Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #67

    Oryginalny autor: Seachmall

    Marktag, ranek, świątynia Mananna

    - Wybacz moja droga, ale nie było czasu po ciebie iść. Do tego musiałem trzymać na smyczy trzy rozpustnice, aby nie zamieniły hospicjum w swój loszek pieszczot, ciebie mi tam jeszcze brakowało. - mnich delikatnie się uśmiechnął - Co do naszego planu, jesteście dwójką brudnych, niewychowanych, lubieżnych dziwek. Więc łatwiej będzie, abyście tego nie zmieniały i po prostu udawały, że zobaczyłyście światło bogów i poszukujecie odkupienia. - uśmiech Otto zrobił się trochę psotny na to delikatne dźgnięcie w kultystki - Więc grzecznie, cicho i ze skruchą w sercu. Mamy żałobę, pamiętacie? I jeżeli, macie zamiar zapożyczyć z tac ofiarnych, to poczekajcie może trochę. Będziecie oczywistymi podejrzanymi, a mnie się dostanie po uszach za sprowadzenie was.

    - No co ty Otto… Jestesmy profesjonalistkami… Nie skusimy się na drobniaki jak jesteśmy na robocie… - Łasica przekrzywiła swoją pobożnie w czepek ubraną głowę jakby była nieco urazona, że kolega posadzą je o taką amatorszczyznę. Burgund też ją wsparła twierdzącym kiwaniem swoim czepkiem. Po czym znów przybrały weselszy ton chociaż nadal starały się nie tracić pobożnej pozy dopasowanej do ich obecnego wyglądu.

    - I mówisz brudne, niewychowane, lubieżne dziwki? - powtórzyła określenia użyte przez mnicha z jednym okiem jakby je smakowała albo mielila w myślach.

    - Bardzo chętnie. Miło, że ktoś nas wreszcie docenił. A przecież tak się staramy aby zdobyć i utrzymać właściwą reputację. - przyznała prawie z rozczuleniem obdarzając Otto ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.

    - Tylko mamy na to teraz nieodpowiednie stroje. No ale jesteśmy na robocie. - Burgund wsparła ją ponownie w tej rozmowie w pełni się z nią zgadzając.

    - No niestety to prawda. Ale mówię wam, że jak następnym razem dorwe Fabi to jej wsadzę co tylko znajdę największego tak głęboko jak tylko dam radę. Dobra Burgund to zbieraj swój zgrabny kuper w troki i mów co widziałaś wczoraj. - liderka wężowych kultystek powoli kończyła te przyjemnie lubieżne tematy i szykowała się na bardziej służbowe.

    - Byłam tu wczoraj na oku. Widziałam zmianę warty. Ci czarni rycerze od Morra. Dwóch przyszło do środka a dwóch innych wyszło. Więc myślę, że czegoś pilnują, pewnie tego skarbu. - Druga z łotrzyc też wróciła tematem do tego zadania jakie czekało na nich wewnątrz świątyni i wspomniała jak jej wczoraj poszło rozpoznanie obiektu przed akcją. Popatrzyły pytająco na kolegę czy jest gotów już ruszać do środka.

    - Lub zwłok kogoś istotnego. Tak czy inaczej warto zajrzeć. - Otto rozejrzał się - Więc, jesteście gotowe wrócić na prawowitą drogę jasności i odkupienia? Odrzucić doczesne przyjemności i wejść w życie pełne modlitw, nudy i niewygodnych ubrań?

    - Nikt istotny ostatnio chyba nie umarł. Ogłaszaliby w Festag na mszy a jak kopnął by w kalendarz po to biliby w dzwony, ogłaszali i takie tam. Poza tym katafalk stoi za głównym budynkiem. - Burgund chyba nie do końca wykluczała alternatywy o jakiej mówił kolega ale zachowała sporą dozę sceptycyzmu.

    - Odrzucić doczesne przyjemności, klęczeć w modlitwie a nie dla ciekawszych rzeczy i jeszcze nosić nudne, niewygodne ubrania? - Łasica wymieniła to jednym tchem upewniając się, że mówią o tym samym. Po czym cierpiętniczo wzniosła głowę ku porannemu niebu.

    - Nie kracz Otto. Widzisz jak my się poświęcamy dla sprawy i rodziny? Przez co musimy przechodzić? Jak się nas tu traktuje? - zapytała zbolałym tonem skargi. Chociaż pod tym dało się wyczuć sporą dawkę świadomej autoironii.

    - Dobra chodźmy już. Otto musi zasuwać do swojej roboty i nie ma całego dnia. A my im szybciej się wyrobimy tym szybciej będziemy mogły z kimś poswawolić. - Burgund uśmiechnęła się pod nosem, trzepnęła w ramię kamratki i dała znać aby ruszać do świątyni. Obie złożyły skromnie dłonie na podołkach i przyjęły skruszone miny żałujących za grzechy pokutnic.

    - I tak będzie lepiej, rodzina zabiera trójkę bardziej kłopotliwych, czwarty dogorywa u Sigismundusa, a ostatni jest na razie dość spokojny. - Otto zaczął prowadzić dziewoje do Ojca Absaloma. Kiedy znalazł wysokiego kapłana.
    - Bądź pochwalony, czcigodny ojcze. - skłonił głowę oddając szacunek starszemu kapłanowi - Te, oto dwie niewiasty, są tymi, o których mówiłem. Są gotowe oddać się pod twoją opiekę i opiekę świątyni. - kto wie, może te dwie obudzą w kapłanie głody, których dawno nie czuł.

    Obie kultystki pokiwały zgodnie głowami na wieści o trójce nowych kandydatów to ich zboru. Łasica wspomniała cicho po drodze przez dziedziniec świątynny, że Soria i Pirora zapowiadały tą wczorajszą trójkę bardzo obiecująco no to była ich ciekawa. No i Burgund widocznie też. Ale już wchodzili do domu bożego to trzeba było zachować pozory. Jeszcze bardziej gdy stanęli na zapleczu świątyni przed surowym, obliczem rosłego kapłana.

    Ten zaś odparł na ich przywitanie, wysłuchał Otto i mierzył uważnym spojrzeniem obie grzesznice. Te pokornie spuściły wzrok, skromnie złożyły dłonie na podołku i w milczeniu czekały na decyzję i słowa kapłana. On jednak nie sprawiał wrażenia, że obudziły w nim jakiś głód. Raczej jakby stanęły przed nim istoty wyraźnie gorszego gatunku. Paskudy jakie z trudem znosił w swojej obecności. A gdy już się przyjrzał odezwał się wreszcie nie tracąc swojego surowego tonu i spojrzenia.

    - Jak się nazywacie? - zaczął od czegoś oczywistego.
    - Ja jestem Martina a to jest Pola. - odparła szybko Łasica przyjmując pokorny, gotowy do współpracy ton.
    - Jesteście ladacznicami? - zapytał kapłan pomny co mu wczoraj młody mnich mówił. Obie spojrzały na siebie jakby zastanawiając się nad odpowiedzią, Burgund lekko pokiwała głową i Łasica zwróciła się do ojca twierdząco kiwając głową. Temu usta zacisnęły się w wąską kreskę i miał minę jakby zastanawiał się czy już je stąd przegnać czy jeszcze dać im szanse. Ostatecznie zdecydował się na to drugie.
    - Od dawna? - zapytał i po chwili ciszy znów ujrzał dwa potwierdzające kiwnięcia głowami w prostych, skromnych czepkach.
    - Kiedy ostatni raz byłyście w świątyni? Tej lub innej? - zapytał robiąc palcem krąg dookoła komnaty.
    - W zeszły Festag czcigodny ojcze. Na pogrzebie naszej księżnej - matki. - odparła szybko Łasica co akurat było zgodne z prawdą bo sam je wtedy Otto widział na mszy i po.
    - A wcześniej? - kapłan kontynuował to przesłuchanie nie zmieniając wyrazu twarzy. Nastała dłuższa chwila milczenia jakby obie musiały sobie przypomnieć.
    - Dawno… Ale jeszcze w tym roku… - wyszeptała Łasica jakby z obawą przed taką odpowiedzią. Kapłan zasznurował usta i milczał chwilę.
    - A u spowiedzi? - zapytał jeszcze o coś podobnego.
    - Na początku roku ojcze. - odparła cicho skruszona grzesznica. Kapłan pokręcił głową aby dać znać, że nie podoba mu się to co słyszy.
    - To raz na pański rok przychodzicie do domu bożego to co się nagle stało, że teraz wam się droga przypomniała? - zapytał cierpkim tonem nie ukrywając, że nieco trudno mu tak po prostu uwierzyć w nagłe nawrócenie obu grzesznic.

    - To przez naszą księżną - matkę. Znaczy chciałam powiedzieć dzięki niej! Bo ona była niegdyś naszą patronką i wzorem do naśladowania. Ale potem zbłądziłyśmy i zaczęłyśmy się łajda… eee… znaczy zeszłyśmy na złą drogę. Jak jednak dowiedziałyśmy się o jej śmierci to tak jakby nasza opiekunka umarła. Płakałyśmy rzewnymi łzami. I ja mówię do Poli, że trzeba z tym skończyć bo nasza patronka by tego chciała. I poszłyśmy w Festag oddać jej ostatni hołd. A tam tyle ludzi! I ci wszyscy dobre ludzie też przyszli ostatni raz pokłonić się swojej pani. To mówię do Poli, że taka jest kolej rzeczy. Widocznie księżna była dobra dla tych wszystkich ludzi. Więc my chciałyśmy jej służyć, oddać cześć i jakoś odwdzięczyć się za jej dobroć. Podziękować ojcu i wszystkim braciom i siostrom za ten trud i opiekę skoro już naszej patronce nie możemy. I widziałyśmy urnę w Festag to przyszłyśmy tutaj bo mi się wydawało, że to będzie najodpowiedniejsze aby być tutaj gdzie były jej prochy. - Łasica pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź i mówiła tym razem z przejęciem i pełnym przekonaniem. Podobnie jak to pewnie się by mogła wypowiadać niepiśmienna dziewczyna z ulicy która na nowo odkryła wiarę i powołanie. Wszystko to sprawiło, że i kapłan pokiwał głową ale minę dalej miał marsową.

    - Dobrze. Ja zaraz zaczynam mszę. Jeśli chcecie odpokutować za swoje niegodne, łajdackie życie to zapraszam ma mszę. I do spowiedzi po niej. - odpowiedział podejmując decyzję. Po czym wymownym spojrzeniem sięgnął po togę liturgiczną. Obie skruszone grzesznice wymamrotały grzeczne podziękowanie za tą łaskę, dygnęły jak przed wielkim panem po czym drobiąc kroczkami wyszły na korytarz. Gdy Absalon został sam z Otto zwrócił się do niego ubierając ową togę kapłańską.
    - Nie wierzę w takie nagłe nawrócenia. Słomiany zapał albo inny powód. Ale kto wie? Niech zostaną na mszy. Zobaczymy na ile im wystarczy wiary i zapału. Dobrze, że je tu skierowałeś. Nawet takie ladaco zasługuje na drugą szansę. - skomentował swoje wnioski z tej rozmowy z obiema młodszymi od siebie kobietami.
    - Dziękuję, że dajesz im szansę ojcze. Tak jak powiedziałeś, każdy zasługuje na kolejną szansę na drodze życia. Obawiam się, że nie mogą pozostać na mszy, w hospicjum dużo się działo ostatnio i ciągle potrzebna jest każda para rąk. - mnich ponownie się skłonił kapłanowi i opuścił zaplecze, na zewnątrz zobaczył obie kultystki - I jak? Cieszycie się z tej szansy?
    - Jak nie mogą poświęcić czasu na modlitwę i pokorę w świątyni to kiepska ta ich skrucha. - odparł oschle kapłan Absalon ale nie wstrzymywał młodszego jednookiego ani nie czynił mu wymówek. Ten zostawił go na przygotowaniach do odprawienia jutrzni. Zaś na zewnątrz spotkał obie koleżanki. Te dalej nie wychodziły z roli bogobojnych niewiast ale oczka śmiały im się wesoło.
    - Oczywiście bracie. Bardzo dziękujemy za tą wspaniałą szansę. Bardzo chętnię bym przyjęła każdą pokutę od takiego rosłego i krzepkiego kapłana. Zwłaszcza jak wygląda na stanowczego i surowego. I nie śmiałabym mu czegokolwiek odmówić. No ale nie wiem czy czcigodny byłby zainteresowany takimi grzesznymi rzeczami. - Łasica szepnęła cicho i wyraźnie kpiąco jakby dostrzegła w rosłym kapłanie całkiem obiecujący potencjał. Ale taki na ich własną modłę. Bo ten nie zachowywał się jakby był zainteresowany “takimi rzeczami”.
    - No ja też. Ale na razie to jesteśmy na robocie to nie możemy wychodzić z roli. Trzeba poklęczeć tak na nudno, w ubraniach i bez niczego ciepłego w ustach albo pejcza na plecach. Szkoda. Ale trudno. Robota to robota. - Burgund nieco rozżalona poparła siostrę ale obie liczyły się z tym, że nie wszystko, nie zawsze i nie ze wszystkimi może być takie przyjemne jak to one by chciały.
    - Powodzenia, uważajcie jednak, nie podejrzewa was, ale na pewno w pełni wam też nie wierzy. Ja idę do hospicjum, może kolejnego kolegę uda się wyciągnąć. - Otto uściskał obie kobiety i ruszył do miejsca pracy.
    - Dobrze, idź. Jakbyś tam potrzebował jakiejś pomocy z zamkami albo szukał chętnych grzesznic na oprowadzane wycieczki to daj znać. Nie tylko jakieś tam damulki z wyższych sfer umieją ściągać majtki i się ładnie bawić. - szepnęła mu na ucho Łasica gdy się żegnali. Burgund pokiwała głową w rezolutny sposób no i obie ruszyły bogobojnie w kierunku nawy aby wziąć udział w pierwszej tego dnia mszy.

    Hospicjum.

    Otto nawet cieszył postęp napraw w hospicjum. To miejsce okazało się o wiele, lepszym źródłem wiedzy niż się spodziewał.
    Przywitał przeora kiedy go zobaczył.

    - Witaj, witaj. Nie ma o czym mówić, szlachcianki na prawdę się napaliły na taką nową służbę. Mam nadzieję, że nie będą nich nadużywać. - mnich pokręcił głową - Empatia czasem jest tylko na pokaz.

    - Nadużywać mówisz? - starszy mężczyzna zastanowił się nad słowami młodszego. Złożył dłonie i oparł na nich brodę. - No nie wiem kto tam miałby kogo nadużywać. Thorn to zwykły bandzior. Prostak. Aż się dziwię, że się na niego zdecydowały. Ale raczej to on by mógł im zrobić krzywdę a nie na odwrót. Annika to samo. A Marisa może łagodna. Zazwyczaj. Ale sam widziałeś co wyrabiała w ostatni Festag. - przeor nadal wydawał się mieć wątpliwości. Znów chwilę bębnił kciukami o swoją brodę trawiąc to w myślach.

    - A znasz jakoś te szlachcianki? Myślisz, że to chwilowa zachcianka? Czy to tak na dłużej by wzięły kogoś na służbę. - zastanowił się nad czym innym z tego co mówił jednooki.

    - Jestem jedynie zwykłym, prostym mnichem. Gdzie mnie do tak znamienitych kobiet. Spotkałem je podczas i po mszy pożegnalnej księżnej. Rozpoznały, że jestem z hospicjum i zagadały do mnie. Może nagłe przypomnienie o ich śmiertelności ruszyło ich sumienia. - Otto wzruszył ramionami - Można mieć nadzieję, że to dłuższa inwestycja.

    - Ah tak… No trochę szkoda, że nie masz jakichś większych znajomości z takimi jak one. Jak widzisz przydają się. - westchnął nieco z żalem jakby przez chwilę miał nadzieję, że może by się otworzyła jakaś furtka do stabilniejszego kontaktu i datków od możnych tego miasta.

    - Ale dobrze, że chociaż te zwróciły na ciebie uwagę i je skierowałeś do nas. Dobra robota. Jakby jeszcze coś chciały albo ktoś tam od nich z pękatym mieszkiem to też zapraszaj śmiało do nas. Nic nie tracimy, najwyżej pochodzi, poogląda, powspółczuje i nic nie zostawi. Ale jak już przyjdą to zawsze coś zostawiają chociaż symbolicznie bo nie wypada odejść i nic nie dać na jałmużnę. - pokiwał znów głową na znak, że jest całkiem zadowolony z wczorajszej wizyty błękitnokrwistych panienek. Zwłaszcza takiej zakończonej tak szczodrymi datkami.

    - I po mszy mówisz? To tam kręć się po następnej. Przypomnij się. Może cię komuś przedstawią i jakoś się to rozkręci. Zobaczymy. Przydałoby nam się więcej takich sponsorów. Sam widzisz jak na wszystkim musimy oszczędzać. - rozłożył ręce ogarniając swój gabinet ale pewnie mu chodziło o cały przybytek.

    - I oby naszym szczodrym dobrodziejkom nie przeszedł ten chwilowy kaprys tak prędko. Mielibyśmy trzy owieczki mniej do pilnowania i karmienia. Spełnili dobry uczynek. Tylko gdyby chodziło o kogoś spokojniejszego to bym się nie wahał. Ale akurat z tą trójką to sam wiesz jak jest. Przydałoby się jakoś zabezpieczyć gdyby wyszła z tego jakaś afera. - przeor ogólnie wydawał się być zadowolony, że może zmniejszyć swoją trzódkę o trzy owieczki ale jednak chodziło o trzy czarne owce i to na salonach z dobrymi i drogimi nazwiskami to wciąż się obawiał czy nie będą z tego jakieś kłopoty.

    - Jestem pewny, że będą w stanie zająć się sobą. Do tego nie wciskaliśmy im ich na siłę, a każdy wie jakiego typu pacjentów mamy. Postaram się nam poszukać nowych sponsorów. - zapewnił Otto - Zrobię obchód i zobaczę, gdzie najbardziej się przydam.

    - No tak, tak… To prawda… W końcu same do nas przyjechały. Nikt im nie kazał. - przeor pokiwał głowa i rozmyślał na te mało proste tematy szukając natchnienia w suficie.

    - Dobrze, napiszę im list. Opis. Zalecenia. Tak, tak właśnie zrobię. Na wszelki wypadek. Gdyby te nasze ladaco odstawiły jakiś nieprzyjemny numer i ktoś do nas przyjechał z pretensjami… - zdecydował w końcu i to go chyba uspokoiło bo znów wrócił do znacznie szybszego sposobu mówienia.

    - A ty im powiedz, że gdyby im się ich kaprys znudził to zawsze mogą je do nas odstawić. Ludzie zwykle są nieco mniej nerwowi i pretensjonalni gdy mają jakieś rezerwowe wyjście. Aha i tych nicponi upomnij. Że mają się zachowywać jak należy i dobrym panienkom nie sprawiać kłopotów bo jak je zdenerwują to znów wrócą do nas. A ja już ich tu przywitam jak należy w podziękowaniu za kłopoty jakie na nas ściągnęli. A jak bardzo napsocą to mogą już trafić przed oblicze sądu a nie do nas. Wtedy to już nie będzie nasza sprawa. Oby. Mogą nas wtedy jednak wezwać mimo wszystko. - pokręcił głową jakby nie do końca był przekonany czy wszystko pójdzie gładko i bez kłopotów z tą wymianą ale ostatecznie zdecydował się spróbować. Dał znać młodemu mnichowi, że może odejść.

    Otto skinął głową przełożonemu i ruszył na obchód. Cieszyło go, że dzisiaj był nawet spokojnie. Cieszyło go bardziej, że Thorn był dokładnie zamknięy w celi.

    - Kiedyś mi podziękujesz! - rzucił do niego kiedy mijał jego celę i został obrzucony każdą możliwą groźbą pod niebiem. Ciekawił go stan Georga tego dnia, to ostatni z pacjentów, który słyszał siostry i ciągle pozostanie w hospicjum, więc musi mu się przypatrzeć.

    George wydawał się być przeciwieństwem Thorna. Dzisiejszego, targowego dnia było to zwłaszcza widoczne. Bo tego pierwszego to chyba tylko solidne drzwi jednoosobowej celi powstrzymywały przed zrobieniem krzywdy jednookiemu mnichowi. A ten drugi przywitał go łagodnym uśmiechem nieszkodliwego idioty. Bracia powiedzieli mu, że jest na stołówce. Rzeczywiście tak było. Zastał go z miotłą i wiadrem jak zmywał podłogę. Większość szkód od ostatniego Festag udało się naprawić lub chociaż sprawić aby aż tak nie rzucały się w oczy. Kuchnia sądząc po zapachach i odgłosach pracowała nad sporządzeniem głównego posiłku dnia. I co jakiś czas widać było któregoś z braci jak zerkał na stołówkę i zapewne też na pacjenta z obandażowaną głową. Ten widocznie wciąż nosił ślady po ostatniej awanturze skoro miał ten bandaż na głowie. Ale sam wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Chociaż na bandażu była plama, akurat na środku czoła pacjenta. On sam przywitał się z mnichem pogodnie i łagodnie po czym bez pośpiechu wodził owiniętą mokrą szmatą miotłą po podłodze. W tym tempie to raczej postęp prac był dość symboliczny i raczej nie było z niego takiego pożytku jak z Mariki która naprawdę potrafiła zrobić pranie czy wysprzątać schody albo korytarz. No ale miał jakieś zajęcie, coś jednak pomagał chociaż tyle co małe dziecko dorosłym no i nie był tak agresywny jak Annika czy Thorne.

    Mnich uśmiechnął się do pacjenta.

    - Jak się dziś czujesz George?
    - Dobrze. Głowa mnie trochę boli. Ale jak nie ruszam się szybko to jest dobrze. I trochę zmęczony jestem. Nie spałem zbyt dobrze. Często ostatnio nie śpię zbyt dobrze. Ale staram się pomagać. Tak jak Marika. Poprosiła mnie abym pomógł jej rozwiesić pranie to jej pomogłem. Jest bardzo miła. Nie wiem dlaczego brat Albert mówił, że to wredna suka. Dla mnie była bardzo miła. A potem brat Albert powiedział, żebym posprzątał tutaj. To sprzątam. - George zachowywał się spokojnie i mówił bez większego zastanowienia. Zupełnie jak małe dziecko jak się je o coś zapyta a ono plecie co mu ślina na język przyniesie. Na koniec wskazał na swoje wiadro i miotłe jakich używał do zmywania i na dowód na to, że pomaga znów zamoczył miotłę i zaczął bez pośpiechu zamiatać kolejny fragment podłogi.

    - To dobrze. Wiesz, chyba trzeba zmienić ci opatrunek. Poczekaj tu chwilę. - Otto ruszył zabrać nowy bandaż. Miał cichą myśl z tyłu głowy, ale miał nadzieję, że się mylił. Jeżeli będzie miał rację, będzie musiał wyciągnąć go z tąd szybciej niż uważał. Wrócił po chwili i posadził Georga spokojnie na jednym z krzeseł i delikatnie zaczął zdejmować mu opatrunek.

    W przeciwieństwie do Thorna jaki dzisiaj był w humorze jakby najchętniej zamordował jednookiego mnicha albo chociaż spuścił mu solidny łomot to George był łagodny jak baranek. I pełen dobrej woli do współpracy. Jak go Otto zostawił w stołówce przy zmywaniu a potem wrócił to ten nadal ją zmywał swoim flegmatycznym tempem. Może stół czy dwa dalej. Więc na miano najwydajniejszego pracownika z miotłą to pewnie by nie zasłużył. Ale chociaż nie sprawiał kłopotów. Jak go Otto poprosił to ten usiadł na ławie, dał sobie zdjąć stary opatrunek.

    Pod nim ukazało się czoło, z jednej strony nadal posiniaczone. I pod włosami, na potylicy tam gdzie w Festag ktoś go rzucił taboretem, też było widać i czuć spory krwiak. Wcześniej opatrywał go kto inny to jednooki nie był pewien czy to teraz jest lepiej czy niekoniecznie. No i jeszcze na czole pacjenta było widoczne zadrapanie. Niezbyt poważne. Ale siniak dookoła układał się w okrągłą plamę wielkości kciuka czy dwóch. I nieco sączyła się z tego krew jaka musiała wcześniej przesiąknąć przez bandaż powodując ową plamę jaką zauważył wcześniej na starym opatrunku.

    Otto delikatnie odetchnął. Jeżeli pacjenci zaczynają być dotknięci przez siostry, mutacje mogłyby się pojawiać. Na szczęście George nie został jeszcze uraczony darem od Tzeentcha. Mnich delikatnie przemył ranę pacjenta i zaczął na nowo nakładać świeży opatrunek i bandaż.

    - Myślę, że Marisa jest bardzo ładna. Powiedziała, że lubi pająki. I, że kiedyś będzie mieć własne tylko takie duże. Nie wiedziałem, że są takie duże. Ale znalazłem jednego i jej dałem. Bardzo się ucieszyła. I słyszałem, że brat Otto chodzi z trzema szlachciankami. Też podobno bardzo ładne. Ja widziałem ich przez chwilę ale nie zwracałem uwagi bo musiałem naprawić stołek. Trudno mi było dopasować nogę bo tam otwór był trochę inny. Ale brat Maurycy mi pomógł i zeszlifował trochę tą nogę to potem weszła. - podczas tych zabiegów chyba nieco znudzony George znów zaczął paplać w swoim nieco dziecięcym stylu. W końcu mnichowi udało się założyć opatrunek więc znów pacjent wyglądał jakby miał solidną, grubą, białą krechę na górnej połowie głowy.

    - Wybacz, że nie zapoznałem cię z naszymi gośćmi. Panie, chciały bardzo spotkać Marisę, do tego jeszcze zobaczyły Annikę i Thorna. - ujął spokojnie mężczyznę i pomógł mu wstać, upewniając się, że opatrunek się nie zsuwa - Ta trójka, wkrótce opuści hospicjum. Szlachetne panie znajdą dla nich zajęcie w swoich domach.

    - No tak, to oczywiste. - odparł George z pełną powagą na jaką czasem zdarzało się zdobywać dzieciom gdy wydawało im się, że mówią o śmiertelnie poważnych rzeczach. Ale słuchający ich dorośli nie zawsze podzielali to zdanie i często wówczas dochodziło do komicznych słów jakie stawały się potem zarzewiem zabawnych anegdotek.

    - Ta pani z warkoczykami też lubi pająki i jest opleciona ich nićmi. A ta czarna wyda na świat niezwykły owoc. Tak mi się śniło ostatniej nocy. I Marisa bardzo je lubi. Mówiła, że były dla niej bardzo miłe i dobre. Dały jej bardzo ładny prezent ale mówiła, że przy braciach nie może mi pokazać. Powiedziałem, jej, że to nie szkodzi. A Thorne dzisiaj był bardzo zły. Chyba jest samotny i tęskni za jakąś panią. Zwyzywał mnie. Przestraszyłem się. A potem sprzątałem w lazarecie. Widziałem Annika. Ona jest zimna. Zimno patrzy. Chyba, że jest gorąca. Ale wtedy wszystkich bije i głośno krzyczy. Bo ona szuka kamienia. Takiego dużego. W lesie. Ale tu go nie znajdzie bo jest tutaj. Powiedziała, że wkrótce stąd wyjdzie i będzie robić co chciała bo teraz będzie mieć zniewoloną panią. Znaczy nie słowami tak powiedziała ale ja to wiem. Wiem różne rzeczy. Tylko mi się mieszają i mylą. Męczą mnie. Wolałbym tego wszystkiego nie wiedzieć i nie słyszeć, nie śnić, w dzień i w nocy. To skomplikowane. Za trudne. Dużo rzeczy. Zwariować można. To ja wracam do sprzątania bo obiecałem, że posprzątam podłogę. - jak się raz ulało z tą paplaniną no George gadał i gadał bez zająknięcia i zastanowienia. Co mu ślina na język przyniosła. Skakał po tych tematach i osobach bez ładu i składu, że trudno było się w tym wszystkim połapać co usłyszał, co widział, co mu się zdawało, co jest jego przemyśleniami albo mu się przyśniło czy zwyczajnie fantazjował.
    - Też chciałbyś opuścić to miejsce, George? - postanowił trochę potrącać jego dziecięcą paplaninę. Jego wgląd w duszę innych była ciekawym aspektem szaleństwa.
    - Mnie tu dobrze. Ale i tak opuszczę to miejsce. Gdy będzie do tego odpowiedni czas i światło mnie wezwie do siebie. - odparł z łagodnym uśmiechem i wziął ponownie trzonek miotły w swoje ręce i zaczął zmywać podłogę.

    Otto kiwnął głową, postanowił pozostawić na tym sprawę.

    - Oczywiście, nie będę ci przeszkadzał. Miłej pracy. - mnich opuścił pacjenta i ruszył na dalszy obchód.

    *** Apteka Sigismundusa***

    Po pracy w hospicjum Otto odwiedził Nurglitów.
    Cieszyło go, że Wyrocznia przetłumaczyła na reszcie zwój, jednak kiedy zobaczył roszczeniowość aptekarza spojrzał na niego srogo.

    - Pohamuj się, bracie. Dar Oster jest częścią planu Sióstr i naszych Patronów. Nie twoim prywatnym projektem, jak Loszka. Jeżeli Merga uważa, że musi pokazać całemu zborowi zawartość zwoju, to musi być coś istotnego. - mnich wypuścił powoli powietrze, aby się uspokoić - Jeżeli chcesz, mam informacje, które mogą cię zainteresować. Jeden z moich pacjentów, chyba wskazał potencjalną dawczynie łona, dla tych przepięknych jaj.

    Aptekarz skrzwyił się, kręcił na boki główą, mamrotał, że wie i tak dalej, wszystkie te argumenty jakimi zarzucił go młodszy kolega znał i zapewne gdzieś do jego światłej logiki trafiały one do przekonania ale jego żądza wiedzy i wiary gnała go naprzód i bardzo żywiołowo reagował na wszelkie przeszkody i opóźnienia. Nawet jeśli pochodziły od wyroczni ze złotymi oczami i fioletowymi rogami jakie tak wielkie wrażenie robiły na Lilly a i sama Merga cieszyła się uznanym autorytetem w zborze jaką do tej pory miał tylko Starszy. Więc Sigismundus chociaż przyjął jej wolę do wiadomości i ją mimo wszystko zaakceptował to jednak z widoczną niechęcią i trudem. Dopiero ostatnia wiadomość młodzieńca wyrwała go z tej otchłani zniecierpliwienia, goryczy i przygnębienia. Zbystrzał jak hart który niespodziewanie tuż obok wyczuł świeżą krew łownego zwierza.

    - O! Taakk? Masz ją? O! A kto to? Znasz ją? Bo ten twój zdechlak to mamrotał coś, że ma być bladolica i królewskiej krwi czy coś takiego. No mówiłem ci przecież, bladolice no to jeszcze jakąś bym znalazł ale z tą krwią to no chyba coś pomieszał.- zawołał podekscytowany grubas aż mu się oczka zaświeciły ale i tak zdążył wyrzucić z siebie szybko swoje wcześniejsze wątpliwości co do majaków Vigo. Strupas też przyszedł zwabiony głosami, pozdrowił Otto skinieniem swojej brzydkiej głowy ale stanął obok i ciekawie przysłuchiwał się rozmowie.

    - Jeżeli dobrze go interpretuje. Fabienne von Mannlieb. Wczoraj Pirora, Fabienne i Lady Soria odwiedziły hospicjum. Pacjent dotknięty przez Vestę, jest najwyraźniej w stanie spojrzeć w duszę i los tego kogo widzi. Określił, że "Ta czarna", Fabienne ma czarne włosy "wyda na świat niezwykły owoc". Brzmi obiecująco.

    - Aha… Ciekawe, ciekawe… A kto to do cholery jest Fabienne von Mannlieb? - aptekarz słuchał chciwie słów młodego mnicha i kiwał swoją byczą głową. Wydawało się, że połyka te słowa w całości. Ale na sam koniec zapytał o nazwisko które widocznie nie było mu znane.

    - To ta od tego grubasa Pirory. Tego kupca sukiennego co im dostarcza stroje do teatru. Byli u nas na zborze raz czy dwa. Pod koniec zimy jak uwolniliśmy Mergę. On taki grubas jak nasz Karlik, ta jego krawcowa miała takie dwukolorowe włosy a ta druga czarne. Ona jest Bretonką, tylko się odezwie to od razu słychać. - tym razem ożywił się garbus i szybko przypomniał koledze gdzie i kiedy mógł ją widzieć. Ten w miarę jak słuchał zaczynał wolniej kiwać głową na znak, że zaczyna kojarzyć o kogo chodzi.

    - A tak… Teraz sobie przypominam… No tak, byli… Tylko mieli maski. No i niezbyt mi sie wydali ciekawi. Przekładają się tylko z ladacznicami Łasicy to niezbyt mnie interesowali… Ale no tak, tak, teraz pamiętam, była jedna czarna. A ona jest bladolica? I królewskiej krwi? - aptekarz w miarę jak sobie uzmysławiał o kogo chodzi to i wracała mu pewność siebie. Popatrzył pytająco na kolegów.

    - No bladolica to nie wiem… One to się pudrują to trudno powiedzieć. Ale jest szlachcianką no to nie wystarczy? - tym razem garbus co też raczej i w wzajemnością nie przepadał za grupą kultystek Węża też stracił rezon nie będąc tego taki pewny. Więc obaj popatrzyli pytająco na Otto.

    - Powiedziałbym, że pasuje z bladolicością. Co do królewskości… to Bretonka, nie wiem jak wygląda bliskość ich szlachty z rodem, królewskim, ale pewnie ktoś, kiedyś, gdzieś się wymieszał. Może wystarczyć. Trzeba będzie przedstawić sytuację na zborze. Fabianne nie jest częścią naszej rodziny, ona i ten Grubson to nie zrzeszeni Slaaneshyci. Jest jednak obecnie, zabawką Sorii, córki Soren i chempionki Slaanesh więc, jej będzie musieli sprzedać pomysł zaaplikowania jej własności robali Nurgla.

    - Ale po co pytać? Na pewno się nie zgodzi. Tak jak Łasica. One wszystkie są oporne. Ale sam słyszałeś, wola bogów. Nie ma co z tym dyskutować. Z tą Fabienne trzeba się rozmówić i to tak aby się zgodziła. A reszcie nic do tego. Zresztą! I tak szukamy łon do zarobaczenia to nawet jakby się nie okazała wyjątkowa to też będziemy do przodu. - aptekarz uśmiechnął się jowialnie do młodego mnicha ale widocznie po swoich kłótniach z Łasicą na ostatnim zborze na ten temat jego wiara w namówienie koleżanek do współpracy mocno podupadła. Ale owa Fabienne należała do grupy Grubsona a nie ich więc niejako była trochę z sąsiedniej bajki. Nawet jeśli prywatnie sporo i regularnie przystawała z ich kultystkami. Miłośnik eksperymentów więc wolał porozmawiać z samą zainteresowaną skoro chodziło o jej łono i nie mieszać w to jej koleżanek czy reszty zboru.

    Otto pokręcił głową w dezaprobacie.

    - Nie gramy tu w Wielką Grę, Sigismundusie Naszą misją, jest doprowadznie do powrotu sióstr. Cały zbór, Wojownicy Boga Krwi, Mędrcy Pana Zmian, Dewianci Węża i Nosiciele Chorób Ojczulka, musi działać razem, a nie przeciwko sobie. - mnich westchnął - Jeżeli jednak, to cię nie przekonuje. Soria jest córką jednej z czterech sióstr, wywyższonym championem. Sądzisz, że przeżyjesz jej gniew?

    Wiara Sigismundusa musiała być wielka albo niezbyt sobie cenił Sorię jaka co prawda była piękną i elegancką damą ale wydawała się pozornie kolejną kultystką Węża pokroju Pirory. Ot, kolejna szlachcianka o hedonistycznym charakterze, zblazowana i znudzona jaką bawią tylko kolejne intrygi, bale, stroje i romanse. Ale można było to zrozumieć bo na zborach i spotkaniach w jakich uczestniczyła Herold Soren nie zdradzała jakichś nadzwyczajnych umiejętności jak choćby wówczas przy Wrakowisku gdzie bez trudy przybrała swoją dziewczęcą formę przechodząc z wężowej syreny. Więc zapewne nie wydawała się Sigismudusowi jakoś bardzo groźną przeciwniczką.

    - Ja słyszałem, że ona umie się zmieniać w coś większego. Podsłuchałem ja te ladacznice mówiły jak wróciły z tym ich ołtarzem. No i podobno nie jest człowiekiem. Nie tak jak my. - Strupas za to jako urodzony żebrak i bezdomny wychowany na ulicy też nie był świadkiem tego wszystkiego ale miał sporą dozę instynktu samozachowawczego i jakimś pradawnym istotom wolał się nie narażać. Nawet jeśli pozornie wyglądały na kolejne, nudne hedonistki zajęte tylko przyjemnościami alkowy. Po namyśle aptekarz pokiwał wolno głową.

    - No dobra. Niech ci będzie. Uważam, że to strata czasu bo wystarczyłoby ją zapłodnić i poczekać co z tego wyjdzie. Ale dobra, niech ci będzie. Ich jest więcej to zobaczysz, że zaczną się drzeć, narobią larum, strzelą fochem, poruszą cyckami i kuprami i będzie tak jak one chcą. Wszyscy się na to nabierają i im ustępują. Dlatego się tak panoszą i rozrastają jak czyrak. - aptekarz ostatecznie zgodził się poczekać z wszelkimi manewrami względem bladolicej Bretonki do spotkania ze zborem. Albo chociaż Sorią i Starszym. Wyglądało jednak na to, że niezbyt wierzy w ich zgodę na użycie Fabienne do takiego szlachetnego eksperymentu jaki chętnie by przeprowadził.

    - Jak same nie chcą to by mogły chociaż jakieś zastępstwo znaleźć. Przecież my nie robimy tego dla siebie. Tylko dla całego miasta i zboru. Sam mistrz mówił, że to mamy wypuścić na balu czy czymś takim, żeby rozlać błogosławieństwa po tych tłustych, bogatych, nażartych ryjach jakie się pasą na naszym głodzie i krzywdzie. - garbus był mniej stanowczy ale widocznie też miał żal do koleżanek, że nijak nie wspierają ich w tym wysiłku roznoszenia błogosławieństwa Oster.

    - No koledzy, a jak wy się przykładacie do szerzenia prawd Soren? Nie widziałem, abyście chodzili i rozlewali krew ku uciesze Khorna. Nie spodziewajcie się od innych, czego sami nie robicie. - mnich ponownie westchnął - Biedny Vigo, odszedł nie mogąc zobaczyć własnymi oczami piękna, które przepowiedział. Moglibyśmy przygotować go do pochówku… zastanawiam się, czy jeżeli jego ciało ciągle jest legowiskiem dla chorób Ojczulka, to czy pochowanie go w mało… szczelny sposób, mogłoby zakazić ziemię, ale wody gruntowe.

    - Nas nie interesują takie wyuzdane zabawy jak one to robią non stop. - Strupas pozwolił sobie na okazanie intelektualnej wyższości nad grupą hedonistycznych kultystek.

    - I tym razem chodzi o część planu z balem i tak dalej jaki nam zadał mistrz. A nie o coś co robimy dla tylko swojej przyjemności. - westchnął aptekarz nadal czując się pokrzywdzonym w tej sprawie, zwłaszcza przez ładniejsze i gładsze koleżanki.

    - A ciało no mamy wciąż w piwnicy. Myślałem, że będziesz chciał je zabrać do hospicjum aby im pokazać czy coś takiego. - gospodarz machnął ręką jakby stracił nadzieję, że chociaż Otto przekona do swoich racji i zaczął omawiać sprawę pochówku pacjenta jakiego parę dni temu im przywiózł.

    - Wody gruntowe to głęboko by kopać. To chyba jeszcze pod kanałami. Można by odkroić coś i wrzucić do którejś studni. Może ktoś coś złapie za błogosławieństwo zanim się zorientują, że woda zatruta. - zaproponował żebrak coś podobnego ale wymagającego o wiele mniejszego wysiłku.

    - No ale to zależy od tego czy chcesz zabrać ciało czy nie. Jak trzeba jakiś kwit złożyć to lepiej zabierz aby się ciebie nie czepiali. - dodał życzliwie aptekarz aby kolega z powodu dobrych chęci nie miał jakichś kłopotów.

    - Jak wygląda? Jeżeli jego stan mógłby stwierdzić na działania Ojczulka… będziecie musieli go oczyścić. - Otto westchnął - Przyjadę jutro z wozem, aby go przetransportować. - mnich wyglądał na zmęczonego - Pomyślcie o tym w ten sposób, znoszenie tych niedogodności, też jest metodą czczenia Ojczulka. Tak samo jak Nurgle jest panem Plag, Śmierci i Odrodzin. Jest też bogiem przeciwstawiania się trudnościom życia.

    - No tak, tak, oczywiście masz rację Otto. Ot po prostu czasem chciałbym aby nasza rodzina patrzyła i traktowała nas nieco łaskawszym okiem. Sam widzisz, te ladacznice co chwila się przechwalają z kim nie skończyły w łóżku a jak trzeba jedną czy dwie skołować na eksperymenty to nagle woda w usta i nie ma tematu. No nic to. Może się uda jakieś skołować na mieście. Albo się odwiedzi naszych podziemnych przyjaciół? Też wzięli jedną tam do siebie nie? Może by się wymienili na coś? Zobaczymy. To nas nie powstrzyma, najwyżej trochę opóźni. Mam nadzieję, że Merga pójdzie po rozum do swojej ślicznie rogatej głowy i nie będzie tych przepisów trzymać w nieskończoność u siebie. - aptekarz machnął ręką zrezygnowany i nieco przygnębiony. Ale wziął się w garść i spróbował spojrzeć na to z jaśniejszej strony, jakby nawet przy braku wsparcia ze strony ladacznic też miał jakieś pomysły jak to obejść.

    - A ten Vigo wygląda teraz lepiej niż kiedykolwiek! - zaśmiał się Strupas ze złośliwej uciechy jakby też chciał zmienić temat na jakiś przyjemniejszy. - Bardzo dojrzały! I tchnie słodką wonią rozkładu! Ale jeszcze jak to świeży zdechlak. Na dole chłodno to jeszcze nie zaczął się rozkładać na całego. Możesz go zabrać bez żadnych kłopotów, raczej jak widzieli w jakim jest stanie ci twoi ojczulkowie to nie powinni być zdziwieni. - powiedział radośnie na znak, że jemu samemu taki stan truposza odpowiada no ale rozumiał, że społeczeństwo ma odmienne od niego standardy piękna. I jego zdaniem spokojnie jutro kolega mógł go zabrać i bez wstydu pokazać braciom z hospicjum.

    - Dziękuję chłopaki. Pracujcie dalej, a owoce waszych trudów będą dorodniejsze niż sobie wyobrażacie. - Pozostawił dwóch Nurglitów ich pracom i zaczął iść do karczmy na spotkanie z Joachimem. Przy okazji planował następny dzień. Rano będzie musiał zawieść Vigo do hospicjum i załatwić sprawę aktu zgonu. Potem dalsza obserwacja pacjentów, szczególnie Georga. Dar Tzeentcha może okazać się niebywałym źródłem wiedzy. Odwiedzi chyba jeszcze raz Pirorę i Lady Sorię, o ile nie chce działać za plecami Sigismundusa i Strupasa, ale podejrzewał, że może być bardziej dyplomatyczny niż dwójka sług Nurgla. Spojrzał w niebo, przypominając sobie powód przybycia do tego miasta. Tom Prawd, który otworzył oczy jemu i jego braciom, spłonął razem z jego dawnym klasztorem. Jednak jego treści są ciągle gdzieś w mnichu. W jego krwi, kościach, duszy… chociaż nawet pod czułym dotykiem najlepszego kata, nie byłby w stanie ich przywołać. Musiał znaleźć sposób, aby przypomnieć sobie te prawdy i przelać je na papier.


    Karczma "Czarny Kogut"

    Otto wkroczył wieczorem do karczmy, rozglądając się za Joachimem. Umówili się na spotkanie, więc najwyższa pora do niego doprowadzić. Usiadł naprzeciwko magistra z dwoma kuflami piwa.

    - Bracie, miło cię znowu widzieć.

    - Dziękuję, mi również, bracie - Joachim postawił przed sobą jeden z kuflów ale na razie nie pił.
    - Ostatnio dużo się u nas dzieje, prawda? Byliśmy obaj na…- zawahał się na chwilę, odrobinę speszony - imprezie u Pirory, ale nie mieliśmy okazji porozmawiać. Ja pomogłem odnaleźć Sorię i ołtarz, a tym czym się ostatnio zajmujesz?

    - Wiem, że nie partycypowałem za bardzo podczas waszych igraszek na plaży, ale też byłem przy znalezieniu Sorii, bracie. A tak… - Otto wziął głębszy oddech - Pomogłem Sigismundusowi odnaleźć ołtarz Oster razem z jego strażnikiem, darami i zwojami zawierającymi tajną wiedzę, zainicjowałem plan, aby wmieszać Sorie w populację miasta, rozpoznałem piątkę potencjalnych nowych kultystów w hospicjum i razem z Pirorą, Sorią i Fabienne wydostaniemy wkrótce trójkę z nich. - Otto nie przechwalał się tą listą, bardziej starał się wymienić wszystko, żeby nie zanudzać niepotrzebnie rozmowy - A co do imprezy u Pirory… nie sądziłem, że masz tego typu ciągoty.

    Joachim rozszerzył oczy, zaskoczony. Wyglądało na to, że Otto ma osiągnięcia nie gorsze od niego, jeśli nie lepsze.

    - No to gratulacje, mamy już w takim razie dwa ołtarze z 4, ja teraz zajmuje się odnalezieniem tego mi najbliższego. I mówisz że odnalazłeś aż 3 potencjalnych rekrutów w tym hospicjum? A wiesz, czy mają skłonności do konkretnych z naszych patronów?

    Zaś co do moich ciągot….- zawahał się na chwilę, nieco zawstydzony.

    - Przyjemności cielesne nie są dla mnie najważniejsze, ale to nie oznacza, że nie mają swoich zastosowań, byłem ciekaw tych praktyk.

    - Dobrze jest poszerzać horyzonty. - zapewnił mnich - Co do skłonności. Jedna jest powiązana z Soren. Więc, Pirora i Soria ją przygarną. Druga ewidentnie słyszy Norrę, więc zobaczymy co z nią wyjdzie. Trzeci… może być po prostu zwykłym rozbójnikiem z kłopotami kontroli. Był jeszcze jeden, ale niestety nie żyje, umarł u Sigismundusa. Ten słyszał Oster. Mam jeszcze jednego, od Vesty, ale on ciągle jest w hospicjum. Obserwuje go bo ostatnio miał spokojny dzień.

    - Hm, Vesty powiadasz? Chętnie bym się dowiedział o nim coś więcej w takim razie, może nawet spotkał. I jak trudno jest ich wydostać? - Joachim ewidentnie zainteresował się pozyskaniem ewentualnego współwyznawcy.

    - Nie, jeżeli sakwę masz większą niż rozsądek. - rzucił Otto - Natomiast wciągać tam magistra… może, by się udało. Musiałbym ustalić to z przeorem.

    - Spróbuj namówić przeora bym mnie tam wpuścił, docenię to - odparł dobitnie czarodziej, nie chcąc odpuścić tego tematu.

    - Sądzisz, że twoja magia, byłaby w stanie zgłębić umysł dotkniętych szaleństwem? Potrzebuje powodu ponad, "Spotkałem maga, chce poszturchać Georga laską. Płaci". - zaczął Otto - To jest miejsce leczenie, więc muszę go przekonać, że twoja obecność pomoże.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #68

      Oryginalny autor: Pipboy79

      Oryginalny tytuł: Tura 20 - 2519.07.07; bkt; rano - popołudnie

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
      Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
      Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąb

      Joachim

      Dzień zaczął się dla Joachima bardzo wcześnie. Spał niespokojnie. Coś mu się śniło. Jak go obudziło pukanie do drzwi to przerwało. Ale może lepiej? To chyba nie był zbyt przyjemny sen. Jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiał marsz to znów je wyczuwał. Gdy się znów odwracał to nadal nic nie dostrzegał. Za każdym razem jednak gdy wznawiał marsz to coś było coraz bliżej. Miał wrażenie, że już jest na ostatni skok za nim, tuż przed wybiciem się do skoku aby rzucić mu się na plecy i mu je rozpruć gdy wybudziło go te pukanie. Jak rzucił okiem na okiennice to jeszcze była szarówka przedświtu. Jako, że miał wolny zawód a nie dajmy na to taka regularną pracę jak Otto to mógł sobie pozwolić na większą swobodę w rozpoczynaniu nowego dnia. Dlatego tak wcześnie to raczej nie wstawał. Pukanie ponowiło się. W końcu jak zezwolił to wszedł Gunther.

      - Aaron przyszedł. Troche od niego zalatuje. Chyba ma kaca. - oznajmił mu ochroniarz w ramach powitania. Po tym jak się gospodarz przygotował na to spotkanie to rzeczywiście okazało się, że to były szary magister. Chyba rozczochrany bardziej niż zwykle.

      - O jesteś. Dobrze. Szukałem cię. - powiedział nieco roztargnionym tonem ale szybko chwycił za kubek podany przez Svena i wypił go duszkiem. W spojrzeniu służacego było sporo sceptycyzmu co do widoku postaci jaka wyglądała niewiele lepiej jak jakiś żebrak. Mniej śmierdziała ale jednak zalatywało od niej winem i w całości nie wyglądała zbyt świeżo. Aaron jednak dał znać, że chce pogadać i poczekał aż Joachim załatwi im warunki do dyskretnej rozmowy. Wtedy dopiero jak zostali sami zaczął mówić.

      - Ale miałem sen. Aż z łóżka spadłem. Naprawdę. A tam cholera była butelka i zobacz, rozciąłem sobie rękę. - powiedział pokazując świeże rozciecie na dłoni. Nie było zbyt poważne ale pewnie też nie był to najprzyjemniejszy sposób na rozpoczęcie nowego dnia.

      - Froya mi się śniła. Wiesz ta ładniusia laleczka co to pół miasta się do niej ślini. Jej krew jest ważna. Potrzebna. Jakiś rytuał trzeba z jej krwią zrobić. Zdobyć jej krew i zrobić rytuał. Trzeba sprawdzić jej krew. Coś wtedy wyjdzie. Coś ważnego. Widziałem kielich z kroplami jej krwi, i świece, magiczne glify i wzory. No magiczny rytuał pełną gębą. Ale nie pamiętam co tam było. Tylko, że trzeba mieć jej krew i zrobić jakiś rytuał. To pomyślałem, że ci powiem zanim znów się nawalę i zapomnę. Wiesz jak to ze snami, najlepiej się pamięta na świeżo. Potem ulatują i pamięta się jeszcze mniej. Ja też czuję jak mi już uleciała część. Miałem iść do Mergi bo ona jest dobra w takie klocki. No ale do ciebie miałem bliżej. Może odsapnę, złapię oddech i do niej pójdę. Zanim resztę zapomnę. Ona jeszcze jest w mieście? Bo miała wypłynąć. No dobra jest w takie rzeczy. Może jej też coś się śniło? A tobie? Śniło ci się coś? A w ogóle masz jakieś wino? Zobacz co ten twój mi nalał. Już puste. I butelkę zabrał. Cham jeden. Co on myśli, że jakiś żebrak albo pijus jestem? Skołujesz coś do picia? Suszy mnie. - Aaron mówił szybko i bez większego ładu czy składu. Wydawało się jednak, że sen go na tyle poruszył, że mimo kaca którego zdawał się mieć, zmusił się do wyjścia o tak wczesnej porze i podzielenia się z kimś swoim snem. A do kryjówki Mergi pod zwaloną wieżą to rzeczywiście był jeszcze spory kawałek bo Joachim mieszkał w Zachodniej Dzielnicy i to prawie przy samych murach a jej kryjówka była w Południowej, dobre pacierz albo i dwa marszu. A ze snami szary magister miał rację z tym, że najlepiej je było pamiętać od razu po przebudzeniu. Potem zaczynała się proza codziennego życia jaka skutecznie rozpraszała te senne wrażenia zostawiając tylko niektóre, najbardziej trwałe momenty albo tylko ogólne wrażenie o co chodziło.

      Po wizycie kolegi ze zboru to już była taka pora, że niekoniecznie było sens kłaść się znowu spać. Zrobił się ranek. Dość pochmurny. I z tych chmur zaczął padać deszcz. Więc nie było zbyt przyjemnie. Krople zbierały się w końcu na samym dnie miasta. Czyli na kamiennych łbach bruku i w rynsztokach. A tam gdzie nie było tych oznak cywilizacji to na śliskich od wilgoci i błota deskach położonych jako kładku lub po prostu w gnoju i błocie ulicy. Zanim zdążył się wybrać do Akademii pod front budynku przyjechała dorożka. A z niego wyszedł ktoś odziany w kaptur i zaraz potem dał się słyszeć dzwonek u drzwi. Po chwili wszedł jakiś jak się okazało służący w liberii.

      - Dzień dobry. Nazywam się Paul i jestem sługą czcigodnego barona von Wirsberg. Jaśnie pan zaniemógł z powodu nocnej niemocy. A hrabina van Hansen polecała pana magistra jako astrologa więc pan baron po pana posłał. - służący przedstawił się z namaszczeniem a także swojego wielkiego pana jakiego reprezentował. Bo skoro ktoś był baronem to stał o oczko czy dwa wyżej od zwykłej szlachty. Brzmiało jakby chodziło o jakieś senne sprawy skoro posłano po astrologa a nie cyrulika. No i widocznie pan baron znał się z hrabiną van Hansen a więc pewnie i z resztą jej rodziny. Ale to właśnie lady van Hansen była zafascynowana astrologią i metafizyką. Więc kurtuazja podpowiadała, że nie wypada odmówić pomocy takiemu wezwaniu. Zapewne pan baron wspomni hrabinie jak się sprawił polecany przez nią astrolog.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
      Czas: 2519.07.07; Backertag; południe
      Warunki: gabinet rektora, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanie

      Joachim

      Jak w końcu Joachim dotarł do północnych dzielnic gdzie znajdowała się Akademia to był już środek dnia. Poranny deszcz pozostawił po sobie błocko i kałuże ale na niebie świeciło pogodne słoneczko i skrzeczały mewy. Gdy znalazł się blisko nabrzeża dało się wyczuć morski, wilgotny zapach jaki zagłuszał ten z gnoju i błota jakim wypełnione były ulice. Chociaż to akurat i w samym Altdorfie aż tak się nie różniło. Gdy magister przeszedł przez frontową bramę znów znalazł się na recepcji i spotkał tam znajomego już skrybę. Phillippe przywitał go ciepłym uśmiechem więc widocznie nie zapamiętał wczorajszego wspólnego posiłku “Pod jabłonią” jako czegoś nieprzyjemnego.

      - Pochwalony Joachimie. Jednak pofatygowałeś się osobiście? - zagaił go przyjaznym tonem. Poczekał aż podejdzie do jego biurka aby swobodnie rozmawiać.

      - Mam dla ciebie dobre wieści. Poszedłem dzisiaj rano do naszego rektora i powiedziałem mu co wczoraj mówiłeś o tych magazynach i tak dalej. Profesor von Vogel potraktował to poważnie i poprosił posłać po ciebie. - poinformował go skryba i widocznie jak rektor posłał wiadomość do niego to być może się rozminęli. Ale skoro już tu był to na jedno właściwie wyszło. Phillippe powiedział mu jak to ma dojść do odpowiedniego budynku, piętra i gabinetu. Ale tam okazało się, że Joachim musi poczekać bo w tej chwili profesor prowadził zajęcia. Asystentka rektora zadbała jednak o jego wygodę proponując ciasteczka i coś do picia gościowi. Sama też wyglądała całkiem interesująco chociaż zachowywała się z umiarem stosownym do jej stanowiska i miejsca w jakim się znajdowali. Zaproponowała, że może się przejść na spacer jeśli ma ochotę bo rektor i tak musi dokończyć zajęcia dla studentów. Rzeczywiście sam profesor pokazał się ze dwa pacierze później. Szedł energicznie, mimo, że na oko to był pewnie ze dwa razy starszy od Joachima. Odziany w ciemną togę, niby prostą i bez ozdbó ale z bliska widać było, dyskretną elegancję wykonania. Jedyną ozdobą była złota brosza z bursztynem z logiem Akademii. Mężczyzna nieco łysiał ale energii mu widocznie nie brakowało. Asystentka przedstawiła gościa gospodarzowi a ten uśmiechnął się i podał mu rękę zapraszając do swojego gabinetu.

      https://i.imgur.com/cSNTv27.jpg

      - Kolega wybaczy, że musiał czekać. Służba edukacji wymaga poświęceń. Prosiłem aby posłali po kolegę i świetnie, że udało ci się tak szybko dotrzeć. - powiedział odkładajac jakieś księgi na regał obok jego biurka i kładąc torbę jaką niósł na ramieniu gdzies obok wygodnego krzesła. Zresztą samo biurko też wyglądało na takie jakiego w banku, dworku szlacheckim, czy na altdorfskiej uczelni też by się nie było czego wstydzić. I jak było widać dominowała tematyka morska co biorac pod uwagę profil miasta i uczelni nie powinno dziwić.

      - Coś do picia? Mam nadzieję, że Angelica zadbała o twoje wygody? - zaproponował gospodarz wskazując na barek wypełniony sporą ilością butelek. - Polecam kislevski miód o jabłkowym posmaku. Palce lizać, ostatnio go dostałem i bardzo mi posmakował. Ale oczywiście co tam kolega sobie życzy. - zagaił jak wypadało dobremu gospodarzowi. Poczekał aż się na coś zdecyduje nim nie wręczył mu ozdobnego w malowane statki kubka a sam z podobnym zajął miejsce naprzeciwko.

      - Dzieło naszych studentów. Częścią kursów, zwłaszcza dla cieśli i kowali jest wytwarzanie potrzebnych na statku narzędzi, mechanizmów i bibelotów. Między innymi takich kubków. A niektórzy naprawdę mają do tego smykałkę. Jak kolega widzi kubki w środku są okrągłe ale na zewnątrz kanciaste. Na morzu jak się przewrócą to się nie turlają po całym pokładzie jak takie okrągłe. - wyjaśnił pokrótce dlaczego te kanciaste, ośmiokątne kubki są drewniane i mają tak nietypowy kształt. Upił ze swojego kubka po czym spojrzał na swojego gościa z ciekawością. Właściwie to wcześniej Joachim już go widział tam czy tu na jakimś balu u van Hansenów, u van Zee czy nawet na jakiejś wystawie u Pirory i nawet chyba ktoś ich sobie już raz czy dwa przedstawiał. Ale po prawdzie na spokojnie to rozmawiali pierwszy raz.

      - To co tam kolega ma za wieści? Bo to co mi rano powiedział Philipp no brzmiało powiedzmy, że zastanawiająco. Dlatego chciałem się rozmówić z kolegą osobiście. O co właściwie chodzi z tymi magazynami? - zagaił gdy przystąpił do właściwej rozmowy. Wydawał się być ostrożnie zaciekawiony ale chciał pozwolić gościowi aby przedstawił sprawę po swojemu.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
      Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
      Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

      Joachim

      Po powrocie z Akademii do siebie młody astrolog znów miał gościa. I tak jak wczoraj znów była to Lilly. Służący ją wpuścił a wesoła dziewczyna o liliowych włosach i ciut infantylnym ale za to wesołym charakterze mutantka weszła do pomieszczenia.

      - Mam wieści. Od Mergi i od Starszego. - zaczęła gdy poczekała aż zostaną sami. Po czym szybko streściła co miała do powiedzenia. Dziewczynom nieźle poszło rozpoznanie świątyni Mananna i uznały, że sprawa jest do załatwienia. Więc potrzebowały pomocy reszty zboru w zorganiozwaniu akcji. Dziś wieczorem w kryjówce pod wieżą miało być spotkanie. Trzeba było obgadać szczegóły jak się zabrać do tego świątynnego skarbu.

      - A poza tym Starszy dzisiaj do nas przyszedł. I oboje uznali, że z tymi zwojami Oster to jednak trzeba rozmówić się na spokojnie. Bo jak już świątynia będzie zrobiona to znów się całe miasto zagotuje to może nie być czasu na jakieś wykłady. To lepiej teraz. I zobaczymy kto przyjdzie bo to trochę niespodziewanie ale i tak sporo osób powinno przyjść bo dziewczyny chcą omówić jak zrobić ten domek. Znaczy świątynie. Ale jakby nie to jutro też można. Merdze i Starszemu zależy aby to usłyszał cały zbór to jakby się sprawa przeciągnęła do Angestag to może Merga te zwoje omówi wtedy. Ale to częściowo zależy własnie jak sprawa pójdzie z tą świątynią. Jak będzie sporo osób to może i dzisiaj to czcigodna omówi. - Lilly przekazała mu wieści od najwazniejszej dwójki w ich zborze. Wyglądało na to, że będzie wieczorem o czym rozmawiać skoro chodziło i o rabunek skabrca świątynnego i o omówienie dziedzictwa Oster. Ale też zależało to od tego kto i ilu przybędzie dzisiaj bo trochę to mało czasu było na przygotowania i zapewne nie wszyscy by mogli przybyć tak nagle. Prawie na koniec dodała trochę chyba rozbawiona, że jeszcze zanim mistrz przyszedł do ich podziemi to przyczłapał się Aaron. Ale był tak nawalony, że jego mamrotania nie dało się zbyt wiele zrozumieć. Tylko, że coś o Froyi, i krwi, i że już to wyjaśniał Joachimowi i ten wszystko wie. A potem się ululał. Więc no Merga wywnioskowała, że pewnie rozmawiał wcześniej z drugim z ich magistrów to też prosiła aby ten przybył i to jakoś rozjaśnił. Bo potem co prawda szary czarodziej wstał ale pamiętał jeszcze mniej niż rano.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
      Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
      Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąb

      Otto

      Ranek zaczął się dla jednookiego nieco mniej wcześniej niż ostatnio. Bo tym razem nie miał żadnych spraw do załatwienia przed swoją poranną zmianą w hospicjum. Za to mimo deszczu miał całkiem miłą niespodziankę z rana.

      - Pochwalony ojcze. Proszę umiłuj się nad skruszoną ladacznicą i wyznacz jej surową pokutę aby mogła konteplować swoje grzechy. - rzekła mu słodko uwodzicielskim tonem stojąca w drzwiach Burgund. Znów była ubrana w ten biały czepek i szaroburą suknię po same kostki, że wyglądała jak młoda, pokorna dewotka. Nawet jej słowa pasowały do jej ubioru. Tylko ton był jawnie kpiący i kokieteryjny co w połączeniu z bezczelnym uśmieszkiem łotrzycy jawnie wypaczało sens tych pokornych słów. Ale jak się okazało kamratka Łasicy nie przyszła dla przyjemności tak wczesną porą. Okazało się, że tak jak wczoraj była na robocie.

      - Łasica już poszła na jutrznię. Ja też zaraz idę ale się spóźnię. Do zrobienia ten domek. Sprzątałyśmy wczoraj także piwnicę i widziałyśmy tych dwóch cieci od morrytów. Stoją tam jak kołki i tylko się gapią. Trochę ich zagadywałyśmy, pokręciłyśmy kuperkami, no Łasica to tak im się ślicznie wypinała jak na czworakach zmywała podłogę, że nic tylko zadrzeć jej spódnicę i brać aż wióry by leciały. I to przez cały korytarz! Coraz bliżej do nich bo od schodów zaczęła. A ci nic. No szkoda. Byłoby może nieco zabawy. Ale nic to. Widziałyśmy te drzwi, z paru kroków ale jednak. Solidne, mocne zamki ale chyba byśmy dały radę. Zwłąszcza jakbyśmy miały klucze. Ale te kołki nie mają. Pewnie przeor ma albo dowódca straży. A coś mi chyba świta, że on Bretończyk i sobie ostatnio po mszy poćeirkali co nieco z naszą Fabi w swoim języku. Będziemy musiały z nią pogadać czy coś by się dało ugrać z nią z tymi kluczami. Nam by chwila wystarczyła, żeby je zdjąć i zrobić odbitkę. Niech się na coś przyda ta landara jak ma przyjemność bycia naszą niewolnicą prawda? Przecież nam się też coś należy za to, że ją ciągle biczujemy, kneblujemy, poniewieramy i pozwalamy całować się po stopach prawda? - Burgund całkiem szybko streściła mnichowi jak to wczoraj im obu poszło to buszowanie po świątyni. I jej ekscytacja świadczyła, że uważają za sprawę do zrobienia. Chociaż było jeszcze parę przeszkód do pokonania. I nieco ironicznie podchodziła do uległych preferencji bretońśkiek szlachcianki chociaż w gruncie rzeczy brzmiało jakby też czerpały sporo satysfakcji z takich z nią zabaw.

      - No i tutaj też prośba do ciebie. Dałbyś radę z tego swojego hospicjum wynieść coś nasennego? Bo jak tych kołków poczęstowałyśmy wczoraj posiłkiem i winem to wzięli i jedli. Jakby im dodać czegoś na zdrowy sen to by nam ułatwiło całą robotę. Tylko takie coś co nie zmienia smaku, zapachu, nie zostawia żadnego nalotu i tak dalej. Nie musi być na dzisiaj no ale jak najprędzej. Pewnie można by pójść do Sigismundusa bo na pewno ma coś takiego ale nie ufamy mu, że czegoś nie dosypia aby chwalić swojego Ojczulka a poza tym jest obleśny. Znaczy jak chcesz to możesz iść do niego no ale nam się nie bardzo chciało. - wyjaśniła wreszcie jakiej pomocy oczekuje od Otto. Ten zaś wiedział, że apteka i umiejętności ich nurglowatego kolegi prawie na pewno mają coś czego by potrzebowały dziewczęta na tą akcję. Ale widocznie niechęć była u obu stron dość odwzajemniona. Zaś w hospicjum oczywiście mieli rózne ziółka i wywary, także do uspokajania pacjentów. Chociaz jakby zawęzić do tego aby nie pozostawiało śladów to znacznie mniej. Zapewne musiałby udać się do herbarium i sprawdzić co by mieli na stanie. I to zapewne tak aby nie natrafić na jakiegoś podejrzliwego brata. A akurat najczęściej urzędował tam brat Theofil który traktował ziołolecznictwo jako sztukę iście królewską i najważniejszą ze wszystkich w ich hospicjum a herbarium jak swój prywatny skarbczyk. Zapewne by trzeba jakoś to załatwić jak go akurat tam nie będzie albo podać mu sensowny powód dla jakiego by potrzebował takich nasennych ziół w większej ilości. W każdym razie Burgund spieszyła się aby dołączyć do Łasicy i dalej pod przykrywką skruszonych grzesznic prowadzić rozpoznanie pod planowaną akcję. Nie była pewna kiedy skończą, wczoraj ich Absalon zwolnił dopiero pod koniec dnia, ale potem zamierzały się udać do kryjówki Mergi bo już pewnie trzeba by zacząć jakieś planowanie.


      W samym zaś hospicjum wieści o śmierci Vigo przyjęto ze spokojem. Jego śmierć nie była zaskoczeniem biorąc pod uwagę w jakim był kiepskim stanie. Więc braciszkowie chyba podobnie oceniali jego szanse jak Sigismundus po tym jak Otto mu go przywiózł. Przeor pokiwał głową ze zrozumieniem i kazał oporządzić wóz, osiołka i pojechać młodemu mnichowi po ciało. To mu zabrało większość poranka jazda w jedną i drugą stronę. No a w międzyczasie widział się ze swoimi kolegami nurglitami.

      - Wiesz Otto. Mnie może wczoraj trochę poniosło. Ja to jakbym mógł to bym zaczął z tymi jajami Oster od razu. Strasznie mi się dłuży. To mogę się czasem zapomnieć. Ale ty jesteś swój chłop. Weź tam pogadaj z Mergą, Starszym, nawet z tymi ladacznicami. O tej Fabienne, muchach i reszcie. Ty jesteś spokojniejszy. Ja też jestem ale nie jak mi na czymś zależy. A na tym zależy mi, że już wysiedzieć nie mogę. Nie śpię po nocach i o tym myślę. A teraz jak mówisz, że znalazłeś taką obiecującą nosicielkę no to już w ogóle. A się tam z nimi dogadujesz to weź tam z nimi o tym pogadaj co? - poprosił go dzisiaj rano aptekarz gdy widocznie przemyślał wczorajszą rozmowę. I nawet się zrobił dosć ugodowy gdy mógł złapać do sprawy nieco dystansu. Chociaż sam zdawał sobie sprawę, że ta gorączka wiedzy i wiary jaka go napędza gdy weźmie nad nim górę to robi się porywczy i prędki w słowach. Jak tydzień temu gdy się podczas zboru starł z Łasicą i szybko zaczęły lecieć grube słowa i wzajemne oskarżenia. Ale póki co pomógł Otto w załadowaniu ciała Vigo aby ten mógł wrócić do hospicjum.


      Po powrocie było ostatnie namaszczenie. Wezwano kapłanów Morra i zapanowała lekka konsternacja gdy przybyła kapłanka a nie kapłan. Do tego całkiem młoda. I pewnie większość braci ją rozpoznała jako Matkę Somnium. Tą jaka przyjechała z Salzenmundu na symboliczny pogrzeb księżnej. Kapłanka roztaczała wokół siebie chłód godny jej kapłańskiego stanu i patrona. Odprawiła ostatnią mszę za zmarłego. Miała silny ale przyjemny głos. Głos lidera i dyrygenta chóru. Dawało to spory kontrast do jej młodej twarzy. Zwłaszcza jeśli poza mszą prawie się nie odzywała więc trudno było usłyszeć jak mówi w zwykłej rozmowie. Po mszy przeor rozmawiał dłuższą chwilę z tak znamienitym i niecodziennym gościem. Bo zapewne wszyscy się spodziewali, że przybędzie któryś z lokalnych kapłanów i pojawienie się młodej kapłanki wszystkich mocno zaskoczyło. Chociaż podczas ostatniego Festag jej obecność i udział w uroczystościach pogrzebowych były nie do przegapienia. W pewnym momencie przoer wezwał do siebie Otto.

      - To właśnie jest Otto. To on zawiózł Vigo w ostatni Festag do znajomego aptekarza. Niestety ten też nie był w stanie mu pomóc. - przedstawił kapłance młodego mnicha a ta obrzuciła go uważnym, inteligentnym spojrzeniem swoich orzechowych oczu.

      - Miło mi cię poznać Otto. Troska o pacjenta godna pochwały. Wasz przeor mówił mi o zamieszaniu jakie tu mieliście w ostatni Festag. - morrytka pochwaliła skromnymi słowy działanie jednookiego mnicha. Okazało się, że gdy mówiła tak zwyczajnie miała całkiem przyjemny, dziewczęcy głos. Całkiem inny niż gdy śpiewała psalmy żałobne czy głosiła kazanie.

      - Matka przyjechała nas ostrzec, że taka nieprzyjemna sytuacja jak w zeszły Festag może się niestety powtórzyć. Wkrótce. - przeor powtórzył coś co widocznie właśnie rozmawiał z kapłanką i widać było, że to nie są dla niego radosne wieści. Przecież dopiero co kończyli remont po ostatniej rozróbie! Niektórzy pacjenci jak Annika czy Thorne wciąż byli w izolatkach a Marika chodziła w karnej włosiennicy. A tu przyjeżdża ta kapłanka i mówi takie coś… Ale część morrytów była też uzdolnionymi wieszczami, w końcu ich patron był także odpowiedzialny za sny, także te prorocze.

      - No niestety. Chciałabym mieć lepsze wieści ale… No są jakie są. Pomyślałam, że lepiej abyście byli uprzedzeni. - młoda morrytka przyznała z żalem ale chociaż nie były to radosne wieści to jednak chciała się z nimi podzielić z przeorem.

      Później jednak ciało Vigo załadowano na wóz i ubrana na czarno kapłanka ruszyła pierwsza jako skromny kondukt żałobny dla byłego pacjenta hospicjum w jego ostatnią drogę do ogrodów Morra. Zaś życie w przybytku dla ciężko chorych i obłąkanych wróciło do względnej normy.

      Thorn się uspokoił na tyle, że ograniczył się do patrzenia spode łba jak Otto do niego zajrzał. Ale to spojrzenie i tak było warte więcej niż setka słów. Na tyle charakterystyczne, że zapewne nie byłoby zbyt rozsądne dla jednookiego mnicha aby znalazł się w zasięgu pięści osiłka. Annika prawie nie istniała poza swoją celą. Posłała mu obojętne spojrzenie i na więcej się nie pofatygowała. Nadal nie sprawiała żadnych kłopotów ale karę izolacji miała tygodniową czyli dopiero w Festag miała opuścić tą celę. Podobnie zresztą jak Thorne. Marika wydawała się zaś ucieleśnieniem pracowitości i pokory. Bez słowa skargi chodziła w swojej ocierającej ciało włosiennicy i wykonywała wszelkie prace na terenie hospicjum. Głównie takie ciężkie i niewdzięczne jak zmywanie garów, mycie i szorowanie schodów i podłóg, pranie ciuchów i tego typu prace jakich minisi się nią chętnie wyręczali. Grzecznie przywitała się z młodym mnichem uśmiechając się do niego dość zalotnie. Ale póki nie reagował to nie wychodziła ze swojej roli pracowitej robotnicy. No i był jeszcze ten dziecięcy przygłup George jaki wydawał się być nieszkodliwym idiotą. Dzisiaj bawił się klockami jakie któryś z braci mu zrobił z odciętych kawałków taborecich nóg. Powstały mniej więcej równe kostki jakie George z mozołem i fascynacją układał jak klocki. Też przywitał się z mnichem ale poza tym nie wydawał się być nim bardziej zainteresowany niż swoimi, drewnianymi kostkami. Ciągle je przestawiał, układał, stawiał jedne na drugich jakby to całkowicie pochłaniało jego uwagę.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
      Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
      Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

      Otto

      Poranna zmiana w hospicjum kończyła się pod koniec dnia. Nieco krócej niż były otwarte większość sklepów i warsztatów bo te pracowały póki starczyło światła dnia. Otto nie miał tak daleko od siebie na Bursztynową bo ta dochodziła do Marktplatz w centrum miasta. A zimą właśnie tam udało się młodej Averlandzce kupić kamienicę po naprawdę dobrej cenie bo miała opinię nawiedzonej i przeklętej.

      Dzisiaj drzwi jak zwykle otworzyła mu ładna i zgrabna pokojówka panny van Dyke czyli Kristeen. Przywitała go jak należy, zaprowadziła do przedsionka i tradycyjnie poprosiła aby poczekał. Potem poszła na piętro do swojej pani zapewne powiedzieć kto przyszedł. Szybko wróciła i z pogodnym uśmiechem poprosiła aby udał się za nią. Tam, w salonie gdzie gospodyni zwykle przyjmowała gości zastał je obie. I jeszcze Lilly która ostatnio często robiła za kuriera Mergi skoro z nią mieszkała w podziemnej i nieco zatęchłej kryjówce pod zwaloną wieżą. Pokojówka wyszła a trójka kultystów została sama. Obie damy zajmowały się właśnie sobą. Dokładniej to gospodyni starannie malowała paznokcie stóp swojej milady. Na ciemny fiolet. Lilly przyglądała się temu z jawną fascynacją. Ale jak wszedł pomachała mu wesoło rączką na przywitanie.

      - Witaj Otto. Jak ci zleciał dzień? Jak się sprawują nasi wybrańcy? - zagaiła Soria pogodnym i wesołym tonem zdradzającym, że jest w dobrym humorze. I zachowywała się nonszalancko i swobodnie jakby to ona była tu władczynią i wszystko oraz wszyscy tutaj należeli do niej.

      - No. Opowiadaj. I co cię do nas sprowadza? - blondynka podniosła głowę i też obdarzyła go zaciekawionym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem. Obie wydawały się być zaciekawione losem trójki wybranych do adopcji pacjentów.

      - Lilly poczęstuj Otto. Na pewno mu zaschło w gardle od tego kurzu. - zaproponowała Soria znów zachowując się jak pani na włościach i swojej rezydencji. Ale jakoś żadna z pozostałych kultystek nawet się nad tym nie zająknęła. Kopytna odmieniec skinęła posłusznie głową i ruszyła do niewielkiego, eleganckiego stolika z butelkami aby zaproponować coś gościowi na zwilżenie gardła.

      - Aha i Lilly ma wieści od Mergi i Starszego. Dziś wieczór zebranie. Łasica i Burgund są przy nadziei, że uda się zrobić ten domek Mananna. Właśnie poszły do Mergi a ona wysłała Lilly. Wieczorem jest zebranie tam pod wieżą. Trzeba obgadać co kto może z tym numerem. - Averlandka mówiła dość wolno aby znów mogła się skupić na precyzyjnym malowaniu paznokci swojej milady. Ta pomagała jej w tym nie ruszając się, zwłaszcza nogami.

      - I Starszy jednak przekonał Mergę, że jeśli będzie okazja czyli jak większość z nas się stawi to jednak wyjaśni nam o co chodzi z tymi papirusami od Oster. Bo jak w mieście po tej robótce dziewczyn w domu bożym zrobi się głośno to może nie być okazji na jakieś dłuższe pogaduchy tylko trzeba się będzie pakować na statek i jazda do Norsci. - Soria dorzuciła swoje wieści jakie widocznie im przyniosła kopytna dziewczyna z liliowymi włosami. Ta nimi potrząsnęła na potwierdzenie i podeszła do Otto z eleganckim szkłem wypełnionym trunkiem jaki sobie życzył.

      - Przyszła też wiadomość od Grubsona. - Averlandka zanim namoczyła pędzelek barwnikiem wskazała na otwartą kopertę leżącą na stole. - Na jutro zaprasza na przymierzanie tej zamówionej sukni. Dobrze. W sam raz. Jakby Soria była z niej zadowolona mogłaby ją ubrać na wieczór u Kamili. Będziemy ją czarować. Może znów dla niej straci głowę jak dla Rose skoro ma słabość do wyjątkowych kobiet z dalekich stron i dzielnych awanturniczek. Już rozmawiałam z Fabi i obiecała pomóc robić to wrażenie. - wyjaśniła jakby przypomniała sobie o ich planach na jutro. Słysząc to dama z ciemnymi, grubymi warkoczami jaka była dość nietypową fryzurą zaśmiała się cicho.

      - Oh ja jak chcę to na każdym mogę zrobić wrażenie tak, że tracą dla mnie głowy. Rzadko ktoś mi się potrafi oprzeć. I rzadko ktoś próbuje. Widziałaś wczoraj Annikę? A taka twarda i zła, zbuntowana była i zimna i w ogóle. A tylko ją musnęłam. No ale ma to jednak swoje ograniczenia i jak mamy się obyć bez skandalu to lepiej aby Kamilka dała się złapać na lep po dobroci. To by wszystko bardzo ułatwiło. Skoro jednak z tą Rose było tak jak mówisz to jestem dobrej myśli. - Herold Pajęczej Królowej pozwoliła sobie na okazanie nieco próżności ale wydawała się być pewna siebie i swojego zwycięstwa nad ciemnoskórą szlachcianką do jakiej były zaproszone na jutro wieczór. Lilly uśmiechnęła się na te słowa ale Pirora już całkiem śmiało i szczerze. W końcu ona towarzyszyła wczoraj milady podczas wizyty w hospicjum więc była świadkiem tego co tam się działo.

      - I chyba wreszcie wymyśliłam jak skusić Fabi na właściwą stronę. Lilly mnie natchnęła jak opowiadała o tej opiece nad Gustawem. Taki duży chłopiec a tak się tam sam marnuje w ogóle nie używany w tych podziemiach. A jak Fabi tak lubi egzotykę, poznawać nowe smaki i aż przebiera nóżkami aby poznać Gnaka i jego kolegów, jakoś nie raziło jej jak w żartach zaproponowałam jej spróbowanie się z jakimś pieskiem czy koziołkiem, to myślę, że i z Gustawem nie powinna wybrzydzać. Troszkę się zastanawiałyśmy czy to bezpieczne bo trzeba by go kanałami przemieścić do mnie do loszku tym dolnym wejściem. To jest trochę roboty. No i trzeba by poczekać aż mu te ziółka uspokajające zejdą aby był w pełni sił. A trochę nie wiadomo co może wtedy zrobić. I czy mu tam wszystko działa jak należy po tak długim czasie. I czy zrozumie czego od niego oczekujemy. No ale milady mówi, że ma na to sposoby i w razie czego pomoże i obroni. Więc chyba mamy plan na niespodziankę dla Fabi. Nie wiem czy w ten Konistag się wyrobimy ale jak nie to w Festag albo Wellentag. Bo w Aubentag to już pełnia, w dzień byśmy wyjeżdzały z miasta. A jak się z Gustawem nie wyrobimy to zostanie na później, może po tej pełni. - Pirora pochwaliła się koledze jaki ma plan na niespodziankę dla swojej uległej, bretońskiej koleżanki. Soria pokiwała głową na znak, że to akceptuje i w razie czego pomoże.

      - Tylko jeszcze czekamy na nasze urocze łotrzyce bo szkoda aby je ominęła taka zabawa. Ale oczywiście ty też byś był mile widziany gdybyś uraczył nas swoją gościną i atencją. - dodała od siebie milady bo wyglądało to na tak świeży pomysł, że jeszcze nie zdążyły go obgadać nawet z obiema ulicznicami nie mówiąc już o innych.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #69

        Oryginalny autor: Seachmall

        Ranek, mieszkanie Otto

        - Pochwalony. - odpowiedział kobiecie, równie poważnym tonem mężczyzna - Pokuta, pokuta… oh, załóż jak najciaśniejszą bieliznę, tak aby uciskała gdzie trzeba. I nie wyżyj się cały dzień na nikim. Pamiętaj, przyjemność nie jedyna strona Węża i nie jedyna strona przyjemności. - skinął kobiecie głową i wysłuchał jej opowieści o poczynaniach jej i Łasicy w świątyni - Cieszy mnie wasz profesjonalizm dziewczyny, sądzicie, że uda wam się znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego? Dobrze by było zrzucić winę na kogoś. - zastanowił się chwilę na pytanie co do środków nasennych - Może uda mi się coś załatwić, zawsze możecie pójść do Sigismundusa, zacieśnić więzi wewnątrz rodziny.

        Sądząc po tym jak się Burgund skrzywiła to niezbyt miała ochotę na wizytę i spotkanie z Sigismundusem ani na zacieśnianie z nim więzów rodzinnych. I innych chyba też nie. Ale poza tym reszty słów gospodarza wysłuchała całkiem chętnie i uważnie.

        - A właśnie z tym kozłem ofiarnym. - zaczęła jakby słowa jednookiego mnicha o czymś jej przypomniały. - No jak zrobimy ten numer z ich skarbczykiem to pewnie ich to ruszy tak jak zimą po kazamatach. Będą szukać świętokradców i tak dalej. No to braciszek Absalon raczej nie zapomni o tobie jak nas jemu przedstawiłeś. To najwyżej mów, że nas nie znasz i przyszłyśmy do ciebie po mszy w ostatni Festag czy co. My będziemy gadać, że jesteśmy z Salzenmundu i przyjechałyśmy na turniej ale jak odwołali i śmierć księżnej to nas ruszyło i tak dalej. Dobrze pójdzie to będą szukać jakichś oszustek właśnie tam. Ale jak znikniemy zaraz po włamie to raczej to powiążą. A jak nas to i ciebie. Więc nie bądź zdziwiony jak cię będą o nas pytać po tym numerze. - koleżanka ostrzegła kolegę o tym jakiej rakcji może się spodziewać gdyby akcja z obrabowaniem świąntynnego skarbca z ich wotów uzbieranych jako dar dla czci zmarłej księżnej - matki.

        - A pokuta ojcze zrobię co w mojej mocy aby uzyskać przebaczenie. Nie wiedziałam, że takie ciekawe pokuty zadajesz to może bym przychodziła częściej. - na zakończenie pozwoliła sobie na weselszy komentarz do tego o czym rozmawiali na początku. Uśmiechnęła się do tego nieco krzywo, wesoło i zadziornie co stało w jawnym kontraście do jej świątobliwego stroju pokornej i bogobojnej mieszczki.

        - Niestety, nie jestem jednym z lokalnych kapłanów, aby wydawać pokuty w ich imieniu. Jednak taka kara, jak sądzę będzie odpowiednia. I dzięki za ostrzeżenie. Nie będę cię zatrzymywał, przed twoimi obowiązkami. Pozdrów Łasice ode mnie.


        Południe; Hospicjum

        Mnich przyjął komplement kapłanki z pokorą, jej słowa o kolejnym ataku szału widocznie wzbudził w nim niepokój, jednak nie z powodów, o których myśleli przeor i kapłanka.

        - Jeżeli mi wolno, Najwyższa Matko, skąd pochodzi twoje ostrzeżenie? Nie kwestionuje go oczywiście, chciałem wiedzieć czy są jakieś znaki, na które powinienem uważać?

        - Przeczucie. Wyczuwam aurę tego miejsca. I mieszkańców. U innych słabiej u innych mocniej. W takich miejscach jak to, gdzie jest wiele śmierci, bólu, tragedii i cierpienia to nie jest niczym niezwykłym. Ale tu jednak mimo wszystko jest coś jeszcze. Zwłaszcza u co niektórych pacjentów. Miałam dobre przeczucie, że tu przyjechałam. A jak mi przeor opowiedział co tu sie u was działo w ostatni Festag to myślę, że to niestety nie koniec. - kapłanka Morra odpowiedziała swoim melodyjnym, cichym i poważnym tonem wskazując na przeora tego przybytku na znak, że z nim rozmawiała o tym wcześniej. Ten nie wyglądał na zachwyconego taką wróżbą, przepowiednią czy diagnozą ale przyjął to do wiadomości.

        - Dziękujemy za ostrzeżenie czcigodna matko. Zrobimy co się da aby zapobiec albo chociaż ograniczyć skutki takich wypadków. - westchnął jakby już zaczął się szykować w myślach, że te straty jakie dopiero co kończyli sprzątać i porządkować, te siniaki, pobicia, krwiaki jakie już zaczynały w większości schodzić znów mogą się pojawić na masową skalę jeśli zdarzenie miałoby wyglądać podobnie jak w ostatni Festag.


        Popołudnie; Kamienica Pirory

        - Witaj czcigodna. - przywitał się z Sorią głębokim ukłem - Witaj Piroro. Lilly, miło ciebie znowu zobaczyć moja droga. - Otto westchnął na pytanie o swoim dniu.
        - Musieliśmy pochować dotkniętego przez Oster. Procesji przewodziła ta kapłanka co przybyła na pogrzeb Księżnej. Ostrzegła nas o kolejnych atakach obłędu, więc obawiam się, że bogowie południa mogą zaczynać ruchy przeciwko naszej sprawie. - miał już odpowiedzieć na pytanie co go sprowadza, kiedy wspomniały o Fabianne delikatnie się zająknął

        - O.. o Fabianne właśnie mi chodzi i nie są to… najprzyjemniejsze wieści. Proszę się nie martwić, nie jest zdrajcą, tajną inkwyzytorką tylko udającą, że jest tak lubieżna ani nic takiego. George, jeden z pacjentów, których nie spotkaliście jest dotknięty przez Vestę. Najwyraźniej wczoraj was przez chwilę zobaczył i zobaczył więcej niż tylko powierzchowną formę w swoich snach. Pierwsze co powiedział to "Ta pani z warkoczykami bardzo lubi pająki i jest opleciona ich nićmi", wzbudziło to o tyle moją ciekawość… no najwyraźniej to nie były zwykłe majaki kogoś w gorączce szaleństwa. Drugie co powiedział jest powodem mojego przyjścia. "Ta czarna wyda na świat niezwykły owoc"... pamiętacie projekt Sigismundusa z jajami much od Oster? I jak kobiece łona są potrzebne w tym procesie? - postanowił pozwolić kobietom samym dopowiedzieć sobie resztę sytuacji.

        Trójka kobiet różnie przyjęła słowa kolegi ze zboru. Zwłaszcza jak dotyczyły różnych spraw. Z początku było lekko i przyjemne gdy się nawzajem przywitali. Ale potem zaczęło się robić poważniej.

        Relacja o zachowaniu młodej morrytki sprawiła, że obie kultystki spojrzały na siedzącą wygodnie Sorię. Pokiwały głowami, że kojarzą o którą kapłankę chodzi. “Ta czarna” no i trudno ją było przegapić jak była jedynym kapłanem ze stolicy, jedyną kobietą wśród nich, jedną z tych co prowadziły mszę żałobną ku czci księżnej no i do tego chyba wszystkich zaskoczył młody wiek i wygląd Matki Somnium. Jakoś stereotypowo to kapłani boga snu i śmierci kojarzyli się, ze starszymi, czerstwymi mężczyznami.

        - I nasza młoda czarnulka przewiduje kolejne kłopoty u was w hospicjum? Ciekawe. Zadbaj proszę Otto aby naszym wybrańcom nic się nie stało. Albo nakłoń przeora aby jak najszybciej przekazał ich do nas. To nawet jakby też ulegli temu szaleństwu to już u nas, w domowych pieleszach. - Soria pokiwała swoją głową z granatowo - czarnymi włosami splecionymi w liczne warkocze. Co wydawały się co jakiś czas poruszać same z siebie.

        - A kto wie? Może jakby tam zostali i znów coś nabroili to przeor by tym chętniej i prędzej się ich pozbył? Ehh… Albo na odwrót. Przemyślałby, że to zbyt niebezpieczne aby ich wypuszczać na zewnątrz. - Pirora sama nie była pewna czy taki atak szaleństwa mógłby okazać się ich sojusznikiem czy przeciwnikiem w wydobyciu interesujących kandydatów na członków zboru do ich tajnej rodziny.

        - Może zapytać Mergi? Albo Joachima? Oni też się znają na wróżbach i takich tam. Zresztą jemu też zaniosłam zawiadomienie o spotkaniu dzisiaj. No a jak wy też przyjdziecie to samo możecie zapytać Mergę. - Lilly zaproponowała coś od siebie co wydawało się o tyle sensowne, że i tak chyba by mieli coś w rodzaju przedwczesnego, dodatkowego zboru dzisiaj skoro tych spraw wraz z szykowaną akcją w świątyni oraz wyjazdem wyroczni do Norsci robiło się coraz więcej do omówienia czy załatwienia.

        - I Fabi to jak mówisz Otto, jestem pewna, że nie udaje i uwielbia te nasze wyuzdane zabawy w loszku. Inaczej nie rozmyślałabym aby jej proponować Gustawa albo zabierać ją na spotkanie z Gnakiem. - Averlandka prychnęła rozbawiona myślą, że ich bretońska koleżanka miałaby tak długo udawać te wszystkie grzeszne przyjemności jakie z nimi tak często dzieliła. Sama zaś uwaga rozbawiła je wszystkie więc chyba nie brały pod uwagę możliwości, że Frau von Mannlieb miałaby ich w jakiś sposób oszukiwać czy wystawić.

        - Mówił ten twój George, że widzi pajęczyny wokół mnie? - zapytała zaciekawiona Soria dając znać Pirorze aby dokończyła malowanie ostatnich paznokci. Ta wróciła do tej czynności ale słuchała tego co się dzieje.

        - Może wyczuwa jakieś aury. Albo los. Albo widzi przeszłość czy przyszłość. Jakby był związany z Vestą to całkiem możliwe. Mnie Marisa zaciekawiła. Wydaje mi się też mieć interesującą aurę. Ale jeszcze nie jestem pewna. Dlatego chciałabym ją mieć dla siebie aby ją sprawdzić na spokojnie. - wspomniała przy okazji coś o czym nie mówiła po spotkaniu w hospicjum. Ale skoro podobny temat się pojawił to rzuciła tą uwagą.

        - A te jaja Oster no pamiętam. Ględził o tym na ostatnim zborze. Dla mnie to obrzydliwe. Na pewno się nie zgodzę na coś tak ohydnego. - Pirora prychnęła z pogardą i obrzydzeniem na wspomnienie o niezbyt subtelnych metodach przekonywania aptekarza jakim się wykazał podczas ostatniego spotkania. Widocznie pomysł nie przypadł jej do gustu podobnie jak Łasicy. Nawet jeśli wtedy to właśnie łotrzyca niejako jako liderka całej grupy najgłośniej i najwyraźniej spiłęła się wtedy z aptekarzem doprowadzając do takiego zacietrzewienia, że Starszy musiał interweniować. Blondynka chociaż była subtelniejsza i lepiej wychowana od koleżanki to jednak w tej sprawie wydawała się ją popierać.

        - Pomijając, że tak powiem walory estetyczne. To jednak mam wątpliwości czy to bezpieczne. W końcu chodzi o coś co zaprojektowała Oster. A wiadomo komu się ona poświęciła. Gdyby chodziło o zabawy we wsadzanie w te łono różnych przyrodzeń i innych ciekawych rzeczy to ja zwykle jestem chętna i z tego co widzę to dziewczęta również. No ale tutaj chyba widać, że to całkiem inna kategoria. - odezwała się rozłożona na krześle milady dając znać, że chociaż sama była zwolenniczką eksperymentowania z kobiecymi łonami i nie tylko to jednak w innych celach i intencjach. Nawet jeśli bogobojni obywatele choćby pokładanie się ze zwierzoludźmi uznaliby za obrzydliwe i godne ukamienowania czy spalenia na stosie.

        - Poza tym w Fabi jest coś znajomego. Trochę, żałuję, że tak ją ostatnio ignorowałam. Ale jak jutro będzie u Kamili na spotkaniu a pojutrze odwiedzi nas na lekcje językową to może będę mogła ją sprawdzić dokładniej. Chodzi mi nie tyle o nią samą bo jestem pewna, że się wcześniej nie spotkałyśmy. Ale mimo to, coś w niej jest znajomego. Zastanawiam się czy też nie jest jakimś potomkiem Sorii. Nie tak bezpośrednio jak ja oczywiście. Ale w bardzo rozwodnionym pokoleniu. Albo kogoś takiego jak moja czcigodna matka. Może ktoś z jej przodków coś, kiedyś zabawiał się podobnie i to zostawiło jakiś ślad. A może nie. Może mi się wydaje. Nie jestem pewna. Dlatego chce ją sprawdzić. Gdyby się okazało, że mnie przeczucie nie myli to by ładnie wyjaśniało skąd ma takie nas interesujące ciągotki. - Soren rozmówiła się nieco więcej, jakby dzieliła się z nimi swoimi przemyśleniami jakie kłębiły jej się w głowie. Obie kultystki słuchały jej z zaciekawieniem tego się chyba nie do końca spodziewając.

        - Ja tam ją lubię. Zawsze była dla mnie bardzo miła. Mówiła, że jestem naznaczona łaską Węża. Ale u nas Opal, nasza wiedźma, ona zawsze mówiła, że bogowie mają plany dla swoich śmiertelników i ci mają je wykonywać a nie z nimi dyskutować. Bo to chodzi o coś większego niż oni. - Lilly zwykle mniej się udzielała, zwłaszcza w tak zacnym towarzystwie ale na koniec jednak dorzuciła i swoją opinię na ten temat.

        Otto westchnął. Dobrze, że Sigismundus zgodził się, aby reprezentować tą sprawę przed częścią kultu oddaną Wężowi. Pewnie teraz rzuciłby kilka kiepsko dobranych słów i skończyłby w loszku Pirory. Ucieszyła go wypowiedź Lilly, ktoś bardziej rozumiał gdzie stoją w tej wielkiej grze.

        - Oczywiście rozumiem, czcigodna, jednak jeżeli mogę. Nasza rodzina działa, aby sprowadzić wszystkie siostry, nie tylko Soren. Fabianne, o ile rozumiem wasze przywiązanie, nie jest częścią zboru, a to czyni ją potencjalną ofiarą w naszej sprawie. - mnich ponownie westchnął, wiedząc, że taki argument nigdzie go nie zaprowadzi. Postanowił innego podejścia - Jednak, może zaciekawi cię taka możliwość. Proszę wyobraźcie sobie taką wizję, Fabianne spędzi ostatnie swoje dni czując cierpienie i obcość w łonie. Może przeżyje, może nie. Jeżeli przeżyje, jej łono będzi zrujnowane, jeżeli idzie o źródło przyjemności. Taka tortura sprowadzi ją na nowe drogi poszukiwania przyjemności, może szerząc podobne cierpienie na innych. Jestem przekonany, że Wąż przychylnie by spojrzał na takiego sługę.

        Trójka kobiet zamilkła na dłuższą chwilę gdy każda z nich trawiła słowa jednookiego mnicha.

        - No co prawda ja szukałam możliwości aby dostarczyć Fabi nieznanych jej do tej pory przyjemności aby wreszcie mnie traktowała jako swoją główną panią a nie tego jej spaślaka no ale dlatego myślałam o tym spotkaniu z Gnakiem i teraz wymyśliłam tego Gustawa… No ale robaki? I to tam w środku? Na co mi ona będzie potrzebna czy przydatna jak będą z niej wychodzić robaki? Ja jej wtedy nie dotknę. - Pirora pierwsza przerwała milczenie ale dalej dało się wyczuć, że jest sceptyczna. Widocznie dalej była chętna aby zaspokoić swoje ambicje przez przekierowanie hierarchii bretońskiej czarnulki kto miałby być dla niej kochaniem numer jeden no ale ten pomysł o jakim od tygodnia mówił Sigismundus to widocznie wydawał jej się zbyt ekstremalny.

        - U nas jest jedna dziewczyna. Ona zawsze była słaba i chorowita. To obiecała, że jak jej Ojczulek pomoże to mu będzie służyć. Może ona by się zgodziła na te jaja. - odezwała się Lilly wtrącając się na krótko w rozmowę widząc, że sporo osób ma tu dość rozbieżne poglądy a chyba nie chciała nikomu podpaść.

        - Owszem to byłaby całkiem interesująca próba dla Fabi. Ale nie wiem czy by ją przeżyła. Poza tym mamy na to słowa tylko tego twojego kolegi z hospicjum. Przydałoby się coś jeszcze co by wskazywało akurat na wyjątkowość Fabienne. Chociaż rzeczywiście masz rację Otto, możemy przestać być takie samolubne i poszukać jakiś nosicielek. Z tego co widzę to wy, moje dwórki, macie całkiem sporo obiecujących znajomych. Kogoś powinno dać się znaleźć, może nawet namówić. Ale wstrzymałabym się z decyzją do tego co powie Merga. Skoro już mówi, że przetłumaczyła te zwoje to mam nadzieję, że coś się wyjaśni. - Soria najdłużej się zastanawiała próbując chyba spojrzeć na to wszystko z nieco wyższej perspektywy. Ostatecznie co prawda nie wykreśliła definitywnie bretońskiej dwórki z listy kandydatek do noszenia tych jaj Oster ale wolała poczekać na to co udało się odcyfrować rogatej wyroczni ze zwojów.

        Otto odetchnął. Dobrze, że Soria widziała, że misja jest ważniejsza, niż ich prywatne zachcianki. Uśmiechnął się.

        - Dziękuję, czcigodna. Nie jest to decyzja, którą chciałbym, abyś podejmowała po jednej rozmowie ze mną. I oczywiście, to co Merga, odkryła w zwojach, jak najbardziej może pokazać nam niuanse planu Oster. Zawsze też, możecie zażądać coś od Sigismundusa w zamian za ofiarowanie Fabianne. Dobry test na jego oddanie sprawie i źródło rozrywki dla was. Jednak to jest rozmowa na przyszłość. Och! - mnich pstryknął palcami coś sobie przypominając - Marisa lubi pająki. George mówił, że rozmawiał z nią i się przyznała do tego i że "będzie kiedyś miała takie duże". Więc sądzę, że dziewczyna naprawdą jest oddana tobie, czcigodna. Co do Anniki… czar prysł, o ile miałaś na nią wpływ podczas, Bóg Krwi najwyraźniej uznał za urazę, twoje próby i wywołaj w dziewczynie nie lada oburzenie tym co jej mówiłaś i z nią zrobiłaś.

        - O. Czyżby? - Soria prychnęła jakby uwaga o reakcji Anniki ją szczerze ucieszyła i rozbawiła. Pirora zaś skończyła malować jej paznokcie u stóp i wstała aby rozprostować kości i podała Lilly buteleczkę z pędzelkiem aby ta odstawiła ją na stolik. Obie też wydawały się zaciekawione wieściami o pacjentkach hospicjum no i reakcji Sorii.

        - Właściwie to nie wiem czemu ci południowcy tak bardzo nas nienawidzą i zwalczają. Jeszcze inni patroni no to w ten czy inny sposób jawnie działają na ich szkodę. Przynajmniej oni tak sądzą. Ale my? My tylko zaspokajamy naszą ciekawość. I ciekawość innych. I nie miałybyśmy tylu sukcesów gdyby druga strona była taka czysta i cnotliwa jak to głośno mówi. Nawet ja mam swoje ograniczenia. I gdy mi się trafi ktoś prawdziwej wiary, ktoś prawdziwie oddany swojej miłości, bogu, wierze to nawet ja niewiele mogę poradzić bez uciekania się do prymitywnej przemocy czy zastraszania. Na szczęście taki prawdziwych wiernych jest bardzo niewielu. - herold Soren pozwoliła sobie na nieco dłuższy wykład, początkowo wydawał się on niezbyt związany z pacjentką o jakiej rozmawiali.

        - Czyli mogłam rozbudzić żądze w Annice ale te które już w niej gdzieś tam się tliły. Ale jak z balowaniem przez całą noc. Na drugi dzień jak się wytrzeźwieje to przychodzi kac, także ten moralny, wstyd, zgorszenie, poczucie winy. I wtedy dobrze jest zwalić winę na innych. Na przykład na jakąś wyuzdaną wiedźmę co nas zaczarowała ale my w gruncie rzeczy jesteśmy tylko ofiarą bo tak naprawdę jesteśmy dobrymi ludźmi. Nawet nie wiesz jakie to powszechne na całym świecie. Od czasów mojej matki przerabiam to na tysiące sposobów. Nudne do obrzydzenia. Chociaż z drugiej strony całkiem pociągające deprawować po raz kolejny nową osobę. - powiedziała wesołym tonem jakby miała spore doświadczenia w takich relacjach jakie opisywał Otto o agresywnej pacjentce.

        - To znaczy, że ona… - Lilly zaczęła ale urwała trochę niepewna co to właściwie wszystko znaczy.

        - Myślę, że dziewczę jest bardzo samotna. I nie ma tam zbyt wielu rozrywek. Nikt nie widzi w niej kobiety tylko zagrożenie. Dlatego tak chętnie i łatwo mi uległa jak ją tylko troszkę doceniłam i musnęłam. Ale możesz to sam sprawdzić. Okaż jej nieco zainteresowania albo znajdź kogoś kto to zrobi. I myślę, że wyniki mogą być bardzo interesujące. Jakoś nie widziałam aby prychała ze złością na myśl o niemoralnych propozycjach Fabienne. A tam coś chyba o wspólnych kąpielach było. Jak dla mnie to jest po prostu samotna i nie ma kto jej dogodzić. Mogę jej zrobić tą przyjemność jak już będzie tutaj. Na razie jednak jest zamknięta tam u was więc dostęp do niej mamy utrudniony. - Soria mówiła jakby była przekonana, że rozgryzła Annikę i jakoś niezbyt dowierza aby różniła się zestawem zachowań od innych osób jakie spotkała wcześniej podczas swojego nienaturalnie długiego życia.

        - Jej… To się nie mogę doczekać aż ona wyjdzie. Teraz trochę żałuję, że to ja jej nie wzięłam na służbę. Ale Fabi chyba nie będzie egoistką i się podzieli nowymi zabawkami. Zwykle jest dość gościnna. - Averlandka sapnęła trochę jakby z żalu, że to nie jej przypadła wojownicza pacjentka hospicjum. Ostatecznie jednak jak miały tak dobre relacje z bretońską szlachcianką to i tak się zapowiadało na sporo, wspólnych zabaw, także z nową świtą z hospicjum.

        - A Mariska mówiła o pająkach? To też ciekawe. Moja matka lubiła pająki. W końcu Pajęcza Królowa to jedno z jej imion oraz form. Możliwe, że właśnie w tej formie i imieniu możemy się jej spodziewać skoro to się tak objawia. Poza tym moja matka wysługiwała się różnymi, pomniejszymi sługami, także pająkami. Większymi niż takie zwykłe. Obdarowywała nimi swoje sługi, szpiegowały dla niej, walczyły i ginęły dla niej. W końcu była ich królową roju. Może tak się objawia Marisie. Oj tak, będę z nią miała o czym rozmawiać jak już będzie na wolności. - uwaga na temat wężowej pacjentki też wzbudziła jej ciekawość. Wydawało się, że uznała ten trop za całkiem obiecujący. Obie jej dwórki też słuchały tego z dużym zainteresowaniem.

        - Może to nie jest pająk. Ale myślę, że może dostarczyć jej nieco rozrywki. - powiedziała biorąc jeden ze swoich warkoczy w rękę. Ten zmienił się w małego węża o błyszczącej gadziej skórze. Soria szarpnęła go lekko tak, że odpadł jakby był tylko lekko przyczepiony. Po czym podała go Otto w wyciągniętej dłoni. Mały gad mienił się na ciemnych łuskach tęczowym odblaskiem od dziennego światła, uniósł nieco gadzi łeb przez co wyglądał trochę jak te wizerunki częściowo rozwiniętych węży jakie na łonie miały wytatuowane ich obie łotrzyce.

        - Jeśli zaś chodzi o tą sprawę z jajami Oster w naszej Fabi to nie wiem czy Sigismundus miałby coś równie interesującego na wymianę. Ale zobaczymy. Poczekamy co Merga powie. Gdyby to chodziło o nasienie naszej Sorii to bym się nie wahała. To byłby zaszczyt i przyjemność. Sama bym się temy chętnie oddała i mam nadzieję, że moje dwórki by mi nie przyniosły wstydu. No ale jak to ma być coś od Oster no to cóż… - czcigodna przyznała, że chyba trafiło o potencjalnie najbardziej kontrowersyjną z sióstr i patronów jakie najmniej jej się kojarzyły z czymś pięknym, atrakcyjnym i podniecającym. Za to z cierpieniem, umieraniem i rozkładem.

        - Właśnie. Poza tym Fabi jaka jest to jest. Sporo z nią zabawy mamy. Te narzekanie na nią to takie tam gadanie. Na pewno nie życzę jej śmierci albo, żeby ją zeżarły jakieś robaki. - Pirora też dorzuciła od siebie resztę swoich wątpliwości jakie miała co do pomysłu ofiarowania koleżanki na taką sprawę.

        Otto wsłuchał się w dywagacje kultystek, och jak cieszyło go, że owieczki w trzodzie Starszego rozważają takie problemy. Oznacza to, że jest dla nich większa nadzieja, niż zwykłe stopnie na drodze kogoś lepszego. Przyjął dar od Sorii, i delikatnie umieścił gada w kieszeni blisko ciepła swego ciała.

        - Jeżeli chodzi o opozycję z jaką kult Slaanesh spotyka się na południu, to mam chyba odpowiedź. - zaczął mnich - Oficjalnie chodzi o powierzchowne rzeczy. Nadmierna chuć jest grzeszna no i ciekawość, czasem można zaspokoić cierpieniem innych "niewinnych". Prawda jest taka, że Wielka Czwórka stawia lustro przed ludzkością, pokazując im kim są naprawdę. A południe brzydzi się własnego wnętrza, sądząc, że cywilizacja wytrzebiła tak proste i prymitywne potrzeby. Tak jak powiedziałaś, czcigodna, po przeciwnej stronie ludzie są równie skorzy do niegrzecznych czynów, jak nie jeden z twoich podwładnych. Kłamią jednak przed sobą i innymi, mówiąc, że wcale nie oddaliby się każdej pokusie, która ciekawi ich ciałą. Oddaliby się, ale "nie uchodzi", "co pomyślą inni?", "co pomyśli kościół". Znajdują odpowiedzi w fałszywych bogach południa, ale nigdy nie uciekną przed tym czym są i dlatego, w końcu, wrócą do nas. Do morderców, mutantów, hedonistów i trędowatych. My wiemy kim jesteśmy i nie brzydzimy się tego i jeżeli porównacie nas i ich. Kto wydaje się szczęśliwy?

        - Dokładnie. Dlatego lubię ludy północy. Z nimi można grać w otwarte karty, że tak powiem. Chociaż te wieczne zimno jakie u nich panuje mi nie sprzyja. Wolę cieplejsze klimaty. Ale nie obawiajcie się moje córki i bracia. Prędzej czy później zwyciężymy. I zagnamy te ich zabobony do klatki. Wreszcie zapanuje wolność i swoboda bez ich durnych zasad i przykazań. - Soria pokiwała głową do słów Otto i przeciągnęła się rozkosznie. Ten zaś odczuł jak mały wąż chętnie i z wprawą wsunął mu się do kieszeni i tam od czasu do czasu trochę się ruszał.

        - No właśnie. Co do deprawacji to jutro wieczorem mamy spotkanie u Kamili. Ona już do nas podeszła po ostatniej mszy no i zapowiedziałam jej, że ją odwiedzimy na tych wieczorkach poetyckich u niej. Będzie można porozmawiać i zaprezentować naszą czcigodną. Fabi pewnie też będzie. Zwykle jest. Może będzie jakiś postęp w szerzeniu tych naszych kochanych dewiacji i deprawacji. - Pirora uśmiechnęła się uderzając w przyjemniejsze tony jutrzejszego spotkania pań i panien z towarzystwa jakie tradycyjnie odbywały się co tydzień u panny van Zee.

        - Też jestem ciekawa. Zobaczymy jakie rybki będzie można złowić w tej ławicy. - herold uśmiechnęła się jak kot na myśl, że wkrótce dotrze na miejsce gdzie buszują tłuściutkie myszki.

        - Życzę wam powodzenia. - odparł Otto - I dziękuję, że przyjęłyście moją wizytę i wysłuchałyście problemów i kazań. - uśmiechnął się - Nie będę wam przeszkadzał dalej, jestem pewny, że macie dużo planów jeszcze na resztę dnia. Mogę tylko mieć prośbę droga Piroro. Bardzo chętnie bym ujrzał Lilly z pomalowanymi paznokietkami i może kopytkami? Na pewno by to też ucieszyło naszą kochaną podopieczną.

        - O. - dziewczęta też już chyba szykowały się aby się pożegnać z kolegą ale jego ostatnia wzmianka nieco je chyba zaskoczyła. Bo spojrzały na siebie z zainteresowaniem.

        - Bardzo interesujący pomysł. - pochwaliła Soria uśmiechając się lekko i przyjemnie.

        - Chciałabyś Lilly? - zapytała gospodyni wskazując na niedawno odłożoną na stolik buteleczkę.

        - Tak być ładnie pomalowana? Jak księżniczka? Znaczy ten… Jak szlachcianka? No pewnie, że bym chciała! No i na fioletowo. Lubię ten kolor. Opal mówi, że to jeden z ulubionych kolorów mojego patrona. I kolor płodności. I mówi też, że ja jestem bardzo płodna. Bo już tyle u nas dziewczyn zbrzuchaciłam, że to niejeden chłop tyle nie narobił. - Lilly wyglądała na ucieszoną taką propozycją. I się aż zapomniała z tymi szlachciankami i księżniczkami. Bo z tego co trochę Otto już sam pamiętał z początków swojej kariery w tym zborze a trochę jak mu opowiadali ci co byli tu przed nim to początkowo dziewczyna z liliowymi włosami chyba sądziła, że w mieście to mieszkają same księżniczki ale z czasem okazało się, że ma dość infantylne i mylne wyobrażenie o miastach. Było to nawet zrozumiałe bo Neus Emskrank była pierwszym do jakiego trafiła, innych nie widziała nawet z daleka. Pół roku później dzięki obcowaniu ze zborem miała już całkiem sporą wprawę w poruszaniu się po mieście. Ale widocznie w takich chwilach ekscytacji nadal się potrafiła zapomnieć.

        - No dobrze, to daj ten flakonik i siadaj. Zrobimy cię na księżniczkę. Zobaczysz, jak pojedziemy do Mergi to wszyscy rozdziawią japy ze zdziwienia. - Pirora uśmiechnęła się łagodnie i dała znać mutantce, żeby się ustawiła jak trzeba i chętnie się nią zajmie.

        Otto kiwnął głową trójce na do widzenia, pozostawiając Lilly w czułych dłoniach Pirory i ruszył do domu. Jutro czeka go trochę pracy.
        W hospicjum zobaczy jak idą plany wypuszczenia Thorna, Anniki i Marisy. Sprawdzi jak się czuje George i pomówi z Przeorem o wpuszczeniu Joachima.
        Następnie? Świątynia. Musi przyjrzeć się tej kapłance Morra. Jej obecność może być niebezpieczna, a jej niecodzienność intryguje.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #70

          Oryginalny autor: Lord Melkor


          Joachim nie wstał w dobrym humorze. Ten sen o jakieś złowrogiej, śledzącej go sile był dość niepokojący. Jako czarownik i astrolog zdecydowanie nie mógł takich kwestii bagatelizować. Czyżby to było ostrzeżenie przed jakimś zagrożeniem którego nie był świadomy? Popijając poranny napar zastanawiał się czy nie popełnił ostatnio jakiegoś błędu, na przykład przy ostatnim spotkaniu z kapłanami i szlachcicami u van Hansenów? Najchętniej zamknął by się w domu na parę tygodni i zajął badaniami, niestety jego rola w tym mieście i w Zborze wymagała od niego więcej.

          Ucieszył się nawet na przybycie Aarona, które wytrąciło go z ataku mrocznych i paranoicznych myśli. Ale uśmiech zszedł z twarzy astromanty gdy wysłuchał nieco bełkotliwego wywodu o śnie który się przytrafił temu opijusowi.
          Zmrużył oczy, próbując ułożyć sobie to w głowie, a następnie wyjął z biurka w gabinecie notatnik, z którego wyrwał kartkę.

          - Takie rzeczy najlepiej zapisywać od razu, zapiszmy więc twój sen. Mi też śniło się coś niepokojącego, jakiś mroczny cień za mną podążał. Jesteśmy obaj adeptami mistycznych sztuk i podążamy ścieżką Pana Przemian, kto wie taki sen nie jest jakiegoś rodzaju znakiem lub ostrzeżeniem. Ale dlaczego akurat krew Froyi ma być potrzebna do jakiegoś rytuału? Nie wiem co jest aż tak w niej szczególnego? Musimy być tutaj ostrożni, ona jest ważną osobą w mieście i dyskutowaliśmy nawet na temat możliwości jej zwerbowania. Zastanawiam się, czy ten sen ma coś wspólnego z artefaktami Sióstr, z których dwa z 4 już odnaleźliśmy, czekamy aż Merga przetłumaczy Zwoje Oster..... - czarodziej stwierdził że faktycznie warto to wszystko przeanalizować z przywódcami Zboru, choć niekoniecznie w tym momencie.


          Kiedy odzedł Aaaron, nie dało by mu dane odpocząć bo od razu pojawił sie kolejny gość, sługa barona von Wirsberga. Chodziło o jakąś "nocną niemoc", czyżby więcej mieszkańców miasta źle dzisiaj spało, także ci bogobojni i prostoduszni? Nie wiedział, czy będzie w stanie pomóc, ale skoro chodziło o rekomendację hrabiny van Hansen, to nie mógł też tak po prostu odmówić. Powinien postarać się zrobić dobre wrażenie.

          -Ależ oczywiście, nie jestem wprawdzie wykwalikowanym medykiem, ale zrobię co mogę, by pomóc waszemu Panu. Możemy od razu pojechać do Barona, w międzyczasie proszę powiedzieć więc o tej "niemocy" i o tym co dokładnie się stało. Następnie nakazał słudze poczekać i poszedł przebrać się w swoje najlepsze szaty, ozdobione gwiezdnymi symbolami jego Kolegium. Najpierw czekała go wizyta u arystokraty, a potem może i w Akademii, musiał więc się odpowiednio prezentować.


          Rektor Akademii robił dobre wrażenie człowieka zarazem profesjonalnego i uprzejmego. Czarodziej podziękował za poczęstunek wyśmienitym kislevickim miodem. Powiedział też kilka uprzejmości na temat Akademii i o tym, że aparatura do badań astronomicznych i astrologicznych którą tutaj miał okazję zobaczyć była całkiem imponująca, a przecież jako astrolog znał się na tej dziedzinie.

          Po wymianie uprzejmości postanowił przejść do sedna:

          - Wykonuje w waszym mieście pewne zadania jako miejscowy rezydent Altdorsfkiego Kolegium. Nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów tej sprawy, natomiast w oparciu o znaki odczytane z gwiazd i inne dostępne mi źródła, uważam że w mieście działają mroczne siły, wrogie naszemu porządkowi i imperialnemu ładowi. Siły te ujawniły się podczas ostatniej zimy, atakując więzienie. Znaki które ostatnio odczytałem, doprowadziły mnie do waszej znamienitej Akademii, wskazując na jakiś przedmiot natury mistycznej znajdujący się prawdopodobnie w waszych magazynach. Chciałbym się mylić, natomiast w tej sytuacji miałbym prośbę o dopuszczenie mnie do magazynu, bym mógł sprawdzić czy faktycznie jest tam coś potencjalnie niebezpiecznego, czy to samo z siebie, czy to w rękach niegodziwych ludzi.


          Wieczorem okazało się że ten dzień nadal będzie bardzo intensywny, oto przybyła Liliy z wieściami o nagłym spotkaniu. Joachim podziękował sympatycznej mutantce i powiedział że może stawić się dziś wieczorem. Był ciekaw wieści o zwojach Oster. Natomiast niepokoiło go nieco przyspieszenie planów obrabowania świątyni Mananna. Martwił się, że mogło to popsuć jego plany zdobycia artefaktu Vesty...tym bardziej więc chciał trzymać rękę na pulsie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #71

            Oryginalny autor: Pipboy79

            Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór (1/2)

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Halabard; kryjówka Mergi
            Czas: 2519.07.07; Backertag; wieczór
            Warunki: piwniczna wilgoć, światła lamp i świec, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodno

            Wszyscy

            W podziemnej jadalni jaka najczęściej była miejscem zborów odkąd pod koniec zimy zamieszkała tu Merga stopniowo robiło się gwarno i tłoczno. W miarę jak się schodzili poszczególni kultyści. To spotkanie było dość niezapowiedziane ale ostatnich mieli ich całkiem sporo. Prawie codziennie. Wydawało się, że im bliżej jest termin odpłynięcia rogatej wyroczni do jej mroźnej i dzikiej ojczyzny tym więcej spraw jest do załatwienia. A większość braci i sióstr tej wypaczonej rodziny została powiadomiona dzisiaj w dzień przez Lilly jaka z kolei ostatnio często była kurierem do przekazywania wieści od czcigodnej, wyroczni o niesamowicie złotych oczach. Przez ostatnie pół roku kopytna kultystka nieźle wprzęgła się w miasto, sprawy zboru i najczęściej mieszkała pod zwaloną wieżą jaka była kryjówką wieszczki z północy więc nieźle się sprawdzała w roli posłańca.

            Dzisiaj pierwsze chyba były obie łotrzyce i Onyx. Bo przyszły od razu po swojej pokornej i bogobojnej pracy w głównej świątyni tego miasta a po drodze zgarnęły rudowłosą hedonistkę jaka pracowała w zamtuzie. W końcu one zdążyły rozmówić się z Mergą i wysłać w Lilly w roli kuriera. Pod wieczór dotarła Soria, Pirora i Lilly jaka już po wyjściu Otto widocznie została na Bursztynowej. I jak się okazało panienka van Dake przyłożyła się do roboty bo Lilly była odstawiona jak nigdy. Ciemnofioletowa suknia zapewne należała właśnie do blondynki z Averlandu. I pasowała do tak pomalowanych paznokci. Do tego w ciemności mogła uchodzić za czarną lub ciemną co nie gryzło się za bardzo z wymogami żałoby po księżnej. Do tego jeszcze mutantka miała ufryzowane włosy, jakąś kolię, bransoletki, kolczyki więc wyglądała jak jakaś błękitnokrwista koleżanka averlandzkiej szlachcianki. Zresztą milady herold także ale ta wyglądała i czuła się w towarzystwie jak ryba w wodzie. Ta odmiana tej ubranej zwykle jak jakaś szwaczka czy inna robotnica koleżanki nie przeszła niezauważona w towarzystwie. Chociaż każdy reagował na swój sposób. Najgoręcej i najgłośniej to chyba obie łotrzyce.

            - Oh ale cóż za piękna dama raczyła nas odwiedzić! Na kolana ladacznice! Wielka pani nas odwiedziła! - Łasica i Burgund w tych swoich ubraniach stylizowanych na bogobojne mieszczki przy trójce szlachcianek wyglądały szaro, smutno i mizernie. Ale nie przeszkadzało im to cieszyć oka i uśmiechu nowym wizerunkiem Lilly. Łasica oczywiście wykorzystała okazję i szarpnęła za ramię rudowłosą koleżankę. Burgund chętnie wykonała to polecenie a i Onyx w mig poszła w jej ślady. No i ich liderka też. Dało się wyczuć, że to wszystko trochę przesadzone, na pokaz i aby sprawić Lilly przyjemność. Bo ta aż rzeczywiście się zarumieniła, cieszyła się na całego i chyba nie wiedziała za bardzo co powiedzieć.

            - Nie wiem czy wiecie. Ale liliowy i fioletowy to ulubione barwy naszego patrona. I symbol przyjemności i płodności. - powiedziała Soria łagodnym tonem mentorki na co łotrzyce pokiwały ohoczo głowami. Zaś Lilly wyciągnęła ku nim swoje pomalowane na ciemny fiolet dłonie. Zresztą Soria i Pirora także.

            - Pokaż im tam na dole Lilly. - podpowiedziała Averlandka i mutantka nieco zadarła spódnicę. I ukazały się jej kopyta, zniekształcone na zwierzęcy sposób łydki porośnięte zaskakująco delikatnym różowym futrem. I te kopyta miała pomalowane jedne na fioletowo drugie na różowo. Zrobiła się niezła wrzawa bo cała grupka wężowych kultystek i tych stojących i tych klęczących wyglądała na zachwycone i to tak bardzo, że ten zachwyt, przyjemność i płodność najchętniej by pewnie skonsumowały na miejscu. No ale nie po to się tu wszyscy zebrali. Poza tym akurat wszedł Sigismundus.

            On od ostatniego zboru z pół tygodnia temu miał z nimi na pieńku, zwłaszcza z Łasicą. Więc obrzucili się niezbyt przyjemnymi spojrzeniami ale żadne nic nie powiedziało. Aptakarz minimalnie skinął głową ale chyba raczej Sorii i reszcie dostało się odpryskiem tego zdawkowego powitania. Sam zaś powędrował z dumna minął w głąb kryjówki gdzie były pomieszczenia sypialne, małe magazyny z żywnością, cela Gustawa no i najlepsza komnata jaką zajmowała wyrocznia. Wrócił jakiś czas bez niej i z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.

            Zjawil się też Rune razem z tradycyjnym oponentem Łasicy czyli Silnym. Były żołnierz pozdrowił ich zdawkowym skinieniem i nawet nieco się uśmiechnął półgębkiem. Silny za to zachowywał obojętność na moment tylko krzyżując z liderką łotrzyc wyzywające spojrzenia. Ale na tym się skończyło. Przybył też Thobias i on dla odmiany przywitał się z uprzejmym “Dobry wieczór” na co większość mu nie odpowiedziała. Jego wywyższony i wykształcony ton zdawał się drażnić sporą część spaczonej rodziny. On sam też potrafił dać w subtelny sposób jak bardzo czuje się lepszy od większości niżej urodzonych i gorzej wykształconych kultystów. Nawet jeśli nie przybierało to skrajnych form jak między Łasicą a Silnym to jakoś trudno mu było nawiązać język z kimkolwiek. Właściwie poza Pirorą, Otto i Joachimem czyli tych oczytanych i wykształconych na resztę zdawał się nie zwracać większej uwagi. Zaś ci wykształceni, dla takich wychowanków ulic i rynsztoków jak obie łotrzyce czy Silny też trudno było o większy kredyt zaufania. Chociaż hedonistki Węża między sobą dogadywały się całkiem dobrze, bez względu na oficjalny stan czy status.

            Plotkowali ze sobą, wymieniali się uwagami, żartowali, opowiadali co się komu wydarzyło i czy tych których nie ma to się zjawią czy nie. Silny był zdania, że Vasilij to nie. On i jego ludzie szykowali łódź jaka miała zabrać Mergę do Norski. Egon tam został jako dodatkowa obstawa. Właściwie on i Rune też ostatnio często tam byli dlatego na mieście pokazywali się dość rzadko. Ale jak Lilly przyszła dzisiaj aby dać znać, że jakieś spotkanie no to przyszli. Sigismundus wypowiedział się za Strupasa aby dumnym tonem dać znać, że garbus pilnuje ich wspólnego majątku i właśnie wrócił z ważnej misji. W tym czasie Myszka podała im kolację złożoną głównie z rozcieńczonego wina, zupy i ryb więc zrobiło się to trochę jak to zwykle bywało na początku zboru. Nawet jeśli dzisiaj był środek tygodnia czyli mało tradycyjna pora na spotkanie. Łotrzyce dały znać, że mają sprawę do omówienia ale aby się nie powtarzać to będą już mówić przy wszystkich, jak będzie Merga i Starszy. Ci rzeczywiście się zjawili niczym para dostojnych kapłanów. Ona w szatach do samej posadzki i ze złotą mądrością promieniującą z oczu oraz dumnymi, wysokimi rogami jakie tak niezmiennie robiły wrażenie na Lilly. A on w długiej, prostej szacie, ze swoim kosturem mędrca i podłużną maską zasłaniającą jego tożsamość. Gdy przyszli wiadomo było, że właściwe spotkanie się rozpoczęło.

            - Witajcie moje dzieci. Witajcie bracia i siostry. Dziękuję wam za tak sprawne przybycie nawet w tak niesprzyjających okolicznościach. To dowód wiary i zaangażowania. - przywitał się z nimi mistrz dziękując za przybycie. Ale mimo dość krótkiego czasu zapowiedzi tego nietypowego spotkania faktycznie była większość zboru.

            - Zapewne wiecie już od Lilly co jest powodem. Nasza czcigodna Merga zdołała przetłumaczyć zwoje Oster. A nasze sprytne i zuchwałe koleżanki mają do omówienia parę detali odnośnie skarbca pod świątynią. A przydałby nam się ten skarb bardziej niż im. Nie dla naszej próżności i pychy tylko jako argument w negocjacjach w Norsce. Takie błyskotki mogą zwiększyć siłę argumentów Mergi podczas werbowania ich ku naszej sprawie. - wstęp zapewne nie był dla nikogo zaskoczeniem bo już w dzień Lilly mówiła coś podobnego jak przekazywała wiadomość od wyroczni. Ale mistrz zboru umiał to zrobić znacznie dostojniej.

            - No właśnie się zastanawialiśmy od której sprawy zacząć… - powiedział zamaskowany mężczyzna zerkając pytająco na rogatą kobietę.

            - Od jaj Oster! - krzyknął z entuzjazmem aptekarz. Łasica trąciła koleżankę w ramię pokazując brodą na niego. Ten siedział niczym wzorowy uczeń, jak najbliżej duetu liderów zboru, przed sobą miał notes, pióro, atrament i czekał zniecierpliwiony jam studen na ulubiony przedmiot i nauczyciela. Co wywołało parę złośliwych uśmiechów i komentarzy ale po chwili i Tobias na ile mógł dyskretnie to wyjął coś aby robić notatki.

            - No dobrze, niech będzie, że zwoje Oster. Bo nam zaraz Sigismundus pęknie z wrażenia. - przez maskę dał się słyszeć nieco rozbawiony i dobrotliwy uśmiech mistrza. Co reszta też przyjęła z lekkim rozbawieniem.

            - A żebyś wiedział mistrzu! Tyle czekałem! Zaraz chyba naprawdę pęknę jakbym miał jeszcze dłużej czekać! - zawołał udręczonym tonem jakby cierpiał prawdziwe katusze niepewności na myśl, że ten bezcenny skarb jaki zdobyli z takim trudem znów mógłby mu się wyślizgnąć z jego tłustych rąk. To już wywołało trochę mniej śmiechów i uśmiechów. Łasica jawnie się skrzywiła z niechęcią ale nic nie powiedziała. Starszy cofnął się trochę w stronę sektora kuchni zaś Merga pokiwała swoimi rogami, postawiła na skraju stołu jakieś papierzyska i zaczęła je przeglądać. I chociaż poza aptekarzem więcej wiernych Ojczulka tu chyba nie mieli to jednak ciekawość zaczynała być widoczna na wielu twarzach. Jakby obserwowali przygotowania magika czy kuglarza do występu i w miarę tego oczekiwania rosły.

            - To może zacznę od początku. - wyrocznia ujęła jakąś kartkę papieru i obrzuciła ich krótkim spojrzeniem i uśmiechem. Pismo jednak znów przykuło jej uwagę dość szybko.

            - Po pierwsze mam dobre wieści. Udało mi się odczytać te zwoje. Są zapisane w naszym języku szamańskim. Tylko w bardzo starej wersji. Nie wszędzie jestem pewna tłumaczenia i dlatego czasem są podane dwie wersje wyrazu albo zwrotu. A czasem są po prostu zanieczyszczenia czy ubytki, zwłaszcza w trzecim zwoju jaki uległ największym uszkodzeniom. Aha i zwoje zostaną tutaj. Starszy się nimi zajął. Ja tu mam tłumaczenia. Zresztą nie sądze aby komuś zapiski norskich szamanów sprzed mileniów coś powiedziały. - rogata wiedźma zapowiedziała wstęp tego swojego wykładu. Słuchacze nieznacznie pokiwali głowami. Chyba nie mieli tu nikogo kto by znał tak rzadki język. I chyba nawet w Norsce nie był on zbyt popularny. Dla Joachima brzmiało to jak u nich w altdorfskim kolegium traktowano język magiczny czy klasyczny jakie służyły głównie do zapisków naukowych i raczej nie były to języki mówione do swobodnej komunikacji. Być może podobnie było z tym szamańskim jakim poza rytuałami się nie posługiwano. Jedynie Sigismundus wyglądał jakby miał ochotę się zerwać i wyrwać te papiery aby je wreszcie samemu zobaczyć.

            - Dlatego uważam, że zwoje są oryginalne. Zapisała je Oster. Dwa pierwsze są podpisane, trzeci jak mówiłam jest w najgorszym stanie i tam ten dół i parę innych miejsc się nie zachowały do naszych czasów. Poza tym tam czy tu Oster wspomina z imienia swoje siostry więc to też przemawia za oryginalnością zapisków. - zaczęła od dobrych wieści. I chyba wszyscy się ucieszyli na myśl, że to żaden falsyfikat czy coś złożone tam później i przez kogoś innego. Tylko coś co własnoręcznie napisała jedna z czterech tak potężnych i mitycznych sióstr jakie w legendach do dziś przetrwały w pamięci Norsów.

            - Dodam też, że o tym Oster się nie rozpisywała. Ale inne siostry też miały podobne projekty. Więc ta część legend, że konkurowały ze sobą aby udowodnić swoją wyższość nad pozostałymi chyba ma rację bytu. Niestety niezbyt się rozpisała o tym co szykowały jej siostry. Albo w trakcie samego pisania jeszcze tego nie wiedziała. Skoro jednak znalazł się tu tak cenny projekt jednej z nich to są przesłanki aby twierdzić, że zgodnie z legendą pozostałe też gdzieś tu mogą być. Co więcej Oster zapisała, że składała modły swojemu patronowi w miejscu jemu miłym. Brzmi jak świątynia czy kapliczka. Niestety nie opisała co to ani gdzie to. Być może będzie trzeba wrócić do tej jaskini i poszukać jakichś wskazówek. A ten głaz co znaleźliście te zwoje to jej ołtarz ofiarny zaś ten niby koń to napęd tego ołtarza. Gdy przyjdzie odpowiedni moment trzeba go zaprząc i ruszyć w splendorze zgniłej chwały na pohybel wrogom. Ten bies nazywa się Nagero. To powinno wam pomóc w komunikacji z nim. Tak samo jak nosicielki z jajami lub inne oznaki błogosławieństw Oster czy jej patrona. - przy okazji widać w tych zwojach było coś więcej niż sam “przepis na ciasto” bo Merga zdradziła kilka dotąd nieznanych szczegółów. Pióro aptekarza skrzypiało jak szalone a na jego twarzy było widać uśmiech szczęścia jakby jego wyśniony i wyczekiwany sen wreszcie zaczynał się realizować. Mamrotał coś pod nosem chyba nie do końca tego świadomy i śmiał się cicho pod nosem. Ale Tobias chociaż zachowywał więcej powagi i dostojeństwa też robił notatki.

            - A przepraszam, że przerwę czcigodna. A coś jest o pozostałych siostrach? Zwłaszcza o Veście? - zapytał grzecznie jak żak na wykładzie jakiegoś znamienitego profesora.

            - Niezbyt. Oster skupiała się na dość technicznych przepisach. I rzadko robiła jakieś wzmianki na inny temat. Ale mam wrażenie, także dzięki moim wizjom i szeptom bogów, że każda z nich dysponowała tu podobnym potencjałem i zostawiła zbliżone dziedzictwo. To, że na początek natrafiliśmy na pozostałości tych dwóch a nie tamtych dwóch jeszcze nic nie definiuje. Trzeba szukać dalej. Wiem, że Soria posiadała coś co Oster nazywała “Jaskinią Pożądania”. Pisała dość z przekąsem więc nie mam pojęcia czy to rzeczywiście jaskinia i czy pożądania. Ale chyba trochę i z zazdrością pod względem możliwości komponowania różnych gatunków ze sobą. Vesna zaprojektowała coś związanego z wiedzą. Ona zdaje się najlepiej opanowała Moc i była największą mistyczką z całej czwórki. No i każda z nich miała dać część do czegoś wspólnego. Chyba chodzi o jakiś potężny artefakt albo rytuał. To już jednak jak się zachowało do naszych czasów to gdzie indziej a nie w tych zwojach. - do pewnego stopnia potwierdziła domysły uczonego zafascynowanego zakazaną i tajemną wiedzą. Na co ten ochoczo pokiwał głową. Zrobiło się małe zamieszanie bo kultystki z kolei były ciekawe o co chodzi z tą jaskinią ich patronki, zwłaszcza jak się tak interesująco nazywała.

