Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. Krzyk Pustki
Krzyk Pustki [18+]
KetharianK
Ketharian jako
Alien
Mistrz Gry
ReRebirthR
ReRebirth jako
Joshua Gleeson
BeetleB
Beetle jako
Marcus Holt
Dawny użytkownik?
Dawny użytkownik jako
Nadia Volkov
MarrrtM
Marrrt jako
Caleb Hannigan
GreKG
GreK jako
Siergiej Kalashnikov
PiołunP
Piołun jako
Elias Crowe
CyganC
Cygan jako
William Biscuit
Macabra78M
Macabra78 jako
Adam Nexus Mk 7
Davy KneeD
Davy Knee jako
Davy O'Collan
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Delilah le Fey

Krzyk Pustki

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
175 Posty 11 Uczestników 4.0k Wyświetlenia 5 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • KetharianK Online
    KetharianK Online
    Ketharian jako Alien
    Obsługa Moderator Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
    #165

    text alternatywny


    Środkowy pokład Bleinerta


    Marcus Holt otworzył ogień z Armata nie zdejmując palca nawet na sekundę ze spustu karabinu, zasypując smoliście czarnego stwora gradem pocisków. Huk wystrzałów wypełnił przestrzeń korytarza i wnętrze hełmów ratowników, zagłuszył ich przerażone krzyki swoim rytmicznym łoskotem. Trafiany raz za razem drapieżny kształt zaczął się szaleńczo miotać, kiedy kolejne kule przebijały coś, co mogło uchodzić w oczach Caleba Hannigana za syntetyczny pancerz. Odrętwiały z szoku kapitan pewien był w pierwszej chwili, że widzi najnowsze osiągnięcie robotyki Weyland-Yutani, nieznany jeszcze publice model nowego androida do zadań specjalnych - lecz kiedy ze szklistej paszczęki napastnika popłynęła kakofonia absolutnie zatrważających wrzasków, technologiczne przeświadczenie Hannigana zaczęło się w jednej chwili rozsypywać jak domek z kart.

    Ostrzeliwany przez Holta stwór przewalił się w bok, uderzył ogonem w jedną ze ścian, odbił się od niej wykonując niezwykły przewrót w powietrzu i lądując ponownie na giętkich tylnych kończynach. Z przestrzelin w jego połyskliwym pancerzu wyciekał jakiś organiczny płyn, który w kontakcie z podłogą i ścianami korytarza natychmiast zaczął wydzielać smużki dymu.

    - Zabij to! - krzyknął wyglądający zza progu ładowni Elias Crowe, kurczowo uczepiony futryny drzwi i próbujący dostrzec coś więcej przez spękaną przyłbicę hełmu - Zabij to!

    M41A1 umilkł w tej samej sekundzie pozostawiając za sobą cichnące echo wystrzałów oraz inny dźwięk, ledwie słyszalny w huku własnych serc dudniących szaleńczo w uszach ratowników.

    Charakterystyczny metaliczny trzask, który zmroził wszystkim jeszcze bardziej krew.

    Odgłos uderzającej w pustkę iglicy karabinu.

    - Gleeson, zamykaj drzwi! - krzyknął Hannigan widząc jak ociekający silnie żrącym kwasem organiczny kształt przywiera tylnymi nogami do posadzki - Odwrót do ładowni!

    Stwór skoczył przed siebie z przysiadu, z nieprawdopodobną gracją i w sposób, którego widok byłby czymś wręcz pięknym, gdyby nie był tak straszny - skoczył wprost na naciskającego niczym w amoku spust broni Holta unosząc ponad swoją podłużną obłą głowę długi segmentowany ogon.

    Giętki czarny organ, zakończony przywodzącym na myśl grot włóczni szpicem, wydawał się żyć własnym ruchliwym życiem i kiedy stwór wpadł pomiędzy przerażonych ludzi opryskując ich swoją kleistą śliną; kiedy oficer medyczny Kardashiana rzucił się na niego z podniesioną z podłogi sufitową płytą próbując odwrócić uwagę bestii od swoich ludzkich towarzyszy; giętki czarny ogon przeszył powietrze wbijając się z głośnym trzaskiem rozdzieranego materiału w próżniowy skafander tuż pod prawą pachą Marcusa Holta.

    Wszedł weń na niemal całą długość ostrego jak brzytwa grotu wytrącając mężczyźnie broń z ręki i ciskając nim o ścianę, po której Holt osunął się niczym worek śmieci na podłogę.

    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    😨 👽
    6
    • ReRebirthR Niedostępny
      ReRebirthR Niedostępny
      ReRebirth jako Joshua Gleeson
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #166

      Huk ognia ciągłego z karabinu pulsacyjnego zamienił korytarz w komorę rezonansową. Każdy wystrzał wibrował w stalowych grodziach, przenosząc się przez podłogę wprost do kości skulonego w ładowni Joshuy. Gleeson nie widział absolutnie nic, co działo się na zewnątrz. Siedział wciśnięty w kąt pod rozbebeszonym panelem sterowania niczym przerażony poborowy na dnie okopu, podczas gdy nad jego głową przetaczała się artyleryjska nawałnica.

      ​Do jego uszu docierała kakofonia absolutnego koszmaru: przeraźliwe krzyki jego towarzyszy, syk topionego kwasem metalu i ten nieludzki, mrożący krew w żyłach skrzek, przypominający dźwięk rwanej blachy połączony z wizgiem zarzynanego zwierzęcia. A potem, nagle, karabin umilkł. Rozległ się tylko ten jeden, suchy, pusty trzask iglicy, po którym nastąpił odgłos ciężkiego uderzenia i zdławiony wrzask Holta.

      ​Gleeson przestał oddychać. Zrobiło mu się lodowato zimno. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zaciska niewidzialne imadło, a serce nagle potyka się, uderza szaleńczo o żebra, po czym... po prostu zamiera. Mroczki przed oczami zalały resztki i tak skąpego światła. Zastygł w bezruchu, dławiąc się własnym przerażeniem...
      ​
      W tej jednej, zawieszonej w czasie sekundzie, jego umysł uciekł z koszmarnego Bleinerta. Wrócił do dusznych, rdzewiejących trzewi kolonii górniczej. Półprzytomny, niczym śniąc na jawie przypomniał sobie tamten felerny dzień na najniższych poziomach, kiedy w ślepym zaułku zatarasowało im drogę trzech naćpanych rzezimieszków z nożami wibracyjnymi. Strach uderzył w niego tak samo mocno jak teraz. Złapał się wtedy za pierś i osunął na zardzewiałą kratownicę, dławiąc się z braku powietrza, podczas gdy jego serce wypadało z rytmu.
      I wtedy poczuł na twarzy szorstkie, ubrudzone smarem dłonie swojej siostry. Zignorowała nożowników, skupiając całą uwagę na nim.

      „Josh! Patrz na mnie!” – krzyczała wtedy, potrząsając nim gwałtownie. – „Przyciągnij kolana do klatki! Teraz! Zrób głęboki wdech na cztery sekundy... i kaszlnij! Mocno, z całej siły w przeponę, słyszysz?! Zmuś to cholerstwo do bicia!”

      ​Siedząc pod zniszczonym panelem na wymarłym okręcie, Gleeson odruchowo podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy, wciągnął ze świstem zatęchłe powietrze z recyrkulatora i gwałtownie, potężnie zakasłał. Raz. Drugi. Trzeci...

      ​Silny skurcz przepony uderzył w klatkę piersiową. Serce, brutalnie wyrwane z letargu, podskoczyło boleśnie, po czym podjęło ciężki, ale stabilny rytm. Krew znów uderzyła mu do mózgu, rozjaśniając wzrok, a potworny szum w uszach ustąpił.
      ​I właśnie w tym momencie, przebijając się przez zgiełk, usłyszał głos Hannigana:

      — Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!

      ​Wszelkie wątpliwości wyparowały. Dłonie Joshuy wciąż się trzęsły, ale nie było w nich już tego sparaliżowanego bezwładu. Chwycił zmostkowane, iskrzące kable zasilające z wybebeszonego panelu.

      — Zamykam! — wrzasnął, zdzierając gardło na otwartym kanale komunikacyjnym, próbując przekrzyczeć chaos w korytarzu. — Wchodzić, do kurwy nędzy! Zamykam!

      ​Zacisnął zęby i z całej siły zetknął grube przewody. Posypały się iskry, a powietrze momentalnie wypełniło się smrodem ozonu. Ciężkie serwomotory w ścianach ładowni zawyły z przeciążenia. Masywne, pancerne wrota drgnęły i z głuchym dudnieniem zaczęły sunąć ku sobie, zamykając wejście.
      ​Zajmie im krótką chwilę, zanim zatrzasną się całkowicie. Gleeson dociskał kable, wpatrując się szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami w zwężającą się szczelinę światła rzucanego przez latarki reszty zespołu z korytarza. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niego, że mógł poczekać dłuższą chwilę. Mógł trzymać kable w pogotowiu i zamknąć obwód dopiero, gdy upewni się, że wszyscy zdążyli wpaść do środka. Ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy niż lojalność. Nie obchodziło go, kto zdąży przebiec przez próg, o ile stalowa gródź na czas oddzieli jego od tego wrzeszczącego monstrum.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      😱 ♥
      4
      • Macabra78M Online
        Macabra78M Online
        Macabra78 jako Adam Nexus Mk 7
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #167

        Adam zarejestrował pierwszy sygnał, zanim pozostali zdążyli w pełni zrozumieć, co pokazuje detektor ruchu.
        Piknięcie.
        Potem kolejne.
        Sygnał się zbliżał.
        Syntetyk przeniósł wzrok na urządzenie, a jego wewnętrzne procesy natychmiast zaczęły zestawiać dane. Kierunek. Tempo przemieszczania się. Zmiana odległości. Nie miał jeszcze podstaw, by stwierdzić, czym było źródło sygnału, ale jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości.
        Coś znajdowało się nad nimi.
        W chwili, gdy Marcus Holt uniósł M41A w stronę sufitu, Adam instynktownie przesunął się odrobinę w bok, oceniając położenie pozostałych członków zespołu i możliwe skutki ostrzału.
        Pierwsza seria.
        Huk wystrzałów uderzył w jego sensory.
        Druga.
        Syntetyk nie zareagował na hałas. Obserwował.
        Zniszczone panele.
        Kłęby dymu.
        Detektor.
        Zmianę położenia sygnału.
        A potem sufit eksplodował.
        Adam zdążył jedynie zarejestrować gwałtowny ruch, zanim połyskliwa, czarna istota runęła w dół wraz z fragmentami konstrukcji.
        Przez ułamek sekundy jego systemy próbowały sklasyfikować obiekt.
        Brak zgodności.
        Nie był syntetykiem.
        Nie był człowiekiem.
        Nie przypominał żadnego znanego Adamowi organizmu.
        Wydłużona czaszka. Organiczny karapaks. Nienaturalna budowa ciała. Zęby. Ogon.
        A potem ślina.
        I ciecz.
        Pierwsze krople spadły na metalową podłogę.
        Adam zobaczył dym.
        Usłyszał syk.
        Analiza składu nie była konieczna.
        — Żrący kwas.
        Ostrzał Holta nie zatrzymał stworzenia. Adam obserwował, jak kolejne pociski rozrywają jego ciało, a z ran wypływa coraz więcej cieczy. Zamiast zbliżyć się do bestii, syntetyk cofnął się o krok.
        Nie ze strachu.
        Z kalkulacji.
        Każde kolejne uszkodzenie stwora oznaczało kolejne rozpryski kwasu. Walka wręcz była ryzykiem, którego nie zamierzał podejmować. Uszkodzenie jego syntetycznego ciała mogło ograniczyć zdolność udzielania pomocy pozostałym.
        Potem karabin Holta umilkł.
        Adam obrócił głowę.
        Zarejestrował charakterystyczny dźwięk pustej komory.
        Zamek.
        Brak amunicji.
        Stwór ruszył.
        Sekundy zamieniły się w ułamki sekund.
        Ogon przeszył powietrze.
        Holt został trafiony.
        Broń wypadła mu z dłoni.
        Człowiek uderzył o ścianę i osunął się na podłogę.
        Ranny.
        Bezpośrednie zagrożenie.
        Adam ruszył.
        Podniósł z podłogi duży fragment odstrzelonej płyty sufitowej. Drugą ręką chwycił leżący wśród kabli kawał metalowej rury. Wykorzystał oba elementy nie jako broń, lecz narzędzia.
        Tarcza.
        Dźwignia.
        Dystans.
        — Do ładowni! Natychmiast!
        Nie próbował zadać stworowi ciosu.
        Płyta została wbita pomiędzy bestię a ludzi, odsuwając jej głowę i łapy od najbliższych członków zespołu. Rura posłużyła jako druga dźwignia.
        Adam naparł.
        Syntetyczne mięśnie pracowały z siłą niedostępną dla człowieka.
        Metalowa podłoga zaskrzypiała pod jego butami.
        Nie atakował.
        Pchał.
        Całą swoją nadludzką siłę wykorzystał do jednego celu.
        Odepchnąć stworzenie jak najdalej od ludzi.
        Jednocześnie unikał każdej kropli kwasu. Nie próbował chwytać bestii. Nie pozwalał, by ciało miało bezpośredni kontakt z wydzieliną.
        Przez interkom usłyszał głos kapitana.
        — Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
        W tym samym momencie Adam zarejestrował ruch ciężkiej grodzi.
        Wrota zaczynały się zamykać.
        Jeżeli pozostanie tam jeszcze kilka sekund, może zostać odcięty.
        Analiza sytuacji zajęła mu mniej niż chwilę.
        Prawdopodobieństwo zamknięcia grodzi przed jego powrotem: wysokie.
        Prawdopodobieństwo odniesienia uszkodzeń przez zespół bez jego osłony: jeszcze wyższe.
        Nie cofnął się.
        Nie próbował przebiec do drzwi.
        Zamiast tego pochylił się mocniej, zacisnął dłonie na metalowej płycie i raz jeszcze wykorzystał pełną moc syntetycznego ciała.
        Miał tylko jeden cel.
        Odepchnąć potwora.
        Dać ludziom czas.
        Nawet jeżeli drzwi zamkną się przed nim

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        ☠ ♥
        5
        • BeetleB Online
          BeetleB Online
          Beetle jako Marcus Holt
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Beetle
          #168

          Marcus Holt

          Holt leżał przy ścianie i patrzył.

          Szok miał tę właściwość że zwalniał czas - nie subiektywnie, nie jako metafora, ale dosłownie, jakby mózg nagle zaczynał pobierać więcej klatek na sekundę żeby przetworzyć informację której nie przewidywał i dla której nie miał jeszcze kategorii.

          Stwór był czarny. Nie jak czerń kombinezonu ani czerń nieoświetlonego korytarza - czarny jak coś co pochłania światło zamiast je odbijać, jak materiał który ewolucja zaprojektowała żeby być niewidzialnym w każdym środowisku które nie jest jasne. Pancerz połyskiwał tylko tam gdzie trafiały go bezpośrednio latarki - w pozostałych miejscach po prostu nie istniał optycznie.

          Trafiłem go wielokrotnie.

          Holt wiedział o tym z pamięci mięśniowej, bo palec pamiętał nacisk spustu. Wiedział też co widziały oczy - kolejne przestrzały, kwas kapiący z ran, dym przy każdej kropli kontaktu z metalem. Wiedział.

          I mimo to stwór poruszał się.

          Nie poruszał się jak coś zranionego. Poruszał się jak równanie które uwzględniło już własne uszkodzenia i skorygowało trajektorię. Każda kończyna lądowała precyzyjnie. Ogon kompensował środek ciężkości z wyprzedzeniem którego żaden znany Holtowi organizm nie był zdolny osiągnąć bez wieloletniego treningu. Adam napierał z całą siłą syntetycznych mięśni i stwór nie odpychał go - przepuszczał przez siebie wektor siły jak struktura która rozumie fizykę lepiej niż inżynier który ją zaprojektował.

          To nie jest drapieżnik który poluje.

          To jest drapieżnik który jest.

          Różnica była subtelna i fundamentalna jednocześnie - jak różnica między maszyną która wykonuje funkcję a maszyną która jest funkcją. Holt przez całe życie wchodził do pomieszczeń i wiedział instynktownie gdzie jest zagrożenie i jakiej jest natury. Ten instynkt był narzędziem które go nie zawodziło.

          Teraz leżał przy ścianie z trzęsącymi się dłońmi i patrzył na coś czego ten instynkt nie umiał nazwać. Nie dlatego że zawiódł. Dlatego że kategoria którą by nazwał nie istniała w słowniku żadnego doświadczenia które Holt zgromadził przez całe życie.

          Wszechświat okazał się większy niż jego słownik.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          ♥
          3
          • Davy KneeD Niedostępny
            Davy KneeD Niedostępny
            Davy Knee jako Davy O'Collan
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #169

            Mostek Kardashiana - O'Collan

            Przez pierwszą sekundę O’Collan po prostu patrzył na transmisję. Kolejne klatki pojawiające się na bocznych ekranach z kamer załogi. Całą jego uwagę pochłonął obraz z kamery Holta — rozedrgany, nieostry, szarpany gwałtownymi ruchami człowieka walczącego o życie.

            Czarny kształt runął z sufitu.

            — Co do kurwy… — wymknęło mu się cicho.

            M41A1 odpowiedział długą serią. Błyski wystrzałów na moment wydobywały stworzenie z ciemności, zamieniając transmisję w chaotyczny ciąg pojedynczych obrazów: połyskliwy pancerz, wydłużona głowa, ściana, czyjaś przyłbica, znowu czarne ciało.

            Holt strzelał dalej.

            — Nie, nie, nie… Co ty, kurwa, robisz…

            Davy pochylił się nad pulpitem, jakby skrócenie dystansu do ekranu mogło pozwolić mu zobaczyć coś więcej ale przed oczami miał tylko chaos.

            — Nadia… widzisz to?

            Nie czekał na odpowiedź. Cofnął zapis o kilka sekund, ale zanim zdążył przyjrzeć się obrazowi, z głośników dobiegł charakterystyczny trzask pustej komory - suchy i metaliczny.

            Davy znał ten dźwięk aż za dobrze.

            — Holt, magazynek! — rzucił odruchowo do mikrofonu.

            Stwór skoczył.

            Na ekranie wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Smolista sylwetka wypełniła kadr, ogon przeciął obraz, kamera szarpnęła gwałtownie, a Holt zniknął z pola widzenia.

            O’Collan poderwał się z fotela.

            — Marcus!

            Odpowiedział mu tylko chaos: ściana, podłoga, fragment cudzego skafandra. Przez moment zobaczył Adama z kawałkiem metalowej płyty w dłoniach, potem obraz ponownie zadrżał.

            — Marcus! Odpowiedz!

            Nic.

            Z głośników przebijał się krzyk Hannigana nakazującego odwrót do ładowni, odpowiedź Gleesona, że zamyka drzwi, wrzaski pozostałych i ten pieprzony syk topionego metalu.

            Davy stał nad pulpitem z dłońmi wbitymi w jego krawędź. Dopiero po chwili zorientował się, jak mocno ją ściska.

            — Ja pierdolę…

            Na ekranie Adam napierał na stworzenie. Za nim poruszali się ludzie. Dalej ciężka gródź ładowni zaczynała się zamykać.

            Przez krótką chwilę O’Collan nie zrobił nic.

            Potem wziął głęboki oddech. Nie uspokoiło go to. Strach nadal tkwił gdzieś pod mostkiem, zimny i ciężki, ale został odsunięty na miejsce, które znał z dawnych lat. Tam, gdzie nie przeszkadzał wykonywać roboty.

            Kiedy ponownie usiadł, twarz miał już nieruchomą.

            — Dobra.

            Przeciągnął transmisję z Bleinerta na główny monitor.

            — Nadia, zapisuj wszystko. Pełny strumień. Obraz, audio, timestampy. Bez filtrów i bez żadnego czyszczenia danych.

            W głowie analizował to, co zobaczył. Stworzenie. Trafienia z M41A1. Brak natychmiastowego zatrzymania. Ciecz wypływająca z ran. Reakcja z metalem. Holt trafiony w prawą stronę korpusu. Adam w bezpośrednim kontakcie. Reszta wycofująca się w stronę ładowni.

            — Kontakt nieznanego typu — mówił spokojnie do siebie, właściwie już bardziej dla zapisu niż dla Nadii. — Prawdopodobnie organiczny. Wielokrotnie trafiony z karabinu pulsacyjnego, nadal mobilny. Płyny ustrojowe silnie korozyjne. Holt trafiony… okolice prawej pachy. Stan nieznany. Adam pozostaje w kontakcie. Zespół wycofuje się do ładowni.

            Sięgnął do panelu łączności.

            — Kardashian do zespołu Bleinerta. Radio check.

            Wskaźnik nośnej drgnął, ale odpowiedź nie nadeszła.

            O’Collan zmienił częstotliwość.

            — Hannigan, tu O’Collan. Potrzebuję SITREP. Liczba ludzi, liczba rannych, aktualna pozycja i status zagrożenia. Tylko fakty. Odbiór.

            Czekał kilka sekund.

            — Kapitanie, potwierdź odbiór.

            Nic.

            Przeszedł na kolejny kanał.

            — Sadza, zgłoś się.

            Potem następny.

            — Crowe?

            Kiedy na ekranie pojawiła się częstotliwość Holta, palec Davy’ego zawisł na moment nad przyciskiem.

            Tylko na moment.

            — Marcus. Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Jedno słowo wystarczy.

            Cisza była teraz znacznie gorsza od wcześniejszych krzyków.

            O’Collan przełączył kanał.

            — Adam, tu O’Collan. Jeżeli masz sprawny nadajnik, podaj status zespołu. Priorytet: Holt.

            Jego dłonie poruszały się już automatycznie. Kanał główny. Awaryjny. Indywidualne częstotliwości skafandrów. System łączności Bleinerta. Wszystko, do czego Kardashian był jeszcze w stanie się dostać.

            Ponownie nacisnął nadawanie.

            — Bleinert, tu Kardashian. Ktokolwiek mnie słyszy, zgłosić się. Nie interesuje mnie teraz, co to jest. Potrzebuję pozycji, stanu ludzi i potwierdzenia, czy macie między sobą a tym czymś zamkniętą gródź.

            Puścił przycisk i znieruchomiał, wpatrując się we wskaźnik odbioru.

            Sekunda.

            Druga.

            Trzecia.

            Davy pochylił się odrobinę nad pulpitem.

            — No dalej, chłopaki… — mruknął już znacznie ciszej.

            Na jego twarzy nie było nawet śladu wcześniejszego uśmiechu.

            — …gadajcie do mnie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            😰
            2
            • MarrrtM Online
              MarrrtM Online
              Marrrt jako Caleb Hannigan
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #170

              Przerażający syntetyk (bo to mimo wszystko musiał być syntetyk! Co innego???) nie mógł nie poczuć wywalonej doń przez konwojenta serii. Podobna przenicowałaby przeciętnego człowieka na sito. Zaskowyczał jednak i dalej atakował by, nim Caleb zdążył mrugnąć, powalić Holta ich najmocniejszą siłę ognia, niczym szmacianą lalkę o ścianę. Hannigan był tylko w stanie wyobrazić sobie wypłaszczający się w tym momencie profil bicia serca konwojenta. Ale jego rozkaz już zapadł. Zamknąć grodzie. Żadnego żalu.

              W tym samym czasie na otwartym kanale zaczął gorączkowo wywoływć ich Davy, a Adam… Adam zareagował zgodnie z zaprogramowanym protokołem. Słodki Jezu na szczęście. Bo starcie dwóch wrogich syntetyków mogło zainicjować całą kaskadę różnych blokad. Nie zainicjowało. Adam bronił ludzi. I choć Caleb znał możliwości androida i wiedział iż ten jest szybszy i silniejszy od przeciętnego człowieka, nie mógł przecież stawić czoła eksperymentalnym syntetykom bojowym Weyland Yutani. Pozostawało kwestią kilku chwil nim napastnik obezwładni i zniszczy pokładowego medyka, a jednocześnie teraz ich plastalowego obrońcę.

              Nie mógł jednak ratować Adama choć bardzo chciał widząc iż android bez wahania poświęca swoją jednostkę dla Holta i reszty. Mógł za to skoczyć do Holta. I pomimo syku zamykającej się grodzi spróbować go wciągnąć do ładowni…

              - Sadza… pomóż mi!

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              4
              • GreKG Niedostępny
                GreKG Niedostępny
                GreK jako Siergiej Kalashnikov
                Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #171

                Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                text alternatywny

                Bleinert

                — Diabeł. Chyort!

                Akcja potoczyła się szybciej, niż Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov zdołał ją poukładać w głowie.

                Jazgot magazynku opróżnianego przez Mienta.

                Krzyki.

                Głuche uderzenie ciała o ścianę.

                Stuk pustej komory.

                A nade wszystko ten dźwięk.

                Wizg. Kwik. Nieludzkie wycie wydobywające się z obsydianowo-czarnego kształtu.

                Sadza znieruchomiał.

                Chyort.

                Diabeł.

                Nie wiedział jak.

                Nie wiedział dlaczego.

                Nie wiedział, czym to było.

                Ale już kiedyś o tym słyszał.

                W kopalniach mówiło się o nim szeptem. O czymś, co pojawiało się na najniższych poziomach. O czymś, co dusiło ludzi w ciemności, sprowadzało zawały, zostawiało po sobie tylko trupy i pogięte konstrukcje.

                Zawsze można było powiedzieć, że to przesąd.

                Że to zmęczenie.

                Że górnicy po trzech dniach pod ziemią widzą rzeczy, których nie ma.

                Teraz jednak Sadza patrzył na coś, czego zdecydowanie nie powinno być.

                — Blat, jebanyj chyort!

                — Sadza… pomóż mi!

                Głos Starego wyrwał go z odrętwienia.

                Siergiej rzucił się do Holta. Chwycił Mienta za kombinezon, kapitan złapał go z drugiej strony. Razem szarpnęli rannego w kierunku ładowni.

                Nad nimi grodź sunęła w dół.

                Za nią Adam wciąż napierał na bestię.

                — Doktor! — ryknął Sadza przez otwarty kanał. — Dasz radę! Zostaw chyorta! Dawaj do magazynu!

                Nie czekał na odpowiedź.

                — Davaj! Davaj!

                Jeszcze jedno szarpnięcie.

                Holt jęknął. Jego kombinezon zazgrzytał po podłodze.

                Grodź była coraz niżej.

                Za nią czarna sylwetka szarpała się z Adamem.

                Siergiej spojrzał na syntetyka.

                Na chwilę ich wzrok się spotkał.

                A właściwie nie.

                Adam nie patrzył na niego.

                Adam patrzył na potwora.

                Pchał go.

                Sam.

                Jakby to było najzupełniej oczywiste, że właśnie to powinien zrobić.

                Sadza zaklął pod nosem.

                Wiedział, że Adam jest tylko maszyną.

                Puszką.

                Drogą. Drogą puszką z rękami, nogami i twarzą człowieka.

                Nie powinien nic czuć.

                Nie powinien się bać.

                Nie powinien nawet rozumieć, że za chwilę może zostać tam sam.

                A jednak przez tę krótką chwilę Siergiejowi zrobiło się go zwyczajnie żal.

                — Davaj, Adam! — wrzasnął. — Davaj, blyat!

                I jeszcze raz szarpnął Holta w stronę ładowni.

                Najlepsza puszka, jaką znał.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                ♥
                5
                • KetharianK Online
                  KetharianK Online
                  Ketharian jako Alien
                  Obsługa Moderator Mecenas
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #172

                  text alternatywny


                  Środkowy pokład Bleinerta


                  Caleb Hannigan najwidoczniej wciąż jeszcze nie wyczerpał swojego zapasu szczęścia, bo chociaż opadające zbyt szybko jak na jego gust drzwi ładowni omal nie przytrzasnęły stóp wleczonego wspólnymi siłami Marcusa, wszyscy trzej z Siergiejem zdążyli uciec na czas na przeciwną stronę. Przyklękając w półmroku ładowni kapitan oparł się bokiem o ścianę, dysząc ciężko i próbując coś dojrzeć przez zaparowaną od środka przyłbicę hełmu.

                  Zza zamkniętych hermetycznie drzwi dobiegały dźwięki, które choć mocno stłumione i ścianą i wyściółką hełmów, wciąż mroziły krew w żyłach: huk, łoskot i animalistyczny skowyt.

                  - Adam, status! - krzyknął w eter Hannigan wchodząc w słowo nieustannie wywołującemu ratowników O’Collanowi - Adam, status!

                  Odgłosy walki nie gasły, wciąż na nowo przywołując do pamięci Caleba widok androida prącego do przodu z wystawionym niczym tarcza panelem, wypychającego czarny konstrukt w głąb korytarza ruchami wystarczająco powolnymi, by można było sobie wyobrazić opór stojący za nadludzką siłą koszmarnego wężowidła.

                  Hannigan puścił nogawkę spodni Holta, spojrzał na resztę swoich odrętwiałych z szoku towarzyszy: przecierającego wciąż na nowo hełm Eliasa, mamroczącego jakieś rosyjskojęzyczne przekleństwa Siergieja, skamieniałego z przerażenia Joshuę.

                  W słuchawkach hełmofonu mieszały się krzyki Davy’ego i Nadii, ale to nie ich Caleb nasłuchiwał w tym momencie.

                  Czekał na Adama, ale Adam nie odpowiadał.

                  A potem odgłosy walki ucichły całkowicie i zza ściany płynął już tylko złowieszczy drapieżny syk.


                  text alternatywny


                  Mostek Kardashiana


                  Nadia wpadła w skrajne przerażenie i Davy pewien był, że jeszcze chwila, a urwie mu wbitymi kurczowo w ciało palcami całą rękę. Z ust kobiety płynął cichy wizg, ledwie słyszalny w kakofonii szaleńczych dźwięków dobiegających z głośników radiowęzła.

                  - Nadia, opanuj się! - rzucił pilot kładąc jedną dłoń na jej nodze - Nadia, dość! Weź się w garść!

                  Sam równie zszokowany biegiem wydarzeń na zaopatrzeniowcu co Volkova, O’Collan miał za sobą dość wyniesionej z wojska dyscypliny, aby mimo wszystko zapanować nad rozszalałymi nerwami i narzucić sobie pozornie chłodną kontrolę.

                  - Co to jest? - krzyknęła Nadia wbijając oczy w połyskujący szkliście czarny kształt próbujący dosięgnąć pchnięciami masywnego ogona głowy Adama. Ciąg przekazywanych przez nahełmową kamerę androida obrazów poruszał się w tak chaotyczny i gwałtowny sposób, że nie sposób było płynnie nadążyć za nim myślami, ale nawet ten ekstremalnie trudny w interpretacji obraz wystarczał, aby oboje załogantów Kardashiana pojęło, że ich oficer medyczny walczył z jakimś nieznanym ludzkości drapieżnikiem o absolutnie morderczych zamiarach.

                  Na pozostałych sekcjach wyświetlaczy pojawiło się ciemne wnętrze sąsiedniego pomieszczenia, szczęśliwie odgrodzone od pojedynku tytanów opuszczonymi na czas drzwiami ładowni. Davy omiótł pięć ekraników pośpiesznym spojrzeniem próbując dojść do tego, co właściwie stało się z Holtem i w jakim był stanie, kątem oka wciąż obserwując obraz z kamery Adama.

                  Przekaz zgasł w tej samej chwili, w której pilot ponownie skupił na nim całą swoją uwagę.

                  - Adam! - krzyknęła rozdygotanym głosem Nadia - To go zabiło!

                  Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  👽
                  3
                  • PiołunP Niedostępny
                    PiołunP Niedostępny
                    Piołun jako Elias Crowe
                    Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
                    #173

                    Drzwi ładowni zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze przez chwilę pobrzmiewał echem w przestrzeni, drżąc w ścianach i podłodze, choć Elias prawie go nie słyszał. W głowie rozbrzmiewał mu dźwięk karabinu Holta i przeraźliwy skrzek czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać. Stał przy ścianie i raz za razem przecierał przyłbicę hełmu rękawicą, choć jedynym efektem było dalsze rozmazywanie płynu hydraulicznego i brudu po spękanej powierzchni. Po kilku ruchach sam zauważył, że czynność nie ma już żadnego praktycznego sensu, ale mimo to jej nie przerwał. Uparte powtarzanie prostego gestu trzymało go w tym momencie w jednym kawałku. Wycierać. Cofnąć dłoń. Zrobić to jeszcze raz. Przez kilka sekund wystarczało, żeby nie dać myślom rozpierzchnąć się we wszystkich kierunkach naraz, a przy okazji nie patrzeć na twarze pozostałych i nie wracać do tego, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi.

                    Obraz pozostawionego po drugiej stronie koszmaru wracał jednak uparcie, w poszarpanych i chaotycznych migawkach, jakby wstrząśnięty mózg odtwarzał go w przypadkowej kolejności. Najpierw czarny kształt spadający z sufitu, potem światło latarek przesuwające się po połyskliwym pancerzu, następnie seria Holta i pociski wbijające się jeden za drugim w stworzenie, a wreszcie ten niemożliwy do pojęcia widok, gdy mimo kolejnych trafień kreatura nadal poruszała się z szybkością, której Elias nie potrafił sobie wytłumaczyć. Widział ciecz wyciekającą z ran kreatury oraz dymiący pod jej kroplami, skwierczący metal. Najgorszy był jednak ostro zakończony ogon, który w jednej chwili przebił skafander Holta, czyniąc to z łatwością jaką dziecko mogło by przebić igłą papierowego ludzika.

                    Crowe w końcu opuścił rękę od przyłbicy i spojrzał na przytroczonego do pleców Hannigana syntetyka Weyland-Yutani, którego jeszcze niedawno tak bardzo chcieli zabrać ze sobą. Urwane kończyny, roztrzaskany korpus i ślady brutalnych uderzeń nagle przestały wyglądać jak efekt awarii czy wynik walki między androidami. Na pokładzie Weyland-Yutani ktoś najwyraźniej wyhodował sobie zwierzaka rodem ze starych horrorów z końcówki dwudziestego wieku. Pierdoloną czarną kosmiczną płaszczkę z nogami, krwawiącą pierdolonym kwasem. Wszystko, co jeszcze kilka minut temu było tylko jedną z wielu możliwych hipotez, teraz zaczynało układać się w przerażająco prosty obraz.
                    – Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący.
                    – To ten stwór go tak urządził.

                    Dopiero po wypowiedzeniu tych słów przyszła następna myśl, znacznie gorsza od poprzedniej. Puste korytarze Bleinerta, brak trupów, brak rannych, brak śladów panicznej ewakuacji w miejscach, w których przecież powinni znajdować się ludzie. Elias poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie, a oddech wyraźnie przyspiesza. Nie wiedział, co dokładnie spotkało załogę ani gdzie teraz byli, ale nagle brak ciał przestał być jedynie dziwnym, abstrakcyjnym szczegółem.

                    Ze stuporu wyrwał go dopiero widok Holta. Ruszył w jego stronę ciężko i ostrożnie, podpierając się po drodze o ścianę. Przyklęknął obok rannego, choć nie z przekonania, że naprawdę może mu pomóc. Nie miał w tej materii żadnego doświadczenia, ale ktoś w jego wieku, kto widział już niejedną paskudną awarię i niejeden wypadek przy pracy, potrafił przynajmniej mniej więcej ocenić, jak bardzo sprawy się spierdoliły. Przez chwilę wpatrywał się w rozdarty pod pachą skafander, próbując zorientować się, czy ostrze przebiło się głębiej. Brak sikającej wszędzie krwi był pierwszą dobrą wiadomością od bardzo dawna, choć Elias nie ufał swojej ocenie na tyle, by odetchnąć z ulgą.
                    – Marcus, słyszysz mnie? Dziabnął cię skurwiel, ale wyliżesz się. – zapewnił z przekonaniem. Ostatecznie, jeśli się mylił, martwy Holt i tak nie miałby jak mu tego później wypomnieć. Nie był lekarzem i nie zamierzał udawać, że nim jest. Wiedział jedynie, że skafander dostał porządnie, a to, że spod rozdarcia nie wypływała krew, dawało przynajmniej nadzieję, że spodnia warstwa zrobiła swoje. Choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, tak czy innaczej cholernie przydałby się teraz Adam. Na samą myśl o androidzie Crowe spojrzał z powrotem na zamknięte drzwi i zaklął w duchu. Razem z blaszakiem po drugiej stronie zostało kilka rzeczy, które właśnie teraz mogły okazać się bezcenne.

                    Crowe spojrzał na stalową gródź i przez chwilę po prostu słuchał. Zza niej nie dochodziły już odgłosy szarpaniny ani metalicznego uderzenia. Nie słyszał też głosu syntetyka, który jeszcze niedawno z tą swoją spokojną manierą doprowadzał go do szału, sprawdzał jego źrenice i kazał zapamiętywać idiotyczne słowa. Słychać za to było drapieżny syk zawiedzionego drapieżnika. Kiedy w słuchawkach kolejny raz odezwał się Davy, Elias potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że pilot go wywołuje. Wcześniej albo go nie słyszał, albo działo się zbyt dużo, by jego głos mógł do niego dotrzeć. Uniósł dłoń do komunikatora i przez moment nic nie powiedział, jakby wszystkie słowa, których używał przez całe życie, nagle stały się całkowicie bezużyteczne, niezdolne wyrazić do końca grozy tego czego byli świadkami.
                    – Crowe. Jestem – odpowiedział w końcu. – Jesteśmy w ładowni. W Pięciu. Holt jest ranny.
                    Spojrzał ponownie na drzwi i zacisnął szczękę.
                    – Adam został po drugiej stronie.
                    Na kilka sekund znów zaniemówił, nie do końca pewny co ma raportować. Głód alkoholu, drzemiący gdzieś głęboko w jego wnętrzu nagle upomniiał się o swoje, ale Crowe w skafandrze nie mógł sięgnąć po manierkę. Mikstura musiała jeszcze poczekać.
                    – Davy... nie wiem co to kurwa było, ale to nie był żaden pieprzony android.
                    Oparł bark o ścianę i usiadł ciężej obok Holta, czując, jak dopiero teraz adrenalina zaczyna odpływać, zostawiając po sobie drżenie rąk i mdłości.
                    – Musimy stąd spierdalać. I to migiem - to powiedziewaszy pozwolił by reszta brygady mogła uzupełnić resztę, bo on sam miał już tego wszystkiego... serdecznie dość.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    ♥
                    5
                    • MarrrtM Online
                      MarrrtM Online
                      Marrrt jako Caleb Hannigan
                      Mecenas
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #174

                      - To musiał być android… Jakiś nowy… eksperymentalny… bojowy - nerwowo kręcąc głową, kapitan twardo skontrował na stwierdzenie Eliasa. Choć dało się w jego głosie wyczuć, że bardziej sam siebie przekonuje niż oficera naukowego - Co innego? Co innego? Co innego? Co innego?

                      Powtarzał to pytanie coraz ciszej przez dobrą chwilę cały czas ciężko oddychając. Czuł jak w klatce wali mu serce. Łupało i tętniło. Wezbrana krew uderzała do skroni i pulsowała paskudnie i nieustannie. A Caleb bezskutecznie próbował pozbierać swoje myśli. Każdą próbę udaremniało jednak kolejne łupnięcie serca, które nie dawało się oszukać fasadzie na prędce i na siłę sklejonych argumentów tłumaczących co właśnie zaszło przy wrotach do magazynu. To co ich zaatakowało mimo humanoidalnych kształtów było potworem. Czy istniał jakikolwiek umysł na Ziemi, choćby najbardziej zwyrodniały, by wymyślić i powołać do istnienia takie monstrum? To nie chciało ich obezwładnić. Pojmać. Unieszkodliwić. Sygnał wykrywacza ruchu nie zostawiał złudzeń. To było cholerne polowanie. Jakby ktoś spuścił wściekłe psy ze smyczy, żeby…

                      Nagle złapał szybko za komunikator i wywołał pilota, który wymieniał możliwości jak może im pomóc. Niegłupie możliwości, ale…
                      - Odłączcie natychmiast Kardashiana! Natychmiast Davy! - Jeśli kurtyna opadła nagle, to równie dobrze mogła równie nagle się podnieść. Co prawda raczej by to usłyszeli, ale lepiej nie kusić losu. Gdyby to coś dostało się na kombajn… Nie chciał nawet tego rozważać. Ale słysząc swój głos poczuł, że jest mu trochę łatwiej - Zmapujcie kadłub na okoliczność innych miejsc dokowania i nie oddalajcie się. Ale miejcie oko na aktywność na Bleinercie. Podejrzewamy, że… ktoś wywołał ten atak. Spuścił kurtynę na przejście. I Wypuścił… te… stworzenia. Na nas.

                      Pierwszy raz użył nawet w myślach określenia “stworzenie” i nie wiedzieć czemu bardziej mu to pasowało niż “syntetyki”.

                      - Dobrze. Po kolei. - zrzucił androida z pleców i wziął głęboki wdech. Postarał się brzmieć pewnie, bo jego ludzie mieli prawo być równie zszokowani co on. A ostatniej rzeczy jaką potrzebowali, byłyby teraz jakieś nieprzemyślane i desperackie próby działania - Pierwsza sprawa. To wojskowa ładownia. W wojsku obowiązują przepisy. Poszukajcie na ścianach zestawu pierwszej pomocy. Trzeba pomóc panu Holtowi.

                      - W drugiej kolejności. Stan skafandrów. Musimy je uszczelnić. Musimy też oszczędzać w skafandrach… - zrobił pauzę, bo wciąż dający się słyszeć nieludzki syk nie dawał się skupić… Dobry Boże… - … zapas powietrza - nie powiedział na razie, że to dlatego, że może się okazać, że będzie ich czekał spacer w przestrzeni. Ale lepiej mieć ten zapas niż go nie mieć. Tak czy inaczej by nie było wątpliwości, ściągnął swój hełm i zakręcił zawór powietrza.

                      - Trzecia… Ten… To coś. Nie wszedł tu. I nadal nie wchodzi. Ładownia musi mieć więc niezależny system wentylacji. To jedno z wyjść dla nas. Drugie… trzeba się tu rozejrzeć. Może jest luk i śluza…

                      - Czwarta… Wasze pomysły. I co kto wziął? Musimy wiedzieć czym dysponujemy. Ja mam broń podręczną. I uniwersalny transponder do automatycznych systemów obronnych. Jakbyśmy na jakiś się natknęli. Wciąż powinien działać...

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      3
                      • GreKG Niedostępny
                        GreKG Niedostępny
                        GreK jako Siergiej Kalashnikov
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #175

                        Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                        text alternatywny

                        Bleinert

                        Nie zdążył.

                        Siergiej wpatrywał się w zamkniętą grodź.

                        Czekał.

                        Nic.

                        Żadnego uderzenia.

                        Żadnego szarpania metalu.

                        Żadnego wrzasku Adama.

                        Tylko ten syk.

                        Cichy, chrapliwy, dochodzący zza ściany.

                        Jakby coś tam było.

                        Jakby wiedziało, że ich nie dosięgnie.

                        Jakby czekało.

                        Chyort.

                        Jak do tego doszło?

                        Jak, do jasnej cholery, znaleźli się w tej sytuacji?

                        Jeszcze niedawno byli na Kardashianie. Mieli odholować wojskowy tender, zgarnąć premię i wrócić do normalnej, nudnej roboty.

                        A teraz?

                        Jeden człowiek leżał ranny.

                        Adam został po drugiej stronie grodzi.

                        A coś, czego Siergiej nie potrafił nawet nazwać, polowało na nich po korytarzach.

                        Nie potrafił tego zracjonalizować.

                        Czy chyort był eksperymentem wojskowej bioinżynierii?

                        Czy był jakimś zaawansowanym androidem?

                        Czy może czymś jeszcze gorszym?

                        W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.

                        Znaczenie miało tylko jedno.

                        POLOWAŁ NA NICH.

                        Nie próbował ich zatrzymać.

                        Nie próbował obezwładnić.

                        Nie chciał ich przestraszyć.

                        Chciał ich zabić.

                        Siergiej poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.

                        Wpadli w gówno.

                        Po uszy.

                        I wtedy usłyszał Starego.

                        Procedury.

                        Ładownia.

                        Powietrze.

                        Skafandry.

                        Zestaw pierwszej pomocy.

                        Wyjście.

                        Plan.

                        Kolejne polecenia.

                        Siergiej słuchał przez kilka sekund.

                        Jedną.

                        Drugą.

                        Trzecią.

                        Aż w końcu coś w nim puściło.

                        — To TY nas w to gówno wpakowałeś!

                        Odwrócił się gwałtownie do kapitana.

                        Doskoczył do niego i wskazał prosto w jego twarz. Dopiero wtedy zauważył, że w dłoni wciąż trzyma broń Joshui.

                        — Ty i twoje zasrane procedury! — warknął. — Jebanyj bumazhnik!

                        Lufa kołysała się niebezpiecznie blisko twarzy Hannigana.

                        — Nic by się nie stało! NIC! — głos Sadzy podniósł się niemal do krzyku. — Powiedziałbyś: "może być napromieniowany”, zanotowałbyś w dzienniku "ryzyko"! I odholowalibyśmy wrak do najbliższej stoczni!

                        Wskazał bronią na zamkniętą grodź.

                        — Ale nie! Prikaz to prikaz! Procedura! Regulamin! Akcja ratunkowa!

                        Ścisnął szczękę.

                        — I teraz mamy TO.

                        Przez chwilę patrzył na kapitana z czystą wściekłością.

                        Potem spojrzał na broń.

                        Zamrugał.

                        Jakby dopiero teraz zauważył, co właściwie trzyma w ręce.

                        — A, kurwa...

                        Opuścił lufę.

                        Schował pistolet do kieszeni kombinezonu.

                        — Idi na chuj.

                        Pchnął Hannigana otwartą dłonią w pierś.

                        Nie mocno.

                        Ale wystarczająco, żeby pokazać, że na tym kończy się rozmowa.

                        Odwrócił się i ciężko usiadł na jednej ze skrzyń.

                        Dopiero teraz poczuł, jak bardzo drżą mu ręce.

                        Złapał za bańkę hełmu.

                        Ściągnął ją.

                        Zaklął, kiedy uderzyła go fala dusznego, gorącego powietrza.

                        Zakręcił zawór.

                        Wziął głęboki oddech.

                        Raz.

                        Drugi.

                        Dopiero wtedy trochę się uspokoił.

                        Wbił wzrok w podłogę.

                        Myślał.

                        Nie o diable.

                        Nie o Adamie.

                        Nie o Holcie.

                        O tym, co właśnie się wydarzyło.

                        Kurtyna opadła.

                        Zamknęła ich drogę do śluzy.

                        A chwilę później otworzyła się gródź prowadząca do ładowni.

                        Siergiej zmarszczył brwi.

                        — Ktoś... albo coś... zamknęło przejście do śluzy.

                        Podniósł głowę.

                        — A otworzyło gródź do ładowni.

                        Przez chwilę nikt się nie odzywał.

                        — To nie był przypadek.

                        Siergiej powoli wstał.

                        Spojrzał na zamknięte drzwi.

                        Nagle wszystko zaczęło układać się w jego głowie.

                        Nieładnie.

                        Niepewnie.

                        Ale jednak.

                        — Chciało uniemożliwić wydostanie się chyorta z Bleinerta.

                        Przetarł spocone czoło rękawem kombinezonu.

                        — I chciało nas tutaj zamknąć.

                        Pokręcił głową.

                        — Nie...

                        Poprawił się.

                        — Nie zamknąć.

                        Spojrzał na pozostałych.

                        — OCHRONIĆ.

                        Przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi został Adam.

                        — Nie jesteśmy tutaj sami.

                        Urwał.

                        — I nie mam na myśli tego.

                        Wskazał kciukiem za siebie.

                        W stronę grodzi.

                        W stronę miejsca, gdzie zostało stworzenie.

                        — Mamy tutaj... kogoś po swojej stronie.

                        Sam nie był pewien, czy właśnie powiedział coś rozsądnego, czy zaczął już wariować.

                        — Wojskowe AI?

                        Stwierdził bardziej niż spytał. Zmrużył oczy.

                        — Nie takie prymitywne jak na Kardashianie. Matka.

                        Nazwa zabrzmiała w jego ustach dziwnie obco.

                        Siergiej podszedł do Hannigana.

                        Stanął przed nim.

                        Spojrzał mu prosto w oczy.

                        Tym razem nie było w nim już złości.

                        Było zmęczenie.

                        I strach.

                        Prawdziwy, zwierzęcy strach.

                        — Dobra, Stary...

                        Machnął ręką w kierunku wnętrza ładowni.

                        — Zabierz nas stąd.

                        Odwrócił się, zrobił dwa kroki i zatrzymał.

                        Obejrzał się przez ramię.

                        Uniósł jeden palec.

                        — Ale jeśli ten chyort nas dorwie...

                        Przełknął ślinę.

                        — ...to cię zajebię.

                        I tym razem nie było w tym ani odrobiny żartu.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        🤙 ✊
                        4

                        Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                        Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                        Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                        Zarejestruj się Zaloguj się
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy
                        • Strona startowa