Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
Polowanie w Lwiej Loży
SantorineS
Santorine jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MekowM
Mekow jako
Zaira
LubeszL
Lubesz jako
Jaithe
slann22S
slann22 jako
Zakareth z Leng
PiołunP
Piołun jako
Kraghul Ośmiooki

Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder 2egolarion
61 Posty 5 Uczestników 1.3k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MekowM Niedostępny
    MekowM Niedostępny
    Mekow jako Zaira
    napisał ostatnio edytowany przez Mekow
    #37

    Cztery pokoje "gościnne" - akurat dla nich. Może liczebność była dodatkowym powodem dla którego zaproszono tu właśnie ich ekipę? Mieli zostać odurzeni i śpiąc w tych pokojach czekać na złożenie w ofierze? Zaira uznała te głowy za paskudne i od razu odwróciła wzrok. Co innego jeleń z majestatycznie wyglądającymi porożami, dzik z kłami, wypchany niedźwiedź lub pięknie upierzony ptak - to było estetyczne. Ludzkie głowy wyglądały okropnie - ani to to ładne, ani chwalebne... Ich głowy miały zapewne skończyć podobnie.

    Elfka uspokoiła swoje nerwy gdy opatrywała Zakareth i Kraghula. Pomoc towarzyszom była czymś zupełnie normalnym. Ale kapłanka została sama i oberwała za nich wszystkich, podczas gdy oni skupili się na siwobrodym, a konkretnie gdy Zaira to zrobiła - należało jej zrekompensować to poświęcenie. Kraghul zaś był ich najsilniejszym wojownikiem, że nic dziwnego iż obrano go jako główny cel. Musiał pozostać sprawny i silny - i miał tak dobrze zbudowaną klatę, że... pomaganie im pomogło też mentalnie elfce.

    Szkoda, że nie było zapasów i jedyne co Zaira mogła zebrać z kuchni to środek nasenny. Śniegolodowe zaklęte konstrukty nie jadały... Ciepło, na przykład wydzielane przez ogień mogło być skuteczną bronią przeciwko nim, ale tego właśnie brakowało tutejszemu oświetleniu.

    Religia. Znowu, religia! Bogowie mieli dość mocy i nie potrzebowali posługaczy, ale zawsze znajdzie się taki, który za przywileje 'darów' jak to je określono, będzie zabijał innych i składał ich w ofierze.
    Ona sama zniszczyła by oba obrazy. Już nawet miała dłoń na rękojeści scimitara. Ale decyzja był inna - cóż, Zaira nie zamierzała się wyrywać z niszczeniem. W czym by im to pomogło? Poczuli by się trochę lepiej i tyle.

    Sprawdzić kamieniem jak tu wysoko? Sama też by to zrobiła. Ale czy kamień upadł na skały, czy kości poprzednich ofiar? Ciężko było powiedzieć...

    - Bardziej znam się na polowaniu, niż zastawianiu pułapek. To dwie zupełnie różne rzeczy, - zauważyła Zaira i zamyśliła się na chwilę. Uśpienie ich było niczym sidła i co zamierzali zrobić potem? Wypuszczać pojedynczo, bez broni, osłabionych, aby na nich zapolować? Dorlivin to udaremnił... - ale wiem jak to się rozstawia. - powiedziała po krótkiej chwili. Przez myśli przemknęła jej wizja połączenia sideł z środkiem nasennym, ale ten musiał by być zaaplikowany na metal nie dłużej niż minuty przed zatrzaśnięciem się, a tego przywileju nie mieli.

    - Ktoś wie coś więcej o tym bogu, co może nam się przydać? Jak postępują jego kapłani na przykład?- zagadała cicho, nie chcąc aby jej głos poniósł się tunelami.
    Plany planami, ale teraz musieli iść dalej.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine jako Mistrz Gry
      napisał ostatnio edytowany przez
      #38

      – Dorlivinie. Proszę, skup się. Przypomnij sobie. Dokąd prowadzi ta droga i co miało tam na nich czekać?

      Fałszywy krasnolud, który dotychczas raczej biernie przypatrywał się całej tej scenerii, drgnął, kiedy usłyszał Kraghula. Brodacz podrapał się po swojej kudłatej głowie, próbując przypomnieć sobie cokolwiek.

      – Nie wiem… – rzekł wreszcie, bezwiednie obracając w ręce żelazne kolce, które służyły jako element sideł. – Na młot i stylisko młota Toraga, przysięgam, że nie wiem! Przeklęta pamięć!

      Potrząsnął głową.

      – Rzekłbym jednak, że to tam, w głębi znajduje się jego… Pracownia? – krasnolud zrobił minę, jakby wypowiedział coś głupiego. – Wydaje mi się, że ja i pozostali dopiero żeśmy zostali wniesieni do komnaty uczt nieco później, a w każdym razie ON tak mówił – Dorlivin zadrżał lekko, myśląc o oryginalnym Auldegrundzie.

      Krasnolud jednak podniósł przed siebie kolec pułapki.

      – Pamiętam jednak, jak stawiać sidła – rzekł Dorlivin, przesuwając żyłki i zapadki wśród masy różnorakich części pozostawionych pod stołem. – Co, jeśli - haha! - co jeśli zapolujemy na tych drani i rozłożymy te pułapki tak, że kiedy stary ‘degrund tu przyjdzie, to nadzieje się na swoje własne sidła!?

      ~

      Czwórka podróżników i Dorlivin ruszyli przed siebie, wzdłuż półki skalnej. Kraghul przystawał co pewien czas i spoglądał to na lśniące od wilgoci posadzkę i ściany, a także sklepienie jaskini. Cóż, trzeba było przyznać, że jeśli ukryć pułapki, to właśnie tutaj, gdzie każdy kamień, stalaktyt i szczelina mogły być jakimś rodzajem plujki albo wilczego dołu. Grota, rozświetlana przez stalaktyty, wydawała się być zdradliwa i kryjąca coś wyjątkowo paskudnego.

      Dorlivin co innego. Krasnolud parł przed siebie, niemalże zobojętniałym wzrokiem witając kolejne z zakrętów półki skalnej ze stoickim spokojem i, być może, jakimś rodzajem twardej determinacji, której tylko iskry przenikały na jego twarz.

      ~

      Grota

      Jak się okazało, uskok skalny otwierał się na spore wgłębienie. Płaskie lico ściany uskakiwało na jakieś dziesięć stóp. Kamienny uskok był stromy, jednak Zaira i Zakareth oceniły, że jeśli znalazłby się ktoś wprawny we wspinaczce, mógłby zsunąć się na dół i wejść z powrotem na półkę skalną.

      Nieco dalej znajdowała się także prowizoryczna, drewniana platforma, na której zapewne można było zostać opuszczonym w dół. Przypominała ona Kraghulowi dźwigi, które konstruowały niziołki w Baslwief, w kopalniach. Ten tutaj wydawał się być nieco prymitywniejszy i starszy. Koła zębate miały na sobie lekką warstwę rdzy.

      Tam, w dole, kamienna posadzka, po części zalana mulistą wodą, lśniła w świetle magicznych płomieni. Klatka wykonana z metalowych sztab znajdowała się w południowej części wgłębienia. Pojedyncze wyjście z klatki pozwalało na wchodzenie i wychodzenie, podczas gdy siatka krat wznosiła się na jakieś dziesięć stóp. Ponad tym wszystkim, jakieś dodatkowe dziesięć stóp wyżej, znajdowało się sklepienie jaskini, na którym pobłyskiwały magiczne płomienie oświetlające pomieszczenie.

      Klatka

      Wokół wielkiego wgłębienia ciągnęła się skalna ścieżka, półka, która kończyła się wreszcie drzwiami w zachodniej części tego pomieszczenia. Z daleka, drzwi wydawały się być zwykłe, drewniane i nie różniące się niczym od tych do wejścia do kapliczki. Zdawało się, że dalej na zachód był jeszcze jakiś wąski tunel.

      Kraghul, Jaithe, Zakareth i Zaira spojrzeli w dół… Wydawało się, że tam, niedaleko klatki, była para rzeźbionych posągów.

      Dwa posągi wydawały się całkowicie odstawać od mokrego, brudnego, starego i zapomnianego wnętrza jaskini, od rdzy na klatce i od czarnego smaru dźwigu. Posągi wydawały się być zrobione z kamienia lub też marmuru i, cóż, nie można było odmówić pewnego kunsztu robocie rzeźbiarza, które je wykonał. Oba miały humanoidalne kształty, różniły się tylko głowami: pierwszy posąg miał głowę lwa, drugi zaś jelenia o potężnych rogach.

      Statuy

      Zaira skonstatowała, że tam, wewnątrz klatki, był jakiś kształt, który z grubsza wyglądał na humanoida. Czy to był kolejny trup? Wydawał się nie ruszać. Z drugiej strony, ta humanoidalna sylwetka mogła być po prostu masą poskręcanych, pociętych ubrań. Podróżnicy znajdowali się nieco zbyt daleko, żeby skonstatować, cóż to tam było w tej klatce.

      ~

      Orczy szaman, Kraghul, choć już zdążył przyzwyczaić się do złych przeczuć, które towarzyszyły mu przez całą podróż, nagle wyczuł coś, a jego nastrój udzielił się Jaithe. Tam, za tymi niepozornymi, drewnianymi drzwiami było… COŚ. Ork miał wrażenie, że jeśli w Lwiej Loży istniało jakieś centrum, jakiś środek, wokół którego wszystko się obracało, to musiało znajdować się właśnie tam, za drewnianymi drzwiami. Z wnętrza pomieszczenia wydawała się emanować niemalże namacalna aura złej woli.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • slann22S Online
        slann22S Online
        slann22 jako Zakareth z Leng
        napisał ostatnio edytowany przez slann22
        #39

        Kapłanka przedwiecznego popatrzyła w dół na obydwa posągi i powiedziała z namysłem.
        - Nie jestem pewna, Czy powinniśmy tam schodzić na dół… Chyba cała nasza czwórka wie, że posągi te zaraz ożyją! Chyba że spróbujecie je ostrzelać z daleka, Ale Nasze ataki mogą być nieskuteczne biorąc pod uwagę, że są z kamienia. -

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • LubeszL Niedostępny
          LubeszL Niedostępny
          Lubesz jako Jaithe
          napisał ostatnio edytowany przez
          #40

          Moja skóra zareagowała lekkim dreszczykiem emocji, z napięcia, nerwów adrenaliny i ciekawości. Odebrałam też nastrój Orczka ktory zareagował na drzwi, był nerwowy, jakby miał niejasne odczucia że tam coś było...złego.

          -"Wyczułeś to Orczku? Za drzwiami coś jest... coś co może byc zguba lub wyjaśnieniem wszystkiego. Lub to i to."

          Spojrzałam nisko pod siebie, skupiłam wzrok a pozniej ducha i moc, aby przebadać posąg.

