Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
-
Kultyści wlewali się do komnaty czci Alocera. Pierwszy z nich przestąpił rozwarte drzwi i pułapkę Dorlivina, która została uprzednio rozbrojona. Człek dzierżył łuk, ale poniechał: z jego gardła dobyło się coś na rodzaj ryku pomieszanego z nieznanym słowem, zaś ze szponiastych dłoni wydobył się czarny promień ognia wycelowany w Kraghula. Trafnie! Kraghul poczuł ból, kiedy tylko cienisty ogień sięgnął jego piersi!
Drugi z kultystów krzyknął:
– Za Pana Piekieł!
Jego łuk rozbłysnął przez oddech krwawą energią. Wybrał sobie na swój cel Zairę. Lśniąca strzała jednak tylko drasnęła elfkę, jednak, kiedy tylko grot utkwił w jej ramieniu, tamten zakreślił przed sobą symbol. Szara poświata tarczy zalśniła wokół kultysty.Spaczona magią zaklinaczka wydłużyła swe dłonie, które przez parę tchnień stały się nienaturalnie długie, niczym gałęzie. Jaithe zaśpiewała monotonnie słowa starego zaklęcia, a z jej pokracznie wydłużonych ramion eksplodowała chmara czarnych macek. Ustawieni w tunelu kultyści Alocera wrzasnęli niby jeden mąż, kiedy nawałnica cienistych macek uderzyła we wszystkich jednocześnie. Niektórzy poczęli krwawić.
– Torag skręci wam karki, przeklęte diabły! – ryk krasnoluda dobył się z jego piersi.
Dorlivin przypadł do pierwszego z kultystów Alocera i uderzył obuchem solidnie w łeb jednego z nich, aż tamten się cofnął.Czciciele Alocera nie pozostali mu dłużni. Kobieta o szpetnych rysach wydała z siebie parę gardłowych warknięć, które brzmiały zwierzęco. Zielony promień łuczniczki uderzył w krasnoluda, który cofnął się o pół kroku nad przepaść.
– Cóż to!? – Dorlivin spojrzał na swą dłoń.
Nagle, krasnolud począł poruszać się znacznie wolniej, jak gdyby postarzał się o parę dekad. W ostatniej jednak chwili zasłonił się, kiedy strzała syknęła w powietrzu.Kraghul potrząsnął swym kościanym fetyszem, który tym razem zalśnił złotą energią. Emanacja objęła jego samego i pozostałych: Dorlivina, Rathora, Zairę, Jaithe i Zakareth; w jakiś sposób zaklęcie orczego szamana nadawało gibkości i siły do uderzeń jego towarzyszy.
– Czas, żebyście zobaczyli, czym jest PRAWDZIWA SIŁA TWIERDZY BELKZEN! – metal zbroi Rathora zabrzęczał po śliskiej posadzce jaskini.
Ork wzniósł tarczę, wykrzykując jakieś przekleństwa i kpiny w stronę jedego z kultystów ukrytego w jaskini. Uderzył rękojeścią korbacza w tarczę i zamachnął się, jednak tamten uniknął głowy korbacza, który z łoskotem uderzył w skalną posadzkę.
– Pfch, tchórzu – sapnął z pogardą Rathor.Kultysta, którego zwyzywał Rathor wcześniej krzyknął jakieś zaklęcie na niego. Zgniłozielony promień pomknął do orka, ten jednak odbił część swoją tarczą i zaparł się w sobie. Grot strzały odbił się od tarczy Rathora, który wrzasnął w odwecie:
– To wszystko? Ha!Zakareth czuła się poirytowana tym, że teraz to będą musieli jeszcze walczyć z kultystami, ale przynajmniej szanowała i za to, że nie byli przywiązani do formy ciała. z którą przyszli na świat.
Kapłanka Nyarlathotepa dała susa przed siebie, a jej kostur bojowy zapłonął ciemnoszarym ogniem. Pierwszy z zakapturzonych łowców zmitygował jednak cios!Zaira wzięła na swój cel najbardziej wysuniętego na wschód czciciela Alocera i wypuściła dwie strzały. Trafiła! Potężne uderzenie przebiło skórznię, a jej ofiara rzygnęła krwią i sapnęła ciężko. Jucha popłynęła z celnej rany ciurkiem, tworząc karmazynowe kałuże.
Poważnie ranny kultysta wrzasnął przeciągle, nagle robiąc w tył zwrot. Przecisnął się obok swoich kamratów i zniknął w skalnym korytarzu, a każdy z jego śladów pozostawiał plamy krwi.
– Wracajże! – wrzeszczał Rathor. – Jeszcze nie skończyłem ciebie zabijać, psi synu!
Kolejny z kultystów jednak nie odpuszczał. Jego szponiasta dłoń zapłonęła pomarańczowym płomieniem, który skierował na Dorlivina. Krasnolud zwinął się i skulił. Niemalże udało mu się umknąć przed zabójczym promieniem! Wraża energia zasyczała w przestrzeni, osmalając jego ramię, zaś ten skrzywił się z bólu.
Zaklinaczka przesadziła drewniany ołtarz ku czci Piekielnego Księcia, zaś jej dłonie zapłonęły po raz kolejny czarnym płomieniem. Tym razem głos Jaithe zawibrował potężniej, odbijając się echem po zimnych ścianach jaskini. Dorlivin, Rathor i Zakareth ledwo uniknęli nawałnicy duchowych macek, które zawarły się wokół kultystów. Potężne zaklęcie sprawiło, że od strony diabolistów wyrwały się wrzaski nagłej paniki. Rany, nagle pękające na skórzniach trysnęły fontannami juchy. Zaklęcie Jaithe całkowicie zmasakrowało kultystów!
Dorlivin przypadł do kolejnego z zakapturzonych, waląc swym młotem na lewo i prawo. Krasnolud jednak widocznie słaniał się na nogach: jego siła została wyssana przez widmowe zaklęcie!
Szpetna łuczniczka zlokalizowana z tyłu tunelu nagle spojrzała, jak wygląda sytuacja i pomknęła za jej towarzyszem. Kolejny przeciwnik zrejterował.
Kraghul dotknął swego kościanego fetyszu, a złota emanacja eksplodowała z jego wnętrza. Zaklęcie dotknęło wszystkich. Szaman spojrzał dłużej na jednego z kultystów, próbując przypomnieć sobie cokolwiek o istotach, które przed nim stały, jednak… Nic. Może to był ferwor walki? Kraghul nie potrafił powiedzieć nic więcej ponad to, że był to jakiś rodzaj diabelskiego odmieńca.
Na koniec, szaman zakreślił nad soba tarczę.Orczy wojownik ryknął przeciągle. Łańcuch korbacza zaświszczał złowrogo w powietrzu, zaś kolczasta kula wylądowała prosto na twarzy zakapturzonego diabolisty. Łeb eksplodował na podobieństwo dojrzałego jabłka przeszytego przez bełt kuszy, zaś bezgłowy korpus upadł, jak ścięty konar, rozbryzgując kałuże krwi i mózgu.
Kiedy tylko odłamki czaszki jego towarzysza śmignęły obok jego ucha, ostatni z kultystów, który był na miejscu spojrzał wokół siebie. Był sam! Człowiek zrobił natychmiast w tył zwrot i począł biec szparko w stronę wyjścia.
Kroki uciekających kultystów oddalały się coraz bardziej i bardziej, podczas gdy karmazynowa plama zabitego diabolisty szybko przemieniała się w pokaźną kałużę krwi.
– To mają być jego pomagierzy? – Rathor warknął. – Przypominam sobie, że bastard Auldegrund był twardszy niż to, co jest.
Ork począł kaszleć maniakalnie, nagle zmożony swoją chorobą. Dorlivin zakasał młot za pas, zaś zaklęcia rzucone przez podróżników poczęły tracić swą moc: fetysz Kraghula stracił swój poblask, a krasnolud zacisnął swoją dłoń w kułak parę razy.
– Wszak odzyskuję siły! – rzekł Dorlivin hardo. – Mmm. Zdaje mi się, że rzeczy jeszcze nie koniec. Stary drab próbuje wybadać teren, coś takiego…
– Oby – Rathor przestał kaszleć i splunął krwią za siebie. – Auldegrund może myśleć, że pokonał Rathora raz, ale Rathor powraca, żeby wbić mu w łeb, że zemsta orków z Belkzen nierychliwa, ale zawsze dosięga.Orczy wojownik zabębnił korbaczem o swoją tarczę.
A wtedy…
Usłyszeli znowu róg myśliwski. Długi, zawodzący dźwięk przetoczył się raz przez korytarze Lwiej Loży, wibrując ponuro i zwiastując nadejście Auldegrunda.
Usłyszeli donośny, tubalny głos, którego skrzeczący timbre miał w sobie coś nieludzkiego:
– Mój łów nie zakończy się tutaj! Chodźcie żesz do mnie i stańcie do walki, a zarżnę was jak kundle!
Rathor i Dorlivin spojrzeli po sobie.
– To on – rzekł Rathor z ponurą determinacją.
-
Zaira miała już w dłoni kolejną strzałę, gdy nagle okazało się, że nie ma do kogo strzelać. Kapłani okazali się bardzo tchórzliwi, rzucając się do ucieczki już po pierwszym powalonym. Zaira miała zamiar za nimi pogonić - przynajmniej do sali wejściowej, gdzie mogłaby posłać strzałę w plecy delikwentów. Wiedziała, że wówczas łatwiej ich będzie później wytropić... Niestety nie przebiła się. Dorlivin oraz Zakareth i Rathor stali na drodze - o zwłokach kapłana nie wspominając.
Zaira zatrzymała się za plecami Dorlivina i moment minął. Wiedziała że już ich nie dogoni. Może to i lepiej? Może tam czekała już na nich zasadzka?
Kobieta westchnęła i zajęła się strzałą utkwioną w jej ramieniu.
- Czy ktoś może mi wyjaśnić to simulacrum? - spytła. - Ten tutaj był normalnym człowiekiem to są zwłoki, ale co się stało z Auldegrundem jak go ubiliśmy? Jego jaźń... wróciła? Dokąd? Wie ktoś? - Dopytywała się. Lepiej późno niż wcale.
Na pytanie Zairy nieoczekiwanie odparł Kraghul, choć Dorlivin już miał usta otwarte, żeby wyrzec coś:
– Simulacrum to rodzaj sobowtóra utkanego z cienistej substancji, tak mi ongi tłumaczył starszy klanu – rzekł ork-szaman. – Ten, którego żeśmy zabili, nie był prawdziwym Auldegrundem.
Krasnolud skinął głową na słowa orka.
– Aye, tak samo ja nie jestem prawdziwym Dorlivinem – rzekł tamten zakręciwszy wąsa, a ponury uśmiech wstąpił na jego oblicze.
Elfka sięgnęła do swej torby leczniczej i spróbowała uleczyć swe rany. Te jednak krwawiły zawzięcie; zdawało się, że potrzebowały więcej uwagi, niż jeno pobieżne zabiegi. W tym samym czasie Kraghul, spodziewając się nadchodzącego ataku ze strony prawdziwego Auldegrunda, wyjął zza pasa flakon z miksturą leczącą i pociągnął potężny łyk, a jego rana po promieniu kultysty natychmiast zabliźniła się.
Orczy szaman, kiedy tylko sam wyleczył się ze swych ran, szybko opatrzył draśnięcie Dorlivina. Fałszywy krasnolud skwitował rzecz skinieniem głowy.Wyglądało jednak na to, że Auldegrund nadchodził. Tubalny, nieludzki głos rozbrzmiał raz jeszcze:
– NIE STANIECIE DO WALKI ZE MNĄ…? SAM WAS ZNAJDĘ… ZNAM KAŻDY ZAKAMAREK MEGO DOMU!
Zakareth uśmiechnęła się ponuro do siebie, i zwróciłaś się do towarzyszy.
- Osobiście przyjęłabym go w miejscu gdzie wydano ucztę, Wydaje mi się że to byłoby dobre miejsce Do walki… - Potem zawołała głośniej - Najchętniej bym ci mniej zabiła, a jedynie sprzedała komuś w niewolę po tym jak zostaniesz pokonany-
Kraghul spędził jeszcze parę minut szybko opatrując Zairę - udało się, elfka poczuła się wyraźnie lepiej. Choć bandaże natychmiast nasiąkły posoką, łowczyni poczuła, że była w stanie walczyć z tym, cokolwiek ich czekało w komnacie uczt.
Rathor wyjął jakąś flaszę, którą miał wcześniej schowaną w swym pancerzu i pociągnął solidnie, szkło zaś rzucił w przepaść.– Gotów! – krzyknął Rathor.
Dorlivin tylko skinął głową z ponurą determinacją.
Podróżnicy wbiegli z powrotem do komnaty uczt. Stał tam. Auldegrund i dwóch przybocznych kultystów, których nie widzieli wcześniej.

Czerwony blask w oczach krasnoludzkiego diabolisty zwrócił się na podróżników wbiegających do sali uczt. Po jego prawej i lewej ręce stało dwóch łowców, którzy byli ubrani w szaty nieco odmienne, niż kultyści, których spotkali wcześniej. Być może ci tutaj byli jakimś rodzajem wybranych lub ich ranga była wyższa, niż pozostali?
Szponiaste dłonie Auldegrunda dzierżyły łuk sporządzony z ciemnego drewna, na którym błyskały czerwone runy Księcia Piekieł. Skórznia krasnoluda uwalana była krwią, zaś za rudą brodą diabolisty skrywał się kpiący uśmiech. Para czarnych rogów wyrastała z jego łysej czaszki. Zdawało się, że krasnolud był nim tylko z nazwy; musiał zostać spaczony przez tego, z kim zawarł kontrakt.
– Wasza agonia będzie słodka… – zaśmiał się diabolista. – Czas zakończyć Łów!
– Pokonałem ciebie już raz, drugi raz też rozpłatam ci łeb tym młotem! – wrzeszczał Dorlivin, który rzucił się na pierwszego z kultystów.
Krasnolud walił z furią parę razy młotem, a wrzask bólu wydobył się z gardła diabolicznego łucznika.
– Ty! – warknął Auldegrund. – Kiedy skończę z wami, dla ciebie będę miał specjalne miejsce… Zawiodłeś mnie, Dorlivinie…
Powietrze wokół Auldegrunda zapłonęło. Stary krasnolud zaczął mamrotać jakieś zaklęcie, obok dźwierzy zaś powietrze zawirowało, formując portal. Płonąca bestia przypominająca lwa wyskoczyła z wiru i zaryczała, pędząc prosto na Zairę! Elfia łuczniczka uskoczyła w ostatniej chwili przed szarżą stwora z piekieł.
Orczy szaman zaintonował parę słów i zakreślił znaki w przestrzeni. Litery zwoju, który miał w swych dłoniach rozjarzyły się białym płomieniem, a pergamin natychmiast stanął w ogniu. Niebieski glif zawisł na chwilę przed Kraghulem. Słowa mocy zawibrowały w komnacie uczt, zaraz potem zaś w pobliżu Auldegrunda i jego kultystów potężny jęk eksplodował z okrutną mocą; Auldegrund zaśmiał się tylko, jednak dwóch jego przybocznych zdawało się być poważnie rannymi z tego jeno zaklęcia!
– Słabe psy – prychnął z pogardą na nich. – Nie potrzebuję waszej pomocy, sam zarżnę mą zwierzynę.
Zaraz potem ork zakreślił przed sobą tarczę, spodziewając się ataku przywołanej przez Auldegrunda bestii.Wedle pierwotnie przyjętej strategii, Zaira miała strzelać z dystansu - nad głową Dorlivina i innych. Do takiego działania była przygotowana. Jednak niespodziewane pojawienie się ognistego lwa, wyskakującego z magicznego portalu, wymusiło inne działania. Po pierwszym uniku i częściowym zastawieniem się krzesłem, szybko posyłała jedną strzałę za drugą.
Zaira, nagle zaatakowana przez płonącego lwa, nie czekała. Odstąpiła najpierw, biorąc na swój cel wielką bestię przywołaną przez krasnoluda-diabolistę. Wzięła dwie strzały ze swego kołczana i w paru szybkich ruchach wystrzeliła salwę w stronę bestii. Ryk bólu i konfuzji odpowiedział, kiedy tylko cięciwa jęknęła. Nieludzko celne strzały uderzyły lwa, ten zaś zaryczał z furią, nagle brocząc wiadrami krwi. Strzały Zairy uderzyły głęboko i celnie!
Spaczona przez magię zaklinaczka poczęła kreślić w przestrzeni symbole, zaś jej ręce zaiskrzyły purpurową energią. Mroczna energia pomknęła w powietrzu prosto na Auldegrunda, ten jednak zacisnął zęby.– Przeklęta suko! – warknął krasnolud, który mimowolnie stał się rozedrgany z powodu nienaturalnej grozy.
Zaraz potem, Jaithe wydała z siebie przerażający ryk w stronę lwa. Ten syknął i odstąpił nieco.
Drugi z kultystów Auldegrunda zaintonował głośno dziwne słowo, a czarna poświata otoczyła go, niby dym. Część ran kultysty zasklepiła się! Kiedy tylko skończył inkantować swą mantrę, szybko sięgnął po strzałę w swym kołczanie. Trafił! Dorlivin jęknął z bólu, kiedy grot strzały wbił się w jego skórznię.
Pierwszy z kultystów powtórzy zaklęcie tego pierwszego i skierował je na rannego. Zakapturzony człek zdawał się odzyskiwać siły, uprzednio niemalże zabity przez zaklęcie Kraghula. Wypuścił jedną strzałę na Zairę. Ta zaś została draśnięta, grot strzały wbił się jej w ramię.
Zakareth z bitewnym zawołaniem pobiegła do płonącego lwa. Uderzyła swym bitewnym kosturem dwa razy, jednak, przekleństwo! Zaledwie drasnęła lwa przywołanego przez Auldegrunda, który zarechotał prześmiewczo na jej atak.
– Czas na RATHORA!!! – wrzasnął Rathor, który wziął rozbieg i skoczył na kultystę po lewej stronie diabolisty.
Pancerz jęknął, rumor potoczył się po sali uczt. Kolosalne uderzenie wojownika zbiło kultystę z nóg, który przygrzmocił o kamienną posadzkę czaszką, wrzeszcząc.
– Dalej, stary dziadzie! Pokaż, co potrafisz! – zakpił z krasnoluda. – To mnie chcesz, przeklęty karle!
Dorlivin dopadł do powalonego kultysty i począł srogo uderzać swym młotem. Razy świszczały w powietrzu niczym sztaba żelaza uderzająca o kowadło! Podróżnicy tylko usłyszeli trzask łamanych żeber, wreszcie, krasnolud zwinął się i z całej siły załomotał w szyję draba. Tamten rzygnął krwią i znieruchomiał, jeno pośmiertne drgawki miotały jego zmasakrowanym ciałem.
– Giń, gnido – z pogardą splunął Dorlivin. – Zaraz czas na ciebie, stary diable.
– Myślisz, że to wszystko…? – Auldegrund zarechotał. – To DOPIERO POCZĄTEK!
Krasnolud machnął swą szponiastą dłonią na lwa, który chlasnął dwa solidne razy w Zakareth. Celnie! Choć płonąca bestia była niemal martwa, posłuszna była woli swego pana i wymieniała ciosy z kapłanką, która została poważnie poturbowana.Auldegrund wysyczał do Rathora:
– Pamiętam ciebie… Pamiętam, że nie chciałeś umrzeć, nawet, jak obdarłem ich ze skóry. Dziś to samo czeka ciebie!
Łuk Auldegrunda stanął w płomieniach, a od strony diabolisty rozdźwięczały mroczne szepty. Cięciwa dzierżonego przez krasnoluda łuku jęknęła, a zaklęta strzała pomknęła prosto w orka! Eksplozja rozdźwięczała w sali uczt, Rathor zaś jęknął z bólu, poważnie ranny. Zaczął krwawić!
– To wszystko, stary sukinsynu? Jesteś następny… – wysapał Rathor i zakaszlał parę razy.
Orczy szaman natychmiast wyciągnął jeden ze zwojów leczących i wyrecytował słowa zaklęcia. Złota energia zajaśniała nad Rathorem, część jego ran zaklepiła się!
Kapłanka Wielkiego zewnętrznego Boga rzuciła zaklęcie mrocznego Błogosławieństwa na wszystkich wokół i zaatakowała srebrnym mieczem lwa.
Zaira wstrzymała się. Uważnie obserwowała Auldegrunda i kultystę.
Spaczona przez magię zaklinaczka uczyniła parę gestów dłoniami, a ciemna, brudna energia pomknęła w stronę orczego wojownika. Mała eksplozja mułu i cienistej brei w jakiś sposób zasklepiła część ran Rathora.
– Dzięęęki! – odkrzyknął Rathor, który wymieniał ciosy to z Auldegrundem, to z drugim kultystą.
Łuk drugiego łowcy po prawej ręce Auldegrunda przez parę chwil rozbłysł krwawą energią. Wyciągnął on z kołczana dwie strzały, które płonęły poświatą i wystrzelił je w Zairę. Ta jednak zwinęła się i upadła przez parę drobnych chwil. Strzały ominęły elfkę.
Ciemna energia zawirowała wokół Zakareth, Jaithe zaś i Zaira usłyszały dźwięk złowrogich szeptów, który kazał im zabić diabolistę i wlewając w nich jakiś rodzaj nieświętej siły. Kapłanka Nyarlathotepa uderzyła swym mieczem na odlew, a srebrna klinga weszła głęboko w płonącego lwa. Ten zaryczał w agonii i w jednej jeno chwili zajął się całkiem pożogą, aby wreszcie rozwiać się w pióropusz popiołów.
Zaira wybrała natychmiast na swój cel drugiego z kultystów. Jęknęła cięciwa, a elfka, wyuczona precyzji przez swych przodków w borze, wypuściła dwa groty. Jeden z nich z sykiem uderzył w kultystę pod żebro. Ten rzygnął potężnie krwią, zraniony znacznie.
– Chcesz ze mną, walczyć, przeklęty diable! – ork ryknął na Auldegrunda, rzucając mu wyzwanie. – Dziś nikt nie stanie między nami! Nikt!
Rathor skoczył i zakręcił młyńca swym srebrnym korbaczem. Seria uderzeń trafiła w diabelskiego kultystę; każdy z potężnych razów kwitowany był mokrym, głuchym uderzeniem, kiedy zaś ork skończył, człek nagle stracił równowagę i padł, nieruchomiejąc.
Dorlivin, korzystając z flanki, którą dał mu Rathor, jakimś cudem przedarł się przez drapiącego i miotającego przekleństwami Auldegrunda i wypadł na mróz i wiatr na zewnątrz.
– Giń, sukin… Co jest!? – krzyknął Dorlivin.Młot uderzał w Auldegrunda, jednak skóra półdiabła wydawała się przyjmować każdy z ciosów niby skała miecz. Auldegrund został zaledwie co draśnięty!
– Ahahahaa! – zarechotał Auldegrund. – Myślałeś, że tak łatwo pójdę do grobu, Dorlivinie? Wydrapię ci oczy, przeklęty!
– Ty! – wrzasnął na Zakareth Auldegrund. – Jak śmiesz zabijać to, co stwarzam… Spójrz… Tutaj!
Auldegrund zakreślił naprędce płonący glif i posłał skumulowaną energię w stronę Zakareth. Ta zaparła się w sobie, czując, jak napierająca, zła wola chce skruszyć jej umysł. Ledwie przetrzymała, czując, jak wokół jej głowy zaciskają się żelazne kleszcze woli półdiabła.Zaraz potem Auldegrund wypuścił jedną strzałę w kapłankę Nyarlathotepa, ta jednak ustąpiła. Zdawać się mogło, że Auldegrund, oflankowany przez Rathora i Dorlivina, stracił swe skupienie.
Orczy szaman wyciągnął kolejny ze swych zwojów i począł tym razem intonować dziwny, świszczący język. Małe, widmowe bestie zmaterializowały się wokół krasnoluda, który zaczął kaszleć, niby Rathor.
Jaithe raz jeszcze ułożyła swe dłonie w znajomy symbol, a mroczna energia otoczyła Auldegrunda. Ten zacisnął zęby, nienaturalna groza wywołana przez zaklinaczkę odniosła swój efekt!
Kapłanka Nyarlathotepa uniosła swą dłoń, w której zawirowała ciemnoszara, mulista energia. Część jej ran zasklepiła się natychmiast, kiedy biegła już w stronę Auldegrunda.
Zaira, nagle wzmocniona mroczną energią Zakareth, przez dłuższą chwilę przyglądała się krasnoludowi-diaboliście. Wbiegła na podest przy kominku i wzięła dwie srebrne strzały ze swego kołczana. Dwa groty wizgnęły przez powietrze, zaś jeden z nich uderzył w skórznię krasnoluda! Auldegrund zaryczał z bólu, żywy ogień wydostał się z jego gardzieli.
Rathor wył zaś, miotając klątwy i próbując skierować uwagę krasnoluda na siebie. Srebrna kula korbacza uderzyła w krasnoluda.
– Znam ten korbacz! – ryknął Auldegrund. – Należał do…
– Zginiesz, przeklęty diable!! – potężny ryk Rathora zagłuszył słowa Auldegrunda.
Odpowiedział mu rechot półdiabła. Zdawało się jednak, że srebro wyrządzało poważne szkody na czarciej skórze Auldegrunda: strzały Zairy i trafienia Rathora krwawiły czarną, nienaturalną juchą.Dorlivin, korzystając z flanki, walił swym młotem, ile mógł, jednak nijak nie mógł przebić się przez grubą skórę czarciego mutanta. Sapiąc z frustracją, wrzeszczał wyjątkowo wymyślne wiązanki przekleństw.
– ALOCERZE…!!! – tubalny głos Auldegrunda zawibrował w komnacie. – PRZYJDŹ, ALOCERZE! WYPEŁNIJ MNIE SWĄ MOCĄ!
O dziwo, w komnacie uczt natychmiast zrobiło się znacznie cieplej, Zakareth i Zaira usłyszały, gdzieś na pograniczu świadomości, złowrogie szepty, które poczęły przetaczać się po komnacie. W kątach sali zaskwierczały płomienie, jedno z krzeseł u szczytu stołu nagle stanęło w płomieniach. Wrzeszczący z furii krasnolud zapłonął krwawym ogniem, a z jego pleców wyrwała się wielka para błoniastych skrzydeł. Oczy Auldegrunda zalśniły straszliwym blaskiem. Część ran krasnoluda zasklepiła się.
– Ha-haha… Teraz… Alocerze! Przyjmij ofiarę z tej zwierzyny!
Auldegrund uderzył swymi skrzydłami i uniósł się w górę, pod sklepienie sali uczt. Jego czarny łuk otoczyła poświata. Strzała półdiabła pomknęła przez przestrzeń i trafiła Zairę! Mała eksplozja, niby bomba, zadźwięczała nieprzyjemnie obok elfki, która poczuła, jak gdyby to nie strzała łuku, ale mały pocisk balisty tknął ją. Zaira krwawiła! Potężne rany wyrządzone przez diabolistę spłynęły krwią.
– Prawdziwy łowca zawsze ma plan. Spróbujcie mnie dorwać… – szalony śmiech wyrwał się z gardła Auldegrunda.
Kraghul podbiegł bliżej i dotknął swego kościanego fetyszu. Znajome zaklęcie, tym razem przybrawszy postać widmowego sejmitara, uderzyło w Auldegrunda, ten jednak z łatwością uchylił się przed Kraghulem.
– Będziecie świadkami… Mocy Alocera! – krzyknął Auldegrund.
Jaithe dziwnym, głębokim głosem wyśpiewała nieznane słowo, zaś Zaira odczuła, jak część jej ran zabliźnia się. Tak samo jak Kraghul, spaczona przez magię przybliżyła się w aurę Zakareth.
Zakareth uniosła swój miecz, który nagle został otoczony czarną poświatą, która kontrastowała ze srebrem klingi. Czarny promień uderzył w latającego diabolistę, który zaryczał z bólu.
Zaira, wcześniej dotknięta potężnym uderzeniem strzały półdiabła, wypuściła grad strzał w płonącą postać przy sklepieniu sali uczt. Niestety! Srebrne groty, jeden po drugim, wgryzały się w drewniany element sklepienia. Krasnolud z nieludzką zwinnością uchylił się przed strzałami elfki.
Orczy wojownik, widząc, że nie mógł za nic zyskać przystępu do krasnoluda-diabolisty, uniósł swą tarczę i załomotał w nią swym korbaczem, rzucając niewymyślne klątwy. Jednocześnie Rathor wycofał się pośród towarzyszy, ciągle obserwując płonącą postać. Ork zdawał się węszyć, że miało się stać coś… Niezwykłego.
– Do mnie, Dorlivin! – wykrzyknął Rathor, a krasnolud posłusznie podbiegł. – W kupie damy radę!
Latający diabeł zaśmiał się okrutnie. Łuk Auldegrunda zapłonął raz jeszcze, a grot strzały zaświszczał w powietrzu, zostawiając po sobie łunę ognia i dymu. Pocisk, niby mała kula ognia, już-już miał eksplodować w Zakareth, jednak…
– Nie tak szybko! – wrzasnął ork, który w ostatniej chwili wbiegł w linię pocisku strzały. Grot eksplodował, zaś Rathor zapłonął przez parę długich chwil, krzywiąc się z bólu.
Ork przetrwał jednak i osłonił całkowicie kapłankę!
– Znam twoje sztuczki, diabli pomiocie! – wycedził przez zęby ork.
– HA-HA-ha-haa? – Auldegrund z początku zareagował dzikim rechotem.Coś zmieniło się jednak w atmosferze. Diabolista ze zgrozą spojrzał gdzieś daleko za podróżników, jak gdyby ujrzał coś, czego oni nie widzieli. Nagle, jego skrzydła trzasnęły głośno i rozwiały się w popioły, półdiabeł runął zaś na dół. Podróżnicy usłyszeli nagle róg myśliwski, odmienny jednak od tego, który dotarł do ich uszu po raz pierwszy w Lwiej Loży. Ten był w jakiś sposób bardziej gardłowy i pierwotny i zdawał się dochodzić… Spod ziemi?
Płomienie nagle pochłonęły Auldegrunda, który zdawał się tracić kontrolę nad ogniem wokół niego. Krasnolud począł wrzeszczeć z bólu i wykrzykiwać jakieś dziwne słowa, które Jaithe rozpoznała za urywane fragmenty inkantacji piekielnych.Skorzystawszy z okazji, Kraghul wykrzyknął słowa zaklęcia. Wielki głaz zmaterializował się przed orczym szamanem, który pomknął prosto w sylwetkę półdiabła. Ten jednak, jak gdyby wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem, uchylił się przed zaklęciem w ostatniej chwili. Głaz z rumorem eksplodował pod ścianą, kamienne odłamki, niby szrapnel, niegroźnie wizgnęły obok uszu Auldegrunda.
Jaithe podbiegła krótki dystans i wymamrotała słowa zaklęcia; z jej dłoni raz jeszcze eksplodowało mroczne wężowisko, które sięgnęło Auldegrunda.
Wreszcie, Zakareth, z bojowym okrzykiem wzięła krótką szarżę. Srebrny miecz zapłonął ciemną energią, która buzowała niby najgorsza pożoga. Wzięła potężny zamach. Trafiła! Klinga zaśpiewała w przestrzeni, a czarny płomień wybuchł Auldegrundowi w twarz.
Nagle, Auldegrund całkiem pokrył się wywołanymi przez siebie płomieniami. Nieludzki, głęboki głos półdiabła wypełnił całą salę uczt, zaś podróżnicy musieli cofnąć się o parę kroków, bowiem pożoga nabierała mocy, jak gdyby Zakareth, Jaithe, Zaira i Kraghul nie znaleźli się w środku dziczy Varisii, jeno byli w środku lasu tkniętego najgorszym z pożarów.Nagle, ponury, mroczny głos zawibrował w sali uczt:
– Czas… Byś spłacił swój dług…
– Co? Nie… Nie… NIEEE!!! – desperacki wrzask wydarł się z gardzieli Auldegrunda, podczas gdy płomienie wokół niego wirowały i gęstniały.Nagły pożar, zasilany jakąś dziwną, nienaturalną energią, potężniał z każdą chwilą. Ryk płomieni coraz bardziej zagłuszał wrzaski bólu Auldegrunda, zaś podróżnicy mogliby przysiąc że w miejscu, gdzie stał miotający się diabolista, pojawiła się szczelina. Ta, choć z początku mała, stawała się coraz większa i większa, a straszliwy żar wydobywał się z wnętrza, jak gdyby pomiot Rovaguga począł dąć w potępieńczym zapale właśnie w nią. Było tego już za dużo.
Podróżnicy wybiegli na zewnątrz: Rathor i Dorlivin, Zaira i Zakareth, Jaithe i Kraghul. Jakże mroźna była noc w Varisii, kiedy wydostali się wreszcie na zewnątrz! Drzewa chwiały się, poruszane lodowatym wichrem, zaś blada tarcza pełni księżyca świeciła jasno.
Tymczasem wnętrze Lwiej Loży trawił nienaturalny ogień, który ryczał, jak jakiś dziwny stwór. Kraghul mógłby przysiąc, że gdzieś tam, w wirujących płomieniach, był jeszcze głos Auldegrunda, który oddalał się coraz bardziej i bardziej, w dół, w stronę ponuro dźwięczącego rogu myśliwskiego.
Wreszcie, kiedy tylko ponury róg wybrzmiał, we wnętrzu sali uczt rozległa się mała seria eksplozji. Zawiał wiatr.Potem zaś wszystko ustało.
Po dłuższych paru chwilach, kiedy okazało się ostatecznie, że Lwia Loża nie eksploduje jakąś nienaturalną magią tudzież sam Alocer nie wyjdzie z wnętrza, podróżnicy rzucili okiem do środka.
Sala uczt, choć niedawno zgrzebnie wystrojona z prostolinijnością krasnoludów Ponurorytu, teraz stała w ruinie. Resztki wielkiego stołu dopalały się w kawałkach, pożarte przez intensywny ogień, taksydermia zaś w groteskowy sposób przypominała wykręcone, czarne ciała ludzkie. Elementy drewnianej nadbudowy zostały strawione przez płomienie, wszystko zaś dymiło gęstymi, czarnymi tumanami, które przyprawiały o kaszel godny samego Rathora. Skała, okopcona i czarna, sprawiała upiorne wrażenie. Parę ogni, które płonęło na resztkach krzeseł i stołu dopalały się szybko. Lodowaty wiatr z zewnątrz z wolna gasił ogniska.– W taki sposób ginie ostatni z rodu Ponurorytu – z pogardą rzekł Rathor.

-
Kapłanka przedwiecznego obserwowała pożar, Uznając, że walka poszła im całkiem nieźle. Nie ponieśli strat, i właściwie to nawet wynieśli stąd odrobinę dobytku… Była więc zadowolona, nawet pomimo tego, że będą musieli wędrować z powrotem do domu w zimnie… Najwyżej jak ich nowy towarzysz ork umrze, to go zjedzą, chyba jej przyjaciele nie będą mieć pretensji o to?
- Gdybym była bardziej poetycka, to powiedziałabym że umarła dawno temu ktoś zaprzedał duszę diabłom, Ale bądźmy szczerzy, przecież egzystencja w piekle to nadal jakaś forma życia, i być może kiedyś powróci do tego świata… W tej czy innej formie…- -
Kraghul długo jeszcze patrzył w stronę wejścia do Lwiej Loży, choć płomienie zdążyły już osłabnąć, a z wnętrza sączył się głównie ciężki, czarny dym. Lodowaty wiatr rozrywał go na strzępy i ciągnął ponad stokiem, niosąc ze sobą gorzki zapach spalenizny, siarki i czegoś trudniejszego do nazwania. Czegoś, co pozostej po potężnym wyładowaniu magii, silnym na tyle, że zostawiało otwartą ranę między światami. Jeszcze przed chwilą wnętrze loży huczało ogniem, kiedy głos Auldegrunda ginął gdzieś w jej głębi, coraz dalszy, coraz mniej ludzki. Teraz zostało po nim jedynie trzaskanie dogasających belek i ciche syczenie śniegu topniejącego na rozgrzanym kamieniu.
Kher poruszył się niespokojnie na jego ramieniu. Eteryczne odnóża przesunęły się po skórze, a Kraghul odruchowo uspokoił pająka palcem, samemu jednak nie znajdując podobnego ukojenia. Nie dawał mu spokoju tamten drugi róg. Nie ten, którym wcześniej oznajmiano rozpoczęcie łowów, lecz głębszy, dobiegający jakby spod ziemi. Auldegrund usłyszał go również. Co więcej, zrozumiał jego znaczenie szybciej. Szaman nie wiedział, co dokładnie przyszło po ostatniego z Ponurorytu. Nie zamierzał też udawać, że rozumie wszystkie prawa rządzące takimi zobowiązaniami. Widział jednak wystarczająco dużo, by rozpoznać ironię. Auldegrund całe lata budował swoje życie wokół pościgu, ofiary i strachu uciekających. Wabił zwierzynę, zamykał ją w klatkach, wypuszczał i zabijał według reguł, którym sam nadał znaczenie. Na końcu zaś to on usłyszał róg przeznaczony dla siebie. Jak to mówią ludzie... niósł wilk razy kilka, ponieśli i wilka, zaśmiał się w duchu.
Satysfakcja po cieżkiej walce pojawiła się w nim jedynie na moment, ale szybko ustąpiła czemuś znacznie cięższemu. Auldegrund nie padł od ich ciosów, czy zaklęć, choć wszyscy dołożyli swoją część do jego upadku. Został zabrany przez coś, z czym sam związał własne życie, i jeśli Kraghul dobrze odczytywał ostatnie chwile diabolisty, właśnie spłacił cenę, którą zaciągał przez lata. Nie było w tym sprawiedliwości w takim znaczeniu, w jakim chciałby, aby się dokonała. Dopiero po chwili oderwał wzrok od ruin i rozejrzał się po pozostałych. Rathor nadal stał na nogach, choć choroba i ostatnia walka pozostawiły na nim swój ślad. Dorlivin także przetrwał spotkanie ze swoim twórcą, co samo w sobie wydawało się niemal drwiną z planów starego krasnoluda. Kraghul przez chwilę zatrzymał na nich wzrok, potem przesunął go dalej, upewniając się, że nikt z ich grupy nie ma ran, które wymagały natychmiastowej uwagi.
Wreszcie jego dłoń odnalazła rytmiczną kość przy pasie. Wystarczyło, że poczuł pod palcami znajomy kształt, a dziwny spokój spłyłął gdzieś na część jego ducha. Melodia jego Nary wybrzmiała w nim bez dźwięku, gdzieś w pamięci, cicha i odległa. Przypominała mu, że śmierć nie zawsze kończyła opowieść, a według słów Zakareth, właściwie na pewno tak nie było. Liczył jednak, że gdziekolwiek trafił teraz Auldegrund, jego Pan uczyni go częścią swojej własnej kolekcji i że egzystencja, która go czeka, będzie zaiste usłana cierpieniem, którego sam zadał innym w swych lochach. Chciałby, żeby tak było.
Kraghul spojrzał jeszcze raz na czerniejące wejście do Lwiej Loży i odwrócił się w stronę zimna ciągnącego z gór.
– Mam dość tego gorąca – powiedział w końcu spokojnie. – Ruszajmy. -
Zaira stała przy drzwiach, obserwując jak pożar powoli dogorywa, a jednocześnie chłonąc ciepło bijące od środka. Będą teraz podróżować przez teren zasypany śniegiem, więc warto było nie marznąć przedwcześnie.
Wszystko tu wydarzyło tak szybko, że aż do teraz nie było czasu na spokojnie o tym pomyśleć. Zwabiono ich tutaj, nie ich pierwszych. Dlaczego? Dla przywilejów od demonów? Krasnolud, lub to co po nim pozostało, dobił niewłaściwego targu z niewłaściwą osobą. Auldegrund popełnił poważny błąd, który kosztował go nawet więcej niż ten myślał iż posiadł.Koniec rodu Ponurorytu? Rathor pominął osobę Dorlivina, ale Zaira uznała, że lepiej było tego nie mówić. Dorlivin sprzeciwił się swojemu... kimkolwiek Auldegrund dla niego był, i to dzięki tej szlachetnej zdradzie mogli walczyć i ostatecznie wygrać. Dorlivin nie tylko ich ostrzegł, ale w każdej z potyczek dzielnie stał w pierwszej linii.
- Dorlivinie. Miejsce w którym Auldegrund się odrodził po unicestwieniu jego simulacrum i skąd ściągnął kapłanów musi być niedaleko. Mogę je wytropić po śladach które zostawili. Nie wiem co tam znajdziemy, ale uważam, że warto tam się udać i sprawdzić... decyzja należy do ciebie - zwróciła się do krasnoluda.
Osobiście podejrzewała, że może tam być jego oryginalne ciało, ale można było się domyśleć co Auldegrund z nim zrobił po ostatnim odrodzeniu... Ona, na miejscu Dorlivina chciałaby wiedzieć...Rathor przeżył w tym miejscu więcej niż ich czwórka, więc jak zgadywała Zaira też chętnie zamknie ten rozdział na dobre. A to, że w walce bardzo się wykazał - mimo osłabienia, bardzo dobrze o nim świadczyło. Gdyby tak dołączył do ich ekipy na dobre, byliby znacznie silniejsi, a to oznaczało większe bezpieczeństwo i potencjalnie większy zarobek... nie wspominając, że chętnie pozna historię srebrnego korbacza.
- Rathor. Bez względu na to gdzie pójdziemy, jesteś mile widziany w naszym gronie. Zapraszamy cię, abyś został z nami - zwróciła się do orka.
- Oczywiście ciebie też, Dorlivinie - dodała od razu, spoglądając ponownie na krasnoluda.Zwracając się do nich, Zaira celowo nie wspominała o potencjalnych łupach. Nie chciała aby Dorlivin i Rathor kierowali się chęcią zysku, a raczej doprowadzeniem sprawy do samego końca.
Ona sama... kierowała się jednym i drugim. -
Sześciu podróżników - Rathor, Dorlivin, Zaira, Kraghul, Jaithe i Zakareth przestąpiło próg Lwiej Loży po raz ostatni. Mroźna noc była oświetlana jasno przez księżyc, którego blada poświata iluminowała srebrne szczyty Obłędnych Gór, zatrzymując się dopiero na ścianie czarnego lasu. Zdawało się być złym omenem pozostać w domu myśliwskim rodu Ponurorytu, szczególnie teraz, po zobaczeniu szalejących płomieni i szponów, które zawlokły Auldegrunda przed oblicze jego pana.
Szóstka poczęła zatem schodzić szparko ze wzniesienia, mając się na baczności. Paru z nich spojrzało jeszcze za siebie: rzecz dziwna, tam, daleko, w otwartych drzwiach Loży, zapaliło się jeszcze parę płomieni, a czarny dym z bramy wejściowej rzygał czarnymi chmurami w czyste niebo. Nie… Lepiej było nie zostawać.
Szli zatem. Cisza w górach zdawała się być przerywana jeno wyciem wiatru i rytmicznym chrupaniem śniegu. Czasem jakiś kamień lub też kawałek lodu odłamał się i, wirując, wpadał w czeluść uskoku skalnego, wydając parę tykających dźwięków, które kończyły się głośniejszym trzaskiem. Kiedy indziej, jakiś kamień prysnął gdzieś ponad nimi, odbijając się echem.
Wreszcie, jakieś pół godziny później, bór zgęstniał znacznie, zaś szlak począł wić się zygzakiem między półkami skalnymi. Był to ostatni moment, by spojrzeć na Lwią Lożę - z daleka wydawało się, że ogień, zamiast maleć, wewnątrz wydawał się rosnąć i… Cóż, czy zdawało się, że przy dźwierzach do wewnątrz stał ktoś? Jakiś zarys ciemnej, nienaturalnie wysokiej sylwetki zamajaczył przed kamiennymi licem.
Lub też, może była to iluzja, którą dokonał dystans i góry?
Lwia Loża zniknęła w gęstwinie drzew.
~
Wędrówka zaprowadziła sześciu do stóp Obłędnych Gór, choć podgórze ciągnęło się małymi pagórkami przez znaczny czas jeszcze. Po około pięciu godzinach nerwowej marszruty, gdzie każdy co pewien czas oglądał się za siebie, grupa znalazła mały, niepozorny gaj, który był naturalnie osłonięty przez formacje skalne od głównego traktu. Wewnątrz znajdowała się - o dziwo! - całkowicie pusta grota, która, choć w połowie zalana była mulistą wodą, zapewniała schronienie przed ustawicznym, kąsającym wiatrem.
~
Popas w zimnej grocie był niespokojnym czatowaniem, jako że rubieże Varisii znane były ze swego zwykłego niebezpieczeństwa od wszelakich istot, które tutaj bytowały. Pomimo tego, potrzeba było odpocząć nieco, aby podjąć dalszą podróż.
Grota na szczęście okazała się być najzwyklejszym otworem w ziemi. Jej otwór wypadał na małą polanę, w której hulające wichry zdawały się wyprawiać najfantastyczniejsze zwroty, wzbijając czasem tumany śniegu, które, jak rój srebrnych iskier skrzesanych z lodowatego gruntu, zakręcały się w małe trąby powietrzne, by wreszcie upaść z powrotem na ziemię lub też zniknąć w mroku linii drzew. Wiatr nie sięgał jednak do jej ciemnego wnętrza. Gdyby nie te przeklęte kałuże, od których ciągnęły zimno i wilgoć, byłoby tutaj całkiem przytulnie.
Podczas popasu Dorlivin nie odzywał się niemal wcale. Magiczny twór Auldegrunda wydawał się być w głębokim szoku - nie jednak z ponurego finału, który czekał starego diabolistę, a z tego, że Dorlivin przeżył to wszystko. Perspektywa rychłej śmierci towarzyszyła mu tak długo, że wydostania się z Lwiej Loży krasnolud nawet nie brał w rachubę. Zaira i Kraghul złapali raz mamroczącego do siebie Dorlivina, który stał na warcie.
– I cóż… Teraz… Kim… Dokąd…? – szeptał Dorlivin do siebie, dla którego, na podobieństwo więźnia wypuszczonego z lochu, perspektywa wolności zdała się gorsza od więzienia.
Rathor, przeciwnie. Kiedy tylko ork nieco wypoczął i pozwolił opatrzyć swoje rany, wydobył nie wiadomo skąd wielką flaszę miodu pitnego, choć i zainteresował się także whisky w rzeźbionej na podobieństwo głowy diabła flaszy, którą podróżnicy znaleźli w sanctum Auldegrunda. Począł z nich pociągać sążniście. Kiedy nie przeszkadzał mu jego srogi kaszel, ork snuł długie opowieści o swych przygodach w Belkzen. Rathor szczególnie rad był powracać pamięcią do swych tułaczek w okolicach Krwawych Równin i miasta Urgir. Ork z lubością przechwalał się swą siłą i ile bitek przeżył na ulicach miasta, choć gawęda często zbaczała też na temat jego tułaczek w okolicach starego zamku, ponoć zlokalizowanego na zachód od Urgir, którego nazwy ork nie znał, a gdzie Rathor i jego towarzysze ścierali się na śmierć i życie z plemionami Shoanti.
~
W grocie zabawili dłuższy czas, aż do ranka, żeby podjąć marsz raz jeszcze. Choć zimny miesiąc Neth trzymał swoimi mroźnymi szponami całą krainę, im niżej zeszli, tym bardziej szlak stawał się znośniejszy, zaś wicher malał na sile. Po paru dniach wreszcie, pod wieczór, zobaczyli światła lamp sioła, obok którego podróżowali wcześniej.
Tam, zaopatrzywszy się odpowiednio i zapłaciwszy złotem znalezionym w Lwiej Loży, wypuścili się już na południe, prosto do Korvosy.
KONIEC
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się