Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Oryginalny tytuł: Tura 40 - 2521.05.04; bkt; zmierzch
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch
Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, pogodnie, powiew; ziąb (0)Wszyscy
Po tym jak ostatnie walki piechociarzy skończyły się a konni łowcy czarownic przepędzili grupki kopytnych ci pierwsi mogli rozeznać się w sytuacji. Wyglądało, że walki się skończyły. Żadna z leśnych bestii nie stawiała już oporu. Co prawda niektóre czmychnęły w leśne ostępy ale mieli na karku ścigających ich konnych. A nawet zwinne, koźlonogie dwunogi nie powinny być szybsze od konnych. Ale jak szedł ten pościg to już spod zasieki nie było widać. Okazało się, że poza zawalidrogą nie kryją się żadne inne grupy rogaczy. Więc myśliwi doszli do wniosku, że kto miał się tu na nich zasadzać to już to zrobił. Można było zająć się tym co zostało na pobojowisku. Z obu flank doszły okrzyki i Duivela i Stefana o rannych towarzyszach. Kolesnikow krzykiem kazał jednej swojej czwórce ludzi obsadzić czujki wokół zgrupowania aby uniknąć przykrych niespodzianej. A z pozostałymi podszedł aby sprawdzić jak to wszystko wygląda.
- Dzielni chłopcy. Mężnie stawali. - rzekł ze smutkiem widząc zagryzionych i rozszarpanych wilczymi kłami Tomasa i Jurgena. Przyklękł przy nich, sprawdził oddech ale szklisty wzrok na zmasakrowanych, bandyckich twarzach wskazywał, że nie ma już dla nich nadziei. Potem ruszył na przeciwną stronę aby zobaczyć jak to wygląda u łuczników i włóczników. Tu też mieli straty. Los Karla wydawał się już przesądzony ale starszego Wieslera jeszcze rokował, że może da się go uratować.
- Dawać chłopcy! Brać się za namioty! Rozbijać! A ty i ty rozpalcie ognisko i przygotujcie wody! - krzyknął na swoich ludzi wspierając tym prośbę swojego imiennika. Widocznie zawierzył jego umiejętnościom cyrulika. Ubrani w brązy i zielenie banici rozbiegli zdawałoby się chaotycznie po okolicy. Ale jednak widać było, że mają w tym wprawę. Ścinali gałęzie na szkielet namiotu, rozpięli wyjęte z plecaków płachty, rozwiesili je na tej konstrukcji, wbili pętle w ziemię aby sie trzymały. A inni znaleźli jakiś strumyk i nieśli w kociołkach używanych normalnie do gotowania strawy wodę. Ogień też udało im się całkiem sprawnie rozpalić. Gdzieś na tym etapie zastali ich powracający z leśnych ostępów łowcy czarownic Brurchalda Munzela.
- Sierżancie proszę do mnie. - odezwał się z siodła ponury łowcza czarownic wzywając do siebie Kolesnikowa. Ten ruszył do niego niezwłocznie ale znów widać było jawną obawę wypisaną na twarzy jaką budził w nim ten konny przedstawiciel profesji o strasznej reputacji. Tym razem jednak dowódca łowców chciał raportu jak poszło piechociarzom.
- Trzech zabitych, kilku rannych. Właśnie chłopcy ich łatają wasza miłość. - odparł usłużnie herszt banitów wskazując na właśnie rozbite namioty i grupkę poszkodowanych jaka się wokół nich zebrała. Złowieszczy konny nie skomentował tego słowem tylko w milczeniu obserwował swoim bacznym spojrzeniem grupkę. Mało kto był w stanie zdzierżyć jego spojrzenie i jakoś dziwnym trafem większość spoglądała akurat w inną stronę.
- Harold pomóż im. - rzucił krótko do jednego ze swoich ludzi. Starszy mężczyzna skinął głową i zsiadł z siodła. Odpiął z olstrów jakaś torbę i podszedł do namiotu. W nim już Stefan rozkładał swoje narzędzia a Duivel czekał aby się zabrać do pomocy.
- Witam. Widzę, że będziemy dzisiaj razem pracować. - rzekła na przywitanie też stawiając przy sobie swoją torbę. - Ładne cacko. - rzekł z uznaniem gdy widocznie poznał się na jakości jego przyborów cyrulika jakie niedawno kupił w Lenkster. Potem jednak mieli sporo pracy w tym improwizowanym punkcie opatrunkowym. Rannych było całkiem sporo. Od drobnostek z jakimi skończyli Tobias czy młodszy Wiesler po krytyczny stan w jakim był starszy Wiesler. Przez co niezbyt zdawali sobie sprawę co się działo poza płachtami namiotu. Na trzy pary rąk jakie znały się na tej robocie to faktycznie szło to znacznie sprawniej. I było widać, że Harald nie robi tego pierwszy raz, widać było w jego postawie i ruchach.
- Dobrze stawaliście przeciwko przeważającemu liczebnie wrogowi. Tak właśnie trzeba. Bez strachu i wątpliwości stawać przeciwko odwiecznemu wrogowi. - łowca heretyków chociaż nie tracił nic ze swojego złowieszczego wyglądu to jednak zaskoczył piechociarzy gdy oszczędnie ale jednak ich pochwalił. Stefanowi wyraźnie ulżyło i się nawet trochę rozpogodził. Zwłaszcza jak większość łowców zsiadła z koni i zaczęła oglądać pobojowisko. Tak zabitych imperialnych jak i wrogów. Coś sobie pokazywali, rozmawiali półgłosem ale nikt z myśliwych za bardzo nie miał ochoty wchodzić im w paradę i mimo pochwały z ust ich szefa trzymali się na zauważalny dystans. Co chyba odpowiadało obu stronom bo ludzie Munzela też jakoś za bardzo nie dążyli do fraternizacji. A każdy z nich wydawał się być spod innej gwiazdy ale każdy wyglądał na krzepkiego i bystrego. Krzepki osiłek z dwuręczem w olstrze. Zamaskowany mężczyzna z łukiem albo młoda kobieta. Wyglądali na całkiem zgranych i, że wiedzą co robią chociaż niekoniecznie mieli ochotę się tym podzielić. Zwłaszcza ciała zabitych zwierdzoludzi zdawały się przykuwać ich uwagę.
Ich grupka jeszcze rozprawiała o czymś półgłosem gdy od strony drogi dał się słyszeć okrzyk czujki - Ktoś jedzie! - co postawiło na nogi wszystkich co nie byli w namiocie z rannymi. Po chwili i reszta jak spojrzała wzdłuż drogi dojrzała jakichś konnych wyłaniających się zza zakrętu. Od strony Speck skąd sami przybyli. Jeszcze trochę niepewności i dało się rozpoznać charakterystyczne krótkonogie kuce górali. A po chwili podjechali na tyle blisko, że okazało się, że to Eponia i pół tuzina gebirgsjaeger prowadzone przez Gretę. Przybyli już ze dwa albo trzy pacierze po zakończeniu walki. I przywieźli wieści, że reszta regimentu maszeruje za nimi no ale oczywiście jak była tam prawie sama piechota i jeszcze nieruchawe wozy taborowe to musiało trochę potrwać zanim tu dotrą. Sami zaś byli ciekawi co tu się stało. Ale Munzel nie był zbyt wylewny.
- Uprzątnijcie to. Trzeba zrobić przejście dla reszty regimentu. - rozkazał Munzel wskazując na świeżo ściete gałęzie jakie ustawiono w zawalidrogę. Przez co nie dało się tą leśną drogą przejechać swobodnie. Greta nie zamierzała dyskutować z groźnie wyglądającym łowcą czarownic i szybko wskazała na swoich górali. Ci z pomocą swoich kucy albo rąk zaczęli metodycznie rozwalać tą przeszkodę.
Medycy uporali się w końcu ze swoimi poszkodowanymi. Harald skłonił głową obu towarzyszom i zaczął obmywać zakrwawione ręcę. Gdy skończył zwrócił się do Stefana. - Widzę, że jesteś bardzo zaangażowany. To dobrze. Myślę, że to może ci się przydać. - powiedział wyjmując ze swojej torby jeden flakon i podał go włócznikowi. Gdy ten przeczytał etykietę zorientował się, że to podobna mikstura jak niedawno zużył aby wyratować Albrechta. Łowca zaś wyszedł na zewnątrz wracając do swoich towarzyszy. Ostatecznie udało im się ustabilizować stan rannych ale o ile ktoś nie był ledwo draśnięty to stan pozostałych wyglądał na całkiem poważny. Szczęśliwie udało się Lindarę postawić na nogi tak, że wydawała się w prawie jakby wcale nie oberwała podczas walki. Więcej w tej chwili nie byli w stanie zrobić. Zostawało poczekać do rana i modlić się do bogów aby byli łaskawi dla poszkodowanych.
Minęło jeszcze ze dwa czy trzy pacierze. Gdy czujki znów dały znać, że ktoś nadchodzi od strony Speck. Tym razem była to piechota. I jak szybko się okazało były to główne siły regimentu von Falkenhorst. Co wywołało widoczną falę ulgi i radości u myśliwych i górali widząc czołówkę macierzystej jednostki. Zgiełk wielu dziesiątek nóg, odgłosy zwierząt, wozów czyniły swojski tumult. Zaś gdy czoło dotarło do już prawie rozwalonej zasieki doszło do spotkania dowódców. Munzel bowiem bez ceregieli podjechał do czołówki i zapytał głośno kto tu dowodzi. Po chwili gdzieś z centrum nadjechały konno obie szefowe. Stefan stał niepewnie nieco z boku nie bardzo chyba wiedząc co powinien zrobić przy takich szarżach o wiele wyższych od niego. Więc podobnie jak jego zbóje obserwował to spotkanie pół tuzina konnych łowców i dwójki szefowych w eskorcie dwojga niedawno zwerbowanych rycerzu i paru gebirgsjaeger na swoich górskich kucach.
- Petra von Falkenhorst. I Inez von Muller. W służbie margrafa Walthera von Falkenhorst. - z duetu dowodzącego Petra jak zwykle pierwsza zabrała głos przedstawiając siebie i swoją towarzyszkę. O ile Inez w swojej sukni wyglądała niczym jakaś szlachcianka lub uczona na konnej przejażdżce to jej koleżanka w czerwonej brygantynie jaką kupiła w Breder sprawiała wrażenie konnej kuszniczki lub najemniczki. Tylko oficera a nie takiej pierwszej, lepszej.
- Brurchald Munzel. W służbie Sigmara pod patronatem Oczyszczającego Płomienia. - odparł oschle dowódca łowców czarownic jakby rozmowa z oficerami nie robiła na nim większego wrażenia. Za to teraz obie młode szefowe jakby zbladły gdy zorientowały się z kim rozmawiają. Ale obie panowały nad sobą lepiej niż Kolesnikow co miał maniery prostego zbója rabującego na traktach i nie był zbyt subtelny w obyciu.
- Ah tak. Miło nam niezmiernie. - powiedziała szybko Petra próbując jakoś zatuszować ten moment utraty pewności i wymiany szybkich spojrzeń z koleżanką.
- Cieszymy się, że dobrzy bogowie spotkali nas ze sobą w tak trudnych czasach. Dostałyśmy wiadomość o zasadzce zwierzoludzi więc spieszyliśmy jak się dało aby was wesprzeć. A jeśli można zapytać waszą miłość co sprowadza w te strony? Bo w Ristedt nic nam o was nie mówili. - Inez za to jak zwykle okazała się bardziej elokwentna od koleżanki i udało jej się z gracją przełknąć to z kim mają do czynienia.
- Śledztwo. Właśnie o tym chciałbym z wami porozmawiać. - odparł niewzruszony pogromca heretyków. Obie szlachcianki spojrzały po sobie i pokiwały zgodnie głowami.
- To zapraszamy do naszego wagonu. Tam nam nikt nie powinien przeszkadzać. - Petra zaprosiła łowcę gestem w dal stojącej już kolumny. Ten skinął głową i ruszyli wzdłuż niej. Zaś po ich odjeździe jakby i u obserwatorów napięcie chociaż trochę opadło.
- Nic dobrego z tego nie będzie. Z tymi fanatykami zawsze są kłopoty. Zawsze znajdą paragraf aby kogoś powiesić albo spalić. - zajęczał cicho Kolesnikow do swoich towarzyszy. Chociaż ulżyło mu, że to nie na nim już skupia się uwaga łowców to jednak miał mało szczęśliwą minę.
- Teraz to już szefowe się nim zajmą. To już nie nasza sprawa. - rzekł z nadzieją Urlich też odprowadzając wzrokiem odjeżdżającą trójkę.
- Co tu się działo? - w międzyczasie podjechał do nich Erik i cicho zapytał wskazując na już prawie rozwaloną zasiekę, trupy ungorów i trzy przykryte kocami ciała zabitych myśliwych. No i na barwną grupkę łowców czarownic jaka wciąż tu się kręciła. Aby się lepiej rozmawiało podał im swój bukłak. Pełen jak się okazało jakiejś owocowej nalewki, nieco kwaskowatej w sam raz do gaszenia pragnienia. A i ponad prześwitami mrocznego lasu widać było błękit nieba jakby się przejaśniło. Kolesnikow i jego grupa mieli okazję porozmawiać nie tylko z Erikiem ale właściwie z każdym z kolumny.
Po jakimś czasie widać było jak Munzel wrócił z powrotem na czoło kolumny dołączając do swojej grupy. I o czymś z nimi rozmawiał. Zaś posłaniec wezwał do wagonu szefowych Kolesnikowa i chyba wszystkich dowódców oddziałów bo widać było jak tam idą wzdłuż kolumny. Czarnobrody cmoknął niezbyt ucieszony, splunął przez ramię i bez słowa ruszył na to wezwanie.
Mechanika 40
Leczenie ran (INT + Leczenie)
Stefan INT 45
pomoc Duivela +10
pomoc Harolda +10
stan rannych 0/-10/-20/-30/-40Tobias; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 13+4=15/15 HP (s.zdrowy; mod 0)
Johan; mod -30 > remis = -1+k6 > +2 HP = 2+2=4/12 (s.ciężki; mod -20)
Olaf; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 10+4=12/12 HP (s.zdrowy; mod 0)
Albrecht; mod -40 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 0+2=2+3=5/12 HP (s.ciężki; mod -20)
Pies 1; mod -30 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 2+1=3/10 HP (s.ciężki; mod -20)
Pies 2; mod -30 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 2+5=7/10 HP (s.ranny; mod -10)
Lindara; mod -10 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 5+5=10/10 HP (s.zdrowy; mod 0)
Kolesnikow 1; mod -20 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 6+1=7/12 HP (s.ranny; mod -10)
Kolesnikow 2; mod -20 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 5+2=7/12 HP (s.ranny; mod -10) -
Stefan podniósł wzrok znad opatrywanego przez siebie i Duiviela Albrechta słysząc słowa powitania od jednego z pomocników łowcy czarownic który jak widać chciał im pomóc z rannymi, Stefan uśmiechnął się z wdzięcznością wymalowaną na twarzy:
- Witam. Dziękujemy za pomoc! - na tym jednak zakończył uprzejmości przechodząc od razu do rzeczy wskazując na rannego - Mamy tu kilka ran, poważnym problemem jest ta rana głowy, jeśli nie zatrzymamy…
Stefan otarł twarz przedramieniem mając nadzieje że to nie jest całe pokryte krwią i brudem chwile po tym jak skończyli opatrywać ostatniego rannego, był zmęczony i w pełni świadom tego, że w wielu wypadkach nie popisał się podczas leczenia… z drugiej strony nikt nie umarł w namiocie i raczej nie zapowiadało się na to żeby miał umrzeć więc nie poszło mu tragicznie.
Ukląkł i odmówił dziękczynne modlitwy zarówno do Sigmara jak i Pani Miłosierdzia. Nieznany mu medyk właśnie skończył myć zakrwawione dłonie i odezwał się do niego z pochwałą, Stefan w odpowiedzi uśmiechnął się ewidentnie zakłopotany i odparł:- Nie bardziej zaangażowany nich Pan czy Duiviel…nie było dotąd czasu się przedstawić, nazywam się Stefan Jaeger, jeszcze raz dziękuję za pomoc - wyciągnął do medyka rękę szybko przypominając sobie, że jest cały w krwi i zatrzymując rękę z przepraszającym spojrzeniem po którym natychmiast zabrał się za zmywanie krwi.
Przy tej czynności podszedł do niego wspomniany medyk z swoim cennym prezentem dla niego.
- Dziękuję, Panie, nie zasłużyłem, ale obiecuję dobrze ją wykorzystać… - zażenowany tak drogim prezentem Jeager odłożył cenną miksturę na ziemię i zaczął myśleć jak mógłby się odwdzięczyć swemu dobrodziejowi:
Nie mam nic równie cennego ale może przydałyby się wam jakieś zioła, mam trochę w swoich zapasach na wozie w regimencie?
Chwilę po tym gdy medyk łowców czarownic ich opuścił Jaeger podszedł do Duiviela z miksturą którą otrzymał przed chwilą:
- Dziękuję Ci za świetną pomoc przy rannych Duivielu…to powinno przypaść Tobie- powiedział wręczając miksturę elfowi z którym może zbytnio się nie lubili ale Jeager nigdy nie zapomniał jego pomocy na bagnach i chciał w końcu chociaż trochę zacząć spłacać swój dług wdzięczności wobec niego.
Jeager spędził jeszcze chwilę przy namiocie z rannymi czyszcząć i porządkując swój sprzęt medyczny. Po czym podszedł do każdego z zaangażowanych w udzielanie pierwszej pomocy i przyszykowanie punktu opatrunkowego aby im podziękować za pomoc. Przy okazji rozpytał się czego dowiedzieli się w międzyczasie o okolicy inni, w czasie kiedy on był skupiony na leczeniu. Po tym poprosił Olafa o pomoc i razem z nim i Azurem udał się do ruin aby przeszukać je dokładnie.
Wśród rozpadających się murów to młody Wisel zamienił się w mistrza i przewodnika natomiast Jeager stał się jego uczniem z uwagą przyglądającym się Olafowi kiedy ten badał różne zakamarki ruin w poszukiwaniu jakiś ukrytych rzeczy. Widać było że skupienie się na tym zajęciu było dla niego dobrym sposobem na odwrócenie uwagi od krwawego starcia które dopiero co stoczyli oraz ciężkich ran które odniósł jego ojciec.Jeager zebrał w sobie całą dostępną odwagę i ruszył w kierunku przywódcy łowców czarownic aby porozmawiać z nim. Podchodząc do ponurego mężczyzny zasalutował:
- Panie, chciałem podziękować za pomoc zarówno w walce z Pomiotami jak i za przysłanie swojego medyka do pomocy- Jeager pochylił głowę przed łowcą czarownic w geście wdzięczności. Po tym z lekkim wahaniem odezwał się ponownie starając się spojrzeć na łowcę i nie okazywać strachu:
- Muszę także ośmielić się zapytać o waszego więźnia Theoberta…wcześniej nie było na to czasu Panie, bo musieliśmy oczyścić tą przesieke z pomiotów, ale teraz chciałem się Panie spytać czy można jakoś pomóc w rozwiązaniu jego sprawy? Słyszałem że sierżant Kolesnikow pokrótce opisał Panu sprawę wcześniej. Jeśli chciałbyś Śledczy to mogę opisać całą naszą drogę tutaj i wszystkie zajścia przy posągu Naszego Pana Sigmara i jak to wyszło że Theobert został tam aby zająć się posągiem. Jeśli będziesz chciał Panie to mogę także spisać zeznanie na piśmie…tylko że do tego będę potrzebował poczekać na przybycie reszty regimentu i zabrać stamtąd swoje przybory do pisania. -
Elf zajął się swoją ranną kuzynką. Dwójka trupów mogła poczekać... i tak nic więcej nie można było zrobić. Ich tymczasowy dowódca w końcu zaczął zarządzać grupą, nawet podszedł w miejsce gdzie Tomas i Jurgen leżeli bez ruchu. Wyglądało jakby chciał się upewnić, że na pewno nie da się już im pomóc.Jedyna rzecz jaką można było zrobić dla martwej dwójki, to godnie ich pochować. To też musiało zaczekać, gdyż Stefan zaczął organizować sprzęt i namioty, by pomóc innym poszkodowanym.
Do Duivela i Jeagera dołączył jeden z łowców czarownic. We trzech 'prace' szły dość szybko. Elf w pewnym momencie zagadał do Harolda.
- Powiedz mi szanowny łowco, jak rozpoznajecie heretyków? Bo powiem szczerze, że ten cały Theo, którego pojmaliście przy przewróconym pomniku, to niedawno do nas dołączył i przez ostatni miesiąc nie widziałem nikogo aż tak żarlwiie przemawiającego w imię Sigmara. Zdziwiłem się widząc go podejrzanego o zniszczenie posągu, a nawet lekko rozbawiło biorąc pod uwagę poziom jego wiary. Bo wiesz, ja mogę za niego poświadczyć. Charakter ma trudny, ale potrafił nas wszystkich zmotywować żarliwą modlitwą- .
W trakcie rozmowy zdołali podleczyć kolejną osobę i pracowali dalej.
Lindara w tym czasie, z nowymi siłami, poszła na czaty wraz z jednym z ludzi Kolesnikova. Z jednej strony była ciekawa czy pomioty chaosu nie szykują kolejnej zasadzki, a z drugiej chciała zobaczyć czy jej siostra przypadkiem nie wraca z odsieczą. Okazało się, że Elfka miała dobre przeczucie, gdyż po kilku chwilach, krzyknęła - Ktoś jedzie! - . Dało wyczuć się entuzjazm w jej głosie, gdyż ewidentnie słyszała odgłos końskich kopyt. Raczej łatwo było odróżnić ten stukot od różnych pół-ludzi z lasu, którzy przecież często również mieli kopyta.
Eponia wróciła cała i zdrowa i była wielce uradowana, że jej siostra również jest w dobrym stanie, choć ubranie wskazywało na coś innego. Ich powitanie szybko przerwał Munzel - dowódca łowców czarownic - który wydał rozkazy. Mimo, że nie był jakkolwiek związany z grupą Petry, to wszyscy grzecznie posłuchali, łącznie z Gretą, która przecież zarządzała wszystkimi gebirgsjaeger. Jako, że Lindara stała teraz koło nich, to również poszła wykonać polecenia Munzel'a.
Duivel wykorzystał wolną chwilę, by bardzo dokładnie przyjrzeć się ruinom w których już wcześniej był. Przeszukał też najbliższe okolice, gdzie trwały walki, a następnie drogę ucieczki i gonitwy. Może akurat któryś z łowców przeoczył coś drogocennego, bądź ważnego. Wrócił do grupy, gdy przybyła Petra, Inez i cała reszta wojaków. Serdecznie uśmiehnął się do Sorokiny, gdy ta przechodziła obok i z dużym uśmiechem skinął głową. Szybko znalazł też Alezzię i nowego maga. Zbliżył się do nich i zagadał z pewną dozą nieśmiałości, ale wzrokiem nie uciekał od ich spojrzeń
- Szanowni magowie, mamy kilku rannych, niektórym z nich przydałaby się dodatkowa pomoc. Proszę, jak zechcecie pomóc, to tam jest namiot w którym leżą ranni... - tu Duivel wskazał w kierunku prowizorycznej siedziby medyków.
Elf następnie udał się do swoich przyjaciół, uściskał się z Leni, która od razu poczęstowała go jakimś zachomikowanym jedzeniem, Kargun już zabrał się do naprawy zbroi uczestników walki, ale znalazł czas na przyjacielski uścisk dłoni z elfem. Na koniec Mund-naru znalazł Feliksa, którego odesłał do namiotu z rannymi, gdyż jako lekarz-amator mógł się w końcu wykazać. Może jeszcze nie dziś, ale jutro rano z pewnością będzie dużym wzmocnieniem 'sanitariuszy'
Elf zauważył zgromadzenie ludzi, gdzie Kolesnikov chyba zaczął opowiadać o wydarzeniach podczas zwiadu. Posłaniec zakłócił opowieść, wzywając Stefana do Petry i Inez. Duivel podszedł do Erika, poprosił o łuka trunku z bukłaku i oznajmił, że chętnie dokończy opowieść o walkach z pomiotami chaosu...
-
Oryginalny tytuł: Tura 41 - 2521.05.04; bkt; zmierzch - wieczór
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch - wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Wszyscy

link: https://i.imgur.com/PoT66tQ.jpeg
Pod mroczne już niebo czasem strzelały iskry z ognisk. Większość drewna jakie udało się zebrać na ogniska była wilgotna więc nie było to dziwne. Tak samo jak to, że mocno dymiły a całkiem silny wiatr niósł ten dym w stronę obozowiczów, namiotów i niknął gdzieś w zapadających ciemnościach coraz mroczniejszego lasu. Trochę bowiem czasu minęło odkąd szefowe naradziły się z łowcami nagród a potem wezwały do siebie dowódców poszczególnych oddziałów. Co tam było mówione to ludzie Kolesnikowa dowiedzieli się gdy czarnobrody herszt leśnych banitów wrócił z tego zebrania.
- Idziemy dalej. Niedaleko ma być jakaś polana. Tam rozbijemy się na noc. Jutro ruszymy dalej do Wendorf. - Stefan nie bawił się w finezję i po prostu streścił im co tam było na tym zebraniu. Z rachunków bowiem wynikało, że do miasta był może dzwon, może, dwa, może trzy marszu. Właściwie nie tak daleko. Pewnie byłaby szansa dotrzeć tam do zmroku. Tylko właśnie do zmroku też było podobnie. Więc gdyby im się nie poszczęściło i okazali się wolniejsi albo cel podróży był nieco dalej to trzeba by już maszerować w zapadającym zmierzchu lub rozbijać się na noc w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach. A do tego czynnikiem trudnym do przewidzenia była aktywność zbrojnych band zwierzoludzi w tym terenie. Czy to były już forpoczty armii najeźdźców czy jakieś lokalne bandy tego nikt nie był pewien. Ale ich aktywności jaką się dzisiaj wykazali też nie dało się pominąć w tych rachubach. I biorąc to wszystko pod uwagę dowódcy wielu oddziałów woleli przenocować i nie pchać się w ciemno do przodu a obie szefowe przychyliły się do tego zdania.
Po całym dniu marszu nogi już domagały się odpoczynku a żołądki jedzenia. Więc i zwykli żołnierze chętnie powitali myśl, że spoczynek będzie prędzej niż później. Gdy dowódcy zadęli w gwizdki kolumna zebrała się w sobie i ruszyła dalej. Myśliwi Kolesnikowa szli teraz wzdłuż niej pojedynczo albo parami aby zabezpieczyć bardzo rozciągniętym szpalerem czujek przed przykrymi niespodziankami. Zaś konni górali przejęli rolę oddziału czołowego. Zwykle od frontu kolumny nie było ich widać.
Tak przeszli z pacierz, dwa lub trzy zanim dotarli do polany jaka była w stanie pomieścić chociaż większość kolumny. Tutaj po kolei wchodziły kolejne oddziały i szukano miejsca na noc. Powstał typowy dla każdego wieczoru rozgardiasz. Część wojaków poszła w obrzeża lasu szukać drewna na ogniska, część rozbijała namioty, inni palikowali zwierzęta, kuchnia szykowała się do przygotowania posiłku a ostmarscy ochotnicy Glazkowa zostali wyznaczeni jako straż tego wszystkiego. Zanim z tym wszystkim się uporano dzień rzeczywiście skończył się i ponad głowami zaczął się zmierzch. Coraz mniej było światła słonecznego a coraz więcej tego od ognisk. Zerwał się jednak całkiem silny wiatr jaki szarpał kapturami, włosami i płachtami namiotowymi. No i nawiewał ten dym z ognisk prosto w twarz. Jednak ogień koił oko i ducha, grzał zmarznięte dłonie a w miskach parowała gorąca strawa. Ta przyjemnie spływała po przełyku do żołądka gdzie syciła i rozgrzewała od środka. Nawet jeśli kasza z gęstym sosem, kawałkami kiełbasy nie była zbyt wyrafinowana to jednak spełniała swoje zadanie. Pomagała odpocząć po tych wszystkich dzisiejszych trudach marszu przez tą dziką krainę. Podobnie jak ogień przed namiotami i obecność towarzyszy, także tych z innych oddziałów. Teraz była okazja aby porozmawiać z nimi czy przemyśleć sobie wcześniejsze rozmowy.
Starszy wiekiem cyrulik od łowców czarownic wyraził uprzejme i stonowane zainteresowanie ziołami jakie Stefan mógłby użyczyć. Chociaż bez wylewności. Zresztą później się rozstali gdy Harold wrócił na grzbiet swojego wierzchowca i grupy swoich kamratów.
Podobnie razem z elfem wpadli na pomysł aby rozejrzeć się po ruinach. Sądząc po kształcie i wielkości musiał to być kiedyś przydrożny zajazd czy coś podobnego. Kamienne ściany wciąż jeszcze w większości stały chociaż dawno porósł je mech, kępki trawy, zarosły krzakami i wyrosło jakieś drzewko a zamiast podłogi miały dywan z przegniłych liści jaki szurał przy każdym kroku. Trochę obok znaleźli zarys fundamentów czegoś większego, pewnie stajni. Obecnie już w ogóle nie widocznej spod warstwy trawy i liści zalegających na dnie lasu. Póki się o nie ktoś nie potknął. Sądząc po widocznych osmaleniach na starych belkach to zapewne budynek się spalił. Dawno temu.
A jednak gdy już mieli wracać to w głębi lasu dostrzegli jakąś plamę koloru jaka nie pasowała do tego ponurego dnia lasu. Gdy ostrożnie podeszli bliżej dostrzegli barwę ubrania. To był jakiś człowiek przywiązany do pnia jednego z drzew. Właściwie jego ciało. Bezgłowe ciało. Brudne, zakrwawione i widocznie poddane torturom co świadczyły liczne rany. Czarno - biała kratownica ubrania sugerowała, że musiał to być ktoś w służbie ostlandzkiej, pewnie żołnierz lub urzędnik. Jego głowę czy też raczej osmoloną czaszkę znaleźli zawieszoną na sąsiednim drzewie. Wisiała tam niczym makabryczne trofeum.

link: https://i.imgur.com/6ukRbqG.jpeg
Mimo to znaleźli oprócz rozsypanych rzeczy jakie należały do tego nieszczęśnika także skórzaną tubę w jakiej zwykle przewożono listy. Ta też na to wskazywała i chyba została przegapiona bo znaleźli ją przy korzeniu drzewa. I to, że wciąż miała pieczęć z jakimś ostlandzkim herbem. Dało się poznać po wizernunku byczej głowy. Lak nie był zerwany więc mimo tragedii jaka się tu rozegrała tuba nie była jeszcze otwierana.
Gdy zaś Stefan zebrał się na odwagę aby podejść do przywódcy łowców heretyków ten ponury człowiek spojrzał na niego w dół spod szerokiego ronda kapelusza. Kryło ono jego twarz w cieniu przez co wydawał się jeszcze bardziej groźny i tajemniczy. Zwłaszcza jak siedział w siodle a się patrzyło w górę gdy się było piechurem. Burchald Munzel wysłuchał propozycji Jaegera i skinął głową.
- Dobrze Stefanie Jeagerze. Cieszy mnie twoja postawa i chęć współpracy. Spisz swoje zeznania jeśli potrafisz. Jeśli nie zgłoś się do Harolda, pomoże ci w tym. I gdy będziesz miał gotowy ten papier przynieś mi go. - odparł surowym i oschłym tonem chociaż zachował spokój. Niemniej uznał też zapewne rozmowę za zakończoną bo nie kontynuował jej dalej. Dopiero teraz, przy ognisku jak mieli okazję spocząć Ostlandczyk miał okazję aby się nad tym zastanowić przed snem.
Także Duivel miał okazję aby wspomnieć swoją krótką rozmowę z Haroldem. - Jak rozpoznać heretyka… - powtórzył pytanie elfa jakby go rozbawiło. - Mam nadzieję, że nie oczekujesz prostej, uniwersalnej odpowiedzi jaka będzie zdolna dopasować się do każdej sytuacji. - odparł po tej krótkiej chwili zastanowienia. Ale mimo to podzielił się swoim doświadczeniem. Jego zdaniem wiele mówiło podejrzane zachowanie jak choćby nie celebrowanie mszy, modlitwy, podważanie autorytetu władz świeckich i świątynnych. Bardzo pomocne były tutaj czujne oczy prawych obywateli jacy nie mogli ścierpieć takiego niegodnego zachowania. Potem łowcy mogli sami zweryfikować takie spostrzeżenia.
- A z tym Thedebertem to sprawa wyglądała dość prosto. Przewalony, zbeszczeszczony posąg Sigmara ze świeżo wyciętymi bluźnierstwami i pochylający się nad nim mąż z nożem w dłoni. Oczywiście, że zarzekał się, że to nie jego sprawka ale każdy heretyk by się tak tłumaczył. Więc nie można było mu puścić tego płazem i został zatrzymany do wyjaśnienia. No ale sprawa już się wyjaśniła więc jest wolny. - Harold nie wydawał się zbyt przejęty owym zdarzeniem. I bez skrępowania wyjaśnił punkt widzenia i motywacje jego grupy. I widocznie tak było po naradzie dowódców Theoberta rozwiązano i puszczono wolno. Ten zaś nie zdradzał żalu do łowców heretyków tylko radość, że nie zginie uznany za bluźniercę co wydawało mu się chyba bardzo straszne. Zresztą tą końcówkę drogi do polany i już przy kolacji cały czas kręcił się przy grupce konnych stróżów prawa.
Alezzia przychyliła się do prośby Duivela i poszła do namiotu zmajstrowanego przez myśliwych Kolesnikowa. Tam użyła swojej świetlnej magii leczącej jaka sprawiła, że stan rannych widocznie się poprawił. Prawie wszyscy nagle wstali niczym cudowni ozdrowieńcy. Rany też zniknęły lub mocno się zabliźniły. Przez co gdy Feliks już tam zaszedł to właściwie po robocie cyrulików i potem magiczki właściwie nie miał już nic do roboty. Poza tym i tak narada się już skończyła i padły rozkazy aby zwijać ten namiot i ruszać dalej.
Elf przez moment widział bosman rzecznych marines. Ale ta szła ze swoimi rzecznymi wilkami i odpowiedziała na jego pozdrowienie uśmiechem i skinieniem głowy. Nie indagowała go jednak.
Za to pewne poruszenie w świeżo rozbitym obozie wywołało spotkanie łowcy czarownic z tajemniczym, czerwonym magiem. Zapewne też nie przypadkowo skoro przy Munzelu kręcił się Theodebert. A może i nie bo z drugiej strony magister w czerwonym płaszczu ozdobionym złotymi i czarnymi tajemniczymi znakami jakie podróżował konno nie był aż tak trudny do wyłuskania w tej pieszej masie jaką była kolumna. Zaś charakterystyczne ubranie zdradzało jego nietuzinkowa profesję.
- Chciałbym zobaczyć twoją licencję magu. - zaczął Munzel podchodząc do mistrza Drogora jaki właśnie zsiadł ze swojego wierzchowca. Obejrzał się ku grupce łowców jaka właśnie nadeszła. Spod czerwonego kaptura jego twarz nie była zbyt widoczna przez co wyglądał dość tajemniczo by nie rzecz złowrogo.
- Obawiam się, że nie mam. - odparł bez ceregieli mag. To chyba poruszyło łowców a Thedebert wskazał go oksarżycielskim palcem.
- Heretyk! Bluźnierca! Sprzedawczyk! To szpieg najeźdźców, spalić go! - wykrzyczał jakby wrócił do konfliktu z magiem jaki miał już w Ristedt rano. Tylko wtedy był sam a teraz stał obok łowców heretyków.
- Milcz. - rzucił mu krótko Munzel uciszając gorliwego sługę swojego patrona. - Czemu nie masz licencji? Chyba znasz obowiązujące prawo dotyczące magistrów? - głos śledczego stał się jeszcze bardziej cierpki.
- A tak, coś mi się obiło o uszy. Nigdy nie mam głowy do dupereli. Jakieś karteluszki tu czy tam. Kto by na to zwracał uwagę? - odparł zakapturzony diametralnie odmiennym tonem. Wydawał się mówić jakby chodziło o błahostkę. Ale przysłuchujący się nie byli zaznajomieni ani z magią ani prawem ich dotyczących to nie byli w stanie ocenić ważkości tych argumentów.
- On z nas kpi! - rzucił mięśniak z grupy łowców wyraźnie wzburzony takim zachowaniem maga.
- Brak tej karteluszki może ci przysporzyć wiele kłopotów. Każdy mag w tym kraju powinien mieć swoją licencję ze sobą do okazania odpowiednim władzom i urzędnikom. Inaczej może zostać za nielegalnego czarokletę i ponieść tego konsekwencję. - Munzel nie tracił zimnej krwi i monotonnym głosem poinformował maga o jego prawach.
- Rzeczywiście. Brzmi poważnie. - zgodził się uprzejmie czerwony mag i mimo kaptura widać było jak zgodnie kiwa głową.
- Proszę o wybaczenie wasza miłość! Mistrz Drogor został napadnięty podczas podróży. I stracił cały swój dobytek. To był celowy atak aby go zlikwidować zanim wspomoże nasze siły w walce z najeźdźcą. - do dyskusji dołączyła Alezzia jaka weszła na scenę szybkim krokiem stając obok czerwonego maga.
- Ona z nim współpracuje. Zawsze go broni i tłumaczy. Myślę, że ją też trzeba by sprawdzić. Mogą być w zmowie. - podpowiedział gorliwie Theodebert rzucając oskarżycielksie spojrzenie na młodą magiczkę. - Ja bym sprawdził ich wszystkich. Dwójka kuglarzy a kapłana nie mają żadnego. To podejrzane. A te ich dwie co nimi rządzą też trzeba sprawdzić. Niby jakiegoś barona z gór o jakim nikt nie widział i nie słyszał. To podejrzane. - eremita wyrzucał z siebie szybkie zdania napiętnowane niechęcią. A do magów wręcz pałał żywą nienawiścią.
- Kazałem ci zamilnąć. - odparł sucho Munzel nie poświęcając mu nawet spojrzenia. To koncentrował na dwójce magów jaka stała kilka kroków dalej. - A ty masz swoją licencję? Chciałbym ją zobaczyć. - zwrócił się do młodej błondynki. Ta gorliwie pokiwała głową, sięgnęła do torby i podchodząc do śledczego wyjęła jakiś papier. Ten przechylił go w stronę najbliższego ogniska i zaczął czytać. Na tym zastały ich obie szefowe jakich pewnie też ściągnęło tu coraz większe zbiegowisko i wrzawa. Obie przyjechały konno.
- Co tu się dzieje? - zapytała Petra widząc to zamieszanie ale pewnie nie mogąc w lot zorientować się o co chodzi.
- Śledczy sprawdza nam licencję. Niestety licencja mistrza Drogona została w zniszczonym wozie. Tam w strumieniu na brodzie z Hochlandem. No i mistrz w tej chwili nie ma tych dokumentów. - wyjaśniła szybko młodsza magister korzystając, że lider łowców czytał dokument jaki mu właśnie podała.
- Twoja licencja jest w porządku. - odparł Bruchald oddając białogłowej jej dokument. Widocznie go usatysfakcjonował. - Jednak ten mężczyzna nie ma licencji. A w świetle prawa oznacza to, że jest dzikim magiem. A tacy powinni natychmiast zgłosić się do pierwszego licencjonowanego urzędu w celu sprawdzenia i weryfikacji. Jeśli tego nie zrobią są uznawani za heretyków i czarnoksiężników. - rzekł śledczy wskazując na maga w ozdobnym, czerwonym płaszczu. Jakby chciał i jego i zebranych poinformować jak działa prawo w tym zakresie.
- A czy my możemy o tym spokojnie porozmawiać? Zapraszam do naszego wagonu. - odezwała się milcząca do tej pory Inez.
- Nie daj im się zwieść panie! Trzeba zwaczać tą herezję na każdym kroku! One go chronią! Już w Ristedt nic nie zrobiły jak zwracałem im na to uwagę! - krzyknął wzburzony biczownik prosząc śledczego o interwencji w sprawie jawnej herezji. Przynajmniej tak to pewnie wyglądało w jego oczach. Wielu zwykłych ludzi jednak obawiało się magii i magów. Więc dało się wyczuć, że wielu wojaków chętnie pozbyłoby się czerwonego maga ze swoich szeregów. Na razie jednak nie wtrącali się w rozmowy ważniejszych od siebie przybierając postawę wyczekującą. Burchald też to widział i posłał obu konnych kobietom zagadkowe spojrzenie. Wreszcie jednak po tej pełnej napięcia chwili skinął głową i ruszył za nimi. Podobnie jak Harold. Cała czwórka po chwili zniknęła wewnątrz wagonu szefowych. Zaś w naturalny sposób zbiegowisko wokół magów zaczęło wracać do swoich spraw. Zwłaszcza, że gong od kuchni obwieścił początek kolacji. Nad polaną panowało już raczej nocne niż dzienne niebo. Do tego pochmurne jakby znów miało zacząć padać. Nie przeszkodziło to jednak wojsku z apetytem spałaszować wreszcie coś ciepłego. A potem coraz więcej z nich udawało się do swoich namiotów aby udać się na spoczynek. Obóz stopniowo cichł. Jedynie czujki z milicji Wurfer na jego obrzeżach nie mogły sobie pozwolić na odpoczynek.
-
Jeager przykląkł przy ciele zamęczonego mężczyzny w barwach Ostlandu.
- Pochowamy cię godnie, przyjacielu - pomyślał rozglądając się po okolicy aby po chwili wyciągnąć spomiędzy korzeni drzewa tubę na listy.
- Zanieśmy to dowódcą, po tym przyjdziemy zabrać ciało żeby pochować je z naszymi zabitymi. Lepiej nic nie ruszajmy na wypadek gdyby śledczy chciał zbadać to miejsce - Stefan wstał szybko ruszając szybkim krokiem w kierunku demontowanej przesieki.Kiedy dotarł na miejsce rozejrzał się poszukując wzrokiem dowódców poszczególnych oddziałów po czym zawołał do nich:
- Panno Herschel! Panie Kolesnikov! Panie śledczy Munzel! Znaleźliśmy ciało w lesie! Proszę uprzejmie podejdźcie tutaj - prosił wybierając miejsce które mniej więcej stawiało go pomiędzy trzema dowódcami. Kiedy Ci podeszli Jeager zaczął wyjaśniać sytuację wymownie wskazująć palcem kierunek w którym leżało ciało:
- Przeszukiwaliśmy z Duvielem i Olafem ruiny w poszukiwaniu śladów obozu pomiotów, gdy wypatrzyliśmy za nimi miejsce kaźni, jest tam ciało mężczyzny w barwach Ostlandu, był bardzo torturowany, może przesłuchiwany? Znaleźliśmy niedaleko ciała tubę na listy, pieczęć jest nienaruszona, mogę w razie czego otworzyć go i odczytać - wymawiając ostatnie słowa pokazał obecnym wspomnianą tubę pokazując na nienaruszoną pieczęć - Ciała i pozostałych rzeczy na miejscu staraliśmy się na tyle ile się dało nie ruszać, gdybyście Pani i Panowie chcieli się mu przyjrzeć zanim weźmiemy je do pochowania - ostatnie słowa najbardziej kierował w kierunku śledczego który wydawał mu się potencjalnie najbardziej zainteresowanym potencjalnym zbadaniem miejsca kaźni.
