Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Stefan
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Duivel

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
242 Posty 6 Uczestników 7.0k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • CioldanC Niedostępny
    CioldanC Niedostępny
    Cioldan jako Duivel
    napisał ostatnio edytowany przez Cioldan
    #220

    Przez większość rozmowy Duivel milczał, pozwalając Thiemo prowadzić - to jego miasto, jego znajomy, jego prawo do pierwszych pytań. Elf siedział przy stole, w kapturze, przytakując tam, gdzie wypadało, czasem rzucając krótkie "mhm" albo "rozumiem", nie przerywając wspominkom o dawnych czasach ani żalom piekarza. Obserwował za to uważnie twarz Alberta - te małe rzeczy, których słowa nie zdradzają. Drżenie rąk. Spojrzenie rzucane w stronę drzwi za każdym głośniejszym dźwiękiem z ulicy.
    Dopiero gdy Albert skończył swoją przygnębioną tyradę o czekającym go losie, a Thiemo chwilę siedział w milczeniu, Duivel się odezwał
    — Albercie — zaczął spokojnie, rzeczowo, bez zbędnych wstępów — ludzie z twojej ulicy. Sąsiedzi. Wszyscy się pochowali, tak jak ty? Czy ktoś jednak wyszedł, nie wrócił, zniknął, przyłączył się do buntowników? — chciał wiedzieć, czy strach zamknął wszystkich w domach, czy może ktoś już padł ofiarą tego, co działo się w mieście.
    Zawiesił na chwilę wzrok na piecu, jakby dopiero teraz zauważył wygaszony żar. Odsunął kaptur do tyłu, odsłaniając twarz i uszy - nie było już sensu tego ukrywać przed kimś, kto wpuścił ich do własnej kuchni i podzielił się ostatnim chlebem, po czym wrócił do pytań.
    — A ci najemnicy. Ci od tej "ruchawki". Wiesz, skąd byli? Ilu ich mogło być? — nachylił się lekko nad stołem — I to ważne - widziałeś wśród nich kogoś w szatach maga? Albo słyszałeś o czymś takim? Czy tylko miecze i topory?
    Wyczekał w spokoju na odpowiedź, pozwolił wtrącić Thiemo swoje trzy grosze, a następnie przeszedł do kolejnych pytań, jakby układał już w głowie mapę miasta.
    — Dym, jaki widzieliśmy od strony świątyni, z murów — wiesz, co się może palić w tamtej okolicy? — zmarszczył brwi — no i zwierzoludzie. Widziałeś jakieś rogate bestie w mieście, czy to tylko ludzie przeciwko ludziom?
    Ostatnie pytania zadał już nieco ciszej, jakby świadom, że dotyka najbardziej niebezpiecznego gruntu.
    — Została tu jeszcze jakaś straż miejska? Ktokolwiek, kto by się bronił albo organizował opór? — spojrzał Albertowi prosto w oczy — I czy wiesz, gdzie mogliby teraz siedzieć ci, co tym wszystkim dowodzą? Czy to obrońcy miasta, czy co najemnicy, czy ktokolwiek inny.
    Gdy piekarz skończył odpowiadać, Duivel skinął głową, jakby układał sobie w głowie te informacje na później. Wstał, sięgnął po rękę Alberta i uścisnął ją mocno, po żołniersku.
    — Dziękuję. Za chleb, za wino, za to, że w ogóle otworzyłeś drzwi. — powiedział to bez cienia ironii i bez żadnych swoich uśmieszków — Nie poddawaj się jeszcze. Za nami idzie cały regiment, nie tylko garstka zwiadowców. — elf zrobił krótką pauzę i wskazał na drzwi — Zamknij się z powrotem na klucz, zarygluj - jak wyjdziemy. I miej nadzieję.
    Odwrócił się do Thiemo, gotowy zdecydować, co dalej - czy wracać do bramy z tym, czego się dowiedzieli, zanim kuraki wystygną, czy spróbować jeszcze przecisnąć się bliżej Żelaznej, żeby dojść do brata Thiemo.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • DekaresD Niedostępny
      DekaresD Niedostępny
      Dekares jako Stefan
      napisał ostatnio edytowany przez
      #221

      Stefan przemierzając te pozbawione ludzi ulice poczuł się na powrót jak w Nuln w czasie służby w świątyni Pani Miłosierdzia. Wiedział że skala miejscowości jest zupełnie inna jednak nie dało się ukryć wielu podobieństw, głównie przypominających mu o niebezpieczeństwie i ścisku związanym z życiem w takim miejscu.
      mijając kolejny porzucony wóz wskoczył na niego szybko z Olafem w celu sprawdzenia czy nikt się na nim nie ukrywa, kolejny raz nikogo nie znajdując ruszyli dalej. Oczywiście mgliście przypominało mu się też jak jako podrostek odwiedził Wendorf razem z rodziną podczas miejscowego jarmarku. Było to przygnębiające wspomnienie biorąc pod uwagę atmosferę kolorowej zabawy jaką zapamiętał w zderzeniu z obecną ciszą i mrokiem szepczącym do ucha o zagrożeniu.
      Co tu się stało do cholery? - mruknął do siebie pod nosem, spoglądając na całkowicie zdemolowany sklep z tkaninami. Pamiętał jak dokładnie w tym samym sklepie jego siostry radośnie wybierały dla ich mamy belę niebieskiego materiału na suknie jako prezent na zbliżające się urodziny rodzicielki. Pamiętał atmosferę radosnej konspiry i pośpiechu jako, że nie wiedzieli na jak długo ich ojcu uda się utrzymać żonę zajętą innymi sprawunkami. Kontrast z teraźniejszością był porażajacy ale nie do końca nieznajomy jego doświadczeniom w wspomnianym Nuln miał nieprzyjemny obowiązek brać udział w tłumieniu zamieszek wywołanych podniesieniem jakiegoś podatku, pamiętam hasła rewolucjonistów i to, że na początku wydawały mi się nawet sensowne i sprawiedliwe… Pamiętał także podobnie splądrowane sklepy, przemoc, śmierć na ulicach i wstyd gdy dowiedział się że Ci “bojownicy o sprawiedliwość” na koniec okazali się zwykłymi sługusami chaosu chcącymi podpalić miasto w imieniu siania śmierci i zniszczenia na chwałę swoich mrocznych potęg. Z ponurych rozmyślań wyrwał go Azur trącający go czule nosem w dłoń, psy też wydawały się poddenerwowane całą atmosferą w mieście ale i tak nie przeszkodziło to Azurowi pomóc mu się choć trochę rozchmurzyć. Stefan odpowiedział na tą czułość przez chwilę głaszcząc psa po pysku i ruszając dalej.
      Po chwili ukazał im się zapowiedziany przez Thiemo zajazd. Przez chwilę Ostlandczyk rozważał czy nie spróbować zwrócić uwagi strażników i wciągnąć ich w zasadzkę w celu wzięcia języka, ale zdecydował że na razie spróbują z nimi po prostu porozmawiać:
      -No nic Panowie spokojnie i tak jak się umawialiśmy- rzucił do towarzyszy cicho po czym ruszył powolnym zmęczonym krokiem w stronę karczmy. Zasadniczo zdecydował się nie kłamać, co najwyżej być bardzo ogólnym w podawaniu informacji o sobie i swoich losach.
      Zbliżające się na odległość kilku metrów podniósł dłoń w geście pozdrowienia i zawołał uprzejmie:
      -Chwała Sigmarowi! Dobrze zobaczyć w tym mieście jakąś żywą duszę! Zajazd otwarty?
      Obaj strażnicy zauważyli nadchodzącą trójkę zanim ci do nich podeszli. Trochę się wyprostowali i porządniej złapali za swoje halabardy. Poza tym jednak czekali aż Stefan z kolegami się zbliży. Przy okazji przeszli obok tablicy i powieszonego tam mężczyzny. Z bliska było widać, że nie ma butów i został w samych spodniach. Głowa zwisała mu bezwładnie na pierś i chodziły po nim muchy. Zwłaszcza kumulowały się na ranach i zaschniętej już krwi. Na brzuchu miał wycięte koślawą gwiazdę Chaosu. Gdy Stefan zatrzymał się, dojrzał przez otwartą część bramy kawałek podwórza i front głównego budynku. Jakiś wóz, przywiązane wierzchowce, ognisko i kilku ludzi przy nim. Jednak strażnicy gdy się odezwali bardziej przykuli jego uwagę.

      • Pochwalony. Zajazd zamknięty. Wojsko zarekwirowało. Nie można tam wchodzić. A wy co za jedni? - Mężczyzna był w średnim wieku. Miał na sobie popularną wśród milicji i lekkiej piechoty przeszywalnicę. Za pasem jeszcze topór a o mur zajazdu oparł tarczę. Wewnętrzną stroną na wierzch, aby łatwiej było złapać w razie potrzeby. Mówił jakby jeszcze nie mógł się zdecydować jak potraktować trójkę przybyszy.

      • Stefan Jeager z towarzyszami do usług! Ze Speck idziemy podróżowaliśmy większą grupą ale nas pomioty zaatakowały na trakcie, mamy kilku ocalałych z innego ataku na zajazd… - tutaj Stefan się na sekundę zamyślił i obracając głowę w kierunku z którego przyszli wyciągnął dłoń w celu wskazania kierunku - no jak to było… zajazd “Leśny Dzban” tak to się nazywało, ale jak zobaczyli dym nad miastem to zdecydowali się nie wchodzić - tu w słowo Stefanowi wciął się Olaf z sarkastycznym tonem, żeby nie powiedzieć pogardliwym:

      • Ten cały mytnik i jego kufer złota to pewnie wrócił już do tej nory w ziemi z której go wyciągnęliśmy, tak trząsł portkami przed zostawieniem go w lesie, choćby na moment.

      Stefan w duchu pochwalił Wiesela za dodatkową wstawkę która jemu pozwoliła przez chwile milczeć i przyglądać się reakcją strażników, szczególnie na wspomnienie o złocie.

      • A Panowie z jakiego regimentu? Pytam się bo brata szukam, zaciągnął się do wojska co ciągnęło na wschód?
      • My ze Siege Stern. A twój brat do jakiego się zapisał? Teraz przecież masa regimetów wali na wschód. - Mężczyzna odpowiedział prawie od razu. Nie wyglądał na zaniepokojonego. - A wy z jakiego regimentu? - Oddał Stefanowi pytanie.
      • I jaki mytnik? Jaki kufer złota? “Leśny dzban” spalony? Eh a, żeśmy tam się stołowali wydawałoby się, że wczoraj. Przeklęta wojna. - Drugi ze strażników pokiwał głową w zadumie nad smutnym losem zajazdu pod miastem. Chciał jednak więcej wiedzieć o owym złotym wątku jaki się pojawił. *

      Po kolei Panowie, co do brata to wiem tylko że zaciągnął się do regimentu piechoty dowodzonego przez niejakiego von Belowa, tak jak my tutaj-wskazał na siebie i Wiselów- lekka Piechota i zwiad. Co do nas to służyliśmy w armii Stirlandu siódmy regiment piechoty pod kapitanem Steinerem. A teraz to gonię jak mówiłem za bratem dołączyć do niego…ale nie wiem czy to jest dalej realne w mniejszej grupie, a co może szukacie nowych rekrutów? - odbił piłeczkę do pierwszego z uśmiechem, postanawiając na razie drugie trochę wypościć co do odpowiedzi na temat złota.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • MirasM Niedostępny
        MirasM Niedostępny
        Miras jako Miras
        napisał ostatnio edytowany przez
        #222

        Nic tu nie ma - rzekła Beth, spoglądając na łucznika rozglądającego się niedaleko nie. Zauważyłem jakiś ruch, może to faktycznie była tylko kura. - odpowiedział Tobias. Beth wskazała palcem by ten szedł za nią, wyjęła jedną ze strzał, naciągnęła na cięciwę, chwilę przymierzała i nagle ją wypuściła z charakterystycznym dźwiękiem. Ha! Mam cię! Cicho zakrzyknęła uśmiechając się promiennie do Tobiasa, który odwzajemnił uśmiech. Masz dobre oko Beth. - Mam też kurę na kolację Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podeszła do nieruchomej już kury, wyjęła ostrożnie strzałę i przywiązała sobie kwokę do paska. - Choć, może znajdziemy drugą dla Ciebie. Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy kiedy ujrzała spojrzenie zwiadowcy. Coś go zaniepokoiło. Odwróciła się u zaczęła nasłuchiwać. Tobias wskazał jej kierunek i oboje ruszyli w kierunku z którego dochodziły odgłosy, które przeplatały się z ludzką mową.
        Za węgłem dostrzegli plądrowany budynek na szyldzie którego czerwoną - już wyblakłą farbą - wymalowano kiełbasę. Tobias usłyszał jak Beth przełyka ślinkę, po prawdzie i jemu chyba zaburczało w brzuchu. Ostrożnie przekradli się w kierunku wejścia. Jeszcze z ulicy widać było dwóch chudych szabrowników, którzy zbyt podnieceni byli kradzieżą pozostałej wędliny i mięsa że nie zauważyli dwójki zwiadowców. - Ekhem! Głośno chrząknęła Betha kiedy mieli już dwójkę szabrowników na końcach grotów. Ci natychmiast odwrócili się zaskoczeni.
        - Hej! Coście za jedni, wiecie co się tu stało? Gadajcie i to zaraz! - rzucił Tobias. Eee, myśmy tylko chcieli sobie trochę kiełbasek upiec Panie, proszę nie strzelać. Myśmy jesteśmy stąd, mieszkamy parę domów dalej. Toll jestem a to Troy, myśleliśmy że coś zostało po tym jak przeszła tędy ta banda najemna. Eee, możemy się podzielić - odezwał się ten nazywany Troyem i położyli połowę towaru na ladzie przed sobą. Beth i Tobias wymienili spojrzenia. - Jest nas tu więcej, a nasi kompani też pewnie mają ochotę na kiełbaski. - rzekł Tobias. Toll natychmiast odłożył na blat więcej mięsiwa i zaczął wraz z Troyem kierować się niepewnie w stronę wyjścia. -Hej - zawołała Beth. Co tu się wydarzyło! Mówcie! -
        - Nie... nie wiemy prze Pani. Papko jak usłyszał że ci najemni zaczynają wywoływać niepokoje w mieście kazał zamknąć dom na wszystkie spusty i nie wychylać nosa. Tylko słyszeliśmy pokrzykiwania, potem jakiś rozruchów, walk jakiś, potem przeniosło się to tam dalej - Toll wskazał jakiś kierunek. - Nie wiemy więcej. Naprawdę. Tobias ruchem głową dał im znać by uciekali. Tylko się za nimi kurzyło. Beth i Tobias zapakowali resztę mięsa do worka i również wyszli ze sklepu. - Tam - wskazał Tobias palące się światła na górnym piętrze jakiegoś małego zakładu. - Sprawdźmy tam...

        Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • MirasM Miras

          Nic tu nie ma - rzekła Beth, spoglądając na łucznika rozglądającego się niedaleko nie. Zauważyłem jakiś ruch, może to faktycznie była tylko kura. - odpowiedział Tobias. Beth wskazała palcem by ten szedł za nią, wyjęła jedną ze strzał, naciągnęła na cięciwę, chwilę przymierzała i nagle ją wypuściła z charakterystycznym dźwiękiem. Ha! Mam cię! Cicho zakrzyknęła uśmiechając się promiennie do Tobiasa, który odwzajemnił uśmiech. Masz dobre oko Beth. - Mam też kurę na kolację Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podeszła do nieruchomej już kury, wyjęła ostrożnie strzałę i przywiązała sobie kwokę do paska. - Choć, może znajdziemy drugą dla Ciebie. Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy kiedy ujrzała spojrzenie zwiadowcy. Coś go zaniepokoiło. Odwróciła się u zaczęła nasłuchiwać. Tobias wskazał jej kierunek i oboje ruszyli w kierunku z którego dochodziły odgłosy, które przeplatały się z ludzką mową.
          Za węgłem dostrzegli plądrowany budynek na szyldzie którego czerwoną - już wyblakłą farbą - wymalowano kiełbasę. Tobias usłyszał jak Beth przełyka ślinkę, po prawdzie i jemu chyba zaburczało w brzuchu. Ostrożnie przekradli się w kierunku wejścia. Jeszcze z ulicy widać było dwóch chudych szabrowników, którzy zbyt podnieceni byli kradzieżą pozostałej wędliny i mięsa że nie zauważyli dwójki zwiadowców. - Ekhem! Głośno chrząknęła Betha kiedy mieli już dwójkę szabrowników na końcach grotów. Ci natychmiast odwrócili się zaskoczeni.
          - Hej! Coście za jedni, wiecie co się tu stało? Gadajcie i to zaraz! - rzucił Tobias. Eee, myśmy tylko chcieli sobie trochę kiełbasek upiec Panie, proszę nie strzelać. Myśmy jesteśmy stąd, mieszkamy parę domów dalej. Toll jestem a to Troy, myśleliśmy że coś zostało po tym jak przeszła tędy ta banda najemna. Eee, możemy się podzielić - odezwał się ten nazywany Troyem i położyli połowę towaru na ladzie przed sobą. Beth i Tobias wymienili spojrzenia. - Jest nas tu więcej, a nasi kompani też pewnie mają ochotę na kiełbaski. - rzekł Tobias. Toll natychmiast odłożył na blat więcej mięsiwa i zaczął wraz z Troyem kierować się niepewnie w stronę wyjścia. -Hej - zawołała Beth. Co tu się wydarzyło! Mówcie! -
          - Nie... nie wiemy prze Pani. Papko jak usłyszał że ci najemni zaczynają wywoływać niepokoje w mieście kazał zamknąć dom na wszystkie spusty i nie wychylać nosa. Tylko słyszeliśmy pokrzykiwania, potem jakiś rozruchów, walk jakiś, potem przeniosło się to tam dalej - Toll wskazał jakiś kierunek. - Nie wiemy więcej. Naprawdę. Tobias ruchem głową dał im znać by uciekali. Tylko się za nimi kurzyło. Beth i Tobias zapakowali resztę mięsa do worka i również wyszli ze sklepu. - Tam - wskazał Tobias palące się światła na górnym piętrze jakiegoś małego zakładu. - Sprawdźmy tam...

          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał ostatnio edytowany przez
          #223

          Tura 52 - 2521.05.05; fst; południe

          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Alberta
          Czas: 2521.05.05; Festag; południe
          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

          Duivel i Thiemo

          - O bogowie, chudy! - Albert aż podskoczyl gdy elf niespodziewanie zdjął kaptur i zdradził swoje nieludzkie pochodzenie. Ale wydawało się, że to chwilowe zaskoczenie. Skoro Duivel zachowywał się spokojnie no i przyprowadził go znajomy piekarza, to w końcu się uspokoił i mogli wrócić do rozmowy o sytuacji w mieście. A ta była dla gospodarza mętna. Chociaż z racji tego, że był na miejscu to i tak był w niej lepiej zorientowany niż dwójka przybyszy.
          - No tak, pochowalimy się. Strach wychodzić na ulicę. Nie wiadomo na kogo się trafi. Teraz wojsko tu rządzi. Na każdego krzyczą i wyganiają. Czasem jak kogoś złapią to trzepią. Mówią, że szpiegów, sabotażystów i zdrajców szukają. Zwłaszcza jak ktoś młody i z bronią. To od razu jest podejrzany. I nasi też im pomagają. Mówią, że pomagają wojsku szukać buntowników i rabusiów. Ja tam nie wiem. Od jednych i drugich można pałą w brzuch dostać. Dlatego wolę siedzieć w domu. Moi sąsiedzi także. - Pokręcił głową i widać było, że obawia się tej całej ruchawki. Liczył zapewne, że pozostając w domu, zmniejszy ryzyko spotkania przykrych konsekwencji.
          - Najgorsze, że przejęli magazyny zboża. Mówią, że tylko dla wojska, że to zasób wojenny. A bez zboża nie ma mąki. A bez mąki nie ma co piec w piekarni. Bez piekarni nie ma chleba. A bez chleba jest głód i bieda. I to nie tylko w mojej piekarni tak jest. Mnie to już mąki zostało tylko na własne potrzeby. Trochę się wymieniam z sąsiadami za mleko, wino albo ser. Ale dla ludzi już nie piekę. Nie mam z czego. - Znów popadł w przygnębienie, jakby już widział swój marny koniec. Urwał kawałek chleba, zamoczył w rozwodnionym winie i zaczął przeżuwać. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał.
          - Ale nie wszyscy piekarze tak mają! Słyszałem, że Hempe działa w najlepsze. Mówią, że zapłacił za licencję i dlatego może kupować zboże w magazynie. Teraz jak nigdzie nie ma nigdzie chleba to cała okolica u niego kupuje. A on podniósł ceny aby odzyskać tą licencję. Podobno jak któregoś piekarza stać to myśli aby też wykupić tą licencję. Bo jak podniosą ceny chleba to i tak sobie w końcu odbiją. Też może bym kupił ale mnie nie stać. - Na chwilę się ożywił gdy opowiedział o tej branżowej ciekawostce z magazynem zboża. Zdawał się, żałować, że nie stać go na wykup licencji na to zboże.
          - Biednemu to wiatr zawsze w oczy. Niedługo na wodę ze studni nałożą podatek. - Thiemo westchnął współczująco. - Te magazyny zbożowe i piekarnia Hempe jest bliżej niż Żelazna. Do Żelaznej to pewnie byśma się spóźnili na obiad. Chyba, że te Hochlandczyki to tak marne kucharze, że kuraka nawet nie potrafią zrobić. - Uśmiechnął się krzywo jakby sam był w rozterce gdzie dalej iść.
          - Na Żelaznej to uważaj. - Albert odezwał się ponownie. - To bliżej centrum miasta. A ruchawka najbardziej jest właśnie tam. Ci najemnicy zatrzymali się na Marktplatz. I tam się to wszystko zaczęło. Podobno splądorwali magazyny Osipowa. A tam byli ci uchodźcy z Kisleva. I nasi ze wschodu też. Białe gołębice ich przyprowadziły i w ratuszu prosiły o miejsce. I im przydzielono właśnie u Osipowa, bo ostatnio puste stały. I nawet ich ci barbarzyńcy splądrowali. Biada, nam biada. Tylko się modlić do bogów o zmiłowanie. - Piekarz ostrzegł kolegę, że odwiedziny u brata mogą być dość ryzykowne. Thiemo potraktował to poważnie i pokiwał głową.
          - No tak. Żelazna jest bliżej Makrplatz. Dobrze, że mówisz przyjacielu. - Teraz to i milicjant zmarkotniał gdy zdał sobie sprawę, że jego brat może mieszkać w bardziej niebezpiecznej okolicy, niż tu, przy samym pograniczu miasta.
          - A wojsko to ja chudy nie wiem. Nie znam się. I nie chcę ich znać. Mam nadzieję, że nie przypomną sobie o małej, nędznej piekarni Alberta. A jeszcze czarostwo jakieś?! O bogowie uchowajcie! Zwierzoludzi nie, nie widziałem. Przeca oni po lasach się kłębią jak robactwo. Tego jeszcze brakowało aby u nas po ulicy biegały te dzikusy. Ale na szczęście oni nie umieją zdobywać murów to raczej tu nie mają jak wejść. - Na myśl o magii i kopytnych aż się przeżegnał do dobrych bogów. I wydawało się, że jednak nic takiego nie zauważył ani nie słyszał. W końcu powstał aby odprowadzić gości znów do tylnych drzwi. Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Ewidentnie nie znał się na wojsku i nie umiał rozpoznać kto tu walczy i z kim. Obawiał się ich, o siebie, swoją rodzinę i piekarnię. O władzach miasta nie miał zbyt dobrego mniemania. Spora część wojska jakie zwykle stacjnowało w mieście i okolicy, wyszło na wezwanie hrabiego jaki szykował się na wojnę. Ci to zostali to widać mieli spory problem aby opanować tą ruchawkę w mieście. Był zdania, epicentrum walk jest w centrum, w pobliżu Markplatz i ratusza. I dlatego tam od paru dni nie chodził. I większość sąsiadów z jakimi miał kontakt, postępowała tak samo. Więc dość słabo się orientował co tam się dzieje. W końcu Duivel ze starym milicjantem znów znaleźli się we dwóch na opuszczonej ulicy.
          - Po mojemu to mogli oskubać i wypatrszyć te kuraki. Jak teraz wrócimy to i tak będziemy czekać aż się ugotują. - Starszy mężczyzna podrapał się po swojej siwej szczecinie na ogorzałym policzku. Wedle wyczucia czasu elfa, to wyglądało to podobnie. - Na Żelazną to byśmy szli tyle co teraz tutaj. To znaczy normalnie byśmy tyle szli. Teraz to nie wiem. Do tych magazynów zbożowych jest z połowa tego. Do Hempe też bo on blisko magazynów mieszka. - Aby czymś zająć ręce i myśli, zaczął sypać bagienne ziele na kawałek bibuły. I widać było, że ma w tym wprawę. Nie był jednak pewien co dalej powinni robić. Wracać do bramy, iść na Żelazną. Tam mieszkał jego brat i w pobliżu były magazyn Osipowa. Ale też było bliżej ogniska walk więc ryzyko rosło. Magazyny zbożowe i piekarnia Hempe, wydawały się być bliżej i przynajmniej Albert nie opisywał ich tak niebezpiecznie. Z drugiej strony jednak nie wychodził z domu więc też bazował na plotkach od sąsiadów. No i musieli jeszcze spakować bochen chleba jakim ich obdarował na pożegnanie.

          text alternatywny

          link: https://i.imgur.com/n2TPz7W.jpeg

          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
          Czas: 2521.05.05; Festag; południe
          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

          Stefan i Wieslelowie

          Stefan podczas rozmowy ze strażnikami, nie dostrzegł w ich zachowaniu nic nadzwyczajnego. Najpierw jak zauważyli trójkę, nadchodzących zbrojnych to zrobili się czujni. Co świadczyło, że mają zdrowo rozwinięty instynkt samozachowawczy. Z początku rozmowy wyglądali na podejrzliwych i zachowywali rezerwę do trójki rozmówców. A gdy ci nie zdradzali agresywnych zachowań to nieco się uspokoili. Ich zachowanie wydawało się więc Ostlandczykowi naturalne a i do ich słów nie miał się czego przyczepić. Nie nosili żadnych herbów ani barw ale to w milicji i lekkiej piechocie było powszechne. Gdyby mieli łuki zamiast halabard to nawet by się wpasowywali w bandę Kolesnikowa. I pewnie większości lekkozbrojnych z ich regimentu. Nie nosili czarno-białych barw Ostlandu ani wizerunku byczego łba. Ale na to zwykle mogli sobie pozwolić rycerze, zawodowi oficerowie, szlachta i oddziały na żołdzie miast i hrabiów. Więc to, że ci dwaj nie mieli żadnych barw tylko zwykłe przeszywalnice to jeszcze niczego nie dowodziło.
          - Von Below? - Ten co miał więcej do powiedzenia spojrzał na kolegę. Ten przez chwilę przeszukiwał pamięć ale w końcu pokręcił głową.
          - Służyłeś w Stirlandzie? Kawał drogi stąd. A nie masz stirlandzkieg akcentu, gadasz jak tutejszy. - Zaciekawił się ten drugi.
          - Nie słyszałem o tym von Below. Ani tutaj ani po drodze. - Przyznał ten pierwszy. - To jesteś weteran? I chcesz się zaciągnąć? No to możesz pogadać z sierżantem. - Wydawało się, że uwierzyli słowom Stefana. I jego rozmówca lekko skinął głową w stronę w półotwartej bramy zajazdu. Zanim jednak Jeager mógł odpowiedzieć to do rozmowy wtrąciło się przybycie grupki zbrojnych. Było ich kilku, szli raźnym tempem od centrum miasta. A w środku szedł jakiś nieszczęśnik. Dwaj strażnicy dali znać trójce przybyszy aby ustąpili im drogi. A sami też czekali i patrzyli z ciekawością co się dzieje. A przybysze pozdrowili ich obu, sami też dostali podobne skinienie głowy. Na trójkę przybyszy ledwo spojrzeli i bez wahania przeszli przez bramę.
          - Sierżancie! Mamy jednego! - Zawołał jeden z nich. Cała grupka zatrzymała się między bramą a frontek karczmy i chwilowo przykuła uwagę tych paru osób co było widać z zewnątrz. Wydawało się, że eskorta jeńca obserwuje kogoś kto nadchodzi. I rzeczywiście po chwili w pole widzenia wszedł jakiś zbrojny z brodą. Szarfa przez pierś wskazywała na dziesiętnika albo sierżanta.
          - Co my tu mamy? - Podoficer w hełmie stanął przy jeńcu i wpatrywał się w niego intensywnie. Ten był wyraźnie przestraszony i nie wiedział gdzie wzrok podziać. A gdy mijał bramę to dało się zauważyć krwawe zacieki z ust i nosa, jakby w twarz dostał. Ubranie też miał sponiewierane.
          - Szabrownik i prowokator. Rabował karczmę i organizował wiec na jakim podburzał ludność. - Wyrecytował sierżantowi dowódca patrolu. To ożywiło schwytanego jeńca.
          - To nieprawda! Ja tylko… - Tyle zdążył powiedzieć nim pięść sierżanta brutalnie zdzieliła go w twarz, że aż się zatoczył.
          - Milcz psie! Kto ci dał prawo głosu! Masz odpowiadać tylko na pytania! - wrzasnął na niego i zaraz uderzył go ponownie. Tym razem w brzuch. - Masz za spiskowanie! - A gdy mężczyzna się zgiął w pół, jeszcze raz uderzył go w głowę. - A to za szabrowanie! - Wysyczał z wściekłością gdy jeniec upadł na ziemię. - Zabrać to ścierwo na kwatery. Niech oficerowie go przesłuchają. Ale nie przejmuj się nędzniku. Wszyscy wiemy jak skończysz. - Uspokoił się na tyle aby wysyczeć ze złością do powalonego jeńca. Zaś żołierze z patrolu złapali za ramiona i powlekli w stronę głównego budynku kakrczmy. Sierżant jeszcze chwilę za nimi patrzył gdy w jego stronę krzyknął jeden ze strażników przy bramie.
          - Sierżancie! Można prosić!? - Gdy podoficer to usłyszał odwrocił się w ich stronę. Po czym żwawym krokiem wyszedł przed bramę.
          - Co jest? - zapytał krótko i bez ceregieli. Obaj strażnicy wyprostowali się i widać było, że albo czują przed nim respekt albo się go obawiają.
          - Ci trzej właśnie przyszli. Mówią, że chcieliby się zaciągnąć. - Ten w musztardowym kubraku, wskazał na Stefana i jego towarzyszy. Sierżant obrzucił ich uważnym spojrzeniem a i oni teraz mogli mu się przyjrzeć z bliska.

          text alternatywny

          link: https://i.imgur.com/S95jOSc.jpeg

          - Nowi rekruci? Chcecie się zaciągnąć do Siege Stern? My nie przyjmujemy byle kogo. Skąd jesteście i co umiecie? Gdzie wcześniej służyliście? - Podoficer nie bawił się w dyplomację tylko od razu chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Nieco teraz złagodniał ale wciąż promieniował tą złością i agresją jaką przed chwilą zaserwował schwytanemu jeńcowi.


          Mecha 52

          Pogadanki Stefana ze strażnikami przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)

          Stefan OGŁ 35
          Przekonywanie II +10
          Ranga 2 -25 (razem 35+10-25=20)
          Strażnik OGŁ 35
          Ranga 2 -25 (razem 35-25=10)

          Czytanie emocji strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078432 87; 60-87=-27 > ma.por = nic konkretnego nie może wyczytać

          Oszukiwanie strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078433 34; 60-34=26 > ma.suk = raczej nie mają większych zastrzeżeń do historyjki


          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
          Czas: 2521.05.05; Festag; południe
          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

          Tobias i Beth

          - O! Ile tego jest! I salcesnoy są i ozory… Kiełbasy… Dobrze, że tu trafiliśmy! - Beth myszkowała po skelepie tak samo jak przed chwilą ta dwójka jaka uznała ich wyższość i postanowiła się ulotnić. Właściwie trójka. Ta trzecia to chyba była dziewczyna albo jakiś młody chłopak. W ciemnej czapce i w biegu, trudno było poznać. Ale i tak cała trójka dała dyla, nie mając ochoty na konfrontację z dwójką łuczników. Teraz więc oni przejęli władzę nad sklepem i mogli przekonać się co jeszcze zostało. To był sklep mięsny i rzeźniczy. Było więc i surowe mięso i gotowe produkty. Te surowe zaczynało już być śliskie i zalatywał ostrzegawczy zapaszek. Chociaż pewnie większość mieszkańców miasta i wsi i tak by to wrzuciła do gara aby się nie zmarnowało. Zapeklowane mięso trzymało się lepiej. Tak samo jak podroby. Ale też był już dobry moment aby je zjeść. Jeszcze dzień, dwa, trzy i zacznie się tu masowy rozkład i smród. Najtrwalesze były weki z mięsem. Takie słoiki często podróżni kupowali na drogę bo się trudno psuły. Jeszcze trochę ich zostało. To właśnie spowodowało dylemat u czarnowłosej.
          - Te kiełbasy i salcesony lepsze niż te słoiki. Trzeba zjeść zanim się nie zmarnują. Ale te słoiki są trwalsze. A nie wiadomo co z tego zostanie jak tu wrócimy z resztą. - Rzeczywiście na dwie osoby to mogli się nieźle obłowić w różne rodzaje mięsa i podrobów. Jeśli jednak by liczyć aby coś wziąć dla całego oddziału to się już robiło skromniej. Chociaż i tak byłoby to znacznie obfitszy łup niż ten kurak czy dwa, jakie ustrzelili na podwórku przy bramie. Tak czy siak, mieli co nieść a ta radość ze zdobyczy sprawiła, że towarzyszka Tobiasa, zwróciła uwagę na zakład balwierski dopiero gdy jej go wskazał.
          - O. Światło? To ktoś tam jest? - Teraz to i ją to zdziwiło. Co prawda był środek dnia ale jednak większość okiennic była pozamykana albo wyłamana. Więc w środku bez światła musiało być dość mroczno. A rzadko widywali aby gdzieś przez szczeliny prześwitywało światło. Na górnych piętrach to jeszcze bywały odsłonięte okna ale na poziomie gruntu regułą było, że okiennice były zamkniętę. Tak samo jak drzwi, chyba, że tak jak w tym mięsnym sklepie, ktoś je wyłamał i splądrował wnętrze.
          - To blisko. Możemy zobaczyć. - Czarnowłosa Hochlandka, wydawała się zaciekawiona tym światłem. Podeszli te dwie, trzy kamienice jakie ich dzieliły od sklepu mięsnego. Niebiesko-białe-czerwone skośne pasy, mówiły, że to zakład balwierza. Zresztą przez wybite szyby widać było krzesła dla klientów i stoły gdzie wciąż było widać grzebienie, szczotki, nożyczki, pomady do ochrony i strojenia włosów. Tylko, że panował niezły kipisz. Nie widać było żadnego lustra ale to był drogi towar na jaki trudno było sobie pozwolić zwykłemu mieszczaninowi. Więc nic dziwnego, że ktoś się na nie połasił. Wyglądałoby to wszystko jak kolejny splądrowany sklep czy warsztat jaki minęli odkąd zanurzyli się w miasto. Ale przez otwarte drzwi wejściowe, w wewnętrznej ścianie, widać było kolejne. Też otwarte. Pewnie prowadziły gdzieś na zaplecze zakładu. Tam właśnie musiały płonąć te świece albo lampy.
          - O! Zobacz jaka ładna szczotka do włosów! Nigdy nie miałam takiej. Myślisz, że srebrna? - Nagle Beth przez rozbite okno dostrzegła coś interesującego. Przy jednym z krzeseł, wśród chaosu bibelotów na podłodze, leżała zagubiona szczota. Jasna, nieco błyszcząca barwa i ozdobna rączka sugerowały, że faktycznie może być ze srebra. Czyli bardzo wątpliwe aby taką zwykłą dziewczynę było na nią stać. Nic dziwnego, że wpadła jej w oko.
          Ale jak tak przez chwilę postali przed frontem kamienicy, to okazało się, że nie są tu sami. Tam na zapleczu musiał ktoś być. Słychać było ciche, równomierne kroki i jakieś ciche brzdąkanie. W pewnym momencie mignęła im tam jakaś kobieca sylwetka jaka niosła coś w dłoniach. Ale chyba ich nie zauważyła. Beth cicho sapnęła. I wpatrywała się to w stronę zaplecza to na tą szczotkę co ją tak kusiła. Hochlandka wyglądała jakby się wahała czy zaryzykować skok po tą szczątkę czy nie. Zanim się zdecydowała, znów pojawiła się ta kobieta. Tym razem jednak szła śmiało z zaplecza w ich stronę. Przeszła przez rozbebeszony zakład i wyszła na zewnątrz. Okazało się, że to jakaś młoda dziewczyna o przyzwoitej jak na mieszczkę sukni codziennej i zakasanych rękawach. Stanęła przed nimi i uśmiechnęła się sympatycznie do obojga.

          text alternatywny

          link: https://i.imgur.com/K6uzNmt.jpeg

          - Witam przyjaciele. Moja pani zaprasza was w gościnę i poczęstunek. Jest bardzo rada, że dotarliście tu bezpiecznie. - Dziewczyna wskazała gestem na wnętrze zakładu z jakiego właśnie wyszła. Miała nieco mokrych plam na koszuli i spódnicy jakby robiła pranie czy coś takiego. Zlatywał od niej przyjemny aromat kosmetyków, pary i zapachowych świec. Nie widać było aby miała jakąś broń i gdy skończyła ich zapraszać skromnie złożyła dłonie na podołku i czekała na reakcję gości. Beth wydawała się zaskoczona tym wszystkim i w końcu spojrzała na towarzysza co on na to wszystko powie. Poza tą jedną dziewczyną, cała reszta ulicy nadal wydawała się być pusta, cicha i bezludna. Odkąd wyszli z bramy to pewnie minęła z połowa czasu na te skubanie i gotowanie kuraków.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • DekaresD Niedostępny
            DekaresD Niedostępny
            Dekares jako Stefan
            napisał ostatnio edytowany przez Dekares
            #224

            Ostlandczyk odsunął się przezornie z drogi wracającemu oddziałowi i przyglądał się uważnie temu co się działo. Cała sytuacja nie napawała go entuzjazmem, ten cały Siege Stern coraz bardziej mu wyglądał na bandę gloryfikowanych brygandów uciskających miasto niż oddział utrzymujący prawo i porządek w nim. Choć nie miał na to jeszcze jednoznacznych dowodów.
            Starając się nie dać po sobie poznać po sobie coraz ciemniejszych myśli kłębiących się w jego głowie odpowiedział na pytanie czemu służył w Stirlandzie:
            - Ha! Dobrze słyszycie, że jestem miejscowy, z Lenkster jestem! Wiecie jak jest, czasem oddziały lądują po drugiej stronie Imperium z tego czy innego powodu, a jako młodzik chciałem świat zobaczyć to się zaciągnąłem! A Wy skąd jesteście?

            Słysząc pytania sierżanta Stefan stanął w postawie zasadniczej. A kiedy ten skończył mówić odwrócił się do Wiselów i rzucił szybką komendę:
            - Oddział Baczność! Frontem do Pana sierżanta, w szeregu zbiórka!
            Dobrze wbite w pamięć ćwiczenia z musztry zadziałały jak trzeba i ustawili się w poprawnym szyku do inspekcji w całkiem dobrym czasie:
            - Stefan Jeager z towarzyszami broni Albrechtem i Olafem Wieselami meldują się do inspekcji Panie sierżancie! Służyliśmy w siódmym regimencie piechoty z Stirlandu pod kapitanem Steinerem. W szyku walczyliśmy z włócznią w ręku jak i jako zwiadowcy czy harcownicy. Od dziecka polujemy i tropimy. Strzelam dobrze z łuku a oni z proc. Albrecht ma manie na punkcie zakładania wszelakich sideł i pułapek. Z kolei Olaf nie wiedzieć czemu jest bardzo dobry w odnajdywaniu takich niespodzianek, zupełnie jakby od dziecka jego życie od tego zależało - przy ostatnim zdaniu spuścił już trochę z służbowego tonu ale zachował postawę zasadniczą
            - Zakładając, że rzeczywiście byłoby nam, że tak powiem po drodzę się dołączyć do Waszego regimentu bo na tą chwilę to rzuciłem tu tylko luźne pytanie czy rekrutujecie do kolegi, to Panie sierżancie myślę, że mam i inne przydatne umiejętności, znam się na leczeniu ran oraz zielarstwie, no i potrafię czytać oraz pisać.
            - O. No proszę, proszę. Jaki chwat nam się trafił. - Sierżant pokiwał z uznaniem głową, jakby tą prezentacją siebie i dwójki pomocników, Stefan zrobił na nim dobre wrażenie. Pokiwał głową i popatrzył uważnie na całą trójkę. - No to dla takich chwatów znajdzie się u nas miejsce. Ale to oficery muszą zdecydować. Chodźcie za mną. - Sierżant zdecydował, że są na tyle warci uwagi, że wyższe szarże powinny powziąć dalszą decyzję. Zrobił przywołujący gest i ruszył w stronę bramy zajazdu.
            - Czujesz już piękny aromat gówna w którym toniesz Jeager? Bo sięga Ci już szyi - pomyślał, po czym szybko zrobił dwa kroki w stronę podoficera i mówiąc jednoczęśnie:
            - Przepraszam Panie sierżancie ale muszę prosić Pana o moment na wyjaśnienie, kwestii o której nie mógł Pan wiedzieć a która nie pozwala mi w tej chwili za Panem iść - Zobaczył błysk irytacji w oku sierżanta ale ten pozwolił mu mówić, a przynajmniej nie zdążył zacząć się drzeć zanim ten znowu się odezwał:
            - W największym skrócie. Jak mówiłem tu kolegom na warcie - Stefan kiwnął w stronę dwóch wartowników z uśmiechem właśnie dotarliśmy do miasta idąc ze Speck. Była nas większa grupa ale pomioty nas zaatakowały i udało mi się przedrzeć tutaj tylko w kilka osób plus ocalali z Zajazdu Leśny Dzban, Ci ludzie w tym ranni czekają na nas pod miastem aż po nich przyjdziemy. Ten dym nad miastem kazał nam zachować ostrożność i najpierw wejść tylko w tylu ludzi żeby rozpoznać sytuacje. Musimy do nich wrócić i ogarnąć sytuację, zajmie nam to pewnie z godzinę i będziemy do Pana i oficerów dyspozycji, z resztą myślę, że i wśród tych ludzi też by się znalazł ktoś kto by zainteresował regiment, chociażby krasnolud którego leczyłem, jak zrozumiałem to kowal albo i płatnerz a znaleźliśmy go otoczonego wianuszkiem zabitych pomiotów, porządny twardziel. No a poza tym Panie sierżancie chyba nie chcielibyście brać do dobrego regimentu łachmytów co jednym obiecują wykonać zadanie a jak tylko zwietrzą lepszy kawałek chleba to łamią dane słowo?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • CioldanC Niedostępny
              CioldanC Niedostępny
              Cioldan jako Duivel
              napisał ostatnio edytowany przez
              #225

              — To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
              Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
              — Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
              — Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
              — Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
              Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
              — Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
              Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutko

              Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • CioldanC Cioldan

                — To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
                Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
                — Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
                — Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
                — Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
                Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
                — Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
                Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutko

                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez
                #226

                Tura 53 - 2521.05.05; fst; południe

                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Hempe
                Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                Duivel, Thiemo i Hempe

                Stary milicjant miał dość praktyczne podejście do pożegnalnego prezentu od Alberta. Bo wyjął z pochwy u pasa zwykły nóż i z wprawą przekroił chleb na pół. Jedną część podał elfowi a drugą wpakował do swojego podróżnego worka. - To chodźmy do piekarni Hempe. - Zgodził się ze swoim długouchym towarzyszem. Jako, że ulice dalej w większości były puste to mieli okazję porozmawiać. Thiemo zerkał z ciekawością na idącego obok starorasowca gdy ten opowiadał mu nieco o sobie. Parę razy widzieli w oddali jakieś sylwetki, czasem we mgle, czasem przechodzące przez ulicę. Albo jak ktoś przyglądał im się z okien czy otwory w okiennicach. Jednak ani ich nikt nie atakował, ani nie dążył do spotkania. Raczej albo byli zbyt pochłonięci swoimi sprawami i ich nie zauważyli albo unikali kontaktu. To wszystko drażniło nerwy. Wydawało się, że w tych częściowo zamglonych albo zadymionych ulicach obserwuje i podsłuchuje ich tysiące szpiegów. Pewnie więc i rozmowa z towarzyszem, pomagała odpędzić te natrętne myśli i czymś się zająć.

                text alternatywny

                link: https://i.imgur.com/02ui6wb.jpeg

                - Fajkę? No pewnie. Poczekaj. Nabiję ci. - Chociaż szli to ludzki towarzysz elfa, miał wprawę w nabijaniu fajki. Chociaż nieco go to zajmowało i wtedy to Duivel musiał czuwać aby ich nikt nie napadł. Ale nie napadł. Więc milicjant jak skończył to podał fajkę koledze. - Poczekaj, odpalę ci. Jak przystawię żar to się zaciągnij. I tak rób aż pójdzie dym. Musi być cug, jak w kominie. - Zatrzymali się na chwilę gdy łucznik musial wsadzić ustnik fajki między zęby i poczekać aż nowy znajomy, wyjmie żar i podpali ziele w cybuchu fajki. Gdy po chwili tak się stało, elf poczuł na podniebieniu pierwszy buch dymu. Smak kojarzył się z jakimś zielem albo kadzidełkami czy świecami palonymi czasem w świątyniach. - Oczyscza nos i gardło. - Uśmiechnął się do niego Thiemo, stukając się palcem właśnie w te części ciała. Wydawał się być zaciekawiony jak kolega zareaguje na ten poczęstunek. - Jeszcze nie widziałem chudego jaki by palił fajkę. A przynajmniej nie naszą. - Wydawał się być zafascynowany tym widokiem. Duivel wiedział, że jego rasa pali fajki ale raczej nie te wykonane przez niezdarnych ludzi tylko własne, finezyjne wyroby. No i nie takie zwykłe bagienne ziele tylko specjalnie hodowane odmiany jakich ludzie raczej nie znali.

                Po chwili wznowili marsz. Kierowali się w głąb miasta, coraz bardziej oddalając się od Południowej Bramy. Jednak Thiemo szedł pewnie. - To ty jesteś Ostlandczyk? I masz rodzinę w Ristedt? No przejeżdzaliśmy przez Ristedt. Byłem tam kiedyś. Parę razy. Ale żadnych chudych to chyba nie widzałem. To pewnie twojego wuja i ciebie też nie. Dużo tam chyba chudych nie ma co? - Milicjant podzielił się swoimi doświadczeniami z miastem jakie wspomniał jego twarzysz. Całkiem możliwe, że nawet jeśli tam bywał a nie miał jakichś spraw do załatwienia z wujem Duivela czy innymi Eonirami, to mógł ich nie spotkać. Elfy raczej unikały ludzkich miast i jeśli już decydowały się tam osiaść z powodów handlowych czy dyplomatycznych, to i tak były kroplą w ludzkim morzu. To już krasnoludow czy niziołków zwykle bywało w nich więcej.

                - O już prawie jesteśmy. Widzisz tamte ceglane budynki? To są te magazyny zbożowe co mówiliśmy z Albertem. - Doszli do takiego samego puszczonego skrzyżwania jakich już sporo minęli. Jednak teraz milicjant zwrócił uwagę elfa na budynek widziany na końcu ulicy. Gdyby poszli w prawo. Duży, z ciemnej, czerwonej cegły, z małymi oknami na wysokości pierwszego i drugiego piętra. Od razu wskazywało to, że nie jest to budynek mieszkalny jak sąsiednie kamienice. Nawet widać było tam kilka zamazanych przez mgłę sylwetek. - A do piekarni Heime to w tą. Ale też blisko. - Teraz starszy mężczyzna z halabardą, wskazał w ulicę po lewej stronie skrzyżowania. I tam właśnie poszli. Ledwo kamienicę czy dwie później pokazał się szyld z bochenkami chleba. Widzieli, że ktoś tam nawet wchodzi i wychodzi. Co normalnie nie byłoby dziwne ale teraz był to pierwszy sklep jaki spotkali co wciąż działał w miare normalnie. Gdy pchnęli drzwi, to uderzyły o dzwoneczek jaki zapowiadał wejście klienta. W środku było ze trzy osoby a Thiemo gestem wskazał na półki na jakich było widać świeże wypieki. I unosił się przyjemny, zapach świeżo upieczonego chleba. Dość duży kontrast od pustej, cichej i chłodnej piekarni Alberta. Scena wyglądała prawie normalnie, jak w sklepie powinna. Dwoje ludzi w średnim wieku, podawało chleb z półek a w zamian brało monety od klientow. Atmosfera była jednak mieszana. Klienci cieszyli się, że jest piekarnia co wciąż można kupić chleb ale dwu, trzykrotnie wyższe ceny niż normalnie, niezbyt przypadły im do gustu.
                - No co ja poradzę? Trzeba jakoś żyć a mąki coraz mniej. To i cena rośnie. - Piekarz rozkładał ręcę w geście bezradności. Thiemo na migi dał znać elfowi, że to jest właśnie Hempe. Duivel nie dostrzegł tu nic niezwykłego. Zazwyczaj taki skok cen wywołałby pewnie oburzenie u klientów i pewnie by poszli do innej piekarni. A brak czy drożyzna chleba potrafiła nawet wywołać zamieszki. Jednak teraz w objętych rozruchami mieście i gdy trudno było kupić jakikolwiek chleb, to wydawało się być zrozumiałe a w powietrzu wisiała niepewność czy w nadchodzących dniach nawet tutaj, będzie można kupić chleb.
                - Pochwalony. - Helme przywitał się z dwójką kolejnych klientów, gdy przyszła ich kolej.
                - A pochwalony. Dobrze, że u was jeszcze chleb można kupić. - Thiemo odpowiedział pierwszy a gospodarz ze zrozumieniem pokiwał głową.
                - No robimy co możemy. Trzeba sobie pomagać. Nie wiem na ile mąki mi starczy ale na razie działamy. - Piekarz też przytaknął i uśmiechnął się trochę smutno. Milicjant jako prosty człowiek, to zapytał go o to skąd ma mąkę i jak to jest z tą licencją na nią. Piekarz trochę się zmieszał. Ale odpowiedział, że każdy może sobie wykupić licencję w magazynie zboża i dostać mąkę na swoje wypieki. To brzmiało podobnie do tego co wcześniej słyszeli od Alberta. Dopiero jak do rozmowy wtrącił się Duivel i zaczął zadawać dokładniejsze pytania to piekarz jakby się zmieszał. Licencja miała kosztować dużo i dlatego teraz musi podnieść ceny aby sobie ją zrekompensować. Ale konkretnej sumy nie powiedział. Mówił, że sami mogą pójść do magazynów i się dowiedzieć. Bo to sprawa ratusza i wojska. Dogadali się i wprowadzili reglamentację różnych rzeczy, także mąki, aby zapewnić wyżywienie dla wojska. On też musi część wyrobów oddawać na ten kontyngent. Elf miał mieszane wrażenie. Z jednej strony takie zaostrzenia na czas ruchawki w mieście i w ogóle wojennym wydawały się zrozumiałe. A z drugiej miał wrażenie, że Heime nie mówi im całej prawdy i woli unikać rozmowy o konkretach. Zorientował się, że albo musieliby go jakoś przycisnąć albo wymyślić jakiś fortel jak wydobyć z niego więcej detali o tej mące, licencji i magazynach. Jego żona podczas rozmowy wyszła na zaplecze a stamtąd po chwili wyjrzała z ciekawością, jakaś młodsza kobieta. Jednak szybko się schowała z powrotem.
                - A wojsko tak, część tego regimentu najemników co przechodził przez miasto to się zbuntowała. Akurat jak większość naszego wojska wyszła z miasta na zew naszego hrabiego więc mało go w mieście zostało. No ale część regimentu została lojalna i razem z naszymi, okrążyli buntowników na Marktplatz. Lada dzień ich zgniotą. Mam nadzieję. Ale niestety te walki spowodowały, że po mieście zaczęły się panoszyć bandy hultajów co rabują sklepy i biją kogo popadnie a i nożem po brzuchu można dostać. Nie przelewki. A już mało wojska czy straży zostało aby ich przypilnować. A niektórzy mówią, że to ci buntownicy jakoś przedostają się do miasta i rabują kogo się da. Też możliwe. Ja mam nadzieję, że tu nie dotrą. Chociaż wcale tak daleko od Marktplatz nie ma. A wy z regimentu Falkenhorst? A to nie słyszałem. - O sytuacji z walkami, rabusiami i chaosem w mieście to opowiedział całkiem chętnie. Podał więcej szczegółów niż Albert ale mniej więcej pasowało to do walki z buntownikami. Brzmiało jakby z powodu wici hrabiego i tych walk w mieście nie było już sił zdolnych do zapanowania nad rabunkami i przemocą. Tego napadu to zdawał się obawiać tak samo jak Albert. Thiemo popatrzył pytająco na swojego towarzysza czy coś jeszcze chce zapytać czy to już koniec wizyty.

                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
                Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                Stefan, Wieselowie i oficerowie

                - Żołnierzu. Co ty mi tu za dyrdymały opowiadasz? Myślisz, że oficerowie będą na ciebie czekać? - Sierżant rzekł jakby nie mógł się zdecydować czy bardziej go zirytowały czy rozbawiły słowa potencjalnego rekruta. - Rozmówisz się z naszymi oficerami i im się będziesz tłumaczyć. Za pacierz będziesz z powrotem i wtedy biegaj sobie gdzie chcesz. - Aż zmrużył oczy na to, że musi tłumaczyć takie oczywiste dla niego rzeczy. Chyba jednak uznał, że dla tak cennego kandydata to może to zrobić. - Dobra jednego poślij gdzie tam chcesz, niech im powie, że się he he trochę spóźnisz. - W końcu jakby w przypływie wspaniałomyślności, zgodził się aby jeden z Wieselów został odesłany. Niecierpliwie czekał aż to się stanie po czym dał znać, że drugi z nich i sam Stefan ma podążać za nim. Przeszli przez półotwartą bramę i szybko przekroczyli dziedziniec zajazdu. Sierżant szedł dziarskim tempem więc Stefan miał tylko rzut oka tam i tu zanim weszli do środka. Widział kilka rozpalonych ognisk i jak przy nich się grzeją, jedzą i odpoczywają wojacy. Paru z nich spojrzało w ich stronę ale widocznie nie wywołali jakiejś sensacji. Wyglądało na to, że mają tu zaimprowizowany obóz. W narożniku muru stała drewniana stajnia a przez otwarte wrota też było widać jakieś sylwetki. Ale pod ostrym kątem więc słabo. Zresztą po chwili weszli do samego zajazdu. Pokazał się spory hall i schody na piętro. Na workach i skrzyniach siedziało kilku żołnierzy a jeden z nich stał przed drzwiami po lewej. Przy tych po prawej, nikt nie stał. Ale grupka wojaków i tak miała dobry wgląd na cały hal. Spojrzeli na sierżanta i pozdrowili go skinieniem głów. On zaś odwrócił się do obu kandydatów. - Poczekajcie tu. - Polecił im krótko a sam bez pukania wszedł do środka. Przez moment Stefan widział tam jakieś sylwetki stojące przy stole i już się drzwi zamknęły. Czekał tylko chwilę nim się otworzyły ponownie i krewki sierżant z wilczym uśmiechem zachęcił ich aby weszli do środka.
                - Możecie wejść. Nasza porucznik was przyjmie. - Odsunął się aby mogli wejść do środka. A tam była główna izba zajazdu. Wciąż stało tu wiele zbitych z grubych desek stołów i ław. Większość była pusta. Ale w rogu, jeden został przerobiony na punkt opatrunkowy bo leżał na nim jakiś nieszczęśnik. Sądząc po wrzaskach i charakterystycznych szczypcach to łapiduch próbował mu coś wyjąć z rany. Ze dwóch innych rannych żołnierzy siedziało niemrawo opartych o ścianę i chyba czekało na swoją kolej. Wrzaski i jękich rannych naturalnie przykuwały uwagę ale tylko na chwilę. Sierżant nie zwrócił na nich uwagi tylko podprowadził dwóch nowych do grupki przy stole w jednej z alków.
                - Pani porucznik. To jest właśnie ten chwat co się chce do nas zaciągnąć. Mówi, że umie czytać i, że już służył w Stirlandzie. - Podoficer z dumą wskazał na Stefana. Zwracał się do młodej, szczupłej kobiety o czarnych włosach. ByŁa w ciemnych bryczesach do konnej jazdy, u pasa miała miecz a za pasem pistolet. I brygantynę w czarno-białej kratownicy Ostlandu. Przyjrzała się im obu, głównie Stefanowi.

                text alternatywny

                link: https://i.imgur.com/SUghLAw.jpeg

                - No proszę. - Pokiwała głową i zapewne wcześniej sierżant musiał jej chociaż pobieżnie przedstawić czego dowiedział się od rozmówców przy bramie. - I czytać umiesz? - Uniosła brwi i odwróciła się na chwilę w stronę stołu. Zrobiła przyzywający gest dłonią i któryś z jej towarzyszy podał jej jakąś małą księgę. Na chwilę Stefanowi mignęła okładka więc widział, ze to jakiś śpiewnik. Oficer bez wahania otworzyła go na jakiejś stronie, zerknęła i podała rozmówcy. - To czytaj. - Widocznie chciała sprawdzić czy naprawdę umie czytać. On zaś zobaczył na stronie jedną z popularnych pieśni ku czci Ulryka. Ta była o wilczym zewie jaki miał pomóc wiernym w zniszczeniu wrogów przez siłę Władcy Zimy. Oprócz niej przy innych stołach też siedziało po kilku żołnierzy. Jednak po dwa, trzy stoły dalej od alkowy zajmowanych przez oficerów. Część z nich zerkała ku nim z zaciekawieniem.


                Mecha 53

                Przekonywania sierżanta przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)

                Stefan OGŁ 35
                Przekonywanie II +10
                Dziwna prośba -10
                Ranga 2 -25 (razem 35+10-10-25=10)
                Sierżant OGŁ 45
                Skill +10
                bliski do kwatery +10
                Ranga 3 -20 (razem 45+10+10-20=45)

                Przekoywanie sierżanta: 50+10-45=15; rzut: https://orokos.com/roll/1079369 25; 15-25=-10 > remis = sierżant zgadza się na odesłanie jednego Wiesela


                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
                Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                Tobias, Beth, lady Silvia i Magda

                Po chwili namysłu, Tobias zdecydował się przyjąć zaproszenie od młodej nieznajomej. A Beth podążyła za nim. Przeszli przez ten zdewastowany salon balwierza aż na zaplecze. Krótki korytarz i znaleźli się w przyjemnie oświetlonej świecami łaźni. W nozdrza bił przyjemny aromat kosmetyków, tak drastycznie odmienny od ostrego zapachu spalenizny, szarzyzny i błota na zewnątrz. W tym ciepłym blasku i aromatach, można było zapomnieć, że na zewnątrz jest rozgardiasz.
                - Milady, goście przyjęli zaproszenie. - Oznajmiła ta młoda brunetka do kobiety jaka siedziała w wannie. To była ładna, droga wanna. Taka biała, na nóżkach. Zwykle szlachta i bogacze mogli sobie na takie pozwolić. Albo zawodowe łaźnie jakie stać było na takie luksus. To wszystko jednak uciekło Tobiasowi, gdzieś w dal bo od razu rozpoznał kobietę w tej drogiej wannie. To była ta wiedźma z lasu. Teraz siedziała sobie spokojnie w kąpieli. Widać było jej ciemne, mokre włosy, pełne usta, wilgoć na gładkich policzkach, łabędzią szyję i nagie barki. A to co niżej, skrywała piana.

                text alternatywny

                link: https://i.imgur.com/GgqDWLk.jpeg

                - Witajcie moi drodzy. Cieszę się, że przyjęliście moje zaproszenie. Nie obawiajcie się. Póki jesteście moimi gośćmi nie stanie się wam tu nic na co nie mielibyście ochoty. A dobro i wygoda moich gości to priorytet dobrej gospodyni. Magdo poczęstój naszych gości. - Kobieta zachowywała się swobodnie i z godnością wielkiej damy. Chociaż była w kąpieli. Jej służka uśmiechnęla się uroczo do niej, do obojga gości i podeszła do jakiejś szafki. Przyniosła z niej tacę a na niej była misa z gruszkami i jabłkami, kawałki ciasta i słodkie rogaliki a do tego wino. Dziewczyna postawiła na stołku aby goście mogli się poczęstować a sama zaczęła nalewać wino do czterech kubków. Te wyglądały dość zwyczajnie, chociaż z na glinianej powierzchni, było widać ładnie namalowane kwiaty.
                - Nasi goście mogą mieć pewne wątpliwości co do naszych intencji Magdo, więc poczęstuj się pierwsza. - Milady zwróciła się do swojej służki. A ta pokiwała głową i jak już podała jej kubek z różami to ostatni wzięła dla siebie. I upiła z niego łyk.
                - Jeśli nie lubicie wina jabłkowego to mamy jeszcze wiśniówkę i śliwkówkę. - Służka uśmiechnęła się do nich życzliwie i wskazała na szafkę z jakiej wzięła tacę. Tam faktycznie stały jeszcze ze trzy inne butelki.
                - Masz piękną towarzyszkę Tobiasie. Jak masz na imię dziewczyno? - Milady zwróciła się do ciemnowłosej Hochlandki.
                - Beth milady. Znaczy… Elisabeth. Ale wszyscy mi mówią Beth. - Łuczniczka odchrząknęła zanim odpowiedziała. I wydawała się być onieśmielona bliskością obcej szlachcianki.
                - Piękne imię, dla pięknej kobiety. - Milady wezwała ją gestem do siebie. I po chwili wahania dziewczyna nachylila się nad krawędzią wanny. Mokra dłoń o zadbanych, pomalowanych na liliowo paznokciach delikatnie dotknęła jej policzka. Hochlandka cicho westchnęła jak od pieszczoty kochanka. - I masz piękne włosy Beth. Ale trochę ci się splątały. - Milady przesunęła dłoń na prawie czarne włosy łuczniczki i złapała za jeden z jej kosmyków jakby chciała jej pokazać o czym mówi. Beth znów cicho westchnęła ale tym razem z żalu nad tym nieładem. - Może idź do Magdy. Ona ci wyszczotkuje włosy. Zna się na tym i ma bardzo dobrą rękę do tego. Uwielbiam gdy mnie szczotkuje, to prawdziwa przyjemność, można zapomnieć o całym świecie. - Milady wskazała jej na swoją służkę. A ta uśmiechnęła się do łowczyni. Ta pokiwała głową i szybko podeszła do niej. Tobias widział jak siada na stołku a brunetka rzeczywiście staje za nią i zaczyna ją czesać. Coś zaczęły mówić o włosach, ich myciu i tak dalej, jakby całkiem je to pochłonęło.
                - Oh nie obawiaj się Tobiasie. Nie stanie się jej tu żadna krzywda. Póki jesteście moimi gośćmi. I będziecie zachowywać się stosownie. Ale to z tobą chciałam porozmawiać. - Sięgnęła po swój kubek z różami.
                - Jestem lady Silvia. Nasze pierwsze spotkanie wyszło nieco niefortunnie. Cieszy mnie, że obecnie udało nam się porozmawiać w dużo bardziej cywilizowanych warunkach. Choć nadal dość prymitywnych jak widzisz. - Lekko wskazała mokrym palcem na tą łaźnię. Na oko Tobiasa to wyglądała całkiem niczego sobie. Z kafelkami na podłodze, roślinami w doniczkach tam i tu, porcelanową wanną… Normalnie to musiałby pewnie nieco wysupłać monet ze swojej sakiewki aby sobie pozwolić na taki luksus. Zwykłe balie w tawernach lub jakaś łaźnia publiczna, były o wiele tańsze. Milady pozwoliła mu się rozejrzeć nim nie uniosła kubka w niemym toaście i przez chwilę widział jej niesamowicie głębokie, czarne oczy. W te oczy można było się wpatrywać bez końca.
                - Nie jestem twoim wrogiem Tobiasie. Ani waszym. Ta cała wasza wojna, w ogóle mnie nie interesuje. To nie jest moja sprawa. - Teraz zaczęła mówić jakby była gotowa przystąpić do właściwej części rozmowy. - Jestem tu dla pewnego maga w czerwonej szacie. Wiesz którego. - Na chwilę spojrzała na niego, jakby chciała sprawdzić czy dobrze się rozumieją. Ale nie było trudno domyślić się, o którego maga chodzi. W ciągu ostatnich tygodni, do regimentu dołączył tylko jeden mag i właśnie miał czerwone szaty. - Jeśli uda mi się zaprosić go na rozmowę i spotkać się z nim, tak jak choćby teraz z tobą. Ale on cały czas się chowa przede mną za waszymi plecami. A jeśli się z nim spotkam, to ja i wy, przestaniemy sobie więcej wchodzić w drogę Tobiasie. Takie przykre sprawy jak wówczas w lesie, przestaną mieć miejsce. Ale póki ten mag jest z wami, no niestety będę zmuszona działać dalej aby wykonać swoje zadanie. No i wtedy nasze spotkania mogą nie być tak przyjemne jak teraz. - Przedstawiła o co jej chodzi. I westchnęła smutno na myśl o tym scenariuszu gdzie musieliby się spotykać jako wrogowie. Lekko spojrzała na dwie pozostałe kobiety. Beth dalej siedziała na stołku a Magda ją czesała. Śmiały się i żartowały jakby były na zwykłej wizycie u balwierza.
                - Chyba lepiej abyśmy zostali przyjaciółmi nieprawdaż? Sam widzisz, że może to być całkiem przyjemne Tobiasie. - Lekko skinęła głową i uśmiechnęła się powabnie. Znów obdarzyła go spojrzeniem tych swoich pięknych oczu. - Poza tym widzisz, że mam swoje możliwości. Nie muszę cię pytać o imię bo mam swoje sposoby aby się tego dowiedzieć. Znaleźliście spalony zajazd przed miastem a teraz pustą bramę. Zastanawiacie się co się stało. A ja wiem albo mogę się dowiedzieć. Po co macie główkować? Mogę wam pomóc. Przyjaciołom, sojusznikom, mogę pomóc. Możemy sobie pomóc nawzajem Tobiasie. Ty pomożesz mnie, a ja pomogę tobie. Nie chciałbyś wrócić do swoich towarzyszy z rozwiązaniem zagadki? Pomyśl jakie wrażenie by to na nich zrobiło. Jak urosłoby ich uznanie dla ciebie. - Uniosła swoje wypielęgnowane brwi aby to podkreślić. I dała mu chwilę na zastanowienie. - I nie miałbyś się ochotę odświeżyć? Porozmawialibyśmy na spokojnie. Bez pośpiechu i pochopnych decyzji. A woda taka przyjemna a Magda ma takie utalentowane dłonie. I nie tylko dłonie. - Brunetka czesząca Beth, usłyszała swoje imię i spojrzała wprost na łucznika. I posłała mu zalotnego całusa.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • DekaresD Niedostępny
                  DekaresD Niedostępny
                  Dekares jako Stefan
                  napisał ostatnio edytowany przez Dekares
                  #227

                  Stefan szybko ocenił swoją sytuację w rozmowie z sierżantem i uznał że dalej kłócić się nie ma sensu. Szczególnie, że podstawowa rzecz czyli dostarczenie informacji dla jednostki zostanie wykonane, a oni będą mieć jeszcze szansę dowiedzieć się znacznie więcej.
                  Dlatego szybko przybrał na moment wyraz twarzy jakby sierżant napluł mu do talerza, jednocześnie jednak podporządkował się odpowiadając wypranym z wszelkich emocji głosem.
                  -Tak Jest!- po tym obrócił się do Wiselów i rzucił ciszej do Olafa:
                  -Proszę wracaj z psami do naszych, poczekajcie na nas ile trzeba.
                  Po tym pogłaskał Azura po pysku i kazał mi iść za Olafem. Następnie skinął na Albrechta z uśmiechem rzucając:
                  - Za mną, choćby rozweselić i wyższe szarże w tym regimencie.
                  Przemierzając wnętrze zajazdu ostlandczyk chciał zaobserwować jak najwięcej szczegółów ale jednocześnie starał się to robić dyskretnie. Przede wszystkim rozglądał się za ewentualnymi oznakami korupcji wśród żołnierzy.
                  Kiedy pani porucznik podała mu śpiewnik i poleciła czytać skinął posłusznie głową i rzucił okiem na tekst, po czym odezwał się z lekką nutą sarkazmu:
                  -Aaach czego się nie robi jako zagorzały sigmarita w imię pokazania, że się nie kłamie- po czym odchrząknął i zaczął powoli śpiewać całkiem poprawnie tekst pieśni. Nikt na pewno nie mógł go przy tym oskarżyć o wielki talent muzyczny ale jak sądził rozwiał wszelkie wątpliwości co do tego czy umiał czytać i pisać.
                  Ostatni wiersz wyrecytował z pamięci nie patrząc na tekst lecz w oczy pani porucznik.
                  - Jako były sługa świątynii Pani Miłosierdzia myślę, że mogę zaproponować znacznie pożyteczniejszy pokaz umiejętności przy tamtym stole Pani porucznik- powiedział wskazując głową w stronę jęczącego z bólu rannego.
                  - Świątynia dała mi znacznie więcej okazji do czyszczenia ran niż śpiewania pieśni. Myślę, że na tą chwilę taki układ byłby dla wszystkich najlepszy, Pani zobaczyłaby, że nie jesteśmy żadnymi partaczami,a my moglibyśmy poznać trochę regiment zanim zdecydujemy się zapisać.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • CioldanC Niedostępny
                    CioldanC Niedostępny
                    Cioldan jako Duivel
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #228

                    Duivel przyjął podaną fajkę bez ceregieli, choć dym nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jaki on sam z ustnikiem w zębach zrobił wrażenie na Thiemo, przynajmniej patrząc na jego mimikę.
                    — Nie pierwszyzna — mruknął między zaciągnięciami. — Elfickie paliłem, ludzkie też się chyba trafiło, niziołkowe na pewno, bo od tych się nie da wykręcić. Krasnoludzkie parę razy, od przyjaciela — wzruszył ramionami, patrząc na dogasający żar w główce fajki — Każda inna. Która lepsza, która gorsza - nie umiem powiedzieć. Ale lata obserwacji pozwalają mi stwierdzić, że palenie wspólnie fajki to dobry sposób, aby zbliżyć się z resztą współpalących. Może bardziej to działa podczas konsumowania trunków w karczmie, ale i podczas drogi się przydaje - takie wspólne doświadczenie — chciał zjednać sobie Thiemo i zyskać w nim kompana, lecz nie nawykł do czczej gadaniny; zawstydził się we własnym duchu, lękając się, że rzekł o parę słów za dużo.
                    Gdy padły pytania o Ostland, Ristedt i postać wuja, odpowiedź nadeszła bez zwłoki, lecz słowa układały się w jego ustach dość nienaturalnie, jakby sam do końca nie był pewien własnej odpowiedzi
                    — Ja? Ostlandczyk z krwi i kości, co do tego nie ma wątpliwości — podjął, choć w ustach przedstawiciela Starszej Krwi brzmiało to dość... osobliwie — Lecz moi rodzice oraz wuj... Sam nie wiem, czyli bliżej im było do szpiegostwa, czy dyplomatycznych posług. Jedni badali puszczę z takim zapałem, jakby mierzyli ją pod elfie osadnictwo, drudzy zaś na poważnie chwycili się wielkiego handlu. Wujaszek wolał nie kłuć nikogo w oczy i nie ściągać na siebie uwagi ludzkich sąsiadów. Tyle że nie sposób ocalić sekretu, gdy pod twoją komendą pracują jednocześnie ludzie, krasnoludzcy rzemieślnicy i niziołki. — Nie dodał ani słowa więcej, przyjaznym spojrzeniem dając do zrozumienia, iż kurtyna opadła, a temat uważa za ostatecznie zamknięty na tę chwilę.

                    Gdy wreszcie dotarli pod szyld piekarni Hempego, w nozdrza uderzyła ich woń zgoła odmienna od zaduchu, który dotąd towarzyszył im na miejskich traktach – pachniało tu świeżym wypiekiem, a nie wszechobecnym popiołem czy wilgocią. W trakcie rozmowy Duivel dostrzegł kątem oka młodą kobietę. Zanim ta zdążyła czmychnąć na zaplecze, posłał w jej stronę swój najbardziej ujmujący uśmiech, choć nie miał pewności, czy dziewczyna w ogóle podchwyciła to zalotne spojrzenie. Przez cały ten czas nie zrzucił z głowy głębokiego kaptura, starannie kryjąc spiczaste uszy przed wzrokiem rozmówców. Odezwał się dopiero gdy dyskusja skręciła na tory żołnierskiego rzemiosła. Na koniec rozmowy zadał jeszcze parę pytań, choć bardziej brzmiały jak stwierdzenia...
                    — Czyli Ci buntownicy to najemnicy — rzekł beznamiętnie, jakby stwierdzał oczywisty fakt — Skoro zaś ta rebelia została zepchnięta do defensywy i otoczona, to znaczy, iż wasi włodarze wciąż trzęsą ratuszem. Zaś wasza własna armia łupi was z grosza tylko dlatego, że jaśnie baron ruszył w pole i żołnierze poczuli bezkarność, czyżby nie tak, prawda — westchnął ciężko na koniec, pozorując szczere współczucie dla doli piekarza, chiał w ten sposób sprawić by ten nie pomyślał sobie, iż obcy naigrawa się z jego nieszczęścia.
                    Hempe wyglądał na trochę zaskoczonego, a trochę zmieszanego takimi uwagami. Jednak po chwili wahania przyznał Duivelowi rację, że buntownicy są okrążeni w centrum miasta więc reszta to działanie władz i wojska. Po czym elf w kapturze kontynuował
                    — My się nachodziliśmy, zanim tu dotarliśmy. Latające bestie, jakaś wiedźma w lesie, zwierzoludzie. Spalona karczma przy trakcie to też sprawka pomiotów chaosu — pokręcił głową wymownie — A tutaj, w mieście, ludzie mordują ludzi. Wiesz, nasz regiment to ludzie, ale też niziołki, krasnoludy, nawet elfy. Jednoczymy się, bo trzeba. Szkoda, że niektórzy dochodzą do tego dopiero, jak wróg dobierze im się do gardła — po czym nachylił się bliżej rozmówcy i zniżając już głos tak, by usłyszał go tylko Hempe, powiedział
                    — Powiedz mi szczerze. Co byś wolał: żeby dowódcy przekonali się pomóc komuś tu w mieście, czy żeby po prostu przegonili rabusiów, przespali się i poszli dalej, bo sami sobie poradzicie? — elf wiedział, że ostatnie pytanie mogło być przesadne, dlatego pokusił się o małe wprowadzenie wcześniej.
                    Hempe natomiast sprawiał przez chwilę wrażenie całkiem zbitego z pantałyku tak śmiałymi uwagami obcego. Rozejrzał się po kątach, po czym potrząsnął gwałtownie głową i zaczął mówić, zwalając całą winę na buntowników.
                    — To przez tych przeklętych buntowników i ich awanturnictwo miasto spływa krwią, a ludzie cierpią głód wykrztusił z siebie, ale widać było, że o rzemiośle wojennym i zamiarach dowódców rozprawiać nie zamierzał. Dodał jednak jeszcze jedną kwestię
                    — Jeśli szukacie wieści czy informacji to winniście skierować kroki pod szyld „Czerwonego Koła” – tam bowiem stacjonuje wierne i lojalne wojsko. Możecie też iść do tawerny „Złoty Kielich”, gdzie po wybuchu zamieszek przenieśli się miejscy urzędnicy i rajcy — wyznał Hempe.
                    Duivel skinął głową, jakby to zapamiętywał na później, nie komentując wprost. Po krótkiej chwili elf i Thiemo sięgnęli po jeden bochenek, odliczając monety.
                    — Weźmiemy jeden. Może za dni parę skusimy się na więcej - jak reszta regimentu dotrze do miasta — powiedział to tak, jakby rzucał zwykłą uwagę o pogodzie, choć w istocie chciał zakorzenić w głowię Hempego informacje, że regiment przyjdzie ... za parę dni.. Na wyjściu ugryzł jeszcze kawałek świeżo kupionego bochenka, podziękował skinieniem głowy.
                    — Ostland żyje — powiedział to do Hempego, a potem, głową, pozdrowił zarówno starszą kobietę wracającą już zza lady, jak i samego Hempego, natomiast nie zauważył już młodszej kobiety, która to wcześnie wychyliła się z zaplecza.

                    Na zewnątrz, idąc w stronę spichlerza tyle, ile pozwalała ostrożność, elf zerknął w stronę budynku z ciemnej cegły i szachulca. Przy wejściu stała czwórka strażników z włóczniami, a nieopodal niewielka grupka ludzi - raczej rozmawiali albo na coś czekali, niż pilnowali czegoś z napięciem. Spokojna scena, bez żadnych sztandarów czy obwieszczeń, które zdradzałyby, do kogo dokładnie należy ten posterunek. Duivel zapamiętał układ ulicy i to tyle - na razie nie było powodu podchodzić bliżej.
                    W drodze powrotnej ku bramie niósł już półtora bochenka chleba - jeden nadgryziony, świeży od Hempego i drugi podzielony na pół jeszcze u Alberta.
                    — Chleb się przyda — mruknął do Thiemo, biorąc jeszcze jeden mały kęs świeżego chleba — choćby do tych kur, co to mieli złapać nasi. Swoją drogą ciekawe czy ktoś już zdążył zrobić z nich obiad, bo już nieco zgłodniałem przez to całe łażenie w te i nazat.
                    Zamyślił się na chwilę nad klapą w piwnicy, którą sam znalazł przy bramie - zastanawiał się, czy ktoś już zdążył tam zajrzeć, a jeszcze bardziej ciekawiło go, co mogło być w środku.
                    — Daleko jeszcze reszcie regimentu aby dotrzeć tutaj, jak myślisz? — zapytał w końcu, patrząc przed siebie, wypatrując jakiekolwiek ruchu na ulicy.
                    I tak, rozmawiając o drobiazgach, szli z powrotem w stronę Południowej Bramy na obiad, a także by zdać raport Kolsenikovi.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • MirasM Niedostępny
                      MirasM Niedostępny
                      Miras jako Miras
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #229

                      Tobias stał przez dłuższą chwilę wpatrując się w przerażająco piękne oczy, uwodzicielsko pięknej czarownicy. Zastanawiał się czy zdążyłaby rzucić czar zanim dopadłby ją i poderżnął to smukłe gardło. Nawet jeżeli by mu się udało, prawdopodobnie skazałby na śmierć Elizabeth... znaczy, Beth. Nie chciał mieć jej na sumieniu, więc słuchał dalej udając zaciekawionego. Zrezygnował z napitku choć w ustach zrobiło mu się strasznie sucho. Głos miała słodki jak miód ale łucznik mógł wyczuć groźbę ukrytą za anielskim uśmiechem. Gdy skończyła mówić Tobias odchrząknął cicho i w końcu się odezwał.
                      - Dobrze zatem, przyprowadzę tego maga do Ciebie i sobie porozmawiacie. Nie jest to zbyt wymagające zadanie, zajmie natomiast dzień lub dwa. Dowództwo razem z magiem poruszają się dużo wolniej od oddziału zwiadowców, będziesz musiała poczekać ale widzę że do czekania masz dobre warunki. Skinął do Beth - wychodzimy, mamy zadanie do wykonania - zmusił się by spojrzeć na czarodziejkę jeszcze raz. Ta skinęła Tobiasowi a potem Magdzie, która skończyła czesać Beth.

                      • Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
                        Gdy wychodzili Beth spojrzała Tobiasowi w oczy i zacisnęła usta które były gotowe do protestu. Jego wzrok sprawił że cicho szła obok. Dopiero kiedy Tobias uznał że oddalili się wystarczająco, zwiadowca zaspokoił ciekowość towarzyszki. - Chyba nie zamierzasz wypełnić jej polecenia Tobiasie? W jego oczach nie zobaczyła potwierdzenia.
                      Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • MirasM Miras

                        Tobias stał przez dłuższą chwilę wpatrując się w przerażająco piękne oczy, uwodzicielsko pięknej czarownicy. Zastanawiał się czy zdążyłaby rzucić czar zanim dopadłby ją i poderżnął to smukłe gardło. Nawet jeżeli by mu się udało, prawdopodobnie skazałby na śmierć Elizabeth... znaczy, Beth. Nie chciał mieć jej na sumieniu, więc słuchał dalej udając zaciekawionego. Zrezygnował z napitku choć w ustach zrobiło mu się strasznie sucho. Głos miała słodki jak miód ale łucznik mógł wyczuć groźbę ukrytą za anielskim uśmiechem. Gdy skończyła mówić Tobias odchrząknął cicho i w końcu się odezwał.
                        - Dobrze zatem, przyprowadzę tego maga do Ciebie i sobie porozmawiacie. Nie jest to zbyt wymagające zadanie, zajmie natomiast dzień lub dwa. Dowództwo razem z magiem poruszają się dużo wolniej od oddziału zwiadowców, będziesz musiała poczekać ale widzę że do czekania masz dobre warunki. Skinął do Beth - wychodzimy, mamy zadanie do wykonania - zmusił się by spojrzeć na czarodziejkę jeszcze raz. Ta skinęła Tobiasowi a potem Magdzie, która skończyła czesać Beth.

                        • Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
                          Gdy wychodzili Beth spojrzała Tobiasowi w oczy i zacisnęła usta które były gotowe do protestu. Jego wzrok sprawił że cicho szła obok. Dopiero kiedy Tobias uznał że oddalili się wystarczająco, zwiadowca zaspokoił ciekowość towarzyszki. - Chyba nie zamierzasz wypełnić jej polecenia Tobiasie? W jego oczach nie zobaczyła potwierdzenia.
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79 jako Pipboy79
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #230

                        Tura 54 - 2521.05.05; fst; popołudnie

                        Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; Brama Południowa
                        Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                        Duivel i Thiemo

                        - Niezły łeb ma ten Hempe. Umie się ustawić pod właściwy wiatr. Ile nie dał za tą licencję, to teraz pewnie szybko mu się zwróci jak inne piekarnie pozamykane. - Thiemo pokiwał głową gdy zadumał się nad postępowaniem obrotnego piekarza. Zatrzymali się na chwilę na skrzyżowaniu. Przed sobą widzieli magazyn zboża odległy o dwie, trzy przecznice. A w prawo mieli ulicę jaką przyszli, prowadzącą do Południowej Bramy.
                        - Ktoś tam stoi. Pewnie też po mąkę albo zboże. I straż chyba też jeśli dobrze widzę. No nic dziwnego, że pilnują. Inaczej by wszystko rozkradli. Jest jeszcze jakaś władza w naszym mieście. - Stary milicjant pokiwał swoją siwą głową, gdy ocenił co tam było widać. Chociaż obraz nawet dla elfa był dość niewyraźny. Już to zamglenie i zadymienie jakie panowało na ulicach, dawało o sobie znać. Widzieli jak kilka osób stało przed frontem magazynu jakby w grupce czy kolejce. I kilka przy samym budynku. Dzierżyli długie tyki które pewnie były włóczniami albo halabardami. Na głowach błysk metalu zdradzał, że mają hełmy. Ale całość wyglądało dość spokojnie. Jako, że nic niezwykłego się tam nie działo to poszli w stronę bramy.
                        - No ciekawe. Normalnie to zajmuje ze dwa, trzy dzwony z tamtej polany do miasta. Ale wiadomo, że takie duże wojsko to idzie dłużej. No i pewnie też trafili na te wozy i “Leśny dzban”. - Po drodze Thiemo wdał się w dyskusję jaka pozwalała przymknąć oko na opustoszałe ulice i zdewastowane sklepy. Na te sylwetki jakie ukradkiem obserwowały ich z wyższych pięter. Czasem widać było jakichś ludzi w oddali ulicy ale widocznie nie dążyli oni do nawiązania kontaktu.
                        - Ciekawe co tam u mojego brata na Żelaznej. Mam nadzieję, że tam jeszcze pójdziemy. No chociaż ja. Co tam w regimencie po jednym, starym milicjancie? - Nie ukrywał, że nieco niepokoił się o los swojego brata i miał nadzieję, że zwierzchnicy zgodzą się aby go odwiedził. Nawet pod pretekstem kolejnego patrolu rozpoznawczego. - Ale najpierw zjedzmy coś. Mam nadzieję, że te hochlandzkie huncwoty, nie zmarnowali tych kuraków. - Zaśmiał się pod nosem i poklepał się po brzuchu. Od śniadania na polanie niewele jedli, więc brzuchy już dopominały się aby o nie zadbać. W końcu wyszli na ostatnią prostą. Widać było już dwie baszty jakie obramowywały bramę.
                        - O. Chyba ktoś przyjechał. - Thiemo przymrużył oczy gdy zauważył kilka osiodłanych koni jakie stały przy wejściu do bramy. Nie było ich jak stąd odchodzili. Gdy podeszli jeszcze bliżej, okzało się, że to kucyki a nie konie. Podobne jak te używane przez Gebirgsjager.
                        - Chyba nie zmarnowali tych kuraków. - Jeszcze chwilę później, milicjant stwierdził z zadowoleniem. Faktycznie w powietrzu dało się wyczuć zapach gotowanego mięsa. Zresztą i strażnicy na murach też ich zauważyli. Dali pewnie znać komu trzeba bo na mur między dwoma wieżami, tam gdzie mieli odprawę przed misją, wyszło dwóch brodaczy.
                        - Dawajcie do nas na górę! - Zawołał Kolesnikow aby od razu weszli do nich. Przechodząc przez wieżę minęli kuchnie na pierwszym piętrze.
                        - O. W samą porę wróciliście. Już prawie gotowe. - Krzyknął do nich jeden z Hochlandczyków wskazując drewnianą łyżką na kocioł grzejący się na piecu. Przy piecu grzał się jeden z Wieselów ale Stefana nie było widać. Ale jeszcze musieli wspiąć się o poziom aby wyjść na blanki. Okazało się, że ten drugi brodacz to Eryk. Dowódca Gebirgsjaeger i zaufany przyboczny obu szefowych.
                        - Widzę, że cało wróciliście z wycieczki. To dobrze. I jak się sprawy w mieście mają? - zagaił do nich, czekając na to co mają mu do powiedzenia. Jeszcze rozmawiali gdy okrzyk straży poinformował ich, że wraca następny patrol zwiadowców. Okazało się, że to Tobias i Beth.

                        Tobias i Beth

                        - Dlaczego nie mogliśmy zostać tam dłużej? - Po paru krokach na pustej ulicy, łuczniczka wskazała kciukiem za siebie. Wyglądała na rozczarowaną, że tak szybko musieli opuścić to przyjemne i przyjazne miejsce. - Magda była taka miła. Zobacz jak mi ładnie włosy ułożyła. Mnie to mało było stać na balwierza. Jak siostra za mąż wychodziła to poszłam. A Magda zrobiła mi te włosy za darmo. I zobacz jak ładnie. - Spojrzała wprost na Tobiasa aby ten mógł docenić kunszt brunetki. Dopiero teraz zorientował się, że rzeczywiście Hochlandka miała finezyjnie zaczesane włosy. Całkiem inaczej niż wcześniej, gdy po prostu miała je związane w koński ogon aby nie przeszkadzały. Teraz pewnie też nie ale Beth wyglądała w nich jakby przynajmniej była gotowa na jakiś festyn, odpust albo nawet pracowała na pokojach jakiegoś państwa. Zwykłej mieszczki czy wieśniaczki, raczej nie było stać na taką ekstrawagancję. A przynajmniej nie na co dzień. Łuczniczka była tego świadoma i tym bardziej doceniała prezent jaki zrobiła jej młoda brunetka. Zresztą z bliska wyczuwał przyjemny aromat jej perfum, jakiego wcześniej nie było. W podziękowaniu za to wszystko Beth objęła się z Magdą jak dobre przyjaciółki a milady ukłoniła się grzecznie. Gdy wyszła z łaźni Tobias usłyszał jeszcze ponętny głos lady Sylvii. Od niego i jej spojrzenia aż dreszcz przechodził przez kręgosłup i kończył gdzieś w lędźwiach.
                        - Pamiętaj Tobiasie. Nie musimy być wrogami. Możemy mieć całkiem przyjemne relacje jeśli dasz mi to czego chcę. - Wciąż leżała w wannie, popijając wino z kielicha jaki na początku spotkania podała jej Magda. No a potem wyszli. Z łaźni, z zakładu balwierza na ulicę. Minęli ten splądrowany sklep mięsny i ruszyli we dwoje w drogę powrotną. Ulice wyglądały podobnie pusto jak wcześniej. Chociaż niebo zdążyło spochmurnieć więc błękit nad głowami znikł. Czasem widzieli jak ktoś ich obserwuje z okien a za plecami słyszeli jakiś niezidentyfikowany pogłos jak z jakichś walk czy zamieszek. Ale wcześniej też było podobnie. Jeśli coś się działo to gdzieś bardziej w głębi miasta. W końcu wyszli na ostatnią prostą i dojrzeli niewielkie koniki przy wieży. Nie było ich gdy wychodzili na patrol.
                        - Gebirgsjager używają takich kuców. Ciekawe czy to oni. - Beth rzekła cicho. Kilka kamienic dalej już podeszli na tyle blisko, że widzieli więcej. Na murze łączącym obie wieże, widać było Kolesnikowa a także Duivela i Thiemo. Oraz Eryka z Gebirgsjaeger. Jak weszli przez wieżę do środka to na piętrze powitał ich przyjemny zapach gotowanego mięsa. Tu Beth zatrzymała się na chwilę. - Czekajcie chłopaki, mam coś dla was. - Uśmiechnęła się i zaczęła wyjmować zdobycze ze sklepu rzeźnika. Koledzy przywitali to z radością.
                        - O! To teraz będzie można dorzucić do rosołu! Będzie na bogato! - Ucieszyli się z takiego prezentu. - Beth a co z ciebie taka ślicznotka się zrobiła? - Zauważyli też zmieniony wygląd koleżanki co ona powitała szczerym, dziewczęcym śmiechem satysfakcji. Przy okazji zauważyli jednego z Wieselów ale Stefana nie. Widać grzał się przy piecu i odpoczywał. Ale dwójka zwiadowców jeszcze musiała zdać raport ze swjego zwiadu. Jak więc się pożegnali z kuchnią to trzeba było wejść jeszcze wyżej, na spotkanie z Erykiem i Kolesnikowem. Zastali tam też Duivela i Thiemo.
                        - A wam jak poszło? - Eryk zagaił do drugiej pary zwiadowców aby przedstawili to czego się zdążyli dowiedzieć o mieście.

                        Duivel i Tobias

                        Po raporcie mieli chwilę na złapanie oddechu. I ślinka ciekła im do ust gdy czuło się zapachy prawie gotowego jedzenia. Wydawało się, że lada chwila już powinno być gotowe. W międzyczasie mogli porozmawiać ze sobą albo z myśliwymi aby się dowiedzieć co się u kogo działo. Od Eryka dowiedzieli się, że szefowe wysłały połowę ich oddziału konnych zwiadowców przodem. Aby nawiązać kontakt z Kolesnikowa. Przyjechali dopiero co ale pół tuzina górali wzmocniło obsadę Południowej Bramy. Reszta regimentu powinna być już niedaleko. Ze zwiadowców na razie nie wrócił Stefan i drugi Wiesel. Ten pierwszy mówił, że do zajazdu “Czerwone koło” dotarli bez większych problemów. Chociaż ulice wyglądały na opustoszałe a sklepy i warsztaty zamknięte lub splądrowane. W zajeździe zastali wreszcie jakichś żywych ludzi. Dokładniej to nawet strażników z “Siege Stern”. Podeszli do nich ale szybko wyszedł jakiś sierżant i chciał aby Stefan pogadał z ich szarżami skoro chciał się do nich zapisać. Ale to tak tylko powiedział aby ich oszukać a nie tak naprawdę. No to niezbyt mając wybór Stefan poszedł z tym sierżantem do środka zajazdu. No ale wykpił się aby choć jeden z jego ludzi mógł odejść i dać znać reszcie. Co dalej się działo do Wiesel nie wiedział bo od razu przyszedł tutaj.
                        Przy okazji Hochlandczycy mieli na tyle dużo czasu, że poszli zobaczyć co jest w tej klapie jaką w piwnicy znalazł Duivel. I okazało się, że jest tam proch. Co prawda nikt z łuczników pieszych i konnych nie miał żadnej broni aby go użyć. W wieżach też żadnej nie znaleźli. Ale wiadomo było, że proch to cenny zasób. Zwłaszcza w trakcie wojny. Na razie Eryk kazał zamknąć klapę i przywalić ją beczką.
                        Na razie jednak obiad był gotowy. Kuchnia była zbyt mała aby pomieścić wszystkich a strażnicy i tak nie mogli zejść z posterunku. Więc ktoś im zanosił ich porcję. A rosół ze świeżo upolowanymi kurakami i jeszcze z kiełbaskami od rzeźnika jakie przynieśli Tobias i Beth, okazał się bardzo pyszny. Przy okazji już wszyscy chyba zdążyli zauważyć nowy wizerunek łuczniczki więc sobie z tego dworowano.
                        - Teraz nasza Beth to się nie opędzi od amantów!
                        - Może nie zabierajmy jej do zamtuzu bo żadna ladacznica na nas nie spojrzy!
                        - Gdzie ty się tak zrobiłaś Beth?
                        Młoda łuczniczka korzystała z tego pacierza atencji jaką wywołała wśród kolegów i brała to za dobrą monetę. Zresztą przy jedzeniu była okazja porozmawiać o czymś luźniejszym. Albo o tym co się stało ze Stefanem, że jeszcze nie wrócił. Być może nad tym rozprawiał Eryk z Kolesnikowem. Bo jedli siedząc na skraju blank, z widokiem na ulicę odchodzącą od bramy, w głąb miasta. Chyba wszyscy spodziewali się, że reszta regimentu powinna dotrzeć tu wkrótce. Ale kiedy dokładnie to nikt nie był pewien.

                        Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
                        Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                        Stefan, Wiesel i oficerowie

                        Młoda, szczupła, czarnowłosa porucznk ich chwilę obserwowała Stefana jakby trawiła jego propozycję w myślach. Nie mógł nic odczytać z jej emocji. - No to pokaż co potrafisz. - Skinęła głową w stronę stołu na jakim medyk zajmował się pojekującym żołnierzem. To dało zezwolenie Stefanowi aby tam podszedł. Z bliska zobaczył więcej detali niż tylko na pierwszy rzut oka gdy tu wchodził. Medyk był z pokolenie starszy od niego. Miał szarosiwą brodę zaczesaną w modny szpic. Spod chusty jaką miał na głowie, wystawały siwiejące, ciemne loki.
                        Pacjent leżał na zwykłym stole karczemnym. Widać było na nim stare przypalenia, nacięcia, wzory i inicjały. Standard w karczmach, zajazdach i tawernach. Na ławie obok medyk miał rozstawione narzędzia chirurga. Różnego rodzaju piły, szczypce, obcęgi, bandaże, olejki, maści. Cały zestaw medyka jaki postronnym często kojarzył się z przenośnymi narzędziami kata. Była też misa z w miarę czystą wodą i mniejsza. Na odłamki wyjęte z ciała. Skrwawione. A na dnie miseczki leżały w cienkiej warstwie krwi. Po chwili Stefan zorientował się, że medyk jest zawodowcem. Akurat wyjmował jakieś odłamki z rany w brzuchu. Jego pomocnik stał przy głowie pacjenta i przytrzymywał go za ramiona. Żołnierz miał jakiś pas na jakim zaciskał zęby aby nie krzyczeć. Bardzo często tak to wyglądało w szpitalach polowych i nie tylko.
                        - To mówisz, że znasz się na tym? - Medyk widocznie usłyszał chociaż część rozmowy Stefana z porucznik. - To dobrze. Przydasz się. Weź szczypce i rozszerz ranę. Muszę mu wyjąć te odłamki zanim mu ją zszyję. - Polecił mu suchym, spokojnym głosem. Widać było, że jest skupiony na swojej robocie. Ruchy miał pewne i wiedział co robi. Oczywiście mógł sam jedną dłonią rozszerzyć ranę a drugą wyjmować odłamki. Ale łatwiej było jak jedna osoba przytrzymywała krawędzie rany a druga wtedy mogła swobodnie operować szczypcami. Oczywiście to był brzuch żywego człowieka więc cały czas falował w rytm szybkiego, bolesnego oddechu i tłumionych pasem i dumą jęków. Pewną tradycją wśród zawodowych wojaków było to aby nie krzyczeć podczas operacji. Ale to nie zawsze było możliwe. Wtedy starali się chociaż stłumić własne jęki boleści. Chyba, że byli już w takim stanie, że nic ich nie obchodziło poza obezwładniającym bólem. No i krew. Pacjent wciąż żył więc z otwartej rany wciąż wypływała świeża krew. Na Stefana spadło wycierać ją szmatką aby nie zasłaniała medykowi widoku.
                        W końcu skończyli. Medyk polecił Stefanowi przemyć ranę a sam mógł wreszcie rozprostować palce zanim zaczął ją zszywać. Po chwili dał znak i pomocnik krzyknął w stronę stołów gdzie siedziało paru wojaków.
                        - Hej! Chodźcie go zabrać! Jak wrócicie to dawajcie kolejnego! - Dwóch siedzących bez pośpiechu podniosło się i podeszło do zakrwawionego stołu chirurga. Wzięło rannego jaki zajęczał boleśnie a pomocnik poszedł otworzyć im drzwi. Przez chwilę stół był pusty ale na ławie pod ścianą czekało jeszcze trzech kolejnych rannych. Medyk zaczął obmywać dłonie w tej większej misce. A potem wytarł je w niewielki ręcznik. Po czym zrobił miejsce aby Stefan uczynił to samo.
                        - I co? - Usłyszeli za plecami pytający głos porucznik. Medyk podszedł do kolejnego stołu na jakim widać było jakąś piłę to amputacji, kałamarz, niewielką książkę.
                        - Rana brzucha. Wyjąłem co się dało. Na razie do niczego nie będzie się nadawał. Musi odpoczywać i mało jeść. Rany brzucha nie idą w parze z objadaniem się. Zaraz mu wypiszę receptę. - Medyk wyglądał na znużonego jakby wykonał już dziś nie wiadomo ile zabiegów. I nachylił się nad stołem, wziął pióro i faktycznie coś zaczął pytać.
                        - No tak to bywa z ranami brzucha. Ale co z nim? Nada się? - W głosie oficer dala się słyszeć nutka irytacji. Jakby świetnie zdawała sobie sprawę co oznaczają rany brzucha. I teraz Stefan widział, że wskazała wzrokiem właśnie na niego. Medyk wolno skinął głową ale dalej coś pisał.
                        - A on. - rzekł jakby dopiero teraz zorientował się o co pyta czarnowłosa. - Wyprostował się i spojrzał wprost na Stefana. - Młody jeszcze jest. Jeszcze się wiele musi nauczyć. Ma dobre chęci ale myślę, że na razie by tylko przeszkadzał. Na pomocnika może być. - Wskazał wzrokiem na miejsce gdzie niedawno mężczyzna przytrzymywał rannego przy stole. Oficer zmarszczyła brwi jakby się zastanawiała nad tą wypowiedzią. Zaczęła przypatrywać się im obu. - Weź ten papier i biegnij do izby naprzeciwko. Tam go zanieśli. Połóż go przy tym rannym. Przeczytaj im go bo niepiśmienni. - Wręczył Stefanowi kawałek złożonego papieru i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą trójka wojaków wyniosła rannego.
                        - Idź tam. - Porucznik zgodziła się i też wskazała na te same drzwi. - Tylko zaraz wracaj. - Dodała jeszcze ponaglająco.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • CioldanC Niedostępny
                          CioldanC Niedostępny
                          Cioldan jako Duivel
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #231

                          Duivel skinął głową, gdy Thiemo wspomniał o bracie.
                          — Chętnie pójdę z tobą na Żelazną. Jak tylko dadzą wolne. Lepiej we dwóch niż samemu. — dodał jakby od niechcenia, ale z życzliwością w głosie.
                          Szli dalej pustymi ulicami. Elf trzymał się nieco z boku, wzrok błądził po dachach i zamkniętych okiennicach. Półtora bochenka nosił pod pachą - świeży, nadgryziony od Hempego i ten podzielony jeszcze u Alberta.
                          Na blankach czekali już Kolesnikow i niespodziewani goście. Elf i Thiemo rozpoznali kuce stojące pod bramą, byli to Gebirgsjager. Także całkiem niedługo po nich przybyła pierwsza część oddziału Petry i Inez. Kolesnikov zawołał ich na górę, gdy tylko zauważył tę dwójkę, także obaj szybko poszli na górę do przywódcy. Gdy tylko minęli drzwi, to Duivel zdjął kaptur, tutaj już wszyscy się przyzwyczaili do Niego, bardziej czy mniej, ale nie było sensu udawać kogoś kim nie jest. Minęli kuchnię gdzie unosiły się piękne zapachy - jak się jest głodnym to większość przygotowywanego jedzenia wydaję się pachnięć jak największe smakołyki - i nawet jeden z Hochlandczyków stwierdził, że zaraz danie będzie gotowe, ale dwójka zwiadowców szła dalej, zdać raport na blankach. Przywitali się kurtuazyjnie i elfa od razu wskazał na chleb jaki nieśli.
                          — Od Alberta — wskazał nadgryzioną połowę. — Reszta od Hempego. Świeży. Ten drugi droższy dwa, trzy razy niż zwykle, ale jedyny, jaki jeszcze pieką w tej części miasta. Pieką legalnie. — Oparł się lekko o parapet, spojrzał najpierw na sierżanta, potem na Eryka. Ten drugi od razu ich poprosił o raport, więc Duivel stanął tak aby obaj z Kolesnikovem go widzieli, tak jakby raport składał obu, chociaż teraz to szef Gebirgsjager został dowódcą, bo był wyższym stopniem niż szef bandy Hochlandczyków.
                          — Albert siedzi w domu. Mówi, że wojsko i miejscowi trzepią kogo popadnie. Szukają szpiegów i buntowników. Magazyny zboża przejęte. Mąka tylko na licencję. Jego nie stać, więc niedługo nie będzie miał już czego piec, ten chleb to wielki dar, bo i tak przez ilość mąki to tylko dla siebie piecze. Hempe natomiast licencję kupił. Dlatego piecze. Ceny podniósł, żeby odbić koszt. Konkretnej sumy nie podał. Unikał tematu. O wojsku mówił chętniej. Część regimentu najemników zbuntowała się. Otoczyli ich na Marktplatz. Reszta lojalna razem z miejscowymi. Rabusie i bandy hultajów grasują, bo straży mało. Hempe wskazał dwa miejsca - „Czerwone Koło” gdzie stoi lojalne wojsko i tawernę „Złoty Kielich”, gdzie przenieśli się urzędnicy. Główni dowodzący udali się na wschód, stąd w mieście zapanował chaos — urwał na chwilę, spojrzał na współtowarzysza niedawnej wyprawy.
                          — Bez Thiemo byłoby trudniej. Zna miasto, ludzie mu ufają. Łagodzi rozmowę. Dzięki niemu nie musieliśmy nic wyrywać siłą. — elf spojrzał na Kolesnikova i skinął głową w stronę Wiesela, który grzał się przy piecu — A co z twoim imiennikiem, sierżancie? Widzę, że jeden Wiesel wrócił. Drugiego nie ma... — zapytał spokojnie, bez pośpiechu, wyczuć jednak się dało lekki niepokój o Jaegera, dodał jednak kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź — ktoś zajrzał do tej piwnicy co właz znalazłem? —
                          Na koniec odwrócił się już w stronę Eryka.
                          — Co z resztą regimentu? I czy przy „Leśnym Dzbane” znaleźliście ziemiankę? Trójka ludzi się tam ukrywała. — jednak rozmowę przerwał okrzyk przybycia kolejnej grupy zwiadowców, to Beth i Tobias wracali.
                          Odpowiedzi przyszły częściowo od razu, częściowo dopiero po ich przyjściu. Eryk wyjaśnił krótko, ale nie było tam wzmianki o trójce ocalałych z 'Leśnego Dzbana'. Ten Wiesel, który wrócił, opowiedział, że Stefan dotarł do „Czerwonego Koła” bez większych przeszkód. W zajeździe zastali strażników z Siege Stern, a ta informacja zdziwiła Duivela, bo Hempego słyszał, ze tam to stacjonują Ci lojalni, a najemnicy zbuntowani mieli być w centrum miasta. Czyli to rzeczywiście garstka Siege Stern się zbuntowała i wszystko zmierza do końca?
                          Obiad był już gotowy. Rosół z kurakami i kiełbaskami, które przynieśli Tobias z Beth, pachniał tak, że nawet strażnicy na murach dostali swoje porcje. Duivel i Thiemo puścili w obieg świeże bochenki chleba, tak aby każdy urwał sobie kawałek. Jedli na blankach, z widokiem na ulicę prowadzącą w głąb miasta.
                          Hochlandczycy od razu zaczęli drwić z nowego wyglądu Beth.
                          — Beth, wyglądasz naprawdę zjawiskowo. Jednak bardzo mnie ciekawi historia tej fryzury, bo to chyba długo zajmuje? Tobiasa widzę nikt nie uczesał, to byliście w innych miejscach, czy może czekał na krześle i czytał tutejszą gazetę? — Duivel starał się zażartować, ale naprawdę był ciekawy jakim cudem podczas zwiadu, żołnierz mógł pozwolić sobie na wizytę u fryzjera..., a może to nie był fryzjer?
                          Duivel później już zjadł w milczeniu, od czasu do czasu zerkając na ulicę. Stefan wciąż nie wracał. Eryk z Kolesnikowem siedzieli z boku i o czymś cicho rozmawiali. Reszta regimentu miała być „niedługo”. Nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy dokładnie.
                          Elf odłożył miskę i otarł usta.
                          — Proch w piwnicy to dobra wiadomość. Lepiej, że jest u nas niż u kogoś innego. Byleby nikt nas nie próbował wysadzić. Nie ma innego wejścia do tej piwnicy? Sprawdziliście? —
                          Potem spojrzał na Thiemo, ale dalej mówił głośniej, tak aby Eryk ze Stefanem słyszeli
                          — Jak skończą jeść i dadzą wolne - pójdziemy na Żelazną z Thiemo. No i chyba trzeba też iść po Stefana, nie wiadomo w co się wplątał tym razem, a kto wie może potrzebować pomocy, no albo się okaże, że Petra będzie miała nowych sojuszników dzięki niemu, kto wie... — skończył elf i czekał na rozwój wydarzeń

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • MirasM Niedostępny
                            MirasM Niedostępny
                            Miras jako Miras
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #232

                            Tobias obserwował nowoprzybyłych. Zawiedziony był faktem że nie przybył czerwony mag albo ta piękna czarodziejka. Zrzuciłby ciężar który mu leżał na sercu. Nie wspominał nikomu o domu w którym czarodziejka zażywała kąpieli a jedynie o splądrowanym do cna sklepie z mięsiwem. Poprosił też Beth, by nie ujawniała gdzie ją tak pięknie uczesano, gdyż to może stanowić zagrożenie dla ich życia. A rozwiązać problem czarownicy może tylko ktoś inny, kto para się magią. I lepiej niech główne dowództwo podejmuje w takiej sytuację decyzję co z tym fantem zrobić.
                            Wziął swoją porcję i zaczął wsuwać. Co jakiś czas patrząc w kierunku wjazdu do miasta, licząc że nikt nie zwróci uwagę jak zaniepokojony zwiadowca w tej chwili był...

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • DekaresD Niedostępny
                              DekaresD Niedostępny
                              Dekares jako Stefan
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #233

                              Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą.
                              Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach.
                              Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem.
                              Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie:

                              • Tak Jest!
                                Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
                              Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • DekaresD Dekares

                                Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą.
                                Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach.
                                Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem.
                                Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie:

                                • Tak Jest!
                                  Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
                                Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79 jako Pipboy79
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #234

                                Tura 55 - 2521.05.05; fst; popołudnie

                                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; Brama Południowa
                                Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                Duivel i Thiemo

                                Siedząc w wieży albo na blankach, można było cieszyć się chwilą spokoju, rozmową, żartami, docinkami i przyjemnie napełnionym żołądkiem. Ze świeżym chlebem przyniesionym przez Duivela i Thiemo, oraz mięsem i kiełbasami jakie zdobyli Tobias i Beth, te kuraki zrobiły się naprawdę smaczne. Tak w uznaniu Hochandczyków, jak i Gebirgsjeager, to był najlepszy posiłek jaki jedli od paru dni. Chyba już wszyscy zdążyli też zwrócić uwagę na nową fryzurę Beth. Jedni żartowali, inni byli złośliwi, jeszcze inni tylko się przyglądali. Ale nowy wizerunek łuczniczki, nie przeszedł niezauważony. Ona sama mówiła tylko, że koleżankę spotkała co ją tak ładnie uczesała ale nie wdawała się w szczegóły.
                                Po obiedzie, co kto dał radę to usiadł opierając się o blanki lub na jakieś ławie i próbował się zdrzemnąć. Albo wyciągnęli karty, kości i popijając wino z kubłaków i kubków, próbowali zabić oczekiwanie wiszące w powietrzu. Dało się zauważyć, że Stefan z Erykiem, mają trudności ze zdecydowaniem się co dalej powinni robić. W końcu szefowe kazały im dotrzeć do miasta i dotarli. Zajęli nawet wieżę. Przeprowadzili wstępne rozpoznanie sytuacji w mieście. Z czego z jednego trzy osobowego patrolu, wrócił tylko jeden. Ale zaginięcie Stefana też wyglądało dość nietypowo. Co prawda dowiedzieli się i o “Czerwonym kole” gdzie mieli być jacyś żołnierze ze Siege Stern i o “Złotym kielichu” gdzie miały być jakieś cywilne władze. No ale takimi rzeczami to zwykle zajmowały się szefowe albo oficerowie. W końcu więc uradzili, posłać do regimentu jednego z Gebirgsjaeger aby przekazał tam raport i poprosił o rozkazy co dalej mają robić. I faktycznie, niedługo potem z blank wieży, widać było jak górski łucznik odjeżdża na swoim kucu i znika między drzewami. To dało obu sierżantom poczucie, że przewalili decyzyjność na wyższe szarże i na razie mają spokój.
                                Ludzie Kolesnikowa za to dowiedzieli się, że Gebirgsjaeger spotkali po drodze i te splądrowane wozy i spalony zajazd. Ale nie rozglądali się tam bo ich priorytetem było dotrzeć do szpicy regimentu i rozeznać sie czy udało im się dotrzeć do miasta. Teraz wspólnie zastanawiali się co główne siły zrobiły z tymi dwoma znaleziskami. Mieli więcej czasu i możliwości. Obaj sierżanci nie zgodzili się aby ktoś jeszcze wypuszczał się na miasto skoro sytuacja była tak enigmatyczna. Nie chcieli aby przy tak skromnych siłach jakie mieli wokół bramy, ktoś jeszcze im zaginął i nie wrócił z patrolu.
                                - Hej. Zobaczcie. Ktoś tam się na nas gapi. - Jeden ze strażników przerwał tą monotonię. Kilka głów się podniosło i spojrzało we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, w głębi tej ulicy jaka prowadziła do “Czerwonego koła” i do centrum miasta, widać było ze trzy, może cztery postacie. Ale przez tą mgłę i dym jakie panowały w mieście, nawet w środku dnia, trudno było dojrzeć detale. Same sylwetki. Stały tam, jakby obserwowały bramę. Kolesnikow i Eryk zmarszczyli brwi jakby próbowali dostrzec więcej detali.
                                - Pewnie widzą wasze kuce. Pewnie i nas. - Mruknął Stefan. Eryk pokiwał głową.
                                - Goniec wraca! Z naszymi rycerzami! - Inny strażnik krzyknął radośnie. I wskazał w przeciwną stronę. Gdy inni też się poderwali aby wyjrzeć poza blanki, zobaczyli jak drogą z lasu wyłania się dwójka rycerzy jaka przyłączyła się do regimentu jeszcze w Lenkster. A za nimi, w pewnej odległości, goniec jakiego obaj sierżanci wysłali. Jak cała trójka zbliżyła się do bramy, widać było jak pyszne i wspaniałe są rumaki i zbroje barona Herr Theodora von Ellingena i Frau Olivii von Damnitz. Jechali dumni i pewny siebie, emanując spokojem, jakby byli gotowi sprostać każdemu przeciwnikowi. I póki co to ta dwójka stanowiła całe rycerstwo jakim dysponował regiment von Falkenhorst. Ale ich przybycie dodał otuchu łucznikom obu kompanii.
                                - No i święty spokój się skończył. Wielcy państwo nie lubią jak takie chmyzy jak my się nudzi. - Stefan mruknął pod nosem i zaśmiał się bez wesołości. Eryk szybko ruszył na dół wieży aby przywitać dwójkę rycerzy po wewnętrznej stronie bramy. A Herr von Ellinger od razu przejął inicjatywę w rozmowie.
                                - Raport sierżancie. - Rzucił krótko i oschle, z wyraźną wyższością w głosie. Wciąż nie zsiadał z siodła tylko słuchał jak Eryk opowiada mu to co sami zdołali się do tej pory dowiedzieć. O utrzymaniu wieży, trzech patrolach, sytuacji w piekarni, “Czerwonym kole”, “Złotym kielichu” i dwóch zaginionych żołnierzach. Wydawało się, że czarnobrody, górski zbój, kurczy się i poci przed wielkim panem.
                                - Co za bardacha. A wy tak sobie nic z tym nie robicie? - Herr spojrzał pogardliwie i groźnie najpierw na Eryka a potem na tych łuczników co mu nawinęli się na oko. Jego szlachetne, surowe oblicze z pięknymi bokobrodami wydawało się ciskać na nich gromy. - Wkrótce tu przybędzie reszta regimentu a tu nic nie jest przygotowane! - Huknął znów na herszta Goebirsjeager. - Sierżancie. Oczyścić najbliższe kamienice. Przygotować na kwatery. Zastawić najbliższe ulice aby utrudnić kontratak wroga. Niech łucznicy zajmą górne piętra. Jeśli tubylcy będą protestować to się z nimi nie patyczkować. - Rycerz swoim surowym głosem szybko wydał serię rozkazów. Eryk gorliwie pokiwał swoją czarną głową.
                                - Ci dwaj zaginieni. Zdezerterowali? - Jeździec zaczął kolejny temat. Teraz czarnowłosy łucznik zaczął kolejny temat. Tym razem herszt górskich zbójów jakby się zawahał.
                                - Nie jestem pewien Herr. Wydaje mi się, że nie. Jeden z nich wrócił z tego zajazdu. Mówił, że Stefan chciał się czegoś dowiedzieć. Ale tak gadał, że sierżant Siege Stern wezwał ich do środka. I aby zachować pozory to z nim poszli. - Sierżant starał się przedstawić to czego dowiedział się od Wiesela jaki wrócił z zajazdu. Rycerz chwilę to trawił.
                                - Brzmi jak próba dezercji. Ale zobaczymy. Wyślij tam kogoś aby sprowadził ich z powrotem. Ci dwaj należą do naszego regimentu i jeśli chcą się przepisać do innego to najpierw niech się wypiszą z naszego. A skoro podpisywali kontrakt z Frau von Falkenhorst i Frau von Muller to tylko one mogą zwolnić ich z tego kontraktu. - Rycerz mówił gromkim głosem niby mówca prawa na publicznym sądzie. Na co sierżant tylko pokiwał gorliwie głową.
                                - I Frau von Falkenhorst mówiła mi, że przydzieliła wam jakiegoś tubylca z naszej milicji. - Herr Theodor nie tracił czasu i szybko przeszedł do kolejnego tematu. Słysząc go widać było jak Thiemo jednocześnie zbladł i zaczął się pocić.
                                - Tak Herr, przydzieliła. Bardzo nam się przysłużył. Zna miasto a my nie. - Gebirgsjeager odparł szybko ale litościwie nie wskazał rycerzowi starego milicjanta.
                                - Bardzo dobrze. Wyślij z nim paru ludzi do tego “Złotego kufla”. Niech się tam rozejrzą w sytuacji. - Rycerz rozkazał a sierżant przyjął to bez sprzeciwu. I na razie to było tyle. Paru górali podeszło aby zająć się szlachetnymi rumakami a dwójka rycerza wreszcie z nich zsiadła. Eryk zaczął ich oprowadzać po wieży. Od parteru aż po drugie piętro i blanki. Rozmawiali we trójkę co i jak tu zaplanować jako większy posterunek. Gdy okrzyk z blank zapowiedział kolejne posiłki. Z lasu wymaszerował oddział dwoch dziesiątek włóczników. To musieli być ci od Lukasa Duerra. Dobrze uzupelniali oba wcześniejsze kompanie łuczników jacy dotarli tu wcześniej. I zwiastowało, że wkrótce nadejdą kolejne oddziały sił głównych. To zwolniło Eryka aby porozmawiał z Kolesnikowem. A ten po chwili zebrał swoich ludzi i przekazał im kolejne polecenia.
                                - Duivel, weźmiesz Thiemo i trzech ludzi. I pójdź rozejrzeć do tego “Złotego pucharu. Thiemo mówisz, że wiesz, gdzie to jest? - Hochlandczyk przedstawił im wytyczne jakie przyszły z góry.
                                - Tak, to niedaleko Żelaznej. Mój brat tam mieszka to znam tą okolicę. - Stary milicjant pokiwał głową, że nie obawia się ruszyć w miasto jako przewodnik.
                                - Bardzo dobrze. Tobias. Też weź trzech ludzi. Spróbujcie się dostać do centrum i nawiązać kontakt z tymi co walczą z tymi buntownikami. Szefostwo chce wiedzieć jak wygląda tam sytuacja. - Zwrócił się do Ostlandczyka i jemu też znalazł zajęcie.
                                - No a ja z resztą, przejdę się do “Czerwonego koła” i zobaczymy co się stało ze Stefanem. No i w ogóle co się tam dzieje. - Westchnął jakby uważał, że dla siebie zatrzymał najtrudniejsze zadanie. Szybko okazało się, że do Duivela dołączył Jurgen i Olivier oraz jeszcze jeden Hochlandczyk, jakiego znał tylko z widzenia. Zaś Tobiasowi przypadła Elsa i Franc jacy podczas drogi przez las, szli flankami wzdłuż drogi. I jeszcze jeden mniej zany mu łucznik. Stefan zatrzymał sobie czwórkę myśliwych więc wszystkie trzy grupy były podobnej wielkości. Jeszcze gdy kończyli przygotowania to włócznicy Duerra przekroczyli przez bramę. A Eryk ich powitał. Zaś jego górale zaczynali się zbierać do przetrząsania najbliższych kamienic co im nakazał Herr baron.

                                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
                                Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                                Stefan i Wiesel

                                Gdy Stefan przeczytał na głos zalecenia, to te wydały mu się adekwatne do obrażeń żołnierza jakiego właśnie pomagał operować. Chirurg skinął głową i wyglądał na zmęczonego ale spokojnego. Czarnowłosa porucznik dała głową znać aby poszedł wykonać polecenie. Więc wyszedł z głównej izby, do tego przedsionka ze schodami, gdzie stało lub siedziało kilku żołnierzy. Spojrzeli na niego, ale bez większego zainteresowania. Niestety musiał odciąć kawałek papieru z adresem, na ich oczach, bo nie było mowy aby został tu sam. Nie był pewien czy zauważyli co zrobił ale i tak nie ingerowali w to. Adres nic mu nie mówił. A za chwilę musiał przejść do sąsiedniej izby. To była kuchnia. Podobnych rozmiarów co główna izba. I krzątało sie tu sporo ludzi którzy przygotowywali posiłek. Było parno i gorąco, jak to w kuchni. Nawet będąc krótko poczuł jak zaczyna się pocić pod ubraniem. Nie było tu żadnych rannych. Parę osób spojrzało na niego krótko ale nikt nie przerwał pracy ani się do niego nie odezwał. Jednak przez otwarte drzwi dostrzegł kolejne pomieszczenie. Gdy tam poszedł to znalazł się w mniejszej izbie. Z wieloma prostymi łóżkami jakie mogły wcześniej służyć za tanią, wspólna noclegownię lub pomieszczenie dla służby. Teraz był tu improwizowany lazaret. Na wszystkich łóżkach leżeli ranni. Widać było, że prawie każdy miał na sobie jakieś bandaże i był w boleściach. Spali, leżeli w letargu, jęczeli cierpiąco albo wpatrywali się tępo w sufit z szeroko otwartymi oczami. Znalazł także tego co przed chwilą opatrywali bo wciąż przy nim stało tych dwóch co go wyniosło z izby głównej. Zatrzymali się aby pogadać ale przerwali gdy zobaczyli nadchodzącego Stefana. Gdy przeczytał im zalecenie medyka, pokiwali głowami.
                                - Dobra, dobra, tak zrobimy. - Jeden z nich mruknął, na znak, że przyjęli i zrozumieli te instrukcje. Ale dało się wyczuć, że wolą aby Stefan sobie stąd już poszedł.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • DekaresD Niedostępny
                                  DekaresD Niedostępny
                                  Dekares jako Stefan
                                  napisał ostatnio edytowany przez Dekares
                                  #235

                                  Rozcinając papier Ostlandczyk starał się aby Albrecht zasłonił go trochę przed wzrokiem innych.
                                  Stefan przemieszczając się przez pomieszczenia ze starszym kolegą próbował się wyglądać jak najbardziej normalnie. Jednocześnie chciał wchłonąć jak najwięcej informacji o ludziach których mijał. Kiedy przechodzili przez kuchnie starał się ocenić jak wyglądają w kwestii aprowizacji? Jedzą gnijące, źle przygotowane resztki czy posiłki wydawały się porządne a obsługa kompetentna? W lazarecie starał się policzyć rannych i ocenić ilu to ranni w bitwie a ilu to chorzy. Są dobrze zaopiekowani biorąc pod uwagę okoliczności, czy widać oznaki ewidentnego zaniedbania. Zdawał sobie sprawę, że może dokonać tylko niezwykle powierzchownych obserwacji ale z drugiej strony, wiedział że każdy nawet trywialny na pozór skrawek informacji może mieć wielkie znaczenie.
                                  Pozwalało mu to także nie myśleć zbyt mocno o tym w co gra starszy medyk dopisując na zaleceniach ten adres.
                                  - Chce wysłać mnie gdzieś po pomoc czy podpuszcza go przed szefową chcą pokazać że nie pokazał jej dziwnego zachowania medyka? - myślał po tym jak pożegnał pomocników medyka dobrym słowem i zbliżał się do drzwi za którymi miał znowu rozmawiać o swoim potencjalnym werbunku.
                                  Stefan przez kuchnię tylko przechodził i nic niezwykłego nie rzuciło mu się w oczy. Ot kuchnia karczmy czy tawerny. Kilka osób obsługi, uwijało się przy swojej robocie. Tu któryś coś kroił, tam mieszał albo obierał. Wyglądali na zajętych swoją robotą i przechodzącej dwójce mężczyzn, poświęcili tylko przelotne spojrzenia. Zaś w lazarecie było około dziesiątki, może tuzina łóżek. Jedynie jedno czy dwa były jeszcze wolne. Leżeli tu prawie sami mężczyźni. Tylko jedna była kobieta i jedna osoba o gładkim licu ale z twarzą zasłoniętą kocem i ramieniem więc trudno było zgadnąć czy to młodzieniec czy niewiasta. Nie wszystkich było widać spod tych kocy, czy mają jakieś obrażenia. Więc ich osłabienie, sen czy kaszel mogły być i od ran, i od choroby. Z tej połowy jaką zdołał dostrzec przechodząc przez pomieszczenie, to widać było opatrunki. Więc pewnie mieli fizyczne obrażenia albo od walki albo jakichś wypadków. Byli w samych koszulach albo i bez, więc zapewne nie leżeli tu od pacierza. Była to powszechna praktyka hospicjów i lazaretów aby rozbierać pacjentów, bo łatwiej ich było wtedy doglądać obsłudze. Wrócił więc do głównej izby.
                                  Na stole leżał kolejny ranny. Ten miał jakąś ranę na piersi. Widać było po zakrwawionym miejscu. Ciężko dyszał jakby miał kłopoty z oddychaniem. Porucznik rozmawiała z medykiem kawałek dalej ale umilkli gdy Stefan wszedł do środka. Przyglądali mu się przez chwilę.

                                  - Daj mu jeszcze jedną szansę. - Czarnowłosa zwróciła się do chirurga a ten spokojnie skinął głową. Ona zaś wróciła do stołu przy jakim wcześniej siedziała. On skinął głowa aby Stefan do niego podszedł.
                                  - Chodź młodzieńcze. Robota czeka. - Wskazał głową w stronę zakrwawionego stołu na jakim czekał już kolejny pacjent.
                                  Stefan miał już powoli dość obecnej sytuacji ale czuł, że okazanie zirytowania mogło nie być najlepszym kierunkiem do obrania. Jednocześnie szkolenie w świątyni Panie Miłosierdzia ciągnęło go w kierunku stołu operacyjnego i niesienia pomocy potrzebującym, więc zrobił krok we wskazanym kierunku. Jednocześnie sięgnął za siebie aby wydobyć swój własny zestaw leczniczy.
                                  - Jeśli to nie problem Panie doktorze to jeśli mam robić coś więcej niż tylko przytrzymywać rannego to użyje swoich własnych narzędzi. - Nie czekając na odpowiedź Ostlandczyk zaczął podobniej jak wcześniej przygotowywać się do zabiegu, jednocześnie sprawdzając czystość swoich narzędzi, wyczyścił je po leczeniu krasnoluda, ale uznał, że lepiej zachować zwyczajową czujność i obejrzeć wszystko jeszcze raz, przygotowując się do pracy Jeager rzucił do oficer:
                                  - Po za tym Pani porucznik, muszę się w końcu spytać jako dopiero co przybyły do miasta, z czym macie “przyjemność” mierzyć się w tym mieście, bo po liczbie rannych w lazarecie raczej wykluczam jakąś zwykłą ruchawkę z miejscowymi o nieopłacony zamtuz?

                                  - Spójrzcie jaki dowcipniś. Przygód w zamtuzie mu się zachciewa. - Kobieta zdążyła już wrócić do rozmowy z mężczyznami z jakimi siedziała przy stole. Ale jak Stefan się do niej odezwał bezpośrednio i to nie pytany, to poświęciła mu spojrzenie. Wyglądała na zmęczoną i w niezbyt dobrym humorze. A jego uwaga wywołała w niej irytację. Wstała jednak od stołu i powoli zaczęła podchodzić do stołu jaki obecnie leżał kolejny ranny żołnierz. Ten z kolei miał ułamany kawałek strzały pod obojczykiem. Strzała wbiła się głęboko i krwi było sporo. Medyk zacisnął usta w wąską linię gdy zobaczył jak Stefan wyjmuje swoje narzędzia ale poza tym zachował spokój. Zaczął rozcinać krawędzie kaftana aby dotrzeć do rany. Porucznik zatrzymała się obserwując ich poczynania z bliska.
                                  - Część oddziałów zbuntowała się. Tchórze nie chcą iść na wojnę. A kto wie czy nie gorzej. Więc potraktowaliśmy ich jak zdrajców i sabotażystów. Niestety siły są dość wyrównane. Tutejszy baron zdążył zmobilizować większość oddziałów i opuścić miasto. Dlatego każda pomoc nam się przyda Stefanie. - Uniosła brwi aby podkreślić to co powiedziała. I na chwilę spojrzała mu prosto w oczy i nawet się uśmiechnęła. Miał wrażenie, że stara się być dla niego miła, chociaż dało się wyczuć, pośpiech. Podeszła jeszcze bliżej i wzięła do ręki szczypce do wyciągania różnych odłamków z ciała. Obejrzała je sobie i pokiwała głową.
                                  - Zwłaszcza jak to byłby ktoś kto ma takie narzędzia i potrafi się nimi posłużyć. - Uniosła trochę wyżej ten przyrząd jakby chciała go zademonstrować staremu chirurgowi.
                                  - Zapewne Frau porucznik. - Zgodził się doktor. - To może się okazać pomoc cenniejsza niż początkowo sądziłem. - Przyznał lekko kiwając jej głową. Ona zaś odłożyła narzędzie z powrotem do torby Stefana.
                                  - Dobrze, to róbcie swoją robotę. Potrzebujemy tych ludzi aby uporać się z buntownikami. - Uśmiechnęła się do nich obu po czym odwróciła się i energicznym krokiem, wróciła do stołu od jakiego wstała.
                                  - Jak Pani każe Pani porucznik - odpowiedział jej Jeager po tym jak zareagował na jej spojrzenie i uśmiech tym samym. Po tym skupił się w pełni na pomaganiu rannemu.
                                  KIedy już skończyli z doktorem zabieg zdecydował się pchnąć jego rozmowy z Panią porucznik znacznie do przodu. Podszedł do w niej kierunku, wycierając szmatą ręce z krwi, zatrzymał się w odległości kilku metrów i po tym jak zwrócił jej uwagę chrząknięciem odezwał się:
                                  - Pani porucznik, nie wiem co dokładnie Pan sierżant powiedział Pani o tym dlaczego tu jestem. Rozumiem że znajduje się Pani w poważnej sytuacji i nie ma czasu na głupoty dlatego powiem krótko, myślę, że wykazałem że zarówno mam możliwości jak i chęć pomocy względem Pani regimentu i Pani sprawy. Wspomniała Pani wcześniej, że walczycie z buntownikami albo gorzej, jak zakładam to gorzej obejmuje ciała z wyciętymi znakami takim jak to rozwieszone na tutejszej tablicy ogłoszeń. Miałem z takimi osobnikami aż nadto do czynienia i doceniam trudność Pani zadania. Jak wspominałem sierżantowi nie przybyłem do miasta sam, podróżowałem do tego miasta w większej grupie, zostaliśmy zaatakowani przez pomioty i rozproszeni, przedarłem się do miasta tylko z kilkoma osobami dla których zgodziłem się pójść rozejrzeć się co się tutaj takiego dzieje biorąc pod uwagę opuszczaną bramę i dym unoszący się nad miastem. Teraz muszę do tych ludzi wracać żeby ich poinformować że miasto nie upadło i że walczą w nim wierni Imperium żołnierze. Nie mogę ręczyć za wszystkich z mojej grupy ale sądzę że będą tam oprócz mnie i moich kolegów osoby więcej niż chętne wspomóc was w walce z wspólnym wrogiem i zaprowadzić w mieście porządek. Podejrzewam też, że grupa mogła urosnąć pod moją nieobecność, bo nie wierzę, że wszyscy z którymi szliśmy przez las zginęl,i tylko zostali rozrzuceni tak jak moja grupa przy bramie. Chętnych do pomocy sprowadzę tutaj, do Pani oceny, a w najgorszym wypadku sam przyjdę pomóc przy zajmowaniu się rannymi.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • CioldanC Niedostępny
                                    CioldanC Niedostępny
                                    Cioldan jako Duivel
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #236

                                    Gdy goniec wrócił z lasu w towarzystwie dwójki rycerzy, Duivel stał razem z resztą łuczników pod wieżą i słuchał, nie wtrącając się. Herr Theodor von Ellingen, wciąż w siodle, zażądał raportu krótko i oschle, a Eryk zdawał relację o wieży, patrolach, piekarni, "Czerwonym kole" i "Złotym kielichu" - gorliwie, jak ktoś, kto czuje na karku cień szlacheckiej niecierpliwości. Elf obserwował to wszystko spod oka: rozkazy o kwaterach i barykadach, pytanie o dwóch zaginionych, polecenie ich odzyskania, a na końcu - pytanie o "tubylca z milicji". Wszystko to budziło w nim lekką irytację, przecież to nie przyjechała Petra albo Inez... ale rycerz, który to teraz sadził się i traktował ich jakby trafił na jakiś degeneratów. Duivel dość zaskoczony pomyślał, że bliżej mu do tych zwykłych wojaków niż jakiś elit...
                                    Gdy rycerz wspomniał o domniemanej dezercji, elf szybko odchrząknął i starał się mówić niskim i donośnym głosem
                                    — Stefan na pewno nie jest zdrajcą, może podejmować niezrozumiałe decyzje, ale jestem pewien, że teraz infiltruje dokładnie ludzi z którymi przebywa. Trzeba tylko po Niego pójść... — odważył się to wszystko powiedzieć, bo najzwyczajniej w świecie drażnił Go ów rycerz.
                                    Chwilę później, Theodor wspomniał o miejscowym wojaku, a elf zauważył od razu, że Thiemo zbladł i zaczął się pocić. Duivel poklepał swojego kompana i znów odezwał się do rycerza. Tym razem głównie po to by zwrócić na siebie uwagę, bo chciał w końcu uzyskać odpowiedź na jedno nurtujące go pytanie
                                    — Panie — zaczął, z należytym, choć wyraźnie wyuczonym szacunkiem — zanim przejdziecie do kolejnego tematu, takie dwie krótkie sprawy, z całym szacunkiem. To miejsce nazywa się Złoty Kielich, nie Złoty Kufel - Urwał na moment, jakby ważył słowa — no i ważniejsze, mijaliście po drodze spalony zajazd, "Leśny Dzban"? Była tam ziemianka. Troje ocalałych. Zostawiłem dla Was znak i poprosiłem ich, żeby wyszli powitać regiment, kiedy nadejdzie. Wiadomo, co się z nimi stało?
                                    Rycerz miał jednak ważniejsze zajęcia niż dyskutowanie z jednym z wojaków, na przykład zwiedzanie nowego posterunku.
                                    Po chwili okrzyk z blank oznajmił przybycie włóczników Duerra - dwie dziesiątki ludzi, maszerujących przez bramę.
                                    Eryk oswobodzony z obecności rycerzy oznajmił do elfa.

                                    — Duivel, weźmiesz Thiemo i trzech ludzi. I pójdź rozejrzeć do tego "Złotego pucharu". Thiemo mówisz, że wiesz, gdzie to jest? — Hochlandczyk przedstawił im wytyczne jakie przyszły z góry.
                                    — Tak, to niedaleko Żelaznej. Mój brat tam mieszka to znam tą okolicę. — Stary milicjant pokiwał głową, że nie obawia się ruszyć w miasto jako przewodnik. Gdy kończył wypowiedź, elf już zaczął mówić swoje, aby Eryk nie przerzucił się od razu na kolejnych żołnierzy
                                    — Tak jest! - wystrzelił Duivel bez wahania. — Thiemo nas z pewnością doprowadzi do Złotego Kielicha. Natomiast Złoty Puchar i Złoty Kufel to może innym razem — dodał z sarkazmem, słuchając jak dowódcy mylą raz za razem nazwę przybytku.

                                    Gdy grupy zaczęły się formować, odszukał wzrokiem Tobiasa i Beth, już gotowych do drogi w stronę centrum.
                                    — Powodzenia. Uważajcie na te sylwetki, co się gapiły w stronę bramy — rzucił krótko, unosząc dłoń w geście pożegnania. Nie wiedział w którą stronę ruszą, ale również nie wiedział jak inaczej zagadać do towarzyszy.

                                    Zanim ruszył, zatrzymał jeszcze na chwilę Kolesnikowa i Eryka, którzy chodzili razem.
                                    — Jeśli coś pójdzie nie tak, jaki dajemy znak? Coś, co przebije się przez tę mgłę — ustalili coś między sobą, po czym elf, przypomniawszy sobie, kto teraz tu właściwie dowodzi, odszukał wzrokiem rycerzy, zajętych kierowaniem ludźmi i dalszym planowaniem. Już nie odważył się kolejny raz zwracać ich uwagę. Ich grupę zwiadowczą Jurgen i Olivier, z którymi Duivel zdążył się nieco otrzeć podczas marszu przez las, oraz Karl Heinz Schneider, Hochlandczyk znany dotąd jedynie z widzenia i słyszenia.

                                    Gdy opuszczali bramę, elf przyspieszył kroku, by iść tuż obok Thiemo.
                                    — Co z tobą było, jak ten rycerz wspomniał o tubylcu z milicji? — zapytał cicho, nie owijając w bawełnę — Zbladłeś jak płótno. Daj spokój, Ty w tej grupie to jak bohater — nie czekał długo na pełną odpowiedź, zanim przeszedł do rzeczy — Słuchaj. Jak będziemy bliżej Żelaznej, to się tam zajrzy, do Twojego brata, ale tak z zewnątrz, ostrożnie. Jak wszystko będzie wyglądać w porządku, to w drodze powrotnej wstąpimy do twojego brata. Jak coś będzie nie tak - wchodzimy od razu, bez czekania na nic.
                                    I tak, pod wodzą starego milicjanta, piątka ruszyła w głąb zamglonych ulic Wendorf, w stronę Żelaznej i Złotego Kielicha - cokolwiek by ich tam nie czekało.

                                    Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • CioldanC Cioldan

                                      Gdy goniec wrócił z lasu w towarzystwie dwójki rycerzy, Duivel stał razem z resztą łuczników pod wieżą i słuchał, nie wtrącając się. Herr Theodor von Ellingen, wciąż w siodle, zażądał raportu krótko i oschle, a Eryk zdawał relację o wieży, patrolach, piekarni, "Czerwonym kole" i "Złotym kielichu" - gorliwie, jak ktoś, kto czuje na karku cień szlacheckiej niecierpliwości. Elf obserwował to wszystko spod oka: rozkazy o kwaterach i barykadach, pytanie o dwóch zaginionych, polecenie ich odzyskania, a na końcu - pytanie o "tubylca z milicji". Wszystko to budziło w nim lekką irytację, przecież to nie przyjechała Petra albo Inez... ale rycerz, który to teraz sadził się i traktował ich jakby trafił na jakiś degeneratów. Duivel dość zaskoczony pomyślał, że bliżej mu do tych zwykłych wojaków niż jakiś elit...
                                      Gdy rycerz wspomniał o domniemanej dezercji, elf szybko odchrząknął i starał się mówić niskim i donośnym głosem
                                      — Stefan na pewno nie jest zdrajcą, może podejmować niezrozumiałe decyzje, ale jestem pewien, że teraz infiltruje dokładnie ludzi z którymi przebywa. Trzeba tylko po Niego pójść... — odważył się to wszystko powiedzieć, bo najzwyczajniej w świecie drażnił Go ów rycerz.
                                      Chwilę później, Theodor wspomniał o miejscowym wojaku, a elf zauważył od razu, że Thiemo zbladł i zaczął się pocić. Duivel poklepał swojego kompana i znów odezwał się do rycerza. Tym razem głównie po to by zwrócić na siebie uwagę, bo chciał w końcu uzyskać odpowiedź na jedno nurtujące go pytanie
                                      — Panie — zaczął, z należytym, choć wyraźnie wyuczonym szacunkiem — zanim przejdziecie do kolejnego tematu, takie dwie krótkie sprawy, z całym szacunkiem. To miejsce nazywa się Złoty Kielich, nie Złoty Kufel - Urwał na moment, jakby ważył słowa — no i ważniejsze, mijaliście po drodze spalony zajazd, "Leśny Dzban"? Była tam ziemianka. Troje ocalałych. Zostawiłem dla Was znak i poprosiłem ich, żeby wyszli powitać regiment, kiedy nadejdzie. Wiadomo, co się z nimi stało?
                                      Rycerz miał jednak ważniejsze zajęcia niż dyskutowanie z jednym z wojaków, na przykład zwiedzanie nowego posterunku.
                                      Po chwili okrzyk z blank oznajmił przybycie włóczników Duerra - dwie dziesiątki ludzi, maszerujących przez bramę.
                                      Eryk oswobodzony z obecności rycerzy oznajmił do elfa.

                                      — Duivel, weźmiesz Thiemo i trzech ludzi. I pójdź rozejrzeć do tego "Złotego pucharu". Thiemo mówisz, że wiesz, gdzie to jest? — Hochlandczyk przedstawił im wytyczne jakie przyszły z góry.
                                      — Tak, to niedaleko Żelaznej. Mój brat tam mieszka to znam tą okolicę. — Stary milicjant pokiwał głową, że nie obawia się ruszyć w miasto jako przewodnik. Gdy kończył wypowiedź, elf już zaczął mówić swoje, aby Eryk nie przerzucił się od razu na kolejnych żołnierzy
                                      — Tak jest! - wystrzelił Duivel bez wahania. — Thiemo nas z pewnością doprowadzi do Złotego Kielicha. Natomiast Złoty Puchar i Złoty Kufel to może innym razem — dodał z sarkazmem, słuchając jak dowódcy mylą raz za razem nazwę przybytku.

                                      Gdy grupy zaczęły się formować, odszukał wzrokiem Tobiasa i Beth, już gotowych do drogi w stronę centrum.
                                      — Powodzenia. Uważajcie na te sylwetki, co się gapiły w stronę bramy — rzucił krótko, unosząc dłoń w geście pożegnania. Nie wiedział w którą stronę ruszą, ale również nie wiedział jak inaczej zagadać do towarzyszy.

                                      Zanim ruszył, zatrzymał jeszcze na chwilę Kolesnikowa i Eryka, którzy chodzili razem.
                                      — Jeśli coś pójdzie nie tak, jaki dajemy znak? Coś, co przebije się przez tę mgłę — ustalili coś między sobą, po czym elf, przypomniawszy sobie, kto teraz tu właściwie dowodzi, odszukał wzrokiem rycerzy, zajętych kierowaniem ludźmi i dalszym planowaniem. Już nie odważył się kolejny raz zwracać ich uwagę. Ich grupę zwiadowczą Jurgen i Olivier, z którymi Duivel zdążył się nieco otrzeć podczas marszu przez las, oraz Karl Heinz Schneider, Hochlandczyk znany dotąd jedynie z widzenia i słyszenia.

                                      Gdy opuszczali bramę, elf przyspieszył kroku, by iść tuż obok Thiemo.
                                      — Co z tobą było, jak ten rycerz wspomniał o tubylcu z milicji? — zapytał cicho, nie owijając w bawełnę — Zbladłeś jak płótno. Daj spokój, Ty w tej grupie to jak bohater — nie czekał długo na pełną odpowiedź, zanim przeszedł do rzeczy — Słuchaj. Jak będziemy bliżej Żelaznej, to się tam zajrzy, do Twojego brata, ale tak z zewnątrz, ostrożnie. Jak wszystko będzie wyglądać w porządku, to w drodze powrotnej wstąpimy do twojego brata. Jak coś będzie nie tak - wchodzimy od razu, bez czekania na nic.
                                      I tak, pod wodzą starego milicjanta, piątka ruszyła w głąb zamglonych ulic Wendorf, w stronę Żelaznej i Złotego Kielicha - cokolwiek by ich tam nie czekało.

                                      Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79 jako Pipboy79
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #237

                                      Tura 56 - 2521.05.05; fst; popołudnie

                                      Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; ul. Żelazna
                                      Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                      Duivel, Thiemo, Jurgen, Oliver i Karl

                                      - Jak coś będzie nie tak, to będziecie musieli tu wrócić i o tym powiedzieć. Jak masz inny pomysł to mów. - Eryk wzruszył ramionami na propozycję elfa. Widocznie nie miał pmysłu na sprawną komunikację przez całe kwartały tego ponurego miasta.
                                      - Jeśli nie wrócicie na kolację to będzie znak, że coś wam się przydarzyło. - Dodał Kolesnikow. Przez tą mgłę i dym, nawet z blank czy górnych pięter wieży, nie było widać przeciwległego krańca miasta. Gdzieś nad centrum obraz dachów był już rozmazany. A z poziomu ulicy, perspektywa kończyła się na pierwszym zakręcie lub jeśli była długa prosta, to na kilka kamienic do przodu. Gdy ktoś wszedł w te ulice i stracił z oczu bramę, to i ci z bramy tracili i jego z widoku. Pojedynczy krzyk z tej odległości byłby albo niesłyszalny, albo zlewał się z tłem odgłosów miasta. Więc można się było umówić na powrót w określonym czasie, na przykład do końcówki dnia. Do zmroku było jeszcze jakieś pięć, sześć dzwonów. Z drugiego patrolu Beth jeszcze pomachała im na pożegnanie i posłała im sympatyczny uśmiech - No to nie zgubcie się! - krzyknęła im na pożegnanie. Ale grupa Tobiasa też już ruszała w drogę. Dopiero jak Duivel ruszył w drogę i zostawili obstawę bramy za sobą, to Thiemo odważył się wrócić do tego co go zagadywał elf.
                                      - E, jaki ja tam bohater. Bohaterowie umierają młodo. A ja jeszcze chciałbym trochę pożyć. Za stary jestem na bohatera. - Uśmiechnął się pod nosem ale uwaga towarzysza chyba sprawiła mu nieco przyjemności. Koledzy też się uśmiechnęli. - A zbladłem bo mnie w dołku ścisnęło jak ten Herr o mnie zapytał! Bałem się, że coś będzie ode mnie chciał! Dobrze, że Eryk mu mnie nie wskazał. Dobra dusza z niego. - Stary milicjant wymówił to z ulgą, jakby panicznie się bał stać przed tym wspaniałym rycerzem i mu się tłumaczyć, tak jak herszt Gebirgsjaeger musiał to robić.
                                      - Ale ty to odważny jesteś. Albo masz coś nie tak z głową. Aby tak przemawiać do takiego rycerza? No, no… Przecież to szlachcic i wielki pan. Na takich jak my, nie zwracają uwagi, póki im do czegoś nie jesteśmy potrzebni. - Tym razem na Eonira spojrzał z mieszaniną podziwu i obawy. Zresztą koledzy również. Widać nie co dzień widzieli aby ktoś z gminu tak się odezwał nie pytany, do jakiegoś szlachcica. A Herr von Ellingen chyba też nie. Na jego twarzy było widać zdziwienie gdy ktoś kto nie jest szlachcicem wtrącił mu się w rozmowę z sierżantem. I to jeszcze śmiał go pouczać i pytać.
                                      - Kto to jest? Cóż za bezczelność! Cóż za impertynencja! - Oburzył się na całego i Eryk zaczął coś mu szybko tłumaczyć. A później zaprosił dwójkę rycerzy do zwiedzania wieży co przynajmniej chwilowo odwróciło ich uwagę od bezczelnego elfa. Wtedy Kolesnikow pociągnął go za ramię, dając znać, że lepiej będzie jak się oddalą aby nie spotkać się bezpośrednio z dwójką błękitnokrwistych. W końcu i tak dostali kolejne zwiadowcze zadanie więc właściwie wszyscy ludzie sierżanta, mieli pójść w miasto.

                                      Droga przez opustoszałe miasto, wyglądała podobnie jak za pierwszym razem. Puste ulice. Chociaż to był Festag, dzień wolny od pracy aby prawy obywatel mógł oddać się modlitwie jaką czcił bogów. Na ulicach mijali porzucone wozy, kosze, ubrania, wiadra. Zatrzaśnięte okiennice i cisza dodawały złowróżbnej aury. I jeszcze ten dym czy mgła jaka wisiała niczym kurtyna. Nie przeszkadzała za bardzo w promieniu kilku budynków dookoła. Ale obraz stopniowo się rozmywał i dalsza perspektywa była trudna do uchwycenia. Brakowało punktów orientacyjnych do miejskiej nawigacji. Z blank murów to chociaż same dachy było widać. A z poziomu ulicy tylko kilka budynków wzdłuż ulicy. Nie przeszkadzało to jednak Thiemo, jaki znał miasto. Prowadził ich pewnie, pokonując kolejne skrzyżowania i zakręty. Czasem widzieli pojedyncze sylwetki lub ich małe grupki. Nikt się do nich jednak nie zbliżal. W oknach, zwłaszcza na górnych piętrach, widzieli czasem jakieś twarze co się im przyglądały. Gdy zadarli głowy aby im się przyjrzeć to cofały się w głąb mieszkań.
                                      Podobnie jak wcześniej, sklepy i warsztaty były albo zamknięte albo splądrowane. Gdy to drugie to otwarte na oścież drzwi i wybite okna straszyły pustką i zdemolowanym wnętrze a rzeczy z wnętrza, często leżały na ulicy.
                                      - Tak jakby. Trochę głośniej się robi. Nie? - Zauważył cicho Karl. Trzymał łuk w dłoniach jak talizman. Ta pustka, mgła i cisza, czyjeś spojrzenia wwiercające się w kark, działały wszystkim na nerwy. Ale gdy przeszli kilka kwartałów to faktycznie ten gwar co do tej pory był tłem, stał się jakby wyraźniejszy.
                                      - Zbliżamy się do centrum. - Thiemo odparł równie cicho. Pozostali pokiwali głowami. Nie znali miasta i w byli ludźmi lasu. Więc te miejskie kaniony, były dla nich obce.
                                      - Jakby zamieszki. Albo jakiś tłum. - Oliver potwierdził słowa kolegi. Bliżej centrum dało się już rozróżnić więcej dźwięków niż przy bramie. I tak to właśnie brzmiało. Jak jakis tłum, zamieszki albo walka. I najwyraźniej się tam zbliżali.
                                      - O. I jesteśmy. To jest Żelazna. - Thiemo uśmiechnął się gdy wskazał im ulicę po prawej. Poza nim, dla całej reszty, nie różniła się niczym od tych jakie do tej pory mijali. Więc pokiwali głowami i ruszyli za przewodnikiem.
                                      - Daleko jeszcze do tego “Pucharu”? - Jurgen był ciekaw.
                                      - Nie. To gospoda niedaleko Marktplatz. Kupcy przychodzą tam ubić interes ale nawet szlachta tam zachodzi. Dobre trunki i jedzenie tam mają. Drogie. I alkowy, jak chcesz pogadać o interesach bez swiadków. - Milicjant wyjaśnił bez ogródek. Przeszli jeszcze kilka kamienic gdy w oddali zobaczyli sylwetki. Tym razem całkiem sporo. U niektórych widać było tarcze a u innych długie tyczki co mogło być jakąś bronią drzewcową. Słychać było ich głosy ale bez słów. Ktoś się kłócił, ktoś krzyczał z bólu, ktoś nawoływał do porządku. Musiało być ich z tuzin. A nie wiadomo czy to wszyscy.
                                      - Ten “Puchar” to gdzieś tam? - Jurgen zapytał się cicho milicjanta. Ten pokiwał głową.
                                      - Tak. Jeszcze kawałek za nimi. Ze trzy kamienice. - Wyszeptał i wszyscy przez chwilę wpatrywali się w sylwetki przed sobą. Jeśli by mieli dotrzeć do tej gospody, to trzeba by podejść do tych żołnierzy. Tamci chyba ich jeszcze nie zauważyli.
                                      - To może pójdziemy jednak do mojego brata? To tam. - Wskazał na wlot ulicy jaki właśnie minęli. Widać było szyld z butem jaki reklamował zakład szewski. Jak na obecną sytuację to wyglądał standardowo. Czyli drzwi i okiennice były zamknięte a górne okna wydawały się puste. Chociaż na drugi rzut oka widać było jaśniejsze kreski w drewnie. Jakby ktoś kilka razy uderzył tam toporem. Ale teraz było tam cicho i pusto.

                                      Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; ul. Bednarzy
                                      Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                      Tobias, Beth, Franc i Klaus

                                      - No to nie zgubcie się! - Beth pomachała na pożegnanie do odchodzącej w miasto, grupy Duivela. A po paru chwilach, sami ruszyli wzdłuż ulicy. A Tobias miał nieco czasu aby przemyśleć odpowiedzi gońca. Pytanie o magów nieco go zdziwiło. Ale odparł, że Frau von Muller i Frau Alezzię widział przy spalonym zajeździe. Czyli prawie na opłotkach miasta. Jednak nie wiadomo było kiedy dotrą do bramy. A Herr von Ellingen, kazał im ruszać w miasto. Zaś góral jakiego Tobias wypytywał, zrobił przy tym znak ochronny skoro mowa była o osobach parających się magią. Frau von Muller wydawała się mieć lepsze maniery i łagodniejszy charakter od swojej koleżanki. Zwykle też trzymała się w jej cieniu. To Petra wydawała rozkazy, przemawiała do regimentu i potrafiła unieść się gniewem. Miała też bezpośredni styl bycia co niezbyt pasował do szlachcianki. Frau Inez wyglądała przy niej jak elegancka szlachcianka i uczona przy jakiejś awanturniczce ze szlaku. Ale parała się magią co w wielu zwykłych żołnierzach, budziło lęk i dystans. Tak jak to właśnie zaprezentował góral gdy o niej wspomniał.
                                      - Przez tą przeklętą mgłę nic nie widać. Gdzie jest ten przeklęty Marktplatz? - Ciche mamrotanie Klausa, przywróciło Tobiasa do rzeczywistości. Też nie znał tego miasta. Ten miejski kanion wydawał się mu całkiem obcy. A pustka ulic szarpała nerwy. To był Festag i środek dnia. Ulice i gospody powinny tętnić życiem. Tymczasem mijali pozamykane na głucho okna. I czasem jakieś twarze na tych górnych, jakie odprowadzały ich wzrokiem. Ale zwykle umykały w głąb mieszkania, gdy skrzyżowali się spojrzeniami. Ten mgła czy dym, dodatkowo pozbawiały ich punktów orientacynych. Widać było tylko na kilka kamienic w przód i w tył.
                                      - Nie mów, że się zgubiliśmy. Jak się dowiedzą w bandzie to do końca wojny będą z nas się śmieli. Psiakrew, w lesie to ja zawsze wiem gdzie iść. - Franc wydawał się być podobnie zirytowany. Na czuja to wszyscy zdawali sobie sprawę, że chyba wciąż powinni być we wschodniej stronie miasta. Stefan poszedł środkiem do tego “Koła”. A Duivel z Thiemo w zachodnią stronę. Markplatz miał być w centrum miasta i tam miały być te walki. Tylko, że jak nie było widać słońca ani nieba to trudno było się poznać w kierunkach świata. A ta mgła utrudniała złapanie jakich dalszych kierunków orientacyjnych którymi można by się kierować. W końcu się zatrzymali na kolejnych krzyżówkach.
                                      - Chodźmy na wschód. Dojdziemy do muru to pójdziemy wzdłuż niego. W końcu trafimy na jakąś główną drogę co będzie musiała prowadzić do centrum. - Klaus zaproponował pokazując ulicę jaką chciał iść.
                                      - To od razu można pójść do centrum. Tam pewnie też jest jakaś główna droga co prowadzi do Markplatz. - Franc wskazał dokładnie przeciwny kierunek.
                                      - A jak trafimy na Stefana to co mu powiemy? Że się zgubiliśmy? - Klaus od razu skontrował jego wypowiedź. Rzeczywiście trudno było oszacować czy już minęli ten zajazd do jakiego miał zamiar dotrzeć Kolesnikow czy nie. Gdyby go spotkali, mógłby im zadać parę niewygodnych pytań.
                                      - To może pójdziemy do zamtuza? - Beth wtrąciła się w tą dyskusję. Tak nagle, że obaj na nią spojrzeli zaskoczeni.
                                      - Chcesz iść do zamtuza? Teraz? I jakiego zamtuza? - Franc popatrzył zdumiony na ciemnowłosą koleżankę.
                                      - Tego co tam tak balują. Nie słyszycie? - Beth odparła bez wahania. I oni też ucichli aby posłuchać. Po chwili też to usłyszeli. Odgłosy muzyki, śmiechów, hulanki. Brzmiało jak niezła biba w jakiejś tawernie albo właśnie zamtuzie. Wydawało się być niedaleko. Ale okoliczne kamienice wydawały się być ponure i ciche, tak samo jak te jakie mijali do tej pory.
                                      - No tak. Ale to trzeba by tam wejść w te ulice i poszukać. Zresztą nie wiadomo kto tam tak baluje. - Klaus wydawał się być sceptyczny co do pomysłu koleżanki. - Chodźmy do muru a jak spotkamy główną drogę do odbijemy do centrum. Na pewno prowadzi do centrum. - Wrócił do swojego pomysłu jak trafić we właściwe miejsce.
                                      - A ty co myślisz? - Franc zapytał Tobiasa, czy ten ma jakiś pomysł jak odnaleźć centrum miasta do jakiego mieli trafić.

                                      Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
                                      Czas: 2521.05.05; Festag; popołudnie
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                                      Stefan i Wiesel

                                      W toku operowania zranionego żołnierza, sytuacja w izbie się zmieniła. Porucznik wstała i wyszła. Pewnie gdzieś na górę by słychać było jej energiczne kroki po schodach. Stefan z chirurgiem właśnie pracowali aby wyjąć grot z rany. Drzwi do środka otworzyły się i szybko wszedł jakiś żołnierz.
                                      - Gdzie porucznik? Mam dla niej ważne informacje. - Zameldował się z wyraźnym pośpiechem. A gdy od reszty oficerów usłyszał, że poszła na górę to on też tam poszedł.
                                      - Ja przytrzymam a ty wyciągnij. - Chirurg w tymczasie rzekł cicho do swojego młodszego pomocnika. I rzeczywiście z wprawą rozszerzył krawędzie rany co ułatwiło Stefanowi wyjęcie grotu strzały. Żołnierz jęknął krótko i ostro a przy tym wierzgnął na stole. Po tym odruchowym działaniu znów się wyprostował.
                                      - Spokojnie. Jeszcze musimy przemyć i zszyć ranę. Leż dalej. - Chirurg poprosił go a jego spokój pomógł zmobilizować się wojakowi. Zresztą zwykle weterani starali się znosić mężnie takie operacje. Znów musieli we dwóch na zmianę przemywać ranę aby ją zszyć chociaż z grubsza. Stefan nie pierwszy raz miał okazję zauważyć, że pracuje z profesjonalistą jaki byłby cenny dla każdej armii. Gdyby sam musiał to robić, zajęłoby mu to dużo więcej czasu i byłoby trudniejsze. Nawet z pomocą jakiegoś niewykwalifikowanej osoby, co mogła nawet potrzymać tu czy podać tamto, to nie było to samo. W międzyczasie do izby wróciła porucznik. Miała na sobie tą samą tunikę, narzuconą na krótką kolczugę co wcześniej. Ale teraz dało się wyczuć jakby miała zaraz ruszać w drogę. Poprawiła pas z mieczem i długim sztyletem. Na stół rzuciła rękawicę jakby je miała zaraz założyć. Zaś spod pachy wyjęła hełm. To był szturmak, nowoczesny, półotwarty hełm uzywany także przez piechotę. Ale ten był zdobiony i zdradzał oficera lub szlachcica. Zwykle pasował to bogatych kawalerzystów. Niezbyt pasował do prostej kolczugi, jaką miała na sobie porucznik.
                                      - Czas rozprawić się z Dolsteinem. - Uśmiechnęła się do swoich oficerów. Część z nich też wstała i zaczęła się zbierać do drogi.
                                      - Już po wszystkim. - Chirurg poklepał pacjenta po ramieniu. I zaczął myć wodę w misce. Co pozwoliło też i Stefanowi aby odejść od stołu. Gdy podszedł do oficerów i powiedział swoje, to ci wydawali się być nieco zdziwieni. Ale popatrzyli na porucznik. Ta zaś przez chwilę trawiła jego słowa. Połozyła sobie dłonie na biodrach i przypatrywała mu się wnikliwie. Wydawało mu się, że w ich głębi dostrzegł irytację. Albo zaciekawienie. Nie był tego pewny. Zresztą nie dała mu okazji na takie analizy.
                                      - Czyli to wasz regiment kręci się wokół Południowej Bramy? - zapytała go bez ogródek. - To po co te całe gadanie, że chcesz się do nas przyłączyć? - Uniosła brwi aby podkreślić swoją irytację. Tak, w tym momencie był już pewny, że była to irytacja. - Jaki regiment? Skąd idziecie? Dokąd? - Zadała mu serię szybkich pytań. Przez chwilę nastała cisza gdy jej koledzy także wpatrywali się w Stefana, wyczekując na odpowiedź. Wtedy otworzyły się drwi i do środka szybkim krokiem wszedł sierzant Lupo. Podszedł bliżej do porucznik, po drodze jednym spojrzeniem ogarniając całą scenę. Zatrzymał się przy niej i coś jej powiedział po cichu. Ale wskazał bokiem głowy na Stefana. Brwi oficer znów powędrowały do góry i skinęła głową. - A to ciekawe. - Rzekła po chwili i znów to chwilę trawiła. Wzięła ze stołu rękawice i zaczęła je nakładać, jakby to miało jej pomóc w podjęciu decyzji. - Lupo dotrzymaj towarzystwa naszemu nowemu koledze. A ja sobie z nimi porozmawiam. - Oznajmiła sierżantowi i zgarnęła jeszcze swój szturmak. Po czym wyszła. Lupo zaś popatrzył na Stefana jakby go oceniał. Inni oficerowie też wrócili do szykowania się do wyjścia. Poprawiali pasy, sprzączki, sięgali po leżące na sąsiednim stole tarcze. Wyglądało jakby szykowali się do walki. Drzwi znów się otworzyły i do środka wszedł jakiś żołnierz.
                                      - Frau porucznik mówi, żebyś go przyprowadził do bramy. - Wskazał na Stefana. Sierżant spojrzał więc na niego i skinął ku drzwiom.
                                      - No to zbieraj się. Czas na ciebie. - Rzucił mu obojetnie. I odprowadził ich obu przez przedsionek, dziedziniec aż do bramy zajazdu. Tam w koniu siedziała już porucznik. Jeden z żołnierzy trzymał jej hełm a ona wkładała swoje czarne włosy pod kaptur ochronny.
                                      - A no jest nasz ciekawski, zaginiony medyk. - Uśmiechnęła się ale z nutką cierpkiej ironii. Gdy we czterech podeszli jeszcze bliżej, Stefan dojrzał Kolesnikowa i paru jego łuczników. Nadal wyglądali jak leśne zbiry napadające na podróżnych. Ale sierżant posłał mu pozdrowienie skinieniem głowy. Lupo bez rozkazu oficer, jednak nie dał im się połączyć. A przy bramie jeszcze paru strażników oddzielało ich od siebie.
                                      - Powiedzcie swoim oficerom, że jesteśmy w pełni otwarci na współpracę w tłumieniu tego buntu. Musi on być zdławiony natychmiast i bezlitośnie. Sami widzicie jacy oni są. - Wskazała na uwiązane do tablicy ogłoszeń ciało. Z wyciętą krwawą gwiazdą Chaosu. - Poza tym to jedyna sensowna droga prowadząca na wschód. Nie licząc tej co bezpośrednio prowadzi wzdłuż Wolf na Wolfenburg. Ale tam jest tłok taki, że wszystko utknęło. Ta droga przez Wendorf to jedyna sensowna alternatywa. Tu możecie się z nami kontaktować. - To zakładanie grubego kaptura nieco tłumiło jej głos i tylko czasem patrzyła w dół jakby sprawdzając czy Ostlandczyk jej słucha. Wskazała kciukiem na zajazd w bramie jakiego stali. Uporała się właśnie z kapturem i wyprostowała się. Dała znak sierżantowi ten ustąpił drogi Stefanowi aby ten mógł dołączyć do grupki Hochlandczyków jacy na niego czekali. Ona zaś wyciągnęła rękę i żołnierz podał jej hełm. Za ich plecami z karczmy wychodzili kolejni oficerowie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • MirasM Niedostępny
                                        MirasM Niedostępny
                                        Miras jako Miras
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #238
                                        • *Jest wojna, a My znajdujemy się w nieznanym dla Nas mieście i próbujemy rozeznać się , co i jak. Ta mgła ogranicza widoczność na tyle, by dać wrogom doskonałą okazję by się gdzieś zasadzić. Starajcie się nie robić większego hałasu niż to konieczne. *
                                          Kiedy wymawiał te słowa, Tobias schylił się by podnieść dwa, trzy kamienie leżące u jego stóp. Obejrzał je dokładnie i uśmiechnął się do obserwujących go towarzyszy, po czym schował je do kieszeni. Ci domyślili się do czego mu się przydadzą i sami pochowali po dwa, trzy w swoich kieszeniach.
                                          - Dobra, Beth. Sprawdzimy ten zamtuz. Musi tam być najemne wojsko, zapewne podpite, wiec też nieostrożne. Jednakże, musimy najpierw założyć że to może być pułapka, dlatego przede wszystkim musimy poruszać się bezgłośnie i zbadać teren wokół tego zamtuza, zanim podejmiemy dalsze kroki. Ktoś się nie zgadza?
                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        1
                                        • CioldanC Niedostępny
                                          CioldanC Niedostępny
                                          Cioldan jako Duivel
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Cioldan
                                          #239

                                          Szli już krótką chwilę. Na szczęście dla elfa, rycerz nie miał czasu aby w tej chwili udzielić mu reprymendy. Na samym początku jeszcze słyszał Jego donośny ton, jednak to wszystko. Ten sam moment na rozmowę wyczuł Thiemo i to On pierwszy zaczął nawijać. Gdy tylko przedstawił swoje odczucia, Duivel zaangażował się w rozmowę i od razu odpowiedział
                                          — Jeśli po moim występku mogę się tytułować odważnym albo obłąkanym to wybieram odwagę — zaśmiał się lekko przy ostatnich słowach, ale szybko wrócił do powagi — Nie wiem jakiego słowa tu użyć, ale to jednak raczej nie była odwaga... Nie. To był oportunizm, jedyny moment, kiedy ktoś taki mógł usłyszeć kogoś takiego jak my — wzruszył ramieniem — Więc skorzystałem. Jednak wiem, że to raczej szybko się nie powtórzy, a nawet jeśli, to pewnie rezultat będzie nieco inny — po chwili dorzucił sucho — bardzo nie lubię jak ktoś pytany je jedną rzecz, odpowiada na coś zupełnie innego albo w ogóle nie odpowiadają na pytania. Pewnie dopiero Szefowe będą wiedziały co z tamtymi ludźmi z Leśnego Dzbana.

                                          Karl, Oliver i Jurgen niby trochę słuchali tej rozmowy, ale głównie skupiali się na obserwacji, bo Oni po raz pierwszy wyszli do miasta. Duivel i Thiemo wciąż szli za nim krok w krok, ale oczy mieli wszędzie. Droga była prosta, więc najbardziej obeznany w okolicy tylko od czasu do czasu mówił czy gdzieś skręcić, kierując z tyłu trasą. Okiennice, górne piętra, dachy, kałuże przy rynnach. Mgła wisiała nad miastem jak wilgotna szmata i kleiła mu się do twarzy. Podciągnął chustę wyżej na szyję. Od niedawna kojarzyła mu się z dziwnymi zdarzeniami, jak konfrontacja z czarownicami czy latającymi potworami, więc i teraz miał jakieś dziwne przeczucie, że ona nie oznaczała niczego dobrego. Ani razu jednak nie pozwolił poznać po sobie niepokoju, nie zwolnił, ani też starał się nie mówić o pogodzie i swoich przemyśleniach na ten temat. Wzrok miał spokojny, jak zawsze.

                                          Gdy Karl i Oliver odezwali się o hałasie tylko pokiwał głową, dał mówić ich przewodnikowi. W tym momencie wolał się skupić na próbie wysłuchania o czym te głosy mówią/krzyczą, czy to przypadkiem nie są odgłosy walki. Słowa się rozmywały, ale ton nie. Kłótnia, krzyk, ktoś nawołujący do porządku. Przez jakiś czas wszyscy szli w milczeniu i w końcu doszli do Żelaznej.
                                          — Dziękuję za wycieczkę krajoznawczą, Thiemo — mruknął przyjaźnie, a po chwili towarzysze zaczęli rozmawiać. Wysłuchał ich, w tym propozycji Thiemo o swoim bracie — Dobry pomysł. Idziemy do szewca. Może się czegoś dowiemy... A do tego szewc to dla ciebie rodzina, a dla nas prawdopodobne źródło informacji
                                          Inne osoby które stały na drodze do "Złotego Kielicha" jeszcze ich nie zauważyli, więc spokojnie wrócili kawałek do domu z szyldem buta. Na wlocie Żelaznej Duivel uniósł dłoń. Zatrzymali się w cieniu, tuż przy wejściu do kamienicy. Elf odwrócił się do reszty.
                                          — Panowie, trzeba to jakoś rozegrać dobrze. Thiemo i ja wchodzimy do środka, jeśli ktokolwiek będzie. Jurgen, Ty póki co obserwuj czy nikt z tamtej grupki nie idzie w naszą stronę, Oliver, Ty może patrz czy nikt nie idzie od miejsca skąd przyszliśmy. Karl Heinz, Ty stań pomiędzy nimi, tak aby szybko przekazać jakieś informacje, no i żeby każdy z Was mógł spojrzeć na znajomą twarz. Jak w środku będziemy ... — tu przerwał i popatrzył na Thiemo, bo chciał powiedzieć 'pomocy', jakby spodziewał się agresywnej interakcji. Kontynuuował — ... w stanie powiedzieć, że wszystko ok, to zawołamy Was do środka. Nie chcemy też tutaj sprowadzić tamtej szajki do domu brata Thiemo, prawda? —
                                          Jednak zanim weszli, zbliżyli się do drzwi i Eonir przystanął tuż przed nimi. Przesunął palcami po jaśniejszych nacięciach w drewnie. Nie dotykał mocno, tylko sprawdzał krawędzie, kolor, to, czy drzazgi jeszcze pachną żywicą. Potem kucnął przy progu, obejrzał bruk, błoto w rynsztoku, ewentualne ślady butów i kół. Spojrzał w górne okna. Puste. Za pustkę mógł ręczyć tylko do pierwszego pietra. No i w niewielkiej odległości od okna, bo przecież ktoś mógł nie używać świeczek specjalnie.
                                          — Thiemo — zaczął cicho, nie podnosząc się — brat ma rodzinę? Tylne wejście, podwórze? Znają go sąsiedzi, lubią? — wysłuchał odpowiedzi, wciąż spoglądając na ślady — Te cięcia. Zdarzało się to dawniej?—
                                          Wstał i przyłożył ucho do drzwi, równocześnie starał się wytłumić odgłosy ulicy za plecami. Z jednej strony drewno, z drugiej odległy gwar tamtych ludzi. Jeśli byli to ludzie. Odsunął się na krok i skinął na Thiemo.
                                          — Puknij. Cicho. Dwa razy. Przedstaw się, nie wołaj. Chyba, ze macie jakiś swój kod...—

                                          Sam stanął z boku drzwi, tak aby nie być widocznym od strony ulicy i okien, z łukiem w pogotowiu, ale opuszczonym. Reszta bez większych przeszkód wywiązywała się z wymyślonych przez elfa zadań. Czekali.

                                          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          1

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa