Krzyk Pustki
-
Marcus Holt
Holt usłyszał głos Gleesona w radiu i zatrzymał się natychmiast.
Otwarta dłoń skierowana do tyłu.
Grupa stanęła.
Holt nie ruszył się z miejsca. Stał przy prawej ścianie korytarza, lufa M41A uniesiona, plecy do ściany, i przez pięć sekund nie robił nic poza słuchaniem. Aktywny nasłuch - nie szukanie konkretnego dźwięku, tylko rejestrowanie wszystkiego co jest w przestrzeni i oddzielanie tego od tego czego nie ma.
Cisza. Elektryka pracująca w tle. Wentylacja, albo coś co brzmi jak wentylacja. I coś jeszcze - na granicy słyszalności, zbyt odległe żeby nazwać.
-Gleeson - odezwał się przez radio spokojnie, bez pośpiechu. - Kierunek. Skąd to słyszysz. Przód, tył, góra, dół, lewa, prawa ściana.
Nie pytał co to jest. To było drugie pytanie. Pierwsze było zawsze kierunek.
Jednocześnie prawą ręką wykonał sygnał do Adama - wskazał na android, potem na własne uszy, potem w głąb korytarza. Android miał lepszy słuch niż cała reszta grupy razem wzięta. Niech pracuje.
Sam przykucnął przy prawej ścianie zmniejszając sylwetkę i czekał na odpowiedź Gleesona z lufą skierowaną w ciemność przed grupą.
-
Elias zatrzymał się natychmiast, gdy Holt uniósł dłoń. Nie próbował przekrzykiwać Gleesona, ani dorzucać własnych domysłów. Znał mechanizmy, które rządziły grupą w obliczu zagrożenia. Każdy chciał coś powiedzieć, choć właśnie wtedy należało się zamknąć i spróbować usłyszeć to, co wychwycił Joshua. Na tym więc się skupił.
Spojrzał na wskazania analizatora. Ciśnienie, skład atmosfery, obecność lotnych substancji i pyłów. Potem przesunął wzrok na plan ewakuacyjny, próbując dopasować położenie grupy do sąsiednich przedziałów i biegnących w ścianach instalacji. Jeśli po bokach nie było żadnych korytarzy, dźwięk mógł dochodzić z szybu, a szyby wentylacyjne były jego działką.
– Jeśli to pracująca pompa albo zawór, analizator powinien wychwycić zmianę ciśnienia albo przepływu – powiedział cicho przez radio. – Dajcie temu cacku chwilę. Zaraz się dowiemy.
Uniósł detektor i skierował go w stronę wskazaną przez Gleesona, ale nie ruszył się z miejsca. -
Adam zatrzymał się natychmiast.
Nie dlatego, że usłyszał pytanie Joshuy.
Dlatego, że usłyszał dźwięk.
Marcus skinął w jego stronę, dając znak, by się wsłuchał. Syntetyk lekko przechylił głowę, odcinając od analizy pozostałe odgłosy statku. Szum wentylacji. Ciche brzęczenie instalacji elektrycznej. Echo własnych kroków.
Pozostał tylko rytmiczny stukot.
Uderzenie.
Sześć sekund ciszy.
Uderzenie.
Sześć sekund.
Powtarzalność była niemal idealna.
Adam analizował częstotliwość, rezonans i sposób rozchodzenia się fal dźwiękowych w metalowej konstrukcji kadłuba.
— Słyszę.
Po kilku sekundach dodał spokojnym głosem:
— Dźwięk ma stały interwał sześciu sekund. Źródło generuje uderzenia o znacznej masie w element metalowy. Nie przypomina odgłosów poruszającego się człowieka ani zwierzęcia.
Przez chwilę ponownie wsłuchiwał się w echo odbijające się od grodzi.
— Moja wstępna ocena wskazuje na pracę urządzenia mechanicznego lub elementu wyposażenia statku działającego cyklicznie.
Uniósł rękę i wskazał jeden z korytarzy prowadzących w głąb jednostki.
— Stamtąd. -
Delilah le Fey
W całej galaktyce, od ziemskich biurowców po zardzewiałe stacje przeładunkowe na Pograniczu, nie urodził się jeszcze człowiek, który napsułby Delilah tyle krwi co Caleb Hannigan.
Już ułożyła w głowie precyzyjną listę pytań. Chciała wyciągnąć z Purcella wszystko, co ukrywał pod zasłoną wojskowej tajemnicy albo co wyleciało mu z pamięci. Zdzierałaby z rozbitka warstwa po warstwie aż doszłaby w końcu do prawdy. Do tego co przewoził Wallander a teraz najpewniej znajduje się na Blainercie.
Ale przeklęty drań musiał oczywiście wsadzić żołnierza do lodówki.
Słuchała kolejnych meldunków Opiekuna z rosnącą apatią i rezygnacją. Ożywiła się dopiero gdy maszyna wyliczyła ostateczny skład grupy ratunkowej.
— Kalashnikov i Crowe idą razem z Hanninagem? Cały główny łańcuch dowodzenia? — nie mogła w to uwierzyć — Kto został na pokładzie?
— Zgodnie z rejestrem na Kardashianie przebywają obecnie wyłącznie pilot O'Collan, nawigator Volkov oraz pasażer William Biscuit.— odparł beznamiętnie komputer.
I Jeremiah Purcell - pomyślała le Fey.
Uśmiech, na który nikt na tym statku nie zasłużył, ledwie drgnął w kąciku ust Delilah. Powoli wsunęła na biodro kaburę a w kaburę swój służbowy M4A3, który powinna zgłosić Holtowi, ale tego nie zrobiła bo nie miała w zwyczaju słuchać rozkazów najemników ze śmieciowym kontaktem. Narzuciła na podkoszulek bluzę i zaciągnęła zamek całkowicie ukrywając zarys broni. Z bocznej kieszeni bagażu wyłuskała jeszcze aplikator z zielonym paskiem. Naproleve. Związek chemiczny błyskawicznie obcinający stres i relaksujący mięśnie.
Idealny dla człowieka, który przeżył miesiąc z gnijącym trupem, a teraz wylądował w kriokomorze.
Zamek elektroniczny zwolnił blokadę i agentka wyszła na główny korytarz. Stalowe kratownice podłogi ciągnęły się w nieskończoność, całkowicie puste. Kombajn wyglądał jak porzucona trumna. Zero ruchu, zero głosów, jedynie cichy szum wentylacji. Delilah przez chwilę stała w progu. Spojrzała na gródź prowadzącą na mostek kapitański. Tam siedział pilot z Volkov, skupieni na Blainercie, kompletnie ślepi na to co dzieje się na ich własnym statku. Potem popatrzyła na śluzę kwater hibernacyjnych. Wsunęła głębiej do kieszeni aplikator ze stymulantem i ruszyła niespiesznym krokiem w kierunku zamrażarek.
Sekcja kriogeniczna mieściła dziesięć górniczych komór. Dziesięć ciężkich, przemysłowych tub czekało w rzędzie na przyjęcie górników w drodze powrotnej z Borodino. Tylko jedna pracowała. Delilah minęła puste stanowiska i zatrzymała się przy aktywnym module na samym końcu sali. Mężczyzna za szybą, zanurzony w syntetycznym śnie sprawiał wrażenie martwego. Zupełnie jak Kardashian. Agentka przesunęła opuszkami palców po chłodnej powierzchni pancernego szkła. Przestudiowała wzrokiem jego sylwetkę. Informacje o ładunku Wallandera stanowiły dla niej absolutny priorytet, ale ten człowiek oferował znacznie więcej. Był żołnierzem marynarki Zjednoczonych Ameryk. Szkoloną do walki maszyną.
Zasobem.
Porzucone aktywa natychmiast podlegają wrogiemu przejęciu. Wpajano jej tę zasadę odkąd jako dziecko rozpoczęła szkolenie. Dla Hanningana rozbitek stanowił problem, dla niej okazję. Wystarczyło popchnąć go w odpowiednim kierunku, dać nadzieję, że czeka go w życiu coś lepszego niż sąd i więzienna cela. Dla Delilah było jasne, że cokolwiek Hanningan znajdzie na Blainercie spróbuje zatrzymać to dla siebie. A na to nie mogła pozwolić. Musiała wiedzieć czego poszedł tam szukać. Ryzykował własną karierą i życiem załogi, grał o wysoką stawkę. Na razie była na statku sama, bez sojuszników, bez tarczy.
Ale niedługo to się zmieni
Jej dłoń zacisnęła się na awaryjnej dźwigni dekompresyjnej.
To be continued...
-

Dolne pokłady Bleinerta
Każdy kosmiczny statek generował unikalną kompozycję dźwięków, doskonale rozpoznawalną dla jego stałej załogi. Wibracje, trzaski pracujących struktur, dźwięk włączonych urządzeń, piśnięcia elektronicznych instrumentów - wszystko to tworzyło znajome tło dźwiękowe, którego stałość brzmienia podnosiła komfort pracy ludzi, a każda fałszywa nuta z miejsca niosła jakieś ostrzeżenie.
Bleinert posiadał własną muzykę, lecz jej kompozycja była członkom grupy ratunkowej zupełnie obca. Okręt sprawiał wrażenie sprawnego, jego systemy podtrzymywania życia pracowały bez zauważalnych odchyleń od normy, ale brak śladu załogi sprawiał, że wydawane przez tender mechaniczne odgłosy budziły coraz większą nerwowość części ratowników.
Opowieść Jeremiaha Purcella - jeśli była prawdziwa - sugerowała, że na czas transferu tajemniczego ładunku z Wallandera na Bleinerta większość wojskowego personelu została skierowana do części rekreacyjnej okrętu na górnych poziomach konstrukcji. W ładowniach poniżej znaleźli się tylko oficerowie i goście, co mogło tłumaczyć całkowity brak kontaktu z załogą tendera w drodze do sekcji napędowej Bleinerta.
Na ścianach korytarza widniały ciągi cyfr i liter będących zakodowanymi informacjami dla załogi, ale rozmieszczone w regularnych odstępach plany ewakuacyjne pozwalały bez problemu określić bieżącą pozycję zespołu.
Po kilku minutach ostrożnego marszu opuścili korytarze biegnące wzdłuż rozległych ładowni zaopatrzeniowca, mijając rzędy zablokowanych drzwi prowadzących do sekcji towarowych w drodze ku klatkom schodowym prowadzącym poziom niżej. Windy pasażerskie Bleinerta również sprawiały wrażenie sprawnych, ale nie znając statusu zagrożenia na pokładzie tendera Marcus Holt nie zamierzał pod żadnym pozorem ryzykować uwięzienia w ciasnej przestrzeni szybu windy.
W eterze początkowo rozbrzmiewały oszczędne radiowe komunikaty, ograniczane do starannie dobieranych krótkich zdań krążących pomiędzy ratownikami i obsadą mostka Kardashiana - komunikacja przybrała jednak na intensywności w chwili zagłębienia się w plątaninę korytarzy sekcji napędowej.
- Odczuwalny wzrost temperatury - w głośnikach zatrzeszczał głos Eliasa - Trzydzieści jeden stopni i rośnie. To powyżej standardowych wartości.
- Problemy z chłodziwem? Uszkodzenie układu stabilizacyjnego? - zasugerował Sadza - Może ten kwas przeżarł się do rur?
- Potrzebuję dostępu do centrali reaktora - powiedział Elias - Jeśli komputery nie są zablokowane, sprawdzę ustawienia chłodzenia…
- Niezidentyfikowana przeszkoda - beznamiętny głos idącego przodem androida przeciął w jednej chwili dyskusję, skierował spojrzenia wszystkich ratowników w stronę Adama - Nie sprawia wrażenia integralnej części konstrukcji. Pochodzenie nieznane.
Android zagłębił się w jedną z technicznych odnóg głównego korytarza, oświetlił ją snopem światła padającego z wmontowanej w hełm latarki, a potem przyklęknął na podłodze odsłaniając obszerniejsze pole widzenia dla swoich towarzyszy.
- Co to jest? - zapytał kapitan Hannibal przesuwając zaskoczonym spojrzeniem po szkliście połyskliwych czarnych konturach substancji pokrywającej w nieregularnym stopniu podłogę ściany i sufit odnogi - To… grafit? Stwardniały grafitowy proszek? Jakiś nalot?
Joshua Gleeson docisnął się do pleców Eliasa i Siergieja, wspiął się na czubki palców próbując wyjrzeć ponad ich ramionami w stronę znaleziska Adama.
- Tego jest strasznie dużo jak na przypadkowe rozsypanie sproszkowanego ładunku - powiedział Hannigan przyglądając się uważnie czarnemu nalotowi, który w wielu miejscach ukrywał pod warstwą dziwacznej czerni oryginalną konstrukcję korytarza - Sprawia wrażenie bardzo twardego. Adam, co to może być?
- Nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, kapitanie - oznajmił android - Może to materiał syntetyczny, ale nie mogę wykluczyć pochodzenia biologicznego.
- Biologicznego? - w radiu rozbrzmiał zaskoczony głos Davyego O’Collana - W jakim sensie?
- Sprawdźcie integralność swoich skafandrów - polecił natychmiast Hannigan - Nikt oprócz Adama nie pobiera żadnych próbek bez mojej zgody.
- To może być pozostałość po skroplonym środku systemu przeciwpożarowego - zasugerował Sadza - Kto wie, jakich chemikaliów używa wojsko? Po tych wybuchach, co o nich mówił soldatik alarm mógł uruchomić zraszacze w tym przejściu, prawda?
- Jeśli tak, to czemu tylko tutaj? - odpowiedział z powątpiewaniem Holt - Nigdzie indziej po drodze nie widziałem śladu takiego osadu. Ani śladu pożaru. Adam, jak daleko ten nalot ciągnie się w głąb przejścia?
- Trzymajmy się na wszelki przypadek procedury skażenia przemysłowego - zaproponował natychmiast doktor Crowe. Przeszyty dreszczem niepokoju Joshua wyciągnął rękę chcąc klepnąć w geście aprobaty ramię stojącego przed nim Eliasa.
Wyciągnął ją, ale niemal natychmiast cofnął, dwa razy szybciej niż przy wyciąganiu. I zrobił bezwiednie krok w tył czując w myślach ponaglenie zwiniętego w kłębek instynktu samozachowawczego; przerażająco świadomy tego, że nikt inny nie widział jeszcze tego, co on.
Mostek Kardashiana
- Biologicznego? W jakim sensie? - sapnął zaskoczony pilot. Odwracając się w fotelu wymienił pełne zdumienia spojrzenia, nim jednak którekolwiek z nich zdążyło wyrazić na głos opinię na temat zagadkowego odkrycia w trzewiach zaopatrzeniowca, na ekranie pilota zamigotała alarmowa ikona systemu monitoringu. Davy uderzył kilkakrotnie palcem w dotykowy wyświetlacz, przełączył obraz z livestreamu grupy ratunkowej na podgląd kamer sieci bezpieczeństwa.
- Otwarcie drzwi hyperspalni - rzucił w stronę Nadii klikając wściekle w rozwijane menu monitoringu - Ktoś otworzył drzwi spalni.
To nie mógł być Purcell, O’Collan natychmiast wykluczył taką ewentualność. Adam znał się na swojej robocie, starannie skontrolował parametry urządzenia kriogenicznego po wprowadzeniu rozbitka w śpiączkę. Nie istniała żadna szansa na to, aby wojskowy sam się wydostał z kapsuły i otworzył drzwi spalni. A to pozostawiało swoje podejrzanych.
W radiu słuchać było głosy rozmawiających między sobą ratowników, ale Davy skoncentrował swoją uwagę na obrazie monitoringu, za plecami słysząc kroki zbliżającej się szybko Nadii i mamrocząc jednocześnie pod nosem jakieś przekleństwo.
Zgodnie z regulaminem tyczącym się zachowania na pokładzie przynajmniej szczątkowej prywatności, hyperspalnia pozbawiona była kamer, podobnie jak przylegające do niej toalety i prysznice. Obserwując wejście do pomieszczenia przez kamerę widzącą w poprzedzającym ją korytarzu, Davy mógł jedynie czekać aż intruz opuści spalnię ujawniając swoją tożsamość.
- Założę się, że to ta arogancka suka - syknęła Nadia pochylając się nad siedzącym w fotelu pilotem i wbijając wzrok w ekran - Od początku przeczuwałam, że będzie nam bruździć.
Davy nie odrywał wzroku od widocznych wyświetlaczu otwartych drzwi spalni i kiedy kilkanaście sekund później dostrzegł na nim nagle poruszenie pojął, że Nadia miała w pewnym sensie rację.
- Ja pierdolę, to młody? - zdumiała się Volkova patrząc jak William Biscuit przemieszcza się ostrożnymi ruchami w polu widzenia kamery, krok za krokiem skradając się w kierunku otwartych drzwi spalni - Co on ma w rękach? Czy to jest broń?!
Dolne pokłady Bleinerta
Coś uderzyło bez ostrzeżenia w górną część hełmu Eliasa i po przezroczystej przyłbicy doktora spłynęła nitka równie przezroczystego płynu, który z jakiegoś powodu skojarzył się Crowe z żywicą. Druga duża kropla cieczy rozbryzgnęła się tuż obok pierwszej wykreślając na pancernym szkle osłony hełmu nierówny wzór opadający miniaturowymi zygzakami w dół przyłbicy.
Doktor uniósł odruchowo wzrok, spojrzał w kratownicę znajdującego się ponad swoją głową szybu wentylacyjnego i zesztywniał porażony irracjonalnym wrażeniem, że dostrzega w jego mroku jakiś dziwny kształt wyraźnie nie pasujący konturami do przeznaczenia otworu.
Spomiędzy krat spadła kolejna kropla przezroczystej cieczy i wydający się być jedynie wytworem pobudzonej wyobraźni kształt znienacka się poruszył.
W ciasnej przestrzeni odnogi rozległ się dźwięczny metaliczny szczęk wyrwanej z ramy kratownicy.
-
Pierwsza kropla uderzyła w przyłbicę Eliasa niemal bezgłośnie. Przezroczysta ciecz rozlała się po pancernej szybie, pozostawiając za sobą lepką smugę. Crowe odruchowo przechylił głowę, próbując złapać ją w świetle latarki. Nie przypominała zwykłej kondensacji. Była zbyt gęsta. Lepka jak żywica albo wydzielina z nieszczelnej instalacji, choć żadna z tych odpowiedzi szczególnie mu się nie podobała.
– Mamy jakiś wyciek nad głowami… – zaczął przez radio, ale urwał. Druga kropla rozbiła się o przyłbicę. Elias uniósł wzrok ku kratownicy wentylacyjnej i przez krótką chwilę miał wrażenie, że w mroku za metalową siatką coś się poruszyło. Jak to możliwe? Widział obrys czegoś w ciemności, zbyt duży i zbyt nieregularny, by pasował do przewodów albo mechanizmu wentylatora. Czerń wydawała się połyskiwać, a gładkie refelksy światła układały się w coś podłużnego. Przynajmniej tak mu się zdawało. Nie zdążył przyjrzeć się dokładniej.Metal zapiszczał. Kratownica wyrwała się z mocowań i runęła w dół. Elias próbował uskoczyć, ale ciało zareagowało odrobinę za wolno. Ciężki fragment metalu uderzył w górną część hełmu z hukiem, który zabrzmiał w jego czaszce jak eksplozja. Świat rozbłysnął bielą. Crowe zachwiał się i opadł na jedno kolano. Analizator niemal wypadł mu z dłoni, ale zdołał zacisnąć palce na obudowie. W uszach pojawił się przeciągły pisk, skutecznie zagłuszający bieg rozmowy w wewnętrzyn interkomie chełu. Przez chwilę widział wszystko podwójnie. Obraz przed jego oczyma po prostu rozszczepił się na dwa niewyraźne, przesuwające się względem siebie kadry.
– Kurwa… – wychrypiał.
Próbował podnieść głowę, lecz natychmiast poczuł falę mdłości. Nie mógł się skoncentrować i nie był nawet pewien, czy wciąż klęczy, czy tylko wydaje mu się, że pokład znajduje się niepokojąco blisko przesłony chełmu. Wtedy coś ciężkiego spadło pomiędzy członków grupy. Elias zarejestrował jedynie gwałtowny ruch i czarną masę wielkości człowieka, która przecięła światło latarek. Nie potrafił dostrzec jej kształtu. Przez moment uznał ją za fragment instalacji albo zwinięty materiał techniczny, lecz wszystko rozmyło się, zanim zdołał skupić wzrok.Odruchowo cofnął się pod ścianę, opierając o nią bark. Uniósł analizator przed siebie, choć cyfry na wyświetlaczu rozpływały się w niezrozumiałe smugi.
– Dostałem kratą… – powiedział z opóźnieniem przez radio. – Coś jeszcze spadło. Co to? Nie widzę wyraźnie. – wybełkotał pytanie i zamrugał kilkakrotnie, próbując zmusić oczy do współpracy. Światło dochodzące z latarek wbijało mu się w czaszkę, a pod hełmem narastało pulsujące ciepło. -
Joshua stał z tyłu, starając się zająć jak najmniej przestrzeni i za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Gdy szli pustymi, klaustrofobicznymi korytarzami, a jedynym dźwiękiem był rytmiczny stukot magnetycznych butów, jego myśli krążyły niczym wygłodniałe sępy wokół jednej, powracającej w kółko kwestii: Co ja tu, do ciężkiej cholery, robię?!
Przecież nie pisał się na abordaż wojskowego tendera. Nie było o tym słowa w jego kontrakcie inżynieryjnym. Odtwarzał w głowie scenę z ambulatorium: kapitan podający mu pistolet, dociskający twardą, zimną kolbę prosto do piersi Joshuy, to lodowate, kpiące spojrzenie i słowa, by odebrał mu dowództwo, skoro uważa, że Hannigan naraża załogę.Złośliwy, cyniczny dupek – pomyślał, czując ukłucie gorącej nienawiści. Kapitan ewidentnie chciał się na nim odegrać za to, że Joshua odważył się podważyć jego decyzję przy tym pajacu z ratunkowej kapsuły. I teraz, ku własnemu przerażeniu, znalazł się na pierwszej linii tego szaleństwa. Miał też żal do innych. Miał żal do Crowe'a, do Siergieja, do każdego, kto stał wtedy w ambulatorium i po prostu patrzył w milczeniu, jak Joshua zamiera przed wymierzoną w niego rękojeścią. Nikt go nie wsparł. Nikt nie powiedział Hanniganowi, że to samobójstwo wchodzić na ten wrak. Banda tchórzy i lojalnych do porzygu korposzczurów. Ale w głębi duszy wiedział, że tam właśnie kończyła się jego własna odwaga – na cichej, bezsilnej wściekłości. Przynajmniej wziął ze sobą swój własny pistolet ze skrytki. Jego ciężar w kieszeni skafandra był jedyną rzeczą, która powstrzymywała go przed całkowitym obłędem.
Teraz jednak, stojąc za plecami Crowe'a i wpatrując się w tę nienaturalną, czarną strukturę przypominającą skamieniałą żywicę, pistolet wydawał się absurdalnie nieprzydatny.
Usłyszał, jak Elias próbuje zachować profesjonalizm, proponując procedurę skażenia przemysłowego. Joshua instynktownie wyciągnął dłoń w grubym skafandrze, by poklepać ramię doktora i poprzeć ten jedyny logiczny plan. Wtedy to zobaczył...Kątem oka wychwycił coś, co zburzyło resztki jego i tak kruchej stabilności. Kształt w szybie wentylacyjnym. Zbyt duży, zbyt płynny, odcinający się połyskliwą czernią od cienia kratownicy. Jego dłoń zatrzymała się w połowie ruchu i cofnęła z prędkością uderzenia bicza. Zrobił bezwiedny krok w tył. Serce, to przeklęte, schorowane serce, natychmiast wrzuciło najwyższy bieg. Krew uderzyła mu do głowy, a w uszach zagrzmiał potężny szum, zagłuszając nawet głosy w interkomie. Zrobiło mu się lodowato zimno. Zanim zdążył wykrztusić ostrzeżenie, rozległ się potworny zgrzyt dartego metalu. Kratownica runęła w dół z hukiem, który uderzył prosto w hełm Eliasa. Doktor zachwiał się, opadając na kolano w deszczu sypiących się odłamków.
A zaraz za kratą, prosto w snopy światła ich latarek, spadła ta potworna, wielka masa.Wtedy pękł.
Oddech uwiązł Joshui w gardle, a klatkę piersiową przeszył ostry, piekący ból – znajomy, ale tym razem potężniejszy niż kiedykolwiek. Złapał się oburącz za napierśnik skafandra, dławiąc się zapętlonym powietrzem z recyrkulatorów. Przed oczami zatańczyły mu czarne mroczki. Instynkt przetrwania krzyczał, by odwrócić się i uciekać, biec na oślep przez puste ładownie, z powrotem do Kardashiana, z dala od tego gówna. Cofnął się o kolejny, chwiejny krok, potykając się o własne buty. Z jego ust wyrwał się krótki, paniczny jęk, doskonale słyszalny dla całej załogi przez otwarty kanał komunikacyjny.
Wszyscy musieli to zobaczyć – inżyniera, który nagle łamie się wpół, dławi i wycofuje w absolutnym przerażeniu. Balansował na samej krawędzi. Wystarczyło, by postawił jeszcze jeden krok w tył, a rzuciłby się do szaleńczej, zaraźliwej ucieczki.Ale z jakiegoś powodu, mimo bólu rozrywającego klatkę piersiową, jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Zamarł, oparty plecami o zimną ścianę korytarza, dysząc ciężko z wybałuszonymi oczami, wpatrzony w czerń poruszającą się teraz na podłodze, tuż przed ogłuszonym Crowe'em. Z trudem, potężnym wysiłkiem woli, stłumił chęć krzyku. Żył, ale to był koniec – systematycznie kruszący się mur jego odwagi właśnie runął z hukiem, przygniatając pod sobą resztki racjonalnego myślenia.
Wszystko dookoła wydawało się dziać w zwolnionym tempie, przytłumione przez głośne, nierówne dudnienie jego własnego serca. Joshua mrugał gwałtownie, próbując odzyskać ostrość widzenia, gdy jego mózg powoli rejestrował kolejny, absurdalny wręcz szczegół.
Jego dłonie.
Trzęsły się tak mocno, że stawy zbielały z wysiłku, zaciskając się na zimnym, polimerowym chwycie. Trzymał przed sobą pistolet. Lufa była skierowana w sufit, prosto w ciemną, ziejącą wyrwę po kratownicy wentylacyjnej, z której przed sekundą wypadła ta potworna masa.
Nie miał zielonego pojęcia, kiedy wyciągnął broń z kieszeni skafandra. Zrobił to instynktownie, całkowicie poza świadomością, jakby to jakiś pierwotny instynkt przejął kontrolę nad jego ciałem, by ratować go przed tym, czego jego własny umysł nie potrafił już znieść. Półświadomy, z szeroko otwartymi w szoku oczami i zablokowanym oddechem, stał przykuty do ściany, gotów nacisnąć spust przy najmniejszym ruchu w czerni nad ich głowami. -
Davy O'Collan - Mostek Kardashiana
Davy siedział pochylony nad konsolą, z łokciami opartymi o krawędź pulpitu. Na głównym ekranie miał transmisję z kamer grupy abordażowej. Obraz co chwilę rwał się, rozpadał na kwadraty i wracał, ale wystarczał, żeby śledzić każdy ich krok na pokładzie Bleinerta.
Crowe prowadził światłem po ścianach. Holt sprawdzał boczne przejścia. Hannigan trzymał grupę w ryzach. Kalashnikov szedł ciężko, pewnie, zaciskając w dłoni wielki klucz wielozadaniowy, którym mógł otworzyć zaryglowane drzwi lub rozłupać komuś czaszkę. Android poruszał się z tą swoją nieludzką precyzją, która zwykle działała Davy’emu na nerwy, ale w tej chwili była raczej pocieszająca.
Nadia stała obok, pochylona nad drugim panelem.
— Sygnał Crowe’a znowu spada — powiedziała.
— Statek jest obłożony złomem, ołowiem i prawdopodobnie klątwą starożytnego kosmicznego górnika. Cieszmy się, że w ogóle coś widzimy.
Wtedy z bocznego głośnika dobiegł cichy, pojedynczy ton.
Krótki, dyskretny sygnał administracyjny, który w normalnych warunkach można było zignorować.
Davy zerknął na komunikat.
NIEPLANOWANE OTWARCIE DRZWI SEKCJI HYPERSNU
AUTORYZACJA AWARYJNAPrzez moment patrzył na ekran bez ruchu.
— Co, do chuja…
Przełączył widok z transmisji abordażowej na monitoring Kardashiana.
Potem powoli wyjął z ust gumę do żucia i przykleił ją do krawędzi pulpitu.
Widok jaki zobaczył, zakoczył go. Skradający się William Biscuit, idący przez korytarz prowadzący w stronę sekcji kriogenicznej. Pochylony, spięty, z czymś trzymanym w obu dłoniach. Kamera była zbyt słaba, by jednoznacznie rozpoznać przedmiot, ale sposób, w jaki William go trzymał, nie wyglądał jak spacer z kubkiem kawy.
Co ciekawe, drzwi do pokoju z lodówkami były otwarte.
Zaczął przeglądać obraz z drugiej kamery korytarzowej, jakby w jakiś sposób mógł zmusić system monitoringu do pokazania wnętrza hypersypialni.
Nie mógł.
W projekcie Kardashiana zachowano jeszcze resztki wiary w ludzką godność. W hypersypialniach, prysznicach i toaletach nie instalowano kamer. Najwyraźniej konstruktorom nie przyszło do głowy, że pewnego dnia podczas abordażu opuszczonego wojskowego tendera ktoś z pasażerów spróbuje samowolnie rozmrozić podejrzanego żołnierza. No ale kto ?
Pokład mieszkalny był niemal pusty. Kapitan, Holt, Crowe, Nexus, Kalashnikov i reszta znajdowali się na Bleinercie. Nadia siedziała z nim na mostku. Pozostawała więc dwójka pasażerów - Delilah le Fey i William Biscuit. Wiliama widział na monitoringu, więc wniosek nasuwał się sam.
— Ja pierdolę, kurwa - pomyślał.
— Czyli w środku musi być le Fey - powiedział do Nadii - Pani królowa pizda...
Na ekranie nadal pulsował alarm. Cykl kriogeniczny pozostawał aktywny, ale część systemów została przełączona na ręczną kontrolę.
— Ona chce go obudzić — stwierdziła Nadia.
Davy odchylił się w fotelu.
— No jasne, że chce go obudzić. Bo czemu, kurwa, nie? Kapitan jest na obcym statku, połowa załogi ryzykuje życie, a nasza korporacyjna księżniczka postanowiła rozmrozić uzbrojonego rozbitka, który już raz zaczął dzień od strzelania do ludzi.
Po chwili rozmyślania, przesunął palcem po panelu interkomu.
Aktywował nagłośnienie całego pokładu mieszkalnego.
W głośnikach rozszedł się krótki sygnał.
Davy nachylił się nad mikrofonem.
— Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy... Próba mikrofonu. A właściwie to taki oto komunikat...
Mówił spokojnie.
— Pani le Fey. Tu mostek.
Przerwał na sekundę.
— Na pokładzie mieszkalnym zostały dokładnie dwie osoby. Pani i pan Biscuit. Pana Biscuita widzę na kamerach. Tak, tak - widzę pana...
— Widzę też otwarte drzwi kriokomór a to znaczy, że w środku jest pani.
Jego głos stwardniał.
— Nie jestem może detektywem, ale wnioskuję, że postanowiła pani samowolnie otworzyć sekcję kriogeniczną podczas trwającej operacji ratunkowej. Doceniam inicjatywę. Naprawdę. Zawsze marzyłem, żeby w chwili, gdy kapitan, ochrona, lekarz, android i połowa technicznej załogi znajdują się na pokładzie potencjalnie skażonego wojskowego tendera, ktoś urządził nam dodatkowy kryzys wewnętrzny. Ma pani mój szacunek za fantazję i pomysłowość. Naprawdę doceniam.
Nachylił się jeszcze bliżej mikrofonu.
— Mam jednak jedną małą prośbę - proszę przestać, kurwa, robićto co właśnie pani robi i wrócić do swej kabiny.
Nadia zerknęła na niego, ale nic nie powiedziała.
— Proszę natychmiast odsunąć się od komory Jeremiaha Purcella, nie dotykać panelu sterowania, dźwigni awaryjnych, przewodów, aplikatorów, pacjenta ani czegokolwiek, co wygląda, jakby miało przycisk. Następnie proszę opuścić sekcję kriogeniczną, położyć wszelką posiadaną broń o ile pani taką posiada i wrócić do swojej kwatery.
Przechylił głowę i dodał tonem człowieka przekazującego szczególnie uprzejmą informację o opóźnionym locie:
— To nie jest propozycja ani początek negocjacji. Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Świadome złamanie mojego rozkazu zostanie uznane za próbę przejęcia kontroli nad jednostką, czyli bunt. A bunt na statku kończy się zwykle znacznie mniej przyjemnie niż reklamacja usługi transportowej. Ja naprawdę panią lubię, ba powiedział bym nawet, że jest pani podobna do mojej kolejnej, byłej żony, no ale jak będzie mi pani latała bez autoryzacji po statku - to się nie dogadamy...
— Panie Biscuit. Pana również widzę.
William zatrzymał się w pół kroku.
— Nie wiem, co panu strzeliło do głowy, bo wygląda pan niesamowicie sympatycznie, no ale też bym kurwa prosił, by wrócił pan do siebie... ok?
Davy kontynuował:
— Teraz proszę posłuchać, jeszcze raz, bardzo uważnie, bo nie będę się powtarzał.
Jego ton utracił resztki ironii.
— Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Wydałem bezpośredni rozkaz bezpieczeństwa. Jego złamanie zostanie potraktowane jako świadome zagrożenie dla statku, załogi i trwającej operacji ratunkowej.
Odczekał chwilę.
— A więc bunt. Nie taki romantyczny, z flagami, przemówieniami i wolnością dla uciśnionych. Taki zwykły, brudny bunt, po którym ludzie trafiają do zamkniętych pomieszczeń, a kapitan zastanawia się, czy bardziej opłaca się ich sądzić, czy wyrzucić na najbliższej stacji razem z odpadami przemysłowymi. Albo po prostu wpakować kulkę w łeb.
— Mam szczerą nadzieję, że przekaz dotarł.
Wyłączył mikrofon.
— Opiekunie.
— Słucham.
— Zmień status istniejącej blokady pokładu mieszkalnego. Tryb bezpieczeństwa statku. Poziom naruszenia wewnętrznego. Pilot O'Collan, autoryzacja 8127849045 alfa.
— Proszę sprecyzować zakres procedury.
Davy nie odrywał wzroku od kamer.
Grodzie pokładu mieszkalnego były już zamknięte i zabezpieczone kodami PIN. Teraz jednak nie chodziło o zwykłe ograniczenie ruchu.
— Utrzymaj wszystkie grodzie zamknięte. Unieważnij lokalne kody PIN pasażerów. Zablokuj panele dostępu poza mostkiem i maszynownią. Wyłącz terminale osobiste, systemy rozrywki, automaty gastronomiczne i całą elektronikę, która nie jest konieczna do podtrzymania życia.
— Czy zachować oświetlenie?
— Awaryjne i korytarzowe. Resztę wyłączyć.
— Dostęp do sieci pokładowej?
— Odciąć urządzenia pasażerów. Żadnych połączeń z systemami statku, zamkami, wentylacją, medycznymi bazami danych ani systemem kriogenicznym.
— Potwierdzić izolację sekcji hypersnu?
— Tak. Sterowanie wyłącznie z mostka. Żadnych lokalnych komend.
— Procedura może uniemożliwić dokończenie ręcznie rozpoczętych operacji.
— O to właśnie chodzi.
Światła na podglądzie korytarza przygasły. Panele dostępowe zgasły jeden po drugim. Kolorowe wyświetlacze informacyjne zniknęły, pozostawiając jedynie czerwone oznaczenia drogi ewakuacyjnej i chłodne światła awaryjne.
William stał teraz w półmroku.
— Tryb naruszenia bezpieczeństwa statku aktywny — poinformował Opiekun. — Pokład mieszkalny pozostaje odizolowany. Wszystkie zbędne systemy zostały wyłączone. Lokalne sterowanie sekcją kriogeniczną jest niedostępne.
Davy ponownie włączył interkom.
— Panie i panowie, wielki brat patrzy. Raz, raz do pokoików proszę...
Wyłączył interkom i odetchnął ciężko.
— Ja pierdolę. Co za ludzie...
Przywrócił transmisję grupy abordażowej.
Na główny ekran wróciły obrazy z kamer nahełmowych. Crowe szedł pierwszy przez wąski, czarny korytarz. Światło jego latarki ślizgało się po ścianach pokrytych czymś, co przypominało sadzę albo zaschniętą maź.
Davy poprawił jakość transmisji.
— Sygnał jest jeszcze gorszy — zauważyła Nadia.
— Za dużo metalu między nimi a nami.
Z kamery Crowe’a było widać fragment sufitu i kratę wentylacyjną.
Przez sekundę nic się nie działo.
Potem krata drgnęła.
— Co znów ?!
Kratownica runęła w dół, uderzając Crowe’a i odrzucając obraz kamery pod ostrym kątem. Transmisja eksplodowała szumem, trzaskiem i przekleństwami.
Razem z kratą z szybu spadło coś jeszcze.
Przemknął przez snop światła i zniknął poza kadrem.
— Co to było?! — Nadia pochyliła się nad ekranem.
Davy natychmiast cofnął nagranie.
— Opiekunie, ostatnie pięć sekund. Stabilizacja obrazu. Maksymalna rozdzielczość.
Nagranie ruszyło ponownie.
Ciemna masa przecinająca obraz.
— Zatrzymaj.
Piksele zastygły.
Obiekt był niemal całkowicie czarny. Częściowo przesłonięty przez kratę, rozmyty ruchem i widoczny na zaledwie kilku klatkach.
— Powiększ.
Obraz rozpadł się na grube bloki.
— Korekcja kontrastu.
Cień zmienił się w jaśniejszą, ale równie nieczytelną plamę.
— Analiza kształtu — rozkazał Davy.
— Niewystarczająca liczba klatek — odpowiedział Opiekun. — Rozdzielczość obrazu jest zbyt niska. Obiekt pozostaje częściowo zasłonięty. Nie można określić jego wymiarów ani struktury.
Davy przełączył się między transmisjami Holta, Hannigana, Kalashnikova i Adama.
Na jednej widać było tylko spadającą kratę.
Na drugiej nagły ruch światła.
Na trzeciej plecy Crowe’a i czarną smugę znikającą poza ekranem.
Nie dało się powiedzieć, czy spadł człowiek, ciało, zwierzę, fragment wyposażenia czy coś zupełnie innego.
Na monitorze oznak życiowych tętno Crowe’a gwałtownie wzrosło. Parametry pozostałych również skoczyły niemal równocześnie.
— Kanał grupy. Natychmiast. - rzucił do Nadii.
Davy wcisnął przycisk transmisji.
— Kapitanie, tu Kardashian.
Odpowiedział mu wyłącznie szum, urwane oddechy i odległy metaliczny trzask.
Davy ścisnął mikrofon.
— Kapitanie Hannigan, czy wszystko wporządku? Co tam się kurwa odpierdala u Was ?
Spojrzał na kamery, szukając choćby jednego stabilnego kadru.
— Kapitanie… ?
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Właśnie wtedy, gdy wszyscy wgapiali się w ciemną plamę rozlaną na pokładzie, coś huknęło za jego plecami.
Nie wystrzał. Coś ciężkiego. Metal o metal.
Sadza odwrócił się odruchowo.
— Shto... kurwa?
Obraz przez moment nie chciał się złożyć w całość.
Chimik leżał na kolanach, podparty rękami, kaszląc i mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa. Za nim stał Joshua. Sztywny. Nieruchomy.
— Crowe?
Nie zdążył zrobić nawet kroku.
Coś spadło z sufitu.
Ciemna, błyszcząca masa runęła pomiędzy niego a Eliasa z mokrym, obrzydliwym plaśnięciem.
Sadza aż drgnął.
— Blin!
Odruch był szybszy od myśli. Zamachnął się ciężkim buciorem, chcąc odkopnąć to paskudztwo gdzieś pod ścianę. Nie zastanawiał się, czym jest. Nie chciał wiedzieć.
-
Delilah le Fey
Zawahała się.
Dopóki Hannigan wciąż był kapitanem statku, a Purcell jego więźniem nie miała prawa tak po prostu uwolnić żołnierza. To byłoby jawne przestępstwo. Najmniejszy błąd z jej strony, jeden fałszywy krok, a ten drań z uśmiechem na ustach wepchnie ją do pustej komory tuż obok Purcella.
Cofnęła dłoń do dźwigni jak oparzona a na skroni pojawiły pierwsze krople potu. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Nie rozumiała co się z nią dzieje. Prawie zniszczyła swoją pozycję pod wpływem durnego impulsu. Lata szkoleń właśnie przegrały z frustracją wywołaną przez brudny kombajn i jego dowódcę.
Zrobiła krok w tył, odsuwając się od rzędu zamrażarek. Spojrzała na śpiącego żołnierza ten ostatni raz. Zostawi go tu, przynajmniej na razie. Zamierzała opuścić spalnię i ruszyć głównym korytarzem w kierunku dziobu. Mostek i systemy komunikacyjne musiały poczekać jeszcze kilkanaście minut. Najpierw postanowiła zejść do hangaru i obejrzeć szczątki kapsuły ewakuacyjnej z bliska.
I właśnie wtedy usłyszała głos pilota...
-
Marcus Holt
Kratownica uderzyła w podłogę z dźwiękiem który odbił się od ścian wąskiej odnogi i wrócił ze wszystkich stron naraz.
Holt był przy ścianie zanim metal przestał rezonować - jeden krok w tył, plecy do betonu, M41A uniesiony na poziom ramion, palec przy kabłąku nie na spuście. Latarka przyłbicy uderzyła snopem światła w masę która spadła między Crowe'a a Sadzę.
Jedna sekunda.
Czarna błyszcząca bryła. Nienaturalny połysk. Fragment który nie pasował do żadnego organicznego kształtu który Holt znał z doświadczenia. Sadza już się zamachiwał butem, Gleeson miał pistolet w górze skierowany w sufit, Crowe klęczał i mamrotał coś przez radio z opóźnieniem charakterystycznym dla człowieka który właśnie dostał czymś ciężkim w głowę.
Dwie sekundy.
Latarka przesunęła się wzdłuż bryły. Złącze w miejscu gdzie powinno być ramię. Przegub. Urwana kończyna leżąca pół metra dalej. Płyn hydrauliczny rozlewający się po pokładzie ciemną plamą, zbierający się w szczelinach między płytami podłogowymi.
Trzecia sekunda.
Holt wciągnął powietrze przez zęby - krótko, kontrolowanie - i opuścił lufę o kilkanaście centymetrów.
-Stać. - Zdecydowany głos ochroniarza wybrzmiał tembrem w słuchawce. - Nie strzelać. Nie drzeć się. Nie bić tego na oślep. Kalashikov, do was mówię!
Pauza. Latarka wróciła na chwilę na bryłę, potem powędrowała pionowo w górę na otwór po kratownicy. Ciemność. Przewody. Nic więcej.
- Szkoda amunicji. To tylko...
Nie zdążył dokończyć. Widzieli sami już bardzo dobrze z czym mieli doczynienia.
-
Caleb Hannigan
Podtrzymywanie życia na Bleinercie działało. Grawitacja, temperatura, chyba atmosfera. Tylko brakowało załogi. Minęli kilka otwartych grodzi, ale tender tylko pomrukiwał życiem swoich mechanizmów. Aż znaleźli dziwne grafitowe powłoki. Czy cokolwiek to było. Adam nie był w stanie na razie niczego wyjaśnić, ale pewne pozostawało, że im bliżej źródło ciepła na Bleinercie, tym więcej tych powłok.
Zanim jednak zagłębili się w korytarz, Crowe zakomunikował wyciek nad głowami.Hannigan zamiast spojrzeć na oficera naukowego, odruchowo spojrzał ponad siebie w poszukiwaniu uszkodzeń w suficie, lub rurach. Zanim jednak mógł dojść do wniosku, że żadnego wycieku nie widzi, dał się słyszeć zgrzyt stali i coś spadło z hukiem na Crowe’a. Dopiero wtedy Caleb spojrzał w kierunku oficera orientując się, że ten jest ranny… a w ślad za kratką na dół spadł.
- Android… - kończąc za konwojenta, powiedział na otwartym kanale by słyszał go wywołujący ich Davy, wcale jednak nie uspokojony odkryciem. Przeciwnie. - To android, uwaga!
Skoczył ku ogłuszonemu Crowe’owi by stanąć na ewentualnej drodze syntetyka do naukowca i pamiętny poleceń Holta, być gotowym zniszczyć wyraźnie uszkodzoną maszynę, której zamiary nie musiały być przyjazne i na razie nic na to nie wskazywało by były.
-
Adam zareagował natychmiast.
Minął Marcusa Holta i kapitana Hannigana z uprzejmą, lecz zdecydowaną stanowczością. Nie było w tym ani cienia pośpiechu, tylko chłodna konieczność wykonania obowiązków medycznych.
— Proszę o umożliwienie oceny obiektu.
Uklęknął przy leżącym syntetyku.
Przez kilka sekund nie wykonywał żadnych czynności. Jedynie obserwował.
Czarny kombinezon nosił wyraźną naszywkę korporacji Weyland-Yutani.
Lewa ręka i lewa noga zostały oderwane z korpusu. Nie wyglądało to na precyzyjne cięcie. Charakter uszkodzeń wskazywał na działanie ogromnej siły mechanicznej.
Z poszarpanych połączeń nie wypływała już biała substancja hydrauliczna.
Wyciekła niemal całkowicie.
Pojedyncze krople spływały jeszcze z rozerwanych przewodów.
Adam przesunął wzrok na korpus i głowę.
Poszycie było głęboko roztrzaskane.
Kolejne uszkodzenia układały się w charakterystyczny wzór.
Wgniecenie.
Rozdarcie.
Następny cios.
Analiza trajektorii i geometrii obrażeń zajęła mu zaledwie chwilę.
— Uszkodzenia nie są skutkiem awarii ani eksplozji.
Przyłożył dłoń do zdeformowanego pancerza.
— Charakter deformacji wskazuje na wielokrotne uderzenia ciężkim narzędziem o spiczastym zakończeniu. Prawdopodobne narzędzie górnicze... oskard lub konstrukcja o zbliżonej geometrii.
Jego palce na moment spoczęły przy uszkodzonej czaszce syntetyka.
Nie wyczuwał żadnej aktywności.
Żadnej odpowiedzi systemów.
Żadnego sygnału.
— Brak komunikacji elektronicznej.
Krótka pauza.
— Rdzeń poznawczy uległ krytycznemu uszkodzeniu. Jednostka nie wykazuje oznak funkcjonalności intelektualnej.
Adam wyprostował się powoli.
Spojrzał kolejno na kapitana, Holta i pozostałych członków zespołu.
— Moja ocena jest jednoznaczna. Ten syntetyk nie stanowi zagrożenia. Jest trwale wyłączony z działania.
Na moment przeniósł wzrok ku otwartemu szybowi wentylacyjnemu, z którego wypadł android.
— Natomiast osoba lub czynnik, który doprowadził go do tego stanu... może nadal znajdować się na pokładzie. -
Adam odwrócił się od uszkodzonego syntetyka i podszedł do Eliasa Crowe'a. Uderzenie kratownicą mogło zakończyć się znacznie gorzej, jednak medyk nie zamierzał opierać się wyłącznie na przypuszczeniach.
— Panie Crowe, przeprowadzę krótką ocenę neurologiczną.
Jego głos pozostawał spokojny i rzeczowy.
Najpierw przyjrzał się uszkodzonemu skafandrowi. Mimo widocznych uszkodzeń powłoka nie utraciła szczelności.
— Integralność skafandra zachowana. Rozszczelnienia nie stwierdzam.
Następnie skierował światło niewielkiej latarki diagnostycznej w oczy Crowe'a.
— Proszę patrzeć przed siebie.
Wąskie źrenice zwęziły się pod wpływem światła.
Adam porównał ich wielkość.
— Źrenice równe. Reakcja na światło prawidłowa.
Przeszedł do oceny orientacji.
— Proszę podać swoje imię i nazwisko.
Krótka przerwa.
— Jaka jest dzisiejsza data?
— Gdzie się obecnie znajdujemy?
— Co było przyczyną urazu?
Nie komentował odpowiedzi. Rejestrował je.
Po chwili powiedział:
— Proszę zapamiętać trzy słowa. Drzewo. Dom. Rzeka.
Odczekał kilka sekund, kontynuując badanie.
— Proszę wykonać kilka kroków w moim kierunku.
Obserwował ustawienie stóp, płynność ruchów i utrzymanie równowagi. Następnie polecił:
— Proszę dotknąć palcem wskazującym czubka własnego nosa.
Kolejne dane trafiały do jego wewnętrznej analizy.
Po upływie krótkiej chwili wrócił do poprzedniego polecenia.
— Proszę powtórzyć trzy słowa, które wcześniej wymieniłem.
Adam przez moment milczał, zestawiając wyniki wszystkich prób.
— Wstępna ocena zakończona. Jeżeli odpowiedzi są prawidłowe, a równowaga i pamięć pozostają zachowane, nie stwierdzam jednoznacznych objawów wstrząśnienia mózgu. Zalecam jednak dalszą obserwację. W przypadku wystąpienia zawrotów głowy, nudności, zaburzeń widzenia lub splątania należy natychmiast zgłosić ten fakt.
Dopiero wtedy uniósł wzrok znad skanera.
— Może pan kontynuować działania, panie Crowe. Będę monitorował pański stan. -
Caleb Hannigan
Uszkodzony. A właściwie zupełnie zrujnowany zgodnie z diagnozą Adama. Kapitan nie przeszkadzał androidowi w jego obowiązkach. Przyjrzał się wyłamanej kratce wentylacyjnej i raz jeszcze czarnej strukturze na ścianach. Potem gdy Adam zajął się Eliasem przyjrzał się rozczłonkowanemu syntetykowi, który wyglądał jakby wpadł w jakąś górniczą machinę. Co robił w szybie wentylacyjnym?
Na widok naszywki skrzywił się na chwilę. Karty kodowe krążyły. Po świecie. Kosmosie. Na Kardashianie była karta kodowa Lasalle co przecież nie znaczyło, że kombajn należał do Lasalle. Ale karta kodowa i android… Caleb zapragnął jak najszybciej uporać się z szukaniem rozbitków.
I wtedy spojrzał na młodszego inżyniera. I broń.
- Panie Gleeson - powiedział, ale tamten wydawał się być w jakimś stuporze - Panie Gleeson!
Pistolet w rękach Joshuy wyglądał na narzędzie kompletnie nieprzewidywalne i wymiernie niebezpiecznie. Do tego technik świadomie zignorował polecenie poinformowania Marcusa o posiadaniu broni. Szlag. Caleb wiedział, że Gleeson to bumelant. Ale teraz dowiedział się, że to neurotyk z poważnymi zaburzeniami, który był o krok od otwarcia ognia na uszkodzonym tenderze.
- Adam, zebrałeś coś do sedacji? - zapytał syntetyka wciąż zajmującego się Crowem.
- Panie Gleeson, proszę opuścić i oddać panu Holtowi broń. -
To, co przed chwilą wydawało się być bezkształtnym koszmarem wylewającym się z sufitu, w ostrym świetle latarek nabrało wreszcie makabrycznie realnych kształtów.
Nie potwór z ciemności. Zwykły, choć potwornie okaleczony syntetyk.
Czarny kombinezon lśnił od lepkiej, białej substancji hydraulicznej, która wciąż kapała z poszarpanych kikotów. Lewa ręka i noga zostały brutalnie wyrwane z korpusu, a naszywka Weyland-Yutani na piersi była umazana syntetyczną krwią. Beznamiętny, analityczny głos Adama przeciął ciszę. Z każdym jego słowem obraz sytuacji stawał się coraz bardziej ponury.W tym samym momencie wzrok kapitana Hannigana oderwał się od zniszczonego androida i spoczął na trzęsących się dłoniach inżyniera. W półmroku korytarza lufa pistoletu Gleesona wciąż celowała w ziejącą czernią wyrwę wentylacyjną.
Dla Joshuy czas ponownie zwolnił, ale tym razem strach został wyparty przez coś znacznie bardziej prymitywnego. W jego żyłach krążyło obecnie niebezpiecznie wysokie stężenie krwi w adrenalinie. Ten biologiczny koktajl sprawił, że mięśnie inżyniera napięły się, a umysł, zamiast szukać uległości, wszedł w tryb agresywnego przetrwania. Przypomniał sobie złośliwy uśmiech kapitana w ambulatorium, być może tylkp w jego wyobraźni, ale jakże do niego teraz pasował! Zdał sobie sprawę, że Hannigan wciągnął go w to piekło dla czystej satysfakcji.
Joshua powoli opuścił lufę w stronę podłogi, ale jego palec nie zsunął się z kabłąka, a dłoń ani na milimetr nie zbliżyła się do Marcusa Holta.
— Oddać? — wyrzucił z siebie z nerwowym, suchym śmiechem, w którym nie było krzty rozbawienia. Przeniósł gorączkowe spojrzenie z Holta na Hannigana. — Kapitanie... Z całym szacunkiem, ale chyba pan nie słyszał, co przed chwilą powiedział Adam. Ten syntetyk nie rozerwał się sam, bo miał wadliwe oprogramowanie. Został zmasakrowany!
Zrobił minimalny krok w tył, zapierając się mocniej na nogach, jakby z każdym słowem przytwierdzał się do pokładu. Paranoja i stres zmieszały się z dawnymi, wypartymi instynktami. W kolonii górniczej, w której dorastał, nikt nie oddawał broni dobrowolnie. Tam można było zarobić kosę pod żebro za znalezienie się na złej ulicy, w niewłaściwym czasie, albo po prostu za to, że ktoś miał gorszy dzień i nie spodobało mu się twoje spojrzenie. W tamtym rdzewiejącym piekle pistolet nie był luksusem. Był absolutnym przedłużeniem woli życia.
W tym.momencie jakby otrzeźwiał, a powietrze uszło z niego szybko jak z rozwiązanego, urodzinowego balonika. Zdał sobie bowiem sprawę, że jego emocjonalny ton właśnie być może potwierdził słuszność decyzji kapitana. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy na moment. Po chwili postarał się spokojnym tonem wyjaśnić swoją wolę.
— Wydał pan rozkaz abordażu. Wszystko tu pachnie nagłą śmiercią, a znam ten zapach doskonale. I tylko to — uniósł lekko broń — gwarantuje mi, że jeśli znów z sufitu spadnie coś nieoczekiwanego, będę miał czym odpowiedzieć.
Schował broń pod kurtkę, by nie kusić losu. Jednak widząc, że sylwetka Holta wciąż pozostaje napięta, a oficer bezpieczeństwa może zaraz spróbować siłowego rozbrojenia, Gleeson przełknął ślinę i spróbował szybko zracjonalizować całe zajście, odzyskując odrobinę inżynieryjnego tonu:
— A to, że ją wyciągnąłem... To było tylko skrajne zaskoczenie. Czysty, bezwarunkowy odruch. Mam przeszkolenie wojskowe i pozwolenie. Nic nikomu nie grozi z mojej strony, dopóki celuję w to, co próbuje nas zabić. Zresztą, sam mi pan niedawno podawał swój pistolet, czyż nie?
Ostatnie zdanie było niepotrzebne, ale padło. Pobudzenie definitywnie pokonało lęk. Joshua rzucił na szalę resztki swojej insubordynacji, świadomy, że na tym mrocznym okręcie zasady korporacyjne właśnie przestały obowiązywać, a zaczęło się surowe prawo przetrwania. Co miał do stracenia? Że wyrzucą wyrzutka? Może tak będzie lepiej. Z dala od tego szaleństwa.
-
Marcus Holt
Holt obrócił się w stronę Gleesona w momencie gdy ten schował broń pod kurtkę.
Zrobił dwa kroki i bez ostrzeżenia próbował chwycić Gleesona za nadgarstek - szybko, precyzyjnie, z siłą która miała zakończyć dyskusję zanim zdążyła się zacząć. Gleeson szarpnął się instynktownie. Holt poczuł jak technik odpycha jego dłoń i cofa się o krok. Niech go szlag.
Broń została pod kurtką.
Holt stał przez sekundę nieruchomo. Wzrok zjechał mu na podłogę - na android leżący między nimi. Na naszywkę na piersi syntetyka.
Weyland-Yutani.
Podniósł wzrok na Hannigana. Spojrzenie trwało półtorej sekundy i nie było w nim nic czytelnego poza tym że było za długie i za ciężkie jak na zwykłą wymianę spojrzeń między ludźmi którzy razem wykonują zadanie. Widać było, że w głowie ochroniarza połączyły się jakieś kropki, tak jakby domyślił się czegoś więcej.
Odwrócił się do Gleesona.
- Kurwa mać. Trzy rozkazy. Wydałem rozkaz zgłoszenia broni. Wydałem rozkaz opuszczenia broni. Wydałem rozkaz oddania broni.- wycedziło przez zęby, cicho, bardzo cicho. - Trzy razy. Żaden nie został wykonany.
Zamilkł. Szczęka zaciśnięta, dłonie przy bokach drżące tym małym, nie do końca kontrolowanym drżeniem które wyrywało się spod całej reszty.
Jeszcze raz - dokończył - i nie będę się pytał kapitana o zgodę.
Gdy Gleeson wyciągnął pistolet spod kurtki i podał go Kalashnikovowi bez słowa, Holt patrzył na to przez sekundę.
Odwrócił się gwałtownie w stronę korytarza. Uniósł M41A. Patrzył w ciemność przed grupą z tym samym zimnym skupieniem co zawsze, jakby poprzednie trzydzieści sekund w ogóle nie miało miejsca.
- Kapitanie. Gleeson powinien iść z przodu by mieć go na oku, szaleństwem jest kazać mu zabezpieczać teraz tyły. Nie ufam mu
Dłonie na karabinie drżały dalej. Zupełnie tak jakby fasada profesjonalizmu runęła.
-
Tym razem zachował spokój jak nigdy. Choć minęło sporo czasu od ostatniego szkolenia na wojskowym poligonie, pewne odruchy były już na zawsze wprogramowane w jego mózg. "Nie daj sobie odebrać broni żołnierzu!'" wykrzykiwane głosem sierżanta, tkwiło w jego umyśle niczym tabliczka mnożenia czy pierwszy pocałunek.
— Zapomniałeś powiedzieć "proszę" — rzucił z przekąsem.
A potem zauważył kolejnego narwańca, który szykował się chyba do futbolowego obalenia. Rosjanin był od niego większy i silniejszy, a cała sytuacja robiła się groteskowa. Odruchowo uniósł obie dłonie otwarte w stronę "Sadzy". Nie miał ochotu pojedynkować się.
— Dobra, poddaję się.
Sięgnąl do kurtki i rozładowując broń podał ją Siergiejowi
— Tylko pożyczam. Nie przywiązuj się.
Joshua mógł teraz czuć chyba nawet lekką satysfakcję. Mimo, iż przegrał sytuację, to w pewnym sensie odzyskał wiarę w swoje umiejętności. Dopiero słowa wkurzonego ostro Marcusa znów go pobudził:
— Jeb się — wypalił wprost — Właśnie dlatego ci o niej nie powiedziałem. Zabrałbyś mi ją, bo chcesz żywej tarczy! Teraz to aż nadto oczywiste.
Po tych słowach zerknął na kapitana pretensjonalnym wzrokiem. Czy odnajdzie w nim choć promil zrozumienia? A może ten wyrok nad nim zapadł już dawno, tam w ambulatorium?
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Atmosfera na Bleinercie iskrzyła jak pompa głębinowa z przebiciem na obudowie. Jeszcze działała. Ale każdy, kto choć raz pracował pod ziemią, wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim coś jebnie..
Widząc nieskuteczne odebranie broni Nikołajewicz już, już napinał nogi do skoku, lecz Joshua zauważając zamiar Sadzy sam oddał broń w jego ręce. Przyjął.
— Blint! - warknął w kierunku Mienta. — To co? Zabierasz? Czy mam sobie zostawić?
Serce waliło mu nierówno. Chciał przetrzeć czoło rękawem kombinezonu, bo pot spływał mu do oczu, lecz otarł dłonią jedynię wizjerę hełmu.
— Job twoju mać!
Zaczynał coraz bardziej mieć dojść tej wyprawy.
Powinni siedzieć na Kardashianie. Nadać meldunek "Ryzyko kontynuowania akcji ratunkowej". Zamknąć śluzę. Podpiąć Bleinerta na długiej smyczy i ciągnąć go do najbliższego portu, niech wojskowi sami włażą do własnych trupiarni.
Zacisnął szczękę.
Był zły na Starego. Był zły na Mienta. Był zły na Joshuę. Był zły na Bleinerta...
Lista była długa.
-
Marcus Holt
Holt nie odwrócił się. Gestem tylko pokazał, że Kalashikov może zatrzymać broń.
Stał przy ścianie z M41A uniesionym na sektor korytarza i patrzył w ciemność przed grupą. Kiedy mówił, mówił do korytarza, nie do Gleesona. Głos miał znowu równy i suchy - szorstki w swej nieprzyjemności. Tak jakby próbował hamować podstawowe instynkty.
-Android mimo że nie jest człowiekiem wypełnia rozkazy - powiedział. - Obecnie ma większą wartość operacyjną.
Krótka pauza.
- Wystarczyło iść zgodnie z protokołem. Oczekujesz litości od kapitana, którego rozkazy wielokrotnie sam zignorowałeś. Masz tupet chłopcze.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się