Polana na której rozbijają obóz
Stefan zmęczony całym dniem maszerowania i walki rozejrzał się po polanie, miał wielką ochotę po prostu położyć się spać tak jak stał. Jednak rozkazy jakie słyszał od sierżantów wzbudziły jego zaniepokojenie:
- Te ogniska zaledwie parę mil od potencjalnie zajętego przez wroga miasta mogą nie być najlepszym pomysłem… - Ostlandczyk przez chwilę myślał co z tym zrobić, po ostatniej burze jaką dostał za wykazywanie inicjatywy nie miał wielkiej ochoty na powtórkę, z drugiej strony wolał także dożyć następnego dnia a nie zginąć w nocnym ataku wroga więc po chwili namysłu zdecydował się udać do panny von Muller jako bardziej uprzejmej z dwóch dam oficerów. Stefanowi udało się złapać ją względnie oddzieloną od reszty żołnierzy, dzięki czemu miał nadzieje że nikt nie usłyszy ich konwersacji, nie chciał w końcu publicznie podważać rozkazów przełożonych:
- Przepraszam, Panno von Muller, czy mogę poprosić panią na słowa? - Kiedy młoda szlachcianka skinęła mu głową na zgodę podszedł bliżej i z widocznym podenerwowaniem zaczął mówić:
- Proszę pani nie chcę być malkontentem szukającym dziury w całym ale… obawiam się, że rozpalanie ognisk tak blisko miasta może być niebezpieczne. Jeśli Wendorf jest zajęte przez nieprzyjaciela to w najlepszym przypadku będą świadomi naszej obecności, w najgorszym zaatakują nas w nocy jak tylko zgromadzą siły. Dlatego ośmielam się zasugerować żebyś przemęczyli się przez noc bez ognisk…- Jeager widocznie zamyślił się na chwilę po czym dodał śpiesznie - albo postąpimy dokładnie odwrotnie i rozpalimy dwa, trzy albo i cztery razy więcej ognisk niż potrzeba. Powinno to zmylić ewentualnych zwiadowców wroga, zwiększając nasze siły kilkukrotnie, trzeba by do tego porozkładać przy tych ogniskach trochę worków z zapasami z wozów i po przykrywać je kocami czy płachtami żeby udawały śpiących żołnierzy - Jeager skończył snuć swoje pomysły patrząc z wyczekiwaniem na Inez jak oceni jego propozycje.
Konfrontacja pomiędzy magiem i łowcami
Stefan nie słyszał dokładnie wszystkich słów w rozwijającej się konwersacji, ale niesłychana nonszalancja i pycha Drogona osłabiły Ostlandczyka nie chcącego widzieć walk pomiędzy sojusznikami. Tym bardziej wściekł się gdy usłyszał podłe podjudzanie Thedeberta :
- Podła wesz jeszcze parę drzonów temu błagał o litość i wstawianie się za nim, a teraz sam podjudza do palenia na stosie! - pomyślał wściekle Jeager . Słyszał też dobrze rozkaz łowcy czarownic uciszający fanatyka i zdecydował się wykorzystać sytuacje. Kiedy gad drugi raz zaczął się drzeć Ostlandczyk ruszył w jego kierunku zbliżając się od tyłu. W chwili kiedy padalec po raz trzeci zaczął krzyczeć Jeager położył mu rękę na ramieniu i odezwał się cicho:
- Sługa naszego Pana kazał Ci milczeć, zamkniesz się sam, czy potrzebujesz pomocy? - Ostatnie słowa wsparł zaciśnięciem pięści i błyskiem w oku który jasno wskazywał, że ma nadzieję na to, że fanatyk da mu powód do rękoczynów. -
Ruiny, przed przybyciem głównego regimentu
Duivel zgodził się ze Stefanem, że koniecznie trzeba poinformować przełożonych o znalezisku. Jednak zanim zdążył powiedzieć swoje, ten zaczął już działać. Elf już zdążył się przyzwyczaić do tego jak Jeager działa. Jest na pewno prędki, szybko podejmuje decyzje, choć wydaję się czasem, że bez pomyślunku. Jednak to było zdanie Mundo-naru, a on ogólnie odbiera ludzi inaczej niż oni widzą siebie nawzajem. Planował wyciągnąć tubę i zachować ją aż do przyjścia Petry, ale po chwili przyszedł Stefan wraz z kilkoma ważnymi osobistościami, w tym najwyższym łowcą czarownic. Starał się jeszcze stroić miny i kiwać głową, aby o tubie nikt nic nie powiedział, ale jego próby wydawały się bardziej komiczne i ktoś musiałby mieć naprawdę farta żeby domyślić się o co chodzi. Grzecznie poczekał, aż wszyscy przyglądną się ciału i tubie. Zaznaczył jednak dość stanowczo jak na swoją pozycję- Z otwarciem tuby, zaczekałbym do momentu pojawienia się Petry i Inez, wydaje mi się, że będą to sprawy wojenne, a to One są przedstawicielkami Górskiej Marchii Falkenhorst. Z całym szacunkiem...- ukłonił się nisko na koniec, ewidentnie śledczemu Munzelowi.
Następnie wziął na bok Jeagera
- Nie zdążyłem Ci podziękować za miksturę. No więc.... dziękuję, na pewno się przyda. Wziąłem ją jedynie dlatego, gdyż uważam, że nie powinno się odmawiać gdy ktoś Ci coś daje. Sam też ją otrzymałeś, ale wiec, że ja nie mam zamiaru przekazywać jej dalej. Żeby też była jasność, w pierwszej kolejności leczę Lindarę i Eponię, trzeci może być Azur, bo polubiłem tego psiaka. Później pewnie wedle obrażeń, ale chcąc nie chcąc będę pamiętam od kogo ją dostałem. Rozgadałem się, a Ty na pewno masz już jakieś plany na działanie!- elf nic nie wspomniał o tubie i planach, bo przecież wcześniej ich nie wypowiedział, więc uznał za bezsensowne wypominać komuś podjęte decyzje, gdy samemu się nic nie zrobiło.
Drużyna Duivela
Podróż minęła im już spokojnie. Odkąd w grupie pojawiły się jego kuzynki, to elf czas głównie spędzał z nimi. Razem chodzili na czujki, przemierzali pobliskie lasy, a że byli nieco szybsi od ludzi to starali się czasem zebrać jakieś jagody czy jeżyny. Z lasem byli za pan brat, więc potrafili odróżnić owoce leśne jadalne, nawet od tych przyswajalnych, ale mniej smacznych. Jedno z nich jednak zawsze większą uwagę skupiało na okolicy, by szybko rozpoznać ewentualne zagrożenie.
Duivel kochał swe siostry stryjeczne, jednak to nie było tak, że pragnął przebywać tylko z nimi. Czuł się też w takim obowiązku. Odkąd jego kuzyn zaginął, a Lindara i Eponia dołączyły do wojny, wie, że po prostu musi się nimi zająć. Poza tym, reszta Jego ekipy trzymała się już z nowo poznanymi osobnikami. Kargun, mimo iż pracował u elfa, nie był jakimś wyjątkowym przyjacielem szpiczastouszych. Ba! Nawet ciężko było go nazwać krasnoludem przychylnym elfom. Miał oczywiście dobre relacje z rodziną Mundo-naru, ale poza tym nie znał ani jednego przedstawiciela ich gatunku i raczej nie zamierzał poznawać. Dalej chętnie wypiłby z Duvielem i porozmawiał, ale to by było na tyle. To nie był Jotunn, który za swym przyjacielem wskoczyłby w ogień (i vice versa). Także Kargun właśnie przebywał głównie Eitrim oraz nowo zwerbowanym pobratymcem.
Felix szybko się zaaklimatyzował. Mimo braku jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego jego zdolności medyczne, szybko dał się poznać jako osoba z umiejętnościami lekarskimi. Starał się pomagać nawet gdy ludzie byli po prostu przeziębieni, albo mieli jakiś większy ból głowy. Zgłosił się na ochotnika do pracy z ziołami i do ich zbierania. Próbował stworzyć jakieś trucizny w postaci smarowideł na broń. Wolny czas spędzał z milicją, a szczególnie starał się być w pobliżu Christiny Wurfer, która mu mocno imponowała swoją zaradnością i historią.
Najbardziej rozpoznawalną, albo lubianą, osobą z grupki Duivela była zdecydowanie Leni, która swoją miłością do kuchni, podbiła serca, a raczej żołądki, wojaków. Odnalazła się w nowej roli jak ryba w wodzie, wciąż się uśmiechając i rozmawiając bez wytchnienia. Po kolacji jednak, gdy tylko była taka możliwość, zawsze szła do dwóch elfek, gdyż traktowała je jak najbliższą rodzinę.W obozie
Podobnie sytuacja wyglądała podczas rozstawiania obozu na polanie, każdy zajmował się tym co umie najlepiej. Chwilową sielankę przerwało jednak jakieś napięcie w południowej części obozu. Duivel dostrzegł tam Thedeberta, więc czym prędzej ruszył by zobaczyć całe to zamieszanie. Szczerze był zszokowany jak Theo może być tak niewdzięcznym i chwilę po uratowaniu mu życia, zacznie sypać jakimiś wymyślonymi oskarżeniami w kierunku Petry czy Inez!
Stefan już zdążył stanowczo zareagować na idiotyzmy biczownika, a elf pomyślał sobie wtedy tylko " weź nie pytaj, weź mu jebnij ". Sam Duviel postanowił też działać szybko. W mgnieniu oka doszedł do odchodzącej grupki w postaci Łowcy Czarownic, Inez, Petry i Harolda.- Muszę coś powiedzieć. Wyboczcie szanowni, ale to ważne. - mówił będąc w ciągłym pokłonie - W wozie, którym jechał czerwony mag, była widoczna jakaś książeczką z pieczęciami, ale nie dość, że była nadpalona od obrażeń jakie doznał wóz w wyniku ataku pomiotów chaosu, a do tego już przmoczona, gdyż pojazd trafił do rzeki. Następnie na polu walki z jakimś nienaturalną latającą bestią, pomogliśmy sobie nawzajem. Nie bronię tu maga, ale chcę pokazać jak absurdalne są zarzuty wobec Petry i Inez. Bądźcie pozdrowieni i niech Sigmar pomoże Wam podjąć dobrą decyzję! - nadal w pół zgiętej pozycji elf jakby odsuwał się na bok, gdyż nawet nie liczył na odpowiedź. W sumie nie wie na co liczył, postanowił tym razem reagować.
-
Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2521.05.04; ang/fst; wieczór - noc
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.04; Angestag; wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Wszyscy
Wieczór przy ognisku okazał się dość spokojny. Dało się wyczuć, że ulga z tego, że można zrzucić z siebie zbędny ekwipunek, usiąść, ogrzać się przy ognisku, zjeść ciepłą strawę była powszechna. Ale też i dało się wyczuć złowrogie napięcie jakie wywoływała złowroga ściana lasu otaczającego polanę. Po zapadnięciu nocy ta prastara puszcza wydawała się jeszcze mroczniejsza niż w dzień. Wówczas nawet pochmurne światło jakie przebłyskiwało w szczelinach pomiędzy leśnym sklepieniem dawało jakieś pocieszenie, że gdzieś tam dalej jest jeszcze inny świat niż te omszałe, wielkie, pradawne drzewa i mroczne tajemnice jakie skrywają.

link: https://i.imgur.com/zK0EELS.jpeg
Potyczki jakie oddział hochlandzkich ochotników Kolesnikowa stoczył w ciągu dnia nie dawał do myślenia. Co prawda główny trzon regimentu nie został zaatakowany co dawało nadzieję, że tych zwierzoludzi nie jest zbyt wiele aby się poważyli na tak śmiały atak. To samo zresztą dało się słyszeć od zwiadowców. Byli atakowani może przez tuzin, może trochę więcej koźlonogich i ich psich pomagierów. To były bandy jakie mogły się poważyć na taki izolowany oddział ale nie regiment jakiego byli częścią. Polowy, przydrożny pochówek zabitych łuczników i jakiegoś kuriera znalezionego trochę dalej od miejsca potyczki zwiadowców widzieli wszyscy. Pogrzeb był szybki i prosty, jak to zwykle w armiach bywało. Czy Hochlandzie, Ostlandzie, Stirlandzie to odbywało się to tak samo. Tylko znaczniej urodzeni i przywódcy którzy padli w boju mogli liczyć na coś więcej. O ile była do tego okazja. Tym razem nie było. Bo wedle słów Teodeberta niedaleko miała być polana na tyle duża aby była szansa pomieścić regiment. Nie było więc co zwłóczyć. Inaczej regiment musiałby nocować wzdłuż polnej drogi w przygodnym terenie co nie byłoby zbyt korzystne. Podczas pochówku Petra i Inez z końskich grzbietów wygłosiły krótkie podziękowanie poległym jacy padli tu w służbie górskiego margrafa w walce z odwiecznym wrogiem. Śledczy Munzem dodał coś od siebie zaś Harold odmówił krótki psalm żałobny złożony Morrowi aby przyjął poległych do swoich ogrodów. Po czym kolumna ruszyła dalej. A świeżo wykopany grób na cztery ciała wydawał się złowróżbnie pozdrawiać przechodzące oddziały. Gorliwy wyznawca nie mylił się i rzeczywiście kilka pacierzy później czoło regimentu władowało się na polanę o jakiej mówił.
Tym razem szefowe zapewne aby odciążyć pieszych zwiadowców poleciły im osłaniać flanki głównej kolumny maszerującej drogą. Szli więc na przełaj wzdłuż niej wypatrując zagrożeń i pułapek. Musieli iść pojedynczo tworząc szpaler czujek jaki tworzyli razem z milicjantami Wurfer jakich też często używano do takich pomocniczych zadań. Zaś na czoło kolumny wysunęli się konni gebirgsjaeger Eryka. Jakich zwykle nie było widać z czoła kolumny. Gdy więc w końcówce dnia weszło ono na tą polanę powitało ich tych kilku konnych górali jacy stanowili tą forpocztę regimentu.
Przy ognisku, strawie i przed rozbitymi namiotami, wśród towarzyszy broni była chwila aby odetchnąć. Aby porozmawiać, wspomnieć świeże wydarzenia z całego dnia czy pomyśleć o tym co czeka ich jutro.
Stefanowi udało się zainteresować Gretę, swojego imiennika i łowców czarownic odkryciem miejsca kaźni nieznanego kuriera. Cała grupka przyszła i rozejrzała się po tym niezbyt przyjemnym miejscu. Munzel wziął od niego zalakowaną tubę i przyjrzał się jej. Jeager i Duivel nie byli pewni czy dosłyszeli w jego ponurym głosie ironię czy nie. W każdym razie konny przywódca łowców heretyków zachował powagę jak to mówił.
- Czyli wasze szefowe są przedstawicielami Górskiej Marchii Falkenhorst. Więc są tu na gościnnych warunkach. Ja zaś jestem przedstawicielem władz Ostlandu a jesteśmy na terenie Ostlandu. Zaś na czas wojny zostałem zmobilizowany i mam pełnię władzy wojskowej. - poinformował ich z siodła jak wygląda sytuacja prawna. Czy tak było faktycznie ani Ostlandczyk ani elf nie mieli pojęcia bo w końcu w nauce prawa nie byli mocni. Brzmiało to jednak prawdopodobnie.
Śledczy przełamał pieczęć, otworzył tubę i wyjął z niej rulon. Rozwinął go i zaczął czytać. Za to z jego twarzy nie dało się odczytać czy są tam dobre czy złe wieści. W końcu zwinął rulon, schował z powrotem do tuby a tą do torby. - Posłaniec z Wendorf. Nic tu po nas. Wracamy na drogę. - rzekł i zawrócił konia z powrotem ku reszcie jaka krzątała się przy rozwalaniu zasieki. Z oględzin tego miejsca i ciała dało się odczytać, że zapewne zamęczono tego nieszczęśnika niedawno. Może ostatniej nocy, może rano, może wczoraj. Ciało jeszcze nie było zbyt spuchnięte ani nie zalatywało z daleka padliną. W każdym razie był martwy jak ludzie Kolesnikowa ruszali rano ze Speck albo i wcześniej. Kolesnikow uznał, że był dla zwierzoludzi rozrywką w jakiej się lubowali.
A gdy Stefan już wieczorem pośród obozu znalazł lady von Muller to ta po chwili zastanowienie zgodziła się aby przeszli się pomiędzy namiotami i ogniskami. Zresztą odnalezienie którejś z szefowych nie było takie trudne bo pośród tego namiotowego miasteczka buda ich wagonu rzucała się w oczy. Petra zresztą też obrzuciła go spojrzeniem gdy podszedł do jej koleżanki ale nie ingerowała w rozmowę.
- Dobrze, przekażę twoje sugestie Petrze. - lady Inez obiecała mu to ciepłym, uprzejmym głosem ale nie skomentowała tego co jej proponował. I tak się rozstali gdy on poszedł w swoją stronę a młoda szlachcianka z powrotem ku wagonowi. Ognisk jednak nie wygaszono. Jednak rozpalono sporo mniejszych już poza obozem, w głębi lasu jakie powinny pomóc dostrzec strażnikom podkradającego się nocą przeciwnika.
W nerwowej sytuacji jaka się wytworzyła między dwójką magów a łowcą czarownic Stefan postanowił spacyfikować Teodeberta. Jednak gorliwy wyznawca patrona Ostlandu odtrącił jego dłoń i spojrzał na niego hardo.
- Milcz! Widziałem cię jak konszachtowałeś w Ristedt z tym czerwonym heretykiem! Nie waż się kalać mnie swoimi obrzydliwymi łapami! - syknął mu w odpowiedzi jakby też zaliczył go do tych bardziej podejrzanych. I zapewne jeszcze w Ristedt był świadkiem jak Stefan poszedł do dziwnej, błotnej chatki mistrza Drogona. I w jego oczach było to równoznaczne z paktowaniem z czarokletą. Wiara sługi Młotodzierżcy pozwalała mu nie lękać się gróźb i rękoczynów więc interwencja Stefana nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
Duivel z kuzynkami zaś jak wieczorem sprawdzali co im się od zasieków udało uzbierać z leśnego runa to było tego na ich trójkę ze dwa kubki smardzy i pieczarek. Odcinek był krótki a za bardzo nie mogli się rozłazić aby nie opuszczać szpaleru zwiadowców wokół głównej kolumny. Jak coś nie rosło w ciągu parunastu kroków od ich marszruty to nie opłacało się po to chodzić. Przez co ich zbiór nie był zbyt imponujący. Ale mógł stanowić dodatek do wieczornej strawy.
Tylko musiał jeszcze rozmówić się z zaproszeniem od śledczego na rozmowę. Gdy bowiem powiedział swoje podczas zajścia z Teodebertem, magami i łowcami to Munzel trawił chwilę jego słowa po czym rzekł mu aby poczekał. A gdy już jako tako zajście rozeszło się po kościach dał mu znak i elf przeszedł obok wierzchowca łowcy do ich rozbitego obozu. A rozbili się obok wagonu obu szefowych regimentu.
- To opowiedz co widziałeś w tym wozie. I co za stworzenia spotkaliście. Kto był z tobą? No i co robił ten mag podczas tego wszystkiego. Jak się zachowywał? Czy coś wzbudziło twoje podejrzenia? Albo dostrzegłeś coś nietypowego? Byłeś świadkiem jak używał mocy? Możesz to opisać? Twoje słowa mogą być ważnym świadectwem w tej sprawie. - wskazał mu na jakiś pieniek aby elf usiadł a sam skorzystał z podobnego. Harold przejął na siebie obowiązki skryby i spisywał tą rozmowę w jakiejś księdzę. Lider łowców niewiele się odzywał ale nie tracił swojego ponurego wyrazu twarzy. Głównie jednak słuchał co Duivel ma do powiedzenia w sprawie pierwszego spotkania maga i okoliczności jakie temu towarzyszyły. Przez tą rozmowę elf spóźnił się na kolację i gdy poszedł do kuchni polowej to już było już właściwie po niej. Przynajmniej nie czekał w kolejce jak większość regimentu.
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.04; Angestag/Festag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)Wszyscy
Obudziły ich krzyki. Odgłosy trwogi. W mrocznym wnętrzu namiotu żaden z nich nie widział wiele a co dopiero co się dzieje poza nim. Jeszcze skołowany umysł ocierał resztki snu próbując zorientować się co się stało. W małych namiotach spali zwykle po dwie, trzy osoby. Więc po omacku też wyczuwali ruch pozostałych. Też się właśnie wybudzali. “Co się dzieje?!” co chwila padało w tych namiotowych ciemnościach.
Ale coś złego. Spoza namiotów słychać było okrzyki ludzi pełne strachu, zaskoczenia i zdenerwowania. Oraz odgłosy walki. Jakieś dzikie wrzaski, szczęk broni, ujadanie psów, rżenie koni, tumult zwierząt. Wreszcie gwizdki sierżantów.
- Wyłazić! Wyłazić psie syny! Zbiórka! - krzyczał któryś z nich. Zresztą zaraz też i zza któregoś namiotu pokazał się i Kolesnikow. Wyglądał jakby go właśnie rozbudzono. Czyli tak jak chyba wszyscy obozowicze w zasięgu wzroku i słuchu. Ubierał nerwowo spodnie gdy inni podobnie wychodzili z namiotów też robiąc to jak najszybciej.
- Hochland! Hochland do mnie! Zbiórka! Zbiórka psia mać bo nas tu zastaną bez gaci! - krzyczał podobnie jak inni dowódcy. Gdzieś nad obozem rozległ się czysty, przeniklywy dźwięk trąbki bijącej na alarm. Cały obóz zbierał się jak w ukropie. Trudno było zorientować się co się właściwie dzieje.
- Strzelają! Strzelają do nas! - krzyknął jakiś na wpół rozebrany wojak. Pokazywał jak towarzysz co właśnie dopinał pas upadł z krzykiem gdy jakaś strzała wbiła mu się w pierś. Rzeczywiście widać było jak z nieba spadają jakieś kreski. Zwłaszcza jak się wbijały w namioty, w ziemię czy jakiegoś pechowca. Gdzieś na obrzeżach obozu musiała już trwać walka. Ale spomiędzy namiotów i licznych sylwetek nie dało się rozpoznać co się tam dzieje.
Spomiędzy tego chaosu dało się wyłowić równomierny trucht i brzęk metalu. Jednolita, zwarta grupa przeszła pomiędzy namiotami. To ostlandcy włócznicy pod wodzą swojego sierżanta parli w kierunku walki. Chociaż w tym tumulcie trudno było się zorientować gdzie ona jest. Hałasy dobiegały zewsząd. Włócznicy Duera byli jedyną zwartą, gotową do walki grupą w zasięgu wzroku. Bez ceregieli odpychali kogoś kto im zawadzał lub nie ustąpił zbyt szybko. Prędko też zniknęli im z oczu gdzieś pomiędzy namiotami.
- Do mnie! Hochland do mnie! - krzyczał Kolesnikow gdy sam ubierał się ale już z namiotów powychodzili jego myśliwi i też zbierali się przy nim. Podobnie jak przydzieleniu do jego oddziału zwiadowcy też potrzebowali czasu aby sprawić się do walki. Sytuacja w sąsiedztwie wyglądała podobnie i tam też wyrwani ze snu żołnierze zaczynali się grupować wokół swoich dowódców. Gdzieś na obrzeżach dały się słyszeć warkot jakichś bestii i okrzyki przeżenia i bólu jakby ktoś tam był żywcem rwany na strzępy. W nocne niebo poszybowały jakieś race. Narobiły huku ale póki były w powietrzu rozjaśniały ten objęty chaosem ziemski padół.
Stefan widział, że zbieranie się idzie mu podobnie jak Wieslerom i reszcie. Ale Duivel i Tobias zorientowali się, że są już prawie ubrani i chyba szybciej się wyrobią niż otaczający ich towarzysze.
Mecha 42
Nocny ostrzał
szansa 96+
1 Tobias, 2 Stefan, 3 Albrecht, 4 Olaf, 5 Duivel, 6 Eponia, 7 Lindara, 8 Kargun, 9 Felix, 10 Leni
rzut: https://orokos.com/roll/1011141
1 Tobias 76 > nic
2 Stefan 43 > nic
3 Albrecht 74 > nic
4 Olaf 55 > nic
5 Duivel 32 > nic
6 Eponia 54 > nic
7 Lindara 39 > nic
8 Kargun 14 > nic
9 Felix 46 > nic
10 Leni 83 > nic -
Tobias leżał na swoim kocu, w ubraniu, jedynie buty zdjął by stopy nieco odpoczęły. Nie dawał mu spokoju fakt, że mimo niedawnych dwóch zasadzkach, jakie zgotowali im zwierzoludzie, dowództwo zachowywało się jakby byli na pikniku a nie na wojnie. Być może się nie znał na wojaczce ale miał doświadczenie w polowaniu na te dwunożne bestie i nigdy, tak głęboko na wrogim terytorium nie palili ognisk, by nie przykuć jego uwagi. Z drugiej strony nigdy myśliwi nie byli taką wielką kupą ludzi, do tego w jednym miejscu. Nawet w całkowitych ciemnościach byłoby ich słychać, no i czuć. A węch te koziesyny miały znacznie lepszy od ludzkiego. Powinni przynajmniej zastawić potykacze wokół obozu. Ale była już musztarda po obiedzie i za trzymanie gęby na kłódkę winić tylko siebie, teraz mógł tylko być przygotowany, na cokolwiek nastąpi. Ubranie miał na sobie, łuk leżał obok. W razie czego będzie potrzebował tylko chwili by założyć buty i cięciwę na łuk. Ciekawość też zżerała Tobiasa jakie wieści niósł kurier z Wendorfu. Zapewne do wysokich rangą oficerów, sądząc po reakcji tego tępogłowego fanatyka. Gdyby Wenorf padł, pewnie by już o tym wiedzieli, zapewne to była jakaś prośba o posiłki czy coś w tym stylu.
Sen przyszedł niespodziewanie, kiedy o tym myślał, zmęczenie dało się zwiadowcy we znaki i przez te parę godzin Tobias znów śnił koszmar jaki nawiedzał go od czasu gdy stracił wszystko w Smallhof.
Gwałtownie został z niego wyrwany, tylko po to by znalazł się w innym. W koszmarze na jawie, gdzie ludzie krzyczeli - jedni podnosząc alarm, inni z bólu i cierpienia. Tobias otrząsnął się szybko z otępienia, nałożył cięciwę na łuk, na nogi buty i wybiegł z namiotu, sprawdzając jednocześnie czy miecz leży dobrze przy pasie i czy ma odpowiedni zapas strzał. Gdzieś przed chwilę zobaczył twarz elfa, który też był już na nogach gotowy do walki. ktoś krzyknął [i]- Do mnie! Hochland do mnie![/I
Czy był to moment, kiedy losy najemników margrafa Walthera von Falkenhorsta się ważyły? Czy był to frontalny atak dużych sił zdolnych do pokonania najemników czy bardziej nękanie przez wrogich zwiadowców chcących obniżać morale, siać chaos w siłach margrafa. Zaraz mieli się przekonać. -
- Szanowny łowco Muznelu, jako jedyny udałem się do karety, gdy ta była w rzece. Byliśmy zaskoczeni całą sytuacją i nie miałem żadnych narzędzi, które mogłyby mi pomóc. W wozie pływały różne dokumenty, niestety nie odważyłem się wyciągnąć ich z tego chlewu, bo martwe ciało w środku zaczynało już gnić, a zdecydowanie nie potrzebowałem wtedy zakażenia. Były tam różne symbole, które współgrają z tymi noszonymi przez podejrzanego maga. Później znajdowaliśmy różne ślady. Na wozie były znaki po ataku jakiejś bestii, a następnie widzieliśmy to również na ciałach porozrzucanych po okolicy. Z magiem mieliśmy jeszcze czynność później. Po intensywnej walce z jakąś latającą bestią pomiotu chaosu, mieliśmy chwilę wytchnienia. Gdy trafiliśmy na kolejne ślady martwych kultystów, spotkaliśmy właśnie Jego. Ewidentnie sam sobie poradził z tym ścierwem bo potwory nie miały śladów po mieczach czy strzałach. Moje zaufanie do niego? Jest tak naprawdę związane z bezgranicznym zaufaniem do Alezzi, a ta stawia się za nim za każdym razem. Zresztą jedyną osobą, która go ciągle podważa to Teodebert, a moim skromnym zdaniem, jest on nieco... szalony. W obecnych czasach potrzeba nam ludzi silnych wiarą, jednak ze wszystkim można przesadzić...- zakończył Elf, ukłonił się nisko. Poczekał na jakąkolwiek odpowiedź czy gest wskazujący, że może odejść. Na koniec, gdy wychodził rzucił jeszcze hasłem "Chwała Sigmarowi!". Poszedł coś zjeść i spać, bo nie było już towarzystwa do wieczornego posiedzenia, a nie był też wyznaczony do nocnej warty. Namiot rozbity miał blisko swych kuzynek raczej pod koniec obozu. Ogólnie panował spokój i było nad wyraz cicho jak na tak dużą zbieraninę. Elf nie wierzył w przesądy, także hasło "cisza przed burzą", jakie usłyszał idąc do swego namiotu, nie ruszyło go zbytnio. Zadowolony był, że w końcu się wyśpi i cała regiment będzie rano gotowy do uderzenia na Wendorf. Przed zaśnięciem, zmówił jeszcze cichą modlitwę do Sarriel, zdjął buty i zasnął szybciej niż się spodziewał.
Jeszcze w nocy obudził go atak na obóz. Wyszedł w miarę szybko z namiotu, na szczęście żadna strzała nie trafiła jeszcze elfów. W ekspresowym tempie założył buty i wyciągnął swój łuk i strzały. Był gotów do walki, ale jeszcze nie ogarnął się gdzie jest wróg i z której strony strzelają. Patrzył co rusz w górę czy aby żadna strzała nie leci w niego. Jego kuzynki też już był gotowe aby ruszyć w stronę Kolesnikova, bo póki co to właśnie do niego byli przypisani. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że będzie bronił Ostlandu, pod obcą banderą jakiejś Górskiej Marchii i w oddziale Hochlandczyków. Nie było jednak czasu na przemyślenia o losie, trzeba wziąć sprawy w swoje ręcę.
- Skąd dranie strzelają?! NIECH MAGOWIE ROZJAŚNIĄ LAS WOKÓŁ NAS!- starał się zawołać tak głośno jak tylko potrafił. Następnie już podniesionym tonem mówił do Kolesnikova, ale jeśli obok był jeszcze jakiś dowódca to też by usłyszał
- Może zgaśmy ogniska, a podpalone drwa niczym pochodnie rzućmy w las. Może ich odstraszymy, a powinniśmy też lepiej widzieć.- mówił ogólnie, chociaż jako elf miał przewagę w rozpoznaniu terenu w ciemności. Także bacznie się przyglądał i zwrócił się do kuzynek
- musimy mówić ludziom o wszystkim co widzimy wokół polany, skupcie się i nie oberwijcie!-Lindara i Eponia stały przykulone przy nim. Nie odzywały się, bo nie miały żadnego zamiaru przejmować inicjatywy, więc miały czas aby już rozejrzeć się i namierzyć ewentualny cel.
Leni gdzieś w obozie złapała za swą procę i schowała za pasek, zdjęła jedną z tarcz na wozie i schowała się pod nią, aby przypadkiem nie dostać losową strzałą. Kargun ze swym orężem postanowił kroczyć za Eitrim, który z kolei trzymał się blisko krasnoluda-rycerza. Felix chował się pod tarczą, ale jego priorytetem była pomóc rannym. W ten sposób, po słyszalnych okrzykach znalazł się przy Jeagerze by pomóc leżącemu rannemu wojakowi. -
Otwarcie wiadomości zabitego kuriera
Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:- Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?
Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.
- Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.
Przekazanie zeznania łowcą czarownic
Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.-Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.
Atak na obóz
Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
-ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
-Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:- Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.
Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.
- Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:
Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.
-
P Pipboy79 odniósł się do tego tematu
-
Otwarcie wiadomości zabitego kuriera
Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:- Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?
Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.
- Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.
Przekazanie zeznania łowcą czarownic
Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.-Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.
Atak na obóz
Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
-ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
-Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:- Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.
Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.
- Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:
Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.
<Nowe otwarcie, wznowienie sesji z LI>
|-Tura 43 - 2521.05.06; wlt; ranek-|
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)Obóz regimentu von Falkenhorst
Kolejny poranek wstawał nad umęczoną, ostlandzką ziemią. Na dno pradawnego, złowróżbnego, Lasu Cieni, słoneczny blask prawie nie dochodził. Za to mgła podniosła się rozrzedzoną kurtyną, przesłaniając dalszy widok. Ukrywając nawet za dnia, to co czaiło się w głębi leśnych trzewi. Wydawała się nigdy do końca nie schodzić i w tym ponurym lesie, zawsze gdzieś wisiały jej kłębki.
Dziś o poranku do tej jasnej zawiesiny w powietrzu dochodziła ciemna. Wraz ze swądem spalenizny w powietrze unosił się dym ze spalonych namiotów i dobytku. W trakcie nocnej walki część ognisk rozsypała się podpalając je. Dało to co prawda chwilowo spore ogniska rozświetlające mrok nocy. Ale część żołnierzy straciła swoje przenośne domy i bambetle. Tak naprawdę dopiero z nastaniem światła dnia, dało się zaprowadzić jakiś porządek i ocenić poziom strat. Zewsząd dochodziły jęki boleści, lament rannych, nawoływania sierżantów zwołujących swoich ludzi. Część żołnierzy rozproszyła się podczas nocnych walk i walczyła z dala od macierzystej jednostki. Dopiero teraz się odnajdywali, często przy kolejce do kuchni gdzie wydawano posiłek. Okazywało się, że ktoś żyje tylko w nocy oddzielił się od reszty. Ilu jeszcze takich zaginionych wróci do swoich oddziałów o własnych siłach tego na razie nie było wiadomo. Wszyscy wiedzieli, że podczas ataku zwierzoludzi, część kompanii rozproszyła się lub spanikowani ludzie czmychnęli w mrok lasu, byle z dala od pogrążonego w walce, chaosie i dymie obozu. Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że nocna, kopytna fala zmiecie wyrwany ze snu regiment.
Zaczęło się głęboko w nocy. Po walkach na drodze jakie stoczyły czołówki regimentu von Falkenhorst, szefowe postanowiły nie kusić losu i wokół obozu rozstawiły milice sierżant Wurfer. Powszechnie uważano je za mniej wartościowe w bezpośredniej walce, więc często używano ich do zadań pomocniczych. Jak choćby właśnie stanie na straży. To one przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia kopytnej furii. Dość szybko nie zdzierżyły temu zmasowanemu uderzeniu i pękły. Ale w gotowości, w centrum obozu, czekali halabardnicy sierżanta Meistera. To już byli zawodowi żołnierze. Energicznie ruszyli do kontrataku. Ich halabardy były uniwersalną bronią, skuteczną w obronie jak broń drzewcowa i w ataku jak wielki topór. Jednak ani one, ani szefowe, nie spodziewali się ataku tej skali. I halabardnicy chociaż stawali dzielnie, dość szybko zostali oskrzydleni przez przeważające siły wroga. Poza tym meisterowcy mogli walczyć w tylko jednym miejscu a wróg zdawał się wdzierać z każdej. Do środka wpadły dzikie ogary, które siały strach, chaos i dezorganizację. Słychać było ich ujadanie i wrzaski zaatakowanych ludzi. Wtedy właśnie, podczas tej gorączkowej bieganiny, został w obozie zaprószony ogień.
Jednak czas kupiony przez milicje i halabardników, pozwolił pozostałym na względne zorganizowanie się i ruszenie na pozycje obronne. W improwizowanym mieście namiotowym, kolejne oddziały kolejno wchodziły do walki. Więc kopytni wciąż spychali ich w stronę obozu. Walki toczyły się już między namiotami, jakie obie strony cięły i tratowały. W końcu jednak przewaga liczebna ludzi zaczęła robić swoje i zaczęli odpychać napastników z powrotem w stronę pierwszych drzew. Ci napędzani pierwotną furią dalej siekli, rąbali i dziko wrzeszczeli. W pewnym momencie jeden z oddziałów obrońców pękł. Tam gdzie były te największe zwierzoudzie, w ciężkich pancerzach, co swoimi wielkimi toporami, zdawały się ścinać ludzi jak zboże. Z rykiem rzuciły się do pościgu i wyczuwając ten krytyczny moment bitwy ludzkie szeregi zadrżały niepewnością. Wtedy naprzeciwko nim wyjechała grupka ciężkozbrojnych jeźdźców. W całym regimencie było ich ledwo kilkoro i to licząc razem z grupką Burchalda Munzela, łowcy czarownic jaką spotkali wczoraj. Była też kobieta w bordowej brygantynie i kuszą. To mogła być jedna z dwóch oficer dowodzących regimentem, Petra von Falkenhorst. Konni nie mieli czasu ani miejsca aby w tym zatłoczonym, gęstym od dymu i wrzasku namiotowisku wziąć pełny rozpęd. Więc przypominało to raczej jazdę kłusem niż galopem. Ale może to i lepiej? Nie byłoby dobrze gdyby w pełnym cwale wbili się po ciemku w bagno jakiego jeszcze przed chwilą tu nie było. Zwierzoludzie już w nim ugrzęźli i też wyglądali na zaskocznych. Zapewne miała coś z tym wspólnego samotna sylwetka w czerwonym płaszczu. Stała samotnie na jednym z wozów i krzyczała ikantację. Bo od czego innego? Tak czy inaczej grupka imperialnych jeźdźców ugrzęzła w tym mokradle tak samo jak zwierzoludzie. Siekli się nawzajem gdy już komuś do kogoś udało się dotrzeć. Tu przewagę miała oficer z kuszą jaka mogła zostać na miejscu i strzelać w rogaczy. Także innym łucznikom i strzelcom to pozwoliło wziąć ich na cel. Do świetlnych rac jakie nagle zalały nocne niebo. Rozrproszyły nocne ciemności jakie do tej pory sprzyjały raczej zwierzoludziom. Wielcy zwierzoludzie padli od strzał i ciosów w błoto w jakim tkwili albo zrejterowali. To jakby złamało morale pozostałych kopytnych. Poszli w ich ślady. Ale ludzie nie odważyli się ich ścigać w pogrążonym w nocnym mroku lesie. To była domena tej dzikiej, pierwotnej rasy. Zaczęło się wystawianie wart, gaszenie płonących namiotów, zbieranie oddziałów i znoszenie rannych do lazaretu a zabitych w jedno miejsce. I tak zeszło prawie do rana.
Teraz siedząc na pniu czy ognisku, ludzie wymieniali się wiadomościami z ostatniej nocy. Ktoś widział, jak Kurt Landsknecht, ostlandzki gwardzista z wielkim mieczem przez moment sam walczył z trzema zwierzoludźmi. To wlało wiarę w jego towarzyszy którzy z werwą wrócili do tak mężnego wojownika. Inny opowiadał o Teodoryk który stał na jednym z wozów i bronił go jak małej twierdzy. Zdzielając swoim cepem każdego rogacza jaki przebiegał w pobliżu lub próbował wejść na ten wóz. Podobno mistrz Drogon zapłacił za swoją odwagę raną od ciśniętego oszczepu. A podobno Munzel i tak go oskarżał o sabotaż bo bez bagna jakie mag wywołał na pewno zmiażdżyłby nacierających zwierzoludzi. Ale chwilowo to nie było ważne bo oberwał tak mocno, że teraz też był w lazarecie tak samo jak czerwony magister i wielu innych zwykłych wojaków.Wśród nich siedzieli także banici Kolesnikowa. W nocy alarm ich wyrwał tak samo jak resztę obozu. Jednak chaos i pośpiech sprawił, że prawie od razu tłum ich rozdzielił i walczyli w rozproszeniu. Gdzie jednak kto nie trafił to miał do czego strzelać. Tak naprawdę większość z nich była przekonana, że są ostatnimi ocalałymi z ich drużyny. Dopóki nad ranem nie zaczęli się odnajdywać w kolejce po jedzenie albo gdzieś obok. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Właściwie to chyba większość.
- Jedzcie, jedzcie. Nie wiadomo kiedy następny raz się trafi okazja coś zjeść. Powiem wam, że póki kuchnia działa jak należy to jeszcze nie jest tak źle. Ale spokojnie, zaraz zapewne sobie o nas przypomną i wyślą gdzieś dalej. - Stefan Kolesnikow, czarnowłosy, ze zmierzwioną, czarną brodą jaka nadawała mu wyglądu herszta banitów, śmiał się sarkastycznie do swoich kamratów. I tych z jakimi przybył z Hochlandu i z tymi jakich szefostwo najczęściej mu ostatnio przydzielało. Jakoś tak się utarło, że to właśnie hochlandzcy myśliwi szli jako szpica reszty regimentu. Tak był wczoraj i wcześniej. I tego zapewne Stefan spodziewał się i dzisiaj. W końcu wedle planu mieli być niedaleko miasta Wendorf do jakiego zmierzali od przeprawienia się przez Wolf w Ristedt. Wczoraj podobno prawie doszli więc i dziś powinno być blisko do tego miasta. Leżało mniej więcej w połowie drogi między Ristedt a Grunazkeren. Gdzie to ostatnie już miało mieć podjazdy wrogiej armii pod murami a kto wie? Może już nawet było oblężone? Nie wiadomo. A co się dzieje w Wendorf nie było w ogóle wiadomo. Ale wiadomo było, że przez nie, wiedzie najkrótsza droga do Grunazkeren. A na pomoc obrońcom tego miasta, zmierzał regiment von Falkenhorst.Tak naprawdę to w chaosie nocnej walki, oddział Kolesnikowa pszedł w rozsypkę. Jedni zbierali się zbyt wolno aby za nim podąrzyć, innych oddzielił tłum biegnących i walczących, zgubili się w labiryntem namiotow. Oślepiala ich nie tylko nocna ciemność ale kurz wzbity przez ten tłum i dym pożarów. Tak naprawdę to dopiero po walce zaczęli się powoli odnajdywać. A dopiero teraz rano, przy śniadaniu zebrała się większość z nich. I każdy z nich miał do opowiedzenia nieco inną historię.
Duivel w pewnym momencie trafił na uciekających ludzi. Może milicjantów a może jakieś ciury obozowe. Widział jak na plecy jednego z nich skoczyła wilcza bestia powalając go na ziemię. Słyszał wrzask przerażonego człowieka zdjętego pierwotnym lękiem gdy kły i pazury zaczęły go rozszarpywać żywcem. Widział też jak na włócznik kopytnych właśnie miał wbić swoją broń w pierś jednego z obrońców gdy w jego włochatą pierś nagle wbił się bełt. Gdy elf odwrócił się, dojrzał kawałek dalej kobietę w siodle, w czerwonej brygantynie z kuszą w dłoni. Jednocześnie próbowała zapanować nad koniem samymi nogami a dłońmi przeładować swoją broń. Albo Petra von Falkenhorst była niesamowitym strzelcem, że ten strzał jej się udał, albo bogowie wojny jej w tym momencie sprzyjali.
Tobias też swoje przeżył. Widział jak czerwony mag szyje swoje czary z uniesionymi wysko dłońmi, wykrzykuje coś rozkazująco i w efekcie wpakował grupę zwierzoludzie w bagno. Ale zaraz potem stamtąd poleciała włócznia jaka go trafiła i mistrz Drogor upadł z jękiem na ziemię. Chwilowo odzyskana nadzieja wśród ludzi znów się zachwiała. Widział jeszcze jak ktoś próbuje odciągnąć bezwładnego maga gdzieś w głąb obozu. A nieco później sam był świadkiem jak biegł ku niemu jakiś kopytny. Wrzeszczał dziko i szarżował z opuszczoną włócznią. Pierwszy strzał Tobiasa chybił a w okół nie było innych strzelców. Sięgnął do kołczana po drugą strzałe i zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz chybi to przeciwnik pewnie go dopadnie. Ale wtedy stała się światłość. Nad jego głową. Jasne race oświetliły teren. tak samo jak niegdyś na Mglistych Bagnach. Łucznik zorientowal się, że biegnie ku niemu nie jeden a kilku zwierzoludzi. Ale zatrzymali się porażeni jaskrawym światłem jakie mieli prosto w ich zwierzęce ślepia. To dało okazję jemu i kilku przygodnym wojakom aby zebrać się do kontrataku. Kopytni wciąż oślepieni światłem nie stanowili zbyt wielkiego wyzwania i szybko albo zostali trafieni albo zrejterowali.
Stefan w nocy miał okazję być świadkiem innego epizodu. Gdy pod koniec walk, kawalerzysta w płaszczu i wysokim kapeluszu, śmiało ruszył w pościg za uciekającymi zwierzoludzi. Widział jak zaraz po wjechaniu w pierwsze drzewa, zwala się nagle z siodła. Teraz rano słyszał różne wersje. Że Brurchald Munzel dostał z łuku lub włóczni, że wcale nie planował ruszać w pościg tylko koń go poniósł, że w ciemności nie zauważył gałęzi i dostał nią prosto w czerep. Wszystkie jednak były zgodne, że oberwał na sam koniec walki i dlatego teraz rano nie był na chodzie i nie wiadomo było czy przeżyje. Ale też widział jak wcześniej, grupie rejsterujących w głąb obozu wojaków, zajechała drogę kawalerzystka z rozwianymi włosami. Wykrzyczała coś rozkazująco. Nie był pewien czy przez moment oczy nie zabłysły jej dziwnym blaskiem. Większość żołnierzy zatrzymała się. A gdy im wskazała na linię walki, oni zakrzyknęli raz jeszcze i ruszyli z powrotem aby dołączyć do wciąż walczących towarzyszy.
-
Ostlandczyk bardziej zwalił się na ziemię niż przysiadł przy gromadzącym oddział myśliwych ognisku, był całkowicie wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, już sama walka poprzedniego dnia dała mu się nieźle we znaki a teraz ten cały burdel się na nich zwalił….
Zaczął powoli, mechanicznie jeść z miski otrzymaną z kuchni porcję jedzenia składającą się głównie z kaszy i cebuli. Jednocześnie ospale rozglądając się po obozie. Liczba pojawiających się przy ognisku żołnierzy wcale go nie dziwiła, miał za sobą już kilka podobnych starć i wiedział że chaos i ciemność zawsze wyolbrzymiały poniesione straty w ludziach którzy tak jak tutaj w żadnym wypadku nie zginęli a po prostu oddzielili się od reszty w ogólnym rozgardiaszu. Zatrzymał się wzrokiem na Wieselach siedzących nieopodal i podobnie jak on próbujących choć chwilę odpocząć, cieszył się że udało mu się zadbać o to żeby przynajmniej dostali coś do jedzenia i spokojne miejsce do odpoczynku jakąś godzinę temu. Wczorajsza rana starszego z nich otworzyła się w walce i trzeba było na nowo go opatrzeć. Na szczęście nie była to aż tak poważna sprawa jak się obawiał w pierwszej chwili.- Żeby to samo można by powiedzieć o reszcie… - pomyślał mimowolnie wracając myślami do jatki jaką była opieka nad tymi którzy zostali ranieni w ataku. Pracował w zasadzie bez ustanku z resztą znających się choć trochę na medycynie. Już w trakcie ataku odciągnął i opatrzył ze dwóch rannych, po tym było tylko gorzej.
Wiedział że jeszcze długo będą mu się śniły krzyki młodego chłopaka ze zmiażdżonym ramieniem którego dopiero niedawno udało się jako tako opatrzeć. W zasadzie pomoc rannym to był cały jego udział w nocnej walce poza tym udało mu się tylko chwilę bez większego efektu zetrzeć z jedną z włochatych bestii za nim Ci nie zaczęli uciekać. Chciał dojść do rannego łowcy czarownic żeby mu pomóc ale zobaczył, że jego właśni ludzie są już przy nim więc dał sobie spokój No i po tym strzelał jeszcze z łuku do drani którzy utknęli w magicznym bagnie ale to trudno było nazwać prawdziwą walką, rozstrzelał z innymi kilka bezradnych bestii i tyle . Z resztą kilku tych przerośniętych parszywców i tak nie chciało grzecznie zdechnąć, dostawali po kilka strzał i nadal próbowali się wyrwać z matni trzeba było zrobić z nich prawdziwe jeże żeby padli albo poczekać na ludzi Egera którzy swoimi arkebuzami w końcu ubijali zwierzoludzi.Znajome skomlenie wyrwało go na moment ze koszmarnych wspominek, to wierny Azur przytulił się do jego boku, zapewne wyczuwając ponury nastrój swojego pana i chcąc go pocieszyć.
- Dobre psisko - powiedział miękko głaszcząc psa po głowie.
W tym samym czasie usłyszał słowa sierżanta Kolesnikowa o tym żeby zjedli i przygotowali się do rychłego wymarszu. Słysząc to zaśmiał się się pod nosem myśląc o tym jak bardzo boli go głowa, jak bardzo chciałby się położyć i zasnąć.Jednocześnie wiedząc że za chwilę zbierze się z ziemi i przygotuje do wymarszu bo na swój własny absolutnie szalony sposób jednocześnie nienawidził i lubił tą cholerną robotę.
Czując powołanie Prawdziwego Zwiadowcy zabrał się do spełnienia Najważniejszego Obowiązku każdego Zwiadowcy z krwi i kości i zaczął narzekać jak najgorsza jędza: - Tak Jest! W końcu ktoś musi poprowadzić resztę tego burde…-przerwał teatralnie rozglądając się po obozowisku które jeszcze w co niektórych miejscach nadal się tliło po nocnym pożarze i poprawił się - Przepraszam, Płonącego Burdelu przez las żeby się nie zgubili biedacy w drodze do wychodka w Wendorf - puścił porozumiewawcze oko do swojego imiennika żeby ten wiedział że chce tylko trochę rozbawić towarzystwo.
Jednocześnie wstał z pieńka na którym siedział, bo wiedział że jeśli ma być niedługo gotowy do drogi to musi jeszcze ogarnąć swój zapewne stratowany dobytek i wrócić do doglądania rannych.
Jego spojrzenie padło na Tobiasa i Duviela, nie był pewien czy to ze zmęczenia ich wcześniej nie zauważył czy dopiero pojawili się przy ognisku ale postawił natychmiast do nich podejść. Coraz bardziej lubił tą dwójkę, nawet pomimo wcześniejszych utarczek z elfem, cieszył się że wygląda na to że nic im się nie stało podczas nocnego ataku:
-Jak się macie? Szczególnie Ty długouchy dekowniku, gdzie żeś się chował całą noc? Bo nie było Cię razem ze mną pod tym wozem - rzucił do nich figlarnym tonem połączonym z ciężkim ziewnięciem. - Dobre psisko - powiedział miękko głaszcząc psa po głowie.
-
Noc minęła szybko, pewnie przez brutalną walkę. Gdy krzyki wyrwały go ze snu, Duivel był na nogach natychmiast, tak samo jak i jego kuzynki. Walka zaczęła się zanim zdążył w pełni ogarnąć sytuację. Las wrzeszczał, obóz płonął, a on wciąż szukał celu.
Miał przewagę nad ludźmi - elfie oczy radziły sobie w ciemnościach lepiej niż większość wokół. Ale i tak mgła, dym i wzbity kurz robiły swoje. Strzelał. Raz, drugi, trzeci. Nie zawsze wiedział czy trafił, bo tłum i ciemność pochłaniały i strzały i ich skutki. W pewnym momencie natknął się na uciekających - może milicjantów, może ciury obozowe, nie było czasu dociekać. Widział jak wilcza bestia dopadła jednego z nich od tyłu, powaliła go, i wtedy wolał nie patrzeć dalej, bo nie mógł nic zrobić... oprócz strzelania dalej.
Gdy race rozjaśniły niebo, odetchnął. Rozpoznał gest. Teraz sam też na chwilę zmrużył oczy, gdyż przyzwyczaił się już do ciemności, a nie jest łatwo przejść ot tak z widzenia nocnego na 'zwykłe'. Zwierzoludzie na szczęście również zostali oślepieni, a ludzkie szeregi zebrały się na nowo. Duivel, gdy już ogarniał z powrotem gdzie wróg, a gdzie przyjaciel, posłał jeszcze kilka strzał w stronę rogaczy którzy ugrzęźli w błocie po czarach maga. Niezbyt szlachetne zajęcie, ale jakże skuteczne.
Ku końcowi bitwy namierzył kobietę na koniu z kuszą. Obserwował przez chwilę jak z siodła, samymi kolanami trzymając klaczkę, przeładowuje broń w środku bitewnego chaosu i posyła bełt prosto w pierś włócznika który już szykował się do pchnięcia. Albo miała nieludzkie szczęście albo po prostu była wyjątkowo dobrą strzelczynią - elf uznał że to jednak drugie.
Eponia i Lindara trzymały się blisko przez całą noc. Nie potrzebowały jego wskazówek - wiedziały co robić. Kargun, jak to Kargun, gdzieś w nocnym tumulcie rąbał obok Eitrima. Felix kręcił się przy rannych. Leni - ostatni raz widział ją schowaną pod tarczą, ale o świcie stała już przy nim ze swoją procą i miną człowieka który całkowicie wyspał się poprzednią noc i absolutnie nie rozumie o co wszystkim chodzi.
Teraz siedział przy ognisku Kolesnikova z miską w dłoniach. Zjadł w milczeniu połowę porcji zanim w ogóle poczuł smak. Dopiero gdy sierżant skończył swój sarkastyczny monolog o tym kiedy wyślą ich dalej, elf uniósł głowę i rozejrzał się po twarzach wokół. Wyczerpane. Osmalone. Żywe.
Gdy usłyszał słowa Stefana skierowane do niego, uśmiechnął się - choć wyglądało to dość ... krzywo - próbując okazać sympatię.
- Pod wozem? Bracie, gdybym się chował pod wozem to nie miałbyś teraz obok siebie nikogo kto mógłby ci powiedzieć że wyglądasz jakbyś spał w tym piecu, a nie obok niego. - Duivel machnął ręką w stronę nadal tlących się szczątków jednego z namiotów.
- Ale dzięki, wiesz widzę więcej nocą, starałem się trafiać tych sku***, ale nie ukrywam, wiedziałem też wcześniej skąd biegną, więc łatwiej było mi ich unikać. Zresztą widziałem też inne horrory lepiej niż Wy, ludzie. Łatwo to z głowy nie wyjdzie, ale cóż, wojna, prawda?
Przerwał na chwilę, pijąc łyk czegoś ciepłego co ktoś mu wcześniej wcisnął w rękę.
- Trzymam się. Kuzynki też. Dobrze, że i Wy się trzymacie - dodał spokojniej, i był w tym stwierdzeniu zupełnie pewny.
Obrócił miskę w dłoniach. Spojrzał w stronę lasu.
- Ta kobieta z kuszą... ta w bordowej brygantynie. Widziałem ją w akcji w nocy. - rzucił między jednym kęsem a drugim. - Von Falkenhorst to ona była? Jeśli tak, to chyba rozumiem dlaczego jest przywódczynią i ludzie za nią idą.
-
Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
-'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy... -
Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
-'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy...Tura 44 - 2521.05.06; wlt; ranek
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)Oddział Kolesnikowa
- Ah, ciepła kobieta obok. Masz rację Tobiasie, trzeba będzie w wolnej chwili odwiedzić nasze markietanki. No chyba, że w tym Wendorf znajdą się jakieś gościnne uda to też dobrze. - Stefan podchwycił ostatnią myśl łucznika i wyszczerzył się lubieżnie. Zaś jego zbiry zarechotały ze złośliwej uciechy. Siedzieli razem. Przez ostatnie dni, szefowe najczęściej luźnych ochotników, przydzielały właśnie do tej bandy hochlandzkich zbirów. Więc całkiem często ze sobą współpracowali. Nocowali razem, wystawiali nocne straże czy tak jak teraz, siedzieli i jedli razem. Wyglądało na to, że oddział po tych nocnych walkach, mimo zamieszania i rozproszenia, to raczej wyszedł bez szwanku. Do tego momentu pojedynczo, po dwóch, znów pojedynczo, odnaleźli się prawie wszyscy Hochalndczycy i ci co byli wczoraj z nimi na szpicy regimentu.
- Czerwona kuszniczka mówisz? No może to i nasza wielka szlachcianka. Pamiętacie jak po tym spotkaniu ze strażnikiem w Breder, kupiła sobie ten czerwony kubraczek? I jak potem w nim paradowała dumna jak paw? - Kolesnikow na głos, zastanawiał się nad słowami elfa. I to wspomnienie dość zabawnego spotkania ich szefowej z jednym ze strażników Breder i wówczas i wtedy wywołało falę rozbawienia. Wówczas ich fioletowłosa szefowa, podjechała do paru strażników, pytając o drogę czy coś takiego. Dla wielkiej pani von Falkenhorst. I strasznie się na nich zezłościła jak w niej nie poznali właśnie owej szlachcianki. Choć po prawdzie, wówczas po powrocie z Mglistych Bagien, nie wyglądała zbyt okazale, jak wszyscy w regimencie. I nie było trudno wziąć ją za zwykłą najemniczkę czy kurierkę. Pewnie dlatego wówczas w Breder kupiła sobie solidną brygantynę o wpadających w oko bordowych barwach. Więc chociaż Hochlandczycy nie byli tak do końca pewni, czy to ona tak strzelała z siodła z kuszy to jednak właśnie ją najbardziej ją podejrzewali. Okazało się, że jeden czy dwóch, też ją widzieli w akcji, podobnie jak Duivel. Mimo rubasznej kpiny wobec niej, to jednak leśne zbóje otwarcie nie krytykowali fioletowowłosej.
Z kolei żart Jeagera do Duivela, rozbawił towarzystwo. Zerkali ciekawie jak elf odpowie na tą żartobliwą zaczepkę. I jak się okazało, że z chudym da się pożartować to chyba stał się ludziom ciut mniej obcy. - Kolejny któremu się marzą burdele i zamtuzy. - Czarnobrody herszt przez chwilę popatrzył z niemym rozbawieniem na swojego imiennika. Po czym roześmiał się głośno. - I bardzo dobrze! Kto by nie chciał wychędożyć jakiejś dziewki?! Czyli wszystko z takim mężem w porządku, nie dostał za mocno w czerep ani za wiele mu nie ucięli, nic mu nie zgniło! - Śmiał się do rozpuku a jego banici razem z nim.
- To teraz koniecznie musimy znaleźć jakiś zamtuz i odwiedzić jakieś gorące, gładkie, ladacznice! - Zawołał jeden z tych leśnych braci.
- I, żeby miały z przodu i z tyłu! Żeby było za co złapać! - Wykrzyknął drugi, ożywiony tą wizją. Na chwilę wydawali się zapomnieć o zmęczeniu i trudach nocnej walki.
- I wino! Dużo wina! Na wypadek jakby tak gładkie nie były a jednak wciąż się chciało! - Trzeci śmiał się razem z nimi i wymownie uniósł swój, tani, drewniany kufel.
- No lepiej aby zbyt gładkie nie były. Te najgładsze to zawsze zgarniają oficerowie. - Czwarty dorzucił coś od siebie ale na chwilę zepsuł zabawę i dostał zmasowany atak krytycznych spojrzeń.
- Nie no… Przecież naszymi oficerami są kobiety. No to po co im ladacznice? Więcej zostanie dla nas. - Ten co pierwszy zaczął o wizytach w zamtuzach, starał się szybko przywrócić dyskusję na właściwe tory. I speszył się bo podszedł do nich jeden z wojaków z szarfami oznaczającymi gońca.
- Kolesnikow zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają. Są przy wagonie. - Przekazał im polecenie, wskazując na kanciastą bryłę krytego wozu jaki był widoczny między namiotami i rzednącym dymem pogorzelisk. Ten wóz obie szlachcianki też zakupiły w hochlandzkim Breder.
- No to jak armia sobie o nas przypomniała to zadba aby nam nudno nie było. - Kolesnikow splunął, westchnął i pogrzebał drewnianym widelcem w prawie pustej misce. Właściwie to większość z nich, skończyła już jeść. Ciepła strawa, przyjemnie spływała do żołądka i ożywczo rozgrzewała od środka. Nawet jeśli nie było to danie bardziej wyszukane, niż można by dostać w przydrożnej gospodzie. Czarnowłosy wstał, opłukał swoją miskę, dopił z kubka i wylał resztki na ziemię. Jego ludzie postąpili podobnie. I po paru chwilach szli całą bandą, przez zdewastowany obóz.
Obie szefowe zastali przy ich wagonie. Petra siedziała na jego drewnianych schodach. W samej koszuli i spodniach. Nawet buty miała zdjęte więc widać było jej bose stopy. Wyglądała na zmęczoną i trudno było powiedzieć czy dopiero zaczyna nowy dzień czy kończy poprzednią noc. Przez chwilę wpatrywała się tępo przed siebie, jakby nie zauważyła nadejścia Kolesnikowa i jego bandy. Lady Muller wyglądała bardziej godnie. W barwnej spódnicy. Jednak włosy, zwykle tak starannie ufryzowane, teraz miała spięte w prosty kok z tyłu głowy. Stała obok schodów i kończyła bandażowanie głowy Petry. Tam i tu, na jej sukni, widać było krwawe zacieki. A z samego rana Stefan spotkał ją w jednym z namiotów, jaki zaimprowizowano na szpital polowy. Czyli po prostu ostał się w miarę cały i był dość duży. Więc tam znoszono rannych. I zwykłych wojaków, takich jak on. A także tych znaczniejszych, jak Burchald czy mistrz Drogon. Nawet bogobojny Teodoryk też tam trafił. Jak w każdym szpitalu polowym, rannych było więcej niż personelu. Więc pomoc Stefana lady Inez i Alezzia powitały z ciepłymi uśmiechami. Po chwili doszedł jeszcze wiekowy ale dziarski Harold ze świty Munzela. Zwykli żołnierze i ciury obozowe znosiły kolejnych rannych jakich odnajdywano z początku jeszcze po ciemku. Ci lżej ranni przychodzili sami lub z pomocą kolegów. W miarę jak noc rzedniała i widoczność się poprawiała, dochodzili kolejni jakich odnajdywano na pobojowisku. Stratowani przez towarzyszy lub wrogów, zaczadzeni dymem, zachłyśnięci magicznym trzęsawiskiem jakie stworzył mag, z porąbanymi toporami ranami, zmiażdżeniami od prymitywnych maczug. Munzel miał rany głowy, poranione jak od upadku plecy i ranę kłutą w brzuchu. Więc mógł grzmotnąć po ciemku w gałąź, oberwać włócznią i spaść z konia na coś twardego a nawet ten koń mógł go jeszcze przeciągnąć kawałek. Żadnej z tych możliwości nie można było wykluczyć. Jego oponent w czerwonych szatach miał poważną rane brzucha i piersi. Pewnie też od włóczni lub oszczepu. Ciężko i chrapliwie oddychał. I ranę na skroni, jakby dostał kamieniem albo na taki upadł. A może jak już leżał to ktoś po nim przebiegł? Albo mógł dostać z procy czy ciśniętego kamienia. Głos von Falkenhorst przerwał to czekanie.
- Ah, Kolesnikow. Jesteś. - Petra jakby wyrwała się z letargu. Przeczesała palcami włosy ale dłoń Inez delikatnie, ale stanowczo odsunęła ją aby nie przeszkadzała w bandażowaniu. Fioletowowłosą na chwilę to zirytowało i jakby straciła wątek co miała powiedzieć. Lady Muller jednak już kończyła wiązać opatrunek więc nożyczkami ucięła resztę materiału i lekko klepnęła koleżankę, że już koniec.
- No tak, Kolesnikow. - Petra zebrała się w sobie i zaczęła mowić jeszcze raz. Schyliła się aby sięgnąć po butelkę wina i nalała sobie do kubka. Takiego dość zwyczajnego a nie jakiego można by się u szlachcianki spodziewać. Przełknęła porcję płynu i westchnęła z ulgą. Pierwsz raz na dłużej zawiesiła wzrok w herszcie Hochlandczyków. Tak jakby coś rozważała w swojej fioletowej głowie. Ale jak się już odezwała to tym razem głos miała zdecydowany. - Ilu masz gotowych do drogi ludzi? - Zapytała zerkając szybko po stojących wokół lidera sylwetkach.
- Prawie wszyscy Frau Oficer. Jednego czy dwóch nie ma. Reszta już się odnalazła. - Brodacz wymownie wskazała na podległych mu zwiadowcow. Faktycznie tak było. Chociaż w nocy mocno się rozproszyli to teraz większość się znalazla. Widząc i słysząc to, Petra pokiwała głową o nietypowej barwie włosów. Widać było, że jest zadowolona z takiego stanu.
- Dobrze Kolesnikow. To bardzo dobrze. Weźmiesz swoich ludzi i pójdziecie do Wendorf. Ponoć to już blisko. Wczoraj o małośmy tam nie doszli. Pójdziecie tam i rozejrzyjcie się jak wygląda sytuacja. My ruszymy za wami. Ale jak widzicie, nie tak prędko jak wczoraj myśleliśmy. - Oficer wydała polecenie podobne jak przez ostatnie kilka dni. Czyli banda hochandzkich myśliwych, miała iść na szpicy regimentu aby rozpoznać drogę. I rzeczywiście, jeszcze gdy wczoraj rozbijali obóz, szykowali się, że z rana cały regiment ruszy do pobliskiego miasta. O tej porze już by zwijali namioty, sierżanci by grupowali swoje oddziały i stopniowo wracaliby na drogę prowadzącą mniej więcej na wschód. Teraz jednak widać było pobojowisko i spustoszenie jakie uczynił nocny atak zwierzoludzi. Więc jasne było, że regiment będzie miał opóźnienie w stosunku do wczorajszych planów. Rozczochrana czupryna czarnowłosego skinęła na znak, że przyjął takie polecenie.
- Uważancie na tych rogaczy. Część z nich wczoraj uciekła w las. Mogą się kręcić gdzieś po okolicy. - Von Falkenhrst, widząc, że sierżant, gładko przyjął jej słowa, dodała cos od siebie. Ten znów pokiwał głową. Ona zaś podniosła wzrok na swoją partnerkę. Lady Inez pakowała swoje nożyczki i bandaże, wrzucając je do pudła. I gdy złapała jej spojrzenie to lekko skinęła glową.
- Tylko jeszcze jedna taka rzecz. - Petra przeniosła spojrzenie na Kolesnikowa. I jakby potrzebowała zebrać myśli. - Tylko miejcie oczy szeroko otwarte. Ten list od zabitego kuriera coście wczoraj znaleźli. - Zaczęła mówić ale prawie od razu przerwała. Jakby nie była pewna jak to przekazać. W końcu znów spojrzała na Inez, więc ta przejęła pałeczkę.
- List był tylko częściowo czytelny. Za bardzo zamókł. Ale jest w nim mowa o buncie w regimencie Siege Stern. Lojaliści wysłali ten list z prośbą o wsparcie. Niestety jeśli były tam jakieś daty czy nazwiska to się nie zachowały. Więc nie wiemy jaka tam jest obecna sytuacja. - Muller przekazała im co było w liście jaki wczoraj znaleźli w tubie pod drzewem.
- I dlatego musimy zachować czujność. Musimy pomóc lojalistom jeśli jeszcze tam są. A jeśli nie to trzeba będzie zaprowadzić porządek z buntownikami. Rozeznajcie się na drodze i w mieście zanim my dotrzemy z głównymi siłami. Musimy dbać o dobre imię naszego regimentu aby nie przynieść wstydu naszemu margrafowi i marchii. Zresztą ci buntownicy i tak zagrażają naszym tyłom więc trzeba zrobić z nimi porządek. No chyba, że lojaliści sobie z nimi już poradzili to tylko weźmiemy kwaterunek i ruszamy dalej na wschód. - Lady Petra dokończyła wydawanie poleceń dla zwiadowców. I obrzuciła ich spojrzeniem jakby sprawdzając czy są gotowi aby je wypełnić.
Mecha 44
Wiedza o regimencie Siege Stern (INT + Wiedza: Imperium)
mod:
sława regimentu +10 (wszyscy)
mały detal Ostlandu -10 (wszyscy)
brak wiedzy o Imperium -30 (Duivel)rzut: https://orokos.com/roll/1074025 (93, 76, 65)
Duivel: 50+10-10-30=20; rzut: 93; 20-93=-73 (sp.por)
Tobias: 35+10-10=35; rzut: 76; 35-76=-41 (śr.por)
Stefan: 50+10-10=50; rzut: 65; 50-65=-15 (ma.por) -
Pogaduchy przy ognisku
Stefan słuchał z rozbawieniem zarówno riposty elfa, jak i odpowiedzi Tobiasa, po czym dodał z entuzjazmem:
- Święte Słowa Tobiasie, trzymajmy się razem… nawet z Tobą elfie, przepuszczę Ci nawet to, że oszukujesz w nocnej walce tymi swoimi ślepiami - Nie mógł sobie odpuścić małej szpili w kierunku elfa, ale miał nadzieję, że ten odbierze jego słowa zgodnie z jego intencją, czyli jako niewinne przekomarzanie.
Wspomnienie nocnej walki spowodowało, że mina mu trochę zrzedła i dodał już poważnym tonem: - Żarty, żartami, ale musimy rzeczywiście coś wykombinować, żeby zniwelować przewagi tych pomiotów chaosu, bo Tobias dobrze mówi, że możemy się spodziewać tylko więcej walki z tymi bydlakami.
Ostlandczyka na myśl o zwierzoludziach natychmiast zalała krew, przed oczami przeleciały mu twarze zabitych i ranionych w dzisiejszej walce oraz we wszystkich innych starciach z pomiotem, w których brał udział. Starał się skupić na rubasznych pomysłach kolegów dotyczących uciech, których chcieliby zażyć w Wendorf, ale sam myślał raczej o tym, co chciałby zrobić z kilkoma kopytnymi, gdyby tylko odważyli się znowu wychynąć z lasu do uczciwej walki: - Przeklęty las! To dzięki niemu nie możemy zgnieść tego plugastwa! - pomyślał pewnie po raz setny w ciągu ostatnich dni. Czuł, że nie powinien się poddawać takim krwawym myślom, ale oderwanie się od nich umożliwiło mu dopiero przybycie posłańca wzywającego ich do dowództwa.
-No to czas na nas - pomyślał zbierając się do działania.
- Święte Słowa Tobiasie, trzymajmy się razem… nawet z Tobą elfie, przepuszczę Ci nawet to, że oszukujesz w nocnej walce tymi swoimi ślepiami - Nie mógł sobie odpuścić małej szpili w kierunku elfa, ale miał nadzieję, że ten odbierze jego słowa zgodnie z jego intencją, czyli jako niewinne przekomarzanie.
-
Elf wysłuchiwał opowieści wojaków o zamtuzach. Nie dziwiło go w ogóle odejście od tematów wojny czy nawet samych potworów z nocy. Nikt też nie wspominał o brakujących wojakach, jakby wszyscy łudzili się, że oni zaraz wrócą, że uciekli i teraz wracają do obozu. Ich oderwanie od spraw trudnych zostało brutalnie przerwane przez wysłannika szefowej. Elf, aż lekko się zachłysnął gdy usłyszał słowa "zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają", domyślał się co to oznacza. Wstał od stołu gdzie zostawił pustą miskę po posiłku, zabrał ze sobą jednak kubek z jakimś gorącym napojem. Rozgrzać się musi do końca. W milczeniu dotarł z resztą oddziału do szefowych. Duivel słuchał uważnie słów Petry, z kubkiem w dłoni. Zamokły list, bunt w regimencie, lojaliści, buntownicy. Słowa spływały po nim jak woda po liściach - nie dlatego że go nie interesowały, ale dlatego że jego głowa wciąż była gdzie indziej. W lesie. W nocy. W tym wyciu.
- Ten regiment Siege Stern... - zaczął mówić obok Stefana i Tobiasa, jakby myślał głośno, ale w ciszy która panowała, każdy mógł go usłyszeć - ...z Ostlandu to on, tak? Bo jeśli tak, to ktoś z was pewnie wie o nim więcej niż ja. Dla mnie to tylko kolejna nazwa. Bunt w środku wojny, tak blisko wroga... to albo ktoś bardzo głupi albo bardzo pewny siebie - zmrużył oczy i dokończył - albo te pomioty mu namieszały w głowie...
Więcej nie dodał. Dopił swój napój, łuk miał już przewieszony przez ramię, nawet przy obiedzie nie ściągał go z siebie.
Gdy narada się skończyła, podszedł do swoich kuzynek i odezwał się po elficku, żeby tylko one słyszały. - Ruszamy z Kolesnikovem dalej, bierze tylko swój oddział. Przekażcie reszcie naszym, żeby pomagali ile mogą rannym i całemu regimentowi. Wy dwie miejcie oczy szeroko otwarte i bądźcie czujne. W dzień sobie poradzą z wychwyceniem wroga, ale nocą macie być czujne i .... pomocne. Proszę słuchajcie Petry i Inez, dobrym wyborem będzie też Alessia. Widzimy się w Wendorf.
Kuzynki przytaknęły bez słowa. Lindara już spinała kołczan. Eponia sprawdzała cięciwę.
Kolesnikow zbierał swoich. Duivel dołączył bez zbędnych słów, gdy tylko zebrał niezbędny ekwipunek. Mijali resztki pogorzeliska, a w głowie znów wyświetlał mu się obrazek z dnia poprzedniego.
- Ten regiment Siege Stern... - zaczął mówić obok Stefana i Tobiasa, jakby myślał głośno, ale w ciszy która panowała, każdy mógł go usłyszeć - ...z Ostlandu to on, tak? Bo jeśli tak, to ktoś z was pewnie wie o nim więcej niż ja. Dla mnie to tylko kolejna nazwa. Bunt w środku wojny, tak blisko wroga... to albo ktoś bardzo głupi albo bardzo pewny siebie - zmrużył oczy i dokończył - albo te pomioty mu namieszały w głowie...
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się