Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Stefan
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Duivel

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
221 Posty 6 Uczestników 1.5k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #183

    Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2521.05.04; ang/fst; wieczór - noc

    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
    Czas: 2521.05.04; Angestag; wieczór
    Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)

    Wszyscy

    Wieczór przy ognisku okazał się dość spokojny. Dało się wyczuć, że ulga z tego, że można zrzucić z siebie zbędny ekwipunek, usiąść, ogrzać się przy ognisku, zjeść ciepłą strawę była powszechna. Ale też i dało się wyczuć złowrogie napięcie jakie wywoływała złowroga ściana lasu otaczającego polanę. Po zapadnięciu nocy ta prastara puszcza wydawała się jeszcze mroczniejsza niż w dzień. Wówczas nawet pochmurne światło jakie przebłyskiwało w szczelinach pomiędzy leśnym sklepieniem dawało jakieś pocieszenie, że gdzieś tam dalej jest jeszcze inny świat niż te omszałe, wielkie, pradawne drzewa i mroczne tajemnice jakie skrywają.

    link: https://i.imgur.com/zK0EELS.jpeg

    Potyczki jakie oddział hochlandzkich ochotników Kolesnikowa stoczył w ciągu dnia nie dawał do myślenia. Co prawda główny trzon regimentu nie został zaatakowany co dawało nadzieję, że tych zwierzoludzi nie jest zbyt wiele aby się poważyli na tak śmiały atak. To samo zresztą dało się słyszeć od zwiadowców. Byli atakowani może przez tuzin, może trochę więcej koźlonogich i ich psich pomagierów. To były bandy jakie mogły się poważyć na taki izolowany oddział ale nie regiment jakiego byli częścią. Polowy, przydrożny pochówek zabitych łuczników i jakiegoś kuriera znalezionego trochę dalej od miejsca potyczki zwiadowców widzieli wszyscy. Pogrzeb był szybki i prosty, jak to zwykle w armiach bywało. Czy Hochlandzie, Ostlandzie, Stirlandzie to odbywało się to tak samo. Tylko znaczniej urodzeni i przywódcy którzy padli w boju mogli liczyć na coś więcej. O ile była do tego okazja. Tym razem nie było. Bo wedle słów Teodeberta niedaleko miała być polana na tyle duża aby była szansa pomieścić regiment. Nie było więc co zwłóczyć. Inaczej regiment musiałby nocować wzdłuż polnej drogi w przygodnym terenie co nie byłoby zbyt korzystne. Podczas pochówku Petra i Inez z końskich grzbietów wygłosiły krótkie podziękowanie poległym jacy padli tu w służbie górskiego margrafa w walce z odwiecznym wrogiem. Śledczy Munzem dodał coś od siebie zaś Harold odmówił krótki psalm żałobny złożony Morrowi aby przyjął poległych do swoich ogrodów. Po czym kolumna ruszyła dalej. A świeżo wykopany grób na cztery ciała wydawał się złowróżbnie pozdrawiać przechodzące oddziały. Gorliwy wyznawca nie mylił się i rzeczywiście kilka pacierzy później czoło regimentu władowało się na polanę o jakiej mówił.

    Tym razem szefowe zapewne aby odciążyć pieszych zwiadowców poleciły im osłaniać flanki głównej kolumny maszerującej drogą. Szli więc na przełaj wzdłuż niej wypatrując zagrożeń i pułapek. Musieli iść pojedynczo tworząc szpaler czujek jaki tworzyli razem z milicjantami Wurfer jakich też często używano do takich pomocniczych zadań. Zaś na czoło kolumny wysunęli się konni gebirgsjaeger Eryka. Jakich zwykle nie było widać z czoła kolumny. Gdy więc w końcówce dnia weszło ono na tą polanę powitało ich tych kilku konnych górali jacy stanowili tą forpocztę regimentu.

    Przy ognisku, strawie i przed rozbitymi namiotami, wśród towarzyszy broni była chwila aby odetchnąć. Aby porozmawiać, wspomnieć świeże wydarzenia z całego dnia czy pomyśleć o tym co czeka ich jutro.

    Stefanowi udało się zainteresować Gretę, swojego imiennika i łowców czarownic odkryciem miejsca kaźni nieznanego kuriera. Cała grupka przyszła i rozejrzała się po tym niezbyt przyjemnym miejscu. Munzel wziął od niego zalakowaną tubę i przyjrzał się jej. Jeager i Duivel nie byli pewni czy dosłyszeli w jego ponurym głosie ironię czy nie. W każdym razie konny przywódca łowców heretyków zachował powagę jak to mówił.

    - Czyli wasze szefowe są przedstawicielami Górskiej Marchii Falkenhorst. Więc są tu na gościnnych warunkach. Ja zaś jestem przedstawicielem władz Ostlandu a jesteśmy na terenie Ostlandu. Zaś na czas wojny zostałem zmobilizowany i mam pełnię władzy wojskowej. - poinformował ich z siodła jak wygląda sytuacja prawna. Czy tak było faktycznie ani Ostlandczyk ani elf nie mieli pojęcia bo w końcu w nauce prawa nie byli mocni. Brzmiało to jednak prawdopodobnie.

    Śledczy przełamał pieczęć, otworzył tubę i wyjął z niej rulon. Rozwinął go i zaczął czytać. Za to z jego twarzy nie dało się odczytać czy są tam dobre czy złe wieści. W końcu zwinął rulon, schował z powrotem do tuby a tą do torby. - Posłaniec z Wendorf. Nic tu po nas. Wracamy na drogę. - rzekł i zawrócił konia z powrotem ku reszcie jaka krzątała się przy rozwalaniu zasieki. Z oględzin tego miejsca i ciała dało się odczytać, że zapewne zamęczono tego nieszczęśnika niedawno. Może ostatniej nocy, może rano, może wczoraj. Ciało jeszcze nie było zbyt spuchnięte ani nie zalatywało z daleka padliną. W każdym razie był martwy jak ludzie Kolesnikowa ruszali rano ze Speck albo i wcześniej. Kolesnikow uznał, że był dla zwierzoludzi rozrywką w jakiej się lubowali.

    A gdy Stefan już wieczorem pośród obozu znalazł lady von Muller to ta po chwili zastanowienie zgodziła się aby przeszli się pomiędzy namiotami i ogniskami. Zresztą odnalezienie którejś z szefowych nie było takie trudne bo pośród tego namiotowego miasteczka buda ich wagonu rzucała się w oczy. Petra zresztą też obrzuciła go spojrzeniem gdy podszedł do jej koleżanki ale nie ingerowała w rozmowę.

    - Dobrze, przekażę twoje sugestie Petrze. - lady Inez obiecała mu to ciepłym, uprzejmym głosem ale nie skomentowała tego co jej proponował. I tak się rozstali gdy on poszedł w swoją stronę a młoda szlachcianka z powrotem ku wagonowi. Ognisk jednak nie wygaszono. Jednak rozpalono sporo mniejszych już poza obozem, w głębi lasu jakie powinny pomóc dostrzec strażnikom podkradającego się nocą przeciwnika.

    W nerwowej sytuacji jaka się wytworzyła między dwójką magów a łowcą czarownic Stefan postanowił spacyfikować Teodeberta. Jednak gorliwy wyznawca patrona Ostlandu odtrącił jego dłoń i spojrzał na niego hardo.

    - Milcz! Widziałem cię jak konszachtowałeś w Ristedt z tym czerwonym heretykiem! Nie waż się kalać mnie swoimi obrzydliwymi łapami! - syknął mu w odpowiedzi jakby też zaliczył go do tych bardziej podejrzanych. I zapewne jeszcze w Ristedt był świadkiem jak Stefan poszedł do dziwnej, błotnej chatki mistrza Drogona. I w jego oczach było to równoznaczne z paktowaniem z czarokletą. Wiara sługi Młotodzierżcy pozwalała mu nie lękać się gróźb i rękoczynów więc interwencja Stefana nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.

    Duivel z kuzynkami zaś jak wieczorem sprawdzali co im się od zasieków udało uzbierać z leśnego runa to było tego na ich trójkę ze dwa kubki smardzy i pieczarek. Odcinek był krótki a za bardzo nie mogli się rozłazić aby nie opuszczać szpaleru zwiadowców wokół głównej kolumny. Jak coś nie rosło w ciągu parunastu kroków od ich marszruty to nie opłacało się po to chodzić. Przez co ich zbiór nie był zbyt imponujący. Ale mógł stanowić dodatek do wieczornej strawy.

    Tylko musiał jeszcze rozmówić się z zaproszeniem od śledczego na rozmowę. Gdy bowiem powiedział swoje podczas zajścia z Teodebertem, magami i łowcami to Munzel trawił chwilę jego słowa po czym rzekł mu aby poczekał. A gdy już jako tako zajście rozeszło się po kościach dał mu znak i elf przeszedł obok wierzchowca łowcy do ich rozbitego obozu. A rozbili się obok wagonu obu szefowych regimentu.

    - To opowiedz co widziałeś w tym wozie. I co za stworzenia spotkaliście. Kto był z tobą? No i co robił ten mag podczas tego wszystkiego. Jak się zachowywał? Czy coś wzbudziło twoje podejrzenia? Albo dostrzegłeś coś nietypowego? Byłeś świadkiem jak używał mocy? Możesz to opisać? Twoje słowa mogą być ważnym świadectwem w tej sprawie. - wskazał mu na jakiś pieniek aby elf usiadł a sam skorzystał z podobnego. Harold przejął na siebie obowiązki skryby i spisywał tą rozmowę w jakiejś księdzę. Lider łowców niewiele się odzywał ale nie tracił swojego ponurego wyrazu twarzy. Głównie jednak słuchał co Duivel ma do powiedzenia w sprawie pierwszego spotkania maga i okoliczności jakie temu towarzyszyły. Przez tą rozmowę elf spóźnił się na kolację i gdy poszedł do kuchni polowej to już było już właściwie po niej. Przynajmniej nie czekał w kolejce jak większość regimentu.

    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
    Czas: 2521.05.04; Angestag/Festag; noc
    Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

    Wszyscy

    Obudziły ich krzyki. Odgłosy trwogi. W mrocznym wnętrzu namiotu żaden z nich nie widział wiele a co dopiero co się dzieje poza nim. Jeszcze skołowany umysł ocierał resztki snu próbując zorientować się co się stało. W małych namiotach spali zwykle po dwie, trzy osoby. Więc po omacku też wyczuwali ruch pozostałych. Też się właśnie wybudzali. “Co się dzieje?!” co chwila padało w tych namiotowych ciemnościach.

    Ale coś złego. Spoza namiotów słychać było okrzyki ludzi pełne strachu, zaskoczenia i zdenerwowania. Oraz odgłosy walki. Jakieś dzikie wrzaski, szczęk broni, ujadanie psów, rżenie koni, tumult zwierząt. Wreszcie gwizdki sierżantów.

    - Wyłazić! Wyłazić psie syny! Zbiórka! - krzyczał któryś z nich. Zresztą zaraz też i zza któregoś namiotu pokazał się i Kolesnikow. Wyglądał jakby go właśnie rozbudzono. Czyli tak jak chyba wszyscy obozowicze w zasięgu wzroku i słuchu. Ubierał nerwowo spodnie gdy inni podobnie wychodzili z namiotów też robiąc to jak najszybciej.

    - Hochland! Hochland do mnie! Zbiórka! Zbiórka psia mać bo nas tu zastaną bez gaci! - krzyczał podobnie jak inni dowódcy. Gdzieś nad obozem rozległ się czysty, przeniklywy dźwięk trąbki bijącej na alarm. Cały obóz zbierał się jak w ukropie. Trudno było zorientować się co się właściwie dzieje.

    - Strzelają! Strzelają do nas! - krzyknął jakiś na wpół rozebrany wojak. Pokazywał jak towarzysz co właśnie dopinał pas upadł z krzykiem gdy jakaś strzała wbiła mu się w pierś. Rzeczywiście widać było jak z nieba spadają jakieś kreski. Zwłaszcza jak się wbijały w namioty, w ziemię czy jakiegoś pechowca. Gdzieś na obrzeżach obozu musiała już trwać walka. Ale spomiędzy namiotów i licznych sylwetek nie dało się rozpoznać co się tam dzieje.

    Spomiędzy tego chaosu dało się wyłowić równomierny trucht i brzęk metalu. Jednolita, zwarta grupa przeszła pomiędzy namiotami. To ostlandcy włócznicy pod wodzą swojego sierżanta parli w kierunku walki. Chociaż w tym tumulcie trudno było się zorientować gdzie ona jest. Hałasy dobiegały zewsząd. Włócznicy Duera byli jedyną zwartą, gotową do walki grupą w zasięgu wzroku. Bez ceregieli odpychali kogoś kto im zawadzał lub nie ustąpił zbyt szybko. Prędko też zniknęli im z oczu gdzieś pomiędzy namiotami.

    - Do mnie! Hochland do mnie! - krzyczał Kolesnikow gdy sam ubierał się ale już z namiotów powychodzili jego myśliwi i też zbierali się przy nim. Podobnie jak przydzieleniu do jego oddziału zwiadowcy też potrzebowali czasu aby sprawić się do walki. Sytuacja w sąsiedztwie wyglądała podobnie i tam też wyrwani ze snu żołnierze zaczynali się grupować wokół swoich dowódców. Gdzieś na obrzeżach dały się słyszeć warkot jakichś bestii i okrzyki przeżenia i bólu jakby ktoś tam był żywcem rwany na strzępy. W nocne niebo poszybowały jakieś race. Narobiły huku ale póki były w powietrzu rozjaśniały ten objęty chaosem ziemski padół.

    Stefan widział, że zbieranie się idzie mu podobnie jak Wieslerom i reszcie. Ale Duivel i Tobias zorientowali się, że są już prawie ubrani i chyba szybciej się wyrobią niż otaczający ich towarzysze.


    Mecha 42

    Nocny ostrzał

    szansa 96+

    1 Tobias, 2 Stefan, 3 Albrecht, 4 Olaf, 5 Duivel, 6 Eponia, 7 Lindara, 8 Kargun, 9 Felix, 10 Leni

    rzut: https://orokos.com/roll/1011141

    1 Tobias 76 > nic
    2 Stefan 43 > nic
    3 Albrecht 74 > nic
    4 Olaf 55 > nic
    5 Duivel 32 > nic
    6 Eponia 54 > nic
    7 Lindara 39 > nic
    8 Kargun 14 > nic
    9 Felix 46 > nic
    10 Leni 83 > nic

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Pipboy79
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #184

      Tobias leżał na swoim kocu, w ubraniu, jedynie buty zdjął by stopy nieco odpoczęły. Nie dawał mu spokoju fakt, że mimo niedawnych dwóch zasadzkach, jakie zgotowali im zwierzoludzie, dowództwo zachowywało się jakby byli na pikniku a nie na wojnie. Być może się nie znał na wojaczce ale miał doświadczenie w polowaniu na te dwunożne bestie i nigdy, tak głęboko na wrogim terytorium nie palili ognisk, by nie przykuć jego uwagi. Z drugiej strony nigdy myśliwi nie byli taką wielką kupą ludzi, do tego w jednym miejscu. Nawet w całkowitych ciemnościach byłoby ich słychać, no i czuć. A węch te koziesyny miały znacznie lepszy od ludzkiego. Powinni przynajmniej zastawić potykacze wokół obozu. Ale była już musztarda po obiedzie i za trzymanie gęby na kłódkę winić tylko siebie, teraz mógł tylko być przygotowany, na cokolwiek nastąpi. Ubranie miał na sobie, łuk leżał obok. W razie czego będzie potrzebował tylko chwili by założyć buty i cięciwę na łuk. Ciekawość też zżerała Tobiasa jakie wieści niósł kurier z Wendorfu. Zapewne do wysokich rangą oficerów, sądząc po reakcji tego tępogłowego fanatyka. Gdyby Wenorf padł, pewnie by już o tym wiedzieli, zapewne to była jakaś prośba o posiłki czy coś w tym stylu.
      Sen przyszedł niespodziewanie, kiedy o tym myślał, zmęczenie dało się zwiadowcy we znaki i przez te parę godzin Tobias znów śnił koszmar jaki nawiedzał go od czasu gdy stracił wszystko w Smallhof.
      Gwałtownie został z niego wyrwany, tylko po to by znalazł się w innym. W koszmarze na jawie, gdzie ludzie krzyczeli - jedni podnosząc alarm, inni z bólu i cierpienia. Tobias otrząsnął się szybko z otępienia, nałożył cięciwę na łuk, na nogi buty i wybiegł z namiotu, sprawdzając jednocześnie czy miecz leży dobrze przy pasie i czy ma odpowiedni zapas strzał. Gdzieś przed chwilę zobaczył twarz elfa, który też był już na nogach gotowy do walki. ktoś krzyknął [i]- Do mnie! Hochland do mnie![/I
      Czy był to moment, kiedy losy najemników margrafa Walthera von Falkenhorsta się ważyły? Czy był to frontalny atak dużych sił zdolnych do pokonania najemników czy bardziej nękanie przez wrogich zwiadowców chcących obniżać morale, siać chaos w siłach margrafa. Zaraz mieli się przekonać.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • CioldanC Niedostępny
        CioldanC Niedostępny
        Cioldan jako Duivel
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #185

        - Szanowny łowco Muznelu, jako jedyny udałem się do karety, gdy ta była w rzece. Byliśmy zaskoczeni całą sytuacją i nie miałem żadnych narzędzi, które mogłyby mi pomóc. W wozie pływały różne dokumenty, niestety nie odważyłem się wyciągnąć ich z tego chlewu, bo martwe ciało w środku zaczynało już gnić, a zdecydowanie nie potrzebowałem wtedy zakażenia. Były tam różne symbole, które współgrają z tymi noszonymi przez podejrzanego maga. Później znajdowaliśmy różne ślady. Na wozie były znaki po ataku jakiejś bestii, a następnie widzieliśmy to również na ciałach porozrzucanych po okolicy. Z magiem mieliśmy jeszcze czynność później. Po intensywnej walce z jakąś latającą bestią pomiotu chaosu, mieliśmy chwilę wytchnienia. Gdy trafiliśmy na kolejne ślady martwych kultystów, spotkaliśmy właśnie Jego. Ewidentnie sam sobie poradził z tym ścierwem bo potwory nie miały śladów po mieczach czy strzałach. Moje zaufanie do niego? Jest tak naprawdę związane z bezgranicznym zaufaniem do Alezzi, a ta stawia się za nim za każdym razem. Zresztą jedyną osobą, która go ciągle podważa to Teodebert, a moim skromnym zdaniem, jest on nieco... szalony. W obecnych czasach potrzeba nam ludzi silnych wiarą, jednak ze wszystkim można przesadzić...- zakończył Elf, ukłonił się nisko. Poczekał na jakąkolwiek odpowiedź czy gest wskazujący, że może odejść. Na koniec, gdy wychodził rzucił jeszcze hasłem "Chwała Sigmarowi!". Poszedł coś zjeść i spać, bo nie było już towarzystwa do wieczornego posiedzenia, a nie był też wyznaczony do nocnej warty. Namiot rozbity miał blisko swych kuzynek raczej pod koniec obozu. Ogólnie panował spokój i było nad wyraz cicho jak na tak dużą zbieraninę. Elf nie wierzył w przesądy, także hasło "cisza przed burzą", jakie usłyszał idąc do swego namiotu, nie ruszyło go zbytnio. Zadowolony był, że w końcu się wyśpi i cała regiment będzie rano gotowy do uderzenia na Wendorf. Przed zaśnięciem, zmówił jeszcze cichą modlitwę do Sarriel, zdjął buty i zasnął szybciej niż się spodziewał.

        Jeszcze w nocy obudził go atak na obóz. Wyszedł w miarę szybko z namiotu, na szczęście żadna strzała nie trafiła jeszcze elfów. W ekspresowym tempie założył buty i wyciągnął swój łuk i strzały. Był gotów do walki, ale jeszcze nie ogarnął się gdzie jest wróg i z której strony strzelają. Patrzył co rusz w górę czy aby żadna strzała nie leci w niego. Jego kuzynki też już był gotowe aby ruszyć w stronę Kolesnikova, bo póki co to właśnie do niego byli przypisani. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że będzie bronił Ostlandu, pod obcą banderą jakiejś Górskiej Marchii i w oddziale Hochlandczyków. Nie było jednak czasu na przemyślenia o losie, trzeba wziąć sprawy w swoje ręcę.

        - Skąd dranie strzelają?! NIECH MAGOWIE ROZJAŚNIĄ LAS WOKÓŁ NAS!- starał się zawołać tak głośno jak tylko potrafił. Następnie już podniesionym tonem mówił do Kolesnikova, ale jeśli obok był jeszcze jakiś dowódca to też by usłyszał
        - Może zgaśmy ogniska, a podpalone drwa niczym pochodnie rzućmy w las. Może ich odstraszymy, a powinniśmy też lepiej widzieć.- mówił ogólnie, chociaż jako elf miał przewagę w rozpoznaniu terenu w ciemności. Także bacznie się przyglądał i zwrócił się do kuzynek
        - musimy mówić ludziom o wszystkim co widzimy wokół polany, skupcie się i nie oberwijcie!-

        Lindara i Eponia stały przykulone przy nim. Nie odzywały się, bo nie miały żadnego zamiaru przejmować inicjatywy, więc miały czas aby już rozejrzeć się i namierzyć ewentualny cel.
        Leni gdzieś w obozie złapała za swą procę i schowała za pasek, zdjęła jedną z tarcz na wozie i schowała się pod nią, aby przypadkiem nie dostać losową strzałą. Kargun ze swym orężem postanowił kroczyć za Eitrim, który z kolei trzymał się blisko krasnoluda-rycerza. Felix chował się pod tarczą, ale jego priorytetem była pomóc rannym. W ten sposób, po słyszalnych okrzykach znalazł się przy Jeagerze by pomóc leżącemu rannemu wojakowi.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • DekaresD Niedostępny
          DekaresD Niedostępny
          Dekares jako Stefan
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #186

          Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

          Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
          Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

          - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

          Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

          - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

          Przekazanie zeznania łowcą czarownic

          Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
          Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
          Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
          Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

          -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

          Atak na obóz

          Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
          Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
          -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
          -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
          Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

          - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

          Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

          - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

          Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • Pipboy79P Pipboy79 odniósł się do tego tematu dnia
          • DekaresD Dekares

            Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

            Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
            Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

            - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

            Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

            - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

            Przekazanie zeznania łowcą czarownic

            Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
            Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
            Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
            Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

            -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

            Atak na obóz

            Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
            Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
            -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
            -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
            Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

            - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

            Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

            - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

            Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

            Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79 jako Pipboy79
            napisał ostatnio edytowany przez
            #187

            <Nowe otwarcie, wznowienie sesji z LI>

            |-Tura 43 - 2521.05.06; wlt; ranek-|

            Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
            Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
            Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

            Obóz regimentu von Falkenhorst

            Kolejny poranek wstawał nad umęczoną, ostlandzką ziemią. Na dno pradawnego, złowróżbnego, Lasu Cieni, słoneczny blask prawie nie dochodził. Za to mgła podniosła się rozrzedzoną kurtyną, przesłaniając dalszy widok. Ukrywając nawet za dnia, to co czaiło się w głębi leśnych trzewi. Wydawała się nigdy do końca nie schodzić i w tym ponurym lesie, zawsze gdzieś wisiały jej kłębki.

            Dziś o poranku do tej jasnej zawiesiny w powietrzu dochodziła ciemna. Wraz ze swądem spalenizny w powietrze unosił się dym ze spalonych namiotów i dobytku. W trakcie nocnej walki część ognisk rozsypała się podpalając je. Dało to co prawda chwilowo spore ogniska rozświetlające mrok nocy. Ale część żołnierzy straciła swoje przenośne domy i bambetle. Tak naprawdę dopiero z nastaniem światła dnia, dało się zaprowadzić jakiś porządek i ocenić poziom strat. Zewsząd dochodziły jęki boleści, lament rannych, nawoływania sierżantów zwołujących swoich ludzi. Część żołnierzy rozproszyła się podczas nocnych walk i walczyła z dala od macierzystej jednostki. Dopiero teraz się odnajdywali, często przy kolejce do kuchni gdzie wydawano posiłek. Okazywało się, że ktoś żyje tylko w nocy oddzielił się od reszty. Ilu jeszcze takich zaginionych wróci do swoich oddziałów o własnych siłach tego na razie nie było wiadomo. Wszyscy wiedzieli, że podczas ataku zwierzoludzi, część kompanii rozproszyła się lub spanikowani ludzie czmychnęli w mrok lasu, byle z dala od pogrążonego w walce, chaosie i dymie obozu. Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że nocna, kopytna fala zmiecie wyrwany ze snu regiment.

            Zaczęło się głęboko w nocy. Po walkach na drodze jakie stoczyły czołówki regimentu von Falkenhorst, szefowe postanowiły nie kusić losu i wokół obozu rozstawiły milice sierżant Wurfer. Powszechnie uważano je za mniej wartościowe w bezpośredniej walce, więc często używano ich do zadań pomocniczych. Jak choćby właśnie stanie na straży. To one przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia kopytnej furii. Dość szybko nie zdzierżyły temu zmasowanemu uderzeniu i pękły. Ale w gotowości, w centrum obozu, czekali halabardnicy sierżanta Meistera. To już byli zawodowi żołnierze. Energicznie ruszyli do kontrataku. Ich halabardy były uniwersalną bronią, skuteczną w obronie jak broń drzewcowa i w ataku jak wielki topór. Jednak ani one, ani szefowe, nie spodziewali się ataku tej skali. I halabardnicy chociaż stawali dzielnie, dość szybko zostali oskrzydleni przez przeważające siły wroga. Poza tym meisterowcy mogli walczyć w tylko jednym miejscu a wróg zdawał się wdzierać z każdej. Do środka wpadły dzikie ogary, które siały strach, chaos i dezorganizację. Słychać było ich ujadanie i wrzaski zaatakowanych ludzi. Wtedy właśnie, podczas tej gorączkowej bieganiny, został w obozie zaprószony ogień.

            Jednak czas kupiony przez milicje i halabardników, pozwolił pozostałym na względne zorganizowanie się i ruszenie na pozycje obronne. W improwizowanym mieście namiotowym, kolejne oddziały kolejno wchodziły do walki. Więc kopytni wciąż spychali ich w stronę obozu. Walki toczyły się już między namiotami, jakie obie strony cięły i tratowały. W końcu jednak przewaga liczebna ludzi zaczęła robić swoje i zaczęli odpychać napastników z powrotem w stronę pierwszych drzew. Ci napędzani pierwotną furią dalej siekli, rąbali i dziko wrzeszczeli. W pewnym momencie jeden z oddziałów obrońców pękł. Tam gdzie były te największe zwierzoudzie, w ciężkich pancerzach, co swoimi wielkimi toporami, zdawały się ścinać ludzi jak zboże. Z rykiem rzuciły się do pościgu i wyczuwając ten krytyczny moment bitwy ludzkie szeregi zadrżały niepewnością. Wtedy naprzeciwko nim wyjechała grupka ciężkozbrojnych jeźdźców. W całym regimencie było ich ledwo kilkoro i to licząc razem z grupką Burchalda Munzela, łowcy czarownic jaką spotkali wczoraj. Była też kobieta w bordowej brygantynie i kuszą. To mogła być jedna z dwóch oficer dowodzących regimentem, Petra von Falkenhorst. Konni nie mieli czasu ani miejsca aby w tym zatłoczonym, gęstym od dymu i wrzasku namiotowisku wziąć pełny rozpęd. Więc przypominało to raczej jazdę kłusem niż galopem. Ale może to i lepiej? Nie byłoby dobrze gdyby w pełnym cwale wbili się po ciemku w bagno jakiego jeszcze przed chwilą tu nie było. Zwierzoludzie już w nim ugrzęźli i też wyglądali na zaskocznych. Zapewne miała coś z tym wspólnego samotna sylwetka w czerwonym płaszczu. Stała samotnie na jednym z wozów i krzyczała ikantację. Bo od czego innego? Tak czy inaczej grupka imperialnych jeźdźców ugrzęzła w tym mokradle tak samo jak zwierzoludzie. Siekli się nawzajem gdy już komuś do kogoś udało się dotrzeć. Tu przewagę miała oficer z kuszą jaka mogła zostać na miejscu i strzelać w rogaczy. Także innym łucznikom i strzelcom to pozwoliło wziąć ich na cel. Do świetlnych rac jakie nagle zalały nocne niebo. Rozrproszyły nocne ciemności jakie do tej pory sprzyjały raczej zwierzoludziom. Wielcy zwierzoludzie padli od strzał i ciosów w błoto w jakim tkwili albo zrejterowali. To jakby złamało morale pozostałych kopytnych. Poszli w ich ślady. Ale ludzie nie odważyli się ich ścigać w pogrążonym w nocnym mroku lesie. To była domena tej dzikiej, pierwotnej rasy. Zaczęło się wystawianie wart, gaszenie płonących namiotów, zbieranie oddziałów i znoszenie rannych do lazaretu a zabitych w jedno miejsce. I tak zeszło prawie do rana.
            Teraz siedząc na pniu czy ognisku, ludzie wymieniali się wiadomościami z ostatniej nocy. Ktoś widział, jak Kurt Landsknecht, ostlandzki gwardzista z wielkim mieczem przez moment sam walczył z trzema zwierzoludźmi. To wlało wiarę w jego towarzyszy którzy z werwą wrócili do tak mężnego wojownika. Inny opowiadał o Teodoryk który stał na jednym z wozów i bronił go jak małej twierdzy. Zdzielając swoim cepem każdego rogacza jaki przebiegał w pobliżu lub próbował wejść na ten wóz. Podobno mistrz Drogon zapłacił za swoją odwagę raną od ciśniętego oszczepu. A podobno Munzel i tak go oskarżał o sabotaż bo bez bagna jakie mag wywołał na pewno zmiażdżyłby nacierających zwierzoludzi. Ale chwilowo to nie było ważne bo oberwał tak mocno, że teraz też był w lazarecie tak samo jak czerwony magister i wielu innych zwykłych wojaków.

            Wśród nich siedzieli także banici Kolesnikowa. W nocy alarm ich wyrwał tak samo jak resztę obozu. Jednak chaos i pośpiech sprawił, że prawie od razu tłum ich rozdzielił i walczyli w rozproszeniu. Gdzie jednak kto nie trafił to miał do czego strzelać. Tak naprawdę większość z nich była przekonana, że są ostatnimi ocalałymi z ich drużyny. Dopóki nad ranem nie zaczęli się odnajdywać w kolejce po jedzenie albo gdzieś obok. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Właściwie to chyba większość.
            - Jedzcie, jedzcie. Nie wiadomo kiedy następny raz się trafi okazja coś zjeść. Powiem wam, że póki kuchnia działa jak należy to jeszcze nie jest tak źle. Ale spokojnie, zaraz zapewne sobie o nas przypomną i wyślą gdzieś dalej. - Stefan Kolesnikow, czarnowłosy, ze zmierzwioną, czarną brodą jaka nadawała mu wyglądu herszta banitów, śmiał się sarkastycznie do swoich kamratów. I tych z jakimi przybył z Hochlandu i z tymi jakich szefostwo najczęściej mu ostatnio przydzielało. Jakoś tak się utarło, że to właśnie hochlandzcy myśliwi szli jako szpica reszty regimentu. Tak był wczoraj i wcześniej. I tego zapewne Stefan spodziewał się i dzisiaj. W końcu wedle planu mieli być niedaleko miasta Wendorf do jakiego zmierzali od przeprawienia się przez Wolf w Ristedt. Wczoraj podobno prawie doszli więc i dziś powinno być blisko do tego miasta. Leżało mniej więcej w połowie drogi między Ristedt a Grunazkeren. Gdzie to ostatnie już miało mieć podjazdy wrogiej armii pod murami a kto wie? Może już nawet było oblężone? Nie wiadomo. A co się dzieje w Wendorf nie było w ogóle wiadomo. Ale wiadomo było, że przez nie, wiedzie najkrótsza droga do Grunazkeren. A na pomoc obrońcom tego miasta, zmierzał regiment von Falkenhorst.

            Tak naprawdę to w chaosie nocnej walki, oddział Kolesnikowa pszedł w rozsypkę. Jedni zbierali się zbyt wolno aby za nim podąrzyć, innych oddzielił tłum biegnących i walczących, zgubili się w labiryntem namiotow. Oślepiala ich nie tylko nocna ciemność ale kurz wzbity przez ten tłum i dym pożarów. Tak naprawdę to dopiero po walce zaczęli się powoli odnajdywać. A dopiero teraz rano, przy śniadaniu zebrała się większość z nich. I każdy z nich miał do opowiedzenia nieco inną historię.

            Duivel w pewnym momencie trafił na uciekających ludzi. Może milicjantów a może jakieś ciury obozowe. Widział jak na plecy jednego z nich skoczyła wilcza bestia powalając go na ziemię. Słyszał wrzask przerażonego człowieka zdjętego pierwotnym lękiem gdy kły i pazury zaczęły go rozszarpywać żywcem. Widział też jak na włócznik kopytnych właśnie miał wbić swoją broń w pierś jednego z obrońców gdy w jego włochatą pierś nagle wbił się bełt. Gdy elf odwrócił się, dojrzał kawałek dalej kobietę w siodle, w czerwonej brygantynie z kuszą w dłoni. Jednocześnie próbowała zapanować nad koniem samymi nogami a dłońmi przeładować swoją broń. Albo Petra von Falkenhorst była niesamowitym strzelcem, że ten strzał jej się udał, albo bogowie wojny jej w tym momencie sprzyjali.

            Tobias też swoje przeżył. Widział jak czerwony mag szyje swoje czary z uniesionymi wysko dłońmi, wykrzykuje coś rozkazująco i w efekcie wpakował grupę zwierzoludzie w bagno. Ale zaraz potem stamtąd poleciała włócznia jaka go trafiła i mistrz Drogor upadł z jękiem na ziemię. Chwilowo odzyskana nadzieja wśród ludzi znów się zachwiała. Widział jeszcze jak ktoś próbuje odciągnąć bezwładnego maga gdzieś w głąb obozu. A nieco później sam był świadkiem jak biegł ku niemu jakiś kopytny. Wrzeszczał dziko i szarżował z opuszczoną włócznią. Pierwszy strzał Tobiasa chybił a w okół nie było innych strzelców. Sięgnął do kołczana po drugą strzałe i zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz chybi to przeciwnik pewnie go dopadnie. Ale wtedy stała się światłość. Nad jego głową. Jasne race oświetliły teren. tak samo jak niegdyś na Mglistych Bagnach. Łucznik zorientowal się, że biegnie ku niemu nie jeden a kilku zwierzoludzi. Ale zatrzymali się porażeni jaskrawym światłem jakie mieli prosto w ich zwierzęce ślepia. To dało okazję jemu i kilku przygodnym wojakom aby zebrać się do kontrataku. Kopytni wciąż oślepieni światłem nie stanowili zbyt wielkiego wyzwania i szybko albo zostali trafieni albo zrejterowali.

            Stefan w nocy miał okazję być świadkiem innego epizodu. Gdy pod koniec walk, kawalerzysta w płaszczu i wysokim kapeluszu, śmiało ruszył w pościg za uciekającymi zwierzoludzi. Widział jak zaraz po wjechaniu w pierwsze drzewa, zwala się nagle z siodła. Teraz rano słyszał różne wersje. Że Brurchald Munzel dostał z łuku lub włóczni, że wcale nie planował ruszać w pościg tylko koń go poniósł, że w ciemności nie zauważył gałęzi i dostał nią prosto w czerep. Wszystkie jednak były zgodne, że oberwał na sam koniec walki i dlatego teraz rano nie był na chodzie i nie wiadomo było czy przeżyje. Ale też widział jak wcześniej, grupie rejsterujących w głąb obozu wojaków, zajechała drogę kawalerzystka z rozwianymi włosami. Wykrzyczała coś rozkazująco. Nie był pewien czy przez moment oczy nie zabłysły jej dziwnym blaskiem. Większość żołnierzy zatrzymała się. A gdy im wskazała na linię walki, oni zakrzyknęli raz jeszcze i ruszyli z powrotem aby dołączyć do wciąż walczących towarzyszy.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • DekaresD Niedostępny
              DekaresD Niedostępny
              Dekares jako Stefan
              napisał ostatnio edytowany przez Dekares
              #188

              Ostlandczyk bardziej zwalił się na ziemię niż przysiadł przy gromadzącym oddział myśliwych ognisku, był całkowicie wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, już sama walka poprzedniego dnia dała mu się nieźle we znaki a teraz ten cały burdel się na nich zwalił….
              Zaczął powoli, mechanicznie jeść z miski otrzymaną z kuchni porcję jedzenia składającą się głównie z kaszy i cebuli. Jednocześnie ospale rozglądając się po obozie. Liczba pojawiających się przy ognisku żołnierzy wcale go nie dziwiła, miał za sobą już kilka podobnych starć i wiedział że chaos i ciemność zawsze wyolbrzymiały poniesione straty w ludziach którzy tak jak tutaj w żadnym wypadku nie zginęli a po prostu oddzielili się od reszty w ogólnym rozgardiaszu. Zatrzymał się wzrokiem na Wieselach siedzących nieopodal i podobnie jak on próbujących choć chwilę odpocząć, cieszył się że udało mu się zadbać o to żeby przynajmniej dostali coś do jedzenia i spokojne miejsce do odpoczynku jakąś godzinę temu. Wczorajsza rana starszego z nich otworzyła się w walce i trzeba było na nowo go opatrzeć. Na szczęście nie była to aż tak poważna sprawa jak się obawiał w pierwszej chwili.

              - Żeby to samo można by powiedzieć o reszcie… - pomyślał mimowolnie wracając myślami do jatki jaką była opieka nad tymi którzy zostali ranieni w ataku. Pracował w zasadzie bez ustanku z resztą znających się choć trochę na medycynie. Już w trakcie ataku odciągnął i opatrzył ze dwóch rannych, po tym było tylko gorzej.
              Wiedział że jeszcze długo będą mu się śniły krzyki młodego chłopaka ze zmiażdżonym ramieniem którego dopiero niedawno udało się jako tako opatrzeć. W zasadzie pomoc rannym to był cały jego udział w nocnej walce poza tym udało mu się tylko chwilę bez większego efektu zetrzeć z jedną z włochatych bestii za nim Ci nie zaczęli uciekać. Chciał dojść do rannego łowcy czarownic żeby mu pomóc ale zobaczył, że jego właśni ludzie są już przy nim więc dał sobie spokój No i po tym strzelał jeszcze z łuku do drani którzy utknęli w magicznym bagnie ale to trudno było nazwać prawdziwą walką, rozstrzelał z innymi kilka bezradnych bestii i tyle . Z resztą kilku tych przerośniętych parszywców i tak nie chciało grzecznie zdechnąć, dostawali po kilka strzał i nadal próbowali się wyrwać z matni trzeba było zrobić z nich prawdziwe jeże żeby padli albo poczekać na ludzi Egera którzy swoimi arkebuzami w końcu ubijali zwierzoludzi.

              Znajome skomlenie wyrwało go na moment ze koszmarnych wspominek, to wierny Azur przytulił się do jego boku, zapewne wyczuwając ponury nastrój swojego pana i chcąc go pocieszyć.

              • Dobre psisko - powiedział miękko głaszcząc psa po głowie.
                W tym samym czasie usłyszał słowa sierżanta Kolesnikowa o tym żeby zjedli i przygotowali się do rychłego wymarszu. Słysząc to zaśmiał się się pod nosem myśląc o tym jak bardzo boli go głowa, jak bardzo chciałby się położyć i zasnąć.Jednocześnie wiedząc że za chwilę zbierze się z ziemi i przygotuje do wymarszu bo na swój własny absolutnie szalony sposób jednocześnie nienawidził i lubił tą cholerną robotę.
                Czując powołanie Prawdziwego Zwiadowcy zabrał się do spełnienia Najważniejszego Obowiązku każdego Zwiadowcy z krwi i kości i zaczął narzekać jak najgorsza jędza:
              • Tak Jest! W końcu ktoś musi poprowadzić resztę tego burde…-przerwał teatralnie rozglądając się po obozowisku które jeszcze w co niektórych miejscach nadal się tliło po nocnym pożarze i poprawił się - Przepraszam, Płonącego Burdelu przez las żeby się nie zgubili biedacy w drodze do wychodka w Wendorf - puścił porozumiewawcze oko do swojego imiennika żeby ten wiedział że chce tylko trochę rozbawić towarzystwo.
                Jednocześnie wstał z pieńka na którym siedział, bo wiedział że jeśli ma być niedługo gotowy do drogi to musi jeszcze ogarnąć swój zapewne stratowany dobytek i wrócić do doglądania rannych.

              Jego spojrzenie padło na Tobiasa i Duviela, nie był pewien czy to ze zmęczenia ich wcześniej nie zauważył czy dopiero pojawili się przy ognisku ale postawił natychmiast do nich podejść. Coraz bardziej lubił tą dwójkę, nawet pomimo wcześniejszych utarczek z elfem, cieszył się że wygląda na to że nic im się nie stało podczas nocnego ataku:
              -Jak się macie? Szczególnie Ty długouchy dekowniku, gdzie żeś się chował całą noc? Bo nie było Cię razem ze mną pod tym wozem - rzucił do nich figlarnym tonem połączonym z ciężkim ziewnięciem.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • CioldanC Niedostępny
                CioldanC Niedostępny
                Cioldan jako Duivel
                napisał ostatnio edytowany przez
                #189

                Noc minęła szybko, pewnie przez brutalną walkę. Gdy krzyki wyrwały go ze snu, Duivel był na nogach natychmiast, tak samo jak i jego kuzynki. Walka zaczęła się zanim zdążył w pełni ogarnąć sytuację. Las wrzeszczał, obóz płonął, a on wciąż szukał celu.

                Miał przewagę nad ludźmi - elfie oczy radziły sobie w ciemnościach lepiej niż większość wokół. Ale i tak mgła, dym i wzbity kurz robiły swoje. Strzelał. Raz, drugi, trzeci. Nie zawsze wiedział czy trafił, bo tłum i ciemność pochłaniały i strzały i ich skutki. W pewnym momencie natknął się na uciekających - może milicjantów, może ciury obozowe, nie było czasu dociekać. Widział jak wilcza bestia dopadła jednego z nich od tyłu, powaliła go, i wtedy wolał nie patrzeć dalej, bo nie mógł nic zrobić... oprócz strzelania dalej.

                Gdy race rozjaśniły niebo, odetchnął. Rozpoznał gest. Teraz sam też na chwilę zmrużył oczy, gdyż przyzwyczaił się już do ciemności, a nie jest łatwo przejść ot tak z widzenia nocnego na 'zwykłe'. Zwierzoludzie na szczęście również zostali oślepieni, a ludzkie szeregi zebrały się na nowo. Duivel, gdy już ogarniał z powrotem gdzie wróg, a gdzie przyjaciel, posłał jeszcze kilka strzał w stronę rogaczy którzy ugrzęźli w błocie po czarach maga. Niezbyt szlachetne zajęcie, ale jakże skuteczne.

                Ku końcowi bitwy namierzył kobietę na koniu z kuszą. Obserwował przez chwilę jak z siodła, samymi kolanami trzymając klaczkę, przeładowuje broń w środku bitewnego chaosu i posyła bełt prosto w pierś włócznika który już szykował się do pchnięcia. Albo miała nieludzkie szczęście albo po prostu była wyjątkowo dobrą strzelczynią - elf uznał że to jednak drugie.

                Eponia i Lindara trzymały się blisko przez całą noc. Nie potrzebowały jego wskazówek - wiedziały co robić. Kargun, jak to Kargun, gdzieś w nocnym tumulcie rąbał obok Eitrima. Felix kręcił się przy rannych. Leni - ostatni raz widział ją schowaną pod tarczą, ale o świcie stała już przy nim ze swoją procą i miną człowieka który całkowicie wyspał się poprzednią noc i absolutnie nie rozumie o co wszystkim chodzi.

                Teraz siedział przy ognisku Kolesnikova z miską w dłoniach. Zjadł w milczeniu połowę porcji zanim w ogóle poczuł smak. Dopiero gdy sierżant skończył swój sarkastyczny monolog o tym kiedy wyślą ich dalej, elf uniósł głowę i rozejrzał się po twarzach wokół. Wyczerpane. Osmalone. Żywe.

                Gdy usłyszał słowa Stefana skierowane do niego, uśmiechnął się - choć wyglądało to dość ... krzywo - próbując okazać sympatię.

                • Pod wozem? Bracie, gdybym się chował pod wozem to nie miałbyś teraz obok siebie nikogo kto mógłby ci powiedzieć że wyglądasz jakbyś spał w tym piecu, a nie obok niego. - Duivel machnął ręką w stronę nadal tlących się szczątków jednego z namiotów.
                • Ale dzięki, wiesz widzę więcej nocą, starałem się trafiać tych sku***, ale nie ukrywam, wiedziałem też wcześniej skąd biegną, więc łatwiej było mi ich unikać. Zresztą widziałem też inne horrory lepiej niż Wy, ludzie. Łatwo to z głowy nie wyjdzie, ale cóż, wojna, prawda?

                Przerwał na chwilę, pijąc łyk czegoś ciepłego co ktoś mu wcześniej wcisnął w rękę.

                • Trzymam się. Kuzynki też. Dobrze, że i Wy się trzymacie - dodał spokojniej, i był w tym stwierdzeniu zupełnie pewny.

                Obrócił miskę w dłoniach. Spojrzał w stronę lasu.

                • Ta kobieta z kuszą... ta w bordowej brygantynie. Widziałem ją w akcji w nocy. - rzucił między jednym kęsem a drugim. - Von Falkenhorst to ona była? Jeśli tak, to chyba rozumiem dlaczego jest przywódczynią i ludzie za nią idą.
                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • MirasM Niedostępny
                  MirasM Niedostępny
                  Miras jako Miras
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #190

                  Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
                  Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
                  -'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
                  Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
                  Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy...

                  Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • MirasM Miras

                    Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
                    Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
                    -'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
                    Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
                    Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy...

                    Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79 jako Pipboy79
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #191

                    Tura 44 - 2521.05.06; wlt; ranek

                    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
                    Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
                    Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

                    Oddział Kolesnikowa

                    - Ah, ciepła kobieta obok. Masz rację Tobiasie, trzeba będzie w wolnej chwili odwiedzić nasze markietanki. No chyba, że w tym Wendorf znajdą się jakieś gościnne uda to też dobrze. - Stefan podchwycił ostatnią myśl łucznika i wyszczerzył się lubieżnie. Zaś jego zbiry zarechotały ze złośliwej uciechy. Siedzieli razem. Przez ostatnie dni, szefowe najczęściej luźnych ochotników, przydzielały właśnie do tej bandy hochlandzkich zbirów. Więc całkiem często ze sobą współpracowali. Nocowali razem, wystawiali nocne straże czy tak jak teraz, siedzieli i jedli razem. Wyglądało na to, że oddział po tych nocnych walkach, mimo zamieszania i rozproszenia, to raczej wyszedł bez szwanku. Do tego momentu pojedynczo, po dwóch, znów pojedynczo, odnaleźli się prawie wszyscy Hochalndczycy i ci co byli wczoraj z nimi na szpicy regimentu.
                    - Czerwona kuszniczka mówisz? No może to i nasza wielka szlachcianka. Pamiętacie jak po tym spotkaniu ze strażnikiem w Breder, kupiła sobie ten czerwony kubraczek? I jak potem w nim paradowała dumna jak paw? - Kolesnikow na głos, zastanawiał się nad słowami elfa. I to wspomnienie dość zabawnego spotkania ich szefowej z jednym ze strażników Breder i wówczas i wtedy wywołało falę rozbawienia. Wówczas ich fioletowłosa szefowa, podjechała do paru strażników, pytając o drogę czy coś takiego. Dla wielkiej pani von Falkenhorst. I strasznie się na nich zezłościła jak w niej nie poznali właśnie owej szlachcianki. Choć po prawdzie, wówczas po powrocie z Mglistych Bagien, nie wyglądała zbyt okazale, jak wszyscy w regimencie. I nie było trudno wziąć ją za zwykłą najemniczkę czy kurierkę. Pewnie dlatego wówczas w Breder kupiła sobie solidną brygantynę o wpadających w oko bordowych barwach. Więc chociaż Hochlandczycy nie byli tak do końca pewni, czy to ona tak strzelała z siodła z kuszy to jednak właśnie ją najbardziej ją podejrzewali. Okazało się, że jeden czy dwóch, też ją widzieli w akcji, podobnie jak Duivel. Mimo rubasznej kpiny wobec niej, to jednak leśne zbóje otwarcie nie krytykowali fioletowowłosej.
                    Z kolei żart Jeagera do Duivela, rozbawił towarzystwo. Zerkali ciekawie jak elf odpowie na tą żartobliwą zaczepkę. I jak się okazało, że z chudym da się pożartować to chyba stał się ludziom ciut mniej obcy. - Kolejny któremu się marzą burdele i zamtuzy. - Czarnobrody herszt przez chwilę popatrzył z niemym rozbawieniem na swojego imiennika. Po czym roześmiał się głośno. - I bardzo dobrze! Kto by nie chciał wychędożyć jakiejś dziewki?! Czyli wszystko z takim mężem w porządku, nie dostał za mocno w czerep ani za wiele mu nie ucięli, nic mu nie zgniło! - Śmiał się do rozpuku a jego banici razem z nim.
                    - To teraz koniecznie musimy znaleźć jakiś zamtuz i odwiedzić jakieś gorące, gładkie, ladacznice! - Zawołał jeden z tych leśnych braci.
                    - I, żeby miały z przodu i z tyłu! Żeby było za co złapać! - Wykrzyknął drugi, ożywiony tą wizją. Na chwilę wydawali się zapomnieć o zmęczeniu i trudach nocnej walki.
                    - I wino! Dużo wina! Na wypadek jakby tak gładkie nie były a jednak wciąż się chciało! - Trzeci śmiał się razem z nimi i wymownie uniósł swój, tani, drewniany kufel.
                    - No lepiej aby zbyt gładkie nie były. Te najgładsze to zawsze zgarniają oficerowie. - Czwarty dorzucił coś od siebie ale na chwilę zepsuł zabawę i dostał zmasowany atak krytycznych spojrzeń.
                    - Nie no… Przecież naszymi oficerami są kobiety. No to po co im ladacznice? Więcej zostanie dla nas. - Ten co pierwszy zaczął o wizytach w zamtuzach, starał się szybko przywrócić dyskusję na właściwe tory. I speszył się bo podszedł do nich jeden z wojaków z szarfami oznaczającymi gońca.
                    - Kolesnikow zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają. Są przy wagonie. - Przekazał im polecenie, wskazując na kanciastą bryłę krytego wozu jaki był widoczny między namiotami i rzednącym dymem pogorzelisk. Ten wóz obie szlachcianki też zakupiły w hochlandzkim Breder.
                    - No to jak armia sobie o nas przypomniała to zadba aby nam nudno nie było. - Kolesnikow splunął, westchnął i pogrzebał drewnianym widelcem w prawie pustej misce. Właściwie to większość z nich, skończyła już jeść. Ciepła strawa, przyjemnie spływała do żołądka i ożywczo rozgrzewała od środka. Nawet jeśli nie było to danie bardziej wyszukane, niż można by dostać w przydrożnej gospodzie. Czarnowłosy wstał, opłukał swoją miskę, dopił z kubka i wylał resztki na ziemię. Jego ludzie postąpili podobnie. I po paru chwilach szli całą bandą, przez zdewastowany obóz.


                    Obie szefowe zastali przy ich wagonie. Petra siedziała na jego drewnianych schodach. W samej koszuli i spodniach. Nawet buty miała zdjęte więc widać było jej bose stopy. Wyglądała na zmęczoną i trudno było powiedzieć czy dopiero zaczyna nowy dzień czy kończy poprzednią noc. Przez chwilę wpatrywała się tępo przed siebie, jakby nie zauważyła nadejścia Kolesnikowa i jego bandy. Lady Muller wyglądała bardziej godnie. W barwnej spódnicy. Jednak włosy, zwykle tak starannie ufryzowane, teraz miała spięte w prosty kok z tyłu głowy. Stała obok schodów i kończyła bandażowanie głowy Petry. Tam i tu, na jej sukni, widać było krwawe zacieki. A z samego rana Stefan spotkał ją w jednym z namiotów, jaki zaimprowizowano na szpital polowy. Czyli po prostu ostał się w miarę cały i był dość duży. Więc tam znoszono rannych. I zwykłych wojaków, takich jak on. A także tych znaczniejszych, jak Burchald czy mistrz Drogon. Nawet bogobojny Teodoryk też tam trafił. Jak w każdym szpitalu polowym, rannych było więcej niż personelu. Więc pomoc Stefana lady Inez i Alezzia powitały z ciepłymi uśmiechami. Po chwili doszedł jeszcze wiekowy ale dziarski Harold ze świty Munzela. Zwykli żołnierze i ciury obozowe znosiły kolejnych rannych jakich odnajdywano z początku jeszcze po ciemku. Ci lżej ranni przychodzili sami lub z pomocą kolegów. W miarę jak noc rzedniała i widoczność się poprawiała, dochodzili kolejni jakich odnajdywano na pobojowisku. Stratowani przez towarzyszy lub wrogów, zaczadzeni dymem, zachłyśnięci magicznym trzęsawiskiem jakie stworzył mag, z porąbanymi toporami ranami, zmiażdżeniami od prymitywnych maczug. Munzel miał rany głowy, poranione jak od upadku plecy i ranę kłutą w brzuchu. Więc mógł grzmotnąć po ciemku w gałąź, oberwać włócznią i spaść z konia na coś twardego a nawet ten koń mógł go jeszcze przeciągnąć kawałek. Żadnej z tych możliwości nie można było wykluczyć. Jego oponent w czerwonych szatach miał poważną rane brzucha i piersi. Pewnie też od włóczni lub oszczepu. Ciężko i chrapliwie oddychał. I ranę na skroni, jakby dostał kamieniem albo na taki upadł. A może jak już leżał to ktoś po nim przebiegł? Albo mógł dostać z procy czy ciśniętego kamienia. Głos von Falkenhorst przerwał to czekanie.
                    - Ah, Kolesnikow. Jesteś. - Petra jakby wyrwała się z letargu. Przeczesała palcami włosy ale dłoń Inez delikatnie, ale stanowczo odsunęła ją aby nie przeszkadzała w bandażowaniu. Fioletowowłosą na chwilę to zirytowało i jakby straciła wątek co miała powiedzieć. Lady Muller jednak już kończyła wiązać opatrunek więc nożyczkami ucięła resztę materiału i lekko klepnęła koleżankę, że już koniec.
                    - No tak, Kolesnikow. - Petra zebrała się w sobie i zaczęła mowić jeszcze raz. Schyliła się aby sięgnąć po butelkę wina i nalała sobie do kubka. Takiego dość zwyczajnego a nie jakiego można by się u szlachcianki spodziewać. Przełknęła porcję płynu i westchnęła z ulgą. Pierwsz raz na dłużej zawiesiła wzrok w herszcie Hochlandczyków. Tak jakby coś rozważała w swojej fioletowej głowie. Ale jak się już odezwała to tym razem głos miała zdecydowany. - Ilu masz gotowych do drogi ludzi? - Zapytała zerkając szybko po stojących wokół lidera sylwetkach.
                    - Prawie wszyscy Frau Oficer. Jednego czy dwóch nie ma. Reszta już się odnalazła. - Brodacz wymownie wskazała na podległych mu zwiadowcow. Faktycznie tak było. Chociaż w nocy mocno się rozproszyli to teraz większość się znalazla. Widząc i słysząc to, Petra pokiwała głową o nietypowej barwie włosów. Widać było, że jest zadowolona z takiego stanu.
                    - Dobrze Kolesnikow. To bardzo dobrze. Weźmiesz swoich ludzi i pójdziecie do Wendorf. Ponoć to już blisko. Wczoraj o małośmy tam nie doszli. Pójdziecie tam i rozejrzyjcie się jak wygląda sytuacja. My ruszymy za wami. Ale jak widzicie, nie tak prędko jak wczoraj myśleliśmy. - Oficer wydała polecenie podobne jak przez ostatnie kilka dni. Czyli banda hochandzkich myśliwych, miała iść na szpicy regimentu aby rozpoznać drogę. I rzeczywiście, jeszcze gdy wczoraj rozbijali obóz, szykowali się, że z rana cały regiment ruszy do pobliskiego miasta. O tej porze już by zwijali namioty, sierżanci by grupowali swoje oddziały i stopniowo wracaliby na drogę prowadzącą mniej więcej na wschód. Teraz jednak widać było pobojowisko i spustoszenie jakie uczynił nocny atak zwierzoludzi. Więc jasne było, że regiment będzie miał opóźnienie w stosunku do wczorajszych planów. Rozczochrana czupryna czarnowłosego skinęła na znak, że przyjął takie polecenie.
                    - Uważancie na tych rogaczy. Część z nich wczoraj uciekła w las. Mogą się kręcić gdzieś po okolicy. - Von Falkenhrst, widząc, że sierżant, gładko przyjął jej słowa, dodała cos od siebie. Ten znów pokiwał głową. Ona zaś podniosła wzrok na swoją partnerkę. Lady Inez pakowała swoje nożyczki i bandaże, wrzucając je do pudła. I gdy złapała jej spojrzenie to lekko skinęła glową.
                    - Tylko jeszcze jedna taka rzecz. - Petra przeniosła spojrzenie na Kolesnikowa. I jakby potrzebowała zebrać myśli. - Tylko miejcie oczy szeroko otwarte. Ten list od zabitego kuriera coście wczoraj znaleźli. - Zaczęła mówić ale prawie od razu przerwała. Jakby nie była pewna jak to przekazać. W końcu znów spojrzała na Inez, więc ta przejęła pałeczkę.
                    - List był tylko częściowo czytelny. Za bardzo zamókł. Ale jest w nim mowa o buncie w regimencie Siege Stern. Lojaliści wysłali ten list z prośbą o wsparcie. Niestety jeśli były tam jakieś daty czy nazwiska to się nie zachowały. Więc nie wiemy jaka tam jest obecna sytuacja. - Muller przekazała im co było w liście jaki wczoraj znaleźli w tubie pod drzewem.
                    - I dlatego musimy zachować czujność. Musimy pomóc lojalistom jeśli jeszcze tam są. A jeśli nie to trzeba będzie zaprowadzić porządek z buntownikami. Rozeznajcie się na drodze i w mieście zanim my dotrzemy z głównymi siłami. Musimy dbać o dobre imię naszego regimentu aby nie przynieść wstydu naszemu margrafowi i marchii. Zresztą ci buntownicy i tak zagrażają naszym tyłom więc trzeba zrobić z nimi porządek. No chyba, że lojaliści sobie z nimi już poradzili to tylko weźmiemy kwaterunek i ruszamy dalej na wschód. - Lady Petra dokończyła wydawanie poleceń dla zwiadowców. I obrzuciła ich spojrzeniem jakby sprawdzając czy są gotowi aby je wypełnić.


                    Mecha 44

                    Wiedza o regimencie Siege Stern (INT + Wiedza: Imperium)

                    mod:
                    sława regimentu +10 (wszyscy)
                    mały detal Ostlandu -10 (wszyscy)
                    brak wiedzy o Imperium -30 (Duivel)

                    rzut: https://orokos.com/roll/1074025 (93, 76, 65)

                    Duivel: 50+10-10-30=20; rzut: 93; 20-93=-73 (sp.por)
                    Tobias: 35+10-10=35; rzut: 76; 35-76=-41 (śr.por)
                    Stefan: 50+10-10=50; rzut: 65; 50-65=-15 (ma.por)

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • DekaresD Niedostępny
                      DekaresD Niedostępny
                      Dekares jako Stefan
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #192

                      Pogaduchy przy ognisku

                      Stefan słuchał z rozbawieniem zarówno riposty elfa, jak i odpowiedzi Tobiasa, po czym dodał z entuzjazmem:

                      • Święte Słowa Tobiasie, trzymajmy się razem… nawet z Tobą elfie, przepuszczę Ci nawet to, że oszukujesz w nocnej walce tymi swoimi ślepiami - Nie mógł sobie odpuścić małej szpili w kierunku elfa, ale miał nadzieję, że ten odbierze jego słowa zgodnie z jego intencją, czyli jako niewinne przekomarzanie.
                        Wspomnienie nocnej walki spowodowało, że mina mu trochę zrzedła i dodał już poważnym tonem:
                      • Żarty, żartami, ale musimy rzeczywiście coś wykombinować, żeby zniwelować przewagi tych pomiotów chaosu, bo Tobias dobrze mówi, że możemy się spodziewać tylko więcej walki z tymi bydlakami.
                        Ostlandczyka na myśl o zwierzoludziach natychmiast zalała krew, przed oczami przeleciały mu twarze zabitych i ranionych w dzisiejszej walce oraz we wszystkich innych starciach z pomiotem, w których brał udział. Starał się skupić na rubasznych pomysłach kolegów dotyczących uciech, których chcieliby zażyć w Wendorf, ale sam myślał raczej o tym, co chciałby zrobić z kilkoma kopytnymi, gdyby tylko odważyli się znowu wychynąć z lasu do uczciwej walki:
                      • Przeklęty las! To dzięki niemu nie możemy zgnieść tego plugastwa! - pomyślał pewnie po raz setny w ciągu ostatnich dni. Czuł, że nie powinien się poddawać takim krwawym myślom, ale oderwanie się od nich umożliwiło mu dopiero przybycie posłańca wzywającego ich do dowództwa.
                        -No to czas na nas - pomyślał zbierając się do działania.
                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • CioldanC Niedostępny
                        CioldanC Niedostępny
                        Cioldan jako Duivel
                        napisał ostatnio edytowany przez Cioldan
                        #193

                        Elf wysłuchiwał opowieści wojaków o zamtuzach. Nie dziwiło go w ogóle odejście od tematów wojny czy nawet samych potworów z nocy. Nikt też nie wspominał o brakujących wojakach, jakby wszyscy łudzili się, że oni zaraz wrócą, że uciekli i teraz wracają do obozu. Ich oderwanie od spraw trudnych zostało brutalnie przerwane przez wysłannika szefowej. Elf, aż lekko się zachłysnął gdy usłyszał słowa "zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają", domyślał się co to oznacza. Wstał od stołu gdzie zostawił pustą miskę po posiłku, zabrał ze sobą jednak kubek z jakimś gorącym napojem. Rozgrzać się musi do końca. W milczeniu dotarł z resztą oddziału do szefowych. Duivel słuchał uważnie słów Petry, z kubkiem w dłoni. Zamokły list, bunt w regimencie, lojaliści, buntownicy. Słowa spływały po nim jak woda po liściach - nie dlatego że go nie interesowały, ale dlatego że jego głowa wciąż była gdzie indziej. W lesie. W nocy. W tym wyciu.
                        – Ten regiment Siege Stern... – zaczął mówić obok Stefana i Tobiasa, jakby myślał głośno, ale w ciszy która panowała, każdy mógł go usłyszeć - ...z Ostlandu to on, tak? Bo jeśli tak, to ktoś z was pewnie wie o nim więcej niż ja. Dla mnie to tylko kolejna nazwa. Bunt w środku wojny, tak blisko wroga... to albo ktoś bardzo głupi albo bardzo pewny siebie – zmrużył oczy i dokończył - albo te pomioty mu namieszały w głowie...
                        Więcej nie dodał. Dopił swój napój, łuk miał już przewieszony przez ramię, nawet przy obiedzie nie ściągał go z siebie.
                        Gdy narada się skończyła, podszedł do swoich kuzynek i odezwał się po elficku, żeby tylko one słyszały.
                        – Ruszamy z Kolesnikovem dalej, bierze tylko swój oddział. Przekażcie reszcie naszym, żeby pomagali ile mogą rannym i całemu regimentowi. Wy dwie miejcie oczy szeroko otwarte i bądźcie czujne. W dzień sobie poradzą z wychwyceniem wroga, ale nocą macie być czujne i .... pomocne. Proszę słuchajcie Petry i Inez, dobrym wyborem będzie też Alessia. Widzimy się w Wendorf.
                        Kuzynki przytaknęły bez słowa. Lindara już spinała kołczan. Eponia sprawdzała cięciwę.
                        Kolesnikow zbierał swoich. Duivel dołączył bez zbędnych słów, gdy tylko zebrał niezbędny ekwipunek. Mijali resztki pogorzeliska, a w głowie znów wyświetlał mu się obrazek z dnia poprzedniego.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • MirasM Niedostępny
                          MirasM Niedostępny
                          Miras jako Miras
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #194

                          Tobias spoglądał na szykujących się kompanów kończąc cerować dziury w spodniach. Spojrzał z politowaniem na stan swoich butów ale wiedział że jeszcze mu jakiś czas posłużą. Kołczan miał uzupełniony a krótszy z łuków zabezpieczony i gotowy. Jeszcze kiedy mężczyźni głośno rozprawiali o krągłościach markietanek Tobias ostrzył długi nóż myśliwski. To było dobre odwrócenie uwagi od otaczającej ich śmierci. Śmierć dosięgła ich kolegów przyjaciół a nawet braci, i dobrze im robiło chwilowe chociaż zapomnienie o tym. Morale nie podupadło co dobrze rokowało na dalszą część wyprawy. Choć to mogło się zmienić jeśli prawdą okaże się pogłoski o regimencie Siege Stern. Strach może być silną bronią przeciwko siłom Imperialnym. Podstępną, roznoszącą się po cichu po sercach obrońców. Należało go zdusić i to jak najszybciej, ale trzeba było najpierw przedostać się tam. Unikając oddziałów wroga, i szpiegów buntowników.

                          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • MirasM Miras

                            Tobias spoglądał na szykujących się kompanów kończąc cerować dziury w spodniach. Spojrzał z politowaniem na stan swoich butów ale wiedział że jeszcze mu jakiś czas posłużą. Kołczan miał uzupełniony a krótszy z łuków zabezpieczony i gotowy. Jeszcze kiedy mężczyźni głośno rozprawiali o krągłościach markietanek Tobias ostrzył długi nóż myśliwski. To było dobre odwrócenie uwagi od otaczającej ich śmierci. Śmierć dosięgła ich kolegów przyjaciół a nawet braci, i dobrze im robiło chwilowe chociaż zapomnienie o tym. Morale nie podupadło co dobrze rokowało na dalszą część wyprawy. Choć to mogło się zmienić jeśli prawdą okaże się pogłoski o regimencie Siege Stern. Strach może być silną bronią przeciwko siłom Imperialnym. Podstępną, roznoszącą się po cichu po sercach obrońców. Należało go zdusić i to jak najszybciej, ale trzeba było najpierw przedostać się tam. Unikając oddziałów wroga, i szpiegów buntowników.

                            Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79 jako Pipboy79
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #195

                            Tura 45 - 2521.05.05; fst; ranek

                            Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; obóz na polanie
                            Czas: 2521.05.05; Festag; przedpołudnie
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Zwiadowcy Kolesnikowa i szefowe

                            - Tobie to się wydaje, że my jesteśmy zagonem kawaleryjskim? - Petra wydawała się mocno zaskoczona prośbą Jaegera o przydzielenie dwóch jeźdźców w roli posłańców. Wiadomo było, że regiment składa się z różnych oddziałów ale głównie pieszych. Ale fioletowłosa milady podniosła jeszcze głowę aby spojrzeć na swoją przyjaciółkę.
                            - Ciekawy pomysł. Ale obawiam się, że mamy zbyt mało koni aby przydzielać je do każdego zadania. - Von Muller miała łagodny wyraz twarzy i głos ale chociaż zdawała się dostrzegać pewne zalety pomysłu Stefana to jednak ostatecznie uznała, że mają zbyt małe zasoby koni aby spełnić jego prośbę.
                            - Jeśli będziecie mieli dla nas jakąś wiadomość to będziecie musieli wysłać kogoś wśród siebie. Jak ruszymy to w czołówce pójdą Gebirgsjaeger. Poza nimi mamy tylko tą dwójkę rycerzy i my. I to cała nasza kawaleria. - Bosonoga milady, opuścła głowę z koleżanki i spojrzała wprost na Stefana. Wzruszyła przy tym ramionami i pokręciła głową na znak, jak skromnymi zasobami konnych dysponują.

                            Skoro nikt inny nie miał żadnych pytań ani próśb do nich to Kolesnikow skinął swoją czarną, rozczochraną głową i dał znać, że koniec spotkania. Wrócili między całe i połamane namioty. Zwiadowcy zaczęli zbierać swoje rzeczy, żegnać się z towarzyszami i w końcu stopniowo grupowali się na skraju obozu, przy drodze. Schodzili się po dwóch, trzech. Odnalazł się nawet jeden z zaginionych Hochlandczyków. Więc teraz brakowało im już tylko jednego do stanu z wczorajszego wieczoru. Ale pomny na rozkazy szefowych Kolesnikow, już na niego nie czekał. Przyszedł jednak też Thiemo, przysłany przez szefowe jako przewodnik. Jak się okazało, był rodowitym wendorfczykiem. Nie był już pierwszej młodości. Miał na głowie kapalin, na sobie szary kaftan, w dłoni włócznię a za pasem długi nóż.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/jTszBve.jpeg

                            - To jak tam droga do tego waszego Wendorf?
                            - A prosto. Tą drogą. Stąd to ze dwa dzwony bedzie. Tą drogą aż do bram miasta.
                            - Coś ciekawego bedzie po drodze?
                            - Zajazd. “Leśny dzban”. Strumień tam majo to zawsze świeże ryby majo.
                            - Daleko to?
                            - Stąd to gdzieś w połowie drogi bedzie. Z cztery, pięć pacierzy do bram miasta.

                            Tak jakoś to sobie we dwóch, pogadali na skraju obozu. Thiemo co nieco słyszał też o Siege Stern. Nie koszarowali w Wendorf. Zdarzało się, że jakaś ich grupa bywała przejazdem przez jego rodzinne miasto. Słyszał, że to jeden z najemniczych regimentów bazujący w Wolfenburgu. Co tu robili w jego rodzinnym mieście, to nie miał pojęcia. Zdarzało się, że w razie potrzeby, ze stolicy wysłano w głąb prowincji jakieś oddziały dla zwalczenia jakiejś bandy łotrów, powstałego pomniejszego nekromanty czy grasujących orków. Ale czy tak było teraz to milicjant nie miał pojęcia. Poczekali jeszcze na ostatnich dochodzących, po czym Kolesnikow zwrócił się swojego oddziału.
                            - Uważaj na siebie Duivelu. - Obie kuzynki przyszły się pożegnać z kuzynem. Usciskały go na drogę i pomachały na pożegnanie. Obiecały też posłuchać jego rad. Czym wywołali zaciekawione spojrzenia wśród zwiadowców. Szefowe nic nie mówiły o jego kuzykach więc trójka elfów mogła sama zdecydować czy poza Duivelem jego kuzynki mająś mu towarzyszyć czy zostać z resztą regimentu. Była też okazja do rozmowy między Jeagerem a Klesnikowem.
                            - Iść znów na zachód aby potem zawrócić do Wendorf? - Czarnowłosy przeżuwał chwilę ten pomysł swojego imiennika. - A po co? - Odpowiedział w końcu, unosząc brwi do góry. - Jeśli nas obserwują to będą widzieć gdzie idziemy bez względu na to gdzie pójdziemy. Jak nie obserwują to też nie ma znaczenia gdzie pójdziemy. - Herszt Hochlandczyków niezbyt widział sens takiej zmyłki jaką zaproponował Ostlandczyk. Więc ostatecznie zdecydował się ruszyć wprost na Wendorf.

                            Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; droga i zajazd “Leśny dzban”
                            Czas: 2521.05.05; Festag; przedpołudnie
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Zwiadowcy Kolesnikowa

                            - To czas ruszać w drogę. Elfie, masz rącze nogi to weź dwóch ludzi i idź naprzód. Tylko nie za daleko abyśmy was widzieli. Tobias, ty też dwóch i trzymajcie się trochę z tyłu. Stefan, ty będziesz przy mnie. Franz, Beth, wy będziecie szli z wzdłuż drogi. Tylko uważajcie. Te nocne bestie gdzieś czmychnęły w las. Może dostali w skórę i całego regimentu już nie ruszą. Ale my nie jesteśmy całym regimentem. - Kolesnikow podzielił swoje skromne siły aby nie szli wszyscy w jednej kupie. Po dwóch, trzech pacierzach, zebrali się na skraju obozu. Ostatnie spojrzenie na namiotowe pobojowisko ich regimentu i odwrócili się w stronę ściany, mrocznego lasu. Ktoś im pomachał na pożegnanie. Jednak w spojrzeniach większości wojaków, widać było, że nie zazdroszczą im zadania. I pewnie w duchu czuli ulgę, że będą poruszać się w większej grupie. Nieco ponad tuzin piechurów, zdawał się być mikry w stosunku do ściany złowrogiego lasu. Zwiadowcy zostawili za sobą odgłosy ludzi, słoneczne niebo i zanurzyli się pod baldachim wiecznego półmroku. Nie na darmo nazywano ten las, Lasem Cieni. Nawet w środku dnia, niewiele docierało światła na jego dna a w zakamarkach, między korzeniami, mgła zdawała się nigdy nie znikać całkowicie. Wyjeżdżony pas ziemi, zwany drogą, wydawał się być jedynym śladem cywilizacji.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/cuQy8NF.jpeg

                            Bardzo łatwo było odnieść wrażenie, że są garstką ostatnich cywilizowanych istot w tym lesie. Jednak tak leśny elf, jak i ludzie Kolesnikowa, byli oswojeni z lasem. Potrafili się w nim poruszać bezszelestnie, wytropić i ustrzelić zwierzynę. Zwracać uwagę na to co ludziom z miasta mogło umknąć. Właśnie dlatego byli zwiadowcami regimentu i ostatnio szefowe tak chętnie wysyłały ich przodem dla sprawdzenia drogi dla reszty regimentu. Więc dość szybko zorientowali się, że ruch na drodze jest nienaturalne mały. A właściwie to go nie ma. Praktycznie nie napotkali nikogo od opuszczenia obozu. Co w okolicach miasta, nawet niedużego jak Wendorf, wydawało się dziwne. Wręcz podejrzane.
                            - Zawsze tu tak pusto? - Kolesnikow cicho zapytał Thiemo.
                            - Nie. - Krótka odpowiedź tylko potwierdziła złe przeczucia pozostałych.

                            Nie byli jednak sami. W pewnym momencie z głębi lasu doszło ich wycie rogu. Ale dość odległe. Zwiadowcy stanęli. Zaczęli rozglądać się i nasłuchiwać. W mrocznym, zamglonym lesie, nie widać było żadnego ruchu w pobliżu. A odgłos rogu powtórzył się. Przypominał róg myśliwski, wzywający na polowanie. - Paskudy się zwołują. - Splunął jeden z Hochlandczyków. Jednak dość daleko więc chyba nie zagrażało to im bezpośrednio w tej chwili. Kolesnikow dał więc znać aby ruszać dalej.

                            Wkrótce trafili na ślady wojny. Dwa wozy z czego jeden przewrócony na bok. Zarżnięte konie wciąż były zaprzęgnięte do dyszli. Pocięte plandeki, ślady po cięciach i ostrzach na burtach. Rozbebeszone kufry, ubrania wdeptane w błoto, rozbite dzbany, plamy krwi. Zwierzęcy, ostry zapach jakim kopytni znaczyli teren. No i ciała. Sądząc po fryzurach i strojach to jedna chłopska i jedna kislevska rodzina. Zarżnięci jak wieprze. Chociaż przed śmiercią musieli jakoś utłuc jednego z kopytnych napastników bo jego truchło znaleźli niedaleko drogi. Wszystko musiało dziać się ze dwa dni temu bo ciała już spuchły i muchy po nich chodziły bez skrępowania.
                            - Nic już dla nich nie możemy zrobić. Chodźmy. - Kolesnikow popatrzył smętnie na to pobojowisko ale w końcu wolał się nie zatrzymywać tu na dłużej. Dość silny wiatr jaki by zauważalnie utrudniał strzelaniu z łuku, teraz litościwie osłabiał smród jaki bił z tego miejsca masakry. Nie tylko herszt zdawał sobie sprawę, że wykopanie dołu aby pomieścić te wszystkie ciała, zabrałoby sporo czasu. A przecież mieli dotrzeć do miasta. Hochlandczycy weszli na wozy aby po nich pomyszkować. Jednak wrócili raczej rozczarowani, mało co było warte zabrania. Zabici nie byli zbyt majętni a i zwierzoludzie spustoszyli wozy i ciała przed swoim odejściem.

                            Kilka pacierzy po opuszczeniu obozu, trafili na zajazd o jakim wspominał Thiemo. Najpierw dotarł do niego Duivel z dwójką towarzyszy a po paru chwilach pozostała część zwiadowców. Razem mieli widok na “Leśny dzban”.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/r4fwybf.jpeg

                            W nozdrza bił ostry zapach spalenizny. Ale dymu i ognia już nie było. Pożar musiał się skończyć wczoraj, może jeszcze wcześniej. Przez chwilę zwiadowcy obserwowali to pogorzelisko w ponurym milczeniu.
                            - To jest ten “Leśny dzban”? - Kolesnikow na wszelki wypadek zapytał Thiemo. Ten smętnie pokiwał głową.
                            - A takie dobre ryby tu dawali. I świeże i dobrze zrobione były. I nie tak drogo. - Niemłody milicjant wsparł się na swojej włóczni ale potwierdził domysły Hochlandczyka. Teraz ten pokiwał głową.
                            - Dobra nie ma co tu stać i podziwiać widoki. Duivel i Tobias. Idźcie sprawdzić jak to wygląda. Stefan weź swoich ludzi i pomóż im. - Franz, Beth, weźcie dwóch ludzi i przejdźcie lasem z drugiej strony. - Kolesnikow szybko przydzielił zadania podwładnym. Sam na razie zamierzał zostac z większością swoich ludzi i poczekać na wynik tych oględzin.

                            Wyznaczeni ochotnicy ruszyli wykonać to zadanie. Widok nie był przyjemny. Szli przez pobojowisko zasłane ciałami. Te najbliżej spalonego budynku były nadgotowane i bił od nich zapach gotowanego mięsa. Te co były dalej to spuchły i zaczynały gnić. Te w środku były osmolonymi szkieletami oblepionymi kawałkami zwęglonego mięsa. Tu jednak doszło do walki a nie jednostronnej masakry jak na dwóch wozach jakie spotkali na drodze pacierz czy dwa temu. Dookoła spalonego budynku widać było kilka ciał zwierzoludzi i mutantów. Z wystającymi bełtami i postrzałami z broni palnej. Wewnątrz, kilka szkieletów po ocalałych półzwierzęcych czaszkach, kopytach czy deformacjach też dało się poznać, że nie należały do ludzi. Nie wszyscy zginęli w spalonej tawernie. Poza nią ocalała wozownia i budynki gospodarcze. Były tylko nadpalone ale wyszły w miarę cało z tej zawieruchy. W stodole trafli na coś co wyglądało na ostatnie ognisko oporu obrońców. Szlachcic z bogatej tunice narzuconej na kolczudze. Poprutej od licznych ciosów z pustą pochwą po mieczu. I bez głowy. Muskularna kobieta w skórzanym fartuchu i kowalskim młotem. Skulona w embrionalnej pozycji i do końca trzymająca dłońmi wypływające wnętrzności. Blond krasnolud z finezyjnie ufryzowaną brodą i w solidnej kolczudze i zmiażdzonym czerepem. Masywny typ spod ciemnej gwiazdy przyszpilony do drewnianej ściany kilkoma włóczniami. Przy jego nogach wciąż leżała okuta metalem pałka jaką oprychy lubiły napadać swoje ofiary. Ciała już zdążyły spuchnąć i chodziły po nich muchy. Oprócz krasnoluda. Ku zdumieniu zwiadowców okazało się, że w upartym khazadzie wciąż tli się iskierka życia. Chociaż leżał bezwładnie jak zmasakrowany trup.

                            Duivel, Tobias i Stefan dostrzegli na podwórzu na tropy. To musiała być jedna, dorosła osoba. Niezbyt ciężka. I musiała tędy chodzić już po tej walce. Może dziś rano, może w nocy albo wczoraj. Tobias i Stefan zorientowali się, że ślady prowadzą w głąb lasu.


                            Mechanika

                            Stefan - przekonywanie szefowych do przydzielenia konnych (OGŁ + Przekonywanie)

                            Stefan
                            OGŁ 35
                            Ranga 2 -25
                            zasadnosć prośby +10
                            mała ilość koni -10
                            Petra OGŁ 45
                            Ranga 6 -5
                            rzut: https://orokos.com/roll/1074957 46
                            rachunki:
                            35-25+10-10=10
                            45-5=40
                            50+10-40=20; rzut 46 > 20-46=-26 > ma.por > brak zgody na przydzielenie konnych


                            Stefan - przekonywanie Kolesnikowa aby zrobił zmylkę (OGŁ + Przekonywanie)

                            Stefan
                            OGŁ 35
                            Ranga 2 -25
                            Kolesnikow OGŁ 35
                            Ranga 3 -20
                            rzut: https://orokos.com/roll/1074957 100
                            rachunki:
                            35-25=10
                            35-20=15
                            50+10-15=45; rzut 100 > 45-100=-55 > du.por > zdecydwany brak zgody na zmyłkę


                            Wszyscy - przeszukiwanie zajazdu “Leśny dzban” (NT + Przeszukiwanie)

                            Mod dodatnie:

                            Spostrzegawczość +30 (Duivel); Spostrzegawczość +20 (Tobias; Stefan); czuły słuch +10 (Tobias; Stefan; Duivel); b.wzrok +10 (Tobias; Duivel); Pułapki +10 (Tobias); Tropienie +10 (Tobias; Stefan; Duivel)

                            Mod ujemne:

                            brak Przeszukiwania -10 (Stefan); pobojowisko -30 (wszyscy)

                            rzut: https://orokos.com/roll/1074958

                            Tobias 35+60-30=65; rzut: 27; 65-27=38 > śr.suk
                            Stefan 50+40-40=50; rzut: 10; 50-10=40 > śr.suk
                            Duivel 50+60-30=80; rzut: 58; 80-58=22 > ma.suk

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • CioldanC Niedostępny
                              CioldanC Niedostępny
                              Cioldan jako Duivel
                              napisał ostatnio edytowany przez Cioldan
                              #196

                              Gdy Kolesnikow dzielił oddział, Duivel rozejrzał się po twarzach kompanów. Szukał konkretnych rzeczy - spokojnych oczu i równego oddechu. Nie kogoś kto jest najsilniejszy ani najgłośniejszy. Wskazał na Jurgena i Olivera. Z tego co elf kojarzył, to obaj ruszali się wczoraj w nocy tak jakby mieli czas, do tego bez większej paniki. To wystarczyło.
                              Tak maszerowali, a droga była złowieszczo pusta... przynajmniej od żywych istot. Do tego w pewnym momencie z głębi lasu doszło wycie rogu, elf zatrzymał się bez słowa. Odwrócił głowę lekko w lewo. Czekał. Gdy róg odezwał się drugi raz, zmrużył oczy. To samo miejsce, albo bardzo bliskie. Ktoś tam stał i wzywał. Nie ścigał, nie atakował. Wzywał. Tylko po co? Czyżby już chcieli na nich się rzucić?

                              – Jedno miejsce – powiedział cicho do Jurgena. – Nie otoczyły nas. Jeszcze.

                              Ruszyli dalej.
                              Spalony zajazd Duivel zobaczył wcześniej niż reszta oddziału. Zatrzymał się na skraju pogorzeliska i przez chwilę po prostu stał. Zapachy dobrze znał. Drewno, słoma, spalona skóra, zepsute mięso. Wszystko razem. To było złe połączenie. Gdy dołączył Kolesnikow i wydał rozkaz sprawdzenia terenu, elf kiwnął głową i wszedł do 'środka'.
                              Szedł ostrożnie między ciałami. Odczytywał to pobojowisko tak jak czytałby tropiony ślad - gdzie stali, skąd przyszli, kto gdzie padł. Walczyli porządnie ci z tawerny. Dłużej niż się spodziewali napastnicy, pewnie. Szkoda, że się nie udało... Stodoła była ostatnia do sprawdzenia. I tam go zobaczył.
                              Krasnolud leżał przy ścianie jak zmasakrowany trup. Blond broda ufryzowana z jakąś dawną starannością, kompletnie absurdalną w tym miejscu. Kolczuga porządna. Chyba zmiażdżona czaszka - ale klatka piersiowa się unosiła. Minimalnie, ale się unosiła.
                              Duivel przykucnął obok niego. Dwa palce na szyi. Puls był. Słaby i nieuważny, jakby sam się wahał czy zostać. Elf wstał i wyszedł przed stodołę. Tam zauważył, że Tobias i Stefan trafili na jakiś trop. Dostrzegł rzeczywiście jakieś ślady, prawdopodobnie należące do jednej osoby. Jednak skupiony był na czym innym.

                              – Kolesnikow! – zawołał normalnym głosem, bo nie było sensu krzyczeć. – Żywy krasnolud. Potrzebuje kogoś co się zna na ranach, i to teraz.

                              Wrócił do środka i zaczął to co umiał - oczyścić rany z tego co najgorsze, sprawdzić czy kości czaszki są wgniecione czy tylko rozbite. Przy tej ostatniej rzeczy lepiej by tu był Stefan. Ale robił co mógł.

                              – Słyszysz mnie? – mruknął do krasnoluda, pracując. – Nie wiem jak masz na imię. Ja jestem Duivel. Nie umieraj jeszcze. – Powiedział to po elficku, bo po ludzku brzmiałoby zbyt poważnie. Albo zbyt miękko. Po elficku brzmiało tak jak chciał aby zabrzmiało, czyli rozkaz wydany komuś kto ma jeszcze wybór.

                              – Nawet krasnolud nam się przyda – dodał chwilę później, już po Reikspielsku, jakby poprawiał się po namyśle. Komentarz miał być złośliwy, bo co innego miałoby pobudzić krasnoluda, jak nie nabijający się z niego elf? Jednak tonu głosu nie udało mu się zmanipulować - był smutny i empatyczny zarazem.

                              Gdy reszta weszła do stodoły i zaczęli się kręcić wokół, elf uniósł głowę do Kolesnikowa.

                              – Powiedz proszę Stefanowi żeby tu przyszedł jak skończy na zewnątrz. I trzeba będzie zdecydować czy bierzemy go ze sobą czy zostawiamy kogoś przy nim. Samego tu nie można go zostawić. – Zmierzył wzrokiem ścianę przy wyjściu. – Tymi tropami na zewnątrz też trzeba się zająć. Wiem tylko, że to raczej jedna osoba, nieciężka, już po walce tam chodziła. Tobias i Stefan lepiej je widzieli. Warto sprawdzić dokąd prowadzą, no i czy przypadkiem to nie stamtąd ten róg słyszeliśmy? No, ale najpierw to.... – wskazał wzrokiem krasnoluda.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • DekaresD Niedostępny
                                DekaresD Niedostępny
                                Dekares jako Stefan
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #197

                                Przygotowania do wymarszu z obozu:

                                Stefan pośpiesznie przemywał się mokrą szmatą przy wozie na który z Wieselami załadowali szybko swój dobytek. Zdecydował, że musi choć trochę doprowadzić się do porządku aby nie śmierdzieć mieszanką spalenizny i krwi na 50 metrów dookoła, nie chciał ułatwiać roboty plugastwu w wywąchaniu ich podczas rozpoznania.
                                Starał się odpuścić bycie wściekłym na dowództwo, ale musiał przyznać że słabo mu to wychodziło:
                                -Czy spodziewałem się że macie zagon kawalerii? Nie, ale nie pogniewałbym się gdybyś miała chociaż gram rozumu… - pomyślał Jeager przypominając sobie odpowiedź szefowej na jego całkiem sensowną prośbę o przydzielenie posłańców. Mullerowa przynajmniej darowała sobie durne komentarze, za co był jej wdzięczny bo gdyby ta też zaczęła wygłaszać swojej uwagi na podobnym poziomie to Ostlandczyk by chyba nie utrzymał spokojnego wyrazu twarzy i wygarnął obydwu co myśli o ich pomyślunku jeśli chodzi o organizację rozpoznania.
                                Wspomniał jeszcze rozmowę z Kolesnikowem która poszła mu równie “dobrze” co z szefowymi regimentu, starał się go przekonać, że nie stracą wiele czasu na zaproponowaną przez niego zmyłkę, a może udać im się udać wyprowadzić wroga w polę, a nawet złapać jakiegoś języka ale jego imiennik był nieugięty więc szybko odpuścił.

                                Przetarł się ostatni raz i zaczął ubierać świeże ubranie zdjęte z wozu ,jednocześnie przyglądając się rzeczą które przygotował do wymarszu. Chyba niczego nie zapomniał, a także niczego więcej nie mógł już zostawić. Jeszcze raz sprawdził czy uzupełnione w kołczanie strzały gładko dają się wyciągać, upewnił się że manierka jest cała pełna aby woda w niej nie chlupotała podczas ruchu, po czym usatysfakcjonowany zarzucił na siebie wszystko i ruszył ze swoim ludźmi do punktu zbiórki.

                                Po drodze zatrzymali się tylko przy ponurym spektaklu przygotowywanych do pochówku towarzyszy broni poległych w nocnym ataku.
                                Stefan przykląkł przy rzędzie ciał razem z Wieselami:
                                -Poprowadź ich do bram swego ogrodu Morrze, daj im spokój po śmierci wywalczony w ogniu odważnej walki - rozpoczął modlitwę po czym zamilkł, zabici byli przykryci kocami a mimo tego czuł ich oskarżycielskie spojrzenia na sobie, oskarżające go że oni zginęli kiedy on przeżył.

                                • Powinienem był zająć się wczoraj założeniem pułapek wokół obozu - wyrzucił sobie po raz kolejny w myślach tego dnia, po czym wstał z kolan i po skinięciu na towarzyszy ruszył do zbierających się zwiadowców.
                                  Podczas dobierania myśliwych zdecydował, że pozwoli reszcie wybrać sobie ludzi jako że będą bardziej narażeni na ataki wrogów niż on idąc w centrum z sierżantem.

                                Miejsce masakry na drodzę

                                • Panie sierżancie, weźmy ich chociaż ułóżmy na poboczu drogi jak ludzi i odmówmy modły do Morra żeby ich dusze miały szansę przejść bramy Jego Ogrodu, to nie zajmie długo, a po za tym chyba i tak musimy zepchnąć z drogi te wozy żeby udrożnić drogę dla regimentu, prawda? - Jeager rzucił do sierżanta jednocześnie ściągając z jednego z wozów porzucony koc i zabierając się do paskudnej roboty ułożenia na nim najbliższego z ciał zamordowanych i przeciągnięcia go na pobocze drogi. Skoro chciał przekonać ich do zrobienia tego co należy zrobić to wypadało żeby dał przykład.
                                  Zajęcie było upiorne, choć na makabryczny sposób pochodzenie jednej z rodzin z północy odrobinę ułatwiło im zadanie, dzięki odmiennym od imperialnych strojach miał niemal pewność, że udało im się ułożyć koło siebie członków poszczególnych rodzin.
                                  Stefan przez chwilę nie zdołał powstrzymać emocji i po jego policzku popłyneła łza gdy ułożył koło matki małą dziewczynkę. Znalazł ją zmasakrowaną pod wozem, do samego końca powolnej agonii ściskającą swoją szmacianą lalkę. Kiedy spojrzał jej w twarz zamarł z przerażenia, dziewczynka była łudząco podobna do jednej z jego małych siostrzyczek.
                                  - Nie pozwolę by i Ciebie spotkało to samo Agatko obiecuję - obiecał sobie zabierając się za ułożenie kolejnego ciała.

                                Spalony zajazd

                                Stefan po opuszczeniu miejsca poprzedniej masakry cały czas był ponury, szczególnie po tym jak uświadomił sobie, że nie tylko szefowe słabo znają się na organizacji rozpoznania i właściwym przesyłaniu pomiędzy zwiadowcami i głównym oddziałem informacji. Ewidentnie on też był idiota bo dopiero po tym jak usłyszeli zwierzoludzi nawołujących się odgłosami z rogów uświadomił sobie, że przecież oni moga robić dokładnie to samo i jak tylko wrócą do oddziału to trzeba ustalić jakiś system znaków sygnałowych który pozwoli im przesyłać rogami jakieś proste meldunki do regimentu i z powrotem:
                                - Oczywiście zakładając, że już takiego systemu nie ma, tylko Ty o nim nic nie wiesz durniu! - przywalił sobie w myślach jednocześnie spoglądając na niesiony przez jednego z Hochlandczyków róg myśliwski.
                                Jego połajankę przerwało dotarcie do spalonego zajazdu, jak przez mgłę przypominało mu się że kiedyś tu był z rodziną gdy zmierzali do stolicy zawieść jego siostrę na nauki do świątyni Panii Miłosierdzia ale nie pamiętał o tym miejscu absolutnie nic więcej po za tym, że się tu na chwilę zatrzymali.

                                Atakujący ich nozdrza zapach nie pozostawiał złudzeń co do tego, że czeka ich kolejna scena masakry, Stefan słysząc rozkazy Kolesnikowa skinął tylko głową na potwierdzenie i ruszył ze swoimi ludźmi orazpsami naprzód we wskazane miejsce, zostawiając na ziemi plecak i biorąc ze sobą tylko włócznie, tarczę i nóż.
                                To co zastali było dokładnie tym czego się obawiał, widział już wiele takich masakr w życiu ale i tak w pewnym momencie o mało nie zwymiotował. Pomogła mu recytowana w myślach modlitwa i dająca odrobinę otuchy świadomość że tutaj ludzie przynajmniej w większości zginęli w walce a nie torturowani, no i przynajmniej udało im się zadać bydlętom całkiem przyzwoite straty.
                                Miał już zamiar iść do stodoły w której widział znikającego elfa gdy jego uwagę przykuł jeden ze śladów, był inny niż pozostałe, chyba świeższy?
                                Spojrzał na stojącego nieopodal Tobiasa i gdy ten zwrócił na niego swój wzrok wskazał włócznią ślady na ziemi i kierunek w którym z grubsza wydawały się biec.

                                • Chyba coś mamy - powiedział cicho do swoich towarzyszy po czym zaczął powoli iść za tropem biegnącym za spalony zajazd.
                                  Zachęcił Azura żeby ten spróbował podjąć trop i ten wydawał się iść za czymś zapachem. Po chwili ujrzał jak sądził ziemiankę i miał właśnie wydać swoim ludziom rozkazy żeby ją otoczyć i przeszukać gdy nagle za plecami usłyszał nawoływanie elfa o odnalezieniu rannego krasnoluda.
                                  Błyskawicznie podjął decyzje i ruszył w stronę stodoły mówiąc do swoich ludzi:
                                • Idę pomóc temu rannemu w stodole, słuchajcie się Tobiasa póki nie wrócę, Albrechcie proszę pobiegnij po moje rzeczy i przynieś do mnie.
                                  Po tym ruszył biegiem do stodoły dochodząc tam w porę żeby słyszeć słowa Duivela na temat tego co zrobić z rannym i tropem.
                                • Już jestem Duivelu, pokażcie mi tego rannego - Stefan podszedł do krasnoluda i zaczął ostrożnie badać potężną ranę głowy.
                                • Rzeczywiście mamy na zewnątrz dobry trop i doprowadził nas do jakiejś ziemianki za stodołą. Nie miałem czasu jej sprawdzić bo przybiegłem tutaj
                                  Stefan jednocześnie mówił do obecnych i oglądał krasnoluda który nie rokował dobrze, ledwo dychał a rana była tak rozległa, że Stefan dawał sobie może dziesięć procent szans na to żeby prawidłowo przeprowadzić leczenie jakiego ten potrzebuje żeby przeżyć następną godzinę… .
                                  W międzyczasie Albrycht przyniósł mu jego plecak i bez słowa podał mu jego torbę z medykamentami, za którą Stefan podziękował mu cicho.
                                  - Prędzej go wykończę w cierpieniach niż mu pomogę w tych warunkach, chyba, że… - Otlandczyk spojrzał na małą fiolkę w swoim zestawie medykamentów. Trzymał tą miksturę jako swoją ostatnią deskę ratunku, poprzednie uratowały go w obliczu niemal pewnej zguby i wiedział, że zdobycie nowych będzie prawdziwym cudem, ale po zobaczeniu dzisiaj tak wielu okrucieństw nie mógł pozwolić na śmierć kolejnej osoby, nawet nieznajomego krasnoluda, wiedząc że miał możliwość pomóc
                                  Chwycił fiolkę mówiąc do Wiesela:
                                • Przytrzymaj mu głowę i rozchyl usta, nie możemy uronić ani kropli.

                                Mechanika
                                Stefan podaje Krasnoludowi swoją ostatnią miksturę leczącą:
                                rzut na k6 leczenia:
                                https://orokos.com/roll/1075349 wynik 5

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • MirasM Niedostępny
                                  MirasM Niedostępny
                                  Miras jako Miras
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #198

                                  Pomysł Stefana wydawał się Tobiasowi dobry, wiec zimna odmowa Petry i widok speszonego towarzysza dotknęła łucznika. Po wydaniu przez szefową rozkazów wymarszu, Tobias podszedł do Stefana i poklepując go po plecach powiedział - 'Panie szefowe nie po raz pierwszy wydają się mieć wątpliwe zrozumienie sytuacji Stefan. Nic na to nie poradzimy, ale wiedz że masz moje poparcie w tej kwestii.' Uśmiechnął się przy tym po czym ruszył zabrać swoje rzeczy spod wozu. Po raz kolejny zwiadowcy szli ku nieznanemu, wróg mógł się czaić wszędzie a ślady jego przejścia nie można było przegapić...
                                  Najgorsze przeczucia Tobiasa niedługo się sprawdziły, kiedy jemu i jemu kompanom na tyłach pochodu dano znak będący ostrzeżeniem i informacją o poległych na drodze. Minęli wozy w milczeniu choć kilku z nich pokręciło ze smutkiem głową, że muszą zostawić ciała tam gdzie leżały. Wszyscy natomiast zwiększyli czujność i wsłuchiwali się w las i wypatrywali najdrobniejszego ruchu w kniei.
                                  Ale dopiero widok 'Leśnego Dzbana' sprawił, że krew zaczęła naprawdę szybciej krążyć w żyłach łowcy i zapewne w żyłach reszty drużyny.
                                  'Drogo kazali zapłacić za Swoje żywota,' - Tobias powiedział cicho. 'Bogowie ich widzieli'
                                  Oprócz śladów walki Tobias dostrzegł świeższe ślady - kogoś kto był tu już po masakrze. Łucznik podążył za tropem prawie na sam skraj lasu kiedy usłyszał wołanie Duivela do Stefana. Najwyraźniej jeden z gości gospody - krasnolud - jeszcze dychał. Kiedy zebrali się nad jego zmasakrowanym ciałem i choć Tobias zawierzał już duszę Khazalida jego własnym bogom, jego towarzysze mieli nadzieje że to nie jest czas krasnoluda na spotkanie z przodkami...

                                  Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • MirasM Miras

                                    Pomysł Stefana wydawał się Tobiasowi dobry, wiec zimna odmowa Petry i widok speszonego towarzysza dotknęła łucznika. Po wydaniu przez szefową rozkazów wymarszu, Tobias podszedł do Stefana i poklepując go po plecach powiedział - 'Panie szefowe nie po raz pierwszy wydają się mieć wątpliwe zrozumienie sytuacji Stefan. Nic na to nie poradzimy, ale wiedz że masz moje poparcie w tej kwestii.' Uśmiechnął się przy tym po czym ruszył zabrać swoje rzeczy spod wozu. Po raz kolejny zwiadowcy szli ku nieznanemu, wróg mógł się czaić wszędzie a ślady jego przejścia nie można było przegapić...
                                    Najgorsze przeczucia Tobiasa niedługo się sprawdziły, kiedy jemu i jemu kompanom na tyłach pochodu dano znak będący ostrzeżeniem i informacją o poległych na drodze. Minęli wozy w milczeniu choć kilku z nich pokręciło ze smutkiem głową, że muszą zostawić ciała tam gdzie leżały. Wszyscy natomiast zwiększyli czujność i wsłuchiwali się w las i wypatrywali najdrobniejszego ruchu w kniei.
                                    Ale dopiero widok 'Leśnego Dzbana' sprawił, że krew zaczęła naprawdę szybciej krążyć w żyłach łowcy i zapewne w żyłach reszty drużyny.
                                    'Drogo kazali zapłacić za Swoje żywota,' - Tobias powiedział cicho. 'Bogowie ich widzieli'
                                    Oprócz śladów walki Tobias dostrzegł świeższe ślady - kogoś kto był tu już po masakrze. Łucznik podążył za tropem prawie na sam skraj lasu kiedy usłyszał wołanie Duivela do Stefana. Najwyraźniej jeden z gości gospody - krasnolud - jeszcze dychał. Kiedy zebrali się nad jego zmasakrowanym ciałem i choć Tobias zawierzał już duszę Khazalida jego własnym bogom, jego towarzysze mieli nadzieje że to nie jest czas krasnoluda na spotkanie z przodkami...

                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #199

                                    Tura 46 - 2521.05.05; fst; przedpołudnie

                                    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; droga i zajazd “Leśny dzban”
                                    Czas: 2521.05.05; Festag; przedpołudnie
                                    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)

                                    Zwiadowcy Kolesnikowa

                                    - Południe się zbliża. - Kolesnikow zadarł swoją rozczochraną, czarną głowę do gory. Ponad gałęziami, widać było pochmurne niebo. Chmury sunęły szybko w rytm wiatru jaki tak by przeszkadzał łucznikom. To dawało szansę, że pogoda się zmieni. Jednak faktycznie dało się wyczuć, że zbliża się połowa dnia. - A my nawet nie doszliśmy do bram Wendorf. - Hochladnczyk splunął na ziemię. Zaczął dłubać sosnową igłą między swoimi pożółkłymi zębami. - Ile stąd do miasta? - W końcu zapytał Thiemo. Ten wzruszył ramionami i popatrzył na drogę jaka prowadziła do jego rodzinnego miasta.
                                    - Już blisko. Bedzie ze dwa, może trzy pacierze. - Odparł bez wahania. Ale jako tubylec, pewnie znał tą okolice najlepiej z nich wszystkich.
                                    - Jak tak dalej pójdzie to regiment nas tu zastanie zanim dojdziemy do miasta. - Sarknął herszt myśliwych. Widać było, że niezbyt przypadło mu do gustu porządkowanie napuchniętych trupów zarżniętych rodzin przy wozach. Jednak ostatecznie uległ prośbie Stefana. Za to kompletnie nie zgodził się na pomysł spychania wozów na pobocze drogi. Wymownie spojrzał na oba pojazdy. W tym jeden, leżący na burcie. Na zabite konie, wciąż przymocowane do dyszli. Teraz były tylko padliną, jaką też trzeba by zepchnąć z drogi. W końcu spojrzał jeszcze raz na swojego imiennika i ten już wiedział, że herszt nie zamierza się z tym babrać.
                                    Teraz zaś Kolesnikow czekał na to co wyniknie z leczenia blondwłosego krasnoluda jakiego znaleźli w stodole. I nie był tak całkiem martwy, jak się na pierwszy rzut oka wydawało. A w końcu to właśnie Kolesnikow by świecił oczami przed szefowymi, jeśli by nie wypełnili zadania jakie im przydzieliły. A trudno było nie zauważyć, że sporo zwaliło się na głowę w tym spalonym zajeździe i postój zaczynał się wydłużać. Zaczęło się od znalezienia prawie martwego krasnoluda jakiego Stefan teraz próbował połatać. Potem tej dwójki z ziemianki do jakiej Stefana i Tobiasa zaprowadziły tropy na pobojowisku.

                                    Tam, nieco poza obszarem zajazdu, nieco w lesie, była ziemianka. Z wierzchu wyglądała jak porośnięty trawą pagórek i tylko schodki prowadzące w głąb, do zamkniętych drzwi. Ze środka Tobias nic niezwykłego nie usłyszał. A jak zapukał to nie było żadnej reakcji. W końcu więc razem z Wieslerami, musieli wyważyć drzwi. Ledwo się otwarły to ktoś z tej ciemości wypadł na niego, że aż się zachwiał i cofnął o krok. Dopiero w świetle dnia, zobaczył kogo niechcący złapał.

                                    text alternatywny

                                    link: https://i.imgur.com/0dh5q1d.jpeg

                                    - Ludzie?! - Rudowłosa dziewczyna wydawała się być tak samo zaskoczona jak on i stojący na górze pomocnicy Stefana. - Oh ludzie! A ja już się bałam, że to znów te pokraki! - Po tym pierwszym zaskoczeniu, objęła mocno Tobiasa i pocałowała go w policzek. I w ogóle cieszyła się, jakby wygrała los na loterii życia. Miała na imię Melinda i była tu kelnerką. Miała to szczęście, że w momencie ataku poszła do tej ziemianki przynieść wina. Tam się schowała podczas walk i bała się wychodzić później. Rzeczywiście dzisiaj rano odważyła się wyjść ale jak zobaczyła co zostało z zajazdu to uznała, że znów się schowa póki nie spotka kogoś kto ją uratuje. A właściwie ich. Bo w tej ziemiance nie była sama.

                                    text alternatywny

                                    link: https://i.imgur.com/9JqfSWU.jpeg

                                    Druga postać była diametralnie inna od rudowłosej kelnerki. Mężczyzna był całkiem dobrze ubrany a gruby łańcuch na szyi obwieszczał wszystkim, że jest ostlandzkim urzędnikiem. I to takim jaki wzbudzał powszechną niechęć. Poborcą podatkowym. Melinda cicho wyznała, że to właśnie on rano “nakłonił ją” aby wyszła sprawdzić czy kogoś na powierzchni nie ma. A gdy Tobias wyłamał drzwi, to właśnie on cisnął ją w jego ramiona bo też myślał, że to znów jacyś zwierzoludzie. Jednak w świetle dnia, gdy tylko ujrzał, że otaczają go ludzie i to żadni urzędnicy ani szlachcie, od razu buta wróciła mu na twarz.
                                    - Kto tu jest waszym przywódcą? - Powiódł dumnie po zebranych i szybko spotkał się z Kolesnikowem. Hochlandzki banita, zbyt dumnie nie wyglądał więc nie zrobił na poborcy zbyt dobrego wrażenia.
                                    - Jestem Jorge Schwarz. Jestem bardzo ważnym urzędnikiem tej prowincji i żądam odeskortowania mnie w bezpieczne miejsce. - Rzucił w twarz hersztowi bandy leśnych zbirów.
                                    - Bogowie nie są nam zbyt łaskawi. Wczoraj łowca czarownic, dziś złodziej biedaków. - Beth sarknęła z irytacją i splunęła z pogardą. Wśród Hochlandczyków rozległ się złowróżbny pomruk.
                                    - Pamiętacie jak kiedyś dorwaliśmy takiego jednego u nas? Jak już był w błocie to nie był taki butny. Zróbmy z tym to samo! - Inny z myśliwych przypomniał pozostałym coś co ich rozbawiło. Zarechotali złośliwie. A urzędnik powiódł po nich zaniepokojonym spojrzeniem.
                                    - Gdzie masz geldy? - Inny zapytał go prosto w twarz.
                                    - To własność elektora. Za to grożą surowe kary. - Schwarz starał się zachowywać dumnie ale chyba zorientował się, że nie trafił na szlachtę czy rycerzy. I jest wśród nich sam.
                                    - Gadaj gdzie masz geldy. Bo się okaże, że te leśne pokraki zaszlachtowały o jedną osobę więcej. - Usłyszał w odpowiedzi od ponurych, zarośniętych twarzy leśnych rozbójników. Zrobiło się cicho. I nie wiadomo jakby się potoczyła dalej sytuacja gdyby leczony przez Stefana krasnolud nagle nie odżył. Kaszlał tak chrapliwie i głośno, że zwróciło to uwagę wszystkich co byli w stodole.

                                    text alternatywny

                                    link: https://i.imgur.com/nvdCY51.jpeg

                                    - Ah! Gazul mnie nie przyjął! Rzekł mi, że mam jeszcze tutaj ważne zadanie! Bo ja Kadrin Złoty Ogień, mam jeszcze wiele do zrobienia dla mojego klanu, przodków i bogów! Duivel skojarzył, że khazad mówi o ich bogu śmierci. - Złotowłosy krasnolud rzekł to dziarskim tonem. Nawet udało mu się wstać. Choć z pomocą paru ludzkich dłoni. Oczywiście był niższy od nich. Jednak masywna, nabita mięśniami sylwetka, budziła respekt. Przez chwilę całkiem zdominował uwagę otoczenia.
                                    - Ha! To ty mnie postawiłeś na nogi człeczyno? - Zwrócił się do Stefana. Ten wiedział, że właściwie to tak. Chociaż raczej zadziałała mikstura lecznicza jaką wlał mu w usta niż opatrunki jakie założył mu później. Tego khazad jednak nie wiedział tylko walnął go w ramię w geście podziękowania. - Jak się zwiesz człeczyno? Muszę wiedzieć jak się nazywają ręce Gazula tym razem. - Zapytał go swoim dudniącym głosem. Chociaż krasnolud jeszcze się chwiał i widać było, że jego stan jest poważny. Wielu zwiadowców podchodziło bliżej aby zobaczyć to wszystko. W pewnym momencie Kadrin dostrzegł wśród nich elfa. Uśmiech od razu zszedł mu z twarzy i posłał staroświatowcowi uważne spojrzenie.
                                    - No tak. Ten świat niestety nie jest doskonały. Ale nadal musimy w nim żyć. - Rzekł po chwili zastanowienia. Po kolejnej miał też okazję rozejrzeć się na pobojowisku. Dojrzał usiekane ciała przy których do tej pory leżał.
                                    - Ah. Towarzysze mojej ostatniej walki. - Pokiwał głową gdy przyglądał im się po kolei. - Stella kowal. To ona wpadła na pomysł aby zdobyć konie i spróbować ujść tym leśnym patałachom. Ale przybiegli tutaj za nami. Dzielnie z nami stawała i swym młotem rozłupała niejeden rogaty czerep. Goswin Szybki. Zwykły bandzior ale nie dał sobie w kaszę dmuchać. Siłowaliśmy się na rękę. Twardy był. Pierwszy wyłamał drzwi na podwórze jak uciekaliśmy z knajpy. Chciał hycnąć w las ale nie zdążył. W końcu stanął razem z nami. I Urban von Ulf. Zacny rycerz z Middenheim co od lat walczył z wszelkim plugastwem dla sławny własnej a pożytku nas wszystkich. Wspaniały towarzysz do walki i biesiady. - Okazało się, że krasnolud chociaż pobieżnie zna tych co nie przetrwali ich ostatniej, wspólnej walki. Widać było, że ich los zasmucił go po patrzył w zamyśleniu na te posiekane i spuchnięte trupy po jakich teraz łaziły muchy.
                                    - A gdzie mój młot? - Gdy westchnął i zaczął rozglądać się dookoła, to zorientował się, że nigdzie nie widać jego głównej broni. Zresztą sztyletu także. U pasa została mu tylko pusta, ozdobna pochwa. Tak samo zresztą jak po mieczu Herr von Ulfa. Krasnolud wciąż wyglądał na mocno poranionego. Zwłaszcza świeżo założone przez Stefana opatrunki, to podkreślały.

                                    - Nie możemy dłużej zwklekać. Musimy iść do miasta. Oni mogą tu zostać i poczekać na resztę regimentu. - Kolesnikow podrapał się, po zarośniętym policzku. A otaczały go osoby z jakich każda chciała przekonać go do swoich racji.
                                    - Jako urzędnik tej prowincji, żądam eskorty. I proszę zapanować nad swoimi ludźmi. To jakaś bandycka swołocz. - Jorge Schwarz, roztropnie starał się trzymać blisko herszta wyczuwając, że jak ktoś miałby tu zapewnić mu bezpieczeństwo, to właśnie on. Złowróżbne śmiechy łuczników świadczyły, że jego ocena jest trafna i wcale nie uważają tego za obelgę.
                                    - Pozbądźmy się tej pijawki. O gdzieś tu musi mieć geldy jakie zabrał takim jak my. I tak będzie to na zwierzoludzi. - Namawiali go inni Hochlandczycy, wyczuwając w tłustym urzędniku okazję do zarobku. Poza tym jego arogancja i bogate ubranie działało im na nerwy.
                                    - Ten krasnolud słaby jest. Będzie nas spowalniał jeśli go zabierzemy. - Inny zwrócił uwagę na kiepski stan Kadrina. Nawet bez ran, miałby kłopot nadążania za maszerującymi ludźmi. Bo chociaż rasa krasnoludów była znana z wielu zalet to ich krótkie nogi, nie pozwalały im na szybkie przemieszczanie. A obecnie krasnolud był poważnie osłabiony ranami.
                                    - Ja słyszałam rano jakieś dzikie wrzaski z lasu. Niedaleko. Jakby ktoś walczył. Dlatego uciekłam do ziemianki. - Melinda machnęła dłonią w ścianę ponurego lasu. Herszt spojrzał w tamtą stronę. Wygladała tak samo nijako jak każdy inny kierunek. Po czym zadarł głowę do góry, jakby sprawdzał pogodę. I czas jaki im został do zachodu słońca. Na razie nieubłaganie zbliżało się południe.
                                    - Może niech tu zostaną i poczekają na resztę regimentu? - Rzucił inny Hochlandczyk, wskazując na dwójkę z ziemianki i ciężko rannego krasnoluda.
                                    - Jak tu kopytni wrócą zanim dotrze reszta regimentu, to słabo ich widzę. - Odparł inny. Rzeczywiście z głębi lasu, co jakiś czas było słychać rogi myśliwskie. Ktoś tam się zbierał i nawoływał.
                                    - Do kroćset! Gdzie mój młot?! - Kardin coraz bardziej się denerwował, że nigdzie w stodole nie widać jego głównej broni. A było bardzo realne, że zwierzoludzie ją zabrali, tak samo jak miecz von Ulfa. Ale na razie nikt nie odważył się powiedzieć tego krasnoludowi. Choć dziwne byłoby gdyby ten też się tego nie domyślał. Lider zwiadowców miał minę, jakby zbyt wiele, w zbyt krótkim czasie, zwaliło mu się na głowę. Obawiał się zmitrężyć tu zbyt wiele czasu ale do końca nie było pewne kiedy reszta regimentu wyruszy i dotrze tutaj.


                                    Mechanika 46

                                    Stefan leczy Kardina (INT + Leczenie)
                                    s.poważny -20

                                    rzut: https://orokos.com/roll/1075387 85; 50-20=30; 30-85=-55 > du.por > leczy 0 HP (5+0=5/18 HP)

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • CioldanC Niedostępny
                                      CioldanC Niedostępny
                                      Cioldan jako Duivel
                                      napisał ostatnio edytowany przez Cioldan
                                      #200

                                      Gdy krasnolud wygłosił swoją kwestię o niedoskonałości świata, Duivel spojrzał na niego przez chwilę z tym swoim chłodnym, elfim wzrokiem.
                                      – Wiesz, mogłem nie wołać innych – powiedział spokojnie – mogłem dać ci spokojnie dobić się do tego twojego Gazula i mieć o jedną komplikację mniej – na chwilę urwał - ale masz rację. Świat jest niedoskonały. I lepiej żebyś był w nim ty, ranny i wkurwiony, niż kolejny pomiot Chaosu paradujący z twoją brodą na patyku. Więc tutaj jesteśmy...
                                      Gdy krasnolud zaczął szukać młota, Duivel nie owijał w bawełnę.
                                      – Zabrali go. Tak samo jak miecz von Ulfa. Zwierzoludzie lubią trofea, szczególnie po dobrze walczących – powiedział to bez złośliwości, raczej jak stwierdzenie faktu – Żeby odzyskać musiałbyś pójść po nich w las z gołymi rękami. Może kiedyś. Nie teraz, nie tutaj. My mamy gdzie iść, a Ty wciąż jesteś w poważnym stanie.
                                      Gdy tam skończyli i wszyscy już znaleźli się w jednym miejscu, a Kolesnikov stwierdził, że nie ma na co czekać, wtedy elf po raz pierwszy zobaczył rudowłosą kobietę oraz jakiegoś szorstkiego jegomościa, ubranego zupełnie inaczej niż inni polegli czy ich oddział. Facet coś mówił o eskorcie i Jurgen w tym czasie króciutko streścił Duivelowi, że to poborca, że wypchnął kobietę z lepianki, że się rządzi i na pewno ma geldy, które 'my' ponoć chcemy... Po całej tej wymianie zdań Duivel wyszedł przed szereg, mając na uwadze własne przekonania co do misji, szczególnie biorąc pod uwagę szacunek jaki w jego oczach zyskała Petra po ostatniej nocnej potyczce. Jorge Schwarz zdążył kolejny już raz wyprostować kręgosłup i wyprostować łańcuch na piersi. Duivel patrzył na niego z wyraźnym niesmakiem. Gdy padły słowa krasnoluda o broni, elf odchrząknął lekko.
                                      – Słuchajcie wszyscy – Powiedział głosem wystarczająco spokojnym, żeby wszyscy zwrócili głowę – Jesteśmy zwiadowcami regimentu Górskiej Marchii marggrafa Walthera von Falkenhorsta. Nasza misja nadana przez Petrę von Falkenhorst to dotrzeć do Wendorf i rozpoznać sytuację. Za nami idzie reszta regimentu – spojrzał na Schwarza – poborco, eskorty nie mamy, chyba, że do Wendorf idziesz z nami. Czasu nie mamy też na szukanie Twych geldów. Za to w tym nieszczęściu, los okazał się dla was łaskawy, żyjecie, a za dzwon czy dwa dotrą tu nasi. Oprócz wojaków, mamy wśród siebie kilku rycerzy, jest też kilka krasnoludów, mamy maga, łowcę czarownic, nawet elfki, ale przede wszystkim dwójkę sprawnych dowódczyń... na pewno Was nie porzucą na pastwę losu – przeniósł wzrok na Melindę – Jeśli Pani Melindo umiesz gotować, opatrywać rany albo coś innego pożytecznego, to odnajdziesz się w regimencie jak ryba w wodzie. Kadrin też będzie miał tam towarzystwo swoich. Podejrzewam, że jakaś broń się dla Ciebie znajdzie, jakiś opatrunek i będziesz wtedy bliżej odbicia swojej broni. Radzę Wam zostać w tej ziemiance i poczekać na resztę.
                                      Odwrócił się teraz do Hochlandczyków. Kilku miało już błysk w oku jakiego Duivel dobrze się nauczył rozpoznawać wśród chciwych ludzi uzależnionych od chwilowych skoków adrenaliny.
                                      – Panowie – Powiedział cicho, ale wyraźnie – Nie bądźcie jak on. Mamy budować sławę Górskiej Marchii, jesteśmy za to płaceni. Za okradzenie nawet najgłupszego poborcy nikt nam geldów nie dorzuci, a my chwały szefowym nie przyniesiemy – dał chwilę aby to dotarło do nich, po czym dalej przemawiał – A wróg gdzieś tam w lesie być może nas obserwuje. Być może to oni dmą w róg, bo nie myślę, że to oddział z Wendorf albo Siege Stern – tutaj sam się zaciął, jakby pomyślał o tym, czemu sami od tego nie zaczęli. Przecież to oczywiste, że trzeba przepytać ocalałych, a nie tracić czas na moralizowanie zepsutych ludzi. Znów spojrzał na trójkę ocalałych po kolei.
                                      – Zanim pójdziemy mam do was pytanie – Ton miał inny niż przed chwilą. Rzeczowy. – Wendorf. Co wiecie o sytuacji w mieście. Słyszeliście coś o buncie? Coś o regimencie Siege Stern? Pani Melindo, może słyszała Pani coś z ostatnich dni od klientów? - Przeniósł wzrok na poborce. – Ty idziesz z tamtego kierunku? Co tam się dzieje? – Na koniec spojrzał na krasnoluda. – A ty, Kadrinie Złoty Ogniu, słyszałeś jakieś nowości o tym regimencie i sytuacji w Wendorf? Cokolwiek.
                                      Gdy wszyscy już skończyli przedstawiać informacje, a także opinie o dalszych działaniach do Kolesnikova, elf postara się wziąć dowódcę na bok i powie mu na osobności, lub na tyle cicho by nikt nie słyszał
                                      – Trzeba iść dalej. Tamci troje niech czekają tu na regiment. - Zmierzył wzrokiem drogę prowadzącą ku miastu. – I pomyśl też czy to już czas by wysłać kogoś z powrotem do szefowych z meldunkiem o tym co tu znaleźliśmy. Nie mamy konia, a ja wiem kto w tym oddziale biega najszybciej, ale to Twoja decyzja, szefie. – na koniec zdobył się nawet na lekkie skinięcie wobec Stefana. Był to w końcu jego szef obecnie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1
                                      • MirasM Niedostępny
                                        MirasM Niedostępny
                                        Miras jako Miras
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #201

                                        Nie tego oczekiwał Tobias kiedy wyłamał drzwiczki ziemianki. Nie grasujący kozi wróg a młoda i całkiem ładna dziewczyna wyskoczyła ze środka całując Tobiasa w policzek, miło go tym zaskakując. Szczerze się łucznik zaśmiał, sam już nie wiedząc od jakiego już czasu. Chwila trwała zdecydowanie za krótko, gdyż popsuło ją pojawienie się drugiej osoby która siedziała w ziemiance. Był to obrzydliwy w wyglądzie i słowie przedstawiciel jednej z najbardziej znienawidzonych profesji w całym Starym Świecie. Od razu zaczął się szarogęsić ale szybko chłopaki go do pionu sprowadzili. W końcu nikt nie żałowałby gdyby poborcy podatków stała się mniejsza bądź większa krzywda. Prawie doszło do linczy ale głośne pohukiwania żywego (!) krasnoluda poniosły się po okolicy. Na wszystkich Bogów - on żyje - pomyślał Tobias będą naprawdę pod wielkim wrażeniem woli życia jaką miał w Sobie przedstawiciel starszej rasy. A jego historię próby obrony zajazdu wszyscy słuchali z zaciekawieniem, może poza poborcą który - jak zauważył Tobias - zerkał co rusz w stronę spalonego zajazdu. Łucznik wykorzystał chwilę, kiedy reszta naradzała się czy zabrać ze sobą całą trójkę, by powęszyć za tropem grubasa. Ten doprowadził go do jednego, nie całkiem spalonego magazynku który był przypalony trochę wokół zamka. Wystarczająco, by łucznik szarpiąc zań, wyrwał go i otworzył magazynek na oścież. Zobaczył w środku kuferek na geldy, kiedy usłyszał dyszącą postać kuśtykającą w jego kierunku, zapach powiedział mu z kim ma do czynienia. - To, to moje! nie masz prawa tego dotykać. Zgłoszę to! Powieszą Ciebie za to! - Twoje? Zapytał spokojnie Tobias - a nie przypadkiem Elektora panującego na tych ziemiach? Jeżeli jest to podatek, to zapewne masz na to jakiś papier. - Tobias zauważył wchodzących do środka kilku jego kompanów którzy usłyszeli zdenerwowanego poborcę. - Jeżeli nie masz papierów, równie dobrze mogą to być pieniądze pochodzące z kradzieży, a wiemy chłopacy jak traktuje się szabrowników podczas wojny, hę?. Żołnierze zaśmiali się szyderczo a grubas zbladł...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        1
                                        • DekaresD Niedostępny
                                          DekaresD Niedostępny
                                          Dekares jako Stefan
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #202

                                          Rozmowa z Tobiasem w obozie:
                                          Stefan uśmiechnął się ciepło do kolegi
                                          Dziękuję Tobiasie, na niektóre rzeczy nie mamy wpływu, taki los - ostlandczyk spojrzał jeszcze raz w kierunku wozu oficerów:
                                          Sami już musimy tak działać żebyśmy z tego głowy unieśli i towarzyszy nie zawiedli.

                                          Akcja w riunach zajazdu
                                          Stefan z fascynacją patrzył na z początku powolne a z czasem coraz wyrażniejsze i szybsze efekty działania leczniczej mikstury, okrutna rana na głowie krasnoluda zaczęła się…”cerować”.
                                          Nowe zdrowe ciało pojawiało się w miejscu zmasakrowanej tkanki .
                                          Z jednej strony był to wspaniały widok, alternatywą dla leczonego była śmierć bądź trwałe kalectwo. Jednocześnie już po chwili patrzenia, zaczęło robić mu się niedobrze od tego widoku. Instynktownie czuł, że to co widzi po prostu nie powinno mieć miejsca.
                                          Odwrócił po chwili wzrok i zaczął zakładać na ranę opatrunek, nie miał złudzeń, że mikstura zaleczy ranę krasnoluda w pełni. Nawet przy jak najlepszym działaniu cudownego środka mężczyzna będzie potrzebował jeszcze spokojnie z tygodnia albo i dwóch opieki i wcale nie jest powiedziane, że wyzdrowieje w pełni.

                                          • Pani Miłosierdzia pomóż mi ukoić to cierpienie i zachować to życie- wyszeptał do siebie przy pracy klęcząc przy rannym.
                                            W pewnej chwili zauważył, że na powrót jest z nimi Olaf więc odezwał się do niego:
                                            -Sprawdziliście ten trop z Tobiasem?
                                            Młody myśliwy przyklęknął przy nim i krótko się odezwał:
                                          • Tak, znaleźliśmy dwie osoby, kelnerkę z zajazdu i cholernego poborcę podatkowego - Wiesel aż splunął na ziemię kiedy wspomniał o mytniku,co zaciekawiło Stefana na tyle, że oderwał wzrok od opatrywanego i podniósł pytająco brew.
                                          • Schowali się tam w trakcie ataku i ich nie znaleźli. Ten tchórz wysyłał dziewczynę na zewnątrz żeby sprawdzała czy jest bezpiecznie a jak wyłamaliśmy drzwi to wypchnął ją przez drzwi sądząc, że to pomioty. A no i jeszcze teraz żąda dla Siebie eskorty!
                                            -Ale gnida! - zdążył pomyśleć Stefan gdy spoza stodoły zaczęły dolatywać do niego odgłosy kłótni, nie słyszał wszystkiego, ale wcześniejsze słowa kolegi o mytniku i usłyszane “Gdzie masz geldy” dały mu sporą podpowiedź na temat tego co tam się dzieje. W końcu nie od dzisiaj znał (i w dużej mierze podzielał) powszechną nienawiść do poborców podatkowych.
                                            -To się źle skończy- pomyślał, doskonale wiedząc, że okradzenie poborcy równało się zabiciu poborcy, nikt mający choć gram intelektu w bandyckiej głowie nie zostawi przy życiu świadka takich poczynań. Jeszcze to pierwsze może by przeżył jeśli ten jest takim podłym draniem, ale drugie było dla niego nie do zaakceptowania, bo oznaczało zabicie nie tylko poborcy ale i bogom ducha winnej dziewczyny, a nawet i krasnoluda dla pewności, że nikt nic nie powie o sprawie. Na coś takiego nigdy by nie poszedł.
                                            Wszystko to odwróciło jego uwagę od krasnoluda leżącego przed nim na ziemi, dlatego gdy ten nagle wziął głęboki oddech, zakaszlał i zaczął mu się zrywać z ziemi, kompletnie zaskoczony tym ostlandczyk aż klapnął tyłkiem na ziemię i przez moment patrzył na krasnoluda z niedowierzaniem po czym skoczył żeby delikatnie ale stanowczo go przytrzymać na ziemi, co okazało się daremnym wysiłkiem, bo z pomocą innych zwabionych do nich tymi odgłosami do stodoły, ten wstał z pozycji siedzącej i zaczął dreptać po całej stodole.
                                          • Nazywam się Stefan Jeager, Panie Kadrin i mówiąc szczerze to jestem całkiem niezłym medykiem, ale uczciwość nakazuje powiedzieć, że bardziej pomogła Ci Panie ta fiolka
                                            ”płynnego złota” niż moje umiejętności - zaczął tłumaczyć krasnoludowi sytuację, jednocześnie rzucając mu pustą fiolkę magicznej mikstury do złapania.
                                            Wtedy ten zmarkotniał widząc elfa, Stefan miał właśnie zacząć załagadzać sytuacje gdy i sam elf włączył się do dyskusji.
                                            -Jeszcze mi tu tylko brakuje żeby się zaczęli okładać ze względu na przedwieczne animozje!?- pomyślał, więc dodał całkiem zgodnie z prawdą:
                                          • Panie Kadrin, to właśnie nasz elfi kompan zauważył żeś Pan wcale nie trup tylko żywy i wezwał mnie do pomocy, z resztą sam zaczął Cię, panie opatrywać z troską zanim przybyłem. Z resztą, najlepiej swoją wdzięczność za pomoc mości krasnoludzie okażesz nam spokojnie siedząc i odpoczywając, jest już lepiej z raną ale nadal jesteś Panie Kadrin poważnie ranny!
                                            Stefan z uwagą słuchał opowieści krasnoluda o walce i poległych towarzyszach oraz zaginionym orężu, mimo tego, że podobnie jak elf nie miał raczej złudzeń, że broń zabrali zwierzoludzie zdecydował się wykorzystać poszukiwania jej jako pretekst do rozładowania choć trochę sytuacji z mytnikiem.
                                          • Olafie proszę Cię bardzo o pokazanie kierunku w którym dziewczyna pokazywała, że coś słyszała w lesie. Poszukamy też śladów pomiotów biegnących ze stodoły, może uda się podjąć trop, a Pan niech siedzi i trochę odpocznie Panie Kadrin, na tą chwilę do walki mogę panu zaoferować albo którąś z tutaj porzuconych broni albo swój toporek - Stefan pokazał ręką na małą kupkę oręża którą skończył kompletować ojciec Olafa, po tym gdy skończył zdejmować ze ściany ciało nieszcześnika przybitego do niej włóczniami.

                                          Po załatwieniu tej kwestii Stefan wyszedł do reszty, słuchał Duivela przekonywującego resztę do odpuszczenia sobie poborcy i potakiwał wspierająco choć z innych motywacji niż elf, gdy ten zabrał się do przepytywania ocalałych Stefan podjął zaraz po nim wątek i podchodząc do Beth zaczął mówić:
                                          -Dobra koniec tego gadania! Idziecie ze mną! - pokazał ją i trzech najbliższych niej myśliwych - rozejrzymy się po okolicy w poszukiwaniu tego młota dla krasnoluda - mówiąc ostatnie słowa ustawił się plecami do poborcy żeby ten nie widział jego twarzy. Jednocześnie mrugnął porozumiewawczo do Beth mając nadzieje, że ta zrozumie że nie idą szukać tylko młota.
                                          Nie czekając na ich reakcję zwrócił się do swojego imiennika:

                                          • Panie sierżancie jak wy jesteście tutaj zajęci wypytywaniem, to ja z Beth i moimi ludźmi rozejrzymy się po okolicy, słyszałem że nasza piękna ocalała słyszała odgłosy jakiejś potyczki to też sprawdzimy czy coś nam nie zagrażą z tamtego kierunku, długo nam nie zejdzie - puścił do herszta oko licząc na to że ten też zrozumie że chce odciągnąć część ludzi do jakiejś pożytecznej roboty z dala od poborcy podatkowego.
                                          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa