Krzyk Pustki
-
Hannigan nie śpieszył się z odpowiedzią. Pozwolił, żeby słowa Joshuy wybrzmiały i każdy miał sposobność przetrawić je w zaciszu własnych myśli.
Potem podszedł do technika i wyciągnął swój służbowy pistolet...
... który ku zaskoczeniu wszystkich i zapewne najbardziej samego technika, skierował kolbą ku niemu.
- Proszę panie Gleeson - powiedział na zachętę jakby czekając aż ten chwyci broń - Jeśli to nie jest zwykła niesubordynacja i bunt i odkrył pan właśnie, że kapitan działa na szkodę statku, załogi i firmy, to ma pan obowiązek wszelkim sposobem odebrać mi dowodzenie. Sam nie mogę go panu przekazać, bo nie podzielam pańskiej opinii, ale może mnie pan do tego zmusić. Proszę. Ułatwiam panu zadanie panie Gleeson.
Kolba wysłużonego M4A3 zbliżyła się do technika jeszcze bardziej zarówno kusząc jak i przerażając możliwościami i konsekwencjami jakie dawało przejęcie stanowiska kapitana. Nieprzyjemna cisza jaka ponownie zapanowała była przerywana wyłącznie odgłosami pracującej aparatury. Nawet Chaplin w milczeniu spoglądał na załogę Kardashiana wodząc leniwym spojrzeniem od kapitana do młodszego technika, którego strach był tak namacalny, że aż głośny i lepki.
Nie doczekając się reakcji Joshuy, Hannigan spojrzał na pozostałych nie omijając, a przeciwnie poświęcając sekundę szczególnie Holtowi i Sadzy.
W ślad za jego spojrzeniem powędrowała nieznacznie kolba broni i nieme pytanie. Ile było w nim blefu, ile prowokacji, by sprawdzić kto się skusi, a ile zwykłego całkiem szczerego zmęczenia nad użeraniem się z podwładnymi, trudno powiedzieć, bo jak na oficera przystało, Caleb umiał zachować nieokreślony wyraz twarzy.Ale pistoletu nikt nie wziął. I nikt nie skorzystał z ostatniej możliwości, by nie wchodzić na pokład Bleinerta.
- Jeśli to koniec tych bredni, to wszyscy znają swoje zadania. Panie Gleeson, proszę dla odmiany wziąć się w garść i choć raz okazać się przydatnym skupiając się na swoich obowiązkach. Bo naprawdę uznam pana postawę za bunt i zostanie pan potraktowany tak samo jak pan Purcell.
Pistolet kapitański wylądował w kaburze.
-

Śluza tranzytowa pomiędzy statkami
Joshua Gleeson szedł w tyłach grupy abordażowej, lecz chociaż od włazu Bleinerta oddzielał go Adam i czterech innych noszących ochronne skafandry oraz broń mężczyzn, młody technik nie potrafił się wyzbyć lodowatego dreszczu strachu. Krucha konstrukcja rozpiętego pomiędzy śluzami korytarza tranzytowego tylko ten niepokój pogłębiała.
Pole grawitacyjne słabło z każdym kolejnym krokiem, aby od połowy tunelu tranzytowego znów zacząć przybierać na mocy.
Istnienie sztucznej grawitacji na Bleinercie było jedyną dobrą informacją w tym przerażającym gównie, w jakie uparty jak osioł kapitan wpakował Joshuę wraz z resztą załogi kombajnu.
Ciemnoszara burta tendera wypełniała niemal całkowicie pole widzenia czarnoskórego młodzieńca; jego niespokojne oczy dostrzegały zimne punkciki światła gwiazd tylko wtedy, gdy zadzierał w górę głowę spoglądając pomiędzy kadłubami obu jednostek na wąski pas rozgwieżdżonego kosmosu wciąż dostrzegalny w niewielkim wycinku pola widzenia technika.
W eterze rozbrzmiewały krzyżujące się radiowe transmisje, punktujące kolejne etapy misji ratunkowej.
- Śluza jest dostępna - w głośnikach hełmu odezwał się Adam, który otworzył zewnętrzną osłonę panelu wejścia do luku i przyglądał się jego instrumentom - Brak ruchu wewnątrz, brak ruchu za wewnętrznym włazem. Przystępuję do fazy dehermetyzacji za trzy, dwa, jeden, teraz.
Gleeson nie widział poruszających się pewnie rąk androida, przesuwanych jego ukrytymi w rękawicach dłońmi dźwigni. Nie słyszał też syku uciekającego w próżnię powietrza, kiedy pokrywa włazu drgnęła i przesunęła się w bok odsłaniając wejście do śluzy transportowca.
- Wejście otwarte, wciąż brak zagrożeń - w eterze zatrzeszczał ponownie głos Adama - Wchodzimy, panie kapitanie?
- Wchodzimy wszyscy, obserwujcie przyrządy - odpowiedział Caleb Hannigan.
Poprzedzający Gleesona mężczyźni ruszyli z miejsca, jeden po drugim dotarli do końca łącznika przekraczając próg śluzy. Wpatrzony w nich mesmerycznym wzrokiem Joshua nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że mroczna przestrzeń śluzy połyka ich jednego po drugim niczym paszczą jakiegoś potwora.
- Panie Gleeson, czeka pan na specjalne zaproszenie? - sarknął dowódca Kardashiana.
Ponaglony tymi słowami technik przekroczył właz śluzy Bleinerta jako ostatni członek ekipy abordażowej, raz jeszcze oglądając się ponad ramieniem na jasny kadłub kombajnu. Złe przeczucie ścisnęło mu zimnymi cęgami gardło, kiedy Adam uderzył palcami w przycisk panelu wewnątrz śluzy zamykając grupę ratowników w środku zaopatrzeniowca.
Mostek Kardashiana
Davy i Nadia wpatrywali się ze skupieniem na ekrany swoich konsolet, analizując obraz przekazywany z sześciu kamer nahełmowych członków ekipy ratunkowej.
- Potwierdzam integralność łącznika między śluzami - rzucił do mikrofonu O’Collan - Przestrzeń wokół nas czysta.
- Zamykam zewnętrzną śluzę Bleinerta - odpowiedział medyczny android - Właz zamknięty. Pompy tlenowe śluzy sprawne. Pokład przylegający do śluzy posiada zadowalające ciśnienie atmosferyczne i sprawne generatory sztucznej grawitacji. Brak oznak życia. Otwarcie wewnętrznego włazu za trzy, dwa, jeden.
- Pamiętajcie o szyku - w radiu zabrzmiał głos Holta - Jeśli ktoś mi wejdzie jak baran pod lufę, przypilnuję, aby nie został objęty ubezpieczeniem.
Widziany na wyświetlaczach kamer wewnętrzny właz śluzy otworzył się z cichym sykiem serwomechanizmów, odsłonił zarysy sąsiadujących ze śluzą pomieszczeń.
- Wchodzimy, oczy szeroko otwarte - polecił kapitan Hannigan, którego kamera pokazywała ujęcie na plecy androida i widoczną z boku kadru lufę karabinu Marcusa - Mostek, oświetlenie wygląda na sprawne, w zasadzie cała elektryka. Brak źródeł ruchu. Brak ciał.
- Tutaj, plan ewakuacyjny tego pokładu - w eterze rozległ się głos Eliasa - Jesteśmy pośrodku przedziału zaopatrzeniowego, przy ścianie ładowni. Tam jest zejście na pokład inżynieryjny, a tam schody na pokład załogi i mostek.
- Słyszycie to? - wtrącił lekko spanikowanym tonem Joshua - Uciszcie się! Słyszycie to? Co to kurwa jest?
Davy wymienił pytające spojrzenie z Nadią, kliknął myszką próbując wzmocnić nagłośnienie przekazu, ale dźwięk zarejestrowany przez Gleesona musiał być zbyt znikomy, by urządzenia rejestrujące zdołały go przekazać na mostek Kardashiana.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Ambulatorium
Siergiej uśmiechnął się krzywo.
Durak.
Naprawdę myślał, że ktoś sięgnie po broń tutaj? Na mostku? Przy całej załodze, kamerach i Opiekunie zapisującym każdą sekundę?
To byłby nie bunt. To byłoby samobójstwo.
Co innego na obcej jednostce.
Tam kamery mogły od miesięcy nie działać. Tam nikt nie wiedział, co naprawdę wydarzyło się w środku. Tam łatwiej było zginąć przez "nieszczęśliwy wypadek" niż udowodnić, że ktoś pomógł losowi. Tam sprawiedliwość mógł wymierzyć "niezidentyfikowany obcy".
Stary chyba o tym nie pomyślał.
Bleinert
Sadza zatrzymał się przy planie pokładu, przesuwając po nim grubym palcem.
— Mostek nie ucieknie.
Przesunął palec niżej.
— Załoga też nie.
Zatrzymał go na oznaczeniu maszynowni.
— Ale jak serce statku przestanie bić, to niczego się już nie dowiemy.
Spojrzał na kapitana.
— Zacząłbym od maszynowni. Jak ktoś przeżył, prędzej znajdziemy go tam niż przy automacie z kawą. A jak nie przeżył... to reaktor powie nam więcej niż dziesięciu trupów.
W tym momencie odezwał się Gleeson.
Sadza przekrzywił głowę.
— Nic nie słyszę.
Chwilę nasłuchiwał.
— Ale jak coś stuka rytmicznie...
Spojrzał w stronę grodzi prowadzącej do ładowni.
— ...to albo pompa. Albo zawór. Albo coś, co jeszcze próbuje pracować.
Wzruszył ramionami.
— Duchy nie stukają równo.
-
Marcus Holt
Holt usłyszał głos Gleesona w radiu i zatrzymał się natychmiast.
Otwarta dłoń skierowana do tyłu.
Grupa stanęła.
Holt nie ruszył się z miejsca. Stał przy prawej ścianie korytarza, lufa M41A uniesiona, plecy do ściany, i przez pięć sekund nie robił nic poza słuchaniem. Aktywny nasłuch - nie szukanie konkretnego dźwięku, tylko rejestrowanie wszystkiego co jest w przestrzeni i oddzielanie tego od tego czego nie ma.
Cisza. Elektryka pracująca w tle. Wentylacja, albo coś co brzmi jak wentylacja. I coś jeszcze - na granicy słyszalności, zbyt odległe żeby nazwać.
-Gleeson - odezwał się przez radio spokojnie, bez pośpiechu. - Kierunek. Skąd to słyszysz. Przód, tył, góra, dół, lewa, prawa ściana.
Nie pytał co to jest. To było drugie pytanie. Pierwsze było zawsze kierunek.
Jednocześnie prawą ręką wykonał sygnał do Adama - wskazał na android, potem na własne uszy, potem w głąb korytarza. Android miał lepszy słuch niż cała reszta grupy razem wzięta. Niech pracuje.
Sam przykucnął przy prawej ścianie zmniejszając sylwetkę i czekał na odpowiedź Gleesona z lufą skierowaną w ciemność przed grupą.
-
Elias zatrzymał się natychmiast, gdy Holt uniósł dłoń. Nie próbował przekrzykiwać Gleesona, ani dorzucać własnych domysłów. Znał mechanizmy, które rządziły grupą w obliczu zagrożenia. Każdy chciał coś powiedzieć, choć właśnie wtedy należało się zamknąć i spróbować usłyszeć to, co wychwycił Joshua. Na tym więc się skupił.
Spojrzał na wskazania analizatora. Ciśnienie, skład atmosfery, obecność lotnych substancji i pyłów. Potem przesunął wzrok na plan ewakuacyjny, próbując dopasować położenie grupy do sąsiednich przedziałów i biegnących w ścianach instalacji. Jeśli po bokach nie było żadnych korytarzy, dźwięk mógł dochodzić z szybu, a szyby wentylacyjne były jego działką.
– Jeśli to pracująca pompa albo zawór, analizator powinien wychwycić zmianę ciśnienia albo przepływu – powiedział cicho przez radio. – Dajcie temu cacku chwilę. Zaraz się dowiemy.
Uniósł detektor i skierował go w stronę wskazaną przez Gleesona, ale nie ruszył się z miejsca. -
Adam zatrzymał się natychmiast.
Nie dlatego, że usłyszał pytanie Joshuy.
Dlatego, że usłyszał dźwięk.
Marcus skinął w jego stronę, dając znak, by się wsłuchał. Syntetyk lekko przechylił głowę, odcinając od analizy pozostałe odgłosy statku. Szum wentylacji. Ciche brzęczenie instalacji elektrycznej. Echo własnych kroków.
Pozostał tylko rytmiczny stukot.
Uderzenie.
Sześć sekund ciszy.
Uderzenie.
Sześć sekund.
Powtarzalność była niemal idealna.
Adam analizował częstotliwość, rezonans i sposób rozchodzenia się fal dźwiękowych w metalowej konstrukcji kadłuba.
— Słyszę.
Po kilku sekundach dodał spokojnym głosem:
— Dźwięk ma stały interwał sześciu sekund. Źródło generuje uderzenia o znacznej masie w element metalowy. Nie przypomina odgłosów poruszającego się człowieka ani zwierzęcia.
Przez chwilę ponownie wsłuchiwał się w echo odbijające się od grodzi.
— Moja wstępna ocena wskazuje na pracę urządzenia mechanicznego lub elementu wyposażenia statku działającego cyklicznie.
Uniósł rękę i wskazał jeden z korytarzy prowadzących w głąb jednostki.
— Stamtąd. -
Delilah le Fey
W całej galaktyce, od ziemskich biurowców po zardzewiałe stacje przeładunkowe na Pograniczu, nie urodził się jeszcze człowiek, który napsułby Delilah tyle krwi co Caleb Hannigan.
Już ułożyła w głowie precyzyjną listę pytań. Chciała wyciągnąć z Purcella wszystko, co ukrywał pod zasłoną wojskowej tajemnicy albo co wyleciało mu z pamięci. Zdzierałaby z rozbitka warstwa po warstwie aż doszłaby w końcu do prawdy. Do tego co przewoził Wallander a teraz najpewniej znajduje się na Blainercie.
Ale przeklęty drań musiał oczywiście wsadzić żołnierza do lodówki.
Słuchała kolejnych meldunków Opiekuna z rosnącą apatią i rezygnacją. Ożywiła się dopiero gdy maszyna wyliczyła ostateczny skład grupy ratunkowej.
— Kalashnikov i Crowe idą razem z Hanninagem? Cały główny łańcuch dowodzenia? — nie mogła w to uwierzyć — Kto został na pokładzie?
— Zgodnie z rejestrem na Kardashianie przebywają obecnie wyłącznie pilot O'Collan, nawigator Volkov oraz pasażer William Biscuit.— odparł beznamiętnie komputer.
I Jeremiah Purcell - pomyślała le Fey.
Uśmiech, na który nikt na tym statku nie zasłużył, ledwie drgnął w kąciku ust Delilah. Powoli wsunęła na biodro kaburę a w kaburę swój służbowy M4A3, który powinna zgłosić Holtowi, ale tego nie zrobiła bo nie miała w zwyczaju słuchać rozkazów najemników ze śmieciowym kontaktem. Narzuciła na podkoszulek bluzę i zaciągnęła zamek całkowicie ukrywając zarys broni. Z bocznej kieszeni bagażu wyłuskała jeszcze aplikator z zielonym paskiem. Naproleve. Związek chemiczny błyskawicznie obcinający stres i relaksujący mięśnie.
Idealny dla człowieka, który przeżył miesiąc z gnijącym trupem, a teraz wylądował w kriokomorze.
Zamek elektroniczny zwolnił blokadę i agentka wyszła na główny korytarz. Stalowe kratownice podłogi ciągnęły się w nieskończoność, całkowicie puste. Kombajn wyglądał jak porzucona trumna. Zero ruchu, zero głosów, jedynie cichy szum wentylacji. Delilah przez chwilę stała w progu. Spojrzała na gródź prowadzącą na mostek kapitański. Tam siedział pilot z Volkov, skupieni na Blainercie, kompletnie ślepi na to co dzieje się na ich własnym statku. Potem popatrzyła na śluzę kwater hibernacyjnych. Wsunęła głębiej do kieszeni aplikator ze stymulantem i ruszyła niespiesznym krokiem w kierunku zamrażarek.
Sekcja kriogeniczna mieściła dziesięć górniczych komór. Dziesięć ciężkich, przemysłowych tub czekało w rzędzie na przyjęcie górników w drodze powrotnej z Borodino. Tylko jedna pracowała. Delilah minęła puste stanowiska i zatrzymała się przy aktywnym module na samym końcu sali. Mężczyzna za szybą, zanurzony w syntetycznym śnie sprawiał wrażenie martwego. Zupełnie jak Kardashian. Agentka przesunęła opuszkami palców po chłodnej powierzchni pancernego szkła. Przestudiowała wzrokiem jego sylwetkę. Informacje o ładunku Wallandera stanowiły dla niej absolutny priorytet, ale ten człowiek oferował znacznie więcej. Był żołnierzem marynarki Zjednoczonych Ameryk. Szkoloną do walki maszyną.
Zasobem.
Porzucone aktywa natychmiast podlegają wrogiemu przejęciu. Wpajano jej tę zasadę odkąd jako dziecko rozpoczęła szkolenie. Dla Hanningana rozbitek stanowił problem, dla niej okazję. Wystarczyło popchnąć go w odpowiednim kierunku, dać nadzieję, że czeka go w życiu coś lepszego niż sąd i więzienna cela. Dla Delilah było jasne, że cokolwiek Hanningan znajdzie na Blainercie spróbuje zatrzymać to dla siebie. A na to nie mogła pozwolić. Musiała wiedzieć czego poszedł tam szukać. Ryzykował własną karierą i życiem załogi, grał o wysoką stawkę. Na razie była na statku sama, bez sojuszników, bez tarczy.
Ale niedługo to się zmieni
Jej dłoń zacisnęła się na awaryjnej dźwigni dekompresyjnej.
To be continued...
-

Dolne pokłady Bleinerta
Każdy kosmiczny statek generował unikalną kompozycję dźwięków, doskonale rozpoznawalną dla jego stałej załogi. Wibracje, trzaski pracujących struktur, dźwięk włączonych urządzeń, piśnięcia elektronicznych instrumentów - wszystko to tworzyło znajome tło dźwiękowe, którego stałość brzmienia podnosiła komfort pracy ludzi, a każda fałszywa nuta z miejsca niosła jakieś ostrzeżenie.
Bleinert posiadał własną muzykę, lecz jej kompozycja była członkom grupy ratunkowej zupełnie obca. Okręt sprawiał wrażenie sprawnego, jego systemy podtrzymywania życia pracowały bez zauważalnych odchyleń od normy, ale brak śladu załogi sprawiał, że wydawane przez tender mechaniczne odgłosy budziły coraz większą nerwowość części ratowników.
Opowieść Jeremiaha Purcella - jeśli była prawdziwa - sugerowała, że na czas transferu tajemniczego ładunku z Wallandera na Bleinerta większość wojskowego personelu została skierowana do części rekreacyjnej okrętu na górnych poziomach konstrukcji. W ładowniach poniżej znaleźli się tylko oficerowie i goście, co mogło tłumaczyć całkowity brak kontaktu z załogą tendera w drodze do sekcji napędowej Bleinerta.
Na ścianach korytarza widniały ciągi cyfr i liter będących zakodowanymi informacjami dla załogi, ale rozmieszczone w regularnych odstępach plany ewakuacyjne pozwalały bez problemu określić bieżącą pozycję zespołu.
Po kilku minutach ostrożnego marszu opuścili korytarze biegnące wzdłuż rozległych ładowni zaopatrzeniowca, mijając rzędy zablokowanych drzwi prowadzących do sekcji towarowych w drodze ku klatkom schodowym prowadzącym poziom niżej. Windy pasażerskie Bleinerta również sprawiały wrażenie sprawnych, ale nie znając statusu zagrożenia na pokładzie tendera Marcus Holt nie zamierzał pod żadnym pozorem ryzykować uwięzienia w ciasnej przestrzeni szybu windy.
W eterze początkowo rozbrzmiewały oszczędne radiowe komunikaty, ograniczane do starannie dobieranych krótkich zdań krążących pomiędzy ratownikami i obsadą mostka Kardashiana - komunikacja przybrała jednak na intensywności w chwili zagłębienia się w plątaninę korytarzy sekcji napędowej.
- Odczuwalny wzrost temperatury - w głośnikach zatrzeszczał głos Eliasa - Trzydzieści jeden stopni i rośnie. To powyżej standardowych wartości.
- Problemy z chłodziwem? Uszkodzenie układu stabilizacyjnego? - zasugerował Sadza - Może ten kwas przeżarł się do rur?
- Potrzebuję dostępu do centrali reaktora - powiedział Elias - Jeśli komputery nie są zablokowane, sprawdzę ustawienia chłodzenia…
- Niezidentyfikowana przeszkoda - beznamiętny głos idącego przodem androida przeciął w jednej chwili dyskusję, skierował spojrzenia wszystkich ratowników w stronę Adama - Nie sprawia wrażenia integralnej części konstrukcji. Pochodzenie nieznane.
Android zagłębił się w jedną z technicznych odnóg głównego korytarza, oświetlił ją snopem światła padającego z wmontowanej w hełm latarki, a potem przyklęknął na podłodze odsłaniając obszerniejsze pole widzenia dla swoich towarzyszy.
- Co to jest? - zapytał kapitan Hannibal przesuwając zaskoczonym spojrzeniem po szkliście połyskliwych czarnych konturach substancji pokrywającej w nieregularnym stopniu podłogę ściany i sufit odnogi - To… grafit? Stwardniały grafitowy proszek? Jakiś nalot?
Joshua Gleeson docisnął się do pleców Eliasa i Siergieja, wspiął się na czubki palców próbując wyjrzeć ponad ich ramionami w stronę znaleziska Adama.
- Tego jest strasznie dużo jak na przypadkowe rozsypanie sproszkowanego ładunku - powiedział Hannigan przyglądając się uważnie czarnemu nalotowi, który w wielu miejscach ukrywał pod warstwą dziwacznej czerni oryginalną konstrukcję korytarza - Sprawia wrażenie bardzo twardego. Adam, co to może być?
- Nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, kapitanie - oznajmił android - Może to materiał syntetyczny, ale nie mogę wykluczyć pochodzenia biologicznego.
- Biologicznego? - w radiu rozbrzmiał zaskoczony głos Davyego O’Collana - W jakim sensie?
- Sprawdźcie integralność swoich skafandrów - polecił natychmiast Hannigan - Nikt oprócz Adama nie pobiera żadnych próbek bez mojej zgody.
- To może być pozostałość po skroplonym środku systemu przeciwpożarowego - zasugerował Sadza - Kto wie, jakich chemikaliów używa wojsko? Po tych wybuchach, co o nich mówił soldatik alarm mógł uruchomić zraszacze w tym przejściu, prawda?
- Jeśli tak, to czemu tylko tutaj? - odpowiedział z powątpiewaniem Holt - Nigdzie indziej po drodze nie widziałem śladu takiego osadu. Ani śladu pożaru. Adam, jak daleko ten nalot ciągnie się w głąb przejścia?
- Trzymajmy się na wszelki przypadek procedury skażenia przemysłowego - zaproponował natychmiast doktor Crowe. Przeszyty dreszczem niepokoju Joshua wyciągnął rękę chcąc klepnąć w geście aprobaty ramię stojącego przed nim Eliasa.
Wyciągnął ją, ale niemal natychmiast cofnął, dwa razy szybciej niż przy wyciąganiu. I zrobił bezwiednie krok w tył czując w myślach ponaglenie zwiniętego w kłębek instynktu samozachowawczego; przerażająco świadomy tego, że nikt inny nie widział jeszcze tego, co on.
Mostek Kardashiana
- Biologicznego? W jakim sensie? - sapnął zaskoczony pilot. Odwracając się w fotelu wymienił pełne zdumienia spojrzenia, nim jednak którekolwiek z nich zdążyło wyrazić na głos opinię na temat zagadkowego odkrycia w trzewiach zaopatrzeniowca, na ekranie pilota zamigotała alarmowa ikona systemu monitoringu. Davy uderzył kilkakrotnie palcem w dotykowy wyświetlacz, przełączył obraz z livestreamu grupy ratunkowej na podgląd kamer sieci bezpieczeństwa.
- Otwarcie drzwi hyperspalni - rzucił w stronę Nadii klikając wściekle w rozwijane menu monitoringu - Ktoś otworzył drzwi spalni.
To nie mógł być Purcell, O’Collan natychmiast wykluczył taką ewentualność. Adam znał się na swojej robocie, starannie skontrolował parametry urządzenia kriogenicznego po wprowadzeniu rozbitka w śpiączkę. Nie istniała żadna szansa na to, aby wojskowy sam się wydostał z kapsuły i otworzył drzwi spalni. A to pozostawiało swoje podejrzanych.
W radiu słuchać było głosy rozmawiających między sobą ratowników, ale Davy skoncentrował swoją uwagę na obrazie monitoringu, za plecami słysząc kroki zbliżającej się szybko Nadii i mamrocząc jednocześnie pod nosem jakieś przekleństwo.
Zgodnie z regulaminem tyczącym się zachowania na pokładzie przynajmniej szczątkowej prywatności, hyperspalnia pozbawiona była kamer, podobnie jak przylegające do niej toalety i prysznice. Obserwując wejście do pomieszczenia przez kamerę widzącą w poprzedzającym ją korytarzu, Davy mógł jedynie czekać aż intruz opuści spalnię ujawniając swoją tożsamość.
- Założę się, że to ta arogancka suka - syknęła Nadia pochylając się nad siedzącym w fotelu pilotem i wbijając wzrok w ekran - Od początku przeczuwałam, że będzie nam bruździć.
Davy nie odrywał wzroku od widocznych wyświetlaczu otwartych drzwi spalni i kiedy kilkanaście sekund później dostrzegł na nim nagle poruszenie pojął, że Nadia miała w pewnym sensie rację.
- Ja pierdolę, to młody? - zdumiała się Volkova patrząc jak William Biscuit przemieszcza się ostrożnymi ruchami w polu widzenia kamery, krok za krokiem skradając się w kierunku otwartych drzwi spalni - Co on ma w rękach? Czy to jest broń?!
Dolne pokłady Bleinerta
Coś uderzyło bez ostrzeżenia w górną część hełmu Eliasa i po przezroczystej przyłbicy doktora spłynęła nitka równie przezroczystego płynu, który z jakiegoś powodu skojarzył się Crowe z żywicą. Druga duża kropla cieczy rozbryzgnęła się tuż obok pierwszej wykreślając na pancernym szkle osłony hełmu nierówny wzór opadający miniaturowymi zygzakami w dół przyłbicy.
Doktor uniósł odruchowo wzrok, spojrzał w kratownicę znajdującego się ponad swoją głową szybu wentylacyjnego i zesztywniał porażony irracjonalnym wrażeniem, że dostrzega w jego mroku jakiś dziwny kształt wyraźnie nie pasujący konturami do przeznaczenia otworu.
Spomiędzy krat spadła kolejna kropla przezroczystej cieczy i wydający się być jedynie wytworem pobudzonej wyobraźni kształt znienacka się poruszył.
W ciasnej przestrzeni odnogi rozległ się dźwięczny metaliczny szczęk wyrwanej z ramy kratownicy.
-
Pierwsza kropla uderzyła w przyłbicę Eliasa niemal bezgłośnie. Przezroczysta ciecz rozlała się po pancernej szybie, pozostawiając za sobą lepką smugę. Crowe odruchowo przechylił głowę, próbując złapać ją w świetle latarki. Nie przypominała zwykłej kondensacji. Była zbyt gęsta. Lepka jak żywica albo wydzielina z nieszczelnej instalacji, choć żadna z tych odpowiedzi szczególnie mu się nie podobała.
– Mamy jakiś wyciek nad głowami… – zaczął przez radio, ale urwał. Druga kropla rozbiła się o przyłbicę. Elias uniósł wzrok ku kratownicy wentylacyjnej i przez krótką chwilę miał wrażenie, że w mroku za metalową siatką coś się poruszyło. Jak to możliwe? Widział obrys czegoś w ciemności, zbyt duży i zbyt nieregularny, by pasował do przewodów albo mechanizmu wentylatora. Czerń wydawała się połyskiwać, a gładkie refelksy światła układały się w coś podłużnego. Przynajmniej tak mu się zdawało. Nie zdążył przyjrzeć się dokładniej.Metal zapiszczał. Kratownica wyrwała się z mocowań i runęła w dół. Elias próbował uskoczyć, ale ciało zareagowało odrobinę za wolno. Ciężki fragment metalu uderzył w górną część hełmu z hukiem, który zabrzmiał w jego czaszce jak eksplozja. Świat rozbłysnął bielą. Crowe zachwiał się i opadł na jedno kolano. Analizator niemal wypadł mu z dłoni, ale zdołał zacisnąć palce na obudowie. W uszach pojawił się przeciągły pisk, skutecznie zagłuszający bieg rozmowy w wewnętrzyn interkomie chełu. Przez chwilę widział wszystko podwójnie. Obraz przed jego oczyma po prostu rozszczepił się na dwa niewyraźne, przesuwające się względem siebie kadry.
– Kurwa… – wychrypiał.
Próbował podnieść głowę, lecz natychmiast poczuł falę mdłości. Nie mógł się skoncentrować i nie był nawet pewien, czy wciąż klęczy, czy tylko wydaje mu się, że pokład znajduje się niepokojąco blisko przesłony chełmu. Wtedy coś ciężkiego spadło pomiędzy członków grupy. Elias zarejestrował jedynie gwałtowny ruch i czarną masę wielkości człowieka, która przecięła światło latarek. Nie potrafił dostrzec jej kształtu. Przez moment uznał ją za fragment instalacji albo zwinięty materiał techniczny, lecz wszystko rozmyło się, zanim zdołał skupić wzrok.Odruchowo cofnął się pod ścianę, opierając o nią bark. Uniósł analizator przed siebie, choć cyfry na wyświetlaczu rozpływały się w niezrozumiałe smugi.
– Dostałem kratą… – powiedział z opóźnieniem przez radio. – Coś jeszcze spadło. Co to? Nie widzę wyraźnie. – wybełkotał pytanie i zamrugał kilkakrotnie, próbując zmusić oczy do współpracy. Światło dochodzące z latarek wbijało mu się w czaszkę, a pod hełmem narastało pulsujące ciepło. -
Joshua stał z tyłu, starając się zająć jak najmniej przestrzeni i za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Gdy szli pustymi, klaustrofobicznymi korytarzami, a jedynym dźwiękiem był rytmiczny stukot magnetycznych butów, jego myśli krążyły niczym wygłodniałe sępy wokół jednej, powracającej w kółko kwestii: Co ja tu, do ciężkiej cholery, robię?!
Przecież nie pisał się na abordaż wojskowego tendera. Nie było o tym słowa w jego kontrakcie inżynieryjnym. Odtwarzał w głowie scenę z ambulatorium: kapitan podający mu pistolet, dociskający twardą, zimną kolbę prosto do piersi Joshuy, to lodowate, kpiące spojrzenie i słowa, by odebrał mu dowództwo, skoro uważa, że Hannigan naraża załogę.Złośliwy, cyniczny dupek – pomyślał, czując ukłucie gorącej nienawiści. Kapitan ewidentnie chciał się na nim odegrać za to, że Joshua odważył się podważyć jego decyzję przy tym pajacu z ratunkowej kapsuły. I teraz, ku własnemu przerażeniu, znalazł się na pierwszej linii tego szaleństwa. Miał też żal do innych. Miał żal do Crowe'a, do Siergieja, do każdego, kto stał wtedy w ambulatorium i po prostu patrzył w milczeniu, jak Joshua zamiera przed wymierzoną w niego rękojeścią. Nikt go nie wsparł. Nikt nie powiedział Hanniganowi, że to samobójstwo wchodzić na ten wrak. Banda tchórzy i lojalnych do porzygu korposzczurów. Ale w głębi duszy wiedział, że tam właśnie kończyła się jego własna odwaga – na cichej, bezsilnej wściekłości. Przynajmniej wziął ze sobą swój własny pistolet ze skrytki. Jego ciężar w kieszeni skafandra był jedyną rzeczą, która powstrzymywała go przed całkowitym obłędem.
Teraz jednak, stojąc za plecami Crowe'a i wpatrując się w tę nienaturalną, czarną strukturę przypominającą skamieniałą żywicę, pistolet wydawał się absurdalnie nieprzydatny.
Usłyszał, jak Elias próbuje zachować profesjonalizm, proponując procedurę skażenia przemysłowego. Joshua instynktownie wyciągnął dłoń w grubym skafandrze, by poklepać ramię doktora i poprzeć ten jedyny logiczny plan. Wtedy to zobaczył...Kątem oka wychwycił coś, co zburzyło resztki jego i tak kruchej stabilności. Kształt w szybie wentylacyjnym. Zbyt duży, zbyt płynny, odcinający się połyskliwą czernią od cienia kratownicy. Jego dłoń zatrzymała się w połowie ruchu i cofnęła z prędkością uderzenia bicza. Zrobił bezwiedny krok w tył. Serce, to przeklęte, schorowane serce, natychmiast wrzuciło najwyższy bieg. Krew uderzyła mu do głowy, a w uszach zagrzmiał potężny szum, zagłuszając nawet głosy w interkomie. Zrobiło mu się lodowato zimno. Zanim zdążył wykrztusić ostrzeżenie, rozległ się potworny zgrzyt dartego metalu. Kratownica runęła w dół z hukiem, który uderzył prosto w hełm Eliasa. Doktor zachwiał się, opadając na kolano w deszczu sypiących się odłamków.
A zaraz za kratą, prosto w snopy światła ich latarek, spadła ta potworna, wielka masa.Wtedy pękł.
Oddech uwiązł Joshui w gardle, a klatkę piersiową przeszył ostry, piekący ból – znajomy, ale tym razem potężniejszy niż kiedykolwiek. Złapał się oburącz za napierśnik skafandra, dławiąc się zapętlonym powietrzem z recyrkulatorów. Przed oczami zatańczyły mu czarne mroczki. Instynkt przetrwania krzyczał, by odwrócić się i uciekać, biec na oślep przez puste ładownie, z powrotem do Kardashiana, z dala od tego gówna. Cofnął się o kolejny, chwiejny krok, potykając się o własne buty. Z jego ust wyrwał się krótki, paniczny jęk, doskonale słyszalny dla całej załogi przez otwarty kanał komunikacyjny.
Wszyscy musieli to zobaczyć – inżyniera, który nagle łamie się wpół, dławi i wycofuje w absolutnym przerażeniu. Balansował na samej krawędzi. Wystarczyło, by postawił jeszcze jeden krok w tył, a rzuciłby się do szaleńczej, zaraźliwej ucieczki.Ale z jakiegoś powodu, mimo bólu rozrywającego klatkę piersiową, jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Zamarł, oparty plecami o zimną ścianę korytarza, dysząc ciężko z wybałuszonymi oczami, wpatrzony w czerń poruszającą się teraz na podłodze, tuż przed ogłuszonym Crowe'em. Z trudem, potężnym wysiłkiem woli, stłumił chęć krzyku. Żył, ale to był koniec – systematycznie kruszący się mur jego odwagi właśnie runął z hukiem, przygniatając pod sobą resztki racjonalnego myślenia.
Wszystko dookoła wydawało się dziać w zwolnionym tempie, przytłumione przez głośne, nierówne dudnienie jego własnego serca. Joshua mrugał gwałtownie, próbując odzyskać ostrość widzenia, gdy jego mózg powoli rejestrował kolejny, absurdalny wręcz szczegół.
Jego dłonie.
Trzęsły się tak mocno, że stawy zbielały z wysiłku, zaciskając się na zimnym, polimerowym chwycie. Trzymał przed sobą pistolet. Lufa była skierowana w sufit, prosto w ciemną, ziejącą wyrwę po kratownicy wentylacyjnej, z której przed sekundą wypadła ta potworna masa.
Nie miał zielonego pojęcia, kiedy wyciągnął broń z kieszeni skafandra. Zrobił to instynktownie, całkowicie poza świadomością, jakby to jakiś pierwotny instynkt przejął kontrolę nad jego ciałem, by ratować go przed tym, czego jego własny umysł nie potrafił już znieść. Półświadomy, z szeroko otwartymi w szoku oczami i zablokowanym oddechem, stał przykuty do ściany, gotów nacisnąć spust przy najmniejszym ruchu w czerni nad ich głowami. -
Davy O'Collan - Mostek Kardashiana
Davy siedział pochylony nad konsolą, z łokciami opartymi o krawędź pulpitu. Na głównym ekranie miał transmisję z kamer grupy abordażowej. Obraz co chwilę rwał się, rozpadał na kwadraty i wracał, ale wystarczał, żeby śledzić każdy ich krok na pokładzie Bleinerta.
Crowe prowadził światłem po ścianach. Holt sprawdzał boczne przejścia. Hannigan trzymał grupę w ryzach. Kalashnikov szedł ciężko, pewnie, z bronią gotową do strzału. Android poruszał się z tą swoją nieludzką precyzją, która zwykle działała Davy’emu na nerwy, ale w tej chwili była raczej pocieszająca.
Nadia stała obok, pochylona nad drugim panelem.
— Sygnał Crowe’a znowu spada — powiedziała.
— Statek jest obłożony złomem, ołowiem i prawdopodobnie klątwą starożytnego kosmicznego górnika. Cieszmy się, że w ogóle coś widzimy.
Wtedy z bocznego głośnika dobiegł cichy, pojedynczy ton.
Krótki, dyskretny sygnał administracyjny, który w normalnych warunkach można było zignorować.
Davy zerknął na komunikat.
NARUSZENIE PROCEDURY KRIOGENICZNEJ
OTWARCIE DRZWI SEKCJI HYPERSNU
AUTORYZACJA AWARYJNAPrzez moment patrzył na ekran bez ruchu.
— Co, do chuja…
Przełączył widok z transmisji abordażowej na monitoring Kardashiana.
Potem powoli wyjął z ust gumę do żucia i przykleił ją do krawędzi pulpitu.
Widok jaki zobaczył, zakoczył go. Skradający się William Biscuit, idący przez korytarz prowadzący w stronę sekcji kriogenicznej. Pochylony, spięty, z czymś trzymanym w obu dłoniach. Kamera była zbyt słaba, by jednoznacznie rozpoznać przedmiot, ale sposób, w jaki William go trzymał, nie wyglądał jak spacer z kubkiem kawy.
Co ciekawe, drzwi do pokoju z lodówkami były otwarte.
Zaczął przeglądać obraz z drugiej kamery korytarzowej, jakby w jakiś sposób mógł zmusić system monitoringu do pokazania wnętrza hypersypialni.
Nie mógł.
W projekcie Kardashiana zachowano jeszcze resztki wiary w ludzką godność. W hypersypialniach, prysznicach i toaletach nie instalowano kamer. Najwyraźniej konstruktorom nie przyszło do głowy, że pewnego dnia podczas abordażu opuszczonego wojskowego tendera ktoś z pasażerów spróbuje samowolnie rozmrozić podejrzanego żołnierza. No ale kto ?
Pokład mieszkalny był niemal pusty. Kapitan, Holt, Crowe, Nexus, Kalashnikov i reszta znajdowali się na Bleinercie. Nadia siedziała z nim na mostku. Pozostawała więc dwójka pasażerów - Delilah le Fey i William Biscuit. Wiliama widział na monitoringu, więc wniosek nasuwał się sam.
— Ja pierdolę, kurwa - pomyślał.
— Czyli w środku musi być le Fey - powiedział do Nadii - Pani królowa pizda...
Na ekranie nadal pulsował alarm. Cykl kriogeniczny pozostawał aktywny, ale część systemów została przełączona na ręczną kontrolę.
— Ona chce go obudzić — stwierdziła Nadia.
Davy odchylił się w fotelu.
— No jasne, że chce go obudzić. Bo czemu, kurwa, nie? Kapitan jest na obcym statku, połowa załogi ryzykuje życie, a nasza korporacyjna księżniczka postanowiła rozmrozić uzbrojonego rozbitka, który już raz zaczął dzień od strzelania do ludzi.
Po chwili rozmyślania, przesunął palcem po panelu interkomu.
Aktywował nagłośnienie całego pokładu mieszkalnego.
W głośnikach rozszedł się krótki sygnał.
Davy nachylił się nad mikrofonem.
— Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy... Próba mikrofonu. A właściwie to taki oto komunikat...
Mówił spokojnie.
— Pani le Fey. Tu mostek.
Przerwał na sekundę.
— Na pokładzie mieszkalnym zostały dokładnie dwie osoby. Pani i pan Biscuit. Pana Biscuita widzę na kamerach. Tak, tak - widzę pana...
— Widzę też otwarte drzwi kriokomór a to znaczy, że w środku jest pani.
Jego głos stwardniał.
— Nie jestem może detektywem, ale wnioskuję, że postanowiła pani samowolnie otworzyć sekcję kriogeniczną podczas trwającej operacji ratunkowej. Doceniam inicjatywę. Naprawdę. Zawsze marzyłem, żeby w chwili, gdy kapitan, ochrona, lekarz, android i połowa technicznej załogi znajdują się na pokładzie potencjalnie skażonego wojskowego tendera, ktoś urządził nam dodatkowy kryzys wewnętrzny. Ma pani mój szacunek za fantazję i pomysłowość. Naprawdę doceniam.
Nachylił się jeszcze bliżej mikrofonu.
— Mam jednak jedną małą prośbę - proszę przestać, kurwa, robićto co właśnie pani robi i wrócić do swej kabiny.
Nadia zerknęła na niego, ale nic nie powiedziała.
— Proszę natychmiast odsunąć się od komory Jeremiaha Purcella, nie dotykać panelu sterowania, dźwigni awaryjnych, przewodów, aplikatorów, pacjenta ani czegokolwiek, co wygląda, jakby miało przycisk. Następnie proszę opuścić sekcję kriogeniczną, położyć wszelką posiadaną broń o ile pani taką posiada i wrócić do swojej kwatery.
Przechylił głowę i dodał tonem człowieka przekazującego szczególnie uprzejmą informację o opóźnionym locie:
— To nie jest propozycja ani początek negocjacji. Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Świadome złamanie mojego rozkazu zostanie uznane za próbę przejęcia kontroli nad jednostką, czyli bunt. A bunt na statku kończy się zwykle znacznie mniej przyjemnie niż reklamacja usługi transportowej. Ja naprawdę panią lubię, ba powiedział bym nawet, że jest pani podobna do mojej kolejnej, byłej żony, no ale jak będzie mi pani latała bez autoryzacji po statku - to się nie dogadamy...
— Panie Biscuit. Pana również widzę.
William zatrzymał się w pół kroku.
— Nie wiem, co panu strzeliło do głowy, bo wygląda pan niesamowicie sympatycznie, no ale też bym kurwa prosił, by wrócił pan do siebie... ok?
Davy kontynuował:
— Teraz proszę posłuchać, jeszcze raz, bardzo uważnie, bo nie będę się powtarzał.
Jego ton utracił resztki ironii.
— Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Wydałem bezpośredni rozkaz bezpieczeństwa. Jego złamanie zostanie potraktowane jako świadome zagrożenie dla statku, załogi i trwającej operacji ratunkowej.
Odczekał chwilę.
— A więc bunt. Nie taki romantyczny, z flagami, przemówieniami i wolnością dla uciśnionych. Taki zwykły, brudny bunt, po którym ludzie trafiają do zamkniętych pomieszczeń, a kapitan zastanawia się, czy bardziej opłaca się ich sądzić, czy wyrzucić na najbliższej stacji razem z odpadami przemysłowymi. Albo po prostu wpakować kulkę w łeb.
— Mam szczerą nadzieję, że przekaz dotarł.
Wyłączył mikrofon.
— Opiekunie.
— Słucham.
— Zmień status istniejącej blokady pokładu mieszkalnego. Tryb bezpieczeństwa statku. Poziom naruszenia wewnętrznego. Pilot O'Collan, autoryzacja 8127849045 alfa.
— Proszę sprecyzować zakres procedury.
Davy nie odrywał wzroku od kamer.
Grodzie pokładu mieszkalnego były już zamknięte i zabezpieczone kodami PIN. Teraz jednak nie chodziło o zwykłe ograniczenie ruchu.
— Utrzymaj wszystkie grodzie zamknięte. Unieważnij lokalne kody PIN pasażerów. Zablokuj panele dostępu poza mostkiem i maszynownią. Wyłącz terminale osobiste, systemy rozrywki, automaty gastronomiczne i całą elektronikę, która nie jest konieczna do podtrzymania życia.
— Czy zachować oświetlenie?
— Awaryjne i korytarzowe. Resztę wyłączyć.
— Dostęp do sieci pokładowej?
— Odciąć urządzenia pasażerów. Żadnych połączeń z systemami statku, zamkami, wentylacją, medycznymi bazami danych ani systemem kriogenicznym.
— Potwierdzić izolację sekcji hypersnu?
— Tak. Sterowanie wyłącznie z mostka. Żadnych lokalnych komend.
— Procedura może uniemożliwić dokończenie ręcznie rozpoczętych operacji.
— O to właśnie chodzi.
Światła na podglądzie korytarza przygasły. Panele dostępowe zgasły jeden po drugim. Kolorowe wyświetlacze informacyjne zniknęły, pozostawiając jedynie czerwone oznaczenia drogi ewakuacyjnej i chłodne światła awaryjne.
William stał teraz w półmroku.
— Tryb naruszenia bezpieczeństwa statku aktywny — poinformował Opiekun. — Pokład mieszkalny pozostaje odizolowany. Wszystkie zbędne systemy zostały wyłączone. Lokalne sterowanie sekcją kriogeniczną jest niedostępne.
Davy ponownie włączył interkom.
— Panie i panowie, wielki brat patrzy. Raz, raz do pokoików proszę...
Wyłączył interkom i odetchnął ciężko.
— Ja pierdolę. Co za ludzie...
Przywrócił transmisję grupy abordażowej.
Na główny ekran wróciły obrazy z kamer nahełmowych. Crowe szedł pierwszy przez wąski, czarny korytarz. Światło jego latarki ślizgało się po ścianach pokrytych czymś, co przypominało sadzę albo zaschniętą maź.
Davy poprawił jakość transmisji.
— Sygnał jest jeszcze gorszy — zauważyła Nadia.
— Za dużo metalu między nimi a nami.
Z kamery Crowe’a było widać fragment sufitu i kratę wentylacyjną.
Przez sekundę nic się nie działo.
Potem krata drgnęła.
— Co znów ?!
Kratownica runęła w dół, uderzając Crowe’a i odrzucając obraz kamery pod ostrym kątem. Transmisja eksplodowała szumem, trzaskiem i przekleństwami.
Razem z kratą z szybu spadło coś jeszcze.
Przemknął przez snop światła i zniknął poza kadrem.
— Co to było?! — Nadia pochyliła się nad ekranem.
Davy natychmiast cofnął nagranie.
— Opiekunie, ostatnie pięć sekund. Stabilizacja obrazu. Maksymalna rozdzielczość.
Nagranie ruszyło ponownie.
Ciemna masa przecinająca obraz.
— Zatrzymaj.
Piksele zastygły.
Obiekt był niemal całkowicie czarny. Częściowo przesłonięty przez kratę, rozmyty ruchem i widoczny na zaledwie kilku klatkach.
— Powiększ.
Obraz rozpadł się na grube bloki.
— Korekcja kontrastu.
Cień zmienił się w jaśniejszą, ale równie nieczytelną plamę.
— Analiza kształtu — rozkazał Davy.
— Niewystarczająca liczba klatek — odpowiedział Opiekun. — Rozdzielczość obrazu jest zbyt niska. Obiekt pozostaje częściowo zasłonięty. Nie można określić jego wymiarów ani struktury.
Davy przełączył się między transmisjami Holta, Hannigana, Kalashnikova i Adama.
Na jednej widać było tylko spadającą kratę.
Na drugiej nagły ruch światła.
Na trzeciej plecy Crowe’a i czarną smugę znikającą poza ekranem.
Nie dało się powiedzieć, czy spadł człowiek, ciało, zwierzę, fragment wyposażenia czy coś zupełnie innego.
Na monitorze oznak życiowych tętno Crowe’a gwałtownie wzrosło. Parametry pozostałych również skoczyły niemal równocześnie.
— Kanał grupy. Natychmiast. - rzucił do Nadii.
Davy wcisnął przycisk transmisji.
— Kapitanie, tu Kardashian.
Odpowiedział mu wyłącznie szum, urwane oddechy i odległy metaliczny trzask.
Davy ścisnął mikrofon.
— Kapitanie Hannigan, czy wszystko wporządku? Co tam się kurwa odpierdala u Was ?
Spojrzał na kamery, szukając choćby jednego stabilnego kadru.
— Kapitanie… ?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się