Krzyk Pustki
-

Pokład Bleinerta
Mężczyźni poruszali się pełnymi nerwowości ruchami, prowadzeni przez niewzruszonego w swojej mechanicznej obojętności androida. Tempo ewakuacji wyznaczał Elias, podtrzymywany pod ramię przez Joshuę i próbujący z wszelkich sił nie opóźniać grupy.
Akcja ratunkowa straciła rację bytu w obliczu tak dramatycznych odkryć, bo rodzaj uszkodzeń znalezionego w pobliżu maszynowni syntetyka Weylanda-Yutani musiał budzić trwożny respekt i niejeden członek ekipy abordażowej musiał widzieć oczami wyobraźni androida demolowanego z tak brutalną skutecznością przez innego przedstawiciela swojego rodzaju: cóż bowiem innego mogło spowodować aż tak daleko posunięte uszkodzenia?
Perspektywa konfrontacji z takim przeciwnikiem zdawała się wszystkich wręcz uskrzydlać w drodze do śluzy stanowiącej część połączenia z kombajnem, dlatego grupa ratowników znalazła się w korytarzu przylegającym do ciągu ładowni po dwóch minutach od rozpoczęcia odwrotu.
- Dodatkowy check na integralność łącznika, zanim wprowadzimy do środka doktora - polecił Hannigan odwracając głowę i spoglądając na pękniętą przyłbicę hełmu Eliasa - Nie chcę żadnych niespodzianek z mikrorozszczelnieniem w trakcie przechodzenia. Potem odcinamy łącznik i pozostajemy wyłącznie na sztywnych cumach aż po Borodino.
W eterze rozległy się zdawkowe mruknięcia i chrząknięcia będące substytutem potwierdzeń odbioru rozkazów.
- Panie O’Collan, za minutę rozpoczniemy proces otwierania śluzy - rzucił do radia Hannigan - Status Kardashiana?
- Mamy tu pewien problem, który może zaczekać do pana powrotu - odpowiedziała Nadia ubiegając pilota - Jesteśmy gotowi na wasze przyjęcie. Status Eliasa?
- Będę żył - rzucił w eter doktor Crowe - Nie cierpię na nic, czego nie wyleczy setka spirytusu.
- Dyscyplina radiowa - powiedział kapitan zatrzymując się przy jednym z interkomów wbudowanych w futryny mijanych jedne pod drugich włazów ładowni. Przyciski na jego budowie nie były opisane, a pojedyncza dioda paliła się na pomarańczowo.
Hannigan odezwał wzrok od interkomu, zerknął w stronę widocznej dwadzieścia metrów dalej śluzy łączącej Bleinerta z Kardashianem.
- Kontrola integralności i ruszamy, pierwszy doktor Crowe z asystą - rzucił z ostentacyjną oschłością do Joshui.
Nagły jęk hydraulicznych przekładni osadził wszystkich w miejscu, sparaliżował mięśnie w jednej sekundzie. Segment korytarza z wejściem do śluzy zniknął z oczu mężczyzn jakby nigdy nie istniał, zamknięty opuszczoną z sufitu przeciwpożarową kurtyną, która przyległa szczelnie do ścian i podłogi korytarza.
- Co do chuja?! - zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora - Co to kurwa jest?
Hydrauliczne przekładnie jęknęły ponownie wieszcząc otwarcie wejścia, tą samą szargającą nerwy nutą, co chwilę wcześniej.
Wejście do ładowni na wysokości Hannigana stanęło bez ostrzeżenia otworem, z miejsca przyciągając wzrok ratowników czernią swojego pogrążonego w ciemności wnętrza.
-
Elias próbował skupić wzrok na Adamie, ale snop diagnostycznej latarki sprawiał, że ból pod czaszką pulsował jeszcze mocniej. Zmrużył oczy i odruchowo odsunął głowę. Nie miał najmniejszej pieprzonej ochoty na badanie, ale wiedział, że android tak po prostu nie odpuści.
– Elias Crowe – odpowiedział, siląc się na rzeczowy ton. – Naukowiec. Ten stary zrzęda, którego wszyscy tak lubią. Właśnie próbował zabić mnie element wentylacji.
Przy pytaniu o datę zawahał się wyraźnie. Podał dzień, poprawił się, a potem machnął ręką z irytacją, natychmiast żałując gwałtownego ruchu. Dalej kręciło mu się trochę w głowie.
– Jesteśmy na Bleinercie. Dolne pokłady, sekcja napędowa… chyba. A przyczyną urazu była krata, która postanowiła sprawdzić jakość mojego hełmu. – rzucił, biorąc głębszy oddech.
– Drzewo. Dom… – zmarszczył brwi. – Rzeka. Tak, rzeka.
Powtórzył za Adamem trzy słowa, choć ostatnie wymówił dopiero po krótkiej pauzie. Kiedy android polecił mu przejść kilka kroków, Crowe podniósł się ostrożnie. Pierwszy zrobił pewnie, przy drugim zachwiał się i musiał oprzeć dłoń o ścianę. Do nosa trafił palcem za drugim podejściem.Nie trzeba było być syntetykiem medycznym, żeby zauważyć, że wszystko nie było z nim w porządku. Mdłości powoli ustępowały, ale obraz nadal od czasu do czasu tracił ostrość, a metaliczne głosy w radiu brzmiały, jakby dochodziły z końca bardzo długiego tunelu. Typowe objawy wstrząśnienia mózgu. Przechodził coś podobnego w młodości. Nadwrażliwość na dzwięki, dawała mu się we znaki, a kłótnia wokół broni Joshuy tylko pogarszała sprawę. Elias zacisnął powieki, gdy kolejne głosy zaczęły nakładać się na siebie.
– Czy możecie przestać przez chwilę warczeć na siebie? – wychrypiał. – Dajcie sobie po buziaku i chodźmy stąd. I bez tego mam wrażenie, że czaszka zaraz mi się rozpadnie.
Nie próbował rozstrzygać, kto miał rację. Był naukowcem i z racji poglądów miał awersje do broni. Poza tym Hannigan uciął spór, zanim Crowe zdążył dodać coś jeszcze. Decyzję o odwrocie przyjął bez protestu.– Mądrze – powiedział tylko. – Nie będę udawał, że mi się tu podoba. Zresztą cokolwiek pokiereszowało tego przyjemniaczka... – wskazał na androida Weyland-Yutani – ...daje nam prawdo do wycofania się? Warunkiem udzielenia pomocy jest zdaje się dbanie przede wszystkim o własne bezpieczeństwo.
Na pytanie Holta spojrzał w stronę zniszczonego syntetyka. Choć android był oględnie mówiąc zniszczony, te cudeńka można było podpiąć do czegokolwiek w stacji naprawczej. Być może nie miał ochoty na dalszy spacer, ale to nie znaczy, że nie ciekawiło go co tu zaszło.– Oczywiście, że Pan Crowe coś z tego wyciągnie. – podsumował żartobliwie.
– Nawet jeśli rdzeń poznawczy jest martwy, mogą zostać logi pomocnicze, identyfikator jednostki, zapis ostatnich poleceń albo dane z lokalnych systemów. Istnieje szansa, że podpięcie modługu głowy do zasilania sprawi nawet, że będziemy mogli z nim porozmawiać. W każdym razie, jeśli możemy zabrać cały korpus bez ryzyka, że to nas spowoloni to bierzmy go. Jeśli nie, Adam powinien wymontować moduł pamięci albo głowę.
Przesunął wzrok na czarny nalot ciągnący się po ścianach. Nie podobało mu się to, bo nie wiedział co to jest. Kiedy Holt ustalił nowy szyk, Elias ruszył za nim i Adamem. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie. Gdy podłoga ponownie lekko odpłynęła mu spod nóg, nie protestował, kiedy Joshua znalazł się przy jego boku. Oparł dłoń o jego ramię dla równowagi.
– Dzięki Gleeson – mruknął. Ruszajac dalej, zerkał co kilka kroków ku kratkom wentylacyjnym. Tym razem nie zamierzał ignorować żadnej z nich.
Elias stracił podparcie, kiedy Joshua puścił jego ramię. Zachwiał się mocno, ale zdołał oprzeć bark o ścianę i nie runąć na podłogę. Przez moment świat znowu odpłynął mu na bok, a pulsujący ból pod czaszką odezwał się ze zdwojoną siłą. Na komendę Holta docisnął się do ściany razem z resztą. Nie miał broni, więc zamiast tego uniósł rękę, odruchowo osłaniając przyłbicę, i próbował skupić wzrok na czarnej przestrzeni ładowni.
– Świetnie – mruknął. – Po prostu, kurwa, świetnie – zaklął po części z irytacji, po części po to, by pozbyć się narastającego poczucia strachu i bezradności.Nie wychylał się. Nie próbował zaglądać przed Holta ani Adama. Po ostatnim spotkaniu z kratownicą stracił resztki bohaterskiego zapału. Zerknął tylko w stronę kurtyny, potem z powrotem ku ładowni.
– To nie wygląda na przypadek – wyartykułował to, co zdawał się widzieć na twarzach innych, a na pewno Holta.
Przesunął dłoń po ścianie, szukając stabilniejszego oparcia.
– Joshua, wróć tu, proszę – rzucił bez odrywania wzroku od otwartych wrót. – Jeśli mam stąd wyjść o własnych nogach, będziesz mi jeszcze potrzebny. -
Marcus Holt
Kurtyna opadła z hukiem.
Holt był przy ścianie zanim echo przekładni ucichło - jeden krok w bok, plecy do betonu, M41A uniesiony, lufa w stronę kurtyny. Serce uderzyło raz mocniej niż powinno i przestało.
Potem wrota ładowni stanęły otworem.
- Ściana! - warknął przez radio, krótko, bez tłumaczenia. - Wszyscy do ściany, broń w stronę ładowni!
Sam już tam był. Latarka przyłbicy uderzyła snopem światła w czerń otwartego wejścia - systematycznie, od podłogi do sufitu, od lewej do prawej. Palec przy kabłąku. Oddech równy, kontrolowany, wbrew temu co ciało chciało robić.
Kurtyna przeciwpożarowa. Automatyczna. Czujnik albo ręczne wyzwolenie.
Kurwa. To zbyt duży przypadek. To było ręczne wyzwolenie.
-
Caleb Hannigan
- Mech załadunkowy? Syntetyk wojskowy z Bleinerta? To mogło być cokolwiek - Hannigan bezlitośnie racjonalizował przyczynę uszkodzeń androida. Osobiście bardziej niż tego co dokonało zniszczeń, obawiał się samych syntetyków W-Y. Z drugiej strony... jeśli udałoby im się oddać wojsku dane z tej jednostki... Nawet korporacja by nie ruszyła takiej protekcji... - Między załogami doszło do walki. Powody jego stanu można mnożyć bez końca. Ale dobrze. Weźmy go. Tylko bez podłączania do centralnej sieci. Nie chcę mieć śladu tego czegoś w danych Opiekuna. Panie Kalashnikov. Da radę zrobić na szybko uprząż? Wezmę go jak plecak.
- Spokój - gestem ręki kazał załodze by nie panikowała. Jednocześnie cały czas wpatrywał się w wejście do ładowni wodząc wzrokiem za smugami latarki, która z miernym efektem rozganiała mrok - Blokada zapadła po teście hermetyki. To usterka mechaniczna. Panie Kalashnikov... wziął pan młotoklucz? Panie Gleeson, proszę spróbować włączyć oświetlenie...
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza spojrzał na androida, potem na kapitana.
— Uprząż? Da się.
Bez dalszych wyjaśnień, w dużo lepszym nastroju niż chwilę wcześniej — myśląc już tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić na Kardashiana, odpiął od pasa zwój taśmy technicznej i ciężki nóż monterski. Rozejrzał się po korytarzu. Przy jednej ze ścian wisiały pasy mocujące ładunek, a przy przewróconym wózku transportowym walały się dwa napinacze z zapadkami.
— Nawet lepiej.
Jednym ruchem przeciął uszkodzony pas, wyrwał z niego metalową klamrę i zaczął pracować. Ręce poruszały się szybko, niemal odruchowo. Skrzyżował dwa pasy na wysokości łopatek androida, trzeci przeprowadził pod pachami, czwarty opasał biodra. Wszystko spiął napinaczami i dla pewności zabezpieczył taśmą techniczną.
Co chwilę szarpał całość z całej siły, jakby chciał urwać syntetykowi pozostałą kończynę.
— Jak wytrzyma separator rudy, wytrzyma i jego.
Przykucnął jeszcze na moment i zrobił dwie pętle z taśmy, tworząc coś na kształt szelek.
— Tu ręce. Tu nogi. Ciężar pójdzie na biodra, nie na kręgosłup.
Wstał, otrzepał rękawice z pyłu i kleju.
— Gotowe.
Spojrzał na kapitana.
— W kopalni nosiliśmy tak pompy, silniki... i ludzi. Android nie będzie marudził bardziej od górnika.
Nagły huk opadającej kurtyny zatrzymał Sadzę w pół kroku.
— Job twoju mać...
Odruchowo odwrócił się w stronę śluzy.
Była.
Jeszcze sekundę temu.
Teraz zamiast niej korytarz kończył się gładką, stalową kurtyną przeciwpożarową.
— Nu konieczno... Jeszcze tego brakowało.
Nie oglądał się za siebie.
Najpierw droga odwrotu.
Dopiero potem reszta.
— Adam! — rzucił przez radio wyrywając się przed Starego. — Detektor. Ładownia.
Krótko. Hasłowo.
Nie czekając na odpowiedź, zsunął z pasa swój ciężki młoto-klucz. Narzędzie ważyło dobre kilka kilogramów; z jednej strony miało masywny bijak, z drugiej hakowaty klucz do zaworów i awaryjnych mechanizmów. W kopalni otwierano nim wszystko, co nie chciało się otworzyć po dobroci.
Sadza wsunął hak w szczelinę przy dolnej krawędzi kurtyny.
— No dalej... pokaż, gdzie cię boli...
Zapierał się całym ciałem. Kombinezon zatrzeszczał. Mięśnie karku napięły się jak stalowe liny.
Nic.
Spróbował jeszcze raz. Tym razem uderzył obuchem w krawędź przegrody, potem natychmiast wsadził hak głębiej i szarpnął z całej siły.
Metal zadudnił głucho.
Kurtyna nawet nie drgnęła.
— Blin... Wojskowe.
W kopalni takie sztuczki działały. Awaryjne grodzie miały mechaniczne zwolnienia właśnie na wypadek zaniku zasilania. Tutaj projektował je ktoś, kto najwyraźniej zakładał, że naprzeciw stanie równie uparty górnik.
— Dobra. Po dobroci nie chcesz...
Odpiął od plecaka kompaktowy plazmowy palnik serwisowy. Krótka rękojeść, przewód zasilający do niewielkiego modułu energetycznego przypiętego do pasa. Narzędzie przeznaczone było do cięcia belek, rur i zaspawanych zawiasów podczas prac kadłubowych — działało równie dobrze w atmosferze, jak i w próżni.
Aktywował urządzenie. Przyciemnił wizjerę hełmu.
Powietrze przeszył wysoki, syczący gwizd, a z dyszy wysunął się oślepiająco biało-niebieski łuk plazmy.
— Odsunąć się.
Przyłożył palnik do krawędzi kurtyny i zaczął prowadzić go powoli wzdłuż spawu.
— Zobaczymy, kto kogo...
-
Davy O'Collan - Mostek Kardashiana
Davy parsknął śmiechem, odchylając się w fotelu pilota.
— No i proszę… Cały ten alarm, blokada pokładu, moje piękne przemówienie, a pani La Fey najwyraźniej urządziła sobie romantyczną wycieczkę po kriopokładzie. I ja mam się na to nabrać… z drugiej strony to zawsze miło sobie popatrzeć…
Przełączył kanał na taktyczny, a uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy.
— Grupa abordażowa, tu mostek. Proszę o SITREP. Jak wygląda wasza sytuacja ? Czy możemy wam jakoś pomóc ?
-
W drodze powrotnej Gleeson trzymał się blisko Eliasa. Starszy wiekiem doktor wciąż był wyraźnie wstrząśnięty uderzeniem ciężkiej kraty i makabrycznym widokiem zmasakrowanego syntetyka. Joshua, czując dziwną solidarność z kimś równie nieprzystosowanym do bojowych warunków, podtrzymywał go ramię.
— Spokojnie, doktorze, już po wszystkim — mruczał pod nosem, dodając otuchy bardziej jemu, niż sobie. — Zbieramy się z tego bagna. Jeszcze parę skrzyżowań i będziemy z powrotem na naszej łajbie i...
Jego słowa utonęły w ogłuszającym wizgu przesuwanych zawiasów.
Z sufitu korytarza, tuż przed ich twarzami, z potwornym zgrzytem pneumatyki zjechała potężna, stalowa kotara przeciwpożarowa. Gruba gródź uderzyła w pokład z taką siłą, że wibracje przeszły przez podeszwy ich magnetycznych butów. Droga ewakuacyjna na Kardashiana została w ułamku sekundy całkowicie odcięta.— Co do chuja?! — zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora. — Co to kurwa jest?
Zanim ktokolwiek zdołał zareagować na tę blokadę, w ścianie obok rozległ się głuchy syk zwalnianych uszczelek. Ciężkie, boczne drzwi prowadzące do nieznanej części magazynowej powoli rozsunęły się na boki, odsłaniając absolutną, ziejącą chłodem ciemność.
Konsternację Joshuy przerwał opanowany, choć ostry głos Hannigana.— Panie Gleeson, proszę spróbować włączyć oświetlenie...
Oddech Joshuy znów stał się tak płytki, że niemal dławił się powietrzem ze skafandra. Wpadł w lekką histerię, nerwowo omiatając snopem latarki stalową barierę przed nimi i otwartą paszczę magazynu.
— Włączyć oświetlenie?! Kapitanie, my jesteśmy w pułapce! Ktoś nas tu... — krzyknął, ale nagle jego inżynieryjny umysł, zmuszony do pracy na najwyższych obrotach, zaskoczył. Zamarł. Opuścił światło latarki i odwrócił się gwałtownie do reszty.
— Czekajcie... to nie ma sensu. To nie jest żadna automatyczna odpowiedź systemu. Procedura przeciwpożarowa izoluje strefy, żeby odciąć ogień od tlenu! Nigdy, pod żadnym pozorem, nie otwiera bocznych śluz do innych sektorów, bo to natychmiast dotleniłoby pożar! To nie jest przypadek! Ktoś tu ingeruje ręcznie!Spojrzał gorączkowo na syntetyka, szukając potwierdzenia swoich obaw.
— Adam! Czy Bleinert posiada system klasy "Matka"? Jakąś centralną sztuczną inteligencję, która mogła nadpisać lokalne protokoły bezpieczeństwa? Albo... czy jest tu główne sterowanie, do którego ktoś się właśnie włamał?!
Nie czekając na analityczną odpowiedź androida, Joshua chwycił Eliasa za ramię, przyciągając go do siebie. Odzyskana wcześniej pewność siebie mieszała się teraz z desperacją, każąc mu działać, zanim paranoja znów zamrozi mu krew w żyłach.
— Idziesz ze mną, doktorze. Trzymamy się razem, nie odstępujesz mnie na krok. Spróbujemy znaleźć zasilanie awaryjne i przywrócić światło w tym magazynie. Ale ani mi się waż zostawać z tyłu w tych ciemnościach.
-

Korytarz na środkowym pokładzie tendera
- Nie posiadam wiedzy na temat inteligentnego oprogramowania kontrolnego tej jednostki - odpowiedział Adam odwracając głowę w stronę Joshui - Rejestruję kilkanaście zabezpieczonych sieci bezprzewodowych, ale nie jestem w stanie się do nich podłączyć bez dwustopniowej autoryzacji. Nie rejestruję sygnału zwrotnego na zaproszenie do cyfrowego kontaktu. Konkluzja: jeśli monitoruje nas inteligentny kontroler, nie jest na tym etapie zainteresowany kontaktem.
- Kurwa, jesteśmy w czarnej dupie - jęknął Gleeson obejmując Eliasa opiekuńczym gestem w pasie.
Włączony przez Sadzę palnik rzygnął długim na dłoń niebieskobiałym płomieniem, który w kilka sekund spopielił pokrywającą roletę farbę i zaczął rozgrzewać ukryty pod nią metal.
- Ile potrzebujesz czasu, że wypalić przejście? - w radiu zatrzeszczał głos Holta, obserwującego z gotową do strzału bronią wciąż otwarte drzwi do sąsiedniej ładowni - Wystarczy ci paliwa?
- Nic się nie martw, malczik - mruknął w odpowiedzi klęczący przed roletą pierwszy oficer - Robiłem takie rzeczy, zanim skończyłeś szkołę. To jest konstrukcja wojskowa, ale palnik przetopi wszystko, w swoim czasie. Daj mi piętnaście minut.
- Co ją aktywowało? - w eterze rozległ się płynący z mostka Kardashiana głos Nadii - Naciskaliście cokolwiek?
- W tym nie ma żadnego przypadku, Gleeson ma rację - Marcus ubiegł w odpowiedzi kapitana - Jedne przejście zamknięte, drugie symultanicznie otwarte. Ktoś to zrobił z premedytacją. Ktoś próbuje nas zaganiać jak stado owiec. Adam, detektor?
Android stanął w progu drzwi ładowni i uniósł trzymany w rękach detektor emitując naciśnięciem guzika kolejny sygnał namiernika.
- Co tam widzisz? - zapytał Holt przekrzywiając ukrytą w hełmie głowę w zamiarze zajrzenia w bezpieczny sposób do środka ładowni. Snop światła włączonej nahełmowej latarki wyłonił z głębokiego mroku zarysy umocowanych w podłogowych i ściennych zaczepach kontenerów.
- Zabezpieczony ładunek, brak śladów załogi, brak ciał, żadnych aktywnych systemów ochronnych. Włączanie wyłącznie oświetlenie techniczne - odpowiedział Adam opuszczając wzdłuż uda detektor ruchu - Doktorze Crowe, jak się pan czuje? Coś się stało?
Objuczony przytroczonym do pleców androidem w uniformie Weyland-Yutani, Hannigan odwrócił się z zauważalnym wysiłkiem w stronę Eliasa, opartego o ramię Joshui. Oficer naukowy Kardashiana przetarł kolejny raz umazaną płynami hydraulicznymi przyłbicę hełmu spoglądając jednocześnie w kierunku przejścia do sekcji maszynowni tendera.
- Słyszycie to? - zapytał próbując się nieporadnie wyrwać z uścisku Gleesona - Co to jest?
Kapitan zrobił krok w stronę naukowca nie rozumiejąc sensu słów kontuzjowanego mężczyzny. Kątem oka pochwycił charakterystyczny ruch głowy androida, zmieniającego płynnie pozycję i niewątpliwie już filtrującego kierunkowo pobierane z otoczenia dźwięki.
- Nic nie słyszę - wzruszył ramionami - Adam…
Syntetyk podniósł ponownie detektor, tym razem celując nim w wylot długiego korytarza, w którego głębi znajdowało się przejście na położony niżej poziom inżynieryjny i napędowy.
Ostry ping sygnałów zwrotnych zadźwięczał wysoką nutą w głośnikach hełmów ratowników.
Mostek Kardashiana
Kątem oka obserwując przez cały czas odciętą od hyperspalni parę pasażerów, O’Collan słuchał jednocześnie uważnie radiowych komunikatów z Bleinerta. Nadia stała przy jego fotelu, z dłonią opartą o bark pilota i głową pochyloną ku jego komputerom, na tyle blisko, aby Davy czuł delikatną woń jej perfum.
Jeśli aktywacja grodzi i drzwi nie była niemożliwym do wytłumaczeniem przypadkiem, w który żadne z nich nie wierzyło, to musiał to być niejednoznacznie wrogi akt odcinający wycofujących się ratowników od najbliższej drogi ewakuacyjnej na Kardashiana.
- Słyszycie to? - w głośnikach zatrzeszczał pełen elektronicznych zakłóceń głos, w którym Davy rozpoznał Eliasa Crowe - Co to jest?
Pilot zmienił pozycję w fotelu przysuwając się do wyświetlaczy i próbując złożyć w logiczną całość obrazy przekazywane na żywo z sześciu różnych nahełmowych kamer.
- Pogłośnij dźwięk! - rzuciła Nadia opierając się biodrem o ramię O’Collana w zamiarze odwrócenia w swoją stronę jednego z wiszących wyżej monitorów - O czym on mówi?
Davy pchnął palcami suwak głośności komunikatora i ledwie kilka sekund później ostry elektroniczny ping wbił się upiornie bolesnym echem w jego nieprzygotowane na ten soniczny atak uszy.
Lecz podobnie jak Nadia usłyszał coś, co musiał mieć na myśli doktor Crowe. Coś, co pojawiło się w tle zaalarmowanych ludzkich głosów, ostrzegawczych krzyków i stukotu butów o podłogę korytarza.
Rozbrzmiewające na granicy ludzkiej percepcji dźwięki przypominające ni to syczenie, ni to skowyt; będące absolutnie nieludzkimi w swej tonacji odgłosami, nie sprawiającymi też mechanicznego wrażenia, a przez to jeszcze bardziej przerażającymi.
Cokolwiek wydawało te dźwięki, samymi odgłosami sprawiło, że siedzący w bezpiecznej przestrzeni zamkniętego mostka kombajnu Davy oblał się w jednej chwili lodowatym potem.
-
Wiliam już zaglądał do środka, gdy nagle ujrzał błyszczące oczy tuż przed nim. Normalnie odskoczyłby jak kot od potencjalnego zagrożenia, ale przez słowa agentki nie mógł sobie na to pozwolić. Niemądry dzieciak, że niby ja. Pomyślał skupiając wzrok na twarzy agentki tak bardzo, że nawet nie zauważył ręki, która go pociągnęła. Pocałunek, a potem ta generyczna gadka. Faktycznie rzekoma próba znalezienia miejsca w wiadomym celu jest dość uniwersalną pułapką na mężczyzn, ale ten biceps to już kompletny stereotyp. Użycie tego w kierunku chuderlawego Billa tylko dowodzi, że ten cały flirt to zwykłe odwrócenie uwagi od prawdziwego celu. Chłopak stał jak słup soli obserwując ruchy Delilah, w końcu nigdy nie widomo co tym zarazem wykombinuje.
Kiedy chciał już odsunąć od siebie kobietę, usłyszał brzdęk metalu a zaraz po nim zobaczył jak drzwi lecą prosta na niego. Chciał odskoczyć, ale dłonie agentki go nie puściły, a nawet zacisnęły się jeszcze bardziej. Właśnie teraz Wiliam miał umrzeć. Nie przez zawalenie kopalni. Nie przez wybuch ani awarię statku. Miał umrzeć przez Kobietę, która była zwyczajnie silniejsza. Zamknął oczy i w głowie ujrzał swojego wujka, który powtarzał mu niezliczoną ilość razy, żeby więcej jadł, bo jak urośnie to będzie słaby i żeby uważać na kobiety a w szczególności te ładne.
- Przepraszam - powiedział w przestrzeń i pogodził się ze swoim losem. Czekał i czekał, aż w końcu otworzył oczy i ku jego zdziwieniu nie czekał na niego wujek z "a nie mówiłem" tylko Delilah. Czyli jednak piekło. Westchnął i zawiedziony usiadł opierając się przy ścianie. Normalnie to pewnie by ponarzekał na system bezpieczeństwa statku, ale teraz nie miał na to siły. Prawię umarł a na dodatek przypomniał sobie jak kruchą istotą jest. dłuższą chwilę siedział przecierając twarz, spoglądając raz na agentkę, raz na drzwi. powoli uświadamiając sobie, że to właśnie jej zawdzięcza życia, ale też i chwilowy zawał. Naukowiec raczej by odskoczył, ale sam fakt pomyślenia o nim w takiej sytuacji był dość niezwykły.
- Dziękuję. - powiedział po czym zamilknął na kolejne parę sekund lub minut.
- Jak się pani widzi pójcie na mostek, żeby wymusić obejrzenie akcji ratunkowej? Wiem, że proponuję to już drugi raz, ale może po tym wszystkim nabrała pani ochoty na zobaczenie, jak Hannigan próbuje przeżyć na cudzym statku.
-
Delilah le Fey
Delilah nie wiedziała, co uratowało jej życie. Zwykłe szczęście? Program Ubermensch i wieloletnie, mordercze treningi, którym była poddawana od dziecka? A może pula genowa, darwinistyczna teoria selekcji naturalnej, w której słabe jednostki giną marną śmiercią a silne przekazują dalej swoje DNA? Jej ojciec, anonimowy dawca, który sprzedał Lasalle swoje nasienie mógł być wyczynowym sportowcem, może nawet olimpijczykiem. Drogim, wyselekcjonowanym materiałem genetycznym, który właśnie w stu procentach się zwrócił.
Z jednej chwili pancerne drzwi opadały, by ich zmiażdżyć, a w następnej sekundzie oboje znajdowali się już po bezpiecznej stronie korytarza. Zdała sobie sprawę, że wciąż kurczowo trzyma chłopaka za materiał jego kombinezonu. Powoli rozluźniła chwyt i cofnęła dłonie. Spojrzała na niego, a potem z jej gardła wyrwał się głośny śmiech, który poniósł się echem po statku. Przed chwilą omal nie zginęła a teraz nigdy nie czuła się bardziej żywa. Krew szumiała jej w uszach, piersi unosiły gwałtownie, serce biło głośno pompując w krwiobieg potężną dawkę surowej adrenaliny.
Przestała się śmiać dopiero, kiedy usłyszała, to jedno słowo.
Dziękuję.
William siedział oparty o ścianę i patrzył na nią a do niej w końcu to dotarło. Uratowała go. Nie tylko samą siebie, lecz drugiego człowieka. Cokolwiek ten dzieciak planował, skradając się za nią korytarzem straciło nagle znaczenie w zderzeniu z tym jednym słowem i wdzięcznością wypisaną w jego oczach. Próbowała wykrzesać z siebie chociaż odrobinę jadu, patrzeć na niego jak na uciążliwy wrzód, na bezwartościowego pionka na planszy.
Nic z tego.
Otarła wierzchem dłoni usta.
— Biorąc pod uwagę, że wymieniliśmy się przed chwilą naszymi drobnoustrojami, przeżyliśmy wspólną traumę i jesteśmy w podobnym wieku możesz mi chyba mówić po imieniu?
Zrobiła krok do przodu. Spojrzała na niego z góry, jak miała w zwyczaju patrzeć na ludzi. Tym razem nie było w tym ani pogardy ani lekceważenia.
— Wycieczka na mostek to dobry pomysł. Chętnie się dowiem, dlaczego pilot próbował nas zgilotynować. — Wyciągnęła do niego dłoń. — A ty Williamie Biscuit po drodze ładnie mi wytłumaczysz, dlaczego skradałeś się za mną i jakie to nikczemne intencje mi przypisujesz.
-
- Niepewność, to przez nią skradałem się za tobą. - powiedział Wiliam po czym chwycił jej dłoń i podniósł się z ziemi.
- Jak już mówiłem na początku. Chciałem dowiedzieć się co robisz nic więcej. W najgorszym przypadku zakładałem, że chcesz wypuścić rozbitka. Przez co wziąłem to. - Stojąc w przejściu z jednego pomieszczenia do drugiego Bill rozchylił kieszeń, w której znajdowała się gwoździarka.
- Na prawdę cieszę się, że nie musiałem ci nic zrobić. Pewnie brzmi to trochę zabawnie po całej tej akcji, ale wbrew pozorom z pistoletem w dłoni potrafię być zabójczy. - Chłopak cicho się roześmiał i ruszył dalej uświadamiając sobie, że to właśnie bezduszna agentka okazała mu największe zrozumienie. Cała załoga postrzegała kobietę jako stereotypowego korpo-szczura, którego nic nie obchodzi poza własnym celem. Sam Bill tak na nią patrzył, a teraz idzie obok niej jakby znali się od dawna. Wiliam uśmiechnął się sam do siebie przez absurd całej sytuacji i rzucił chwilę przed drzwiami mostka.
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo cieszy mnie twoja obecność na tym statku pełnym skąpców. -
Elias przestał się szarpać z ramieniem Joshuy i znieruchomiał. Przez chwilę naprawdę nie był pewien, czy coś usłyszał, czy to tylko jego własna czaszka postanowiła dorzucić kolejny objaw do coraz dłuższej listy. W słuchawkach mieszały się oddechy, trzaski komunikatora i syk palnika Sadzy, przez co każdy obcy dźwięk łatwo było uznać za artefakt dzwiękowy, echo albo zwykłe przesłyszenie.
– Cicho… – syknął, unosząc lekko dłoń.Przechylił głowę i spojrzał w stronę korytarza prowadzącego ku niższym pokładom. Przez moment nie wydarzyło się nic. Potem znów to wychwycił. Słabe, rozciągnięte, ledwie obecne pod szumem instalacji. Coś pomiędzy syczeniem a przeciągłym skowytem, zbyt nierównym, by pasowało do pracy pompy czy silnika. Zmarszczył brwi.
– Myślałem, że dzwoni mi w uszach po uderzeniu, ale to chyba nie to... – powiedział ciszej, ale dało się usłyszeć go na głónym kanale.Ping detektora ostatecznie rozwiał jego obawy. Elias zamarł na moment, a potem mocniej zacisnął palce na ramieniu Joshuy. Tym razem nie próbował nawet udawać, że robi to wyłącznie dla zachowania równowagi. Wpatrywał się w ciemność korytarza tak intensywnie, jakby mógł tymsamym wycisnąć więcej z gałek ocznych.
– Dobra. Czyli jednak nie zwariowałem.Syk palnika znów przeciął powietrze. Jasne światło odbiło się od ścian, a potem zgasło poza polem widzenia, pozostawiając ich ponownie w przytłumionym półmroku. Elias spojrzał na Sadzę pracującego przy kurtynie, potem na otwartą ładownię i wreszcie z powrotem w stronę sekcji napędowej. Perspektywa wyczekania pietnastu minut nagle zaczęła jawić mu się jako bardzo nieprzyjemna. Odwrócił głowę ku Adamowi.
– To chyba od strony maszynowni. Przynajmniej tak mi się wydaje.Przez chwilę milczał, nasłuchując ponownie. Niepokoiło go nie tylko to, że dźwięk był obcy. Bardziej to, że raz ginął całkowicie, a chwilę później wracał, jakby coś poruszało się poza zasięgiem światła i tylko od czasu do czasu pozwalało się usłyszeć.
– Co to może być Adam? Jakieś pomysły? Mówże... – zażądał. Może było trochę dziwne, że w obliczu zagrożenia pytał się akurat Androida, ale nie dbał teraz o swoją prywatną niechęć do elektrycznych. -
- 10 minut - oznajmił Sadza.
Jego głos przerwał na chwilę miarowe tykanie detektora, które oznaczało mające nadejść spotkanie. Hannigan uważał, że to muszą być rozbitkowie. To było najbardziej logiczne wytłumaczenie sygnałów pokonujących korytarze statku w ślad za nimi. Ale nie mógł wykluczyć również syntetyków W-Y, które będą oznaczać kłopoty. Bo jeśli doszło do starcia załóg, a wszystko na to wskazuje, że doszło, firma postara się zatrzeć wszelkie ślady po tym zdarzeniu. Tymczasem kurtyna przeciwpożarowa nieznośnie powoli, acz trzeba przyznać metodycznie, poddawała się cięciu.
- Pani Volkov, proszę zlokalizować następny, najbliższy właz dokujący. Nie przepinajcie się jeszcze, ale bądźcie gotowi. Ktoś idzie w naszym kierunku.
- Panie Gleeson, proszę aktywować ten panel sterujący. A jak się nie da, odłączyć blokadę i włączyć manualne sterowanie otwieraniem ładowni.
Wyprostował się ciężko, zaczynając odczuwać ciężar androida na plecach.
-
Delilah le Fey
Agentka popatrzyła na gwoździarkę. Chłopak wydawał się całkowicie szczery i jeśli grał jakąś rolę, nie wyczyła w nim nuty fałszu. Z definicji nie ufała ludziom, bo z definicji każdy miał ukryte intencje zwłaszcza Delilah le Fey tu jednak nie potrafiła się ich dopatrzyć. Wyglądało na to, że drugi pasażer rzeczywiście szuka cichego sojuszu. A może jeszcze czegoś więcej.
— Zdecydowanie nie chciałabym zostać przewiercona gwoździarką pneumatyczną — skomentowała jakby od niechcenia. — Ból potrafi być przyjemny, ale nawet ja mam swoje granice.
Kiedy usłyszała jego wyznanie, na moment skamieniała. Słyszała w życiu wiele komplementów, głównie fałszywych, ale nie znała człowieka, który cieszyłby się z towarzystwa przedstawicielki firmy. Równie dobrze mógł przyznać, że lubi wsadzać język w gniazdo skorpionów i brzmiało by to tak samo niedorzecznie. Szubrawcy pokroju Hanningaha traktowali ją jako przykrą konieczność, pijawkę w drogim garniturze i zdążyła się już do tego przywyczaić.
Natychmiast zdusiłe ciepło, które zaczęło się rozlewać się trucizna. Zastąpił je lód.
— Muszę cię lojalnie ostrzec William. — zaczęła patrząc mu w oczy. — Nie przywiązuj się do mnie zbyt mocno. Wszystko co słyszałeś o agentach korporacji to kłamstwa. Jesteśmy jeszcze gorsi. Mój interes jest prosty. Mam dotrzeć na Borodino w jednym kawałku i podpisać tam kontrakt. Twój interes to po prostu przeżyć tę podróż. Niestety, z jakiegoś powodu kapitan postanowił zaryzykować życie nas wszystkich. Więc przygotuj się. Kiedy dotrzemy na mostek, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.
Delilah odwróciła się w stronę dziobu. Ruszyli korytarzem obok siebie, oświetlani wyłącznie przez lampy awaryjne. Zatrzymali się przed pancernymi drzwiami prowadzącymi do sekcji dowodzenia. Wrota nie otworzyły się automatycznie. Dioda dostępu na panelu świeciła na czerwono. O’Callan musiał prewencyjnie zaryglować cały pokład. Nie miała zamiaru bawić się z nim w kotka i myszkę i tracić czasu na przepychanki słowne. Podniosła głowę w stronę sufitu.
— Opiekunie. Wyjaśnij pilotowi O'Collanowi moją rolę i wynikające z niej obowiązki. Potwierdź, że oficjalnie działam jako Niezależny Obserwator Wewnętrzny i prowadzę śledztwo w związku z rażącym działaniem na szkodę Kelland Mining. Zablokowanie mi dostępu do mostka kapitańskiego stanowi utrudnianie audytu.
-

Pod drzwiami mostka Kardashiana
Delilah le Fey wbiła spojrzenie w opancerzone drzwi mostka czekając na odpowiedź inteligentnego asystenta załogi, wodząc wzrokiem po rzędach naniesionych na gruby metal technicznych oznakowań.
- Realizacja wniosku niemożliwa - z głośników ukrytych w ścianach korytarza popłynął elektroniczny głos Opiekuna - Na mocy dyrektywy kapitana na czas trwania operacji z podwyższonym ryzykiem zagrożenia zdrowia i życia obowiązują zaostrzone procedury dostępu do funkcji inteligentnego wsparcia załogi. Pani wniosek zostanie zrealizowany po obniżeniu stopnia stanu zagrożenia.
Przedstawicielka Lasalle uniosła w wystudiowany sposób brwi, tym umiarkowanym gestem demonstrując światu swoją ogromną dezaprobatę dla decyzji AI. W myślach zaczęła układać odpowiedź merytoryczną wystarczająco daleko, aby ponownie spróbować przełamać opór Opiekuna, wówczas jednak głośniki radiowęzła trzasnęły w charakterystyczny sposób i popłynął z nich wyraźnie zdenerwowany głos Nadii Volkovej.
- Pani le Fey, nie jest pani upoważniona do wejścia w strefę zastrzeżoną - oznajmiła impertynenckim tonem kobieta, która od pierwszej chwili wspólnego pobytu na statku wydawała się Delilah wyjątkowo antypatyczną - Proszę się udać do swojej kabiny i pozostawać w niej do odwołania.
Korporacyjna negocjatorka słuchała poleceń z kamienną miną, ale jej uwaga skupiała się na dźwiękach tworzących tło dla słów Nadii Volkovej, płynące z osobnego systemu łączności i dobrze słyszalne ze względu na podwyższoną głośność komunikatora.
Rozbrzmiewające w tle ludzkie głosy wibrowały pełnym stresu niepokojem.
Gleeson, ile jeszcze? Panel!
Gdzie oni są?! Sadza, pośpiesz się, do kurwy nędzy!
I w tym momencie Delilah le Fey usłyszała coś jeszcze: przeciągły niski dźwięk, którego nie była w stanie w żaden sposób sklasyfikować, a który w pierwszej chwili uznała za kuriozalny przykład zakłóceń radiowego połączenia.
Tak, to było najbardziej racjonalne wyjaśnienie dla dźwięku, który wbrew zdrowemu rozsądkowi mógł się niektórym kojarzyć ze zwierzęcym sykiem płynącym z gardzieli stworzenia, które nie miało żadnego związku z gatunkiem ludzkim.
Głośniki trzasnęły krótko obwieszczając wyłączenie radiowęzła.
-
Miarowe, rytmiczne tykanie wykrywacza ruchu brzmiało w ciemnym korytarzu jak odliczanie do egzekucji. Z każdym kolejnym piknięciem, z każdym metrem, o który zbliżały się niezidentyfikowane sygnały, coś wewnątrz Joshuy powoli pękało.
Strach, który do tej pory napędzał jego słowotok i nerwowe, graniczące z histerią reakcje, nagle zmienił wektor. Zamiast wyrzucić z siebie kolejną tyradę o samobójczych decyzjach, Gleeson poczuł, jak przerażenie zapada się do środka. Lodowaty, paraliżujący chłód zaczął zjadać go od wewnątrz, dławiąc oddech i miażdżąc płuca. W jednej chwili ciężar sytuacji przygniótł go do samej podłogi – byli w pułapce, ktoś lub coś na nich polowało, a na dodatek dowódca dźwigał na plecach rozerwane szczątki syntetyka, przypominając im wszystkim, co może ich spotkać.Kiedy padł rozkaz kapitana dotyczący panelu, Joshua nie zaprotestował. Nie zająknął się, nie skomentował, nie zaczął tłumaczyć, dlaczego to zły pomysł. Po prostu... zamilkł. Z gadatliwego, wiecznie szukającego wymówek neurotyka, w ułamku sekundy stał się posłuszny, potulny i nienaturalnie przyćmiony. Ta nagła, całkowita zmiana, to zgaszenie jego buntowniczej iskry, musiało być dla stojących obok bardziej niepokojące niż jakikolwiek krzyk. Wyglądał, jakby nagle odcięto mu zasilanie. Skinął tylko ciężko głową, jak posłuszny, zrezygnowany automat. Przełknął suchą gulę w gardle i bez słowa sprzeciwu przestąpił próg ciemnej ładowni.
Mrok pochłonął go natychmiast, gdy tylko oddalił się od snopów światła z latarek reszty załogi. Wodził dłonią po chłodnej, metalowej ścianie, aż w końcu jego palce natrafiły na krawędź panelu sterującego. Wyciągnął swój stary terminal diagnostyczny i podpiął go do gniazda. Ekran rozbłysnął słabym, zielonkawym światłem, rzucając upiorne cienie na jego spoconą twarz.
Gleeson wpatrywał się w ciągi danych. Wojskowe protokoły, zaawansowana architektura systemowa, skomplikowane zabezpieczenia elektroniczne. Rozkaz kapitana brzmiał prosto, ale to, co Joshua miał przed oczami, absolutnie go przerastało. Z każdą sekundą zdawał sobie sprawę, że to nie jest przepalony styk w pompie chłodziwa ani uszkodzony silnik starego transportowca. Nie rozpoznawał tu niemal niczego. Nie miał pojęcia, jak systematycznie i zgodnie z podręcznikiem obejść takie blokady. Piknięcia detektora ruchu z korytarza wwiercały mu się w czaszkę. Czas uciekał.
Z drżącym, przerywanym oddechem odpiął terminal. Skoro nie potrafił dogadać się z oprogramowaniem, musiał zejść do poziomu, który rozumiał. Brutalnej mechaniki i elektroniki. Złapał za krawędź obudowy panelu i szarpnął z całej siły, wyłamując zatrzaski. Skrzynka odskoczyła, odsłaniając gęstą plątaninę kabli, światłowodów i bezpieczników. Miał zamiar potężnie zaimprowizować. Wyciągnął narzędzia i zaczął gorączkowo szukać głównych przekaźników napięcia, gotów połączyć je na krótko, byle tylko manualnie wymusić zasilanie na potężnych serwomotorach drzwi, modląc się w duchu, by przy okazji nie wysadzić w powietrze całej sekcji.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Palnik Siergieja syczał jednostajnym dźwiękiem rozgrzanej do białości plazmy, punktowany ostrym trzaskiem odkształcającej się rolety. Przyciśnięty biodrem do wewnętrznej ściany korytarza Marcus Holt obejrzał się na pracującego w skupieniu pierwszego oficera, cały czas mierząc z odebranego Purcellowi Armata w środek wciąż pustego korytarza.
- Są coraz bliżej! - krzyknął Gleeson wystawiając głowę zza progu ładowni i zerkając na ekran uruchamianego raz za razem detektora ruchu - Piętnaście metrów!
- Dlaczego ich nie widzę?! - podniósł głos Holt, bezwiednie zmieniając układ palców na przednim chwycie karabinu - Powinniśmy ich widzieć!
- Adam, gdzie oni są? - powtórzył Hannigan odrywając się od ściany, o którą oparł androida W-Y - Czemu ich nie widzimy?!
Syntetyk wycelował tubę lokalizatora w głąb korytarza i wyemitował jeszcze jedną wiązkę energii, swoim opanowaniem tworząc nieludzki kontrast wobec balansujących na krawędzi wybuchu paniki towarzyszy.
- Mam kontrolę nad panelem! - wrzasnął Joshua głosem, w którym panika mieszała się z rozpaczliwym tryumfem - Mogę operować drzwiami!
Adam oderwał wzrok od wyświetlacza detektora, ale tym razem nie spojrzał wzdłuż ścian korytarza, tylko raptownym ruchem zadarł głowę wbijając mechaniczny wzrok w segmentowany sufit.
Hannigan wciąż spoglądał na ekran lokalizatora, na trzy pulsujące zielone punkty znajdujące się w odległości zaledwie pięciu, sześciu i siedmiu metrów od grupy ratunkowej, wbrew zdrowemu rozsądkowi wciąż niewidoczne w pustej przestrzeni korytarza.
-
- Sadza i Crowe do ładowni! Już! Gleeson na mój znak zamkniesz grodzie! Holt. Ostrzegawcza seria! - Caleb pomijając jak niemal nigdy formalności, bez których brzmiał jakoś dziwnie, wskazał palcem w sufit miejsce na oko przed sygnałami.
Jego mózg próbował racjonalizować to co się działo. Dziwnym sykiem nie przejął się nadto. Statki wytwarzały najróżniejsze dźwięki. Ale czemu androidy przemieszczały się wentylacją? I czemu za nimi? A może Adam się mylił i jednostka na jego plecach nie była aż tak wyłączona i emitowała sygnał SOS do reszty?
-
Elias nie potrzebował drugiego rozkazu. Odepchnął się od ściany i ruszył w stronę ładowni, chwiejniej, niż by chciał, ale tym razem bez protestów. Każdy szybszy krok rozlewał pod czaszką tępy ból, więc zacisnął zęby i po prostu parł dalej. Ruch Adama przyciągnął jego wzrok dopiero po chwili. Syntetyk nie patrzył już w korytarz. Patrzył w sufit. Crowe również uniósł głowę. Zrobiło mu się zimno. Oczyma wyobraźni widział zbyntowane jednostki androidów pełzające w szybach, niekompletne bowiem coś ucieło im nogi lub ręcę. Tego co urządziło tak tego, którego wzieli ze sobą, wolał sobie nie wyobrażać.
– Kraty – rzucił ostro przez radio. – Celujcie w kraty. Albo bezpośrednio pod nie.Nie rozwijał myśli. Nie było potrzeby. Jeśli detektor pokazywał coś kilka metrów od nich, a korytarz pozostawał pusty, możliwości robiły się nieprzyjemnie ograniczone. Nie wiedział, czy przestrzeń pod panelami podłogi dawała równie dużo opcji ruchu co wentylacja, ale było zdecydowanie trudniej się przez nie wydostać, bowiem punktów serwisowych było znacznie mniej. Elias przyspieszył jeszcze trochę, niemal wpadając na próg ładowni. Obejrzał się tylko raz przez ramię, bardziej odruchowo niż z ciekawości.
– Joshua, nie trać głowy. – rzucił nie wiadomo po co, głupią przecież radę, po czym zniknął w ciemniejszej przestrzeni ładowni. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Nie było miejsca na dyskusje. Napięcie w głosie Starego mówiło wystarczająco dużo.
Sadza bez słowa wyłączył spawarkę, przerywając cięcie w połowie roboty. Jeszcze gorącą przypiął do uprzęży i ruszył w stronę ładowni.
W dłoniach pojawiła się broń Joshui.
Omiótł pomieszczenie wzrokiem, szukając ewentualnych dróg ewakuacji.
Potem uniósł wzrok w górę.
Sufit.
Kanały wentylacyjne. Instalacje. Przewody. Wszystko, co mogło skrywać coś, czego nie było widać z poziomu podłogi.
Nie strzelał. Nie miał do czego. Nie chciał marnować amunicji.
Coś za nimi szło?
Załoganci Bleinerta?
Korytarzami technicznymi?
To nie miało sensu. Po co mieliby się chować.
Zbuntowane androidy?
Skrzywił się.
To również było idiotycznie nierealne.
Zatem... Kto? Shto?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się