspólną samotność, rozświetlaną tylko migoczącymi o gwizdami. Przynajmniej odgłosy nocy łamały poczucie odizolowania.
Kaylie czuła jak koc, na którym siedziała, powoli wilgotniał od podłoża. Khal, po jej lewicy, opierał się o wpół powalone drzewo, co jakiś czas przynosząc wątpliwości czy gdzieś po drodze nie zasnął, ale po dłuższym przyjrzeniu się możliwe było dostrzeżenie niemal nieistniejącego ruchu głowy, gdy obejmował spojrzeniem nowe połacie gwiazd, albo czasem błyskały ich odbicia w jego oku.
Kaylie pozostała milcząca jak powiedziała wcześniej. Cały czas trzymała na kolanach przed sobą miecz, z którym czasem telepatycznie rozmawiała. Poza tym nie zwracała na siebie uwagi.Odpoczynek zajmował Khalowi więcej czasu niż oczekiwał. Możliwe, że obecność Kaylie nie pozwalała mu zupełnie puścić wodzy, albo może przypominała mu, że ma przed sobą bardzo nieprzyjemną rozmowę… ale nie uważał tego za coś złego. To było po prostu inne. No i on też chciałby dla niej być w takiej sytuacji.
- Wiesz kiedy… - zaczął melancholijnie, gdy uwierzył, że już ma dość wewnętrznej stabilności -... ludzie są najszczęśliwsi w moim otoczeniu?
- Gdy ich nie skazujesz na śmierć lub po prostu milczysz? - Kaylie schowała miecz kryjąc go w pochwie.
Drętwo-rozbawione prychnięcie było pierwszą odpowiedzią. - Gdy jedynie chcę ich wykorzystać. Gdy są dla mnie pionkami na mojej własnej szachownicy. Wtedy doskonale wiem co i jak. Jakie uśmiechy sprawią, że poczują się dobrze ze sobą, jakie tony głosu przekonają ich do “zrozumienia moich racji”. Jak blisko powinienem stanąć aby idealnie naruszyć przestrzeń jagnięcia, ale jej nie złamać… Jak daleko mogę się posunąć aby sprowokować dokładnie tę ilość gniewu aby zmusić do refleksji i mi przypisać zasługi. Dają mi czego chcę i jeszcze są mi za to wdzięczni. Wiele razy usłyszałem rzeczy które można sprowadzić do tego, że uznawano mnie za jednego z najlepszych ludzi jacy są. Dobre sobie…
Warknął gniewnie i zamilkł na dłuższą chwilę. Zbierał myśli. Decydował co tak naprawdę chce powiedzieć, mimo, że zdążył tę rozmowę rozegrać już kilka razy w ciągu ostatnich godzin. - Problemy zaczynają się gdy mi na kimś zależy… Fisuś jest, z pewnych stron, nietypowym chowańcem. Dostałem go, od Kozła, jeszcze w postaci jajka.
Początkowy spokój i opanowanie powoli ulatywały z jego głosu. Dłuższa pauza pozwoliła mu opanować drżenie, które zaczynało nawiedzać jego ton. - Gdy dorósł, stał się pierwszą i jedyną istotą, którą Viktor Goodmann uznał za przyjaciela. Jedyną z której nie chciał nic wymanipulować, jedyną której potrafił zaufać, że ona nie będzie próbowała. Tylko z nim mógł rzeczywiście rozmawiać o rzeczach spomiędzy jego uszu. Dzięki niemu… zmienił się. Stał łagodniejszy. To z okresu przed nim wyrobiłem legendę Karmazynowego Skurwiela. Potem… trudniejsze stało się dla mnie łamanie niektórych świadków. Za to łatwiej mi było dotrzeć do innych...
Wziął głęboki wdech i powoli spuścił powietrze, próbując odbudować spokój. - Pok… łóciliśmy się. I to była moja wina. J-ja to zacząłem. Ja to skończyłem.
Wdech. Długi wydech.
Głębszy wdech. Dłuższy wydech.
Pauza.
Dopiero po kilku chwilach uwierzył, że może wydać z siebie solidny dźwięk. - I wciąż go nie ma… A potem jeszcze to, jak się zachowywałem w kopalni. - Apatia w końcu wyparła z głosu słabość i drżenie - Sam teraz nie wierzę, jak absurdalnie rozsądnie brzmiała wtedy decyzja “będę udawał przed wszystkimi, ale nie przed nią”. Przepraszam za to. Oślepił mnie własny żal. Nigdy nie chciałem by się na ciebie on wylał.
Kaylie pozwoliła mężczyźnie mówić bez wtrącania ni sylaby. Nie chciała zniszczyć toku jego słów sama próbując złożyć własne.
- Nie musisz tłumaczyć... - odezwała się po zbyt długiej chwili milczenia - Zrozumiałam już wszystko. - utkwiła spojrzenie w ziemi - Przepraszam, że do tego doprowadziłam, nie miałam takiego zamiaru. Nie kłam, tylko abym poczuła się lepiej. Aby nie mówić, że to wszystko moja wina.
Khal nie odpowiedział od razu. Zmarszczył tylko brwi, szukając w pamięci co takiego powiedział, co mogło być zinterpretowane w ten sposób.
- Co? - zapytał, z głębokim niezrozumieniem i zdziwieniem w głosie i w końcu odwrócił spojrzenie w kierunku plamy ciemności, którą była dla niego Kaylie.
- C-co? Jak? - pytał dalej, nie do końca składnie - W jaki… wiesz, co? Nie! Nieważne jak do tego doszłaś, ale mylisz się.
Oparł się ciężko, z powrotem, o na wpół zwalone drzewo i skierował spojrzenie do gwiazd. Wyczerpał już nagły przypływ sił… - To wszystko się zdarzyło tuż po nieudanym zbliżeniu, prawda? - westchnęła - Rozumiem, że to miała być po prostu kara dla mnie, ale sam się zirytowałeś w sytuacji z Fisusiem, a on na pewno okazał też swoją pogardę w moją stronę.
Khal poczuł zbliżającą się migrenę. Sięgnął ręką by rozmasować kąciki oczu. - Deodamnatus, lupacane… Morologus es - wywarczał pod nosem plugawie. - Czy ty mnie, w ogóle, słuchasz? Czy wybierasz co chcesz usłyszeć i ignorujesz resztę? Z nas dwojga tylko ty jesteś tu poszkodowana. Nie chciałem ciebie za nic karać, a byłem jełopem… - wstrzymał się na moment, dusząc w gardle słowa i wymieniając je na łagodniejsze - Rozumiesz?
Kaylie w pierwszym odruchu skuliła się, gdy wywarczał wściekłe słowa. - Tak, tak... - odparła z tłumioną nerwowością.
Złość… opadła z Khala momentalnie, gdy zobaczył jej reakcję… i przypomniał sobie ostrzejszą w kopalni. Milczał chwilę, zbierając się w sobie.
- Przepraszam, Kruszyno… - powiedział łagodnie, ujmując jej ramię i przyciągając do siebie, z siłą która nie wyrażała oczekiwania, a jedynie ofertę.Kaylie się nie opierała. Pozwoliła mu się przyciągnąć i nawet lekko unieść, gdy sadzał ją przed sobą tak aby oparła się o niego. Objął ją czule w sposób niemal pozwalający szeptać na ucho.
- … wciąż jestem jełopem, ale mówiłem prawdę. Nie kłamię jak mi za to nie płacą, pamiętasz? Nie dostrzegam tu krztyny twojej winy. Null. Nada. Nihil. Oboje mamy nierówno między uszami. Przez moje pokrzywienie złamałem Fisusiowi serduszko, a twoje próbuje cię przekonać, że w jakiś sposób jest to twoja wina. Nie jest. Tylko ja jestem tu winny. Dociera wreszcie do twojej główki?
Kaylie niemrawo pokiwała głową. Lekko wtulając się w Khala. - Mówisz więc... że uważasz go za przyjaciela choć złość cię ogarnęła i tym zepsułeś?
Viktor myślał chwilę, opierając usta na jej ramieniu. - Byliśmy już na siebie źli w przeszłości…
Kaylie poczuła sztywność w ramionach Khala. - …ale to jak go potraktowałem odpowiadałoby bardziej przerysowanemu diaboliście z bajki dla dzieci.
Kaylie patrzyła w przestrzeń opierając policzek na ramieniu Khala. - Co zrobiłeś?
- Nazwałem niewolnikiem - niemal wyrecytował, głosem na siłę wyprutym z emocji, ale w jego ramionach czuć było drżenie - Naszą przyjaźń udawaną. Upokorzyłem go… i uderzyłem. Mojego Fisusia… który zawsze był ze m-mną i dla mnie… Nigdy, w żaden sposób, nie zasłużył sobie nawet na dziesiątą… na SETNĄ część takiego potraktowania… Boję się, że jest już daleko i wcale nie ma zamiaru wrócić… albo coś mu się stanie i nie będzie mógł…
Arkanistka chwyciła Khala za twarz trzymając oba policzki w swoich dłoniach. Zakleszczyła ją tak i przybliżyła twoją twarz patrząc mu głęboko w oczy. - On wróci, bo mu na tobie zależy. Troszczy się, a przecież rozumie ciebie i zna twoją duszę. To co zrobiłeś było jak ciężki cios, ale on wie, że wyszło z twojego pojebania. - pogłaskała Khala kciukiem pod okiem niczym matka by łzę dziecku otrzeć.
Adwokat milczał dłuższy czas, aż drżenie i sztywność całkowicie ustąpiły. Westchnął powoli, odzyskując wreszcie kontrolę. - Mam nadzieję…
Kaylie wracała inaczej niż Khal. Wciąż była przybita i czuła się w tym momencie... niechciana. Pomogła Khalowi, miała jutro pomagać Filii. Sama potrzebowała pomocy. Rhaast kazał jej po prostu brać się w garść i nie narzekać.
- Pójdę do namiotu. - poinformowała prawnika głosem pozbawionym siły, gdy wrócili do obozu - Do jutra.
Jej ramię się napięło, choć nawet nie do końca była pewna kiedy Khal złapał jej dłoń. Gdy przez cały wdech nie usłyszała słowa spojrzała za siebie. Widziała jak składał on słowa, które wciąż nie chciały wybrzmieć w jego głowie tak jakby oczekiwał. W końcu skrzywił się i podniósł na nią spojrzenie.
- Mój namiot jest większy i moja wygodnicka dupa zabrała ze sobą dodatkowe poduszki oraz miękkie koce… a chyba oboje nie powinniśmy być sam-na-sam z własnymi głowami… może moglibyśmy wspólnie spróbować odgonić dziś czarniejsze myśli?
Gdyby powiedzieć to innym tonem, przybrać inny wyraz twarzy albo postawę to z łatwością dałoby się doszukać w propozycji podtekstów, ale… tak jak Khal wyuczył się kiedyś ten podtekst przemycać w sposoby niemal niezauważalne, tak subtelne, że pozostawały ledwie zrozumiałem, oddziałując głownie na wyobraźnię tak samo potrafił zupełnie wyzuć z niego słowa. Cokolwiek miał na myśli było więcej niż jasne, że nie oczekiwał kontynuacji z lasu, kilka dni temu.
Kaylie patrzyła na Khala próbując go zrozumieć. O co mu chodziło?- Czy... Mówisz naprawdę? - zapytała szeptem - Czy nie masz zamiaru, jaki mnie znowu przybije?
Pytanie kobiety ociekało prawdziwą obawą.
Khal myślał kilka chwil. Wiedział, że nie wygląda to wcale dobrze, ale to pytanie było znacznie trudniejsze niż się mogło wydawać. Wiele różnych odpowiedzi krążyło mu w głowie, każda bardziej rozbudowana od poprzedniej. - Nigdy nie… chciałem… - westchnął i pokręcił głową porzucając myśl - Tak Kaylie, mówię prawdę - odpowiedział z poczuciem pewnej personalnej porażki, ale nie potrafiłby zarzucić Kaylie by jej obawy były bezpodstawne.
Kaylie wtuliła się w ramię Khala i poczuła jak ja objął. - Dobrze. Jeżeli chcesz... Jeżeli posłuchasz mnie...
- Jestem więcej niż “chętny”.
Khal nie kłamał o dodatkowych poduszkach i grubych kocach, które wyłożone miał pod śpiwór, aby złagodzić niewygody ziemi. To i tak było zbyt mało, jak na jego standardy.
Wieczorna toaleta, trochę reorganizacji bagaży, a potem technikalia jak rozpięcie obu śpiworów oraz spięcie ich z powrotem w jeden większy (o co Khal wcale nie pytał Kaylie, a jedynie rzucił okiem przez ramię, by potwierdzić, że nie spotka się to z protestem).
Nie potrzebowali żadnych podchodów. Ułożyli tylko wygodnie poduszki i zaraz Khal obejmował Kaylie ramieniem, czule przeczesując palcami jej włosy, czerpiąc zdecydowanie więcej przyjemności niż byłby gotów przyznać, z samego ciężaru jej głowy na swojej piersi. Nie poganiał jej. Nie miałby nic przeciwko jakby właśnie tak miała ta noc wyglądać.Milczenie trwało długie minuty, jakie w końcu zakończyła kobieta.
- Nie mam niczego do okrycia się bardziej. Miałam dużo drogich koszul w Galt.
- Nie spotkasz żadnej krytyki z mojej strony. Ja, sam z siebie, nocną koszulę założyłem raz i nie mogłem wtedy spać…
- Zazwyczaj śpię nago... chyba że to sytuacja możliwego zagrożenia. Nie chciałabym musieć walczyć bez ubrań. - stwierdziła urokliwie szczerze.
- Ja mam ciut więcej bezczelności… jak ktoś ma zamiar przerwać mój sen, to lepiej by był gotów na konsekwencje swojej decyzji… - chichot Khala zadudnił nisko przez krótki moment.
Arkanistka wtuliła twarz w szyję prawnika i nagle zmieniła temat.
- Opowiedz mi jak odebrałeś sytuację z nieudanego zbliżenia w lesie. - zapytała prawie szeptem.
- Byłem… - Khal zatrzymał się na moment, zbierając myśli - Tam było kilka aspektów… byłem rozczarowany i sfrustrowany, że nam przerwano kiedy wreszcie wyhodowałem parę cohones. Byłem… zadziwiony twoją gwałtowną reakcją. Bardziej niż powinienem, ale dopiero uczę się co rzeczywiście ci w główce gra i które struny rzeczywiście bolą… jak wracałem byłem zły na siebie, bo wiedziałem co chcesz usłyszeć, ale zamiast to powiedzieć pieprzyłem bez sensu o nieistotnych rzeczach… no a potem byłem “zadziwiony” i już wcale nie wydawało się na miejscu to powiedzieć… czy to odpowiada na twoje pytanie?
Galtianka patrzyła zdziwiona.
- Ja nie zakładałam, że mimo tych lat ciągle będziesz myślał o ukaraniu mnie za odrzucenie twoich podchodów. Starałam się o tym nie myśleć wcześniej, ale teraz to już było dla mnie pewne...
Khal zbierał myśli przez kilka chwil. - Uargumentuj, proszę, jak możesz… nie rozumiem skąd taki wniosek. Już teraz mówię: jest on wręcz absurdalnie błędny… ale chciałbym zrozumieć twoją logikę…
- Odrzucałeś mnie... Po tym jak już leżałam na twoje chęci. Widziałeś jak bardzo chcę... więc w ten sposób mogłeś się mścić. - powiedziała cicho.
- Kaylie… Kruszyno… ja naprawdę nie wiem co więcej mogę tu powiedzieć poza powtórzeniem rzeczy które już mówiłem… Jestem pokrzywiony. Spanikowałem wtedy. Wynika to z tego, że uwidział mi się ten kretyński pomysł czegoś “na poważnie” i nie bardzo wiem jak to “na poważnie” w ogóle działa… Nie mogłem karać ciebie ”edukacyjnie”, bo co to miałaby być za edukacja? “Nie próbuj mi więcej dać specyficznie tego co TY UWAŻASZ, chciałem dostać trzy lata temu”? Na pewno nie mogłem też ciebie karać dla tego uczucia wyższości, bo uwierz mi… ja wcale nie czułem się “wyższy” gdy tak żałośnie ciebie przepraszałem za tamto stchórzenie. Cholera… wymyśliłbym chociaż wymówkę co by nie robiła ze mnie cioty… - stwierdził wtórnie zażenowany. Jakby ktoś z jego “wewnętrznego kręgu” w Cheliax go słyszał wtedy to by przez lata go za to wyśmiewali, albo wprost uznali, że jest chory, bądź pod wpływem czegoś dziwnego. Persona jaką stworzył w żadnym razie nie była z tym kompatybilna.
Kaylie zamknęła oczy oddychając głęboko.
- Byłam wtedy zła... Ale nie na ciebie. Na świat. - ton kobiety miał skrytą w sobie płaczliwość - Wiesz w czym się zaczytywałam w Galt? W tych ckliwych romansach. Wiedziałam, że są nieprawdziwe, ale... miałam nadzieję. Miałam nadzieję, że to się wydarzy... - wzięła głęboki oddech - Najemnicy nauczyli mnie, że to były mrzonki. Próbowałam przestać marzyć. Po prostu... - uniosła spojrzenie na twarz Khala - Ale ty... Ten romans, wszystko co wcześniej robiłeś w mieście, te gesty, ta gorąca atmosfera mrocznego lasu...
- A ja się śmiałem z takich co w te romanse wierzyły… I również tych co wierzyLI… bo kobiety nie mają na to monopolu. Wiem o czym mówisz. Romantyzm… był użyteczny. Tyle. A ten raz gdy… - westchnął powoli i pokręcił głową - Ja wiem, że oboje jesteśmy uszkodzeni na więcej niż jeden sposób. To przez to jesteśmy… jacy jesteśmy… ale może wcale nie musimy tak samo uszkodzeni zdechnąć w jakimś rowie za te kilka, czy kilkanaście dekad. Może właśnie tego potrzebowaliśmy… kogoś kto nie tylko chciałby nam pomóc… bo takich na pewno oboje spotkaliśmy na swojej drodze… ale kogoś kto przy tej chęci również byłby równie pokrzywiony jak my… aby swoim poukładaniem, stabilnością… swoim zdrowiem nie razić nas kontrastem i nie sprawiać, że mamy ochotę go tylko odepchnąć, bo tak źle wyglądaliśmy z nim przy sobie… - Khal prychnął drętwo-rozbawiony - A może to tylko ja tak miałem…
- ...rozumiesz teraz czemu byłam zła? Nie na ciebie? - połasila się policzkiem o policzek Khala.
- Chyba tak… - odpowiedział ujmując jej drugi policzek i drapiąc za uchem z czułością. Kaylie poczuła jak dłoń, dotąd spoczywająca na jej ramieniu, teraz zsunęła się na talię.
- Też mam tę śmieszną, absurdalną wręcz ochotę… aby może zobaczyć, co “oni wszyscy” widzą w tym romantyzmie i całej tej niepoważnej otoczce… - nawet nie do końca wiadomo było w którym momencie, jeśli jakimkolwiek konkretnym, Khal zszedł do kuszącego, odrobinę “tajemniczego” szeptu.
Bardzo delikatny rumieniec pojawił się na policzkach Kaylie. - Może wiąże się to z potrzebą osoby doświadczenia uczuć, jakich nie zaznaje? - wstydliwość ledwo pojawiła się w ruchu jej ciała - Rodzina trzymała mnie z dala chłopców, a w akademii... Tylko raz się całowałam z synem ogrodnika. Tylko tyle!
- I dałaś się tak upilnować? Tsk tsk tsk… tamta Kaylie musiała być grzeczną i dobrą dziewczynką, co? - zachichotał nisko i przyjemnie - Mój pierwszy pocałunek… miałem jakieś dwadzieścia lat. Może dwadzieścia jeden. Pracowałem w bibliotece w Isger już wtedy. Do tego czasu… jeden buziak w policzek. Hah… niewielu wierzyło w prawdziwość tej historii.
- Naprawdę? Dwadzieścia jeden? Cóż... - spojrzała w bok - Ja miałam wtedy czternaście... - cicho przyznała - On był dwa, trzy lata starszy i bankowo chciałby więcej... Ale był z niskiej klasy, a ja do tego z szanowanej rodziny! Nie mogłam też zostać wyrzucona z nauk!
- Klasistka… - zaśmiał się Viktor w zupełnie niepoważnym zarzucie. - Miałem osiemnaście lat gdy dotarłem do Isger. Potrzebowałem ponad roku aby się resocjalizować po pół dekady mojego szlajania… Naprawdę potrzeba by dziewczyny, z jakimś kompleksem zbawicielki, aby się zainteresować kimś kim byłem w czasie tego roku… Aurora była starsza o jakieś piętnaście lat. Technicznie była wtedy moją przełożoną, ale nie wykorzystała żadnej z tych strasznych “nierównowag sił”. Wciąż wysyłamy sobie kartki raz czy dwa razy w roku.
- To nie jest tak, że pogardzam niższymi z urodzenia. - zaprzeczyła Kaylie - Tylko były pewne oczekiwania rodziny co do mnie, a syn ogrodnika był o wiele poniżej ich. Choć przyznam, było blisko, aby na głębokim pocałunku się nie skończyło... - powiedziała ze wstydem - Jego ojciec nas znalazł i ustawił do pionu. Biedak był przerażony, że przez syna może pracę stracić. - spojrzała smutno na Khala - Zostałeś wykorzystany przez starszą wiekiem i rangą. Czemu jesteś taki z tym spokojny? Ona użyła swojej władzy by zrobić z tobą co chce.
Viktor pokręcił głową w zaprzeczeniu.
-
Odnoszę wrażenie, że wyobrażasz sobie Aurorę jako jakąś bezzębną babinkę, z piersiami sięgającymi kolan… Aurora była wtedy gdzieś w połowie swojej czwartej dekady. W oczach Khaliego była kwintesencją elegancji i dojrzałego piękna. Daleko poza jego ligą i czuł się wyjątkowy gdy okazało się, że ona tak nie uważa…
Uśmiechnął się do starych wspomnień. -
Możliwość nie równa się rzeczywistości. Przełożony i podwładny wciąż są tylko ludźmi i mają prawo do ludzkich interakcji. Problemem jest gdy przełożony wykorzystuje swoją władzę zawodową jako wektor nacisku. Nic takiego nie miało miejsca w mojej historii z Aurorą. Ona się zaopiekowała zagubionym Khalim, do którego wciąż docierało, że już nie musi walczyć o przeżycie. Pomogła mi w tym i już zawsze będzie miała za to moją wdzięczność. Seks się po prostu wydarzył w pewnym momencie i on też miał swoją pozytywną rolę w odwierzęcaniu mnie. Jak można potępić kogoś w czyjej obronie staje nawet domniemany poszkodowany, całe lata po wydarzeniach?
-
Ofiarę można omamić. - mruknęła - I ty nigdy nie wykorzystałeś pracownic?
-
Tutaj potrzebujemy definicji… jak rozumiesz “wykorzystać”? Gdybyś zapytała czy sypiałem z podwładnymi to odpowiem, że tak. Ale według mnie to nie było wykorzystywanie.
-
Sypiały z tobą, bo tak mogły zyskać najwięcej. Nie miały innego wyboru niż ciebie zadowolić. Nie chciały być przecież zwolnione. - odparła skrzywiona.
Viktor spuścił z siebie powietrze niezadowolony. -
Każda jedna z którą się kiedykolwiek przespałem zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli i nie była pod żadnymi naciskami o których bym wiedział, ani nie mogła rozsądnie oczekiwać żadnych benefitów zawodowych w związku z tym. To byłoby… krzywe. Niesmaczne i dyssatysfakcjonujące jakbym ściągnął z którejś bieliznę wbrew jej szczerej woli… wiem, że wielu na mojej pozycji myśli inaczej, ale nie ja. Pod tym jednym aspektem akurat nie uważam by można mi było cokolwiek zarzucić.
Krótka pauza oddzieliła ciągi myślowe Khala od siebie. -
W twoim wyobrażeniu chyba to było łatwe zostać Trzecim Piórem Cheliax… Rywalizacja była mordercza i było dwoje innych prawników mogących mnie łatwo zepchnąć z podium. Nie byłem w sytuacji by sobie pozwolić na rezygnację ze zdolnych podwładnych z tak błahych powodów…
-
Powiedz mi jeszcze, że nigdy nie spałeś z żadnym niewolnikiem i uważasz, że to też było całkowicie dobrowolne. - mruknęła zimno, nagle bez uśmiechu.
-
Sytuacja… - Khal wyciągnął rękę, jakby prezentował wyobrażony przed nimi teatrzyk, który właśnie unosił kurtynę. - Wracam do siebie po przegranej sprawie. Staram się nie przejmować, mówiąc sobie, że była stracona od samego początku i trochę jest w tym nawet racji… ale tylko trochę. Z takich i innych powodów kładę się spać wstawiony i sam, co jest dla mnie niestandardowe w takich sytuacjach. Mam problemy z zaśnięciem. Wstaję przynieść sobie wina i książkę dla zabicia czasu, nim zmęczenie mnie nie zmorzy. Okazuje się, że Livia jeszcze nie śpi i sama czyta traktat filozoficzny, nie pamiętam już który. Każę jej nie wstawać, bo nie chcę by się odrywała od tak znamienitej lektury…. i tak to robi. Sama oferuje i naciska, że przyniesie mi z piwniczki świeżego. Trochę porozmawialiśmy. Powiedziałem, że jestem zawiedziony jak się sprawa potoczyła. Zgrabnie, nie bezpośrednio zapytała o mój brak towarzystwa, a ja machnąłem ręką i rzuciłem jakimś żartem. Ona się zaśmiała, ja się zaśmiałem. Już się czułem trochę lepiej. Udaję się do biblioteczki i wynajduję coś co mnie zainteresuje. Kiedy wracam nie ma jej w saloniku. Idę do siebie i ona czeka w mojej sypialni. Dziwna sprawa, bo na ogół to moje prywatne przestrzenie. Gdzieś po drodze przebrała się w białą, prześwitującą koszulę nocną. Zapytała, to już pamiętam dobrze: “Czy pan życzyłby sobie towarzystwa na noc?”. Livia była i w sumie wciąż jest piękną, młodą kobietą. Niewiele starszą od ciebie. Wyobrażasz sobie, że co jej odpowiedziałem?
-
Aż nie mogę się doczekać byś mi powiedział. - odparła twardym głosem - Pewnie powiesz jak odmówiłeś dbając o godność niewolnicy, a ona i tak cię błagała o seks.
-
To nie byłoby najskuteczniejsza obrona godności, jakbym do tego ją zmusił, nie sądzisz? Masz w połowie rację. Odprawiłem ją, ale nie błagała o nic. I posłuchała mnie. Tę noc spędziłem sam, w nastroju gorszym niż wcześniej. I nie zmrużyłem oka ani czytanie mi nie szło. Wiesz czemu kazałem jej wyjść?
-
Niech zgadnę. Żebyś biednej nie skrzywdził? - ironia w głosie Kaylie była wręcz namacalna - A ona wróciła do traktatu filozoficznego jak każdy niewolnik by zrobił.
Khal milczał chwilę, myśląc. Wnioskując.
-
Może wątpliwości co do mojej wersji wydarzeń rozwieje jeśli już teraz powiem, że potem sypiałem z nią regularnie, aż do mojego wyjazdu do Evercrest. Była w rotacji dłużej niż jakakolwiek wcześniej i szanowałem ją bardziej niż którekolwiek z jagniąt. Odprawiłem ją wtedy bo miałem wątpliwości czy to aby niewolnica nie czuje, że powinna zadowolić właściciela. I bardzo cię proszę, nie obrażaj mi tu Livii… ona jest edukowana zasadnie ponad cheliński standard i regularnie czytuje wyższą literaturę. Była dla mnie rzeczywistą partnerką do rozmowy. Dlatego ją wybrałem. Z podobnych powodów była wybrana również pozostałe czworo. Moi niewolnicy nie byli “jak każdy” i nie byli tak traktowani. Możesz mi uwierzyć, albo bym powoli kończył ten wątek dyskusji, bo nie bardzo mi się widzi teraz przekomarzanka na ten temat, gdy żadne z nas nie ma nic ponad same słowa do zaprezentowania… hmmm?
-
Zastanawiam się czy po prostu mi kłamiesz... - odezwała się powoli - ...co jednak wątpliwe, czy... - spojrzała Khalowi w oczy prawie stykając się z nim nosami - ... okłamujesz samego siebie.
-
Ughhh… w porządku. Udawajmy przez chwilę, czysto filozoficznie, że rzeczywiście byłem porządnym typem i traktowałem moich niewolników dobrze… czy jest jakakolwiek odpowiedź której mógłbym udzielić na taki zarzut? Czy jesteśmy tu skazani na “ta-ak” i “nie-e” powtarzane w kółko, jak kłótnia dzieci?
Kaylie pokręciła głową z rezygnacją. -
Więc żyjesz w kłamstwie chcąc czuć się "lepszym" człowiekiem. Niech i tak będzie.
Adwokat zmarszczył brwi, niezadowolony. -
Dziewczę drogie… w żadnym momencie nie zasłużyłem na takie podsumowanie mojej osoby. Po tym jak rzeczywiście traktowałem moich niewolników jak ludzi, jak oswobodziłem Livię wyjeżdżając z Cheliax. Po tym jak istotnie walczyłem, praktycznie jedyny, o zniesienie tego plugawego zwyczaju “oczyszczania” niewolników przed ich zeznaniami, a nawet po tym jak, choć rzeczywiście w mniejszym stopniu, próbowałem forsować poprawę warunków ich przechowywania na targach… po tym wszystkim czuję się rzeczywiście urażony… nie mam co na to odpowiedzieć, może tyle, że jeśli kiedyś wylądujemy w Cheliax to mogłabyś zapytać Livię czy chciała by ci opowiedzieć jak to rzeczywiście wyglądało, ale mogłaby ci odmówić… bo jest dziś wolnym człowiekiem.
Viktor oparł się wygodniej na poduszkach i zamknął oczy, mając nadzieję, że temat został wyczerpany.
Kaylie natomiast bynajmniej nie chciała porzucić tematu, który w tym momencie ją obódł.
- A teraz mówisz, że byłeś jakimś bohaterem walczącym o dobro niewolnika? - parsknęła.
Viktor milczał dłuższy czas, rozważając czy w ogóle udzielić odpowiedzi. - Zgodnie z moją wiedzą mówimy co najmniej o kilkunastu niewolnikach co uniknęli tortur przed zeznaniami stricte dzięki mnie, ale myślę, że było ich znacznie więcej, bo dobre argumenty rozchodzą się jak fale na stawie. “Wymęcz niewolnika a przyzna on nawet, że jest żółtym osłem w błękitne łaty.” Nie jestem bohaterem. Los postawił mnie w specyficznej pozycji, w specyficznym czasie gdzie mogłem spróbować coś zrobić z tym plugawym zwyczajem, z niewielkim kosztem własnym. Nie jestem wzorem cnót, nie jestem dobrym człowiekiem, ale to byłoby prawie jak odsunięcie się od spadającego z wysokości niemowlaka, co mogłem go złapać, ale wolałem nie ryzykować, że mnie krwią ochlapie. Mam w sobie tę odrobinę przyzwoitości. Osobistego akcentu i motywacji dodaje fakt dwóch sytuacji, gdzie mogłem łatwo sam zostać niewolnikiem. Ale to też jest dla ciebie bujda, albo okłamywanie samego siebie, a za te próby wyjaśnienia tobie czeka mnie tylko zawód i jad, prawda?
- No i czy cokolwiek osiągnąłeś? Czy tylko piękne przemówienia wygłosiłeś? - kobieta wyraźnie była poddenerwowana tematem, jakiego wyraźnie też nie chciała uniknąć.
Khal zastanowił się chwilę. - Osobiście udało mi się wyargumentować pięcioro niewolników z tego cholernego “oczyszczenia”. Wiem jeszcze o mniej więcej tuzinie od kolegów po fachu, którzy podzielali moje opinie i gdy Trzecie Pióro Cheliax wyciągnęło precedens sprzed dwóch wieków i jeszcze go skutecznie użyło, w dosyć publicznej sprawie… starczy powiedzieć, że tamtą sprawą dałem zwolennikom mojego poglądu narzędzia do ręki, których wcześniej w ogóle nie posiadali. Liczę, że ci moi znajomkowie również mają swoich znajomków i z czasem ilość takich jak my będzie rosła, ale to nie tak, że naprawiłem system.
Kaylie spojrzała w ziemię, aby zaraz zwrócić ponownie wzrok na Khala i zapytać napiętym głosem:
- Czy znasz Irvysa Nyera?
Adwokat zamrugał oczami kilkukrotnie, gdy upewniał się, że nie przesłyszało mu się. - T-tak… przyjaciel Czerwonej Loży. Również adwokat, ale prawa handlowego i raczej w ramach dodatkowego zestawu umiejętności, a nie głównego. Wiele razy korzystał z moich konsultacji, głównie listownie, ale... skąd TY go znasz?
Arkanistka spojrzała twardym spojrzeniem na Khala, z siłą od której sam się niemal bezwiednie spiął. - Czy mu kiedyś radziłeś w sprawach jego niewolników? - zapytała czując jak serce wali jej w piersi i z ciężkością może utrzymać oddech.
Adwokat znał odpowiedź na to pytanie, ale szukał w pamięci, w swojej wiedzy skąd to pytanie mogło w ogóle przyjść. - Tak… Radził się sprawy, bo miał problemy z jakimiś najemnikami. Jakoś wyszło, że mają mu “oczyścić” niewolnika przed tą sprawą. Nie pamiętam czy od początku chciał tego uniknąć, czy chodziło mu o niewystarczającą rekompensatę za stratę w wartości… w rozmowie doprowadziłem go do przekonania, że lepiej tego cyrku uniknąć i przeprowadziłem krok po kroku jak to osiągnąć…
Wyobraźnia Khala tworzyła jeden scenariusz za drugim, każdy kolejny bardziej szalony od poprzedniego. Postanowił założyć na razie, że one wszystkie są błędne i poczekać… zobaczyć co samo z tego wyjdzie.
Kaylie zamilkła i spuściła głowę patrząc w ziemię szeroko otwartymi oczami. Khal zobaczył jak drżą jej dłonie, a ona sama jakby bez siły luzuje wszystkie mięśnie. Chciała coś powiedzieć, jednak za każdym razem gdy nabierała powietrze nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ruszała ustami nieznacznie jakby sama nie mogła zmusić się do wypowiedzenia czegoś.
Następny moment musiał być nieoczekiwany dla Khala, gdy nagle z całkowitego zaskoczenia Kaylie rzuciła mu się na szyję przyciskając go do poduszek swoim ciężarem. Dźwięk jaki opuścił gardło kobiety nie był typowym kobiecym płaczem do jakiego życie go przyzwyczaiło. Był histerycznym szlochem, jaki Khali pamiętał gdy chował matkę.
Khal obejmował, głaskał i całował Kaylie po głowie, by czułością dać jej wiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie poganiać ani nie umniejszać jej wybuchu emocji. Niech czort pochłonie Filię i resztę… Ze wszystkich absurdalnych scenariuszy w jego głowie, jeden konkretny wyłaniał się bardziej i bardziej nad innymi. Scenariusz który chciał odrzucić, jako absurdalny, jako nieprawdopodobny, jako… jako po prostu bardzo “nie chcę”.
- Ćśśś… - szeptał do niej uspokajająco. Niezrażony, że tylko w chwilach ciszy, gdy brała wdech, mogła go słyszeć. - Jesteś bezpieczna i jesteś daleko od tego miejsca… I nigdy nie pozwolę by to się powtórzyło…
Nawet nie był pewny kiedy przyjął scenariusz jako rzeczywisty.
Długo trwało nim Kaylie odzyskała możliwość formowania słów, a nie tylko łez. Ciągle drżała na całym ciele tuląc się silnie w Khala, a łzy spływały jej po policzkach, gdy mówiła:
- To ty... Dzięki tobie...
Po tych słowach wpiła swoimi ustami w usta mężczyzny całując bez opamiętania.
Khal odpowiadał na pocałunki i pozwalał dłoniom wyczuć jej talię i plecy, ale sam był zbyt poruszony swoimi wnioskami i jej łzami spływającymi po jego twarz… wolał chwilowo pozwolić jej wyznaczać tempo i dawało mu to czas… może nie tyle myśleć, ale godzić się z myślą. Ujął jej policzki odsunął ją od siebie, na najkrótszą możliwą odległość by móc spojrzeć jej zapłakane oczy. Nie zadał żadnego pytania. Tylko czytał aby potwierdzić, że na pewno rozumie poprawnie i gdzieś tam w niej… znalazł to potwierdzenie. Przyciągnął ją znów do siebie i ucałował, obejmując z siłą jakby chciał ją chwycić, ukryć przed całym światem i nigdy więcej nikomu nie pozwolić jej skrzywdzić.
Kaylie usiadła na nim w rozkroku pochylając się nad jego ustami by dalej całować.- Ty jesteś powodem... - Khal poczuł dłonie głaszczące jego ciało przy szyi - ... że jestem tu... Żyję. - przysunęła usta do ucha mężczyzny, gdy jej ręce gładziły mu brzuch, a gdy już myślał, że się wreszcie opanował. Odzyskał wewnętrzny spokój i znów potrafi trzeźwo myśleć nagle poczuł się jakby oberwał obuchem w żołądek, gdy usłyszał wypowiedziane na ucho:
- Kocham cię.
I nagle znów nie potrafił myśleć. Poczuł gorąc i dreszcze jednocześnie, gdy próbował zrozumieć czy naprawdę usłyszał to co usłyszał. Przecież to nie mogło być… Zmusił się do kilku głębokich oddechów, bo te ostatnie były zbyt płytkie by odżywić krew.
- C-co? - zapytał w końcu, głosem tak słabym i mieszającym w sobie niezrozumienie, strach ale też jakąś zdradliwą nutę nadziei. - J-jak… dlacze… - wstrzymał się czując napór wzbierającej burzy w umyśle, którą musiał powstrzymać. Znów, po swojemu gdy odzyskać chciał kontrolę, spuścił powietrze z siebie, najmniejszą przerwą między ustami, dając sobie czas. Dużo czasu, który zdawał się tylko jeszcze bardziej rozciągać, ale teraz właśnie go potrzebował.
- Chcę być z tobą. - wsunęła jego dłonie pod swoją bluzkę - Być twoja.
Ponownie zaczęła całować Khala jednoznacznie drżąc z emocji. - Kocham...
- Ona traci kontrolę impulsów pod wpływem alkoholu... tak się spotkaliśmy. - po sekundzie zrozumiał co powiedział - Nietomiałemnamyśli!
-
Khal wciąż dawał sobie czas, ale gdzie umysł nie decydował, tam instynkty i odruchy się aktywowały. Zdjął jej bluzke i ujął ją, jednym ramieniem w talii, drugą za policzek. Był to łagodny, ale zdecydowany gest, który utrzymał ją gdy podnosił się do siadu. W ciemności widział głównie zarysy jej twarzy, ale też odbłyski w jej mokrych oczach i to mu wystarczyło.
Oparł się ręką o ziemię.
Szybki ruch… idealnie między gwałtownością, a delikatnością i teraz ona była pod nim.
Gdy znalazła się na plecach krótkie sapnięcie wydostało się z jej ust, a na jej policzkach pojawił się ostrzejszy rumieniec.Śpiwory przeszkadzały… przygniótł materiał kolanem, przy zamku i szarpnięciem ręki go rozerwał, oswobadzając się z ich ograniczeń.
Nagle wszystko zwolniło, gdy opuszki palców sunęły od kolana Kaylie, po jej udzie… nie mogąc polegać na oczach, szukając jakież to przeszkody są jeszcze na jego drodze… wsłuchiwał się w jej oddechy, czytając z nich instrukcje. Znalazł tylko bieliznę. Cienka, materiałowa, prosta.
I dwa oddechy później leżała już obok, a Khal ściągał własną koszulę.
W końcu nachylił się nad nią w ten konkretny sposób.- Więc będziesz moja… - kusił głosem, ale nie tylko… bo już go czuła.
- Tylko moja, a ja będę twój… - pokusa przestawała być tylko pokusą, gdy zmieniała się powoli w czyn. Nie spieszył się. Delektował każdym momentem w czasie, każdym dźwiękiem jaki wydawała, każdym kawałkiem jej dotyku.
- Tylko twoja... - czerwień policzków Kaylie przypominała rumieńce grzecznych panienek z dobrych domów, jakie po raz pierwszy miały zaznać mężczyzny. Oddech kobiety był urywający się.
- Wygrałeś.
Powolny dotąd ruch stał się nagłym uderzeniem, co ją całą podbiło kilka cali w górę na krótki moment.
- Zawsze wygrywam… - jego uśmiech w ciemności był równie bezczelny, co niewidoczny i wpił się w jej usta. Przylgnął ciałem do niej, delektując się jej ciepłem - Ale tym razem… uczynię to zwycięstwem dla nas obojga…
Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie.
Sam mężczyzna mógł teraz z bliska przyjrzeć się jej elficko-smuklemu ciału zroszonemu potem. Magiczne światło bijące spod warstwy ubrań, odbijające się od materiału namiotu dawało teraz przyjemny półmrok… Widział kilka blizn z przodu, ale dopiero gdy dotykał pleców wyczuł ich nagromadzenie, a Kaylie pierwszy raz widziała jego tatuaże. Ciemne linie i kształty, tworzące abstrakcyjne wzory pokrywały jego barki, część ramion i pierś, a dostrzec niedługo miała również te ciągnące się z barków wzdłuż kręgosłupa, niemal do samego krzyża.-
Tego oczekiwałes? - zapytała błogim głosem.
-
I niczego więcej… - odpowiedział, obracając się na bok, gdy pierwsza fala relaksu “po” już go opuszczałą. Sięgnął i gładził jej bok, talię i biodro opuszkami palców, delektując się jej kształtami. - Cudownie brzmiałaś w trakcie - mruknął zadowolony, odsłuchując jeszcze raz jej głosu w świeżych wspomnieniach, a wypowiedziane przez niego zdanie spowodowało, że Kaylie zapłonęła rumieńcem wstydu.
-
To co powiedziałaś wcześniej… - skrzywił się czysto mentalnie, bo wiedział, że powinien poczekać… albo w ogóle nigdy nie zadać tego pytania. To wcale nie był dobry moment, ale nie udało mu się powstrzymać. - Teraz, gdy emocje opadły i łatwiej trzeźwo myśleć… niech to czort, brzmię jak jakiś gołowąs… ekhm… zapomnij. Nieuczciwe pytanie.
Zachichotał nisko z własnej nieporadności. To było ciekawe doświadczenie być… takim. Zdążył zapomnieć jak to jest nie kontrolować wszystkich sznurków na scenie.
Kaylie lekko pocałowała Khala. -
Wypowiedz to.
-
Czy… wciąż uważasz, że mnie… Ugh… Z całym moim bagażem, głęboką niedoskonałością, skrzywieniami, traumami, syfem, przyzwyczajeniami, odruchami, przeszłością i definitywnie wcale nie wyglądającą łatwo i przyjemnie przyszłością… - jego spojrzenie, z każdym słowem, nabierało więcej i więcej jakiegoś wstydu, aż wprost pozwolił mu gdzieś odpłynąć. Pokręcił głową odganiając niechciane myśli i znów spojrzał w jej oczy. - Z tym całym bałaganem… kochasz… mnie?
Kaylie lekko pogłaskała mężczyznę po policzku. -
Jestem tutaj dzięki tobie. Gdybyś nie oszczędził mi cierpienia... - zamknęła oczy - Byłam gotowa się poddać. Może skończyć ze sobą lub nie szukać wolności. Ale ta myśl... że choć jest jedna osoba w Cheliax, jaka mi coś dała... Jakiej zależało na tyle... Miłość do tej osoby dała mi siły. I to nie uległo zmianie.
Khal ujął jej dłoń i długo myślał.
-
Będę musiał podumać nad tą odpowiedzią… ale nie mogę wyrazić jak się cieszę, że udało ci się tego uniknąć. I wciąż nawet nie wiem jak nazwać ten kłąb uczuć związany z tym, że to w wyniku moich działań się stało.
Galtianka przekręciła się na bok, aby móc lepiej objąć wzrokiem Khala. Coś w tonie, w jakim odpowiedział jej nie pasowało. Zupełnie jakby... Nie był zadowolony z jej słów. -
O co chodzi? - zapytała położywszy głowę na rękach niczym poduszce.
-
Nic, nic, Kruszyno. - Uśmiechnął się do niej łagodnie. - Chyba, po prostu, nie mogę oczekiwać, aby takie dwa powaleńce jak my, zaczęły w rzeczywiście poprawny sposób. Więc wezmę “co dają” i mam nadzieję, że zbudujemy z tego coś lepszego… ale tymczasem… potrzebuję byś coś usłyszała i coś od ciebie usłyszeć… Po pierwsze… jeśli uważasz, że jesteś mi cokolwiek winna, to w tym momencie ten domniemany dług uznaję za nieodwołalnie spłacony. Jeżeli masz być moja to dlatego, że to Kaylie personalnie tego chce i widzi w tym najlepszą drogę dla własnego szczęścia. Nie z wdzięczności niewolnicy do nieokreślonego fantoma, którym tylko przypadkowo, okazałem się być ja. Rozumiesz różnicę i ogólnie o czym mówię?
-
Nie martw się. Rozumiem i tak nie sądziłam. - ponownie pogłaskała policzek mężczyzny - Wiedziałam już wtedy, że działania nieznajomego prawnika były przypadkowe dla mnie i wątpiłam by były kierowane chęcią pomocy mi, ale... Nie miało to znaczenia. Bo dało mi siłę. - przesunęła dłoń Khala i wtuliła się policzkiem w nią.
-
Nie wyobrażaj sobie, że moje uczucie do ciebie powstało tylko przez odkrycie co zrobiłeś przypadkowo dla mnie jako Viktor w Cheliax. Potrzebowałam tej wiedzy, aby upewnić się w uczuciu do Khala. Czy aby na pewno chcę spróbować i zaryzykować. - pocałowała mężczyznę w policzek.
-
No to usłyszałem co potrzebowałem. - Głos miał łagodny i zadowolony. Z jakąkolwiek rozsądną szansą, że Kaylie czuje jakąś powinność związaną z nim… musiałby ją odesłać (cokolwiek mogłoby to oznaczać w tej sytuacji), jak kiedyś Livię i na cały ten wieczór położyło by to kwaśny cień. Niski chichot wydobył się jego gardła gdy jakieś napięcie, które dotąd starał się ignorować, ostatecznie z niego schodziło.
-
Pytałem cię kiedyś o to, ale nie dostałem odpowiedzi… to może teraz się uda… opowiedz mi jak, w twoich najlepszych wspomnieniach, wygląda Galt? Chciałbym go zobaczyć twoimi oczami. Jakby moją o nim wiedzę bezkrytycznie uznać za kompletną i prawdziwą, to byłoby niepojęte, że wciąż on istnieje.
Kaylie leniwie odwróciła się na brzuch i przeciągnęła wyciągając nogi. Zamruczała przeciągle. -
Pamiętam wszechobecną sztukę, filozofię... Piękno... obok krwi. - westchnęła - Galt chciało spokoju i było spokojne póki Thrune nie wcisnęło się ze swoją diabelską polityką. - skrzywiła się - Byliśmy znani jako kolebka artystów, wolnomyślicieli i poetów. Pamiętam cały artyzm mojej nacji... Ale pamiętam też terror, krew i strach. - spojrzała w oczy prawnika - A to właśnie strach jakim Thrune chciało nami rządzić pchnął nas wprost w ten obłędny krąg. I zanim zapytasz: nie, nie chciałabym powrócić pod but Cheliax.
Blade światło oświetlało sylwetkę kobiety, oferując widok na jej plecy. Khal zobaczył wiele blizn na nich jakie przypominały mu rany noszone przez niewolników w Cheliax... jakiego symbol był wytatuowany pod łopatką Kaylie wraz ze znajomym mu znakiem Nyera wedle prawnie ustalonych sztywnych norm dla trochę więcej wartych niewolników ich właściciela. -
Oj, nie martw się, mam tę odrobinę instynktu samozachowawczego aby czegoś takiego nie sugerować - zachichotał, muskając opuszkami palców jej plecy. Pieszcząc je delikatnie, dla przyjemności ich obojga, ale również chłonąc widok blizn. Mapując je, w jakiś masochistyczny sposób, we własnej głowie.
-
Rozumiem skąd ta nienawiść do Cheliax… niekoniecznie się z nią zgadzam, ale rozumiem. Ono nie zawsze takie było. - Khal mówił powoli i cicho. Pogrążony we wspomnieniach które wcale nie należały do niego, ale do kronikarzy i zwykłych ludzi którzy pisali o tamtych czasach, a których zapisków nie udało się Piekielnym Rycerzom spalić.
-
Po śmierci Arodena, przez prawie cztery dekady, Cheliax miało swoją własną Czerwoną Rewolucję. Rzeki płynące krwią, brat przeciw bratu. Nie muszę ci mówić… absolutnie rozumiem, że niewielu oddałoby władzę w Galt domowi Thrune, nawet jeśli miałoby to zakończyć zabijanie. Zbyt wiele nienawiści. Zbyt wiele złej krwi. I nikt rozsądny by nie dał wiary, że królowa Abrogail Druga zachowałaby się honorowo. Jednak wyobraź sobie inną sytuację… Cofnijmy się dekadę. Czerwona Rewolucja znów goreje. Ludzie umierają, trzy duże i wiele małych stron konfliktu regularnie zawiera i łamie sojusze. Publiczne kaźnie jeńców są narzędziem terroru, mającym przede wszystkich zniechęcić ludzi od dołączania do “tych niewłaściwych”, co w połączeniu z doktryną “kto nie z nami ten przeciw nam” nie zostawia im żadnego marginesu błędu… Szarzy Ogrodnicy, ze swoim nieregulowanym okrucieństwem i terrorem, czynią sytuację po dwakroć gorszą. I wtedy, w najgorszym czasie… Obywatel Drannoch wynajduje sposób. To ona zawiera pakt z Mephistofelesem, głównym oponentem, łamane przez: wrogiem Asmodeusza w piekłach. Tym paktem, jeśli nikt jej nie powstrzyma, wprowadzi piekielną wiarę, ale Ogrodnicy zostaną rozwiązani, walki zostaną przerwane, prawo zostanie przepisane w sposób okrutny, ale jasny i klarowny, a jego egzekutorzy zostaną wsparci siłami piekieł i rzeczywiście będą w stanie je wymusić… Czy z takim planem Drannoch nie znalazłaby zwolenników?
-
Czego to miało dowieść? - mruknęła - Wszędzie znajdą się zdrajcy. A cholerni Thrune teraz mają za duży ból dupy, aby nie zrobić krzywdy nikomu z Galt. Wierzę jednak, że pośród moich ludzi jest wystarczająco wielu jacy nie poszliby rączka w rączkę z Piekłami.
Słowa wypowiadane przez Kaylie były ironiczne w swoim wydźwięku, ale wyraźnie ona próbowała nie myśleć o swoim przypadku. -
Zgadzam się. Królowa by nie zachowała się honorowo, nawet jakby pokojowo Galt oddało się Cheliax. Dlatego nie pytałem o ten scenariusz. Ilu jest w Galt ojców, których do końca życia będą dręczyć zawodzenia syna na kaźni? Czy ktokolwiek mógłby rzeczywiście potępić tego ojca za przyzwolenie na wprowadzenie rządów na wzór Cheliax, w zamian za gwarancję, że jego córek nie spotka taki los? Iii… jeszcze kwestia tego, że poznałaś Cheliax od naprawdę NAJGORSZEJ strony. Może to nie brzmieć wiarygodnie w twoich uszach, ale ono ma swoje piękno. Żelazny but Cheliax, jaki na swoim karku czuł Galt, staje się aksamitną rękawiczką gdy jesteś wolnym człowiekiem w Egorianie. Taką która skrywa garotę, jeśli miałabyś wyściubić łeb wyżej niż się powinno, ale to osobny temat… Cheliax było trzydzieści osiem lat w swojej Czerwonej Rewolucji. Galtiańska trwa od pięćdziesięciu. Nie mówię, że Cheliax MOGŁO skończyć jak Galt… bo Cheliax BYŁO jak Galt. Z innych powodów, z innym akcentem, innym smakiem okrucieństwa i bez Szarych Ogrodników, ale z tym samym terrorem, takim samy zabijaniem, takim samym strachem i absolutną niemocą zwykłych ludzi. Niemocą, która była grzechem, za który się ginęło łamanym na kole, nabitym na palu, w żelaznej dziewicy czy na dowolny z dziesiątek innych sposobów. Pierwsza królowa Abrogail, z pomocą piekieł, chwyciła za jaja generała Daelitha Servitara, księcia Gratiana Velrina i wszystkich innych, tak twardo, że chłopięcym sopranem przyrzekli jej wierność. Właśnie to zakończyło zabijanie. Potem miało to swoje konsekwencje. Popełniono obiektywne błędy. Wiele efektów wciąż jest widoczna… ale załóżmy na krótką chwilę, że moje źródła są słuszne, tak jak to przedstawiłem tak rzeczywiście, faktualnie się wydarzyło… czy można jednoznacznie potępić Abrogail Pierwszą za pierwszy pakt z Księciem Ciemności?
Kaylie milczała cały czas i nie przerywała mu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji i wciąż bez słowa uniosła się i przysunęła bliżej... aby zarzucić Khalowi ręce na szyję i bez wahania zaatakować go głęboko całując. Dłuższa chwilę trwało nim przestali i ona szepnęła:
-
Tylko tak można ci przerwać byś się nie zadusił.
Viktor zachichotał po swojemu. Nisko i przyjemnie. -
Powoli zaczynam czuć się jak ten któremu już czwarta osoba mówi “jesteś pijany”. Czy ja rzeczywiście, wedle lokalnych standardów, za dużo mówię?
-
Nie znam lokalnych standardów, ale masz słowotok. Jak to prawnik. - zaśmiała się - Co bardzo kontrastuje z sytuacją, jak właśnie co skończyłeś z kobietą i ona jeszcze nie zdążyła nóg złożyć, jak już ją traktujesz filozyczno-moralnymi problemami, gdy wciąż jej brzuch drży. - pokazała język głaszcząc swoje podbrzusze.
-
Hej… - śmiech Khala pobrzmiał protestem, gdy schylał się by ucałować zawezwane podbrzusze - Ja chciałem posłuchać opowieści o złotych łanach zbóż, szepczących strumykach, strzelistych wieżach z białego marmuru, sztuce i poezji… Nie biorę na siebie winy za wymanewrowanie rozmowy na inne tory.
Głos Khala był niski, prawie do zadowolonego mruku, gdy palcami śledził jej kształty. -
Ten słowotok… rozumiem, że mogę mieć takie “skrzywienie zawodowe” w kontekście tego jak wiele teatru było w sprawach na moim poziomie, ale czy jest on w jakiś sposób frustrujący? W Cheliax nikt kto śmiałby mi to zarzucić nie był sam równie rozgadany…
Khal pytał z ciekawością i swobodą, dającą Kaylie poczucie, że nie ma tu złej odpowiedzi.
Kaylie cichutko zaśmiała się, gdy ucałował jej podbrzusze, a jego zadowolenie z kształtów kobiety tylko napełniało ją próżnością. Zakryła twarz we wstydzie swoimi odczuciami. -
A więc tak zdobywasz kobiety. Ugniatasz ich niewieścią pychę tak długo, póki ich uda nie przestaną być przed tobą zamknięte. - powiedziała z jakimś zażenowaniem, iż także w to wpadła.
-
Mnie bardziej bawi niż frustruje. - odpowiedziała mu - Ale rozumiem, że to może przez innych być widziane jako czyste zarozumialstwo i chęć pokazania swojej wyższości. W Cheliax pewnie i plebs próbuje stać na pułapie tych wyższych społecznie, choć nie będzie tak idealne. Tutaj nie ma kultu prawników. W Galt także inaczej to wygląda.
Kącik ust Khala drgnął w, błyskawicznie ukrytym, bezczelnym uśmieszku. Nie chciał tego prezentować, ale przed samym sobą nie krył, że zdobywanie kobiet było jedną z największych satysfakcji i przyjemności jego życia i, że dlatego Rotacja musiała właśnie… rotować. Płynąć, bo niewiele z nich mogło mu zaoferować więcej niż ten pierwszy haj, gdy oddawały mu się w całości. W większości przypadków nie było drugiego razu. On nie byłby już tym samym.
- Jakiekolwiek schematy polowania ma Viktor… nie poznałaś żadnego z nich - powiedział łagodnie, gdy podnosił sobie jej palce do ust i ucałował je długo i czule, nim kontynuował. - Moje zachowania były prawdziwe. Intencje szczere. Nigdy nie okłamywałem moich jagniąt, ale pozwalałem im wierzyć w swe błędne założenia. Nigdy nie obiecałem im niczego na więcej niż kilka tygodni w przód. A gdy któraś zbliżała się by powiedzieć Viktorowi, że go kocha… to był moment aby możliwie szybko ją wykluczyć z rotacji. Zwykle miałem więcej instynktu i nie pozwalałem się do tego zbliżyć… A tobie już zdążyłem obiecać, że jeśli będziesz chciała zaryzykować bycie nierozsądną… to stanę na rzęsach obok siebie aby to się udało. Nie klasyfikuj się w tej samej kategorii co moje jagnięta. Nie są one nawet w twoim pobliżu…
Kaylie przymknęła oczy z zadowoleniem, gdy pieścił jej palce pocałunkami.
- Czarujesz jak nie jeden arcymag. - wymruczała - Ale ciężko mi uwierzyć, że nie znajdziesz sobie tu takich zabawek jak w Cheliax miałeś. W końcu ja ci spowszednieję... Na razie to efekt nowości i dzikiej radości z wygranej. - położyła mu palec na ustach - Nie próbuj zaprzeczać i wykręcać się pięknymi słówkami. Znam romanse literackie i wiem, że są naiwnym kłamstewkiem. Nie oskarżam cię o brak uczucia do mnie, tylko patrzę realistycznie. W pewnym stopniu wygrałeś zdobywając mnie, tą co jeszcze kilka lat temu była tobą niezainteresowana. Ja przegrałam, gdy prawie sama weszłam ci do łóżka. - słowa Kaylie pozbawione były jakiegoś żalu czy zgorzknienia. Ona prezentowała je jako fakt.
Viktor uchwycił palec zamykający mu usta, ucałował go i powoli odsunął oswobadzając się z jego knebla. - Po pierwsze: Nawet w mojej własnej głowie, na palcach jednej ręki, mogę policzyć kobiety które odniosły “porażkę” w tym kontekście i miało to zawsze swoją historię. Ty do nich nie należysz. Tak samo jak nie uważam, abym to ja przegrał, gdy to jakaś dziewczyna, którą początkowo nie byłem zainteresowany, dała radę mnie do siebie przekonać… To tak, po prostu, nie działa.
- Po drugie: Poczucie zwycięstwa… rzeczywiście jest - stwierdził z jakąś niechęcią. - I nawet nie bardzo różniące się od wcześniejszych, co było głęboko wbrew moim oczekiwaniom. Jednak wyrzuć z główki myśl, Kruszyno, że w jakiś sposób ubodło mnie twoje utrzymanie bielizny na prawowitym miejscu, gdy Viktor Goodmann ci się przedstawił te trzy lata temu. To poczucie ma inne źródła, a to co jest nowe to to, że nie jest ono samo… ale nie pytaj mnie jeszcze o to. To jest węzeł który sam muszę jeszcze zrozumieć, rozwiązać i dopiero wtedy, mogę zacząć myśleć, jak ten dziw powinienem nazwać.
Westchnął zamyślony, rozważając co jeszcze powiedzieć, a co może powinien pominąć… - Nie wiem jak to będzie wyglądało. Wierzę tylko, że istnieje scenariusz, gdzie ten węzeł okaże się… wystarczający. To tylko potencjał, który nie wiem, czy jest rzeczywiście realny. Jeśli to dla ciebie istotne… postaram się aby był… ale konkretna rola, jaka jest dla mnie zaplanowana oraz mój zestaw umiejętności, którego pełnego wykorzystania nasz Benefaktor oczekuje… nie pozwala mi obiecać, że nawet w najlepszym scenariuszu, nie pojawią się nowe jagnięta, choć ich wybór byłby wtedy dyktowany potrzebą i okolicznościami, a nie moim własnym kaprysem…
Viktor mówił powoli i cicho. Trochę jakby się tłumaczył, trochę jakby wcale nie chciał. Nie znał tych emocji i scenariuszy i nie był do końca pewny jak powinien w nich operować.
Kaylie patrzyła w swoje dłonie jakby szukając w nich odpowiedzi. Czego oczekiwała, co chciała? Nie znała odpowiedzi. Znała wyidealizowane scenariusze, ale nauczono ją jakie są śmieszne i nieprawdziwe. Jej pierwszy związek... kłamstwo. To nie miało sensu znowu dać sobie zrobić takiej krzywdy emocjonalnej.
- Rozumiem... Nie liczyłam na idealny związek, bo wiem, że i sama idealna w tym nie umiem być. - uniosła spojrzenie na Khala - Jeżeli będziesz z kimś innym... czy miał rotację lub stałe kochanki... Nie kłam mi o tym. Nie udawaj, że nie ma nikogo tylko powiedz kim są. Kłamstwo boli o wiele bardziej niż prawda, z jaką się pogodziłeś w końcu, bo z tym możesz się pogodzić. Z kłamstwem... nie.
Khal odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, z nieokreślonym grymasem na twarzy. Nagle nie czuł się już zwycięski, a zwyczajnie brudny. Winny, że ta rozmowa w ogóle jest zasadna. Na jakimś poziomie chciałby być lepszy niż to. Na innym wiedział, że POWINIEN być lepszy… ale na wszystkich innych nie miał wątpliwości, że wcale nie jest. Pogodził się z tym już dawno temu, ale stare poczucie niedoskonałości znów się wyrwało. Z westchnięciem, upchał je głęboko z tyłu głowy, nim w końcu znów odnalazł jej spojrzenie.
-
Można mi zarzucić więcej niż bym chciał, ale nie jestem kłamcą - zadeklarował i choć mówił cicho, to w słowach czuć było jakąś moc, a może po prostu niezachwianą pewność.
Ujął jej policzek i nachylił, się, ale nie do pocałunku, a oparł czoło o czoło i zamknął oczy. -
Nigdy nie powiem ci świadomie nieprawdy, ani nie przemilczę usilnie tematu, który powinien być wypowiedziany… Masz tu moje słowo. Wiem, że w pewnych aspektach ja sam jestem przeszkodą by nam się udało… Jednak pcha mnie to i motywuje aby odpłacać i NADpłacać ci to na innych płaszczyznach. Mam nadzieję, że to będzie starczyć…
-
Możesz mnie traktować jak swoje zabawki. Nic im przecież nie obiecywałeś tylko pozwalałeś im samym dojść do błędnych wniosków. - wsunęła się pod rozerwany śpiwór - Czyste sumienie. To przecież nie było kłamstwo, prawda? Po prostu umyślnie pozwalałeś im dojść do błędnych wniosków. Czy chcesz też mnie tak trzymać w niewiedzy i fałszywej radości?
Viktor pozostał w niemal bezruchu gdy Kaylie się od niego odsunęła.
- Myślałem, że już pokazałem, że nie jesteś dla mnie jagnięciem... No trudno… Drugi człon mojej obietnicy odpowiada na twoje wątpliwości. Ich nie okłamywałem, prawda. Jednak definitywnie pomijałem tematy i to właśnie był sposób jakim pozostawały, w błędnym przekonaniu. Ta obietnica mówi specyficznie, że gdy dostrzegę u ciebie takie błędne przekonanie, to je zaadresuję…
Kaylie nagle mu weszła w zdanie chcąc odpowiedzi. - Czemu po prostu nie będziesz mnie informował jak ci podałam? Czemu nie powiesz: "Dziś spałem z tą, ta jest w mojej rotacji, pewnie jutro z baronówną spędzę noc, mam ochotę tą młodą nauczyć jak być żoną"? - zapytała wychylając się ku Khalowi - Czemu?
Viktor mrużył brwi, analizując pytanie, szukając czego nie zrozumiał, albo gdzie do pomyłki mogło dojść.
- Ależ… będę mówił. Skoro to jest to czego oczekujesz… skoro, dla ciebie, wszystko poniżej tego byłoby nieszczere… - wzruszył ramionami, jakby dochodził do nieco banalnych wniosków - Nigdy cię nie okłamię, ale równie ważne jest byś ty się nie czuła okłamywana. Jeśli mi mówisz, że takie informacje są warunkiem twojego poczucia mojej szczerości, to je akceptuję i będę działał w zgodzie z nimi.
Khal uśmiechnął się, trochę bezczelnie i bardzo przymilnie. - Czy tak jasna i jednoznaczna deklaracja, panią zadowala?
Kaylie uśmiechnęła się. - Ja też nie będę taić nic. Powiem wprost jeżeli ktoś mnie któregoś dnia posiadzie. - odparła szeroko uśmiechając się z nutą wredoty.
Khal zmrużył oczy niby-gniewnie, ale uśmiech na jego ustach stał się tylko bezczelniejszy, gdy wdrapywał się nad nią i oboje ich okrywał śpiworami, co chwilowo były nie więcej niż gloryfikowanym kocem.
- A czy my przypadkiem nie ustaliliśmy… - pytał niskim głosem, gdy jego dłoń powoli zsuwała się z jej policzka na szyję, co spowodowało chichot kobiety.
-... że w nagrodę za moje zwycięstwo…
Z szyi wyznaczyła szlak wzdłuż obojczyka i zaraz znów… niżej na co ciało arkanistki zaczęło się lekko wić. - … będziesz, cytując nawet ciebie… tylko moja?
Wymruczał kusząco jej pytanie na ucho powodując westchnięcie ekscytacji, gdy jego dłoń zacisnęła się rozkosznie. - Jestem gotów negocjować klauzulę…
Nie została tam długo, ale zdała się utracić ostrożność i nieśmiałość, gdy kreśliła linie mięśni brzucha Kaylie… i jej podbrzusza jakie drżało na najmniejszy dotyk… - ... która wymagałaby ode mnie gwarancji gotowości...
Dłoń zacisnęła z siłą, zdecydowaniem i zwyczajną żądzą, tam gdzie podbrzusze traciło swą szlachetną nazwę. - … na każde. Jedno. Twoje. Zawołanie.
Kaylie poczuła palce Khala wplatające się w jej włosy. Zacisnęły się one z doskonale dobraną siłą. Poderwały jej głowę kilka cali, przyciągając jej usta do jego, gdy jego palce dotarły gdzie dłoń już nie mogła, a kciuk naparł w bardzo odpowiedni sposób.
Jeżeli Kaylie chciała uciec robiła to w bardzo niewyraźny sposób, bo jednocześnie wydawała się wijąc próbować uciec palcom, ale jej westchnienia rysowały inny scenariusz.
- Khal... - wydyszała, a mocny rumieniec rysował wyraźną prawdę - Skoro ty... będziesz miał inne... Ja też powinnam móc... mieć... innych…
Palce zaciśnięte na włosach odgięły głowę Kaylie w tył, gdy zablokowały jej te nieprawdziwe próby ucieczki i jeszcze bardziej, gdy niespiesznym, ale zdecydoanym ruchem ściągnęły ją w dół, głębiej na jego palce.
- Tak, powinnaś. - Słowa zdawały się rzeczowe, ale głos wciąż kusił. - To byłaby klasyczna symetria… ale to mrzonka, że układy, nawet związki, są w pełni symetryczne. Zawsze są jakieś różnice. Jakieś… extra dla jednego, innego dla drugiego. Wyobraź sobie w praktyce to extra które tobie teraz oferuję… - dalej kusił, mrucząc teraz przyjemnie na ucho odchylonej w tył głowy, bo wciąż twardo trzymał ją, nie pozwalają w żaden sposób, nawet udawany, uciec.
- Ja muszę cię za każdym razem zdobywać. Przekonać. Ugłaskać. Rozgrzać, a i tak zawsze możesz stwierdzić, że się nie czujesz… a ja byłbym na każde. Twoje. Zawołanie. I nie ma że kręcę nosem, bo będę wiedział co mi z tego przysługuje. Wyobraź sobie, że mam się z tą baronetką widzieć… ale stwierdzasz, że nie podoba ci się aby miała zbyt dużo zabawy, więc przyjmujesz zwycięską postawę… wznosisz dłoń… pstrykasz palcami… a godzinę później wychodzę do niej już spóźniony i wymęczony.
- Och, jaki ty biedny... - zaironizowała, gdy drżały jej nogi, a oddech się urywał - To nie ja... - nabrała głębszego wdechu, chcąc go uspokoić - ...nie ja... jestem łowcą w tym... - mimo prób wydała z siebie ciche jęknięcie nim zakończyła zdanie - związku...
- Więc tym bardziej, ta wymiana reguł, nie powinna ci doskwierać, prawda? - zapytał, wzmagając wysiłek, by więcej tych cudownych dźwięków wydobyć - Oraz… oj nie. Ja definitywnie nie “biedny”. Taka wspaniałość rzeczywiście dobrych układów… wszyscy są… usatysfakcjonowani…
I wydobywał ich coraz więcej i więcej, a opór całkowicie zanikł.
- Rano... muszę grupę prowadzić... - wydyszała między tłumionymi jękami - Nie mów innym... o nas...
Khal uśmiechnął się dziko na tę prośbę.
- Hmmm… Ostro się targujesz. Dwa extra za moje jedno? Niech stracę. Akceptuję twoje warunki…
Viktor kiwnął głową a wpół sam sobie, gdy pomiędzy wyduszonymi jęknięciami nie usłyszał krzty protestu. - A w nagrodę, za bycie tak grzeczną dziewczynką… - nie dokończył.
Nie musiał, bo Kaylie poczuła i gwałtownie złapała się go, aż to on poczuł jej paznokcie w swojej skórze…
Kaylie leżała wtulona w Khala oddychając miarowo, pozwalając powoli wyciszać się ciału. Opuszkami palców głaskała jego ramię pomrukujac cichutko do siebie, a on przeżywał przecudowne deja vu, gdy po raz drugi, tego wieczoru, podziwiając niemal identyczną scenę. Dawał jej czas odpocząć i sam sobie też. To była… wymagająca pozycja, choć nie aż tak jak ciekawa.
Kaylie cieszyła się z tej chwili ciszy i spokoju. Lekko głaskała linie tatuażu Khala jakie widziała, drażniąc jego skórę delikatnym jej łaskotaniem. Pogłaskała też własny bok i podbrzusze.
-
Czy to się stało naprawdę? - zapytała patrząc na swoją kobiecość z wyrazem zdziwienia - Czy ja naprawdę to zrobiłam? - położyła dłonie na czole oddychając ciężko.
-
Cóż… - zaczął Khal poważnie, chichot szybko pozbawił go tej aury - bardziej bym powiedział, że JA to zrobiłem.
Podźwignął się, a bezczelnym uśmieszkiem, nachylił i ucałował ją w czoło, nim nie zwalił się z powrotem na swoje miejsce. -
Choć nie dam głowy, że rzeczywiście masz na myśli to co mi się wydaje, że masz na myśli.
Dodał, opierając się wygodnie na poduszkach.
Kaylie wciąż patrzyła w jakimś zdziwieniu w sufit bez myśli głaszcząc swoje podbrzusze kulistym ruchem.
- Po prostu... ci się znowu oddałam. Tak z własnej woli. To... - pokręciła głową do siebie - Nigdy, żaden Cheliaxianin... Nigdy tak.
Położyła się na boku by patrzeć na twarz Khala.
- Ostatni Cheliaxianin jaki mnie posiadł... - uśmiechnęła się okrutnie - Stracił swoją męską dumę.
Khal spuścił z siebie powietrze, chowając wyrosły na twarzy grymas zimnego gniewu. Rozumiał dobrze implikacje tego co powiedziała, ale to implikacje tych implikacji… budziły w nim znacznie agresywniejsze żądze.
- Nyer? - zapytał chłodno, z jakimś mrocznym akcentem w spojrzeniu.
Galtianka położyła policzek na dłoniach leżących płasko na ziemi i sama będąc na brzuchu trzymała nogi w powietrzu. - Jakie to ma dla ciebie teraz znaczenie? - zapytała zaciekawiona co Khal powie, ale on się nie spieszył.
Oparł się na łokciu i wyciągnął dłoń, by samymi opuszkami palców sunąć powoli wzdłuż jej blizn, teraz klarownie prezentowanych. - I to… też on?
- Nie wierzę, że to powiem, ale... I tak, i nie. Był zimnym draniem, niemniej nie jego nakarmiłam jego własnymi jajami, a i też nie on mi razy wymierzał. Od tego miał innych. - uśmiechnęła się krzywo - Powinieneś wiedzieć. Musiałeś mieć ludzi do karania twoich niewolników za ciebie.
- Nie o mnie teraz... O ilu ludziach tutaj mówimy? “Nakarmiony”, rozumiem, już nie żyje i to mnie umiarkowanie satysfakcjonuje… ale kary wynikały z decyzji denata, Nyera, czy jeszcze kogoś innego?
Kaylie lekko uniosła się by wesprzeć brodę na złożonych dłoniach.
- Powiedz mi... - odezwała się lekko, patrząc łagodnie na Khala - Ile tak naprawdę wiesz o niewolnikach w Cheliax? Ile wiesz o Nyerze? Miałeś swoje własności.
- Kaylie… Miałaś jakieś osiem lat, gdy ja przekraczałem granicę Cheliax i od tego momentu koegzystowałem z niewolnikami. Nie wiem wszystkiego o niewolnictwie, bo to nigdy nie był mój obszar szczególnych zainteresowań i obracałem się w konkretnych kręgach, ale wiem dość. Rozumiem, że jak niewolnik trafi na złego właściciela… to czeka go swoiste piekło. Jednak wiem jako fakt, że bardzo wielu możnych było bardziej jak ja. Przez piętnaście lat mojego posiadania niewolników tylko raz musiałem jednego ukarać. Zrobiłem to osobiście i nienawidziłem każdego jednego uderzenia. To była moja ostatnia z wielu prób, aby zrozumiał, że pomimo mojej łagodności nie dam sobie wejść na głowę. O Nyerze wiem ile potrzebowałem aby mu doradzać. To jest przyjaciel Loży, a nie mój. Na oczy widziałem go koło siedmiu razy… i to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Choćby to co ci się stało było nieuniknioną codziennością każdego jednego niewolnika na powierzchni Golarionu… - wzruszył ramionami, również po to by kupić sobie czas, nie będąc pewnym jak zwerbalizować emocję.
- Oni nie są tobą. I to wszystko zmienia.
- Khal... - pokręciła głową - Chcę po prostu wiedzieć ile tak naprawdę wiesz o całym procesie bycia niewolnikiem. Ale... założę, że muszę ci wyłożyć wszystko by wytłumaczyć co się stało. Masz zastrzeżenia?
Khal zastanowił się chwilę. Wiedział jak to technicznie wygląda, ale… - Teoria może mijać się z praktyką. Opowiedz.
Kaylie usiadła przed Khalem na początku milcząc, gdy próbowała złożyć słowa.
-
Kiedy stajesz się niewolnikiem tracisz własność nad swoją osobą. Najczęściej po prostu jesteś sprzedawany komuś, rzadziej ten co cię pochwycił zostaje twoim właścicielem. - patrzyła w ziemię - Popełniłam błąd... Grupa najemnicza do jakiej należałam została zatrudniona do przetransportowania niewolników w Cheliax. Były to osoby z pogranicz jakie zostały pochwycone siłą, więc nawet jeszcze nie zostały oznaczone, ale według prawa już należały. - spojrzała na leżący nieopodal swój miecz.
-
Przeciwko zdaniu Rhaasta chciałam być lepsza, altruistyczna... w trakcie drogi uwolniłam niewolników, pozwoliłam im uciec, gdy była okazja. Inni najemnicy nie byli zadowoleni. - zamknęła oczy - Na nic błagania i próby przemówienia do ich sumienia. Postanowili zmniejszyć straty...
Zamilkła zbierając myśli. -
Nyer był tym zleceniodawcą i właścicielem niewolników jakich wypuściłam. Moi niedawni kompani oddali mnie mając nadzieję na darowanie im strat, choć raczej liczyli na więcej niż jedynie trzech słabych niewolników. Irvys Nyer od łaski wycenił mnie tylko na tyle, chyba tylko z powodu mojej magicznej edukacji. Więcej nie mogli ugrać. - zamknęła oczy.
-
Nyer pobocznie zajmuje się prawem handlowym, ale jego głównym zajęciem jest handel żywym towarem. Nie jest per se okrutny... ale posiadanych niewolników traktuje po prostu jak zwykłą rzecz. Nie obchodzi go ich samopoczucie czy to fizyczne, czy psychiczne. Na początku... - wzięła głęboki oddech - Przechodziłam "inspekcję towaru", jak to raczej każdy w różnym stopniu będzie musiał przejść. Rozebrali mnie do naga i sprawdzali każdy element mojego ciała... a Nyer zapisywał wszystkie obliczenia. To był bardzo zimny i bezuczuciowy proces, jakby oceniali czy sprzedano im nie wadliwy produkt. - zakryła oczy - Moja magia była skrępowana poprzez antymagiczną obrożę, Ale miało się okazać, że to było niczym...
Kaylie spojrzała na Khala, sprawdzając czy on chce coś powiedzieć, ale on tylko siedział naprzeciw niej i patrzył. Nie poganiał spojrzeniem, ani gestem ani słowem, choć czuć było w nim napięcie, a wyraz twarzy miał kamienny. Kiwał tylko głową od czasu do czasu, jakby potwierdzając, że zrozumiał.
-
Właściciele chcą złamać niewolnika by ani myślał o sprzeciwie czy ucieczce. Fizycznie czy psychicznie... - dotknęła jednej z blizn na boku - Mało który właściciel chce nieułożonego, więc się po prostu nie sprzedają dobrze, a zwroty zazwyczaj są ze zniżką dla sprzedającego. Nie tylko sprzedający chce ułożyć, ale także posiadający. - smutek w jej oczach był widoczny - Opierałam się. Bardzo długo walczyłam, ale... inni niewolni w końcu mi przetłumaczyli jaki to bezsens. Ja już miałam dość bólu, grozili mi burdelem... - łzy na chwilę się pojawiły
-
A później... minęło pół roku i moi dawni kompani przestali mieć chęć oddawać mu kasę. - ręce zaczęły się jej trząść - Na nic błagania Nyera... Zupełnie go to wszystko nie obchodziło. Nigdy mi nie powiedział, że zmienia zdanie. Przez tydzień czekałam przerażona w tej cholernej celi... - łzy popłynęły - Ledwo co spałam... Tylko histerycznie płakałam... widziałam jednego... nie był w stanie chodzić normalnie, ruszać rękoma jak trzeba, poddał się ostatecznie. Mówili, że niezależnie co będę mówiła i tak będzie trwało minimum kilka godzin. Śniłam jak będą mi wyłamywać palce, wbijać igły pod paznokcie, łamać kołem i przypalać. I... i... - zaczęła dyszeć ze stresu.
-
Ćśśś… wyobrażam sobie.
Khal zbliżył się ostrożnie, wstając na kolano. Nachylił i przytulił ją mocno. -
Nie mogę wyrazić jak mi przykro, że musiałaś to przejść, ale jesteś teraz bezpieczna i nigdy nie będziesz już w takiej sytuacji.
Khal odczekał aż poczuł, że drżenie ustąpiło i oddech się uspokoił, po czym cofnął się i usiadł, czekając czy Kaylie chce opowiedzieć dalej historię… był tylko odrobinkę bliżej niż wcześniej… i wciąż trzymał jej dłoń.
Kaylie odwzajemniła uścisk dłoni.
-
Przez cały tydzień straciłam wszystkie łzy. W tej sekundzie poddałam się. Widziałam, że cokolwiek mnie czeka zniszczy mnie fizycznie i mentalnie. Opowiadali mi historie o doświadczeniach torturowanych ludzi, o samobójstwach. Mówili jakie to wszystko bez sensu i nieważne czy chcesz powiedzieć prawdę czy nie... i tak cię umęczą. To bardziej przeciw właścicielowi niż tobie. W ten sposób chcą zadać cios twojej wartości. - westchnęła - Jednak kiedy nadszedł czas okazało się, że nie zostanie wykonana ta procedura. Czułam jakbym umarła ze stresu. Rozryczałam się histerycznie i prawie lizałam buty Nyera gdy mnie prowadził przez sąd. - zakryła oczy.
-
Dopiero kiedy mój umysł zaczął działać znowu to poczęłam widzieć drogę. Od tej pory byłam wzorowym niewolnikiem, robiłam co tylko ode mnie chciano nawet jeżeli miałam później noc przepłakać. Nyer, a raczej jego ludzie, mnie uważnie obserwowali. Czasem zastawiono na mnie pułapki. Dawano nadzieję na ucieczkę czekając na mój fałszywy ruch. To było naprawdę ciężkie odrzucić każdą okazję, bo nie wiedziałam jaka jest prawdziwa, a jaka to tylko podpucha.
-
Nie stawiałam się, kiedy jakiś jego znajomy dostał okazję na noc z Galtianką. - mocniej ścisnęła rękę mężczyzny - Tylko raz płakałam, co sprawiło, że ten Cheliaxianin niekomfortowo się poczuł i mnie poniechał. Nyer nakazał mi uspokoić się przy następnych. Od tego momentu zaczęłam połykać swoje własne łzy i przybierać fałszywy uśmiech. Nie jestem w stanie powiedzieć ilu z twoich znajomych mnie miało.
-
A Nyer... - spojrzała z bólem - Nie powiem, że nigdy nie zostałam wezwana do jego sypialni. Nie byłam jedyna, nie miał czasu na prawdziwe związki. Zależało mu tylko na przyjemności dla siebie. Po zakończeniu swojej powinności kłaniałam mu się w pas dziękując za... nie wiem za co nawet i wychodziłam by mu nie przeszkadzać. Był zimny i bezemocjonalny, ale nie robił mi krzywdy. - zabrzmiało to bardzo dziwnie w ustach arkanistki, jakby tak naprawdę nie rozumiała krzywdy - Czasem nawet pozwalał mi zostać w swoim łóżku na noc i dwa razy dał mi resztki swojego śniadania.
Uśmiech jaki pojawił się na jej ustach był niepokojąco prawdziwy w jej mniemaniu.
-
Khal słuchał, zmuszając się aby powstrzymać wszelkie grymasy chcące mu wypełznąć na twarz. Z jednej strony chciał zakrzyknąć w proteście na pomysł, że to nie była krzywda… z drugiej… wiedział zbyt dobrze w jak parszywym świecie żyją i, że mogło być znacznie gorzej. Wielu by stwierdziło, że miała lekko. Im by Khal zaprzeczył i wyszłaby z tego zażarta dyskusja.
-
Może powinienem to pominąć, ale… czuję, że może wcale nie. Tak naprawdę to nie wiem co tu powiedzieć, więc proszę… jeśli to nie jest to, to nie miej mi tego za złe… rozumiesz, że traktowanie “źle, ale nie najgorzej”, wcale nie oznacza traktowania “dobrze” i “nie robienia krzywdy”, prawda?
Kaylie spojrzała zaskoczona. -
On naprawdę nie robił mi krzywdy. Odkąd zaczęłam być posłuszna przestał kazać mnie karać, nie był agresywny podczas stosunku, nie poniżał mnie, czasami oferował te małe "luksusy".
-
Kaylie, Kruszyno… godzinę temu mówiłaś, że nadużywałem władzy gdy moje pracownice pchały mi się pod biurko. Gdy Livia przyszła do mnie pierwszy raz odesłałem ją, bo wyczułem cień szansy, że robi to ona z “powinności”, a nie “chęci”. Jak już spędzała ze mną noc to zawsze zostawała do rana. I na każdy jeden raz gdy ja jej PROPONOWAŁEM noc u mnie, trzy razy ona sama wychodziła z inicjatywą, w takiej czy innej formie. I wszyscy moi niewolnicy jedli na tyle dobrze, że poczuli by się obrażeni gdybym im zaproponował moje resztki… I choć byłem w mniejszości, to w Egorianie wcale nie byłem wyjątkiem… pomyśl o tym wszystkim, bardzo cię proszę.... Nie wiem kiedy, ale poruszę znowu ten temat, ale teraz… chciałbym usłyszeć resztę historii. Jeśli czujesz się by ją opowiedzieć.
-
Dobrze... Ale wiedz, że jesteś w błędzie. - mruknęła nie zgadzając się z jego słowami i wróciła do opowieści.
-
Nyer miał niestety jeszcze jednego znajomego z jakim znajomość była bardzo ważna politycznie. Chociaż dobrze wiedział, że ta osoba czyni mi krzywdę za każdym razem to nigdy mu nie zabraniał skorzystać ze mnie. - zacisnęła pięści ze wściekłości - Pełen kompleksów, nienawiści do swojego nieudanego życia i szukający rozładowania się na kimś... nic nie warta któraś z kolei popłuczyna swojego rodu. Dray Thrune.
Kaylie prawie wypluła to miano jednego z nieistotnych kuzynów domu Thrune. Diablo głodny władzy jakiej nie mógł wyrwać przy swoich krewnych. Jego zaletą była umiejętność zdobywania istotnych znajomości na jakich budował swoje znaczenie.
-
Odkąd tylko dowiedział się skąd jestem skupił się na robieniu mi krzywdy za swoje krzywdy... przynajmniej to co za nie postrzegał. Czerpał obrzydliwą radość z poniżania mnie i patrzenia jak przy nim się płaszczę. Nie było możliwości ugłaskania go. Każda noc była okrutną mieszanką wymuszonych czynów i cierpienia. - łzy i wściekłość kumulowały się w głosie Kaylie - Przy nim nawet nie byłam w stanie udawać chęci, a nawet tak bardziej go to bawiło.
-
Chciałam uciec, ale musiałam czekać... aż w końcu Nyer opuścił gardę i wyjechał biznesowo pozostawiając mnie z mniejszą strażą. - uśmiechnęła się okrutnie - Udało mi się odnaleźć swój miecz i uwolnić się z okowów... ale to był tylko początek. - zaczęła śmiać się maniakalnie.
-
Dray nie widział zagrożenia, gdy pojawiłam się w jego żałosnej kancelarii jako "prezent" od Nyera. Do dziś pamiętam jego głupią gębę, jak wciskam mu w gardło jego własne jaja! Pamiętam jego błagania! Widzę krew Thrune spływającą po papierach akt jakie spadły z biurka!
Oczy Kaylie nabrały szalonej iskry, gdy opisywała masakrę. -
Zostawiłam go konającego trzymającego w połowie odciętą męskość w ręce!
Śmiech Galtianki zalał namiot.
Khal kilka chwil po prostu patrzył, dopiero pojmująć głębię tej rany którą w sobie nosiła… i nagle pożałował, że posłuchał swoich odruchów i jego namiot nie był gdzieś dalej na uboczu…
-
Kaylie, ćśśś… nie jesteśmy… - przerwał gdy potwierdził co przypuszczał. Wcale go nie słuchała. Zatkanie ust dłonią wydawało się zbyt agresywnie…
To była prawda. Ona nie słuchała. -
Ciekawe co zrobili inni jak zobaczyli go z figurką Asmodeusza wepchniętą w dupę! - ponownie zaczęła histerycznie się śmiać, ale tym razem szybko został zduszony, gdy Khal wyrwał w przód, chwytając ją za potylicę i przycisnął swoje usta do jej. Stłamszony śmiech szybko zamarł, a Khal wycofał się, z pewną dozą niepewności. W tej chwili zupełnie nie był pewny reakcji.
Kaylie tylko patrzyła jakby sama nie widząc co teraz zrobić. Patrzyła z pytaniem na mężczyznę najwyraźniej oczekując jakiś reakcji od niego, jak jej sama pierwsza nie chciała dać i Khalowi to odpowiadało. Alternatywy, które rozgrywał w głowie, były w większości zauważalnie gorsze. -
Wybacz - przeprosił, ale uśmiechał się ciepło, a w głosie nie miał śladu skruchy - Rozumiem te emocje, ale nie jesteśmy tu sami. Czy myślisz, że dałabyś radę przełożyć, tak ekspresyjne wyrażanie ich, na trochę bardziej odpowiadający moment? - zapytał bez nacisku, ani śladu pretensji w głosie.
Kobieta niechętnie pokiwała głową zgadzając się na warunki. -
Dziękuję. Wiem, że się powtarzam, ale przykro mi, że musiałas przez to przejść i jakbyś go nie zabiła, to dopisałbym jego imię do swojej listy. Cieszę się, że nie zszedł łagodnie z tego świata. Nyer mieszkał, jeśli dobrze pamiętam, w Westcrown, choć nie jestem pewny… jak udało ci się uciec? To nie mogło być zwykłe szczęście… Jakby każdy niewolnik mógł zabić swego właściciela i rzeczywiście liczyć, że ucieknie do swojego “długo i szczęśliwie” to Cheliax by tak nie wyglądało…
-
Dray nie był moim właścicielem, a Nyer w tym czasie nie był na miejscu tylko w podróży.
-
Fakt, źle to ująłem - przyznał Khal, drapiąc się po skroni, nieco zażenowany tak rażącym błędem - Rdzeń pytania zostaje ten sam…
-
Odkąd uniknęłam tortur zaczęłam budować maskę posłuszeństwa. Dopiero po dwóch latach od zniewolenia nastał moment w jakim podjęłam ryzyko... Wtedy już dostawałam pozwolenie samej wyjść na miasto robić sprawunki na rozkaz. - okryła się kołdrą niczym dziecko - To był długi proces planowania, cierpliwości i gry. Wiele razy miałam dość... czemu próbować? Lepiej się poddać i błagać o większy posiłek... - patrzyła w ziemię - Ale wtedy przypominałam sobie, że choć jednej osobie na tyle zależało, aby pomóc mi oszczędzić cierpień. I tej myśli się trzymałam... że ciągle jest po co walczyć... choć tylko by wysiłek przeszukiwania ksiąg prawnych nie był na darmo.
Khal przymknął oczy i przyłożył dwa palce do skroni, mrucząc pod nosem…
-
Jakieś osiem lat temu doradzałem Nyerowi… siedem? Plus dwa lata… wtedy… to były moje trzy lata gdy pracowałem nad sprawą ”Malforien przeciw Ardovale”... gdzieś początek jej drugiej połowy… chyba słyszałem coś o mordzie jakiegoś Thrune… jeśli teraz sobie nie dopowiadam. Nie przyłożyłem wielkiej wagi do tego… jeśli to ta sama historia… to musieli rzeczywiście być zawstydzeni i chcieć zamieść sprawę pod dywan, albo załatwić ją cicho. Inaczej znacznie większą famę byś zyskała… niezależnie czy jedno, czy drugie… na pewno znacznie ci ułatwiło.
Odkaszlnął, przerywając swój ciąg myślowy… z początku chciał tylko pozycjonować te wydarzenia gdzieś w swojej własnej chronologii. -
Wydaje ci się, że jesteś już wolna od tych wydarzeń? Czy wciąż się one za tobą ciągną?
Zapytał, choć znał odpowiedź… ale chodziło mu bardziej o zrozumienie jej perspektywy.
Zdziwienie malowało się na twarzy arkanistki, a zaraz zmieniło się w ironiczne rozbawienie. -
A czy ty uwolniłeś się od wspomnień śmierci swojej matki? Czy nigdy już o tym nie myślisz, jesteś wolny? Och, Khal. Znasz odpowiedź. To ciągle we mnie siedzi... Miesza się z poniżeniami i traumami z Galt, ale jest.
Wychyliła się ku mężczyźnie. -
Nie zawsze to widzę w snach... ale... Jest. Ciało pamięta. Umysł pamięta. - zakryła się szczelniej rozerwanym posłaniem jakie wciąż nosiło na sobie zapachy ich stosunku - Ale... pewne sytuacje przypominają... I bolą, a inne... Wzbudzają agresję. Pamiętasz.
-
A wiesz co Rhaast powiedział jak go odzyskałam? - uśmiechnęła się zbyt szeroko, z wilgocią skrytą w oczach - Wiesz?
Khal wychylił się i jego dłoń z pod połę śpiworów, odnajdując jej nadgarstek. Wyobrażał sobie możliwości… najpewniej coś o byciu winną samej sobie… ale nie zamierzał mówić tego na głos. -
Nie - pokręcił głową, z troską w oczach.
-
Był na mnie zły. - położyła drugą dłoń na jego dłoni - Że tyle to trwało. Powiedziałam mu co się działo, co przeżywałam... - głos jej się załamał - Powiedział, że to kara za nie słuchanie go. I dobrze, że tak się stało, lekcja dla mnie jaką zapamiętam na życie...
Ostatnie słowa wypowiadała przez łzy.
Khal ścisnął nieco mocniej dłoń na jej nadgarstku.
-
Próbowałaś być lepsza niż plugawy świat w którym żyjemy. Myślałaś, że twoi towarzysze też są od niego lepsi. Coś co ja bym zrobił w Cheliax, gdybym miał dość ku temu odwagi… ale świat, tak samo jak wielu ludzi, bardzo źle znosi gdy własnym kontrastem wytyka się mu jego własną niedoskonałość. Nie ważne jak bardzo bym chciał… nie mogę się cofnąć do siedemset osiemnastego i urządzić małych Karmazynowych Łowów, ani zwyczajnie cię wykupić od niego, ale jeśli mi pozwolisz… chciałbym od teraz być przy tobie i pomóc ci nieść ten ból.
-
Wedle prawa Cheliax ciągle jestem jego niewolnikiem... - zamknęła oczy - Zbiegłym mordercą.
-
I to powinno mieć dla nas jakie znaczenie?
-
Jeżeli pojawię się w Cheliax i odkryją moje imię i twarz...
-
Iii… masz tam jakieś pilne interesy, wymagające twojej obecności?
-
Ty chciałeś tam wrócić! Ja... - westchnęła - Chcę iść za tobą...
-
Więęęc… oczywistym staje się, że tam NIE wrócę. Bah… tak naprawdę to, opuszczając Zachodnie Wybrzeże, przyjmowałem możliwość, że nie zobaczę go więcej. To co teraz robimy już wtedy było dla mnie ważniejsze niż kariera w Loży i ma lepsze perspektywy rozwojowe… A skoro ty się jeszcze pojawiłaś… to już przesądza temat.
-
Nie możesz porzucić wszystkiego, co zdobyłeś, twoja kariera, majątek, wpływy! Mogę nawet pracować dla ciebie! - Kaylie wyraźnie była w stanie ostatecznie zdradzić Galt.
-
Kaylie, Kruszyno… - Khal odnalazł jej drugą dłoń i trzymał teraz obie. - Podjąłem już decyzję. Nie masz na nią wpływu. Moja najbliższa przyszłość, a mówię tu prawdopodobnie o nie mniej niż dekadzie lub dwóch, jest w Evercrest. Z tobą. Jeśli chcesz ze mną pracować, to będę się tylko cieszył, że więcej czasu z tobą spędzę…
-
Ale co tu cię czeka? To wieś przy innych opcjach... Tu o krowę są sprawy. - zniżyła głos - Będziesz ogarnięty żalem i niespełnieniem jak skończy się aktualne zamieszanie...
-
“Aktualne zamieszanie” nigdy się nie kończy. Tylko zmienia formę, albo płynnie przechodzi w kolejne. Dobrowolnie przyjąłem rolę arcykapłana Kozła Ofiarnego. Jak to się uda, czeka mnie kampania aby zmodernizować lokalne prawo, bo to, że ktoś taki jak Crawcolt czy Yasperhyde wciąż marnują tlen, jest świadectwem jego niekompetencji. Będą oponenci. Będą przeszkody. Będą walki i zamachy. Intryga na intrydze. I stu żywotów by mi nie starczyło aby cokolwiek zmienić w Cheliax, ale tutaj? Tutaj mogę zrobić różnicę, podczas gdy w Cheliax byłem gloryfikowanym trybikiem. Miałem bogactwo, lokalną sławę, wpływy a ponicze z dworów kłaniali mi się w pas, ale z każdym awansem coraz… więcej oczekiwań musiałem spełniać. Chcesz wiedzieć w jaki sposób wszedłem w posiadanie Christiana? Mojego pierwszego niewolnika?
-
Tutaj jest mała społeczność i mało do wygrania... - stwierdziła smutno - Powinni cię znać na salonach metropolii, nie w zapyziałych dziurach. Jesteś powyżej tego. - mimo słów porzuciła już próby przekonania mężczyzny, więc po prostu wypowiada je ze smutkiem.
-
Kupiłeś go? Czy może był prezentem? Oddał Ci się w niewolę zamiast opłaty sądowej? - zapytała z prawdziwą ciekawością.
-
Dostałem go po mojej pierwszej, dużej, wygranej sprawie od mistrzyni Morgwyn. Mojej mentorki. To nigdy nie zostało powiedziane wprost, ale było… oczekiwanie. Wtedy uwierzyłem, a dziś wiem… że gdybym odmówił to moja kariera stanęła by w miejscu. Wiesz jak ludzie, co mają swoje rodziny, opowiadają o ciotkach na zjazdach pytających “kiedy spodziewasz się mieć dzieci”, co nie? No to w Cheliax, od pewnego poziomu, pyta się ludzi czemu mam tylko jednego, trzech czy pięciu niewolników… “bo przecież powinienem mieć już z pięć razy więcej” mimo, że ta piątka wystarczyła mi aż nadto. Podobnie, choć z innych powodów, nie mogłem sobie pozwolić aby oswobodzić wszystkich moich niewolników gdy opuszczałem Cheliax. Jak dałem wolność Livii sprowokowałem tylko nieco pobłażliwe uśmiechy… że się sentymentalny zrobiłem. Jakbym puścił ich wszystkich… to byłoby potraktowane jako proklamacja polityczna, a są narzędzia którymi mogliby moje wyzwolenie cofnąć. Tu mogę zostać arcykapłanem religii i jednocześnie stanąć na miejscu Blackfyre’a, po drodze stając się szarą eminencją całego królestwa… plus Cheliax nie dawało mi żadnej nadziei aby wydłużyć moją krótką egzystencję. Evercrest tak. Ja nie zostałem tu zesłany pod przymusem. Jestem tutaj specyficznie z powodu moich ambicji.
Kaylie nie wyglądała na przekonaną jego pomysłem, ale nie opierała się. Oparła głowę o pierś Khala. -
Nyer miał kolekcję niewolników i mógł wymieniać w każdej chwili jako sprzedawca. Zanim jakiegoś uznał jako "nie na sprzedaż" mijał czas. Zależało od sytuacji, choć on lubił swoje własności odpowiednio złamane i wykonujące każdy rozkaz bez mrugnięcia okiem. Ze względu na swoją pracę... wiedział jak łamać innych nawet nie kiwnąwszy samemu palcem. - im dłużej mówiła, tym ciszej.
-
Ja z moimi… rozmawiałem. Dawałem im prawa w moim domu, które szanowałem i za to oni szanowali mnie. “Proszę”, “dziękuję”, “czy mógłbyś”... Za wyznacznik, do którego powinienem dążyć, wziąłem jak możni w Andoranie traktowali swoją wolną służbę. Skoro okoliczności oczekiwały ode mnie posiadania niewolników, to chciałem mieć z nimi taką relację. Przy czym, ja też specyficznie wybrałem sobie takich, przy których było to, w ogóle, możliwe. Wiem, że potrzeba konkretnej mentalności, aby móc się pogodzić z losem niewolnika, niezależnie od tego czyją własnością się jest.
Kaylie uniosła głowę by patrzeć na górującego nad nią Khala w jakiego się wtulała.
-
A wyobraź sobie sytuację, że nie znamy się i jestem winna tobie szkody finansowej. Może też wizerunkowej. Przekonują cię byś odebrał straty moją wolnością. Jaki byś był dla kogoś usilnie opierającego się miesiącami?
-
Miałem… nieco zbliżoną historię. Ruk trafił do mnie w wyniku pewnej pomyłki moich znajomych z Loży, ale został. Ruk nie został przeze mnie wybrany. Nie miał tej konkretnej mentalności i rzeczywiście się opierał. A gdy ja mówiłem “czy mógłbyś” on słyszał “nie musisz, jeśli nie chcesz”. W “dziękuję” słyszał słabość. I chciał ją wykorzystać. On sam, jak mi potem mówił, nie wiedział jaki ma plan. Stosowałem metodę “eskalacji reakcji”. Najpierw z nim rozmawiałem. Tłumaczyłem mu. Nie zadziałało. Potem podniosłem głos. Nie zadziałało. Potem groziłem, że go odsprzedam na targ. Nie zadziałało. Potem zabrałem go aby obejrzał jak wygląda żywot innych niewolników, aby zobaczył jaka jest jego alternatywa. Nie uwierzył, że go odsprzedam. Brzmi mało wiarygodnie, ale kondensuję tutaj jakieś trzy miesiące interakcji w kilka zdań… To wtedy był pierwszy i jedyny raz gdy wymierzyłem niewolnikowi karę. Na tyle surową aby zrozumiał i uwierzył… Nie miałem z nim wiele więcej problemów i wierzę, że odnalazł swoje… może nie “szczęście”, ale swój spokój. Moi niewolnicy mieli swoje prawa i czas wolny. Mieli miejsce na osobisty rozwój i poszukiwanie satysfakcji…
-
“Ale on mi nie był winny pieniędzy” mówisz? - zapytał dalej Khal - Ty byłaś wyceniona na trzech niewolników. Założę się, że drużynę, z którą pracowałaś, obciążono całą resztą, prawda? Czy może Nyer zapomniał jak działa ekonomia i wydawało mu się, że z ciebie wyciągnie dość wartości jeszcze za czterech kolejnych?
-
O to była sprawa, bo po opłaceniu jeszcze dwóch z własnej kasy nie chcieli już za więcej zwracać. - zamknęła oczy w przyjemności przytulenia.
-
Ale wciąż twierdzę, że okłamujesz sam siebie. Te kobiety naprawdę były tobą zainteresowane, bo byłeś ich szefem, a do tego bardzo ważnym. Mogłeś wybić w górę lub zniszczyć ich kariery. A niewolne... mają jeszcze mniej prawdziwych opcji niezależnie od tego jak sobie to wyobrażasz.
-
Tak, były mną zainteresowane, bo byłem szefem kancelarii, bo byłem ważny, bo byłem potężny… ze świecą szukać kobiet których to nie pociąga i wiem, że jako żebrak na ulicy nie miałbym mojej rotacji… było też wiele innych powodów, ale nie są teraz ważne. Wyobraź sobie sytuację… trzy młode kobiety. Charlotte, która uczy rachować dzieci średnio-bogackich. Imponuje jej mój status. Sypiam z nią. Lirithia, która pracuje dla mnie. Imponuje jej mój status. Sypiam z nią. I Caelista, która pracuje dla mnie. Imponuje jej mój status. Nie sypiam z nią, z takich czy innych powodów. Caelista, w kancelarii, jest traktowana przeze mnie lepiej niż Lirithia, bo jest bystrzejsza i jest dla mnie realną pomocą. To jest realny scenariusz, który się wydarzył. Co jest w nim problematycznego?
-
Że z takim brakiem szacunku traktujesz te, jakim umyślnie pozwoliłeś wpaść w pułapkę błędnych wniosków jednocześnie starając się pozować jako niewinny niczego. - wprost powiedziała.
-
Iii… w jaki sposób się to ma do tego, że dziewczyny były moimi podwładnymi? Bo to o czym mówisz to jest już zupełnie osobny zarzut. Jeśli mam się tłumaczyć z moich czynów wątpliwej moralności… po kolei proszę. Jest ich wiele i nie chciałbym aby któryś poczuł się po
minięty. -
To generuje niesprawiedliwą dynamikę siły jakiej chcąc nie chcąc musiały się podporządkować.
-
I jak Caelista się ma do twojego twierdzenia?
-
Nie spałeś z nią, więc mogłeś być mniej zainteresowany lub wymagałoby więcej wysiłku.
-
Wszystkie trzy były pięknymi dziewczynami. Piękno jest atutem. Otwiera furtki, których żadne umiejętności nie otworzą. Proste fakty są takie, że Lirithia chciała ze mną sypiać, bo podniecał ją mój status i możliwości, a gdy z nią kończyłem nogi jej dygotały tak, że do łazienki dojść nie mogła. Może sobie myślała, że będzie tą jedną co mnie usidli, ale jeśli tak to wbrew moim szczerym zapewnieniom. Jednak była zwyczajnie przeciętna i, pomimo jej entuzjazmu, by mi pościele grzać, była traktowana adekwatnie. Caelista była prymuską i była dumna ze swego intelektu. Nie chciała, aby ktokolwiek, kiedykolwiek mógł powiedzieć, że jej osiągnięcia wynikają z rozłożenia nóg. I z całego serca to szanowałem. Dostała wszystkie okazje, które jej przysługiwały i doskonale je wykorzystała. Jest dziś szanowaną członkinią Czerwonej Loży i jestem z niej personalnie dumny. Z resztą… wyjaśnij mi… Co byłoby takiego złego w wykorzystaniu moich możliwości aby uczynić dla nich korzystnym prześciganie się, która pierwsza mi pasek rozepnie? Każdy system władzy zawsze czyni bardzo korzystnym działania w zgodzie z jego zasadami. Jeśli to jest akceptowane przez wszystkich w makroskali, to czemu w skali personalnej miałoby nie być?
-
Rozumiem, że będziesz to dalej robił w nowej kancelarii? - zapytała tak naprawdę nie potrzebując odpowiedzi - Czemu po prostu nie odrzuciłeś takiej dziewczyny jak wtedy swojej niewolnicy? Czemu postanowiłeś z niej korzystać? By czuć się zwycięski? Musiało cię bardzo bawić jak ona poszła zmyć z siebie twoje... pamiątki... na drżących nogach. - ton Kaylie nie był pozytywny - Ta trzecia też tak kończyła?
Khal mrużył chwilę brwi. -
Zwykle brałem ją na ręce i niosłem, do łazienki, jak księżnikę. Uwielbiała to nie mniej niż ja.
-
Skaczesz, Kruszyno, po tematach. Odpowiedz mi proszę na pytanie. Co byłoby złego w wykorzystaniu swojej władzy by uczynić korzystnym przyjęcie mojej adoracji, a niekorzystnym odmówienie.
-
Wymusza na pracownikach dostosowywanie się do twoich życzeń nawet ze szkodą dla siebie. Poświęca się szacunek osobisty dla przyjemności szefa, a on i tak za darmową ulicznice cię będzie widział i traktował.
-
W porządku… a gdybym wycofał regularne nagrody, zostawiając je tylko mojej decyzji, ale kary wciąż pozostały jak były… to byłoby lepiej? Nie może to być takie złe… one zawsze miały możliwość rezygnacji i szukania pracy w którejś z dziesiątek innych kancelarii.
Khal nie miał agresji w głosie. Pytał z pewną ciekawością, jakby sam szukał tu odpowiedzi. -
Rezygnacja? Z pracy w kancelarii Trzeciego Piòra Cheliax? - przewróciła oczami.
-
Oj, dziewczę drogie… nie doceniasz jaki wyścig szczurów jest na tym poziomie. Regularnie zwalniałem ludzi i jeszcze częściej sami odchodzili nie mogąc znieść tempa które narzucałem. Rashen & Rashen tylko czekali na takich i z miejsca oferowali im pracę, bo wszyscy wiedzieli, że jeśli miałeś w ogóle okazję nie dać sobie u mnie rady, to znaczy, że już jesteś w ścisłej śmietance. Potem świetnie sobie radzili, te półtorej ligi niżej. Więc… czy jakbym odebrał regularność nagród w tym systemie… uczyniłoby go to uczciwym?
-
Tak... o ile byś nie wykorzystywał i tak pracownic! - przetarła oczy - Uważasz, że im nie należało się lepsze traktowanie. Więc to samo ze mną, bo choć chcesz widzieć mnie jako kogoś ponad, to JA też czasem bez przywołania przychodziłam do Nyera czy jednego ze strażników zrobić mu jako materac. Bo chciałam coś uzyskać. - uważnie patrzyła na Khala, a on patrzył na nią z jakąś troską i zmartwieniem. Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło, nim znów nie spojrzał w jej oczy, ujmując w dłoń jej policzek.
-
I jak się wtedy czułaś? - zapytał ze współczuciem i jakimś bólem, ale wierzył, że muszą przez to przejść.
Uścisk Kaylie się wzmocnił wraz ze spięciem mięśni, gdy Khal zadał pytanie.
- Ja... - wyłkała i pokręciła głową - To...
Nagle odepchnęła mężczyznę i zaczęła zbierać elementy rozrzuconej garderoby, które w jakimś przerażeniu, szoku czy wstydzie zaczęła na szybko na siebie wrzucać, a Khal próbował zrozumieć… bo mogło być kilka powodów takiej reakcji. - To był błąd, mój błąd! Nie powinnam ci tego robić, nie zasługujesz na kogoś takiego. Wcale nie jestem taka jaką sobie wymarzyłeś!
Viktor był… cierpliwy. Patrzył. Czytał. Słuchał i czekał, gdy Kaylie naciągała na siebie bieliznę, gdy wkładała koszulę wybrał ten jeden krótki moment, gdy jej ręce były pół-skrępowane zbliżył się i bez słowa ja objął mocnym, ale nie agresywnym chwytem i przyciągnął do siebie.
- Ćśśś… już dobrze… - poczuł się spięła się w jego ramionach - jestem tutaj… możesz próbować mnie odtrącić z miliona różnych powodów, ale już ci nie pozwolę. Jesteś moja, pamiętasz? - pytał cichym, łagodnym tonem, wcale nie stosownym do wybuchu Kaylie.
Kaylie początkowo trwała sztywno i milczała by nagle zacząć się szarpać nie za mocno i łkać. - Daj mi odejść, nie jesteśmy dla siebie, skrzywdzę cię, Fisuś miał rację!
- Ćśśś… to jest w porządku… wiem, że to zrobisz. I wiem, że i ja zrobię. Na to się zgodziliśmy, pamiętasz? - pytał, przeczesując jej włosy dłonią, tonem wciąż cichym i opiekuńczym. Zupełnie nie wzruszonym żadną szarpaniną, ani słowami, ani jej podniesionym głosem. - Nie chcę kawałka ciebie, nie chcę jakiejś wyidealizowanej wersji, nie chcę byś nikogo udawała. Chcę ciebie całą. Wszystko co dobre i wszystko co złe. Z całą twoją przeszłością, włącznie z tym co ci zrobiono i tym co sama robiłaś, z takich czy innych powodów. Dociera do tej ślicznej główki?
Szarpanie nie ustało. - Jestem jak Lirithia w twoim spojrzeniu, dawałam się za przysługi, dawałam wielu! - zaczęła pięściami uderzać Khala w tors - Oddałam godność!
- I tym chcesz mnie odstraszyć? Nie chcę się tu chwalić, ale po najgorszej raszpli, jaką przeleciałem dla benefitów, to ja sobie język i podniebienie mydłem szorowałem i jestem pewny, że przynajmniej trzy wszy połknąłem… - skontrował, nie przejmując się uderzeniami. Wciąż ją obejmował, wciąż głaskał i wciąż pozostawał opiekuńczy, mimo obrzydliwości o jakich opowiadał. Jakby to nie było wcale nic wielkiego.
- Ciebie. Całą. Rozumiesz?
Kaylie płakała i czując, że nie ma siły się wyrwać spojrzała z bólem w oczach na Khala.
- Zostaw mnie...
W tym momencie mężczyzna poczuł zderzenie czoła kobiety z jego nosem. Gwiazdy bólu rozbłysły przed jego oczami mięśnie zwiotczały na krótki moment, ale warknął wściekle i opanował się, nim Kaylie zdołała się wyrwać. Nie miał wątpliwości, że gdyby nie wybrał wcześniej momentu i nie była wciąż wpół-skrępowana nie-do-końca założoną koszulką to by już uciekła. Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami i obnażonymi zębami, gdy adrenalina uderzyła w jego żyły, a krew spływająca po twarzy nie dodawała mu poczytalności. Syknął, kryjąc pod tym ból, emanujący z siłą, od jakiej jego wygodne życie go odzwyczaiło. Kobieta nie pomagała ciągle się szarpiąc.
Wziął dłuższy, świszczący wdech przez zęby i powoli spuścił powietrze, odsuwając stare instynkty z młodszych lat.- Kaylie, proszę… przestań… - głos nagle był wręcz błagalny - Wystarczy.
- To mnie puść! - jęknęła dramatycznie - Bo cię znowu skrzywdzę! - wydusiła z wewnętrznym bólem.
- To nie ja cierpię a ty! I niczego nie chcę bardziej niż ci pomóc.
Chyba przygotowywała się by znowu uderzyć, nawet odgięła głowę do tyłu... i powstrzymała się. Zaczęła drżeć na całym ciele i płakać histerycznie...
I ciągle powtarzać "przepraszam", w kółko, raz za razem.- Ćśśś… Nic się nie stało. - Jego chwyt złagodniał, gdy poczuł, że Kaylie już się nie wyrywała - Robiłaś co musiałaś by przetrwać. To nie świadczy kim jesteś, ani cię w żaden sposób nie plami.
Khal martwił się innymi obozującymi, trudno byłoby to wyjaśnić, ale… istniała pewna mała szansa, że śpiewy przy ognisku, ogólny hulaszczy nastrój i zapewne wiele par “zmagające się” w namiotach jakoś ich zagłuszą… problem na przyszły dzień. - Jesteś moją perełką i żadna historia z twojej przeszłości tego nie zmieni.
- Nie różnię się... - łkała między słowami - Od tych co pogardzałeś... co były ci zabawkami...
- Różnisz się wszystkim… - odpowiedział bez zawahania i przyłożył sobie wreszcie rękaw jednej ze swoich koszul do nosa, bo krew już mu do pępka spływała a i Kaylie niemało poplamił.
- Byłam wykorzystywana do prostych prac, sprzątania, zakupów, prania... Uciechy dla niektórych gości i Nyera... - wysmyknęła się Khalowi by znaleźć ulgę w okryciu podartym posłaniem - Później pozwalał mi akta alfabetycznie układać... pod obserwacją...
Khal usiadł ciężko, wreszcie mogąc odpocząć po tej szarpaninie.
Wolną ręką stuknął się w jeden z tatuaży na lewej piersi i włożył w niego dwa palce, aby wyciągnąć zwój. Wymacał nos, obnażając zęby, by ból kontrolować i gdy potwierdził, że nie jest złamany, a przynajmniej, że nie wymaga nastawiania, wymruczał inkantację. Przestał krwawić. Wytarł twarz i tors na ile się dało i wstrząsnął ramionami “ubierając” prostą koszulę nocną.- To było okropne jak cię używano.
Stwierdzenie było krótkie i samotne. Nie chciał jej poganiać. Miała mówić co sama chciała. - Ale przynajmniej Nyer nigdy mnie nie skrzywdził... - powtórzyła uparcie patrząc na materiał jakim się opatuliła - Nigdy nie podniósł na mnie ręki. Nie przymuszał siłą...
- Kaylie… szukałaś siły gdziekolwiek się dało. To zrozumiałe… i bardzo się cieszę, że udało ci się ją wyskubać w tak niedostępnych miejscach… Jednak, z czasem, dla własnego dobra, będziesz musiała zaakceptować, że krzywda jest krzywdą i dokonanie jej czyimiś rękoma w żaden sposób nie zmazuje winy, a groźba użycia siły JEST przymusem siłą. Rozumiem, że tego nie widzisz i czeka nas wiele rozmów o tym, a będą to trudne rozmowy… będzie wiele łez, pewnie krzyków… będziesz na mnie zła i może nawet nie będziesz rozumiała czemu sprawiam ci ból… ale wierzę, że to jest potrzebne i na końcu tej trudnej drogi… będziesz przynajmniej ten krok bliżej do pogodzenia się z przeszłością.
Kaylie wysoko nakryła się śpiworem wcześniej ponownie zdejmując ubrania jakie odrzuciła na bok, woląc czuć chłód materiału na ciele.
- Przepraszam... - znowu powtórzyła z bólem.
- Kruszyno… za co ty mnie ciągle przepraszasz? Czym, uważasz, że mi zawiniłaś?
Domyślał się jaki może być powód, ale… nie był już pewny. - Uderzyłam cię...
- Pierwszy użyłem przeciwko tobie siły. Robiąc to zdjąłem z siebie założenie nietykalności. Nie mam krztyny pretensji, naprawdę.
- A przecież tyle przyjemności mi dałeś dziś... - kontynuowała niezbyt nawiązując do słów Khala - Gdybym wstała też by mi nogi drżały jak tamtej dziewczynie... A ja tak ci się odpłaciłam...
Viktor westchnął powoli i przysunął się do Kaylie. Ujął oba jej policzki w dłonie by wznieść jej spojrzenie na swoje.
- Perełko, posłuchaj mnie… UWIELBIAŁEM każdą jedną chwilę sprawiania ci przyjemności i sam jej niemało też miałem. Nic mi się nie stało, a może to dla mnie dobre przypomnienie dlaczego preferuję nie używać siły w relacjach damsko-męskich. Nie jesteś złą osobą. Nie jesteś tu niczemu winna. Jesteś skrzywdzona. Jesteś zagubiona. Niesiesz w sobie traumy nie mniejsze niż ja, ale nie jesteś już sama. Pomogę ci. Jeśli tylko mi pozwolisz. Proszę… pozwól sobie pomóc.
Arkanistka odwróciła wzrok na bok, jakby bała się skrzyżować spojrzenie z Khalem. - Czy musimy tak komplikować? Po prostu... Ograniczmy się do samego aktu, po co grzebać w przeszłości... Powodach... - wyszeptała wciąż unikając wzroku partnera - Niepotrzebnie zaczęłam o tym mówić, przepraszam... Nie powtórzy się...
Sposób wypowiedzenia słów i ich przekaz zdawał się być niepokojąco podobny do relacji jakie trwały między niewolnym a jego właścicielem...
Khal przyciągnął ją do siebie, ucałował w czoło i przytulił czule. - Czy pomyślałaś o mnie gorzej, gdy opowiadałem ci… - zmusił się aby wypowiedzieć słowa swobodnie -... o tym jak chowałem mamę?
Te słowa sprowokowały Kaylie, aby ponownie spojrzała na kapłana. Jej wzrok wyrażał zaskoczenie i jednocześnie troskę pomieszaną ze strachem. Bała się, że przez swoją reakcję uderzyła bolesną stronę.
- Nie! - zaprzeczyła silnie - Bynajmniej! Nigdy coś takiego by mi przez głowę nie przeszło!
- Więc dlaczego myślisz o sobie źle, gdy mi opowiadasz o swojej przeszłości?
- To są dwie różne rzeczy! - pokręciła głową - Ty byłeś ofiarą jakiegoś spisku, ja ponosiłam konsekwencje własnych działań.
- Gdy postanowiłam współpracować i nie stawiać się uległa poprawie jakość mojego życia. Nyer wykazał się cierpliwością i oczekiwał aż się dostosuję do sytuacji. Pierwszy raz zostałam wezwana do jego pokoju w nocy dopiero kilka tygodni po uniknięciu przedprocesowych tortur.
Sposób w jaki opisywała wydarzenia był niepokojąco o zabarwieniu wdzięcznością wobec Nyera. - To są dwie te same rzeczy - zaprzeczył Khal, tonem pełnym zdecydowania - Jeden pokrzywieniec opowiadający drugiemu o swojej traumie. Tyle. Nyer nie ma tu znaczenia. Wykazujesz się odwagą i obdarzasz mnie zaufaniem i dziękuję ci za to. Jesteś teraz dla mnie kimś więcej niż byłaś, zanim mi to opowiedziałaś. Nie mniej. Rozumiesz?
Kaylie nie rozumiała, więc zachowała milczenie chowając twarz w ramionach wspartych na kolanach.
Khal siedział chwilę, wyczekując czy coś powie, ale po chwili stało się jasne, że nie zamierzała. Westchnął cicho i sam zaczął. - Oboje zostaliśmy skrzywdzeni. W różnych okolicznościach. Ja bez mojego wkładu, a ty jeszcze gorzej, bo ty zrobiłaś coś dobrego i za to cię to spotkało. Oboje niesiemy w sobie ból z którym nie możemy sobie poradzić. - w końcu i Khal podwinął nogi i objął je rękoma, a spojrzenie uciekało mu gdzieś w bok - Oboje szukamy wsparcia w drugim i możliwości by wreszcie wypowiedzieć, albo wręcz wykrzyczeć nasze krzywdy. Oboje będziemy potrzebować jeszcze całych lat aby MOŻE kiedyś z tego wyjść. Na tej płaszczyźnie jesteśmy niemal identyczni. Widzisz to?
Początkowo milczała tylko niczym dziecko wtulając się w śpiwór. Uniosła wzrok w końcu, aby wyciągnąć rękę ku twarzy Khala, jakiego policzek zaznał delikatnego dotknięcia dłoni kobiety, która głaskała czule jego policzek. Nie odezwała się pieszcząc go w sposób bardziej przypominający czułość matki niż kochanki.
Khal chwycił i ucałował dłoń nim znów podniósł na nią spojrzenie.
- Nie rozwiążemy dziś wszystkich problemów świata… ale ten jeden… trzeba. Potrzebuję byś zrozumiała, że to jest dobre, że mi o tym wszystkim opowiedziałaś. Że jestem ci za to wdzięczny. Że mam nadzieję, że to powtórzymy i, jakby się udało, że to co robiłaś aby przeżyć w żadnym razie nie określa tego kim jesteś.
Kaylie trzymała głowę spuszczoną. - Tam nie było wszystko... takie jakbyś przypuszczał... Jakbyś chciał... - powiedziała z wyraźnym wstydem w głosie.
- Perełko… nie ma żadnego “jak bym chciał”. Wiem jak działa ludzka psychika. Wiem jak daleko jest w stanie się ugiąć. Sama do niego chodziłaś, dla benefitów? Doskonale. To oznacza, że potrafiłaś MYŚLEĆ. Może w pewnym momencie pokochałaś bat i sama karałaś innych niewolników na jego kiwnięcie palcem? Źle wygląda, ale dobra decyzja. Miałaś okazje uciec, ale bałaś się skorzystać? Nic dziwnego, jak ci w głowie namieszał tymi pułapkami. A może wcale nie chciałaś skorzystać? Też rozumiem. Nieważne jak złamana byłaś, jak uległa, jak posłuszna, czy jak okrutna, czy nawet jak chętna... nie potępię cię za to i wciąż będę chciał byś była moja.
Na te słowa Kaylie zaczęła silnie szlochać histerycznie i wbiła głowę w poły śpiwora. Biła pięściami samą siebie po głowie i wyrywała włosy...
Khal, w tempie jakim pozwalał mu niski namiot, zbliżył się do niej dwoma, niezgrabnymi susami. Po drodze coś mówił, prosił aby przestała, ale on sam nawet nie wierzył, że słowa tu zadziałają. Czy przesadzałał? Zbyt naciskał? Bardzo możliwe i definitywnie w tym momencie tak właśnie czuł.Gdy nie udało mu się złapać jej rąk by ją powstrzymać zmienił taktykę i przytulił ją, przyciągając jej głowę do własnej piersi, otaczając rękoma i swoją własną głową i zbierając kilka uderzeń nim się zorientowała co w zasadzie robi.
- Kruszyno, proszę. Przestań… bo serce mi pęknie…
Kaylie wtulała się silnie w Khala wyraźnie już bardzo wyczerpana dwoma rundami i płaczem. Wyglądała na zmiażdżoną psychicznie. - Zasługuję na Piekło... - jęknęła.
- To przygotuję ci sypialnię w moim pałacu - odpowiedział Khal, nagle zmęczony, gdy poczuł chwilę, że może sobie na to pozwolić. Nie wiedział jak wiele siły mu zostało na tę rozmowę.
- Preferujesz klasyczny biały marmur, czy za różowym się rozejrzeć? - zapytał wcale nie wesoło. Może jakaś mroczna szydera, kierowana w nieokreślonym kierunku, mogła się kryć między nutami.
Kaylie pozostała we wtuleniu w mężczyznę drżąc ze stresu. - Chcę zapomnieć siebie...
- To nieco uciążliwe… ale jeśli chciałabyś spróbować, koślawego, nowego startu… to chętnie ci pomogę. Potrzymam za rękę byś nie była już sama. Rozświetlę mrok przed tobą i zajebię każdego gnoja co spróbuje ciebie skrzywdzić… - choć słowa Khala nabrały agresji, jego głos pozostał spokojny.
Kaylie puściła mężczyznę i ułożyła się w śpiworze.
- Nie zostawisz mnie? - spuściła wzrok - Wcześniej nie chciałeś przyjąć moich uczuć... Dopiero dziś. - powiedziała dość niezrozumiale.
Viktor zamknął oczy dając sobie dwie sekundy na odepchnięcie jakiejś myśli, którą przywołało to pytanie. - Kaylie, ja… - jego głos brzmiał smutkiem i jakimś wstydem. Westchnął porzucając myśl. To nie był na to moment. - Nie zostawię cię - obiecał, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Wtedy się bałem własnych uczuć. To wszystko.
- To tak bolało... Bo tak wyrażam uczucia. - głaskała dłoń mężczyzny - To najsilniejszy sposób... Choć nie zawsze działa z każdym.
Viktor wzniósł na nią nierozumiejące spojrzenie. - Ty… mnie… już wtedy? - zapytał jakoś nieskładnie.
- Byłam... Czułam uczucie na tyle mocne, abym była gotowa ci je przekazać. Byłam zafascynowana tym Khalim co tak wiele przeszedł, a tak się wyciągnął wysoko. Byłam podbita twoim romansem w traktowaniu mnie, ale ta fascynacja... Trwała odkąd zwiedziliśmy miasto. - zamilkła chwilę - Zwiększała się później, aż zdecydowałam się na ruch. Odpłacić ci i pokazać jak bardzo jestem gotowa ci się oddać. Sprawić przyjemność.
Khal oparł twarz na palcach, rozcierając oczy, przez zamknięte powieki.
Myślał, a nie było to łatwe przy resztkach sił mentalnych które mu zostały i lękach z przeszłości, które właśnie budziły się do nowego życia… lękach mówiących, że nie potrafi nie krzywdzić tych na których mu zależy. Odegnał je. Chociaż na chwilę.-
Rozumiem… i dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. Też masz moją fascynację, ale będę chciał od ciebie znacznie więcej niż samego seksu, rozumiesz to, prawda?
-
Rozumiem. - było słyszalne wahanie w głosie Kaylie.
Khal w końcu również wszedł pod śpiwór, uznając, że dość już zmarzł i zrzucił z siebie iluzję koszuli nocnej. Oparł się na poduszkach i ujął jej policzek w dłoń, z bardzo bliska patrząc w oczy. -
Będę ciebie potrzebował abyś przynajmniej szczerze spróbowała być szczęśliwa. Nie “zadowolona”. Nie uznająca, że “mogło być gorzej”. Nie niezdrowo zapatrzona we mnie, niezależnie co zrobię. Szczęśliwa. Pomogę ci w tym i chciałbym też twojej pomocy… ale trudniejsze będzie, że potrzebuję cię również, abyś przynajmniej szczerze spróbowała… wyzdrowieć. Oboje mamy nierówno w głowach i… to nie powinno tak być. To nie będzie łatwe, a droga nie będzie przyjemna… ale może… spróbujmy wyzdrowieć razem… choć trochę… co o tym myślisz?
Arkanistka niepewnie lekko pokiwała głową. -
Nie wiem jak to by miało wyglądać, ale... Dobrze. - ciepłe ciało kobiety przylgnęło do zmarzniętej nagiej skóry Khala - Ale tylko jeżeli ty też będziesz próbował uleczyć siebie...
-
Myślę, że… - zaczął leniwie, przymykając już oczy - porządne wyspanie się… może być dobrym początkiem.
Kaylie prychnęła z irytacją. -
A więc bawisz się w uniki? Jesteś okropny. - mimo słów nie odsunęła się od mężczyzny, a nawet zwiększyła płaszczyznę jaka ściśle przylgnęła do niego.
-
Gnojek... - mruknęła czując ogarniające ich ciepło i błogość.
Drobny, powolny i cichszy od szeptu chichot wydobył się z jego ust. -
Próbuję… - odpowiedział po chwili, z odrobiną powagi, ale też ze słabością kogoś już jedną nogą we śnie. - Od zawsze… prób… uję… może… wreszcie… uda…
Kaylie już nie odpowiedziała, ale słychać było delikatne mruczenie od strony kobiety. Szczęśliwe, usatysfakcjonowane. Khal musiał nie raz doświadczać takiej reakcji swojej partnerki jaka nieświadoma jego prawdziwych odczuć oddawała całą siebie w jego posiadanie.
Ale czy to była taka sama sytuacja? Czy skończy się tak samo, jak już Fisuś ostrzegał Kaylie?Khal już spał w tym momencie. Zmęczony emocjami. Zmęczony zaangażowaniem. Zmęczony lękiem i zabrał to wszystko ze sobą do snu, gdzie razem przybrały twarz której od lat nie widział, choć wciąż wiedział o niej wszystko.
- Val… - szepnął cicho. Już w pogłębiającym się śnie, gdy Kaylie sama już zasypiała. Nawet nie była pewna czy jej się ten dźwięk nie przyśnił.
-
-
Gnom z zadowoleniem oddalał się ze swoimi ludźmi od wracającej do miasta wyprawy karnej. Baltizar zdecydowanie za dużo czasu stracił na tym przedsięwzięciu, ale… cóż… może materiały propagandowe oparte o nią będą warte wpakowanych w nią pieniędzy, czasu i wysiłku. Bajarz był rozczarowany osobą kapłana. Nie tak wyobrażał sobie charyzmatycznego religijnego przywódcę, który miał być założycielem kultu. Khal czy Viktor…czy jak się tam zwał. Tak czy siak okazał się doskonałym materiałem na arcykapłana, ale już utrwalonego kultu. Byłby z niego pewnie idealny arcykapłan Asmodeusza, posiadał bowiem… wedle gnoma, cały zestaw zalet i wad typowego kapłana złego kultu. Tylko czy… poradzi sobie na początku, gdy religia będzie tylko wątłą roślinką wymagającą opieki, podlewania i troski?
Bajarz uznał, że ma to w nosie. On już swoje zrobił, póki co niech Viktor zakasa rękawy i zacznie w końcu nawracać plebs na kult Azazela. W końcu nie ważne jak wspaniałe dzieło gnom napisze, na nic się ono zda jeśli prorok nowej religii okaże się leniem.
Tak czy siak zerknąwszy na mapę i pożegnawszy się z Filią, udał się drogą w kierunku krateru. Z przyszłym arcykapłanem nie zamienił słowa, bo… po co miał gadać po próżnicy? Jego ekscelencja wszak słuchała tylko jednej osoby… siebie samego.Po kilku dniach podróży pełnych spokoju i nudy, ekipa Baltizara dotarła do krateru, o którym gnom słyszał jako o źródle dziwnego hełmu. Teraz miejsce przejęła z powrotem natura, ale posiadało wciąż rozpoznawalny kształt krateru. Inarion podszedł do pracodawcy, rozglądając się po terenie.
- Więc co teraz, szefie? Mamy brać łopaty?
- Jeśli macie ochotę.- stwierdził nieco zakłopotanym tonem gnom. - Ja tu przybyłem dla widoku, inspiracji… - machnął ręką.- … się po prostu rozejrzę.
Uniósł palec w górę. - Ale nim zaczniemy zabijać czas pisaniem i kopaniem i gadaniem… Trzeba rozbić obóz mniej więcej pośrodku i sprawdzić okolicę, co by nie zaskoczyli nas miejscowi bandyci lub miejscowa fauna.-
Pstryknął palcami i wykonał gest dłonią, małe kółeczko.
Etrigan zrozumiał polecenie i wzbił się w powietrze, by rozejrzeć się po najbliższej okolicy.
Okolice wydawały się bezpieczne, kilka łań i lisów biegało wśród lokalnych zarośli, ale nic niebezpiecznego.
Jor i Ori karczowali teren pod obóz, natomiast Inarion i Ofun zbierali sprzęt. - Mamy na coś konkretnie uważać?
- Nie wiem… to wy jesteście miejscowymi awanturnikami. Z czego słynie okolica? Z jakich zagrożeń? - zapytał Bajarz.
- No… porwań lokalnej populacji wiejskiej, ale to już chyba problem rozwiązany. - zaczął mag - Krasnoludy poszukują ruin dawnych przyczółków, skoro miały tą dużą twierdzę gdzieś w górach.
- Interesujące. Aczkolwiek krasnoludy nie mają powodu by być agresywne wobec nas. Porwania już nie są problemem, więc… obawiam się, że jedyną rozrywką tutaj mogą być wilki albo niedźwiedzie.- wzruszył ramionami Baltizar i uśmiechnął się.- Niestety wygląda na to że atrakcje już mamy za sobą i jedyne co nas tu czeka to nudne oglądanie widoków. W takim przypadku kopanie dołków w poszukiwaniu starych zapomnianych skarbów może być rozrywką. Ja jednak… lubię nudę. -
Zaśmiał się głośno i dodał. - Zamierzam połazić po okolicy, po kraterze… i napawać się atmosferą aż do wieczora.-
Kłamał. W planach miał bowiem jedną niebezpieczną wycieczkę. Niemniej nie mógł na nią zabrać ani najemników, ani pieska ani nawet Etrigana. Niektóre ścieżki mógł tylko on przemierzać.
-
[media]https://t4.ftcdn.net/jpg/09/70/20/71/360_F_970207167_ZeYdfxBEMyggQbdJjTJ89nyDQnM0t1cI.j pg[/media]
Przebudzenie nie było tak dobre jak miała nadzieję. Sen nie zmył wszystkiego co mętliło się w głowie Kaylie i chodź wtulenie w kapłana było przyjemne to jednak jego obecność przypominała jej o czymś o czym chciała zapomnieć...
"Czy on to naprawdę powiedział?"
Kobieta ciągle pamiętała słowa chowańca o Valerie. Było ich oczywiście za mało, ale zasadziły poczucie niepewności jakie już lekko wykiełkowało, gdy w trakcie ich nocy Khal powiedział przez sen: "Val...". Niestety arkanistka nie wiedziała czy usłyszała to naprawdę w ten sposób, czy po prostu sobie dopowiedziała zapadając w sen.Obóz jeszcze spał, więc nie była to sekunda na wyjście, ale ona już spać nie mogła. Patrzyła na mężczyznę śpiącego obok niej pod porwanym śpiworem w jakim niedawno toczyli miłosny bój. Obserwowała jego oddech, wznoszący się i opadający tors w rytm oddechu.
"Czy jestem po prostu drugą opcją? Zapasowym zamiennikiem?"
Pokręciła głową kładąc swoją dłoń na jego tatuażu na torsie. Delikatnie, aby nie obudzić, pocałowała jego skórę naznaczoną farbą.
Spał niespokojnie. Nie były to dramatyczne sceny, nie rzucał się, nie krzyczał przez sen, ale co jakiś czas jego brwi marszczyły się, w nieprzyjemnym grymasie. Czasem pojedynczy drobny tik, niemal niezauważalnie wzdrygał jego ciałem, albo jego oddech, na krótki moment, przyspieszał.
- …uś…
Kaylie przez chwilę myślała, że Khal się przebudza, ale szybko okazało się, że wciąż jest pogrążony we śnie. Ciekawość i niepewność zwyciężyły nad… nie wiadomo w sumie nad czym, ale uniosła się o cal, albo dwa. Z gracją kotki, tak aby jak najmniej nim poruszyć, nachyliła nad jego ustami, czy nie wypowie czegoś więcej. Nie była pewna czy lepiej byłoby nadstawić ucho, aby każdy najdrobniejszy dźwięk usłyszeć, czy patrzeć na usta, by może braki dźwięków z ich ruchu próbować wyczytać. Spróbowała czegoś pośredniego. Dłuższy czas wisiała nad nim. Czując się coraz bardziej i bardziej jakby naruszała jego prywatność. Mięśnie zaczynały drżeć w niewygodnej pozycji, gdy jego brwi znów się zmarszczyły, a usta poruszyły, wydają z siebie ledwie artykułowane, jękliwe dźwięki. - F…uś… wuć… iłeś… zos… szę…
Kaylie rozejrzała się po namiocie, znowu spojrzała na Khala i zacisnęła zęby. Ostrożnie wsunęła się od ciepła ciała mężczyzny by opuścić ochronę śpiwora. Wzdrygnęła się, gdy chłód obmył jej ciało i odnalazła na ziemi długą bluzkę. Nie chciała w tym momencie szukać innych części odzienia jakie zagubiły się podczas wszystkiego co robili.
"Ten suczysyn tu był... na pewno!"
Szybko wypowiedziała szeptem słowa krótkiego zaklęcia i zaraz jej oczom ujawnił się ślad prowadzący na zewnątrz. Wyciągnęła bardziej w dół bluzkę, aby lepiej zasłonić swoje prywatne części, i nawet nie zakładając butów wyszła na zewnątrz poszukiwaniu chowańca.
Budzący się do życia obóz nie był pozbawiony emanacji magicz oonych, ale ta jedna była łatwa do śledzenia. Była świeża. Czuć była od niej, na swój dziwny sposób, agrestem, insynuując, że to prawdopodobnie była iluzja. To tylko potwierdzało, skoro Fisuś ostatnio, jako nowo-odrodzony imp, potrafił pozostawać wiecznie okryty niewidzialnością.Poranek był chłodny i sama bluzka, ledwie kryjąca walory (definitywnie nie wszystkie) nie uchroniła przed gęsią skórką, która falą podbiła całą jej skórę, od karku aż do koniuszków palców.
Ktoś z lewej zakrzyknął w pozdrowieniu dla Kaylie, co wraz z Khalem ogłoszona została wcześniejszego wieczora bohaterką wyprawy. Odmachnęła mu, uśmiechając się. Potem kolejnemu. I jeszcze jednemu, choć trzeci chyba to już jako żart traktował. Trop zawiódł ją do obozu z zaopatrzeniem. Jak podeszła i wychyliła się by zajrzeć dostrzegła rozpakowaną rację podróżną… z sera zostały okruszki, suchary zostały, z pogardą, odrzucone gdzieś w bok, a suszone mięso pełzało w miejscu i kawałek po kawałku znikało, gdy kawałek został dość przerzuty do połknięcia.
- Uczta się podoba? - arkaniska odezwała się podchodząc ku znikającemu jedzeniu. Oplatała się ramionami próbując w ten sposób zatrzymać uciekające ciepło.
Rzute mięso odskoczyło gdzieś w bok, a niewidzialny Fisuś wyraźnie w jakimś innym kierunku, z gwałtownością przestraszonego zwierzęcia.
- Ughhh… - westchnięcie ociekało frustracją - Ze wszystkich choler to ty musiałaś być, co? Jakżeś mnie, w ogóle znalazła?! To prawie pusty wóz na skraju obozu! Nikt nie powinien się nim interesować aż do wyjazdu!
Głos wyraźnie należał do Fisusia, ale był nieco inny. Głębszy. I przyjemniejszy. Zyskał jakąś nutę upodabniającą go do głosu Khala.
Kaylie lekko się uśmiechnęła patrząc w stronę głosu i co jakiś czas lekko drżąc z zimna. - Zapomniałeś, że używam magii?
- Jasne… każdego ranka przechodzisz się prewencyjnie po obozie, oglądając pływy magiczne… zapomnij, nieważne. Słuchaj, nie jestem pewny czy nie zostawiłem we dworze świeczki zapalonej pod firanką, to będę już leciał. Nie mów Viktorowi, że tu byłem, dobrze?
Emanacja magiczna się wyklarowała w oczach Kaylie i mogła już dostrzec, że przysiadł na brzegu wozu, z dala od niej. - Znalazłam cię, bo on wyczuł twoją obecność przez sen. - nagle się odezwała - Wzywał cię po imieniu przez sny. - zrobiła ostrożny krok w stronę chowańca - Nie może sobie poradzić z twoją nieobecnością.
Chowaniec długi czas nie dał znaku, że w ogóle wciąż jest. Tylko zaklęcie pozwalało Kaylie potwierdzić, że został w miejscu. - I co ja, niby, mam na to odpowiedzieć? Wiem o tym, ale ty też wiesz czemu nie chcę z nim rozmawiać…
- On żałuje. - kolejny krok i zatrzymanie - Rozumie, że nie powinien mówić tych słów i były one spowodowane jedynie emocjami oraz jego własnymi problemami emocjonalnymi. Gdzieś w środku ty też to wiesz... A ja wiem, że ci naprawdę zależy na nim i vice versa.
Znowu długa chwila ciszy przeminęła nim się odezwał. - Wiem. Cholera… mamy tę więź empatyczną… - Fisuś brzmiał jakoś inaczej i Kaylie szybko zrozumiała, że mówił do niej patrząc gdzieś daleko w bok. - Godzinę później już wiedziałem, że głupoty gadał. Nie wyobrażaj sobie, że znasz go lepiej niż ja! Możesz mu powiedzieć, że niedługo wrócę… tylko jeszcze… Nah… tyle starczy. Albo nic mu nie mów. To też może być lepsze rozwiązanie.
- Wiem, że znasz go lepiej. - stwierdziła stając już obok - Nie skorzystałam z tego co do mnie powiedziałeś tamtego dnia. Nie pytałam o nią. - powiedziała delikatnie - Zrozumiałam, że to jest coś co spowodowałoby krzywdę dla niego, a tego nie chciałam i nie chcę.
Fisuś westchnął i pozwolił niewidzialności się rozwiać ukazując długie, czarne futro, przetykane srebrną siwizją, dodającą mu jakoś powagi.
Kliknij w miniaturkę
Spojrzał na nią swoimi żółtymi oczami, co wyglądały jakby odrobinę bardziej ludzko niż powinny.
- Słuchaj. Byłem wtedy jeszcze zły i nie chciałem dla niego dobrze. Najlepiej zapomnij, że kiedykolwiek wspomniałem ci o Valierie. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich trojga. Dobrze?
- Rozumiem, że byłeś zły, A moja własna złość została źle odebrana. Byłam zła, ale nie na żadnego z was, a na świat. Ale... - zawahała się - Powiedz mi proszę kim jest Valerie. Khal przez sen wypowiedział jej imię... Z bólem.
Czarny kocur odchylił głowę daleko w tył i syknął sfrustrowany. - Ughhh… Czemu, do jasnej cholery, miałby wypowiedzieć jej imię?! Czort… - zamilkł na chwilę, ale szybko skorygował. - To nie jest pytanie do ciebie… I to nie jest moje miejsce by ci o niej opowiadać. Kazałbym ci samej go zapytać, ale… on ci nie opowie. Nawet wtedy wiedziałem, że ci nie opowie. Zapomnij tego imienia. To jest… szczera rada.
- Nie mogę! - patrzyła błagalnie - Muszę wiedzieć by zrozumieć gdzie jestem w tej relacji i jakie dręczą go koszmary.
- Przykro mi. Ale nie mogę ci pomóc. Wiem dość o tej sprawie, by wiedzieć jak ważne to dla niego jest. Nie zdradzę tak jego zaufania. Nie ważne jak zły na niego jestem. Valerie jest daleko w Cheliax. Jest mała szansa, że się znowu spotkają, więc nie powinnaś się przejmować. A gdzie w relacji jesteś to ci, cholera, nie podpowiem. Ja się już zupełnie pogubiłem.
- Co takiego skomplikowanego jest w naszych relacjach? - zapytała przybita odmową chowańca.
Fisuś otworzył szerzej oczy, doszukując się żartu. - … poważnie? Dziwię się, że pół obozu nad tym się nie zastanawia ze mną. Po serenadach jakie dziś odgrywaliście? Znaczy… specyficznie jakie TY odgrywałaś. Byłem gotów na odsiecz lecieć, jakbyś nagle zmieniła namiot w słup płomieni… A po tym wszystkim gołąbeczki śpią razem, snem niemowlaków. Nie rozumiem. Już nie próbuję zrozumieć.
- Ja... - skrzywiła się - Przesadziłam... Przeraziło mnie jak zaczął krwawić. Mówiłam mu, że nie jestem stabilna, ale jego to nie obchodzi. Nie obchodzi go moja przeszłość... - spuściła wzrok - Czy Valerie... To ktoś kto mógłby mnie tak po prostu zastąpić?
Kot przekręcił głowę, nadając temu jakiegoś smaku agresji. - Co znaczy fraza “zaczął krwawić”?! Wiedźmo! Go może nie obchodzić, ale ja ci wydrapię oczy we śnie, jeśli coś mu zrobisz! - warknął stając w bojowej postawie i syknął jak wściekły kot.
Kaylie cofnęła się o krok, wystraszona nagłą złością chowańca. - Trzymał mnie siłą i nie chciał puścić, a chciałam po prostu uciec! Byłam w histerii i po prostu uderzyłam go z czółka w nos, bo tylko tyle mogłam zrobić!
- Chwila! Co?! - zapytał kot w zdziwieniu, jakby ducha zobaczył. - Siłą cię trzymał?! Viktor! Nie, nie, nienienie… Viktor NIGDY by żadnej kobiety nie chciał siłą wziąć! Albo masz na myśli coś innego niż jak to brzmi, albo… nie możesz mieć tego na myśli! Refrazuj, proszę!
Kaylie silnie pokręciła głową. - Nie, nie! Nie chciał mnie brać siłą! Oba razy oddałam się dobrowolnie! - sprecyzowała - Tylko nie mogłam wytrzymać przytaczania rzeczy z przeszłości o jakie chciał mnie wypytać... Po prostu nie wytrzymam.
Fisuś znów usiadł na brzegu wozu, choć wciąż patrzył spode łba. - Przyjmijmy na razie, że było jak mówisz… To się zapuszcza. Normalnie ma wyczucie. Żebyś widziała jak w Cheliax sobie szlaufy, wokół palca, okręcał mmmppphaa… - wydał z siebie cmoknięcie, jak szef kuchni prezentując swoje sztandarowe danie - Poezja. Czysta poezja… ale nieistotne. O coś mnie pytałaś… A no tak. Valerie. Ona jest daleko w Cheliax i potrzebna byłaby jakaś koniunkcja tuzina nieprawdopodobnych wydarzeń, aby cię wygryzła. Nawet nie zgaduję, jak by zareagował, gdyby się tu pojawiła. Nie przejmuj się nią. Zapomnij najlepiej.
- Ale byłabym "tym drugim" wyborem... Prawda? - zapytała ze smutkiem w głosie.
- Kobietooo… - westchnął Fisuś zmęczony - Nie jestem Viktorem i nie mam do ciebie tyle cierpliwości co on. Przestań wymyślać problemy. Z Valerie się… - wstrzymał myśl nim mu się wymsknęła - Nie. Za dużo. Nie moje miejsce. Valerie jest poza kadrem. Nie bierze już udziału w tej historii. Już nie wiem czy nie powiedziałem za dużo. Zapytaj go jeśli chcesz wiedzieć… mówił przez sen jej imię? To nawet nie musisz zdradzać, że ja się wygadałem. Nie poznaję ostatnio Viktora. Może dasz radę to z niego, jakoś, wyciągnąć.
Kobieta spuściła głowę. - Mówiłeś, że się mną znudzi jak dostanie mnie. Jak oddam mu się. - spojrzała w oczy kota - Nadal tak sądzisz?
Fisuś myślał długi czas i widać było, że nie podobały mu się wnioski… aż w końcu westchnął z rezygnacją. - Nie wiem już nic. Nie jesteś jagnięciem dla niego. To na pewno. Jednak to nie tak, że w rotacji nie było nie-jagniąt. I one też wypadały. W końcu. Nie wiem czy jesteś na tyle inna by wyrwać się ze schematu.
- Mówiłam mu, że może mieć inne! - broniła się.
Fisus uniósł brew do góry, w jakimś powątpiewaniu. - Znaczy… co dokładnie mi mówisz? Że godzisz się z jego rotacją? Czy “wiedziały gały co brały” i mógł szukać innej relacji, a nie chciał?
Kobieta westchnęła ciężko. - Będzie mógł mieć rotację, jakieś inne kobiety... Po prostu nie chcę bym była znana wszem i wobec jako ta bardziej stała co się na to godzi.
Fisuś wstrząsnął głową, nie będąc pewnym czy dobrze zrozumiał. - Chciałabyś… ukrywać, że byłabyś jego numero uno?
Kaylie powoli pokiwała głową. - Nie chcę... by mnie porzucił.
Fisus spojrzał gdzieś w bok, otwierając szerzej oczy jak ktoś mający ciężki orzech do zgryzienia. - W porządku… Po pierwsze… dobrze, że się na rotację zgodziłaś. Drastycznie zwiększa wasze szanse. To nie jest kwestia nudy dla niego. Viktor tego potrzebuje i te ostatnie pięć dni celibatu to jego osobisty rekord. Jakbyś rozumiała co to naprawdę oznacza, to byś się teraz rumieniła i uśmiechała jak głupiutka nastolatka, której idol puścił oczko. Po drugie…
- A co oznacza? - weszła w słowo Fisusiowi.
- Hmmm… - zastanowił się chowaniec - W sumie to najlepiej chyba powiedzieć, że to się nie zdarzyło. Nigdy. Viktor nie jest golemem i też mu się zdarzały fascynacje, czy może jakiegoś rodzaju zadurzenia… i u niego, jakoś dziwnie, to działało, że w tych okresach intensyfikował swoje interakcje z rotacją… jego kariera zawsze na tym cierpiała. Interpretuj to jak chcesz, ale dla mnie to duży ewenement.
Mały rumieniec pojawił się na obliczu kobiety. Fisuś miał rację w ocenie. - No - prychnął Fisuś, w niby-irytacji. - Tak już lepiej. Jeśli masz go mieć dla siebie, to lepiej go, kurna, doceniaj i całuj ziemię po której stąpa, bo ja się z tobą policzę… - Fisuś zamyślił się na chwilę, kiwając głową na boki. - Z tym ostatnim to przegiąłem. Nie chcemy mu jeszcze bardziej ego podpompować, co?
Odkaszlnął i w tym dźwięku brzmiał prawie zupełnie jak Khal, gdy anonsował on, że przechodzi to innego tematu. - Po drugie… - zrobił pauzę, upewniając się, że teraz nikt mu nie wejdzie w zdanie - …nie mam pojęcia jak Viktor przyjmie, jeśli mu powiesz, że chciałabyś abyście pozostali tajemnicą, ale nie będzie mu się to podobać… może… przeceniasz jak “publiczna” jest jego rotacja? O jej istnieniu wiedział on, wiedziałem o niej ja. Wiedział Ziggi, Moyra i naprawdę niewielka garstka innych ludzi, co nie paplali. Jeśli coś nie pójdzie bardzo nie tak, to nigdy nie będziesz “wszem i wobec znana” jako ta, co się na coś takiego zgadza… Czort… czemu ja ci, w ogóle, pomagam? - Zaklął i zmarszczył kocie brwi, gdy szukał odpowiedzi gdzieś z boku.
- Niby się zgodził... jak ustaliliśmy zasady... Ale to było w przerwie między jedną a drugą sesją, więc...
- Ughh… jeśli pytasz o jakąś opinię to potrzebuję cytatu… i kontekstu… a będę pewnie żałował jeśli dostanę te dwie rzeczy…
- Pytam... - westchnęła i przycupnęła obok kota - Ja nie mam żadnego sensownego doświadczenia w prawdziwych związkach. - po tych słowach nastąpił dość dokładny opis sytuacji w jakiej ustalali zasady... Włącznie z tymi jakim kusił i jak doprowadziło to do zbliżenia.
- Nie wiem na ile mam to brać poważnie... - odezwała się po historii wyraźnie zarumieniona samym opisywaniem.
- Ughhh… czemu mnie los pokarał uszami?! - jęknął w niebiosa i przemienił się w turkusowego węża. Takiego jakim był dawniej, tylko miał ponad trzy stopy długości zamiast jednej.
- Tak już lepiej - zachichotał z własnego żartu - Po pierwsze. TO! - wskazał ogonem prosto w nią - To gdy się rumienisz i zawstydzasz jak ta głupia siksa, co ledwie dzieciaka może z siebie wyciągnąć… Nigdy tego nie trać. Cholera jasna. Nawet JA mam ochotę cię w czoło ucałować gdy tak robisz. Viktor na to leci zdecydowanie bardziej niż powinien.
Na te słowa leciutko się zarumieniła i zakryła twarz.
Fisuś się zawiesił na moment i, dopiero po wstrząśnięciu łebkiem, kontynuował. - Dooobra jesteś… ale do rzeczy… Viktor jest dumny z tego, że nie kłamie. Skoro się tak umówiliście to tak będzie. A dalej… nie jestem pewny na co kładziesz tutaj nacisk… ty się boisz, że by uczynił z tego publiczną wiedzę, że mając ciebie jako “Pierwszą z wielu”, ma jeszcze to “wiele”? - przekręcił łepek pytająco.
- To miasto jest małe. Tutaj plotki rozchodzą się pewnie bardzo szybko i ciężej utrzymać coś w tajemnicy, szczególnie jeżeli nie będzie się na nią zwracać uwagi. On będzie Arcykapłanem... Będzie miał też możliwości polityczne i wiem, że będzie musiał chociaż dla nich czasem użyć swojego czaru na kobiety... Jeżeli byłoby wiadomo, że jestem jego oficjalną partnerką... - westchnęła - Rozumiesz...
- Jeśli myślisz, że Viktor by “nie zwracał uwagi” na dyskrecję to jesteś w błędzie. Istnienie rotacji było plotką. I to taką, której niewielu dawało wiarę. Wiedziano, że jest kawalerem i korzysta z praw tego stanu, ale niewielu podejrzewało, a NIKT nie mógł w żaden sposób potwierdzić ogromu skali, w jakiej korzystał. Zawsze potrafił zakręcić to tak, że po pytaniu wiedziało się mniej na ten temat niż przed pytaniem. I utrzymał to przez półtorej dekady, prawie bez potknięć. Mam wiarę, że tutaj też sobie da radę.
Kobieta westchnęła ciężko. - Zdaję sobie sprawę, że ten sekret prędzej czy później będzie za ciężki do utrzymania lub po prostu się wyleje w tej społeczności. Rozumiem to... - przetarła oczy - Po prostu nie chcę tego od początku.
- Kaylie… czy ty mnie słuchasz? Bo twoja ostatnia wypowiedź brzmi jakbyś zrozumiała coś zupełnie odwrotnego niż powiedziałem… Półtorej dekady. Prawie bez potknięć. To jest inna sytuacja i ty jesteś tutaj dzikim elementem…. jednak jest duża szansa, że to by nigdy nie wyjdzie. Nie ponad plotki. Z resztą o czym my tu rozmawiamy? Ty pamiętasz, że wy tak nie do końca się kryliście, prawda? Wiesz… chodzenie za ręce… buzi buzi... popisy w kopalni… bardzo emocjonalna noc w namiocie… Fisuś podkreślał każdy kolejny przykład przechyleniem wężowego łebka w drugą stronę.
- Bah… sama to “związkiem” nazwałaś… prawie z wozu spadłem jak to usłyszałem… ale to moja sprawa tylko via proxy. Musisz o tym z Viktorem porozmawiać, bo to co mi opowiedziałaś… ja z tego bym nie wyciągnął, że chcesz bawić się w “tajny romans”. Może on tak, ale nie obstawiałbym pieniędzy na jego domyślność, gdy świeciłaś…
Fisuś zatrzymał się w wypowiedzi, zdając sobie sprawę, że nie ma już ochoty być wrednym gadem i nie bardzo chce ją zawstydzać. Westchnął, nieco zawiedziony swoją postawą. - … gdy był w takich okolicznościach.
- Co innego pocieszać się razem w trakcie misji. - silnie stwierdziła - Przecież nie tylko my użyliśmy dziś namiotu jako prywatnego pokoju... A co innego być oficjalnie parą na salonach! Do tego w kopalni to mieliśmy spięcie. Poważne.
- Widziałem - odpowiedział Fisuś, nagle poważny, choć tylko na to jedno słowo. - A gdy tylko Filia chciała was rozdzielić z miejsca zawarliście szeregi i stworzyliście wspólny front. Jeśli to nie wygląda jak “kłótnia kochanków” to nie wiem co można by tak określić. I co Lilia ci mówiła? Że ona “widzi jak on do ciebie mówi”? Jakoś tak. Albo może “jak ciebie traktuje”? Nieistotne szczegóły… ważne, że ludzie to widzą… ale nie zrozum mnie źle.
Głos Fisusia złagodniał. - Rozumiem twoje zmartwienia, rozumiem twoją bardzo niewygodną pozycję i jak powszechna wiedza, na temat zasad waszej relacji, by uderzała w twoją godność, łamane przez: dumę. Skreśl mniej odpowiadające słowo. - Z nieruchomego, wężowego łebka wydobył się niski chichot. Fisuś, w nowym wydaniu, okazjonalnie brzmiał bardzo jak Khal.
Kaylie ciężko westchnęła. Widać przy tym było, że sama nie do końca rozumie tego związku, choć nie było wiadomo czy chodzi konkretnie o ich związek, czy o związek w ogóle. - Fistaszku... - przysnęła rękę bliżej chowańca i pogłaskała jego łepek opuszkami palców. Chętnie przyjął pieszczoty. - Dziękuję za rady... I przepraszam za moje agresywne zachowanie wcześniej. To... Czasem tracę kontrolę.
Fisuś, z początku otworzył szerzej jedno oko, co chyba miało udawać uniesienie brwi. Krótką chwilę potem westchnął. Długo. - Nie przejmuj się. Ja trochę-tyci byłem dupkiem, ty byłaś… no też przesadziłaś… chwilowo i tak wydaje się to małe piwo… - głos węża zadrżał słabością, którą natychmiast odepchnął od siebie gniewnym syknięciem - Możemy uznać, że chujoza wyrównana! Skoro Viktor postanowił na ciebie postawić…
Pauza się przedłużała, gdy chowaniec szukał co w ogóle chce powiedzieć. - To chyba powinienem zacząć wam kibicować… Od teraz sztama? - zaproponował, nieco niepewnie.
- Ja nie mam do ciebie złości. - podrapała chowańca po łebku - Pójdziesz zrobić niespodziankę? - przycupnęła przed Fisusiem - Na razie Khal śpi. Jest przekonany, że cię szybko nie zobaczy, a nawet boi się, że nie zobaczy cię już nigdy. Może zaserwuj mu szok stulecia? Zwiniesz się na nim i poczekamy jak zareaguje gdy się obudzi? Zakładam bardzo wiele przeprosin. - zaproponowała - Proszę.
- J-ja… - chowaniec się zająknął. Niby się spodziewał, że dotrą do tej części rozmowy, ale wcale nie uczyniło to jej łatwiejszą. Skonfliktowany spojrzał gdzieś w bok, zadowolony, że wężowa forma niezdolna była do żadnej mimiki…
- Nie-e wiem czy jestem… jak teraz wrócę to, założę się, że będę beczał! A jak ja zacznę to pewnie i ten ciul zacznie! To nie jest dobry pomysł! Nie dobry pomysł! Tak… znaczy NIE!
Wąż odgiął się w górę gdy brał głęboki wdech i, zupełnie jak Khal, powoli spuścił z siebie powietrze, aby uspokoić rozszalałe emocje.
Kaylie poczęła delikatnie, uspokajająco głaskać węża. Było coś w tym geście przypominającego sposób w jaki próbowała uspokoić kapłana. - Rozumiem, że to po prostu ciężkie. Niemniej każdy z was będzie cierpiał dłużej im później sytuacja zostanie zażegnana. Będziemy ponownie rozmawiali z Filią w czasie następnego postoju i on potrzebuje mieć głowę pozbawioną tego stresu jaki ciągle siedzi w jego myśli. Mogę wam zapewnić spokój, aby nikt do was nie wchodził i ciszę, aby nikt was nie słyszał.
Fisuś utrzymał się na bezdechu, jeszcze kilka sekund, po tym jak Kaylie skończyła mówić. Walczył z rosnącym w piersi bólem, jednocześnie odnajdując w nim jakiegoś rodzaju autodestruktywny spokój i klarowność. Jednak w końcu musiał z nim przegrać. Wziął łapczywy wdech, jak nurek, co niemal przesadził i spojrzał na arkanistkę oczami otwartymi jak spodki. - Tak, masz rację - przyznał odrobinę zbyt szybko, kiwając główką, odrobinę zbyt intensywnie, ale jego spojrzenie zaraz odzyskało poczytalność.
- Nikt nie słyszał? Jak was wczczyyy… Nie! Miałem NIE być małym chujkiem. Pardon. O jakimś zaklęciu myślisz? Namiot macie w środku obozu…
- Cisza, będę z nią próbować. Dasz mi pół godziny. Oprócz tego sama mogę zacząć robić zamieszanie obozie, aby zaczęli się ruszać.
Turkusowy wąż uniósł się w górę. W kilka sekund porosła go ruda sierść i chwilę potem patrzył na Kaylie lisimi oczami, co zdawały się być równie mądre co chytre.
Kliknij w miniaturkę
-
Potrafisz… stworzyć w niej martwe pole? Viktor nie potrafi… a mogę sam mieć już dość tego dąsania się, ale jednak CHCĘ usłyszeć jak gnojek się płaszczy…
-
Zrobię wszystko co będę mogła. - powiedziała i lekko pocałowała w lisią głowę.
Ku zdziwieniu obojga… zawstydziło go to. W dobry sposób… że aż odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, w zakłopotaniu. -
I naprawdę mam się nie przejmować Valerią? - zapytała, postanawiając udawać, że tego nie dostrzega.
Zawstydzenie wywietrzało z pyszczka lisa, co okazał się znacznie zdolniejszy w sztuce mimiki emocji niż wąż… ale jego miejsce zajęło jakieś zmartwienie. Nie tego Kaylie oczekiwała. -
ValerIE, nie ValerIĄ… Długie “iii”... podobne imiona… - poprawił ją Fisuś, jakoś nie do końca obecnie. Pokręcił pyszczkiem ekspresyjnie i ukrył… cokolwiek miał do ukrycia. Jednak, gdy spojrzał na Kaylie, mógł tylko westchnąć… Widziała zawahanie… a on teraz widział jej minę. Otwarte szerzej oczy, rozchylone usta… postawę która jakby się skurczyła… Zaczynało ją to zżerać. I z miejsca wiedział, że czego on nie wyjawi, to ona sobie sama dopowie… i to w najgorszy możliwy sposób.
-
Nie, nie, nie! - Zaprzeczył szybko, starając się ją uspokoić. - Valerie jest poza obrazkiem, nie musisz się o nią martwić, ona nie jest żadnym problemem!
Dla Kaylie pauza zdawała się trwać całą wieczność. Nic nie powiedziała, ale oboje rozumieli, że jest tam “ale”. Tylko Fisuś potrzebował chwili, aby móc przepracować i ocenić wszystkie ZERO możliwości zgrabnego porzucenia tematu. -
Szlag… - zaklął w chwilowej złości. Miał wrażenie, że Kaylie pęknie. Westchnął i wylał z siebie potok słów. - Niemal na pewno mi się wydaje. Jeśli się nie wydaje to to był tylko “taki moment”. Jeśli to było więcej niż “taki moment” to na pewno nie jest to w ten…
-
Fisuś!
Lis wziął wdech, bo zdążył powietrze całe zużyć i starał się kontynuować wolniej. -
Nnnie byłem przy jego rozmowie z Zoryą, stałem na czatach aby nikt ich nie nadszedł, ale… emocje jakie w nim, w pewnym momencie wzbudziła… To nie… nie wiem, jak to określić… - zawiesił na moment głos, rozważając swoje lojalności - Czort! Niech będzie… to nie było to co przy Valerie, ok?! Ani nie jest to co przy tobie… ale jeszcze coś innego, a te wszystkie trzy i tak są w jakiś sposób podobne…. To było tylko przez krótki moment, nie więcej niż minuta. Ona była jakąś jego przyjaciółką, w poprzednim życiu. To, na pewno, jest coś bardziej tego typu. Może się przed chwilą zawahałem, ale to była myśl co mnie nagle strzeliła i jak pomyślałem, to jestem niemal pewny… - spojrzał w niebiosa przeklinając własny język, bo odniósł nieodparte wrażenie, że “niemal pewny” Kaylie zrozumie nie lepiej niż “być może”... - jestem PEWNY, że ona nie jest dla ciebie konkurencją. Chłop ostatnio ją widział jak jeszcze Tisis żyła i to pewnie z tym się jakoś skorelowało… Poza tym jesteś młodsza, ładniejsza i jesteś wspaniałą czarodziejką! Nawet obiektywnie jesteś, po prostu, atrakcyjniejszą partią. Hmmm?
Kaylie uśmiechnęła się... ale w tym uśmiechu brakowało prawdziwej radości.
Czy ona w ogóle miała szanse przy tych dawnych znajomościach? O Valerie mówił przez sen tuż po ich pierwszym zbliżeniu... -
Dzięki. - odparła i poczochrala lisa za uszami, uśmiechając się w ten wymuszony sposób imitujący radość.
Fisuś… zrozumiał, że nawalił. Po prostu. I nie wiedział jak to naprawić. Nie był Viktorem i może podłapał coś z jego retoryki… ale tu on był potrzebny. Tylko kolejny powód dla którego musiał wrócić… -
Kaylie, słoneczko… Jesteś bystra dziewczyna. Wiesz dobrze, że to nic nie oznacza. Może umówmy się, że nie będziesz wyciągać pochopnych wniosków, a jeśli “wredny głos” próbuje ci coś wmówić, to może skontrargumentuj go tym celibatem, którego Viktor nigdy, dla żadnej nie przyjął… Tylko dla ciebie… Może ładnie ten fakt podkreśli, jak ci powiem, że on jeszcze przed waszym spotkaniem we Dworze, zdążył tutaj znaleźć jagnię, które już raz miał i to po tamtym wieczornym spacerze po Evercrest stwierdził, że nie zrobi z tego niczego regularnego… Hmmm? Przemawia to, choć trochę, do ciebie?
-
Może troszkę... - westchnęła drapiąc liska za uchem. Nie była przekonana do tego powodu. Celibat? Dobre sobie. Ile to trwało? Ponad tydzień bez seksu?
-
I czy naprawdę on jest tak uzależniony od używania wszystkich kobiet jakie mu wpadną w oko? - mruknęła z lekkim skrzywieniem.
Fisuś uniósł brew, ale grymas szybko zszedł mu z pyszczka. Od-drapaniowe przymrużenie oczu przeważyło. -
Z Viktorem mam odmienną opinię dlaczego on to robi… ale na twoje pytanie obaj byśmy opowiedzieli “nie”, a ja od siebie dodam “zapytaj go”, bo to nie moje miejsce by go tłumaczyć z tego. Jednak jeśli inne kobiety mają cię… drażnić. To… Ufff… dziewczę drogie, czeka cię nieprzyjemna przeprawa… Czy może twoje zmartwienia są bardziej moralne i martwisz się o “biedne, głupiutkie niewiasty”?
-
Nie, nie! - zaprzeczyła silnie, trochę jakby wystraszona - Ustaliliśmy, że będą inne i to już moja broszka, aby się z tym pogodzić i nie robić scen. Bardziej zastanawiam się czy on jest takim seksoholikiem, aby tygodniowy "celibat" wręcz był jemu męczeńskim poświęceniem. - pokręciła głową - A co do kwestionowalnej moralności wprowadzania w błąd kobiet mam swoje zdanie, bo byłam kiedyś po stronie takiej kobiety i po roku mydlenia oczu, niedopowiedzeniach i pozwalania mi dojścia do błędnych wniosków zostałam nagle odrzucona jak zużyta szmata. - powiedziała grobowo - Więc wiem jak to boli.
Fisuś milczał chwilę, oddając ten symbol szacunku przeżyciom Kaylie. -
To wiedz, że to tak wyglądać NIE będzie. Mediana długości bytności kobiet w rotacji to było około trzech–czterech tygodni… On nie zostawiał za sobą szlaku złamanych serc. Najwyżej frustracji i zawodów. Wiele od początku wiedziało, że to tylko chwilowa zabawa i z radością się na to zgadzało, bo to była jedyna w ich życiu szansa, choćby aby znaleźć się na gali Conventia Sola–Vallis, która jest jednym z największych niepublicznych wydarzeń roku w Egorianie. Viktor… i dziewczyny z plebsu zabierał na salony, jeśli tylko reprezentowały one sobą wystarczająco wiele… Suknie dostawały wtedy w prezencie. Kiedy wszystko szło po jego myśli, a niemal zawsze szło, z perspektywy jego jagniąt, to był tylko przelotny romans. Jeden z wielu jakich w swoim życiu doświadczyły i, łamane przez: lub… doświadczą.
-
A “celibat”... eh… wciąż nie łapiesz. To nie jest per se “poświęcenie”. To nie tak, że on tobie złożył taki trybut. Nie mówię ci abyś traktowała to, jakby dla ciebie, po żarzących się węglach przeszedł boso… Choć przypomnę, że już zdążył samotnie wszarżować do jaskini pełnej wrogów, aby cię ratować… Ja podkreślam tutaj, tylko i aż, wyjątkowość tego splotu wydarzeń, która sugeruje jego wyjątkowe postrzeganie ciebie. Capere?
-
To może być czasowe zauroczenie... - mruknęła - Takich miałam na tyle dużo, aby nie szukać już prawdziwych... Więc teraz jestem zagubiona i trochę wystraszona. Nie chcę ponownie wpaść w pułapkę uczuć w jaką wpadłam za pierwszym razem...
-
Iii… Czy to ma bardziej związek z jego rotacją, czy bardziej… czymś… - Fisuś zawahał się, szukając delikatnego słowa które zawrze odpowiedni przekaz - …eh… inaczej. Czy chcesz usłyszeć co mi się wydaje?
Kaylie pokiwała głową z twardą pewnością.
Fisuś kiwnął głową, czując się nieco bardziej uprawniony jej zgodą. -
Wydaje mi się, że to nie do końca o Viktora chodzi… Raz się naprawdę zaangażowałaś. Dostałaś za to w mordę. Srogo. Boleśnie. Potem… instynkt samozachowawczy ci nie dał tego powtórzyć. I teraz, wbrew niemu, znów się angażujesz… jeśli dobrze rozumiem sytuację, to bym się dziwił gdybyś nie była wystraszona. Nie spodziewam się abyś cokolwiek mi odpowiedziała… po prostu potraktuj to jako materiał dla rozważań…
Kaylie spuściła wzrok i po chwili uciekła spojrzeniem w bok. Nie mogła dać całkowicie wiary w słowa Fisusia. Musiała być ostrożna...
- Zajmę się osłoną dla was... Chodźmy do namiotu. I tak ubrania muszę wziąć... - odetchnęła głęboko - Tylko daj mi jeszcze chwilę. Muszę się skupić na wykonaniu tej magii... Później... Będziecie mieli maksymalnie pół godziny. Po tym ruszamy, a będę obok siebie Khala potrzebowała, by drogę pomagał wybierać.
Lisek kiwnął niepewnie łebkiem.
- Ttta… chodźmy zanim stchórzę…
Kaylie już wiele razy wcześniej myślała o wykonaniu takiej modyfikacji magicznej, ale nigdy nie była w stanie opanować procesu. Minęło dużo prób i nigdy żadna nie dała pożądanego efektu... ale dziś chciała spróbować ponownie i tym razem wykonać proces.
Już tyle próbowała, wreszcie czuła gotowość, a nawet Rhaast dał jej zielone światło.Słowa magii akompaniamentowały ruchom jej dłoni splatającym nici magii. Zaplatala je delikatnie, unikając ich zerwania, ale w swoim dziele nie poruszała się magicznymi drogami jakie zapisano w księgach. Poruszała się sprawnie dzięki umiejętności wykorzystania skrótów i stworzenia nowych dróg.
Patrzyła przez odsłoniętą płachtę namiotu na śpiącego Khala i nieśmiało pełzającego Fisusa, jakich ominęła moc magii.
Ostatni raz z uczuciem przesunęła wzrokiem po Khalu nim zniknęła na zewnątrz zasłaniając płachtę.
- …uś…
-
Viktor wciąż spał. Turkusowy wąż, z czerwony strzałkami wpełzł przez jeden z wielu otworów które miał do dyspozycji. Z tej odległości… czuł, że Viktor ma za sobą ciężką noc. Nie paskudną, takie też były częste… ale nieprzyjemną. Znał ten rodzaj zmęczenia, wyciekający teraz z niego. Dokładnie taki sam jakim emanował godzinę wcześniej, gdy z Kaylie wciąż spał, a Fisuś wkradł się na przeszpiegi. Nie denerwował się wtedy tak bardzo. Teraz serce chciało mu, z małej piersi, wyskoczyć. Ten stres przelewał się echem na Viktora i w jakimś rezonansie wracał do Fisusia. Wąż pokręcił łebkiem… “im szybciej tym lepiej”...
Zwinięty na jego piersi… czekał. Viktorowe oddechy podnosiły go i opuszczały, nadając poczucia trochę jakby był na łódce. Cisza była nierealna. Tak głęboka, że pomiędzy oddechami kapłana zdawało mu się, że słyszy pulsy krwi w jego żyłach… albo swoich.
Czekał.
I czekał.
I jeszcze czekał.Nie tak wyobrażał sobie tę scenę. Serduszko mu zwolniło, ale tylko trochę. Miał wrażenie, że zaraz pęknie jeśli coś się nie wydarzy. Wychylił się i wężowy łepek zawisł nad twarzą kapłana, starając się, samym przekazem mentalnym, pogonić go, by się wreszcie obudził… ale więź, jaka ich łączyła, nie działała w ten sposób…
Wysunął rozdwojony język…
Do snu Viktora, co zaraz miał zostać niepowrotnie zapomniany, przedarło się poczucie… swędzenia. Sięgnął leniwie ręką, potarł czubek nosa i pozwolił jej opaść.
Nie dotarło do niego oburzone syknięcie.
Swędzenie się ponowiło. Bardziej natarczywe. Znów go wyciągnęło na granicę jawy i, tym razem, na niej pozostał. Po przegonieniu uczucia, pozwolił dłoni orpzeć się na twarzy. Było już jasno… gdzieś tam jego rozsądek się budził i przypominał sobie, że musi wstać, bo będą niedługo ruszać. Roztarł leniwie oczy, przez powieki, gdy spychał głęboko w niebyt pamięć niektórych snów i same odczucia pozostałych.
Pozwolił głowie opaść w bok.
- Hee…
Zalotne powitanie przerwał w pół tonu, gdy dopiero otworzone oczy nie dostrzegły obok Kaylie. Był nieco… zawiedziony, ale było to dalekie uczucie. Nie był w jawie jeszcze na tyle twardo, by absolutna cisza nie wpędziła go w poczucie nierealności.
Kątem oka dostrzegał nieznany kształt na swojej piersi, ale umysł wciąż tego nie przyjmował do siebie. Tryby powoli się obracały, ale były nieuchronne. W końcu spojrzał z ciekawością na węża na sobie. Nie widział łebka Fistaszka, ukrytego za zwiniętym ciałem. Nie widział jego oczu okrągłych jak spodki, a szybki wężowy oddech był zbyt drobny, by mógł go usłyszeć.
- Heh… - uśmiechnął się, dochodząc do jedynego rozsądnego wniosku. Wciąż spał.
Zamknął oczy i przewrócił się na bok.
Fistaszek jęknął, spadając z wysokości, co dla niego nie była wcale błaha, ale… pozostał w bezruchu, bo poczuł szybko narastający szok i niedowierzanie emanujące od Viktora.
Oba oddechy ugrzęzły w piersiach. Jeden w dużej a drugi w malutkiej.
Obaj czuli aż dwa węzły emocji. Jeden swój, a drugi empatycznie.
Obaj, dziesiątki razy, wyobrażali sobie jak ta rozmowa miała by przebiegnąć… mieli plany. Punkty które trzeba było poruszyć. Zarzuty które wykrzyczeć, ale… niewiele mogli sobie teraz przypomnieć i nic z tego nie brzmiało w żaden sposób… adekwatnie.
Fisuś powoli i drżąco odwrócił pyszczek i wreszcie mogli na siebie spojrzeć. Obaj.
Gdyby Viktor kiedyś opowiedział komuś o tym momencie opisać by musiał małego turkusowego węża, drżącego z emocji. Takiego co potrzebował dać im ujście tak bardzo, że przeoblekł się w małego psa, leżącego płasko na ziemi, spoglądającego w górę czarnymi oczkami, które coraz bardziej i bardziej się szkliły.
Kliknij w miniaturkę
… jednak Viktor miał nigdy nikomu nic o tym nie powiedzieć…
Gdyby Fisusia ktoś zapytał co widział swoimi psimi ślepiami opowiedziałby o gargulcu. Zastygłym w całkowitym bezruchu, poza drżącą szczęką i powiekami. Mówiłby o niedowierzającym spojrzeniu i drzemiącej w nim winie. O tym jak bał się wydać z siebie jakiś dźwięk, a nawet oddech wziąć…
... ale Fisuś wiedział, że zabierze to ze sobą do grobu…
Gdyby ktoś zażądał od bogów, by wyjawił co się działo w tym namiocie spotkałby się z prostą odmową… bo niektóre wydarzenia są święte i nawet diabły, albo kapłani upadłych aniołów mają swoje prawa, dla których naruszenia dostatecznie dobre powody nie istniały. Po prostu.
Kaylie nie posiadała żadnych umiejętności jakie pomogłyby jej w nadzorowaniu ogarniania obozu. Musiała zdać się na siłę jaką zyskała przez czyny podczas misji i mieć nadzieję, że to wystarczy.
Na szczęście wystarczyło.
Strażnicy byli dość ospali, gdy zaczęła towarzystwo budzić ostrym tonem. Nie była ich dowódcą, ale przecież zawsze mogła nastraszyć ich tym, że może przekazać Filii jacy byli nie kooperatywni.
Szybko zauważyła, że nie tylko ona i Khal dziś w nocy świętowali razem, gdy namioty okazywały się koedukacyjne, chociaż posiadały mniej śpiworów niż ludzi w nich leżących... zazwyczaj bardzo blisko siebie.Czasami rzucano jej lekko wredne uśmieszki dając do zrozumienia, że jej noc została usłyszana. Kiedy jeden z obudzonych zapytał ją o znaczenie jednych słów, jakie dość głośno wykrzyczała, Kaylie spłonęła silnym rumieńcem wstydu i szybko odeszła rzucając przez ramię rozkaz by ogarnęli śniadanie, bo niedługo wyruszają.
Rzeczy które zając powinny kwadrans zajmowały trzy. Nie chodziło tylko o samą Kaylie, co na bieżąco dochodziła do tego co powinna zrobić, ale też ogólne rozluźnienie obozu. Ludzie czuli się zwycięzcy. Czuli się niepokonani. I czuli się bezpieczni…. a ponadto czuli się niewyspani, po długim świętowaniu, w niektórych przypadkach trwającym póki wstające słońce nie zaczęło rozświetlać horyzontu.
Ktoś się lenił.
Ktoś potrzebował decyzji.
Ktoś miał jakieś pretensje.
Ktoś szukał cichego miejsca, by się zdrzemnąć.
Ktoś znów szedł do Kaylie o coś zapytać…Arkanistka szybko spławiła poprzedniego “kogoś”... powoli zaczynała rozumieć czemu ogarnianie obozu nie zostawiało Filii czasu na bardziej przyziemne obowiązki… a teraz to sytuacja była komfortowa, bo raczej nie trzeba było lękać się zagrożeń…
Kryjąc rosnącą frustrację, z błahości połowy problemów, z którymi do niej przychodzono, odwróciła się, by rozwiązać kolejną trudność, z którą przeciętny półgłówek NIE wyszkolony do bezmyślnego wykonywania rozkazów, powinien sobie łatwo poradzić…
.. niemal nie zdążyła wzroku odwrócić, nim nie objęły jej ramiona… jedna dłoń spoczęła na jej plecach, druga z tyłu głowy… jeszcze ćwierć sekundy potrzebowała, by skojarzyć to krótkie mignięcie twarzy, jego sylwetkę i zapach…
- Dziękuję… - głos Khala był inny niż w ostatnich dniach. Jakby ubyło z niego przygniatającego ciężaru, którego wcześniej nawet nie dostrzegła… aż cieplej się zrobiło gdzieś w piersi…
W pierwszym momencie się spięła nim nie dotarło do niej kto ją dotknął. Gdy zrozumiała rozluźniła się od razu. Uśmiechnęła się słysząc jego głos pozbawiony wcześniejszego stresu, jaki pomagała mu wczoraj zagłuszać.
Ktoś kogoś szturchnął, wskazując na parę bohaterów wyprawy.
Ktoś się uśmiechnął i zwolnił, by nacieszyć oczy gestem tak…
...szczerym?
Ktoś przewrócił oczami, ale nie potrafił się z nimi nie cieszyć.Kaylie niemalże “usłyszała” khalowy uśmiech… ten z aroganckiego rodzaju. Niemal bezczelnego. Ręka opadła, obejmując ją w talii…
… i poderwała ją w górę. Wir, w który nagle została wciągnięta wydobył z niej, prawie-że “dziewczęcy”, jęk, a on wyrwał Khalowi z gardła serdeczny śmiech, co zdawał się, choć na krótki moment, odsuwać wszelkie troski.
Uchwyciła się jego karku… Wciąż wirowała gdy jej pisk został stłumiony khalowym pocałunkiem.Ktoś w tle zawiwatował.
Ktoś się tylko uśmiechnął błogo.
Ktoś gwizdnął, wibrująco, przez palce.
Ktoś wyrechotał oczekiwania “powtórki” z nocy.
Ktoś zdzielił poprzedniego w potylicę.Stopy Kaylie, niemal “nagle”, spotkały ziemię, ale dłoń na krzyżu upewniła jej wątpliwą równowagę i trzymała ją póki błędnik się nie opanował. Spotkała wreszcie jego spojrzenie… intensywność wdzięczności i jakiegoś… uczucia w nim wręcz wprawiło ją w zakłopotanie.
A przecież nie zrobiła nic tak wielkiego... Nie była przyzwyczajona do takich reakcji na temat swoich czynów... więc tylko z zakłopotaniem uśmiechnęła się do mężczyzny.Viktor pochylił się i ucałował Kaylie w czoło
- Fisuś mi wszystko powiedział… nigdy ci tego nie zapomnę… - mówił cicho, tak blisko, że ustami wciąż muskał jej skórę.
Zimno przeszło jej po kręgosłupie, gdy usłyszała, że wszystko zostało przekazane Khalowi. Była wystraszona i niepewna reakcji. Czy on już wie o wątpliwościach odnośnie Valerie i Zoryi?
Nie znalazła w Viktorze odpowiedzi, bo odstąpił pół kroku, a jego spojrzenie objemowało już obóz, który na ten moment się zatrzymał… Wiwaty, zachęty, żarty i śmiechy niemal ustały, a część powoli wracała do pracy…
- Dziękujemy za dobre słowa! - zakrzyknął, głosem wyćwiczonym latami, by nieść się daleko, brzmieć przyjemnie i rozwiewać wątpliwości. - Wszyscy wiemy co robić! Zbierzmy dupę w troki i wracajmy do rodzin, dobrze? Ktokolwiek z was wpadnie do Popielnego Dworu zawsze znajdzie miejsce przy moim stoliku i kolejkę dla siebie!
Ostatni wiwat rozszedł się po obozie falą i ludzie wrócili do pracy, z jakąś odrobiną nowej werwy i zadowolenia.
Uśmiechnięty Khal odwrócił się do Kaylie.
- Czego ode mnie potrzebujesz? - zapytał, a w głosie i spojrzeniu znalazła gotowość do pełnego jej wsparcia.
- Znasz się na tych terenach. - stwierdziła patrząc z lekkim zafascynowaniem nagłością i siłą zmiany w jego zachowaniu. Jakby wtłoczyć w niego nowe życie. Czy Viktor Goodmann taki był w Cheliax?
- Pomógłbyś mi poprowadzić do następnego postoju przed miastem.
- “Znam” to mocne słowo… - jednak głosie Viktora nie znać było zwątpienia czy zawahania - … ale pamiętam, chyba, punkty orientacyjne po drodze, a jak Fisuś się dość wzniesie to i samo Evercrest dojrzy. Widoczność jest doskonała - ocenił patrząc w niebo - Jak ruszymy rozeznam się kto jest najwyższy rangą, pod niedyspozycyjność Filii, aby pomógł nam z technikaliami i dziwactwami lokalnej straży… Ale najpierw musimy ruszyć. Jakieś konkretne problemy wymagają rozwiązania, czy starczy im pomoc, zachęta i doraźna decyzja?
- Mają do nas bardzo pozytywne podejście. - odezwała się, gdy upewniła się, że inni zajęli się śniadaniem - Choć czasem niektórzy bardzo jak do kumpla... To bywa... Krępujące. - rumieniec zażenowania dawał wyraźną odpowiedź o czym mówi - Chyba byliśmy za głośni w namiocie...
- Tylko w tym sensie, że sprowokowaliśmy te żarty - uśmiechnął się Khal, puszczając oczko.
- Jeśli byś chciała, to mogę zgrabnie i po cichu ogarnąć, aby przystopowali nieco… ale jak nie ma w tym złej woli, ani nie zrobi się natarczywe… - wzruszył ramionami - Starczy twoje słowo… - zachęcił, widząc jej zawstydzenie, ale galtianka tylko machnęła ręką zbywając temat - Wiemy co u Filii? Daviona ktoś widział? Ktoś specyficznie skontrolował stan odbitych? Mamy wartowników na posterunkach?
Khal pytał o wiele rzeczy, ale nie gnał, a jego głos nie był natarczywy… słychać było, że chce odhaczyć punkty na swojej liście i spodziewa się, że większość jest już rozwiązana.
Kaylie została zalana tymi pytaniami, które ją po prostu wystraszyły na tyle, że nie wiedziała czy jest w stanie na każde odpowiedzieć. - Ja... - zająknęła się - Przep... - drżenie głosu ukazywało jak czuje się w tym momencie. - Zobaczę co z Filią...
Wyglądała jak przyłapane dziecko przez nauczyciela na braku pracy domowej. - Hej, hejejej… - Khal złapał jej dłoń, wzniósł do ust i ucałował. Nie spieszył się z tym. - Idąc tu widziałem, że uwijałaś się jak truteń… Jestem tu aby cię wesprzeć. Nie by oceniać.
Zbliżył się. Ujął ją za biodro oraz policzek i oparł czoło o jej. - Teraz spokojnie… - Głos miał łagodny i opiekuńczy. - Oddychaj ze mną. Wdech. Yyyyhhh… i wydech. Uhhhhh… Wszystko gra, hmmm? Sprawdź, proszę, Filię i Daviona. Ja ustalę co z wartami i uratowanymi. Widzimy się, w tym miejscu, za pięć do dziesięciu minut, dobrze?
Kaylie wyraźnie ulżyło, gdy zobaczyła reakcję Khala. On jej o nic nie oskarżał, nie był ironicznie wredny... - Dobrze, dobrze! Dziękuję... - powiedziała szybko i ruszyła do namiotu Filii.
Arkanistka zatrzymała się przed wejściem do namiotu dowódcy i tylko uniosła głos nie wchodząc bez zaproszenia.
-
Mogę wejść czy to zły moment?
Chwilę zajęło zanim ze środka dobiegł głos komendant. -
Wejdź, wejdź… - Filia brzmiała na zmęczoną.
Galtianka przeszła do środka odsuwając poły materiału z drogi.
Filia zakładała właśnie buty, jej zbroja i reszta rynszutku leżała porozrzucona po ziemi. Westchnęła kiedy w końcu z trudem wsunęła stopę w but. -
O co chodzi? - włosy komendant były w nieładzie, sama też wyglądała jakby potrzebowała kilku wizyt w jakimś salonie piękności.
-
Pobudziłam wszystkich, teraz mają ogarnąć śniadanie. Khal zajmuje się wartami i stanem odbitych, komendant. - Kaylie zasalutowała poważnie i zaraz z wrednym uśmiechem dodała - Kac doskwiera?
Zaskakująco Kaylie nie nosiła teraz maski. -
Tylko kiedy bije mi serce… - odparła Filia - Dziękuję, że przejmujesz obowiązki… ja… nie jestem w dobrym stanie, aby przeprowadzić musztrę, a co tu mówić o prowadzeniu tej wycieczki…
-
Więc będą mieli spacerek, bo i ja musztrować ich nie będę. - wzruszyła ramionami - Też ich noc wymęczyła. Niejedni musieli spuścić stres grupowo.
Komendant pokiwała głową i jęknęła kiedy ruch wywołał ból. -
Nie wiem… nie wiem, co zrobić jak wrócimy do miasta. To… to za dużo.
Kaylie usiadła obok Filii. -
Porozmawiamy o tym podczas następnego postoju. Spokojnie, nie zostaniesz sama z decyzjami i nie będą wymuszone na szybko. - niepewnie położyła dłoń na barku Filii, po czym zabrała rękę - Na razie odpoczywaj... Choć przyznam, że nie oczekiwałam tak ostrego traktowania przez elfa.
-
Ostrego? - komendant uniosła brew - Davion jest najdelikatniejszą osobą jaką znam.
-
A co... - bez ostrzeżenia dźgnęła palcem bok kobiety.
Filia syknęła. -
To kac… - zapewniła - Po prostu za dużo wypiłam… i zawsze miałam tylko materac i drewno na opał…
-
Jak twierdzisz... - stwierdziła nie do końca dając wiarę - Gdzie on polazł w sumie?
-
Zorganizuje małą kapliczkę i przeprowadzi krótką modlitwę dla chłopców i uratowanych.
-
Kapłani są dziwni... Tym się zajął i zostawił kobietę z jaką miał noc?
-
Czy jest teraz noc? - zapytała Filia - Pomógł mi kiedy byłam w potrzebie, teraz inni go potrzebują. Tak, jest tak wytrzymały. - komendant ubiegła żart arkanistki.
-
W łóżku też? - wyszczerzyła się radośnie.
-
Szczególnie. - odparła - A jak mój brat? Zadowala pomimo zaawansowanego wieku?
-
W czym niby zadowala? - Kaylie próbowała zostać bezemocjonalna, ale bez maski widać było rumieniec na jej policzkach.
-
Mogłam opróżnić trzy butelki wina, rumu i piwa, ale to nie znaczy, że nie mam oczu i uszu w obozie. - uśmiechnęła się łobuzersko - Widzę natomiast po twojej reakcji, że owszem. Dobrze, zasługujesz na trochę radości w życiu.
Galtianka położyła dłonie na kolanach i skupiła wzrok przed sobą. -
Tak, w końcu spędziliśmy intymny czas ze sobą. Bynajmniej nie żałuję.
-
To dobrze. - odparła komendant - A on?
-
On? - zapytała zdziwiona - Czemu miałby?
-
Żart. - zapewniła Filia - Nie znam was tak dobrze i próbuje wybadać grunt.
-
O czym mówisz? - zdziwiła się - Tak, podoba mi się i daliśmy temu upust w namiocie. - przyznała.
Filia pokręciła głową.
-
Jak na Galtiankę jesteś bardzo sztywna. Zmieńmy temat. - zastanowiła się chwilę - To będzie dość prywatne pytanie, więc nie musisz mi odpowiadać. Wiem, że Viktor jest tu, aby zacząć kult tego… Azazela. Wiem, że mistrz Baltizar ma mu w tym pomóc. Wnioskuje zatem, że oboje mają jakiś układ z tym diabłem. Więc jaki jest twój, jeżeli jest jakiś?
-
Jestem najemnikiem i pracuję dla Khala. - odparła.
Filia jedynie skrzywiła usta. -
Nawet na kacu wiem, że to nie cała prawda. Nie musisz jednak mówić, jeżeli nie chcesz.
-
Skąd w ogóle takie zainteresowanie? - nie była szczęśliwa z dociekliwości Filii - Jaki ono ma sens?
-
Jaki sens miało pytanie mnie czy Davion jest wytrzymały w łóżku? - odparła komendant.
-
Przekomarzaniki i to ty pierwsza powiedziałaś o jego byciu wytrzymałym, więc się prosiło. Temat dobry na zajęcie twoich myśli. - odpowiedziała wprost - Chyba nie myślałaś, że mnie to interesuje z personalnych powodów i chcę go dziś zobaczyć nocą w swoim namiocie?
-
Przyjąłby to jako komplement. - zapewniła Filia - No cóż, odwzajemniłam przekomarzanki. Wybacz jeżeli uderzyłam w drażliwy temat.
-
Twoje pytanie nie było tym samym. - pokręciła głową - Sądzisz, że Davion by do mnie przyszedł w nocy i uprawniałby ze mną miłość, gdybym wyraziła zainteresowanie? - zapytała z uśmieszkiem.
-
Zainteresowanie? Nie. Przyjdziesz do niego z wypełnionym kontraktem i moją pisemną zgodą? Jak najbardziej.
-
Jakim kontraktem?
-
Że wasza noc przyjemności, będzie wyłącznie dla przyjemności, żadnych uczuć czy pasji i po jej zakończeniu pójdziecie swoimi osobnymi ścieżkami. Tak w skrócie.
-
Ale uczucia potrafią się tworzyć dopiero po takiej nocy. Nie możesz samym kawałkiem papieru tego zmienić. - pokręciła głową krzywiąc się.
-
A jednak ludzie potrafią chodzić na dziwki bez emocji. - uśmiechnęła się - Tu chodzi o założenie zasad spotkania.
-
Twierdzisz, że byłabym dziwką? - zapytała z chłodem w głosie.
-
To Davion przyjmowałby kontrakt z zezwoleniem. - Filia się uśmiechnęła.
-
Niech ci będzie... - mruknęła - Wszyscy jesteście tak sztywni co do papierologii jak i Khal umie być. Szokujące.
-
Och, ty nawet sobie nie wyobrażasz jak ja potrafię zagrać na Davionie przy odpowiedniej manipulacji papierów.
-
Co? - Kaylie wyraźnie nie rozumiała o czym Filia mówi.
Komendant uśmiechnęła się. -
Mam ci wytłumaczyć zawiłości skomplikowanego systemu druków, wniosków i petycji? Czy wystarczy ci "Daję mu prośbę o urlop na wniosku o rezerwację miejsca w restauracji" i on wtedy wie, że zapraszam go na kolację?
-
Jesteś spokrewniona z Khalem. - pokręciła głową - Oboje byście to za dobry sposób widzieli i śmiali byście się z wykonania. - złapała się za głowę - Dobrze, że mnie tak nie powaliło…
-
Jeżeli twój związek z nim potrwa dłużej, to możesz się zarazić. - zapewniła Filia - Poczekaj, aż zaczniesz sprawdzać czy kolor papieru, na którym piszesz spełnia normy. Wtedy będziesz wiedziała, że jest za późno.
-
Szczerze wątpię... - westchnęła ze skrzywieniem - Mogę mu pomagać w przeszukiwaniu papierów, ale nie mam zamiaru się do nich onanizować…
Filia delikatnie się zaśmiała. -
Ech, naprawdę. Niektórym brak wyobraźni.
Kaylie skrzywiła się.
- Mam nadzieję, że Khal aż tak nudny nie będzie często.
-Tylko ciebie to nudzi. - zapewniła komendant - Coś jeszcze? - Wątpliwe, że tylko mnie z całej populacji. - pokręciła głową - Na następnym postoju pogadamy, to masz czas poleczyć kaca... K-O-M-E-N-D-A-N-T.
Ostatnie słowo wypowiedziała umyślnie długo i głośno salutując jej z wrednym uśmieszkiem.
W odpowiedzi dostała w głowę poduszką od Filii. - Spadaj już.
Okrutny chichot Kaylie jeszcze był słyszany jak opuściła namiot dowodzącej.
Viktor odprowadził Kaylie spojrzeniem nie do końca jeszcze wiedząc co myśleć o jej… pewnej nadreaktywności na niego… odłożył rozważania na później. Nie wiedział czy obóz jest zabezpieczony. Nie spodziewał się aby ktoś ich zaatakował, ale jakby do tego doszło to obecność a nieobecność wartowników na straży decydowałaby o życiu lub śmierci.
- Sprawdzisz perymetr? zapytał niewidzialnego chowańca, a odpowiedzią którą usłyszał był trzepot skrzydeł.
Odprowadził spojrzeniem imaginację obrazu Fisusia.
- Dobrze mieć cię z powrotem…
Szybkim krokiem poszedł sprawdzić co z odbitymi ludźmi. Wyzwoleńcy byli w dobrym stanie fizycznie, ale widać, że ich umysły noszą blizny po tym co widzieli i doznali. Długo zajmie zanim na ich twarzach ponownie pojawi się szczery uśmiech, ale nie o niego teraz Viktorowi chodziło. Starczyło, że są wszyscy zdrowi. Nie miał czasu aby jakoś ich rozweselić, więc nie został u nich długo i poszedł potwierdzić, że mają straże… szczerze oczekiwał, że będą… to nie były podlotki, ale chciał mieć pewność.
Strażnicy faktycznie byli obecni, chociaż nie byli bardzo uzbrojeni. Starali się zapewnić byłym jeńcom poczucie bezpieczeństwa. Kilku akolitów Abadara upewniało się, że niczego im nie potrzeba. To też było zadowalające.
Na koniec poszedł potwierdzić, że obóz w całości jest poprawnie zabezpieczony i żadne losowe zagrożenie nie da rady się do nich podkraść.
Wszystko wydawało się być bezpieczne. Viktor nawet zauważył grupkę goblinów, którą przygarnęli, składającą "raport" Ihaili. Uznał, że ciekawszego nic nie znajdzie w tej chwili. Wszystko wyglądało jak należy. Podszedł bliżej, od strony z której został zauważony przez niziołkę. - Hej, Ihaili. Coś interesującego się dzieje? Widzę, że znalazłaś nowym rekrutom zajęcie…
- Ano, chociaż na razie widzieli pięć wiewiórek, dwie wrony, trzy orły, sowę i więcej niż dziesięć drzew. - haflinka westchnęła - Mimo wszystko, lepiej jest im dać cokolwiek do robienia. Nie chcę, aby zaczęli iść na samowolkę.
- Dobrze, że ktoś o tym pomyślał - przytaknął, chichocząc. - W obozie wydaje się wszystko w porządku i ogarnięte. Miło widzieć kompetencję. Jakby rekruci sprawiali problemy to odeślij ich do mnie. Ostatnio udało mi się przemówić im do rozsądku.
- Lepiej nie, szamanie. Ostatnio rozważali ołtarz na cześć wielkiej Wódz Blackfyre. Jeszcze zaczęliby cię pytać o wymiary komendant.
- Cóż, wielka wódz Blackfyre poprowadziła zwycięską wyprawę, przeciw strasznemu alchemikowi terroryzującemu lokalne społeczności bez strat w personelu… - Głos Viktora był wesoły i niepoważny - Jakiś mały łuczek triumfalny można by jej postawić!
- W wykonaniu goblinów? Bałabym się nad nim przelecieć, co tu mówić o przejściu pod.
- Trzeba doceniać chęci, nawet gdy towarzyszy im niekompetencja… każda wielka umiejętność była kiedyś właśnie takim zamiarem bez zdolności… - uśmiechnął się Khal - Pójdę jeszcze spojrzeć co u naszego jeńca i kończę personalne upewnienie się, że wszystko gra. Jakby potrzeba było z czymś pomocy, to łatwo mnie znajdziesz… - zaproponował adwokat…
Przed sprawdzeniem upłynęło by ustalone “pięć do dziesięciu minut”, a punktualność miał we krwi do stopnia, że czuł nieprzyjemne drapanie z tyłu głowy, gdy dotarło do niego, że musi zmienić plan, bo by się spóźnił…. Kaylie już na niego czekała. Widział… zalążki znudzenia i próby odepchnięcia go, na razie poprzez szukanie w okolicy czegokolwiek na czym można by oko uwiesić.
- Hej. Obóz jest sprawny. Dają radę. Co u siostrzyczki?
Jak tylko Khal się odezwał zmienił się humor Kaylie. Drastycznie wręcz.
Spojrzała w stronę mężczyzny uśmiechając się szeroko i doskoczyła bliżej Frey'a wieszając mu się na szyi. Khal zamrugał oczami w zdziwieniu, ale szybko ustąpiło ono zadowoleniu i musiałby forsownie powstrzymać uśmiech, gdyby go nie chciał… ale go nie powstrzymywał.
- Chodź! - rzuciła od razu i chwyciła go za nadgarstek chcąc go ciągnąć na mocne obrzeża obozu by.. zrobić coś?
- W… porządku? - zgodził się w rozbawieniu, uznając, że odłoży trochę kontrolę więźnia. Jak dotąd jego obchód pokazał jedną rzecz: straż wiedziała co robić. - Chodźmy.
Kaylie ciągnęła Khala szybko aż nie zniknęli z widoku obozu i zatrzymała się z nim wśród roślinności ich okrywającej. Pchnęła go plecami na pień wysokiego drzewa i szybko pocałowawszy go w usta wtuliła się i wymruczała mu do ucha.
-
Potrzebuję prawnika.
-
Hmmm… - zastanawiał się chwilę Khal, ale Kaylie czuła jak jego kciuk znalazł drogę pod jej koszulę i sunął to w jedną, stronę, z powrotem po jej talii gdy reszta dłoni spoczywała na jej biodrze - Myślę, że byłbym w stanie ci kilku polecić… a jaką… problematyką miałby się zająć dla ciebie?
-
Polecić? - złapała Khala za koszulę pod gardłem i przysunęła jego twarz do swojej - Ja chcę ciebie. CIEBIE. - złożyła kolejny pocałunek na jego ustach - Potrzebuję stworzyć pismo urzędowe, aby pozwać osobę, jaka mnie zaatakowała fizycznie.
Viktor pozwolił słowom Kaylie dotrzeć do siebie dopiero po chwili, wcześniej wyparte przyjemnością pocałunku… ale gdy dotarły otworzył oczy szeroko, a jego mięśnie się spięły. Chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie, tyle aby spojrzeć w jej oczy.
- Ktoś ciebie zaatakował? - zapytał, choć widział, że czegoś tu wyraźnie nie rozumie.
- Tak. - powiedziała twardo z pewnością w wyrazie twarzy - Filia.
- Opowiedz mi.
Kaylie ciężko westchnęła, ale Khal zobaczył jakiś malutki uśmieszek krążący wokół rogu jej ust. - Jest skacowana. I żeby mnie pogonić, gdy głośno do niej mówiłam zaatakowała mnie... - przytuliła się do mężczyzny i czuła ile spięcia w nim było, jakby już się szykował do walki - ...poduszką.
Stres powoli zszedł z Khala. Schodził wraz z powoli spuszczanym z płuc powietrzem. - Sam ci kark ukręcę, jak mnie będziesz tak straszyć! - zaśmiał się z równą wesołością co ulgą i sam ją ucałował.
- Gadałyśmy o tym, że wysyła swojemu facetowi jakieś papiery jeżeli chce go zaprosić na kolację. Chyba prawniczo się onanizują nimi. - mruknęła - Powiedziała, że jestem nudna i nie mam inwencji... - prychnęła i uśmiechnęła się złośliwie - To ja już jej pokażę galtiańską inwencję prawniczą!
- Hmmm… rozumiem. To będziemy musieli sporządzić zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa… protokół z przesłuchania pokrzywdzonego powinien być przeprowadzony przez organ porządkowy, ale możemy go nazwać “niezależnym” i będziemy udawać, jakby miało to jakikolwiek sens. “Bądź dość bezczelny w tym co robisz, a nikt nie śmie cię sprawdzić.” Potem byłby akt oskarżenia, a jakby udało się pożyczyć od niej tą poduszkę, to można by zrobić z niej “załącznik”, jako dowód wydarzenia. Całość adresowana do “Komendant straży miejskiej Evercrest Blackfyre” i oskarżonego nazywać “Filia Blackfyre”... w prośbie o rozstrzygnięcie zasugerujemy jakąś absurdalną, ale niegroźną karę jak “zakaz używania poduszek przez dwa tygodnie i rozprawka o psychologicznych konsekwencjach mikro-przemocy”...
Kaylie już w połowie wypowiedzi utraciła jakiekolwiek złudzenia… Khal się świetnie bawił.
Kobieta też wyraźnie dobrze się bawiła tym absurdem. - Niech to wygląda jak najbardziej prawdziwie i oficjalnie jak się da. Niech absurd zostanie odkryty dopiero na samym końcu tekstu, aby musieli się przekopać przez prawnicze mambo-dżambo, bo na pewno swojego faceta w to włączy!
- Hmmm… sugerowałbym jednak ograniczyć. Pięć minut stresu, że to na poważnie starczy. Tym bardziej, że gdy dojdą do naszego “niezależnego protokołu przesłuchania pokrzywdzonego” to się domyślą, że to żart, a jeśli nie… to zostanie interpretacja, że rażąco nie rozumiemy tutejszego prawa, albo mamy nieczyste zamiary i to jest jakiś trik. Jak na moje to niech tylko pierwsze dwie trzecie zawiadomienia będą brzmiały poważnie. To jakieś dwie do pięciu minut stresu. Za to… znajdziemy jakiegoś dzieciaka. Specyficznie siedmiolatka i damy mu miedziaka aby nabazgrał kilka dyktowanych słów o tym jak przegranie walki na poduszki ze starszą siostrą było dla niego tragedią i nazwiemy go “ekspertem”... dostanie drugiego miedziaka za wydrapanie kredkami rysunku patyczaka z czarnym sianem na głowie, rzucającego poduszką w patyczka z kasztanowym sianem i to będzie “rekonstrukcja wydarzeń”. Na koniec się ja się podpiszę jakoś dziwnie, jak Giktor Voodmann… lub Voodoomann? Heh… Tsk.. nie. Przesada już. Cienka jest granica między absurdalnym humorem, a zwykła groteską.
- Może być i tak. - zgodziła się - Niech się nauczy, żeby nie podgryzać mnie. A! Przecież ona była po alkoholu, to się dodaje do oskarżenia!
- Hmmm… może? Zobaczę jakie są tu klimaty. W Cheliax jak najbardziej bym dodał, w Isger powoli to wchodzi, ale w Nidal by mnie zapytano czemu o tym piszę w dokumentacji… “nie alkohol jest problemem, ale czyny”... ale dobre myślenia. Spora szansa, że miałoby znaczenie, gdyby to było na poważnie… musimy się jeszcze postarać by trafiło to prosto do niej, a nie przechodziło przez nikogo pośrednio, bo jeszcze jej narobimy pod tyłkiem i wtedy nie będzie jej do śmiechu. Cóż… w takim razie przyjmuję twoją sprawę, potrzebuję teraz abyś dała mi srebrnika.
- Mmm... - skrzywiła się lekko i zaczęła poprawiać kołnierzyk Khala - A czy przypadkiem nie dałam ci wystarczająco monet ostatniej nocy? - zapytała dwuznacznie.`
- Hmmm… kwestia niuansów. W momencie jak dostanę od ciebie jakiekolwiek pieniądze, nawet pojedynczego srebrnika, jestem przez ciebie zatrudniony i to nakłada na mnie pewne obligacje… najbardziej znana: tajemnica zawodowa. Dalej: obowiązek działania w twoim interesie. Swoista lojalnościówka, co tutaj znaczy, że Filia nie mogłaby do mnie przyjść abym ją bronił przed twoimi zarzutami i wiele wiele innych mankamentów. Nie spotkałem się jeszcze z systemem który pozwalałby adwokatowi oficjalnie rozliczać się w naturze... A co najważniejsze… bawi mnie to - wzruszył ramionami z uśmiechem na twarzy, dając znać, że nawet “najważniejsze” wciąż nie było tutaj wcale ważne.
- Poza tym mihi ignoscet... - żachnął się z jakimś oburzeniem i uniósł ją w górę, obejmując w talii. Sekundę potem to ona była przyparta do drzewa, ale jej nogi wisiały w powietrzu.
- Jeśli dobrze odtwarzam wczorajsze wydarzenia to to definitywnie nie była jednostronna wymiana korzyści…
Khal miał jakiś taki sposób, że nawet gdy mówił tak okropnie płaskie i rzeczowe słowa, to tonem, gestem i mimiką potrafił sprawić, że brzmiały nieprzyzwoicie w ten najlepszy sposób. - Wiesz, że teraz nie ma czasu... - spojrzała w stronę obozu - I chyba trzeba nam coś zjeść przed podróżą, co? Coś zasycającego, jakieś jedzenie. - dodała szybko nim mógł wtrącić cokolwiek o tym, co mógłby jej dać.
- Tsk… - skrzywił się niepoważnie, widząc, że jego żart został powstrzymany nim dało się go wypowiedzieć. No ale nie oczekiwałby po Kaylie wpadnięcia w tak klasyczną i, mimo wszystko, banalną pułapkę. - No to chodźmy - przytaknął, stawiając ją na ziemi.
Kaylie poprawiła górę szaty. - Ciągle mi wisisz urwaną sprzączkę od ubrania, pamiętasz?
Khal strzelił palcami w przebłysku zrozumienia. - Vae mihi... - zaklął niezobowiązująco do siebie i sięgnął do kieszeni na piersi. - Wstyd i hańba by tyle razy zapomnieć… a gdy nie było okazji to pamiętałem… - mówił, ale trochę nieobecnie, bardziej wypełniając ciszę gdy szukał - Mam - zadeklarował, wyciągnął zawezwaną sprzączkę i wręczył ją Kaylie - Proszę bardzo. Miałem nadzieję, że nic więcej nie przegapiłem, ale magiczne światło nie jest wdzięczne do takich poszukiwań.
Była pogięta do stanu nieużywalności, ale wierzył, że odrobina kaylowej magii to więcej niż potrzeba. - Świetnie. - odparła z uśmiechem gdy chowała sprzączkę w kieszonkę pod szatą - Rozumiem, że mamy ustalone co ze sprawą o pobicie? Dzięki! - nie czekała na odpowiedź Khala najwyraźniej uważając sprawę za załatwioną, a mu nie zależało dosyć, więc wkrótce poszedł za nią.
- Hee…
-
Baltizar
Baltizar leżał wśród zieleni porastającej dno krateru, wsłuchując się w ciche szmery wiatru między liśćmi. Przestrzeń wokół była niemal idylliczna – miękka trawa, ciepłe światło zachodzącego słońca, zapach wilgotnej ziemi. Co jakiś czas natrafiał na zardzewiałe fragmenty metalu i strzępy materiału, niemal całkowicie pochłonięte przez przyrodę, jakby krater powoli trawił resztki dawnej tragedii. Kiedy niebo zaczęło ciemnieć, ułożył się wygodnie, zamknął oczy i pozwolił, by sen go pochłonął.
Ale to nie był zwykły sen.
Najpierw poczuł dotyk – zimny, obślizgły, pełzający po skórze jak tysiące cienkich macek. Nie był to uścisk, lecz zaproszenie, jakby coś pod ziemią czekało, cierpliwie i od wieków. Nim zdążył się poruszyć, opłatające go macki szarpnęły, a świat zawirował. Spadał w dół, przez ziemię, przez skałę, przez coś, co nie powinno być płynne, a jednak pochłaniało go jak ciemne odmęty.
A potem nastała cisza.
Baltizar stał w sercu podziemnego miasta. Było znajome, a jednak obce – niby gnomia architektura, lecz nienaturalnie rozciągnięta, zniekształcona, jakby budynki były świadomymi istotami, które próbowały naśladować styl jego ludu, ale nie do końca rozumiały proporcje i celowość ich konstrukcji. Wąskie uliczki wiły się nielogicznie, ściany budynków uginały się pod niemożliwymi kątami, a latarnie wyrastały w miejscach, w których nie było potrzeby oświetlenia.
Światło było mdłe, blade i nienaturalne, jakby sączyło się z powietrza, a nie z konkretnego źródła. Powietrze pachniało pleśnią i czymś nieznanym, niemal chemicznym, jakby starożytność tego miejsca nie była naturalnym efektem upływu czasu, lecz wynikiem zapomnianej alchemii.
Baltizar nie widział nikogo, nie słyszał kroków, rozmów, nawet echa własnego oddechu. Ale czuł, że nie jest sam.
Oczy.
Malowane na budynkach, rozciągnięte po ścianach i drzwiach, niektóre proste jak dziecięce bazgroły, inne realistyczne do granic niepokoju – złowieszcze, z wypukłymi źrenicami, błyszczące w półmroku. Każdy krok Baltizara zdawał się zmieniać ich ustawienie. Nie ruszały się, a jednak zawsze były skierowane na niego. Niektóre szeroko otwarte, inne przymrużone jak w nieufnym zaciekawieniu.
Cisza trwała, lecz Baltizar czuł, że to tylko maska. Miasto nie było opustoszałe. Czekało.
Kaylie i Viktor
Poranek nadszedł zbyt szybko dla tych, którzy świętowali ubiegłą noc. Komendant Filia Blackfyre, zwykle czujna i pełna energii, teraz ukrywała się pod kapturem płaszcza, walcząc z konsekwencjami nadmiernej konsumpcji alkoholu. Jej obowiązki przejęła Kaylie, zajmując miejsce na froncie karawany. Chłodne powietrze poranka wdzierało się pod jej ubranie, ale była na to przygotowana. Oczy miała szeroko otwarte, wypatrując zagrożeń – od zwykłych bandytów po dzikie bestie, które mogłyby czaić się w gęstwinie.
Ścieżka, którą podążali, wiła się przez zarośnięty las, wciąż wilgotny po niedawnej burzy. Karawana była dobrze zabezpieczona – strażnicy, choć niektórzy jeszcze zaspani, trzymali ręce na broni, a konie poruszały się równo, przyzwyczajone do długich podróży. Jeńcy, których uratowali poprzedniego dnia, jechali pod strażą, wciąż wstrząśnięci wydarzeniami, ale przynajmniej wolni od szaleństwa alchemika, który ich więził.
Z tyłu karawany Viktor, w pełnej krasie swojego prawniczego autorytetu i kapłańskiej postawy, prowadził rozmowę ze strażnikami. Pytali go o jego wiarę – jak to jest służyć bogu, który nie zna litości dla niesprawiedliwości? Czy naprawdę wierzy, że można sprowadzić sprawiedliwość na ten świat, skoro zło nigdy nie śpi? Czym różni się od bóstw takich jak Calistria czy Ragathiel? W końcu jeden z nowszych strażników zadał ciekawe pytanie.
— A co, jeśli ktoś żałuje swoich czynów? Czy Azazel daje im drugą szansę?
Dyskusja ucichła, a w karawanie rozległ się tylko stukot końskich kopyt i skrzypienie wozów, czekając na odpowiedź.
Kaylie była pierwsza, która ją zobaczyła.
Drzewa wokół nagle przerzedziły się, ustępując miejsca szerokiej polanie, wypalonej niemal do gołej ziemi. Popiół unosił się w powietrzu, a czarne ślady ognia rysowały się na krawędziach lasu. W centrum tej pustki coś leżało – mała, zwinięta w kłębek istota.
Smoczek. Brandelen.
Jego łuski, mieniące się delikatnym odcieniem srebra i błękitu, zdawały się połyskiwać w porannym świetle. Oddychał spokojnie, jego boki uniosły się miarowo, jakby nie przejmował się niczym na świecie.
Kaylie podniosła rękę, dając znak karawanie do zatrzymania się. Konie zarżały, a strażnicy natychmiast chwycili broń, niepewni, co myśleć o tym znalezisku. Cisza zawisła nad polaną, gdy wszyscy wstrzymali oddech, czekając, co zrobi smok. W między czasie podszedł Jori, alchemik rozejrzał się po polanie.- No, maluch się najadł. Pewnie będzie ciężko go przekonać na przeprowadzkę. - zerknął na dwójkę Azazelitów - Spróbujecie udobruchać Filię? Ja w tym czasie pogadam z Brandelenem.
-
Khal & trzódka
Viktor nie czuł się jeszcze pewnie w roli ewangelisty Kozła Ofiarnego. Ta rola miała wiele wspólnego z magią słów którą stosował we wciąż niedalekiej przeszłości, ale w niuansach zaczynała się różnić. Nie dał po sobie poznać krztyny zawahanie. Zbyt dobrze wiedział jak odwracać uwagę i kupować sobie czas na przemyślenia, jak zmieniać tematy czy jak odpowiadać nie przedstawiając żadnych twierdzeń… ale to pytanie… było ważne. Mogło definiować.
- Gdy ktoś żałuje… hmmm… - mruknięcie, które wydał, w brzmieniu nadało mu aury nauczyciela. Mędra nieco. - Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niemal zawsze: tak. Bądź pewny, że na każde tysiąc przewin które popełniają mieszkańcy Golarionu, na palcach jednej ręki możesz policzyć te których kara nie da ci drugiej szansy. Jeśli skradłeś chleb i żałujesz to przyjmij baty, albo prace, albo cokolwiek będzie ci wyznaczone i po tym… nie krzywdź więcej swych bliźnich. To jest łaskawość sprawiedliwego Prawa. Kara cię oczyszcza. Przyjmij ją z pokorą i zakończ lepszym nim byłeś, a sprawiedliwe społeczeństwo przyjmie cię z otwartymi ramionami, niewinnego jak dziecko… Tak, widzę już pytania w waszych spojrzeniach - zachichotał się Viktor serdecznie - Co jeśli zbrodnia jest gorsza? Zaczęliśmy od jednej skrajności, to przejdźmy w drugą. Mord. Mąż dopatruje się niewierności żony. Rzeczywistej bądź urojonej… W zazdrosnym szale dusi ją, ucieka, zostaje pojmany i postawiony przed szafotem. I wtedy zaczyna żałować? Nie. Na to już za późno. Mógł żałować po czynie. Teraz? Czy łaską byłoby powiedzieć zdruzgotanej matce, że wybaczymy mordercy jej córki? Czy byłoby sprawiedliwe poinformować jej braci i siostry, że darujemy szwagrowi żonobójstwo, “bo jest mu przykro”? Widziałem dziesiątki winnych co pod niebiosa deklamowali żal za swe czyny, ale wiecie co? Oni kłamali. Oni nie żałowali czynów, ale tego, że nie udało im się umknąć. Nie przebudziło się ich sumienie, ale strach, bo przez ten cały czas byli przekonani, że unikną kary. Dobre prawo, dobry system… pokazuje ludziom, nawet najmniejszym i najsłabszym: tu masz receptę na przyzwoite życie. Żyj zgodnie z tymi zasadami a zaopiekujemy się tobą… Sprzeciw się im… to zastosujemy metody przymusu. W wizji Kozła Ofiarnego, a również i mojej własnej, surowe kary są narzędziem, a nie celem. Jak każde narzędzie, trzeba je stosować z rozsądkiem, ale w odróżnieniu od narzędzi, ich ostatecznym celem jest aby nie stosować ich w ogóle…
Głos Viktora dawał poczucie niedokończonego wątku, ale zamiast odpowiedzieć sięgnął po bukłak i upił odrobiny cienkiego wina. - A co z niesprawiedliwymi karami? - zapytał jeden ze starszych strażników - Ludzie potrafią być skorumpowani, nawet ci, którzy stoją na czele prawa. Magowie też istnieją jak i kapłani mrocznych bóstw. Co jeżeli taki czaroklepa cię zaczaruje, abyś zabił swoją żonę, ty za to zawiśniesz i... i co wtedy?
Viktor spoważniał i znów się chwilę zastanowił, dając poważnemu pytaniu poważną ilość czasu. - Tu, niestety, dochodzimy do bardzo trudnego tematu. Najlepsze, najsprawiedliwsze, najdoskonalsze Prawo nie zda się na nic jeśli jego egzekucja zawiedzie. Nie ma tu dobrej odpowiedzi… niezależnie czyja doktryna kształtuje system prawny… To jest niedoskonałość natury ludzkiej, której efekty możemy… MUSIMY próbować przezwyciężyć, ale nigdy do końca się nie uda… a jeśli interesuje cię czym, w tym aspekcie, różniłby się Kozioł Ofiarny od innych bogów… On traktuje bardzo osobiście przewiny, tych co w tak plugawy sposób malwersują Prawo i jego kapłani dokładaliby nieproporcjonalnych starań aby temu przeciwdziałać… a bardziej konkretnie… jeśli jakiś czarodziej magią zmusi kogoś do zabicia żony… to idealnym zachowaniem byłoby od razu biec do władzy i o tym opowiedzieć. Tak jak magia może zmusić człowieka by zrobił czego nie chce, tak i magia może pokazać, że ten przymus miał miejsce… Jak mag zabija żonę rękoma męża, za pomocą magii, to mag jest winny. Nie mąż. I Kozioł dołożyłby szczególnych starań aby go dorwać. Szczególnie jeśli zrozumienie przyszłoby zbyt późno i niewinny mąż zdążyłby już zawisnąć. To jest coś czego Kozioł nigdy by nie wybaczył, a kara która spotkała by tego maga byłaby nauczką dla niego i lekcją dla wszystkich innych magów, aby nigdy nawet nie próbowali.
Strażnicy słuchali uważnie słów kapłana, kiwając głowami, najwyraźniej zgadzali się z logiką zarówno Viktora jak i Azazela. - Jeżeli można. - zaczął ponownie młody strażnik - Czy te surowe kary nie wydają się marnotrawstwem? Na ilu winnych popaprańców jak ten alchemik, trafiło się bogu winnych nieszczęśników, którzy zaszli za skórę niewłaściwej osobie? Chyba lepiej aby, nieważne jaka zbrodnia, śmierć nie była odpowiedzią. Lepiej, aby taki spędził resztę życia na ciężkich pracach, jeżeli jest niewinny, ktoś będzie mógł tego dowieść. Jeżeli jest winny, to i tak nikomu już nie zagrozi, a przysłuży się społeczeństwu.
- Ależ absolutnie - przytaknął Viktor młodzikowi - Dlatego specyficznie mówiłem o karach jako narzędziu, które stosować należy z rozsądkiem. Egzekucja jest bardzo… trudną karą. Z wielu względów. Jednak musimy tutaj rozważyć jakie są cele systemu karnego… bo jest ich kilka. Pierwszym i najważniejszym: jest prewencja. Wszyscy sobie możemy wyobrazić jak by Evercrest, czy jakiekolwiek inne państwo, wyglądało jakby wszyscy ludzie nagle poczuli się całkowicie i niepodważalnie bezkarni. Nie wymierzamy przestępcom kar z zemsty. Wymierzamy je aby ci wszyscy, co rozważają skrzywdzenie drugiej osoby stwierdzili, że to nie jest tego warte. Drugim celem jest reedukacja. Wielu ludzi popełnia przestępstwo, zostają złapani, odbywają swoją karę i do końca życia są przykładnymi obywatelami. Ostatni, najmniejszy, ale wciąż istotny powód zadaje kłam mojemu wcześniejszemu stwierdzeniu… bo ostatnim jest łaska zemsty. Wyobraź sobie… mag zmusił ciebie byś udusił swoją żonę. Byłeś tego cały czas świadomy. Widziałeś jej strach, jej niezrozumienie… czułeś jak bardzo zdradzona się czuła, gdy w jej oczach gasło światło. Umarła wierząc, że osoba, którą całym sercem kochała, postanowiła ją zabić własnymi rękoma…. i nie da się już tego naprawić. Nigdy nie będzie możliwości by to zmienić. Daj temu chwilę. Wyobraź sobie… To jest coś co może zdruzgotać człowieka. Ran na psychice, które to stworzyło, pewnie nigdy się nie wyleczy, ale… poczucie dokonanej sprawiedliwości może uśmierzyć ból… choćby tę odrobinkę.
Viktor zamilkł, pozwalając wszystkim by wyobraźnia pokazała im te sceny.
Cisza była niemal namacalna. Reakcje strażników były podobne chociaż różniły się w sile.
Niektórzy pobledli, najmłodszy wyglądał jakby miał zamiar zwymiotować, ale główną emocją w powietrzu był gniew. Oburzenie niesprawiedliwością możliwości zaistnienia takich sytuacji, w końcu odezwał się najstarszy ze strażników. - Tak, czasem trzeba. Chociażby dla dobra tych co pozostali. - pokiwał głową - Dobrze, że takie sprawy są ponad naszą płacę, bo chyba bym się sam powiesił ze stresu. Zatem, ten twój Kozioł. On chce zapewnić, że ci którzy chcą oszukać system nie dadzą rady?
Viktor znów chwilę myślał. Dla kogoś o mniejszej charyzmie, o słabszej aurze mogłoby to wyglądać źle. Jakby nie miał odpowiedzi. Jakby szukał jakiegoś sposobu by ominąć prawdę… ale od niego… czuć było tylko szacunek do pytania i powagę z jaką je traktował. - Azazel sam doświadczył niesprawiedliwego Prawa na swojej skórze. I cierpiał za to w skali niemożliwej do zrozumienia przez śmiertelne dusze. Wielu bogów Prawa ma serce w dobrym miejscu i gdyby świat był lepszy, albo mieli więcej mocy to wyeliminowali by niesprawiedliwości… To nie tak, że miasto, w którym kościół Azazela niósłby ciężar Osądów oraz Egzekucji Prawa na swoich barkach, z miejsca zostałoby oczyszczone z takich elementów… ale możemy mieć pewność co do dwóch rzeczy. Po pierwsze: żaden z jego kapłanów nigdy by nie splugawił tak Litery Prawa. To by oznaczało natychmiastową ekskomunikę, a wierni Kozłowi kapłani z miejsca zostali by spuszczeni na niego, jak piekielne ogary, co j.cduż zwęszyły krew swojej ofiary… Drugą rzeczą której możemy być pewni… każdy taki ”mag”, co rozważałby “perfekcyjną zbrodnię”, by zabić kogoś rękoma zdominowanymi magią i na te ręce zrzucić winę… zastanowiłby się jeszcze trzy razy, jeśli w jego pamięci byłaby ta straszliwa scena z kaźni, którą urządzono poprzedniemu “magowi” co myślał, że w ten sposób zmalwersuje Prawo. I, mam nadzieję, że dzięki temu wspomnieniu zaniechał by planu, stwierdzając “Jakiekolwiek małostkowe powodu bym miał by to zrobić… ryzyko, że skończę tak jak tamten mag, nie jest tego warte.” I w ten sposób jedna “żona” zachowała by życie, a “mąż” uniknął straszliwej traumy. Widzicie… surowe kary… nawet okrutne kary… nie służą nasyceniu żądzy krwi. Ukaranie winnego jest tylko środkiem. CELEM jest uchronić tych co nie noszą na sobie krztyny winy… ale chyba w dygresję się zapędziłem! - Viktorowy chichot momentalnie rozchmurzył atmosferę, która zwyczajnie robiła się już zbyt ciężka - Kler Azazela dokładałby nieproporcjonalnych starań aby wyeliminować próby wykorzystania systemu wbrew jego intencji, szczególnie z krzywdą niewinnych ludzi. To jest DUŻA rzecz dla niego i jego kapłanów.
Strażnicy zaczęli patrzeć po sobie, słowa kapłana najwyraźniej trąciły jakąś strunę. - Jak? O ile wszystko co mówisz brzmi fajnie, to… no jesteś pierwszym przedstawicielem swojej religii o której słyszeliśmy. Co możesz zrobić, aby to osiągnąć?
- Ja? Hmmm… ja jestem tylko jednym człowiekiem. Będę zakładał kancelarię, więc będę mógł być obrońcą pokrzywdzonych, walczącym z całych sił aby ten “mąż” otrzymał uczciwy proces, który mu zwyczajnie przysługuje i nie zawisł póki jego wina nie będzie “najprawdopodobniejsza”, ale zwyczajnie “całkowicie pewna”. Z innej strony… ja, w odróżnieniu od niektórych kapłanów, nie boję się pobrudzić sobie rąk. Wymachiwanie młotem bojowym, marsz w awangardzie, czy mroczniejsza magia… jak rozmowa ze zmarłymi ofiarami… nic z tego nie jest poniżej mojej godności. Zaryzykuję nieskromność, ale… to dzięki mojej magii wiedzieliśmy gdzie zacząć szukać kryjówki alchemika. Jedna burza mózgów zespołu: “Kaylie oraz moi” plus zaciągnięta przysługa i viola... w jedno popołudnie wyznaczyliśmy gdzie go szukać.
Samozadowolony chichot zadudnił nisko ze strony Viktora. Nie krył, że miał pewne poczucie dumy ze sprawności z jaką udało im się określić lokację kopalni. - Z kolei jako przedstawiciel religii… Hmmm… na pewno będę kontynuował współpracę ze strażą, Filią i Evercrest aby zapewnić jego mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, a malwersantom Litery Prawa zaszczepić strach i poczucie, że jestem na ich tropie… ale jestem. tylko jednym człowiekiem. I na pewno zrozumiałe jest, że przy wielce ograniczonych godzinach jakie mam w dobie, priorytetem dla mnie byli by moi bracia w wierze… I to niezależnie czy potrzebować oni będą bezlitosnego adwokata, co wyuczył się prawa w najdzikszych salach samego Cheliax… detektywa co rozwikła ich sprawę, czy może bym ujął w prawicę mój młot… A chyba dałem już radę pokazać, że to nie są czcze słowa, co? - zapytał, klepiąc jednego z chłopaków swojsko w ramię.
- Heh… ale na dyskusję co kościół Azazela by mógł Evercrest zaoferować jako jedna z wiodących religii to nie wchodźmy. Do wieczora byśmy nie skończyli… ale jakby kto miał ochotę na legislacyjno-religijną dyskusję to wpadnijcie do Dworu, postawcie mi piwo i z radością spędzę z wami długie wieczory!
- A jaką rolę pełni zamaskowana pani w klerze? Bo jest jego częścią prawda? - to znowu zapytał młody strażnik.
- Kaylie… jest, przede wszystkim, moją… hmmm… przyjaciółką - uśmiechnął się Viktor znacząco - Nie ma w “klerze” żadnej oficjalnej roli, ale zamierzam cieszyć się jej towarzystwem tak długo jak będzie chętna mi go użyczyć.
Strażnicy uśmiechnęli się do siebie znacząco. W końcu starszy strażnik zadał pytanie, na które wszyscy spojrzeli uważnie na kapłana. - Więc, jak to wszystko ma się do faktu, że Azazel jest jednym ze sług Asmodeusa?
- “Sługa” to nie jest dobre słowo… Książę Ciemności jest jego… Suwerenem. I ma się to nijak. Są osobnymi bogami, mają osobne doktryny i nawet jeśli mówić tylko o Prawie to też w wielu miejscach się nie zgodzą. A z kolei ich interakcje, niesnaski, czy możliwa zła krew... to już kwestia boskiej polityki, a wyobrażacie sobie jak pokręcone mogą być intrygi diabłów i piekielnych lordów… jednak zapamiętajcie z tego jedno… Azazel może niewprawnemu oku wydawać się podobny Asmodeuszowi, ale jakby się przyjrzeć… Kozłowi jest dużo bliżej do Abbadara niż Księcia Ciemności.
Odpowiedź kapłana najwyraźniej zadowoliła publiczność. Rozmowa powoli zaczęła się przenosić na bardziej przyziemne sprawy.
Kaylie czuła ironiczne rozbawienie widząc jak Filia na kacu próbuje trzymać fason i podążać w milczeniu z grupą. W sumie miała szczęście, że arkanistka naprawdę traktowała swoje obowiązki poważnie i po skonsultowaniu drogi z Khalem sumiennie wykonywała powierzone jej zadanie.
Kobieta wiedziała, że prawdziwa akcja zacznie się dopiero w mieście, gdzie będą musieli zakończyć problem z alchemikiem. Zastanawiała się czy ktokolwiek będzie próbował mu teraz pomóc, czy po prostu pozostawią go jako ofiarę, aby obronić swoje interesy i własne tyłki. Ten węzeł zależności sięgał zbyt daleko, aby łatwo go rozwiązać.
Kaylie patrzyła na rozleniwionego smoczka zachowującego się jak najedzony kot. Może sama powinna jakiegoś zwierzaka posiadać? Rhaast nie zastępował chowańca jako dobry towarzysz i przyjaciel.
-
Pogadamy ze skacowaną komendant. - zgodziła się z Jorim - W sumie... Może masz coś co ulżyłoby jej w cierpieniach? - uśmiechnęła się wrednie pod nosem - Mogłabym wykorzystać taką opcję jako kartę przetargową.
-
Nie przy sobie. - przyznał alchemik - Jeźeli jest, aż tak źle, to może być ugodowa, abyście dali jej spokój.
-
To pójdę do niej, ty tego łuskowatego kota przekonaj. - stwierdziła i machnęła ręką do Khala - Idziesz ze mną?
-
Definitywnie - przytaknął adwokat diabła, trochę żałując, że jednak nie zajął się tym wcześniej, jednak stan Filii nie faworyzował pośpiechu.
Zadowolona Kaylie ruszyła przodem przed Khalem jakby dowodząca.
Znaleźli Filię opierającą się o jeden z wozów, jej twarz ciągle przesłonięta kapturem. Zerknęła na zbliżającą się dwójkę Azazelitów wydając z siebie zmęczone westchnięcie.
- Co się stało? - jej głos nie brzmiał inaczej niż zwykle, przynajmniej nie dla niewprawionych uszu. Viktor i Kaylie poznali jednak delikatny ból w jej głosie, kiedy promień słońca przemknął się między kapturem płaszcza i włosami kobiety.
- Chwilowy postój by zabrać dodatkowego pasażera. - arkanistka stwierdziła beztrosko - Może lepiej by ci było na wozie? Z wiadrem na wszelki wypadek?
- NIC… au… - komendant sięgnęła do skroni po zbyt głośno wypowiedzianym słowie - Nic mi nie jest… Jakiego znowu pasażera?
- Popiołożernego smoczka. Ty bierzesz kult goblinów do miasta, my tego malucha.
- Pokrótce, aby cię nie męczyć… - wtrącił się Viktor łagodnie, mówiąc cichym i nieco obniżonym głosem, aby możliwie oszczędzić Filii bólu pokuty poalkoholowej. - Jori uważa, że Brandelen jest spokrewniony z Otto. Jeśli to prawda to jest tylko kolejny powód aby nie zostawiać tego chodzącego zagrożenia pożarowego samopas. Jako dowódca wyprawy powinnaś wiedzieć, że go bierzemy. Nie masz nic przeciwko, prawda?
- Eh... wiedziałam, że ten pierniczony… solar, ma więcej swego motłochu tutaj. - komendant westchnęła - Więc chcecie go zabrać DO miasta?
To było zabawne. Otto będzie musiał usłyszeć, że jest Solarem. - Oczywiście. - przyznała kobieta - Możesz chcieć z nami dywagować na ten temat, ale wtedy będziesz musiała podjąć dyskusję w tym momencie przeciw Viktorowi. Jakim będzie używał swoich mocy w gadaniu bez przerwy. Głośno. - uśmiechnęła się uroczo.
- Tęskno ci do poduszki? - bąknęła komendant - Bierzcie go. Ale wy bierzecie za niego odpowiedzialność. Wy z nim wychodzicie na spacery, karmicie i zbieracie brudy.
Viktor zdawał się chwilę to rozważać. - Otto będzie nam winny dużą przysługę za to. Niech będzie. Inny temat… a raczej nienachalne pytanie. Mam przygotowaną magię odnawiającą… Chciałbyś się poczęstować? Pytam bardziej pro forma, bo raczej masz dostęp do własnej, ale kto tam wie… - wzruszył ramionami na znak, że nie naciska.
Komendant wetchnęła i kiwnęła głową. - Na ogół nie męczę Daviona tym. Proszenie Abadara, aby uratować mnie przed konsekwencjami: picia na służbie, publicznego upajania się i nadużywania alkoholu, brzmi trochę jak herezja...
Viktor uśmiechnął się łagodnie. - Mnie takie ograniczenia nie obejmują i wielokrotnie ratowałem się, łaskami Kozła, przed konsekwencjami…
Podszedł do niej i oparł, nieco ceremonialnie, wierzchy swoich dłoni na jej barkach. Przymknął oczy gdy mruczał niekanoniczną inkantację, w której prosił Azazela o ulżenie “siostrzyczce” i o personalnej wdzięczności za to. Pomarańczowe światło rozświetliło tętnice w jego nadgarstkach, jego dłonie i powoli przesączyło się przez skórę i wniknęło w mundur Filii, wypełniając ją magicznym wypoczynkiem, przeganiając zmęczenie i całą resztę konsekwencji dnia poprzedniego.
Khal cofnął się o krok gdy magia zakończyła swoje działanie. - Lepiej? - zapytał dla potwierdzenia, ale też z tlącą się satysfakcją z pomocy. - Hmmm… Nie mówisz w infernalnym, prawda?
- Mój ojciec jest prawnikiem. - przypomniała Filia.
- Hmmm… to ciut niezręczne, w takim razie - ale uśmieszek Khala nie zdradzał żadnego zażenowania - Mimo to polecam się na przyszłość.
- Nie martw się, idiotką nie jestem. Wiem, jakie mniej więcej są zasady diabłów i nie możesz sprzedać mojej duszy, za swoje zaklęcia. - uśmiechnęła się, ból najwyraźniej opuścił jej ciało - Jori zabiera tego smoka podróżnego?
- Eh… zaklęcie tu, przysługa tam, wsparcie jeszcze gdzie indziej i ziarnko po ziarnku uda mi się wrobić ciebie w przekonanie, że wcale nie jestem taki zły - odpowiedział zadziornie - Tak, myślę, że jak tu wszystko ustalone to chyba pójdę zobaczyć jak mu idzie.
- No cóż, zawsze chciałam plażę. - Filia uśmiechnęła się do Viktora - Idź, idź.. ja… chyba i tak zostanę na wozie. Muszę odpocząć a Kaylie, chce się pewnie wykazać.
- Rano przejmiesz stery. - mruknęła Arkanistka.
- Odrobina wolnego, w odpowiednim momencie, to święte prawo - stwierdził Viktor tonem mędrca - Widzimy się potem.
- Gdy ktoś żałuje… hmmm… - mruknięcie, które wydał, w brzmieniu nadało mu aury nauczyciela. Mędra nieco. - Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niemal zawsze: tak. Bądź pewny, że na każde tysiąc przewin które popełniają mieszkańcy Golarionu, na palcach jednej ręki możesz policzyć te których kara nie da ci drugiej szansy. Jeśli skradłeś chleb i żałujesz to przyjmij baty, albo prace, albo cokolwiek będzie ci wyznaczone i po tym… nie krzywdź więcej swych bliźnich. To jest łaskawość sprawiedliwego Prawa. Kara cię oczyszcza. Przyjmij ją z pokorą i zakończ lepszym nim byłeś, a sprawiedliwe społeczeństwo przyjmie cię z otwartymi ramionami, niewinnego jak dziecko… Tak, widzę już pytania w waszych spojrzeniach - zachichotał się Viktor serdecznie - Co jeśli zbrodnia jest gorsza? Zaczęliśmy od jednej skrajności, to przejdźmy w drugą. Mord. Mąż dopatruje się niewierności żony. Rzeczywistej bądź urojonej… W zazdrosnym szale dusi ją, ucieka, zostaje pojmany i postawiony przed szafotem. I wtedy zaczyna żałować? Nie. Na to już za późno. Mógł żałować po czynie. Teraz? Czy łaską byłoby powiedzieć zdruzgotanej matce, że wybaczymy mordercy jej córki? Czy byłoby sprawiedliwe poinformować jej braci i siostry, że darujemy szwagrowi żonobójstwo, “bo jest mu przykro”? Widziałem dziesiątki winnych co pod niebiosa deklamowali żal za swe czyny, ale wiecie co? Oni kłamali. Oni nie żałowali czynów, ale tego, że nie udało im się umknąć. Nie przebudziło się ich sumienie, ale strach, bo przez ten cały czas byli przekonani, że unikną kary. Dobre prawo, dobry system… pokazuje ludziom, nawet najmniejszym i najsłabszym: tu masz receptę na przyzwoite życie. Żyj zgodnie z tymi zasadami a zaopiekujemy się tobą… Sprzeciw się im… to zastosujemy metody przymusu. W wizji Kozła Ofiarnego, a również i mojej własnej, surowe kary są narzędziem, a nie celem. Jak każde narzędzie, trzeba je stosować z rozsądkiem, ale w odróżnieniu od narzędzi, ich ostatecznym celem jest aby nie stosować ich w ogóle…
-
Kaylie odezwała się, gdy byli już dalej granicy słuchu Filii zbliżając się ku polanie prochu.
- Czemu to zrobiłeś? - mruknęła niepocieszona - Czemu uleczyłeś jej kaca?
Viktor zmarszczył brwi w lekkiej konsternacji. - A… istnieje jakiś powód aby tego nie robić? - zapytał jeszcze kilka kroków dalej.
- A istnieje powód by to robić?
- Milion i jeszcze jeden - odpowiedział spod uniesionej brwi - Zaczynając od tego, że to, zwyczajnie, miła rzecz aby zrobić.
- Nie otrzymaliśmy niczego w zamian. Nie miało sensu. Przecież nie umarłaby cierpiąc konsekwencje swoich działań. - przewróciła oczami.
- Otrzymaliśmy. Co najmniej jej wdzięczność oraz ciepłą myśl… nie doceniasz jak cenna jest to waluta.
Parsknęła. - Nie słyszałeś jak ona o mnie jak o dzieciaku, co chce się wykazać przed dorosłymi?
- A nie słyszałaś jak zaczęła od verbatim: “muszę odpocząć”? Bo to był powód… a reszta to próba przekonania samej siebie, że to jest w porządku. Myślałem, że zakopałyście topór wojenny…
- Ale to ona zaatakowała. - najeżyła się.
Viktor zatrzymał ich oboje w miejscu aby spojrzeć Galtiance w oczy.
- Kaylie. Kruszyno. Nikt ciebie nie zaatakował. Nikt nie miał nic złego na myśli. Nikt nie jest ci tu nawet odrobinę wrogi. Ludzie co czują się winni jakiś decyzji często szukają zewnętrznej jej usprawiedliwienia. Zostałaś wykorzystana jako takie usprawiedliwienie, bo Filia nie przypuszczała, że w jakikolwiek sposób weźmiesz to do siebie. Rozumiesz?
Kaylie odwróciła wzrok nic nie odpowiadając.
Viktor spojrzał na nią nieco łagodniej. - Ptaszyno… powiedz mi, które z nas jest mistrzem, czy mistrzynią, manipulacji?
Kaylie spojrzała twardo na mężczyznę. - Żadne.
- Cóż… no to chyba będziemy musieli się wstrzymać z oceną sytuacji póki nie dowiemy się więcej, a tymczasem zająć się oczywistszymi elementami. Jak sprawdzenie co z Jorim i Brandelenem. Co o tym myślisz? - zapytał, nie wykazując aby jakoś go odpowiedź zraziła.
Kaylie w odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami, a Viktor wziął to jako znak dla wznowienia marszu. Nie był pewny czy Jori na pewno da radę z Brandelenem.
Kiedy dotarli do alchemika ten właśnie podnosił, z trudem, drzemiącego smoczka.
- Och, jesteście. I jak poszło?
- Możemy go zabrać - odpowiedział Viktor - ale my odpowiadamy za ewentualne pożary, więc postarajmy się tego uniknąć… Przejąć go od ciebie? - zapytał, wskazując już dłonią smoka.
- Daj mu się wykazać. - odezwała się ironicznie do alchemika - Jego poczucie męskości potrzebuje tego.
Viktor nie cofnął ręki, wciąż nienachalnie oferując Joriemu pomoc, jakby nie usłyszał przytyku Kaylie.
Alchemik pokręcił głową. - Wybacz, ale ciebie nie zna. Ja mu przynajmniej pachnę odpowiednio. - Jori otworzył jedną ręką swoją torbę i delikatnie włożył do niej smoka tak, że jedynie wystawał z niej czubek jego nosa - To powinno mu wystarczyć.
Viktor uśmiechnął się, niezrażony. - Jasne. Więc zostawiamy go tobie. Potrzebujesz czegoś od nas? Jakbyś miał z nim problemy wal do nas jak w dym. Nie żartuję. Siedzimy w tym razem.
- Spokojnie, maluch powinien spać aż nie wrócimy do miasta.
- Doskonale, widzimy się. Zbieramy wyprawę i ruszamy? - zapytał Kaylie z lekkim uśmiechem.
Kaylie ruszyła bez słowa dopiero odzywając się jak byli sami. Zatrzymała się przed Khalem i od razu słownie zaatakowała.
-
Musimy porozmawiać. - wypowiedziała te słowa zupełnie jakby kierowała w jego stronę broń przygotowując się do walki.
-
Chyba nawet się zgadzamy - przytaknął Viktor, ale nie kontynuował. Pozwolił jej zacząć.
-
Czy ty masz jakiś problem ze mną?
Nieco uniesione brwi Viktora nie wyrażały zrozumienia. Pokręcił głową, odzyskując zwyczajowy wyraz twarzy. -
W porządku… wyjaśnij. Gdzie postrzegasz mój “problem z tobą”?
-
Unikasz konfrontacji. Tchórzysz przed nią. - powiedziała wychylając się bliżej w agresywnym ruchu, na który otworzył tylko szerzej oczy, na krótki moment - A jednocześnie chcesz tak bardzo pokazać jaki lepszy jesteś.
-
Iii… zaobserwowałaś to w tym jak oszczędziłem Filii kaca?
-
Zobaczyłam to w twojej próbie pokazania jakim jesteś lepszym i potężnym w manipulacji jednocześnie chcąc bym przyznała przed światem jak jesteś niesamowity, a mnie nijak do ciebie. Zobaczyłam jak chciałeś pokazać przed wszystkimi, że naprawdę jesteś tak silny i możesz zrobić więcej niż inni.
-
W którym momencie chciałem byś przyznała, że Ci “nijak do mnie”? - zapytał, ignorując całą resztę wypowiedzi.
-
Gdy zapytałeś mnie, które z nas jest mistrzem manipulacji wyraźnie oczekując mojego skulenia uszu i przyznania, że to wielki ty.
-
A masz pomysł dlaczego zadałem to pytanie?
-
Żeby mi pokazać moje miejsce w szeregu. - wręcz wywarczała słowa - Nie myśl sobie, że nie znam takich zagrywek. "Kim jesteś? Powiedz kim." - zaczęła mówić pobudzonym głosem.
-
No to mi dogadałaś wtedy, co? - zapytał z lisim uśmiechem - Tak się chciał, menduch, wywyższyć, ale pokazałaś mu, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać. - Zachichotał pod nosem ale zaraz spoważniał. - Kaylie. Ja JESTEM od ciebie lepszy. W wielu aspektach. I ty jesteś ode mnie lepsza. W wielu innych. W arkanach mam ułamek twojej wiedzy, w magii bitewnej nie bardzo ci do kolan dorastam. W wymachiwaniu mieczem nie bardzo bym się nawet z tobą próbował. Czy to wielokrotnie przyznanie ci wyższości nade mną, w jakikolwiek sposób, uniża mi i sprawia, że “nijak mi do ciebie”?
-
Ty tak nie sądzisz naprawdę. Chcesz tylko ciągle boostować swoje ego! - zaczęła sama się nakręcać.
-
Kaylie. Rozumiem, że czujesz teraz rosnące emocje i bardzo chciałbym byśmy byli w sytuacji gdzie możemy je wykrzyczeć, omówić i rozwikłać, ale nie jesteśmy. Czy damy radę kontynuować tę rozmowę w sposób spokojny i bez podnoszenia głosu?
Kaylie prychnęła i objęła się rękoma patrząc uważnie na mężczyznę. -
Dziękuję - kiwnął jej głową, choć sam aktywnie się powstrzymywał przed zaciskaniem pięści. - Czy uważasz, że, będąc rozsądną osobą, mogę uważać moją wiedzę arkanistyczną jako porównywalną do twojej?
-
Pewnie nie, ale to niczego nie zmienia.
-
Czy uważasz, że będąc rozsądnym, mógłbym przyrównywać moją magię bitewną do twojej?
-
Rozsądek nie ma tu nic do mówienia w wypadku, gdy jesteś tak bardzo żądny poczucia wyższości. - stwierdziła wprost.
-
Nie o to pytałem. Czy… jeśli założymy, że jestem rozsądny, mogę przyrównać moją magię do twojej, w kontekście bitew?
-
Twoja magia ma inne zastosowanie, ciężko to porównywać. - mruknęła - Nie będę porównywać dwóch różnych zastosowań magicznych.
-
Alesz pod górkę robisz… - prychnął rozbawiony, ale tak naprawdę wcale nie do końca - Jakbym cię zapytał o przyrównanie pozytywnej energii do many astralnej, w kontekście uzdrowień… też byś tak kręciła?
-
Czego ty oczekujesz? Wygrania debaty, prawda? - fuknęła.
-
Oczekuję odpowiedzi na proste pytanie - wyrwało mu się warknięcie, ale zaraz zemł je w gardle. - Pardon. Postawiłaś mi zarzut i zamierzam skorzystać ze przysługującego mi świętego prawa do obrony. Jeśli mi go jednak chciałbyś mi go odmówić, to skorzystam z prawa do zachowania milczenia i zakończenia tej dyskusji. Więc jak to będzie, hmmm? Twój wybór.
Kaylie odwróciła spojrzenie ze złością.
-
Dobra, jak tak bardzo chcesz. Nie, nie możesz. Zadowolony z wygranej?
-
Też mi wygrana… - prychnął. - Ale jeszcze nie skończyłem. Nie mam ochoty ryzykować dalszego utrudniania, więc ja już odpowiem na ostatnie pytanie: również nie można rozsądnie uwierzyć, że w machaniu mieczem byłbym od ciebie lepszy. Więc przyznałem ci prym w tych trzech dużych kategoriach i musiałbym być głupcem aby sądzić, że jest inaczej… Ale ty wolisz zarzucić mi kłamstwo, a tym samym również i głupotę, bo z jakiegoś powodu CHCESZ abym myślał o tobie źle i doszukujesz się tej pogardy w każdym jednym miernym pretekście. Nie myślę o tobie źle. I nie uważam ciebie za kłamczynię, ani nie uważam byś była głupia - ostatnie dwa nie-zarzuty wywarczał. - Więc kto tu o kim tak źle myśli? - zapytał z pretensją.
Arkanistka silnie obejmowała się rękoma wyraźnie bardzo rozstrojona. -
Znam takie zachowania. Wiem, że chcecie namieszać słowami w głowie i wyjść tak zwycięsko. - zasłoniła oczy dłonią kładąc ją na masce. W tym momencie wydawała się zmaleć.
-
Zdajesz się już posiadać pełną i wyczerpującą wiedzę na temat tej dyskusji, a mój udział wygląda jakby był zbędny. Cokolwiek ja powiem obalasz retorycznym odpowiednikiem “Nie bo nie-e” i z tą samą wartością argumentacyjną… “Ja znam takie zagrywki”, “wcale tak nie myślisz”... to nie są argumenty. To TWIERDZENIA. Deklaracje, co wymagają własnych argumentów… Nie czuję byś mnie tu w ogóle słuchała, więc powtórzę jeszcze raz. Proszę… usłysz moje słowa i zrozum ich treść: Samo moje przyznanie, że jesteś lepszą czarodziejką niż ja, lepszą szermierką niż ja i wiesz więcej o arkanach niż ja, w żaden sposób mi nie ubliża. Żadne z tych twierdzeń nie mówi “jestem gorszy od ciebie jako osoba w całości”. One mówią “jeden z TYSIĘCY aspektów składających się na moją osobę jest słabszy niż ten sam u ciebie”. Nie “cała osoba”. Jeden “aspekt”. Doprowadźmy to do argumentum ad absurdum... jakbym ci powiedział, że przewyższam cię w “aspekcie” zatytułowanym “ilość elementów anatomicznych wiszących między nogami” w jakikolwiek sposób by cię to ubodło?
-
Ja... - spuściła głowę jak dziecko strofowane przez rodzica nerwowo wyginając palce w dłoniach - Mówię co czuję... Moje uczucia...
Viktor skrzywił się, korzystając z tego, że Kaylie nie mogła go widzieć. Przez chwilę nic nie mówił, zemł w ustach przekleństwo i spuścił powoli powietrze. Podszedł i objął ją rękoma. -
Rozumiem, Kruszyno - głos miał łagodny. Niemal kojący. - Uczucia ludzi, co przeszli dziesiątą część tego co ty, potrafią ich omamić. To nie oznacza, że są one “złe” i należy je stłumić, ale trzeba spróbować znaleźć jakiś złoty środek. Dobrą metodą jest zdepersonalizowanie zagadnienia. Spróbuj pomyśleć o tym nie w kategoriach “Viktor i Kaylie”, ale “Osoba A i Osoba B”. Żadne z nas nie jest żadną z tych osób. Czy jeśli B powiedziałaby do A “Opanowałam jeden zestaw umiejętności na poziomie wyższym niż ty, a ty opanowałaś inny na wyższym niż ja.” Czy to dałoby Osobie B rozsądne podstawy by sądzić, że została obrażona?
-
To po prostu... Smutne... - głos Kaylie był teraz cichy, gdy tak obejmował ją Viktor - Przepraszam... - wydukała i uniosła spojrzenie - ...przepraszam... Ja... Nie chciałam cię urazić, tylko...
Zamilkła nie mogąc znaleźć słów, jakimi chciałaby wyjaśnić swoje zachowanie. Nie, nie umiała. Sama nie potrafiła złożyć swoich myśli w całość posiadającą sens. Gdzieś w sobie czuła, że ta logika istnieje, jednak nie umiała jej zwerbalizować i pokazać innym sensu jaki posiadała w jej głowie. -
… tylko mały, wredny goblin siedzi głęboko z tyłu głowy. Cały czas szepcze okropne rzeczy i czasem naprawdę trudno jest mu nie uwierzyć? - zapytał, nieco nieobecnie - Czy jeszcze coś innego?
-
Czasami nie umiem przekazać sensu swoich słów choć dla mnie są one całkowicie logiczne, na tyle że niepodważalne. Czuję je silnie pod skórą... I nie rozumiem czemu inni tego nie widzą. Irytujące... - westchnęła ciężko, wtulona w Khala jakby w nim szukała oparcia. Poczuła maskę zsuwającą się odrobinę z jej twarzy i czuły pocałunek na czole. Po nim maska wróciła na miejsce.
-
Rozumiem. Znaczy… trochę. Chyba. Błąd logiczny. Tylko głęboki. Trudny do przezwyciężenia… potrzebuję zapytać. TERAZ widzisz już, że nie chciałem cię w żaden sposób uniżyć?
Kaylie milczała wtulając się tors Khala. -
Chyba tak... - mocniej wbiła twarz w mężczyznę - Przepraszam, przepraszam... Nie zostawiaj mnie...
Viktor ścisnął ją mocniej. -
Nie mam zamiaru. Obiecałem, że dam z siebie wszystko i stanę na rzęsach, obok siebie byle nam się udało. Jedno spięcie i to wcale nie takie poważne, to dużo za mało. Ale z dzisiaj chciałbym spróbować jednego… tylko spróbować, jak się nie uda to trudno… będziemy się starać dalej. Postaraj się mi uwierzyć i zapamiętać… Ja nie myślę o tobie źle i nie jesteś dla mnie jagnięciem. Szanuję ciebie, twoje zdanie i twoje emocje. Nie uważam się za lepszego ani gorszego. Wbij to sobie w główkę. Zapamiętaj. I umówmy się… jak postrzeżesz jakąś moją akcję, słowa, bądź nie-akcję jako przeczącą temu… daj mi ten kredyt zaufania. Odsuń od siebie te wioski na chwilę. Zamiast już decydować, oceniać i szpile wbijać… zapytaj. Daj mi się wytłumaczyć. A ja będę cierpliwy. Będę wyrozumiały. Możemy tak spróbować?
-
Ale mnie nie zostawisz? - zapytała z realnym strachem w głosie - Na pewno mnie nie porzucisz? Bo znudzisz się mną. Inne będą cię bardziej zaspokajały swoją różnorodnością. Swoją nowością. W końcu zdobędziesz ze mnie wszystko co sobie wymarzysz, A ja w końcu zrobię się tylko przeszkodą i to nudną.
Khal milczał dłużej niż by chciał. Świadomym wysiłkiem zachowywał swobodę w mięśniach. -
Kaylie ja… ughh… chcę dać nam wszelką możliwą szansę. Chcę aby nam się udało, bo uznaję cię za moją ostatnią szansę być lepszym. I nie chcę cię skrzywdzić… aby to miało szansę przetrwać… to będzie wiele, nas oboje, kosztowało. Jeśli odniesiemy sukces to wszystko się zwróci po stokroć, a jeśli zawiedziemy to tylko pogłębi ból… ale to jedyna droga. Nie wiem czy za rok, czy dekadę wciąż będziemy razem, a jeśli tak, to czy nie byłoby lepiej abyśmy jednak nie byli… ale ewentualne rozstanie nie byłoby niczym nagłym. Tyle mogę obiecać. Nie zostałabyś tym zaskoczona.
-
Ale... To jest możliwe? - zapytała z wyraźnym strachem w głosie - Zakładasz, że się wydarzy... - otworzyła szerzej oczy - Co mam robić żeby tego uniknąć? - zapytała wyraźnie wystraszona.
-
Kaylie. Posłuchaj mnie i co do ciebie mówię. Tak, to jest możliwe. Nie, DEFINITYWNIE nie zakładam, że to się wydarzy. Co możesz zrobić? Na razie wszystko idzie jak powinno. Rozmawiasz ze mną. Po odrobinie wysiłku, słyszysz co do ciebie mówię i dajesz sobie wytłumaczyć. Wszystko idzie dobrze. Rozumiesz? Musimy utrzymać kurs. Gdy będą pojawiać się problemy, razem stawiać im czoła. Gdy będą między nami tarcia, być wyrozumiałymi i cierpliwymi. Wynosić się na nowe wyżyny. Ufać sobie i dawać sobie dużo, DUŻO kredytu zaufania. Chcę uczynić ciebie najszczęśliwszą dziewczyną na Golarionie. Na przekór plugawości tego świata i głębokiemu mrokowi, którym jest on spowity, rozpalić w nim światełko i z obelżywym gestem, zaśmiać mu się w twarz. Wykrzyczeć “Nie dałeś rady! Na przekór tobie, jesteśmy szczęśliwi! Niech niebiosa zapłaczą wespół z Otchłanią i Piekłami, bo skoro TO nam się udało… to nic nas już nigdy nie zatrzyma!”
Khal w końcu zamilkł, dopiero zdając sobie sprawę ile dla niego znaczyło to wszystko co powiedział. Widział to w swoim oddechu, którego mu zabrakło. Oczach otwartych szerzej niż powinien. Palcach zaciśniętych na niej i sercu walącym z niezrozumiałą mocą. Niemal natychmiast zwątpił w swoją własną wiarę w tę możliwość… Czy, przy najlepszych nawet okolicznościach, mogli być, rzeczywiście, szczęśliwi?
Kaylie milczała wczepiona w ubranie Khala jak wystraszone dziecko ojca. Oddychała głęboko i drżała z nagromadzonych emocji. Czy spodziewała się innego wyniku niż był zawsze? Przez ciągle porzucanie postanowiła już nie próbować znowu...
- Zbyt wiele razy zostałam odrzucona... więc postanowiłam nie wiązać się z nikim, nawet w przyjacielskiej więzi... Tak było bezpieczniej. Być samemu. - nie przestawała się tulić w pierś mężczyzny - Bo tak... Nikt nie skrzywdzi. - uniosła spojrzenie na oczy Khala - Mogę cię skrzywdzić... Znowu uderzyć... Stracić panowanie.
Khal odwzajemnił spojrzenie i ujął w dłoń jej policzek. - Złamana kość, trochę przelanej krwi, siniak czy wstrząs… niewielka cena za szansę dla nas. Może nie pasować do mojej persony, ale Viktorowi Goodmannowi krew i przemoc nie są nieznane. To baśka w nocy… heh… nie zrobiła na mnie wrażenia.
Wzięła głęboki oddech i niepewnie pokiwała głową po czym zmusiła się do uśmiechu. - Chciałam rozwiązać spór przed rozmową z Filią na postoju nocą.
- No to doskonała robota. Gratulacje. Cel osiągnięty. W ramach nagrody… - palce zsunęły się jej z policzka i wplotły we włosy - … zamierzam cię teraz pocałować.
Palce zacisnęły się, a ruch nadgarstka odgiął jej całą głowę nieco w górę, idealnie aby ich ustom najłatwiej było się spotkać. To nie był grzeczny buziak, ale gorący pocałunek, którym wylewał i odreagowywał emocje właśnie zakończonego konfliktu i naiwnie rozbudzonych nadziei.
Kaylie odwzajemniała równie gorąco i zdawać się mogło, że zatraciła się nim nie odsunęła ust kończąc chwilę. - Trzeba wracać... - wydyszała zarumieniona.
- Oj, definitywnie. Chodźmy.
- Tak... - potwierdziła poprawiając maskę - Kategorycznie...
- Czemu to zrobiłeś? - mruknęła niepocieszona - Czemu uleczyłeś jej kaca?
-
Wieczór znalazł ekspedycję niedługo później. Podobnie jak nocy poprzedniej rozpoczęto rozbijanie obozu. Namiot Filii został postawiony jako pierwszy a komendant schowała się w nim przy pierwszej sposobności.
Kaylie weszła do namiotu Filii przy pierwszej sposobności nie czekając na ruch Khala, a jedynie wskazując mu drogę i zakładając, że zrozumie, iż ma za nią podążyć. Chciała tą sprawę załatwić jak najszybciej i nie czekać, aby zerwać ten opatrunek z rany.- Musimy przeprowadzić tą rozmowę, kapitan. - odezwała się, gdy tylko weszła i zobaczyła Filię.
Nim Filia odpowiedziała Viktor zdążył wejść do namiotu. - Drogie panie… - wpół przywitał się, głównie aby “coś” powiedzieć.
Filia spojrzała na intruzów w swoim namiocie. - Naprawdę nie dacie mi odpocząć? - komendant usiadła na krzesełku przy swoim stole - Zaczynajcie więc.
Kaylie nie wiedziała które z nich powinno zacząć i chociaż nie przyznałaby tego to jednak widziała, że to jej towarzysz ma przewagę w gadaniu. Miała tylko nadzieję, że wszystko co powiedziała wtedy nie poszło na marne.
-
Daliśmy ci, Filio, cały dzień - w głosie Khala było jednak więcej cichego zrozumienia i pewnych przeprosin, niż protestu. - A jutro wracamy już do Evercrest. Czas się kończy. Swoją drogą, nim dotrzemy powinniśmy jeszcze alchemika przepytać we troje… ale może to być jutro. Mamy pewien plan. Ahair zostanie poddany pod sąd. Chciałbym być oskrażycielem. I aby Aegon był sędzią. To da mi socjalne dojście do niego. Jak nadamy osądowi odpowiedniego rozgłosu to może do całej śmietanki towarzystwa… a tam miałbym zupełnie nowy wektor, spod którego mógłbym rozpracowywać tę intrygę. Myślisz, że możliwe jest ściągnięcie go z “emerytury”?
Arkanistka odezwała się jak tylko mężczyzna skończył mówić. -
Mam nadzieję, że Baltizar szybko wróci. Z jego pomocą rozprowadziłoby się informacje o alchemiku i potrzebie najlepszego, doświadczonego sędziego ku dobru ludu. Siła pospolitej braci jest czasem niedoceniona, a może wpływać na decyzje możnych. Z humorem mas trzeba się liczyć i tymi humorami możemy sterować.
Filia chwilę się zastanowiła. Jej twarz na początku wydawała się zmęczona, najwyraźniej "Wielkie konspiracje" nie były w planach jej wieczoru. Delikatny cień paniki pojawił się na twarzy komendant kiedy Kaylie wspomniała o "sterowaniu humorami mas", ale postanowiła najwyraźniej nie pozwolić temu wpłynąć na jej wypowiedź. -
Osąd był planem od początku. Ty jako oskarżyciel i ściągać ojca z emerytury? Tu naprawdę będziecie musieli się postarać i wciągnąć ludność w to, a ty… - spojrzała na Viktora - Będziesz potrzebował zgody od rodzin poszkodowanych, bo nie mogę cię wziąć jako reprezentującego miasto.
-
Zgodę powinienem łatwo uzyskać - w Khalu było jeszcze więcej pewności, niż nawet w jego głosie. Dobrze się pokazał i już, faktualnie, uratował porwanych jeńców. To był silny symbol który, definitywnie, został zapamiętany. - I nie martw się, nikt nie mówi tu o wzniecaniu zamieszek, a jedynie wywołaniu uwokalnionego sentymentu wśród obywateli by go wezwać do osądzenia tak plugawego złoczyńcy. Niewygodą może tu być jedynie jeśli wolałaś zachować woal nieinformacji na szczegółach jego działań.
-
Wystarczy by w mieście rozeszły się informacje i ogólne chęci społeczne. Chcieliby, aby sprawdzony i szanowany sędzia powrócił, by tak wielką sprawę rozsądzić i dać im wszystkim siłę prawa. - dodała Kaylie - Tak wiele lat tutaj sądził i narobił sobie szacunku wśród ludzi. Kto lepszy byłby w tym momencie?
-
Nie musicie mi tłumaczyć, wiem o co chodzi. - uspokoiła komendant - Musimy to jednak… wytłumaczyć i jemu i ludowi. Tak NAGLE wzywać go po tylu latach do czynnej służby? JEGO specyficznie? Może zacząć coś podejrzewać, zanim wykonamy pierwszy ruch. - Filia się zastanowiła - Jeżeli ma powiązania z Alchemikiem może być łatwiej… ale musimy jakoś sprawić, aby historia była bardziej soczysta. Może wyciągnąć od niego, że podzieli się jakimiś informacjami o swoich benefaktorach?
-
Dla soczystości konieczny jest nam także ten gnom. On ma gadane... A co do powiązań... Nie jestem pewna czy powinniśmy o czymś takim wspominać. Czy nie narobi to nam więcej problemów jeżeli chcemy go pokazywać jako krystalicznie czystego bezstronnego sędziego. - stwierdziła arkanistka.
-
Sęk w tym, że na razie sytuacja nie wymaga obecności mojego ojca. Mamy zbrodniarza, mamy ofiary, mamy nawet dokumentację zbrodniarza. Wyciąganie starego sędziego wydaje się… na pokaz? - komendant schowała twarz w dłoniach, sytuacja wydawała się ją powoli przerastać - Z jakiegoś powodu lud musiałby zacząć wątpić w sędziów których mamy, opowieści opowieściami, ale CZEMU nagle musieliby chcieć mojego ojca? Nie mówię, że nie możemy od tak zrobić, ale myślę też o dalszym dochodzeniu. Jeżeli w jakikolwiek sposób wyda się to podejrzane, możemy stracić wszelkie szanse na wyciągnięcie prawdy.
-
To jest faktyczne ryzyko - przytaknął Viktor - Musimy wymyślić dobry powód. Nie wgłębiałem się w ostatnią historię wydarzeń kryminalnych w Evercrest, ale po rozmowach z Sergiem, odnoszę wrażenie, że Ahair to największa, zbrodnia ostatnich lat, bądź może dekad…
-
Nie ma za co… - mruknęła Filia.
-
… przynajmniej z tych znanych - kontynuował Viktor -, gdy już włożymy trochę wysiłku aby plotki się rozniosły. Aegon to największa osobistość, w legislacji Evercrest, jaką ktokolwiek z żywych wciąż pamięta.
-
To ma ruszyć ludzi, być pewnym wydarzeniem na skalę miasta. - wtrąciła Kaylie - Czymś co poruszy wszystkich mieszkańców, Co możemy osiągnąć z pomocą Baltizara. W pewnym sensie to będzie także rozrywka dla wszystkich, jak i zwykła sprawiedliwość dla wielu innych. Nie możemy patrzeć tylko na najwyższe z form sprawiedliwości, a czasem trzeba się umoczyć w tym w czym tapla się zbrodniarz, by dotrzeć do prawdziwie sprawiedliwego celu.
-
Baltizara niekoniecznie możemy zawierać w naszym równaniu - pokręcił Viktor głową - Brzmiał jakby nie zamierzał wrócić na proces. Co istotnie jest problematyczne, ale nie jest nie do obejścia. Musimy, po prostu, sprawić aby wyglądało, że to obywatele chcą Aegona jako sędziego. Nie my. No i, bardzo korzystnie byłoby też znaleźć mu prawdziwego obrońcę. Takiego co nie zmusi mnie, bym robił z siebie głupca, nie chcąc by sprawa zakończyła się na pierwszym posiedzeniu. Jeszcze inny problem jest, że Ahair wygląda jakby miał się przyznać z samego początku rozprawy, a wtedy to i ja bym nic nie wskórał, w jego obronie. Dlatego też chcemy go przesłuchać przed dotarciem do Evercrest.
Komentant przetarła skroń, nie chcąc chyba wypowiedzieć słów, które właśnie opuszczą jej usta.
- Dwór byłby dobrym punktem. - przyznała Filia - Sporo osób spędza tam czas, a ten Pół-bóg ma dostatecznie dużo zabawek, aby coś nam załatwić. Nie chcę go jednak musieć przekonywać do tego.
- To jest też w jego interesie. - stwierdziła Kaylie - To nie tak, że będziesz musiała duszę sprzedać.
- To… - Komendant przez chwilę otwierała usta w końcu się jednak poddała - eh… czy wy wiecie CZYM Otto jest?
- Niekoniecznie wiemy wszystko, ale wiemy sporo - przytaknął VIktor z wahaniem - Niestety obowiązuje nas poufność. Nie miej nam za złe, że nie chcemy mu się narazić… jednak wedle tego co wiemy to można mu ufać i nie zamierza być problemem, ale… sprecyzuj proszę… “dobrym punktem” na co? Przesłuchanie go tam raczej byłoby bardziej-niż-podejrzane.
- To wyobraź sobie moją frustrację, kiedy fizycznie nie jestem w stanie tego powiedzieć. - komendant westchnęła - Miałam bardziej na myśli rozpuszczenie plotek. Nakręcenie mas, Dwór często jest odwiedzany i tamtejsi słuchają nie tylko Otto, ale też jego córek i Otisa. Możnaby z tego skorzystać, zważając, że oddajemy mu nowego członka dworu.
Viktor wzruszył dłonią, w miniaturowym geście machnięcia ręką.
- Tym aspektem się, Filio, nie przejmuj. Bierzemy go na siebie. Manipulacja opinią publiczną… znajduje się w zakresie moich kwalifikacji… choć to delikatny proces i przydało by się głębokie wyjaśnienie lokalnej polityki i głównych graczy. Przez te kilka dni temat poznałem bardzo powierzchownie… jednak na pewno nie w tym momencie i prawdopodobnie Davionowi łatwiej byłoby znaleźć na to czas, niż tobie. Zapytam tylko: zakładając, że poszło po naszej myśli, jestem oskarżycielem, Aegon sędzią, proces jest bardzo publiczną sprawą o której wszyscy mówią. Jest jakiś konkretny adwokat który, niemal na pewno, zostałby postawiony w roli obrońcy?
- W przypadku braku obrońcy z powołania oskarżonego, jak w tym przypadku, mam kilku chłopców którzy studiują pod Davionem i innymi kapłanami Abadara, im przychodzi zaszczyt reprezentowania oskarżonego. Więc pewnie z tej puli będę brała. Masz jakieś specjalne życzenia?
- Najlepszy jakiego da się tu znaleźć - odpowiedział Viktor - Preferowalnie takiego co potrafi grać na zwłokę i przedłużać proces w nieskończoność. Zakładam, że będę się poważnie ograniczał jako oskarżyciel, ale wciąż muszę wyjść na potencjalnie-najlepszego prawnika w okolicy. Potrzebuję zainteresować sobą Aegona i móc zgrabnie wkraść się w towarzystwo. Nie mogę tego pospieszać, aby nie wzbudzić cienia podejrzeń, a każdy kolejny tydzień procesu to będzie rodził nowe okazje. Jeśli chcielibyśmy się bawić w głębsze intrygi to może sam Davion, ale tylko jeśli nie wyglądałoby to podejrzanie. Wtedy mógłbym mu pomagać i wyciągać sposoby w jakie mógłby mnie opóźniać w wiarygodny sposób… choć rozumiem, oczywiście, jeśli aż takie… starania okazałyby się daleko poza granicami komfortu twoimi bądź Daviona. Łagodniejszą wersją byłoby gdyby Davion wspierał obrońcę, z moją pośrednią pomocą.
- Davion specjalizuje się w prawie finansowym, więc wątpię aby tu ci pomógł. - przyznała Filia - Nie mogę również kazać mojemu obrońcy grać na zwłokę. - komendant westchnęła i zaczęła stukać palcami o blat stołu rozważając możliwości - Jak długo chcesz to przeciągać? Minimum?
- Oj Filio… jakbyś mnie widziała w Cheliax byś od razu zrozumiała o czym mówię. Jeśli bym to potraktował na poważnie, a dostał z drugiej strony jakiegoś uczniaka, to zakończę to w godzinę… a większością tej godziny będzie uczniak bełkoczący ze stresu. Nie chcę aby grał on na zwłokę, “aby dać mi czas”. Chcę aby grał na zwłokę, bo to jedyny sposób abym, dając z siebie solidne trzydzieści procent, nie skończył tego w dwa dni. To JEST zasadna taktyka dla kogoś w jego pozycji. Póki trwa proces, póki wyrok nie zapadł – COŚ – może się wydarzyć. Jedną sprawę przegrałem, bo młokos po drugiej stronie przeciągał ją półtorej roku i mój klient zdążył kark skręcić, z konia spadając. Nawet nie byłem zły… Niestety nie ma żadnego minimum, czy maksimum. Potrzebuję by narodziła się okazja, a tego nie kontroluję. Im dłużej tym lepiej, ale ostatecznie… nic na siłę. Jest tu wiele do zyskania, ale jeszcze więcej do stracenia, a kolejne okazje pojawią się w przyszłości… Zbliżają się może jakieś przyjęcia, gale, wystawy, czy inne wydarzenia kulturalne, na których Aegon będzie? Jakby sprawa wciąż trwała to da mi piękne otwarcie, nie tylko do niego.
Kaylie starała się połknąć śmiech i nie wybuchnąć nim w tej sytuacji. Maska może i dawała jej pewną ochronę, ale nie tłumiła dźwięku, a lekkie parsknięcia radości można było usłyszeć w trakcie słów mężczyzny.
- Tak, tak ósma kredka Korvosy i tak dalej. - zażartowała Filia - Miałam na myśli ile czasu potrzebujesz?
Viktor uśmiechnął się na drwinę z jego tytułu Trzeciego Pióra. Dobre szpilki zasługują na uznanie. - Jeśli pytasz “ile czasu bym chciał by proces trwał” to zrozumiałem i odpowiedź, niestety, jest ta sama. Każdy kolejny dzień daje możliwość pojawienia się naturalnej okazji. Gra idzie o zbyt wysoką stawkę, abym ryzykował tworzenie wykreowanej okazji. Szczególnie gdy Aegon ma łatwy dostęp do królewskiego dywinatora… Jeśli chciałabyś jakąś konkretną wartość, bo łatwiej będzie zorganizować… trzy tygodnie byłyby miłe. Jakby się szykowała jakaś gala za cztery, to kładłbym nieco większy nacisk aby dociągnąć to do niej. Jeśli coś by było za dwa, to pewnie one starczą… Tamto addendum również pozostaje takie samo. Jeśli nie da się tego nie-podejrzanie przeciągać, dość długo aby ta okazja się pojawiła… - wzruszył ramionami - Będą kolejne. Tak długo póki nic nie podejrzewa… stracimy tylko czas, a jeśli któremuś z nas brakuje tu cierpliwości, to sprawa już jest przegrana.
- Trzy tygodnie? Na tak oczywistą sprawę? Nie uda się. Tydzień może uda nam się ugrać. Jeszcze jeden tydzień zanim zacznie się proces, ale wątpię abym dała radę pociągnąć to dłużej. Szczególnie Aegon będzie chciał zakończyć to jak najszybciej.
Viktor uśmiechnął się lisio sam do swojej myśli. - Żadna sprawa nie jest oczywista, gdy obrońcą jest odpowiedni adwokat… no ale to nie Zachodnie Wybrzeże i doktryny są nieco inne - wzruszył ramionami - Będzie jak będzie. Co z tego wyciągniemy to nasze, po resztę sięgniemy w przyszłości. Zmiana tematu… - zadeklarował, wyciągając z nadwymiarowej kieszeni księgę, ze wstążkami włożonymi między strony. Wyciągnął ją do Filli. Postawę miał poważną. Niemal grobową.
- Kolejny element układanki. Dziennik który znaleźliśmy w kopalni. Wybacz, że zrzucamy na ciebie “aż tyle” i “na raz”, ale chcemy cię trzymać w obiegu informacyjnym, a sporo mamy do omówienia i zrobienia jeszcze przed dotarciem do stolicy. Zakładkami zaznaczyłem ważne elementy. Nie czytałem go jeszcze strona po stronie.
Komendant zaczęła spokojnie przeglądać zawartość księgi, pozwalając Viktorowi kontynuować. - W skrócie… W warsztacie były wielkie słoje, półtorej metra średnicy, trzy metry wysokie. Zgodnie z zapiskami pozwalają one tworzyć klony z “niewielkich ilości tkanki”. Nawet kości mają starczyć. W sześćset dziewięćdziesiątym szóstym alchemik, nazywający się Davros, dostał tamtą kopalnię od “sprzymierzeńców”. Dwadzieścia osiem lat temu. Rok po moim wygnaniu. Rok przed rozkopaniem grobu Tisis.
Komendant zbladła na słowa adwokata, spojrzała na niego wzrokiem z mieszanką strachu i obrzydzenia. - Nie…
- Jeszcze nie wiemy - zaprzeczył, kręcą głową - To, że element zdaje się pasować do układanki, nie determinuje, że jest on faktualny… ale to jest opcja którą musimy mieć w głowie… naprawdę mi przykro… - jego głos złagodniał na końcu. Nie musiał dopowiadać powodu. Wizja bycia córką klona zamordowanej kobiety była już nazbyt obrazowa.
- Przepraszam, że obarczam cię tą wiedzą. Nigdy bym ci jej nie życzył.
Filia pokiwała głową, starała się uspokoić myśli jak i szybciej bijące serce.
-
Możemy... możemy przemilczeć tą sprawę na razie? - poprosiła w końcu - Nie jestem chyba gotowa na takie odkrycia. Czy księga podaje jakieś imiona, lokacje, cokolwiek, aby dało nam trop?
-
Nie miałem możliwości jej poprawnie zbadać. Rzeczywista analiza i cross-egzaminacja takich dokumentów zajmuje dużo czasu, nawet z pomocą hordy asystentów. Z samego przejrzenia… niewiele. Liczę, że przesłuchanie Ahaira rzuci więcej światła.
-
Ja mogę szybko to ogarnąć. - wtrąciła dotychczas milcząca Kaylie - Sądzę, że pół godziny mi wystarczy.
-
Dobrze. Czy coś jeszcze jest do omówienia? Jak tak dalej pójdzie wciągniecie mnie spowrotem w alkoholizm… - komendant wydawała się naprawdę zmęczona psychicznie najnowszym odkryciem.
-
Czy można ponownie kogoś wciągnąć w coś w czym i tak już jest? - wzruszyła ramionami magini.
Arkanistka nie zauważyła, że posłanie komendant jest już rozłożone. Zauważyła jednak, że ponownie oberwała poduszką. -
A teraz ją oddawaj.
Zirytowana Kaylie schowała w ramionach poduszkę i spojrzała na prawnika: -
Nie pozwolę się tak więcej traktować. Weź tę księgę i wychodzimy.
Po tych słowach po prostu wraz z poduszką w ramionach zaczęła wychodzić z namiotu.
Filia spojrzała na Viktora z udawanym oburzeniem. -
Pozwolisz jej tak mnie okraść?
Viktor uniósł brew rozbawiony. -
Ja to postrzegam jako zabezpieczenie materiału dowodowego i jednoczesną konfiskatę narzędzia przemocy. Spodziewałbym się, że jej adwokat się z tobą skontaktuje w tej sprawie… - wyciągnął głowę, by spojrzeć na jej posłanie. To byłą jej jedya poduszka. - Możliwie niedługo -
“Załatwię to” - dodał, nadmiernie wyartykułowanym ruchem samych ust. -
Mój adwokat będzie w kontakcie z jej adwokatem. - odparła Filia z delikatnym uśmiechem, dała znak Viktorowi, że może iść.
- Musimy przeprowadzić tą rozmowę, kapitan. - odezwała się, gdy tylko weszła i zobaczyła Filię.
-
Kaylie czekała już na zewnątrz uśmiechnęła złośliwie. Teraz to Filia już na pewno pożałuje, nie ma wybaczenia! Przewaliła!
A zawsze ta sytuacja zrobiła coś dobrego - odciągnęła myśli Filii od kwestii dotyczącej jej bliskich.
- Nasza sprawa nabiera treści. - Khal dogonił ją niedługo po wyjściu - Teraz jeszcze dochodzi recydywa. Tsk tsk tsk… nie wywinie się już.
Kaylie tuląc poduszkę ucałowała krótko Khala w usta. - Musimy dowód gdzieś schować. - stwierdziła chwytając jedną dłonią mężczyznę za rękę i prowadząc ku namiotowi, który najwyraźniej teraz był wspólny - To teraz wystarczy tylko, że wygrasz z barbarzyńcami!
Viktor krzywił się już, dając się ciągnąć za rękę. Najwyraźniej coś innego będzie musiał z poduszką wymyślić. - Barbarzyńcami? - zapytał, jakby dopiero dosłyszał - Czy mówimy tu o tym wyzwaniu wybełkotanym, przez któregoś z nich, gdy jeszcze spałem?
- No tak. Wyzwanie. - przytaknęła z uśmiechem - Dokładnie o tym.
Viktor wcale nie przestał mrużyć brwi, w konsternacji, choć gotów był zmazać ten wyraz twarzy gdyby się nagle odwróciła i mogła go dostrzec. - Przypomnij mi… jak to dokładnie szło? - poprosił zachowawczo, uznając, że może jednak rzeczywiście spał wtedy głębiej niż sądził.
Kaylie nie patrzyła na niego i wyraźnie nie zauważywszy żadnego problemu szła radośnie z poduszką pod jednym ramieniem, trzymając Khala za dłoń drugą ręką. - Będziecie zabiegać o mnie, oczywiście. Kogo prezent wybiorę ten zostanie moim wybrankiem.
Khal nawet się uśmiechnął, nieco drwiąco, gdy słyszał o wyłonieniu wybranka w kontekście wcześniejszej nocy, jak i zapowiadającej się kolejnej. - I to był twój pomysł?
- Mój? Nie... Oni zaproponowali. - dobry nastrój nie opuszczał Kaylie.
- A to jestem w błędzie czując się jakbym już uzyskał ten zaszczytny status?
- Jeżeli byś tak czuł to mogłoby wpłynąć na jakość twoich starań i prezentu od ciebie. - powiedziała z lekkim przekomarzaniem - Jor poświęcił się bym nie została spetryfikowana, więc choć trochę wysiłku i inwencji oczekuję od twojego prezentu.
Viktor czuł jak “te wygłupy” bawią go mniej i mniej… a od początku wcale nie były wybitnie śmieszne.
- Hmmm… z czymś takim rzeczywiście nie tak łatwo się mierzyć - stwierdził ze zrozumieniem i nawet lekkim uśmiechem w głosie - To chyba rzeczywiście będę musiał się postarać, aby przypadkiem nie przegrać ciebie z powodu jakiegoś prezentu.
- A uważasz to za możliwość? - zapytała patrząc na niego jak dotarli do namiotu zatrzymując się tuż przed wejściem.
- Ty mi powiedz… - “poprosił”, przekrzywiając głowę i wciąż mrużąc brwi. Nie krył swoich gasnących wątpliwości, ani zastępującego je niezadowolenia.
Kaylie patrzyła w milczeniu próbując zrozumieć sytuację. Czemu on zaczął tak reagować? - Ale ty tak naprawdę mówisz? - zapytała już się nie uśmiechając.
- Nie wiem… - jego spojrzenie złagodniało, ale w jakiś niepoprawny sposób - Czy ty “tak naprawdę mówiłaś” o tym wyzwaniu?
- To tylko zabawa... - arkanistka była zdziwiona - Przecież nie ma szans, że wybiorę ich na końcu... ale chcę poczuć się choć raz jako ktoś, o kogo będą zabiegać. Byłam zbyt młoda w Galt, aby już się starano, a później uwiązana w akademii. - westchnęła - Chcę poczuć te emocje, męskie zmagania o moją zgodę. Czy to takie złe?
Khal patrzył na nią kilka przedłużających się sekund.
- Złe było jak to przedstawiłaś przed chwilą. “Oczekiwanie” czy “wyzwanie”... zmusiłoby mnie aby założyć ręce i czekać, by pokerowo “sprawdzić blef”. Rozumiem, że ten rodzaj atencji jest… upajający, ale… - spojrzał gdzieś w bok, rozważając czy potrzebuje ją uświadamiać, że daje się w ten sposób zredukować do poziomu kobiet, które się kupuje. Tylko z kilkoma dodatkowymi krokami po drodze… albo o tym jak traktował kobiety, co próbowały z nim podobnych gier.
- … nieważne. Jak ustalamy, że to tylko zabawa to niech będzie - zgodził się, nieco niechętnie i otworzył Kaylie połę namiotu, zapraszając ją gestem do środka.
Kaylie przeszła do namiotu z poduszką wtuloną w pierś. - Nie rozumiem problemu. Czemu jesteś zły na mnie za to? - odwróciła głowę ku mężczyźnie - Chcę poczuć się wartościowa, jak ktoś o kogo się ubiega, nie ktoś kogo po prostu się ma na każde skinienie...
Smutek był widzialny w oczach Kaylie. Rozejrzała się próbując znaleźć najlepsze miejsce na ukrycie poduszki Filii. - Nie byłam wartościowa dla mojej rodziny, nie byłam dla nauczyciela niezależnie od moich wyników. Nie byłam tak naprawdę dla mojej pierwszej miłości, nie byłam dla drugiej grupy najemniczej i na pewno nie byłam warta więcej w Cheliax, gdzie po prostu miałam określoną wartość pieniężną. - opuściła wzrok - Nie byłam dla własnej matki... - uniosła spojrzenie na Khala - Wartość uzyskałam tylko, gdy skryłam swoje oblicze za maską i pozbyłam się tożsamości zostając jedynie swoim przydomkiem. - mówiła głosem fałszywie wyzutym z emocji - Sama.
Khal wysłuchał w ciszy historii marności, nie przerywając jej, a przez chwilę, gdy była odwrócona plecami, pogrążona w bolesnych wspomnieniach… złapał jedną z trzech swoich poduszek i zdecydowanym ruchem wyłożył ją do przedsionka namiotu, gdzie nie była widoczna od wewnątrz. Poczuł zdziwienie Fisusia.
- Yhymmm… - mruknął na głos, jakby przytakiwał, ale do chowańca dotarł nacisk…
Khal “usłyszał” mentalnie westchnięcie i wąż wypełzł mu spod koszuli na plecach.
Rozważał chwilę wyjaśnienie jej tej sytuacji pytając jakby się czuła jakby Khal nagle kazał jej konkurować z kilkoma innymi kobietami w miss mokrego podkoszulka, ale… nie całkowicie poważnie, stwierdził, że stracił prawo do takiej argumentacji pół dekady wcześniej.
- W porządku. Z tym pomysłem widzę cały PAKIET problemów, ale niech będzie. Wiem jakie to uczucie i rzeczywiście nie ziębi mnie myśl abyś też je poznała. Poza tym chętnie zapamiętam wyraz twarzy tych prymitywów, gdy dotrze do nich, że jakiś cherlawy adwokaczyna zorganizował coś lepszego niż oni dali radę.
Nieśmiały uśmiech pojawił się na ustach arkanistki, jaka położyła poduszkę przy posłaniu by móc obiema rękoma objąć Khala w przytuleniu. - Dziękuję. - wpierw milczała sycąc się uczuciem bliskości nim kontynuowała:
- Na początku chcieli walki... ale ja jej nie chciałam, aby ktokolwiek z was miał dla mnie być raniony. Ta cała sprawa została ustalona jeszcze nim w ogóle weszliśmy do kopalni. - uniosła spojrzenie na twarz mężczyzny.
- Cóż… nie pogardził bym pretekstem, by zmusić Jora do przekalibrowania swojej własnej twarzy i późniejszego wyśmiania go z niechybnego zarzutu o “nieuczciwą walkę”. Osz… aż szkoda… do mnie przyszedł jeden z nich i wypaplał wyzwanie, gdy ja jeszcze zbierałem się po nocy. Nim zdążyłem się wyprostować go już nie było. Jakie są zasady tej… zabawy? Precyzyjnie. Co zostało ustalone przez ciebie, aby nie mogli mi nic zarzucić.
- Khal! - arkanistka oburzyła się na jego pierwsze słowa - Właśnie tego chciałam uniknąć, męskiego prężenia muskułów i pokazywania jak lepiej może komuś fizycznie przywalić w stylu typowo ulicznym. - odparła kręcąc głową - To nic skomplikowanego. Ot, prezent. Magiczny przedmiot, oni wpierw sugerowali zrobienie broni lub zbroi, ale im powiedziałam, że ja z tego bym nie skorzystała.Termin... pewnie do miesiąca po powrocie do miasta.
- Oh Kaylie. Za kogo ty mnie bierzesz? Nie prężyłbym muskułów ani nie zrobił nic gwałtownego - zaprotestował tonem jakby to było głęboko poniżej jego godności - Zapytałbym go tylko czy byłby tak uprzejmy... aby samemu się w twarz zdzielić. Jestem pewny, że zrozumiałby moją logikę… jesteś pewna, że tylko tyle? Bo mam wrażenie, że mówiono do mnie coś o upolowaniu potworka. Czy to sami sobie dopowiedzieli?
- Potworek to jedna z możliwości, szczególnie że zrobiłby dobre składniki do umagicznienia ich. Gdybyś na przykład poszedł ubić takiego i z jego kłów, pazurów, kości zrobił jakiś amulet...
- “Jedna z możliwości”, ale jakbym ci sprowadził z Cheliax szmaragdową tiarę z różowego złota, to by kręcili nosami, prawda?
- Oczywiście, bo to nie byłoby wykonane przez ciebie, a po prostu zapłacone. Bez żadnego starania, a tylko rzucenie pieniądzem w odpowiednią stronę i wszystko zrobią za ciebie. To nie chodzi by było świecące, złote i wow. Nie jestem kimś łasym na bogactwa.
- Nic takiego nie sugerowałem, ale próbuję wyciągnąć z ciebie reguły, bo przed chwilą usłyszałem “ot, prezent”, bez dalszych warunków, a to wpływa na to które narzędzia, z mojego arsenału, wykorzystam. Zakładam, że jestem tu prawny posłużyć się innymi zdolnościami niż moją imponującą muskulaturą i biegłością w machaniu toporzyskami…
- Na nie właśnie mam nadzieję. - uśmiechnęła się szeroko - Bo choć twoja muskulatura jest wystarczająca dla mnie, to jednocześnie nie chce jej narażać na obrażenia poprzez zmęczenie jakie nie byłoby spowodowane nocą ze mną. - zaśmiała się krótko.
- Dobrze. To będę musiał pomyśleć… i zrobić głębszy wywiad na temat lokalnej fauny…
Kobieta ponownie przytuliła Khala i pociągnęła go, by usiadł z nią na posłaniu.
- Jak się czujesz po odkryciu księgi? - zapytała nagle patrząc mu w oczy sama wyrażając opiekuńcze uczucie i lekko gładząc palcami wierzch dłoni Khala.
- Odważne założenie, że czuję się jakkolwiek.. - odpowiedział z kwaśna przekorą, ale oddech potem odwrócił spojrzenie gdzieś w bok. Już bez tej bezczelnej pewności.
- Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć.
- Ale myślisz. - powiedziała z pewnością w głosie. Khal poczuł palce na swojej szczęce, gdy czule go nimi głaskała - I choć wiesz, że to nic teraz nie zmieni, zadręczasz się podczas, gdy pozujesz na niewzruszonego.
- Mało oryginalnie, co nie? - zapytał z lisim uśmiechem, ale wciąż patrzył gdzieś w przestrzeń. Wzruszył, bezsilnie, ramionami - Sklonowali mi martwą matkę. I te klon może wciąż jeszcze żyć. Zupełnie nie wiem jak powinienem się z tym czuć. I możliwe zakończenia tej historii jeszcze bardziej konfudują.
- Wątpię by żył, jak my. - odparła nadal głaszcząc - Klony są z zasady bezduszne... Nie wiem co by z nim zrobiono. - ujęła twarz Khala w obie dłonie - Ale cokolwiek to będzie... Nie zostawię cię i się uporamy z tym. Po prostu zadręczanie się tym nie ma sensu. Nie niszcz się, bo właśnie to robisz.
Drętwy śmiech wyrwał się z gardła Viktora, ale szybko nabrał pewnego poddźwięku serdeczności, nawet jeśli nieco pobłażliwej. Spojrzał na nią, uśmiechając się odrobinę… jakoś.
-
Jakby zadręczanie się było śmiertelne to nigdy byśmy się nie poznali. Oboje wiemy, że “zadręczanie się” nie jest decyzją. To się, po prostu, dzieje. Będę rozważał milion i dwa niemożliwe scenariusze, bo jest zasadna szansa, że dwieście czterdzieści siedem tysięcy, osiemset dwudziesta ósma opcja okaże się bliska prawdy i będę o tę odrobinę gotowszy na nią, gdy w końcu ją odkryję. Taki już jestem. Rozumiem co chciałabyś osiągnąć i dlaczego uważasz, że by mi to pomogło… ale ja nie potrzebuję “spokoju”. Ja potrzebuję czuć, że idę naprzód. Rozumiesz o czym mówię?
-
W ten sposób zadajesz sobie samemu obrażenia jeszcze nim pierwsze uderzenie wroga nadejdzie. - westchnęła, a po chwili mężczyzna poczuł usta Kaylie lekko dotykające skóry jego szczęki, gdy składała pojedynczy pocałunek.
-
Nie chcę byś jeszcze przed walką sam się zniszczył.
Khal uchwycił jej policzek i oparł swoje czoło o jej, przymykając oczy. -
Funkcjonuję tak od przynajmniej dwóch dekad. Nie złamało mnie to w tym czasie, nie złamie mnie to teraz. I to uczyniło mnie tym kim jestem. W trzy lata, niemal samodzielnej nauki, prześcignąłem absolwentów najbardziej prestiżowych szkół w Cheliax. To nie wynikło z jakiegoś wybitnego talentu, czy daru od bogów… osiągnąłem to dzięki obsesji, która pozwalała mi spędzać szesnaście godzin dziennie na nauce i nie przejmować się warunkami w jakich wtedy żyłem. Byleby tylko czuć, że, w jakiś dziwny sposób, posuwam się naprzód. Apropos… opowiedz i o zaklęciu co miałoby ci pozwolić w pół godziny przeanalizować dziennik alchemika…
-
Znowu robisz uniki tematu, który cię męczy. - powiedziała wprost.
-
Pół na pół - przyznał jej częściową rację - Nie jestem pewny jak prowadzić taką rozmowę na głos i nie jestem jeszcze… do końca przekonany o jej zasadności. A jakieś zaklęcie, pozwalające skrócić trzy dni pracy do pół godziny, to coś co chciałbym poznać.
Kaylie odsunęła twarz od mężczyzny i ciężko westchnęła.
- Może to źle przekazałam... To nie sprawi, że dowiemy się tajemnic tekstu... ale będziemy mogli określić tematy jakie zawiera i mniej więcej w jakich miejscach ich szukać. - spojrzała w ziemię - prawdopodobnie i byłbyś w stanie to zaklęcie otrzymać od... naszego pana.
Ostatnie dwa słowa jakie wypowiedziała wyraźnie zadrżały niechętną nutą, co mogło sugerować jak ciężko znosiła przyznanie się do tego. Może nawet samo wspomnienie sprawiało jej obrzydzenie.
Khal milczał chwilę. - To będzie zawstydzające jeśli spędziłem te wszystkie noce, zapędzając asystentów do roboty, na czymś co mogłem zastąpić zaklęciem. Dasz mi obejrzeć co to za zaklęcie w twojej księdze? To znacznie przyspieszy proces.
Kaylie zawahała się i dopiero po chwili wyciągnęła księgę zaklęć, jaka wyglądała naprawdę na zadbany tom o czerwonej okładce obłożonej łuską.
Szybkim ruchem zaczęła przerzucać strony nim nie dotarła do jednej z nich i podsunęła księgę bliżej mężczyzny, ale nie zdjęła całkowicie ręki z niej, jakby bała się, że Khal ją jej zabierze.
Nie dał po sobie poznać zdziwienia zachowaniem, ale znał magów co traktowali swoje księgi bardzo personalnie… choć czuł pewne ukłucie gdzieś z tyłu. Nie chwycił książki, pochylił się jedynie. Skoro to było dla niej w jakiś sposób krępujące, bądź stresujące to nie chciał utrudniać. - Yhym… - kiwnął głową po niecałych dwóch minutach czytania i wyprostował się - Mage’s Perusal. Zaklęcie ma większość charakterystycznych markerów… jest duża szansa, że istnieje odpowiednik w magii objawionej. Sprawdzę to dzisiaj i pewnie przetestuję. Rzeczywiście wygląda jak coś co oszczędziłoby mi wiele pracy w Cheliax. Dzięki wielkie.
- Jasne... - arkanistka znów schowała księgę. Khal zobaczył, że jej humor jakby podupadł i choć nic nie mówiła to wyraźnie coś ją gryzło odnośnie tej sytuacji.
Khal pochylił się i wygiął głowę w górę, aby złapać jej opuszczone spojrzenie.
- Hej… wszystko w porządku?
- Mhm. - mruknęła w odpowiedzi - Co ma być nie tak?
- No przecież widzę - skontrował, nie dając się zwieść pytaniu.
- Po prostu... - pokręciła głową - Nie, to głupie. Zapomnij.
- Nie wierzę ci - zaprzeczył łagodnie - Oboje wiemy, że nie uznam tego za głupie. Opowiesz mi?
- Już mi to tłumaczyłeś. - uparcie patrzyła w dół.
- I najwyraźniej nie dałem rady, skoro wciąż cię to męczy…
Kobieta milczała dłuższą chwilę zanim z wahaniem w głosie odezwała się: - Wydaje mi się... Ehm... Wiem, że to ty masz być tu szefem, arcykapłanem, dowódcą, ale... - urwała, a Khal czekał spokojnie. Nie poganiał spojrzeniem, gestem ani dźwiękiem, dając jej zebrać myśli.
- …ale… - zachęcił ją w końcu, łagodnie, gdy cisza się przedłużała.
- Nie mogę znieść tego ciągłego zrzucania mnie w dół.
Viktor wyprostował się, poważniejąc. - Powiesz mi co masz precyzyjnie na myśli?
W jego głosie wciąż pozostawała łagodność i zrozumienie. Nie było w nim nawet jednej agresywniejszej nutki. - Żebym zobaczyła, iż możesz zrobić co ja! - uniosła głos - Że wcale nie mam wartości jaka byłaby potrzebna, jesteś wyżej w hierarchii i zawsze będziesz! - głos Kaylie zadrżał z nerwów.
Viktor milczał chwilę, analizując czy istotnie dobrze rozumie stawiany mu zarzut. - Kaylie… jak ty to widzisz? Sądzisz, że kłamałem, że nie znam tego zaklęcia i tylko zapomniałem o jego istnieniu gdy rozmawialiśmy z Filią? I teraz cię poprosiłem o pokazanie mi go tylko po to aby móc ci w twarz wykrzyknąć “aha, ja też mogę je rzucić”?
Kaylie nie odpowiedziała na to ni słowem jedynie patrząc w ziemię.
-
Uhhh… - westchnął Viktor po dłuższym czasie - Rozumiem, Ptaszyno, że to jest ten twój “błąd logiczny”... - mówił powoli, nieco nieobecnym i posmutniałym tonem - Chciałbym wiedzieć jak ci wyjaśnić, że ja nawet nie myślę o nas w tych kategoriach… ale nie wiem. Jednak będę próbował. Cieszę się, że powiedziałaś mi o swoich odczuciach i chciałbym abyś mówiła mi o nich w przyszłości, abym mógł ci powiedzieć to co teraz: nie chcę cię w żaden sposób uniżyć. Chcę cię wyciągnąć w górę i pchać tak wysoko jak się da. Moja magia daje mi dostęp do kilku zaklęć, które są poza twoim zasięgiem. Jest wiele innych których ja nigdy nie osiągnę. A są również takie co są dostępne dla nas obojga. My się tu uzupełniamy. We dwoje możemy znacznie więcej niż oboje z osobna. Moja siła jest twoją przewagą, a twoje zdolności moją kartą atutową.
Kaylie spojrzała w bok we wstydzie. Bała się odezwać choć wiedziała, że musi. Co teraz? -
Mówiłam ci, że to głupie. Nie było co tego mówić. - wyszeptała pod nosem.
Viktor uchwycił dłonie Kaylie z czułością. -
Wcale nie było głupie. To nie będzie łatwe, ale jeśli ma się udać to właśnie tędy droga. Całkowita szczerość, włącznie z tą niewygodną.
-
W w takim razie ty mi wytłumacz jaki problem miałeś z tym konkursem. - uniosła głowę by patrzeć na niego.
Viktor zmarszczył brwi i rzucił cichym przekleństwem gdzieś w bok. No cóż… tak się kończy “emocjonalna otwartość”, co nie? -
W porządku, ale pamiętaj, że sama chciałaś... Problemów jest kilka. Po pierwsze jakby mi kto coś takiego zaproponował to potraktowałbym jako obelgę i zareagował adekwatnie. Jako pomysł-z-przeświadczeniem, że moja afekcja jest czymś co można kupić egzotyczną błyskotką. Po drugie… ta sytuacja faktycznie uwłacza mnie. Postaw się w analogicznej sytuacji… pewnego dnia informuję cię wesoło, że z… - zastanowił się krótko, na jednym wdechu -... Livią, Zoryą i jeszcze jakąś, będziecie brać udział w miss mokrego podkoszulka i ta co wygra zostanie “moją wybranką”... i wszystkie rozmowy, wyznania, obietnice czy problemy przez które przeszliśmy nie mają nagle znaczenia. Mokry biust zadecyduje! Jakby coś ci się miało nie podobać to zacznę od “oh, skarbie… chyba nie sądzisz, że wybiorę którąś z nich, prawda? Ale oczekuję, że się postarasz!”. Łatwo byłoby ci przyjąć taką propozycję z entuzjazmem?
-
Skąd pomysł, że im na uczuciu zależy? - prychnęła - Ja tak szczerze wątpię. Ale oni są na tyle zainteresowani, aby starać się mnie nakłonić... I co ci ta Zorya do głowy przyszła? Jakaś córka dawnej dobrodziejki. - nie mogła się powstrzymać przed zauważeniem tego faktu... Ciągle pamiętała słowa Fisusia...
-
Nie “przyszła do głowy”, a “znalazłem ją w głowie”. Tak aby mentalny obraz nabrał treści. I pardon... “wybranek” to słowo którego TY użyłaś… ale w porządku. Skorygujemy przykład: Zorya, Livia i Kendra zapraszają cię do miss mokrego podkoszulka i zwyciężczyni pojedzie ze mną na miesięczne wakacje do Numerii… ale tylko dla zabawy! Bardzo aktywnej ale bez zaangażowania. Czy byś się ucieszyła z czegoś takiego?
-
To co to było o tym całym zaufaniu o jakim już nie raz mi mówiłeś? - powiedziała i zacisnęła zęby - Ja mam ci ufać, że będziesz w rotacjach miał tylko swoje erotyczne zabawki, a nic więcej, nawet jeżeli jedną z nich będzie taka Zorya, a ja nie dostanę nic podobnego w zamian? Zaufania?
-
Ależ dostałaś zaufanie. Zgodziłem się wziąć udział w tej grze gdy tylko z “oczekuję, że się postarasz” przeszłaś do “i tak wybiorę ciebie”. Ta dyskusja teraz jest tylko z twojego nacisku. Ja jej nie chciałem odbywać i byłem już całkowicie gotowy schować w kieszeń moje opinie i odczucia o tej sytuacji, aby tylko sprawdzić ci radość. Wciąż jestem i jak się z tym prześpię noc, albo trzy to uda mi się samego siebie przekonać aby cieszyć się z tej radości i prztyczka w nos który tym drabom wyprowadzę.
-
Nie chcę by nasza relacja istniała na zasadzie przymuszania ciebie do robienia czegoś czego nie chcesz. Do zamiatania wszystkiego pod dywan.
Viktor milczał jakiś czas, zbierając myśli. Zastanawiając się co powiedzieć, bo z tego miejsca gdzie byli… wiedział doskonale jak łatwo byłoby odwołać całe te wygłupy w prezenty… a to byłoby mu bardzo na rękę. Chwilę mu zajęło zwalczenie pokusy. -
Tobie sprawi to więcej radości niż mi dyskomfortu… a z czasem sam się wkręcę. Więcej-niż-kilka razy dałem się wciągnąć jagniętom w rozmowy o związkach. Te, co miały więcej między uszami niż siano, często powtarzały podobne sentymenty. Parafrazując te adekwatniejsze do sytuacji i dopasowując je do naszej sytuacji… to jest nieuniknione. Będziemy godzić się na rzeczy, które nie są dla nas do końca komfortowe, bo alternatywą jest zakończenie tego wszystkiego. Ty nie jesteś przeszczęśliwa z mojej rotacji, ale się godzisz, bo wiesz, że to dla mnie ważne. Ja nie wiwatuję na tę grę, ale wezmę w niej udział, bo rozumiem jakim uczuciem jest być w niej po twojej stronie.
-
Chcę się poczuć wartościowa... Czy to naprawdę takie złe? - spojrzała w ziemię - A ty? Jak się czujesz wartościowy? Tak po prostu?
Viktor westchnął poważniej, gdy myśli uciekły mu w daleką przeszłość. -
Nie ma w tym nic złego. Dlatego jestem gotów wziąć w tym udział - odpowiedział nieobecnie, nim przeszedł do ważniejszej sprawy - To nie zawsze było jak teraz. Wbrew staraniom mamy… w Evercrest zawsze postrzegałem nas jako szczury żyjące obok ludzi. W czasie mojej tułaczki… robiłem co mogłem aby przetrwać. Rzeczy nie tylko złe, ale też rzeczy tak uwłaczające, że ich pamięć zabiorę ze sobą do grobu. W Isger, z początku, byłem nikim i nie widziałem problemu w jedzeniu gorzej niż niektóre psy i spaniu w komórce, pod schodami biblioteki. Później poznałem ludzi co swoim psom dawali budy większe. Marcus, prowadzący tej biblioteki, był pierwszą osobą która we mnie uwierzyła. Mistrzyni Morgwyn była drugą. Wiele spraw wygrałem, wiele pierzyn za okno wyrzuciłem, kilka wyznań usłyszałem, wielu ludzi zniszczyłem, a kilku pomogłem nim i ja w siebie uwierzyłem. A gdy to się stało… z miejsca zapałałem pogardą do szczura którym kiedyś byłem i do jego gotowości by dać się tak traktować. Poprzysiągłem sobie wtedy: “Nigdy więcej”. Nigdy nie przestałem utrwalać mojego nowego samopostrzegania i wciąż wolę czasem wyjść na aroganckiego dupka, niż pozwolić sobie zrobić najmniejszy kroczek w stronę tego kim kiedyś byłem.
Kaylie po chwili zapytała patrząc wciąż na swoje dłonie na kolanach.
-
Twoja matka próbowała cię podbudować? - zapytała z lekkim zdziwieniem w głosie.
-
Ze wszystkich sił. Tak długo póki nie nauczyłem się udawać, bo nie chciałem aby było jej przykro - przytaknął smutno - Niewiele miałem w dzieciństwie, ale tylko dzięki niej wiem… tylko dzięki niej kiedyś wiedziałem jak to jest czuć… się… tsk… dziś już nie pamiętam jak to było, ale pamiętam, że wspominanie tego uczucia było dla mnie ważne. Nie wymieniłbym tego na żadne pałace Cheliax ani Galt. Przykro mi, że tobie tego odmówiono. To nie jest uczciwe…
-
Mówiono, że plebejusze gardzą swoim potomstwem... O ile nie przynosi pieniądza na chleb. Umówiono mi, że matki zazwyczaj przypadkowo mają bękarty z klientami.
Wypowiedziane słowa nie miały w sobie jednak wiele wiary w ich brzmienie, a nawet jakimś zmęczeniem pobrzmiewały.
Kaylie poczuła dłoń Viktora, głaskającą ją po policzku. -
Niektórzy biedacy w swoich dzieciach widzą jedyny powód by żyć. Ostatnią gwiazdkę na swoim niebie. Inni się nad nimi znęcają i wykorzystują jako własnych niewolników. Nawet w Nidal znajdą się błękitnokrwiści, co za swoimi dziećmi w ogień, by wskoczyli a inni w Andoranie mają dla nich tylko pogardę. Bogaci i biedni, słabi i potężni są takimi samymi ludźmi i zdają się kochać tak samo. Z mojego własnego doświadczenia… ja sprzedałem duszę aby moją mamę kiedyś odzyskać. I przez prawie dekadę… nawet na moment nie zwątpiłem w tę decyzję.
-
Znałeś swojego ojca? - zapytała, choć spodziewała się, że akurat klient to jest odpowiedź.
-
Nie. Myślę, że wiele dzieciaków, z “moich kręgów”, go nie miało więc nie kuło mnie to w oczy. Chyba kiedyś zapytałem, ale mogę wymyślać i nawet jeśli… to nie pamiętam odpowiedzi.
-
Moi rodzice byli w sobie naprawdę szaleńczo zakochani. - powiedziała patrząc przestrzeń - Matka nawet związała się z nim wbrew woli rodziny. Po prostu skandal się rozpętał... szczególnie jak pojawiła się ciąża. - bardzo blady uśmieszek pojawił się w kąciku jej ust - Ale udało się im przekonać obie rodziny, aby pozwolili im na to małżeństwo, choć rodzina mojej matki była bardzo niezadowolona.
-
I jak ta historia dalej się potoczyła?
Arkanistka oparła głowę na ramieniu Khala, aby niespodziewanie po chwili zacząć składać pocałunki na jego szyi a Viktor nie opierał się. Nie oszukała go ta zmiana tematu, ale… nie zamierzał naciskać. Jak nie chciała opowiadać to takie jej święte prawo.
- Nasza sprawa nabiera treści. - Khal dogonił ją niedługo po wyjściu - Teraz jeszcze dochodzi recydywa. Tsk tsk tsk… nie wywinie się już.
-
Viktor bezwładnie padł na posłanie, obok Kaylie, ale nie pozwolił się objąć fali relaksu. Z szeroko otwartymi oczami, skierowanymi nigdzie, analizował co się właśnie stało. Czy rzeczywiście prawie musiał użyć siły aby wyplątać się z jej nóg w “krytycznym momencie”, czy może mógł to źle zrozumieć? Bardzo chciał aby okazało się to tylko nieporozumieniem... ale już poprzednim razem sobie powiedział “tylko mi się wydawało”, a teraz… była znacznie agresywniejsza. Zdecydowany chwyt za kostkę i spojrzenie wystarczyły by puściła, ale dlaczego okazały się potrzebne?!
Wciąż głęboko oddychając spojrzał na nią, szukając jakiegoś potwierdzenia bądź zaprzeczenia…
Zobaczył w jej oczach nie relaks i zadowolenie, nie zawstydzenie czy chociaż poczucie winy. Zobaczył smutek i żal.- Ty naprawdę mi nie ufasz. - odezwała się głosem pełnym gorzkiego bólu.
- Tak? - zapytał z nieszczerym zdziwieniem - To zaplecenie stóp na moim krzyżu, gdy chciałem z ciebie zejść było dla zgrywy i byś puściła “na czas”, choć “czas” był już dokładnie w tamtym momencie? Wyjaśnij mi to, proszę. Bardzo chciałbym by się to okazało głupim nieporozumieniem.
- Było okazaniem jak mało mi ufasz. - skrzywiła się - Jak nie wierzysz temu co robię. - położyła dłoń na czole.
- A co takiego, specyficznie, robiłaś?
- Nie jesteś głupi, wiesz czego chciałam. I tym zwiększyć emocje dla nas.
- Nie sądzisz, że coś takiego wymagałoby wcześniejszego omówienia?
- Zakładałam, że mi ufasz…
- Dziewczę drogie… ty chyba nie dostrzegasz, jak poważnym pogwałceniem mojego zaufania, była ta próba. Tak, ufałem ci. Tak bardzo, że po wczorajszej nocy wmówiłem sobie, że mi się tylko wydawało i na pewno nie zrobiłabyś czegoś takiego bez pytania mnie o zdanie. Kaylie, nie zgrywaj się… nie możesz nie widzieć dlaczego mi się to nie podoba.
Początkowo Kaylie patrzyła w pościel leżąca w nieładzie przy nich. - To boli... - uniosła spojrzenie - Że według ciebie mogę po prostu cię skrzywdzić w taki sposób...
- Czyli NIE chciałaś ryzykować, bądź doprowadzić do ciąży?
Zapadło ciężkie milczenie. Kaylie czuła jak skręca jej się w brzuchu, gdy lodowate ostrze prawdy wycinało jej serce. On wcale nie wierzył jej i nie ufał...
-
Khal. - odezwała się pustym głosem - Ja nie mogę zajść w ciążę.
Viktor dopiero po chwili spostrzegł, że przestał oddychać. Zaklął szpetnie na wydechu, chowając oczy w dłoni. Jego umysł pracował i gdy tylko odsunął od siebie złość i zarzuty przypomniał sobie jak mu opowiadała o pierwszym związku z przywódcą najemników… i chyba o ciąży, co ją przerwała z jego życzenia? -
Kaylie ja… przepraszam. I strasznie, strasznie mi przykro.
-
Mówiłeś o całkowitym zaufaniu. - odezwała się z bólem w głosie - Ja mam ci ufać całkowicie z rotacją, więc z bólem się zgadzam. Myślałam więc, że ty mi tak samo ufasz. Że wiesz, że bym cię nie skrzywdziła umyślnie. - westchnęła - Nie ot tak... Nie zastanowiłeś się, że mogłam magicznie jakoś się zabezpieczyć? Tylko po prostu od razu założyłeś moją złą wolę.
-
No to wiesz już jak JA się czuję gdy kolejny raz zakładasz, że chcę ciebie zgnoić… - odpowiedział zmęczony. - Nigdzie nie zakładałem rozmyślnej złej woli. Zacząłem od “wydawało mi się”. Potem było “pewnie się zbyt wciągnęła”. W najgorszym momencie przyjmowałem możliwość “błędnie wierzy, że to jest to czego potrzebujemy”. Jesteś inteligentną dziewczynką. Jakbym przedstawił ci inną kobietę o historii takiej jak twoja i powiedział, że teraz z całego serca wierzy ona, że dziecko jest tym czego ona, ze swoim partnerem, potrzebują to byś nawet brwi nie uniosła i przytaknęła “tak, to ma sens”. No powiedz mi, że nie…
-
Zakładam, że ty byś nie chciał. - powiedziała głosem bez nadziei, ale jednocześnie spojrzała w oczy mężczyzny.
Viktor westchnął dłużej, szukając odpowiedzi. Czy istniała dobra, którą można by tu udzielić.
Odwrócił się na bok, aby być z nią twarzą w twarz. -
Załóżmy, że mamy dziecko… Kochamy je. Chcemy dla niego jak najlepiej. Aby było szczęśliwe. Czy kiedykolwiek byś umyślnie je skrzywdziła? Nie mówię o surowości w wychowaniu, kiedy pojawiła by się potrzeba. Mówię o zadaniu bólu, który nigdy nie zostanie zmazany ani wyleczony i nie wyniknie z niego nic dobrego. Na pewno nie tyle aby mu zadośćuczynić.
-
Co to za głupie pytanie? Oczywiście że nie.
-
Oczywiście - przytaknął Viktor, nigdy nie wątpiąc, że taką właśnie usłyszy odpowiedź - Ta niewinna istotka teraz istnieje tylko jako koncept. Nie musi zostać przeklęta istnieniem. Może pozostać w błogim niebycie i skazanie jej na życie… postrzegam jako okrutne. Jako krzywdę, która nigdy nie przyniesie dość dobra aby zadośćuczynić samej sobie. Mam swoje impulsy… czasem, w chwilach słabości, odradza się we mnie chęć zostania ojcem. Nadzieja, że może takie dziecko mogłoby mnie naprawić. Tak jak Ziggiego jego dziecko… ale nie postrzegam tego inaczej niż impulsu kleptomana. Tylko takiego którego impulsy są szeroko akceptowane przez społeczeństwo, bo nie rozumie ono jak wiele niepotrzebnego cierpienia te impulsy przynoszą.
-
Ja... - głos Kaylie zadrżał - Planowałam by po zarobieniu z najemiczenia opłacić jakiegoś silnego kapłana, aby swoimi mocami, czy raczej mocami swojego boga, odwrócił cokolwiek zostało mi kiedyś zrobione i zabrało możliwość stworzenia dziecka. - nie określiła jednak co takiego się stało w przeszłości - Ale gdy Azazel odezwał się po latach... - spuściła głowę walcząc z łzami, aż po prostu schowała twarz w poduszce zakrywając głowę ramionami.
Viktor przysunął się bliżej i objął Kaylie ramionami. -
Pewnego dnia odpowiednie zaklęcia znajdą się w moim zasięgu. Wtedy z radością ci pomogę… ale to jeszcze kilka lat… te zaklęcia są z tej samej półki co wskrzeszenia, tej skali, co jest mi potrzebne by matkę sprowadzić, więc mam już dwie poważne motywacje aby się rozwijać w tym kierunku…
Kaylie uniosła głowę by spojrzeć na Khala.
- Czyli to znaczy, że do tego czasu mogę sypiać z innymi. - powiedziała podejrzanie spokojnie.
- Chyba trochę co innego wczoraj ustaliliśmy… - odpowiedział zachowawczo, nie będąc pewnym co jej po głowie chodzi.
- Nie zajdę w ciążę, więc to nie problem. - uśmiechnęła się pod nosem.
- Duży powód, ale definitywnie nie jedyny… - odpowiedział niższym głosem, obejmując ją w talii i przyciągając jej biodra do swoich - Wciąż myślę, że wolę zachować sobie ciebie tylko dla siebie…
Kaylie spuściła oczy i odezwała się znowu dopiero gdy znowu je uniosła na mężczyznę. Czuła przyjemność z bliskości, ale pewien smutek chował się za jej oczami. Wyraźnie nie mogła z kimś sobie poradzić.
- Khal... Powiedz mi teraz wprost, aby była jasność. Skoro wiesz już o moim problemie... Czy wciąż nie będziesz chciał takich prób jak dziś?
Khal skrzywił się mentalnie… nie podobało mu się słowo “próba”. - Cóż… - mimo to zaczął zalotnie - Skoro mówisz mi, że wiesz jako fakt, że na sto procent, nie ma ryzyka… - mówił powoli, patrząc jej w oczy… i, nieco cynicznie, doszukując się jakiegokolwiek zawahania - to definitywnie dostrzegam urok takiego finału.
Arkanistka patrzyła uważnie na Khala. - Ale wolałabyś...? - zapytała chcąc wybadać nastawienie rozmówcy.
- … na wszystkie sposoby, zależnie od chwilowego kaprysu - dokończył jej zdanie, wzruszając ramionami - Choć, przez pewien czas, ten konkretny byłby najciekawszy, jako mało eksplorowany w mojej przeszłości, jeśli nie liczyć kobiet w wieku gdzie nie było już ryzyka.
- Mówisz tak żeby mi zrobić radość czy naprawdę tak sądzisz?
- N-nie zrozum mnie źle. Wczoraj, nim się nie wytarłaś, wyglądałaś tak zjawiskowo, że kusiło mnie poprosić cię o pozostanie tak jeszcze chwilkę albo dwie. Tego nie będzie przy finale “jak natura chciała”, ale on też ma swój niepodważalny klimat, jeśli nie ryzykujemy skrzywdzenia tej konceptualnej istotki... a ja jestem kapryśną bestią i zwykle z radością przyjmuję wszelkie urozmaicenia.
Gdy Khal powiedział o tym jak zjawiskowo wyglądała wczoraj, Kaylie prawie od razu spłonęła rumieńcem wstydu. Obraz wyraźnie w tym momencie ją zażenował i nawet poczuła się bardziej zła na siebie niż w ogóle powinna.
- To... Dobrze. - wydusiła chcąc ukryć rumieniec odwracając twarz, a z piersi Viktora wydobywał się cichy chichot, tak niski, że aż jakby-dudniący. Uchwycił jej podbródek i skierował buźkę do siebie. Jego spojrzenie było… rozczulone… nim nie pochylił się by ucałować ją tuż nad brwiami i objął ciaśniej ramionami.
- Jesteś przeuroczym dziewczęciem, wiesz?
- To samo mówił syn ogrodnika... - powiedziała ze wstydem - Obaj wy z plebsu, widać podobieństwa... - fuknęła próbując irytacją przegnać wstyd.
Chichot znów zadudnił w piersi Khala i teraz Kaylie słyszała go bezpośrednio. - Tym większa chwała na szczycie im niżej się zaczynało… - poczuła palce zsuwające się z jej biodra na pośladek, ale gdy już była pewna, że zaraz się na nim zacisnął, przetańcowały po nim, samymi opuszkami go muskając i dopiero udo poczuło jego chwyt.
Mężczyzna poczuł jak dłoń partnerki zatrzymuje jego rękę przed ruszeniem dalej. - Khal... - powiedziała patrząc mu w oczy - Nie. Nie mam nastroju i emocjonalnych sił po tym, co się wydarzyło wcześniej. Wybacz.
Ostatnie słowo zostało oplecione prawdziwym poczuciem winy wynikającym z przeświadczenia, że nie powinna odmawiać w tej sytuacji, ale spojrzenie Khala pozostało łagodne. - Nie zrozumieliśmy się - odpowiedział z uśmiechem - To nie była per se propozycja, ale cieszenie się moim “szczytem”... a nawet jeśli by była, to nie byłoby problemu i definitywnie nie chciałbym byś robiła, z takiego powodu, tę podkówkę na buźce, hmmm?
Kobieta lekko się uśmiechnęła i wtuliła w klatkę Khala, zaraz palcami kręcąc linie wokół linii jego tatuaży.
- Czemu je masz? - zapytała, gdy skóra dłoni przeszukiwała ten labirynt wyrysowany na ciele mężczyzny - Aby kobiety chciały eksplorować ich zakamarki?
- Heh… nie. Może powinienem był je pod to zaprojektować, ale nie znalazłem nic co odpowiadałoby mojej własnej estetyce. W takiej formie jaką mają… widziałaś ich kawałek to widziałaś je wszystkie. Mam je, bo chciałem, ale przede wszystkim są one “tłumem” w którym kryję kilka magicznych tatuaży.
Jeszcze przez chwilę ciszy kobieta bawiła się tymi wzorami, aby nagle zachichotać pod nosem. - Pewnie Filia teraz śpi jak zwykły wojak na twardym lub sterroryzowała swojego chłopaka by jej dał poduszkę. Nie szkoda mi jej, jeżeli musi ponieść niewygody przez swoje czyny.
Uniosła spojrzenie na twarz partnera. - A jakie zastosowanie mają te magiczne tatuaże? - zapytała porzucając kwestie kapitan.
- Hmmm…
...jakiś cza wcześniej…Kliknij w miniaturkę
Filia odwróciła się do niezadowolonego warknięcia. Jej oczom ukazał się duży czarny pies z poduszką w pysku. Zamrugała raz. Na ten widok sam w sobie… i drugi raz… na myśl, że przecież nie mają w obozie żadnego psa.
-
Ihaili? - zapytała niedowierzająco, a pies szrpnął się i złapała poduszkę tuż nim uderzyła ją w twarz. Gdy ją opuściła pies już kłusował w kierunku z którego przyszedł.
-
T-to… nie jest moja poduszka…
-
Hmmm … - Viktor mruknął, stwierdzając, że nie wyprowadzi Kaylie z błędu - Ten tutaj… - poklepał się palcem, po lewej piersi dwukrotnie i za trzecim palce wniknęły w tatuaż i wyciągnęły uchwycony lniany woreczek - To kieszeń nadwymiarowa. Niewykrywalna dla magii. Z barków - wskazał kciukiem - przez łopatki, prawie do krzyża mam tatuaż zwiększający moją siłę. To on plus doraźna magia pozwoliły mi tamtą bramę unieść. Wzdłuż ramiona mam… - szarpnął ramionami, ale w sposób drastycznie łagodniejszy niż zwykle, nie chcąc szturchnąć, ani nastraszyć nagłym ruchem Kaylie. Na jego nagim ciele, w mgnieniu oka, zmaterializowała się szata identyczna jak ta w której ona na codzień chodziła. Uśmiechnął się zadziornie i kolejnym “szarpnięciem” ją rozproszył.
Kaylie przewróciła oczami. -
Z ciebie to straszny pozer, wiesz? Naprawdę lubisz się popisywać i zbierać oklaski.
-
Po pierwsze… tak - przytaknął jej, bez cienia zażenowania - Po drugie… nie tylko to. Lubię robić ze świata przedstawienie… “Żart” może być lepszym określeniem. Tak, mógłbym ci nudnie wymienić co one robią, ale prezentacje uznaję za, zwyczajnie, zabawniejszą. Szczególnie gdy okrasi się ją szczyptą absurdu.
-
Ty i to twoje pompowanie ego. Musiałeś naprawdę czuć się jak bóg, gdy podwładna z kancelarii wchodziła ci do łóżka. - pokręciła głową i jak dorosły niepopierający działań dziecka.
-
To się nie zdarzało tak często jak ci się wydaje. Ze wszystkich wyciskałem siódme poty i oczekiwałem konkretnych wyników. No i nie lubię relacji zależności. Jeżeli szukamy najbardziej łechtających ego przykładów, to odpowiedniejsze byłoby patrzenie na te co były wyżej ode mnie w hierarchii. Raz czy dwa, podobno, Viktorowi Goodmanowi zdażyło się uwieść jakąś hrabinę, czy tam vice-hrabinę… nic potwierdzonego, wiesz - uśmiechnął się lisio, mrugając do niej okiem.
-
Myślałam, że większość twoich podbojów to były te młódki z kancelarii. - odparła zdziwiona - Twoje pracownice, co głupiutkie dawały ci robić ze sobą co chciałeś, bo byłeś ich szefem i przepustką wyżej.
-
Iii… właśnie z wyżej wymienionych powodów nie były dla mnie atrakcyjnym celem. Wiesz… na przykład ja nigdy nie doceniałem uroków domów publicznych. Byłem w Alabastrowej Jaskółce kilka razy, ale to były zagrania niemal-polityczne, gdy człowiek, do którego chciałem się zbliżyć, widział w tym formę “męskiego wypadu na miasto”. Niewiele przyjemności. Prawie “check-lista do odhaczenia”. Co za frajda z podboju, jeśli jagnię jest opłacone? Albo mogłoby się bać pracę stracić?
Kaylie zapatrzyła się w przestrzeń, gdy mówiła.
- Gdy na początku opierałam się silne, po pewnym czasie zagrożono mi nawet sprzedaniem do burdelu i używam tego słowa rozmyślnie, bo nie mówię o przybytkach, gdzie to prawie miesza się z polityką tylko o mniej drogich. - westchnęła - Ale się nie ziściło na szczęście.
- Cieszę się, że do tego nie doszło. Nie korzystałem nigdy, ale praca adwokata na moim poziomie zadziwiająco często przeradzała się w otwarte szpiegostwo… a nie zawsze ufałem najemnym detektywom. Raz czy dwa zawitałem do właśnie burdelu... nigdy we własnej twarzy… Nie dziwię się, że grożą czymś takim niewolnicom… ale… sądzę, że to był blef. Alternatywy nie są wcale lepsze, jednak odsprzedanie cię do “plebejskiego” burdelu byłoby jak sprzedanie na mięso rumaka, co jest czempionem w Andoranie…. ale to nieistotna dygresja, wybacz. Cieszę się, że miałaś dość elastyczności aby uniknąć wszystkich tych opcji.
- Też zakładałam blef. Nie zmieniłam zachowania po tej groźbie. Zdawałam sobie sprawę, że mogliby chcieć mnie do lepszego przybytku sprzedać, może jako egzotyk. Galtianka i to magini. - machnęła ręką - Ale wiem, że mój pan nie chciał ani za szybko mnie oddawać bez umodelowania, ani nie chciał tracić pieniędzy bez przemyślenia.
Ostatnie zdanie przyprawiło Viktora o zimny dreszcz na krzyżu, jako że zostało wypowiedziane tak... spokojnie i bez zająknięcia, jakby nawet opisywała kogoś innego niż siebie. Było zdepersonalizowane w swym wydźwięku, choć podmiotem była ona.
Khal przytulił Kaylie ciaśniej. Chciał coś powiedzieć. Oprotestować to wszystko i powiedzieć jej, tak aby zrozumiała, że Nyer wcale nie był tam “tym dobrym”, ale… to nie było coś co rozwiążą w jedną noc, ani tydzień a może nie przez całe miesiące bądź lata… i musiał ją, zwyczajnie, bliżej poznać… - Ważne, że to już za nami i nigdy te czasy nie wrócą.
- Czasem... - odezwała się po chwili - Wiesz, to w sumie głupie... - zamilkła ciężko myśląc czy powinna mówić o tym Khalowi - Zdarzyło się, że... - wzięła głęboki oddech - Nieczęsto... - kolejny oddech - Nie zrozum tego źle... Sama nie rozumiem... - wtuliła głowę pod szczękę Khala - Czasem... tęsknię za Nyerem.
Viktor nie pozwolił by gniew, który w nim nagle zapłonął z siłą inferno, w jakikolwiek sposób wylał się na zewnątrz. W tym momencie wiedział, że jeśli kiedyś spotka Nyera, to nie wyjdzie on z tego żywy. Kilka głębokich wdechów i odliczeń w myślach było potrzebne aby odzyskał samokontrolę, ale gniew nie odpłynął “zwyczajnie i po prostu”, ale zostawił za sobą smutek.
- Było kiedyś wydarzenie w Charken Holt… Nie wyróżniające się niczym na tle tysiąca innych miast Cheliax. Jakąś dekadę temu doszło tam do napaści. Próbowano porwać córkę błękitnokrwistego. Nie wyszło. Zmieniło się to w prawie tygodniowy przepychankę słowną z władzami, z uwięziona rodziną szlachecką w tle i ich służbą. Po sześciu dniach doszli do porozumienia. Napastnicy wypuścili zakładników. Ci się zachowywali bardzo dziwnie… wypuszczeni nie biegli do ratunku, ale ściskali ręce, a obejmowali napastników na pożegnanie. W czasie przesłuchania odmawiali oskarżania napastników. Jedno z nich twierdziło, że oni ich bronili przed strażami. Głowa rodziny opłaciła napastnikom adwokatów. Córka, co miała zostać porwana, zaręczyła się z jednym z nich. Autentyczna historia. Sam się zainteresowałem i posłałem moich ludzi aby ją potwierdzili. Co o niej myślisz?
- Może naprawdę dobrze ich traktowali, a córkę lepiej niż jej rodzina? To nic niesamowitego w szlacheckich domach. - powiedziała z pewnością w głosie.
- Porwali ich. Przetrzymywali wbrew ich woli. Grozili zabiciem i okaleczeniem. Lokaj i dwóch strażników zginęło pierwszego dnia, gdy napad się skomplikował. Pierwsze trzy dni ich ciała gniły w pokoju obok. A rodzina była “zwykła” jeśli chodzi o wzajemne traktowanie. Kochali się, ale tak jak rozpuszczona szlachta potrafi. Więc nie Kaylie. Nie byli traktowani dobrze i córka nie była traktowana przez tego jednego lepiej niż przez rodzinę, choć rozumiem skąd mogły być takie przypuszczenia. Masz inne pomysły?
- Masz tylko informacje z drugiej ręki, nie wiesz jak naprawdę tych przeżyłych traktowano. - zaprzeczyła silnie.
- Wiem, że ludzie zginęli. Wiem, że ci co przeżyli mieli na ciele siniaki. Część była ranna. Pierworodny rodziny miał złamaną i źle złożoną rękę… ja uważam inaczej. Ci ludzie przeżyli straszne wydarzenia… ale nasza psychika jest niezwykle elastyczna. Dopasowuje się. W tamtej sytuacji, gdzie ludzie już zginęli i zapowiadało się, że oni też zginą, ich oczekiwania były tak mroczne jak możesz sobie wyobrazić. Tak łatwiej było nie zwariować. I przy takim nastawieniu, w sytuacji wrażliwości emocjonalnej, każdy jeden jeden przejaw litości i dobrej woli ze strony napastników, tak absurdalnie kontrastował z oczekiwaniami, że w ich umysłach był wywyższany pod niebiosa. Każde podanie szklanki wody, czy wręcz pozwolenie pójść za potrzebą do sąsiedniego pokoju, gdzie tylko jeden z porywaczy by ich pilnował, wydawał się jak podzielenie się manną prosto z nieba… ale nie chcę dalej wchodzić w tę dyskusję. To nie miejsce na to. Masz swoje ostatnie słowo i kończymy temat, ale proszę tylko… nie bagatelizuj moich słów. Przemyśl je potem sama. Przeanalizuj swoim intelektem, a nie emocjami, możesz to dla mnie zrobić?
Kaylie spojrzała w wyraźnym szoku. Rozumiała co on chce jej przekazać i wiedziała, że się z nim nie zgadza. Czemu w ogóle chce jej to pokazać?
- Jaki miałeś w tym cel? - zapytała wprost żądając odpowiedzi - Czego to miało dowieść według ciebie?
- Gdzieś tam w środku dobrze wiesz. Pomyśl o tym - odpowiedział, jakby wcale nie słyszał agresji w jej tonie.
- Chodzi ci o Nyera. - mruknęła z irytacją - Czemu tak ci zależy, aby go pogrążyć w moich oczach? Nie byłeś tam, nie przeżywałeś tego co ja. Pewnie w tym czasie siedziałeś na swoich miękkich poduszkach otoczony pracownicami i każdą inną kobietą na jaką miałeś ochotę. Spijałeś łakocie swojej sławy, gdy niektórzy ułasili się o łaskę twojego spojrzenia. Nie, nie wiesz co się działo i jaki Nyer był.
- O Nyera? Dlaczego tak uważasz? Które elementy tych historii, według ciebie, są na tyle podobne aby można było je porównywać?
- Nie udawaj, ja cię błagam. Chcesz mi pokazać, że ta historia odnosi się także do moich wydarzeń. Że tylko dlatego tak myślę o Nyerze. - Kaylie wyraźnie czuła się urażona, że on sądził, iż ona nie zauważy do czego zmierza.
- To nie jest “udawanie”. To jest “udowadnianie”. Jakby tych historii nic nie łączyło byś ich nie skojarzyła. Na przykład… jakbym ci opowiedział historię jak z kumplami włamywałem się do browaru Rakusa i piliśmy wciąż pół-surowe piwo to by ci nie przyszło do głowy, że jakoś nawiązuję do twojej historii. DLACZEGO skojarzyłąś tę historię ze swoją?
- Bo wręcz maniakalnie chcesz mi udowodnić, że mój pan robił mi krzywdę, więc powiedziałeś o porwanych, jacy nie sądzili, że bandyci ich krzywdzili i na tym chcesz sprawę oprzeć. - fuknęła.
- W porządku. Masz swoje ostatnie słowo i kończymy tę dyskusję na dziś. To nie miejsce ani czas na nią. Ale stawiam twardą granicę… nazwij go jeszcze raz “swoim panem”, a będziesz spała na kanapie… - żart kontrastował mocno z tonem głosu Viktora.
Kaylie prychnęła z wyraźną irytacją. On jej stawiał warunki! - Uważaj żebyś ty nie skończył na dworze czy za drzwiami. - ton głosu kobiety wyraźnie wskazywał, że ona nie żartuje. Odsunęła się trochę od Khala i zaciągając szczelnie kołdrę odwróciła się do niego plecami.
Viktor czekał, z rękoma pod karkiem, aż oddech Kylie się uspokoił, wyrównał i nabrał tego brzmienia kogoś kto śpi. Cichutko jak myszka ubrał się i wyszedł.
- Ona ci nie potwierdziła, zauważyłeś? - syknął Fisuś, co milczał jak duch już od dłuższego czasu.
- Oczywiście, że zauważyłem… - przytaknął, odchodząc już od namiotu.
- To zamierzasz ryzykować?
- Zapytałem wprost, patrząc jej w oczy… wierzę jej, że nie może mieć dzieci.
- …
- …
- Obyś nie wdepnął… ale dorosły jesteś. Inny temat… co DO JASNEJ CHOLERY!?
- Ciszej troszkę? Dziękuję. Pytasz o jej relację z Nyerem?
- Nie, o twoje przebieranki w damskie ciuszki… oczywiście, że o tym!
- Co mam ci powiedzieć? To powalone.
- Tia… zachowuje się prawie jak… wiesz kto…
- Nie szarżuj, Fisuś… - zaprzeczył Viktor markotnie - To była zupełnie inna sytuacja i nie miało tej skali. Poza tym… do cholery jasnej… mógłbyś nie przyrównywać mnie do Nyera?
-Pardon, nie to miałem na myśli. - Tia…
- …
- …
- Ona nie wydaje się być otwarta na dyskusje o tym… już drugi raz, jak tylko zaczynasz, ona się unosi.
- Otóż, mój pełzliwy przyjacielu, mylisz się.
- Hę? Czy przez te pięć minut kiedy mnie nie było padł jakiś, zmieniający wszystko, kontekst?
- Nie. Wszystko widziałeś.
- …
- …
- Nie łapię…
Viktor doszedł do wozu i zgarnął jeden z nieużywanych namiotów. Pozdrowił pseudo-salutem wartownika i poszedł do południowej części obozu, gdzie spało mniej ludzi. - Myślę, że ona tam gdzieś bardzo głęboko rozumie, że została jej zrobiona krzywda. Myślisz, że ona się nie domyśla, w którą stronę zboczy dyskusja gdy zaczyna o nim mówić?
- Aaaah… ale masz próbę badawczą ilości “dwa”. Dosyć miernie…
- Zgadza się… ale pracuję z tym co mam.
- Więc jak ta praca zamierza wyglądać?
Viktor wytrząsnął namiot z worka. - Będę potrzegbował twojej pomocy. Sam ledwo tu widzę.
- Czyli mówisz, że mam ci namiot rozłożyć?!
- Nieee… zrobisz to z moją ślepawą pomocą…
~ * ~
- Dzięki… i wybacz, że nie pomogłem za wiele…
Viktor wszedł do pustego namiotu. Położył tylko jedną płaską poduszkę na środku i usiadł na niej. - Jesteś ślepy jak mysz. Czy żarcie marchewki nie miało pomagać na widzenie w półmroku?
- “Ślepy jak KRET”. I Fisuuuś… jest środek nocy. To jest pełna ciemność, rozświetlana tylko niemrawym księżycem i ogniskami.
- To prawie jak kalectwo nie widzieć nic w nocy.
- Trochę tak.
- Wracamy do tematu… jaki masz plan z Kaylie?
- Myślę… że pozwolę jej wyznaczać tempo. Nie będę zaczynał tematu, ale ilekroć ona poczyni honory to spotka się z moim komentarzem.
- Tere-fere… jak tylko załapie, że to tak działa to po prostu przestanie o nim mówić. Powinieneś jakoś delikatnie spróbować.
- Może… ale nie wiem jak.
- Kpisz sobie, tak? Jakbyś pewnego ranka obudził się skurwielem i się postarał to byś łatwo osiągnął ten sam efekt…
- Fisuuuś - Viktor rozmasował skronie, gdy poczuł, że zaraz może dostać migreny.
- … więc byłbyś pierwszą osobą, aby coś takiego poskładać. No nie wydurniaj się Vicky… na pewno już masz pełen plan!
- To… w teorii… może? Nie wiem. Niszczyć jest łatwo… I… nie wiem czy nie pogorszę.
- Viktor… to nie była…
- A właśnie, że była! - adwokat syknął gdzieś w bok - Przepraszam. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze?
Cisza się zrobiła niezręczna, aż do stopnia, że mały imp zaczął balansować na jednej nodze, gwiżdżąc pod nosem… byleby tylko ją przerwać. - To może… - zaczął niepewnie - lepiej byłoby zostawić to jak jest? To nie tak, że Nyer przyjedzie i ci ją zabierze…
- Może…
- …
- …
Znów niemrawe, niewyćwiczone gwizdanie. - To nie wydaje się słuszne - tym razem adwokat przerwał nie-ciszę. - Myślę, że jestem na dobrym tropie… a jeśli nie to w pewnym momencie się zorientuję i przerwę.
- Hej, ja cię nie oceniam. I nie sądzę aby tam było cokolwiek co da się bardziej pokićkać. Choć to jej przywiązanie po tygodniu… ugh… Wiesz co byś zrobił w Cheliax z taką?
- Nie jesteśmy w Cheliax, a ona nie jest “taką”.
- Dobra, dobra. Więcej o tym nie pisnę… ale przy twojej taktyce ona zwyczajnie przestanie opowiadać. Może lepiej coś łagodniej?
- Zobaczymy. Na razie chcę spróbować tego. Myślę, że będzie zaczynać te rozmowy. I będzie się wściekać. I będzie chłód i nieprzyjemnie, ale… eh… mam robotę do wykonania. Porozmawiamy o tym później, dobrze? Może kiedy sam sobie w głowie poukładam plan.
- Yokkidy-dookida!
-...
-... - Co?
- Nie wiem o czym mówisz.
- …
- … nie miałeś pracować?
Z podejrzliwością, Khal zaczął wyciągać komponenty z nadwymiarowej kieszeni. - Znaczy… - zaczął niezręcznie, tuż nim zaczął pracę - … to nie miało wcale złego brzmienia… jakby…
- Viktor…. NIE WIEM o czym mówisz…
- Yokkidy-doo?
- …
- …
- Yokkidy-dookida - przytaknął imp, z śmiechem w oczach.
-
Na jawie Bajarz częściej niż strach okazywał irytację. Na jawie bowiem niewiele miał powodów do lęku. To sny przerażały… to sny… kryły w sobie zagrożenie, przy którym śmierć czy nawet wieczne potępienie wydawały się gnomowi trywialne.
Dlatego teraz powoli i lękliwie schodził w głąb tego miasta obawiając się tego co znajdzie i tego co zapamięta. Niemniej… świadomie podjął ryzyko. Świadomie nie zażył niczego przed snem, w nadziei że coś w tym miejscu, zmieni jego codzienne koszmary… że tu odnajdzie wskazówki, drogę… cokolwiek.
Każdy krok wzbudzał w gnomie lęk, to pradawne przerażenie ofiary w obecności drapieżcy. Miasto zdawało się na niego napierać, czuł głodne spojrzenia atakujące jego sylwetkę z każdego okna, każdej alejki, każdej cegły.
Miasto żyło, jednak spało tak bardzo długo, samotnie w ciszy i ciemności. Gnom naruszył ten spokój i jeżeli nie będzie uważny może rozbudzić je do końca…
Bajarz miał tego świadomość, ale też i nie miał wyboru. Podjął świadomie to ryzyko, by zdobyć wiedzę. Więc starając się kryć w cieniach i nie zwracać na siebie uwagi podążał w dół krętymi uliczkami. Coraz głębiej w tą kamienną otchłań miasta.
Nie jest pewny ile tak kluczył po uliczkach? Godzinę? Pół dnia? Dziesięć minut? Czas zdawał się rządzić własnymi zasadami w tym miejscu. Może dlatego, że to sen? Może dlatego, że nie? Ilekolwiek czasu nie minęło w końcu natrafił na pierwszą oznakę życia w tym zakazanym miejscu.
Niewielka statuetka... czegoś, im dłużej Baltizar na to patrzył tym bardziej zaczynała boleć go głowa. Postać przypominała człowieka, albo jakąś małpę o nienaturalnie długich kończynach i palcach. Jej zad przyozdabiał wachlarz brzydkich piór, każde zakończone okiem. Tak ja te, którymi wymalowane są ściany tego miejsca, oczy na piórach wydawały się śledzić gnoma.- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
Rozejrzał się zwalczając pokusę wzięcia w figurki w dłoń, bo był to naprawdę zły pomysł.
Rozejrzał się szukając dalszej drogi. Nie skupiał spojrzenia na figurce swojego prześladowcy. Przyszedł by zdobyć tu nową wiedzę, a nie utwierdzić w tym co już wie.
Minął kilka kolejnych alejek, kiedy wyszedł na coś co mogło służyć jako główny plac, no środku którego stała masywna metalowa wieża.
Gnom w milczeniu przyjrzał się temu obiektowi starając się zauważyć i zapamiętać wszystkie szczegóły. Planował wejść do wieży, więc… przede wszystkim szukał wejścia do niej.
Wieża była wielką konstrukcją liczącą jak na oko gnoma jakieś pięćdziesiąt metrów. Znalezienie wejścia trochę mu zajęło, gdyż znajdowało się w połowie tej wysokości na końcu schodów na kółkach. Sama wieża była cylindrem dokładnie wykutego metalu, przyozdobionego różnego rodzaju runami.
Gnom nie był pewny czy by potrafił odczytać je… nie był pewny nawet czy miałyby jakiekolwiek znaczenie. Gnom nie był pewny… niemniej był ciekaw, pstryknął palcami próbując przywołać Etrigana… cóż… jego senny fantom powstały ze wspomnień, wyobrażeń i nadziei. Bądź co bądź to był sen i nic więcej.
Powoli zaczęły pojawiać się kartki, masa kartek formująca wzgórze. Tym razem jednak coś wynuszało się z tego wzgórza, macki ociekające smołą? Tuszem? Skrzydła wynurzyły się, potem pysk z świecącymi oczami. Tym razem Etrigan nie ukrywał się za zasłoną z kartek opowieści. Tym razem był tym… czym… gnom się obawiał że jest. Wypaczoną wersją potwora który go obserwował. Jego podarunkiem? Strażnikiem? Szpiegiem. Niemniej nadal wierny swojemu nowemu panu. - No… idź przodem. I uważaj na pułapki… lub wrogów.
Oblepione smarem skrzydła rozpostarły się, gotowe do lotu. Ale Etrigan nie startował używając macek i pazurzastych łap do poruszania. Podszedł do wieży, poderwał się do lotu w kierunku owego wejścia.
W środku ptak mógł poczuć zapach śmierci. Nie brutalnej, pełnej krzyku i krwi. Dawnej, spokojnej, akompaniującej rozpaczy i akceptacji. Wieża była grobowcem.
Macki potwora wydłużyły się owijając wokół torsu gnoma. Wciągnięty do środka wieży Bajarz pogłaskał czule stwora po łbie nie przejmując się tym, że czarna ciecz lepiła się do jego dłoni, a potem szaty.
Powoli podszedł do najbliższego trupa, którego dźgnął palcem między żebra. - Hej! Ty! Nie udawaj…- burknął. - Śmierć może i zabrała cię do siebie. Ale tu jest domena Desny. Martwe może obudzić się ze wiecznego snu, więc wstawaj… pytania mam.-
Zasuszone ciało dawno martwego gnoma delikatnie drgnęło. W końcu głowa denata podniosła się, spojrzała pustymi oczami na bajarza. - Ba… Baltizar?
- Znasz moje imię… dobrze… nie dziwi mnie to…- mruknął pod nosem gnom spoglądając na trupa.- Powiedz mi. Co tu się stało. I dlaczego się stało.-
- Chcieliśmy uciec... od... niego. Zbudowaliśmy tą strukturę, aby zabrała nas z Golarionu, ale nie udało się. Znalazł nas wtedy, zabrał co jego i zostawił nas tu, abyśmy uschli... ty i kilkoro innych uciekliście.
- Co jest jego…? - odparł w zamyśleniu gnom, ten który był żywy.
- Oczy i to co widziały. Wspomnienia, widoki, opowieści... on ich potrzebuje…
- Potrzeba… oznacza uzależnienie… uzależnienie… to słabość. - zastanowił się gnom siadając obok gadatliwego trupa. - Wiesz czemu ich potrzebuje? Brakuje mu… wyobraźni… do kształtowania świata… siebie…?-
- On... i jemu podobni są... inni, obcy... mniej prawdziwi. Nie mają głosu, koloru, kształtu. Potrzebują czegoś aby się urealnić. Zbierają, kolekcjonują i... wtłaczają w siebie.
- Hmmm… to można wykorzystać jakoś.- zastanowił się głośno Baltizar.- Opowieść jest tworzywem w moich palcach… tworzywem, które można zatruć. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni rodzaj “jadu”.-
- Oby ci się udało... my zawiedliśmy. Jestem... taki zmęczony…
Baltizar wzruszył ramionami i wstał. Po czym ruszył w głąb wieży, Etrigan zaś za nim. Gnom nie wiedział co jeszcze znajdzie w tym grobowcu, ale nie zamierzał się poddawać. Zwłoki nie robiły na nim wrażenie. Widział w innych snach straszniejsze rzeczy. Może ich nie pamiętał, ale lęki pozostawały po przebudzeniu.
Rząd po rzędzie, trup po trupie. Ta budowla była istnym mauzoleum gnomów. Wszyscy pozbawieni oczu, wszyscy wysuszeni przez czas. Żadnych ozdób, każda przestrzeń została wykorzystanie jedynie do trzymania osób albo dawno zgniłego prowiantu. - Pytanie kto to zrobił. Albo jak? Bariera osłabła? Jak się do nich dobrał.- zastanawiał się głośno gnom zwiedzając to miejsce ze swoim sługą. Gdy już zaś uznał, że zobaczył tu wszytko, postanowił zawrócić i poszukać… nowych wskazówek. Wiedział, że gdy się przebudzi nie zaryzykuje kolejnego snu w tym miejscu. Więc musiał wykorzystać tą sytuację w pełni.
- To byłeś ty… - głos dobiegał od… Etrigana? Chowaniec stał teraz na ziemi, patrzył na gnoma, jego ciało miotały drgawki - Zobaczyłeś wyrwę i usłyszałeś głos. Pytający. Byłeś taki chętny opowiadać, taki pomocny. Pokazałeś go innym i tak dostał się do nich. Nawet tu.. on zawsze podąża za tobą.
- Więc sprowadzę go ku zagładzie.- warknął Baltizar i zaśmiał się szaleńczo.- Ku zniszczeniu go sprowadzę, nawet jeśli będę przynętą w klatce. Nawet wtedy… sam zamknę klatkę i zginę wraz z nim… śmiejąc się. Będę jego przewodnikiem ku ostatecznej śmierci. Na pewno spodoba ci się nowe doświadczenie. W końcu… ile bogów ma okazję poznać ostateczny koniec?-
Śmiechem maskował strach, panikę… może… może tym razem nie zdążyć… a w następnym życiu. Będzie musiał znów zaczynać od podstaw? - Próbowałeś. Przez setki żywotów, setki twarzy, ale zawsze Baltizar. Nigdy ci się nie udało. Jesteś sam, mały gnomie.
- Cóż… nie powstrzymało mnie to wcześniej, prawda?- zachichotał Bajarz. - Nie wygrywa ten, kto się poddaje. Tym razem mi się uda.-
Po czym wzruszył ramionami. W końcu jeśli nie tym razem, to zawsze jest kolejny raz. Potwór nie da mu odejść w zapomnienie, więc… ma cały czas wszechświata. I cały swój upór.
Wieża zaczęła się rozwiewać, a sen zaczynał przegrywać z rzeczywistością. Ostatni trup spojrzał na Baltizara. - Znajdź nas… jesteśmy niedaleko…
Gnom podniósł się gwałtownie i rozejrzał dookoła próbując zorientować się w sytuacji. I położeniu, zarówno swoim jak i jego ochrony.
Ciąglę znajdował się wewnątrz krateru, wśród krzaków i drzewek przy których usypiał. Kilkanaście metrów od siebie widział delikatnie światło ogniska gdzie pewnie rozbili się jego towarzysze.
Sięgnął do swoich rzeczy, wyjął mapę. I przyjrzał się okolicy krateru. Skoro byli blisko… Podrapał się za uchem. Będzie musiał odwiedzić pewną admiratorkę antyków w mieście. Być może wie, gdzie już kopano w tej okolicy. Martwe gnomy były niedaleko… a Bajarz planował je znaleźć.
Na razie ruszył w kierunku Ofuna stukając laską. Jego dwaj nieludzcy ochroniarze podążali tuż za nim.- I jak sytuacja? Okolica zabezpieczona? Wykopaliście coś ciekawego?- zapytał przyjaznym tonem.
- O patrzcie kto odżył! - zawołał Jor.
- Szefie spałeś cały dzień i całą noc. Baliśmy się, że już nie wyjdziesz z tego. - Inarion podszedł do gnoma - Wszystko w porządku?
- Ja… sądzę…- gnom potarł czoło i mruknął.- Ja sądzę, że… potrzebuję się napić. I to porządnie… czegoś… mocnego.-
Dwaj barbarzyńcy kiwnęli sobie głową i podali gnomowi skórzany bukłak. - Sfermentowane mleko yaka. Wali jak kafar, ale sprawia, że jest też ciepło w brzuchu.
- Piłem gorsze rzeczy. A przynajmniej mam taką nadzieję. - gnom sięgnął po bukłak i zanim się napił, rzekł.- Miałem długi… sen… kapłan powiedziałby że proroczy. Ale poeta powiedziałby że… inspirujący. Czy coś jeszcze się wydarzyło, gdy byłem nieprzytomny.-
Po czym upił kilkoma haustami “alkohol” barbarzyńców, mając nadzieję, że nie zwymiotuje zaraz po wypiciu.
Trunek był delikatnie mdło słodki w smaku, przynajmniej z początku. Po kilku chwilach gardło gnoma zaczęło palić i faktycznie zaczął czuć ciepło we wnętrznościach. - Ptactwo i zwierzyna pouciekały. - zauważył Jor - I to w nie lada popłochu. Nawet robactwo wszelakie zwiało.
- Ty natomiast pokryłeś się… wilgocią. - zauważył alchemik - Nie potem, po prostu jakby ktoś cię wrzucił całego do sauny.
- Hmm… a sny… mieliście jakieś… dziwne?- zapytał gnom krztusząc się.
- Nic niezwykłego. - przyznał mag - Jor i Ori gadali, że śniła im się zwierzyna, którą upolują dla tej zamaskowanej magini, co była z nami. To jednak nic nowego dla nich.
- Ale zwierzyna była dziwna!
- Ano, jeden z tych olbrzymich dwunogich jaszczurów, tylko pokryty piórami!
- Tak, tak pierzasty Tyranozaur… tu. W Rzecznych Królestwach. Nie wypiliście za dużo przed snem?
- Nie istnieje "za dużo".
- Pozatym ci Piekielnicy z zachodu kupują je, może naszemu oponentowi jakiś uciekł.
- Zapytacie go jak go spotkamy. - Inarion pokręcił głową - Więc, nie, żadnych dziwnych snów. Zakładam, że twoje to co innego?
- Koszmar… ale przywykłem. Koszmary to moja codzienność. - Baltizar nie chciał się wdawać w szczegóły, nie teraz przynajmniej. Przeciągnął się mówiąc.- No tak. Skoro się wyspałem, to może wracajmy do domu? Z powrotem do miasta?-
- Brzmi dobrze, nie wiem czy żarcia by nam wystarczało, skoro twój mały rytualik odstraszył zwierzynę. - Inarion zerknął na dwóch barbarzyńców - Zbierajcie obóz, wracamy do Evercrest. Offun przygotuj konie. - ekipa zaczęła zbierać się do wyruszenia.
- Możemy podążyć okrężną drogą, bliżej rzeki jeśli chcecie zapolować w ramach uzupełnienia zapasów.- zaproponował gnom ocierając drżącą dłonią skroń. Wrażenia ze snu jeszcze nie całkiem ustąpiły. Strach… który był mu nieznany na jawie, nadal trzymał go w swoich okowach i Baltizar potrzebował jeszcze kilku chwil by całkiem dojść do siebie.
A potem… miał plany w samym mieście. Osoby do odwiedzenia, pytania do zadania, plany do zrealizowania. Znaleźć drukarza, porozmawiać ze znajomą entuzjastką starożytności Alicją Crawford, dowiedzieć się od Piwonii co do sytuacji w mieście. Odwiedzić świątynię i porozmawiać z bibliotekarką. Zabrać się za infiltrację kolejnej świątyni. O tak… gnom miał dużo planów do zrealizowania.
- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
-
Viktor i Kaylie
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy brama Evercreast stanęła otworem przed wracającą ekspedycją. Strażnicy, zmęczeni, pokryci pyłem, maszerowali w milczeniu, prowadząc uratowanych. Niektórzy poruszali się z trudem, skacząc na każdy cień, inni spoglądali przed siebie pustym wzrokiem, wciąż nie wierząc, że koszmar kopalni dobiegł końca. Na czele szła Filia Blackfyre, jej zbroja uszkodzona, twarz zacięta, ale postawa nieugięta. Za nią Kaylie i Viktor, ich spojrzenia czujne, gotowe na każdą reakcję tłumu.
Wieści o powrocie dotarły do miasta wcześniej – gdy tylko strażnicy z przednich posterunków dostrzegli ekspedycję, po ulicach rozniosły się szeptane modlitwy i okrzyki nadziei. Gdy drużyna przekroczyła mury, pierwszym dźwiękiem, jaki ich powitał, była cisza. Setki oczu spoglądały na nich, szukając znajomych twarzy, licząc osoby w kolumnie ocalonych. Potem ciszę przecięły płacze – radosne i rozpaczliwe zarazem.
Matka, dostrzegając syna, rzuciła się naprzód, wpadając na kolana, obejmując go tak mocno, jakby bała się, że zniknie. Żona jednego z poerwanych, zanosząc się szlochem, pobiegła w stronę pochylonego mężczyzny, przyciskając jego twarz do swojej piersi. Dzieci szarpały ubrania rodziców, wołając ich imiona, nie wierząc, że to prawda.
Ale nie wszyscy mieli kogo objąć. Niektórzy patrzyli po twarzach i nie znajdowali tej jednej, której szukali. Starszy mężczyzna, opierający się na lasce, rozejrzał się kilkukrotnie, a gdy nikt do niego nie podszedł, jego ramiona opadły, a w oczach pojawił się pusty wyraz. Kobieta z czerwoną chustą spojrzała na Filię, jej spojrzenie pełne niemego pytania. Filia nie powiedziała nic – jedynie lekko pokręciła głową. Kobieta zakryła usta dłonią, wstrzymując szloch, po czym osunęła się na kolana.
Strażnicy, nawet ci najsilniejsi, unikali spojrzeń osieroconych rodzin. Zwycięstwo było gorzkie – choć wielu wróciło, wielu także zabrakło. Niektórzy strażnicy stali w milczeniu, inni poszukiwali swoich bliskich, a jeszcze inni, wyczerpani, po prostu chcieli usiąść i zapomnieć.
Na końcu kolumny wlekła się para strażników, ciągnąc wóz z Alchemikiem. Blada twarz szaleńca wykrzywiona była w nieczytelnym uśmiechu, a jego oczy lśniły dziwnym blaskiem. Widząc go, tłum zawrzał. Głosy pełne gniewu i nienawiści podniosły się nad miastem, ktoś rzucił kamieniem, który trafił go w ramię. Alchemik nawet nie zareagował, uśmiechając się tylko szerzej.
Filia uniosła dłoń, a strażnicy ustawili się w szyku, oddzielając więźnia od rozwścieczonych mieszkańców.– On odpowie za swoje zbrodnie – oznajmiła głośno, jej głos przebijał się przez chaos. – Sprawiedliwość zostanie wymierzona.
Powoli, wracający zaczęli się rozpraszać, a emocje zaczęły opadać. Czekały jeszcze raporty, obrady, ciche modlitwy w domach. Lecz tej nocy w Evercreast płonęły nie tylko świece wdzięczności, ale i światła żałoby.
Filia wydała ostatnie polecenia swoim podwładnym i po czym skierowała się do dwójki Azazelitów. Dopiero teraz mogli zobaczyć ból w jej oczach. Pomimo tych, których ocalili, wiele imion przyozdobi puste nagrobki. A komendant czuła to jako osobistą porażkę, a spojrzenie w oczy tłumowi mieszkańców Evercrest tylko ją w tym utwierdziło.
No…- odchrząknęła starając się schować łamiący się głos - No, to tyle. Nasz więzień będzie siedział pod ciągłą obserwacją i oczekiwał na osąd. Powinniście odpocząć, jutro omówimy sprawę z moim ojcem i całym procesem. - chwilę się zastanowiła i wciągnęła powietrze starając się uspokoić emocje - Ah, i powiedzcie Otto, o mojej prośbie z rozmową z waszym przełożonym. Zobaczymy czy będzie mógł nam w tym pomóc.
Baltizar
Słońce już dawno minęło zenit, a cienie rzucane przez mury Evercreast wydłużyły się, gdy mała grupa jeźdźców przekroczyła wzgórze i ujrzała miasto rozciągające się przed nimi. Pył drogi osiadł na ich ubraniach, a zmęczenie malowało się na twarzach. Konie, choć silne, poruszały się wolniej, odczuwając ciężar wielodniowej podróży.
Baltizar jechał na czele, owinięty płaszczem, który chronił go przed zimnym wieczornym wiatrem. Jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co widział, wokół koszmaru, którego ślady próbował odnaleźć. Ale im bardziej zbliżał się do miasta, tym bardziej czuł, że koszmar nie był jedyną rzeczą, która na niego czekała.
Za nim jechał Inarion, obok niego Ofun, który już kilkukrotnie sprawdzał swoje torby, upewniając się, że żadne z jego narzędzi czy eliksirów nie ucierpiały podczas podróży. Bliźniacy, Jor i Ori, spoglądali na miasto z mieszanką znudzenia i ciekawości – Jor rzucił jakąś uwagę na temat tego, jak wiele mięsa będzie w stanie pochłonąć po tym, jak się w końcu dostaną do gospody.
Zbliżając się do bramy, dostrzegli, że miasto było spokojniejsze niż zwykle. Strażnicy patrzyli na nich uważnie, niektórzy z ulgą rozpoznając Baltizara i jego towarzyszy, ale inni mieli w oczach cień zmęczenia. Wieści o ekspedycji rozeszły się po Evercreast, a ludzie wciąż jeszcze trawili wydarzenia ostatnich dni.
– Spóźniliśmy się na świętowanie? – mruknął Jor, rozglądając się po pustawych ulicach.
– Jeśli było co świętować – odparł Inarion, zeskakując z siodła.
Baltizar skinął strażnikom i bez większych problemów został wpuszczony do miasta. Ich cel był jasny – Popielny Dwór.Ulice Evercreast wypełniał zapach palonych świec i kadzideł – znak, że w wielu domach odprawiano modlitwy za tych, którzy nie wrócili z kopalni. Co jakiś czas mijali przechodniów, niektórzy rozpoznawali Baltizara i patrzyli na niego z mieszaniną podziwu i obawy. Był opowiadaczem, człowiekiem, który znał tysiące historii… ale teraz wracał z takiej, którą niewielu chciałoby usłyszeć.
Gdy dotarli do Popielnego Dworu, drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a ciepło wnętrza uderzyło ich w twarze. Światło świec i kominka tańczyło na ścianach, a kilka osób obróciło głowy w ich stronę, oceniając ich stan.
– Stolik. I alkohol. – Ori pierwszy podszedł do Otto, rzucając mu kilka monet.
– I dużo jedzenia – dodał Jor, rozciągając mięśnie.
Ofun bez słowa usiadł przy stole i zaczął coś notować w swoim dzienniku. Inarion oparł się o krzesło masując skronie.A Baltizar? On usiadł ciężko na krześle, pozwalając sobie na chwilę oddechu. Wciąż czuł na sobie ciężar podróży, ciężar myśli, których nie mógł się pozbyć. Gdzieś w okolicy były ruiny jego ludu, ruiny, które mogły mieć odpowiedzi na męczące go pytania.
Ale to był problem na później.
Teraz czekało ich jedzenie, odpoczynek i noc pełna cieni.- Wróciłeś. - słodki głos Piwonii wybił go z zadumy - I śmierdzisz rybą. - blondynka skomentowała z niesmakiem, siadając obok gnoma - Spuszczam cię z oka na kilka dni i już szukasz sobie uciech u innych? - przytyk córki karczmarza nie miał w sobie jadu, a jedynie drobne droczenie - Czuję też kurz… zyskałeś jakieś odpowiedzi?
-
Viktor ujął siostrę za barki spoglądając zdecydowanie w jej oczy.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?
Zapytał, pokrzepiająco wstrząsając jej ramieniem, jakby chciał ją delikatnie wybudzić ze złego snu. - Tak, tak. - zgodziła się komendant - Zawsze jednak… myślisz, że mogłeś więcej. Nie czekać tak długo, zebrać więcej ludzi… COŚ. Zawsze będę to miała z tyłu głowy.
- To tylko “złe myśli”. Przygotowałaś tę wyprawę w dzień. Tygodniowy przemarsz. Czterdziestu ludzi pod bronią i potencjalnie ćwierć setki rannych i chorych do przetransportowania. Wiesz lepiej niż ja jak bezmyślne byłoby wyruszenie bez tych przygotowań… a więcej ludzi by w żadnym momencie nie pomogło. Nawet post factum, znając wydarzenia, nie mogłaś zrobić nic lepiej, poza może wywróżeniem z fusów gdzie alchemik miał kryjówkę… a nie… przed tym też był zabezpieczony.
Viktor obrócił Filię i palcem ręki, wyciągniętej nad jej barkiem, wskazał scenę ojca na kolanach, objętego przez czwórkę jego dzieci. Żadne nie mogło mieć więcej niż dziewięć lat i wszystkie płaczem wylewały z siebie tygodnie strachu, rozpaczy i przedwczesnej żałoby. - Patrz na nie. Oddałeś im tatę. Zmieniłaś ich życia. Uratowałaś od głodu, zimna i choroby. Może córkę od sprzedawania się. Może synów od złodziejstwa i rozbójnictwa. Uratowaliśmy życia dwóch dziesiątek porwanych, ale życia które ZMIENILIŚMY są bliższe setki, albo niepoliczalnych tysięcy, jeśli liczyć przyszłe pokolenia, które dzięki nam będą miały drastycznie lepszy start. I to licząc tylko tych co teraz uratowaliśmy. Nie tych których by jeszcze porwał.
Viktor puścił Filię, czując, że jego bliskość może zrobić się niekomfortowa i cofnął się o krok. - Ostatecznie… jesteśmy tylko ludźmi. Nie mogę pomóc wszystkim, ale mogę pomóc wszystkim którym tylko mogę - wyrecytował starą maksymę, którą usłyszał od pewnego paladyna w przeszłości.
Kaylie nie zabrała głosu pozwalając prawnikowi mówić. Wiedziała, że jej słowa mogłyby napsuć tutaj, więc powstrzymała się przed nimi.
Nie podobało jej się, że do tego Filia ciągle chce rozmawiać z Azazelem. Arkanistka wolałaby mieć o wiele mniej sytuacji, gdy ten diabeł będzie miał obecność na Planie Materialnym... Ciągle czuła się bardzo niekomfortowo z myślą, że należy do niego.
Filia spojrzała w niebo, powtarzając sobie cicho słowa Viktora.
- Ma to sens, ale… - pokręciła głową - Nie, gdybanie i wiercenie sobie w brzuchu nic nie przyniesie. Muszę pójść do łóżka i patrzeć w sufit, aż nie usnę. - spojrzała na swojego brata i jego kochankę - Dziękuję wam jeszcze raz za pomoc. Też idźcie odpocząć, zasłużyliście.
Viktor kiwnął głową. Przez chwilę chciał jej przypomnieć, że mają do przeprowadzenia rozmowy o doktrynie Azazela przed spotkaniem… ale na pewno pamiętała.
- Nie zadręczaj się. Jakbyś chciała z kims pogadać i była dość zdesperowana, to wiesz gdzie mnie szukać… Widzimy się.
Kwadrans później, na kolejnym z rozwidleń drogi, Viktor objął Kaylie w talii i ucałował ją krótko.
- Mam kilka rzeczy do załatwienia w mieście. Wrócę do Dworu za kilka godzin, ale mam jeszcze pracę, więc nie czekaj na mnie.
Kaylie zatrzymała się nagle jak jej kochanek objął ją i ucałował. Wcześniej była milcząca i po prostu przyjmowała co los na nią nakładał. Teraz delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, który jednak lekko zanikł, gdy mężczyzna powiedział jaki jest powód zatrzymania.
- Ja... - zawahała się nim pozbierała się do kupy - Ja nic nie zrobiłam nie tak, prawda?
Obawa była wciąż obecna. Czy czymś go uraziła? - Nie, nie nienie… - zaprzeczenie było zdecydowane, z przekonaniem w głosie - Wszystko jest w porządku. Po prostu mam rozmowę do przeprowadzenia, zamówienie do złożenia, plotki do poznania i część z moich kontaktów woli być anonimowa, no a potem dalsza praca-praca. Wiele jest rzeczy do zrobienia na mojej liście. Jeśli byś chciała to mogę, po drodze, zajrzeć do ciebie i ucałować na lepszy sen, hmmm?
- Nie powinieneś pracować bez odpoczynku tylko magią się wspierając. - powiedziała poważnie acz już uspokojona słowami Khala - Na tym nie można działać bez prawdziwego odpoczynku. W końcu twoje ciało zapłacze. - mówiła trzymając jego dłonie w swoich.
Viktor uśmiechnął się ciepło, nie do końca wiedząc jak przyjąć przejęcie jego cyklem dobowym. - To nie tylko magia… na długo nim ją posiadłem, piąłem się na swoje szczyty, rzadko przesypiając zdrowe sześć godzin dziennie. Znam swoje limitacje i szanuję je jak zaakceptowane kalectwo… - Niski chichot zadudnił w piersi Viktora wesoło - Nie martw się o mnie. Nie pracuję tu wcale intensywniej niż przez ostatnią dekadę. Dam radę.
- To nie jest wystarczające. Khal, ty tak krzywdzisz swój organizm. Nie jesteś już przerażonym młodzieńcem, co chce dostać się do miejsc za wysoko na jego urodzenie. - ujęła policzek Khala w swoją dłoń w takiej prawie matczynej trosce - Czas twojej walki o pozycję z nizin pospólstwa na salony doszedł końca. Teraz to salony grzeją ci pościele.
Viktor ujął jej dłoń i ucałował długo… tak naprawdę kupując sobie czas. Za nic nie wiedział co na to odpowiedzieć… i jak zwalczyć poczucie… krępacji? - Niestety tego privilegium się dobrowolnie zrzekłem - odpwiedzial drapiąc się po skroni, ze spojrzeniem skierowanym gdzieś nad jej barkiem - Opuściłem moje Salony, by zacząć budować coś nowego i praktycznie jestem teraz w Punkcie Zero. Więc to precyzyjnie jest moment mojej walki o pozycję i szlag mnie strzeli jeśli miałbym wyciągnąć z niej mniej niż miałem w Egorianie. Doceniam, że się o mnie martwisz, ale potrzebuję byś zaufała mi, że wiem co robię. Możesz to dla mnie zrobić? - zapytał z łagodnością, ale też najdelikatniejszym naciskiem.
Kaylie uchwyciła jego twarz między swoje dłonie. - Mogę zaufać, ale postawię granicę. Jeżeli będziesz ją przekraczał... To po prostu za ucho cię na piętro zaciągnę do snu i protesty będą zagłuszone obijaniem się o schody.
- Omówimy to gdy do tego dojdzie - nie-odpowiedział i pocałował ją krótko - A teraz bym leciał. Mam dużo do zrobienia.
- Idź, idź... - westchnęła odprawiając go - Pewno już czekają.
Viktor ucałował ją jeszcze, tym razem między brwiami i odszedł szybkim krokiem.
Dużo… dużo do zrobienia.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?