Krzyk Pustki
-
Ambulatorium wypełniał cichy szum aparatury medycznej.
Adam stał przy łóżku, na którym spoczywał rozbitek z kapsuły ratunkowej. Mężczyzna był już zabezpieczony szerokimi pasami przy nadgarstkach, kostkach oraz klatce piersiowej. Nie było w tym nic osobistego. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej próbował zastrzelić swoich ratowników.
Syntetyk przyjrzał mu się uważnie.
Mężczyzna miał około metra osiemdziesięciu wzrostu i ważył prawdopodobnie nie więcej niż siedemdziesiąt kilka kilogramów. W normalnych warunkach byłby zapewne znacznie cięższy, jednak długotrwałe wycieńczenie pozostawiło wyraźne ślady. Zapadnięte policzki, napięta skóra i widoczne oznaki odwodnienia wskazywały na wiele dni spędzonych w skrajnie niekorzystnych warunkach.
Wojskowy kombinezon nosił ślady długiego użytkowania.
Naszywka identyfikacyjna.
J. Purcell.
Takie samo nazwisko widniało na nieśmiertelniku oraz karcie dostępowej zabezpieczonej wcześniej przez załogę.
Adam przesunął wzrok na monitor funkcji życiowych.
Tętno stabilizowało się.
Saturacja wracała do normy.
Ciśnienie pozostawało nieco obniżone, ale nie stanowiło już bezpośredniego zagrożenia.
— Stan pacjenta odpowiedni do wybudzenia — stwierdził spokojnie.
Podszedł do szafki medycznej i przygotował niezbędne środki farmakologiczne.
Preparat wspomagający odzyskanie przytomności.
Dawkę elektrolitów.
Środek ograniczający gwałtowne reakcje stresowe po wybudzeniu.
Wszystko zgodnie z procedurami dotyczącymi pacjentów potencjalnie agresywnych.
Po sprawdzeniu dawek podłączył ampułki do istniejącego wkłucia kroplówki.
Przez chwilę obserwował przepływ cieczy w przewodzie.
Następnie uruchomił pompę infuzyjną.
Przez kilka sekund w ambulatorium słychać było jedynie pracę aparatury.
Monitor wyświetlił niewielkie przyspieszenie akcji serca.
Drgnienie mięśni twarzy.
Ruch palców.
Oddech stał się głębszy.
Adam pozostał nieruchomy przy łóżku.
Gotowy zareagować na każdą możliwą reakcję pacjenta.
Po chwili powieki J. Purcella poruszyły się.
I otworzył oczy. -
Odesławszy Gleesona, którego upomniał o odłożenie klucza, Caleb odczytał przesłany do niego mimowolnie komunikat korpoagentki Le Fey. Potarł dłonią brodę zastanawiając się ile z tej pasażerki może być jeszcze problemów. Bo głowę dałby sobie uciąć, że dla ludzi jej pokroju nie istnieje odpowiedź "nie" i nie da się ona spławić ich pokładowemu komputerowi. Uznał, że najlepiej będzie jeśli...
Alarm radiacyjny.
Nadia.- Tak, pani Volkov?
Wysłuchał meldunku. I chyba trochę odetchnął. Wolał widzieć i znać komplikacje zawczasu niż odkrywać je gdy jest za późno. A doświadczenie mu podpowiadało, że i tak i tak jakieś się pojawią. Tym razem Nadia wykryła je wcześniej.Chwilę później obrazu dopełnił raport pilota. Odkryta przez Davy'ego wyrzutnia torped, oraz wyraźne uszkodzenie poszycia Bleinerta były kolejnymi elementami układającymi się w jakąś całość, której Caleb jeszcze nie potrafił rozszyfrować. Tak czy inaczej oba odkrycia były tym, czego kapitan się spodziewał zarządzając oblot z bezpiecznej odległości.
- Bleinert raczej nie mógł ostrzelać drugiej jednostki - myślał głośno - zostałyby szczątki. Bardziej to wygląda na przeciążenie reaktora i implozję. Blisko. To by tłumaczyło tę chmurę. Dobrze. Proszę ustawić nas i zawiesić nieruchomo w pozycji ekranowania przez tender. A potem ustawić na auto. Potem widzimy się wszyscy... Panie Crowe? - Hannigan przełączył na interkom ze śluzy, który zasygnalizował połączenie z jego stanowiskiem. Wysłuchał co miał do powiedzenia inżynier atmosferyczny. Cień zniecierpliwienia przemknął mu po twarzy jakby nie uśmiechało mu się bieganie na każde odkrycie wyraźnie poddenerwowanej załogi. Ale nie zmieniło to odpowiedzi - Już idę panie Crowe. Ale proszę mi oszczędzić epitetów.
Wychodząc ze stanowiska dowodzenia, nie podejrzewał, że Elias wyraził się trafnie i bez specjalnej przesady. Ale podejrzewał, że o czymś jednak zapomniał.
- Po zabezpieczeniu mostka, widzę Was w ambulatorium. - dodał jeszcze do Davy'ego i Nadii. -
Davy O'Collan - Mostek
Davy nawet nie próbował komentować teorii kapitana. Od tego byli inni. Jego robota kończyła się na dostarczeniu danych, utrzymaniu jednostki w jednym kawałku i niedopuszczeniu, żeby ktoś zginął przez zły manewr.
— Przyjąłem, skipper.
Palce zatańczyły po konsoli. Komputery nawigacyjne przejęły część obciążenia, gdy KM-164 ustawił się za masywnym kadłubem tendera, wykorzystując go jako improwizowaną osłonę przed radioaktywną chmurą. Korekty RCS syknęły ostatni raz, po czym wskaźniki względnego dryfu zatrzymały się niemal idealnie na zerze.
— Pozycja ekranowania osiągnięta. Autopilot aktywny. Stabilizacja względna utrzymywana.
Dopiero wtedy odsunął się od fotela pilota. Jednym płynnym ruchem wstał, poprawiając kaburę z pistoletem wiszącą nisko na udzie. Gest był niedbały tylko z pozoru — odruch wyuczony przez lata służby, sprawdzający przy okazji zatrzask, dostęp i pozycję broni.
Spojrzał na Nadię ponad ramieniem.
— No to co, Volkov? — rzucił z cieniem uśmiechu. — Idziesz do ambulatorium czy mam zameldować kapitanowi, że przejęłaś mostek i właśnie planujesz karierę dowódcy?
Nie czekając na odpowiedź, skierował się ku wyjściu z mostka, rzucając jeszcze krótkie spojrzenie na obraz z kamer obserwujących martwy tender. Jakoś tak to całe niestandardowe poruszenie na pokładzie zaczęło śmierdzieć mu jakaś afera…
-
Sytuacja na statku opadła tak szybko, jak wybuchła. Spanikowany rozbitek został spacyfikowany przez kogoś z załogi, a kurz po „ataku” osiadł, zanim na dobre wzbił się w powietrze.
Na mostku panowała gęsta, zawstydzająca atmosfera. Joshua, wciąż kurczowo ściskający swój klucz francuski, zesztywniał, gdy Davy O’Collan rzucił mu wymowne, pełne irytacji spojrzenie. Z trudem odszedł od śluzy i rozluźnił chwyt.
Kapitan Hannigan, wyraźnie zirytowany, nie czekał na wyjaśnienia. Podszedł do konsoli i jednym, pewnym ruchem nadpisał kody blokady, przywracając sobie dostęp. Joshua poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
— Wybaczcie, panie kapitanie — wycharczał, spuszczając wzrok. — Szkolenie w Marines wchodzi w krew. W razie abordażu priorytetem jest zabezpieczenie mostka lub maszynowni. Załogę... zawsze można zrekrutować nową, statek to jedyny stały zasób, na którym opiera się zysk korporacji — i tu Josh w końcu zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział o kilka słów za dużo, więc tylko skłonił głowę i posłusznie oddał pole. Otrzymał jedynie nowy rozkaz.Zanim udał się do hangaru, wymknął się do swojej kajuty. Drżącymi dłońmi wyciągnął z szafki blistry z lekami, łykając dawkę, która miała wygasić kołatanie serca. Jego wzrok spoczął na starym, metalowym pudle z kasetami. Przez minutę kusiło go, by je otworzyć – tam, pod warstwą taśm, ukrywał przedmiot, który kiedyś mógłby mu uratować życie. Zrobił to. Lecz chwilę potem z powrotem zamknął. Zacisnął zęby, odłożył pudło i wybiegł z kajuty.
Gdy dotarł do hangaru, oględziny trwały już w najlepsze. Elias Crowe, z profesjonalnym spokojem, operował swoim zestawem: analizatorem Seegson M314, dozymetrem i próbnikami, rejestrując wszystko na starym magnetofonie. Joshua nie podszedł do wnętrza; skupiając się na zewnętrznym poszyciu kapsuły. Szukał insygniów, oznaczeń jednostki, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zidentyfikować "gościa". Jego paranoja podpowiadała mu, że to nie jest przypadkowy lot, lecz element większej układanki.
Nagle z wnętrza kapsuły dobiegł go chrapliwy głos Crowe’a, przerywający rutynowy raport.
— Kapitanie... Musi pan tu zejść. Jest tu coś, co powinien pan zobaczyć osobiście. Jeśli mógłbym jakoś opisać tę sytuację, to powiem tylko tak: gówno dostało się do wiatraka i rozchlapało się po całym pokoju.
Fetor uderzył Joshuę nawet z tej odległości. Był to ciężki, mdły zapach rozkładu, przemieszany z czymś ostrym, chemicznym. Gleeson, napędzany przez instynkt przetrwania, który w tej chwili brał górę nad rozsądkiem, podszedł do samego progu kapsuły. Nie odważył się wejść do środka, wpatrując się w mroczny, zanieczyszczony otwór jak w paszczę bestii.
— Crowe — odezwał się, a jego głos był ledwie słyszalny w huku systemów podtrzymywania życia. — Ten smród... mówisz "gówno" metaforycznie, dosłownie się zesrałeś w wentylator, czy mamy tu do czynienia z biologicznym rozkładem zwłok? Bo jeśli to drugie, to musimy zamknąć ten właz i natychmiast odpalić procedurę kwarantanny, a nie bawić się w zbieranie próbek! -

Korytarz przed prawoburtową śluzą
Właz kapsuły był otwarty na całą szerokość, dzięki czemu przyciśnięty do wewnętrznych drzwi śluzy Joshua widział w półmroku poruszającego się ostrożnymi ruchami doktora Crowe. Stary mężczyzna co rusz spoglądał na coś, co chyba leżało w głębi kapsuły, a mowa jego ciała sugerowała Gleesonowi, że Crowe zdecydowanie nie śpieszył się do bliższych oględzin znaleziska. Przesuwając się co chwila w różne zakamarki kapsuły nie potrafił oderwać uwagi od obiektu swojego największego zainteresowania, raz za razem spoglądając w to samo miejsce.
Joshua poczuł lodowaty dreszcz niepokoju na ten widok. Oblizując spierzchnięte usta nacisnął przycisk otwierający wewnętrzny właz śluzy i natychmiast tego pożałował.
W jego nozdrza uderzył fetor, który wzbierał w śluzie od momentu ponownego nasycenia tlenem powietrza w jej wnętrzu sącząc się ze środka kapsuły.
Owładnięty bardzo złym przeczuciem, Joshua Gleeson poczuł jak po plecach spływają mu krople zrodzonego z lęku potu.
Wejście na mostek kombajnu
Caleb Hannibal stanął przed drzwiami mostku podnosząc w odpowiednim geście lewą rękę. Odczytując ten zaprogramowany wcześniej ruch sterownik włazu zareagował zgodnie z intencją kapitana, stanął przed mężczyzną otworem.
Hannigan wydał z siebie głuche stęknięcie robiąc krok w bok, aby uniknąć nieoczekiwanego zderzenia z usytuowaną tuż za progiem przeszkodą.
William Biscuit odpowiedział niezrozumiałym dźwiękiem o znacznie wyższym tonie, w oczywisty sposób przestraszony szarżą dowódcy kombajnu, a zarazem zbyt sparaliżowany jego bliskością, aby uczynić jakikolwiek ruch.
- Panie Biscuit, dla swojego własnego dobra pasażerowie powinni do odwołania pozostawać w swoich kajutach - powiedział chłodno Caleb - Również pan.
- Pan wybaczy, kapitanie - zakłopotanie młodzieńca było tak ogromne, a przy tym tak szczere, że Hannigan wbrew sobie samemu nieco złagodził srogi wyraz twarzy - Pomyślałem… że mógłbym jakoś pomóc…
- Doceniam dobre chęci - oznajmił Hannigan tonem dobitnie komunikującym brak chęci do skorzystania z pomocy jakiegokolwiek pasażera - Niemniej dobrze się złożyło, że się spotkaliśmy. Planowałem zbiórkę wszystkich pod ambulatorium. Zapraszam, wskażę panu drogę. Opiekunie, wystosuj zaproszenie do ambulatorium dla pani le Fey.
Kapsuła ratunkowa Bleinerta
Doktor Crowe odwrócił głowę w stronę stojącego w progu kapsuły Joshui, uniósł znacząco swoje brwi odwieszając na ramię torbę z instrumentami pomiarowymi i poprawiając naciągnięte na dłonie lateksowe rękawiczki.
- Ten smród, Crowe - Gleeson przełknął nerwowo ślinę - Zesrałeś się w wentylator czy mamy tu do czynienia z biologicznym rozkładem zwłok? Bo jeśli to drugie, to musimy zamknąć ten właz i natychmiast odpalić procedurę kwarantanny, a nie bawić się w zbieranie próbek!
- Mamy prysznice, synku, do tego środki odkażające - odpowiedział pozornie beztroskim głosem Elias - Jeśli się zbrudzisz, Nadia cię wyszoruje pumeksem i druciakiem… albo pan Holt, on to zrobi z większą skrupulatnością. A teraz skończ jęczeć i popatrz, co tu mamy. Będziesz mi potrzebny do noszenia.
Nim Joshua uczynił choćby krok, w wejściu do kapsuły stanął kapitan Hannigan. On też musiał poczuć trupi odór, ale stoicki charakter pomógł mu zachować kamienną twarz.
- Ofiara śmiertelna, doktorze? - stwierdził retorycznym tonem, bo smród wypełniający ratunkowy pojazd nie pozostawiał złudzeń co do swojego źródła.
Ciemne wnętrze kapsuły zionęło nieopisywalnym wręcz fetorem stanowiącym mieszaninę smrodu moczu i fekaliów, wyciekających płynów hydraulicznych i organicznych, brudnej wody oraz zgnilizny.
Tu i ówdzie na podłodze leżały odkształcone, najpewniej wielokrotnie nadepnięte butami łuski po wystrzelonych dawno temu pociskach. Ich obecność - oraz charakterystyczne poszarpane dziury znaczące część pokładowych urządzeń - dobitnie świadczyły o tym, że wystrzelona w przestrzeń śluzy seria z Armata nie była jedynym strzeleckim wybrykiem szalonego rozbitka.
- Nie był… sam - wykrztusił Joshua ocierając usta rękawem i oglądając się w stronę kapitana - Jak on tu wytrzymał…
Hannigan stanął obok wstrząśniętego załoganta, spojrzał za obudowę pojedynczego kojca do hypersnu.
Specjalista drugiej klasy Jeremiah Purcell nie podróżował w kapsule samotnie i spoglądając na jego współpasażera Caleb zadał sobie w myślach pytanie, czy wojskowy nie postradał już trwale zmysłów.
Czarnoskóry mężczyzna w ciemnym cywilnym ubraniu nie żył od kilku tygodni, oparty plecami o ścianę kapsuły i wpatrzony w przestrzeń mętnymi rybimi oczami. Jego nabrzmiałe, wzdęte od gnilnych gazów ciało dosłownie rozsadzało materiał stroju, a cuchnące potwornie organiczne płyny wylewały się przez popękaną skórę na podłogę kapsuły.
Stojący kilka kroków w tyle Joshua pomyślał o Jeremiahu Purcellu, przez miesiąc uwięzionym w ciasnym wnętrzu kapsuły razem z rozkładającym się ludzkim trupem, bez dostępu do świeżej wody, toalety, normalnego oświetlenia i nadziei na ratunek.
Przełknął ślinę czując jak jego żołądek ściskają kleszcze wzbierających raptownie torsji.
-
Elias odwrócił powoli głowę w stronę Joshuy i zrobił nieco rozczarowaną minę, zupełnie jak człowiek, któremu właśnie przerwano pracę z powodu wyjątkowo głupiego komentarza.
– Gleeson – powiedział sucho. – Jeśli naprawdę twoją pierwszą roboczą hipotezą jest to, że stoję tu i raportuję kapitanowi, jak kreatywnie obchodzić się z dwójką, to chyba nie mamy o czym gadać. Przecież zaznaczałem, że to porównanie. – Westchnął, przewracając oczami, i poprawił rękawiczki. Wskazał brodą wnętrze kapsuły, na razie nie podchodząc zbyt blisko.– Oczywiście chodzi o rozkład biologiczny. Stary trup to mnóstwo fekaliów, moczu i reszty cielesnej hydrauliki, która daje o sobie znać z chwilą śmierci. Jeśli cokolwiek tam miałoby nam zagrażać i przenosić się w powietrzu, już mamy przejebane, bo otworzyliśmy to, wyjęliśmy stamtąd człowieka, a zresztą trochę już tym oddychamy. Wcześniejsze badanie kapsuły nie alarmowało jednak o niczym. Co do reszty zagrożeń biologicznych, wystarczą nam stare, modne lateksowe rękawiczki i maseczka. – Wskazał krótko na swój ochronny ekwipunek.
– Więc albo pomagasz, albo zmykaj zamknąć gródź w następnej sekcji. Ja mam pracę do wykonania.Spojrzał jeszcze raz w głąb kapsuły, zastanawiając się, od czego zacząć. Smród dalej wypełniał wnętrze śluzy, ciężki i lepki, ale Elias nie miał zamiaru robić z niego afery. Prawda, był paskudny, ale był też tym czego należało się spodziewać bo zwłokach zamkniętych w hermetycznej przestrzeni. W zamkniętej puszce, po kilku tygodniach z martwym ciałem, no cóż, należało się spodziewać właśnie czegoś takiego.
Kiedy w progu stanął kapitan Hannigan, Crowe cofnął się o pół kroku, robiąc mu miejsce, ale nie odwracając się całkiem od znaleziska. Stał bokiem, z analizatorem w jednej dłoni i magnetofonem pracującym cicho przy pasie. Taśma szumiała cierpliwie, obojętna na smród i trupa
– Ofiara śmiertelna, kapitanie – potwierdził sucho. – Proces rozkładu wskazuje, że trochę czasu spędzili razem. Nie jestem patologiem, mamy od tego Adama, ale roboczo zgadywałbym dwa do czterech tygodni. W tej puszce warunki mogły przyspieszyć albo spowolnić wszystko, więc proszę nie traktować tego jak ekspertyzy na której można coś oprzeć.Przełknął ślinę, choć w gardle miał sucho. Chyba filtry w jego wszczepie krtani nadawały się już do wymiany. Podniósł analizator i pozwolił mu dalej pobierać próbki powietrza. Wskaźniki pracowały spokojnie, upewniając go tylko, że nie ma co panikować.
– Atmosfera zatęchła, ale bez niczego alarmującego – powiedział, zerkając na analizator. – Tlen niżej o około procent, dwutlenek węgla trochę podwyższony, wilgotność wysoka. Do tego ślady amoniaku, lotnych związków organicznych i tego siarkowego syfu pochodzącego z rozkładu ciała.
Przykucnął ostrożnie, a w martwej ciszy kapsuły, dało się usłyszeć skrzypienie jego stawów. Światło latarki przesunęło się po podłodze, po powgniatanych łuskach, po poszarpanych śladach na urządzeniach, brudzie i zaschniętych smugach.– Strzelał tu wcześniej – mruknął do magnetofonu. – Wielokrotnie. Ciekawe do czego?
Zapytał sam siebie bardziej niż kogokolwiek innego i ruszył ostrożnie naprzód, żeby przyjrzeć się zwłokom. Czy były na nich ślady kul albo czegoś innego? Wzdęte ciało utrudniało identyfikację przyczyny śmierci, ale może dało się jeszcze coś dostrzec. Może Purcell strzelał do niego? Może chciał uszkodzić kapsułę? A może próbował strzelać do wytworów własnej wyobraźni, które zaczęły nawiedzać go w chwili, gdy samotność zaczęła go zżerać od środka? Mózg bronił się przed izolacją, wywołując halucynacje, które miały go uspokoić. Oszukiwał sam siebie, żeby zachować resztki spokoju. Szaleństwo zwalczał szaleństwem. Zawsze uważał to za niezłą ironię.
Gdy skończył wewnętrzne dywagacje, przesunął się do modułu komunikacyjnego kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne, poprawiając przewód kciukiem. Stary sprzęt kliknął posłusznie.
– Crowe, kontynuacja oględzin – powiedział do magnetofonu. – Wnętrze kapsuły silnie zanieczyszczone biologicznie. Obecność ciała w zaawansowanym rozkładzie. Widoczne ślady wcześniejszego użycia broni wewnątrz kapsuły. Rozpoczynam zgrywanie logów komunikacyjnych i systemowych.
Przesunął palcem po ekranie narzędzia diagnostycznego.
– Dobrze. Czas sprawdzić to, o co prosił kapitan – kontynuował do magnetofonu, opisując krok po kroku wykonywane czynności. – Trzeba ustalić, czy kapsuła odbierała nasze wezwania, czy zapisała próbę połączenia oraz czy coś blokowało odbiór. Warto też sprawdzić, czy Purcell miał realną możliwość odpowiedzieć. Do tego przeglądam logi podtrzymywania życia, ostatnie alarmy systemowe i manifest.Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w stronę ciała. Pomyślał, że warto będzie później ustalić, kim jest ten drugi. Jeśli nie było go na wykazie przewozowym, pachniało to cargo w postaci ludzi. A to oznaczało, że ktoś mógł przemycać niewolniczą siłę roboczą albo ludzi przeznaczonych do nielegalnych eksperymentów firmy. Crowe wiedział, że takie rzeczy się zdarzały. Krążyły o tym plotki. W przestrzeni zawsze krążyły plotki, a te najbrzydsze miały paskudny zwyczaj okazywać się prawdziwe. W takim wypadku nie był pewny, czy zwykłe protokoły misji ratunkowej wciąż ich obowiązywały. Nie skomentował tego jednak na głos. Był prawie pewien, że kapitan sam poruszy tę sprawę, kiedy przyjdzie czas.
-
Delilah le Fey
Mechaniczny zgrzyt zamka brzmiał niczym symfonia Mozarta i potwierdził, że jailbreak się udał. Protokół izolacji zadziałał perfekcyjnie. Od teraz tylko Delilah le Fey mogła otworzyć właz kajuty a Opiekun stał się jej oczami i uszami na statku.
Nie zdążyła jednak długo napawać się swoim sukcesem bo nagle w pomieszczeniu rozległ się beznamiętny głos sztucznej inteligencji.
– Uwaga. Kapitan prosi o stawienie się na zbiórkę pod ambulatorium w strefie medycznej.
Agentka zmarszczyła gładkie jak dotąd czoło. Czego ten niekompetentny głupiec od niej chce? Do tej pory była jawnie ignorowana. W mesie Hanningan robił wszystko by poczuła się jak uciążliwy balast i pasażer drugiej kategorii bez prawa głosu. Czy strach w końcu zajrzał mu w oczy? Ktoś taki jak on łatwo mógł zatuszować swoje błędy i wymusić na załodze milczenie, ale obecność przedstawicielki Lassale wiązała mu ręce. Nie mógł jej uciszyć groźbą ani rozkazami. Jej raport mógł pogrzebać jego karierę, o ile karierą można nazwać kierowanie czymś takim jak kombajn górniczy.
Kilka sekund brakowało by ciekawość zwyciężyła. By Delilah otworzyła drzwi i udała we wskazane miejsce zbiórki, przekonać się na własne oczy jak Caleb Hannigan próbuje się przed nią płaszczyć i rozmywać swoją odpowiedzialność. Może nawet przekupić. Ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jedna z najgorszych ludzkich cech a ona przecież nie była zwyczajnym człowiekiem. Nie wyszła z macicy jak inne ssaki, a jej rodzice - kimkolwiek byli w ubiegłym stuleciu na Ziemi - zasłużyli się dla świata na tyle by ich zamrożone komórki jajowe i nasienie stanowiły bezcenny zasób w aktywach firmy. Jeszcze w czasach Szkolenia, jej rówieśnik Ralph twierdził, że biologicznym potomkiem Marilyn Monroe i Alana Turinga, ale ośmioletnia Delilah szybko zweryfikowała, że Lasalle w tamtych czasach jeszcze nie istniało i nie mogło pobrać jajeczek aktorki ani spermy kryptologa. Sama nigdy się nie zastanawiała nad swoim pochodzeniem. Wystarczyła jej świadomość, że w puli genetycznej jest na samym szczycie. Otrzymała dar, ale i zobowiązanie by nie ulegać zwyczajnym ludzkim słabościom.
Bo jest zwyczajnie lepsza.
I nie po to przejęła kontrolę nad systemem i zabezpieczyła swoje otoczenie, by teraz jak posłuszny pionek wchodzić w strefę potencjalnego zagrożenia.
– Opiekunie, wstrzymaj odpowiedź. Przedstaw mi najpierw szczegółowy raport z działań całej załogi. Pozycje i statusy.
Opiekun zaczął wyliczać fakty a ona w palcach obracała swój żeton do automatów słuchając syntetycznego głosu. Przez chwilę łudziła się, że informacje o nieobliczalnym rozbitku, który otworzył ogień do ludzi i znalazł pod opieką syntetyka mogą okazać się przydatne dla interesów firmy. Słyszała plotki tajnych o agendach, które dostawali jej konkurenci z Weyland Yutani szukający w kosmosie artefaktów pozaziemskiego pochodzenia. Wyglądało jednak na to, że załoga Kardashian marnowała czas i tlen na żołnierza, który cudem ocalał i przez kilka tygodni dryfował w próżni z rozkładającym się trupem na pokładzie kapsuły ratunkowej. Historyjka dobra dla pisarzy horrorów, ale dla niej bezużyteczna.
Priorytetem wciąż było Borodino.
Gdy maszyna skończyła mówić, wydała kolejny rozkaz.
– Przekaż kapitanowi Hanniganowi wiadomość. Jeśli to pilna sprawa, niech on przyjdzie do mnie. Moja kajuta jest dla niego zawsze otwarta o ile jedynym tematem naszej rozmowy będzie natychmiastowe wznowienie kursu na Borodino i gwarancja, że dotrzemy tam zgodnie z moim harmonogramem.
Na koniec rzuciła ostatnią komendę.
– Uruchom protokół nadzoru w strefie medycznej. Po zakończeniu odprawy oczekuję gotowego raportu.
-
Neutralny grymas na twarzy Caleba nie wyrażał z początku zupełnie niczego. Patrzył na trupa o rybich oczach i wzdętych trzewiach, by przenieść zaraz wzrok na jednoosobową koję do hipersnu. Nie było w tym widoku aż tyle grozy. Trup nie był znowu niczym tak bardzo egzotycznym w górnictwie kosmicznym. Kosmos nie współpracował. Ludzie o tym szybko się przekonywali. Grozę generowała wyobraźnia. Która szybko i bez pytania podsuwała obrazy z wnętrza kapsuły z całego tego czasu gdy dzień po dniu towarzysz samotnego żołnierza stawał się naocznym uosobienie śmierci. A także to czego nikt nie chciał sobie wyobrażać. Postawienie się na miejscu żołnierza. Bez pewności, czy pomoc przyjdzie po tygodniu, miesiącu, roku, czy nigdy.
- Dobry Boże… - mruknął cicho Hannigan, po czym westchnął i skinął inżynierowi atmosferycznemu, który właśnie poinformował swój log o śladach strzelaniny. Wniosków nasuwało się co najmniej kilka, ale dwa wydawały się najbardziej oczywiste. Kłótnia o jednoosobową kapsułę. Lub próba ratowania rannego. To pierwsze było najbardziej logiczne i właśnie to zakładał Hannigan - Dziękuję panie Crowe. Lepiej będzie jednak kontynuować obdukcję w ambulatorium. Chociaż…Sięgnął po interkom.
- Adam, przygotuj nosze i worek ochronny. Na ciało.
Rozłączył się i spojrzał na pobladłego Joshuę.
- Panie Gleeson. Po odprawie w ambulatorium pomoże Pan Adamowi. Zabezpieczycie i przeniesiecie ciało tego człowieka do hangaru - Hannigan uznał, że trup w ambulatorium narażał pracę androida na kompletnie niepotrzebne ryzyko skażenia w dość krytycznym dla bezpieczeństwa załogi stanowisku. Dodatkowo można było wydzielić sekcję i odciąć w niej ogrzewanie co zatrzyma dalsze gnicie. Jednocześnie nie podobało mu się, że młodszy inżynier wyraźnie migał się od pracy. Zastanawiał się, czy nie kazać mu przeszukać cywilnego uniformu trupa, ale uznał, że na obecną chwilę personalia denata nie są do niczego potrzebne. - Tymczasem zamykamy kapsułę. I śluzę. Opiekun zablokuje dostęp. Wrócicie do pracy po powrocie z ambulatorium.
Co rzekłszy dał sygnał do wyjścia.Wysłaną do niego wiadomość przez agentkę le Fey skomentował westchnieniem. Miał szczerą nadzieję, że wywabi tę żmiję z gniazda gdzie zapewne nadaj jątrzy w protokołach Opiekuna. Liczył, że będzie ciekawa żołnierza i ponownie otrzyma możliwość podjudzania załogi. To była sprytna przynęta. Delilah okazała się jednak sprytniejszą żmiją. Trudno. Niech jątrzy.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Kalasnikov wyznawał prostą zasadę.
Jeżeli coś nie działało, najpierw należało spróbować to naprawić. Jeżeli dalej nie działało, należało w to porządnie trzepnąć.
W Novym Norylsku mieli separator rudy na poziomie szóstym. Wielką maszynę wartą więcej niż cały blok mieszkalny, w którym mieszkała jego brygada.
I równie zawodną.
Przez trzy dni Bochka, wielki, wiecznie spocony mechanik w brudnym uniformie, siedział przy niej od świtu do zmierzchu. Rozkręcał osłony. Czyścił filtry. Wymieniał przekaźniki. Klął. Pił. Skręcał. Znowu rozkręcał.
Sadza obserwował to wszystko z boku, siedząc na skrzyni z częściami zamiennymi.
— Nu vot — mruknął któregoś dnia. — Dalej nie działa.
— Przyczynę trzeba znaleźć! — warknął mechanik.
— Ehmm — mruknął tylko Sadza.
Następnego ranka Bochka poszedł na śniadanie.
Siergiej został sam.
Wstał, podniósł ciężki klucz hydrauliczny i podszedł do separatora.
Przez chwilę przyglądał się obudowie.
Potem przyłożył.
Raz.
Drugi.
Coś głęboko w środku szczęknęło.
Maszyna zadrżała i uruchomiła się z przeciągłym rykiem silników.
Kiedy Bochka wrócił, separator nadal pracował.
Mechanik długo patrzył na wskazania.
Potem otworzył panel serwisowy.
— Widzisz? — powiedział w końcu. — Miałem rację. Zacinał się jeden z przekaźników.
— Da.
— Naprawiłem.
— Da.
Kiedy soldatik po dawce środków od Adama poruszył się niespokojnie na łóżku, Sadza oderwał się od ściany ambulatorium.
Powoli podszedł do koi.
Przez chwilę przyglądał się wojskowemu z tą samą uwagą, z jaką kiedyś oglądał zacinający się separator.
Potem strzelił go z otwartej dłoni w twarz.
Raz.
Głowa żołnierza odskoczyła w bok.
Sadza odczekał moment i serdecznie poprawił z drugiej strony.
— Nu dawaj, soldat.
Pochylił się nieco nad łóżkiem.
— Pomoc przyszła.
-
Davy O'Collan - droga mostek -> ambulatorium
Davy O’Collan potrafił czekać.
Teoretycznie.
W praktyce oznaczało to, że przez pierwsze dziesięć sekund wyglądał jak człowiek cierpliwy, przez kolejne pięć jak człowiek rozważający sens istnienia, a potem już tylko jak pilot, któremu zaczynało się nudzić.
Stał jeszcze chwilę przy wyjściu z mostka, z dłonią opartą o framugę grodzi, i patrzył na Nadię Volkov. Nadia była pochylona nad swoim stanowiskiem, z twarzą oświetloną chłodnym blaskiem ekranów. Coś sprawdzała. Coś porównywała. Robiła coś zapewne bardzo ważnego z jakimiś bardzo ważnymi danymi.
Davy uniósł brwi.
— No tak — mruknął pod nosem. — Cyferki przed dżentelmenem. Klasyka.
Nie doczekał się reakcji. Volkov nawet nie podniosła wzroku.
Przez moment rozważał jeszcze, czy nie powinien rzucić czegoś błyskotliwego, co przeszłoby do historii statku jako „ostatni żart O’Collana przed wejściem do ambulatorium”. Uznał jednak, że historia będzie musiała poradzić sobie bez tego luksusu.
— Dobra, pani magister. Jak coś to idę — powiedział już głośniej, choć bez pretensji.
Po czym odwrócił się i ruszył sam.
Drzwi mostka zamknęły się za nim z miękkim sykiem. Korytarz Kardhasiana przyjął go przytłumionym światłem awaryjnych listew, zapachem metalu, filtrowanego powietrza i tej osobliwej woni statku, którą Davy rozpoznawał lepiej niż zapach własnej kajuty. Stary układ wentylacyjny mruczał gdzieś za panelami jak zadowolony kot o stalowych płucach.
Davy był w dobrym humorze.
Nie było ku temu żadnego rozsądnego powodu, co tylko poprawiało mu nastrój.
Zaczął nucić pod nosem jakąś starą country balladę o dziewczynie czekającej przy drodze, o whiskey, złamanym sercu i pick-upie, który w kosmosie nie miałby absolutnie żadnego zastosowania, ale za to brzmiał jak obietnica prostszego życia.
— You’re still the one I run to... — zanucił cicho, fałszując z taką pewnością siebie, jakby to sama melodia powinna była się dostosować do jego głosu.
Winda była wolna, więc ją zignorował. Znał krótszą drogę i postanowił z niej skorzystać.
Skręcił w boczny korytarz serwisowy oznaczony żółtą tabliczką „DOSTĘP TECHNICZNY — TYLKO PERSONEL UPOWAŻNIONY”. Palcem nacisnął niewielką nierówność pod panelem zamka, potem lekko kopnął dolną krawędź grodzi. Mechanizm odpowiedział cichym kliknięciem, jakby zawstydzony własną przewidywalnością.
— Grzeczna dziewczynka — powiedział do drzwi.
Przecisnął się przez wąski tunel techniczny biegnący za przewodami recyrkulacji powietrza. Tędy chodziło się niewygodnie, z głową lekko pochyloną i ramieniem ocierającym o izolację rur, ale skracało drogę do ambulatorium o dobre półtorej minuty. Oficjalnie przejście nie istniało na planach dostępnych dla załogi. Nieoficjalnie każdy statek miał takie miejsca. Szczeliny, skróty, martwe kąty. Małe sekrety kadłuba.

Davy lubił znać sekrety swojego statku.
Nucenie samo wróciło, kiedy wyszedł po drugiej stronie i otrzepał rękaw kombinezonu.
— When a man loves a woman... — mruknął, a potem parsknął pod nosem.
Delilah le Fey.
Myśl o niej wślizgnęła się do głowy zupełnie bez zaproszenia, jak korporacyjny audytor do prywatnej rozmowy. Zimna, elegancka, dopracowana do ostatniego gestu. Kobieta, która wyglądała, jakby uśmiech traktowała jako narzędzie negocjacyjne, a nie odruch mięśni twarzy. Korpoagentka z krwi, lodu i drogich perfum. Cholernie seksowna.
Davy skrzywił się lekko, jak człowiek, który właśnie przyznał przed samym sobą coś irytująco prawdziwego.
— Zimna korposuka — powiedział cicho, bez złości, raczej z pewnym rozbawionym uznaniem. — Jeszcze będzie z nią problem.
Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Ludzie tacy jak Le Fey nie podróżowali po Pograniczu bez powodu. Nie zadawali pytań, jeśli nie znali już połowy odpowiedzi. Nie patrzyli na statek, załogę i kłopoty jak na przypadkową katastrofę. Patrzyli jak na układankę. A potem próbowali zabrać z niej najcenniejszy element, zanim reszta zorientuje się, że gra w ogóle się zaczęła.
Davy szedł dalej, z rękami luźno opuszczonymi przy bokach, wciąż z tym lekkim, cwaniackim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Dobrze. Niech sobie układa. Co mi do tego...
Korytarz przed ambulatorium był spokojniejszy niż powinien. Za spokojny, jak na statek, który przed chwilą zebrał wystarczająco dużo problemów, by wypełnić raport bezpieczeństwa po brzegi i jeszcze dopisać załącznik. Davy zwolnił dopiero kilka kroków przed drzwiami. Usłyszał jakieś przytłumione głosy dobiegające ze środka. Przechylił głowę, nasłuchując, jednak nic nie zrozumiał.
Potem uśmiechnął się półgębkiem.
— No dobra — powiedział do siebie. — Zobaczmy, co my tam mamy...
Przyłożył dłoń do panelu.
Drzwi ambulatorium rozsunęły się przed nim z cichym, pneumatycznym westchnieniem...!
-

Pokładowe ambulatorium
Sadza i Marcus stali po obu stronach zabiegowego łóżka, w skupieniu obserwując opanowane poczynania Adama. Smród bijący od zaniedbanego ponad wszelkie wyobrażenia mężczyzny wydawał się wręcz nie do zniesienia, ale android pozostawał w oczywisty sposób nieczuły na jego odór, w przeciwieństwie do wystawionych na prawdziwą próbę ludzi.
Podpięty do kroplówki i prześwietlony na kilka różnych sposobów, specjalista drugiej klasy Jeremiah Purcell w jednej chwili powrócił do świadomości dzięki szorstkiej pomocy Siergieja.
W pierwszej sekundzie jego spojrzenie miało mętny rozkojarzony wyraz człowieka wyrwanego brutalnie z głębokiego snu, ale szybko odzyskało ostrość i wyraz skupienia, niemo przesuwając się po twarzach otaczających go postaci.
Zaaplikowana przez Adama kroplówka doskonale się sprawdziła.
Żołnierz zatrzymał wzrok na Marcusie, przyjrzał się uważniej przewieszonemu przez jego ramię karabinowi, oblizał pełnym białego nalotu językiem popękane wargi.
- Chce mi się pić - wychrypiał ledwie słyszalnie.
Drzwi ambulatorium syknęły cicho stając otworem przed O’Collanem i trzymającym się kilka kroków za nim Billem Biscuitem.
-
-
Monotonne piknięcia monitorów wypełniały ambulatorium, gdy Purcell odzyskiwał siły pod czujnym okiem załogi. Parametry życiowe ustabilizowały się na tyle, że bezpośrednie zagrożenie minęło.
Wtedy przez pokładowy interkom rozległ się głos kapitana Hannigana.
— Adam, przygotuj nosze i worek ochronny. Na ciało.
Syntetyk nie zadał ani jednego pytania.
— Przyjąłem.
Odwrócił się do szaf medycznych i sprawnymi, precyzyjnymi ruchami wyjął składane nosze transportowe oraz hermetyczny worek przeznaczony do transportu zwłok. Sprawdził zamki, uchwyty i szczelność materiału, po czym złożył oba elementy w gotowy do użycia zestaw.
Dopiero wtedy spojrzał na zgromadzonych w ambulatorium.
Jego wzrok na chwilę zatrzymał się na Purcellu.
— Pacjent znajduje się w stanie stabilnym. Funkcje życiowe pozostają prawidłowe.
Krótka pauza.
— Powierzam opiekę nad panem Purcellem obecnym członkom załogi. W razie pogorszenia stanu zdrowia proszę natychmiast skontaktować się ze mną przez interkom.
Przewiesił przez ramię nosze, a worek ochronny ujął w drugą dłoń.
— Kapitan oczekuje mnie na mostku.
Bez zbędnych słów opuścił ambulatorium i skierował się szybkim, pewnym krokiem w stronę centrum dowodzenia, niosąc wyposażenie, którego przeznaczenie nie pozostawiało złudzeń, że na pokładzie wydarzyło się coś znacznie gorszego niż przechwycenie kapsuły ratunkowej. -
Marcus Holt
Holt obserwował jak Adam wychodzi z ambulatorium z zestawem który nie pozostawiał złudzeń co do sytuacji na zewnątrz.
Worek na ciało. Ktoś nie przeżył tego co przeżył Purcell.Odczekał aż drzwi za androidem syknęły i zamknęły się z powrotem. Potem spojrzał na żołnierza leżącego na łóżku. Purcell patrzył na niego tym samym wzrokiem co wcześniej - skupionym, oceniającym, wzrokiem kogoś kto nawet w tym stanie kalkuluje ile może powiedzieć i ile powinien zatrzymać dla siebie.
Holt znał ten wzrok. Widział go w lustrze.
Wziął kubek wody ze stolika przy łóżku i podał go mężczyźnie bez słowa - nie pochylając się, nie robiąc z tego gestu czegoś więcej niż był. Kubek. Woda. Tyle.
Zdjął karabin Purcella z ramienia i odłożył go na wózku przy ścianie - nie za daleko od siebie, nie za blisko od żołnierza. W miejscu które mówiło wszystko bez mówienia czegokolwiek.
Oparł się plecami o ścianę naprzeciwko łóżka, skrzyżował ramiona i patrzył na Purcella spokojnie. Nie spieszył się, nie zadawał pytań. Człowiek który właśnie wrócił z granicy potrzebuje chwili zanim zacznie mówić rzeczy warte słuchania. Poganianie go przyspiesza tylko te rzeczy których nie warto słuchać.
Czekał.

-
Kapitan Hannigan pojawił się w sekcji hangaru szybciej, niż Joshua zakładał. Minął go bez słowa, wkraczając zdecydowanym krokiem w strefę oświetloną zimnym światłem latarek, prosto przed otwarty właz kapsuły.A ta okazała się niczym innym, jak tylko hermetycznie zamkniętą trumną, w której przy okazji zabrał się ktoś jeszcze. Josh pamiętał jak ojciec wyzywał kiedyś swego kierownika od "zwłokojebców" i to wystarczyło, by wyobraźnia puściła sygnał do żołądka o własnej procedurze ewakuacji. Soczysty paw w ostatniej chwili odwołał lot na mundur kapitański. Inżynier cofnął się o kolejny, gwałtowny krok, zatykając nos i usta dłonią w grubej rękawicy. Fetor był niewyobrażalny — gęsty, lepko-słodkawy, a jednocześnie żrący. W przeciwieństwie do analitycznie nastawionego Crowe'a, Gleeson nie miał najmniejszej ochoty przyglądać się detalom. Z każdym wdechem z wielkim trudem powstrzymywał odruch wymiotny. Zrobiło mu się gorąco, a po plecach spłynęła strużka zimnego potu
— Kapitanie... — wykrztusił stłumionym głosem zza dłoni, marząc tylko o tym, by stąd zniknąć — Skoro to sprawa... czysto biologiczna, to ja się odmeldowuję. Pójdę... upewnić się, że recyrkulatory powietrza na pokładach pracują na pełnej mocy, żeby ten smród nie wszedł nam w wentylację.
Nie czekał na zgodę. Był pewien, że jego twarz zdążyła już zmieniać kolor. Odwrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył wzdłuż stalowych kratownic korytarza, prosto w stronę mesy.
Gdy tylko wpadł do kantyny, opadł ciężko na najbliższe krzesło. Oparł czoło o chłodny, metalowy blat stołu i zaczął brać głębokie, drżące wdechy, walcząc o to, by resztki jego żołądka pozostały na swoim miejscu. Powietrze pachniało tu stęchłą kawą, spalinami i środkami czyszczącymi – wszystkim tym, co nie przypominało zapachu śmierci. I było jeszcze coś... Coś czego nie dało się zmyć detergentem i zakryć neutralizatorem zapachu. To tkwiło głębiej w nim, niczym odłamek, który wrósł pod skórę i stał się jego częścią, niczym natychmiastowy przypominacz o tamtym fetalnym dniu. I choć miał słodko-gorzką nadzieję uciec od niego, tak dziś ten dzień wydawał się go znów doganiać Do dupy to wszystko! Jego kontemplacjq nie trwała jednak długo. Joshua zamarł. Żołądek znowu boleśnie podjechał mu do gardła. Dostał polecenie iż po powrocie Adama z ambulatorium będzie musiał, do kurwy nędzy, jednak zmierzyć się z trupem i pomóc w jego mumifikacji w ciekłym azocie. Wizja chwytania za nabrzmiałe, gnijące kończyny wojskowego trupa i ciągnięcia go przez korytarze Kardashiana wydawała się gorsza niż najczarniejsze scenariusze, jakie układał sobie w głowie po przebudzeniu. Otarł zimny pot z czoła, przeklinając w duchu dzień, w którym jego noga stanęła na tym cholernym statku. Kilka minut. Tylko tyle dzieliło go od powrotu do tego potwornego smrodu. -
Ambulatorium Kardashiana
Mężczyzna w zniszczonym wojskowym uniformie wodził wzrokiem po górujących ponad nim ludziach, oczami pełnymi narastającej z każdym uderzeniem serca podejrzliwości i rezerwy. Caleb podejrzewał, że spory udział w źródle tej rezerwy miał mocny rosyjski akcent Siergieja, chociaż poza nim nic nie dawało rozbitkowi powodu do podejrzeń, że trafił na statek Unii.
- Dobrze, synu, zacznijmy prosto - pierwsze słowa Davyego zabrzmiałyby zabawnie w innych okolicznościach, bo wojskowy wyglądał na starszego od O’Collana - Nazwisko, funkcja, statek i pracodawca. Potem powiedz nam, czemu strzelałeś do ludzi, którzy wyciągnęli cię z trumny ratunkowej.
- Uzupełnij te informacje o stopień i nazwę jednostki - dodał Markus Holt krzyżując ramiona na piersiach.
Rozbitek milczał jeszcze chwilę, ale usłyszane pytania wyraźnie zaabsorbowały jego uwagę, bo zmrużonymi oczami wodził teraz po pilocie i oficerze ochrony kombajnu.
- Jeremiah Purcell, specjalista drugiej klasy, operator systemów elektronicznych, USS Bleinert, 88. Flotylla Logistyczna marynarki kosmicznej Zjednoczonych Ameryk - przerwał w końcu niechętne milczenie - Numer służbowy 17633-311-2B. To informacje, których wolno mi udzielić w trybie regulaminowym. Kim jesteście?
- Jesteśmy ludźmi, którzy w ostatniej chwili uratowali ci życie - powiedział lodowatym tonem Holt - Odpowiedzieliśmy na sygnał ratunkowy. Przejęliśmy kapsułę. Omal nie zabiłeś jednego z nas, a mimo to leżysz w bezpiecznym miejscu, podłączony do aparatury medycznej i pijący naszą wodę. Nie sądzisz, że należy nam się minimum wyjaśnień? Co się stało z Bleinertem? Ilu było na nim ludzi? Co wieźliście? Co to jest Wallander? Chronologicznie, od początku, bez pomijania rzeczy, które wydają ci się nieistotne.
- Nie zapomnij dodać, kogo się spodziewałeś po drugiej stronie śluzy - odezwał się ponownie Davy - Co rozwaliło wasz statek: awaria, atak, bunt, sabotaż czy skażenie? I kto gnił obok ciebie w kapsule i dlaczego?
- To był jeden z nich - odpowiedział Purcell wymawiając słowa z ogromną niechęcią, ewidentnie reagując na presję budowaną przez przesłuchujących go mężczyzn - Jeden z drani z Wallandera. Myślałem, że to oni mnie wciągnęli na pokład. Żeby dokończyć robotę.
- Wallander - powtórzył Marcus Holt - Co to za statek? Kto nim leciał? Weszli na wasz pokład? Zaatakowali? Uporządkowane informacje, krok po kroku, bez chaosu.
- Co z Bleinertem? - w głosie Purcella pojawiła się nuta paniki, dźwięk świadczący o narastającym złym przeczuciu - Macie kontakt z mostkiem? Oni też wzywali pomocy?
- O Bleinercie pogadamy za chwilę - Holt położył rękę na ramieniu rozbitka i ścisnął palcami jego ciało w sposób pozbawiony jakiegokolwiek śladu empatii - Co przewoziliście, co się stało i jak się ma do tego Wallander?
- Nie jesteście upoważnieni do uzyskania takich informacji - odpowiedział Purcell - Tajemnica służbowa. Nie wolno wam nawet mnie przesłuchiwać. Musicie mnie odstawić z powrotem na pokład Bleinerta… albo na pokład innej jednostki marynarki Zjednoczonych Ameryk, jeśli mój okręt nie jest dostępny. Co z nim, znacie status Bleinerta? Nawiązaliście z nim łączność?
- Jesteśmy w trakcie odpowiednich procedur - oznajmił kapitan Hannigan - Twój okręt wygląda na stosunkowo nienaruszony, ale nie odpowiada na wezwania radiowe. Nie znamy statusu reszty załogi. Jako dowódca amerykańskiej jednostki cywilnej jestem zobowiązany do przeprowadzenia operacji ratunkowej na pokładzie Bleinerta. Udzielenie wyczerpujących informacji na temat tego, czego możemy się tam spodziewać leży w twoim najlepszym interesie, żołnierzu. Postępowanie wyjaśniające w przyszłości będzie się opierało w znaczącej mierze na naszych zeznaniach. I to od nas zależy jak ocenimy w nich twój stopień kooperacji. Tak więc zacznij odpowiadać na pytania moich ludzi.
- A jeśli powiem coś za dużo, mogę stanąć przed sądem - żachnął się Purcell, ale Holt wyczuł w jego głosie wahanie - Ile czasu byłem w tej kapsule?
- Prawie miesiąc - odpowiedział Siergiej przywołując grymas grozy na twarz rozbitka.
- Słuchajcie, tak naprawdę to ja prawie nic nie wiem. Wykonywaliśmy zwyczajną misję logistyczną, przeładunki zaopatrzenia dla okrętów patrolowym w ustalonych wcześniej miejscach, standardowa robota. Potem nagle dostaliśmy info z mostku, że będziemy mieli spotkanie z jednostką cywilną i przeładunek cargo o wysokim stopniu tajności. Większość załogi została wysłana na ten czas do kantyny albo do siłowni. Ja byłem na stanowisku w pomocniczym centrum namierzania z podglądem na sensory. Tamten statek miał wyłączony transponder, ale poprzez kamery optyczne zauważyłem nazwę Wallander na burcie. Tamci weszli na nasz pokład śluzą towarową, przez dwadzieścia minut nic się nie działo, ale nie wiem, co robili. Nasi oficerowie musieli być razem z nimi w ładowni.
- Tożsamość, przynależność? - zapytał Holt marszcząc w sceptycznym grymasie nos - Oznakowania na kadłubie tamtego statku?
- Tylko nazwa, nic więcej nie zauważyłem - pokręcił głową Purcell - Stanęli z nami burta w burtę, połączyli się kominem tranzytowym śluza w śluzę. Na tak bliskim dystansie nie da się prawie nic zobaczyć przez kamery.
- Co stało się po tych dwudziestu minutach? - zapytał z wyczuwalną niecierpliwością O’Collan.
- Coś gdzieś wybuchło - Purcell wzruszył nieporadnie ramionami - Zaczął wyć alarm przeciwpożarowy, a zaraz potem usłyszałem strzały, dużo strzałów. I komunikat do ewakuacji. Miałem jedną kapsułę zaraz obok centralki, złapałem tylko gnata z zaczepu na wszelki wypadek i wykonałem rozkaz.
- Drugi człowiek z kapsuły, na pewno należał do ekipy z drugiego statku? - spytał Davy.
- Przecież widać od razu - sarknął z wysiłkiem rozbitek - Wskoczył mi na plecy w progu, zaczęliśmy się bić. Wyrwał mi karabin, próbował zastrzelić, rozwalił kulami połowę aparatury, sterowniki hypersenne, komunikator. Nie wiem jak mi się udało go załatwić, nic z tego nie pamiętam wyraźnie, wszystko jak przez mgłę.
- Chciał uciec z pokładu tą samą kapsułą? - upewnił się Hannigan - Był sam, nie zauważyłeś nikogo więcej?
- To działo się za szybko - odpowiedział niepewnie wojskowy - Kapsuła się zamknęła automatycznie jak tylko przelecieliśmy przez próg. Nawet jeśli na korytarzu byli inni, nie zdążyli się załapać. Nie mam dla was precyzyjnych informacji, skurwysyn mnie zamroczył pierwszym ciosem.
Mostek Kardashiana
Nadia Volkova nie podniosła się z siedzenia po wyjściu O’Collana. Rozkazy kapitana były jasne, ale nie sądziła, aby jej absencja w ambulatorium miała pociągnąć za sobą jakieś konsekwencje z jego wykonaniu. W zaistniałych okolicznościach doświadczenie i instynkt podpowiadały jej, że mostku nie należy pozostawiać pod wyłączną kontrolą Opiekuna.
Zwłaszcza po odkryciu modułu obrony rakietowej na przeciwnej burcie zaopatrzeniowca.
Nadia nie miała za sobą wojskowej służby, całe życie spędziła na pokładach statków cywilnych; ale nie potrzebowała specjalistycznych szkoleń, aby wyobrazić sobie jak drugi statek - będący w tej chwili jedynie gasnącą chmurą napromieniowanych gazów - próbuje oddalić się od Bleinerta i pada ofiarą roju samonaprowadzających rakietowych pocisków. Nie mogła rzecz jasna wykluczyć innych scenariuszy, ten jednak sprawiał najbardziej realne wrażenie.
Na ekranie jej konsolety widniały zdjęcia zrobione przez zewnętrzne kamery Kardashiana w trakcie przerwanego oblotu tendera. Nadia zaczęła je w skupieniu przeglądać zaczynając od wyrzutni rakiet. Dwadzieścia tub zgrupowanych po pięć w czterech rzędach, niczym nieśmiertelne radzieckie katiusze sprzed prawie trzystu lat. Ich pokrywy pozostawały zamknięte sugerując pracę systemu w trybie uśpienia, ale Nadia nie wątpiła, że ten stan rzeczy mógł ulec zmianie za jednym naciśnięciem guzika na którejś z konsolet Bleinerta.
Jej spojrzenie przesunęło się na fotografię dziury w zewnętrznym kadłubie zaopatrzeniowca. Nadia uznała ją wstępnie za efekt celnego strzału z pokładu drugiego statku, kiedy jednak powiększyła obraz chcąc oszacować rozmiary wyrwy, zmarszczyła bezwiednie czoło.
Ponownie powiększyła obraz studiując obrys dziury i skubiąc w głębokim zamyśleniu zębami dolną wargę.
Analityczny umysł podsunął natychmiast odpowiedź na zadane w myślach pytanie, ale zdrowy rozsądek odrzucił ją jako zbyt nieprawdopodobną.
Prawa śluza Kardashiana
Elias Crowe uważał się za człowieka ponadprzeciętnie spostrzegawczego, ale z zakłopotaniem musiał przyjąć do wiadomości, że nie ma pojęcia, kiedy właściwie Joshua Gleeson zniknął ze śluzy. Najmłodszy stażem załogant Kardashiana już wcześniej dał się poznać jako człowiek niezwykle utalentowany w skrytych rejteradach z miejsc, w których czekała go jakaś praca, tym razem jednak przeszedł samego siebie korzystając z dosłownie kilku sekund, w których uwaga doktora skupiła się na trupie drugiego rozbitka.
Stary mężczyzna westchnął z niesmakiem, obszedł wokół łóżko do hypersnu odnotowując w myślach kilka przestrzelin na jego obudowie. Nie miał już wątpliwości, że wewnątrz kapsuły doszło do wcześniejszej strzelaniny i że ofiarą latających wszędzie pocisków padła nie tylko pojedyncza hyperspalnia, ale i permanentnie uszkodzony radiokomunikator.
Wojak miał szczęście, że broń była załadowana pociskami o obniżonej penetracji dostosowanymi do użycia wewnątrz kadłubów kosmicznych jednostek.
Smród bynajmniej nie lżał, a chirurgiczna maseczka wcale nie pomagała w redukcji jego natężenia. Crowe oderwał z głośnym mlaśnięciem przyklejoną do podłogi podeszwę buta, pokrytą gnilnymi płynami wyciekającymi z ciała drugiego rozbitka. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz dane mu było pracować w równie odrażających warunkach, ale poczuł znienacka wielką wdzięczność do całego świata za istnienie absolutnego cudu pod postacią medycznych androidów.
Coś zakłuło go znienacka w klatce piersiowej, zdjęło spazmem bólu, od którego zaczęły mu łzawić oczy. Przyłożył rękę do splotu słonecznego jakby ten gest mógł mu w czymkolwiek ulżyć i odczekał, aż ból zelżeje. Szczęście w nieszczęściu, że nie dostał na dodatek w głowę tą obluzowaną kratką wentylacyjną w hotelu na stacji Gliese.
Coraz poważniej zaczynał obstawiać bakteryjne zakażenie płuc, chociaż powaga obecnej sytuacji sprawiała, że ponownie odsunął na bok pomysł zrobienia poszerzonych badań. Najpierw sprawa kapsuły i rozbitka, potem własne problemy.
Coś zwróciło jego uwagę, kiedy zgiął się w pół porażony paroksyzmem bólu. Przetarł nadgarstkiem załzawione oczy uważając przy tym, aby nie zanieczyścić ich biologicznym materiałem pokrywającym palce rękawiczki. Nacisnął na wciśnięte pod obudowę hyperłóżka znalezisko czubkiem buta, wyciągnął je w swoim kierunku i podniósł ostrożnym ruchem.
Potrzebował krótkiej chwili, aby uświadomić sobie, co właściwie znalazł.
Po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz złego przeczucia, który sprawił, że Elias Crowe natychmiast zapomniał o narastającym w nieregularnym rytmie bólu w klatce piersiowej.
-
Nie ufał temu człowieki. Kimkolwiek był Jeremiah Purcell, kapitan znajdywał w sobie coraz mniej współczucia dla tego rozbitka. Niczego nie widział. Niczego nie wie. Byłoby to niestety do przyjęcia gdyby nie to, że ostrzelał załogę i statek Hannigana. I gdyby nie trup w kapsule. Trup, który nie mógł podać własnej wersji wydarzeń. I kapsuła, którą trup był zniszczył.
- Nie mam do pana więcej pytań. Zostanie panu udzielona pełna pomoc. A potem zostanie pan zamknięty na Kardashianie. Ostrzelał pan mój statek i moją załogę. Zajmie się panem posterunek na Borodino. To wszystko dla pana.
Następnie kompletnie straciwszy zainteresowanie Purcellem zwrócił się do załogi pomijając fakt, że rozbitek wszystko słyszy.
- Zeznanie pana Purcella nie przesądza o losie załogi tendera. Zatem zgodnie z procedurą kontynuujemy akcję ratunkową. Ze wstępnych oględzin wynika iż Bleinert ma wyrwę w poszyciu i jest wystawiony na silne źródło promieniowania jonizującego od strony starburty, której… - przerwał nieoczekiwanie jakby się nad czymś zastanawiając - której nie widzimy. Dlatego grupa ratunkowa wejdzie w skafandrach. Pójdę ją, Adam, pan Holt i potrzebuję jeszcze dwóch ochotników. Za kwadrans zaczynamy manewr dokowania. Panie O’Collan? - spojrzał znacząco na pilota po czym skinął Sadzy na znak, że zostawia go tu przy komendzie i ruszył na mostek. Rozdrażniło go, że Volkov, Gleeson, Crowe i Adam byli nieobecni i poważnie rozważał wybór “ochotników” spośród tej trójki, bo android musiał coś opacznie zrozumieć. By to potwierdzić postanowił przejść obok śluzy i zobaczyć, czy chociaż ciało zostało już przeniesione. -
Elias odnotował nieobecność Joshuy bez większego zdziwienia. Po tym, jak jego żołądek zareagował na ich znalezisko, trudno było mieć mu to za złe. Do niektórych rzeczy trzeba w życiu przywyknąć. Zarówno w próżni kosmicznej, jak i w planetarnych kopalniach zdarzały się wypadki. Raz widział, jak jednego z górników wciągnęło do przemysłowej zgniatarki kołowej. Kręcił się i kręcił, a z każdym obrotem było go coraz mniej... i mniej. Straszny widok. Dalece gorszy od tego wzdęciaka, którego znaleźli. Zapach był oczywiście bardziej paskudny, bez dwóch zdań, i to pewnie on tak zadziałał na Gleesona. Eliasowi było łatwiej, bo zmysł powonienia przytępił mu się po tych jego nalewkach. Z dwojga złego lepiej węch niż wzrok.
Ostrożnie obszedł hyperłóżko, uważając na łuski, rozlane płyny i śliskie fragmenty podłogi. Wewnątrz kapsuły wszystko coraz bardziej układało się w tę samą, brzydką całość. Odbyła się tu jeszcze jedna strzelanina, a może nawet parę, pomijając tę, którą urządził Purcell przy otwarciu włazu. Wyrwy w poszyciu, uszkodzony radiokomunikator i ślady po pociskach dużo mu powiedziały. Oczami wyobraźni nakreślił sobie parę scenariuszy, jak to mogło wyglądać, ale wszystko to były tylko domysły. Fakty były takie, że...
– Potwierdzam wcześniejsze użycie broni w kapsule – powiedział do magnetofonu, siląc się na rzeczowy ton. – Wskutek tego uszkodzono radiokomunikator, przez co pewnie ani nas nie słyszał, ani nie miał jak odpowiedzieć. Wielce prawdopodobne, że system wysyłał ostatnią wiadomość, która krążyła w logach. Ślady trafień widnieją również na obudowie hyperłóżka i elementach wyposażenia. Najpewniej użyto pocisków o obniżonej penetracji, dostosowanych do użycia wewnątrz kadłuba, co uratowało go przed śmiercią wskutek dekompresji – powiedział rzeczowym tonem, zapisując notatki audio na magnetofonie.Oderwał podeszwę od podłogi z mokrym mlaśnięciem i skrzywił się pod maseczką. Nie pomagała prawie wcale, co wiele mówiło o firmowym sprzęcie. We wspomnianej pracy przy zgniatarkach przemysłowych mieli maseczki z filtrami, które całkiem nieźle tłumiły fetor zgniatanych odpadków. Ten szmelc nawet tego nie potrafił. Crowe miał tylko nadzieję, że działają w nim filtry bakteryjne i wirusowe. Co prawda wytłumaczył już Gleesonowi, że jeśli coś by tu było, już mieliby przesrane, ale mimo wszystko czułby się pewniej z taką ochroną. No cóż, wychodziło na to, że był pieprzonym hipokrytą.
Zrobił jeszcze krok i zachwiał się od nagłego bólu w klatce piersiowej. Bolało, jakby ktoś wraził w niego klin, wbił go prosto pod mostek i powoli obracał, wywołując nowe fale bólu. Elias zgiął się odruchowo, łapiąc powietrze przez maseczkę. Oddech świszczał mu w ustach.
– Kurwa... – wychrypiał.
Przyłożył dłoń do splotu słonecznego, chociaż wiedział, że ten gest nie naprawi absolutnie niczego. Oczy zaszły mu łzami. Przez kilka sekund kapsuła, trup, smród i cały pieprzony świat skurczyły się do jednego punktu bólu pod żebrami.
Odczekał. Jeden oddech. Drugi. Trzeci. Ból nie zniknął, ale zelżał na tyle, że wróciła mu jasność umysłu. Oparł się ostrożnie o obudowę hyperłóżka. Jak nic złapał jakieś świństwo na ostatniej planecie. Może bakteryjne zakażenie płuc? Chuj wie. Mógł nie odkładać tej wizyty w ambulatorium. Będzie trzeba dać się zbadać Adamowi. Ciarki przebiegły go na samą myśl, że android będzie go badał. Nie miał wątpliwości, że jeśli coś będzie nie tak, wsadzą go do puszki na spanie. Nie do końca miał na to ochotę, póki nie dowie się, co tu jest grane.Pochylony, z oczami jeszcze mokrymi od bólu, zauważył coś wciśniętego pod dolną obudowę hyperłóżka. Ciemny, płaski przedmiot. Przesunął znalezisko czubkiem buta, wyciągając je spod metalowej krawędzi. Potem schylił się powoli, sycząc przez zęby, i podniósł przedmiot w dwóch palcach rękawiczki. Karta kodowa. Logo wytłoczone na oprawie było małe i dyskretne, ale od razu wiedział, co to. Weyland-Yutani. Przez kilka sekund prawie się nie poruszał, patrząc tępo w kartę.
– No proszę – powiedział cicho. – A ja przez chwilę myślałem, że przynajmniej w tej sprawie nie maczali swojego korporacyjnego kutasa.
Rozejrzał się, ale gdy stwierdził, że nie jest akurat pod niczyją obserwacją, uspokoił się. W jego umyśle szybko zapadła decyzja, że na razie zostawi ten fakt dla siebie. Nie zamierzał powiadamiać o znalezisku na otwartym kanale. Nie ufał Opiekunowi i musiał działać ostrożnie na statku, na którym siedziała Delilah le Fey. Do tej pory miał ją za niegroźną, bo ich lot nie miał wiele wspólnego ze sprawami firmy, a przynajmniej nie było w tej wyprawie żadnego punktu odniesienia, który mógłby ją zainteresować, a ich wplątać w kabałę. Ale ta misja ratunkowa, trup i karta... Nie, to zaczynało śmierdzieć. Z całej załogi najbardziej ufał kapitanowi i stwierdził, że o tym konkretnym znalezisku poinformuje go dyskretnie, na osobności. Wsunął kartę do osobnego woreczka na próbki i szczelnie go zamknął. Miał zamiar odnotować znalezisko w komentarzu audio, ale się powstrzymał. Może miał paranoję, ale nie wiedział, do czego Opiekun miał dostęp. Przez chwilę patrzył na woreczek.
– Tyle w kwestii zwykłej misji ratunkowej.Dopiero potem przesunął się do modułu komunikacyjnego. Skoro radiokomunikator był uszkodzony, a pod hyperłóżkiem leżała karta Weyland-Yutani, logi nagle stały się dużo cenniejsze niż wcześniej. Jeszcze raz podpiął narzędzie diagnostyczne do panelu. Stary sprzęt kliknął posłusznie, a ekran zamrugał zielenią. Trochę bardziej interesował go stan radiokomunikatora przed uszkodzeniem i log zamknięcia kapsuły, ale tak naprawdę chciał sprawdzić, czy znajdzie tam jakieś odniesienia do Weyland-Yutani i cargo specjalnego. Jeśli trafi na zakodowane pliki, zamierzał je zgrać. Karta, którą przekaże kapitanowi, mogła mieć szerokie zastosowanie. Kto wie? Może zaoszczędzi im to kłopotów?
-
Davy O'Collan - Ambulatorium Kardashiana
Davy nie odezwał się od razu.
Stał z boku, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, i słuchał, jak kapitan mówi do Purcella. Też jakoś nie ufał rozbitkowi i gdyby to od niego zależało, facet siedziałby przypięty do koi - tak na wszelki wypadek.
Kiedy kapitan zadał pytanie i spojrzał na niego znacząco, O’Collan tylko lekko przekrzywił głowę.
— Panie kapitanie — powiedział spokojnie. — No jak trzeba, to się dołącze do naszej wesołej gromadki. Jednak zastanawiam się, jak tam dolecimy? Moja propozycja jest następująca...
— Nie mamy pełnego obrazu starburty, nie wiemy, czy ta wyrzutnia jest martwa, śpiąca, czy tylko czeka, aż ktoś większy podejdzie jej pod nos. Kardashian jest za duży, za cenny i ma za dużo ludzi na pokładzie, żeby robić nim za tarczę testową.
Davy przesunął palcem po krawędzi konsoli, jakby kreślił w powietrzu niewidzialną trajektorię.
— Ale mamy przecież naszą D-klasę - EEVałkę, którą możemy użyć.
Przywołał w pamięci dane modułu ratunkowego.
— Małe, zwrotne, z własnym ciągiem. Zrobione do odrywania się od jednostek FTL i przeżywania rzeczy o których nie śniło się filozofom. Na papierze wejdzie tam nawet dwudziestu ludzi, a realnie pięć, sześć osób w skafandrach, jeśli wszyscy wciągną brzuchy.
— Proponuję więc: nie podchodzimy Kardashianem do Bleinerta. Trzymamy statek na bezpiecznym dystansie, poza potencjalnym kątem pracy wyrzutni i poza najgorszym pasmem promieniowania. Ja pilotuję D-klasę i podejdziemy po łuku od strony, którą już częściowo widzieliśmy, potem zejdę niżej i zrobię wolny oblot kadłuba. Bez bohaterstwa i gwałtownych korekt. Tempo spacerowe.
Wskazał palcem w stronę niewidocznego tendera.
— Najpierw sprawdzamy starburtę z bliska: wyrwa, źródło promieniowania, ewentualne ruchome elementy, aktywne systemy obrony. Jeśli moduł zacznie łapać za dużo radów albo ta zabawka na burcie choćby kichnie, odchodzę na bocznych i wracamy. Jeśli będzie czysto, siadam przy najbezpieczniejszym włazie albo robię miękki kontakt przy śluzie. Bez twardego dokowania, dopóki nie będę miał pewności, że Bleinert nie rozpadnie nam się pod uszczelką.
Przez moment zawiesił spojrzenie na kapitanie.
— Ja pilotuję. Adam i Holt idą z panem, jeśli taka decyzja. Do tego ktoś z technicznym okiem albo medycznym zestawem. Ja poczekam w gotowości w module lub będę stanowić pomoc w razie W.
Davy westchnął cicho i dopiero wtedy pozwolił sobie na cień dawnego, krzywego uśmiechu.
Oparł dłonie na biodrach.
— To jest moja rekomendacja, kapitanie. Kardashian zostaje z tyłu. D-klasa robi za igłę. Wkłuwamy się ostrożnie, wyciągamy kogo się da, nie przynosimy na pokład niczego, co próbuje gryźć, strzelać albo udawać martwe.
— Dajcie mi ze dwadzieścia minut na sprawdzenie modułu i mogę być gotów do startu...
-
- Nie - uciął krótko kapitan.
Było to może o tyle dziwne, że w kilku sprawach pilot miał niewątpliwą rację. Dysponowali kapsułą ewakuacyjną, której użycie niosło za sobą poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej dla tych, którzy pozostaną na kombajnie. Co prawda wbrew temu co twierdził, była to kosmiczna krowa, której silniki manewrowe i układ sterowania były raczej symboliczne i zostawiały wiele do życzenia, ale jeśli ktokolwiek był w stanie dokonać nią dokowania to istotnie właśnie Davy. Niemniej z jakiegoś powodu Hannigan, nawet mając świadomość zdolności swojego pilota, zdecydował, że zamiast igły użyją świdru. Czyli całego kombajnu.
- Nie będziemy się zbliżać do starburty i wyrzutni. Poziom promieniowania i ryzyko ataku to wyklucza. Zadokujemy Kardashianem, i pana w tym głowa panie O'Collan, burtami od bakburty Bleinerta i połączymy jednostki korzystając z ekranowania tendera. Następnie użyje pan ciągu głównego by przesunąć obie jednostki z dala od źródła promieniowania. I wtedy właśnie wejdziemy do środka.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
