Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #32

    Oryginalny autor: Lord Melkor

    Mieli do czynienia ze zwierzoludźmi, czyli potencjalnymi sojusznikami, choć potencjalnie mogli być oni niebezpieczni. Czy to był teren Ungorów? W każdym razie astromanta stanął naprzeciw przywódcy zwierzoludzi, starając się wyglądać pewnie, a nawet dostojnie. Jego święcąca laska wyraźnie sugerowała że jest magiem.

    - Bądźcie pozdrowieni w imię naszych Panów, Tzeenchta i Slaanesha - rozpoczął rozmowę wyraźnie identyfikując swoją grupę jako wyznawców tych dwóch potęg, mając nadzieję że zostanie zrozumiany.

    Jego słowa wywołały pewną reakcję wśród istot lasu. Ale na pierwszy rut oka trudno było rozpoznać jaką. No na pewno nie rzucili się natychmiast do krwiożerczego ataku jak to zwykle bywało przy kontakcie przedstawicieli obu ras. Ich herszt zmrużył oczy jakby zastanawiał się nad tymi słowami czarodzieja. Jeden z jego ludzi coś mu szepnął ale czy to było pytanie czy podpowiedź to nie szło usłyszeć.

    Powiedział coś wskazując na niego a potem dalej, na obóz z ogniskiem i namiotami jakie były przy rzece. Brzmiało jak pytanie. Ale znów w jakimś dzikim, obcym języku. Powiedziane to było dość neutralnym tonem jakby jeszcze herszt nie zdecydował się ani na agresywną ani na strachliwą opcję. Ale coś chyba chciał się dowiedzieć.

    - Nie rozumiem waszego języka- czarodziej odparł dwa razy, najpierw w Imperialnym, potem w demonicznym.
    - Gunther, spytaj się dziewczyn, czy któraś z nich rozumie język zwierzoludzi - zwrócił się do swojego ochroniarza. Miał nadzieję, że nie dojdzie do konfliktu przez coś tak błahego jak niezrozumienie mowy…

    Ochroniarz nic nie powiedział, skinął głową i ruszył szybkim krokiem w kierunku położonego przy starorzeczu obozu. Przez chwilę więc czarodziej został sam z tym kilkorgiem zwierzoludzi. Mógł im się przyjrzeć wyraźniej. Z pół tuzina, dwie kobiety reszta mężczyźni. Znów herszt wymienił krótkie, chrapliwe, urwane zdania ze swoimi ludźmi. Obserwowali uważnie i Joachima i odchodzącego ochroniarza. Zapytał o coś astromantę wskazując włócznią albo na obóz albo na Ghuntera. Znów Joachim nie zrozumiał co. Ale po chwili wrócił jego ochroniarz przyprowadzając ze sobą Łasicę i Lilly.

    - O, zwierzoludzie… Ciekawe czy to wszyscy. Czego chcą? - włamywaczka z nieukrywaną ciekawością oglądała sobie grupkę nocnych przybyszy.

    - Ja mogę z nimi porozmawiać. Trochę rozumiem ich język. - powiedziała Lilly a jej przybycie wyraźnie ożywiło kopytnych. Bo widać było, że różowowłosa też ma zamiast stóp kopyta a pęciny porośnięte różowym futrem.

    - No to bardzo nam pomoże - Joachim nieco się odprężył i porzucił plany rzucenia zaklęcia ochronnego. Zmiennokształtni mogliby odebrać to jako atak na nich.
    - Tłumacz jego słowa - wykonał gest od Lilly w stronę domniemanego przywódcy.

    Trójka kultystów obserwowała i słuchała przebieg rozmowy między ich kopytną koleżanką a hersztem zwierzoludzi. Trochę to trwało i wyglądało na to, że nie wszystkie wypowiedzi są dla obu stron zrozumiałe. Lider ungorów coś pytał, wskazywał przy tym w kierunku obozu a mutantka mu odpowiadała i opowiadała bo jej odpowiedzi zwykle były dłuższe. Pewnie też było coś o nich bo raz czy dwa bródka ungora wskazała na nich a liliowłosa też spojrzała na na nich nim nie zaczęła coś tłumaczyć. W końcu po paru takich wymianach Lilly zwróciła się do czekającej trójki.

    - Mówi, że ściągnęły ich tu sny i wizje. Przybyli oddać cześć Wężowi. Oni go nazywają Snarl jeśli dobrze zrozumiałam. Mieli tu chyba sobie urządzić małą orgię. No i uznają to miejsce za pobłogosławione przez Snarla. Dlatego. Ale nie spodziewali się tu nikogo innego to jak nas zobaczyli to trochę się zdziwili. Mówiłam im, że my też jesteśmy od Snarla. Przynajmniej ja i dziewczyny. To się ucieszyli. No ale pytają o ołtarz i Sorię. Chyba myślą, że ona to jakiś odmieniec czy co. - dziewczyna o liliowych włosach i takimż futrze na łydkach przetłumaczyła co podczas tej rozmowy ustaliła z nie tak całkiem odmiennych od niej przedstawicielami podobnej rasy, na stałe naznaczonej piętnem Chaosu. A Soria, w obecnej formie atrakcyjnej kobiety z kilkoma parami ramion no faktycznie można ją było wziąć za odmieńca. Zwłaszcza jak z tej odległości nie było widać wszystkich detali.

    - Przyszli na orgię? O! To tak jak my! - roześmiała się Łasica którą raczej rozbawiły niż speszyły takie wieści. - Hmm…. Ale te błogosławieństwo tego miejsca co mówią to pewnie przez ten ołtarz. Soria coś takiego mówiła. Mogą mieć coś przeciwko jak jutro będziemy chcieli go ze sobą zabrać. - zreflektowała się nieco myśląc o planach na jutrzejszy poranek. Możliwe, że zwierzoludzie już widzieli wystający z wody ołtarz to biorąc pod uwagę uwiecznioną na nim scenę raczej nie było trudne domyślić się komu został poświęcony.

    Czarodziej zastanawiał się przez chwilę, potem wziął Lilly i Łasicę na bok i przemówił do nich cicho, nie był do końca pewien czy żaden z ungorów nie mówi ich językiem .

    - Powiedz im, że Soria jest wybranką Węża, może nie będą chcieli się przeciwstawiać jej woli? Jak nie macie nic przeciwko, możecie ich zaprosić na wspólną orgię, wtedy uśpimy ich czujność i zobaczymy co dalej - zaproponował.

    Dziewczyny popatrzyły na siebie chwilę. Potem na czekających zwierzoludzi. I wreszcie w drugą stronę na czekające w obozie koleżanki.

    - No ja to zawsze byłam ciekawa jak to z nimi jest. Słyszałam, że są bardzo jurni. A dziewczyny to nie wiem, trzeba by zapytać. Ale z Soria Joachim dobrze mówi. Trzeba jej powiedzieć aby zrobiła odpowiednie wrażenie. To jak się jeszcze z nimi zaprzyjaźnimy to może sami nam pomogą? - łotrzyca w skórzanych spodniach pierwsza zabrała głos i rzuciła swoją propozycję. Raczej pomysł czarodzieja zdawała się aprobować. Lilly ograniczyła się do roli łączniczki więc powiedziała coś do zwierzoludzi wskazując na obóz. Rozmowa trwała krótko, parę wymienionych przez obie strony zdań. Ale przez grupkę przebiegło poruszenie, może nawet ekscytacji.

    - Powiedziałam im, że musimy porozmawiać z resztą i żeby poczekali. Ale my to ich chętnie ugoscimy. - wyjaśniła kopytna wskazując na siebie i koleżankę. Ta roześmiała się dźwięcznie, pomachała ungorom wesoło i wrócili do ogniska.

    - I co? Kto to? Co chce? - z czekających Burgund odezwała się pierwsza. Widać było, że jest zaintrygowana i nieco zaniepokojona wynikiem tych negocjacji.

    - Goście. Chcą naszych kuperkow i resztę wdzięków. I ja i Lilly jesteśmy skłonne im to dać. - odpowiedz Łasicy, zwłaszcza okraszona pokazaniem języka swojej kamratce była psotna i lekka. Więc Burgund i reszta chyba nie były pewne o co tak naprawdę chodzi. Nawet jak Lilly potwierdziła słowa ich liderki kiwaniem głowy. Dopiero jak Łasica zaczęła tłumaczyć Sorii jaki plan ukuli na szybkiego z Joachimem zorientowały się o co tu chodzi.

    - Dobrze. Myślę, że to się uda załatwić po przyjacielsku. - wybranka Węża, córka Królowej Potworów uśmiechnęła się łagodnie. Potem wystąpiła parę kroków do przodu i zatrzymała się. I zaczęła coś głośno mówić w stronę cienistych sylwetek między drzewami. Mówiła potężnym głosem, dumnym i dostojnym niczym zawodowy mówca. W obcym języku.

    - O, ona zna ich mowę. - trochę zdziwiła się Lilly która z ich grupki była jedyną co mogła zrozumieć tą dziką mowę zwierzoludzi. A tymczasem głos kobiety o granatowych włosach potężniał.

    - Wzywa ich. - Lilly cicho powiadomiła swoich towarzyszy. Ale rzeczywiście sylwetki z drzew zaczęły się zbliżać. Aż ujawniły swoją pół ludzką formę gdy weszły w zasięg blasku ogniska. Wtedy Soria zaczęła się zmieniać. Rosnąć. Włosy zmieniły się w żywe węże, smukłe nogi scaliły się tworząc wężowy ogon, oczy z ludzkich zaczęły promienieć wewnętrznym blaskiem potęgi. Sama wybranka Węża zaczęła unosić się na tym wężowym ogonie aż głowę miała na wysokości kilku kroków nad ziemią. Rozłożyła dumnie swoje kilka ramion aby ukazać się w pełnej, nadnaturalnej krasie. No i głos. Głos jej się zmienił. Teraz wydawało się, że gdy mówi to wtóruje jej pogłos setek głosów i mileniów.

    Od pokazu tej potęgi stadko zwierzoludzi padło na kolana onieśmieleni takim pokazem mocy. Zaraz potem padli na twarz jakby obawiali się gniewu swojej bogini. Właściwie kultystki też. Najpierw Łasica a potem reszta koleżanek. Właściwie to i kultyści gdy przedwczoraj spotkali Sorie po raz pierwszy na plaży przy Wrakowisku to co nieco widzieli tej wężowej formy Sorii. Ale wówczas nie okazała się ona z taką mocą jak teraz. Joachim czuł naelektryzowanie w powietrzu co zdradzało, że przemiana wpłynęła na przenikające ten świat energie Eteru.

    - Oh pani! Pozwól nam ci służyć! - jęknęła Łasica szczerze poruszona tym pokazem mocy i potęgi. Ale i reszta dziewcząt oraz zwierzoludzi byli pod wielkim wrażeniem.

    - Dobrze. Możecie mi służyć. Podaj mi wino piękna służko. - wężowa czcigodna okazała łaskę i dobry humor. Odezwała się do lotrzycy w reikspiel nieco rozbawionym tonem. Opadła na niższy poziom będąc już tylko o głowę wyższa od pozostałych. Gdy dostała kubek z winem wzniosła go do góry.

    - A więc kobiety i taniec, śpiew i wino! Niech umiar idzie precz! Niech zacznie się noc żądzy a skrywane pragnienia niech mają swój finał! - Soria krzyknęła do wszystkich wznosząc swój kubek z winem i pierwszy toast tej nocy już po północy. Przywitano to z aplauzem obu grup. I dość szybko obie grupy zaciekawione sobą nawzajem zaczęły się mieszać i fraternizować zupełnie jakby odgrywały jakąś scenkę uwiecznioną na alabastrowym monumencie jaki spoczywał częściowo zanurzony w przybrzeżnej wodzie.


    Zadowolony, że jego plan się powiódł i uniknęli niepotrzebnej walki ze zwierzoludźmi, Joachim przyklęknał na jedno kolano przed Sorią której mroczny majestat był nie do zaprzeczenia, choć padanie na twarz wydawało mu się jednak przesadą. Następnie odsunął się na bok, obserwując jak ungorzy i kultystki oddają się swoim żądzom, zachęceni przez syrenę.

    Sam stwierdził, że postara się tym razem zachować zimną krew, inaczej niż na Wrakowisku i obserwować orgię w celach pogłębienia swojej wiedzy, w końcu niewiele miał wcześniej do czynienia ze zwierzoludźmi, a i Soria była wyjątkową istotą. Guntherowi i Rupertowi pozwolił się przyłączyć do orgii, na początku wydawali się sceptyczni, ale po chwili nie byli w stanie oprzeć się magii roztaczanej przez wyznawców Księcia Rozkoszy. On jakiś czas wytrwał obserwując, ale w końcu pozwolił się zaciągnąć na bok rozpalonej żądzą Burgund... co wcale nie było nieprzyjemne.

    Następnego dnia podporządkowani już Sorii zwierzoludzie pomogli zaciągnąć ołtarz na łódź. Niestety, wyglądało na to, że nie więcej niż 3 osoby zmieszczą się wraz z ołtarzem. Czarodziej zaproponował, by z ołtarzem popłynęli: Rupert, jako umiejący kierować łodzią oraz Soria i Łasica, jako najwyższe rangą z wyznawców Slaanesha. On z pozostałymi miał zamiar wrócić pieszo z pomocą ungorów. Przy okazji planował korzystając z tłumaczenia Lily dowiedzieć się więcej o ungorach, jakimi siłami dysponują i co wiedzą o innych grupach i istotach w okolicy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #33

      Oryginalny autor: Zell

      Ulga była nieopisana. Z jakimś dobrym humorem wstał dziś, bez osłabiającego myśli bólu. Szedł pewnym krokiem, prawie nie pamiętając o sztywności nogi.
      Wiedział, że pomysł, o którym chce z Megą porozmawiać może być jak i problemem dla miasta, jak i mieć konsekwencje dla kultu, jeżeli nierozplanowany odpowiednio. Więc wchodził do rogatej z pewnością, której nie okazywał podczas ich pierwszego spotkania, którym okazał swoją desperację. Dziś już jej nie było. Została pewność... nawet jeżeli była to pewność czynów, które powinien ukrywać popiół.
      Wkroczył do kryjówki Mergi (czy nadejdzie czas, gdy i on będzie musiał się ukryć?), szukając samej wiedźmy.

      - O. Jesteś. Czcigodna mówiła, że możesz przyjść dzisiaj. Poczekaj tutaj. - nawet po drabinie co zwykle sprawiała mu trudność nie schodziło się dzisiaj tak źle. A trzeba było po niej zejść z poziomu piwnicy wieży do ukrytego przejścia. I tam, kawałek prostego korytarza po ciemku aż dłonie namacały zasłonę. Za nią była półka i ogarek jaki można było znów po omacku oświetlić. I solidne drzwi jakie odgradzały od właściwej części kryjówki. Podobno zamontowano je jakoś na wiosnę, wcześniej ich nie było. Ale jak Heinrich przybył tu pierwszy raz to już były. W drzwi trzeba było zastukać hasłem, aby było wiadomo, że to ktoś swój. Wtedy czekało się aż ktoś z zewnątrz podejdzie i otworzy. Dzisiaj była to Norma, ale ona często pełniła tą funkcję. Wpuściła go i przeszli do jadalni. To było największe pomieszczenie w kryjówce i pełniło też miejsce spotkań całego zboru. Pod ścianą był piec i miejsce do gotowania gdzie zwykle krzątała się Myszka albo któraś z dziewczyn. Dziś też odmieniec podała na stół butelkę wina i kubki pytając czy jest głodny. Zaś póki pełniła rolę gospodyni norsmeńska wojowniczka poszła w trzewia kryjówki po rogatą panią. Po jakimś czasie obie wróciły do jadalni a Merga przywitała się ze swoim gościem przyjemnym uśmiechem.

      - Dzień dobry Heinrichu. Jak noga? Maść pomogła? - zapytała podchodząc do stołu z dumą i pewnością godną kapłanki czy szlachcianki.

      - Uratowała mi życie, bo już chciałem zębami odgryźć nogę. - wstał i skłonił się ze wdzięcznością - Dziękuję.

      Pierwsza reakcja na rogatą minęła chyba po trzecim spotkaniu. Na pierwszym była okryta iluzją, dając poznać swoją formę na drugim. To był niemy szok dla byłego łowcy czarownic, który wtedy ledwo się zgadzał z własnymi czynami. Dziś już ten widok był dla niego zwyczajny, nie wzbudzał w nim wyuczonej złości... szczególnie jak dzięki kobiecie nadchodziła ulga.

      - Ciało nie chce zmiany, więc umiera powoli, jakby uparty na torturach.

      - Czasem tak bywa. Z ludźmi tak samo. Dają się omamić i zwieść słabym bożkom i fałszywym ideałom. I większość z nich jest taka oporna na prawdziwą wiarę. Boi się zmian. Boi się stracić to co już ma i zna. Dlatego tak często skłaniają się ku nam desperaci i wyrzutki, którzy nie mają nic albo niewiele. - rogata pokiwała swoimi rogami dając znać, aby gość spoczął za stołem.

      - I cieszę się, że pomogło. Musimy sobie pomagać. Nikt z nas nie jest na tyle mocny, aby poradzić sobie bez innych. Zwłaszcza jak chce coś osiągnąć. A co cię do mnie sprowadza? - zapytała okrążając pytanie przyjemnym uśmiechem.

      Heinrich przyjął zaproszenie i usiadł naprzeciw rogatej wiedźmy.

      - Zbieranie jak najlepszych najemników miało sens. Możni i bogaci miasta potrzebowali bezpiecznego przyjazdu i eskorty na miejscu trupy aktorów z Salzburga. Ich przyjazd ma uświetnić to miasto, a jako że to pierwsza tak szacowna i liczna grupa... ich pojawienie się będzie miało w sobie korzyści polityczne i gospodarcze, a do tego przekona innych, że tu warto przyjechać. - postukał palcem o wierzch dłoni leżącej na stole - Gdzie wpływy i pieniądze, tam wielu się interesuje. Cokolwiek poszłoby nie po myśli, może boleśnie się odbić na miejskich interesach. Winnych będzie się szukać, najwyżej używając kozłów ofiarnych.

      Oparł brodę na złożonych dłoniach w jedną pięść.

      - Możemy zrobić wielką pożogę, ale jeżeli nie podejdziemy do tego z głową: sami się podpalimy. Chcę zapytać, czy mamy jakiś nieprzekraczalny limit zagrożenia, które przetrwamy? Możliwe straty uboczne? - spojrzał w oczy Merdze - Wiesz pani, od tego zależeć będzie plan. Do czego można się posunąć. A pewne jest, że reakcja będzie.

      - Tak, to prawda, możemy uderzyć na nich mocno i znienacka. Chaos obejmie miasto a władze i możni zostaną skompromitowane. Sprawa będzie zbyt duża, aby ją zatuszować, tak samo jak nie udało im się zatuszować mojej ucieczki z Kazamat. Staną się pośmiewiskiem całej prowincji, na pewno polecą czyjeś głowy. No ale i śledztwo też zostanie wszczętę, możliwe, że przyślą kogoś z zewnątrz. - Merga uśmiechnęła się już jak Heinrich mówił zgadzając się, że takie uderzenie powinien odbić się na tutejszych władzach mocnymi konsekwencjami. Zwłaszcza jeśli ofirarami staliby się zamożni goście spoza miasta.

      - No najlepiej to aby się obyło bez strat. Przynajmniej tak to planujemy. I gdyby nasz plan z dosypaniem tego i owego do potraw wypalił a myślę, że gdy część z nas oficjalnie będzie na przyjęciu jako goście lub obsługa to ma to spore szanse powodzenia. Potem wystarczy czekać aż środki zaczną działać. Tylko właśnie nie do końca mamy wpływ na to gdzie będzie to finałowe przyjęcie. Nam najlepiej pasowałby teatr bo tam mamy największe pole manewru. No ale to nie do końca zależy od nas i jeszcze to nie jest postanowione między możnymi tego miasta. Skoro zaś część z nas będzie jako goście myślę, że o ile sami nie dadzą się złapać lub w coś nie wpakują to powinni być nie bardziej podejrzani niż pozostali goście. Obsługa będzie zapewne bardziej na widelcu no ale liczę, że nasze sprytne dziewczęta sobie poradzą. - Merga chyba nie do końca była pewna co Heinrich ma na myśli więc w ogólnych zarysach przedstawiła główną część planu zboru na nadchodzący turniej rycerski.

      - Sugeruję, aby goście ucierpieli ostatecznie na terenie miasta lub w zewnętrznych granicach, nie zaś na bezdrożach. - zamyślił się - Rune zgodził się zakręcić wokół Czerwonego Johana, który rekrutował, to możliwie wciśnie się w ranki przypisanych najemników do ochrony. Kiedy inni zajmą się doprawionymi potrawami, będą się akcje działy równolegle, to i ich skutek może się wylać równocześnie. Zakładam pojawienie się paniki wśród ludzi. - spojrzał na Mergę - Czy działania będą mieć widoczny wpływ kultu, czy damy radę to wszystko przyklepać pod gierki szlachty i handlowców? Dobra, stara zawiść i chciwość?

      - Będzie to wyglądało na próbę otrucia. Na masową skalę oczywiście bo na przyjęciu dla ważniaków. A trutkę może podrzucić każdy kto ma odpowiednie zasoby, determinację i możliwości. Chociaż planowalismy dodać też środek wywołujący mutacje. Co prawda to też mógłby zdobyć ktoś z odpowiednimi dojściami ale już może sugerować udział jakichś kultystów lub osób powiązanych z naszymi patronami. - przyznała wiedźma. Jak sam ze swojej dawnej służby były łowca czarownic wiedział nie wszystkie makabryczne, okrutne czy wyuzdane czyny popełniane przez bliźnich były zorganizowane przez jakieś spiskowe organizacje. Czasem to były czyny pojedynczego desperata. Ale czasem jakieś rozgrywki między spiskowcami najróżniejszyjszych stronnictw. Niekoniecznie tych powiązanych z Chaosem. No ale jednak i tak często brano pod uwagę ten czynnik, zwłaszcza jak znaleziono jakieś poszlaki na to wskazujące. Zaś masowe wystąpienie takich mutacji mogło to sugerować. Z drugiej strony tacy odmienieni obywatele z ręki prawych władz i tak musieliby zostać skazani na śmierć.

      - Zaś ta akcja chłopców Silnego myśleliśmy gdzieś w mieście. Zapewne nadarzy się okazja dopaść jakiś pojedynczy powóz czy coś takiego. Tylko wciąż niezbyt wiemy kto, gdzie i kiedy przyjedzie oraz się zatrzyma. To już będziemy się dowiadywać jak się turniej zacznie i wszyscy będą na miejscu. Jeśli Pirora i dziewczęta będą tam działać to nie powinno być zbyt trudne do zlokalizowania. A w napadach i siłowych rozwiązaniach Silny i jego drużyna mają wprawę. Wystarczy im wskazać cel, czas i miejsce. - wyrocznie wyjaśniła jak to mniej więcej powinno wyglądać z tymi napadami jakie mieli przeprowadzić specjaliści kultu od takich działań.

      - A uważasz, że coś jeszcze moglibyśmy przygotować? Jak tak to mów śmiało. - zachęciła go aby podzielił się swoimi pomysłami.

      - Cokolwiek nie zostanie zrobione, pewnikiem zaczną węszyć Chaos. - uśmiechnął się pod nosem - I niezależnie od wyniku: kogoś znajdą, nie musi to być kultysta. Liczy się efekt, nawet pozorny. Kult powinien się nie wychylać kilka tygodni, nie dawać się zachęcić do działań czy zastraszyć węszeniem. To jedna z możliwości - wykurzyć szczury dymem. Ognia nie ma, jest jego iluzja. - przymrużył oczy, jakby wspominając coś przyjemnego - Kto wybiegnie z kryjówki, ten winny. Jeżeli posiadamy listę potencjalnych kozłów ofiarnych, ludzi co nam brużdżą... też można wykorzystać.

      - Listę, potencjalnych sprawców? - rogata wiedźma dolała sobie wina do glinianego kubka i gestem zaproponowała poczęstunek swojemu gościowi. Norma skądś wróciła ale siadła na zydlu przy kuchni gdzie biło od pieca przyjemne ciepło.

      - Tak, też o tym myśleliśmy. Tutaj najlepiej by było obarczyć winą jakiegoś naszego przeciwnika. Albo kogoś z zewnątrz. Myśleliśmy o tych podziemnych stworzeniach. Obie strony skoczyłyby na siebie. Chociaż do tej pory raczej nie najgorzej nam się układało. W pewnym sensie, mogliby się okazać naszymi sojusznikami. Wciąż mam wrażenie, że tam coś jest. Coś istotnego. Chociaż wizje i myśli przeciekają mi przez palce, nie mogę tego sprecyzować… - Merga pokiwała głową na znak, że tutaj też po ogólnych założeniach myślą podobnie. Jednak diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. W tym wypadku co do wybrania takiego kozła ofiarnego i przygotowania czegoś zawczasu.

      - A oczywisty cel to tutejsi łowczy czarownic. Herwig i jego banda. Tylko trudno będzie przekonać władze i resztę, że dopuściliby się takiej masowej zbrodni. - pokręciła głową, że chociaż ten cel wydawał jej się bardzo nęcący a pewnie sama chętnie by się zrewanżowała łowcom za zimowe brutalne przesłuchanie i traktowanie to jednak nie było łatwo przekonać śledczych, że mieliby motyw aby zrobić coś takiego.

      - Mam też przeczucie, że sam turniej przyniesie nam jakąś niespodziankę. I to raczej pozytywną. Chociaż jeszcze nie wiem jaką. Ostatniej nocy miałam sen. Nowy. Coś się wydarzy, coś istotnego, wkrótce, coś co wpłynie na losy całego miasta. Więc spodziewajmy się niespodziewanych wieści. Miej oczy i uszy otwarte. - dorzuciła skoro i tak rozmawiali o jej nadprzyrodzonych talentach.

      - No i oczywiście można spróbować obarczyć jakiegoś pechowca. Kupca, kogoś z ratusza, może Akademii. Najlepiej kogoś mało popularnego a potężnego bo w żebraka dosypującego w szlacheckiej kuchni trutki do potraw to nikt nie uwierzy. Albo mityczny, fantomowy cel. Jakiś szpieg, zabójca czy inny dysydent. - dodała jeszcze jeden pomysł jaki rozważała co do celów do spreparowanych pomówień i oskarżeń jaki mógłby odsunać podejrzenia od faktycznych sprawców.

      - Wrogowie to zawsze kuszące cele. - przyjął propozycję poczęstunku - Ale często też zgubne w ostateczności. Jeżeli za szybko dotrą ścigający do winnego będącego wrogiem grupy - bezwiednie zaczął przesuwać palcem po stole, jakby tworząc linię - to powiązanie będzie zbyt widoczne i nie zatrzymają się na tym, kogo chcemy. Nie sądzę, byśmy teraz musieli głównych wrogów wrabiać. Do tego potrzebna byłaby zasłona dymna, z siatki powiązań. Nie działajmy wedle emocji i bez przemyślenia. Nasi przeciwnicy też nie rzucą się na pierwszy trop. - upił wina ze swojego kubka - Niech pokrążą w plątaninie tropów, zgubią się w powiązaniach. Oni grają w to, my też się przyłączamy, ale sprawmy by plansza i zasady były nasze. Można rzucić na pożarcie jakiś nieszczęśników, by zamętem ogarnąć dochodzenie.

      - Jakichś nieszczęśników to pewnie sami znajdą. Jak pan baron zarzyga się na śmierć a pani hrabina dostanie zawału to tak jak mówisz, winni muszą się znaleźć i zostać surowo ukarani. Dlatego pewnie w pierwszej chwili wezmą w obroty służbę. Chociaż to chyba oczywiste, że nawet jeśli ktoś z nich by został przekupiony to raczej był tylko ostatnim ogniwem. - niebieskoskóra wiedźma z północy pokiwała głową gdy rozważała pomysł o jakim rozmawiali.

      - To mówisz, że odradzasz zwalanie winy na łowców i innych takich? - zapytała raczej, aby się upewnić i to jeszcze przemyśleć.

      - Tak, odradzam na ten moment. - pokiwał głową - Nie oznacza to poniechania, tylko ustalenia innej drogi. Jeżeli będą gonić dłuższy czas za własnym ogonem, wzbudzi to w nich irytację i niecierpliwość. Oba do wykorzystania. Łowca Czarownic nie widzi siebie jako ofiary, niezależnie co mówi. Nawet jeżeli główna osoba nie popełni błędu - zawsze możesz liczyć na błędy jego przybocznych czy sojuszników. Nie dotykajmy ich na razie za mocno. Uderzmy dopiero, gdy moment będzie odpowiedni, a sny o zemście kultywujmy w planach na przyszłość.

      - Hmm… - gospodyni upiła łyk ze swojego kubka i zaczęła go obracać machinalnym ruchem. Pewnie podobnie obracając słowa Heinricha w swojej rogatej głowie.

      - No cóż, byłeś jednym z nich. Myślę, że możemy zaufać twojej ekspertyzie. Dobrze, ostateczne zdanie ma Starszy, ale porozmawiam z nim o tym. - obiecała widocznie przynajmniej przyjmując tę argumentację do siebie.

      - A poza tym masz jakieś sugestie co do dodatkowych atrakcji jakie moglibyśmy zrealizować na ten festyn? Widzisz się w jakiejś roli? - zapytała go patrząc przez szerokość stołu na swojego rozmówcę.

      - Festyn... - Heinrich dopił zawartość kubka - Wylęgarnia zamętu, nawet bez pomocy, a z nią... - zamyślił się - Można sprawić, by zabawa dla ludu była... Ciekawsza. - odstawił na stół pusty kubek - Jeżeli alkohol będzie miał silniejszy wpływ, to gwarantowane są niepokoje na mieście, nie tylko wśród szlachty, a doprawiony alkohol zwiększa kupcom zyski, jako że chętniej kupowany. Straż nie będzie mogła skupiać sił w całości w innym miejscu, jeżeli miejsc będzie więcej. Problem bardzo ludzki, zwyczajny, co najwyżej oskarżający chciwych sprzedawców. Nic nadzwyczajnego. Różnicą będzie natężenie, choć wątpliwe by to zastanowiło. Ktoś za bardzo połasi się ba zyski, inny da opust pijaństwu, zabierając uwagę pewnej ilości straży. Doprawienie całej partii jednego handlarza na taką okazję, nie jest niczym niesłychanym. Wynik przejdzie oczekiwania. - uśmiechnął się - Małe a cieszy.

      Heinrich wstał z siedzenia i skłonił się Merdze szlachecko niczym damie.

      - Jestem rad, żem został wysłuchany, a twoje słowa dotrą do uszu Starszego, pani. - wyprostował się - Nie zamierzam partycypować w wydarzeniach wśród szlachty, nie mając ustalonej pozycji. Mam zamiar objąć opieką wydarzenia na samym mieście i upewnić się, że fiasko dotknie żywoty gości z Salzburga.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #34

        Oryginalny autor: Seachmall

        Marktag; zmierzch; sklep Grubsona

        Otto podejrzewał, że nie obejdzie się bez otwarcia sakwy. Grubson pomimo swoich wierzeń pozostał oportunistycznym handlarzem. Czyniło go to bardziej ludzkim, co przypadło Otto do gustu.

        - Co do wymiarów, podeślę do was Łasicę, jeżeli nie uda mi się klientki przyprowadzić. Dziewczyna poznała dość… intymnie wymiary przyszłej właścicielki sukni. - Otto rozważał czy powiedzieć kim dokładnie jest ich klientka - Ale jestem pewny, że będzie w stanie się dopasować do sukni. To sługa Mrocznego Księcia i przez sługa nie mam na myśli wyznawcę… - postanowił zaryzykować. Być może informacja, że zbór Starszego zyskał sojusz tak cudownej istoty jak Soria, przekona Grubsona, aby przyłączyć swoją grupę do ich rodziny - Nazywa się Soria i jeżeli spodoba jej się wasza suknia, upewnię się, aby skierować ją w kierunku hojnych sług Węża. - Otto obgadał z Oksaną sprawę sukni w końcu udało im się znaleźć coś, co po kilku korektach da najlepszy efekt.-|
        - Jeżeli można Hubercie, sprawę zapłaty obgadamy po festynie? Nie leży w mojej mocy ustalać takie sprawy. Do tego trzeba będzie zobaczyć jak twoje dzieło przypodoba się służce Idealnego Księcia.

        Wzmianka o Sorii jako kimś więcej niż zwykłej kultystce mocno zaintrygowała duet kultystów z tego samego patrona. Zarówno szef jak i jego projektantka spojrzeli na swojego gościa jak dwa koty na wieść, że w okolicy pojawiła się bardzo apetyczna mysz.

        - Służka Mrocznego Księcia? A powiesz coś o niej więcej? - zagaił gospodarz i skinął na dwukolorowowłosą. Ta podeszła do barku i zaczęła tam szykować napoje pewnie dla tych bardziej znamienitych gości jakich kupiec uznał, że są tego warci.

        - I, tak, pewnie, przyślij Łasicę. Dawno jej nie widziałem, chętnie odświeżę znajomość. Mnie niestety nie wypada tak często odwiedzać młodej szlachcianki jak jej głównej krawcowej. - westchnął chyba trochę na pokaz ale też przebiła się igiełka zazdrości, że jego pracownica ma swobodniejszy dostęp i do teatru i do kamienicy na Bursztynowej 17. Gdzie w piwnicy Pirora urządziła prywatny loszek a Oksana była jej tam prawą reką i główną dominą do dyscyplinowania tych którzy to lubili. Teraz jednak grzecznie wróciła do biurka z dwoma kielichami i postawiła je przed dwójką mężczyzn. Gospodarz wydawał się zaintrygowany osobą dla jakiej miała być ta zamawiana suknia no ale mimo wszystko najpierw chciał się dowiedzieć czegoś więcej.

        Pora rzucić drobną zanętę.
        -Och, Soria jest cudowna. Preferuje mokre klimaty, ma jakieś… powiedziałbym trzy metry długości, może dwa i pół, jakieś trzydzieści palcy i naprawdę żywe włosy. Kiedy jednak chce się wmieszać w tłum, jej rozmiary nie odbiegają od normy. - kultysta się uśmiechnął. Grubson na pewno będzie chciał poznać syrenę i będzie można machać mu ją jak marchewką na patyku. Będzie musiał poinformować o tym Starszego. - I oczywiście przekażę Łasicy, że za nią tęsknisz.

        - Łasica, tak, tak, cudnie usługuje. I mówisz, 3 metry wzrostu? I żywe włosy i tak dalej? I jest od naszego patrona? Koniecznie musisz nas z nią poznać! - po tym jak kupiec usłyszał opis wężowej syreny można było mieć wrażenie, że to jak jakiś fan co się dowiedział, że jego ulubiona diva jest w tym samym mieście w odwiedzinach. Zresztą Oksana wyglądała podobnie. Nawet niebieskowłosa włamywaczka którą oboje tak chętnie lubili maltretować dla wspólnej satysfakcji teraz wydawała się im miałka i pospolita.

        - A to nie wiedziałem, że to chodzi o kogoś takiego. W takim razie Oksana, postaraj się. Sama słyszysz dla jakiego znamienitego to gościa. - szef przyjął wręcz jowialny i serdeczny ton i od ręki wydawał polecenie swojej projektantce.

        - Tak, oczywiście, że tak, zobaczę co mamy na stanie ale na pewno będzie co najlepsze. Właściwie to może nawet by się udało na ten Festag. Jakby ta wspaniała kobieta raczyła do nas zawitać, gdyby oczywiście miała ochotę i bym mogła ją zmierzyć i poznać to byłoby wspaniale. Ale jak Łasica ma podobne rozmiary to oczywiście też może być, nie ma co fatygować tak wspaniałej pani jakimiś zbędnymi drobiazgami. - krawcowa też wydawała się spalać z żądzy i zniecierpliwienia tak samo jak jej mistrz i szef aby poznać kogoś tak zacnego.

        - A te karliko to daj spokój Otto. Kto by się tym przejmował jesli chodzi o kogoś tak wspaniałego. To na koszt firmy, nic się tym nie przejmuj, dla kogoś takiego cena nie gra roli, liczy się jakość. To kiedy nasz z nią zapoznasz? - Hubert od ręki machnął reką na potencjalny zarobek na takiej w końcu nie takiej taniej sukni. Miał inne priorytety gdy chodziło o jego prawdziwą wiarę.

        Otto nie spodziewał się, aż takiej reakcji. Spodziewał się, że handlarz połknie haczyk, ale jeszcze trochę i zacznie podgryzać wędkę.

        - Niestety nie ma jej teraz w mieście. Jednak kiedy wróci, od razu przekażę jej informacje o waszym oddaniu i chęci komunii. - Otto pstryknął palcem coś sobie przypominając - Och, zapomniałbym, Soria nie zna mowy śmiertelnych. Więc o ile, któreś z was nie zna języka Niezrodzonych sądzę, że będziecie musieli sięgnąć po inne formy komunikacji… może "mowa ciała"? - Otto się uśmiechnął i skinął głową Grubsonowi - Jeżeli to wszystko, mam jeszcze kilka miejsc do obskoczenia. Och i Hektorze, Oksano. Jeżeli moglibyście ostrzec swoich innych klientów, że niektóre zamówienia mogą się opóźnić, ponieważ właśnie otrzymałeś zlecenie od bardzo egzotycznej klientce, która odwiedza miasto z dalekich krain specjalnie na festyn. No cóż.. rodzina będzie wdzięczna. Pogadam przy okazji z Pirorą, nasza znamienita znajoma, może chcieć zachwalić cię podczas balu w teatrze.

        - Nie ma jej teraz w mieście? - chytre oczy kupca zmrużyły się jakby nagle zaczął się zastanawiać ile w tym jest prawdy. Ale pokiwał swoim byczym łbem i uśmiechnął się promiennie. - W mowie ciała jestem najlepszy. - pozwolił sobie na nieco buńczuczny uśmiech. - A bretoński zna? Bo jest jeszcze Fabi. Ona pewnie też będzie zachwycona jak by mogła ją poznać. - wskazał na drzwi do gabinetu jakie prowadziły na korytarz ale pewnie chodziło mu o bretońską klientkę i kochankę jaka akurat przyszła do sklepu.

        - A te opóźnienia oczywiście. Zajmę się tym. A mam jakoś dokładniej zaanonsować przybycie naszej gwiazdy czy tylko takie ogólniki? - Oksana pokiwała głową bo w końcu ona zwykle miała najwiecej bezpośredniego kontaktu z klientami.

        - Nie wydaje mi się, aby znała jakikolwiek język tego świata. - tek smakowity kąsek informacji, na pewno ich zainteresuje bardziej - Proszę, bądź jak najbardziej ogólnikowa Oksano, możesz pokazać szkic sukni. Chciałbym, aby zrobiła się z tego wielka Plotka. Wszyscy chyba wiemy, jak one żyją własnym życiem, a i tak sądzę, że ich najśmieszniejsze spekulacje nie dorównają prawdzie, którą ujrzą. Wyobrażacie sobie? Całe miasto gadające niemalże z lubieżnością o kobiecie, której nigdy nie zobaczyli?

        - Ha! No rzeczywiście! To by dopiero było coś! Oksy, zrób tak jak Otto sugeruje. Żadnych konkretów, podgotuj ich tak jak to umiesz. - grubas zaśmiał się na myśl jaką rekację może wywołać w towarzystwie taka plotka.

        - Dobrze, tak zrobię. Zapowiem przybycie ponętnej nieznajomej. W kreacji od nas. - kultystka pokiwała głową na znak, że jest właściwą osobą do tego zadania.


        Marktag; zmierzch; teatr

        Otto wkroczył do Teatru. Musiał przyznać, czuł się tu jak w kompletnie obcej domenie. Musiał szybko znaleźć jej władcę, więc zaczął rozglądać się za Pirorą.

        Teatr urządzono w dawnej gospodzie więc to dawało się zauważyć od razu. Mimo wszystko prace remontowe i przeróbkowe trwały od zimy i teraz w sali głównej urządzono całkiem ładną scenę i widownię. Może nie było to tak wielkie i dumne jak celowo budowane przybytki wysokiej kultury z wielkich miast ale w końcu Neus Emskrank trudno było uznać za wielkie miasto. A i był to pierwszy prawdziwy teatr w tym mieście. Z zewnątrz to Otto widywał ten budynek jak przechodził ulicą w okolicy no i prywatnie wiedział, że tutaj urzęduje Pirora która stała się dzięki tej inicjatywie jedną z tuz śmietanki towarzyskiej. Dlatego też była prawie pewnym gościem na tych przyjęciach i balach z okazji turnieju i innych. Ale wewnątrz był pierwszy raz.

        Zastał mimo późnej pory parę osób. Głównie jakichś majstrów i sprzątaczy co chyba przygotowywali scenę i widownię pod jakieś przedstawienie. Ale w miejscu dawnego szynkwasu urządzono chyba coś na kształt recepcji i szatni. Jakaś młoda, miła dziewczyna zapytała go w czym może pomóc. A gdy powiedział kogo szuka prosiła aby chwilę zaczekał. Potem gdzieś zniknęła ale nie na długo. Ze schodów zeszła znajoma ze zborów blondynka w ładnej sukni.

        - Dobry wieczór kawalerze. Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? - zapytała Averlandka gdy podchodziła do gościa i się przed nim zatrzymała.

        Otto skinął głową.

        - Sprawy rodzinne obawiam się. Możemy znaleźć jakieś bardziej ustronne miejsce? - kultysta rozejrzał się ile osób jest w ich najbliższym otoczeniu.

        - Oczywiście, proszę za mną. - po minimalnym ruchu brwi dało się poznać, że młodziutka szlachcianka zrozumiała o co chodzi ale poza tym nie dała po sobie niczego poznać. Przejeła rolę przewodniczki i wrócili po schodach po jakich dopiero co zeszła. Po czym doprowadziła do jakichś drzwi za którymi był gabinet o wyglądzie biura.

        - Tutaj możemy swobodnie porozmawiać. Napijesz się czegoś? - wróciła do bardziej zwyczajnego tonu i podeszła do szafki który widocznie był barkiem.

        - Chętnie poczęstuje się, na cokolwiek ty masz ochotę. - Otto uśmiechnął się - Chodzi o festyn i bal w twoim teatrze. Realizuje właśnie plan, aby sprawić, że będzie tu jak najwięcej możnych miasta. Merga już go zaakceptowała, więc trzeba mieć nadzieje, że wszystko pójdzie po naszej myśli.

        - O, bal i festyn w moim teatrze? Tutaj? Bardzo chętnie. Tylko z tego co wiem to jeszcze - niestety - nie jest to tak całkiem przesądzone. Może Froya albo Kamila wyprawią go u siebie? Albo jeszcze ktoś? No ale mnie by najbardziej pasowało tutaj. A co? Coś z Mergą na ten temat rozmawiałeś? - blondynka podała smukły i pewnie drogi kielich z rzeźbionego szkła a w nim bursztynową brendy. Pytała raczej z ciekawości. Bo nadal trwał ten balans i towarzyskie przepychanki gdzie ma być ten najważniejszy, finalny bal po turnieju.

        - No cóż, tak to zrozumiałem, że masz być gwiazdą tego planu. - przyznał Otto - I obawiam, się mój plan zabiera z ciebie większość uwagi. Zacząłem szerzyć plotkę, że odwiedzi nas na turnieju tajemnicza, ponętna, egzotyczna dama z dalekich stron. Ustaliłem z Grubsonem, aby załatwił nam odpowiednio odważną suknię. Mam nadzieję, że dobrze to wszystko sobie zaplanowałem.

        - Brzmi nieźle. Uwielbiam ponętne, tajemnicze i egzotyczne damy. Podoba mi się. Tylko skąd taką weźmiemy? - Pirora oparła się o krawędź biurka i trzymała smukły kieliszek w swojej szczupłej dłoni nieco nakrapianymi drobnymi piegami. Nie wydawała się zła czy zdenerwowana, raczej nadal traktowała to jak towarzyską wymianę plotek.

        -Och, racja… nie spotkałaś Sorii, prawda? - zapytał mnich.

        - Sorii? Nie, chyba nie. A kto to? Powinnam ją znać? - sądząc po minie Pirory to imię jej nic nie mówiło. Ale pewnie nawet wśród kultystów sprawa z syreną była na tyle świeża, że na ostatnim zborze było wspomniane o planie pojmania jej gdzieś na wybrzeżu. Parę dni temu jeszcze nikt nie znał jej imienia. A ledwo wrócili i od razu popłynęli w górę rzeki. Praktycznie wszyscy co byli na plaży. Więc widocznie wieści do Averlandki jeszcze nie dotarły.

        Otto gwizdnął.

        - Lepiej usiądź i weź głęboki łyk tego bredny.- kultysta upewnił się, że blondynka nie przewróci się, kiedy przekaże jej informacje - Kilka dni temu Łasica zabrała mnie, Lilly, Burgund i Joachima na piknik na plażę. I spotkaliśmy tam kogoś. Syrenę, o której ostatnio słyszeliśmy. Bardzo piękna, bardzo wężowa i bardzo służąca Mrocznemu Księciu. Jej natura przypomina Mergę, coś jakby Niezrodzony po tej stronie. Potrafi też przyjąć bardziej ludzką formę i ją mamy zamiar pokazać na turnieju. Podejrzewam, że obecność istoty tak połączonej z twoim patronem, może dość… ciekawie wpłynąć na śmietankę naszego społeczeństwa.

        - Oh! Macie tą syrenę?! - efekt wieści rzeczywiście był równie piorunujący jak niedawno w biurze Grubsona. Gospodyni aż zasłoniła usta i spojrzała na drzwi gdy zreflektowała się, że prawie to krzyknęła z nadmiaru emocji. I faktycznie wypiła zawartość kieliszka jednym haustem, zupełnie jak to damie nie wypadało. Po czym wróciła do barku i zaczeła go napełniać ponownie.

        - Znaczy no słyszałam o tej syrenie. Jeszcze w zimie. Joachim tam popłynął z Nije i coś tam widzieli, coś tam spotkali ale im wywaliła łódź czy coś takiego. No i teraz słyszałam, że znów chcą z nią spróbować ale myślałam, że się skończy tak samo jak w zimie. - powiedziała szybko gdy napełniała szkło. Po czym spojrzała na swojego gościa.

        - I to ona naprawdę jest? I to od nas? Jej! I dopiero teraz mi mówicie!? Jej! Gdzie ona jest? Koniecznie muszę ją poznać! - Pirora wróciła do swojego gościa i też wydawało się, że zżerają ją emocje i ciekawość od tak rewelacyjnych wieści.

        Otto spojrzał na Pirorę jak na dziecko, które właśnie dostało ulubioną zabawkę, była naprawdę urocza w swej niepohamowanej radości. Przykro było jej ją odebrać.

        - Nie ma jej teraz w mieście. Zakładam, że udała się z innymi pokazać ołtarz Soren. Jak tylko wróci chce ją zabrać do Grubsona, na przymierzanie sukni, więc będziesz mogła się zabrać z nią. I wybacz, że dopiero teraz się o tym dowiadujesz.

        - Nie ma jej? - przez chwilę Priora faktycznie miała minę jak mała dziewczynka co wcale nie ukrywa swojego rozczarowania z nie otrzymania prezentu. - No trudno. Ale koniecznie chcę ją poznać. I do Grubsona? Aha, po suknię? No tak, Oksana na pewno coś uszyje wspaniałego. To ona jest w sam raz. Fabienne właściwie też. Ten Hubert mnie nieco irytuje. Zwłaszcza Fabi to wciąż w niego wpatrzona jak w obrazek. No ale! Nic to. Ale ale! Jak mamy do niego jechać to najpierw do mnie przyjedźcie z Sorią. Pojedzie do niego ze mną. Niech sobie nie wyobraża za dużo. A widziałeś ją? Jaka ona jest? - myśli i słowa blondynki skakały z jednych na drugą co oddawało ich splątanie. Niemniej nadal była niezmiernie rada z tych wieści. Nawet jeśli na to spotkanie tej niezwykłej kobiety musiała jeszcze trochę poczekać.

        - Och, jestem upewnię się, aby balans siły w relacji między tobą a Hubertem, był po twojej stronie. Co do jej wyglądu… no cóż, nie będę jej obrażał próbując opisać jej urodę. Zaufaj mi, że sprawia, aby Mroczne Książe był dumny. Kiedy jest syreną, ma długi wężowy ogon, sześć rąk, i węże zamiast włosów. W ludzkiej formie, jedną parę nóg, rąk i ciemne długie włosy. - Otto uśmiechnął się - Pozwolę twojej wyobraźni dopisać szczegóły.*

        - Oh! Brzmi wspaniale… - Priora pozwoliła sobie na uśmiech rozmarzenia i chwilę kontemplacji tych swoich wyobrażeń do takiego opisu. Machinalnie bujała w dłoni swój kieliszek.

        - Jej! Ale to będzie się działo! Na pewno jest prześliczna! Skoro to wysłanniczka naszego patrona. Jej! To teraz w towarzystwie zawrze! Jeszcze poczekam aż ją spotkam ale na pewno będzie się działo! O! I bedzie nocować u mnie! Ale Froya, Kamila i reszta zaślinią się z zazdrości! - młoda szefowa teatru roześmiała się na całego gdy sobie zaczęła uzmysławiać jakie zamieszanie może wywołać pojawienie się w towarzystwie kogoś takiego jak opisana syrena.

        - Dziękuję ci Otto, że mi o tym powiedziałeś. Tak, to trzeba będzie to wykorzystać. Ojej aż muszę ochłonąć aby to przemyśleć. I Merga wie? I co powiedziała? - Averlandka próbowała jakoś uporządkować teraz te wszystkie myśli i fakty.

        - Popiera plan, ale uważa, że ty powinnaś dopracować szczegóły. Gdzie ma nocować, to już mamy ustalone. Czy mamy się przyznawać do znajomości? No i pewnie co będzie musiała robić podczas samego balu. Sądziłem, że jeżeli okaże zainteresowanie twoim teatrem, to wszyscy będą chcieli, aby bal był tutaj.

        - Aha, czyli Merga się zgadza? To Starszy pewnie też albo się zgodzi. - Pirora przyjęła to do wiadomości i ulżyło jej skoro jedna z dwóch najważniejszych osób w ich zborze wyraziła na to zgodę. A jak zabrakło Karlika to Merga i Starszy stworzyli podobny, dobrze zgrany duet. Aż przykra mogła była być myśl, że wiedźma ich wkrótce opuści wracając na północ.

        - Czy mamy się przyznawać? No pewnie! Zapowiem ją jako swoją znajomą czy koleżankę… O! Albo artystkę! Z dalekiego południa, ja też jestem z południa no i mało kto tu cokolwiek ma znajomych z tak daleka to będzie idealnie! - zaśmiała się szlachcianka żywo gestykulując i tłumacząc. Akurat co do tego nie miała widocznie żadnych wątpliwości.

        - Ale szkoda, że tak późno. Jej, jakbym tak miała tydzień albo dwa! Jak ja bym tu z tą Sorią zagotowała w tym garze! Jedli by nam z rąk! A tak, to lada chwila zaczyna się ten turniej. - westchnęła z żalem, że tak ma mało czasu na przygotowania no i cieszenie się chwałą przybocznej i patronki tak wspaniałej artystki jaką miała zamiar przedstawić wężową syrenę.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #35

          Oryginalny autor: Pipboy79

          Oryginalny tytuł: Tura 10 - 2519.06.32; bkt; zmierzch

          Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; okolice Heilidorf
          Czas: 2519.06.32; bkt; zmierzch
          Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, ulewa, ziąb

          Joachim

          Joachim już od dłuższego czasu nie odbywał tak długich wędrówek. Zwłaszcza przez leśne bezdroża. To czuł to w nogach pod koniec drugiego dnia marszu. Zresztą dziewczęta z miasta wyglądały podobnie. Jedynie ungory wyglądały jakby im nic nie było pomimo całego dnia marszu. Ale dla nich to było w końcu naturalne środowisko. Pogoda też dzisiaj niezbyt sprzyjała aktywności na świeżym powietrzu. Pierwsza połowa dnia była całkiem pogodna. Ale chłodna. W południa zaczęło mżyć więc wszystko i wszyscy zrobili się mokrzy. Ale padało dość subtelnie. Ungory rozpaliły ognisko pomimo to i zrobiły wiatę z gałęzi jaka mniej więcej chroniła od tej mżawki. Namiot jaki zabrali ze sobą niezbyt było sens rozbijać. Ledwo by gorzbili trzeba by go zwijać aby ruszyć w dalszą drogę więc taka wiata i ognisko były niezłym kompromisem. Można było się ogrzać i odpocząć w mniej więcej suchym miejscu. To dzikie plemię łowców o mieszacne cech ludzkich i zwierzętych wydawało sie wyśmienicie dostosowane do życia w lesie.

          - Jakby mi ktoś powiedział, że będę obozować ze zwierzoludźmi to bym chyba roześmiała mu się w twarz. - Onyx z lubością wyciągnęła się przy ognisku pod tą wiatą. Chyba wydarzenia z poprzedniej nocy spędzonej nad urokliwym, rzecznym zakątkiem wracały do niej rykoszetem wspomnień.

          - A jak by ci powiedział, że będziesz się z nimi pokładała? - zapytała Lilly i obie się roześmiały. Faktycznie to było trudne do uwierzenia nawet jak się brało w tym udział. Co prawda wcześniej już kultyści mieli do czynienia z kopytną w postaci Lilly właśnie. Ale raz, że zdawano sobie sprawę, że urodziła się jako człowiek i jest ludzkim odmieńcem nawet pomimo pewnych podobieństw do zwierzoludzi. A dwa od zimy to się wszyscy do niej przyzwyczaili. A tacy jak Onyx czy Otto co doszli później to po prostu zastali ją jako jedną z członkiń zboru. No i była jedna a nie całe stado, jakoś więc nikła w tłumie ludzkich kultystów. A póki była ubrana w suknię do samej ziemi to jej mutacje w ogóle nie były widoczne i wyglądała jak zwykła, młoda dziewczyna.

          - Ja słyszałam, że szlachta to się tak zabawia w tych swoich dworkach myśliwskich gdzieś w gdzie nie ma wścibskich oczu. Ale zawsze myślałam, że to tylko takie złośliwe gadanie. Nigdy nikogo nie spotkałam kto by robił coś takiego tak naprawdę. Nie sądziłam, że kiedyś sama to zrobię. - hedonistka o płomiennych włosach przyznała, że teraz w świetle dnia to sama była zdumiona swoją śmiałością i odwagą. Ale chyba wszyscy ulegli tej słodkiej namiętności. Może poza Joachimem. Jak to sobie oglądał z boku to mógł dojść do wniosku, że faktycznie odgrywają scenki jak te z alabastrowego ołtarza. Nawet jeśli nie mieli do dyspozycji tych wszystkich istot jakie tam zostały uwiecznione. A może po prostu artysta też był świadkiem albo i uczestnikiem takich orgii i tak do oddał w kamieniu.

          Ale ostatniej nocy sytuacja się powtórzyła. Jak rozbili się na noc w trzewiach bezimiennego lasu. Z dala od ludzkich sadyb. To chociaż już bez Sorii i Łasicy to znów dziewczęta z miasta chętnie się zabawiły z gospodarzami. Efekt dało się poznać o poranku. Humory dopisywały obu stronom i można było czuć się całkiem swobodnie. W końcu na czwórkę ludzi z miasta wypadało jakieś pół tuzina ungorów jakie pełniły rolę przewodników i eskorty. Niemniej jednak droga lądowa i to przebyta na własnych nogach okazała się o wiele trudniejsza niż podróż łodzią. Zapewne wczoraj pod koniec dnia łódź powinna dotrzeć do miasta. O ile nic im się nie stało po drodze.

          A przez te dwa dni można było do pewnego stopnia oswoić się z obecnością zwierzoludzi. Pierwotnie sporo robiło tradycyjne nastawienie do siebie obu ras czyli wrogie. Ale skoro nie zaczęło się od walki a potem Soria okazała się championem Snarla i jeszcze zakończyło się orgią nad brzegami starorzecza to ungory się całkiem przyjazne. Chociaż dzikie i odpychające swoją obcością wygladu i zachowań. A dzięki temu, że Lilly umiała się z nimi z pewnymi trudnościami porozumieć można było czegoś się od nich dowiedzieć.

          Jak choćby to, że znali to miejsce nad starorzeczem. I przychodzili tam odbywać swoje gody. To było dobre miejsce bo lędźwie i żyły pęczniały od żądzy. Ostatnim razem po prostu zaskoczyło ich to, że ktoś tam już jest. Ale z daleka widzieli kobietę z wieloma ramionami czyli Sorię. Więc postanowili poczekać a potem podejść bliżej. I całkiem przyjemnie im się słuchało i oglądało to widowisko dawane przez Sorię i dziewczęta.

          Ich lider nazywał się Gnak. I szefował tej grupce. Miał największe rogi. Gdzieś takie długie jak palec dorosłej osoby. Pozostali mieli mniejsze. A jak tłumaczyła Lilly u zwierzoludzi im większe rogi tym większa oznaka łaski Mrocznych Patronów. Dlatego na niej tak wielkie wrażenie zrobiła Merga z jej imponującymi rogami. Opowiedziała o niej Gnakowi i reszcie.

          - Mówią, że chcieli by ją poznać. Bo rogata i szamanka to musi być bardzo potężna. - przetłumaczyła to swoim towarzyszom.

          Sama grupa Gnaka była tylko częścią większego plemienia zwanego Grabieżcami z Doliny. Tam bowiem mieli swoją główną siedzibę. No ale nie powiedzieli jej gdzie jest ta dolina. A oprócz tego były też inne plemiona. Było plemię gorów, tych większych zwierzoludzi o zwierzęcych głowach. I niestety, większych rogach. Oni byli śmierdzieli i mieli chory wygląd. Słuchali się swojego szamana Kwasopluja. I jeszcze jedno, Krwiożercy co brutalnie polowali na wszystko co uciekało i stawiało opór. Ci byli potężnymi wojownikami i dało się wyczuć, że Gnak obawiałby się spotkania z nimi. Ale mieli tam największych wojowników, z największymi rogami. Poza tym zdarzały się też różne bandy goblinów, orków i ludzkich bandytów. Jedna z tych band też im była na rękę bo mieli tam kobiety i też się pokładali z nimi chętnie. No ale to trochę dalej na południe to nie podróżowali tam tak często.

          Gnak pytał też o szamana. Z tego co mówiła Lilly to “szangul” to była u nich dość uniwersalna nazwa dla osób obdarzonych nadprzyrodzoną mocą. Więc dla nich Opal też była szangul. A ten swiecący kostur przy pierwszym sptokaniu w ręku Joachima widocznie nie przeszedł niezauważony. Nawet jeśli potem potęga Sorii przyćmiła wszystko inne. To gdy odpłynęła łodzią to Gnak jakby przypomniał sobie o tym kosturze i był ciekaw czy Joahim jest “szangul”.

          I tak sobie rozmawiali na różne tematy podczas marszu przez las. Dziś druga połowa dnia była słoneczna po tej mżawce ale dalej dość chłodna. A pod koniec dnia znów zaczęło padać. I to mocno.

          - Pytają czy chcemy nocować w lesie czy chcemy dojść do wioski. Do wioski byśmy doszli o zmroku albo i po. Ale nie wiedzą jaka to wioska. Chyba Heilidorf. Ale nie jestem pewna. Jakby to było Heilidorf to dalej już znam drogę. Trochę bardziej na północ jest jaskinia Kopfa i Opal. Ale to już jutro byśmy tam doszli.

          - Przespałabym się w łóżku wreszcie. Ale nie wiadomo czy nas chłopi w ogóle wpuszczą jak dotrzemy po ciemku. Bandyci zwykle tak robią to mogą się bać otworzyć. Głupio by było spędzać noc pod okapem. - Onyx zawahała się co tu dalej począć. Zwykle jak rozbijali się na noc w lesie to nie czekali do samego zmroku tylko zatrzymywali się trochę wcześniej. A idąc do wioski trzeba by jeszcze po całym dniu marszu iść jeszcze z dwa czy trzy dzwony. I nie było pewne jak przyjmą ich chłopi. No i ungory pewnie zostałyby w lesie.

          - Można pójść z nimi. Oni gdzieś tu mają jakąś jaskinię. Albo rozbić się gdzieś tutaj. Strasznie leje. Jak ta wioska jest tak jak Gnak mówi to jutro i tak byśmy dali radę dotrzeć do mojej jaskini. Tylko trochę później. - Lilly machnęła ręką dookoła. Padało i to mocno. Nie chciało jej się iść i moknąć w taki deszcz.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
          Czas: 2519.06.32; bkt; zmierzch
          Warunki: wnętrze ładowni, jasno, cicho ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, ulewa, ziąb

          Otto i Heinrich

          A to niespodzianka. Przez tą wieść jaka rozeszła się po mieście jak kręgi na wodzie po wrzuceniu w wodę wszystko stanęło na głowie. Do końca dnia to chyba już mało kto nie słyszał co się stało. Bicie wszystkich dzwonów w miejskich świątyniach obwieszczały, że stało się coś ważnego. Księżna Matka umarła. Matka elektora Gaussera który siedział na tronie Nordlandu. A to oznaczało żałobę państwową w całej prowincji. A więc i odpuszczenie wszelkich wesel, festynów i zabaw. Żałoba po małych ludziach trwała góra jeden dzień i to zwykle była dobrowolna wśród jego bliskich. Po lokalnych szlachcicu czy mistrzu rzemiosła albo gildii trzy dni. Po jakimś baronie lub wysokim kapłanie tydzień. A po hrabim czy lordzie dwa tygodnie. Nadchodzący festyn jaki lada dzień miał się odbyć w Neus Emskrank stanął więc pod znakiem zapytania. To był jeden z powodów dla jakich Rune odwiedził najpierw Heinricha a potem Otto spotkał go jak tenc zekał na niego przed bramą hospicjum. Obaj usłyszeli mniej więcej to samo.

          - Chodź na “Adele”. Starszy i Merga zwołali zebranie. - powiedział wojownik który pełnił dzisiaj rolę posłańca. Zwykle spotykali się na zborze w Angestag ale skoro sytuacja była nazdwyczajna to i szefostwo kultu zwołało nadzwyczajne spotkanie. Ale na miejscu, na starej krypie, okazało się, że na tak nagłe spotkanie nie mogli przybyc wszyscy członkowie zboru. Z tym chyba każdy się po cichu liczył więc nie było zaskoczenia. Za to kolejne niespodzianki.

          - Nie wiem czy już mieliście okazję się poznać. Ale to jest Soria. Czcigodna championka Slaanesha, córka wspaniałej Soren, Matki i Królowej Potworów. Mogliście o niej słyszeć jako syrenie z wrakowiska. Ale teraz zgodziła się zaszczycić naszą małą rodzinę swoją obecnoscią i wsparciem. - Starszy przedstawił pozostałym smukłą, młodą i zgrabną kobietę o granatowych włosach uplecionych w liczne, długie warkoczyki.

          - Witam was. Cieszy mnie być częścią planu Czterech Sióstr. - młoda kobieta urbana w dość zwykłą spódnicę i koszulę nie wyglądała jakoś imponująco. Promieniowała spokojem i ciepłym spojrzeniem. A jednak zarówno Merga jak i Starszy traktowali ją z najwyższym szacunkiem. A Łasica to wręcz jawnie się do niej łasiła. Wydawało się, że jest gotowa spełnić każdą jej zachciankę. Na razie jednak te ograniczyły się do prośby o wino. Pirora też przybyła i to razem z Saną jaka przyjechała na ten festyn trochę wcześniej i chętnie zadomowiła się u swojej przyjaciółki oraz mistrzyni. Widać było, że blondynka z południa uważnie obserwuje zarówno Łasicę jak i Sorię. Bo chociaż ta druga wydawała się dość zwyczajną dziewczyną chociaż niezwykle urodziwą to jednak nie miała trzech metrów długości ani innych nadnaturalnych cech. No ale włamywaczka jej usługiwała jakby traktowała ją jak swoją królową. Pirora dała jej znak aby podeszła i po chwili siedziały obok siebie i coś szeptały do siebe gorączkowo.

          - A poza tym dziewczyny przywiozły prezent. I dobrze, że jesteście, trzeba go przeładować tutaj. - Starszy uśmiechnął się przez maskę. Bo przy okazji jak zebrała się spora część zboru to uzbierała się też niezła siła robocza. Jak wyszli na pokład i trochę poczekali aż Rupert podpłynie łodzią to jeszcze nie wyglądało na nic niezwykłego. Ot, na łodzi był spory ładunek przykryty płachtami. Łódź zacumowała do starej kogi i dopiero jak po sznurowych drabinkach zeszli do niej mogli zajrzeć pod płachtę. A tam była jakaś wielka, alabastrowa orgia w kształcie monumentu.

          - Aha. To dlatego nie wzięliście portowych tragarzy. - zaśmiał się cicho Silny i splunął za burtę. No faktycznie jakby ktoś postronny zobaczył co jest pod płachtą trudno byłoby utrzymać sprawę w tajemnicy. Dalej musieli się napracować co było o tyle irytujące, że alabastrowa masa była ciężka, nieporęczna do tego jak się stało na łodzi to ta się chybotała i łatwo było się wywrócić. A jeszcze zaczeła się ulewa. Waliła po twarzach i dłoniach jak gradem. Ale jak zauważyła Łasica przynajmniej ludzie się pochowali do środka więc było mniej świadków na ulicach. W końcu wspólnie, z pomoca lin, kabestanów i siatek udało im się podnieść, przerzucić przez burtę, przesunąć po pokładzie a potem opuścić ładunek do trzewi statku. Wrócili do środka mokrzy od potu i tej ulewy.

          - Ale to jest wspaniałe! - Pirora co chyba była największym znawcą sztuki w tym gronie nie mogła ukryć zachwytu gdy płachta została zdjęta i wszyscy na spokojnie mogli się przyjrzeć temu erotycznemu arcydziełu. Jeszcze było zamulone, brudne, trzeba będzie to oczyścić ale jednak scena orgii wszystkich ze wszystkimi uwieczniona w białym alabastrze była wystarczająca czytelna.

          - O! I tu są takie małe syrenki! Ja też mam taką! To pewnie stąd, zobaczcie, że tu odłamane jest i niektórych brakuje! - Pirora z ekscytacją odkryła ten brakujący detal. I od razu skojarzyła z małą rzeźbą jaka jeszcze w zimie trafiła w jej ręce.

          - Spotkaliśmy bardzo miłych zwierzoludzi. Bawiliśmy się z nimi całą noc. Było cudownie! No ale jak załadowaliśmy to cudne cacko to już w łodzi nie starczyło miejsca dla wszystkich no i Joachim z dziewczynami musiał pójść pieszo przez las z tymi zwierzoludźmi. To nie wiem czy dzisiaj by zdążyli wrócić, może jutro na wieczór. Przez las to jednak dalej niż łodzią. - Łasica powiadomiła też co się stało z resztą grupy z jaką wypłynęła dwa dni temu.

          - Tak, na pewno do nas wrócą cało. Nie zapomnijcie im podziękować za ich trud i wysiłek, sami widzicie jaką bezcenną rzecz znaleźli. Moje dzieci! To znak! To znak od naszych wspaniałych patronów! Znak, że podążamy słuszną drogą. Musimy tylko pozbierać okruszki jakie nam zostawili i dotrzemy do celu. To tylko pierwszy z nich! A są jeszcze inne! - Starszy też wydawał się być podekscytowany tym znaleziskiem i całą sytuacją. Pozostali też roześmiali się, zaczęli bić brawo i cieszyć się z osiągniętego sukcesu. Bo nawet jeśli nie byli zwolennikami Węża czy Łasicy jaka przewodziła jego kultystkom to jednak Starszy i Merga mieli zamiar odnaleźć także inne potężne artefakty po pozostałych Siostrach.

          - Tak, to jest już coś. Coś czym będę mogła się pochwalić u nas na północy. Zwłaszcza jakby Soria popłynęła ze mną. - Merga odezwała się też z uśmiechem i z przyjemnością obserwowała zarówno monumentalną rzeźbę jaka była ołtarzem jednej z Czterech Sióstr jak i na Sorię co była i strażniczką i przewodniczką. Poza tym istotą o wspaniałych możliwościach i chwalebnym rodowodzie.

          - To jeszcze przemyślimy. Na razie zajmijmy się festynem. Jak pewnie już wiecie będzie żałoba po księżnej - matce. Przynajmniej dwa tygodnie, może trzy. Zobaczymy co władze ustalą. Ale to oznacza odwołanie festynu albo jego przesunięcie. No a mieliśmy sporo planów związanych z tym festynem jak to go udoskonalić na naszą modłę. Część gości już przyjechała. Ale w obecnej sytuacji reszta pewnie się wstrzyma do wyjaśnienia sprawy. Jutro jest krasnoludzkie święto Sagi a pojutrze miał się zacząć turniej. Więc władze jutro, najpóźniej pojutrze powinny wydać obwieszczenie. Ponieważ utrzymanie festynu mocno by rzutowało na wizerunek także w oczach elektora to spodziewam się, że albo odwołają albo przesunął ten turniej. Dlatego na razie proszę was abyście wstrzymali wszystkie działania jakie planowaliśmy w związku z tym turniejem. Nie ma co się demaskować przedwcześnie. Pod koniec przyszłego miesiąca jest kolejny festyn, Dzień Pierwszego Kamienia więc najwyżej uderzymy wtedy. A tak, zyskamy więcej czasu na przygotowania. Powiedzcie o tym prosze tym z nas których dzisiaj tu z nami nie ma. W Augnestag zbór odbędzie się normalnie, zapewne tutaj. Wtedy też będzie już wiadomo co władze postanowiły zrobić z tym turniejem to my też coś postanowimy. - mistrz kultu rozglądał się po swoich dzieciach aby dać im wytyczne jak powinni reagować na tą nagłą sytuację.

          - O! Mnie to pasuje! Mogłabym wprowadzić Sorię w towarzystwo i przygotować grunt pod ten czy inny festyn! - Pirora nie miała nic przeciwko takiej zmianie planów. Nawet jej to pasowało bo zgrywało się z tym co wczoraj wieczorem rozmawiali w teatrze z Otto.

          - To ja bym chciał pójść za moją Loszką. I tak czekaliśmy bo festyn miał być jak go nie będzie to nie ma na co czekać. Tylko to w las i nie wiadomo gdzie. Ja i Strupas to może być trochę mało jak nas ktoś napadanie. - widząc okazję Sigismundus też wyrwał się ze swoim planem do zaaprobowania albo chociaż wspólnego omówienia.

          - Miałam wizję na ten temat. To powinno być gdzieś w jaskini, w poblirzu morza. Słyszałam tam huk przyboju. I widziałam wschód słońca z trzewi tej jaskini. To musi być gdzieś na wschodnim wybrzeżu. Chociaż kawałek, tak aby wylot jaskini był prosto na wschod. Ma to sens bo Oster powędrowała na wschód. - słowa aptekarza sprowokowały wyrocznię do podzielenia się swoją wizją na ten temat.

          - Jest kawałek wybrzeża co idzie prawie prosto z północy na południe. Jakiś dzień rejsu na wschód od nas. Mniej więcej na wysokości Manannsheim. A potem drugi, trochę bardziej na południe. Bo dalej na wschód to już raczej trudno o takie kawałki północ - południe. - Kurt zwykle się nie odzywał. No ale jako stary wilk morski był ich specjalistą od spraw morskich i teraz postanowił zabrać głos.


          Link do mapy Nordlandu: http://windsofchaos.com/wp-content/u...land_v2_bw.jpg

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #36

            Oryginalny autor: Lord Melkor

            Kolejnej nocy Joachim powstrzymał się od udziału w orgii, atmosfera nie byla aż tak przesycona magią jak wtedy przy ołtarzu, a on chciał zachować trzeźwy osąd. No i musiał odpocząć po całodziennym marszu, ostatnie lata ślęczał nad książkami i niestety nie mógł być całkiem zadowolony ze swojej kondycji. Czarodziej za to z ciekawością słuchał informacji przekazywanych przez zwierzoludzi. Wyglądało na to, że w okolicy jest ich kilka plemion, i to raczej nie zjednoczonych. Zastanawiał się, na ile grupa Starszego i Mergi mogłaby ich sobie podporządkować lub przynajmniej się z nimi sprzymierzyć.

            - Zaiste, jestem szangul - odparł Gnakowi podczas jednej z rozmów, dumny z respektu jaki tutaj wywoływał ten status. Pośród cywilizacji niekoniecznie tak bywało.
            - Merga jest bardzo potężną szangul i obdarzona łaską Potęg, które nas prowadzą. Odnaleźliśmy Sorię, która teraz jest z nami i wielu jeszcze dołączy. Wkrótce cały region znajdzie się we władaniu chaosu - starał się przedstawić swój Zbór jako budzącą respekt grupę, która cały czas rośnie w siłę.

            - Powiedz mi, czy inne plemiona, ci od Kwasopluja i Krwiożercy, często z wami walczą i między sobą? Czy macie pokój zazwyczaj? No i czy walczyliście też ze zwykłymi ludźmi z miasta i okolicy? Czy są dla was problemem? Słyszałem że ostatnio szlachta tutaj poluje na takich jak wy.


            Co do noclegu, to nie za bardzo miał chęć iść przez ulewę do wioski. Czarodziej podparł by się gwiezdną wróżbą, ale niebo nie było przejrzyste, zaś chmury zasłaniały gwiazdy. Miał nadzieję, że ołtarz dotarł bezpiecznie. Może powinien jednak był sam tego dopilnować? Ale ostatnio wydawało się, że łaska zmieniającego drogi i pozostałych ich Patronów z nimi pozostaje. Jednak zaprowadziły ich do ołtarza.

            - Jeśli jaskinia ungorów jest blisko, to możemy tam przenocować, do wioski musielibyśmy jeszcze dojść no i nie wiemy jak zareagują wieśniacy. Ponadto tam nie mogliby wejść nasi nowi przyjaciele, a i Lily byłaby zagrożona - zaproponował pozostałym.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #37

              Oryginalny autor: Seachmall

              Zbór; Otto

              Wiadomość o odłożeniu festynu wprawiła Otto w zakłopotanie. Z jednej strony wszystko nie musiało być teraz robione na ostatnią chwilę, z drugiej dawało to więcej czasu aby coś poszło nie tak. Postanowił pozostawić sprawę festynu pozostałym, sam ruszy z Sigismundusem i jego dziełem w poszukiwaniu kolejnego artefaktu.
              Najpierw jednak musiał się dokonać spowiedzi przed Starszym. Podszedł do przywódcy kultu, kiedy ten rozmawiam z Mergą.

              - Starszy, Wyrocznio. - przywitał swych przełożonych delikatnym ukłonem - Nie wiem, czy nasza wspaniała Służka Pana Zmian wspomniała o moim planie wykorzystania Sorii podczas festynu. Na drodze moich przygotowań do uiszczenia tego planu skontaktowałem się z Grubsonem i… poinformowałem go o Sorii. Nie powiedziałem o jej roli w Legendzie Czterech Sióstr. Tylko, że jest sługą Mrocznego Księcia w nadziei, że być może przyciągnie to jego uwagę na tyle, że może będzie chciał do nas oficjalnie dołączyć. - Otto spojrzał w dół czując odrobinę wstydu - Mam tylko nadzieję, że nie zaszkodziłem naszym planom w ten sposób.

              - Ah, Grubson… To ten kupiec co współpracuje z Pirorą? - Merga zmrużyła swoje złote oczy i spojrzała pytająco na zamaskowanego mistrza zboru aby sprawdzić czy dobrze kojarzy nazwisko z osobą.

              - Tak, to ten. Współpracują razem z Pirorą w sprawie teatru. Tak oficjalnie, dogadali się, że został głównym dostawcą kostiumów i części scenografii. Tylko on i jego komórka są oddani Wężowi. U nas parę razy gościli on i Oksana, ta z dwoma kolorami włosów na głowie no i Fabienne, taka z czarnymi włosami, Bretonka. - Starszy potwierdził kiwaniem głowy te domysły wyroczni i szybko przypomniał jej o kogo chodzi. Z końcem zimy i początkiem wiosny wspomniana trójka faktycznie celebrowała uwolnienie rogatej wiedźmi z kazamat i parę razy odwiedzili zbór Starszego. Ale zwykle obie grupy pracowały oddzielnie. Chociaż akurat Pirora i wężowe kultystki były niejako naturalnym ogniwem wspólnym między obiema grupami.

              - I zapowiedziałeś naszą czcigodną Sorię jako służkę Mrocznego Księcia? No i dobrze. Dobrze. Myślę, że nie ma co jej ukrywać. Niech jej blask olśni całe miasto i pozwoli sączyć w serca i lędźwie słodką truciznę zepsucia i dekadencji. Chociaż zastanawiam się czy nie zabrać jej ze sobą w podróż. Ktoś tak wyjątkowy mógłby olśnić także moich pobratymców. Byłaby żywym dowodem, że legendarne Cztery Siostry mogą znów powrócić i stąpać po tej ziemi. - Merga nie widziała nic zdrożnego w czynie młodego kultysty. Chociaż akurat co do herolda Węża to jeszcze chyba nie do końca zdecydowała się jak postąpić.

              - A jak zareagował Hubert na tą wieść? - Starszy zapytał o reakcję na słowa Jednookiego u grubego lubieżnika.

              - Udałem się do niego, aby przyrządził dla Sorii suknię na okazję festynu. Zgodził się ją zrobić za darmo, jak dowiedział się kim Soria jest, oczywiście pod warunkiem, że dojdzie do spotkania między nim a Sorią i pewnie jego pomocnicami. Co do reakcji… rozpalony to chyba naturalny stan sług Slaanesh, więc powiem "wielce zaciekawiony".

              - O proszę… Ładnie go podeszłeś… Może to ułatwi Pirorze te przeciąganie liny o Fabienne między nią a nim. Ale i tak dobrze, że zrobiłeś dobre pierwsze wrażenie. Myślę, że Soria nie powinna mieć nic przeciwko takiego spotkaniu ale jeszcze z nią o tym porozmawiaj. Albo… - mimo wysokiej maski dało sie wyczuć uśmiech lidera zboru gdy z aprobatą kiwał głową na takie załatwienie sprawy przez młodego kultystę. Jak mówił patrzył gdzieś w stronę siedzącej herald w otoczeniu wianuszka kultystek. W pewnym momencie jednak chyba coś mu przyszło do głowy bo z powrotem spojrzał na rozmówcę.

              - Albo sam z nią o tym porozmawiaj. Zwolennicy jej patrona najczęściej lubują się w aplauzie i adoracji dlatego myślę, że chętnie przyjmie hołd i wyrazy wdzięczności od nowych wyznawców. Znaczy dla niej nowych bo my to już troszkę ich znamy. I zgodził się zrobić coś za darmo? Ten stary chytrus i przechera? No, no, naprawdę musiałeś zrobić na nim wrażenie. - zaproponował aby skoro Otto tak ładnie zaczął tą sprawę z Sorią i Hubertem to i dalej ją pociągnął zwłaszcza jak córka Soren była pod ręką.

              - Oczywiście, czcigodny. Jak dużo wolno mi ujawnić Grubsonowi o Sorii przed ich spotkaniem? - kultysta zerknął w stronę wężowej kobiety.

              - Hmm… - lider kultu zastanowił się nad tym pytaniem. Przez szpary w swojej masce spojrzał na Mergę. Oboje trawili to kilka chwil.

              - Myślę, że możesz mu zainsynuować wyjątkowe pochodzenie Sorii. Ale bez szczegółów. Chociaż kto wie? Może właśnie te szczegóły popchnęły by go w pełni w nasze ramiona? - mistrz obracał to pytanie w głowie.

              - Soria to nie jest jakaś płocha trzpiotka, na pewno nie pierwszy raz robi takie oszałamiające wrażenie na śmiertelnikach. Może po prostu pozwólmy im na spotkanie i dajmy się ponieść fali. Jak chcesz to możesz być przy nim. Właściwie to nawet by było to na miejscu skoro niejako weszłeś w rolę pośrednika. Skoro tak ci dobrze szło z tym kupcem to chyba możemy zawierzyć twojemu osądowi w tej sprawie. - Merga dorzuciła swoje przypuszczenia w tej sprawie. Zdawało się, że u nich obojga Otto zdobył punkt w kwestii rozegrania Huberta na tyle, że byli gotowi zdać się na niego.

              - To można połączyć z pomysłem Pirory. To jak planowała przedstawić Sorię jako swojego gościa z dalekich stron. - zamaskowany mężczyzna wskazał wzrokiem na blondynkę z południa która podobnie jak koleżanki z miejsca zachłysnęła się z radości na spotkanie z tak wyjątkową istotą.

              Otto kiwnął głową.

              - Rozumiem. Postaram się nie zawieść. Za waszym przyzwoleniem. - mnich skłonił się ponownie parze starszych kultystów i podszedł do zgrupowania wokół Sorii.
              - Cieszy mnie, że znalazłaś już sobie podwładnych, chwalebna. - zwrócił się do Czempionki Slaanesh - Wybacz intruzję, czy możemy pomówić?

              Starszy skinął przyzwalajaco głową i zachecim gestem aby Jednooki poszedł porozmawiać z ich szlachetnym gościem.

              - Oczywiście Otto. - Soria zdjęła swoje zgrabne nogi z ud Łasicy bo coś widać chętnie przyjmowała uwielbienie i adorację ze strony młodszych kultystek. Ale wstała bez oporu i podeszła do jednej z burt ładowni, trochę na uboczu do stołów zajmowanych przez większość i naprzeciwko dwójki liderów tego zboru.

              - Nie wiem czy Priora, albo Merga miały okazję ci wyjawić plan jaki zaproponowałem na festyn. Mianowicie twojej roli jako egzotycznego gościa z dalekich stron. - mnich przyjrzał się Slaaneshytce - Oczywiście w bardziej ludzkiej formie. Południowcy z jakiegoś powodu preferują tylko po jednej parze kończyn.

              - To całkiem ciekawy pomysł, nie mam nic przeciwko. Chętnie poznam to miasto i podeprawuję nowe ciała, dusze, serca i umysły. - Soria ze swoimi licznymi, warkoczykami wydawała się jak nabardziej ludzka. A mimo to miała w sobie “to coś” co sprawiało, że trudno było oderwać od niej wzrok i uwagę. Na przedstawiony pomysł wydawała się chętna.

              - Jestem pewny. - uśmiechnął się Otto - Jednak przed tym, chciałbym abyś spotkała kilka duszyczek już zdeprawowanych. W mieście jest mała grupka sług Mrocznego Księcia nie związana z nami, ich przywódca Hubert Grubson sprzedaje różnego rodzaju ubrania. Zawarłem z nim umowę, aby dostarczył ci jak najlepszą i najważniejszą suknię. Najpierw jednak będzie musiał cię zobaczyć, aby pomierzyć wszystkie twoje… walory. - Otto nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem od góry do dołu na Sorię - Mam nadzieję, że takie spotkanie również cię interesuje.

              - Nowa suknia? - to chyba przykuło uwagę herolda Węża bo wyglądała trochę jak kot który dostrzeże w pobliżu przemykającą mysz. - No skoro mają mi uszyć nową suknię to chętnie się z nimi spotkam. W końcu dobrze aby wszystko dobrze leżało jak należy. No i jak będą interesujący to może poznam się bliżej z nimi i ich deprawacjami. - zgodziła się łaskawie i nawet wydawała się rozbawiona i trochę zaciekawiona spotkaniem z kimś opisanym w ten sposób.

              - Cieszę się. Jednak, ponieważ mamy czas, chciałbym poczekać z tym kilka dni. W międzyczasie jestem pewny, że Pirora ma co do ciebie plany. Ja natomiast postaram się jak najlepiej… przybliżyć ideę ciebie naszemu drogiemu krawcy. Chcemy, aby w końcu przestał być "niezależny" i przyłączył się do rodziny. - Otto uśmiechnął się do Sorii - Mam nadzieję, że wybaczysz, jeżeli wykorzystamy ciebie... jako część tej transakcji. Jeżeli dobrze to rozegram może Grubson dosłownie rzuci się na ciebie w rządzy i deprawacji jak tylko cię zobaczy. Wyobraźnia działa czasem lepiej niż rzeczywistość.

              - Rzuci się na mnie z żądzy i deprawacji? - brwi Sorii nieco uniosły się do góry gdy usłyszała ostatnie sformułowanie. Po czym pokiwała głową i uśmiechnęła się oszczędnym, wymownym uśmiechem. - Brzmi całkiem interesująco. - dodała na znak, że taka wizja jakoś jej nie przeraża. Wręcz przeciwnie.

              - A z tym przełączaniem się to z tego co zauważyłam to często całość działa lepiej jeśli poszczególne elementy mogą sobie zachować pewną autonomię. Ale to tylko taka moja uwaga, te tutejsze układy, powiązania, zależności i znajomości wciąż są dla mnie nowe. Więc zdam się tutaj na was. - dorzuciła swoją opinię ale raczej właśnie jako opinię a nie coś więcej. - A kilka dni mogę poczekać. Z tego co rozmawiałam z dziewczynami to chyba nie będziemy się nudzić. Bardzo mi przypadło do gustu to gniazdko jakie uwiła sobie Pirora. A najbardziej ten jej loszek. I chętnie bym pokazała się w towarzystwie aby zacząć zbierać hołd z żądz śmiertelników no ale jeśli macie jakieś plany w tej materii to nie będę wam wchodzić w paradę. - wyglądało na to, że Soria była gotowa potraktować nowe dla siebie miasto jak teren łowiecki i jako plac zabaw. Jednak zdawała sobie sprawę, że jest częścią całości i jakiegoś planu więc nie chciała robić śmiertelnym kultystom pod górkę.

              - Osobiście przeciwko jego autonomii nic nie mam. Jesteśmy jednak ciągle na terenach Imperium. Pod przywództwem Starszego, jesteśmy w stanie się trzymać cieni, jednak Grubson jako niezależny… jest niewiadomą. Do tego w mieście są Łowcy i chociażby jeden błąd może sprowadzić na nas Inkwizycję. W kupie siła i kontrola. - Otto westchnął - Zarzuciłem już zanętę opisując mu cię jako istota Slaanesh… teraz sądzę, że przydałoby się coś bardziej… przyziemnego, cielesnego. - Soria zauważyła, że Otto przygląda się jej biustowi, ale nie w typowy pożądliwy sposób - Powiedz mi, jak bardzo lubisz sztukę?

              - Sztukę? Bardzo. Taniec, muzyka, śpiew, dobra zabawa. Poezja i proza też nie są mi obce. Albo interesujące przedstawienia i widowiska. Zwłaszcza jak to wszystko jest na moją cześć i chwałę, jako złożony mi hołd. To tak, lubię zwłaszcza taką sztukę. - stonowany uśmiech i delikatne kiwanie ciemnowłosej głowy wskazywało, że jest to całkiem przyjemny temat dla tego pradawnego stworzenia o ciele młodej, atrakcyjnej kobiety. Ona sama pozwalała się Otto oglądać i nawet zdawała się czerpać z tego przyjemność.

              - A z tymi łowcami to tak, trzeba być ostrożnym i nie sprowokować ich przedwczesnego ataku. Szkoda jakby nam zepsuli nasze przygotowania i plany. Ale na razie dziewczyny ani Starszy i Merga coś nie wspomnieli mi, żeby siedzieli nam na ogonie. No ale wy oczywiście lepiej znacie to miasto więc zdam się na waszą ocenę. - zgodziła się zachować ostrożność i nie lekceważyła go. Ale na razie chyba nie czuła się jakoś specjalnie zagrożona nalotem sił wysłanych przez władze świeckie czy duchowe tego miasta.

              - Ja jestem bardziej ukierunkowany na wizualną sztukę, niż werbalną. O ile namalowanie twojego portretu byłoby zaszczytem… i pewnie nie lada pułapką jeżeli o tym pomyślę dobrze. Wybacz, plany obalenia miasta zawsze wychodzą na wierzch. Chciał tym razem bardziej pobawić się ceramiką dla Grubsona. Będę potrzebował czasu, aby przygotować materiały, ale czy zgodziłabyś się, abym wykonał odlew twego biustu i korpusu? Może nawet w twej prawdziwej formie.

              - Odlew? - tego przewodniczka Slaanesha chyba się nie spodziewała bo musiała chwilę to przemyśleć. Nawet spojrzała na swój dekolt jakby starała sobie wyobrazić jak to by mogło wyglądać.

              - A głowa? Bo tak popiersie bez głowy to by dość niekompletnie wyglądało. - zapytała wskazując gestem na swoją głowę.

              - Och, nie. Nie, nie, nie. Wybacz moje wielkie planowanie, ale chcę zagrać na nerwach i libido Grubsona jak tylko będę mógł. Więc będę mu cię sprzedawał w kawałkach. Popiersie korpusu, metalowa rzeźba nóg lub ogona, obraz głowy, rycina rąk. Niekompletna, nie idealna wizualizacja. Niech pragnie, niech POŻĄDA zobaczenia piękna twej całości. Niech cierpki w każdej sekundzie kiedy jej nie widzi i przeklina każdy oddech nie w twej obecności. Będzie chciał wielbić twoje ciało i duszę jak żaden inny.

              - Ah, o to chodzi… - Soria uniosła i opuściła głowę gdy zorientowała się na czym ma polegać ten plan z odlewem. - Dobrze, możemy tak zrobić. Tylko mam nadzieję, że właściwie oceniasz charakter tego człowieka. Bo jeśli jest uległy i słaby to da się tak prowadzić na postronku. Ale jeśli nie to może stracić cierpliwość i spróbować przejąć inicjatywę. To tak bywa z tym kuszeniem. Jeśli się przeciagnie strunę to rodzi się zniechęcenie, frustracja i złość. A jak się nie dociągnie to sprawa wydaje się zbyt łatwa i błaha. Sztuka w tym aby powiedzieć “tak” w odpowiednim momencie. Ale nie znam tego człowieka więc tutaj nic ci nie doradzę. - służka Węża dorzuciła swoją opinią na temat tego planu ale znów była skłonna zdać się na opinię osoby jaka już miała do czynienia z Grubsonem i znała go lepiej niż ona co nigdy go do tej pory nie spotkała.

              - Czy dobrze go oceniłem… nie wiem. Znam jednak ludzi na ogół, przynajmniej tak sądzę. Wiem jaka jest mentalność sług Wielkiej Czwórki i mam nadzieję, że wiem jak kierować ich chęciami. Nie będę przesadzał z jego kuszeniem, ale podejrzewam, że zaostrzanie jego apetytu nie zaszkodzi. Obiecuję, że nigdy jednak nie umniejsze ci w swej sztuce. - Otto kiwnął głową - Dziękuję ci, piękna, że weźmiesz udział w mej małej grze. Nie będę cię dłużej odciągał już od twych wielbicieli. Kiedy wszystko przygotuję odnajdę cię i będziemy mogli stworzyć sztukę.

              - Dobrze mój drogi Otto, możemy tak zrobić. Ja się zatrzymałam u Pirory więc szukaj mnie u niej. Też właśnie rozmawiałyśmy od czego zacząć podbój tego miasta. Może dołączysz? Aha. I wyczuwam, że Pirora bardzo by chciała przekabacić na swoją stronę tą Fabi. Chyba Bretonka z tego co zrozumiałam. I właśnie od tego Huberta. Zgaduję, że chodzi o to aby ta Fabi traktowała ją jak swoją władczynię i właścicielkę a nie Huberta. No chyba, że się mylę i coś źle zrozumiałam, strasznie dużo osób się przewija w tych rozmowach, dopiero się uczę kto jest kto i co jest co. Coś wiesz o co tu chodzi z tą Bretonką? - zgodziła się przystać na plan Jednookiego i nawet zaprosiła do rozmowy z koleżankami. Bo pewnie też istotną częscią ich planów była Soria. W końcu Pirora miała nadzieję przedstawić ją jako swoją znajomą z egzotycznych stron co pewnie dodałoby jej splendoru w towarzystwie. Ale widocznie tam też blondynka z Averlandu poruszyła podobny temat jak w ostatniej rozmowie z Otto w teatrze. I widocznie przewodniczka Węża była ciekawa innej lub nowej opinii na ten temat.

              - Fabiane jest szlachcianką z Bretonii. - zaczął Otto - To znaczy już, że jest doszczętnie zepsuta, ale to lepiej dla nas. Jest klientką i kochanką Grubsona i najpewniej przez niego poznała tajemnice Bogini Radości. Co w realiach kultowych czyni Huberta jej przełożonym. Zakładam, że Pirora chce, aby nasza droga szlachcianka uznała wyższość pięknej blondynki nad krawca.

              - Tak, też odniosłam takie wrażenie, że bardzo ją lubi ale tego Huberta traktuje trochę jak konkurenta do względów tej szlachcianki. - nieśmiertelna spojrzała w zamyśleniu na szczebioczące do siebie kultystki jakie zostały przy stole. Chyba właśnie czegoś takiego spodziewała się usłyszeć.

              - Właściwie to jak całe miasto ma ostatecznie być nasze to każdy kultysta jest naszym żołnierzem. No ale tak indywidualnie to ją rozumiem, że chciałaby mieć kogoś na własność do zabawy i rozdysponowania wedle własnych potrzeb i zachcianek. - Soria westchnęła nad tą sprzecznością między większą a mniejszą perspektywą na ten temat i pokiwała swoją ciemną głową na ten temat.

              - W takim razie ciekawa jestem i tego Huberta i tej Fabienne. - wzruszyła ramionami więc chyba ciekawość u niej pracowała aby poznać te dwie osoby które były tutaj tematem rozmów i pewnego zamieszania.

              - To masz ochotę porozmawiać z nami na te plany podoboju serc, ciał i dusz tego miasta czy masz może inne plany? - zagaiła wskazując kciukiem na siedzące przy stole koleżanki.

              Otto chwilę zastanowił i spojrzał w kierunku Strupasa i Sigismundusa.

              - O ile brzmi to cudownie. Obiecałem naszym sługą Nurgla, że pomogę im w poszukiwaniach artefaktu Oster. Kto wie, może niedługo sprowadzimy tu heralda pana Plag. Rodzina się powiększy.

              - Ah, oni… No nie przepadam za tymi klimatami. Ale rozumiem ideę. W końcu nasze Siostry też były cztery i każda z nich zostawiła gdzieś tu swoje dziedzictwo. - Soria skrzywiła swój delikatny nosek aby zaznaczyć, że zapaszek i maniery wielbicieli Ojczulka nie są jej zbyt miłe. Jednak okazała zrozumienie dla tej części projektu.

              - No jakbyś potem miał ochotę poknuć jeszcze z nami na temat podbojów serc i lędźwi to wpadnij do nas. Zresztą o tym Grubsonie to i tak będę musiała porozmawiać z Pirorą. - ciemnowłosa dała znak, że nie broni Otto rozmowy z kolegami i pożegnała się z zaproszeniem do krańca stołu zajmowanego przez kultystki i swoje wielbicielki.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #38

                Oryginalny autor: Pipboy79

                Oryginalny tytuł: Tura 11 - 2519.06.33; bkt; zmierzch

                Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; okolice jaskini odmieńców
                Czas: 2519.06.33; bzt; południe
                Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                Joachim

                - To już niedaleko. Już całkiem blisko. - Lilly wydawała się cieszyć na myśl, że znów zobaczy swój dom w jakim się wychowała. Czyli jaskinię ukrytą w leśnej głuszy niedaleko rzeki Salt. Tak jak mówiła wczoraj gdy tylko dotarli do wioski Heilidorf którą ominęli lasem to już mogła wejść w rolę przewodnika. Bo te tereny już znała. Im bliżej do jaskini tym czuła się pewniej i była radośniejsza. Noc spędzili w jaskini. Mimo rozpalenia ogniska to jednak nie było tam zbyt przyjemnie. Wilgotno, nie było cugu więc dym wisiał smętnie nad ogniskiem drapiąc gardła i szczypiąc w spojówki. Ale bez ognia było ciemno i chłodno. Do tego było tu sporo wody. Kapała skądeś z góry i na dole była cienka jej warstwa. Czasem nawet kałuża głęboka do kostki. Więc mimo derek, koców i posłań nie było to przyjemne miejsce do nocowania. Rano bez żalu je opuścili. Rano z kolei była mgła, że nie było nic widać w obrebie pół setki kroków. Nie przeszkadzało to w marszu ale już mocno utrudniało nawigację. Na szczęście Gnak i jego grupka radzili sobie pomimo mgły. Przeprowadzili ich do wokół wioski i już ją mieli za plecami gdy mgła zaczęła rzednąć. Wtedy też Lilly zaczęła rozpoznawać znajomą okolicę i przejęła rolę przewodniczki.

                Zaś wieczór w ciemnej i mokrej jaskini dało się wykorzystać na rozmowę. Podobnie zresztą jak marsz kolejnego dnia. W końcu przez wiele dzwonów szli obok siebie a sytuacja nie wydawała się jakoś niebezpieczna, że trzeba by zachować ciszę. Tylko wcześniej, wokół woski jak ją mijali Gnak dał znać, że lepiej być cicho bo psy albo wieśniacy co coś by szukali w lesie mogliby ich usłyszeć nawet jak we mgle by ich nie dostrzegli. Przed i po jednak już można było rozmawiać swobodnie.

                - To ciekawe, ale Gnak mówi, że między nimi krąży legenda, że już kiedyś były kobiety z miasta co się z nimi pokładały. Ale dawno. Jego jeszcze nie było na świecie. I to było przy kręgu wielkich głazów. To faktycznie niezbyt daleko od miasta. Tylko od zachodniej strony to nam z jaskini nie po drodze. Ale Opal czasem tam wędruje aby odprawić jakieś rytuały. No i legenda mówi, że kobiety z miasta, wyznawczynie Snarla, przychodziły do tych głazów spółkować z kopytnymi. Ale chyba nie z Gnakiem ani jego plemieniem tylko z prawdziwymi gorami. Chyba trochę im zazdroszczą. I teraz mieli mnóstwo radości, że też mogli spółkować z kobietami z miasta. - Lilly podzieliła się z towarzyszami z miasta co się dowiedziała podczas rozmów z liderem stadka prawie ludzkich rogaczy. To wywołało zainteresowanie Onyx i Burgund.

                - To nie byłyśmy pierwsze? Oojeejjj… Jaka szkoda. A myślałam, że będziemy oryginalne i będziemy wyznaczać nowe szlaki wyuzdania i perwersji ku czci naszego patrona… - Burgund westchnęła tetralnie jakby te wieści łamały jej serce. Chociaż wydawała się raczej zaciekawiona i rozbawiona tymi wieściami.

                Wczoraj zaś jak Lilly przetłumaczyła słowa magistra zwierzoludziom to bez tłumaczenia było widać, że bardzo im to przypadło do gustu. Kiwali prawie ludzkimi głowami z niewielkimi różkami, śmiali się i pokrzykiwali groźnie jakby chcieli rzucić wyzwanie komuś kto chciałby zagrozić takiej wizji. No i byli ciekawi tej Mergi. Zwłaszcza jak Lilly podkreśliła jakie ona ma wielkie i wspaniałe rogi w których ona sama była wręcz zakochana bo budziły podziw, respekt no i dla kopytnych były oznaką łaski Mrocznych Potęg.

                A o stosunkach lokalnych to już rozmawiali w jaskini. Bo to było nieco do opowiadania. Wedle Lilly to Gnak mówił coś w stylu, że każde plemię ma swój rewir. Im większe i silniejsze stado tym ma większy i lepszy rewir. Brzmiało to trochę jak podział terenu między drapieżnikami czy choćby miejskimi gangami. Najczęściej każde plemię trzymało się swojego rewiru. A gdy ktoś go naruszył to była walka. Chyba, żeby się szybko uwinąć, zabrać coś, upolować, zniszczyć i zwiać. Tylko jak to ktoś silny to trzeba było spodziewać się odwetu. Dlatego Gnak i jego wódz starali się tego unikać o ile ich głód czy podobna motywacja nie przyszpilił. Oprócz tego były tereny niczyje. W większości lasy i bagna, fragmentami jakiś trakt czy wioski. Zwierzoludzie nienawidzili wiosek i traktowali je jak wrzód i ciało obce na ich terenie. Wydawało się, że gdyby mogli to by każdą spalili, wyrżnęli mieszkańców, ewentualnie uczynili z nich swoich niewolników a spalone budynki zaorali swoimi kopytami. Zresztą na mniejszą skalę ciągle to robili tylko na pojedynczych myśliwych, traperów czy osamotnione chaty w lesie.

                No i każde plemię miało jakieś swoje wyjątkowe miejsce. Plemię do jakiego należała stado Gnaka, Grabieżcy z Doliny, miało swoją wielką jaskinię i uważało ją za swój dom i święte miejsce. No i do tej pory mieli ten płodny zakątek nad starorzeczem wielkiej rzeki ale gdy Soria zabrała święty ołtarz to podejrzewali, że straci on swoją moc. Jednak widząc jej potęgę i błogosławieństwo Wielkich Sióstr nie ośmielili się kwestionować jej decyzji wyczuwając, że jest namaszczona przez jedną z Mrocznych Potęg.

                - On chyba uważa, że powinniśmy coś im dać w zamian. Za ten ołtarz. Coś związanego z płodnością. A w ogóle to chyba trzeba by porozmawiać z ich wodzem. Bo oni teraz jak już sobie pójdą to wrócą do swoich i im wszystko opowiedzą. Tylko nie jestem pewna czy bym umiała potem znaleźć tą dolinę. Wydaje mi się, że tak. Ale nigdy tam nie byłam. To ich teren, dla nas tam chodzić to zbyt niebezpieczne. Na nas też polują, głównie na myśliwych co sami się wypuszczą za daleko. - Lilly zwróciła uwagę, że Gnak chyba żywi pewne wątpliwości chociaż przy i do Sorii nie ośmielił się ich wypowiedzieć. To teraz w rozmowie z Lilly czuł się pewniej. Ona zaś nie była pewna czy jak się niedługo rozstaną to zdoła bezproblemowo trafić do ich doliny gdyby była potrzeba ponownego spotkania. Raczej tak ale, że nigdy tam nie była to nie do końca była tego taka pewna.

                Zaś ze świętych miejsc plemię Kwasopluja mieli Skalny Ząb. Tam Lilly też nie była z tego samego powodu - to było serce plemienia gorów więc mogła tam trafić tylko jako zdobycz lub niewolnica. A żadna z tych opcji jej się nie uśmiechała. Ale słyszała opowieści o tym miejscu. To miała być jakaś samotna skała wystająca ponad okalające ją drzewa. I na niej Kwasopluj i jego poprzednicy mieli odprawiać święte obrzędy.

                A Krwiożercy mieli swój Krwawy Głaz. Wielki, skalny menhir stojący tam od niepamiętnych czasów. I będący świadkiem niezliczonych krwawych pojedynków i ofiar. Ponoć był obsypany licznymi czaszkami i trofeami. Właśnie dlatego jak ktoś spoza ich plemienia tam trafiał to raczej nie wracał aby o tym opowiedzieć. Ale jakieś legendy i opowieści o tym miejscu krążyły.

                Za najpoteżniejszą siłę w okolicy Gnak uważał Rogate Olbrzymy. I wedle jego opisu były one wielkie. Ze dwa razy wyższe od gorów, nawet Krwiożercy wydawały się przy nich drobnymi, słabowitymi koźlęciami. Kiedyś Gnak z ukrycia widział jak jeden z nich bez trudu przewalił wyładowany sianem wóz ludzi. Ale na szczęście te dwunożne rogate bestie były bardziej na południu i nie zapuszczały się tu zbyt często.

                Chociaż z razgorami też nie było żartów. Takie gory tak zdziczałe i zniekształcone, że biegały na czworakach i już nie mogły się wyprostować. Albo nie chciały. Przypominały wielkie dziki, jak się rozpędziły to tratowały wszystko i wszystkich na swojej drodze. Tak rozpędzona masa kłów i mięśni wydawała się nie do zatrzymania.

                No albo centigory. Co za banda pijaków! Tylko jak wyczuły gdzieś wino to nie mogły się powstrzymać aby nie wytrąbić wszystkiego od razu. Dlatego najczęściej były albo wstawione, albo na kacu, albo w jakimś szalonym amoku. Albo odsypiały to wszystko. Ale one miały teren bardziej na południe, tam były wzgórza i mniej lasów. Bo lubiły sobie pobiegać. Ponoć czasem robiły rajdy na elfie tereny. A przynajmniej tak się przechwalały.

                - Niezła menażeria. Dobrze, że nie łazimy tu sami. I, że nie wszystkie te poczwary są tuż za rogiem. - parsknęła Onyx gdy tak szli i słuchali słów Lilly która z kolei tłumaczyła chrapliwy, głos półkozła.

                Zaś tymi polowaniami ludzi się za bardzo Gnak zdawał się nie przejmować. Po pierwsze polowali bliżej miasta i chociaż przeczesywali las to nie aż tak aby podejść w pobliże ich doliny. A dwa to nawet gdyby miał się znaleźć w obrębie takiej obławy to wierzył, że i tak by im się wymknął. Nawet był skłonny zaryzykować walkę podjazdową z nimi. Piechurów się nie obawiał. Każdy kopytny mógł umknąć każdemu ludzkiemu piechurowi. Konni zaś trafiali się rzadko, zwykle byli groźni w bezpośrednim starciu, zwłaszcza ci pancerni rycerze. Ale ci trzymali się za pierwszą linią. Nie było to dziwne bo z konia kiepsko się tropiło. Do tego kopytni wedle słów lidera stada z jakim maszerowali byli mistrzami pułapek i zasadzek to mogli się pokusić o takie kąsanie piechurów którzy dla nich byli tylko ruchomymi celami. No więc najgorszym wyzwaniem były psy myśliwskie. Te mogły ich doścignąć, trudno je było przechytrzyć i się przed nimi ukryć a i walczyły zażarcie. Co prawda jeden na jednego to Gnak raczej nie stawiałby na psa no ale taki mógł zranić kopytnego. A ranny już nie musiał mieć takich przewag nawet nad piechurami.

                Zaś ataki na trakcie były dziecinnie łatwe. Dobrze zorganizowana zasadzka mogła załatwić każdy powóz, wóz, konnego posłańca czy grupkę pieszych. Dopiero jak się trafiło parę wozów z mocną obstawą to odpuszczali. No chyba, że byli całym stadem i szykowali się na grubego zwierza. To mogli się pokusić nawet o taki zuchwały atak. Ogólnie można było odnieść wrażenie, że póki akcja dzieje się w lesie to Gnak czuł sie całkiem mocny i pewnie. O ile miał swobodę manewru co do celu i taktyki.

                Tak ich odprowadził prawie pod jaskinię odmieńców. Bo jak mówiła Lilly między nimi a jej plemieniem nie zawsze się układało pokojowo. To i nie chciał narażać ani siebie i swojego stada ani swoich gości. Zresztą Lilly też mówiła, że to całkiem blisko do jaskini. I faktycznie mogłoby wyjść nieco niezręcznie gdyby pojawili się w otoczeniu ungorów z jakimi tak często mieli na pieńku.

                - Mówi, że rozstajemy się w przyjaźni i nie musimy się obawiać ponownego spotkania z nim i jego stadem. Ale aby reszta Grabieżców też was mogła rozpoznać to weźcie to jako znak rozpoznawczy. - odmieniec o liliowych włosach przetłumaczyła pożegnalne słowa lidera stada. I wtedy oni podali swoim gościom naszyjniki. Takie prymitywne, na rzemykach z kościanymi, kamiennymi ozdobami lub piórami. Wyglądały dość prymitywnie. Pomijając dziki wygląd tych kopytnych barbarzyńców to pożegnanie było całkiem ciepłe i ludzkie. Lilly rozbawiło jak Genda wręczyła swój wisiorek Onyx i coś przy tym powiedziała.

                - Mówi, że teraz możesz nosić ten wisiorek jako jej samica i błogosławi twoje łono abyś urodziła zdrowe kożlątko. - powiedziała Lilly starając się ograniczyć do zasznurowania ust aby się nie roześmiać. Hedonistka o płomiennych włosach otworzyła usta w niemym “ach!” i chyba niezbyt wiedziała co na to powiedzieć. W końcu uśmiechnęła się, objęła ungorkę i nawet się pocałowały na pożegnanie. A potem grupka się rozdzieliła. Gnak zabrał swoje stado i zanurzył się w leśne ostępy. Zaś Lilly ruszyła w przeciwną prowadząc swoich towarzyszy w kierunku swojego jaskiniowego domu. Właśnie machnęła wesoło dłonia odwracając się do nich na chwilę i wskazując gdzieś przed siebie jakby ta jaskinia już miała być zaraz za następnymi drzewami.

                - Co tu robisz? Kogo tu przyprowadziłaś? - wyharczał jakiś męski głos. I zza drzewa wyszedł… No wilkołak. Tak przynajmniej zwykle wyobrażano sobie wilkołaki. Cały pokryty sierścią, na dwóch nogach zakończonych wilczymi pazurami. Chwytne łapy, też pokryte futrem też miały pazury ale ściskały włócznie. Na biodrach stwór miał przepaskę z jakichś skór. Na piersi widać było jakieś prymitywne talizmany z kłów i pazurów. I tylko głowa trochę psuła efekt wilkołaka. Bo bardziej pasowała do jakiegoś wielkiego, ogara niż wilka. Póki stwór nie wychylił się zza drzewa w ogóle nie było go widać ani słychać. Więc pomimo masywnej sylwetki musiał być też zwinny. I nakwyraźniej znał się z Lilly.

                - Oh! Hetzen! Cześć. Wróciłam. A to są moim przyjaciele. Chciałam ich zaprosić do nas. Do mojej chaty. - Lilly musiała być całkiem zaskoczona tym spotkaniem. Zresztą dziewczyny też. Przy nim każdy z nich wydawał się drobny i cherlawy. Nawet Gnak przy nim prezentowałby się mikro.

                - Wróciłaś? Z przyjaciółmi? Po tym jak zwiałaś jak ostatnia złodziejka? Za taką zdradę powinno ci się urwać łeb. - warknął wilkołak mało przyjaznym i pełnym pogardy głosem.

                - Ale… Ale pomogłam wam. Przystałam do Starszego z miasta. To są jego towarzysze. I nasi przyjaciele. Pomagaliśmy wam z jedzeniem na przednówku. Strupas do was jeździł. A ja pomagałam znaleźć kryjówki do przerzutu. - przypomniała mu Lilly ale wyraźnie straciła rezon. Dało się wyczuć, że obawia się tego umięśnionego wielkoluda.

                - Kto to jest? - zapytała cicho Burgund.

                - To Hetzen. Nasz najlepszy wojownik i myśliwy. - odparła cicho liliowa mutantka ale pomysły na dalsze negocjacje z tym groźnym wojownikiem widocznie jej się skończyły. Tamten obserwował ich uważnie spod swoich kaprawych ślepi jakby zastanawiał sie czy już zaatakować czy zrobić coś innego.

                Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; pd-wsch od miasta
                Czas: 2519.06.33; bzt; południe
                Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                Otto

                - To idziesz z nami? Świetnie! Cudownie! Witaj w naszej robaczywej kompanii! To nie ma na co czekać, jutro jak nie będzie oberwania chmury to ruszamy! Niech nasza Loszka zaprowadzi nas do cudownie dojrzałych trufli naszego Papcia! - Sigismundus nie ukrywał wczoraj, że bardzo rad jest, że Jednooko chociaż większość wieczoru spędził z Mergą i Starszym albo Sorią to jednak ostatecznie zdecydował się na dołączenie do poszukiwań na jakich tak zależało aptekarzowi. Umówili się na jutro rano w jego aptece. Bo każdy wiedział gdzie to jest no i było blisko południowej bramy przez jaką by wychodzili z miasta. A te “jutro rano” to było dzisiaj.

                Skoro Otto chciał wyruszyć poza miasto, i to możliwe, że na kilka dni dobrze było aby jakoś to zgłosił w hospicjum. W końcu większość dnia spędzał właśnie tam. Wśród tych wszystkich uznanych za zbyt obłożnie chorych lub szalonych aby ich trzymać gdzie indziej.

                Dziś ranek był mglisty. Tak, że było widać na dwa, może trzy domy dookoła. Ale nie był to porblem jak się wiedziało gdzie iść. Na miejscu, w aptece Otto zastał już i gospodarza i Strupasa. Przygotowywali oni Loszkę do drogi. Trochę się kłócili czy już jej zakładać smycz i obrożę czy jeszcze nie. Mimo wszystko raczej nie puszczali jej nigdzie samopas i zawsze któryś był w pobliżu. A najchętniej w ogóle nie wypuszczali jej z piwnicy. Więc trochę było ryzyko puścić ją wolno nawet jakby szła między nimi. Z drugiej storny prowadzenie kogoś przez miasto na smyczy rzucało się mocno w oczy. Dlatego ostatecznie przeważyło zdanie aptekarza aby zaryzykować i jednak tego nie zakładać. Najwyżej po tym jak wyjdą z miasta to tam puściej i mniej ludzi. A jak Loszka ich będzie prowadzić jak podczas pierwszej próby to pewnie i tak szybko wejdą w las. A tam już w ogóle powinno być mało przypadkowych gapiów. A jak już byli we czwórkę to aptekarz nie oparł się pokusie aby nie pochwalić się wynikami swoich badań.

                - O widzisz? Jakie piękne maleństwa? - powiedział odchylając koszulę Loszki i wskazał zaczerwienione i pokryte krostami miejsce. Po chwili te krosty zaczęły się ruszać i tam i tu widać było małe, końcówki czerwi.

                - Dużo mnie to wysiłku i pracy kosztowało. Myślałem, że to będzie prostsze. Przecież na byle padlinie pełno się tego lęgnie! I dopiero niedawno zrozumiałem. Chodzi o padlinę. Nie chcą się lęgnąć na żywym mięsie. Szkoda. Zobacz jak ich mało i takie małe rosną. Mniejsze niż te zwykłe z padliny. No a Loszki nie zabiję aby mieć padlinę. Jest zbyt cenna. Muszę to jakoś dopracować. Aby się mogły śmiało lęgnąć na żywych. To by było coś! Pomyśl Otto! - niespodziewanie objął młodzieńca po ojcowsku i wskazał mu ręką gdzieś pod sufit jakby tam dostrzegał jakąś piękną wizję.

                - Całe chmary much! Wypuszczone na miasto! Opadają na żywych i wbijają swoje żądełka z błogosławieństwem Ojczulka! I ono się będzie pięknie rozwijać w ich ciałach a potem przeniesie się na pozostałych! - Sigismundus mówił jak natchniony kapłan albo mówca. Strupas aż się zachłysnął z radości i zaczął chrząkać albo się śmiać na samą myśl o realizacji takiej wizji. Ale niespodziewanie entuzjazm aptekarza oklapł.

                - No tylko… Że te zwykłe larwy i muchy są bezużyteczne. Prawie. Nie chcą żerować na żywych. Nawet jak ich uzbieram całą chmarę i wypuszczę to niewiele zrobią żywym… - przyznał markotnie puszczając Otto i wskazując zniechęcony na te ledwo parę larw jakie ruszały się tuż pod skórą Loszki. Z tego co wiedział młodzieniec to muchy faktycznie uwielbiały padlinę, zepsute mięso, odchody ale tak do żywych to niekoniecznie. Zwłaszcza takich żwawych co by się od nich odganiali bo tak pewnie by robili mieszkańcy miasta.

                - A ja mam ambicję Otto. Ja bym chciał mieć swoją własną plagę. Wyhodowaną i rozprzestrzenioną przeze mnie. Sam pomyśl jak to dumnie brzmi: “Plaga Sigismundusa”, “Zaraza z Neus Emskrank”, “Pomór Nordlandu”! Ah piękne plany! Ale jeszcze czeka mnie daleka droga. Jak choćby potrzeba wyhodowania takich małych śliczności co by miały ochotę zagnieździć się w żywych, jędrnych, gorących ciałach. A nie tylko w padlinie. - aptekarz znów urósł w oczach jak podzielił się swoimi wspaniałymi wizjami i planami. I znów opadł gdy wskazał na mierność dotychczasowych wysiłków.

                - No ale jest Oster i jej dziedzictwo! Tam na pewno musi coś być! Widziałeś wczoraj co przywiozły sobie te ladacznice? No mnie nie kręcą takie rzeczy ale powiem ci, że ten monument wyglądał… No w sam raz do ich patrona. A ta Soria jakos za bardzo dumnie i władczo mi nie wyglądała. Taka tam dziewka z ulicy. No ale podobno Joachim z nimi był to mam nadzieję, że chociaż on jest rozsądny i nie tak całkiem podatny na ich wpływy. Oby wrócił i zweryfikował to wszystko. Ale nie będziemy na niego czekać! Przed nami czekają gdzieś tam dary od Oster! Musimy je tylko odnaleźć i zgarnąć dla siebie! A potem plagi i zarazy spadną na to przeklęte miasto! - Sigismundus znów na przemian przejawiał egzaltację, smutek, powątpiewanie i znów radość gdy mówił o swoich nadziejach jakie ma względem darów od Czterech Sióstr. Chociaż sam nie wydawał się zbytnio sprzyjać Sorii i jej kultystkom to jednak sam alabastrowy momument dał mu wiarę, że te dary są czymś namacalnym i w zasięgu ręki. Dlatego nie chciał już zwlekać i wyruszyć jak najprędzej. Wtedy usłyszeli stukanie umówionym sygnałem do drzwi. Gospodarz dał znak garbusowi i ten podszedł do drzwi i otworzył. Po chwili wszedł do środka Vasilij.

                - No to jesteśmy. Chłopaki czekają na zewnątrz. - herszt przemytników wskazał kciukiem na drzwi wejściowe. Bo jak się okazało Sigismundus zwerbował go i jego bandę jako eskortę na tą wyprawę. Pół tuzina rozbójników i banitów powinno zapewnić im bezpieczeństwo a jednocześnie nadal byli dość małą liczebnie grupą. Razem była ich dziesiątka.

                - To cudownie! Więc wyjdźcie na zewnątrz a ja tu wszystko zamknę! - ucieszył się grubas i po przyjacielsku wyprosił wszystkich na ulicę. Sam jeszcze musiał wszystko pozamykać skoro szykowała się wyprawa w teren pewnie na kilka dni. I odczekali na niego a potem cała grupa ruszyła ulicami miasta. Mgła wciąż nie rzedniała ale to im na razie nie przeszkadzało. Sigismundus poprosił Vasilija aby jego ludzie byli przed i za nimi głównie z myślą o Loszce gdyby ta chciała uciekać czy co. Ta jednak szła spokojnie nie odzywając się ani słowem. Rozglądała się czasem ale bez przesady. Tak doszli do południowej bramy i wyszli na zewnątrz bez żadnych kłopotów. Odeszli kawałek wschodnim traktem i jak już nie było widać murów miasta to aptekarz zatrzymał się, założył Loszce na szyję oborżę, podpiął smycz a potem zagaił do niej przyjaźnie.

                - No! Dobra Loszka, dobra! Szukaj! Szukaj, szukaj! Prowadź nas do domu! Zaprowadź do skarbu! Idź! Idź za zgnilizną! Doprowadź tatusia do skarbu z pięknymi, dorodnymi larwami! Co do cholery wreszcie będą żerować na żywych! - mówił do niej tak jak mówi się do małego dziecka albo psa. Gdy to nie rozumie w pełni słów dorosłych. Ale chyba podziałało. Kobieta z początku patrzyła na niego poważnie i uważnie. Potem wyczuwając przyjazny ton i uśmiech zaczęła się uśmiechać z początku nieśmiało. Ale jak to trwało to szerzej i szerzej. Kiwanie głowy też się wzmagało i w końcu rozejrzała się dookoła. I bez namysłu ruszyła przed siebie. Trzymający smycz ojczulek za nią. No a reszta za nimi.

                Szli z początku traktem na wschód ale dość szybko zeszli w las. Mgła w końcu zrzedła i całkiem zeszła. Poranek przeszedł w przedpołudnie a w środku dnia byli już głęboko w trzewiach lasu. W końcu w południe wszyscy byli gotowi na odpoczynek. Tylko Loszka chyba była gotowa nadal przeć naprzód ale na razie Sigismundus przywiązał jej smycz do gałęzi aby nie uciekła. A sam razem z resztą zaczął przygotowywać obóz i ognisko.

                - Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Znaczy gdzieś na południowy wschód od miasta. Na wschód od rzeki. Ale poza tym to kompletna dzicz. - Vasilij zostawił zbieranie drewna na ognisko pozostałym ze swojej bandy a sam pozwolił sobie na pogawędkę.

                - Merga mówiła coś o jakiejś jaskini z wodą. Więc to chyba gdzieś na wybrzeżu. Daleko stąd do wybrzeża? - zagaił herszta przemytników. Ale ten wzruszył ramionami. Może pół dnia, może dzień albo dwa. Zależy gdzie byli w tej chwili. Trudno było mu to oszacować jak wokół były same drzewa i reszta bezimiennego lasu bez żadnych punktów charakterystycznych.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #39

                  Oryginalny autor: Seachmall

                  Rano Otto wysłał pisemną wiadomość do naczelnego lekarza hospicjum.
                  Przekazał w nim, że udaje się razem z Aptekarzem Sigismundusem poza miasto nawet na kilka dni. Znaleźli informacje o roślinie kojącej nerwy i uspokajającej ducha, której używają ponoć elfy. Mają nadzieję odnaleźć lokalną odmianę rośliny i sprawdzić jej działanie na pacjentach. To może zaoszczędzić hospicjum trochę grosza.

                  Otto miał nadzieję, że to wystarczy, aby naczelnik dał mnichowi spokój, szczególnie jeżeli znajdą jakieś uspokajające ziele.


                  Mnich delikatnie skrzywił się na widok małych czerwi.

                  - Wybacz, nie mam urazu do twojego kunsztu, ale według mnie dzieło wielbiące Ojczulka nie powinno mieć w sobie… trudu. Te maleństwa nie powinny się męczyć kiedy przychodzą na świat, ale rozumiem, że to dopiero pierwsze kroki. - wsłuchał się ambitne zawołania aptekarza i nie powstrzymał się przed drobnym westchnieniem zachwytu - "Pomór Nordlandu" brzmi dobrze… chociaż, co powiesz na "Wspomnienie Oster"? Taki dar w stronę jednej z sióstr? - Otto zastanowił się nad możliwymi źródłami plagi - Okoliczne mokradła na pewno posiadają całą masę takich maleństw. A im bliżej będziemy ołtarza Oster tym ciekawsze będą, może uda ci się znaleźć coś co będzie chętniej zajadało się zdrowym, żywym mięsem… lub sprawiało, że szybko przestaje takie być.

                  Pogoń za Loszką była niestety dość monotonna i nie dała trufli tak szybko jakby chcieli. Jednak kobieta napędzana wolą Pana Plag najwyraźniej gdzieś zmierzała.

                  - Upewnij się, aby na noc dobrze ją przywiązać Sigismundusie. Nie chcemy, aby nam czmychnęła. - Otto pomagał przy przygotowaniu strawy dla ekipy, kiedy padło pytanie o ich położenie względem wybrzeża.
                  - Visilij kojarzysz jakie zagrożenia mogą nas tu spotkać? Wilki, niedźwiedzie, bandyci? Zwierzoludzie? Ufam tobie i twoim ludziom, ale chciałbym wiedzieć na co się przygotować, kiedy przyjdzie do walenia po mordzie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #40

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Podróż była męcząca i niezbyt wygodna, ale na szczęście młody astromanta miał czym zając myśli. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia w takim stopniu ze zwierzoludźmi, więc słuchał i przyglądał się uważnie. Sprawy wydawały się zmierzać w dobrym kierunku - grupa Gnaka dobrze zareagowała na snute przez niego wizje chwalebnej przyszłości i wyglądało na to, że Merga, podobnie jak wcześniej Soria, może im solidnie zaimponować.

                    - Najwyraźniej nie byłyście pierwsze, tak.... - wyszczerzył się do Burgund, gdy ta skomentowała wieści o dawnych kontaktach zwierzoludzi z kultystkami Snarla. Zaczął lubić towarzystwo dawnej znajomej z dzieciństwa i to co robili podczas orgii przy ołtarzu było przyjemne. Z drugiej strony... z iloma osobami i jak często te kultystki spółkowały? Czy w sumie miało to jakiekolwiek znaczenie?

                    - Rozumiem, że podobało się wam to podtrzymywanie dawnej tradycji? W takim razie możesz im Lily zasugerować, że jeszcze będą mieli ku temu okazję, jeśli będą z nami lojalnie współpracować.... - stwierdził, mając wrażenie że tę grupę mają już w garści... pytanie co z innymi?

                    Zmarszczył brwi widząc wyraz niesmaku na twarzy swojego ochroniarza i świeżego członka zboru, Gunthera.

                    - Robimy to dla osiągniecia naszych celów, ci ungorzy dobrze się nam przysłużą. A co do reszty się przyzwyczaisz, nagroda będzie tego warta - powiedział mu cicho. Rozumiał, że to wszystko, szczególnie takie bratanie się ze zwierzoludźmi, to było dość dużo dla osoby która dopiero wkroczyła na ścieżkę prawdy.


                    Kiedy znaleźli się w jaskini, rozmawiali jeszcze długo i członkowie Zboru dostali wiele informacji do przetrawienia.

                    - Chcą czegoś w zamian? Powtórz Gnakowi, że chcemy współpracować i myślę, że chętnie zorganizujemy kolejne spotkanie. A czy możliwość uczestnictwa w kolejnych rytuałach ku czci Snarla z nami nie będzie dla nich wystarczającą nagrodą? Z tego co zrozumiałem brakowało im tego - odparł Lily gdy ta poinformowała go o nastawieniu wodza.

                    - A co do pozostałych grup zwierzoludzi to będziemy musieli porozmawiać ze Starszym i Mergą czy i jak warto nawiązać z nimi kontakt. Z Krwiożercami czy Razgorami może nam tak prosto nie pójść - chociaż te centigory też brzmią jak wyznawcy waszego Patrona - spojrzał na pozostałe kultyski a potem znowu na Lily - spytajmy się jescze czy mają jakieś historie o tym, że w przeszłości plemiona zwierzoludzi łączyły siły przeciwko wspólnemu wrogowi?

                    - A jeśli lubią atakować podróżnych na trakcie, możemy zaproponować, że od czasu do czasu wystawimy im jakiś godny cel....


                    Kiedy pojawił się przed nimi agresywny wilczy Hetzen, zmarszczył brwi i jego laska rozbłysła czarodziejskim ogniem. Miał nadzieję, że ta demonstracja mocy wzbudzi nieco respektu. Szkoda, że nie wiedział więcej o sytuacji.

                    - Bądź pozdrowiony Hetzenie, w imię Tzeenchta i Slaanesha. Tak, jesteśmy ze Zboru który wam wcześniej udzielał pomocy. Teraz my potrzebujemy noclegu, czy nam go udzielisz?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #41

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 12 - 2519.07.01; knt; przedpołudnie

                      Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; jaskinia odmieńców
                      Czas: 2519.07.01; knt; przedpołudnie
                      Warunki: wnętrze jaskini, półmrok, wilgotno ; na zewnątrz: jasno, powiew, mgła, nieprzyjemnie

                      Joachim

                      Powrót do domu okazał się dla Lilly niezbyt przyjemny. Co prawda Hetzen ostatecznie nic im nie zrobił. Chociaż wydawało się, że między nimi jest jawna niechęć przynajmniej. I ten wilkołaczy odmieniec zdawał się przelewać to na nowych towarzyszy liliowłosej. Jednak zaprowadził ich do jaskini. Minęli jakiegoś strażnika z włócznią i trąbą zamiast noca. On przywitał się z Lilly przyjaźniej chociaż też chyba aura nieprzychylności jaką roztaczał najlepszy wojownik i myśliwy ich plemienia nie pozwoliła mu na nic innego.

                      Jaskinia była dobrze ukryta przed światem. Wydawało się, że to jakieś pęknięcie w ziemi albo jakiś parów. Ale zagłębiał się i zagłębiał aż płynnie przechodził w otwór w ścianie a ten w korytarz. Trudno więc było dokładnie określić gdzie zaczyna się parów a gdzie jaskinia. A dalej nieregularna, skalna gardziel prowadziła do sporej komory w jakiej stały różne chaty. Nie wyglądały ani zbyt pięknie ani solidnie. Zbudowane z drewnianych tyk i rozpiętych płócien, desek, glinianych, niewypalonych cegieł. rozpostartych skór zwierząt i w ogóle pewnie z tego co każdemu udało się dorwać. Kompletna pstrokacizna i świadcząca o ubóstwie odmieńców. Już nawet chłopska chata na wsi prezentowałaby się pewnie dostojniej na tym tle.

                      No i byli sami mieszkańcy tej wielkiej groty. Niektórzy wyglądali jak ludzie. Jeśli mieli jakieś stygmaty Chaosu to nie było ich widać. Inni nie mieli szans ukryć się w tłumie bo ich odmienność raziła w oczy. Kopyta, macki, szczypce, rogi, ogony, futra, łuski, zwierzęce głowy czy kończyny. Taki sam misz masz jak z chatami. Wszyscy jednak z zaciekawieniem przystawali aby obejrzeć tą małą procesję. Pierwszy kroczył rosły i umięśniony Hetzen, ich najlepszy wojownik i myśliwy jaki roztaczał wokół siebie aurę agresywnej dominacji. Za nim szybko przebierała nogami Lilly. Często pozdrawiała kogoś skinieniem głowy, uśmiechem czy machnięciem dłoni. Ale się nie zatrzymywała tylko szła przez tą wioskę odmieńców. Za nimi grupka ludzi z miasta co byli tu pierwszy raz. Joachim z Ghunterem, Onyx i Burgund. Sądząc po reakcji tubylców to chyba nie co dzień mieli gości. Ale wszyscy przeszli do największej chaty. Tam Hetzen kazał im poczekać a sam wszedł do środka. Wtedy Lilly skorzystała z okazji aby odezwać się do nich cicho i szybko.

                      - Hetzen czci Krwawego Ogara. I akurat za Snarlem i Władcą Losu niezbyt przepada. - dała im znać, że lepiej na ich osobistych patronów nie powoływać się przy ich wielkim i futrzastym myśliwym bo może go to tylko rozjątrzyć.

                      A ten zaraz wyszedł i dał im znać włócznią, że mogą wejść. Tak poznali Kopfa. Bo wcześniej tylko Lilly i Strupas mieli z nim bezpośredni kontakt. Kopf miał wielką głowę. Ze trzy razy większą niż powinna być. Do tego rogi, czerwoną skórę, gorejące złotem oczy i kopyta zamiast stóp. Wyglądał jak demon! Chociaż Joachim nie wyczuwał w pobliżu jakiś piekielnych mocy a tak namacalna i bliska obecność niezrodzonego musiałaby pewnie jakoś wpłynąć na tą rzeczywistość.

                      Kopf okazał się bardziej przyjazny od Hetzena. Przywitał Lilly jak powracającą do domu córkę a jej towarzyszy jak gości od zaprzyjaźnionego hrabiego. Zapytał co ich tu sprowadza, czy są zmęczeni i głodni a dobre pytanie bo faktycznie była pora obiadowa. Koniec końców wyszli z jego chaty jako goście. Lilly więc zaprowadziła ich do swojej chaty. I tam czekała ją przykra niespodzianka. Drzwi nie było, pewnie ktoś je sobie wziął. A z wnętrza przez te pół roku nieobecności też każdy kto tu był wziął sobie co mu było potrzeba. Dziewczyna prawie się rozpłakała widząc w jakim stanie zastała swoją chatę. Potem jednak się wzięła w garść, wróciła do Kopfa i ten coś podziałał bo wkrótce zaczęli się schodzić sąsiedzi i uzbierało się na posłania i jakieś garnki do gotowania na palenisku. Więc do wieczora już to wyglądało jako tako. Chociaż wieczór, dzień, noc czy poranek w tych podziemiach były dość iluzoryczne. Zawsze panował jednolity półmrok rozświetlany pochodniami i ogniskami, dym jaki unosił się z tych ognisk, wilgoć typowa dla jaskiń i piwnic i mrok jaki zalegał tam gdzie nie sięgało światło. Ale właśnie w chacie Lilly spędzili noc. I śniadanie.

                      - Jak chcecie to dziś możemy wrócić do miasta. Stąd to jakieś pół dnia drogi. - powiedziała gospodyni gdy się spotkali przy wspólnym stole. Chata była zbyt mała aby dzielić ją na izby więc całe życie toczyło się w jednej izbie. Przy byle jak skleconym stole zrobionym ze związanych ze sobą żerdzi. Wszystko to wyglądało na ręcznie robione.

                      - No ja bym wróciła. Ten turniej chyba już się zaczął. - Burgund była chętna na powrót do cywilizacji. Ale wzmianka o turnieju wywołała dyskusję. Bo przez te parę dni w dziczy trochę się im pogubiły dni. I Ghunter uważał, że wczoraj zaczął się ten turniej, Onyx, że dzisiaj a Burgund, że chyba jutro. Wcale nie było to tak łatwe połapać się jaki jest dziś dzień tygodnia. Ale pierwszego dnia nowego miesiąca miał się zacząć turniej w ich mieście. A Burugnd z Łasicą miały co do niego mnóstwa planów. Zresztą dla Onyx też to będą żniwa jeśli chodzi o zarobek i ruch w interesie.

                      - I ciekawe co tam u Łasicy i Sorii. Mam nadzieję, że dopłynęli cało z tym naszym ołtarzem. - Burgund zamyśliła się nad losem przyjaciółki i wspólniczki w licznych numerach jakie odstawiały w półświatku jako oszustki, naciągaczki i włamywaczki. No i nad heroldem Węża jaka zrobiła na nich tak niesamowite wrażenie.

                      - Ale ten Gnak, Genda i reszta też byli całkiem mili. Ale na początku jak przyszli do ogniska nad tą zatoką to trochę się bałam. Dobrze, że Soria tak to ładnie załatwiła. - Onyx też dorzuciła się do wspomnień z ostatnich dni i nocy. Przyznała, że początkowo miała opory i wątpliwości przed zbliżeniem się do ungorów ale ostatecznie tak było miło i zabawnie, że teraz wspomniała te wątpliwości z rozbawieniem.

                      - A z tym pokładaniem się z nimi to tak, oni mówili wczoraj, że bardzo chętnie. Tylko nie byłam pewna gdzie się z nimi umawiać. Bo do miasta to na pewno nie przyjdą. To jak znają te głazy rytualne to tam powiedziałam, że możemy się spotykać. Dla nas z miasta to też nie tak daleko. Pomyślałam o pełni to im tak powiedziałam. Nic innego nie przyszło mi do głowy. - Lilly odkąd wczoraj w południe wróciła do jaskini to była cały czas zaabsorbowana sytuacją bieżącą i porządkami dla siebie i swoich gości. To niezbyt miała okazję ani ochoty rozmawiać o czymś innym. Dzisiaj jednak humor miała lepszy a i chata wyglądała lepiej niż wczoraj gdy weszli tu pierwszy raz. To mogła streścić im co rozmawiała na pożegnanie z Gnakiem.

                      - No to najbliższa pełnia jest jakoś nie w następnym, tylko jeszcze w następnym tygodniu. - Onyx zmrużyła oczy aby sobie przypomnieć rytm księżyca. Joachim zdawał sobie sprawę, że ma rację, z tego co pamiętał to w tym miesiącu pełnia wypadała na początek drugiego tygodnia.

                      - Ha! Nie mogę się doczekać aż opowiem dziewczynom o naszych przygodach! Chociaż ta powsinoga Łasica i tak pewnie już wszystko rozgadała. Ale pomyślcie o Pirorze, Oksanie i Fabienne. Zwłaszcza Fabienne. Jestem pewna, że dostanie palpitacji serca na myśl, że miałyśmy romanse z ungorami a ona nie! - rudowłosa łotrzyca roześmiała się beztrosko gdy już myślami była w mieście i wyobrażała sobie jakie wrażenie mogą wywołać te ich przygody jakie miały w ciągu ostatnich paru dni i nocy. Zawtórował jej dziewczęcy śmiech więc i koleżanki musiały widzieć sprawę podobnie.

                      - A co do tych plemion co pytałeś wczoraj Joachimie to raczej nie. Oni raczej nie wchodzą sobie w drogę albo walczą ze sobą jeśli tak się stanie. Musiałby się trafić wielki wódz aby ich wszystkich zjednoczyć pod swoim sztandarem. A wielki wódz to zwykle ma wielką armię. Albo inna potęgę. Wtedy mogą się przyłączyć do potęgi większej od swojej. - kopytna wróciła jeszcze do tego co wczoraj ją astromanta pytał z tymi różnymi plemionami zwierzoludzi. Zaznaczyła też, że Gnak i reszta jego grupy to nie jest całe plemię Grabieżców z Doliny. Ale nie miała pojęcia ilu ich mogło być w tej dolinie. Zapewne jednak Gnak i reszta opowiedzą im o swoich przygodach z ostatnich paru dni.

                      Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; pd-wsch od miasta
                      Czas: 2519.07.01; knt; przedpołudnie
                      Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, powiew, mgła, nieprzyjemnie

                      Otto

                      - Zbliżamy się do morza. - Vasilij powiedział to spokojnie z pacierz temu. Wtedy jeszcze nic zdawało się nie zdradzać tego faktu. Szli przez las tak jak wczoraj i dziś od rana. Do tego od rana unosiła się wilgotna mgła. Noc spędzona pod namiotami była przykra i ciężka. Gdzieś od północy lunęła ulewa. I nawet jak namioty chroniły przed jej bezpośrednim wpływem to zimno i wilgoć wdzierała się do wnętrza. Podobnie jak zimna woda jaka wlała się kałużą do wnętrza. Nic przyjemnego. Zresztą jak rano wstał to czuł w nozdrzach i skroniach ten chłód nocy, niewyspanie i początki przeziębienia.

                      Wczoraj po tym popasie w południe szło im się raczej bez większych przeszkód. Ot można by to uznać za spacer po lesie. Tylko obcym i nieznanym. A wedle Vasilija sporo nieprzyjemności mogli tu natrafić. Co prawda on raczej działał w branży morskiej i przemytniczej w mieście no ale jednak co nieco słyszał i czasem też załatwiali interesy gdzieś za miastem. W tym rejonie lasu jednak wcześniej nie był. A co tu mogli spotkać? A całą menażerię. Zające, lisy, łosie, borsuki, dziki to tak. Chociaż ich się raczej nie obawiał. Sądził, że prędzej same by czmychnęły na widok tak licznej grupki ludzi niż miałyby ich zaatakować. No ale byli banici. Może nawet ci dezerterzy z zeszłej jesieni? W końcu coś nie było słychać aby ich złapali. Chyba, że ich zima wymroziła albo odeszli gdzieś dalej na południe. A oprócz tego gobliny, nawet Strupas w zimie spotkał i o mało bez czego by go dopadli. No i cała menażeria zwierzoludzi. Więc tak, sporo rzeczy mogło im zakłócić ten sielski spacer po lesie. No ale jakoś do wieczora nie zakłóciło. Potem blisko zmierzchu trzeba było się rozbić z tymi namiotami na noc. A o północy chlusnęła ta ulewa. Jeszcze rano jak wychodzili z namiotów to wszystko było mokre. Drzewa, kora, krzaki, trawa, ziemia no i namioty. Do tego okazało się, że mgła się podnosi. A jak zwinęli te namiotu i ruszyli za swoją ciemnowłosą przewodniczką na smyczy Sigismundusa to opar zgęstniał tak, że było widać może na pół setki kroków dookoła. Chociaż i tak widać było głównie drzewa i resztę lasu.

                      Aż dotarli do drogi. Chwię się zatrzymali i Vasilij uznał, że to droga przybrżezna jaka prowadzi z Neus Emskrank na wschód.

                      - Szkoda, że ona nas tym skrótem prowadzi. Mogliśmy drogą iść. - mruknął kąśliwie herszt przemytników. Zapewne drogą szło by się łatwiej niż na przełaj przez las.

                      - To nic. Będziemy mogli wracać drogą. Poza tym ludzie mogliby się gapić jak ją prowadzimy na smyczy. - Sigismundus machnął ręką chociaż też nieco tęsknie patrzył na drogę. Zapewne łatwiej by się nią szło. Ale jak nie wiedzieli dokąd zmierzają to trudno było zaplanować jakąś trasę. A wczoraj był całkiem rozmowny, zwłaszcza na temat swoich planów i eksperymentów.

                      - Początki, nie początki… Trudno ocenić póki nie jesteś u kresu drogi co nie? - okazało się, że aptekarz miał już całkiem sporo sprawdzonych wariantów tych eksperymentów.

                      - A z kim ja tego nie próbowałem! Kobiety, mężczyźni, smakracze, starcy, zdrowi, chorzy, no każdego kogo udało mi się złapać. Albo Strupasowi. I próbowałem na wiele sposobów, poiłem ich tymi maleństwami do gęby i do dupy, próbowałem wolnego chowu na skórze, tylko musiałem ich wiązać aby mi tego nie zniszczyli. W końcu wpadłem na pomysł aby im to wbić pod skórę. Musiałem specjalny dziurkacz zamówić. A efekty marne. Zwykłe gówno albo padlina sama z siebie ściąga więcej much i tych czerwi się lęgnie niż z takich o pacanów. I ostatnio doszedłem do wniosku, że to dlatego, że wszyscy są żywi. A muchy lecą do padliny. - grubas pokręcił głową dzieląc się z młodzieńcem swoimi frustracjami z powodu licznych niepowodzeń jakich doświadczył podczas swoich eksperymentów. A to kompletnie nie było w jego planach. Chciał wyhodować muchy jakie będą roznosić zarazę z żywych na żywych. Do tego celu taki efekt jaki uzyskał na Loszce był raczej mizerny i zdawał sobie sprawę, że w skali całego miasta to raczej nie ma co marzyć o sukcesie.

                      - A na bagnach tak, może tam coś być. Trzeba by tam się przejść. Może by coś udało się ciekawego złapać. A potem wyhodować. No tak, dobry pomysł. No ale to potem. Na razie spróbujemy znaleźć tą jaskinię z darami Oster. Jak ta Soren tak obdarowała te bezużyteczne ladacznice to Oster chyba nie powinna być gorsza od swojej siostry nie? - pomył z wizytą na bagnach jaki podsunął mu Otto bardzo się spodobał aptekarzowi. No ale skoro byli na wycieczce do jakiejś jaskini to wolał tym się zająć inne rzeczy zostawiając na bok.

                      - “Wspomnienie Oster”? No też niezłe. Jak nas obdarzy czymś interesującym to pomyślę. Właściwie czemu nie? Jakby zesłała nam jakiś dar co by pomógł podbić to cholerne miasto. To tak, wtedy tak. - nad nazwą dla planowanej plagi jaką miał zamiar wypuścic na miasto zastanowił się. Uznał to za kwestie otwartą i uzależnioną od tego co by znaleźli w tej jaskini. Uparł się na muchy bo w końcu “Władca Much” to był jeden z przydomków ich patrona. Chociaż rozważał też komary. W końcu one miały atut jakiego nie miały muchy - żerowały na żywych. Ale komary to nie muchy a aptekarzowi zależało właśnie na nich. Chciał się przypodobać ich patronowi.

                      - O, przejaśnia się. Las się kończy. - szef szajki bandytów wskazał na zamglone jeszcze prześwity między drzewami. Gdyby nie ta mgła pewnie by można już widzieć niebo. A tak nie zobaczyli go nawet jak wyszli z tego lasu. I okazało się, że dotarli do wybrzeża. Ale ten brzeg był wysoki, tak jak całe wschodnie wybrzeże. Jak klify zaczynały się już w zatoce nad jaką położone było Neus Emskrankt tak ciągnęły się i ciągnęły na wschód. I tutaj widocznie też były.

                      - Rozrposzcie się. Szukajcie jakiejś jaskini. - Vasilij polecił swoim ludziom. Co podzielili się na dwie grupy i każda ruszyła w jedną stronę klilu sprawdzając w dół czy nie widać jakiejś dziury jaka by zwiastowała wejście do jaskini.

                      - Oho. Musimy być blisko. Zobaczcie jaka Loszka jest podniecona. - aptekarz zaśmiał się chrapliwie. Bo ostatnie pacierze kobieta rwała do przodu na smyczy jak chart co czuje, że zwierzyna jest blisko. Teraz też parła do przodu aż aptekarz przekazał smycz Strupasowi aby się z nią nie szarpać cały czas. Czekali tak trochę aż gdzieś z mgły doszedł ich przytłumiony, odległy gwizd.

                      - Znaleźli coś. Chodźcie. - herszt wskazał na kierunek i ruszyli wzdłuż klifu. Przeszli tak z pacierz nim zaczęły im majaczyć we mgle kilka sylwetek banitów Vasilija. Jak do nich dotarli wskazali w dół klifu. Tam w niewielkiej zatoczce było widać spienioną kipiel u podnóża wąskiej, kamienistej plaży i urwiska jakie wznosiło się nad nią. Ale była też jakaś jama w tym klifie. Tylko z góry nie było widać czy to tylko wnęka czy wejście do jakiegoś tunelu albo jaskini. Każda z tych wersji wydawała się w tej chwili prawdopodobna.

                      - No to jak to to to jesteśmy. Tylko trzeba tam jakoś zejść. - Vasilij wskazał ponuro na poszarpane klify. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco do wspinaczki. Rzucił pomysłem, że gdzieś dalej mogłoby być jakieś łagodniejsze zejście. No ale równie dobrze mogli na nie trafić za pół dzwonu jak i za pół dnia. Albo w ogóle. Banici mieli linę ale do samego dna klifu by nie starczyła. Trzeba by ją wiązać co jakiś kawałek i używać jak poręczy. Poza tym i tak zawsze ktoś by musiał ją odwiązać i zejść niżej bez tej pomocy. Aptekarz zaklął pod nosem na tą przeszkodę i zastanawiał się co tu zrobić.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #42

                        Oryginalny autor: Seachmall

                        Wschodnie wybrzeże; południe

                        Mnich chwilę się zastanowił jak tu ugryźć problem. W końcu się zdecydował.

                        - Rozdzielmy się. Vasilij ty i twoi ruszcie dalej wzdłuż klifu i zobaczcie czy tam jest jakieś zejście. Ja i reszta pójdziemy w przeciwną stronę z tym samym celem. Jeżeli po jakiejś pół-godzinie nic nie znajdziemy wrócimy tu i spróbujemy czegoś innego.

                        Vasilij i reszta przystali na taki plan. Podzielili się na dwie grupy i on ruszły w jedną stronę a Otto z pozostałymi w drugą. I tak się rozstali. Szybko w tych meandrach wybrzeża i mgle jednooki młodzieniec stracił drugą grupę z oczu. Szedł z towarzyszami którzy oddali się Papie Nurglowi próbując co jakiś czas sprawdzić czy tam albo tu da się zejść. Tam czy tu nawet wydało się, że jest na to jakaś nadzieja ale żadne z tych miejsc nie kierowało bezpośrednio na dół do kamienistego pasa plaży nad wodną kipielą. Mgła w końcu zaczęła rzednąć i się podnosić. Zrobiło się pogodnie a jak znikły opary okazało się, że jest blisko południa.

                        - Loszka jest niespokojna. Podniecona. Myślę, że jesteśmy blisko. - dziewczyna sprawiała pewne kłopoty w tym sensie, że zachowywała się jak myśliwski ogar szarpiący się na smyczy po wykryciu łownego zwierza. Strupas musiał ją mocno trzymać bo wydawało się, że gdyby ją puścił to ta by pobiegła do tego klifu a czy starczyłoby jej przytomności umysłu aby zejść zamiast skoczyć to woleli z aptekarzem nie sprawdzać. Upadek z tej wysokości na kamienie u stóp klifu raczej nie wróżył wyjścia z tego bez szwanku.

                        Postanowili wracać bo na oko ty chyba minęły ze dwa czy trzy pacierze jakie umówili się do sprawdzenia a nic obiecującego nie znaleźli. Wracali z powrotem gdy ujrzeli jakąś brązową sylwetkę przed sobą. Ta ich pewnie też bo machnęła do nich i zatrzymała się czekając aż do niej dotra. A to znów zajęło trochę czasu. Z bliska okazało się, że to jeden z ludzi Vasilija wysłany z informacją, że znaleźli jakieś w miarę łagodne zejście na dół. I mógł ich tam zaprowadzić.

                        - Ha! Oster nam sprzyja! - zaśmiał się rubasznie Sigismundus i jak na swoje rozmiary i tuszę całkiem raźno maszerował za przewodnikiem. Znów musieli tam iść kilka kwadransów mijając miejsce gdzie się rozstali z Vasilijem a potem drugie tyle zanim do niego dotarli. Rzeczywiście w tym miejscu kiedyś musiał się klif obsunąć i teraz powstało porośnięte morską trawą zawalisko po jakim dało się zejść na dół.

                        - O, jesteście. Wysłałem dwóch ludzi na dół. Da się zejść bez złamania karku. - odparł herszt banitów. Pozostali trzymali jakieś pozbierane w lesie kije jakich nie mieli w dłoniach gdy się rozstawali. I dał znak aby zejść na dół. Całą grupą dołączyli do dwóch jego ludzi jacy czekali na kamienistej plaży. Teraz znów trzeba było wrócić do tego miejsca gdzie widzieli z klifu obiecującą plamę ciemności jaka mogła być tylko jamą ale mogła być też wejściem do jaskini. Tylko teraz szli dołem, wzdłuż wąskiego pasa kamienistej plaży. Tak dotarli do nawisu skalnego pod jakim była ciemna jama. Na dole kotłowała się woda i wpływała tam do środka niknąc w ciemności.

                        - Trochę mało miejsca. Szkoda, że nie mamy łodzi. Łatwiej byłoby tam wpłynąć niż wejść. A tak to na sucho to będzie trudno się tam dostać. - ocenił Vasilij gdy stanęli przed wejściem albo do głębszej jamy, skalnej szczeliny no albo nawet jaskini. Ale po ciemku trudno było to stwierdzić. Dlatego ludzie Vasilija zajęli się rozpalaniem gałęzi jakie zebrali na górze w lesie aby zrobić z nich pochodni. Łodzią pewnie by się dało łagodniej i wygodniej wpłynąć do środka. Tylko wcześniej trzeba było przebyć pas mocno wzburzonej wody pod klifem. To do samej jamy łatwiej było dotrzeć plażą. Ale był tam wąski pas między wodą a ścianą który dawał nadzieję aby się dało tam przecisnąć do środka.

                        Grupa zaczęła ruszać przez pas. Otto zdołał, tuląc się do ściany jak do kochanki, przecisnąć przejściem. Niefortunnie los przestał sprzyjać aptekarzowi, który ześlizgnął się z przejścia i zaczął spadać w stronę wody. Otto instynktownie wyciągnął do Sigismundusa rękę, starając się złapać Nuglitę.

                        Solidna masa i gabaryty Sigismundusa tym razem zadziałały przeciwko niemu. I jak wpadł do zimnej, morskiej wody to nie szło go wyciągnąć na wierzch. Zwłaszcza jak w przejściu dało się co najwyżej kucnąć a i złapać dla równowagi czy zaparcia się niezbyt było czego. Groziło to tym, że samemu można stracić równowagę i chlupnąć do morza zwłaszcza jak na masę to aptekarz miał ją pewnie największą z nich wszystkich.

                        - Dobra! Idźcie dalej! Ja dopłynę do środka! - krzyknął lider grupy nurglitów i trzymając się krawędzi skały po kawałku trochę dopłynął a trochę przeszedł w głąb mrocznej jamy. Tam dalej było jakieś łagodniejsze miejsce gdzie trochę sam a trochę pozostali pomogli mu wydostać się z morskiej kipieli. Ale był wymęczony, zmarznięty i cały mokry. Wypluwał wodę z ust i ciężko łapał oddech. Ciężko było stwierdzić gdzie byli bo było tu prawie całkiem ciemno. Od wylotu niewiele tu już docierało światła. I widać było tylko zarysy ich własnych sylwetek. Jednak w tej wilgotnej jaskini dało się wyczuć zapach gnijących wodorostów. Chociaż prawie po ciemku nie było ich widać. Sprawę rozjaśnił dopiero Vasilij i dwóch jego ludzi jakim udało się przedrzeć w ślad za pierwszą czwórką. Nieśli pochodnie to okazało się, że to chyba jakaś podziemna jaskinia. Niereguralny strop był na wysokości kilku metrów. A tyle co było widać światła z pochodni to ta podziemna rynna morskiej wody ciągnęła się gdzieś dalej.

                        Otto upewnił się, że Sigismundusowi nic nie jest, zanim ruszyli dalej, nie mógł się jednak powstrzumać.

                        - Kąpiel Sigismundus? Przed potencjalną świątynią Pana Plag? Bluźnierstwo. - uśmiechnął się do aptekarza - Może złapiesz jakiś katar od tej wody. - poklepał nurglitę po plecach i ruszył za pozostałymi. Wziął jedną z pochodni, przejął Loszkę i ruszył przodem.
                        - No malutka, zabierz nas do ojczulka.

                        - Przestań. Zimno mi. Ale zaraz się pozbieram. Taki drobiazg mnie nie powstrzyma. - aptekarz nie miał zbyt dobrego humoru po tej zimnej, morskiej kąpieli jakiej wcale nie planował. Nadal był jednak zdeterminowany aby zgłębić tą tajemnicę jaka ich tutaj zaprowadziła.

                        - Mamy tylko trzy pochodnie. - powiedział Vasilij obserwując to wszystko trochę z boku. Nie chciał chyba jednej z nich zostawiać z kolegą ale też nie chciał zostawiać go tu samego w prawie całkowitych ciemnościach. Krzyknął więc parę razy wołając jednego ze swoich ludzi którzy zostali na zewnątrz jaskini. Po chwili widać było jak jeden z nich przeciska się tą samą wąską i niewygodną drogą jaką przebyła tu reszta.

                        - Zostań tu z nim. Jak się pozbiera to najwyżej idźcie za nami. - polecił mu herszt wskazując na pulchną, zmokniętą kulę ubrań jaka przypominał aptekarz.

                        - Dobra, to chodźmy. - banita dał znać Otto i reszcie, że mogą ruszać dalej. Loszka z ochotą ruszyła naprzód szarpiąc się na smyczy tak mocno, że młodzian miał trudności aby ją utrzymać. Wydawała się podniecona jak hart jaki zwęszył świeży, krwawy trop. Droga jednak wymagała uwagi. Na dole wciąż buszowało morze. Trzeba było iść brzegami ten szerokiej rynny. W miare jak się zgłębiali coraz dalej i dalej morze się uspokajało aż zrobiło się senne i spokojne. Przypominało nieruchomy staw jaki już tylko minimalnie faluje. Woda też zrobiła się gęstsza i pelna jakichś drobin. Coraz częściej widać było jakieś porastające ją kożuchy rzęs czy podobnego pływającego zielska. I zapach też jakby gęstniał. Jakby coś tam w głębi gniło i fermentowało. W końcu doszli do czegoś co wyglądało jak mała zatoczka. Za nią podłoże nieco się wznosiło i był korytarz skalny. I coś tam majaczyło jeszcze na skraju widzialności pochodni. I niespodziewanie dla wszystkich poruszyło się. Dało się słyszeć echo kroków jakby końskich kopyt na bruku. A w końcu z mroku wyłoniła się jakaś istota. Nawet trochę podobna do konia. Tylko wielkie, wyłupiaste oczy były wielkości kurzych jak zamiast normalnych, końskich oczu. Do tego albo biły jakimś własnym bladym światłem albo tak intensywnie odbijały światło pochodni. No i na czole stworzenia wyrastał potężny, pojedynczy róg. Trochę to wyglądało jak jakaś wypaczona plagami werska jednorożca. Skóra była pokryta bąblami i odpadała płatami. Stworzenie zatrzymało się blokujac niejako dostęp w głąb korytarza z jakiego wyszło. Ludzie też się zatrzymali nie bardzo wiedząc co teraz począć i co się zaraz stanie.

                        Otto przyglądał się istocie przez chwilę, po czym otworzył szerzej oczy.

                        - Heh, a jednak to to widział. Będę musiał uważniej oglądać moich pacjentów. - oddal Loszkę Strupasowi - Dajcie mi spróbować. Chyba, że ktoś tu potrafi gadać językiem Niezrodzonych. - wyszedł przed resztę ekipy.
                        - Błogosławieństwa Ojca Chorób, dla ciebie i twoich krost. Jesteśmy sługami Nurgla i poszukujemy ołtarza jego wybranki, Oster. Czy ty jesteś jego strażnikiem?

                        Strupas złapał za smycz kobiety która zakwiliła coś niezrozumiale i jako jedyna z ich grupki zdawała się nie okazywać wahania, obaw a jedynie mruczała coś szybko i chyba z zadowoleniem. Garbus pokręcił głową, że nie zna jakichś nadprzyrodoznych języków. Vasilij położył dłoń na mieczu ale go nie wyciągnął. Pozostali dwaj jego kamraci stali parę kroków dalej niepewni co robić. Ten bez pochodni powoli sięgnął po łuk aby mieć jakąś broń w rękach gdyby poczwara ich zaatakowała.

                        - Myślisz, że to coś mówi? - zapytał cicho herszt przemytników mając chyba co do tego wątpliwości. Stwór zaś chyba węszył sądząc po ruchach przegniłych chrap i nasłuchiwał resztkami, postrzępionych uszów. Może i patrzył swoimi wyłupiastymi oczami bez powiek ale jak tak to trudno było to określić. Poza tym jednak ani nie zaatakował ani się nie poruszył.

                        Otto przekrzywił głowę.

                        - Strupas, podejdź tu z Loszką. Może potrzebujemy kogoś, kto ma podobny stan świadomości. - mnich kajał się, że nie pomyślał, że może być kłopot z komunikacją jak z Sorią. Jak wróci, będzie musiał poprosić Starszego, albo Mergę lub Joachmi, aby nauczyli go mowy demonów.

                        Garbus postąpił parę ostrożnych kroków do przodu wcale nie mając radosnej miny. Te kopyta, masa no i róg wyglądały na takie z którymi lepiej było nie zawierać bliższej znajomości. Poprzedzająca go kobieta trzymana na smyczy nie okazywała takich wątpliwości. Coś tam gdakała po swojemu, zaśmiała się raz czy dwa no ale jak to była jakaś forma komunikacji to trudna do prześledzenia dla pozostałych śmiertelników. Stworzenie postawiło resztki uszu w sztorc i zdawało się, obserwować tą pierwszą dwójkę. Ale jakoś poza tym nic za bardzo się nie stało.

                        - Mnie to wygląda na jakiegoś zmutowanego konia. Czy coś podobnego. Nie wiem czy da się z tym czymś gadać. - znów cicho szepnął Vasilij obserwując całą tą scenę nieco z boku.

                        - Uważaj Vasilij. To najpewniej champion Nurgla tak, jak Soria jest Slaanesh. Nie chcesz istoty tak błogosławionej urazić… zaraz. - Otto spojrzał na Loszkę - Hm… może… - Otto wrócił się do "wody", biorąc gęstą maź na dłoń. Upewnił się, że miał dostateczną ilość na swój plan. Wrócił do kobiety i namalował jej pospiesznie trzy kręgi, otaczające trzy strzały na brzuchu. Miał nadzieję, że istota zareaguje na symbol swego patrona.

                        - Soria to chociaż wygląda jak człowiek. - przypomniał mu cicho herszt przemytników ale nie ciągnął dalej tematu. To dziwne, obce stworzenie jakie stało w milczeniu u wylotu skalnego tunelu zdawało się peszyć jego i pozostałych. Za to ciemnowłosa kobieta bez oporów zadarła do góry koszulę aby Otto mógł namazać symbol Nurgla.

                        - Zdejmij to. - polecił jej Strupas i sam zaczął zdejmować z niej koszulę aby ta nie zasłaniała wymazanego szlamem symbolu. Wkrótca półnaga Loszka stała na smyczy jako wysłannik ich grupy. Stworzenie pochyliło ku niej swój łeb jakby obserwowało teraz głównie ją. Czy coś widziało czy nie nie szło zgadnąć. Ale ruszyło powoli naprzód. Vasilij uciszył swoich ludzi bo ten z łukiem już chciał strzelać. Wszyscy wydawali się zaniepokojeni i skorzy do ucieczki. Koniopodobny stwór zatrzymało się o dwa kroki przed Loszką i zaczęło węszyć. Kierowało chrapy ku jej brzuchowi i wymazanemu tam symbolowi. W końcu parsknęło coś nienaturalnie chrapliwie co zabrzmiało jak basowe brzmienie stada much w głębi pustego dzbana.

                        - No cóż… postęp? - zaczął Otto, może Sigismundus miałby więcej szczęścia. Postanowił pozwolić istocie na razie skupić się na Loszce - Jeżeli ją zaatakuje czy coś, odciągnij Loszkę. Ja postaram się go zająć, a wy uciekajcie. Nie możemy ryzykować sporu ze sługą Nurgla.

                        Vasilij pokiwał głową ale minę miał dość niewyraźną. Starcie z całkiem sporym przeciwnikiem i to na tak krótki dystans oznaczało, że pewnie kogoś by ta istota zdołała dorwać i pewnie poharatać. Chociaż najbliżej niej stała półnaga kobieta na smyczy. Ta chyba jako jedyna zdawała się nie odczuwać napięcia. Wyciągnęła dłoń ku przegniłym chrapom jakby miała do czynienia ze zwykłym koniem. Stwór czy zaciekawiony czy zwabiony takim ruchem postąpił o krok a potem kolejny do przodu. Zbliżył się na tyle, że kobieta zdołała pogłaskać go po tych chrapach. Stworzenie wydało z siebie dziwny, wibrujący dźwięk który był trudny do interpretacji. Ale jeśli choć trochę zachowaniem przypominało zwykłego konia to nie wydawało się agresywne. Przynajmniej nie względem Loszki.

                        - To co teraz? - zapytał cicho Strupas obserwując niepewnie poczynania nawiedzonej kobiety i obcego stworzenia.

                        Mogliby stać tu całą wieczność, lub wykonać ruch.

                        - Spróbuje ich ominąć i ruszyć w głąb korytarza. Miejmy nadzieję, że będzie zbyt zajęty, albo po prostu akceptuje nas teraz. - jak powiedział tak zrobił, wykonał jak najszerszy łuk wokół stworzenia oraz kobiety i spróbował ruszyć dalej.

                        Pozostali poczekali aż pójdzie pierwszy i to co zrobi ta gnijąca istota. Ta jednak jakoś nie interweniowała gdy Otto ją obchodził. W końcu obszedł. I stanął na tych śluzowatych śladach jakie pozostawiła ta konna bestia. Widział w świetle pochodni na parę kroków, że dalej jest jakiś skalny korytarz. I te kopytne ślady na dnie tej jaskini. Strupas puścił smycz i dołączył do Otto. Vasilij i dwóch jego pomagierów zrobiło to samo.

                        Korytarz był węższy i niższy niż poprzednio. Skalne sklepienie było z pół kroku ponad głowami. Dało się iść wyprostowanym ale pochodnie co jakiś czas uderzały o ten naturalny sufit sypiąc wtedy iskrami. Tutaj ten zgniły zaduch jakby zgęstniał jeszcze bardziej. Vasilij i jego ludzie założyli chusty dla ochrony przed tym smrodem. Dotarli do jakiegoś pomieszczenia o owalnym przekroju. W świetle pochodni przykuwał uwagę jakiś prostokątny kamień wyciosany z jednej bryły. Wyglądał jak jakiś ołtarz. Na nim stały od nie wiadomo jak dawna nie używane kandelabry z wypalonymi świecami. Jakieś ludzkie czaszki. I wielka, ciężka skrzynka. Chociaż bez kłódki ani żadnego widocznego zamknięcia. Pysznił się jednak na niej trójkropkowy symbol Nurgla.

                        - To chyba tu. Nie dotykajcie skrzyni. -od razu rzucił do Visilija - Nurgle może chcieć bronić swych darów, a wy nie pasujecie na jego sługi. - kiwnął Strupasowi i podszedł do ołtarza. Przyklękając przed kamieniem i wypowiadając krótką modlitwę. Następnie podszedł do skrzyni. Z Wielkiej Czwórki jego oddanie do Ojczulka było najmniej widoczne, głównie dlatego, że dla większości ludzi południa, dary Nurgla są odrażające i straszne, a to nie pomaga w wtopieniu się w tłum. Miał jednak nadzieję, że jego praca w hospicjum, wśród brudnych i chorych jest miła Ojczulkowi.
                        - Visiji patrzcie na tunel, z którego przyszliśmy. Strażnik może mieć obiekcje przed dotykaniem jego skarbu. - to mówiąc ujął czule skrzynie i spróbował podnieść wieko - A i spodziewajcie się, że smród zrobi się silniejszy.

                        Herszt skinął głową i dwóch jego ludzi całkiem chętnie cofnęło się w pobliże wyjścia z tej skalnej komnaty jaka zdawała się być źródłem smrodu. On sam został ale też nie kwapił się aby podejść bliżej. Więc tylko garbus z głupkowatym ze szczęścia uśmiechem na twarzy, z nabożną czcią podszedł do tego ołtarza. Jednak oddał pierwszeństwo Otto aby ten sprawdził skrzynię.

                        Ta nie okazała się w ogóle zamknięta. Ale wieko było z czegoś masywnego bo było całkiem ciężkie. Wewnątrz było kilka tub na pergaminy. Te okazały się całkiem lekkie, pewnie właśnie pergaminy albo coś równie lekkiego były w środku.

                        - O! Zobaczcie tam! - krzyknął w podnieceniu Strupas. I z pochodnią w ręku podszedł do czegoś co wydawało się sadzawką pełną mętnej wody. A w nim widać było kilka mis. A w każdej małe, podłużne przedmioty wielkości albo ziaren grochu, albo fasolek. Przypominały jakiś skrzek albo jaja.

                        Otto podszedł za nim.

                        - Sigismundus pewnie będzie chciał to zobaczyć. - Otto zaczął - Wsumie artefakt Oster nie musi być przedmiotem, a kolejną plagą. - mnich zastanowił się chwilę - Masz jak to zabrać? - zapytał garbusa.

                        - Tak, załaduję to… - Strupas pokiwał swoją brzydką głową i gorączkowo zaczął grzebać w swojej brudnej torbie. Coś tam klekotało a on na gwałt wyszukał jakąś sakiewkę, coś z niej w pośpiechu wysypał i ostrożnie zaczął ładować małe, obłe ziarenka z tacy do środka.

                        - A w tej skrzyni coś jest ciekawego? Może jakiś skarb? - zapytał z nikłą nadzieją Vasilij widząc, że kolega tam zajrzał ale nic z niej nie wyjął.

                        - Ktoś idzie! Ale chyba nie ten koń. Pochodnię widać. - uprzedził jeden z jego ludzi odwracając uwagę wszystkich. Faktycznie korytarzem widać było zbliżającą się pochodnię. I masywną sylwetkę aptekarza. Wkrótce wciąż ociekający wodą grubas wszedł do przybytku Oster.

                        - Ah! Więc jednak istnieje! Nareszcie! Wielka jest łaska naszego patrona i jego wysłanniczki! - aptekarz rozpromienił się radośnie widząc te wszystkie ostro woniejące wspaniałości. Otto też już czuł, że oczu mu łzawią od tego smrodu i długo tutaj nie wytrzyma.

                        - O ta… - delikatnie kaszlnął - Łaska z każdego otwora. Nic Loszce nie jest? Zostawiliśmy ją ze strażnikiem. - wrócił do skrzyni - Strupas znalazł misy z jakimiś jajkami… może coś dla ciebie. W skrzyni są tylko tuby z pergaminami, więc nie wiem czego jeszcze szukać.

                        - Tuby ze zwojami? Żadnego złota ani klejnotów? Eee… Słabo… Chodźmy stąd bo zaraz się porzygam. - Vasilij machnął ręką na tak kiepski łup. W końcu jako przemytnik i herszt bandy wolał bardziej namacalne wynagrodzenie w monetach lub jakie szybko i łatwo na te monety można było wymienić.

                        - Ta, została tam. Jaja? Jakie jaja? - aptekarz bezceremonialnie parł do przodu i teraz on sprawiał wrażenie ogara jaki węszy za świeżym, krwawym tropem.

                        - Tutaj mistrzu! Zobacz ile ich jest! - zawołał wesoło garbus wzywając go dłonią. Ten podszedł i aż się zachłysnął ze szczęścia.

                        - To jest to! To musi być to! To musi być dar od Oster! Ładuj tego ile wlezie! To na pewno jest cenne! - aptekarz wziął w dłoń jedną z “fasolek” i obdarzył ją miłosnym spojrzeniem jakby to był jakiś złoty samorodek czy najpiękniejszy diament. Garbus zaś zapakowawszy swoją sakiewkę znów zaczął szukać czegoś w torbie aby zabrać tego nasienia jak najwięcej.

                        - Tam jest jeszcze ta skrzynia. Ale Otto mówi, że tylko jakieś zwoje. Pospieszcie się. - Vasilij zwrócił uwagę grubasa na kanciastą bryłę kamienia i stojącą na niej dziwną, ciężką skrzynię.

                        - Zwoje? Jakie zwoje? - Sigismundus spojrzał na niego a potem na kamień i skrzynkę. Podszedł do niego, otworzył skrzynię i wyjął te trzy tuby. Otworzył jedną z nich i w środku ukazał się swój jakiegoś papieru. Ostrożnie wydobył go i rozwinął powoli.

                        - Aha! Przesłanie Oster! To na pewno to! Hmm… Tylko nie po naszemu… Ani w klasycznym… No nic! Zabierzemy to do Starszego albo Mergi to może coś z tego odczytają! - powiedział uradowany chowając i pieczołowicie zamykając tubę.

                        - Sigismundusie… - zaczął Otto, ale ponownie przerwał mu kaszel. Najwyraźniej zapach świątyni już zaczynał go przerastać - Wiesz, że możemy być zmuszeni pozostawić tu Lochę? Nie wiem czy ona będzie skora do wyjścia, a zważając, że ciągle jesteś mokry… nie wiem czy szarpanie się z nią na przejściu to dobry pomysł.

                        - Zdechnie tu jak tu zostanie. A jeszcze nam się przyda. Zabieramy ją ze sobą. No chyba, że się uprze, że nie damy jej rady. To trzeba będzie znaleźć nową do testów. Chociaż tej mi trochę szkoda, bardzo utalentowana jest. Ale tak, chodźmy już stąd. Zimno mi. - odparł Sigismundus nieco chaotycznie jakby miał kłopot ze skupieniem uwagi. Garbus kończył ładować jaja do torby i też już zmierzał do wyjścia. Vasilij tylko na to czekał i dał znać swoim ludziom aby wracali tak samo jak tu przyszli. Zresztą nie szło się tu zgubić bo korytarz się nie rozgałęział. Sigismudnus rzucił ostatni raz na komnatę, zapakował zwoje do swojej torby i ruszył za nimi w powrotną drogę.

                        - Jeżeli strażnik podąży za nami… albo za Loszką. Trzeba będzie uważać z powrotem, jeszcze nam brakuje uwagi miasta. - Otto wziął trochę głębszy oddech kiedy smród był mniej zjadliwy - A właśnie. Sigisnumdusie, masz u siebie jakieś zielsko na uspokojenie? Powiedziałem, swojemu przełożonemu w hospicjium, że ruszyliśmy na poszukiwanie lokalnej odmiany, wymyślonego elfiego chwastu.

                        - Tak, pewnie, mam coś u siebie. To ci dam jak wrócimy do miasta. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową na znak zgody ale widać było, że jest głównie zaabsorbowany swoją nową zdobyczą która zapowiadała się tak obiecująco. Wrócili do tej większej jamy gdzie wciąż Loszka przytulała się do śmierdzącego, gnijącego strażnika tego miejsca. Strupas i reszta obserwowali chwilę tą scenę zastanawiając się co teraz zrobić.

                        - Zabierz ją. - aptekarz polecił garbusowi i ten ostrożnie podszedł do Loszki. Chwycił ją za smycz obawiając się chyba zetknąć bezpośrednio z tym mrocznym stworzeniem. I pociągnął ją do siebie. Kobieta opierała się krzycząc coś jak dziecko ale w końcu jak jeszcze dołączył Vasilij to we dwóch dali radę ją odciągnąć.

                        - Bardzo dziękujemy czcigodny strażniku za twe hojne dary. Zrobimy z nich użytek na cześć i chwałę Oster i naszego Papy. - na pożegnanie Sigismundus skłonił się uroczyście czworonożnej istocie jakby była jakimś wysokiej rangi dostojnikiem. A ta przyjęła to wszystko ze spokojem. Nie ingerowała w ich odwrót w kierunku wyjścia z jaskini odprowadzając ich swoim bladym, wyłupiastym wzrokiem.

                        Otto ruszył za pozostałymi, coś nie dawała mu spokoju.

                        - Albo to najgorszy strażnik jakiego widziałem, albo nas rozpoznał. - pokręcił głową, spodziewał się, że Loszka będzie nie lada źródłem bólu głowy w drodze do miasta.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #43

                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                          - Kopf wydaje się być być rozsądny, od dawna wam przewodzi? - Czarodziej spytał się Lily. - Wiesz która z Potęg jest jego patronem?

                          - A Hetzen mówisz wyznaje Boga Krwi? - Joachim skrzywił się lekko - Jest jakaś przyczyna, że cię nie lubi?

                          - On chyba nie lubi nikogo. Rozstawia wszystkich po kątach. Tylko Kopfa i Opal się słucha. No ale nie ma rady. Sam jeden potrafi upolować i przywlec łosia albo tura. Nikt inny tego nie potrafi. A potem wszyscy z tego jemy. I w barach też mocny. Nikt mu nie podskoczy. Już dawno nikt nie próbował i wszyscy pogodzili się z tym, że jest najsilniejszy. - Lilly wzruszyła ramionami siedząc przy swoim stole zbitym z żerdzi przez co wydawał się dość ażurowy. Mówiła jakby nie tylko ona ale i wszyscy zaakceptowali fakt, że Hetzen jest jaki jest. Ale jest ich najsilniejszym obrońcą i żywicielem.

                          - A Kopf tak, już trochę jest wodzem. Z parę lat. Jak byłam mała to był Brandt ale słabo go pamiętam. Tylko, że długą, siwą brodę miał. A potem zachorował i umarł. I Kopf przejął władzę. No i rządzi nami. Razem z Opal. We dwoje nami rządzą. Są mądrzy i jakoś dają radę w trudnych czasach. Jak w zimie. Wszystkie zimy są dla nas trudne i głodne. Najwięcej z nas umiera właśnie zimami. - co do wodza z wielką głową miała odmienne zdanie niż o ich myśliwym. Wydawało się, że ma do niego zaufanie i raczej pozytywną opinię.

                          - Faktycznie brzmi jak dobry przywódca - uśmiechnął się Joachim, zastanawiając się jak musi wyglądać życie w takie grupie mutantów. Z tego co słyszał, raczej nie chciał by tak egzystować i martwić się by przetrwać zimę.

                          - Opal….ona też tu jest? A jakieś większe starcia czy konflikty z ludźmi lub zwierzoludźmi mieliście w ostatnich latach? - spytał się.

                          - Większe? Bo ja wiem… No zdarza się, że coś się dzieje w lesie. Ale to głównie jak ktoś z myśliwych pójdzie na polowanie i trafi na jakichś zwierzoludzi albo gobliny. No w ogóle jak wyjdzie gdzieś dalej w las to można ich spotkać. Chociaż przez ostatnią zimę to jakby więcej było tych ataków. A potem to nie wiem bo byłam z wami w mieście. - z tego co mówiła gospodyni wynikało, że starcia i potyczki gdzieś w trzewiach lasu to nic wyjątkowego. Chociaż raczej na pojedyncze osoby, głównie myśliwych co się zapuścili za zwierzyną zbyt daleko.

                          - A Opal tak, jest, ale ona mieszka w osobnej chacie, w głębi jaskini. - przytaknęła, że ich wyrocznia zapewne jest w jaskini ale mieszka nieco z dala od reszty osady.

                          - W głębi jaskini, powiadasz? - spytał się pogrążony w zadumie Joachim - Zaprowadzisz mnie do niej? Skoro już spędzał już tutaj czas, to równie dobrze mógł go owocnie wykorzystać i spotkać drugą z przywódców plemienia. Miał zamiar zapytać się jej jakie aktualnie problemy ma grupa mutantów i czy mogą jakoś sobie wzajemnie pomóc ze Zborem Starszego. Na przykład Zbór mógł im dalej dostarczać żywności w zimie, a mutanci informować o sytuacji w rejonie. Mogli też przecież połączyć potencjalnie siły przeciwko wspólnym wrogom, takim jak łowcy czarownic i ich poplecznicy.


                          Joachim zgodził się z dziewczynami że lepiej w miarę szybko wrócić do miasta i upewnić się, że ołtarz dotarł bezpiecznie oraz poczynić przygotowania do turnieju, choć wcześniej chciał jeszcze poznać Opal. Co do konfuzji co do pory miesiąca i odległości do pełni, oświadczył z uśmiechem, że może to łatwo rozwiązać patrząc na niebo, po czym wyszedł na ze swoją lunetą poczynić obserwację nieboskłonu. Wyjście na zewnątrz z dusznej jaskini było dla niego przyjemnością a obserwacja nieba miłą odmianą po tych wszystkich rozmowach i negocjacjach.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #44

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 13 - 2519.07.01; knt; zmierzch

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice miasta; postój przy trakcie
                            Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
                            Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                            Otto

                            Dzień się powoli kończył. Jeszcze było jasno ale się kończył na tyle szybko, że dla wszystkich stało się jasne, że nie zdążą wrócić do miasta przed zmierzchem. Więc trzeba będzie poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. W tej jaskini to im jednak zeszło całkiem sporo czasu. Do tego przemoczony do ostatniej nitki Sigismundus trzymał się dzielnie no ale nie pomyślał aby zabrać na wycieczkę zapasowe suche ubranie więc męczył się mocno z tą podróżą w mokrym ubraniu. Niemniej rozgrzewała go nadzieja i wizja sukcesu więc traktował to jako drobną niedogodność. Pod koniec dnia jeszcze spadła ulewa która i tak przemoczyła ich wszystkich. Buty i nogawki mieli mokre na wylot a i pod peleryny i płaszcze taki mocno zacinający deszcze potrafił się dostać chociaż już nie tak bardzo. Tak czy siak wędrówka okazała się mocno męcząca dla wszystkich. Nawet jak zdecydowali się wracać traktem prowadzącym do miasta. Zwłaszcza, że biegł on względnie niedaleko wybrzeża.

                            Po tej ulewie jaka na szczęście się skończyła wszystko wciąż było mokre. Drzewa, błoto, krzaki, liście no i oni sami. A skończyła się w takim momencie, że akurat był czas poszukać miejsca na nocleg póki jeszcze było widno. Pomógł im w tym przypadek. Znaleźli jakieś miejsce między drzewami z wypalonymi śladami starych ognisk, ułożonymi przewróconymi pniami w roli ławek. To aby nie iść dalej zdecydował Sigismundus. Raz, że już wiadomo było, że do miasta dziś i tak nie zdążą wrócić. Zostało im jeszcze z pół dnia. Może wrócą jutro w południe jak nic im nie przeszkodzi. Dwa, że sam już był mocno zmęczony po tych paru dzonach spędzonych w zimnym, mokrym ubraniu. A trzy gdzieś tam w oddali na trakcie widać było ślady ogniska i śpiewy jakichś pobożnych psalmów. Aptekarz nie życzył sobie takiego pobożnego towarzystwa a nie wiadomo było czy jak ich minął to będzie jakieś dobre miejsce na nocleg.

                            Vasilij się z nim zgodził, że nie ma co się dłużej forsować. I ze swoimi ludźmi mocno się natrudził aby w tym zlanym ulewą błocie, trawie i lesie uzbierać drewno na ognisko a potem je rozpalić. W końcu się jednak udało. Zanim banici zdołali na tym mocno strzelającym wilgocią ogniu coś odgrzać z zapasów jakie mieli to już zrobił się wieczorny półmrok.

                            Sigismundus nie był zbyt pomocny przy tych pracach obozowych. Za to jak już ogień zapłoną chętnie zdjął swoje ubranie i spróbował je ułożyć przy ogniu aby je wysuszyć. Strupas zaś albo trzymał albo uwiązał Loszkę na smyczy. Ta była dość niespokojna. Jak się okazało ten symbol Nurgla wymazany szlamem na jej brzuchu skruszał i w końcu odpadł. Ale na skórze młodej kobiety w tym miejscu pojawiło się odbarwienie jakie zachowało kształt tego symbolu. Okazało się też, że się wymazała czymś na twarzy i skroni. Nie wiadomo jak i czym. Ale to coś mocno śmierdziało a gdy zeszło czy też sama je starła to pojawiły się w tym miejscu krosty. Była też mocno niespokojna i początkowo Strupas miał sporo problemów aby ją utrzymać na wodzy. W miarę jednak jak oddalali się od jaskini to kobieta wydawała się wracać do normy. Chociaż i tak garbus musiał mocno na nią uważać. Jak wreszcie się zatrzymali na noc mógł sobie ulżyć przywiązując ją do pieńka.

                            Zaś półnagi grubas z lubością i z niecierpliwością skorzystał z okazji aby nacieszyć oko papirusami wyjętymi ze zwojów. W świetle zapadającego zmroku i światła ogniska mógł je przejrzeć dokładniej a nie tylko rzutem oka jak w jaskini Oster.

                            - O! Muchy! Wiedziałem! Tak czułem, że nie idziemy tam na darmo! - zawołał z entuzjazmem gdy obcego mu pisma rozczytać nie mógł. Ale za to rozpoznał chociaż niektóre ze szkiców jakie były tam umieszczone.

                            - Ciekawe… To chyba proces życiowe… Od jaja, przez larwę, kokon i dorosłego osobnika… Ciekawe co znaczą te podpisy… I kobiece łono… Ciekawe… Czyżby je trzeba było umieścić w kobiecym łonie? Ciekawe… Tego nie próbowałem. No i ja miałem tylko zwykłe muchy a te cudne jajeczka na pewno są wyjątkowe i cieszą się błogosławieństwem Oster. - mamrotał podekscytowany chłonąc te starożytne zapiski jakie mogła sporządzić jedna z czcigodnych Sióstr. I to ta jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on. Niestety poza niekótrymi symbolami oznaczającymi ogólny Chaos albo glify Nurgla niewiele dało się z nich zrozumieć. Były jakieś schematy i glify które wyglądały na ważne i starannie wykonane. Ale kompletnie niezrozumiałe. Więc najczytelniejsze wydawały się właśnie te rysunki ludzkiej anatomii, głównie kobiecej i właśnie ze szczególnym uwzględnieniem kobiecego łona. Właściwie męskiej anatomii to tam nie było. A wedle strzałek i rysunków to chyba trzeba było umieścić jaja wewnątrz kobiecego łona. No i jeszcze te schematy insektów, głównie much im było poświęcone najwięcej uwagi.

                            - Ah jak chciałbym mieć to już przetłumaczone! Wiedzieć co tu jest! - Sigismundus prawie zawył żałośnie ze swojego cierpienia i zniecierliwienia jakie go gnało do miasta odkąd wyszli z jaskini. - No ale nie możemy tego daru Oster zmarnować. Aż tak dużo jakbym chciał tych jajeczek nie mamy. Mam nadzieję, że Merga i Starszy poradzą sobie z tym tłumaczeniem. I nie będą z tym zwlekać. Przecież to jest o wiele wartościowsze i ważniejsze niż posąg tych ladacznic! Z tego przecież nic nie będzie! Same orgie najwyżej. Ale ja! Z tymi darami od Czcigodnej Oster! Ja mogę podbić całe miasto! - aptekarz wyraźnie miał skoki humoru od egazltacji gdy myślał o sukcesie i nagrodzie jaką wkrótce odbierze w postaci przetłumaczenia papirusów i zrobienia użytku z zabranych jaj aż po skrajne przygnębienie i zniecierpliwienie gdy zdawał sobie sprawę, że chociaż już jest tak blisko to jeszcze musi czekać.

                            - Nie róbcie nic nagle. Ktoś tu jest. Obserwuje nas. - Vasilij powiedział to tak spokojnie wrzucając kolejną ułamaną gałąź do ognia jaki strzelił iskrami, że w pierwszej chwili to łatwo było przegapić. I trudno było się nie powstrzymać aby nagle nie zacząć się rozglądać na boki. Na niebie jeszcze były resztki szarówki ale tutaj, pod lasem, właściwie już było ciemno jak w nocy. Jeden z jego ludzi jakby od niechcenia sięgnął po leżący w sajdaki łuk jaki był obok niego i leniwie przesunął go sobie na kolana. Inni też zdawali się powoli szykować podobne ruchy.

                            - Kto? Ilu? Gdzie? - zapytał cicho Strupas i na znak aptekarza usiadł przy uwiązanej do pnia Loszce aby się nią zająć gdyby zaszła taka potrzeba. Sam grubas zaś zaczął chować bezcenne zwoje z powrotem do pojemników a potem do torby aby je zabezpieczyć gdyby coś się miało zacząć dziać.

                            - Nie wiem. Ale Albert coś usłyszał. Ktoś tam chodzi w lesie. Blisko nas. Pewnie nas widzi. - odparł cicho herszt banitów grzebiąc patykiem w ognisku. Był więc jakiś sygnał ostrzegawczy ale na razie bez żadnych wskazówek co to by miało być.

                            - Może to ktoś z tamtych. - garbus wskazał brodą w kierunku gdzie spory kawałek dalej widać było łunę drugiego ogniska i słychać było te mocno już przytłumione lasem pobożne pieśni. Herszt wzruszył ramionami przyznając się do swojej niewiedzy.

                            - Jeśli tak to łatwiej by im było przyjść traktem. - odparł co o tym myśli no ale ostatecznie to niczego nie przesądzało. Mimo ciemności jakie panowały już pod lasem to pewnie dałoby się przejść na przełaj po drodze. Albo przejść nią większość odcinka a pod koniec zejść w las i nim podejść pod ich obóz.

                            - Powierzchniowcypowierzchniowcy! - z ciemności gdzieś z lasu niespodziewanie dobiegł ich nowy, nieco skrzeczący głos. Mówił szybko i jakby nerwowo. Nastała kłopotliwa cisza gdy przy ognisku wszyscy patrzyli po sobie albo gdzieś w tą ciemność.

                            - Powierzchnowcyprzyjaciele! Nie lękać, ja przyjaciel! My handlować wcześniej! Wy dawać niewolnicy my dawać wam jamy! Dobre niewolnicy! Samice zwłaszcza! Chcemy więcej samic! Możemy zrobić handel. - skrzekliwy i dziwnie brzmiący głos z ciemności dalej mówił szybkimi zdaniami. I z tak obcym akcentem, że trudno było wziąć go za swojaka.

                            - To chyba ktoś z tych podziemnych zwierzoludzi. Co Egon i reszta mieszkali u nich zimą. - rzekł cicho Vasilij co był wówczas na tych wymianach i jego ludzie w sporej mierze nałapali pechowców jacy potem znikali w podziemiach i los ich pozostawał nieznany ale raczej nikt chyba nie spodziewał się już ich ujrzeć żywych.

                            - Jaki handel?! - odkrzyknął mu Sigismundus. Sam co prawda się nie załapał na tamte wydarzenia bo podobnie jak Otto dołączyli do zboru później ale jednak w kulcie mieli okazję chociaż o tym usłyszeć od tych z dłuższym stażem. Negocjacje chwilę trwały bo zwierzoludzie chyba wziętą na smycz Loszkę wzięli za niewolnicę. Ale o pozbyciu się jej aptekarz nie chciał słyszeć. Wtedy ten zwierzoludź co z nimi gadał powiedział, że tam u sąsiadów jest kilka obiecujących okazów. Tylko ich jest tam sporo. Jedną czy dwie sztuki mogliby chętnie zabrać do swojego leża. Ale jakby przyjacielepowierzchniowcy im pomogli w napadzie to mogliby się podzielić łupami.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; tawerna “Wesoła mewa”
                            Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
                            Warunki: wnętrze tawerny, jasno, gwar tawerny ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                            Joachim

                            Burgund trzepnęła w tyłek odchodzącą zgrabną, blond kelnerkę. Ta pisnęła nie aż tak bardzo zaskoczona i odwróciła się ku niej posyłając filuterne spojrzenie. Ale odeszła z ich wnęki w jakiej stał prostokątny stół na kilka osób i ławy. Wnęka zapewniała komfortowe uczucie prywatności. Zaś Burgund była w swojej ulubionej tawernie, zresztą i Łasica traktowała ją jak swój punkt kontaktowy. Tutaj przecież mieli spotkanie przed wyruszeniem na Wrakowisko jakie zaowocowało spotkaniem Sorii. Nie było więc dziwne, że burgundowa łotrzyca czuła się tu swobodnie, jak u siebie i wszystkich zdawała się znać i ją znali wszyscy. A przynajmniej jak weszli to pozdrowiła się z paroma osobami siedzących przy swoich ławach czy kontuarze.

                            - No wreszcie jakieś normalne jedzenie. - mruknęła Onyx z wyraźną przyjemnością wbijając drewnianą łyżkę w przyniesiony przez Corri posiłek. Wszyscy zdążyli zgłodnieć po dwóch dniach bytowania poza miastem. Niby coś zjedli u odmieńców i po drodze ale jednak nie umywało się do porządnego, gorącego posiłku. Dlatego nie tylko ciemnowłosa hedonistka chętnie pałaszowała swoją michę. Do tego gorące jedzenie przyjemnie rozgrzewało od środka. A po tej ulewie jaka spadła pod koniec dnia to wszystkich przechłodziło. Buty, spodnie i peleryny mieli mokre na wylot a resztę nieprzyjemnie wilgotną. Więc i ciepłe wnętrze tawerny wydawało się wybitnie przyjazne. Więc chyba nikt się nie zdziwił ani protestował jak Burgond zaordynowała, że skoro zdążyli tuż przed zamknięciem bram miejskich o zmroku to już lepiej zjeść kolację w jakimś porządnym lokalu. Czyli właśnie w “Mewie”. Niewiele brakowało aby musieli nocować w karczmie przed bramą która właśnie o takich spóźnialskich lub tych co nie mieli ochoty wchodzić do miasta.

                            - I co? Jak się udała ta rzeczna i leśna wycieczka? Co teraz zamierzacie? - zapytała wesoło Burgund zerkając na towarzyszki i towarzysza tej wycieczki. Lilly pokiwała uśmiechniętą głową, że jej się podobało ale zamierzała wrócić na noc pod wieżę do kryjówki Mergi. Onyx podobnie i tylko wspomniała swoich licznych, nowych i jakże nietypowych kochanków jakich miała okazję poznać całkiem blisko. Chociaż mimo, że byli w niszy to unikała używania pełnych nazw. I miała zamiar wrócić do siebie. Burgund też chociaż liczyła, że zajdzie do Łasicy aby z nią pogadać co się działo w mieście odkąd się rozstali ze dwa czy trzy dni temu nad malowniczym starorzeczem Salt.

                            - No i zobaczcie, jakie zmiany. To stare próchno w stolicy padło i nam turniej odwołali. A takie bym żniwa miała… - Onyx westchnęła z żalem bo jak tylko wrócili do miasta i ujrzeli te czarne flagi i wstęgi to od razu kojarzyło się z jakąś żałobą. No a parę szybkich pytań Burgund pozwoliła określić kto umarł i jakie są tego konsekwencje. Okazało się, że dzisiaj jest pierwszy dzień nowego miesiąca czyli ten w którym miał się zacząć turniej. Ale na razie odwołali. I czy w ogóle czy będzie później tego nie było jeszcze ogłoszone. Chociaż jak przechodzili przez Plac Targowy widać było te paliki, podest dla znamienitszej widowni no i całą resztę ukończonych przygotowań do tego turnieju. To jeszcze się dowiedzieli gdy słońce chyliło się ku zachodowi a oni szli znajomymi, zagnojonymi ulicami miasta zanim dotarli do portu gdzie była ulubiona tawerna obu łotrzyc z kultu.

                            No ale i bez tego mieli co wspominać i rozprawiać póki jeszcze byli razem i nie rozproszyli się po własnych kontach i planach w tym mieście. Z pół dnia temu Lilly zaprowadziła ich do chaty Opal. Bo dziewczyny jak odkryły, że miałyby zostać same to też gnane trochę ciekawością dołączyły do tej wycieczki. Tam trzeba było iść jakimś poboczną odnogą jaskini praktycznie nie oświetlonej. Dlatego trzeba było skorzystać z pochodni aby oświetlić drogę.

                            Dopiero sama chata była oświetlona. Wyglądała dość tajemniczo. Pewnie właśnie tak powinna wyglądać chatka wiedźmy wedle stereotypowych wyobrażeń. Przez okna biło światło z oświetlonego wnętrza przez co wydawały się świecącymi w ciemności oczami jakiejś maszkary. A przed chatą płonęły dwie pochodnie nieco psując ten efekt. W środku zaś była pomocnica gospodyni jaka ich przywitała. Po krótkiej rozmowie gdy weszła do wewnętrznej izby a potem wyszła okazało się, że ta zgodziła ich się przyjąć.

                            Siedziała ze skrzyżowanymi nogami chyba na jakichś poduszkach. A te leżały na barwnym pledzie. Nogi zaś miała przykryte kocem jakby jej było chłodno. Podobne miejsca wskazała gościom więc też im zostało usiąść na tych poduszkach. Ale nie otoczenie przykuwało uwagę ale sama gospodyni. Wydawało się, że jest zrobiona z jakiegoś kryształu. Jak żywa rzeźba. Kryształ odbijał światła świec, ogniska i lampionów milionem refleksów na jej nieco kanciastej fakturze skóry. Lilly traktowała ją z takim samym szacunkiem jaki okazywała wodzowi ich małej społeczności odmieńców.

                            Z rozmowy z szamanką wynikało, że społeczności potrzeba wiele rzeczy. Zwłaszcza “cywilizowanych” czyli takich jakich nie byli w stanie wytworzyć sami na miejscu. Dlatego wszystko tutaj wyglądało tak prymitywnie. Nie było warsztatu stolarskiego to nie było desek na porządne domy, nie było cegieł z tego samego powodu ani kowala co by wytwarzał metalowe przedmioty. Nawet pod względem ubrań to uzywali głównie tego co im ofiarował las w postaci skór, futer i kości. Z powodu tego, że mało kto u nich wyglądał wystarczająco ludzko aby uchodzić za człowieka to nawet z wieśniakami niezbyt było jak się wymieniać. Może by się udało ze zwierzoludźmi ale nie zawsze byli na przyjaznej stopie z nimi a oni też pod względem technologicznym wcale nie przewyższali odmieńców. Nawet na zbójowanie mało kto chodził bo do traktów było dość daleko od jaskini a nawet jak się udało kogoś dopaść to raczej mogło chwilowo kogoś wspomóc ale raczej nie wpływało na sytuację całej osady. Więc tak naprawdę to odmieńcom brakowało prawie wszystkiego.

                            Za to znali tą leśną głuszę dookoła i potrafili w niej przetrwać. Mogli wykonywać proste prace jak szycie, oprawianie zdobyczy i inne powszechne prace jakie można było dokonać w gospodarstwie, przy rzece czy w lesie za pomocą swoich rąk. Do pewnego stopnia mogli się komunikować z niektórymi plemionami zwierzoludzi. Chociaż raczej podobnie jak to kultystom opowiadał Gnak ustami Lilly, raczej zazwyczaj każde plemię, także odmieńców, trzymało się swojego terytorium.

                            Zaś w sprawie najbliższej pełni Mannslieba to musiał trochę policzyć. I wyszło mu, że dziewczyny dość dobrze w przybliżeniu określiły kiedy to będzie. Na początku drugiego tygodnia nowego miesiąca, dokładniej 13-go w Aubentag.

                            Ale to było jeszcze w środku dnia jak zatrzymali się na mimo wszystko dość krótki odpoczynek. W końcu jak nie chcieli kolejnej nocy spędzać wśród odmieńców albo gdzieś w lesie to nie mogli zwlekać. I tak zdawało się, że zdążyli na ostatnie parę pacierzy przed wieczornym zamknięciem bram. Do tego pogoda jaka przez większość dnia była taka sobie, głównie z powodu silnego wiatru i mgieł to pod koniec dnia zepsuła się kompletnie. I z ponurego nieba lunęła ulewa mocząc ich dokumentnie. Nie było dziwne, że jak znaleźli się za bezpiecznymi murami to dziewczyny chciały się ogrzać i rozgrzać w znajomym otoczeniu i zjeść coś ciepłego. Dopiero życie zdawało się w nie wracać przy stole i jedzeniu.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #45

                              Oryginalny autor: Lord Melkor

                              Joachim mruknął z zadowoleniem, odsuwając na bok pusty już talerz z jedzeniem i popijając z dzbanka grzane piwo. Podróż do miasta i te deszcze okrutnie go wymęczyły, więc z przyjemnością przyjął zaproszenie Burgund.

                              - A dziękuje, myślę że podróż była całkiem pożyteczna. Poznaliśmy plemię Lily i dowiedzieliśmy się wiele o okolicznych plemionach zwierzoludzi. Musimy się naradzić ze Starszą i Mergą jak najlepiej wykorzystać tę wiedzę.... - przeniósł spojrzenie pomiędzy towarzyszkami i odrobinę się speszył przypominając sobie orgie podczas wyprawy i mieszane uczucia które one w nim wywołały. Od czasu do czasu można było w czymś takim wziąć udział, ale nie chciał się uzaleźnić od cielesnych rozkoszy, to nie była jego ścieżka.

                              - W każdym razie Bogowie są z nami - udało się nam wszystkim bezpiecznie powrócić, a jak rozumiem ołtarz też dotarł jak należy. Teraz mam zamiar zająć się odnalezieniem artefaktu mojego Patrona, który prawdopodobnie jest w Akademii - odparł Onyx, upewniając się że ich stół jest wystarczająco oddalony by nie mogli być podsłuchiwani. Zastanawiał się, czy wykorzystać pomoc grupy Łasicy, on pomógł w ich misji więc może mógł liczyć na wzajemność.

                              - A co do turnieju, to faktycznie szkoda, wszyscy mieliśmy związane z nim plany. Ale może po prostu go trochę przełożą, żeby przygotowania nie poszły na marne? - uśmiechnął się, jakoś trudno było mu sobie wyobrazić by ci wszyscy szlachcice tak łatwo zrezygnowali z takiego wydarzenia.


                              Kiedy opuszczał tawernę, zastanawiał się nad planami na kojelne dni. Podczas najbliższej lekcji z Mergą miał zamiar porozmawiać z nią o okolicznych mutantach i zwierzoludziach. Ich różnorodność, mnogość natury i kształtów była naprawdę fascynująca - od wyglądającej jak posąg Opal po wilkołaczego Hetzena. Natomiast, z bardziej praktycznego punktu widzenia, z plemionami Lily i Gnaaka udało im się nawiązać przyjazne relacje, pytanie jak mogli to dalej wykorzystać. Może na przykład mogli zwabić w dziczy w pułapkę jakiś wrogów, chociażby wciąż kręcących się po okolicy łowców? Dobrze by też było nie zaniedbać zupełnie innych spraw - spotkać się na jakieś kolacji z Van Hansenami i zapytać co słychać w ich świecie.

                              Natomiast najważniejsza była teraz sprawa artefaktu Pana Przemian. Wiedział, że prawdopodobnie jest w Akademii, ale nie znalazł dobrego śladu w części którą zwiedzał, więc może pomieszczenia gospodarskie? Łasica i Burgund byłyby pewnie w stanie pomóc mu się tam włamać, choć wahał się czy to na pewno dobry pomysł, może warto było postawić w tej kwestii wróżbę. Miał zamiar też poruszyć ten temat z Aaronem, tamten kiedy nie był za bardzo pijany miewał niekiedy trafne spostrzeżenia.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #46

                                Oryginalny autor: Seachmall

                                Mnich pomagał gdzie mógł przy budowie małego obozu, po czym usiadł przy ogniu obok Sigismundusa, przyglądając się szczęśliwemu Nurglicie.

                                - Szkoda, że strażnik, był zbyt głęboko w swych mutacjach i darach od Nurgla, aby był komunikatywny. Kolejny sojusznik byłby cenny, nawet taki, którego trzeba by było chować do czasu ujawnienia. - Otto zaglądał co jakiś czas aptekarzowi przez ramię spoglądając na rysunki w książce.

                                - Konie to zwykle nie są zbyt gadatliwe. A to chyba było coś takiego. Przynajmniej kiedyś. - odparł Vasilij który chyba za bardzo nie pokładał wiary w możliwość komunikacji z tym dziwnym stworzeniem żyjącym w wiecznym mroku w głębi jaskini do jakiej nigdy nie zagląda światło dnia.

                                - W domu takiego nie schowasz. Trzeba by jakąś stajnie czy co. Zresztą w ogóle nie wiadomo czy by chciał gdzieś pójść. - garbus zaczął się zastanawiać nad tym pomysłem ale skoncentrował się na praktycznym rozwiązaniu które wydawało się dość kłopotliwe.

                                - Soria to umie zmienić się w człowieka to się tak nie rzuca w oczy. - przypomniał mu herszt przemytników. A czy owo mroczne stworzenie z jednym rogiem mogło przybrać inny, mniej rzucajacy się w oczy wygląd to nie wiadomo.

                                - Nieważne. Jak teraz wiemy gdzie to jest to najwyżej tam wrócimy. Teraz nas czeka świetlana przyszłość. Wypuścimy dar Oster na to świętoszkowate miasto! Tylko najpierw trzeba odczytać te zapiski. Są z muchami i innymi stworzeniami to na pewno one roznoszą dar Oster. Tylko coś tu jest też z rysunkami kobiecego łona. To na pewno coś znaczy. - aptekarz zdawał się ich słuchać jednym uchem bo za bardzo absorbowało go badanie zwojów jakie pozostawiła sobie jedna z mrocznych sióstr. Wciąż nie mógł się nimi nacieszyć i starał się zrozumieć jak najwięcej. Jednak właściwie bez zrozumienia tajemniczego pisma i glifów zostawało tylko oglądanie obrazków.

                                - Nie traktuj tego też dosłownie. Jeżeli Oster chciała mieć pewność, że tylko godni wykorzystają jej dar, mogła schować prawdę za metaforą lub po prostu kłamstwem. - Otto chwilę się zastanowił - Chociaż, myślisz, że Oster mogła eksperymentować na sobie?

                                - Na sobie? A kto wie? To by była istota całkiem inna od nas. Wyższa. Widziałeś Sorię? Ona mówi, że jest córką Soren. To Soren pewnie była jeszcze od niej potężniejsza. A Oster to powinna być taka jak Soren. Kto wie co ktoś taki by potrafił. - aptekarz uniósł swój byczy kark do góry aby zastanowić się nad pytaniem jakie go zainteresowało. Wedle legendy jaką im opowiadała Merga to każda z czterech legendarnych sióstr odznaczyła się iście epickimi czynami. Tak bardzo, że chociaż działo się to w ginących w mrokach przeszłości uwieczniono je w legendzie jaka przetrwała na północy do dzisiaj.

                                - Zastanawiam się… jaka była relacja strażnika z nią? Jej potomek, czy efekt jednego z tych jaj.

                                Sigismundus musiał się nad tym zastanowić dłuższą chwilę. Spojrzał z zaciekawieniem na Otto, potem na garbusa, szaloną kobietę uwiązaną na smyczy i na herszta przemytników. Ale oni coś nie zabierali tym razem głosu w dyskusji.

                                - Bo ja wiem… Trudno powiedzieć… Ale na ilustracjach to go nie ma… Może jest gdzieś opisany ale to dopiero będzie wiadomo jak się uda je odczytać. Ale myślę, że to ona go tam zostawiła aby pilnował jej interesu. Więc pewnie by ją traktował jak szefa. Tak myślę. - sądząc po głosie aptekarza to sam nie był tego do końca pewny i raczej zgadywał niż wiedział. W końcu mieli bardzo skromne dane na temat tej jaskini i jej zawartości.

                                - Ja myślę, że on nie z tych jaj. One były bardzo malutkie. A z niego to kawał konia. Chyba, że to jakaś magia czy co. - Vasilij zdecydował się rzucić swoim przypuszczeniem ale też brakowało mu w głosie pewności aby się przy tym upierać.

                                - Mówimy tu i dziele wybrańczyni Boga. Magia to jedno ze słabszych narzędzi jakimi by dysponowali. - Otto spojrzał na księgę - Wiemy gdzie jest, najwyżej wrócimy po niego.

                                Herszt banitów wzruszył ramionami na znak, że trudno mu dyskutować na tak odległy od jego zainteresowań temat i nie kwapił się z odpowiedzią.

                                - A czemu pytasz o to czy oni się mogli znać? Zapewne tak i pewnie Oster zostawiła go na straży. Ale co z tego? - zagaił aptekarz grzejący się przy ognisku po mokrych przygodach w ciągu mglistego i wietrznego dnia.

                                Otto westchnął - Ponieważ Soria, jest potomkiem Soren. Jeżeli ten koń też ma takie relacje z Oster, pozostawienie go, aby dojrzewał, jak stary ser, w tej jaskini wygląda mi marnowanie potężnego sojusznika. Do tego nie ciekawi cię on? Jaka jest jego historia? Czy to jeden z udanych, lub nieudanych eksperymentów wybrańczyni Nurgla? Lub jakiś jej pół-śmiertelny potomek. Może to jeden z jej oddanych sług, pobłogosławionych, aby pozostał na straży. Do tego… o ile te jaja i księga wydają się dość wartą nagrodą… nie wydaje ci się to wszystko trochę zbyt.. łatwe?

                                - Zbyt łatwe? No to ciesz się, że nie ty wpadłeś do morza. - brwi aptekarza podskoczyły do góry gdy wymownie wskazał na swoją obszerną nagą pierś i jeszcze potężniejszy brzuch. Głos ociekał ironią i trochę rozbawieniem. Vasilij, Strupas i pozostali zaśmiali się cicho. Po prawdzie padło akurat na aptekarza co w końcu baletnicą nie był. Ale równie dobrze mogło się to przytrafić każdemu z nich. Dobrze, że było lato a nie zima to nie było to śmiertelnie groźne jak wtedy gdy w zimie przy Wrakowisku syrena czyli jak już teraz było wiadomo Soria nie wywróciła łodzi Ruperta wraz z całą zawartością. Potem się z tego leczyli przez kilka tygodni.

                                - Ale nie. Myślę, że nie. Może na nas czekał? Może też miał jakieś wizje albo misję? Sam widziałeś, że wyszedł do nas ale się nie ruszał. Dopiero jak zrobiłeś na Loszce odpowiedni symbol. Inaczej to nie wiem co byśmy zrobili gdyby się nie odsunął. Bo blokował przejście. Chyba trzeba by z nim walczyć jakby się tak dalej nie chciał odsunąć. Nie wiem co by wtedy było. A tak to symbol go wywabił. Myślę, że nas dzięki niemu rozpoznał. - grubas mimo tego początkowo ironicznego tonu jednak słuchał uważnie młodszego członka zboru i całkiem poważnie potraktował jego propozycję. Próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie takiego a nie innego zachowania czerokopytnego strażnika jaskini.

                                - Ale nie wiem czy ten stwór to coś takiego jak Soria u ladacznic. Ona od początku wyglądała jak człowiek. Ma twarz, usta, żeby mówić no i całą resztę. A ten w jaskini to taki mniej więcej koń. Może i Oster jakoś z nim gadała ale my to nie wiem jak. Sam próbowałeś i widziałeś, że nic z tego. Chociaż symbol rozpoznał. - sam się nad tym widocznie zastanawiał gdy Otto poruszył ten temat.

                                - Cóż, teraz jak wiemy gdzie ta jaskinia to zawsze możemy tam wrócić. Może Merga i Starszy coś mądrego powiedzą i doradzą. Na razie to lepiej im zanieść te zwoje i jaja. - Strupas dorzucił coś od siebie. Dobrą stroną tej wyprawy było to, że odkryli tą jaskinię. Więc powinni móc do niej wrócić. Nawet nie wydawała się aż tak daleko. Przy dobrej pogodzie i idąc traktem można by pewnie trasę w jedną stronę pokonać w jeden dzień. Konno to może nawet w pół dnia.

                                - O nie, jaja zabieram do siebie. Im nie są do niczego potrzebne a mi się przydadzą. Aż się nie mogę doczekać aż je wypróbuje! No dobra, może jedno czy dwa im zaniosę aby im pokazać jak to wygląda. Ale nie więcej! Oh, żeby jak najszybciej przetłumaczyli te zwoje! Muszę wiedzieć co tam jest! Na pewno jakiś potężny dar Oster jaki rzuci to plugawe miasto na kolana… - półnagi grubas grzejący i suszący się przy ognisku zgłosił sprzeciw przeciwko słowom garbusa. Widocznie miał zamiar jak najprędzej użyć owych jaj. No ale do tego przydatne by zapewne było przetłumaczenie zawartości zdobytych zwojów na jakiś zrozumiały język.


                                Otto spojrzał w stronę głosu, oczywiście nie miał nic przeciwko oddania wyznawców fałszywych bogów w ich czułe ręce, to jednak chciałby wiedzieć więcej.

                                - Czyli wy oferujecie nic od siebie? - zaczął Otto - My pomagamy wam złapać niewolników z tego obozu i dzielimy się tym co jest w obozie? Duże ryzyko, za żadną nagrodę.

                                - Tak, tak. Poczekamy aż zasnązasnął i nie będzie ruchu. Tam weźmiemy. Podzielimy się. Wy swoje my swoje. Razem damy radę. Proste proste ale osobno to trudnetrudne. - skrzeczący i piszczący głos z ciemności lasu dorzucił jak to sobie wyobraża ten napad na sąsiadów widocznych spory kawałek traktu dalej. A raczej drzewa rozświetlane blaskiem ich ogniska.

                                Otto spojrzał na Vasilija i Sigismundusa.

                                - Jak sądzicie? Chcecie się pobawić w rozbójników?

                                - My i tak jesteśmy rozbójnikami i przemytnikami. - zaśmiał się cicho Vasilij i jego ludzie podobnie. - To zależy jak to wygląda. Ilu ich tam jest. Teraz są dość głośni bo śpiewają. Ale jak się pośpią to kto wie? Może by się udało coś albo kogoś skubnąć? - herszt banitów nie chciał się w ciemno deklarować chociaż nie wykluczał takiej możliwości jaką proponował głos w ciemności.

                                - Pewnie też przyjechali na turniej. Nikt się nie spodziewał, że ta stara krowa zdechnie i miał być ten turniej. - burknął garbus zerkając gdzieś w stronę traktu i widocznej w oddali łuny na drzewach przy trakcie.

                                Otto spojrzał z powrotem w stronę głosu.

                                - Wyjdźcie do światła przyjaciele! Nie mamy złych zamiarów. - Otto westchnął, nie miał zamiaru psuć relacji kultu z możliwym sojusznikiem, do tego ich "przyjaciele" mogą źle znieść odmowę - Ilu was jest i jeżeli jesteście w stanie ustalić, ilu jest ludzi w tamtym obozie?

                                - To schowajcieodłóżcie łuki. - odparł szybko głos z ciemności. Tych paru ludzi Vasilija co zdążyło dyskretnie wziąć swoją strzelecką broń i położyć na kolanach czy mieć w zasięgu ręki spojrzało na niego trochę zaskoczonym wzrokiem.

                                - Nie będziemy strzelać pierwsi! Jeśli wy nie zaczniecie to my też nie! - krzyknął mu w odpowiedzi herszt i chwilę trwała cicha narada obu stron. Może mieli już jakieś wspólne interesy zimą ale przy tylu różnicach nieufność wydawała się naturalna.

                                - Dobrzedobrze. To niech ktoś z was przyjdzie tutaj. Spotkamy się w połowie drogi. - zaproponował piskliwy głos z ciemności.

                                - Ja na pewno tam nie pójdę. - Sigismundus mocniej przytulił do swojej obszernej, nagiej piersi torbę ze zwojami i od razu zaznaczył, że nie ma ochoty zanurzać się w leśną ciemność i wychodzić poza w miarę przyjazny obszar oświetlony przez ognisko.

                                Otto westchnął i ruszył do przodu. Głos wydawał się dość tchórzliwy więc miał nadzieję, że chęć zysku i strach przezwycięży naturę stworzenia Choasu do zniszczenia.

                                - Będziemy tu to jak coś to wrzeszcz. - mruknął do niego Vasilij gdy go mijał. Zaś pozostali kamraci odprowadzili go wzrokiem. Szedł rozdeptując stare liście i błoto z jakim były wymieszane. Stopniowo zagłębiał się w ciemność lasu. Aż zobaczył przed sobą zarys jakiejś sylwetki częściowo wystającej zza pnia drzewa. Właściwie to ją zobaczył dopiero gdy ta się zza niego wychyliła. Same kontury bez żadnych szczegółów. Wydawało mu się, że stworzenie ma na sobie jakąś luźną szatę. I jest mocno przygarbione przez co wydawało się niższe od niego. Poza tym było na tyle ciemno, że równie dobrze mógł to być zgarbiony człowiek, odmieniec albo jakiś zwierzoludź.

                                - Taktak, teraz porozmawiamy, dobrzedobrze. Ty tam stoi. My będziemy teraz rozmawiać dobrzedobrze. - widocznie właśnie to z tym stworzeniem rozmawiali do tej pory co dało się poznać po głosie. Jak były tu jeszcze jakieś inne to po ciemku ich nie dostrzegał.

                                - Taktak, zaatakujemy gdy pójdą spać. Weźmiemy co damy radę. Najlepiej niewolnika, zwłaszcza samicę. Młoda, zdrowa samica taktak! Potem podzielimy się, wy i my. Wy za słabi aby napaść, my za słabi aby napaść ale razem możemy, taktak, razem. - właściciel głosu przedstawił jak to sobie wyobraża tą ich współpracę. Wskazywał chyba w stronę drugiego, odległego o kilkaset kroków odniska. Nawet jak stąd nie było widać nawet łuny tego ogniska to wciąż było słychać nieco wytłumione lasem głosy i dźwięki melodii.

                                Mnich przyjrzał się dokładnie istocie, ale zrezygnował. Najwyraźniej nie chciała się bardziej ujawniać.

                                - Trójka z nas nie walczy. - wskazał na Sigismundusa, Loszkę i Strupasa, nie wątpił, aby dwóch Nurglitów mogłoby sobie poradzić w walce, wolał jednak upewnić się, że pilnują ich skarbu - Do tego mamy ważne zadanie, którego nie chce ryzykować. Więc żadnych świadków. Zabieramy, albo zabijamy wszystkich.

                                - Wszystkich? Wszystkichwszystkich nienie. Za dużo. Za dużo hałasu, za duży obóz. Wejść cichocicho, szmatasen na twarz i wynieść chyłkiemchyłkiem. Nikt nie budzi, nikt nie ginie, wszystko cichocicho. My zdejmiemy strażników. Gardło razciach i cichocicho. Potem do środka i senszmata i wynieśćwynieść. Najpierw samice, zdrowemłode. Potem resztę jak się da. - w ciemności słyszał szelest mchu i błota jak istota chyba ruszała stopami w miarę jak mówiła. Ale chociaż głos miała piskliwy i obco brzmiący to jednak miała całkiem sprecyzowany plan jak powinna przebiegać nocna akcja. Stawiał na podstęp i skrytość działań i o ile by ten plan się powiódł mogło się obyć bez otwartej walki. Chociaż oczywiście i tego nie można było wykluczyć gdyby coś poszło nie tak.

                                - Dobrze. Przekażę pozostałym plan i ruszajmy. - nie podobało mu się to komplikowanie powrotu do miasta - Pomożemy tym stworzeniom… to lepsze niż bycie potencjalnym kolejnym celem. Vasilij, ty i twoi ludzie pójdziecie ze mną w stronę obozu. Nasi przyjaciele zdejmą strażników, my łapiemy kobiety, cicho, żeby nas nie widziały. Sigismundus, Strupas pilnuj naszej zdobyczy i Loszki.

                                - No dobra. - Vasilij przetrawił chwilę słowa kolegi po czym zgodził się na taką akcję. Powstał od ogniska a wraz z nim jego ludzie.

                                - Ciekawe czy by się udało z nimi nawiązać jakąś większą współpracę. - zastanawiał się półnagi grubas siedzący przy ognisku i trzymając na kolanach torbę z bezcennymi zwojami.

                                - Jak coś to poczekamy tu na was. - odezwał się Strupas siadając blisko pnia do jakiego była uwiązana Loszka. Po chwili grupa Vasilija była już gotowa do drogi. Trzymali łuki w dłoniach i dali wzrokiem znać Otto aby ich zaprowadził gdzie trzeba. Zagłębili się w leśną ciemność i tak spotkali się z ledwo widoczną sylwetką po części schowaną za pniem drzewa.

                                - Dobrzedobrze! To chodźmychodźmy! Cichocicho. - w głosie z ciemności dało się chyba słyszeć satysfakcję gdy grupka kultystów przybyła na miejsce spotkania. Przygarbiona sylwetka zręcznie i cicho ruszyła przez las poruszając się z przysłowiową, elfią zwinnością. Co jakiś czas czekała na ludzi którzy po ciemku i na przełaj przez las nie poruszali się tak sprawnie. Odgłosy śpiewanych psalmów zbliżały się stopniowo a w końcu gdzieś tam z przodu, pomiędzy drzewami było widać już łunę płonących ognisk.

                                Otto przykucnął i czekał, aż śpiewy ucichną. Spojrzał na Vasilija.

                                - Masz jakieś rady jak, do tego podejść?

                                - Siłowo bez sensu jak można poczekać. Jak mają chyba coś do usypiania a tak to zrozumiłem to lepiej poczekać aż towarzystwo się pośpi, co najwyżej zdjąć strażników a potem spróbować oskubać towarzystwo. Czyli tak ogólnie to on nieźle to wykombinował. Jakby dobrze poszło to byśmy oskubali towarzystwo bez krzyku. Jak rano by wstali to by się okazało, że kogoś czy czegoś nie ma czy jakoś tak. A jak nie pójdzie gładko no to zrobi się głośno ale to nadal będziemy mniej zaskoczeni niż oni. - brzmiało jakby herszt banitów i przemytników nie miał większych zastrzeżeń co do planu ich nocnego gościa. Chociaż na razie to jeszcze nie widzieli tego drugiego obozowiska chociaż już było widać łunę z ich ognisk i słychać było pieśni żałobne pewnie na cześć zmarłej księżnej.

                                Potem dał znać aby podejść bliżej na tyle aby pozostać w cieniu lasu ale pomimo paru drzew i krzaków jakie oddzielały ich od skraju obozu dało się go zobaczyć. Tam widać było kilka ognisk i parę ław z przewróconych pni podobnych przy jakich sami się zarzymali. Takich udogodnień na szlaku było całkiem sporo więc ci pielgrzymi skorzystali z podobnych. Grupka była spora. Chyba blisko dwa tuziny zgrupowane przy kilku ogniskach. W wieku i płci różnym chociaż brakowało dzieci i dominowali mężczyźni. Wyglądali na grupę bogobojnych pielrgrzymów albo po prostu podróżnych jacy przybyli na turniej rycerski. Co było zrozumiałe jak go odwołano dopiero co a zwykle odbywał się co roku właśnie w tą porę. Jak ktoś ruszał z dalszych stron to pewnie dowiedział się o śmierci i żałobie po księżnej jak już był prawie na miejscu. Widoczne były ręczne wózki do pchania na jakie był załadowany bagaż. Brakowało jednak wozów i zwierząt pociągowych. Widocznie podróżni maszerowali pieszo i wszystko nieśli na sobie albo na swoich wózkach. Siedzieli na pniach i śpiewali przy wieczornej kolacji psalmy żałobne. Liczebnie o wiele przeważali nad grupą kultystów więc w otwartym starciu różnie by mogło to wyglądać. Chociaż nie wyglądali zbyt bojowo, przynajmniej w tym momencie.

                                Jakiś czas później pielgrzymi ruszyli na spoczynek, układając się na ziemi, posłaniach, lub chowając w tanich namiotach. Na warcie pozostał jeden z podróżnych siedział na pniu ogrzewając się płomieniem ogniska.
                                Otto dał znak reszcie, aby zaczekali ich podziemni sojusznicy mieli zająć się strażnikiem.

                                To czekanie w trzewiach lasu, w ciszy i po ciemku dłużyło się niemiłosiernie. Zwłaszcza jak tuż obok obozowicze całkiem nieświadomi ich obecności uprzyjemniali sobie wieczór rozmowami, śpiewaniem psalmów czy modlitwą. Widać było, że to jacy bardzo bogobojni obywatele. Żadnych kart, kości czy hulanki nie było tam znać. W końcu jednak posnęli jak jeszcze raczej było przed północą. Zarówno banici jak i ich niecodznienni sprzymierzeńcy odczekali jeszcze parę pacierzy. Widać było, że na ociosanym pniu jaki robił za ławę smętnie siedzi jeden jegomość. Chyba się modlił w samotności bo machinalnie przewracał paciorki w dłoni.

                                Szajka Vasilija podeszła pod obóz ale zatrzymali się jeszcze w ciemnościach, poza granicą ostatnich drzew. Za to z tych ciemności wychyliły się dwie, mroczne, zakapturzone i przygarbione sylwetki. Z długimi, cienkimi ogonami. Wydawało się, że poruszały się bezszelestnie. Krok za krokiem podkaradały się do pleców brodatego mężczyzny jaki strzegł spokojnego snu swoich towarzyszy. Widać było, że obok niego leży oparty o pień kostur którym pewnie można było nieźle przyłożyć w razie potrzeby. Dwa cienie podeszły na ostatnie dwa czy trzy kroki do pleców strażnika gdy ten się niespodziewanie odwrócił.

                                - A co wy tu… - zamrugał oczami i zdążył wstać ale cała sytuacja musiała go całkiem zaskoczyć. Dwa stworzenia na więcej nie dały mu czasu. Dla nich taka odległość była jak na jeden sus. Obaj rzucili się ku niemu przewracając go na ziemię. I dalej to już ten sam pień na jakim siedział strażnik przesłonił częściowo widok.

                                - Oby się tylko nikt nie obudził… Oby się tylko nikt nie obudził… - mamrotał nerwowo któryś z chłopaków Vasilija wodząc bladą plamą twarzy po obozowisku. Gdyby ktoś tam nie spał to te szamotanie się ze strażnikiem mógłby pewnie usłyszeć. Oni tutaj byli ze dwa tuziny kroków od tego miejsca i to słyszeli. Ale być może śpiący mogliby to przegapić. I chyba jednak mroczni patroni im tej nocy sprzyjali. Bo szamotanie i zduszone sapnięcia w końcu ucichły. Zaś dwie zakapturzone, przygarbione sylwetki wstały i dały znak aby podejść bliżej.

                                - Idziemy. Ale nie wszyscy. Dwóch na jedną brankę. Nie ma co tam łazić stadem. - Vasilij szepnął cicho do swoich towarzyszy. Sam jednak został na miejscu trzymając w pogotowiu łuk gdyby była taka potrzeba. Zaś dwa stworzenia przy powalonym strażniku wyjęły coś ze swoich toreb i nerwowo rozglądały się po uśpionym obozie czekając na przybycie swoich ludzkich sojuszników.

                                Otto i jeden z ludzi Vasilija ruszyli cicho w stronę obozu. Kiedy podeszli do dwójki zwierzoludzi Otto poświęcił chwilę, aby się im przyjrzeć. Następnie ruszyli we dwójkę do najbliższego namiotu, po chwili obaj wrócili do Vasiliego ze związaną nieprzytomną kobietą, kilka chwil później kolejna została ułożona obok swej towarzyszki.

                                - Chyba wystarszy. - stwierdził Otto - Nie ma co ryzykować bardziej. Oddajmy je naszym sojusznikom i wracajmy do obozu.

                                Grupa wróciła z pojmanymi kobietami do Sigismundusa i Strupasa, oczekując pojawienia się sojuszników.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #47

                                  Oryginalny autor: Pipboy79

                                  Oryginalny tytuł: Tura 14 - 2519.07.02; agt; zmierzch

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
                                  Czas: 2519.07.02; agt; zmierzch
                                  Warunki: wnętrzne ładowni, jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, nieprzyjemnie

                                  Wszyscy

                                  I znow sie spotykali w swoim rodzinnym gronie. Rozpoznawali te same twarze i głosy. Gdy po kolei wraz z koncem letniego, chociaż nieprzyjemnie chłodnego dnia zaczęli stukać hasło w burtę starej, od lat nieruchomej kogi. Po czym słyszeli niespieszne, nireregularne kroki kuternogi z drewnianianą protezą. Skrzypnięcie drzwi i znów kroki, tym razem już na pokładzie. Po czym zza relingu wychylala się owinięta chustą głowa starego wilka morskiego. Jak się Kurt przekonał kto to to spuszczał na dol drabinę po jakiej można było wejść na pokład. I zejść po wąskich i stromych schodach na dół, do ładowni w jakiej odbywały się spotkania. O ile nie były one w podziemiach pod zrujnowana wieżą gdzie zwykle przebywała Merga. Dziś jednak zbór zarządzono ponownie na starej łajbie jaka była pierwszą tajną świątynią ich zboru skutecznie im służąc już drugi sezon.

                                  Dzisiaj też z końcem dnia, gdy słońce jeszcze ładnie oświetlało chmury unoszące się nad słonymi, stalowymi wodami zatoki i nad błotnistymi ulicami miasta ładownia powoli się zepełniała. Sytuacja wydawała się całkiem inna niż na ostatnim spotkaniu w zeszłym tygodniu. Tydzień temu wszyscy spodziewali się, że w tym tygodniu to już będzie trwał turniej rycerski. Ale niespodziewana śmierć wielkiej księżnej Nordlandu wywołała obowiązkową żałobę a więc i odwołanie publicznych festynów. Nawet od dawna umówione wesela były przekładane na znak solidarności w żałobie. W rozmowach nie tylko zebrani kultyści spekulowali, że może jutro, w Festag, z ambon kapłani ogłoszą co w tej sprawie. Pod koniec miesiąca zwykle był kolejny festyn, tym razem tradycyjny dla Neus Emskrank, Dzień Pierwszego Kamienia. Czyli rocznica gdy symbolicznie zaczęto wznosić nowe miasto na terenie dawnej osady rybackiej. Czy władze utrzymaja ten festyn czy jego też odwołają? A może tylko przesunął na później? I co z turniejem? Zostanie przełożony? Czy całkiem odwołany? Przecież do miasta część gości już przyjechała na ten turniej. Głównie ci z dalszych stron co już byli w drodze albo i na miejscu aby zdążyć przed początkiem turnieju. Stąd na ulicach, placach czy karczmach widać było tam i tu różne liberie z różnych rodów, niekoniecznie z samego miasta. Kultyści też się nad tym zastanawiali na głos bo też byli mieszkańcami miasta. Łasica i Burgund wcale nie ukrywały swojego rozczarowania tym odwołaniem. Miały przygotowana robotę i dla nich takie masowe festyny to były czasy prosperity. Bardzo je angażowały i zwykle swoje popisowe numery jako oszustki i włamywaczki robiły właśnie wtedy.

                                  - Przynajmniej możemy pokręcić sie dookoła tych co już zdążyli przyjechać. Też czekają na ogłoszenie co będzie dalej. Mam nadzieję, że nie wyjadą lada dzień i trochę z nami zostaną. - mruknęła niebieskowłosa łotrzyca dając znać, że mimo ogólnie negatywnego odbioru to znajduje w tym jakiś plusik na pocieszenie.

                                  - Za to mamy teraz Sorię i loszek Pirory na pocieszenie. No i to. - Burgund wskazała na siedzącą w samym środku ich kobiecej grupki syrenę Slaanesha. Mimo, że w swojej ludzkiej formie córka Soren wydawała się piękną kobietą która ma w sobie “to coś” co sprawiało, że trudno było przejść obok niej obojętnie to jednak nie zdradzała wyglądem swojego nadprzyrodzonego pochodzenia. To odkąd wróciła z wyprawy do malowniczego starorzecza Salt w naturalny sposób stała się sercem zwolenniczek Węża. Wszystkie były skłonne spełniać jej życzenia i zachcianki. Chociaż ta raczej nie ingerowała w poczynania ich grupy ani reszty zboru więc liderką dalej zdawała się być Łasica. Jej kamratka wskazała jeszcze na lubieżną orgię z alabastru i dominującą nad nimi figurę pół kobiety a pół jakiegoś pająka czy innego insekta jaka miała przedstawiać samą Soren. Ołtarz jej poświęcony nadal pysznił się pod ścianą ładowni.

                                  Większość rodziny przyszła na to spotkanie jeszcze w świetle kończącego się dnia ale zwykle o tej porze się spotykali, gdzieś między siódmym a ósmym dzwonem. Przybył zakatarzony Sigismundus jaki widocznie nie do końca wyszedł bez szwanku z morskiej kąpieli i chodzenia przez pół dnia w mokrym ubraniu. Widać było ża ma zaczerwieonone oczy, siąpi z nosa i mocniej niż zwykle się poci. Zresztą Vasilij wyglądał podobnie. Sam Otto czuł od rana lekkie pulsowanie w skroniach ale poza tym jakoś nic więcej zdawało mu się nie dolegać. Z tego co mówił aptekarz wynikało jednak, że Strupas a zwłaszcza Loszka zaczynali odczuwać błogosławieństwa Oster na sobie. Garbus został tam aby jej przypilnować oraz świeżo schwytanej w nocy branki.

                                  Sama akcja poszła w nocy w miarę gładko. Ta nasączona dziwnym zapachem szmata przytknięta do ust pomogła uśpić na dobre śpiące kobiety. Potem wystarczyło je wynieść nieprzytomne poza obozowisko pielgrzymów. I wrócić do obozowiska gdzie został Sigismundus, Strupas i Loszka. Dopiero tam, w świetle ogniska dało się poznać, że schwytali dwie młode kobiety.

                                  - Oh! Jaki piękny, świeży obiet do eksperymentów! - aptekarz z zapałem przyglądał się nieprzytomnym kobietom. Chociaż traktował je nie jak kobiety czy nawet ludzi tylko okazję do swoich niekończących się eksperymentów. Zwłaszcza, że mając na gorąco wizytę w jaskini Oster i jej dary bardzo się niecierpliwił aby móc je na kimś przetestować.

                                  - Taktak! Młoda, zdrowa, silna taktak! Będzie naszą samicąniewolnicą taktak! Będzie nam służyć i da nam cały miot! Taktak! - Skrzek jak go ochrzcił Vasilij też wydawał się być usatysfakcjonowany tym nocnym połowem. I wspólna akcja na tyle osłabiła ostrożność i brak zaufania obu stron, że podszedł ze swoim towarzyszem do ogniska. I nawet dało się z nimi chwilę porozmawiać. Ale spieszyli się aby jak najszybciej zanieść nową, zdobyczną samicęniewolnicę do swojego gniazda więc opuścili ludzkich sojuszników jeszcze w środku chłodnej nocy. Ci zaś mogli zanieść swoją do swojego gniazda czyli zaplecza apteki Sigismundusa dopiero następnego dnia. Ten wlał w usta śpiącej jakieś zioła jakie zaparzył. Tak aby dalej spała i nie sprawiała kłopotów.

                                  Ranek przywitał ich ulewą a w tej ulewie pielgrzymi przeszukiwali las w poszukiwaniu zaginionych towarzyszek. I pomstowali na zabójstwo swojego kolegi jaki został zamordowany w nocy. W strugach zacinającej ulewy nie było za bardzo okazji zaglądać pod kaptury i pojmana kobieta podtrzymywana przez Sigismundusa i Otto, otoczona grupką zakapturzonych zbirów Vasilija jakoś umknęła uwadze towarzyszy. Strupas zaś musiał pilnować Loszki bo byli już na tyle blisko miasta, że nie wypadało jej trzymać na smyczy. Ta jednak wydawała się być ciekawska i ożywiona tym wszystkim jak dziecko. Albo osoba jaka kompletnie postradała rozum i zmysły. Późnym rankiem, gdy ulewa już zdążyła się skończyć wrócili przez południową bramę do miasta. I dalej do apteki Sigismundusa. Tam z lubością zamknął brankę w jednej celi a Loszkę w drugiej. I mogli wreszcie spocząć i ogrzać się w suchym miejscu. Czuli w nogach te ostatnie dwa dni podróży przez dzicz. Ale z takimi zdobyczami nurglistom humory dopisywały. Vasilij zabrał swoich kamratów i pożegnał się obiecując, że przyjdzie na zbór no ale już bez nich. Aptekarz zaś nie usiedział na miejscu tylko natychmiast prawie pobiegł przez miasto do zrujnowanej wieży aby zanieść zdobycze z jaskini do Mergi mając nadzieję, że ta zdoła przetłumaczyć zwoje zapisane dziwnym językiem. A teraz przyszedł tu na spotkanie i ledwo mógł usiedzieć na miejscu ze zniecierpliwienia. Co chwila zerkał w stronę drzwi przez jakie zwykle wychodzili Starszy i Merga.

                                  Joachim przybył na spotkanie całkiem wypoczęty. Ostatnią noc wreszcie mógł spędzić we własnym łóżku a nie na jakiejś derce rozłożonej na leśnej ściółce czy kamiennym podłożu jaskini. I to dobitnie świadczyło o powrocie do cywilizacji z tej leśnej głuszy w jakiej spędził ostatnie parę dni. A jak w końcu wstał i zaczął ten całkiem ulewny dzień to dotarło do niego, że dzisiaj jest dzień zboru. I znów się pewnie wszyscy spotkają na “Adele”. Gdy w kończącym się dniu dotarł na starą kogę mógł się na własne oczy przekonać, że Łasicy, Sorii i Rupertowi udało się cało przetransportować święty artefakt Soren do miasta a nawet na sam statek przycumowany na stałe do pirsu. Dzisiaj na zborze pierwszy raz od rozstania nad brzegiem malowniczego starorzecza mógł spotkać i niebieskowłosą łotrzycę i przemienioną w ludzką kobietę dziedziczkę samej Soren. Ruperta bowiem spotkał jeszcze wczoraj wieczorem jak w końcu wrócił z Ghunterem do siebie. Od niego dowiedział się, że z tym ołtarzem to im się udało. No ale na własne oczy to widział go dopiero dzisiaj na “Adele”. Zresztą jak to zwykle bywało z większością braci i sióstr spotkał się pierwszy raz od zakończenia spotkania w zaszłym tygodniu. Można było sobie tradycyjnie pogadać i wymienić się plotkami jakie się wydarzały ostatnio.

                                  - To umówiłaś nas na jakąś orgię w następną pełnię? Cudownie! Ha! Nie mogę się doczekaż aż opowiem o tym Fabi. Pęknie z zazdrości! - Łasica jak się dowiedziała od dziewczyn, że te zdołały się umówić z ungorami Gnaka na kolejne, romantyczne spotkanie przy kamieniach rytualnych w pełni zaaprobowała ten pomysł. I miała niezły ubaw nad tym jak może przyjąć te wieści ich bretońska koleżanka.

                                  - Ale jak wieczorem czy w nocy to ona chyba nie będzie mogła. No trochę szkoda. Myślę, że by się jej spodobało. Jutro ma mnie odwiedzić po porannej mszy. Muszę jej znaleźć coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, egzotycznego czego nie miała okazji spróbować z Hubertem. Może wtedy by mnie zaczęła traktować jako swoją władczynię a nie jego. Ojciec tak mi doradził przed odjazdem. Że póki daję jej to samo co Hubert to raczej wiele się nie zmieni. - Pirora dalej zastanawiała się jak zaspokoić swoją prywatną ambicję aby urocza Bretonka to ją stawiała na pierwszym miejscu jako mistrzynię i władczynię a nie Huberta. Na razie sprzedała pozostałym wiadomość, że widziała się dzisiaj z Oksaną no i ta zamówiona sukna dla Sorii jest w trakcie robienia. Na przyszły zbór powinna być gotowa.

                                  - I właśnie dzisiaj się zastanawiałyśmy z Sorią jak ją wprowadzić na salony. Bo miało być, że z okazji turnieju przyjechała z daleka. Ale właściwie to inni też. Jakaś kapłanka Urlyka ponoć przyjechała dzisiaj w pełnej krasie, z orszakiem i tak dalej. Ciekawe. Myślałam, że u nich tylko mężczyźni mogą być kapłanami. Pewnie jutro będzie na mszy. No a z Sorią chyba nie ma na co czekać za bardzo i trzymać ją gdzieś po kątach. Niech urabia towarzystwo swoim niesamowitą urodą i wdziękiem. - Averlandka snuła luźne rozważania na to co się działo dzisiaj i ostatnio. W sprawie owej kapłanki Ulryka nie znała detali, też to tylko od kogoś usłyszała. Trzeba było jednak przyznać że kler urlykański rzeczywiście był zdominowany przez mężczyzn w podobnym stopniu jak u Schallyii służyły prawie wyłącznie kobiety. Więc kapłanka w służbie Pana Wilków rzeczywiście była czymś niecodziennym. Jednak Pirora zastanawiała się też jak oficjalnie wprowadzić herolda Slaanesha na salony. Jutro był Festag, dzień świąntynny więc jej zdaniem była dobra okazja nawet jeśli zamówiona, krwistoczerwona suknia nie była jeszcze gotowa.

                                  - Ja nie znam tutejszego towarzystwa to zdam się na was. Niemniej jestem go ciekawa. Kogo i kiedy uda się zbałamucić. - ciemnowłosa kobieta odparła skromnie z leniwym uśmieszkiem jakby była pewna, że jej pojawienie się na salonach nie pozostanie niezauważone i zaowocuje ciekawymi kontaktami.

                                  - Albo coś z teatrem. Jakaś premiera by się przydała. Ale nie mamy nic gotowego. To znaczy mamy ale tą sztukę to trzymaliśmy na ten turniej i przyjazd trupy aktorskiej z Saltburga. Przysłali do Kamili list wczoraj, że z powodu żałoby na razie odwołali swój przyjazd. Ja jednak bym wolała aby przyjechali. Zastanawiam się aby napisać do nich list i ponowić zaproszenie. Tylko jeszcze nie wiem jak go zredagować i w jaki ton uderzyć. - Averlandka dalej głowiła się nad tymi planami jakie musiała pozmieniać z powodu odwołania turnieju rycerskiego. Przyjazd tych sławnych aktorów miało uświetnić premierę nowego teatru, pierwszego w ich mieście, było też zwieńczeniem prac zarówno pań i panien z elity miasta jakie patronowały temu przedsięwzięciu a na ich czele stały Kamila van Zee i Pirora van Dyke. A przybycie takich gwiazd estrady byłoby wydarzeniem kulturalnym już samym w sobie.

                                  - To wszystko błahostki. To wiedza jest prawdziwym kluczem do władzy i potęgi. Te wasze chutliwe żądze i perwersyjne zabawy są dziecinne. - Tobias machnął eleganckim gestem swoją haftowaną chusteczką dając wyraźnie znać, że większość omawianych tematów go nie interesowała i jest ponad to.

                                  - My przynajmniej zdobyłyśmy ołtarz naszej Siostry i Sorię. Joachim też nam przy tym pomagał. - Łasica pokazała mu język i nie omieszkała przypomnieć, że ona i jej część zboru mają już na koncie niewątpliwy sukces w poszukiwaniu śladów i artefaktów po Czterech Siostrach.

                                  - No właśnie Joachimie. Przeprowadziłem ostatnio bardzo interesującą rozmowę w sprawie Akademii. - Tobias puścił drobną złośliwość mimo uszu. I jakby nigdy nic zwrócił się do astromanty. Z całego zboru ich dwóch jawnie uznawało Tzeentcha za swojego patrona. Z tego co mówił nauczyciel i guwernant śmietanki towarzyskiej tego miasta to dowiedział się, że jest na terenie Akademii pewien magazyn. W trzewiach lochów pod głównym budynkiem. Zejście miało być do piwnic, gdzieś na terenie biur. Ten magazyn był o tyle wyjątkowy, że tam trzymano najcenniejsze artefakty. Niektóre podarowane przez bogatych sponsorów, inne zdobyte przez tutejszych kapitanów czy kupione w innych portach. Tobias oczywiście tam nigdy nie był ale jego zdaniem to brzmiało jak dobre miejsce aby trzymać jakieś tajemnicze artefakty. Także takie naznaczone mocą Mrocznych Potęg. Przynajmniej to było dobre miejsce do sprawdzenia chociaż jak na razie ani on, ani Joachim dostępu do tego lochu nie mieli.

                                  - To wszystko nic! Nam udało się zdobyć dar od samej Oster! Wkrótce całe to miasto padnie pod jej potęgą! Obdarujemy wszystkich! - Sigismundus nie omieszkał pochwalić się sukcesem dzisiaj zakończonej wyprawy za miasto. - Moja Loszka jest naznaczona tchnieniem i łaską Oster! Zaprowadziła nas do samych słodko pachnących trufli! Dobra Loszka! Teraz tylko oby Merga albo Starszy potrafili rozczytać te zapiski naszej czcigodnej, kochanej Oster! - aptekarz był zachwycony i uszczęśliwiony jak rzadko kiedy się go widziało w takim stanie. Już zdawał się czuć słodki, zapach zgniłego zwycięstwa w powietrzu.

                                  - Tylko będziemy pewnie potrzebowali kobiet. Kobiecych łon. Tak myślę po tych rycinach co widziałem. Możecie nam użyczyć swoich? Nie dla mnie oczywiście tylko w zaszczytnym celu niesienia nowego zasiewu wspaniałego życia. Życia jakie się wylęgnie i spadnie na to miasto i olśnie je swoją wspaniałością. - aptekarz już zdawał się widzieć oczami wyobraźni tą wspaniałą przyszłość bo mówił jak natchniony i pełen życzliwości do bliźnich czcigodny mąż.

                                  - Co ty bredzisz? - nie tylko Łasica wydawała się być skonsternowana jego tajemniczymi słowami. Jej koleżanki ale i pozostali też niezbyt wiedzieli o co może mu chodzić. Miny kultystki miały jednak dość podejrzliwe.

                                  - No tak. Przydałybyście się do czegoś pożytecznego. Co wam szkodzi? I tak co chwila zdejmujecie przed kimś majtki. A przecież rolą kobiety jest niesienie i dawanie nowego życia. - wyjaśnił jej Sigismundus dobrotliwym tonem prosząc je o współpracę w tej kwestii.

                                  - Czekaj czyli co? Uważasz, że jesteśmy bezużyteczne? Widzisz ten ołtarz? Mam ci przypomnieć kto dotarł pierwszy do Mergi jak gniła na oddziale zamkniętym jeszcze zanim w ogóle do nas dołączyłeś? - dobrotliwa uwaga podziałała na liderkę kultystek jak płachta na byka. Jak aptekarz chciał je sobie zjednać to osiągnął odwrotny efekt. Sugestia, że są bezuzytecznie rozjątrzyła zwłaszcza niebieskowłosą co od zimy gdy stracili Karlika wywalczyła sobie rolę prawej ręki Mergi i Starszego właśnie w uznaniu jej zasług, śmiałości i zimnej krwi. No a poza tym w żeńskiej części zboru miała pozycję lidera. Przynajmniej w tej nieoficjalnej części bo oficjalnie najwyżej w hierarchii miasta stała bez wątpienia Pirora.

                                  - To nie pomożecie w tym zbożnym dziele? - Sigismundus zamrugał oczami jakby uznał słowa koleżanki za odmowę. I podziałało na niego jak wiadro zimnej wody chluśnięte w twarz.

                                  - Sigismundusie ona właściwie powiedziała, że… - Tobias wtrącił się jakby chciał zwrócić uwagę albo załagodzić spór. Ale u obojga już krew zawrzała gniewem.

                                  - Wiedziałem! Jesteście bezużyteczne! A pierwszy raz mogłybyście w czymś pomóc aby przysłużyć się naszej sprawie! - krzyknął rozgniewany grubas celując w liderkę kultystek oskarżycielskim palcem.

                                  - Coś ty powiedział?! My jesteśmy bezużyteczne?! - Łasica też podniosła głos bo chociaż często można było ją uznać za trzpiotkę co uwielbia swoją uległą rolę w zabawach w alkowie i wcale tego nie ukrywała. To jednak była kobietą jaka przeszła twardą szkołę życia na ulicy i potrafiła się tam odnaleźć a nawet czuła się jak ryba w wodzie. I nie dawała sobie w kaszę dmuchać.

                                  - Co tu się dzieje?! Spokój! - drzwi otwarły się nagle i do środka weszli Starszy a za nim Merga. Widocznie odgłosy kłótni ściągnęły ich nieco wcześniej niż zamierzali. Mistrz uderzył swym kosturem w pokład aż echo poszło i to w połączeniu z jego gromiącym głosem zatrzymało rosnącą lawinę kłótni i wzajemnych oskarżeń.

                                  - Nic takiego Mistrzu. On powiedział, że jesteśmu bezużyteczne. - Łasica siadła z powrotem na ławie i rzuciła swoje wyjaśnienie. Ale już znacznie spokojniejszym tonem.

                                  - Bo są. Wreszcie mamy przełom a one odmawiają współpracy. - prychnął nie mniej rożalony aptekarz. Ale też wrócił na swoje miejsce nie chcąc ryzykować otwartego konfliktu ze Starszym i Mergą.

                                  - Spokojnie moje dzieci. Wszyscy jesteśmy po tej samej stronie barykady a mamy wielu, potężnych wrogów. Musimy współpracować i trzymać się razem. - mężczyzn w todze, wysokiej masce i z kosturem w dłoni uspokoił nastroje. Zrobiło się spokojniej.

                                  - Dobrze, właściwie i tak już mieliśmy do was iść. Cieszę się, że przybyliście tu wszyscy. Jak pewnie wiecie turniej został odwołany. Ale jutro powinni ogłosić co dalej. Nasze plany były mocno związane z tym turniejem. Więc dla nas najlepiej aby jak nie teraz to odbył się później. Pod koniec miesiąca jest kolejny. Mam nadzieję, że jego nie odwołają a może nawet połączą z tym odwołanym turniejem. Dla nas najlepiej aby było tu jak najwięcej gości spoza miasta, zwłaszcza tych znamienitych. - mistrz zaczął od omawiania aktualnej sytuacji. Zwykle to on zaczynał oficjalną część zboru. Ale w pewnym momencie dołączała do niego Merga. Zbór pokiwał głowami bo wszyscy spodziewali się już tego odwołania turnieju tylko nie było wiadomo co dalej z tym będzie.

                                  Potem mistrz nakreślił ogólnie na czym miał polegać ten plan. Kluczowy był wielki bal w teatrze. Tam powinno się napoić i nakarmić znamienitych gości zatrutym i skażonym jadłem. Co powinno wywołać choroby, zatrucia i mutacje. Tu mógł się przydać ten wypaczeniec, dziwny kamień jaki zimą za grubą kasę odkupili od przemytników. Teatr był w sam raz. Pirora z oczywistych względów wolała nie robić takiej akcji w swojej kamienicy. A nowy przybytek kulturalny wydawał się w miarę neutralnym gruntem do takiej akcji. Był wspólny dla wielu znamienitych rodów więc winni nie byliby tak klarowni jak wtedy gdy gospodarem była jedna rodzina czy właściciel.

                                  Do tego sama Pirora miała wręcz zagwarantowany dostęp do takiego balu. Zapewne Joachimowi czy Tobiasowi też powinno się udać załapać jako goście. A teraz jeszcze Soria gdyby ją przedstawić jako egzotyczną piękność z dalekich stron, szlacheckiego pochodzenia oczywiście. Do tego Pirora była prawie pewna, że większość dziewcząt, może oprócz Lilly, dałaby radę tam znaleźć zajęcie jako służba. A to byłoby kluczowe przy podawaniu odpowiednio spreparowanego jadła i napitków. Akurat przed taką służbą dziewczęta się nie wzbraniały a i chwaliły sobie taką rolę na dotychczasowych przyjęciach w kamienicy Pirory czy teatrze. Zwłaszcza jak się kończyły niecenzuralnymi zabawami.

                                  - Resztę z was też proszę abyście mieli to na uwadze. I jakoś zaznaczyli swój wkład w tą akcję. Nie wszyscy muszą być w kuchni czy na sali balowej no ale jednak to nasz wspólny wysiłek. Każda para rąk do pomocy się przyda. - Starszy popatrzył po tych swoich dzieciach których obecność na balu dla elit nie musiała być taka oczywista jak wzmiankowanych kolegów i koleżanek. Ale mimo to było jeszcze na tyle dużo czasu aby to jakoś zorganizować.

                                  - Oprócz tego planujemy nieco sabotażu na mieście. Tym się zajmą chłopcy Silnego. Jakieś porwanie, pobicie, włamanie, zastraszanie powinno podnieść temperaturę w mieście. - zamaskowany lider wskazał na ich silnorękich. Silny, Egon i Rune uśmiechnęli się kiwając głowami, że bardzo chętnie podejmą taką działalność.

                                  - Ale jeśli macie jeszcze jakieś pomysły jak uświetnić i udoskonalić taką akcję to czekam na propozycję. - powiódł spojrzeniem po swoich dzieciach aby dać im znać, że jest okazja aby rzucić jakimś pomysłem. A nie tylko krytykować pomysły innych lub po fakcie mądrzyć się, że można było coś zrobić inaczej.

                                  - Można na nich spuścić zarazę Oster! Tą co przynieśliśmy dzisiaj! Właśnie dało się odczytać te zwoje? - ledwo mistrz skończył mówić a wystrzelił Sigismundus nie odstępując od swojego planu aby zesłać na miasto nową plagę. Zwłaszcza jak zdawał się święcie wierzyć, że właśnie na tym ma polegać dar od Siostry jaka poświęciła się Panu Much i Plag. Maska mistrza skinęła a on sam spojrzał na rogatą wyrocznię.

                                  - Tak, myślę, że dam radę to odczytać. Chociaż język jest mocno archaiczny. No i techniczny. Dużo nazw własnych, zwłaszcza dotyczących insektów w jakich się nie specjalizuję. - kobieta o fioletowej skórze i niesamowitych złotych oczach odpowiedziała jako tłumaczka starożytnych pism. Brzmiało jakby była nadzieja, że uda się to przetłumaczyć ale nie tak od razu. Zwłaszcza jak dostała te papiery dopiero parę dzwonów przed początkiem zboru.

                                  - A swoją drogą jaki to język? - zaciekawił się Tobias bo w końcu był człowiekiem nauki i interesowały go takie ciekawostki.

                                  - My mówimy na niego syluriański. Albo język starych szamanów. Nikt go obecnie nie używa w mowie ale zdarza się, że jakieś zapiski, rytuały albo zaklęcia są mówione w tym języku. W końcu Cztery Siostry pochodziły z Norski ale z tak dawnych czasów, że niewiele ma to wspólnego z dniem dzisiejszym. - Merga odpowiedziała na pytanie. Chociaż sądząc po minie uczonego to pierwszy raz zetknął się z takim językiem. Zresztą Joachim i Otto podobnie. Trochę brzmiało to jak z tajemnym magicznym którego nie używało się ot tak do rozmowy a jedynie do zapisywania ksiąg, zaklęć i używania mocy.

                                  - A poza tym gdyby ktoś nie wiedział to obwieszczam, że Sigismundus z kolegami odnalazł jaskinię Oster. I przywieźli stamtąd wspaniałe dary. - Starszy znów przejął pałeczkę rozmowy i wspomniał pozostałym co się działo u kogo od ostatniego zboru. Zwłaszcza rzeczy jakie dotyczyły całego zboru. Chociaż był zdania, że opisany przez aptekarza podest na jakim znaleźli skrzynkę ze zwojami zapewne był podobnym ołtarzem jak ten wyłowiony z dna urokliwego zakątka przez Joachima i dziewczęta. Zaś dziwny, koniopodobny stwór był jego strażnikiem podobnie jak Soria chociaż oczywiście w całkiem innej od niej formie. Zresztą coś podobnego Merga wyczytała w zwoju jaki zaczęła już tłumaczyć.

                                  - Na razie więc niech sobie tam leży. Ale prędzej czy później będziemy musieli ich ściągnąć tutaj. Najlepiej przed naszą wielką akcją. To może obdarzyć nas łaską patronów jakimi są poświęcone. - mistrz dał znać, że zapewne trzeba będzie wróćić do owej częściowo zatopionej jaskini aby wydobyć te cenne artefakty oraz jakoś pozyskać dziwnego strażnika. Nawet jeśli nie lada dzień to w ciągu dwóch tygodni zanim - oby! - zacznie się festyn Pierwszego Kamienia pod koniec miesiąca.

                                  - To ciężko będzie go wydobyć. To spory kamulec. A tam nawet jak łodzią podpłynąć tak daleko jak się da to dalej jest taka kręta kicha gdzie trzeba by ten kamulec jakoś przetoczyć. - zgłosił Vasilij swoje zastrzeżenie, że to nie musi być takie łatwe jak się mówi.

                                  - Na pewno damy radę! - odparł szybko Sigismundus pewny swojego zwycięstwa i gotów pokonać wszelkie trudności aby zdobyć łaskę swojego patrona.

                                  - Dwa ołtarze Wielkich Sióstr. To duży sukces. Będzie to dobrze wyglądało wśród moich pobratymców. Bo w końcu się do nich wybieram. Norma popłynie razem ze mną. No i Kurt oraz Vasilij i jego banda jako załoga statku. Ale jak ktoś ma ochotę dołączyć to znajdzie się miejsce. Wyruszę jak skończę tłumaczyć te zwoje. Więc na przyszłym zborze już powinniśmy być w Norsce. Stąd to dzień, może dwa drogi łodzią. Zależy od pogody. Rozesłanie wici i zebranie ochotników na rajd też trochę zajmie. A chciałabym wrócić przed końcem miesiąca więc wcale tak wiele czasu nie zostało. Czekałam na jakiś sukces ale tak cenne zdobycze jak te dwa ołtarze no i Soria to powinno skusić moich pobratymców. - wyrocznia ogłaszała już wcześniej, że będzie chciała wrócić do swojej ojczyzny po wsparcie krucjaty pod patronatem Mrocznych Sióstr. Ale czekała aby nie płynąć tam z pustymi rękami bo jawiłaby się jako wysłannik słabeuszy i nieudaczników. Teraz jednak już miała ich czym skusić. I dzień jej wypłynięcia razem z częścią zboru był już bliski. Pewnie w następnym tygodniu.

                                  - No tak, nasza czcigodna Merga opuści nas wkróce ale jak słyszycie wróci i to zapewne nie sama. Wszyscy przysłużymy się w rozgromieniu tego miasta! A macie jeszcze jakieś sprawy do omówienia? - Starszy przytaknął słowom wyroczni ale zagaił jeszcze czy zdarzyło się od ostatniego zboru coś istotnego. Dziewczyny od razu pochwaliły się, że umówiły się na orgię z ungorami Gnaka w najbliższą pełnię no i zachwalały jego i jego bandę jako całkiem znośnych i życzliwych. Tobias wspomniał o tym lochu na różne artefakty pod budynkiem Akademii, Sigismundus o planach pobłogosławienia miasta świętymi insektami Oster i tak omawiali różne te sprawy po kolei.


                                  Mecha 14

                                  Odporność na toksyny z jaskini Oster (ODP + skille)

                                  Otto 50+10=60-20=40; rzut: https://orokos.com/roll/959636 28; 40-28=12 > ma.suk = utrata 0%; mod -5; 13-0=13/13 HP

                                  Sigismundus 50+20=70-20-20=30; rzut: https://orokos.com/roll/959637 32; 30-32=-2 > remis = utrata 5%; mod -10; 16-1=15/16 HP

                                  Strupas 60+20=80-20=60; rzut: https://orokos.com/roll/959638 86; 60-86=-26 > ma.por = utrata 10% HP; mod -10; 15-2=13/15

                                  Vasilij 40+10=50-20=30; rzut: https://orokos.com/roll/959639 50; 30-50=-20 > ma.por = utrata 10% HP; mod -10; 12-1=11/12

                                  Loszka 35+20=55-10-20=25; rzut: https://orokos.com/roll/959640 57; 25-57=-32 > śr.por = utrata 20% HP; mod -20; mod -10; 12-2=10/12

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #48

                                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                                    - Ja nie znam tutejszego towarzystwa to zdam się na was. Niemniej jestem go ciekawa. Kogo i kiedy uda się zbałamucić. - ciemnowłosa kobieta odparła skromnie z leniwym uśmieszkiem jakby była pewna, że jej pojawienie się na salonach nie pozostanie niezauważone i zaowocuje ciekawymi kontaktami.

                                    - Albo coś z teatrem. Jakaś premiera by się przydała. Ale nie mamy nic gotowego. To znaczy mamy ale tą sztukę to trzymaliśmy na ten turniej i przyjazd trupy aktorskiej z Saltburga. Przysłali do Kamili list wczoraj, że z powodu żałoby na razie odwołali swój przyjazd. Ja jednak bym wolała aby przyjechali. Zastanawiam się aby napisać do nich list i ponowić zaproszenie. Tylko jeszcze nie wiem jak go zredagować i w jaki ton uderzyć. - Averlandka dalej głowiła się nad tymi planami jakie musiała pozmieniać z powodu odwołania turnieju rycerskiego. Przyjazd tych sławnych aktorów miało uświetnić premierę nowego teatru, pierwszego w ich mieście, było też zwieńczeniem prac zarówno pań i panien z elity miasta jakie patronowały temu przedsięwzięciu a na ich czele stały Kamila van Zee i Pirora van Dyke. A przybycie takich gwiazd estrady byłoby wydarzeniem kulturalnym już samym w sobie.

                                    - Wprowadzenie Sorii na salony to świetny pomysł Łasico, swoim nieludzkim urokiem może nam przysporzyć zwolenników - uśmiechnął się Joachim, którzy w przeciwieństwie do Tobiasa nauczył się szanować talenty wyznawców Księcia Rozkoszy. W końcu niewielu miało w sobie dyscyplinę i wolę, by podążać ścieżką wiedzy, a przyjemności ciała przemawiały do prawie wszystkich.
                                    - Jeśli ma udawać szlachciankę, trzeba się do tego dobrze przygotować, skąd jest, z jakiego rodu… może Pirora ma jakiś pomysł. Z drugiej strony czy nie prościej byłoby ją jako artystkę przedstawić? Wtedy raczej by jej zbyt dokładnie nie badali. A skoro ona już nie pojawia się w przybrzeżnych wodach, mogę twierdzić że pokonałem syrenę i rozwiązałem sprawę którą badałem od zeszłej zimy. - Wyprostował się zadowolony z tego pomysłu, w końcu chwalił się przed Hansenami i nie tylko, że rozwiąże tę sprawę.

                                    - Artystkę? Co o tym myślisz Piroro? - zamaskowany lider zboru zamyślił się chwilę nim nie przekazał pytania blondynce z dalekiego południa Imperium. Ta też chwilę to obmyślała.

                                    - Może. Ze szlachcianką to o tyle łatwiej, że weszłaby na salony jako ktoś od nich, z tego samego stanu. Myślałam aby ją przedstawić jako kogoś z dalekich stron. Z Tilei, Estalii, Księśtw Granicznych czy kogoś takiego. Chociaż trzeba by to wymyślić tak na wszelki wypadek. No a jako artystka to to odpada, do pewnego stopnia przynajmniej no ale artyści rzadko są szlachcicami więc u nich raczej szukają sponsorów, bawią ich a ci ich nagradzają i zapraszają jak im to odpowiada. - panna van Dake zawahała się bo każdy z tych wyborów niósł ze sobą plusy i minusy.

                                    - No tak, szlachcianka z dalekich stron…. - Joachim się zadumał - to mogłoby się udać, przynajmniej na jakiś czas, jak zyskałaby sławę to byłoby to coraz trudniejsze. Myślimy o jak długim okresie?

                                    - Tyle ile będzie trzeba. Albo ile się da. Przynajmniej do tego balu. Tylko jak nie ma turnieju to nie wiadomo kiedy on będzie. Może trochę po. Jak się zrobi niewygodne to zawsze Soria może wyjechać z miasta. Chociaż wtedy już nie mogłaby się po nim poruszać tak swobodnie i wygodnie. - odparła blondynka z południa nieco wzruszając ramionami na znak, że nie ma na tym polu sprecyzowanych planów.

                                    - Jak mówimy o kilku tygodniach lub miesiącach, to Soria jako pomniejsza szlachcianka z Tilei albo Estalii może być wiarygodna. Szczególnie z jej prezencją… wątpię żeby ktoś to kwestionował, pewnie spodoba się Freyi i Kamilli.. - czarodziej skinął głową Pirorze.

                                    - Drobniejsza szlachcianka z Estalii czy Tilei… Ale to byś musiała umieć mówić w tym języku. Nie wiem kto dokładnie w towarzystwie w tym mówi, po bretońsku to choćby Fabi, w końcu to rodowita Bretonka. Chociaż ona to tam z południa zdaje się jest, po estalijsku też chyba trochę mówi… - Pirora zamyśliła się nad tą propozycją Joachima. Gryzła się z tym próbując na głos rozważyć różne “za” i “przeciw”. Soria w tymczasie skłoniła uprzejmie głowę astromancie w podziękowaniu za wyrazy uznania.

                                    - Mogę mówić po bretońsku, estalijsku i tileańsku. To nadbrzeżne kraje więc trochę je zwiedziłam w portach i wybrzeżach swego czasu. Chociaż już jakiś czas temu więc nie oczekujcie ode mnie aktualnych wieści. A ta Froya i Kamila to jakieś atrakcyjne panny? - herold Slaanesha okazała się całkiem utalentowana i wykształcona w tych językach obcych co mocno ułatwiało podszywanie się pod którąś ze wspomnianych narodowości. A wzmianka o dwóch szlachciankach i koleżankach Pirory z towarzystwa ją zaciekawiła.

                                    - No tak. Uchodzą za dwie najlepsze partie do zamążpójscia w tym mieście. Piękne, sławne i bogate. I nie stronią od pięknych kobiet. Przy zachowaniu odpowiedniego poziomu dyskrecji i pozorów oczywiście. - Averlandka przerwała te rozważania na temat nowej tożsamosci długowiecznej istoty i rzuciła parę powszechnie znanych faktów na temat owych koleżanek.

                                    - Doprawdy? Brzmi bardzo interesująco. Lubię piękne i interesujące otoczenie. - Soria uśmiechnęła się jakby bardzo ucieszyły ją takie wiadomości.

                                    - Obie te damy są już pod wpływem Pirory, jeśli bylibyśmy w stanie je zwerbować, bardzo by to wzmocniło pozycję naszego zboru w mieście - uśmiechnał się Joachim.

                                    - A z tą syreną to jak uważasz Joachimie. Jednak weź pod uwagę, że zwykle jak chodzi o ubicie jakiegoś potwora to przynosi się jego głowę albo całe truchło. No ale oczywiście można się z tego jakoś wykręcić ale bez takiego trofeum może to budzić pewne wątpliwości. - widząc, że sprawa z nową tożsamością dla Sorii wymaga pewnego namysłu wrócił do drugiej rzeczy o jaką zapytał go uczeń.


                                    - No właśnie Joachimie. Przeprowadziłem ostatnio bardzo interesującą rozmowę w sprawie Akademii. - Tobias puścił drobną złośliwość mimo uszu. I jakby nigdy nic zwrócił się do astromanty. Z całego zboru ich dwóch jawnie uznawało Tzeentcha za swojego patrona. Z tego co mówił nauczyciel i guwernant śmietanki towarzyskiej tego miasta to dowiedział się, że jest na terenie Akademii pewien magazyn. W trzewiach lochów pod głównym budynkiem. Zejście miało być do piwnic, gdzieś na terenie biur. Ten magazyn był o tyle wyjątkowy, że tam trzymano najcenniejsze artefakty. Niektóre podarowane przez bogatych sponsorów, inne zdobyte przez tutejszych kapitanów czy kupione w innych portach. Tobias oczywiście tam nigdy nie był ale jego zdaniem to brzmiało jak dobre miejsce aby trzymać jakieś tajemnicze artefakty. Także takie naznaczone mocą Mrocznych Potęg. Przynajmniej to było dobre miejsce do sprawdzenia chociaż jak na razie ani on, ani Joachim dostępu do tego lochu nie mieli.

                                    - Bardzo dobrze Tobiasie. Ja z kolei badałem główny budynek Akademii pod pretekstem zwiedzania i tam raczej artefaktu nie ma, wyczułbym taką moc jakby była blisko. W takim razie powinniśmy zbadać ten magazyn. Możemy albo namówić kogoś z Akademii by nas tam zaprowadził albo się włamać… spojrzał znaczącą w stronę Łasicy i Burgund, z którymi w przeciwieństwie do Tobiasa żył dobrze, a które niewątpliwie znały się na tych złodziejskich sprawkach lepiej od nich.

                                    Tobias posłał spojrzenie obu łotrzycom ale było ono dość krytyczne. Milczał chwilę obracając ten pomysł w swojej głowie.

                                    - Można by spróbować jakoś samemu. Tylko trzeba by wymyślić jakiś pretekst aby się tam dostać. Chociaż po to aby się rozejrzeć. Szkoda, że nie mamy żadnej wskazówki czego właściwie powinniśmy szukać. Może być zamknięte w skrzyni i przejdziemy obok nawet o tym nie wiedząc. - uczony trochę się skrzywił bo jak na razie to za każdym razem początkowe wskazówki i tropy do jeszcze nie odkrytych darów każdej z Mrocznych Sióstr były dość nikłe.

                                    - Nie sądze aby to było coś małego Tobiasie. - wtrącił się Starszy słysząc tą rozmowę. - Zwróć uwagę na ten oto ołtarz Soren. - mistrz wskazał na całkiem spory blok rzeźbionego alabastru jaki stał pod ścianą ładowni. - Ten głaz jaki opisali wasi bracia w jaskini Osten też wydawał się duży. Więc to sugeruje, że to raczej nic co można by zmieścić w dłoni i schować do sakiewki. Tylko coś raczej większego. - lider zboru podzielił się z nimi swoimi przypuszczeniami.

                                    - Słuszna uwaga Mistrzu, to że nie jest to mała rzecz ułatwia nam jej odnalezienie. Jestem formalnie w tym mieście przedstawicielem Kolegium, więc pewnie mógłbym tam się dostać, gdybym stwierdził, że badam jakieś magiczne ślady. Tylko wtedy jak zauważą że coś dużego znikło, to trudno będzie to wyjaśnić. A ty co o tym myślisz Aaronie? - zwrócił się do upadłego magistra.

                                    - Hę? - brodaty rozczochraniec spojrzał na niego jakby był zdziwiony, że w ogóle ktoś go zagaduje. I nawet niezbyt do tej pory uwagi na toczącą się obok dyskusję.

                                    - Najpierw byśmy musieli znaleźć to coś. Jak już będziemy wiedzieć co to jest to pomyślimy jak to wydostać gdziekolwiek by to nie było. - mistrz wolał widocznie metodę małych kroków i nie imaginować nic nadmiarowego zawczasu gdy mieli tak niewiele wiedzy o rzeczonym artefakcie.

                                    - I myślę, że dziewczęta wam nie odmówią pomocy jednak one są oszustkami i włamywaczkami. Ich wiedza i doświadczenie w tej materii jest na pewno bezcenna jednak musiałyby wiedzieć czego by miały szukać. A jeśli to naprawdę by było tak duże jak ołtarz Soren to przecież we dwie i tak tego nie wyniosą a jeszcze skrycie. Zapewne trzeba by to zorganizować na większą ilość osób ale znów to dopiero jak już byśmy wiedzieli gdzie to jest i co to jest. - zamaskowany lider zboru nie miał nic przeciwko współpracy poszczególnych kultystów w słusznej sprawie i wyraźnie zachęcał do tego. W końcu w pojedynkę czy w duecie można było nie mieć potrzebnej wiedzy czy doświadczenia ale od zimy zbór im się całkiem mocno rozrósł i jako całość miał bogatą mieszankę talentów. Na ulicy to taki Tobias czy Pirora wydawali się z całkiem innej półki niż Strupas czy Burgund. Guwernant jednak mimo to skrzywił się niechętnie na myśl o współpracy z łotrzycami no ale otwarcie nie przeciwstawiał się woli mistrza.

                                    - To ja mogę wypytać o ten magazyn moje kontakty w Akademii… jak nie będą skłonni do współpracy to możemy się tam włamać większą grupą - zakładam, że jak będę blisko artefaktu to go zauważę lub wyczuje emanację jego mocy - zaproponował Joachim.

                                    - No tak… Możemy tak zrobić. Najważniejsze to aby ktoś od nas tam w ogóle wszedł. Nawet nie wiemy co tam właściwie może być. Ja tam w każdym razie nigdy nie byłem. - Tobias podrapał się po nasadzie nosa jakby to pozwalało mu się lepiej skoncentrować. I ogólnie przystał na taki pomysł kolegi.

                                    - Zapewne gdyby zaszła taka potrzeba to któraś z dziewcząt pewnie by mogła wam pomóc sforsować drzwi. Ale to już z kolei wy jakoś musielibyście je przemycić. Albo siebie. Więc chyba na początku spróbujecie znaleźć jakiś oficjalny pretekst aby tam wejść. Chociaż rzucić okiem jak to w ogóle wygląda. A kto wie? Może Joachim… Albo nawet Aaron mógłby coś wyczuć czy coś jest na rzeczy. Bo jak nie to nie ma co tracić czasu na ten magazyn. Chociaż nie wykluczone, że trzymają tam inne ciekawe rzeczy. - mężczyzna w masce dorzucił swoje trzy grosze sugerując parę rzeczy no ale i tak jak zwykle, poza ogólnymi kierunkami detale wykonawcze zwykle zostawiał swoim podopiecznym. Ci działali na miejscu to zwykle mieli lepszą orientację w sytuacji na miejscu. Trochę się zawahał jak wspomniał Aarona bo z całego grona to raczej tylko on i Joachim dysponowali niewidzialnym trzecim okiem wyczuwającym Moc. No ale jednak lubujący się w trunkach były magister to było z nim różnie w sprawach planowania i współpracy.


                                    Kiedy Starszy przedstawił swoje plany, Joachim skłonił głowę.

                                    - Mam nadzieję, że podróż do Norski wzmocni nas o nowych, potężnych sojuszników. Ja chętnie bym wyruszył, ale chce pomóc Tobiasowi odnaleźć artefakt poświęcony Panu Przemian, pomogłem Łasicy z artefaktem jej Patronki więc można powiedzieć że mam już pewną wprawę - przypomniał o swojej roli w tym sukcesie. W końcu to on jako pierwszy wpadł na ślad Sorii zeszłej zimy.
                                    - Jeśli chodzi o akcję, myślę że bez większego problemu dostanę się na salę balową. Mogę pilnować, żeby nikt tam nie pokrzyżował nam planów, choć przyznam, że wolałbym nie zostać wykryty jako jeden z organizatorów ataku, jestem chyba bardziej przydatny z moją reputacją porządnego maga z Kolegium - wzruszył ramionami.
                                    - No i nie powinniśmy moim zdaniem zapominać o tym czego dowiedzieliśmy się o żyjących w dziczy mutantach i zwierzoludziach, Mistrzu. Plemiona Liliy i Gnaaka są nam chyba przyjazne, więc możemy wpleść je w nasze plany. Może dzięki odkryciu artefaktów zdobędziemy kolejnych zwolenników pośród innych grup zwierzoludzi?

                                    - Tak. To nie jest wykluczone. Stworzenia pobłogosławione przez mroczne bóstwa wyczuwają pewne moce instynktownie, czasem bardziej niż my. Często różne plemiona, poczwary i bestie przyłączają się do krucjaty prowadzonej przez wielkiego wodza od jakiego emanuje łaska bogów. A ołtarze im poświęcone są tego emanacją. - Merga odparła pierwsza na to pytanie. W końcu miała pewnie największe doświadczenie w takich sprawach.

                                    - Z tego co słyszałam to Soria w pełnej krasie zrobiła niesamowite wrażenie na Gnaku i jego grupie. Nie dziwię się. Tak potężne i niezwykłe istoty też są objawem łaski bogów. To wielki zaszczyt, że zgodziła się do nas dołączyć. - wyrocznia skłoniła swoją głowę z pięknymi, długimi rogami aby oddać hołd pradawnej istocie jaka przybrała postać pięknej kobiety.

                                    - Jest możliwe, że natkniemy się na podobnych jej strażników i heroldów od pozostałych Sióstr. Dobrze by było ich pozyskać dla naszej sprawy. - dodała jeszcze swoją uwagę.

                                    - A z tym balem to raczej wszyscy mamy zamiar aby uniknąć wykrycia. W końcu schwytanie kogokolwiek z nas byłoby niebezpieczne dla pozostałych. Dlatego musimy działać pod odpowiednią przykrywką no i dlatego nie możemy zrobić tego skoku w kamienicy Pirory bo to by czyniło z niej oczywistą winowajczynię. Teatr wydaje się odpowiedni, nie prowadzi do nikogo konkretnie a jednocześnie do większości możnych tego miasta. Pirora by się stała tylko jedną z wielu podejrzanych. Tak samo zresztą jak każdy kto by tam był na tym balu, łącznie ze służbą. - Starszy widocznie już na tym etapie zakładał, że w razie choćby częściowego powodzenia w takiej akcji to zostanie wszczęte śledztwo. Zwłaszcza jak poszkodowanymi będą możni i wpływowi tego miasta a i z reszty prowincji.

                                    - Ale z początku sprawa powinna porazić swoim efektem. I wszyscy będą potencjalnie winni łącznie z tymi co w rzeczywistości nic nie będą mieć z tym wspólnego. No ale to będziemy wiedzieć my a nie władze czy śledczy. Powstanie chaos wzajemnych oskarżeń i podejrzeń co raczej nie pomoże chłodnemu rozwiązaniu sprawy. - w razie powodzenia akcji mistrz liczył na kompletne zaskoczenie i przerażenie takim zuchwałym napadem. Może nawet większe niż zimowe odbicie Mergi i pozostałych z kazamat z jakich nikt, nigdy do tej pory nie uciekł.

                                    - Cieszy mnie twoja wola współpracy i postawa mój synu. Właśnie tak należy podejść do tej sprawy. Wspólnie i złączeni w dążeniu do jednego celu a nie rozproszeni gdy każdy działa samopas nie bacząc na innych. - pomimo maski dało się wyczuć po głosie, że Starszy uśmiechnął się z aprobatą do Joachima chwaląc jego zgłoszenie się do tej akcji.

                                    - A ze zwierzoludźmi owszem, możemy nawiązać współpracę. Chociaż nie sądzę aby na terenie miasta byli przydatni. Z tego co mi wiadomo o ich zwyczajach nienawidzą miast i cywilizacji. No chyba, że podczas ich łupienia i niszczenia. Zapewne mogliby się jednak okazać przydatni poza nim. - zgodził się też z pomysłem na nawiązanie kontaktów z plemionami kopytnych chociaż raczej w samym mieście nie zanosiło się aby mogli jakoś wspomóc kultystów.

                                    - Burgund i Onyx umówiły już spotkanie z ungorami w przyszłą pełnię - myślę że to krok w dobrym kierunku, ja też bym się jeszcze z nimi zobaczył i zbierał informacje, choć w tej chwili nie jest to nasz priorytet. Wyobraźcie sobie jakie możliwości byśmy mieli mając całe plemiona po swojej stronie - ożywił się czarodziej, stuknąwszy laską o podłogę.

                                    - Tak jest! Zobaczycie! Jak tylko spotkam Fabi wszystko jej opowiem! Z wszystkimi pikantnymi szczegółami! Pęknie z zazdrości! Zwłaszcza, że ona nie bardzo może opuszczać miasto i to na noc to na następnej orgii też jej pewnie nie będzie. - Łasica w pełni potwierdziła słowa kolegi i zaniosła się szczerym, złośliwych śmiechem gdy wspomniała o bretońskiej koleżance i kochance znanej ze swojego uległego charakteru i zamiłowania do ekstremalnych przygód. Zresztą koleżanki też się roześmiały do wtóru.

                                    - Chociaż trochę mi jej szkoda. Sporo zabawy ją omija. No ale jak się jej zachciało zostać żoną kapitana no i jest szlachcianką no to musi zachowywać pozory. - Onyx trochę wyhamowała dając znać, że mimo wszystko lubi Bretonkę no i nawet do pewnego stopnia współczuje takiego skrępowania więzami towarzyskymi i dobrego wyhowania jakie powinna okazywać kobieta o jej statusie i pozycji.

                                    - No to na pewno ruch w dobrą stronę. Każdy sojusznik może okazać się przydatny. Zwłaszcza, że my raczej działamy w mieście to dobrze by mieć kogoś poza nim. A zwierzoludzie świetnie uzupełniają tą lukę. Nie możemy być wybredni moje dzieci. Zwłaszcza na plemiona od dawna pobłogosławione przez naszych patronów. - mistrz przytaknął, że tak strategicznie to uważa to za jak najbardziej właściwe. Nawet jeśli tak od zaraz korzyści płynące z sojuszu z kopytnymi plemionami dzikusów z trzewi lasu nie musiałyby być od razu widoczne.


                                    Joachim wrócił do domu ze spotkania w dobrym nastroju - ich plany dość dobrze się rozwijały, a i jego pozycja chyba rosła, w końcu pomógł odnaleźć jeden artefakt Sióstr, a i miał widoki na drugi.

                                    Następnego dnia planował zaprosić Philippa i Noel z Akademii Morskiej na kolację, w związku z tym że tak ładnie go wcześniej oprowadzili po obiekcie. Może będzie okazja, by się wypytać o ten tajemniczy magazyn, o którym usłyszał Tobias.

                                    W drugiej kolejności miał zamiar spotkać się z Państwem van Hansen (może na obiad) i wybadać nastroje pośród elity miasta wobec niejasnej sytuacji z turniejem. A jeśli marynarze już nie ginęli, mógł się pochwalić, że nawet jeśli nie schwytał, to przynajmniej przegonił syrenę swoimi wysiłkami.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #49

                                      Oryginalny autor: Seachmall

                                      Otto wsłuchiwał się w rozmowy podczas zboru, ale ,coś co zdarzało się rzadko, nie udzielał się. Nawet podczas kłótni Sigismundusa i Łasicy, chociaż często pełnił rolę rozjemcy podczas zboru.
                                      Najwyraźniej coś zaprzątało jego umysł, co jakiś czas spoglądał na Mergę i Sorię. W końcu kiedy rozmowy odsunęły się planów podszedł do rogatej kapłanki i przywódcy kultu.

                                      - Starszy, Wyrocznio, jeżeli mogę. Mam zamiar spędzić trochę więcej czasu w hospicjum. Chodzi o tych specjalnych pacjentów, o których ostatnio rozmawialiśmy Pani. - spojrzał na Mergę - "Rysunek" jednego z nich był bardzo prostą lub prymitywną wizualizacją strażnika Oster. Sądzę, że mógłbym wyciągnąć więcej informacji na temat pozostałych strażników lub ołtarzy. Jest też możliwość, że mogliby być… czymś jakby "różdżką' na wpływ Bogów. Co do mojego udziału podczas balu. Jeżeli nie uda mi się załatwić oficjalnego zaproszenia, to najlepiej, abym był gdzieś na zapleczu. Jestem zbyt rozpoznawalny. Poczekajmy jednak co przyszłość przyniesie. Życzę ci spokojnej drogi Czcigodna… jeżeli mogę jeszcze tylko dodać. Sądzę, że po dary Khorna będziemy musieli poczekać na twój powrót, jeżeli taka ilość naszych walecznych członków opuszcza miasto, nie ryzykowałbym kontaktu z zwierzoludźmi pod wpływem Norry. - mnich pstryknął palcami coś sobie przypominając - Wspominając zwierzoludzi, spotkaliśmy grupę podczas powrotu od ołtarza Oster. Tych podziemnych, z którymi zbór miał kontakt w zimę. Pomogliśmy im zebrać kilka niewolnic, więc może udałoby się zaciągnąć ich pomoc.


                                      Otto wrócił do domu bardziej zmęczony niż zwykle, szybko się wymył w balii wody, pozwalając, aby zmęczenie spłynęło z niego razem z brudem podróży.
                                      Następnego dnia planował najpierw udać się na poranne kazania świątynne, po czym wrócić do hospicjum. Musiał zobaczyć w jakim stanie jest Vigo, Marisa, Torn i Annika.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #50

                                        Oryginalny autor: Pipboy79

                                        Oryginalny tytuł: Tura 15 - 2519.07.03; fst; przedpołudnie

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; świątynia Mananna
                                        Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
                                        Warunki: wnętrzne świątyni, jasno, chłodno, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodno

                                        Wszyscy

                                        Kolejny dzień był Festag czyli dniem świąntynnym gdy oddawano cześć dobrym bogom jacy patronowali tej krainie. Ale jednak już jak tylko ktokolwiek wyszedł na ulicę mógł poznać, że ten Festag różni się od większości. Od paru dni w oknach i na ubraniach przypinano sobie czarne kokardy na znak żałoby wspólnej żałoby po śmierci Księżnej Matki. To był pierwszy Festag po jej śmierci więc tym bardziej była okazja aby wszyscy wierni z miasta pożegnali się ze swoją patronką która wydała na świat obecnego elektora, Wielkiego Barona, Teodoryka Gussera. Poranna masza w największej świątyni w mieście czyli tej poświęconej Manannowi była szczególnie uroczysta i podniosła. W końcu pogrzeby zacnych i zasłużonych zdarzały się co jakiś czas ale jednak śmierć wielkiej księżnej to było wydarzenie na skalę całego Nordlandu.

                                        I tego oznaką było to, że co prawda główny kapłan Mananna jak zwykle rozpoczął mszę ale dość szybko oddał jej prowadzenie swojemu koledze, ojcu Gotrykowi, jaki przewodził miejskiemu kultowi Morra i zwykle on żegnał na ostatniej drodze śmiertelnych jacy udawali się w podróż do Bram Morra. I większość społeczności poczytywała sobie za zaszczyt i prestiż aby to właśnie on odprawiał te rytuały a nie któryś z młodszych w hierarchii kapłanów Pana Wiecznego Snu. Nie było więc dziwne, że on przejął pałeczkę po kapłanie Manaana. A jak się okazało pewną niespodzianką mając parę dni do dyspozycji na zaproszenie z Saltzburga przyjechała czcigodna Matka Somnium jaka była służka Pana Kruków. Ona właśnie przeszła przez sam środek głównej nawy świątyni niosąc z czcią na poduszkę urnę z symbolicznymi prochami księżnej aby dokonać ceremonialnego pochówku. Wiadomo było, że doczesne szczątki wielkiej księżnej spoczywają w stolicy prowincji ale tradycją był taki symboliczny pochówek jakichś dostojników spoza miasta. Właśnie jak szła tak dumnie i czcigodnie tą główną nawą eskortowana przez Kruczą Gwardię olśniewała mrocznym milczącym, dostojeństwem.

                                        https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1576220055

                                        Szła odziana w żałobną czerń i czaszki jakie były znakiem rozpoznawczym jej patrona. W czarne włosy miała wpięte czarne róże a te ozdobione niegasnącą świecą, symbolem łaski Morra nad powierzonymi mu duszami. Niemniejsze wrażenie robili odziani w stal, czaszki i czerń wielkie miecze. Sławni ze swoich zasług w walce z plugawymi nekromantami i wampirami. Teraz szli w milczeniu grzechocząc swoimi wypolerowanymi pancerzami cisi i groźni jak sama śmierć. Aż cała grupka dotarła do głównego ołtarza. Tam gwardziści utworzyli pancerny, milczący szereg ustawiony twarzą do wiernych. Zaś kapłanka Morra podeszła do Gotryka i złożyła na ołtarzu urnę z symbolicznymi prochami wielkiej księżnej. I zaczęła prowadzić mszę swoim dostojnym, czystym głosem.

                                        Sama msza miała obrządek pogrzebowy więc pewne schematy mimo doniosłej chwili się powtarzały. Ale z uwagi na rangę wydarzenia wypadało aby były dłuższe. Wierni akceptowali to w pełni zdając sobie z tego sprawę i chyba nawet tego oczekując. Podobnie jak żałoba była dłuższa niż w przypadku śmierci zwykłego kapłana czy szlachcica tak i msza pogrzebowa wypadało aby była dłuższa.

                                        A kogóż tam nie było na tej mszy! Świąntynia pękała w szwach od wiernych jacy przybyli aby oddać ostatnie pożegnanie wielkiej księżnej i matce obecnego elektora. Był i burmistrz, i rajcy miejscy, i kapłani innych kultów, i notable, i te wszystkie znane tuzy miasta. Oraz wielu gości jacy zdążyli przyjechać na turniej rycerski który normalnie to dzisiaj by się już kończył. Stąd w wielu początkowych ławach było wielu odzianych w dostojne stroje możnych. W sporej części rycerzy i ich orszakach jakich żałoba i symboliczny chociaż pogrzeb zastał właśnie tutaj. W końcu zjeżdżali się już od ostatniego Festag a z każdym dniem ich przybywało coraz więcej. A jak gruchnęła wieść o śmierci księżnej to ci co już i tak byli blisko miasta to raczej woleli do niego dotrzeć niż znów wracać nie wiadomo ile dni albo koczować gdzieś w przydrożnych karczmach. Zaś ci co zdążyli przyjechać to zwykle zostawiali czekając na jakieś decyzje władz w sprawie turnieju. Poza tym tradycja wymagała aby oddać cześć dostojnikowi w ostatniej drodze. Czyli na dzisiejszym pogrzebie.

                                        Kultyści jacy zdecydowali się przyjść na poranną mszę mieli spore trudności aby znaleźć dla siebie miejsce. Ale to chyba dzisiaj można było powiedzieć o każdym innym wiernym jaki tutaj przyszedł. Joachim miał na tyle wysoką pozycję w towarzystwie tego miasta, że zwykle mógł siadać w pierwszych rzędach za tymi najznamienitszymi ale nadal tymi co byli na świeczniku. Dzisiaj te miejsca były zajęte przez znamienitszych od niego przybyszy więc znalazł miejsce dobre kilka rzędów dalej. Otto jakiego trudno było zaliczyć do śmietanki towarzyskiej załapał się gdzieś w połowie długości świątyni. Ale i tak jak przez tą długą mszę się rozglądali to rozpoznali całkiem sporo osób.

                                        Z kultystów to chyba nie było dziwne, że najbliżej ołtarza znalazła się Pirora van Dake. Te pół roku wyrabiania sobie nazwiska z pannami z kółka poetyckiego a potem będąc jedną z twarzy nowo otwartego teatru no jednak się opłaciło. Dziś też siedziała prawie po sąsiedzku tam gdzie siedzieli van Hansenowie z ich najcenniejszą blond panną na wydaniu a Herr van Zee z jego ciemnoskórą córką o egzotycznej urodzie jaka też uchodziła za kolejną drogocenną partię do ożenku. A takie turnieje jakie ściągały przede wszystkim możnych i potężnych były częstą dobrą okazją do swatania młodych. Do tej elity zaliczali się także państwo von Mannlieb. Dzisiaj reprezentowaną jedynie przez okrytą czernią bretońską żonę kapitana, Fabienne von Mannlieba jaki obecnie nie przebywał w mieście. Dumnie reprezentowała ona swojego męża na tej uroczystości. Dało się rozpoznać parę dziewcząt z którymi Pirora się zdążyła zaprzyjaźnić na kółku towarzyskim czy teatrze. Wszystkie były w towarzystwie swoich rodziców, mężów lub narzeczonych. Widać też było znamienitych przedstawicieli prastarej rasy elfów jacy mieli swoją niewielką enklawę na terenie miasta. Ich smukłe i eleganckie sylwetki odziane w charakterystyczne, elfie szaty i ozdoby wyróżniały ich nawet na tle szlachty. Przybyli zapewne aby okazać solidarność z ludzką większością tego miasta.

                                        Gdzieś między środkiem a frontem złapała się zwalista sylwetka kupca Grubsona i jego równie grubej małżonki. Był od pół roku głównym dostawcą kostiumów i materiałowych dekoracji do teatru miejskiego. W końcu jak na kupca to powodziło mu się całkiem nieźle a na tym interesie z teatrem jego popularność i rozpoznawalność znacznie wzrosła. No ale szlachcicem nie był więc nie miał się co równać statusem ze szlachetnie urodzonymi zajmującymi frontowe rzędy ławek. Zajmował podobne rzędy co Joachim. W końcu astrolog też szlachcicem nie był i w miejskiej społeczności mieli podobny status. Podobnie jak Tobias który złapał się parę razy spojrzeniem z Joachimem i pozdrowił go niemo oszczędnym uśmiechem i dyskretnym skinieniem głowy. Za daleko byli aby ze sobą rozmawiać. A guwernant i nauczyciel złotej młodzieży miejskiej chociaż jako zawód całkiem szacowny to jednak nie miał na tyle mocnej pozycji aby równać się ze szlachtą nawet jeśli na co dzień pracował z ich pociechami. Dostrzegł też recepcjonistę z Morskiej Akademii, Philippe’a jaki był dość drobnym trybikiem w tej zacnej uczelni aby zajmować miejsca bliżej ołtarza głównego. Trudniej im było rozglądać się wstecz w tak zapełnionej świątyni. Więc na przykład Otto było łatwiej dojrzeć ich niż im jego.

                                        Jednooki dojrzał też grubego Sigismundusa jaki może i by mógł walczyć gdzies o miejsce w środkowych rzędach ale widocznie mu na tym nie zależało. Ale był na tyle rozpoznawalną postacią, że sąsiedzi czy klienci mogliby zacząć zadawać kłopotliwe pytania gdyby nie zjawił się na tak wyjątkowej uroczystości. Zauważył jeszcze Oksanę. Jako krawcowa też nie miała wiekszych szans na miejsce w czołówce i załapała się gdzieś na środkowe rzędy i to tak bliżej końca świątyni niż początku. Była odziana w czarną suknię i niewielki, gustowny kapelusik z czarną woalką. Jednak jej cieniowane, dwukolorowe włosy były dość charakterystyczne. Z pewnym zaskoczeniem dostrzegł, że jakaś młoda i sporej urody dziewczyna spojrzała wprost na niego i niespodziewanie puściła mu oczko i uśmiech. I to takie psotne. A także szturchnęła sąsiadkę i ta też posłała Jednokiemu delikatny uśmiech i skinienie głową. Dopiero wtedy rozpoznał, że to Łasica i Burgund. W tych całkiem eleganckich sukniach wygladały jak dorodne córki jakichś kupców a nie jakieś złodziejki i łotrzyce. Nawet coś zrobiły z włosami bo Łasica nie była niebieska a Burgund burgundowa. Reszta kultystów oficjalnie miała zbyt niską rangę aby nie zajmować innego miejsca niż gdzieś w tyle świątyni albo nawet na zewnątrz. A na zewnątrz od rana wiał silny wiatr jaki zrywał czapki, treny, woalki i kapelusze. Było to dość męczące stać tam tak długo i ci wewnątrz mogli czuć się wyróżnieni w jakiś sposób.

                                        Ale chyba wszyscy zorientowali się, że obok Pirory miejsce zajmuje niezwykła piękność. Soria była ubrana w jakąś ciemną suknię bo ta zamówiona u Grubsona to miała być gotowa dopiero pod koniec przyszłego tygodnia. Siedziała w ciszy i pokorze jakby to nie była dla niej pierwsza taka uroczystość. Wyglądała na pobożną i pogrążoną w żałobie. A, że obie siedziały mocno z przodu to tylko jak się rozglądała z rzadka gdzieś w bok to dało się rozpoznać, że to ona, herold Slaanesha na honorowych ławach świątyni Pana Mórz i Oceanów.

                                        Oczywiście jak na każdej mszy zbierano datki. Jak się można było spodziewać dzisiaj szczególnie wypadało rzucić coś wyjątkowego. I ci sławni, bogaci i znamienici nie szczędzili datków. Widać było, że van Hansenowie wrzucili spory trzosik, i van Zee, i van Dake, i Soria, i von Mannlieb ale oczywiście im było bliżej końca świątyni to towarzystwo nie mogło się równać z taką elitą także pod względem zasobności sakiewki. Więc datki było coraz skromniejsze. Ale nawet obie przebrane łotrzyce wrzuciły coś jako datek. Byłoby dość niestosowne aby nic nie wrzucić w tak wyjątkowy dzień.

                                        W końcu jednak ta dostojna, znamienita i msza dobiegła końca. Kapłani przewodzili procesji wychodząc z symboliczną urną na dziedziniec. Tam okazało się, że ten silny wiatr zdążył znacznie osłabnąć do znośnych warunków. Zaś za trójką najważniejszych dzisiaj kapłanów wylał się przez odrzwia cały tłum wiernych. I wspólnie zbliżyli się do stalowoszarych wód zatoki bo jak każda świątynia morskich odmętów i ta była położona tak blisko jego domeny jak się dało. Tam Matka Somnium, ojciec Gotryk i kapłani Mananna weszli w tą wodę a najgorliwski wierni postępowali parę kroków za nimi. Chociaż większość zatrzymała się na brzegu. Tam zanurzeni po pas w słonej i raczej chłodnej wodzie kapłani uroczyście sfinalizowali tą mszę wysypując prochy księżnej do morza. I nastąpiły ostatnie uroczyste psalmy. Kapłani zawrócili w stronę brzegu i wyszli na suchy ląd ociekając morską wodą ze swoich szat. Tam ostatni raz pobłogosławili wiernych a ci wspólnie z nimi odmówili ostatni psalm przypominający o marności doczesności i wiecznej potędze Ogrodów Morra. I oficjalna część mszy pogrzebowej dobiegła końca.

                                        Dość szybko tłum wiernych rozsypał się, przemieszał i nastąpił tradycyjny harmider gdy można było przywitać się ze znajomymi i wymienić plotkami czy informacjami. Czasem to było pierwsze spotkanie od zeszłej mszy. Dzisiaj oczywiście dominował temat śmierci i pogrzebu wielkiej księżnej. Ale i dalszych losów żałoby i turnieju. Była też okazja pooglądać z bliska tych sławnych i bogatych. Zwłaszcza tych przyjezdnych bo do tych “swoich” to jakoś każdy się chyba przyzwyczaił. Ale i tak nie omieszkano komentować strojów, zachowania i wydawało się, że czujne, złośliwe i zazdrosne oczy są w stanie wyłapać każde uchybienie.

                                        Ciekawość wzbudzała Matka Somnium. Co chyba pierwszy raz zawitała do ich miasta. A ku powszechnemu zdziwieniu okazała się młoda. Chyba raczej wszyscy po kapłanach Morra spodziewali się raczej mężczyzn no i w szacowniejszym wieku. Trochę nie bardzo wiedziano jak potraktować przysłanie z Saltburga kogoś tak młodego i to jeszcze kobiety. Zapewne ci najważniejsi kapłani byli potrzebni na miejscu, podczas prawdziwego pogrzebu wielkiej księżnej no ale mimo wszystko widok tak młodej kapłanki dla wielu był zaskoczeniem.

                                        Jak zwykle komentowano ubiór, zwłaszcza tych ze śmietanki towarzyskiej. Tutaj oczywiście niezawodnie wzięto na języki zarówno pannę van Zee jak i van Hansen. Bo te dwie już nieco tradycyjnie porównywano ze sobą pod każdym możliwym względem. Obie były pannami na wydaniu ze znamienitych rodów i każda z nich miała grono wielbicieli jakie właśnie tą jedną uważali za najpiekniejsza.

                                        Wymieniano też plotki o przybyszach głównie tych co przyjechali na niespodziewanie odwołany turniej rycerski. Uwagę zwracała młoda blondynka w pancerzu. To zdaje się miała być kapłana Ulryka jaka właśnie przyjechała na turniej bo już parę dni temu. Widać było jak na pięknym napierśniku pyszniły się symbole Pana Wilków. Jego kult w tym mieście jednak nie był zbyt wielki bo portowe miasto oddawało głównie cześć Manannowi jako władcy morskich odmętów oraz Taalowi jako patronowi leśnej głuszy jaka otaczała miasto od strony lądu. Opancerzona, młoda kobieta i to z kulty zdominowanego przez mężczyzn wzbudzała zaciekawione spojrzenia podczas mszy. A i po. Nie było chyba dziwne, że panna van Hansen chciała z nią zamienić parę słów gdy trafiła się okazja.

                                        Nie próżnowały też obie ucharakteryzowane nie do poznania łotrzyce. Omamiły jakiegoś młodzieńca gdy Burugnd koncentrowała na sobie jego uwagę. - Oh to takie smutne. Ona zawsze była dla mnie wzorem do naśladowania. Teraz się czuję jakbym straciła rodzoną matkę. - mówiła zza woalki rozżalonym tonem. Młody mężczyzna wyglądał na jakiegoś kupca, może kogoś ze świty któregoś z możnych. Wydawał się być pod wrażeniem tego żalu i pobożności okazywanej przez młodą mieszczkę.

                                        - To prawda. Ale został nam jeszcze nasz miłościwie nam panujący elektor który jest nam wszystkim ojcem. - starał się jakoś pocieszyć tą młodą i atrkacyjną mieszczkę. I jej koleżankę czyli Łasicę co stała obok niej. Złapał ją za dłoń jakby chciał jej dodać otuchy.

                                        - Oh, bardzo ci dziękuję! Masz całkowitą rację! Tak się postaram o tym myślec, przecież to nie koniec świata! - zawołała rozczulona Burgund i sama objęła swojego wrażliwego na jej wątpliwości wybawcę. Potrzymali się tak chwilę w ramionach. Akurat jak Łasica prawie niezauważalnym ruchem urżnęła mu mieszek przy pasie pod pretekstem poklepania go po ramieniu i szybko schowała zdobycz w zakamarki swojej sukni. Zaś partnerka odkleiła się od młodzieńca dziękując mu jeszcze raz za to moralne wsparcie gdy “kuzynka” zobaczyła akurat kogoś i chciała się z tym kimś przywitać więc ruszyła w tamtą stronę więc i ona musiała się już pożegnać z uroczym młodzieńcem.

                                        - No i może nie odwołali turnieju. Ale tak go przełożyli jakby go w ogóle miało nie być. Ani to teraz siedzieć tu tak długo ani wyjeżdżać i potem znów wracać. - zauważył kwaśno jakiś kawaler wyglądający na szlachcica i rycerza. Nawet jak był bez pancerza i miecza a jedynie z gustownym kordzikiem jaki potwierdzał jego status. Rozmawiał z paroma sobie podobnymi. Faktycznie kapłani ogłosili koniec żałoby dopiero pod koniec miesiąca. I turniej miał się odbyć początkach przyszłego miesiąca czyli za równe cztery tygodnie.

                                        - Ciekawe kiedy wyrocznia przetłumaczy te zwoje. Oby jak najprędzej skoro chce wracać do siebie w nowym tygodniu. - Sigismundusa nie opuszczała ani na chwilę myśl o zdobyczach z jaskini Oster. I jak tylko na dziedzińcu znalazł okazję aby chociaż na chwilę porozmawiać z kimś ze zboru to od razu dał znać co zajmuje jego myśli. I nie miał za bardzo ochoty zostawać tu dłużej. Głowił się czy nie odwiedzić Mergi aby o to zapytać ale sam też zauważał, że od wczorajszego wieczornego spotkania na zborze to pewnie dziś rano wiele się nie zmieniło w tej materii co zdawało się poddawać katuszom jego cierpliwość. Więc skłaniał się do opcji aby wrócić do swojej apteki jaką zostawił pod opieką śmierdzącego garbusa.

                                        Wczoraj w pełni potwierdził słowa Otto o spotkaniu podziemnych zwierzoludzi. - Spotkaliście ich na powierzchni? I za miastem? Ciekawe. - mistrz zboru wydawał się być zaskoczony i zaintrygowany tymi wieściami. Co prawda zimą kultyści prawie przez przypadek nawiązali z nimi jakieś kontakty ale chodziło głównie o kryjówkę dla Egona, Silnego i reszty zbiegów poszukiwanych w mieście zamkniętym na czas obławy. Dopiero wiosną jak port znów uruchomiono to spiskowcy opuścili te podziemne, zatęchłe nory i przenieśli się najpierw do jaskini odmieńców z jakiej pochodziła Lilly a niedawno wrócili do miasta. Stąd od wiosny te kontakty z dziwną rasą podziemnych zwierzoludzi właściwie ustały.

                                        - A ci zwierzoludzie to zbierali niewolnice? Czyli interesują się kobietami? A są przyjaźni? Tak jak Gnak i jego banda? Bo może z nimi też by się udało zaprzyjaźnić jakoś bardziej? - Łasicę też zainteresowała ta wzmianka. Chociaż widocznie z całkiem innego powodu i celu. A przygodny z ungorami w leśnej głuszy widocznie miło wspominały skoro żadna z kultystek zdawała się nie mieć nic przeciwko umówionemu spotkaniu w najbliższą pełnię Mannlieba. Zaś mistrz i wyrocznia nie widzieli przeszkód aby Otto spędzał czas w hospicjum. Zwłaszcza jak oficjalnie tam właśnie pracował. Mistrz mu nawet podpowiedział, że może udałoby mu się dostać na taki bal jako ktoś zbierający datki charytatywne na to hospicjum właśnie. Albo jako ktoś z obsługi. Pomysł aby przyjrzeć się tym pacjentom o jakim im opowiadał ostatnio wydał im się ciekawy i wart zbadania.

                                        - Same wielkie tuzy dzisiaj. Dawno takich tłumów nie było. - mruknął dzisiaj Tobias rozglądając się ciekawie po tym hałaśliwym i pstrokatym tłumie. Chociaż bogato odzianym w oficjalną, żałobną czerń poświęconą Morrowi, żałobie i pogrzebom. Każdy jednak ubrał się odświętnie i starał się ubrać w coś czarnego lub chociaż ciemnego i stonowanego. Oraz mieć czarną wstążkę w widocznym miejscu. Guwernant i nauczyciel szlachty też dostosował się do tradycyjnych wymogów na takie uroczystości.

                                        - Widzieliście ile dzisiaj skarbów spłynęło na tacę? I to wszystko tam jest! Rany! - Łasica aż gotowała się na myśl o bogactwie jakie dzisiaj udało się zebrać podczas datków. Jej natura dziewczyny z ulicy, włamywaczki i złodziejki dawała o sobie znać. I trudno jej było przejść koło tego faktu obojętnie.

                                        - O Fabi jest. Chociaż z tą Gertrudą. Pójdziemy się nad nią poznęcać naszymi przygodami? Pęknie z zazdrochy. Oho. Chyba idzie do Pirory i Sorii. - Burgund w pełni zgodziła się z koleżanką ale wypatrzyła coś nowego. Czyli czarnowłosą Bretonkę odzianą w żałobną, czarną suknię i jej starą, służkę która zwykle jej towarzyszyła w wyjściach z domu robiąc jednocześnie za przyzwoitkę Frau von Mannlieb. A obie łotrzyce widocznie od powrotu z leśnej głuszy aż paliły się aby nie pochwalić się przed koleżanką swoimi wyuzdanymi przygodami. Zaś Bretonka chyba faktycznie zobaczyła swoją dobrą kamratkę Pirorę i zmierzała w jej kierunku. Albo Sorii bo obie stały razem rozmawiając z jakimiś dwoma mężczyznami.

                                        - No to zaistniałaś w naszym wietrznym mieście madam. Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące. Zaraz się pewnie nie odpędzimy od towarzystwa. - mruknęła cicho Pirora do Sorii. Bo taka okazja jak dzisiaj która ściągnęła tu pewnie większość miasta, zwłaszcza tą znamenitszą część, była idealna na debiut nowej piękności z dalekich, południowych krain. Pomimo drobnego kapelusika z czarną woalką Soria prezentowała się dumnie i dostojnie. Oraz było w niej coś elektryzującego co zdawało się, że trudno ją było przeoczyć i sama wpadała w oko nawet w takiej ludzkiej formie.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #51

                                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                                          Podczas uroczystości w świątyni Joachim obserwował uważnie obecnych. Byli tu wszyscy liczący się ludzie w mieście i wielu przybyszy, z czego kilku wzbudzało zainteresowanie, jak ta kapłanka Ulryka. No i Soria, interesujące jak taka syrena wydawała sobie tak dobrze radzić z udawaniem szlachcianki. Pirora, Burgund, Łasica i pozostali też się całkiem dobrze wpasowywali się do otoczenia bobogojnych mieszczan i szlachiców.

                                          To też sprawiało, że zastanawiał się także nad swoim miejscem w tym wszystkim. Jego status w miasteczku był wystarczający by mógł się zajmować w spokoju swoimi badaniami i poświęcać zgłębianiu sekretów magii. Co się stanie jak plany Kultu się ziszczą? Mógł sobie wyobrazić, jak jego nowi bracia i siostry w sekrecie kontrolują to miasto, bo raczej nie będą mogli robić tego otwarcie, nie tak długo jak całe Imperium nie padnie na kolana.... dobrze byłoby żeby cele Zboru i jego samego pokrywały się ze sobą jak najbardziej, póki co chyba szło to całkiem dobrze. Szczególnie cenił sobie lekcje pobierane u Mergi i nie do końca był zadowolony z jej planowanego wyjazdu.

                                          Po mszy wrzucił parę sztuk złota na ofiarę a następnie przeszedł się dookoła, zagadując znajome osoby. Pogratulował Pirorze i Sorii wrażenia jakie zrobiły i spytał się o ich plany na najbliższe dni. Zagadnął również Państwo von Hansen.

                                          - Dotknęła nas wszystkich tragedia, ale myślę że dobrze, że turniej nie został odwołany, wielu gości już przybyło, no i te wszystkie wspaniałe przygotowania poszłyby na marne. Mam nadzieję, że czas przykrych niespodzianek się już skończył, ale będę obserwować gwiazdy by być pewnym. Od jakiegoś czasu skończyły się też zaginięcia marynarzy, myślę że moje poszukiwanie syreny mogło ją przepłoszyć. - Powiedział połprawdę, by nie wyszło że porzucił swoją misję którą rozpoczął zimą.

                                          Doszedł też do Philipp'a, dziękując za ostatnie zorganizowanie zwiedzania Akademii i proponując żeby spotkali się znowu. Miał zamiar podpytać pracownika Akademii o te podziemia, o których wspominał Tobias.


                                          Joachima zaskoczyło istnienie jakich nieznanych zwierzoludzi w podziemiach, rozbudziło to jego ciekawość.

                                          - Czy dobrze rozumiem, że udało się z nimi porozumieć? Jeśli będziemy organizować dalsze spotkania, chętnie wezmę w nich udział. Dobrze byłoby poznać ich cele i na ile są zbieżne z naszymi.

                                          - A my Tobiasie mamy też naszą wspólną sprawę, prawda? Pozostańmy w kontakcie- miał oczywiście na myśli poszukiwanie artefaktu poświęconego Panu Przemian, ale w tym miejscu starał się być ostrożny. Może jak w nocy nie będzie zbyt wielu chmur to będzie mógł postawić wróżbę dotyczącą miejsca ukrycia artefaktu.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy