Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 706 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • DekaresD Niedostępny
    DekaresD Niedostępny
    Dekares jako Dekares
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #46

    Stefan powoli przemieszczał się do przodu z Azurem przy nodze, grając w zbyt dobrze znaną grę polegająca na wykryciu "tamtych" podczas gdy samemu pozostawało się niezauważonym. Miał cały czas nadzieje, że przed nimi znajduje się Tobias Walder i Renia Theiss wraz ze swoimi miecznikami ale to nie zwalniało go z czujności. Odgłosy zamieszania zza pleców specjalnie go nie ucieszyły ale z drugiej strony jeśli przed mini są ich ludzie to powinni się zorientować, że mają do czynienia z ludźmi a nie kozami po wydawanych odgłosach i... Odgłos rogu wzywający na polowanie zamroził go w miejscu. Zbyt dobrze znał to wezwanie do łowów ze strony zwierzoludzi i szanse na to, że przednim są przyjaciele bardzo spadły. Ale to nic nie zmieniało, nadal szedł do przodu na ugiętych nogach jeszcze bardziej pochylając się i zasłaniając tarczą przed ewentualnym ostrzał. Po chwili zobaczył przelatująca
    jakiś metr od niego strzałę.

    - NO TO ZACZEŁO SIĘ! -Pomyślał gorączkowo jednocześnie zwracając swoją tarcze w kierunku z którego przeleciała strzała i starając się nasłuchiwać... .

    Uderzenie i ból spowodowały, że padł na kolana tracąc oddech. Na szczęście udało mu się nie zacząć krzyczeć z bólu po tym jak został trafiony, a jedynie zakląć Prawie bezgłośnie pod nosem. Instynktownie starał się zasłonić tarczą jak najlepiej potrafił, udało mu się także szybko złapać za obroże Azura i przycisnąć go do ziemi aby ten był zarówno mniejszym celem, jak i przede wszystkim aby samemu nie pognał w mgłę zagryźć napastnika. Ostlandczyk stracił kilka sekund na odzyskanie oddechu po czym gdy przekonał się że nie ma między żebrami wystającej strzały a w jego kierunku nie lecą kolejne pociski ani nie nacierają wrogowie ruszył przed siebie dalej ponownie nasłuchując. Musiał znaleźć wroga i ocenić z kim mają do czynnienia...no i odpłacić draniom po dziesięciokroć!

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #47

      Eitri westchnął. Oczywiście, że zasadzka. Nigdy nie wchodzisz na wrogi teren i spodziewasz się, że masz przewagę. Kiedy przeleciała pierwsza strzała, uniósł tarczę. Musiał przyznać elfowi rację, w tej chwili przydałby się jego muszkiet. Sęk w tym, że w tej mgle nic nie widział, więc strzelałby na oślep i nasłuchiwał czy coś trafił.

      Cała sytuacja jednak zaczynała go irytować. Stali bez czynnie kiedy łucznicy wymieniali się strzałami.

      - Na brodę Grimnira, nie możemy tu tak stać jak słupy! Niech ktoś wyda rozkaz ataku! - krasnolud zaczynał się martwić, że to co teraz przeżywają to zwykłe zmiękczanie ofiary - Skurczybyki chcą nas wykrwawić i dobić. - mruknął do siebie, ale nie ruszał się z kolumny. Miast tego zaczął się rozglądać za kierunkiem, z którego nadchodzą strzały i spróbował ustawić się w jego stronę. Najpewniej stamtąd nadciągnie szarża zwierzoludzi.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79 jako Pipboy79
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #48

        Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2521.04.23; wlt; południe

        Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
        Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
        Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

        Grupa von Falkenhorst

        Walka na bagnach była tak mętna i niejasna jak mgła i bagienna woda w jakiej walczono. Z jednego krańca kolumny marszowej ludzi nie było widać drugiego krańca. Ba! Nawet jak się było gdzieś w środku to nie było widać któregokolwiek z krańców. Najwyżej najbliższych sąsiadów i oddziałów. Więc co tu mówić o wrogach? Zwykle trzeba było strzelać prawie na ślepo. Do majaczącego we mgle ruchu, plamy, cienia albo po prostu na słuch w odgłos skąd we mgle zdawały się dochodzić kroki. Skuteczność tak prowadzonego ognia była trudno do oszacowania. Ale od czasu do czasu gdzieś z tej mgły dobiegał beczące lub prawie ludzkie odgłosy bólu sugerujące, że ktoś z kozonogich oberwał. Ale i bliżej było o wiele głośniej. Strzelcy krzyczeli wskazując sobie podejrzane cienie i próbując je trafić. Czasem ktoś dostał strzałą, oszczepem czy kamieniem wyrzuconym z procu. Większość tych pocisków spadała nieszkodliwie w wodę, wbijała się w grząską ziemię lub niknęła po lotki w błocie. Ale niektóre nadal trafiały w żywe cele. Część z nich wbijała się w tarcze, rozstrzaskiwała po pancerzach albo rykoszetowała po nich. Ale niewiele bo ludzie dysponowali dość lekką piechotą opancerzoną w średnie lub lekkie pancerze. Więc spora część pocisków jak już któregoś trafiła to wbijała się w żywe ciało powodując okrzyki boleści. A i te co sie nie wbiły w nikogo szarpały nerwy pokazując, że każdy kolejny może spowodować, że wojenna fortuna będzie mniej łaskawa niż w tej chwili.

        Ten cały chaos mglistej, bagiennej walki niezbyt sprzyjał rozmowom czy naradom nad obraniem strategii. Żołnierze starali się wykonać polecenia swoich dowódców. A ci jakoś być dla nich wzorem do naśladowania wskazując jak powinni postępować. W samym centrum była spieszona, młoda szlachcianka w nietypowym ubraniu bo skórzanych spodniach i do tego z lekką kuszą. Przez co sprawiała wrażenie raczej jakiejś najemniczki czy awanturniczki niż szlachcianki. Ale ci co byli w centrum szyku jak choćby Duivel, Eitri, Gotthart, część Hochandczyków czy Kozaków widziała jak szefowa kolumny też co chwila przeładowuje kusze, celuje w opary mgły i gdy wydawało jej się, że ma namiar na cel zwalniała cięciwę. Ta zaś wyrzucała z siebie masywny bełt który ze świstem mknął i znikał w mglistej kurtynie. Ale tak samo jak u innych strzelców wynik był trudny do oszacowania.

        Znalazła jednak czas aby odkrzyknąć elfowi jaki do niej zakrzyczał swoje pytanie.

        - Jak jeszcze nie słyszą “Tego” to są już martwi albo zaczarowani! - odkrzyknęła mu bez zastanowienia i wskazując wzrokiem mgliste pole walki. Rzeczywiście rwetes był… Typowy dla walk oddziałów o tej skali. Nie było szans na dyskretną akcję. O ile tylko ktoś był względnie po sąsiedzku to powinien usłyszeć ten hałas. A czy grupa Theiss co popłynęła łodziami albo kusznicy co mieli być oblężeni na farmie byli na tyle blisko aby to usłyszeć to trudno było w tej chwili stwierdzić. O rogu nic nie wspomniała ale nie widział u niej takiego. A ani Eitri, ani Gotthart, ani Meister nie kwapili się do jego użycia. A i u nich też nie dojrzał niczego takiego.

        - Obawiam się Duivielu, że przeceniasz skalę mojego głosu! - jasnowłosa magister popatrzyła na niego ironicznie ale chyba miała zdanie podobne do szefowej. I zapewne nie uważała aby w pojedynkę miała szansę przekrzyczeć kilka dziesiątek wrzeszczących mężczyzn jacy się tłoczyli na tej ścieżce i albo próbowali ustrzelić coś w tej mgle albo zasłonić się tarczami przed wrogim ostrzałem. Ale sądząc po jej ruchach i gestach gdy straciła nim zainteresowanie to chyba zaczęła coś czarować. A z tego co wiedział to magom bezpiecznie było nie przerywać to zajęcie wymagające precyzji i koncentracji.

        - A jak znajdziesz większą połać suchego lądu to daj znać! - krzyknęła do niego Petra znów unosząc kuszę i szukając celu w tej mgle. Więc chwilowo też zamilkła. Zwłaszcza, że każdy musiał okazać się sporą wytrwałością aby nie skulić się na tej ścieżce aby stanowić mniejszy cel dla nadlatujących z mgły pocisków. Widział jak jakiś kamień z procy świsnął z pół kroku obok nóg szefowej a ona przeniosła kuszę gdzieś skąd chyba nadleciał. Obok niego też wbiła się jakaś włócznia. Z wysoka więc zapewne nie był to bezpośredni rzut co jednak utrudniało zlokalizowanie miotacza. Sam też starał się odpowiadać ogniem. Był na tyle świetnym łucznikiem, że potrafił strzelić raz za razem w tym samym czasie gdy zwykły łucznik strzeliłby zapewne tylko raz. To nie wpływało na te momenty gdy wydawało mu się, że kogoś słyszy czy nawet dostrzega w tej bagiennej mgle. Ale jak już to się stało to wypuszczał strzałę i zaraz potem kolejną. Ale jak każdemu innemu strzelcowi w kolumnie trudno mu było zweryfikować skuteczność swoich strzałów.

        Gotthart za to nie opuszczał swoich Kozaków. I twardo przejął dowodzenie nad tym chaosem jaki zapanował na ścieżce. Krzyknął rozkazująco i do Mesitera i do von Falkenhorst aby halabardnicy zaatakowali niewidoczne we mgle cele.

        - To głupota! Ugrzęźniemy w bagnie, stracimy szyk, rozproszymy się i dopiero nas wystrzelają jak kaczki! I nie wiemy ilu ich jest! - sierżant halabardników jawnie zaprotestował przeciwko pomysłowi dowódcy Kozaków. A poza tym nijak jemu nie podlegał więc Gotthart czy inni dowódcy sierżantów mogli mu co najwyżej coś podpowiadać czy sugerować. A ten twardy, rozkazujący ton widocznie mu się nie spodobał. Właściwie jedyną osobą jaka mogła mu legalnie wydawać rozkazy była Petra von Falkenhorst. Jak zresztą i samemu Gotthartowi oraz każdemu innemu dowódcy czy żołnierzowi w ich kolumny. Właśnie na nią spojrzał Dymitri bo ona miała tu ostatnie słowo. Ta zawahała się na chwile. Otarła mokrym rękawem spocone czoło rozmazując po nim tylko brud i rozejrzała się dookoła jakby chciała rozeznać się w sytuacji. Ale wiele nie było widać było. Tyły Hochlandczyków jacy podzieleni na dwie przeciwne strony próbowali coś ustrzelić w tej mgle. I podobnie postępujących Kozaków w tylnej części kolumny. Z mgły nadal nie nacierał na nich żaden widoczny przeciwnik w jakiego można by wrażyć bełty, strzały, miecze czy halabardy. Za to niezmiernie spadały na nich strzały, pociski z proc i oszczepy. Wszyscy zdawali się krzyczeć a czasem ktoś głośniej gdy został trafiony.

        - Stać i strzelać! Przygotujcie się na atak ale zostajemy tutaj! Pogubimy i potopimy się w tych bagnach jak tam wleziemy! Stać i strzelać! Ty także Gotthart! Ciebie to też dotyczy! - po tej chwili wahania Petra wydała rozkazy. Spojrzała wprost na Gottharta świdrując go wzrokiem i pokazując palcem, że bynajmniej nie jest tutaj wyjątkiem i też podlega jej rozkazom. Po czym znów uniosła swoją kuszę i starała się znaleźć w tym chaosie coś do ustrzelenia. Meister zaś wrócił do swoich ludzi powtarzając rozkazy aby utrzymać szyk i być gotowym do odparcia ewentualnej szarży wroga.

        Stefan zaś zignorował nawoływania do powrotu swojego imiennika. Zostawił go bez słowa wyjaśnienia i starał się skorzystać z zamieszania aby podkraść się do przeciwnika. Już wcześniej wydawało mu się, że ma kierunek skąd dochodzą jakieś chlupoczące odgłosy. Jakby kroki. Schylony ruszył w tę stronę nadstawiając tarczę aby go chroniła przed spodziewanym ostrzałem. Szybko przekonał się o dwóch rzeczach. Pierwszą można było chyba uznać za pozytywną. Otóż jego podejrzenia sprawdziły się i dość szybko przekonał się, że te odgłosy to zapewne pochodzą od jakichś piechurów co poruszali się we mgle. Zapewne po to aby oddać strzał czy dwa po czym zmienić pozycję. Czy po to aby utrudnić namierzenie siebie przez kogoś na ścieżce czy po to aby sprawić wrażenie, że jest ich więcej. Ale nie sądził aby było ich więcej niż kilku. Przynajmniej z tych jakich wydawało mu się, że słyszy. Druga rzecz już nie była taka pozytywna. Otóż jego towarzysze jakich zostawił za sobą na ścieżce widocznie dalej strzelali. Niektórzy zapewne do tych piechurów jakich słyszał. I czasem te strzały przeszywały powietrze w całkiem bezpiecznej odległości. Ale ze dwa czy trzy razy to prawie musnęła go taka strzała w ramię czy głowę. W końcu nikt tam na ścieżce nie miał pojęcia, że ich kolega postanowił zagłębić się samotnie w te bagna. Nawet jego imiennik mógł ich jakoś ostrzec ale jak go zostawił z niczym to pewnie też nie wiedział co się z nim stało.

        Kolejne dwa szczegóły odkrył prawie równie szybko. Pierwszym było bagno. Z każdym krokiem zapadał się coraz bardziej. Jak tylko zszedł ze ścieżki to nogi zapadały mu się do połowy łydki, do kolan, do połowy ud, do krocza… Ciężko się szło przez te bagno. I niezdarnie. Każdy krok musiał wyszarpywać nogę z gliniastej, śmierdzącej bagnem mazi. Ta wyrywała się z chlupotem tylko po to aby zaraz potem znów z mlaśnięciem zagłębić się w trzęsawisko przy kolejnym krokiem. Nie było to ani zgrabne ani dyskretne. Więc właściwie nie powinien być zdziwiony, że ci do jakich starał się podkraść wykryli go zanim zdołał podejść na odległość szarży. Już widział dwie, trzy, może cztery mniej więcej ludzkie sylwetki. Chociaż jeszcze dość zamglone. Z dziko wyglądającymi przepaskami biodrowymi, z łukami, oszczepami i procami w dłoniach. Krzyczeli do siebie pokazując go sobie palcami. Po czym bez skrupułów otwarli do niego ogień korzystając z tego, że jest powolny, niezdarny w tej bagiennej matni. Większość pocisków spudłowała. Ale nie wszystkie. Oberwał po raz kolejny. Jakaś strzała rozorała mu obojczyk i poleciała dalej. Zapiekło! Ale brnął dalej z iście ostlandzkim uporem. Zaraz potem jakiś pocisk z procy trzasnął go w skroń. Zachwiał się i pociemniało mu na chwilę w oczach. Zamarł na moment ale po tej chwili zamroczenia otworzył oczy. Dalej był po kolana w bagnie i widział te zamglone sylwetki. Ostrzał ze ścieżki musiał przynieść jakieś straty bo jeden z napastników zawył boleśnie gdy kolejna strzała utkwiła mu w brzuchu. Złapał się za nią ale to przy już dwóch czy trzech co w nim tkwiły było za wiele. Upadł na kolana po czym zwalił się w błoto. Albo umarł albo dogorywał w każdym razie Stefan stracił go z oczu. Ale tamci przeciwnicy nie. Oddalili się nieco aby utrzymać odległość od niego. I dalej go ostrzeliwali. Widocznie skupili się na bliższym przeciwniku niż tym co był niewidoczny na ścieżce. A Ostlandczyk oberwał. Poważnie oberwał. Czuł ból w zranionych miejscach, gęstniejącą w ustach ślinę i osłabienie bólem. Ale jeszcze był w stanie utrzymać się na nogach i napierać dalej na tą mazistą pułapkę lub spróbować się wycofać. W końcu w okolicy dalej świstały strzały także od jego towarzyszy którzy nie wiedzieli, że tu jest samotny na bagnie w miejscu skąd wcześniej padały strzały ich przeciwników.

        - Trzymaj linię krasnoludzie. Potopimy się i pogubimy w tej mgle i bagnach. Wtedy nas dorwą po kolei. - w tym czasie na błotnistej, grząskiej ścieżce jaka wiodła przez to bagno Meister zachowywał spokój. I słysząc słowa Etriego dał mu znać, żeby się nie wyłamywał z jego oddziału. Co prawda wzrostem khazad niezbyt pasował do wyższych halabardników. Ale w całej tej kolumnie po wysłaniu oddziału mieczników Theiss łodziami to oni stanowili jedyny kompotent zawodowych piechurów przygotowanych do bezpośredniego starcia. A on bez swojego muszkietu niezbyt mógł się włączyć w walkę strzelecką. No i niezbyt widział jakby miał się włączyć. Co prawda wszyscy tu chyba coś krzyczeli i często nawet, że “Tam jest! Tam są!” ale on sam widział głównie bagno jakie ich otaczało i stopniowo roztapiało się w mglistej kurtynie. Czasem słyszał, że ktoś tam z tej mgły krzyknął zapewne gdy ugodziła go któraś ze strzał łucznikow no ale sam nadal tego nie widział. Więc mógł stanowić dodatek do oddziału karnych halabardników Meistera póki nie przyjdzie moment na bezpośrednie starcie. Te półtorej tuzina halabard mogło się okazać czynnikiem decydującym gdyby doszło do takiego starcia. Bo Kozacy Gottharta czy Hochlandczycy Stefana to raczej byli strzelcy i zwiadowcy niż regularna piechota. Właśnie dlatego szli przodem kolumny bo mieli większą wprawę od halabardników w podkradaniu się do przeciwnika. A pierwotnie Petra zdecydowała się podejść dyskretnie tak blisko przeciwnika jak się da. Ten nie wiadomo gdzie był ale wszyscy się chyba spodziewali, że gdzieś w tej zatopionej farmie gdzie zabarykadowali się tileańscy kusznicy. No ale widocznie obecna zasadzka nieco musiała zweryfikować te oczekiwania.


        - Strzały mi się kończą! - krzyknął któryś z hochlandzkich myśliwych. Rozległy się kolejne podobne okrzyki. Zresztą Kozacy meldowali Gotthartowi podobny stan już mocno przerzedzonych kołczanów. Zresztą u niego samego wyglądało to podobnie. Duiviel był w jeszcze gorszej sytuacji. Ten szybki, podwójny ostrzał jaki prowadził podczas walki właściwie już całkowicie opróżnił mu kołczan. Zostało mu parę ostatnich strzał do samoobrony i w ogóle na czarną godzinę.

        - Wstrzymać ogień! I cisza! Nasłuchiwać! - Petra zaklęła cicho ale jak pomacała swój kołczan to odkryła, że też już nie ma tam zbyt wielu bełtów. Ogień łuczników stopniowo słabł aż ustał całkowicie gdy jedni powtarzali drugim rozkazy szefowej. Ale i z tej mgły też już niewiele nadlatywało pocisków. Brudni, mokrzy i spoceni ludzie rozglądali się dookoła.

        - Mam dwóch zabitych! Reszta cała! - krzyknął z tyłu kolumny głos Meistera.

        - Meldować o stratach! Kogo brakuje!? - von Falkenhorst przeładowała kuszę i wycelowała ją w mgłę ale na razie nie strzelała. Widocznie meldunek sierżanta halabardników natchnął ją do kolejnego kroku.

        - U nas jeden ranny! Reszta cała! - Kolesnikow przepchnął się na tyły swojej grupy aby dać znać co u niego i jego myśliwych. Gotthartowi padł jeden z Kozaków ubity strzałami i oszczepami. Jemu samemu poza tym pierwszym trafieniem nic się więcej nie stało. Przynajmniej na razie.

        - Ale nie wiem co ze Stefanem. Nie widziałem ani nie słyszałem go od początku zasadzki. Poszedł gdzieś do przodu. Wołałem go ale nie odpowiedział. Może go trafili. Albo capnęli. nie wiem. - zameldował Stefan gdy podszedł do szefowej na tyle aby mogli swobodnie rozmawiać. Petra z rozstargnieniem pokiwała głową i przetarła dłonią twarz. Znów rozmazując tylko po niej brud i błoto. Zadarła głowę do góry jakby dopiero teraz dojrzała świetlne zjawisko nad ich głowami.

        - Co to? - zapytała zdziwiona. Wcześniej zaabsorbowana walką widocznie nie dojrzała tego wcześniej. Jak zresztą chyba większość sądząc po zdziwionych minach.

        - Taka mała, świetlna sztuczka. Nie obawiajcie się, nie zrobi nam krzywdy. - odparła spokojnie Alezzia ale też zadarła głowę do góry. Tam zaś widać było zamgloną plamę światła. Jakby wisiała tam w powietrzu jakaś spora latarnia. Tylko mgła rozmywała jej światło więc jej samej nie było widać. Ale już jej świetlną aurę tak.

        - Aha. No to… Dobrze… To ten… Zobacz co z rannymi. - Petra chyba nie do końca była przygotowana na taki popis magii ale jakoś próbowała do przełknąć i odniosła się do medycznych zdolności świetlistej magister. Ogień z mgły już prawie ustał.


        Mecha 07

        Próba przejęcia dowodzenia przez Gottharta

        OGŁ + Ranga + Dowodzenie + skille vs OGŁ + Ranga + Dowodzenie + skille

        zastraszanie +10 (Gotthart)
        groźny +10 (Gotthart)
        Ranga 4+2=6 -5 (Gotthart)
        Ranga 6 -5 (Petra)
        Ranga 4 -15 (Dymitri)
        wbrew hierarchii -10 (Gothart vs Dimitri)
        niższa szarża -20 (Gotthart vs Petra)
        niebezpieczna sytuacja -20 (Gotthart)
        rany -10 (Gotthart)
        świeżak -10 (Petra)

        Gotthart 45+10+10-5-20-20-10=10
        Petra 45-5-10=30
        Dymitri 45-15=30

        Gotthart vs Petra 50+10-30=30; rzut: https://orokos.com/roll/982133 84; 30-84=-54 > du.por = mowy nie ma! (z pełnym przekonaniem)

        Gotthart vs Dymitri 50+20-30=40; rzut: https://orokos.com/roll/982133 84; 40-84=-44 > śr.por = nie zrobię tego! (z przekonaniem)


        Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
        Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
        Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

        Grupa Theiss

        Po tym jak Theiss poderwała swoich ludzi do szarży wszystko przyspieszyło. Co prawda już po parunastu krokach zdołali namierzyć przeciwnika. I to o wiele mniej licznego. Ale ten tchórzliwie nie przyjął szarży dając dyla a jakby tego było mało okazało się, że flankuje ich druga grupa która skorzystała z okazji i zasypała mieczników strzałami, oszczepami i pociskami z procy. Co skonfundowało Theiss jak i jej ludzi. Ich bieg stracił werwę a w bieg po tych bagnistych wykrotach, pomiędzy krzakami i zawalidrogą w postaci resztek danego płotu wprowadził dodatkowy element dezorganizacji. Natarcie trafiło w próżnię zamiast w przeciwnika a poprzez zaskoczenie i ostrzał do reszty wytraciło impet.

        - Kozie syny! Uchylają się od walki! - zawołała ze złością Theiss chyba będąc pewna, że ona i jej ludzie roznieśliby przeciwnika na swoich mieczach. A ten nawet jeśli początkowo był zaskoczony nagłą szarżą szermierzy to szybko odskoczył, pozbierał się i teraz atakował. Zza krzaków, z mgły, zza jakichś zatopionych gratów nadlatywały kolejne oszczepy i strzały. Większość chybiała. Wbijały się w grząską ziemię bez szkody dla atakujących. I nie przyjmowali walki. Nawet jak jakaś grupka mieczników namierzyła miejsce skąd padają strzały i ruszała tam aby się z nimi rozprawić to ci odskakiwali. A ludziom trudno było ścigać się z kopytnymi. Gdy zaś pościg się skończył kopytni odwracali się i znów zaczynali razić przeciwnika za pomocą łuków, oszczepów i proc. Co dla zawodowych szermierzy było bardzo frustrujące. Więc może dlatego gdy Tobias zaproponował Theiss aby przebić się do budynków to ta przez moment przygryzła wargę w zastanowieniu ale skinęła głową.

        - Naprzód! Do tej cholernej farmy! Nie ma co się ganiać z tymi tchórzliwymi kreaturami! Osłaniać się tarczami! - wykrzyczała rozkazy i jej ludzie dość szybko uformowali się w ruchome ściany jakie próbowały osłaniać się tarczami. Ponieważ teren był grząski i zagracony a oni byli w ruchu więc nie były to takie równe ściany jak na defiladzie. Ale i tak dawały poczucie zwiększonego bezpieczeństwa. Co potwierdzały suche stukoty gdy co jakiś czas jakaś strzała czy kamień wbijały lub odbijały się od nich. Strat mimo wszystko mieli chyba niewielkie. Zapewne i zwierzoludziom nie było łatwo trafić w tych warunkach. Tobias sam to mógł zaświadczyć bo w tym zamieszaniu, mgle, mokrych butach tonących w błocku, krzykach ludzi i nieludzi wcale nie było mu łatwo kogoś dostrzec na czas i strzelić. Ale chyba chociaż raz mu się udało bo ledwo posłał strzałę w sylwetkę widoczną częściowo za jakimś krzakiem a tamta zachwiała się skrzecząc na w pół zwierzęcym odgłosem boleści po czym znikła. Ale czy padł czy się schował tego nie był pewien.

        - Compagni! io sono il compagno! Reno! Compagni, aprite! - ten Tileańczyk co ruszył z nimi nazywał się Reno. I w całym tym zamieszaniu zaczął coś krzyczeć po swojemu. Trudno było się z nim porozumieć bo on ni w ząb nie rozmawiał w imperialnym a imperialni po tileańsku. Trzymał się blisko Theiss jako ktoś w rodzaju tłumacza i przewodnika. O ile tak można było kogoś określić pomimo bariery językowej.

        - Tam coś widać! - krzyknął któryś z żołnierzy gdy z mgły zaczeły pojawiać się kanciaste zarysy budynków. Spore. Pewnie stodoła, obora czy coś takiego bo znacznie większe niż zwykła, chłopska chata. Ostrzał zwierzoludzi jednak nie ustawał.

        - To tam! Dawajcie tam! - krzyczała Theiss pokazując mieczem gdzie mają się kierować. Ta mieszana grupka nieco skorygowała swój szybki marsz we wskazanym kierunku. Zaś po chwili usłyszeli z przeciwka jakieś ludzkie krzyki. To pobudziło “ich” Tileańczyka bo zaczął krzyczeć jeszcze głośniej i szarpnął sierżant za ramię pokazując w tamtą stronę.

        - Tilea! Tilea! - krzyczał do niej radośnie pokazując na te już dość dobrze widocznie budynki stodoły.

        - Dajemy tam! Nie guzdrać się! Dalej, no dalej! - krótkowłosa blondynka starała się zmobilizować swój oddział do tego ostatniego wysiłku. Jeszcze krótki trucht i nad głowami świsnęły bełty kuszników. A odrzwia uchyliły się i pokazały się ze dwie sylwetki z kuszami jakie machały do nich zachęcająco. Wszyscy ruszyli tam hurtem a przodował Reno jaki machał do swoich kamratów i wrzeszczał do nich po tileańsku jak oszalały. Jeszcze ten ostatni kawałek i wszyscy miecznicy, razem z Theiss i Tobiasem znaleźli się w jakimś mrocznym, wilgotnym miejscu. Słyszeli swój własny szybki oddech. I uderzenia pocisków o przegniłe bale stodoły. Te musiały być jednak wciąż na tyle solidne aby stanowić dla nich zaporę nie do przebycia.

        - Ciemno jak w dupie. Dajcie tu jakieś światło! - sarknęła Theiss niejako poświadczając, że do błękitnokrwistych nie należy. Wewnątrz stodoły nie było okien poza jakimiś małymi na piętrze i dziurami w dachu więc w środku mglistego dnia było dość ciemnawo. Ledwo widać było zarysy sylwetki a twarze mieniły się jako jasne owale. Theiss wpadała w oko dzięki swojej złotej plamie czupryny na głowie. Ktoś jednak przyniósł zapaloną lampę więc chociaż w jednym miejscu zrobiło się jaśniej.

        - Porucznik Maurizio di Ferro. Kusznicy. Tilea. - przedstawił się któryś z gospodarzy. Był brudny tak jak wszyscy w stodole, nieważne czy dopiero tu przybiegli czy nieco wcześniej. Miał na sobie kaftan z bufiastymi rękawami i takimiż spodniami. Ale też i napierśnik jakiego nie mieli jego żołnierze i ozdobny morion co sugerowało, że jest wśród nich wyższy szarżą.

        - Sierżant Theiss. Renate Theiss. Korpus von Falkenhorst. Spotkaliśmy waszych ludzi na drodze. - wciąż jeszcze nieco zdyszana sierżant przedstawiła się Tileańczykowi i oboje przesunęli się wzrokiem po swoich sylwetkach.

        - Che belle signora! - zawołał Tileańczyk jaki mimo powagi chwili na moment się rozpromienił. Ujął dłoń blondynki z Nordlandu i ją ucałował jakby była wielką damą. Co na moment ją chyba skonfundowało.

        - Tak… Eee… Jak wygląda sytuacja? Ilu macie ludzi? Właśnie. Jak u nas? Odliczyć! - wybrnęła ze zmieszania wracając do służbowego tonu. A jej ludzie szybko się przeliczyli. Okazało się, że jednego brakuje. Chyba dostał. Ale nie byli pewni.

        - Mam dziesięciu. Pięciu całych. Trzech rannych. Dwóch ciężkich. Dziesięć kusz. Mało bełtów. Dużo strzelaliśmy. I wina mało. Na zewnątrz mgła i bagna. I te rogate bestie. A teraz światło. - porucznik Ferro mówił w reikspiel z wyraźną trudnością używając prostych słów. Ale mniej więcej dało się zrozumieć o co mu chodzi. Reno coś krzyknął unosząc trzymaną w rękach ciężką kuszę. Nie miał jej wcześniej więc pewnie wziął jakąś tutejszą albo nawet swoją własną jaką zostawił tu wcześniej.

        - Światło? Jakie światło? - zdziwiła się Theiss bo większość pozostałych rzeczy o jakich mówił tileański oficer można się było spodziewać.

        - Chodź. Na górę. - powiedział Ferro i dał znak aby ruszyć za nim. Weszli po jakimś pniu z naciętymi stopniami na piętro stodoły. Tu było znacznie jaśniej ale nadal nie do końca jasno. Tam gdzie dach był cały krył wszystko w głębokim cieniu. A tam i tu stanowiska mieli tileańscy kusznicy. Wszyscy z ciężkimi kuszami zdolnymi przeszyć pancernego na wylot. Albo kopytnego. Jak to sam na własne oczy widział Tobias i reszta imperialnych. Ich dowódca podszedł do jednej z dziur w dachu i pokazał tam w dal. Rzeczywiście widać było jakąś dziwną, łunę zamglonego światła. Chyba nad gruntem. Jak jakaś pochodnia czy latarnia. Ale rozmyta przez mgłę. Przez co trudno było oszacować odległość.

        - Tam walka. Teraz cicho. Ale przed chwilą walka. Dużo hałasów. - powiedział Tileańczyk odsuwając się bo na raz przy dziurze mogło stać dwie, góra trzy osoby.

        - To pewnie nasi. Ci co poszli z szefową ścieżką. My przypłynęliśmy łodziami. - oznajmiła Theiss ale z zamyślonym wyrazem twarzy. To zamglone światło majaczyło gdzieś tam nie wiadomo gdzie. Znacznie bliżej widać było zabudowania reszty farmy. Stały po drugiej stronie stodoły. Chłopska chata, jakaś szopa, studnia, resztki przegniłego ogrodzenia z żerdzi… Na podwórzu nieruchome ciało jednego z kuszników. I jakby dla równowagi jakiegoś kopytnego z bełtem tkwiącym w ciele.

        - Albo trzeba się do nich przebić. Albo czekać na nich tutaj. Albo zawijać się do łodzi. Ale mogą mieć nam troszkę za złe jakby dotarli tutaj a nas już tu nie było. - Theiss zaczęła na głos rozważać sytuację. Do łodzi było całkiem blisko. A i z dziesiątką kuszników mieli szansę się pomieścić na łodziach. Tylko znów zapewne trzeba by się bawić w berka strzelanego ze zwierzoludźmi. Ale umówili plan co ta grupa co dotrze pierwsza do farmy ma ją zaatakować a druga ją wesprzeć. Bo w Tongruben jeszcze nie było wiadomo która z grup pierwsza dotrze na farmę. Więc zapewne Theiss nie chciała robić wrażenia, że wystawili resztę do wiatru nawet jeśli była szansa na szybki odwrót do łodzi. Więc raczej rozważała dwie pozostałe opcje.

        - My pójdziemy z wami. - zaoferował się di Ferro wskazując na swoich kuszników. Ciężka kusza miała ogromny zasięg, przebijalność i siłę rażenia. Ale była dość wolnostrzelna. Zaś w tej mgle raczej liczyła się szybkostrzelność i refleks niż zasięg i moc. Jednak chociaż tylko z połowa Tileańczyków nie odniosła lżejszych czy cięższych ran to jednak zapewniali element strzelecki miecznikom Theiss. Bo jeden łucznik, choćby najdoskonalszy, nie mógł zapewnić należytej ochrony strzeleckiej prawie dwóch dziesiątkom piechociarzy i to przeciwko większej liczbie napastników. Z tego co dało się dostrzec na zapleczu farmy to kopytnych było może tuzin. Chyba. Trudno było ich zliczyć jak co chwila jeden czy dwóch z nich strzelali z łuku czy ciskali oszczepem z tej czy innej strony. Równie dobrze mogło to być mylne wrażenie i było ich z połowę mniej. Albo ze dwa razy więcej.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #49

          Śmierć młodego Wołochatina, trafionego strzałą w gardło, wywołuje w Gotthardzie gwałtowną reakcję – gniew miesza się z gorzką refleksją nad tym, jak niedawno chłopak przechodził swój „chrzest bojowy”, a teraz już nie żyje. Porucznik stara się zachować zimną krew, przyklęka, by utrudnić wrogowi celowanie, i szybko wraca do dowodzenia. Powstrzymuje impulsywnych kozaków, którzy chcą rzucić się we mgłę, by pomścić towarzysza, podkreślając konieczność utrzymania szyku i działania w zorganizowany sposób.

          Widząc pogarszającą się sytuację, Distler dochodzi do wniosku, że dalsze pozostawanie w miejscu jest zbyt ryzykowne. Podejrzewa, że napastnicy mogą być jedynie zwiadem mającym ich zatrzymać do czasu nadejścia większych sił, a dodatkowo zdaje sobie sprawę, że przeciwnik ma przewagę w ograniczonej widoczności. Udaje się do Petry i stanowczo naciska na natychmiastową decyzję o ruchu – nieważne w którą stronę, byle szybko wyrwać się z niebezpiecznej pozycji. Jednocześnie kontynuuje walkę, strzelając w kierunku, z którego dochodzą odgłosy wroga.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CioldanC Niedostępny
            CioldanC Niedostępny
            Cioldan jako Cioldan
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #50

            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
            Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
            Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

            Grupa von Falkenhorst

            Duivel szedł po ścieżce i gdy tylko usłyszał ruch we mgle, bądź zobaczył jakieś cienie, to strzelał aż wyczerpał praktycznie cały kołczan. Gdy przechodził koło Gottharda, zauważył, że nikt nie posłuchał się jego samowolnym rozkazom Distlera, nawet Jego podwładni co sprawiło, że mimo sytuacji w jakiej byli, na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech. Doszedł do Petry, Alezzi i mniej więcej w tym samym czasie przyszedł w to miejsce Stefan. Chciał spytać go o drugiego Stefana, ale Petra uprzedziła elfa pytając o stan całej kompanii. "A więc mamy już ofiary, a strzał już nie...." pomyślał, jednocześnie patrząc na swoją szablę. Nie uśmiechało mu się przerzucenie na inną broń, szczególnie, że w swoim życiu nie znajdował do tej pory czasu na jakiś większy trening szermierczy.

            - Szanowna Czarodziejko, piękna ta kula, podziwiam Twe zdolnośći, ale jaki w tym cel? Chcemy ich zachęcić do przyjścia bliżej nas i żeby zaatakowali nas na ścieżce? Wzywamy posiłki? - spytał się Mundo-naru.
            - Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że moje światło rozproszy tą mgłę. Albo chociaż rozjaśni sytuację. No ale jak widać chyba niezbyt to tak działa. - mag spojrzała w górę na swoje świetlne dzieło i przyznała, że miała nadzieję na jakieś bardziej widowiskowe wyniki. Duivel jednak ewidentine przyglądal się kuli z podziwem.
            - Ale może też da znać innym gdzie jesteśmy. Bo, jak widać, zwierzoludy i tak już o nas wiedzą. - Alezzia spojrzała dookoła bagienno-mglistej scenerii jaka ich otaczała. Ostrzał z obu stron już raczej zamarł no ale ranni i zabici świadczyli, że przeciwnicy wiedzą o swojej obecności.
            - A teraz wybacz elfie ale muszę zająć się rannymi. - skłoniła nieco swoją świetlistą grzywą i ruszyła tam gdzie ją wzywano do rannych i powalonych. I dało się zauważyć, że brud i błoto zdawało jej się nie imać. Wciąż była czysta i sucha co wydawało się niemożliwością dla każdego innego. Nawet ich młoda szlachcianka była utytłana bagienną wodą i błotem ale na świetlistą uczoną to zdawało się nie mieć wpływu. Elf ze zdumieniem zauważył ten fakt, gdyż do tej pory spotykał się raczej z tym, że to właśnie przedstawicieli jego rasy nie imał się brud i kurz. Sam również wyglądał zadziwiająco czysto, co pewnie rzucałoby się bardziej w oczy, gdyby wszyscy nie byli zajęci walką i leczeniem ran.
            - Dziękuję Świetlista Pani! - zdołał jeszcze krzyknąć w kierunku odchodzącej magini i swoją uwagę przeniósł na Petrę
            - Droga Szefowo, mam olbrzymie straty... w strzałach. Gdyby zwierzoludzie mieli tu podejść, to byłoby świetnie gdybym miał tak pół kołczanu aby szybko w nich wystrzelić, a później mogę spróbować swoich sił w szermierce… Mogę pójść tą ścieżką dalej za halabardników na zwiady, może znajdę Stefana, albo wioskę. Jakie rozkazy? - zagadł Duivel.
            - Każdy ma. - cierpko zauważyła szefowa wskazując dłonią na swój kołczan na bełty. W jakim też już zostało ich niewiele. - Co ja ci na to poradzę? Przecież nie skręcę ci ich z powietrza. Zapasowe strzały zostały na wozie. - powiedziała nie mniej cierpko. Wydawała się być nie w humorze jakby ta cała zasadzka i walka w tak niekorzystnych warunkach nie nastrajała jej zbyt pozytywnie. Po czym rozejrzała się dookoła zastanawiając się nad czymś.
            - Stefan. Daleko jest jeszcze do tej zatopionej farmy? - zapytała herszta hochlandzkich łuczników jaki zdawał się nieźle orientować w tutejszej okolicy. Zapytany podrapał się po baraniej czuprynie i teraz on się rozglądał chwilę chociaż w tej gęstej mgle trudno było złapać dalszą orientację.
            - Nie, raczej nie. Większość już przeszliśmy. Te rogate łby jak były w wiosce po tych kuszników to pewnie za daleko do nas by nie wychodziły. To nie, już niedaleko. Może z pół pacierza, może pacierz, może trochę więcej. No niezbyt daleko. - odparł szefowej po tej chwili zastanowienia.
            - Czyli z pacierz, pół albo trochę więcej? No oby. Nie uśmiecha mi się głębiej pakować w te cholerne bagna. - Petra pokiwała głową i teraz ona popatrzyła tam, w mglistą dal w jaką maszerowali do tej pory.
            - Dobra to weź Duivela i idzcie na czujkę. Uważajcie na Stefana. Może gdzieś tam jest. My też ruszamy. Nie ma co tu czekać aż te łachudry we mgle namyślą się na kolejnego psikusa. - zdecydowała w końcu wyznaczając ich obu na czujkę jaka miała sprawdzać drogę przed główną grupą.
            - Ta je psze pani! To chodźże elfie, chodźże! - zawołał radośnie Hochlandczyk i dał znak aby Duivel dołączył do niego.
            - Aha, Stefan. Duvielowi strzały się skończyły. Zróbcie mu zrzutkę po jednej czy dwie bo nie ma czym strzelać. - dorzuciła szefowa jakby jej się coś przypomniało. Kolesnikow skrzywił się niezbyt ucieszony ale pokiwał głową na zgodę.
            - Dziękuję Ci Pani i Tobie Stefanie za strzały, ruszamy! - Duivel jakby krzyknął... ale cicho przytłumionym głosem. Rozumiał szorstkość Petry, ale dostał to po co przyszedł, a teraz trzymał się blisko Hochlandczyka i ruszyli przodem w kierunku wioski.
            - Prowadź Stefan! Bądźmy czujni i nie zastrzelmy Twojego imiennika jeśli jeszcze w ogóle żyje..

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Pipboy79
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #51

              Tobias przyglądał się uważnie Renacie Theiss. Jej oczy taksowały po twarzach zebranych w wilgotnej, cuchnącej stodole, nerwowo przegryzając wargę. Jej wzrok napotkał wzrok Tobiasa, który rozważał opcje które pani sierżant przedstawiła. Najmniej podobała mu się opcja ucieczkę łodziami. Nie przybyliśmy tu by wymienić Tileańczyków na Swoich. Nie zostawimy ich na tej żałosnej farmie na pastwę tych, w żyć chędożonych bestii. Co to to nie, poczekanie tutaj ma sens, ale nie godzi się siedzieć tu i czekać, kiedy grupa szefowej może być w tej chwili otoczona przez zwierzoludzi. Gdybyśmy się tylko do nich przebili - zakładając że nie weźmiemy się wzajemnie za wroga - moglibyśmy wycofać się drogą, którą oni przybyli. Jeżeli jest faktycznie wąska, oznacza to że bestie będą nas atakować tylko z jednej strony - od tyłu, i to nie w wielkiej ilości. z tym moglibyśmy sobie poradzić.
              Tobias podszedł to Thiess i wskazał coś palcem i pani sierżant podążyła wzrokiem w tym kierunku.

              - Ta dziwna poświata, to może być Nasza Pani czarodziejka? Jak Pani myśli? Z tamtego kierunku dochodzą odgłosy. Myślę że powinniśmy się do nich z Tileanczykami przebić. Dać znać że ty my, i tak dalej...

              Tobias odwrócił się do Tileańczyków.

              - Ale może tych rannych udałoby się załadować na łodzie i dając im małą eskortę wysłać do wioski? Tych dwóch i tak ktoś musiałby nieść.

              Spoglądając w zatroskana twarz pani sierżant Tobias jej nie zazdrościł. Życie wielu zawsze spoczywało w rękach garstki. Nie zazdrościł jej odpowiedzialności za decyzję które trzeba podjąć, gdy czas ucieka, gdy są ranni.

              - Cokolwiek Pani sierżant nie zdecyduje - tu Tobias omiótł wzrokiem po twarzach żołnierzy - jesteśmy z panią sierżant.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • DekaresD Niedostępny
                DekaresD Niedostępny
                Dekares jako Dekares
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #52

                Pocisk z procy walący Stefana w skroń w końcu przywrócił mu jasność myślenia którą do tej chwili odbierała mu chęć dopadnięcia znienawidzonego wroga. Przez chwilę strach chciał przejąć nad nim kontrolę i kazać rzucić mu się do panicznej ucieczki, na szczęście udało mu się opanować i zacząć działać logicznie aby uratować się przed śmiercią. zrobił krok w tył po czym klęknął w bagnie i zasłonił się tarczą wyciągając jednocześnie jedną ze swoich mikstur leczniczych aby ja wypić.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #53

                  Eitri zaczynał coraz bardziej żałować, że pozostawił broń palną. Chociaż w tej cholernej mgle byłaby równie użyteczna, co on w tej chwili.
                  Westchnął tylko jak usłyszał komendę sierżanta halabartników.

                  - Tak jest, sierżancie! - odpowiedział tylko i ponownie się ustawił unosząc odrobinę tarczę - Co powiecie chłopaki na zakład? Temu, który utłucze najwięcej szkaradztw, reszta stawia kolejkę? - zawołał do reszty piechoty. Trzeba dać coś, aby zajęło ich głowy.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79 jako Pipboy79
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #54

                    Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2521.04.23; wlt; południe

                    Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                    Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
                    Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                    Wszyscy - osada Tongruben

                    Na grząskiej ścieżce buty tonęły w błocie. Ale zwykle błoto i kałuże były na znośnym poziomie. Co innego poza ścieżką. Bo tam jak ktoś zawędrował to łatwo było zapaść się w tą bagienną wodę i błoto do połowy łydek, do kolan albo jeszcze głębiej. Nie było więc dziwne, że żołnierze wracający do Tongruben po tej ścieżce byli mokrzy i ubłoceni, zwłaszcza od kolan w dół. Właściwie nie zdarzało się aby udało się komuś wyjść z tych bagien mokrych i ubłoconych butów oraz spodni. Może poza Alezzią jakiej błoto i bagno zdawało się nie imać. Wciąż była czyściutka i sucha jakby wcale nie zrobiła sobie wycieczki na jakieś bagna.

                    I chociaż osada Tongruben położona na skraju Mglistych Bagien nie prezentowała się zbyt okazale, nawet jak na standardy ostlandzkich wiosek bo chary wydawały się jakieś przygarbione a błota między nimi było w nadmiarze na kilka innych wiosek to chyba w mało którym sercu nie pojawił się cieplejszy płomyczek na widok regularnych, drewnianych i krytych strzechął brył wyłaniających się z mgły. Wreszcie jakaś cywilizacja! Jakiś suchy i ciepły kąt, może jakaś ciepła strawa do przełknięcia no i przede wszystkim chyba wszysyc mieli dość tych cholernych bagien, mgły i atakujących z zasadzki zwierzoludzi. Zwłaszcza jak na spotkanie, na skraj wioski wyszło im tych paru Gebirgsjaeger gdy widocznie byli w czuwaniu czekając na ich powrót. A tutejsi mieszkańcy zaciekawieni jak poszła śmiałkom wyprawa na tutejsze bagna skryte wieczną mgłą. A jak poszła? Właściwie chyba nieźle. Przynajmniej udało się osiągnąć główny cel po jaki się wyprawili czyli odnaleźć i sprowadzić z powrotem oblężonych przez zwierzoludzi tileańskich kuszników. Ale jednak ta walka we mgle i bagnie mocno dała się we znaki i zszarpała nerwy większości z nich. I ponieśli pierwsze straty w walce z Chaosem chociaż jeszcze nawet nie byli na ostlandziej ziemii.

                    Nie było do końca pewne czy Petra zdecydowała się ruszyć pod wpływem słów Gottharta czy z innych powodów. W końcu już w rozmowie z Duivelem zdawała się być skłonna aby kontynuować marsz na zatopioną wioskę. Więc obaj z Kolesnikovem jakiego elf podejrzewał o napad na karawanę jego wuja sprzed lat, ruszyli na czoło kolumny. Zaś on i jego leśni zbóje podzielili się ze spiczastouchym swoimi strzałami. Każdy dał mu po jednej chociaż nie wydawali się być zadowoleni z tego bo zapasowych kołczanów nikt nie zabrał a w ich własnych też już strzały były mocno przerzedzone. Ale jak herszt tak kazał to jednak oddali mu po strzale. Dzięki czemu kołczan elfa nie był już tak żałośnie pusty. Chociaż za mało to było aby znów był pełen. W porywach optymizmu można było uznać, że ma prawie połowę kołczanu.

                    Potem obaj ze Stefanem przeszli na czoło myśliwych. I już sami, we dwóch, ruszyli w tą mglistą ścieżkę. Hochlandzyk wskazał mu na ślady jakie zostawili tu wcześniej z jego imiennikiem. Dało się poznać jak dwie osoby szły obok siebie. Aż jedna z nich wróciła w stronę głównej kolumny.

                    - Gdzieś tu go widziałem ostatni raz. - powiedział cicho Kolesnikov wskazując na widoczne w błocie ślady rozstania. Tutaj musiał wcześniej zawrócić do reszty a te drugie tropy jakie zostawił jego ostlandzki imiennik dalej zmierzały ścieżką w stronę gdzie miała być ta zatopiona farma i oblężeni tileańscy kusznicy. Była to dość wyraźna wskazówka co się dalej działo z zaginionym Jeagerem. Szli tak we dwóch przez tą mgłę aż okazało się, że te pojedyncze tropy schodzą ze ścieżki. Stefan cmoknął z niezadowolenia i pokręcił głową. Widocznie zastanawiał się co teraz powinni zrobić. W końcu Petra kazała im być czujką dla głównych sił i mieli sprawdzić dalszą drogę czy da się dojść do tej zatopionej farmy. I jak się da to znaleźć Stefana. Ale pewnie zakładała, że żywego, rannego czy martwego znajdą gdzieś na ścieżce. A tu wyglądało na to, że z niej zszedł i ruszył na przełaj przez ten zdradliwy, grząski teren. Tam gdzie było głębsze bagno, więcej mgły a w niej pewnie ci zwierzoludzie co ich atakowali. Chociaż teraz jakby wszystko to ucichło.

                    Niejako sam zaginiony pomógł im się znaleźć oraz podjąć decyzję. Usłyszeli okrzyk bólu gdzieś tam przed nimi. Zaskakująco ludzki okrzyk. Stefan trzepnął w ramię elfa i dał znak aby ruszać do przodu. Szli po tej błotnistej ścieżce tak cicho i szybko jak się dało. Herszt hochlandzkich myśliwych narzucił raźne tempo bo krzyczący musiał być nie daleko. Szli przez dziewiczą ścieżkę na jakiej nie było ludzkich śladów. Aż dotarli do ubłoconego włócznika jaki z mozołem zmagał się z bagnem i atakującymi go strzałami. Sylwetek napastników nie było widać. Tylko co chwila z mgły wylatywała strzała albo pocisk z procy. Szybko dało się poznać, że Jaeger znalazł się pod krzyżowym ogniem i z której strony nie próbowałby się zasłaniać tarczą to wystawiał swój bok na ostrzał z tej drugiej strony.

                    Sam Jaeger musiał przyznać chociaż sam przed sobą dwie rzeczy. Pierwsza była taka, że chyba ten sprzedawca od jakiego kupił za ciężkie monety te mikstury leczące nie sprzedał mu bubla. Bo gdy gorzka, gęsta ciecz spłynęła mu do gardła to czuł niezbyt przyjemny smak. Znów zasłaniał się swoją tarczą próbując się krok po kroku cofać w kierunku gdzie wydawało mu się, że jest ścieżka. Chwiał się zmagając się z błotnistą pułapką w jakiej urzązł. Musiał walczyć o każdy krok. A cofanie się tyłem było jeszcze mniej wygodne i zgrabne niż gdy parł do przodu. Wyszarpnąć nogę z mlaszącym odgłosem i przy wtórze zgniłego, bagiennego zapachu wody po czym niczym w ciemność dać krok w tył. Gdzie noga znów zanurzała się do połowy łydki. Ale gdy się cofał i napierał na nią całym ciężarem ta zagłębiała się jeszcze bardziej. Zwykle do kolana. Czasem mniej czy głębiej ale zwykle gdzieś do kolana. Wtedy mógł niejako cofnąć tą nogę co akurat była z przodu i znów powtórzyć operację aby dać krok w nieznane. Więc samo cofanie się w tym bagnie było trudne i niezdarne. To nie był plac apelowy aby mógł po równym i pewnym terenie cofać się zasłaniając się tarczą przed ostrzałem napastników. Ale właśnie zaczął odczuwać jak ten połknięty eliksir zaczyna działać. Jakby od środka, z żołądka spłynęło na niego ożywcze ciepło jakie zaczęło promieniować na resztę mokrego i styranego ciała. Zagłuszało ból jaki odczuwał po tych kilku trafieniach z procy czy strzałami. Więc chyba jednak nie wyrzucił tych pieniędzy w błoto jak kupował wtedy, w całkiem innym czasie i miejscu te dwa eliksiry.

                    Drugie co mógł się zorientować już nie było takie pozytywne. A mianowicie te sylwetki napastników jakie majaczyły mu we mgle zorientowały się w jego zamiarach. I tak jak wcześniej cofały się gdy przedzierał się przez bagno do przodu aby zachować dystans i móc go ostrzeliwać teraz też to robiły. Tylko chytrze rozdzielili się. Chyba było ich dwóch. Przynajmniej najwyżej dwie sylwetki majaczyły mu na pograniczu widoczności. Ale obchodzili go. Szli przodem a nie się cofali więc poruszali się znacznie szybciej od niego. Bez trudu wzięli go w kleszcze. I co chwila ciskali ku niemu kamienie z procy lub strzałę z łuku. Z której strony by nie ustawił swojej tarczy to ten drugi zawsze miał wolne pole ostrzału. I znów go trafili. Zabolało! Chociaż jeszcze nie tak bardzo jak to co go trafiło wcześniej. Ale strzelali rzadziej i chyba uważniej tylko wtedy gdy nie był ku nim zwrócony tarczą.

                    - Stefan! Dawaj! Dawaj do nas! - niespodziewanie usłyszał za sobą okrzyk herszta Hochlandczyków. Jak sie odwrócił zobaczył za sobą dwie sylwetki. Hochlandczyka poznał po ciemnej czuprynie i brązowym ubraniu. Trzymał w jednej dłoni łuk a drugą machał do niego. Ten drugi to sądząc po złotej plamie brody i włosów to pewnie był Duivel. Widział ich, że stali mniej więcej cali, nie tonęli w bagnie więc tam pewnie była już ścieżka. Tylko musiał tam dotrzeć.

                    Zaś Duivel i Stefan zaczęli strzelać na słuch. Tam gdzie zdawało im się, że są ci dwaj co ostrzeliwują ich kolegę. To ich chyba nieco speszyło bo albo przekierowali swoje pociski na nich a w końcu odpuścili widząc, że dotąd nieruchawa przez bagno ofiara już prawie wyczłapała się z tego bagna i wróciła na ścieżkę.

                    Poza tym ten postój sprawił, że myśliwi idący na czele kolumny ich dogodnili. I aby pomóc napastnikom w podjęciu właściwej decyzji puścili od siebie kilka strzał w ich kierunku. Czy trafili czy nie to jak podczas całej tej wymiany pocisków w mgle trudno było stwierdzić. Ale całościowo już prawie nie zdarzało się aby strzelano w ich stronę.

                    Dopiero gdy prowadzona przez dwuosobową czujkę kolumna dotarła na skraj zatopionej w bagnie farmy to się zmieniło. Stefan i Duivel zostali ostrzelani z proc, łuków i oszczepów. Gdy już widzieli wyłaniające się z mgły kanciaste zarysy jakichś budynków. W sukurs szybko przyszli im myśliwi Kolesnikova jacy szli na czele kolumny. Zaczał się pojedynek strzelecki. Petra przepchała się naprzód aby sprawdzić co się dzieje. Chciała posłać do boju halabardników Meistera aby utorowali drogę. Ale na tej wąskiej scieżce byłoby to trudne. Oznaczałoby spore zamieszanie gdy jedna grupa próbowałaby się przedrzeć pod ostrzałem przez drugą. Do tego ścieżka z założenia sprzyjała aby maszerować gęsiego więc nie było mowy o formowaniu w oddział i uderzaniu całym impetem jakiego można by oczekiwać po prawie dwóch dziesiątkach halabardników. Meister próbował to właśnie wykrzyczeć do von Falkenhorst bo znów trzeba było krzyczeć aby się usłyszeć i zrozumieć. Gdy z przeciwka usłyszeli gwizdki.

                    - To Theiss! To sygnał do ataku! - krzyknął uradowany Meister od razu rozpoznając gwizdki powszechnie używane w wojsku przez mniejsze oddziały jakich nie było stać na rogi, trąby, piszczałki i bębny. Rzeczywiście zaraz z mgły dał się słyszeć krótki, kobiecy okrzyk jak wezwanie bojowe. A potem gruchot wielu kroków.

                    - Wstrzyma ogień! Nie strzelać! - Petra w ostatniej chwili wstrzymała ostrzał myśliwych. Po czym gdy widać było już pierwsze sylwetki z mieczami i tarczami w dłoniach wyłaniajace się z mgły kazała przepchać się jednak halabardnikom skoro w tej chwili strzelcy nie byli już zbyt użyteczni. Wzięci w dwa ognie rogacze nie stawiali żadnego oporu. Dosłownie. Oddali może jeszcze jdną czy dwie chaotyczne i rozproszone salwy do nadbiegających mieczników po czym dali dyla. Do walki właściwie nie doszło i obie grupy spotkały się na skraju tej zatopionej farmy.

                    Dla Thobiasa wyglądało to nieco inaczej. Nie miał pojęcia co tam się działo u głównej grupy na bagnach. Wiedział co się działo wewnątrz przegniłej stodoły jaką zajęli najpierw Tileańczycy a teraz przebił się oddział mieczników Theiss no i on sam. Ona zaś głowiła się jak postąpić w tej mętnej i niepewnej sytuacji. Kusiło aby zostać tutaj i poczekać. Stodoła wydawała się być względnie bezpiecznym schronieniem skoro rogacze nie zdołali tutaj dorwać kuszników jak ci jeszcze byli tu sami. Zrezygnowała z powrotu do łodzi.

                    - Niee. Na tych dwóch to trzeba by czterech noszowych. A ci eskorty. Trzeba by z połowę naszych ludzi z nimi wysłać. A potem co? Wrócić z powrotem tutaj? To już lepiej by było wsiąść na łodzie i wrócić do Tongruben. - skrzywiła się na propozycję Tobiasa. Po namyśle odrzuciła ją jako zbyt ryzykowną. Chyba, że jednak to byłby jedyny środek na powrót do błotnistej cywilizacji na pogranicznu tych cholernych bagien. Zostało więc albo czekać albo ruszyć w stronę tego mglistego światełka. To też wzbudzało sporo pytań i wątpliwości.

                    - Może. Może to ona. Trochę jak jakaś latarnia. Ale wysoko. Widziałam race ale one wybuchają i szybko gasną. A to świeci po cichu i ciągle. Jak latarnia właśnie. - główkowała na głos krótkowłosa sierżant. Nie było jej łatwo podjąć decyzję. Bo opuszczenie tego schronienia prawie na pewno naraziłoby ich na ponowne ataki zwierzoludzie. Takie z zasiegu gdzie miecznicy niezbyt mogli odpowiedzieć. Mogli liczyć tylko na swoje tarcze. Teraz co prawda byli z kusznikami ale ich ciężkie kusze chociaż o ogromnym zasięgu i sile rażenia to nie były jednak zbyt wygodne do operowania w ruchu. W końcu poszła na kompromis każąc zmajstrować jakieś nosidełka dla tych dwóch najcieżej rannych Tileańczyków. Co porucznik Ferro poparł więc zaczeło się wyrywanie desek, żerdzi, wiązanie płaszczów aby zmajstrować te mocno improwizowane nosze. W końcu jak były gotowe to gdzieś po sąsiedzku doszły ich odgłosy walki. Pierwszy raz odkąc miecznicy dopadli do stodoły. Więc kto mógł wyglądał przez dziury w przegniłym dachu albo ścianach próbujac coś dojrzeć.

                    - To na pewno nasi! Walczą z tymi pokrakami! - krzyknął w podnieceniu któryś z żołnierzy. To pomogło Theiss powziąć decyzję.

                    - Wszyscy na dół! Przebijamy się do nich! Jazda, jazda, nie guzdrać się! Poruczniku Ferro! Niech wasi ludzie wezmą rannych! I maszerują za nami! - blondynka szybko wykrzyczała rozkazu i zrobił się niezły tumult. Gdy imperialni i Tileańczycy grupowali się w półmroku na klepisku stodoły. Potem na dany znak któryś otworzył drzwi stodoły więc zrobiło się wąskie gardło gdy musieli po kolei wyskakiwać na zewnątrz. I tam grupować się jeszcze raz. Ale o dziwo nikt ich nie atakował.

                    - Za mną! Pogonimy tych kozich synów! - krzyknęła Theiss gdy już się ustawili przed stodołą. Po czym uniosła miecz w górę i wskazła nim kierunek marszu. Jej ludzie podążyli za nią mniej więcej w równej kolumnie. A porucznik Ferro poprowadził swoich kuszników. Jak czterech z nich musiało nieść rannych kolegów to pozostali zgupowali się dookoła nich wodząc kuszami w tą mgłę i próbując nadążyć za szybko maszerującymi miecznikami. Ci zaś dotarli na skraj farmy gdzie zza i z jednego z budynków rogacze prowadzili do kogoś ostrzał.

                    - Dalej chłopcy! Wreszcie mamy coś na nasze miecze! - krzyknęła i zadeła w gwizdek. Miecznicy do tej pory niezbyt mieli okazję się popisać swoimi umiejętnościami bo wróg ewidentnie unikał bezpośredniego starcia. Ale tym razem wreszcie trafiła się okazja gdy ten był zajęty ostrzeliwaniem kogoś we mgle. Pewnie ich kolegów co poszli ścieżką. Więc wojacy z obnażonymi mieczami, zasłaniając się tarczami runęli przez to błoto na przeciwnika. Ten widocznie zaskoczony odwrócił się ku nim. Już widać było koślawe, na wpół zwierzęce sylwetki koźlonogich i to jak ciskają w nadbiegających swoje oszczepy, łuki i proce. Ale mieli zbyt mało miejsca i czasu a sami byli rozproszeni aby przyniosło to wymierny efekt. I jak stanęli przed wyborem czy przyjąć walkę z nacierajacymi miecznikami czy dać dyla we mgłę to wybrali to drugie. Miecznicy stracili impet i w końcu się zatrzymali. Ale z przeciwka już było widać nadbiegających halabardników. Pojedynczo bo tam na ścieżce nie było miejca aby sformować i uderzać całym oddziałem. Ale wreszcie doszło do spotkania obu grup. A skoro to się udało i mieli już w swojej mocy tileańskich sojuszników to Petra stwierdziła, że nie ma co tu dłużej zwłóczyć i trzeba wracać do Tongruben. Znów musieli się jakoś poszeregować aby ciurkać się wężykiem po tej ścieżce przez bagna. Tym razem nie byli już atakowani jakby rogacze odpuścili. Więc po kilku pacierzach marszu po błotnistej ścieżce przed czołem kolumny zaczęły majaczyć chaty pierwszych zabudowań Tongruben. Co szybko przekazano do tyłu podnosząc wszystkich na duchu. A wkrótce wszyscy śmiałkowie wydostali się na znośnie grząski grunt jaki zalegał pomiędzy tutejszymi chatami. Można było odpocząć po tym bagiennym wysiłku.

                    - No i widzisz krasnoludzie. Chyba nie będzie komu stawiać tej kolejki. - uśmiechnął się Meister klepiąc przyjacielsko Eitriego po ramieniu. No rzeczywiście. Ani on ani jego halabardnicy do jakich przystał na czas tej bagiennej wyprawy niezbyt mieli okazji w co wrażyć ostrze. Najpierw w jedną i drugą stronę leciały strzały i pociski. Z czego część ubiła dwóch ich towarzyszy jakich sierżant kazał zabrać w drodze powrotnej. Potem wznowili marsz na tą zatopioną farmę bo szefowa tak kazała. A jak przez chwilę się wydawało, że wreszcie będą mogli zaszarżować na przeciwnika to ten wzięty w dwa ognie z miecznikami Theiss trchódzliwe dał dyla. Ostatecznie więc nie mieli za bardzo okazji aby się spróbować z przeciwnikiem. Chociaż jak wracali tutaj to okazało się, że z miecznikami było podobnie. Też dostali się pod ostrzał i prawie udaną zasadzkę po opuszczeniu łodzi. A potem dotarli do stodoły i zabyrakodowanych tam kuszników. A potem usłyszeli walkę w opołotkach farmy więc uderzyli no ale w próżnie bo zwierzoludzie zwiali. No to i nie było za bardzo komu stawiać tej kolejki bo i zwycięzców w tej proponowanej przez krasnoluda konkurencji nie było. Ale przynajmniej odbili tych kuszników no i większość z nich wróciła z powrotem do Tongruben.

                    - Sprawdźcie czy nikogo nie brakuje. - rzuciła Petra która zatrzymała się na błocie pomiędzy chatami, odwróciła i obserwowała mijające ją oddziały. W przeciwieństwie do stojacej obok Alezzi to szefowa była tak samo umazana błotem i brudną, bagienną wodą jak jej piechurzy. Sierżanci zrobili zbiórkę sprawdzając czy ktoś się nie zapodział gdzieś na tych bagnach. Ale nikogo nie brakowało. Wiec von Falkenhorst rozmówiła się z tutejszymi. Tak aby jakoś podzielić wojaków do każdej chaty i aby zjedli coś ciepłego. Bo jak wyszli z tych bagien i mgły to okazało się, że właściwie już połowa dnia, pora obiadowa i od śniadania jeszcze po ostlandzkiej stronie Wolf to nic nie jedli. Więc wojacy całkiem chętnie powitali ten pomysł i po chwili już samoistnie podzielili się na mniejsze grupy jakie znikały po chatach i obejściach tubylców. Petra zaś zadarła głowę do góry i wpatrywała się tam chwilę.

                    - Połowa dnia. A wiele dziś nie uszliśmy. - cmoknęła z niezadowoleniem. Przez tą bagienną eskapadę rzeczywiście zeszło im prawie pół dnia straty w porównaniu do pierwotnych planów marszruty.

                    - Do Breder niedaleko psze pani. Z jeden dzień. Dziś pół i jutro pół. Albo dziś dać sobie już spokój. To jutro do wieczora dojdziemy do Breder. - Stefan został na tej alejce błota aby doradzić coś szefowej jaka widocznie zastanawiała się nad dalszymi poczynaniami.

                    - Ludzie zmęczeni po tych bagnach. Brudni. Wszystko w błocie i mokre. Odpocząć by można. Ale jak trzeba będzie pójść to pójdziemy. - ostrożnie wyraził swoją opinię Meister. Petra cmoknęła dalej chyba nie do końca przekonana.

                    - Ja bym wolała stąd odejść jak najprędzej i jak najdalej. Nie chciałabym tu nocować. A na głównym trakcie do Breder też pewnie są jakieś wioski albo chociaż gospody. - Theiss chyba miała dość tych bagien i wolała oddalić się od nich niezwłocznie po obiedzie. Ale zostawiła ostateczne słowo szefowej. ta teraz spojrzała w stronę leśnego tunelu jakim las obramował błotnistą drogę jaka prowadziła do pierwotnego kierunku w jakim zmierzali.

                    - Przynajmniej słońce wyszło i się ładniej zrobiło. Chociaż ziąb. - powiedziała Alezzia wskazując na niebo jakie w międzyczasie rzeczywiście się rozpogodziło.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • CioldanC Niedostępny
                      CioldanC Niedostępny
                      Cioldan jako Cioldan
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #55

                      Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                      Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                      Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                      Grupa von Falkenhorst, Zatopiona Wioska

                      Elf mimo swojej niechęci do Kolesnikova, poszedł z nim bez wahania. Sam potrafił dobrze tropić, ale te tereny zdecydowanie lepiej znał Stefan, więc chcąc nie chcąc, musiał w tej sytuacji mu zaufać. Dość szybko doszli do miejsca w którym Jaeger zszedł ze ścieżki, gdy sytuacja się nieco wyjaśniła i zobaczyli kilka sylwetek oraz słyszeli już Stefana Ostlandczyka, szybko zareagowali. Duivel wystrzelił kilka strzał polegając głównie na słuchu, a jego towarzysz zaczął nawoływać imiennika. Gdy już byli na ścieżce we trzech, doszła do nich reszta grupy, a i strzały i inne pociski przestały w nich lecieć. Gdy dotarli już do zatopionej osady i po krótkiej konfrontacji byli bezpieczni, elf podszedł do rannego Stefana i zwrócił się do niego

                      - Szanowny Stefanie, jak sytuacja już się całkiem uspokoi to mogę spróbować Cię nieco podleczyć. Poza tym, jeśli możesz, zdradź mi proszę, co chciałeś tam osiągnąć sam w bagnach? Na pewno odciągnąłeś uwagę od głównej grupy paru tych parszywców, a za to dzięki.

                      Podczas drogi powrotnej szedł na samym końcu i uważnie rozglądał się czy pomioty nie próbują jeszcze zrobić jakiejś zasadzki.

                      Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                      Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
                      Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                      osada Tongruben

                      Doszli w końcu do osady, po przydzieleniu wojaków do konkretnych domostw, elf zaczął chodzić po gospodach w poszukiwaniu najświeższego jedzenia. Tam gdzie znalazł najbardziej odpowiednie dla niego jadło, dosiadł się i w spokoju skonsumował posiłek. Po napełnieniu brzucha, poszedł znaleźć Stefana, po czym zagadał do Niego

                      - Mości Stefanie, jestem gotowy do działania. Mogę zacząć od Ciebie, a może potem wspólnie pójdziemy wyleczyć resztę, bo słyszałem, że i Pan jest z podstawową wiedzą lekarską za pan brat.

                      Następnie poszedł/poszli wyleczyć resztę poszkodowanych.
                      Po skończonych praktykach lekarskich, Duivel poszedł do Petry i niepytany znów przedstawił swoją wizję reszty dnia.

                      - Droga Petro, z całym szacunkiem, ale lepiej nam wyruszyć jak najszybciej, aby jutro nie zajść na sam wieczór i stracić kolejną noc, a tak, może uda nam się coś jeszcze załatwić jutro w Breden. W każdym razie, czekam na rozkazy. -

                      po czym się ukłonił i czekał na odpowiedź.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79 jako Pipboy79
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #56

                        Gdy oddalał się od zatopionej wioski z resztą oddziału, Tobias szedł oglądając się przez ramię, oczekując jeszcze jakiś desperackich ataków zwierzoludzi. Po dłuższym marszu wreszcie się trochę uspokoił, na tyle by poczuć zmęczenie. To ciekawe, że w nerwach nie odczuwa się tak zmęczenia a nawet bólu - do pewnego stopnia. Przemoczony, brudny, marzył o odpoczynku. Ból palców powoli ustawał, łuk był cały a i strzał sporo zostało. Kiedy dotarli do Tongruben Tobias zdjął cięciwę z łuku i oczyścił go. - Uff, teraz coś zjeść i napić się - pomyślał.
                        Przymykając oczy odpoczywał, przeżuwając kawałek wędzonki, nasłuchując dźwięków otoczenia. Usłyszawszy propozycji elfa, Duivela, otworzył oczy, a gdy ten skończył, Tobias wstał i podszedł do Szefowej i elfa. Zanim ta zdążyła odpowiedzieć na jego propozycję Tobias rzekł:

                        - Muszę się zgodzić z Herr... z Duivelem. Powinniśmy posilić się i napoić, opatrzeć kogo trzeba i ruszać w drogę. Z każdą minutą wróg zbliża się do Lenkster, a nie wiemy czy nie napotkamy jeszcze po drodze jakieś przeszkody, które jeszcze bardziej opóźnią nasz powrót do miasta. Ta potyczka to za mało - moim skromnym zdaniem - byśmy musieli odpoczywać całą noc. Szybciej ogrzejemy się i odpoczniemy w miejscu pozbawionym tutejszej wilgoci. Decyzja jest Pani- Leutnant.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • DekaresD Niedostępny
                          DekaresD Niedostępny
                          Dekares jako Dekares
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #57

                          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                          Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                          Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                          Jeager miał wielką ochotę burknąć coś od niechcenia elfowi jako wymijającą odpowiedź na jego zapytanie co do kierujących nim wcześniej motywów. Zdusił w sobie tą podłą ochotę i odpowiedział Duivelowi po tym jak silnie wzdychnął, w sposób przypominający powietrze uchodzące z przebitego miecha kowalskiego:

                          - Dziękuje za propozycje pomocy, Sigmar świadkiem, że wymagam porządnego połatania...A co do tego co chciałem osiągnąć to sam zadaje sobie to pytanie. Postąpiłem głupio wchodząc w bagno bez wyciągniętego łuku... - przerwał na chwilę z widocznym trudem zbierając myśli w głowie która zdecydowanie zbyt mocno bolała po trafieniu w skroń - Uważałem strzelanie na oślep za głupotę więc chciałem się dostać się na tyle blisko do drani aby zacząć z nimi walkę wręcz. Niestety całkowicie poległem w kwestii podejścia do nich w skrytości... Gdyby nie wasza dwójka byłbym już karmą dla tych potworów, jestem waszym Dłużnikiem

                          Stefan resztę drogi spędził ponownie z drugim Stefanem na przedzie kolumny i starając się nie zrobić już niczego głupiego jednocześnie Starał się także dotrzymać kroku swojej dowódcy co wcale nie było najłatwiejszym zadaniem biorąc pod uwagę doskwierające mu rany, ale zaciskał zęby utrzymywał tempo.

                          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                          Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
                          Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                          Słysząc propozycje pomocy ze strony elfa Stefan mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób:

                          - Dziękuję Duivielu ponownie będę Twoim Dłużnikiem, o ile ktoś inny nie będzie potrzebował w tej chwili pomocy medyka bardziej ode mnie to byłbym wdzięczny za pomoc. Pomogę przy innych jak najlepiej się da, choć nie przesadzałbym z wiarą w moje umiejętności w tym zakresie nie jestem jakimś wielkim ekspertem po prostu, przez kilka lat pomagałem kapłanką w świątyni Pani Miłosierdzia, znam się trochę na zbieraniu ziół i mam ich trochę z sobą, to bardziej rzeczy na jakieś proste dolegliwości niż do leczenia bitewnych ran ale to lepsze niż nic - mówiąc ostatnie słowa podniósł do góry swój plecak w którym trzymał mały pakunek z ziołami i innymi przyborami potrzebnymi do udzielania pierwszej pomocy.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #58

                            Eitri westchnął chowając oręż za pas i przerzucając tarczę na plecy. Zerknął na halabradnika, który poklepał go po ramieniu.

                            - Jak trafimy jakąś karczmę postawię wam kolejkę chłopaki, zasłużyliście za szarganie nerwów bez bijatyki. - kiwnął głową towarzyszom broni i ruszył w stronę Petry.

                            Wysłuchał opinii pozostałych zanim dał swoją.

                            - Forsować chłopaków przez bagna, aby jak najszybciej dotarli na miejsce, nie jest rozsądne. Forsowna przeprawa zwiększy szansę na wypadki, do tego jak dotrzemy na miejsce, wszyscy będą zbyt zmęczeni, aby cokolwiek zrobić. Jeżeli będziemy spodziewać się tam walki, to lepiej by było, aby chłopcy mieli siły. Do tego jeżeli mogą być kolejne zasadzki, powolna przeprawa będzie bezpieczniejsza.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79 jako Pipboy79
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #59

                              Oryginalny tytuł: Tura 09 - 2521.04.24; abt; zmierzch

                              Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                              Czas: 2521.04.24; Aubentag; zmierzch
                              Warunki: ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                              Wszyscy

                              Szefowa karawany nie ukrywała swojego niepokoju czy uda im się dotrzeć do bram Breder przed zapadnięciem zmroku. Bowiem od rana, całkiem słonecznego chociaż chłodnego, coraz więcej wskazywało, że jak nie zatrzyma ich jakies oberwanie pogody albo nieprzewidziane okoliczności to mają szansę zdążyć pod wieczór do miasta w jakim jutro miał się zacząć targ. Ale do końca nie było pewne czy zdążą przed zmierzchem czy nie. Tradycyjnie bowiem bramy miejskie zamykano o zmierzchu i otwierano o świcie. Gdyby nie zdążyli trzeba by rozbić obóz pod bramą. Co prawda nie rzadko pod takimi bramami ktoś przedsiębiorczy stawiał jakąś gospodę ale raz, że mieli czas wojny a okolice pełne były uchodźców a dwa nawet jakby ktoś z karawany znalazł miejsce w środku to pewne było, że ponad pół setki luda nie ma co liczyć na nocleg pod dachem.

                              Szefowa zdecydowała się od początku postawić na tempo podróży i pozwoliła na spokojne zjedzenie obiadu w Tongruben i krótki odpoczynek ale nie chciała tam nocować i wolała chociaż trochę posunąć się w głąb Hochlandu nawet jeśli nie było już szans wykonać planu drogi jaki miała jeszcze przy śniadaniu.

                              Podczas tego postoju w wiosce jaka słynęła z przedniej gliny i wypiekanej ceramiki z niej robionych wieśniacy okazali się dość gościnni. Zwłaszcza jak szefowa sypnęła groszem aby wykarmili niezapowiedzianych gości. Bo każda z rodzin niespodziewanie miała do wyżywienia z pół tuzina chłopa czyli nie byle co. Trochę to potrwało zanim ugotowali tak duży obiad z pewną niewielką pomocą zapasów z wozu jakie składały się na kawałki kiełbasy i suszonej ryby. Ale atmosfera panowała całkiem domowa i życzliwa więc żegnali się ze sobą całkiem miło. Ci co znali się na opatrywaniu ran mieli czas aby przejrzeć te nieco ponad pół tuzina rannych z czego najciężej byli poszkodowani ci dwaj tileańscy kusznicy, dwóch halabardników i jeden Kozak. Ich załadowano na wóz. Więc na ponad kopę luda to nie były jakieś okropne straty, żaden z oddziałów nie został wyłączony z działań z powodów strat. Reszta wyraźnie mniej ale póki co byli traktowani jak chorzy i zwolnieni ze standardowych obowiązków. Uprać rzeczy nie było kiedy więc co najwyżej można było przebrać się w czyste, suche ciuchy dotąd wiezione w bambetlach na wozie. Ale mentalnie wydawało się wielu z nich zmęczonych po tych niepewnych utarczkach we mgle i bagnie z prawie niewidocznym przeciwnikiem.

                              Nocleg rozbili po jakichś obejściach i stodołach w przydrożnej wiosce. Dla nielicznych wystarczyło miejsca w chłopskich łożach. Rano tam właśnie śniadali i dowiedzieli się, że do Breder jest dzień drogi. Do wieczora zapewne powinni tam dotrzeć. Stan rannych poprawiał się. Warunki na bagnach niezbyt sprzyjały powrotowi do zdrowia, podróż zresztą też nie. Chociaż jechanie wozem było dla ciężko rannych jedyną możliwością podróży. Wysiłki czynione przez brodatego elfa i ostlandzkiego weterana przynosiły jednak pewien skutek pomimo tych trudności. Ale dało się poznać, że nadnaturalne zdolności świetlistej uczonej potrafią pokazać swój lwi pazur chociaż jej zdaniem żywy organizm miał swoje ograniczenia co do przyswojenia takich energiii utkanych w życiodajne zaklęcie.

                              Droga do Breder okazała się podobnie wyboista i błotnista jak ta po wschodniej części rzeki Wolf. Też mijali różnych podróżników, raz minęła ich długa kolumna piechoty wraz z taborami przez co ich zaczopowała na jakieś dwa pacierze bo musieli ich przepuścić. Raz czy dwa mijali ich konni kurierzy przewożąc swoje torby z listami. Do tego zwykli uchodźcy, czasem z samego Kisleva co dotarli aż tutaj szukając schronienia przed wojną. Ale i tacy z Ostlandu ale też i miejscowi jacy pracowali w mijanych gospodarswach i polach.

                              - To co Stefan? Jak wygląda to Breder? Byłeś tam wcześniej? Będzie gdzie się zatrzymać? - zagaiła Petra jadąc konno między Alezzią a Gotthartem. A jak zwykle dwójka konnych Gebirsjeager jechała za nią zaś druga gdzieś tam z przodu tak, że zwykle z kolumny nie było ich widać.

                              - Ano dziwne to miasto psze pani, dziwne. Mawiają, że takie krasnoludzkie. Bo większość jest pod ziemią. Chociaż słyszałem też, że tam jakaś stara kopalnia była albo jaskinie i tam ludzie zawsze mieszkali. Ale targ jest w tej części na powierzchni, każdy się zjeżdża z okolicy i wystawia co ma. Jutro też pewnie tak będzie. - herszt hochlandzkich łuczników jak zwykle stanowił dla von Falkenhorst przewodnika po swojej rodzimej krainie. Jego słowa jednak zadziwiły Ostlandczyków i tych co nie byli wcześniej w tym mieście. Jedna nim skończył się dzień ujrzeli już pierwsze budynki gdy wyszli na ostatnią prostą. A wkrótce i tam podjechali. Okazało się, że termin “bramy miasta” ma tu z powodu swojej nietypowej architektury nieco inne znaczenie. Bramy bowiem były dopiero do tej podziemnej części Breder zaś na powierzchni stały na zboczu góry budynki, w większości drewniane lub bielące się szachlowaniem.

                              https://i.imgur.com/gfvVPRA.jpg

                              Co prawda był jeszcze dzień ale miał się ku końcowi. Ruch na ulicach zwiastował, że jutro będzie targ. Gdy za przewodnictwem Kolesnikowa przejechali przez błonie gdzie jutro będzie wystawiany żywy inwentarz, wjechali między gwarne ulice jakie przyjemnie wabiły oko i ucha licznymi gwarem z gospód a zdaniem czarnowłosego brodacza to dlatego, że tubylcy nie mieli ochoty spędzać całych dni w swoich podziemnych norach więc póki się dało to chcieli chociaż pod koniec dnia zobaczyć niebo, słońce i zaczerpnąć świeżego powietrza. W końcu dotarli na plac gdzie jutro też miał być targ. Tutaj Petra posłała swojego przewodnika aby zasięgnął języka gdzie by tu można rozlokować tak liczną kompanię. Hochlandczyk zniknął im z oczu a ponad pół setki piechociarzy stało, rozglądało się, kucało czy zaczynało palić czując, że niedługo będą mogli rozprostować kości po całym dniu marszu. W pewnym momencie jednak Petra dostrzegła trzech strażników z halabardami co wyszli z jakiegoś budynku. Skoro Stefan jeszcze nie wrócił to spięła konia i podjechała do nich. Ci zatrzymali się i spojrzeli na młodą kobietę ubraną w barwny, czerwony kubrak i z mieczem u pasa. Zaczęła z nimi rozmawiać ale, że kawałek to było dalej to w tym miejskim gwarze na placu nie wszystko było słychać.

                              - Aha… To jesteście od margrafa von Falkenhorsta… No tak, tak… - strażnik podrapał się pod kapalinem i obrzucił spojrzeniem czekającą kolumnę woja. - Aha i dowodzi wami Petra von Falkenhorst? Aha, no tak, tak… Aha, mówisz, że to wielka pani tak? Aha no tak, dobrze, dobrze… A kiedy ona przyjedzie? - strażnik przyjmował słowa konnej dość swobodnie i chyba z jednej strony aż tak zaskoczony wizytą jakiegoś wojska i dowódcy nie był a z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że nazwisko jakie padło nic mu nie mówi. Za to ostatnie pytanie sprawiło, że młoda szlachcianka poczerwieniała i wybuchła złością.

                              - Dureń! To ja jestem Petra von Falkenhorst! Ja nimi dowodzę! - krzyknęła rozgniewana uderzając się kułakiem w pierś a potem wskazując w kierunku czekającego, dość pstrokatego wojska.

                              - Aaa! To przepraszam! Myślałem, że to przyjedzie jakaś wielka pani a nie jakaś… - strażnik uniósł dłonie w pokojowym geście i zaczął przepraszać mocno skonfundowany do momentu aż urwał gdy zorientował się, że chlapnął kolejną gafę a konna rozmówczyni poczerwieniała jak burak i wydawała się być bliska eksplozji.

                              - Dureń! Sprowadź mi kogoś z kim da się rozmawiać! Potrzebujemy kwater! Mamy rannych! - krzyknęła na niego Petra i chyba miała dość rozmowy bo spięła konia i zawróciła z powrotem do swoich czekających wojaków. Zmieszany i speszony strażnik popatrzył za nią ale szybko dał znak dwóm swoim ludziom i poszli gdzieś szybkim tempem.

                              - Co za dureń, co za bęcwał… Że wielka pani przyjedzie… A co ja jakaś służka jestem? Ślepy jest! Co za bałwan! - sapała ze złości młoda szlachcianka przeżywając tą zniewagę. Jednak trzeba było przyznać, że raczej słabo się wpisywała w stereotyp szlachcianki czy oficera. Dla postronnych mogła wyglądać jak jakaś lepiej ubrana najemniczka, może i taka na czele jakiegoś małego oddziału czy posłaniec kogoś znamienitszego od siebie ale raczej nie jak oficer liniowy na czele roty kawalerii czy kompanii piechoty. Jej irytację pogłębiał fakt, że pewnie chociaż część jej wojaków a pewnie i postronnych musiała być świadkiem tego zdarzenia nawet jeśli nie usłyszeli wszystkiego. Po chwilowym zamieszaniu życie na placu wróciło spokojnie. Aż wrócił Stefan z wieściami. Miał tu kuzyna, mieszkał jednak pod ziemią ale mógł ugościć kilka osób. Poza tym polecał jedną z karczm gdzie pokoje były już zajęte, wiadomo, uchodźcy no i jutrzejszy dzień targowy. Ale we wspólnej izbie było jeszcze sporo miejsca więc jak się pozsuwa pod wieczór stoły to i z tuzin albo dwa się tam zmieści. Potem przyszedł jakiś starszy z tutejszej straży. Inny niż ten pechowy strażnik z jakim wcześniej rozmawiała szefowa kolumny wojskowej no i ona sama też zdołała się już uspokoić. Ale też pokierował gdzie by można się zatrzymać. Wyglądało jednak, że po gospodach powinno wystarczyć miejsca chociaż trzeba będzie spać na deskach podłogi i siennikach w głównych izbach przerobionych po zamknięciu karczm na wspólną izbę sypialną.

                              - Dobra, nie ma co się rozwodzić. Jedziemy i zajmujemy miejsca. Jak kogoś stać na pokój i gdzieś będzie no to niech próbuje. - zdecydowała w końcu szefowa i ruszyli przez ulice miasta. Tam gdzie była jakaś karczma przystawali i negocojowali z gospodarzem czy da się upchnąć jeden z oddziałów. W miarę jak się posuwali ich kolumna topniała gdy kolejne oddziały się rozpraszały po gospodach.

                              - Jutro dzień wolny. Odpocznijcie. Zabawcie się. Po śniadaniu sierżanci do mnie. Będziemy oglądać i kupować te konie i resztę. Jak ktoś się na tym zna to też niech przyjdzie. - ogłosiła szefowa jeszcze na placu gdy byli w jednej kupie. Jej słowa przyjęto z uznaniem bo od wyruszenia z Lenkster parę dni temu cały czas byli w drodze, do tego ten epizod na Mglistych Bagnach no i znów podróż na własnych nogach. A teraz wreszcie dotarli do cywilizacji gdzie można było zmyć z siebie kurz i błoto drogi i się trochę rozerwać. A zwykle jak w mieście był dzień targowy to coś się działo ciekawszego niż w zwykłe dni.


                              Mecha 08

                              Wyłączenie z walki

                              Rzut na wyłączenie z walki (1k100) (randomy wynik +20):

                              01 - 20 Oszołomienie (po walce 25% HP)
                              21 - 40 Zdławienie (po walce 1 HP) *
                              41 - 60 Krytyczny (po walce 0 HP)
                              61 - 80 Kontuzjowany *
                              81 - 00 KIA *

                              Halabardnik 16 57+20=77 > 0 HP, kontuzjowany
                              Halabardnik 17 77+20=97 > 0 HP, KIA
                              Kozak 10, 14+20=34 > 1 HP, zdławienie
                              Gojenie ran (ODP + okoliczności)

                              rzut: 83

                              Kozak 09 9/12 > 9/12
                              Kozak 10 1/12 > 0/12
                              Halabardnik 16 0/12 > -1/12 + kontuzja
                              Kusznik 09 6/12 > 5/12
                              Kusznik 10 6/12 > 5/12
                              Kusznik 11 3/12 > 2/12
                              Kusznik 12 3/12 > 2/12

                              Leczenie ran (INT + okoliczności)

                              Duivel INT 45
                              pomoc Stefana +10
                              s.ranny -10 (Kozak 09)
                              s.ciężki -20 (Kusznik 09)
                              s.krytyczny -30 (Kusznik 11, Kusznik 12)
                              s.agonalny -40 (Kozak 10, Halabardnik 16)
                              brud i kurz -10 (wszyscy)
                              magia Alezzii +3 ŻYW

                              Kozak 09 9/12 > 10/12 > 12/12
                              Kozak 10 0/12 > 1/12 > 4/12
                              Halabardnik 16 -1/12 > 1/12 > 4/12 + kontuzja
                              Kusznik 09 5/12 > 6/12 > 9/12
                              Kusznik 10 5/12 > 6/12 > 9/12
                              Kusznik 11 2/12 > 3/12 > 6/12
                              Kusznik 12 2/12 > 3/12 ? 6/12

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79 jako Pipboy79
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #60

                                Wieczór był nawet przyjemny i choć wiejący, chłodny wiatr powoli dawał się we znaki, Tobias był w dobrym humorze. Udało się uratować grupę Tileańskich żołnierzy i przybyć o 'ludzkiej' porze do Breder. Kiedy szefowa dała znać że mają 'wolne' Tobias skierował się do pierwszej - niezatłoczonej- karczmy, zamówił placek z mięsem wraz z kuflem miodu. Spojrzał na stan swoich spodni i butów z politowaniem - oskrobał je 'z grubsza' z błota zaraz po przybyciu, ale nadal prezentowały się mało 'wyjściowo'. Wzruszył ramionami, kiedy podeszła do niego powabna dziewka służebna żeby uzupełnić mu kufel miodem. Spojrzała na jego spodnie i mrugnąwszy okiem rzekła: - Za niewielką opłatą przepiorę je dla Ciebie żołnierzu. Dopiero wtedy Tobias zorientował się że poluzowała znacznie sznurowanie swojej kiecki. - Wieczór dopiero się zaczyna, kochana. Póki co oprócz miodu i ciepłego kąta niczego mi nie brakuje. Tobias obserwował dziewczynę, która niezrażona podeszła do kolejnego stolika proponować mniej więcej to samo. Żołnierzy przybyło do miasta całkiem sporo, panie takie jak ta dziś wieczorem zarobią, oj tak.
                                Dogadawszy się z karczmarzem Tobias wynajął najtańszy z dostępnych pokoi, poprosił o miskę z wodą i gdy już się umył wziął się za spodnie i buty. Jeśli miały starczyć Tobiasowi na długo, musiał o nie dbać. Również sprawdził stan łuku i cięciwy, z tego samego powodu. Jutrzejszy dzień zamierzał wykorzystać na uzupełnieniu zapasów na drogę powrotną, między innymi suchego prowiantu, napitku, no i oczywiście na kupnie strzał. Tobias również ciekaw był tej podziemnej części Breder. - Muszę pamiętać by zapytać Eitriego go o nią. W końcu - chyba jest to krasnoludzka robota. - pomyślał. Kiedy tak myślał o tym leżąc na twardym sienniku usłyszał lekkie kroki za drzwiami i za chwilę ktoś pukał do jego drzwi. - Żołnierzu? Tobias usłyszał miękki kobiecy głos. Zastanawiał się przez chwilę - udawać, że śpię?
                                W końcu podjął decyzję...

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • DekaresD Niedostępny
                                  DekaresD Niedostępny
                                  Dekares jako Dekares
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #61

                                  Stefan z trudem znosił narzucone tempo podróży, więcej niż raz o mało nie mdlejąc podczas marszu. Pomimo tego starał się nie tylko utrzymać tempo, ale także pomagać na tyle, na ile mógł przy opiece nad rannymi. Kiedy myślał nad tym później podczas postoju w wiosce doszedł do wniosku, że na nogach utrzymywało go tylko potężne wkurzenie, które odczuwał względem siebie za fuszerkę, którą odwalił na bagnie. Nie popisał się już tego dnia raz, więc nie miał zamiaru zrobić z siebie pośmiewiska po raz kolejny.
                                  Pomaganie swojemu elfiemu towarzyszowi w opatrywaniu rannych nie pozwalało mu zapomnieć o tym, że musi okazać jakoś swoją wdzięczność swoim dwóm wybawicielom. Był im szczerze wdzięczny za pomoc, tylko że zmęczenie, które go ogarnęło, sukcesywnie uniemożliwiało mu w zasadzie wszelkie inne czynności poza maszerowaniem i skupieniem się na tyle przy opatrywaniu rannych, aby bardziej nie zaszkodzić niż pomóc.
                                  Odpocznij i zajmij się tym jutro - były ostatnimi myślami jakie przeszły mu przez głowę zanim zasnął kamiennym snem tego wieczora, ciągle nosząc na sobie stare ubranie, jedynie odrobinę oskrobane z bagiennego bruku i kurzu gościńca, nie miał zamiaru brudzić zapasowego ubrania, jeśli nie miał możliwości porządnego umycia się wcześniej.

                                  Kiedy zbliżali się już powoli do bram miasta Stefan czujący się już znacznie lepiej przysłuchiwał się rozmowie Petry ze swoim imiennikiem i nie omieszkał dorzucić swoich pięciu groszy:
                                  Panie sierżancie, a nie mają tam jakiś miejscowych zwyczajów albo praw, na które musielibyśmy uważać, żeby kogoś nie obrazić? Pytam bo podczas podróży na południe przekonałem się, że często co miasto - a czasem co wioska - to potrafi być zupełnie inny obyczaj.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • CioldanC Niedostępny
                                    CioldanC Niedostępny
                                    Cioldan jako Cioldan
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #62

                                    Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                                    Czas : 2521.04.24; Aubentag; zmierzch
                                    Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                                    Duivel, postanowił zwiedzić ulice Breder. Po przejściu większości miasta znajdującego się na powierzchni, zaciekawił go zacieniony zaułek, który doprowadził go do niepozornej tawerny, czającej się pośród starych, drewnianych budynków na zboczu góry. Tawerna, znana jako „Żar Górnika”, emanowała niesamowitą aurą, a jego zwietrzała, poblakła fasada nosiła nieco już zniszczony czasem symbol kilofa i paleniska. W środku zapach tlących się kłód w palenisku przenikał przestrzeń, dym wił się jak macki ośmiornicy, a dysharmonijne dźwięki lutni barda wprowadzały niepokojącą melancholię. Wnętrze tawerny to świadectwo zapomnianej świetności, ozdobione reliktami minionej epoki i narzędziami górniczymi, które przypominały o podziemnym pochodzeniu Breder. Klienci tłoczyli się przy dużych, rozklekotanych stołach, a ich krzesła wyglądały na zużyte i zapadnięte. W tej słabo średnio oświetlonej komnacie miejscowi, handlarze i podróżnicy snuli opowieści przeróżnej treści.

                                    Duivel, zasiadł przy małym wyblakłym stole przeznaczonym dla dwóch osób. Rozejrzał się po karczmie i gdy tylko zobaczył pracującego tu parobka, zawołał go. Gdy ten podszedł do elfa, spiczastouszy od razu złożył zamówienie

                                    – Dwa kubki najlepszego piwa, jakie ta tawerna ma do zaoferowania – przemówił Duivel, a jego słowa płynęły jak łagodny strumień przez las. - I przynieś mi mięso z dziczyzny, świeżo złowione, upieczone do perfekcji. Proszę. Elf na koniec szczerze się uśmiechnął i lekko skinął głową.

                                    Parobek odpowiedział tym samym gestem jakby przyjmując zamówienie, a jego oczy błyszczały z ciekawością na widok elfa. Z pełnym szacunku ukłonem odszedł, by wypełnić zachcianki swojego klienta.

                                    Wrócił całkiem szybko z dwoma spienionymi kubkami i postawił oba na stole. Duivel prędko złapał za uchwyt kubka, wykonanego z doświadczeniem krasnoludzkich rzemieślników. Podniósł go do ust, a złocisty płyn spłynął mu kaskadą do gardła. Leśny elf następnie delektował się drugim kubkiem, nasłuchując ciekawszych opowieści innych klientów karczmy. Po dłuższej chwili parobek przyszedł z półmiskiem soczystej pieczonej dziczyzny, a zmysły Duivela wyostrzyły się, wchłaniając odurzający aromat lasu zmieszany z zapachem piwa. Z każdym kęsem uważnie słuchał toczących się wokół niego rozmów. Historie o nadchodzącej wojnie, utraconych skarbach i cieniach czających się w najgłębszych zakamarkach świata umilały mu posiłek.

                                    Kiedy noc okryła Breder płaszczem, Duivel udał się do oberżysty uregulować rachunek i wynająć pokój na noc. Następnie udał się do swojej izby której drewniane ściany ozdobiono gobelinami przedstawiającymi cuda górniczego rzemiosła i różne heroiczne legendy. Łóżko, choć niezbyt bogate, zapewniało oazę wytchnienia, a koc położony schludnie na wierzchu miał zagwarantować miły i długi sen. W oddali ciche melodie lutni barda niosły się po korytarzach, śpiewając elfowi nieznajome i nieco fałszywe tony. Nuty wirowały wokół niego, prowadząc jego zmęczoną duszę do królestwa snów, gdzie czekały na niego różne wizje.

                                    Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                                    Czas : 2521.04.25; Marktag; ranek
                                    Warunki : ; na zewnątrz: dzień, ?, ?; ? (?)

                                    Gdy poranne światło zaczęło wdzierać się przez szpary w oknach izby, Duivel obudził się ze swojego spokojnego snu. Jego elfickie zmysły objęły łagodne przebudzenie Breder, jakby samo miasto ziewnęło i rozciągnęło się, by powitać nowy dzień. Z nową energią Duivel wstał z łóżka i oddał się modlitwie, a następnie poszedł do małego pomieszczenia wydzielonego jedną krótką ścianą i wiszącą płachtą, która miała za zadanie przesłonić ten kąt od ciekawskich przechodniów. Czekało tam na niego spore drewniane naczynie z zimną po nocy wodą i chochla. Obmył się, założył ubranie w kolorze lasu, wyszedł do głównego pomieszczenia tawerny, które świeciło pustkami. Zamówił śniadanie, które okazało się ciepłym chlebem otoczonym w jajku. Następnie wyszedł na zewnątrz dołączając do tętniącego życiem tłumu kupców, rzemieślników i poszukiwaczy przygód, którzy zebrali się na to tętniące życiem wydarzenie. W porannym powietrzu dało się wyczuć wyczekiwanie, gdy stragany ożyły, eksponując przyprawiającą o zawrót głowy gamę towarów. Aromaty świeżo upieczonego chleba, wędzonego mięsa i aromatycznych ziół mieszały się, kusząc zmysły Duivela. Wędrował przez tętniący życiem rynek, a jego bystre oczy wyłapywały przebłyski lśniących ostrzy, mistycznych bibelotów i wspaniałego rzemiosła. Szybko też zobaczył innych członków wyprawy do których niezwłocznie dołączył.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79 jako Pipboy79
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #63

                                      Oryginalny tytuł: Tura 10 - 2521.04.25; mkt; wieczór - południe

                                      Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                                      Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                                      Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)

                                      Tobias

                                      - Zaniosłam twoje rzeczy do prania. Ale mokro i ponuro dzisiaj więc nie wiem czy do wieczora wyschną. - blondynka miała na imię Vanessa i w przeciwieństwie do pogody wydawała na zewnątrz wydawała się pogodna i słoneczna.

                                      A poza tym właśnie ona wczoraj dała mu dość wyraźnie do zrozumienia, że jak nie poskąpi jej nieco monet z sakiewki to jej zwinne dłonie mogą się nie tylko jego ubraniem się zająć. Ale to właśnie Vanessa zwróciła jego uwagę na jednego z gości. Zresztą nie tylko ona bo stary, oberwany krasnolud przykuwał niejedno spojrzenie.

                                      - Biedaczkia. Gobliny napadły w nocy ich obóz jak tu do nas na targ jechali. Ledwo uszedł z życiem. Ale jeden furgon musieli zostawić i jeszcze kogoś chyba zgubili. Bardzo to przeżywa. A ta biedaczka nie zdążyła się nawet ubrać tylko złapała jakiś płaszcz na siebie co był pod reką. - powiedziała współczująco zerkając w stronę siwobrodego krasnoluda co rzeczywiście był tak brudny i ubłocony, do tego często kaszlał i łapał się przy tym za piersi, że wyglądał jakby wiele przeszedł nim tu dotarł. Obok niego siedziała niziołka okryta płaszczem. Pod płaszczem widać było kawałek koszuli i jej pulchnych dekolt jaki dość wstydliwie zakrywała owym wierzchnim okryciem. Wyjęła z niewielkiej sakiewki grzebień i nieco nerwowymi ruchami próbowała rozczesać i jakoś ułożyć swoje kasztanowe włosy jakby ta znajoma czynność pozwalała jej się skupić i uspokoić po ciężkich przejściach. Zerkała w stronę drzwi za każdym razem gdy ktoś wchodził albo wychodził z karczmy.

                                      Stefan

                                      Stefan spędził noc w głównej izbie gospody w jakiej ulokowali się tileańscy kusznicy porucznika Ferro. Więc i tutaj złożono też dwóch rannych Kislevitów Gottharta. Gdy lokal zamknął swoje podwoje stoły i ławy odsunięto pod ściany tworząc wolna przestrzeń gdzie na deskach podłogi rozłożono sienniki a większość podróżnych kładła na to swoje derki i koce. Spało się podobnie jak w namiocie pod chmurką ale na pewno było cieplej, bardziej sucho i tak nie wiało jak na zewnątrz. A jeszcze rano dało się poznać, że w nocy padało bo wszystko było mokre. Więc warunki mimo wszystko sprzyjały gojeniu się ran i opiece nad rannymi. Stefanowi zaś pomagali w tłumaczeniu sam oficer Tileańczyków jak i Edgaro jaki z nich wszystkich najlepiej mówił w reikspiel. Pomagało to w obustronnej komunikacji.

                                      Rano przed śniadaniem przyszła Alezzia i pomogła mu w zmianie opatrunków. A poza tym znów był świadkiem jak świetlista magister używa swojej tajemnej sztuki i rany zdawały się wtedy na tą chwilę rozświetlać tym niecodziennym blaskiem i jakoś zmniejszały się i goiły w oczach. Ale nie całkiem. Przynajmniej nie te głębokie i poważniejsze a wedle słów magister mówiącej egzotycznym akcentem od razu zdradzającym obcokrajowca, to żywe ciało miało swoje limity jakie mogło przyjąć te magiczne energie leczące więc mimo wszystko naturalne zdolności gojenia, standardowe leczenie oraz warunki powrotu do zdrowia też tutaj miały znaczenie.

                                      Te dwa dni i noce jakie minęły od potyczki na Mglistych Bagnach pozwoliły większości rannym wrócić do zdrowia albo tego bliscy. Dwóch kuszników właściwie już wróciło do zdrowia chociaż jeszcze trzeba było im założyć bandaże a dwóm już nie i właściwie wyszli z tych ran. Jeszcze tylko jeden z Kozaków i halabardnik Meistera byli osłabieni ranami ale wspólnymi siłami cyrulików i tileańskiej magiczki mieli całkiem dobre rokowania, że za dzień czy dwa dołączą do kolegów.

                                      - No to siadaj, siadaj z nami Stefan. Wiesz, że mają tu tileańskie wino? Chodź, spróbuj czegoś z naszej słonecznej ojczyzny zamiast tej piwnej zupy jaką pijecie w tej deszczowej krainie. - gdy już była pora śniadania Edgaro zaprosił go do jednego ze stołów jaki obsiadali kusznicy. Wydawało się, że w ten żołnierski, nieco rubaszny sposób starali się mu wynagrodzić tym zaproszeniem jego wysiłki w opiece nad ich rannymi. Zresztą Alezzia też już została z nimi na śniadanie a wkrótce przyszedł jeszcze Meister aby sprawdzić jak tam jego chłopak się ma no i ucieszył się widząc, że wreszcie sam siedzi i je a nie jak jeszcze wczoraj co tylko leżał na wozie i trzeba było go karmić. No to sierżant co prawda już był po śniadaniu ale z zaproszenia Tileańczyków skorzystał i kubka wina nie odmówił.

                                      - To znasz się na tym leczeniu co? Dobrze wiedzieć. Bo tam u nas co myśmy się zatrzymali to jakiś ratuszowy pisarczyk biadolił, że żona mu choruje a na tutejszego cyrulika go nie stać. Czy jakoś tak. To nic mu nie mówiłem ale pomyślałem, że ci powiem. - mruknął Gieorgij nieco flegmatycznym tonem. W ogóle wydawał się być na co dzień nieco powolny w słowie i ruchach jakby to pozwalało mu zachować spokój. Chociaż podczas starcia na bagnach to Stefan nie słyszał aby ktoś na sierżanta halabardników się uskarżał z tego powodu.

                                      Zaś od wczoraj wiedział, że miasto powierzchniowe jak to miejscowi mówili nie miało żadnych murów i w porównaniu do tego co miało być pod ziemią to mieszkała tu znaczna mniejszość tubylców. Ale bramy do środka były zamykane o zmierzchu i otwierane o świcie podobnie jak w większości miast było ze zwykłymi bramami w murach. Tak mu przynajmniej wczoraj powiedział ten sierżant co miał pecha rozdrażnić ich szefową. Zresztą coś podobnego usłyszał potem wieczorem w rozmowach w gospodzie.

                                      Wieczorem rzucił mu się w oczy jakiś młodzian co w przeciwieństwie do większości gości wbiegł zamiast wejść do gospody. Był ubrany w brązy i zielenie stwarzając wrażenie jakiegoś leśnika czy innego człowieka z nieprzepastnych lasów. Gdyby miał jeszcze łuk to łatwo by go wziąć za jednego z chłopaków Kolesnikova. Wbiegł, zamknął czy raczej trzasnął drzwiami i rozejrzał się z przestrachem po sali i tych drzwiach. Ciężko oddychał jakby przebiegł ostatni kawałek drogi. Na zewnątrz zapadającym zmroku widać było kilka biegnących sylwetek jakie zatrzymały się przed frontem gospody. A potem jakoś wszystko ucichło. W każdym razie ów młodzian przez resztę wieczoru siedział jak na szpilkach a w końcu został we wspólnej izbie na noc. Zaś rano przy śniadaniu jeszcze go było widać.

                                      Początek nowego dnia nie zapowiadał się zbyt ładnie. Głównie z powodu nocnego deszczu jaki pozostawił po sobie grząskie błoto i liczne kałuże na ulicach oraz chmur nad miastem jakie groziły kolejnymi opadami. Ale kalendarz był nieubłagany i właśnie w ten pochmurny dzień przypadał dzień targowy więc na błoniach już właściwie za miastem był galimatias wozów i straganów gdzie kupcy, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi wystawiali swoje towary na sprzedaż. Rzeczywiście jak mówił wcześniej Kolesnikow sporą część zajmował inwentarz żywy, od kur i kaczek, przez kozy i owce aż po rogaciznę, świnie i konie. Towarów było zdecydowanie więcej niż Stefan miał monet w sakiewce więc musiał uważnie wybierać na co mógł sobie pozwolić. No chyba, żeby znalazł jakąś okazję do szybkiego zarobku.

                                      - Wyglądasz przyjacielu na kogoś kto ma zdecydowanie większe potrzeby niż srebra w sakiewce. Tak, tak, znam to spojrzenie. Nie martw się nie jesteś ani pierwszy, ani jedyny więc umiem rozpoznawać ten wyraz na twarzy. - zagadnął go całkiem przyjaźnie jakiś krasnolud. Był ubrany całkiem porządnie ale nie wyglądał ani na wojownika ani jakiegoś uczonego. Może kupiec? Trudno było stwierdzić.

                                      - Pierwszy raz w naszym mieście co? Widać, widać, wiesz ja jestem stąd i co tydzień jestem na tym targu to mniej więcej znam tutejszych i okolicznych. Jak nie znam to pewnie ktoś przyjezdny. Ragnar jestem. Ragnar Kamienne Serce. To ród a nie przezwisko, tak wolę zaznaczyć bo wy ludzie to zaraz sobie coś płochego wyobrażacie. Jak jakieś elfy. Te też byle co i zaraz się wzruszają. Szukasz czegoś konkretnego? - powiedział trochę rozwijając to pierwsze, dość krótkie powitanie i się przedstawiając. O elfach wyrażał się z pobłażliwą rubasznością ale jak na standardy swojej rasy to nawet nie tak grubiańsko jak to potrafili jego pobratymcy.

                                      Później dzięki wskazówkom miejscowych trafił do świątyni Sigmara. Musiał przejść przez jedną z bram do podziemnej części miasta. I dziwnie to wyglądało. Trochę chyba jak kopalnia a trochę jak wnętrze jakiejś katedry czy innej dużej budowli. Tylko bez okien. Ulice zwykle nieco były pochylone w górę lub dół tworząc łagodny stok. Na szczęście świątynia Młotodzierżcy nie była zbyt daleko od tej bramy zwanej nomen omen “Bramą Sigmara”. Właściwie nie dało się nie trafić jak się przez nią weszło bo świątynia była na końcu tej ulicy, można by rzec na honorowym miejscu. W środku było nieco inaczej niż w większości przybytków założyciela Imperium. Nie była zbyt wielka ani zbyt mała. Ale brak okien sprawiał, że wszystko musiało być rozświetlone lampami i świecami. Co sprawiało wrażenie, jakby już zapadł zmrok. A i powietrze było przesycone zapachem płonących świec. Miał sporo swobody bo w środku dnia targowego wiernych prawie nie było. W końcu tradycyjnie świątynie odwiedzało się w Festag, zwykle z rana, wtedy była pora oddawania czci dobrym bogom. A dziś jak ją odwiedził był środek tygodnia i do tego chyba jego najruchliwszy dzień.

                                      Na skraju powierzchniowego miasta i lasu stała spora, drewniana świątynia Talla i Rhyi. Niejako wyznaczała zewnętrzny krawędź błoń na jakich odbywał się targ. Co nie było dziwne z uwagi na otaczające miasto lasy.

                                      Duivel

                                      Poranek był dla złotowłosego elfa równie ponury jak i dla wszystkich mieszkańców i przybyszy Breder. Przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz było o wiele przyjemniej, zwłaszcza jak się pierwszy raz od wyruszenia z Lenkster spało w prawdziwym łóżku. Pokój właściwie przypomniał ciasną celę wciśniętą w koniec korytarza i pewnie dlatego był jeszcze wolny. Z powodu dnia handlowego oraz całej wojennej zawieruchy trudno było o wolne pokoje, można było rzec, że wszelkie karczmy do jakich wieczorem zajrzał Duivel przeżywały oblężenie. Więc w tym “Górniku” mu się poszczęściło z tym wolnym pokojem. No ale musiał za to zapłacić już z własnej kiesy. Podobnie jak za takie fanaberie jak dziczyzna co do standardowych potraw zdecydowanie nie należała. Petra lub jej nieobecny patron i sponsor aż tak nie rozpieszczali podwładnych aby fundować im takie luksusy. Więc trzeba było płacić za to z własnej kiesy.

                                      Wieczorem przy tej sutej jak na armijny wikt kolacji z tego co słyszał to sam wzbudził pewne zaciekawienie innych gości.

                                      - Eee… To chyba on nie z tych… Widziałeś kiedyś chudego z brodą? - mówił jeden do drugiego. A elf na tyle długo chodził po Ostlandzie i okolicy aby nauczyć się, że na jego rasę ludzie często mówili “chudzi”. Oraz, że bardzo rzadko zdarzało się aby jakiś elf zapuszczał zarost. Więc można było zrozumieć, że wzbudził tym zaciekawione czy wręcz podejrzliwe szepty i spojrzenia.

                                      - No nie. Może to nie jeden z nich? Nie podoba mi się. Cudak jakiś. - odezwał się cicho jeden z wieczornych biesiadników. Ale koniec końców to jednak na szeptach i spojrzeniach się skończyło. Albo im się nie chciało coś z tym zrobić albo nie byli zbyt pewni swoich podejrzeń.

                                      Ale wieczorem jego uwagę zwróciła jakaś awantura. Jakiś osiłek złapał w pewnym momencie jednego z towarzyszy jaki właśnie podszedł do jego stołu. Siedział tam przy wieczerzy do tej pory jakoś nie rzucając się ani elfowi ani pewnie innym ani w oczy ani w uszy. Jednak w pewnym momencie podniósł głos, złapał tego co przyszedł za chabet, przyciągnął do siebie i warknął “Jak to nie ma?!”. Ale chyba zorientował się, że go poniosło i sąsiedzi zaczęli na nich spoglądać bo posłał im piorunujące spojrzenie. Większość odwróciła wzrok wracając do swoich spraw. A ten posadził przybysza przy sobie i zaczął coś mu mówić albo tłumaczyć ale na tyle cicho, że przez szum gwaru gospody elf nie usłyszał o co tam chodziło. Ten drugi kiwał głową co jakiś czas w końcu wstał i wyszedł. Potem już go Duivel nie widział.

                                      To jeszcze było wczoraj wieczorem. Dzisiaj zaś wyszedł na ten mokry, błotnisty i tłoczny świat tutejszego handlu i interesów. Stefan Kolesnikov nie kłamał jak mówił wcześniej, że tutaj jest dobre miejsce na zakup koni. Rzeczywiście pogłowie wierzchowców, koni pociągowych oraz innych zwierząt hodowlanych było tutaj całkiem spore jak na to niezbyt wielkie miasto. Zapewne cała okolica się tutaj zjeżdżała. W oko wpadały piękne, zadbane ogiery z błyszczącą sierścią wyhodowane i wytrenowane do wojennego rzemiosła. Ale wiele ich nie było a i ceny raczej przekraczały zasoby jego kiesy. Więcej za to było innych potencjalnych wierzchowców. Od kuców podobnych do tych jakich używali konni Gebirgsjaeger, przez standardowe konie wierzchowe czy pociągowe. Nawet nieco wozów było na sprzedaż czy zwykłe furmanki czy dwukółki w sam raz do ciągnięcia przez jednego konia, osła albo muła. Tak, zdecydowanie ich Hochlandczyk w tej materii się nie mylił. Zresztą nawet czasem go widział tam czy tu jak w towarzystwie ich szefowej i paru duetu halabardników oraz mieczników w roli obstawy rozmawiali z handlarzami koni. Petra pomna widocznie wczorajszych doświadczeń dzisiaj ubrała się w długą, ciemnoniebieską suknię i okryła całkiem ładnym płaszczem obszytym futerkiem więc wyglądała o wiele bardziej na szlachciankę niż wczoraj jak była w stroju podróżnym. I to po całym dniu na bagnach oraz trakcie niezbyt czystym.

                                      Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.

                                      - … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.

                                      Eitri

                                      Gdy rano khazad wstał z posłania stwierdził to samo co sąsiedzi. Pogoda na zewnątrz jest kiepska. Ale to nie było w stanie hamować dnia handlowego. Odgłos szurania nóg, głosy i przesuwanie stołów z powrotem na przyjęcie pierwszych gości musiało wybudzić każdego kto spał we wspólnej izbie. Potem karczma otwarła swoje podwoje i stopniowo do środka zaczęli się schodzić pierwsi klienci. Zwykle ci co przyjechali na targ i chcieli zjeść czy wypić coś ciepłego bo poranek był chłodny, mokry i błotnisty a więc mało przyjemny.

                                      Krasnolud zdążył już skończyć swoje śniadanie i miał przed sobą cały dzień luzu jaki wszystkim dała wczoraj szefowa gdy do środka wpadła wesoła grupka młodych ludzi z mieczami u pasa. Ledwo siedli do stołu a już zaczęli wołać wina.

                                      - Wina, wina dajcie! Michael oblewa swój awans! Wkrótce na front ruszamy! Więc wina nie żałujcie! Pijmy póki można! - wydarł się któryś z kamratów głównego świętującego który zajął honorowe, środkowe miejsce. Na stole pojawiło się i wino i coś do tego wina. I zabawa zaczęła się na całego. Chociaż czasami któryś z nich patrzył gdzieś w dal niewidzącym, nieco nostalgicznym spojrzeniem, niekoniecznie zaś rozbawionym.

                                      Nieco się uciszyli jak do środka weszła młoda kobieta. Mogłaby być zapewne matką czy ciotką większości z tych świętujących. Ale cechowała się naturalną urodą okiełznaną skromnym kubrakiem i ciemną, długą spódnicą. Też miała miecz u pasa a emblemat drapieżnego ptaka wyszyty na piersi zdradzał herb Myrmidii. Jej wisior na szyi podobnie co zdradzało, że pewnie jest wyznawczynią Włóczniczki albo nawet kapłanką. Podeszła do jednego ze stołów i zamówiła śniadanie. Zanim je jednak przyniesiono młodzieńcy zaprosili ją do siebie. Wzbraniała się grzecznie póki nie powiedzieli jej, że wszyscy są ochotnikami co wkrótce ruszają na front wschodni. Wtedy uśmiechnęła się do nich skromnie ale ciepło.

                                      - W takim razie dobrze, skoro jesteście obrońcami ojczyzny to mogę się z wami przełamać chlebem i winem. - powiedziała z obcym akcentem zdradzającym, że nie pochodzi z Imperium. Przesiadła się do młodych wojowników i swoim spokojem niejako samoistnie skorygowała to towarzystwo stając się w centrum ich zainteresowania bo zdawali się być pod takim wrażeniem jej autorytetu i urody, że spijali każde słowo z jej ust.

                                      - Zatrzymałam się tu na parę dni… Bo też jadę na front. Ale poproszono mnie o rozstrzygnięcie pewnego tutejszego sporu skoro nie jestem stąd... Skąd? Z Middelheim. Ale w ogóle to jestem Estalijką… Tak, już parę lat… Bo mamy placówkę w Middelheim… - docierało do Etriego piąte przez dziesiąte z tej rozmowy. Wydawało się, że ta grupka jest najbarwniejszą w całej karczmie. Ale poza nią były jeszcze inne, i targ na błoniach gdzie szefowa zamierzała kupić nowe konie, i podziemne miasto ale nie słyszał aby było projektowane czy zamieszkałe przez jego nację. Więc całkiem możliwe, że tak właśnie było ale zapewne nawet wtedy musiało to być wykonane i zamieszkałe głównie przez ludzi. Zresztą wczoraj widział jedną z bram do podziemnej części miasta. Solidnie wyglądała. Ale zdobnictwo w ogóle nie należało do khazadów co zapowiadało, że nie oni byli głównymi wykonawcami tego miasta.

                                      Petra

                                      - Trudno być w taki deszcz szlachcianką. - prychnęła zirytowana Petra. Pogoda zdecydowanie jej dzisiaj nie sprzyjała. Od rana było pochmurno i niezbyt przyjemnie. Po nocnym deszczu ulice i błonia zmieniły się w grząskie błoto. Co sprawiało sporo turdności z utrzymaniem długiej sukni w czystości. Póki jeszcze dało się jechać konno to pół biedy. Wtedy rzeczywiście von Falkenhorst wyglądała jak prawdziwa milady pośród tego morza pstrokacizny w tym grząskim błocie. Ale w końcu jak oglądała te wozy i konie jakie zamierzała kupić nie dało się tego zrobić z siodła więc musiała zeskoczyć w to grząskie błoto. Więc nawet jak starała się suknię okryć płaszczem dla ochrony to dół obu tych strojów i tak miała ubłocony. Co niezbyt jej poprawiało humoru bo zbyt wiele garderoby ze sobą nie brała na drogę nawet jeśli jako szefowa karawany miała w tym więcej swobody niż zwykli wojacy. Ale uparcie chodziło od jednego handlarza do drugiego, oglądała zwierzaki i wozy, wypytwała, negocjowała a, że miała czym płacić ze szkatuły swojego patrona to dość szybko rozeszło się po rynku, że nie przyjechała tu kupić jedną czy dwie szkapy tylko chce kupić całkiem spory tabun. Więc wszyscy z miejsca zaczęli ją traktować jak wielką panią. Ku jej wielkiej satysfakcji. Swoje zapewne też robiła jej obstawa w postaci kilku halabardników Meistera i mieczników Theiss. Jak zdecydowała się na jakiś zakup to odprowadzano wybranego wierzchowca na podwórze gospody w której zatrzymała się młoda szlachcianka. I z upływem dnia to konne stado się stopniowo powiększało.

                                      - No nie mów, że zaczyna padać… - mruknęła Petra z irytacją wystawiając dłoń aby to sprawdzić. Ale krótko przed połową dnia zaczęły spadać pierwsze krople. A te szybko przerodziły się w monotonną mżawkę jaka wypłoszyła część kupujących a kto mógł chował się pod jakiekolwiek zadaszenie albo do środka jakiegoś budynku. Ci co załatwili już swoje sprawy zaczęli zwijać interes, zwłaszcza jak jeszcze musieli wrócić do swoich wiosek. Wysłanniczka górskiego margrafa nie poddawała się tak łatwo i jeszcze chodziła po tych handlarzach końmi podtrzymując ruch i zainteresowanie. Wydawało się, że dziś jest tu główną rozgrywającą bo nikt nie kupował tylu koni na raz. Brała zarówno wierzchowce jak i kuce dla Gebirgsjaeger czy parę koni pociągowych. Ale z ciekawością oglądała też proponowane jej furmanki chociaż na te jeszcze się nie zdecydowała.

                                      - A wagon? Nie macie jakiegoś wagonu? - pytała też o zabudowany wóz bo w poprzednim sezonie takim podróżowała z Lenkster do Falkenhorst i bardzo sobie chwaliła taką wygodę przewoźnego domu. Miała w tym niezłą wprawę bo tą samą trasę chyba jako jedna z nielicznych pokonała zarówno pieszo i to w ciężkich warunkach późnej jesieni i wczesnej wiosny a potem kilkakrotnie konno. Z tych wszystkich górskich przepraw zdecydowanie zawsze najcieplej się wyrażała właśnie o tej podróży wagonem. Więc jak miała jechać na wojnę to a miała okazję to właśnie miała ochotę na taki środek transportu.

                                      A, że wojna nawet tutaj, w Hochlandzie, może odcisnąć swój chłodny oddech niepokoju to przekonali się chyba wszyscy. Rozeszła się wieść, że armie ostlandzkich obrońców wycofały się z Levudaldorf. Nie wszyscy w to wierzyli bo już podobne wieści dochodziły i przez ostatnie dni. A to, że wciąż się tam bronią, a to, że odparli barbarzyńców, a to, że już tam wszystko się posypało. No ale ponoć wczoraj czy dzisiaj jakiś kurier przyjechał i przywiózł takie smutne wieści. Z drugiej strony codziennie widywało się na traktach jakichś kurierów co stanowili krwiobieg informacyjny i do i od frontu. Jeszcze nie było jakiegoś oficjalnego potwierdzenia ale ale igiełka obawy wbiła się w serca imperialnych obywateli. Levudaldorf był ostatnim większym miastem przed stolicą Ostlandu. Jakby naprawdę padł to wrogie armie miały otwartą drogę do Wolfenburga. O ile się zdecydują na taki marsz i się z jakiegoś powodu nie zatrzymają albo gdzieś nie zboczą jednak gdyby poszli wprost na stolicę to byłoby to naturalne.

                                      - Dobra to chodźmy coś zjeść. - mruknęła kwaśno wysłanniczka górskiego markgrafa jakby w końcu ta mżawka i wiosenna słota dała się jej we znaki na tyle, że miała dość i chciała się przed nią skryć i ogrzać. Chciała też sprawdzić jak to razem wyglądają te konne zakupy i przemyśleć sobie plany na dziś, jutro i powrót do Lenkster.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • CioldanC Niedostępny
                                        CioldanC Niedostępny
                                        Cioldan jako Cioldan
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #64

                                        Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                                        Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                                        Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)

                                        Duivel rozglądał się głównie za odpowiednim rumakiem, jednak sam nie był pewny czy chce wydać dużą kwotę tylko na zwykłego konia, który w walce szybko ucieknie. Podchodził też do każdego sprzedawcy, który oferował łuki. Jako mistrz broni wiedział co nieco na temat tej broni dystansowej, a ponad to jako elf mógł rozpoznać elfi łuk. Jego starszy brat posiadał takowy, więc parę razy miał okazję wypróbować, ale sam nigdy nie posiadł wiedzy jak stworzyć takie dzieło. Pomyślał też, że może mógłby sobie dokupić drugi kołczan, aby sytuacja z brakiem strzał zdarzała się rzadziej. Z uwagą przyglądał się wszystkim łukom i grzecznie pytał o pochodzenie każdego z nich. Był gotów kupić jakiś, gdyby tylko stwierdził, że sam ma gorszy.
                                        Przy okazji pomny wczorajszego wieczoru w karczmie, rozglądał się za dwójką osobników, którzy to zrobili scenę przy jednym ze stolików. Szczególnie rozglądał się za tym mniejszym, który albo coś załatwiał dla osiłka, albo po prostu pracował w tamtej gospodzie. Jego ciekawość nie dawała mu spokoju.

                                        Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.

                                        - … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.

                                        Podszedł bliżej do człowieka z ozdobnym buzdyganem i rzucił do niego:

                                        - Szanowny Panie! Zamieńmy słowo!- po czym podszedł do niego, aby nie musieć krzyczeć i kontynuował.
                                        - Czemu nie poszedł Pan żeś do straży z tym? Szukasz pomocy, chcesz się zrewanżować? Jesteś kupcem nie wojakiem, może napastnicy ocalili część sprzętu... znaczy się Twoich towarzyszy. Gdzie to się stało? Tak w ogóle to jestem Duivel, a w oddziale mam tu takiego znajomego wuja, zdaje się, że z Twoich regionów. Oficer Gotthard Distler z Kisleva we własnej osobie, może znasz?- tu Elf skończył swoje małe dochodzenie.

                                        Ewidentnie był podekscytowany informacją o napadniętych kupcach. Tylko musi podzielić się tą informacją z Petrą. Popatrzył jeszcze raz mężczyznę i powiedział jakby w tajemnicy

                                        - Chodź ze mną, przedstawię Cię Szefowej- mówiąc ostatnie słowo, zrobił duże oczy jakby chcąc wzbudzić u mężczyzny szacunek do Petry, jeszcze za nim ją spotka.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79 jako Pipboy79
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #65

                                          Tobias wstał z łóżka, podszedł do miski z wodą w której obmył twarz i dłonie. Wział łyka zwietrzałego piwa z wczoraj i spojrzał z dziewczynę śpiącą na łóżku. Podszedł i przykrył ją kocem, przygladajac się jeszcze raz jej krągłościom. Ubrał się i zszedł na dół na sniadanie.
                                          Sala nie była przepełnona, wiekszość gości spała jeszcze ale i tak po sali roznosił się zapach smażonych jajek i miesiwa. Karczmarz na gest Tobiasa nalał kufel miodu i przyniósł do stolika przy którym usiadł zwiadowca. Jajecznicę poproszę - rzekł Tobias i wziął porządny łyk trunku.
                                          Widok Krasnoluda, starego juz i dyszącego jak miechy w kuźni i wspierajacej się na jego ramieniu drobnej Panny - niechybnie będącą niewiastą drobnego ludu - niziołków - okrytą jedynie w wyblakły płaszcz, był na tyle niezwykły, że Tobias zawrócił ze schodów i usiadł ponownie za ławą - przyglądając się przybyszom niczym wół, patrzący na malowane wrota. Karczmarz patrzył na nowoprzybyłych spod krzaczastych brwi ale cierpliwe czyścił naczynia czekając aż cos zamówią. Tobias po dłuższej chwili - nie wiedząc dlaczego - zamowił 2 porcję jajecznicy ze skwarkami i trzy kufle miodu i dosiadł się do niezwykłej pary.

                                          - Wyglądacie mości krsnoludzie i Wy - mości panienko na wyczerpanych podróżą i głodnych. Mam nadzieję że moje towarzystwo nie bedzie dla Was krępujące, jestem Tobias Walder - mogę zapytać skąd przybywacie i co dokładnie Was spotkało?

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa