Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. XIII - Martwa godzina
XIII - Martwa godzina
MorphM
Morph jako
Storyteller
Mistrz Gry
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Eugene Mullis
PiołunP
Piołun jako
Daniel Mercer
CavallinoC
Cavallino jako
Vivienne Ashcroft
JaremaJ
Jarema jako
Tomas Jonson
BardielB
Bardiel jako
Simon Tanner
KetharianK
Ketharian jako
Alejandro Garcia Hernández

XIII - Martwa godzina

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
52 Posty 7 Uczestników 947 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • KetharianK Online
    KetharianK Online
    Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
    Obsługa Moderator Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
    #38

    Baza XIII przy Calumet Ave


    Alejandro zjadł niewielki kawałek pizzy, mechanicznymi ruchami przeżuwając jedzenie i przeglądając jednocześnie zdobyte przez Beckę i Simona informacje. W jego głowie kłębił się mętlik myśli uzupełniony dreszczem powracającego co chwilę złego przeczucia. Prawa ręka drętwiała mu częściej niż zwykle, a impulsy tępego bólu wędrowały od barku po trzymające kawałek gorącego ciasta palce bez względu na to jaką Hernández przyjmował pozycję.

    Ucisk na nerw: usłyszana ponad rok temu diagnoza była dość uspokajająca, aby odwlekać w nieskończoność wizytę u specjalisty, ale w chwilach takich jak ta generowała jeszcze większe napięcie i frustrację mężczyzny. W chwilach takich jak ta Alejandro Hernández nie mógł już być całkowicie pewien tego, że dręczył go zwyczajny nerwoból, a nie doświadczał właśnie zaburzeń organizmu reagującego na poziomie komórkowym na postępujące załamanie rzeczywistości.

    Sprawa Dereka O’Hary okazała się usiana mikropęknięciami, które Alejandro gotów był sklasyfikować jako wstępne manifestacje znacznie większej anomalii. Zaginiony detektyw podszedł bardzo poważnie do swojego śledztwa, świadczyło o tym dobitnie jego sekretne miejsce pracy i pełna determinacji aktywność. Fakt, że zaginął niczym jedna z ofiar jego dochodzenia tylko podkreślał wagę śledztwa i związane z nim zagrożenie.

    Raporty pozostałych agentów tylko pogłębiały to wrażenie. Zapis z monitoringu miejskiego dokumentujący miejsce i czas zniknięcia O’Hary. Uszkodzona karta pamięci w jego kamerze. Mapa na ścianie tajemnego gabinetu. Powracający wątek karty Tarota.

    - Zakłócenie nagrania w chwili zniknięcia O’Hary - powiedział skończywszy jeść, wycierając zatłuszczone palce w chusteczkę - Simon, czy na tym etapie możemy już jednoznacznie potwierdzić albo wykluczyć impuls elektromagnetyczny? Odnotowałeś już jakieś pierwsze uszkodzenia sieci energetycznej i urządzeń elektrycznych w rejonie tego skrzyżowania?

    Tak wiele pytań, a każda odpowiedź tylko rodziła następne. Każde kolejne źródło informacji mogło kryć rozwiązanie tej zagadki, a najbardziej oczywistym źródłem był w tej chwili Lionel Grant - człowiek, którego akta Becka ułożyła już na biurkach agentów. Alejandro odepchnął się od krawędzi stolika, przy którym wszyscy jedli, przejechał na zaopatrzonym w kółka biurowym krześle do swojego miejsca pracy wyciągając z kieszeni komórkę.

    Wystukał na jej klawiaturze ciąg cyfr, porównał je z numerem znalezionym na billingu połączeń z urządzenia O’Hary i zaczął dzwonić. Wieczór nie był aż tak późny, by zwyczajni ludzie leżeli już w łóżkach.

    Człowiek po drugiej stronie odebrał po czterech połączeniach.

    - Lionel Grant? - Hernández podniósł znacząco dłoń zwracając uwagę reszty agentów i uciszając ich konwersację - Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale to ważna sprawa. Nazywam się Juan Alvarez i dzwonię w sprawie wspólnego znajomego, Dereka O’Hary. To mój dobry kolega jeszcze z czasów wspólnej pracy w policji. Derek skontaktował się ze mną parę dni temu i wspomniał, że prowadzi jakieś śledztwo w sprawie zaginięć ludzi na terenie Chicago, a podczas rozmowy wspomniał pańskie nazwisko, ale bez wchodzenia w szczegóły. Od dwóch dni nie mam z nim kontaktu, ale wszystko wskazuje na to, że to z panem spotkał się przed swoim zniknięciem. Spotkał się albo rozmawiał. Ten brak kontaktu zaczyna mnie niepokoić, dlatego liczę na pańską pomoc.

    Hernández zamilkł na dłuższą chwilę jakby na coś czekał, potem wciąż nie zrywając połączenia poruszył w geście bezradności wolną dłonią. A potem wyprostował się w krześle jak człowiek, który po długiej chwili ciszy nagle usłyszał inny ludzki głos. Odłożył telefon po kilku sekundach i szybko zapisał coś na kartce papieru.

    - Harold Washington Library Center, Winter Garden, jutro o wpół do drugiej - powiedział odwracając się do reszty grupy - Lionel Grant ma z nami umówione spotkanie. Na czym skończyliśmy?

    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    🔥
    0
    • NabuchodonozorN Niedostępny
      NabuchodonozorN Niedostępny
      Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
      #39

      Inkubacja

      deda57e1-2c59-4ae9-bccb-8fc2372331c6-image.jpeg

      Po wyjściu z apteki Eugene wyjął telefon by zrobić kolejne zdjęcie- otrzymanych pigułek. Zorientował się wówczas, że otrzymał wiadomość od Becki, że zbierają się na spotkanie w biurze. Napisała też o pizzy

      Doktor spojrzał na swój- wciąż wyraźny- brzuch. Westchnął. Chciałby wrócić do dawnej formy, ale podstawą przetrwania wszelkich organizmów jest żywienie- nie zawsze optymalne.

      Więcej o tym nie myśląc złapał taksówkę i pojechał do biura.

      Gdy chciał wysiąść przez chwilę nie mógl otworzyć drzwi. Musiał się zaprzeć całym ciałem by pokonać wiatr i śnieg. Co to za miasto? Takie miejsca nie powinny istnieć!

      Gdy otwierał drzwi od wspólnej sali był już mocno pokryty śniegiem. Aż strach pomyśleć co by było gdyby nie podjechał taksówką pod samo wejście.

      Natychmiast się rozebrał. Pizza już była na stole. Wstawił czajnik na herbatę, ogrzał przez chwilę przy nim ręce i jak zwykle zaczął się przyglądać i przysłuchiwać co dzieje się w pomieszczeniu.

      Przybył jako ostatni. Wyglądało na to, że nawet nieco się spóźnił, na szczęście jednak pizzy nie brakowało. Chcąc więc nadrobić stracony czas dał Simonowi swój aparat z licznymi zdjęciami by ten zgrał je i mógł potem pokazać na monitorze, po czym zabrał się do jedzenia nie odzywając się już do nikogo, przerywając tylko na zalanie herbaty.

      Gdy obejrzeli razem film z kamery początkowo nie wiedział co powiedzieć. To wyglądało jak nagranie niskobudżetowego filmu fantastycznego. Może wycięto kadr i stąd "zniknięcie"? Może po prostu gdzieś poszedł poza zasięg kamery? Zwrócił uwagę jeszcze na jedną rzecz: O' Hara złapał się za głowę przed wszystkimi wydarzeniami.

      W pokoju rozpoczęła się dyskusja o mapie zniknięć oraz o zakłóceniach kamer. Impuls elektromagnetyczny był zdaniem doktora bardzo prawdopodobny.

      Komentarz Simona o tym, że "O' Hara" miałby być "uporządkowanym człowiekiem" zbył parsknięciem. Nie wytrzymał. Po poprzednim razie gdy został zupełnie zignorowany Eugene nie chciał się udzielać, ale znowu miał wrażenie, że działania grupy staja się chaotyczne. Może to było jego zadanie- tworzenie metodologii, porządkowanie.

      Eugene Mullis Ph D. Wstał znowu wchodząc w tryb referowania.

      — Szanowni Państwo. Pozwólcie, że nieco zreferuję wynik moich dociekań- w tym momencie znowu tak jak ostatnim razem zrobił krótką pauzę na zebranie myśli swoich i zdobycie uwagi słuchaczy

      — Jak Państwo wiecie wybrałem się, sam- co należy zaznaczyć- do biura puszukiwanego. Muszę powiedzieć, że przeszukałem je najdokładniej jak potrafiłem. Jedyne co znalazłem to kilka notatek, które za chwilę Państwu pokażę. Wśród nich jest również notatka, o której wspomina Pan Tanner, a która zwiera jakieś numery katalogowe. Jak rozumiem z jego wypowiedzi Państwo znaleźliście jakiś księgozbiór opatrzony podobnymi numerami?

      — W każdym razie nie mogę zgodzić się z opinią Pana Tannera na temat poszukiwanego. Zdecydowanie wystrój biura jak i wygląd notatek i inne fakty wskazują, że był.. ekm... znaczy jest oczywiście osobą pracującą dość chaotycznie i nie zwracającą uwagi na porządek. Tym samym ułożenie wszystkiego w całość spoczywa na nas. Proponuję, zanim jeszcze spróbujemy tworzyć jakieś tezy byśmy wspólnie przyjrzeli się wszystkim zdobytym informacjom i dowodom, w tym zdjęciom. Być może uda nam się połączyć w całość tą swoistą układankę. - znowu przerwał na zebranie myśli i kontynuował:

      — Pozwolę sobie podać dwa przykłady gdy nasze informacje osobno nie miały sensu, ale razem mogą coś sugerować. Pierwszy przykład to wspomniana notatka. Poproszę Pana Tannera o jej wyświetlenie. Ja mam notatkę- tu Eugene wyjął ostrożnie notatnik w foliowym worku- Państwo książki. Mam nadzieję, że zrobiliście Państwo podobnie jak ja zdjęcia w mieszkaniu poszukiwanego i uda nam się znaleźć właściwe pozycje.

      — Drugi przykład to nagranie pokazane przez Panią.. przez Beckę- nieprzyzwyczajony do używania imion Eugene nieco zarumienił się w tym miejscu- Zwróciliście Państwo uwagę na to co zrobił poszukiwany przed rzekomym zniknięciem?- przy wypowiedzeniu słowa "znikomym" było wyraźnie widać sceptycyzm w głosie doktora. Nie czekając na odpowiedź, aby nikt go nie wybił z rytmu Mullis kontynuował wywód

      — Otóż po szczegółowym zbadaniu biura i pobraniu próbek, które jutro postaram się zbadać, postanowiłem przepytać pracowników biur sąsiednich na temat poszukiwanego. Nie dało to niestety pożądanych rezultatów, jednak odwiedziłem także aptekę, która była nieopodal, gdyż wśród notatek była także wzmianka o recepcie. Tu proszę Pana Tannera o wyświetlenie odpowiedniego slajdu- Mullis wyraźnie zaczął traktować Simona jak pracownika technicznego pomagającego w wykładzie, nawet nie weryfikując czy ten realizuje jego polecenia. Doktor wyraźnie się rozkręcił w swojej wypowiedzi, niemal popadając w entuzjazm.

      — Wykonany dyskretnie wywiad wykazał, że poszukiwany zamówił TO!

      Eugene w tym momencie wyjął teatralnie kolejny woreczek z fiolką zawierającą czerwone pigułki i postawił ją na stole z wyraźnym puknięciem.

      — Czy wiecie Państwo co to jest?- oczywiście i tym razem nie poczekał na odpowiedź

      — To CV-C!- wyrzucił z siebie i odczekał jakby czekając na echo i zaraz kontynował:

      — W dokumentacji wprawdzie nie ma wzmiance o bólach głowy pod wpływem tej substancji, jednakże były tam takie objawy jak: zawroty głowy, zaburzenia orientacji i- co najważniejsze- wzrost aktywności EEG. Ból głowy mógł więc wynikać z tego ostatniego czynnika, a także być reakcją osobniczą poszukiwanego na działanie leku, a jego gest mógł też wynikać z pozostałych wymienionych objawów ubocznych.

      — Drodzy Państwo- mam podstawy by sądzić, żę poszukiwany z jakichś przyczyn zażył ten lek. Pytanie brzmi: dlaczego? Czy spodziewał się, że będzie mu potrzebny, czy uważał, że napotka anomalię? A może doświadczył jej już wcześniej?

      — Proponuję, byśmy wszyscy przejrzeli otrzymane dowody i zdjęcia, a potem zastanowili się jakie musimy sobie zadać pytania i czy widzimy jakieś odpowiedzi. Dopiero wówczas możemy zdecydować jakie podjąć działania w dalszej kolejności.

      Zadowolony z siebie Mullis skończył wywód, podszedł do tablicy. Podzielił ją dwoma pionowymi kreskami na trzy części. Pierwszą kolumnę nazwał: dowody i zapisał w nich znalezione notatki oraz sceny z nagrania wideo takie jak "gest złapania się za głowę", " urwane połączenie", czy "zniknięcie"- to ostatnie oczywiście opatrzone cudzysłowem. Druga kolumna została nazwana: "pytania", którą również uzupełnił. Trzecia "teorie" i tu także nie powstrzymał się by zapisać swoje własne wnioski.

      Wreszcie wyciągnął na stół wszystkie zebrane dowody- oprócz śladów biologicznych bo wiedział, że o te musi sam zadbać i je samodzielnie zinterpretować. Dorzucił też zestaw gumowych rękawiczek, gdyż nie wiedział czy ci ludzie zachowają się jak trzeba.

      Z dowodami jest jak z mikroorganizmami: trzeba je porządkować we właściwych warunkach by zaobserwować co z nich wyrośnie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      ♥
      1
      • MorphM Niedostępny
        MorphM Niedostępny
        Morph jako Storyteller
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
        #40

        „Gooooood Morning, Chicago!”

        -This is Chris in the Morning… na falach WLS, 890 AM! Aż chciałoby się krzyknąć: Gooooood moooooorning, Vietnam! Ale to przecież Chicago. Chicago zasypane śniegiem, pokryte lodem i sparaliżowane na tak wielu płaszczyznach, że jeśli mróz nie odpuści, ze skutkami tej śnieżycy będziemy się borykać przez najbliższe tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że są ludzie, którzy cieszą się z takiego stanu rzeczy. Co prawda to mali ludzie, ale nie da się niestety zaprzeczyć, że należą do naszego gatunku. Mowa oczywiście dzieciakach. Ach… kurcze, aż zatęskniłem za dawnymi latami, kiedy razem z bratem i jego kumplami budowaliśmy śnieżne fortece i przez całe dnie toczyliśmy bitwy na śnieżki. Człowiek wracał do domu przemoczony, zmarznięty, ale szczęśliwy. A potem mama kazała suszyć skarpetki na kaloryferze. Ech… piękne czasy.
        Ale bez obaw! Na zegarze 7:55, więc nie grozi wam godzina potopu nostalgii i melancholii. Od tego mamy Zacka, który zaatakuje was dopiero wieczorem. Zostawmy, więc piękne wspomnienia i zajmijmy się tym, co tu i teraz.
        Za chwilę muzyka, która pomoże wam przetrwać poranny maraton przez zasypane miasto, a zaraz po niej garść lokalnych wiadomości. Sprawdzimy stan dróg, dowiemy się, które trasy lepiej dziś omijać szerokim łukiem, a później porozmawiamy z przedstawicielem ComEd o tym, jak miejskie sieci energetyczne radzą sobie z zimowym oblężeniem.
        Zostańcie z nami. Kawa w dłoń, ogrzewanie na maksa i pamiętajcie: jeśli dziś spóźnicie się do pracy tylko kwadrans, uznajcie to za osobisty sukces. Za mikrofonem Chris, a wy słuchacie właśnie audycji “Piękny poranki w Wietrznym Mieście”.

        Double F Team

        |=Na ulicach dźwięk skrobaczek szorujących po zamarzniętych szybach, mieszał się z licznymi przekleństwami i bezsilnym, pustym śmiechem. Mieszkańcy Chicago od bladego świtu, mierzyli się z tym, co zostawiała po sobie śnieżyca. Od prozaicznych zamarzniętych zamków w samochodach, poprzez zasypane podjazdy i wejścia do garaży, a na pękniętych rurach kanalizacyjnych kończąc. Niemal w każdej dziedzinie życia całonocne opady śniegu zostawiły po sobie, jeśli nie zniszczenia, to co najmniej spore utrudnienia.

        Dla ludzi z Double F Team świt oznaczał początek ciężkiej roboty śledczej. Mimo rosnącego zagrożenia, nikt nie zdecydował się zrejterować. Wręcz przeciwnie, to poczucie zwarło ich szeregi, a dla niektórych stało się wręcz dodatkową motywacją, aby w pełni zaangażować się w działanie zespołu.=|

        Memory

        Simon

        Po porannej kawie i krótkie rozmowie z Becką, Simon przystąpił do pracy nad zabezpieczoną przez Tomasa kartą pamięci. Ostrożnie chwycił kartę w palce i przyjarzał się jej uważnie.Nośnik był pęknięty, a dodatkowo w jednym miejscu lekko nadtopiony. Mimo to udało się go umieścić w czytniku i bez większego trudu uzyskać do niego dostęp.

        Tanner zaczął od wykonania kopii bitowej nim przystąpił do pełnej analizy. Już ten wstępny etap pozwolił stwierdzić, że prawdopodobnie uda się odzyskać choć część fotografii. Zachowany spis wskazywał co prawda, że karta powinna zawierać blisko czterysta zdjęć, ale po większość z nich została tylko nadane automatycznie nazwy i niepełne daty i godziny wykonania.
        Gdy kopia bitowa nośnika była już gotowa Simon przystąpił do analizy. Udało mu się odzyskać część fotografii, choć nie wszystkie zachowały się w całości. Wiele plików było uszkodzonych i przypominały pikselowe puzzle stworzone przez abstrakcyjnego artystę, a w niektórych przypadkach pozostały jedynie miniatury zdjęć. Odzyskane fotografie pochodziły z różnych okresów. Część z nich mógł uporządkować na podstawie dat zapisanych w metadanych EXIF, jednak nie wszystkie znaczniki czasu wyglądały na wiarygodne. Niektóre zdjęcia nie posiadały niestety pełnych metadanych.
        Tanner od razu przygotował osobny katalog z odzyskanymi obrazami. Pliki możliwe do odczytania zachował w dostępnej postaci, a fotografie częściowe i uszkodzone oznaczył jako przeznaczone do dalszej analizy. Oryginalną kartę zabezpieczył i wszystkie dalsze czynności prowadził już tylko na kopiach.
        Dokładne oględziny aparatu wykazały uszkodzenia wykraczające poza zwykłe zużycie sprzętu. Obudowa karty pamięci była miejscowo zdeformowana, a tworzywo w pobliżu styków nosiło ślady nadtopienia. Bateria aparatu uległa rozszczelnieniu; na jej obudowie i w komorze zasilania widoczne były pozostałości wycieku. Na tym etapie nie udało mu się ustalić, czy oba uszkodzenia powstały w tym samym czasie ani czy miały wspólną przyczynę.
        Charakter uszkodzeń wskazywał na oddziaływanie termiczne lub elektryczne, ale na bazie dostępnych materiałów nie potrafił określić jego źródła. Istniała możliwość, że awaria aparatu i uszkodzenie karty pamięci powstały na skutek działania impulsu elektromagnetycznego, ale nie wystarczających danych aby ostatecznie to potwierdzenia.
        Zapisał wnioski zarówno w pliku tekstowym, jak i w formie notatki głosowej. Odłożył dyktafon i skupił się ponownie na ekranie. Przyglądał się miniaturką w katalogu z odzyskanymi materiałami. Bez wątpienia układały się one w kilka grup. Niektóre zdjęcia były zadziwiająco ostre i czytelne, biorąc pod uwagę model aparatu, jakim zostały wykonane. Inne choć teoretycznie zachowane w całości, nosiły ślady osobliwych artefaktów i pikselozy w najmniej oczekiwanych miejscach.
        Nie to jednak rzucało się Simonowi najbardziej w oczy. Odzyskane zdjęcia z aparatu O’Hary można było z grubsza podzielić na trzy kategorie. Te które przedstawiały ludzi, te na których uwiecznił on kilka charakterystycznych wejść do budynków oraz cała sekcję zawierająca niemalże techniczną dokumentację jakiegoś opuszczonego budynku.

        A Shitload of...

        Tomas

        Wiedziony instynktem Tomas od samego rana wpadł w wir pracy. Mapa przygotowana przez O’Harę nie dawała mu spokoju. Był przekonany, że właśnie tam kryje się klucz do rozwiązania zagadki. Poprawił się w fotelu i ponownie zaczął kreślić linie, łącząc kolejne punkty. Dla każdej hipotezy wybierał inny kolor. W ten sposób próbował uporządkować chaos danych i oddzielić możliwe powiązania od tych, które istniały wyłącznie w jego głowie.

        W końcu odsunął się od biurka i spojrzał na mapę. Kolorowe linie przecinały się w kilku miejscach, a niektóre punkty tworzyły skupiska, których wcześniej nie zauważył. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Wciąż miał więcej pytań niż odpowiedzi, ale przynajmniej wiedział już, gdzie szukać kolejnych.

        -Gotowe, Tom - odezwała się Becka, zatrzymując się przy jego biurku. - Ściągnęłam z policyjnych serwerów dane, o które prosiłeś. Tylko się nie przeraź. Trochę tego jest.
        Tomas zerknął na przesłany folder.
        -Co? Dwadzieścia giga?!
        -No… - przytaknęła Becka. – Nie jestem co prawda przekonana, czy to właściwy kierunek, ale Ferguson zawsze powtarza, że masz nosa do nieoczywistych połączeń. Powodzenia - powiedziała kładąc mu dłoń na ramieniu, jakby chciała dodać otuchy przed czekającym go nawałem pracy.

        Tomas zacisnął zęby i zabrał się do roboty. Skrypt przygotowany przez Beckę pozwalał filtrować zgłoszenia według dat, lokalizacji i kilku innych kryteriów. Dzięki temu nie musiał przekopywać się przez każdy rekord z osobna, choć wciąż pozostawało mu mnóstwo informacji do sprawdzenia. Za każdym razem, gdy trafiał na coś, co mogło mieć znaczenie, porównywał dane z mapą i nanosił na nią kolejny punkt albo linię.
        Kolorowa sieć powoli gęstniała. Niektóre połączenia wyglądały obiecująco, inne rozpadały się po kilku minutach weryfikacji. Praca posuwała się naprzód, ale znacznie wolniej, niż zakładał.

        Około południa zrobił sobie przerwę. Przeciągnął się, a jego zastane stawy odpowiedziały serią donośnych trzasków. Rzucił okiem na mapę, potem na listę przetworzonych plików. Minęło kilka godzin, a on zdołał przejrzeć zaledwie trzydzieści procent materiału — i to tylko pobieżnie.

        Uruchomił ekspres i czekając, aż filiżanka napełni się czarnym naparem, podszedł do okna. Zimowy krajobraz Chicago przypominał mu obrazy Edwarda Hoppera: przygaszone światło, nieruchome fasady i ulice, na których śnieg tłumił zwykły miejski zgiełk. Gdyby nie mróz, zaspy i wszystkie problemy, jakie niosła ze sobą taka pogoda, można by niemal uznać, że miasto wygląda jak ze świątecznej pocztówki.

        Ekspres zasyczał i zabulgotał, oznajmiając, że skończył pracę. Tomas sięgnął po filiżankę. Ledwie zdążył upić łyk, gdy odezwała się jego komórka.
        -Mam to! - usłyszał podekscytowany kobiecy głos. - To znaczy… mam jego. Mam go. Jego? Obojętnie. Wiesz, o co chodzi.

        Nie wiedział. Dopiero dłuższa wymiana zdań pozwoliła mu się zorientować kto dzwoni i co chciał mu przekazać. Dzwoniła Debbie, policjantka, którą poznał poprzedniego wieczoru na parkingu. Kobieta nie tylko spełniła jego prośbę i wypytała kolegów o O’Harę, ale udało jej się również zdobyć cenną informację.
        -Pożyczał pieniądze mówisz? - powtórzył Tomas.
        -No tak… - potwierdziła Debbie - Ponoć wiele osób mu odmówiło, bo chodziło o sporą sumę. Tylko Barry się zgodził. Barry Gaetz zawsze jest przy kasie. Wszyscy to wiedzą. Inna rzecz skąd ma te pieniądze. Mówi się, że ponoć dostaje cynki, którego konia ma obstawiać. Ci bardziej złośliwi i wnikliwi plotkują, że siedzi w kieszeni Cicero crew. Wiesz? Tej ekipy związanej z Fat Mike’iem.
        -Hmm… - mruknął Tomas, zerkając na ekran z wyświetlona mapą.
        -To chyba niezły trop, co? - dopytywała Debbie, wyraźnie oczekując pochwały.
        -No jasne, że tak - odparł Tomas wciąż zamyślony - Masz jakieś namiary na tego Barry’ego?
        -Oczywiście - przytaknęła z radością policjantka - Wyślę ci smsem.

        HIT THE ROAD

        Vivien, Alejandro, Daniel

        Już wczorajszego wieczora Hernandez pokazał się, jako nieformalny lider ich Piątki. Teraz gdy kolejno zbierał do swojego samochodu ekipę z którą miał ponownie odwiedzić dom O’Hary, tylko to potwierdził.
        Jechali we trójkę przez budzące się po nocnej śnieżycy miasto. Ilość śniegu, jaka zasypała ulica naprawdę była olbrzymia. Służby naprawdę stanęły na wysokości zadania, doprowadzając ulice do jako takiej drożności. Ci co bardziej złośliwi twierdzili, że to w związku z mającymi się odbyć na początku marcowymi wyborami na burmistrza. Nawet jeśli tak była prawda, to żaden z mieszkańców nie zamierzał na taki rodzaj populizmu.

        Wolno przesuwali się wraz z całym konduktem innych samochodów. Poranne korki w Chicago nie znikają nawet przy minus dwudziestu trzech stopniach.

        -Dzięki, Naomi - z głośników popłynęły słowa prowadzącego poranną audycję Chrisa - Garść informacji na początek dnia mamy już za sobą. Musisz mi jednak wybaczyć, ale od polityki od razu zaczyna mnie boleć głowa. A nie chciałbym, żeby nasi słuchacze wydzwaniali potem do nas i domagali się zwrotu kosztów wizyty u lekarza.
        Prezenterka zaśmiała się.
        -Odetchnijmy na moment przy muzyce, a zaraz po niej porozmawiam z Davidem Calliganem, historykiem, autorem książek poświęconych folklorowi Illinois i kuratorem nowej wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”. Pomówimy o tym, jak miasto postrzegali ludzie którzy próbowali je opisać na długo przed pojawieniem się zdjęć satelitarnych, GPS-u i Google Maps. Zastanowimy się też, co właściwie można wyczytać ze starych map. Ponoć bowiem najciekawsze nie jest to, co kartograf na niej umieścił, ale to, co pominął, uprościł albo uznał za niewarte zaznaczenia. Zostańcie z nami. To są “Piękne poranki w Wietrznym Mieście”.WLS, 890 AM
        Poranny repertuar serwowany przez Chris mocno kontrastował z wieczornym profilem muzycznym. Z jednej strony dominował melancholijny, a momentami nawet posępny jazz. Z drugiej słuchacze mogli nacieszyć uszy pełnym radosnego przekazu i wibracji r’n’b. Kolejny utwór z tego gatunku właśnie wybrzmiewał na falach eteru, gdy Hernandez po raz kolejny nie zdążył przejechać przez skrzyżowanie przed zmianą świateł,
        -Czy on nie brzmi słodko? - zapytał retorycznie Chris - To był Frank Ocean i jego “Słodkie Życie”. A ze mną w studio jest już David Calligan. Davidzie, witaj w programie.
        -Dzień dobry, Chris. Dzień dobry wszystkim słuchaczom.
        -Przyznam, że kiedy usłyszałem tytuł wystawy, pomyślałem: mapy, pamięć, historia miasta. To brzmi interesująco, ale wydaje mi się też że trochę akademicko. Co może znaleźć na niej ktoś, taki jak ja który ostatni raz papierowa mapę widział w czasie wakacyjnego wyjazdu na stacji benzynowej, kiedy zepsuł mi się telefon?
        -Mam nadzieję, że całkiem sporo. Bo mapa nigdy nie była wyłącznie suchym obrazem terenu. To również emocjonalny zapis tego, co jej autor wiedział, co chciał pokazać i do czego miała ona służyć. Dawna mapy handlowa, mapy własności gruntów , czy mapy przygotowana dla wojska mogły przedstawiać ten sam obszar w zupełnie inny sposób.
        -Hmmm… brzmi intrygująco. Czyli kartografowie mieli swoje sekrety?
        -Tak by tego nie nazwał. Czasami część informacji pomijano celowo, ale najczęściej z bardzo prozaicznych powodów. Brakowało mu danych, wybrana skala nie pozwalał na arcy precyzyjne obrazowanie terenu. Czasami nawet dokładne pomiary trzeba było uogólniać, bo aż taki poziom szczegółowości nie był istotny dla odbiorcy. Do tego dochodziły różne trudności terenowe, opieranie się na wcześniejszych błędnych mapach lub na przykład problemy z ustaleniem granic działek.
        -W takim razie czy stara mapa może nam powiedzieć coś, czego nie znajdziemy na tych współczesnych do których mamy tak łatwy dostęp?
        -Czasami nawet bardzo dużo. Współczesne mapy są bardzo wygodne w użytkowaniu, ale skupiają się przede wszystkim na pokazywaniu nam tego, jak miasto, czy dany region wygląda w dniu dzisiejszym. Dawne mapy pozwalają nam przenieść się w czasie. Dzięki nim możemy sprawdzić, co znajdowało się w danym miejscu wcześniej, jak zmieniały się granice nieruchomości, przebieg dróg czy układ zabudowy. Czasami odkrywamy, że budynek stoi na działce, która kiedyś miała zupełnie inne przeznaczenie. Innym razem okazuje się, że ulica zmieniła przebieg albo że numeracja nieruchomości została uporządkowana na nowo.
        -Czyli jeśli ktoś chce poznać historię konkretnego miejsca, nie powinien ograniczać się do wpisania adresu w wyszukiwarkę?
        -Zdecydowanie zachęcam do korzystania z papierowych map. To niezwykle przyjemne, choć z początku może wydawać się trudne. Aby zacząć wystarczy nam choćby nasz domowy adres. Możemy sprawdzić, jak nasza okolica wyglądała pięćdziesiąt, czy sto lat temu. Porównując stare mapy, dokumenty własnościowe, plany zagospodarowania możemy dojść do bardzo ciekawych wniosków.
        -To brzmi trochę, jak praca detektywa.
        -W pewnym sensie tak właśnie jest. Trzeba zebrać niekompletne informacje i sprawdzić, czy tworzą spójną całość. Tyle że na mapie nie każda rozbieżność oznacza tajemnicę. Czasami to po prostu błąd człowieka, który ją sporządził.
        -Szkoda. Miałem nadzieję, że powiesz nam, iż pod Chicago istnieje całe drugie miasto, którego nikt nie zaznaczył na mapach.
        -Jeśli istnieje, Chris, to obawiam się, że nie znajdziesz go na mojej wystawie.
        -A więc będę musiał poszukać dalej mojej prywatnej Atlantydy..
        Obaj mężczyźni zaśmiali się głośno.
        -Dziękuję ci Davidzie za tę pouczającą rozmowę. A was moimi najmilsi zapraszam do odwiedzenia wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”, którą można oglądać od poniedziałku do soboty w Newberry Library na 60 W. Walton Street.
        Z głośników wybrzmiał jingiel obwieszczający koniec tego segmentu audycji, a raz po nim popłynął strumień reklam. Dokładnie, gdy świergoląca panienka zachwalał najnowszą, wybielającą pastę do zębów, Hernandez zatrzymał się przed wejście do budynku, gdzie mieszkał Derek O’Hara.

        THE BOOKSHELF

        Vivienne, Alejandro

        Alejandro i Vivienne ruszyli do mieszkania, aby jeszcze raz na spokojnie i w świetle dnia przyjrzeć się mieszkaniu O’Hary. Chcieli przede wszystkim skupić się na notatce z kodami oraz bibliotece Dereka. Wiele wskazywało, że te dwie rzeczy nie tylko się łączyły, ale mogą też zawierać cenne dla nich informacje.

        Znalezienie właściwych książek nie nastręczyło im zbyt wielu trudności. Choć doktor Mullis twierdził co innego, to O’Hara zdawał się być człowiekiem uporządkowanym i metodyczny, a opracowany przez niego system bardzo czytelny.

        Vivienne rozłożyła znalezione książki na biurku i przyjrzała się im uważnie. Nie były nowe. Niektóre miały pożółkłe strony, inne popękane grzbiety oraz ślady wielokrotnego otwierania. Każda książka na wewnętrznej stronie okładki posiadała zapisany pismem technicznym numer oraz ozdobny ekslibris.
        Znak ten był bardzo prosty w swej formie, ale jakże symboliczny w znaczeniu. Przedstawiał on wykonany za pomocą cienkich, czarnych linii rysunek drzwi zamkniętych w podwójnej, prostokątnej ramce. Kontury nieznacznie się rozmijały, tworząc wrażenie błędu perspektywy, jakby za wejściem kryła się przestrzeń, która nie do końca odpowiada jego kształtowi. Pod rysunkiem widniał napis EX LIBRIS oraz nazwisko D. O’HARA, wydrukowane klasycznym, szeryfowym krojem pisma.

        text alternatywny

        W żadnym razie wybrane pozycje nie wyglądały na przypadkowy zbiór lektur.

        Vivienne zaczęła od najstarszej z zaznaczonych pozycji. Po numerem M-1008-043 znajdowała się książka zatytułowana - Chicago: A Historical Guide to the Neighborhoods, the Loop, and the South Side.
        Był to przewodnik historyczny po dzielnicach Chicago, wydany pod koniec lat siedemdziesiątych. Książka opisywała rozwój miasta, zmiany w zabudowie i historię poszczególnych obszarów. Nie była szczególnie atrakcyjna wizualnie. Szara okładka, niewielkie fotografie, gęsty tekst i mapy, które wymagały uważnego studiowania.
        O’Hara zaznaczył w niejkilka fragmentów dotyczących południowej części miasta. Przy jednym z nich postawił pionową kreskę, przy innym niewielki znak zapytania. Na marginesach nie było długich komentarzy. Zaledwie pojedyncze słowa i daty.
        Dopiero przy rozdziale dotyczącym przemian urbanistycznych Vivienne znalazła zapisaną grubym flamastrem uwagę:

        Nie szukać adresu. Sprawdzić historię działki. Block 12/Lot 8 lub 9

        Vivienne przyjrzała się zapisowi. Nie wiedziała, co znajdowało się pod tym adresem ani dlaczego zainteresował O’Harę. Sama obecność adresu w książce historycznej nie była niczym niezwykłym. Dziwne było to, że ktoś zajmujący się zaginięciami poświęcał czas na badanie historii konkretnej nieruchomości.

        Odłożyła książkę i sięgnęła po następną. Za kodem M-1010-031 kryła się pozycja pod tytułem “Chicago’s South Shore.”
        Tym razem był to album poświęcony historii dzielnicy, pełen archiwalnych fotografii ulic, budynków i mieszkańców. W porównaniu z poprzednią pozycją był znacznie łatwiejszy w przeglądaniu. O’Hara nie zaznaczał całych stron. Skupiał się na fotografiach i podpisach, czasami łącząc ołówkiem datę z nazwą ulicy.
        Vivienne przewracała kolejne strony, próbując zrozumieć, co przyciągnęło jego uwagę. Na jednej z fotografii zatrzymała się dłużej. Przedstawiała fragment zabudowy, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pod zdjęciem znajdował się krótki opis dotyczący zmian w tej części dzielnicy.

        Czy tylko ja widzę te różnice?
        Ten sam adres, ale czy to samo miejsce?

        Pomiędzy strony został także wetknięty niewielki wydruk. Ktoś złożył papier na czworo, a na odwrocie napisał ołówkiem:

        Porównać i zweryfikować numerację parceli. Odszukać dawne plany piwnic i fundamentów. Sprawdzić dokumentację modernizacji, przebudów i remontów.

        Vivienne położyła obok siebie obie książki. Pierwsza wskazywała na historię działki. Druga sugerowała, że O’Hara próbował odtworzyć zmiany, jakim podlegała konkretna część dzielnicy.
        Nie wiedziała jeszcze, czy miało to związek z zaginięciami. Wiedziała tylko, że nie były to przypadkowe notatki.

        Trzecia książka miała zupełnie inny charakter. Kodem M-1012-044 oznaczona została książka pod tytułem “The Vanishing Hitchhiker: American Urban Legends and Their Meanings.”
        Vivienne znała ten tytuł. Jan Harold Brunvand zbierał i analizował amerykańskie legendy miejskie, w tym opowieści o tajemniczych spotkaniach, znikających osobach i świadkach, których relacje były zadziwiająco zgodne, choć często dzieliły ich setki mil.
        Pozycja ta nie należała do literatury okultystycznej. Raczej można było ją uznać za próbę wyjaśnienia, dlaczego ludzie opowiadają pewne historie i jak te historie funkcjonują w kulturze.

        O’Hara zaznaczył kilka opowieści dotyczących ludzi, którzy znikali w trakcie podróży albo po spotkaniu z nieznajomym. Vivienne zauważyła jednak, że jego uwaga nie skupiała się na samym zniknięciu. Zaznaczenia dotyczyły głównie osobistych relacji osób, które nie potrafiły precyzyjnie opowiedzieć o okresie swego uprowadzenia lub zaginięcia.

        Na marginesie jednej ze stron widniała notatka:

        Powrót osoby nie kończy jej tragedii. Czasem dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty

        Vivienne przeczytała zdanie ponownie. Przypomniała sobie dokumenty dotyczące ludzi, którzy po odnalezieniu trafiali do szpitali psychiatrycznych. Bezsenność, bóle głowy, lęki, koszmary. Wspomnienia, które nie składały się w spójną całość. Lekarze mieli dla nich własne wyjaśnienia, a rodziny często chciały po prostu wierzyć, że najgorsze już minęło. O’Hara najwyraźniej nie był tego taki pewien.

        Czwarta książka była najgrubsza z całego zestawu. Pozycja M-1101-003 nosiła tytuł “The Golden Bough”. Praca Jamesa George’a Frazera poświęcona mitom, rytuałom i wierzeniom różnych kultur. Książka, która mogła znaleźć się na półce antropologa, historyka religii albo człowieka zainteresowanego dawnymi obrzędami. W bibliotece detektywa zajmującego się zaginięciami wydawała się dość zaskakująca.

        Vivienne otworzyła ją w miejscu oznaczonym wąskim paskiem papieru. O’Hara zaznaczył fragmenty dotyczące rytuałów przejścia oraz symbolicznych śmierci i powrotów. Nie podkreślał opisów konkretnych bóstw ani magicznych praktyk. Interesowało go raczej to, co powtarzało się w różnych kulturach: wyobrażenie człowieka, który opuszcza dotychczasowy porządek świata, przechodzi przez nieznany etap i wraca do społeczności już jako ktoś inny.

        Na osobnej kartce zapisał też:

        Pytanie dokąd poszli, czy gdzie byli, nie jest właściwe.
        Należy dopytywać o wszelkie zmiany i co wróciło razem z nimi.

        |=Vivienne odłożyła kartkę na miejsce. Nie była przekonana, czy O’Hara traktował te historie poważnie, czy po prostu szukał języka, którym można opisać coś, czego nie potrafił zrozumieć. W jego notatkach nie było zachwytu ani fascynacji. Była za to cierpliwość człowieka, który sprawdza kolejne możliwości, nawet jeśli większość z nich okaże się bezużyteczna.
        Ostatnia książka była znacznie mniej efektowna. Za kodem M-1101-017 krył się tytuł “The Myth of Repressed Memory.”
        Vivienne otworzyła ją ostrożnie. Strony były gęsto pokryte podkreśleniami, a na kilku widniały krótkie uwagi zapisane na marginesach. O’Hara poświęcił tej pozycji więcej czasu niż pozostałym. Książka Elizabeth Loftus i Katherine Ketcham dotyczyła pamięci, wspomnień odzyskiwanych po latach oraz niebezpieczeństwa, jakie niesie przekonanie, że każde szczere wspomnienie musi być prawdziwe. Autorzy omawiali między innymi wpływ sugestii i możliwość powstawania fałszywych wspomnień. Vivienne nie musiała czytać wszystkiego, żeby dostrzec, co zainteresowało O’Harę. W kilku miejscach podkreślił fragmenty dotyczące różnicy między subiektywną pewnością a możliwością niezależnego potwierdzenia wspomnienia.
        Obok jednego z nich zapisał pytanie:

        Co należy zrobić, jeśli świadek jest szczery, ale jego pamięć nie jest wiarygodna?

        Na dole strony, innym długopisem, znajdowało się zdanie podkreślone trzy razy:

        Pamięć nie jest dowodem.

        Vivienne przesunęła palcem po zapisie, nie dotykając samego tuszu. Znała to zdanie. Było jednym z najważniejszych haseł XIII. Nie potrafiła jednak stwierdzić, czy O’Hara zapisał je tutaj jako przypomnienie służbowej zasady, czy jako wniosek z własnych doświadczeń.

        Ponownie spojrzała na pięć książek leżących na biurku. Historia dzielnicy. Dawne mapy. Opowieści o zaginionych. Rytuały przejścia. Pamięć i jej zawodność. Każda pozycja dotyczyła innego obszaru, a jednak wszystkie zdawały się prowadzić do tego samego pytania: co właściwie stało się z ludźmi, którzy zniknęli, i czy ci, którzy wrócili, naprawdę wrócili tacy sami?

        Ani Vivienne, ani ALejandro nie znali odpowiedzi. Pośród notatek nie było nazwiska sprawcy, opisu nieznanego zjawiska ani jednoznacznego wyjaśnienia. O’Hara zostawił jedynie ślady swojego rozumowania. Wystarczająco wyraźne, by pokazać kierunek swoich poszukiwań, ale też zbyt skąpe, aby pozwoliły one odtworzyć całą drogę. Wymienili w spojrzenia i bez słowa po raz drugi sięgnęli po notatki i książki. Ułożyli je w jak się im zdawało kolejności powstania.
        Wszystko wskazywało na to, że O’Hara próbował połączyć historię konkretnego miejsca z doświadczeniami osób zaginionych.

        MAGIC BOX

        Simon, Daniel

        Gdy na dole w mieszkaniu O’Hary Vivienne i Alejandro przeszukiwali bibliotekę w poszukiwaniu odpowiedzi bądź wskazówki na dręczące wszystkich pytania, Simon i Daniel udali się na poddasze.
        Pozbawione okien pomieszczenie prezentowało się dokładnie tak samo, jak poprzedniego wieczora. Ukryty przed ludzkim wzrokiem plac budowy, który bezapelacyjnie udowadniał, że O’Hara poważnie traktował konspirację XIII-tki.

        Agenci bez zbędnych dyskusji zajęli się oględzinami komputera, a raczej stacji roboczej O’Hary.

        Pierwsze, co rzucało się w oczy było niezwykle pieczołowicie ułożone okablowanie. Staranność z jakąś o nią zadbano zasługiwała na jakiś medal. Nieczęsto się zdarza, aby nawet profesjonalne stanowiska cechowały się aż takim poziomem pietyzmu w tej materii. Przewody zasilające oddzielono od tych sygnałowych. Poprowadzone jest albo wzdłuż ścian albo tuż przy innych elementach wyposażenia. Ograniczono przy tym do niezbędnego minimum ich długość.

        Uwagę Simona zwrócił fakt, że część kabli sieciowych wychodziła poza urządzenia znajdujące się na biurku. Idąc ich tropem doszedł szybko do wniosku, że cała instalacja została zaplanowana z uwzględnieniem dodatkowych urządzeń sieciowych.

        - One wszystkie kończą się tutaj - oznajmił Daniel, ruchem głowy wskazując zamaskowaną wnękę w ścianie.
        -O! - jęknął z uznaniem Simon, gdy odsunęli panel maskujący - Nieźle.
        -Myślisz, że to serwer? - zapytał Tanner.
        -To pewne, ale spójrz na to - Simon, wskazał palcem na małą, czarną skrzyneczkę. To na niej stał kolejny komputer - Cały układ sugeruje, że to nie jest jakiś dodatkowy nośnik, ale mamy do czynienia ewidentnie z dużym serwerem. Ale to… - popukał palcem w obudowę skrzyneczki.
        -Wygląda na samoróbkę.

        Faktycznie urządzenie zamknięte w czarnej matowej obudowie z grubym aluminiowym panelem, nie miało ani logo producenta, ani żadnych oznaczeń modelu. Zamiast typowego zestawu kontrolek znajdują się na niej niewielkie diody, jakieś przełączniki i kilka portów, których rozmieszczenie nie odpowiadało żadnemu standardowemu urządzeniu. Do skrzynki prowadziły osobne przewody zasilające i sieciowe. Część kabli biegła do stacji roboczej, pozostałe wchodziły głębiej w ścianę. Cała konstrukcja urządzenia wskazywała, że nie jest to jakiś amatorski, prosty modem, a raczej prototyp, który służył za pośredniczenie w komunikacji, dodatkowe kodowanie, monitorowanie sygnałów albo obsługę jakiś innych niestandardowych urządzeń.

        Simon zamyślił się i lekko przygryzł wargę. Uważnie powiódł wzrokiem po całym okablowaniu.
        -Hmmm… - mruknął - To złącze koncentryczne może służyć do podłączenia anteny, toru pomiarowego lub zewnętrznego odbiornika.Bez sprawdzenia, dokąd prowadzi przewód, nie ustalimy jego funkcji.
        -Mamy kuć ścianę? - zapytał lekko wystraszony Daniel.
        -Wolałbym tego uniknąć. Na tym etapie mogę zaryzykować stwierdzenie, że O’Hara zmontował sobie prywatny serwer IN-XIII.
        -To co proponujesz? - zapytał Daniel.
        -Hmm… - mruknął po kolejny raz Simon i w zamyśleniu pogładził brodę - Zastanówmy się.
        Przez kilka kolejnych minut wspólnie kombinowali, jak podejść do tej zagadki. Cały czas rozkładali swój sprzęt składający się z niewielkiego zestawu urządzeń pomiarowego, laptopa i całej garści przewodów.

        Nie chcieli na tym etapie, ani niczego odłączać, ani wymontowywać. Po dłuższych oględzinach sieci znaleźli odpowiedni odcinek połączenia między stacją roboczą a urządzeniem ukrytym we wnęce ściennej. Wpięli się w niego za pomocą interfejsu monitorującego, a następnie uruchomili oprogramowanie do przechwytywania i analizy ruchu sieciowego. Konfiguracja zajęła dłuższą chwilę. Woleli uniknąć sytuacji, gdy ich własny sprzęt zacząłby odpowiadać na pakiety albo w inny sposób ingerował w komunikację.

        Początkowo nie działo się nic szczególnego. Widzieli zwykłą wymianę pakietów, krótkie serie transmisji i okresy ciszy. Po pewnym czasie Tanner zauważył jednak powtarzający się wzór. Urządzenie O’Hary utrzymywało połączenie z innym węzłem, a co kilka minut przesyłało do niego porcje danych. Część transmisji była niewielka, inne zajmowały wyraźnie więcej czasu.
        -Wygląda na to, że pan Derek zbudował sobie sieć, która regularnie komunikuje się z czymś, co nie znajduje się w tym mieszkaniu - podsumował całą sytuację Simon.

        Tanner pokiwał głową i obaj zaczęli zapisać przechwycone pakiety i porównywać kolejne sesje. W nagłówkach odnaleźli adresy sieciowe, powtarzające się identyfikatory połączeń oraz informacje o wykorzystywanych protokołach. Nie potrafili jeszcze odczytać zawartości transmisji, ale sam ruch wystarczył, żeby wykluczyć najprostsze wyjaśnienie.
        Skrzynka nie była wyłącznie lokalnym magazynem danych. Nie ulegało wątpliwości, że utrzymywała ona stałe połączenie z zewnętrznym węzłem.
        W końcu zestawili wyniki obserwacji z konfiguracją urządzenia. Połączenie na które trafili wyglądało na celowo skonfigurowany kanał zdalnego dostępu. Stacja robocza O’Hary nie stanowiła osobnego serwera IN-XIII, jak początkowo sądzili. Za to poprzez specjalnie zaprojektowane urządzenie i protokoły łączyła się z kimś, kto miał bezpośredni już dostęp do wewnętrznej sieci XIII-tki.

        Mając taką wiedzą obaj postanowili działać dalej. Przygotowali kopię zebranych danych i rozpoczęli analizę dostępnych usług sieciowych. Nie próbowali od razu łamać zabezpieczeń stacji roboczej. Najpierw sprawdzili, czy urządzenie pośredniczące udostępnia jakiekolwiek zasoby, do których można dotrzeć bez ingerowania w system Windows.
        Po kilku próbach udało im się uzyskać dostęp do ograniczonego zestawu danych. Nie było to pełne archiwum O’Hary, lecz raczej fragment infrastruktury, który pozwalał poruszać się po wybranych zasobach. Simon znalazł indeksy, informacje o strukturze katalogów oraz odwołania do materiałów, których same pliki nie znajdowały się w dostępnym zbiorze.
        Niektóre wpisy wyglądały na pozostałości starszych kopii. Inne wskazywały na zasoby dostępne zdalnie. Nazwy katalogów i identyfikatory były niejednolite, a część opisów nie mówiła niczego o rzeczywistej zawartości dokumentów.

        -To raczej nie jest jego główne archiwum - poinformował Tanner. -Przynajmniej nie całe. Trafiliśmy raczej na punkt dostępu i warstwę pośrednią.
        -Myślisz, że on trzyma właściwe dane gdzie indziej?
        -Część może tak. Część może być tutaj, ale jest niedostępna dla naszego konta. Nie będę zgadywał. Musimy kopać dalej.

        W kolejnej sesji natrafili na konkretny ślad informacji o zdalnym połączeniu. Jeden z adresów IP powtarzał się w kilku niezależnych zapisach. Nie był adresem lokalnym urządzenia w mieszkaniu ani adresem publicznego serwisu, który można byłoby łatwo rozpoznać. Wskazywał na węzeł, z którym urządzenie O’Hary regularnie nawiązywało komunikację. Zapisali adres, czas zaobserwowanych połączeń oraz odpowiadające im parametry sieciowe.
        Na bazie samego adresu IP nie było jeszcze mowy o tym, aby ustalić fizyczny adres, ale był to jeden z niezbędnych elementów, aby tego dokonać.

        O’Hara nie tylko gromadził dane. Ktoś pomógł mu stworzyć skomplikowaną sieć, prototypowe urządzenie oraz dał dostęp do systemu, którego nie powinien posiadać. To był mocny trop, który stał w wyraźnej sprzeczności z tym, co twierdził Ferguson. Derek O’Hara nie był samotnym wilkiem.

        Simon zamknął okno z analizą ruchu sieciowego i odsunął się od laptop i spojrzał na Daniela.
        -W tym momencie mamy trzy możliwości - powiedział. - I jak się domyślasz każda ma swoje wady i zalety. Po pierwsze możemy dalej tu tkwić i prowadzić mozolną obserwację. Dzięki temu będziemy mogli rejestrować ruch przez dłuższy czas i porównywać kolejne sesje. Być może udałoby się ustalić, kiedy O’Hara korzystał z IN-XIII, jak często pobierał dane i w jakich okolicznościach zmieniła się komunikacja. To też pozwoliłoby nam lepiej oddzielić zwykłe czynności serwera od nietypowych zdarzeń. Nie uzyskaliby jednak w ten sposób automatycznie dostępu do pełnego archiwum.

        Daniel skrzywił się z lekką dezaprobatą. Perspektywa wielogodzinnych, a może i wielodniowych sesji na ciasnym i ciemnym poddaszu nie brzmiała zbyt kusząco. Tym bardziej, że efekt też nie byłby spektakularny.

        -No to opcja numer dwa. Szukanie innej drogi. Możemy spróbować zidentyfikować zdalny węzeł, poszukać śladów jego właściciela i ustalić, czy istnieje sposób uzyskania legalnego lub autoryzowanego dostępu do przechowywanych tam danych. To wymagałoby dalszego śledztwa, a nie tylko pracy przy komputerze.
        -Sensowne, ale nie wiem, czy mamy na to czas.
        -Właśnie.. Czas. No to pozostaje najszybsza, ale i najbardziej ryzykowna trzecia droga. Czyli aktywne rozpoznanie zabezpieczeń i próba uzyskania nieautoryzowanego dostępu do kolejnych zasobów. Moglibyśmy w ten sposób dotrzeć do danych, których nie udostępnił nam obecny interfejs. Trudno jednak powiedzieć, jakie zabezpieczenia przygotował człowiek, który zbudował ten cały system. No i przede wszystkim, czy nie odnotowałby naszych działań.

        Daniel otworzył już usta, aby coś powiedzieć, ale nie zdążył. Na korytarzu pod nimi rozległy się kroki kilku osób.
        -Szefie, pukamy, czy z buta? - usłyszeli ciężki, basowy głos mężczyzny.
        -Fred ile razy mam ci powtarzać, że wyważyć drzwi zawsze zdążysz. Zapukaj kulturalnie.
        Po tych słowach rozległo się głośne walenie do drzwi.
        -FBI! Otwierać!

        Magnifying glass

        Mullis

        Doktor Eugene Mullis w końcu zajął się tym w czym był najlepszy i co sprawiało mu największą radość. Usiadł na obrotowym taborecie i zaczął sprawdzać oznaczenia próbek, które przygotował z materiału dowodowego, jaki dostarczył mu Tomas. Niemal z teatralnym, władczym gestem pochylił się nad mikroskopem, niczym demiurg nad swoim dziełem stworzenia.

        Fragment lakieru pobrany z samochodu Dereka O’Hary nie wyglądał szczególnie interesująco. Ciemna, wielowarstwowa powłoka, niewielki ubytek na krawędzi, żadnych widocznych pęknięć ani śladów rozwarstwienia. Gdyby nie okoliczności, w jakich ten materiał został pobrany, to trafił w życiu nie poświęciłby mu tyle uwagi. Jeśli w ogóle jakąkolwiek.

        Sytuacja jaką opisał Tomas sprawiała że interesowało go to, co mogło zmienić właściwości powierzchni, nie pozostawiając przy tym wyraźnych uszkodzeń.
        Najpierw obejrzał próbkę w powiększeniu. Następnie wykonał pomiary grubości poszczególnych warstw i porównał ich strukturę z materiałem referencyjnym o zbliżonej charakterystyce. Wyniki nie wskazywały na nic niezwykłego. Powłoka zachowała ciągłość, jej zewnętrzna warstwa nie wykazywała oznak wyraźnej degradacji, a grubość pozostawała w granicach, których można było oczekiwać po zwykłym lakierze samochodowym.

        Dopiero analiza chemiczna przyniosła pierwszą różnicę. Mullis zestawił widma uzyskane metodą FTIR, a następnie sprawdził charakterystykę najbardziej zewnętrznej warstwy przy użyciu spektroskopii fotoelektronów rentgenowskich. Nie szukał jednak pojedynczego związku. Interesowały go proporcje sygnałów i ich wzajemne relacje.

        Na ekranie pojawiły się niewielkie odchylenia. Nie były duże, ale powtarzały się w kolejnych pomiarach. Nie pasowały również do typowego obrazu powierzchni, która przez dłuższy czas była wystawiona na działanie promieniowania słonecznego, wody, soli drogowej i zanieczyszczeń. Mullis przygotował kolejne próbkę i powtórzył pomiar. Uzyskał niemal identyczny wynik.
        -No dobrze… taki jesteś - mruknął pod nosem.

        Nie znalazł obcego związku, któremu mógłby przypisać zaobserwowane zmiany. Nie uzyskał też wyraźnych przesłanek świadczących o intensywnym ogrzaniu, rozległym utlenieniu polimeru ani kontakcie z typowym agresywnym rozpuszczalnikiem. Sama różnica w widmach nie pozwalała mu określić, co właściwie zaszło. Wskazywała jedynie, że chemiczna charakterystyka zewnętrznej warstwy nie była identyczna z charakterystyką materiału porównawczego.

        Przeszedł do kolejnego etapu. Na powierzchni próbki umieścił niewielką kroplę wody i zmierzył kąt zwilżania. Następnie powtórzył procedurę na materiale referencyjnym. Różnica nie była spektakularna, ale pozostawała wyraźna po uwzględnieniu niepewności pomiarowej. Po standardowym oczyszczeniu fragmentu wynik nadal odbiegał od wartości porównawczej.

        Mullis spojrzał na oba zestawy danych. Powierzchnia wyglądała normalnie. Nie miała widocznej tekstury, która tłumaczyłaby odmienny wynik, nie była pokryta warstwą brudu ani osadu. Mimo to woda zachowywała się na niej inaczej.

        Mógł wskazać kilka możliwych przyczyn. Zmiana składu chemicznego, inna organizacja molekularna powierzchni, modyfikacja bardzo cienkiej warstwy zewnętrznej. Żadnej z tych możliwości nie potrafił jednak potwierdzić na podstawie dostępnych wyników. Nie chciał też wyciągać wniosków na temat tego, jak zachowywałby się na tej powierzchni śnieg lub lód. Odmienna zwilżalność mogła wpływać na warunki kontaktu z wodą, ale sama w sobie nie dowodziła, że lakier będzie odporny na osadzanie się śniegu ani że zjawisko takie występowało na całym samochodzie.

        Zrobił sobie przerwę na kawę, po czym wrócił do wyników mikroskopowych i pomiarów termicznych. Nie znalazł wyraźnych zmian wskazujących na przekształcenie całej struktury polimeru. Nie było pęknięć, rozwarstwień ani istotnych zmian grubości. Charakterystyka termiczna również nie dostarczyła mu jednoznacznego wyjaśnienia.

        To właśnie niezgodność między wynikami najbardziej go niepokoiła. Powierzchnia wykazywała powtarzalne różnice chemiczne i fizykochemiczne, a jednocześnie brakowało śladów, które pozwoliłyby powiązać je ze zwykłym procesem degradacji. To jeszcze nie oznaczało, że materiał naruszał prawa fizyki.

        Mullis otworzył raport i przejrzał przygotowane wnioski. Zmienił jedno zdanie, usunął zbyt daleko idące sformułowanie i dopisał ograniczenia interpretacyjne. Nie zamierzał wpisywać do dokumentacji hipotez, których nie dało się obronić wynikami.

        Na końcu pozostawił krótkie podsumowanie:
        Próbka wykazuje powtarzalne odchylenia w charakterystyce chemicznej i zwilżalności powierzchniowej względem materiału referencyjnego. Zmiany nie zostały wyjaśnione w ramach zastosowanych metod. Nie ustalono ich mechanizmu ani przyczyny.

        Zapisał raport, opatrzył próbkę numerem OA-01 i umieścił ją w pojemniku przeznaczonym do dalszego przechowywania.
        Badanie nie przyniosło odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się z samochodem O’Hary. Pozwoliło jednak stwierdzić, że przynajmniej na poziomie zewnętrznej warstwy lakieru różnica nie sprowadzała się tylko do wrażenia obserwatora.

        Tego typu sytuacje potrafiły drażnić niczym kamyk w bucie, doprowadzając do prawdziwego szaleństwa. Aby uspokoić myśli, Mullis sięgnął po zestaw zebranych w biurze O’Hary próbek biologicznych. Ich badanie mogło przynieść dużo ciekawsze wyniki niż prześwietlanie pod każdym możliwym kątem fragmentu lakieru samochodowego. Musiał jednak to zrobić, aby zapewnić Tomasa, że to co widział wydarzyło się naprawdę. Przynajmniej tyle mógł powiedzieć na pewno po przeprowadzonych badaniach.

        Aby jednak uzyskać wyniki z próbek biologicznych musiał uzbroić się w cierpliwość.

        Winter Garden

        Vivenne, Alejandro

        Dzień po śnieżycy Chicago wciąż wyglądało, jak miasto z bajki. Ulice, chodniki, budynki i samochody przysypane białym puchem przywodziły na myśl wszystkie ilustracje zimowych pejzaży z książek dla dzieci. Mróz nadal trzymał, ale słońce śmielej przedzierało się przez chmury. Niebo nad Loop powoli błękitniało, zachęcając do spacerów.

        Vivienne i Alejandro ruszyli na pieszą przechadzkę z przymusu. Gdyby nie umówione spotkanie, z Lionelem Grantem, to pewnie żadne z nich nie zdecydowałoby się na wędrowanie po skutym lodem mieście.

        |=Harold Washington Library Center przy South State Street wyróżniało się na tle miejskiego krajobrazu monumentalną bryłą. Przy wejściu leżał usypany w wysokie pryzmy śnieg, który jeszcze kilka godzin temu zalegał na placu przed budynkiem. Gdy na zewnątrz mróz szczypał w policzki, to za ciężkimi drzwiami czekało ciepło i przytłumiony gwar rozmów odwiedzających=|.

        Agenci skierowali się od razu do Winter Garden. Rozległe, przeszklone atrium na najwyższym piętrze sprawiało wrażenie miejsca odciętego od świata. Wysoko nad nimi łukowaty dach wpuszczał rozproszone promienie zimowego słońca. Wokół ustawiono stoliki i krzesła, przy których odwiedzający bibliotekę pracowali na laptopach, przeglądali książki albo rozmawiali półgłosem. Kilka osób siedziało samotnie z kubkami kawy, wyraźnie zadowolonych, że znalazło się w miejscu, w którym nie trzeba walczyć z mrozem.

        Grant wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Publiczne, centralne, pełne ludzi, a jednocześnie na tyle rozległe, by można było obserwować wejścia i wyjścia bez zwracania na siebie szczególnej uwagi. Na miejsce przybyli kilka minut przed umówionym czasem. Hernandez spojrzał na zegarek i rozejrzał się wokół zajmując przy stoliku z którego mogli widzieć główne wejście do atrium.

        -Myślisz, że zmienił zadnie? - zapytała Vivienne.
        -Studencki kwadrans już minął - odparł Alejandro, sprawdzają po raz kolejny godzinę - Dajmy mu jeszcze chwilę.

        W rozmowie z Hernandezem, Grant wydawał się spokojny i rzeczowy, no i przede wszystkim lakoniczny. Wyglądało też na to, że nie był specjalnie zdziwiony ani telefonem, ani tematem spotkania. Chciał spotkania na własnych warunkach i być może długie spóźnienie wpisywało się w jego plan.

        Vivenne kiwnęła głową Hernandezowi, dając mu dyskretnie znać, aby zerknął za siebie. W ich stronę szło wolno dwóch mężczyzny w ciemnych, wełnianych płaszczach. Ich skórzane, wypastowane buty stukały donośne na posadzce atrium. Hernandez znał ten styl bycia, sposób chodzenia i ubierania się. Nie musiał nawet patrzeć na ich pozbawione emocji twarze, aby wiedzieć z kim ma do czynienia.

        Mężczyźni kierowali się dokładnie do ich stolika, jakby to właśnie oni byli umówieni na spotkanie. Nie rozglądali się. Wzrok mieli skupiony i dyskretnie taksujący okolicę.
        Gdy zatrzymali się przed parą, wyższy z nich zapytał.
        -Pan Juan Alvarez?

        -Teksańczyk zawahał się dosłownie na pół sekundy.
        -FBI - dodał natychmiast mężczyzna, jakby chciał rozwiać tym hasłem wszelkie wątpliwości Hernandeza - Agent specjalny Dominic Cole. A to mój partner, agent Bender.
        Legitymacja poświadczająca personalia mężczyzny zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
        -Chcielibyśmy zadać państwu kilka pytań.
        -W jakiej sprawie jeśli można wiedzieć? - zapytała Vivienne.

        Na moment w atrium zrobiło się jakby ciszej, choć rozmowy przy sąsiednich wcale stolikach nie ustały. Ktoś zaszurał krzesło. W oddali rozległ się czyjś piskliwy śmiech. Ponad szklanym dachem przesunęły szare chmury, jakby zwiastujące ponowny atak śnieżycy.
        -Chodzi o Dereka O’Harę - wyjaśnił krótko agent Cole.
        -Proszę się nie obawiać - próbował uspokoić Vivienne, jego partner - Rozumiem, że nasze pojawienie może być dla państwa zaskoczeniem. Nie przyszliśmy tutaj robić scen rodem z filmu kryminalnego, ani zabierać państwu całego popołudnia. Chcemy tylko zadać kilka pytań. - zakończył
        -To jak? Możemy usiąść? - zapytał z zawodowym uśmieszkiem agent Cole.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        ♥ 😱 🔥
        1
        • KetharianK Online
          KetharianK Online
          Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
          Obsługa Moderator Mecenas
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
          #41

          text alternatywny


          Harold Washington Library Center


          Intruzi wiedzieli doskonale, z kim mają do czynienia i wszelkie próby ukrywania tożsamości pozbawione były sensu. Przez umysł Alejandro przemknęło pytanie, czy poprzedniego wieczoru rozmawiał przez telefon jeszcze z prawdziwym Lionelem Grantem czy już z jednym z agentów Biura, ale odpowiedź na nie nie miała większego znaczenia - tak czy owak, Dominic Cole znał prawdziwe imię i nazwisko Hernándeza, chociaż ten przedstawił się Grantowi w rozmowie wymyśloną naprędce fałszywką.

          - Proszę siadać - Teksańczyk wskazał dłonią na stojące przy sąsiednim stoliku wolne krzesła, po czym posłał Vivienne uspokajające spojrzenie - Byliśmy umówieni z Lionelem, o czym oczywiście doskonale wiecie. Jeszcze do nas dołączy czy przyszliście w jego zastępstwie?

          Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CavallinoC Niedostępny
            CavallinoC Niedostępny
            Cavallino jako Vivienne Ashcroft
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #42

            Stała pośrodku wąskiego tunelu. Otaczała ją tak gęsta ciemność, że aby nie stracić orientacji, musiała przytrzymywać się ceglanych ścian. Wilgoć osiadała jej na palcach, a nierówne spoiny raniły skórę. Nie widziała niemal niczego. Zaledwie zarys własnej dłoni majaczył jej bladą plamą, gdy wyciągnęła ją przed siebie, próbując namacać drogę.

            Gdzieś tam w nieprzeniknionej ciemności znajdowało się wyjście. Czuła na twarzy ożywczy powiew świeżego powietrza.

            Ruszyła powoli, przesuwając dłonią po murze. Po kilku krokach dotarła do rozwidlenia. W lewo, w prawo, prosto? – zastanawiała się przełykając z trudem ślinę. Nie wiedziała gdzie jest ani skąd przyszła. Nie potrafiła też sobie przypomnieć, jak się tu w ogóle znalazła. Wszystkie przejścia mogły prowadzić do wyjścia. Wąskie, ceglane korytarze ciągnęły się w nieskończoność w ciemności, która niczym łapczywy zwierz pożerała nawet odgłos jej kroków.

            Nagle coś trzasnęło jakby ktoś z hukiem zamknął ciężkie drewniane drzwi. Odgłos dobiegł gdzieś hen z oddali – dźwięk przypominający pękającą pod stopami gałąź. Zamarła, nasłuchując i wstrzymując oddech.

            Przez kilka długich chwil panowała cisza, zakłócana jedynie przez jej łomoczące w szalonym tempie serce. Zrobiła ostrożnie kilka kroków i wtedy za jej plecami rozległ się osobliwy szum: niski, trudny do zinterpretowania. Zrobiła krok w tył i szum ucichł.

            Nagle ogarnęło ją przerażenie, a bolesny skurcz żołądka sprawił, że jęknęła. Po karku spłynęło kilka kropel zimnego potu i już wiedziała, że musi się spieszyć. Musi natychmiast iść naprzód. Uciec stąd, jak najszybciej.

            Wybrała korytarz po lewej i przyspieszyła kroku. Echo jej marszu odbijało się raz po raz od ścian i wracało do niej ze zdwojoną siłą. Tunel wił się niczym wąż: to w lewo, to znów w prawo. Gdy dotarła do kolejnego rozwidlenia, przystanęła aby złapać tchu. Ledwo wzięła dwa głębokie wdechy, gdy za jej plecami znowu rozległ się trzask. Tym razem bliżej… dużo bliżej. Niemal mogła go poczuć pod palcami.

            Puściła się biegiem na oślep. Serce tłukło jej się w piersi, oddech rwał się w krótkich, bolesnych haustach. Nie zważała na bolesne otarcia i drobne rany. Nie oglądała się za siebie. Nie potrafiła. Wiedziała bowiem, że jeśli zatrzyma się choć na sekundę, to to coś natychmiast znalazłoby się tuż za nią.

            Korytarz skręcał, rozwidlał się, opadał łagodnie w dół. Raz po raz wyciągała ręce przed siebie, szukając przeszkody, drzwi, jakiegokolwiek znaku, że to miejsce ma jakieś granice, jakiś koniec, ale nie znajdowała niczego. Każde rozwidlenie prowadziło do kolejnego skrzyżowania. Jeden wąski tunel przechodził w kolejny. Gdy już miała nadzieję, że za rogiem czeka na nią upragnione wyjście, zwodniczy wiatr zmieniał kierunek i łudził z oddali kolejnym mirażem.

            A odgłosy nie ustawały: szumy i trzaski. Ciche, urywane dźwięki, których nie potrafiła rozpoznać. Czasami słyszała je przed sobą, czasami za plecami. Nie mogła już odróżnić, co dobiegało z oddali, a co zdawało się rozbrzmiewać tuż przy jej uchu.

            Musi być stąd jakieś wyjście. Musi – szeptała sama do siebie.

            Próbowała sobie przypomnieć którędy przyszła – bezskutecznie. Starała się wybrać drogę, która wydawała się znajoma. Wszystkie jednak zdawały się jednocześnie znajome i obce.

            Zatrzymała się na kolejnym skrzyżowaniu, opierając obie dłonie o ścianę. Cegły były lodowate. Przez krótką chwilę słyszała tylko własny oddech. A potem, gdzieś w ciemności, coś głośno zaszurało. Nie dalej niż kilka kroków od niej.

            Vivienne znowu ruszyła przed siebie, nie wiedząc już, czy nadal szuka wyjścia, czy już tylko próbuje oddalić się od źródła dźwięku. Ciemność zacisnęła wokół jej szyi żelazną obręcz strachu, który dusił i dławił.

            Korytarze nie miały końca. Nie było drzwi, schodów ani choćby jednej słabej smugi światła. Wszędzie była tylko ciemność i pewność, coraz bardziej rozpaczliwa i nieodparta, że nie ma czasu. Że coś nadchodzi.


            Vivienne obudziła się z bijącym sercem i snem wciąż drgającym ciemności sypialni. Zerknęła na zegarek i uznała, że nie ma sensu już zasypiać. Jeszcze chwilę leżała w ciepłej pościeli, próbując strząsnąć z siebie resztki snu i przygotować się na rozpoczynający się dzień.

            Po długim, gorącym prysznicu, który bezskutecznie miał pomóc jej odzyskać równowagę po dziwnym koszmarze sennym, wyciągnęła z szuflady pęczek białej szałwii. Zapaliła ją i okadziła mieszkanie, ze szczególnym uwzględnieniem sypialni. Kiedy skończyła, rozpaliła również palo santo i powtórzyła zabieg. Następnie usiadła przy stoliku, z kubkiem gorącej kawy i wciąż tlącą się szałwią i palo santo i kilkukrotnie oczyściła talię tarota za pomocą dymu. Po oczyszczeniu talii rozłożyła karty trzy razy, za każdym razem zadając inne pytanie. Pierwsze dotyczyło zaginięcia O’Hary, drugie powiązań między zaginionymi, a trzecie tego, czego sama nie dostrzegała. Karty przynosiły więcej pytań niż odpowiedzi. O’Hara mógł wiedzieć więcej, niż jej zdradził, ale brakowało informacji, by zrozumieć, co naprawdę się z nim stało. Poszczególne zaginięcia mogły łączyć powtarzające się okoliczności, choć równie dobrze to ona mogła próbować dopasować do siebie niepowiązane fakty. Musiała wrócić do dokumentów, porównać szczegóły i spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.

            Najbardziej niepokojąca okazała się jednak Kapłanka. Pojawiła się w każdym z trzech rozkładów – niezależnie od tego, o co pytała. Vivienne długo przyglądała się jej wizerunkowi, próbując powstrzymać się od wyciągania pochopnych wniosków. Może to tylko przypadek. Może sama nadawała tej karcie zbyt duże znaczenie? Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że coś jej umyka. Być może powinna przestać pytać, gdzie jest O’Hara, i zamiast tego spróbować zrozumieć, czego tak naprawdę szukał.

            Vivienne zebrała karty. Nie miała ochoty po raz kolejny tasować talii i zadawać tych kolejnych pytań, licząc, że tym razem otrzyma odpowiedź, która rozwieje jej wątpliwości. Zamiast tego sięgnęła po notes i zapisała kilka słów, które przyszły jej do głowy podczas interpretowania rozkładów. Przez chwilę obracała pióro w palcach, próbując przypomnieć sobie szczegóły snu. Ceglane ściany, rozwidlenia, korytarze, które wyglądały identycznie, choć miała wrażenie, że już nimi szła. Nie potrafiła znaleźć w tym żadnego sensu. Może to tylko koszmar, efekt zmęczenia i napięcia ostatnich dni. Mimo to obraz tunelu nie chciał zniknąć z jej pamięci.


            Vivienne przewracała kolejne strony książki w gabinecie O'Hary, próbując zrozumieć, co przyciągnęło jego uwagę. Na jednej z fotografii zatrzymała się dłużej. Przedstawiała fragment zabudowy, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pod zdjęciem znajdował się krótki opis dotyczący zmian w tej części dzielnicy.

            Czy tylko ja widzę te różnice? Ten sam adres, ale czy to samo miejsce?

            Vivienne ponownie rzuciła okiem na zdjęcia.

            – Spójrz – powiedziała do Alejandro, przesuwając fotografię w jego stronę – liczba okien się zmienia.

            Kiedy mężczyzna przyglądał się fotografii Viv rzuciła ponownie okiem na wyłożone na blacie tomy.

            – Zabieramy je ze sobą, prawda?


            Gdy dwaj mężczyźni weszli do atrium, Vivienne odruchowo uniosła wzrok. Było w nich coś chłodnego i zdyscyplinowanego. Poruszali się z pewnością ludzi przyzwyczajonych do tego, że inni robią im miejsce. Nie dostrzegła w ich zachowaniu otwartej wrogości, ale też nic, co mogłoby ją uspokoić. Dyskretnie skinęła głową w ich stronę, dzięki czemu towarzyszący jej agent XIII również ich dostrzegł.

            Mężczyźni podeszli bezpośrednio do ich stolika i przedstawili się jako agenci FBI, a Alejandro zaprosił ich by usiedli. Viv kątem oka dostrzegła spojrzenie posłane jej przez teksańczyka, ale jej uwaga była skupiona na dwóch agentach. Taksowała ich twarze z dziwną intensywnością, jakby próbowała samą siłą woli przeczytać ich myśli i zajrzeć w najdalsze zakamarki duszy.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            👍
            1
            • MorphM Niedostępny
              MorphM Niedostępny
              Morph jako Storyteller
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
              #43

              Let's talk

              Vivienne, Alejandro

              garden.jpg

              Agenci zajęli miejsca przy stoliku. Obaj obdarzyli parę kolejnym wymuszonymi i sztucznie przymilnymi uśmiechami. W ich aparycji i zachowaniu było coś zimnego, apatycznego i budzącego naturalną chęć ucieczki. Trudno powiedzieć, czy tak działał sam autorytet odznaki agenta federalnego, czy stało za tym coś innego.
              -Prowadzimy śledztwo w sprawie zaginięcie pana Dereka O’Hary - zaczął wyjaśniać Dominic Cole - Na początek chciałem zapytać w jaki sposób poznaliście pana Granta i w jakim celu się z nim umówiliście?

              Mężczyzna zrobił długą pauzę. Cisza, jaka zapanowała przy stoliku napawała oboje agentów XIII-tki, dziwnym niepokojem. Oboje mieli wrażenie, że za Cole’em stoi tajemnica, która mrozi krew w żyłach. Być może uczucie to było przesadzone, lekko paranoiczne i wynikające z nagłego pojawienia się FBI na miejscu spotkania, ale krótka wymiana spojrzeń pozwoliła im utwierdzić się w przekonaniu, że oboje czują to samo.

              -Proszę się nie obawiać - wtrącił drugi agent, Tomas Bender - Przepraszam za ton głosu mojego partnera. Dominic może i jest szorstki w obyciu, ale musicie państwo wiedzieć, że nikomu tak nie zależy na odnalezieniu Dereka, jak jemu. Mam świadomość, że osobiste zaangażowanie w sprawę często przeszkadza w jasnej ocenie sytuacji, ale dlatego jestem tu z nim, aby pomóc mu trzymać emocje na wodzy.

              Cole lekko zmrużył powieki i posłał pełne złości spojrzenie swojemu partnerowi. Gra służb stara, jak świat. Dobry i zły glina w wersji - “jestem wredny, bo Derek to mój kumpel. Lepiej mówcie prawdę, bo nie ręczę za siebie”.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              😨 😵
              1
              • CavallinoC Niedostępny
                CavallinoC Niedostępny
                Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #44

                – Derek przyszedł do mnie kilka miesięcy temu, bo interesowały go rozkłady tarota – odezwała się, zanim Alejandro zdążył odpowiedzieć. Jej spojrzenie zatrzymało się na Cole’u. – Początkowo były to zwykłe konsultacje. Rozmawialiśmy o kartach, ich znaczeniu. Zaczął przychodzić częściej.

                Na moment zawiesiła głos, nadal nie odrywając swojego przenikliwego spojrzenia od agenta.

                – Mieliśmy się jeszcze zobaczyć, miał opłacone sesje. Derek nie pojawił się na umówionym spotkaniu i przestał się odzywać. Zaczęłam się martwić, więc poprosiłam o pomoc kolegę – dodała, wykonując delikatny ruch głowy w stronę Alejandro, nadal jednak świdrując spojrzeniem agenta od którego biła nieprzyjazna aura. – A teraz zastanawiam się w jakie kłopoty się wpakował skoro szuka go FBI?

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • MorphM Niedostępny
                  MorphM Niedostępny
                  Morph jako Storyteller
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                  #45

                  Let's talk

                  Vivienne, Alejandro

                  Po słowach Vivienne, mężczyźni wymienili szybkie spojrzenia. Jej odpowiedź wyraźnie ich zaskoczyła. Szybko jednak obaj na powrót przybrali pokerowe miny. Nie odpowiedzieli od razu. Przez chwilę przyglądali się Vivienne, jakby próbowali rozstrzygnąć, czy rzeczywiście nie rozumie ona powagi sytuacji, czy też świadomie omija część pytania.

                  -Szanowna pani - odezwał się w końcu Cole - Nie pytałem o to, w jaki sposób poznała pani Dereka O’Harę. Interesuje nas w tej chwili Lionel Grant.
                  Bender lekko przysunął się z krzesłem do stolika, tym samym skracając dystans do kobiety. Przelotnie zerknął na Hernandeza, jakby to głównie jego reakcja interesowała go w tym momencie najbardziej.
                  -Rozumiemy, że zniknięcie O’Hary jest dla pani niepokojące. Nam także przede wszystkim zależy na odnalezieniu Dereka. Jesteśmy jednak tutaj, ponieważ chcemy ustalić, co łączyło państwa z Grantem i czego miało dotyczyć to spotkanie?

                  Cole odchylił się na oparcie. Wykonał ten gest, jakby tym samym chciał potwierdzić, że wiodącą rolę w przesłuchaniu przekazuje swojemu partnerowi.
                  W tym momencie Hernandez kątem oka zauważył ruch na balkonie, który przykuł jego uwagę. Kiedy obrócił głowę w tamtą stronę, dostrzegł mężczyznę chowającego się za kolumną. Teksańczyk wyraźnie widział w jego dłoniach aparat fotograficzny.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • KetharianK Online
                    KetharianK Online
                    Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                    Obsługa Moderator Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                    #46

                    text alternatywny


                    H. Washington Library Center


                    Alejandro udał, że nie zauważa dyskretnego fotografa, zmienił pozycję na krześle opierając obie ręce łokciami o krawędź stolika i splatając dłonie palcami.

                    - Szukamy kogoś, kto miał jako ostatni kontakt z Derekiem O’Harą i kto mógłby rzucić więcej światła na jego zniknięcie. Jestem prywatnym detektywem z licencją i pewnymi kontaktami w tym mieście. Nie było trudnym do ustalenia, że Lionel Grant jest jednym z ostatnich osób, do których dzwonił O’Hara. On sam w niczym nas nie interesuje, tylko jego związek ze znajomym mojej klientki. Sprawdzamy źródła informacji, Grant wydaje nam się najbardziej obiecującym.

                    Hernández przesunął wzrokiem po twarzach obu agentów, potem spojrzał uspokajająco na Vivienne.

                    - Oczywiście w tych okolicznościach na usta ciśnie się pytanie czy Grant jest dla nas wciąż osiągalny i dlaczego zamiast niego spotykamy się z agentami Biura? Podsłuchujecie jego telefon? Jest objęty federalnym dochodzeniem?

                    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • MorphM Niedostępny
                      MorphM Niedostępny
                      Morph jako Storyteller
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #47

                      That’s all

                      Przez kilka chwil trwała niema wymiana spojrzeń ponad kawowym stolikiem. Hernandez starał się dodać otuchy Vivienne. Ta podejrzliwie zerkała na agentów, próbując jak najwięcej wyczytać z ich twarzy, mowy ciała i bijącej od nich energii. Cole i Bender patrzyli natomiast na siebie, jakby prowadzili poważny dialog bez użycia słów.

                      Ktoś stojący z boku mógłby odnieść wrażenie, że oto rozgrywa się partia psychologicznych szachów. I po prawdzie tak właśnie było.

                      Dominic Cole wymownie uniósł brwi, dając partnerowi znak, by to on zabrał głos.
                      -W innych okolicznościach zapewne docenilibyśmy pana przenikliwość i dociekliwość, panie Alvarez. Niestety sytuacja jest zbyt poważna, żebyśmy mogli pozwolić sobie na podobną swobodę. Dlatego jesteśmy zmuszeni poprosić państwa, abyście powstrzymali się od dalszych poszukiwań Dereka O’Hary i nie podejmowali prób kontaktu z Lionelem Grantem.

                      Bender zrobił krótką pauzę, po czym spojrzał na Vivienne.
                      -Odnalezieniem Dereka zajmiemy się my. Proszę mi wierzyć, traktujemy tę sprawę priorytetowo i dokładamy wszelkich starań, żeby jak najszybciej ustalić, co się z nim stało. Natomiast Grant… cóż, choć ma pan rację, panie Alvarez, że był jednym z ostatnich ludzi, którzy widzieli O’Harę, to nie jest to człowiek, z którym powinniście mieć do czynienia na własną rękę. Jest niebezpieczny i nieobliczalny. Lepiej, żebyście…
                      -Nie ma co owijać w bawełnę - przerwał mu Cole, wyraźnie zniecierpliwiony przydługą tyradą. -To zwykły ćpun, który za działkę cracku sprzedałby własną matkę. Ćpun i wariat. I zanim zaczniecie się zastanawiać, czy nie przesadzam, ma na to papiery. Nie mówię tego, żeby go obrażać.

                      Cole wstał i szybkim ruchem sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął wizytówkę i położył ją na stoliku.
                      -Gdybyście przypadkiem czegoś się dowiedzieli, proszę zadzwonić.
                      Rzucił porozumiewawcze spojrzenie partnerowi. Bender również podniósł się z krzesła.
                      -Z naszej strony to wszystko na ten moment - powiedział. - Liczę na państwa rozsądek i rozwagę.
                      Skinął głową na pożegnanie.
                      -Do widzenia - rzucił Cole i ruszył za partnerem.

                      text alternatywny

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      🔥 🆒
                      1
                      • CavallinoC Niedostępny
                        CavallinoC Niedostępny
                        Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Cavallino
                        #48

                        Przez chwilę w ciszy spoglądali za oddalającymi się sylwetkami dwóch agentów. Dopiero gdy oddalili się na tyle, by znaleźć się poza zasięgiem słuchu, Viv spojrzała na wizytówkę leżącą na stole i sapnęła, targając z frustracją rude loki:

                        – Ugh, nie podoba mi się aura tego człowieka – mruknęła, patrząc na spoczywającą na stoliku wizytówkę tak wrogo, jakby ta osobiście ją uraziła.

                        – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? – mówiąc to, rozejrzała się niespokojnie po atrium, marszcząc brwi. W końcu ponownie zwróciła się do Alejandro:

                        – Możemy stąd iść? Nie wiem dlaczego, ale czuję się nieswojo.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • JaremaJ Niedostępny
                          JaremaJ Niedostępny
                          Jarema jako Tomas Jonson
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #49

                          Tomas jeszcze raz spojrzał na mapę, po czym odchylił się na krześle i potarł zmęczone oczy. Im dłużej analizował zebrane dane, tym trudniej było mu uwierzyć, że wszystkie te zaginięcia nie miały ze sobą nic wspólnego. Poszczególne tropy nadal pozostawały niepewne, ale coraz więcej z nich zdawało się prowadzić w okolice tego samego punktu. Nie miał jeszcze podstaw, by wyciągać ostateczne wnioski. Potrzebował kogoś, kto pomoże mu zweryfikować przynajmniej część informacji.

                          Sięgnął po telefon i odszukał numer Debbie.

                          — Słuchaj, mam jeszcze jedną prośbę — zaczął, gdy policjantka odebrała. — Mówiłaś, że O’Hara pożyczał pieniądze. Wiesz może, gdzie ostatnio bywał? Mam na myśli jakieś bary, lokale, miejsca, w których mógł spotykać się ze znajomymi.

                          Wysłuchał odpowiedzi, od czasu do czasu przytakując.

                          — Dobra, dzięki. A gdybyś mogła jeszcze ustalić, czy Barry Gaetz znał go prywatnie, czy raczej łączyły ich interesy, byłbym wdzięczny. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków na podstawie samych plotek.

                          Po zakończeniu rozmowy Tomas przez chwilę obracał telefon w dłoni. Nie zamierzał od razu konfrontować Barry’ego z podejrzeniami ani tym bardziej wspominać o swoich analizach. Jeśli mężczyzna rzeczywiście miał coś wspólnego z O’Harą, bezpośrednie pytania mogły jedynie sprawić, że zamknie się w sobie.

                          Lepszym rozwiązaniem wydawało się spotkanie w neutralnym miejscu. Zwykły bar, swobodna rozmowa i odpowiednio dobrana historia mogły dać mu szansę na poznanie człowieka, zanim zacznie zadawać właściwe pytania. Mógł przedstawić się jako ktoś, kto znał O’Harę z dawnych czasów i próbował odnowić z nim kontakt, być może jako dawny współpracownik. Nie musiał od razu odsłaniać wszystkich kart.

                          Oczywiście, pozostawała kwestia tego, czy Barry w ogóle zechce się z nim spotkać.

                          Tomas wrócił do komputera i otworzył dokument z notatkami. Na górze strony dopisał nazwisko Gaetza, a pod nim krótką listę pytań, które chciał zadać podczas rozmowy. Przede wszystkim interesowało go, kiedy Barry ostatnio widział O’Harę, w jakich okolicznościach pożyczył mu pieniądze i czy przed zaginięciem wydarzyło się coś nietypowego.

                          Reszta mogła poczekać.

                          Najpierw musiał doprowadzić do spotkania.Tomas spojrzał na ekran telefonu, na którym wciąż miał zapisane namiary na Barry’ego Gaetza. Przez chwilę obracał urządzenie w dłoni, zastanawiając się, jak poprowadzić rozmowę, żeby nie zabrzmieć zbyt oficjalnie ani nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Nie miał pojęcia, jakim człowiekiem okaże się Barry. Wiedział jedynie, że pożyczył O’Harze sporą sumę pieniędzy, a to czyniło go jednym z niewielu ludzi, którzy mogli wiedzieć coś o ostatnich dniach zaginionego.

                          W końcu odnalazł numer i nacisnął zieloną słuchawkę.

                          Po kilku sygnałach usłyszał męski głos.

                          — Barry Gaetz?

                          — Przy telefonie. Kto mówi?

                          — Tomas Jefferson. Dzwonię w sprawie O’Hary.

                          Przez moment zamilkł, dając rozmówcy czas na skojarzenie nazwiska.

                          — Z tego, co słyszałem, znacie się całkiem dobrze. Pracuję dla niego i od kilku dni nie mogę się z nim skontaktować. Na początku pomyślałem, że może po prostu gdzieś wyjechał albo ma coś pilnego na głowie, ale zaczyna mnie to niepokoić. Nie należy do ludzi, którzy znikają bez słowa.

                          Tomas zerknął na dokumenty rozłożone na biurkuTomas spojrzał na ekran telefonu, na którym wciąż miał zapisane namiary na Barry’ego Gaetza. Przez chwilę obracał urządzenie w dłoni, zastanawiając się, jak poprowadzić rozmowę, żeby nie zabrzmieć zbyt oficjalnie ani nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Nie miał pojęcia, jakim człowiekiem okaże się Barry. Wiedział jedynie, że pożyczył O’Harze sporą sumę pieniędzy, a to czyniło go jednym z niewielu ludzi, którzy mogli wiedzieć coś o ostatnich dniach zaginionego.

                          W końcu odnalazł numer i nacisnął zieloną słuchawkę.

                          Po kilku sygnałach usłyszał męski głos.

                          — Barry Gaetz?

                          — Przy telefonie. Kto mówi?

                          — Tomas Jefferson. Dzwonię w sprawie O’Hary.

                          Przez moment zamilkł, dając rozmówcy czas na skojarzenie nazwiska.

                          — Z tego, co słyszałem, znacie się całkiem dobrze. Pracuję dla niego i od kilku dni nie mogę się z nim skontaktować. Na początku pomyślałem, że może po prostu gdzieś wyjechał albo ma coś pilnego na głowie, ale zaczyna mnie to niepokoić. Nie należy do ludzi, którzy znikają bez słowa.

                          Tomas zerknął na dokumenty rozłożone na biurkuJeśli Barry miał jakieś informacje, łatwiej byłoby je uzyskać podczas zwyczajnej rozmowy niż przez telefon, kiedy każde pytanie mogło zabrzmieć podejrzanie.

                          — Pomyślałem, że moglibyśmy spotkać się gdzieś na mieście. Jest taki bar, The Rusty Nail, niedaleko centrum. Można spokojnie usiąść, zamówić coś do picia i pogadać bez pośpiechu. Może przypomni sobie pan coś, co pomoże mi go znaleźć. Co pan na to? Dzisiaj wieczorem miałby pan chwilę? Kolejka oczywiście na mój koszt.

                          Tomas umilkł i przyłożył telefon mocniej do ucha, czekając na odpowiedź. Nie zamierzał naciskać, jeśli Barry odmówi. Na razie zależało mu przede wszystkim na tym, by doprowadzić do spotkania i dowiedzieć się, co mężczyzna miał do powiedzenia o zniknięciu O’Hary.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          👍
                          2
                          • PiołunP Niedostępny
                            PiołunP Niedostępny
                            Piołun jako Daniel Mercer
                            Mecenas
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #50

                            Daniel przez dłuższą chwilę patrzył na zapisane przez nich informacje, a potem ponownie na czarną skrzynkę ukrytą we wnęce. Im więcej odkrywali, tym dziwniej wyglądała cała sprawa. Komputer O’Hary nie był po prostu samotnym stanowiskiem schowanym na strychu. Regularnie łączył się z czymś poza mieszkaniem, a wszystko wskazywało na to, że Derek miał dostęp do części sieci XIII, do której raczej nie powinien móc dostać się sam. Ktoś musiał mu w tym pomóc albo przynajmniej dokładnie go poinstruować.
                            – Chyba jestem za drugą opcją – odezwał się w końcu, zerkając na Simona. – Może spróbujmy najpierw ustalić, co jest po drugiej stronie tego połączenia.

                            Nie widział większego sensu w dalszym grzebaniu w zabezpieczeniach tylko dlatego, że być może byli w stanie je obejść. Im bardziej skomplikowany okazywał się cały system, tym mniej podobał mu się pomysł sprawdzania metodą prób i błędów, co O’Hara przygotował na wypadek nieproszonego gościa. Wiedzieli już, że jego komputer regularnie komunikował się z czymś poza mieszkaniem. Teraz ważniejsze wydawało się ustalenie, gdzie prowadziło to połączenie i kto znajdował się po jego drugiej stronie.
                            – Jestem cholernie ciekawy, kto mu to zbudował i dał dostęp do sieci XIII. Masz jakieś pomysły? – zapytał, zabierając się do pracy. Odsunął się nieco od stanowiska i jeszcze raz spojrzał na poprowadzone wokół niego przewody. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak kolejny element technicznego bałaganu, ale po bliższych oględzinach było dokładnie odwrotnie.

                            Daniel już otwierał usta, żeby zasugerować, jak najlepiej zabrać się do dalszej pracy, kiedy z dołu dobiegł ciężki głos.
                            – FBI! Otwierać!
                            Zamilkł natychmiast i posłał szybkie spojrzenie w stronę Simona. Nie spanikował. Lata spędzone w wojsku nauczyły go, że w takich chwilach najgorsze, co można zrobić, to pozwolić zaskoczeniu przejąć kontrolę. W jego głowie coś przeskoczyło niemal automatycznie i z technika przeobraził się w wojskowego. Pojawienie się federalnych drastycznie ograniczało ich możliwości. Daniel zerknął w stronę włazu prowadzącego na korytarz. Z dołu dochodziły kolejne głosy oraz odgłosy poruszających się ludzi. Nie wiedział jeszcze, ilu dokładnie agentów znajdowało się w budynku, jak szybko dostaną się do mieszkania ani kiedy zainteresują się samym strychem, ale jedno było już jasne. Czas na spokojne oględziny właśnie się skończył.

                            Daniel przez moment jeszcze patrzył na stanowisko, szybko przeliczając w głowie, co właściwie mogli zrobić w czasie, który im pozostał. Zostawienie wszystkiego w obecnym stanie oznaczało ryzyko, że za kilka minut dostęp do sprzętu O’Hary zostanie im całkowicie odcięty. Z drugiej strony nie mieli już warunków, żeby spokojnie rozbierać całą instalację. Spojrzał na Simona.
                            – Ile z tego jesteśmy w stanie zabrać na szybko? – zapytał cicho. – Mamy najwyżej parę minut.

                            Sam zaczął już zbierać ich własny sprzęt i upewniać się, że wszystkie przechwycone dane zostały zapisane. Jeśli mieli wynieść coś więcej, wolał zostawić Simonowi decyzję, które elementy da się odłączyć bez ryzyka ich uszkodzenia. Czarna skrzynka, nośniki danych, może któryś z dodatkowych modułów. Cokolwiek, co później pozwoliłoby im odtworzyć część pracy O’Hary albo dokładniej przeanalizować jego połączenia.
                            – Skup się, Simon, i pryskamy stąd. Musimy zniknąć, zanim ktoś na dole przypomni sobie, że ten budynek ma też strych.
                            Daniel jeszcze raz spojrzał w stronę włazu. Jeśli droga na korytarz pozostawała wolna, zamierzał zejść z Simonem i spróbować opuścić budynek, zanim sytuacja zdąży się bardziej skomplikować. W najgorszym razie mogli udawać, że po prostu wychodzą z jednego z mieszkań. W końcu żaden z nich nie miał wypisanego na czole „agent XIII”. Pakując naprędce swoje graty, poczuł, jak mocno serce tłucze mu się w piersi. Dawno nie działał pod taką presją czasu i z tak wyraźnym zastrzykiem adrenaliny, ale gdzieś pod napięciem czaiło się też coś jeszcze. To ryzyko i balansowanie na ostrzu noża podobały mu się bardziej, niż byłby skłonny przyznać.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            👍
                            1
                            • KetharianK Online
                              KetharianK Online
                              Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                              Obsługa Moderator Mecenas
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #51

                              text alternatywny


                              H. Washington Library Center


                              Hernández odprowadził obu agentów spojrzeniem zmrużonych oczu, potem zaś odwrócił się w stronę Vivienne dotykając jej ramienia i ściskając wymownie jej ramię.

                              - Zadzwoń do Becki i przekaż jej, że Grant jest spalony - rzucił do towarzyszki - FBI podsłuchuje jego telefon i najpewniej sprawdza już mój. Cała sekcja musi przejść na nowe numery, jedynie twój powinien być bezpieczny. Zaraz wracam.

                              Latynos podniósł się ze swojego miejsca, ruchami pozornie rozluźnionymi i spokojnymi, ale z wzrokiem myszkującym po sali, gotów przyspieszyć kroku w razie potrzeby.

                              Spóźnił się. Kimkolwiek był człowiek fotografujący z ukrycia spotkanie agentów XIII z przedstawicielami Biura, zdążył dyskretnie wycofać się z bezpośredniego otoczenia Hernándeza. Aleksandro przystanął obok kolumny, za którą chował się podglądacz, przesunął rozczarowanym wzrokiem po wnętrzu wypełnionego dźwiękami cichych rozmów pomieszczenia.

                              Fotograf definitywnie zniknął, ale jakieś irracjonalne przeczucie podpowiadało agentowi, że obaj się jeszcze spotkają w przyszłości.

                              Spotkanie w bibliotece dobiegło końca. Latynos zawrócił do stolika Vivienne kiwnięciem głowy dając profesor do zrozumienia, że przyszła pora na wyjście z budynku.

                              Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              🖖
                              0
                              • CavallinoC Niedostępny
                                CavallinoC Niedostępny
                                Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #52

                                Vivienne spojrzała na Alejandro z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy ścisnął jej ramię. Przez moment miała ochotę zaprotestować, że przecież nie ma pojęcia, czy FBI rzeczywiście podsłuchuje telefon Granta, ale widok jego skupionej twarzy powstrzymał ją przed komentarzem.
                                Odprowadziła go wzrokiem, kiedy ruszył w stronę balkonu, przez chwilę ważąc jego słowa i zastanawiając się czy mężczyzna ma rację z tymi podsłuchami i czy powinna dzwonić do Becki. Nie była przecież agentem XIII – i tak była tutaj na doczepkę. Westchnęła, wyjęła telefon z kieszeni płaszcza i wybrała numer.
                                – Hej, tu Viv. Coś dziwnego się właśnie wydarzyło…


                                Wyszli z budynku na mroźne, zimowe powietrze, które bezlitośnie wdarło się w poły płaszcza Vivienne. Ciaśniej się nim owinęła i naciągnęła czapkę na głowę zanim skierowali się powoli do miejsca gdzie zostawili auto. Przez chwilę szli w milczeniu. W końcu Viv powtórzyła pytanie na które nie dostała odpowiedzi w atrium:
                                – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? Że to niebezpieczny ćpun i wariat? Trochę dziwne, że FBI podsłuchiwałoby telefon zwykłego wariata… Swoją drogą dlaczego się nie pojawił? Myślisz, że wiedział o FBI i ich pojawienie go spłoszyło?

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0

                                Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                Zarejestruj się Zaloguj się
                                Odpowiedz
                                • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                • Najpierw najstarsze
                                • Najpierw najnowsze
                                • Najwięcej głosów


                                • Zaloguj się

                                • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                Powered by NodeBB Contributors
                                • Pierwszy post
                                  Ostatni post
                                0
                                • Kategorie
                                • Ostatnie
                                • Tagi
                                • Popularne
                                • Świat
                                • Użytkownicy
                                • Grupy
                                • Strona startowa