          -"Dobre przypuszczenia Zakareth. Magia Transmitacji, mogą byc to golemy jak nasze krasnoludy, lub osoby przemienienie w posągi... ale na pewno mogą ożyć. Tylko moja magia malo sie tu zda, jezeli sa to posągi ataki psychiczne czy nałożenie krwawień nic nie da. Jedynie moge swoimi mackami walić, ale nie mam tego w zanadrzu duzo. Rozproszyć magie ich? Nie wiem czy bede na tyle silna, mozna sie tez przekrasc obok nich... jezeli macie chęć moge przepowiedzieć przyszłość... nawet do 30 minut, jezeli mi sie uda."

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • PiołunP Niedostępny
            PiołunP Niedostępny
            Piołun jako Kraghul Ośmiooki
            Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #41

            Kraghul jeszcze przez chwilę spoglądał w dół, to na nieruchome posągi, to na klatkę i majaczący w niej kształt. Im dłużej na nie patrzył, tym bardziej nie podobała mu się myśl o schodzeniu na oślep. Jeśli rzeczywiście były strażnikami, musiały w jakiś sposób odróżniać gospodarza od intruza. Inaczej Auldegrund i jego ludzie sami ryzykowaliby za każdym razem, gdy schodzili do groty. Logika nakazywała, że muszą w jakiś sposób rozpoznawać swojego Pana. Percepcja podobnych konstruków musiała opierać się na czymś prostym. Z jakiegoś powodu jego pierwsza myśl na temat tch konstruktów oscylowała wokół golemów, nie przemienionych osób jak zasugerowała Jaithe.
            – Muszą rozpoznawać swoich – mruknął. – Pytanie po czym. Głos? Twarz? Rozkaz? Albo...
            Jego umysł wszedł w analityczny tryb, a w myślach przeglądał zestaw potencjalnych rzeczy, które pasowały do jego teorii. Myślami wrócił na moment do czerwonego wosku na zaproszeniu i do wizerunku Alocera, który widzieli przy ołtarzu. Wtedy pieczęć wyglądała jak dziwna postać dosiadająca smoka. Teraz, po tym wszystkim, co odkryli, nie wydawało się już niemożliwe, że był to po prostu uproszczony znak piekielnego księcia. W dodatku budynek do którego weszli miał kształt, budzący nieco grozę. Co jeśli kamienne płaskorzeźby na wejściu zmieniono by zmylić wchodzące do środka ofiary. By nie skojarzyły faktów.
            – ...albo symbol.
            Spojrzał na Jaithe i Zakareth.
            – Jeśli te konstrukty służą Auldegrundowi, możliwe, że reagują na znak jego pana albo coś, co oznacza przynależność. To tylko przypuszczenie, ale wolałbym je sprawdzić, zanim zaczniemy walić w kamień całą magią, jaką mamy.

            Przeniósł wzrok ku dalszej części półki.
            – Ja również jestem za tym, żeby w razie potrzeby zaatakować z góry. Na pewno nie schodziłbym pomiędzy nie, żeby dopiero wtedy sprawdzić, czy ożyją. Mam też zaklęcie, które potrafi naprawdę mocno naruszyć kamień i konstrukty. Jeśli trzeba będzie, użyję go.
            Na chwilę zamilkł, po czym pokręcił głową.
            – Ale nie chcę nim szafować, dopóki nie upewnimy się, że nie ma prostszego rozwiązania. Nie wiemy jeszcze, co siedzi w klatce, nie wiemy, jak reagują posągi i nie wiemy, czy dalej nie znajdziemy czegoś, co pozwoli je ominąć albo wyłączyć. Warto rozejrzeć się zanim sięgniemy po ostateczne rozwiązania

            Kraghul wskazał kosturem w stronę dalszej części jaskini.
            – Proponuję, żebyśmy najpierw poszli jeszcze kawałek dalej i zobaczyli, dokąd prowadzi ta półka. To nie może ciągnąć się bez końca. Jeśli po chwili dotrzemy do ślepego zaułka albo nie znajdziemy niczego, co zmieni sytuację, zawrócimy tutaj i spróbujemy szczęścia z posągami.

            Spojrzał ponownie w dół, na klatkę. Ten moment wybrał na odpowiedzenie Jaithe. Fakt, że nazwała go "orczkiem" nieco wytrącił go z toku myślowego. Niejmniej odpowiedział niezrażony dziwnym zdrobnieniem.
            – Zguba? Wątpie. Ktoś raczej jest uwięziony, może nawet z poprzedniego rzutu ofiar. Stąd strażnicy. Tak zakładam, choć mogę się mylić. Wyczuwam, że tam jest coś co stanowi oś problemu, ale nie wiem jak interpretować ten podryg intuicji. Nie mniej, cokolwiek to jest, nie ucienie. Może poczekać.

            Na koniec przesunął dłonią po kosturze i skinął głową w stronę dalszej drogi.
            – No dobrze. Dajmy sobie jeszcze chwilę na rekonesans. Jeśli ta grota rzeczywiście skrywa serce całej Loży, dowiedzmy się więcej zanim uderzymy w nie tym co mamy.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine jako Mistrz Gry
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
              #42

              Podróżnicy - Zaira, Zakareth, Jaithe i Kraghul, wespół z krasnoludem-simulacrum lustrowali przez jakiś czas ów kamienny dół, w którym znajdowała się klatka. Choć obecność klatki sugerowała o jakimś rodzaju więzienia, pozostałości murów, ruiny, wydawały się mieć jakieś inne znaczenie. Być może były to pozostałości po jakiejś kaplicy lub kulcie, który czcił piekielnego księcia? Parę z pozostałości murów nawet miało jakieś reliefy, które z daleka wyglądały na postacie, zatarte przez czas i porośnięte mchem.

              Cóż. Jeśli jeśli tylko mieli wykaraskać się z tego wszystkiego, czasu na spekulacje było dużo.

              Ruszyli zatem wzdłuż skalnej półki. Ostrożnie i z pewnym ociąganiem, jako że Kraghul nadal co pewien czas próbował wybadać obecność pułapek. Stopa po stopie, podróżnicy posuwali się coraz dalej i dalej.

              ~

              Tunel

              Najbardziej wysunięty na południe był tunel, który był nieco niższy i przypominał króliczą norę, jeśli tylko to można było rzec o skalnej dziurze, wokół której formacje skalne sterczały niczym kły otwartej paszczy. Migotliwe światło pochodni-stalaktytów nie sięgało tutaj, jednak nie był to żaden problem: wszyscy zgromadzeni bowiem widzieli w ciemnościach, szczególnie Kraghul, Dorlivin i Zakareth. Oczy orka pozwalały mu jego dziedzictwem widzieć w czerni i bieli, tak samo jak Dorlivinowi, który, pomimo bycia iluzorycznym pomiotem Auldegrunda, jakimś aspektem czaru cienia zachował tą zdolność. Zakareth widziała w ciemnościach zaś za sprawą mutacji jako spaczona przez magię istota.

              Tunel był pusty. Prawie.

              U samego końca tunelu był jakiś zasuszony, stary szkielet, lub też jego pozostałości. Ciężko było powiedzieć, do kogo należał - wydawał się być chyba tak stary, jak sama Lwia Loża, bowiem zasuszona i podobna pergaminowi skóra była żółta i przysypana sporą warstwą kurzu. Było tam coś. Jakiś przedmiot.

              Zaira wślizgnęła się w ciasny tunel. W jednym momencie elfka, choć giętka, poczuła się, jak gdyby spuszczono ją na samo dno grobu. Przesuwając się coraz dalej i dalej do końca tunelu, elfka nagle zauważyła cztery pary otworów, dokładnie pasujące na oczy.

              Spojrzawszy do jednej z tych par Zaira stwierdziła, że otwory ukazywały pokoje gościnne. Ktoś w przemyślny sposób wydrążył otwory, żeby podglądać kogokolwiek, kto znajdował się wewnątrz pokojów. Każde z tych “oczu” kończyło się trofeum - można było włożyć swoją głowę do spreparowanego czerepu i przez fałszywe, szklane oczy widzieć łóżko i biurka.

              Elfka jednak parła dalej - aż do samego końca, aby wreszcie dopaść do zasuszonego, zmurszałego trupa. Zaira podniosła dwie rzeczy, które pozostały tutaj. Z jakiegoś powodu, dwa przedmioty nie wydawały się stare. Ktoś musiał położyć je tutaj niedawno.

              Pierwszym z przedmiotów był długi miecz pokryty srebrem, na którym jakiś mag tudzież kowal naniósł magiczne runy. Drugim zaś była prosta, stalowa tarcza. Rynsztunek wydawał się zrabowany od jakiegoś podróżnika.

              Kraghul i Jaithe zauważyli, że w zakurzonym, starym tunelu znajdowało się parę małych śladów: małych, szponiastych stóp.

              ~

              Sanctum diabolisty

              Pozostało więc wejść w ostatnie drzwi. Prowadzeni przez Dorlivina, czwórka ostrożnie stąpała po śliskiej, lśniącej od wilgoci posadzki.

              ~

              Pomieszczenie, które znajdowało się za drewnianymi dźwierzami zdawało się być salą trofeów i komnatą rytualisty jednocześnie, jednak, istniała spora różnica - wypchane głowy zawieszone na ścianach nie zostały pozyskane z zajadłych bestii z dziczy.

              Byli to ludzie. Wypchane głowy na tarczach trofeum miały otwarte usta, zaś niewidzące oczy gapiły się w przestrzeń, zupełnie jak te, które podróżnicy znaleźli w pokojach.

              Sporej wielkości stół, na którym znajdowały się księgi i papierzyska stał w południowej części tego pomieszczenia. Wielka, drewniana gablota znajdowała się w północnowschodnim wgłębieniu; zdawał się z niej emanować nienaturalny chłód, jeszcze zimniejszy niż naturalny ziąb jaskini, jako że przy brzegach zamkniętych drzwiczek zbierał się lód. Na środku pomieszczenia znajdował się stół, przypominający te medyków - lub wiwisekcyjny…

              Para judaszy w zachodniej ścianie wydawała się stanowić jakiegoś rodzaju punkt obserwacyjny do komnaty obok. Wreszcie, dalej na północ, pentagram szeroki na dziesięć stóp został wyryty na podłodze i dodatkowo wysmarowany krwią, tworząc krąg przywołania. Pentagram został udekorowany kośćmi, czaszkami i krwistoczerwonymi świecami.

              Powietrze cuchnęło siarką i nieprzyjemnym zapachem, które przywodził na myśl piżmo i zgniliznę.

              ~

              Kiedy tylko drzwi otworzyły się szerzej, wszyscy nagle usłyszeli dźwięk gwałtownie zasysanego powietrza. Zakareth, która znajdowała się zaraz za Dorlivinem, zauważyła, jak ogień świec zmienił swój kolor na czarny, krew na pentagramie natychmiast zaś poczęła się gotować. Odór wzmógł się w dwójnasób, akompaniowany przez nagły ryk. Mulista energia w centrum zawibrowała; wreszcie, nagły wybuch ognia i dymu wyrzygał humanoidalną sylwetkę.

              – STAŃ I WALCZ DLA WATAHY PANA – wrzasnął dzierżący trójząb czart, który natychmiast zaatakował podróżników. – LEKKA ŚMIERĆ BĘDZIE CI DANA…

              I z szyderczym śmiechem, rad z krotochwili, rzucił się na Dorlivina.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • slann22S Online
                slann22S Online
                slann22 jako Zakareth z Leng
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #43

                Zakareth Uśmiechała się do siebie, gdy zobaczyła otwory przez które można było oglądać pokoje, przypominały jej bardziej jakąś krotochwilną opowieść groszową niż normalne świątynię jednego z Arcydiabłów. Zastanawiała się przez jakiś czas, czy ten krasnolud odnalazł tę świątynię, i właściwie Czy próbował ją odinstalować do stanu wyjściowego.
                - Myślicie, że on odszukał to miejsce, czy też może cały jego Klan oddalał siedzibę pradawnego kultu?-
                Gdy znaleźli mieć zasugerowała aby wziął go któryś z jej towarzyszy, najlepiej Elfka…
                Musiała przyznać jednak, że diabła się tutaj nie spodziewała… Niezbyt cieszyła ją perspektywa walki z czymś takim przed pokonaniem tutejszego… Wielkiego kapłana?

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine jako Mistrz Gry
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                  #44

                  – GIŃ, POMIOCIE! – diabeł krzyknął i dosadził do Dorlivina, próbując zbić krasnoluda z nóg.
                  Krasnolud jednak nie dał się zaskoczyć: zadrobił swymi krótkimi nogami i zbił cios trójzębu swym młotem.
                  – Mogę być i fałszywym, bezwartościowym bastardem Auldegrunda! – splunął Dorlivin. – Ale takim jak ty to mordę oklepię za darmo, ha!
                  I okręcił się raz jeszcze, unikając ciosów płonącego trójzębu.

                  Kraghul zmrużył oczy, próbując przypomnieć sobie, z jakim rodzajem piekielnego pomiotu mieli do czynienia. Rogi, trójząb, smród siarki i sposób, w jaki rzucił się do walki, mogły zdradzać więcej, niż chciał pokazać.
                  – Zobaczmy, czym jesteś.
                  Nie czekał jednak na pełną odpowiedź własnej pamięci. Zacisnął dłoń na kościanym fetyszu i wymówił kilka niskich, gardłowych słów. Tym razem duchy nie przybrały postaci ostrza. Ciemna, półprzezroczysta smuga wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i pomknęła ku Dorlivinowi, oplatając krasnoluda niczym kilka warstw niewidzialnej pajęczyny. W jej wnętrzu pojawiały się na moment niewyraźne sylwetki, pazury, szczęki i migotliwe oczy istot, których już dawno nie było pośród żywych.
                  Kraghul, widząc walczących Zakareth i Dorlivina z dziwnym diabłem który zmaterializował się dosłownie znikąd, skupił się przez chwilę. Tak… Słyszał o tym rodzaju istoty, która pochodziła z gorejących Piekieł, dawno temu. Choć pamięć była nieco mglista i w ferworze walki trudno było przypomnieć sobie szczegóły, ork przypomniał sobie słowa jednego ze Starszych plemienia, którzy wprowadzali go w tajniki planów. Było to dawno temu, jeszcze przed śmiercią Nary.
                  – “Diabły służą temu, kogo lud ludzki zwie Asmodeusz” – mówił wtedy Starszy. – “Rzadka rzecz, widzieć przeklęty pomiot na tej ziemi. Ale głupi ludzie czasem wywołują je, bo są i ku temu narzędzia… Odporne są na ciosy zwykłej broni, poza srebrną. Moc, którą władają bogowie i boginie, poświęcona energia jest tym, czego się obawiają”.

                  Wszyscy usłyszeli łopot błoniastych skrzydeł. Z ciemności - na podobieństwo diabła, z którym walczyli Zakareth i Dorlivin - wychynął pomniejszy diabeł. Zmaterializował się niemalże z powietrza, lub też uprzedniej był niewidzialny. Z syczącym, nienawistnym głosem zaatakował Jaithe! Ta, wzięta z zaskoczenia, nie uniknęła ciosu ogonem, który wydawał się pryskać dziwnym, żółtawym jadem.
                  Jaithe zacisnęła zęby. Udało się jej pokonać jad.

                  Dorlivin tymczasem z rykiem walił młotem, podwójnie ośmielony zaklęciem, które rzucił na niego Kraghul.
                  – Dzięki, bracie! – Dorlivin uderzał z rykiem. – O żesz no, na jaja Toraga, khuurwa! – krasnolud, zirytowany rezultatem soldinych ciosów, sapnął. – Co ma być?
                  – Żałosne zabawki – z gardła diabła dobył się pogardliwy chichot. – Dziś wasze łby dołączą do tej ściany!
                  I uderzał dalej swym trójzębem.

                  Zakareth Uśmiechnęła się widząc karłowatego diabełka, zastanowiła się czym on jest właściwie. A potem spróbowała zaatakować go dwa razy swoim kosturem.

                  Zakareth zakręciła swym kosturem i odwróciła się na pięcie. Spaczona przeciskała się przez jej towarzyszy, dalej na południe, aby pomóc Jaithe!
                  – Dokąd to? – zakpił diabeł.
                  Rogaty chlasnął Zakareth swym trójzębem solidnie, a z trzech ran pociekła krew. Czerwonoskóry o płomiennych oczach zaśmiał się tubalnym basem.
                  – Dokąd to, szpetna? Ciebie pierwszą obedrę ze skóry, jak z wami skończę!

                  Zakareth jednak, niepomna słów czerwonoskórego kata, pomknęła dalej. Chlasnęła swym kosturem raz i drugi. Trafiła! Potężne uderzenie rozbiło się na czerepie małego demona, ten zaś pisnął z bólu i pogardy, miotając wymyślne klątwy.

                  Jaithe tymczasem przestąpiła, żeby znaleźć się w zasięgu rzucenia zaklęcia. Zobaczyła go: diabelski kat wywijał swym trójzębem i syczał, wymieniając ciosy z Dorlivinem. Spaczona magią wzniosła rękę ponad siebie, a czarna emanacja, niby dym, zaanonsowała tchnienie energii grozy.
                  Diabeł, choć zacisnął zęby, nie mógł przemóc nienaturalnej grozy, którą wywołała zaklinaczka.
                  – Z-zapłacisz za to, suko! – ryknął, rozeźlony.

                  Jednak elfia łuczniczka, uprzednio zakasawszy swój łuk na plecy, już nacierała na piekielnego kata! Srebrny miecz, który dzierżyła w swej dłoni, błysnął raz po raz, jednak mniej wprawna we władaniu mieczy elfka chybiała raz po raz.
                  – Zabierz to z mojej mordy! – krzyknął diabeł, który spoważniał na widok srebrnej broni.

                  Zakareth usłyszała kolejną parę trzepoczących, nietoperzych skrzydeł za sobą. I złośliwy chichot. Kolejny z diablików uderzył na nią z flanki, pozycjonując się za jej plecami. Choć diablik wymacał wreszcie lukę w pancerzu, spaczona magią z łatwością zbiła cios. Trucizna nie wdała się.

                  – Zdychaj, pokurczu! – brodaty, czerwonoskóry kat wrzasnął do Dorlivina.
                  Dorlivin jednak oparł się kolejnej próbie zbicia go z nóg. Krasnolud niemal z mistrzowskim zacięciem uchylał się od zastawianych haków diabła, który z furią uderzał coraz bardziej i bardziej.
                  Wreszcie, diabeł zwinął się i uderzył swym rozszczepionym kopytem, które płonęło żywym ogniem. Dorlivin syknął z bólu, z gniewem wyszczerzył się:
                  – Kiedy zarżnę cię, cholerny cieciu, to łeb ci na włócznię nabiję – krasnolud splunął.
                  Kiedy tylko to wyrzekł, zaklęcie Kraghula uderzyło: cieniste postacie, które były skupione wokół krasnoluda, uderzyły wespół niczym rój szarańczy. Drasnęły jeno diabła, jednak ten ze złością tupnął na kontratak.

                  Orczy szaman wykonał parę gestów i dotknął kościanego fetyszu, który zawibrował. Wirujące duchy, które otaczały Dorlivina zakręciły się, rój szarych postaci wirował wokół ciała fałszywego krasnoluda, który wymieniał ciosy z diabłem.
                  Zaraz potem jednak ork krzyknął słowa zaklęcia - ni to słowo, ni to zwierzęce warknięcie. Chmara pająków natychmiast eksplodowała zaraz za diabłem, gryząc, uderzając kłami, próbując wbiec w zakamarki ciała.
                  Z chmary jednak wydobył się triumfalny rechot diabła.
                  – I to mają być ci, których ten stary dureń miał złożyć w ofierze!? – czerwonoskóry kat o płonących oczach zaśmiał się. – To ma być wszystko!? Alocerze! Popatrz na prawdziwego sługę Piekieł!
                  Zdało się, w istocie, że rój pająków wyrządził jeno poślednią szkodę. Draśnięcia i nic więcej.

                  Tymczasem Zakareth i małe diabły walczyły zażarcie. Kapłanka starego bóstwa zdawała się uchylać przed ciosami małego diabła, który w międzyczasie dotknął swą szponiastą dłonią ranę wyrządzoną przez nią i zabliźnił część ran. Ze złośliwym grymasem atakował kolczastym ogonem, jednak Zakareth ledwie odczuła rany.

                  Krasnolud tymczasem zmienił taktykę.
                  – Dalej, ty kupo łajna z Piekieł! – wrzasnął. – AAUGH!
                  Uderzając, krasnolud trafił tak pechowo, że sam stracił grunt pod nogami. Diabeł natychmiast wykorzystał lukę w obronie i pchnął swym trójzębem, aż jucha Dorlivina zbryzgała stół. Liżąc krew z trójzębu, śmiech diabła dobywał się zza jego długich kłów.
                  Natychmiast jednak dusze, które osłaniały Dorlivina uderzyły diabła: tuziny małych dłoni i szponów rozorały ciało diabła, a czerwona skóra pociekła posoką.
                  Dorlivin powstał jednak.
                  – Spróbuj tego, gnido! ZA TORAGA!!!
                  Dorlivin uderzył w goleń diabła, ten zachwiał się, poślizgnął i wreszcie upadł na kamienną posadzkę z rumorem i wrzaskiem, które potoczyły się echem w jaskini.
                  – ZAPŁACISZ ZA TO, PRZEKLĘTY KARLEEE – wrzeszczał.
                  Kapłanka Pełzającego chaosu postanowiła odsunąć się od przeciwników tak aby ich stać pomiędzy nimi i zaatakowała pomiot piekieł dwukrotnie swoim kijem…

                  Jaithe popatrzyłą w stronę stwora, na razie bylo trzechna jednego więc ufała, że sobie w miarę poradzą. Dlatego skoncentrowała się na pomiotach pomocnikach. Wystawiłam rekę, atakując mackami z rąk w pomiot.

                  Kapłanka zakręciła swą laską bitewną, aż wizgnęło powietrze. Łeb małego diabła eksplodował niby dojrzałe jabłko przeszyte bełtem kuszy, zaś korpus zatrzepał skrzydłami i runął na posadzkę groty, rzygając krwią, która poczęła wylewać się całymi kałużami. Zakareth odwróciła się raz jeszcze i wyprowadziła parę uderzeń, jednak czerwonoskóry bachor wymykał się przed sztychami i smagnięciami.

                  Feeria mrocznych macek eksplodowała z ręki Jaithe. Oślizłe, pokryte szlamem, potężne macki zwarły się wokół karku drugiego z diablików. Chrupnęło nieprzyjemnie, a drugi z małych czartów runął w dół, w przepaść pod podróżnikami, aby wreszcie plasnąć w wodzie w na pół zalanej posadzce. Nie żył. Cieniste macki, na podobieństwo dymu, rozwiały się, kiedy zaklęcie Jaithe dokonało swego dzieła.

                  Zaira pojedynczym susem doskoczyła do prawej ręki Dorlivina. Krasnolud odbijał raz po raz ataki diabła, który z sekundy na sekundę zdawał się być coraz bardziej rozwścieczony. Zwłaszcza po tym jak został powalony na posadzkę. Skorzystawszy z okazji, elfka wypatrzyła moment nieuwagi czarta i uderzyła na odlew swym srebrnym mieczem.
                  Trafiła! Ryk bolesnej furii wydarł się z gardła diabła. Tym razem, ostrze pokryte srebrem uderzyło głęboko w czarcią skórę, nie to, co uderzenia Dorlivina, którego młot, choć pokryty runami jego klanu, nie mógł przemóc naturalnej odporności. Zairze przemknęło przez myśli, że jego broń może być śniegową kopią, ale ważniejsze że trafiła przeciwnika i polała się krew demona - tudzież diabła, potwora - czymkolwiek był.

                  Kraghul nie próbował tym razem przełamywać odporności diabła kolejnym zaklęciem. Widział już, jak niewiele zrobił rój duchowych pająków, a srebrne ostrze Zairy weszło w czarcią skórę znacznie głębiej. Lepiej było pomóc tym, którzy mieli w rękach właściwe narzędzia.
                  Zacisnął palce na fetyszu i ponownie poruszył dłonią w stronę Dorlivina. Krążące wokół krasnoluda duchy zgęstniały, zacieśniając swój wir niczym stado cierpliwie czekające na kolejne uderzenie.

                  Srebrne ostrze które dzierżyła Zaira, działało jak należy i elfka ani przez chwilę nie miała zamiaru odpuszczać.
                  – Z całej siły – odpowiedziała Kraghulowi, nie spuszczając oczu z demona. Już podczas powstawania z podłogi zbierała impet aby mocniej uderzyć przeciwnika, który zdecydowanie za dużo gadał. Mocniej, z kucków używając mięśni rąk i nóg, oraz oczywiście celnie. Broń miała to do siebie, że służyła też do parowania ciosów i zwykle trzeba było brać na to poprawkę, Zaira czuła jednak taką pewność siebie, że tym razem skupiła się wyłącznie na celu, aby ciąć bestię głęboko i wręcz wbić ostrze w ciało przeciwnika.

                  Widzałam jak padają małe diabełki, przez co mój uśmiech zdobił moją twarz. Spojrzałam w stronę głownego przeciwnika, próbując ogarnąć jak im idzie. Nie było źle, ale nie wiedziałam czy wykorzystywać całą moc na tę walkę. Wolałam nie.

                  Orczy szaman podtrzymał zaklęcie i szepnął słowo. Chmara szarych postaci wirowała nadal przy krasnoludzie. Ork, trzymając przygotowany wcześniej zwój zaklęcia Grozy, zaintonował żałobny kawałek pieśni. Zwój natychmiast stanął w płomieniach, zaś pojedynczy glif, który został nań naniesiony wygiął się w przestrzeni i zalśnił kolorem ciemnej krwi. Runa grozy eksplodowała głośnym rykiem, zaś wokół Kraghula pojawiły się dwie, trzy, cztery cieniste sylwetki, które pomknęły prosto do diabła!
                  Efekt był piorunujący: pewny uśmieszek czarta natychmiast zamienił się w grymas przerażenia, jak gdyby ork skrzywił jego umysł i pokazał mu najgorszą z katusz lub też najboleśniejszą z tortur. Wrzeszcząc z przerażenia, już gotował się do ucieczki!
                  Zwój wypalił się całkowicie, pozostawiając po sobie tylko tlące się popioły.

                  – A, zara, przestań się drzeć, ladaco…
                  Dorlivin dał susa w bok i ustawił się naprzeciw Zairy. Krasnolud huknął swym młotem raz jeszcze po goleniach diabła, który w panice nie wydawał się panować nad sobą. Runął po raz drugi na ziemię, Dorlivin zaś zwinął się i poprawił ciosem młota bojowego po żebrach, aż zatrzeszczało.
                  – Zdychaj, kreaturo! – krasnolud splunął z pogardą.

                  Spaczona kapłanka Nyarlathotepa biegła już z południowej strony jaskini: minęła Kraghula i Jaithe i wpadła wreszcie do komnaty diabolisty. Jej kostur zapłonął czarnym, niemal smolistym płomieniem, jednak drący się czart w ostatniej chwili przeturlał się obok, potężne uderzenie zaś z prawdziwym gromem uderzyło obok jego czerepu. Tak niewiele brakowało!

                  Zaklinaczka Jaithe pobieżyła za Zakareth i chlasnęła swoimi pokaźnymi szponami po ciele diabła. Niestety, na nic! Gruby pancerz i skóra zaabsorbowały impet ostrych niczym żylety szponów spaczonej przez magię, która nijak nie mogła dostać się w krwawiące rany!

                  Elfia łuczniczka tymczasem powstała. Diabeł, ostatkiem sił, chciał dźgnąć Zairę swym trójzębem, jednak ta okazała się zbyt szybka. Pewnie odskoczyła obok, aby wreszcie skorzystać z siły impetu i z całej siły uderzyć srebrnym mieczem. Klinga wgryzła się głęboko w pierś czerwonoskórego czarta - elfka pchnęła jednak dalej, brutalnie patrosząc stwora z piekieł.

                  – ALOCERZE!! – wrzasnął po raz ostatni czart. – WSPOMÓÓÓŻ!!!

                  Świece pentagramu zapłonęły migotliwym światłem, we wnętrzu zawirowała ciemna energia. Gdzieś tam, po drugiej stronie, rozległ się przeraźliwy, nieludzki wizg, czart zaś, ranion przez Zairę wreszcie znieruchomiał. Ohydny krzyk zastygł w jego gardle, a ciemny wiatr, który powiał od strony zamykającego się portalu tchnął obrzydliwym zapachem siarki i śmierci. Czart w parę chwil postarzał się, jego skóra naciągnęła się na szkielet. Wreszcie, energia w środku pentagramu zawibrowała złowrogo i huknęła trzaskiem. Nastała cisza.

                  To było wszystko. Po wierzgającym, wrzeszczącym czarcie pozostały tylko szkieletowe pozostałości. Jakikolwiek był rytuał lub zaklęcie, które go spętały, zdało się, że dopełniły się właśnie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine jako Mistrz Gry
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                    #45

                    Kiedy tylko dźwięki, trzaski, wyładowania i groźne brzęczenie wzburzonej energii w środku pentagramu ustało, echa bitwy ucichły i ponownie nastała złowroga cisza. Podróżnicy, Kraghul, Zaira, Jaithe i Zakareth, odnieśli całkiem solidne rany i trzeba było przyznać, że gdyby nie Dorlivin, cała rzecz z czartem mogła pójść zupełnie inaczej. Teraz jednak martwe czarty leżały na dnie jaskini, zaś zasuszony trup był jedynym, co przypominało o wielkim, rogatym diable, który jeszcze chwile temu miotał klątwy i uderzał raz po raz swym trójzębem.

                    Oględziny otoczenia wkrótce wykazały, że znalazło się tutaj parę przydatnych łupów. Zaira w szufladzie odnalazła trzy mieszaniny o zielonkawym kolorze, które zidentyfikowała jako wariant mikstury leczniczej.

                    Z wnętrza kredensu w północno-zachodnim kącie emanował ziąb, który przejmował do szpiku kości. Wewnątrz jednak, poza lodem i śniegiem, nie było w zasadzie nic. Kraghul doszedł do oczywistego wniosku, że kredens musiał być w jakiś sposób zaklęty, jako że nie było obok niego żadnego mechanizmu, który powodowałby ustawiczny chłód, zaś Jaithe stwierdziła, że emanowała z niego całkiem silna aura magiczna. Zapewne, po tym wszystkim, byłby warty nieco grosza, jeśli by tylko wynieść go stąd i zaprezentować jakiemuś kramarzowi w Korvosie?

                    Za biurkiem znajdującym się na południu komnaty rytualisty znajdował się skrzętnie złożony śpiwór, podróżnicy odnaleźli flaszę mocnego trunku, na której znajdował się symbol Księcia Piekieł.

                    Pentagram zaś i ołtarz przed nim, choć skrzętnie przygotowane do odprawienia kolejnego rytuału przewołania, okazały się najmniej interesujące. Ołtarz był całkowicie pusty, zaś pentagram wyrysowany krwią i świece były najzwyklejszymi na świecie krwią i świecami. Magia, której dokonywał tu Auldegrund, wyczerpała się wraz ze śmiercią diabła.

                    ~

                    Ciekawsze okazało się sprawdzanie biurka.

                    Księgi, zwoje i powyrywane stronice wydawały się wskazywać na oczywiste zainteresowanie tematem przywoływania istot spoza tego wymiaru - była tutaj Hierarchia Dziewięciu autorstwa Paralictora Hendricka Thrune, nudny, acz efektowny traktat diabolistyczny, który zestawiał hierarchie w sztywnej, legalistycznej manierze rodem starego Cheliax.

                    Była tutaj też kopia Czarnego Katalogu spisanego przez Siostrę Vennerę z Egorian, czyli spis znanych diabolistów, ich kultów i relikwi. Kraghul i Jaithe rozpoznali ten tom jako ten, który ongiś został spisany w celu zwalczania diabolizmu. Ironią losu jednak okazało się, że pisany z żelazną konsekwencją wolumen i jego faktologia z czasem były wykorzystywane przez samych przywoływaczy Piekieł.

                    Poza tym, sporo kopii i odpisów z klasyki kultów planu Piekieł: Siedem Wrót Avernusa pióra Caldris Vane, O Przymierzu Płomienia (anonim) i inne, z których wyróżniał się Czerwony Konkordat sygnowany pieczęcią Dekarium - długi, acz niepozbawiony wyobraźni teologiczny traktat przekonujący, że rządy Avistanu powinny naśladować hierarchie Stygii.

                    Między zwojami znajdowały się zaklęcia omamiające umysł i przywołujące nieumarłych. Były tutaj także znacznie dłuższe zwoje, które zostały zwinięte w rulony i owinięte wokół hebanowego drewna naśladującego berła. Te zwoje - jak zauważył Kraghul - były długimi rytuałami, dzięki którym można było wytworzyć simulacrum i ożywić przedmioty. Zdawać się jednak mogło, że magia ta była zawiła i wymagała całych godzin na odczynienie.

                    W drugiej z szuflad Zaira znalazła pierścień, który dawał odporność na ogień. Obok niego znajdował się symbol, który Auldegrund mógł uważać za święty. Podróżnicy, znając już zapędy mistrza Lwiej Loży, bez trudu zidentyfikowali symbol jako ten, który przedstawiał Alocera. Był tutaj też też mała sakwa ze złotem, ponad sto sztuk.

                    We wgłębieniu za biurkiem podróżnicy znaleźli, skrzętnie zawinięty w płótno, pancerz, a obok niego korbacz i tarczę wykonaną z drewna i skórzni. Zakareth dojrzała, że na wewnętrznej stronie pancerza znajdowało się pojedyncze, dość prymitywnie wyryte w metalu imię brzmiące “Rathor”.

                    Zakareth, badając biurko, odszukała oprawiony w skórę dziennik. Bez wątpliwości, należał on do Auldegrunda i mogła go przeczytać tylko Jaithe, jako jedyna z grupy, która władała językiem Piekieł. Potrzeba było jednak paru godzin, żeby odcyfrować chwiejny, niemalże maniakalne pismo mistrza tego miejsca.

                    Wreszcie, ostatnią rzeczą, którą odnaleźli podróżnicy był pojedynczy, mosiężny klucz, którego zwieńczenie było udekorowane głową czarta.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • PiołunP Niedostępny
                      PiołunP Niedostępny
                      Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                      Mecenas
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #46

                      Kiedy ostatnie wyładowania wzburzonej magii wygasły, Kraghul jeszcze przez chwilę stał w miejscu, wsłuchując się w ciszę, która powoli przejmowała na powrót władzę nad jaskinią. Po bitewnym harmidrze wydawała się niemal nienaturalna. Zostało tylko kapanie wody gdzieś pośród skał, cięższe oddechy rannych i ciche skwierczenie czegoś, co dopalało się przy pentagramie. Powietrze było gęste od siarki, krwi i kwaśnego odoru czarciej posoki. Z każdym oddechem smak tego miejsca osiadał na języku.

                      Kher poruszył się niespokojnie na jego ramieniu. Drobne odnóża przebiegły po skórze, jakby pająk nadal wyczuwał w kamiennym podłożu echo czegoś, co nie chciało odejść. Kraghul przesunął palcem po jego niematerialnym grzbiecie, uspokajając go krótkim, niemal odruchowym gestem. Dopiero wtedy podszedł do biurka. Pozwolił, by jego animistyczne zmysły chłonęły przestrzeń. Zapach w tym miejscu był inny. Czuł woń starego pergaminu, skóry oprawionych ksiąg, kurzu, wosku i atramentu, zmieszanych z wyraźną nutą krwi. Ork przesuwał dłonią nad księgami i zwojami, czasem zatrzymując palce ledwie włos nad ich powierzchnią, jakby próbował nie tyle przeczytać zapisane słowa, ile usłyszeć ślad myśli po człowieku, który je studiował.

                      Rytuał tworzenia simulacrum zatrzymał go najdłużej. Zapis był trudny, pełen drobnych zależności i znaków, ale jego sens pozostawał wystarczająco czytelny. Kraghul powoli uniósł wzrok znad pergaminu i spojrzał na Dorlivina.
                      – A jednak.
                      Nie triumfował. Znalezienie uzasadnienia dla własnych obaw nigdy nie było powodem do triumfu. Dobrze jednak było znaleźć potwierdzenie czegoś, czego już wcześniej się domyślał. Drugi z obszernych zapisów opisujących praktykowane w tym miejscu rytuały dotyczył ożywiania przedmiotów. Tym razem spojrzenie szamana niemal odruchowo powędrowało ku wyjściu z komnaty, w stronę pozostawionych wcześniej kamiennych strażników.
                      – Więc pewnie i tam mieliśmy rację.

                      Mimo ciekawości nie zamierzał jednak próbować rozplątywać wszystkich implikacji wynikających ze znalezionych materiałów tutaj, na miejscu. Wystarczało jedno spojrzenie, by wiedzieć, że podobne dzieło wymagało czasu, spokoju i cierpliwości. Kraghul zwinął oba długie rulony z powrotem wokół hebanowych drzewców i odłożył je osobno od reszty papierów. Nie zamierzał ich zostawiać. Podczas krótkiego odpoczynku chciał przynajmniej przejrzeć fragmenty dotyczące sposobu wydawania rozkazów, warunków przebudzenia i tego, jak ożywiony strażnik rozpoznawał tego, komu miał służyć.

                      Między prostszymi zwojami znalazł dwa, które po krótkim namyśle odłożył osobno, z zamiarem zabrania ich ze sobą. Pierwszy zawierał zaklęcie przywołujące nieumarłych. Drugi był bardziej odpychający w swej naturze. Opisywał magię zdolną wzbudzić w żywym ciele głód właściwy ghulom, wypaczyć pragnienie i obrócić je przeciw temu, kto nieszczęśliwie znalazł się w jej zasięgu. Kraghul przesunął kciukiem po krawędzi pergaminu i przez chwilę milczał. Natura zaklęć zapisanych na zwojach poniekąd kłóciła się z wartościami, które wyznawał. Wiedział jednak, że bywają rzeczy paskudne, plugawe i niebezpieczne, ale sam ich zapis nie ma jeszcze intencji. Intencję nadaje dopiero ręka, która po nie sięga.
                      – Wezmę je. W godzinie próby przyda się coś, co przeważy szalę na naszą korzyść – powiedział z silną, niemal irracjonalną potrzebą wytłumaczenia się, po czym zwinął oba zwoje starannie i wsunął między własne rzeczy.

                      Żelazny symbol Alocera stanowił zupełnie inną kwestię. Kraghul zatrzymał go w dłoni i przez kilka chwil jedynie obracał między palcami. Metal był chłodny, matowy i nieprzyjemnie ciężki jak na tak niewielki przedmiot. Nie wyglądał jak ozdoba ani jak coś noszonego dla próżności, a przynajmniej tak chciał myśleć o tym znalezisku. Myślami kolejny już raz wrócił do kamiennych strażników. Jeżeli rzeczywiście zostały ożywione przez Auldegrunda, musiały w jakiś sposób odróżniać intruzów od tych, których miały przepuszczać. Sama magia nie mogła przecież bez końca rzucać się na każdego, kto zbliżył się do strzeżonego miejsca. Musiał istnieć jakiś warunek, znak albo sposób rozpoznania. Kraghul przez moment przesuwał kciukiem po wyobrażeniu Alocera, czując pod opuszkami nierówności żelaza i zastanawiając się, czy to coś im da, czy tylko się oszukuje. Nie miał pewności, ale nauczył się ufać swojej intuicji. Na razie była to tylko kolejna część układanki, ale wystarczająco sensowna, by jej nie ignorować. Zamiast więc wrzucić symbol głęboko do torby razem z resztą znalezisk, wsunął go do łatwo dostępnej kieszeni sakwy. Jeśli mieli jeszcze wrócić do posągów, dobrze było mieć znak pod ręką.

                      Mosiężny klucz również należało zabrać, choć Kraghul nie zamierzał rościć sobie do niego żadnego szczególnego prawa. Podobnie dziennik. Ten ostatni powędrował do rzeczy drużynowych, a przynajmniej chciał by tak było. Kilka godzin potrzebnych Jaithe na jego rozszyfrowanie było luksusem, na który teraz zwyczajnie nie mogli sobie pozwolić. Stos ksiąg o Piekielnych czeluściach można było zabezpieczyć i wynieść później, jeśli wyjdą stąd w jednym kawałku. Na koniec Kraghul wziął jeden z zielonkawych eliksirów i przez chwilę oglądał płyn pod światło świec. Potem schował fiolkę głęboko wśród podręcznych rzeczy. Miał nieprzyjemne przeświadczenie, że eliksiry przydadzą się im pod koniec tej wyprawy.

                      Dopiero gdy wszystko, co uznał za istotne, zostało zabezpieczone, poczuł ponownie własne rany. Gdy walka ustawała, ciało zawsze przypominało sobie o bólu. Mięśnie sztywniały, skóra piekła, a miejsca po uderzeniach zaczynały pulsować zgodnie z rytmem serca. Kraghul uklęknął i rozwinął przybory medyczne. Zapach płótna i ziół rozlał się przyjemnie, walcząc z fetorem rytualnej komnaty.
                      – Chyba przyszedł czas, żebyśmy zadbali o siebie? – zaproponował i rozejrzał się po rannych. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął bandaże. Na ewentualnie uniesioną brew Zairy zareagował nieznacznym wzruszeniem ramion.
                      – Umiem opatrywać, ale zazwyczaj wolę, by własne rany obejrzał ktoś inny. Jedną z prymarnych zasad mojego plemienia jest, by uważać na lekarzy, którzy leczą się sami. Taka pokrętna mądrość orków i dziwne przyzwyczajenie. Przepraszam za wcześniejszą szaradę. – wyznał, nie dodając, że sam zawsze lubił podpatrywać metody innych w tej materii. Głęboko wierzył w uczenie się przez obserwację, która stanowiła lwią część jego szkolenia. Wcześniej także nie myślał, iż znajdują się w aż takich problemach, choć brał sytuacje dość poważnie.

                      W każdym razie, jeżeli mieli choć chwilę bezpieczeństwa, chciał wykorzystać ją dobrze. Oczyścić rany, pozaciskać bandaże, odzyskać oddech i pobieżnie przejrzeć oba rytuały, zanim ruszą dalej. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. Na tyle, by z zapisanej przez Auldegrunda wiedzy wyciągnąć coś, co mogło uratować im skórę za następnymi drzwiami tej przeklętej loży. Kiedy skończyli, Kraghul wyciągnął żelazny symbol Alocera.
                      – Nie wiem, czy macie ochotę, ale mam straszną chęć przetestować teorię w praktyce. Wróciłbym do nich z tym, ale możemy też sprawdzać dalej. W końcu niewiele zostało nam już tego upiornego lochu. Czuję, że powinniśmy odkryć wszystkie tajemnice tego miejsca, zanim odpoczniemy i powitamy gospodarza. Co wolicie?
                      Przerzucił spojrzenie na pozostałych.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      🔥
                      1
                      • slann22S Online
                        slann22S Online
                        slann22 jako Zakareth z Leng
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #47

                        Kapłanka Pełzającego Chaosu była zadowolona z tego, że udało mi się pokonać istoty służące Piekielnej tyranii, ale musiała obejrzeć ich znaleziska. Przyjrzała się korbaczowi, i powiedziała częściowo do siebie a częściowo do towarzyszy.
                        - Chyba muszę rozważyć wzięcie tego, jeśli naszym kolejnymi przeciwnikami będą inne diabły, za bardzo wygląda to na Wolę Nyarlathotepa, który przecież pogardza takie miejsceami jak młodzi Bogowie, a Czasy są od niej po stokroć gorsze…-

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine jako Mistrz Gry
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #48

                          Tajemne przejście i klucz

                          Podróżnicy, przeszukawszy pomieszczenie, deliberowali jakiś czas jeszcze, w którą stronę udać się. Sprawdzanie komnaty zaowocowało odnalezieniem jeszcze jednej, nieprzewidzianej rzeczy.

                          Zakareth sprawdzała, czy przypadkiem przy ścianie nie znajdował się obluzowany kamień lub też cokolwiek, co mogło być skrytką. Nagle, kapłanka zahaczyła o coś, co z początku wydało się tylko dziwnie ułożonym kamieniem w komnacie. Nagle, usłyszeli dźwięk przesuwającego się mechanizmu, aby wreszcie…
                          Ukryte drzwi otworzyły się, ukazując salę uczt! Sekretne drzwi były ustawione bezpośrednio w stronę wyjścia z Lwiej Loży.

                          Zaira, która uprzednio zabrała ze sobą klucz ze zwieńczeniem zdobionym głową czarta, poczuła jak zawibrował lekko, kiedy zwróciła się w stronę wielkich wrót, które zamknęły się za nimi przed ucztą fałszywego Auldegrunda.

                          ~

                          Klatka

                          Klatka

                          Grupa wycofała się na wschód, do wielkiej groty z klatką, dziwnymi posągami, ruinami we wgłębieniu i starym dźwigiem. Koniec końców postanowiono, że nikt inny, ale to Kraghul miał opuścić się na dół, aby spróbować swego szczęścia z posągami. Ork bowiem dzierżył żelazny symbol Alocera.
                          Zanim jednak rzecz się dokonała, Zaira i Kraghul pochylili się nad ranami swych towarzyszy: najwięcej ran zebrał Dorlivin, który przez długie chwile sam jeden mierzył się ze stworem piekieł, choć Zakareth także oberwała swoje od trójzębu diabła i szponów diablików. Czasu nie było zbyt dużo, jednak elfka i ork opatrzyli rany swoich towarzyszy. Co do Dorlivina zaś, rzecz była niemalże krotochwilą: choć jasne było, że krasnolud powstał z ambicji Auldegrunda, jego ciało krawiło niby prawdziwe.
                          Później przeszli do rzeczy z klatką.

                          Ork ustawił się na drewnianej platformie, zaś Zakareth wespół z Zairą, które miały więcej krzepy niż Jaithe, jęły się operowania mechanizmem. Dorlivin, który zdawał się być obojętny wszelakiemu niebezpieczeństwu, także wstąpił na drewnianą platformę.

                          – Kiej mi przyjdzie zdychać, to lepiej, żeby to była walka – skonstatował fałszywy krasnolud. – Na pohybel staremu.

                          Mechanizm był prosty, zaiste, prostacki: druga część łańcucha dźwigu przywiązana była do wielkiej, żelaznej sztaby służącej jako przeciwwaga, łańcuch zaś przechodził przez serię bloków i krążków linowych i był operowany korbą z blokadą, która pozwalała na zawieszenie dźwigu na dowolnej wysokości. Rzecz niewątpliwie nosiła na sobie ślady solidnego, krasnoludzkiego rzemiosła, pomimo swojego opłakanego stanu. Jednak, kiedy kapłanka i łowczyni zaczęły kręcić korbą, a łańcuch z chrzęstem opuszczać się, dźwig zadziałał bez zarzutu. Cóż, parę razy Kraghul miał wrażenie, że chwiejna platforma i przegniłe drewno miały się załamać, a on sam runąć w dół, innym razem zaś rzecz spowolniła i zaczęła wydawać z siebie żałosny, głośny odgłos nienaoliwionego metalu.
                          Wreszcie, łańcuch zatrzymał się, a orczy szaman poczuł definitywne szarpnięcie windy, która głośno zatrzymała się na samym dole.

                          Choć ściany jaskini za Lwią Lożą same emanowały naturalnym chłodem, tu, w dole, było jeszcze zimniej, zaś lodowata woda wypełniała spore kałuże głębokie na jakiś cal. Jakieś pozostałości murów, zmurszałe i strzaskane, wznosiły się nierówno. Kraghul przybliżywszy się, dostrzegł, że na tych murach było coś, jakieś pozostałości reliefów, które na pierwszy rzut oka przedstawiały postacie, nie sposób jednak można było zmiarkować, cóż to za sceny miały przedstawiać, były w tak opłakanym stanie. Nie było jednak czasu, aby dokonywać oględzin. Ruszył w stronę żelaznej klatki.
                          Krok za krokiem, krok za krokiem… Kraghul wzniósł żelazny symbol piekielnego księcia przed sobą, niczym sztandar, aby nie było wątpliwości, kto właśnie szedł. Ork miał nieodparte wrażenie, że Jeleń i Lew, choć ich kamienne oczy nie poruszały się w ogóle, w jakiś sposób obserwowały go. Dziwne to było wrażenie. Jednak, z jakiegoś powodu, dwa posągi nie poruszyły się ani o cal, o pół cala czy ćwierć.

                          Klatka wydawała się być znacznie nowszym dodatkiem do dołu w jaskini, nie starszym niż parę lat. Tu i ówdzie dało się odnaleźć pojedyncze liszaje rdzy, jednak były one rzadkie i nieznaczne.

                          – Te, ty, ork – rzekł Dorlivin. – Popatrz no, tu jest coś.

                          Fałszywy krasnolud wskazał na mosiężną tabliczkę, na poły zanurzoną w wodzie. Był na niej napis, który brzmiał:

                          NAJLEPSZA OFIARA TO TA, KTÓRA UCIEKŁA Z SIDEŁ

                          Dorlivin pokręcił głową, zaś na jego twarzy odmalowało się coś na kształt zażenowania i pogardy jednocześnie.

                          Drzwi do klatki uchyliły się z nieprzyjemnym skrzypieniem. Słyszał to teraz. Tam, w rogu klatki, coś, co z początku wydawało się kupą brudnych szmat, poruszało się w rytm oddechu. Czasem jeno z wnętrza dobywało się donośniejsze kasłanie, zdradzając, że był tam ktoś… I żył.
                          Kraghul sięgnął, odsunął brudny kawał płótna.

                          – Jesteś od Auldegrunda? – usłyszał hardy, acz zmęczony głos.

                          Był to ork. Złote źrenice szaroskórego osiłka spoczęły na Kraghulu i Dorlivinie z nieufnością.

                          Rathor

                          Cichy kaszel dobył się z gardła orka, który uniósł się ze swego zaimprowizowanego barłogu. Wyglądał jak zaszczute, zmęczone zwierzę, które gotowe było zarówno do walki, jak i do rzucenia się w przepaść.

                          – Nie wyglądasz – rzekł tamten. – Ale jakbyś mi te kości w gardziel wepchnąć miał, wiedz, że zabiłeś Rathora. No, dalej… Zabij. Tche-he-he-hee…

                          I zakaszlał raz jeszcze, donośniej i bardziej chrapliwie.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • PiołunP Niedostępny
                            PiołunP Niedostępny
                            Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                            Mecenas
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #49

                            Kraghul opuścił żelazny symbol Alocera dopiero wtedy, gdy znalazł się już przy klatce. Przez moment obracał go jeszcze między palcami, czując pod opuszkami chłodne, nierówne żelazo. Kamienne figury pozostały za jego plecami nieruchome i nieme. Sam znak wystarczył, by uznały go za kogoś, kogo nie należy zatrzymywać. Dobrze, choć Szaman zerknął w ich stronę podejrzliwie. Nie ufał im ani odrobinę bardziej niż wcześniej, ale teraz przynajmniej wiedział, że jego przypuszczenie nie było całkiem chybione. To wystarczało, a przynajmniej musiało wystarczyć. Po chwili schował symbol do sakwy i całą uwagę przeniósł na klatkę oraz człowieka, który siedział w jej wnętrzu.

                            Przeniósł ośrodek uwagi na coś, co poruszyło się wyraźniej pod brudnymi płachtami. Kraghul zatrzymał wzrok na orczym więźniu i przez kilka uderzeń serca nic nie mówił. Sposób, w jaki tamten trzymał napięte ciało w gotowości, oraz czujne oczy śledzące najdrobniejszy ruch jasno dawały do zrozumienia, że wobec tego osobnika należało mieć się na baczności. Jednocześnie było w nim coś z osaczonego zwierzęcia, które od dawna nie liczyło już na ratunek, ale wciąż zachowało dość pierwotnej determinacji, by rzucić się do gardła temu, kto podejdzie zbyt blisko. Szaman znał ten sposób reagowania. Widział go wcześniej u rannych drapieżników, u ludzi po długiej niewoli oraz czasem nawet u duchów, które zbyt długo pozostawały przywiązane do miejsca swojej śmierci. Mając to na uwadze, nie skrócił dystansu. Pomyślał, iż dobrze, że symbol Alocera zniknął w sakwie. Nie chciał, by pierwszą rzeczą, którą więzień skojarzy z jego sylwetką, był znak piekielnego księcia, któremu zapewne służył ten, kto wtrącił go do lochu.

                            Kraghul przypomniał sobie prymitywnie wyryte litery po wewnętrznej stronie pełnej płyty znalezionej wcześniej w komnacie diabolisty. Zbroja ostatecznie nie trafiła do nikogo z drużyny, ale obok niej leżały również korbacz i tarcza, które przypadły Zakareth. Szaman nie powiedział nic. Nie zamierzał rozporządzać cudzym łupem ani przesądzać, do kogo naprawdę należały znalezione przedmioty. Jego spojrzenie powędrowało jednak na moment w stronę kapłanki, zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, nieco wymownie, a potem wróciło do więźnia. Jeśli rzeczywiście należały do Rathora, niech sam to powie. Reszta była już sprawą innych. Zresztą wpierw trzeba było ustalić, czy powinni mu oddawać broń do rąk. Myśląc o kolejnych posunięciach, Kraghul szybko wybiegł jednak myślami dalej. Taki osobnik mógłby okazać się cennym wsparciem w ostatecznym starciu z panem tych lochów, o ile uda im się doprowadzić go do używalności, dlatego warto było spróbować nawiązać z więźniem nić porozumienia.
                            – Widziałem twoje imię na pancerzu – powiedział spokojnie. – Znaleźliśmy go wyżej.
                            Kraghul przykucnął w pewnym oddaleniu, żeby nie górować nad nim bez potrzeby. Z tej pozycji łatwiej było ocenić, z czego naprawdę brała się hardość w głosie Rathora. Trzeba było koniecznie ustalić, czy to, co widział, było jeszcze oznakami siły, czy jedynie pozorem podtrzymywanym przez orczą naturę, która niemal w każdej sytuacji nie pozwalała okazywać słabości. Kaszel nie był dobrym znakiem, a ciało nosiło wyraźne ślady długiej niewoli.
                            – Nie jestem od Auldegrunda – dodał po chwili. – I nie przyszedłem cię zabijać.

                            Nie próbował od razu zarzucać Rathora pytaniami o lożę, rytuały i sekrety ukryte w podziemiach. Najpierw chciał ustalić, czy ork w ogóle jest w stanie mówić dłużej niż kilka zdań i czy nie potrzebuje pomocy bardziej niż przesłuchania.
                            – Jak długo tu jesteś?
                            Przesunął wzrokiem po jego ranach i wychudzonej sylwetce, po czym sięgnął po swoje przybory medyczne, ale nie wyciągnął ich jeszcze na wierzch.
                            – Jeśli pozwolisz, obejrzę cię i opatrzę. Potem opowiesz nam, co ci zrobili i jak skończyłeś tutaj.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine jako Mistrz Gry
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #50

                              Orczy wojownik milczał przez parę dłuższych chwil. Jak na dłoni można było odczytać z jego twarzy, że nie takiej odpowiedzi spodziewał się. Jego nieufne spojrzenie zatrzymało się znacznie dłużej na Dorlivinie, niż Kraghulu. Być może podejrzewał, że to wszystko było kolejną grą Auldegrunda.

                              Mimo wszystko, ork podniósł się lekko ze swego barłogu i skupił się z powrotem na szamanie.

                              – Zbroja jest moja – rzekł wreszcie. – Stary zdarł ze mnie i płytę, i tarczę i wziął korbacz. Oby udławił się, pfche. Gadasz, żeś nie od Auldegrunda? Znaczy się, Auldegrund zdechł i został zabrany przez diabły. Haha, ha-ha-kch, khe, khe, khe.

                              Śmiech orka zamienił się w spazmatyczny kaszel.

                              – Dobre, dobre – sardoniczny uśmiech orka rozpękł się na jego ustach niby rana. – Przynajmniej zejdę w dobrym humorze. Pytasz, ile tu jestem? A zejdzie jakiś drugi tydzień, może nieco mniej.

                              Kraghul zauważył, jak ork szepnął do siebie samego parę niezrozumiałych słów, jak gdyby rzucając uwagę do samego siebie. Może zbyt długo tkwił w tej klatce? Lub też uznał Kraghula za kolejnego z więźniów, który postradał rozum?

                              – Możesz podejść, tylko bez sztuczek – warknął. – Klatka jest mała, uważasz. Te łapy dość mają pary, żeby złamać kark tobie i temu tam – uniósł wychudłe ręce.

                              Kraghul przybliżył się ostrożnie i wyjął swoją torbę medyczną, co skomentował ork:

                              – Stary miał coś podobnego – twarz Rathora wykrzywiła się przez chwilę w nienawistnym grymasie, który jednak rozluźnił się, przeszedłszy w nagłe zobojętnienie. – Dał mi… Coś.

                              Kraghul pracował przez parę dłuższych chwil. Było tutaj nieco roboty: ciało Rathora nosiło na sobie ślady walki, bicia, a nawet i tortur. Niektóre z ran zabliźniły się, inne jednak nosiły ślady czegoś na kształt improwizowanej medycyny: pod brudnymi szmatami znajdowały się pojedyncze kwiaty ziela krwawnika. Ork przemył rany swojemu pobratymcowi, nagle dostrzegłszy, że pod jedną ze szmat błyszczała pojedyncza klinga, zdaje się, sporządzona z zaostrzonej łyżki. Wystarczył jeden, zdecydowany ruch, a zaimprowizowana mizerykordia mogła wbić się w jego szyję.

                              Choć groźba była realna, kontynuował. Być może fakt, że Kraghul był orkiem sprawił, że wojownik pozwolił mu siebie obejrzeć?

                              Wreszcie, kiedy Kraghul skończył, zrozumiał, jaka choroba trawiła Rathora - wychudłe ręce i spazmatyczny kaszel, a także inne parę symptomów, które animista znał z doświadczenia, wskazywały na gruźlicę. Kraghul nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

                              Rathor powstał wreszcie.

                              – Czuję się lepiej po tym gównie, które mi dałeś – szaroskóry ork pomacał swe rany. Zdawać się mogło, że szaman przywrócił mu nieco jasności umysłu. – Chciałeś gadać? Nie przypominam sobie, żebym usłyszał twe imię. I... Czemu z nim jesteś? – wskazał na Dorlivina.

                              Dorlivin tymczasem milczał. Fałszywy krasnolud z założonymi rękami przyglądał się posągom i zdawał się nasłuchiwać, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Jedynym dźwiękiem jednak, który przetaczał się przez jaskinię, było kapanie wody.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PiołunP Niedostępny
                                PiołunP Niedostępny
                                Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                                Mecenas
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #51

                                Kraghul skończył opatrywać Rathora i przez moment przyglądał mu się uważnie, jakby dokładniej zważyć charakter orka. Kto jak kto, ale Khargul znał swój lud. Kaszel, wychudzenie i kilka drobniejszych oznak, które dostrzegł z bliska, układały się w znajomy obraz. Gruźlica. Nie wiedział, jak daleko choroba zdążyła się rozwinąć ani jak długo Rathor się z nią zmagał, ale fakt, że ork wciąż miał dość siły, by stać, mówić, czy grozić skręceniem karku, był przynajmniej częściowo pocieszający. Na wzmiankę o śmierci Auldegrunda Kraghul lekko zmarszczył brwi. Najwyraźniej Rathor wyciągnął z ich obecności całkiem logiczny, choć błędny wniosek.
                                – Nie. Auldegrund jeszcze żyje.

                                Przerzucił spojrzenie na Dorlivina, który nadal stał nieopodal, bardziej zainteresowany otoczeniem niż rozmową. Rozumiał dlaczego obecność krasnoluda również mogła wprowadzić w błąd orka.
                                – Ten Auldegrund, którego spotkaliśmy wcześniej, był simulacrum, czyli taką magiczną kopią. Dorlivin też nią jest, tylko że coś poszło inaczej, przy jego tworzeniu. Ma własny rozum i niespecjalnie tęskni za swoim twórcą. Właściwie to chce mu wrazić topór w głowę, więc można powiedzieć, że jest po naszej stronie.
                                Nie wdawał się w dłuższe wyjaśnienia. Rathor miał prawo patrzeć na krasnoluda podejrzliwie, zwłaszcza po tym, co musiał tutaj przeżyć, ale na ten moment ważniejsze było to, że prawdziwy gospodarz Lwiej Loży wciąż gdzieś był i nadal pozostawał problemem do rozwiązania.

                                – Kraghul Ośmiooki – przedstawił się wreszcie. – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy.
                                Dopiero wtedy wrócił myślami do wcześniejszych słów więźnia, szczególnie do krótkiej wzmianki o tym, że Auldegrund coś mu podał. W miejscu takim jak to trudno było uznać podobny szczegół za niewinny.
                                – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
                                Nie naciskał bardziej, niż było trzeba. Rathor przesiedział tutaj prawie dwa tygodnie i mógł wiedzieć o Auldegrundzie rzeczy, których nie dało się wyczytać z żadnego dziennika ani wywnioskować z pozostawionych w loży innych tropów.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • MekowM Niedostępny
                                  MekowM Niedostępny
                                  Mekow jako Zaira
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                                  #52

                                  Konstrukcja opuszczająca na dół była dość złożona, ale jej obsługa była łatwa do zrozumienia. Początkowo Zaira się dziwiła, gdyż zwykła drabina byłaby prostsza, a schody praktyczniejsze. Jednak zrozumiała przewagi jaką dawała ta... prowadnica? Można było nią przenosić kilka osób na raz, towary, a co ważniejsze skutecznie zatrzymać delikwentów na dole - w ramach kolejnego stopnia przetrzymywania więźniów.

                                  Gdy tylko opuścili Kraghula i Dorlivina, elfka dobyła łuku. Zdecydowała się na strzały o srebrnym grocie, na wszelki wypadek. Oczywiście nie trzymała łuku napiętego, bo zmęczyła by mięśnie w kilkanaście sekund, ale gotowa była oddać strzałę... mając nadzieję, że to przynajmniej pomoże mężczyznom się wycofać.
                                  Na szczęście posągi się nie ruszyły - coś co zawdzięczali znalezionemu amuletowi. Zaira odetchnęła z ulgą.

                                  Pozostawała kwestia potencjalnego więźnia. Zaira bacznie obserwowała poczynania towarzyszy, nadal ubezpieczając ich z łuku - na wypadek problemów. Naturalnie, okazało się to zbyteczną ostrożnością, gdyż wszystko wskazywało na to, że spotkali sprzymierzeńca.
                                  Zaira nie słyszała o czym rozmawiają panowie, ale fakt że nawiązali dialog mówił sam za siebie.

                                  - Wygląda na to, że wszystko w porządku, - Zaira zwróciła się do towarzyszek.
                                  - Mamy chwilę. Możesz zerknąć na ostatnie wpisy Auldegrunda? Może zdradzą nam coś przydatnego? - zwróciła się do Jaithe.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine jako Mistrz Gry
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #53

                                    Sens wieści, że Auldegrund był “simulacrum” chyba ominął Rathora, który jeno rzucił spojrzenie na swojego orczego pobratymca.

                                    – Magia – splunął za siebie. – E, niech będzie. Każdy, kto gada, że chce klin topora zatopić w czole tego przeklętego karła może walczyć ze mną. Oby jeno prawdę gadał…

                                    Tu łypnął złowrogo na Dorlivina, który odparł, kiedy zorientował się, że Rathor pije do niego:

                                    – Jest tak, jak gada – miedzianowłosy krasnolud nie przestawał obserwować posągów. – Najlepiej, żebym zdechł zaraz po starym, ale zanim to się stanie, wywlekę flaki, żeby mieć pewność.

                                    Szaroskóry ork skinął głową, choć nie przestawał od czasu do czasu rzucać spojrzenia na Dorlivina, jak gdyby spodziewał się, że ten zaraz rzuci się na niego.

                                    – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy – ciągnął Kraghul. – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
                                    – Jak dla mnie, to mogę temu staremu w dupę włożyć i pięść, jak trzeba będzie – Rathor uniósł przed siebie kułak i potrząsnął nim. – Ale, kurwa, na Rovaguga! – zakaszlał jeszcze głośno. – Trza będzie czegoś więcej niż pięści, żeby posłać go tam, gdzie jego miejsce. I nie leczył. Jak już dostałem w łeb o raz za wiele, postawił mnie na jakimś stole i wstrzyknął we mnie kłujką jakieś… Coś. Może to z tego mam to?

                                    I wskazał na swój umięśniony kark, zapewne mając na myśli swój kaszel.

                                    Rathor potrząsnął głową, zdaje się, nadal nieco oszołomiony nagłym rozwojem wydarzeń. Dopiero teraz zauważył pozostałych, którzy stali opodal, na klifie: Zakareth, Jaithe i Zairę.

                                    – Pytasz, jak tu trafiłem? Prosta rzecz. Ja i moi kompani przyszliśmy z Korvosy. Świątynia była Erastila, uważasz? Pusto wszędzie, to nocujemy. A potem z jakiejś dziury wychodzi elf i gada, że byli tam jacyś łowczy. Napadli na nich i zabrali mnichów i przeora. I że jeno on się ukrył. Pokazał, gdzie poszli. Zapłacił nam nieco i poszliśmy… A potem żeśmy wdali się w walkę z nimi. Twarde sukinsyny, psia ich mać. Jacyś ludzie, ale były też dwa ogry. Zaskoczyli nas i…

                                    Rathor zaczął maniakalnie kaszleć przez długą, długą chwilę. Wypluł wreszcie, zaś Kraghul zauważył w tym parę żyłek krwi.

                                    – No, uważasz – wysapał. – Jestem tutaj. Stary krasnolud coś gadał ciągle, dziwne rzeczy. Coś o łowach. O ile to w ogóle krasnolud jest. To pieprzony mutant, zdaje się. Rogi miał i szpony.

                                    ~

                                    Jaithe, kiedy zerknęła do dziennika Auldegrunda, stwierdziła, że potrzeba by znacznie więcej czasu, żeby odcyfrować zapiski. Nie były one co prawda zapisane jakimś mistycznym szyfrem: był to pospolity Piekielny pisany z dość nieporadną, brutalistyczną składnią.
                                    “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…” – odczytała Jaithe.

                                    To było wszystko, póki co. Zaklinaczka potrzebowała spędzić więcej czasu, aby wyrozumieć, o cóż też mogło chodzić prawdziwemu Auldegrundowi.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • slann22S Online
                                      slann22S Online
                                      slann22 jako Zakareth z Leng
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #54

                                      Zakareth wzruszyła ramionami, aczkolwiek była zaskoczona widząc orka uwięzionego, Jednakże jej do końca mu tutaj ufała, być może był Złamanym więzieniem, który będzie teraz walczył dla krasnoluda jako dla swojego pana… Z drugiej strony był umierający i matematykę przemawiała za tym, że tak czy siak lepiej będzie odebrać możecie.. Co Zresztą nie miało znaczenia, albowiem nie chciała robić sobie wrogów ze swoich towarzyszy.
                                      Zastanowiła się nad tym że chcę odbijał rogi, i domyśliła się bez problemu, że stał się czymś paskudnym.
                                      - Ten osobnik Chcę zmienić siebie W diabła? Co za prymitywne pragnienia!-

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine jako Mistrz Gry
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                                        #55

                                        Rathor, który kaszlał i słaniał się lekko jeszcze po tak długim czasie spędzonym w klatce, wyszedł wreszcie ze swego więzienia, zaś Kraghul wyciągnął z powrotem symbol Alocera. Szary ork przez chwilę przyglądał się niespokojnie, jednak, kiedy okazało się jasne, że żelazny symbol był tylko na posągi, skinął głową.
                                        Zanim jednak odeszli, Rathor rzekł naprędce:

                                        – Czekajże! Coś tam zostawiłem…

                                        Wbiegł do środka klatki i pogrzebał na chwilę przy kupie brudnych szmat, na której wcześniej spoczywał, aby dogrzebać się wreszcie do gołej ziemi. Tu odsunął odłamany kawałek skalny, odsłaniając małą niszę, z której wyciągnął małą sakwę.

                                        – Masz, to kiedyś należało do Gorthy – rzekł, wręczając ją Kraghulowi. – Chodźmy!

                                        Dwóch orków i simulacrum zostali wciągnięci z powrotem do góry. Posągi nadal stały bez ruchu.

                                        ~

                                        Podróżnicy przeszli półką skalną z powrotem do komnaty diabolisty, gdzie Rathor przywdział swoją ciężką zbroję.
                                        – Ha! – sapnął szary ork, nagle poczuwszy się znacznie pewniej w swym pancerzu. – Widzisz to, diabelski karle!? – pogroził ręką w przestrzeni. – Nie minie drugi dzień, a poślę cię do gorejących piekieł!

                                        Później, sześciu członków nowo sformormowanego oddziału przeszło przez sekretne drzwi, z powrotem do sali uczt.

                                        Kiedy tylko klucz został przyłożony do ciężkich, kamiennych drzwi loży, Zaira poczuła lekkie mrowienie w swej dłoni. Spostrzegła, jak dziurka do klucza ukazała się, wcześniej skryta zapewne jakimś zaklęciem iluzji. Przekręciła raz, drugi. Cisza. A potem… Odległe stuknięcie, dźwięk zwalnianego mechanizmu i chrzęst łańcuchów przemieszany z dźwiękami metalicznego klikania.

                                        Wrota do Lwiej Loży otwierały się miarowo, bez ociągania ale i też bez zbytniego pośpiechu, zupełnie co innego niż nagłe zatrzaśnięcie, kiedy fałszywy Auldegrund wykrzyknął zaklęcie, jak gdyby inżynier, który zaprojektował owe drzwi wliczył w swe kalkulacje, że lepiej by było je otwierać stopniowo i z rumorem, który mógł zaalarmować całą Lwią Lożę. Będąc szczeliną najpierw na parę cali, wielkie dźwierze rozwierało się stopniowo, szerzej i szerzej. Podwoje stanęły otworem.

                                        Czy to było naprawdę… Wszystko? Czy naprawdę znaleźli wyjście z tego wszystkiego, a wrota, które stały otworem, nie były jakąś okrutną krotochwilą Auldegrunda? Lub też, czy ich ucieczka z Lwiej Loży była częścią plugawego rytuału krasnoluda-diabolisty, którego prywatny teatr nie kończył się jeno na odludnym dworku? Niepodobna było rzec.
                                        Ale nie. Z zewnątrz do środka Loży uderzył lodowaty wiatr, przypominając im, gdzie znajdowali się - u podgórza Obłędnych Gór, w samym środku dziczy Varisii. Księżyc świecił w okazałej pełni, oświetlając srebrno-szare grzbiety i granie, a pod nimi czerniejące doliny, niekiedy poprzeplatane półkami skalnymi. Ciemne i zimne komnaty kazamatów Lwiej Loży stanowiły niejaki kontrast z otwartą przestrzenią jak zły sen.

                                        Pozostało zadecydować, co dalej.

                                        Wyjście z Loży

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • LubeszL Niedostępny
                                          LubeszL Niedostępny
                                          Lubesz jako Jaithe
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #56

                                          Gdy tylko dostałam swoje ręce księgi, zabrałam się do ich tłumaczenia, bez zbędnych pytań czy też uwag od swoich towarzyszy. Był ustalony plan, a raczej pomysł jak nie wzbudzić posągów do życia - amulet księcia piekieł. Te przepuszczenia wystarczyły abym była spokojna co do ochrony orka. Choć uwagę miałam skierowaną na dziennik, to jednak kątem oka zerkałam czasami na sytuację która się miała na dole rozgrywać. Stara maszyna, winda na łańcuchach zjechała w dół hałasując głośno, co mnie lekko skrzywiło. Echo powodowało u mnie przyjemno niepokojące ciarki. Pierwsze kroki Orka i krasnoluda w dole przyciągnęły moją uwagę, czekając na rozwój wydarzeń. Sekunda, dwie, a posągi się nie ruszyły. Odczułam ulgę bijącą od towarzyszek gdy lekko się uspokoiły. Dlatego znów skoncentrowałam się na treści dziennika.
                                          -UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety… - przeczytałam na głos to co udało mi się odszyfrować.

                                          Wyglądało na to że nasz krasnoludek miał wizję od piekła, który ukazał mu jakiś rytułał, do którego jest postrzebny określony układ gwiazd i znaków. Co do znaków jest się w stanie samemu je sprowokować, a jeżeli chodzi o gwiazdy i planety... co chozi o konkretny dzień. Zastanowiłam się nad konstylacjami, i układami gwiazd próbując przypomnieć sobie najbliższą synchronizacje planet lub wydarzenie gwiezdne, czy też najbardziej przydatne do rytułałów i czarów związanych z piekłem czy też z wymiarami. Z zastanowienia stukałam palcem w stronę czytając ten sam wers.

                                          Słysząc znów uruchomiony mechanizm, spojrzałam w tamtą stronę, i zobaczyłam wyłaniających się dwuch orków i fałszywego krasnoluda.
                                          -Nowy nabytek. Super.- Odezwałam się probując ocenić nowego orka czy można mu ufać czy też nie. Zazwyczaj takie osoby, z tortur są bezwzględne aby uciec i udają dobrych aby zajebać każdego i być wolni, albo ukazują przywiązanie do wybawców. Mało osób jest na tyle silnych aby wyjść z tego bez szwanku i iść w swoją stronę, bez chęci mordu.
                                          Wrócili tamci to komnat aby nowy jegomość się przyodział, a ja sama kierowałam się do zamkniętych wrót, do których mieliśmy już klucz. Czekając dalej na nich, próbowałam przetłumaczyć kolejne wpisy. Moją koncentrację przerwał powiew lodowatego powietrza który był przyjemnie ożeźwiający z tej pułapki, a jednak przenikliwie wzbudzający niepewność czy to koniec tego. Wiedziałam że nie, bo jakby to był koniec to bym przestała czytać, byśmy już ruszyli do normalnej karczmy i się najedli. Wiedziełam że nie zostawimy tego tak sobie. Trzeba ten mały klut diabła wyeliminować. To wyzwanie było ekscytujace.
                                          -Dorlivin czy wież może skąd twój ojciec ma przyjechać? Czy chcemy się z nim zmierzyć? Czy wolimy na razie gdzieś się zaszyć i odpocząć przed walką? - zapytałam patrząc na książkę, chąc też przypomnieć sobie czy w okolicy są miejsca które by się nadawały na rytułały czy też miejsca z cienką wartswą bariery między wymiarowej, albo podatne na układ konstylacji. święte miejsce, lub jaskinie które taką energię koncentrują bo konstylacja jest idalnie na równa z nim.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          1

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa