Krzyk Pustki
-
Elias nie spieszył się z odpowiedzią na wezwanie na mostek bardziej, niż musiał. Nie dlatego, że lekceważył kapitana. Po prostu ciągle nachodziły go myśli o tym, jak bardzo nie podoba mu się ta sytuacja. Był starszym naukowcem w zawodzie dla ludzi, którzy powinni z wyprzedzeniem planować swoją emeryturę. Trzeba było przestać latać parę lat temu. A teraz te coraz częstsze bóle w klatce piersiowej trochę go osłabiły. Ból zelżał, ale nie zniknął całkiem. Czaił się pod mostkiem, tępy i uparty, jak źle dokręcona śruba, którą trudno poprawić. Szedł więc wolniej niż zwykle, z twarzą trochę bardziej bladą niż na co dzień. Jego dłoń od czasu do czasu przesuwała się po piersi w geście, który można było pomylić z poprawianiem ubrania. W rzeczywistości jednak rozmasowywał bolący punkt.
Kiedy wszedł na mostek, od razu wyczuł atmosferę. Ludzie mają jakąś dziwną zdolność wyczuwania napiętej sytuacji, choć nie mówi się o tym często. W każdym razie rozejrzał się szybko. Najbardziej iskrzyło między Holtem a kapitanem Hanniganem, choć bez kontekstu trudno było ocenić, jak bardzo było poważnie. Tylko miny reszty, uciekającej wzrokiem do innych punktów w pomieszczeniu, mogły podpowiedzieć, że całkiem poważnie. Mimo wszystko Elias nie skomentował tego. Nie jego cyrk. Nie jego małpy. Zamiast tego, żeby poczuć się lepiej, sięgnął do swojej piersiówki i pociągnął mały łyk. Smak mocnego alkoholu brzydko wykrzywił mu twarz.
Kiedy uwaga obecnych przesunęła się z powrotem na ekran Nadii, Elias skinął krótko głową kapitanowi, a potem samej techniczce. Ktoś streścił mu najważniejsze... powiększenie wyrwy w kadłubie, brak typowych śladów po trafieniu, możliwa korozja chemiczna. Podszedł bliżej, opierając jedną dłoń o krawędź konsoli. Nie za mocno. Tak tylko, żeby wyglądało, że odczytuje parametry, a nie że przez sekundę potrzebuje punktu podparcia. Na powiększeniu widniała wyrwa w kadłubie Bleinerta. Crowe zmrużył oczy.
– Paskudne – mruknął, kręcąc nosem.
Przez chwilę patrzył na obraz w milczeniu, przesuwając wzrokiem po krawędziach uszkodzenia. Nie do końca się na tym znał, więc trzeba było dać wiarę ocenie Nadii, która przecież brzmiała sensownie.– Jeśli pani Volkov ma rację i to faktycznie korozja chemiczna, to nie mówimy o przewróconej bańce z chłodziwem – powiedział w końcu. – Wojskowe kadłuby są testowane na różne sposoby i zabezpieczane substancjami, które powinny wytrzymać praktycznie wszystko – skomentował na tyle, na ile się znał. – Jeśli coś przeżarło się przez poszycie w taki sposób, to musi być jakaś eksperymentalna mieszanka. Możliwe, że coś wymknęło się spod kontroli przy testach? – zaproponował.
Zamilkł, kiedy kapitan wpisał kod i kazał Opiekunowi odciąć mostek. Uniósł lekko brwi. To było dość radykalne posunięcie i nie do końca zrozumiał, czemu miało służyć. Włazy zatrzasnęły się, światło zamigotało, a czerwone diody kamer zgasły jedna po drugiej. Przez ułamek sekundy Crowe poczuł coś dziwnie podobnego do ulgi, jaką zawsze odczuwał w miejscach pozbawionych form inwigilacji. Słuchał Hannigana bez wtrącania się. Nie za bardzo znał się na prawie kosmicznym, a kapitan to kapitan. Bardzo przemawiał do niego argument o tym, że opuszczony tender wojskowy z ładunkiem może być wart więcej, niż ich portfel kiedykolwiek wcześniej przetrawił. Tak, to mogło pomóc mu w przejściu na emeryturę.
– Co do wejścia na Bleinerta... – westchnął. – Nie powiem, że marzyłem o takim spacerze po wojskowym grobowcu, ale jak zawsze możecie na mnie liczyć.
Na moment przyłożył dłoń do piersi, ale zaraz ją opuścił. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
– Wiem, że to nie rozkaz, ale chcę iść. Będę waszym kanarkiem w kopalni. Tylko takim starym, wrednym i z własnym analizatorem, ale ostrzegę was w porę. No i jakoś trzeba zasłużyć sobie na ten procent z udziału. No to co, ekipa? – zapytał wesoło, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Kiedy drzwi mostka ponownie zostały odblokowane, zaczął przygotowywać się do tej eskapady. -
Davy O'Collan - narada na mostku
Davy przez chwilę milczał, opierając dłonie o konsolę nawigacyjną. Wpatrywał się w sylwetkę Bleinerta na ekranie, jakby już układał w głowie kolejne etapy całej operacji. W końcu odwrócił się do kapitana.
— Kapitanie...
Skinął głową w stronę hologramu z danymi jednostki.
— Jeśli faktycznie nie znajdziemy tam żywych... to przestajemy patrzeć na wrak. Patrzymy na nagrodę.
Przesunął palcem po parametrach statku.
— Wojskowy transportowiec klasy M, do tego z pełnowymiarową sekcją ładunkową. Taki kadłub jest wart grubo ponad trzydzieści milionów dolarów. Minimum trzydzieści. Nawet jeśli Kelland odzyska go za ułamek wartości, a załoga dostanie standardowy udział w akcji ratowniczej... powiedzmy dziesięć procent... — gwizdnął cicho. — Po podziale na siedmioro ludzi każdy z nas byłby całkiem nieźle ustawiony. Chyba pierwszy raz od dawna los postanowił oddać mi premię za wszystkie nadgodziny.
Uśmiech szybko zniknął, ustępując miejsca profesjonalizmowi.
— Dlatego myślę, że to dobry pomysł, żebym został na Kardashianie. Znam ten statek lepiej niż własną kieszeń. Będę monitorował wasze biosygnatury, telemetrię skafandrów, ruch obu jednostek i całą komunikację. Ktoś musi mieć sytuację pod kontrolą z bezpiecznej strony.
Wyciągnął dwa palce.
— W międzyczasie z Nadią przygotujemy dwa warianty holowania. Pierwszy, klasyczny — Bleinert na holu FTL Kardashiana, z przeliczeniem naprężeń i masy całego zestawu. Drugi, jeśli okaże się, że jego napęd nadświetlny nadal jest sprawny, spróbujemy wykorzystać własny FTL Bleinerta i zsynchronizować oba statki do wspólnego skoku. To może być bezpieczniejsze dla naszej jednostki.
Klepnął się lekko w kaburę na udzie.
— O mnie się nie martwcie. Broń mam przy tyłeczku, jak zawsze. Zanim wyruszycie, skoczę może jeszcze do kajuty po moje SSDD i wtedy naprawdę nie będę miał powodów do narzekania.
Wzruszył ramionami.
— Jak tylko przejdziecie na Bleinerta, zarygluję śluzy Kardashiana. Purcell niech siedzi pod kluczem dopóki nie wrócicie. Mam też szczerą nadzieję, że nasza korporacyjna pasażerka zrozumie sytuację i będzie łaskawa posiedzieć cicho w swojej kajucie. Im mniej osób będzie mi się tu plątać pod nogami, tym lepiej dla wszystkich.
Spojrzał z wyraźną sympatią na główną konsolę pilota i przeciągnął dłonią po jej krawędzi.
— Ja z Nadią ogarniemy mostek. Będziemy mieć na was oko przez cały czas. Jeśli coś się wydarzy, zauważymy to pierwsi. A kiedy wrócicie... mam nadzieję, że będziemy już mieli gotowy plan, jak odholować tego kolosa do najbliższej stacji i zamienić go na największą premię, jaką którekolwiek z nas widziało...
— I jeszcze jedno: żadnego bohaterstwa przy tej wyrwie. Jeśli coś potrafi zrobić dziurę w wojskowym kadłubie, to zasługuje na odrobinę szacunku.
Spojrzał na Holta z uśmiechem.
— Wróćcie w komplecie. Kapitan będzie zadowolony, Nadia przestanie marudzić, a pan Holt nie będzie musiał liczyć, ilu ludzi wysłał i ilu przyprowadził z powrotem.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Sadza położył na stole dwie łuski.
Na pierwszy rzut oka niczym nie różniły się od innych, które walały się po podłodze kapsuły. Dopiero z bliska było widać, że są krótsze i wyraźnie mniejszego kalibru.
— Znalazłem je w kapsule. Holt obejrzał je wcześniej.
Skinął głową w stronę Holta.
— Mówi, że to pistoletowe. Tyle że pistoletu w kapsule nie znaleźliśmy.
Przesunął łuski bliżej kapitana.
— Albo ktoś go schował. Albo ktoś go zabrał. W każdym razie coś tu się nie zgadza. Proponuję przycisnąć soldatika przed abordażem.
Umilkł, pozwalając, żeby każdy wyciągnął własne wnioski.
Kiedy Hannigan wyjaśnił zasady pryzowego i kwoty, które mogły czekać za odholowanie Bleinerta, Sadza przeciągnął dłonią po zaroście.
— Nu vot... Wojskowy tender to już nie byle prom.
Gwizdnął cicho.
— Jak uda się go dociągnąć do portu, to chyba pierwszy raz od lat wypłata będzie większa niż lista potrąceń.
Kącik ust drgnął mu w czymś na kształt uśmiechu, ale zaraz zniknął.
— O ile oczywiście najpierw nie zostaniemy na nim trupami.
Westchnął ciężko, kiedy padła propozycja udziału w abordażu.
— Moim zdaniem powinien iść Holt. Może i Crowe. A na Kardashianie powinien zostać pierwszy oficer. Tak jest podręcznikowo.
Pokręcił głową z wyraźnym niezadowoleniem.
— Ktoś musi pilnować tego złomu, gdy reszta będzie łazić po wojskowym wraku.
Spojrzał na kapitana.
— Ale pan tu dowodzi, kapitanie. Jak mam iść, to pójdę.
-
Ambulatorium Kardashiana
Widziany zza szybki w drzwiach pomieszczenia, amerykański wojskowy sprawiał wrażenie pogrążonego w śnie, ale dźwięk towarzyszący grupie wchodzących do środka mężczyzn sprawił, że niemal natychmiast otworzył oczy przyoblekając twarz w grymas głębokiego niepokoju.
- Wywołaliście w końcu kogoś z moich? - zapytał przeskakując nerwowym spojrzeniem po przybyszach - Potwierdzili status?
- Nie to nas sprowadza - oznajmił szorstkim tonem Hannigan - W twojej kapsule znaleźliśmy pewną zgubę, która dała nam do myślenia. Wiesz może, o czym mowa?
Purcell zmarszczył czoło, pokręcił powoli głową w geście zaprzeczenia.
- W środku było dużo łusek, ale nie wszystkie od Armata. Znaleźliśmy dwie mniejsze, pistoletowe. Skąd się tam wzięły? Gdzie jest ten pistolet? Gdzie go schowałeś?
Bezbłędnie odczytując tonację głosu kapitana, Marcus Holt wyrósł po drugiej stronie łóżka ze złowieszczym wyrazem twarzy.
- To był jego pistolet - odpowiedział Purcell - Gościa, który mnie napadł. Przecież wam mówiłem, zaatakował od tyłu za progiem kapsuły, walnął mnie klamką, żeby mnie ogłuszyć, ale przekręciłem w ostatniej chwili głowę, trafił w kark aż mnie zamroczyło. Szarpaliśmy się, trzymałem mu rękę swoją, wystrzelił być może ze dwa razy na oślep, potem walnąłem go w łokieć kolbą karabinu i pistolet mu z ręki wyleciał za próg kapsuły. A potem właz się zamknął. Chryste, znajdziecie ten jebany pistolet na korytarzu przy pomocniczej centralce komunikacyjnej!
Żołnierz napiął odruchowo pasy, szarpnął nimi w bezwiednej próbie podniesienia się do pozycji siedzącej.
- Jaki rodzaj dostępu umożliwia twoja karta kodowa? - Holt zmienił w jednej sekundzie temat, zauważalnie zbijając rozbitka z tropu - I podaj mi swój PIN.
- Nie macie prawa do korzystania ze służbowej wojskowej karty - niepokój Purcella ustąpił miejsca złości, objawionej kolejnym szarpnięciem za pasy - Uwięziliście bezprawnie członka sił zbrojnych Zjednoczonych Ameryk, za kogo wy się macie?!
- Ta rozmowa dobiegła końca - odpowiedział chłodno kapitan - Nie wykorzystałeś swojej szansy.
Hannigan odstąpił od łóżka rozbitka kiwając znacząco głową Kalashnikovowi. Purcell dostrzegł ten gest i chociaż nie mógł znać jego precyzyjnego znaczenia, musiał się domyślić, że jego sytuacja właśnie drastycznie się pod jakimś względem pogorszyła.
- Kapitanie, sir, proszę zaczekać - rzucił zmienionym głosem, pozbawionym wściekłości i dźwięczącym w zamian czystą desperacją - Kod do karty to dwa dziewięć dziewięć dwa pięć pięć. Otwiera wszystkie pomieszczenia z wyjątkiem kabiny kapitana Becketta, innych oficerów, zbrojowni sprzętu ciężkiego i ładowni specjalnego przeznaczenia, sir. Nie nawiązaliście łączności z Bleinertem, prawda?
Hannigan odwrócił się w stronę łóżka, przekręcił w bok głowę unosząc znacząco brew.
- Ja pierdolę, nie nawiązaliście łączności - powtórzył Purcell - To dlatego chcecie moją kartę dostępu. Chcecie przejść na pokład tendera, ale nikt tam się nie odzywa i potrzebujecie klucza. Sir, podałem wam kod w geście dobrej woli, chociaż trzymacie mnie tutaj w kajdankach jak jakiegoś kryminalistę. Ja myślę, że może być inny powód braku łączności. Moi mogą nie ufać waszemu transponderowi. Wcześniej zaatakowała nas inna jednostka cywilna. Możecie być w zmowie z tamtymi. Jeśli moja załoga żyje, może utrzymywać milczenie myśląc, że wiedząc o nich otworzycie ogień, żeby zniszczyć okręt. A jeśli uznacie ich za martwych, będziecie bardziej chętni do abordażu. Mogą milczeć i czekać, aż wejdziecie na pokład, żeby was wciągnąć w zasadzkę, a potem przebić się na wasz statek.
Jeremiah Purcell mówił coraz szybszym tempem, pod koniec dosłownie wystrzeliwując z siebie słowa i zaciskając dłonie w pięści.
- Proszę mnie zabrać na mostek, spróbuję ich wywołać przez radio - zaproponował wpijając się wzrokiem w Caleba Hannigana - Mogę uwiarygodnić waszą tożsamość, potwierdzić autentyczność misji ratunkowej. Proszę dać mi szansę, kapitanie!
- Skąd masz taką pewność, że tamto starcie wygrali twoi, chłopcze - wycedził lodowatym tonem Holt - Również dobrze mogli tam zostać tylko ci z Wallandera, prawda? I nawiązując z nimi łączność mógłbyś pogorszyć naszą pozycję. Co powiesz na to?
Purcell otworzył usta, ale zaraz zamknął je ponownie, spoglądając z niemą frustracją na swoich rozmówców.
-
Na cokolwiek liczył uwięziony człowiek, kompletnie nie trafił z adresatem. Mnożenie możliwości było tym na co Hannigan był odporny. Nie to, że nie dopuszczał do siebie możliwości mniej prawdopodobnych scenariuszy. Ale nauczony był postępowania w kosmosie metodycznie. Krok po kroku. A nie chaotycznego miotania się od jednej zmiennej do drugiej.
- Nie panie Purcell. Nie wpuszczę pana na mostek. Tylko dzięki sprawności naszego pokładowego androida i trzeźwości umysłu załogi, nie zabił pan nikogo z nas i nie uszkodził statku. A pana historii nic nie potwierdza. Równie dobrze to pan może być załogantem drugiej jednostki i przejął pan personalia swojej ofiary z Bleinerta. Zostanie pan umieszczony w kriośnie i przekazany posterunkowi na Borodino. To wszystko.
Mieli 30 gotowych komór dla górników. Adam powinien się szybko uwinąć z procedurą, toteż kapitan niezwłocznie poinformował androida o nowym rozkazie. Cokolwiek się stało z brakującym pistoletem, lepiej żeby ten człowiek nie miał okazji go użyć.
-
Adam pracował w ciszy, przygotowując wyposażenie do wejścia na pokład obcej jednostki. Na stalowym blacie leżały już uporządkowane narzędzia: detektor ruchu, miernik skażeń, zestaw medykamentów oraz podręczna apteczka interwencyjna.
Każdy element sprawdzał metodycznie.
Zasilanie.
Kalibracja.
Zakresy pomiarowe.
Następnie przeszedł do skafandrów kosmicznych. Jeden po drugim poddawał je szybkiemu przeglądowi — integralność powłoki, szczelność złączy, poziom tlenu, sprawność systemów podtrzymywania życia. Wszystko działało zgodnie z normą.
Wtedy odezwał się interkom.
— Adam. Więzień Purcell ma zostać wprowadzony w kriosen. Bezwarunkowo.
— Przyjąłem, kapitanie.
Bez chwili zwłoki skierował się do sekcji kriogenicznej. Jedna z trzydziestu zapasowych komór, przeznaczonych pierwotnie dla górników, pozostawała nieaktywna. Adam uruchomił ją, inicjując procedurę rozruchu. Systemy zaczęły podnosić gotowość operacyjną.
Temperatura.
Ciśnienie.
Sekwencja stabilizacji.
Wszystko przebiegało prawidłowo.
Syntetyk odwrócił się i sięgnął po dozownik medyczny. Na podstawie zapisanych parametrów Purcella szybko obliczył odpowiednią dawkę środka nasennego. Wprowadził dane, przygotowując aplikator do użycia.
Następnie ruszył do ambulatorium.
Drzwi rozsunęły się bezgłośnie.
W środku znajdował się kapitan Hannigan, prowadzący rozmowę z przypiętym do łóżka Purcellem. Adam zatrzymał się na moment, skinął głową.
— Panie kapitanie.
Podszedł bliżej i stanął przy łóżku, spoglądając na żołnierza z tą samą, niezmienną neutralnością.
— Panie Purcell — odezwał się spokojnym, rzeczowym tonem. — W związku z nowymi wytycznymi kapitana jestem zmuszony użyć wszelkich metod, by doprowadzić pana do komory kriosnu i umieścić tam do czasu przybycia na Borodino.
Krótka pauza.
— W związku z dotychczasowym pana zachowaniem na pokładzie tego statku uznaję pana za zagrożenie dla załogi. W związku z czym za zasadne uznaję podanie środka uspokajającego.
Nie czekał na odpowiedź.
Jednym płynnym ruchem przyłożył dozownik do szyi Purcella i aktywował iniekcję.
Cichy syk.
Preparat został podany.
Adam cofnął rękę i obserwował reakcję organizmu, gotowy na kolejne etapy procedury transportu do komory kriogenicznej. -
Joshua stał w półmroku korytarza, przyklejony plecami do zimnej grodzi tuż za progiem ambulatorium. Słyszał wszystko. Każde słowo zdesperowanego Purcella, chłodny ton Hannigana i niebezpieczne groźby Holta. Z każdym wypowiedzianym zdaniem jego i tak schorowane serce gubiło rytm. Wizja wejścia na wrak, gdzie mogła na nich czekać wroga załoga z Wallandera, zastawiona przez lojalistów pułapka, albo – co gorsza – broń chemiczna, doprowadzała go do skrajnej paniki.
Wiedział, że powinien milczeć. Wychylanie się przy oficerze bezpieczeństwa i kapitanie było jak proszenie się o kłopoty. Ale strach przed abordażem okazał się silniejszy niż strach przed dowództwem. W przypływie rozpaczliwej, bojaźliwej odwagi, Gleeson oderwał się od ściany i stanął w sterylnym świetle jarzeniówek ambulatorium.
Wszyscy zgromadzeni wokół łóżka odwrócili głowy w jego stronę.
— Kapitanie... — zaczął Joshua. Jego głos lekko drżał, choć inżynier starał się za wszelką cenę zachować profesjonalny ton. Przełknął głośno ślinę i skrzyżował ręce na piersi w odruchowo obronnym geście. — Z całym szacunkiem, ale to właśnie przestało być misją ratunkową.
Hannigan zmarszczył brwi, a Holt zmierzył go ciężkim, lodowatym spojrzeniem. Gleeson jednak nie przerwał, napędzany czystą adrenaliną i własną paranoją.
— Przechodziłem obok. Słyszałem. Jeśli zdecydujemy się wejść na pokład Bleinerta z jego kartą dostępu, pchamy się prosto w strefę potencjalnego oporu zbrojnego. To jest operacja ewakuacyjna, a patrząc na okoliczności – wręcz bojowa. Jesteśmy tylko górniczym kombajnem, na litość boską, a nie oddziałem szturmowym!
Wskazał nerwowym gestem dłoni gdzieś w stronę sufitu, jakby próbował wskazać zawieszony w próżni wrak.
— Podczas skanowania kadłuba tendera znaleźliśmy dziurę. Wypaloną kwasem siarkowym! To oznacza, że albo doszło tam do katastrofalnej awarii i eksplozji jakiegoś zbiornika, albo ktoś użył tam broni chemicznej. Jeśli to drugie, wchodzimy prosto pod lufy kogoś, kto nie waha się używać chemii do topienia okrętowych pancerzy.
Joshua wziął głęboki, drżący oddech, próbując opanować dygoczące dłonie. Użył argumentu, który uważał za swoją kartę przetargową, przypominając sobie skrawki znienawidzonej przeszłości.
— W Akademii uczono nas bardzo wyraźnie, jak reagować na takie sytuacje. Jeśli uszkodzona jednostka nosi ślady ataku chemicznego lub istnieje ryzyko kontaktu ogniowego, procedury nakazują natychmiastowe wycofanie się na bezpieczny dystans i powiadomienie najbliższego posterunku armii lub dowództwa floty. Nie powinniśmy bawić się w bohaterów. Jeśli tam wejdziemy, wystawimy ten statek i nas wszystkich na rzeź.
Zapadła ciężka, dzwoniąca w uszach cisza. Joshua stał w progu, oddychając płytko, w pełni świadomy, że właśnie podważył decyzje kapitana w obecności ocalałego z kapsuły. Zrobił to jednak z pełnym przekonaniem, że to jedyny sposób, by uratować własną skórę. -
Hannigan nie śpieszył się z odpowiedzią. Pozwolił, żeby słowa Joshuy wybrzmiały i każdy miał sposobność przetrawić je w zaciszu własnych myśli.
Potem podszedł do technika i wyciągnął swój służbowy pistolet...
... który ku zaskoczeniu wszystkich i zapewne najbardziej samego technika, skierował kolbą ku niemu.
- Proszę panie Gleeson - powiedział na zachętę jakby czekając aż ten chwyci broń - Jeśli to nie jest zwykła niesubordynacja i bunt i odkrył pan właśnie, że kapitan działa na szkodę statku, załogi i firmy, to ma pan obowiązek wszelkim sposobem odebrać mi dowodzenie. Sam nie mogę go panu przekazać, bo nie podzielam pańskiej opinii, ale może mnie pan do tego zmusić. Proszę. Ułatwiam panu zadanie panie Gleeson.
Kolba wysłużonego M4A3 zbliżyła się do technika jeszcze bardziej zarówno kusząc jak i przerażając możliwościami i konsekwencjami jakie dawało przejęcie stanowiska kapitana. Nieprzyjemna cisza jaka ponownie zapanowała była przerywana wyłącznie odgłosami pracującej aparatury. Nawet Chaplin w milczeniu spoglądał na załogę Kardashiana wodząc leniwym spojrzeniem od kapitana do młodszego technika, którego strach był tak namacalny, że aż głośny i lepki.
Nie doczekając się reakcji Joshuy, Hannigan spojrzał na pozostałych nie omijając, a przeciwnie poświęcając sekundę szczególnie Holtowi i Sadzy.
W ślad za jego spojrzeniem powędrowała nieznacznie kolba broni i nieme pytanie. Ile było w nim blefu, ile prowokacji, by sprawdzić kto się skusi, a ile zwykłego całkiem szczerego zmęczenia nad użeraniem się z podwładnymi, trudno powiedzieć, bo jak na oficera przystało, Caleb umiał zachować nieokreślony wyraz twarzy.Ale pistoletu nikt nie wziął. I nikt nie skorzystał z ostatniej możliwości, by nie wchodzić na pokład Bleinerta.
- Jeśli to koniec tych bredni, to wszyscy znają swoje zadania. Panie Gleeson, proszę dla odmiany wziąć się w garść i choć raz okazać się przydatnym skupiając się na swoich obowiązkach. Bo naprawdę uznam pana postawę za bunt i zostanie pan potraktowany tak samo jak pan Purcell.
Pistolet kapitański wylądował w kaburze.
-

Śluza tranzytowa pomiędzy statkami
Joshua Gleeson szedł w tyłach grupy abordażowej, lecz chociaż od włazu Bleinerta oddzielał go Adam i czterech innych noszących ochronne skafandry oraz broń mężczyzn, młody technik nie potrafił się wyzbyć lodowatego dreszczu strachu. Krucha konstrukcja rozpiętego pomiędzy śluzami korytarza tranzytowego tylko ten niepokój pogłębiała.
Pole grawitacyjne słabło z każdym kolejnym krokiem, aby od połowy tunelu tranzytowego znów zacząć przybierać na mocy.
Istnienie sztucznej grawitacji na Bleinercie było jedyną dobrą informacją w tym przerażającym gównie, w jakie uparty jak osioł kapitan wpakował Joshuę wraz z resztą załogi kombajnu.
Ciemnoszara burta tendera wypełniała niemal całkowicie pole widzenia czarnoskórego młodzieńca; jego niespokojne oczy dostrzegały zimne punkciki światła gwiazd tylko wtedy, gdy zadzierał w górę głowę spoglądając pomiędzy kadłubami obu jednostek na wąski pas rozgwieżdżonego kosmosu wciąż dostrzegalny w niewielkim wycinku pola widzenia technika.
W eterze rozbrzmiewały krzyżujące się radiowe transmisje, punktujące kolejne etapy misji ratunkowej.
- Śluza jest dostępna - w głośnikach hełmu odezwał się Adam, który otworzył zewnętrzną osłonę panelu wejścia do luku i przyglądał się jego instrumentom - Brak ruchu wewnątrz, brak ruchu za wewnętrznym włazem. Przystępuję do fazy dehermetyzacji za trzy, dwa, jeden, teraz.
Gleeson nie widział poruszających się pewnie rąk androida, przesuwanych jego ukrytymi w rękawicach dłońmi dźwigni. Nie słyszał też syku uciekającego w próżnię powietrza, kiedy pokrywa włazu drgnęła i przesunęła się w bok odsłaniając wejście do śluzy transportowca.
- Wejście otwarte, wciąż brak zagrożeń - w eterze zatrzeszczał ponownie głos Adama - Wchodzimy, panie kapitanie?
- Wchodzimy wszyscy, obserwujcie przyrządy - odpowiedział Caleb Hannigan.
Poprzedzający Gleesona mężczyźni ruszyli z miejsca, jeden po drugim dotarli do końca łącznika przekraczając próg śluzy. Wpatrzony w nich mesmerycznym wzrokiem Joshua nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że mroczna przestrzeń śluzy połyka ich jednego po drugim niczym paszczą jakiegoś potwora.
- Panie Gleeson, czeka pan na specjalne zaproszenie? - sarknął dowódca Kardashiana.
Ponaglony tymi słowami technik przekroczył właz śluzy Bleinerta jako ostatni członek ekipy abordażowej, raz jeszcze oglądając się ponad ramieniem na jasny kadłub kombajnu. Złe przeczucie ścisnęło mu zimnymi cęgami gardło, kiedy Adam uderzył palcami w przycisk panelu wewnątrz śluzy zamykając grupę ratowników w środku zaopatrzeniowca.
Mostek Kardashiana
Davy i Nadia wpatrywali się ze skupieniem na ekrany swoich konsolet, analizując obraz przekazywany z sześciu kamer nahełmowych członków ekipy ratunkowej.
- Potwierdzam integralność łącznika między śluzami - rzucił do mikrofonu O’Collan - Przestrzeń wokół nas czysta.
- Zamykam zewnętrzną śluzę Bleinerta - odpowiedział medyczny android - Właz zamknięty. Pompy tlenowe śluzy sprawne. Pokład przylegający do śluzy posiada zadowalające ciśnienie atmosferyczne i sprawne generatory sztucznej grawitacji. Brak oznak życia. Otwarcie wewnętrznego włazu za trzy, dwa, jeden.
- Pamiętajcie o szyku - w radiu zabrzmiał głos Holta - Jeśli ktoś mi wejdzie jak baran pod lufę, przypilnuję, aby nie został objęty ubezpieczeniem.
Widziany na wyświetlaczach kamer wewnętrzny właz śluzy otworzył się z cichym sykiem serwomechanizmów, odsłonił zarysy sąsiadujących ze śluzą pomieszczeń.
- Wchodzimy, oczy szeroko otwarte - polecił kapitan Hannigan, którego kamera pokazywała ujęcie na plecy androida i widoczną z boku kadru lufę karabinu Marcusa - Mostek, oświetlenie wygląda na sprawne, w zasadzie cała elektryka. Brak źródeł ruchu. Brak ciał.
- Tutaj, plan ewakuacyjny tego pokładu - w eterze rozległ się głos Eliasa - Jesteśmy pośrodku przedziału zaopatrzeniowego, przy ścianie ładowni. Tam jest zejście na pokład inżynieryjny, a tam schody na pokład załogi i mostek.
- Słyszycie to? - wtrącił lekko spanikowanym tonem Joshua - Uciszcie się! Słyszycie to? Co to kurwa jest?
Davy wymienił pytające spojrzenie z Nadią, kliknął myszką próbując wzmocnić nagłośnienie przekazu, ale dźwięk zarejestrowany przez Gleesona musiał być zbyt znikomy, by urządzenia rejestrujące zdołały go przekazać na mostek Kardashiana.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Ambulatorium
Siergiej uśmiechnął się krzywo.
Durak.
Naprawdę myślał, że ktoś sięgnie po broń tutaj? Na mostku? Przy całej załodze, kamerach i Opiekunie zapisującym każdą sekundę?
To byłby nie bunt. To byłoby samobójstwo.
Co innego na obcej jednostce.
Tam kamery mogły od miesięcy nie działać. Tam nikt nie wiedział, co naprawdę wydarzyło się w środku. Tam łatwiej było zginąć przez "nieszczęśliwy wypadek" niż udowodnić, że ktoś pomógł losowi. Tam sprawiedliwość mógł wymierzyć "niezidentyfikowany obcy".
Stary chyba o tym nie pomyślał.
Bleinert
Sadza zatrzymał się przy planie pokładu, przesuwając po nim grubym palcem.
— Mostek nie ucieknie.
Przesunął palec niżej.
— Załoga też nie.
Zatrzymał go na oznaczeniu maszynowni.
— Ale jak serce statku przestanie bić, to niczego się już nie dowiemy.
Spojrzał na kapitana.
— Zacząłbym od maszynowni. Jak ktoś przeżył, prędzej znajdziemy go tam niż przy automacie z kawą. A jak nie przeżył... to reaktor powie nam więcej niż dziesięciu trupów.
W tym momencie odezwał się Gleeson.
Sadza przekrzywił głowę.
— Nic nie słyszę.
Chwilę nasłuchiwał.
— Ale jak coś stuka rytmicznie...
Spojrzał w stronę grodzi prowadzącej do ładowni.
— ...to albo pompa. Albo zawór. Albo coś, co jeszcze próbuje pracować.
Wzruszył ramionami.
— Duchy nie stukają równo.
-
Marcus Holt
Holt usłyszał głos Gleesona w radiu i zatrzymał się natychmiast.
Otwarta dłoń skierowana do tyłu.
Grupa stanęła.
Holt nie ruszył się z miejsca. Stał przy prawej ścianie korytarza, lufa M41A uniesiona, plecy do ściany, i przez pięć sekund nie robił nic poza słuchaniem. Aktywny nasłuch - nie szukanie konkretnego dźwięku, tylko rejestrowanie wszystkiego co jest w przestrzeni i oddzielanie tego od tego czego nie ma.
Cisza. Elektryka pracująca w tle. Wentylacja, albo coś co brzmi jak wentylacja. I coś jeszcze - na granicy słyszalności, zbyt odległe żeby nazwać.
-Gleeson - odezwał się przez radio spokojnie, bez pośpiechu. - Kierunek. Skąd to słyszysz. Przód, tył, góra, dół, lewa, prawa ściana.
Nie pytał co to jest. To było drugie pytanie. Pierwsze było zawsze kierunek.
Jednocześnie prawą ręką wykonał sygnał do Adama - wskazał na android, potem na własne uszy, potem w głąb korytarza. Android miał lepszy słuch niż cała reszta grupy razem wzięta. Niech pracuje.
Sam przykucnął przy prawej ścianie zmniejszając sylwetkę i czekał na odpowiedź Gleesona z lufą skierowaną w ciemność przed grupą.
-
Elias zatrzymał się natychmiast, gdy Holt uniósł dłoń. Nie próbował przekrzykiwać Gleesona, ani dorzucać własnych domysłów. Znał mechanizmy, które rządziły grupą w obliczu zagrożenia. Każdy chciał coś powiedzieć, choć właśnie wtedy należało się zamknąć i spróbować usłyszeć to, co wychwycił Joshua. Na tym więc się skupił.
Spojrzał na wskazania analizatora. Ciśnienie, skład atmosfery, obecność lotnych substancji i pyłów. Potem przesunął wzrok na plan ewakuacyjny, próbując dopasować położenie grupy do sąsiednich przedziałów i biegnących w ścianach instalacji. Jeśli po bokach nie było żadnych korytarzy, dźwięk mógł dochodzić z szybu, a szyby wentylacyjne były jego działką.
– Jeśli to pracująca pompa albo zawór, analizator powinien wychwycić zmianę ciśnienia albo przepływu – powiedział cicho przez radio. – Dajcie temu cacku chwilę. Zaraz się dowiemy.
Uniósł detektor i skierował go w stronę wskazaną przez Gleesona, ale nie ruszył się z miejsca. -
Adam zatrzymał się natychmiast.
Nie dlatego, że usłyszał pytanie Joshuy.
Dlatego, że usłyszał dźwięk.
Marcus skinął w jego stronę, dając znak, by się wsłuchał. Syntetyk lekko przechylił głowę, odcinając od analizy pozostałe odgłosy statku. Szum wentylacji. Ciche brzęczenie instalacji elektrycznej. Echo własnych kroków.
Pozostał tylko rytmiczny stukot.
Uderzenie.
Sześć sekund ciszy.
Uderzenie.
Sześć sekund.
Powtarzalność była niemal idealna.
Adam analizował częstotliwość, rezonans i sposób rozchodzenia się fal dźwiękowych w metalowej konstrukcji kadłuba.
— Słyszę.
Po kilku sekundach dodał spokojnym głosem:
— Dźwięk ma stały interwał sześciu sekund. Źródło generuje uderzenia o znacznej masie w element metalowy. Nie przypomina odgłosów poruszającego się człowieka ani zwierzęcia.
Przez chwilę ponownie wsłuchiwał się w echo odbijające się od grodzi.
— Moja wstępna ocena wskazuje na pracę urządzenia mechanicznego lub elementu wyposażenia statku działającego cyklicznie.
Uniósł rękę i wskazał jeden z korytarzy prowadzących w głąb jednostki.
— Stamtąd. -
Delilah le Fey
W całej galaktyce, od ziemskich biurowców po zardzewiałe stacje przeładunkowe na Pograniczu, nie urodził się jeszcze człowiek, który napsułby Delilah tyle krwi co Caleb Hannigan.
Już ułożyła w głowie precyzyjną listę pytań. Chciała wyciągnąć z Purcella wszystko, co ukrywał pod zasłoną wojskowej tajemnicy albo co wyleciało mu z pamięci. Zdzierałaby z rozbitka warstwa po warstwie aż doszłaby w końcu do prawdy. Do tego co przewoził Wallander a teraz najpewniej znajduje się na Blainercie.
Ale przeklęty drań musiał oczywiście wsadzić żołnierza do lodówki.
Słuchała kolejnych meldunków Opiekuna z rosnącą apatią i rezygnacją. Ożywiła się dopiero gdy maszyna wyliczyła ostateczny skład grupy ratunkowej.
— Kalashnikov i Crowe idą razem z Hanninagem? Cały główny łańcuch dowodzenia? — nie mogła w to uwierzyć — Kto został na pokładzie?
— Zgodnie z rejestrem na Kardashianie przebywają obecnie wyłącznie pilot O'Collan, nawigator Volkov oraz pasażer William Biscuit.— odparł beznamiętnie komputer.
I Jeremiah Purcell - pomyślała le Fey.
Uśmiech, na który nikt na tym statku nie zasłużył, ledwie drgnął w kąciku ust Delilah. Powoli wsunęła na biodro kaburę a w kaburę swój służbowy M4A3, który powinna zgłosić Holtowi, ale tego nie zrobiła bo nie miała w zwyczaju słuchać rozkazów najemników ze śmieciowym kontaktem. Narzuciła na podkoszulek bluzę i zaciągnęła zamek całkowicie ukrywając zarys broni. Z bocznej kieszeni bagażu wyłuskała jeszcze aplikator z zielonym paskiem. Naproleve. Związek chemiczny błyskawicznie obcinający stres i relaksujący mięśnie.
Idealny dla człowieka, który przeżył miesiąc z gnijącym trupem, a teraz wylądował w kriokomorze.
Zamek elektroniczny zwolnił blokadę i agentka wyszła na główny korytarz. Stalowe kratownice podłogi ciągnęły się w nieskończoność, całkowicie puste. Kombajn wyglądał jak porzucona trumna. Zero ruchu, zero głosów, jedynie cichy szum wentylacji. Delilah przez chwilę stała w progu. Spojrzała na gródź prowadzącą na mostek kapitański. Tam siedział pilot z Volkov, skupieni na Blainercie, kompletnie ślepi na to co dzieje się na ich własnym statku. Potem popatrzyła na śluzę kwater hibernacyjnych. Wsunęła głębiej do kieszeni aplikator ze stymulantem i ruszyła niespiesznym krokiem w kierunku zamrażarek.
Sekcja kriogeniczna mieściła dziesięć górniczych komór. Dziesięć ciężkich, przemysłowych tub czekało w rzędzie na przyjęcie górników w drodze powrotnej z Borodino. Tylko jedna pracowała. Delilah minęła puste stanowiska i zatrzymała się przy aktywnym module na samym końcu sali. Mężczyzna za szybą, zanurzony w syntetycznym śnie sprawiał wrażenie martwego. Zupełnie jak Kardashian. Agentka przesunęła opuszkami palców po chłodnej powierzchni pancernego szkła. Przestudiowała wzrokiem jego sylwetkę. Informacje o ładunku Wallandera stanowiły dla niej absolutny priorytet, ale ten człowiek oferował znacznie więcej. Był żołnierzem marynarki Zjednoczonych Ameryk. Szkoloną do walki maszyną.
Zasobem.
Porzucone aktywa natychmiast podlegają wrogiemu przejęciu. Wpajano jej tę zasadę odkąd jako dziecko rozpoczęła szkolenie. Dla Hanningana rozbitek stanowił problem, dla niej okazję. Wystarczyło popchnąć go w odpowiednim kierunku, dać nadzieję, że czeka go w życiu coś lepszego niż sąd i więzienna cela. Dla Delilah było jasne, że cokolwiek Hanningan znajdzie na Blainercie spróbuje zatrzymać to dla siebie. A na to nie mogła pozwolić. Musiała wiedzieć czego poszedł tam szukać. Ryzykował własną karierą i życiem załogi, grał o wysoką stawkę. Na razie była na statku sama, bez sojuszników, bez tarczy.
Ale niedługo to się zmieni
Jej dłoń zacisnęła się na awaryjnej dźwigni dekompresyjnej.
To be continued...
-

Dolne pokłady Bleinerta
Każdy kosmiczny statek generował unikalną kompozycję dźwięków, doskonale rozpoznawalną dla jego stałej załogi. Wibracje, trzaski pracujących struktur, dźwięk włączonych urządzeń, piśnięcia elektronicznych instrumentów - wszystko to tworzyło znajome tło dźwiękowe, którego stałość brzmienia podnosiła komfort pracy ludzi, a każda fałszywa nuta z miejsca niosła jakieś ostrzeżenie.
Bleinert posiadał własną muzykę, lecz jej kompozycja była członkom grupy ratunkowej zupełnie obca. Okręt sprawiał wrażenie sprawnego, jego systemy podtrzymywania życia pracowały bez zauważalnych odchyleń od normy, ale brak śladu załogi sprawiał, że wydawane przez tender mechaniczne odgłosy budziły coraz większą nerwowość części ratowników.
Opowieść Jeremiaha Purcella - jeśli była prawdziwa - sugerowała, że na czas transferu tajemniczego ładunku z Wallandera na Bleinerta większość wojskowego personelu została skierowana do części rekreacyjnej okrętu na górnych poziomach konstrukcji. W ładowniach poniżej znaleźli się tylko oficerowie i goście, co mogło tłumaczyć całkowity brak kontaktu z załogą tendera w drodze do sekcji napędowej Bleinerta.
Na ścianach korytarza widniały ciągi cyfr i liter będących zakodowanymi informacjami dla załogi, ale rozmieszczone w regularnych odstępach plany ewakuacyjne pozwalały bez problemu określić bieżącą pozycję zespołu.
Po kilku minutach ostrożnego marszu opuścili korytarze biegnące wzdłuż rozległych ładowni zaopatrzeniowca, mijając rzędy zablokowanych drzwi prowadzących do sekcji towarowych w drodze ku klatkom schodowym prowadzącym poziom niżej. Windy pasażerskie Bleinerta również sprawiały wrażenie sprawnych, ale nie znając statusu zagrożenia na pokładzie tendera Marcus Holt nie zamierzał pod żadnym pozorem ryzykować uwięzienia w ciasnej przestrzeni szybu windy.
W eterze początkowo rozbrzmiewały oszczędne radiowe komunikaty, ograniczane do starannie dobieranych krótkich zdań krążących pomiędzy ratownikami i obsadą mostka Kardashiana - komunikacja przybrała jednak na intensywności w chwili zagłębienia się w plątaninę korytarzy sekcji napędowej.
- Odczuwalny wzrost temperatury - w głośnikach zatrzeszczał głos Eliasa - Trzydzieści jeden stopni i rośnie. To powyżej standardowych wartości.
- Problemy z chłodziwem? Uszkodzenie układu stabilizacyjnego? - zasugerował Sadza - Może ten kwas przeżarł się do rur?
- Potrzebuję dostępu do centrali reaktora - powiedział Elias - Jeśli komputery nie są zablokowane, sprawdzę ustawienia chłodzenia…
- Niezidentyfikowana przeszkoda - beznamiętny głos idącego przodem androida przeciął w jednej chwili dyskusję, skierował spojrzenia wszystkich ratowników w stronę Adama - Nie sprawia wrażenia integralnej części konstrukcji. Pochodzenie nieznane.
Android zagłębił się w jedną z technicznych odnóg głównego korytarza, oświetlił ją snopem światła padającego z wmontowanej w hełm latarki, a potem przyklęknął na podłodze odsłaniając obszerniejsze pole widzenia dla swoich towarzyszy.
- Co to jest? - zapytał kapitan Hannibal przesuwając zaskoczonym spojrzeniem po szkliście połyskliwych czarnych konturach substancji pokrywającej w nieregularnym stopniu podłogę ściany i sufit odnogi - To… grafit? Stwardniały grafitowy proszek? Jakiś nalot?
Joshua Gleeson docisnął się do pleców Eliasa i Siergieja, wspiął się na czubki palców próbując wyjrzeć ponad ich ramionami w stronę znaleziska Adama.
- Tego jest strasznie dużo jak na przypadkowe rozsypanie sproszkowanego ładunku - powiedział Hannigan przyglądając się uważnie czarnemu nalotowi, który w wielu miejscach ukrywał pod warstwą dziwacznej czerni oryginalną konstrukcję korytarza - Sprawia wrażenie bardzo twardego. Adam, co to może być?
- Nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, kapitanie - oznajmił android - Może to materiał syntetyczny, ale nie mogę wykluczyć pochodzenia biologicznego.
- Biologicznego? - w radiu rozbrzmiał zaskoczony głos Davyego O’Collana - W jakim sensie?
- Sprawdźcie integralność swoich skafandrów - polecił natychmiast Hannigan - Nikt oprócz Adama nie pobiera żadnych próbek bez mojej zgody.
- To może być pozostałość po skroplonym środku systemu przeciwpożarowego - zasugerował Sadza - Kto wie, jakich chemikaliów używa wojsko? Po tych wybuchach, co o nich mówił soldatik alarm mógł uruchomić zraszacze w tym przejściu, prawda?
- Jeśli tak, to czemu tylko tutaj? - odpowiedział z powątpiewaniem Holt - Nigdzie indziej po drodze nie widziałem śladu takiego osadu. Ani śladu pożaru. Adam, jak daleko ten nalot ciągnie się w głąb przejścia?
- Trzymajmy się na wszelki przypadek procedury skażenia przemysłowego - zaproponował natychmiast doktor Crowe. Przeszyty dreszczem niepokoju Joshua wyciągnął rękę chcąc klepnąć w geście aprobaty ramię stojącego przed nim Eliasa.
Wyciągnął ją, ale niemal natychmiast cofnął, dwa razy szybciej niż przy wyciąganiu. I zrobił bezwiednie krok w tył czując w myślach ponaglenie zwiniętego w kłębek instynktu samozachowawczego; przerażająco świadomy tego, że nikt inny nie widział jeszcze tego, co on.
Mostek Kardashiana
- Biologicznego? W jakim sensie? - sapnął zaskoczony pilot. Odwracając się w fotelu wymienił pełne zdumienia spojrzenia, nim jednak którekolwiek z nich zdążyło wyrazić na głos opinię na temat zagadkowego odkrycia w trzewiach zaopatrzeniowca, na ekranie pilota zamigotała alarmowa ikona systemu monitoringu. Davy uderzył kilkakrotnie palcem w dotykowy wyświetlacz, przełączył obraz z livestreamu grupy ratunkowej na podgląd kamer sieci bezpieczeństwa.
- Otwarcie drzwi hyperspalni - rzucił w stronę Nadii klikając wściekle w rozwijane menu monitoringu - Ktoś otworzył drzwi spalni.
To nie mógł być Purcell, O’Collan natychmiast wykluczył taką ewentualność. Adam znał się na swojej robocie, starannie skontrolował parametry urządzenia kriogenicznego po wprowadzeniu rozbitka w śpiączkę. Nie istniała żadna szansa na to, aby wojskowy sam się wydostał z kapsuły i otworzył drzwi spalni. A to pozostawiało swoje podejrzanych.
W radiu słuchać było głosy rozmawiających między sobą ratowników, ale Davy skoncentrował swoją uwagę na obrazie monitoringu, za plecami słysząc kroki zbliżającej się szybko Nadii i mamrocząc jednocześnie pod nosem jakieś przekleństwo.
Zgodnie z regulaminem tyczącym się zachowania na pokładzie przynajmniej szczątkowej prywatności, hyperspalnia pozbawiona była kamer, podobnie jak przylegające do niej toalety i prysznice. Obserwując wejście do pomieszczenia przez kamerę widzącą w poprzedzającym ją korytarzu, Davy mógł jedynie czekać aż intruz opuści spalnię ujawniając swoją tożsamość.
- Założę się, że to ta arogancka suka - syknęła Nadia pochylając się nad siedzącym w fotelu pilotem i wbijając wzrok w ekran - Od początku przeczuwałam, że będzie nam bruździć.
Davy nie odrywał wzroku od widocznych wyświetlaczu otwartych drzwi spalni i kiedy kilkanaście sekund później dostrzegł na nim nagle poruszenie pojął, że Nadia miała w pewnym sensie rację.
- Ja pierdolę, to młody? - zdumiała się Volkova patrząc jak William Biscuit przemieszcza się ostrożnymi ruchami w polu widzenia kamery, krok za krokiem skradając się w kierunku otwartych drzwi spalni - Co on ma w rękach? Czy to jest broń?!
Dolne pokłady Bleinerta
Coś uderzyło bez ostrzeżenia w górną część hełmu Eliasa i po przezroczystej przyłbicy doktora spłynęła nitka równie przezroczystego płynu, który z jakiegoś powodu skojarzył się Crowe z żywicą. Druga duża kropla cieczy rozbryzgnęła się tuż obok pierwszej wykreślając na pancernym szkle osłony hełmu nierówny wzór opadający miniaturowymi zygzakami w dół przyłbicy.
Doktor uniósł odruchowo wzrok, spojrzał w kratownicę znajdującego się ponad swoją głową szybu wentylacyjnego i zesztywniał porażony irracjonalnym wrażeniem, że dostrzega w jego mroku jakiś dziwny kształt wyraźnie nie pasujący konturami do przeznaczenia otworu.
Spomiędzy krat spadła kolejna kropla przezroczystej cieczy i wydający się być jedynie wytworem pobudzonej wyobraźni kształt znienacka się poruszył.
W ciasnej przestrzeni odnogi rozległ się dźwięczny metaliczny szczęk wyrwanej z ramy kratownicy.
-
Pierwsza kropla uderzyła w przyłbicę Eliasa niemal bezgłośnie. Przezroczysta ciecz rozlała się po pancernej szybie, pozostawiając za sobą lepką smugę. Crowe odruchowo przechylił głowę, próbując złapać ją w świetle latarki. Nie przypominała zwykłej kondensacji. Była zbyt gęsta. Lepka jak żywica albo wydzielina z nieszczelnej instalacji, choć żadna z tych odpowiedzi szczególnie mu się nie podobała.
– Mamy jakiś wyciek nad głowami… – zaczął przez radio, ale urwał. Druga kropla rozbiła się o przyłbicę. Elias uniósł wzrok ku kratownicy wentylacyjnej i przez krótką chwilę miał wrażenie, że w mroku za metalową siatką coś się poruszyło. Jak to możliwe? Widział obrys czegoś w ciemności, zbyt duży i zbyt nieregularny, by pasował do przewodów albo mechanizmu wentylatora. Czerń wydawała się połyskiwać, a gładkie refelksy światła układały się w coś podłużnego. Przynajmniej tak mu się zdawało. Nie zdążył przyjrzeć się dokładniej.Metal zapiszczał. Kratownica wyrwała się z mocowań i runęła w dół. Elias próbował uskoczyć, ale ciało zareagowało odrobinę za wolno. Ciężki fragment metalu uderzył w górną część hełmu z hukiem, który zabrzmiał w jego czaszce jak eksplozja. Świat rozbłysnął bielą. Crowe zachwiał się i opadł na jedno kolano. Analizator niemal wypadł mu z dłoni, ale zdołał zacisnąć palce na obudowie. W uszach pojawił się przeciągły pisk, skutecznie zagłuszający bieg rozmowy w wewnętrzyn interkomie chełu. Przez chwilę widział wszystko podwójnie. Obraz przed jego oczyma po prostu rozszczepił się na dwa niewyraźne, przesuwające się względem siebie kadry.
– Kurwa… – wychrypiał.
Próbował podnieść głowę, lecz natychmiast poczuł falę mdłości. Nie mógł się skoncentrować i nie był nawet pewien, czy wciąż klęczy, czy tylko wydaje mu się, że pokład znajduje się niepokojąco blisko przesłony chełmu. Wtedy coś ciężkiego spadło pomiędzy członków grupy. Elias zarejestrował jedynie gwałtowny ruch i czarną masę wielkości człowieka, która przecięła światło latarek. Nie potrafił dostrzec jej kształtu. Przez moment uznał ją za fragment instalacji albo zwinięty materiał techniczny, lecz wszystko rozmyło się, zanim zdołał skupić wzrok.Odruchowo cofnął się pod ścianę, opierając o nią bark. Uniósł analizator przed siebie, choć cyfry na wyświetlaczu rozpływały się w niezrozumiałe smugi.
– Dostałem kratą… – powiedział z opóźnieniem przez radio. – Coś jeszcze spadło. Co to? Nie widzę wyraźnie. – wybełkotał pytanie i zamrugał kilkakrotnie, próbując zmusić oczy do współpracy. Światło dochodzące z latarek wbijało mu się w czaszkę, a pod hełmem narastało pulsujące ciepło.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się