            - Wierzę w taką możliwość. Moja matka miała wielki talent i zamiłowanie do krzyżowania się z innymi gatunkami. Nie na darmo nazywano ją Matką Potworów. Chociaż “ojciec” też by pasował. - bynajmniej Soria widocznie nie uznawała tego za wadę czy obrazę ale jako powód do dumy i wzór do naśladowania. Zaś jej piękne ale śmiertelne dwórki wydawały się podzielać jej zdanie sądząc po podobnych uśmiechach i spojrzeniach.

            - A wracając do zwojów. - wyrocznia dała im się chwile wygadać nim w dłoń nie ujęła jakąś zapisaną kartkę i nie podniosła jej do góry zapowiadając, że ma zamiar przystąpić do omawiania zasadniczej treści zapisków sławnej siostry.

            - Pierwszy zwój omawia hodowlę much. I zaznaczę to już na początku. Cały pomysł i wykonanie Oster dumnie przypisuje sobie. Niemniej jednak w jakiejś mierze było to uzgodnione z pozostałymi siostrami. A one też dorzuciły swoją iskrę do tego projektu. Więc forma jest stworzona przez Oster ale efekt końcowy jest dość mieszany. Z iskry każdej z sióstr jest inny. Więc już w tym jednym projekcie jest niejako po trochu dziedzictwa każdej z nich. Nawet jeśli zaprojektowała to jedna z nich w swojej ulubionej dla swojego patrona stworzeniu. Czyli muchom. - co prawda niektórzy co byli na spotkaniu z Mergą kilka dni temu już wtedy słyszeli coś podobnego ale teraz zaczęła o tym mówić dokładniej no i prawie wszystkim zebranym kultystom. Widać było, że aptekarza tak to zaskoczyło, że aż przestał notować gapiąc się na nią zdumiony.

            - Jak to? To to nie są muchy zarazy? - zapytał z trudem panując nad swoim rozczarowaniem.

            - Po części są po części nie. Zaraz to wyjaśnię. Cierpliwości. - poprosiła wyrocznia uśmiechając się ciepło. Kultysta wahał się jeszcze chwilę po czym skinął głową dając znać, że jest gotów wrócić do notowania i słuchania wykładu.

            - A więc muchy. Oster ich jakiś za bardzo nie nazwała więc ja roboczo je nazwałam Muchami Oster aby oddać jej należną cześć. Te muchy mogą żerować na tych rodzajach istot w jakich się rozwijają. Czyli jak się je umieści w świniach to będą żerować na świniach, jak w koniach, krowach, kozach to tak samo. No a jak w ludziach to na ludziach. Oster zależało na tych ostatnich więc inne warianty tylko wspomniała dla formalności. - zaczęła patrzeć częściej na trzymaną kartkę ale widocznie wiedziała co tam sama napisała bo służyła jej głównie jako pomoc dla skupienia myśli i nie czytała z niej. Pozostali skinęli głowami i czekali na ciąg dalszy.

            - Dokładniej omówię ten pierwszy etap umieszczania jaj i ich rozwoju bo zapewne jest najbardziej kontrowersyjny. Zasadniczo cykl życia tych stworzeń nie różni się od zwykłych much. Tylko wszystko jest w większej skali. Czyli najpierw jest jajo, potem czerw, kokon i owad dorosły. Po tym jak czerwie opuszczą ciało nosiciela to szukają spokojnego miejsca, wytwarzają kokon i tak dalej. To omówię później. Domyślam się, że największą trudność może sprawić ten pierwszy etap. - znów na chwilę przerwała i rozejrzała się po tak różnorodnym towarzystwie zebranym przy kilku, złączonych stołach. Łasica energicznie pokiwała głową prychając coś cicho pod nosem o tych “kontrowersjach”. Tylko w bardziej dosadnej i ulicznej formie. Ale pod spojrzeniem Starszego uciszyła się. Za to Sigismundus na odwrót. Wyglądał jak wzorowy prymus co jest gotów spijać słowa z ust swojej ulubionej profesor.

            - Dlatego prosiłam aby Sigismundus przyniósł to. - powiedziała wyrocznia i podniosła ze stołu coś co wyglądało jak brązowa, dość krótka, rurka. Miała może dwie dłonie długości i była gruba na może dwa palce. Z tłokiem z jednej strony i zakorkowanym otworem z drugiej. Mówczyni podniosła to aby wszystkim pokazać a potem puściła w obieg aby wszyscy mogli się przyjrzeć osobiście. Przedmiot był lekki i pusty w środku. Wyglądał jakby służył do wstrzykiwania czegoś gdzieś.

            - To jest strzykwa. Można wyjąć tłok i załadować tam coś co ma być wstrzyknięte. Oster używała takich mieszków jak do robienia polewy i lukru na ciasta. Ale sama napisała, że jak ktoś nie ma wprawy to się potrafi giąć i sprawiać trudność. Zaś taką strzykwę wystarczy napełnić zawartością, wsunąć gdzie trzeba i wpuścić do środka. Prościzna. Dziecko by dało radę. - czekając aż strzykwa wróci do niej tłumaczyła dalej jaką ma pełnić rolę. Na wielu twarzach pojawiło się zaskoczenie, że to mogłoby być tak proste.

            - Tak, tak, bardzo proste, ja to wielokrotnie robiłem podczas zabiegów! Tak jak mistrzyni mówi, wystarczy wsunąć, wcisnąć i gotowe! Lewatywę tak się właśnie robi! - nagle okazało się, że aptekarz potrafi być całkiem miły, życzliwy, jowialny i zdradzać ciepłe uczucia dla swojej rodziny, kolegów i koleżanek. Jakby w każdej chwili był gotowy służyć pomocą słowem i czynem w szerzeniu tak łatwego błogosławieństwa. Łasica obdarzyła go cierpkim spojrzeniem.

            - Ale zapewne aby tam wsadzić i wstrzyknąć to najpierw trzeba wyswobodzić jakąś pannę z majtek. I to zapewne najlepiej tak aby nie stawiała czynnego oporu. - zauważyła łotrzyca na ten “drobny” detal jaki mógł tak wiele zmienić. Bo ani Sigismundus ani Strupas jakoś nie były znani z sukcesów na tym polu. Aptekarz już miał coś jej odpowiedzieć ale wtrącił się Starszy.

            - Moje dzieci. Dajcie wszystko wyjaśnić naszej czcigodnej wyroczni. Aby wszystko było jasne. A detalami zajmiemy się później. Wierzcie mi jest wiele obiecujących i zaskakujących rzeczy w tych manuskryptach. - lider zboru zwrócił się do nich ojcowskim tonem i chociaż niebieskowłosa oszustka pomamrotała coś pod nosem, że na pewno nic nie da sobie wstrzyknąć to w końcu umilkła. Zaś teraz aptekarz obdarzył ją triumfującym uśmiechem ale też oszczędził sobie komentarzy.

            - No właśnie. A z tym wstrzykiwaniem to niekoniecznie pannie. Mężczyznom też można. - rogata wiedźma zaskoczyła chyba wszystkich tą uwagą. Najbardziej chyba aptekarza i łotrzycę. Bo oboje sapnęli ze zdziwienia w prawie tym samym momencie.

            - Aha! A jednak! No to Sigi, zasuwaj do Strupasa i bieraj się za jajca waszej siostrzyczki! - zawołała triumfalnie Łasica jakby akurat ta część tłumaczenia bardzo przypadła jej do gustu. Za to aptekarz wciąż wydawał się być skonfundowany. Zresztą reszta kolegów też coś miała dość niewyraźne miny.

            - Może i tak zrobię. Wiara wymaga poświęceń. A nie tylko rozkładania nóg. Zresztą akurat tym razem to by się nam mogło przydać. - powiedział grubas nieco się jąkając wciąż wyraźnie zbity z pantałyku. Na co łotrzyca roześmiała się pokazując mu uliczny gest powszechnie uważany za obraźliwy.

            - Ale… Ale czcigodna… Ja widziałem te ilustracje jak wracaliśmy do miasta… Pokazywałem kolegom, oni też widzieli! - zaczął zmieszany aptekarz i szybko wskazał na Otto. Bo Vasilija i Strupasa co im też wtedy pokazywał te zwoje przy ognisku dzisiaj na spotkaniu nie było. - I na tych ilustracjach były kobiece łona. - powiedział nadal niepewnie jakby prosił pokornym tonem o jakieś wyjaśnienie.

            - Tak. Bo jak to potwierdziła eksperymentalnie Oster kobiece łona są najefektywniejsze. Mają najmniej strat. Większość czerwi przeżywa, zdecydowana większość. W przypadku tego tylnego wejścia straty są dużo większe, jak przeżyje połowa to dobry wynik. Jeśli chodzi o usta to tu jest pogrom. Niewiele z nich dochodzi do stadium takiego aby wyjść. Mają tam gorsze warunki, wychodzą mniejsze i mizerniejsze. Do tego mogą powodować bóle brzucha i podobne niedogodności. A wydalane martwe okazy mogą zwrócić niepotrzebną uwagę. Dlatego najlepsze wyniki dają kobiece łona i na nich skupiła się Oster. Ale ostatecznie pozostałe dwie drogi też są możliwe. To takie zapasowe możliwości gdyby był kłopot z dostępnością tej głównej. - rogata wyjaśniła skąd ta pozorna niezgodność. I chyba nie tylko Sigismundus odetchnął z ulgą. Za to Łasica się skrzywiła jakby w tej nagle pięknej wizji pojawiła się brzydka rysa. Coś zaczęła mówić, że nurglici to mają wyraźnie kłopoty z dostępnością do kobiet ale Soria poprosiła ją aby się uciszyła i wysłuchali uczonej z Norski do końca. Ta odwzajemniła jej się podziękowaniem kiwając jej głową. Poczekała aż strzykwa co akurat skończyła rundkę chętnych do oglądania wróciła do niej i znów ją zademonstrowała publiczności.

            - To jest podstawowa dawka. Co prawda Oster wszystko podawała w łyżkach a nie do końca jestem pewna jakich używała łyżek. Ale posiłkując się opisami, obliczeniami i ilustracjami myślę, że jedna taka strzywka to podstawowa dawka obliczeniowa. Powinna dać efekt podobny do jednego lub dwóch miesięcy ciąży. Maksymalny względnie bezpieczny limit to cztery do pięciu. To już powinno dać brzuch jak w zaawansowanej ciąży. Jedna, dwa powinny być dość dyskretne, może trzy. - powiedziała trzymając w górze krótką, glinianą rurkę strzywky i zaglądając w swoje notatki.

            - A musimy tą dyskrecję mieć na uwadze. O ile nie możemy mieć takiej nosicelki w kontrolowanych warunkach albo ochotniczki to taki nagle rosnący z dnia na dzień ciążowy brzuch byłby trudny do ukrycia w domu, w pracy i tam wszędzie gdzie się dobrze znają z taką osobą. Dlatego lepiej nie przedobrzać, zwłaszcza wobec tych którzy by mieli chodzić swobodnie po mieście. To by mogło zwrócić niepotrzebną uwagę na mało naturalne zjawisko. A uwaga, zwłaszcza władz, kapłanów czy łowców czarownic jak wiecie nie jest nam na rękę. Poza tym jak rozmawiałem z czcigodną to im większa dawka tym większe ryzyko dla nosicielki. Albo nosiciela. A jeśli trzymać się bezpiecznego progu to są spore szanse, że ktoś taki to przeżyje i nawet może wyjść z tego bez większego szwanku. - Starszy wtrącił się więc zapewne już miał okazję porozmawiać z wyrocznią o tych manuskryptach zanim się tu spotkali. I uzupełnił to co ona już zdążyła powiedzieć. Jej rogata głowa kiwała się twierdząco dając znak swojej aprobaty dla jego słów.

            - To to da się przeżyć? Wyjść z takiego robaczego stanu bez szwanku? - pierwszy raz odezwała się Soria i ta wiadomość mocno ją zdziwiła. Albo wydawała się mało prawdopodobna. Jakby spodziewała się, że taki numer to jazda tylko w jedną stronę. Albo z jakimiś strasznymi konsekwencjami.

            - Nie jest to całkowicie pewne. Zawsze jest ryzyko powikłań. W krytycznych sytuacjach nawet krwotoku i śmierci. Im większa dawka jaj tym szanse na takie przykre zdarzenia są większe. Przy tej jednej, dwóch dawkach ryzyko wydaje się być dla Oster na akceptowalnym poziomie. Przy trzech jeszcze też ale już mniej. Niemniej zaprojektowała to wszystko pod długofalową hodowlę. A przy takiej dobrze jest aby nosiciel nie był jednorazowego użytku. Opisała przypadek gdy jedna z nosicielek wyszła bez większego szwanku przez 10 porodów z rzędu przy podawaniu podwójnej dawki. Ale przy czterech czy pięciu to już szanse wyraźnie spadają, przejście przez trzy czy cztery porody uważała wówczas za sukces. Ale oczywiście im większa dawka tym większy miot. - rogata wiedźma chętnie wyjaśniła jaka to jest zależność. I ona sama też wydawała się być zafascynowana tymi badaniami i ich praktycznym zastosowaniem. Starszy znów się wtrącił mówiąc coś o ciąży i to jej przypomniało o czymś.

            - A tak, racja. Te jaja nie wywołują prawdziwej ciąży. Jak to zwykle jest między mężczyzną i kobietą. Więc nosicielkami mogą być nawet kobiety brzemienne albo bezpłodne. Chodzi o to aby umieścić jaja w ich łonie. Reszta właściwie robi się sama. Wystarczy potem zebrać plon jaki z tego wyjdzie i umieścić je w spokojnym miejscu aby mogły się rozwijać. Technicznie więc to dość prosta hodowla o ile pominąć efekt kto jest nosicielem. Wystarczy wpuścić jaja do środka, poczekać aż się rozwiną i wyjdą na zewnątrz, zebrać, zapewnić schronienie, wystarczy zwykła piwnica, jaskinia czy jakaś zagroda po czym one zwijają się w kokon a w końcu wykuwają się dorosłe owady. Po jakimś czasie osiągają dojrzałość i mogą się parzyć między sobą i składać kolejne jaja. - Merga dopowiedziała ten aspekt hodowli. I brzmiało jakby spora jej część to czekanie na efekt.

            - A duży taki miot? Te muszki to jakie duże z tego będą? - zaciekawił się ich gruby prymus jaki słuchał tego wszystkiego jak przepisu na najsmaczniejsze ciasto świata. Wodził po Merdze i zebranych spojrzeniem i uśmiechem pełnym dobroci, życzliwości i miłości do bliźniego.

            - A to zależy. - Norsmenka uśmiechnęła się tajemniczo. - Im większe okazy tym jest ich mniej w miocie i dłużej dojrzewają. A te mniejsze to wychodzą mniejsze, potem mają mniejsze poczwarki i jako dorosłe też są mniejsze i słabsze, mają mniej jadu i jest on mniej złośliwy. Albo po prostu wpuszczają go mniej za jednym ukąszeniem. A jak większe to na odwrót. Są większe, cięższe, mocniej żądlą i tak dalej. Dorosły owad jest mniej więcej dwa razy większy niż czerw jaki wychodzi z nosiciela. Te najmniejsze są gdzieś takie jak dwie złączone pięści. Z jednej strzykwy powinno ich być w miocie około pół tuzina. Te większe są ze dwa razy większe ale powinno być ich ze dwa razy mniej. A jeśli chodzi o terminy tej pseudo ciąży to oscyluje to wokół wielokrotności trójek. Te małe mają każdy etap który powinien trwać mniej więcej po trzy dni. Trzy dni w łonie, trzy dni poczwarki, trzy dni dojrzewania. I padają po trzech tygodniach. Te większe mają te cykle po sześć dni. Oczywiście tak orientacyjnie, może się to różnić w praktyce o dzień czy dwa. Póki są w łonie stadia da się poznać po wylinkach. Mają po trzy wylinki więc te małe mniej więcej każdego dnia jedną te większe co dwa dni. Wylinki powinny być wydalane razem z moczem na zewnątrz. Chyba, że padną już na bardzo wczesnym etapie rozwoju to może po prostu nie dojść do tych etapów. - Merga mówiła wpatrzona w swoje notatki i tym razem chyba je czytała aby czegoś nie pominąć. Sigismudnus znów zaś wszystko cierpliwie notował aby nie uronić żadnego słowa. Kiwał swoją byczą głową i mamrotał coś, że to jest niesamowite czy coś takiego.

            - Całość cyklu od wstrzyknięcia do dojrzałości godowej u tych małych powinno zająć około tygodnia, półtorej. U tych większych około dwóch, trzech tygodni. Oczywiście muchy są, że tak powiem, gotowe do użycia prawie od razu po wyjściu z kokonu. Po prostu jeśli chcecie założyć hodowlę no to trzeba pozwolić im dojrzeć do etapu rozmnażania. - uzupełniła swoją wypowiedź i popatrzyła po zebranych. Tym razem odezwał się o dziwo Tobias jakby jego naukowy umysł dostrzegł jakąś interesującą korelację.

            - Do końca miesiąca jest około trzech tygodni. Trzech i pół. A ten turniej i związane z nim przyjęcia znamienitych gości jak go znów nie odwołają albo nie przesunął to właśnie jakoś w tych terminach powinien być. - zwrócił uwagę jak te cykle rozwojowe planowanej hodowli mają się do kalendarza ich planowanej akcji przeciwko tutejszym i nie tutejszym szychom. Przynajmniej tak to wyglądało w pierwotnych założeniach jak jeszcze nie mieli żadnego konkretnego śladu po mitycznych siostrach.

            - No właśnie. Nie ma co zwłóczyć jak chcemy się wyrobić. Ja wstrzyknę jaja Loszce i tej drugiej jeszcze dzisiaj, jak tylko stąd wrócę. - aptekarz okazał się gorliwością godną prymusa i spojrzał usłużenie na duet liderów ich zboru. A pouczająco na grupkę właścicielek kobiecych łon. Wydawało się, że właśnie tak je głównie postrzega jako nośniki daru Oster jakiego można użyć przeciwko temu miastu i ku chwale Ojczulka. Łasica znów mu pokazała obraźliwy gest i wcale nie wydawała się ani gorliwa ani zadowolona z tego co słyszy.

            - Takie śliczne i duże urosną… To będą jak wrony albo mewy. Albo nawet jakieś dorodne kruki. Te to potrafią być wielkie. Jak kury! Tylko, że czarne no i latają. - mamrotał z zachwytem i w powietrzu próbował palcami nakreślić wspomniane przez Mergę rozmiary. Jasnym było, że byłyby widoczne gołym okiem a nie tylko jako szybko poruszające się, bzyczące punkty jak zwykłe muchy.

            - Zdarzają się jeszcze większe. Ale sama Oster wspominała to niejako jako korzystny wypadek przy pracy jaki zdarza się dość rzadko. Wtedy dorosłe owady mogą dojść nawet do metra długości. Tylko to rzadkość więc raczej nie róbcie sobie zbyt wielkich nadziei. Najczęściej trafiają się te średniaki co mówiłam, od ćwierć do pół metra tak mniej więcej. - wyrocznia dorzuciła istną wisienkę na torcie i aptekarz wydawał się wręcz rozpływać ze szczęścia słysząc takie cudowne wieści.

            - No tak, to trzeba zacząć tą hodowlę jak najszybciej… Potrzebujemy jak najwięcej ladacznic… - mamrotał jak nawiedzony pośpiesznie coś zapisując w swoim notesie.

            - Co za problem? Idziesz po północy, dajesz jakiejś dziwce w łeb, zaciągasz gdzie trzeba, jak się stawia to jeszcze raz w łeb. I można by tak ich zebrać całkiem sporo. - prychnął Silny z wyraźną wyższością nad tym, że takie siłowe rozwiązanie może komuś sprawiać kłopot.

            - Tak, tak ale to trzeba by je jeszcze potem gdzieś trzymać. Ja mam miejsce na jeszcze jedną, może dwie. Bo Loszki właściwie już nie muszę trzymać w celi. A złapałbyś mi jakąś? Albo dwie czy no ile się da. Sam widzisz, że to na zaszczytny cel. Posłałem dzisiaj Strupasa do podziemi. Tam gdzie kiblowaliście w zimie u tych podziemnych zwierzoludzi. Nawet ich znalazł. Ale się nie dogadali. On im mówił, że chce kobiety, samicy jak to oni mówią a oni też. Sam bym się przeszedł ale to głęboko i daleko. Nie byłem tam wcześniej. Nie znam drogi. A jeden z nas musi pilnować Loszki, tej drugiej no i interesu. W końcu tak na co dzień to jestem aptekarzem. - Sigismundus mówił szybko, jedno zdanie za drugim streszczając swoją prośbę oraz jak to jednak postanowił zrealizować ten pomysł o jakim dzisiaj rozmawiał z Otto w południe jak ten przyjechał po ciało Vigo.

            I zrobiło się spore zamieszanie bo Onyx wspomniała, że u nich w zamtuzie jest taka jedna co za grube karliki zabawia się z różnymi szczurami, wężami, pająkami i robactwem. Ale chyba nie tylko dla kasy to robi. Lilly przypomniała o tej chorowitej koleżance od nich z jaskini co obrała sobie za patrona Ojczulka to by mogła ją zapytać. Tylko musiałaby wrócić do jaskini. A to z pół dnia w jedną stronę. Starszy obsztorcował Sigismundusa, że robi sobie takie wycieczki i kontakty z innymi plemionami bez jego zgody i wiedzy. Poza tym to było mało rozsądne puszczać tam garbusa samego, nawet jak ten tam poszedł całkiem chętnie. Aptekarz kajał się gorąco ale prosił o wybaczenie bo już go strasznie ta niepewność i zniecierpliwienie cisnęło. Lilly wspomniała, że tamte zwierzoludzie byli pod wrażeniem wspaniałych i władczych rogów Mergi i to ona w zimie pierwsza się z nimi dogadała. Zresztą dodała, że Gnak i inni rogacze też pewnie byliby zazdrośni o takie dumne i piękne poroże i zrobiło to na nich wrażenie. Merga zaś podziękowała ale nie była pewna ile jeszcze zostanie w mieście bo to było też związane z akcją w świątyni. I to w końcu sprawiło, że mistrz zastukał kosturem w podłogę i zarządził przerwę. To dało czas na uspokojenie głów no a Merga przypomniała, że są jeszcze dwa inne zwoje od Oster.

            - Drugiego zwoju nie będę teraz omawiać. To jest jak przepisy w książce kucharskiej. Lista składników, co się z czym miesza, gotuje i tak dalej. A przygotowuje się z tego mikstury jakie wspomagają proces hodowli much. Aby szybciej rosły, aby były większe, aby szybciej dojrzewały i tak dalej. Wystarczy mieć te składniki i wykonywać wszystko wedle przepisu. A potem stosować się do zaleceń. Gotowe mikstury te do odżywiania czerwi trzeba aplikować pod odpowiedni adres tym czerwiom, preparat na rozwój poczwarek trzeba spryskiwać lub nawilżać te poczwarki a dorosłym osobnikom dodać tego płynu do pokarmu. To wszystko dość proste i intuicyjne. Wystarczy być uważnym i trzymać się przepisów. Przejrzyjcie je póki jestem z wami w mieście i póki możecie mnie o coś zapytać. - drugi zwój omówiła dość szybko. Pokazała nawet kartkę i rzeczywiście wyglądało to na jakieś zapiski kucharskie. Sigismundus znów się ożywił.

            - Ja bardzo chętnie się tym zajmę! Znam się na tym i mam potrzebną aparaturę! - zgłosił się na ochotnika jakby bał się, że ktoś może mu tą fuchę odebrać.

            - Bardzo dobrze synu. Ale jakby jeszcze ktoś miał ochotę pomóc w tym zaszczytnym zajęciu to na pewno znajdzie się miejsce i okazja. - Starszy pokiwał głową z uznaniem i pochwałą dla takiej postawy. Ale końcówkę o tej pomocy to chyba niezbyt przypadła aptekarzowi do gustu bo minę miał niechętną dzielić się z kimś tymi cennymi sekretami.

            - A jakieś trudne do dostania te składniki? - zapytał Tobias znów okazując się przytomnością umysłu i naukowym podejściem.

            - Nie, raczej nie. Mam wrażenie, że Oster używała podobnych składników jakie można znaleźć albo dostać także i dzisiaj. W każdym sklepie zielarskim albo aptece można dostać większość z nich. Przynajmniej pod te najprostsze eliksiry. Później będziecie sami mogli popatrzeć na tą listę i sobie przepisać jeśli chcecie. - wydawało się, że mistrz uważa, że przynajmniej te prostsze mikstury wspomagające powinny być w ich zasięgu. Przynajmniej tej wyspecjalizowanej w takich zadaniach części rodziny. Aptekarz poczuł się wyraźnie połechtany, że może okazać się taki przydatny w tej części zadania.

            - Oczywiście mistrzu. A wy koledzy jak macie ochotę to oczywiście możemy nawiązać współpracę. - powiedział życzliwym tonem zwracając się właśnie do tej bardziej wykształconych członków zboru. Znów wydawał się być ucieleśnieniem życzliwości i rodzinnej miłości.

            - Trzeci zwój zaś był w najgorszym stanie. I nad nim siedziałam najdłużej. - Merga widząc, że zanosi się na pokojowe rozwiązanie sięgnęła po ostatni zestaw kartek. I znów przykuła uwagę pozostałych.

            - To jest niejako proces będący drugą stroną medalu tej hodowli much. A mianowicie tam chodzi o żeńskie łono a tutaj o męskie. A dokładniej o męskie jądra. - powiedziała spokojnie znów uzyskując efekt sporego zaskoczenia. Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni ale szybko wrócili do jej błękitnej twarzy.

            - Te największe jajeczka. Te co wyglądają jak fasolki. To nie są jajeczka. Tylko jądra. - powiedział sięgając do jakiejś miseczki i z niej wyjęła coś co wyglądało jak jakaś zielonkawa fasolka. Tylko oblana czymś lepkim i kleistym, że aż zaczęło to ściekać po błękitnych palcach.

            - To są jądra? Widziałem, że tam jest dwa czy trzy rodzaje! Ale myślałem, że to od leżenia w wilgoci tak napęczniały. Jak ziarno w wodzie. Myślałem, że to te jajeczka jak reszta. - aptekarz wydawał się być nie mniej zdziwiony niż inni. Chociaż ten depozyt Oster przechowywał u siebie więc miał najwięcej okazji aby się na nie napatrzeć.

            - Szczerze mówiąc póki nie odczytałam tego zwoju to ja też. No ale to są jądra. Jak się je wszyje tam gdzie są te zwykłe to po paru dniach, do tygodnia, powinny się rozbudzić i zacząć produkować własne nasienie. Oster zalecała zaszyć jedno do trzech czy czterech. Ale aby nie wzbudzić podejrzeń partnerki no to najlepiej aby było to zbliżone do oryginalnego zestawu. Nasienie zasiewa kobiece łono podobnie jak te jaja. Więc płodność kobiety nie ma tu znaczenia. Potem rozwijają się z tego jakieś stworzenia, każda z sióstr znów dała swoją iskrę więc każdej jest poświęcone inne stworzenie. Niestety dalej zwój był zbyt zniszczony aby odczytać jakie. Wygląda na to, że efekt końcowy chyba powinien być zbliżony do tych z muchami tylko umieszczenie nasienia odbywa się przez mężczyznę. Każde ze stworzeń, podobnie jak muchy, po ukąszeniu daje inny efekt, odpowiedni dla swojej patronki. Czyli od Norry to berserkeski szał i agresję, od Oster jad, zatrucie i chorobę, od Soren niekontrolowaną gorączkę pożądania a od Vesty skrajnie różne humory, napady paniki, szaleństwa albo mutacje. Tu z kolei u nosiciela tych wszczepionych jąder mogą wystąpić powikłania i tknięcie bogów. Czyli jak to mawiają południowcy - spaczenie. Nie od razu ale trzeba się z tym liczyć. Podobnie jak z dawką jaj w kobiecym łonie, im więcej, im częściej, im dłużej tym większa szansa, że coś pójdzie nie tak. Ale jak mówię ten zwój był w najgorszym stanie więc tego tłumaczenia jestem najmniej pewna. - ostatni ze zwojów też wiedźma omówiła dość szybka. Ale zapewne dlatego, że miała dużo mniej pewnych danych niż w dwóch poprzednich jakie zachowały się lepiej. Jednak i tak dłuższą chwilę wszyscy to trawili tego się nie spodziewając. Bo coś o muchach to było już wiadomo tydzień temu, na poprzednim zborze. Ale to o “fasolkach” to padło po raz pierwszy.

            - Dobrze to jak są pytania to jest okazja. Przemyślcie to wszystko na spokojnie. Bo jak sami wiecie mamy jeszcze sprawę ze świątynią do omówienia a już pewnie połowa wieczoru jest za nami. Na razie zróbmy sobie przerwę dla złapania oddechu. - zaproponował Starszy widząc, że przerwa chyba wszystkim by się przydała. Albo, żeby zebrać myśli albo porozmawiać z kim się miało ochotę. Bo jak już w dzień zapowiadała kurierka z liliowymi włosami była jeszcze ta sprawa jaką zajmowały się obie łotrzyce. A też rzutowała na wyjazd Mergi z miasta.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #72

              Oryginalny autor: Pipboy79

              Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór/noc (2/2)


              - Dobra, to sprawa wygląda tak. Robimy domek. I ten domek jest do zrobienia. Ale musicie nam pomóc. - obie łotrzyce, wciąż ubrane w skromne i pokutne mieszczki. Chociaż już bez tych zacnych, białych czepków jakie miały na sobie wczoraj rano. Wyszły na środek, a Merga teraz usiadła przy stole. I one przejęły pałeczkę w tej naradzie.

              - Obejrzałyśmy sobie ten domek wczoraj i dziś. Jest do zrobienia. Prawie na pewno trzymają skarby w piwnicy, za wzmocnionymi drzwiami. Bo tylko przed nimi stoi dwóch kołków jacy kompletnie nie widzą do czego służą pokorne i uległe dziewczęta. - Łasica zaczęła omawiać jak to im zeszły ostatnie dwa dni na udawaniu skruszonych ladacznic z Salzenburga. Część z tego Otto słyszał już dziś rano od Burgund ale większość to wiedziała tyle, że coś tam miały sprawdzić w tej świątyni. Łotrzyca nie omieszkała puścić pod adresem czarnych strażników kąśliwej uwagi za ten brak widocznego zainteresowania jej wdziękami i talentami. Chociaż chyba nieco się droczyła bo brzmiało jakby jednak nie wychodziły ze swojej cnotliwej roli skoro były “na robocie”.

              - W tych drzwiach są dwa zamki. Ale póki te kołki tam stoją nie możemy się do nich dobrać. A w nocy też stoją. Nie wiemy czy dokładnie pod drzwiami ale dowiedziałyśmy się, że mają jakąś nocną zmianę. A w nocy widziałyśmy światło na zapleczu. Jak tacy cnotliwi to całkiem możliwe, że nie śpią na nocnej warcie. - łotrzyca sprawnie i bez wahania mówiła co i jak jest w tej świątyni.

              - Do świątyni, nawet w nocy, powinno nam się udać dostać. Dzisiaj tak pucowałyśmy drzwi, że je podlałyśmy oliwą aż się świeciły. Aby mniej skrzypiały. Może się przydać. Z tymi zewnętrznymi drzwiami poradzimy sobie z zamkiem. Chyba, że zamknął od środka na zasuwę. Od zewnątrz nie da się zdjąć takiej zasuwy. Trzeba by drzwi wyłamywać a to jest za głośne. - Burgund dołączyła do rozmowy i mimo, że wydawało się, że z nich obu takie ladaco do rozkładania nóg i niczego więcej to z każdym zdaniem okazywało się, że nieźle przygotowały grunt pod płaszczykiem pokornej pokuty dobrym bogom.

              - Pary w łapach nie macie. Jak trzeba ja z chłopakami możemy się zająć tymi drzwiami. Tylko poproś. - Silny prychnął z lekceważeniem dla czegoś co uważał za błahostkę. Teraz jemu Łasica zaserwowała obraźliwy gest.

              - Wtedy wejdziemy oknem. Albo dzwonnicą. - żachnęła się jakby nie zamierzała komentować takiego braku finezji po zwolenniku Krwawego Ogara. Okna świątyni były dość wysoko a dzwonnica jeszcze wyżej. Ale mimo to łotrzyca wydawała się być pewna swoich możliwości w tej materii tak samo jak Silny z wyłamywaniem tych drzwi. Łysol prychnął tylko i dał sobie spokój z ciągnięciem rozmowy.

              - Bo myślałyśmy jeszcze, że można by w nocy zapukać i poczekać aż nam otworzą. Wtedy może coś byśmy im dosypały do wina. Jakiegoś usypiacza. A może nawet bez szefów na karku i w środku nocy może przestaliby być takimi cnotkami? Ale jak nie to jeszcze i tak byśmy mogły przekraść się do piwnicy. Bo w nocy nie widziałyśmy tam świateł. To może tylko w dzień tam stoją. To jakbyśmy tam już były mogłybyśmy dobrać się do tych zamków. - Burgund uzupełniła ten zrąb planu jaki uszyła ze swoją kamratką wczoraj i dziś.

              - No właśnie. Tylko wyglądają na mocne drzwi i zamki. Może być trudno z wytrychami. I tutaj właśnie pomyślałam o naszej zniewolonej pani. Znaczy Fabi. Bo ich oficer to też Bretończyk. Ale ostatecznie Onyx albo my też byśmy mogły. Bo trzeba ich oficera dorwać i zagadać albo zająć, najlepiej aby zdjął ubranie albo chociaż pas i spodnie. Wtedy wystarczy nam chwila aby zrobić odbitkę klucza. I jakbyśmy miały taki klucz to otwarcie drzwi skarbca to formalność. - Łasica żywo tłumaczyła plan akcji dalej i widać też się zapaliła do tego wyzwania nie mniej niż niedawno Sigismundus do projektu hodowli much.

              - Tylko, że samo otwarcie skarbca niewiele nam da. Znaczy będziemy mogły zajrzeć co jest w środku. Dopiero wtedy się przekonamy czy skarb tam jest czy nie. Strażnicy stojący tam cały dzień to powinien ale pewności nie ma. - Burgund przejęła pałeczkę w tych tłumaczeniach i też to zdanie musiało sprawiać jej przyjemność.

              - To jakby się udało i tam skarbu nie było to kicha. Trzeba by się wycofać, najlepiej po cichu i pomyśleć gdzie by go mogli wsadzić. Albo się dowiedzieć. No chyba, że wy macie jakieś sposoby aby się dowiedzieć albo sprawdzić gdzie trzymają ten skarb. Tylko dyskretnie. Bo jak go zwiniemy to będą go szukać i pytać każdego kto się nim interesował. - Łasica pierwszy raz wspomniała gdzie by się mogła im przydać pomoc koleżanek i kolegów z reszty rodziny. Przesunęła się krótko spojrzeniem po twarzach sprawdzając czy ktoś tu by ich mógł wspomóc.

              - Jak tam jest ten skarb to też kicha. Tyle, że mniejsza. Bo same we dwie i na cicho to wiele nie wyniesiemy. - rudowłosa łotrzyca rozłożyła ramiona na boki i nawet się uśmiechnęła rozbawiona, że otwarcie drzwi i pełny skarbiec to też jeszcze nie oznacza sukcesu.

              - Dlatego myślimy czy na pierwszy raz nie pójść się rozejrzeć. Chyba, że byłoby pewne, że tam są te fanty z tac. To byśmy szły na pewniaka. Ale mimo wszystko we dwie to możemy tam wejść, pootwierać te czy tamte drzwi no ale same skarbu nie wyniesiemy. Przecież to pewnie w workach i skrzyniach stoi. Pamiętacie ile tego było w ostatni Festag jak ludzie to garściami rzucali na tacie? - Łasica gładko mówiła dalej tłumacząc jakie znalazły przeszkody i trudności w realizacji planu.

              - I tu też przydałaby się wasza pomoc. Bo te worki i resztę trzeba by wynieść na górę a potem na wóz. Wóz i konia możemy załatwić. Ale trzeba nam ludzi aby przenieść te fanty w środku nocy na ten wóz. I jeszcze tacy którzy by potrafili wyłączyć z gry strażników. Bo my na cicho i po ciemku to jakoś się prześlizniemi. Jakby nas wpuscili i udało nam się ich uśpić to też w porządku. Ale jednak to by hałas był z tymi drzwiami do skarbca i workami więc tak czy inaczej coś by trzeba zrobić z tymi strażnikami. - poinformowała ich Burgund gdzie znów występuje kłopotliwy punkt jaki trzeba jakoś rozwiązać.

              - Jak będą ululani to nożykiem po gardle i po sprawie. A jak nie to ja wezmę chłopaków i też damy radę. Tylko nas wpuście do środka. - Silny znów się odezwał i znów gdy była możliwość jakichś krwawych i siłowych rozwiązań.

              - Lepiej bez bijatyki. To zawsze ryzyko. Czasem strażnicy mają jakiś gong czy dzwon. Wystarczy, że jeden z nich by w taki walnął i może narobić rabanu. A to jednak nie są jakieś kołki z tawerny tylko ci co przyjechali z tą bladziutką młódką na czarno. - Łasica zastanowiła się, nie wykluczyła takiej oferty swojego adwersarza no ale zwróciła uwagę, że gwałtowna akcja niesie ze sobą pewne ryzyko, nawet jeśli samo zdławienie oporu strażników poszłoby gładko jak to łysol zapowiadał.

              - Chodzi o tą bladziudką? - zapytała grzecznym i psotnym tonem siedząca przy krawędzi długiego stołu Merga. Po czym szepnęła coś i z niej zaczął jakby sączyć się barwny dym. Tłoczył się wokół niej, jej ciało zaczęło się zmieniać, rogi opadły gdzieś w tył głowy, cera pojaśniała, ubranie pociemniało i po chwili siedziała na jej miejscu bladolica morrytka. Wszyscy sapnęli ze zdziwienia i podziwu. Po chwili jednak Joachim i Otto co mieli okazję widzieć kapłankę z bliska dostrzegli jednak, że to nie tyle ona co jakaś podobna do niej morrytka.

              - Nie widziałam jej z bliska aby ją dokładnie odtworzyć. I nie słyszałam jej głosu. Więc musiałabym mieć na to okazję gdybym miała ją podrobić. Chociaż w środku nocy to chyba by można spróbować. - Merga uśmiechnęła się jeszcze raz nową bladolicą twarzą po czym znów owiał ją ten barwny dym tylko teraz proces był odwrotny i wiedźma wróciła do swojej prawdziwej formy fioletowej, rogatej i złotookiej.

              - Ależ czcigodna… Ty jesteś dla nas niezastąpiona. Nie możemy bez potrzeby ryzykować twoim zdrowiem. Przecież wszystko żeśmy ustawili tak abyś czekała w zatoce, w łodzi. Jak tylko by dojechał wóz ze skarbem, przeładujemy go i odpływacie. - Starszy wydawał się żywić na tyle szacunku do rogatej, że mówił jakby chciał ją przekonać po dobroci. Bo chociaż zapewne doceniał ten ciekawy trik to wolał nie ryzykować jej życia gdy to właśnie ona była chyba jedyną osobą z odpowiednim autorytetem, wiedzą i doświadczeniem aby popłynąć do Norski i pełnić tam rolę ambasadora ich sprawy no i werbownika.

              - Oczywiście mistrzu. Dostosuję się do twojej woli. To była tylko luźna propozycja. I to bardzo miłe z twojej strony, że tak dbasz o moje bezpieczeństwo. - wyrocznia skłoniła się przewodnikowi zboru z szacunkiem i gładko przyjęła jego słowa nie chcąc mu stawać okoniem.

              - Dziękuję czcigodna. Potraktujmy to jako plan rezerwowy. Dobrze wiedzieć, że mamy kogoś takiego pod ręką. Jestem pewien, że nasze drogie i utalentowane dzieci coś wymyślą jak się dobrać do tego skarbca. - mężczyźnie w podłużnej, wysokiej masce chyba ulżyło, że rogata kobieta tak szybko się z nim zgodziła. Ale dał znać, że wolałby aby czekała bezpiecznie na pokładzie statku a nie brała udział w nocnym rabunku. Obie łotrzyce już nieźle rozpoznały teren przez te dwa dni ale do samej akcji zapowiadało się, że trzeba będzie zmobilizować wspólne siły. Nawet jeśli one we dwie, dyskretnie dostaną się w nocy do środka i otworzą świątynie dla reszty to zapewne jakoś trzeba będzie uporać się ze strażnikami w ten czy inny sposób. O ile te fanty są w tym skarbcu gdzie się go spodziewały Burgund i Łasica. Potem sprawnie przeładować go na wóz i przejechać do portu a tam znów przeładować tyle, że na statek. A jeszcze parkujący w środku nocy pod świątynią wóz mógł zwrócić uwagę nocnej straży. Właściwie każdy ruchomy wóz w nocy zwracał uwagę. Jazda też była trudna bo ani w oknach nie paliły się światła a i kanionach kamienic było jeszcze ciemniej. Jak zauważyły włamywaczki nawet samo podstawienie wozu pod ogrodzenie świątyni mogło zaalarmować strażników w środku. No chyba, żeby już spali. Takim lub innym snem. Więc było jeszcze sporo etapów i detali jakie wymagały dopracowania, obsadzenia rolami i rozwiązania.

              Pirora dała znać, że sama to raczej nie ale może podesłać swojego ochroniarza do pomocy. Albo coś pomóc wcześniej z tymi kluczami na przykład zapewnić alibi na schadzkę Fabi albo koleżanek z tym bretońskim oficerem. Sigismundus zaoferował usypiacze albo dowolne inne trutki. Sam był ociężały ale silny. Mógł ładować albo powozić. A gdyby było trzeba to i coś jeszcze byle nic z bieganiem bo niezdarny i powolny był. Albo podesłać Strupasa. W końcu to miejski żebrak i ulicznik, na pewno też mógłby się przydać. No ale jeden z nich bo drugi musiał pilnować obejścia w aptece. Lilly i Onyx zgłosiły swoje chęci i gotowość, zwłaszcza jak to ich wężowe kamratki miały grać pierwsze skrzypce w tym nocnym koncercie. Onyx mogła powozić a Lilly umiała się skradać. Tylko musiałaby obwiazać szmatami kopyta aby nie stukały jak obcasy. Silny i Rune zgłaszali się do każdej fizycznej fuchy, zwłaszcza jakby była połączona z jakimś mordobiciem. Thobias niezbyt widział się w takiej akcji ale gdyby był jednak gdzieś potrzebny czy coś mógł pomóc to był gotów. Po prostu jako guwernant i nauczyciel niezbyt znał się na nocnych włamach, mordobiciach i jazdy z trefnym towarem przez zaciemnione miasto. Poza tym zdawał się nie lubić przemocy. Soria za to podobnie jak koleżanki, traktowała to jako nocną, podniecającą przygodę i była chętna na wystąpienie w każdej roli. Może poza ujawnieniem swojej prawdziwej formy bo chociaż była pewna, że by rozchalapała krwawo tych strażników to jednak wolała bez takich sztuczek. Zresztą obie łotrzyce też chciały aby to wyglądało na zuchwały ale jednak standardowy napad jakiejś szajki spoza miasta. Wyglądało więc, że w godzinie próby większość rodziny wyraziła swoją chęć pomocy i udziału w takim szlachetnym zrywie. Trzeba było tylko zastanowić się jaki plan da się z tego uszyć.


              Rozmowy trwały dość długo. Po tym jak omówili te dwie najważniejsze sprawy jakie ich tu ściągnęły rozmowy rozpadły się na różne drobniejsze grupy i tematy. Często jednak wracano i do tłumaczenia starożytnych zwojów napisanych przez jedną z sióstr jak i do planowanej akcji rabunkowej. Ale nie tylko.

              Joachimowi wpadł w oko Aaron który skądś sie wynurzył z zakamarków podziemnej kryjówki. To mu przypomniało ich poranne spotkanie. Wtedy drugi z magistrów zwrócił mu uwagę, że czyjaś krew w jakimś rytuale nie jest równoznaczna ze śmiercią dawcy. Całkiem często wystarczyło parę kropel. Nierzadko czar czy rytuał wymagał krwi maga jaki nacinał sobie dłoń aby dodać swoja krew do składników magicznych. Więc gdyby tym razem chodziło o coś takiego to wystarczyłoby te parę kropel krwi panny van Hansen. No chyba, że trzeba by więcej. Tego nie wiedział skoro sen nie był na tyle klarowny aby mógł się zorientować o jaki rytuał albo czar może chodzić. Ale to jeszcze rano tak mówił. Bo jak już był późny wieczór czy nawet północ to zdawał się niezbyt kojarzyć czegoś z porannej rozmowy.

              A pierwszą połowę dnia spędził na jeździe powozem do Dzielnicy Północnej gdzie jedną z rezydencji zajmował baron von Wirsberg. Okazał się być ze dwa razy starszym mężczyzną niż Otto. Ten po drodze niewiele sie dowiedział od jego służącego. Albo ten sam nie znał odpowiedzi na jego pytania albo nie chciał czy nie mógł ich udzielić. Dał znać, że niemoc dopadła jego pana w nocy i spał bardzo niespokojnie. Więc w gruncie rzeczy Joachim musiał dowiedzieć się wszystkiego na miejscu.

              Zastał pana w eleganckiej koszuli nocnej i w łóżku. A o tej porze to już raczej wypadało być na nogach. Jednak od razu rzucało się w oczy bladość barona i zaczerwienione, oraz zapuchnięte oczy. Rzeczywiście wygladał jakby kiepsko spał tej nocy. Paul zapowiedział Joachima jako znamienitego magistra i astrologa polecanego przez hrabinę von Hansen co chyba mocno ucieszyło barona. Nawet podniósł się do pozycji siedzącej, uścisnął obiema dłońmi rękę astromanty i kazał usiąść na co Paul płynnie podsunął krzesło gościowi aby ten mógł swobodnie rozmawiać z jego panem.

              - Miałem sen… Straszny! Niepokojący! O mało mnie nie zabił! - zaczął baron jakby wreszcie mógł wyrzucić siebie to co go dręczyło.

              - Kazałem posłać po ciebie magistrze bo ostatnio jak rozmawiałem z hrabiną strasznie cię polecała. Nie sądziłem, że będę tego potrzebował bom człek poważny i bynajmniej nie płochy. Ale ostatnio mnie te sny straszliwie męczą… Te obrazy, i szepty z ciemności… Straszne! Posłałem też po tą młodą kapłankę Morra co raczyła do nas przyjechać na pogrzeb księżnej… A właśnie Paul! Co z nią? - baron mówił szybko i nieco chaotycznie. Ale z ożywieniem jakby wreszcie mógł to z siebie wyrzucić. Wzmianka o drugim ekspercie od snów jednak przerwała ten potok i spojrzał pytająco na swojego sługę.

              - Prosiła o wybaczenie panie ale dzisiaj odprwawiała pogrzeb. Będzie też modlić się za zmarłego. Obiecała, że odwiedzi pana jak tylko będzie mogła, postara się jutro. - uprzejmie wyjaśnił służący skinąwszy wcześniej głową. Zapytanie o kapłana Morra nie musiało dziwić skoro on był patronem nie tylko snu wiecznego ale i tych zwykłych oraz wizji i proroctw jakie objawiały się przez mary senne. A zwykle ludzie jakoś mieli większe zaufanie do kapłanów niż magów. Niemniej jednak baron wydawał się kontent z rekomendacji hrabiny von Hansen oraz szybkim zjawieniem się młodego magistra.

              - Dobrze… No nic to, najwyżej jutro będę z nią rozmawiał… A co do ciebie magistrze… Sen, sen straszny! A ty się znasz na snach, wizjach i znakach prawda? Moja droga Martina tak mi o tobie mówiła… Więc tłumacz to co mi się śniło, przynieś udrękę mojej biednej duszy! - baron wydawał się być umęczony tymi snami i szukał ulgi oraz zrozumienia. A sen rzeczywiście był intrygujący.

              Zaczął się na ulicy. Nawet chyba tutejszej bo wodę zatoki było widać, zapach ryb. Ale to dźwięk dzwoneczków zwróciły uwagę barona. Zaczął iść w ich stronę ale zgubił się. Błąkał się między tymi kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził.

              - To mnie rozdeptało! Biegło tuż za mną i już następny krok i ta szponiasta łapa by mnie rozgniotła! Na pewno! To było tak przerażające, że się obudziłem i nie mogłem już zasnąć! - baron był tym snem szczerze przerażony. Aż bał się znów zasnąć. I prosił o pomoc. O wyjaśnienie tego snu i najlepiej przegnanie go precz, aby znów nie wrócił. Joachim nie był do końca pewien co to by mogło znaczyć. Całkiem często w snach ludziom śniły się miejsca jakie znali więc to, że baron we śnie widział jakieś znajome zakątki to nie było aż takie dziwne. Często też nie były one tak wiernie odwzorowane tylko pomieszane ze sobą albo zniekształcone. To jeszcze też dałoby sie wytłumaczyć. Ale ten ścigający potwór no to już nieco wypadał ze standardu. Samo ściganie przez coś czy kogoś nie było takie rzadkie. Ale niezbyt często było coś tak przerażającego jak to opisywał baron. Co to nie było wiadomo bo cały czas goniło barona a ten bał się odwrócić. No i te dzwoneczki trudno było do czegoś przypasować czy porównać. Mało typowe. No ale musiał jakoś z tego wybrnąć aby baron i widocznie dobry znajomy hrabiny von Hansen nie pomyślał, że go lekceważy i zbywa.

              Rozmowa z rektorem Vogelem poszła mu chyba nie tak źle. Profesor potraktował sprawę poważnie ale był ciekaw co to za znaki naprowadziła astrologa właśnie na ten trop powiązań między ich magazynami a jakąś podejrzaną szajką z zeszłej zimy. I czy wie o jaki przedmiot może tu chodzić. Ostatecznie zaprosił go na Konigstag w południe czyli za jakieś dwa… No teraz jak pewnie już była północ albo i po to za półtorej dnia na zwiedzanie magazynów licząc, że może uda mu się swoimi mistycznymi mocami zidentyfikować przedmiot.

              - Bezpieczeństwo przede wszystkim jak zwykłem powtarzać swoim studentom. - powiedział z łagodnym uśmiechem i obiecał przygotować wszystko na tą konigstagową wizytę młodego astrologa.

              A póki co przeplatały się jeszcze na końcówce tego spotkania różne tematy. Merga poprosiła Joachima aby ją odwiedził, najlepiej jutro bo chciała mu coś przekazać zanim wyjedzie. Zwoje do pogłębiana demonologicznej wiedzy ale dzisiaj już była zbyt zmęczona aby udzielić mu odpowiednich instrukcji. Przy okazji pytała go o poranną rozmowę z Aaronem o pannie van Hansen bo ten co prawda wtoczył się do nich gdzieś w połowie dnia ale pomamrotał coś tylko, że był u Joachima i jakaś sprawa z krwią blond laluni i tyle dało się zrozumieć zanim poszedł spać. Więc rogata wiedźma liczyła, że może jak jeszcze był u kolegi to mniej bełkotał no i może od niego dowie się o co chodziło.

              Sigismundus rozważał różne kandydatki na nosicielki. Przypomniał sobie, że zimą Strupas złożył obietnicę swojemu patronowi ofiarowania kapłanki Shallyi. Tylko jakoś nie było okazji. A to byłaby w sam raz ofiara dla Ojczulka w tak szczytnym projekcie. I chyba trochę liczył, że koledzy i koleżanki też rozejrzął się albo nawet wskaża odpowiednie kandydatki. I dopytywał Onyx i Lilly o te dwie o jakich wcześniej wspomniały. Oraz chciał wrócić do jaskini Oster aby tam poszukać więcej darów i wskazówek. Tym razem jednak musiałby się obyć bez Vasilija i jego ludzi bo ci mieli stanowić obsadę statku jaki miał wywieźć stąd Mergę.

              Starszy zaś dał znać, że te ślady i dary jakie do tej pory odnaleźli lub mieli trop to tylko początek. Z tego co dowiedziała się ich wyrocznia to nie byłoby dziwne gdyby każda z sióstr pozostawiła po sobie taki ołtarz, świątynie oraz projekt. Ot, na początek natrafili na dziedzictwo dwóch z nich ale tego powinno być gdzieś tutaj więcej. Bo skoro Oster i Soren zostawiły swoje ołtarze i heroldów to pozostałe siostry pewnie też. A jak Oster robiła ten projekt opisany w manuskryptach w pewnym współdziałaniu z pozostałą trójką i niejako jako konkurencję dla nich to i inne mogły coś przygotować. I jeszcze Oster wspominała o świątyni w jakiej się modliła i szukała natchnienie od swojego patrona i to było gdzieś nad morzem ale pod ziemią. Jednak nie w tej jaskini w jakiej pracowała bo traktowała to jako małą pielgrzymkę i drogę oczyszczenia ciała, duszy i serca aby wrócić tam znów do pracy. Więc to musiało być inne miejsce i też zapewne gdzieś w tej okolicy. Ta jaskinia pożądania jaką wspomniała w manuskrypcie to też mógł być jakiś przybytek pozostawiony przez Soren. Więc znów i inne siostry mogły pozostawić coś podobnego.

              W końcu rozmowy zaczęły się rwać i zapętlać. Ta tajna, pstrokata rodzina zaczęła wstawać, żegnać się, umawiać się na to czy na tamto i ruszać ku korytarzu wejściowemu aby tam, za kotarami, wejść po ciemku po trzeszczącej drabinie i wyjść w ciemnej piwnicy jaka ostała się po zwalonej wieży. A następnie wyjść z niej na zaciemnione i ciche ulice. Było już sporo po północy więc jak ktoś musiał zacząć jutrzejszy dzień z rana to zapowiadało się, że się zbyt dobrze nie wyśpi.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #73

                Oryginalny autor: Lord Melkor

                Backertag; przedpołudnie; rozmowa z Baronem

                Joachim spokojnie wysłuchał słów Barona. Interesujące, że więcej niż jednej osobie śniło się dzisiaj coś ciekawego. Niestety, nie był wielkim znawcą dziedziny interpretacji snów, miała ona pewne powiązania z astrologią, ale medodologia była różna. No, ale musiał w tej sytuacji coś powiedzieć, żeby nie było że przyszedł tu na marne. W pierwszej kolejności skupił swoje zmysły, szukając jakichokolwiej śladów magii w pomieszczeniu.

                - Interpretacja słów to złożona dziedzina. Przede wszystkim nie ma powodu aby Wielmożny Pan tak bardzo panikował. Ja jestem specjalistą od astrologii, więc najbliższej nocy postawię wróżbę w tej dziedzinie. Widzę kilka możliwości: albo Pana intuicja ostrzega przed zagrożeniem którego umknęło świadomości; jakieś dawne przeżycie wywołało ten koszmar, albo też jest to ostrzeżenie od wyższych sił. Nawet jeśli uznalibyśmy to za ostrzeżenie, raczej ma ono charakter metafory, więc chyba nie musi Pan obawiać się jakiegoś strasznego potwora - pozwolił sobie na uspokajający uśmiech.

                - Moje pierwsze wrażenie jest takie, że może chodzić o jakieś ukryte zagrożenie, a jednocześnie dzwoneczki sugerują pokusę lub dystrakcję, odciągającą uwagę od ukrytego zagrożenia. Czy planował Baron ostatnio jakieś istotne przedsięwzięcie?

                - Mój drogi panie magistrze tu nikt nie panikuje. Jestem po prostu zaniepokojony takimi snami. Nie miałem nigdy wcześniej kłopotów ze snem. Całe życie spędziłem w siodle albo na pokładzie statku. Sztormy, burze, mgły, grad, ulewy i nigdy nie miałem kłopotów ze snem i takim sennymi majakami. Aż do teraz. - sapnął nieco zirytowany baron na myśl, że mógłby zostać odebrany jako panikarz. Ale szybko podążając za tym wątkiem sam zaczął mówić o pokrewnych sprawach na dowód, że to nie jest dla niego stan naturalny.

                - Ale tak, jak możesz zrobić wróżbę to poproszę. Zapłacę ile się należy. - dodał spokojniejszym tonem przesuwając roztargonionym gestem nieco rozczochrane, rzedniejące już włosy.

                - I oby to nie chodziło o jakąś prawdziwą maszkarę. Ta we śnie prawie mnie rozgniotła. Ale miałem wrażenie, że biegnie do czegoś przede mną. A ja tylko stałem jej na drodze. Ha! Mogłem uskoczyć! Gdyby to się działo naprawdę to bym próbował! Tak jak niegdyś jak uskoczyłem przed łapą trolla! To były czasy! Ale byłem wtedy pewnie tak młody jak ty teraz. Ale nic to! Dziś też bym próbował! No ale wiesz jak to z tymi snami, niby człowiek tam jest ale to tak raczej do oglądania tylko, niewiele można zrobić. - starszy mężczyzna szybko przeskakiwał z tematu na temat jakby myśli biegły mu w podobnie szybkim tempie między przeszłością a teraźniejszością.

                - I ukryte zagrożenie powiadasz? Na bogów! Mam nadzieję, że nikt nie planuje podesłać mi takiej maszkary! - starszy szlachcic co chwila wracał do słów magistra i zastanawiał się nad ich znaczeniem. Był jednak nieco rozkojarzony, zapewne w skutek tych strasznych, nocnych koszmarów więc nie szło mu to łatwo.

                - Potencjalnie tak, ten sen mógłby wskazywać na jakieś nieoczywiste zagrożenie, ale tak jak mówiłem wątpię by należałoby go interpretować aż tak dosłownie… - czarodziej westchnął, mając wrażenie, że Baron jest nieco zbyt roztrzęsiony i nie wszystko do niego dociera. Poza tym odczuwał lekki zawirowania wiatrów magii, ale tak na granicy wykrywalności. Więc raczej nie było to kwestia tego, że jego gospodarz był pod wpływem jakiegoś groźnego uroku.
                - Proponuje by spotkać się jutro - ja w nocy postaram się postawić wróżbę, a Baron przez ten czas dojdzie do siebie, rekomenduje tutaj napary ziołowe, i zastanowi się czy ten sen nie kojarzy się z jakimś niedawnym przeżyciem.

                - No dobrze, możemy tak zrobić. - odparł baron Wirsberg po chwili zastanowienia. Zaproponował jutrzejsze południe mając nadzieję, że uda się mu umówić z dwójką ekspertów od snów na ten sam termin chociaż nie miał jeszcze odpowiedzi od morrytki. Po czym jego lokaj dał znać, że może odprowadzić gościa do wyjścia.


                Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze

                Przeszli do omawiania planu Łasicy by włamać się do Świątyni Mananna. Tutaj nie za bardzo podobała mu się kwestia ewentualnej kolizji z jego planami w Akademii, więc nie był entuzjastycznie nastawiony.

                - Wydaje mi się, że nasze śliczne Panie dobrze rozpracowały cel. Z tego co słyszę, to ze wsparciem grupy Silnego powinno się udać - chrząknął.

                - Wygląda na to, że mamy dużo projektów do zrobienia. Przesztrzegałbym przed angażowaniem wszystkich członków Zboru w jedną sprawę w takiej sytuacji. Ja i Tobias, jak wcześniej mówiliśmy, jesteśmy na tropie skarbu Vesty. Uważamy, że może on znajdować się w magazynie pod Akademią i w pojutrze będę go zwiedzać by ustalić szczegóły. Rozmawiałem z Łasicą i Burgund, że mogłyby one pomóc gdyby była potrzeba włamania. Pytanie, czy to nie koliduje z akcją w Świątyni?

                - Rozumiem to Joachimie. Ale jednak uważam, że plan rabunku dóbr świątynnych ma priorytet nad innymi. Dobrze by było go zrealizować jak najszybciej. Bo wtedy nasza czcigodna i obdarzona łaską bogów wyrocznia będzie mogła wrócić do ojczyzny bogatsza o fundusze które mogą zachęcić jej pobratymców do udziału w naszych zaszczytnych zamiarach. - Starszy skinął raz swoją maską ale dał znać, że ma dość sprecyzowany pogląd jaka powinna być kolejność wykonywanych zadań.

                - To prawda. Poza tym zapewne negocjacje z jarlami i czarownikami potrwają trochę. Tak samo jak rozesłanie wieści w głąb lądu. I czekanie na to co z tego wyniknie. Im szybciej się tam znajdę tym więcej będę miała czasu na to wszystko i być może szybciej uda mi się tu wrócić. A chciałabym tu wrócić jak zaczną się tu rozgrywać te dramatyczne wydarzenia. Wciąż mam wrażenie, że ten turniej w końcu się odbędzie i przyniesie ze sobą wielką niespodziankę. Całkiem możliwe, że korzystną dla nas. Dlatego wolałabym tu być no ale nie sama tylko z jak największą ilością sojuszników a wielu z nich łatwiej mi będzie przekonać złotem niż pięknymi słowami ale pustymi dłońmi. - Merga poparła słowa Starszego przypominając dlaczego tak zależy im na czasie. Gdyby nie ta akcja w świątyni to zapewne już by mogło jej tu nie być. Ale jak parę dni temu, po ostatnim Festag Łasica z Burgnud zaczęły węszyć wokół tej świątyni i teraz okazało się, że zdobycie bogatego łupu jest całkiem realne to i wyrocznia była gotowa poczekać na wynik.

                - Właśnie. A poza tym Joachimie póki my działamy w domu bożym to nie działamy gdzie indziej. A ty miałeś jakoś rozeznać się w tej Akademii i powiedzieć co to jest, gdzie i tak dalej. Bo jak ci mówiłam, bez tego to szukanie igły w stogu siana i proszenie się o kłopoty. - Łasica też dorzuciła swoje trzy grosze i na tą chwile wydawała się i tak zaabsorbowana robotą w największej świątyni miasta i przygotowaniami do jej zuchwałego obrobienia. Zaś wcześniej na pomoc w razie włamania do Akademii mu obiecała ale on miał zawęzić obszar poszukiwań no i dowiedzieć się czego właściwie miałyby szukać.

                Joachim, widzące podejście Starszego do sytuacji stwierdził, że spieranie się o tą kwestię nie ma sensu.

                - Oczywiście, rozumiem w takim razie co jest priorytetem dla Zbioru. W sprawie tej Akademii wrócę jak zlokalizuje artefakt Vesty i oczywiście nie będę angażował naszych dziewczyn póki akcja w Świątyni nie będzie pod kontrolą - spojrzał na Łasicę, mając nadzieję, że nie musi przypominać że to on pierwszy wpadł na trop Sorii, jeszcze zeszłej zimy, więc dość znacząco pomógł wyznawczyniom Węża.

                Otto wysłuchał planów rabunku świątyni Mananna.

                - Nie mogę wziąć udziału w samym rabunku. Już i tak głęboko siedzę w tym procederze.

                - No cóż, to nie zanosi się w takim razie aby udało się zrobić ten domek w tym tygodniu. - fioletowowłosa łotrzyca wzruszyła ramionami gdy przemyślała to wszystko. Popatrzyła na Mergę i Starszego bo w końcu akcja ze zdobywaniem dodatkowych argumentów w zamorskich negocjacjach była mocno powiązania z odjazdem wyroczni z ich miasta.

                - Nawet jak jutro w dzień Pirora powiadomi Fabienne o co chodzi i ta zrobi co trzeba to nie wiadomo na kiedy uda się umówić z tym Bretończykiem. Pewnie najprędzej w Konistag. Ale równie dobrze może być Agnestag albo Festag. Do tego czasu będziemy bez klucza do skarbca. - odparła Burgund potwierdzając słowa swojej partnerki w kamratki. Teraz ona pokiwała twierdząco do słów rudowłosej.

                - Można by mu spóbować buchnąć klucz na mieście. Ale wtedy nawet jak się uda to się zorientuje w końcu, że go nie ma. - dorzuciła Łasica ale widocznie nie uważała tego rozwiązania za tak skuteczne jak dyskretne zrobienie odbitki.

                - A zrobienie klucza to też pewnie na drugi dzień jak przyniesiemy odbitkę. Więc zapewne zanim uda się to wszystko złożyć do kupy to by już początek nowego tygodnia był. Ale równie dobrze może się to wszystko przedłużyć bo mówimy o tym jakby wszystko poszło dobrze. - łotrzyca o włosach barwy ciemnej miedzi uzupełniła jak to wyglądają szacunki przy obecnych deklaracjach. A wiadomo było, że pierwotnie Merga miała zamiar opuśić ich miasto w tym tygodniu. Ale wtedy jeszcze nie było mowy o rabowaniu świąntynnych fantów.

                - Moim zdaniem lepiej upewnić się, że wszystkie elementy są na miejscu, niż popełnić jakiś zgubny błąd spiesząc się… - zaproponował Joachim.
                - A czy udając pielgrzymki nie możecie się dostać na tyle blisko skarbca by móc pobrać wymiary zamka i dorobić klucz? - zastanowił się, w sumie nie znał się na takich rzeczach.

                - Nie sądzę. - odparła łotrzyca kręcąc przecząco głową. - Tam do piwnic tak oficjalnie trudno o pretekst aby tam złazić to raz. Modlić się można w głównej części świątyni i nie ma po co złazić na dół. Dwa to te kołki cały czas tam stoją. Wczoraj i dzisiaj jak tam szalałyśmy ze szmatami i miotłami to cały czas stali. Póki stoją nie da się swobodnie popatrzeć na te zamki. I nie ma na miejscu też klucza. Jeden zestaw ma ich oficer, właśnie ten ziomek Fabienne, a drugi któryś z kapłanów. Chyba ten ojczulek Absalon ale nie jestem pewna. Może ojciec Benedykt. W każdym razie właśnie ten Bretończyk powinien mieć klucze przy sobie a ostatnio po mszy tak sobie słodko ćwierkali po swojemu z Fabi, że jesteśmy przy nadziei, że jakby szacowna pani kapitanowa go zaprosiła to by nie odmówił. - wyglądało na to, że Łasica nie ma zbyt wielkich nadziei na to, że pod obecną przykrywką udałoby im sie ugrać coś więcej z tymi zamkami, drzwiami i skarbcem.

                - Łasica by mogła spróbować z wytrychami. Ale to też bez nich. W nocy można by spróbować. Bo widziałyśmy, że w nocy tam w piwnicach się nie pali światło. A chyba po ciemku by tam nie stali całą noc to chyba nawet oni wracają na zaplecze świątyni i tam siedzą. Więc jakby się zakraść przez świątynie, przemknąć do piwnic można by spróbować. Tylko to jednak ryzyko. Jakby nas zdybali w korytarzu to kaplica. Tam nie ma gdzie się ukryć, goły korytarz. No i z wytrychami to różnie bywa. Po ciemku by trzeba wszystko robić. A jak byśmy miały klucz to prawie na pewniaka by się szło. Każdy głupi by mógł otworzyć kluczem. Tylko wciąż nie wiemy co jest za tymi drzwiami. Zdagujemy, że to tam trzymaja fanty skoro tam stoi straż no ale tak naprawdę pewności nie ma. - Burgund dorzuciła swoje uwagi do tego co mówiła jej partnerka. Wydawało się, że są całkiem pewne tego co mówią chociaż same nie wiedziały wszystkiego a w tym planach wciąż było kilka zmiennych i niewiadomych jakie mogły w krytycznej chwili całkiem inaczej rozłożyć punkty ciężkości.

                - Hmm… - zamyślił się Joachim - znam zaklęcie projekcji astralnej, ale nie jest ono proste do użycia. Główny problem jest taki że w tej postaci byłbym niewidoczny i niepodatny na fizyczne interakcje ale nie moge np. otwierać drzwi ani przenikać przez ściany… czyli zamknięte drzwi będą przeszkodą.

                - Umiesz takie rzeczy? - zaciekawiły się obie łotrzyce ubrane nadal niczym bogobojne mieszczki. Przez chwilę oczka im wesoło skakały tu i tam jakby zastanawiały się co z tym fantem można by zrobić.

                - Nam by się takie coś przydało na robocie. Chociaż jak nie można niczego dotknąć to nic byśmy nie mogły otworzyć ani nigdzie wejść… - Burgund zastanawiała się chwilę jak to by mogło wyglądać jakby one same miały takie możliwości.

                - Ale jak nie dasz rady otworzyć albo zajrzeć za drzwi to wracamy do tego co mamy teraz. Czyli zdobyć klucz albo próbować wytrychem. No nic, Pirora, będziesz musiała pogonić Fabi aby wzięła się do roboty z tym swoim bretońskim amantem. Możemy wam pomóc oczywiście w razie czego. Zresztą i tak chociaż jedna z nas musiałaby tam z wami być aby odbić klucz. - Łasica westchnęła trochę z żalem, że nie da się tak łatwo pójść na skróty i wróciła do planowania tego w bardziej standardowy sposób.

                - Będe ją pewnie widzieć jutro wieczorem u Kamili. Ale to trochę późno no to wyślę jej w dzień bilecik to może ona też zdąży temu oficerowi wysłać coś jeszcze tego samego dnia. I chyba umówimy się u mnie bo i jej i wam pewnie będzie najlepiej przyjść. W Konigstag i tak będzie u mnie na lekcji języka. Umawiamy się w Wellentag i Konigstag, ja ją uczę estalijskiego a ona mnie bretońskiego. No ale przy okazji można też porobić inne rzeczy. - Averlandka skinęła blond głową na znak, że rozumie i co może to pomoże w tych przygotowaniach. W końcu Frau von Mannlieb nie wypadało się spotykać bez męża z obcymi mężczyznami. Ale wizyta u koleżanki - szlachcianki co cieszyła się już należytą opinią w towarzystwie to co innego.

                - A jeżeli byśmy mogli przeniknąć do tych strażników? - odezwał się stary Łowca.

                - Ale jak? Oni wszyscy są eskortą tej czarnuli i razem z nią przyjechali z Saltburga. A wyglądają na dość obowiązkowych. No drugi dzień się tam wypinałyśmy i uśmiechały do nich a oni nic. - Łasica spojrzała z zaciekawieniem na Heinricha ale jej widocznie niezbyt przychodziło do głowy jak można by się sfraternizować z tak oziębłymi i odpornymi na ich wdzięki strażnikami.

                Heinrich spojrzał na Łasicę.

                - Wyraźnie zapłacono im wystarczająco wiele, aby na supeł się zawiązali. - powiedział dobitnie - Ale... W takim razie należy szybko i cicho ich położyć, co raczej problemem dla naszych pań nie będzie. Nyślę żeby ich na tyle móc wybić z rytmu, aby dało się pojedyńczo wybić. - były łowca czarownic mocno się zastanawiał - Będzie ciemno, więc i bez magii są szanse zmylić strażników z kim mają do czynienia. - spojrzał na Otto - Obecność mnisiego towarzysza wraz z bladą morrytką może być wystarczająco prawdziwą możliwością, aby ochroniarze zaraz nie stali się z daleka ostrożni. Nasze piękne pokutnice także nie będą problemem, jako że już sprzątały wcześniej, więc i mogłyby tam w okolicy się kręcić. Sytuacja wymaga pewnej charakteryzacji i aktorstwa, ale... Tak, to byłoby do zrobienia. Szczególnie gdybyśmy wiedzieli, że prawdziwa blada się nie pojawi.

                Otto przysłuchiwał się pomysłowi byłego agenta kościoła.

                - Ma to potencjał. Jednak strażnicy Morra to nie jakieś moczymordy, których powali solidniejszy wiatr. Trzeba będzie mieć pewność, że jeżeli się na nich rzucimy, to rozłożymy ich od razu.

                Obie przebrane za bogobojne mieszczki łotrzyce wysłuchały ich obu z zainteresowaniem, ale też pewną domieszką konsternacji. Popatrzyły na nich a potem na siebie i jak zwykle pierwsza odezwała się liderka slaaneshytek.

                - Ale poczekajcie to teraz o czym mówicie? Bo my to na razie utknęłyśmy na tych drzwiach skarbca. W dzień się do niego trudno będzie dobrać jak oni tam wciąż stoją. Dlatego myślałyśmy o nocy. Znaczy jakby już przez Fabi i Pirorę udało się załatwić odbitkę klucza. To z kluczem to by była formalność otworzyć te drzwi tylko właśnie do końca nie wiadomo co jest za tymi drzwiami. Tak pilnują to pewnie coś ważnego ale czy skarb to jeszcze nie wiemy. - Łasica przypmniała jaki obecnie mają stan przygotowań co do akcji obrobienia skarbca największej i najważniejszej świątyni w mieście.

                - A ci czarni to wyglądają poważnie. Znaczy kolczugi mają, na to te czarne tuniki. Hełmy też ale ich nie noszą jak stoją na warcie tylko na zakrystii trzymają. I miecze mają u pasa i jakieś buzdygany. No ja bym wolała się nie bić z kimś takim. - Burgund opisała jak są uzbrojeni ci strażnicy niejako potwierdzając słowa Otto, że nie wyglądają na cherlaków. Zresztą jak to ci sami co stanowili gwardię honorową podczas pogrzebu księżnej w ostatni Festag to na oko byłego mnicha i łowcy czarownic to wyglądali na Kruczą Gwardię, zakon poświęcony wojennej służbie Morrowi, głównie w walce z nieumarłymi i temu typu tałatajstwu. Ale widocznie obecnie przysłano ich z Saltburga jako eskortę morryckiej wieszczki no i gwardię honorową na pogrzebie księżnej.

                - Oczywiście rozumiemy sytuację. Obawiam się jednak, że lepiej będzie wywołać konfrontację. Nie wiadomo kiedy i czy Pirorze i Fabianne uda się załatwić dla nas kopię klucza. A podejrzewam, że takową ci strażnicy mogą posiadać. Jeżeli, ktoś jakoś, magią, sprytem, czy przypadkiem się dostał do środka pomijąjąc drzwi, no to chłopaki by byli w nie lada sytuacji, nie mogąc się tam dostać, dopóki osoba z kluczem się nie zjawi. W międzyczasie mogliby tylko krzyczeć "Niczego nie dotykajcie! To własność świątyni!".

                Nawet jeżeli by nie mieli klucza, wyłączenie ich dałoby nam większe okno czasu na włam i ucieczkę.

                - No ja nie wiem czy oni myśleli o kimś z magią czy nie ale nie widziałyśmy u nich żadnego pęku z kluczami. A jak się trochę podpytałyśmy to jeden ma ich oficer a drugi Absalon, ten kapłan. Do otwarcia drzwi wystarczy jeden z nich. Do Absalona trudno by nam było się jakoś dobrać no ale ten ich oficer co jest Bretończykiem i tak miło sobie po mszy ćwierkał z naszą Fabi no to daje większe nadzieje na to, że uda się mu zabrać i podrobić klucz. Jakby się zgodził na spotkanie to może w Konistag, może w Aubentag albo Festag. Następnego dnia mogłybyśmy mieć już wtedy swój klucz. - Łasica pokiwała głową na znak, że rozumie ale jednak sprawę klucza do skarbca jakoś udało im się chociaż częściowo rozwikłać. Na pewno właściwie oceniły kapłana Maanana bo ten był znany ze swojej nieprzychylnej postawy do kobiet jako całości. Więc ten oficer już samo przez to, że nie był Absalonem wydawał się łatwiejszym orzechem do zgryzienia a jak jeszcze zdawał się tak miło rozmawiać ze swoją tutejsza krajanką to dawało dziewczynom nadzieję, że jakoś mogłoby się udać z podmianą tego jego klucza.

                - Poza tym jakby wejść na rympał to pewnie, można nawet jutro w nocy. Tylko wtedy byśmy szli w ciemno. Nie wiem co jest za tymi drzwiami. A bez klucza to trzeba by jakoś wytrychami próbować jak się uda to uda jak nie to wyłamywać drzwi a to by było głośne i długie bo drzwi wyglądają na mocne. Chyba, że wy macie jakieś sposoby aby potwierdzić, że skarb jest właśnie za tymi albo innymi drzwiami to można by oszczędzić sobie tej rozpoznawczej nocki. Ale klucz i tak by nam ułatwił robotę, z kluczem to by się szło na pewniaka. - Burgund szybko dorzuciła swoje trzy grosze do słów partnerki nie wykluczając siłowego rozwiązania aczkolwiek wydawało się, że ocenia je jako dość ryzykowne.

                Otto rozumiał obawy Slaaneshytek. To duże przedsięwzięcie z wielką nagrodą jeżeli wszystko pójdzie dobrze, ale też nie lada katastrofą jeśli pójdzie źle.

                - Mają rację, Heinrichu. Mamy jeszcze czas, aby to rozplanować. Postaram się bardziej pokręcić po świątyni i wywęszyć o co chodzi z tymi drzwiami. Smutno by było, że cały nasz trud zaprowadzi nas tylko do krypty jakiegoś "świętego".

                - No właśnie. No chyba, żeby tam tak pilnowali jakiejś izby pokutnej z ciekawym wyposażeniem. No to wtedy może nawet zaczęłabym regularnie chodzić do świątyni na te pokuty. - powiedziała Łasica niby poważnym tonem ale za bardzo jej się przy tym oczka śmiały aby traktować to inaczej niż żart. Zresztą Burgund też się roześmiała i pokiwała głową na znak pełnej zgody.

                - Czyli ty albo jak ktoś da radę to też, wywiecie się co dacie radę z tymi drzwiami. Tylko tak subtelnie bo jak zrobimy ten numer to pewnie będą wypytywać kto się ciekawił tą sprawą. Pewnie połapią się, że włamywacze musieli zrobić jakieś rozpoznanie. Nas obu i tak będą szukać. Znaczy tych idiotek jakie udajemy. No ale lepiej aby nikim więcej od nas się nie interesowali. A póki co to Pirora da znać Fabi z tym liścikiem do oficera a my będziemy dalej tam szorować schody i podłogi i może coś wypatrzymy ciekawego. - Burgund popatrzyła na pozostałych czy na tym punkcie wszyscy się zgadzają co do robienia tego skosku na świątynny skarbiec czy mają jeszcze coś do ustalenia.

                Joachim nadal nie był entuzjastycznie nastawiony do osobistego udziału w skoku, natomiast opowiedział jak szczegółowo działa zaklęcie projekcji astralnej, jeśli dziewczyny miałyby pomysł by je wykorzystać. No ale drzwi musiałby ktoś mu fizycznie otworzyć.


                Rozmowa z Mergą

                Tak, Aaron był dzisiaj rano u mnie w sprawie tego jego dziwnego snu na temat Froyi i jej krwi. Spisaliśmy go - wyjął z kieszeni szaty kawałek pergaminu ze spisaniem tego co udało się wyciągnąć od jego kolegi.

                - Tylko nie wiem o jaki rytuał może chodzić i dlaczego akurat Froya jest ważna. Może ten rytuał ma coś wspólnego z dziedzictwem Sióstr które badamy? - był ciekaw zdania Mergi na ten temat.

                - Być może. - odparła jego mistrzyni i na razie zajęła się odczytywaniem tego co mu się udało zapisać z porannych, nieco bełkotliwych wypowiedzi szarego magistra. Zajęło jej to chwilę po czym odłożyła kartkę i zastanawiała się chwilę.

                - No ciekawe… Krew jest całkiem częstym składnikiem czarów i rytuałów… Hmm… Chociaż nie pisze nic o podrzynaniu gardła czy wyrywaniu serca więc raczej chodzi o dość symboliczną ilość. Jeśli to prawda to powinno wystarczyć parę kropel… Ciekawe czemu akurat ona mu się przyśniła… Nie sądziłam, że ich może coś łączyć. - wiedźma mówiła dość wolno zastanawiając się o co mogło chodzić z tym snem Aarona. Jeszcze raz uniosła kartkę i zaczęła ją czytać od nowa.

                - Kielich krwi, świecie, glify, rytuał… Sprawdzić krew… I coś wtedy wyjdzie… - właściwie niewiele było konkretów z tego co rano mówił skacowany magister zbudzony tym wyjątkowym snem zbyt Bo widzę że głównie jest przydatne do śledzenia kogoś w otwartej przesztrzeniowicie złotych oczach wzruszyła ramionami na znak, że ona sama nie zna owej blondwłosej szlachcianki i tutaj jedynie bazuje na tym co od nich sama usłyszała na ten temat. Więc skoncnetrowała się na omówieniu samego potencjalnego rytuału bez wnikania kto, skąd i jak miałby zdobyć tą krew Froyi do tego rytuału.

                Jednooki mnich pozwolił rozmówić się Joachimowi z Wyrocznią zanim do nich podszedł.

                - Joachimie, Wyrocznio, jeżeli mogę. Niepokojące wieści mam dotyczące Matki Somnium. Odwiedziła dziś Hospicjum w sprawie śmierci pacjenta dotkniętego przez Oster, ale też ostrzec nas przed kolejnymi napadami szaleństwa. Najwyraźniej doznała wizji tego. O ile nie lękam się jednej kapłanki, nawet wyższego stanu. Wizja oznacza wkład bóstw południa…

                Duet liderów zboru popatrzył na siebie z zastanowieniem po usłyszeniu wieści od jednookiego brata. Pierwsza zabrała głos wyrocznia jaka miała z nich wszystkich chyba największe doświadczenie w sztukach mistycznych.

                - Być może. Chociaż niekoniecznie. Domyślam się, że takie miejsca mogą emanować swoistą aurą jaka jest wyczuwalna zwłaszcza przez osoby wrażliwe na Moc. Być może jeśli ta kapłanka ma umiejętności i talenty wyprofilowane pod takim kątem to może wyczuć takie rzeczy. Ale oczywiście może to być jakiś szept jej patrona. Nie tylko ja jestem obdarzona takim talentem. - odparła wyrocznia nie przesądzając jeszcze niczego ale też nie wykluczając, że może być tak jak obawiał się tego Otto.

                - To nie byłoby takie dziwne. Moc Sióstr jest tak wielka, że przemawia w całej okolicy. Zwłaszcza w snach. Przemawia nawet to zwykłych śmiertelników bez żadnych nadnaturalnych talentów, wiedzy i wyszkolenia. Dlatego prosiłem was abyście zwracali uwagę na własne i cudze sny. Tam mogą kryć się wskazówki od naszych patronek. Więc całkiem możliwe, że czarna wieszczka wyspecjalizowana w czytaniu wizjonerskich snów też odbiera te szepty. - Starszy zza swojej maski zdradził jak on widzi tą sprawę. I zainteresowanie kapłanki bynajmniej go nie zdziwiło chociaż wzbudziło jego czujność.

                - Rzeczywiście, zauważyłem że wielu osobom coś się niepokojącego się ostatnio śni. Nawet wezwał mnie do siebie Baron Wirsberg który miał koszmar o prześladującym go potworze, staram się wyciągnąć z tego korzyść. Czyli to nie są wcale odosobnione przypadki - Joachim wtrącił swoje spostrzeżenia.

                - Zdecydowanie nie. Już od paru miesięcy te objawy się nasilają w całej okolicy. Zapewne tam gdzie niegdyś działały siostry. Różni ludzie mogą być różnie wrażliwy na te szepty, zapewne też każdy na akurat jednej z nich. A te zjawisko się nasila. Co razem z mistrzynią interpertujemy jako stopniowy wzrost wpływu Sióstr. Zapowiedź ich przebudzenia i powrotu. Dlatego te sny będą się coraz częściej śnić różnym ludziom, nie tylko tym oddanym naszej sprawie. Co zapewne też może postawić w stan gotowości także naszych nieprzyjaciół. - mistrz pokiwał głową i powaznie podszedł do tej sprawy. Już od dawna prosił aby zwracać uwagę na te sny, zwłaszcza takie nienaturalne i dziwne. Teraz zdawało się to tylko potwierdzać.

                - Ludzie szaleni, balansujacy na krawędzi, jak ci z hospicjum, są szczególnie podatni na takie rzeczy. Co zresztą z tego co słyszałam w hospicjum objawiło się ostatnio w pełni. Tym co są oddani którejś z sióstr, podatni akurat na jej szept, mogą ją słyszeć wyraźniej niż inne. Ale zapewne bez wiedzy o nich będą to tylko mętne majaki z jakich trudno będzie coś wyciągnąć. Mam nadzieję, że podobnie będzie z naszymi przeciwnikami. Nie sądzę aby znali pradawną legendę z Norski o Czterch Siostrach. A bez tego chyba trudno by było złapać im kontekst. Niemniej nasilające się zjawisko oraz jego skala może postawić ich w stan gotowości i mogą zacząć węszyć. Z tym musimy się liczyć. - Merga też nie lekceważyła tego tematu i nawet jeśli uważała, że to ich strona ma atuty w ręku nie oznaczało to jeszcze, że przeciwnicy ze swoimi blotkami nie spóbują im namieszać w grze. Też mieli w końcu swoich boskich patronów oraz cały aparat władzy i wielu, oddanych obywateli.

                - A co temu baronowi się śniło z tym potworem? - zapytał lider zboru zaciekawiony tym wątkiem.

                Joachim kiwał głową, uważnie słuchając słów swojej Mistrzyni. Podzielał jej wezwanie do ostrożności i zwracania uwagi na kwestię słów.

                - Baronowi śniło się, że był na ulicy, chyba naszego miasta. Błąkał się między kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Jakieś dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził. Był przekonany, że ściga go jakiś straszliwy potwór - czarodziej opowiedział sen dość wiernie, na szczęście robił notatki.

                - Zresztą mi też się coś śniło wczoraj. Szedłem do przodu a za mną wyczuwałem jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiałem marsz to znowu miałem wrażenie że tam są. Ale kiedy się odwracałem to nic nie było. Za każdym razem jednak gdy wznawiałem marsz to miałem wrażenie że to coś jest coraz bliżej. Miałem wrażenie że coś zaraz się rzuci mi na plecy ale się obudziłem - Joachim w zamyśleniu zaczął obracać swój amulet w dłoni. Skoro już zagłębili się w tematykę snów to równie dobrze mógł podzielić się swoim.

                - No to obu wam śniło się coś podobnego. Przynajmniej z tym zagubieniem w mieście i, że coś was goniło. - zauważyła Merga gdy w myślach pewnie porównała oba opisy snów. I znów zamyśliła się na dłuższą chwilę.

                - U ciebie to wygląda jakbyś był pod obserwacją. Może jakieś nieznane jeszcze niebezpieczeństwo. Może ostrzeżenie przed czymś co dopiero nadejdzie. Jeszcze zbyt mdłe aby nabrało konkretnych kształtów. Być może przykułeś czyjąś uwagę. Kogoś nietuzinkowego. Albo dopiero przykujesz. I skoro to coś się jednak zbliżało a nie trzymało cały czas dystans to zapewne nabierało pewności aby skrócić dystans. Sen z tego co słyszę był dość mroczny ale dość mglisty, bez szczegółów. Więc nie przejmowałabym się tym na twoim miejscu, że lada chwila coś cię capnie. Ale otarłeś się o coś, czy kogoś nietuzinkowego kto zwrócił na ciebie uwagę. Być może to być ktoś niebezpieczny albo z dużymi możliwościami. Nie parałeś się jeszcze demonologią więc to nie powinien być ktoś z niezrodzonych. Chociaż kto wie? Niektóre dość swobodnie traktują czas i przestrzeń to może z jakimś zadrzesz w przyszłości? Tak to bywa gdy się obcuje z takimi bytami z innej rzeczywistości. - zaczęła anamizować jego sen ale chyba uznała, że nie ma w nim zbyt wielu punktów zaczepienia aby wyciągnąć jakieś dokładniejsze wnioski. Końcowa uwaga chyba ją rozbawiła gdy chciała zwrócić uwagę swojemu uczniowi jakie nieprzewidywalne konsekwencje może przynieść paktowanie z demonami.

                - W każdym razie uważaj na siebie. Może to powiew przyszłości, jakieś ostrzeżenie. Nie wydaje mi się na tą chwilę zbyt niepokojące albo z takich by zaraz za rogiem miała na ciebie czyhać jakaś hydra czy inna potwora. Niemniej może też być jakieś pokłosie twoich kolegialnych umiejętności albo szept którejś z sióstr. Miej to na uwadze. Sny, dziwne, niespokojne, niewytłumaczalne zapewne będą zdarzać się w tej okolicy to jedna z form w jakich echo szeptu sióstr może się objawić w ten sposób. - dodała jakby chciała go nieco uspokoić ale też ostrzec aby nie bagatelizował sprawy. I był wyczulony na takie znaki jakie mogły pochodzić z różnych źródeł ale w tym także od potężnych bytów zwanych Czterema Siostrami.

                - A sen tego szlachcica no tutaj bym powiedziała, że jest więcej detali. Jak rozpoznał ten kawałek muru to dobrze. To częste, że się w snach widzi coś znajomego. Być może myślał przed snem o tym miejscu albo zaprzątały mu one głowę. To zagubienie jakie opisuje też jest całkiem częste w snach. Zwykle oznacza dezorientację i niepewność przy spotkaniu z czymś nieznanym albo trudność przy podjęciu jakiejś decyzji gdy obawiamy się konsekwencji. Chociaż niezbyt często osiąga to taką dramatyczną formę jak ci to opisał. - wiedźma zajęła się teraz omawianem snu barona Wirsberga. Wahała się często albo się nad nim zastanawiała. W końcu to nie był jej sen czy wizja tylko czyjś i to opowiedziany jeszcze przez kogoś innego.

                - Te dzwoneczki mnie zastanawiają. To coś niezbyt typowego. Zapytaj go jak go będziesz widział czy jest w jakiś sposób związany z jakimiś dzwonkami. Może coś o nich ostatnio czytał albo słyszał czy rozmawiał o nich. To by mogło wyjaśnić te dzwoneczki. Ciekawe, że go tak wabiły. Może tą bestię też jak tak biegła w tym samym kierunku co on. Też co jakiś czas miałam wizję z odgłosem dzwoneczków albo podobnych szumiących dźwięków. Miałam wrażenie, że to coś związanego z siostrami. Być może Vestą. Ale było zbyt mętne i wyrywkowe abym coś z tego wywnioskowała. Jeśli to coś od nich to być może Herr baron jest podatny na szept jednej z nich albo jakoś powiązany, lub otarł się jakoś o dziedzictwo którejś z nich. Trudno powiedzieć. W każdym razie postaraj się utrzymać z nim kontakt i miej na uwadze na wypadek gdyby te sny miały mu się powtarzać. - doradziła mu na koniec co jej zdaniem powinien zrobić. I jaka jest jej opinia na temat snu szlachetnie urodzonego starszego pana.

                Otto przysłuchiwał się rozmowie magistra z głowami kultu, kiedy coś przyszło mu do głowy.

                - Joachimie, przyznam nie znam się na organizacji i misteriach Imperialnych Magistrów, ale czy twoja odnoga, Magowie Niebios, zajmują się wieszczeniem? Lub właśnie interpretacją snów? Pytam, bo to może być droga, aby wprowadzić cię do hospicjum.

                Czarodziej podziękował Merdze za poradę co do niełatwej sztuki interpretacji snów, a następnie obrócił się co do Otta.

                - Tak, można by rzec, że zajmuje się wieszczeniem, chociaż przede wszystkim tym opartym na układach gwiezdnych bytów, sny nie są moją specjalnością. Ale pewne założenia i metodologia mają punkty styczne. Myślę, że na potrzeby laików możemy założyć, że się na tym znam, jeśli mamy odnieść z tego jakąś korzyść, tak jak z Baronem - uśmiechnął się do Otta.
                - A do hospicjum chętnie wejdę jakby udało się to załatwić, interesuje mnie ten człowiek dotknięty przez Vestę.

                - Więc jutro zarzucę sieć. Przygotuj się, że będą pewnie chcieli, abyś sypnął groszem. - zaczął Otto - Co do Georga, jego kontakt z Vestą zsyła na niego sny, które najwyraźniej ujawniają rąbek prawdy co do czyjejś natury.


                Joachim był zmęczony wracając do domu późnym wieczorem ze spotkania na Zborze, rozmowy trwały długo, było dużo do zastanowienia się a i wiele do zrobienia. Niestety nie mógł tak od razu pójść spać bo obiecał przecież Baronowi Wirsbergowi że postawi wróżbę na temat tego czy jego sen miał jakieś znaczenie.

                Co do następnego dnia planował porządnie się wyspać a potem był umówiony u Barona. Planował też pomóc w kupieniu odpowiedników składników do mikstur Sigmindusa, tych które miały wspomóc proces tworzenia pomiotu Oster. Miał środki ku temu, a czarodziej kupujący różne składniki nie powinien przecież wzbudzać podejrzeń. Chociaż tutaj mógł go może wyręczyć jego sługa Gunther.

                Co do planu okradzenia Świątyni, nie miał ochoty uczestniczyć w nim osobiście, natomiast zaoferował swoje usługi z zaklęciem astralnej projekcji, dzięki któremu mógłby działać niezauważony. Czekał też, czy Ottowi uda się załatwić mu wejście do hospicjum.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #74

                  Oryginalny autor: Zell

                  Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze

                  Joachim z ciekawością słuchał informacji o sposobie przygotowania wylęgu much od Oster. Było to z jednej strony interesujące, z drugiej nieco obrzydliwe. Nie odzywał się zbyt wiele, nie chcąc wchodzić w spór pomiędzy Sigismundusem a służkami Węża. Z tymi ostatnimi współpracowało mu się całkiem nieźle, ale po ostatniej rozmowie z Tobiasem chciał być ostrożny jeśli chodzi o równowagę sił w Zborze.

                  - To skomplikowany projekt, ale może wydać owoce. Ja mam teraz trochę spraw na głowie, ale mogę pomóc ze zbieraniem składników do mikstur, mam nieco środków i miejsce na na takie rzeczy u siebie - podsumował.

                  - Bardzo dobrze Joachimie. Musimy sobie pomagać. Jak się we dwóch za to zabierzecie albo ktoś jeszcze wam pomoże powinno być szybciej jak się podzielicie zadaniami. Zwłaszcza, że jak widać nasz brat Sigismundus ma nieco ograniczone możliwości wycieczek na miasto i za miasto. A niektóre z tych składników nie są takie proste do zdobycia jak reszta. Wierzę jednak, że tacy rezolutni młodzieńcy jak wy coś wymyślą. To jeśli macie ochotę to przepiszcie te zwoje dla siebie bo te oryginały czcigodnej to jednak wolałbym aby pozostały w bezpiecznym miejscu. - Starszy uśmiechnął się pogodnie i z zadowoleniem co dało się poznać pomimo noszonej maski. Widocznie był rad ze współpracy pomiędzy swoimi przybranymi dziećmi zwłaszcza jak obrali inne ścieżki wiodące ku innym patronom.

                  - O tak, ja to bardzo chętnie. Rzeczywiście ostatnio to cały czas jak nie ja to Strupas musimy pilnować naszego obejścia to nieco trudno nam się ruszyć. - aptekarz też pokiwał głową z zadowoleniem i spojrzał zachęcająco na młodego astrologa zapraszając go gestem na miejsce obok gdzie już sam siedział i zaczął przepisywać ten drugi manuskrypt Mergi gdzie miały być różne mikstury jakie powinny wspomóc hodowlę owoców Oster.

                  Otto dokładnie wysłuchał informacji o projekcie Oster i coś mu nie dawało spokoju. W końcu dotarł do centrum jego zdziwienia.

                  - Wybacz Wyrocznio, pytanie. Czy Oster stwierdza, że nosiciele muszą być żywi? Nauki Ojczulka stwierdzają, że śmierć istnieje jako pastwisko dla nowego życia. O ile nie kwestionuję geniuszu Oster, ograniczanie się do żywych dawców wydaje się… marnotrawstwem.

                  - Ależ tu chodzi o zasianie nowego życia Otto. - odparła Merga łagodnie się uśmiechając. - Ale rozumiem co masz na myśli. W tym jednak projekcie zdecydowanie chodziło o żywe nosicielki. I to tak aby w optymalnym wariancie pozostały żywe po wydaniu na świat nowego życia i można je było użyć do tego celu ponownie. Przypominam, że Oster to robiła między innymi jako coś co powinno zrobić wrażenie na jej siostrach i przebić to co one proponowały. A robienie much z padliny to raczej nie jest coś niesamowitego i to na nikim nie robi większego wrażenia. I bez niczyjej pomoc one to robią. - dodała i wydawała się być pewna tego co mówi. Gruby aptekarz pokiwał głową uśmiechając się ze zrozumieniem i mówiąc pod nosem coś, że sam też próbował czy chciał ale z padliny to wychodzą tylko takie zwykłe muchy.

                  Były Łowca Czarownic pojawił się jako jeden z ostatnich, nie spiesząc się bardzo. Mógłby ktoś uznać, że okazuje tak pogardę lub zastanawiać się czemu na tak długo zniknął, jednak dość szybko doszłoby do osoby oskarżającej go o ową pogardę, że brak pośpiechu, jak i ostatnia nieobecność musiała mieć inne podłoże. Heinrich wyglądał na osobę, którą musiała doświadczyć jakaś choroba i choć nie widać było fizycznych ubytków nią spowodowanych, to samo spojrzenie i wyczerpany wyraz mogły świadczyć o ciężkim uszczerbku na psychice. Starszy mężczyzna mógł w tym momencie wydawać się umęczony, co bladość skóry potwierdzała wraz z opuchnięciami pod oczami.
                  Mimo stanu umysł Heinricha najwyraźniej od razu wszczepił się w cały wykład Mergi, jakkolwiek sugerujący nieprzyjemne obrazy. Co pewien czas były Łowca niby wyłączał się z lektury, aby znów powrócić.

                  Nagłe podekscytowanie nurglity wywołało niewielką reakcję u Heinricha. Warte było zapamiętania, iż i on był podatny na relatywnie ludzkie odruchy, zakrawające na przyjacielskie i ciepłe... Choćby i były może tak samo ciepłe jak ciepłe były zgromadzone nieczystości w szambie.

                  - Prócz osób nieświadomych tego "zapłodnienia" czy kilku wybranych do badań - odezwał się zaskakująco silnym głosem kontrastującym ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy - sugeruję także wykorzystać wiedzę jaką zapisała Oster na wybranych okazach. Oczywiście należałoby dobrze wyliczyć potrzebny czas, aby zostało wszystko idealnie rozplanowane. - nie skupiał wzroku na nikim konkretnym, gdy o tym mówił - Zakładam, że na Festynie będzie lepsza okazja złapać konkretne sztuki. - uśmiechnął się do siebie samego - Muchy i jaja mają wielki potencjał także psychologiczny. Należałoby odciągnąć uwagę Łowców czy zbyt religijnego motłochu, mogącego przekazać informacje dalej, ale aktorki wydające na świat trochę tego błogosławieństwa to byłby cudowny pokaz.

                  - Z tym mógłby być kłopot… - zaczął Otto - O ile przyznam, wizja takiego spektaklu wydaje się obrazem przepięknym. Podejrzewam, że "ciąża" będzie wyglądać w miarę autentycznie. Trudno będzie sprzedać szlachcie przedstawienie "Sztuka Teatralna, gdzie wszystkie aktorki są w ciąży", wątpię, aby uwierzyli, że istnieje jakieś królestwo gdzie to norma. Natomiast służki?

                  - Ja na pewno bym poszedł na takie przedstawienie! Dużo bym nawet gotów był zapłacić! A macie takie aktorki? - grubas mimo swojej tuszy i niekoniecznie miłej aparycji jak chciał i mu na czymś zależało to potrafił się wykazać zarówno wielką życzliwością przechodzącą momentami w wujaszkowatą jowialność jak i refleksem. Jak teraz, gdy pomysł Heinricha od razu przypadł mu do gustu i poparł go bez zastanowienia obdarzając go pełnym życzliwości uśmiechem i spojrzeniem.

                  - To na pewno byłoby prawdziwe dzieło sztuki godne naszych wspaniałych przodkiń. - uśmiechnęła się Merga, ale zaczęła omawiać stronę bardziej praktyczną takiego pomysłu.

                  - Pominę na chwilę to jak by miało dojść do zasiania tego daru od Oster u tych aktorek czy ich służek to myślę, że niekoniecznie by musiały zdradzać stan brzemienny. To w sporej mierze zależy od dawki. Przypuszczam, że jedna, może dwie takie strzykwy powinny dać niezauważalny stan albo bardzo niewielki. Taki jak na wczesnych etapach ciąży gdzie jest to słabo zauważalne zwłaszcza jak się nie zna takiej kobiety. Dopiero przy większych dawkach co prawda miot byłby większy ale też i brzuch także. Niestety opisy i ilustracje jakie zostawiła Oster nie są w tej materii zbyt precyzyjne. To już byście musieli sprawdzić sami. - wyrocznia zwróciła uwagę na tą zależność co do wielkości brzucha, dawki i miotu. Brzmiało jakby przy odpowiednim zestawie mógł wyjść z tego w miarę dyskretny komplet. Przynajmniej w teorii zapisanej na pradawnych zwojach.

                  - No i nie do końca wiadomo ile by mogła trwać ta pseudo ciąża. Bo wahania są od pół tygodnia do tygodnia. Plus minus parę dni. O ile indywidualnie to nie byłby chyba jakiś problem to, aby uzyskać efekt masowego porodu to może być różnie. Te wylinki mogą sugerować oczekiwany czas wydania miotu. Chociaż zgaduję, że przy odpowiednio dużej próbie i zasiania w tym samym czasie są większe szanse na to, że więcej niż jedna kobieta wyda na świat miot w podobnym czasie. - dorzuciła jeszcze kolejne wyjaśnienie chociaż sam pomysł wydawała się akceptować. Raczej mówiła o tym jakby omawiała jakieś zagadnienie naukowe dość abstrakcyjne jakie próbowali obecnie wypróbować w praktyce. Pierwszy raz od mileniów.

                  Oczy Heinricha jakby zabłysły w tym momencie, a Heinrich aż wstał z miejsca.

                  - Przedstawienie mogłoby być bardziej na nasz smak, gdyby uderzyło nie tylko w osoby z miasta, ale także poniekąd naszych wrogów. Na bank prędzej czy później muszy poród na scenie, powiedzmy dwóch aktorek zwróci uwagę nieprzychylnych, ale im bardziej pozornie jedynymi, od których to wyjdzie będą aktorzy z Salzburga, tym większa możliwość, że oni poniosą wszelkie konsekwencje, jak ten, który ich wysłał. Możliwe, że stos czy kilka zapłonie, a także może jacyś z naszych wrogów będą zmuszeni do opuszczenia miasta by szukać spaczenia Chaosem w Salzburgu, zostawiając nasze poletko w spokoju, gdy pogonią za nieistniejącym zagrożeniem. Łowcy Czarownic będą trzymać się najmniejszej poszlaki, nawet jeżeli zaprowadzi ich na manowce, a jedynie pozostawi na drodze swąd trupów. - spojrzał przepraszająco na Sigismundusa - Musielibyśmy oczywiście poświęcić miot, aby samemu nie dać się złapać, ale wiele innych dzięki temu by mogło powstać w lepszych dlań warunkach. Bezpieczniejszych.

                  Otto kiwał głową słysząc propozycję Heinricha, plan miał sens oraz więcej niż jeden benefit dla kultu, a jednak oznaczał jedno.

                  - Obawiam się jednak Sigismundusie, że będziesz musiał ograniczyć szerzenie daru Oster do koniecznego minimum, aby wyszkolić u siebie metodę aplikacji i hodowli. Nagła plaga ludziożernych much, przykuję uwagę i sprawi, że nasze drogie miasto będzie uważane za źródło, a nie Salzburg.

                  Sigismundus aż zaniemówił na to wszystko. I to chyba kilka razy pod rząd. Jeszcze nie otrząsnął się z rozmarzenia na myśl o tej pięknej wizji muszego porodu na scenie jaką mogłyby sprezentować jakieś tam aktorki co wreszcie by się przydały w jakimś zbożnym celu a nie tylko dla tandetnej rozrywki gawiedzi. Potem ponownie ale już mniej przyjemnie jak dotarło do niego, jakie zagrożenie to może nieść i dla tak utalentowanych nosicielek a zwłaszcza ukochanego miotu jakiego chyba już czuł się ojcem chrzestnym. I jeszcze na słowa Otto z którym do tej pory współpraca układała mu się całkiem nieźle.

                  - Wcale, że nie! - zaprotestował głośno aptekarz. I to tak żywiołowo jakby właśnie chodziło o obronę jego własnych, ukochanych dzieci. - Przecież musimy mieć ich jak najwięcej prawda? Aby uzyskać jak najlepszy efekt jak już je wypuścimy. Ale można je hodować u nas w jakimś zaciszu. Wcale nie musimy ich od razu wypuszczać. Jakieś wygodne, dyskretne miejsce się znajdzie. Trzeba by tylko jakaś cela albo dwie aby zamknąć te ladacznice. No chyba, że by się któraś sama zgodziła no to nie. Ale można założyć hodowlę gdzieś z dala od wścibskich oczu. A wypuścić je gdy będzie to wygodne. - aptekarz szybko połączył te różne punkty w jego zdaniem logiczną całość a był przy tym tak żywiołowy, że wtrącił się nawet Merdze i Starszemu co mieli właśnie coś powiedzieć. Ci jednak dali mu się wygadać i dopiero jak skończył zabrali głos.

                  - Wyborny pomysł Heinrichu. Podoba mi się. Gdyby taki poród nastąpił przy świadkach to trudno by to było zatuszować. Co prawda musielibyśmy tak jak to Otto mówi, wstrzymać się z wcześniejszymi akcjami z użyciem much czy innych potomków Sióstr, ale myślę, że efekt mógłby być interesujący. Rzeczywiście mogłoby powstać wrażenie, że tą muszą plagę ściągnęła ta aktorska trupa. Pewnie by poszli, że tak powiem, na pierwszy ogień w przesłuchaniach i szukaniu winnych. - Starszy pokiwał swoją wydłużoną maską i dało się słyszeć w głosie pochwałę i aprobatę za pomysł jaki im sprezentował były łowca czarownic.

                  - Chociaż ja nie do końca jestem pewna czy udałoby się to zgrać do jakiegoś występu. To by praktycznie musiało być jak poród na zamówienie. To może być trudne. Do pewnego stopnia można to regulować tymi miksturami z drugiego manuskryptu. One głównie powodują większy wzrost albo szybszy rozwój. W połączeniu z wylinkami może dałoby się to jakoś oszacować co do dnia, ale czy godziny to nie jestem pewna. Może jakbym zdążyła wrócić z Norski to bym coś pomogła, ale nie wiem czy się wyrobię. W razie czego działajcie beze mnie. - wiedźma z rogami też wydawała się być zadowolona z takiego planu. I nawet ją zaciekawił chociaż jak zwykle bardziej zajmowała się techniczną stroną problemu.

                  - A mnie trochę ich szkoda. Wreszcie jakiś teatr z prawdziwymi aktorami by do nas przyjechał. Miałam co do nich spore plany. I te związane ze zborem i te oficjalne. - westchnęła nieco z żalem młoda Averlandka która z całego zboru najbardziej była zaangażowana w sprawy teatru oraz zaproszenia dla grupy aktorów z Saltzmundu jacy mieli uświetnić swoimi wystepami tegoroczny turniej. Ale jak go odwołano to na razie to wszystko uległo zawieszeniu.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #75

                    Oryginalny autor: Seachmall

                    Otto chwilę się zastanawiał, rozważając możliwości. Spojrzał na Sigismundusa, po czym na Starszego.

                    - Starszy, z jakimi funduszami bylibyśmy w stanie się rozstać, aby wybudować niewielki system kładek w klifowym terenie w okolicach morza?

                    - System kładek? Co masz na myśli? - zamaskowany lider zboru widocznie niezbyt wiedział o co chodzi młodszemu kultyście więc wolał aby ten doprecyzował swój zamiar zanim mu odpowie.

                    - Wybacz, za bardzo przyszłościowo myślę. - zaczął jednooki mnich - Jaskinia Oster byłaby idealnym miejscem, na przeprowadzenie tego eksperymentu. Ma już strażnika w postaci tego "konia". Jest na odludnym miejscu. Poświęcone Nurglowi, więc hodowla może być bardziej udana. Kładki byłyby potrzebne, bo dojście jest dość, uciążliwe, o czym Sigismundus może poświadczyć.

                    - Genialne! - krzyknął znów rozradowany aptekarz obdarzając Otto takim samym zachwyconym i wdzięcznym spojrzeniem jak przed chwilą Heinricha i jego pomysł z publicznym porodem. - I tak, tam jest woda morska z zatoki, głęboko wchodzi do jaskini, ciężko przejść. Jakieś kładki mogłyby pomóc. - szybko poparł ten pomysł zaświadczając, że młody mnich nie mija się z prawdą.

                    - Hmm… Tak, myślę, że to dałoby się zorganizować. Chociaż nasza największa brygada robotnicza odpływa wraz z Vasilijem jako obsada łodzi Mergi. No ale sam pomysł tak, myślę, że to drobne niedogodności i jakieś ścieżki damy radę tam urządzić. - Starszy też wydawał się skłonny poprzeć taki pomysł chociaż brał pod uwagę, że wkrótce ich zbór znacznie zubożeje pod względem ilości i jakości. Z ich małej, spaczonej rodziny ubytek członków będzie odczuwalny a jak jeszcze mieli sporo zadań na mieście to i wysłać kogoś o dzień drogi stąd nie było tak prosto. Ale lider zdawał się to traktować jako drobnostki do przezwyciężenia.

                    - Tylko to cały dzień drogi, albo półtorej stąd. Właściwie to ktoś z nas musiałby tam się przenieść aby czuwać nad wszystkim, doglądać nosicielek i miotu a potem hodowli… - aptekarz zreflektował się, że to by jednak oznaczało kolejne rozbicie się na mniejsze grupki i to tak raczej w dłuższej perspektywie. - Ale ja się chętnie podejmę tego zadania! Cóż znaczy jakaś tam apteka wobec możliwości eksperymentowania i obcowania z darami Oster! - zawołał radośnie jakby jemu jeszcze mniej przeszkadzało takie oddalenie w zamian za możliwość swobodnej hodowli. Chociaż w ich miejskiej społeczności ubyłoby im wtedy aptekarza.

                    Otto kiwnął głową.

                    - Więc mamy plan działa w tym kierunku. - mnich uśmiechnął się - Mamy również Sorię i plan z nią związany, aby zadowolić Mrocznego Księcia. Czy ktoś może ma jakieś informacje dotyczące pozostałych darów?

                    - Jaki plan? - zapytała rogata wiedźma zerkając to na jednookiego mnicha to na ciemnowłosą kobietę w eleganckiej sukni otoczonej wianuszkiem swoich zgrabnych dwórek.

                    - A jeśli chodzi o dziedzictwo innych Sióstr to może i dwie z nich najszybciej do nas przemówiły ale nie lekceważmy pozostałych. Tylko głupiec by sobie lekko traktował tak potężne istoty. W końcu nasza czcigodna Soria może dać temu niezły przykład a jest córką jedną z nich a nie nią samą. - Starszy też poparł pytanie jednookiego mnicha zerkając ciekawie po pozostałych. Merga co prawda wcześniej wspomniała, że jest w okolicy jakaś “jaskinia miłości” po Soren no ale nie dało się poznać detali z tych zapisków jej siostry.

                    Otto uśmiechnął się.

                    - Zaprezentowaliśmy Sorię jako szlachciankę z obcych stron, przyjętą jako gość przez Pirorę i lady Fabianne. Plan, przynajmniej ten, który ja miałem w głowie, zakładał, aby zaprezentować naszą czcigodną córę Soren podczas festynu. Jej egzotyczna uroda, obce pochodzenia i "dziwne zwyczaje" jak pewnie by sądzili o niej krótkowzroczni szlachcice, byłaby przynętą. Na własne oczy widziałem jak cudowne szepty Czempiona Węża rozbudziły tajne, wstydliwe żądze w kobiecie, podejrzewam nie zainteresowanej we własnej płci, ale również obecnie będącej pod wpływem Norry. Obraz masowej orgii seksu i okrucieństwa, kiedy na scenie aktorki wydają na świat owoce miłości Nurgla wydaje mi się paradoksalnie komiczny.

                    - Ah takk… Orgia seksu i okrucieństwa, strachu i podniecenia, wywyższenia i poniżenia, bólu i przyjemności… - na twarzy Sorii wykwitł uśmiech jakby już w myślach smakowała jakiś wyrafinowany deser jaki był jej ulubionym. Jej dziewczęta symbolicznie zastrzygły uszami wyczuwając żądzę i podniecenie kryjące się tuż pod skórem swojego herolda. Zresztą nie tylko one.

                    - No może i dla tych miotów Oster znalazłoby się miejsce. To ohydne i obrzydliwe. Ale może być też pociągające. - mówiła jakby rozważała na głos składniki jakiegoś ciasta jakie zamierzała skosztować na planowanym przyjęciu.

                    - Oczywiście nie mogłybyśmy tego zrobić tego tak publicznie jak te nieszczęsne aktorki jakim planujecie zgotować ten straszny los, bo niestety moglibyśmy stanąć na tych palach wbitych w stos obok nich. Ale kto wie? Może się trafi taka czy inna okazja na takie rozkoszne zabawy. Tu czy tam. Wtedy lub kiedy idzień. W takim lub innym gronie. - Soria uśmiechnęła się leniwie i lubieżnie jakby takie zakazane i bluźniercze zabawy były bardzo miłe jej rogatej duszy i sercu. Nawet jej dwórki były chyba pod wrażeniem i tego się nie do końca spodziewały, bo zamilkły i popatrzyły na nią i na siebie nawzajem nieco skonsternowane.

                    - Ale przecież mówiłaś, że pojedziesz z nami do Kamili. Jutro na to spotkanie poetyckie. I Fabi pewnie też będzie. - przypomniała jej Averlandka chyba niepewna czy słowa jej mistrzyni oznaczają jakąś zmianę planów na kolejny dzień.

                    - No to pojedziemy. Spodobała mi się ta słodka Kamilka. Zobaczymy jakie tam macie sztuki do złowienia na tych spotkaniach. Mówisz, że Kamilka ma słabość do śmiałych, awanturniczek z odległych stron? - Soria uśmiechnęła się, tym razem wesoło i beztrosko jakby jutro wieczorem doświadczona kocica miała wpaść w stado tłuściutkich myszy. Pirora uśmiechnęła się także i pokiwała głową.

                    - Tak. Przynajmniej Rose to jej zimą tak zawróciła w głowie, że z pół roku po niej płakała. - zaśmiała się Averlandka.

                    - No to zobaczymy jutro. I jeszcze ta wasza Froya mnie interesuje. Przydałaby mi się do kompletu. Myślę, że obie by ładnie mi się tutaj prezentowały. - powiedziała pewnym siebie tonem unosząc swoją zgrabną nogę i pokazując na trzewik gdzie widziała miejsca dla obu młodych szlachcianek uchodzących za najlepsze panny do zamążpójścia w tym mieście. Dziewczęta zaśmiały się wesoło jakby szykowała się niezła zabawa.

                    - A ta moc Sorii to tak, ja też to widziałam! To było w hospicjum jak Otto nam pokazywał swoich pacjentów. Fabi też tam była i widziała. A ta Annika to to taka była “na nie” jak żeśmy weszli do niej a jak wychodziłyśmy to miała takie tęskne spojrzenie za Sorią, że na pewno o niej myśli i tęskni. - zaśmiała się Pirora streszczając ten epizod wspólnej wizyty w hospicjum.

                    - Zresztą Fabi tak samo. Aż przebiera nóżkami aby znów się spotkać z naszą milady. - zaśmiała się na wspomnienie o uległej Bretonce.

                    - Ah, tak, ta Fabi… Nie poświęciłam jej ostatnio zbyt wiele uwagi. Kiedy nas odwiedzi? W Konistag? Na te wasze lekcje wyuzdanego języka? Dobrze. Będę jej się musiała przyjrzeć uważniej. Domyślam się, że nie będzie miała nic przeciwko. - wspomnienie o bretońskiej szlachciance przypomniało herold, że miała co do niej osobne plany.

                    - A właśnie Otto jak tam te nasze nowe zabaweczki? Coś wiadomo kiedy możemy się ich spodziewać? - zagaiła Pirora przypominając sobie, że nadal czekają na decyzję przeora w tej sprawie. Ten jednak dzisiaj nic na ten temat nie mówił a pewnie wezwałby Otto gdyby coś było wiadomo. No ale jutro też był dzień.

                    Mnich jedynie smutno wzruszył ramionami. Nie lubił sprawiać zawodu członkiniom zboru.

                    - Niestety jeszcze cisza, jutro zagadam do przeora. Może coś się uda.

                    - No oby. Mam nadzieję, że się nie rozmyśli. W końcu datki wziął i ode mnie i od Fabi. Jakby coś tam trzeba było to daj znać, w razie czego możemy znów was tam odwiedzić no ale nie chciałabym być zbyt nachalna. Mam nadzieję, że jakoś to się uda w miarę szybko załatwić. - Pirora przyjęła to do wiadomości całkiem spokojnie i na razie widocznie była gotowa pozwolić sprawie “nabierać mocy urzędowej” i toczyć się swoim trybem jednak zainteresowania trójką zabaweczek jednak nie zmieniała.

                    Otto kiwnął głową. Miał nadzieję wypchnąć trójkę pacjentów z hospicjum jak najszybciej. Przed zapowiedzianym przez Morrytkę następnym atakiem szaleństwa.

                    - A ci aktorzy to kiedy mają przyjechać? Przyjadą w ogóle jak ten turniej odwołany albo przełożony na “później”? Są tam w ogóle jakieś aktorki, że tak śmiało planujemy ich użycie? - zagaił milczący do tej pory Tobias.

                    - Co do Froyi to nie byłabym taka pewna czy wam ulegnie. To wielka, dumna wojowniczka. Jakby się urodziła u nas. Szkoda, że się nie urodziła. Wtedy byłaby naszym wodzem i walczylibyśmy ramię w ramię. - odezwała się Norma która rzadko zabierała głos w takich dyskusjach ograniczając się do roli gwardzistki rogatej wyroczni. Ale zimą akurat nawiązała cieplejsze relacje z młodą szlachcianką bo okazało się, że mają wspólne zainteresowania co do polowań i wojaczki. Zdecydowanie mniej ją interesowały sprawy jej alkowy. Młoda van Hansen jednak musiała zrobić na niej dobre wrażenie skoro teraz wypowiadała się o niej z takim uznaniem.

                    Heinrich zwrócił spojrzenie na Tobiasa.

                    - Cała trupa aktorska, aktorki też będą. Wielki festiwal i mieliby odpuścić ci z Salzburga? Szlachta by nie pozwoliła na stratę choć grosza, bo jakieś grajki nie przyjadą. To wydarzenie to duża sprawa, jedna martwa baba nie pogrąży im interesu. - odparł wprost - Czerwony Johan zbierał ochroniarzy właśnie dla tej grupy. Mieli pojawić się kilka dni przed wydarzeniem, a wyjechać nawet po kilku tygodniach. - odwrócił się i wyłowił wzrokiem jednego z khornitów - Rune, mówiłeś że zakręcisz się przy nim. Coś z tego wyszło?

                    - No miałem ale właściwie nie poszedłem. Mieliśmy tutaj sporo roboty a jeszcze nie było pewne kto z nas popłynie z wyrocznią to nie chciałem zaczynać coś nowego. Ale jak teraz wiadomo, że popłynie Egon no to właściwie mógłbym się tam przejść. Tylko wtedy jak o tym rozmawialismy to chyba jeszcze było przed pogrzebem. Nie wiadomo jak to z tym werbunkiem jest teraz. - Rune przyznał, że odpuścił tą niezbyt pirorytetową dla siebie sprawę. W końcu miała być okazją do jakiegoś dodatkowego zarobku z nowej fuchy. Jednak rzeczywiście jeszcze do niedawna niezbyt było pewne kto by miał popłynąć z Mergą do Norski. Dopiero na dniach się to wykrystalizowało, że między innymi kronitów reprezentowałby były, brodaty gladiator.

                    - A z tej trupy to tak, aktorki też będą. Cała trupa. Mężczyźni, kobiety i ci wszyscy pomocnicy. Kamila to nawet niektórych widziała na operach czy teatrze w Saltzburgu i ona ma najlepsze dojścia z nimi. Ja to ich nie spotkałam, wiem tyle co od niej. Ale mają opinię najlepszej trupy w Nordlandzie. I to z takimi egzotycznymi elementami jak dwoje czy troje z nich jest tak ciemnoskórych jak ona to ona ich uwielbia i strasznie chce ich zobaczyć na żywo tutaj. Nawet mają jedną czy dwie muzyczki albo tancerki z dalekiego Cathayu. Takie z migdałowymi oczami. W ogóle to one chyba są z Marienburga bo tam jest ich enklawa i to Kamila też pamięta jeszcze jak była dzieckiem i tam mieszkali. No w ogóle całkiem spora i barwna grupa ma przyjechać. Miał być najświetniejszy pokaz i otwarcie naszego nowego teatru. - Pirora odezwała się jako ta co była w ich spiskowej rodzinie pewnie najlepiej zorientowana w sprawach teatru i wyższej sztuki. I tej jaką organizowała z koleżankami w nowo otwartym teatrze jak i tych gościach z Saltburga co mieli uświetnić swoimi występami zarówno otwarcie tego nowego przybytku kultury w ich leśno - morskiej prowincji jak i coroczny, letni turniej. Sama Averlandka wydawała się przygaszona i przygnębiona losem jaki miał ich tutaj spotkać oraz konsekwencjami na przyszłość.

                    Joachim nieco się zgubił w tych wszystkich dyskusjach o trupach teatralnych, miał inne rzeczy na głowie. Ale na wzmiankę o Froyi zareagował.

                    - Aaron miał dzisiaj dziwny sen, co do którego nie wykluczamy że był znakiem od Vesty albo od innej z sióstr. Dotyczył on tego, że powinniśmy zdobyć jej krew do jakiegoś ważnego rytuału. Myślicie dziewczyny, że byłoby to bardzo trudne?

                    - Krew? Jej? - zapytała Łasica jakby się upewniała czy rozmawiają o tym samym. Po czym spojrzała na swoją partnerkę w zbrodni oraz resztę koleżanek. W końcu to one zdawały się być w całkiem dobrej komitywie z blondwłosą szlachcianką.

                    - Łatwiej by było na odwrót. Wystarczyłoby ją zaprosić i dać jej szpicrutę albo pejcz do ręki. - uśmiechnęła się Burgund co wywołało uśmiechy na pozostałych twarzach, nie tylko jej koleżanek.

                    - No ja ją mogę zaprosić do siebie. Albo spróbować się z nią umówić. Z tego co pamiętam to niestety Łasica jest jej ulubioną służką to może się na nią skusi jak z nią przyjdę albo u mnie ją zobaczy. - Pirora zaoferowała swoją pomoc bo jako szlachciance było jej najłatwiej umawiać się z innymi szlachciankami. Westchnęła nieco jakby miała za złe Froyi, że preferuje nie tą służkę co powinna ale nic nie mogła na to poradzić. Za to łotrzyca ubrana jak na bogobojną mieszczkę przystało uśmiechnęła się rezolutnie.

                    - Moja piękna milady wciąż o mnie myśli i pamięta? No spójrzcie jaka kochana! - uśmiechnęła się jakby ją rozczuliło takie stwierdzenie i chętnie była gotowa służyć van Hansen w takich prywatnych spotkaniach.

                    - Dobra, zaproś ją. I nas jakoś umów. Albo chociaż mnie. Oczywiście będę wam służyć jak zwykle a w międzyczasie gdzieś tam się ją dziabnie czy co. - powiedziała wesoło machając niedbale dłonią i klepiąc udo averlandzkiej szlachcianki aby dać jej zielone światło na takie umawianie z wielką panią.

                    - Tylko nie w Aubentag bo to pełnia to już jesteśmy umówione. - przypomniała Burgund na wszelki wypadek, że w końcu mają w planach małe spotkanie ze zwierzoludźmi przy starym, kamiennym kręgu za miastem. A to już było na początku przyszłego tygodnia.

                    Po zebraniu Otto wrócił do domu.
                    Następnego dnia miał zamiar odwiedzić świątynie, dowiedzieć się trochę o nowej kapłance Morra. Tej nocy miał zamiar przyjrzeć się swoim snom, może zobaczy coś godnego uwagi.
                    Potem oczywiście hospicjum, trzeba zobaczyć jak idzie transfer pacjentów, no i rozpocząć proces wprowadzenia Joachima.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #76

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (1/2)

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; noc
                      Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, łag.wiatr, ziąb

                      Wszyscy

                      Gdy pierwsze sylwetki wynurzały się z czeluści piwnicy pod zwaloną wieżą była już głęboka noc. Cisza, bezruch i różne odległe odgłosy które niosły się pustymi, mrocznymi kanionami miasta świadczyły o późnej porze. Kultyści rozproszyli się wśród tych ulic i zaołków gdy każdy zmierzał do swoich domów. O ile tacy co sami zarządzali swoim dniem jak Pirora, Joachim czy Heinrich mieli szansę odespać tą zarwaną nockę to lud pracujący jak Otto czy łotrzyce udające skruszone grzesznice to im zapowiadał się bardzo długi i męczący dzień. Ale ten niecodzienny zbór, całkiem nie planowany wcześniej, w środku tygodnia, okazał się bardzo burzliwy ale i owocny. Nie tylko Merga przetłumaczyła zwoje Oster ale i ogłosiła im wszystkim co tam jest. A z jej interpetacji oraz słów Starszego wynikało, że chociaż opracowała to jedna z Sióstr, poświęcona jednemu z patronów to jednak sprawa dotyczy ich wszystkich. No i jest tylko ułamkiem dziedzictwa pozostawionego im w spadku przez mityczne Siostry jakie w końcu dostąpiły demonicznego wywyższenia stając się czymś więcej niż tylko śmiertelniczkami. Zresztą nawet obecność i możliwości Sorii świadczyć się zdawały za taką interpretacją w końcu nawet ona sama nie śmiała się choćby porównywać do swojej legendarnej matki i wyrażała się o niej z najwyższą czcią i szacunkiem.

                      Ale wracając z tego zboru, już pojedynczo czy w w duetach każdy chyba miał okazję przemyśleć to wszystko co zostało powiedziane, przedstawione i planowane. Chyba najwięcej emocji wzbudziły te zwoje i to co z nich wynikało. Starszy i Merga przykładali do tego wielką wagę. Pomysł Heinricha o zapłodnieniu nasieniem Oster aktorek jakie miały przybyć w trupie teatralnej z Saltburga na tutejszy turniej czy inne uroczystości spotkał się z wielkim poparciem ze strony liderowego duetu. Niemniej na tą chwilę niezbyt było wiadomo kiedy dokładnie ta trupa miałaby przybyć do miasta i kto dokładnie byłby w jej składzie. Ale informacji jakich udzieliła Pirora wynikało, że tak czy inaczej jakieś aktorki tam będą na pewno. Zapewne jakieś służki także. No ale na razie nie było tego wiadome jak to by miało wyglądać dokładniej. Poproszono Pirorę aby się tego dowiedziała bo w końcu z kultystów to ona zdawała się być najlepiej zaznajomiona w śmietance towarzyskiej miasta oraz sprawach teatru. Chociaż ona sama nie wyglądała aby tyrskała entuzjazjem na takie marnotrastwo utalentowanych dusz jakie tak długo starała się ściągnąć do miasta do świeżo otwartego teatru. Ogólnie dziewczęta poświęcone Wężowi zdawały się być najmniej pozytywnie nastawione do tego całego muszego projektu.

                      - Ale te aktorki chociaż to bardzo obiecujący trop to jednak sami wiecie, lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu. Mimo wszystko rozglądajcie się za okazją do pozyskania nosicielek tu na miejscu. I najlepiej jak najprędzej bo jak słyszeliście ten rozwój nieco trwa i jak chcemy mieć gotowe muchy na dzień naszego ataku to musimy zacząć hodowlę jak najwcześniej. - Starszy już pod koniec spotkania zrobił takie podsumowanie tego wszystkiego co omawiali dzisiejszego wieczoru. Po różnych dyskusjach okazało się, że po opuszczeniu kobiecego łona to dalszy rozwój much Oster wydawał się względnie prosty. Paradoksalnie nawet samo zapłodnienie nie było takie trudne. Zabierało parę chwil i jak już się miało przed sobą nagą kobietę to wydawało się całkiem proste. Wystarczyło wsadzić tą krótką rurkę jej tam do środka i wstrzyknąć zawartość. O ile oczywiście zdobycie chętnej do rozebrania się kobiety nie było dla kogoś trudne. Najtrudniejszym etapem właściwie wydawało się te czekanie co dalej. Bo to miało zająć gdzieś od pół tygodnia do tygodnia. Tak mniej więcej. Więc nie działo się tak od razu, tej samej nocy czy dnia co by jeszcze taka nosicielka była w mocy kultystów. Tylko trzeba było czekać.

                      To oczywiście nie był kłopot gdy była w mocy kultystów. Silny bez wahania się zaoferował, że pozbieranie jakichś naprutych ladacznic z tawern nie powinno być trudne. A gdyby nawet nie były naprute to wystarczy jakąś znaleźć na ulicy, dać jej w łeb i można było zaciągnąć gdzie trzeba. Nawet jeśli to nie wszystko by poszło tak gładko czy tak prymitywnie jak to mówił khornita to wydawało się oczywiste, że nałapanie nosicielek na mieście nie powinno sprawić im większych trudności. Zwłaszcza jakby użyć siły jaką mieli Silny czy Rune albo wykorzystać jakiś podstęp z dużą ilością wina czy nawet numerkiem z ladacznicami. To wydawało się do zrobienia. Chociaż oczywiście każde takie porwanie niosło ze sobą możliwość wpadki. Jeden kłopotliwy świadek czy nawet pechowe nadzianie się na jakichś innych osiłków, wybawicieli czy straż miejską mogło narobić bigosu. Drugim wąskim gardłem było trzymanie takich branek w niewoli. Do tej pory Sigismundus trzymał je u siebie w piwnicy. Nawet jakby zwolnił z niewoli Loszkę to i tak miał do dyspozycji dwie cele w każdej mógł pomieścić jedną, góra dwie osoby. Rozważano czy nie użyć którejś z kryjówek kultystów. Albo “Starej Adele” albo tej pod zwaloną wieżą. Na razie zostawiono to jako plan rezerwowy bo Starszy wolał aby ich kryjówki pozostały ich kryjówkami. W przyszłości jak podsunął Otto można było wykorzystać do tego celu jaskinię Oster. Ale ona była za miastem. Szło się tam cały dzień. Trzeba by i tak jakoś znaleźć chociaż czasową kryjówkę na mieście dla tych schwytanych branek. A potem je jakoś przetransporotwać za miasto do tej jaskini. Całkiem spore przedsięwzięcie logistyczne. Zwłaszcza jak zauważalna część z nich miała wkrótce odpłynąć z Mergą więc zrobiłoby się ich jeszcze mniej. Starszy co prawda był dobrej myśli ale i tak trzeba było rozważyć jak to wszystko ugryźć.

                      - Może moi pobratymcy by mogli pomóc? Do naszej jaskini to tak z pół dnia. Można by u nich się zatrzymać. Z tymi brankami też. Chociaż musiałabym zapytać o to Kopfa i Opal. - zaproponowała Lilly bo w końcu pochodziła z jaskini odmieńców nawet jeśli od zimy mieszkała tutaj w mieście. Wciąż była razem ze Strupasem głównymi łącznikami z mutantami Kopfa. Starszy przychylił się do tej prośby a nawet ucieszył. Obiecał, że napisze list do Kopfa i ogólnie da wytyczne Lilly aby z nimi porozmawiała na ten zaszczytny temat. Więc zanosiło się, że lada dzień dziewczyna o liliowych włosach wyruszy za miasto w las aby zanieść to zapytanie ich mistrza do lidera społeczności odmieńców.

                      - No i widzicie drogie dzieci, cały ten ambaras z nosicielkami nam zbywa jeśli trafiłaby się ochotniczka. Wtedy ona dalej sobie żyje i robi co zwykle a jak wyda na świat pomiot Oster to przychodzimy na gotowe i wszystko zostaje bez zbędnych świadków. - westchnął zamaskowany mężczyzna bo to wydawał się przypadek idealny. Gdyby jakaś kobieta zgodziła się na zasianie i na dalszą współpracę to wydawało się, że są spore szanse, że udałoby się zachować sprawę w dyskrecji. A po paru dniach czy tygodniu odebrać wydany na świat owoc. Bez tego całego porywania, zamykania w celach, transportowania przez miasto czy za miasto co na każdym etapie było obarczone jakimś ryzykiem wpadki. Tylko znalezienie ochotniczki na taki numer nie zapowiadało się na łatwe zadanie. No ale należało mieć na uwadze aby znaleźć takie nosicielki, takie lub inne, w ten czy inny sposób.

                      Przy okazji planu z trupą aktorską dobrze było zakręcić się przy pannie van Zee bo to właśnie ona była tutaj główną dusza i sercem spraw teatralnych. Poza tym znała się osobiście z częścią aktorów i aktorek jakie w sporej mierze przyjeżdżali tu z jej inicjatywy i na jej zaproszenie. Nawet Pirora nie znała wszystkich detali ani tych aktorów osobiście. Zimą przez Salzburg tylko przejeżdżała zatrzymując się tam na krótki postój dla regneracji zmarzniętych sił i nie miała okazji go zwiedzić czy poznać się z kimś lepiej. Zaś tutejsza śmietanka całkiem regularnie jeździła do operu czy teatru w Saltburgu i w dobrym tonie było się tam pokazać co jakiś czas. Przyjechać z wrażeniami ze sztuki, jak wypadki aktorzy i reżyser no i z jakimiś nowymi ploteczkami ze stolicy. Tutaj nie tylko Kamila van Zee była taka obyta, to raczej Pirorę ominęły takie rozrywki bo była zbyt krótko a sprawy związane z remontem teatru i własnej kamienicy mocno ją absorbowały na miejscu.

                      Jak już zbierali się do wyjścia to dawało się zauważyć dużą różnicę w zachowaniu. Sigismundus był radosny jak skowronek. Jak dobry wujaszek jaki był gotów utulić do serca cały świat i swoich kolegów i koleżanki także. Puścić w niepamięć wszystkie złe słowa jakie między nimi stanęły gdy stali u progu tak świetlanej ery. Pirora i Łasica na odwrót. Wychodziły ciche jak pobita strona jakiejś bitwy. Dało się wyczuć, że im ten plany pochodzące z dziedzictwa Oster zdecydowanie nie przypadły do gustu. I o ile tydzień temu gdy sprawa była świeża i niejasna to jeszcze różnie mogło się potoczyć to teraz te wieści ze zwojów i to jak Merga ze Starszym przyklepali ten plan, w tej czy innej wersji ale przyklepali to trudno im było z tym dyskutować. Ale braku akceptacji nie ukrywały i entuzjazjmem nie tryskały.

                      - I pamiętajcie o snach. Własnych i cudzych. Wsłuchajcie się w nie, nie lekceważcie ich. Sióstr nie ma jeszcze w naszym świecie i sny są furtką do wsłuchania się w ich głosy. - poprosiła na koniec rogata wiedźma obdarzając ich ciepłym uśmiechem i złotym spojrzeniem.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
                      Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                      Joachim

                      Gdyby astrolog musiał wstawać z samego rana to zapewne by się nie wyspał. Na szczęscie ci byli znani z nocnego wpatrywania się w gwiazdy to nawet chyba nikogo za bardzo nie dziwiło, że potem przesypiają do południa. Tak czy inaczej Joachim wstał jak uznał za stosowne czyli jak się wyspał. Była już z połowa dnia gdy zdecydował się na poważnie otworzyc oczy. Chociaż widok za oknem nie budził zachwytu bo niebo było dość pochmurne. Dobrze, że w nocy dopisało mu szczęście i ładnie było widać gwiazdy. Wrócił prawie w ostatnim momencie. Swoim wprawnym okiem już po wyjściu z piwnic kryjówki pod wieżą zorientował się, że ma mało czasu. Co prawda do poranka było jeszcze parę, dobrych dzwonów ale teraz, w lato, tutaj na północy to przedświt przychodził wcześnie i kradł blade światło gwiazd już między drugim a trzecim dzwonem. A o czwartym to już nieboskłon wyraźnie zaczynał różowieć i blednąć mimo, że na ziemi panowała jeszcze głęboka noc. Dopiero po piątym dzwonie zaszynało tam szarzeć no ale wówczas to astronom już poza księżycami i najjaśniejszymi gwiazdami już niezbyt miał w co wycelować lunetę.

                      Zanim się rozstali to obie łotrzyce podziękowały mu za ofertę pomocy. Ale chyba nie wpadły na pomysł jak mogłyby użyć jego niezwykłych talentów. - A nie możesz przechodzić przez ściany? Przez drzwi by wystarczyło. Aby zobaczyć co za nimi jest. Bo jak nie to i tak my byśmy musiały ci otworzyć te zewnętrzne drzwi. A potem te od skarbca właściwie też. - zastanawiały się trochę niepewnie czy dobrze rozumieją opisaną moc. Ale już tak późno w nocy to nic nie wymyśliły jak tego talentu można by użyć. Jak bez ingerencji w świat materialny to chyba nawet dla kawału kopnąć kogoś w tyłek nie było można albo rzucić czymś aby odwrócić uwagę… Joachim mógł im potwierdzić, że nie, takich rzeczy się nie da. W tej bezcielesnej formie astralnego ducha mógł chodzić tam gdzie dałby radę wejść w swojej fizycznej formie więc przenikanie przez materię i jakakolwiek ingerencja z nią nie była możliwa.

                      - Wiesz, my byśmy musiały cię zobaczyć jak to wygląda. Czy rzeczywiście cię nie widać. Może coś wtedy byśmy wymyśliły. Bo zwykle obywamy się bez takich numerów bo my zwykłe dziewczyny z ulicy jesteśmy. Ale to miłe, że chcesz nam pomóc. - dodała od siebie Burgund i cmoknęła go w policzek. A Łasica w drugi. Po czym zaśmiały się wesolutko i ruszyły w ciemności nocy. A on w swoją stronę.

                      Tej nocy jednak zdołał jeszcze zdążyć do domu a z południowej do zachodniej dzielnicy to miał spory kawałek do przejścia. Ale zdążył na tyle aby złapać za lunetę i poobserwować gwiazdy. I zastanowić się co też one mogą nieść za wróżbę dla barona Wirsberga.

                      Co ciekawe to wyraźnie był wyraźny łucznik znany jako Sznur Limnera. To był symbol sprzyjający wenie artystów, precyzji rzemieślników i zamysłom wymagających finezji. Joachim nie był do końca pewny czy można by uznać barona za rzemieślnika czy artystę no chyba, że to miałaby być jakaś metafora. Albo jako śniącego ten swój dziwny, niepokojący sen. W każdym razie Sznur lśnił wczoraj pierwszorzędnie więc ogólnie wydawał się sprzyjać takim różnym finezyjnym i natchnionym projektom lub wymagających precyzji.

                      Co więcej dobrze też świecił Wielki Krzyż. Ten z kolei patronował jasności umysłu, podejmowaniu klarownych i właściwych decyzji i takich jakie dawały sznase na przynoszące efekty działania. Jeśli by wziąć pod uwagę, że pytał we wróżbie o barona jaki sprawił na nim wrażenie rozstrzęsionego i skołowanego to paradoksalnie wychodziłoby, że baron jednak jest trzeźwy na umyśle a nawet promienieje jasnością o ile by tak interpetować te skrzyżowane ze sobą gwiazdy z ostatniej nocy.

                      W oko wpadał też ciemny, bezgwiezdny obszar zwany przez maluczkich Wielką Pustką, Wielką Dziurą a przez uczonych Vobistem Ulotnym. To zwykle był złowróżbny znak. Podobno gdy był w pełni łowcy czarownic ruszali na łów aby palić heretyków i czarnoksiężników. Z drugiej jednak strony gdy się było takim czarnoksiężnikiem to niekoniecznie mógł to być zły omen. Wręcz przeciwnie, mógł oznaczać, że los mu sprzyja i aby podążał dalej swoją drogą. Chociaż był też symolem chorób psychicznych, majaków i przywidzeń i jeśli tak by potraktować sny barona no to niestety nie było to dla niego zbyt pochlebne.

                      Tak czy inaczej umówił się na spotkanie z baronem Wirsbergiem jutro. Czyli właściwie już dzisiaj. No i musiał mu coś powiedzieć. Tak czy inaczej będzie to rozmowa z baronem, przyjacielem państwa van Hansenów no i osobą z towarzystwa jaka całkiem możliwe, że opowie jak się sprawił tutejszy młody astrolog. Co więcej z tego co mówił wczoraj na dzisiaj zaprosił do siebie tą młodą morrytkę bo ona też uchodziła za eksperta od snów. Tylko nie było pewne czy na tą samą porę i czy się spotkają. W każdym razie gdy już za oknami gwiazdy bladły i na wschodzie niebo zaczynało zdradzać pierwsze oznaki przedświtu zdecydował się udać do swojego łóżka na spoczynek. I miał sen.

                      Właśnie sen go obudził. Snił znajomy widok. Chociaż w pierwszej chwili nie mógł rozpoznać co w nim znajomego. Dopiero po chwili się zorientował, że jest na ulicy. I jakieś kamienice są… Takie dziwnie wysokie. Jakby był małym dzieckiem i wszystko wydawało się większe… I trochę straszniejsze niż teraz gdy od dawna już był dorosłym mężczyzną. Zorientował się gdy zobaczył mur. Też wydawał się duży i trochę złowieszczy. Ale był kryty dachówką. Jak ten mur jaki okalał Akademię albo świątynie Mananna. Wtedy się zorientował, że to dziwnie przypomina sen jaki mu opowiedział baron Wirsterg… Nie miał pojęcia czy śni ten sam sen czy to jego imaginacja tak sobie zwizualizowała słowa szlachcica. Ale tak jak mu opowiadał usłyszał dzwoneczki. Całe mnóstwo drobnych dzwoneczków. Jeden taki mały łatwo by było przegapić ale musiało być ich wiele. Każdy dzwonił nieco innym tonem przez co trudno było się skupić na jednym i wyłapać jego dźwięk. Ale jako całość to tak, słyszał ich ładny, przyjemny dla ucha odgłos. Jak chór dziecięcych głosików śpiewających piękny psalm pochwalny.

                      Sam nie był pewien kiedy się znalazł przy murze. To już na pewno musiał być sen bo z bliska mur wydawał się jeszcze wyższy. Niebotyczny! Ale w snach to często się zdarzało, że rzeczy wydawały się być jakieś wypaczone i zakrzywione, niby podobne do tych co się znało ale jednak jakieś takie inne. I jak stał przed tym ogromnym murem to usłyszał… Właściwie to nie. Właściwie to poczuł bardzo charakterystyczny zapach. Znajomy każdemu żakowi, uczonemu czu chociaż wykształconemu człowiekowi. Zapach księgi. Takiej starej, jak się ją dopiero otworzy pierwszy raz i ten kurz, zapach papieru, zaschniętego inkaustu, wszystko uderza w twarz ze swoją mocą. Nie miał pojęcia skąd dochodził ten zapach. Bo nie widział żadnej księgi w pobliżu. Ale usłyszał coś nowego. Chrobot pazurów po bruku. Biegły! Coś wielkiego, groźnego i drapieżnego jak jakaś straszna bestia zerwana z łańucha. A przypomniał sobie jak baron opowiedział mu, że coś go goniło i rozdeptało pazurzastą łapą! To było w tym momencie tak sugestywne, tak przerażające, że jakaś szponiasta łapa zaraz go rozszarpie i wetrze w ten brudny bruk, że aż się obudził. Na szczęście bez żadnej szponiastej łapy nad głową, w swoim łóżku i sypialni, bez żadnych niespodzianek. I jak spojrzał za okno okazało się, że przespał już z połowę dnia. Ale chociaż mniej więcej się wyspał.


                      Potem zjadł śniadanie i mógł się zastanowić co dalej. Najpierw przejrzał na spokojnie swoje notatki jakie zrobił wczoraj z tego drugiego manuskryptu Oster. Razem z aptekarzem je notowali chociaż i Tobias chyba też coś zapisywał. Wczoraj grubas od Nurgla był dobrej myśli i Joachimowi wydawało się, że chyba słusznie. Ale tyle się działo i mówiono dookoła, że nie był do końca tego taki pewien. Dopiero dzisiaj jak usiadł wygodnie u siebie i miał okazję pożądnie się wczytać w swoje zapiski mógł się zapoznać z tym dokładniej.

                      Merga na pewno miała rację w tym, że to przypominało książkę kucharską. Parę łyżek tego, pokroić tamto, utrzeć to, dolać jeszcze coś… Tam podgrzać na tyle a tyle czasu, tu zostawić aby się zsiadło czy spleśniało… Nie wydawało się to trudne. Właściwie jak się nie wiedziało jaki ma to mieć efekt i do czego ma służyć to nawet nie brzmiało jakoś strasznie. Może poza fragmentami gdy ewidentnie pisało o larwach, czerwiach albo muchach. A tak to można było wierzyć, że chodzi o jakiś standardowy eliksir czy miksturę. On sam co prawda zielarzem czy alchemikiem nie był ale większa część przepisów wymagała po prostu uwagi i przestrzegania reżimu aby dodać to co trzeba, takie jak trzeba i wtedy kiedy trzeba.

                      Przepisów było kilka. Najkrótszy to się mieścił w paru linijkach i nawet nie było pewne czy to nie jest jakiś żart Oster albo Mergi. Bo brzmiał tyleż lapidarnie co brutalnie.

                      “Jeśli zależy ci na czasie a nie zależy na nosicielce napchaj do środka tyle świńskiego łajna ile zdołasz i dopilnuj aby tego nie wydłubała. Czerwie będą rosnąć jak na drożdżach ale los nosicielka rzadko bywa do ponownego użytku.”

                      Poza tym krótkim wpisem przepisów było kilka. Na przyspieszenie rozwoju czerwi w nosicielce i aby były większe i silniejsze. Na to aby kokony dojrzewały szybciej. Na dodatek do karmy dla dorosłych owadów aby rosły większe. Na to aby dojrzewały szybciej i by szybciej mogły składać kolejne jaja. Na to aby, na afrodyzjak który miał zwabiać dorosłe owady w dane miejsce na wypadek gdyby się rozleciały po okolicy a były potrzebne w tym, jednym miejscu.

                      Same przepisy pod względem składników rzeczywiście nie wyglądały jakoś bardzo skomplikowanie. Dwa gatunki pospolitych tutaj grzybów do tego mogły być ich zasuszone wersje, trochę runa leśnego w postaci czerwonych jagód i mchu, pająki razem z pajęczyną, surowe jajko… No nie, nie wyglądało to na coś bardzo trudnego do zdobycia. Pewnie dlatego wczoraj Sigismundus był taki ucieszony. Trochę zachodu było z tym, że niektóre rzeczy trzeba było poczekać aż się sok wyciśnie, aż się pleśń zmaceruje i całość się przegryzie ze sobą. Ale właściwie tą najprostszą wersję eliksiru na przyspieszenie pseudociąży to chyba jakby posłał Gunthera to do wieczora powinien wszystko kupić. A Sigismundus to może nawet miał większość tych rzeczy u siebie w aptece. Pewnie też dlatego tak wczoraj mu się oczka śmiały. Joachim nie miał takiej wprawy w aptekarskim rzemiośle jak tamten ale mimo wszystko opis wydał mu się na tyle prosty, że chyba mógłby i sam spróbować. Bo chyba Oster albo nie była tak skomplikowana w projektowaniu tych mikstur albo cechowała się dużą pragmatycznością w możliwości zdobycia poszczególnych składników do swoich przepisów. Zresztą jak urzędowała w tej okolicy no to tutaj pewnie i dziś były podobne składniki jak i za jej czasów.

                      Co więcej przepisy były tak ułożone, że do tych najprostszych wersji wystarczyło dodać kolejne składniki aby uzyskać mocniejszy efekt. Z tymi bardziej zaawansowanymi już nie był taki pewny czy byłoby tak łatwo zdobyć te brakujące elementy. Kwiat zielonego żonkila to chyba rósł na bagnach na wschodzie a te cieszyły się opinią niezbyt przyjemnego i przyjaznego miejsca. Zresztą całkiem zasłużenie. Same okropności miały tam mieszkać. Skrzek salamandry plamistej to chyba też tam. Nie był pewien czy kiedyś ją widział na własne oczy podobnie zresztą jak z tym zielonym żonkilem. Ale chyba jednak oba składniki były dostępne na tych bagnach a były niezbędne do tej bardziej zaawansowanej wersji. Do mistrzowskiej też. Ale jeszcze trzeba by mieć elfi miód. A to chyba było od pszczół jakie były w lesie tutejszych leśnych elfów. Tyle, że one ponoć strzelały do każdego kto im się władował w ich leśny matecznik więc nie zapowiadało się aby szło to łatwo zdobyć. Na takiej nadnaturalnej istocie jaką zapewne już wówczas była Oster to może nie robiło większego wrażenia ale dla zwykłego śmiertelnika to mogło się skończyć kiepsko taka wycieczka w elfie podwórko. No chyba, że jakoś bez tego by udało się dostać ten elfi miód. Potem musiał odłożyć te zapiski i przemyślenia bo zapukał Sven dając znać, że powóz barona przyjechał.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Szlachecka; rezudencja von Wirsberga
                      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                      Warunki: salon barona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                      Joachim

                      Joachimowi podczas podróży znów towarzyszył ten sam, dystyngowany, nie młody już lokaj barona Wirsberga co wczoraj. Okazywał nienaganne maniery między innymi tym, że sam nie indagował rozmowy jeśli nie miał do zakomunikowania woli swojego pana. Paul razem z Joachimem wysiedli z powozu i lokaj zaprowadził go nieco tym razem gdzie indziej niż wczoraj bowiem do salonu a nie do sypialni.

                      - A jesteś mój drogi. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Wczoraj wziąłem na noc te nowe krople na sen i… No może nie spałem jak dziecko ale przynajmniej bez snów. I bardzo dobrze, i bardzo dobrze. No siadaj, siadaj przyjacielu, Paul obsłuż pana. - dzisiaj dla odmiany ze dwa razy starszy od astrologa gospodarz wydawał się być w o wiele lepszym humorze niż wczoraj. No i był ubrany jak do przyjmowania gości a nie w nocnej koszuli jak wczoraj.

                      - To papo jak masz gości to ja uciekam. Cieszę się, że już ci lepiej. - młoda kobieta, ubrana jak szlachcianka, cmoknęła ojca w policzek i wyszła z salonu zostawiając ich samych. Po drodze jednak skusiła się posłać zaciekawione spojrzenie gościowi. Ale nie wypadało tej młodej damie zostawać przy rozmowach ojca z gośćmi, do tego innymi mężczyznami. Baron pożegnał córkę ciepło ale nieco w roztargniony sposób ciekaw widocznie jakie wieści przynosi młody astrolog.

                      - No i co tam mówią niebiosa? Coś się udało dowiedzieć w mojej sprawie? - zagaił gospodarz po wyjściu córki jakby nie mógł się doczekać tych wieści. Paul stał jak żywy posąg ze dwa kroki za swoim panem i nie ingerował w rozmowę. Aż na zewnątrz dało się słyszeć nadjeżdżający powóz jaki się zatrzymał niedaleko. Wkrótce drzwi salonu się otworzyły, weszła jakaś pokojówka, dygnęła grzecznie gościom i poczekała aż lokaj ją przejmie. Powiedziała coś do niego cicho a ten skinął głową.

                      - Jaśnie panie, przyjechała czcigodna Matka Somnium o jaką prosiłeś. - zaanonsował gościa czekając na decyzję swojego pana.

                      - O! I bardzo dobrze, bardzo dobrze! Poproś tą zacną kobietę niech nie czeka! - zaśmiał się baron ucieszony takimi wiadomościami. Kamerdyner więc dał znak służącej i ta znów dygnęła wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Zaś lokaj już przy nich został skoro niedługo i tak powinna przez nie wejść młoda kapłanka w czerni.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Metalowa; mieszkanie Heinricha
                      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
                      Warunki: mieszkanie Heinricha, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                      Heinrich

                      Dobrą stroną posiadania słusznego wieku było to, że nie trzeba było zaczynać dnia o świtaniu. Tylko można było wstać wtedy kiedy się chciało i uznało za stosowne. No albo jak kogoś sen obudził. Tak jak jego dzisiaj. Sam nie miał pojęcia czemu mu się przyśnił. Może to te ostatnie słowa rogatej wiedźmy aby mieli baczenie na swoje i cudze sny? Może to to o czym rozmawiali przez cały wieczór o dziedzictwie Oster i nie tylko? I tym jego pomyśle o aktorkach jaki dwójka liderów ich spaczonej rodziny zaakceptowała praktycznie z miejsca. Ot jedynie zostało ustalić parę praktycznych stron tego pomysłu ale właściwie został zaakceptowany. A Sigismundus to prawie go nosił na rękach za tak genialną myśl. Już na zborze ale i na koniec spotkania to prawie się rozpływał od wdzięczności i wzruszenia.

                      - Genialne! Genialne Heinrichu! Taki cudowny użytek z tych rozwydrzonych ladacznic! I w tak szlachetnym i zbożnym celu! Genialne! Gdybyś czegokolwiek potrzebował do tych aktorek czy czego innego to tylko daj znać. Póki będę w mieście to postaram się zrobić co się da! Potem jak pewnie widziałeś przeprowadzę się do tej jaskini ale to nie tak z dnia na dzień, na razie będę mieszkał tu, z wami. - wydawało się, że dzięki swojej śmiałej wizji były łowca czarownic wiele zyskał w oczach aptekarza. Chyba tylko z Otto żegnał się równie wylewnie. Za to zarobił krzywe spojrzenie od Łasicy więc ona chyba nie pochwała tego projektu. No ale to jeszcze było wczoraj w nocy. Zanim ruszył samotnie ku swojej kamienicy i wynajmowanemu mieszkaniu. A potem był sen. Całkiem wyraźny. Też chyba w nawiązaniu do tego co się działo na tym wczorajszym spotkaniu.

                      Bo śniły mu się… No chyba te aktorki… Chociaż nie, najpierw ktoś zapowiadał, że będzie wielka sztuka, wielcy artyści, wiele niespodzianek… Te wielkie niespodzianki jakoś wydały mu się szczególnie trafne a i zabawne. Potem to nie był pewny czy coś było jak tak to chyba tego nie zapamiętał po przebudzeniu. W każdym razie w końcu na scenie były one. Dwie aktorki odgrywające swoje role. Publiczność słuchała i oglądała w zachwycie. On właściwie też. Tylko, że wiedział coś czego nie wiedzieli oni. Że one, tam pod ubraniem, pod tymi kolorowymi sukniami i gorsetami ściskającymi szczupłe talie jakie im tak zazdrościły niejedne damy z widowni, one tam jeszcze pod spodem, w środku, miały prawdziwą niespodziankę. Ekscytacja publiczności rosła widząc, że sztuka zbliża się do wielkiego finału a Heinricha rosła jeszcze bardziej bo chociaż znał prawdziwe zakończenie to jednak nadal było przyjemnie na nie czekać i oglądać na własne oczy.

                      Wreszcie obie siadły na krzesłach. Każda na swoim i dalej odgrywały swoją rolę do końca. Po czym wolno, nieskończenie wolno zaczęły się schylać i uśmiechać. Sięgały po rąbek swoich spódnic. Heinrich wiedział, że to wywoła zaskoczenie i może nawet zgorszenie. A może i fascynację? W końcu to była wielka sztuka! Z samego Saltburga.

                      - Muszę ci powiedzieć, że trochę mi ich szkoda. Ale zawsze mnie trochę irytowały. Zadzierały nosa. No i przecież w każdej wielkiej grze są pionki do zbicia prawda? Tylko nie powinien wiedzieć, że jest pionkiem, lepiej niech myśli, że jest figurą, niech myśli, że jest ważny. Niezastąpiony. Wtedy się łatwiej nimi gra. - gdy spojrzał na mówiącą to stała tuż obok niego. Też jako widz siedzący na krześle tak jak i inni. Tylko pod ścianą a on tak raczej siedział w środku. Nie widział jej twarzy bo cień, bo włosy, bo kaptur. Ale gdy patrzył w bok, z bliska na jej niby płaski, zgrabny brzuch to też wiedział, że ona też to tam ma. To samo co kobiety na scenie jakie lada chwila miały ujawnić swoje splugawienie i sromotę. Ten jej brzuch tak przykuł jego uwagę, że się obudził. Zapamiętał tylko fiolet. Ciemny fiolet. Na jej dłoni. Nie był pewny co to było. Lakier na paznokciach? Rękawiczki? Pierścionek? Jeszcze coś innego? No coś w ciemnym fiolecie na dłoni. Dłoni jaką matczynym ruchem położyła na swoim brzuchu.

                      No a potem się obudził i już nie zasnął. Zostało mu zejść z łóżka, przygotować się na nowy dzień, zjeść co przygotowała Ilse no i pomyśleć nad tym wszystkim. Właściwie wczoraj nie było tak źle. Ani go noga nie rwała i jak już poszedł na spotkanie to byli prawie wszyscy. No i okazało się, że mają przełom w tym poszukiwaniu dziedzictwa Czterech Sióstr. Jak przyszedł to Starszy i Merga też go przywitali ciepło jak para dobrych gospodarzy dawno nie widzianego krewnego. Wiedźma pytała o nogę i czy maść pomogła. Bo teraz miała wkrótce odpłynąć do dzikiej, mroźnej północy ale jak maść by działała to mogła przygotować jej zapas przed odjazdem. Albo nawet zostawić przepis Starszemu aby mógł to przygotować samemu gdyby jej zbyt długo nie było. Więc powitali go całkiem rodzinnie. No a potem było to tłumaczenie zwojów przez Mergę i omawianie tego, planu obrabowania świątyni no i różne mniejsze i większe na bliższą i dalsza przyszłość. Jak już się żegnali i rozstawali podszedł do niego Rune.

                      - To coś myślisz działać z tym Czerwonym Johanem? Będziesz coś z nim gadał? Ja mam się do niego zgłosić? Mam się powołać na ciebie czy lepiej aby nas nie kojarzył ze sobą? - zagaił go były weteran wojenny bo skoro jednak miał zostać a nie płynąć do Norski to mógł się czymś zająć. Chociaż i tak jakby trzeba było porywać jakieś dzierlatki na rozpoczęcie hodowli czy szykować tą jaskinię za miastem to pewnie i jego by tam przydzielono bo trochę mało ich tu zostawało na miejscu a zadań zdawało się przybywać z każdym dniem.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                      Warunki: salon Pirory, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                      Heinrich

                      Bursztynowa to była z punktu widzenia metalowego kuternogi po niewłaściwej stronie miasta. Bo on mieszkał na południe od centrum a ona właściwie w samym centrum, bo Bursztynowa odchodziła na północ od Markplatz. Ale jak się nie musial z nikim ścigać ani spieszyć to dotarł tam kiedy mu było wygodnie.

                      Drzwi otworzyła mu zgrabna, młoda brunetka w ubrabiu pokojówki. Chociaż z nieco przykrótką spódnicą. Widać było zakończenie trzewików i kawałek łydek. Co by już podchodziło pod pewną dozę frywolności i dobrze wychowane damy ani tym bardziej ich służba nie powinny zachowywać się tak swobodnie. No ale panna van Dyke jako przybysz z południa Imperium, do tego miłośniczka i mecenas sztuki miała pewną dyspensę na takie detale więc pewnie i służba chociaż u niej w nieco mniej klasycznych sukniach do samej ziemi. Ale zachowywała się jak na służbę przystało.

                      - Proszę zaczekać. Sprawdzę czy panienka jest na górze. - poprosiła go ta młoda pokojówka zgodnie z zasadami etykiety. Po czym poszła schodami na górę i przez chwilę słyszał jej odchodzące kroki. Po czym na odwrót, jak się zbliża, schodzi po schodach i zatrzymała się przed nim obwieszczając, że panienka jest, przyjmie go więc prosi aby udał się za nią. Tak wszedł jej śladem na piętro i tu co mogło trochę dziwić w korytarzu już czekała na niego blondwłosa gospodyni.

                      - Dziękuję Kristen, sama już się panem zajmę. - powiedziała grzecznie i odprawiła służkę. Ta dygnęła jej na pożegananie, skłoniła się przechodząc obok gościa po czym słychać było jak schodzi po schodach na dół. Pirora nie czekała aż zejdzie do końca tylko od razu zaczęła mówić.

                      - Witaj Heinrichu. Muszę cię ostrzec, że Oksana jest u nas. Przywiozła tą suknię co Otto zamówił u nich dla Sorii. Jest śliczna! Soria bosko w niej wygląda! Ale Oksana jest, że tak powiem z sąsiedniej rodziny. Wie o nas i często bawimy się razem. Ona jest ulubioną dominą Fabi. Chociaż mi też robi za prawą rękę jak się bawimy w loszku. Poznałeś już ją? No nic no to teraz poznasz. Nie bój się, obędzie się bez żadnych bezeceństw. Tylko przymierzamy suknię. I wszystkie jesteśmy ubrane. - krótko streściła mu dlaczego do niego wyszła i chciała go uprzedzić kto jeszcze jest dzisiaj z nimi. O samej Oksanie, Hubercie i Fabienne to Heinrich trochę słyszał. Głównie przez plotek o ich konszachtach i romasach z ich wężowymi dziewczętami i spotkania w loszku jaki Pirora miała w piwnicy. No ale sam to tej sąsiedniej rodziny jeszcze nie spotkał. Trochę ich kojarzył z widzenia z porannych mszy jak mu ktoś z rodziny ich pokazał to mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Hubert to taki ich lider jak w ich zborze Starszy. Tylko nastawiony na czczenie Księcia Przyjemności. Fabienne była czarnowłosą i bladolicą bretońską szlachcianką jaka wyszła za tutejszego kapitana statku. A Oksana była ich krawcową, projektantką i kochanką. No i ponoć pierwszorzędną dominą w zabawach w loszku czy alkowie. Łatwo ją było rozpoznać po dwukolorowych włosach. Przy skórze były jasno blond i stopniowo ciemniały aż przy końcówkach przechodziły w tak ciemny kasztan, że wydawały się prawie czarne. Końcówkę wypowiedzi Pirora pozwoliła sobie przejść w lekki i żartobliwy ton.

                      - Zastanawiałyśmy się właśnie czy by jej nie powiedzieć o tym, że szukamy nosicielek. Ona jest tu dłużej od nas i chwali się, że kogo to ona pod butem i pejczem nie miała. Kobiety też. Zresztą widać po Fabi. Ale nie tylko ją. No i mieliśmy szukać nosicielek. Tylko nie jestem pewna czy gadać z nią o tym czy nie. W ogóle o Siostrach to wiedzą ale to o muchach i reszcie to świeża sprawa to raczej nie. - zagaiła jakby właśnie sama łamała sobie głowę czy wspominać o tych ich poszukiwaniach koleżance i kochance z sąsiedniej rodziny czy lepiej nie. Brzmiało jakby ta miała spore towarzyskie znajomości i to wśród płci pięknej także a i częściowo już i tak wiedziała o Siostrach. No ale jednak bez takich drastycznych detali jakie wczoraj padły na spotkaniu pod zwaloną wieżą. A później zaprosiła gościa aby zrobił te kilka ostatnich kroków do widocznych drzwi do salonu.

                      Gdy weszli tam oboje to rzeczywiście wyglądało jak przymierzanie nowej sukni. Soria stała przed dużym a więc pewnie drogim lustrem i oglądała z zaciekawieniem swój własny wizerunek. Zaś obok niej stała młoda kobieta która w ogóle nie kojarzyła się z czymkolwiek dominującym. Miała skromnie upięte włosy, szpilki w ustach i koncentrowała się coś tam poprawiając przy barku klientki i krawędzi sukni. Sama była w o wiele skromniejszej spódnicy. Chociaż… Chociaż była w niej ukryta elegancja. Tam sztuczna róża, tu wyszywany pieczołowicie kwietny wzorek, tu z pozoru skromne wycięcie w boku jakie nie było od razu widoczne aż nie zrobiła szerszy krok aby sięgnąć po nożyczki i wtedy dało się zobaczyć kawałek całkiem zgrabnej nogi odzianej w pończochę. Pończochy były domeną szlachcianek bo to był eksluzywny i drogi towar na jakie zwykłe praczki czy szwaczki nie było stać. Albo krawcowe. No i kurtyzany z wyższej półki to jeszcze używały takich drogich rzeczy. A ta tutaj niby taka zwykła, prosta krawcowa a miała na sobie pończochy. Obie widząc, że mają gości odwróciły się do niego.

                      - I jak ci się podoba Heinrichu? - zapytała Soria kokieteryjnym tonem odwracając się do niego frontem i przybierając jeszcze bardziej kokieteryjną pozę. Oksana zwinnie usunęła się w bok aby nie zasłaniać widoku. Zaś modelka w tej krwistej czerwieni prezentowała się śmiało i powabnie. Może nawet nieco zbyt wyzywająco bo na takie śmiałe linie mogła sobie pozwolić tylko nietuzinkowa i pewna swoich pleców dama. Inaczej mogłaby wywołać zgorszenie i liczne plotki tak śmiałym by nie rzec wyuzdanym tonem. Ale przynajmniej na ten moment sama modelka wydawała się cieszyć nową zabawką, podobnie jak projektantka sukni no i gospodyni tego lokalu. Powitanie więc zaczęło się całkiem przyjemnie i w żartobliwej, przyjacielskiej atmosferze.

                      - A w ogóle to tak się wczoraj niespodziewanie zjawiłeś, że cię właśnie obgadywałyśmy. Napijesz się czegoś? - zagaiła do niech averlandzka szlachcianka chwilę później nie wychodząc z roli dobrej gospodyni podeszła do stolika z ciastkami i napitkiem.

                      - Ciebie interesują sprawy alkowy? Bo jak tak to mam taką, jedną koleżankę. Szlachcianka, wykształcona, oczytana, dobrze wychowana, zafascynowana sztuką i poezją. Znam ją właśnie z kółka poetyckiego u Kamili. Dzisiaj tam zabieram Sorię, niech promienieje i ich olśni swoim blaskiem. - van Dake mówiła dalej odwracając się do gościa i podając mu pełny kielich gdy projektantka i jej modelka znów zaczęły coś gmerać przy czerwonej sukni. Ale sądząc po spojrzeniach i uśmiechach też były filuternie ciekawe tej rozmowy.

                      - No i właśnie ta koleżanka ma baardzoo wielką słabość do zmarszczek. Dla niej prawdziwy mężczyzna zaczyna się w okolicach szóstego krzyżyka. Kobieta zresztą też. Chociaż jak dominująca to może być nawet w jej wieku bo w posłuszeństwo też się lubi bawić. No piąty krzyżyk no chociaż czwarty no to może chyba przymknąć oko. No a taki dystyngowany, starszy pan jak ty to myślę, że mógłbyś być w jej guście. No chyba, że cię nie interesują takie sprawy no to nie. Ale jakby coś było na rzeczy to tylko powiedz. Dobrze pójdzie to będzie dziś na wieczorku poetyckim u Kamili to mogłabym jej wspomnieć, że mam dla niej nowego amanta w interesującym ją wieku. Bo czasem pomagam jej zorganizować takie schadzki. A takie młokosy jak nasz Otto czy Joachim to jej w ogóle nie interesują. Może na Tobiasa by raczyła zwrócić uwagę. - powiedziała siadajac wygodnie na ozdobnym krześle i popijając wino ze swojego kieliszka. Czekała z wpatrując się w gościa z zaciekawionym uśmiechem i wyglądało, że mimo to pyta na poważnie i naprawdę zna taką koleżankę co preferuje starszych kochanków. Najlepiej o wiele starszych. No ale gdyby Heinrich nie był zainteresowany takimi zabawami to nie miała zamiaru drążyć tematu.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #77

                        Oryginalny autor: Pipboy79

                        Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (2/2)

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; ranek
                        Warunki: mieszkanie Otto, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                        Otto

                        Trudno było powiedzieć aby wstawał rano wypoczęty. Co nie dziwiło. Wrócił do siebie późno w nocy, pewnie już było z godzina albo dwie po północy. Ale jeszcze było ciemno jak w nocy czyli raczej późno niż wcześnie. Wrócił z tego niezapowiedzianego spotkania całej ich spaczonej rodziny. Plany i ambicje ta rodzina miała wielkie, cele zaszczytne ale i ograniczone środki oraz wielu wrogów i przeciwności. Jednak nawet wczoraj udało się ustalić jakiś konsensus. Najszczęśliwszy z wczorajszego spotkania to wychodził chyba Sigismundus. Grubas prawie leciał na skrzydłach tej szczęśliwości aby jak najprędzej zasiać nasienie Oster w łonach dwóch nosicielek jakie trzymał w piwnicy. Ale wcześniej zwłaszcza z Heinrichem i Otto żegnał się bardzo wylewnie, wręcz wydawał się być wzruszony jak bardzo obaj przysłużyli się sprawie Oster. Do jednookiego mnicha miał jednak pewną sprawę gdy tak na chwilę rozmawiali sami.

                        - Słyszałeś co mówiła Onyx? Mówiła, że ona tam ma w robocie jakąś co lubi z robakami. Gadałem z nią teraz mówi, że niczego nie obiecuje ale może jej powiedzieć i przyprowadzić aby obejrzała te robaki. Tylko ja się boję, że znów mnie poniesie. Jak tydzień temu z naszymi dziewczynami. I ją spłoszę. Może ty byś z nią pogadał? Tobie to lepiej wychodzi. Z tobą jakoś normalnie gadają. Bo jakby się zgodziła i dała sobie wstrzyknąć no to… Nooo! To by było! Chociaż jeden miot w końcu to tylko parę dni, może tydzień. Umówiłbym was jakoś, ona by ją przyprowadziła jak ci tam pasuje na który dzień i byś z nią pogadał co? - poprosił go przed rozstaniem aptekarz. Wcześniej na naradzie Onyx rzeczywiście coś wspomniała o jakiejś koleżance z pracy co ma takie pokrewne zainteresowania no i widocznie to grubas wyłapał. Ale sam sobie nie dowierzał, że w gorączce emocji w ostatniej chwili nie spłoszy ladacznicy swoją zamaszystością i ekspresywnością. Bo jeszcze Lilly coś mówiła podobnego no ale tamta miała być tam u nich w jaskini za miastem a ta od Onyx to prawie pod ręką bo tutaj na miejscu, w mieście a jak jeszcze pracowała razem z Onyx to pewnie widywały się co noc albo prawie.

                        A potem jeszcze ostatnie pożegnanie, uścisk i czas było wracać do domu. Przez te bezpańskie, skryte w nocnym cieniu ulice. Gdzie po omacku łatwo było wdepnąć w coś paskudnego czy kopnąć coś zbyt twardego aby to kopać. W końcu wrócił do siebie, zamknął drzwi, poszedł do łóżka i zasnął. I śnił.

                        Śnił taki sen, że gdyby wciąż był w zakonie to powinien natychmiast biec do spowiednika albo sam wybrać sobie pokutę za taki nieprzyzwoity a wręcz plugawy sen! Żaden prawy obywatel by nie mógł przejść spokojnie na takie obrzydliwe obrazy!

                        Śniło mu się bowiem kobiece łono. Całkowicie nagie. Nawet bez żadnego włoska nie mówiąc już o bieliźnie. Widział je jak na dłoni bo było gościnnie zaprezentowane tuż przed nim. Kobieta musiała leżeć na plecach. Jej blady srom pulsował w podobnym rytmie jak szybki oddech jej brzucha. Zaś uda były szeroko i zapraszająco rozchylone. Jakby jakaś wyuzdana ladacznica czekała na przyjęcie kochanka. Albo kobieta szykowała się do poczęcia nowego życia. Tylko wtedy brzuch powinna mieć brzemienny a ten na taki nie wyglądał. Jednak to był poród. Widział jak brzuch kobiety zaczyna przyspieszać, jak ona sama jęczy i sapie coraz częściej. A coś tam przepycha się z jej wnętrza na zewnątrz. Chociaż tego nie widział to wiedział, że tak właśnie jest. Coś wijącego i żwawego co torowało sobie drogę na zewnątrz. Już wydawało się, że coś zaczyna być widać ale wtedy właśnie się obudził. Ujrzał blade szczeliny wbijające się do środka przez szpary w okiennicach i zorientował się, że ma niewiele czasu aby zdążyć do hospicjum na swoją zmianę. Prawie zaspał co po takiej zarwanej nocy nie było dziwne. Ale musiał się pospieszyć jak nie chciał się spóźnić na całego.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                        Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                        Otto

                        Dzień w hospicjum się dłużył. Dawno nie musiał przychodzić z samego rana po tak kiepsko przespanej nocy. Na pocieszenie miał wspomnienia z wieczornego spotkania gdzie przecież zapowiadało się na spory postęp w ich zaszczytnej sprawie. Ale póki co musiał się zmagać z prozą życia. Z samego rana przeora nie było. Załatwiał jakieś sprawy w ratuszu. Więc Otto musiał zająć się swoimi zwyczajowymi obowiązkami. Z czwórki ulubionych pacjentów to oględziny wyszły mu różnie.

                        Thorn nadal patrzył na niego spod byka. Co prawda już się nie rzucał na drzwi i nie darł się na jego widok, że go dorwie i tak dalej ale spojrzenie nadal nie wróżyło mnichowi nic dobrego gdyby nie dzieliły ich drzwi i ściany.

                        U Anniki właściwie było bez zmian czyli bez sensacji. Promieniała niemą obojętnością z domieszką pogardy dla świata. Poza tym jednak nie sprawiała kłopotu i jak to miała w zwyczaju nie kwapiła się do rozpoczęcia samej rozmowy.

                        Właściwie chyba tylko z Mariką i Georgiem dało się jakoś normalnie porozmawiać. A zastał ich razem na stołówce. Ona jaka ta “prawie normalna” bo na tle różnych stadiów, różnych chorób na jakie cierpieli pacjenci hospicjum rzeczywiście była prawie normalna. Jakby nie ten jej wyskok z zeszłego tygodnia to by można ją wziać nawet za jakaś pracownicę hospicjum. I dziś miała szorować gary. Jak Otto wszedł do odremontowanej stołówki to już obok niej stało kilka z nich całkiem ładnie wypucowanych. Braciszkowie przydzielili jej dzisiaj nieco lżejsze zadanie. Może z powodu plotek o tym, że ma szanse stąd wyjść i to na służbę do wielkiej pani. Szorowanie garów może niekoniecznie było lżejszym zadaniem niż szorowanie podłóg, schodów czy wielogodzinne pranie. Ale na pewno trwało krócej.

                        Drugim zadaniem Mariki miało być pilnowanie Georga. Ten dzisiaj miał już dużo mniejszy bandaż na głowie więc rany musiały się goić. Siedział niedaleko koleżanki z zawziętością małego chłopca układał na stole piramidę z klocków. Swoim zwyczajem zdawał się nie zauważać mnicha nawet jak ten przywitał się z nimi. Klocki zdawały się pochłaniać całą jego uwagę co wyglądało dość zabawnie z racji tego, że był to już rodosły mężczyzna gdzieś na pograniczu młodego i średniego wieku. Ale nie licząc powitania to właśnie on odezwał się pierwszy.

                        - Mówiłem, ci że przyszedł. - powiedział chyba do Mariki chociaż sam dokładał właśnie kolejny klocek. Na oko mnicha to wcześniejszy rząd był ułożony “na styk” co nie wróżyło tej konstrukcji zbyt dobrze zwłaszcza jak się dokładało kolejne klocki.

                        - Phi! Mówiłeś też, że nie mam majtek. - skwitowała to wesoło dziewczyna jakby oświadczenie kolegi nie robiło na niej większego wrażenia.

                        - Bo nie masz. Albo nie… Nie miałaś? Miałaś? Aaa… Albo to jutro będzie… Chyba tak… Ciężkie to miesza mi się… Chyba jutro nie będziesz miała. W przyszłości, tak. No chyba, że to było i wcześniej ściągałaś… - chłopiec w ciele mężczyzny znieruchomiał swoją dłoń z klockiem jaki już miał dostawić na szczyt piramidy gdy rozmowa z koleżanką go pochłonęła do reszty. Wydawał się być w pełni skoncentrowany właśnie na tym.

                        - E tam, do dupy te twoje wróżby! Co to za wiedza jak mogę ściągać te majtki wczoraj, dzisiaj albo jutro? - roześmiała się wesoło dziewczyna i chlapnęła Georga wodą ze swoich mokrych dłoni. Krople poleciały w jego stronę i niektóre spadły na niego, część na stół, podłogę albo klocki. Jedna na ten klocek jaki trzymał wciąż z nieruchomej dłoni.

                        - Widzisz? - zapytał wskazując wzrokiem na kroplę jaka powoli ściekała w dół klocka a gdy doszła do krawędzi zaczęła się na niej chybotać.

                        - Co? - zapytała dziewczyna niezbyt chyba wiedząc na co ma patrzeć i co chce jej pokazać. Spojrzała pytająco na jednookiego mnicha ale ten też widział tylko drgającą na krańcu klocka kroplę wody. Chyba, że chodziło o sam klocek. Albo piramidę. Ale to na kropli chyba koncentrowała sie uwaga tego dużego chłopca.

                        - Nici. Pajęcze nici. Idą do ciebie. Będziesz cała w niciach. W kokonie. W pajęczym kokonie. - powiedział poważnie pokazując palcem nic. Ale tak jakby od tej kropli biegła ta pajęcza nić o jakiej mówił wprost do siedzącej obok koleżanki. Marika zamrugała oczami i chyba nie wiedziała co ma na to powiedzieć. Znów podniosła głowę i spojrzała pytająco na Otto.

                        - Tak on z nimi rozmawiał. Szuka ich. I innych rzeczy. Tak, oni tego szukają. Mają coraz więcej nici. Muszą je łapać i iść po nich. Duży mętlik, dużo osób wczoraj było. Skomplikowane. Głowa mnie boli. - poskarżył się duży chłopiec jakby osiągnął jakiś swój limit i miał już dość. Odłożył klocek obok piramidy i wyglądał na zgaszonego.

                        - Może idź się połóż do łóżka? Jak chcesz to przyniosę ci obiad. - zaproponowała koleżanka całkiem siostrzanym tonem. Ale George nie odpowiedział. Wpatrywał się gdzieś w przestrzeń jakby już go tu nie było.

                        - A tak, już wiem… Bo ty zabrałeś Thornowi kobietę. Dlatego tak cię teraz nie lubi. No tak, tak… Ale to nic. Dasz mu nową to się uspokoi. On nie chce ciebie tylko kobietę. Dawno żadnej nie miał. A ty mu ją zabrałeś sprzed nosa. Ale jak mu jakąś dasz to mu przejdzie. Chce kobiety a nie ciebie. Sprzątałem dzisiaj u niego. Nic mi nie zrobił. Ale słyszałem go. Co ma w głowie i sercu. Dużo miejsca mu zajmujesz. I ta ładna pani z czarnymi włosami. Aha i Annika. Jest brudna. Śmierdzi. Chce się wykąpać. Nie wychodziła z celi od zeszłego tygodnia. Nie dają jej wody do mycia. Czuje się brudna, lepka. I myśli o tej ładnej pani z wężami. Zaczarowała ją chyba. Tak myśli. Chce to zmyć. Bo jest lepka, brudna i śmierdzi. Ale sama nie poprosi. Nikogo o nic nie prosi. Nikt jej nigdy niczego nie dał. To nie prosi. I bracia ci zazdroszczą. Bo oprowadzałeś ładne, bogate panie. A oni nie. I teraz dały duży datek to przeor cię lubi. Rozmawia z tobą. Wcześniej nie zwracał na ciebie uwagi a teraz traktuje jak ulubieńca. I patrzą się na Marikę jak podwija habit. Albo jak szoruje podłogi na czworakach. To patrzą się na nią. - George zaczął mówić sennie jakby właśnie był w jakimś śnie albo transie. Mówił wpatrzony gdzieś w nie wiadomo gdzie jakby słuchał jakiejś rozmowy, widział jakieś obrazy, czytał książkę czy oglądał jakąś sztukę. Albo wszystko to na raz albo coś jeszcze innego. W każdym razie skóra mogła scierpnąć jak się słyszało te słowa jakie mówiły o rzeczach jakich taki idiota chyba nie powinien móc wiedzieć. Kto co myśli? Kto co powiedział jak go przy tym nie było? Jakie kto ma potrzeby? Dziwnie to wszystko brzmiało.

                        - Dobrze, będę zmęczony i zaśpię na obiad ale dziękuję, że mi przyniosłaś obiad to bardzo miłe z twojej strony. Jesteś dla mnie bardzo miła. Daruję ci, że uważasz mnie za dziwnego i trochę się mnie boisz. - powiedział przyjaźnie niczym mały chłopiec zwracając się do dziewczyny która znów chyba nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Bo w końcu tylko się uśmiechnęła nieco sztucznie i nie protestowała kiedy ten zbierał się do wyjścia ze stołówki.


                        Potem było już niewiele czasu do obiadu. I zaczął się sam obiad. Z przeorem bo zdążył widocznie wrócić z miasta. Wszyscy zasiedli do wspólnej wieczerzy, odmówili modlitwę dziękczynną i zjedli całkiem nie tak skromny posiłek. Nawet jakieś kawałki ryby i kiełbasy były dzisiaj na talerzach czyli całkiem bogato. Po obiedzie przeor sam wezwał Otto do swojego gabinetu.

                        - Jesteś chłopcze. Bardzo dobrze. Mam dla ciebie dobre wieści. Właściwie dla Frau von Mannlieb. Annikę można przenieść. Już napisałem list do naszej dobrodziejki. Zaniesiesz jej. Tu na kopercie masz adres, to w Północnej Dzielnicy oczywiście. - powiedział na wstępie podnosząc zalakowaną kopertę jaka po złamaniu pieczęci była jednocześnie listem. Przeor wydawał się w dobrym humorze. Obrzucił podwładnego spojrzeniem jakby się zastanawiał czy będzie się prezentował odpowiednio godnie na szlacheckich salonach.

                        - Mam nadzieję, że nasza szlachetna pani się nie rozmyśliła. Z tymi bogaczami to nie wiadomo. Raz wiatr zawieje tak to oni tak a jak w inną to oni też w inną. Oby tym razem to było coś stabilniejszego. - przywódca hospicjum wzniósł ręce do nieba na znak jak zmienni potrafią być humory i łaska tych sławnych i bogatych.

                        - Ale uważaj Otto. Musisz działać z wyczuciem mój chłopcze. Zgaduję, że je masz skoro najpierw sprowadziłeś je tutaj a potem namówiłeś na te datki. Oby tak dalej! Tym razem jednak postaraj się wyczuć, że Frau chce tą Annikę. Jak zmieniła zdanie no to trudno. Lepiej tak niż potem by miało się roznieść, że wciskamy albo sprzedajemy naszych pacjentów! No ale dobrze jakby jednak ją wzięła. Już zainwestowałem większość ich datków na spłaecenie naszych długów i w weksle żywnościowe na przyszłość. Widziałeś obiad? Mamy kiełbasę i ryby! Na raz! To właśnie ze szczodrości naszych dobrodziejek więc wyszłoby nieco niezręcznie jakby prosiły z powrotem o jałmużnę. To by się nie godziło tak zabierać od ust ubogim. Ale łaska wielmożów na pstrym koniu jeździ. No ale to tyle. Weź ten list i udaj się do tych von Mannliebów i grzecznie poproś o odpowiedź. Jakby trzeba było to jutro, jak się uprze to właściwie nawet dziś, mogłaby po nią przyjechać. Ale lepiej jutro. - przeor skończył omawiać sprawę dla jakiej wezwał młodszego mnicha. Ten na kopercie zobaczył adres von Mannliebów. Co prawda nigdy tam nie był ale kojarzył mniej więcej tą zacną okolicę bogaczy to wiedział, że trafi.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #78

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Bezahltag; popołudnie; hospicjum

                          Otto spojrzał dość ciepło na dwójkę swoich podopiecznych jak tylko ich zobaczył.
                          Marika i George, nie sądził, aby głos Soren i Vesty mógł zbliżyć ich, ale musiał sobie przypomnieć, że te dzieci są niewtajemniczone i znają rozmiarów wielkiej gry, w której są jedynie pionkami pionków.

                          - Pozwól mu mówić, Mariko. Jego sny wypełniają go myślami, których nie może zatrzymać dla siebie. Dawno nie interpretowałem przepowiedni, aby dobrze odgadnąć, ale… - uśmiechnął się do kobiety - Podejrzewam, że kiedy pójdziesz pod opiekę przepięknej Sorii, zaopiekuje się tobą. Będziesz jak w pięknym kokonie z jedwabnych pajęczych nici. - poklepał po ramieniu Georga - Być może za kilka dni przyprowadzę znajomego do ciebie George. Czarodzieja, który spogląda w gwiazdy, może pomoże ci znaleźć drogę w tym mętliku.

                          - Nie no… Niech sobie mówi… - dziewczyna myjąca gary i przy okazji sprawująca opiekę nad pacjentem jaki sprawiał dość zdziecinniałe wrażenie, wzruszyła ramionami sama chyba nie będąc pewna co o tym wszystkim myśleć. Popatrzyła niepewnie to na kolegę - pacjenta to na młodego mnicha jaki ich właśnie odwiedził na krótko przed obiadem. W końcu uśmiechnęła się całkiem ciepło i przyjacielsko do tego drugiego.

                          - Myślisz, że pójdę do Sorii? Bardzo bym chciała! Zwłaszcza jak ona jest od Pajęczej Królowej. Pająki i sieci też mi się śniły ale nie kokony. I to takie duże, że to ja bym się miała w nich zmieścić. Ale myślałam, że lady Fabienne mnie weźmie. Tak mówiła jak tu była ostatnio. - odparła nieco wyjaśniając rozmówcy swój punkt widzenia i dało się wyczuć, że chociaż zapewne dwie pozostałe młode szlachcianki zrobiły na niej pozytywne wrażenie i chętnie by się stąd wyrwała na służbę u którejś z nich to jednak pajęcza milady była na samym szczycie jej hierarchii. Wię zapewne najchętniej służyłaby osobiście właśnie jej i u niej.

                          - Aha, czarodzieja, tak, tak. Wiedziałem, że tak będzie. To oczywiste. Tak, będzie mówił i pytał, tak. To przeor się zgodzi tylko trzeba z nim dobrze pomówić. Wszystko jest zapisane w księgach. Księgi wiedzą różne rzeczy. To o was też. - George dla odmiany wcale nie wydawał się być zmieszany czy zaskoczony słowami mnicha. Wręcz przeciwnie mówił tak jakby owa wizyta była od dawna ustawiona w jego grafiku i teraz Otto tylko przyszedł ją potwierdzić. Marika znów popatrzyła na niego z powątpiewaniem ale komentarze zatrzymała dla siebie.

                          - Dzięki za radę i za sugestię co do Anniki. - uśmiechnął się mnich i zerknął na Marikę - Nie mów tego nikomu, ale lady Fabianne jest podwładną Sorii. Jeżeli będziesz u pani von Mannlieb, to Soria nie będzie daleko. Jeszcze nie znam czasu, kiedy do niej cię zabierzemy, ale podejrzewam, że jest to bliżej niż dalej. Dobrze wykonuj swoje czynności, a nic nie przedłuży ci czekania. - zerknął na budynek Hospicjum i westchnął - Nie będę wam przeszkadzał, mnie teraz czeka trochę pracy. Miłego dnia. - skinął dwójce głową i ruszył do przybytku. Postanowił najpierw odwiedzić Annikę. Zapukał do drzwi izolatki kobiety.
                          - Anniko, tu Otto. Mogę wejść?

                          Otto żegnał się z dwójką pacjentów ze stołówki w dość pogodnych nastrojach. George wydawał się być w swoim dziecinno - beztroskim nastroju zaś Marika ucieszona swoją służbą u ładnych szlachcianek i obietnicą kontaktu z córką Pajęczej Królowej obiecała nie sprawiać kłopotów i jakoś wytrzymać tą końcówkę swojego pobytu w tym charytatywnym przybytku. Po czym udał się do sektora izolatek gdzie w jednej z nich przebywała milcząca pacjentka. Jak do niej zapukał usłyszał krótkie “Właź” po czym jak otworzył drzwi zastał ją tak jak i wcześniej. Czyli leżącą biernie w samej koszuli i kalesonach na rozłożonej pryczy z ręką pod głową i wpatrzoną obojętnie w sufit. Tylko na moment skierowała na niego milczące, ponure spojrzenie ale nie odezwała się ani słowem.

                          - Miło, że jesteś w dobrym humorze…- zaczął - Mam pomysł, który może go poprawić. Co powiesz na ciepłą kąpiel? Spędziłaś tu dużo czasu, sama, trochę swieżego powietrza ci się przyda. No i zmyła byś z siebie pot, zmęczenie i niepożądane myśli?

                          W pierwszej chwili się nie odezwała. Tylko posyłała mu uważne spojrzenie szukając w jego twarzy… No właściwie nie wiedział czego. Tak samo jak tego czy znalazła czy nie.

                          - Dobra. Bo już zaczęłam śmierdzieć. - powiedziała krótko i wstała bez ostrzeżenia. Stanęła na środku swojej celi, tak samo niewielkiej jak tą w jakiej bytował Thorne i czekała aż mnich ją zaprowadzi do łaźni.

                          Otto spokojnie wyszedł i poczekał na kobietę, zamykając za nią drzwi. Po czym bez ceregieli zaprowadził ją do łaźni. Rozejrzał się czy pomieszczenie jest nie zajęte, po czym wprowadził kobietę.

                          - Spędź tu, tak długo jak zechcesz. Ja będę czekał za drzwiami, jeżeli będziesz czegoś potrzebować. - odwrócił się, aby wyjść i zostawić Annikę, aby zajęła się swoimi potrzebami.

                          Znów się niewiele odzywała. Zarówno gdy szli przez hospicjum jak i w samej łaźni. Ta akurat okazała się pusta, zbliżała się pora głównego posiłku więc nikt w tą porę raczej nie brał kąpieli. Te urządzano zwykle rano albo na wieczór. Widok balii z czystą i ciepłą wodą jednak zdawał się przyciągać wzrok pacjentki. Poczekała aż wyjdzie i zamknie drzwi. I po chwili zza nich usłyszał odgłos plusku wody gdy pewnie weszła do środka. A potem dalsze, gdy się zaczęła kąpać. I nawet zaskakująco miłe dla ucha przyjemne, kobiece nucenie gdy tak sobie uprzyjemniała tą kąpiel. W końcu pluski ustały zakończone jakimś większym ociekającym odgłosem gdy pewnie wyszła z balii. Jeszcze trochę cichszych odgłosów kroków bosych stóp na posadzce i innych gdy pewnie sie wycierała i ubierała. W końcu otworzyła drzwi i jeszcze z mokrymi włosami wyszła znów ubrana w koszulę i jakieś spodnie. Chociaż takie czste a nie te co miała na sobie poprzednio.

                          - Już. - odparła krótko ale chyba pierwszy raz od dawna widział uśmiech zadowolenia na jej surowej zazwyczaj twarzy. - I dziękuję. - dodała jakby przez chwilę walczyła ze sobą aby nie uznać tego za oznakę słabości czy podporządkowania. Zaczął jednak bić gong wzywający wszystkich na obiad.

                          Mnich chwilę się zastanowił, wsłuchując się w gong i patrząc na Annikę.

                          - Obiecujesz, że zachowasz się dobrze i nie dasz sprowokować? - jego wzrok był poważny - Będę przy tobie, więc nie masz się co martwić. Jednak chce twojego słowa, to pójdziemy zjeść z wszystkimi.

                          Uśmiech szybko zszedł z jej twarzy i znów wróciła ta ponura i obojętna na wszystko i wszystkich mina. Przez chwilę trawiła jego słowa w milczeniu. W końcu swoim zwyczajem obojętnie wzruszyła ramionami.

                          - Nie zależy mi aby jeść z nimi. Wszystko mi jedno. Jak chcesz to mogę zjeść na stołówce jak nie to u siebie w celi. Wszystko mi jedno. Ale nikomu nie dam sobą pomiatać. Nikomu. - odparła tym ponurym tonem jakim zwykle od niej ostatnio słyszał.

                          - A chciałabyś zjeść na zewnątrz? Albo gdzieś indziej niż w celi? - zaczął mnich - Sporo przeszłaś przez ostatnie dni i sądzę, że zasłużyłaś na taki dzień dla siebie. - uśmiechnął się do kobiety - Natomiast moje "czy dasz słowo", miało bardziej na celu… zbadania twojego nastawienia. Nawet jeśli dałabyś mi słowo, nie powstrzymałbym cię przed upodobnieniem Thorna do mnie, gdybyś chciała. - popukał się przy tym w opaskę na pustym oczodole - Zważając co nasz ogier najwyraźniej o tobie myśli.

                          - Zwisa mi co myśli ten wypierdek. Jak go dorwę to wtedy zobaczymy jaki jest twardy. Tutaj zawsze ktoś mi przeszkadza. - prychnęła z irytacją i pogardą wobec swojego sąsiada zajmującego cele ileś tam drzwi dalej od jej własnej. Ale uwaga o tym jaka jest groźna chyba sprawiła jej przyjemność bo w oczach pojawił się jakiś krótki błysk.

                          - Może być w ogrodzie. Dawno tam nie byłam. - odparła gdy propozycja wyjścia na świeże powietrze chyba przypadła jej do gustu.

                          - Wiem, że zaprzątasz mu głowę. Ty, Marika i kilka innych kobiet, ale to pewnie, że ostatnim razem jak jakaś u niego była, zabrałem ją zanim zdołał zamoczyć. Trochę ciepło mi na sercu, że chłopaka swędzą jaja od tamtej chwili. - trochę zaśmiał się mnich i ruszył z kobietą zabrać jej posiłek i wyjść do ogrodu.

                          Przez korytarz przeszedł dźwięczny, kobiecy i jawnie złośliwy śmiech gdy Annika dowiedziała się o cierpieniach kolegi z celi. Widocznie nie pałała do niego sympatią i takie wieści był miłe jej sercu.

                          - Oh, Marika to na pewno zaprząta głowę i jaja nie tylko Thorna. Taka śliczna dziewuszka co tak chętnie podwija kiecę zawsze przykuwa uwagę. - rzuciła zadowolonym tonem gdy szli przez korytarz. Umilkła gdy zza zakrętu wyszedł jakiś mnich i z pewnym zdziwieniem spojrzał na nich. Zwłaszcza na pacjentkę z izolatki jaka szła obok kolegi. Ale nic nie powiedział. W końcu dotarli do stołówki gdzie było już dość gwarno i ludzi się już trochę uzbierało. Był to główny posiłek dnia a w hospicjum zwykle się nie przelewało. Wśród pacjentów Otto wyłowił spojrzeniem Marikę jaka znów pełniła rolę pomocnika. Tym razem stojąc przy tym samym garze jaki wcześniej myła. Tylko teraz był napełniony kompotem jaki nalewała pacjentom i obsłudze do prostych, glinianych kubków uśmiechając się przy tym do nich ciepło. Aż można było odnieść wrażenie, że jest jakimś sympatycznym, ciepłym okruchem z innego świata, jakąś bogobojną mieszczką co pełni zaszczytną i potrzebną służbę na spotkaniu po mszy czy coś takiego. Georga nie wypatrzył. A Thorne pewnie siedział w swojej celi. Annika zaś zgodziła się poczekać przy wejściu do stołówki i jak na razie grzecznie tam stała bez zainteresowania rozglądając się po tym zwyczajowym, rozgardiaszu przy obiedzie. Dzisiaj był chyba nieco większy i radośniejszy bo okazało się, że podano zupę nie tylko z kawałkami ryby jakie były najczęściej spożywanym rodzajem mięsa nie tylko tutaj ale i w całym mieście. Najpospolitsze i najtańsze świeże mięso, podobnie popularne jak sery czy jajka. Ale także były kawałki kiełbasy co już nie było codziennością więc bardzo podnosiło na duchu i poprawiało humory.

                          - Dwie porcje moja droga. - powiedział do Mariki - Idziemy z Anniką do ogrodu. Nie chcę kusić losu, ale… może do nas dołączysz jak skończysz tu? - mnich zwrócił uwagę Anniki co do podwijania sukni przez przyszłą podopieczną Sorii. Być może część szeptów, czempionki Slaanesh ciągle kręciły się po głowie drugiej pacjentki. Kiedy odebrał posiłek wrócił do stojącej przy drzwiach kobiety i oboje ruszyli od ogrodu. Na miejscu mnich wybrał wygodne miejsce na słońcu, aby usiedli i rozpoczął posiłek w towarzystwie pacjentki.
                          - Z ciekawości. Jest ktokolwiek w tym hospicjum, kto nie wywołuje wrzenia w twojej krwi?

                          Zasiedli oboje przy prostym, drewnianym stole, jedynym z kilku jaki był rozstawiony w ogrodzie na takie albo inne okazje. Teraz jak letnie popołudnie okazło się pogodne to było tu całkiem przyjemnie. Trawa była zielona, winorośle oplatały mury i filary a gdzieniegdzie kwitły ozdobne kwiaty. No i ciepły posiłek, wyjątkowo bogaty dzisiejszego dnia też mógł nastrajać nie mniej pogodnie. Annika usiadła przy stole i zaczęła jeść swój obiad zastanawiając się przez kilka łyżek nad słowami jednookiego mnicha.

                          - Jak jestem wkurzona to wszyscy mnie wkurzają. A jak nie to najwyżej Thorne albo jakieś durne polecenia twoich braciszków. - powiedziała znów wzruszając ramionami. Nieco wcześniej jak jeszcze byli na stołówce to jakoś nie sprawiała kłopotów. Chociaż jej milcząca i naburmuszona sylwetka z mokrymi jeszcze włosami wzbudzała zaciekawione spojrzenia. Sama Marika też spojrzała w jej stronę gdy Otto o niej wspomniał i obiecała, że jak tylko nie dadzą jej jakiejś nowej roboty to chętnie do nich dołączy.

                          - A te co tu były ostatnio? Po co? Ta jedna mówiła, że mnie stąd zabierze. To prawda? Czy to jakieś durne gadanie bogatych damulek co chcą się pośmiać z maluczkich? - zapytała gdy widocznie myślała o wizycie trójki szlachcianek jakie tu ostatnio widziała.

                          Otto chwilę się zastanowił. Jak dużo mógł jej ujawnić, nie jest wtajemniczona w istnienie kultu, czy nawet prostsze prawdy Chaosu. Jest zwykła agresywną kobietą, której chybotliwa kontrola nad emocjami stała się bramą dla Norry, aby przesłać swą wolę. W wielkiej grze byłaby jedynie narzędziem ku większej chwale jak Loszka Sigismundusa. Jednak w jego głowie pojawiły się słowa Sorii, że dziewczyna jest samotna i poszukuje zainteresowania.

                          - Te trzy kobiety, które nas odwiedziły? To szlachcianki z miasta, oficjalnie, śmierć Księżnej przypomniał im o ich własnej śmiertelności i postanowiły zaplusować u bogów, dobrym uczynkiem. - jego wyraz był dość zniesmaczony gdy to mówił, spojrzał po chwili jednak dość konspiracyjnie na Annikę - Jest jednak druga prawda. Chciałabyś ją poznać? Taka mała, duża tajemnica między nami?

                          - No jak mam iść do nich na służbę to tak. - odparła po przełknięciu kolejnej łyżki całkiem smacznej dzisiaj zupy. I chyba mimo pozorów zwyczajowej obojętności była tymi słowami chociaż trochę zaintrygowana. Może nawet zaniepokojona.

                          - Źle się dzieje w mieście. Bogata szlachta zaczyna tracić w oczach ludu. Zakłamanie, zepsucie i wszystko to co my wiemy o takich jak oni, wychodzi na jaw. - mnich wzruszył ramionami - Strach u dupy, więc zaczynają szukać ochrony jak tylko mogą. Silna jesteś, na pewno odstraszysz niejednego chłopa, co sądzi, że widły to dobra broń. Do tego jesteś ładna, więc mogą zrzucić, że wzięły cię ze względu na wygląd. - nie było to do końca kłamstwo, chociaż trochę pokolorował sprawę motywacji Fabienne i Pirory - Znam się z tymi szlachciankami… dość blisko, więc jak usłyszały o tobie, od razu chciały cię u siebie.

                          - Nie obchodzi mnie ani szlachta ani prosty lud. - burknęła zanurzając łyżkę w kolejnej porcji zupy. Nad dalszymi słowami myślała jednak trochę dłużej.

                          - Czyli one chcą mnie jako ochroniarza? - zapytała gdy przetrawiła to wszystko. Posłała przez stół pytające spojrzenie dla rozmówcy. - A ta czarna to mówiła, że będziemy się kąpać razem. I chyba coś poknociła bo to mówiła jakby to ona miała być moją łaziebną. Ale to pewnie się pomyliła albo takie gadanie tylko. - powiedziała sądując go spojrzeniem gdy wspomniała swoją rozmową z trójką szlachcianek jakie wizytowały między innymi jej celę. A Otto może wszystkiego nie słyszał wówczas ale całkiem sporo aby wiedzieć, że Fabienne mówiła coś podobnego.

                          - I jak to “znasz się z nimi dość blisko”? Macie romans czy co? - zapytała jakby tym była już naprawdę zaciekawiona i zaskoczona. Bo na pozór trudno było połączyć nicią więzi i zależności skromnego mnicha z hospicjum i trójkę bogatych dam z wyższych sfer.

                          Mnich westchnął rozmarzony.

                          - Żeby tylko… - delikatnie się zaśmiał - Jeszcze nie miałem tej przyjemności, ale pracuję nad tym. Chcą cię jako ochroniarza swego dobytku, przynajmniej taką rolę oficjalnie będziesz spełniać. Co do wspólnej kąpieli… - mnich zastanowił się jak najlepiej ubrać swoje słowa - Szlachcice mają gusta i guściki. Tak jak romans mnicha z wysoką panią sprawiłby, że ja bym zawisnął, a ona musiałaby unikać balów przez rok, tak prywatne igraszki z ładną ochroniarką, przejdą bez echa. - spojrzał na swoją zupę zanim wziął kolejną łyżkę - Jest jeszcze jedna sprawa, która je i mnie zainteresowała. Zanim trafiłaś do izolatki, mówiłaś, że musisz kogoś znaleźć. Zrozumiem jeżeli, nie będziesz chciała się podzielić, ale twoje przyszłe pracodawczynie, chcą być po twojej dobrej stronie i pomóc ci we wszelkich prywatnych zemstach czy poszukiwaniach. Więc, kogóż tak chcesz odnaleźć?

                          - Ha! Wiedziałam! Wy chłopy to zawsze się przechwalacie. Jaką to kto rybę nie złowił, jak kogoś w konia nie zrobił, jaki to nie był groźny i cwany. No albo jak to jakiej ślicznotki nie zaliczył a im ładniejsza i bardziej znana to tym lepiej bo robi większe wrażenie. “Pracuję nad tym”. Akurat. - rozmówczyni prychnęła rozbawiona ale chyba niezbyt jej się chciało wierzyć, że skromny mnich jaki tutaj przed nią siedział i codziennie pracował w charytatywnym hospicjum miałby mieć romans z którąś z tych eleganckich, bogatych dam jakie wizytowały to hospicjum parę dni temu. To wydawało się jak wątek z jakiegoś romansu czy opowieści przygodowej a nie z prozy życia jaką tu mieli w celach czy ulicach. Niemniej chyba nawet jej to poprawiło humor bo znów zanurzyła łyżkę w swojej rybnej zupie z kiełbasianym dodatkiem.

                          - A jak ta czarna będzie moją łaziebną to mogę się zgodzić być jej ochroniarzem i na resztę tego jej romansu. - powiedziała jakby w tą część też nie do końca wierzyła ale właściwie była gotowa ją przyjąć chociaż na tą wspólną chwilę. Po czym wróciła do jedzenia na kilka łyżek. Z twarzy zszedł jej lekki i rozbawiony uśmiech zastąpiony skupieniem.

                          - A te szukanie to nic. Znaczy żadna zemsta ani nic. Czuję zew. Kamienia. Głazu. Wielki i straszny. Ale wzywa mnie. Muszę tam iść. I stoczyć swoją walkę. Zabić. I uciąć łeb przeciwnikowi. Wszyscy mnie tu wkurzają bo mnie cały czas zatrzymują jak już powinnam być tam. Idioci. W końcu stąd się wyrwę. No ale jak te twoje szlachcianki mnie mogą wydostać to mogę poczekać. Potem tam pójdę. - odparła z ponurą determinacją jakby nawet zbawę ze szlachciankami traktowała jako krok do zrealizowania tego krwawego celu. Spojrzała gdzieś w bok i okazało się, że Marisa do nich zmierza ze swoją miską, kubkiem i łyżką uśmiechając się do nich ciepło i radośnie.

                          - Oho. Idzie ta co chętnie zadziera kiece ku radości połowy hospicjum. - mruknęła cicho Annika znów się nieco rozpogadzając.

                          - Poproś ładnie, może zrobi to dla ciebie, lub podwiń ją jej sama, chętnie popatrzę. - odparł cicho mnich. Miał teraz trop i będzie musiał za nim podążyć. Trzeba będzie urządzić spotkanie z Silnym i innymi sługami Khorna. Być może uda się zebrać większą grupę, przed wyjazdem Mergi. Otto pomachał do Marisy, zapraszając ją, aby usiadła przy nich - I jak tam, spokój w jadalni?

                          - Tak, wszyscy grzeczni. I przeor wrócił bo go chyba cały dzień nie było. - odparła Marisa stawiając obok koleżanki swoje naczynia. W przeciwieństwie do nich miała je jeszcze pełne. Za to pacjentka z izolatki zerkała najpierw na mnicha siedzącego naprzeciwko potem na nią jak jeszcze podchodzi bujając w palcach swoją łyżkę jakby zastanawiała się czy wrzucić ją do swojej miski czy nie.

                          - Pokaż co tam masz. Pod spódnicą. - powiedziała niespodziewanie Annika wskazując łyżką na podołek koleżanki. Ta jeszcze nie zdążyła usiąść i spojrzała na nią zdziwiona. Potem na Otto, też zdziwionym spojrzeniem. I niespodziewanie uśmiechnęła się promiennie jakoś wcale nie sprawiając wrażenia zgorszonej.

                          - Powiedziałeś jej? - zapytała mnicha ale właściwie nie czekała na odpowiedź. Rozejrzała się po krużgankach czy nikt nie idzie ale chwilowo pewnie większość była na stołówce. Więc Marika skorzystała z okazji, stanęła okrakiem nad ławą i bez skrupułów podwinęła swoją szorstką włosiennice. Ukazały się całkiem zgrabne dla oka kobiece nogi, najpierw łydki, potem kolana i wreszcie zgrabne uda. A te zwieńczone były delikatnym, finezyjnie koronkowym kawałkiem materiału z wyszytymi inicjałami jakie zapewne niepiśmiennym nic nie mówiły. Ale już powtarzający się motyw wyszytych lilli jakie były popularnym, bretońskim herbem ale też i powszechnym elementem zdobniczym mogły już sugerować pochodzenie. Annika rzeczywiście wyglądała na zaskoczoną tylko trochę nie było wiadomo czym. Czy tym, że Marika tak ochoczo spełniła jej prośbę czy tym co znajdowało się pod włosiennicą. Bo tak finezyjna bielizna wydawała się być poza zasięgiem pacjentek charytatywnego hospicjum.

                          - Skąd to masz? - Annika wydawała się być autentycznie zdumiona. Sięgnęła dłonią aby pogłaskać delikatny materiał. I skórę właścicielki w tej okolicy.

                          - Dostałam od Frau von Mannlieb. To jedna z tych szlachcianek co tu ostatnio u nas były. Powiedziała abym miała na pamiątkę no i tak do pocieszenia póki nie pójdę do niej na służbę. Zdjęła swoje i mi je dała! - Marika aż promieniała szczęściem mogąc się pochwalić takim cennym podarkiem. I jakoś dłoń koleżanki jaka go dotykała wcale zdawała się jej nie przeszkadzać. Ta zaś wydawała się nim zafascynowana.

                          - A mi nie dała. Ale to ciebie też chce? Bo mi też mówiła, że mnie weźmie. - zapytała trochę chyba z żalem, że jej przyszła pani tak nie obdarowała jak koleżanki. Chociaż z pamięci Otto wynikało, że zaprowadził koleżanki z kulty najpierw do Mariki.

                          - O! Naprawdę? To byśmy służyły razem! Tak się cieszę! - dziewczyna z powołaniem Soren uściskała swoją przyszłą koleżankę z pracy i w końcu usiadła obok niej.

                          - No Marikę spotkaliśmy jako pierwszą, więc przy tobie, już za bardzo nie miała co z siebie zrzucać. - Otto uniósł dłonie w obronnym geście - Ale tak, zarówno ty jak i Marika zostałyście zaproszone, na służbę do lady Fabianne. Thorn chyba znajdzie zatrudnienie pani Pirory, więc nie będzie cię wkurzał… często. - to zostawia Georga, ale biednego chłopaka nie wyciągnie stąd tak łatwo. - W sumie, jak odprowadzę cię do pokoju - tu zwrócił się do Anniki - to odwiedzę, Przeora. Może już coś się ruszyło z waszym wypuszczeniem.

                          - No jakby coś się ruszyło to ja bym się bardzo ucieszyła. Już nie mogę się doczekać aż stąd wyjdę i będę mogła służyć moim nowym paniom! Zwłaszcza lady Sorii! - Marika jawnie poparła pomysł mnicha wcale nie ukrywając, że od paru dni bardzo dłuży jej się w tych murach jak dostała tak słodką obietnicę szybkiej wolności i to w tak wybornym towarzystwie.

                          - Podciągnij habit. - poprosiła ją koleżanka i dłonie Mariki na chwilę oderwały się od stołu i łyżki znikając pod spodem. Sama się nachyliła zapewne aby spełnić prośbę drugiej pacjentki. Ta już bowiem prawie skończyła swoją zupę.

                          - I ta czarna taka hojna i tak chętnie się rozbiera? Jej… No to może jednak coś będzie z tej łaziebnej. - powiedziała Annika jakby przemyślała jeszcze raz słowa Otto w zestawieniu z nowymi informacjami o Frau von Mannlieb i jej koleżankach no i wyszło jej, że może pierwsze wrażenie miała nieco mylne. Zaś na razie wolna dłoń zniknęła jej pod stołem lądując zapewne gdzieś między udami koleżanki.

                          - Mam nadzieję. Wszystkie trzy są bardzo ładne, bogate i bym chciała im służyć. Ale najbardziel lady Sorii. - wyznała Marika z zadowoleniem przyjmując słowa i dłoń koleżanki. Sama wznowiła jedzenie swojego obiadu.

                          - No dobra to nie będę wybrzydzać na tego wypierdka. Niech tam służy tym szlachciankom. Może coś w końcu uda mu się zamoczyć. - Annika machnęła dłonią jakby w przypływie dobrego humoru nawet wyjście Thorna na wolność aż tak jej nie przeszkadzało skoro nie będą pod jednym dachem.

                          - Och, jestem pewny, że znajdą dla niego zastosowanie. Z tego co wiem o naszych hojnych gościach, preferują ładne, ponad duże. I tu nie ma konkurencji przy was. - mnich skomplementował delikatnie obie kobiety - George nie sprawiał problemów Mariko? Martwię czasem o tego chłopaka.

                          - Nie. Znaczy chyba nie. Nie wiem. Tak jak mówił przed obiadem, poszedł do swojej celi i nie przyszedł na obiad. No chyba, że teraz jak jestem z wami. Po obiedzie mu coś zaniosę. - Marika pokręciła głową na znak, że nic nie wie o kłopotach wywołanych przez Georga i zapewne tak jak to zapowiadał wcześniej, poszedł do swojej celi aby odpocząć.

                          - A z tą naszą panią i jej koleżankami no może nie będzie tak źle. Jeszcze taka ładna i bogata pani to mi nie usługiwała. Hmm… Chciałabym aby mi usługiwała na oczach Thorna… Aby go do reszty cholera wzięła… - Annika dalej gościła się między udami sąsiadki i chyba obu im to bardzo pasowało. Zaś co do kolegi za jakim nie przepadała to pojawił się w jej głosie złośliwy ton i uśmieszek.

                          - Teraz to chyba ciężko. Pewnie już do nas nie przyjadą. To już prędzej po nas prędzej poślą. - Marika pokiwała ze zrozumieniem głową ale taki rozwój wypadków nie wydawał jej się zbyt prawdopodobny.

                          - No szkoda. Ale by było. No trudno, nie można mieć wszystkiego. Może kiedyś jak stąd wyjdziemy. - Annika przyjęła to tłumaczenie dość spokojnie i jak na swój standard to wydawała się mieć wyjątkowo ugodowy i zadowolony humor.

                          - Jak tylko spotkam lady Fabianne przekaże jej twój pomysł. Jestem pewny, że jej też przypadnie do gustu. - rozmawiali jeszcze chwilę, mnich pozwolił kobietom cieszyć się sobą nawzajem. W końcu jednak trzeba było wrócić na ziemię i zakończyć sielankę. Odprowadził Annikę do celi, pożegnawszy się wcześniej z Mariką - Jak tylko czegoś się dowiem, o twoim wypuszczeniu, dam ci znać. - obiecał przyszłej służce von Mannlieb, po czym ruszył do przeora.

                          Obie pacjentki co miały nadzieję wkrótce się stąd wyrwać i zostać w służbie pięknej, bretońskiej pani jakoś nie sprawiły jednookiemu kłopotów. Marisa dokończyła swój obiad w sielskiej atmosferze, pogodnego, letniego ogrodu i chętnie dając się badać dłoniom Anniki jaka zdawała się być zafascynowana tym, że ma taki swobodny i łatwy dostęp do najładniejszej pacjentki w hospicjum. Możliwość zabawy z nią na co chyba jak obie uważały nie tylko ona miała ochotę, sprawiała jej mnóstwo satysfakcji. Więc rozstali się przy stołówce gdy Marika dalej odgrywając pokorną pokutnicę wzięła ich naczynia aby zanieść do mycia zaś Otto i Annika przeszli dalej do izolatek. Tam Annika bez kłopotów dała się zamknąć chociaż sapnęła zniechęcona gdy znów znalazła się w miejscu swojego karnego odposobnienia. Zaś jednooki mnich poszedł do gabinetu przeora, zresztą jak się okazało ten i tak go wezwał do siebie.

                          - Dobrze, że już jesteś Otto. Siadaj. - zaprosił go przeor po czym wprowadził go w sprawę. Wynikało z niej, że uzyskał zgodę a przynajmniej brak sprzeciwu aby dalszy pobyt Anniki przenieść na służbę Frau von Mannlieb. Przeor dał mu nawet zalakowany list do czarnowłosej kapitanowej i instrukcje jak powinien się zachować i na co zwracać uwagę. Zaś na kopercie był adres. Oczywiście w tej najlepszej, najdroższej, Północnej Dzielnicy więc trochę do przejścia z centrum miał ale nie były to jakieś straszne odległości jak się nie miało kłopotów z nogami. Sam pod tym adresem u von Mannliebów nigdy nie był ale kojarzył mniej więcej gdzie jest ta ulica podana w adresie koperty a dalej to najwyżej sam poszuka albo popyta.

                          Mnich spojrzał na list trochę jak na relikwię. Pierwsza z jego podopiecznych dozna wolności, aby służyć Wielkiej Czwórce, no w tym przypadku, Krwawemu Bogu.
                          Wziął kopertę z biurka przełożonego i bezpiecznie schował.

                          - Natychmiast ruszę dostarczyć list. Nie wiadomo, ile potrwa dokończenie formalności z Thronem i Mariką? Lady Fabianne na pewno o to zapyta.

                          - Zapewne. - pokiwał głową przeor też się licząc z takim pytaniem. Wzruszył jednak ramionami. - Trudno jednak powiedzieć. Ja wysłałem listy z zapytaniem i teraz czekam na odpowiedź. Mogą przyjść w każdej chwili, może dziś, może jutro, może za tydzień. Spodziewam się pozytywnych odpowiedzi no ale póki nie przyjdą to jednak nadal czekamy. - wyjaśnił młodszemu mnichowi jak to wygląda. Proces był widocznie już uruchomiony i pozostawało czekać na to aż koła zrobią pełen obrót i wyplują oczekiwana odpowiedź.

                          - Rozumiem. No cóż, przynajmniej Annika się ucieszy. Udało mi się z nią dziś porozmawiać i przekonać do… nawet pozytywnego nastawienie, co do tej zmiany w jej życiu. Wątpię, aby sprawiała kłopoty. - Mnich się chwilę zastanowił - A właśnie, spotkałem ostatnio na mieście Magistra. Kolegium Niebios, jeżeli dobrze nazwę pamiętam. Jak usłyszał, że pracuje w hospicjum, powiedział mi mniej więcej to samo co Matka Somnium. Zastanawiam się, czy nie pozwolić mu na odwie dzenie przybytku. Być może, mógłby nam dokładniej nakreślić jakąś datę? Przy okazji, może też by zerknął na pacjentów, kto wie co ci magowie potrafią, może komuś pomoże. Do tego, pewnie posiada jakieś własne fundusze.

                          - Magister? Znaczy mag? Nie przepadam za nimi. Niby ci licencjonowani są po naszej stronie i ktoś ich tam kontroluje ale zaburzają oni porządek rzeczy. Dla mnie ich wszystkich powinno się traktować jak wynaturzenia. - starszy mnich skrzywił się z niesmakiem na myśl, że miałby mieć do czynienia z jakimś magiem. Ci jednak nie tylko wśród ludzi wykształconych czy duchownych często budzili niechęć i podejrzliwość. W końcu w Imperium usankcjonwano to dopiero za czasów Magnusa Pobożnego a wcześniej to były dzikie czasy w jakich ludzie doznali wiele krzywd od strony piekielnych demonologów czy plugawych nekromantów to i tradycyjne podejście nie było magom zbyt przychylne. Mimo to przeor zastanawiał się chwilę nad propozycją jaką właśnie usłyszał.

                          - Tak, słyszałem o nim. Że jest. Jakiś astrolog czy astronom. - pokiwał głową na znak, że w ogóle to jednak coś mu jest wiadome na temat tego magistra. Całkiem możliwe, że jedynego jaki przebywał od paru miesięcy w ich portowym mieście.

                          - No dobra, niech przyjdzie. Może powie coś mądrego. Coś pożytecznego. Umów go jakoś. - w końcu chociaż niechętnie to się zgodził na wizytę owego astromanty o jakim mówił jego podwładny.

                          - Dziękuję. - Otto kiwnął głową przełożonemu - W liście jest informacja o metodzie dostarczenia Anniki, czy mam to ustalać z Frau von Mannlieb?

                          - Nie, nie, tam napisałem tylko o tym, że można ją odberać jeśli szlachetna pani się nie rozmyśliła. Może już jutro. Ale te detale to już mniej istotne, możesz to z nią ustalić. Jutro, pojutrze, po Festag, nawet dzisiaj jakby się uparła. Chociaż dzisiaj no może lepiej nie, od jutra najlepiej się z nią umawiaj gdyby nadal chciała ją mieć u siebie. A gdyby nie to nie nalegaj, nie ma co do siebie zrażać tak hojnych dam. - przeor zastanowił się chwilę nad pytaniem ale dał dość szybką i jasną odpowiedź. Skoro bowiem w jego mniemaniu Annika była gotowa do oddania to bogata pani mogła sobie ją zabrać kiedy miała na to ochotę.

                          - Oczywiście. Jutro zaraportuje co ustaliliśmy. - upewniając się, że nie zapomniał listu mnich opuścił pomieszczenie przeora. Zanim opuścił hospicjum zawitał do izolatki Anniki, zapukał do drzwi celi - Anniko, jest już zgoda na wypuszczenie cię. Właśnie idę do Frau von Mannlieb, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jutro już będziesz wolna.

                          - O! Naprawdę? Wyjdę stąd!? Nareszcie! - na twarzy pacjentki pojawiło się niedowierzanie szybko zastąpione wybuchem radości. Jak ptak któremu zapowiedziano, że wkrótce znów będzie mógł latać w przestworzach.

                          - No to idź i wracaj jak najprędzej z moją piękną i hojną panią. - roześmiała się radośnie dając mu jakby swoje błogosławieństwo na drogę w tej zaszczytnej dla niej misji.

                          Nie czekając mnich ruszył na miasto, miał nadzieję, że Fabianne jest u siebie a nie w loszku Pirory. Nie chciał niepotrzebnie nadkładać drogi.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #79

                            Oryginalny autor: Seachmall

                            Bezahltag; popołudnie; rezydencja von Mannliebów

                            Jednookiemu mnichowi trochę zajęło, ale w końcu znalazł rezydencję Von Mannlieb. Zastanawiało go co nakazuje etykieta? Podejść do głównych drzwi i wytłumaczyć cel swego przybycia? Zapukać do drzwi dla służby? Wejść przez okno do sypialni Fabianne? To ostatnie pewnie by jej nie przeszkadzało. Postanowił, spróbować szczęścia w głównym wejściem. Wyciągnął list i podszedł do drzwi domostwa, pukając w miarę głośno. Bogowie wiedzą, że pewnie nie każdy ma czas siedzieć przy drzwiach i czekać, aż ktoś ich odwiedzi.

                            Mimo, że drzwi okazały się furtą do bramy rezydencji okolonej solidnym murem i żeliwnymi prętami to dzwonek zadziałał jak trzeba i otworzył mu jakiś sługa pytając kim i po co jest. Jak się przedstawił prosił aby poczekać i furta znów się zamknęła. Potem znów otwarła ale tym razem ten sam służący poprosił aby wszedł do środka. Zamknął za nim furtę i przejął rolę przewodnika. Zaprowadził go do głównych drzwi jakie modnie wznosiły się po szerokich acz dość krótkich schodach wywyższając parter do poziomu półpiętra. Tam otworzył dwustronne drzwi i niejako przekazał go czekającej kobiecie. Oczywiście rozpoznał ją od razu i chyba ona jego też. Zdecydowanie Kristen, pokojówka Pirory jaka mu ostatnio otwierała drzwi i pełniła podobną rolę była zdecydowanie młodsza i przyjemniejsza dla oka niż Gertruda jaka była stałą przyzwoitką swojej mężatej pani. Starsza kobieta obrzuciła go uważnym aby nie rzec krytycznym spojrzeniem zanim się odezwała.

                            - W jakiej jesteś sprawie? - zapytała pełniąc widocznie też rolę majordoma co zarządza posiadłością państwa. No i oczywiście była oczami i uszami swojego pana jaka dbała aby cześć i cnota jego zacnej i o wiele młodszej małżonki pozostała nieskalana podczas jego częstych rejsów poza miasto.

                            - Brat Otto z hospicjum. - przedstawił się w delikatnym ukłonie, starszej kobiecie - Mam dostarczyć list Frau von Mannlieb od Przeora. Mam również ustalić drobniejsze szczegóły transferu.

                            - Dobrze. Proszę poczekać. - odparła starsza pani z godnością pasującą do jej wieku i funkcji po czym wyszła z tego przedsionka. Zaś Otto został w towarzystwie tego odźwiernego jaki mu otworzył furtę. Ten był odziany schludnie i porządnie ale raczej za mało aby uznać to za liberię. Chociaż miał broszę wpiętą w pierś z rodowym herbem von Mannliebów. Nie indagował on jednak gościa i raczej zerkał na widoki za oknem. Po chwili dały się słyszeć kroki, drzwi się otwarły i szacowna matrona wróciła na scenę.

                            - Proszę za mną. Frau zgodziła się cię przyjąć. - oznajmiła mu tym samym chłodnym i nieskazitelnym tonem. Po czym przejęła rolę przewodnika. Szedł za nią a ona prowadziła go przez korytarz wyłożony marmurowymi kaflami układający się w regularny wzór a na ścianach widać było portrety zapewne przodków Herr von Manlieba. Minęli tak jedne drzwi przechodząc do kolejnej części korytarza i tam majordom je otworzyła. Tym razem jednak odwróciła się ku gościowi aby gestem go zaprosić do środka. W środku czekała już o wiele młodsza i przyjemniejsza dla oka gospodyni. Kontrast między żałobną czernią sukni jaka w czasach żałoby była najczęstszym elementem kobiecych ubiorów, czernią jej ufryzowanych włosów a jasną, mleczną karnacją skóry wydawał się uderzający.

                            - Dziękuję Gertrudo. Już się sama rozmówię z Otto. - Fabienne von Mannlieb też znała się na sztuce manier i etykiety więc elegancko podziękowała swojej przyzwoitce ta zaś skinęła jej głową i zamknęła za sobą drzwi zostawiając ich samych w salonie. Bo tak to wyglądało, jak salon do przyjmowania gości.

                            - To cóż, kawalerze, słyszałam, że masz dla mnie jakiś interesujący list i wieści. - powiedziała Fabienne zgodnie z protokołem chociaż ton był nieco rozbawiony i uszczypliwy a na ustach kłębił się wesoły półuśmiech.

                            Mnich wręczył szlachciance list.

                            - Annika jest gotowa do wypuszczenia. Nawet jutro. Na Thorna i Marikę trzeba będzie trochę poczekać. List ma informacje, że dziewczyna jest agresywna i nie ponosimy odpowiedzialności za wszelkie szkody, bla, bla, bla. - mnich westchnął - Krycie tyłów przed prawem. Rozmawiałem dziś z Anniką, jest bardzo zainteresowana pracą dla ciebie. Szczególnie zważając jak szczodra byłaś dla Mariki.

                            - O, naprawdę? - Otto trochę nie był pewny do czego gospodyni w tej chwili piła bo przyjęła list, rozerwała lak na kopercie i zaczęła ją czytać po rozłożeniu. Kiwała przy tym swoją czarną głową słuchając też tego co jej mówił.

                            - No rzeczywiście, wasz przeor pisze właśnie o niej… - powiedziała jakby mimochodem gdy zapoznawała się, ze słowami przełożonego jednookiego mnicha. - Aha, no, że bywa krnąbrna… Pewnie to o czym mówisz… - pokiwała głową ale w końcu wskazała na ozdobny stolik z ciemnego drewna i dla kontrastu z pozłacanymi wykończeniami. Stała na nim patera z owocami i butelka jakiegoś trunku razem z drogimi bo misternie rzeźbionymi kielichami z grubego szkła.

                            - Usiądź i poczęstuj się jeśli masz ochotę. - wskazała i sama zresztą też podeszła do niego tylko do drugiego krzesła aby mogła w spokoju skończyć list.

                            - Aha. Czyli się zgodził! No i dobrze! To szkoda, że Mariki jeszcze nie, bardzo mi się spodobała. No ale dobrze, że chociaż Annikę udało się tak szybko załatwić. Już nie mogę się doczekać aż tutaj będzie! Jutro mówisz? Jutro jestem umówiona u Pirory na szkolenie językowe. Ale to może już bym pojechała z Anniką? Niech dziewczyna zobaczy kawałek świata poza tymi waszymi murami! - zawołała odkładając przeczytaną kopertę na blat stołu a sama zdawała się byc całkiem podekscytowana wiadomościami.

                            Otto uraczył się trunkiem. Rzadko miał okazję wypić coś konkretniejszego nad tanie wino czy piwo, więc większą pieszczotę dla zmysłów chętnie przyjął.

                            - Właśnie, jak chcesz ją przetransportować? Wyślesz jakiegoś sługę, sama pojedziesz? Po prostu chce wiedzieć, co powiedzieć jutro Przeorowi. Ah…- mnich spojrzał na szlachciankę - Jedna ważna sprawa. Rodzina, - zaznaczył to słowo, aby wiadomo było o kogo chodzi - ma projekt, dla którego ta dziewczyna jest kluczowa. Będziemy ją więc potrzebować na dzień czy dwa.

                            - Projekt? Jaki projekt? Ale no Otto, jak my w rodzinie to musimy sobie pomagać. Jak dacie znać na kiedy wam by była potrzebna to pewnie jakoś się dogadamy w tej sprawie. A to jakiś nieprzyzwoity projekt? - Bretonka siedziała po drugiej stronie, niewielkiego, ozdobnego stolika i wydawała się skora do współpracy jeśli chodziło o użyczenie jej nowej służki. O ile oczywiście się to w porę z nią uzgodni co, jak i kiedy. Nie mogła jednak powstrzymać swojej kosmatej natury aby nie spróbować dopatrzyć się w tym czegoś co by można skonsumować w alkowie.

                            - A po Annikę mogę wysłać powóz. Zabierze ją tutaj. Może nawet sama pojadę. Jeszcze nie wiem. A czemu pytasz? To ma jakieś znaczenie? - w sprawie transportu postawiła na najprostsze rozwiązanie i spojrzała czy tutaj powinna spełnić jakieś szczególne wymagania, że mnich o to pyta.

                            - Bardziej dla mnie. Wiesz, niby ja zacząłem całą sprawę z waszą wizytą, odprowadzałem was i dopilnowałem hojny dar dla hospicjum, więc przełożony chce, abym wszystkiego dopilnował. Zrobisz jak ci wygodnie, nikt szlachcie niczego nie będzie kazać. - mnich chwilę się zastanowił nad pytaniem co do projektu - Dość nieprzyzwoity, ale nie w twoim guście obawiam się. Annika słyszy podszepty z Tronu Czaszek, więc nie twoje klimaty. Nie martw się jednak, nie zmieni się w gburowatą, rządną krwi tempą siepaczkę. Jest nawet bardzo zainteresowana twoją propozycją łaźni.

                            - O, naprawdę?! Spodobało się jej? No to świetnie, świetnie, możesz jej przekazać, że jak tylko tu przyjedzie to kąpiel i jej osobista łaziebna będzie na nią czekać. - bretońska szlachcianka roześmiała się wesoło jakby ta ostatnia wiadomość sprawiła jej przyjemność i satysfakcję. Wydawała się cieszyć na przybycie nowych służących podobnie jak niedawno przy obiedzie cieszyły się, że się wyrwą z hospicjum i będą mogły służyć i mieszkać z nią.

                            - I ona słyszy zew… Jak się nazywała ta Siostra od krwi? No ale właśnie ją? Ojej jaka szkoda… Taka ładna dziewczyna… Zmarnuje się tylko jak ją ktoś posieka i pokroi… - uwaga o preferencjach pacjentki jednak nieco zmartwiła gospodynię. Wolałaby pewnie aby ta nie zdradzała takich niebezpiecznych zachowań aby mogły się sobą nawzajem cieszyć.

                            - Ale może uda się ją przekonwertować? Widziałeś jak ją Soria rozbudziła? W parę chwil! To było niesamowite! Jej, żeby mną raczyła tak się zająć. Na to troszkę liczę jak jutro do nich pojadę. Ona naprawdę jest niesamowita. Wróżę jej, że dziś wieczorem u Kamili będzie gwiazdą pierwszej wielkości. - Bretonka mówiła szybko i zdradzając podekscytowanie omawianymi tematami. I nadzieję, że jednak Annikę jakoś udałoby się zachować przy sobie w całości. Co do Herolda Soren to jednak wydawała się nią tak samo zachwycona jak Marika, Pirora i właściwie chyba wszystkie dziewczyny spod patronatu Węża jakie miały z nią kontakt. Wydawało się, że jakoś płynnie i samoistnie traktują wężową syrenę w ludzkiej skórze jako swoją władczynię i panią.

                            - No nic to chyba jutro sama do was pojadę aby ją zabrać i przywitać w moich skromnych progach. Aha, coś bym musiała wymyślić na takie powitanie w nowym domu… Nie wiesz co ona lubi? - zaczynała się zastanawiać nad jutrzejszym przyjęciem Anniki na swoją służbę jakby planowała powitać jakąś szlachetnie urodzoną koleżankę. Pewnie nie tak oficjalnie choćby ze względu na wścibską Gertrudę i resztę służby ale i tak wyglądało, że chciała aby nowa pracownica poczuła się w nowym domu jak najlepiej już od samego początku.

                            Mnich chwilę się zastanowił.

                            - Potraktuj ją miło. Dziewczyna spędziła ostatnie dni zamknięta w izolatce, wcześniej w lazarecie i wszyscy boją się jej agresji. Podejrzewam, że na początek ta kąpiel, ciepły posiłek, który nie jest rybą i wygodne posłanie będzie dla niej jak dar od samych bogów. - Otto uśmiechnął się widząc energię Slaaneshytki - Co do przechrzczenia jej na twego patrona, możesz próbować. Dziś trochę świntuszyła Mariką, więc nie jest zatracona w wizji krwi i czaszek.

                            - O! Naprawdę!? Moje dziewczynki tak się niegrzecznie bawiły ze sobą? Jak miło! Chociaż mam nadzieje, że jak już będą u mnie to nie zapomną o swojej pani. Nareszcie będę miała pod własnym dachem kogoś przed kim będzie można majtki zdejmować albo się dobierać do czyichś! - Bretonka roześmiała się przyciszonym głosem ale wydawała się niezwykle rada z takich wieści. Sama też chyba tą służbę nowych pracownic traktowała jako poprawę swojego losu i komfortu z jakąś przyjazdną duszą we własnym domu.

                            - Bo powiem ci Otto, że ja tutaj to trochę jak w więzieniu albo oblężonej twierdzy. Wszyscy pracują dla mojego męża. Większość to jeszcze przed naszym ślubem i zanim ja tu przypłynęłam. Wszyscy mnie tu szpiegują, nie mam nikogo zaufanego. Dopiero jak wyjeżdżam stąd, zwłaszcza do mojego Huberta albo Pirory to dopiero wtedy mogę odetchnąć a nawet się zabawić. - powiedziała ściszonym głosem nachylając się nieco nad stołem aby lepiej mógł ją usłyszeć.

                            - No i masz rację, to może jeszcze jest dla mojej dzielnej Anniki nadzieja. Ale ma dobry gust, do Mariki też bym się chętnie dobrała. Zresztą do niej też. Dobrze, to jak tak mówisz to przyjadę jutro do was. Powiedzmy… W południe? Albo nie, może trochę wcześniej. W południe to jestem umówione z Pirorą… Chyba, żebym to nieco przesunęła na późnieaaaa! Właśnie! - zaczęła tak snuć i planować jutrzejsze spotkania zdradzając, że już nie może się doczekać zabawy ze swoimi nowymi służkami. Ale jak tak omawiała swoje jutrzejsze plany coś jej się widocznie przypomniało.

                            - Aha bo widzisz, rano dostałam liścik od Pirory abym zaprosiła tego mojego bretońskiego kolegę do niej na wernisaż czy co. Bo sam rozumiesz, że jako mężatce mi nie wypada zapraszać obcego kawalera pod nieobecność mojego męża. No to wysłałam już mu zaproszenie. I zobaczymy. Może odpisze. Wieczorem będę się widzieć z Pirorą u Kamili no ale jakbyś ją widział wcześniej niż ja to jej proszę to przekaż. - wyjaśniła co jeszcze się jej przydarzyło, tym razem dzisiaj. Więc widocznie Averlandka dotrzymała słowa i tak jak mówiła na wczorajszym, wieczornym spotkaniu wysłała ów liścik do swojej bretońskiej kochanki w sprawie owego oficera morrytów.

                            - Oczywiście, chociaż nie wiem czy coś mnie zagoni w jej strony. Chciałem jeszcze dzisiaj złapać Łasicę jeżeli się uda, może ona przekaże wiadomość. - Otto wziął nieśmiale jeden owoc ze stołu - Powiedz mi Frau Fabianne. Czy rozważałaś może, przyłączenie się, oficjalnie do naszej rodziny?

                            - To jakbyś widział się z Łasicą to ją pozdrów i uściskaj ode mnie. Też ją bardzo lubię. Zwłaszcza jak mamy ze sobą przyjemność. - rzuciła wesoło gospodyni gdy padło imię ich wspólnej znajomej łotrzycy. Po czym popatrzyła na niego z łagodnym uśmiechem gdy zadał kolejne pytanie. Sama też wzięła jabłko i się w nie delikatnie wgryzła.

                            - Przyłączyć? No wydawało mi się, że już jesteśmy połączeni. Tylko ja to najczęściej spotykam się z Hubertem. Chociaż ostatnio nie tak często jakbym chciała. Sam rozumiesz, ileż można jeździć do tego samego sklepu z ubraniami? Już nawet na Oksanę Gertruda coraz krzywiej patrzy bo czasem ją zamawiam tutaj. Na szczęscie w teatrze mamy nieco swobody. Ale przecież działamy razem prawda? Jesteśmy rodziną tylko tak jakby kuzynostwo. Tak to chyba można by nazwać. - powiedziała przegryzająs słodki i soczysty kęs. Wydawało się niewiarygodne, że ta ubrana w żałobną czerń elegancka młoda dama i żona morskiego kapitana o solidnym nazwisku miałaby robić jakieś niestosowne rzeczy, romanse czy inne ekscesy. W tej chwili wydawała się ucieleśnieniem godnej szlachcianki w sam raz do portretu z jabłkiem.

                            - Oczywiście, jesteśmy połączeni w służbie jedynym, którym warto służyć. Pytam po prostu czy Hubert zaspokaja twój głód? Nie chcę mu umniejszać, ale on jest dość małą rybką w oceanie rozkoszy, który Starszy chce wypuścić na to miasto. Fakt, że Soria sprzymierzyła się z nami, a Grubsona najpewniej będzie uważać jako kolejnego sługę, powinno powiedzieć ci, że przy nim… będziesz najpewniej spełniać jedynie jego zachcianki.

                            - Spokojnie, nie obraziłam się. Daruję ci tą frywolność wypowiedzi bowiem od razu widać, że nie usługiwałeś mojemu Hubercikowi i jego pejczowi. A ja tak i bardzo sobie chwalę. - Bretonka zaczęła niby ostrym tonem jakby jej gość popełnił jakieś głupstwo jakie jednak w swojej łaskawości była skłonna mu wybaczyć. Tylko, że tam temat rozmowy był zgoła nieprzyzwoity i wulgarny skoro rozmawiali o jej kochankach. Niemniej wyglądało, że Fabienne chwali sobie swojego grubego kochanka i nawet odczuwa pewien niedosyt spotkań z nim gdy względy przyzwoitości wymagały ich ograniczenie.

                            - Chociaż nie powiem aby z Pirorą i dziewczynami się nudziła. Co to to nie. Uwielbiam tam je odwiedzać, zwłaszcza jak mamy okazję zejść do jej loszku i jest nas troszkę więcej. Szkoda, że ja sama nie mogę sobie urządzić takiego przybytku rozkoszy. - uśmiechnęła się ciepło gdy wypowiadała się o swoich kochankach ze zboru Starszego więc ten paromiesięczny zbiorowy romans też widocznie miał gorące miejsce w jej zdeprawowanym serduszku. Nawet jeśli pełniła w nim bardzo uległą i służalczą rolę. A może właśnie dlatego.

                            - Ale sama lady Soria no to ojej… Nie mogę się doczekać aż mnie zaszczyci swoją uwagą i pozwoli mi się wielbić. - rozmarzyła się kompletnie gdy widocznie żywiła podobne uwielbienie dla wężowej syreny jak jej kochanki które miały z nią częściej do czynienia. - Mam nadzieję, że to będzie jutro. Albo chociaż troszkę dzisiaj u Kamili. - westchnęła z rozmarzeniem jakby prosiła o to w modlitwie do swojego zakazanego patrona.

                            - Ale jak to Starszy chce wypuścić jakiś ocean rozkoszy na miasto? Opowiedz o tym proszę coś więcej. - odgryzła kolejny kawałek jabłka jakby na sam koniec prawie przegapiła drobną wzmiankę jaką Otto wplótł w swoją wypowiedź. Spojrzała na niego z zaciekawieniem czekając na te ekscytujące wieści.

                            - Najpewniej słyszałaś Legendę Czterech Sióstr? - Bretonka zapytała wcześniej o Norrę, ale wolał się upewnić - Rodzina pracuje nad sprowadzeniem ich z powrotem w rodzinne strony. Soren, Norra, Oster i Vesta, szepczą do nas domen swych patronów. Kiedy nam się uda, a uda się nam. Ich błogosławieństwa spłyną na to miasto i pochłoną je plagami, mutacjami i krwią, ale też utopią wszystkich w czystej ekstazie. Pomagasz nam i tak, niezmiernie wręcz, zabierając moich pacjentów z hospicjum. Marika słyszy szepty Soren, natomiast Norra przemawia do Anniki. Vesta podsyła wizję innemu z moich pacjentów, ale jego raczej nie wypuszczą. Biedak jest dzieckiem w ciele dorosłego. Herold Oster powiedział nam co mógł, ale dary Ojczulka, okazały się zbyt silne dla niego. - trochę dużo wyjawiał, wątpił jednak aby Fabianne była zagrożeniem z tą wiedzą. Trochę obawiał się, że szlachcianka może być zwykła próżną kobietą, która postanowiłą dodać swemu życiu trochę pikanterii. Nawet jednak i takie okazy mogą mieć zastosowanie - Więc, tak wygląda sprawa, Rodzina pracuje nad sprowadzeniem wielkich rzeczy na miasto.

                            - Aha… - czarna ufryzowana głowa skinęła twierdząco i tym razem zagościł na niej wyraz skupienia. - Znaczy o tych Siostrach to wiem. I, że szukacie ich dziedzictwa. To jak byliśmy z Hubertem i Oksaną na waszym zborze w zimie to Starszy o tym mówił. Obiecaliśmy sobie pomagać. Tylko nie wiedziałam, że te moje służki to część tej sprawy. - dodała wyjaśniając co z tego co wspomniał rozmówca wiedziała już wcześniej. Chyba chociaż ogólny zarys bo parę miesięcy temu to jeszcze wiele rzeczy związanych z Siostrami nie było wiadome. Jak choćby Soria wciąż była nieznaną nikomu syreną jaka grasuje po wybrzeżu i topi rybaków po jakich zostawały tylko puste łodzie.

                            - A czegoś szukacie teraz? Zwłaszcza od Soren bo ona mi się podoba najbardziej. Mogę wam jakoś pomóc? Bo ta krew i mutacje to raczej mnie nie interesują. Ale ta ekstaza to brzmi bardzo interesująco. - zapytała proponując swoją pomoc w tym zaszczytnym celu.

                            - Jest jedna rzecz. Siostra Soren, Oster, twierdziła, że wybranka Węża posiada "Jaskinię Pożądania". O ile aktywnie nie poszukujemy tego miejsca, to odnalezienie go na pewno byłoby wielkim plusem. - mnich chwilę się zastanowił nad innymi opcjami, ale tylko to mu przychodziło do głowy.

                            - Jaskinia Pożądania? Brzmi ekscytująco! Chętnie bym odwiedziła takie miejsce. Zwłaszcza jakby była okazja celebrować to pożądanie. - czarnowłosa gospodyni uśmiechnęła się na myśl jakie to ciekawe musiałoby być miejsce, na pewno warte odwiedzenia.

                            - Ale niestety obawiam się, że nie słyszałam o takiej jaskini. Ale będę miała na uwadze. Gdyby mi się trafiło coś związanego z tą ciekawą jaskinią to na pewno dam wam znać. - obiecała, że nawet jeśli pierwszy raz spotyka się z taką interesującą nazwą to gdyby trafiła na jakiś ślad to się nim podzieli.

                            - Ale wybacz moją ciekawość Otto ale jak aktywnie jej nie szukacie to nie wiem dlaczego, ja bym nadała tej sprawie najwyższy priorytet. Niestety pierwszy raz słyszę tą nazwę to nawet nie wiem od czego zacząć. No ale jak aktywnie jej nie szukacie to właściwie czego szukacie? Coś już w ogóle udało wam się znaleźć od tych Sióstr? - zagaiła Bretonka wyłapując w wypowiedzi rozmówcy pewną nieścisłość. Pewnie odebrała to tak, że skoro kultyści z sąsiedniego zboru nie szukają Jaskini Pożądania to zapewne koncentrują swoją uwagę na czym innym.

                            Mnicha zastanawiało, czy jest Fabianne jest świadoma prawdziwej natury Sorii. Cóż, można zarzucić sieci.

                            - No cóż, Soria jest jakby jednym z naszych znalezisk. Jest córką Soren, znaleźliśmy również jej ołtarz, który obecnie jest pod opieką Mergi. Znaleźliśmy również laboratorium Oster i jej dar, którym obecnie opiekuje się Sigismundus. Miejski aptekarz i akolita Nurgla. Więc teraz bardziej koncentrujemy się na ołtarzu Norry, którego zew słyszy Annika i darach od Vesty. O tych ostatnich dużo informacji nie posiadam, ale podejrzewam, że Inkwizycja może wiedzieć coś więcej. - mnich chwilę się zastanowił - "Jaskinia Pożądania" to tytuł tego miejsca jaki nadała mu Oster i raczej nie w pochlebnym znaczeniu. Więc może to nawet nie być jaskinia.

                            - Jak to nie pochlebnym znaczeniu? Bardzo pochlebnym! Przecież to aż od razu by się chciało pójść, odwiedzić taką jaskinię i zobaczyć co tam jest! No i celebrować to pożądanie oczywiście. - rozmówczyni zaczęła od końcówki wypowiedzi mnicha. Przyjęła nieco mentorski ton jakby strofowała ucznia jaki wyciągnął niewłaściwe wnioski z właśnie zakończonej lekcji. Chociaż to wszystko raczej w takim żartobliwym wydaniu bo na koniec uśmiechnęła się ciepło. - A przynajmniej ja bym chciała. A macie jakieś wskazówki gdzie by mogła być ta jaskinia? Zastanawiam się od czego by można zacząć jej szukać. - zapytała jakby nabrała ochoty aby odnaleźć taką wyjątkową jaskinię, do tego miejsce związaną z jedną z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co czarnowłosa szlachcianka.

                            - I Soria ma tak wspaniałe pochodzenie? A to dlatego jest taka wyjątkowa. Od poczatku to czułam. Ale nie spodziewałam się czegoś takiego. Co prawda Piora sugerowała coś takiego jak mnie z nią przedstawiała no ale to chyba mój umysł był zbyt zaślepiony urodą naszej Sorii aby to właściwie zrozumieć. Bo mówiła, że milady ma wyjątkowe talenty i pochodzenie, nawet lepsze i znamienitsze niż Lilly a przecież ona nosi ślady błogosławieństwa naszego patrona. I ją zresztą też bardzo lubię. - czarnowłosa dama wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona Sorią niż do tej pory gdy mimo wszystko brała ją chyba za egzotycznej urody śmietelniczkę z dalekich krain i tego nadnaturalnego pochodzenia się nie spodziewała.

                            - Oh to tym bardziej mam nadzieję, że jutro jak będę u Pirory to się poznamy lepiej! A dziś u Kamilki to trudno mi będzie usiedzieć spokojnie przebywając z jednym miejscu z kimś tak wyjątkowym. - rozmarzyła się myślą na te najbliższe spotkania z tak wyjątkową istotą jakie miała zaplanowane na dzisiejszy wieczór i dzień jutrzejszy.

                            - I od Oster też coś znaleźliście? No to chyba dobrze. Chociaż przyznam, że choroby to nie jest coś co mnie bawi i nie wydaje mi się zbyt interesujące. Ale to jakaś część dziedzictwa Czterech Sióstr więc pewnie dobrze, że to znaleźliście. Martwię się tą Norrą. Zwłaszcza chodzi mi o Annikę. Nie chciałabym aby coś jej się stało. To byłoby okropne jakby ją ktoś zabił albo okaleczył. Straszne. Przecież u mnie byłoby jej lepiej. - chyba nie powinno za bardzo dziwić, że bretonka największe zainteresowanie okazała Siostrze z jaką dzieliła przekonania i patrona. Pozostałym okazała mniej uwagi chociaż starała się niejako wyjść poza własną otoczkę przekonać na tyle aby zdać sobie sprawę, że nie wszyscy podzielają jej i jej koleżanek zapatrywania na patronów. Więc może inni maja inne priorytety niż one. Była w stanie to zrozumieć i zaakceptować chociaż krwawy zew jaki zdawała się odczuwać jej nowa służka albo paskudne i zabójcze plagi zesłane na ten świat niezbyt wydawały jej się pociągające a nawet ją zdawały się niepokoić.

                            - Nie martw się o Annikę. Nie puścimy jej samej w ciemny las. - przynajmniej mnich miał taką nadzieję - Do tego, sama jest przekonana o swym zwycięstwie, a nie mam powodu, aby w nią wątpić. - Otto chwilę się zastanowił - Soria jest naprawdę niebywałą istotą i mówiła, że czuje coś niezwykłego w tobie, więc wierzę, że wasze spotkanie będzie wyjątkowe. Do tego, okaleczenie nie oznacza niczego złego - powiedział jednooki mnich z lekką nutą urazy - Jest furtką na nowe doznania, o ile nie polecam okaleczania siebie… no chyba, że to cię kręci. Jednak przyjemność i ból są siostrami, czasem trzeba zadać jeden, aby poczuć drugi.

                            - Całkowicie się z tobą zgadzam Otto. Ból i przyjemność, poniżenie i wywyższenie, władcy i niewolnicy. Tak, jak najbardziej się z tobą zgadzam i jestem za tym całym sercem. Bardzo żałuję, że nie możemy tego robić jawnie i wszystko to trzeba ukrywać jak jakąś plugawą sromotę. No ale jakoś sobie radzimy, ja mam swojego Huberta, Oksanę, Pirorę i jej sekretny loszek no to jakoś sobie z tym radzimy. Chociaż nie lubię się ograniczać i chętnie lubię poznawać nowych ludzi, doznania i smaki. Dlatego tak strasznie jestem podekscytowana na to nasze małe, wieczorne spotkanie w najbliższą pełnię. To już za parę dni! Jeszcze nigdy nie robiłam z tego z kimś tak innym. Co prawda Lilly to też taka trochę inna ale ona jest milutka i słodziutka i taka kochana, że nie da jej się nie lubić, służyć jej to prawdziwa przyjemność. - Bretonka wyrzuciła z siebie jednym tchem coś co wydawało się być esencją jej wiary i poglądów. Chociaż były całkiem odmienne od tego co głoszono z ambon czy rodzice nauczali swoje dzieci. Bez skrupułów mówiła o swoich małżeńskich zdradach oraz spółkowaniu z odmieńcami i zwierzoludźmi za co gdyby to się wydało to groziły tortuty i stos w oczyszczającym ogniu jaki miał wypalić takie herezje.

                            - Ale jednak o Annikę to się jednak troszkę martwię. Jakby wróciła w glorii zwycięstwa, cała i zdrowa to oczywiście cudownie. Z przyjemnością będę służyć takiemu zwycięzcy. No ale jak wróci bez ręki czy nogi, albo jakiś kadłubek? Albo w ogóle tylko biedaczka zginie mi gdzieś tam marnie? - mimo wszystko co do Anniki to Fabienne nie miała przekonania. Martwiła się o jej los i dobro jak dobra pani albo matka o swoją podopieczną.

                            - Obiecuję, że postaram się, aby do tego nie doszło. - mnich uniósł rękę składając przysięgę - Natomiast, jeżeli Starszemu i reszcie rodziny się uda, nie będziecie się musieli już chować. Każda żądza, każda chęć, każdy mężczyzna, kobieta, dziecko czy zwierzę będą wasze do zaspokojenia wszelkich ciągotów. Ku temu pracujemy.

                            - No oby! No może oprócz dzieci bo te mnie w ogóle nie pociągają. Ale co do reszty to tak, bardzo bym chciała aby to było możliwe. W ogóle nie rozumiem co jest złego w tym aby ktoś miał swój osobisty harem nałożnic albo, żeby małżeństwo mogło się zabawiać tylko same ze sobą. To taka strata! Czyste marnotrawstwo! No ale póki mamy wolną wolę i trochę pomyślunku to można to jakoś obejść. W każdym razie ja jestem jak najbardziej “za” taką wizją więc jakbym mogła wam jakoś pomóc to bardzo chętnie. No ale prywatnie chociaż bardzo bym chciała aby Hubert, Pirora albo Soria na przykład wyprowadziły mnie na ulicę na smyczy to jednak sam rozumiesz, że to jednak na razie musimy zachować pozory. Więc bieganie nago po ulicach na razie odpada. Niestety. Ale poza tym w miarę moich skromnych możliwości jakbym mogła jakoś przyczynić się do tego zaszczytnego celu no to bardzo chętnie. - zadeklarowała się do pomocy w tych spiskowych knowaniach. I chociaż sama miała takie preferencje a nie inne to jednak zdawała sobie sprawę, że otwarcie ich ujawnić nie mogą bo w zależności od tego czym by się zdradziła to albo by owocowało to towarzyskim ostracyzmem albo karą brutalnej i pewnie publicznej egzekucji. W tych ramach co jej pozostawały jednak była gotowa pomóc braciom i siostrom z sąsiedniego zboru.

                            - No cóż, nie jestem w pozycji, aby składać jakieś prośby, ale przekażę Starszemu twoje chęci. - zerknął na Frau von Mannlieb - Na smyczy, nago po ulicy? Doprawdy? - mnich zachichotał - No cóż… a może doprowadziłybym cię tak na wasze małe nocne spotkanie z dzikimi?

                            - O, zrobiłbyś to? To będziesz z nami na tym intymnym spotkaniu? No to bardzo chętnie, byłoby mi bardzo miło i przyjemnie! Poza tym to by było bardzo ekscytujące. - Frau von Mannlieb otworzyła oczy nieco zaskoczona takim pytaniem ale było to zdecydowanie przyjemne zaskoczenie bo zaszczebiotała w odpowiedzi na taką podniecającą propozycję. Wcale nie ukrywała, że jest ona bardzo bliska jej rogatej duszy i popiera je całym zdeprawowanym sercem.

                            - Spróbuję, o ile wątpię, aby nasi kopytni przyjaciele zadowolili się moim kuperkiem. Zawsze, ktoś pewnie będzie musiał was zebrać z ziemi kiedy z wami skończą. Zwierzoludzie potrafią być… ostrzy. Możesz mieć kłopoty z staniem przez kilka dni, lub siedzeniem. - mnich uśmiechnął się odrobinę łobuzersko.

                            - Tak myślisz? - jak miał zamiar nastraszyć czy zniechęcić rozmówczynię to udało mu się osiągnąć raczej przeciwny efekt. Bo wydawało się, że odbiera to jako zachętę a nie coś przeciwnego. - No mam nadzieję! Liczę na jakieś niezapomniane przeżycia! Oczywiście udostępnie im to na co by mieli ochotę, nie mam zamiaru zgrywać jakiejś cnotki. Mam nadzieję, że zabawimy się na całego, w końcu do następnej pełni jest caałyy dłuugii miesiąc. Poza tym to już będzie koniec lata i początek jesieni a tutaj to niestety nie jest moja rodzinna Bretonia, że jeszcze można by liczyć na ładną pogodę. No i to byłby zaszczyt i przyjemność tak służyć i zabawić się z pierwszymi dziećmi Chaosu i gościć ich w sobie. To słyszałam kiedyś jak mi Pirora mówiła co Starszy wam mówił. Że te zwierzoludzie to pierwsi przemienieni jaka w końcu stała się odrębną rasą. No i jeszcze nie miałam z nimi przyjemności to jestem bardzo ciekawa. Bo Łasica i Burgund to mi tak opowiadały o tym pierwszym spotkaniu wtedy nad tą zatoką, że wiedziałam, że ja też muszę tego spróbować! No tylko mnie się trudniej wyrwać z miasta na takie zabawy. Ale już to obmyśliłam i jestem dobrej myśli. - mówiła szybko i z podekscytowaniem jakby omawiała detale jakiegoś eleganckiego balu czy przyjęcia z wyższych sfer. A nie orgii ze zwierzoludźmi za miastem. Niemniej wydawała się podobnie zaangażowana i oddana całym sercem tej sprawie aktywnie działając aby móc dołączyć do tej wyjątkowej orgii. I mimochodem wydawało się, że Pirora i łotrzyce skutecznie narobiły jej smaku na to spotkanie pikantnymi szczegółami tego pierwszego na jakie popłynęły z Sorią i Joachimem.

                            - Moja praca, przed tym jak skończyłem tutaj, nie miała zbytniego kontaktu ze zwierzoludźmi… czy oni w ogóle potrafią pisać? Z tego co wiem jednak, to bardziej nie przemienieni, a zrodzeni. Chaos wydał na świat własne, śmiertelne potomstwo w postaci tych Zwierzoludzi, chociaż, chyba każdy może wydać takie na świat. Niektóre regiony Imperium mają chyba większe szanse. - Otto nie pamiętał kiedy ostatnio czytał coś o tym konkretnym odszczepie sług Chaosu. Chyba nigdy nie byli centrum żadnej przepowiedni czy konkretnego ataku, więc nie byli ważnym elementem jego badań.

                            - No ja niestety nie wiem o nich zbyt wiele. U nas w Bretonii to utrapieniem są raczej orki niż zwierzoludzie. Nawet byłam trochę zdziwiona jak przypłynęłam tutaj, że tu macie tyle tych zwierzoludzi bo też myślałam, że z tych różnych potwornych ras to, że orki tu są dominujące. Sama żadnego zwierzoludzia z bliska nie widziałam. Chociaż w jednej z karczm widziałam czaszkę zwierzoludzia przybitą jako trofeum. Dla mnie wyglądała jak zwykła czaszka jakiegoś kozła albo barana. Tylko zmutowanego. I trochę krótsza była. Ale czy potrafią pisać to nie wiem. Ponoć niektórzy używają plugawej magii. Ich szamani. Ale orki też mają swoich szamanów. No ale orki są brutalne i nudne. A zwierzoludzie są pobłogosławione przez Mroczne Potęgi od zarania dziejów. I mam nadzieję, że cieszą się niespożytą jurnością i witalnością bo dziewczyny tak mi to właśnie opowiadały. Lilly zresztą mówiła, że tak to z nimi bywa, że po części to mają takie zwyczaje zwierząt. Będę musiała ją zaprosić albo spotkać się u Pirory i coś porozmawiać z nią przed tą pełnią. Niech coś o nich opowie. - czarnowłosa dama przyznała, że z nacją zwierzoludzi do tej pory nie miała wiele wspólnego. I chyba nawet za bardzo się nią nie interesowała. W Bretonii wedle jej słów to miała być rzadkość. A tutaj, za murami miasta, też najczęściej pojawiali się jako lokalne utrapienie na traktach, wioskach i pastwiskach nie różniąc się za bardzo podobnymi pogłoskami o ludzkich bandytach, orczych czy goblińskich. Dopiero wieści koleżanek z pierwszego spotkania z tą kopytną rasą pobudziły ciekawość i żądze Frau von Mannlieb na tyle, że teraz była gorącą zwolenniczką aby ich poznać, skosztować i ugościć w swoich eleganckich wdziękach.

                            - Tak daleko na północy jak my jesteśmy, wpływ Wielkiej Czwórki jest silniejszy. Co do wyglądu… jako dosłowne dzieci Choasu ich wygląd jest chaotyczny. Jest kilka konstantów; zwierzęce głowy, rogi, kopyta. Jednak jakie zwierze, to już różnie, chociaż głównie kozy, byki i tym podobne. Wiem, że uważają cały koncept cywilizacji za odrażający, więc polecam dobre maniery pozostawić po tej stronie murów. - Otto naprawdę musiał sięgać do głębi swej pamięci, aby wyciągać te małe fakty - Chyba i to duże chyba, posiadają samice, ale w o wiele niższej ilości niż samców. Może zdołam popytać na spotkaniu.

                            - Nie mają zbyt wielu samic? To dobrze! To może dlatego nami się tak interesują! Chociaż dziewczyny mi mówiły, że była jedna podobna do Lilly, taka właśnie samica, nawet kobieta, nawet ciekawa dla oka. Oczywiście z samicami też bym się chętnie zapoznała, nie mam nic przeciwko. Ale może jak są tacy wyposzczeni to nami się bardziej zainteresują. - zaśmiała się gdy z lubością zagłębiła się w te detale planowanego spotkania. To co mówił Otto wcale jej nie zniechęcało.

                            - Jestem bardzo ich ciekawa. Chętnie ich sobie obejrzę i spróbuję z każdej możliwej strony. Mam nadzieję, że oni też się odwzajemnią tym samym. Dawno nie brałam udziału w takiej zabawie z przeważającą ilością samców. Bo na Pirorę czy Oksanę oczywiście nie narzekam i to są bardzo kochane dziewczyny, uwielbiam się z nimi spotykać. No ale niestety tam zwykle są same kobiety albo w przeważającej liczbie a panów to niestety jak na lekarstwo. To może chociaż podczas tej pełni sobie odbiję i to z nawiązką na nadchodzące tygodnie. Bo przez tą żałobe to niestety nawet takie zwyczajne spotkania są utrudnione a to przecież daje podstawę do jakichś dwuznacznych sytuacji i schadzek albo poznawania nowych osób. A przecież co chwila do portu zawija jakiś statek a i na turniej, nawet jak teraz jest odwołany, to przyjechało już sporo gości i część z nich na pewno warto poznać. Widziałeś jaką ładną kapłankę przysłali z Saltburga? Aż się dziwiłam. Myślałam, że ci morryci to same stare dziady. A tu taka niespodzianka. Albo ta pancerna urlykanka. Też ciekawa. Albo paru zacnych rycerzy. Też chętnie bym ich poznała bliżej. A tu nie wypada bo żałoba. - gospodyni znów mówiła szybko zdradzając akcentem swoje bretońskie pochodzenie. Szybko przeskakiwała z tematu na temat ale jednak trend towarzyski, zwłaszcza taki jaki mógł zaowocować ciekawymi spotkaniami, zakazanymi doznaniami i zaspokojeniem wyuzdanych żądz był dość stabilny. Wydawało się, że Frau von Mannlieb w takiej prywatnej rozmowie ocenia sytuacje i osoby właśnie przez pryzmat ich spotkań w alkowie. Niekoniecznie dosłownie. I im bardziej to zapowiadało się perwersyjnie i niecodziennie tym bardziej wydawało jej się to pociągające.

                            - No Łasica i Burgund udają ostatnimi czasy, że chcą się odkupić w świątyni. Próbują przyciągnąć dwóch strażników Morra, ale nic im nie wychodzi. Niestety, ślepa wiara, potrafi zabić nawet podstawowe cechy człowieczeństwa. Co do matki Somnium, faktycznie młoda i to mnie martwi. - mnich westchnął - Za głęboko siedziałem w księgach szukając konspiracji, aby widok "młodej, pięknej bladolicej Wysokiej Kapłanki Morra", nie wywołał w moim ciele... dwóch sprzecznych odruchów. - Jednooki kultysta zachichotał - Chciałem się jej bardziej przyjrzeć, ale też nie łatwo ją złapać. Wysoki kler nie ma czasu dla takich maluczkich jak ja.

                            - No tak, urodziwa jest. Takim zimnym, cichym pięknem. Też bym chętnie ją poznała z bliska i sprawdziła co ma pod ubraniem. A jakby lubiła pokorne grzesznice to oczywiście ja jestem tym bardziej chętna. - roześmiała się radośnie gdy to powiedziała więc wyglądało na to, że Matka Somnium wpadła u niej w szufladkę tych osób jakie najchętniej spotkałaby w swojej alkowie. I nie po to aby grzecznie spać do rana.

                            - Ale wydaje się chłodna, godna i niedostępna. Może ją jednak zaproszę na jakieś spotkanie. Tylko musiałabym coś wymyślić. Zobaczę. Dzisiaj będę widziała się z Pirorą i resztą dziewczyn z kółka poetyckiego to może coś wymyślimy. - przyznała już poważniejszym tonem.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #80

                              Oryginalny autor: Seachmall

                              - Pozdrów je proszę ode mnie. I przekaż dobre nowiny, co do Anniki. Nie będę ci już zawracał głowy, musisz się pewnie zacząć przygotowywać do wyjścia, do tego nie uchodzi, abyś tak długi czas spędziła sama w pokoju, z obcym mężczyzną.

                              - No tak, trochę się zagadałam. - pokiwała głową i spojrzała w stronę drzwi na korytarz. Jabłko skończyło jako ogryzek położony na małym, ładnie malowanym talerzyku a w kieliszkach zrobiło się znacznie mniej wina niż na początku rozmowy. Szlachcianka spojrzała na rozciętą kopertę i wzięła ją do ręki jakby próbując przypomnieć sobie od czego się zaczęła ta rozmowa.

                              - Ah, Annika, tak. To jutro w południe po nią przyjadę zabrać ją na kąpiel z osobistą i chętną łaziebną w mojej skromnej osobie. A potem zabiorę ją na spotkanie z Pirorą i Sorią. I tak już zdążyła je poznać to myślę, że powinna się ucieszyć. Więc przekaż proszę Annice, że niech wytrzyma jeszcze jeden dzień i jutro się nią bardzo chętnie zajmę. Trochę mi szkoda, że Mariki nie mogę od razu zabrać. Może coś jej przywiozę jutro aby osłodzić jej czekanie. Nie wiesz z czego by się mogła ucieszyć? Nawet Thorna mogłabym zabrać no ale on ma trafić do Pirory bo mnie to nie wypada najmować takich dobrze zbudowanych mężczyzn do osobistej służby. Szkoda. Czuję, że byśmy znaleźli wspólny język. - pokiwała głową jeszcze raz i odłożyła list od przeora na ten mały, ozdobny stolik z ciemnego drewna i złoconymi wykończeniami. Wydawała się powoli wracać myślą od tych planowanych rozkosznych orgii i romansów do tego co czekało na nią dzisiaj i jutro. Chociaż to też miało sporo wspólnego z romansami.

                              - Niestety, jeszcze nie ma zgody na wypuszczanie Thorna, do tego Annika za nim nie przepada. Chociaż chętnie by wzięła udział w scenie, gdzie ty usługujesz jej, na jego oczach. Pewnie związanego i bez możliwości wzięcia udziału. - mnich uśmiechnął się do szlachcianki - Pomyśl o tym. Co do czegoś co by jej się spodobało… owoce? Hospicjum nie posiada bogatego jadłospisu, więc cokolwiek nad to czego doświadczyła do tej pory, na pewno będzie wielkim plusem.

                              - Scenka gdzie ja usługuję moim dziewczynkom? Ależ to jest wyborny pomysł! I to jeszcze przed widownią! Cudowny pomysł. Tylko nie jestem pewna kiedy go uda się zrealizować skoro tylko Annika ze mną będzie wychodzić. Chyba, żeby jakoś tam u was się dało. Ale tak, pomysł mi się podoba więc bardzo chętnie go zrealizuję z moimi dziewczynkami. Mam nadzieję, że Thorne nie będzie miał mi tego za złe. Potem mu się najwyżej zrewanżuję. Ale przedstawienie tak, lubię przedstawienia, zwłaszcza takie podniecające. - pokiwała głową i pomysł z miejsca zdobył jej uznanie. - A Marice coś wezmę, może te owoce, jakieś wino, kiełbasę, pieczeń… Niech coś bidulka ma na osłodę tej niewoli póki jej stamtąd nie zabiorę. - zgodziła się z taką sugestią.

                              - Jestem pewny, że się ucieszy. - skłonił się szlachciance - Życzę miłego dnia i wspaniałych przygód.


                              Otto opuścił domostwo von Mannlieb w dobrym humorze, nie tylko spełnił swoją powinność, przybliżył również Fabianne do wielkiego projektu kultu.
                              Została mu już tylko jedna rzecz do załatwienia i mógł spokojnie zakończyć dzień.
                              Udał się do "Wesołej Mewy", ale Łasica i Burgund jeszcze nie wróciły z świątyni, więc mnich spokojnie zamówił sobie coś konkretniejszego do jedzenia i picia, aby umilić czekanie.
                              W międzyczasie napisał list do Starszego.

                              Annika, Herold Norry, zostanie jutro wypuszczona (Konistag).
                              Dziewczyna czuje zew ołtarza ofiarnego Norry.
                              Zamierza go odnaleźć, stoczyć walkę i poświęcić czaszkę na ołtarzu.
                              Proszę o spotkanie, aby ustalić dalsze kroki.
                              PS. Fabianne von Mannlieb zgłosiła chęć konkretniejszej pomocy w przedsięwzięciach kultu. Zasoby von Mannlieb mogą okazać się przydatne.
                              Pozostawiam decyzję w twojej gestii.

                              Czekanie trochę zajęło, ale mnich nie narzekał. Miał szansę odpocząć i rozmyślić kolejny dzień.
                              Rano oczywiście odwiedzi świątynie, sprawdzi jak idzie Łasicy i Burgund, ale też zobaczy czy uda mu się spotkać Matkę Somnium. Musiał odnaleźć Joachima i poinformować go, że może odwiedzić hospicjum, więc to byłoby następne jeżeli wyrobiłby się przed swoją zmianą.
                              No i oczywiście następnie hospicjum. Być może uda mu się pożegnać z Anniką zanim Fabianne ją zabierze.
                              Kiedy Łasica i Burgund wróciły do karczmy mnich je wyściskał i popytał jak minął ich dzień. Wręczył ciemnowłosej ladacznicy list z prośbą o przekazanie głowie kultu. Pozwolił dziewczynom odpocząć po dniu,a sam wrócił do swojego pokoju udać się na spoczynek.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #81

                                Oryginalny autor: Lord Melkor


                                Joachim po intensywnym dniu, wieczorze i nocy był zmęczony, ale przynajmniej dano mu się wyspać. Miał znowu sporo tematów do zastanowienia się.

                                W kwestii wykorzystania magii do pomocy łotrzycom czarodziej nie był zadowolony z rezultatów. Musiał opracować jakieś lepsze zastosowanie jego niemałych przecież mocy dla spraw Zboru. Zaproponował natomiast, że zawsze może wykorzystać postać astralną do stania na czatach, bo w tej formie przynajmniej nie jest widoczny.

                                Co dzieci Oster i planów Zboru w tym zakresie, to rozumiał w pewnym stopniu obawy wyznawczyń Węża, jemu też wydawało się to trochę obrzydliwe, ale jako mag i człowiek poszukujący wiedzy nie powinien zważać na takie kwestie za bardzo. Wszelka wiedza i moc są przecież przydatne w oczach Pana Przemian, czyż nie? Szczegółowo sprawdził listę składników do mikstur wspierających proces hodowli tych stworzeń, dzieląc je według łatwości ich zdobycia - na te które można by kupić w sklepie i na takie, który wymagały większych wysiłków. Co do tych pierwszych, mógł po prostu wysłać swojego sługę Gunthera, finansowo powinno go było przecież być na to stać. Miał zamiar zorganizować też spotkanie z Sigmindusem, Tobiasem i Aaronem żeby podzielić się kto jakie składniki może zdobyć. Zauważył, że kilka wymagało wyprawienia się na bagna. Nie miał zamiaru udawać się tam sam, planował sprawdzić czy byłyby one mniej więcej po drodze jak się wyprawią na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi z plemienia Gnaaka. Jeśli, nie to chciałby mieć przy sobie przynajmniej swojego ochroniarza, ale dwie osoby to mogło być za mało w nieznanym terenie. Może ktoś z ludzi Silnego byłby dostępny?


                                Na spotkaniu z Baronem tak jak za 1 razem starał się zachowywać zgodnie z wymogami etykiety i sprawiać wrażenie profesjonalisty który wie o czym mówi, miał przecież teraz wróżbę którą mógł się podeprzeć zgodnie z jego specjalistyczną wiedzą. Nieco rozbiła go jednak okoliczność, że miał podobny sen do snu Barona, ale czy wspomnienie o tym coś da? Nie chciał, żeby ta kapłanka Morra dowiedziała się czegoś co mogłoby ją zaprowadzić na trop sióstr... Poza tym następnego dnia był umówiony na wizytę w Akademii w poszukiwaniu artefaktu Vesty, może tutaj też był jakiś związek?

                                Powtórzył więc to co mówił poprzedniego dnia, że niepokojący sen to nie jest jeszcze powód do paniki. Zapytał się, czy Baron mając więcej czasu przypomniał sobie może coś co miałoby związek z tematyką snu, na przykład tymi dzwoneczkami. Gwiazdy wskazywały, że warunki mogą być sprzyjające finezyjnym przedsięwzięciom i że ważny będzie spokój i zachowanie klarowności, trzeźwości umysłu. Z drugiej strony jeden z gwiazdozbiorów wskazywał na możliwe działanie jakieś zwodniczej i mrocznej siły. Dlatego jeśli Baron coś planował, to trzeba byłoby podejść do tego przedsięwzięcia w sposób przemyślany i subtelny, zachowując wszelką ostrożność. A jeśli nie, to może jakaś okazja się zaraz pojawi dla takie przedsięwzięcia, które byłoby ryzykowne, lecz w przypadku powodzenia mogłoby wiele przynieść.....

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #82

                                  Oryginalny autor: Zell

                                  Bezahltag; południe; mieszkanie Heinricha

                                  Starszy mężczyzna leżał na łóżku wpatrzony w sufit. Wspomnienia dnia poprzedniego l, a raczej nocy zboru, były żywsze niż zakładałby. Sen dopiero co wypuścił Heinricha ze swoich szponów, ale von Achterberg nie mógł pozbyć się wrażenia, że to nie był taki typowy wytwór wyobraźni. Mógł nie być w kulcie długo, ale miał wystarczający staż jako ten, który zwalczał Chaos, aby osoby ze snami jak on, wydawać na oczyszczenie ogniem.

                                  Oczyszczenie...

                                  Czy on w ogóle kiedykolwiek naprawdę wierzył w sprawę, za jaką wysyłał na śmierć? Niekoniecznie. Czy śmierć i ból sprowadzał tylko na winnych? Bynajmniej.

                                  Pionki i figury... Tak, kobieta ze snu miała całkowitą rację w swoich słowach. Normalnie warto by było pozostawić te aktorki w dobrym zdrowiu, przez nie i teatr wykorzystywać sztukę dla celów kultu... ale ich prawdziwa przydatność wymagała ofiary z nich. Zamęt, jaki zostanie wywołany będzie wart poświęcenia talentu, rezygnacji z poprzednich planów. Nie było pewne, że wszyscy wrogowie pogonią do Saltzburga, gdzie sami wywołają ognisty chaos, ale ktokolwiek by został, będzie pozbawiony wsparcia, pozostanie sam wśród knowań kultu.

                                  Maść od Mergi była niezastąpiona. Tylko ona mogła pomóc byłemu Łowcy, gdy nadchodził ból. Heinrich wiedział, że czyni to go zależnym od łaski Wyroczni, niczym narkomana od swojego dostawcy narkotyku. Póki będzie miał czym płacić, póty nie przestanie płynąć. To mógł być sposób na upewnienie się, że lojalność byłego Łowcy Czarownic pozostanie na stronie kultu, jednak na to Heinrich był przygotowany odkąd pierwszy raz wpuszczono go na spotkanie ze Starszym i Mergą. Tego oczekiwał, kiedy mutacja zapieczętowała wyrok.
                                  Że dojdzie do zależności prędzej czy później.

                                  Nie wahając się przyjął ofertę od Wyroczni, by ta przygotowała mu zapas maści na czas nieobecności. Pozostawienie receptury ze Starszym było jednak także konieczne, jako że nieprzewidziane zmiany w czasie powrotu mogły mieć opłakane skutki dla byłego Łowcy Czarownic.

                                  Rune przekazał, że na razie może się wstrzymać z podchodzeniem do Czerwonego Johana. Należy też nie wyjawiać znajomości między nimi dwoma, ale możliwie będzie okazja do współpracy, czemu Heinrich zostawiał otwarte okno. W chwili potrzeby miał skontaktować się z weteranem.


                                  Bezahltag; południe; kamienica Pirory

                                  - Nie sądzę, aby należało na razie wtajemniczać. - Heinrich oparł się mocniej na prostej lasce z ciemnego drewna, okutej metalowymi zdobieniami - Dopiero pewien czas po występie można skierować uwagę na jej znajomości, a na razie ich zaniechajmy. Zgłosimy się, gdy... zostanie zaprezentowany efekt. Na początku i tak przedstawienie wywoła burzę w kotle pełnym wrzątku, więc unikajmy zachlapania. Świetna sugestia tak czy inaczej, popieram całym sercem na przyszłość. Pozostawmy to jako... niespodziankę dla kuzynostwa. - stwierdził z uśmiechem.

                                  - Tak mówisz? - zapytała cicho gospodyni. Starała się mówić przyciszonym głosem pewnie aby w salonie za zamkniętymi drzwiami ich nie słyszano albo chociaż nie na tyle aby zrozumieć o czym rozmawiają. Spojrzała nawet na te drzwi jakby to pomagało jej skoncentrować myśli.

                                  - Być może… Ale sam wczoraj słyszałeś co mówili Merga i Starszy. Że mamy się rozglądać za nosicielkami. I dzisiaj jak Oksana przyszła z tą suknią to pomyślałam o niej. Właściwie o jej kochankach. Na pewno ma jakieś. Ona i Hubert zawsze się przechwalają kogo to nie mają pod pejczem czy butem w tym mieście. Brzmi jakby chędożyli z połowę śmietanki towarzyskiej miasta. Właściwie nigdy jakoś nie miałam okazji tego zweryfikować. Od nich znam tylko Fabi i mam szczerą nadzieję, że uda nam się przekierować ją do nas. A zwłaszcza do mnie. To irytujące, że tak hołubi tego grubasa a nie mnie. Irytujące. - blond szlachcianka z dalekiego Averlandu cichym głosem wyłuszczyła dlaczego przyszła jej do głowy Oksana i to aby ją wtajemniczyć w rolę nosicielek. A przy okazji przyszła jej na myśl ich wspólna, bretońska znajoma i kochanka i Pirora wydawała się być zirytowana myślą, że nie jest u niej na pierwszym miejscu na liście w alkowie.

                                  - W każdym razie widziałam ją w akcji. Oksanę. I w alkowie jak może zaszaleć to naprawdę potrafi wziąć kogoś pod but i z nim robić co zechce. Czy tam z nią. Przyszło mi do głowy, że jak ma takie talenty i wpływ to może ma jakąś taką co by się jej dało zasiać te jaja od Oster. Bo mnie to właściwie na tym nie zależy. Uważam, że to obrzydliwe. Ale nie chciałabym aby było, że ignoruje polecenia mistrza i wyroczni. I jak Oksana przyszła to pomyślałam, że można by ją wtajemniczyć w sprawę. O Siostrach i tego, że szukamy ich dziedzictwa też wie. Tylko bez tych much i tak dalej. A sam słyszałeś, te muchy ileś tam czasu potrzebują aby się rozwinąć. Pewnie można by i po festynie no ale wtedy to nam nie pomoże w samym ataku bo chodzi o to aby mieć tych much jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Ale mówię, mi w sumie na tym nie zależy więc jak mówisz, żeby jej nic na razie nie mówić to mogę nie mówić. - wyjaśniła kolejny powód dla którego przyszedł jej pomysł aby wtajemniczyć młodą krawcową w tą tajniejszą część spisku. Chociaż sama od wczoraj zdradzała żywą antypatię do tego planu więc nie wyglądała na taką co by się upierała aby powiedzieć krawcowej coś więcej niż już wie.

                                  - Nie chcę byś wyrobiła sobie mylne wrażenie jakobym uważał muszą sztukę za podniecający obraz. - odparł równie cicho co kobieta, przybliżając się lekko ku niej dla łatwiejszej komunikacji - Jednak ta sztuka stanowi idealne pole do wykorzystania dla kultu, możliwe zapewnienie sobie oddechu z dala od oczu Łowcy Czarownic i Kościoła. Każdy środek jest warty przedsięwzięcia, kiedy prowadzi do celu. Żal nie wykorzystać sytuacji jaka rzutem losu się nadarza. Żałuję, że talent ucierpi przy tym, ale czasem trzeba babrać w ścieku by osiągnąć cele. - wytłumaczył swoje zapatrywanie - Starszego i Wyroczni nie miałbym czelności ignorować, ale przy stracie jaka zajdzie na festynie wolę nie skazywać szlachetnej części na podobny los. Oksana pewnie w tych kręgach ma kochanków, nie w niskich poziomach społecznych, które mogłyby się przysłużyć niezależnie od chęci.

                                  - Ojej Heinrich, ja to rozumiem. Nie masz mnie chyba za jakiejś rozkapryszonej damulki co? - Pirora przewróciła oczami jakby sądziła, że starszy kolega ze zboru sądzi o niej jakieś nie wiadomo co.

                                  - Ja to rozumiem. Będzie wielkie zamieszanie, skandal, muchy rzucą się na ludzi, kogoś spalą pewnie za to na stosie, część kobiet zdradzi się jako robaczywe, władze zostaną skompromitowane i będą w wielkich opałach, komuś może wyrośnie jakaś macka czy inne rogi, no ja to wszystko rozumiem i popieram sianie tego chaosu aby na ich zgliszczach wybudować własną domenę. No i cudnie. Jestem całym sercem “za” i też chcę mieć w tym swój współudział. Ale ja to rozumiem o tutaj. - streściła na szybko jak to pewnie by wyglądał ogólny zarys numeru jaki planowali wykonać w nadchodzących tygodniach. Jakby się udał chociaż w ogólnym zarysie to miasto rzeczywiście mogło stanąć na krawędzi zamieszek i porachunków. Na koniec popukała się w skroń dając znać, że popiera tą cześć tak na swój rozum i logikę.

                                  - Ale tutaj, z tymi muchami i nosicielkami to jestem przeciwna. To ohydne. - pokazała na swoje serce na znak, że moralnie i emocjonalnie to rozprzestrzenianie dziedzictwa Oster budzi w niej wewnętrzną odrazę.

                                  - No ale może jakby się trafiła jakaś landara jakiej nie lubię to nawet bym się ucieszyła jakby została nosicielką. Albo chociaż jakaś jakiej nie znam, nie mam z nią planów i mi na niej nie zależy. No to jakoś bym to przełknęła. I właśnie dlatego przyszła mi do głowy Oksana i jej niewolnice. Na pewno ma jakieś i jakby prawdę mówiła to może nawet znam którąś. To by nawet ciekawe było bo jakoś żadna mi się nie przyznała, że uczęszcza na prywatne spotkania z jakąś dominą. No ale nic, tyle myślę bym mogła dać od siebie w tej sprawie. Przynajmniej na razie. A jak potrzeba czasu no to myślałam, że nie ma co zwlekać. Ale na festynie to już będzie za późno aby coś zdziałać na samym festynie. Wtedy już będziemy mogli użyć tylko coś co już będziemy mieli gotowe w zanadrzu. Więc nawet jak wtedy uderzymy do Oksany czy kogoś jeszcze no to już będzie po ptokach. Może w przyszłości będzie z tego jakiś pożytek ale nie na tą akcję co planujemy na festyn. Bo to ma być jakoś pod koniec tego miesiąca albo na początku kolejnego. Wcale nie tak długo czasu na przygotowania. - Pirora dalej tłumaczyła dlaczego przyszła jej na myśl właśnie krawcowa jaka była teraz za ścianą. I chodziło jej głównie aby mogła przyczynić się swoją cegiełką do tego muru jaki budowała reszta rodziny. Nawet jeśli sama osobiście raczej nie popierała tego akurat projektu.

                                  Przez cały czas były Łowca Czarownic słuchał uważnie Pirory, myśląc dokładnie nad jej słowami. Na koniec lekko się uśmiechnął.

                                  - Wskazałaś trafne punkty. Dziękuję. - skłonił się szlachecko kobiecie - Gdyby się udało wybrać tylko te, które są ci solą w oku byłoby idealnie, ale zawsze trzeba się na zamiennik przygotować. Tak, biorąc pod rozwagę twoje uwagi wtajemniczenie jest dobrym ruchem. Co do rozkapryszonej damulki... - spojrzał rozbawiony - ...taka nie jest godna dłuższego spojrzenia, co mówić o prowadzeniu takich rozmów z nią.

                                  - Oh dziękuję za słowa uznania Herr von Achterberg. - gospodyni uśmiechnęła się sympatycznie i dygnęła przyjmując wdzięcznie ten komplement co na chwilę pozwoliło odsunąć te poważniejsze tematy na bok.

                                  - A z tymi moimi koleżankami to myślałam. Mimo wszystko. Ale jakoś żadnej nie życzyłabym losu nosicielki. I jakoś żadna nie sprawia mi wrażenia, że mogłaby się zgodzić na taki numer. Nawet jak czasem się zabawiamy razem u mnie w loszku albo gdzie indziej. Więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że żadna nie przychodzi mi do głowy. Przynajmniej teraz. - powiedziała nieco z wolniej jakby przeszukiwała swoją pamięć czy ma wśród koleżanek jakiegoś wroga którego by mogła poświęcić dla sprawy albo namówić na takie nosicielstwo. Złapała gościa pod rękę stojąc u jego boku i nakierowując w stronę wciąż zamkniętych drzwi do salonu.

                                  - A Oksana i Hubert to działają tu od dawna. Ten ich romans z Fabi to też już trwa zanim ja jeszcze tu przyjechałam zeszłej zimy. I tak się przechwalają, że mają tylu kochanków, że jakby to ich na pęczki mieli. Czy ze szlachty to nie wiem. Sądząc jednak po tym jak sobie zniewolili i podporządkowali Fabi, i to przecież mężatkę, to może i mają kogoś u szlachty. Chociaż tam do nich do sklepu to raczej mieszczanie przychodzą, ci z wyższej półki. Szlachta też chociaż na moje oko to od czasu jak go uczyniłam głównym dostawcą kostiumów do naszego teatru to i więcej błękitnokrwistych się o nim dowiedziało i tam uczęszcza. Bo co by nie mówić Oksana to świetna projektantka i krawcowa, ona naprawdę mogłaby zrobić karierę jako jakaś osobista dwórka od spraw mody na jakimś dworze. Właściwie ją też bym chętnie odbiła Hubertowi. Dobra, chyba nie ma co tu tak stać i gadać, chodźmy do środka bo jeszcze będzie, że romans mamy albo je obgadujemy. - gospodyni wyrzuciła z siebie swoje przemyślenia patrząc gdzieś w dal korytarza. Ale w końcu uśmiechnęła się, pacnęła dłonią w ramię mężczyzny i dała znać, że jest gotowa dołączyć do swoich gości w salonie.

                                  Nauczony za młodu szlacheckiego obycia, Heinrich pozwolił kobiecie wesprzeć rękę o swoje ramię.

                                  - Romans nie byłby taki zły, ale posądzenia o obgadywanie... - złożył krótki pocałunek na dłoni Priory - …wolałbym uniknąć

                                  Stwierdził nim za chęcią kobiety ruszył do pokoju.

                                  - Romans mówisz, nie byłby taki zły? - niższa i drobniejsza od niego blondyna zadarła nieco głowę aby obdarzyć go psotnym uśmiechem i filuternym spojrzeniem.

                                  - To się dobrze składa mój drogi Heinrichu. Bo widzisz ja uwielbiam flirty, schadzki i romanse. A ten mój skromny przybytek to istna jaskinia takich schadzek i romansów. I pełna złaknionych niecnych przygód kobiet. - powiedziała wesoło prowadząc go w stronę drzwi do salonu i zdawała się całkiem dobrze bawić tą rozmową. Ale też zdecydowała, że w końcu czas dołączyć do jej koleżanek w salonie.


                                  Heinrich spojrzał na Sorię, gdy już Pirora odsunęła od niego rękę, aby tą nagłą zmianą uwagi nie spowodować smutku drugiej kobiecie.

                                  - Wyglądasz oszałamiająco pięknie, droga pani. - odpowiedział trzymając dłoń na sercu - A ta przepiękna kreacja podkreśla naturę.

                                  Mężczyzna usiadł na wolnym miejscu, laskę opierając o ścianę obok siebie. Zagrywki slaaneshytek zawsze go bawiły, a teraz tym bardziej, gdy dopiero dwa dni temu zakończył się istny maraton koszmarów... czy wręcz głosów i wizji wydarzeń z przeszłości, które to odsunęły go od spraw kultu na tydzień. Relacja z tymi kobietami była w tym momencie jak miód na poranioną duszę przez swoje jawne i niejawne słowa i gesty. Miłe.

                                  - Obgadywałyście mnie? Czuję się wywyższony, że moja nieobecność uhonorowała mnie zapomnianymi towarzyskimi konwenansami. - z chęcią przystał na ofertę alkoholu - Tematy poruszane za poprzedniej kariery były... nudne, tak szczerze. Monotonne i trzymane w jak najściślejszej tajemnicy przed tobą.

                                  Spojrzał na zaciekawione kobiety jego działaniami w alkowie. Spodziewał się tego, a zainteresowanie jakie wzbudził temat związany z jego osobą wydał mu się uroczy.

                                  - Odprężyć się, dać ponieść chwili... - spojrzał ku górze znad półprzymkniętych powiek, jakby smakował uczucie - Bronić się, nigdy nie broniłem szczególnie. - wrócił wzrokiem w dół, przesuwając go po zgromadzonych - Ta oferta byłaby niesamowita - odezwał się spokojnie do van Dake, która jak i on miała kieliszek wina - ale niestety nie dla każdego byłaby możliwa. - dodał ze smutkiem, wdychając aromat wina - Moja noga potrafi doskwierać niektórym, jacy wzdrygną się przed każdym... nieoczekiwanym wyglądem.

                                  Spokojny, przyjemny w obyciu i opanowany Heinrich nie do końca pasował do ogólnego wyobrażenia fanatyka z lubością skazującego heretyków na ogień, czy parającego się torturą winnych... lub nie.

                                  Soria niczym prawdziwa dama z wyższych sfer umiała elegancko przyjmować komplementy i odwdzięczyć się pochlebcy ciepłym, dystyngowanym spojrzeniem i obiecującym uśmiechem. Po czym cała trójka z ciekawością wysłuchała odpowiedzi kolegi ze zboru.

                                  - Ah, no tak, ta twoja noga… - Pirora pokiwała ze zrozumieniem swoją ufryzowaną blond głową jakby wcześniej nie wzięła tego pod uwagę. - A to bardzo widać? Nie można by udać, że to jakaś proteza czy coś takiego? - zapytała jakby zastanawiała się czy da się to jakoś obejść.

                                  - Takie rzeczy są do zrobienia. - odezwała się Oksana odchodząc od swojej modeli na parę kroków aby mieć lepszą perspektywę całej jej sylwetki i tego jak ta krwistoczerwona suknia się na niej układa.

                                  - Tylko trzeba by Petrę namówić aby zgodziła się na numerek z zawiązanymi oczami. Założy się jej jakąś przepaskę na oczy. Co prawda dalej trzeba by się pilnować ale już można by ją zamknąć w dyby, uwiązać gdzieś czy po prostu kazać się wypiąć i można by się nią wtedy pobawić. Oczywiście zawsze jest ryzyko wpadki, bo jej się ręka ześlizgnie na tą twoją nogę czy co. Właściwie ręce też można by jej skrępować. No ale to wszystko jest do zrobienia. Czasem tak robimy z Lilly aby mogła się pobawić jakąś ładną panią a one myślą, że to jakiś dziarski młodzieniec się nimi zajmuje. - Oksana odezwała się jako kochanka mająca spore doświadczenie w takich zabawach i mówiła tak jakby uważała, że taka schadzka wymagała by pewnego lawirowania i zachowania zasad no i byłaby by obarczona pewnym ryzykiem ale jak się weźmie to pod uwagę to powinna być do zrealizowania.

                                  - A swoją drogą to też myślałam aby ją wprowadzić do rodziny. Jak ma takie ciekawe preferencje i fascynacje. Poza tym też jest zaangażowana w sprawy teatru i kółka poetyckiego więc oprócz mnie i Fabi byśmy miały tam kogoś jeszcze. A poza tym lubię ją. - młoda dama o jakiej rozmawiali widocznie była obu kobietom dobrze znana i budziła w nich pozytywne skojarzenia bo wypowiadały się o niej ciepło. No i rozważały sprawę jej werbunku do rodziny, przynajmniej tak ogólnie.

                                  - Niestety, to nie obejdzie za protezę stworzoną naturalną umiejętnością. - zaczął tłumaczyć Pirorze - To jest... po prostu jakby moja skóra, jeszcze nie zastępująca każdego kawałka nogi, choć poniżej kolana to istna zbroja. - wzruszył ramionami - Czcigodna Merga mówi, że to tylko kwestia czasu nim objęta zostanie całość kończyny.

                                  - Czy teraz o wtajemniczeniu Petry mówicie? - dopytał - Trudzenie się tym utrzymywaniem tajemnicy może być zniechęcające do alkowy dla mnie. Wiek, w którym bym miał inne zapatrywanie minął dawniej, Joachim czy Otto bardziej by się nadali.

                                  - Być może. Ale dla niej to oni pewnie by byli mało interesujące młokosy. Woli bardziej dojrzałe owoce, że tak powiem a nie takie świeżutkie co niedawno puściły pęki. - odparła gospodyni z łagodnym uśmiechem dając znać, że akurat właśnie najstarszy z ich kolegów świetnie wpasowywał się w preferencje jej koleżanki.

                                  - No ale to tylko taka luźna propozycja, nie czuj się nijak zobowiązany do czegoś. Ot zebrałyśmy się razem to sobie plotkujemy o mniej lub bardziej znajomych. Akurat jak się wczoraj zjawiłeś po dość długiej nieobecności i rozmawiałyśmy o tych wszystkich schadzkach i romansach to nam przyszło do głowy, że pewnie byś pasował do naszej słodkiej Petry. Ale to tylko takie plotki, nic poważnego. - blondynka z Averlandu machnęła na to ręką i jeśli kolega nie był zainteresowany takimi schadzkami to nie zamierzała nalegać.

                                  - A w ogóle co cię właściwie do nas sprowadza? Bo tak cię zagadałam od samego początku, że nawet nie zdążyłam zapytać. Wybacz płochość i natarczywość. - Pirora zagaiła o coś co widocznie wcześniej jej wyleciało z głowy pod wpływem sytuacji no i dość nieoczekiwanego pojawienia się starszego kolegi ze zboru.

                                  - Wykryłaś moje intencje, a już myślałem, że zdołam ukryć. - westchnął teatralnie - Ale skoro trzeba do sedna przejść... W sumie to dwa powody... nie, trzy miałem. - poprawił się - Jeden jest prośbą. Jestem z wami, jak i ogólnie w mieście, od niedawna. Jakiekolwiek kiedyś miałbym społeczne znajomości i możliwości, zostało to pogrzebane. Jestem w kropce z ich utworzeniem, jako że na dawne powołać się nie mogę, a i nie mam zamiaru na razie zwracać uwagi dawnych sojuszników. - zastanawiające było, że Heinrich użył słowa "na razie" w tym zdaniu tak bez zastanowienia - Zważając, że wy macie nawet większe doświadczenie w społeczeństwie miasta... Może mogłybyście doradzić jakie kroki powinienem powziąć, a jakich nie w tym środowisku?

                                  Z dwóch dobrze ubranych szlachcianek, jedną o jasnych i drugą o ciemnych włosach i do tego dwukolorową krawcową odezwała się ta pierwsza. Zresztą Soria na nią wskazała jako pewnie ta co ma większe doświadczenie w tutejszych kontaktach towarzyskich od niej. W końcu sama egzotyczna milady z dalekich stron dopiero co raz się pokazała na porannej mszy w ostatni Festag a dziś była zaproszona na kółko poetyckie dobrze urodzonych dam jakim patronowała Kamila van Zee. Więc też trudno było mówić, że ma doświadczenie w tutejszej śmietance towarzyskiej chociaż sprawiała wrażenie lwicy salonowej co czuje się pewnie w takich sferach. Pirora jeszcze spojrzała na Oksanę. Ta z kolei była z nich wszystkich tutaj najdłużej, zanim ktokolwiek z pozostałej trójki kultystów zjawił się w tym mieście. No ale nie była szlachcianką czyli dla nich była z plebsu. Była tylko krawcową i projektantką ich ubrań za jakie jej płacili. I czasem tajną kochanką o dominujących skłonnościach. Krawcowa wzruszyła jednak ramionami na razie oddając pałeczkę blondynce.

                                  - Ale właściwie czego oczekujesz Heinrichu? Bo jeśli chcesz aby cię wprowadzić na salony to powinno być to dość proste do zrobienia. Chociaż teraz trudniej bo żałoba zablokowała wszystkie wernisaże, bale i tak dalej. Wcześniej po prostu byś przyszedł na jedno z przyjęć jakie urządzam i bym cię poznała z towarzystwem. Teraz to trochę trudniejsze ale wciąż do zrobienia ale raczej w mniejszych grupkach. Ot byś był u mnie jak kogoś zaproszę albo bym cię zabrała ze sobą jak ktoś mnie zaprosi jako osobę towarzyszącą. - averlandzka szlachcianka zaproponowała starszemu koledze takie proste rozwiązanie. Ale mówiła nieco niepewna czy to właśnie o takie coś mu chodzi. Soria i Oksana też na razie nie zabierały głosu czekając na to co się wypowie.

                                  - Zdaję sobie sprawę, że szczególnie teraz byłoby ciężej przy tej żałobie, więc i nie spieszno mi z takimi relacjami, ale dobrze słyszeć, że byłyby zawsze możliwe. Zastanawiam się nad kontaktami wśród tych o mniejszym statusie, jednak mogę wpaść w niechcianą sytuację, gdy nie wiem, jakich osób unikać. Nie znam zbytnio sieci powiązań niższych sfer. - wzruszył ramionami - Kiedyś inni zajmowali się tą sferą za mnie.

                                  - No my to raczej się zajmujemy wyższymi sferami. I to najchętniej takimi jakie są rozrywkowe i warto z nimi kończyć tą zabawę w alkowie. - powiedziała gospodyni uśmiechając się nieco z zadowolenia.

                                  - A niższe warstwy to musiałbyś z tym uderzyć do dziewczyn. Zwłaszcza do Łasicy i Burgund. One znają ten brud miasta na wylot. Może do Vasilija jeśli jeszcze zdążysz. On i jego ojciec od dawna przemycają różne rzeczy z i do miasta to też może być zorientowany w sytuacji. Może nawet Strupas bo w końcu to żebrak. Ma znajomości wśród innych żebraków. Kurt u rybaków i marynarzy. Chociaż on też chyba ma wyjechać razem z Mergą. - Pirora przebiegła oczami po ścianie naprzeciwko niej jakby porównywała kogo mają w ich tajnej, spaczonej rodzinie i kto mógłby mieć jakieś informacje czy uwagi o jakie pytał Heinrich.

                                  - A szukasz kogoś albo czegoś do czegoś konkretnego? Do jakiejś szczególnej roboty? - zapytała milcząca do tej pory krawcowa.

                                  Heinrich zdawał się chwilę zastanawiać ile chciałby wyłożyć od siebie, co mogło kłócić się z przyzwyczajeniami byłego Łowcy Czarownic.

                                  - Powiem wprost. - zdecydował po chwili - Czuję się tutaj ślepy, a tego znieść się nie da na dłuższy czas. Chciałbym ogarnąć osoby, które by umiały się wpleść w niekoniecznie bezpieczne sytuacje i być na tyle kompetentne, aby z nich wyjść w gadającym kawałku. Kompetentne, ale jednocześnie nie będące powiązane tak, aby za nimi żałobę robić, jeżeli się zużyją. - powiedział ten zimny fakt bez przejęcia - Osoby, które za monety nie zawahają się wejść nawet do pokoju Hertza i zabrać jego kapelusz.

                                  - Włamać się do pokoju Hertza? Grubo. - powiedziała krawcowa kiwając do tego głową z uznaniem dla śmiałka który byłby w stanie tego dokonać.

                                  - Chyba takie rzeczy to nasze łotrzyce by były najlepiej zorientowane. Trudno mi tu coś doradzić. Przynajmniej w tej chwili. - Pirora znów przeszukiwała wzrokiem ścianę bo próg wydał się i jej bardzo wysoki a ona raczej nie miała znajomych o takim profilu umiejętności. W końcu najczęściej obracała się wśród szlachty i artystów.

                                  - Bo gdyby nie chodziło o kogoś z zewnątrz to bym ci poleciła nasze dziewczyny. Wiesz, że kiedyś Łasica włamała się do mnie w środku nocy po to aby się ze mną kochać? Jak jeszcze mieszkałam w wynajmowanym pokoju w karczmie. A to było na pierwszym piętrze i z zamkniętymi okiennicami! - blondynka przypomniała sobie z rozbawieniem o pewnym wyskoku swojej koleżanki ze zboru jaka była zdolna do takich niecodziennych numerów i niespodzianek. Ale poza nimi jakoś chyba tak od ręki nie przychodził jej nikt inny do głowy kto by dysponował podobnymi umiejętnościami a był spoza rodziny.

                                  Były Łowca Czarownic zastanawiał się nim odpowiedział.

                                  - Zgłoszę się więc do Łasicy i spółki z tą kwestią. - zgodził się - I rozumiem, że w razie potrzeb mogę liczyć także na wasze możliwości kontaktu z możnymi? - zapytał dla pewności - I czy wasze kontakty ograniczają się do szlachty i tych u kasy, czy też dotyczą policyjnych, kościelnych i stricte politycznych osób?

                                  - Nasze możliwości towarzyskie koncentrują się wokół teatru, sztuki, wernisaży, wystaw i najwięcej przychodzi właśnie osób ze śmietanki towarzyskiej miasta. Większość to błękitnokrwiści ale nie tylko. To ludzie ze świecznika, pewnie każdy obywatel miasta o nich słyszał chociaż albo i kojarzy z porannych mszy. Ale też jest miejsce dla całej obsługi dlatego całkiem często udaje mi się nasze dziewczyny dołączyć jako kelnerki czy kogoś takiego. I tak jak mówiłam, jak będziesz miał ochotę ich poznać to daj znać, zaproszę cię na takie przedstawienie czy wystawę to sam ich poznasz. No tylko bym musiała wiedzieć kogo mam przedstawić bo zapewne nie jako byłego łowcę czarownic z blaszaną nogą. - blond gospodyni ogólnie zarysowała kogo można się spodziewać na jej wystawach i przyjęciach albo takich na jakich ona bywa. Brzmiało to jakby przelewała się przez nie śmietanka towarzyska tego miasta, ci wszyscy rozpoznawalni możni i bogaci z ważnymi nazwiskami ale chociaż jakiś ogólny zarys można było określić, że dominowała szeroko pojęta szlachta to też było wiele detali. W zależności kto i co organizował i zapraszał, kto się z kim lubił czy nie, był też element napływowy w postaci kadry oficerskiej z statków jakie akurat były w porcie więc gdzie by oko nie przyłożyć tam można było spotkać nieco inny zestaw osobowy na tych przyjęciach. No i van Dake była gotowa wprowadzić kolegę na salony ale musiałaby wiedzieć kogo.

                                  Heinrich wyglądał na zadowolonego.

                                  - W takim razie ta kwestia załatwiona. - mężczyzna wsparł łokcie dłoni na kolanach, lekko się wychylając ku kobietom - Następna kwestia jest w sumie powiązana z pierwszą. Ciężko współpracować, nawet w jednej organizacji, gdy nie zawiąże się wewnętrznych dobrych relacji. Jestem, jakby to powiedzieć, nieprzywykły do klimatu kultu... będąc w nim, a nie przeciw niemu.

                                  - Ostatni powód mojego przybycia jest w sumie potwornie samolubny. - uśmiechnął się na poły z rozkoszą sytuacją, na poły z samozadowoleniem - Po tygodniu gorączki i majak w samotności choć sekunda bycia wśród takiej piękności jest nie do pogardzenia.

                                  - Oh, to było bardzo miłe z twojej strony Heinrichu. Wiedz, że na pewno jesteś tu bardzo mile widziany. A gdyby któraś z nas mogła zadbać o twoje prywatne potrzeby to myślę, że to też dałoby się załatwić. Mam nadzieję, że nie szarogęszę się za bardzo mówiąc w imieniu koleżanek. - Pirora obdarzyła starszego kolegę uroczym uśmiechem i zapewniła o swojej i zapewne koleżanek gościnności. Tak tej oficjalnej jak i prywatnej.

                                  - Mam wrażenie, że nasze koleżanki bardzo lubią poszerzać swoje znajomości. Zwłaszcza w twoim loszku. - powiedziała z uśmiechem Oksana pokazując palcem w dół gdzie pod podłogą i kolejnym poziomem była piwnica przerobiona na miejsce do dekadenckich zabaw.

                                  - A te relacje Heinrichu no cóż, same się nie zrobią. Byś musiał ruszyć się, ze swojego wygodnego gniazdka i poznać się z tym czy tamtą. Pójść na piwo, na obiad, bal no albo akcje. Jak słyszałeś wczoraj to dziewczyny są w samym centrum akcji obrabiania skarbca świątynnego. Rano wysłałam list do Fabi aby jakoś zwabiła tego swojego bretońskiego kolegę do mnie albo na jakiś inny przyjazny teren. Mam nadzieję, że zależy jej na paru dodatkowych razach szpicrutą i się postara to zorganizować. W każdym razie jeśli o mnie chodzi to jesteś tu mile widziany ale za resztę nie będę się deklarować. - Pirora znów przejęła pałeczkę rozmowy i jej zdaniem sporo z tym poznawaniem się i budowaniem relacji musiał wykonać sam zainteresowany. Albo przez towarzyskie kontakty albo służbowe czyli te różne akcje jakie urządzali na mieście.

                                  - Aha i Joachim oraz Tobias coś próbują odnaleźć w tej Akademii. Też pewnie by nie narzekali na pomoc w tej sprawie chociaż nie jestem zorientowana jak to u nich dokładnie jest z tą Akademią. - na koniec przypomniała sobie jeszcze co wczoraj mówiono o innych poszukiwaniach dziedzictwa Sióstr. W końcu było parę tych wątków, w każdy był zaangażowany ktoś z kultu i pewnie pomoc kogoś jeszcze byłaby mile widziana.

                                  - Joachim... tak. Niedługo mam zamiar go odwiedzić. Zakładam, że sam nie może się doczekać. - choć ton starszego mężczyzny mógł zdawać się neutralny, to w tym głosie czaiła się nuta ironicznego... rozbawienia?

                                  - To chyba wiesz gdzie mieszka? W takiej wieży, w Zachodniej Dzielnicy, blisko zewnętrznych murów. - Pirora podpytała czy kolega wie gdzie mieszka ich wspólny, uzdolniony magicznie kamrat ze zboru.

                                  - A jak byś potrzebował jakichś eleganckich ubrań to się zgłoś. Ale u nas może szef zgodzi się na zniżkę ale jednak będziesz musiał zapłacić. Jak jakieś fikuśne wdzianka do zabaw w alkowie albo tutaj w loszku u Pirory to też możemy ci zrobić tylko powiedz jakie. - dodała od siebie Oksana dając znać, że może użyczyć swoich krawieckich talentów i warsztatu. Chociaż nie za darmo bo w końcu prowadzili interes jakim zarządzał Hubert.

                                  - Jestem przekonana, że jak tak wyglądają wszystkie twoje dzieła jak ta suknia to na pewno masz mnóstwo zachwyconych klientów. Obiecuję ci, że dzisiaj na spotkaniu u panny van Zee na pewno nie omieszkam wspomnieć kto zaprojektował i zrobił tą piekną suknię. I w innych przypadkach również. - lady Soria dodała coś od siebie ciepłym tonem i uśmiechem głaszcząc skraj sukni w jaką była odziana. Co wyraźnie przypadło mistrzyni igły do gustu.

                                  - Byłabym zobowiązana. I bardzo dziękuję milady za twą łaskę. - Oksana dygnęła grzecznie przed czerwoną damą i ten komplement musiał sprawić jej przyjemność. - Przyznam, że odkąd otworzyliśmy teatr to więcej u nas szlachty wśród klientów. Ale chyba nadal nie tak wiele jakbyśmy chcieli. Czasem mam wrażenie, że więcej z nich poznałam prywatnie na naszych tajnych spotkaniach bez świadków niż jest naszymi stałymi klientami. A przecież najwięcej grosza jest właśnie ze stałych klientów. - krawcowa przyznała, że żywi nadzieję, że rozbuduje swoje kontakty i zawodowe i prywatne także u tej najbogatszej i najznamienitszej klienteli.


                                  Bezahltag; wieczór; mieszkanie Heinricha

                                  Heinrich z zadowoleniem odłożył do szafy zdobioną laskę i sprawnie podszedł do biurka, z którego wyciągnął stojące duże lusterko, które postawił na blacie. Zasiadł na krześle i przyjrzał się swojemu odbiciu, żeby po chwili przysunąć miskę z wodą do usunięcia z twarzy dzisiejszej charakteryzacji. Jutro miał zamiar spotkać się z Łasicą, by przez nią zacząć zdobywać znajomości. Czemu nie chciał tego w całości powierzyć kultystom? Bo wymagałoby to zaufania, którego nie posiadał do innych, gdy chodziło o interesy własne. Musiał trzymać rękę na gardle podwładnych, mieć całkowitą kontrolę, a im bardziej się pozwoli innym wejść w plany...

                                  Pozostawało także nawiedzenie Joachima w jego miejscu, a sama myśl o tym spowodowała uśmieszek rozbawienia na twarzy Heinricha. Och, biedaku. Aż tak boli wspomnienie przeszłości?
                                  To w sumie zabawne, magu.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #83

                                    Oryginalny autor: Pipboy79

                                    Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (1/2)

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                                    Czas: 2519.07.09; Konigtag; ranek
                                    Warunki: dzwonnica; schody; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, burza, powiew, umiarkowanie

                                    Otto

                                    Tym razem nic zwykłego albo niezwykłego mu się nie śniło. Zgarnął więc z twarzy resztki snu i wstał ze swojego łóżka zaczynając kolejny dzień. Grzmiało. A gdy otwarło się okiennice czy wyszło na zewnątrz okazało się, że na zewnątrz jest ciemno z powodu burzy. Na niebie ciemniały prawie czarne chmury, grzmiały i błyskały gniewnie zalewając ziemski i morski padół potkami deszczu. Szkoda było wychodzić z suchego pomieszczenia. Ale jak trzeba to trzeba. Zwłaszcza jak się chciało przed własną, poranną zmianą odwiedzić świątynie Mananna.

                                    Mimo wczesnej pory zastał tam już pierwszych wiernych chcących przypodobać się bogom na początku nowego dnia podczas odprawianej jutrzni. Chociaż oczywiście nie było porównania z tłumami jakie przychodziły na poranną mszę w Festag. Zastał też dwie skruszone grzesznice w schludnych czepkach i skromnych spódnicach do samej ziemi. Zamiatały i szorowały schody dzwonnicy. Ostatni raz widzieli się wczoraj wieczorem w “Wesołej mewie” gdy przyszedł tam aby im przekazać list dla ich lidera. Wówczas wyglądały całkiem inaczej niż teraz. Wczoraj ich wizerunek bardziej pasował do portowej tawerny jaką była “Mewa”. Pełno było tam żeglarzy i morskiej braci wymieszkanej skutecznie z tutejszym elementem jakiego niekoniecznie zdawało się rozsądnym zaczepiać pierwszemu. Ale obie łotrzyce czuły się tam jak ryba w wodzie i traktowały jak swoje własne podwórko.

                                    - Aha, liścik masz do szefa? Jej no to jeszcze trzeba będzie poszurać dzisiaj do niego bo od rana znów zasuwamy ze szkotkami i szmatami. Ciężka, uczciwa praca! Straszne! To skandal jak oni nas traktują! Hańba i sromota na nas przyszła na stare lata a kiedyś to z Burgund takie numery, żeśmy wywijały, że w całym mieście oczy bielały a teraz tylko wiadro i szmata to mycia… - biadoliła wczoraj Łasica przy jednym ze stołów. Chociaż w dość zabawny sposób i zapewne celowo. Ta ucziciwa i ciężka praca jaką od paru dni sumiennie wykonywały przez większość roboczego dnia bardzo działała im na nerwy oraz zwyczajnie nudziła i ciążyła. Jednak starały się zachować wymagane do swojej roli pozory. Ostatecznie Łasica wzięła list i obiecała go dostarczyć.

                                    - No właśnie. Jeszcze, żeby chociaż umieli wykorzystywać personel gdzieś na zapleczu jak nikt nie patrzy. Po co mieć służbę, i to tak ładną i gorącą jak my, i jej nie wykorzystywać w niecny sposób? - Burgund poparła koleżankę w tym utyskiwaniu na nieznośne warunki pracy. Obie musiały sobie tym żartobliwym gderaniem odbić te całe dnie posuchy i ciężkiej, fizycznej pracy za miskę zupy czy dwie. A dziś rano znów się spotykali.

                                    - Serwus Otto. Co tam na naszym pięknym mieście słychać? Tylko nie mów, że jakieś wyuzdane orgie albo lubieżnicy i ladacznice biegają po mieście chcąc się chędożyć z kim popadnie bo mnie zaraz szlag trafi. - zagadnęła go Łasica przebrana za bogobojną mieszczkę. Chwilowo na tych schodach byli sami bo na górze dzwonnicy chyba nikogo nie było a z dołu to otwierane drzwi powinny uprzedzić, że ktoś wchodzi. Zresztą większość i tak była na nieszporach. W każdym razie Łasica zaniosła wczoraj jego list do Starszego. A raczej zostawiła go w umówionym miejscu. Więc nie widziała się z nim o tej już dość późnej porze a potem poszła do siebie. Dziś zaś od rana urzędowały z Burgund tutaj odgrywając swoją bogobojną rolę. Więc na razie żadnych wieści od ich lidera nie miały. Nawet jak coś im przysłał do “Mewy” to będą wiedzieć dopiero jak wrócą ze świątyni. Całkiem możliwe, że wysłałby odpowiedź prosto do Otto więc też niech się tego spodziewa. Rano jednak nikt do drzwi młodego mnicha nie zapukał a potem ruszył w miasto. Obu łotrzycom ranek zaczął się dość standardowo czyli od pokutnej modlitwy na klęczkach przed ołtarzem boga mórz. Po czym Absalon przydzielił im zadania. Dziś miały doprowadzić do porządku dzwonnicę. W rozpoznaniu podziemi postępów raczej nie było. Obie czekały co wyjdzie z tym odbijaniem klucza co miały im pomóc Pirora i Fabienne albo dać znać, że nic z tego. Pokazały mu okno w dzwonnicy przez jakie zamierzały wejść tu w nocy i zostawić je uchylone co by im pomogło w takiej eskapadzie. Ale na razie czekały umilając sobie czas podpatrywaniem bogobojnych obywateli rozmodlonych co mszę i obgadywaniem ich. Oczywiście były wyczulone na atrakcyjnych ludzi z jakimi by można zawrzeć znajomość. Ale zasuwając z wiadrami, szczotkami i szmatami nie zawsze miały okazję coś spróbować.

                                    Nie zastał też Matki Somnium. No ale ona była morrytką więc jak już to pewnie urzędowała w świątyni Morra. Widocznie tylko z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej - matki, odprawiała część mszy i obrzędów pogrzebowych w największej, najbogatszej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Zwykle jednak obrządek prowadzili tutejsi kapłani. Dzisiaj znów z ambony głosił kazanie surowy i rosły kapłan Absalon. A jak nie chciał się spóźnić na swoją zmianę w hospicjum to nie miał już tyle czasu aby w tą burzę zasuwać do kolejnej świątyni. Bo wciąż grzmiało, błyskało i lało na całego.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                                    Czas: 2519.07.09; Konigtag; przedpołudnie
                                    Warunki: korytarze i cele; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, umiarkowanie

                                    Otto

                                    Poranek w hospicjum zaczął się dla Otto dość rutynowo. Pomóż w kuchni, posprzątaj celę bo pacjent zapaskudził, porąb drewno na opał, pomóż cerować habity. Ot, dzień jak co dzień. Dopiero przyjazd wielkiej pani zakłócił tą rutynę. Podobnie zresztą jak przybycie trzech dam na początku tygodnia nie przeszło niezauważone i w tej codziennej rutynie to był temat do rozmów na następne kilka dni. Dziś się zapowiadało podobnie mimo, że przyjechała tylko jedna bogata pani. Ale już się rozeszło po tej niezbyt licznej społeczności, że zabierze ze sobą Annikę. Wszyscy się dziwili, czemu wybrała akurat ją bo przecież wszyscy wiedzieli jak szalona i agresywna potrafi być Annika. Nawet jak ktoś jej wbił łyżkę brzuch. I zdziwili się, że przyjechała osobiście bo raczej oczekiwali, że co najwyżej przyśle powóz albo nawet służącego aby zaprowadził nową służkę do rezydencji. Lub po prostu mnichom każe sobie ją podstawić pod drzwi. A tu, nie, Frau von Mannlieb przyjechała osobiście, w swojej blado - czarnej krasie. Sam przeor wyszedł ją powitać.

                                    - Pochwalony, pochwalony, mości dobrodziejko! Witamy w naszych skromnych progach! - zawołał od progu uśmiechając się promiennie do wysiadającej z powozu szlachcianki. Ta przyjęła te komplementy z dumą a za nią jak cień wysiadła Gertruda. Bretońska piękność dała się oprowadzać przeorowi i sprytnie poprosiła go aby wskazał jej starej przyzwoitce gdzie ma zabrać rzeczy nowej służącej dzięki czemu chociaż chwilowo jej się pozbyła.

                                    - A i tu nasza Annika. Oczekiwała na panią. - przeor przedstawił swoją podopieczną pani jaka miała ją stąd zabrać i być jej nową opiekunką. I dzisiaj, jak ją przygotowano, uczesano, wykąpano i ubrano jak na standardy hospicjum to w całkiem dobre ciuchy na to spotkanie to nawet ponura i charakterna Annika wydawała się jakaś pogodniejsza, cieplejsza i bardziej uśmiechnięta.

                                    https://i.imgur.com/3G2CCWy.jpg

                                    - Cudowna! Wszyscy tu jesteście cudowni i robicie świetną robotę jakiej nie chce wykonywać nikt inny. Aż mi wstyd, że tak późno was odwiedziłam i cieszę się, że mogłam was chociaż odrobinkę wesprzeć w tym zbożnym dziele. - Frau von Mannlieb, ze swoim eleganckim urokiem i bretońskim akcentem jaki często uważano za uroczy, romantyczny a nawet godny naśladowania potrafiła zrobić odpowiednie wrażenie.

                                    Na oko Otto to chyba sporo zasługi w tym dobrym wyglądzie i humorze Anniki było Marissy. Bo obie sporo ze sobą przebywały już od śniadania ćwierkając ze sobą radośnie jak dwa skowronki. Zresztą i o niej wielka i bogata pani nie zapomniała. Przywiozła jej prowiantu na dwa wielkie kosze.

                                    - To dla mnie?! Wszystko? Ale wałówa! - pisnęła zachwycona pensjonariuszka jak wniesiono i postawiono przed nią kosze z jedzeniem. A czego tam nie było! Owoce, pieczeń, kiełbasy, świeży chleb a nawet bułki, także takie słodkie, jeszcze sery, mleko, nawet butelka wina i w ogóle można było dostać oczopląsku od tych smakołyków. W hospicjum się nie przelewało i może część z takich rzeczy smakowali co jakiś czas ale na pewno nie wszystko na raz a już nie dla jednej osoby. Chyba nawet przeor tak nie jadał bo przecież najczęściej jadł razem z nimi na stołówce i to co inny. Marissa była tak zachwycona, że pocałowała dłoń dobrodziejki a w końcu nawet ją uściskała i objęła z tej radości. Aż jej przeor musiał zwrócić uwagę aby się opamiętała i nie robiła wstydu. Pomogło na tyle, że się przyszła służka odkleiła od swojej przyszłej pani.

                                    - A jak z moją Mariską? Coś wiadomo? - bretońska szlachcianka skorzystała z okazji aby zapytać o swoją drugą kandydatkę na służącą. Przeor jednaj odpowiedział podobnie jak wczoraj Otto czyli, że nadał list z zapytaniem i czeka na odpowiedź ale jest dobrej myśli. Nie chciał jednak niczego obiecywać skoro decyzja nie zależała od niego. Te rozmowy jeszcze chwilę trwały ale w końcu bretońska milady poprosiła czy mogłaby się jeszcze rozejrzeć i chciała dać okazję pożegnać się Annice z kolegami i koleżankami, podziękować za dotychczasową opiekę. Więc przeor pożegnał się, z dobrodziejką i dał znać, że gdyby milady czegoś potrzebowała to wystarczy powiedzieć Otto i ten pójdzie po niego.

                                    - No wreszcie sami. Chociaż na chwilę. - ucieszyła się Fabienne i obdarzając młodego mnicha i swoje dwie służki ciepłym uśmiechem. - Co do ciebie ślicznotko mam mnóstwo planów. I we wszystkich grasz główną rolę i są bardzo nieprzyzwoite. Na początek po powrocie weźmiemy kąpiel aby zmyć z ciebie to całe hospicjum. I uważaj, bo zamierzam to zrobić bardzo dokładnie i sprawdzić każdy zakamarek. - szlachcianka oznajmiła swojej nowej służącej pozwalając sobie na nieco dwuznaczny i frywolny ton. Co wywołało uśmiech zadowolenia na twarzy służki.

                                    - Bardzo bym chciała. Wziąć pożądną kąpiel. A mogę taką z bąbelkami? Słyszałam, że szlachta albo w lukszamtuzach to takie robią. I są ładne kafelki z obrazkami i w ogóle. - Annika chętnie przystała na taką propozycję tylko jeszcze chciała się upewnić czy rozmawiają o tym samym.

                                    - Oczywiście kochanie. Sama zobaczysz te kafelki i są na nich scenki, specjalnie uprosiłam męża aby mi ściągnął takie z mojej rodzinnej Bretonii. I czeka już na ciebie balia i tyle bąbelków ile będziesz chciała. No i moja niegodna twych wdzięków osoba w roli posłusznej łaziebnej gotowej spełniać twoje zachcianki i życzenia. I liczę, że będą bardzo nieprzywoite. Jestem wyposzczona. Od Wellentag muszę zaspokajać się sama bo nikt nie dba o moje potrzeby. - wielka i bogata pani przytaknęła ochoczo i zapewniła, że nowa służka się nie myli w swoich oczekiwaniach a nawet dorzuciła coś jeszcze. Co mimo wszystko zrobiło na obu pensjonariuszkach hospicjum ogromne wrażenie bo jednak teraz słyszały to od niej bezpośrednio gdy już jedna z nich właśnie zaczynała u niej służbę a sprawa drugiej była w toku.

                                    - Oojeejjj. Ja też bym tak chciała! Ale mi będzie się tu dłużyć przez te nadchodzące dni! I to teraz jak Annika stąd odejdzie i zostanę tu sama. - Marissa jawnie zazdrościła koleżance takiego losu. Zwłaszcza jak od wczorajszego wspólnego obiadu w ogrodzie obie zdawały się być na dobrej drodze aby się zaprzyjaźnić.

                                    - Oj wiem, bidulko, wiem, mnie też do ciebie tęksno bo wyglądasz strasznie uroczo i apetycznie. Myśl że będziemy razem hasać w balii i łożnicy ogrzewa moje serce. I uda. Serce mi się kraje, że muszę cię tu zatrzymać ale wytrzymaj jeszcze te parę dni. Obiecuję, że jak już będziemy razem wszystko ci wynagrodzę. - Fabienne wydawała się nie mniej zasmucona tym, że tą co miała opinię najładniejszej pacjentki hospicjum musi tutaj zostawić. Nawet Annice chyba było przykro z tego powodu bo złapała za dłoń koleżanki jakby chciała jej dodać otuchy.

                                    - Dobrze, ja rozumiem, ja poczekam. Obiecuję być grzeczna i nie sprawiać kłopotów. - Marisa pokiwała ze zrozumieniem głową, że rozumie czemu jest tak a nie inaczej. Starała się nawet uśmiechnąć aby dać im znak, że to nic takiego te parę dni tutaj.

                                    - Otto a nie da się coś zrobić? Może jakoś wypożyczyć Mariskę do mnie? Albo nająć ją jakoś? Jak to kwestia pieniędzy to ja zapłacę. Albo chociaż załatwić jej kogoś do zabawy aby się tu tak nie męczyła sama i tylko ze swoimi paluszkami. No szkoda dziewczyny tu tak samą zostawiać. - Fabienne na wszelki wypadek zapytała młodego mnicha czy może jednak udałoby się znaleźć jakiś sposób aby przyspieszyć wyjście drugiej jej służącej. Zapewne sporo miałby tu do powiedzenia przeor bo to do niego należały takie decyzje.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; Ulica Akademii; Akademia Morska
                                    Czas: 2519.07.09; Konigtag; południe
                                    Warunki: magazyny i piwnice; światła lamp; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, chłodno

                                    Joachim

                                    Dzisiaj jakoś młodemu astrologowi nie śniło się nic wyjątkoweo. Chyba w ogóle. W każdym razie jak wstał, wcale nie aż tak rano, to jakoś nie pamiętał nic nadzwyczajnego. Za toza oknami jeszcze grzmiało i błyskało. Widocznie była burza ale chyba właśnie się kończyła. Cóż, i tak na zewnątrz było pochmurno i dość nieprzyjemnie. Dobrze, że zrobił wcześniej w nocy tą wróżbę dla barona Wirsberga bo jak taka pogoda bybyła jak teraz to nici z ogladania gwiazd.

                                    No i mógł się przygotować z tą listą składników do mikstur wspomagających muszy chów. Było to o tyle łatwe, że spora ich część wydawała się być dość pospolita. A te parę składników co miały być na bagnach to jak ich by się nie znalazło gdzieś na mieście po sklepach i straganach zielarzy i aptekarzy to pewnie trzeba by się tam wybrać. Nomen omen owe bagna rozciągały się na całą połać wybrzeża na wschodzie i właściwie przyczółki to miały już po sąsiedzku z Wrakowiskiem gdzie spotkali Sorię, jeszcze jako wężową syrenę. Już tam to wozem jechali z pół dnia po plaży. Może nieco mniej bo razem z figlami z Sorią to im zajęło większą część dnia ale prawie cały. Jechali najpierw na północ, okrążając zachodni skraj zatoki a potem na zachód, wzdłuż wybrzeża morskiego aż do wrakowiska. Tam był wschodni skraj bagien. I właściwie to nie wiedział jak daleko się ciągnęły ale słyszał za młodu, że są spore i straszne i zamglone. Generalnie nieprzyjemne a nawet niebezpieczne. Dlatego raczej mało kto się tam wybierał dobrowolnie. Chociaż właśnie czasem zielarze czy myśliwi jacy poszukiwali zdobyczy jakiej nie było w morskiej tonii czy leśnej głuszy wybierali się właśnie tam. Zapowiadało się więc na dłuższą podróż bo sama podróż na ich skraj i z powrotem to by też zeszło pewnie większość dnia. A jeszcze trzeba było połazić po tych bagnach i poszukać tych zielonych żonkili, skrzeku niebieskiej salamandry i tam paru jeszcze takich składników wypisz wymaluj jak składniki czarów albo do pracowni alchemicznej. Przynajmniej patrząc po stereotypach.

                                    W każdym razie wysłał wczoraj służącego aby zaniósł propozycję spotkania. Najprędzej odpowiedź dał mu Sigismundus bo od razu odpowiedział posłańcowi, że jak najbardziej jest chętny na spotkanie i rozmowę ale u siebie w aptece. Bo musi pilnować interesu. I hodowli a Strupas biega po mieście załatwiając różne sprawunki więc nie miałby nikogo zaufanego aby zostawić. Więc wychodziło, że jak Joachim czy inni chcą się z nim spotkać to w aptece. Na odpowiedź Thobiasa też właściwie nie musiał długo czekać. Bo chociaż służacy go nie zastał to wieczorem pewnie jak kultysta wrócił do siebie to odesłał mu odpowiedź. Był chętny na spotkanie no ale nie w dzień gdy prowadził zajęcia i korepetycję. Po południu, bliżej zmierzchu albo wieczorem mógł się spotkać. Zaś od Aarona nie było żadnej odpowiedzi. Służący włożył mu bilecik od Joachima pod drzwi i tyle. Wieczorem nie było żadnego odzewu i dziś rano na razie też nie. Wszystko więc wskazywało na to, że spotkają się po południu lub o zmierzchu w aptece Sigismundusa.


                                    Jeszcze wcześniej, właściwie to wczoraj w dzień, podczas wizyty u barona WWirsberga spotkał Matkę Somnium. Przywitała się z nim oszczędnym, chłodnym uśmiechem i delikatnym skinieniem głowy. W końcu morrytom nie wypadało być zbyt żwawymi skoro służyli patronowi umarłych.

                                    - Witaj Joachimie. Znów się spotykamy jak widzę. Tym razem służbowo. - zagaiła młoda, bladolica kapłanka odziana w swoją firmową, żałobną czerń. Po czym zaczęła rozmowę z baronem. W sporej części pytała o to samo co astrolog i słyszała podobne odpowiedzi. I im obu baron powiedział coś nowego.

                                    Był na bagnach. Niechcący. Na polowaniu był i postrzelił jelonka. Ten jednak umknął no i wiadomo, w końcu by się wykrwawił i padł. Na polowaniu to norma. Więc chociaż krwawy trop zaczął prowadzić w coraz bardziej zabagnione okolice to baron wytrwale jechał za nim. Zaczął już się niepokoić bo koń zapadał się już po pęciny i zastanawiał się czy warto. Ale ostatecznie uznał, że spróbuje jeszcze kawałek bo nie chciał wracać z pustymi rękoma. Ba! Chciał pokazać tym przybyłym na turniej pyszałkom, że stary wilk ma jeszcze kły i może nimi kąsać! Więc to byłby towarzyski blamaż gdyby wrócił z pustymi rękami.

                                    - Aż tu w tej mgle słyszę jakiś kwik. Myślę sobie “To mój jelonek!”. Tylko czemu tak kwiczy? Coś się do niego dobiera myślę. Więc zsiadłem z konia, ale tam błoto, od razu do połowy uda! No i ciągnę konia za uzdę i idziemy kawałek po kawałku. A tam coś chlasta i chrupie. Uwiązałem więc uzdę do jakiegoś kikuta, wziąłem flintę w ręce, łuk na plecy bo wiadomo, taka wilgoć to niezbyt służy na proch, no i idę. I podchodzę poczwarę. I wtedy słyszę te kroki. Ogromne! Wielkie! Biegnie! Przez chwilę nie wiedziałem co robić ale wycelowałem flintę w mgłę i czekam. Myślę sobie, że co jak co ale prędzej strzelę niż ucieknę! - baron opowiadał to wczoraj z takim przejęciem jakby znów żywo przeżywał te wydarzenia na bagnach sprzed paru dni. W końcu okazało się, że tam rzeczywiście była jakaś poczwara we mgle. I rzeczywiście biegła czy co, musiała być wielka bo chociaż baron sam jej nie widział to słyszał, że to coś co w jego mniemaniu na pewno było o wiele większe od człowieka. Nawet większe od konnego. Zresztą potem jak znalazł truchło jelonka to i widział wielkie ślady w jego pobliżu. W jego ocenie to musiało być coś wielkości niedźwiedzia, trolla czy ogra. Tylko poruszało się chyba na czterech łapach albo się akurat przyczaiło na uciekającego jelenia. W każdym razie oczywiście nie był na tyle niemądry aby iść ich śladem tylko zabrał truchło, powlókł je do konia, przywiązał, wsiadł na siodło i odjechał.

                                    - Tylko tam był dziwny zapach. Myślałem, że to od tej bestii ale nie. Aż zacząłem kichać i oczy mi zaszły łzami. A potem czułem ten zapach po drodze. Wydaje mi się, że to od tego jelenia. Koń też był nerwowy całą drogę. A wcześniej nie. A to bojowy koń, na polowania go zabieram aby nie zrobił się rozlazły. Myślałem, że to może od tych bagien ale potem jak wyjechaliśmy z nich i przez las a to przecież spory kawał drogi do domku myśliwskiego. I cały czas robił chrapami i strzygł uszami jakby był zdenerwowany. Aż się odwracałem co jakiś czas czy ta poczwara albo inne plugastwo nie idzie za nami ale nic nie widziałem. Potem jak już dojechaliśmy to kazałem oporządzić tego jelenia i podać na kolację. Ale dobrze go zrobili bo jak jadłem to nic nie było czuć tego zapachu. Pewnie to w coś wlazł tej jeleń na bagnach albo się otarł i na sierści zostało. Ale potem przy oporządzaniu to skórę się zdejmuje, patroszy zwierza i tak dalej to musiało pomóc. - wywnioskował baron po swojej bagiennej przygodzie sprzed paru dni. Wydawał się nie przywiązywać do tego wielkiej wagi ale jak najpierw astrolog a potem kapłanka pytali o jakieś niezwykle wydarzenia to nic innego nie przyszło mu do głowy. Ot, często jeździł na polowania tylko tym razem sam z paroma psami i pomocnikami pojechał aby nie złamać żałoby. Zresztą w Festag rozmawiał o tym z kapłanem Absalonem czy wypada i ten mu dał znak, że można byle nie robić z tego zbiegowiska i zabawy co najwyżej samemu, jak przystało dawnym, mysliwym. Więc baron wziął to sobie do serca i chociaż wolałby pełne polowanie w towarzystwie i z porządną nagonką to jednak dostosował się do wymogów dobrych obyczajów i oddania hołdu zmarłej księżnej i na polowanie ruszył sam, konno i z jednym posokowcem. A, że na bagnach lęgnie się różne tałatajstwo to wszyscy wiedzieli od dawna. Dlatego nikt rozsądny się tam nie zapuszczał a naszczęscie nie były zbyt blisko miasta. Starszy wiekiem baron też normalnie by się tam nie zapuszczał no ale ten postrzałek go tam zaprowadził.

                                    - Następnym razem mości panie gdybyś miał jakieś wątpliwości względem żałoby to sugeruję zapytać kogoś z nas o zdanie. - kapłanka nie omieszkała dyplomatycznie zwrócić uwagę, że Absalon, niczego mu nie ujmując, służy bogowi mórz i oceanów. Zaś sprawy żałoby i pogrzebów podlegały jej patronowi. Ale widocznie nie chciała robić z tego sprawy i czynić szlachcicowi większych zarzutów. Ten zresztą też pokornie przyjął jej słowa przyznając jej rację.

                                    - Całe to zdarzenie mogło wpłynąć lub nawet wywołać ten straszny sen jaki mi opowiedziałeś panie. Ciekawi mnie ten mur jaki rozpoznałeś. Sugerowałby, że albo Akademia albo świątynia Mananna może mieć tu jakiś związek. Sam sen ma wydźwięk mocno niepokojący. Brzmi jak ostrzeżenie. Zaś te kroki jakie słyszałeś we śnie mogą być imaginacją tych kroków bestii z bagien jakie tam słyszałeś. To trochę dziwne, że bestia ze snu cię rozdeptała panie i poszła w stronę murów. Zwykle w snach jak już taki potwór dopada śniącego to albo ten się budzi tuż przed albo tuż po rozszarpaniu. A u ciebie rozdeptał cię jakbyś był za przeproszeniem, niewiele znaczącą przeszkodą i poszedł dalek ku tym dzwoneczkom i murom. To nietypowe. Jakby go ściągały te mury lub to co jest za nimi. - wydedukowała bladolica kapłanka gdy już wysłuchała wszystkich snów i relacji barona Wirstberga. Poradziła mu wypoczywać, darować sobie polowania i wycieczki na bagna a gdyby znów śniło mu się coś tak strasznego czy wyjątkowego to po nią posłać. Bo nawet zdawała się być zaintrygowana tym snem.


                                    Ale w końcu zaczęło się południe. I czas było wybrać się do Akademii na obiecaną kontrolę piwnic i magazynów jakie wedle ostrzeżeń astrologa miały być zagrożone. Czekał na niego rektor Vogel ale nie tylko. Wraz z nimi te podziemia i magazyny zacnej uczelni mieli zwiedzić mistrz ślusarski Bartolomeo jaki miał sprawdzić zabezpiecznia drzwi, zamków i zawiasów. Był pucułowatym mężczyzną w eleganckim żakiecie i koszuli z falbanami chociaż wydawał się nie być nawykły do takiego dostojnego stroju. Do tego miał ze sobą torbę jaka już wyglądała mało elegancko za to bardzo służbowo. W trakcie wizyty rzeczywiście do niej sięgał a to by wyjąć szkło powiększające, a to miarkę, a to poziomice i wydawał się znać na swoim slusarskim fachu.

                                    Drugi gościem była postać zdecydowanie bardziej złowieszcza. A mianowicie Hetrwig. Lub Hetzwig. Niejako etatowy łowca nagród ratusza, ten który najczęściej dostawał najlepsze zlecenia ale i mógł się pochwalić wieloma sukcesami w schwytaniu zbiegów, dezerterów i badnytów.

                                    - Jak widzisz panie kolego, potraktowałem sprawę poważnie. I wezwałem ekspertów od bezpieczeństwa aby przyjrzeli się temu wszystkiemu swoim fachowym okiem. I jeśli znajdą jakieś niedociągnięcia to liczę, że zwrócą nam na to uwagę abyśmy mogli je naprawić. Jak mawiam zawsze i moim kolegom i studentom “Bezpieczeństwo przede wszystkim!”. - wyjaśnił mu jowialnie rektor uczelni po czym gdy byli już w komplecie ruszyli na wycieczkę z przewodnikiem. Towarzyszył im jeszcze jakiś klucznik który właśnie miał cały pęk kluczy jakimi otwierał przed nimi różne drzwi.

                                    Przez cały czas Bartolomeo okazywał profesjonalny entuzjazm. Czyli oglądał chyba każde drzwi przez jakie przechodzili. Stukał, pukał, sprawdzał zawiasy, klamki no i zamki. Po czym dość luźnym tonem mówił, że tu może być, tu by się przydały nowe drzwi, tam zawiasy trzeba by dobić mocniej albo naoliwić. Podobnie kraty w oknach, te zwykle przechodziły pozytywnie kontrolę jego jakości. Przy okazji mówił też kosztorys ile by kosztowało zrobienie zwykłych drzwi, ile grubszych, ile za obicie blachą, ile za jaki rodzaj zamków i pogubić się w tym można było. Ale i tak dało się zrozumieć, że oferuje spory zakres usług, od najprostszych, pospolitych modeli po takie wzmacniane jak do skarbców. Podobie duża rozpętość była z cenami. Jak się mówiło o jednych czy dwóch drzwiach to jeszcze nie brzmiało to jakoś strasznie ale jak tu na uczelni było ich mnóstwo to suma takich napraw czy robienia na zamówienie nowych rosła astronomicznie z progu do progu. Ostatecznie mistrz ślusarski dał znać, że rozumie i tylko prosi o ogolne wytyczne jakie drzwi, ile, z czym mają być a on już przygotuje na dniach dokładniejszy kosztorys.

                                    Co mogło dziwić mimo swojej reputacji Hertwig się wiele nie odzywał. Raczej obserwował wszystko i wszystkich. A jak już pytał to o ludzi. Czyli kto tu bywa, kto tu ma dostęp, w jakich godzinach, kto tu przebywa w nocy i tak dalej. Bo jakby miał ustalać tu warty i patrole swoich ludzi to musiał wiedzieć o takich rzeczach. Przeor mu chętnie odpowiadał ale brzmiało to dość naturalnie. Do magazynach w piwnicach i tych wolnostojacych wokół i za placem zwykle mieli dostep magazynierzy albo nauczyciele jacy się zajmowali daną materią. Ot jak linoznawca miał zajęcia z robienia węzłów to szedł do magazynu linowego aby pobrać ich ilość dla swoich studentów lub prosił o to magazyniera aby mu je przygotował. Nocami cała Akademia była raczej pusta bo nikt tu nie mieszkał na stałe. Nauczyciele i studenci mieszkali na mieście lub w akademiku ale ten nie był na terenie uczelni. Nocą powinni tu być jedynie nocni stróże. Trzech co mieli swoją kanciapę obok recepcji aby w razie czego blisko było do głównej bramy. Robili regularne obchody w nocy a poza tym spuszczali psy. Psy ich znały to na nich nie szczekały ale na każdego obcego już tak. A mur zabezpieczał przed tym aby nie wybiegły gdzieś na miasto.

                                    - A nabrzeże? Przy nabrzeżu nie ma muru. - zauważył Hetzwig wskazując bokiem głowy na tą część terenu uczelni jaka przylegała bezpośrednio do wód zatoki. Tutaj rzeczywiście nie było muru. Co najwyżej dość zwykły płot z bali jaki często używano też do cumowania różnych łodzi.

                                    - No tak, tu muru nie ma. Ale nocą palimy tu lampy, psy nie wskakują do wody za to jakby ktoś nawet tam przybił to podniosą larum. - odparł mu rektor Vogel po krótkiej refleksji. Łowca nagród pokiwał głową i nie ciągnął dalej tego tematu.

                                    I tak przechodzili od magazynu do magazynu, od piwnicy do piwnica oglądając ten zgromadzony w trzewiach Akademii inwentarz. A było co oglądać. Cały magazyn lin, drewna ciesielskiego, desek, bali. Oraz narzędzia do ich obróbki. Większość drewna pochodziła z tutejszych lasów ale niektóre przywożono aż z Kisleva a ta najrzadsze, na te najcenniejsze, ozdobne elementy wyposażenia czy mebli nawet z dalekich, południowych krain. Poza tym był magazyn różnych rud metali i ich półproduktów. Także warsztat ludwisarzy gdzie odlewano dzwony ale i lufy armat. Magazyn różnych broni. I bosaki, i tasaki, czy szable do walki bezpośredniej, łuki i kusze do walki zasięgowej ale też osobne magazyny na broń palną, proch oraz artylerię. Do tego cała masa różnych mebli, stołów, szaf, regałów, biórek jakie po prostu zużywały się podczas pracy edukacyjnej i trzeba było mieć je w zapasie. A częściowo stolarska część studentów wykonywała je w ramach zajęć więc raczej ich nigdy nie brakowało a rektor Vogel pochwalił się, że nawet zdarza się robić im takie rzeczy na zamówienie z miasta. W ogóle zachowywał się jak dumny właściciel oprowadzający gości po swojej medalowej stadninie. Jednak wydawało się, że całkiem słusznie bo Akademia miała liczne swoje zakamarki i pomniejsze grupy czy kierunki a wszystko grało ze sobą całkiem harmonijnie.

                                    Co do nadprzyrodzonych zmysłów magistra to raczej nie zachowywały się jakoś nadzwyczajnie. Widział swoim niewidzialnym okiem, że eter przenika przez ten skrawej materialnego świata jak to zwykle bywało. Czasem zawirował tam czy tu ale to mógł być efekt zwyczajowych zawirowań zmiennych w końcu wiatrów magii albo jakiś detal mógł je wywoływać. Albo echo dawno rzuconego czaru lub obecności magicznego przedmiotu. Albo nawet taki co jeszcze tu był ale miał dość nikłe właściwości. Tak było przez większość wycieczki aż zeszli pod główny budynek Akademii, do jej piwnic. Tam też część pomieszczeń pełniła rolę magazynów. Dopiero jak doszli do pozornie niczym nie wyróżniających się drzwi chociaż całkiem solidnych to wiedźmi wzrok magistra ożywił się rejestrując pomimo ścian, że coś tam mocno zaburza swobodny przepływ wiatrów magii.

                                    - Tu widzę, solidna robota. Trudno się do czegoś przyczepić. No może ja bym maznął troszkę oliwy w zamek i nawiasy. Blachą można by jeszcze obić. Albo nawet drugie drzwi lub kraty zamontować. Bo przejście grube to jest miejsce na podwójne drzwi. - odezwał się Bartolomeo jak zwykle zabierając się za ocenę drzwi i wejścia. Zrobiło na nim pozytywne wrażenie jako solidna ochrona. Ale jednak nie byłby mistrzem w swoim fachu jakby nie znalazł czegoś co by można mimo to ulepszyć.

                                    - A co tu w ogóle jest? - zapytał łowca nagród bez większego zainteresowania. Wnętrze bowiem nie imponowało. Nie było okien więc panowała ciemnica rozświetlana tylko lampami jakie przynieśli. A wyglądało jak graciarnia. Jakieś regały zastawione licznym, zakurzonymi baniakami, skrzyneczkami, workami i bliżej niezidentyfikowanymi gratami.

                                    - A to… To jest nasz magazynek na różne rzeczy niejasnego lub kłopotliwego pochodzenia. - przyznał rektor z pewnym wahaniem. Hetrzwig spojrzał na niego nagle całkiem bystro. Cała senność ruchów jakoś znikła z jego twarzy.

                                    - Znaczy heretyckie? - zapytał lekko się uśmiechając. Mało przyjemnym uśmiechem.

                                    - Jeśli zostaną uznane za heretyckie to zawiadamiamy o tym władze ratusza. Twoich przełożonych. Oraz kapłanów. Komisyjnie orzekają wtedy co z danym fantem czynić. Jeśli uznają, że jest bezpieczny i wiadomo co to jest i jak tego używać wówczas korzystamy z tego jako pomoce dydaktyczne lub tak jak mogą nam się przydać. Jeśli są heretyckie czy niebezpiecznie wówczas przekazujemy je władzom które robią z nimo porządek, najczęściej je niszczą z tego co wiem. A jak ani to ani to to, albo sprawa budzi nadzieję na pozytywne rozwiązanie czy też może to być do czegoś potrzebne w przyszłości wówczas ląduje tutaj. - rektor Vogel chyba spodziewał się tego pytania z ust łowcy czarownic bo udzielił pełnej i wyczerpującej odpowiedzi jakby omawiał kolejny, dobrze działajacy mechanizm. Hetzwig nieco przygasł jakby rybka co miał już na haczyku znów wyślizgnęła mu się do wody ale nie drążył dalej tematu.

                                    Ta rozmowa jednak pozwoliła Joachimowi rzucić okiem na wnętrze piwnicznego magazynu. Nie tylko tymi własnymi oczami jakie miała większość śmiertelników. I o ile w reszcie uczelni Eter działał tak jak zwykle w mieście i okolicy, te drobne zawirowania mogły być efektem jakichś eterycznych kaprysów pogody to tutaj, w tej piwniczce wiatry aż skręcało gdy coś tutaj je mocno wypaczało. Wyczuwał zapach stęchlizny i zgnilizny. Nie był pewny czy inni też to wyczuwają i do pewnego stopnia było to naturalne w piwnicy do jakiej od dawna się nie zagląda. Ale wyczuwał swoim trzecim okiem jakiego fizycznie nie miał, że jest tu coś co wypacza wiatry. Gdzieś zwłaszcza tam w głębi, pod ścianą. Chociaż tu musiało być więcej czynników jakie wpływały na przepływ Eteru to tam pod ścianą było najsilniejsze źródło. W końcu wydawało mu się, że je zlokalizował. Wielka, pancerna, okręcona łańcuchem skrzynia.

                                    https://i.imgur.com/VSXFCWl.jpg

                                    Cokolwiek w niej było wpływało na rzeczywistość. Wydawało mu się, że w pobliżu skrzyni powietrze faluje jak wtedy gdy w upalny dzień rozgrzewa się od słonecznego blasku. Mimo, że tu nie było żadnego okna i poza wizytami kogoś z lampą panowały tu całkowite ciemności. Wcale też nie było tu ciepło, raczej chłodno takim nieprzyjemnym, wilgotnym, piwnicznym chłodem. Dhar jednak emanowała spod tej skrzyni i to pomimo, że na jej powierzchni dostrzegł glify ochronne z Kolegium Światła jakie specjalizowało się w walce z demonami i innymi pomiotami ciemności. Glify tworzyły niewidzialną barierę próbującą zniewolić i stłamsić te dzwoneczki. Jak podszedł blisko wydawało mu się, że je słyszy. Tak samo jak we śnie. Delikatny szum, kojący i wabiący, tysiąca dzwoneczków jakie układały się w ledwo słyszalną melodię.

                                    - No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #84

                                      Oryginalny autor: Pipboy79

                                      Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (2/2)

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                                      Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
                                      Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąb

                                      Joachim

                                      Po swojej wizycie w morskiej uczelni było w sam raz aby udać się na przeciwległy koniec miasta, na Gnojną gdzie Sigismundus miał swoją aptekę. To łażenie po różnych zakamarkach Akademii zajęło całkiem sporo czasu. Gdy młody magister opuszczał bramę to było już popołudnie i z pochmurnego dotąd nieba zaczęło nieprzyjemnie mżyć.

                                      Gdy później wraz z brzdęknięciem dzwonka uderzonego przez drzwi, wszedł do apteki przywitał go gruby gospodarz. Uśmiechnął się jowialnie jakby zobaczył starego przyjaciela.

                                      - Ah któż to zawitał w moje skromne progi? Sam nasz młody i obiecujący uczony i to w takiej zaszczytnej sprawie! - Sigismundus powitał go bardzo serdecznie. Rozpostarł szeroko swoje mięsiste ramiona i otworzył blat aby kolega mógł wejść za ladę.

                                      - Wejdź, wejdź, jesteś pierwszy. - zaprosił go na zaplecze gdzie miał coś w rodzaju biura i jadalni. W każdym razie przeciętna rodzina by się tu zmieściła przy jednym, prostokątnym i solidnym chociaż dość prosto wyglądającym stole. Gospodarz otworzył barek i zaprezentował mu całą baterię różnych nalewek.

                                      - Sam robiłem! Wiesz jaka z igieł wychodzi dobra nalewka? Kto by się spodziewał? Pewien przemytnik dał mi kiedyś przepis jak pomogłem w połogu jego żonie. - powiedział ustawiając parę butelek oraz kilka prostych kubków. Pozwolił gościowi wybrać na co ma ochotę.

                                      - I co? Przejrzałeś te przepisy? Niektóre są takie proste! To niesamowite! Ależ ta Oster musiała być genialna aby zrobić takie wyjątkowe coś z tak pospolitego czegoś! Te najprostsze to już zacząłem robić. Znaczy przygotowywac bo nie wszystkie składniki mam. Prawie wszystkie mam u siebie. Ale nie wszystkie. Po te co brakują posłałem Strupasa. Do wieczora powinien wrócić. Jednak na te bardziej zaawansowane to jednak już więcej wysiłku. Szkoda. Są efektywniejsze. Ale cóż, bez pracy nie ma kołaczy, jak chce się mieć wyjątkowe efekty to trzeba będzie sobie trochę pochodzić i pobrudzić rączki no nie? - powiedział wypijając pierwszy toast za zdrowie gościa i nie mogąc się powstrzymać aby nie zacząć rozmowy od dominujacym ostatnio u niego temacie. Ale ledwo zaczęli rozmawiać o tym a usłyszeli odgłos dzwonka u drzwi. Grubas więc przeprosił na chwilę i wyszedł sprawdzić kto przyszedł. Po chwili dały się słyszeć kroki dwóch osób i do środka wrócił gospodarz razem z Thobiasem.

                                      - A witaj kolego. Dawno się nie widzieliśmy. Dobrze cię widzieć w dobrym zdrowiu. - przywitał się guwernant dystyngowanym tonem i rozejrzał się gdzie by tu można spocząć. Na czymś w miarę czystym i schludnym. W końcu coś znalazł i położył mokrą torbę w jakiej nosił pomoce dydaktyczne i notatki obok siebie. Po mokrym ubraniu dało się poznać, że nadal mży.

                                      - Siadaj, siadaj. Napij się na co masz ochotę. Miło, że wpadliście chłoaki, już myślałem, że tylko Otto zna do mnie adres. No i Strupas. - aptekarz chyba szczerze cieszył się z ich wizyty i w ogóle wydawał się być w dobrym humorze.

                                      - Pewnie byś wolał aby nasze koleżanki częściej cię odwiedzały co? - zagaił go nauczyciel biorąc do ręki jedną z butelek i oglądając ją oraz czytając etykietę.

                                      - A tak! A tak! Bardzo chętnie! Najlepiej aby przyszły, zdjęły majtki, rozłożyły nogi i dały sobie wstrzyknąć dar Oster! Przecież sami słyszeliście Mergę! Od tego się nie umiera! Nie wiem czego się boją. Przecież to co one tam dają sobie wsadzać to na pewno nie byłoby dla nich nic strasznego ani wyjątkowego. W pół pacierza obrobiłbym je wszystkie! Wiecie jakie to proste? Prostrze niż myślałem jak to Merga opisywała. Już to zrobiłem na tych dwóch co mam w piwnicy. I wiecie co? Nic! Dalej żyją i nic im nie jest! Nawet brzuch im nie urósł! A! A ta z traktu już wydała pierwszą wylinkę! Chcecie zobaczyć? - aptekarz nie mógł sobie darować, że ich ladacznice ze zboru odmówiły współpracy w tak zaszczytnym celu jakim było oddanie hołdu dziedzictwu Czterech Sióstr. Ale jednocześnie już osiągnięte suckesy bardzo go ożywiały i dodawały mnóstwo zapału i pozytywnej energii. Nawet był gotów pokazać kolegom efekt swojej pracy.

                                      - No pokaż. Tak z naukowej oczywiście ciekawości. Popieram ten projekt tak w ogólnych założeniach ale nie powiem abym chicał przykładać do niego ręki, że tak powiem osobiście. Oczywiście dla nas wszystkich jako zboru to jak najbardziej zacny projekt, przyjemnie będzie patrzeć jak to zepsute miasto, zwłaszcza te pyszałkowate, nadęte elity będzie padać pod naporem narzędzi Chaosu. - Thobias jak zwykle lubił podkreślić swoją wyższość intelektualną nad rozmówcami i nie omieszkal tego uczynić teraz. Ale gospodarz nie zwracał na to większej uwagi niesiony na skrzydłach swojej wiary. Dał im znać aby podążali za nim i ruszyli po schodach w dół do piwnicy.

                                      - Dobrze powiedziane. Szkoda, że te nasze ladacznice nie chcą poświęcić się dla sprawy. Razem byśmy mieli pół tuzina nosicielek! A nie dwie. A przecież od tego się nie umiera i nawet można wyjść z tego bez krzywdy i brzucha co by przynosił sromotę. - po drodze aptekarz musiał się zatrzymać aby otworzyć jednym z kluczy kolejne drzwi. I znów wrócił do niewdzięcznych koleżanek ze zboru.

                                      - A nie rozmawiałeś o tym ze Starszym? Aby je jakoś nakłonił? - zaciekawił się nauczyciel czekajac aż drzwi staną otworem.

                                      - Rozmawiałem. Prosiłem i tłumaczyłem. Powiedział tylko tyle, że to nasze siostry więc jak któraś się zgłosi to tak bardzo chętnie. Ale jak nie to mam zakaz aby ich porywać czy wstrzykiwać coś im bez zgody i wiedzy. Skąd on wiedział? Własnie rozmawialiśmy wcześniej ze Strupasem, że jak one tak balują, coś by im można dolać do wina, poszłyby spać do rana a my byśmy się zakradli, obdarowali je prezentem i byłoby już po sprawie. Przecież jakby już miały ten dar w sobie to po ptokach. Co by zrobiły? Poszły na steaż miejską? Do łowców czarownic? No ale nie. Zabronił. Tylko jakby się same zgłosiły i zgodziły. Jeszcze pytałem o tą ich Bretonkę co tam się z nimi zabawia. W końcu ona nie jest z naszej rodziny nie? A każda sztuka jest ważna i to jak najwcześniej. No tutaj to samo. Powiedział, że Pirora i reszta ją lubią, mają co do niej swoje plany, że może w przyszłości przystanie do nas więc no też nie. Chyba, że sama by się zgodziła. - aptekarz wyraźnie się zafrasował gdy to najbardziej oczywiste źródło nosicielek czyli ich koleżanki ze zboru co i tak były wtajemniczone w sprawę odpadało. I na razie nie tylko żadna się nie zgłosiła do tej roli ale też były dość solidarnie odmowne. Ale tak do końca jeszcze Sigismundus nie tracił nadziei, że może którąś z nich uda się pozyskać dla sprawy.

                                      - No może jak będzie po pierwszych miotach i zobaczą, że od tego się nie umiera i da sie przeżyć to któraś nabierze rozumu do głowy i pojmie jaka to ważna rzecz. Zresztą. Sami zobaczcie chłopaki. Czy one wyglądają na takie co im się dzieje jakaś krzywda? - powiedział markotnie otwierając ostatnie drzwi i wchodząc do większej piwnicy. Ta była podzielona na cztery cele z których dwie zajmowały młode kobiety. Jedna chyba nie do końca była wieźniem bo drzwi do celi byly otwarte a ona sama wstała z posłania swobodnie. Druga dla odmiany nie wyglądała na taką co jest tu z własnej woli bo była przywiązana do obręczy wmurowanej w ścianę i wyglądała na senną.

                                      - Ah i to nasze dwie utalentowane nosicielki. To jest Loszka. Moja ulubienica. No chodź, chodź Loszka, przywitaj się z kolegami. - aptekarz zaprezentował swoje dość skromne liczebnie stado hodowlane wskazując na obie kobiety za kratami. Ta o czarnych włosach, nieco skołtunionych, wyszła z celi uśmiechając się nieco niepewnie a nieco głupkowato. Ją właśnie Sigismundus przedstawił jako Loszkę. Wydawało się, że jej rozum rozpłynął się już dawno w jakimś szaleństwie.

                                      - No Loszka, pokaż brzuszek kolegom. Pokaż co tam masz. No? Pokaż. - Sigismundus zwracał się do niej jak do małego dziecka i to takiego niezbyt rozumnego. Albo do jakiejś tresowanej małpki. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie a gdy zaczął podwijać jej koszulę domyśliła się chyba o co chodzi bo ją uniosła. Ukazał się raczej płaski brzuch, bynajmniej nie ciążowy. Za to było widać trzy kołowe znamię Nurgla, jakby wypalone albo wytrawione kwasem na jej brzuchu.

                                      - To prezent z jaskini Oster. Została wynagrodzona i pobłogosławiona za swoją służbę. - pochwalił siebie i ją Sigismundus. - Widzicie? Płaska jest. Nic nie wystaje. Nic jej nie jest. Cała i zdrowa. Na nic się nie skarży. - pokazał im ją jak swojego pacjenta aby zademonstrować kolegom i to tym bardziej uczonym z ich zboru, że nic jej nie dolega. Thobias pokiwał głową przyglądając jej się chłodno po czym wskazał na tą drugą co była zamknięta w celi.

                                      - A ta? Ona nie wygląda zbyt zdrowo. - zapytał o drugą pacjentkę co leżała przywiązana do swojej pryczy i poruszała się jak przez niespokojny sen.

                                      - A to ta idiotka co ją zgarnęliśmy z chłopakami z traktu. A te podziemne zwierzoludy drugą. Teraz żałuję, żeśmy nie zgarnęli obu dla siebie. Przydalaby się. Strupas u nich był nidawno aby może dało się ją wytargować ale nic z tego. Nie był pewny ale oni sami by chętnie dostali jeszcze parę samic. Tak samo jak zimą. Po co im samice? Będą się rozmnażać? Z naszymi samicami? To możliwe? Dziwne jak dla mnie. No ale chociaż są namolni na te nowe samice to nie wiem czy możemy na nich liczyć przy zdobywaniu kolejnych. Ja tam sam nie pójdę, zresztą nie wiem gdzie to jest a Starszy zabronił tam chodzić Strupasowi samemu. To nieco utrudnia jakies kontakty nawet jakby coś dało się z nimi załatwić z tymi samicami. - aptekarz znów westchnął gdy kolejny trop jaki miał nadzieję przybliżyć go do kolejnych nosicielek okazał się mocno wyboisty.

                                      - Ale czemu ona taka chora? - Thobias przypomniał mu czemu pytał o tą niezbyt przytomną więżniarkę.

                                      - A nie, nie ona nie jest chora, jest całkiem zdrowa. Tylko się bez przerwy drze, płacze, wyrywa, szarpie, gryzie i pluje więc musimy jej podawać ziółka na uspokojenie no i wiązać. Ale sami zobaczcie na jej brzuch i resztę. Widzicie? Plaska. Zdrowa i nic jej nie jest. - otworzył jej celę jak to mówił wszedł do środka i zadarł koszulę nosicielki. I tam też widać było wolno poruszający się brzuch ale żadnych zmian chorobowych na nim nie było. Ani tego co tam ma w środku brzucha. Twarz i skóra była spocona a z bliska dało się wyczuć niezbyt przyjemny zapach dawno nie mytego ciała. To jednak nie musiało być związane z tym stanem pseudociąży.

                                      - Ale na razie to dość wczesny etap. Ile to minęło? Drugi dzień? - Thobias musiał mieć naturę uczonego bo wszystko to przyjmował z pewnym chłodnym profesjonalizma ale też i nutką naukowej ciekawości.

                                      - Tak, drugi dzień. I mam już pierwsze wylinki! Dokładnie tak jak mówiła Merga! Chodźcie, pokażę wam! - oznajmił radośnie gospodarz i znów szybko wyszedł z celi i zaprowadził ich do stołu. Na nim były jakieś papiery, notatki, kalendarz oraz opisane pojemniczki. Zupełnie jak przystało na porządnego uczonego dokumentującego swoje badania.

                                      - O, widzicie? To z tej idiotki. Z wczoraj. Dzisiaj miała o te tutaj. To już druga wylinka. Szybko rosną maluchy! Jeśli to co Merga mówiła jest prawdą to jutro będzie miała trzecią wylinkę. I kto wie? Może w Festag już będzie pierwszy miot! - pokazał kolegom coś co wyglądało jak witkie nie wiadomo co. Jak łupina cebuli albo czosnku. Takie cienkie, półprzyzroczyste, delikatne coś. I tłumaczył czym to coś jest i jakie wiąże z tym nadzieje.

                                      - A to od Loszki. Dopiero dzisiaj miała. Ale jest większe. Pewnie więc będzie miała te większe. Na pewno! Jest przecież taka zdolna i pobłogosławiona znamieniem Oster! No to by za tydzień miała rozwiązanie. Jakoś w Marktag. Dzień przed, dzień po ale jakoś tak. Ale jeszcze będę czekał na kolejne wylinki. - radował się jak ojciec jaki spodziewa się narodzin wyczekiwanego dziecka. I znów wydawało się, że ta bezmózga dziewczyna jest jego faworytą i ulubienicą z jaką wiąże wielkie nadzieje.

                                      - No cóż, życzę ci powodzenia Sigismundusie. Ale z tego co wiem to mieliśmy dzisiaj omawiać nieco inne sprawy. Przejrzałem tą listę składnikow jakie podała nam Merga. Myślę, że lwią część powinieneś mieć w swojej oczywiście świetnie zaopatrzonej aptece a jak nie powinny być dość łatwo dostępne w innych przybytkach. Jest jednak kilka składników jakie budzi moje zastanowienie. - nauczyciel wrócił do swojego mentorskiego tonu jakby już tutaj się naoglądał wystarczająco i teraz miał ochotę zająć się sprawą jaka ich tu sprowadziła.

                                      - A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                                      Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
                                      Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąb

                                      Heinrich

                                      https://i.pinimg.com/originals/00/55...ab3b3a2dc2.jpg

                                      - A to jest Cori, nasza ulubiona kelnerka w tej dziurze. - Łasica przedstawiła Heinrichowi blondwłosą dziewczynę jaka przyniosła im kufle i resztę zamówienia. Rzeczywiście było na co popatrzeć.

                                      - Miło mi cię poznać. Cori jestem, właściwie Corette bo moja mama była Bretonką, ale wszyscy tutaj mi mówią Cori. - przedstawiła się uroczo urocza blondynka. Zresztą jak zdążył zauważyć Heinrich przykuwała uwagę nie tylko obu łotrzyc. Zresztą ona tutaj była ich punktem kontaktowym, zwykle jak ktoś ze zobru miał przekazać którejś z nich a ich tu nie zastał to trzeba było przekazać wieści czy list albo coś innego właśnie Cori.

                                      - Cori nawet nie wiesz jaką harówą się ostatnio zajmujemy. Kompletnie wysiadają mi kolana i stopy. Koniecznie musisz mi zrobić ten swój ożywczy masaż. - biadoliła Burgund jakby jej ktoś wyrządził niebywałą krzywdę w pracy.

                                      - Naprawdę? - zaciekawiła się blondynka chyba mając na tyle wprawy w relacjach z nimi, że rozpoznała, że to ubrawiają i przesadzają ale jeszcze nie była wiadomo jak bardzo.

                                      - Dokładnie tak jak ta ruda małpa mówi. Wyobraź sobie cały dzień na kolanach. Albo na czworkach. Przy pucowaniu gały. I to w ubraniu! I nie tak fajnie jak lubimy tylko ciężka, codzienna harówa od rana do wieczora! - Łasica też dołączyła się do użalania się nad swoim ciężkim losem gdy musiała się wbrew swojej łotrzykowej naturze skalać ciężką, uczciwą pracą. Do tego nudną i mozolną.

                                      - No dobrze. Zrobię wam ten masaż. - uśmiechnęła się ładnie kelnerka i dostała w zamian podobnie wdzięczne uśmiechy. Po czym pisnęła gdy Łasica na odchodne trzepnęła ją w tyłek co wywołało parę rozbawionych uśmiechów u sąsiadów przy innych stołach.

                                      - Co się śmiejecie nicponie?! Klepanie w tyłek kelnerki przynosi jej szczęście! - zawołała do nich łotrzyca w swoich skórzanych spodniach. Obie chyba zdążyły się przebrać po tej świątynnej harówie na jaką z takim talentem utyskiwały bo zwłaszcza Łasica w tych skórzanych spodniach to wyglądała na zabijakę i awanturnicę a nie skruszoną grzesznicę.

                                      - Oj tak, kupa roboty w tej świątyni. A nasz czcigodny kapłan Absalon dalej ciska na nas błyskawice w oczach. Gdyby mógł to by pewnie nas przepędził albo utopił. Ale jest postęp. Właśnie Cori nam powiedziała, że Pirora przysłała wieści, że ten oficer od morrytów, ten z kluczem, “powiedział tak” naszej Fabi więc jutro mają spotkanie u Pirory. Dobrze. Może uda nam się pożyczyć klucz aby zrobić odbitkę. To byśmy były wtedy już jedną nogą w skarbcu. Jak się uda to aż chyba w podziękowaniu dobiorę się do tego jej bladolicego, bretońskiego kuperka i pojadę ją na ostro tak jak lubi. - Łasica już ciszej streściła Heinrichowi najświeższe wieści służbowe. Wyglądało, że ten proces zdobywania klucza zaczęty parę dni temu i policzony na ileś tam etapów i osób w końcu zaczyna iść we właściwym kierunku.

                                      - Dzisiaj to ona pewnie jest u Pirory. W Konigstag mają lekcje języków obcych. Więc pewnie Soria i Pirora ją dziś obrabia. A wczoraj miały być u Kamili na tym kółku poetyckim. Ciekawe jak im poszło. - rudowłosa łotrzyca zastanawiała się na głos gdzie i co mogły porabiać ich zdeprawowane i szlachetnie urodzone koleżanki. I wydawały się dość dobrze zorientowane w swoich grafikach, przynajmniej w tych stałych wydarzeniach albo te o jakich rozmawiały ze sobą ostatnim razem.

                                      - No a co tam w wielkim mieście, poza świątynnymi murami? Bo my to dopiero zaczynamy dzień i wracamy do życia. - niebieskowłosa łotrzyca zagaiła do Heinricha co go tutaj sprowadza bo raczej nie był stałym bywalcem tej tawerny.

                                      - Może byłeś w okolicy jak mżyć zaczęło i nie było już innego suchego dachu w okolicy co by wejść i się ogrzać. - zaśmiała się cicho Burgund chyba nie spodziewając się, że odwiedził je w celach towarzyskich.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #85

                                        Oryginalny autor: Zell

                                        Popołudnie, tawerna “Wesoła mewa”

                                        Heinrich na okazję pobytu tutaj porzucił wytworne ubranie i nieskazitelność skóry. Przyczernił nierówno włosy, jako komuś kto wygląda starzej niż jest naprawdę. Charakteryzował swój wygląd, aby jego twarz wydawała się umęczona nie wiekiem, ale życiem.

                                        - Chciałem zobaczyć was po przemianie w cnotliwe dziewice. - odparł nachylając się bliżej do dziewczyn - Przecież może ta atmosfera działać po pracach, w tle. - przesunął wzrokiem po twarzy Burgund - Czy ta harówa wygładziła wam skórę dłoni, gdy myłyście te podłogi? - czule przesunął kosmyk włosów Burgund opadający na twarz - Czyżby taka cnota też wygładziła wam skórę twarzy, czy tak miałyście zawsze, a mój wzrok za stary? - zapytał szeptem patrząc kobiecie w oczy.

                                        - To taka gładsza jestem jak się z bliska patrzy? - zaciekawiła się filuternie Burgund wcale się nie odsuwając od kolegi ze zboru. Nawet podparła sobie dłonią twarz przesuwając tą drugą po włosach mężczyzny w całkiem pieszczotliwym geście.

                                        - No to może Heinrichu powinieneś częściej patrzeć z bliska. Ona ma tak z bliska całkiem ciekawe miejsca do oglądania. Takie gładkie i w ogóle. - Łasica bez skrępowania zajrzała w ładnie wyeksponowany dekolt koleżanki gdy ta się tak ładnie pochyliła nad stołem odpowiadając na ruch Heinricha.

                                        - Ale z tą harówą to mamy dość. Gdyby nie to, że jesteśmy na robocie dawno byśmy rzuciły tą męczarnie. - dorzuciła liderka wężowych dziewczyn ze zboru dając znać, że udawanie cnotliwej niewiasty pokutującej całymi dniami w największej świątyni w mieście jakoś nie leży w gestii jej zainteresowań. Jednak skoro to był tylko bilet wstępu do zdobycia zasobów jakie wzmocnią zbór to była gotowa się poświęcić.

                                        - Nieludzka mordęga. Poświęcacie się dla sprawy, godne pochwały. - mężczyzna pokiwał głową z aprobatą - Nie wierzę, że gromadka świątynna nie zwraca na was należytej uwagi. - uśmiechnął się do Burgund - Może powinna pokazywać bardziej te gładkie i tajemne miejsca? - zwrócił się do Łasicy - Wiecie. Całkowicie niewinnie, przypadkiem.

                                        - Ależ my bardzo chętnie! Zwłaszcza w ramach pokuty my bardzo chętnie byśmy pokazywały co sobie kto życzy i z najgłębszą pokorą i gorliwością wypełniały wszelkie pokutne polecenia jakie by ktoś miał dla niegodnych ladacznic! - zapewniła Łasica tak żarliwie jak to by jakaś biczowniczka wyznająca kanon wiary nie powstydziła. I do tego jakby odkryła pokrewieństwo dusz i zainteresowań z rozmówcą.

                                        - A gdyby ten ktoś kazał nam odsłonić wszystko, nawet nie przypadkiem aby obnażyć naszą sromotę to naturalnie nie ośmieliłybyśmy się protestować tylko starały się sprostać tym wymaganiom i życzeniom. - Burgund wdzięcznie przejęła pałeczkę tej rozmowy co tylko potwierdzało jak obie się świetnie rozumieją i uzupełniają nawet bez przygotowania.

                                        - No ale niestety nie na robocie. - westchnela z wyraźnym żalem Łasica zupełnie jakby za szyba cukierni widziała smakowity tort ale nie mogła po niego sięgnąć.

                                        - No. Nie możemy ryzykować. Absalon to i tak krzywo na nas patrzy jakby tylko czekał na pretekst aby nas wywalić. A to by nam wszystko utrudniło. - Burgund też smutno westchnęła jakby całkiem lubiła zabawę w cierpienia młodej pokutnicy.

                                        - Bo jak jesteśmy hostessami w teatrze albo kelnerkami na przyjęciu u Pirory to co innego. To bardzo chętnie i Pirora też to na rękę. No ale teraz to poważna sprawa to lepiej nie ryzykować. - liderka slaaneshytek pokiwała smutnie głową, że nawet jak prywatnie ma inne zamiłowania i preferencje to "na robocie" chociaż z żalem to jest w stanie je okiełznać.

                                        - Ale ja i tak pogadałam trochę ze Stanem. To rybak. Młody. Ma jakieś majaki i sny dokąd chyba usłyszał syreni śpiew. Jak tak na szybko liczyłam to całkiem możliwe, że słyszał naszą Sorię jak jeszcze buszowała jako syrena. Ala matka go przyprowadziła no i nie mogłam za bardzo z nim gadać. Może jakby któregoś dnia sam przyszedł to wtedy. Bo go nie znam. Młody jakiś. - rudowłosa podzieliła się wiadomością, że jednak nie wszystko było takie szare, trudne i smutne podczas dzisiejszej harówy.

                                        - Aha. A mnie się udało służyć pięknej pani w okropnie ubłoconych trzewikach. Strasznie je próbowała wyczyścić przed wejściem więc oczywiście pokornie zaproponowałam swoje plugawe ręce. Podobało mi się jak przed nią klęczałam i miałam jej stopę na swoich udach. Szkoda, że obie byłyśmy w ubraniach i przy świadkach. Ona też patrzyła na mnie z góry tak aprobująco jakby lubiła kleczace przed sobą służki. Oby! Przynajmniej coś pożytecznego by z tego wyszło. Ale też jej nie znam. Może to jedna z tych co przyjechała na turniej. - niebieskowłosa w skórzanych spodniach też podzieliła się z kolegą że przeżyła podczas dnia w świątyni jakoś przyjemne momenty.

                                        - Im wyższa głowa, tym większa szansa na smak w uległych służkach. - stwierdził Heinrich - Może temu Absalon tak bardzo chciałby się was pozbyć? Żeby sama wasza obecność nie rozbudzała grzesznych myśli podwładnych? - uśmiechnął się półgębkiem - Albo nawet takich myśli w nim samym. Nie byłbym bardzo zdziwiony takim obrotem spraw. Może by dało się takowe wywołać?

                                        - Może. - odparła po chwili zwłoki niebieskowłosa łotrzyca w skórzanych spodniach po tym jak naradziła się spojrzeniem ze swoją partnerką.

                                        - Ale na mnie robi wrażenie kogoś kto naprawdę nie lubi i pogardza kobietami. Poza tym ta przykrywką jest na spalenie. Po Festag zapewne zrobimy skok i Johana z Barbarą z Salzburga zniknął. - dała znać, jak widzi sprawę.

                                        - Nawet trochę szkoda. Taki silny i stanowczy mężczyzna. Mogłoby być ciekawie. - Burgund wyraziła swój żal na myśl, że zapewne nie będzie im dane spróbować się z mocarnym i stanowczym kapłanem.

                                        - Ale kto wie? Może tak jak mówisz, wiara tamtej trzódki Absalona może wcale nie jest tak mocna jakby chciał. Przynajmniej nie u wszystkich. - dodała dziewczyna w spodniach z wesołym uśmiechem.

                                        - Ale jeśli ktoś nie da się zaciągnąć na szybki numerek w jakimś zakamarku to raczej tego nie sprawdzimy. - Burgund zdawała się być sceptyczna co do szans na uwiedzenie kogoś w ciągu kilku nadchodzących dni gdy miały odgrywać swoją pokorną rolę.

                                        - No tak, szkoda ryzykować jak jesteśmy na robocie. - koleżanka zgodziła się z jej wnioskiem.

                                        - Cóż, zawsze z taką możliwością można po akcji pomyśleć, a przynajmniej takie rozważania umiliły by wam przetrwanie tych mordęg. - pogłaskał Burgund po policzku nim odparł się na krześle - Choć ja do was i w innym typie romansu przychodzę. Pomocy mi trzeba w ogarnięciu własnych interesów... a dokładniej to zależy mi na podwładnych poza nas. Jakby to rzec... Nieobarczonych ciężarem innym niż pieniądz. A do tego możliwi do poświęcenia w razie potrzeb, bez uronienia łezki. - dodał powoli lekko chrapliwym głosem.

                                        Obie łotrzyce uśmiechnęły się ładnie do tych życzeń pomyślności w planach ale przestały się uśmiechać jak się okazało po co kolega ich tu odwiedził. Popatrzyły po sobie chwilę się namyślając po czym jak zwykle pierwsza odezwała się Łasica.

                                        - A to różnie. Zależy kogo szukasz. Do jakiej roboty. Na kiedy i tak dalej. - dała znać, że takie ogólne zagadnienie jest zbyt ogólne aby mogły kogoś od ręki polecić.

                                        - Na ten moment konkretnego zadania nie mam, a tylko chęć nawiązania współpracy... długoterminowej. Takiej co za odpowiedni pieniądz podejmie się wszystkiego. Zależy mi na posiadaniu dostępu do informacji niższego miasta. - spojrzał na Łasicę - Moje plany mogą rodzić się niespodziewanie i ulegać zmianom... - pstryknął palcami w powietrze -... bez ostrzeżenia, wedle potrzeb. Temu nie mogę tylko na waszych umiejętnościach i znajomościach z innymi polegać. Potrzebuję być w pewnym sensie samodzielny. Za poprzedniego życia było trochę łatwiej w tej kwestii, choć swoich ludzi też miałem. Sądzę, że łatwiej jednak szukać niż unikać. Więcej widocznych zagrożeń.

                                        - Ale masz wymagania… - zaśmiała się Łasica chociaż krótko i bez wesołości. Obie łotrzyce popatrzyły na siebie z zastanowieniem.

                                        - Zwykle się kogoś szuka na konkretną robotę albo jakiś typ. Wiesz, co innego jest szukać zabójcy, co innego szajki do obrabiania kogoś w ciemnych zaułkach a co innego bandę co komuś wybije zęby czy okna. Raczej mało kto jest na tyle uniwersalny aby mieć kogoś na każdą okazję. - Burgund odparła aby nakreślić koledze jak to się zwykle u nich w ferajnie zaczyna od szukania odpowiednich ludzi.

                                        - No i jak za pieniądz to nie licz na jakąś lojalność do grobowej deski. Przynajmniej na początku. Za pierwszym razem to zwykle obie strony zakładają, że lepiej nie mieć do tej drugiej zbyt wielkiego zaufania. A to przychodzi z czasem. Jak się okazuje, że ta druga strona nie robi cię w wała. - dorzuciła Łasica dając znać, że tak na początek to wielkiej miłości między wynajmującym a najmitami to też raczej nie będzie.

                                        - Musisz się na coś zdecydować. Kogo szukasz. Bo ludzie z ferajny zwykle się specjalizują w jakimś typie zleceń. I mają określone powiązania no i opinię na mieście. Co ma dobre i złe strony. Goście spoza miasta są bardziej płynni. Głównie ci z załóg statków albo co niedawno przybyli do miasta. Nie mają powiązań albo słabe, więc po nich za bardzo nikt by zapewne nie płakał ale też i słabo znają miasto no i nie mają powiązań. Więc to zależy kogo szukaz. - Łasica znów wróciła do punktu w jakim pewnie i mogłaby kogoś polecić no ale właśnie potrzebowała znać więcej detali kogo właściwie szuka Heinrich do tej współpracy.

                                        - Kogoś, kto zajmowałby się pozyskiwaniem informacji z miasta, nie ze sfer wyższych. Kogoś, kto w razie potrzeby nastawiałby ucha, nawet jeżeli własnym by ryzykował. - spojrzał zaciekawiony na Łasicę i nagle dodał - Naprawdę włamujesz się do pokoi naszych sprzymierzeńców by nocą się z nimi kochać?

                                        Obie łotrzyce w skupieniu marszczyły brwi i powoli kiwały głowami przyswajając te dokładniejsze wytyczne kogo szukał Heinrich więc jego ostatnie pytanie nieco je zaskoczyło. Ale i wywołało radosne i bezczelne uśmiechy.

                                        - Dziewczyny ci powiedziały? Pewnie Pirora co? - domyśliła się liderka łotrzyc i wyznawczyń Węża szczerząc się do niego radośnie. I chyba wzmianka o tamtym numerze ją ucieszyła.

                                        - A tak, zdarzyło mi się. Włamałam się do pokoju Pirory jak jeszcze w zimie mieszkała w karczmie i zanim się przeprowadziła tam na Bursztynową do siebie. Włamałam się a potem się kochałyśmy całą noc! Było fantastycznie! - roześmiała się wesoło więc chyba tamtą zimową i nocną przygodę wspomniała równie ciepło i miło jak jej blondwłosa i błękitnokrwista partnerka.

                                        - A z tymi uszami no to jest parę osób. - dorzuciła po chwili i zaczęły się we dwie na głos zastanawiać kto by mógł tu być odpowiedni. Parę imion czy ksyw jakie heinrichowi nic nie mówiły przewinęło się i z przyczyn różnych koleżankom nie wydały się w końcu odpowiednie. Ale ostatecznie parę “twarzy” mu podpowiedziały, łącznie z tym jak ich znaleźć i się z nimi skontaktować.

                                        No więc do ciężkich zadań to był dobry Łamigłówka. Chłopak z ferajny. Taki odpowiednik Silnego. Chyba nawet znali się między sobą chociaż z widzenia. Rosły, silny i brutalny. W sam raz aby komuś połamać szczękę czy żebra, wejść “na rympał” czym wyraźnie obie łotrzyce gardziły i same uważały się za elitę tutejszych włamywaczy, oszustów i naciągaczy zaś przemocą fizyczną wyraźnie gardziły. No ale czasem i taka była potrzebna. Łamigłówka mokrą robotą raczej się nie zajmował tak świadomie i celowo ale, że miał ciężką rękę i pałę - stąd właśnie jego ksywa - to i zdarzało się, że nie wszystkie ofiary jego napaści dożywały kolejnego dnia.

                                        Był też Lipka. Bardziej podobny fachem do obu łotrzyc. Kieszonkowiec i włamywacza jednak koleżanki po fachu dały wyraźnie poznać, że może i ma ten fach w ręku, ale obie uważają się za lepsze od niego. Niemniej to był typowy miejski rzezimieszek, w sam raz aby gdzieś się zakraść czy coś zwędzić.

                                        Był Stukacz. Bo stukał swoimi drewnianymi podestami co mu zostały po dawnych nogach. Był wcześniej marynarzem póki ułamany maszt nie strzaskał mu obu nóg tak bardzo, że trzeba było je obciąć. Teraz był zawodowym żebrakiem. Za parę groszy mógł być niewidzialny w miejscach skąd nie przeganiano żebraków.

                                        Była Lisa Kuperek. Ladacznica pełną gębą. Ale prawie zawsze z jakimś syfem lub leczyła się po jakimś czy też ktoś ją znów zbrzuchacił. Więc raczej nie miała co liczyć na zatrudnienie w karczmach, tawernach czy burdelach nie mówiąc już o zamtuzach i lokalach z wyższej półki. Jako pospolita, portowa dziwka pracowała na ulicy, zwykle w portowych rejonach. Więc nie była zbyt wybredna co do klientów a i właśnie ksywa o tym świadczyła. Mimo wszystko głupia nie była więc może i coś by załatwić umiała o ile oczywiście ladacznica pasowałaby do takiego miejsca i zadania.

                                        Była też Czerwony Kubraczek. Ksywa od czerwonego ubrania w jakim często chodziła. Dawniej miała zadatki na herszta jakiegoś pomniejszego gangu, może nawet by z czasem awansowali na poważniejszych graczy bo śmiałości, odwagi i mocnych pięści jej nie brakowało a do tego miała głowę na karku. Niestety za bardzo lubiła zagraniczne używki dla jakich d straciła głowę a w końcu swój gang i pozycję. Obecnie wciąż miewała porywy dawnej świetności ale jednak chwilowe i nałóg wciąż ją zżerał. Jej lojalność była mocno chwiejna bo zwykle należała do tego kto mógł jej zaoferować woreczek z pożądaną substancją a jak wszyscy w ferajnie o tym wiedzieli no to nikt nie najmował jej do poważnych zadań. Ale czasem frajerzy w porcie dawali się nabrać na jej wygląd i gadkę bo jak chciała to potrafiła być bardzo przekonywująca a nawet czarująca tak jak dawniej.

                                        No jeszcze był Bercik. Niziołek co miał sklepik z gruchotami. Ale wszyscy wiedzieli, że to także paser. Za to brał prawie wszystko chociaż oczywiście za podłą cenę, 20% wartości to chyba był jego górny limit no ale jak ktoś, coś zwędził i chciał upłynnić, zwłaszcza jak zależało mu na czasie no to szedł do Bercika. Była plotka, że sprzedawał też plotki i można było się od niego różnych rzeczy dowiedzieć, zwłaszcza właśnie takich od swoich klientów, tych lewych. Było też nieprzyjemne podejrzenie, że być może rozmawiał równie chętnie ze strażą miejską lub innymi takimi łowcami nagród więc nad jego głową zbierały się ciemne chmury. Ferajna strasznie nie lubiła kapusiów i zwykle potem znajdowano ich trupy w Zaułku Topielców. Widocznie na razie albo go na niczym nie złapano za rękę albo to było takie gadanie bo jakoś dalej prosperował i nikt mu drugiego uśmiechu na gardle nie dorobił.

                                        - No to masz tu parę osób. Rób co uważasz. Po żadnej z nich za bardzo byśmy nie płakały i raczej nie znają się z nami inaczej niż z widzenia. Ale jak dla mnie drogi na skróty nie ma i jak chcesz sobie założyć siatkę szpiegowską to po prostu musisz założyć siatkę szpiegowską. Gotowej nikt ci nie da i jak zaczynasz od zera to musisz ją budować kawałek po kawałku. - zakończyła swój wywód Łasica dając znać, że może zostawić z tym kolegę i dać mu działać po swojemu. Ale, że wątpi aby ot tak udało mu się sklecić sprawny mechanizm bez poświęcania czasu i własnego zaangażowania.

                                        Heinrich uśmiechnął się z zadowoleniem i skinął głową.

                                        - Taki zaczątek mi wystarczy. Hmm... A gdybym chciał komuś włamać się do pokoju by zmolestować to do ciebie walić? - zapytał żartobliwie Łasicy.

                                        - Oczywiście! Zwłaszcza jak to byłby ktoś przystojny albo jakaś ślicznotka. Jak jeszcze by lubił taki ktoś zabawy z nocnymi włamywaczkami to już w ogóle z uśmiechem na ustach i pocałowaniem w rękę! A co? Masz kogoś takiego? - Łasica znów się roześmiała widząc, że Heinrich wrócił do jednego z jej ulubionych tematów i okazała pełen entuzjazm dla takiej inicjatywy. Burgund zresztą też pokiwała głową dając wyraz swojego poparcia i zainteresowania.

                                        - Na razie nie mam innego... tylko siebie. Ale to opcja jedynie dla chętnych na bardzo ostre traktowanie. - zaśmiał się... niepewne czy mówił poważnie - No i dzieciaka, Joachima się znaczy, bo biedak coś spięty.

                                        - Chętnych na bardzo ostre traktowanie? - Łasica spojrzała porozumiewawczo na swoją rudowłosą partnerkę jak kot co usłyszał buszującą po podłodze mysz. Na obu twarzach wykwitły wesołe uśmieszki.

                                        - No to może i by się dało coś zrobić. Jakby jakaś dziura w oknie albo rysy przy zamku to nie był powód do jakiejś wielkiej afery. - powiedziała liderka slaaneshytek jakby podchodziła do negocjacji poważnej transakcji handlowej. Tylko takiej jaka sprawia jej dużo przyjemności, a i przedmiot obrotu też jest przez nią lubiany.

                                        - A Joachim taki spięty? Za dużo pracuje i za mało chodzi po tawernach. Sam widzisz jakie fajne dziewczyny można tam spotkać. A są jeszcze i inne rozrywki. - Burgund dołączyła do koleżanki w tej rozmowie wymownie zataczając dłonią na resztę tej hałaśliwej pstrokacizny jaka siedziała, stała, chodziła, kłóciła się, rozmawiała czy rżnęła w karty w tej portowej tawernie. Także ich trójka wydawała się tylko kolejną grupką w tej hałaśliwej i barwnej mieszance.

                                        - Na wieczór jestem poza domem, ale w nocy zostaję w domu. - spojrzał uważnie po kobietach - Tylko czy naprawdę jesteście pewne wyboru? Nie przyjmuję reklamacji.

                                        - Naprawdę? Dla mnie brzmi jak zaproszenie. A właściwie to masz jakieś doświadczenie w tej materii drogi panie? - Łasica spojrzała znów na rudowłosą koleżankę, ale sama wzięła gliniany kufel i upiła z niego łyk wracając spojrzeniem do swojego rozmówcy siedzącego po drugiej stronie stołu. Tym razem uderzyła w bardziej kokietujący ton niż przed chwilą.

                                        - No właśnie. Na co by takie dwie nocne włamywaczki mogły liczyć? - zapytała Burgund też ciekawa tego umawiania się na niezapowiedzianą nocną wizytę.

                                        - Doświadczenie inkwizycyjnej przeszłości może być nagięte na ukaranie bezczelnych kobiet, które wejdą w coś, z czego tak łatwo się nie wyplączą. - złożył pocałunek na policzku Łasicy, po czym uniósł się z siedzenia - Zostawię was na razie splątane wyobraźnią. Na razie.

                                        - No to my cię też zostawim+y. Na razie. - odparła wesoło i całkiem obiecująco Łasica nie mając nic przeciwko takiemu cmoknięciu w policzek. Burgund też mu posłała całusa po czym tak je zostawił obie przy stole.

                                        - To do jutra. Pewnie będziemy na tym rodzinnym spotkaniu. - rzuciła mu Łasica na pożegnanie.

                                        Wieczór, kamienica Joachima

                                        Były Inkwizytor miał dobry nastrój, gdy zbliżał się do miejsca, w którym mieszkał mag-kultysta. Zapowiadało się dość ironiczne spotkanie między nieposłusznym Sigmarowi magiem a człowiekiem, który większość swojego dorosłego życia spędził na łowieniu takich i zabijaniu ich... niekoniecznie bez ofiar osób trzecich.
                                        Z delikatnym samozadowoleniem, ruszył do drzwi młodego maga, ubrany w skórzaną kurtę podróżną pod podróżnym płaszczem. Zapukał do tych "wrót" twardą drewnianą laską i w oczekiwaniu przybrał poważny wzrok profesjonalisty.

                                        Drzwi otworzył ponuro wyglądający zbrojny z opaską na oku, którego Heinrich mógł rozpoznać jako ochroniarza Joachima, Gunthera, od niedawna też członka zboru. Zmierzył on inkwizytora badawczym spojrzeniem.

                                        - Szukacie mistrza Joachima?

                                        Heinrich spojrzał na Gunthera i skinął głową.

                                        - W rzeczy samej. Mamy do przedyskutowania sprawy.


                                        Po chwili Heinrich został zaproszony do salonu, gdzie czarodziej, kończący właśnie popijanie jakiś ziół, wstał z fotela.

                                        - Heinrichu, co cię do mnie sprowadza? - zmrużył nieco oczy.

                                        Były Łowca Czarownic obserwował reakcję Joachima.

                                        - Czyżby był jakiś problem? - zapytał wprost, jakby przechodził do przesłuchania - Przeszkodziłem w czymś? Wyglądasz na spiętego.

                                        - Intensywny dzień miałem… - czarodziej wbił spojrzenie w Inkwizytora. Jako członkowie Zboru powinni wykazywać do siebie minimum zaufania, ale w końcu Heinrich był wcześniej łowcą czarownic.
                                        - To chyba nie jest przesłuchanie? Jesteśmy po tej samej stronie, prawda?

                                        - Jeszcze kilka miesięcy temu to była opcja byśmy byli wrogami. - Heinrich odparł naturalne, bez cienia winy - Ciężko uwolnić się od przeszłości, prawda? - dodał retorycznie i kontynuował - A do tego twoje mieszkanie byłoby słabym miejscem na takową rozmowę z przymusu, i to jeszcze jak masz ochronę. - przeniósł ciężar na trzymaną laskę - Nie obawiaj się starego bezzębnego psa z metalem w szczęce. - chrapliwie zaśmiał się - Przychodzę by pomoc zaoferować. Z Akademią.

                                        - Z Akademią? - błysk pojawił się w oku Joachima.
                                        - Byłem tam dzisiaj z rektorem i łowcą nagród Hetzwigiem. Artefakt Vesty znajduje się podziemiach zapięczętowany w skrzyni, która chyba tłumi jego moc, ale ja ją i tak wyczułem…. problem polega na tym, że żeby tam się dostać opowiedziałem o zagrożeniu i że ktoś może chcieć wykraść coś cennego z Akademii. Dlatego planują wzmocnić zabezpieczenia…

                                        Heinrich lekko uśmiechnął się.

                                        - Jakiś czas temu rozmawiałem z Czerwonym Johanem. - odezwał się po wysłuchaniu całej opowieści maga o tym, co wydarzyło się w Akademii - Jest możliwość bym zagadał go ponownie, aby właśnie dostać przydział jako ochrona w Akademii, cenne ładunki... Możliwie nawet Rune miałby z tym łatwiej by się wkręcić lub kogoś innego. - wyjaśnił.

                                        - Dobry pomysł… wtedy uderzymy w nocy, weźmiemy artefakt i uciekniemy z nim… tylko wtedy osoby zaangażowane w ochronę będą podejrzane… dobrze byłoby np. jakieś rany udać… - zauważył Joachim.

                                        - A twoje umiejętności w magicznych iluzjach? - dopytał były inkwizytor.

                                        -To nie jest moja specjalność, jestem Astromantą - westchnął czarodziej - mogę w pewnym zakresie przewidzieć przyszłość, zmienić los, wędrować jako postać astralna…

                                        - Zawsze możemy po prostu jednego z ochrony ubić by samemu nie musieć dużo oberwać. - zaproponował.

                                        - Jutro jest spotkanie Zboru, możemy dopracować szczegóły…. pytanie czy lepiej zaangażować w to dziewczyny Łasicy czy grupę Silnego?
                                        - Sądzę, że Silny to lepszy wybór. - zastanowił się - Choć... Daj mi czas, przemyślę i podam na Zborze. Dziewczyny są w świątyni zaangażowane, a i tak wielu nie chce do Akademii wciskać. - spojrzał w oczy maga - A jak w sumie było z Hetzwigiem?

                                        - Całkiem w porządku, był ciekaw moich zdolności wróżbiarskich i pytał się gdzie mieszkam. - Raczej nie wyglądało by mnie o coś podejrzewał, albo przynajmniej dobrze to maskował... - Joachim wzruszył ramionami.

                                        - Hmm... - Heinrich przymknął oczy - Możliwe, że pomysł się stworzył, ale dopiero jutro zobaczę czy wszystkie kawałki się złożą. - otworzył oczy - Pamiętasz, kiedy Merga odpływa?

                                        - Chyba po Festag, miała zabrać ze sobą do Norski zrabowane mienie ze świątyni…a czemu ma to znaczenie dla tej sprawy?

                                        - Qui pro quo, Joachimie. - von Achterberg zmrużył oczy i powtórzył powoli niepokojącym okrutnym tonem - Qui pro quo.


                                        Opuszczając dom Joachima były inkwizytor zastanawiał się nad kolejnym dniem. Na pewno będzie musiał spotkać się z Rune, najlepiej jeszcze przed zborem. Resztę spraw będzie mógł załatwić podczas zgromadzenia.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #86

                                          Oryginalny autor: Seachmall

                                          Konigtag; ranek; świątynia Mananna

                                          Mnich westchnął, siostry nie uznały go na razie za godnego herolda ich przybycia. Vigo, George, Annika i Marissa będą musieli na razie wystarczyć. Przygotował się do kolejnego dnia w służbie lepszym od siebie i ruszył na miasto, najpierw do świątyni.

                                          Przywitał Łasicę delikatnym uśmiechem.

                                          - Och, ten deszcz został pobłogosławiony przez Węża. Każdemu na kogo nie okrytą skórę spadnie kropla wyrasta członek albo dziura. Teraz wszyscy tam eksperymentują. - pogłaskał czule kobietę po policzku - A ty musisz pozostać tu i udawać pokutnicę. Och, biedactwo.

                                          - To by było nawet ciekawe. Chociaż trudne do ukrycia. Ale mieć tyle przyrodzeń albo otworków do penetracji i zabawy no to musiałoby być ciekawe. Chociaż nie wiem czy sama bym tak chciała. - Łasicy chyba spodobała się taka wizja odmalowana przez kolegę bo zadumała się nad nią przez chwilę i jakoś nic nie miała przeciwko takiej pieszczocie policzka jaką jej zaserwował.

                                          - Po co ci więcej otworków czy przyrodzeń? Z tymi co masz to trudno obrobić bo jesteś taka pazerna. Zresztą jak to by było takie widoczne to byś od razu na stos trafiła. - Burgund pokręciła swoją miedzianą głową ale raczej z rozbawienia niż prawdziwej negacji słów koleżanki.

                                          - Tak czy inaczej na razie zostajemy tutaj i z tym. - Łasica miała tak dopasowany bogobojny czepek, że nie było widać jej charakterystycznych, granatowo - niebieskich włosów. Ale i tak wskazała smętnym gestem na wiadro, szmaty i miotły z jakimi musiały się zmagać aby doprowadzić tą wieżę dzwonną do porządku.

                                          - W sumie miałem do was sprawę. Mówiłyście, że macie jakąś koleżankę, która poznałaby drogi Ojczulka. Sigismundus poprosił mnie, abym z nią porozmawiał. Jest dobrym naukowcem, ale brak mu obycia z piękniejszą płcią. Możemy ustalić jakieś spotkanie?

                                          - Tak? Tak mówiłyśmy? - Łasica zamrugała oczami jakby niezbyt kojarzyła takie swoje słowa. Ale Burgund trzepnęła ją lekko w ramię aby zwrócić na siebie jej uwagę.

                                          - To pewnie mu chodzi o tą co Onyx mówiła. Że mają tam w robocie tą Laurę czy jakoś tak. - przypomniała jej rudowłosa w białym czepku co ostatnio mówiła ich wężowa koleżanka. Teraz i Łasica pokiwała głową, że już sobie coś przypomina.

                                          - A racja, było coś… - przyznała i zastanowiła się chwilę. - Czasem coś Onyx o niej wspominała jak sie wymieniałyśmy plotkami z pracy ale my to raczej jej nie znamy. To trzeba by się z Onyx ugadywać, ona ją zna. W końcu pracują razem. My to możemy najwyżej przekazać jej wiadomość. Ale dopiero po tej tutaj harówie na szmacie. Wieczorem pewnie. To może jutro sam będziesz ją prędzej widział jak przyjdzie na spotkanie. - liderka slaaneshytek zgodziła się przekazać wieści koleżance no ale, że była z Burgund póki co uwiązana do roboty tutaj to możliwe, że zanim się skontaktują z Onyx to prędzej jutro wieczorem Otto sam ją spotka na zborze. *


                                          Konigtag; przedpołudnie; hospicjum

                                          Przybycie Fabianne Otto przyjął z ulgą. Każdy dzień był dla niego nerwowy odkąd usłyszał przepowiednię Somnium. Musiał przestać pokładać taką wagę na słowa służki Morra.
                                          Spojrzał na szlachciankę słysząc jej pytanie co do Herolda Soren.

                                          - Niestety Marissa, jak Annika nie jest tu z naszej woli czy chęci. Musimy dostać zezwolenie na wypuszczenie jej, jeżeli postąpimy wbrew ich zaleceniom, mogą odmówić wpuszczenia jej w ogóle. Trochę cierpliwości Frau von Mannlieb. - uśmiechnął się - Naciesz się na razie swoim nowym nabytkiem, a martwieniem się o Marissę i Thorna pozwól zająć się mi. Jednak, jeżeli mogę. Czy byłabyś chętna zainwestować trochę w Annikę? Dziewczyna ma wielką podróż przed sobą, niedługą, ale istotną. I trzeba by ją była odpowiednio odziać i wyekwipować. Zabrałbym ją do płatnerza, niech dziecię nacieszy swoją rządzę krwi czymś ostrym.

                                          - Do płatnerza? - tego bretońska szlachcianka chyba się nie spodziewała. Bo spojrzała z zastanowieniem najpierw na rozmówcę a potem na rzeczoną już właściwie byłą pacjentkę hospicjum. I jej kasztanowłosa koleżankę. Te spojrzały też nieco zaskoczone na Otto ale czekały na przebieg rozmowy.

                                          - Właściwie mogę. Ale się kompletnie na tym nie znam. Na ubraniach i strojach to tak no i jeszcze zwykle Oksana mi doradza. Ale na broni i zbrojach to w ogóle. Ale pojechać możemy. Tylko już nie dzisiaj bo jesteśmy umówione u Pirory i Sorii. Może jutro albo w nowym tygodniu. - ostatecznie chociaż materia o jakiej mówił mnich była raczej mało znana szlachciance to jednak zgodziła się tam zabrać swoją nową służącą.

                                          - Och, oczywiście nie dzisiaj. Masz na pewno dużo na głowie, a Annika chce pewnie zaznać trochę przyjemności przed obowiązkami. Przekaż jej po prostu moją ofertę, na pewno się ucieszy. Mnie też się przyda wyekwipować na jej podróż. - skłonił się szlachciance - Proszę pozdrów ode mnie czcigodną Sorię i Pirorę.

                                          - Dobrze, przekażę im pozdrowienia od ciebie. A z Anniką to możemy się umówić na któryś dzień. Dobrze aby był z nami ktoś kto się na tym wszystkim zna bo ja to w ogóle. Jak już mam wydać na coś pieniądze to bym wolała na coś skutecznego i pożytecznego. - czarnowłosa i bladolica szlachcianka zgodziła się na taką propozycję. Chociaż w tej militarnej sprawie nie czuła się orłem sądząc po tonie i wyrazie twarzy.

                                          - A przyjemności no to oczywiście, moja łaźnia już czeka na jej przybycie. - uśmiechnęła się do przyjemniejszych i bardziej znajomych tematów zerkając w stronę gdzie na chwilę odeszły obie pensjonariuszki hospicjum.

                                          - Powodzenia zatem chętnie bym się przyłączył, ale mam inne obowiązki tutaj. Oczekuję jednak dokładnych relacji, jak zobaczymy się następnym razem. - Otto uśmiechnął się do szlachcianki i skłonił na pożegnanie.

                                          - Oh, Otto, bardzo chętnie bym cię ugościła tak jak ostatnio Pirora no ale byłeś u mnie i sam widziałeś w jakich okropnych warunkach muszę żyć i nie mogę się nawet we własnym domu czuć tak swobodnie jakbym chciała. Takie wizyty w salonie to górna granica na co mogę sobie pozwolić. - czarnowłosa szlachcianka o mleczno białej cerze obleczonej w elegancką, czarną, żałobną suknię westchnęła przejmująco skarżąc się młodemu mnichowi na swój ciężki los. I zapewne nie chodziło jej o warunki materialne bo tak na oko Otto to rezydencji von Mannliebów niczego nie zbywało co zapewne powinna mieć rezydencja pełnomorskiego kapitana i jego młodej żony. Ale mimo, że owa młoda żona mówiła nieco na wyrost to żal na ten brak swobody działania wydawał się autentyczny. W końcu w przeciwieństwie do jej blondwłosej przyjaciółki z Averlandu nie mogła sobie pozwolić aby urządzić sobie prywatny loch w piwnicy do pikantnych zabaw jakie obie lubiły.

                                          - No ale w tych skromnych progach będziesz oczywiście zawsze mile widziany. I oczywiście opowiem ci wszystko ze szczegółami no i może nawet wyślę Annikę bo niech chociaż dziewczyna trochę poużywa życia skoro jej pani tak nie może jakby chciała. - dodała zerkając na drzwi przez jakie właśnie wracały obie młode pensjonariuszki hospicjum. Ich pani zdawała się im zazdrościć, że dzięki swojej anonimowości mogą sobie pozwolić na znacznie więcej niż ona co była rozpoznawalna w towarzystwie a pewnie nie tylko.

                                          Reszta dnia minęła Otto bez większych wydarzeń. Wracając do domu zaplanował sobie następny dzień. Rano odwiedzi świątyni Morra, nawet jeżeli nie znajdzie Matki Somnium, ma kilku zmarłych za których chciałby się pomodlić. Później oczywiście jego powinność w Hospicjum, ale nie podejrzewał, aby dużo się działo. Zastanawiało go czy uda mu się odwiedzić Fabianne i Annikę przed zborem i zabrać je na małe zakupy dla Herolda Norry.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy