Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 706 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #51

    Tobias przyglądał się uważnie Renacie Theiss. Jej oczy taksowały po twarzach zebranych w wilgotnej, cuchnącej stodole, nerwowo przegryzając wargę. Jej wzrok napotkał wzrok Tobiasa, który rozważał opcje które pani sierżant przedstawiła. Najmniej podobała mu się opcja ucieczkę łodziami. Nie przybyliśmy tu by wymienić Tileańczyków na Swoich. Nie zostawimy ich na tej żałosnej farmie na pastwę tych, w żyć chędożonych bestii. Co to to nie, poczekanie tutaj ma sens, ale nie godzi się siedzieć tu i czekać, kiedy grupa szefowej może być w tej chwili otoczona przez zwierzoludzi. Gdybyśmy się tylko do nich przebili - zakładając że nie weźmiemy się wzajemnie za wroga - moglibyśmy wycofać się drogą, którą oni przybyli. Jeżeli jest faktycznie wąska, oznacza to że bestie będą nas atakować tylko z jednej strony - od tyłu, i to nie w wielkiej ilości. z tym moglibyśmy sobie poradzić.
    Tobias podszedł to Thiess i wskazał coś palcem i pani sierżant podążyła wzrokiem w tym kierunku.

    - Ta dziwna poświata, to może być Nasza Pani czarodziejka? Jak Pani myśli? Z tamtego kierunku dochodzą odgłosy. Myślę że powinniśmy się do nich z Tileanczykami przebić. Dać znać że ty my, i tak dalej...

    Tobias odwrócił się do Tileańczyków.

    - Ale może tych rannych udałoby się załadować na łodzie i dając im małą eskortę wysłać do wioski? Tych dwóch i tak ktoś musiałby nieść.

    Spoglądając w zatroskana twarz pani sierżant Tobias jej nie zazdrościł. Życie wielu zawsze spoczywało w rękach garstki. Nie zazdrościł jej odpowiedzialności za decyzję które trzeba podjąć, gdy czas ucieka, gdy są ranni.

    - Cokolwiek Pani sierżant nie zdecyduje - tu Tobias omiótł wzrokiem po twarzach żołnierzy - jesteśmy z panią sierżant.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • DekaresD Niedostępny
      DekaresD Niedostępny
      Dekares jako Dekares
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #52

      Pocisk z procy walący Stefana w skroń w końcu przywrócił mu jasność myślenia którą do tej chwili odbierała mu chęć dopadnięcia znienawidzonego wroga. Przez chwilę strach chciał przejąć nad nim kontrolę i kazać rzucić mu się do panicznej ucieczki, na szczęście udało mu się opanować i zacząć działać logicznie aby uratować się przed śmiercią. zrobił krok w tył po czym klęknął w bagnie i zasłonił się tarczą wyciągając jednocześnie jedną ze swoich mikstur leczniczych aby ja wypić.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #53

        Eitri zaczynał coraz bardziej żałować, że pozostawił broń palną. Chociaż w tej cholernej mgle byłaby równie użyteczna, co on w tej chwili.
        Westchnął tylko jak usłyszał komendę sierżanta halabartników.

        - Tak jest, sierżancie! - odpowiedział tylko i ponownie się ustawił unosząc odrobinę tarczę - Co powiecie chłopaki na zakład? Temu, który utłucze najwięcej szkaradztw, reszta stawia kolejkę? - zawołał do reszty piechoty. Trzeba dać coś, aby zajęło ich głowy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #54

          Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2521.04.23; wlt; południe

          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
          Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
          Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

          Wszyscy - osada Tongruben

          Na grząskiej ścieżce buty tonęły w błocie. Ale zwykle błoto i kałuże były na znośnym poziomie. Co innego poza ścieżką. Bo tam jak ktoś zawędrował to łatwo było zapaść się w tą bagienną wodę i błoto do połowy łydek, do kolan albo jeszcze głębiej. Nie było więc dziwne, że żołnierze wracający do Tongruben po tej ścieżce byli mokrzy i ubłoceni, zwłaszcza od kolan w dół. Właściwie nie zdarzało się aby udało się komuś wyjść z tych bagien mokrych i ubłoconych butów oraz spodni. Może poza Alezzią jakiej błoto i bagno zdawało się nie imać. Wciąż była czyściutka i sucha jakby wcale nie zrobiła sobie wycieczki na jakieś bagna.

          I chociaż osada Tongruben położona na skraju Mglistych Bagien nie prezentowała się zbyt okazale, nawet jak na standardy ostlandzkich wiosek bo chary wydawały się jakieś przygarbione a błota między nimi było w nadmiarze na kilka innych wiosek to chyba w mało którym sercu nie pojawił się cieplejszy płomyczek na widok regularnych, drewnianych i krytych strzechął brył wyłaniających się z mgły. Wreszcie jakaś cywilizacja! Jakiś suchy i ciepły kąt, może jakaś ciepła strawa do przełknięcia no i przede wszystkim chyba wszysyc mieli dość tych cholernych bagien, mgły i atakujących z zasadzki zwierzoludzi. Zwłaszcza jak na spotkanie, na skraj wioski wyszło im tych paru Gebirgsjaeger gdy widocznie byli w czuwaniu czekając na ich powrót. A tutejsi mieszkańcy zaciekawieni jak poszła śmiałkom wyprawa na tutejsze bagna skryte wieczną mgłą. A jak poszła? Właściwie chyba nieźle. Przynajmniej udało się osiągnąć główny cel po jaki się wyprawili czyli odnaleźć i sprowadzić z powrotem oblężonych przez zwierzoludzi tileańskich kuszników. Ale jednak ta walka we mgle i bagnie mocno dała się we znaki i zszarpała nerwy większości z nich. I ponieśli pierwsze straty w walce z Chaosem chociaż jeszcze nawet nie byli na ostlandziej ziemii.

          Nie było do końca pewne czy Petra zdecydowała się ruszyć pod wpływem słów Gottharta czy z innych powodów. W końcu już w rozmowie z Duivelem zdawała się być skłonna aby kontynuować marsz na zatopioną wioskę. Więc obaj z Kolesnikovem jakiego elf podejrzewał o napad na karawanę jego wuja sprzed lat, ruszyli na czoło kolumny. Zaś on i jego leśni zbóje podzielili się ze spiczastouchym swoimi strzałami. Każdy dał mu po jednej chociaż nie wydawali się być zadowoleni z tego bo zapasowych kołczanów nikt nie zabrał a w ich własnych też już strzały były mocno przerzedzone. Ale jak herszt tak kazał to jednak oddali mu po strzale. Dzięki czemu kołczan elfa nie był już tak żałośnie pusty. Chociaż za mało to było aby znów był pełen. W porywach optymizmu można było uznać, że ma prawie połowę kołczanu.

          Potem obaj ze Stefanem przeszli na czoło myśliwych. I już sami, we dwóch, ruszyli w tą mglistą ścieżkę. Hochlandzyk wskazał mu na ślady jakie zostawili tu wcześniej z jego imiennikiem. Dało się poznać jak dwie osoby szły obok siebie. Aż jedna z nich wróciła w stronę głównej kolumny.

          - Gdzieś tu go widziałem ostatni raz. - powiedział cicho Kolesnikov wskazując na widoczne w błocie ślady rozstania. Tutaj musiał wcześniej zawrócić do reszty a te drugie tropy jakie zostawił jego ostlandzki imiennik dalej zmierzały ścieżką w stronę gdzie miała być ta zatopiona farma i oblężeni tileańscy kusznicy. Była to dość wyraźna wskazówka co się dalej działo z zaginionym Jeagerem. Szli tak we dwóch przez tą mgłę aż okazało się, że te pojedyncze tropy schodzą ze ścieżki. Stefan cmoknął z niezadowolenia i pokręcił głową. Widocznie zastanawiał się co teraz powinni zrobić. W końcu Petra kazała im być czujką dla głównych sił i mieli sprawdzić dalszą drogę czy da się dojść do tej zatopionej farmy. I jak się da to znaleźć Stefana. Ale pewnie zakładała, że żywego, rannego czy martwego znajdą gdzieś na ścieżce. A tu wyglądało na to, że z niej zszedł i ruszył na przełaj przez ten zdradliwy, grząski teren. Tam gdzie było głębsze bagno, więcej mgły a w niej pewnie ci zwierzoludzie co ich atakowali. Chociaż teraz jakby wszystko to ucichło.

          Niejako sam zaginiony pomógł im się znaleźć oraz podjąć decyzję. Usłyszeli okrzyk bólu gdzieś tam przed nimi. Zaskakująco ludzki okrzyk. Stefan trzepnął w ramię elfa i dał znak aby ruszać do przodu. Szli po tej błotnistej ścieżce tak cicho i szybko jak się dało. Herszt hochlandzkich myśliwych narzucił raźne tempo bo krzyczący musiał być nie daleko. Szli przez dziewiczą ścieżkę na jakiej nie było ludzkich śladów. Aż dotarli do ubłoconego włócznika jaki z mozołem zmagał się z bagnem i atakującymi go strzałami. Sylwetek napastników nie było widać. Tylko co chwila z mgły wylatywała strzała albo pocisk z procy. Szybko dało się poznać, że Jaeger znalazł się pod krzyżowym ogniem i z której strony nie próbowałby się zasłaniać tarczą to wystawiał swój bok na ostrzał z tej drugiej strony.

          Sam Jaeger musiał przyznać chociaż sam przed sobą dwie rzeczy. Pierwsza była taka, że chyba ten sprzedawca od jakiego kupił za ciężkie monety te mikstury leczące nie sprzedał mu bubla. Bo gdy gorzka, gęsta ciecz spłynęła mu do gardła to czuł niezbyt przyjemny smak. Znów zasłaniał się swoją tarczą próbując się krok po kroku cofać w kierunku gdzie wydawało mu się, że jest ścieżka. Chwiał się zmagając się z błotnistą pułapką w jakiej urzązł. Musiał walczyć o każdy krok. A cofanie się tyłem było jeszcze mniej wygodne i zgrabne niż gdy parł do przodu. Wyszarpnąć nogę z mlaszącym odgłosem i przy wtórze zgniłego, bagiennego zapachu wody po czym niczym w ciemność dać krok w tył. Gdzie noga znów zanurzała się do połowy łydki. Ale gdy się cofał i napierał na nią całym ciężarem ta zagłębiała się jeszcze bardziej. Zwykle do kolana. Czasem mniej czy głębiej ale zwykle gdzieś do kolana. Wtedy mógł niejako cofnąć tą nogę co akurat była z przodu i znów powtórzyć operację aby dać krok w nieznane. Więc samo cofanie się w tym bagnie było trudne i niezdarne. To nie był plac apelowy aby mógł po równym i pewnym terenie cofać się zasłaniając się tarczą przed ostrzałem napastników. Ale właśnie zaczął odczuwać jak ten połknięty eliksir zaczyna działać. Jakby od środka, z żołądka spłynęło na niego ożywcze ciepło jakie zaczęło promieniować na resztę mokrego i styranego ciała. Zagłuszało ból jaki odczuwał po tych kilku trafieniach z procy czy strzałami. Więc chyba jednak nie wyrzucił tych pieniędzy w błoto jak kupował wtedy, w całkiem innym czasie i miejscu te dwa eliksiry.

          Drugie co mógł się zorientować już nie było takie pozytywne. A mianowicie te sylwetki napastników jakie majaczyły mu we mgle zorientowały się w jego zamiarach. I tak jak wcześniej cofały się gdy przedzierał się przez bagno do przodu aby zachować dystans i móc go ostrzeliwać teraz też to robiły. Tylko chytrze rozdzielili się. Chyba było ich dwóch. Przynajmniej najwyżej dwie sylwetki majaczyły mu na pograniczu widoczności. Ale obchodzili go. Szli przodem a nie się cofali więc poruszali się znacznie szybciej od niego. Bez trudu wzięli go w kleszcze. I co chwila ciskali ku niemu kamienie z procy lub strzałę z łuku. Z której strony by nie ustawił swojej tarczy to ten drugi zawsze miał wolne pole ostrzału. I znów go trafili. Zabolało! Chociaż jeszcze nie tak bardzo jak to co go trafiło wcześniej. Ale strzelali rzadziej i chyba uważniej tylko wtedy gdy nie był ku nim zwrócony tarczą.

          - Stefan! Dawaj! Dawaj do nas! - niespodziewanie usłyszał za sobą okrzyk herszta Hochlandczyków. Jak sie odwrócił zobaczył za sobą dwie sylwetki. Hochlandczyka poznał po ciemnej czuprynie i brązowym ubraniu. Trzymał w jednej dłoni łuk a drugą machał do niego. Ten drugi to sądząc po złotej plamie brody i włosów to pewnie był Duivel. Widział ich, że stali mniej więcej cali, nie tonęli w bagnie więc tam pewnie była już ścieżka. Tylko musiał tam dotrzeć.

          Zaś Duivel i Stefan zaczęli strzelać na słuch. Tam gdzie zdawało im się, że są ci dwaj co ostrzeliwują ich kolegę. To ich chyba nieco speszyło bo albo przekierowali swoje pociski na nich a w końcu odpuścili widząc, że dotąd nieruchawa przez bagno ofiara już prawie wyczłapała się z tego bagna i wróciła na ścieżkę.

          Poza tym ten postój sprawił, że myśliwi idący na czele kolumny ich dogodnili. I aby pomóc napastnikom w podjęciu właściwej decyzji puścili od siebie kilka strzał w ich kierunku. Czy trafili czy nie to jak podczas całej tej wymiany pocisków w mgle trudno było stwierdzić. Ale całościowo już prawie nie zdarzało się aby strzelano w ich stronę.

          Dopiero gdy prowadzona przez dwuosobową czujkę kolumna dotarła na skraj zatopionej w bagnie farmy to się zmieniło. Stefan i Duivel zostali ostrzelani z proc, łuków i oszczepów. Gdy już widzieli wyłaniające się z mgły kanciaste zarysy jakichś budynków. W sukurs szybko przyszli im myśliwi Kolesnikova jacy szli na czele kolumny. Zaczał się pojedynek strzelecki. Petra przepchała się naprzód aby sprawdzić co się dzieje. Chciała posłać do boju halabardników Meistera aby utorowali drogę. Ale na tej wąskiej scieżce byłoby to trudne. Oznaczałoby spore zamieszanie gdy jedna grupa próbowałaby się przedrzeć pod ostrzałem przez drugą. Do tego ścieżka z założenia sprzyjała aby maszerować gęsiego więc nie było mowy o formowaniu w oddział i uderzaniu całym impetem jakiego można by oczekiwać po prawie dwóch dziesiątkach halabardników. Meister próbował to właśnie wykrzyczeć do von Falkenhorst bo znów trzeba było krzyczeć aby się usłyszeć i zrozumieć. Gdy z przeciwka usłyszeli gwizdki.

          - To Theiss! To sygnał do ataku! - krzyknął uradowany Meister od razu rozpoznając gwizdki powszechnie używane w wojsku przez mniejsze oddziały jakich nie było stać na rogi, trąby, piszczałki i bębny. Rzeczywiście zaraz z mgły dał się słyszeć krótki, kobiecy okrzyk jak wezwanie bojowe. A potem gruchot wielu kroków.

          - Wstrzyma ogień! Nie strzelać! - Petra w ostatniej chwili wstrzymała ostrzał myśliwych. Po czym gdy widać było już pierwsze sylwetki z mieczami i tarczami w dłoniach wyłaniajace się z mgły kazała przepchać się jednak halabardnikom skoro w tej chwili strzelcy nie byli już zbyt użyteczni. Wzięci w dwa ognie rogacze nie stawiali żadnego oporu. Dosłownie. Oddali może jeszcze jdną czy dwie chaotyczne i rozproszone salwy do nadbiegających mieczników po czym dali dyla. Do walki właściwie nie doszło i obie grupy spotkały się na skraju tej zatopionej farmy.

          Dla Thobiasa wyglądało to nieco inaczej. Nie miał pojęcia co tam się działo u głównej grupy na bagnach. Wiedział co się działo wewnątrz przegniłej stodoły jaką zajęli najpierw Tileańczycy a teraz przebił się oddział mieczników Theiss no i on sam. Ona zaś głowiła się jak postąpić w tej mętnej i niepewnej sytuacji. Kusiło aby zostać tutaj i poczekać. Stodoła wydawała się być względnie bezpiecznym schronieniem skoro rogacze nie zdołali tutaj dorwać kuszników jak ci jeszcze byli tu sami. Zrezygnowała z powrotu do łodzi.

          - Niee. Na tych dwóch to trzeba by czterech noszowych. A ci eskorty. Trzeba by z połowę naszych ludzi z nimi wysłać. A potem co? Wrócić z powrotem tutaj? To już lepiej by było wsiąść na łodzie i wrócić do Tongruben. - skrzywiła się na propozycję Tobiasa. Po namyśle odrzuciła ją jako zbyt ryzykowną. Chyba, że jednak to byłby jedyny środek na powrót do błotnistej cywilizacji na pogranicznu tych cholernych bagien. Zostało więc albo czekać albo ruszyć w stronę tego mglistego światełka. To też wzbudzało sporo pytań i wątpliwości.

          - Może. Może to ona. Trochę jak jakaś latarnia. Ale wysoko. Widziałam race ale one wybuchają i szybko gasną. A to świeci po cichu i ciągle. Jak latarnia właśnie. - główkowała na głos krótkowłosa sierżant. Nie było jej łatwo podjąć decyzję. Bo opuszczenie tego schronienia prawie na pewno naraziłoby ich na ponowne ataki zwierzoludzie. Takie z zasiegu gdzie miecznicy niezbyt mogli odpowiedzieć. Mogli liczyć tylko na swoje tarcze. Teraz co prawda byli z kusznikami ale ich ciężkie kusze chociaż o ogromnym zasięgu i sile rażenia to nie były jednak zbyt wygodne do operowania w ruchu. W końcu poszła na kompromis każąc zmajstrować jakieś nosidełka dla tych dwóch najcieżej rannych Tileańczyków. Co porucznik Ferro poparł więc zaczeło się wyrywanie desek, żerdzi, wiązanie płaszczów aby zmajstrować te mocno improwizowane nosze. W końcu jak były gotowe to gdzieś po sąsiedzku doszły ich odgłosy walki. Pierwszy raz odkąc miecznicy dopadli do stodoły. Więc kto mógł wyglądał przez dziury w przegniłym dachu albo ścianach próbujac coś dojrzeć.

          - To na pewno nasi! Walczą z tymi pokrakami! - krzyknął w podnieceniu któryś z żołnierzy. To pomogło Theiss powziąć decyzję.

          - Wszyscy na dół! Przebijamy się do nich! Jazda, jazda, nie guzdrać się! Poruczniku Ferro! Niech wasi ludzie wezmą rannych! I maszerują za nami! - blondynka szybko wykrzyczała rozkazu i zrobił się niezły tumult. Gdy imperialni i Tileańczycy grupowali się w półmroku na klepisku stodoły. Potem na dany znak któryś otworzył drzwi stodoły więc zrobiło się wąskie gardło gdy musieli po kolei wyskakiwać na zewnątrz. I tam grupować się jeszcze raz. Ale o dziwo nikt ich nie atakował.

          - Za mną! Pogonimy tych kozich synów! - krzyknęła Theiss gdy już się ustawili przed stodołą. Po czym uniosła miecz w górę i wskazła nim kierunek marszu. Jej ludzie podążyli za nią mniej więcej w równej kolumnie. A porucznik Ferro poprowadził swoich kuszników. Jak czterech z nich musiało nieść rannych kolegów to pozostali zgupowali się dookoła nich wodząc kuszami w tą mgłę i próbując nadążyć za szybko maszerującymi miecznikami. Ci zaś dotarli na skraj farmy gdzie zza i z jednego z budynków rogacze prowadzili do kogoś ostrzał.

          - Dalej chłopcy! Wreszcie mamy coś na nasze miecze! - krzyknęła i zadeła w gwizdek. Miecznicy do tej pory niezbyt mieli okazję się popisać swoimi umiejętnościami bo wróg ewidentnie unikał bezpośredniego starcia. Ale tym razem wreszcie trafiła się okazja gdy ten był zajęty ostrzeliwaniem kogoś we mgle. Pewnie ich kolegów co poszli ścieżką. Więc wojacy z obnażonymi mieczami, zasłaniając się tarczami runęli przez to błoto na przeciwnika. Ten widocznie zaskoczony odwrócił się ku nim. Już widać było koślawe, na wpół zwierzęce sylwetki koźlonogich i to jak ciskają w nadbiegających swoje oszczepy, łuki i proce. Ale mieli zbyt mało miejsca i czasu a sami byli rozproszeni aby przyniosło to wymierny efekt. I jak stanęli przed wyborem czy przyjąć walkę z nacierajacymi miecznikami czy dać dyla we mgłę to wybrali to drugie. Miecznicy stracili impet i w końcu się zatrzymali. Ale z przeciwka już było widać nadbiegających halabardników. Pojedynczo bo tam na ścieżce nie było miejca aby sformować i uderzać całym oddziałem. Ale wreszcie doszło do spotkania obu grup. A skoro to się udało i mieli już w swojej mocy tileańskich sojuszników to Petra stwierdziła, że nie ma co tu dłużej zwłóczyć i trzeba wracać do Tongruben. Znów musieli się jakoś poszeregować aby ciurkać się wężykiem po tej ścieżce przez bagna. Tym razem nie byli już atakowani jakby rogacze odpuścili. Więc po kilku pacierzach marszu po błotnistej ścieżce przed czołem kolumny zaczęły majaczyć chaty pierwszych zabudowań Tongruben. Co szybko przekazano do tyłu podnosząc wszystkich na duchu. A wkrótce wszyscy śmiałkowie wydostali się na znośnie grząski grunt jaki zalegał pomiędzy tutejszymi chatami. Można było odpocząć po tym bagiennym wysiłku.

          - No i widzisz krasnoludzie. Chyba nie będzie komu stawiać tej kolejki. - uśmiechnął się Meister klepiąc przyjacielsko Eitriego po ramieniu. No rzeczywiście. Ani on ani jego halabardnicy do jakich przystał na czas tej bagiennej wyprawy niezbyt mieli okazji w co wrażyć ostrze. Najpierw w jedną i drugą stronę leciały strzały i pociski. Z czego część ubiła dwóch ich towarzyszy jakich sierżant kazał zabrać w drodze powrotnej. Potem wznowili marsz na tą zatopioną farmę bo szefowa tak kazała. A jak przez chwilę się wydawało, że wreszcie będą mogli zaszarżować na przeciwnika to ten wzięty w dwa ognie z miecznikami Theiss trchódzliwe dał dyla. Ostatecznie więc nie mieli za bardzo okazji aby się spróbować z przeciwnikiem. Chociaż jak wracali tutaj to okazało się, że z miecznikami było podobnie. Też dostali się pod ostrzał i prawie udaną zasadzkę po opuszczeniu łodzi. A potem dotarli do stodoły i zabyrakodowanych tam kuszników. A potem usłyszeli walkę w opołotkach farmy więc uderzyli no ale w próżnie bo zwierzoludzie zwiali. No to i nie było za bardzo komu stawiać tej kolejki bo i zwycięzców w tej proponowanej przez krasnoluda konkurencji nie było. Ale przynajmniej odbili tych kuszników no i większość z nich wróciła z powrotem do Tongruben.

          - Sprawdźcie czy nikogo nie brakuje. - rzuciła Petra która zatrzymała się na błocie pomiędzy chatami, odwróciła i obserwowała mijające ją oddziały. W przeciwieństwie do stojacej obok Alezzi to szefowa była tak samo umazana błotem i brudną, bagienną wodą jak jej piechurzy. Sierżanci zrobili zbiórkę sprawdzając czy ktoś się nie zapodział gdzieś na tych bagnach. Ale nikogo nie brakowało. Wiec von Falkenhorst rozmówiła się z tutejszymi. Tak aby jakoś podzielić wojaków do każdej chaty i aby zjedli coś ciepłego. Bo jak wyszli z tych bagien i mgły to okazało się, że właściwie już połowa dnia, pora obiadowa i od śniadania jeszcze po ostlandzkiej stronie Wolf to nic nie jedli. Więc wojacy całkiem chętnie powitali ten pomysł i po chwili już samoistnie podzielili się na mniejsze grupy jakie znikały po chatach i obejściach tubylców. Petra zaś zadarła głowę do góry i wpatrywała się tam chwilę.

          - Połowa dnia. A wiele dziś nie uszliśmy. - cmoknęła z niezadowoleniem. Przez tą bagienną eskapadę rzeczywiście zeszło im prawie pół dnia straty w porównaniu do pierwotnych planów marszruty.

          - Do Breder niedaleko psze pani. Z jeden dzień. Dziś pół i jutro pół. Albo dziś dać sobie już spokój. To jutro do wieczora dojdziemy do Breder. - Stefan został na tej alejce błota aby doradzić coś szefowej jaka widocznie zastanawiała się nad dalszymi poczynaniami.

          - Ludzie zmęczeni po tych bagnach. Brudni. Wszystko w błocie i mokre. Odpocząć by można. Ale jak trzeba będzie pójść to pójdziemy. - ostrożnie wyraził swoją opinię Meister. Petra cmoknęła dalej chyba nie do końca przekonana.

          - Ja bym wolała stąd odejść jak najprędzej i jak najdalej. Nie chciałabym tu nocować. A na głównym trakcie do Breder też pewnie są jakieś wioski albo chociaż gospody. - Theiss chyba miała dość tych bagien i wolała oddalić się od nich niezwłocznie po obiedzie. Ale zostawiła ostateczne słowo szefowej. ta teraz spojrzała w stronę leśnego tunelu jakim las obramował błotnistą drogę jaka prowadziła do pierwotnego kierunku w jakim zmierzali.

          - Przynajmniej słońce wyszło i się ładniej zrobiło. Chociaż ziąb. - powiedziała Alezzia wskazując na niebo jakie w międzyczasie rzeczywiście się rozpogodziło.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CioldanC Niedostępny
            CioldanC Niedostępny
            Cioldan jako Cioldan
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #55

            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
            Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
            Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

            Grupa von Falkenhorst, Zatopiona Wioska

            Elf mimo swojej niechęci do Kolesnikova, poszedł z nim bez wahania. Sam potrafił dobrze tropić, ale te tereny zdecydowanie lepiej znał Stefan, więc chcąc nie chcąc, musiał w tej sytuacji mu zaufać. Dość szybko doszli do miejsca w którym Jaeger zszedł ze ścieżki, gdy sytuacja się nieco wyjaśniła i zobaczyli kilka sylwetek oraz słyszeli już Stefana Ostlandczyka, szybko zareagowali. Duivel wystrzelił kilka strzał polegając głównie na słuchu, a jego towarzysz zaczął nawoływać imiennika. Gdy już byli na ścieżce we trzech, doszła do nich reszta grupy, a i strzały i inne pociski przestały w nich lecieć. Gdy dotarli już do zatopionej osady i po krótkiej konfrontacji byli bezpieczni, elf podszedł do rannego Stefana i zwrócił się do niego

            - Szanowny Stefanie, jak sytuacja już się całkiem uspokoi to mogę spróbować Cię nieco podleczyć. Poza tym, jeśli możesz, zdradź mi proszę, co chciałeś tam osiągnąć sam w bagnach? Na pewno odciągnąłeś uwagę od głównej grupy paru tych parszywców, a za to dzięki.

            Podczas drogi powrotnej szedł na samym końcu i uważnie rozglądał się czy pomioty nie próbują jeszcze zrobić jakiejś zasadzki.

            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
            Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
            Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

            osada Tongruben

            Doszli w końcu do osady, po przydzieleniu wojaków do konkretnych domostw, elf zaczął chodzić po gospodach w poszukiwaniu najświeższego jedzenia. Tam gdzie znalazł najbardziej odpowiednie dla niego jadło, dosiadł się i w spokoju skonsumował posiłek. Po napełnieniu brzucha, poszedł znaleźć Stefana, po czym zagadał do Niego

            - Mości Stefanie, jestem gotowy do działania. Mogę zacząć od Ciebie, a może potem wspólnie pójdziemy wyleczyć resztę, bo słyszałem, że i Pan jest z podstawową wiedzą lekarską za pan brat.

            Następnie poszedł/poszli wyleczyć resztę poszkodowanych.
            Po skończonych praktykach lekarskich, Duivel poszedł do Petry i niepytany znów przedstawił swoją wizję reszty dnia.

            - Droga Petro, z całym szacunkiem, ale lepiej nam wyruszyć jak najszybciej, aby jutro nie zajść na sam wieczór i stracić kolejną noc, a tak, może uda nam się coś jeszcze załatwić jutro w Breden. W każdym razie, czekam na rozkazy. -

            po czym się ukłonił i czekał na odpowiedź.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Pipboy79
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #56

              Gdy oddalał się od zatopionej wioski z resztą oddziału, Tobias szedł oglądając się przez ramię, oczekując jeszcze jakiś desperackich ataków zwierzoludzi. Po dłuższym marszu wreszcie się trochę uspokoił, na tyle by poczuć zmęczenie. To ciekawe, że w nerwach nie odczuwa się tak zmęczenia a nawet bólu - do pewnego stopnia. Przemoczony, brudny, marzył o odpoczynku. Ból palców powoli ustawał, łuk był cały a i strzał sporo zostało. Kiedy dotarli do Tongruben Tobias zdjął cięciwę z łuku i oczyścił go. - Uff, teraz coś zjeść i napić się - pomyślał.
              Przymykając oczy odpoczywał, przeżuwając kawałek wędzonki, nasłuchując dźwięków otoczenia. Usłyszawszy propozycji elfa, Duivela, otworzył oczy, a gdy ten skończył, Tobias wstał i podszedł do Szefowej i elfa. Zanim ta zdążyła odpowiedzieć na jego propozycję Tobias rzekł:

              - Muszę się zgodzić z Herr... z Duivelem. Powinniśmy posilić się i napoić, opatrzeć kogo trzeba i ruszać w drogę. Z każdą minutą wróg zbliża się do Lenkster, a nie wiemy czy nie napotkamy jeszcze po drodze jakieś przeszkody, które jeszcze bardziej opóźnią nasz powrót do miasta. Ta potyczka to za mało - moim skromnym zdaniem - byśmy musieli odpoczywać całą noc. Szybciej ogrzejemy się i odpoczniemy w miejscu pozbawionym tutejszej wilgoci. Decyzja jest Pani- Leutnant.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • DekaresD Niedostępny
                DekaresD Niedostępny
                Dekares jako Dekares
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #57

                Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                Jeager miał wielką ochotę burknąć coś od niechcenia elfowi jako wymijającą odpowiedź na jego zapytanie co do kierujących nim wcześniej motywów. Zdusił w sobie tą podłą ochotę i odpowiedział Duivelowi po tym jak silnie wzdychnął, w sposób przypominający powietrze uchodzące z przebitego miecha kowalskiego:

                - Dziękuje za propozycje pomocy, Sigmar świadkiem, że wymagam porządnego połatania...A co do tego co chciałem osiągnąć to sam zadaje sobie to pytanie. Postąpiłem głupio wchodząc w bagno bez wyciągniętego łuku... - przerwał na chwilę z widocznym trudem zbierając myśli w głowie która zdecydowanie zbyt mocno bolała po trafieniu w skroń - Uważałem strzelanie na oślep za głupotę więc chciałem się dostać się na tyle blisko do drani aby zacząć z nimi walkę wręcz. Niestety całkowicie poległem w kwestii podejścia do nich w skrytości... Gdyby nie wasza dwójka byłbym już karmą dla tych potworów, jestem waszym Dłużnikiem

                Stefan resztę drogi spędził ponownie z drugim Stefanem na przedzie kolumny i starając się nie zrobić już niczego głupiego jednocześnie Starał się także dotrzymać kroku swojej dowódcy co wcale nie było najłatwiejszym zadaniem biorąc pod uwagę doskwierające mu rany, ale zaciskał zęby utrzymywał tempo.

                Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
                Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                Słysząc propozycje pomocy ze strony elfa Stefan mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób:

                - Dziękuję Duivielu ponownie będę Twoim Dłużnikiem, o ile ktoś inny nie będzie potrzebował w tej chwili pomocy medyka bardziej ode mnie to byłbym wdzięczny za pomoc. Pomogę przy innych jak najlepiej się da, choć nie przesadzałbym z wiarą w moje umiejętności w tym zakresie nie jestem jakimś wielkim ekspertem po prostu, przez kilka lat pomagałem kapłanką w świątyni Pani Miłosierdzia, znam się trochę na zbieraniu ziół i mam ich trochę z sobą, to bardziej rzeczy na jakieś proste dolegliwości niż do leczenia bitewnych ran ale to lepsze niż nic - mówiąc ostatnie słowa podniósł do góry swój plecak w którym trzymał mały pakunek z ziołami i innymi przyborami potrzebnymi do udzielania pierwszej pomocy.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #58

                  Eitri westchnął chowając oręż za pas i przerzucając tarczę na plecy. Zerknął na halabradnika, który poklepał go po ramieniu.

                  - Jak trafimy jakąś karczmę postawię wam kolejkę chłopaki, zasłużyliście za szarganie nerwów bez bijatyki. - kiwnął głową towarzyszom broni i ruszył w stronę Petry.

                  Wysłuchał opinii pozostałych zanim dał swoją.

                  - Forsować chłopaków przez bagna, aby jak najszybciej dotarli na miejsce, nie jest rozsądne. Forsowna przeprawa zwiększy szansę na wypadki, do tego jak dotrzemy na miejsce, wszyscy będą zbyt zmęczeni, aby cokolwiek zrobić. Jeżeli będziemy spodziewać się tam walki, to lepiej by było, aby chłopcy mieli siły. Do tego jeżeli mogą być kolejne zasadzki, powolna przeprawa będzie bezpieczniejsza.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79 jako Pipboy79
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #59

                    Oryginalny tytuł: Tura 09 - 2521.04.24; abt; zmierzch

                    Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                    Czas: 2521.04.24; Aubentag; zmierzch
                    Warunki: ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                    Wszyscy

                    Szefowa karawany nie ukrywała swojego niepokoju czy uda im się dotrzeć do bram Breder przed zapadnięciem zmroku. Bowiem od rana, całkiem słonecznego chociaż chłodnego, coraz więcej wskazywało, że jak nie zatrzyma ich jakies oberwanie pogody albo nieprzewidziane okoliczności to mają szansę zdążyć pod wieczór do miasta w jakim jutro miał się zacząć targ. Ale do końca nie było pewne czy zdążą przed zmierzchem czy nie. Tradycyjnie bowiem bramy miejskie zamykano o zmierzchu i otwierano o świcie. Gdyby nie zdążyli trzeba by rozbić obóz pod bramą. Co prawda nie rzadko pod takimi bramami ktoś przedsiębiorczy stawiał jakąś gospodę ale raz, że mieli czas wojny a okolice pełne były uchodźców a dwa nawet jakby ktoś z karawany znalazł miejsce w środku to pewne było, że ponad pół setki luda nie ma co liczyć na nocleg pod dachem.

                    Szefowa zdecydowała się od początku postawić na tempo podróży i pozwoliła na spokojne zjedzenie obiadu w Tongruben i krótki odpoczynek ale nie chciała tam nocować i wolała chociaż trochę posunąć się w głąb Hochlandu nawet jeśli nie było już szans wykonać planu drogi jaki miała jeszcze przy śniadaniu.

                    Podczas tego postoju w wiosce jaka słynęła z przedniej gliny i wypiekanej ceramiki z niej robionych wieśniacy okazali się dość gościnni. Zwłaszcza jak szefowa sypnęła groszem aby wykarmili niezapowiedzianych gości. Bo każda z rodzin niespodziewanie miała do wyżywienia z pół tuzina chłopa czyli nie byle co. Trochę to potrwało zanim ugotowali tak duży obiad z pewną niewielką pomocą zapasów z wozu jakie składały się na kawałki kiełbasy i suszonej ryby. Ale atmosfera panowała całkiem domowa i życzliwa więc żegnali się ze sobą całkiem miło. Ci co znali się na opatrywaniu ran mieli czas aby przejrzeć te nieco ponad pół tuzina rannych z czego najciężej byli poszkodowani ci dwaj tileańscy kusznicy, dwóch halabardników i jeden Kozak. Ich załadowano na wóz. Więc na ponad kopę luda to nie były jakieś okropne straty, żaden z oddziałów nie został wyłączony z działań z powodów strat. Reszta wyraźnie mniej ale póki co byli traktowani jak chorzy i zwolnieni ze standardowych obowiązków. Uprać rzeczy nie było kiedy więc co najwyżej można było przebrać się w czyste, suche ciuchy dotąd wiezione w bambetlach na wozie. Ale mentalnie wydawało się wielu z nich zmęczonych po tych niepewnych utarczkach we mgle i bagnie z prawie niewidocznym przeciwnikiem.

                    Nocleg rozbili po jakichś obejściach i stodołach w przydrożnej wiosce. Dla nielicznych wystarczyło miejsca w chłopskich łożach. Rano tam właśnie śniadali i dowiedzieli się, że do Breder jest dzień drogi. Do wieczora zapewne powinni tam dotrzeć. Stan rannych poprawiał się. Warunki na bagnach niezbyt sprzyjały powrotowi do zdrowia, podróż zresztą też nie. Chociaż jechanie wozem było dla ciężko rannych jedyną możliwością podróży. Wysiłki czynione przez brodatego elfa i ostlandzkiego weterana przynosiły jednak pewien skutek pomimo tych trudności. Ale dało się poznać, że nadnaturalne zdolności świetlistej uczonej potrafią pokazać swój lwi pazur chociaż jej zdaniem żywy organizm miał swoje ograniczenia co do przyswojenia takich energiii utkanych w życiodajne zaklęcie.

                    Droga do Breder okazała się podobnie wyboista i błotnista jak ta po wschodniej części rzeki Wolf. Też mijali różnych podróżników, raz minęła ich długa kolumna piechoty wraz z taborami przez co ich zaczopowała na jakieś dwa pacierze bo musieli ich przepuścić. Raz czy dwa mijali ich konni kurierzy przewożąc swoje torby z listami. Do tego zwykli uchodźcy, czasem z samego Kisleva co dotarli aż tutaj szukając schronienia przed wojną. Ale i tacy z Ostlandu ale też i miejscowi jacy pracowali w mijanych gospodarswach i polach.

                    - To co Stefan? Jak wygląda to Breder? Byłeś tam wcześniej? Będzie gdzie się zatrzymać? - zagaiła Petra jadąc konno między Alezzią a Gotthartem. A jak zwykle dwójka konnych Gebirsjeager jechała za nią zaś druga gdzieś tam z przodu tak, że zwykle z kolumny nie było ich widać.

                    - Ano dziwne to miasto psze pani, dziwne. Mawiają, że takie krasnoludzkie. Bo większość jest pod ziemią. Chociaż słyszałem też, że tam jakaś stara kopalnia była albo jaskinie i tam ludzie zawsze mieszkali. Ale targ jest w tej części na powierzchni, każdy się zjeżdża z okolicy i wystawia co ma. Jutro też pewnie tak będzie. - herszt hochlandzkich łuczników jak zwykle stanowił dla von Falkenhorst przewodnika po swojej rodzimej krainie. Jego słowa jednak zadziwiły Ostlandczyków i tych co nie byli wcześniej w tym mieście. Jedna nim skończył się dzień ujrzeli już pierwsze budynki gdy wyszli na ostatnią prostą. A wkrótce i tam podjechali. Okazało się, że termin “bramy miasta” ma tu z powodu swojej nietypowej architektury nieco inne znaczenie. Bramy bowiem były dopiero do tej podziemnej części Breder zaś na powierzchni stały na zboczu góry budynki, w większości drewniane lub bielące się szachlowaniem.

                    https://i.imgur.com/gfvVPRA.jpg

                    Co prawda był jeszcze dzień ale miał się ku końcowi. Ruch na ulicach zwiastował, że jutro będzie targ. Gdy za przewodnictwem Kolesnikowa przejechali przez błonie gdzie jutro będzie wystawiany żywy inwentarz, wjechali między gwarne ulice jakie przyjemnie wabiły oko i ucha licznymi gwarem z gospód a zdaniem czarnowłosego brodacza to dlatego, że tubylcy nie mieli ochoty spędzać całych dni w swoich podziemnych norach więc póki się dało to chcieli chociaż pod koniec dnia zobaczyć niebo, słońce i zaczerpnąć świeżego powietrza. W końcu dotarli na plac gdzie jutro też miał być targ. Tutaj Petra posłała swojego przewodnika aby zasięgnął języka gdzie by tu można rozlokować tak liczną kompanię. Hochlandczyk zniknął im z oczu a ponad pół setki piechociarzy stało, rozglądało się, kucało czy zaczynało palić czując, że niedługo będą mogli rozprostować kości po całym dniu marszu. W pewnym momencie jednak Petra dostrzegła trzech strażników z halabardami co wyszli z jakiegoś budynku. Skoro Stefan jeszcze nie wrócił to spięła konia i podjechała do nich. Ci zatrzymali się i spojrzeli na młodą kobietę ubraną w barwny, czerwony kubrak i z mieczem u pasa. Zaczęła z nimi rozmawiać ale, że kawałek to było dalej to w tym miejskim gwarze na placu nie wszystko było słychać.

                    - Aha… To jesteście od margrafa von Falkenhorsta… No tak, tak… - strażnik podrapał się pod kapalinem i obrzucił spojrzeniem czekającą kolumnę woja. - Aha i dowodzi wami Petra von Falkenhorst? Aha, no tak, tak… Aha, mówisz, że to wielka pani tak? Aha no tak, dobrze, dobrze… A kiedy ona przyjedzie? - strażnik przyjmował słowa konnej dość swobodnie i chyba z jednej strony aż tak zaskoczony wizytą jakiegoś wojska i dowódcy nie był a z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że nazwisko jakie padło nic mu nie mówi. Za to ostatnie pytanie sprawiło, że młoda szlachcianka poczerwieniała i wybuchła złością.

                    - Dureń! To ja jestem Petra von Falkenhorst! Ja nimi dowodzę! - krzyknęła rozgniewana uderzając się kułakiem w pierś a potem wskazując w kierunku czekającego, dość pstrokatego wojska.

                    - Aaa! To przepraszam! Myślałem, że to przyjedzie jakaś wielka pani a nie jakaś… - strażnik uniósł dłonie w pokojowym geście i zaczął przepraszać mocno skonfundowany do momentu aż urwał gdy zorientował się, że chlapnął kolejną gafę a konna rozmówczyni poczerwieniała jak burak i wydawała się być bliska eksplozji.

                    - Dureń! Sprowadź mi kogoś z kim da się rozmawiać! Potrzebujemy kwater! Mamy rannych! - krzyknęła na niego Petra i chyba miała dość rozmowy bo spięła konia i zawróciła z powrotem do swoich czekających wojaków. Zmieszany i speszony strażnik popatrzył za nią ale szybko dał znak dwóm swoim ludziom i poszli gdzieś szybkim tempem.

                    - Co za dureń, co za bęcwał… Że wielka pani przyjedzie… A co ja jakaś służka jestem? Ślepy jest! Co za bałwan! - sapała ze złości młoda szlachcianka przeżywając tą zniewagę. Jednak trzeba było przyznać, że raczej słabo się wpisywała w stereotyp szlachcianki czy oficera. Dla postronnych mogła wyglądać jak jakaś lepiej ubrana najemniczka, może i taka na czele jakiegoś małego oddziału czy posłaniec kogoś znamienitszego od siebie ale raczej nie jak oficer liniowy na czele roty kawalerii czy kompanii piechoty. Jej irytację pogłębiał fakt, że pewnie chociaż część jej wojaków a pewnie i postronnych musiała być świadkiem tego zdarzenia nawet jeśli nie usłyszeli wszystkiego. Po chwilowym zamieszaniu życie na placu wróciło spokojnie. Aż wrócił Stefan z wieściami. Miał tu kuzyna, mieszkał jednak pod ziemią ale mógł ugościć kilka osób. Poza tym polecał jedną z karczm gdzie pokoje były już zajęte, wiadomo, uchodźcy no i jutrzejszy dzień targowy. Ale we wspólnej izbie było jeszcze sporo miejsca więc jak się pozsuwa pod wieczór stoły to i z tuzin albo dwa się tam zmieści. Potem przyszedł jakiś starszy z tutejszej straży. Inny niż ten pechowy strażnik z jakim wcześniej rozmawiała szefowa kolumny wojskowej no i ona sama też zdołała się już uspokoić. Ale też pokierował gdzie by można się zatrzymać. Wyglądało jednak, że po gospodach powinno wystarczyć miejsca chociaż trzeba będzie spać na deskach podłogi i siennikach w głównych izbach przerobionych po zamknięciu karczm na wspólną izbę sypialną.

                    - Dobra, nie ma co się rozwodzić. Jedziemy i zajmujemy miejsca. Jak kogoś stać na pokój i gdzieś będzie no to niech próbuje. - zdecydowała w końcu szefowa i ruszyli przez ulice miasta. Tam gdzie była jakaś karczma przystawali i negocojowali z gospodarzem czy da się upchnąć jeden z oddziałów. W miarę jak się posuwali ich kolumna topniała gdy kolejne oddziały się rozpraszały po gospodach.

                    - Jutro dzień wolny. Odpocznijcie. Zabawcie się. Po śniadaniu sierżanci do mnie. Będziemy oglądać i kupować te konie i resztę. Jak ktoś się na tym zna to też niech przyjdzie. - ogłosiła szefowa jeszcze na placu gdy byli w jednej kupie. Jej słowa przyjęto z uznaniem bo od wyruszenia z Lenkster parę dni temu cały czas byli w drodze, do tego ten epizod na Mglistych Bagnach no i znów podróż na własnych nogach. A teraz wreszcie dotarli do cywilizacji gdzie można było zmyć z siebie kurz i błoto drogi i się trochę rozerwać. A zwykle jak w mieście był dzień targowy to coś się działo ciekawszego niż w zwykłe dni.


                    Mecha 08

                    Wyłączenie z walki

                    Rzut na wyłączenie z walki (1k100) (randomy wynik +20):

                    01 - 20 Oszołomienie (po walce 25% HP)
                    21 - 40 Zdławienie (po walce 1 HP) *
                    41 - 60 Krytyczny (po walce 0 HP)
                    61 - 80 Kontuzjowany *
                    81 - 00 KIA *

                    Halabardnik 16 57+20=77 > 0 HP, kontuzjowany
                    Halabardnik 17 77+20=97 > 0 HP, KIA
                    Kozak 10, 14+20=34 > 1 HP, zdławienie
                    Gojenie ran (ODP + okoliczności)

                    rzut: 83

                    Kozak 09 9/12 > 9/12
                    Kozak 10 1/12 > 0/12
                    Halabardnik 16 0/12 > -1/12 + kontuzja
                    Kusznik 09 6/12 > 5/12
                    Kusznik 10 6/12 > 5/12
                    Kusznik 11 3/12 > 2/12
                    Kusznik 12 3/12 > 2/12

                    Leczenie ran (INT + okoliczności)

                    Duivel INT 45
                    pomoc Stefana +10
                    s.ranny -10 (Kozak 09)
                    s.ciężki -20 (Kusznik 09)
                    s.krytyczny -30 (Kusznik 11, Kusznik 12)
                    s.agonalny -40 (Kozak 10, Halabardnik 16)
                    brud i kurz -10 (wszyscy)
                    magia Alezzii +3 ŻYW

                    Kozak 09 9/12 > 10/12 > 12/12
                    Kozak 10 0/12 > 1/12 > 4/12
                    Halabardnik 16 -1/12 > 1/12 > 4/12 + kontuzja
                    Kusznik 09 5/12 > 6/12 > 9/12
                    Kusznik 10 5/12 > 6/12 > 9/12
                    Kusznik 11 2/12 > 3/12 > 6/12
                    Kusznik 12 2/12 > 3/12 ? 6/12

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79 jako Pipboy79
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #60

                      Wieczór był nawet przyjemny i choć wiejący, chłodny wiatr powoli dawał się we znaki, Tobias był w dobrym humorze. Udało się uratować grupę Tileańskich żołnierzy i przybyć o 'ludzkiej' porze do Breder. Kiedy szefowa dała znać że mają 'wolne' Tobias skierował się do pierwszej - niezatłoczonej- karczmy, zamówił placek z mięsem wraz z kuflem miodu. Spojrzał na stan swoich spodni i butów z politowaniem - oskrobał je 'z grubsza' z błota zaraz po przybyciu, ale nadal prezentowały się mało 'wyjściowo'. Wzruszył ramionami, kiedy podeszła do niego powabna dziewka służebna żeby uzupełnić mu kufel miodem. Spojrzała na jego spodnie i mrugnąwszy okiem rzekła: - Za niewielką opłatą przepiorę je dla Ciebie żołnierzu. Dopiero wtedy Tobias zorientował się że poluzowała znacznie sznurowanie swojej kiecki. - Wieczór dopiero się zaczyna, kochana. Póki co oprócz miodu i ciepłego kąta niczego mi nie brakuje. Tobias obserwował dziewczynę, która niezrażona podeszła do kolejnego stolika proponować mniej więcej to samo. Żołnierzy przybyło do miasta całkiem sporo, panie takie jak ta dziś wieczorem zarobią, oj tak.
                      Dogadawszy się z karczmarzem Tobias wynajął najtańszy z dostępnych pokoi, poprosił o miskę z wodą i gdy już się umył wziął się za spodnie i buty. Jeśli miały starczyć Tobiasowi na długo, musiał o nie dbać. Również sprawdził stan łuku i cięciwy, z tego samego powodu. Jutrzejszy dzień zamierzał wykorzystać na uzupełnieniu zapasów na drogę powrotną, między innymi suchego prowiantu, napitku, no i oczywiście na kupnie strzał. Tobias również ciekaw był tej podziemnej części Breder. - Muszę pamiętać by zapytać Eitriego go o nią. W końcu - chyba jest to krasnoludzka robota. - pomyślał. Kiedy tak myślał o tym leżąc na twardym sienniku usłyszał lekkie kroki za drzwiami i za chwilę ktoś pukał do jego drzwi. - Żołnierzu? Tobias usłyszał miękki kobiecy głos. Zastanawiał się przez chwilę - udawać, że śpię?
                      W końcu podjął decyzję...

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • DekaresD Niedostępny
                        DekaresD Niedostępny
                        Dekares jako Dekares
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #61

                        Stefan z trudem znosił narzucone tempo podróży, więcej niż raz o mało nie mdlejąc podczas marszu. Pomimo tego starał się nie tylko utrzymać tempo, ale także pomagać na tyle, na ile mógł przy opiece nad rannymi. Kiedy myślał nad tym później podczas postoju w wiosce doszedł do wniosku, że na nogach utrzymywało go tylko potężne wkurzenie, które odczuwał względem siebie za fuszerkę, którą odwalił na bagnie. Nie popisał się już tego dnia raz, więc nie miał zamiaru zrobić z siebie pośmiewiska po raz kolejny.
                        Pomaganie swojemu elfiemu towarzyszowi w opatrywaniu rannych nie pozwalało mu zapomnieć o tym, że musi okazać jakoś swoją wdzięczność swoim dwóm wybawicielom. Był im szczerze wdzięczny za pomoc, tylko że zmęczenie, które go ogarnęło, sukcesywnie uniemożliwiało mu w zasadzie wszelkie inne czynności poza maszerowaniem i skupieniem się na tyle przy opatrywaniu rannych, aby bardziej nie zaszkodzić niż pomóc.
                        Odpocznij i zajmij się tym jutro - były ostatnimi myślami jakie przeszły mu przez głowę zanim zasnął kamiennym snem tego wieczora, ciągle nosząc na sobie stare ubranie, jedynie odrobinę oskrobane z bagiennego bruku i kurzu gościńca, nie miał zamiaru brudzić zapasowego ubrania, jeśli nie miał możliwości porządnego umycia się wcześniej.

                        Kiedy zbliżali się już powoli do bram miasta Stefan czujący się już znacznie lepiej przysłuchiwał się rozmowie Petry ze swoim imiennikiem i nie omieszkał dorzucić swoich pięciu groszy:
                        Panie sierżancie, a nie mają tam jakiś miejscowych zwyczajów albo praw, na które musielibyśmy uważać, żeby kogoś nie obrazić? Pytam bo podczas podróży na południe przekonałem się, że często co miasto - a czasem co wioska - to potrafi być zupełnie inny obyczaj.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • CioldanC Niedostępny
                          CioldanC Niedostępny
                          Cioldan jako Cioldan
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #62

                          Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                          Czas : 2521.04.24; Aubentag; zmierzch
                          Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                          Duivel, postanowił zwiedzić ulice Breder. Po przejściu większości miasta znajdującego się na powierzchni, zaciekawił go zacieniony zaułek, który doprowadził go do niepozornej tawerny, czającej się pośród starych, drewnianych budynków na zboczu góry. Tawerna, znana jako „Żar Górnika”, emanowała niesamowitą aurą, a jego zwietrzała, poblakła fasada nosiła nieco już zniszczony czasem symbol kilofa i paleniska. W środku zapach tlących się kłód w palenisku przenikał przestrzeń, dym wił się jak macki ośmiornicy, a dysharmonijne dźwięki lutni barda wprowadzały niepokojącą melancholię. Wnętrze tawerny to świadectwo zapomnianej świetności, ozdobione reliktami minionej epoki i narzędziami górniczymi, które przypominały o podziemnym pochodzeniu Breder. Klienci tłoczyli się przy dużych, rozklekotanych stołach, a ich krzesła wyglądały na zużyte i zapadnięte. W tej słabo średnio oświetlonej komnacie miejscowi, handlarze i podróżnicy snuli opowieści przeróżnej treści.

                          Duivel, zasiadł przy małym wyblakłym stole przeznaczonym dla dwóch osób. Rozejrzał się po karczmie i gdy tylko zobaczył pracującego tu parobka, zawołał go. Gdy ten podszedł do elfa, spiczastouszy od razu złożył zamówienie

                          – Dwa kubki najlepszego piwa, jakie ta tawerna ma do zaoferowania – przemówił Duivel, a jego słowa płynęły jak łagodny strumień przez las. - I przynieś mi mięso z dziczyzny, świeżo złowione, upieczone do perfekcji. Proszę. Elf na koniec szczerze się uśmiechnął i lekko skinął głową.

                          Parobek odpowiedział tym samym gestem jakby przyjmując zamówienie, a jego oczy błyszczały z ciekawością na widok elfa. Z pełnym szacunku ukłonem odszedł, by wypełnić zachcianki swojego klienta.

                          Wrócił całkiem szybko z dwoma spienionymi kubkami i postawił oba na stole. Duivel prędko złapał za uchwyt kubka, wykonanego z doświadczeniem krasnoludzkich rzemieślników. Podniósł go do ust, a złocisty płyn spłynął mu kaskadą do gardła. Leśny elf następnie delektował się drugim kubkiem, nasłuchując ciekawszych opowieści innych klientów karczmy. Po dłuższej chwili parobek przyszedł z półmiskiem soczystej pieczonej dziczyzny, a zmysły Duivela wyostrzyły się, wchłaniając odurzający aromat lasu zmieszany z zapachem piwa. Z każdym kęsem uważnie słuchał toczących się wokół niego rozmów. Historie o nadchodzącej wojnie, utraconych skarbach i cieniach czających się w najgłębszych zakamarkach świata umilały mu posiłek.

                          Kiedy noc okryła Breder płaszczem, Duivel udał się do oberżysty uregulować rachunek i wynająć pokój na noc. Następnie udał się do swojej izby której drewniane ściany ozdobiono gobelinami przedstawiającymi cuda górniczego rzemiosła i różne heroiczne legendy. Łóżko, choć niezbyt bogate, zapewniało oazę wytchnienia, a koc położony schludnie na wierzchu miał zagwarantować miły i długi sen. W oddali ciche melodie lutni barda niosły się po korytarzach, śpiewając elfowi nieznajome i nieco fałszywe tony. Nuty wirowały wokół niego, prowadząc jego zmęczoną duszę do królestwa snów, gdzie czekały na niego różne wizje.

                          Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
                          Czas : 2521.04.25; Marktag; ranek
                          Warunki : ; na zewnątrz: dzień, ?, ?; ? (?)

                          Gdy poranne światło zaczęło wdzierać się przez szpary w oknach izby, Duivel obudził się ze swojego spokojnego snu. Jego elfickie zmysły objęły łagodne przebudzenie Breder, jakby samo miasto ziewnęło i rozciągnęło się, by powitać nowy dzień. Z nową energią Duivel wstał z łóżka i oddał się modlitwie, a następnie poszedł do małego pomieszczenia wydzielonego jedną krótką ścianą i wiszącą płachtą, która miała za zadanie przesłonić ten kąt od ciekawskich przechodniów. Czekało tam na niego spore drewniane naczynie z zimną po nocy wodą i chochla. Obmył się, założył ubranie w kolorze lasu, wyszedł do głównego pomieszczenia tawerny, które świeciło pustkami. Zamówił śniadanie, które okazało się ciepłym chlebem otoczonym w jajku. Następnie wyszedł na zewnątrz dołączając do tętniącego życiem tłumu kupców, rzemieślników i poszukiwaczy przygód, którzy zebrali się na to tętniące życiem wydarzenie. W porannym powietrzu dało się wyczuć wyczekiwanie, gdy stragany ożyły, eksponując przyprawiającą o zawrót głowy gamę towarów. Aromaty świeżo upieczonego chleba, wędzonego mięsa i aromatycznych ziół mieszały się, kusząc zmysły Duivela. Wędrował przez tętniący życiem rynek, a jego bystre oczy wyłapywały przebłyski lśniących ostrzy, mistycznych bibelotów i wspaniałego rzemiosła. Szybko też zobaczył innych członków wyprawy do których niezwłocznie dołączył.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79 jako Pipboy79
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #63

                            Oryginalny tytuł: Tura 10 - 2521.04.25; mkt; wieczór - południe

                            Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                            Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                            Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)

                            Tobias

                            - Zaniosłam twoje rzeczy do prania. Ale mokro i ponuro dzisiaj więc nie wiem czy do wieczora wyschną. - blondynka miała na imię Vanessa i w przeciwieństwie do pogody wydawała na zewnątrz wydawała się pogodna i słoneczna.

                            A poza tym właśnie ona wczoraj dała mu dość wyraźnie do zrozumienia, że jak nie poskąpi jej nieco monet z sakiewki to jej zwinne dłonie mogą się nie tylko jego ubraniem się zająć. Ale to właśnie Vanessa zwróciła jego uwagę na jednego z gości. Zresztą nie tylko ona bo stary, oberwany krasnolud przykuwał niejedno spojrzenie.

                            - Biedaczkia. Gobliny napadły w nocy ich obóz jak tu do nas na targ jechali. Ledwo uszedł z życiem. Ale jeden furgon musieli zostawić i jeszcze kogoś chyba zgubili. Bardzo to przeżywa. A ta biedaczka nie zdążyła się nawet ubrać tylko złapała jakiś płaszcz na siebie co był pod reką. - powiedziała współczująco zerkając w stronę siwobrodego krasnoluda co rzeczywiście był tak brudny i ubłocony, do tego często kaszlał i łapał się przy tym za piersi, że wyglądał jakby wiele przeszedł nim tu dotarł. Obok niego siedziała niziołka okryta płaszczem. Pod płaszczem widać było kawałek koszuli i jej pulchnych dekolt jaki dość wstydliwie zakrywała owym wierzchnim okryciem. Wyjęła z niewielkiej sakiewki grzebień i nieco nerwowymi ruchami próbowała rozczesać i jakoś ułożyć swoje kasztanowe włosy jakby ta znajoma czynność pozwalała jej się skupić i uspokoić po ciężkich przejściach. Zerkała w stronę drzwi za każdym razem gdy ktoś wchodził albo wychodził z karczmy.

                            Stefan

                            Stefan spędził noc w głównej izbie gospody w jakiej ulokowali się tileańscy kusznicy porucznika Ferro. Więc i tutaj złożono też dwóch rannych Kislevitów Gottharta. Gdy lokal zamknął swoje podwoje stoły i ławy odsunięto pod ściany tworząc wolna przestrzeń gdzie na deskach podłogi rozłożono sienniki a większość podróżnych kładła na to swoje derki i koce. Spało się podobnie jak w namiocie pod chmurką ale na pewno było cieplej, bardziej sucho i tak nie wiało jak na zewnątrz. A jeszcze rano dało się poznać, że w nocy padało bo wszystko było mokre. Więc warunki mimo wszystko sprzyjały gojeniu się ran i opiece nad rannymi. Stefanowi zaś pomagali w tłumaczeniu sam oficer Tileańczyków jak i Edgaro jaki z nich wszystkich najlepiej mówił w reikspiel. Pomagało to w obustronnej komunikacji.

                            Rano przed śniadaniem przyszła Alezzia i pomogła mu w zmianie opatrunków. A poza tym znów był świadkiem jak świetlista magister używa swojej tajemnej sztuki i rany zdawały się wtedy na tą chwilę rozświetlać tym niecodziennym blaskiem i jakoś zmniejszały się i goiły w oczach. Ale nie całkiem. Przynajmniej nie te głębokie i poważniejsze a wedle słów magister mówiącej egzotycznym akcentem od razu zdradzającym obcokrajowca, to żywe ciało miało swoje limity jakie mogło przyjąć te magiczne energie leczące więc mimo wszystko naturalne zdolności gojenia, standardowe leczenie oraz warunki powrotu do zdrowia też tutaj miały znaczenie.

                            Te dwa dni i noce jakie minęły od potyczki na Mglistych Bagnach pozwoliły większości rannym wrócić do zdrowia albo tego bliscy. Dwóch kuszników właściwie już wróciło do zdrowia chociaż jeszcze trzeba było im założyć bandaże a dwóm już nie i właściwie wyszli z tych ran. Jeszcze tylko jeden z Kozaków i halabardnik Meistera byli osłabieni ranami ale wspólnymi siłami cyrulików i tileańskiej magiczki mieli całkiem dobre rokowania, że za dzień czy dwa dołączą do kolegów.

                            - No to siadaj, siadaj z nami Stefan. Wiesz, że mają tu tileańskie wino? Chodź, spróbuj czegoś z naszej słonecznej ojczyzny zamiast tej piwnej zupy jaką pijecie w tej deszczowej krainie. - gdy już była pora śniadania Edgaro zaprosił go do jednego ze stołów jaki obsiadali kusznicy. Wydawało się, że w ten żołnierski, nieco rubaszny sposób starali się mu wynagrodzić tym zaproszeniem jego wysiłki w opiece nad ich rannymi. Zresztą Alezzia też już została z nimi na śniadanie a wkrótce przyszedł jeszcze Meister aby sprawdzić jak tam jego chłopak się ma no i ucieszył się widząc, że wreszcie sam siedzi i je a nie jak jeszcze wczoraj co tylko leżał na wozie i trzeba było go karmić. No to sierżant co prawda już był po śniadaniu ale z zaproszenia Tileańczyków skorzystał i kubka wina nie odmówił.

                            - To znasz się na tym leczeniu co? Dobrze wiedzieć. Bo tam u nas co myśmy się zatrzymali to jakiś ratuszowy pisarczyk biadolił, że żona mu choruje a na tutejszego cyrulika go nie stać. Czy jakoś tak. To nic mu nie mówiłem ale pomyślałem, że ci powiem. - mruknął Gieorgij nieco flegmatycznym tonem. W ogóle wydawał się być na co dzień nieco powolny w słowie i ruchach jakby to pozwalało mu zachować spokój. Chociaż podczas starcia na bagnach to Stefan nie słyszał aby ktoś na sierżanta halabardników się uskarżał z tego powodu.

                            Zaś od wczoraj wiedział, że miasto powierzchniowe jak to miejscowi mówili nie miało żadnych murów i w porównaniu do tego co miało być pod ziemią to mieszkała tu znaczna mniejszość tubylców. Ale bramy do środka były zamykane o zmierzchu i otwierane o świcie podobnie jak w większości miast było ze zwykłymi bramami w murach. Tak mu przynajmniej wczoraj powiedział ten sierżant co miał pecha rozdrażnić ich szefową. Zresztą coś podobnego usłyszał potem wieczorem w rozmowach w gospodzie.

                            Wieczorem rzucił mu się w oczy jakiś młodzian co w przeciwieństwie do większości gości wbiegł zamiast wejść do gospody. Był ubrany w brązy i zielenie stwarzając wrażenie jakiegoś leśnika czy innego człowieka z nieprzepastnych lasów. Gdyby miał jeszcze łuk to łatwo by go wziąć za jednego z chłopaków Kolesnikova. Wbiegł, zamknął czy raczej trzasnął drzwiami i rozejrzał się z przestrachem po sali i tych drzwiach. Ciężko oddychał jakby przebiegł ostatni kawałek drogi. Na zewnątrz zapadającym zmroku widać było kilka biegnących sylwetek jakie zatrzymały się przed frontem gospody. A potem jakoś wszystko ucichło. W każdym razie ów młodzian przez resztę wieczoru siedział jak na szpilkach a w końcu został we wspólnej izbie na noc. Zaś rano przy śniadaniu jeszcze go było widać.

                            Początek nowego dnia nie zapowiadał się zbyt ładnie. Głównie z powodu nocnego deszczu jaki pozostawił po sobie grząskie błoto i liczne kałuże na ulicach oraz chmur nad miastem jakie groziły kolejnymi opadami. Ale kalendarz był nieubłagany i właśnie w ten pochmurny dzień przypadał dzień targowy więc na błoniach już właściwie za miastem był galimatias wozów i straganów gdzie kupcy, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi wystawiali swoje towary na sprzedaż. Rzeczywiście jak mówił wcześniej Kolesnikow sporą część zajmował inwentarz żywy, od kur i kaczek, przez kozy i owce aż po rogaciznę, świnie i konie. Towarów było zdecydowanie więcej niż Stefan miał monet w sakiewce więc musiał uważnie wybierać na co mógł sobie pozwolić. No chyba, żeby znalazł jakąś okazję do szybkiego zarobku.

                            - Wyglądasz przyjacielu na kogoś kto ma zdecydowanie większe potrzeby niż srebra w sakiewce. Tak, tak, znam to spojrzenie. Nie martw się nie jesteś ani pierwszy, ani jedyny więc umiem rozpoznawać ten wyraz na twarzy. - zagadnął go całkiem przyjaźnie jakiś krasnolud. Był ubrany całkiem porządnie ale nie wyglądał ani na wojownika ani jakiegoś uczonego. Może kupiec? Trudno było stwierdzić.

                            - Pierwszy raz w naszym mieście co? Widać, widać, wiesz ja jestem stąd i co tydzień jestem na tym targu to mniej więcej znam tutejszych i okolicznych. Jak nie znam to pewnie ktoś przyjezdny. Ragnar jestem. Ragnar Kamienne Serce. To ród a nie przezwisko, tak wolę zaznaczyć bo wy ludzie to zaraz sobie coś płochego wyobrażacie. Jak jakieś elfy. Te też byle co i zaraz się wzruszają. Szukasz czegoś konkretnego? - powiedział trochę rozwijając to pierwsze, dość krótkie powitanie i się przedstawiając. O elfach wyrażał się z pobłażliwą rubasznością ale jak na standardy swojej rasy to nawet nie tak grubiańsko jak to potrafili jego pobratymcy.

                            Później dzięki wskazówkom miejscowych trafił do świątyni Sigmara. Musiał przejść przez jedną z bram do podziemnej części miasta. I dziwnie to wyglądało. Trochę chyba jak kopalnia a trochę jak wnętrze jakiejś katedry czy innej dużej budowli. Tylko bez okien. Ulice zwykle nieco były pochylone w górę lub dół tworząc łagodny stok. Na szczęście świątynia Młotodzierżcy nie była zbyt daleko od tej bramy zwanej nomen omen “Bramą Sigmara”. Właściwie nie dało się nie trafić jak się przez nią weszło bo świątynia była na końcu tej ulicy, można by rzec na honorowym miejscu. W środku było nieco inaczej niż w większości przybytków założyciela Imperium. Nie była zbyt wielka ani zbyt mała. Ale brak okien sprawiał, że wszystko musiało być rozświetlone lampami i świecami. Co sprawiało wrażenie, jakby już zapadł zmrok. A i powietrze było przesycone zapachem płonących świec. Miał sporo swobody bo w środku dnia targowego wiernych prawie nie było. W końcu tradycyjnie świątynie odwiedzało się w Festag, zwykle z rana, wtedy była pora oddawania czci dobrym bogom. A dziś jak ją odwiedził był środek tygodnia i do tego chyba jego najruchliwszy dzień.

                            Na skraju powierzchniowego miasta i lasu stała spora, drewniana świątynia Talla i Rhyi. Niejako wyznaczała zewnętrzny krawędź błoń na jakich odbywał się targ. Co nie było dziwne z uwagi na otaczające miasto lasy.

                            Duivel

                            Poranek był dla złotowłosego elfa równie ponury jak i dla wszystkich mieszkańców i przybyszy Breder. Przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz było o wiele przyjemniej, zwłaszcza jak się pierwszy raz od wyruszenia z Lenkster spało w prawdziwym łóżku. Pokój właściwie przypomniał ciasną celę wciśniętą w koniec korytarza i pewnie dlatego był jeszcze wolny. Z powodu dnia handlowego oraz całej wojennej zawieruchy trudno było o wolne pokoje, można było rzec, że wszelkie karczmy do jakich wieczorem zajrzał Duivel przeżywały oblężenie. Więc w tym “Górniku” mu się poszczęściło z tym wolnym pokojem. No ale musiał za to zapłacić już z własnej kiesy. Podobnie jak za takie fanaberie jak dziczyzna co do standardowych potraw zdecydowanie nie należała. Petra lub jej nieobecny patron i sponsor aż tak nie rozpieszczali podwładnych aby fundować im takie luksusy. Więc trzeba było płacić za to z własnej kiesy.

                            Wieczorem przy tej sutej jak na armijny wikt kolacji z tego co słyszał to sam wzbudził pewne zaciekawienie innych gości.

                            - Eee… To chyba on nie z tych… Widziałeś kiedyś chudego z brodą? - mówił jeden do drugiego. A elf na tyle długo chodził po Ostlandzie i okolicy aby nauczyć się, że na jego rasę ludzie często mówili “chudzi”. Oraz, że bardzo rzadko zdarzało się aby jakiś elf zapuszczał zarost. Więc można było zrozumieć, że wzbudził tym zaciekawione czy wręcz podejrzliwe szepty i spojrzenia.

                            - No nie. Może to nie jeden z nich? Nie podoba mi się. Cudak jakiś. - odezwał się cicho jeden z wieczornych biesiadników. Ale koniec końców to jednak na szeptach i spojrzeniach się skończyło. Albo im się nie chciało coś z tym zrobić albo nie byli zbyt pewni swoich podejrzeń.

                            Ale wieczorem jego uwagę zwróciła jakaś awantura. Jakiś osiłek złapał w pewnym momencie jednego z towarzyszy jaki właśnie podszedł do jego stołu. Siedział tam przy wieczerzy do tej pory jakoś nie rzucając się ani elfowi ani pewnie innym ani w oczy ani w uszy. Jednak w pewnym momencie podniósł głos, złapał tego co przyszedł za chabet, przyciągnął do siebie i warknął “Jak to nie ma?!”. Ale chyba zorientował się, że go poniosło i sąsiedzi zaczęli na nich spoglądać bo posłał im piorunujące spojrzenie. Większość odwróciła wzrok wracając do swoich spraw. A ten posadził przybysza przy sobie i zaczął coś mu mówić albo tłumaczyć ale na tyle cicho, że przez szum gwaru gospody elf nie usłyszał o co tam chodziło. Ten drugi kiwał głową co jakiś czas w końcu wstał i wyszedł. Potem już go Duivel nie widział.

                            To jeszcze było wczoraj wieczorem. Dzisiaj zaś wyszedł na ten mokry, błotnisty i tłoczny świat tutejszego handlu i interesów. Stefan Kolesnikov nie kłamał jak mówił wcześniej, że tutaj jest dobre miejsce na zakup koni. Rzeczywiście pogłowie wierzchowców, koni pociągowych oraz innych zwierząt hodowlanych było tutaj całkiem spore jak na to niezbyt wielkie miasto. Zapewne cała okolica się tutaj zjeżdżała. W oko wpadały piękne, zadbane ogiery z błyszczącą sierścią wyhodowane i wytrenowane do wojennego rzemiosła. Ale wiele ich nie było a i ceny raczej przekraczały zasoby jego kiesy. Więcej za to było innych potencjalnych wierzchowców. Od kuców podobnych do tych jakich używali konni Gebirgsjaeger, przez standardowe konie wierzchowe czy pociągowe. Nawet nieco wozów było na sprzedaż czy zwykłe furmanki czy dwukółki w sam raz do ciągnięcia przez jednego konia, osła albo muła. Tak, zdecydowanie ich Hochlandczyk w tej materii się nie mylił. Zresztą nawet czasem go widział tam czy tu jak w towarzystwie ich szefowej i paru duetu halabardników oraz mieczników w roli obstawy rozmawiali z handlarzami koni. Petra pomna widocznie wczorajszych doświadczeń dzisiaj ubrała się w długą, ciemnoniebieską suknię i okryła całkiem ładnym płaszczem obszytym futerkiem więc wyglądała o wiele bardziej na szlachciankę niż wczoraj jak była w stroju podróżnym. I to po całym dniu na bagnach oraz trakcie niezbyt czystym.

                            Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.

                            - … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.

                            Eitri

                            Gdy rano khazad wstał z posłania stwierdził to samo co sąsiedzi. Pogoda na zewnątrz jest kiepska. Ale to nie było w stanie hamować dnia handlowego. Odgłos szurania nóg, głosy i przesuwanie stołów z powrotem na przyjęcie pierwszych gości musiało wybudzić każdego kto spał we wspólnej izbie. Potem karczma otwarła swoje podwoje i stopniowo do środka zaczęli się schodzić pierwsi klienci. Zwykle ci co przyjechali na targ i chcieli zjeść czy wypić coś ciepłego bo poranek był chłodny, mokry i błotnisty a więc mało przyjemny.

                            Krasnolud zdążył już skończyć swoje śniadanie i miał przed sobą cały dzień luzu jaki wszystkim dała wczoraj szefowa gdy do środka wpadła wesoła grupka młodych ludzi z mieczami u pasa. Ledwo siedli do stołu a już zaczęli wołać wina.

                            - Wina, wina dajcie! Michael oblewa swój awans! Wkrótce na front ruszamy! Więc wina nie żałujcie! Pijmy póki można! - wydarł się któryś z kamratów głównego świętującego który zajął honorowe, środkowe miejsce. Na stole pojawiło się i wino i coś do tego wina. I zabawa zaczęła się na całego. Chociaż czasami któryś z nich patrzył gdzieś w dal niewidzącym, nieco nostalgicznym spojrzeniem, niekoniecznie zaś rozbawionym.

                            Nieco się uciszyli jak do środka weszła młoda kobieta. Mogłaby być zapewne matką czy ciotką większości z tych świętujących. Ale cechowała się naturalną urodą okiełznaną skromnym kubrakiem i ciemną, długą spódnicą. Też miała miecz u pasa a emblemat drapieżnego ptaka wyszyty na piersi zdradzał herb Myrmidii. Jej wisior na szyi podobnie co zdradzało, że pewnie jest wyznawczynią Włóczniczki albo nawet kapłanką. Podeszła do jednego ze stołów i zamówiła śniadanie. Zanim je jednak przyniesiono młodzieńcy zaprosili ją do siebie. Wzbraniała się grzecznie póki nie powiedzieli jej, że wszyscy są ochotnikami co wkrótce ruszają na front wschodni. Wtedy uśmiechnęła się do nich skromnie ale ciepło.

                            - W takim razie dobrze, skoro jesteście obrońcami ojczyzny to mogę się z wami przełamać chlebem i winem. - powiedziała z obcym akcentem zdradzającym, że nie pochodzi z Imperium. Przesiadła się do młodych wojowników i swoim spokojem niejako samoistnie skorygowała to towarzystwo stając się w centrum ich zainteresowania bo zdawali się być pod takim wrażeniem jej autorytetu i urody, że spijali każde słowo z jej ust.

                            - Zatrzymałam się tu na parę dni… Bo też jadę na front. Ale poproszono mnie o rozstrzygnięcie pewnego tutejszego sporu skoro nie jestem stąd... Skąd? Z Middelheim. Ale w ogóle to jestem Estalijką… Tak, już parę lat… Bo mamy placówkę w Middelheim… - docierało do Etriego piąte przez dziesiąte z tej rozmowy. Wydawało się, że ta grupka jest najbarwniejszą w całej karczmie. Ale poza nią były jeszcze inne, i targ na błoniach gdzie szefowa zamierzała kupić nowe konie, i podziemne miasto ale nie słyszał aby było projektowane czy zamieszkałe przez jego nację. Więc całkiem możliwe, że tak właśnie było ale zapewne nawet wtedy musiało to być wykonane i zamieszkałe głównie przez ludzi. Zresztą wczoraj widział jedną z bram do podziemnej części miasta. Solidnie wyglądała. Ale zdobnictwo w ogóle nie należało do khazadów co zapowiadało, że nie oni byli głównymi wykonawcami tego miasta.

                            Petra

                            - Trudno być w taki deszcz szlachcianką. - prychnęła zirytowana Petra. Pogoda zdecydowanie jej dzisiaj nie sprzyjała. Od rana było pochmurno i niezbyt przyjemnie. Po nocnym deszczu ulice i błonia zmieniły się w grząskie błoto. Co sprawiało sporo turdności z utrzymaniem długiej sukni w czystości. Póki jeszcze dało się jechać konno to pół biedy. Wtedy rzeczywiście von Falkenhorst wyglądała jak prawdziwa milady pośród tego morza pstrokacizny w tym grząskim błocie. Ale w końcu jak oglądała te wozy i konie jakie zamierzała kupić nie dało się tego zrobić z siodła więc musiała zeskoczyć w to grząskie błoto. Więc nawet jak starała się suknię okryć płaszczem dla ochrony to dół obu tych strojów i tak miała ubłocony. Co niezbyt jej poprawiało humoru bo zbyt wiele garderoby ze sobą nie brała na drogę nawet jeśli jako szefowa karawany miała w tym więcej swobody niż zwykli wojacy. Ale uparcie chodziło od jednego handlarza do drugiego, oglądała zwierzaki i wozy, wypytwała, negocjowała a, że miała czym płacić ze szkatuły swojego patrona to dość szybko rozeszło się po rynku, że nie przyjechała tu kupić jedną czy dwie szkapy tylko chce kupić całkiem spory tabun. Więc wszyscy z miejsca zaczęli ją traktować jak wielką panią. Ku jej wielkiej satysfakcji. Swoje zapewne też robiła jej obstawa w postaci kilku halabardników Meistera i mieczników Theiss. Jak zdecydowała się na jakiś zakup to odprowadzano wybranego wierzchowca na podwórze gospody w której zatrzymała się młoda szlachcianka. I z upływem dnia to konne stado się stopniowo powiększało.

                            - No nie mów, że zaczyna padać… - mruknęła Petra z irytacją wystawiając dłoń aby to sprawdzić. Ale krótko przed połową dnia zaczęły spadać pierwsze krople. A te szybko przerodziły się w monotonną mżawkę jaka wypłoszyła część kupujących a kto mógł chował się pod jakiekolwiek zadaszenie albo do środka jakiegoś budynku. Ci co załatwili już swoje sprawy zaczęli zwijać interes, zwłaszcza jak jeszcze musieli wrócić do swoich wiosek. Wysłanniczka górskiego margrafa nie poddawała się tak łatwo i jeszcze chodziła po tych handlarzach końmi podtrzymując ruch i zainteresowanie. Wydawało się, że dziś jest tu główną rozgrywającą bo nikt nie kupował tylu koni na raz. Brała zarówno wierzchowce jak i kuce dla Gebirgsjaeger czy parę koni pociągowych. Ale z ciekawością oglądała też proponowane jej furmanki chociaż na te jeszcze się nie zdecydowała.

                            - A wagon? Nie macie jakiegoś wagonu? - pytała też o zabudowany wóz bo w poprzednim sezonie takim podróżowała z Lenkster do Falkenhorst i bardzo sobie chwaliła taką wygodę przewoźnego domu. Miała w tym niezłą wprawę bo tą samą trasę chyba jako jedna z nielicznych pokonała zarówno pieszo i to w ciężkich warunkach późnej jesieni i wczesnej wiosny a potem kilkakrotnie konno. Z tych wszystkich górskich przepraw zdecydowanie zawsze najcieplej się wyrażała właśnie o tej podróży wagonem. Więc jak miała jechać na wojnę to a miała okazję to właśnie miała ochotę na taki środek transportu.

                            A, że wojna nawet tutaj, w Hochlandzie, może odcisnąć swój chłodny oddech niepokoju to przekonali się chyba wszyscy. Rozeszła się wieść, że armie ostlandzkich obrońców wycofały się z Levudaldorf. Nie wszyscy w to wierzyli bo już podobne wieści dochodziły i przez ostatnie dni. A to, że wciąż się tam bronią, a to, że odparli barbarzyńców, a to, że już tam wszystko się posypało. No ale ponoć wczoraj czy dzisiaj jakiś kurier przyjechał i przywiózł takie smutne wieści. Z drugiej strony codziennie widywało się na traktach jakichś kurierów co stanowili krwiobieg informacyjny i do i od frontu. Jeszcze nie było jakiegoś oficjalnego potwierdzenia ale ale igiełka obawy wbiła się w serca imperialnych obywateli. Levudaldorf był ostatnim większym miastem przed stolicą Ostlandu. Jakby naprawdę padł to wrogie armie miały otwartą drogę do Wolfenburga. O ile się zdecydują na taki marsz i się z jakiegoś powodu nie zatrzymają albo gdzieś nie zboczą jednak gdyby poszli wprost na stolicę to byłoby to naturalne.

                            - Dobra to chodźmy coś zjeść. - mruknęła kwaśno wysłanniczka górskiego markgrafa jakby w końcu ta mżawka i wiosenna słota dała się jej we znaki na tyle, że miała dość i chciała się przed nią skryć i ogrzać. Chciała też sprawdzić jak to razem wyglądają te konne zakupy i przemyśleć sobie plany na dziś, jutro i powrót do Lenkster.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • CioldanC Niedostępny
                              CioldanC Niedostępny
                              Cioldan jako Cioldan
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #64

                              Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                              Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                              Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)

                              Duivel rozglądał się głównie za odpowiednim rumakiem, jednak sam nie był pewny czy chce wydać dużą kwotę tylko na zwykłego konia, który w walce szybko ucieknie. Podchodził też do każdego sprzedawcy, który oferował łuki. Jako mistrz broni wiedział co nieco na temat tej broni dystansowej, a ponad to jako elf mógł rozpoznać elfi łuk. Jego starszy brat posiadał takowy, więc parę razy miał okazję wypróbować, ale sam nigdy nie posiadł wiedzy jak stworzyć takie dzieło. Pomyślał też, że może mógłby sobie dokupić drugi kołczan, aby sytuacja z brakiem strzał zdarzała się rzadziej. Z uwagą przyglądał się wszystkim łukom i grzecznie pytał o pochodzenie każdego z nich. Był gotów kupić jakiś, gdyby tylko stwierdził, że sam ma gorszy.
                              Przy okazji pomny wczorajszego wieczoru w karczmie, rozglądał się za dwójką osobników, którzy to zrobili scenę przy jednym ze stolików. Szczególnie rozglądał się za tym mniejszym, który albo coś załatwiał dla osiłka, albo po prostu pracował w tamtej gospodzie. Jego ciekawość nie dawała mu spokoju.

                              Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.

                              - … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.

                              Podszedł bliżej do człowieka z ozdobnym buzdyganem i rzucił do niego:

                              - Szanowny Panie! Zamieńmy słowo!- po czym podszedł do niego, aby nie musieć krzyczeć i kontynuował.
                              - Czemu nie poszedł Pan żeś do straży z tym? Szukasz pomocy, chcesz się zrewanżować? Jesteś kupcem nie wojakiem, może napastnicy ocalili część sprzętu... znaczy się Twoich towarzyszy. Gdzie to się stało? Tak w ogóle to jestem Duivel, a w oddziale mam tu takiego znajomego wuja, zdaje się, że z Twoich regionów. Oficer Gotthard Distler z Kisleva we własnej osobie, może znasz?- tu Elf skończył swoje małe dochodzenie.

                              Ewidentnie był podekscytowany informacją o napadniętych kupcach. Tylko musi podzielić się tą informacją z Petrą. Popatrzył jeszcze raz mężczyznę i powiedział jakby w tajemnicy

                              - Chodź ze mną, przedstawię Cię Szefowej- mówiąc ostatnie słowo, zrobił duże oczy jakby chcąc wzbudzić u mężczyzny szacunek do Petry, jeszcze za nim ją spotka.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79 jako Pipboy79
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #65

                                Tobias wstał z łóżka, podszedł do miski z wodą w której obmył twarz i dłonie. Wział łyka zwietrzałego piwa z wczoraj i spojrzał z dziewczynę śpiącą na łóżku. Podszedł i przykrył ją kocem, przygladajac się jeszcze raz jej krągłościom. Ubrał się i zszedł na dół na sniadanie.
                                Sala nie była przepełnona, wiekszość gości spała jeszcze ale i tak po sali roznosił się zapach smażonych jajek i miesiwa. Karczmarz na gest Tobiasa nalał kufel miodu i przyniósł do stolika przy którym usiadł zwiadowca. Jajecznicę poproszę - rzekł Tobias i wziął porządny łyk trunku.
                                Widok Krasnoluda, starego juz i dyszącego jak miechy w kuźni i wspierajacej się na jego ramieniu drobnej Panny - niechybnie będącą niewiastą drobnego ludu - niziołków - okrytą jedynie w wyblakły płaszcz, był na tyle niezwykły, że Tobias zawrócił ze schodów i usiadł ponownie za ławą - przyglądając się przybyszom niczym wół, patrzący na malowane wrota. Karczmarz patrzył na nowoprzybyłych spod krzaczastych brwi ale cierpliwe czyścił naczynia czekając aż cos zamówią. Tobias po dłuższej chwili - nie wiedząc dlaczego - zamowił 2 porcję jajecznicy ze skwarkami i trzy kufle miodu i dosiadł się do niezwykłej pary.

                                - Wyglądacie mości krsnoludzie i Wy - mości panienko na wyczerpanych podróżą i głodnych. Mam nadzieję że moje towarzystwo nie bedzie dla Was krępujące, jestem Tobias Walder - mogę zapytać skąd przybywacie i co dokładnie Was spotkało?

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79 jako Pipboy79
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #66

                                  Oryginalny tytuł: Tura 11 - 2521.04.25; mkt; popołudnie

                                  Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                                  Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                                  Warunki: ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)

                                  Duivel

                                  Poranek i pierwszą cześć dnia blondwłosy elf spędził chodząc pomiędzy straganami. Przez co buty i dół nogawek miał całkiem ubłocone w tym szaroburym błocie jakie zalegało na targu i ulicach naziemnej części miasta. Jak w południe jeszcze zaczęła padać mżawka co wypłoszyła tych mniej wytrwałych do domów i gospód to już całkiem zmoczyła wszystko i wszystkich co byli na zewnątrz. W końcu jednak i ona przeszła a szare do tej pory niebo zaczęło się przejaśniać i nawet słońce zaczęło pokazywać się pomiędzy tymi pierzastymi przesmykami. Zrobiło się pogodniej i jakby nieco weselej. Mieszkańcy miasta i przybysze spoza niego wrócili do straganów i na ulice ponownie je zaludniając.

                                  Przy tym zwiedzaniu tutejszej oferty chłopów, rzemieślników i kupców Duivel nie znalazł broni wytworzonej przez przedstawicieli swojej rasy. Ale nie powinno go to dziwić. Breder do dużych miast nie należało a do tego chyba nie miało jakichś nadzwyczajnych związków z elfią rasą to i nie było się co dziwić, że nie mają elfickich towarów. Zresztą sam też coś nie spotkał żadnego swojego pobratymca w tym pstrokatym tłumie. Jakiś niziołek tu czy tam, nawet zauważalna ilość khazadów ale elfów to jak na lekarstwo.

                                  Chociaż ze dwa czy trzy stoiska z łukami i osprzętem do nich znalazł. Ale nic nadzwyczajnego. Widocznie byli nastawieni na tutejszych myśliwych i może chłopskie milicje bo chociaż parę okazów mogło wzbudzać zaciekawienie to jednak na pewno nie wyszły one spod elfiej ręki.

                                  Podobnie było z końmi. Koni było całkiem sporo. Większość to zwykłe chłopskie konie robocze do ciągnięcia pługa czy wozu. Całkiem zauważalna ilość wierzchowców czy koni bagażowych. O wiele skromniej było z rumakami używanymi przez rycerstwo i szlachtę. Były tak okazałe, piękne i dumne, że wielu przystawało aby chociaż popatrzeć, nacieszyć oko, dać coś do schrupania, pogłaskać a czasem pogadać o koniach. Ale niewielu było stać na nie. Zwłaszcza, że wojna wdarła się do sąsiedniego Ostlandu więc wiadomo było, że wojenne potrzeby będą pożerać także konie. Duivel może nie był ekspertem od handlu końmi ale jeździecka praktyka podpowiedziała mu, że ceny tych rumaków są chyba nieco droższe niż zwykle. Ale zwykle wojna z odwiecznym wrogiem nie stała u bram sąsiadów. Jasnym było, że teraz jest być może ostatni moment aby kupić w miarę na miejscu takiego bojowego wierzchowca. I miały one wzięcie chociaż kupowali je bogaci panowie szykujący się na wojnę. Albo jedna, niebieskowłosa bogata pani. Też szykująca się na wojnę. I chyba przedstawicielka górskiego margrafa zwracała na siebie uwagę bo na targu była tylko jedna młoda, bogata, nieznana kobieta a do tego kupowała te konie hurtem więc stała się niemałą sensacją wśród miejscowych. No i chodziła ze swoją mieszaną obstawą złożoną z górali, mieczników i halabardników co zapewniali bezpieczeństwo jej, jej kufrowi z monetami i zakupionym inwentarzem jaki odprowadzali na podwórze karczmy gdzie się zatrzymała milady von Falkenhorst. Ale uwagę elfa zwrócił w końcu ten ubrany na kislevicką modłę mężczyzna z buzdyganem.

                                  - Aj co straż pomoże jak to się za miastem stało, w lesie jeszcze. - kupiec biadolił zrozpaczony nad swoją krzywdą. Akcent też sugerował, że chyba pochodzi z Kisleva lub wschodnich kresów Imperium. - Jestem zrujnowany, ledwo uszłem z życiem. O tam, w lesie nas napadli jak nocowaliśmy. - machnął w zdawałoby się losowy kierunek gdzie za ostatnimi straganami zaczynał się pradawny las.

                                  I nieco chaotycznie bo wydawał się być zdruzgotany tym strasznym doświadczeniem streścił brodatemu elfowi i reszcie słuchaczy swoją tragedię. Nazywał się Simon i był kupcem handlującym winem i miodami. W Imperium kupował tutejsze sznapsy i piwa a potem wiózł je na wschód, do granicznego Petrogradu i Leszken a tam kupował słodkie miody i nalewki jakie woził z kolei do Imperium. Właśnie teraz jechał z taką trasą z imperialnymi baryłkami wypełnionymi płynnymi smakołykami gdy zatrzymali się na noc. Rano zamierzali pokonać ten ostatni kawałek i przyjechać tutaj, na dzień targowy ale nic z tego nie wyszło bo w nocy napadły ich te wrzeszczące, pokraczne gobliny! Całe mrowia! No i bronili się ile dali rady ale jednak chyba nie dali rady. Sam Simon w końcu zgubił się w sam w lesie w ogóle nie widząc gdzie się znajduje. Na szczęscie dobrzy bogowie pokierowali go we właściwą stronę i wreszcie wyszedł tutaj, w Breder.

                                  - Ale tam wszystko zostało, moje wozy, mój wagon, baryłki, moi ludzie co tak dzielnie stawali, moi wspólnicy nawet nie wiem co się z nimi wszystkmi stało. Wszystko przez tą przeklętą, goblińską zarazę! - biadolił zrozpaczony nad własną tragedią. Ale nie tylko. Bo dla bezpieczeństwa utworzyli karawanę z kilku wozów należących do różnych kupców i tak planowali wspólnie przejechać na wschód. Ale nawet to nie pomogło, zwłaszcza, że napad był w nocy i w lesie.

                                  Na propozycję Duivela Simon zgodził się pójść do Petry. Wydawało się, że jest tak zmęczony i przybity, że mu już wszystko jedno. Szefową zastali przy obiedzie więc gdy usłyszała wstęp zaprosiła ich obu do stołu i tu wysłuchała podobnej historii jaką złotowłosy i ciżba na targu usłyszeli niedawno na targu.

                                  - A wiesz gdzie to jest? Ten wasz obóz? Trafisz tam? - zapytała go gdy jeszcze jedli. Kupiec też. Ciepły posiłek przydał mu sił bo nawet się ożywił gdy tak siadł w cieple i jadł coś ciepłego.

                                  - Tak przez las to nie. Ze mnie żaden myśliwy. Dlatego się zgubiłem. Ale drogą to tak. Mogę zaprowadzić. Zresztą to proste, wystarczy wyjść tą drogą na południowy zachód i dzwon albo dwa i się dojdzie. Wczoraj nam właśnie zabrakło ten dzwon czy dwa aby dojechać tutaj dlatego nocą już nie chcieliśmy jechać przez las no więc rozbiliśmy obóz. Ale stąd to nie tak daleko. - wyjaśnił z całkiem rzeczowym spojrzeniem i tonem. Wydawało się, że wraz z ciepłem i posiłkiem wraca mu jasność myślenia.

                                  - I mieliście wagony? - szefową zainteresował ten wątek bo sama szukała na targu krytego budą wozu zwanego popularnie wagonem ale na razie coś jej się chyba nie udało znaleźć czegoś odpowiedniego.

                                  - Tak, nie wszystkie ale były. - Petra skinęła głową i zaczęła się targować. Była gotowa przegonić gobliny i w ogóle pomóc w niedoli ale w zamian chciała jeden wagon dla siebie. Kupiec protestował argumentując, że taki wagon jest wart o wiele więcej i to rozbój w biały dzień. - No to trudno. Ja potrzebuję wagon. Wy macie wagony. Możemy się dogadać. Ale jak nie to znajdź kogoś innego do ganiania się z goblinami. Chcę sam wagon, resztę możecie zatrzymać. - negocjacje trwały jeszcze dobrą chwilę. Ostatecznie kupiec zgodził się, że w zamian za pomoc odstąpi ze wspólnikami jeden wagon a von Falkenhorst, że dorzuci coś z kiesy swojego patrona aby kupcy nie żywili krzywdy i zawiści. Wtedy świeżo mianowana szlachcianka pokiwała swoją niebieską głową i spokojnie skończyła jeść swój obiad. Po czym wstała gestem wezwała do siebie Duiviela i Gretę.

                                  - Słyszeliście. Pójdziecie z nim do tego ich obozu. Nie mogę dać wam wszystkich ludzi bo ktoś musi pilnować dobytku no i koni. Weźcie tych co się znają na lesie i tak dalej. I sprawdźcie. Co się da uratować z tego obozu to zbierajcie tutaj, do miasta a jak się nie da czy tych goblinów będzie za dużo to wracajcie. Chociaż nie zdziwię się, jeśli zrobiły napad w nocy i z nastaniem dnia zwiały. Ale może kto inny się tam przypałętać aby zgarnąć coś do siebie. Uwińcie się z tym jak najprędzej zanim tam wszystko rozkradną jak nie jedni to drudzy. - szefowa wydawała im ogólne polecenia. Wyszło na to, że do tego zadania nadawaliby się miecznicy Theiss bo halabardnicy to chyba mniej. Może nawet tych kuszników porucznika Ferro dałoby się namówić do współpracy. Co do tropicieli to oprócz Grety i Duviela szefowa też poleciła zebrać Stefana i Tobiasa. Bo zdaje się, że wyznawali się w tym leśnym rzemiośle.

                                  Tobias

                                  - Przybywamy z Middenheim. A co? Nie widać? - na pytanie Tobiasa pierwszy odpowiedział krasnolud. Ale ton był równie opryskliwy jak pierwsze, chmurne wrażenie jakie sprawiał. Jego okryta kocem towarzyszka na odwrót.

                                  - Ależ Hagrinie. Przecież ten dobry człowiek tylko pyta. Pierwszy raz się widzimy. Skąd miałby to wiedzieć? - zwróciła się do towarzysza z miłą dla ucha, kobiecą łagodnością. Jej partner prychnął coś i pogrążył się w ponurych myślach. Więc ona przejęła pałeczkę rozmowy.

                                  - Wybacz za mojego kolegę. Mieliśmy ciężką noc. Co ja mówię, “ciężką”! Straszną! Napadli nas w nocy. Całą chmarą. Te straszne gobliny. - tłumaczyła niziołka grzejąc dłonie od drewnianego kubka z parującą zawartością.

                                  - Jakie tam straszne?! Zwykłe, żałosne, pokurcze! Pozabijałbym je wszystkie tuzinami! Tylko z tymi pokurczami to tak zawsze, że na jeden ubity tuzin złażą się dwa następne! - krasnolud chyba nie miał zamiar wtrącać się w tą rozmowę ale jak usłyszał od koleżanki o “strasznych goblinach” to gorąca krew znów uderzyła mu do głowy. A on zdzielił pięścią blat stołu aż wszystko podskoczyło. Widać było, że przemawia przez niego złość. Zmitygował się gdy zorientował się, że ten nagły wybuch chyba nieco przestraszył towarzyszkę bo znów zamilkł i zamknął się w sobie.

                                  - No właśnie, oczywiscie masz rację Hagrinie ale wybacz, mnie się wydawały w nocy strasznie wielkie, groźne i straszne. Ale ja jestem tylko słabą, płochliwą niewiasta a nie takim dzielnym wojownikiem jak ty. - odparła niziołka znów kładąc mu swoją delikatną i pulchną dłoń na jego sękatej, spracowanej łapie. To pochlebstwo chyba dodatkowo uspokiło krasnoluda.

                                  - W każdym razie kawalerze jesteśmy kupcami. Ja zajmuję się wyrobem garnków, patelni i kotłów wszelakich. Jestem Ludena Czerwona z klanu Czerwonych Kogutów. A to mój wspólnik, Hagrin Nolagrin. To najlepszy metalurg jakiego znam po tej stronie gór. - przedstawiła się i swojego towarzysza obdarzając go ciepłym uśmiechem.

                                  - Jechaliśmy tutaj na targ i rozbiliśmy się na noc. Niedaleko. Ale do miasta przed zmrokiem nie zdążyliśmy. Więc obozwaliśmy ale w nocy napadły nas gobliny. Jak one wrzeszczały! Strasznie się bałam! Dobrze, że zdążyłam się schować i zamknąć w wagonie bo inaczej nie wiem co by było. A potem na szczęście trafiłam na Hagrina i on bohatersko mnie uratował. Cudem nam się udało wydostać z tej matni ale nasze wozy i cała reszta tam zostały. Nie wiem czy jeszcze ktoś się od nas uratował. Strasznie ciemno było w tym lesie ale trafiliśmy w końcu na drogę i po niej dotarliśmy tutaj. Już dzień był. Ale cały nasz majątek został tam w obozowisku na pastwę tych przeklętych goblinów. - Ludena bardzo przeżywała tą nocną napaść i wciąż wydawała się być przerażona na myśl o czymś tak strasznym. Hagrin zaś zachowywał ponure milczenie. Widać było, że na ramieniu ma założone świeże opatrunki.

                                  Jeszcze chwilę rozmawiali przy stole gdy do środka karczmy weszła Greta. Rozejrzała się dookoła i jak jej spojrzenie spotkało się z Thobiasa dała mu znak aby do niej podszedł. Jak to zrobił zaczęła mówić szybko i cicho.

                                  - Duivel przyprowadził jakiegoś kupca co go jakieś gobliny w nocy pod miastem napadły. Szefowa się z nim dogadała, że za wagon możemy im pomóc. Zbieraj się, idziemy tam. Jeszcze Duivel, Stefan i Theiss ze swoimi ludźmi. Może ktoś z tych tileańskich kuszników. - góralka o kasztanowym, krótkim warkoczu streściła mu polecenie szefowej gdy widocznie jednak jakieś zajęcie się dla nich znalazło w ten dzień targowy.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #67

                                    Tobias spojrzał na Gretę, na krasnoluda, później znów na Gretę. Szefowa podążyła za wzrokiem Tobiasa, ale zanim zdołała otworzyć usta, zwiadowca streścił historie dwojga nietypowych gości. - Krasnolud pali się do powrotu i walki z zielonoskórymi, może być przydatny.
                                    Greta spojrzała mu głęboko w oczy - Dobra, dobra. Idź się przygotować a ja z nimi porozmawiam, może mają dodatkowe informacje. No już! Zabieraj się stąd!
                                    Tobias miał swoje rzeczy pod ręką więc udał się do reszty oddziału, który przygotowywał się do nagłego wymarszu. Sprawdził stan łuku i cięci i uśmiechnął się ukontentowany. Kołczan zawierał 3/4 stanu początkowego.

                                    - powinno wystarczyć - pomyślał. Grupa już się zbierała. Ledwie dzień wcześniej przybyli tu po walce ze zwierzoludźmi a już za chwilę mieli ruszać i być może walczyć z goblinami. A hordy Chaosu w tym czasie zbierają się na ziemiach Imperium z zamiarem zmiecenia ludzi cywilizowanych z powierzchni ziemi.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • CioldanC Niedostępny
                                      CioldanC Niedostępny
                                      Cioldan jako Cioldan
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #68

                                      Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
                                      Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
                                      Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)

                                      Duivel zwrócił się do Petry

                                      - Szanowna szefowo, który że Stefanów ma iść z nami? Ją skromnie sugerował bym obu, chyba , że Kolesnikov no chce zostawić swojego oddziału. Miło by było gdyby nasza Nagini Światła przekonała kuszników do wyjścia z nami. Szubciej rozprawimy się z ewentualnym wrogiem i chyżej wrócimy, a jak mnie słuchy doszły to nasz kraj, znaczy się Ostland, jest plądrowany każdego dnia coraz bardziej...

                                      . Zakończył elf swą przemowę jakby na końcu chciał zwrócić uwagę na główny cel armii, czyli walkę z Chaosem.
                                      Odrzucił swoją tarczę na wóz ze wspólną bronią i zostawił drugi kołczan przypięty z boku. Pierwszy wciąż miał na plecach. Szable zostawił, tak na wszelki wypadek. Sprawdził czy ma miejsce na dodatkowe złoto gdyby znalazł nieco rozrzuconego przy napadniętej karawanie.
                                      Tuż przed wyruszeniem zagadał jeszcze do Grety

                                      - Gdybym chciał przystąpić do Waszego oddziału to do kogo miałbym się zgłosić? Może nauczyła byś mnie strzelać podczas jazdy konno? Aaaa, no i czy każdy z Waszego oddziału dostaje swojego ojca?- uśmiechnął się do rozmówczyni bo liczył na to, że tym razem coś więcej się wypowie niż ostatnio

                                      .
                                      Następnie podszedł jeszcze do Magini Światła i zwrócił się do niej

                                      - Szanowna Pani, jeśli nie idziesz z nami to czy masz w swoim repertuarze jakiś czar, który pomógłby nam w tej wyprawie? Ochronny czy też wzmacniający albo jakieś błogosławieństwo?

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79 jako Pipboy79
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #69

                                        Oryginalny tytuł: Tura 12 - 2521.04.25; mkt; zmierzch

                                        Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
                                        Czas: 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
                                        Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                                        Wyprawa do obozu karawaniarzy

                                        Petra zarządziła zbiórkę tam gdzie sama miała kwaterę. Ale nie czekała na ich finał widocznie pokładając zaufanie w swoich wojakach i oficerach. Po rozmowie z Duvielem i Simonem wyszła z gospody aby kontynuować zakupy prowiantu i zwierzyńca na potrzeby reszty regimentu. Zanim jednak wyszła odparła elfowi coś takiego.

                                        - A jak chcesz toczyć wojnę bez koni, wozów, prowiantu i zapasów? Sam miecz czy łuk w dłoni nie wystarczy. I musimy tutaj kupić co się da bo nie wiem kiedy następnym razem trafi się taka okazja. I nie tylko dla nas co tu przyszli ale i dla reszty regimentu. - widocznie nie uważała aby lecieć w wir nowej kampanii wojennej na łapu capu miało sens. I wolała się zaopatrzyć tutaj, w sąsiedniej prowincji w co się da nim ruszą do boju. No i wreszcie działali na rzecz całego regimentu von Falkenhorst a nie tylko tego wydzielonego oddziału jaki przyjechał tu po zaopatrzenie.

                                        Zaś co do obu Stefanów to Kolesnikowa zamierzała zatrzymać przy sobie. Wcześniej jedynie on bywał w tym mieście i jako przewodnik oraz pośrednik oddawał jej nieocenione przysługi świetnie nawigując pomiędzy różnymi kupcami. Dlatego chodziło jej o Jaegera jaki też mówił, że ma doświadczenie i wojskowe i leśne więc szefowej wydał sie w sam raz do takiej misji.


                                        Potem gdy młoda von Falkenhorst wyszła wraz ze swoją świtą aby dalej zawierać transakcję na hurtową skalę to na miejscu została Theiss. Blondynka też miała rozproszonych ludzi po różnych karczmach albo i samym targu czy zaułkach miasta bo w końcu mieli mieć dzień wolny więc korzystali. Dlatego musiała posyłać kogo się udało złapać ze swoich mieczników aby ściągnął kogo się da. I tak pojedynczo, po dwóch, trzech stopniowo gromadzili się przy jednym ze stołów gospody.

                                        Zaś Tobias po rozmowie z Gretą niewiele miał do zabrania więc zostało mu czekać aż wszyscy się zbiorą. Sama drużynniczka Gebirsjeager wysłuchała go uważnie zerkając na tą nietypową dwójkę poszkodowanych. - Może są z tej samej karawany co Duivel przyprowadził tego Kislevitę. - wyraziła swoje przypuszczenie. A potem do nich podeszła. I jak padło imię “Simon z Kisleva” to i krasnolud i niziołka bardzo się ożywili. “To on! On był z nami! Czyli jemu też się udało!” ucieszyli się oboje. Więc Greta ich poporisła aby poszli razem z Tobiasem tam gdzie Petra miała swoją kwaterę od wczorajszego zmierzchu.

                                        Właśnie tam doszło do radosnego spotkania. Okazało się, że po tak chaotycznej, nocnej walcje i Hagrim z Ludeną byli przekonani, że tylko im się udało ujść z życiem jak i Simon podobnie. Teraz jak znów się spotkali to padli sobie wszyscy w ramiona i cieszyli się jak dzieci. Szybko zaczęli sobie opowiadać jak to im się udało przeżyć i zastanawiać się czy komuś jeszcze się udało. W końcu całą trójką dość zgodnie chcieli podziękować Petrze, że się za nimi ujęła. No ale, że ta już wyszła wcześniej to podziekowania spadły na tych jej podwładnych jacy akurat byli na miejscu.

                                        - Ale ja to nie wiem czy z wami pójde. Tylko bym wam przeszkadzała. - Ludena Czerwona dostała od jakichś litościwych ludzi koszulę i spódnicę. Ale, że od ludzi więc się w nich topiła bo były za długie. Niemniej obrotna niziołka sprawnie podwinęła rękawy, w parę chwil pożyczyła od kogoś nitkę i igłę po czym podwinęła podobnie spódnicę aby się nie ciągnęła po ziemi i nie plątała pod nogami. Jednak widocznie obawiała się starcia z goblinami i chyba w ogóle nie była zbyt bojowo nastawiona. W przeciwieństwie do obu jej kolegów. Bo zarówno Hagrin jak i Simon pałali żądzą zemsty na goblinach. No i wciąż byli przy nadziei, że uda się odzyskać chociaż część majątku pozostawionego w obozie.

                                        Ostatni przyszedł Stefan. Któryś z wojaków Theiss go powiadomił, że trafiła się jakaś niespodziewana za miasto i szefowa zgłosiła go na ochotnika w roli zwiadowcy. Na miejscu przekonał się, że faktycznie tak było i już się spora kupa luda szykowała na tą wyprawę.

                                        Wcześniej miał dość zajęty ten pochmurny poranek. Wspólnie z Alezzią doglądali rannych swoich i tileańskich. Oczyścili rany i zmienili opatrunki na nowe. Następnie ten urzędnik z ratusza zaprowadził go do swojej żony. Rzeczywiście wyglądała na chorą. Pot obficie zrosił jej ciało i zlepił włosy. Brzydko kszalała i na słuch to coś jej siedziało w płucach. Od ręki niewiele mógł jej pomóc. Co najwyżej zostawić zioła i wytłumaczyć jak używać. Trzeba było zrobić z tego napar w misce a potem wdychać te opary. Tylko głowę trzeba było przykryć ręcznikiem czy czymś takim aby za szybko nie uciekały. Więcej tam pomóc nie mógł zwłaszcza jak nie zanosiło się, że zostaną w Breder na dłużej.

                                        Wreszcie mógł pójść na targ. Nie miał zbyt wyszukanych wymagań i okazało się, że wszystko co sobie zaplanował kupić było do kupienia. Alkohol do robienia nalewek, worek soli do peklowania, mięso do zapeklowania albo dwukrotnie droższe ale już gotowe do drogi. Albo do wyboru żywy inwentarz. Były też choćby i kury do kupienia, i gęsi i kaczki. Tak, całkiem spory był ten targ w Breder, można było zrozumieć dlaczego jego imiennik tak go zachwalał i polecał. Nawet co jakiś czas widział tam i tu damę w niebieskiej sukni. Dzisiaj ich szefowa wyglądała zdecydowanie bardziej okazale niż wczoraj w skórzanych spodniach i stroju podróżnym gdy z traktu przyjechali do miasta. I widać było, że wszyscy handlarze wokół niej skaczą bo nie kupowała aż jednego konia czy krowy tylko masowo. Więc zrobiła się głównym rozgrywającym na dzisiejszym targu. Ale to jeszcze było wcześniej, przed obiadem. Jak sam się obkupił w co chciał i zaniósł do do karczmy w jakiej nocował to właśnie znalazł go wojak Theiss i poinformował o nowym zadaniu.

                                        - Dobra to chyba wszyscy już są. Dłużej nie czkamy. Ruszamy. A wy prowadźcie do tego waszego obozu. - Theiss krytycznie spojrzała w niebo. Jeszcze było widno i było dobre kilka dzwonów do zmierzchu. Jednak południe minęło już jakiś czas temu i było już pewnie bliżej końca dnia niż środka.


                                        Więc ruszyli. Mimo, że w tych improwizowanych warunkach i niejako z zaskoczenia blondłowsa sierżant zdołała zebrać gdzieś z połowę swoich ludzi. Za to na ochotnika zgłosiło się paru Tileańczyków.

                                        - Wy pomogliście nam to teraz my pomożemy wam. - powiedział porucznik Ferro swoim łamanym reikspiel. Wraz z nim ruszyło paru innych, ci co wyszli z walk na bagnach bez wiekszego szwanku albo już doszli do siebie. Dziś wyglądali znacznie lepiej niż przy pierwszym spotkaniu. Chociaż jeszcze bardziej pstrokato bo swoje ubłocone ubrania oddali do prania i teraz paradowali w zapasowych albo tym co zdołali kupić na targu. Właściwie to ich status był mocno niepewny. Chyba siłą rozpędu doszli razem z oddziałami von Falkenhorst do Breder. Tu rozbili się po różnych karczmach gdzie się znalazło miejsce. I na razie tak to zostało. Nawet jeśli porucznik coś rozmawiał z Petrą to do zwykłych wojaków nic z tego nie skapło.


                                        Po drodze był czas aby pogadać. Na czele szła trójka kupców skoro znali drogę. Trójka bo mimo obaw i wątpliwości Ludena jednak zdecydowała się dołączyć. Chyba zdecydowała niepewność co do losów swoich pracowników i majątku. Z nimi albo przed nimi szli zwiadowcy. A za nimi miecznicy i kusznicy. Nominalnie dowódcy nie wyznaczono ale wydawało się, że Theiss ma największy autorytet no i dowodziła największym oddziałem. Zresztą z duetem mówiących po reikspiel Tileańczyków rozmawiali sobie na całkiem przyjaznej stopie. Bo Greta która też dołączyła do wyprawy chociaż była zaufaną Petry to jednak nie miała cech przywódczych i raczej nadawała się na zwiadowcę. Zwłaszcza, że w tej wyprawie tylko ona była konno.

                                        - Jakby ktoś chciał się do nas zgłosić to musiałby pogadać z Erykiem. On jest naszym dowódcą i wszystkich przyjmuje. - odparła elfowi na to co pytał wcześniej ale nie było za bardzo o tym kiedy pogadać. Dopiero teraz jak wyszli za miasto.

                                        - I ja nie umiej strzelać konno. Więc cię nie nauczę. Nie walczymy konno. Kucy używamy tylko do jazdy, jak coś się dzieje to wtedy zsiadamy z koni. - wyjaśniła mu klepiąc po przyjacielsku grzbiet swojego kuca. Ten faktycznie nie wyglądał zbyt bojowo. A elf nie słyszał aby ktoś używał kucy w walcząc z ich grzbietu. Do tego używało się dorodnych rumaków specjalnie hodowanych i szkolonych do tego zadania a nie zwykłych kucy. Te za to były mniej wymagające i Gebirgsjaeger chwalili je sobie, że są w sam raz do jazdy po górskich bezdrożach. Dlatego Greta nie umiała strzelać z końskiego grzbietu.

                                        - I jakiego ojca? O czym ty mówisz? - zdziwiła się jednak na to co ostatnie brodaty elf zapytał.

                                        Za to świetlista magini nie była pewna czy może mu pomóc. Nie miała w swoim repertuarze czarów jakie by mogły podziałać na całą grupę. Na pojedyncze osoby też nie. Przynajmniej nie na tyle aby efekt utrzymał się dość długo. Parała się tą dziedziną świetlistej magii jaka przynosi natychmiastowe efekty i trudno jej coś zdziałać na odległość.

                                        Stopniowo jednak zagłębiali się w pradawny las. Po ostatnich deszczach droga zmieniła się w grząskie błoto jakie z lubością wsysało nogi a niechętnie je wypuszczało. Szło się więc niezbyt lekko.

                                        - To już niedaleko. To gdzieś tutaj było. - powiedział w końcu Hagrin. Theiss dała więc znać aby przestać palić i rozmawiać.

                                        - To idźcie przodem i zobaczcie jak to wygląda. - krótkoostrzyżona blondynka dała znak zwiadowcom aby robili swoje. Ona i jej ludzie nie byli zbyt dyskretni a do tego dość liczni co mogłoby uprzedzić gobliny o ich nadejściu. Mała grupka myśliwych i tropicieli miała o wiele większe szanse aby się podkraść i rozeznać w terenie.

                                        - To zbierajcie się i chodźcie. - rzekła cicho Greta sprawdzając jeszcze torbę i kołczan. Po tej krótkiej chwili ona, Stefan, Tobias i Duivel ruszyli do przodu. Zaś Theiss kazała ustawić się w dwa szeregi frontem do każdej strony drogi. A w środek szermierze wzięli kuszników aby ci mogli być chronieni przed bezpośrednim atakiem.

                                        Zaś czwórka zwiadowców ruszyła przodem. Z początku wiele się nie zmieniło. Ot, leśny dukt rozmoknięty deszczem. Jednak pomni na słowa krasnoludzkiego metalurga szli ostrożnie jak przy podchodzeniu zwierzyny. Uszli tak już kawałek, że główna grupa zniknęła im z pola widzenia za którymś drzewem i zakrętem. Gdy dostrzegli coś nowego. Ślady. Dużo śladów.

                                        ~ Sporo ich było. ~ szepnęła Greta widząc te tropy na dnie lasu. Bo chociaż deszcze rozmył lub wręcz zmył większość z nich to było ich na tyle wiele, że część się uchowała. Mżawka padała niedawno, w samo południe to ślady musiały być wcześniejsze. Szli jeszcze ostrożniej i wolniej bo widocznie już byli blisko tego napadniętego nocą obozu. W pewnym momencie gdzieś między drzewami zaczęły im majaczyć nienaturalne regularne kształty zwiastujące stojące wozy. A jeszcze bliżej widzieli pierwsze ciała, porozrzucane graty i ślady pobojowiska. Na szczęście las zapewniał sporo kryjówek aby podejść jeszcze bliżej. Wreszcie zbliżyli się na tyle blisko aby uszłyszeć jakieś dźwięki zdradzające, że ktoś tam jeszcze jest i żyje. Chociaż na słuch to brzmiało raczej jak goblińskie życie. Wreszcie podeszli na tyle blisko aby objąć wzrokiem większość obozu.

                                        Wozy stały w na rozjeżdżonym wśród drzew błotnistym placu jaki widocznie tradycyjnie stanowił miejsce postojowe. Z pół tuzina wozów z czego połowa to wagony a druga połowa kryta płótnem. Jestem z tych drugich leżał teraz przewalony na bok a jego zawartość rozsypała się luzem i tonęła w błocie. W ogóle chyba wszystkie wozy zostały solidnie splądrowane i ich towary jak i dobytek podróżnych leżała wybebeszona i zbrukana w tym błocie. Kilka trucheł koni leżało tam gdzie dopadły je ciosy lub strzały napastników. Ale na pobojowisku było mnóstwo ciał. W większości goblińskich ale niestety zdarzały się też i ludzkie ofiary nocnej napaści.

                                        ~ Dużo ich tu. Ale dużo ich jednak zabili. ~ szepnęła cicho Greta gdy tak przeglądała z kompanami to towarzystwo. No bo rzeczywiście jak na taki zaskakujący, nocny atak to tych goblinów obrońcy zdawali się kłaść pokotem całymi tuzinami, że tak tu teraz masowo zalegały. Co prawda nie wszystkie. Tam jakiś grzebał i wyrzucał coś z wozu czegoś szukająć. Tam ze dwa kłóciły się i wyzywały o coś skrzekliwymi głosami a kilka innych im podjudzało albo kibicowało. Jeszcze dalej któryś patroszył albo znęcał się nad truchłem konia. Łącznie widać było jakiś tuzin, może trochę więcej tych zielonoskórych jacy chyba do głowy sobie nie brali, że ktoś ich może właśnie podglądać.

                                        ~ Oh! Oni są pijani! ~ zorientowała się w pewnym momencie Greta. Zresztą jej towarzysze także gdy już mieli okazję aby któryś tam raz obrzucić pobojowisko spojrzeniem. Bo jak się przyjrzeli uważniej to okazało się, że to czy tamto goblińśkie “truchło” pochrapywało, przewaliło się na bok czy czknęło. A i u tych co byli jeszcze mniej więcej na nogach widać było w łapach jakieś butelki albo przystawiali się do szpuntu jakiejś beczułki. Przez to jednak nie było teraz pewności ile tych “trucheł” to rzeczywiście truchła a które tylko są kompletnie opitymi goblinami. Z tym tuzinem czy dwoma co były jako tako na nogach to chyba z udziałem ludzi Theiss można by sobie poradzić. Z drugiej strony jak te wszystkie “zwłoki” by ożyły z pijanego widu to mieliby zdecydowaną przewagę liczebną. O ile zdecydowałyby się walczyć bo gobliny z odwagi nie słynęły.

                                        ~ Miejcie tu na wszystko oko. Ja wracam pogadać z resztą. ~ szepnęła Gebirgsjaeger i powoli zaczęła się wycofywać aby powiadomić główną grupę jak się sprawy mają. Zdążyła już im zniknąć z oczu i w obozie dalej nic niezwykłego się nie działo. Pijane gobliny ucztowały swoje zwycięstwo na swój skrzekliwy, złośliwy sposób. Aż w pewnym momencie jeden z nich kołysząc się w pokraczny sposób potknął się o jakieś ciało. Wstał i ze złością odwrócił się i je kopnął. Wtem przestał i na jego wielkonosej twarzy pojawił się grymas zdziwienia. Ale wyszczerzył się złośliwie i jeszcze raz kopnął ciało. I jeszcze i jeszcze aż chyba sam się zdziwił jak ciało nagle zerwało się i rzuciło się do ucieczki. Ale w stosunku do trójki obserwatorów to w bok więc niezbyt dobrze widzieli kto to jest poza tym, że pewnie ktoś z napadniętych nocą ludzi. Z początku gobliny były zbyt zaskoczone takim obrotem sytuacji ale widok uciekającego w las człowieka pobudził je i kilka z nich rzuciło się z głośnym skrzekiem w ślad za zbiegiem. Reszta potraktowała to jak dobrą zabawe bo zaczeła złośliwe rechotać, szydzić i wyśmiewać ale chyba nie zamierzali dołączyć do pościgu. Tymczasem zbieg już rwał przez las a gobliński pościg został nieco w tyle ale skrzeczące kreatury nie odpuszczały. Zwłaszcza, że widać było, że w sylwetce uciekającego i jego kroku jest pewna nieregularność co zdradzało albo rany albo ból po tych kopnięciach.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • CioldanC Niedostępny
                                          CioldanC Niedostępny
                                          Cioldan jako Cioldan
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #70

                                          Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
                                          Czas : 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
                                          Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                                          Miejsce zbiórki

                                          Elf wysłuchał szefowej i zanim wyszła chciał jeszcze wyjaśnić pewne małe nieporozumienie, gdyż nie chciał być źle zrozumiany.

                                          - Szanowna Petro, doskonale wiem po co tu jesteśmy, obawiam się jedynie aby nasza wyprawa po wóz kupców nie spowolniła nas w wymarszu do Ostlandu... - powiedział blondobrody i skłonił się lekko.

                                          Podczas marszu

                                          - Greto, oczywiście nie chodziło mi o ojca, ale czy każdy z Was dostaje własnego kuca.

                                          Obóz kupców

                                          Duivel patrzył jak uciekająca kobieta oddalała się od nich. Dzięki niej z obozu oddaliło się też sporo goblinów. Wszyscy oni biegli jakby byli nieco pijani, albo ranni. Elf przypatrzył się czy mają jakąś broń. Skupił się jednak na obserwacji obozu, chciał rozpoznać ilu wrogów jest na nogach. Cały czas się ukrywał między drzewami. Zdecydował się pójść do Theiss i jej mieczników oraz kuszników Ferro. Szepnął do towarzyszy, że udaje się do głównej grupy aby opowiedzieć o wydarzeniach po odejściu Grety i zrobić małą, krótką naradę.
                                          Po niedługim czasie stał już przy krótkowłosej Nordlandce.

                                          - Droga Renate, część goblinów, zdaje się, że pięciu, pobiegła za jakąś kobietą. W obozie zostało ich teraz mniej niż dziesięciu na moje oko. Możemy teraz wysłać kuszników aby ostrzelali razem z nami zwiadowcami tych goblinów które zostały przy obozie, a następnie niech miecznicy ruszą na nich. Możemy też spróbować ich odstraszyć np. strzelając do nich...- mówił Duivel cichym i spokojnym głosem, tak aby nie narobić zbędnego hałasu.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa