Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. Krzyk Pustki
Krzyk Pustki [18+]
KetharianK
Ketharian jako
Alien
Mistrz Gry
ReRebirthR
ReRebirth jako
Joshua Gleeson
BeetleB
Beetle jako
Marcus Holt
MaReenkM
MaReenk jako
Nadia Volkov
MarrrtM
Marrrt jako
Caleb Hannigan
GreKG
GreK jako
Siergiej Kalashnikov
PiołunP
Piołun jako
Elias Crowe
CyganC
Cygan jako
William Biscuit
Macabra78M
Macabra78 jako
Adam Nexus Mk 7
Davy KneeD
Davy Knee jako
Davy O'Collan
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Delilah le Fey

Krzyk Pustki

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
35 Posty 11 Uczestników 575 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Davy KneeD Niedostępny
    Davy KneeD Niedostępny
    Davy Knee jako Davy O'Collan
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #7

    doc_sleep.png

    Davy O’Collan otworzył oczy z przekonaniem, że ktoś zaparkował mu w czaszce prom kosmiczny, po czym uruchomił silniki manewrowe. Najpierw zobaczył tylko mleczną poświatę kapsuły i własny oddech osiadający na szybie. Potem świat wrócił falami: zimno w kościach, metaliczny smak w ustach, ból w mięśniach i ten charakterystyczny zapach hypersnu — jak klinika wojskowa, stara lodówka i bardzo zła decyzja w jednym.

    Spróbował poruszyć palcami. Udało się. Niestety, oznaczało to, że reszta ciała też wkrótce przypomni sobie o swoim istnieniu. Kapsuła syknęła, puściła zamki i uniosła pokrywę z takim dramatyzmem, jakby chciała dostać premię od działu PR Kelland Mining.

    — Dobra wiadomość: chyba żyjemy — wychrypiał Davy, rozglądając się po sali. — Zła: ktoś nadal uważa, że to jest dopuszczalny sposób podróżowania.

    Usiadł za szybko, więc świat natychmiast wykonał beczkę. Jako pilot docenił manewr, choć niepotrzebnie odbywał się on wewnątrz jego głowy. Złapał krawędź kapsuły, odkaszlnął resztki farmakologicznego błota z płuc i spróbował wyglądać jak człowiek, który ma wszystko pod kontrolą. Efekt musiał być średni, bo jego nogi poinformowały go, że są na urlopie, a żołądek zgłosił formalny protest.

    Mimo to gdzieś pod całym tym lodowatym odrętwieniem pojawiła się iskra prawdziwego zadowolenia. Po miesiącach hypersnu mógł zobaczyć swój statek. Swój — przynajmniej na tyle, na ile pilot może nazwać „swoim” coś, co według dokumentów należy do firmy, według ubezpieczyciela jest ryzykiem, a według mechaników nigdy nie działa tak, jak powinno.

    Zsunął się na zimną podłogę, z gracją staruszka. Lampy sali hibernacyjnej zaczynały świecić ostrym blaskiem, pompy sapały gdzieś pod ścianami, a elektronika ćwierkała nerwowo jak rekrut przed pierwszym lądowaniem bojowym.

    — Ktokolwiek wymyślił hypersen, powinien być budzony codziennie o szóstej przez własny wynalazek — mruknął. — Przez rok. Bez kawy.

    Dopiero wtedy zauważył kapitana. Stał nieco dalej, już na nogach, spięty i zbyt przytomny jak na człowieka świeżo wyjętego z lodówki. Rozmawiał cicho z pokładowym androidem, tym spokojnym, medycznie nieskazitelnym typem, który wyglądał, jakby nigdy w życiu nie miał kaca, wyrzutów sumienia ani normalnej rozmowy przy kantynowym stole.

    To akurat było pierwsze naprawdę złe przeczucie tego poranka. Bo jeśli załogę budzi automat, a kapitan szepcze z androidem zanim ktokolwiek dostanie kawę, to znaczy, że wszechświat znowu postanowił być zabawny cudzym kosztem.

    Davy oparł się ciężko o kapsułę, przeciągnął kark i spojrzał w stronę kapitana.

    — Kapitanie… wszystko w porządku?

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    🆒 ♥
    4
    • MarrrtM Niedostępny
      MarrrtM Niedostępny
      Marrrt jako Caleb Hannigan
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
      #8

      Caleb Hannigan śnił swój własny jakże precyzyjnie powtarzający się sen. Śnił, że nie śpi i zasnąć nie może. Miał wrażenie, że całe wieki próbował uciec w ten półstan między życiem, a śmiercią. Zamknięty w komorze ledwo żywy, zdjęty hormonalnym paraliżem i ledwo przytomny, ale jednak na tyle by mieć tego świadomość co podobno jest niemożliwe i tylko mu się śniło. Aż w końcu jawa zlała się z rzeczywistością zamglonej wizji dawno nieotwieranych oczu. Jego kriokomora otwierała się w akompaniamencie sygnałów i komunikatów i nie był to sen. Sylwetka przed komorą powoli nabierała ostrości i właściwych choć nadal astygmatycznych barw, które wygenerować potrafi tylko zajechane życiem ludzkie oko.

      Kapitan odetchnął głębiej tworząc przed sobą obłoczki pary wodnej w nadal zziębniętym pomieszczeniu sypialni i poruszył ciałem. Był zmęczony kriosnem. Zawsze był cholernie zmęczony. Niby nic mu nie dolegało. Ani torsje, ani zawroty głowy. Zawsze tak było. Po prostu był wykończony. Zamrugał i rozpoznał Adama. Ledwo dostrzegalnie skinął mu głową. Gałki oczne oficera medycznego drżały prawie niezauważalnie co było charakterystycznym znakiem ściągania danych z komputera przed raportem. Adam nie był specjalnie imponującym syntetykiem. Ale kapitan Hannigan był wielce wdzięczny Kelland za przydzielenie go na stałego członka załogi. Byłby nawet za najstarszy model Doctora Joe od Seegsona. Przy nim jednak Adam był cudem techniki.

      Powoli podniósł się z kapsuły zbierając własne myśli i podłączając do swojego “komputera” który opornie i powoli informował go o tym gdzie jest, co tu robi i za co powinien się zabrać. Dopiero teraz poczuł ciężar na kolanach, na których coś się poruszyło.
      - Zjeżdżaj Chaplin - mruknął odzywając się pierwszymi słowami. Czasem był pewien, że to przez tego kota tak marnie śpi mimo zapewnień instrukcji kriokomory i techników, że czworonożny towarzysz nie ma wpływu na jakość hipersnu. Ale wiedział, że go nie wyrzuci.

      Kot chyba podzielał nastrój kapitana, bo poruszał się bardzo niechętnie, a z jego gardzieli dobiegały nieswoiste dźwięki wyrażające całą masę uczuć, od niezadowolenia, poprzez zniecierpliwienie, a na głodzie kończąc. Co przypomniało kapitanowi, że im szybciej wypije kawę i zje śniadanie tym lepiej.
      - No już - z trudem wystawił kota na podłogę i wstał na równe nogi.
      Mimo początkowego niezadowolenia, zwierzak stanąwszy na łapach, przeciągnął się z budzącą zazdrość lekkością i zaczął kręcić po sypialni zaczynając od otarcia się o nogi oficera medycznego.

      Pozostałe kabiny były jeszcze w stanie rozbudzania i jarzyły się prawidłowym bursztynowym światłem. Caleb przez chwilę czuł dezorientację patrząc na niestandardową ilość kabin jak dla skromnej załogi Kardashiana, ale ostatecznie pamięć kapitana nieprzyjemnie rozwiała wątpliwości cierpko brzmiącym słowem. P a s a ż e r o w i e.

      - Dzień… dzień dobry, Adam - Zawsze zwracał się do oficera medycznego po imiennym akronimie. Szanował preferencje syntetyków do bycia traktowanymi jak sztuczni ludzie, a nie roboty użytkowe. Zdawał sobie sprawę, że właśnie taki odruch ma wywołać celowe nadanie im ludzkich twarzy, ale nie miało to dla niego znaczenia - Jakie ETA do Borodino?

      - Tak, kapitanie. Wszystkie funkcje życiowe załogi mieszczą się w akceptowalnych parametrach. Nie wykryłem uszkodzeń kriokomór ani destabilizacji systemów podtrzymywania życia.
      Milknie na moment.
      Potem pochyla się nieznacznie, jakby nie chciał, by reszta załogi usłyszała kolejne słowa.

      - ...jednak komputer pokładowy wybudził nas o 78 dni za wcześnie z powodu niezidentyfikowanego sygnału ratunkowego.

      Hannigan zamknął na chwilę oczy i westchnął. Każdy kapitan i członek załogi musiał się liczyć z tym co może się wydarzyć, ale statystycznie się nie wydarza. Kosmos był wielki. Przelatujące obok siebie jednostki były rzadkością nawet na popularnych rejsowych i tranzytowych trasach co wynikało z odmiennych trajektorii uzależnionych od niezbędnych asyst grawitacyjnych jakie dawały gwiazdy i mijane planety. Nie wspominając o niemal odludnym odcinku między Gliese, a Borodino. Dlatego każdy kapitan i członek załogi niemal nie brał takiej sytuacji pod uwagę.

      - Podaj czas odebrania pierwszego sygnału - powiedział powoli przypominając sobie kodeks kosmiczny - … sygnaturę nadawcy… i częstotliwość. Wojskowa, czy cywilna?

      - Pięćdziesiąt siedem minut temu - odpowiedział zwyczajowo uprzejmym tonem Adam - Bardzo słabe źródło sygnału, na niekodowanej częstotliwości służb bądź wojska. Brak aktywnego transpondera, wyłącznie lakoniczna prośba o ratunek.

      Android przesuwał swoim wzrokiem po reszcie ludzi, z mniejszym lub większym entuzjazmem próbujących opuścić miejsca, w których spali od ponad dwóch miesięcy.

      - Źródło sygnału powinno być w zasięgu sensorów statku, kapitanie - kontynuował syntetyk - Wnioskuję, że to bardzo mały obiekt. Nie posiadam dalszych danych pozwalających na bardziej złożoną analizę sytuacji, musi pan aktywować uruchomienie czujników.

      Hannigan mruknął coś pod nosem przyjmując do wiadomości słowa Adama. Android medyczny pomimo swojej elektronicznej inteligencji i szerokiej autonomii działania pozostawał w świetle przepisów Kellanda narzędziem nie posiadającym prawa do przejmowania większości kompetencji żywej załogi i nie mógł uruchomić pełnej aparatury kombajnu bez uprzedniej zgody kapitana.

      Jasnowłosa reprezentantka Lasalle stanęła na nogach zaskakująco szybko i jeszcze szybciej wyczuła coś niepokojącego w procesie wybudzania, bo z miejsca ruszyła w stronę Hannigana.

      Skinął głową androidowi potwierdzając, że przyjął i zrozumiał, po czym ubiegając korporatkę, której niecierpliwy wyraz twarzy przyprawiał go o ból głowy przypominając odbytą rozmowę w barze na Gliese, odezwał się do załogi:

      - Opiekun odebrał sygnał S.O.S. Za pół godziny widzę wszystkich w mesie na odprawie. Panie Kalashnikov, panie O’Collan, 5 minut wcześniej proszę na mostek. Pani Volkov, zdąży pani wykonać diagnostykę anteny? Musimy potwierdzić, czy to nie błąd.

      Hannigan mimo iż nie był posuniętym w wieku dinozaurem, prawdopodobnie mnóstwo czasu spędził w kriośnie, bo piastował tradycyjnej formie “panowania” i “paniowania” przy wydawaniu poleceń. Choć odzywanie się po imieniu w mesie, czy w portach przychodziło mu równie łatwo. Ale dzięki temu łatwo było odróżnić polecenia służbowe od zwykłej rozmowy.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      🆒 ♥
      4
      • Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur Fleck jako Delilah le Fey
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #9

        Delilah le Fey

        Kapitan musiał wyczuć zbliżający się sztorm bo zanim zdążyła otworzyć usta by przypomnieć mu o dotrzymywaniu umów i terminów wygłosił krótki komunikat. I nie spodobało jej się to co usłyszała. Wiedziała co oznacza sygnał S.O.S, jakie są procedury gdy statek odbierze wezwanie od jakiegoś rdzewiejącego złomu. Tutaj kończyła się jej dźwignia. Prawo kosmiczne miało w poważaniu jej harmonogram.

        Wydęła usta i z irytacją zdmuchnęła z czoła niewidzialny kosmyk włosów. Nie zamierzała pastwić się nad tym człowiekiem przed resztą załogi, ale nie mogła też tak po prostu odpuścić.

        -Każda godzina opóźnienia zostanie odliczona od pańskiej premii kapitanie - przypomniała po czym odwróciła się, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

        -Proszę się streszczać - rzuciła jeszcze na odchodne.

        Miała dokładnie trzydzieści minut, pół godziny, by zdrapać z siebie lepki brud i zamienić ciało w naostrzony skalpel. Ruszyła w kierunku śluzy sanitarnej, obiecując, że jeśli nie dotrze do Borodino na czas wystawi im za to słony rachunek.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        👼 ♥ 👩‍🏫
        3
        • MaReenkM Niedostępny
          MaReenkM Niedostępny
          MaReenk jako Nadia Volkov
          napisał(a) ostatnio edytowany przez MaReenk
          #10

          Nadia_Hypersleep_256kb.jpg
          Wilgotny syk otwierających się uszczelek wyrwał Nadię z ciężkiej, czarnej pustki hypersnu. Przez kilka pierwszych sekund nie wiedziała nawet, gdzie jest ciało odmawiało posłuszeństwa, a myśli poruszały się powoli, jakby ktoś zalał jej czaszkę gęstym olejem technicznym.
          Pierwszy oddech był zawsze najgorszy.
          Szarpnęła powietrze do płuc i natychmiast zgięła się w pół, kaszląc mokro do wnętrza kapsuły. Gardło paliło od chemicznego chłodu. W uszach dudnił przeciągły alarm biologiczny, jednostajny i irytujący, którego nigdy do końca nie dało się zagłuszyć.
          Mrugnęła kilka razy. Rozmazane światła przedziału medycznego zaczęły powoli odzyskiwać ostrość.
          Metalowe ściany pokrywała cienka warstwa skroplonej pary. Gdzieś obok ktoś wymiotował. Ktoś inny przeklinał przez zaciśnięte zęby.
          Normalny dzień w kosmosie.
          Nadia odpięła drżącymi palcami pasy bezpieczeństwa. Mechaniczne segmenty lewej dłoni zaterkotały cicho przy pierwszym ruchu proteza zawsze działała odrobinę gorzej zaraz po wybudzeniu. Skrzywiła się i uderzyła nią dwa razy o bok kapsuły, aż serwomotory odpowiedziały znajomym, ciężkim kliknięciem.
          -No dalej…-wymamrotała zachrypniętym głosem.
          Zsunęła nogi na zimną podłogę. Mięśnie protestowały natychmiast; przez moment miała wrażenie, że kolana zwyczajnie się pod nią ugną. Oparła się ciężko o krawędź kapsuły i przeczekała falę mdłości.
          Powietrze na pokładzie pachniało dokładnie tak samo jak zawsze...ozonem, wilgocią, starym filtrowanym potem i rozgrzaną elektroniką. Dziwnie uspokajające.
          Dopiero po chwili zauważyła kapitana stojącego przy końcu sali. Rozmawiał cicho z pokładowym androidem, zbyt cicho, by dało się wychwycić słowa. Syntetyk stał nieruchomo, z rękami splecionymi za plecami, idealnie spokojny w sposób, który zawsze budził w niej niechęć.
          Nadia zmrużyła oczy.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          🆒 ♥ 👩‍🔧
          5
          • Macabra78M Niedostępny
            Macabra78M Niedostępny
            Macabra78 jako Adam Nexus Mk 7
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #11

            Adam stoi obok jednej z wygaszających się komór kriogenicznych, gdy ostatnie komunikaty systemowe cichną w tle. W powietrzu nadal unosi się chłód i metaliczny zapach płynu chłodzącego. Załoga dopiero odzyskuje orientację, ciężko oddychając po wybudzeniu z hypersnu.
            Syntetyk obserwuje kapitana przez krótką chwilę, analizując jego stan szybkim ruchem oczu — rozszerzenie źrenic, poziom napięcia mięśni, rytm oddechu. Dopiero potem odzywa się spokojnym, wyważonym tonem.
            — Kapitanie.
            Odwraca lekko głowę w stronę korytarza prowadzącego do centrum medycznego.
            — Jeśli odebrany sygnał posiada status SOS, rekomenduję przygotowanie sekcji medycznej na możliwość kontaktu z rannymi lub skażonym personelem.
            Krótka pauza.
            — Czy mam udać się z panem na mostek… czy za pańskim pozwoleniem rozpocząć procedury medyczne?
            Nie brzmi to jak pytanie człowieka szukającego wskazówek. Raczej jak precyzyjnie przedstawione warianty operacyjne. Adam stoi nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, czekając na decyzję dowódcy.
            Migające światła alarmowe odbijają się w jego spokojnych oczach, które pozostają całkowicie pozbawione niepokoju. Jakby sygnały ratunkowe, awaryjne wybudzenie i możliwość śmierci były jedynie kolejną procedurą wpisaną w jego działanie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • MarrrtM Niedostępny
              MarrrtM Niedostępny
              Marrrt jako Caleb Hannigan
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
              #12

              Kapitan pozwolił by słowa le Fey ucichły i zniknęły wraz z jej osobą w korytarzu wiodącym do kajut i natrysku. Jeśli miał na końcu języka jakiś komentarz to zachował go dla siebie. Miał już się kierować w tym samym kierunku gdy zatrzymał go Adam.
              - Dobrze. - powiedział po wymuszonym namyśle - Rozpocznij. Ale przyjdź na odprawę do mesy.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • Davy KneeD Niedostępny
                Davy KneeD Niedostępny
                Davy Knee jako Davy O'Collan
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Davy Knee
                #13

                Davy O’Collan przez krótką chwilę patrzył na kapitana z miną człowieka, który właśnie zadał pytanie i od razu pożałował, że kosmos może na nie odpowiedzieć.

                Hannigan mówił spokojnie, ale w jego głosie słychać było ten szczególny ton, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Nie był to ton prośby, sugestii ani porannego narzekania po źle przespanym hypersnie. To był głos kapitana wydającego polecenia, gdy statek przestawał być środkiem transportu, a zaczynał być problemem technicznym z potencjałem do zabicia wszystkich na pokładzie.

                — Panie Kalashnikov, panie O’Collan, pięć minut wcześniej proszę na mostek.

                Davy skinął głową. Wolniej, niż zamierzał, bo błędnik nadal robił mu w czaszce mały pokaz akrobacji orbitalnej.

                — Mostek brzmi dobrze, kapitanie — wychrypiał. — Wszystko brzmi lepiej niż stanie tutaj w bieliźnie kriogenicznej i udawanie, że człowiek wygląda godnie po wyjęciu z lodówki.

                Ruszył w stronę wyjścia z komory hypersnu, mijając rzędy otwierających się kapsuł, z których unosiły się resztki białej, chłodnej pary. Sala była pełna syknięć zaworów, kaszlu, przekleństw i nerwowego popiskiwania aparatury medycznej. Ludzie wracali do życia w sposób mało elegancki, lepcy od kriopotu, źli na świat i jeszcze bardziej źli na własne ciała. Przechodząc obok Nadii i Siergieja, rzucił do nich wesołe "zdrastwujcie" i bez zatrzymania szedł ku wyjściu. Przy grodzi wyjściowej stała dumnie jej wysokość Delilah le Fey. Davy miał wrażenie, że ta kobieta nawet z hypersnu wychodziła z miną kogoś, kto uznał biologiczne odmrażanie za nieefektywną procedurę o zbyt długim czasie realizacji. Była blada, spięta, jeszcze w lekkim kombinezonie kriogenicznym, ale już z przenośnym terminalem w dłoni. Przewijała dane krótkimi, ostrymi ruchami palców. Każdy komunikat systemowy wyglądał, jakby osobiście obrażał jej harmonogram. A komunikat o opoźnieniu obrażał go najwyraźniej najbardziej.

                Davy zwolnił o pół kroku. Osiągnął prędkość manewrową, by zrobić coś nierozsądnego.

                — Pani le Fey — rzucił z półuśmiechem, opierając się na moment o framugę grodzi. — Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że to całe zamieszanie specjalnie czekało na tą chwile, żeby zepsuć pani kalendarz akurat dzisiaj. Bardzo nieprofesjonalne. Ale jak to mówicie w wielkim świecie - każdy problem to okazja. Ja z chęcią zostanę Pani okazją... Jestem do dyspozycji mademoiselle...

                Delilah nawet nie podniosła wzroku. Jej twarz nie drgnęła. Żadnego spojrzenia, żadnej riposty, żadnego zmarszczenia brwi. Tylko idealnie zimna obojętność człowieka, który właśnie sklasyfikował Davy’ego jako szum tła o niskim priorytecie. Palce nadal przesuwały się po terminalu, szybciej i ostrzej, jakby odpowiedzialność za opóźnienie jej planów można było zrzucić na ekran dotykowy. Minęła go bez słowa, zostawiając po sobie zapach sterylnej chemii, drogich kosmetyków i korporacyjnej pogardy. Davy odprowadził ją wzrokiem.

                — Czyli jednak mnie lubi — mruknął. — Gdyby mnie nie lubiła, na pewno by mnie opierdoliła.

                Dopiero wtedy ruszył dalej, w stronę kajuty, by doprowadzić się do stanu, w którym przynajmniej z daleka przypominał pilota, a nie ofiarę awarii chłodni przemysłowej. Korytarze Kardashiana budziły się razem z załogą. Białe światło lamp przełamywało awaryjną czerwień, wentylatory w kanałach wentylacyjnych wchodziły na wyższe obroty, a gdzieś pod stopami niosło się głuche, niskie dudnienie reaktora przechodzącego z trybu ekonomicznego w pełniejszy cykl roboczy.

                Kajuta Davy’ego była ciasna, źle wentylowana i umeblowana z korporacyjną wyobraźnią człowieka, który nigdy nie spędził w kosmosie więcej niż trzy minuty w symulatorze. Łóżko, składany panel roboczy, szafka, półka na osobiste drobiazgi i prysznic sanitarny, który w dobry dzień przypominał kabinę ratunkową, a w zły — eksperyment psychologiczny. Davy wcisnął panel natrysku.

                — No dalej, maleńka. Nie każ mi błagać.

                Dysza splunęła najpierw zimną mgłą, potem letnią wodą z metalicznym posmakiem starego filtra. Wystarczyło. Wszedł pod strumień, oparł czoło o ścianę kabiny i pozwolił, by ciśnienie zmyło z niego resztki kriogenicznego potu, chemicznej lepkości i tej charakterystycznej bezradności, którą hypersen zostawiał w mięśniach jak nieproszony podpis.

                Trzy minuty później był już w dolnej części kombinezonu, z ręcznikiem przerzuconym przez kark i puszką pobudzacza w dłoni. Etykieta obiecywała „natychmiastową jasność umysłu, wsparcie układu nerwowego i przyjemny smak limonki”. Davy pociągnął łyk, skrzywił się i uznał, że dwie pierwsze obietnice są równie podejrzane jak trzecia.

                — Smakuje jak płyn chłodniczy, który miał trudne dzieciństwo — mruknął do pustej kajuty.

                Dopił jednak pół puszki. Weterani nie przeżywali dlatego, że byli wybredni.

                Droga na mostek była krótka, ale dla Davy’ego miała w sobie coś z rytuału. Każdy statek miał własny chód, własny oddech i własny zestaw kłamstw, które opowiadał załodze przez poszycie, przewody i drgania konstrukcji. Kardashian kłamał często, głośno i bez większego przekonania. Buczał tam, gdzie powinien mruczeć. Trzeszczał tam, gdzie powinien milczeć. Miał drobne opóźnienie w reakcji kompensatorów na zmianę obciążenia bocznego i irytujący rezonans w prawym ciągu manewrowym, którego nikt poza Davym nie uważał za osobisty afront.
                Ale był jego. Przynajmniej na tyle, na ile jakikolwiek statek mógł należeć do pilota, który nie miał prawa własności, udziałów ani sensownego ubezpieczenia.

                Drzwi mostka rozsunęły się z suchym sykiem pneumatyki. Davy zatrzymał się w progu.

                kardashian_bridge.png

                Mostek Kardashiana nie był piękny. Nie w sposób, w jaki piękne bywają foldery rekrutacyjne, korporacyjne wizualizacje i reklamowe hologramy pokazujące uśmiechniętych ludzi w idealnie czystych kombinezonach. Mostek był niski, ciasny, asymetryczny i upchany technologią z trzech różnych dekad, dwóch standardów przemysłowych i przynajmniej jednej modernizacji wykonanej przez kogoś, kto miał więcej taśmy izolacyjnej niż rozsądku. Ale dla Davy’ego był piękny dokładnie tak, jak piękny bywa dobrze używany rewolwer, stara skórzana kurtka albo pas startowy widziany przez deszcz po zbyt długim locie.

                Centralny fotel kapitana stał lekko niżej, na krótkim podeście z dostępem do panelu dowodzenia, łączności dalekiego zasięgu i autoryzacji systemów krytycznych. Po lewej stronie mostka znajdowało się stanowisko nawigacyjne, z matrycą astrogacyjną ciągle jeszcze rozgrzewającą główne układy projekcyjne. Po prawej — konsola sensorów i kontroli przemysłowej, częściowo sprzężona z systemami rafineryjnymi i ramionami wydobywczymi. Nad nimi wisiały stare monitory statusowe, z których kilka miało wypalone narożniki i martwe piksele układające się w coś, co Davy od dawna nazywał „mapą piekła”.

                A z przodu, w osi statku, czekało stanowisko pilota.

                Jego stanowisko.

                Fotel wyglądał jak coś, co przeżyło trzy remonty, dwa pożary instalacji i przynajmniej jednego poprzedniego pilota o bardzo ciężkim tyłku. Tapicerka była popękana przy lewej krawędzi, podłokietnik miał wytarty ślad po kciuku, a moduł regulacji lędźwiowej działał tylko wtedy, gdy człowiek najpierw uderzył go od spodu. Przed fotelem ciągnął się łuk konsol: sterowanie ciągiem głównym, korekta wektora, RCS, żyroskopy, stabilizacja rotacyjna, kompensatory bezwładności, sprzężenie autopilota, wskaźniki masy chwilowej i matryca trajektorii.

                Davy podszedł do fotela powoli, niemal z szacunkiem.

                — Cześć, księżniczko — powiedział cicho i czule do konsoli. — Tęskniłaś?

                Usiadł.

                Fotel przyjął go z cichym skrzypnięciem, które zabrzmiało jak wyrzut. Davy położył dłonie na panelach, zanim jeszcze wszystkie ekrany zdążyły wybudzić się z trybu uśpienia. Skóra palców pamiętała układ przełączników lepiej niż on sam pamiętał niektóre nazwiska. Jeden ruch aktywował podświetlenie osi sterowych. Drugi odblokował podgląd sekwencji rozruchowej. Trzeci wywołał lokalną diagnostykę interfejsu pilotażowego.
                Na ekranach zaczęły pojawiać się bloki danych.

                REAKTOR: TRYB WZBUDZENIA — STABILNY
                NAPĘD GŁÓWNY: CYKL ROZGRZEWANIA — 43%
                RCS: CIŚNIENIE W LINII A/B — NOMINALNE
                KOMPENSATORY BEZWŁADNOŚCI: TEST PĘTLI — OCZEKIWANIE
                AUTOPILOT: AKTYWNY TRYB KOREKTY TRAJEKTORII
                CZUJNIKI DALEKIEGO ZASIĘGU: WYMAGANA AUTORYZACJA DOWÓDCY
                TRANSPONDER: PASYWNY
                STATUS KADŁUBA: BRAK NOWYCH DEFORMACJI STRUKTURALNYCH

                Davy uniósł brew.

                — Brak nowych deformacji. Jak miło. Czyli stare nadal są z nami.
                Dotknął panelu komunikacji lokalnej.

                — Opiekunie, stanowisko pilota aktywne. Uruchom diagnostykę przedmanewrową poziom dwa. Napęd, RCS, pętle bezwładnościowe, autopilot, czujniki zbliżeniowe, aktualny wektor i margines bezpieczeństwa względem źródła alarmu.

                Przez sekundę odpowiedziało mu tylko ciche buczenie mostka. Potem w głośniku odezwał się głos Opiekuna — płaski, syntetyczny, pozbawiony osobowości w sposób, który czynił go niemal uczciwym. To nie był android. Opiekun nie udawał człowieka. Był systemem zarządzania, nadzoru i przypominania załodze, że maszyna wie, kiedy ktoś próbuje obejść procedury.

                — Diagnostyka przedmanewrowa poziom dwa: przyjęta. Zakres ograniczony. Brak pełnej autoryzacji kapitańskiej.

                — Oczywiście — westchnął Davy. — Bo jeszcze mógłbym przypadkiem dowiedzieć się, dlaczego wyrwano mnie z najgorszego snu mojego życia.

                — Alarm aktywny — odpowiedział Opiekun. — Odebrano sygnał ratunkowy. Klasyfikacja: SOS. Źródło: niezidentyfikowane. Dalsze dane wymagają autoryzacji kapitana.

                Davy oparł się w fotelu i spojrzał na główny ekran, na którym powoli formowała się uproszczona mapa lokalnej przestrzeni. Ciemność między Gliese i Borodino nie wyglądała na mapie groźnie. Była czysta, techniczna, podzielona siatką współrzędnych i cyframi, które udawały, że da się zamknąć pustkę w tabeli. W praktyce jednak, pustka zawsze miała własne pomysły.

                — Lakoniczny jak prawnik Kellanda — mruknął Davy. — Dobrze. Pokaż mi przynajmniej, czy mamy sterowność, zanim kapitan przyjdzie i zacznie pytać, czy da się podlecieć bliżej czegoś, do czego rozsądny człowiek nie powinien podlatywać.

                — Sterowność podstawowa dostępna. Manewry ograniczone do korekt pasywnych do czasu zakończenia cyklu rozruchowego napędu głównego. Zalecenie: oczekiwać na autoryzację dowódcy.

                — To moja ulubiona część latania — powiedział Davy, przeciągając dłonie po krawędzi konsoli. — Czekanie, aż ktoś inny pozwoli mi uratować nam tyłki.

                Na mostku nadal był sam. Przez pancerne okna, częściowo przesłonięte filtrami przeciwradiacyjnymi, widać było tylko gwiazdy — zimne punkty wbite w absolutną czerń. Żadnej planety. Żadnej stacji. Żadnego portu. Tylko statek, sygnał SOS i długa, obojętna przestrzeń, która od zawsze miała w głębokim poważaniu ludzkie rozkłady lotów. Davy poprawił ustawienie fotela, wsunął stopy na pedały korekty osiowej i położył prawą dłoń na manetce ciągu. Mostek Kardashiana mruczał wokół niego, nierówny, zmęczony i uparty.

                Davy uśmiechnął się pod nosem.

                Był znowu w swoim królestwie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                🕺 🆒
                3
                • Macabra78M Niedostępny
                  Macabra78M Niedostępny
                  Macabra78 jako Adam Nexus Mk 7
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Macabra78
                  #14

                  Adam opuszcza mostek bez zbędnych słów. Metaliczne drzwi zamykają się za nim z głuchym sykiem, gdy syntetyk kieruje się długim korytarzem w stronę sekcji medycznej. Alarmowe światła pulsują leniwie pod sufitem, odbijając się czerwienią od białego materiału kombinezonu.
                  Trzydzieści minut.
                  Dla człowieka byłoby to niewiele czasu. Dla niego — wystarczająco.
                  Po wejściu do ambulatorium od razu aktywuje główną konsolę medyczną. Ekrany budzą się jeden po drugim, zalewając pomieszczenie chłodnym, niebieskim światłem. Adam przesuwa dłonią po panelach sterowania z niemal nieludzką precyzją.
                  — Uruchomienie procedur przyjęcia awaryjnego.
                  — Możliwy kontakt biologiczny.
                  — Możliwe obrażenia wielonarządowe.
                  — Możliwe skażenie środowiskowe.
                  System odpowiada krótkimi sygnałami potwierdzenia.
                  Syntetyk porusza się szybko, lecz bez chaosu. Każdy ruch wygląda jak część wcześniej zaplanowanej sekwencji. Otwiera szafki medyczne, sprawdzając zawartość jeszcze zanim komputer kończy wyświetlać stany magazynowe.
                  Ampułki stymulantów.
                  Pakiety krwi syntetycznej.
                  Zestawy chirurgiczne.
                  Autoiniektory.
                  Przenośne respiratory.
                  Wszystko trafia na stalowy stół w idealnym porządku.
                  Adam zatrzymuje się przy jednej z szaf oznaczonych czerwonym symbolem BIOHAZARD. Przez chwilę patrzy na zamknięcie, po czym odbezpiecza je i wyciąga hermetyczne maski oraz dwa kombinezony izolacyjne. Odkłada je osobno.
                  Na wszelki wypadek.
                  Następnie podchodzi do kapsuły diagnostycznej i uruchamia pełny cykl testowy urządzenia. Mechaniczne ramiona wysuwają się z wnętrza z cichym kliknięciem.
                  — Diagnostyka sprawna.
                  — Sterylność zachowana.
                  — Czas przygotowania sali operacyjnej: cztery minuty trzydzieści sekund.
                  Adam unosi wzrok ku jednemu z monitorów. Na ekranie nadal pulsuje komunikat o odebranym sygnale SOS.
                  Przez krótką chwilę pozostaje nieruchomy.
                  Jakby analizował coś więcej niż tylko dane.
                  Potem sięga po medyczny tablet i spokojnym głosem przesyła raport na mostek.
                  — Sekcja medyczna gotowa do przyjęcia rannych.
                  — Zabezpieczyłem wyposażenie do procedur urazowych oraz potencjalnego skażenia biologicznego.

                  W pomieszczeniu znów zapada cisza. Słychać jedynie niski szum statku i cichy dźwięk pracujących urządzeń medycznych.
                  Adam stoi pośród chłodnego światła monitorów zupełnie nieruchomo.
                  Po dłuższej chwili bezruchu wychodzi,udając sie na odprawę do mesy,wyliczając czas tak by wejść 5 minut przed odprawa.
                  file_000000007950724396d563fd7587f6ed.png

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  ♥
                  5
                  • GreKG Niedostępny
                    GreKG Niedostępny
                    GreK jako Siergiej Kalashnikov
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez GreK
                    #15

                    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                    text alternatywny

                    Wybudzony z hibernacji Siergiej otworzył nagle oczy by chwilę później zgiąć się w pół łapiąc za klatkę piersiową.

                    Tlenu! Tlenu!

                    Bezwiednie otwierał usta by złapać choćby haust powietrza. Uderzył mocno pięścią dwa razy w żebra nim przeciągły świst oznajmił, że wpomaganie płuc zaczęło działać.

                    Zakaszlał. Przechylił się za kapsułę i bluzgnął na podłogę czymś, co przed chwilą wypełniało mu żołądek. Wychodził z założenia, że jeśli coś mu leży na wątrobie, to trzeba to z siebie wyrzucić.

                    — Job twoju mat'! — wyharczał przez napływające łzy.

                    Wytarł usta rękawem. Od razu poczuł się lepiej.

                    Pierdolone wybudzenia go kiedyś zabiją. I chociaż powinien się już do tego przyzwyczaić — nie potrafił. System wspomagający oddychanie, zawsze robił mu ten sam psikus. A on za każdym razem panicznie się bał, że tym razem się nie uruchomi. Że zostanie z tą rozdziawioną gębą jak karp wyrzucony z wody i się udusi. Kilka sekund strachu.

                    Za stary był na to. Za stary i za bardzo zużyty.


                    Korposucz, którą wzięli na pokład w Gliese pozbierała się szybciej od niego. Młodość. Gdy mijała jego kapsułę spojrzała na niego z odrazą. Zatrzymała się, zmieniła zdanie i zawróciła w stronę kapitana.

                    Co za blat'?

                    Przemknęło przez głowę Nikołajewicza, gdy zdał sobie sprawę, że właściwie to nie patrzyła na niego, tylko gdzieś obok. Ponad nim?


                    Zmarszczył brwi i przekręcił głowę w stronę terminala przy kapsule.

                    15.08.2183.

                    Patrzył kilka sekund, jakby cyfry miały same zmienić układ.

                    — Nie… — mruknął zachrypniętym głosem.

                    Na Borodino mieli dolecieć dopiero pod koniec listopada. Najwcześniej. Coś się musiało koncertowo spierdolić.

                    Awaria chronometru? Nie.
                    Rozjazd czasu po błędzie nawigacji? Mało prawdopodobne.
                    Uszkodzenie modułu kriogenicznego?
                    Błąd OPIEKUNA?
                    Przebudzenie awaryjne po kolizji?
                    Albo, co gorsza…

                    …reaktor.

                    Poczuł znajomy chłód pełznący po karku.

                    Bo ludzi wybudza się przed czasem tylko z kilku powodów. I żaden nie był dobry.


                    Stary rozmawiał właśnie z syntkiem gdy Korposucz kręcąc dupą płynęła w jego stronę. Sadza zdołał się pozbierać na tyle, że wstał o własnych siłach i udało mu się nie wypierdolić na własnych żygowinach. Z honorem zdołał więc przywlec się do Hannigana na czas by usłyszeć jak ten odprawia ją z niczym, co przyjął z szerokim uśmiechem.

                    — Ta jes! — skwitował rozkaz z czymś między salutem a machnięciem ręką.

                    A więc nie awaria.

                    Odetchnął z wyraźną ulgą. Krypa się jednak spisała. To dobrze, bo mogli być w czarnej dupie. A tymczasem czekał ich tylko spacerek pod rozgwieżdżonym niebem.

                    ReRebirthR 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    ♥ 🆒
                    5
                    • PiołunP Niedostępny
                      PiołunP Niedostępny
                      Piołun jako Elias Crowe
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #16

                      text alternatywny

                      Pierwsze, co wróciło, to smak. Metal, stary plastik i coś słodkawego, chemicznego, jakby ktoś przepłukał mu gardło płynem do konserwacji filtrów. Nie otwierał oczu. Coś mu mówiło, jakiś szósty zmysł, że coś się spierdoliło. Nie wiedział jeszcze co, ale leżenie tak z zamkniętymi powiekami było bez sensu, dlatego zmusił się do otwarcia oczu. Majaczyła nad nim osłona kriogeniczna, mokra od skroplonej pary, pobrużdżona szronem i mdłym światłem kontrolek.

                      Przez kilka sekund nie wiedział, czy oddycha sam, czy wspomaga go jeszcze aparatura komory, ale w końcu jego płuca się odezwały. Zakaszlał głęboko i brzydko, wypluwając brunatny płyn konserwujący jego krtań podczas głębokiego snu, który zawsze schodził w pierwszej kolejności. Nie było to zwykłe chrząknięcie po śnie, jakie mieli inni, tylko coś bardziej jak próba spuszczenia oleju z rzężącego silnika. Tak to jest, jeśli próbujesz połączyć tkankę ze wszczepami. Zawsze za coś płacisz. Crowe zgiął się w pasach, zacisnął palce na krawędzi kapsuły i przeczekał falę bólu z twarzą skrzywioną bardziej z irytacji niż strachu. Syntezator w krtani zaskoczył po chwili cichym, paskudnym trzaskiem, jak stary głośnik, który ktoś kopnął dla zachęty. Podobno tak Rosjanie naprawiali cały swój kosmiczny sprzęt. Patrzył, jak czasem robi to Siergiej i musiał przyznać, że była to cholernie dobra metoda.

                      – Żyję – wychrypiał do nikogo konkretnego. – Dalej żyję. Niewiarygodne.
                      Odpiął pasy drżącymi palcami. W głowie miał watę, w ustach syf, a w mięśniach czuł tę charakterystyczną pustkę po długim czasie nieużywania. Usiadł za szybko i natychmiast tego pożałował. Świat przechylił się o kilka stopni, choć szybko wrócił na właściwe miejsce. Naukowiec oparł łokcie na kolanach i oddychał chwilę przez nos, krótko, oszczędnie, próbując zebrać się do kupy.

                      Powietrze było zimne. Za zimne. To od razu zapaliło kontrolki w jego umyśle. Raptownie nabrał sił. Oblizał spierzchnięte usta i wziął głęboki wdech, by przeanalizować sprawę. Powietrze było wilgotne od odparowującego chłodziwa, z cienką nutą ozonu i rozgrzanej elektroniki. Pod spodem czuł jeszcze coś. Nie zapach, nie do końca. Raczej brak właściwej woni, do której przywykł. Filtry dopiero wchodziły na roboczy cykl, przepływ nie był jeszcze równy. Zamruczał z zadowolenia. Z Kardashian było wszystko w porządku. Jego kotka budziła się po prostu jak stary palacz po źle przespanej nocy.

                      Crowe uniósł wzrok na Adama. Android stał między kapsułami w tym swoim nieskazitelnie czystym wdzianku, którego Crowe tak nie lubił. Przypominał mu o tym, jaki sam kiedyś był. Teraz dbanie o takie detale było zbyt uciążliwe. Syntetyk wyróżniał się na tle załogi jak księżniczka w burdelu, ale może to i lepiej. Nie lubił tych modeli, którym zbyt dobrze wychodziło naśladowanie ludzi. Adam mówił coś o stabilnym tętnie, saturacji, która była w normie, i braku objawów odrzutu neurologicznego. Elias parsknął cicho, co natychmiast zmieniło się w kolejny kaszel. Cholerne androidy.

                      – Saturacja w normie – powtórzył pod nosem. – Masz chyba zepsuty ten komputerek. W moim ciele nic od dawna nie jest w normie – rzucił i przypomniał sobie ból w klatce piersiowej przed wylotem.
                      Obiecał, że zrobi pełną diagnostykę. No to chyba będzie trzeba przełożyć wizytę o parę lat. Westchnął i zmarszczył brwi, gdy spojrzał na wyświetlacz przy kapsule.

                      15.08.2183.

                      Czyli jednak przeczucie go nie zawiodło. Coś się spierdoliło. Przez chwilę tylko tępo patrzył na cyfry. Twarz miał jeszcze zbyt martwą po hypersnie, żeby pozwolić sobie na luksus ekspresji. Mimo wszystko jedno oko, to naturalne, zwęziło się lekko. Drugie odpowiedziało cichym kliknięciem diagnostycznej nakładki. Za wcześnie. Oczywiście, że za wcześnie.

                      Wokół ludzie dochodzili do siebie po swojemu. Biedna Delilah chyba wstała lewą nogą i się tym przejęła, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś ją oceniał. Sam miał to gdzieś. Zbyt źle się czuł, by oceniać innych. Davy, ich ranny ptaszek, jak zwykle ćwierkał wesoło. Elias nie do końca rozumiał tego człowieka, ale doceniał dobry humor u ludzi. Dobrze równoważył jego fatalizm. Wydało mu się, że po twarzy Siergieja przemknął grymas strachu. Normalne. Sam miał coś podobnego, gdy jego wszczepy nie załączały się na czas. Na resztę nie spojrzał. Było już wiadomo, że to nie standardowe, łagodne wybudzenie, więc wszyscy będą czuli się jak gówno w słoiku, którym ktoś raptownie wstrząsnął. Coś się stało i wiedział, że kapitan za chwilę wyłoży im sprawę. Nie pomylił się. Hannigan dał im znać, że odebrali sygnał S.O.S.

                      Elias powoli przetarł twarz dłonią. Skóra pod palcami była zimna i lepka. Bardzo chciał teraz zapalić, choć to jeszcze nie była ta pora. Jeszcze bardziej chciał łyku z piersiówki. Obie te rzeczy były nieprofesjonalne i prawdopodobnie zabronione po przebudzeniu, ale miał to w dupie. Gdy tylko wejdzie do swojej kajuty, zrobi sobie konkretnego drinka.

                      – Fajnie – mruknął. – Świetnie. Czyli co? Ktoś będzie musiał tam zajrzeć. I oczywiście tym kimś będziemy my? Dla jasności, firma zapłaci nam za nadgodziny? – zapytał, ale nie miał wielkich nadziei.

                      Zsunął nogi na podłogę. Kolana ugięły się pod nim tak, że żeby się nie przewrócić, musiał się przytrzymać. Odezwała się stara rana. Przeczekał pierwszy zawrót głowy, potem sięgnął do schowka po swój przybrudzony kitel terenowy. Narzucił go na siebie powoli, sprawdzając po kieszeniach znajome kształty: fiolki, paski testowe, marker, mały próbnik, zapasowe uszczelki, porysowany analizator. Metal piersiówki stuknął cicho o obudowę kieszeni. Ten dźwięk uspokoił go bardziej, niż powinien.

                      Kiedy Adam wspomniał o możliwym skażonym personelu i procedurach medycznych, Crowe podniósł głowę.
                      – Adam – odezwał się zachrypniętym, nierównym głosem. – Jak będziesz szykował medyczną, odłóż mi pełny odczyt atmosfery z ostatnich sześciu godzin. Pomieszczenie z komorami, mesa, mostek, główne kanały. Nie interesuje mnie, czy system mówi, że jest w porządku. Jestem starej daty i muszę wszystko sprawdzić sam – wyłożył, choć podobne prośby nie były nowością.

                      Nie czekał na odpowiedź dłużej, niż musiał. Podniósł z dna kapsuły niewielki analizator, potrząsnął nim raz, jakby budził wkurwione, agresywne zwierzątko, i spojrzał na jego ekran. Urządzenie zamrugało, pokazało błąd kalibracji, potem niechętnie wróciło do życia.
                      – No już, skurwysynu – mruknął do niego ciszej. – Działaj, kupo gówna – rzucił i walnął dłonią w sprzęt.
                      Ekran zamrugał i załadował się. A jednak te ruskie metody działały.

                      Crowe ruszył w stronę wyjścia wolniej niż reszta, ale nie zniżył się do tego, by prosić kogokolwiek o pomoc. Przy grodzi zatrzymał się jeszcze na moment i obejrzał za siebie. Wyglądało na to, że drużyna w miarę dobrze przeżyła wcześniejsze wyciągnięcie z lodówki. Miło się pracuje z profesjonalistami.
                      – Trzydzieści minut – powiedział do siebie. – Dobrze. W sam raz, żeby dowiedzieć się, czym tam teraz oddychamy i walnąć sobie na jedną i drugą nóżkę.
                      Wsunął analizator do kieszeni, poprawił kołnierz kitla i poszedł się doprowadzić do stanu, który przy odrobinie złej woli dało się nazwać używalnym.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      💥 🆒 🥃
                      4
                      • BeetleB Niedostępny
                        BeetleB Niedostępny
                        Beetle jako Marcus Holt
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Beetle
                        #17

                        Holt wysłuchał komunikatu kapitana i ruszył w stronę mesy.

                        Nie dlatego że miał ochotę na towarzystwo. Protokół ochrony Kelland Mining był w kwestii S.O.S. precyzyjny - w sytuacji nierutynowego wybudzenia ochroniarz kontraktowy zabezpiecza obszary wspólne i weryfikuje stan osobowy pasażerów. Mesa była pierwszym punktem na liście.

                        Wkroczył do środka. Obszedł pomieszczenie, sprawdził śluzy, wyjścia awaryjne, panel komunikacyjny przy wejściu. Zrobił to bez pośpiechu i bez komentarza, jakby wykonywał czynność którą wykonuje się dlatego że się ją wykonuje, nie dlatego że akurat ma się na to ochotę. Skończył przy stoliku, usiadł. Karabin położył na blacie, ostentacyjnie ale też wyjątkowo wyraźnie zaznaczając, że woli go mieć przy sobie. Ot profesjonalna preferencja.

                        Czekał w mesie aż pojawi się Delilah. Agentka wyglądała jak człowiek który właśnie przegrał argument z prawem i jeszcze nie do końca to zaakceptował. Holt widział ten typ. Korporacje produkowały ich seryjnie.

                        Wstał, podszedł do ekspresu przy ścianie i wrócił po chwili z dwoma kubkami. Jeden zatrzymał dla siebie. Drugi postawił przed agentką bez słowa i bez pytania czy go chce. Syntetyczna lura pachniała nawet po kilkumiesięcznym śnie mało zachęcająco.

                        fc7d66fa-a209-451c-9b79-dda03b388bc5.png

                        -Na Borodino będzie gorsza - zaczął jak miał w zwyczaju z wyrafinowaną mało delikatnością -Sugeruje cieszyć się, że jeszcze nie ma z nami górników- dodał, patrząc na cygaro a nie na nią, tonem człowieka który stwierdza fakt
                        -Teraz jest cisza. W drugą stronę jej nie będzie.

                        Nie rozwinął tego. Podniósł cygaro do twarzy, powąchał je powoli, od jednego końca do drugiego. Zamknął palce i schował je z powrotem do kieszeni kombinezonu.

                        Spojrzał w stronę iluminatora i czekał na odprawę.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        ♥ 😱
                        3
                        • MaReenkM Niedostępny
                          MaReenkM Niedostępny
                          MaReenk jako Nadia Volkov
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #18

                          Nadia odwróciła głowę w stronę kapitana, jeszcze przez moment opierając się o krawędź kapsuły hypersnu. Czuła, jak organizm powoli wraca do normalnego rytmu pracy, choć mięśnie nadal miały w sobie tę charakterystyczną ciężkość po kriogenicznym śnie.
                          -Przyjęłam- odpowiedziała krótko, zachrypniętym jeszcze głosem. -Sprawdzę antenę i całą aparaturę nadawczą.
                          Przetarła dłonią twarz, po czym spojrzała na Joshuę krzątającego się między kapsułami.
                          -Joshua. Idziesz ze mną. -Po sekundzie dorzuciła spokojniej:
                          -Jeśli to fałszywy alarm, szybciej wrócimy na kawę.
                          Kącik ust drgnął jej ledwie zauważalnie. Bardziej odruch niż prawdziwy uśmiech, ale po hypersnie i tak było to więcej emocji, niż większość ludzi była w stanie z siebie wykrzesać.
                          Ruszyła pierwsza w stronę spalni. Statek nadal wydawał się dziwnie cichy, jakby dopiero budził się razem z nimi. Światła awaryjne przechodziły powoli w standardowy tryb pracy, rzucając chłodne refleksy na wilgotne od kondensacji ściany korytarzy.
                          W swojej ciasnej kabinie Nadia szybko zrzuciła cienki kombinezon medyczny. Materiał lepił się do skóry od kriogenicznej wilgoci. Narzuciła roboczy uniform inżynieryjny, wsunęła magnetyczny multitool do pasa i poprawiła mocowanie mechanicznej dłoni. Metalowe segmenty odpowiedziały znajomym kliknięciem.
                          To było lepsze od kawy.
                          Kilka minut później wspinali się już po wąskiej drabince serwisowej prowadzącej nad mostek. Powietrze robiło się cieplejsze od pracującej elektroniki i gęstsze od zapachu kabli, smaru oraz ozonu.
                          Pokój radiowy przywitał ich cichym buczeniem systemów transmisyjnych i miganiem zielonych kontrolek diagnostycznych.
                          Nadia od razu podeszła do głównej konsoli.
                          -Joshua, podłącz terminal serwisowy do zapasowego przekaźnika i sprawdź integralność buforów transmisji. Jeśli gdzieś mamy błędy synchronizacji, chcę je widzieć od razu.
                          Sama usiadła przy panelu głównym i przesunęła dłonią po rzędzie przełączników aktywujących pełną diagnostykę systemu komunikacyjnego. Monitory rozświetliły się seriami wykresów i danych telemetrycznych.
                          Sygnał SOS nadal wisiał w pamięci systemu.
                          Stabilny. Wyraźny. Powtarzalny.
                          Nadia zmarszczyła brwi.
                          -Antena kierunkowa odpowiada prawidłowo… brak utraty pakietów… -mruczała bardziej do siebie niż do Joshui, przeglądając kolejne raporty.
                          -Filtry szumów czyste. Żadnych zakłóceń kosmicznych.
                          Joshua uniósł wzrok znad otwartego panelu serwisowego.
                          -Bufory też wyglądają dobrze. Zero błędów transmisji.
                          -Jeszcze zasilanie.
                          Otworzyła dolny segment konsoli i wsunęła do środka mechaniczną dłoń. Metalowe palce poruszały się precyzyjnie między przewodami, kiedy sprawdzała napięcie na modułach wzmacniaczy.
                          Wszystko pracowało idealnie.
                          I właśnie to podobało jej się najmniej.
                          Po kilkunastu minutach diagnostyki odchyliła się ciężko na oparcie fotela operatora i przez moment patrzyła w milczeniu na spokojnie pulsujące kontrolki systemu komunikacyjnego. Sprzęt był w nienagannym stanie. Co oznaczało, że sygnał prawdopodobnie był prawdziwy.
                          Nadia sięgnęła do interkomu i wcisnęła przycisk połączenia z mostkiem.

                          -Tu Volkov. Zakończyłam pełną diagnostykę systemu komunikacyjnego i anteny nadawczej. -Jej głos był już spokojny, techniczny i całkowicie pozbawiony resztek sennego otępienia. -Brak usterek. Brak zakłóceń i błędów transmisji. Aparatura działa w stu procentach sprawnie.
                          Krótka pauza.
                          -Sygnał SOS nie wygląda na błąd systemowy.

                          Rozłączyła połączenie i przez chwilę siedziała nieruchomo, stukając metalowymi palcami o krawędź konsoli.
                          Potem westchnęła cicho i podniosła się z miejsca.
                          -Chodźmy. Kapitan pewnie właśnie zaczyna mówić wszystkim, jak bardzo sytuacja jest pod kontrolą.
                          Minęła Joshuę i ruszyła pierwsza ku wyjściu z pokoju radiowego. Korytarze statku były już bardziej żywe niż wcześniej, słychać było pracujące systemy, kroki załogi i niski pomruk silników.
                          Statek obudził się na dobre.
                          A Nadia miała bardzo złe przeczucie co do powodu tego przebudzenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          👍 🆒
                          4
                          • CyganC Niedostępny
                            CyganC Niedostępny
                            Cygan jako William Biscuit
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Cygan
                            #19

                            wiliam w kabinie smal.png
                            Pierwsze spotkanie Wiliama z procedurą wybudzania było dokładnie takie jak je wszyscy opisują - Okropne. Stan, w którym się znalazł można było porównać do bycia noworodkiem, ledwo widział, ledwo kontaktował i ledwo się poruszał. Po jakiejś dłuższej chwili w takim amoku, chłopak trochę otrzeźwiał co jak miał się za chwilę przekonać nie było ani trochę lepsze od poprzedniego położenia. Teraz całe ciało Wiliama odczuwało zimno, ale nie takie jak wyjście z domu w środku zimy, coś takiego było niczym w porównaniu do chłodu jaki w tamtym momencie odczuł. Pomimo tego, że znał objawy wybudzania, to i tak postanowił się rozejrzeć czy przypadkiem jakaś asteroida nie rozwaliła tego złomu i czy teraz nie wędruje po bezkresnym kosmosie w tej puszce. Obserwując otoczenie chłopak przypomniał sobie o zbiórce, którą zarządził kapitan. Chwilo się tym przejął, ale szybko zdał sobie sprawę, że jako pasażer nie musi się spieszyć. Czas jaki reszta wykorzystuje na wykonywanie swoich obowiązków może poświęcić na przemyślenia i doprowadzenia swojego mózgu do porządku.

                            Leżał w środku kapsuły i myślał nad obecnymi dźwiękami, jakie do niego docierały. Jako pierwszą usłyszał agentkę, która ewidentnie za szybko chciała wstać, bo chwile po odgłosie stawiania kroku do uszu archeologa doszedł także stukot kolan o podłogę. Ciekawski Wiliam wyjrzał przez krawędź kabiny, żeby zobaczyć, jak człowiek walczy z własnym organizmem. Biedaczysko, uwięziona w pogoni za wyższym stanowiskiem. Pewnie myśli, że stopień wyżej w hierarchii zmieni jej życie i zapewni jej szczęście. Głupia mentalność korposzczurów.

                            Kolejnym obiektem wartym przemyślenia był pilot Davy, który ani trochę nie przypominał kogoś wyrwanego z kilkumiesięcznego snu. Gość musi kochać swoją prace albo zajebiście to udaje. Oby moja praca dawała mi tyle szczęścia co pilotowanie jemu. Po tym Wiliam swoją uwagę skierował na najstarszych członków załogi Eliasa i Siergieja, ich widok wzbudzał w chłopaku mieszankę przerażenia i pożałowania niżeli ciekawości jak w przypadku poprzedniej dwójki. Czy mnie też czeka taki los. Praca tak długo jak tylko jestem w stanie. Ten świat naprawdę jest beznadziejnym miejscem. Kapitan i inżynierowie nie wzbudzili żadnych refleksji w umyśle młodego chłopaka może w przyszłości bardziej pomyśli nad tymi postaciami. Jednak teraz najwyższa pora, żeby wstać i zmyć z siebie ten kilkumiesięczny pot. Wiliam po zdrowej dawce rozmyślania i niewielkich ruchów podniósł się delikatnie i bez większych problemów ruszył w kierunku pryszniców, a później udał się na miejsce zbiórki.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            6
                            • GreKG GreK

                              Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                              text alternatywny

                              Wybudzony z hibernacji Siergiej otworzył nagle oczy by chwilę później zgiąć się w pół łapiąc za klatkę piersiową.

                              Tlenu! Tlenu!

                              Bezwiednie otwierał usta by złapać choćby haust powietrza. Uderzył mocno pięścią dwa razy w żebra nim przeciągły świst oznajmił, że wpomaganie płuc zaczęło działać.

                              Zakaszlał. Przechylił się za kapsułę i bluzgnął na podłogę czymś, co przed chwilą wypełniało mu żołądek. Wychodził z założenia, że jeśli coś mu leży na wątrobie, to trzeba to z siebie wyrzucić.

                              — Job twoju mat'! — wyharczał przez napływające łzy.

                              Wytarł usta rękawem. Od razu poczuł się lepiej.

                              Pierdolone wybudzenia go kiedyś zabiją. I chociaż powinien się już do tego przyzwyczaić — nie potrafił. System wspomagający oddychanie, zawsze robił mu ten sam psikus. A on za każdym razem panicznie się bał, że tym razem się nie uruchomi. Że zostanie z tą rozdziawioną gębą jak karp wyrzucony z wody i się udusi. Kilka sekund strachu.

                              Za stary był na to. Za stary i za bardzo zużyty.


                              Korposucz, którą wzięli na pokład w Gliese pozbierała się szybciej od niego. Młodość. Gdy mijała jego kapsułę spojrzała na niego z odrazą. Zatrzymała się, zmieniła zdanie i zawróciła w stronę kapitana.

                              Co za blat'?

                              Przemknęło przez głowę Nikołajewicza, gdy zdał sobie sprawę, że właściwie to nie patrzyła na niego, tylko gdzieś obok. Ponad nim?


                              Zmarszczył brwi i przekręcił głowę w stronę terminala przy kapsule.

                              15.08.2183.

                              Patrzył kilka sekund, jakby cyfry miały same zmienić układ.

                              — Nie… — mruknął zachrypniętym głosem.

                              Na Borodino mieli dolecieć dopiero pod koniec listopada. Najwcześniej. Coś się musiało koncertowo spierdolić.

                              Awaria chronometru? Nie.
                              Rozjazd czasu po błędzie nawigacji? Mało prawdopodobne.
                              Uszkodzenie modułu kriogenicznego?
                              Błąd OPIEKUNA?
                              Przebudzenie awaryjne po kolizji?
                              Albo, co gorsza…

                              …reaktor.

                              Poczuł znajomy chłód pełznący po karku.

                              Bo ludzi wybudza się przed czasem tylko z kilku powodów. I żaden nie był dobry.


                              Stary rozmawiał właśnie z syntkiem gdy Korposucz kręcąc dupą płynęła w jego stronę. Sadza zdołał się pozbierać na tyle, że wstał o własnych siłach i udało mu się nie wypierdolić na własnych żygowinach. Z honorem zdołał więc przywlec się do Hannigana na czas by usłyszeć jak ten odprawia ją z niczym, co przyjął z szerokim uśmiechem.

                              — Ta jes! — skwitował rozkaz z czymś między salutem a machnięciem ręką.

                              A więc nie awaria.

                              Odetchnął z wyraźną ulgą. Krypa się jednak spisała. To dobrze, bo mogli być w czarnej dupie. A tymczasem czekał ich tylko spacerek pod rozgwieżdżonym niebem.

                              ReRebirthR Niedostępny
                              ReRebirthR Niedostępny
                              ReRebirth jako Joshua Gleeson
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #20
                              Ten post został usunięty!
                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ReRebirthR Niedostępny
                                ReRebirthR Niedostępny
                                ReRebirth jako Joshua Gleeson
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez ReRebirth
                                #21

                                Joshua Gleeson

                                text alternatywny

                                Ból glowy. Mgła na myślach. Dzwonienie w uszach. Chyba światło, ale oczy nie chcą się otworzyć. Powieki są czymś zlepione. Dłoń próbuje nieporadnie oczyścić oczodoły,.drżąc przy tym niczym u kogoś z delirium. W końcu oczy się otwierają. Bladoniebieskie światło z kapsuły tylko potęguje ból w skroniach. Cichy jęk samoistnie wydobywa się z krtani. Gdy pół-żywy zewłok próbuje się podnieść, wyczuwa jak wzbiera w nim niepokój. Serce kolacze niczym zalane kofeinowym szotem. I ta jedna ostra niczym igła myśl. Czy to "JUŻ TEN MOMENT"? Przeznaczenie wypisywane mu od dzieciństwa w wynikach badań. Strach działał jak stymulant. Umysł przeszedł z trybu "stand by" w tryb "walki lub ucieczki". Oczy otwarły się szeroko. Usta chwyciły glęboki haust powietrza. I wtedy szybko żołądek przypomniał mu o swojej wrażliwej naturze. Mieszanka kwasu żołądkowego i preparatu hamującego trawienie niczym gejzer wystrzeliła do gardła. Dławiący i piekący kaszel wyrwał się z tchawicy, tak że pewnie usłyszeli go nawet na mostku. Ale nikt się nie odezwał. Czy wciąż śnił. Czy był sam? Wypluł resztki wydzieliny i rozejrzał się. Kaszel wyciszył serce, a może to był szum i bzyczenie otaczajacej aparatury, tak czy owak Joshua odetchnął z ulgą. Jeszcze pożyje. Rozejrzał się i przypomniał sobie co tu właściwie robi. Wygramolił się z kapsuły. To było pierwsze jego przebudzenie i gdy wstawał poczuł coś między nogami i już wiedział o co chodziło Enyo z tymi pieluchami. Dopiero po przejściu paru kroków zauważył, że nie obudził się jako jedyny. Czy to znaczy, że dotarli na miejsce? Szybko. A może spał pół roku? Josh nadal czuł się zagubiony w czasie i przestrzeni. Postanowił rozruszać kości nim przyjdzie po nich komitet powitalny. Miał ochotę zagadać do Adama, ale androida zajmował właśnie kapitan. W sumie lubił tego syntetyka. Mógł z nim zawsze pogadać i nie bać się, że palnie głupotę i zniechęci rozmówce. Androidy zawsze słuchały i byly miłe. Tak były zaprogramowane. Czy były w tym lepsze od ludzi, czy gorsze? Josh jeszcze tego noe wiedział, bo tam gdzie się wychował androidy byly luksusem i można było co najwyżej spotkać te upiorne karykatury z Seegsona. Adam to była inna liga. Wszedł do łazienek i wziął prysznic, a potem przebrał się.

                                Czysty kombinezon z przydziału pachniał smarem maszynowym i tanim detergentem, ale na frachtowcu takim jak USCS Kardashian był to i tak szczyt luksusu. Wnętrze statku przypominało trzewia gigantycznej, stalowej bestii. Surowy, brutalistyczny wystrój, plątanina kabli grubości ludzkiego ramienia i zardzewiałe, ociekające kondensacją grodzie tylko potęgowały klaustrofobiczne uczucie.
                                ​Joshua szedł półmrocznym korytarzem, próbując rozchodzić resztki hibernacyjnego odrętwienia. Każdy krok odbijał się głuchym echem po kratownicach pokładu. Światła awaryjne powoli przechodziły w standardowy tryb, rzucając na ściany długie, upiorne cienie.
                                ​Wtem, z plątaniny rur pod sufitem, coś z cichego mroku zeskoczyło z głuchym stęknięciem prosto na metalową podłogę, ledwie metr przed nim.
                                ​Dwa żółte, zimne ślepia zalśniły w półmroku. Rozległ się niski, ostrzegawczy syk.
                                ​Serce Joshuy, które ledwie zdążyło się uspokoić po koszmarze wybudzenia, znów zabiło jak oszalałe, uderzając o żebra z siłą młota pneumatycznego. Z gardła chłopaka wyrwał się nieartykułowany, zduszony pisk. Odskoczył w panice do tyłu, potknął się o własne, wciąż miękkie nogi i z łomotem uderzył plecami o zimną gródź...

                                ​To był Chaplin. Ten cholerny sierściuch Caleba Hannigana.
                                ​
                                Josh nienawidził kotów. Wzdrygał się na samą myśl o nich. Wydawały mu się fałszywe, nieobliczalne i poruszały się bezszelestnie, wywołując u niego dreszcze podobne do tych, gdy żandarmeria wkraczała do kolonii.
                                ​— A żeby cię... — wyłapał z trudem oddech, chwytając się za klatkę piersiową i czując, jak pot zalewa mu czoło. Sierściuch tylko spojrzał na niego z wyższością, miauknął pogardliwie i zniknął w najbliższym szybie wentylacyjnym.
                                ​Zanim Joshua zdążył obrzucić kota kolejną, bardziej wykwintną wiązanką przekleństw, z cienia korytarza wyłoniła się sylwetka. Była to Nadia Volkov. Starsza stażem, bardziej doświadczona i stanowcza inżynier patrzyła na niego wzrokiem, w którym nie było za grosz litości dla jego małego zawału serca.

                                ​— Joshua. Idziesz ze mną. — Jej ton był surowy i nie znosił sprzeciwu. Zaledwie po sekundzie, widząc jego wciąż zszokowaną minę, dorzuciła spokojniej: — Jeśli to fałszywy alarm, szybciej wrócimy na kawę.
                                ​Josh zauważył, że kącik ust kobiety drgnął ledwie zauważalnie. Alarm? Jaki znowu alarm? — pomyślał gorączkowo, ruszając za nią niczym na skazanie. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać, statek zaczął wypełniać się niskim buczeniem wznawianych systemów. Szli w milczeniu w stronę sypialni. W jej ciasnej kabinie Josh czekał na korytarzu, próbując nie wyglądać jak kretyn. Kiedy Nadia wyszła, miała już na sobie roboczy uniform. Usłyszał znajome, mechaniczne kliknięcie jej protetycznej dłoni. Zawsze czuł do tego kawałka technologii głęboki inżynieryjny szacunek. Zdecydowanie było to lepsze od kawy.
                                ​Kilka minut później wspinali się już po wąskiej drabince serwisowej prowadzącej nad mostek. Powietrze gęstniało od zapachu ozonu, rozgrzanych kabli i smaru. Pokój radiowy przywitał ich cichym buczeniem.
                                ​Nadia od razu podeszła do głównej konsoli, rzucając szybkie rozkazy.
                                — Joshua, podłącz terminal serwisowy do zapasowego przekaźnika i sprawdź integralność buforów transmisji. Jeśli gdzieś mamy błędy synchronizacji, chcę je widzieć od razu.
                                ​— Jasne, już się robi — odparł z automatu, zrzucając z siebie resztki strachu przed kotem. Podpiął kable, a jego palce rutynowo zatańczyły po klawiaturze. Spojrzał na ekrany i nagle wszystko stało się jasne. Sygnał SOS. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Obudzili ich za wcześnie. Znowu wylądował w bagnie.
                                ​Sygnał wisiał w systemie. Stabilny. Wyraźny. Powtarzalny.
                                ​— Antena kierunkowa odpowiada prawidłowo… brak utraty pakietów… — mruczała Nadia, przeglądając kolejne raporty techniczne. — Filtry szumów czyste. Żadnych zakłóceń kosmicznych.
                                ​Joshua przełknął ślinę, wpatrując się w ciąg zielonych kodów na swoim ekranie. Uniósł wzrok znad otwartego panelu.
                                — Bufory też wyglądają dobrze. Zero błędów transmisji.
                                ​Obserwował, jak Volkov wsuwa mechaniczną dłoń w dolny segment konsoli, z chirurgiczną precyzją sprawdzając napięcie wzmacniaczy. Wszystko pracowało idealnie, co paradoksalnie było najgorszą możliwą wiadomością. To oznaczało, że sygnał, cokolwiek go nadawało w tej pustce, był boleśnie prawdziwy.
                                ​Usłyszał, jak Nadia kontaktuje się z mostkiem, chłodno i bez emocji raportując o stustopniowej sprawności aparatury. Rozłączyła się i przez moment stukała metalowymi palcami o krawędź konsoli, potęgując napięcie w radiowym półmroku.
                                ​— Chodźmy — powiedziała w końcu, podnosząc się z fotela z cichym westchnieniem. — Kapitan pewnie właśnie zaczyna mówić wszystkim, jak bardzo sytuacja jest pod kontrolą.
                                ​Minęła go w wąskim przejściu. Joshua odłączył swój terminal i posłusznie ruszył za nią. Korytarze statku tętniły już życiem, dźwiękiem kroków i narastającym mruczeniem głównych reaktorów. USCS Kardashian obudził się na dobre, a w sercu Joshuy, tam gdzie jeszcze przed chwilą kołatał strach wywołany rudym sierściuchem, teraz powoli zaczynało rozlewać się zimne, paraliżujące przeczucie nadciągającej katastrofy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                😹
                                5
                                • KetharianK Niedostępny
                                  KetharianK Niedostępny
                                  Ketharian jako Alien
                                  Obsługa Moderator
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #22

                                  Głęboka przestrzeń UA między Gliese i Borodino, 15.08.2183


                                  Protokoły bezpieczeństwa Opiekuna zakładały uruchamianie specjalistycznych instrumentów statku wyłącznie przez uprawnionych członków załogi, co w przypadku Altmeyera oznaczało kapitana Caleba Hannigana lub pierwszego oficera Siergieja Kalashnikova. W pamięci Opiekuna znajdowały się próbki głosowe obu mężczyzn, ale obaj posiadali też zbliżeniowe chipy dostępu wszczepione pod skórę przedramion.

                                  To właśnie dzięki chipowi systemy kontrolne kombajnu zarejestrowały obecność osoby uprawnionej na mostku, gdy kapitan Hannigan usiadł na fotelu dowódcy i przyciągnął do siebie dwa półprzezroczyste wyświetlacze umieszczone na ruchomych wysięgnikach pod obu stronach fotela.

                                  - Mówi kapitan - rzucił w przestrzeń mostka odnotowując wzrokiem pełną energetycznego wigoru obecność pilota - Autoryzuję aktywację wszystkich zaawansowanych systemów skanowania przestrzeni, komunikacji, pełnego trybu systemu podtrzymywania życia. Autoryzuję odłączenie autonomicznego układu sterowania napędem. Pełne zasilanie.

                                  - Autoryzacja przyjęta, kapitanie Hannigan - z głośników radiowęzła popłynął łagodny bezpłciowy głos Opiekuna.

                                  Coraz więcej elektronicznych urządzeń na mostku kombajnu wracało do życia, zapalały się kolejne monitory i rzutniki obrazów. Uderzając palcami w dotykowe ekrany wyświetlaczy Hannigan przełączył je w tryb analizy danych pobieranych przez czujniki zewnętrzne. Drzwi pomieszczenia jęknęły w tym samym momencie mechanizmami serwomotorów stając otworem przed nadchodzącym śpiesznie pierwszym oficerem.

                                  Interkom radiowęzła zatrzeszczał w tej samej sekundzie, przyciągając uwagę wszystkich trzech mężczyzn.

                                  - Tu Volkova - w przestrzeń mostka popłynął spokojny głos Nadii, opanowany i całkowicie wolny od resztek sennego otępienia - Zakończyłam pełną diagnostykę systemu komunikacyjnego i anteny nadawczej. Brak usterek. Brak zakłóceń i błędów transmisji. Aparatura działa w stu procentach sprawnie. Sygnał SOS nie wygląda na błąd systemowy.

                                  - Jedna kwestia odpada. Opiekunie, podaj szczegóły alertu - zażądał Hannigan przywołując Siergieja do siebie ruchem dłoni.

                                  - Sygnał SOS emitowany w pętli przez źródło położone w odległości siedemdziesięciu tysięcy kilometrów i malejącej - poinformował swym nieludzkim głosem bezcielesny konstrukt AI - Brak reakcji zwrotnej na automatyczne wywołanie radiowe. Korekta pierwotnego kursu na zbieżny ze źródłem. Oczekiwanie na dalsze instrukcje.

                                  Kapitan przywołał na jeden z ekranów kompilację sygnatur zlokalizowanych w pustce kosmosu przez baterię szerokopasmowych spektrometrów, przesłał pakiet danych na pobliskie konsolety, wbił oczy w rezultat filtracji odczytów.

                                  - O żesz kurwa! - O’Collan nie wytrzymał, wyrzucił z siebie przekleństwo nie potrafiąc uwierzyć w to, co zobaczył na ekranie własnego stanowiska.

                                  - Sygnał jest faktycznie taki słaby? - zapytał z ostrożnym zdziwieniem Siergiej - Co to jest, to na ekranie? To nie błąd odczytu?

                                  - Powtórzyłem skan. A Nadia sprawdziła i potwierdziła prawidłowość nasłuchu - odparł sucho Hannigan, nawet na chwilę nie odrywając oczu od ekranów.

                                  Kapitan stuknął dłonią w ekran, powiększył wybrany fragment trójwymiarowej projekcji demonstrując jego zawartość oczom Kalashnikova. Siedzący z przodu O’Collan nie odrywał wzroku od własnego ekranu, bębniąc palcami w podłokietniki fotela.

                                  - Kapsuła ratunkowa typu Kirabi S-117 albo Dubois-Crux, mają bardzo zbliżone sygnatury - powiedział pilot - Przeznaczona dla jednej osoby, z integralnym systemem podtrzymywania życia.

                                  - Jednoosobowa kapsuła ratunkowa? - odezwał się Siergiej - Słabe ekonomicznie.

                                  - To model wojskowy - wyjaśnił pilot oglądając się ponad ramieniem na Hannibala i pierwszego oficera - Przeznaczony dla specjalistycznego personelu, w którego szkolenie włożono kulę kredytów. Konstruktorzy takich kapsuł wychodzą z założenia, że dwudziestu specjalistów wystrzelonych z wraku we wnętrzu dwudziestu kapsuł o zredukowanej sygnatury energetycznej ma dużo większe szanse na przetrwanie w strefie aktywnej obrony punktowej od dwudziestu specjalistów uciekających na kapsule wieloosobowej generującej dwudziestokrotnie silniejszy ślad energetyczny.

                                  - Zrozumiałem po pierwszej połowie zdania - kiwnął głową Kalashnikov. - Koszty produkcji programów rządowych to bajka, przewały tam idą na prawo i lewo, mało kto patrzy na koszty. Ale dlaczego sensory łapią tylko jeden egzemplarz? Nie powinno ich być więcej?

                                  - Być może tylko jedna została wystrzelona - mruknął O’Collan - Pytanie, dlaczego. To mi nie wygląda na wrak.

                                  Hannigan ponownie poruszył palcami, zmienił skalę projekcji pomniejszając kapsułę i ukazując oczom załogi dalsze otoczenie obiektu.

                                  Tysiąc dwieście kilometrów za jej ikoną pulsowała znacznie większa sygnatura tkwiącego w idealnym bezruchu kosmicznego statku.

                                  - Sygnał transpondera może być sfałszowany? - zastanowił się na głos Siergiej.

                                  - Teoretycznie sam sygnał tak, ale nie da się tak perfekcyjnie sfałszować wzorca energetycznego. Masa, rozmiar, sygnatura napędu. Wszystko do siebie pasuje. To jest tender amerykańskiej marynarki, zaopatrzeniowiec średniej klasy - powiedział Davy.

                                  - Dlaczego nie odpowiadają na nasze transmisje, a w próżni jest tylko jedna kapsuła? - odezwał się Hannigan - Czy to możliwe, żeby wystrzelili wszystkie, ale tylko jedna ocalała? Bo strefa obrony punktowej była zbyt skoncentrowana?

                                  - To mało wiarygodny scenariusz - pilot wydął znacząco usta - Strefa obrony punktowej? Jesteśmy w środku terytorium Zjednoczonych Ameryk, nie w strefie no-go gdzieś na Pograniczu. Nie przypominam sobie, żebym słyszał na Gliese o jakiejś wojnie.

                                  - Ja też - oznajmił opanowanym tonem kapitan - Ale jak w takim razie wytłumaczy pan ten odczyt, panie O’Collan?

                                  Niecały tysiąc kilometrów od okrętu zaopatrzeniowego detektory kombajnu wychwyciły niknące skupisko mieszaniny gazów oraz odbicie chmury drobin ciał stałych.

                                  - To może być emisja odpadów napędowych - zauważył sceptycznym tonem O’Collan - Utylizacja dużego ładunku śmieci. Albo efekt testu układów bojowych. Ale oczywiście równie prawdopodobne wydaje się to, że to eksplozja.

                                  - Czego i jak duża? - spytał ewidentnie retorycznym tonem Siergiej Kalashnikov, prostując się i spoglądając na główny ekran mostku.

                                  - Statku - odpowiedział Davy przygryzając bezwiednie usta - Dużo większego od naszego kombajnu. Może nawet tak dużego jak ten tender.

                                  Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • MarrrtM Niedostępny
                                    MarrrtM Niedostępny
                                    Marrrt jako Caleb Hannigan
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #23

                                    Caleb Hannigan analizował w myślach szczegóły pozyskanych informacji, budował sobie złożony obraz nieprzewidzianej sytuacji alarmowej.

                                    - Opiekunie, podaj czas do przechwycenia kapsuły przy aktualnej prędkości. Podaj drugi czas do dotarcia do tendera - kapitan spojrzał na Siergieja zastanawiając się nad czymś o czym pierwszy oficer mimowolnie wspomniał - Panie O’Collan proszę sprawdzić na radarze dalekiego zasięgu czy odbieramy inne jednostki. Panie Kalashnikov, proszę włączyć nasze detektory górnicze. Wystarczy Fermi i Chandra.

                                    Pilot mógł nie wiedzieć po co to polecenie, ale Siergiej nie mógł mieć wątpliwości, że Hannigan pytał o wyciek radioaktywny z tendera.

                                    - Radar nie wychwytuje żadnego śladu innych jednostek dowolnego typu - zameldował O’Collan - Ale nie możemy wykluczyć obecności obiektu ze zredukowaną sygnaturą energetyczną. Jeśli ktoś wyłączył reaktor i pozostaje w dryfie, na tym dystansie może pozostawać niewidoczny dla sensorów.

                                    Bębniąc palcami po podłokietniku stanowiska kapitańskiego, Hannigan czuł mrowienie na ramionach. Nie był to jednak efekt uboczny nieplanowanej pobudki. Sytuacja z kłopotliwej w jego mniemaniu zmieniła się na bardziej kłopotliwą, ale i… potencjalną. Znajomość prawa kosmicznego była oczywistą koniecznością dla kogoś z jego pozycją, ale też umożliwiała szerszy pogląd na sytuację. A rozpoznany przez Davy’ego tender znajdował się w samym środku tego poglądu. Sprawa bowiem miała się tak, że zgodnie z prawem odholowanie do portu uszkodzonej jednostki uprawnia jednostkę ratowniczą do gratyfikacji w wysokości ok. 10-30 % wartości jednostki. 10-30 % wartości wielkotonażowego zaopatrzeniowca marynarki Zjednoczonych Ameryk. Z tego połowę oczywiście zgarnia Kelland, ale reszta do podziału dla załogi. Oczywiście Hannigan był daleki od optymizmu w tej sprawie. Mnóstwo technicznych komplikacji mogło zadziałać na ich niekorzyść, a prawnicy przysporzą niechybnie kolejnych. Ale póki procedura i tak ich obligowała do działania, należało mieć pełną świadomość z czym się to wiązało.

                                    Kilka zerknięć na pierwszego oficera i pilota pozwoliło ocenić nastroje. Davy gdyby mógł od razu odpaliłby boostery i poleciał z ratunkiem. Sadza natomiast... Sposób myślenia Sadzy na ogół podobał się kapitanowi. Gdyby jeszcze w ślad za pragmatyzmem szła świadomość, że procedura, jakkolwiek czasem durna, była jedynym uniwersalnym językiem w jakim mogli porozumiewać się ze sobą w kosmosie zarówno cwaniacy, inteligenci jak i idioci ze wszystkich krańców Ziemi i kolonii, sam byłby pewnie kapitanem. Bo to czym Sadza gardził było jednocześnie tym co kazało się zamknąć Le Fey, której payroll przewyższał kilkukrotnie ich emerytury. Pewnie razem wzięte. Dość jednak starczyło jednego wspólnego spojrzenia Sadzy i Hannigana by obaj utwierdzili się w przekonaniu, że obaj wiedzą.

                                    - Wyłączenie reaktora to nie wciśnięcie guzika. To długotrwała procedura, której się nie wykonuje w przestrzeni. Jeśli radar niczego nie pokazuje to po prostu nikogo tu nie ma Panie O’Collan. Jesteśmy sami.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • GreKG Niedostępny
                                      GreKG Niedostępny
                                      GreK jako Siergiej Kalashnikov
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #24

                                      W głośnikach rozległ się ponownie bezcielesny elektroniczny głos płynący w każdy zakątek pomieszczenia, generujący zauważalne echo w plątaninie korytarzy i kabin kombajnu.

                                      — Przy uwzględnieniu koniecznej redukcji prędkości na ostatnim etapie dolotu zarówno do kapsuły jak i statku szacowany czas mieści się w przedziale dwustu dwudziestu i dwustu czterdziestu minutach — oznajmił Opiekun odpowiadając na pytanie kapitana.

                                      Sadza zgrzytnął zębami.

                                      — Opiekunie, przelicz na godziny. Blat’

                                      — Jest to przedział między trzy godziny, czterdzieści minut a cztery godziny — odparł beznamiętnie Opiekun.

                                      Sadza odnotował tę informację w pamięci siadając we własnym fotelu i ożywiając ruchami palców kilka dotykowych ekranów.

                                      — Opiekunie, podaj wyniki pełnej diagnostyki wszystkich podzespołów krytycznych statku — rzucił podniesionym głosem w przestrzeń mostka, dopasowując wysokość podłokietników i spoglądając jednocześnie na kopię projekcji wyświetlanej na monitorze Hannigana.

                                      — To mi wygląda jakby coś w nich jebło — pierwszy oficer wyartykułował swoją wstępną opinię włączając jednocześnie detektory Fermi i Chandra - Nu vot... ktoś zaatakował okręt zaopatrzeniowy? Odpowiedzieli ogniem? Być może inne kapsuły zostały zniszczone i ocalała tylko ta jedna? Może to jedyny ocalały świadek?

                                      — Jesteśmy zbyt daleko, żeby wychwycić sygnał hipotetycznych szczątków zniszczonych kapsuł — powiedział ze swojego miejsca Davy — Na ten moment nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.

                                      Siergiej zmienił układ widgetów na swoich ekranach, zmienił pozycję ciała w fotelu na wygodniejszą czytając dane pobierane z komputerów analizatorów górniczych.

                                      — Tender nie emituje podwyższonego tła promieniotwórczego — rzucił w stronę kapitalna, — ale ta gasnąca chmura gazów to coś innego. Silne promieniowanie, które może być efektem katastrofalnego uszkodzenia reaktora. Nu vot, to pasuje do scenariusza z wybuchem drugiego statku.

                                      — Diagnostyka podzespołów statku zakończona — oznajmił Opiekun odpowiadając na wcześniejsze pytanie Kalashnikova. — Nie wykryto żadnych defektów ani anomalii.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1
                                      • KetharianK Niedostępny
                                        KetharianK Niedostępny
                                        Ketharian jako Alien
                                        Obsługa Moderator
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #25

                                        tutaj znajdzie się post Davego zamykający scenę rozmowy na mostku kombajnu

                                        Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • KetharianK Niedostępny
                                          KetharianK Niedostępny
                                          Ketharian jako Alien
                                          Obsługa Moderator
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #26

                                          Kantyna Kardashiana, 15.08.2183


                                          Mesa Kardashiana została zaprojektowana z myślą o zaspokojeniu jednoczesnych potrzeb pięćdziesięciu użytkowników, toteż siedmioro czekających w niej kobiet i mężczyzn w niczym nie zmniejszało wrażenia przytłaczającej pustki. Kawiarki, mikrofalówki i automaty z przekąskami paliły się zielenią kontrolek, a szum klimatyzatorów tworzył monotonne tło dla odgłosów sporadycznych cichych rozmów, które umilkły w chwili, kiedy kapitan Hannigan i jego dwaj towarzysze weszli do środka.

                                          Caleb przesunął wzrokiem po siedzących w grupce Nadii, Eliasie i Joshui, spojrzał na wysłanniczkę Lasalle, na sprawiającego wrażenie zagubionego studenta Biscuita, na końcu zaś na Holcie i jego leżącą na widoku broń.

                                          Niektórzy wyprostowali się odruchowo na jego widok, niektórzy odłożyli na metalowe stoliki styropianowe kubki z kawą, wszyscy jednak bez wyjątku spojrzeli na dowódcę Altmeyera oczekując z mniej lub bardziej skrywaną niecierpliwością jego wyjaśnień.

                                          Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa