Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Kultyści - Lato 2519
Kultyści - Lato 2519
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
DhratlachD
Dhratlach jako
Marcus Schleiffer (ex BG)
Niekatywny
SeachS
Seach jako
Otto "Puste Oko"
SantorineS
Santorine jako
Egon Herschkel
ZellZ
Zell jako
Heinrich von Achterberg

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
341 Posty 6 Uczestników 4.7k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine jako Egon Herschkel
    napisał ostatnio edytowany przez
    #329

    Egon wyciągnął chustę podarowaną przez van Hansen.

    – Spójrzcie, to jest wdzięczność milady Froyi – rzekł, mając nadzieję, że chusta zrobi jeszcze większe wrażenie.. – Milady zaprosiła nas do swego dworu, aby wynagrodzić nas potem.
    - Medyka? Na barce? A kogo stać na medyka? - Wagner zdziwił się, takim pomysłem. Ale jednak na tym nie poprzestał. - Ale jakieś bandaże to się znajdą. Zobaczę jak ich się da poskładać. No rzeczywiście nieźle was te orki pocięły. - Szyper podszedł do tej najbardziej poranionej trójki jaka siedziała lub leżała na belach materiału albo skrzynkach. Posłał jednego z marynarzy pod pokład.
    - I lady Froya zaprosiła was do siebie? Wszystkich? Cóż za wspaniała i życzliwa kobieta. Potrafi okazać wdzięczność. - Mytniczka przygryzła wargi i pokiwała głową ze zrozumieniem. Ale miała minę jakby się zaraz miała rozpłakać ze złości i żalu na wdzięczność lady van Hansen jaka ją ominęła.
    - Ja tam wolę jak mi kobiety okazują wdzięczność w inny sposób. Na kolanach albo na czworakach. Pode mną też może być, łaskawy i wyrozumiały he he jestem. - Silny mruknął poufale do Egona. I widocznie słowa zaaferowanej celnik całkiem inaczej mu się skojarzyły. Buurgund trzepnęła go ostrzegawczo w ramię aby się pohamował.
    - Wieczorem będziesz miał okazję z nią się tak pobawić. Sam mówiłeś. - Przypomniała mu co niedawno mówił w szalupie.
    - Dobra, dobra. - Łysy machnął niedbale ręką, jakby na razie sprośne żarty mu wystarczały.
    - Nasza Martin robiła co mogła i nawet zdjęła parę gobasów. Ale to daleko jak na łuk było, wysoko trzeba było strzelać aby któregoś trafić. - Gezackt był w podobnej sytuacji jak Jutta i nie mógł się osobistymi sukcesami pochwalić to chociaż wskazał na szczupłą łuczniczkę ze swojej bandy jaka strzelała do zielonoskórych.
    - Starał się. No i musiałam uważać aby nie trafić którejś z nich albo was. Nie widziałam, że to szlachcianki. - Blondynka wywołana do odpowiedzi, przyznała rację hersztowi chyba zdawała sobie sprawę, że jej udział w pokonaniu zagrożenia był dość niewielki.
    - Już! Już mam! - Przybiegł ten marynarz posłany przez szypra i pomachał rolkami jakiegoś płótnia. Nie były to gotowe bandaże ale można je było z tego zaimprowizować.
    - Ale Astrid to nie godzi się tak publicznie obnażać. Przecież to szlachcianka. Jutta pomogłabyś mi się nią zająć? - Burgund chytrze podeszła i szypra i celniczkę. Rzeczywiście wśród poważnie rannych blondynka z północy była jedyną kobietą i aby ją opatrzyć pewnie by trzeba zdjąć chociaż górę jej sukni. Marynarzy i najemników to na chwilę skonsternowało ale brunetka nie wahała się ani chwili.
    - Oczywiście! Zrobię co tylko się da aby pomóc tak dzielnej kobiecie co stawała razem z mężami! - Zapewniła gorliwie i szybko złapała jedną rolę od Wagnera.
    - Egon? Możesz wziąć Astrid i zanieść do jej kajuty? - Łotrzyca poprosiła kolegę naturalnym tonem ale z błyskiem złośliwej satysfakcji w oku. Bo zapowiadało się, że będą mieli w kajucie taki skład jaki planowali niedawno w łodzi. A Jutta wydawała się jeszcze bardziej przejęta i chętna do współpracy niż początkowo wyglądało.
    - Ładna ta chustka. To od tej szlachcianki? No tak, słyszałem, że one lubią takie rzeczy. Zwykłe dziewczyny też takie mają no ale nie takie drogie. Ale, żeby szlachcianka komuś nie ze szlachty dała… - Gezackt przyjrzał się kawałkowi jedwabiowi w sękatej łapie gladiatora i był pod wrażeniem. Chustki nosiły i zwykłe mieszczki ale lniane a nie jedwabne no i nie tak starannie obszyte koronką i raczej bez inicjałów.
    - Ja znam szlachcianki co dają nie tylko chustki. Ale z każdej strony i nie marudzą, że je głowa boli. - Zaśmiał sie chrapliwie łysy mięśniak i spojrzał porozumiewawczo na Egona i Burgund co stali najbliżej. Ale na tyle cicho, że reszta chyba nie usłyszała.
    - No ładna. Moja pani też ma podobną. Ma ich kilka. Ale nie widziałam aby komuś dawała. - Annika też zainteresowała się chustką Froyi. Przesunęła po niej palcami i wywołała jeszcze większość wesołość u silnego bo właśnie jej pani znana była w kulcie z dawania ale nie chustek. Burgund znów go spiorunowała wzrokiem aby się pohamował.
    - A ja słyszałem, że w dawaniu najlepsze są Bretonki! - Zarechotał Szybki, chociaż raczej nie słyszał tej szeptanej rozmowy. To wywołał falę dzikiego śmiechu u prawie wszystkich, zwłaszcza u Silnego. Łotrzyca przewróciła oczami ale też się uśmiechnęła.
    - Na dawanie od naszej Bretonki to będzie trzeba poczekać do powrotu. A teraz chodżcie zająć się Juttą. Też przecież potrafi dawać i to nie chustki. - Skinęła na Egona, żeby ruszyć do Astrid i Jutty. Mytniczka stała przy Norsmence i troskliwie dopytywała się gdzie ją najbardziej boli.

    Egon stwierdził, że jeśli szło o opatrzenie ran, to więcej już zdziałać nie mogli. Felczera ani jakiegokolwiek mistrza wprawnego w medycynę zaiste na statku uświadczyć nie mogli, a płótna, które posłużą do zatamowania krwawienia musiały wystarczyć. Niewiele też było tego czasu na leczenie dla ferajny, która, bądź co bądź, zebrała całkiem niezły łomot od zielonoskórych. Wydawało się, że z tego wszystkiego jeno on, Rune i Silny wyszli w miarę w jednym kawałku. Sprawiło to, że przepełniła go duma, bowiem prawdziwi czciciele Pana Krwi dali sobie radę w bitce.

    Jedynie gdyby jakoś udało się wyłuskać zielonoskórych z lasów i przekabacić ich na swoją sprawę… No. Ale czas na knowania zostawił na później.

    Puściwszy uwagi Silnego pomimo ucha (wdawać się w gadaninę nie chciał, coś zepsuć mógłby jeszcze), rzekł:

    – Chodźże, Astrid. Całaś poobijana przez te zielone bestie – Egon użyczył ramię dziewczynie i podniósł ją, po czym począł zmierzać do kajuty.

    Łysy kamrat poklepał go na pożegnanie po plecach i na razie darował sobie sprośne uwagi. Gladiator zaś podszedł do blondwłosej córki jarla. Musiał się nachylić aby mogła objąć jego szyję. A potem dostosować się do jej kuśtykania. Przed nimi szły Jutta z Burgund. Mytniczka otworzyła drzwi do burtowej nadbudówki a łotrzyca do kajuty. Tutaj Egon był po raz pierwszy. Okazało się, że portowy zbir miał rację i to była klitka. Składana na ścianę prycza na jakiej musiał ostrożnie położyć Astrid. Parę prostych wieszaków na ścianie i prosta szafa w kącie. Składany na ścianę stolik i mały stołek. Sufit był tak nisko, że taki rosły mąż jak on to prawie o niego zawadzał głową. Kobiety były niższe no i nie tak masywne, to im było lżej. Ale we czwórkę to i tak zrobiło się trochę ciasno. Burgund weszła ostatnia i uśmiechnęła się gdy zasunęła skobel w drzwiach aby nikt im nie przeszkadzał.
    - To będę ci musiała zdjąć tą suknię Astrid. - Zelnik powiedziała przepraszająco i życzliwie do siedzącej na pryczy Norsmenki.
    - No to zdejmuj. - Blondynka nie robiła przeszkód. Więc Jutta usiadła przy jej boku i zaczeła majstrować przy tych wszystkich sznurkach i zapięciach. Burgund usiadła u drugiego boku Astrid i zaczęla jej pomagać. Po chwili obie wysunęły ramiona skald z sukni i ta nieco się skrzywiła z bólu i wstrzymała oddech. Pojawiła się biała koszula na jakiej wyraźnie widać było dwa krwawe zacieki, tam gdzie orcze ostrza przebiły się przez jej skórznię. Koleżanki ją też zdjęły i pokazał się nagi, kształtny tors Norsmenki. Jutta zaczęła przemywać rany szmatką a łotrzyca cięła płótno aby przygotować opatrunki.
    - Byłaś bardzo dzielna Astrid. Ustałaś razem ze swoimi przyjaciółmi. Widziałam. Jak Lars oberwał i wrócił do łodzi to już się bałam, że was te orki ogarnął. Bo tak dużo ich było. No a ty mu pomogłaś dojść do łodzi. Już się bałam, że najwyżej waszej dwójce się uda do nas wrócić. Ale potem jak Egon się uporał ze swoimi trzema to pomyślałam, że może nie będzie tak źle. - Jutta dalej była przejęta ale chciała zaznaczyć, że nawet jeśli nie widziała wszystkich detali walki, to całkiem uważnie ją obserwowała i trzymała kciuki. - I kto by pomyślał, że to była lady Froya i lady Fanriel. Ja je parę razy widziałam w porcie albo na mszy. Ale oczywiście nigdy z nimi nie rozmawiałam. Oj szkoda, że z wami nie popłynęłam. I jeszcze was milady zaprosiła do siebie. - mówiła szybko ale zdołała przemyć rany i teraz bandażowała zraniony bark pieśniarki sag a łotrzyca mniejszą, na jej boku. Astrid przyjmowała te zabiegi z godnością a to, że miała biust na widoku, wcale zdawało jej się nie przeszkadzać.

    Zdawało się, że plan wymyślony przez Egona i Burgund toczył się swoim własnym torem. Było dobrze, ale wszak jeszcze nie wszystko dopełniło się tak, jak miało. Egon w drodze pod pokład zastanawiał się, jak to rozegrać? Ostatecznie jednak postanowił ryzykować po odpowiednio pieczołowitym wydupczeniu Jutty, stare porzekadło zasłyszane ongiś na szlakach Middenheim bowiem mówiło, że zaspokojona kobieta będzie bardziej spolegliwa, niż gdyby chuć nadal ją trapiła. Być może wizja wkupienia się w łaski milady mogła przekabacić Juttę? Cóż, zdawało się, że w przypadku Astrid tak już się stało.

    – Ja i lady Froya van Hansen przyjaciółmi jesteśmy – rzekł Egon w przestrzeń, to do Jutty, to do Astrid wreszcie. – Chusta to jej znak. Wszak jednak pomagasz nam, Jutto, te rany zadane przez zielone diabły zaiste okrutne! Rzeknij no, widzę, że coś nieco znasz się na tym medykowaniu albo i opatrywaniu ran, toś tak jakby pomagała i samej milady. Astrid także dała odpór przeciwnikowi. Dobrze, że nam pomagasz.

    Zagaił wstępnie, licząc, że w prowadzeniu rozmowy pomoże mu Astrid tudzież Burgund.
    - Znasz lady Froyę? - Mytniczka aż odwróciła ku niemu swoją kasztanową głowę, tak ją zdziwiło oświadczenie gladiatora. W końcu milady była jedną z najbardziej rozpoznawalnych rodów w ich mieście. A gladiator na szlacica nie wyglądał. Raczej na zwykłego żołnierza czy najemnika.
    - Egon poznał lady van Honsen zeszłej zimy. Zresztą sam ci może to opowiedzieć. - Burgund rzekła to jakby chodziło o jakąś rutynową błachostkę. Sama właściwie już skończyła zakładać opatrunek blondynce i zaczęła głaskać jej odkrytą pierś.
    - Ja ją dopiero poznałam. Ale wiele o niej słyszałam wcześniej. Bardzo chciałam ją poznać. Cieszę się, że mogłam walczyć u jej boku. I, że poznam ją jeszcze lepiej po powrocie. Może uda mi się ją dołączyć do sagi o nas i naszych przygodach? A teraz to też widziałam, że milady rozmawiała najwięcej z Egonem. Chyba widziałaś to z burty? - Astrid na wpół leżała w poprzek pryczy. Dotyk rudowłosej wcale jej nie przeszkadzał. A sama zaczęła głaskać udo mytniczki.
    - No tak. Widziałam. Po walce. Jak z wami rozmawiają. Tylko wtedy nie wiedziałam kto to jest bo nie było tak dokładnie widać. - Brunetka pokiwała głową, że sporo z tamtej niedawnej sceny mogła obserwować nawet jeśli nie słyszała o czym rozmawiają. - I pewnie, że ja bardzo chętnie pomogę przyjaciołom milady. Teraz też bym popłynęła razem z wami. Ale no bogowie! No ja nie wiedziałam, że to one walczą z tymi goblinami! A tak a brzegu to już trochę poza moją jurysdykcją! Ale dla milady i jej przyjaciół to bym poszła! - Celniczka znów wydawała się, żałować, że przed akcją o włos się rozminęła ze swoim przeznaczeniem do zostania przyjaciółką milady.
    - Ja nie chcę nic mówić. Ale ja też się nieco znam z lady Fanriel. - Burgund tak samo jak przed chwilą kolega, teraz wspomniała imię nastepnej szlachcianki. I Jutta zareagowała podobnie zaskoczonym spojrzeniem.
    - Znasz lady Fanriel? - Na co łotrzyca pokiwała głową i leniwym uśmieszkiem. Już całkiem bezwstydnie zaczęła się bawić piersią koleżanki.
    - Poznałam ją w teatrze. Na pewnym przedstawieniu jakie tam ostatnio się odbywało. Widziałam, że bardzo jej się podobało. Ale się wcale nie dziwię. Wspaniali i bardzo utalentowani aktorzy tam występowali. Też mi się bardzo podobało. Aż nie wiem czy bardziej wolałabym je oglądać czy występować. Nawet chwilę zdarzyło mi się porozmawiać z lady Fanriel no ale wiecie. Nie chciałam jej się narzucać a w końcu ona poszła z kim innym. Zresztą Egon też tam był. - Łotrzyca mówiła z lekkością zawodowej plotkary jaka mówi co dziś rano widziała na targu. Chociaż sprytnie opisała wieczór w teatrze z zeszłego tygodnia. Na tyle enigmatycznie, że brzmiało jak jakieś nobliwe przyjęcie dla elity tego miasta. I znów udało jej się wplątać kolegę, że wyglądało jakby miał tam swoje znajomości. I rzeczywiście Jutta znów obdarzyło go wyczekującym spojrzeniem. A Burgund zaczęła rozpinać górę swojej sukni.
    – Znam lady Froyę van Hansen z czasów, kiedy wespół, we trójkę ubiliśmy trolla z pewną dziewką z północy – Egon ciągnął, pewien, że zabicie trolla zeszłej zimy pewnikiem stawi go w dobrym świetle.

    Tu zrobił na chwilę pauzę, pozwoliwszy Burgund wyrzec, co jeszcze miała co do rzeczy.

    – Jeśli rada byś do nas dołączyć do milady, to przecie okazja się jeszcze nadarzy – rzekł Egon z krzywym uśmiechem, dotykając ramię Jutty. – A i interes ubić na tym będziesz mogła znaczny, bo każdy, kto jest towarzyszem milady prosperuje… Widzisz? Ten topór, prawdziwe dzieło sztuki, żem dostał od niej samej. Ciekawa to rzecz, milady dała mi topór i topór powrócił, żeby ją ochronić… Mmm.

    Wojownik zamilkł raz jeszcze, sam nieco zdumiony, jak sprawy się ułożyły.

    – Mogłabyś do nas dołączyć podczas podróży do dworku – rzekł wreszcie. – Rzekniemy, żeś doglądała mnie i Astrid, boś widzę, że niby z ciebie mytnik, to palce masz wprawne – zaśmiał się. – Co rzekniesz? Może los ciebie ominął jeno raz, ale już drugi raz ty musisz zdecydować.

    I tym razem zamilkł po raz trzeci, pozwoliwszy Burgund i Astrid odegrać swoje role.
    Celnik rzeczywiście z ciekawością przyjrzała się toporowi jakim wojownik niedawno rąbał orki. Wciąż widać było ich juchę tu i tam. Brunetka była na tyle zaaferowana tym pokazem i jego słowami, że jak znów odwróciła się ku koleżankom to Burgund już zdążyła zsunąć górę swojej sukni. I jej pełny, jędrny biust od razu wpadał i kusił oko.
    - Burgund co ty robisz? - Mimo wszystko trochę to musiało zaskoczyć szatynkę. Chociaż nie wyglądała na speszoną. W końcu ostatniej nocy zintegrowali się nawzajem całkiem mocno.
    - To stary norsmeński sposób. Jeśli nadobna niewiasa jest w negliżu i czule dba o rannych wojowników to jest im przyjemniej i szybciej wracają do zdrowia. - Astrid bez wahania odpowiedziała za rudowłosą. I tak naturalnym tonem jakby to była prawda. Czy była to Egon nie wiedział, wcześniej tego od nikogo ze swoich norsmeńskich kamratów nie słyszał. Ale widział jak łotrzyca znów nie dała pukać okazji dwa razy.
    - Mnie bardzo ale to bardzo zależy aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. - rzekła i płynnie stanęła na podłodze. Z kocią gracją pokonała ostatnie zapięcia sukni i ta zsunęła się po jej zgrabnych nogach do jej stóp. Została już tylko w pończochach i bieliźnie. Co prawda nie jedwabnych jakie używały szlachcianki ale jak na mieszczkę to całkiem ładne. I dobrze podkreślały jej sylwetkę tancerki. Blondynka pokiwała głową z aprobatą i spojrzała na celniczkę wyczekująco.
    - Nie no… Ja też chcę aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. Tylko wcześniej nie słyszałam o takiej tradycji. - Szatynka uśmiechnęła się i zaczęła rozpinać swoją górę. Na co obie kultystki uśmiechnęły się a łotrzyca puściła koledze psotne oczko. - Ojej i naprawdę byście mnie przedstawili milady? Jak wrócimy do miasta? - Jutta podniosła głowę aby po kolei spojrzeć na każde z ich trójki. Już zaczynało widać jej odkrywający się dekolt. A rudzielec minęła kolegę i uklękła przy jakimś worku i zaczęła czegoś w nim szukać. Więc chwilowo Egon widział głównie jej pochylone, nagie plecy. - Ja też zawsze chciałam ją poznać ale nigdy nie miałam okazji. Zresztą Fanriel też. To elfka a wiecie jakie one są. Piękne ale zwykle zadzierają nosa. W ogóle nie zwracają uwagi na zwykłych ludzi. - mówiła z przejęciem ale wstała aby łatwiej zdjąć kurtę. Powiesiła ją na wolnym haku i szybko zaczęła zdejmować koszulę.
    - Mam koleżankę co zna je obie. Służyła im obu i bardzo sobie chwaliła. Mówiła, że obie są bardzo wymagające ale ona lubi wyzwania. - Głos łotrzycy był nieco przytłumiony gdy wciąż przeszukiwała worek. I pod pozorem powagi dało się wyczuć nutkę ironii. W końcu wczoraj wieczorem Łasica sama zachwalała swoje spotkanie z dwiema blondynkami o jakich teraz rozmawiali.
    - Ja też lubię wyzwania. I szanuję je obie. - Jutta przytaknęła i znów okazała się gorliwością we współpracy. Co wywołało rozbawione parsknięcie łotrzycy ale wciąż klęczała przy swojej torbie. Mytniczka zaś zdołała się roznegliżować od pasa w górę. Widać było jej nagi biust. Nie tak bujny jak u Burgund ale całkiem kształtny i apetyczny.
    - No i właśnie jak działa ta norsmeńska metoda to zapytaj Egona. Egon powiedz. Czy teraz jest przyjemniej wracać do zdrowia. - Astrid nadal leżała w poprzek pryczy, opierając się o ścianę ale widząc, że sytuacja zaczyna zmierzać we właściwą stronę to uśmiechała się z zadowoleniem. Jutta z ciekawości też spojrzała na wojownika jak on się zachowa wobec tej norsmeńskiej tradycji.

    Egon, kiedy usłyszał o “starej norsmeńskiej tradycji” omal nie parsknął głośno, jednak w ostatniej chwili zmitygował się, próbując przyjąć jakieś pozory powagi. Oczywiście, to wszystko naturalnie był jakiś wybieg Burgund, bowiem sam będąc w Norsce przez jakiś czas i widząc drużyny wracających wojów z dziczy nigdy nie uświadczył dziewcząt rozbierających się przed okrwawionymi i sinymi od zadanych ran Norsmenami. Niemniej, postanowił brnąć w to, co zaczęła.

    – Stara baba, co żem spotkał na północy tak gadała – zełgał wojownik. – Zasłyszałem raz, że guślarka pochodziła z Thorshafn i jeśli jeno wierzyć słowom Norsmenów, to miała w sobie krew olbrzymów. Czy to prawda była, zweryfikować nie sposób! Babka opowiadała, że fluidy, które zapewnia ciało dziewki uleczą każdego woja, byleby była blisko i była przychylna wojowi. Każda może, ale najlepsze są te, co nie są starsze niż dwadzieścia wiosen.

    Tu zamilkł, skubając swoją siwą brodę i próbując przezwyciężyć przemożne pragnienie ryknięcia śmiechem.

    – U Norsmenów to kobiety mają moc leczenia, chłop takich rzeczy dokazać nie umie – ciągnął. – Choćby był i najlepszy guślarz, to i tak pośledniejszy będzie od kobiety, co te same nauki pobierała. Stara gadała, że jak dziewka poświęcona bogom odda się wojownikowi, to w jeden dzień rany zasklepią z powodu życiodajnych soków! Tak nam to stara baba tłumaczyła.
    - No właśnie, tak to u nas jest. - Astrid mimo ran, aż się rozpromieniła, że Egon tak płynnie przejął pałeczkę tej bajery. Nawet Burgund na chwilę podniosła swoją rudą głowę aby posłać mu rozbawione spojrzenie i kciuk w górę na znak aprobaty. Jutta musiała rozdzielić swoją uwagę na ich oboje więc przez chwilę im się na przemian przypatrywała.
    - Takie zwyczaje macie w Norsce? To ty byłeś w Norce Egon? - Chciała się dowiedzieć. Czy uwierzyła im czy nie, to i tak wydawała się zaciekawiona taką legendą.
    - Oj Jutta, Chyba chcesz pomóc Astrid dojść do zdrowia co? - Łotrzyca szybko poszła w sukurs pozostałej dwójce kultystów i zadarła głowę aby posłać mytniczce proszące spojrzenie.
    - Nie, no pewnie. Jak roznegliżowanie aż tak działa… Nawet by mi to do głowy nie przyszło. - Celnik roześmiała się z rozbawienia po czym spojrzała na swój dół. - Ale to trochę zajmie. - Uprzedziła. Wciąż miała na sobie wysokie buty, obcisłe spodnie i pas z bronią. Więc rzeczywiście mogło jej to parę chwil zająć zanim się tego pozbędzie. Na początek zaczęła rozpinać pas a ucieszona Astrid zacisnęła pięść w geście triumfu, że szatynka znów wykazała się pełna dobrej woli do współpracy i integracji.
    - Ale to kobiety Norsmenów tak leczą? A to nie Astrid powinna leczyć mnie? Albo nas? - Jutta na chwilę zmrużyła brwi gdy odpięła pas i powiesiła go na kołku. Spojrzała bystro na kolegę i koleżanki.
    - Jak mi pomożesz zdjąć spódnicę to ci mogę dać lekarstwo z samego źródełka. - Córka jarla poklepała się po podołku. Widocznie samej było jej zbyt trudno się rozbierać zsukni. Albo wolała poczekać aż ktoś jej pomoże. Mytniczka spojrzała na nią rozpinając spodnie. Usiadła obok niej i schyliła się aby zacząć się mocować ze ściąganiem wysokich butów.
    - Bardzo chętnie. Ale poczekaj aż się rozbiorę. - Pokiwała głową na znak zgody po czym zajęła się butami. Burgund zaś w końcu wstała. I zaczęła przypinać do bioder zabawkę jaka pozwalała jej odgrywać mężczyznę. Podeszła do kolegi i pokazała mu worek w jakim grzebała.
    - To mam sprzęt do negocjacji z Juttą. - Zaśmiała się cicho, korzystając z tego, że celnik siłowała się ze swoimi butami. - A ty się nie rozbierasz? W tej kolczudze to wiele nie zdziałasz. - Wskazała wzrokiem na metalowy pancerz jaki wciąż miał na sobie.

    Egon zaczął się rozbierać ze swej kolczugi, sam w zasadzie nieco ciekaw, ile ran zarobił podczas starcia. Kiedy zdejmował kolejne elementy pancerza, jego myśli to przechodziły przez ostatnie zdarzenia, jednak co rusz nie mógł się nadziwić nowemu wynalazkowi Burgund. Rozebrawszy się, obnażył swoje mięśnie i z ciekawością przypatrzył się fallusowi, który Burgund przyniosła. Co jak co, ale nie spodziewał się, że uliczna cwaniara będzie wnosić takie rzeczy na pokład.

    – Za mało tam chłopów macie, co tego potrzebujecie? – parsknął.

    Obracał w dłoniach kawał drąga doczepiony do paski.

    – Dobra… To co, zaczynamy to leczenie? – zapytał z błyskiem w oku.

    - Oj Egon, no co ty… - Łotrzyca aż przekrzywiła głowę jakby powiedział coś niestosownego. - Jak portowa dziewczyna z ferajny jedzie do stolicy to przecież nie może wyglądać jak jakaś tandetna wieśniara ze wsi. - Mruknęła z nieco przesadnie udawaną urazą. Ale w oczkach miała figlarne błyski. I na sylwetkę już rozebranego kolegi i na dwie koleżanki obok. Jutta wreszcie uporała się i z butami, i spodniami, i bielizną. I wreszcie była ubrana stosownie do leczenia rannych wedle “starej, norsmeńskiej tradycji”.
    - O, ty też oberwałeś? - Teraz mytniczka zauważyła parę świeżych cięć na ramieniu wojownika. Podeszła do niego bliżej i pogłaskała go czule po nagim torsie. Na rozgrzane od walki i emocji ciało jej kobiecy dotyk rzeczywiście wydawał się być przyjemnie kojący i pobudzający jednocześnie.
    - Ja tu się zajmę a ciebie to Astrid bardziej potrzebuje. - Burgund szybko wtrąciła się ale tak stanęła aby kolega choć trochę ją zasłaniał od nowej koleżanki. Ta zaśmiała się i spojrzała jeszcze z zaciekawieniem na gotowe berło Egona ale rzeczywiście odwróciła się do nich tyłem. Z ich perspektywy nakryła swoim ciałem norsmeńską szlachciankę i widzieli jak zaczynają się całować. Łotrzyca też pozwoliła sobie chwilę to oglądać po czym trąciła kamrata w ramię.
    - No to jak ci mówiłam. Jak się jedzie do stolicy to nie może być, żeby się ferajna musiała za ciebie wstydzić. - To mówiąc pokazała otwarty worek w jakim do tej pory grzebała. I widać w nim było pełno klamotów jakie ona i jej koleżanki lubiły sobie urozmaicać zabawy. Jakieś pęta, skórzane kajdany, kneble i liny. Zupełnie jakby zgarnęła ze sobą przenośny zestaw i chciała się nim teraz koledze pochwalić. - Zobacz na to. - Sięgnęła po jakiś słoik. Wyglądało, że w środku jest coś w stylu rybiego pęcherza wypełnionego czymś mlecznym. - To nasienie zwierzoludzi. Z Łasicą zebrałyśmy po tamtym pikniku w lesie. Mówią, że to wzmaga potencję i mężom i kobietom. Ale wiadomo, łatwo się psuje. Ale lady Soria nam pomogła. Zrobiła jakąś sztuczkę i powiedziała, że póki pęcherz nie będzie otwarty to będzie świeże jak prosto od koziołka. - Zaśmiała się wesoło tłumacząc co takiego jest w tym słoiku. - I to też wzięłam. W sumie nie wiem po co. Ale pomyślałam, że może się przydać. Najwyżej przywiozę z powrotem i tyle. - Z pewnym zakłopotaniem pokazała na dwie czy trzy strzykwy jakich używali do zasiewania. Tylko te były złożone a więc puste. - Jaja mam w drugim słoiku. - Wskazała gdzieś w głąb worka. - No i mam jeszcze to. Sama lady Soria mi to dała. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wyjęła małą buteleczkę. Właściwie fiolkę. W niej był jakiś przezroczysty, lekko różowy płyn. Trochę gęstszy niż woda. - To jej esencja. Można dolać do wina albo jedzenia. To libido skacze, że hej. I jej i jemu. A jak by wypić całe o tak jak jest to podobno nie do opisania. Tak mówiła. Ja jeszcze tego nie próbowałam. - Powiedziała co jest w tej małej fiolce. Po czym zerknęła na sytuację na pryczy. Mytnik zdążyła zejść z pocałunkami do brzucha Norsmenki i właśnie zbliżała się do jego strategicznego miejsca. - Myślę, że dla Jutty to nie potrzebne. Ale kto wie kto się trafi po drodze? Może nie wszyscy będą dla nas tak mili jak ona? - Pomachała fiolką i wrzuciła z powrotem do worka. - Na pejcze i baciki to raczej tu nie mamy miejsca. Może wieczorem w “Łabędziu”. Ale jakbyś coś potrzebował z reszty to bierz. - Niczym dobra kamratka, zachęciła kolegę aby się częstował tym ekwipunkiem jaki zabrała na wypad do stolicy.

    Egon otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Burgund, wierna swemu Mrocznemu Patronowi, naprawdę wniosła na pokład nie jeden, nie dwa, a zdawało się, cały arsenał pejczów, ćwieków, sznurów i innych jeszcze narzędzi. Przez parę oddechów Egon, na podobieństwo dziecka, szperał w skrzyni, odnajdując w niej rzeźbione fascinusy. Zdało się, że ten, co je rzeźbił wykazał się wyobraźnią zaiste godną demonów, bowiem każdy z rzeźbionych drągów miał fikuśne wzorki, inne zaś posiadały wybrzuszenia w odpowiednich miejscach czy też pręgi, które miały wzmóc przyjemność używającej ich niewiasty. Jeszcze inne były zszyte i złączone skórą po dwa, zapewne po to, by wejść w oba otwory kobiety.

    – Dziś walczyłem toporem, ale teraz to będzie moja nowa broń – wyciągnął z wnętrza potężny, hebanowy drąg, który u swego zwieńczenia był prawie tak gruby, jak pięść Egona. – Ejże, Jutta, nie zabieraj Astrid całej do siebie, ja też chcę pomedykować.

    I z krótkim śmiechem zrobił odpowiedni gest, zbliżając się do Astrid i Jutty.

    – Astrid, rokraczże nogi, trza mi najpierw obejrzeć – zaśmiał się jeszcze.

    Dwie koleżanki jakie się sobą tak namiętnie zajęły, przez chwilę zapomniały o stojącej obok dwójce. Zaś Burgund energicznie pokiwała głową i uśmiechnęła się. Widać było, że ucieszyła się gdy kolega wśród zabranych przez nią zabawek znalazł coś dla siebie. Wtedy odłożyła worek na podłogę i przyglądała się jak dwie koleżanki spojrzały na niego. Też nie miały mu za złe, że do nich dołączył.
    - No skoro to dla zdrowia Astrid to pewnie. - Jutta nie oponowała. Odsunęła się od gościnnych ud norsmeńskiej skald aby zrobić miejsce dla Egona. I obserwowała z ciekawością co się teraz stanie. Norsmenka także czekała w gotowości, posyłając mu prowokująco, lubieżne spojrzenie. Już nie wydawała się taka obolała jak na początku, gdy ostrożnie ją kładł na tej pryczy.
    - I to jest prawdziwy mężczyzna. I wojownik i kochanek. - Mruknęła z aprobatą, wcale nie speszona jak bardzo fizycznie nad nią górował. Burgund stanęła obok pryczy aby lepiej widzieć co się teraz będzie działo.

    Egon, czasem spoglądając za siebie - na Burgund i na Juttę, bo ciekaw był, czego też Burgund dokaże z Juttą - począł delikatnie pieścić Astrid w miejscu, gdzie według starej baby z Norsci miały wypływać lecznicze soki. Upewniwszy się, że Astrid, rozgrzana już wcześniej przez Juttę, będzie odpowiednio spolegliwa, toteż wpychał i wyciągał palce w samą Astrid, rad usłyszeć z jej strony jęki.

    Urabiając odpowiednio dziewkę z Norsci, gladiator spojrzał za siebie: miał bowiem nadzieję, że Burgund podprowadzi odpowiednio rudowłosą mytniczkę. Egon miał bowiem jej wkrótce zaproponować, aby dołączyła do nich, na pozór jako rzecz związaną z interesem na rzece, z czasem jednak Egon chciał wykorzystać mytniczkę jako odpowiednie wsparcie na rzece i Morzu Szponów do łowienia brańców.

    Zostawiwszy rzecz na razie Burgund, Egon jął się próbowania kobiecego ciała: wziął wielki drąg i delikatnie wpychał go w kobiecość Astrid.

    – Dawajże, Astrid – mruknął. – Stare legendy prawią o wojach, co przepili, przewalczyli i przejedli najtęższe olbrzymy. Weźmiesz w siebie to? To też godne olbrzyma, obaczmy, czy żeś godna śpiewania sagi o ciebie! Ha-haha!
    Na razie to wyglądało, że wszystkie trzy koleżanki są ciekawe zamiarów kolegi. A gdy już się zorientowały to jeszcze bardziej. Gladiator miał dwie smukłe, nagie sąsiadki po każdej ze swoich stron. Od strony drzwi stała celnik a od szafy Burgund. Z zafascynowaniem obserwowały jak Astrid sobie poradzi z drągiem takich rozmiarów jaki ofiarował brodacz. Córa północy najpierw jakby zdębiała gdy zobaczyła to co jej naszykował. Ale szybko przygryzła wargę i zachęcająco machnęła dłonią aby kontynuował.
    - No to chodź. Pokażę ci co potrafi prawdziwa Norsmenka. - Wyjęczała jakby znów wlało się w nią pożądanie tak sprawnie zaczęte przez mytniczkę. Potem przygryzła wargi i cicho jęczeć, jakby była zbyt dumna aby krzyczeć czy zdradzać jakieś obawy. Dwie koleżanki nadal to obserwowały.
    - Lady Fabienne pewnie by dała radę takiej sztuce. - Mruknęła towarzysko łotrzyca.
    - Jak jakaś wyperfumowana Bretonka da temu radę to ja tym bardziej! - Astrid zaperzyła się jakby potraktowała to jak wyzwanie. I machnęła głową na Egona aby zaczął śmielej dokazywać. A ten aż widział jak na jej płaskim brzuchu przesuwa się wybrzuszenie do tej zabawki jaką w nią wsuwał.
    - Jutta pozwól na chwilę. - Burgund wezwała słowem i gestem celniczkę. Ta podeszła ciekawa czego chce ale też nie chciała tracić widowiska na pryczy. Więc nie spodziewała się jak ruda szybko obróciła ją i popchnęła na tą pryczę. Szatynka sapnęła cicho z zaskoczenia i starała się tak zaprzeć dłońmi aby nie uderzyć Norsmenki. W końcu wylądowała z nią twarzą w twarz. - Miałaś pomóc Astrid wrócić do zdrowia. - Przypomniała jej Burgund.
    - A no tak. - Jutta uśmiechnęła się ale nie była przeciwna. Znów zaczęła całować usta dziewczyny z północy. Ale odwróciła się nagle do tyłu. - Co robisz? - zapytała patrząc na dziewczynę z ferajny.
    - Pomagam ci się przygotować na twoją kolej. - Burgund zaśmiała się i wskazała wzrokiem na zabawkę jaka już mocno była w trzewiach Astrid. I w tym momencie sama władowała się we wnętrze mytniczki. Z początku ostrożnie ale klaskający rytm bioder o pośladki przyspieszał co wskazywało, że zabawa szybko nabierała tempa.

    Egon tymczasem bez ceregieli testował Astrid. Choć on sam wybrał Pana Krwi jako swojego patrona, nigdy nie mógł oprzeć się pokusie, aby przetestować, ile może wytrzymać kobiece ciało. Bicze i kajdany leżały bezpiecznie w sakwie Burgund, jednak fascinus, który Egon wydobył, zdawał się działać w dwójnasób albo i dwójnasób, sugerując się jękami i posapywaniami Astrid. Koniec końców zamierzał posiąść trzy z dziewek, a jeśli by los mu krotochwili przysporzył, gotów był wetrzeć w swe berło nasienie zwierzoludzi, a może i nawet wypić, jeśli by to coś miało pomóc.

    Póki co jednak, rytmicznie zabawiał się przyrodzeniem Astrid, miarkując, jak głęboko wchodził czarny, długi i gruby pal, który przywodził na myśl chwosty zwierzoludzi, długie, pokryte żyłami i czarne, jak to u przeklętych odmieńców. W międzyczasie macał lubieżnie pośladki Norsmenki, próbując, czy i drugi naturalny otwór dziewczyny był tak spolegliwy, jak pierwszy.

    – Co, myślisz, że jeden weźmiesz w siebie, to robota skończona? – prychnął, rozbawiony, macając swe nabrzmiałe krocze. – Jeśliś zaprawdę godna sagi, weźmiesz mnie i to długie, ha, ha, ha – mroczny śmiech Egona wbił się w rytm mokrych plaśnięć. – Co rzekniesz, Astrid? Dziś poznam ciebie na nowo!

    Egon myślał, że koniec końców posiądzie ze trzy na raz - choć sam miał zaledwie jedno przyrodzenie, ramiona miał dwa i jeśli przyszło by co do czego, musiał dać odpór trzem dziewkom, z takim samym uporem, jaki dał zielonoskórej hordzie.
    Astrid wyglądała jakby przyjmowanie w siebie gościa tych rozmiarów, było dla niej sporym wyzwaniem. Oddychała coraz ciężej i widać było jak pot błyszczy na jej skroniach. Blond kosmyki co jakiś czas spadały jej na twarz ale je odruchowo odgarniała. Nagie piersi falowały jej w rytmie nadawanym przez oba ciała. Nawet Jutta na chwilę przerwała zabawę aby przyjrzeć się tym miłosnym zmaganiom. Burgund która stała ramię w ramię, ze swoim kamratem, miała wgląd w sytuację podobny do niego. I chociaż nie przerywała zbawy z gościnym wnętrzem mytniczki to zerkała co się dzieje między udami Norsmenki.
    - Myślisz, że taki drobiazg mnie zmoże? Jestem Astrid Stemmenstend. Dawaj co tam masz! - Próbowała nadrabiać pewnością siebie i własną dumą. Ale dało się wyczuć, że wcale nie jest jej łatwo. Pozwoliła jednak aby Egon się w niej ugościł także z tej drugiej strony. Te wzajemne zmagania wywołały szepty podziwu u dwóch sąsiadek.
    - No dobra. To zobaczymy co są warte dziewczyny z północy. - Burgund nagle trzepnęła nagi tyłek celnik i wyszła z niej. Przepchnęła się obok niej, spychając ją na boczny tor. I władowała się stając okrakiem nad leżącą skald. I przypiętą zabaweczką, jaka wciąż błyszczała wilgocią po wnętrzu Jutty, władowała się w usta Norsmenki. Widać było, że też była ciekawa jakie są możliwości blondwłosej kochanki. Naga urzędniczka z ratusza jako jedyny widz, usiadła tuż obok ich trójki i chłonęła to widowisko.
    - Ale pięknie razem wyglądacie. - Sapnęła z zachwytu zerkając po kolei na każdego uczestnika tego trójkąta.
    – Aaa… Może być i to… – Egon z uznaniem pokiwał parę razy swoją brodatą głową, uznając umiejętności Norsmenki. – Wcale nieźle, wcale… Brałem dziewki z Delberz, co nie podołały temu tu – klepnał wielki drąg, który nadal był w połowie Astrid.

    Egon uczynił przywołujący gest. W międzyczasie wyciągnął z torby Burgund jeszcze jeden fascinus, nieco mniejszy, ale wyrzeźbiony w jakieś dziwne wzory i wyżłobienia.

    – A czemu jeno Astrid ma zbierać to najlepsze? – zapytał. – Dalej no, ustawcie się. Pierwsza, druga, trzecia, wespół. Wezmę Juttę pośrodku, ty Burgund i Jutta będziecie po bokach. Dalejże… Co, myślicie, że mi się nie uda? – gladiator zaśmiał się złośliwie. – No, dalej! Trza tego medykowania użyć, jeśli prawdą było to, co babka w Norsce opowiadała.
    - W tym Delberz to pewnie są jakieś same wieśniary. - Wysapała nieco już zdyszana Burgund. Pieczołowicie penetrowała swoją zabawką usta i gardło Norsmenki, że aż widać było na zewnątrz jak jej tam wszystko pracuje. A z ust i przyrodzenia zaczął ściekać nadmiar śliny. I kołysał się u brody Astrid w rytm pląsów jakie z nią wyczyniali. Na propozycję kamrata, trzy koleżanki zareagowały pozytywnie. Z tym, że skald z pewnym opóźnieniem, dopiero jak łotrzyca wyszła z jej ust i miała chwilę na złapanie oddechu i zorientowanie się co się dzieje. Teraz na całej skórze błyszczał się pot. Na szyi, obojczykach, piersiach, brzuchu, ramionach i udach. Widać było, że całe jej ciało przeżywa te brutalne przyjemności.
    - Chcesz to we mnie wsadzić? - Jutta w tym czasie miała okazję przyjrzeć się co jeszcze gladiator wyjął z torby rudzielca. Wydawała się trochę zafascynowana a trochę i obawiała się tej proby.
    - No co ty? Nigdy w zamtuzie nie pracowałaś? - Burgund roześmiała się z rozbawienia. Po czym przejęła sprawy w swoje ręce. - Pomogę ci. - To mowiąc złapała za nagie ramiona mytniczki i przechyliła je ku pryczy. Ta zaskoczona nieco sapnęła ale naga stopa łotrzycy wylądowała na jej głowie, przyciskając ją do dołu. Dzięki czemu tylne, zgrabne wdzięki Jutty zaprezentowały się Egonowi w całej okazałości. - Nie mówi, że z Hubertem i Oksaną się tak nie zabawiałaś. - Ruda docisnęła stopą twarz mytniczki do pryczy jakby chciała ją zmusić do mówienia.
    - No zabawiałam. Po prostu dawno tego z nimi nie robiłam. Ale z wami chętnie to poćwiczę. - Chyba nie było tak źle, bo nawet prowokująco zakołysała swoim kuperkiem aby podkreślić, że jest gotowa na taką zabawę. Wtedy Burgund cofnęła stopę z jej twarzy.
    - No to jesteśmy umówione. - Prychnęła z zadowolenia i zrobiła krok nad brzuchem Astrid. Po czym sama stanęła na czworakach, wypinając się kusząco ku gladiatorowi. Z tej strony, jej wdzięki tancerki, zaprezentowały się co najmniej tak samo powabnie jak te mytniczki, po prawicy kolegi.

    Egon jednak nie mówił nic. Złapał za dwa drągi - jeden w lewej dłoni, drugi w drugiej i kiedy tylko trzy dziewczęta ustawiły się, jak im przykazał, rżnął wszystkie trzy na raz, Juttę zaś, która była pośrodku, brał on sam. Trudna była to praktyka, podobna chyba do roboty bębniarza wojskowego, który zawsze musiał utrzymać rytm. Trzymał się jakoś na Juttcie, za każdym razem trafiając w nią raz po raz, jednak wygodzić musiał i Burgund, i Astrid. Wpychał wielkie drągi w dziewki to raz z lewej, to z prawej, pilnując musztry, żeby wszystkie zebrały odpowiednią dozę.

    – Ha-haha – zaśmiał się Egon. – To będzie szło od sagi, prawdaże? – zapytał, skory do krotochwili. – Tak was przyuczył Hubert, pewien jestem tego.

    Sam skupił się na zadku Jutty, pchając raz po raz. Ciekaw był, skoro już raz wzięła ją Burgund, to na ile on sam mógł sobie pozwolić? Lepkie, mieszające się z potem fluidy ściekały z dziewek, Egon zaś wygadzał im we trójkę. Gotów był nawet i spłodzić z rudowłosą, która była na samym środku, jednego albo i dwójkę bastardów. Wiedział, że mytniczka, wiedziona chucią, rada przyjęłaby cokolwiek, na podobieństwo nastoletniej poćpiegi, zbałamucona knowaniami Burgund. Lub też, może by zgładziła potomstwo, zażywając miodnik albo napar z wierzby? Wojownik z mrocznym rozbawieniem wytrysnął w łono rudowłosej klaczy, która z rozkoszą jęczała wespół ze swymi przyjaciółkami.

    Burgund jednak okazała się przednią kurtyzaną. Wiedziała, jak wziąć w siebie kawał drąga i jej ciało rozciągało się cudownie, nie to, co Astrid - choć córka jarla miała w sobie wiele dumy, to jednak ambicja i upór nie były tym samym, co doświadczenie ulicznicy, co z niejednego pieca jadła.

    Pochwycił Juttę za włosy i rzekł:

    – Ano, rzeknij mi no… Podobało się wam…? Dasz mi tego fluidu zwierzoludzi, to wezmę was po kolei raz jeszcze! – zaśmiał się Egon.

    Myślał jednak o tym, co miał powiedzieć zaraz: o tym, że wkrótce statek zostanie przejęty przez nich. Martwił się, jak to przyjmie Jutta, ale, może teraz być może będzie bardziej zdatna do urobienia? Teraz, kiedy doszła wiele razy pod nim?

    Reczywiście wszystkim przydała się przerwa. Po tych harchach, na trzeszczącej z wysiłku pryczy panował niezły rogardiasz. Burgund zmęczona tymi figlami, opuściła swoje zgrabne nogi na podłogę. Znów prowokowała swoim wypietym zgrabnym kuperkiem ale tym razem chyba niechcący. Jutta leżała bokiem, między nią a blondynką. Ciężko oddychała tak samo jak koleżanki. Machinalnie głaskała brzuch Astrid. Blondynka nadal leżała na wznak. Chociaż osunęła się po ścianie i teraz leżała głową w stronę szafy. A dopiero co fikali wszyscy na całego. Była ladacznica zajęczała z półprzytomnej rozkoszy gdy wojownik w niej skończył. Ale i tak jeszcze siłą rozpędu baraszkowali razem jeszcze trochę. Jutta też okazała się wyuzdana i namiętna. Sapnęła tylko jak Egon brutalnie złapał ją za włosy ale nie protestowała. Astrid chyba otworzyła się rana bo widać było czerwony zaciek pod opatrunkiem barku. Ale w tej miłosnej kotłowaninie zdawała się tego nie zauważać.
    - A pewnie, że jest warte sagi. Coś o Egonie Trzy Drągi. Co po rzezaniu orków tymi trzema drągami, trzy niewiasty wychędożył. - Astrid wymruczała sennie i trochę nie było wiadomo czy żartuje czy nie. Ale z pewny opóźnieniem, dwie koleżanki zaśmiały się gdy do nich dotarło co powiedziała.
    - No tak, z Hubertem i Oksaną było świetnie. Zawsze jest. Ale zawsze byliśmy we trójkę. A tak, że z kimś innym takie zabawy jak teraz to rzadko. Było przednie. - Jutta też się nie skarżyła. Wydawała się być rozleniwiona i szczęśliwa.
    - To dobrze, że ci się podoba. Bo wieczorem druga runda. W “Łabędziu”. - Burgund machnęła ku niej ręką. I teraz pozostałe dwie się zaśmiały z rozbawienia. Odkryła jednak, że nadmiar kleistej wilgoci spływa z jej wnętrza. Więc złapała za nagie, spocone ramię mytniczki i przystawiła tam jej twarz aby się nie zmarnowało. Szatynka chętnie przyjęła taką rolę. A to pozwoliło łotrzycy skojarzyć o co jeszcze pytał kolega.
    - A ten fluid zwierzoludzi. - Musiała przełknąć ślinę aby dalej mówić. I nawet się uśmiechnęła. - To nie działa tak od razu. Działa jak zapach. Jak tabaka. Znów się chce. Ale to trochę trwa zanim zaskoczy i im dłużej się nawdychasz tym mocniej działa. Dobrze wylać na coś i niech paruje. - Posłała mu krzywy, złośliwy uśmieszek, patrząc z góry w oczy mytniczki i na rozleniwioną Norsmenkę. - Ale można też wypić. Daje w żyły od środka. Można też posmarować tym mlekiem przyrodzenie albo zabawkę co ma wbijać się do środka. Ale w przypadku głównego wejścia kobiet to trzeba z ty uważać. W końcu to fluid zwierzoludzi. Więc może zajść w ciążę jakby z nimi spółkowała. - Wydawała się bardzo rozbawiona udzieloną instrukcją bo złośliwy uśmieszek przebijał się przez jej zmęczenie. Tego jednak Jutta już nie wytrzymała.
    - Naprawdę macie fluid zwierzoludzi? - Zamrugała oczami i jeszcze spojrzała pytająco na Egona. Astrid zaśmiała się cicho z rozbawienia. W końcu z całej czwórki, tylko mytniczki nie było tydzień temu na orgii przy Zachodnich kamieniach. Burgund w odpowiedzi wsadziła jej w usta swoją zabawkę i zaczęła traktować tak jak niedawno usta Norsmenki.
    - No tak, to jest takie ryzyko. U nas czasem tak robią. Jak chcą jakiejś konkurentce dokuczyć. To trzeba zwykle się postarać aby taki fluid się u niej znalazł w jej wnętrzu, czasem kogoś do pomocy wziąć bo najłatwiej przy chędożeniu. No i może wtedy zajść w ciążę ze zwierzoludziem nawet jeśli w życiu żadnego nie spotkała. A czasem tak każemy jakąś krnąbrną niewolnicę. - Wymamrotała co jej się przypomniało z jej rodzinnych stron. I powoli senność zdawała się odchodzić z jej głosu i twarzy.

    – Mmm, zatem postanowione – Egon rzekł bardziej do siebie niż do kobiety. – Jutto, po tym wszystkim, zajdź z nami do milady Froyi. Rzekniemy dobre słowo o ciebie, pewien jestem, że wyjdzie to wszystkim na dobrze.
    Tu zmilczał i rzucił spojrzenie w stronę Burgund. Choć chciał podprowadzić Juttę, żeby rzec jej o szykującym się interesie na rzece, zawahał się. Może okręt nie był najlepszym miejscem, żeby głośno gadać takie rzeczy? Koniec końców, ktoś mógł nadstawiać uszu… Egon postanowił pozwolić Burgund podjąć decyzję, czy tutaj, czy już na Łabędziu. Zdało się, że Jutta została należycie urobiona.
    - Oh naprawdę? Będę mogła z wami pójść do lady Froyi?! - Ta obietnica od razu ożywiła celniczkę. Burgund zaśmiała się ale puściła ją. Naga szatynka więc oderwała się od niej i przyklękła przed gladiatorem, biorąc jego berło w dłoń. - Oh dziękuję. To byłoby wspaniałe. Zawsze chciałam ją poznać. Nawet bardziej niż lady Fanriel. Bo ona jest elfką a elfy to zawsze są trochę obce. - mówiła gorliwie i zadzierając głowę aby spojrzeć w twarz Egona. Po czym aby okazać swoją wdzięczność do pieszczot jakie serwowały mu jej dłonie, dołączyła także swoje usta. A te okazały się całkiem utalentowane. Co gladiator widział z góry i czuł z dołu. Rudowłosa ladacznica podeszła do nich i przez chwilę przypatrywała się temu widowisku dwójki kochanków.
    - Ależ Jutta, kochaniutka, nie doceniasz nas. - Złapała za głowę celnik i nakierowała ją na swoje przypięte przyrodzenie. Więc usta i gardło szatynki teraz pracowało nad nią. - Jak się postarasz i będziesz użyteczna, to może być dopiero początek owocnej współpracy. No sama powiedz. Czy nie podoba ci się taka wspópraca? - Łotrzyca użyła dość ogólnych sformułowań na tyle, że także pasowały do zabaw jakie właśnie uprawiali. Ale mogło jej też chodzić o bardziej poważne interesy jakie kultyści miarkowali względem rzecznych spraw.
    - Bardzo. Bardzo mi się podoba taka współpraca. - Jutta oderwała się na chwilę od swojego zajęcia i uśmiechnęła się do nich obojga. Widać było jak ślady świeżej wilgoci spływają jej z ust i brody. Wtedy także Astrid o sobie przypomniała. Syknęła cicho jak wstawała ale dała radę to zrobić. Stanęła z trzeciej strony więc klęcząca szatynka, znalazła się teraz w pełnym okrążeniu. Teraz ona złapała za kasztanową głowę i wbiła ją w swoje łono. Jutta szybko odnalazła się w nowej sytuacji.
    - Podoba mi się twoje zaangażowanie Jutto. Jeśli będziesz tak starać się dalej, czeka cię jeszcze wiele przyjemności i droga do chwały i sławy godna uwiecznienia w sadze. Tą którą właśnie piszę. Wszystkie godne wzmianki postacie będą w niej wymienone. O Froyi i Fanriel też wspomnę. W końcu brały udział w naszym epizodzie podróży i po powrocie zawrzemy z nimi przymierze i przyjaźń. Chciałabyś mieć miejsce w takiej sadze? - Blondynka zdawała się patrzeć na sytuację przez pryzmat sagi o swoich przygodach na ziemi płudniowców. Ale nawet jak stała naga i spocona, z krwawym zaciekiem spod opatrunku na barku i przyciskając twarz mytniczki do swojego łona, potrafiła się zdobyć na podniosły, dumny ton, jakby opisywała epickie wydarzenia legendarnych herosów.
    - O tak! Bardzo bym chciała się znaleźć w takiej sądzę! Razem z wami i lady Froyą i Fanriel! - Jutta pokiwała gorliwie głową na znak pełnej zgody. Chociaż nadal nie wiedziała nic o planach związanych z rzeką. Widząc to, Burgund roześmiała się i objęła jednym ramieniem Egona a drugim Astrid.
    - Widzicie jaka Jutta jest teraz milutka? Myślę, że to dobrze wróży wspólnej przyszłości. I na kontynuację dziś wieczorem. A wiadomo, że na takie rozmowy to najlepsze są wino, kobiety i chędożenie! - Łotrzyca roześmiała się radośnie a Astrid jej zawtórowała. Gdzieś tam z dołu dobiegło ich zapewnienie rzecznej urzędniczki, że jest gotowa i chętna na współpracę.

    Egon pokiwał głową z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Co prawda pozostała jeszcze kwestia przejęcia statku, o którym Jutta nie wiedziała, ale liczył, że Burgund do czasu rozmowy w Łabędziu urobi ją na tyle, że przełknie tyle, ile tylko jej dadzą. Posiadanie mytnika w kulcie, który zna rzekę i Morze Szponów byłoby nielada atutem, nie mówiąc już o statku, który będzie łowił całe rzesze brańców, którzy zasilą sprawę.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach jako Otto "Puste Oko"
      napisał ostatnio edytowany przez
      #330

      Otto i Teofano

      Otto uśmiechnął się trochę do siebie. Miał nadzieję, że frau Lebkuhen będzie zainteresowana jego ponowną wizytą.
      - Rad jestem, że twej matce spodobały się me usługi. Oczywiście przybędę na kolejną wizytę. Możesz jej przekazać, że z niecierpliwością będę wyczekiwał dnia.
      - Dobrze, to przekażę matce, że do nas przyjdziesz w Backertag. Tak najlepiej jakoś w południe, jak ojca nie będzie. - Teofano ucieszyła się i radośnie pokiwała głową, że mnich przyjął zaproszenie od jej matki. Więc wyglądało na to, że obie strony są chętne na to spotkanie u Lebkuchenów za dwa dni.
      - A co z Gelą? Myślisz, że coś powinnam z nią zrobić inaczej? Właściwie poza zabawą z Margo to nie mam zbyt wielu doświadczeń z kobietami. Ale Margo jest uległa i zawsze robi co jej każę. A Gela jest taka żywiołowa, wesoła. No i silna, młoda i jędrna. Myślę, że mogłaby być dobrą muszą matką. - Młoda cukiernik nieco się stropiła gdy prosiła o radę w sprawie pracownicy ich rodzinnej cukierni.
      - Dobra musza matka, to chętna musza matka. - zaznaczył mnich - Nie chcielibyśmy, aby czuła prawdziwe obrzydzenie do swych maleństw, urabiaj ją na razie. No i, jeżeli jest taka żywiołowa, może zobaczyłabyś czy ciebie by wzięła w obroty. - uśmiechnął się mnich - Czy ja mogę ci jakoś usłużyć moja droga? Poza zasianiem, ponieważ niestety nie mam odpowiednich środków.
      - Obrzydzenie? Do naszych maleństw?! - Teofano zareagowała ze szczerym oburzeniem na taką myśl. I opiekuńczo położyła dłoń na wypełnionym czerwiami brzuchu. Choć na razie nic nie zdradzało jej stanu sromoty. Wydawała się tratkować swoje potomstwo podobnie jak zwykłe matki, traktują swoje dzieci. Po chwili jednak złość opadła i ze zrozumieniem pokiwała swoją kasztanową głową. - No tak. Wiele kobiet pewnie by nie zrozzumiało jaki to zaszczyt i szczęście. Nie wszystkie mają tak wielkie serce jak lady Odette i Fabienne. Nawet ta ladacznica z zatuza okazała się poczciwą kobietą. Nawet Margo początkowo była mocno niechętna. Ale teraz już mniej. Chyba nawet jej się spodobało. A przynajmniej nie protestuje przed następnym zasianiem. - Westchnęła jakby bolało ją, że tak niewiele kobiet rozumie robacze posłannictwo. I znów pogłaskała swój dość płaski na razie brzuch. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do jednookiego.
      - Gela by miała wziąć w obroty mnie? Przecież ona jest tylko czeladnikiem cukiernika. Dopiero się uczy. Ja już skończyłam szkolenie i jestem pełnoprawnym cukiernikiem. - Uśmiechnęła się dumnie jakby to była dla niej wielka różnica społeczna. No i w świecie mieszczaństwa rzeczywiście jej rodzina należałaby do bogatej elity z dobrym nazwiskiem. Może nie na tyle aby myśleć o równaniu się ze szlachtą ale nie licząc jej to na mogła patrzeć na większość mieszczan z góry. - No dobra, dobra wiem, chodzi ci o takie figle z nią jak z Margo. - Pokiwała głową jakby była na tyle bystra, że domyśliła się o co rozmówcy chodzi. - No może. Zobaczymy. Ona chyba nie ma doświadczeń z kobietami. Ale zrobię tak jak mówisz, postaram się ją bardziej wybadać. Jutro też ją wezmę na zaplecze. Mam trochę tremę ale zobaczymy. - Cukiernik uśmiechnęła się trochę nerwowo na myśl o jutrzejszym spotkaniu ale wydawało się, że determinacja aby zdobyć nową muszą matkę jest silniejsza od tremy. Wzięła głębszy oddech i popatrzyła psotnie na mnicha.
      - Oh Otto. Bardzo ci dziękuję. Nawet nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Dalej bym się męczyła z tymi snami o robaczej ciąży i bym nie wiedziała o co chodzi. - Podeszła na tyle blisko, że pocałowała go krótko w usta aby okazać wdzięczność. I zaczęła dłońmi przesuwać po jego habicie. - No i właściwie to jesteś ojcem naszych dzieci. - Położyła jego dłoń na swoim brzuchu. Czuł materiał sukni nagrzany od ciała ale jeśli w trzewiach cukiernik buszowało już życie to jeszcze zbyt słabo aby wyczuć ruch. - No a ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla siebie. Więc jeśli coś bym mogła teraz dla ciebie zrobić… - Wymownie zawiesiła głos i spojrzała w stronę drzwi celi. Chwilowo byli tu sami. Jednak za nimi wciąż trwało intensywne sprzątanie po wariactwach pacjentów. Teoretycznie w każdej chwili ktoś mógł go do czegoś potrzebować. Albo i nie. To była trudna do przewidzenia sprawa.
      Mnich objął Teofano, obdarowując ją kilkoma pocałunkami.
      - Bardzo kusisz, aby zaryzykować, ale możemy po prostu spędzić chwilę w swojej obecności. - Otto usiadł na pryczy i usadowił młodą Lebkuhen sobie na kolanach, jego dłoń zaczęła delikatnie pieścić biust kobiety, a jego usta muskać jej szyję.
      - Właścwie, to nie mieliśmy ostatnio dla siebie czasu. Gdybyś jutro znalazł przed wizytą u mojej matki albo po… To też by było bardzo miło. No i moglibyśmy zasiać Margo. I mnie. - Młoda cukiernik bez oporu dała się pociągnąć na kolana jednookiego. I syciła się jego dotykie i pocałunkami. Przez chwilę tylko tak siedziała a on miał przyjemność oglądania jej, dotykania i całowania z bliska. Rozluźniła się i chociaż chwilowo zapomniała, że za drzwiami, w każdej chwili może przejść jakiś mnich. Ściągnęła dekolt sukni w dół aby udostępnić kochankowi swoje młode piersi. A w końcu sama nachyliła się ku niemu i zaczęła szukać ustami jego ust, policzków i szyję. - Wiesz, lady Fabienne chyba ma rację. Te moje dzieci jakie noszę, cały czas czynią mnie pobudzoną. - wyszeptała mu do ucha jakby się jej słowa ich bretońskiej kochanki przypomniały.
      - Może tak ma być. - usta mnicha musnęły delikatny biust kobiety - Przyjemność jest jedną z lepszych zachęt, na pewno by to sprowadziło więcej muszych matek. - usta Otto spotkały się Teofano w dłuższym pocałunku - Chociaż, otoczony przez taką gromadkę chętnych kobiet, sam czasem zastanawiam się, czy aby nie zasiać własne plony w jednej z was. - uśmiechnął się trochę łobuzersko.
      - Dlatego pomyślałam o Geli. Ona taka wesoła i towarzyska jest. Więc może jakby poczuła te wspaniałe dzieci w sobie. Tak jak ja i lady Fabienne. To może też by jej się spodobało. I chciałaby jeszcze. Margo też na początku. Nie była taka chętna. A teraz już chociaż nie jest oporna. - Mówiła coraz krótszymi zdaniami w miarę jak poddawała się przyjemności. Pozwalała aby męskie dłonie dotykały jej biust i twarz. I sama chętnie oddawała mu pocałunki. - I zasiać własne plony w jednej z nas? - Z pewnym opóźnieniem zorientowała się co jeszcze jednooki powiedział. Wyglądało na to, że są na dobrej drodze aby za chwilę w pełni skonsumować tą chwilę prywatności.
      - O tak. Wiem, że ty jedynie chcesz własne maleństwa. - oddech Otto również przyspieszył, a piekarka mogło poczuć jego ekscytację pod sobą - Jednak jaki mężczyzna nie chciałby spłodzić armii z takimi pięknościami jak ty. - dłoń mnicha sięgnęła między uda dziewczyny - Szczególnie tak gotowymi, aby przyjąć jego dar?
      - Ah… Ty chcesz mieć dziecko… - Wysapała coraz bardziej rozogniona cukiernik. Przytrzymywała głowę partnera aby móc go całować albo tuliła do swojej piersi. - Ja bym chętnie… Dla ojca naszych maleństw… Tak… Ale ja jestem panną na wydaniu… Przecież wiesz co się mówi o zbrzuchaconych pannach… A ty jesteś mnichem… Nie wiem jak Otto… - Wyglądała na rozochoconą na dobre. Ale jeszcze właściwie kontaktowała z rzeczywistością. Jeśli by dała się zbrzuchacić nieznajomemu, to znacznie trudniej byłoby jej znaleźć wartościowego męża. A gdyby wyszło, że to dziecko mnicha to już w ogóle wyszedłby skandal obyczajowy.
      - Wiem, ale czyż to nie ekscytująca myśl? Ty, ja, noc po nocy… sama możliwość skandalu… konsekwencji… - mnich starał się zaognić wyobraźnię piekarki, umysł działa lepiej na chuć niż jakikolwiek dotyk.
      - Ale… Przecież by nas zlinczowali… Albo wygnali z miasta… - Cukiernik nie mogła przestać myśleć o konsekwencjach takiego skandalu. Chociaż wyglądała jakby było jej coraz goręcej. Wreszcie wstała i zadarła spódnicę aż pokazały się jej smukłe nogi. I usiadła z powrotem, ale tym razem okrakiem. - Muszę ci coś pokazać… Ale to później… Możemy to zrobić jak chcesz. Tylko, żeby nikt nie wszedł. - Chciwie położyła jego dłonie na swoich udach zapraszając go aby pójść o krok dalej w tych zabawach.
      Otto zsunął swoje spodnie i zgrabnym ruchem nabił Teofano na swe berło, rozpoczął delikatnte ruchy.
      - A co… chcesz mi pokazać? - jego oddech był coraz płytszy, najwyraźniej ta zabawa nie potrwa długo.
      - Co? - Głos cukiernik był półprzytomny. Jakby nie pamiętała już o co pyta. Za to energicznie zaczęła podskakiwać na jego biodrach. I to chwilowo ją bardziej zajmowało. A jednak w końcu sobie przypomniała. - A! To! Ale to później. Jak skończymy. - wystękała z trudem i pozwoliła się oddać przyjemności tego ich prywatnego zbliżenia.
      Zabawa nie trwała długo i po kilku chwila Teofano mogła poczuć jak mięśnie mnicha pod habitem napinają się, a po chwili ciepło zaczęło wypełniać jej wnętrze kiedy mnich dotarł do własnego szczytu. Ucałował delikatnie jej szyję kiedy łapał oddech.
      - Wybacz… ale jesteś słodsza niż wszystkie twe wypieki.
      - Ty też. Wiesz, zawsze chciałam to z kimś zrobić u nas w cukierni na tym stole pełnym mąki i ciasta. Ale nigdy nie było okazji. Nawet kiedyś myślałam aby tam Margo zaciągnąć. Ale po zamknięciu niezbyt mam pretekst aby schdzić do cukierni. A poza tym wszystko jest posprzątane. A w dzień to tam jest ruch. Może jakby jeszcze Gelę się udało wtajemniczyć to by się udało wreszcie. - Mamrotała zdyszana i spocona. Gdy opadła w końcu ostatecznie na jego biodra i tak została. Ramionami zaś oplotła jego szyję. Całowała go jeszcze delikatnie w policzek albo usta. I wydawała się bardzo senna i pełna błogości. Gdy nagle ożyła. - Ah! No tak! Bo miałam ci pokazać. - Zaśmiała się jakby jej się to właśnie przypomniało. Wstała i stanęła tuż przed nim. Po czym podwinęła do góry spódnicę. Do samej góry a nie jak wcześniej tylko aby pozwolić kochankowi na swobodny dostęp. - Widzisz? Urosły. - Powiedziała dumnie a teraz i on to dojrzał. Te znamię, trzech czerwi na jej łonie było teraz wyraźniejsze. Jakby się trochę powiększyły. A gdy przesunął palcami to nawet jakby były nieco wypukłe. Zbladły też, już nie wyglądały na namalowane świeżym tuszem, tylko jak dawny tatuaż jaki zblakł od słońca i powietrza. Teofano wydawała się być z tego bardzo dumna i sprawiało jej to dużą radość.
      - Faktycznie, wydasz na świat dużo zdrowego potomstwa. - uśmiechnął się - Co do pierkarni. Zawsze możesz kogoś tam zaciągnąć w nocy, rozsypać mąkę i potarzać się w niej w objęciach rozkoszy. - pogłaskał Teofano delikatniej, pomagając jej się uspokoić - Lub… zawsze możemy coś takiego urządzić gdzieś, znaleźć ustronne miejsce i zobaczyć jak urabiasz ciasto swoim nagim ciałkiem.
      - Urabiać ciasto moim nagim ciałem? - Brwi cukiernik powędrowały do góry jakby nie spodziewała się tego usłyszeć. Ale szybko uśmiechnęła się na znak, że podoba jej się taki pomysł. - Bardzo bym chciała. Zwłaszcza z kimś kogo lubię. - Uśmiech zrobił się trochę krzywy ale nie tracił na wesołości. - No ale najbardziej bym chciała u nas. Tylko nie wiem jak wymyślić aby mieć trochę spokoju w środku dnia, aby to zrobić. Musiałabym zamknąć się na ten czas w kuchni. W środku dnia to trudne. - Nie zrezygnowała jednak ze swojej fantazji o paru chwilach namiętności we własnej cukierni. - Może jakby któraś z milady przyszła i bym jej miała coś pokazać? Ale wtedy to pewnie rodzice by ją oprowadzali. Sama nie wiem. Ale mniejsza z tym! W innej piekarni też może być. - Była w dobrym humorze to nie chciała być gderliwa. Poprawiła swoją bieliznę i opuściła spódnicę. Starała się teraz doprowadzić do porządku po tej chwili zapomnienia na jaką sobie pozwolili.
      - Jestem pewny, że Fabienne i Odette by coś wymyśliły, aby mieć cię na wyłączność. - uśmiechnął się mnich i poprawił też własny ubiór - Zawsze coś co możesz sobie wyobrażać, kiedy jesteś sama w łóżku.

      • No tak, one to na pewno. A lady Odette to już w ogóle. Gdzie się nie pokaże to się tłumy zbierają. Jeszcze tydzień temu to by mi do głowy nie przyszło, że będę miała okazję choć z nią porozmawiać na chwilę albo zobaczyć z bliska bez tego całego tłoku. - Brunetka kończyła się poprawiać ale sama była zdziwiona jak przez ostatnie dni rozszerzyła swoje znajomości i to wśród błękintokrwistej elity.
        - A te fantazję to mam od dawna. I bawię się nimi jak jestem sama. Robiłam to jeszcze zanim zorientowałam się, że Margo mogę wziąć do tej zabawy. No ale teraz to nasze dzieci są najważniejsze. I wiesz w czym jeszcze lady Fabienne miała rację? Poród jest najcudowniejszy. Nie mogę się doczekać następnego. A widziałeś jakie ona wielkie urodziła? O matko. Takich dużych to jeszcze nie widziałam. Aż dziwne, że się w niej zmieściły. - Chociaż była pełna pozytywnych myśli to dalej priorytetem było dla niej być muszą matką. Nie mogła się powstrzymać aby nie skomentować ostatniego porodu bretońskiej milady. Spojrzała na chwilę na niego. Po czym na swój dół czy coś zdradza, że działo się w tej celi coś niestosownego.
        - Nie martw się Teofano, wyglądasz na równie nieskalaną co zawsze. - zapewnił Otto - Może z czasem sama wydasz równie dorodne, a na razie raduj się tymi, które cię czekają. - spojrzał na drzwi - Powinienem cię chyba odprowadzić, na prawdę zabawiliśmy tu długo.
        - No tak. Trochę chyba nam zeszło. Jeszcze zaczną gadać jakieś głupoty. - Cukiernik spojrzała na drzwi jakie oddzielały ich od korytarza. Wzięła głębszy oddech jakby szykowała się na powrót do świata zewnętrznego. Ale jeszcze spojrzała na mnicha. - To mam przekazać matce, że przyjdziesz do nas jutro? Najlepiej w południe. Gdzieś po dziesiątym, jedenastym dzwonie to ojciec powinien być w gildii. - Chciała się jeszcze tylko upewnić czy są na jutro umówieni. *

      Otto i Odette

      Mnich przyjrzał się dokładnie znalezisku lady Odette. Delikatnie ujął jedną z kulek i uniósł ją do światła, starając się ujrzeć wnętrze.
      - Nie chcę zgadywać, ale wygląda jak drugie pokolenie jaj. Widziałem podobne, które wydały na świat dorosłe osobniki. - oddał perełeczke lady Odette - Nie wiem jednak skąd się u ciebie wzięło milady, wątpię, aby larwy mogły już wydawać własny miot… niestety, mój specjalista opuścił miasto. Jeżeli go spotkam, to oczywiście zapytam. - ujął czule divę- No i gratulacje, cieszy mnie twe szczęście pani. Niestety nie mam przy sobie następnych dawek, trzeba będzie poczekać.
      Gdy mnich wziął galaretowatą kuleczkę pod światło, dostrzegł tam ciemniejszy, zwinięty kształt. Jak mały czerw zwykłej muchy. Podobnie to wyglądało w większości jaj jakie do tej pory widział. Sławna aktorka obserwowała i słuchała go uważnie. I musiała się chwilę nad tym zastanowić.
      - No też do końca nie wiem skąd się wzięły. Mówiłam ci, po porodzie tak mi się błogo zrobiło, że chyba trochę się zdrzemnęłam. A jak się obudziłam to te przyjemniaczki pełzały po mnie i dookoła mnie zostawiając ten obrzydliwy śluz. A na brzuchu miałam te kulki. Były w tym wstrętnym śluzie jaki zawsze zostaje z tej zabaweczki do zapładniania jajami. No ale przecież jej nie miałam. Więc nie wiem skąd się wzięły na moim brzuchu. Pomyślałam, że je zachowam i ci pokażę. - Wzruszyła swoimi szczupłymi ramionami i wydawała się być nieco skonfundowana tym znaleziskiem ale i zaciekawiona. Na koniec rozłożyla ręcę przyznając, że nie zna rozwiązania tej zagadki.
      - To myślisz, że to jednak są jaja? Wyglądają trochę inaczej. A myślisz, że nimi też można zapłodnić kogoś? I masz jakieś dorosłe osobniki? Czyli prawdziwe muchy? Ojej, dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Koniecznie muszę je zobaczyć! - W końcu milady uśmiechnęła się na myśl, że może stać na progu nowego odkrycia związanego z jej robaczą ciążą.
      - Trzymamy je w aptece Sigismundusa, naszego naczelnego sługi Lorda Plag. - wyjaśnił Otto - Nie są tam oczywiście same, dopatruje ich jedna z naszych dziewczyn. Postaram się załatwić jakąś możliwość. A cóż chciałabyś pani od tych much? Oczywiście, są równie okropne co maleństwa, jednak nie aż tak skoro do figli.
      - Są tak okropne jak maleństwa? Takie ohydne, że każda dama brzydziłaby się ich dotknąć? - Odette oczy zabłysły i przygryzła wargę, jakby usłyszała jakiś bardzo interesujący trop. Znów wyglądała jakby ohyda budząca u większości społeczeństwa wstręt, ją pociągała. - Oh jeśli choć trochę są tak wstrętne i paskudne jak te obrzydliwe robale… To bardzo byłabym chętna je poznać. - Lekko westchnęła pokazując coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie. I nagle czar prysł jakby coś sobie przypomniała.
      - Jak to nie są skore do figli?! - Aż jej się wypielęgnowane brwi uniosły w grymasie zdumienia i rozczarowania. - Nawet ze mną? Z Odette von Treskow? Słowikiem Północy? - Widocznie to było dla niej trudne do wyobrażenia i od razu zareagowała jak odrzucona kochanka. Dumnie uniosła brodę aby pokazać swoją wzgardę. Wytrzymała tak chwilę nim znów przytomniej spojrzała na jednookiego. - Oj mój drogi Otto. - Pieszczotliwie pogłaskała jego dłoń. - Naprawdę nie dałoby się tego zorganizować? Przecież jesteś takim zdolnym i pomysłowym impresario. Nie mogłam tutaj wybrać kogoś lepszego. Wiesz jeśli to kwestia pieniędzy albo czegoś takiego to tylko powiedz. Pieniądze nie grają roli. - Teraz z kolei starała się mu przypodobać jakby liczyła, że mimo wszystko będzie w stanie jej zorganizować taką, nietypową rozrywkę.
      - Nie chodzi o pieniądze, tylko o ich bezpieczeństwo. - zapewnił Otto - Nie chcielibyśmy, aby wyfrunęły w miasto i zwróciły na siebie uwagę kościoła. Przynajmniej jeszcze nie. Dlatego, musiałbym zabrać ciebie do nich i tu jest kłopot, bo są tam osoby spoza rodziny. I gdyby ciebie zobaczyły… no chyba sama rozumiesz. Obiecuję, że postaram się coś wymyślić, ale potrzeba odrobinę cierpliwości.
      - Oh, czyli jest możliwość aby się z nimi spotkać i poznać ich lepiej? - Aktorka od razu rozpromieniła się gdy okazało się, że sprawa nie jest tak beznadziejna a raczej to kwestia organizacji. - No to ja się mogę przebrać. Za jakąś zwykłą pokojówkę czy inną dziewkę. Założę perukę albo schowam włosy pod kapturem. To by pomogło? - Wykazała się inicjatywą i wsparciem w sprawie tej nowej schadzki. - No w każdym razie mój drogi Otto, gdybym jakoś mogła pomóc ci w tym spotkaniu to tylko powiedz o co chodzi. Chyba wiesz, że u mnie namiętność i żądza przygód jest na pierwszym miejscu. Oczywiście nie chciałabym aby tym muchom stała się jakaś krzywda. Przecież nosze w sobie te ich wstrętne, ohydne larwy i wydaję, je na świat, zabawiam się z nimi. A we śnie to nawet karmiłam je piersią. Chociaż nie mam przecież pokarmu. No ale życzę im jak najlepiej. A jeśli by się okazały ohydnymi paskudami z jakimi można przeżyć interesującą przygodę to byłabym tym bardzo, ale to bardzo zainteresowana. - Diwa zapewniła o swojej woli współpracy ale ostatecznie była gotowa zaufać, że jej osobisty impresario zorganizuje jednak to spotkanie.
      - Cieszy mnie twój entuzjazm. - zaśmiał się delikatnie mnich - Jest tak ekskluzywnie twój. Teofano jest zauroczona bycia matką, Fabienne skupia się na przyjemności, ty mieszasz obie te cechy i dodajesz fascynację i perwersję ohydy. Muszę uścisnąć dłoń temu, kto cię tego nauczył, lub wychędożyć cię jak nigdy, jeżeli odkryłaś to sama.
      - Mój drogi Otto. Koniecznie skupmy się na tym drugim wariancie. - Odette obdarzyła go dystyngowanym ale zalotnym uśmiechem, jakby byli na sali balowej, wśród elity tego miasta. - A młodziutka Teo jest nawet zabawna. To urocze jak się peszy przy nas i gorliwie przytakuje wszystkiemu co powiemy. Doceniam jej entuzjazm dla tych małych ohyd jakie w sobie nosimy. To ciekawa odmiana móc się tak z kimś z plebsu zaznajomić. - Na swój sposób śpiewaczka nawet zdawała się lubić i doceniać młodą cukiernik. I dostrzegać poza jej aparycją także niektóre cechy jej charakteru. - A moja Fabi, jest cudowna. Od razu ją polubiłam. I tej jej piękny, romantyczny bretoński akcent! Cudowny! Ah jak ja uwielbiam i podziwiam Bretończyków. Są tak namiętni, silni i porywczy. Cóż potrafią zrobić dla idei! Dla miłości! Dla honoru! Są wspaniali. A Fabi jest ich wyśmienitą ambasadorką. Zwłaszcza w tym najbardziej ślicznie plugawym wydaniu jakie uwielbiam. Czuję się z nią jakbym odnalazła dawno zaginioną siostrę. Zakochałam się w niej. - Diwa pozwoliła sobie też na parę słów szczerości wobec swojej przyjaciółki jaka od dawna była też kochanką Otto.
      - No cóż jej potencjalne korzenia mogą mieć coś z tym wspólnego. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli czcigodna Soria znajduje się wśród jej przodków… kto wie, może też ich twoich. Odrobinkę kazirodztwa wśród szlachty to przecież nic nowego. - dłoń mnicha delikatnie powędrowała do policzka Odette - A Bretończycy… cóż, niezwykły naród, nawet jeżeli trochę zacofany. Faktycznie jednak jeżeli Fabienne nie jest wybitnym okazem, tylko normą… aż żal, że urodziłem się w Imperium.
      - Oh nie, myślę, że Fabi wybija się nawet na tle innych Bretończyków. A nawet ich dumnych dam. - Uśmiechnęła się jakby alabastrowa, czarnowłosa żona tutejszego kapitana, miała specjalne miejsce w jej sercu. Chociaż przed przyjazdem na ten koniec świata w ogóle jej nie znała. - Ale masz rację. W wielu kwestiach są nieco staroświeccy i zacofani. - Ta uwaga nieco ją rozbawiła ale wydawała się na tym polu podzielać opinię swojego impresario. - A więc to prawda? Ona jest spokrewniona z lady Sorią? Słyszałam już o tym ale trudnow to uwierzyć. Lady Soria to… No cóż… To chyba nie jest tylko piękna milady. Prawda? Widziałam ją jak na tym naszym leśnym pikniku rozmawiała ze zwierzoludźmi w ich języku. A oni traktowali ją z szacunkiem. W przeciwieństwie do mnie i Fabi! Ale to było najcudowniejsze w tamtym spotkaniu! To było takie ekscytujące! Wiesz, że na koniec oznaczyli nas swoim moczem? To było takie podłe! Potraktowali nas jak jakieś drzewo do oznaczenia swojego terenu! Mam nadzieję, że następnym razem też to zrobią. - Aktorka wydawała się być zaciekawiona nadnaturalnym pochodzeniem ich wspólnej przyjaciołki jak i samej lady Sorii. A wycieczkę do pradawnego kręgu ofiarnego, wspominała żywo i z przyjemnością.
      - Och uwierz mi, w niej jest więcej niż tylko krew lokalnych ludzi. Jest naznaczona przez Węża poprzez krew swej matki, prawdziwej Księżnej Pana Rozkosz. Spędzić noc w jej sypialni… chyba bliższego boskiego doznania nie można doświadczyć. Podejrzewam, że Gnak i jego by ją szanowali, zwierzoludzie respektują jedynie siłę, a Lady Soria pomimo swej urody ma w sobie potęgę… no cóż, wątpię, aby wasi konkubenci z lasu dali jej radę… w walce czy w łóżku.
      - Oh, w łóżku to na pewno nie. Widziałam jak tam dokazywała. Ja czy Fabi to przy niej wyglądałyśmy jak skromne pensjonariuszki. - Aktorka uśmiechnęła się na tą myśl. - Wygląda dostojnie i wspaniale. Jest w niej jakiś naturalny magnetyzm. Trudno oderwać od niej wzrok. To zaszczyt móc jej służyć. Zresztą wielokrotnie rozmawiałam o tym i z Fabi, i Łasicą, i Priorą. Wszystkie uważamy podobnie. Być damą na jej dworze to prawdziwy zaszczyt. - Milady wydawała się podzielać zdanie mnicha, chociaż bazowała na innych niż on motywach i doświadczeniach.
      - No cóż, jeżeli zostaniesz z nami dostatecznie długo, lub jeżeli do nas wrócisz, to spotkasz też jej matkę. - Otto uśmiechnął się - I tu mogę obiecać, że będzie to doznanie jakiego nie uświadczysz nigdzie, jak świat długi i szeroki. Mam nadzieję, że to dostateczna zanęta, abyś nas nie opuszczała. Fabi i ja byśmy płakali nocami z braku ciebie.
      - Oh mój drogi Otto. To było takie romantyczne. - Milady rozczuliła się na te komplementy i aż czule pogłaskała policzek mnicha. Aż go dreszcz przyjemności po karku przeszedł od tego dotyku. A po chwili wpatrywania się z bliska w jego oczy, czule pocałowała go w usta. Jak skończyła znów szukała czegoś na dnie jego duszy. - Czyli te przygody w lesie i te paskudztwa którymi plugawicie moje szlachetne łono to nie wszystko? Oh Otto… No to cudowne wieści. Mogę cię zapewnić, że na razie bawię się tu u was wybornie, jak dawno się nigdzie tak nie bawiłam. Wreszcie coś odświeżająco nowego a nie wiecznie tylko ci wielbiciele, amanci, podstarzali zalotnicy, złośliwe baby i udawanie, że zależy im na moim talencie gdy tak naprawdę chcą się dobrać między moje uda. Gardzę nimi wszystkimi. A tu u was mi się podoba więc na razie nie zamierzam wyjeżdżać. Oczywiście spodobałoby mi się jeszcze bardziej gdybym przeżyła schadzkę z tymi wstrętnymi muchami. Ah! Nie mogę się doczekać aż przyjadą te moje przyjaciółki z Saltmundu i kiedy opowiem im o tym wszystkim! No i aż do nas dołączą. - Zaśmiała się wesoło na koniec gdy myślała o zaproszonych gościach o jakich od paru dni, czasem wspominała. I dała znać, że na razie czuje się tu rozpieszczana więc nie zamierza wyjeżdżać.
      - Ah, nuda. Odwieczny wróg wszystkiego co dobrze i przyjemne w życiu… - mnich się zatrzymał jakby pomysł wpadł mu do głowy - Ech… szkoda, że nie jesteśmy w jakimś bardziej zaściankowym miejscu. Ponieważ zakładam, że nigdy nie byłaś obiektem prawdziwego, religijnego oddania. Przekonać kilku chłopów, że twa uroda jest darem od bogów i powinni cię wielbić niczym boginię nie byłoby trudne…
      - Obawiam sie, że po tych mszach w Festag to zna mnie już całe miasto i okolica. A zwykli chłopi są tacy nudni. Ale dziękuję za pomysł mój Otto. Doceniam twoje wizje i pomysłowość jakie dla mnie kreujesz. - Uniosła jego dłoń i pocałowała ją, jakby był szlachcicem. Uśmiechnęła się jeszcze po czym westchnęła z pewnym żalem. - Ale teraz, jak nie chcemy się spóźnić na zaproszenie Beni i Roberta bardziej niż wypada to musimy się już zbierać, mój drogi Otto. - Przyznała, że nie jest panią własnego czasu i też ma swoje zobowiązania.

      • Oczywiście, moja pani. Wziąłbym cię pod rękę, ale chyba nie uchodzi. Prowadź zatem, żyje aby służyć i zadowalać. - skłonił się teatralnie i ruszył za divą.

      Otto, Odette i von Neuhoff

      Mnich przywitał się pokłonem przed małżeństwem von Neuhoff, nie pozwoliłby sobie na spoufalanie się.
      Wysłuchiwał obrotnych opowieści Odette, nie mógł oczywiście snuć własnych, nikt nie spodzie się mnicha z jakimkolwiek doświadczeniem w tych sprawach.
      Kiedy w końcu lord Robert zostawił trójkę samych Otto zerknął na dwójkę kobiet, które od razu rozpoczęły figle.
      - O ile jestem pewny, że lord Neuhoff nie miałby nic przeciwko takiemu widokowi, chyba moja obecność nie byłaby mu miła.
      - Oh niestety mój drogi Otto, spodziewam się, że Robert powróci z tymi cygarami, zanim będziemy mogli skonsumować znajomość. - Odette westchnęła z pewnym żalem, że obecna przerwa będzie zbyt krótka aby zdążyli na jakieś figle. Benita pokiwała głową, na znak, że podobnie ocenia sytuację.
      - Robert jest zachwycony twoją osobą, że gdybym ja też nie była to aż bym była zazdrosna, że tak adoruje inną kobietę. No ale sama cię przecież adoruję, więc już nie będę dla niego wredną jędzą. - Gospodyni pozwoliła sobie na flirciarski ton. Była w o tyle lepszej pozycji, że jako druga kobieta i szlachcianka, miała więcej okazji, aby się spotkać ze śpiewaczką sam na sam. Żonatemu mężczyźnie nie wypadało nachodzić gwiazdy estrady w jej garderobie.
      - Ja bym bardzo chętnie zapoznała się z wami obojgiem. Ale to może później. Na razie jesteśmy tu z naszym drogim Otto. - Wydawało się, że diwie schlebiają te amory od gospodarzy i czuje się z nimi jak ryba w wodzie. Jednak nie zatraciła się w nich na tyle aby zapomnieć o swoim dzisiejszym partnerze. Teraz obie szlachcianki spojrzały na jednookiego mnicha.
      - No czemu nie. Wtedy w garderobie było całkiem ekscytująco. No ale teraz to zaraz Robert wróci. - Benita widocznie też miło wspominała przygodę na zapleczu teatru jednak nie zapominała, że jej mąż może wrócić w każdej chwili.
      - No to będziemy musieli to powtórzyć jak najszybciej się da. Ja mam próby w teatrze prawie codziennie. A póki co. Jak myślisz, mój drogi Otto. Jak mamy te parę chwil z Beni tylko dla siebie, to jak możemy ją niecnie wykorzystać? - Diwa zalotnie zwrociła się do mnicha a jej wielbicielka zaśmiała się krnąbrnie ale z ciekawością spojrzała wyczekująco na Otto.
      - Żeby nie zapędzać się zbyt daleko? - upewnił się mnich - Lady von Neuhoff. Podejrzewam, że Lady Odette zasługuje na trochę pieszczot twego głosu. Wyjaw jej co cię w niej tak bardzo nęci. Bądź tak wulgarna, lub delikatna jak sądzisz, że odpowiada twej żądzy.
      - Oh cudowny pomysł Otto! - Aktorka uśmiechnęła się, jakby właśnie zaproponował jej ulubioną grę. Zachęcająco spojrzała na gospodynię czekając na jej reakcję. Ta odchrząknęla jakby chciała zebrać myśli. W końcu przyjrzała się z bliska twarzy słynnego Słowika z Północy.
      - Wulgarna? Oj Otto, przecież jesteśmy szlachciankami. - Benita na chwilę spojrzała na mnicha, jakby strzelił jakąś dziecinną gafę. Miodowłosa na razie się nie wtrącała. Gdy kochanka znów na nią spojrzała wydawały się obie promienieć. Jakby zaraz miały się pocałować. Zamiast tego, brunetka zaczęła mówić melodyjnym szeptem. - Bo jesteś taka wspaniała Oddi. Masz takie niesamowcie głębokie oczy w jakich można utonąć. Mogłabym wpatrywać się w nie przez pół wieczoru. No i usta. Takie utalentowane. A tak namiętne. Cały czas myślę o twoich ustach. Chciałabym je ciągle całować i aby one całowały mnie. Wszędzie. I twoje włosy. Takie miękkie i puszyste. Jakbym mogła to bym została twoją garderobianą aby móc je codziennie czesać i układać. Właściwie to kobiety za bardzo mnie nigdy nie pociągały. Ale ty Oddi jesteś tak wspaniała, że mogłabym się z tobą kochać codziennie. - Frau von Neuhoff wydawała się olśeniwać swoim delikatnym blaskiem. I widać było, ze aktorka spija słowa z jej ust. Aż do wzruszenia.
      - Oh, Beni, to było takie piękne. Takie romantyczne. Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. Słyszałeś to mój drogi Otto? Nasza Beni jest wzruszająco romantyczna i taka kochana. - Odette położyła dłoń na dłoni koleżanki a następnie uniosła ją do ust aby pocałować. Gdyby nie to, że obie były tej samej płci, to pasowałoby to do jakiejś sceny gdzie kochankowie wyznają sobie miłość w blasku księżyca. Benita też wyglądała na pełną szczęścia, że jej komplementy trafiły w serce towarzyszki.
      - A teraz wulgarnie. - Miodowłosa dodała to tym samym słodkim tonem, że ze dwa oddechy trwało zanim gospodyni się zorientowała. Zmarszczyła brwi i uśmiech nieco zszedł jej z twarzy.
      - Jak to wulgarnie? O czym ty mówisz Oddie? - Lekko pokręciła głową jakby naprawdę nie była w stanie zrozumieć prośby przyjaciółki.
      - Teraz proszę cię Beni abyś powiedziała na co masz ze mną ochotę. Tylko tak wulgarnie jak zdołasz. - Druga szlachcianka łagodnym tonem doprecyzowała o co jej chodzi. Małżonka Roberta zamrugała oczami i na chwlę spojrzała na mnicha jakby szukała u niego podpowiedzi.
      - Naprawdę tak się nie bawiłaś wcześniej? - Widząc to von Treskow znów przykuła uwagę kobiety jaka grzecznie siedziała jej na kolanach. Teraz pokręciła głową z nieco niepewnym wyrazem twarzy. - No dobra. To pozwól, że ci zademonstruję. - Odette uśmiechnęła się ze zrozumieniem i nawet delikatnie poprawiła lok koleżanki. A ta skinęła głową na znak zgody.
      - Beni. Jesteś moją prywatną, tanią ladacznicą. - Odette zaczęła spokojnym ale stanowczym tonem. Na co gospodyni otworzyła oczy ze zdumienia. Szybko spojrzała na Otto, jakby sprawdzała czy on też to właśnie usłyszał. Jednak aktorka ciągnęła dalej. - Dlatego moja ladacznico przyjedziesz jutro na próbę do teatru. I będziesz dla wszystkich bardzo miła. A gdy pójdziemy do mojej garderoby rozbierzesz się do naga a ja przywiążę cię do słupa. I wychłoszczę twój grzeszny, zgrabny kuperek aż będziesz jęczeć o litość. Ale takie tanie ladacznice jak ty, nie zasługują na litość. Dlatego zatkam ci usta jakimś brudnym gałganem i będę chłostać dalej aż mi się znudzi. Wtedy wezmę cię tak jak nigdy twój Robert się nie ośmielił. Aż będą drzazgi lecieć. Ale wiem, że takie tanie ladacznice jak ty, co tylko udają wielkie, wyrafinowane damy to lubią. A jak będę gotowa to zasieję cię kolejną porcją larw. Aż będą ci wyciekać z każdej strony. Może nam się uda zaprosić Fabi to by znów nas obdarowała tym obrzydlistwem jakie rodzi. Pozwolę ci na przyjemność aby tym razem spadł ten kloc na ciebie. I dopilnuję aby każdy z tych obrzydliwców był oznaczony twoimi ustami. Wtedy jak będę z ciebie zadowolona moja brudna ladacznico, to zacznę się z tobą kochać. - Aktorka mówiła płynnie ale stanowczo. Tak cichym ale silnym głosem, że wydawał się wręcz magnetyzujący. A nie spuszczała z Benity wzroku ani na chwilę więc wyglądała jak zmija jaka hipnotyzuje mysz. Zreszta gospodyni która z początku próbowała sie zbuntować i przerwać w końcu i tego zaprzestała. I nawet gdy von Treskow skończyła mówić to wydawało się, że wciąż jest pod jej urokiem i nie może się zdobyć na jakąś świadomą reakcję.
      - Poczułaś to? - Nagle Odette się odezwała i to jakby przerwało ten czar. Benita odchrząknęła, zamrugała oczami jakby próbowała wrócić do rzeczywistości.
      - Co takiego? - Zapytała w końcu ale dość słabym głosem.
      - To ożywienie. Tutaj. - Diwa położyła dłoń na brzuchu drugiej milady. - I tam niżej. - Szepnęła wskazując na podołek drugiej kobiety. Ta zbyt krępowała się aby to przyznać na głos, więc tylko skinęła głową. - To dobrze. Czyli pasujemy do siebie Beni. I dlatego moja prywatna ladacznico, jutro przyjedziesz do teatru na próbę. - Odette znów mówiła jak dobra koleżanka i jakby chodziło o zwykłe spotkanie towarzyskie między szlachciankami. Von Neuhoff przełknęła nerwowo ślinę, uśmiechnęła się nerwowo i wciąż wydawała się być speszona i zawstydzona. Ale pokiwała twierdząco głową.
      Mnich pokiwał głową.
      - Spodziewałem się, że nasz cudowny słowik zna moc namiętnych słów. - Otto pociągnął odrobinę habit pozwalając chłodnemu powietrzu przelecieć pod nim - Nie wyobrażałem sobie jednak, aż takiej kontroli nad nimi. Lady Odette, zapewne byś rozebrała widownię czyjąc z ksiąg kościoła Morra.
      - Oh te całe dnie ćwiczenia dykcji, wkuwania klasycznego i śpiewania psalmów jednak się na coś przydały. - Lady Odette uśmiechnęła się skromnie ale widać było, że reakcja obojga kochanków sprawiła jej przyjemność. Nagle nad ich głowami skrzypnęła podłoga i dało się usłyszeć czyjeś kroki.
      - To Robert. Pewnie musiał iść do składziku po te cygara. Ale już wraca. - Benita widocznie na słuch rozpoznała męża. Co niejako przypomniało im, że mają dość ograniczony czas na wyznania i knowania.
      - Beni. Myślisz, że dałoby się zorganizować nam chwileczkę zapomnienia bez Roberta? - Miodowłosa milady nie traciła więc czasu. Brunetka bystro spojrzała na nią i odparła prawie od razu.
      - Tak. Możesz poprosić, że chcesz iść do łazienki. To cię zaprowadzę. Jak parę chwil nas nie będzie to Robert zrozumie. W końcu kto by nie chciał zostać z tobą sam na sam, choć przez parę chwil. - Frau von Neuhoff uśmiechnęła się czule do śpiewaczki i pieszczotliwie pogłaskała ją po dłoni. Wyglądała jakby wręcz przygotwała sobie taką możliwość i czekała na nią z niecierpliwością. Zresztą wizyta w łazience, wyglądała całkiem naturalnie.
      - Nie mogę się doczekać. - Von Treskow pogłaskala ją opuszkami palców po policzku. Po czym wskazała na siedzącego obok mnicha. - A coś z naszym Otto? - Teraz Benita przygryzła swoje uszminkowane wargi i musiała się chwilę zastanowić.
      - Mam zielnik. Mogę cię poprosić o konsultację. Bo wy chyba macie coś takiego w hospicjum? To byśmy poszli do małej biblioteki. Jest blisko łazienki. - Zaproponowała na szybko.
      - Cudownie. To może wy zaczniecie. Zaprosisz Otto gdzie trzeba a ja zostanę z Robertem. A po chwili powiem, że muszę przypudrować nosek. - Aktorka popatrzyła na nich czy się zgadzają. - Bo mamy dla ciebie małą niespodziankę Beni abyś taka pusta nie chodziła. - Uśmiechnęła się jeszcze obiecująco ale dłońmi dała znać aby druga kobieta zeszła z jej kolan. Słychać już było powracające, szybkie kroki na korytarzu. Benita zdążyła zrobić zaciekawioną minę ale szybko wróciła na swoje ozdobne krzesło. I obie na szybko zaczęły się poprawiać aby nie wyglądać niestosownie. Drzwi faktycznie otworzyły się i do środka wrócił Robert.
      - Oh, błagam o wybaczenie moi drodzy. Niestety w pudełku były tylko sztuki niegodne tak pięknych ust jak twoje milady. Ale osobiście poszedłem do mojego prywatnego składziku i wybrałem te które mogłyby być choć namiastką twojej wspaniałości Odette. - Szlachcic zachowywał się z pełną manierą i widać było, że zrobił wrażenie na obu kobietach. Może jego uwagi były zbyt śmiałe jak na wypowiedziane w obecności żony ale ta wyglądała na równie zachwyconą jak diwa jaką wielbiła tak samo jak on. Mężczyzna otworzył szkatułkę, z rzeźbionego, czerwonego drewna i ukazało się kilka grubych, brązowych walców. Szlachcianka zajrzała tam z ciekawością.
      - Oh Robercie, to są słowa i dar godny prawdziwego dżentelmena. - Odette z wdziękiem sięgnęła po jedno cygaro. Mąż więc kolejne zaproponował żonie. Ta też się poczęstowała. Więc gospodarz zaproponował gestem także mnichowi. Chciaż Otto nie był nawet szlachcicem. Pierwszy raz widział tą nietypową używkę do palenia jaka przywędorwała do Imperium z Nowego Świata. I dlatego była tak rzadka i droga. Ze szkatuły bił nietypowy aromat jaki w ogóle nie był podobny do bagiennego ziela zazwyczaj palonego w fajkach i skrętach.
      Mnich grzecznie uniósł dłoń.
      - Z pełnym szacunkiem mój lordzie, ale habit wymusza na mnie wstrzemięźliwość. Dziękuję ci jednak za ofertę, rzadko mogę uświadczyć takiej gościnności. - uśmiechnął się ciepło do szlachcica - Tytoń z Lustrii? Słyszałem, że handlarze z Arabii próbowali wyhodować własne.
      - Też słyszałem. Ale podobno klimat nie ten. Zbyt wiele piasku, wiatru i słońca a za mało wody. - Robert przytaknął mnichowi i odpowiedział z uśmiechem. Bez wyższości jaką zwykle błękitnokrwiści okazywali maluczkim spoza swojego elitarnego grona. Odłożył pudełko na stolik a sam wziął żar w ozdobnym uchwycie. I najpierw zaczął przypalać nim cygaro swojego honorowego gościa o miodowych włosach. Odette widać wiedziała co robić bo possała końcówkę ustami aż na moment żar pojawił się na końcu brązowego walca. Wtedy wydmuchała pierwszy kłąb dymu.
      - Wspaniały smak. Uwielbiam cygara. Jaki to gatunek? - Zaciekawiła się i pozwoliła gospodarzowi nacieszyć się tą chwilą. Porozmawiali chwilę o różnych smakach i walorach gdy Robert odpalił cygaro Benicie a na końcu wrócił na swoje krzesło i zapalił swoje. Wreszcie mogli usiąść we czwórkę i rozkoszować się rozmową.
      - Robercie, byłam tak śmiała, że zaproponowałam Beni jutro wzięcie udziału w naszej próbie w teatrze. Czy zgodzisz się w swojej wspaniałomyślności abym mogła ci ją porwać na jutrzejsze popołudnie? - Odette z wdziękiem poprosiła męża o zgodę na wizytę żony w teatrze. Jeśli się nie słyszało jej wyuzdanej preory sprzed paru chwil jakie ma plany wobec Benity nic nie sugerowało, że chodzi o coś więcej niż towarzyska wizyta artystyczna między szlachciankami. I ich gospodarz też chyba nie miał wątpliwości a tym polu.
      - Ależ naturalnie. Beni cię strasznie podziwia. Zresztą ja także. Zawsze mi mówiła, że chciałaby mieć taki talent jak ty. - Herr Neuhoff zgodził się na tą prośbę bez zastrzeżeń. Obie szlachcianki od razu się uśmiechnęły i do niego i do siebie.
      - To skoro jeszcze jesteśmy razem. Czy mogę cię bracie Otto porwać na chwilę? Mam pewien zielnik i chciałabym cię prosić o fachową opinię. Przecież wy w tym hospicjum to się zajmujecie takimi rzeczami. - Benita zwróciła się do jednookiego równie naturalnie jak przed chwilą jej koleżanka do jej męża.
      - Oczywiście, Lady Neuhoff, postaram się pomóc jak tylko mogę. Mój panie. - skinął głową na Roberta i ruszył za Benitą, zerknął tylko na Odette i szepnął jej na ucho - Pamiętaj, aby do nas dołączyć, Beni może czuć się zazdrosna jeżeli postanowisz zadowolić się tylko jej mężem.
      Diwa lekko skinęła głową, jak na damę przystało. A gospodyni płynnie wyprowadziła gościa z biblioteki. I ruszyli we dwójkę korytarzem. - To niedaleko. Tam, na końcu. - Wyjaśniła mu po drodze. - A tu są drzwi do łazienki. Gdybyś potrzebował. - Dyskretnie wskazała na ozdobne drzwi jakie mijali. Ale przeszli do kolejnych, po przeciwnej stronie. Za nimi ukazały się kilka regałów z różnorodnymi książkami. Ale były stłoczone i nie prezentowały się tak dostojnie jak z głównej biblioteki z jakiej właśnie wyszli. Za to okno było małe i panował nieco półmrok. Milady pewnie podeszła do jednego miejsca i sięgnęła po jedną z ksiąg. Otworzyła ją na środku i rzeczywiście był to zielnik.
      - To macie dla mnie jakąś niespodziankę? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i pozornej niewinności. Podniosła w końcu wzrok i znad swoich ładnych rzęs posłała mu flirtujące spojrzenie.
      - No cóż, Lady Odette najpewniej by chętnie wzięła ciebie i twojego męża do łóżka, razem albo na zmianę. Nie jestem pewny jednak, cóż wymyśliła teraz. - mnich delikatnie ucałował policzek Benity - Niestety nie jestem przygotowany, aby usłużyć wam tak jak poprzednio. Zobaczymy jak do nas dotrze. - Otto zerknął na zielnik - Mam pomysł na małą grę, jeżeli zaprosisz mnie pod spódnicę i postarać się czytać na głos zielnik, pomimo moich pieszczot. Taki mały teścik twojej kontroli.
      - Chcesz mi wejść pod spódnicę? - Brwi szlachcianki podskoczyły w górę jakby nie była pewna czy to żart czy nie. Zastanawiała się chwilę nad tym pomysłem. I w końcu wzruszyła ramionami. - No dobrze. Może być ciekawie. - Uśmiechnęła się i uniosła przód swojej eleganckiej i drogiej sukni. Pod nią ukazały się gładkie, posągowe nogi okryte jedwabnymi pończochami. I czekała aż mnich zrobi swój ruch.
      Otto spokojnie zanurkował pod spódnicę szlachcianki i rozpoczął pieścić jej delikatną skórę.
      - Więc moja pani? Cóż tam mówi ta twoja książka?
      - Roślina ma zielone, wydłużone strączki. Kwitnie na czerwono z białymi kropkami. - Z góry doszedł go spokojny, kobiecy głos gospodyni. Zazwyczaj czytała poprawnie, miała niezłą dykcję i wprawę w czytaniu na głos. Ale gdy ulegała jego pieszczotom to musiała się powstrzymać od śmiechu. Gdy jej się nie udawało to chichotała jak młoda dzierlatka. I na tym zastała ich Odette. Otworzyła drzwi i zajrzała ciekawie do środka. Widząc w co się bawią, też się uśmiechnęła i podeszła bliżej.
      - Widzę, że się dobrze ze sobą dogadujecie. - rzekła z aprobatą i rozbawieniem. Podeszła do stojącej szlachcianki i objęła ją czule. Już Benita zbliżyła swoją twarz do niej jakby chciała ją pocałować ale miodowłosa zagrodziła jej drogę palcem. - Bardzo chętnie Beni. Ale wiesz, że to zostawia ślady na jakie nie możemy sobie pozwolić. - Zachowała trzeźwość umysłu na co gospodyni westchnęła żałośnie.
      - No wiem. - Pokiwała smutno głową. Wtedy von Treskow spojrzała figlarnie na Otto.
      - Ale jestem pewna, że nasz pomysłowy impresario wymyśli jak możemy we trójkę uczcić ten moment prywatności bez szczegółów pozwalających żyć wstrętnym plotkom. - Wtedy Benita też z nadzieją popatrzyła na mnicha.
      Mnich delikatnie odsunął się od Benity i spojrzał na dwie kobiety.
      - No cóż, jedyna metoda, to figle tam gdzie drogi Robert nie zauważy. I to tak, aby też nie naruszyć waszego makijażu… - Otto się chwilę zastanowił, delikatnie ujął dłoń Odette i doprowadził jej palce do ust Benity - Lady Neuhoff, nie ujmując twemu mężowi, podejrzewam, że nie jest zbyt… kreatywny w łóżku. Mogę się mylić, ale wątpię, aby wymagał od ciebie, abyś ujmowała ustami jego berło. Może więc wyobraź sobie, że palce lady Odette to kochanek, które masz na własne spróbowanie. I pokaż nam cóż byś z nim zrobiła?
      - Oh nie, no bez przesady. Na Roberta nie mogę narzekać. Po prostu on nie jest Słowikiem Północy. - Żona szybko wyjaśniła tą nieścisłość. I spojrzała z uwielbieniem na swoją ulubioną artystkę.
      - Na pewno tak jest. Kto wie? Może wkrótce to zweryfikujemy? - Odette pogłaskała jej dłoń aby koleżanka nie poczuła się niezręcznie. A potem spojrzała na jednookiego. - Wyborny pomysł mój drogi Otto. - Jego też pochwaliła i złożyła razem dwa palce. Po czy skierowała je ku ustom przyjaciółki. Ta przygryzła wargę i rozejrzała się jeszcze po nich obojgu. I delikatnie je pocałowała. Potem zaczęła je całować coraz gęściej i częściej. - Pomyśl o tym przyrodzeniu moja prywatna ladacznico jakie w ciebie jutro właduję. I może mój drogi Otto też. Miałbyś ochotę mój drogi? Dałbyś radę mnie jutro po południu odwiedzić w teatrze gdy ta brudna ladacznica będzie mi zawracać głowę w mojej garderobie? - Niespodziewanie aktorka płynnie przeszła do tego wulgarnego tonu jaki zaprezentowała w bibliotece. I na Benitę podziałało to pobudzająco. Jakby została spoliczkowana albo pocałowana. Jej usta i głowa zaczęły żwawiej pracować nad palcami diwy ale zerkała na mnicha jak ten zareaguje na jej wyuzdane zaproszenie.

      Otto pozwolił zabawom iść bez oporu. Chwilę się zastanowił o planach na resztę dnia i postanowił poszukać Łasicy. Przy odrobinie szczęścia uda mu się załatwić sprawę muzyki dla Odette.

      Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Seach

        Otto i Teofano

        Otto uśmiechnął się trochę do siebie. Miał nadzieję, że frau Lebkuhen będzie zainteresowana jego ponowną wizytą.
        - Rad jestem, że twej matce spodobały się me usługi. Oczywiście przybędę na kolejną wizytę. Możesz jej przekazać, że z niecierpliwością będę wyczekiwał dnia.
        - Dobrze, to przekażę matce, że do nas przyjdziesz w Backertag. Tak najlepiej jakoś w południe, jak ojca nie będzie. - Teofano ucieszyła się i radośnie pokiwała głową, że mnich przyjął zaproszenie od jej matki. Więc wyglądało na to, że obie strony są chętne na to spotkanie u Lebkuchenów za dwa dni.
        - A co z Gelą? Myślisz, że coś powinnam z nią zrobić inaczej? Właściwie poza zabawą z Margo to nie mam zbyt wielu doświadczeń z kobietami. Ale Margo jest uległa i zawsze robi co jej każę. A Gela jest taka żywiołowa, wesoła. No i silna, młoda i jędrna. Myślę, że mogłaby być dobrą muszą matką. - Młoda cukiernik nieco się stropiła gdy prosiła o radę w sprawie pracownicy ich rodzinnej cukierni.
        - Dobra musza matka, to chętna musza matka. - zaznaczył mnich - Nie chcielibyśmy, aby czuła prawdziwe obrzydzenie do swych maleństw, urabiaj ją na razie. No i, jeżeli jest taka żywiołowa, może zobaczyłabyś czy ciebie by wzięła w obroty. - uśmiechnął się mnich - Czy ja mogę ci jakoś usłużyć moja droga? Poza zasianiem, ponieważ niestety nie mam odpowiednich środków.
        - Obrzydzenie? Do naszych maleństw?! - Teofano zareagowała ze szczerym oburzeniem na taką myśl. I opiekuńczo położyła dłoń na wypełnionym czerwiami brzuchu. Choć na razie nic nie zdradzało jej stanu sromoty. Wydawała się tratkować swoje potomstwo podobnie jak zwykłe matki, traktują swoje dzieci. Po chwili jednak złość opadła i ze zrozumieniem pokiwała swoją kasztanową głową. - No tak. Wiele kobiet pewnie by nie zrozzumiało jaki to zaszczyt i szczęście. Nie wszystkie mają tak wielkie serce jak lady Odette i Fabienne. Nawet ta ladacznica z zatuza okazała się poczciwą kobietą. Nawet Margo początkowo była mocno niechętna. Ale teraz już mniej. Chyba nawet jej się spodobało. A przynajmniej nie protestuje przed następnym zasianiem. - Westchnęła jakby bolało ją, że tak niewiele kobiet rozumie robacze posłannictwo. I znów pogłaskała swój dość płaski na razie brzuch. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do jednookiego.
        - Gela by miała wziąć w obroty mnie? Przecież ona jest tylko czeladnikiem cukiernika. Dopiero się uczy. Ja już skończyłam szkolenie i jestem pełnoprawnym cukiernikiem. - Uśmiechnęła się dumnie jakby to była dla niej wielka różnica społeczna. No i w świecie mieszczaństwa rzeczywiście jej rodzina należałaby do bogatej elity z dobrym nazwiskiem. Może nie na tyle aby myśleć o równaniu się ze szlachtą ale nie licząc jej to na mogła patrzeć na większość mieszczan z góry. - No dobra, dobra wiem, chodzi ci o takie figle z nią jak z Margo. - Pokiwała głową jakby była na tyle bystra, że domyśliła się o co rozmówcy chodzi. - No może. Zobaczymy. Ona chyba nie ma doświadczeń z kobietami. Ale zrobię tak jak mówisz, postaram się ją bardziej wybadać. Jutro też ją wezmę na zaplecze. Mam trochę tremę ale zobaczymy. - Cukiernik uśmiechnęła się trochę nerwowo na myśl o jutrzejszym spotkaniu ale wydawało się, że determinacja aby zdobyć nową muszą matkę jest silniejsza od tremy. Wzięła głębszy oddech i popatrzyła psotnie na mnicha.
        - Oh Otto. Bardzo ci dziękuję. Nawet nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Dalej bym się męczyła z tymi snami o robaczej ciąży i bym nie wiedziała o co chodzi. - Podeszła na tyle blisko, że pocałowała go krótko w usta aby okazać wdzięczność. I zaczęła dłońmi przesuwać po jego habicie. - No i właściwie to jesteś ojcem naszych dzieci. - Położyła jego dłoń na swoim brzuchu. Czuł materiał sukni nagrzany od ciała ale jeśli w trzewiach cukiernik buszowało już życie to jeszcze zbyt słabo aby wyczuć ruch. - No a ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla siebie. Więc jeśli coś bym mogła teraz dla ciebie zrobić… - Wymownie zawiesiła głos i spojrzała w stronę drzwi celi. Chwilowo byli tu sami. Jednak za nimi wciąż trwało intensywne sprzątanie po wariactwach pacjentów. Teoretycznie w każdej chwili ktoś mógł go do czegoś potrzebować. Albo i nie. To była trudna do przewidzenia sprawa.
        Mnich objął Teofano, obdarowując ją kilkoma pocałunkami.
        - Bardzo kusisz, aby zaryzykować, ale możemy po prostu spędzić chwilę w swojej obecności. - Otto usiadł na pryczy i usadowił młodą Lebkuhen sobie na kolanach, jego dłoń zaczęła delikatnie pieścić biust kobiety, a jego usta muskać jej szyję.
        - Właścwie, to nie mieliśmy ostatnio dla siebie czasu. Gdybyś jutro znalazł przed wizytą u mojej matki albo po… To też by było bardzo miło. No i moglibyśmy zasiać Margo. I mnie. - Młoda cukiernik bez oporu dała się pociągnąć na kolana jednookiego. I syciła się jego dotykie i pocałunkami. Przez chwilę tylko tak siedziała a on miał przyjemność oglądania jej, dotykania i całowania z bliska. Rozluźniła się i chociaż chwilowo zapomniała, że za drzwiami, w każdej chwili może przejść jakiś mnich. Ściągnęła dekolt sukni w dół aby udostępnić kochankowi swoje młode piersi. A w końcu sama nachyliła się ku niemu i zaczęła szukać ustami jego ust, policzków i szyję. - Wiesz, lady Fabienne chyba ma rację. Te moje dzieci jakie noszę, cały czas czynią mnie pobudzoną. - wyszeptała mu do ucha jakby się jej słowa ich bretońskiej kochanki przypomniały.
        - Może tak ma być. - usta mnicha musnęły delikatny biust kobiety - Przyjemność jest jedną z lepszych zachęt, na pewno by to sprowadziło więcej muszych matek. - usta Otto spotkały się Teofano w dłuższym pocałunku - Chociaż, otoczony przez taką gromadkę chętnych kobiet, sam czasem zastanawiam się, czy aby nie zasiać własne plony w jednej z was. - uśmiechnął się trochę łobuzersko.
        - Dlatego pomyślałam o Geli. Ona taka wesoła i towarzyska jest. Więc może jakby poczuła te wspaniałe dzieci w sobie. Tak jak ja i lady Fabienne. To może też by jej się spodobało. I chciałaby jeszcze. Margo też na początku. Nie była taka chętna. A teraz już chociaż nie jest oporna. - Mówiła coraz krótszymi zdaniami w miarę jak poddawała się przyjemności. Pozwalała aby męskie dłonie dotykały jej biust i twarz. I sama chętnie oddawała mu pocałunki. - I zasiać własne plony w jednej z nas? - Z pewnym opóźnieniem zorientowała się co jeszcze jednooki powiedział. Wyglądało na to, że są na dobrej drodze aby za chwilę w pełni skonsumować tą chwilę prywatności.
        - O tak. Wiem, że ty jedynie chcesz własne maleństwa. - oddech Otto również przyspieszył, a piekarka mogło poczuć jego ekscytację pod sobą - Jednak jaki mężczyzna nie chciałby spłodzić armii z takimi pięknościami jak ty. - dłoń mnicha sięgnęła między uda dziewczyny - Szczególnie tak gotowymi, aby przyjąć jego dar?
        - Ah… Ty chcesz mieć dziecko… - Wysapała coraz bardziej rozogniona cukiernik. Przytrzymywała głowę partnera aby móc go całować albo tuliła do swojej piersi. - Ja bym chętnie… Dla ojca naszych maleństw… Tak… Ale ja jestem panną na wydaniu… Przecież wiesz co się mówi o zbrzuchaconych pannach… A ty jesteś mnichem… Nie wiem jak Otto… - Wyglądała na rozochoconą na dobre. Ale jeszcze właściwie kontaktowała z rzeczywistością. Jeśli by dała się zbrzuchacić nieznajomemu, to znacznie trudniej byłoby jej znaleźć wartościowego męża. A gdyby wyszło, że to dziecko mnicha to już w ogóle wyszedłby skandal obyczajowy.
        - Wiem, ale czyż to nie ekscytująca myśl? Ty, ja, noc po nocy… sama możliwość skandalu… konsekwencji… - mnich starał się zaognić wyobraźnię piekarki, umysł działa lepiej na chuć niż jakikolwiek dotyk.
        - Ale… Przecież by nas zlinczowali… Albo wygnali z miasta… - Cukiernik nie mogła przestać myśleć o konsekwencjach takiego skandalu. Chociaż wyglądała jakby było jej coraz goręcej. Wreszcie wstała i zadarła spódnicę aż pokazały się jej smukłe nogi. I usiadła z powrotem, ale tym razem okrakiem. - Muszę ci coś pokazać… Ale to później… Możemy to zrobić jak chcesz. Tylko, żeby nikt nie wszedł. - Chciwie położyła jego dłonie na swoich udach zapraszając go aby pójść o krok dalej w tych zabawach.
        Otto zsunął swoje spodnie i zgrabnym ruchem nabił Teofano na swe berło, rozpoczął delikatnte ruchy.
        - A co… chcesz mi pokazać? - jego oddech był coraz płytszy, najwyraźniej ta zabawa nie potrwa długo.
        - Co? - Głos cukiernik był półprzytomny. Jakby nie pamiętała już o co pyta. Za to energicznie zaczęła podskakiwać na jego biodrach. I to chwilowo ją bardziej zajmowało. A jednak w końcu sobie przypomniała. - A! To! Ale to później. Jak skończymy. - wystękała z trudem i pozwoliła się oddać przyjemności tego ich prywatnego zbliżenia.
        Zabawa nie trwała długo i po kilku chwila Teofano mogła poczuć jak mięśnie mnicha pod habitem napinają się, a po chwili ciepło zaczęło wypełniać jej wnętrze kiedy mnich dotarł do własnego szczytu. Ucałował delikatnie jej szyję kiedy łapał oddech.
        - Wybacz… ale jesteś słodsza niż wszystkie twe wypieki.
        - Ty też. Wiesz, zawsze chciałam to z kimś zrobić u nas w cukierni na tym stole pełnym mąki i ciasta. Ale nigdy nie było okazji. Nawet kiedyś myślałam aby tam Margo zaciągnąć. Ale po zamknięciu niezbyt mam pretekst aby schdzić do cukierni. A poza tym wszystko jest posprzątane. A w dzień to tam jest ruch. Może jakby jeszcze Gelę się udało wtajemniczyć to by się udało wreszcie. - Mamrotała zdyszana i spocona. Gdy opadła w końcu ostatecznie na jego biodra i tak została. Ramionami zaś oplotła jego szyję. Całowała go jeszcze delikatnie w policzek albo usta. I wydawała się bardzo senna i pełna błogości. Gdy nagle ożyła. - Ah! No tak! Bo miałam ci pokazać. - Zaśmiała się jakby jej się to właśnie przypomniało. Wstała i stanęła tuż przed nim. Po czym podwinęła do góry spódnicę. Do samej góry a nie jak wcześniej tylko aby pozwolić kochankowi na swobodny dostęp. - Widzisz? Urosły. - Powiedziała dumnie a teraz i on to dojrzał. Te znamię, trzech czerwi na jej łonie było teraz wyraźniejsze. Jakby się trochę powiększyły. A gdy przesunął palcami to nawet jakby były nieco wypukłe. Zbladły też, już nie wyglądały na namalowane świeżym tuszem, tylko jak dawny tatuaż jaki zblakł od słońca i powietrza. Teofano wydawała się być z tego bardzo dumna i sprawiało jej to dużą radość.
        - Faktycznie, wydasz na świat dużo zdrowego potomstwa. - uśmiechnął się - Co do pierkarni. Zawsze możesz kogoś tam zaciągnąć w nocy, rozsypać mąkę i potarzać się w niej w objęciach rozkoszy. - pogłaskał Teofano delikatniej, pomagając jej się uspokoić - Lub… zawsze możemy coś takiego urządzić gdzieś, znaleźć ustronne miejsce i zobaczyć jak urabiasz ciasto swoim nagim ciałkiem.
        - Urabiać ciasto moim nagim ciałem? - Brwi cukiernik powędrowały do góry jakby nie spodziewała się tego usłyszeć. Ale szybko uśmiechnęła się na znak, że podoba jej się taki pomysł. - Bardzo bym chciała. Zwłaszcza z kimś kogo lubię. - Uśmiech zrobił się trochę krzywy ale nie tracił na wesołości. - No ale najbardziej bym chciała u nas. Tylko nie wiem jak wymyślić aby mieć trochę spokoju w środku dnia, aby to zrobić. Musiałabym zamknąć się na ten czas w kuchni. W środku dnia to trudne. - Nie zrezygnowała jednak ze swojej fantazji o paru chwilach namiętności we własnej cukierni. - Może jakby któraś z milady przyszła i bym jej miała coś pokazać? Ale wtedy to pewnie rodzice by ją oprowadzali. Sama nie wiem. Ale mniejsza z tym! W innej piekarni też może być. - Była w dobrym humorze to nie chciała być gderliwa. Poprawiła swoją bieliznę i opuściła spódnicę. Starała się teraz doprowadzić do porządku po tej chwili zapomnienia na jaką sobie pozwolili.
        - Jestem pewny, że Fabienne i Odette by coś wymyśliły, aby mieć cię na wyłączność. - uśmiechnął się mnich i poprawił też własny ubiór - Zawsze coś co możesz sobie wyobrażać, kiedy jesteś sama w łóżku.

        • No tak, one to na pewno. A lady Odette to już w ogóle. Gdzie się nie pokaże to się tłumy zbierają. Jeszcze tydzień temu to by mi do głowy nie przyszło, że będę miała okazję choć z nią porozmawiać na chwilę albo zobaczyć z bliska bez tego całego tłoku. - Brunetka kończyła się poprawiać ale sama była zdziwiona jak przez ostatnie dni rozszerzyła swoje znajomości i to wśród błękintokrwistej elity.
          - A te fantazję to mam od dawna. I bawię się nimi jak jestem sama. Robiłam to jeszcze zanim zorientowałam się, że Margo mogę wziąć do tej zabawy. No ale teraz to nasze dzieci są najważniejsze. I wiesz w czym jeszcze lady Fabienne miała rację? Poród jest najcudowniejszy. Nie mogę się doczekać następnego. A widziałeś jakie ona wielkie urodziła? O matko. Takich dużych to jeszcze nie widziałam. Aż dziwne, że się w niej zmieściły. - Chociaż była pełna pozytywnych myśli to dalej priorytetem było dla niej być muszą matką. Nie mogła się powstrzymać aby nie skomentować ostatniego porodu bretońskiej milady. Spojrzała na chwilę na niego. Po czym na swój dół czy coś zdradza, że działo się w tej celi coś niestosownego.
          - Nie martw się Teofano, wyglądasz na równie nieskalaną co zawsze. - zapewnił Otto - Może z czasem sama wydasz równie dorodne, a na razie raduj się tymi, które cię czekają. - spojrzał na drzwi - Powinienem cię chyba odprowadzić, na prawdę zabawiliśmy tu długo.
          - No tak. Trochę chyba nam zeszło. Jeszcze zaczną gadać jakieś głupoty. - Cukiernik spojrzała na drzwi jakie oddzielały ich od korytarza. Wzięła głębszy oddech jakby szykowała się na powrót do świata zewnętrznego. Ale jeszcze spojrzała na mnicha. - To mam przekazać matce, że przyjdziesz do nas jutro? Najlepiej w południe. Gdzieś po dziesiątym, jedenastym dzwonie to ojciec powinien być w gildii. - Chciała się jeszcze tylko upewnić czy są na jutro umówieni. *

        Otto i Odette

        Mnich przyjrzał się dokładnie znalezisku lady Odette. Delikatnie ujął jedną z kulek i uniósł ją do światła, starając się ujrzeć wnętrze.
        - Nie chcę zgadywać, ale wygląda jak drugie pokolenie jaj. Widziałem podobne, które wydały na świat dorosłe osobniki. - oddał perełeczke lady Odette - Nie wiem jednak skąd się u ciebie wzięło milady, wątpię, aby larwy mogły już wydawać własny miot… niestety, mój specjalista opuścił miasto. Jeżeli go spotkam, to oczywiście zapytam. - ujął czule divę- No i gratulacje, cieszy mnie twe szczęście pani. Niestety nie mam przy sobie następnych dawek, trzeba będzie poczekać.
        Gdy mnich wziął galaretowatą kuleczkę pod światło, dostrzegł tam ciemniejszy, zwinięty kształt. Jak mały czerw zwykłej muchy. Podobnie to wyglądało w większości jaj jakie do tej pory widział. Sławna aktorka obserwowała i słuchała go uważnie. I musiała się chwilę nad tym zastanowić.
        - No też do końca nie wiem skąd się wzięły. Mówiłam ci, po porodzie tak mi się błogo zrobiło, że chyba trochę się zdrzemnęłam. A jak się obudziłam to te przyjemniaczki pełzały po mnie i dookoła mnie zostawiając ten obrzydliwy śluz. A na brzuchu miałam te kulki. Były w tym wstrętnym śluzie jaki zawsze zostaje z tej zabaweczki do zapładniania jajami. No ale przecież jej nie miałam. Więc nie wiem skąd się wzięły na moim brzuchu. Pomyślałam, że je zachowam i ci pokażę. - Wzruszyła swoimi szczupłymi ramionami i wydawała się być nieco skonfundowana tym znaleziskiem ale i zaciekawiona. Na koniec rozłożyla ręcę przyznając, że nie zna rozwiązania tej zagadki.
        - To myślisz, że to jednak są jaja? Wyglądają trochę inaczej. A myślisz, że nimi też można zapłodnić kogoś? I masz jakieś dorosłe osobniki? Czyli prawdziwe muchy? Ojej, dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Koniecznie muszę je zobaczyć! - W końcu milady uśmiechnęła się na myśl, że może stać na progu nowego odkrycia związanego z jej robaczą ciążą.
        - Trzymamy je w aptece Sigismundusa, naszego naczelnego sługi Lorda Plag. - wyjaśnił Otto - Nie są tam oczywiście same, dopatruje ich jedna z naszych dziewczyn. Postaram się załatwić jakąś możliwość. A cóż chciałabyś pani od tych much? Oczywiście, są równie okropne co maleństwa, jednak nie aż tak skoro do figli.
        - Są tak okropne jak maleństwa? Takie ohydne, że każda dama brzydziłaby się ich dotknąć? - Odette oczy zabłysły i przygryzła wargę, jakby usłyszała jakiś bardzo interesujący trop. Znów wyglądała jakby ohyda budząca u większości społeczeństwa wstręt, ją pociągała. - Oh jeśli choć trochę są tak wstrętne i paskudne jak te obrzydliwe robale… To bardzo byłabym chętna je poznać. - Lekko westchnęła pokazując coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie. I nagle czar prysł jakby coś sobie przypomniała.
        - Jak to nie są skore do figli?! - Aż jej się wypielęgnowane brwi uniosły w grymasie zdumienia i rozczarowania. - Nawet ze mną? Z Odette von Treskow? Słowikiem Północy? - Widocznie to było dla niej trudne do wyobrażenia i od razu zareagowała jak odrzucona kochanka. Dumnie uniosła brodę aby pokazać swoją wzgardę. Wytrzymała tak chwilę nim znów przytomniej spojrzała na jednookiego. - Oj mój drogi Otto. - Pieszczotliwie pogłaskała jego dłoń. - Naprawdę nie dałoby się tego zorganizować? Przecież jesteś takim zdolnym i pomysłowym impresario. Nie mogłam tutaj wybrać kogoś lepszego. Wiesz jeśli to kwestia pieniędzy albo czegoś takiego to tylko powiedz. Pieniądze nie grają roli. - Teraz z kolei starała się mu przypodobać jakby liczyła, że mimo wszystko będzie w stanie jej zorganizować taką, nietypową rozrywkę.
        - Nie chodzi o pieniądze, tylko o ich bezpieczeństwo. - zapewnił Otto - Nie chcielibyśmy, aby wyfrunęły w miasto i zwróciły na siebie uwagę kościoła. Przynajmniej jeszcze nie. Dlatego, musiałbym zabrać ciebie do nich i tu jest kłopot, bo są tam osoby spoza rodziny. I gdyby ciebie zobaczyły… no chyba sama rozumiesz. Obiecuję, że postaram się coś wymyślić, ale potrzeba odrobinę cierpliwości.
        - Oh, czyli jest możliwość aby się z nimi spotkać i poznać ich lepiej? - Aktorka od razu rozpromieniła się gdy okazało się, że sprawa nie jest tak beznadziejna a raczej to kwestia organizacji. - No to ja się mogę przebrać. Za jakąś zwykłą pokojówkę czy inną dziewkę. Założę perukę albo schowam włosy pod kapturem. To by pomogło? - Wykazała się inicjatywą i wsparciem w sprawie tej nowej schadzki. - No w każdym razie mój drogi Otto, gdybym jakoś mogła pomóc ci w tym spotkaniu to tylko powiedz o co chodzi. Chyba wiesz, że u mnie namiętność i żądza przygód jest na pierwszym miejscu. Oczywiście nie chciałabym aby tym muchom stała się jakaś krzywda. Przecież nosze w sobie te ich wstrętne, ohydne larwy i wydaję, je na świat, zabawiam się z nimi. A we śnie to nawet karmiłam je piersią. Chociaż nie mam przecież pokarmu. No ale życzę im jak najlepiej. A jeśli by się okazały ohydnymi paskudami z jakimi można przeżyć interesującą przygodę to byłabym tym bardzo, ale to bardzo zainteresowana. - Diwa zapewniła o swojej woli współpracy ale ostatecznie była gotowa zaufać, że jej osobisty impresario zorganizuje jednak to spotkanie.
        - Cieszy mnie twój entuzjazm. - zaśmiał się delikatnie mnich - Jest tak ekskluzywnie twój. Teofano jest zauroczona bycia matką, Fabienne skupia się na przyjemności, ty mieszasz obie te cechy i dodajesz fascynację i perwersję ohydy. Muszę uścisnąć dłoń temu, kto cię tego nauczył, lub wychędożyć cię jak nigdy, jeżeli odkryłaś to sama.
        - Mój drogi Otto. Koniecznie skupmy się na tym drugim wariancie. - Odette obdarzyła go dystyngowanym ale zalotnym uśmiechem, jakby byli na sali balowej, wśród elity tego miasta. - A młodziutka Teo jest nawet zabawna. To urocze jak się peszy przy nas i gorliwie przytakuje wszystkiemu co powiemy. Doceniam jej entuzjazm dla tych małych ohyd jakie w sobie nosimy. To ciekawa odmiana móc się tak z kimś z plebsu zaznajomić. - Na swój sposób śpiewaczka nawet zdawała się lubić i doceniać młodą cukiernik. I dostrzegać poza jej aparycją także niektóre cechy jej charakteru. - A moja Fabi, jest cudowna. Od razu ją polubiłam. I tej jej piękny, romantyczny bretoński akcent! Cudowny! Ah jak ja uwielbiam i podziwiam Bretończyków. Są tak namiętni, silni i porywczy. Cóż potrafią zrobić dla idei! Dla miłości! Dla honoru! Są wspaniali. A Fabi jest ich wyśmienitą ambasadorką. Zwłaszcza w tym najbardziej ślicznie plugawym wydaniu jakie uwielbiam. Czuję się z nią jakbym odnalazła dawno zaginioną siostrę. Zakochałam się w niej. - Diwa pozwoliła sobie też na parę słów szczerości wobec swojej przyjaciółki jaka od dawna była też kochanką Otto.
        - No cóż jej potencjalne korzenia mogą mieć coś z tym wspólnego. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli czcigodna Soria znajduje się wśród jej przodków… kto wie, może też ich twoich. Odrobinkę kazirodztwa wśród szlachty to przecież nic nowego. - dłoń mnicha delikatnie powędrowała do policzka Odette - A Bretończycy… cóż, niezwykły naród, nawet jeżeli trochę zacofany. Faktycznie jednak jeżeli Fabienne nie jest wybitnym okazem, tylko normą… aż żal, że urodziłem się w Imperium.
        - Oh nie, myślę, że Fabi wybija się nawet na tle innych Bretończyków. A nawet ich dumnych dam. - Uśmiechnęła się jakby alabastrowa, czarnowłosa żona tutejszego kapitana, miała specjalne miejsce w jej sercu. Chociaż przed przyjazdem na ten koniec świata w ogóle jej nie znała. - Ale masz rację. W wielu kwestiach są nieco staroświeccy i zacofani. - Ta uwaga nieco ją rozbawiła ale wydawała się na tym polu podzielać opinię swojego impresario. - A więc to prawda? Ona jest spokrewniona z lady Sorią? Słyszałam już o tym ale trudnow to uwierzyć. Lady Soria to… No cóż… To chyba nie jest tylko piękna milady. Prawda? Widziałam ją jak na tym naszym leśnym pikniku rozmawiała ze zwierzoludźmi w ich języku. A oni traktowali ją z szacunkiem. W przeciwieństwie do mnie i Fabi! Ale to było najcudowniejsze w tamtym spotkaniu! To było takie ekscytujące! Wiesz, że na koniec oznaczyli nas swoim moczem? To było takie podłe! Potraktowali nas jak jakieś drzewo do oznaczenia swojego terenu! Mam nadzieję, że następnym razem też to zrobią. - Aktorka wydawała się być zaciekawiona nadnaturalnym pochodzeniem ich wspólnej przyjaciołki jak i samej lady Sorii. A wycieczkę do pradawnego kręgu ofiarnego, wspominała żywo i z przyjemnością.
        - Och uwierz mi, w niej jest więcej niż tylko krew lokalnych ludzi. Jest naznaczona przez Węża poprzez krew swej matki, prawdziwej Księżnej Pana Rozkosz. Spędzić noc w jej sypialni… chyba bliższego boskiego doznania nie można doświadczyć. Podejrzewam, że Gnak i jego by ją szanowali, zwierzoludzie respektują jedynie siłę, a Lady Soria pomimo swej urody ma w sobie potęgę… no cóż, wątpię, aby wasi konkubenci z lasu dali jej radę… w walce czy w łóżku.
        - Oh, w łóżku to na pewno nie. Widziałam jak tam dokazywała. Ja czy Fabi to przy niej wyglądałyśmy jak skromne pensjonariuszki. - Aktorka uśmiechnęła się na tą myśl. - Wygląda dostojnie i wspaniale. Jest w niej jakiś naturalny magnetyzm. Trudno oderwać od niej wzrok. To zaszczyt móc jej służyć. Zresztą wielokrotnie rozmawiałam o tym i z Fabi, i Łasicą, i Priorą. Wszystkie uważamy podobnie. Być damą na jej dworze to prawdziwy zaszczyt. - Milady wydawała się podzielać zdanie mnicha, chociaż bazowała na innych niż on motywach i doświadczeniach.
        - No cóż, jeżeli zostaniesz z nami dostatecznie długo, lub jeżeli do nas wrócisz, to spotkasz też jej matkę. - Otto uśmiechnął się - I tu mogę obiecać, że będzie to doznanie jakiego nie uświadczysz nigdzie, jak świat długi i szeroki. Mam nadzieję, że to dostateczna zanęta, abyś nas nie opuszczała. Fabi i ja byśmy płakali nocami z braku ciebie.
        - Oh mój drogi Otto. To było takie romantyczne. - Milady rozczuliła się na te komplementy i aż czule pogłaskała policzek mnicha. Aż go dreszcz przyjemności po karku przeszedł od tego dotyku. A po chwili wpatrywania się z bliska w jego oczy, czule pocałowała go w usta. Jak skończyła znów szukała czegoś na dnie jego duszy. - Czyli te przygody w lesie i te paskudztwa którymi plugawicie moje szlachetne łono to nie wszystko? Oh Otto… No to cudowne wieści. Mogę cię zapewnić, że na razie bawię się tu u was wybornie, jak dawno się nigdzie tak nie bawiłam. Wreszcie coś odświeżająco nowego a nie wiecznie tylko ci wielbiciele, amanci, podstarzali zalotnicy, złośliwe baby i udawanie, że zależy im na moim talencie gdy tak naprawdę chcą się dobrać między moje uda. Gardzę nimi wszystkimi. A tu u was mi się podoba więc na razie nie zamierzam wyjeżdżać. Oczywiście spodobałoby mi się jeszcze bardziej gdybym przeżyła schadzkę z tymi wstrętnymi muchami. Ah! Nie mogę się doczekać aż przyjadą te moje przyjaciółki z Saltmundu i kiedy opowiem im o tym wszystkim! No i aż do nas dołączą. - Zaśmiała się wesoło na koniec gdy myślała o zaproszonych gościach o jakich od paru dni, czasem wspominała. I dała znać, że na razie czuje się tu rozpieszczana więc nie zamierza wyjeżdżać.
        - Ah, nuda. Odwieczny wróg wszystkiego co dobrze i przyjemne w życiu… - mnich się zatrzymał jakby pomysł wpadł mu do głowy - Ech… szkoda, że nie jesteśmy w jakimś bardziej zaściankowym miejscu. Ponieważ zakładam, że nigdy nie byłaś obiektem prawdziwego, religijnego oddania. Przekonać kilku chłopów, że twa uroda jest darem od bogów i powinni cię wielbić niczym boginię nie byłoby trudne…
        - Obawiam sie, że po tych mszach w Festag to zna mnie już całe miasto i okolica. A zwykli chłopi są tacy nudni. Ale dziękuję za pomysł mój Otto. Doceniam twoje wizje i pomysłowość jakie dla mnie kreujesz. - Uniosła jego dłoń i pocałowała ją, jakby był szlachcicem. Uśmiechnęła się jeszcze po czym westchnęła z pewnym żalem. - Ale teraz, jak nie chcemy się spóźnić na zaproszenie Beni i Roberta bardziej niż wypada to musimy się już zbierać, mój drogi Otto. - Przyznała, że nie jest panią własnego czasu i też ma swoje zobowiązania.

        • Oczywiście, moja pani. Wziąłbym cię pod rękę, ale chyba nie uchodzi. Prowadź zatem, żyje aby służyć i zadowalać. - skłonił się teatralnie i ruszył za divą.

        Otto, Odette i von Neuhoff

        Mnich przywitał się pokłonem przed małżeństwem von Neuhoff, nie pozwoliłby sobie na spoufalanie się.
        Wysłuchiwał obrotnych opowieści Odette, nie mógł oczywiście snuć własnych, nikt nie spodzie się mnicha z jakimkolwiek doświadczeniem w tych sprawach.
        Kiedy w końcu lord Robert zostawił trójkę samych Otto zerknął na dwójkę kobiet, które od razu rozpoczęły figle.
        - O ile jestem pewny, że lord Neuhoff nie miałby nic przeciwko takiemu widokowi, chyba moja obecność nie byłaby mu miła.
        - Oh niestety mój drogi Otto, spodziewam się, że Robert powróci z tymi cygarami, zanim będziemy mogli skonsumować znajomość. - Odette westchnęła z pewnym żalem, że obecna przerwa będzie zbyt krótka aby zdążyli na jakieś figle. Benita pokiwała głową, na znak, że podobnie ocenia sytuację.
        - Robert jest zachwycony twoją osobą, że gdybym ja też nie była to aż bym była zazdrosna, że tak adoruje inną kobietę. No ale sama cię przecież adoruję, więc już nie będę dla niego wredną jędzą. - Gospodyni pozwoliła sobie na flirciarski ton. Była w o tyle lepszej pozycji, że jako druga kobieta i szlachcianka, miała więcej okazji, aby się spotkać ze śpiewaczką sam na sam. Żonatemu mężczyźnie nie wypadało nachodzić gwiazdy estrady w jej garderobie.
        - Ja bym bardzo chętnie zapoznała się z wami obojgiem. Ale to może później. Na razie jesteśmy tu z naszym drogim Otto. - Wydawało się, że diwie schlebiają te amory od gospodarzy i czuje się z nimi jak ryba w wodzie. Jednak nie zatraciła się w nich na tyle aby zapomnieć o swoim dzisiejszym partnerze. Teraz obie szlachcianki spojrzały na jednookiego mnicha.
        - No czemu nie. Wtedy w garderobie było całkiem ekscytująco. No ale teraz to zaraz Robert wróci. - Benita widocznie też miło wspominała przygodę na zapleczu teatru jednak nie zapominała, że jej mąż może wrócić w każdej chwili.
        - No to będziemy musieli to powtórzyć jak najszybciej się da. Ja mam próby w teatrze prawie codziennie. A póki co. Jak myślisz, mój drogi Otto. Jak mamy te parę chwil z Beni tylko dla siebie, to jak możemy ją niecnie wykorzystać? - Diwa zalotnie zwrociła się do mnicha a jej wielbicielka zaśmiała się krnąbrnie ale z ciekawością spojrzała wyczekująco na Otto.
        - Żeby nie zapędzać się zbyt daleko? - upewnił się mnich - Lady von Neuhoff. Podejrzewam, że Lady Odette zasługuje na trochę pieszczot twego głosu. Wyjaw jej co cię w niej tak bardzo nęci. Bądź tak wulgarna, lub delikatna jak sądzisz, że odpowiada twej żądzy.
        - Oh cudowny pomysł Otto! - Aktorka uśmiechnęła się, jakby właśnie zaproponował jej ulubioną grę. Zachęcająco spojrzała na gospodynię czekając na jej reakcję. Ta odchrząknęla jakby chciała zebrać myśli. W końcu przyjrzała się z bliska twarzy słynnego Słowika z Północy.
        - Wulgarna? Oj Otto, przecież jesteśmy szlachciankami. - Benita na chwilę spojrzała na mnicha, jakby strzelił jakąś dziecinną gafę. Miodowłosa na razie się nie wtrącała. Gdy kochanka znów na nią spojrzała wydawały się obie promienieć. Jakby zaraz miały się pocałować. Zamiast tego, brunetka zaczęła mówić melodyjnym szeptem. - Bo jesteś taka wspaniała Oddi. Masz takie niesamowcie głębokie oczy w jakich można utonąć. Mogłabym wpatrywać się w nie przez pół wieczoru. No i usta. Takie utalentowane. A tak namiętne. Cały czas myślę o twoich ustach. Chciałabym je ciągle całować i aby one całowały mnie. Wszędzie. I twoje włosy. Takie miękkie i puszyste. Jakbym mogła to bym została twoją garderobianą aby móc je codziennie czesać i układać. Właściwie to kobiety za bardzo mnie nigdy nie pociągały. Ale ty Oddi jesteś tak wspaniała, że mogłabym się z tobą kochać codziennie. - Frau von Neuhoff wydawała się olśeniwać swoim delikatnym blaskiem. I widać było, ze aktorka spija słowa z jej ust. Aż do wzruszenia.
        - Oh, Beni, to było takie piękne. Takie romantyczne. Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. Słyszałeś to mój drogi Otto? Nasza Beni jest wzruszająco romantyczna i taka kochana. - Odette położyła dłoń na dłoni koleżanki a następnie uniosła ją do ust aby pocałować. Gdyby nie to, że obie były tej samej płci, to pasowałoby to do jakiejś sceny gdzie kochankowie wyznają sobie miłość w blasku księżyca. Benita też wyglądała na pełną szczęścia, że jej komplementy trafiły w serce towarzyszki.
        - A teraz wulgarnie. - Miodowłosa dodała to tym samym słodkim tonem, że ze dwa oddechy trwało zanim gospodyni się zorientowała. Zmarszczyła brwi i uśmiech nieco zszedł jej z twarzy.
        - Jak to wulgarnie? O czym ty mówisz Oddie? - Lekko pokręciła głową jakby naprawdę nie była w stanie zrozumieć prośby przyjaciółki.
        - Teraz proszę cię Beni abyś powiedziała na co masz ze mną ochotę. Tylko tak wulgarnie jak zdołasz. - Druga szlachcianka łagodnym tonem doprecyzowała o co jej chodzi. Małżonka Roberta zamrugała oczami i na chwlę spojrzała na mnicha jakby szukała u niego podpowiedzi.
        - Naprawdę tak się nie bawiłaś wcześniej? - Widząc to von Treskow znów przykuła uwagę kobiety jaka grzecznie siedziała jej na kolanach. Teraz pokręciła głową z nieco niepewnym wyrazem twarzy. - No dobra. To pozwól, że ci zademonstruję. - Odette uśmiechnęła się ze zrozumieniem i nawet delikatnie poprawiła lok koleżanki. A ta skinęła głową na znak zgody.
        - Beni. Jesteś moją prywatną, tanią ladacznicą. - Odette zaczęła spokojnym ale stanowczym tonem. Na co gospodyni otworzyła oczy ze zdumienia. Szybko spojrzała na Otto, jakby sprawdzała czy on też to właśnie usłyszał. Jednak aktorka ciągnęła dalej. - Dlatego moja ladacznico przyjedziesz jutro na próbę do teatru. I będziesz dla wszystkich bardzo miła. A gdy pójdziemy do mojej garderoby rozbierzesz się do naga a ja przywiążę cię do słupa. I wychłoszczę twój grzeszny, zgrabny kuperek aż będziesz jęczeć o litość. Ale takie tanie ladacznice jak ty, nie zasługują na litość. Dlatego zatkam ci usta jakimś brudnym gałganem i będę chłostać dalej aż mi się znudzi. Wtedy wezmę cię tak jak nigdy twój Robert się nie ośmielił. Aż będą drzazgi lecieć. Ale wiem, że takie tanie ladacznice jak ty, co tylko udają wielkie, wyrafinowane damy to lubią. A jak będę gotowa to zasieję cię kolejną porcją larw. Aż będą ci wyciekać z każdej strony. Może nam się uda zaprosić Fabi to by znów nas obdarowała tym obrzydlistwem jakie rodzi. Pozwolę ci na przyjemność aby tym razem spadł ten kloc na ciebie. I dopilnuję aby każdy z tych obrzydliwców był oznaczony twoimi ustami. Wtedy jak będę z ciebie zadowolona moja brudna ladacznico, to zacznę się z tobą kochać. - Aktorka mówiła płynnie ale stanowczo. Tak cichym ale silnym głosem, że wydawał się wręcz magnetyzujący. A nie spuszczała z Benity wzroku ani na chwilę więc wyglądała jak zmija jaka hipnotyzuje mysz. Zreszta gospodyni która z początku próbowała sie zbuntować i przerwać w końcu i tego zaprzestała. I nawet gdy von Treskow skończyła mówić to wydawało się, że wciąż jest pod jej urokiem i nie może się zdobyć na jakąś świadomą reakcję.
        - Poczułaś to? - Nagle Odette się odezwała i to jakby przerwało ten czar. Benita odchrząknęła, zamrugała oczami jakby próbowała wrócić do rzeczywistości.
        - Co takiego? - Zapytała w końcu ale dość słabym głosem.
        - To ożywienie. Tutaj. - Diwa położyła dłoń na brzuchu drugiej milady. - I tam niżej. - Szepnęła wskazując na podołek drugiej kobiety. Ta zbyt krępowała się aby to przyznać na głos, więc tylko skinęła głową. - To dobrze. Czyli pasujemy do siebie Beni. I dlatego moja prywatna ladacznico, jutro przyjedziesz do teatru na próbę. - Odette znów mówiła jak dobra koleżanka i jakby chodziło o zwykłe spotkanie towarzyskie między szlachciankami. Von Neuhoff przełknęła nerwowo ślinę, uśmiechnęła się nerwowo i wciąż wydawała się być speszona i zawstydzona. Ale pokiwała twierdząco głową.
        Mnich pokiwał głową.
        - Spodziewałem się, że nasz cudowny słowik zna moc namiętnych słów. - Otto pociągnął odrobinę habit pozwalając chłodnemu powietrzu przelecieć pod nim - Nie wyobrażałem sobie jednak, aż takiej kontroli nad nimi. Lady Odette, zapewne byś rozebrała widownię czyjąc z ksiąg kościoła Morra.
        - Oh te całe dnie ćwiczenia dykcji, wkuwania klasycznego i śpiewania psalmów jednak się na coś przydały. - Lady Odette uśmiechnęła się skromnie ale widać było, że reakcja obojga kochanków sprawiła jej przyjemność. Nagle nad ich głowami skrzypnęła podłoga i dało się usłyszeć czyjeś kroki.
        - To Robert. Pewnie musiał iść do składziku po te cygara. Ale już wraca. - Benita widocznie na słuch rozpoznała męża. Co niejako przypomniało im, że mają dość ograniczony czas na wyznania i knowania.
        - Beni. Myślisz, że dałoby się zorganizować nam chwileczkę zapomnienia bez Roberta? - Miodowłosa milady nie traciła więc czasu. Brunetka bystro spojrzała na nią i odparła prawie od razu.
        - Tak. Możesz poprosić, że chcesz iść do łazienki. To cię zaprowadzę. Jak parę chwil nas nie będzie to Robert zrozumie. W końcu kto by nie chciał zostać z tobą sam na sam, choć przez parę chwil. - Frau von Neuhoff uśmiechnęła się czule do śpiewaczki i pieszczotliwie pogłaskała ją po dłoni. Wyglądała jakby wręcz przygotwała sobie taką możliwość i czekała na nią z niecierpliwością. Zresztą wizyta w łazience, wyglądała całkiem naturalnie.
        - Nie mogę się doczekać. - Von Treskow pogłaskala ją opuszkami palców po policzku. Po czym wskazała na siedzącego obok mnicha. - A coś z naszym Otto? - Teraz Benita przygryzła swoje uszminkowane wargi i musiała się chwilę zastanowić.
        - Mam zielnik. Mogę cię poprosić o konsultację. Bo wy chyba macie coś takiego w hospicjum? To byśmy poszli do małej biblioteki. Jest blisko łazienki. - Zaproponowała na szybko.
        - Cudownie. To może wy zaczniecie. Zaprosisz Otto gdzie trzeba a ja zostanę z Robertem. A po chwili powiem, że muszę przypudrować nosek. - Aktorka popatrzyła na nich czy się zgadzają. - Bo mamy dla ciebie małą niespodziankę Beni abyś taka pusta nie chodziła. - Uśmiechnęła się jeszcze obiecująco ale dłońmi dała znać aby druga kobieta zeszła z jej kolan. Słychać już było powracające, szybkie kroki na korytarzu. Benita zdążyła zrobić zaciekawioną minę ale szybko wróciła na swoje ozdobne krzesło. I obie na szybko zaczęły się poprawiać aby nie wyglądać niestosownie. Drzwi faktycznie otworzyły się i do środka wrócił Robert.
        - Oh, błagam o wybaczenie moi drodzy. Niestety w pudełku były tylko sztuki niegodne tak pięknych ust jak twoje milady. Ale osobiście poszedłem do mojego prywatnego składziku i wybrałem te które mogłyby być choć namiastką twojej wspaniałości Odette. - Szlachcic zachowywał się z pełną manierą i widać było, że zrobił wrażenie na obu kobietach. Może jego uwagi były zbyt śmiałe jak na wypowiedziane w obecności żony ale ta wyglądała na równie zachwyconą jak diwa jaką wielbiła tak samo jak on. Mężczyzna otworzył szkatułkę, z rzeźbionego, czerwonego drewna i ukazało się kilka grubych, brązowych walców. Szlachcianka zajrzała tam z ciekawością.
        - Oh Robercie, to są słowa i dar godny prawdziwego dżentelmena. - Odette z wdziękiem sięgnęła po jedno cygaro. Mąż więc kolejne zaproponował żonie. Ta też się poczęstowała. Więc gospodarz zaproponował gestem także mnichowi. Chciaż Otto nie był nawet szlachcicem. Pierwszy raz widział tą nietypową używkę do palenia jaka przywędorwała do Imperium z Nowego Świata. I dlatego była tak rzadka i droga. Ze szkatuły bił nietypowy aromat jaki w ogóle nie był podobny do bagiennego ziela zazwyczaj palonego w fajkach i skrętach.
        Mnich grzecznie uniósł dłoń.
        - Z pełnym szacunkiem mój lordzie, ale habit wymusza na mnie wstrzemięźliwość. Dziękuję ci jednak za ofertę, rzadko mogę uświadczyć takiej gościnności. - uśmiechnął się ciepło do szlachcica - Tytoń z Lustrii? Słyszałem, że handlarze z Arabii próbowali wyhodować własne.
        - Też słyszałem. Ale podobno klimat nie ten. Zbyt wiele piasku, wiatru i słońca a za mało wody. - Robert przytaknął mnichowi i odpowiedział z uśmiechem. Bez wyższości jaką zwykle błękitnokrwiści okazywali maluczkim spoza swojego elitarnego grona. Odłożył pudełko na stolik a sam wziął żar w ozdobnym uchwycie. I najpierw zaczął przypalać nim cygaro swojego honorowego gościa o miodowych włosach. Odette widać wiedziała co robić bo possała końcówkę ustami aż na moment żar pojawił się na końcu brązowego walca. Wtedy wydmuchała pierwszy kłąb dymu.
        - Wspaniały smak. Uwielbiam cygara. Jaki to gatunek? - Zaciekawiła się i pozwoliła gospodarzowi nacieszyć się tą chwilą. Porozmawiali chwilę o różnych smakach i walorach gdy Robert odpalił cygaro Benicie a na końcu wrócił na swoje krzesło i zapalił swoje. Wreszcie mogli usiąść we czwórkę i rozkoszować się rozmową.
        - Robercie, byłam tak śmiała, że zaproponowałam Beni jutro wzięcie udziału w naszej próbie w teatrze. Czy zgodzisz się w swojej wspaniałomyślności abym mogła ci ją porwać na jutrzejsze popołudnie? - Odette z wdziękiem poprosiła męża o zgodę na wizytę żony w teatrze. Jeśli się nie słyszało jej wyuzdanej preory sprzed paru chwil jakie ma plany wobec Benity nic nie sugerowało, że chodzi o coś więcej niż towarzyska wizyta artystyczna między szlachciankami. I ich gospodarz też chyba nie miał wątpliwości a tym polu.
        - Ależ naturalnie. Beni cię strasznie podziwia. Zresztą ja także. Zawsze mi mówiła, że chciałaby mieć taki talent jak ty. - Herr Neuhoff zgodził się na tą prośbę bez zastrzeżeń. Obie szlachcianki od razu się uśmiechnęły i do niego i do siebie.
        - To skoro jeszcze jesteśmy razem. Czy mogę cię bracie Otto porwać na chwilę? Mam pewien zielnik i chciałabym cię prosić o fachową opinię. Przecież wy w tym hospicjum to się zajmujecie takimi rzeczami. - Benita zwróciła się do jednookiego równie naturalnie jak przed chwilą jej koleżanka do jej męża.
        - Oczywiście, Lady Neuhoff, postaram się pomóc jak tylko mogę. Mój panie. - skinął głową na Roberta i ruszył za Benitą, zerknął tylko na Odette i szepnął jej na ucho - Pamiętaj, aby do nas dołączyć, Beni może czuć się zazdrosna jeżeli postanowisz zadowolić się tylko jej mężem.
        Diwa lekko skinęła głową, jak na damę przystało. A gospodyni płynnie wyprowadziła gościa z biblioteki. I ruszyli we dwójkę korytarzem. - To niedaleko. Tam, na końcu. - Wyjaśniła mu po drodze. - A tu są drzwi do łazienki. Gdybyś potrzebował. - Dyskretnie wskazała na ozdobne drzwi jakie mijali. Ale przeszli do kolejnych, po przeciwnej stronie. Za nimi ukazały się kilka regałów z różnorodnymi książkami. Ale były stłoczone i nie prezentowały się tak dostojnie jak z głównej biblioteki z jakiej właśnie wyszli. Za to okno było małe i panował nieco półmrok. Milady pewnie podeszła do jednego miejsca i sięgnęła po jedną z ksiąg. Otworzyła ją na środku i rzeczywiście był to zielnik.
        - To macie dla mnie jakąś niespodziankę? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i pozornej niewinności. Podniosła w końcu wzrok i znad swoich ładnych rzęs posłała mu flirtujące spojrzenie.
        - No cóż, Lady Odette najpewniej by chętnie wzięła ciebie i twojego męża do łóżka, razem albo na zmianę. Nie jestem pewny jednak, cóż wymyśliła teraz. - mnich delikatnie ucałował policzek Benity - Niestety nie jestem przygotowany, aby usłużyć wam tak jak poprzednio. Zobaczymy jak do nas dotrze. - Otto zerknął na zielnik - Mam pomysł na małą grę, jeżeli zaprosisz mnie pod spódnicę i postarać się czytać na głos zielnik, pomimo moich pieszczot. Taki mały teścik twojej kontroli.
        - Chcesz mi wejść pod spódnicę? - Brwi szlachcianki podskoczyły w górę jakby nie była pewna czy to żart czy nie. Zastanawiała się chwilę nad tym pomysłem. I w końcu wzruszyła ramionami. - No dobrze. Może być ciekawie. - Uśmiechnęła się i uniosła przód swojej eleganckiej i drogiej sukni. Pod nią ukazały się gładkie, posągowe nogi okryte jedwabnymi pończochami. I czekała aż mnich zrobi swój ruch.
        Otto spokojnie zanurkował pod spódnicę szlachcianki i rozpoczął pieścić jej delikatną skórę.
        - Więc moja pani? Cóż tam mówi ta twoja książka?
        - Roślina ma zielone, wydłużone strączki. Kwitnie na czerwono z białymi kropkami. - Z góry doszedł go spokojny, kobiecy głos gospodyni. Zazwyczaj czytała poprawnie, miała niezłą dykcję i wprawę w czytaniu na głos. Ale gdy ulegała jego pieszczotom to musiała się powstrzymać od śmiechu. Gdy jej się nie udawało to chichotała jak młoda dzierlatka. I na tym zastała ich Odette. Otworzyła drzwi i zajrzała ciekawie do środka. Widząc w co się bawią, też się uśmiechnęła i podeszła bliżej.
        - Widzę, że się dobrze ze sobą dogadujecie. - rzekła z aprobatą i rozbawieniem. Podeszła do stojącej szlachcianki i objęła ją czule. Już Benita zbliżyła swoją twarz do niej jakby chciała ją pocałować ale miodowłosa zagrodziła jej drogę palcem. - Bardzo chętnie Beni. Ale wiesz, że to zostawia ślady na jakie nie możemy sobie pozwolić. - Zachowała trzeźwość umysłu na co gospodyni westchnęła żałośnie.
        - No wiem. - Pokiwała smutno głową. Wtedy von Treskow spojrzała figlarnie na Otto.
        - Ale jestem pewna, że nasz pomysłowy impresario wymyśli jak możemy we trójkę uczcić ten moment prywatności bez szczegółów pozwalających żyć wstrętnym plotkom. - Wtedy Benita też z nadzieją popatrzyła na mnicha.
        Mnich delikatnie odsunął się od Benity i spojrzał na dwie kobiety.
        - No cóż, jedyna metoda, to figle tam gdzie drogi Robert nie zauważy. I to tak, aby też nie naruszyć waszego makijażu… - Otto się chwilę zastanowił, delikatnie ujął dłoń Odette i doprowadził jej palce do ust Benity - Lady Neuhoff, nie ujmując twemu mężowi, podejrzewam, że nie jest zbyt… kreatywny w łóżku. Mogę się mylić, ale wątpię, aby wymagał od ciebie, abyś ujmowała ustami jego berło. Może więc wyobraź sobie, że palce lady Odette to kochanek, które masz na własne spróbowanie. I pokaż nam cóż byś z nim zrobiła?
        - Oh nie, no bez przesady. Na Roberta nie mogę narzekać. Po prostu on nie jest Słowikiem Północy. - Żona szybko wyjaśniła tą nieścisłość. I spojrzała z uwielbieniem na swoją ulubioną artystkę.
        - Na pewno tak jest. Kto wie? Może wkrótce to zweryfikujemy? - Odette pogłaskała jej dłoń aby koleżanka nie poczuła się niezręcznie. A potem spojrzała na jednookiego. - Wyborny pomysł mój drogi Otto. - Jego też pochwaliła i złożyła razem dwa palce. Po czy skierowała je ku ustom przyjaciółki. Ta przygryzła wargę i rozejrzała się jeszcze po nich obojgu. I delikatnie je pocałowała. Potem zaczęła je całować coraz gęściej i częściej. - Pomyśl o tym przyrodzeniu moja prywatna ladacznico jakie w ciebie jutro właduję. I może mój drogi Otto też. Miałbyś ochotę mój drogi? Dałbyś radę mnie jutro po południu odwiedzić w teatrze gdy ta brudna ladacznica będzie mi zawracać głowę w mojej garderobie? - Niespodziewanie aktorka płynnie przeszła do tego wulgarnego tonu jaki zaprezentowała w bibliotece. I na Benitę podziałało to pobudzająco. Jakby została spoliczkowana albo pocałowana. Jej usta i głowa zaczęły żwawiej pracować nad palcami diwy ale zerkała na mnicha jak ten zareaguje na jej wyuzdane zaproszenie.

        Otto pozwolił zabawom iść bez oporu. Chwilę się zastanowił o planach na resztę dnia i postanowił poszukać Łasicy. Przy odrobinie szczęścia uda mu się załatwić sprawę muzyki dla Odette.

        Pipboy79P Online
        Pipboy79P Online
        Pipboy79 jako Mistrz Gry
        napisał ostatnio edytowany przez
        #331

        Tura 79 - 2519.07.29; ab; popołudnie

        Miejsce: Nordland; rzeka Salt; między Neus Emskrank a “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główny pokład
        Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

        Egon i ekipa

        Nawet jak już czwórka kochanków wyszła z kajuty to humory dopisywały. Wygladało na to, że wspólna integracja udała się i wszyscy zapałali do siebie życzliwością i sympatią. Zresztą w klaustrofobicznej kajucie miejca dla czterech osób nie było a po tak intenswnych namiętnościach to zrobiło się duszno. Więc wyjście na świeże powietrze było całkiem przyjemne. No i w końcu prycza nie wytrzymała takiego podłego traktowania i mocowanie puściło, zwalając kto tam był na podłogę. Po chwili zaskoczenia, koleżanki potraktowały to jako dowód na to, że się tu wszyscy uczciwie spocili nad tą integracją.
        - U nas mówi się, że jak łoże pęka od miłości to dobrze wróży związkowi. - Astrid chociaż była najbardziej obolała z całej czwórki to znalazła w tym jakąś poetycką mądrość ze swojej ojczyzny. Teraz zaś było słychać stukanie młotka gdy któryś z marynarzy Wagnera naprawiał tą prycze. Jeszcze trzeba było chociaż z grubsza doprowadzić się do porządku. Zwłaszcza dziewczętom na tym zależało. Ale ubierały się i poprawiały włosy w radosnej atmosferze. Burgund skorzystała z okazji aby pokazać zawartość swojego miłosnego zestawu podróżnego koleżankom.
        - Ty zabierasz takie rzeczy na drogę? - Mytniczka wydawała się tak samo zdumiona tymi zabawkami jak wcześniej Egon. Wzięła w jedną dłoń skórzane kajdany a w drugą jeden z knebli.
        - No pewnie. Nie bój się Jutta, tu nie było miejsca i czasu ale wieczorem to się tym pobawimy z tobą na całego. - Łotrzyca uspokoiła ją i chociaż zanosiło się na jeszcze większe i intensywniejsze harce niż w tej klitce, to celnik uśmiechnęła się promiennie.
        - Ale będzie mi się dłużyć do tego wieczoru! - Roześmiała się i wrzuciła zabawki z powrotem do worka rudowłosej. Potem wyszli wreszcie na pokład. I wydawało się, że wszyscy się na nich patrzą. Wagner na nadbudówce, jego marynarze, trójka Gezackta no i trójka kultystów na dziobie. A może tylko im się tak wydawało? A na dziobie mogli jeszcze raz poprzeżywać razem ze swoimi towarzyszami, poprzeżywać te harce.
        - Głośnoście zakładali te bandaże. - Lars skrzywił się w złośliwym uśmiechu. Leżał na beli materiału jak na materacu. Był już bez kolczugi, kubraka. Koszulę też mu ktoś ubrał nową bo nie było widac cięć i krwawych zacieków.
        - I jak ta Jutta? - Annika też była ciekawa jak się sprawiła nowa znajoma.
        - Właśnie. Opowiadajcie jak było? Nada się ta w spodniach do czego? - Silny ponaglił kamratów aby podzielili się wrażeniami. Tutaj przynajmniej Burgund nie trzeba było dwa razy prosić bo ze swadą cwaniary z ferajny opisała chociaż część soczystych kawałków.
        - Powiem wam, że jakby pewnego dnia Jutta chciała zostać uczciwą ladacznicą to w każdym zamtuzie by ją przyjeli z otwartymi ramionami. - Zaśmiała się radośnie co wywołało sprośne śmiechy u kolegów i koleżanek. Nawet część tych opowieści podekscytowała czekającą trójkę. Z jednej strony trochę chyba zazdrościli, że ich tam nie było w tej kajucie a z drugiej tym bardziej oczekiwali wieczornej wizyty w “Łabędziu”.
        - Jej. To się zabawiacie jak ja i Marissa z naszą milady. Tylko jak u nas to bez mężczyzn. Chyba, że u lady Priory. - Czarnowłosa pokojówka bretońskiej szlachcianki była pod wyrażnym wrażeniem wyczynów czwórki z kajuty.
        - Oh na pewno. Swojej milady nie musisz się wstydzić. Jestem pewna, że zniosłaby naszą trójkę przynajmniej tak dobrze jak ta rzeczna ladacznica. - Rudowłosa na swój sposób uspokoiła ją. Chociaż uwaga była sprośna i dla każdej szlachcianki powinna być haniebna. Ale w ich spiskowej rodzinie, wszyscy znali mroczne upodobania alabastrowej damy. - Swoją drogą Egon. Co myślisz aby się z Fabi tak po powrocie nie zabawić? Ty, ja i ona. I może jeszcze Łasica. Ona lubi takie zabawy to też powinno wyjść ciekawie. - Wesoło zaproponowała kamratowi takie małe spotkanie z udziałem lady von Mannlieb.
        - No popatrz jaka obrotna ta rzeczna suka. Figluje jak ladacznica. Dobrze! Będzie co z nią wieczorem robić. Kobieta jaka potrafi zadbać o mężczyznę to dobra kobieta. A mówisz Egon, że ona potrafi? Do kroścet, mogłem pójść z wami. Jeszcze jeden to by się tam zmieścił. - Silny też pluł sobie teraz w brodę, że tak łatwo zrezygnował z udziału w tej integracji z mytniczką.
        - Ty to będziesz mógł z nią pofiglować. A ja to tak jak Astrid. Ale bym chciał aby mi dobrze zrobiła ustami. Mytniczka to mi jeszcze nie robiła. Właściwie to jakiejś celnik to w ogóle nie miałem. I do tej pory nawet nie miałem ochoty. Większość to mężowie a niewasty to wredne i szpetne. Ona jest pierwsza jaką widzę co jest ładna i zgrabna. - Rune też zazdrościł tym co go ominęło w kajucie. Ale chociaż miał nadzieję, że może wieczorem uda się zapoznać lepiej z szatynką w spodniach. Wciąż ją widzieli ale na razie po opuszczeniu kajuty, trzymała się bliżej rufy “Jutrzenki”. Chociaż jak się skrzyżowali spojrzeniami to się do nich przyjemnie uśmiechała. Poraniony przez orków weteran, popatrzył pytająco na Egona i koleżanki czy uważają, że wieczorem mógłby mieć okazję do takiej integracji.
        - Chciałabym mieć ją w swojej świcie. Jest zgrabna i namiętna. I potrafi okazać szacunek swojej milady i jej przyjaciołom. Oh pomyślcie! Jakbym tak mogła jej wsadzić w nią te wszystkie zabawki co w nią wsadzaliśmy. Pozwoliłabym jej całować swoje stopy i pokazać jak mi dogadza tymi swoimi ustami. Wszyscy bracia i kuzyni by mi zazdrościli takiej niewolnicy w świcie. Potem chcieliby ją ode mnie odkupić. Ale ja bym się nie zgodziła. Nie jestem głupia. Jakbym chciała sobie któregoś zjednać to bym ją posłała aby się nim zajęła tak jak teraz Egonem i nami. Oj miałabym z niej pożytek. No i przyjemność. I satysfakcję. - Astrid snuła senne marzenia o roli jaką widziała dla Jutty u swojego boku. Położyła się na beli sąsiedniej do Larsa i wydawało się, że po ranach od orków i świeżych miłosnych zmaganiach, jej ciało domaga się odpoczynku. - Egon jak myślisz? Jak ją zapisać w naszej sadze? Chciałbyś aby z tej kajuty coś by w niej uwiecznić? - Nie zapomniała o swojej roli skalda i była ciekawa czy kolega ma jakieś życzenia co byłoby warte upamiętnienia.


        - Zobacz. Mówiłam ci, że teraz będzie dla nas milutka. - Łotrzyca szepnęła do kolegi. A obserwowali jak mytniczka przyniosła koce aby okryć nimi Larsa i Astrid. Pospali się w końcu na tych belach materiału na jakich leżeli. A to jakby dało celnik pretekst aby przyjść w stronę dziobu. Pierwszy raz odkąd się rozstali po wyjściu z kajuty.
        - Rozmawiałam z Wagnerem. Już naprawili tą pryczę. Więc jak Astrid się obudzi i by miała ochotę to może się tam przenieść. - Wskazała wzrokiem na śpiącą blondynkę. Celnik wydawała się wciąż im rada ale jakby trochę skrępowana wzrokiem i szeptanymi komentarzami tych co nie było w kajucie. - Do “Łabędzia” pewnie dopłyniemy trochę przed zmierzchem. Jak nic się nie wydarzy. Może być tłoczno. Przez te napady na rzece to niektórzy wolą przeczekać albo w Saltmundzie, albo gdzieś w tawernie na rzece albo Neus Emskrank. Mnie jako urzędnikowi przysługuje nocleg. Ale jak będzie ciasno to nic nie poradzę. Wątpię aby udało mi się umówić pokój dla nas wszystkich. - Powiodła wzrokiem po zebranym na dziobie towarzystwie. Nawet bez trójki Gezackta to było ich z pół tuzina. To musiałby być spory pokój, przeznaczony dla całych grup, aby mógł ich pomieścić. - Ale może uda się wynegocjować nocneg na poddaszu stajni. - Znów wróciła wzrokiem do gladiatora i łotrzycy.
        - Mamy spać w stajni? A po co? - Portowa dziewczyna wyglądała na zdziwioną takim pomysłem.
        - Bo jest tam sucho i ciepło. I jak jest duży tłok to tam właśnie wynajmują poddasze. Ja nie wiem czy dam radę wynająć wszystkie miejsca. Pewnie nie. Przysługuje mi tylko jeden darmowy nocleg, może pokój na dwa, cztery miejsca. Ale na więcej to byłby kłopot. Tak tylko wam mówię, że moglibyście popytać czy nie da się w tej stodole nocować. Tam normalnie są tylko konie. I może posługaczka co się nimi zajmuje. Więc może by się udało, że nikt by nam nie przeszkadzał. - Celnik widocznie miała dużą lepszą orientację w warunkach panujących w rzecznym zajeździe do jakiego zmierzali. I przemyślała sobie jak można by zorganizować sobie tam wygodny nocleg.
        - Ja tam mogę spać w pokoju a mogę spać i w stajni. Ale jakbyśmy spali w tej stajni to przyjdziesz do nas? Chyba byliśmy umówieni na drugą rundę? - Rudowłosa starła niewidzialny pyłek z ramienia rzecznej urzędniczki.
        - O tak! Oczywiście. Bardzo chętnie. Po prostu wątpię aby poza tym strychem stodoły, udało nam się zorganizować jakiś nocleg aby pomieścić nas wszystkich. - Brzmiało jakby brunetka główkowała jak można by sprawniej zorganizować kolejne spotkanie dziś wieczorem.
        - Ja tam mogę spać gdziekolwiek. Ale powiedz Jutta. Te napady piratów na rzece to często się tu zdarzają? - Lars zapytał ze swojego improwizowanego posłania.
        - No zdarza się ale niezbyt często. Częściej już na morzu. Zwłaszcza piraci napadają na pielgrzymów pływających do Manannsheim. A wiecie to znany klasztor to uważa się, że każdy prawdziwy wierny Manannowi chociaż raz w życiu powinien odwiedzić jego świątynie w Marienburgu, Erengradzie albo właśnie w Manannsheim. U nas w Nues Emskrank to najpopularniejsze miejsce pielgrzymek morskich. Bo bliżej niż do dwóch pozostałych. Ale z całego Nordlandu przyjeżdżają do nas a potem biorą rejs na ten klasztor. I właśnie na nich napadają piraci. - Celnik okazała się całkiem nieźle zorientowana co jest piracką normą w tej okolicy. Dyplomatycznie nie wspomniała, że tu, w północnym Imperium, najczęściej pobratymców Astrid i Larsa uważa się za morskich łupieżców. No i może jeszcze elficcy korsarze mieli podobnie zszarganą opinię w tej materii.


        Mecha 79

        Leczenie ran na “Jutrzence”

        Egon 12>13/17 (s.draśnięty; 0)
        Lars 4>5/17 (s.poważny; -20)
        Astrid 6>7/15 (s.poważny; -20)
        Silny 11>12/17 (s.ranny; -10)
        Rune 8>9/15 (s.ranny; -10)

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
        Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

        Otto i apteczna ekipa

        - Nie ma Łasicy. Teraz to pewnie gołymi cyckami w Akademii świeci. - Mniej więcej taką, frywolną odpowiedź Otto usłyszał, od Corette. Nie było trudno zgadnąć, dlaczego biuściasta, wesoła, blondynka jest ulubioną kelnerką obu łotrzyc. I stałym ich kontaktem w “Mewie”. To Cori można było zostawiać jakieś wiadomości dla obu kultystek. Teraz wydawała się być rozbawiona, że obie jej kamratki, znalazły robotę modelek w tak szacownym miejscu jak Akademia Morska. - Ale wieczorem zwykle wpada na kolacje i harce. No chyba, że coś jej akurat wypadnie, że nie wpadnie. - Dodała jakby chciała pomóc ich koledze w nawiązaniu kontaktu z fioletowowłosą łotrzycą. Mogła jej przekazać wiadomość ale na razie jej nie było a do wczesnego wieczoru gdy pewnie kultystka mogłaby się pojawić to jeszcze brakowało ze dwóch, trzech dzwonów. W końcu więc jednooki zdecydował się pójść do Południowej Dzielnicy, gdzie Sigismundus miał swoją aptekę.

        Po drodze miał czas dla siebie. Jak choćby wizytę u von Neuhoffów. Niestety zabawa z dwiema szlachciankami miała swoje ograniczenia, także czasowe. W końcu ile czasu można oglądać zielnik albo pudrować nosek? Niemniej jednak najpierw wrócili do Roberta we dwójkę z Benitą gdy Odette rzeczywiście na chwilę poszła do łazienki. Na pożeganie zabawy w małej bibliotece, bezwstydnie wytarła mokre od śliny palce w dekolt koleżanki. Przy okazji z lubością go ugniatając.
        - Oddie! Co ty robisz?! - Gospodyni syknęła cicho z zaskoczenia na takie bezczelne zachowanie. Ale przecież nie była w stanie gniewać się na diwę którą tak uwielbiała i podziwiała.
        - Ja? To ja się tak upaskudziłam? Ale nie przejmuj się Beni. Zapowiadam cię, że to tylko przedsmak tego co cię jutro czeka w mojej garderobie. - Okazywało się, że może i aktorka chętnie pozwalała się przywiązać do kamienia ofiarnego aby zostać spożytkowana przez stado zwierzoludzi lub gościć na sobie i w sobie ohydne czerwie ale nie przeszkadzało jej to bawić się w dominowanie swojej wielbicielki. Więc gdy wkrótce znów byli w komplecie w bibliotece Frau von Neuhoff odegrała zdziwioną minę gdzie tak się upaskudziło i przepraszając wszystkich wytarła wilgoć swoją jedwabną chusteczką. Robert wydawał się nieco tym zdziwiony ale przynajmniej przy gościach nie wnikał w temat niezdarności swojej żony. Cała wizyta przebiegała w przyjemnej atmosferze okrasznej nutką frywolności jaką z gracją i swobodą serwowała von Treskow.
        - Uwielbiam te cygara. Są naprawdę wspaniałe. Takie aromatyczne i osobliwe. No i ten kształt. Uważam, że idealnie pasuje damie i w dłonie i usta. - Wydawała się być słodko niewinnie nieświadoma dwuznaczności swoich słów. Jednak krnąbrne spojrzenie wyraźnie sugerowało, że to żaden lapsus językowy. Oboje von Neuhoff wydawali się czuć całkiem swobodnie w takiej dyskusji więc rozmawiało się całkiem ożywczo i przyjemnie. No ale w końcu wizyta dobiegła końca. Pożegnali się z gospodarzami i mnich znów wsiadł do karety diwy a ta zapytała gdzie może go podwieźć.

        Na razie jednak zaszedł przed zaniedbaną furtkę. I gdy przez pręty zdjął blokadę mógł wejść do środka. Ujrzał ten sam widok co zwykle. Zabagnione podwórze pełen gnijących odpadków i rozpadających się gratów. Obraz upadku dla większości społeczeństwa. Ale ogród kwitnącego nowego życia dla nurglity. Mnich musiał jeszcze pokonać to błoto aby dostać się do kuchennych drzwi. I tam zastukać sygnałem kultu. Przez chwilę nic się nie działo. Aż usłyszał, lekkie, szybkie kroki. Pewnie ktoś wyjrzał aby sprawdzić kto puka. I wtedy drzwi się otworzyły. Okazało się, że to była Lilly. Póki nie zadarła spódnicy to wyglądała jak młoda i urodziwa mieszczka.
        - Otto! Wchodź, wchodź. Nie uwierzysz co się stało. - Zaprosiła go od razu ale poczekała aż wejdzie do środka i będzie mogla zamknąć drzwi. Od razu dało się zauważyć, że jest radosna i podekscytowana. - Wujaszek Sigismundus wrócił! Siedzą i gadają z Raisą. Dorna też z nami jest. - Odmieniec uprzedziła go czego powinien się spodziewać na zapleczu. I poprowadziła go właśnie tam. Już przez zamknięte drzwi usłyszał wesoły, rubaszny głos aptekarza i skrzeczący norsmeńskiej wiedźmy a z góry kroki. A po chwili już byli w kanciapie aptekarza.
        - Ah! Złoty chłopcze! Jak dobrze cię znów widzieć! - Zawołał grubas gdy go zobaczył. Wstał, podszedł i uściskał go jak wuj swojego siostrzeńca. Na stole były półmiski i talerze z prostym poczęstunkiem. Chleb, ser, wino i ryby. Chyba chociaż część z tego sam parę dni kupował Dornie. Ona sama też siedziała przy stole i posłała mu skromny ale ciepły uśmiech. Była wśród swoich więc miała zdjęty kaptur. I jej kolczasta sromota i nienaturalna, szarozielona cera była wyraźnie widoczna. Gdy już się przywitali to z początku gospodarz całkowicie przytłoczył rozmowę swoimi uwagami i pytaniami.
        - Zobacz mój złoty chłopcze! Zobacz! Widziałeś to cudo?! - Grubas wskazywał na obły kształt jaki jeszcze leżał na stole. Błyszczący od lepkiej wilgoci jaką zostawiał dookoła. Jak podszedł bliżej to nawet wydawało się, że coś tam wewnątrz powoli pulsuje. Oczywiście mnich rozpoznał muszego czerwia. A sądząc po wielkości to musiał być ten od Fabienne. Robak widocznie już zdążył wyprodukować kokon i teraz się tam przepoczwarzał w dorosłą muchę. Ale Sigismundus to dopiero teraz pewnie dowiadywał się tego wszystkiego co go przez tyle dni nie było. A Otto dzień po dniu w tym uczestniczył więc nie miał takiej terapii szokowej jak starszy i grubszy kolega.
        - To od tej Bretonki prawda? Cóż za wspaniała kobieta! Cudowna! Zobacz złoty chłopcze jaki cudowny owoc na świat nam wydała. Koniecznie trzeba jej kupić jakieś kwiaty, wino, słodycze czy co ona tam lubi! I zasiewać, zasiewać, zasiewać bez końca! Musi nam wydać jak najwięcej takich dorodnych owoców! - Grubas był zachwycony tym odkryciem. A gdyby czarnowłosa milady tu była to by pewnie ją uściskał i wycałował jeszcze goręcej niż Otto.
        - Kwiaty to może nie. Ona jest mężatką. Mogłoby to być źle zrozumiane i narobić jej kłopotów. - Lilly odważyła się zwrócić mu praktyczną uwagę. Ale nie zepsuła tym humoru koledze. Raisa pokiwała mądrze głową.
        - Tak, ja też to im mowiłam. Tak wyjątkową nosicielkę trzeba wykorzystać ile się da. A czas nagli to nie ma co jej oszczędzać. Zresztą, rozmawiałam z nią i ona bardzo sobie chwali te ciąże i jest chętna na kolejne. - Wiedźma w pełni zgadzała się z aptekarzem i tutaj nie miała zadnych wątpliwości, że dla hodowli to zbyt dobra okazja aby ją zaniedbać.
        - Oh Otto zna ją najlepiej z nas to na pewno wie jak moglibyśmy się odwdzięczyć naszej płodnej dobrodziejce. - Grubas wskazał na mnicha jakby miał do niego pełne zaufanie co do znalezienia sposobu aby dyskretnie odwdzięczyć się milady za jej hojne dary. - I powiedz złoty chłopcze. Naprawdę zasiałeś lady Odette? Odette von Treskow? Najbardziej podziwianą i najpiekniejszą diwę po tej stronie Morza Szponów? Zasiałeś Słowika Północy? - Sigismudnus widocznie już o tym usłyszał od koleżanek. Ale nadal to mu się wydawało tak niesamowite, że musiał o to zapytać swojego ulubieńca. Tak go poniósł entuzjazm, że znów nie dał mu dojść do głosu. - Brawo! Brawo mój złoty chłopcze! Naszym maleństwom należy się to co najlepsze! Brawo! To było wspaniałe z twojej strony! Zuch chłopak! - Aż się wzruszył na myśl kto jeszcze został muszą matką. Znów mocno uściskał mnicha jak swojego bratanka.
        - Ona nie rodzi tak dużych jak ta Bretonka. Ale i tak większe niż inne nosicielki. I ta z cukierni, też rodzi podobnie duże jak lady Odette. - Raisa doprecyzowała - Właśnie rozmawialiśmy dlaczego one rodzą te większe niż reszta. - Ostatnie rzuciła jako wyjaśnienie dla jednookiego.
        - No tak. To fascynujące. Nietypowe. - Aptekarz spojrzał na nią i przytaknął. Wrócił na swoje miejsce i zapatrzył się w śliski kokon leżący na stole. W porównaniu do tych co do tej pory nazywali dużymi to wydawał się być monstrualny. Chociaż teraz czerw pewnie się zwinął i był krótszy i bardziej zbity niż taki dorodny szczupak jak w chwili porodu. Teraz w Sigismudnusie odezwał się hodowca i eksperymentator. - No cóż. Tak na gorąco to sądzę, że te duże i małe to rodzi większość nosicielek. Ale w zapiskach czcigodnej Mergi nie przypominam sobie aby to był górny limit. Więc możliwe, że jeśli trafi się jakaś wyjątkowo płodna nosicielka to może wydać na świat szczególnie dorodny owoc. Bo to raczej nie kwestia jaj. Wszystkie są takie same. To od nosicielki zależy jak duże urosną. - Wyglądał na podekscytowanego ale starał się skupić aby spróbować znaleźć rozwiązanie tej zagadki.
        - Ale dalej się zgadza, że im większe czerwie tym dłużej je muszą nosić w sobie. Otto nie zapisał kiedy dokładnie zasiał lady Fabienne ale tak na oko to z tydzień minęło do porodu. Czyli dlużej niż te mniejsze wersje. I urodziła tylko dwa. Ale na szczęście nadal jest w ciąży więc ma w sobie kolejne. Tylko nie wiadomo kiedy je urodzi. Więc nawet jak ją dzisiaj zasiać to najprędzej urodzi za tydzień. - Raisa skrzeczała swoim starczym głosem. Jednak hodowlą dziedzictwa Oster była tak samo zainteresowana jak gospodarz.
        - Może trochę szybciej. Bo przywiozłem to. - Sigismundus sięgnął do swojej torby i coś tam gwałtownie przewracał. Widać było, że goni go niecierpliwość i entuzjazm. W końcu wyjął jakiś mały dzbanek. Zdjął z niego materiał i pokazał zebranym co tam jest. Wyglądało jak jakiś gęsty, zielonkawy, śluz. Jak płynny miód. - Pamiętacie te odżywki jakie nam zostawiła czcigodna Merga? No to poprosiłem Kopfa o pomoc. Jego plemię zebrało mi składniki i jak miałem czas w tej jaskini to zrobiłem tą miksturę. Teraz nasze dziadki będą rosły jeszcze większe i szybciej niż do tej pory! Tylko trzeba to wlać w nosicielkę razem z jajami. Próbowałem tego na Loszce i tej idiotce z traktu. Całkiem już postradała zmysły. Można wlać tą odżywkę do strzykwy tak na dwa palce. I resztę wypełnić jajami jak do tej pory. Straty są na dopuszczalnym poziomie a szybkość i wielkość narodzonych maleństw jest warta tego ryzyka. - Wyjaśnił zebranym co jest w brązowym, glinianym dzbanku. I wreszcie usiadł dając innym dojść do głosu.

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
        Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

        Heinrich, Tobias i Łasica

        Dla metalowej nogi Heinricha to Akademia byłaby zbyt daleko. Ale na szczęście mogli tam pojechać dorożką, jaką Tobias wynajął aby tu na szybko przyjechać. Jego kolega wydawał się być bardzo kontent, że były łowca zgodził się pomóc w sprawie zagadkowej rysowniczki. - Dobrze, bo właśnie przerwa obiadowa się kończy. To w sam raz trafimy na popołudniowe zajęcia. - Mówił jakby im się udało płynnie wejść w rytm uczelni.
        - A swoją drogą. Zastanawiałem się kolego nad tymi snami. Może porozmawiać z tą kapłanką lady Sorii? Co prawda nie mówi po naszemu. Ale dzięki Priorze czy Fabienne chyba powinno udać się z nią porozmawiać. No a z tego co zrozumiałem to ona się specjalizuje na snach i wizjach. One ją tu ściągnęły w poszukiwaniu lady Sorii. Mnie samemu nie wydaje się to interesujące rozwiązanie. Wolę metody badawcze opierające się na logice, dedukcji i eksperymentach. No ale może ty kolego miałbyś ochotę skorzystać z jej porady. - Zagadnął do Heinricha gdy jechali dorożką przez miasto. A gdy dojechali na miejsce Heinri poznał, że to właśnie tu, parę tygodni temu, dzięki koleżankom z kultu, pierwszy raz osobiście poznał Petrę von Schneider. Teraz jej tu nie było ale belfer sprawnie przejął rolę przewodnika.
        - Chodźmy przyjacielu. - Ruszył raźno, zbyt raźno. Dopiero po paru krokach zreflektował się, że tempo marszu Heinricha jest wolniejsze. Poczekał na niego i dostosował swoją prędkość do jego kroków. Co chyba pozwoliło mu też zwolnić galopadę mysli.
        - Widzisz ten duży budynek po prawej? To tam. Tam jest ta skrzynia. W piwnicy. Tylko ja w ogóle nie mam pretekstu aby się tam kręcić. Liczyłem, że nasze koleżanki coś zdziałają. Joachim mówił, że skrzynia jest duża i wygląda na ciężką. Pewnie przynajmniej dwóch ludzi by trzeba aby ją wynieść. Ale co dalej? Sam widzisz, dziedziniec i mury i bramy. W dzień jest otwarte ale pełno ludzi. W nocy pusto ale wszystko pozamykane. - Gryzł się tymi sprzecznościami jakie od paru tygodni utrudniały wydobycie artefaktu jaki miał szansę doprowadzić ich do dalszych wskazówek od czcigodnej Vesty.
        - Co prawda można by otworzyć skrzynie. Tylko, że podobno to światełko wybucha ludziom głowy. Wolałbym tego nie sprawdzać na sobie. Chyba, że te nosicielki. Mówiłem ci kolego o tej mojej teorii? W każdym razie jest taka, że skoro światełko jest od naszych patronek i te robale są od nich no to jakby wziąć taką nosicielkę to… No cóż… Może się jakoś dogadają. Możliwe, że światełko może jakoś wyczuć dziedzictwo patronek jaką taka nosicielka ma w sobie. Ale to na razie tylko teoria. - Belfer wydawał się być skupiony, że z roztargnieniem mijali kolejnych ludzi na placu. Aż weszli do środka głównego gmachu. Tu dominowali młodzi ludzie obojga płci. Chociaż mężczyzn wydawało się być znacznie więcej. Od razu dało się poznać tych z bogatej elity. Do formalnego stroju żaka dołączali pyszne elementy jak drogie brosze, barwne berety z kolorowymi piórami, pierścienie na palcach czy eleganckie kolczyki. Nawet niektórzy mężczyźni mieli w uszach kolczyki chociaż najczęściej prostsze niż koleżanki.
        - To nowa moda z południa. Od bretońskich, estalijskich i tileańskich korsarzy. Oni często noszą kolczyki w uszach. U naszych młodzieńców jak widzisz kolego, robi to furorę. - Tobias sam zwrócił na to uwagę koledze. Co chyba pomagało mu opanować nerwy. Weszli na piętro i szli przez korytarze o podłodze w duże morskie i białe kafle. Barwy Nordlandu i morza. - Zobaczymy czy jest Łasica. Bo jak wejdziesz na zajęcia to i tak cię zobaczy. - Brzmiało jakby prywatnie Tobias nie uważał angażowanie łotrzycy za konieczny ruch ale skalkulował, że lepiej jednak uprzedzić koleżankę w ich plany. Nawet jeśli za nią nie przepadał a ona za nim. - Ja rozmówię się z Eckhartem. On jest wykładowcą tych rysunków. Uprzedzę go o twoim przybyciu i mam nadzieję, że się zgodzi. W końcu to jego zajęcia. On prowadzi je dzisiaj. Jest jeszcze Phila. Philippa. Ale to nie dzisiaj. No chyba, że by w ostatniej chwili miała zastępstwo za Ecka. Ale na zajęcia z tobą nie wejdę. O zobacz, to w tej sali są. - Szybko wtajemniczał Heinricha w detale swojego planu. W pewnym momencie zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. I otworzył je. Sala była bezludna. Jednak widać było liczne stanowiska ze sztalugami i bardziej tradycyjne stoły z ławami. Dał się przyjrzeć koledze a potem dał mu znać aby ruszać dalej.
        - Tu zrobiliśmy taką małą garderobę dla naszych modelek. Aby mogły się przygotować do lekcji. Wcześniej był tu składzik na ryzy papieru. Właściwie nadal jest. - Zaznaczył z pewną dumą, że udało się uczelni zaimprowizować takie pomieszczenie. Zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich Łasica.
        - O! Co za niespodzianka! Wejdźcie chłopaki. - Chyba naprawdę była zaskoczona. Ale szerszy uśmiech i dłuższe spojrzenie skierowała na byłego łowcę heretyków. Wpuściła ich do środka. Panował tu półmrok bo nie było okien, tylko jedna lampa olejna. Panował zapach kurzu, papierów i dymu z tej lampy. Na niewielkim biurku stało lustro i widać łotrzyca przygotowywała się do występu. Miała makijaż nałożony na pół twarzy jaki nieco zmieniał jej proporcje. Podkreślał jej kości policzkowe, przez co twarz wydawała się bardziej owalna. Jak druga połowa była jeszcze nie ruszona to wydawało się, że to dwie połówki niezbyt do siebie dopasowane. No i cera. Łotrzyca starała się jej nadać bardziej oliwkowy wygląd, ciemniejszy niż jej naturalna karnacja. Jak jeszcze była w czarnej peruce to kojarzyła się ze stereotypem Tileanki albo Estalijki. Siadła na swoim miejscu aby kończyć tą charakteryzację.
        - Co was do mnie sprowadza chłopaki? Bo pewnie nie przyszliście aby mnie związać i bezwzględnie wykorzystać? - Jak zwykle Łotrzyca potrafiła być złośliwa. I trafiła celnie bo belfer aż sapnął z irytacji na taką myśl.
        - Oczywiście, że nie. - Odparł dumnie, zaznaczając, że jako uczony, jest ponad takie niskie instynkty.
        - Szkoda. Mogło być ciekawie. - Czarnowłosa zaczęła nakładać na drugi policzek oliwkową barwę.
        - Mamy ważniejsze sprawy. Chodzi nam o Gisele Meissen. - Kolega nie dał się sprowokować i wyjawił z czym przychodzą.
        - Dobry gust. Gisa też mi wpadła w oko. - Łotrzyca mruknęła z aprobatą ale nadal nakładała sobie maskujący makijaż.
        - Gisa? - Belfer wyglądał na zdziwionego.
        - Gisa. Tak ją wołają przyjaciele. Nie wiedziałeś? - Tym razem koleżanka nie powstrzymała się aby nie odwrócić głowy i obdarzyć go jadowitym uśmiechem. Po minie Tobiasa widać było, że nie wiedział chociaż pracował tu od dawna a ladacznica zaczęła tu przychodzić dopiero niedawno.
        - Nieistotne. Ważne jest aby Heinrich miał okazję ją poznać. Możesz nam w tym pomóc? - Szybko starał się wybić ten chwilowy sukces koleżanki i przejść do sprawy jaka ich tu sprowadziła.
        - Pewnie. Też chętnie bym się z nią bliżej poznała. - Łasica zgodziła się bez ogródek. Ale jak zwykle miała inne priorytety niż kolega. - Gisa siada w ostanim rzędzie przy oknie. Jak Heinrich chcesz mieć okazję ją poznać to możesz spróbować zająć miejsce blisko niej. - Tym razem jednak koleżanka bez oporów podała im pomocną informację. Wpatrując się w swoje odbicie zaczęła starannie malować swoje brwi aby nadać im inny kształt niż jej naturalne. - Po lekcji możesz też poprosić mnie na prywatne konsultację. Zwykle chodzi o akty. Prawie zawsze ktoś ze studentów mnie prosi na takie konsultację a ja raczej nie odmawiam. Gisa jeszcze mnie nie prosiła ale niektóre jej koleżanki tak. Nie chcę nic mówić ale jest pewna moda aby mnie i Burgund prosić na takie konsultację. Oczywiście Heinrich gdybyś dziś po lekcji poprosił mnie o takie konsultację i zaprosił Gisę, nie śmiałabym ci odmówić. - Łasica mówiła tak płynnie, że dopiero jak posłała kolegom wyuzdany uśmieszek Tobias zorientował się w czym rzecz.
        - Romansujesz ze studentami?! O bogowie! Jak to się wyda to będzie skandal! Wylecicie z hukiem! - Belfer wydawał się być przerażony taką perspektywą, że aż się złapał za głowę. Łasicy jednak ten wybuch nie ruszył.
        - Nie panikuj. Muszę mieć jakąś satysfakcję z tej roboty. Takie stanie z gołym biustem na środku stali to trochę nudne. I nie rób scen. Idę ci na rękę. Jakby to ode mnie zależało to bym zamknęła drzwi i z Burgund byśmy zrobiły takie balety ze studentami jakich ta uczelnia jeszcze nie widziała. Więc jak widzisz, i tak jesteśmy całkiem grzeczne i dobrze wychowane. - Dziewczyna z ferajny postarała się aby dotarło do kolegi, że i tak stara się ograniczać swoje miłosne zapędy i trzymać wyznaczonej roli.
        - Ani mi się waż. To porządna uczelnia. Dobra. Idę porozmawiać z Eckhartem. Czy potrzebujesz mnie do czegoś jeszcze? - Tobias posłał ostrzegawczy palec koleżance a pytanie zwrócił do kolegi.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine jako Egon Herschkel
          napisał ostatnio edytowany przez
          #332

          Egon, na wzmiankę tego, gdzie będą spać w Łabędziu, wzruszył ramionami.

          – Ja mogę i w stajni, jeśli trza będzie, byle bym mój topór miał w pogotowiu, gdy trzeba będzie – rzekł.

          Wojownik zrewidował stan drużyny: wyglądało na to, że na szczęście Annice nic się nie stało, tak samo jak łucznikom Gezackta i samemu Gezacktowi, którzy na czas bitki pozostali na statku. Jednak pozostali wojownicy, co walczyli w zwarciu, już nie mogli się takim szczęściem pochwalić: Silny i Rune zebrali całkiem sporo, ale już łomot orkowie spuścili Astrid i Larsowi. Egon nie miał za złe Larsowi, bowiem spodziewał się, że korsarz raczej dotychczas walczył z łatwiejszymi celami i raczej polegał na przewadze zaskoczenia, toteż bitwa na ubitej ziemi z zielonoskórymi nie była czymś, co mógł łatwo znieść. Co do córki jarla zaś, cóż, jeśli mieli śpiewać o niej sagę, to może ten fragment bardowie lepiej by ominęli, bowiem na równi z Larsem, rany Norsmenki były bardzo poważne i któż wie, może jeśli bitka trwałaby ciut dłużej, to karkiem przyszłoby przypłacić dziewce.

          Taka była cena zjednania sobie Froyi van Hansen.

          Inną rzeczą, równie poważną, okazała się niedaleka perspektywa przejęcia okrętu i walki z rzecznymi piratami. Egon nie miał wątpliwości, że Lars i Astrid będą musieli zostać w odwodzie i na forpoczcie znajdzie się on sam, Silny i Rune, być może z Anniką na flance.

          Pogrążywszy się w tych ponurych rozmyślaniach, wojownik wsparł brodę na toporze, próbując odgadnąć, jak najłatwiej można by podprowadzić piratów i opanować Jutrzenkę.
          - Egon, ja tylko mówię, że możecie spróbować wynająć to poddasze stodoły bo z pokojami może być ciężko aby was wszystkich pomieścić. Ale jak chcesz w pokoju to możesz próbować. Może nawet ze mną by się udało bo wszystkich to pewnie nie będzie miejsca ale może jedną czy dwie osoby to by się udało zmieścić w pokoju. Zobaczę jak to będzie wyglądało. - Mytniczka nieco zmarszczyła brwi, jakby trochę się zdziwiła postawą brodacza. Ale starała się przyjąć ugodowy ton.
          - I co ty taki kwaśny się zrobiłeś. Zwykle figle działają na odwrót. Co cię gryzie? - Burgund też przyjrzała mu się uważniej bo milczące zachowanie kolegi różniło się od pozostałych. Więc nieco cichszym tonem zapytała co jest tego powodem.

          – Lars i Astrid ranni – rzekł Egon, skubiąc swoją brodę. – A będziemy ich potrzebować… Wiesz do czego. Ale rzeczy nie odmienimy, taką cenę żeśmy zapłacili ratując milady. Problem będzie wtedy, że jak przyjdzie co do czego, to będziemy mieli mniej siły. A siły nam będzie trza.

          Egon rozważał jeszcze.

          – A co, jakby na Łabędziu przekabacić jeszcze paru luda z okrętu, co łatwiej pójdzie? Jakichś osiłków albo coś.
          - I myślisz, że jak będziesz się srożył w samotności, to im szybciej rany się zagoją? - Burgund popatrzyła na niego z przymrużeniem oka. - Nic na to nie poradzimy kamracie. Oberwaliśmy ale pokonaliśmy te przeklęte orki. Teraz lady Froya nas wszystkich lubi i zaprasza do siebie jak wrócimy. Wcześniej nawet nie mogliśmy o tym marzyć. Może ty, może Łasica, może ja bym się do niej jakoś wkręciła. Ale nie wszyscy. A w końcu to lady van Hansen. A teraz to trzeba jechać dalej z tym koksem. Albo w “Łabędziu” łapać kurs powrotny do miasta i sobie darować. - Łotrzyca mówiła śmiało i bez ogródek. Po czym niespodziewanie zwróciła się do mytniczki. - No chyba, że nasza Jutta ma jakiś pomysł jak temu zaradzić. - Uśmiechnęła się i zwróciła się do szatynki w jasnych spodniach.
          - Można spróbować pójść do alchemika. Oni mają sklep niedaleko “Łabędzia”. Ale trochę w las trzeba iść. Tu mają magazyn do zbierania tych wszystkich zielsk i grzybów. A główną kwaterę w Saltmundu i tam pchają większość towaru. No ale część sprzedają na miejscu. Czasem ja albo ktoś z kolegów u nich coś kupujemy. Nie wiem czy by mieli coś na rany ale jak już i tak tam będziemy to można się przejść. - Wzruszyła ramionami ale odpowiedziała bez większego wahania. Na przemian patrzyła to na koleżankę to kolegę. - A czy da się kogoś zwerbować w “Łabędziu” to nie wiem. Z powodu tych napadów może być większy tłok to niby większa szansa, że jacyś najmici się trafią. Ale też jakby się trafili, to inni mogą chcieć ich wynająć jako ochronę. Niektórzy tak zaczęli robić. Biorą dniówkę za eskortę i płynął z Saltmundu do “Łabędzia” a tam spędzają noc i rano znów się komuś wynajmują na rejs powrotny. - Celnik na tym polu nie chciała się wypowiadać konkretnie bo znała tylko ogólną sytuację ale nie była pewna co zastaną na miejscu.
          – A na Jutrzence? – zapytał Egon, wodząc oczami ulicznicę. – Ten szyper to uparty kawał drania, niejednego zdrażni. Co, jakby szło wypytać paru stąd, czy nie chcieliby się dołączyć do buntu na pokładzie, jak przyjdzie co do czego? Łatwiej by szło. A jeśli by szło w to wszystko zaangażować dekokty alchemiczne, tym lepiej.
          - Egon to są marynarze a nie wojacy. Widziałeś jak byli chętni aby rzezać się z tymi orkami? To już Jutta albo Gezackt prawie dali się na szalupę zaciągnąć. Jakby trzeba było się bić to pewnie by prędzej padli na twarz i błagali o litość. - Łotrzyca najwyraźniej nie miała dobrego mniemania o załodze Wagnera jako wojownikach. Pokręciła swoją rudowłosą głową na znak, że taka wizja w ogóle do niej nie trafia.
          - Nic dziwnego. To często ma sens. Piraci czy inni rabusie częściej chcą zdobyć łup niż walczyć. Jak załoga nie walczy albo nawet zgodzi się zapłacić okup to nie ma potrzeby zabijać załogi. Oddadzą mieszki ale ocalą życie. A jeśli się bronią to dochdzi do walki. Wtedy mogą zginąć w walce a także po jeśli przegrają. Ci bardziej krewcy piraci mogą zabić załogę w zemście, zwłaszcza jak duże straty ponieśli. Albo aby zastraszyć inne statki, jak się kończy opór. - Mytnik miała praktyczne podejście dlaczego załogi dość rzadko stawiają opór piratom. - No chyba, że to Norsmeni. No to wiadomo, że albo porwą na jeńców albo zarżną na miejscu. Albo jak załoga jest liczna, że może liczyć na sukces przy odparciu abordażu. - Dodała jeszcze pewne wyjątki jakie widziała gdy jednak marynarze mogli stawić zażarty opór napastnikom.
          - No ale jak chcesz to możesz popytać czy któryś by nie chciał zmienić szypra. Ja tam z nimi nie gadałam za dużo. - Burgund wskazała na siedzących niedaleko załogantów co miarowo wiosłowali, aby pokonać nurt rzeczny.

          Egon począł się zastanawiać nad słowami Burgund: cóż, co prawda to prawda, żaden z marynarzy zaokrętowanych na Jutrzence nie mógł dostać im w bitce, jako kupa czy, oczywiscie, pojedynczo, z szyprem włącznie. Zdawało się, że gadanie z każdym z nich tylko po to, żeby w jakiś sposób ich skaptować było bez sensu, bowiem i tak wszyscy mieli zostać zagospodarowani po siłowym przejęciu tak, czy inaczej.

          Rozsiadł się zatem i postanowił porzucić sprawę.

          – E, prawdę gadasz – machnął ręką. – No nic, trza czekać, aż dopłyniemy do Łabędzia w takim razie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell jako Heinrich von Achterberg
            Moderator Obsługa Mecenas Grafik
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #333

            - Kim mam być w oczach twojego kolegi nauczającego rysunku? - dopytał Heinrich - Nie chcę byśmy dawali niezgodne zeznania
            - Chyba możesz mniej więcej mówić prawdę. Przedstawię cię pod twoim imieniem, raczej nie musisz się ich wstydzić. Wiekiem i tak będziesz się wyróżniał na tle innych studentów. Sam widziałeś na korytarzu, że bardziej pasują do Łasicy niż do ciebie czy do mnie. - Belfer podsumował wygląd kolegi jaki miał przed sobą, starając się wczuć jak go tutaj mogą widzieć inni.
            - I raczej nie przechwalaj się jakimiś znajomościami wśród elity. Bo co drugi albo trzeci student to dzieciak jakiegoś błękitnokrwistego, kapitana czy oficera statku albo szefa gildii czy ratusza. Możesz pewnie dość bezpiecznie powołać się na znajomość z Pirorą i Fabienne. Pirora jest w mieście dość krótko, możliwe, że nie wszyscy ją kojarzą ale ma talent i salonik malarski. Fabi jest żoną tutejszego kapitana i pewne uprawnienia aby go tutaj zastępować. No i w mieście nie ma zbyt wiele bretońskich szlachcianek więc większe szanse, że ją ktoś tu zna. Może też lady Odette. Wiadomo, całe miasto straciło dla niej głowę no i to artystka jaką każdy chciałby spotkać chociaż na chwilę z bliska. Mocne nazwisko. Najbardziej znana byłaby Kamila van Zee. W końcu córka kapitana portu. Nie jest jeszcze do końca nasza ale zapewne prośbie lady Sorri trudno byłoby się jej oprzeć. To sam zdecyduj czy chciałbyś się na którąś z nich powołać. Chociaż nie musisz jeśli nie chcesz. - Ze swojej strony podpowiedziała mu łotrzyca. Chociaż wydawała się być pochłonięta nakładaniem makijażu jaki miał zniekształcić jej rysy twarzy.
            - A tak. To prawda. Nie zapominajmy, że to uczelnia dla elity. Nawet są tu studenci z Saltmundu i z głębi prowincji. Także nieco z sąsiednich. - Belfer po krótkim wahaniu aby zwalczyć swoją niechęć do niepiśmiennej, dziewczyny ulicy, przyznał jej jednak rację w tej materii. - No cóż, mogę cię przedstawić jako mojego znajomego, który w dojrzałym wieku zainteresował się malarstwem. Jeśli nie masz doświadczenia w malarstwie czy umiejętnościach akademickich to raczej nie podawaj się za eksperta w tej dziedzinie. - Tobias popatrzył pytająco na kolegę, czy mu taki schemat odpowiada czy może ma jakieś własne pomysły i uwagi.
            - Można iść w taką stronę. - powiedział szczerze nie wiedząc jak to wszystko się potoczy - Doświadczenia w sztuce nie mam, jedynie w dowodzeniu oddziałami i paleniu heretyków... choć teraz rozpalałem inaczej. - te słowa skierował do Łasicy posyłając jej prześmiewczy uśmieszek.
            - Mhm. Słyszałam, że nieźle rozpala się taki ogień jak się taką heretyczkę przywiążę do łóżka czy innego słupa i ostro obsobaczy. To tak płoną, że aż im cieknie po nogach. - Łotrzyca odparła zgodnie i pogodnie mimo, że sprawiała wrażenie jakby nakładanie makijażu, pochłaniało ją całkowicie. Na końcu jednak oderwała się od tego zajęcia aby posłać Heinrichowi rozbawione spojrzenie. Tobias popatrzył na nich oboje nieco skonsternowany, jakby wyczuwał jakieś drugie dno tej wymiany zdań ale postanowił w to nie ingerować.
            - Dobrze. Jak się czujesz na siłach możesz coś wspomnieć o swojej karierze wojskowej. Ale o tym paleniu heretyków to chyba zbyt ryzykowne. Sam pewnie wiesz jak łowcy czarownic działają na otoczenie. - Belfer pokiwał głową gdy udzielił koledze tej porady. I wydawał się gotów aby wyjść i rozmówić się z nauczycielem rysunku gdy nagle ich koleżanka wstała i bezwstydnie zdjęła koszulę, ukazując swój modelowy biust. - Co ty robisz? - Tobias wydawał się być zaskoczony jej reakcją.
            - Przed występem dobrze jest pomasować te piękności. Wtedy są lepiej widoczne dla studentów. Zwykle ta moja ruda wiewióra mi pomaga a ja jej. No ale teraz jej nie ma bo popłynęła z Egonem i Norsmenami. To może wy byście mi pomogli? W końcu chodzi o dobro sztuki i edukacji. - Łasica potrafiła sprytnie użyć argumentów i logiki w jakich tak lubował się ich uczony kolega ale kpiące ogniki w jej oczach wskazywały, że bawi ją jego skrępowanie.
            - To może kolega. Ja muszę się rozmówić aby mógł uczestniczyć w zajęciach. - Tobias skorzystał z okazji aby się ulotnić z tej improwizowanej garderoby modelek. Ladacznica popatrzyła na jego plecy i zamykające się drzwi z triumfalnym, złośliwym uśmieszkiem.
            - Tak broni dobrego imienia swojej uczelni a ja tu ledwo parę dni jestem i już widzę, że tu korytarze pęcznieją od romansów. - prychnęła ironicznie. - Poza tym nie dostrzega, że spora część kadry i studentów mieszka tu na terenie uczelni. Nie wszystkich stać na wynajem mieszkań czy pokoi na mieście. Więc gdybym ja się wdała z kimś takim w romans to są szansę, że zostałabym z kimś takim na noc. A wtedy miałabym okazję rozejrzeć się tu co nieco w nocy, bez tych wszystkich wścibskich spojrzeń jakie tu się panoszą w dzień. - Na wpół rozebrana modelka, stanęła przed Heinrichem. Uniosła brwi aby podkreślić, że jej niecne i lubieżne zabawy mogą mieć i konkretne przełożenie na postępy w sprawie tajemniczego światełka ze skrzyni. Miała całkiem inne metody i patronkę niż Tobias ale mogła ich użyć dla wspólnej sprawy.
            - To może być bardzo przydatne. - stwierdził z zadowoleniem Heinrich - Szpieg z większym dostępem po godzinach. - pochwalił Łasicę - Nawet tak szlachetna Akademia nie jest pozbawiona swoich słabych punktów, a ludzie w niej tylko te punkty powiększają.
            - Oh, jakbym wiedziała, że tyle jest tu tych słabych punktów i tak barwne towarzystwo, to może wcześniej bym się tu zakręciła. - Łotrzyca roześmiała się serdecznie i zaczęła bawić się swoimi pełnymi piersiami. - Cieszy mnie, że masz bardziej otwarty umysł od tego sztywniaka. Ma się za takiego mądralę a najprostrzych powiązań nie dostrzega. O ile nie ma ich w traktatach naukowych tylko między sercami i udami. - Uśmiechnęła się kpiąco i okrasiła to lubieżnym spojrzeniem. - A ta Gisa ciekawy okaz. Chętnie bym ją poznała bliżej. Część studentów unika zajęć z nagimi modelkami. Zwłaszcza wstydliwe dziewczęta i purytańscy chłopcy. Gisa została. Panowie to wiadomo, że chętni są pogapić się za darmo na damskie wdzięki i te rysunki to tylko pretekst. - Kobieta była rozbawiona swoimi spostrzeżeniami na temat reakcji studentów jacy przychodzili na zajęcia z jej udziałem.
            - A ty postaraj się zaproponować mi dodatkowe zajęcia jak skończymy. Bo na Gisę raczej w tym względzie nie liczę. Albo szkoda jej geldów albo się wstydzi. Wtedy będziesz mógł ją zaprosić i jeśli się zgodzi to pójdziemy we trójkę do gabinetu obok. Będzie okazja na dyskretniejsze spotkanie we trójkę. Ale ja od siebie, tam na głównej sali, to raczej nie mogę proponować takich rzeczy, to inicjatywa studentów. A nie chwaląc się, po każdych zajęciach mam ich parę. No ale nie bój się, jak mnie poprosisz to będę musiała odegrać swoją rolę, no ale się zgodzę. - Puściła mu oczko po czym odwróciła się i podeszła do krzesła. Zdjęla z oparcia koszulę i nałożyła ją na siebie. - Zaraz będziemy musieli się zbierać.
            - Będzie to interesujące... Normalnie nie skrywałem swoich intencji i swojej osoby, a teraz muszę robić to bez przerwy. Wcześniej miałem do tego swoich podwładnych, jacy jak i ty zajmowali się sprawami potrzebnymi do śledztw Łowcy Czarownic... - pogładził Łasicę pieszczotliwie za uchem - ...może nie dokładnie takich jak ty, choć miałem jedną uroczą duszyczkę, jaką z ulic zabrałem. - wyszeptał zanurzając się w myślach.
            - Uroczą? A czy była także urocza ciałem? No to widzę, że ci zapadła w pamięć, więc pewnie musiała być wyjątkowa. - Łasica chętnie przyjęła pieszczotę i trwała tak przez chwilę. Jednak w końcu odsunęła się od kolegi i narzuciła na siebie kamizelę jaka nieco maskowała jej sylwetkę i jej biust nie rzucał się tak w oczy.
            - Była... użyteczna. - odparł Heinrich - Potrafiła myszkować w niskich stanach społecznych i szukać informacji jako kobieta z nich. Była dla wielu fascynująca i ponętna, wiedziała jak rozwiązać im języki, dzięki czemu nie byłem ślepy tam, gdzie ludzie kryją się po norach.
            - Brzmi znajomo. To musiała być ciekawa postać. Jak miała na imię? - Łotrzyca pokiwała głową z uznaniem, jakby dostrzegła pokrewieństwo dusz ze znajomą kolegi.
            - Eike. - odpowiedział po chwili namysłu, jakby dawne życie zostało zatarte w pamięci - Tak... Eike, co była tak pewna siebie, tak dumna, och jak bardzo. Chyba po raz pierwszy poczuła prawdziwy strach o życie gdy stanęła przede mną.
            - Eike. Ładne imię. W sam raz dla zaradnej dziewczyny z ferajny. - Łotrzyca nachyliła się do lustra aby sprawdzić swój wygląd. Jeszcze z włosów nie była zadowolona, więc zaczęła je rozczesywać szybkimi ruchami. - A czym ją tak wystraszyłeś? - Zaciekawiła się po chwili milczenia. - Ją też przywiązywałeś do łóżka? - Nagle odwróciła się wprost do Heinricha i posłała mu uśmieszek ulicznej szelmy.
            - Ludzie nie są tak pewni, gdy Łowca Czarownic się nimi interesuje na tyle by nakazać do siebie przyciągnąć na rozmowę...Czasem naprawdę niewiele trzeba by wpłynąć na wyobraźnię. - mówił nieporuszonym głosem kogoś, kto jest pewny swego.
            - No tak. Ci łowcy czarownic… - Łotrzyca pokiwała ze zrozumieniem głową, zdając sobie sprawę jaką ponurą reputacją cieszyła się ta profesja. - Dobrze, że dołączyłeś do nas. Bo z łowcą czarownic to nie mogłabym się kolegować. - Uznała, że włosy ma już odpowiednio zrobione więc rzuciła szczotkę na biurko. Podeszła do kolegi i cmoknęła go w policzek. - Ja już jestem gotowa. A po ciebie to pewnie zaraz Tobias przyjdzie. Nie wiem czy dziś będą zajęcia z Eckhartem czy Philippą. Bo coś o jakimś zastępstwie mówili. - Uprzedziła go czego zdążyła się już dowiedzieć o dzisiejszych zajęciach.
            - Nie mogłabyś. - przyznał gotując się do wyjścia - Z czystej ciekawości... - zatrzymał się zrobiwszy pierwszy krok w kierunku drzwi - Jakie były twoje pierwsze myśli jak dowiedziałaś się, że chcę spotkać się z liderami i kim jestem, gdy odnalazłem cię?
            - Pomyślałam, że Starszy chyba spadł z konia na głowę, że chce przyjąć jakiegoś łowcę czarownic do nas. Ale jak z nim porozmawiałam to powiedział, że musimy być czujni ale skoro masz sny od Sióstr to widać one cię do nas sprowadziły. No i tak to się zaczęło. - Łotrzyca przyznała krótko i bez wahania.
            - A tak szczerze... Zakładałaś, że to wszystko próba wyciągnięcia was z ukrycia i skończy się tragicznie, czy zawierzałaś bezsprzecznie Starszemu? - dopytał z ciekawością.
            - Starszy ma doświadczenie w ocenie ludzi. Przyjął choćby Silnego. Przydaje się czasem ten mięśniak. Ale i Karlika. Choć był całkiem różny ode mnie albo Silnego. No i wszyscy mieliśmy sny od Sióstr. Może słyszeliśmy zew od innej ale wszyscy je słyszeliśmy. To nas połączyło. Starszy mówi, że to zew od nich dla wybranych. Tych co są przeznaczeni im służyć. W końcu nawet lady Soria z dalekiego południa usłyszała w snach ten zew. A teraz ta jej kapłanka Layla. Więc jak się okazało, że ty też słyszysz ten zew to nadal byłam ostrożna ale postanowilam dać ci szansę. - Łasica wzruszyła ramionami i przyznała, że stłumiła swój instynkt ulicznej cwaniary na rzecz nadnaturalnego zewu Sióstr i zaufania do Starszego.
            - Ale przyznaję, że to było ryzykowne... choć o wiele mniej, gdy okazało się, że poszukuję pomocy u naszej fioletowoskórej.
            - Albo się zaryzykuje aby przyjąć kogoś nowego, albo zostaje się we własnym gronie. Nowa osoba to ryzyko wpadki ale też szansa, na nowe możliwości. Zobacz na lady Odette. Zaczęło się od zwykłych figli z Laurą w zamtuzie. A skończyło na figlach na leśnym pikniku i zasianiu. Albo Kamila. Też zaczęło się od zauroczenia lady Sorią a teraz jest już prawie nasza. Na poważnie rozważałyśmy czy nie zabrać jej na ten ostatni leśny piknik. W końcu zabawy z Dorną i Lilly jakoś jej nie przeszkadzały. Jest już prawie nasza. A w końcu to córka wiesz kogo. Jak już będzie nasza to pomyśl jakie to da nam możliwości. I tak samo było z tobą. A Starszy też często ma sny. Chyba najczęściej z nas wszystkich. On to widzi w snach, że ktoś też je ma. I potem wysyła mnie albo kogoś z nas aby powęszyć wokół tej osoby. Bo sny sam wiesz jakie są. Coś tam pokazują, coś widać ale i tak potem wiele trzeba się domyślać, zgadywać i szukać na własną rękę. - Łotrzyca skinęła swoją czarną peruką na znak zgody z tym ryzykiem ale widać uważała je za konieczne, jeśli ich spiskowa rodzina miała się rozwijać o nowych członków.


            W końcu czas było ruszać na zajęcia. Łotrzyca otworzyła drzwi na korytarz i wskazała Heinrichowi te gdzie miał się udać. Widać było, że już kilka osób czeka na korytarzu. Wszyscy raczej bliższi wiekiem łotrzycy niż byłemu łowcy heretyków. Mieli na sobie podobne ciemne togi. - Idź tam i poczekaj. Jakby co to przecież się nie znamy. O idzie Tobias i Eckhart. Pewnie Tobias cię przedstawi naszemu belfrowi. - Jej bystre oczy dojrzały dwie nadchodzące sylwetki. Po paru krokach i Heinrich rozpoznał uczonego kolegę jaki szedł z drugim nauczycielem.
            Heinrich nie wybijał się przed Tobiasa, pozwalając jemu nadzorować rytm tego zapoznania, temu stał spokojnie oczekując jego ruchu.
            - A to drogi Eckharcie, jest właśnie ten pan co by chciał podszkolić się w rysunku. - Tobias powiedział do swojego uczelnianego kolegi, gdy już byli ostatnie parę kroków przed Heinrichem. Ten drugi był raczej w jego wieku niż oczytanego kultysty i przyglądał mu się z zaciekawieniem. Ale poczekał aż staną na przeciwko siebie. Też miał togę ale z czerwonymi obszyciami na końcu rękawów.
            - Heinrich, poznaj mistrza Eckharta. On prowadzi u nas lekcje rysunków i malarstwa. - Tobias zaczął przedstawiać ich obu i starał się to zrobić w koleżeńskiej atmosferze.
            - Witam cię Heinrichu w naszych skromnych, uczelnianych progach. Tobias mi mówił, że jesteś zainteresowany lekcjami rysunku. Bardzo dobry wybór. Malarstwo pomaga zachować spokój i harmonię, zarówno ciała jak i duszy. - Starszy belfer uśmiechnął się jakby cieszył się z wyboru przedmiotu jaki nauczał. Pokiwał ze zrozumieniem głową. Tych kilkoro studentów jacy stali przed drzwiami obserwowało ich trójkę z zaciekawieniem jakby wybijali się ponad codzienną rutynę.
            Heinrich skłonił głowę mistrzowi sztuki Akademii Morskiej oddając mu pozorny szacunek.
            - Jestem niezmiernie wdzięczny, że dostanę taką szansę wszak nie będąc studentem.
            - Oh to nie aż taka wielka rzadkość. Zawsze uważałem, że kaganek oświaty, trzeba stawiać wysoko aby jego światło sięgało jak najdalej. - Eckhart pokiwał wyrozumiale głową. - Tylko mam nadzieję, że wiesz o specyfice tych zajęć? - Uniósł brwi i trochę ściszył głos. - Dziś ćwiczymy projektowanie galionów. O kobiecych kształtach. Więc będzie nas wspomagała modelka. Bez koszuli. - Trochę się stropił ale widocznie chciał uprzedzić nowego studenta aby nie był zszokowany tym co ujrzy na zajęciach.
            - Tak, ja uprzedzałem Heinricha i jest tego świadom. - Tobias wtrącił się do rozmowy, zapewne także po to aby wesprzeć kolegę z kultu o czym rozmawiał z nauczycielem rysunku, zanim tutaj przyszli. Chociaż nieco łamał tym zasady dobrego wychowania. Zresztą widać było, że Eckhart czeka na odpowiedź od swojego nowego studenta a nie od drugiego belfra.

            • Zdaję sobie z tych okoliczności sprawę. - przyznał Heinrich i machnął ręką - Młodszych by mogło to poruszyć, ale z wiekiem nabiera się dystansu do takich rzeczy.
              - No tak, tak, młode serca są takie płoche. - Eckart zaśmiał się ale chyba go uspokoiło takie wyjaśnienie. - No to zapraszam do środka. To twoja pierwsza wizyta więc zobaczysz jak to wygląda. Skromnie ale przyzwoicie. Niestety nie mamy takiego budżetu jak w Saltmundzie no ale jakoś staramy sobie radzić. - Belfer gestem zaprosił w stronę zamkniętych drzwi. Sam sięgnął pod togę aby wyjąć pęk z kilkoma kluczami. I jednym z nich otworzył klasę. Wszedł do środka na krok i zaprosił gościa do środka. Wewnątrz była klasa z dużymi oknami, więc było jasno. Ustawione były pojedyncze biurka dla jednej osoby. A przy nich puste jeszcze sztalugi. Pod koniec było jedyne, masywne, solidne biurko dla nauczyciela i sztalugi ustawione frontem do klasy. Na ścianach za biurkiem dwie tablice. Też puste. Na pozostałych było widać różne prace i rysunki. Schemat proporcji ludzkiej sylwetki w postaci kul, kwadratów i trapezów, schemat budowy statku, zbliżenie na różne elementy olinowania. piękny malunek portu w pochmurne niebo. I to chyba nawet był Neus Emskrank, widziany od zachodniego wybrzeża zatoki. Obok prawie z lotu ptaka i z perspektywy wschodnich klifów. Stamtąd zapewne powinno być widać miasto z wysokiej perspektywy. Było też kilka portretów pojedynczych i załóg okrętów albo sceny z życia portowego. - To prace naszych studentów. Zawsze ich motywuję tym, że jeśli praca będzie wystarczająco dobra to trafi tutaj na ścianę. A kto wie gdzie jeszcze. Jesteśmy sługami Akademii więc dominuje u nas tematyka morska jak widać. Jest jeszcze osobna kategoria malarstwa świątynnego. Wiadomo, w świątyni Mananna zawsze trzeba odmalować jakiś fresk czy figurę. To dość pewny zarobek dla naszych studentów nawet jak już opuszczą mury naszej uczelni. A czy ty Heinrichu masz jakieś doświadczenie w malarstwie? Jakiś gatunek czy styl, szczególnie budzi twoją ciekawość? - Nauczyciel oprowadzał nowego ucznia po sali i na razie towarzyszył im tylko Tobias. Eckhart wydawał się być dumny z tej sali, jaka udowadniała efekt działalności dydaktycznej i artystycznej jacy nauczyciele wywierali na młode pokolenie.
              - Eickhart pyta czy wolisz sceny rodzajowe, portrety, marynistykę czy jeszcze coś innego. - Tobias usłużnie podpowiedział koledze o co belfer go zapytał.
              - Jestem zainteresowany wyobrażeniami ozdób na statkach. Chciałbym móc właśnie w waszej Akademii zobaczyć jak sztuką je prezentujecie.
              - Oh to dobrze trafiłeś. Najczęściej tym się właśnie zajmujemy. Różnymi zdobieniami relingów, kajut, łóżek, mebli… To dla oficerów oczywiście. Ale też portrety, także rodzinne albo załóg. To zamawiają sobie kapitanowie, właściciele statków, gildie, tak, można z tego całkiem dobrze wyżyć. A teraz proszę wybierz sobie miejsce. Za chwilę będę musiał zaprosić studentów do środka. - Eckhart zrobił zapraszający gest do reszty, pustej jeszcze sali. Było tu ze dwa tuziny miejsc, było więc z czego wybierać. Sam postawił torbę na biurko i zaczął z niej wyjmować jakieś szpargały. Tobias lekko poruszył głową aby kolega ruszył za nim.
              - Też już muszę uciekać. Nie fatyguj się do drzwi Eckharcie, jak będę wychodził to wpuszczę tych naszych rozwydrzonych nicponi. - Żartobliwie zwrócił się do starszego kolegi. A sam powoli ruszył w stronę tyłów sali. - Tam w rogu powinna usiąść Gisela. Wybierz sobie jakieś sąsiednie miejsce. - Lekko skinął głową w tylny narożnik, naprzeciwko drzwi. - A te dwa obrazy naszego miasta to ten z klifów malował on a ten z wybrzeża to Philippa. Oboje lubią słuchać komplementy na ich temat. Nie wiem czy Philippa nie przyjdzie na te zajęcia, jakieś zamieszanie jest w grafiku. - Belfer mówił cicho ale szybko. Akurat doszli do końca sali i wtedy po przyjacielsku klepnął kolegę w ramię a sam raźno ruszył w stronę drzwi. Po chwili zamknął je za sobą i słychać było jeszcze jego przytłumiony głos z korytarza jak pewnie mówi coś do studentów. A Heinrich na te parę chwil miał salę dla siebie, zanim wejdzie tu młode pokolenie.
              Sytuacja w jakiej się znalazł nie należała do takich, na jakie był wystawiony wcześniej... Na szczęście był wystawiany na wiele okazji odgrywania by dogrzebać się do potrzebnych informacji czy uzyskać ufność osób, jakie miały w jakimś celu wspomóc go w dociekaniu prawdy... lub na koniec zginąć z jego ręki. Odetchnął głęboko zajmując miejsce sąsiednie do miejsca swojego celu i postarał się uspokoić myśli.
              Robiłeś to już wcześniej, Heinrich.
              Długo nie czekał w samotności. Po chwili drzwi otwarły się i do środka się fala młodych ludzi w uczelnianych togach. Wiedział ze swojego wcześniejszego życia, że to była podstawa ubioru żaków w całym Starym Świecie. Wchodzili do środka i jako, że był jedynym uczniem w ławce, do tego był nowy no i był z pokolenie starszy od nich, to zerkali na niego z zaciekawieniem. Mówili coś przyciszonymi głosami i czasem wyłapywał skrawki ich wypowiedzi “To ktoś nowy?” czy “Co to za dziadek?”. Wydawały się naturalne w takiej sytuacji. Powoli zajmowali swoje miejsca. A, że Heinrich usiadł na samym końcu sali to większość z nich miał przed sobą. Widział, że chociaż tradycją uczelni były togi, to jednak ten standard był modyfikowany indywidualnie. Paru lepiej sytuowanych uczniów miało togi obszyte futrem aby zaznaczyć swój status. Inni, przeciwnie. Widać było, że szaty mają już wyblakły kolor jakby służyły wcześniej innym użytkownikom. Łasica miała rację, że zdecydowana większość żaków to byli młodzi mężczyźni, kobiet było tylko kilka. A panowie lubowali się w złotych, prostych kolczykach na piracką modłę, tak jak uprzedzał go Tobias. Wreszcie jedna z nielicznych kobiet, przeszła obok niego i usiadła w narożnym biurku. Postawiła swoje rzeczy na podłodze i tak samo jak inny studenci, zaczęła przygotowywać sztalugę do pracy. Była młoda, szczupła i miała kasztanowe włosy. Chwilowo przeszkadzały jej jak były rozpuszczone więc sięgnęła do torby po rzemyk aby je związać. Przy okazji też zerknęła z bliska na swojego starszego sąsiada.
            • Panie profesorze. Nasz nowy kolega ma puste sztalugi. - Odezwała się w stronę Eckharta. Ten spojrzał w ich stronę i zorientował się, że faktycznie tak jest.
            • Oh, przepraszam cię najmocniej Heinrichu. Zapomniałem jak bardzo jesteś nowy. Jak widzisz, studenci przychodzą ze swoimi narzędziami. Ale już coś na to zaradzimy. - Pokiwał głową i szybko podszedł do szafki po swojej stronie sali. Zaczął z niej wyjmować jakieś arkusze i przyrządy malarskie. A Heinrich zyskał okazji aby przyjrzeć się swojej sąsiadce.

            link: https://i.imgur.com/ex4B2Jc.jpeg

            Była w wieku podobnym do większości studentów jakich widział i na tej sali i na uczelnianych korytarzach. Togę miała przyzwoicie utrzymaną ale bez dodatkowych ozdób świadczących o dobrym statusie materialnym. Miała bystre i ciekawskie spojrzenie oraz lekko kpiący uśmiech.
            Heinrich zastanawiał się jak ma podejść do młódki i rozumiał już, że będzie to problematyczne. Musiał czekać na odpowiednią okazję oraz unikać okazania się po prostu nudnym staruchem, jakim był w oczach młodych. Może nie był dziadkiem, jednak swoje życia przeszedł.

            • O proszę Heinrichu. Tu masz co potrzeba. Gdyby coś ci było jeszcze konieczne, to daj znać. - W międzyczasie nauczyciek rysunku, podszedł do stanowiska najstarszego ucznia w grupie. Z wprawą zamontował mu kilka arkuszy na sztaludze i przy biurku pozostawił zestaw cienkich węglów i pędzelków do szkicowania. - Gisele, jak już tu jesteś, to idź zobacz czy nasza modelka jest już gotowa. - zwrócił się do brunetki a ona skinęła głową i szybko ruszyło w stronę drzwi. On zaś jeszcze rozstawiał sprzęt dla nowego ucznia. - A wam przypominam, że jesteście żakami a nie portowymi dokerami. Powinniście przynosić chlubę swojej uczelni i nazwiskom. A nie zachowywać się jak stado wygłodniałych marynarzy na widok pierwszej ulicznicy jaką zobaczą po zejściu z pokładu. - Podniósł głowę i przybrał surowszy, upominający głos gdy skarcił młode pokolenie zanim ich koleżanka wróciła z modelką. Wywołało to stłumione chichoty i szepty a po rozpromienionych oczach Heinrich poznał, że Łasica chyba niezbyt rozminęła się z prawdą, gdy mówiła o swoim powodzeniu jakie miała u studentów.

            • Ale jakbyśmy nie mogli dostrzec jakichś szczegółów modeli, to chyba możemy ją poprosić aby podeszła bliżej? - Odezwał się jakiś dumnie wyglądający młodzian, z togą obszytym pysznym, srebrzystym futrem. Od razu dało się wyczuć bogate pochodzenie. Jego uwaga wywołała złośliwe chichoty. Wskazał gestem na swój arkusz gdzie widać było zarys bardzo biuściastego galionu.

            • Można Sebastianie. Oczywiście, że można. Tylko racz mieć na uwadze, że twój ojciec, bardzo czeka na listy z uczelni o twoich postępach. - Heinrich bez trudu rozpoznał to swoiste przeciąganie liny. Młodzieniec ze zrzumieniem pokiwał głową, dalej się radośnie szczerzył, ale chwilowo chociaż odpuścił dalsze docinki. A on i większość klasy, odwrócili się bo do środka wróciła Gisele i Łasica. Obie podeszły do belfra a więc przy okazji i do siedzącego konspiratora. Łasica cichym głosem wyjaśniła nauczycielowi, że Katy jest chora więc dziś jej nie będzie. Eckhart pokiwał ze zrozumieniem głową i ogłosil to klasie.

            • Ojej. A ja się wzorowałam właśnie na Katy. Miałam ją dziś poprosić o prywatne pozowanie aby lepiej oddać szczegóły jej anatomii. - Tym razem westchnęła jakaś młoda szlachcianka. Na oko Heinricha też trochę przesadnie. Wskazała na swój arkusz, i rzeczywiście też miała rękę, do biuściastych sylwetek. Nawet w bardziej dynamicznej pozie niż kolega jaki odezwał się przed chwilą.

            • Bardzo mi przykro lady von Ostrein, ale Katy się pochorowała i dziś do pozowania jestem tylko ja. Ja bym bardzo chętnie milady zapozowała no ale jeśli milady woli Katy to może kto inny zaszczyci mnie swoją uwagą. Za parę nędznych srebrników. - Łasica przyjęła potulny głos pasujący do służki wielkiej pani. A jednak udało jej się sprytnie wpleść nazwisko młodej szlachcianki. Brzmiało jak jedna z ważniejszych rodzin Saltmundu co przed paroma stuleciami nawet miała kilki książąt-elektorów.

            • To jeszcze nie jest przesądzone. - Młoda arystokratka widocznie nie nawykła do odmowy i nie odpuściła. - Myślałam o pozowaniu na klęcząco. To mój drugi, prywatny projekt na figurę dla fontanny. - Wskazała na tubę z arkuszami, gdzie mogła mieć ten szkic. - Myślisz Ann, że byś podołała? - Wyniosłym tonem zwróciła się do modelki.

            • A która z nas miałaby klęczeć milady? - Łasica odparła wciąż tym słodkim, potulnym tonem. Ale z bliska Heinrich dojrzał w jej spojrzeniu złośliwe bliski bezczelnej dziewczyny z ferajny jaka z zasady miała anarchistyczną naturę i miała na pieńku ze szlacht. Nie raz dawała znać w kulcie, ze nią gardzi i nawet praca w zamtuzie sprawiała, że chętnie poniżała i dominowała swoich błekintokrwistych klientów. Teraz jednak szpila wbita arystokratce okazała się celna, bo cała sala ryknęła śmiechem a von Ostrein spurpurowiała ze złości.

            • Oczywiście, że to nie ja bym klęczała idiotko! - Syknęła poruszona tym przytykiem i rechotem kolegów. Modelka zaczęła przepraszać ale wtrącił się belfer.

            • Proszę o zachowanie spokoju! Sigrun masz już wszystko przygotowane do zajęć? - Nauczyciel miał wprawę z okiełznywaniu tego żywiołu młodości i po chwili rzeczywiście zrobiło się spokojniej.

            • O, widzę, że mamy nowego studenta. - Łasica udała, że dopiero teraz zauważyła siedzącego obok niej Heinricha. Posłała mu sympatyczny uśmiech. - I to jaki dostojny i elegancki. - Dodała szybko i były łowca heretyków dostrzegł jak parę głów odwróciło się ku nim z lekką zazdrością i ciekawością. W koncu ta zgrabna modelka im nie poświęciła tyle uwagi co “staruchowi”.

            • Tak Ann. To jest Heinrich. Dopiero zaczyna swoją edukację u nas. Więc proszę miej dla niego wyrozumiałość. - Belfer jakby odetchnął z ulgą, że udało się uspokoić sytuację.

            • Oczywiście panie profesorze. Jeśli Heinrich ma ochotę to mogę mu pokazać co sobie zażyczy. - Łotrzyca mówiła tym głosem słodkiej idiotki ale jakoś tak patrzyła i uśmiechała się uprzejmie, że brzmiało jakoś dwuznacznie. Ale Eckhart albo tego nie dostrzegł albo zignorował.

            • Bardzo dobrze Ann. Idź proszę na swoje miejsce i przygotuj się. - Polecił jej wskazując gestem swoje biurko. Dziewczyna pokornie ruszyła w tamtą stronę. A on mógł wrócić do rozmowy z nowym uczniem. - Heinrichu, to jest Gisele. Gisele ma dobre oko, rękę i wyobraźnię. Na pewno ci pomoże jeśli czegoś nie będziesz wiedział. Możesz jej pytać śmiało. - Nauczyciel przedstawił ich sobie a młoda malarka uśmiechnęła się zyczliwie do nowego sąsiada. - Gisele pomóż proszę nowemu koledze. Sama wiesz, że wszyscy uczymy się od siebie nawzajem. I stawiamy na koleżeńską atmosferę i współpracę. - Teraz popatrzył na studentkę, prosząc ją o wsparcie dla nowego. A ostatnie zdanie powiedział nieco głośniej, zerkając na młodych arystokratów jacy zajęli najlepsze miejsca na przedzie i przy oknach.

            • Dobrze panie profesorze. Chętnie mu pomogę. - Meissen pokiwała swoją kasztanową głową i wydawała się życzliwie nastawiona do tej prośby. Uspokojony tym belfer spojrzal jeszcze czy Heinrich ma jakieś pytania ale chyba szykował się aby wrócić na katedrę i otworzyć zajęcia. Modelka już tam stała ale jeszcze w ubraniu.
              - Dziękuję bardzo, dobry profesorze. - Heinrich skłonił głowę i spojrzał na dziewczynę - A tobie młoda pani za chęć pomocy.
              - No dobrze, no to nie przedłużajmy, już zbyt wiele czasu zmitrężyliśmy na te figle. - Belfer z zadowoleniem pokiwał głową i wrócił na przód sali. Młoda sąsiadka Heinricha skinęła mu głową za podziękowanie ale obserwowała początek zajęć.
              - Dziś będziemy kontynuować prace nad galionami statków. Lub rzeźbami kobiecych figur na fontanny. - Tu wymownie spojrzał na młodą lady von Ostrein jaka wcześniej wspomniała o takim projekcie. Szlachcianka nie wyglądała na zakłopotaną i przyjęła ten przytyk z godnością, mimo złośliwych uśmiechów kolegów. - W takim razie proszę modelkę aby się ustawiła we właściwej pozycji. Tak jak ostatnio. - Nauczyciel wrócił do sprawdznej rutyny. I Łasica jako Ann, bez ceregieli zdjęła z siebie prostą koszulę ukazując swój nagi tors. Co wywołało cichy szmer u widowni jaka chętnie syciła oczy jej odsłoniętymi wdziękami. Czarnowłosa modelka wyglądała jak Strzyganka albo Estalijka czy Tileanka. Znad spódnicy nie wystawał jej tatuaż żmii a przynajmniej Heinrich go nie dostrzegł. Nie był pewien czy po prostu ubranie go zakrywało, czy kultystka jakoś sprytnie zamaskowała go nie chcąc zdradzać tego elementu jaki mógłby pomóć ją później zidentyfikować. Ustawiła się koło biurka nauczyciela a studenci stopniowo zabrali się do pracy. Były łowca czarownic widział jak ich pióra, rysiki i pędzle, zaczyają kreślić kolejne kreski. Ale on sam, wciąż miał przed sobą czysty arkusz i zestaw do malowania.
              - Musisz zacząć od narysowania proporcji anatomicznych. Tak jak tam na ścianie. - Gisele podpowiedziała nowemu od czego powienien zacząć. Swoim pędzlem wskazała na ścianę, gdzie w ludzką sylwetkę był wrysowany schemat z kół i prostokątów. Zapewne miało to pomóc w ustaleniu właściwych proporcji ciała. - Tylko postaraj się lekko aby potem nie przebijały się na obrazie. Ann stoi w prostej pozie, więc to ułatwia projektwanie. - Teraz wskazała na Łasicę, która stała z lekko wysuniętą do przodu nogą i dłonią na biodrze. Chociaż Heinrich był w klasie pełnej żaków i z Eckhartem to jednak narożne miejsce z tyłu sali, pozwalało na w miarę swobodną rozmowę z Gisele, o ile zachowało się dyskrecję. Uczniowie skupili się na swoich dziełach i zerkaniem na modelkę więc stracili zainteresowaniem najstarszym z nich, jaki i tak siedział za ich plecami.
              Heinrich pamiętał lekcje z młodości jakie jego guwernanci mu oferowali i rysunek był jedną z nich, choć nie rozwijany bardzo. Dzięki temu wziął pędzel dość pewnie nałożywszy bardzo bladą farbę i za jego pomocą zaczął szkicować Łasicę. Wyraźne było, że posiadał jakieś podstawy znajomości malarstwa i rysunku.
              Sytuacja się uspokoiła. Studenci zabrali się za pędzelki i rysiki. Praca ich pochłonęła. Słychać było jak któryś coś powiedział półgłosem albo się zaśmiał. Ale raczej każdy był skupiony na swojej sztaludze i modelce stojącej na katedrze. Co jakiś czas Eckhart robił obchód po sali. Przyglądał się, odpowiadał na pytania, coś podpowiadał ale widać było, że to raczej koleżeńskie wskazówki niż surowy belfer od algebry i klasycznego. Giselle też zerkała do sąsiada jak mu idzie. Chwaliła go, że dobrze mu idzie i chyba nie jest to jego pierwszy rysunek.

            • Od dawna jesteś w mieście? Nie widziałam cię tu wcześniej. - Zagaiła gdy tak siedzieli obok siebie. Sama malowała swoją wersję Łasicy.
              - Nie, nie aż tak. Ledwo od kilku tygodni. - przyznał skupiając się na zakurzonej umiejętności.
              - Jeśli by ci się spodobały te nasze zajęcia, to może być mógł na nie uczęszczać. Pewnie musiałbyć porozmawiać z profesorem. Ale jeśli cię dopuścił tak na próbę to jest nadzieja. A jeśli się nie zgodzi, to jest jeszcze profesor Philippa. Z nią też mamy zajęcia. - Brunetka miała na tyle wprawy i spokoju, że mogła rozmawiać podczas pracy. Rysowała klasyczny galion o kształtach kobiety. Z prawie pionową sylwetkę, skoro miała być na dziobie okrętu. I dłonią wysuniętą przed siebie. W niej trzymała latarnię. Nie krępowały jej też nagie piersi modelki a Łasica ułatwiała tą wizualizację studentom gdy często pochylała się nieco do przodu a jej piersi ciążyły wtedy ku podłodze.

            • I jak ci idzie Heinrichu? - W pewnym momencie zagaił go nauczyciel gdy podszedł do niego podczas swoich spacerów po sali.
              - Powoli przypominam sobie zapomniane już umiejętności, Herr Eickhart.
              Mężczyzna przez chwilę przypatrywał się dziełu jakie tworzył Heinrich i pokiwał głową na znak, że słucha. - Wiem, że twarz najtrudniej narysować. Zwłaszcza jakby miała przedstawiać konkretną osobę. Ale skoro chodzi tylko o projekt galionu, zwłaszcza taki wstępny. To można zostawić tylko owal, sam jej zarys, bez rysów. Chociaż widzę, że jeśli byś chciał Heinrichu, malować portrety to musiałbyć poćwiczyć malowanie twarzy. Ale jak na początek bardzo ciekawie ci to wyszło. Sylwetkę udało ci się nieźle uchwycić. Wyszła dość proporcjonalnie. To też bardzo istotne gdy się maluje całą sylwetkę. Jak się złapie odpowiednie proporcje to zostaje już tylko dodanie paru detali. - Belfer wyraźnie chciał dodać otuchy nowemu rysownikowi i nie zniechęcać go. Chociaż jak teraz Heinrich na to patrzył to twarz Łasicy wyszła dość symbolicznie. Widać było, że wyszedł z wprawy. Sylwetka modelki za to wyszła w miarę poprawnie. Pomogły te schematy anatomiczne, dość spokojna i nieruchoma sylwetka Ann no i tego, że stała do tuzina kroków dalej.

            • Czy ja bym mogła poprosić modelkę aby podeszła bliżej? - Lady von Osterin poprosiła Ann do siebie. Profesor zgdził się. I po chwili rozległ się szmer przyciszonych śmiechow gdy szlachcianka poleciła aby modelka uklękła. Jak trochę się przesunęła ku niej “aby złapać odpowiednią perspektywę” to już w ogóle wyglądało jakby Łasica klęczała tuż przed nią. Eickert aż podszedł do nich aby sprawdzić co tu się dzieje. Jednak młoda arystokratka wykpiła się wymówką, że woli się skupić na projekcie fontanny. A Heinrich widział w jej pracy na tyle aby zorientować się, że to mocno frywolna poza jak na fontannę. To małe zamieszanie jakby dało sygnał innym, że można prosić modelkę na zbliżenie.
              Heinricha nie zaskoczyło jak wiele wpływu może mieć Łasica na młodych studentów.
              Były łowca heretyków wrócił do swojego szkicu i luźnej rozmowy z Giselle albo Ekhartem, gdy przy stanowisku młodej Ostrein znów zrobiło się głośniej. Tym razem gdy skończyła swój projekt fontanny. I nawet pozwoliła modelce rzucić na niego okiem. Łasica otrzepała kolana i wstała z pokornej pozycji. Artystka obserwowała ją z dumą i satysfakcją, wyraźnie czekając na jakąś reakcję. Dzięki temu i Heinrich mógł dojrzeć jej pracę. Sylwetka młodej, nagiej kobiety. Piersiastej i klęczącej jak modelka. Ale jeszcze misę trzymającą przed swoimi obojczykami, w proszącej pozie. Wyglądała jak pokorna nimfa, z proszącym wyrazem twarzy, jaka zbiera wodę do swojej misy. To byłoby nawet naturalne dla fontanny. Rysunek jednak miał w sobie drugie dno. Pokazywał jak strumien wody spada na twarz i do misy. Nie pokazywał skąd bo już była krawędź arkusza. Ale nimfa miała jeszcze grubą obrożę na szyi i obręcze na kostkach i nadgarstach, przez co ta nimfa wyglądała jakby była zniewolona albo dopiero co wyrwała się z niewoli. No i ta misa wyglądała trochę jak ta co niedawno Freda zrobiła dla Heinricha. A może to tylko Heinrichowi tak się wydawało?

            • To część większego projektu. Ta figura będzie zwrócona twarzą do centrum fontanny i będzie łapać wodę z centralnego monumentu. A przedstawia nimfę Alouette. Która zbiera płyny dla swojej władczyni. - Wyglądało na to, że młoda szlachcianka jest dumna ze swojego dzieła. A zwłaszcza ostatnie zdanie wywołało stłumione chichoty kolegów. Jakby ten strumień spoza obrazu, który spadał do misy ale i na twarz oraz kształtne piersi nimfy, wywoływał ich złośliwą, młodzieńczą radość. Wydawało się, że artystka wreszcie pokazała swoją wyższość nad prostą ladacznicą. Bo wciąż wyglądało to na to ciche przeciąganie liny między nimi. I zapewne fawrytką była młoda arystokratka bo wiadomo było, że zwykła mieszczka nie odważy się z nią zadrzeć. I przez chwilę wyglądało na to, że faktycznie poskromiła Ann. Łasica z wyraźnm zaciekawieniem chłonęła obraz i uśmiechała się łagodnie.

            • Bardzo pięknie to wyszło milady. Czuję się poruszona tym dziełem, że aż mnie w dołku ściska z wrażenia. Jestem zaszczycona, że mogłam pozować milady. - Łotrzyca bezbłędnie odgrywała rolę słodkiej idiotki i najpierw przystawiła dłoń do swojego serca a później do brzucha jakby tam czuła przysłowiowe motyle. Tylko ręka jakoś zjechała jej niżej tuż pod pas spódnicy przez co zabrzmiało to dwuznacznie kosmato. Ale na moment, że nie było to jednoznaczne. Malarka uśmiechnęła się z wyższością jakby właśnie pokonana przeciwniczka przyznała jej zwycięstwo. - Ale oczywiście nie ośmielę się nawet porównywać do szlachetnego oblicza milady i rozumiem, że moje jest niegodne aby się z nim równać. - Ann lekko wskazała wzrokiem na szkic Alouette i tego się szlachcianka nie spodziewała. Bo zmrużyła oczy i odwróciła się też w tamtą stronę.

            • O czym ty mówisz Ann? Gdzie ty tu widzisz moją twarz? - Artystka widocznie nie mogła się zorientować o co chodzi modelce.

            • No to tutaj na szyi i policzku. Toż to jak u milady. - tym samym, pokornym tonem wskazała coś na szkicu. - Ale ja nawet nie będę stawać w szranki z milady przy wyborze miejsca i pozy takiej kompozycji. - Heinrich ze swojego miejsca nie widział czy młoda von Osterin ma coś na policzku i szyi ale chyba uwaga Łasicy była trafna. Bo milady poczerwieniała i zacisnęła swoje pełne usta w wąską linię. Jakby wzrok mógł spopielać to z Ann teraz by została kupka popiołu. A i po sali rozeszły się stłumione chichoty pozostałych uczniów. Tym razem jednak szlachcianka się opanowała i nie podniosła głosu. Widać było, że złość aż się w niej gotuje gdy jednym zdaniem, ladacznica odebrała jej pewne zwycięstwo.

            • Ann, chciałabym po zajęciach dać ci lekcję. Znaczy poprosić cię na prywatne pozowanie. - Zimny i oschły ton nie wróżył modelce przyjemnej rozmowy ale ta nie przestawała się uśmiechać jak opóźniona w rozwoju sierota.

            • Bardzo chętnie milady. Z przyjemnością spędzę z milady więcej czasu. Będę zaszczycona mogąc przećwiczyć z milady tą pozycję. Ale na dzisiejsze prywatne pozowanie już jestem umówiona. Może jutro? - Łasica też się przejęzyczyła ale sprawiała wrażenie, że się spotka z artystką bardzo chętnie, jakby nie dostrzegała jej złowróżbnego, świdrującego spojrzenia. Eckhart dostrzegając zarzewie kolejnego spięcia, ruszył w ich stronę, wtrącając się do rozmowy. A Heinrich dojrzał jakiś ruch przy krześle milady. Jakaś zapisana kartka spadła z jej biurka i pofrunęła gdzieś pod sąsiednie. Ale tam stracił je z oczu.

            • Ale Sigrun jest zdenerwowana na Ann. Dawno nie widziałam aby ktoś jej tak przygadał. I to przy wszystkich. I to taka zwykła dziewczyna, nawet nie szlachcianka. - Giselle też z zainteresowaniem obserwowała widowisko jakie rozgrywało się ze dwie sztalugi z przodu. I wydawała się być pod wrażeniem śmiałości i sprytu modelki. Ale też nieco jej współczuła na myśl o gniewie szlachcianki jaki pewnie na nią teraz spadnie. Gdy poprawiała się na stołku, przewróciła tubę na szkice. Z niej częściowo wysypały się różne szkice. Brunetka szybko odwróciła się i zaczęła je zbierać. I tak uklękła, jakby swoimi plecami chciała je zasłonić Heinrichowi. Albo tylko tak mu się zdawało. Przez chwilę i tak mu się wydawało, że na krawędzi jednego z arkuszy widać było jakiś wijący się kształt. Nie zdążył jednak przyjrzeć się dokładniej gdy Meissen pozbierała je i w pośpiechu zamknęła tubę. Po czym wróciła na miejsce. - Jeśli chcesz to też możemy poprosić Ann aby do nas podeszła. - Uśmiechnęła się nieco nerwowo i wskazała na półnagą łotrzycę jaka stała ledwo kilka kroków dalej.
              - To byłoby naprawdę idealne. - stwierdził ze spokojem - Mogłoby pomóc moim zestarzałym umiejętnościom. Byłem ledwie pod kuratelą guwernantów, gdy się parałem rysunkiem i malunkiem.
              - Ja nie jestem profesorem ale myślę, że jak na pierwsze odświeżenie umiejętności, to świetnie ci idzie. - Giselle uśmiechnęła się ciepło do sąsiada jakby chciala dodać mu otuchy na zachętę. Chociaż jej rysunek wyglądał na bardziej detaliczny i dopracowany. Potem podniosła dłoń do góry, aby zwrócić na siebie uwagę modelki. - Ann, czy moglibyśmy cię tu prosić? - Brunetka poprosiła ją uprzejmie i roznegliżowana kobieta, ruszyła w ich stronę. A studenci jakich mijała chętnie korzystali z okazji aby rzucić na nią okiem. A ona poruszała się z płynnością tancerki i nagość w ogóle jej nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, wydawała się być świadoma swoich atutów i potrafiła nimi zagrać. I zatrzymała się dopiero między Heinrichem a Giselle. Popatrzyła z góry na nich oboje czekając po co ją wezwali.
              - Jakbyś mogła nieco się pochylić Ann. Bo to u mnie wygląda jak widzisz. - Młoda malarka wskazała dłonią na swój arkusz. A Łasica z ciekawością zerknęła jak tam wyszła.
              - O, to jestem tu z latarnią. Ciekawy pomysł milady. To jak mam się ustawić? - Łasica wyraziła swoje uznanie i widać było, że artystce sprawiło to przyjemność. Po czym przez parę chwil udzielała wskazówek modelce jaką ma przyjąć pozę. Czarnowłosa musiała mocno pochylić się do przodu aby przyjąć podobny układ jak na szkicu. Więc Heinrich widział wówczas głównie jej gładkie plecy, zgrabny kuper okryty spódnicą i nieco bocznego profilu.
              - A możesz tak trochę bardziej w tą… I tak niżej… O tak, idealnie! A teraz… Och, przepraszam! Zagapiłam się. - Co tam dokładnie się stało to były łowca nie widział ale przez moment zrobiło się zamieszanie.
              - Nic się nie stało milady. To się po zajęciach zmyje. To tylko farba. - Ann uspokoiła ją i znów wróciła do stania a artystka do jej malowania. W końcu Gisele podziękowała więc Łasica wyprostowała się i teraz jakby zamienili się miejscami, bo ustawiła się frontem do Heinricha. Świadomie czy nie, oparła się przedramionami o blat biurka drugiego kultysty więc ich twarze znalazły się całkiem blisko siebie. A ten pełny biust modelki, był na wyciągnięcie ręki. Wtedy dojrzał na nim, dwa esowate kształty. Trochę jak krótki wąż albo robak. Pewnie to przed chwilą wywołało zamieszanie bo farba jeszcze była mokra i świeża.
              - Czy tak dobrze Herr Heinrichu? - zapytała prowokacyjnie słodko. Kątem oka były łowca heretyków widział jak inni studenci zerkają w ich stronę, jakby mu zazdrościli. ~ I jak? ~ zapytała szeptem lekko wskazując oczami na młoda malarkę, jaka siedziała za jej plecami. Wydawała się być zaciekawiona ale i rozbawiona tymi zajęciami.
              - Idealnie... Choć moje umiejętności wciąż potrzebują doszlifowania... Czy ty też masz jeszcze jakieś dzieła, które chciałabyś dopracować? - ostatnimi słowy zwrócił się do studentki.
              - Dopracować? Oh cały czas. Czy jakieś dzieło może być tak naprawdę skończone? Ja zawsze mam wrażenie, że można by coś jeszcze dodać albo poprawić. A przynajmniej bardzo często. - Malarka potraktowała to pytanie w żartobliwy sposób i obdarzyła sąsiadów rozbawionym uśmiechem.
              - Jeśli to by było takie prace z modelką, to mogłabym chyba pomóc. Moglibyśmy po zajęciach pójść do mniejszej pracowni, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał. Często tam pozuję w negliżu albo nawet do aktów jeśli jest takie życzenie. - Łasica szybko podłapała okazję aby umówić się z Giselle na spotkanie w prywatnym gronie. Wymownie przesunęła dłońmi po swoich jędrnych piersiach i w dół aż do podołka. Takim wężowym, ruchem wyuzdanej tancerki jaki od razu przykuł uwagę brunetki. I conajmniej kilkoro uczniów siedzących niedaleko.
              - Akty też robisz? - Malarka wydawała się zaskoczona albo tylko się upewniała czy dobrze zrozumiała Ann. Ta pokiwała swoją czarną głową.
              - Jeśli jest takie życzenie… Wtedy ustawiam się w wymaganej pozie i wykonuję wszelkie polecenia artystów aby sprawić im satysfakcję. Bo czasem muszę uklęknąć albo się pochylić czy wypiąć. Zrobić odpowiednią minę, wysunąć do przodu biodro albo biust. Włożyć coś tu czy tam. Oczywiście jestem otwarta na wszelkie sugestię i gotowa na pełną współpracę. - Łotrzyca czarowała głosem, spojrzeniem i negliżem. Umiała ubrać słowa jakie by pasowały do modelki w kosmaty podtekst, że ta oferta współpracy, zabrzmiała bardzo dwuznacznie. Aż się Giselle nieco zarumieniła w Heinrich zauważył, że mają coraz większe grono słuchaczy i dyskretnych obserwatorów jacy chłoną każde słowo i gest ich rozmowy. I łotrzyca chyba nie łgała, że na dodatkowe zajęcia z nią zawsze jest mnóstwo chętnych.
              - No to może… Miałabym jakiś akt. - Bruetka zerknęła na nią a potem na Heinricha.
              - Oh to ledwo nędzne pięć monet za zdjęcie ubrań. I pięć za każdy pacierz pozowania. - Łasica miała głowę do interesów, i szybko podała cennik swoich usług. I wymownie spojrzała na Heinricha, czekając na jego reakcję.
              - Och, to naprawdę dobra oferta. I ja bym mógł razem skorzystać, oczywiście za dodatkową opłatą - dodał szybko - a jednocześnie czegoś się nauczyć od młodej pani jaka mnie tak chętnie przyjęła pod skrzydła.
              - Oh no to jesteśmy umówieni. Za dodatkowe nędzne pięć monet można mnie nawet dotykać. Wiadomo, aby lepiej złapać kształt. - Modelka ucieszyła się jakby właśnie ubili dobry interes i szybko rozszerzyła ofertę swoich usług. Uśmiechnęła się słodko do dwójki malarzy a brunetka lekko uniosła brwi ze zdziwienia ale też się uśmiechnęła.
              - No ja nie chciałabym narażać Heinricha na koszty. - Przyznała po chwili wahania, jakby sakiewka nie była jej mocną stroną.
              - Oh Heinrich mi wygląda na dżentelmena więc nie musimy się obawiać, że nas postawi w niezręcznej sytuacji. Na pewno się jakoś dogadamy. - Łotrzyca dyskretnie puściła oczko koledze z kultu, jakby była dobrej myśli co do takiego spotkania we trójkę. Później wyprostowała się bo poprosił ją inny student o pozowanie z bliska. A następnie jeszcze ze trzech innych. Zapewne też dostała chociaż od części z nich zapytanie o dodatkowe zajęcia bo dało się słyszeć jej grzeczną odpowiedź, że jest już umówiona. Nie przeszkadzało jej to z urokiem zawodowej ladacznicy, kusić swoim spojrzeniem, uśmiechem i odkrytym biustem. I na młodych ludzi to działało pociągająco. Widać było, że niejeden miałby ochotę poznać się z Ann bliżej. Jednak do końca lekcji obyło się już bez przygód. Eckhart w pewnym momencie dwa razy zaklaskał w dłonie i dał znać, że to koniec lekcji. Potem podchodził do każdej sztalugi i omawiał ze studentem jego pracę. Podszedł też i do Giselle i Heinricha.
              - Ciekawa kompozycja Giselle. I praktyczna. Z tym miejscem na lampę w uchwycie dłoni. - Wyglądało na to, że projekt kobiecego galionu, spodobał mu się. Następnie podszedł do najstarszego wiekiem ucznia.
              - Nieźle Heinrichu, naprawdę nieźle jak na początek. Przydałby ci się regularny trening aby rozwinąć swoje umiejętności. Gdybyś miał ochotę uczestniczyć w zajęciach to możemy to później omówić w wolnej chwili. - Belfer zaproponował mu uczestnictwo w dalszej edukacji ale zapewne wiązałoby się to z kosztami takiej edukacji.

            Uczniowie zaczęli zbierać swoje materiały i powoli wychodzić. Łasica na katedrze, ubrała koszulę aby przykryć swoją nagość po czym z gracją tancerki podeszła do dwójki z jaką była umówiona na prywatny pokaz modelingu. - To co? Idziemy? - zagadnęła wesoło jakby mieli iść na jakąś emocjonującą przygodę. Giselle pokiwała głową i we trójkę wyszli na korytarz. Przez chwilę utonęli w masie innych młodych studentów, już nie tylko z tych z malarstwa. Ale w pewnym momencie Meissen pacnęła się w czoło. - Moja tuba! - sapnęła i spojrzała gwałtownie za siebie. - Muszę po nią wrócić. To idźcie dalej, zaraz do was przyjdę. - powiedziała i szybko odwróciła się aby wrócić do klasy. Łasica bystro spojrzała a drugiego kultystę i dała mu znak, że wie gdzie iść. Po chwili stanęła przed drzwiami jakie otworzyła kluczem. I znaleźli się w gabinecie jaki przypominał małą, pracownię malarską. Były tu dwie gotowe sztalugi i kilka złożonych, płótna, arkusze, farby, pędzle na zapas tych materiałów. Łasica zamknęła za sobą drzwi i odetchnęła z ulgą.
            - No to będziemy mieć Gisę tylko dla siebie. Bierzesz górę czy dół? Przód czy tył? - Trzepnęła Heinricha w ramię i puściła mu łobuzerskie oczko. Wydawała się być w wyśmienitym humorze i chyba raczej żartowała sobie. - Nie bój się z tymi monetami. Jak będziemy sami to ci oddam. No może z małą prowizją. Ale od wszystkich biorę za te prywatne lekcje to od ciebie też musiałam. A Gisa jest od kupców, sklepikarzy czy coś takiego więc ledwo ich stać aby posłać ją na standardowe zajęcia to na te dodatkowe raczej jej nie stać. No i jak ci się podobało projektowanie galionów? Mam nadzieję, że wrócisz? Nie wiem czy dziś, za pierwszym razem urobimy Gisę na tyle by nam jadła z ręki. Jeśli nie chcesz to trzeba będzie ją namówić na jakieś spotkanie poza uczelnią. - Wciąż miała na sobie czarną perukę i resztę kamuflażu jaki miał zmienić wygląd. I mówiła cicho i szybko, jakby spodziewała się, że Meissen w każdej chwili może tu wejść.


            Heinrich był zmęczony musząc udawać przy dzieciakach zainteresowanego rysunkiem. W poprzednich latach po prostu by nadzorował działania podwładnych wykonujących robotę za niego, jednak w tym momencie nie posiadał już takiego luksusu i odczuwał z tego powodu irytację. Nie było jednak co poradzić, musiał grać dalej. Na razie potrzebował urobić młodą uczennicę, aby dowiedzieć się jak wiele z jej rysunków może pochodzić ze snów od Sióstr, jak bardzo ona sama to może zauważać. Należało rozwiązać trochę problemów Tobiasa.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach jako Otto "Puste Oko"
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #334

              Mnich aż się rozpromienił widząc aptekarza.
              - Sigismundusie, dobrzy bogowie jak się cieszę, że cię widzę… nawet nie masz pojęcia co się tu działo. - z radością uściskał aptekarza - Kilka nowych matek udało mi się oczywiście zasiać. Oprócz Fabienne, mamy Lady Odette i jej koleżankę von Hohenfels, no i Teofano von Lebkuhen i jej służkę. - mnich zastanawiał się czy kogoś pominął, ale to chyba wszystkie - Do tego… ta Teofano, jest naznaczona przez ojczulka. Ma znamię, trzech krostek w trójkąt na wewnętrznym udzie. I… wydaję mi się, że małe Odette… jakoś wydały własne jaja? Kiedy urodziła następnego dnia miała malutkie jajeczka na brzuchu. - mnich starał się wytłumaczyć ostatnie wydarzenia najlepiej jak je rozumiał.
              - Ho ho ho! No mój złoty chłopcze! To widzę, że się postarałeś! Widziałem ten zbiór na dole. Przyznam jest znacznie obfitszy niż się spodziewałem. Z tydzień mnie nie było a tu proszę! Same damy ze śmietanki towarzystkiej naszego miasta służą naszej hodowli! Cudownie! Po prostu cudownie! - Grubas niczym dobry wujaszek, roześmiał się rubasznie. Wydawał się być w wyśmienitym humorze. Aż brzuch i podbródek mu się trzęsły od tego śmiechu. - I świetnie ci poszło złoty chłopcze. Wam wszystkim. Widzę, że powierzyłem hodowlę we właściwe ręce. A i nasze… Jak to mówicie? Musze matki? Ależ trafne określenie! Świetnie to wymyśliliście. A więc i musze matki widzę, że się dobrze sprawują i wydają obfity plon. Nawet bardzo. Nie spodziewałem się, że co niektóre okazy, będą takie soczyste i dorodne. Zwłaszcza od lady Fabienne. Jak odjeżdżałem, martwiłem się czy wszystko u niej w porządku z tą ciążą. Bo tak długo nic i nic. Ale warto było czekać! Spójrzcie jaki okaz wydała na świat! - Grubas z miłością popatrzył na czerwia jaki zdążył już okryć się lepkim kokonem. Aptekarz kręcił głową z niedowierzaniem jak hodowca na pewnego zwycięzcę w wystawie.
              - I co jeszcze mówisz złoty chłopcze? Jedna z nich jest naznaczona przez naszego patrona? Ta od Lebkuchenów? No popatrz. Taka znamienita rodzina cukierników, robią wypieki na całe miasto. I ich córka jest tak oddana naszej sprawie? Ciekawe. Jakby tak było to wspaniały znak. To oznacza łaskę od Ojczulka. I to, że ma wobec niej specjane plany. Albo boska Oster. W końcu to jej dziedzictwo. Tak czy siak, ta musza matka byłaby wybranką boskiej woli i powinniśmy ją otoczyć szczególną opieką. Ale jeśli można to chciałbym zobaczyć u niej to znamię. Jestem go ogromnie ciekaw. - Gospodarza bardzo zaciekawił wątek znamienia u młodej cukiernik. I widocznie chociaż samą cukiernię i nazwisko kojarzył. Wydawał się być zaskoczony i ucieszony, że ktoś od nich, tak chętnie służy dziedzictwu Oster. A zwłaszcza chciał na własne oczy przekonać się jak to znamię wygląda. Na koniec zostawił sobie sprawę tajemniczych jaj na brzuchu diwy.
              - Oj Otto. Te maleństwa nie mogą mieć własnych dzieci. - Dobrotliwie wskazał na leżący na stole kokon. - To tak jak nasze dzieci. Albo czerwie zwykłych much. Muszą się przepoczwarzyć w dorosłe owady i to jeszcze też parę dni trwa, zanim będą mogły składać jaja. - Wydawał się być sceptyczny co do tej historii. - Jesteś pewien, że milady nie zażartowała sobie z ciebie? Skąd mogła mieć te jaja? Nie zostawiłeś jej jakichś? - Zmarszczył brwi gdy starał się delikatnie skłonić swojego ulubieńca do rozważenia wszystkich możliwości. - No co prawda to nie są zwykłe zwierzęta i jest w nich boska iskra. Częściowo pochodzą z innego wymiaru więc zasady naszego świata nie muszą się ich tak całkowicie imać. Ale jednak pętają je dość mocno. Do tej pory, podczas hodowli tutaj, czy poźniej w jaskini, nie widziałem aby czerwie znosiły jaja. To potrafią tylko dorosłe, dojrzałe owady. Dojrzałość osiągają w kilka dni po wyjściu z kokona. Więc nasza pstnica musiałaby mieć tam u siebie dorosłą, dojrzałą muchę. Myślisz, że mogłaby mieć? - Aptekarz starał się racjonalnie wyjaśnić tą zagadkę, wedle wiedzy i doświadczenia o hodowli jaką nabył w ciągu ostatnich kilku tygodni.
              - Skoro o tym mowa… - mnich zaczął niepewnie - Nie chcę wywołać w tobie jakiegoś zwątpienia, ale wydaję mi się, że te jaja nie są dziedzictwem Oster. W sensie nie jedynie. Jeden z moich pacjentów, który ma jakieś mistyczne połączone z biblioteką Vesty, mówi, że wszystkie siostry brały udział w ich tworzeniu. Wszystkie przelały odrobinę swej esencji. Oster je stworzyła oczywiście, ale wszystkie cztery tchnęły iskrę mrocznego życia w nie. - zastanowił się chwilę - Nie wydaję mi się, aby Lady Odette miała powód aby ze mnie drwić w tym temacie. Jak się z nią zobaczę, to postaram się wziąć i przynieść ci te znaleziątka, sam ocenisz.
              - No tak. Może iskrę dały wszystkie, ale najważniejszą pracę wykonała boska Oster. No i ona nadała taki piękny kształt miły naszemu patronowi. - Grubas nieco się skrzywił na pomysł, że pozostałe Siostry też miały swój udział w stworzeniu jaj, czerwi i much. Za to energicznie pokiwał głową, zadowolony, że jego ulubieniec docenia rolę patronki jakiej aptekarz się poświęcił.
              - Ten wpływ innych Sióstr może być większy niż się wydaje. Rozmawiałam z tą bretońską szlachcianką co nam urodziła te piękności - Raisa wtrąciła się do rozmowy swoim skrzeczącym głosem. I pokazała na kokon leżący na stole. - Mówiła, że te ciąża i poród są bardzo przyjemne. Podobno jakaś ladacznica co też chętnie rodzi te czerwie, też opisuje to jako przyjemność. To mnie trochę zaskoczyło. To raczej nie pasuje do naszego patrona. Więc może to być iskra pozostałych Sióstr, zwłaszcza Soren. A kto wie czy jeszcze wpływ pozostałych jakoś się nie objawi w brzemieniu i owcach nosicielek. - Wiedźma dołożyła swoje trzy pensy do tych rozważań. Sama wydawała się być nimi nieco zaskoczona. Aptekarz popatrzył na nią i spojrzał jeszcze na dwie mutantki co nie przeszkadzały w rozmowie. One jednak tylko uśmiechnęły się nieśmiało i dalej milczały.
              - No cóż. Być może, być może… To może nawet nam się przydać. Jeśli ta robacza ciąża jest taka przyjemna. Widać w tym mądrość naszych patronek. Zresztą i tak najważniejsze jest aby nosicielki wydawały nam jak najwięcej tych owoców. No i jak najszybciej bo ten turniej pewnie w końcu jednak zorganizują. Ta żałoba nie będzie trwać wiecznie. A musimy mieć jak najwięcej okazów do naszego ataku. - Ostatecznie gospodarz był gotów przymknąć na tą drobną niedogodność i wolał się skupić na efektywności hodowli. Zwłaszcza jak zdawał sobie sprawę z uciekającego czasu.
              - To mówisz, złoty chłopcze, że lady Odette miała skądeś te jaja tak? No dziwna sprawa. Jeśli byś zdobył je dla mnie, to chętnie bym im się przyjrzał. Bo to dość zagadkowa sprawa. Jeśli nie wyciekły jej ze strzykwy to chyba tylko dorosła mucha mogła je tam u niej zostawić. Nie uciekła wam jakaś? I ta młoda Lebkuchen. Jej znamię też bym chętnie zobaczył bo to fascynująca sprawa. Jakby okazała się prawdziwa to byłby to bardzo dobry omen. I dla nas, i naszej hodowli. - Poklepał mnicha po ramieniu i wydawał się żywo zainteresowany obiema muszymi matkami, chociaż każdą z innych powodów.
              - Postaram się to załatwić. - obiecał mnich - Obie sprawy. Teofano nie jest jeszcze wtajemniczona, więc jakiekolwiek odkrycie co do jej znamion po prostu wyjaśnij jako jakaś zwykła wysypka. - mnich westchnął - W sumie Teo jest bardzo przychylna zwiększenia ilości naszych nosicielek. Kolejna służkę chce w to wciągnąć oraz swoją matkę.
              - Doprawdy? Gorliwość i oddanie godne pochwały. I nawet nie jest wtajemniczona w nasze sprawy? Ciekawe. Coraz ciekawsze. Bardzo wyjątkowa dziewczyna nam się trafiła. I nawet własną matkę planuje zasiać? No no… Tym bardziej chciałbym ją poznać mój złoty chłopcze. - Grubas wydawał się aż niedowierzać w tak pozytywne nastawienie nosicielki, co nawet nie była w kulcie.
              - U nas to nie aż tak rzadkie. Nasi ludzie chętniej oddają się naszym bogom i są dumni gdy ci poddają ich różnym próbom. Ale tu, na południu, to z tego co pamiętam to nie jest mile widziane. Może czuje zew którejś z Sióstr. Zapewne Oster. Siostry przemawiają do wielu ale większość nie zdaje sobie z tego sprawy. Może i lepiej. Gdyby nasi wrogowie zaczęli rozumieć ten zew, mogliby nam pomieszać szyki. - Skrzeczący głos staruchy, znów dołączył do rozmowy. Snuła swoje domysły dzieląc się nimi z kolegami. Aptekarz popatrzył na nią przez chwilę i pokiwał głową. Niestety nie mieli wpływu na ten zew istot z innego wymiaru. Gdy miały cielesną formę to było jeszcze zanim przodkowie imperialnych i Norsmenów osiedlili się po obu stronach Morza Szponów. I zagrożenie, że nieprzychylni kultystom prawi, bogobojni obywatele coś zrozumieją z tych snów, wciąż istniało.
              - A powiedz mi złoty chłopcze jak spotkałeś tą młodą Lebkuchen? I lady Odette. Tak po prostu dały ci się zasiać? Nasza diwa też jest tak gorliwa w roli muszej matki jak nasza młoda cukiernik? - Sigismundus wydawał się być zaciekawiony, jak udało się jego ulubieńcowi, rozszerzyć hodowlę o dwie tak utalentowane nosicielki.
              - Teofano miewała sny o byciu zasianą, podzieliła się nimi z rodzicami, oni zgłosili się do hospicjum. - mnich zaczął tłumaczyć zwykły przypadek ich spotkania - Przeor wysłał mnie, zważając, że jestem bardziej "dyplomatyczny", utrzymywanie kontaktów ze żeńską śmietanką społeczeństwa. Reszta to mój osobisty wdzięk i srebrny język. Co do lady Odette, nasz droga Fabienne naopowiadała jej o swoich ciążach, a nasza diva jest spragniona nowych doznań.
              - Oh to wspaniale. Wspaniale nam się z nimi ułożyło. No i świetna robota, złoty chłopcze. Dobrze, że trzymałeś rękę na pulsie dla naszej hodowli. Zwłaszcza, że obie… Właściwie to wszystkie trzy, okazały się tak utalentowanymi nosicielkami. Koniecznie musimy wykorzystać ten dar od bogów i zasiać je ile tylko się da. - Grubas obdarzył swojego ulubieńca jowialnym, pełnym zachwytu uśmiechem oraz poklepał go przyjacielsku po ramieniu. - Aż się zastanawiam czy moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć tym wspaniałym kobietom za ich hojne dary. Aby im podziękować i dać znać, że je doceniamy. Zasługują na jakieś uhonorowanie. - Aptekarz popatrzył po tych paru, zaufanych osobach zebranych wokół solidnego ale mocno zużytego stołu.
              - Ja je mogę zbrzuchacić. - Lilly odezwała się pierwsza i obdarzyła gospodarza a potem resztę, sympatycznym uśmiechem. Aptekarzowi uśmiech zszedł z twarzy i nieco przekrzywił głowę posyłając jej krytyczne spojrzenie. Mutantka jednak zaczęła bronić swoich racji. Już nie była tą zahukaną, przestraszoną dziewczyną jaka zimą przybyła do miasta i wszystkiemu się dziwiła. No i już wiedziała, że nie wszystkie szlachcianki są księżniczkami. - No co? One to lubią. Nie wiem jak ta cukiernik, ale lady Odette i Fabienne, są bardzo miłe i gościnne podczas naszych spotkań. I moja sromota wcale im nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Często klęczą przede mną i pozwalają mi się chędożyć. A lady Fabienne to nawet całowała mi kopyta. Czasem to Dorna też jest na tych zabawach i widziałam, że lady Fabienne też się z nią zabawiała. No i skoro obie lubią nowe doznania… - Mutantka o liliowych włosach mówiła szybko i dało się odczuć wpływ obu łotrzyc z jakimi często przebywała. To najczęściej one uczyły ją jak się żyje i porusza w mieście. Na koniec wskazała na szaroskórą odmieniec.
              - No tak. Lady Fabienne była dla mnie bardzo miła. Nawet mnie zapraszała ponownie ale jak ty wujaszku wyjechałeś a Raisa jeszcze nie przybyła, to ktoś musiał tu zająć się apteką i hodowlą. - Dorna wydawała się być nieco speszona tym wywołaniem do odpowiedzi, więc mówiła dużo ciszej i ostrożniej od kamratki z jaskini Kopfa.
              - To ladacznice od Soren więc co się dziwić. - Raisa wzruszyła ramionami, jakby preferencje obu szlachcianek jej nie dziwiły. - Jak cię nie było to pojechali na harce ze zwierzoludźmi gdzieś do lasu. Ja nie byłam bo to już nie te lata aby takie figle mnie interesowały. Ale młodzi to co innego. Oni lubią się wyszumieć. - Wiedźma mówiła z perspektywy wielu dekad jakie przeżyła i jakby potrafiła zrozumieć punkt widzenia młodszych pokoleń, nawet jeśli nie poświęcały się temu samemu patronowi co ona. - Tym razem ta ich chuć działa na naszą korzyść. Ta Bretonka bardzo zachwala te musze ciążę i do tego jak dotąd rodzi najdorodniejsze potomstwo. Już mówiłam Otto, że trzeba ją zasiewać tak bardzo jak tylko się da. Ale co można by jej i tej drugiej dać to nie wiem. Nie znam ich za bardzo. Mogę im jakieś mikstury przygotować. Ty masz tą nową odżywkę dla jaj to można im dać. Nawet trzeba. Ja mogę im dać coś na zwiększenie szansy na zbrzuchacenie albo na spędzenie płodu. Czerwiom to nie zaszkodzi bo to nie jest prawdziwa ciąża. Może coś na bolącą głowę na trudne poranki albo coś na sen. Może dla kawalera aby korzeń pewnie płonął. Maść na wygładzenie zmarszczek. Ale maskuje też ślady po nocnym opilstwie i nocnych harcach. Albo na wstydliwą opryszczkę gdyby któraś coś złapała. Aha. Zaczęłam też prace nad tym śluzem co oblepia jaja. Ale jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie. A tym noscielkom nie wiem co by było potrzeba. Jakbym wiedziała to może jakąś miksturę bym uważyła. - Raisa gderliwym głosem, zaczęła wymieniać co od siebie mogłaby sprokurować aby odwdzięczyć się nosicielkom i widać była, że myśli głównie pod kątem swojej guślarskiej profesji. Tylko patrzyła po zebranych twarzach na jakąś podpowiedź co by mogło być takim odpowiednim prezentem.
              - No cóż, złoty chłopcze. Ty z nas wszystkich chyba znasz je najlepiej. Nie wiesz może z czego by się ucieszyły? Coś czym w ramach naszych skromnych możliwości, moglibyśmy im podziękować za ich oddanie dla naszej sprawy? - W końcu Sigismundus uznał, że w tym gronie, to jednooki mnich jest ekspertem od upodobań szlachcianek więc i pozostali z życzliwą ciekawością popatrzyli na niego.
              - Lady Fabienne ma męża i zależy jej na przywilejach wynikających z niego. Więc, zmutowany bękart odpada. Tak samo Lady Odette, nie może zaprzepaścić swojej artystycznej kariery na rzecz kontrowersyjnej ciąży. - mnich się zastanowił - O ile rozumiem waszą nieprzychylność, ich oddanie Slaanesh sprzyja również waszym celom, więc proszę o powściągliwość w obelgach. Co do daru… - zastanowił się ponownie - Czy bylibyście w stanie przygotować dla nich miksturę, która zwiększy wigor ich kochanków? Pewnie byłyby wdzięczne, za partnera, który by je chędożył od wieczora do rana.
              - Oj szkoda. A mnie się śnił taki piękny brzuch w sukni więc to pewnie była szlachcianka. Ale może chodziło o jakąś inną. - Lilly posmutniała ale nie sprzeciwiła się, gdy Otto odrzucił jej pomysł zbrzuchacenia którejś z błękitnokrwistych kultystek. Sigismundusowi jakby szkoda jej się zrobiło, więc uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
              - Lilly, pamiętaj, że wiele snów jest odbiciem naszych myśli, pragnień i dnia codziennego. Tu pewnie matka Somnium by ci to lepiej wyjaśniła. Przecież wiemy, że od dawna chciałaś zbrzuchacić jakąś szlachciankę. A tak jak mówi nasz umiłowany Otto, z tymi dwiema mógłby być kłopot jakby urodziły kopytnego niemowlaka. Pewnie jeszcze trafią się jakieś piękne, dorodne szlachcianki jakie będziesz miała okazję zbrzuchacić. - Grubas starał się pocieszyć mutantkę ale też łagodnie wytłumaczyć dlaczego może mieć takie sny.
              - No mam nadzieję. Bardzo bym chciała aby taka piękna księżniczka urodziła moje dziecko. Albo matka Somnium. Trochę zimna ale młoda, ładna i zgrabna. - Liliowłosa westchnęła raz jeszcze nad tym swoim ciężarnym marzeniem. Ale teraz grubas przestał się uśmiechać i już nie ciągnął tego tematu. - To mówisz złoty chłopcze, że mogłoby się naszym dobrodziejkom przydać coś dla ich męskich kochanków? - Uśmiechnął się teraz do mnicha i spojrzał pytająco na Raisę. W końcu oboje wykonywali podobne profesje jakie wiązały się z ważeniem mikstur.
              - Czyli coś na zwiększenie jurności mężów. Tak, da się zrobić. Coś z królika aby chędożył całą moc, coś na buławę aby stała całą noc, i coś na jądra aby produkowały nasienie całą noc. Tak, da się. To potrwa dzień czy dwa ale da się. - Wiedźma zmrużyła swoje kaprawe, pomarszczone powieki ale wydawała się spokojnie podchodzić do sprawy. Jakby miała wprawę w takich specyfikach.
              - Tak, ja też mam takie rzeczy. To całkiem częste zamówienie. Myślę, że razem będziemy mogli stworzyć coś pięknego i skutecznego. Może nawet Lilly, ty nam się w tym przydasz. - Aptekarz też wydawał się być pewny siebie co do realizacji takiego pomysłu. W zamyśleniu nawet popatrzył na różwowowłosą mutantkę. Ta się zdziwiła ale po chwili skinęła głową na znak zgody.
              - No to jestem dobrej myśli mój złoty chłopcze. Dzień, dwa i te podarki dla naszych dobrodziejek powinny być gotowe. Myślisz, że jeszcze czymś moglibyśmy im sprawić radość aby okazać wdzięczność za ich hojny owoc jakimi nas obdarowały? - Grubas zatarł ręcę ale chciał chyba się upewnić czy to wszystko co mogliby zrobić dla obu szlachcianek.
              Mnich się zastanowił.
              - Nic co by nie stało w opozycji co do waszych wierzeń… może jakiś środek aby same nie zaciążyły? - mnich wymienił się jeszcze pomysłami z wyznawcami Nurgla i postanowił wrócić do domu.
              Musiał przygotować się na jutrzejszą wizytę Odette w Hospicjum. Zastanawiał się nad planami reszty dnia, ale zapewne Lady von Treskov będzie chciała go porwać na jakąś sprawę.

              Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Seach

                Mnich aż się rozpromienił widząc aptekarza.
                - Sigismundusie, dobrzy bogowie jak się cieszę, że cię widzę… nawet nie masz pojęcia co się tu działo. - z radością uściskał aptekarza - Kilka nowych matek udało mi się oczywiście zasiać. Oprócz Fabienne, mamy Lady Odette i jej koleżankę von Hohenfels, no i Teofano von Lebkuhen i jej służkę. - mnich zastanawiał się czy kogoś pominął, ale to chyba wszystkie - Do tego… ta Teofano, jest naznaczona przez ojczulka. Ma znamię, trzech krostek w trójkąt na wewnętrznym udzie. I… wydaję mi się, że małe Odette… jakoś wydały własne jaja? Kiedy urodziła następnego dnia miała malutkie jajeczka na brzuchu. - mnich starał się wytłumaczyć ostatnie wydarzenia najlepiej jak je rozumiał.
                - Ho ho ho! No mój złoty chłopcze! To widzę, że się postarałeś! Widziałem ten zbiór na dole. Przyznam jest znacznie obfitszy niż się spodziewałem. Z tydzień mnie nie było a tu proszę! Same damy ze śmietanki towarzystkiej naszego miasta służą naszej hodowli! Cudownie! Po prostu cudownie! - Grubas niczym dobry wujaszek, roześmiał się rubasznie. Wydawał się być w wyśmienitym humorze. Aż brzuch i podbródek mu się trzęsły od tego śmiechu. - I świetnie ci poszło złoty chłopcze. Wam wszystkim. Widzę, że powierzyłem hodowlę we właściwe ręce. A i nasze… Jak to mówicie? Musze matki? Ależ trafne określenie! Świetnie to wymyśliliście. A więc i musze matki widzę, że się dobrze sprawują i wydają obfity plon. Nawet bardzo. Nie spodziewałem się, że co niektóre okazy, będą takie soczyste i dorodne. Zwłaszcza od lady Fabienne. Jak odjeżdżałem, martwiłem się czy wszystko u niej w porządku z tą ciążą. Bo tak długo nic i nic. Ale warto było czekać! Spójrzcie jaki okaz wydała na świat! - Grubas z miłością popatrzył na czerwia jaki zdążył już okryć się lepkim kokonem. Aptekarz kręcił głową z niedowierzaniem jak hodowca na pewnego zwycięzcę w wystawie.
                - I co jeszcze mówisz złoty chłopcze? Jedna z nich jest naznaczona przez naszego patrona? Ta od Lebkuchenów? No popatrz. Taka znamienita rodzina cukierników, robią wypieki na całe miasto. I ich córka jest tak oddana naszej sprawie? Ciekawe. Jakby tak było to wspaniały znak. To oznacza łaskę od Ojczulka. I to, że ma wobec niej specjane plany. Albo boska Oster. W końcu to jej dziedzictwo. Tak czy siak, ta musza matka byłaby wybranką boskiej woli i powinniśmy ją otoczyć szczególną opieką. Ale jeśli można to chciałbym zobaczyć u niej to znamię. Jestem go ogromnie ciekaw. - Gospodarza bardzo zaciekawił wątek znamienia u młodej cukiernik. I widocznie chociaż samą cukiernię i nazwisko kojarzył. Wydawał się być zaskoczony i ucieszony, że ktoś od nich, tak chętnie służy dziedzictwu Oster. A zwłaszcza chciał na własne oczy przekonać się jak to znamię wygląda. Na koniec zostawił sobie sprawę tajemniczych jaj na brzuchu diwy.
                - Oj Otto. Te maleństwa nie mogą mieć własnych dzieci. - Dobrotliwie wskazał na leżący na stole kokon. - To tak jak nasze dzieci. Albo czerwie zwykłych much. Muszą się przepoczwarzyć w dorosłe owady i to jeszcze też parę dni trwa, zanim będą mogły składać jaja. - Wydawał się być sceptyczny co do tej historii. - Jesteś pewien, że milady nie zażartowała sobie z ciebie? Skąd mogła mieć te jaja? Nie zostawiłeś jej jakichś? - Zmarszczył brwi gdy starał się delikatnie skłonić swojego ulubieńca do rozważenia wszystkich możliwości. - No co prawda to nie są zwykłe zwierzęta i jest w nich boska iskra. Częściowo pochodzą z innego wymiaru więc zasady naszego świata nie muszą się ich tak całkowicie imać. Ale jednak pętają je dość mocno. Do tej pory, podczas hodowli tutaj, czy poźniej w jaskini, nie widziałem aby czerwie znosiły jaja. To potrafią tylko dorosłe, dojrzałe owady. Dojrzałość osiągają w kilka dni po wyjściu z kokona. Więc nasza pstnica musiałaby mieć tam u siebie dorosłą, dojrzałą muchę. Myślisz, że mogłaby mieć? - Aptekarz starał się racjonalnie wyjaśnić tą zagadkę, wedle wiedzy i doświadczenia o hodowli jaką nabył w ciągu ostatnich kilku tygodni.
                - Skoro o tym mowa… - mnich zaczął niepewnie - Nie chcę wywołać w tobie jakiegoś zwątpienia, ale wydaję mi się, że te jaja nie są dziedzictwem Oster. W sensie nie jedynie. Jeden z moich pacjentów, który ma jakieś mistyczne połączone z biblioteką Vesty, mówi, że wszystkie siostry brały udział w ich tworzeniu. Wszystkie przelały odrobinę swej esencji. Oster je stworzyła oczywiście, ale wszystkie cztery tchnęły iskrę mrocznego życia w nie. - zastanowił się chwilę - Nie wydaję mi się, aby Lady Odette miała powód aby ze mnie drwić w tym temacie. Jak się z nią zobaczę, to postaram się wziąć i przynieść ci te znaleziątka, sam ocenisz.
                - No tak. Może iskrę dały wszystkie, ale najważniejszą pracę wykonała boska Oster. No i ona nadała taki piękny kształt miły naszemu patronowi. - Grubas nieco się skrzywił na pomysł, że pozostałe Siostry też miały swój udział w stworzeniu jaj, czerwi i much. Za to energicznie pokiwał głową, zadowolony, że jego ulubieniec docenia rolę patronki jakiej aptekarz się poświęcił.
                - Ten wpływ innych Sióstr może być większy niż się wydaje. Rozmawiałam z tą bretońską szlachcianką co nam urodziła te piękności - Raisa wtrąciła się do rozmowy swoim skrzeczącym głosem. I pokazała na kokon leżący na stole. - Mówiła, że te ciąża i poród są bardzo przyjemne. Podobno jakaś ladacznica co też chętnie rodzi te czerwie, też opisuje to jako przyjemność. To mnie trochę zaskoczyło. To raczej nie pasuje do naszego patrona. Więc może to być iskra pozostałych Sióstr, zwłaszcza Soren. A kto wie czy jeszcze wpływ pozostałych jakoś się nie objawi w brzemieniu i owcach nosicielek. - Wiedźma dołożyła swoje trzy pensy do tych rozważań. Sama wydawała się być nimi nieco zaskoczona. Aptekarz popatrzył na nią i spojrzał jeszcze na dwie mutantki co nie przeszkadzały w rozmowie. One jednak tylko uśmiechnęły się nieśmiało i dalej milczały.
                - No cóż. Być może, być może… To może nawet nam się przydać. Jeśli ta robacza ciąża jest taka przyjemna. Widać w tym mądrość naszych patronek. Zresztą i tak najważniejsze jest aby nosicielki wydawały nam jak najwięcej tych owoców. No i jak najszybciej bo ten turniej pewnie w końcu jednak zorganizują. Ta żałoba nie będzie trwać wiecznie. A musimy mieć jak najwięcej okazów do naszego ataku. - Ostatecznie gospodarz był gotów przymknąć na tą drobną niedogodność i wolał się skupić na efektywności hodowli. Zwłaszcza jak zdawał sobie sprawę z uciekającego czasu.
                - To mówisz, złoty chłopcze, że lady Odette miała skądeś te jaja tak? No dziwna sprawa. Jeśli byś zdobył je dla mnie, to chętnie bym im się przyjrzał. Bo to dość zagadkowa sprawa. Jeśli nie wyciekły jej ze strzykwy to chyba tylko dorosła mucha mogła je tam u niej zostawić. Nie uciekła wam jakaś? I ta młoda Lebkuchen. Jej znamię też bym chętnie zobaczył bo to fascynująca sprawa. Jakby okazała się prawdziwa to byłby to bardzo dobry omen. I dla nas, i naszej hodowli. - Poklepał mnicha po ramieniu i wydawał się żywo zainteresowany obiema muszymi matkami, chociaż każdą z innych powodów.
                - Postaram się to załatwić. - obiecał mnich - Obie sprawy. Teofano nie jest jeszcze wtajemniczona, więc jakiekolwiek odkrycie co do jej znamion po prostu wyjaśnij jako jakaś zwykła wysypka. - mnich westchnął - W sumie Teo jest bardzo przychylna zwiększenia ilości naszych nosicielek. Kolejna służkę chce w to wciągnąć oraz swoją matkę.
                - Doprawdy? Gorliwość i oddanie godne pochwały. I nawet nie jest wtajemniczona w nasze sprawy? Ciekawe. Coraz ciekawsze. Bardzo wyjątkowa dziewczyna nam się trafiła. I nawet własną matkę planuje zasiać? No no… Tym bardziej chciałbym ją poznać mój złoty chłopcze. - Grubas wydawał się aż niedowierzać w tak pozytywne nastawienie nosicielki, co nawet nie była w kulcie.
                - U nas to nie aż tak rzadkie. Nasi ludzie chętniej oddają się naszym bogom i są dumni gdy ci poddają ich różnym próbom. Ale tu, na południu, to z tego co pamiętam to nie jest mile widziane. Może czuje zew którejś z Sióstr. Zapewne Oster. Siostry przemawiają do wielu ale większość nie zdaje sobie z tego sprawy. Może i lepiej. Gdyby nasi wrogowie zaczęli rozumieć ten zew, mogliby nam pomieszać szyki. - Skrzeczący głos staruchy, znów dołączył do rozmowy. Snuła swoje domysły dzieląc się nimi z kolegami. Aptekarz popatrzył na nią przez chwilę i pokiwał głową. Niestety nie mieli wpływu na ten zew istot z innego wymiaru. Gdy miały cielesną formę to było jeszcze zanim przodkowie imperialnych i Norsmenów osiedlili się po obu stronach Morza Szponów. I zagrożenie, że nieprzychylni kultystom prawi, bogobojni obywatele coś zrozumieją z tych snów, wciąż istniało.
                - A powiedz mi złoty chłopcze jak spotkałeś tą młodą Lebkuchen? I lady Odette. Tak po prostu dały ci się zasiać? Nasza diwa też jest tak gorliwa w roli muszej matki jak nasza młoda cukiernik? - Sigismundus wydawał się być zaciekawiony, jak udało się jego ulubieńcowi, rozszerzyć hodowlę o dwie tak utalentowane nosicielki.
                - Teofano miewała sny o byciu zasianą, podzieliła się nimi z rodzicami, oni zgłosili się do hospicjum. - mnich zaczął tłumaczyć zwykły przypadek ich spotkania - Przeor wysłał mnie, zważając, że jestem bardziej "dyplomatyczny", utrzymywanie kontaktów ze żeńską śmietanką społeczeństwa. Reszta to mój osobisty wdzięk i srebrny język. Co do lady Odette, nasz droga Fabienne naopowiadała jej o swoich ciążach, a nasza diva jest spragniona nowych doznań.
                - Oh to wspaniale. Wspaniale nam się z nimi ułożyło. No i świetna robota, złoty chłopcze. Dobrze, że trzymałeś rękę na pulsie dla naszej hodowli. Zwłaszcza, że obie… Właściwie to wszystkie trzy, okazały się tak utalentowanymi nosicielkami. Koniecznie musimy wykorzystać ten dar od bogów i zasiać je ile tylko się da. - Grubas obdarzył swojego ulubieńca jowialnym, pełnym zachwytu uśmiechem oraz poklepał go przyjacielsku po ramieniu. - Aż się zastanawiam czy moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć tym wspaniałym kobietom za ich hojne dary. Aby im podziękować i dać znać, że je doceniamy. Zasługują na jakieś uhonorowanie. - Aptekarz popatrzył po tych paru, zaufanych osobach zebranych wokół solidnego ale mocno zużytego stołu.
                - Ja je mogę zbrzuchacić. - Lilly odezwała się pierwsza i obdarzyła gospodarza a potem resztę, sympatycznym uśmiechem. Aptekarzowi uśmiech zszedł z twarzy i nieco przekrzywił głowę posyłając jej krytyczne spojrzenie. Mutantka jednak zaczęła bronić swoich racji. Już nie była tą zahukaną, przestraszoną dziewczyną jaka zimą przybyła do miasta i wszystkiemu się dziwiła. No i już wiedziała, że nie wszystkie szlachcianki są księżniczkami. - No co? One to lubią. Nie wiem jak ta cukiernik, ale lady Odette i Fabienne, są bardzo miłe i gościnne podczas naszych spotkań. I moja sromota wcale im nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Często klęczą przede mną i pozwalają mi się chędożyć. A lady Fabienne to nawet całowała mi kopyta. Czasem to Dorna też jest na tych zabawach i widziałam, że lady Fabienne też się z nią zabawiała. No i skoro obie lubią nowe doznania… - Mutantka o liliowych włosach mówiła szybko i dało się odczuć wpływ obu łotrzyc z jakimi często przebywała. To najczęściej one uczyły ją jak się żyje i porusza w mieście. Na koniec wskazała na szaroskórą odmieniec.
                - No tak. Lady Fabienne była dla mnie bardzo miła. Nawet mnie zapraszała ponownie ale jak ty wujaszku wyjechałeś a Raisa jeszcze nie przybyła, to ktoś musiał tu zająć się apteką i hodowlą. - Dorna wydawała się być nieco speszona tym wywołaniem do odpowiedzi, więc mówiła dużo ciszej i ostrożniej od kamratki z jaskini Kopfa.
                - To ladacznice od Soren więc co się dziwić. - Raisa wzruszyła ramionami, jakby preferencje obu szlachcianek jej nie dziwiły. - Jak cię nie było to pojechali na harce ze zwierzoludźmi gdzieś do lasu. Ja nie byłam bo to już nie te lata aby takie figle mnie interesowały. Ale młodzi to co innego. Oni lubią się wyszumieć. - Wiedźma mówiła z perspektywy wielu dekad jakie przeżyła i jakby potrafiła zrozumieć punkt widzenia młodszych pokoleń, nawet jeśli nie poświęcały się temu samemu patronowi co ona. - Tym razem ta ich chuć działa na naszą korzyść. Ta Bretonka bardzo zachwala te musze ciążę i do tego jak dotąd rodzi najdorodniejsze potomstwo. Już mówiłam Otto, że trzeba ją zasiewać tak bardzo jak tylko się da. Ale co można by jej i tej drugiej dać to nie wiem. Nie znam ich za bardzo. Mogę im jakieś mikstury przygotować. Ty masz tą nową odżywkę dla jaj to można im dać. Nawet trzeba. Ja mogę im dać coś na zwiększenie szansy na zbrzuchacenie albo na spędzenie płodu. Czerwiom to nie zaszkodzi bo to nie jest prawdziwa ciąża. Może coś na bolącą głowę na trudne poranki albo coś na sen. Może dla kawalera aby korzeń pewnie płonął. Maść na wygładzenie zmarszczek. Ale maskuje też ślady po nocnym opilstwie i nocnych harcach. Albo na wstydliwą opryszczkę gdyby któraś coś złapała. Aha. Zaczęłam też prace nad tym śluzem co oblepia jaja. Ale jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie. A tym noscielkom nie wiem co by było potrzeba. Jakbym wiedziała to może jakąś miksturę bym uważyła. - Raisa gderliwym głosem, zaczęła wymieniać co od siebie mogłaby sprokurować aby odwdzięczyć się nosicielkom i widać była, że myśli głównie pod kątem swojej guślarskiej profesji. Tylko patrzyła po zebranych twarzach na jakąś podpowiedź co by mogło być takim odpowiednim prezentem.
                - No cóż, złoty chłopcze. Ty z nas wszystkich chyba znasz je najlepiej. Nie wiesz może z czego by się ucieszyły? Coś czym w ramach naszych skromnych możliwości, moglibyśmy im podziękować za ich oddanie dla naszej sprawy? - W końcu Sigismundus uznał, że w tym gronie, to jednooki mnich jest ekspertem od upodobań szlachcianek więc i pozostali z życzliwą ciekawością popatrzyli na niego.
                - Lady Fabienne ma męża i zależy jej na przywilejach wynikających z niego. Więc, zmutowany bękart odpada. Tak samo Lady Odette, nie może zaprzepaścić swojej artystycznej kariery na rzecz kontrowersyjnej ciąży. - mnich się zastanowił - O ile rozumiem waszą nieprzychylność, ich oddanie Slaanesh sprzyja również waszym celom, więc proszę o powściągliwość w obelgach. Co do daru… - zastanowił się ponownie - Czy bylibyście w stanie przygotować dla nich miksturę, która zwiększy wigor ich kochanków? Pewnie byłyby wdzięczne, za partnera, który by je chędożył od wieczora do rana.
                - Oj szkoda. A mnie się śnił taki piękny brzuch w sukni więc to pewnie była szlachcianka. Ale może chodziło o jakąś inną. - Lilly posmutniała ale nie sprzeciwiła się, gdy Otto odrzucił jej pomysł zbrzuchacenia którejś z błękitnokrwistych kultystek. Sigismundusowi jakby szkoda jej się zrobiło, więc uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
                - Lilly, pamiętaj, że wiele snów jest odbiciem naszych myśli, pragnień i dnia codziennego. Tu pewnie matka Somnium by ci to lepiej wyjaśniła. Przecież wiemy, że od dawna chciałaś zbrzuchacić jakąś szlachciankę. A tak jak mówi nasz umiłowany Otto, z tymi dwiema mógłby być kłopot jakby urodziły kopytnego niemowlaka. Pewnie jeszcze trafią się jakieś piękne, dorodne szlachcianki jakie będziesz miała okazję zbrzuchacić. - Grubas starał się pocieszyć mutantkę ale też łagodnie wytłumaczyć dlaczego może mieć takie sny.
                - No mam nadzieję. Bardzo bym chciała aby taka piękna księżniczka urodziła moje dziecko. Albo matka Somnium. Trochę zimna ale młoda, ładna i zgrabna. - Liliowłosa westchnęła raz jeszcze nad tym swoim ciężarnym marzeniem. Ale teraz grubas przestał się uśmiechać i już nie ciągnął tego tematu. - To mówisz złoty chłopcze, że mogłoby się naszym dobrodziejkom przydać coś dla ich męskich kochanków? - Uśmiechnął się teraz do mnicha i spojrzał pytająco na Raisę. W końcu oboje wykonywali podobne profesje jakie wiązały się z ważeniem mikstur.
                - Czyli coś na zwiększenie jurności mężów. Tak, da się zrobić. Coś z królika aby chędożył całą moc, coś na buławę aby stała całą noc, i coś na jądra aby produkowały nasienie całą noc. Tak, da się. To potrwa dzień czy dwa ale da się. - Wiedźma zmrużyła swoje kaprawe, pomarszczone powieki ale wydawała się spokojnie podchodzić do sprawy. Jakby miała wprawę w takich specyfikach.
                - Tak, ja też mam takie rzeczy. To całkiem częste zamówienie. Myślę, że razem będziemy mogli stworzyć coś pięknego i skutecznego. Może nawet Lilly, ty nam się w tym przydasz. - Aptekarz też wydawał się być pewny siebie co do realizacji takiego pomysłu. W zamyśleniu nawet popatrzył na różwowowłosą mutantkę. Ta się zdziwiła ale po chwili skinęła głową na znak zgody.
                - No to jestem dobrej myśli mój złoty chłopcze. Dzień, dwa i te podarki dla naszych dobrodziejek powinny być gotowe. Myślisz, że jeszcze czymś moglibyśmy im sprawić radość aby okazać wdzięczność za ich hojny owoc jakimi nas obdarowały? - Grubas zatarł ręcę ale chciał chyba się upewnić czy to wszystko co mogliby zrobić dla obu szlachcianek.
                Mnich się zastanowił.
                - Nic co by nie stało w opozycji co do waszych wierzeń… może jakiś środek aby same nie zaciążyły? - mnich wymienił się jeszcze pomysłami z wyznawcami Nurgla i postanowił wrócić do domu.
                Musiał przygotować się na jutrzejszą wizytę Odette w Hospicjum. Zastanawiał się nad planami reszty dnia, ale zapewne Lady von Treskov będzie chciała go porwać na jakąś sprawę.

                Pipboy79P Online
                Pipboy79P Online
                Pipboy79 jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #335

                Tura 80 - 2519.07.29; ab; zmierzch

                Miejsce: Nordland; rzeka Salt; tawerna “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główna sala
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; zmierzch
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; łag.wiatr; chłodno (0)

                Egon, Silny, Burgund i Annika

                - To poczekajcie tutaj a ja z nimi pójdę. Wynajmijcie sobie gdzie tam chcecie nocować. A jak wrócę to możemy pójść do tych alchemików. Zanim się ściemni. Bo to jeszcze kawałek w las trzeba iść. - Jutta pożegnała się z czwórką towarzyszy. Poza nią, z “Jutrzenki” wysiedli Egon, Silny, Annika i Burgund. Gezackt, Giętki i Martin zdecydowali się na razie zostać na pokładzie aż sytuacja się nie wyjaśni a norsmeński duet wolał nie ryzykować skakania z burty na nabrzeże. Bo jak dopłynęli do molo “Niebieskiego łabędzia” okazało się całkiem zapchane. Na tyle, że Wagner nie miał gdzie zacumować. Więc mytniczka zwinnie zeskoczyła na pomost aby wywalczyć dla nich miejsce na przystani. Przyglądając się łajbom jakie tam stały. Szybko dojrzała jedną, jaka była niewłaściwie zamcwana bo wzdluż pomostu. Z energią ruszyła do środka, przy okazji prowadząc czwórkę towarzyszy do środka.

                text alternatywny

                link: https://i.imgur.com/6uytrny.jpeg

                “Łabędź” okazał się całkiem rozbudowanym zajazdem. Solidna palisada jaka schodziła prawie do brzegu rzeki. Brama wiodąca na molo, jaką pewnie dało się zamknąć. Chociaż teraz była otwarta. Za nią były drewniany chodnik prowadzący do poszczególnych chat. Dzięki czemu nie trzeba było chodzić po błocie. Jednak trzeba było uważać, bo drewno było mokre i śliskie. A chat było sporo. Jedna czy dwa większe to pewnie stodoła, stajnia albo coś podobnego. Kilka mniejszych chat, podobnych do chłopskich lub przydrożnych, drewnianych zajazdów. Na wielkość to “Łabędź” mógłby się równać z tą wioską na wybrzeżu, jaką mijali idąc do kurhanu Gnosara. W oko wpadała wieża, wzniesiona na wysokość drugiego piętra, jaka stała niedaleko rzecznej bramy. Na szczycie widać było znudzonego strażnika.
                No i ludzi też tu było sporo. Pierwszych spotkali już na pomoście. W tej czy tamtej krypie, jak czegoś tam doglądali. Jakieś młode kobiety robiły pranie siedząc na brzegu. Wewątr palisady spotkali jeszcze więcej osób. Wychdzi albo wchodzili do chat, niektórych mijali, gdzieś obok służba rozprzęgała właśnie jakiś wóz, odprowadzając konie do stajni. Ruch był całkiem spory ale mytniczka w jasnych, obcisłych spodniach, prowadziła pewnie do jednej z większych chat. Jeszcze zanim pchnęła drzwi to słychać było przytłumiony jeszcze gwar głosów. A gdy weszli do środka to hałasy jeszcze się nasiliły. Celnik zatrzymała się aby się rozejrzeć. - Wszystko zapchane! Więc raczej ci piraci dalej grasują! - Odwróciła się do nich aby im to powiedzieć. Ale poprowadziła ich dalej do szynkwasu. Tam przywitała się z barmanką i rozmawiała z nim o czymś. Aż się dowiedziała kto tak nefrasobliwie zacumowął łajbę na nabrzeżu i chciała pójść aby się z nimi rozmówić. Tylko to musiało jej zająć trochę czasu i kolejne trochę zanim Wagner będzie mógł “Jutrzenką” zająć ich miejsce. Więc na razie czwórka kultystów została sama w głównej izbie.
                - O, stół ladacznic. - Burgund ucieszyła się gdy prawie od razu dojrzała stół przy którym siedziało kilka młodych kobiet i żadnego mężczyzny. Wszystkie z mocnym makijażem i śmiałymi sukniami podkreślających ich kształty. Silny też się im przez chwilę przyjrzał i uśmiechnął się krzywo jakby przypadły mu do gustu.
                - Jutta zapomniała nam powiedzieć która to jest ta jej wesolutka koleżanka. Ciekawe czy to jedna z nich. - Skinął łysą głową ale na razie jeszcze wrócił do lustrowania zatłoczonego i dusznego pomieszczenia. Okna były pootwierane ale niewiele to pomagało. Zapachy z kuchni i ze stołów, tworzyły ten zaduch typowy dla karczm i tawern.
                - A tam to chyba siedzą jacyś chudzi. - Annika wskazała wzrokiem na jeden z mniejszych stołów. Był tam półmrok ale widać było kilka szczupłych, długowłosych postaci. Faktycznie kojarzyły się z elfami ale więcej szczegółów nie dało się spod szynkwasu dojrzeć. Nagle głośny okrzyk przy innym stole przykuł uwagę. Jakiś mężczyzna uderzył drugiego aż ten spadł z ławy na jakiej siedzieli. Na chwilę przykuło to uwagę gości ale szybko wrócili do swoich spraw.
                - O! Nieźle! Ale ja bym mu przylał mocniej. - Silny cmoknął ze znawstwem. Lubował się w przemocy i uważał to nie tylko za podstawową metodę pracy ale i rozrywkę.
                - Dobra, dawajcie do szynkwasu. Trzeba załatwić jakiś nocleg. - Łotrzyca o miedzianych włosach, lekko pociągnęła Egona za ramię aby przyholować go do barmanki z jaką przed chwilą rozmawiała ich mytniczka. Musieli podnieść głos aby się z nią dogadać. Było miejsce tylko dla dwóch osób więc Annika i Silny stali nieco za nimi.
                - Nie ma miejsc. Tylko główna izba. Wszystkie chaty pozajmowane. Korek się zrobił przez tych piratów. - Barmanka rozłożyła bezradnie ręce i brodą wskazała na zatłoczoną izbę. Łotrzyca też to zrobiła i skrzywiła się z niezadowolenia.
                ~ W głównej izbie to nie pofiglujemy ale spać można. ~ Nachyliła się do ucha brodacza aby mu to dyskretnie powiedzieć. A jeszcze na łajbie nie ukrywali, ze mieli całkiem obrotne plany co do zabaw na dzisiejszy wieczór i noc. Spanie w głównej izbie było popularną metodą w karczmach. Po zamknięciu, przesuwano stoły i ławy pod ścianę a na podłodze rozkładano koce, sienniki i co kto miał. Żadnej prywatności, różni goście spali obok siebie. Był to jednak tani nocleg i niezła alternatywa dla spania pod chmurką.
                - Jeśli chcecie to możecie spać u siebie w łajbie. Niektórzy tak wolą. Ale na noc zamykamy bramy i nie otwieramy do świtu. - Widząc, że się zastanawiają to barmanka podała im kolejną alternatywę. Co mogło tłumaczyć część ludzi jakich mijali na pomoście. Rudowłosa pokiwała głową na znak, że jest to jakaś opcja ale nie należy do jej ulubionej.
                - Naprawdę nic nam nie znajdziesz skarbie? - Burgund pogłaskała barmankę po dłoni i popatrzyła na nią prosząco.
                - No jak was stać to jest zamtuz. - Dziewczyna lekko skinęła w stronę stołu jaki wcześniej wypatrzyło oko łotrzycy. - Ale to trzeba wynająć pokój i dziewczynę na całą noc. To sąsiednia chata, jak się dogadacie to was zaprowadzi. Jednak nie sądze aby jedna wzięła całą waszą czwórkę. No ale to z nimi się dogadujcie. - Pracująca dziewczyna machnęła dłonią w stronę jednej ze ścian gdzie pewnie stała chata w jakiej ladacznice zarabiały na chleb i podatki. Ale za całą noc to pewnie by trochę monet ich kosztowało. Burgund zdawała się rozważać a Silny posłał im pytające spojrzenie o czym gadają. Zapewne nie byl w stanie uslyszeć detali negcjacji chociaż stał ze dwa kroki od nich.
                - No chyba, że jesteście szlachciami albo kapłanami. - Nagle barmanka się odezwała. Po spojrzeniu jednak widać było, że nie spodziewa się po nich, że są. To jednak zaciekawiło łotrzycę.
                - A co? - Zagadnęła tutejszą dziewczynę.
                - A bo mamy specjalny apartament dla takich gości. No ale to trzeba być szlachciem albo kapłanem. I to nie kwestia geldów tylko zasad. Jak nie jesteś to nie możesz go wynająć. Musimy być gotowi na wypadek gdyby ktoś taki do nas zawitał. A wiecie, stąd jest dzień drogi do stolicy to prawie codziennie ktoś taki u nas nocuje. Właściwie to mamy dwa takie apartamenty no ale jeden już jest zajęty. - Wyglądało na to, że barmanka jest dumna z posiadania takich uprzywilejowanych pomieszczeń jak i tego, że trzymają się tych zasad nawet podczas takiego zatłoczonego dnia jak dzisiaj.
                - Aha. A pokój mytników? Albo stajnia? - Burgund chciała się dowiedzieć jak wyglądają te dwa punkty na nocleg o jakich rozmawiali jeszcze na “Jutrzence”.
                - Ale pokój mytników jest dla mytników. - Dziewczyna zmrużyła oczy jakby niezbyt sprawiali wrażenie tych rzecznych urzędników. - No chyba, że was któryś zaprosi ale to już się sami dogadujcie. A poddasze stajni też może być. Mamy jeszcze miejsce. Ale musicie mieć własne koce i sienniki. Jest tam siano to będzie ciepło i sucho. To kosztuje jedną monetę za głowę, tak samo jak w izbie głównej. - Dziewka za barem potwierdziła im, że Jutta się nie myliła w tej sprawie. Burgund lekko skinęła głową, że na razie to im wystarczy i muszą się naradzić.

                • To co robimy? W końcu oprócz nas to jest jeszcze Lars, Astrid i Jutta. No i może Gezackt i jego dwójka jeśli byśmy mieli się z nimi fraternizować. Wagner to niech sam sobie kombinuje nocleg. Pewnie wezmą coś po taniości. - Łotrzyca oparła się łokciem o szynkwas i popatrzyła pytająco na Egona.

                Cennik w “Łabędziu” (w monetach)

                kolacja standardowa: 1 m / 1 os
                kolacja obfita: 2-3 m / 1 os
                kąpiel w bali samodzielna: 1 m / 1 os
                kąpiel w balii z łaziebną: 2-3 m / 1 os
                kąpiel w balii z ladacznicą: 5-10 m / 1 os
                nocleg w izbie głownej: 1 m / 1 os
                nocleg w standardowym pokoju: 3-6 m / pokój (zajęte)
                nocleg na łajbie: za darmo
                nocleg na poddaszu stajni: 1 m / 1 os
                nocleg w zamtuzie: 10 m / pokój + 10+ m za ladacznicę (do 1-2 osob, zależy od ustaleń)
                *nocleg w pokoju mytników: za darmo o ile zaproszą (łącznie 4 miejsca)
                *nocleg w apartamencie szlacheckim: 20 m / pokój (do 4 osób)

                *Do pokoju mytników trzeba mieć zaproszenie od mytników, apartament szlachecki można wynająć jak jest się szlachcicem, kapłanem czy kimś takim.

                Po leczeniu ran na “Jutrzence”

                Egon 13/17 (s.draśnięty; 0)
                Lars 5/17 (s.poważny; -20)
                Astrid 7/15 (s.poważny; -20)
                Silny 12/17 (s.ranny; -10)
                Rune 9/15 (s.ranny; -10)

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                Otto i Łasica

                Jednooki mnich zdążył wrócić do siebie. Z nurglitami pożegnał się w przyjaznej i radosnej atmosferze. Jakby na przekór ich niezbyt atrakcyjnemu wyglądowi, byli mu bardzo życzliwi. Lilly też, chociaż wolała poświęcić się przyjemnościom i hedonizmowi. No i brzuchaceniu szlachcianek. Sigismundus i Raisa byli pewni, że dadzą radę zrobić eliskir “twardego korzenia” aby odwdzięczyć się muszym matkom. A może nawet coś jeszcze uda się zrobić? W końcu byli parą aptekarza lubiącego eksperymentować i guślarki znającą mroczną magię. Już prawie na koniec tematu, stara jędza rzuciła, że esencja lady Sorii zapewne by wzmocniła taki eliksir. Bo przecież ona tylko wygląda jak zwykła śmiertelniczka.

                Potem Sigismundus zaczął opowiadać co się działo przez te parę dni w jaskini. Okazało się, że współpraca z plemieniem Kopfa wyszła całkiem nieźle. Więc ta zimowa pomoc okazała się trafną inwestycją. No i odmieńcy byli pod wrażeniem legendy o Czterech Siostrach i chętnie się dołączyli do sprawy. Nawet jeśli niewielu z nich bezpośrednio poświęciło się Ojczulkowi to dostarczyli tak potrzebną w jaskini siłę roboczą. Do budowy klatek dla much, kojców dla czerwi i kokonów, kładek do lepszego poruszania się no i jedzenia. Teraz w lecie, jak zwierzyny było pełno po lasach, to polowania i sidła zwykle się udawały. Sigismundus nabrał przekonania, że odmieńcy dobrze rokują do dalszej współpracy. Zwłaszcza jakby chodziło o tereny poza miastem. Bo większość z nich, bardziej przypominała Dornę niż Lilly więc raczej trudno byłoby im przeniknąć do miasta.

                Później Otto pochodził po mieście. Miał nadzieję spotkać tajemniczą kobietę ze snów. Szybko jednak zorientował się, że sny były zbyt mętne aby ją mógł rozpoznać. Jak wcześniej mu się śniły lady Odette czy Fabienne, to chociaż miał widok na fragment ich ciała. Co prawda intymny i zwykle skryty pod ubraniem. Ale same detale okazały się całkiem trafne. No ale o tym mógł się przekonać dopiero podczas harców z każdą z nich. Teraz zaś szczupłą, bladą dłoń i nietypowo długich paznokciach. To była raczej kobieca dłoń i to taka co nie pracuje fizycznie. Zarys sylwetki jaki zapamiętał wyglądał na szczupły i gibki. Ale to nadal było trochę zbyt mało aby mieć jakiś rysopis dający nadzieję na rozpoznanie jej. Wystarczyło aby niewiasta nie miała widocznych dłoni. Jeśli bogowie dziś wieczór skrzyżowali ze sobą jego ścieżki z nią, to widocznie minęli się nawzajem. Co najwyżej mógł przemyśleć, gdzie w mieście zatrzymałaby się kobieta o tak delikatnych dłoniach. Na razie wrócił do swojego mieszkania. Wciąż było widno bo letni dzień był długi. Zdążył nalać sobie wina aby przepłukać gardło i nieco odpocząć, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Sygnałem ich spiskowej rodziny. Gdy poszedł otworzyć okazało się, że to Łasica. Tylko w bandanie, spódnicy i ciemniejszej niż zwykle cerze.
                - Serwus Otto. Słyszałam, że chciałeś się ze mną spotkać. - Rzuciła my z tak charakterystycznym dla siebie bezczelnym spojrzeniem i uśmieszkiem. Gdy ją zaprosił do środka to z ulgą zdjęła z głowy chustę i czarną perukę. I z lubością rozczochrała dłońmi swoje fioletowe włosy. A potem zaczęła je poprawiać. - Masz coś do picia? Strasznie zaschło mi w gardle od tego pozowania. - Zagadnęła do niego mimochodem. A gdy już mieli pierwsze koty za płoty to posłała mu kpiący uśmieszek. - Mam dla ciebie wiadomość. Od naszego robaczywego Słowika. - Nie mogła się powstrzymać aby nie posłać mu złośliwości. - Dostała list od swojej koleżanki ze stolicy. Jedną z tych co do nas zaprosiła na te nasze harce i figle. Ta jej koleżanka zapowiada swój przyjazd na Marktag lub po. Czyli jutro albo pojutrze. Jeśli przyjedzie jutro to żadna sprawa. Też jestem jej ciekawa. Ale pojutrze to pewnie wypadnie piknik z Ungardem i Gnakiem. A Oddie bardzo by chciała z nami tam być. No ale czułaby się niezręcznie gdyby jej przyjaciółka musiała spędzić pierwszą noc sama w mieście. Czyli w udach i ramionach innych niż jej. No i liczy, że jej drogi, ukochany impresario coś jej doradzi. Na moje oko to cię lubi. - Zastępczyni Starszego, w swoim frywolnym stylu, przekazała mu wiadomość od miodowłosej diwy. Ze złośliwym komentarzem od siebie.
                - A jutro rano mają działać charytatywnie na Marktplatz. Dla pospólstwa co się zjedzie na targ. Od nas ma być Oddi, Fabi i może lady Soria. I inne szachcianki. To jakbyś nie miał co robić jutro rano, to możesz je tam odwiedzić. Fabi jest przy nadziei, że przyjedzie ta Elke co bardzo kocha zwierzęta. Podobno wiesz która. Tak się z nią ostatnio umówiła. Ale nie wiadomo czy jutro z tej swojej wsi przyjedzie. - Przekazała mu kolejną wieść o planach dam na jutrzejszy poranek. Właściwie Plac Targowy był w nie tak daleko od hospicjum. A tam lady von Treskov też obiecała się pojawić.
                - No i po obiedzie lady Benita ma być u niej gościem w jej garderobie i jesteś zaproszony ale to podobno wiesz. Dała do zrozumienia abyś przygotował strzykwy i całą resztę tego szpeja ale to podobno też wiesz. - Znów posłała mu krzywy uśmieszek. Przypatrywała mu się przez chwilę kpiąco. - Ostatnio to chyba figlujesz z większą ilością szlachcianek niż ja. - dodała jakby z nutką zazdrości i podziwu.
                - No a ja dzisiaj byłam świecić cyckami na Akademii. I dziś dla odmiany byłam z Heinrichem. On i Tobias wzięli pod lupę taką, jedną studentkę. Giselle Meisser. - Westchnęła i popatrzyła na kolegę. Ale rzucone nazwisko nic mu nie mówiło. - W każdym razie udało nam się ją skusić na lekcje prywatnego pozowania. Byłam jej modelką. No i zobacz co mi zrobiła. - Teraz łotrzyca wstała i bez wahania zaczęła ściągać z siebie koszulę. Już tu pokazały się robacze malunki. Ale dopiero gdy zdjęła dół i stanęła nago przed mnichem, to ten miał okazję zobaczyć całość. Czerwie, muchy, żuki, mrówki, wije. I olbrzymia stonoga jaka zaczynała się przy prawym barku, sunęła przez całe plecy i robiła zawijas na jędrnym pośladku ladacznicy.

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                Heinrich, Łasica i Gisella

                - A gdzie tak kuśtykasz dziadek? - Heinrich usłyszał za sobą zaczepny, młody kobiecy głos. Właśnie wracał z Akademii. A z powodu metalowej nogi nie szło mu to zbyt raźno. A i do swojego mieszkania miał jeszcze niezły kawałek. Mimo to nie musiał się odwracać aby rozpoznać głos Łasicy. Po chwili rzeczywiście się z nim zrównała. Teraz miała włosy schowane pod bandaną, inną koszulę i spódnicę niż miała na uczelni. Ale wciąż jeszcze ten sam makijaż i przyciemnioną cerę, że wyglądała jak Striganka albo kobieta z Tilei czy Estalii.
                - Ale numer z tej Gisy nie? Powiem ci, że nie spodziewałam się po niej czegoś takiego. - Łotrzyca pokiwała głową jakby wreszcie mogli w miarę swobodnie porozmawiać o wspólnym popołudniu na uczelni. Zwolniła swój żwawy krok aby Heinrich mógł dalej iść swobodnie. I tak przeszli kawałek w milczeniu, jakby każde z nich skupiało się na własnych przeżyciach i wspomnieniach. Widocznie młodej Meisser udało się zaskoczyć kultystkę. Ale dopiero teraz dziewczyna z ferajny mogła o tym porozmawiać z kolegą. A zaczęło się dość niewinnie.


                - Już jestem! Przepraszam, że musieliście czekać. - Młoda brunetka od wejścia zachowywała się sympatycznie. Była pod wrażeniem, że będzie miała modelkę, prawie na wyłączność. Dotąd nie było jej stać na taki luksus. A Łasica sprytnie podbiła tą jej wdzięczność kłamiąc bez zająknięcia, że Heinrich już jej zapłacił co trzeba więc teraz jest do ich całkowitej dyspozycji. Chociaż starszy wiekiem kultysta nawet ani razu nie sięgnął do swojej sakiewki ale tego malarka nie mogła sprawdzić i uwierzyła im na słowo. - Dziękuję Heinrichu, że pozwoliłeś mi pójść z sobą. Do tej pory nikt mnie nie chciał zabrać na te prywatne lekcje. - Obdarzyła byłego łowcę heretyków pełnym wdzięczności spojrzeniem i uśmiechem.


                - Na początku to jeszcze było całkiem normalnie nie? Tak myślałam, że to pójdzie w ten deseń. Jeszcze jak się rozebrałam to też tego się mniej więcej spodziewałam. - Teraz jak szli obok siebie to i Łasica wróciła do tamtej chwili. Początek widać przebiegł po jej myśli. Ale szybo sytuacja poszła w całkiem innym kierunku.


                - Ann a czy mogłabym cię pomalować? - Meisser obserwowała z fascynacją jak modelka bez wahania zdjęła swoją koszulę, znów ukazując swoje młode, jędrne piersi. I szybko zdjęła też dół. Widać było kształtne biodra, smukłe uda i gładkie łydki. Została już tylko w bieliźnie. Tatuaż żmiji na łonie łotrzycy był jakoś zamalowany ale widać było nierelgularną plamę. Przez chwilę artystka przygladała się nagiej modelce a ta z wdziękiem tancerki przyjęła kilka póz. Każda trochę bardziej prowokującą.

                • Oczywiście Gisa. Po to tu jestem. - Łotrzycy nagość własna czy cudza, w ogóle nie krępowała więc spojrzeniem, uśmiechem i słowem kusiła młodą artystkę aby posunęła się dalej. Ta pokiwała głową ale Heinrich zorientował się po jej minie, że nie do końca o to chodzi.
                  - Ale wiesz Ann… Chciałabym pomalować ciebie. Tak jak płótno. To taki nowy projekt. Wpadłam na niego niedawno. Jeśli się zgdzisz oczywiście. - Giselle wydawała się nieco zmieszana ale jednak dała radę wydukać swoja prośbę. Łotrzyca tym razem była wyraźnie zdziwiona. Nawet posłała jedynemu mężczyźnie w gabinecie pytające spojrzenie. Ale po chwili wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się ciepło do malarki.
                  - Naturalnie Gisa. To może być całkiem ciekawe. - Zachęciła ją a brunetce jakby kamień spadł z serca. Zaczęła szykować swoje farby i pędzelki.

                - Jak zaczęła od tego motylka to jeszcze pomyślałam, że może być nawet zabawnie. Zwłaszcza, że te pędzle tak trochę łaskoczą. Całkiem zabawne. I przyjemne. - Idąc obok kolegi, łotrzyca podwinęła rękaw koszuli. Przyglądała się namalowanemu, barwnemu motylowi jaki niedawno w gabinecie zrobiła jej Giselle. Ale to była jakby próba dla nich wszystkich. Dla malarki jak jej pójdzie, dla modelki jak to przyjmie, i dla ich jedynego widza jak na to wszystko zareaguje. - Dobrze, że jako dodatek zarządałam całusa. To chociaż coś z tego mam. Całkiem chętnie mnie całowała. Chociaż może dlatego aby mnie udobruchać po tych robalach a nie, że ja jej się podobam. No ale z drugiej strony jakby nie miała ochoty to w ogóle by mnie nie całowała. Jak myślisz? - Dziewczyna w bandanie, spojrzała pytająco na idącego obok sąsiada. Wydawała się być zaciekawiona jego opinii. Bo w gabinecie już nie mieli okazji porozmawiać we dwoje a później musieli trzymać się swoich ról. Czyli modelka poszła do garderoby a on do wyjścia. Ale, że łotrzyca była zwinniejsza od jego kuśtykania i wiedziała gdzie wraca, to udało jej się go dogonić.


                - To taki nowy projekt. Chciałam podkreślić własną indywidualność. A nie tylko wiecznie ptaszki i motylki. - Artystka starała się mówić lekko i żartobliwie. Ale Heinrich wyczuł, że jest spięta i z obawą wpatruje się to w twarz modelki to w jej obojczyk. Wyglądał jakby pełzał po nim tlusty czerw. Łasicy nie było łatwo zerknąć na to swobodnie więc chwilę jej zajęło zanim mu się przyjrzała.
                - To… Bardzo… Oryginalne. - wydukała wreszcie gdy zorientowała się co jej artyskta namalowała. - Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Musisz mieć bardzo nietuzinkową wyobraźnię Gisa. Co myślisz Heinrichu? - Mimo zaskoczenia, Ann potrafiła błyskawicznie przystosować się do nowej sytuacji. A gdy malarka spojrzała na chwilę na ich towarzysza to Łasica mogła chociaż miną wyraźić, że takie obrazki wcale jej się nie podobają. Ale gdy malarka znów na nią spojrzała, widziała przed sobą czule uśmiechniętą twarz.
                - No to jak ci się podoba to mogę ci chyba zrobić więcej. - Ucieszyla się, że modelka tak gładko przyjęła taki kontrowesyjny rysunek.
                - Najpierw całus. - Ann uniosła palec dla przypomnienia jak się umawiały.
                - A no tak. - Brunetka szybko pokiwała głową i pocałowała wymalowany obojczyk.


                - Wiesz Heinrichu, w zamtuzie to nie takie rzeczy się robiło. Trzeba umieć się dostosować do życzeń klienta. Albo klientki. Ma ochotę wymalować ci ciało w jakieś robale to tylko pytasz czy cena jej odpowiada i w jakiej masz się ustawić pozycji. - Teraz jak szli przez miasto to ladacznica dała wyraz, że jej doświadczenie z poprzedniej roboty, przydało jej się w opanowaniu własnych emocji. Spojrzała w dół na swój dekolt i nieco odchyliła koszulę. Heinrich też dojrzał jak na jej gładkich półkulach są wymalowane soczyste, tłuste czerwie i pająki. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak żywe. - To jest takie poniżające. Zapewne Fabi byłaby zachwycona i za darmo dałaby się tak wymalować. Ona lubi te robale. Może Oddi też. W końcu zwykle razem się z nimi zabawiają. Może pójdę do Otto. On ma z nimi lepszy kontakt. - Łotrzyca westchnęła w zamyśleniu i puściła koszulę. W pełnym ubraniu prawie nie było widać tych rysunków. Ale dopiero co Heinrich widział ją nago w gabinecie. Giselle przyodobiła modelkę całym zestawów stworzeń jakie większość mieszkańcow miasta uznałaby za obrzydliwe. Wielką stonogę jaka zaczynała się na barku, szła przez całe plecy i kończyła się na zgrabnym pośladku. Czubki czerwi na piersiach, że wyglądały jakby stamtąd wychodziły. Pająki na brzuchu, żuki na łydce, muchy na łonie. Nawet wija na udzie co wyglądał prawie dokładnie jak na rysunku jaki pokazywał mu Tobias. Tak jakby wychodził z łona ladacznicy. Właściwie to teraz Łasica przypominała wiele z tych szkiców jakie niedawno belfer skonfiskował młodej malarce. Modelka nie była zwolenniczką hodowli Oster ale podczas pozowania niczym się nie zdradziła. Przeciwnie. Okazywała zachwyt, życzliwość i podziw dla talentów artystki co widocznie ją ośmieliło. - Nie wiem czy słyszałeś bo dość cicho to powiedziała. Ale mówiła, że czasem śnią jej się takie rzeczy. Ciekawe nie? - Łasica zerknęła jeszcze raz na swojego sąsiada i uśmiechnęła się złośliwie.


                - Bardzo ci dziękuję Ann. Byłaś wspaniała. Oboje. Ja zawsze chciałam spróbować czegoś takiego ale nigdy nie miałam okazji. Ani śmiałości aby kogoś o coś takiego prosić. - Na koniec gdy artystka już napatrzyła się na swoje żywe płótno jakby wróciła do rzeczywistości. Bo podczas malowana miała nieco niewidzące spojrzenie jakby kierowała nią wena i pasja. Więc niezbyt zwracała uwagę na otoczenie. Dopiero jak skończyła to jakby zorientowała się, że są w gabinecie i Heinrich też tu wciąż jeszcze jest.
                - Jestem pewna, że jedna czy dwie modelki na pewno byś znalazła. Zwłaszcza jakbyś nagradzała je takimi całusami. - Łasica trzymała się swojej roli aby zrobić wrażenie na malarce. Ta miała nieco brudne palce od tych farb oraz usta. Bo nie za każdym razem farba na ciele Ann zdążyła na tyle wyschnąć aby przykleić się do warg. I teraz także łotrzyca miała tu i tam widoczne pieczątki jej ust. Więc jak już jedna zaczęła się ubierać a druga zbierać swoje narzędzia malarskie to zaczęli się całą trójką żegnać w bardzo przyjaznej atmosferze.
                - Zabawne. Koleżanka mi powiedziała ostatnio, że wkrótce spotkam kogoś kto mi pomoże zrealizować moje pasje o jakich skrycie pragnę. A nic jej o tym projekcie nie mówiłam. I zobaczcie jak się sprawdziło! - Giselle rzuciła im jeszcze anegdotką przez ramię. Ladacznica akurat nakładała na siebie spódnicę a malarka pędzle do pudła. Po paru chwilach rozstali się w najlepszej komitywie. Meisser jeszcze tylko pytała czy Heinrich by miał ochotę wrócić na lekcje malarstwa. I zagadywała go o to już gdy szli we dwójkę korytarzem, mijając innych żaków.


                - No i jeszcze ta von Osterin. Sigrun. - Myśli kultystki jakby skierowały się na nowy tor. Do rozmowy z młodą szlachcianką z Saltmundu. - Ona chyba nie mieszka w Akademii. Ale chyba ostatnio mieszka. Może karę ma albo coś do zrobienia na miejscu. Więc już dziś myślałam czy nie dać jej się zaprosić na prywatne pozowanie. Takie do rana. Ale na dziś mam trochę inne plany. Może jutro. Bo pojutrze to już może być nów Morrlieba to pewnie będę na nocnym pikniku w lesie. To z lady Sigrun może na jutro się umówię. Ha! Ale jeśli się z nią umówię, to jeszcze zobaczymy kto przed kim będzie klękał! - Sąsiadka wyglądała na zamyśloną, gdy planowała spotkania na najbliższe dni. A na koniec roześmiała się łobuzersko. Widać myśl o prywatnym spotkaniu z lady von Osterin, bardzo ją rozbawiło. Rozmawiali jeszcze chwilę i pożegnali się gdy Heinrich już słyszał szum koła garncarskiego Fridy.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine jako Egon Herschkel
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #336

                  – To co robimy? W końcu oprócz nas to jest jeszcze Lars, Astrid i Jutta. No i może Gezackt i jego dwójka jeśli byśmy mieli się z nimi fraternizować. Wagner to niech sam sobie kombinuje nocleg. Pewnie wezmą coś po taniości. - Łotrzyca oparła się łokciem o szynkwas i popatrzyła pytająco na Egona.

                  Egon, wcześniej gapiąc się na stół ladacznic, przez pewien czas nie zwracał uwagi na rozmowy toczące się wokół niego. Miał nieodparte wrażenie, że Błękitny Łabędź miał więcej wspólnego z regularną fortyfikacją rzeczną, która mogłaby stanowić odwód carskiej armii, niż jakimś tam zajazdem mieszczącym mytników, żeglarzy i innych rzecznych parchów, co pływali od portu do portu.

                  Wydawało się, że miejsce było dobrze znane i, co ważniejsze, dobrze chronione od zakusów piratów. Bez wątpienia cały problem z piratami zaczynał się na następnym segmencie rzeki. Tu, raczej, raczej… Raczej nie zostaną zaatakowani. To by skomplikowało plany.

                  – To spytajmy Jutty – wzruszył wreszcie ramionami Egon. – Zobaczmy, jak wielki będzie jej pokój. Gezackt i jego kamraci mogą we wspólnej. Tak jak gadasz, Wagner ze swoimi sami sobie coś zorganizują.
                  - Gdzie tu jest Badacha? - Annika zapytała Burgund. A gdy ta jej wskazała to właśnie tam poszła. Musiała lawirować między zatłoczonymi ławami i stołami ale sprawnie jej to szło. Za to łotrzyca stanęła obok kolegów i znów zaczęła przyglądać się ladacznicom.
                  - No niezłe są. Co niektóre. Ciekawe czy stawki mają takie jak i nas. Można by pomyśleć o którejś. Albo dwóch. Bo jedna ladacznica na nas wszystkich to trochę mało. A jeszcze Astrid, Lars i Rune. Może na leniuszka jak tacy ranni ale też pewnie by coś chcieli się zabawić. - Dziewczyna z ferajny oceniła sprawę po swojemu.
                  - Jak jedną ladacznice mamy? Przecież jeszcze z nimi nie gadaliśmy. - Silny zmarszczył brwi i popatrzył w dół na drobniejszą koleżankę jakby jej rachunki mu się nie zgadzały.
                  - Mamy Jutte. Egon widział co ona potrafi. - Posłała mu rozbawiony uśmieszek i klęknęła brodacza w ramię. Tak jakby mieli wspólny sekret o młodej mytnik. - No ale na nas wszystkich to jedna ladacznica to może być mało. - Wróciła do tego o czym mówiła wcześniej.
                  - A może one nie obsługują kobiet? - Łysy mięśniak nie dawał za wygraną i chciał wbić jakąś szpilę kamratce Łasicy. Ta zastanowiła się nad tym chwilę.
                  - Być może. Któraś z nich. Nie obsługuje kobiet. Ale ladacznice nie od tego są aby grymasić jak bogata panienka na wydaniu. Najwyżej za to co nie lubi weźmie więcej. Zresztą można pójść i zapytać. Najwyżej się złożymy. W końcu wszyscy byśmy z nich korzystali nie? No i tam w zamtuzie mają pokoje. Chyba, że u Jutty byśmy się zmieścili albo nagle któryś z was może ujść za szlachcica aby wynająć ten apartament szlachecki. Albo ta stodoła, tam pewnie też jest dużo miejsca. To co? Idziemy do nich? - Burgund zaproponowała jeszcze raz wskazując brodą na stół gdzie siedziało z pół tuzina młodych kobiet. Wszystkie śmiało ubrane aby podkreślić figurę a makijażem urodę twarzy.
                  - A nie czekamy na Jutte? - Łysy spojrzał na drzwi wejściowe ale na razie mytniczki i reszty ekipy nie było widać. No ale zdawało się, że dopiero co wyszła.
                  - Jak chcecie. Możemy poczekać. Może którąś poleci. No ale jak chcemy zamawiać jakaś to teraz zanim się ruch zacznie. Jeszcze kolejka czy dwie i zaczną do nich startować. Widzicie, że tawerna pełna. A jak dziewczyny pójdą w ruch to nie wiadomo kiedy się później któraś złapie. Teraz jest jeszcze dość wcześnie i widno jak na wieczór. - Łotrzyca nie upierała się aby natychmiast udać się na rozmowę z ladacznicami i mogła poczekać na powrót celnik. Jednak dała odczuć, że jeśli myślą o skorzystaniu z ich wdzięków to lepiej nie czekać aż wieczór zacznie się na dobre.

                  – Ciekawe, czy cena wynajęcia pokoju w burdelu jest w cenie dziewek – Egon rzucił w przestrzeń, nie do końca pewien, jak to w tych stronach bywało. – Moglibyśmy pójść do zamtuza, kupić na noc cztery z tych ślicznotek i już byśmy mieli wieczór zagospodarowany. Część z nas poszłaby do Jutty, a część do burdelu.

                  Egon w istocie tak imaginował, że będzie to najlepsze rozwiązanie.

                  – Wszak izba, nawet przysposobiona pod mytnika, to nie cholerna sala balowa – rzekł Egon, który spodziewał się, że nawet izdebki dla szlachty mogły być całkiem ciasne, a z pewnością jeden pokój żadnym sposobem nie mógł pomieścić ich bandy: jego samego, Silnego, Rune, Anniki, Burgund, Juttę, a także Gezackta i jego najemników.

                  – Dobra, to poczekajmy, a Jutta przyjdzie, zagadamy do kurewek, która z nich wolna, a potem podzielimy się. Część z nas pójdzie z Juttą, dla pozostałych weźmiemy pokoje podle woli. Cała reszta może w stajni a i kto wie, może w zamtuzie się pomieści.

                  I dał znak Burgund i Łysemu, żeby ruszyli za nim pogadać z kurwami rzecznymi.
                  - Raczej nie będą mieć takiej izby aby pomieścić nas wszystkich. I to jeszcze z dziewkami. Wtedy to chyba tylko to poddasze stodoły. Więc jak pójdziemy do zamtuzu to pewnie i tak ze dwa, trzy pokoje trzeba będzie wynająć. - Łysy nie spodziewał się, że ponad tuzin z nich, pomieści się w jednym pomieszczeniu. Ale nadal wydawał się być zainteresowany ladacznicami. - Ta blondynka mi się podoba. Ma dobre cycki. - Wskazał na swój typ wśród siedzących kobiet.
                  - Tą robiona na Norsmenke? Też mi się podoba. Możemy od niej zacząć. - Burgund pokiwała głową, tym razem zgadzając się z kolegą. Wśród ladacznic była jedna, jaka strojem kojarzyła się z kraina z północy. Nawet miała suknię podobną jak Astrid czy Helga albo jakie Egon widział w Norsce. Tylko spreparowaną tak aby więcej młodego, kobiecego ciała pokazywała.

                  - A pokój i ladacznica to nie to samo. Teraz jest tłok ale normalnie to mógłbyś sobie zamówić którąś z nich tutaj do pokoju, bez chodzenia do zamtuza. I też zależy czy na numerek czy na całą noc. No i co byś chciał w takim numerku. No wiesz za kuperek zwykle jest więcej, za więcej niż jedną osobę jest więcej, jak chcesz przywiązać do łóżka to jest więcej. I tak dalej. Dobrze, że chociaż Jutte mamy za darmo i bez ograniczeń. Ale jak za całą noc to nie spodziewam się, że dziewczyny zejdą poniżej dziesięciu monet za podstawowe usługi. - Łotrzyca miała z nich najlepszą orientację w temacie działalność zamtuzów więc się z nimi podzieliła. W międzyczasie zdążyła wrócić mytniczka. Podeszła do nich raźnym krokiem. Jej bryczesy ładnie podkreślały długie, zgrabne nogi.
                  - Dobra. Posprzątane. Reszta wypakuje się i zaraz tu przyjdzie. - Była nieco zdyszana i miała rumiane policzki. Ale wydawało się, że jest w dobrym humorze.
                  - To dobrze. Powiedz Jutta, jak tam u ciebie miejsce w pokoju mytników? Byłoby gdzie poharcować? Bo właśnie patrzymy na rozrywki jakie tu są. - Burgund skinęła jej głową ale wskazała na stół ladacznic.
                  - Tą blondynka. Znasz ją? Dobra jest? - Silny od razu zapytał o tą co mu wpadła w oko.
                  - Ingrid. Tak, dobra jest. Mówi, że jest pół Norsmenka i mówi w ich języku. Z kobietami też się zabawia. Ładnie tańczy i jest zabawna. Dobra to idę zobaczyć mój pokój. Tam są dwa piętrowe łóżka to będzie ciasno. A nie spytałam czy już ktoś tam jest. Chyba, że chcecie jeszcze coś? - Wzięła głębszy oddech gdy na szybko podsumowała swoją znajomość blond ladacznicy. I była ciekawa czy koledzy i koleżanka coś jeszcze od niej chcą zanim pójdzie sprawdzić aktualny stan pokoju mytników.

                  Egon skubnął swą siwą brodę.

                  – A dałoby się wkręcić jakoś w inne pokoje, jeśli znasz karczmarzy Łabędzia? – zapytał wojownik. – Pewna rzecz, że jak gmin się musi ściskać w komnatach dla wszystkich, to izby dla panów pustkami stoją. Nie znasz może kogoś, na kogo by się szło powołać, jakiegoś kapłana albo szlachcica. Jeśli rzecz znasz. Lub…

                  Egon spojrzał raz jeszcze na chustę, którą podarowała mu Froya van Hansen.

                  – Te, spróbujmy na to – rzekł Egon, pokazując za ukrytą za kaftanem chustę z inicjałami Froyi. – Co myślicie? Rzekniemy, żeśmy posłańcy od milady. Rzecz warto spróbować, bo może i dostaniemy izbę, gdzie noc przepędzimy. A jak nie da rady, to przecie zawsze zostaje pokój Jutty i te, co wynajmiemy…
                  - To jest lepsze. - Celnik wskazała na kawałek jedwabiu z odciskami krwawych, szczupłych palców i inicjałami milady z Neus Emskrank. - Bo ja nie mam takiej władzy aby kogoś wywalić z pokoju. Musiałabym go aresztować a to by musiało być za coś. Można by jeszcze spróbować wprosić się do kogoś. Ale to najłatwiej by było Burgund i Annice. - Brunetka w bryczesach wyjaśniła dlaczego tak uważa.
                  - Przykro mi chłopaki. Ale dwie urodziwe i chętne dziewczęta prędzej sobie znajdą towarzyszy niż dwóch zakapiorów spod ciemnej gwiazdy. - Łotrzyca uśmiechnęła się ze złośliwym rozbawieniem. Silny i Egon raczej wyglądali na krzepkich niż sympatycznych.
                  - I co? Myślisz, że ta chustka wystarczy? Przecież nie ma jej z nami. - Łysy zbył złośliwość koleżanki i spojrzał na prezent pożegnalny od milady.
                  - Z tobą to nie wiadomo. Dlatego zostań tutaj aby niczego nie zepsuć. Tu bajery trzeba. - Burgund była dobrej myśli. Złapała gladiatora za ramię i ruszyła w stronę szynkwasu.
                  - Iść z wami? - Jutta wyglądała na zaciekawiona co z tego wyjdzie. Ale wskazała też gdzieś w stronę schodów na piętro gdzie pewnie były pokoje dla gości i mytników.

                  Egon wzruszył ramionami. Figle i krotochwile, które popełniał poprzedniego dnia z Burgund i Juttą wystarczyły mu zanadto, wojownik bowiem, jak zawsze, skoncentrowany był na powodzeniu misji, sama rzecz zaś w Łabędziu, jak i chędożenie dziewek widział jako rzeczy godne powitania, acz pośledniejsze. Jeśli by było po myśli wojownika, to płynęliby już dalej, jednak wiadomo było, że nawet sam Wagner nie poważyłby się zadręczyć swoich, żeby popłynęli jeszcze dalej. Przeto trzeba było czekać, niestety, a ono czekanie można by sobie odpowiednio uprzyjemnić towarzystwem. Egon był przeto obojętny: jeśli miało się sprawdzić, że będzie tej nocy z babą, dobrze, ale nie miało to dużego znaczenia.

                  – Burgund, Jutta, poręczcie za nas – uniósł chustę lekko. – A jak i trzeba będzie, to niechaj Wagner wstawi dobre słowo, łasy będzie na to, żeby on i lady Froya van Hansen zestawieni byli w jednym zdaniu. Jak źle pójdzie, to przecież dość żeliwa jest. Tak czy inaczej dobrze pójdzie, jeno z chustą może pójść znaczniej jeszcze.
                  - No to chodźcie. - Brunetka wskazała w stronę szynkwasu. I tam właśnie poszli. Do tej samej barmanki z jaką rozmawiali wcześniej. Początkowo wyglądało to jak niedawno. Czyli celnik zapytała o apartament szlachecki i też usłyszała, że jeden jest wolny ale dla uprzywilejowanych. Widocznie urzędnik rzeczny do takich nie należał. I pewnie na tym by się skończyło ale Jutta spojrzała na dwójkę swoich towarzyszy. Wtedy włączyła się łotrzyca.
                  - Ale my jesteśmy od milady van Hansen. Wysłała nas z ważną misją do stolicy. - Burgund odpowiedziała grzecznie jakby była skromną służką blond milady. Barmanka wyraźnie się zdziwiła i przypatrywała się jej chwilę.
                  - Milady spędziła u nas noc i nic o was nie mówiła. - Pracownica tawerny zachowywała zdrowych sceptycyzm. Jej wypowiedź z kolei zaskoczyła obie koleżanki Egona i szybko we trójkę wymienili się spojrzeniami. Jednakże oszustka z ferajny szybko odzyskała rezon.
                  - A czy nasza milady była tu z pewną elfią damą? - Spojrzała pytająco na barmankę. Ta potwierdziła skinieniem głowy. - No właśnie. I my w tej sprawie. Bo to tak nagle wyszło. Milady uprzedziła nas, że nie mogła was uprzedzić i możecie być zaskoczeni. I dlatego nam dała to. - Rudzielec potrafiła szybko improwizować bajere i barmanka z zaciekawieniem jej słuchała. Zresztą Jutta też. Na koniec obie spojrzały za nią na gladiatora aby ten pokazał pracownicy, pożegnalny prezent od lady van Hansen.
                  – Iście, rzecz prawdziwą gadają moi kamraci – rzekł Egon, który, choć także nieco zaskoczony tym, że Froya spędzała tutaj noc, szybko odzyskał swój rezon, wiedząc, że okolica raczej była odległa.

                  Gladiator wyciągnął zza swojego bojowego kaftana chustę z inicjałami van Hansen i rozłożył ją na szynkwasie przed kobieciną.

                  – Spójrzcie no, to chusta lady van Hansen, którą żeśmy obronili w bitwie przeciwko zielonoskórym. Milady wraz z nami starła się w lesie opodal z wielkim tabunem zielonoskórych i poruczyła nam spotkać się z nią w swym dworze – rzekł Egon, co ostatecznie kłamstwem nie było, jeno wyginało kontekst wypowiedzi milady i czas, kiedy się tam mają znaleźć. – Możecie zobaczyć sami, to prawdziwa chusta rodowa milady a myśmy jej kompanami w misji – ciągnął Egon, który liczył, że Burgund jako ulicznica obeznana we wszelakim łganiu wesprze go.
                  - Oh! To chustka milady! - Dziewczyna już po wstępie łotrzycy była zaciekawiona. A teraz jak usłyszała od wojownika o bitwie z orkami i jeszcze zobaczyła jedwabną chustkę na blacie, to już całkiem wyglądała na pochłonięta przez tą opowieść. Z ostrożnością dotknęła delikatnego w dotyku i drogiego materiału. Burgund pokiwała w zadumie głową.
                  - Te ślady to od zakrwawionych palców naszej milady. Dala nam to jako dowód swojej wdzięczności. Prawda Jutta? - Ruda płynnie przejęła pałeczkę rozmowy i wciągnęła w to mytniczke.
                  - Tak, sama widziałam jak milady wręcza Egonowi tą chusteczkę. Była bardzo kontent. - Brunetka dodała od siebie chociaż nie wspomniała, że sama walkę tylko obserwowała. Na szczęście barmanka wydawała się zbyt przejęta aby zadawać dokładne pytania.
                  - Oh jej! Ja milady sugerowałam aby wróciła do miasta łodzią. Przecież konie też można załadować. Ale wiecie jaka ona jest. Powiedziała, że jak spotkają te orki to nawet lepiej bo się od razu z nimi rozprawią. Czy nic się milady nie stało? Ja jej mówiłam, że ostatnio podróżni byli atakowani na drodze przez orki albo zwierzoludzi. No ale ona tak była chętna na polowanie, że nie chciała tu siedzieć dłużej. - Dziewczyna wyglądała na bardzo przejętą tym atakiem na szlachciankę.
                  - Nie, nic poważnego jej się nie stało. Udało nam się wbić klinem w te poczwary. I odwrócić uwagę od milady i jej towarzyszki. A to był sam szpikulec naszego klina. Aż straciłam rachubę ile orczych łbów toporem utracił. - Rudzielec poklepała gladiatora po ramieniu i ten zobaczył jak barmanka patrzy na niego jak na herosa z rycerskiego poematu.
                  - Oh to tak dobrze, że udało ci się obronić naszą milady kawalerze. Znaczy wam wszystkim. - Dziewczyna po chwili obdarzyła także jego dwie towarzyszki życzliwym spojrzeniem.
                  – Te cholerne zielone bestie to niemal ludzie – Egon zdjął nieco swojego kaftana, żeby pokazać, jakie szkody wyrządziły topory orków. – Każden rok zdaje się, robią się coraz bardziej zuchwałe. Kiedyś jeno trzymały się południa i gór Czarnej Skały albo czasem wylewały się z Lasu Drakwald. Dzisiaj masz tak, że te pokraki wypuszczają się w bandach wojennych przez Las Laurelorn i ponoć paru wodzów widziano przy Oldenlitz, jeśli bajaniom kramarzy i przekupek dawać wiarę.

                  Egon pokręcił głową.

                  – Trza powiedzieć, że walić tymi swoimi toporami umieją, choć co niektórzy z nich mieli zdobyczne gudendagi i zdało mi się, że był jeden z halabardą, co w las umknął, kiedyśmy ich rozbili.

                  I wdał się jeszcze z lubością we wspomnienie bitki:

                  – Lady Froya van Hansen i jej elfia towarzyszka może by i się obroniły, ale przyszłoby im za to zapłacić srogą cenę, niebezpieczna to rzecz była. Orków było parę tuzinów i milady skorzystała z tego, żeśmy na flankę podeszli. Dzięki temu zielonoskóre bestie nie były w stanie tak łatwo ich otoczyć i kiedy tylko kocioł wokół nich rozluźnił się nieco, jako konnica zaszarżowali i wyrwali się z okrążenia. Tedy siekaliśmy my ich jak wieprze na pieczyste na Sigmartag. Kiedy zrozumieli, że mamy za sobą jeźdźców, poczęli uciekać, a ci, co nie mogli, karku dali. Szkoda jeno, że żeśmy żadnych w jasyr nie wzięli, przydałby się taki jeden, co by ludzką mowę znał i rzekł jeno, gdzie jest ich najwięcej…

                  Egon skończył zdawać rachunek z bitki orków, mając nadzieję, że wywrze to niejakie wrażenie na gospodyni.
                  - A po co komu taki lek? Nie ma co takiego darmozjada trzymać. Tylko na poczciwych ludzi napadają. Na traktach albo w lesie czy wioskach. Dobrze, że żadni z nich żeglarze to chociaż na rzece jest w miarę bezpiecznie. - Dziewczyna oburzyła się na pomysł brania orków do niewoli. Ale barwna opowieść z walki z nimi wciągnęła ją. Z zaciekawieniem nachyliła się aby zobaczyć tę uszkodzenia kolczugi jaki wojownik jej pokazał i słuchała dalej jego opowieści. Właściwie to nawet kilka osób przy szynkwasie i najbliższych stołach też.
                  - No właśnie. Tak jak mój kamrat mówi. Ty też słodziutka. A władze nic z tym nie robią. I nas w zimie, cała długa lodz Norsmenow przepłynęła nocą przez miasto i nikt nic nie zauważył. Gdyby nie wpadli na mieliznę za miastem to nie wiadomo co by się działo. - Burgund znów włączyła się do rozmowy i uderzyła w biadolenie na władze. Co często było wspólnym mianownikiem dla pospólstwo i pomagało im znosić trudne czasy.

                  - No nawet takie wspaniałe szlachcianki nie są bezpieczne. A przecież to Froya van Hansen i jej elficka towarzyszka. Wyobraźcie sobie jaki by skandal wybuchł jakby te orki coś im zrobiły? Szkoda, że rzeka nie wróciły do miasta, rzeką jest bezpieczniej. - Jutta także dorzuciła swoje trzy pensy ale tak, aby do rzecznych służb nikt się nie mógł przyczepić. Barmanka i kilka sąsiednich głów pokiwali do tych słów.

                  - A i nas ostatnio to zwierzoludzie grasują. Ale na trakcie a nie na rzece. Łupią okrutnie. Jak coś mniej niż wóz czy dwa to jak na nich trafia to łupią. Co co zginą w zasadzce to chyba i tak mają szczęście. Bo innych zabierają w las. Zwłaszcza kobiety. Młode kobiety. Aż strach pomyśleć co im tam robią. Ale nigdy już nikt z tych zabranych nikogo nie widział. - Dziewka zza szynkwasu, podzieliła się plotkami o lokalnych niebezpieczeństwach. - Dlatego mamy taką mocną palisadę i wieżę. Tu prawie co noc jest mgła. Rano też. Coś ci może wyjść z lasu pod samą chatę nim się spostrzeżesz. Zwłaszcza w nocy. Dlatego ta palisada. - Pokiwała głową jakby była boleśnie świadoma niebezpieczeństw czających się tuż za ogrodzeniem.
                  - To straszne. A co z tym salonem? No my chcielibyśmy jeszcze do alchemia zajść przed zmierzchem. - Łotrzyca współczuła jej ale wróciła do tematu od jakiego zaczęli.
                  - Ah no tak, oczywiście. Ja wcześniej nie wiedziałam, że jesteście od lady van Hansen. Już idę po klucz. - Uśmiechnęła się przepraszająco i poszła gdzieś na zaplecze. Trójka spiskowców na chwilę została bez niej. Burgund uśmiechnęła się triumfalnie.
                  - Dobrze wam poszło. Widzisz Egon, ty toporem umiesz robić jak Silny no ale on takiej bajery nie ma. - Oszustka szepnęła do dwójki swoich towarzyszy.
                  - Mnie tu znają to wiedzą, że nie jestem ze świty milady. To musiałam wymyślić coś innego. - Celnik też wyznała dlaczego trudno jej było się bezpośrednio podłączyć pod opowieść ich duetu.

                  Egon pokiwał czupryną z aprobatą. Co prawda wojownik wiedział, że kobiety w karczmie zawsze są łase na opowieści, szczególnie te co bardziej krwawe, jednak nie mógłby żadnym sposobem samój sprzedać tego wszystkiego bez Burgund i Jutty. Celniczka była robiła za autorytet, Burgund zaś swym łotrowskim obeznaniem potrafiła sprzedać całkiem sporo. Może nie tyle co Łasica, która potrafiła w gadaninie fechtować swym jęzorem niby szpadą szermierze z Tilei, ale i tak przydała się na pewno.

                  – To jak się rozdzielamy? – zapytał wojownik swych kamratów. – Zobaczymy, jak duży jest ta izdebka dla posłanników szlachty, ale pewnie ze czterech albo i sześciu wejdzie, jeśli łoża będą dwa. No to już mamy nocleg dla mnie, Burgund, Jutty, Rune, Silnego i Anniki i paru kurew, co sobie zamówią – Egon mówił wolno, zastanawiając się, czy przypadkiem nie pominął kogoś. – Z Gezacktem pogadam potem, ale mogą wziąć zwykły pokój albo pokój w burdelu.

                  Pozostało czekać, aż wróci gospodyni.
                  - Zaraz nasza uroczo naiwna barmanka wróci z kluczem to zobaczmy jak to gniazdo dla szlachty wygląda. Ty Jutta byłaś już tam? - Burgund machnęła ręką na zbędny pośpiech i wolała najpierw rozejrzeć się na miejscu.
                  - Czy ja ci wyglądam na szlachciankę? - Mytniczka uśmiechnęła się krzywo dając tym znać, że chociaż regularnie bywała w tym rzecznym zajeździe to nigdy nie była w tych uprzywilejowanych apartamentach. Łotrzyca też się uśmiechnęła i ze zrozumieniem pokiwała głową.
                  - Wyglądasz mi na naszą ladacznice na dzisiejszą noc. Jedną z tych z jakimi dziś będziemy się zabawiać. W kajucie było mało miejsca to niewiele zabawek można było użyć. - Dziewczyna z ferajny uśmiechnęła się krzywo do celnik i powoli objęła jej talię, przyciągając do siebie. A kasztanowlosa uśmiechnęła się do nich zachęcająco.
                  - A słyszeliście jak mówiła, że one obie spędziły tu noc? Coś wam o tym mówiły jak staliście z nimi na brzegu? - Mytnik pogłaskała ramię Egona ale jak była okazja to zapytała o ten epizod obu szlachcianek. Ale nie zdążyli już odpowiedzieć bo wróciła barmanka.
                  - Już jestem. To proszę za mną. - Rzekła do nich z miłym uśmiechem. I ruszyła na schody a potem w górę. Na piętrze był korytarz a w nim liczne drzwi. Przy jednych się zatrzymała, wyjęła klucz i otworzyła. Weszła do środka i odsunęła się aby goście mogli wejść do środka. Potem zamknęła drzwi.
                  - Nazywamy to pokojem myśliwskim. Lady van Hansen go uwielbia. Ale nic dziwnego, ona tak lubi polowania. Więc jak jest u nas, i ten pokój jest wolny, to właśnie go zamawia. - Z uśmiechem i dumą, tłumaczyła co jest co. Obie towarzyszki gladiatora, rozglądały się ciekawie.
                  - Patrzcie jak się szlachta bawi. Nawet dywan tu mają. I jaki puszysty. - Łotrzyca przesunęła butem po kobiercu i rzeczywiście wyglądał na drogi, barwny i puszysty. Oprócz tego były dwa, małżeńskie łoża z baldachimami. Jak dla dwóch par, małżeństwa i ich dzieci albo państwa i najbliższej służby. Ale w każdym na spokojnie by się zmieścilo i trzy osoby do spania a do harców to i więcej. Barmanka śmiało otworzyła duża szafę z ciemnego drewna. W zwykłych pokojach też takie były. Ale nie były zrobione w rzeźbione kwiaty i winorośla. Na ścianach wisiały skóry zwierząt i kilka czaszek. Widząc to barmanka wskazała na dorodne łopaty łosia.
                  - A tą to w tamtym roku upolowała lady Froya. Nie chciało jej się wieźć jej do miasta i mówiła, że taką czaszkę już ma, więc nam podarowała. - rzekła z nieukrywaną dumą. Inna czaszka mogła należeć do dorodnego kozła. Albo zwierzoludzia. W każdym razie wyjaśniło się czemu ten pokój ma taką nazwę.
                  - Czy czegoś jeszcze wam trzeba? - Zagaiła pracownica jakby chciała zaskarbić sobie życzliwość klientów.
                  – Zda mi się, że to wszystko, czego nam trza, może poślijcie wina nieco – Egon skłonił się gospodyni, rad, że karty układały się po ich myśli.

                  Odczekał jeszcze parę chwil, aż karczmareczka wyszła i zwrócił się do pozostałych:

                  – Ten pokój? Ha! Trza powiedzieć, że takie zbytki na szlachcie niewarte są trwonienia, niejeden z gminu by z chęcią się wyspał w onym łożu!

                  Wyrzekłszy to, rzucił się na wielkie łoże w centrum pokoju ze śmiechem. Zmitygował się jednak wprędce, wiedząc, że potrzeba poczynić plany.

                  – To jak wolicie? – zapytał. – Tu mieści się trzech przynajmniej, a jakby i rozłożyć na podłodze skóry, to sześciu weszłoby bez fatygi. Burgund, chcesz tutaj? Bym się zastanawiał, jak poustawiać was wszystkich, wszak mamy izbę Jutty i tą i jest to sporo. Gezackta bym do burdelu oddelegował albo do sali wspólnej, niechaj tam radzą sobie, wszak jurgielt od nas wezmą i tak, kiedy rzecz skończymy. No, rzeknijcie no, gdzie byście chcieli?
                  - Po takiej bajerze, to byłoby dziwne, gdybyśmy chociaż my, spali gdzie indziej niż tutaj. - Rudowłosa śmiała się radośnie i sprawdziła miękkość drugiego łoża. W końcu obróciła się i z lubością walnęła się na nie plecami. Upadając rozrzuciła ramiona i tak leżała przez chwilę, wpatrując się w baldachim nad sobą. Jutta zaczęła chodzić po pokoju rozglądając się ciekawie. Egon takie zbytki widywał na salonie Priory albo jak niedawno, raz lady Fabienne gościła ich i siebie. Ale na co dzień to się w takich luksusach nie obracał.
                  - No jak ten pokój był godny lady Froyi i Fanriel to ja nie będę wybrzydzać. Podoba mi się tu. Zawsze nocowałam w izbie mytników albo innych pokojach. Czasem nawet wspólnej izbie albo na łodzi. Ale tu to jestem pierwszy raz. - Celniczka wyglądała na oczarowana tym miejscem. Otworzyła dużą szafę a potem mniejszą. W końcu zaczęła się przyglądać trofeom na ścianie.
                  - Wiecie, że do tych słupów to można przywiązać jakąś ladacznice czy inną niewolnicę? - Burgund uniosła stopę aby wskazać na drewniane, ozdobne filary jakie wspierały baldachim. To zwróciło uwagę mytniczki i podeszła do tego miejsca. Przyjrzała mu się ciekawie.
                  - O tak? - zapytała unosząc swoje ramiona w kierunku każdego z filarów.
                  - Mhm. Tak albo inaczej. Można też przywiązać oba ramiona do jednego słupa jak do pręgierza. Albo przywiązać do łóżka aby była na leżąco. No mówię wam, że takim łóżkiem i niewolnicą to się można trochę pobawić. - Ruda zaśmiała się wesoło a mytniczka jej zawtórowała.
                  - No mamy dwa łóżka. Na każde po dwie, trzy osoby. To nasza czwórka i Jutta jako nasza ladacznica, zmieścimy się tu na spokojnie. Astrid bym wzięła do łóżka bo jest delikatniejsza niż chłopaki. A jak na dywanie rozłoży się koce i pledy to wygodniej będzie niż na tej rybiej krypie. No i jeszcze powinno starczyć miejsca na jedną czy dwie ladacznice z dołu aby było się wygodnie do kogo przytulić. - Burgund robiła na głos rachunki i wyszło jej mniej więcej podobnie jak gladiatorowi.
                  - Gezakt to można mu wynająć stodołę. To taniej niż pokój w zamtuzie. I w stodole jest po monecie za głowę. Ich jest trójka. Jak im się uda to może uda im się zaprzyjaźnić z tą moją koleżanką ze stajni. Ona ma swój kąt tam i tak tak nocuje. Myślałam o niej dla nas no ale nie chcę wam psuć planów. Zresztą jakby wynająć im pokój w zamtuzie to trzeba by i choćby jedną ladacznice im też wynająć bo samych pokojów się tam nie da wynająć. A Wagner to pewnie będzie spał w głównej izbie bo to najtaniej. - Brunetka dorzuciła swoje propozycje jak można by rozlokować towarzystwo. - Właściwie to jeszcze nie byłam w izbie mytników. Jak są wolne miejsca to może tam by się udało kogoś umieścić. Nawet jeśli ja bym nocowała z wami tutaj. Tylko musiałabym wybadać sprawę. - Dorzuciła na koniec co jeszcze jej przyszło do głowy.
                  – Dobra myśl, tą ze stajni zostawić Gezacktowi – rzekł Egon, który chciał, żeby najemne zbiry strażnika pochędożyły odpowiednio przez noc, przeto będą bardziej skore do bitki następnego dnia. – Dobra, to ustawmy tak: w izbie szlachty będę ja, Burgund, Jutta, Anika i ze dwie kurewki od tamtego stołu, a w izdebce mytniczki niechaj ulokują się Silny, Rune i parę kurtyzan, co odnajdą.

                  Egon pokiwał głową, zaproponowawszy rzecz.

                  – Gezackt niechaj weźmie stodołę i tam przywiedzie tyle dziewek, ile mu się podoba – wojownik wzruszył ramionami, bowiem cała rzecz z Gezacktem nie interesowała go aż tak bardzo, byle jego ludzie byli na okręcie nazajutrz. – Co, pasuje? Wybadamy jeno izbę mytników i koniec końców, jeśli Jutta tam będzie musiała być, to dołączy z Silnym i Rune, zacnie ją sprawią, ha! – zaśmiał się jeszcze.
                  - Z nimi? No wyglądają krzepko. Zwłaszcza Silny. Mogłoby być ciekawie. - Mytniczka rozważała w głowie scenariusz Egona, że miałaby spędzić noc z jego kolegami. Wyglądało na to, że nie jest jej niemiły. - No ale wolałabym z wami. - Uśmiechnęła się w końcu do dwójki towarzyszy. Słysząc to łotrzyca roześmiała się z rozbawienia. Popatrzyła na kamrata leżącego na sąsiednim łóżku.
                  - Zobacz Egon. Komuś spodobało się głębokie wsadzanie tam i tu w tej kajucie. - Wyglądała na zadowoloną a i Jutta nie udawała świętoszki tylko pokiwała głową.
                  - No tak. Ostatni raz to tak dobrze się bawiłam chyba z Hubertem i Oksana. No i może że dwa, trzy razy tam czy tu. - Celnik popatrzyła z uśmiechem na nich oboje.
                  - Widzicie? Mówiłam wam. Klient usatysfakcjonowany zawsze wraca do swojej ladacznicy gdy tylko może. - Łotrzyca zaśmiała się jakby sprawdziła się właśnie jakaś jej wewnętrzna filozofia. - Egon a teraz zobacz na to. - Burgund podniosła się z łóżka i podeszła do szafki. Zaczęła grzebać w swoim worku i wyjęła z niej mniejszy. To był ten jaki pokazywała w kajucie. W nim trzymała zabawki do figli. Jutta cicho sapnela i czekała co będzie dalej. A ruda wróciła na łóżko i wysypała zawartość na nie. Dopiero teraz było w pełni widać te wszystkie gadżety do wiązania, kneblowania, wsadzania, biczowania i innych zabaw. Nawet ten pęcherz z nasieniem zwierzoludzi i strzykwy z jajami też tu były.
                  - Oj to ja chcę spać z wami! Obiecuję, że mnie głowa nie będzie boleć i z każdej strony można! - zawołała wesoło mytniczka jakby wspomnienia z kajuty już ją ożywiły.
                  - No czemu nie. Ale Egon ma rację. Musimy się jakoś podzielić. Gezakt chyba faktycznie lepiej aby poszedł do stajni. Ta jego Martin wygląda słodziutko no ale mogę kiedy indziej się jej przyjrzeć. Silny się wścieknie jak się dowie o tym - Łotrzyca wskazała wzrokiem i ramionami na luksusowy apartament - a jak on będzie spał gdzie indziej. Chyba, że ktoś mu aż tak dobrze zrobi, że rano nie będzie miał do tego głowy a my nie będziemy mu o tym przypominać. - Tutaj uznała, że jest pewne ryzyko na to, że łysy poczuje się wysiudany z siodła ale było to możliwe do obejścia.
                  - No i ladacznice. Widziałam na dole. Gładkie są, gibkie, dobrze to wygląda. Ale trzeba im zapłacić. Trzeba zobaczyć na ile nas stać. Za ten pokój chcą dziesięć monet. Ladacznica na całą noc to też dziesięć minimum. A jak na być z czułością i miłością a nie samo leżenie na plecach to ze dwadzieścia trzeba liczyć. Czyli za dwie dla nas i jedną dla reszty to minimum szesciesiat monet. Jak za ten pokój to siedemdziesiąt. No to jak na naszą trójkę to by wyszło jakieś dwadzieścia pięć, trzydzieści monet na głowę. Annika dostała parę groszy od Fabienne ale raczej nie na tyle aby się dorzucić czymś sensownym. No to minimum gdzieś tyle na głowę nam wyjdzie. No może Astrid się dorzuci jak ją weźmiemy. W końcu szlachcianka to chyba ją powinno stać. Im więcej osób zaprosimy tutaj tym będzie ciaśniej i większy tłok do ladacznic no ale na głowę wyjdzie mniej. - Łotrzyca zrobiła na głos rachunki jakie przewidywała za dzisiejszą noc. Popatrzyła na nich oboje.
                  - No jak dwadzieścia czy trzydzieści monet to ja mogę się dorzucić. W końcu to szlachecki apartament, chciałabym choć raz spędzić tu noc. Zwłaszcza z wami. - Celniczka dała znać na jaki geld mniej więcej mogą liczyć z jej strony.
                  - Ja też mogę tyle dać. Jak na namiętne ladacznice to warto. Można by je zapytać co tu Froya z tą elfka robiły. Bo Froya to widocznie nie była tu pierwszy raz. - Ruda głowa wskazała na dorodną czaszkę łosia jaka wisiała na ścianie.
                  – Mogę dać trzydzieści – rzekł Egon, który, choć wiedział, że w przeciągu jednego miesiąca więcej wpadnie do kabzy, to nie chciał szastać żeliwem, aby nie narazić się na niebezpieczeństwo. – Jeśli komu zabraknie, to dorzucę drugie tyle, ale myślę, że styknie całkowicie.

                  Egon podrapał się po głowie. Zdało się, że Jutta była po ich stronie, ale zamierzał później tej nocy spytać Burgund, czy warto by było jej powiedzieć o całym zamyśle z przejęciem okrętu. Było to niewielkie ryzyko, a mogło przysporzyć im jeszcze jednego konspiratora, który pomoże, kiedy rzeczy nabiorą rozpędu. Może nawet Jutta mogłaby bardziej precyzyjnie naznaczyć porę, kiedy warto uderzyć? Te rzeczy jednak Egon zostawił na później.

                  – Dobra, to podzielimy się tak: Jutta, Burgund, ja i Annika i jedna kurtyzana w pokoju. Silny, Rune i po dwie dla nich w pokoju Jutty, jeśli rzecz nie zawadzi. Gezackt we wspólnym albo strychu stodoły, niechaj robią, jak im się podoba. Pasuje? To chodźmy może opłacić się i rzec reszcie, jak to będzie. Silnemu i Rune nie musimy gadać, gdzie nocujemy, jeno wskazać izbę, karczmareczce też opłacimy i rzekniemy Gezacktowi, na czym stoją.

                  Egon powstał, gotów, aby zejść do wspólnej sali.
                  - A Astrid? Może też by się zrzuciła na jeszcze jedną ladacznicę? - Burgund pokiwała głową, że taki plan raczej jej pasuje. Ale jeszcze wspomniała o córce norsmeńskiego jarla, która parę dzwonów cześniej integrowała się z nimi w ciasnej kajucie “Jutrzenki”. A jako szlachcianka to mogła mieć coś w sakiewce. - A z Silnym to trzeba zacząć od tych dwóch ladacznic to może go to zajmie. - rzekła jakby jednak obawiała się, iż łysy mięśniak może zrobić awanturę.
                  - Dobra to wiecie co? - Jutta spojrzała na nich bystro. - To moża ja najpierw zajrzę do pokoju mytników. Zobaczę jak to wygląda. Bo jeszcze tam nie byłam ani nie zdążyłam zapytać. - Mytniczka zaproponowała i rudzielec pokiwała głową na zgodę.

                  Ale gdy szatynka w białych bryczesach, już była w drzwiach to spotkała się z powracającą barmanką. Minęły się a pracująca dziewczyna przyniosła tacę, butelkę wina i kilka kubków. Postawiła to na szafce i uśmiechnęła się do pozostałej dwójki.

                  - Gospodarz przysyła z pozdrowieniami. - Wskazała na poczęstunek.
                  – Możesz iść – Egon rzekł, węsząc idealną okazję do rozmówienia się z Burgund. – My jeno wina skosztujemy i zaraz też zejdziemy.

                  W istocie, gladiator nalał sobie nieco wina z antała do szklanicy i pociągnął z niego łyk, odkrywszy, że ostatnia seria wymian wzmogła w nim pragnienie. Kiedy tylko kobiety wyszły, Egon wyczekał jeszcze chwilę i upewnił się, że przy drzwiach przypadkiem nikt nie podsłuchuje. Wojownik żywił nadzieję, że ściany szlacheckiego pokoju okażą się nieco grubsze niż te dla plebejuszy, nierzadko bowiem emisariusze tudzież kapłani zatrzymywali się w ważkich sprawach i o nich radzić musieli. Egon tedy podejrzewał, że jeśli by jaki ciur ze wsi wywiedzieć się mógł o planach świętych mężów, niejeden karczmarz mógłby pętlą na dębie przypłacić taką stratę.

                  Kiedy wreszcie był pewien, że nie było nikogo w pobliżu, rzekł do Burgund w te słowa:

                  – Trza będzie skaptować Juttę jako wspólnika w przejęciu statku – popił jeszcze wina. – Myślisz, że rzecz dałaby się zrobić, teraz, kiedy zabawialiśmy się z nią i raz jeszcze zerżniemy ją odpowiednio?
                  - Myślę, że jak nas napadną ci piraci to i tak trzeba będzie się bronić aby nie pójść pod nóż. - Łotrzyca miała pragmatyczne podejście do tego zagadnienia. Obojętnie wzruszyła ramionami. - Więc jak my będziemy stawać, to Jutta pewnie też. Przecież jest mytniczką z ratusza to trochę jak straż w mieście. Jak to my byśmy mieli napadać na nich to już trochę inaczej. Ale myślę, że już wstępnie ją w kajucie urobiliśmy i widzisz jaka teraz jest kochana i słodziutka. To jak jeszcze teraz ją oćwiczymy do rana to jeszcze powinna być nam milsza. Można by jeszcze o lady Froyi wspomnieć. Ona przecież jest taka sławna i wojownicza. A widziałeś jak Jutka płakała, że nie popłynęła z nami na brzeg do tych orków. I bardzo chciałaby ją poznać no to można by na tym polu uderzyć. Ha! A jeszcze nawet nie wie o reszcie naszych błękitnokrwistych koleżanek! - Dziewczyna z ferajny mówiła szybko i nieco ciszej niż zwykle. Wskazała na rozsypane na łóżku gadżety do niecnych zabaw, jakie tak spodobały się mytniczce. Chociaż w kajucie użyli niewielu z nich.
                  - A jak zdobędziemy statek to Jutta nie powinna protestować. Przecież to by oznaczało, że pokonaliśmy piratów. To nic nielegalnego. Jeśli ten statek był zrabowany jakiemuś właścicielowi to może się on o niego upominać. Ale nawet wtedy musiałby nam coś zapłacić. To już by była sprawa między nim a nami a nie mytników więc też chyba Jutce nic do tego. Ale właściwie to jej można o to zapytać bo ona pewnie zna te przepisy lepiej. Ale to różnie może być. Nie wiadomo skąd piraci mają statek, kiedy się były właściciel dowie, czy uda się ustalić właściciela i tak dalej. To się może toczyć tygodniami albo miesiącami. - Rudzielec jako tako orientował się jak to może wyglądać od strony prawnej ale raczej miała wiedzę z poziomu portowej dziewczyny a nie strażnika czy prawnika.

                  Egon pokiwał gorliwie głową, choć sam nadal nie wyzbył się wątpliwości.

                  – Na dwoje babka wróżyła… – zaczął wojownik i urwał, nie do końca będąc pewien rezultatu wybiegu Burgund. – Choć raczej, kiedy usłyszy o tym, że chcemy przejąć statek powinna być z nami. Onuż brałem ją już raz i podobało jej się, dzisiaj dupczyć będziemy po raz wtóry i trza powiedzieć, że pewien jestem, że też będzie jej się podobać. Przywiążemy ją tu… O, tu! – wskazał na róg łoża. – Wybatożymy co nieco, a tedy ja ją wezmę i ty się przyłączysz. Ha-ha.

                  Egon, podrapawszy się po brodzie w zadumie, zdecydował wreszcie:

                  – Gadasz mądrze, ale powiemy jej o całej rzeczy na samym końcu – rzekł. – Zanim się swawole zaczną, rzeknę jej jeszcze nieco o lady van Hansen, jak to żeśmy się z trollem bili wtedy z moim konarem w gębie będzie żywo miała przed oczami opowieści o mnie i van Hansen. Jeno tedy będzie przygotowana odpowiednio, że my tu przyszliśmy zrobić porządek z szyprem, bo z niego drab kaprawy i my porządek z nim zrobimy. A jak wezmę ją raz drugi, szepnę, że wejście na dwór milady będzie jeno ze mną, tedy posłuszna będzie nam musiała być.

                  Popił wina.

                  – Szablę ma zacną, choć wolę rąbać toporami. Ale kolejny z kompanów się nam nada, co sądzisz? Z czasem ją wtajemniczymy w kult.
                  - No tak, też myślę, że by do nas pasowała. Nieźle ją Hubert wyszkolił. Ciekawe czy ma jeszcze jakieś inne ciekawe koleżanki. - Rudowłosa pokiwała głową na znak, że też widzi w mytniczce materiał na kultystkę. Zwłaszcza jak była kochanką dwójki hedonistów z zaprzyjaźnionego zboru. Popatrzyła na łóżko i plany jakie gladiator żywił na dzisiejszą noc. Zaśmiała się wesoło. - Tak, myślę, że to przywiązywanie i batożenie też jej się spodoba. Widziałeś jak się przymierzała jak o tym wspomniałam? - Popatrzyła figlarnie na mężczyznę na to świeże wspomnienia z zachowania celnik na luźną wzmiankę o tego rodzaju harcach. - Ja już o tym w kajucie myślałam bo ona mi wygląda, że lubi być uległa jak Fabienne albo Adrienne. Pamiętasz jak tą pisareczkę z ratusza Hubert i Oksana w teatrze wyćwiczyli? No to myślę, że nasza słodka Jutka też lubi takie zabawy. Nie wiem czy tak z miejsca by się pisała na nocne zabawy w lesie przy Zachodnich Kamieniach ale pewnie na te spotkania w piwnicy u Pirory to tak. - Na tym polu też wydawała się być pewna, że dojdą z mytniczką do porozumienia.
                  - Ale z rzezaniem Wagnera i jego załogi to nie jestem pewna. To jednak całkiem co innego. - Tu jednak westchnęła i pokręciła głową. - Zresztą po co chcesz ich rzezać? Jak trafimy na tych piratów, to nam wszystko ułatwi. Będziesz miał w kogo wsadzić w topór. Nawet jak któryś z nich ocaleje to raczej nikt po nich nie będzie płakał. Za piractwo, rzeczne czy morskie i tak jest stryczek. Tak samo jak za rabowanie i trupienie na trakcie. A jak zdobędziemy ten ich statek to nie będzie miał załogi bo ich wyrżniemy. Trzeba będzie obsadzić wiosła i pewnie zostawić Wagnera i przesiąść się na tą piracką krypę. Jeszcze nie wiadomo jaka duża ta łajba i ilu trzeba ludzi aby ją obsadzić. Dlatego teraz, jak wrócimy od tych alchemików, to dobrze by było rozejrzeć się nie tylko za namiętnymi ladacznicami i dziewojami ale i kogo by można skaptować. O, chyba, że ladacznice by kogoś znały. I to samo w Saltmundzie. Bo nie wiadomo czy nas starczy do obsadzenia nowej krypy. Co prawda z prądem się płynie łatwiej no to może nas by starcztyło. Ale też nie wiada w jakim będziemy stanie. Widziałeś jak Astrid i Lars oberwali od tych orków. To po co mamy rzezać Wagnera i jego ludzi? - Ladacznica przedstawiła swoje przemyślenia jak to wszystko widzi. I dało się wyczuć, że o ile na różne harce z Juttą czy bez, jest chętna to do samej walki i mordowania się nie pali. No ale była oszustką i złodziejką a nie wojownikiem czy mordercą.
                  – A co, jeśli piraci nie napadną? – zapytał Egon, który brał taką opcję całkiem poważnie.

                  Był to poważny szkopuł w całym planie: piraci mogli napaść, ale, z drugiej strony, jak przemyśliwał rzeczy Egon, z czasem korabie podróżujące po rzece Salz w górę stawały się coraz bardziej dozbrojone. Prawda to, rzecz była świeża i pewnikiem wielu kupców mogło zlekceważyć zagrożenie, jednak piraci rzeczni istnieli dopóki, dopóty opłacało się łupić barki i proceder był w miarę tanim kosztem, poderżnąć gardła paru łyczkom i gracko wywinąć się.

                  – Dla Wagnera lepiej, żeby ci piraci wzięli i zaatakowali, bo jak nie, to sam położy karku. Ja z tej rejzy bez statku nie wychodzę. Annika, Silny, Rune dostali już ode mnie cynk, że jak piraci nie zaatakują, to dam znak i robimy przejęcie. Co, przecież tyle nie będziemy się telepać, by jeno do Salzenmund dobiec. A i Lars gadał, że Jutrzenka to rzecz do sprzedania, jeśli przyjdzie co do czego, to i tydzień w Salzenmund przepędzimy, zanim wieści o porwaniu statku się rozejdą.
                  - Myślę, że piratami to nam Jutta pomoże ale z Wagnerem to nie wiem. - Po chwili zastanowienia, rozmówczyni wzruszyła ramionami, na znak, że trudno jej przewidzieć reakcję mytniczki na pomysł rzezania zwykłych marynarzy. - Widziałeś ten tłok na dole? I na przystani? Oni wszyscy czekają aż sprawa z piratami się wyjaśni albo na wynajem ochrony. Albo po kilka łodzi będą płynąć. To oznacza, że w górę rzeki jest dla piratów mniej łodzi do napadania niż normalnie. To zwiększa nasze szanse na spotkanie z nimi ale czy rzeczywiście ich spotkamy to nie wiem. - Przyznała też, że okoliczności sprzyjają ich planom ale ich nie przesądzają. - Jakby doszło do rzezania Wagnera to ich jest ze dwa razy więcej niż nas. Samych wioślarzy jest z dziesiątka. Nie sądze aby z nich jacyś wielcy wojownicy byli, na ciachanie tych orków na brzegu, żaden nie poszedł. Ale zawsze jest szansa, że któryś wyskoczy za burtę i rozpowie kto ich napadł. Wtedy my będziemy piratami i będą nas szukać. - Dała znać jakie widzi ryzyko do rozważenia. Ale w końcu klepnęła wojownika po przyjacielsku w ramię. - Chyba faktycznie dla nas wszystkich lepiej abyśmy spotkali tych piratów. - Uśmiechnęła się i spojrzała w stronę drzwi. - Chyba Jutka wraca. - I rzeczywiście zaraz drzwi otworzyły się i mytniczka w białych bryczesach, wróciła do apartamentu. Weszła do środka i westchnęła cicho.
                  - Dwóch kolegów tam dziś nocuje. Więc są wolne tylko dwa miejsca. No ale zapytałam ich czy moi koledzy mogą tam dziś nocować jak ja będę gdzie indziej to się zgodzili. Więc dwie osoby by miały nocleg za darmo. - Streściła im czego się dowiedziała od kolegów po fachu. Łotrzyca skinęła głową przyjmując to do wiadomości. - Teraz i tak zaraz pójdą na główną izbę aby zjeść kolację i pograć w karty więc pokój będzie wolny. Można by się tam zabawić póki nie wrócą. - Dodała jakby na pocieszenie.
                  - Zaraz to my będziemy musieli iść do tych alchemików. Jak wrócimy to nie wiadomo gdzie ci dwaj będą. No ale dla Rune i Silnego by było miejsce. Chociaż nie wiem czy Silny chciałby nocować z dwoma strażnikami. Może jakby cycata ladacznica go zajęła to nie będzie zwracał na to uwagi. Albo pójdzie z nią na strych stodoły. Trzeba będzie go zapytać. A na ladacznicę czy dwie to ci twoi koledzy by kręcili nosem? - Rudowłosa pokręciła głową na boki gdy oceniała jakie mają możliwości a na koniec jeszcze zapytała celnik o ten detal.
                  - Chyba nie. Zwłaszcza jakby też mogli skorzystać a nie musieliby płacić. Ale to też trzeba by ich zapytać. - Jutta odparła po chwili zastanowienia. Więc obie spojrzały na Egona, co on na to wszystko.
                  – Silny dostanie kurwę to będzie zajęty przez całą noc – sarknął Egon, znając praktyczną naturę wykidajły z Neues Emskrank. – Nie trza mu za dużo. Ha. Choć, po prawdzie, i mi nie trzeba, he, he. No. Jak dostaną pokój za darmo i jakieś panienki do dupczenia im sprawimy, to narzekać nie będą, jeno dziękować. A że w kwaterze szlachciców nocować będziemy, to nie musimy rozpowiadać, nasza sprawa.

                  Egon postanowił zmilczeć rzecz z opanowaniem statku. Mogło być i tak, że Burgund miała rację i że całą rzecz można by było zostawić aż do punktu krytycznego. Jeśli będzie im sprzyjać szczęście, wszystko pójdzie bez zbędnego rozlewu krwi. Postanowił tedy zostawić ten temat i nie wracać do niego, póki co.

                  – Dobra, to co, schodzimy? – zapytał Egon, który chciał dopiąć sprawy.
                  - No to chodźmy bo się Silny będzie dopytywał co nam tyle zeszło. Pójdziemy do tych ladacznic i zamówimy coś dla nas wszystkich, zanim ktoś nam je zgarnie sprzed nosa. I jeśli Astrid już jest na dole to ją możemy zapytać. Bo trochę szkoda aby ją posłać do mytników albo do stodoły. A może i ona się dołoży na jakąś ladacznicę. Albo dla nas taniej wyjdzie. - Burgund złapała pod jedno ramię Egona, pod drugie Juttę, i ruszyła do wyjścia. Przeszli przez korytarz, na schodach minęli jakiegoś mężczyznę co wchodził na górę. A gdy wrócili na dół to przywitał ich ten sam gwar i zaduch jak wtedy gdy wchodzili tu z dworu. Zastali Silnego jak stał ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Rune, Lars i Astrid siedzieli na ławie przy jednym ze stołów. Kawałek dalej stał Gezackt, Giętki i Martin. Widać czekali na nich bo łysy skinął powracającym z piętra towarzyszom na przywitanie.
                  - No i co? - Zapytał czekając z jakimi wieściami przychodzą. Trójka na ławie też podniosłła głowę co z ich ustaleń wyszło.
                  – Dobra jest – rzekł Egon, który postanowił mówić jeno tyle, co wystarczało do poprowadzenia rzeczy do przodu. – Pokój mytniczki dla was, ale trza się jeszcze rozmówić z dziewkami, co by wam przez noc towarzyszyły.

                  Egon umyślnie zostawił rzecz sprawdzania pokoju szlacheckiego, w którym właśnie byli.

                  – Z Gezacktem jeszcze gadać mi przyjdzie, ale rzeknij mi, jak by to pasowało? Widzieliście ten pokój Jutty? Tam przyjdzie wam bez kosztu, jeno dziwki trza opłacić, ale jeśli wam braknie nieco, to bym się dołożył.
                  - No właśnie Silny, bo gadaliśmy, że trzeba te ladacznice zobaczyć aby nam ich nie zgarnęli sprzed nosa. A tam widziałam są ze dwie, trzy takie cycate jak lubisz. I właśnie gadaliśmy jak się nimi podzielić. - Burgund szybko dołączyła się do rozmowy i od razu posłała spojrzenie na stół z ladacznicami. Co razem z tym co mówił gladiator, sprawiło, że i mięśniak z portowych doków, też tam spojrzał.
                  - He he, pewnie, też widziałem, że są takie co by je było gdzie złapać. To chodźmy a potem do pokoju. - Łysol zaśmiał się chrapliwie, ucieszony takimi wieściami. I skinął głową aby podążyli za nim na negocjacje z płatnymi kochankami. Za jego plecami łotrzyca posłała gladiatorowi szeroki uśmiech i szepnęła mu.
                  - To ja go idę zagadać a ty powiedz im jak jest i też dawaj do nas. - Wskazała na siedzącą trójkę jaka była zbyt obolała aby swobodnie samemu chodzić. Ale też czekali na wieści dotyczące dzisiejszego wieczora. A rudzielec szybko podążyła za mięśniakiem.
                  - To co wymyśliliście? - Lars zapytał Egona gdy sytuacja się nieco uspokoiła.
                  - Chyba nie będziemy tu spać na podłodze? Razem z nimi wszystkimi? - Astrid lekko skinęła blond głową na resztę izby. Jakby obawiała się, że przy takim tłoku to nie starczy dla nich miejsca aby spać w bardziej cywilizowanych warunkach. Rune na razie czekał co z tego wszystkiego wyjdzie.

                  Egon w istocie nieco zapomniał o Astrid i Larsie, którzy w jakiś niepojęty sposób zniknęli podczas całego zamieszania. Cóż, była to jego pierwsza wyprawa do Salzenmund, bowiem gladiator rzadko kiedy podróżował wzdłuż rzeki, niewprawny w morskie (ani i rzeczne) wojaże.

                  Egon stwierdził - cóż, wszakże w pokoju dla szlachty był on sam, Burgund i Jutta i w zasadzie wszyscy, poza być może dziewkami z burdelu.

                  – Dwa pokoje mamy – rzekł Egon wreszcie. – W pierwszym Rune i Silny i ich ladacznice, licz czterech luda w pokoju. Potem my, znaczy się, ja, Burgund i Jutta. Pokój spory, ale jak byście chcieli dołączyć, to trza nam chyba zrezygnować z kurew, za dużo luda jak na jeden pokój. Ale zmieścić się powinniście bez problemu, jak wejdziecie, choć może nie wszyscy na łożu.

                  Wzruszył wreszcie ramionami. Egon musiał przyznać, że cała ta gadanina poczęła go mitrężyć, skoro stajnia i burdel były przecież otwarte. Ciekaw jednak był zdań Larsa i Astrid i, cóż, Anniki.
                  - Dwa pokoje na nas wszystkich, to trochę mało. - Lars zadumał się gdy usłyszał te wieści. Podrapał się po brodzie i w końcu wzruszył ramionami. - Ale ja dziś muszę odespać te orcze topory. - Poklepał się z uśmiechem na rozdarcie kolczugi jakie zielonoskórzy mu sprawili. - Wezmę sobie miejsce na dachu stajni. Tam powinno być cicho i sucho. Z dala od tej czeredy. - Wskazał kciukiem na większość sali za swoimi plecami.
                  - No jak macie dla mnie pokój z Silnym to w porządku. Biorę to. - Rune też był zadowolony z takiego przydziału. Obserwował plecy mięśniaka i łotrzycy. Ci zatrzymali się przy stole z młodymi kobietami w śmiałych kreacjach i zaczęli z nimi rozmowę.
                  - No ja bym jednak wolała spać w pokoju. Najlepiej w łóżku. Ale jak chcecie to mogę się na ladacznice i wino dorzucić. Chociaż Jutta też mi się spodobała to może być. Chyba jest za darmo co? - Córka jarla nie była aż tak niewybredna jak koledzy ale starała się dorzucić coś od siebie do wspólnej puli. A w międzyczasie wróciła czarnowłosa służka lady Mannlieb. Sprawnie lawirowała między zatłoczonymi ławami i stołami.
                  - Coś mnie długo trzymało. Ale podsłuchałam, że na podwórzu chyba jakaś bitka będzie czy co. Ale to chyba dopiero się zbierają. No chyba, że się rozejdzie po kościach to nie będzie. A co tam u was? Wiadomo już gdzie śpimy? - Streściła im świeżą plotkę bez większego zainteresowania machając dłonią z kierunku skąd przyszła. Ale też chciała wiedzieć jakie mają plany na nocleg.
                  – To może pójdziemy zobaczyć tą bitkę? – Egon zastrzygł uszami, słysząc, że będzie jakaś walka. – A jak wam dwa pokoje nie stykną, to mógłbym wam wyłożyć jeszcze żeliwo na noc w bordelu, ale musielibyście wziąć sobie ladacznicę. Burdel to burdel, a nie jakaś tam przystań.

                  Egon przemyślał rzecz jeszcze raz: w pokoju szlacheckim będzie on, Jutta, Burgund i Annika z jedną kurtyzaną, co dawało pięciu ludzi. W izdebce Jutty będzie Silny i Rune i ich ladacznice, czyli czterech luda.

                  – Zda mi się, że najlepiej będzie dla was dołączyć do nas albo do Rune i Silnego – wzruszył wreszcie ramionami, nie wiedząc, jak rozwiązać problem Astrid i Larsa. – To albo wynajmiecie kurwę z pokojem w zamtuzie.
                  - Chyba jeszcze nie zaczęli. - Czarnowłosa pokojówka spojrzała w głąb izby - Słyszałam ich przez drzwi bardachy to nie wiem którzy to gadali. - Przyznała z pewnym rozżaleniem.
                  - Jak będzie jakaś bitka to na pewno to usłyszymy. Ludzie zawsze się zbiegają aby to oglądać. - Lars też powiódł spojrzeniem po sąsiednich stołach ale wydawał się sądzić, że porządna bitka to nie przejdzie niezawuażona.
                  - Egon ale w pokoju mytników to będzie jeszcze dwóch mytników. A tam są dwa piętrowe łóżka. - Jutta przypomniała kochankowi o ograniczonej pojemności darmowego noclegu.
                  - Ja tam mogę spać gdziekolwiek. Nie chcę wam robić kłopotu. Ale jakbym mogła z tobą to by było miło. A jak nie to trudno, może jutro na statku się coś uda skręcić albo w Saltmundzie. - Annika zaznaczyła, że sama nie jest wymagająca jeśli chodzi o nocleg. Chociaż przyznała, że opowieści koleżanek co się działo w kajucie, wyostrzyły jej apetyt na głębsze poznanie mytniczki.
                  - To jak tak ciasno to możemy wynająć ladacznice i pokój w zamtuzie. Szkoda Lars abyś sam spał w tej stajni. A i mnie będzie raźniej jak będę miała kogoś swojego. Ty Annika jak chcesz, to też możesz do nas dołączyć. - Astrid wrociła tematem do noclego. Spanie w stodole niezbyt jej odpowiadało a jak dwa wspomniane pokoje były już dość zajęte to zaproponowała zamtuz.
                  - No jak córka jarla zaprasza to nie wypada mi odmówić. - Morski wilk zaśmiał się rubasznie ale wydawał się być zadowolony z takiej propozycji.
                  - To może pójdziemy wybrać te ladacznice? - Jutta wskazała na plecy Silnego i Burgund. Wyglądało na to, że całkiem wesoło sobie rozmawiają z płatnymi kochankami. - Jak się z nimi umówimy to będziemy mogli pójść do tych alchemików. Bo nie chciałabym z lasu wracać po zmroku. - Mytniczka popatrzyła na nich pytająco.
                  - Ja sobie dziś daruje spacery. - Lars uśmiechnął się i wskazał na swoją poszarpaną orczymi toporami kolczugę. Rune i Astrid też dali znać, że wolą zostać na miejscu.

                  – Dobra, to chodźmy zobaczyć te kurewki, co Silny i Rune będą dzisiaj obracać – Egon zgodził się z Juttę. – Potem do alchemików pójdziemy. Ale ja bym najpierw kurwy chciał wybrać. Ty Burgund znasz się dobrze, chociaż ty Jutto z Hubertem nie raz puszczałaś się w swawole. Ja bym, uważasz, dla Silnego i Rune chciał takie, co by zmieścić dużo mogły, bo tych dwóch to wojownicy jako i ja, byle piczka im nie dogodzi. A i też dobrze, abyśmy mieli taką, co lubi poczuć bat na swym grzbiecie. Sam smagać ją będę i brać, tedy musi być niby bretoński gniadosz, znaczy się, jeździć na niej można godzinami i jeszcze podobać jej się będzie, jak usłyszy dźwięk witek. No! Ale dość gadania. Chodźmy.

                  I poszedł tak, jak przykazała Burgund.

                  Po rubasznej wypowiedzi gladiatora, wśród jego towarzyszy rozeszły się swawolne śmiechy. O ile jeszcze mytnik czy norsmeńska szlachcianka starały się zachować jakiś umiar to Annika, Rune i Lars rechotali bez żenady. Aż się Silny z Burgund z zaciekawieniem obejrzeli się za siebie, co ich tak rozbawiło.
                  – To ja też chcę taką. Brzmi jak moja milady. Gdy się z nią zabawiamy a z niej bardzo zdrowa i lubieżna klacz. ~ Annice błysnęły oczy jakby zamówienie gladiatora bardzo przypadło jej do gustu. I nachyliła się aby szepnąć mu do ucha. A potem roześmiała się i poszła w stronę stołu zajmowanego wyłącznie przez młode, wydekoltowane kobiety.
                  – A mnie też będziesz smagać i brać? Tak jak w kajucie? Ja też mogę wiele zmieścić i to nie tylko w piczkę. Jak chcesz jeszcze jedną, to mogę pogadać z tą moją koleżanką ze stajni. Ona też lubi takie zabawy. ~ Jak tylko pokojówka lady Mannlieb zwolniła miejsce u boku gladiatora to celnik chętnie je zajęła. Niby szli we dwójkę w stronę pracujących tu kobiet ale widać było, że słowa brodacza pobudziły brunetkę i nabrała ochotę na wieczorne swawole takie jak parę dzwonów temu w kajucie. No ale już znaleźli się na miejscu. Trafili właśnie na środek rozmowy.
                  - Tylko mi powiedz gdzie chcesz skończyć? W ustach? Na twarzy? Na dekolcie? A może w środku? Tam z tyłu czy na plecach też lubię. - Jedna z ladacznic lekko wstała i przez stół patrzyła kusząco wprost na twarz Burgund. Jej pełny biust aż wylewał się z bardzo śmiałego dekoltu a i z twarzy była ładna. Łotrzyca nachyliła się ku niej, jakby chciała jej coś szepnąć albo nawet pocałować. Ale wtrącił się Silny.
                  - Ej chwila! Jak to ona!? Ona w tobie nie skończy! Nie ma czym! To ja miałem być! - Był wyraźnie rozbudzony i zirytowany jakby kamratka Łasicy znów psuła mu szyki.
                  - Ależ to nie jest wykluczone mój lwie. Ale to twoja koleżanka pytała o moje możliwości więc jej demonstruję. - Ladacznica obdarzyła go uroczym uśmiechem jakby to była tylko kwestia ceny aby nim się zajęła tak jak mówi. Łysy akurat zorientował się, że gladiator do nich podszedł.
                  - Egon! Chcę tą! Dawaj tą dla mnie! - Wskazał na rzeczoną ladacznicę i był bardzo zdecydowany. Za jego plecami gladiator dojrzał jak Burgund kiwa głową na znak zgody.
                  - Myślę, że oboje pasujecie do siebie na tą noc. - Rzekła na głos pokazując na ladacznicę i jej łysego klienta.
                  - Dla nas to chyba Ingrid byłaby dobra. - Jutta cicho rzekła do Egona, wskazując na blondynkę ubraną w norsmeńskim stylu. - Albo Adele. - Pokazała na brunetkę siedzącą obok. Długie, ciemne włosy i nieco śniada cera, nadawały jej tileański lub estalijski wygląd.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine jako Egon Herschkel
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #337

                    Akurat żadna z nich to nie była ta, która wpadła portowemu oprychowi w oko. A też wyglądały gładko i jędrnie. Wszystkie wydawały się być rozbawione dotychczasową rozmową.

                    Egon zarechotał na słowa pokojówki lady Mannlieb, dając gest, że później się do sprawy wróci.

                    – Możesz wziąć, Silny – Egon zbyt nie był jakoś przywiązany do tego, którą z rzecznych ladacznic przyjdzie mu chędożyć. – Dobrze gadasz, Jutta, Adele zda mi się najlepsza dla nas. Ingrid niechaj dołączy do Silnego i Rune, będą chłopy miały dość roboty na noc, ha!

                    Podszedł do Adele. Postanowił rzecz załatwić czym prędzej, bo noc uciekała, a oni jeszcze potrzebowali wstąpić do pracowni alchemicznej. Egon głowił się, ileż to lecznicze dekokty mogły kosztować - oczywiście, najwięcej pewnie musiał dostać Lars, ponieważ najwięcej razów dostał od orczego topora. Być może później, po drodze, mógłby rozpytać, czy przypadkiem w okolicy nie było więcej orczych napadów? Wszak zielone bestie zdawały się nie znać żadnego pana poza swoimi wodzami, jednak Egon czasem widywał na ich łysych czaszkach znaki, które przywodziły mu na myśl Krwawego Ogara. Egon ciekaw był, czy może jeśli pokazałby im fetysze albo banner, to czy dzikusy nie zatrzymały się przynajmniej, widząc swojego? Interesująca to była rzecz, ale nie na teraz.

                    – Witaj, nadobna pani – skłonił się. – Zostaniesz z nami na tę noc?
                    - Czemu nie kawalerze. - Brunetka uśmiechnęła się zalotnie. Po czym spojrzała na rudzielca. - Słyszałam, że macie duży rozmach co do planów na dzisiejszą noc. - rzekła jakby coś już Burgund zaczęła rozmowy w tej sprawie, zanim reszta do nich podeszła.
                    - Adi, taka zdrowa i namiętna dziewczyna jak ty, na pewno podoła wyzwaniu. - Łotrzyca starała się ją zachęcić aby się zgodziła. Nawet nachyliła się nad stołem, przez co prowokująco wypięła się dla koleżanek i kolegów. Annika bez skrępowania zaczęła oglądać jej tylny profil. Jednak rudzieleć coś zaczęła szpetać ladacznicy na ucho. Nieco się odsunęła aby sprawdzić jej reakcję.
                    - Doprawdy? - Adele popatrzyła na nią, jakby nieco z niedowierzaniem a nieco z rozbawieniem. Ta jednak pokiwała głową. - No cóż… To jak za całą noc to by było 20 monet. No chyba, że coś wymyślicie co podróży stawkę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na Egona i resztę czy pasują im takie warunki. Burgund też się wyprostowała i teraz zaczęła szeptać na ucho gladiatora ~ Powiedziałam jej, że mamy apartament szlachecki i dużo zabawek. I za dodatkowe osoby to zwykle bierze się więcej a ceny są za jeden na jeden. To powiedziałam jej, że głównie tobą by musiała się zajmować bo ja z Anniką weźmiemy się za Juttę. Ale wiesz jak jest, jak już będzie z nami w pokoju i zabawa się rozkręci to pewnie i tak się wszystko wymiesza. ~ Dziewczyna z ferajny miała niezłą orientację w cenniku i zwyczajach ladacznic i zdawała sobie sprawę, że Adele czy któraś z jej koleżanek może zażądać więcej niż za zwykłe figle z jednym klientem. Więc starała się jakoś jej to osłodzić aby pozostała przy standardowej stawce. Na razie płatna, biuściasta brunetka zgodziła się ale zostawiła sobie furtkę jakby okazało się w nocy, że wymagają od niej czegoś więcej niż się teraz umawiali.

                    Egon musiał przyznać, że rozeznanie Burgund w całej tej sprawie było zaiste tak dalekosiężne, jak nurty rzeki Salz, stąd aż do rozlewiska na Morzu Szponów. Zdawało się, że ulicznica dobrze rozumiała zwyczaje kurtyzan, toteż miał nadzieję, że kiedy przyjdzie im przekroczyć bramy Salzenmund, w podobny sposób uda jej się pociągnąć rzecz z krypą, którą wkrótce mieli posiąść, w ten czy inny sposób.

                    – Rozmach rozmachem, ale żeliwo zgadzać się musi – Egon podrapał się po swoim kudłatym łbie z roztargnieniem. – Dziś Adelo będziesz usługiwać jeno mi, a z mymi przyjaciółkami zaczniesz, kiedy będzie ci się podobało lub też nie. Tedy myślę, że cena pasuje? Opłacę z góry, ile trza.

                    I sięgnął do swej kabzy z grosiwem.
                    - Oczywiście Adi, będzie mi przykro jeśli ja bym nie spełniała twoich gustów no ale dobrze, zrozumiem jeśli tylko Egon ci się podoba. - Burgund świetnie sparodiowała dramatyczny ton i pozę, kładąc sobie dłoń na piersi jak jakaś aktorka odgrywająca starożytne tragedie. Wyglądało to tak komicznie, że i ladacznice, i ferajna Egona, roześmiali się serdecznie rozbawieni.
                    - Burgund, wiesz przecież, że różne rzeczy mogą się wydarzyć. Zwłaszcza jak chodzi o tak urodziwe i zabawne dziewczęta jak ty. - Adele odparowała w podobnie kokietującym stylu jakby towarzyszkom gladiatora nie była niechętna. No ale trzeba było się rozliczyć.
                    - Ale robisz to z kobietami? Dobra jesteś w takie zabawy? - Annika włączyła się do rozmowy i przyglądała się płatnej kochance z zaciekawieniem. Ta uśmiechnęła się i wezwała ku sobie Ingrid jaka siedziała obok. Blondynka zbliżyła się ku niej i zaczęły wolny pocałunek. Mimo łagodności kilkuosobowa widownia przyglądała się temu z zaciekawieniem.
                    - Czy tak może być? - Adele zapytała czarnowłosej pokojówki gdy jeszcze obejmowała swoją blond sąsiadkę.
                    - Tak! Też tak chcę! - Annika roześmiała się serdecznie, w pełni usatysfakcjonowana. - A myślicie, że tą blondynę też możemy wynająć? - Ciszej zapytała kolegów i koleżanek jacy przeliczali monety ze swoich sakiewek.
                    - No ja bym bardzo chętnie ją wzięła ale nie wiem czy nas stać. Chyba, że ciebie. - Burgund odparła gdy przeliczała na dłoni kolejne monety.
                    - Ja mam z pięć brzdęków. Może dziesięć. Moja milady mi dała. Jak trzeba to mogę komuś w pysk dać. Może z tego by parę groszy było? - Czarnowłosa też sięgnęła do swojej sakiewki. Ale widać było, że jest dużo cieńsza niż kolegów i koleżanek. - Milady dała mi też jedwabne majtki. Może za nie coś bym dostała? - Popatrzyła pytająco po towarzystwie.
                    - Może jak się te majtki spodobają którejś z dziewczyn to ci weźmie nieco taniej. Może z parę monet. - Burgund odparła tonem znawczyni tematu. - Jakby mi się spodobały to bym wzięła od klienta. - Uśmiechnęła się do pokojówki. - Ciekawe jak tu grają. Może dałoby się coś ugrać na dzisiaj. Jacyś frajerzy do wygolenia zawsze mile widziani. Tylko nie mój teren to nie wiem czy jacyś dzisiaj tu są. - Ruda głowa podniosła się aby rozejrzeć się po sali. Owszem widać było, że tam czy tu grają w kości albo karty i to całkiem popularna rozrywka. Ale trudno było tak na oko ocenić jakiej jakości są to gracze.
                    – Styknie nam Adele, cokolwiek więcej chyba nam nie trza – Egon wzruszył ramionami. – A i tak będzie dość ciasno, jak może i Astrid przyjdzie, któż tam wie, co jej w głowie siedzieć może. Przeto miarkować się trza, izdebka wszakże wyśmienita, ale żebyśmy czasem tym chędożeniem ludziom się na głowy nie zwalili. No i… Trza nam pamiętać, że jeszcze nieco żeliwa trza, żeby mistrzów od wywarów opłacić, nie znamy wszak jeszcze cen.

                    Zmiarkował, że Burgund gada jeszcze o grze w kości.

                    – Nie moja rzecz, jak umiesz, to możesz uderzać do nich – Egon poniechał sprawy hazardu, był bowiem dla niego tak samo zrozumiały, niby magia, którą władał przebudzony czarownik Gonsar w swym mrocznym kurhanie. – Ale jak się zakręcisz, to wygraj co, a nie stratna bądź, he-he – klepnął Burgund w ramię.

                    Zrozumiawszy, że sprawa z Adele była już zagospodarowana, Egon wyłożył swe monety na stół.

                    – Dobra, to co, idziemy do alchemików? Burgund, jak chcesz się rozeznać w grze, możesz zostać. Może niechaj Jutta idzie ze mną, może zna te mistrze, co się w warzeniu dekoktów specjalizują?
                    - No to może zostanę. Z tymi miksturami to wiele wam nie pomogę. Chyba, że do łożnicy by mieli to bym mogła się zakręcić. - Burgund chętnie przystała na pomysł aby została na miejscu. Po czym spojrzała jeszcze na pokojówkę lady von Mannlieb. - Annika, chyba na początek ja i Jutka będziemy musiały ci wystarczyć. A Egon zajmie się Adele. A potem to widziałaś, jak jej się spodoba to się do nas dołączy. A na pewno się spodoba bo przecież takie rasowe klacze jak my, to komu by się nie spodobały! Na początek ty i ja weźmiemy Jutkę w środek i zobaczymy jaka jest giętka i pojemna. Co ty na to? - Łotrzyca zagadała wesoło do czarnowłosej aby tej nie było tak żal, że stać ich tylko na jedną ladacznicę.
                    - No my się jeszcze nie miałyśmy okazji poznać. Ale tak jak Burgund mówi, myślę, że może być całkiem ciekawie. - Mytniczka też była dobrej myśli na takie zabawy. Więc i Annika się do nich uśmiechnęła.
                    - No pewnie, że tak. Dobra, to niech Lars i Astrid sobie wezmą tą Ingrid albo inną. Ja pójdę z wami. - Rozpogodziła się i machnęła ręką na bliższe zapoznawanie się z blond ladacznicą tej nocy.
                    - No dobra to jesteśmy umówieni. To ja idę z Egonem do tych alchemików. Ktoś jeszcze idzie z nami? - Celnik rozejrzała się po gladiatorze i towarzystwie. Na razie tylko łotrzyca się zadeklarowała, że zostaje na miejscu.
                    - A co, zgubicie się czy co? - Silny popatrzył na nich nieco kpiąco.
                    - Jak chcecie to ja mogę z wami pojść. Ale nie znam się na tych miksturach. - Annika zaoferowała swoje towarzystwo.
                    – Wspaniale – Egon zatarł ręce, widząc, że wszystko układa się, jak ma. – Annika, możesz pójść z nami, jak chcesz.

                    Egon wolał pójść z Juttą przede wszystkim - prawdopodobnie znała tutejszych i być może Egon mógł się z czasem powołać na jej autorytet i znajomości, tudzież przywołać opowieść o lady Froyi van Hansen i orków. Może jeśli to zrobi, to mistrzowie alchemiczni dają mu nieco upustu? Miał się wkrótce o tym przekonać.

                    Skinąwszy na swe dwie towarzyszki, skierował się do wyjścia z Łabędzia, choć tu i ówdzie rzucał spojrzenia za siebie, bowiem wieść o tym, że miała być bitka sprawiła, że krew buzowała mu w żyłach nieco mocniej. Jeśli trza by było ustawić paru łyczków, nie pogardziłby tym, bo od czasu bitwy z orkami minęło już nieco czasu.

                    Wyszedł wreszcie.
                    - To idźcie. Jakbyście trafili na jakieś zdrowe, namiętne wieśniaczki to dawajcie je do nas. - Burgund pomachała im dłonią na pożegnanie i uśmiechnęła się szelmowsko.
                    - Tu Egon to sobie poradzisz. Ale ja to zostaje jakbyś tą wywloka wkurzyła kogoś na tyle, że chciałby jej przylać. No i… - Silny obdarzył łotrzyce uśmieszkiem pełnym wyższości na co ona przewróciła oczami. Ale też na koniec spojrzał w stronę trójki poszkodowanych w walce z orkami. Astrid, Lars i Rune dzielności nie brakowało ale w tej chwili nie byli w najlepszym stanie.
                    - To bawcie się dobrze. My do zmroku powinniśmy wrócić. To trochę więcej niż pacierz w jedną stronę. - Jutta też pożegnała się od siebie. Po czym obie z Annika, wyszły za gladiatorem. - Tędy do bramy lądowej. Musimy wrócić zanim ją zamkną. A zamykają o zmroku. - Szatynka w białych bryczesach wskazała kierunek przed siebie. Znów szli chodnikiem z drewnianych bali, pomiędzy chatami i stodołami. Brama w palisadzie była otwarta. Na jej bokach były niewielkie wieżyczki, też z grubych bali. Ale nie aż tak wysokie i mocarne jak ta wieża nad rzeczną bramą. Gdy wyszli poza ogrodzenie dojrzeli kilka obejść. Chłopskie chaty, stodoły, obory, jakieś szopy. Właściwie to już wyglądało na małą osadę jaka przylegała do rzecznej tawerny.
                    - Tu jest kowal. Podkuwa konie i wyrabia różne metalowe rzeczy. Głównie dla klientów z Łabędzia. A tam głębiej jest bartnik. Ma miód, maści z miodu, wosk, świece z niego robi ale cicho bo nie ma licencji. Ale i tak w Łabędziu to głównie od niego miód i świece biorą. I miód pitny. Bo on chyba z Ostlandu albo Kisleva jest. A wiadomo, Ostlandczycy to w połowie Kislwvczyvy. Wesołe, dorodne córki ma. - Idąc przez osadę, mytnik tłumaczyła im co mijają. Aż minęli ostatnie budynki i znaleźli się na polnej drodze w lesie.
                    - To tędy. Do tych alchemików. Oni tu głównie mają skład. Bo wiadomo, wiele składników na te ich mikstury i maści to jest z lasu, rzeki albo bagien. Więc w mieście i to trudno i drogo. Więc zbierają i skupują tutaj. Ale większość wysyłają do Saltmundu. Tam mają sieć sklepów i aptek. - Opowiadała im po drodze co i jak tu działa na lokalnym rynku.

                    Magazyn alchemików

                    Egon szedł wolno. Zmierzchało się już, tedy mieszczanie z wolna poczęli rozpalać lampy olejne na swych drogach, które, jak zauważył, były różnorakiej jakości, inne od tego, do czego był przyzwyczajony w mieście: tu i ówdzie znalazły się kocie łby, które pozwalały na swobodny i szparki marsz, jednak w paru miejscach kamienie były zapadnięte, a droga przechodziła w ubity, nieco zabłocony trakt.

                    – Dorodne córki, powiadasz… – Egon pogładził brodę, wiodąc wzrokiem po domostwie bartnika, licząc, że właśnie miał owe dorodne córki zobaczyć. Ocknął się jednak i dodał: – Ano, co tam gadać, pewnie tu na miejscu niewielu mają do zrobienia porządnego interesu.

                    Język swędział Egona, żeby powiedzieć Jutcie o całym wybiegu ze statkiem, ale nie mógł zdradzić się ze swym zamysłem. Wtedy, niby przelotnie, zapytał:

                    – Tak po prawdzie nie znamy się długo. Rzeknij co więcej o tym twoim mytnikowaniu. Długo z tymi piratami kłopot macie? Z tym Haynrichem Wagnerem długo się znasz? Zdaje się, że człek konkretny, ale w poznać od razu, że w rzyci ma kij, niby lancę.
                    - No synów barnik też na jurnych ale ciebie to pewnie córki by bardziej interesowały. A takie zdrowe, rumiane, jedna blondynka druga kasztanka. Ta najstarsza to już wyszła za mąż to wyjechała stąd ale też była niczego sobie. Ta moja koleżanka ze stajni, to ich sąsiadka to trochę o nich wiem. - Jutta zaśmiała się na uwagę kolegi i powiedziała nieco więcej o rodzinie bartnika.
                    - Próbowałaś ich? Tych córek też? - Czarnowłosa spojrzała na nią zaciekawiona.
                    - Tak trochę. Zdarzało mi się kończyć z nimi na sianie w stodole ale to większe zabawy były. A to festyn, a to odpust, a to wesele. Tak jeden na jeden to ich nie próbowałam. Ale jak się z nimi spotkam to raczej jest sympatycznie. Jak chcecie to możemy do nich zajść jak będziemy wracać. Powiemy, że chcemy kupić maść na rany, świece albo miód pitny czy coś. I, że dopiero przypłynęliśmy to dlatego tak późno. - Celnik podsunęła im myśl do rozważenia. A na razie szli leśna drogą w głąb lasu.
                    - A Wagnera znam tak sobie. Regularnie pływam z Neus Emskrank do Saltmundu i z powrotem. Ale na różnych krypach. To czasem trafiam na niego. Inni mytnicy też tak robią. W Saltmundzie mają wilcze statki no ale one ruszają do grubych spraw albo od razu na morze. Tych piratów mieli szukać ale ich nie znaleźli. Oni to od niedawna grasują. Parę tygodni. Może miesiąc. To trochę dziwne, że nikt ich dotąd nie widział. Pozostawiają zakrwawione, puste łodzie i znikają jak duchy. Dziwne. - Zamyśliła się gdy mówiła o tych piratach. - A wy? Skąd się znacie? - Zerknęła na nich z ciekawością. Odkąd weszli w las, zrobiło się ciemniej. O ile nad rzeką dzień już się kończył ale wciąż było widno, to pod drzewami zmierzch przychodził wcześniej.
                    – Z miasta – odparł po prostu Egon, który, nauczony łganiem Łasicy i Burgund, wiedział, że najlepsze kłamstwa bywają półprawdami. – Ja sam jestem najemnikiem z Middenheim, ongiś na arenach biłem się… Choć po prawdzie i jeśli by dobrze płacili, to dawałbym w mordę łykom dalej. Moich kompanionów poznałem w Neues Emskrank w karczmach, ot, cała historia. Burgund przy kurwieniu się – Egon zaśmiał się.

                    – Do bartnika zachodzić nie trza, dużo nam roboty na noc będzie, a i wszystko opłacone – mówił, mając na myśli Adele. – Chodźmy czym prędzej do alchemików, zanim słońce zanim zajdzie. Łuczywa nie mam, a pewien nie jestem, czy polegać będzie można na lampach przy drodze.

                    Wiedziony przeczuciem, rzekł jeszcze:

                    – Sam bym tych piratów rad spotkał, wyglądają na sprawne bastardy. Tyle statków tak gracko ogołocić, dobrzy muszą to być wojownicy.
                    - Albo jakiś potwór. Właściwie jak nikt ich nie widział aby to opowiedzieć, to nie wiadomo kto to jest. - Mytniczka wzruszyła ramionami przekazując im kolejną plotkę o tych pirackich napadach. - No cóż. Mam nadzieję, że cokolwiek to jest, to temu podołamy. Chociaż ja to bym wolała bez przygód dopłynąć do Saltmundu. - Przyznała, że ona sama wacle nie pali się do walki.
                    - Ja to trafiłam do hospicjum przez dziwne sny. Myśleli, że jestem wariatka. I w ogóle agresywna. - Annika powiedziała coś o sobie. - Ale dzięki bogom Otto i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. I Marissę. Ona też tam siedziała. I powiem wam, że tak dobrze jak u mojej milady teraz to jeszcze nie miałam. Mamy z Marissą własny pokój. Są trzy łóżka a nas jest dwie. Codziennie mam jedzenie i taką lurę jak w hospicjum. No i nasza milady jest dla nas bardzo dobra i miła. I bierze kąpiel codziennie. A my jej pomagamy. - Czarnowłosa dodała nieco więcej szczegółów. Ale o snach oraz, relacjach ze swoją milady dość oględnie. Tylko enigmatyczny uśmieszek gdy spojrzała na gladiatora, sugerował kosmaty podtekst tej znajomości. Na razie jednak szli przez ten ciemniejący las. Aż mytnik powiedziała, że już niedaleko. I miała rację. Jeszcze ze dwa zakręty i zobaczyli bramę wjazdową i proste ogrodzenie z belek. Raczej przeciwko bydłu bo ludzie bez problemu mogliby przejść pomiędzy belkami. Gdy jednak podeszli jeszcze bliżej ujrzeli coś nietypowiego.
                    - A to co? - Annika zdziwiła się. Widać było dużą chatę i jakieś stodoły czy inne budynki gospodarcze. W niektorych oknach już paliło się światło. Ale najbardziej w oczy rzucał się powóz. Drogi, porządny, zaprzęgnięty w dwie pary koni. Godny szlachcica, bogatego kupca czy kapłana. - Tu zawsze tak jest? - Pokojówka milady zapytała mytniczki. Ta wzruszyła ramionami i odpowiedziała po chwili.
                    - Bo ja wiem. Nie za każdym razem jak nocuję w “Łabędziu” to tu zachodzę. Właściwie tylko ze dwa, trzy razy tu byłam. No ale cóż. Przynajmniej widać, że jeszcze otwarte. - Mimo, że też wyglądała na zaskoczoną tą sytuacją to wydawała się brać to za dobrą monetę. Na koźle siedział stangret i chyba z nudów obserwował ich nadejście. Miał na sobie brunatny, porządny płaszcz a pod spodem kubrak z barwnymi dodatkami. Chyba ich trójka idąc spokojnie, nie wzbudziła jego podejrzeń bo zachowywał się spokojnie. Gdy podeszli jeszcze bliżej i obeszli konie widać było trójkę pasażerów. Rosły mąż opierał się o słup ganku. U pasa miał miecz, pistolet a na sobie brygantynę. Wyglądał na ochroniarza albo wojownika. Co chwila pluł pestkami słonecznika jaki przeżuwał w flegmatycznym tempie. A przy samym wozie stały dwie damy. Młode, szczupłe, wypielęgnowane. Chyba o czymś rozmawiały ale jak zobaczyły nadchodzącą trójkę to zamilkły i obserwowały ich z zaciekawieniem.
                    - Moja milady ładniejsza. Ale te też całkiem, całkiem. - Annika szepnęła z krzywym uśmieszkiem patrząc na te dwie stojące przy powozie.
                    - Ciszej. To mogą być szlachcianki. - Jutta widocznie nie chciała kłopotów. Ale też ciekawie się przyglądała tym dwóm kobietom. Półmrok pod drzewami utrudniał już dostrzeżenie detali ale widać było, że mają eleganckie, barwne suknie, starannie upięte włosy i ładne, błyszczące kolczyki. - No ale tak, niczego sobie. - Po dwóch krokach zgodziła się z Anniką w ocenie atrakcyjności obu kobiet.

                    Egon, zorientowawszy się, że to niemalże już noc zapadała, stał się bardziej czujny. Choć tu, w miarę blisko Łabędzia, można było spodziewać się, że będzie jakaś ochrona, straż i tyle, ile tylko mogło wysupłać ze swej kiesy miasto, wojownik wiedział, że bandy orków i zwierzoludzi, czasem wygłodniałe i zdesperowane, mogły podchodzić i tutaj. Szczególnie zaś orkowie mogli szukać zemsty za rozgromienie ich na plaży. Zielonoskórzy zdawali się odradzać na podobieństwo hydry, okrutne niby rosomaki i gżące się między sobą na podobieństwo królików, przeto wybicie nawet całego plemienia lub wielu plemion nie gwarantowało bezpieczeństwa.

                    Kiedy doszli wreszcie do warsztatu alchemicznego, Egon przywitał widok bez większego zdziwienia. Wojownik spodziewał się, że wszak normalną rzeczą byłoby, gdyby chata mistrzów była chroniona jakoś znaczniej. Wiedział, że dekokty mogły być warte sporo złota, toteż chata mogła być celem zwykłych rabusiów, a i jakikolwiek mutant, który mógł zwiedzieć się dziwnymi ścieżkami mógł obrać ją sobie na cel.

                    – Witajcie, moiściewy – Egon skłonił się prewencyjnie, nie wiedząc, z kim ma do czynienia. – Jakże dzień minął? My do mistrzów warzelni po dekokty, bo kompanioni nasi ranni.

                    Wyrzekłszy te, zdało mu się, dość neutralnie brzmiące i w miarę dyplomatyczne słowa (cóż - wszak nie był blagierem pokroju Burgund albo Łasicy), oczekiwał odpowiedzi.
                    Skoro on się zatrzymał aby się przywitać to i jego obie towarzyszki zrobiły to samo. Skinęły głowami do jego słów. I na przemian wodziły wzrokiem po całej trójce stojącej na ziemi i jeszcze woźnicy na koźle. Ten akurat wyjmwował i nabijał fajkę i tylko im skinął w odpowiedzi. Ten ochroniarz przy słupie lekko wzruszył ramionami jakby mu było wszystko jedno. I sięgnął po kolejne ziarno słonecznika, jaki wsadził sobie do ust. Więc przywitanie się, przejęły te dwie młode kobiety.
                    - Witaj kawalerze. Może trochę poczekasz? W środku jest nasz szef i załatwia interesy. Nie lubi jak mu się przeszkadza. Może poczekasz tu z nami, na niego? - Zaćwierkała słodko pierwsza z nich. Druga pokiwała głową na znak zgody.
                    - Koleżanki też zapraszamy. Co tak będziemy słupy podpierać jak Plujka. - Wskazała na tego w pikowanym kaftanie. Ten lekko pokręcił głową i beznamiętnie wypluł kolejną pestkę. Jutta i Annika popatrzyły na to wszystko i na koniec na Egona.
                    – Oni też chyba nie są stąd – Szepnęła mytniczka ale nie była pewna jak teraz postąpić.

                    Egon zmrużył oczy na wzmiankę o “szefie” i o tym, że coś tam stary miał załatwiać jeden na jeden z alchemikami. Jego ręka instynktownie powędrowała na rękojeść topora, jak gdyby cała rzecz miała być jakimś wybiegiem. Lub, może, z drugiej strony, naprawdę był to jakiś kupiec, co zamarudził na szlaku i dopiero teraz musiał się odkuć?

                    – Zwę się Egon, Salzenmund – umyślnie zrobił pauzę między swym imieniem, by nie było od razu jasne, czy pochodzi z Salzenmund czy do niego zmierza. – Późny wieczór jest, lulki palicie? Całkiem zacne mam, w mieście kupiłem… Myśmy z towarzyszami do mistrzów dekoktów przyszli, bo kompanioni nasi ranni. Orkowie, uważacie? Przeklęte bestie poraniły nas. Pryncypał wasz także w interesach?

                    Egonowi nie podobała się rzecz. W nocy wszystko mogło się stać i cała rzecz zdała mu się na pierwszy rzut oka podejrzana. Kupiec nocną porą był rzadki, tedy postanowił się mieć na baczności.
                    - Miło cię poznać dorodny kawalerze. Ja jestem Mira a to moja przyjaciółka Katja. - Jedna z kobiet wskazała na tą drugą.
                    - I tak, lulki palimy. Chcecie trochę? Jak i tak czekamy na szefa to możemy chyba poczekać razem. Dla koleżanek też starczy. - Katja otworzyła drzwi do powozu i weszła tam na chwilę.
                    ~ One z tobą flirtują. ~ Jutta szepnęła do gladiatora. Wciąż miała minę, jakby nie była pewna co począć. Zerkała to na obie kobiety, ochroniarza co dalej żuł słonecznik, albo na świecące się okna chaty do jakiej zmierzali.
                    ~ Ja bym też z nimi mogła ale jesli nie lubią z dziewczynami to szkoda mi na nie czasu. Szkoda, że Burgund nie poszła. Ona się zna na takich gadkach. ~ Annika cmoknęła z niezadowolenia, że zabrakło im obrotnej, pyskatej łotrzycy. W międzyczasie Katja zwinnie zeskoczyła z powozu, trzymając małą szkatułkę. Obróciła się aby postawić ją na podłodze pojazdu, otworzyła, i chyba naprawdę zaczęła szykować te lulki.
                    - To spotkaliście jakieś orki? Daleko? Coś wam te paskudy zrobiły? - Mira wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem.
                    – Witajcie – Egon skłonił się raz jeszcze i szepnął do Anniki i Burgund – Cóż wam szkodzi? Chodźcie, jak wam nie wygodzi, to zostawicie rzecz.

                    Egon jednak sięgnął do swojego zapasu: wyciągnął faję i nabił ją odpowiednio. Miał co prawda parę zwitek, by nabić tytoń i na nie, jednak, nauczony w Neues Emskrank, zapalił nieco i naładował odpowiednią ilość do cybucha, a tytoń odpalił. Dla Anniki i Jutty machnął ręką, czy nie chciałyby spróbować od obcych kobiet.

                    – Aaa, szkoda gadać – podjął Egon rzecz o orkach. – Wielka bitwa, dobrze, żeśmy się pojawili w czas! Paru niewiastom udało się nam przyjść po pomoc. Myślę, że może być i tak, że te zielone bestie mścić się chcą i kiedy zaatakują jeszcze. Ale, póki co, rozgromione są.
                    - Oh, to jeszcze uratowaliście jakieś niewiasty od tych orków? Cóż za historia! Tożeście prawdziwi bohaterowie. - Mira z koleżanką, wyglądały na zachwycone dobrą historią.
                    - Uratować damy przed tym orczym plugastwem to jak w jakimś rycerskim eposie. - Katja zgodziła się z koleżanką. Zdążyła już nabić swoje lulki. Były smukłe, eleganckie, może nawet srebrne bo błyszczały metalicznie. Też gestem poczęstowały trójkę przybyszy. Bo Jutta z Anniką podążyły za kamratem i też wydawały się zaciekawione dwójką urodziwych kobiet. Mytniczka stała bliżej Katji, to od niej przyjęła prezent. Z ciekawością zaciągnęła się i od razu zakaszlała. Ale aromat jaki się wydobywał przyjemnie uderzał w nozdrza. To nie było zwykłe bagienne ziele jakiego używało pospólstwo. Pewnie dlatego jak celnik przezwyciężyła pierwszy atak kaszlu to z przyjemnością zaciągnęła się ponownie. Po chwili i Annika dostała swoją lulkę do palenia.
                    - A to daleko była ta bitwa z orkami? Bo my dziś w “Łabędziu” nocujemy to raczej powinno być w spokojnie. Ale rano musimy ruszać dalej w drogę. - Katja zainteresowała się większą ilością detali o tej walce.
                    - Spokojnie? Widziałaś jak karczma jest zapchana? Dobrze, że udało nam się pokój dostać. - Mira prychnęła z irytacji na wspomnienie o tłoku i hałasie w zajeździe.
                    - No tak, ale jednak jest palisada i bramy, to raczej orki nas nie napadną w nocy. - Koleżanka doprecyzowała o co jej chodziło.
                    - O. To wy też dzisiaj będziecie nocować w “Łabędziu”? - Dla celnik była to przyjemna niespodzianka.
                    - No tak. To jedyny sensowny adres w okolicy. Przecież nie będziemy nocować w tamtych chłopskich chatach. - Mira machnęła dłonią mniej więcej w stronę rzeki.
                    - O, to może będzie okazja poznać się bliżej. My też tam nocujemy. - Annika miała większą wprawę w paleniu, więc się nie krztusiła. A przez obłok aromatycznego dymu, podziwiała sobie fryzury, twarze, szyje i dekolty rozmówczyń. Z bliska wyglądały jak damy. Bił od nich nienachalny zapach kwiatowych perfum. Zachowywały się swobodnie i naturalnie. Rozmowa z trójką obcych, nie stanowiła dla nich przeszkody. Suknie jednak miały śmiało zarysowany dekolt a ciemnowłosa Katja to nawet miała odsłonięte ramiona. Mira miała włosy pewnie kasztanowe lub rude. Trudno było w tym słabnącym świetle być pewnym. Obie uśmiechnęły się na wieść, że trójka nowych znajomych też nocuje w tej samej karczmie.
                    - To może jak szef skończy tu interesy to faktycznie się tam spotkamy. - Mira dała znak koleżance. I ta znów wspięła się i zniknęła w mroku wnętrza powozu.

                    Egon nie był całkiem przekonany do nieznajomych. Iście, wydawało się, że były to jakieś szlachcianki albo przynajmniej córki kupca, co odpowiednio zarobił grosza, aby uposażyć swe dziatki.

                    – Handlujecie w dekoktach? – zapytał Egon, licząc, że skoro szlacheckie dziewki rozgadały się nieco, uda się je nieco więcej pociągnąć za język. – Bitwa z onymi orkami nie tak daleko, zda mi się, że jakie dwie albo trzy staje stąd – Egon liczył naprędce. – Z tymi kreaturami żartów nie, rzekłbym. Rzeknijcie nieco więcej o tym waszym szefie, czy długo tam jest?
                    - No na moje oko to nawet za długo. Ale cóż, my kobiety, wiecznie czekamy na was, mężczyzn. I nie, nie zajmujemy się handlem dekotami. Ale szef ma tu interes to z nim przyjechałyśmy. A ta bitwa to była w dół, czy w górę rzeki? Tylko wy przeżyliście? Koniecznie musicie nam o tym opowiedzieć! - Mirę ta bitwa z orkami, wyraźnie ciekawiła bardziej niż czekanie na szefa. A Katja znów zwinnie zeskoczyła z powozu. Tym razem trzymała w dłoni gąsiorek a w drugiej dłoni miała kilka małych, podróżnych kubków. Zaczęła wręczać gościom te naczynia a gdy druga dłoń jej się zwolniła to odkorkowała butelkę i zaczęła polewać trunek.
                    - Jedziemy do Neus Emskrank. To przy morzu, na samym końcu Salt. Ale to pewnie jutro. Chyba, że szef zmieni plany. A wy też tam? Jesteście powozem czy statkiem? - Katja pytała w miarę jak rozdzielała napitek. Okazało się, że to coś wiśniowego, pomiędzy winem a nalewką. Trochę kwaskowate a jednocześnie słodkie jak płynna wiśnia.
                    - My łodzią, do Saltmundu. Więc trochę nam nie po drodze. Ale dziś jeszcze wszyscy będziemy w “Łabędziu”. - Jutta przyjęła poczęstunek i upiła z niego łyk. Annika zrobiła to samo.
                    - A, do wielkiego miasta, do stolicy. No tak, wielu do nas zmierza. My właśnie stamtąd jedziemy. Ja starałam się namówić szefa aby popłynąć rzeką bo bezpieczniej. Ale on dopiero co kupił to cacko i koniecznie chce się nim pobawić. - Mira pokiwała głową w zadumą i eleganckim ruchem upiła ze swojego kubka. A jak mówiła to wskazała na powóz jaki wyglądał na drogi.
                    – W dół rzeki była – rzekł Egon, który w zasadzie nie miał żadnego powodu, żeby się kryć z całym zajściem. – Nie… My okrętem płyniemy do Salzenmund,

                    Egon wziął podróżną szklanicę na wino i upił nieco. Co prawda nie przepadał za dziwacznymi nalewkami tego rodzaju i wolał zwyczajne piwo lub wino, jednak tutaj przynajmniej nalewka nie była obrzydliwa.

                    – Mmm. Rzeczecie dużo o tym waszym szefie. A kim on jest, jeśli idzie spytać? I czemu akurat musi być sam z alchemikami?
                    - A bo on nie lubi, jak mu się przeszkadza w interesach. - Mira pozwoliła sobie na lekki ton i chciała chyba powiedzieć coś więcej ale usłyszeli jak za nimi otwierają się drzwi. I prawie od razu dał się słyszeć męski, nieco rozbawiony głos.
                    - A kogóż to tak zabawiają moje sikoreczki? - Mężczyzna zatrzymał się zaraz za drzwiami. Był niski i miał wydatny brzuch. Jak ludzki karzeł albo niziołek. Trudno było dostrzec rysy twarzy bo światło wciąż otwartych drzwi oświetlało jego boczne profile ale front sylwetki pozostawał w jeszcze głębszym cieniu. Stanął i ujął się pod boki. Głos wydał się Egonowi jakby znajomy. Ale nie był pewien.
                    - Dobrze, że już jesteś. - Mira ruszyła szybko w jego stronę, Katja pozostała na miejscu. Jutta i Annika wymieniły się z kolegą szybkimi spojrzeniami ale czekały na rozwój wydarzeń. W międzyczasie dama zdążyła podejść do niskiego mężczyzny. - Ci mili państwo właśnie tu przyszli i opowiadają o wielkiej bitwie z orkami jaka miała miejsce w dole rzeki. Tam gdzie mamy jutro jechać. Może sam z nimi porozmawiasz? - Kobieta z pewnym niepokojem przekazała te wieści i jakby z nadzieją, że teraz szef się tym zajmie.
                    - Doprawdy? - Podniósł na nią wzrok ale zrobił dwa kroki do przodu jakby chciał się przyjrzeć bliżej wspominanej trójce. - A niech mnie! Kogo ja widzę! - Roześmiał się radośnie i znalazł się na tyle blisko krawędzi ganku, że wyszedł z cienia. Teraz i gladiator go rozpoznał. To był Theo. Impresario areny z Neus Emskrank.
                    – Spotykamy się raz jeszcze – Egon rzekł po chwili milczenia, zastanawiając się, jak mały był świat wokół miasta portowego. – Jak tam interesa? – zapytał gladiator.

                    Pamięć Egona o Theo była zaiste zatarta. Wojownik pamiętał, że jakieś interesa swojego czasu Theo chyba robił z Burgund albo Łasicą ongiś, jednak było to przed jego podróżą do Norsci, tedy, zdało mu się, że całe wieki upłynęły od tamtego czasu. Wtedy jeszcze Merga była zamknięta w lochu inkwizytorów, zaś on pracował w cytadeli obok Silnego.
                    - Oj nawet nie pytaj. Coraz trudniej związać koniec z końcem. Odkąd odszedłeś to już nie jest to samo. - Niziołek westchnął żałośnie jakby był w dołku finansowym.
                    - I dlatego kupiłeś to? - Jutta wskazała na stojący, elegancki powóz ze stangretem i czterema końmi. Słysząc to, Theo roześmiał się rubasznie.
                    - Dokładnie tak sikoreczko! To inwestycja na chude lata! - Dalej rechotał wesoło aż stopniowo udzieliło się to czterem kobietom. Podszedł do nich i ujął dłoń celnik. - Twoja bystrość dorównuje tylko twojej urodzie pani. Jestem Theo, pokorny sługa pięknej pani. - Zachował się szarmancko, że szatynkę trochę zamurowało. Wyciągnęła ku niemu dłoń aby mógł ją pocałować.
                    - Jutta. Jutta Czerwona. - Przedstawiła się starając się zapanować nad głosem.
                    - A druga piękna dama? - Theo zwrócił się do pokojówki o czarnych włosach i potraktował ja podobnie.
                    - Żadna dama. Dama to jest moja milady. Annika jestem. - Przedstawiła się i zdawała się być mniej odporna na jego urok. Choć też jakby zmiękła na chwilę.
                    - Cudowne niewiasty, wybaczcie mi, że przez chwilę nie będę mógł się ogrzewać waszym pięknem ale muszę zamienić słowo z moim przyjacielem. - Niziołek skłonił im się nisko i pozostawił je pod wrażeniem. A sam wrócił się do gladiatora. - Bystra kobieta to najsłodszy miód na twoim talerzu. Albo najgorszy dzięgiel na twoim języku. Nasze powiedzenie przyjacielu. - Rzekł do Egona dużo ciężej i z szelmowskim uśmiechem.
                    - A to ty ich znasz Theo? - Gdy do nich wrócił, Mira wreszcie dostała okazję aby wyrazić swoje zdziwienie.
                    - Oczywiście. Egon był jednym z moich chamiponow areny. No ale niestety później inne sprawy go odciągnęły. Możesz sikoreczko przygotować nam coś do picia? - Niziołek poprosił wyższą od niego kobietę a ta bez słowa ruszyła w stronę powozu. I teraz na chwilę zostali na werandzie tylko we dwóch.
                    - Co tam u ciebie przyjacielu? Cieszę się, że cię widzę w dobrym stanie. - Zagaił towarzysko do swojego znacznie masywniejszego rozmówcy.

                    Egon wzruszył ramionami, przez parę dłuższych chwil zbierając myśli. Trudno by było rzec Theo o wszystkich przygodach, które doświadczył na wybrzeżu Morza Szponów, było tego po prostu zbyt wiele - cytadela, uwolnienie Mergi, potem porwanie się na świątynię Mannana, wreszcie Norsca, powrót zza wielkiej wody i znowuż sprawy w Neues Emskrank, a także nieumarły czarownik czekający nań w kurhanie.

                    – Dużo rzeczy po prawdzie – w roztargnieniu wypił nieco nalewki przygotowanej Katję, nie wiedząc sam, od czego zacząć. – Kopę lat ciebie nie widziałem, ot, taka prawda…! Myślałem, żeś gdzieś wsiąknął od czasu, kiedy inkwizytorzy przetrząsali miasto i wiem, że swojego czasu zatrzymań było sporo…

                    Zrobił tu pauzę, aby wreszcie pociągnąć:

                    – Zmierzamy do Salzenmund, ja i moi kompanioni – rzekł wreszcie. – Ponoć piraci rzeczni dręczą wszystkich i jakaś dziwna sprawa, statków nie zabierają, ale wyrzynają wszystkich do nogi. Przeto interes zwęszyliśmy, czy przypadkiem to nie jest zacny interes, obłowić się na piratach. Rzecz ciekawa, tyle statków zostało.

                    Egon, będąc z Juttą, wolał nie gadać nic jeszcze, że prawdziwym celem ich podróży jest przydybanie statku właśnie, ale zarzucił rzecz o nim, żeby Theo podchwycił.

                    – A, i zielonoskórzy. Przeklęci orkowie zaatakowali milady van Hansen, kiedyśmy płynęli rzeką. Straszliwa walka, tedy żeśmy tutaj zawitali, bo kompanioni moi ranni są.
                    - Ano dręczą, dręczą. Dlatego wybrałem drogę a nie rzekę. Wolałem nie ryzykować. - Niziołek szedł spokojnie na swoich krótkich nogach. A Egon musiał uważać aby się z nim zrównać. Szli wzdłuż werandy powoli oddalając się od powozu i grupki kobiet. Minęli Plujkę, jaki dalej flegmatycznym tempem łuskał słonecznik. - I chcecie się wziąć za nich? No ambitnie, ambitnie. Ale chyba masz kogoś jeszcze niż te dwie dziewuszki? Uroczo wyglądają i ta jedna jest całkiem bystra. No ale wiesz przecież, że w walce to niekoniecznie ma znaczenie. - Lekko skinął głową w stronę skąd odeszli. - I na wszystkie rogaliki tego świata! Te orki zaatakowały naszą milady van Hansen?! Słyszałem, że dzielna jest i szermierkę ćwiczy. Ale po prawdzie to nie miałem okazji tego sprawdzić. Winszuję więc tobie i jej, żeście sobie mogli pomóc. Szkoda, że na arenie nie mam takiego orka czy dwóch. Takie walki z nimi byłyby zapewne bardzo malownicze a widownia to lubi. Albo z jakimiś zwierzoludźmi. To to samo. - Pokiwał głowę, jakby nawet z takiego zdarzenia potrafił dostrzec jakąś opcję dla swojego biznesu. - I macie rannych po tej walce? - Podniósł głowę aby spojrzeć na owal twarzy brodacza. - Więc przyjacielu. Chodźmy. Dopiero co z nimi o tym rozmawiałem. - Zawołał wesoło i z miejsca obrócił się z powrotem u wejściu do chaty i czekającemu powozowi. Teraz przyspieszył choć dla długonogiego to nadal przypominało spacerowe tempo. - I mówisz do Saltmundu płyniecie? Oh żart bogów. A ja właśnie stamtąd wracam. Dobrze, że bogowie choć teraz pozwolili nam się spotkać. A jak u ciebie przyjacielu z planami planami powrotu do miasta? Nie myślałbyś do nas wrócić na arenę? Ah! I jak ta twoja koleżanka? Norma to Axe? Masz z nią jakiś kontakt? Może jest dziś gdzieś z tobą? Widownia ją polubiła. Może nie tak jak ciebie no ale też. A sam wiesz, że aż tak wiele walczących kobiet u nas nie ma to jak już się któraś trafi to od razu wszystkim wpada w oko. - Powoli zbliżali się do wejścia a niziołek widocznie też zapamiętał wojowniczkę z północy. Toporniczka jednak przez ostatnie tygdnie głównie była osobistą gwardzistką Mergi Złotookiej. I po obrabowaniu świątyni Mananna wraz z nią, nim i resztą kultystów, odpłynęła do ojczyzny rogatej wyroczni. Tylko w przeciwieństwie do Egona, tam z nią została. Miała w planach wrócić razem z nią do Neus Emskrank, ale na razie trudno było zgadnąć kiedy to nastąpi.
                    – Trudno rzec, gdzie poszła – Egon wzruszył kolejny raz ramionami. – Norma pewnie będzie wolała zostać u swych pobratymców, cóż tam będzie się z południowcami zadawać. Jak z Norsci nie wróci, niewiele idzie myśleć, co tam we łbach tych Norsmenów siedzi. Co do areny zaś, trudna rzecz, inne sprawunki zajmują mi głowę.

                    Egon przez chwilę pomyślał, ile uwagi będzie wymagało doprowadzenie starego czarownika do stanu używalności, ile wysiłku trzeba będzie, aby wyprawić statek i przeprowadzać przezeń brańców, wreszcie, poskromienie bestigorów było niemalże kampanią wojenną.

                    – Nie – Egon pokręcił głową. – Nie dam rady. Pomóc mi mógłbyś, jakbyś jakie okręty widział opuszczone, bo na nie też polujemy – tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Juttę, której nic o tym nie powiedział. – Ale jak byśmy jakiego zielonoskórego złapali to podprowadzimy do ciebie, niechaj będzie z tym zielonych małp jaki użytek!
                    - To nie wróciłbyś do nas? Ani Norma? Eh, jakaś strata dla areny. Dla widowiska. Dla widowni! Bo przecież ja jeno ich sługa uniżony co marne pensy biorę za możliwość zabawiania ich. - Niziołek posmutniał gdy usłyszał tą wieść. Akurat wrócili do drzwi prowadzących do środka magazynu. Wtedy odwrócił się bo Mira podeszła do nich, wręczając po kubku nowego napitku. - A działajcie tam sikoreczki! Co bohaterwie naszą dzielną lady van Hansen wyratowali przed wstrętnymi łapami orków! - Całkiem wesoło zawołał do niej.
                    - Lady van Hansen? Ale z tych van Hansenów z Neus Emskrank? - Brunetka zdziwiła się tą informacją, ale szlacheckie nazwisko raczej rozpoznała.
                    - Tak, właśnie tą! Froyę van Hansen! I jej elficką przyjaciółkę. - Jutta rzuciła wesoło i niziołek wzruszył ramionami.
                    - To ja przygotuję jeszcze po nalewce. - Mira uśmiechnęła się słodka i raźno ruszyła z powrotem do powozu. Theo obserwował całą, kobiecą grupkę, jaka zdążyła przełamać pierwsze lody i zachowywała się wobec siebie swobodnie.
                    - Całkiem wesołe te twoje sikoreczki, przyjacielu. - Zaśmiał się pod nosem ale znów wrócił spojrzeniem do rozmówcy. - Ostatnio jest moda na mieszane pary. Mężczyzna i kobieta przeciwko takiej samej parze. Więc ty i Norma myślę, byście mieli do czego wracać. No ale jak macie inne plany to rozumiem. Jakbyś był w mieście to zawsze możesz wpaść nawet jako widz. - Poklepał go po ramieniu i wzniósł toast swoim kubkiem. Tym razem było to jakieś wino, godne wybrednego, niziołczego gardła, doprawione jakąś korzenną nutą.
                    - A statek mówisz by ci się przydał… - Zamyślił się i pogłaskał swój pulchny policzek. Upił łyk ze swojego kubka nim cicho się zaśmiał. - Jak wiesz, statki raczej mnie nie interesują. - Przyznał bez ogródek. - Ale teraz płyniesz do Salzenmund? No cóż, ja tam bywam w innych sprawach. Ale na twoim miejscu przeszedłbym się na do “Uczciwego mieszczanina” na Reichsweg. Albo jakiejś innej tawerny czy zamtuza jakich tam pełno. Tam jest głośno, wesoło, gra muzyka a sikoreczki rzadko odmawiają swoich wdzięków. Pewnie byś mógł tam się rozpytać. Albo do “Roześmianej żaby” w Osthafen. Tam chodzą dokerzy, marynarze i ludzie co z nimi mają coś do załatwienia. Może ktoś by mógł ci pomóc znaleźć to czego szukasz. - Popatrzył na wielkoluda jakby chciał mu zasugerować pewne kroki w stolicy nawet jeśli Theo nie interesował się morskim rzemiosłem.
                    - A jakbyś już wrócił do nas, to możesz poszukać Lothara Geyera. Pewnie w jakiejś tawernie. Ja go znam, bo odwiedza nasze walki. Kapitan statku i kompletny hazardzista. Kiepsko ostatnio stawiał i zostawił u mnie całkiem sporą sumkę. Jak go ostatnio widziałem to wyglądał na zdruzgotanego. Zastanawiał się co teraz zrobi, i chyba będzie musiał statek postawić pod zastaw. No ale nie wiem jak się to skończyło bo jak widzisz musiałem wyjechać w interesach. Może mu się poszczęściło i się jakoś odkuł. A może nie. - Wzruszył ramionami na znak, że może to być jakiś trop ale nie zna jego obecnej wartości. - I jeszcze Niklos z kompanami u mnie był. Jacyś desperaci. Mówili, że jakieś kłopoty mają ze statkiem czy kapitanem. Jacyś głodni i zabiedzeni mi wyglądali. Ale ten Niklos walczył u mnie dwa razu. Na gołe pięści. Jedną walkę wygrał, drugą przegrał. Krzepki jest, na wzrost taki może wielkolud jak ty, ale ciut węższy w barach. Ale nie wiem gdzie ich szukać. - Podpowiedział gladiatorowi jeszcze dwa wątki z portowego miasta. - No ale! Chodźmy zanim poszczują nas psami! - Zaśmiał się wesoło i pchnął drzwi. W środku było jasno od zapalonych lamp. Zapach palonego knota, mieszał się z suszonymi ziołami. Lada była długa, w poprzek budynku. Za nią równoległe do niej regały pełne butli, dzbanków, słoików, koszów z grzybami, pełnych worków z niewiadomą zawartością. Trochę jak w aptece Sigismundusa. A za ścianą pewnie było zaplecze bo chata była o wiele większa z zewnątrz. Za ladą stała trójka ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Rozmawiali ze sobą ale zamilki gdy dwóch klientów jeszcze weszło do środka.
                    - Theo wróciłeś do nas bardzo szybko! - Zaśmiał się ten najstarszy z nich. Miał dostojny, patriachalny wygląd i uśmiechnął się przyjaźnie do nadchodzących. Pozostała dwojka była wyraźnie z pokolenie młodsza.
                    - Stęskniłem się za wami przyjacielu! - Niziołek odpowiedział równie pogodnie i obaj się roześmieli. - Ale widzisz, spotkałem starego przyjaciela. I jest on skory skorzystać z waszych usług. No Egon, powiedz Oswaldowi, czego ci trzeba. - Theo zachęcił gladiatora aby ten wyjaśnił subiektowi w czym rzecz. Ten popatrzył na niego uprzejmie i zachęcająco skinął głową.

                    Egon, choć chętnie skorzystałby z oferty walki na arenie raz jeszcze, nie widział całkiem sensu w tym. Wojownik spodziewał się, że cała ta sprawa z braniem niewolników mogła trwać tygodniami, nie mówiąc już o tym, że po drodze kroiły się co grubsze sprawy. Przeto postanowił odłożyć dawanie po mordzie jako drzewiej daleko na bok. Lub też na nigdy.

                    – Witajcie, mistrze alchemiczne – Egon skłonił się w pas, co przy jego sylwetce było nielada wyzwaniem, schylić się w dość ciasnej pracowni. – Szukam wywaru leczniczego albo czego podobnego. Ja i kompani moi ranni żeśmy są po bitwie z zielonoskórymi. Zielone bestie zacięte są, toporami robić umieją. Macie coś może, co uśmierzy ból i rany zasklepi?
                    - Wywary na rany. Tak, mamy coś takiego. - Rozmówca pokiwał głową i spojrzał w stronę dwójki młodszych. Młodszy mężczyzna był patykowaty ale wysoki. Przyniósł i postawił na blacie kilka małych buteleczek. Kobieta zaś niewielki mieszek.
                    - A widzisz przyjacielu, mamy kilka rzeczy które mogą ci być pomocne na przypadłość jaką mówisz. - Wskazał na zestaw tych kilku rzeczy jakie teraz stały między nimi. - W tych buteleczkach jest mikstura lecząca. Nazywamy je błogosławieństwem Białej Gołębicy. Pomaga natychmiastowo leczyć rany, uśmierza ból nimi wywołany i wzmacnia organizm. Lepiej to brać świeżo po walce. Ale działa raz na dzień. Więc jeśli ponownie zostaniesz ranny tego samego dnia, to niestety druga dawka ci już nie pomoże. Tu masz trzy stężenia tej mikstury, im większe tym silniej działa. Te najsilniejsze najlepiej brać na silne rany, te słabsze na drobniejsze. Łatwo je poznać, im ma czerwieńszy pasek, tym mocniejsza. - Alchemik pokazał mu na te paski jakie miały w poprzek kartki. Gladiator nie był w stanie ich przeczytać ale kolory były widoczne. Butelki były z ciemnego szkła, więc widać było ciecz ale nie kolor.
                    - A to jest proszek na rany. Trzeba nim posypać ranę, nic trudnego. Oczyszcza je i utrudnia zakażenie. A to przyspiesza powrót do zdrowia. - Pokazał na niewielki mieszek. Nawet go otworzył i ukazał się w środku czerwono-liliowy proszek.
                    - A tu mamy uśmierzacz bólu. Można wziąć przed walką, w trakcie lub po. Na same rany nie wpływa ale jeśli już są i cię spowalniają, to ten płyn na to pomaga. - Wziął do ręki niewielką, granatową fiolkę. Pomachał nią a płyn w środku wydawal się być trochę gęstszy niż woda.
                    - Oprócz tego mamy wiele specyfików na wiele okazji. Na przyrost siły aby ciosy były mocniejsze, maść na żywy pancerz, aromę na zwiększenie charyzmy i suszone grzyby na zwiększenie witalności. - Alchemik odwrócił się w stronę regałów za swoimi plecami i pokazywał na te specyfiki chociaż było ich tyle, że Egon nie był pewien na dokładnie które.
                    - Widziałam przez okno kawalerze, że masz koleżanki. Gdyby cię to interesowało to mamy też specyfiki na zwiększenie płodności, przedłużenie cyklu płodnego, na zwiększenie namiętności albo i dla męża aby móc figlować całą noc. - Kobieta odezwała się po raz pierwszy, i wskazała na widok za oknem. A tam stał powóz Theo i wymieszania grupka czterech, młodych niewiast jakie rozgadały się na dobre przy tych kubkach z nalewką.
                    - Albo też maść kociego oka, jaka ułatwia widzenie po zmroku. - Dorzucił młodszy z mężczyzn. Wyglądało na to, że mają tu bardzo wiele specyfików, na różne okazje, wystarczyło doprecyzować czego się szuka.

                    Egon spojrzał na wszelakiego sortu fiole, alembiki, zlewki i kolby, które zdawały się być wszechobecne w warsztacie. Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał na arenie u Theo, czasem można było przed walką kupić za parę miedziaków bukłak byczej krwi zmieszanej z ziołami, która ponoć mogła dodać siły wojownikowi, szczególnie, jeśli miało się wypić cały bukłak. Ile w tym prawdy było, wiedzieć niepodobna, jednak gladiator już po stokroć wolał takie dekokty warzone z naturalnych składników niż to, co widział swojego czasu w bulgoczącym kotle Mergi tudzież Raisy. Przeto zabrał się do sprawdzania i przemyśliwania naprędce, cóż też by można wziąć, bowiem okazja była jedyna - późniejszy rejs do Salzenmund i z powrotem nie gwarantował, że wróci tu kiedykolwiek.

                    Jeśli chodziło o specyfiki do chędożenia, odrzucił je niemal natychmiast. W głowie kołatała mu się wizja jutrzejszej potyczki z piratami tudzież, jeśli miało przyjść co do czego, przejęcie Jutrzenki siłą, jeśli jeno okaże się, że piraci poniechają ataki. Potrzeba było czym prędzej doprowadzić Larsa do stanu używalności i napoić innych wojowników, aby byli w stanie walczyć jutro.

                    Tedy wybrał jedną silną mieszaninę leczniczą, tą o najczerwieńszym pasku i wziął dwie pozostałe dla Rune i Silnego. Korsarz musiał za wszelką cenę przeżyć na tej rejzie - imaginował Egon - pozostali zaś nie byli tak ciężko ranni, jak on. Wziął także dwie mikstury wzmacniające parę w łapie, które zamierzał dać dwóm czcicielom Khorne. Czuł, że bitwa mogła być zażarta, toteż każda przewaga mogła być na wagę złota.

                    Wreszcie, wziął dwie bladożółte mikstury z etykietką kociego oka, które zamierzał dać najmusom Gezackta. Spodziewał się, że bitka będzie późnym wieczorem albo w nocy i choć większość z niej rozegra się podczas próby abordażu Jutrzenki, zdało się Egonowi, że dobrym pomysłem by było dać Martin owe mikstury, by mogli ostrzelać cokolwiek, co będzie poza burtą statku. Nawet jeśli nie użyją rzeczy, to mikstura mogła się przydać później, w Salzenmund tudzież w kurhanie Gonsara lub nawet przy jakimś fortelu z bestigorami, które przecież widziały w ciemnościach.

                    Wyłożywszy garść koron na ladę, zapytał jeszcze Juttę i Annikę:

                    – No, zdaje się, że to wszystko. Chyba, że chcecie coś jeszcze?
                    - No poczekaj, musimy zobaczyć co tu mają. - Annika chciała wszystko obejrzeć. Jak już z Juttą weszły do środka, to z początku przyglądały się jak kolega ogląda, rozmawia i wybiera coś dla siebie. Szybko jednak się dołączyły i im alchemicy też zaczęli stawiać na ladzie, różne specyfiki. Zrobiło się hałaśliwie i wesoło, jak na festynie gdzie się ogląda, dotyka i sprawdza różne rzeczy, niekoniecznie je kupując. Brodacz zajęty swoimi sprawunkami, w końcu stracił rachubę na czym u koleżanek stanęło. Gdy już skończył, one jeszcze oglądały jakieś torebki i buteleczki. W końcu chyba jednak się zdecydowały bo sięgnęły do sakiewek i monety przepłynęły z ręki do ręki. A alchemicy zaczęli im to ładować do małego worka.
                    - Dobra, to my już. - Jutta odebrała worek od sprzedawcy i obie wyglądały na zadwolone z zakupów.
                    - Bardzo dobrze. - Theo klasnął w dłonie i uśmiechnął się szeroko. Po czym sięgnął na ladę po swoją torbę. - To dla ciebie przyjacielu. Niech ci służy. A jak wrócisz do Neus Emskrank to wpadnij do nas. Zjemy coś, napijemy się, pogadamy. Jak chcesz to możesz i z koleżankami. - Niziołek uśmiechnął się i wyciągnął ku gladiatorowi dłoń z trzymaną torbą.
                    – Ano, znajdę się tam, może nie od razu… – Egon wciąż jeszcze przemyśliwał, czy postąpił dobrze. – No, dobra.

                    Odwrócił się do Jutty i Anniki.

                    – To co, zbieramy się? Żegnajcie, mistrze zacne – skłonił się nieco w stronę alchemików. – Żegnaj, Theo. Czas nam w drogę!

                    I pożegnawszy się, wyszedł raz jeszcze w noc, żeby pójść do Łabędzia.
                    - Spiesz się powoli przyjacielu. - Niziołek uśmiechnął się rozbawiony. - Co będziecie tak szli przez ten las, jak możemy was podwieźć. I tak wszyscy zmierzamy do “Łabędzia”. - Rozłożył ramiona a Jutta z Anniką wyszły zaraz za nimi. W czwórkę stanęli na werandzie, między frontem magazynu a czekającym powozem. Katja z Mirą spojrzały w ich stronę. Ale zrobił się już półmrok zmierzchu. W lesie pod drzewami, było jeszcze mroczniej. - No chyba, że macie jakieś sprawy po drodze do załatwienia to nie będę się narzucał. - Theo zostawił gladiatorowi furtkę aby mógł się wycofać rakiem z takiej propozycji. Koleżanki brodacza popatrzyły na nich wyczekująco. Pod wiatą widział już tylko owal ich twarzy. Jasne bryczesy mytniczki wybijały się na tle ciemnych szarości.

                    Egonowi w jakiś sposób musiało umknąć, że Theo także jechał w stronę Łabędzia. Cóż, podróżowanie w grupie i z ochroniarzami Theo na pewno było bezpieczniejsze od przechadzki samopas, tym bardziej, że w lasach opodal grasowały te zielonoskóre kreatury, które czciły Gorka i Morka.

                    – W takim razie, jedźmy wespół – Egon skinął głową. – Dzięki ci za dekokty. Widzisz, spodziewam się, że w górę rzeki napadną nas piraci rzeki Salz. Trza mi doprowadzić moich ludzi do porządku, ciężko rzec, co się wydarzyć może.
                    - A tak, to prawda. Właśnie aby ich uniknąć wybrałem drogę a nie rzekę. - Niziołek pokiwał głową ze zrozumieniem. Przepuścił obie koleżanki gladiatora a te śmiało podeszły do obu sikorek impresario areny. Przez chwilę Theo obserwował tą kobiecą grupkę.
                    - Zobacz przyjacielu jak nasze dziewczęta się szybko dogadały. - Wydawał się być nieco rozbawiony tą obserwacją. - Powiem ci, że dobrze jest mieć prywatną szlachciankę. To bardzo ułatwia wiele spraw. Sam wiesz, że wiele drzwi dla nas, plebejuszy jest zamkniętych tylko dlatego, że nie jesteśmy szlachtą. Zaprzyjaźniony szlachcic to cenna rzecz. Jakbyś miał okazję, to polecam ci pozyskać sobie takiego. - Podzielił się z brodaczem tą uwagą. A, że dziewczęta zdążyły spakować te wszystkie kubki i nalewki oraz wejść do środka powozu, to i niziołek dał znać sąsiadowi, że czas do nich dołączyć.
                    – To z lady Froyą van Hansen walczyłem z zielonoskórymi – odparł Egon. – Od pewnego czasu zdaje mi się, że milady ma mnie w swoich łaskach… A po wczorajszym pewnie będzie jeszcze z tym lepiej.

                    Egon zamilkł, postanowiwszy ugryźć się w język. Wiedział, że łaska wielkich panisk i szlachcianek pokroju van Hansen na pstrym koniu jeździ i być może kiedy się przypomni o takich zasługach zainteresowanym, mogą o nich rychło zapomnieć. Jednak, póki co, powoływanie się na szlachciankę prokurowało jeno benefity, zatem Egon nie narzekał. Był jednak wielce ostrożny, jeśli chodziło o szlachtę.

                    Wojownik wsiadł do kolasy i rozsiadł się wygodnie.
                    - Czyli miałeś okazję poznać naszą piękną i dzielną lady van Hansen? I to w trakcie walki z orkami? Koniecznie mi o tym opowiedz przyjacielu. - Theo wsiadł na końcu. Zajął miejsce między Mira a Katja. Tak jak gladiator pomiędzy swoimi koleżankami. W środku byłoby już całkiem ciemno ale pod sufitem, mrok rozświetlała zawieszona latarnia. Okna były zasłonięte ozdobnymi zasłonami. A siedzenia były miękkie i obite przyjemnym w dotyku, granatowym zamszem. Egon ostatni raz był w takim drogim pojeździe, gdy po powrocie z Norsci, lady von Manlieb zaprosiła jego i Astrid do swojego powozu na krótką rozmowę. Skrzypienie drewna i ruchy za ścianka karocy wskazywał, że ochroniarze zajmowali tam swoje miejsca. A po chwili powóz ruszył przed siebie. Po twarzach Katji i Miry poznał, że też są ciekawe jak to było z tymi orkami i dzielną milady.
                    – Prosta to rzecz – rzekł Egon, który po raz kolejny zabrał się do opowiedzenia całej sprawy. – Onuż, uważacie, płynęliśmy Jutrzenką zaokrętowani jako najemnicy do ochrony statku. W górę rzeki płynęliśmy i obaczyliśmy dwóch jeźdzców, co zostali otoczeni przez bestie. Zara tam wrzeszczałem do szypra, żeby nas puścił, chociaż nie chciał. Spuścili nam wreszcie łupine, tośmy zaraz wiosłowali, ja, Lars, Rune, Silny… Kto tam jeszcze był? Chyba i Astrid. Nieco rzecz potrwała, ale żeśmy wreszcie brzegu dorwali tośmy zara poczęli uderzać na drabów. Dopiero po czasie żeśmy zrozumieli, że to Froya van Hansen z jej towarzyszką, jakże jej tam było…? A, zapominam. Uderzaliśmy z okazji, żeby nie dać się związać walką zbytnio. Trudna rzecz była, bo cholerni orkowie to żaden żart, wprawni to wojownicy. Ja żem trzech suki synów usiekł, ale kompani gorzej mieli. Poczęliśmy się cofać, ale wreszcie obie przedarły się na naszą stronę i poczęły kosić drabów odpowiednio.

                    Egon pokręcił głową.

                    – Ciekaweż, skąd ta horda się wzięła, toć to przecież nie Stirland… Mmm. Ciekawa, skąd bastardy się tu namnożyły.
                    - Eee. Te talatajstwo jest jak chwasty, zawsze się gdzieś ulegnie. - Theo machnął dłonią, na znak, że tym detalem to by się za bardzo nie przejmował. A cała trójka słuchała relacji gladiatora z ciekawością wymalowaną na twarzach. - Ale to w samą porę przybyliście aby pójść w odsiecz naszej dzielnej milady. Winszuje odwagi i sprawności przyjacielu. Chociaż po tym co widziałem na arenie to aż żałuję, że nie mogłem tego oglądać. Zapewne zacne to było widowisko. - Niziołek zaśmiał się rubasznie, doceniając rolę Egona w tamtej walce.
                    - Tą towarzyszka lady Froyi, to była Fanriel Złocista, z Morskich Elfów. Jest ich trochę i nas w mieście. - Jutta uprzejmie dopowiedziała kim była druga z zaatakowanych kobiet.
                    - Czyli to też szlachcianka. To takie zacne z waszej strony. Dziś ludzie są tacy podli dla siebie. Tak rzadko można już trafić na kogoś o wielkim sercu. - Mira obdarzyła ich spojrzeniem jakby się wzruszyła. Zwłaszcza postawą Egona.
                    - Ja żałuję, że mnie to ominęło. Ale jak wyszłam na pokład to oni już w łodzi byli prawie i brzegu. Ale walka to było co oglądać. - Annika westchnęła nieco smutno, że nie mogła brać udziału w tamtym starciu.
                    - To musiało wyglądać bardzo emocjonująco. Dwie szlachcianki, w tym jedna elfka. Obie otoczone przez te zielone kreatury. No i wy jak tam do nich dołączacie. - Katja też była pod wrażeniem tej przygody. Uchyliła nieco zasłonę aby wyjrzeć na zewnątrz. - Już niedaleko, niedługo będziemy. - Oświadczyła im z uśmiechem. Powozem jechało się zdecydowanie szybciej i wygodniej niż na piechotę.

                    Egon, węsząc okazję do ubicia interesu, powiedział, niby od niechcenia:

                    – Rzekłeś, że szlachcice przydają się i że łatwiej jest, jeśli luda naszego pokroju takowych mają – wojownik zaczął.

                    Pewne zyski były, owszem, jednak poza toporem, który Egon zyskał od Froyi van Hansen w zasadzie nie widywał się z nią. Zdało się, że przez pewien czas egzystowali obok siebie, Egon sobie, Froya sobie, zapewne zajęta - cóż, czym tam szlachcice jej pochodzenia mogli być zajęci.

                    – Masz jakieś interesa, na których by można skorzystać, mając kontakt? – zapytał. – Zda mi się, że milady Froya mogła nawet i karkiem przypłacić rzecz, jeśli by tylko te cholerne dzikusy by ją dobrze podprowadziły. Wszak kiedy żeśmy uderzyli, były dość szczelnie okrążone. Jeśli byś jakie interesa do milady miał, mógłbym rzecz przedłożyć, a co, jeśli by wypaliło?
                    - Interesy? Ja i Froya van Hansen? - Niziołek przez chwilę wpatrywał się w brodacza naprzeciwko. Po czym roześmiał się szczerze. Aż się z rozmachem trzepnął w kolano. To podziałało zaraźliwie i na koleżanki. One jednak zaczęły się uśmiechać ale bardziej się hamowały. Impresario w końcu się uspokoił. - Oh, bardzo bym chciał przyjacielu, bardzo bym chciał. Ja i Froya van Hansen. Albo w ogóle van Hansenowie. - Pokiwał głową, jakby już widział oczami wyobraźni te wszystkie interesy jakie by mógł robić z jedną z najznamienitszych rodzin w Neus Emskrank. - Ale jakby milady zaszczyciła nas swoją obecnością to byłbym wielce poruszony. Oczywiście gdyby wolała zachować taką wizytę w tajemnicy to zapewniam wszelką dyskrecję. Ona chyba lubi walczące kobiety? To moglibyśmy dla niej zorganizować pojedynek dwóch kobiet, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że milady nas odwiedzi. Albo walkę z orkiem. Mamy jednego. Szkoda, że nie więcej. Byśmy może wtedy mogli urządzić taką walkę jak opowiadałeś. O. Wtedy nawet te dwie wojowniczki mogłyby walczyć z tymi orkami jak milady i lady Fanriel. Ale niestety na ten moment mamy tylko tego jednego orka. Nawet myślałem ostatnio o tym aby rozszerzyć ofertę o jakichś orków czy zwierzoludzi. Przyznasz, że to mogłoby być ciekawsze niż takie zwykle walki między ludźmi. - Barwnie opowiadał o możliwościach jakie już ma a jakie jeszcze mógłby mieć, gdyby miał do dyspozycji więcej egzotycznych przeciwników.
                    - Swoją drogą tą Fanriel też kojarzę. Znaczy czasem widziałem ją tu czy tam. Jak na elficką szlachciankę to jest całkiem skoczna. Skacze to tu, czy tam, na polowania w las jeździ. Rozmawiałem o tym ze znajomym co jest uczonym. Podobno ta żałoba po naszej ukochanej księżnej-matce dotyczy głównie nas, ludzi. Elfy to taka szara strefa. Z jednej strony niby powinny się stosować do naszych zwyczajów, z drugiej strony nie są poddanymi ani imperatora ani elektora więc niekoniecznie można im tak coś kazać. Zwłaszcza jak ta żałoba to nie jest twarde prawo a raczej zwyczaj. Może dlatego nasza milady z nią jeździ do lasu. Zawsze może powiedzieć, że tylko elfiej koleżance towarzyszy. - Niziołek rozgadał się o tych prawnych zwyczajach i ciekawostkach. Gdy koleżanka znów wyjrzała za zasłonę, Egon też dojrzał, że wjechali już w chaty osady. Więc brama zajazdu musiała być już niedaleko.

                    Jeśli chodziło o Fanriel Złocistą, Egon miał co najmniej mieszane uczucia. Ba - elfce nie ufał, bowiem spodziewał się, że nożoucha dziewka, jeśli tylko bliżej zakręciłaby się w Neues Emskrank, mogłaby wywęszyć, że coś jest nie tak z nim tudzież z pozostałymi z jego otoczenia. Tak samo, jak Egon nie ufał magii, nie mógł nijak przemóc w sobie zwykłej nieufności dla nieludzi.

                    Wszak kwestia wciągnięcia Froyi van Hansen w objęcia Theo mogłaby przynieść spore korzyści. Jeśli tylko szlachcianka van Hansen w jakiś sposób zechciałaby uczestniczyć w walkach na arenie lub jeno tylko je oglądać, Egon spodziewał się, że można by ją z czasem w znaczący sposób urobić

                    – Kiedy będziemy w jej zamku rzeknę słowo – zgodził się wojownik, widząc, że brama zajazdu zbliżała się rychło. Niedługi czas był, żeby wysiadać.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach jako Otto "Puste Oko"
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #338

                      Otto uśmiechnął się widząc Łasicę, wpuścił ją do swego mieszkania bez uwag.
                      Na pytanie o napitek mnich przeszukał komodę i wyciągnął butelkę z winem.
                      - Nic wykwintnego, ale chyba lepsze niż zwykła woda. - nalał ladacznicy kubek trunku - Ano sprawę miałem, dwie nawet. Po pierwsze, chciałem zapytać czy znasz jakiś… dyskretnych grajków? Odette ma małe przedstawienie, do których by się przydali. - Otto parsknął słysząc przytyki rudowłosej - Ej, bo zacznę sądzić, że mi zazdrościsz… - objął ladacznicę ręką - albo im.
                      - Oh, no pewnie, że zazdroszczę. Któż by nie chciał mieć na raz Fabi, Oddi i kto wie kogo jeszcze. - Roześmiała się ale na chwilę objęła i pocałowała mnicha w policzek. Wyglądało na to, że jest w szampańskim nastroju. - Ale nie bój się. Póki się dzielisz z ferajną to nie będę wam robiła scen zazdrości. Zresztą dobrze, że się nimi zająłeś bo mnie i tą moją rudą lisicę odciągnęły ostatnio inne rzeczy. - Frywolnie machnęła dłonią i zaśmiała się z rozbawienia. Usiadła na krześle i poczekała aż gospodarz poda jej płynny poczęstunek. - Może być. Od wody to można się pochorować. - Dała znać i zacytowała uliczne powiedzenia. - U nas też się dzieje. Pewnie wiesz, że Egon z ekipą popłynęli do stolicy? Też bym popłynęła. Dawno mnie tam nie było. A mam tam parę znajomych do odwiedzenia. Choćby kamratkę z zamtuza. Kiedyś razem z nami rozkładała nogi i klękała do berła ale jakiś czas temu wyjechała do stolicy i zrobiła karierę jako kosmetyczka i garderobiana. Wciąż czasem tu przypływa bo nadal ma tu matkę to zawsze nas zaprasza abyśmy do niej dołączyły. Teraz Burgund ma ją odwiedzić jak tam będzie. - Pokiwała głową jakby uchyliła przed kolegą rąbka swojego tutejszego świata ferajny. - No ale! - Jakby przypomniało jej się o czym mówili gdy mnich wręczył jej kubek wina. - Hubert, ten od Fabi, naraił nam a raczej im, taką, jedną, wesolutką mytniczkę. Zaznajamialiśmy się z nią całą noc! Powiem ci palce lizać. Jeszcze dziś rano na nabrzeżu, dorwałam jej zgrabny kuperek, i dałam jej nieco wspomnień na drogę. Na moje oko to lubi to co Fabi. Więc mam nadzieję, że wrócą razem i się lepiej z nią poznamy. A poza tym to mytniczka to na rzece albo w porcie może nam się przydać. Nie wiem jak ten Hubert tak sobie je wszystkie okręca wokół palca. Zawsze myślałam, że tylko się przechwala ile on ma w mieście kochanek, wiesz jacy są mężczyźni. Ale najpierw Fabi, teraz Jutta… Kto wie kogo on jeszcze zna. - Wyrzuciła z siebie świeże wspomnienie z dzisiejszego poranka i ostatniej nocy. Wydawała się być pod wrażeniem umiejętności grubego kupca suknem jako amanta i kochanka.
                      - No i byłeś tydzień temu w teatrze? Jak on i Oksana tresowali tą słodką młódkę z ratusza? - Uśmiechnęła się i podniosła głowę na gospodarza. Widząc, że pamięta to ciągnęła dalej. - No to tam była ta złociutka elfka. Fanriel. Udało mi się zrganizować wieczór tak, że mogłam się wreszcie udać do lady Froyi i jej służyć. Jej i Fanriel. Całą noc. Było wybornie! Powiem ci, że obie wiedzą jak należy traktować taką utalentowaną służkę jak ja. I też nie mogę się aż doczekać aż znów będę mogła im służyć. Będę próbowała wkręcić tą rudą wiewiórę. Poza tym sam wiesz, lepiej meć jakieś wejście u van Hansenów niż nie mieć. - Zaśmiała się gdy jeszcze skromnie nawiżała do swojego romansu z dwiema blondwłosymi szlachciankami. Wzniosła kubek i upiła z niego łyk na zdrowie gospodarza.
                      - Aha co ty mówiłeś? Jacyś grajkowie? Dla Oddie? Dyskretni? - Zmrużyła oczy gdy chciała sobie przypomnieć detale pytania Otto. Zastanawiała się przez chwilę. - No pewnie tak. Mam nieco znajomych co grają po karczmach czy weselach. Ale dyskretnych? No jak? Do naszego zarobaczonego Słowiczka? Po co? Przecież ludzie to by się pobili aby z nią zagrać czy zaśpiewać. Z samej szlachty to by się zrobił kordon co by nie dopuścił już innych. Milady mogłaby w nich przebierać i wybierać jak jabłka w koszyku. - Wydawała się raczej pewna, że kogoś takiego pewnie by znalazła ale jednak prośba ją trochę zdziwiła i zaciekawiła. Od pierwszej mszy na jakiej wystąpiła śpiewaczka, stała się postacią rozpoznawalną i wręcz rozchwytywaną na salonach. Gdyby nie spiskowa rodzina to kultyści pewnie nie mieliby do niej tak swobodnego dostępu.
                      Otto się uśmiechnął.
                      - Ponieważ nie powinni wiedzieć, że to ona, albo przynajmniej nie rozpowiadać co widzieli. Oddie sięga do mnie po inspiracje nowych doznań, więc zaproponowałem jej rozbierany taniec dla niskiej tłuszczy. Silnoręki użyczy pomieszczenia w swoim przybytku, potrzebuję tylko grajków. - mnich polał kubek dla ladacznicy - Miałem jeszcze jedną prośbę. Jeżeli ty i twoje koleżanki, mogłyby się rozglądać za kimś na mieście. Niestety nie mam konkretnego opisu wyglądu. Kobieta, uczona, jedyne co jest godne zauważenia to pierścień z oczami, najpewniej jakieś paciorki.
                      Łotrzyca na chwilę zamarła i wyrrzeszczyla oczy na gospodarza. Nawet jakby przegapiła, że polal jej wina do kubka.
                      - Zaproponowałes jej rozbieramy taniec dla niskiej tłuszczy? Dla pospólstwa? - Aż musiała to powtórzyć na głos aby upewnić się czy dobrze to zrozumiała. Wydawała się być zdumiona tym pomysłem tak samo jak Silny. Chociaż mieli całkiem inne charaktery. - I co ona powiedziała? Zgodziła się? - Dziewczyna z ulicy wciąż wyglądała na zaskoczoną.
                      Mnich uniósł brew.
                      - "Zgodziła się", to mało powiedziane. Jest podekscytowana pomysłem. Będzie oczywiście w masce i peruce, aby nikt nie rozpoznał jej po twarzy.- jednooki wzruszył ramionami - Tak jak powiedziałem, jestem jej źródłem pomysłów. Szczerze, jestem zdziwiony, że nigdy nie próbowała.
                      - No popatrz jaka z niej mała, brudna ladacznica. Puszcza się na lewo i prawo. Z byle kim! Świat spada na psy jak już szlachetne damy spadają do roli suk w rui. - Mimo, że Łasica powiedziała to co porzadna obywatelka Imperium powinna na takie gorszące zwyczaje to jednak zaczęła się powoli uśmiechać. - Właściwie to to nawet do niej pasuje. - Zaśmiała się cicho. I upiła łyk z kubka, pozdrawiając przy tym jednookiego.
                      - Hmm… To mówisz jakichś dyskretnych grajków tak? - Zastanowiła się chwilę. Postukała palcami w kubek i pokiwała głową. - Wiesz myślę, że kogoś znajdę. Ale to mi trochę zajmie. Raczej na figle z taką ladacznica i to za darmo to nie będzie trudno znaleźć chętnych. Wybiorę kogoś kto nie papla ozorem za bardzo. Powiem im, że jest nowa dziewczyna do sprawdzenia czy coś takiego. Tak, znajdę kogoś. A ilu potrzebujesz? I na kiedy? Aha a dziewczyna może być? Mam jedną kamratke z ferajny. Gra i śpiewa, minstrelka i aktorka. Ładna i zgrabna. Z dziewczynami też lubi. No i mam z nią sztamę to nie będzie paplać. - Popatrzyła na Otto czy mu pasuje takie coś.
                      - Nie widzę przeszkód. - odparł mnich - Co do czasu… No, najpewniej jak Silny wróci razem z Egonem. Z tego co słyszałem tydzień? Wystarczy ci czasu, czy potrzeba trochę więcej? - mnich zastanowił się chwilę - Mam nadzieję, że twoja koleżanka potrafi się zachować profesjonalnie, to bądź co bądź przedstawienie Odette. Minsterlka będzie kiepsko śpiewać z głową między udami słowika.
                      Słysząc ostatnią uwagę, ladacznica roześmiała się na całego. - A żebyś wiedział! To nie takie proste mówić z pełnymi ustami! A co dopiero śpiewać! - Wyglądała na szczerze rozbawiona tym żartem. - Ale nie bój się. Ta moja kamratka zagra, zaśpiewa i pofigluje z Oddi jak trzeba. My czasem z Burgund z nią figlujemy w “Mewie” i to zwykle z kolegami. Więc ma wprawę. Tylko jeszcze zastanawiam się czy mówić jej kogo będzie chedozyc czy nie. Bo wiadomo, to artystka więc jasne, że by chciała poznać sławną Słowik Północy. Ha! Chybaby spadła z krzesła jakby się dowiedziała z kim będzie miała do czynienia! - Popatrzyła na przyjaciela co ten jej doradzi. Ale już zdawała się cieszyć na takie bliskie spotkanie dwóch artystek.
                      - A Silny to popłynął z Burgund i Egonem. To ze dwa dni w jedną stronę. Z powrotem też. Nie wiadomo Ile im w stolicy zejdzie. Więc prędzej niż za pięć, sześć dni nie wrócą. Bo wypłynęli dziś rano. No to jak na jutro byś chciał te balety to pewnie ze dwóch, trzech myślę bym znalazła. Może więcej. Bo chodzi o darmowe chędożenie. A im dalej tym więcej. Za tydzień to pewnie i z tuzin by mogło ich być. - Pod względem chętnych kolegów na takie zabawy to wydawała się być pewna, że znajdzie aż nadmiar ochotników. Tylko popatrzyła na gospodarza czy interesuje go jakiś konkretny termin.
                      - Na razie jeszcze nic konkretnie nie ustaliłem. Poczekam na powrót Silnego. - delikatnie pogłaskał policzek ladacznicy - Czy mam mylne wrażenie, że też byś chętnie pooglądała takie przedstawienie naszego Słowika?
                      - Chodzi ci o tą zarobaczona wywloke co ją wszyscy będą chędożyć z każdej strony i po kolei? - Łotrzyca uniosła na chwilę brwi i okrasiła swoje pełne usta ironicznym uśmieszkiem. - Ależ oczywiście, że bym chciała to oglądać! No i też ją wyhedozyc oczywiście. Tylko jeszcze zobaczę przed czy po. - Roześmiała się serdecznie jakby z miejsca nabrała ochoty aby w tych baletach. - A jakbyś chciał coś szybciej i z samymi ladacznicami co uczciwie swoimi udami pracują na chleb i podatki to daj znać. Bo to sklecić na jedno południe taką ekipę z zamtuza czy dwóch to żadna sprawa. A dziewczęta też pewnie by miały ochotę na trochę rozrywki. Mogą się nawet nie myć jeśli Oddi zależy na wrażeniu taniego motlochu. Czy co tam by było trzeba. W końcu to profesjonalistki więc umieją dostosować się do życzeń klienta. - Machnęła dłonią jakby taką kobiecą wersję takich zabaw mogła skombinować prawie od ręki.
                      - Mnie nie uchodzi. - odparł mnich w fałszywej obronie - Odette ma natomiast ponoć upodobanie do brzydoty. Więc jeżeli masz jakieś niewyględne, to możesz zaproponować. - mnich się zastanowił - W sumie jak poszło w tej akademii? Poza twoimi przygodami? Udało się coś Heinrichowi załatwić?
                      - Upodobanie do brzydoty? No to bycie ścierką dla brudnych ladacznic po pracy powinno jej się spodobac. - Zaśmiała się z rozbawienia. - Albo tych starych, obwisłych kozłów co zawsze mają ochotę na młode, jędrne niewiasty. Albo taki jeden stary kozioł co w brudnej szopie mieszka. Nic z tego nie jest piękne, czyste i pachnące więc chyba powinno jej się spodobac. - Powiedziała lekkim, wesołym tonem jakby mówiła jakie ciasto upiec na poczęstunek po mszy. - Zresztą widać, że ona cię lubi. To pewnie nie byłoby trudno ci namówić ja na to co byś chciał. Jak reżyser swojej aktorce. - Powiedziała na koniec jakby wierzyła, że Otto jest właściwą osobą aby namówić diwę na jeszcze większe bezeceństwa.
                      - A skoro o Akademię pytasz. Działo się. - Uśmiechnęła się tajemniczo. Dokończyła wino z kubka i wstała. - Poznałam z Heinrichem taką, jedną młodą dame. - zaczęła opowiadać i rozwiązywać swój gorset. - Bardzo utalentowana malarka. Heinrichem z Tobiasem do mnie przyszli, że ona maluje robale inne paskudztwa więc może coś być na rzeczy. - Tłumaczyła dalej, kończąc rozwiązywać skorupę wyszczuplająca talie. - Na lekcji było normalnie. Chyba będę smalic cholewki do pewnej arystokratki. Jeśli mnie zaprosi na noc to będę miała okazję pokręcić się tam po zmroku. W dzień nie ma jak, wszędzie pełno ludzi. - Przyznała i odrzuciła gorset na stół. Zaczęła wyjmować koszule że spódnicy. - I udało nam się z Heinrichem namówić Giselle na prywatne pozowanie. Ja pozowałam a ona mnie malowała. - To mówiąc ściągnęła przez głowę koszulę i ukazał się jej szczupły tors z jednymi półkulami z przodu. To już był całkiem znajomy widok dla Otto. - No i jak widzisz dosłownie malowała mnie. - Łasica wskazała na swój tors. Gęsto ozdobiony malunkami stonóg, czerwi, karaluchów, much i innych stworzeń powszechnie uznawanych za obrzydliwe. Teraz łotrzyca zaczęła rozpinać spódnice. - Powiem ci, że nie spodziewałam się. Ale jak już zaczęła to nie chciałam jej spłoszyć. Poza tym ładna jest i nie miałabym nic przeciwko aby się z nią poznać lepiej. - Wyjaśniała dalej gdy schyliła się aby ściągnąć bieliznę i spódnice do kostek. Jak się wyprostowała to stała nago. Tylko całe ciało miała pomalowane w te ohydne stworzenia. - Szczerze mówiąc to sama nie wiem co dalej z tym robić. - Westchnęła nieco bezradnie.
                      - Jeżeli zdołasz to utrzymać jestem pewny, że Odette chętnie wycałuje każdego paskudka na twym ciele. - jakby na pokaz mnich ucałował kilka rysunków wokół piersi ladacznicy - Mogłabyś też poszukać w tym inspiracji na jakieś tatuaże?
                      - O. Tak myślisz? - Teraz Łasica spojrzała w dół aby przyjrzeć się swojemu, nagiemu ciału. Obserwowała je przez chwilę i na próbę potarła palcami kawałek farby na swoim ramieniu. Trochę ubrudziła jej palce a linia rozmazała się w tym miejscu. Ale wciąż była czytelna.
                      - Właściwie to chciałam wrócić do “Mewy” i zmyć to świństwo z siebie. - Uśmiechnęła się pod nosem. - No ale może masz rację. Te robale to mogłyby się Oddi spodobać. Zresztą Fabi pewnie też. - Zaśmiała się z cicha złośliwością. - Musiałabym wstać jutro rano. Mogłabym się przejść na Markplatz na tą ich akcję charytatywną. Obie powinny tam być. - Podniosła głowę i posłała Otto krzywy uśmieszek. - Ale tatuaż? Nie no w ogóle mi się te robale nie podobają. Chyba, że dziewczynom coś by przypadło do gustu. - Popatrzyła wesoło na kolegę jak on by przyjął taki pomysł.
                      Mnich zaczął wodzić palcem po ciele ladacznicy, delikatnie pieszcząc jej skórkę dotykiem. Starał się na razie unikać malunków na jej ciele.
                      - Nie muszą być robale. Ale ozdobne linie oznaczające twoje krągłości? Prowadzące oczy tam gdzie chcesz? - usta mnicha ucałowały szyję ladacznicy - Plus uczucie ukłuć w tych delikatnych miejscach kiedy tatuaże będą robione?
                      - Aha. Coś innego niż robale. No może… W sumie dawno sobie żadnego nie zrobiłam. Nie miałam pomysłu. Weny. Ani potrzeby. No ale jak tak mówisz… Myślisz, że co by mi pasowało? I gdzie? - Otto czuł pod palcami młode, gładkie, kobiece ciało o jednej skórze. Nawet bez farby zostało go na tyle, że miał sporo miejsca na wycieczki. Zwłaszcza, że poszczególne żuki i czerwie nie łączyły się ze sobą i stanowiły osobne wizerunki. Od tego dotyku i bliskości łotrzyca powoli zaczęła się rozgrzewać. I pozwoliła działać kochankowi a sama snuła leniwie słowa na temat jaki on zaczął.
                      Mnich się zastanawiał, a jego palce delikatnie jeździły po ciele ladacznicy.
                      - Na symbol Slaanesh może być jeszcze za wcześnie… ale co powiesz na słowika? - dłoń mnicha zatrzymała się na płaskim brzuchu kobiety - Malutki ptaszek wijący se gniazdko - jego palec zaczął sunąć w dół, dłoń jednookiego pogłaskała pachwinę ladacznicy - tóż nad twym kwiatem?
                      - Słowika? - Kobieta spojrzała w dół, jakby rozważając ten pomysł. Przesunęła dłonią po swoim pomalowanym w czerwie i muchy brzuchu. Musnęła główkę węża jakiego miała wytatuowanego na podbrzuszu. Tak, że góra wystawała spod bielizny albo spodni, gdy miała je na sobie. - Naszego zarobaczonego słowika? - Podniosła głowę i uśmiechnęła się szelmowsko na przezwisko jakie niedawno wymyśliła dla sławnej diwy. Widać było, że ma z tego sporo radości. - No może. Taki ptaszek. Ale czy on lepiej nie pasowałby do Oddie? W końcu ona jest Słownikiem. Jeszcze pomyśli, że to na jej cześć. Jakby ona sobie zrobiła jakiś tatuaż dla mnie, to wtedy bym mogła zrobić tego słowika. Jak myślisz Otto, jaki tatuaż by do niej pasował? I gdzie? Pod majtkami ona ma te usta w koronie. Swoją drogą bardzo ładne. Aż chce się je całować. Aż się zdziwiłam jak pierwszy raz je zobaczyłam, że pozwoliła sobie na coś tam śmiałego. Ale poza tym, to resztę jej słodkiego, jędrnego ciała na wolne. Pewnie twarz czy szyja odpada bo od razu widać. Ale i tak zostaje jej dużo miejsca aby się pobawić w dziaranie. Laura Larwa nawet trochę się w to bawi. Może nie coś skomplikowanego ale proste rzeczy to robiła dziewczynom. - Temat tatuaży zaintrygował dziewczynę z ferajny. Chociaż ewoluował w stronę tatuażu dla słynnej śpiewaczki.
                      - Czerwone serce owinięte wężem. - mnich odparł bez zastanowienia, jego palec zatoczył kółko obok prawej piersi ladacznicy - Dokładnie tu. Nasz drogi słowik nie odkrywa się aż tak chętnie publice, więc byłoby to coś co pokazywałaby tylko wybranym. - zastanowił się chwilę - Ośmioramienna gwiazda Chaosu… - klepnął zgrabny kuperek Łasicy - tutaj!
                      Włamywaczka zachichotała wesoło gdy dłoń gospodarza trzasnęła ją w nagi pośladek. Teraz na nim kończył się wij jaki zaczynał się na przeciwnym barku. Ale nie psuło to ladacznicy humoru.
                      - Myślałam o gwieździe. I o symbolu Slaanesh też. No ale to droga w jedną stronę. Sam wiesz, że bez ubrań to nie tylko wy mnie widzicie. A to mogłoby mnie wsypać. - Przyznała z widocznym żalem. - Więc teraz takie rzeczy to chyba tylko najwyżej tak farbą jak teraz te robale co mi Gisa zrobiła. - Znów spojrzała na swój front i te obrazki różnych stworzeń jakie powszechnie uważano za obrzydliwe.
                      - A to serce z wężem dla Oddi to dobry pomysł. Może to nie żadne robale jakie lubi ale chyba i tak powinno jej się spodobać. Można ją zapytać jak będzie okazja. Właściwie to jutro na placu. Mówiła, że będzie. W końcu dzień targowy jutro będzie. - Popatrzyła na Otto ciekawa co na to powie.
                      - No cóż, mam być jej "impresario". Nie istnieją złe pomysły. Może coś spróbuję nabazgrolić, aby pomyślała co o tym myśli. - zerknął na koleżankę - A ty jakie masz plany na resztę dnia? No i na jutro.
                      - Na jutro to pewnie pójdę z rana na plac. W końcu pewnie większość naszych dziewczyn tam będzie. Jeszcze pewnie Kamila i inne damulki no ale ja bym poszła dla tych naszych. Zresztą jak mam pokazać te obrazki Oddie to wątpię aby dłużej niż do jutra wytrzymały. Myślę, że znajdzie się jakiś cichy kącik abym mogła jej to pokazać. Ha! Ciekawe jaką będzie miała minę! - Zaśmiała się na myśl o jutrzejszym spotkaniu z diwą. - Potem pewnie Akademia i pozowanie. Może coś z Heinrichem i Tobiasem wymyślimy. Ale na razie nic mi nie mówili. I kto wie? Może znowu zaprosimy Gise na prywatne pozowanie? Zobaczmy jak to się ułoży. Ładna jest to ja bym chętnie poznała się z nią bliżej no ale to Heinrich I Tobias układają ten plan a ja to tylko się uśmiecham i cyckami świecę. - Równie luźno powiedziała ca przewiduje na jutrzejsze popołudnie. - A co? Czemu pytasz? - Obdarzyła jednookiego figlarnym spojrzeniem.
                      - Zwykła ciekawość. - objął kobietę - Inwestuję w was moje drogie owieczki. Chcę mieć pewność, że jesteście niegrzeczne kiedy trzeba. - pocałował delikatnie ladacznicę - Dobrze też wiedzieć co wy tam porabiacie, nie jestem wszechwiedzący.
                      - No to jak jutro przyjdziesz na targ, to sam będziesz mógł sprawdzić jak jesteśmy niegrzeczne. - Łotrzyca chętnie przyjęła dotyk i pocałunek mnicha. I uśmiechnęła się krnąbrnie. - Zwłaszcza jakby Oddie naprawdę zaczęła całować te obrazki. To by się mogło zrobić całkiem ciekawie. - Zachichotała i wskazała palcem na te wszystkie wije i pająki jakie namalowała jej dzisiaj Giselle. - To co? Umawiamy się na jutro? Zresztą jak tyle nas będzie to raczej nie da się nudzić. Tylko tak przy ludziach to nie da się pójść na całość i choćby przywiązać gdzieś Fabi i ją wysmagać. Ona pewnie też by chciała no ale tak przy ludziach to trzeba będzie uważać. - Wydawała się być dobrej myśli, że nawet przy porannymi tłoku w dniu handlowym, to powinna się trafić okazja na małą schadzkę gdzieś na zapleczu.
                      - Zjawię się. - zapewnił mnich. Przyjrzał się jeszcze raz kobiecie - Pomóc ci się ubrać, czy masz zamiar tak przejść przez miasto? - zerknął przez okno - Chyba, że chcesz spędzić noc tu. - zażartował delikatnie.
                      - O to by musiało wyglądać jakbym tak wyszła na miasto! - Łasica roześmiała się szczerze rozbawiona gdy dłońmi wskazała swoje młode, szczupłe ciało. Do tego ozdobione rysunkami jakie wyglądały co najmniej dziwnie i kontrowersyjnie. - Zaraz bym skończyła w lochu za nieobyczajne zachowanie. - Wciąż była rozbawiona takim pomysłem. - Ale kto wie? Może kiedyś? Jak to miasto już będzie nasze… - Pokiwała głową na znak, że dla niej to by była piękna wizja.
                      - No i może bym została i ciebie. - Popatrzyła na gospodarza od góry do dołu. - Ale sam wiesz co będziemy robić jeśli zostanę. A to raczej nie pomoże zachować tych malunków do jutra rana aby pokazać Oddie. - Wskazała na te ozdoby namalowane na swojej skórze. Po czym podeszła do mnicha i objęła jego szyję swoimi ramionami. - Ale mogę skorzystać z ust aby cię należycie pożegnać. Na twarzy nie mam tych robali. No i miałbyś małą wyprawkę na jutro. Jutro jak już będę mogła się wykąpać to będę mogła więcej niż teraz. - Wymruczala cicho, patrząc mu prosto w oczy i uśmiechając się prowokująco.
                      Mnich wykrzywił usta w grymasie. Zgrabnym ruchem rozsunął habit i opuścił spodnie.
                      - Do dzieła więc moja droga.

                      Po chwilach figli Otto wypuścił Łasicę ze swych skromych progów. Przed snam szybko naszkicował kilka pomysłów na tatuaż dla Odette. Następnego dnia pewnie uda się na spotkanie z gromadką no i porozmawia z divą o jej wizycie w hospicjum, po czym sam się tam uda przypilnować wszystkiego.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine jako Egon Herschkel
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #339

                        Aubentag; wieczór; zajazd “Błękitny łabędź”

                        Karoca Theo, zatrzymała się. Gdy wysiedli niebo było zasnute chmurami i powstało złudzenie, że końcówka dnia wróciła. Ale to dlatego, że wyjechali z lasu. Teraz po kolei, wysiadali z powozu, wprost przed rzeczną tawernę. Gdy już wszyscy byli na ziemi, stangret strzelił lejcami i konie ruszyły w stronę stajni. Zaś z budynku dobiegał taki sam gwar jak gdy go opuszczali.
                        - Mira moja droga. Czy mogłabyś przynieść mi ten niebieski kapelusz? - Niziołek uprzejmie zwrócił się do swojej towarzyszki.
                        - Ten z czerwonymi piórami? - Upewniła się czy dobrze się rozumieją.
                        - Tak, właśnie ten. - Impresario utwierdził ją w tym przekonaniu i podał jej swój ozdobny beret. A kobieta wzięła go i weszła do środka. W świetle bijącym z izby, dało się dostrzec, że ma burgundowe włosy, starannie spięte w kok z tyłu głowy. Podobne barwą do kamratki Łasicy. Może trochę jaśniejsze. Za nią weszły Jutta i Annika.
                        - Katju, czy mogłabyś sprawdzić czy kąpiel jest gotowa? Mieli przygotować ale sama widzisz jaki dziś ruch. Jeśli zapomnieli albo nie zdążyli, to bądź tak dobra aby im przypomnieć. - Zwrócił się do drugiej towarzyszki. Ta pokiwała głową i bez słowa weszła do środka. Okazało się, że ma długie, czarne włosy, podobne do lady Fabienne. Niziołek na chwilę został na błotnistej ulicy, tylko z Egonem i swoimi dwoma ochroniarzami.
                        - Widzisz przyjacielu jak to działa? To właśnie miałem na myśli, mówiąc, że własny szlachcic bywa przydatny. Czasem nawet nie musi być przy rozmowie, ale wystarczy, że da ci rekomendacje albo powie, że reprezentujesz jego interesy. Tak, to potrafi wiele drzwi otworzyć. Jak tylko byś miał okazję, to polecam zdobądź sobie takiego szlachcica. Nie musi być z głównego świecznika, jakaś mała, poboczna świeca też może być przydatna. Też ma “von” albo “zu” przed nazwiskiem i rodowy pierścień. A zwykle jest łatwiejsza do zjednania niż te naprawdę grube ryby. - Theo podzielił się z gladiatorem, przyjacielskim tonem. I śladem koleżanek, poszedł w stronę głównych drzwi. W twarz buchnął im zaduch, gorąc i hałas. Czyli podobnie gdy Egon tu wchodził za pierwszym razem. Obaj zatrzymali się aby się rozejrzeć. Katja rozmawiała z barmanką przy szynkwasie. Jutta i Marissa zatrzymały się przy stole ladacznic ale ten był już pusty. Rozglądały się po głównej izbie aby zorientować się gdzie jest ktoś ze swoich. Chwilę to trwało. Ale w końcu udało im się ich namierzyć.
                        Rudą głowę łotrzycy, dostrzegli przy jednym ze stołów. Grała w karty z kilkoma innymi graczami. Na razie chyba jeszcze nie dostrzegła powrotu ekipy. Nic dziwnego, była do frontowych drzwi i szynkwasu trochę tyłem a trochę profilem. Siedziała w samej koszuli, bez gorsetu a dołu nie było stąd widać.
                        Łysa czaszka Silnego była widoczna przez chwilę. Tam zrobił się wianuszek widzów. Ale nic dziwnego. Siłowanie się na rękę, przyciągało ich tak samo jak głośna bitka czy małżeńska kłótnia.

                        Astrid siedziała przy innym stole niż ją zostawili. Rozmawiała z jakimś dorodnym mężem, jaki był ubrany modnie i bogato. Widać było, że ta rozmowa sprawia im obojgu sporo przyjemności.

                        Larsa dostrzegli najpierw dzięki złotej głowie Ingrid. No i jej śmiałej kreacji jaka przykuwała uwagę. Z towarzyszy jak na razie tylko on dostrzegł Egona. I machnął ku niemu przyzywająco. Ale zanim gladiator do niego podszedł dostrzegł Gezackta. Herszt siedział razem z Giętkim i Martin. I jeszcze paroma innymi. Akurat się spotkali spojrzeniami. Więc milicjant wskazał mu wzrokiem gdzieś w głąb sali. Ale chociaż brodacz przeszukał wzrokiem tą okolicę, to nie dostrzegł tam nic niezwykłego.

                        - Mówią, że kąpiel zaraz będzie gotowa. Czekali aż wrócimy. - Katja zdążyła rozmówić się z barmanką i wrócić. Zdała relację niziołkowi czego się dowiedziała.

                        - No cóż przyjacielu. Na mnie już pora. Może się jeszcze dziś spotkamy jak już się oporządzę. W końcu kolacja się sama nie zje! - Poklepał się radośnie po swoim wielkim brzuchu. - A gdybyś czegoś potrzebował to jestem na pięterku pod dwójką. - Poklepał przyjacielsko gladiatora po ramieniu. A temu coś świtało, że chyba ich apartament to miał “3” na drzwiach, to by byli sąsiadami.

                        – Aye, dzięki! – Egon dał znak Theo.

                        Egon natychmiast zoczył korsarza, który był poważnie ranny podczas bitki z orkami. Podszedł nieco bliżej i rzekł:

                        – Witajże raz jeszcze… Słuchaj, byliśmy u tych mistrzów alchemii. Mam dla ciebie miksturę, trza ci ją wziąć zanim jutro wyruszymy.

                        Wyrzekłszy to, Egon zmiarkował, że będzie mu też rozmówić się z Gezacktem, żeby zaplanować całą rzecz. Najemnicy, kiedy tylko znak będzie dany, będą musieli odpowiednio wziąć mikstury, które pozwalały widzieć w ciemnościach - kwestia zaskoczenia, jakie będą mieli kiedy piraci zorientują się, że wróg może ich ostrzelać w ciemności zdała się Egonowi nietrywialna.

                        Potrzebował też zasięgnąć opinii korsarza sam na sam, spodziewał się bowiem, że kiedy niebezpieczeństwo będzie prawdziwe nazajutrz, czasu na gadanie będzie mało.
                        - O. Masz? To Jutta jednak prawdę gadała z tymi alchemikami? No to świetnie! Dobry druh z ciebie Egon. - Wilk morski zaśmiał się wesoło i poklepał gladiatora po ramieniu. - To szkoda, żebyś za wszystko płacił z własnej kiesy. Powiedz ile potrzebujesz za tą miksturę. - Dał znać, że jest gotów zapłacić aby wspomóc kamrata w kosztach tej alchemicznej usługi.
                        – Dwanaście karli-franzów – rzekł Egon, drapiąc się po głowie, bo nagle zapomniał, ile dał wtedy mistrzom alchemicznym.

                        Gladiator wyłożył na stół miksturę z najczerwieńszym oznaczeniem.

                        – To postawi cię na nogi, byleś tylko nie chlał za dużo przez całą noc – rzekł wojownik.

                        Egon rozejrzał się wokół, sprawdzając, gdzież to poszła Jutta. Chciał pogadać z korsarzem sam na sam.

                        – Wyjdziesz na chwilę ze mną? – spytał, macając w kaftanie swoją wrzoścową fajkę i zwitek z zielem fajczarskim. – O rzeczy jednej chciałem pogadać…
                        - No pewnie. Też jest coś co chciałem z tobą rozgryźć. W samą porę wróciłeś. To i rozliczymy się od razu. - Topornik uśmiechnął się z zadowoleniem. Wstał z pewnym trudem. Widać było sztywność ciała od boleści po orczych toporach. Sięgnął jednak po sakiewkę i zaczął odliczać kolejne monety. Jakiś sąsiad łypnął z zaciekawieniem w ich stronę ale gdy Lars oddał mu spojrzenie, to postanowił zająć się swoim talerzem. Po chwili tuzin brzdękow przeszło z ręki Norsmenow do gladiatora. A potem czarnobrody wziął swój kufel, mikstury i ruszył do wyjścia. Znaleźli się na zewnątrz, w tym samym miejscu gdzie przed chwilą Egon stał z niziołkiem i koleżankami.
                        - Ile się tego bierze? Mówili ci? - Lars podniósł buteleczkę pod kończące się światło dnia. W ciemnym szkle, ciecz w środku wydawała się ciemno brunatna. Wedle zaleceń alchemików, każda taka butelka to była jedna porcja do użycia na raz.
                        – Gadali, że wszystko i potem trza spać – rzekł gladiator. – Dwie pozostałe dam Astrid i Rune, bo zebrali po łbach swoje. Silny wojował dobrze, może jutro nie będzie najlepszy, ale, kurwa, nie raz widziałem, jak gorsze cięgi zebrał i się podniósł. Twardy jest, no ale jest z nas, więc wiadomo.

                        Kiedy wyszli na zewnątrz, Egon raz jeszcze wciągnął w nozdrza powietrze letniego wieczoru. Strzepał resztki popiołu i pomacał do środka cybucha palcem, po czym wziął nieco ziela, napchał i odpalił.

                        – Dobrze ci po tym będzie, kupiłbym więcej, ale to powinno styknąć – Egon ocenił. – Musisz być jutro żacy w Altdorfie, bo będzie cholerna zadyma, tak czy inaczej.

                        Egon wciągnął dym fajki i wypuścił pióropusz dymu.

                        – W sumie to ty i Annika jesteście najważniejsi w tym całym bardachu, który wydarzy się jutro. Piraci będą próbowali nas napaść nie dalej niż wieczór, w nocy też mogą, na wszelki wypadek. Spytam się jeszcze Jutty. Ale ja bym powiedział, że dalej w górę rzeki się nie poważą. Ty dlatego, bo znasz się na pływaniu, a Annika dlatego, bo żem przyrzekł milady, że wróci bezpiecznie. I potrzebna mi będzie, żeby znaleźć ołtarz Krwawego Ogara… Ale to potem.

                        Wciągnął dym jeszcze raz.

                        – Pamiętasz plan? Czekamy na piratów, a kiedy zaatakują, walcz obok mnie, zaraz z Anniką. Oszczędzaj się, pozwól Gezacktowi ostrzelać tych drabów. Ja, Rune i Silny zrobimy ich tak, że już potem nie trza będzie żadnych obstaw – Egon zaśmiał się, a w miarę wymawiania kolejnych słów dym buchał z jego ust. – Bijemy się tak, żeby wyrżnęli załogę i szypra, a potem my przejmiemy statek. No chyba, że przypłyną swoim… Wtedy styknie, że ich pobijemy.

                        Tu zrobił pauzę i rzucił okiem na korsarza, był bowiem ciekaw jego zdania.
                        - Chyba muszą mieć własny statek. Bo jak inaczej by zasadzali się na te wszystkie krypy? No może którą by dopadli jak cumuje i brzegu ale wszystkie? - Lars był sceptyczny co do ataków z brzegu. Na razie jednak otworzył korek butelki i powąchał zawartość. Podkręcił nosem, wzruszył ramionami i upił łyk. Przetrzymał chwilę płyn w ustach jakby sprawdzał smak, po czym przełknął. - Nie takie złe. Trochę gorzkie. Ale nic to. - Uśmiechnął się do kolegi po czym już duszkiem wypił zawartość całej butelki. I beztrosko cisnął ją w błoto. - Zwłaszcza jak jest czym smak poprawić. - Uniósł trzymany kufel, uśmiechając się do sąsiada i przepłukał gardło kilkoma łykami piwa. Potem otarł usta rękawem i sapnal z zadowoleniem.
                        - Jak gadałem z Jutta i Burgund to mówią, że jutro na wieczór albo pojutrze na obiad, to już powinniśmy być w Saltmundzie. Też myślę, że piraci blisko dużego miasta chyba nie powinni się ważyć atakować. Więc największe szanse jutro z rana i później. Chyba, żeby do zmroku tego Saltmundu jeszcze nie było to może na nocny atak by się powazyli. - Podzielił się swoimi przemyśleniami o ataku piratów.
                        - Tu to raczej nie. Palisada, wieża, strażnicy. Może by mogli próbować ukraść jakaś lódź ale atak na zajazd to chyba nie. Wiela by musiało ich być albo jakoś strażników podejść i palisadę. Jakbym miał własną długa łódź z chwatami jak ty czy Silny albo Norma to mógłbym nocnego ataku spróbować. Ale po co jak w dzień co chwila jakaś łajba sama się pcha pod topór. - Dalej oceniał sytuację okiem morskiego łupieżcy. Nie wykluczał ataku na “Łabędzia” ale nie kalkulował mu się jak były łatwiejsze cele do zalupienia.
                        - A Annika. - Zastanowił się i dla odmiany spojrzał na drzwi karczmy, jakby czarnowłosa w nich stała. - Ładna z niej łania. Temu niziolkowi w “Trzech gwoździach nieźle walnęła. No ale tam na plaży z tymi krabami albo teraz z tymi orkami to jej nie było. No ale jak chce to będzie miała okazję walczyć. Prędzej lub później. - Wzruszył ramionami mówiąc o pokojówce milady. Do tej pory nie widział jej w walce to nie wiedział jak ją ocenić pod tym względem. Z wyglądu pasowała na pokojówkę, kelnerkę czy subiekta i na wojowniczkę nie wyglądała.
                        - No ale jak obiecałeś jej pani to trzeba jej pilnować. Ty, ja, Silny i Rune to możemy się ciąć i z orkami i piratami. Astrid trochę mniej. Może niech Annika trzyma się Astrid? Wiesz przy abordażu to zwykle jest niezły kocioł. Na początku jest mur tarcz i walczy się burta w burtę. Jak się nie wywalczy przełomu to zwykle statki się rozchodzą. Na początku to jak mówisz, łucznicy mogą zmiękczyć tych drugich. Tarcze się przydają aby się przed strzałami zasłaniać. Najgorzej mają wioślarze bo nie mają się gdzie skryć bo wiosłować trzeba aby statek był w ruchu. Jak chcesz się abordażowac to dobre jest liny z hakiem zaczepić o burtę tamtych. Znaczy piraci jakby chcieli napadać to powinni to zrobić. Oczywiście ty jak bronisz statku to rabiesz te liny aby im utrudnić. Tu jest rzeka to ciasno jak w piczce dziewicy. Mało miejsca na manewry. Mało miejsca i czasu na ostrzał. Na morzu jest więcej miejsca. Potem jak już będzie burta w burtę to trzeba zrobić wyłom. W ten wyłom trzeba wskoczyć gdy tylko się da. U nas za to jest nagroda w lupach jak kto pierwszy wedrze się na wrogi pokład. I przeżyje. Jak są duże jednostki to jeszcze można po masztach skakać i potem na pokład tych drugich. Elfy są w tym mocne. Skaczą po tych linach i relingach jak morskie małpy! Potem strzelają z góry na walczących. Ha! Ta złociutka elfka lady Froyi nie zdziwiłbym się jakby tak umiała! W końcu jest z morskiego ludu. - Norsmen rozgadał się jak to zwykle morskie walki statków wyglądają. Choć brał pod uwagę specyfikę rzeki, gdzie nie wszystko mogło wyglądać tak samo. Westchnął i upił łyk z kufla.
                        - Właściwie tą bretońska milady tej Anniki to też niczego sobie. Powiem ci, że gdybym nie widział na własne oczy jak jest przywiązana nocą do tych kamieni podczas pikniku w lesie to nie uwierzyłbym, że to ta dostojna, wyperfumowana dama w bogatej sukni. Znasz ją? - Norsmen podkręcił głową z niedowierzaniem na ten kontrast wizerunku tej samej szlachcianki.
                        – Milady? Nie, niezbyt się widujemy – Egon wzruszył ramionami. – Po prawdzie to chyba tam zaszedłem pierwszy raz w ogóle.

                        Egon potarł swoją brodę w namyśle.

                        – Annika może walczyć w odwodzie z Astrid – zgodził się wreszcie na pomysł korsarza z Norsci. Wydaje mi się, że powinno styknąć, ale będę walczyć blisko nich, więc jakby coś to przyskoczę.

                        Egon skinął głową, na potwierdzenie słów Larsa. Ale chciał jeszcze rozmówić się co do jutrzejszej bitwy na rzece:

                        – Te napaści są ponoć szybkie i nie zostawiają żadnych śladów poza korabiami przy brzegu – zauważył Egon. – Jeśli atakują statkiem, to muszą mieć naprawdę dobrą kryjówkę. Może przy brzegu mają jakiś szybki i zwinny korab albo nawet parę, które są w stanie wypuścić się i wtedy wskakują na statek. Ciekawe, u diabła, czemu oni te statki zostawiają? Po mojemu to łowcy niewolników albo jakiś lokalny kult, bo przecie nie działają tak, jak zwyczajni piraci…

                        Egon pociągnął raz jeszcze z fajki i puścił dym. Lars mógł mieć rację: zdawało się, że rzeka nigdy nie stawała się aż tak wąska, aby mogli przypuścić atak z brzegu. Nie miał jednak wątpliwości co do rzeczy, był pewien, że abordaż musiał się dokonywać z szybkością błyskawicy.

                        – Jak będzie tak, że będą mieli statek, musimy ich wybić do nogi, poza jednym może, żeby go wziąć na spytki – uniósł dłoń z fajką. – Z tej rejzy musimy wyjść z korabiem, nie ma co. Kiedy tamtych zarżniemy, przejmujemy statek piratów… Albo, jeśli przyjdzie co do czego, to Jutrzenkę. Co rzekniesz? – zapytał. – Jedyny szkopuł to Jutta, bo jest niepewna, ale tak czy inaczej mus nam mieć statek. Jak już go będziemy mieć, jak myślisz, da się tym dopłynąc do Salzenmund?
                        - No tak, Jutta. - Drugi brodacz przytaknął pierwszemu i zamyślił się na chwilę. - Lubi się zabawić i pofolgować sobie. To już widzieliśmy. Ale na co stać ją w walce to właściwie nie wiemy. Podobnie jak z Annika. Na wojowniczkę jednak mi nie wygląda. Na rzeźnika od podrzynania gardeł raczej też nie. A z drugiej strony pozory mogą mylić. Astrid też wygląda raczej na dame dworu co miecz nosi na oznakę szlachectwa a jednak z tymi krabami i orkami dzielnie stawała. Różnie może być z tą Jutta. - przyznał, że trudno mu ocenić zachowanie mytnik w przyszłej walce. - Myślę, że jeśli chodzi o walkę z piratami to możemy na nią liczyć. W końcu jest rzeczną strażniczką. Ale przy rzezaniu Wagnera i reszty to nie wiem. - Podkręcił głową i upił łyk z kufla.
                        - Ci piraci dziwni są. Mogę zrozumieć ze nie biorą kryp. Na morzu możesz popłynąć do każdego portu jako jest w zasięgu, od Startosy po Erengard. Zawsze jest szansa, że sprzeda się zrabowany statek. Tutaj jest trudniej. Właściwie musieliby sprzedać albo w Neus Emskrank albo Saltmundzie. A spora szansa, że ktoś rozpoznałby taki statek, nawet armator, wspólnik czy rodzina. Właściwie to opłacałoby im się brać łajbę tylko aby wymienić na lepszą niż tą co mają. - Podzielił się z kolegą przemyśleniami.
                        - Co innego ludzie. Rozumiem, że gardło dają ci w bitwie. Że po niej dobijają ciężko rannych. To ma sens. Ale po co zabierać resztę? Jeśli chcą zlikwidować świadków to powinni zarżnąć ich na miejscu. Rozumiem dziewczynki wziąć do zabawy. Może kogoś kto chciałby się przyłączyć. Albo mógłby im się przydać. Kucharz jakiś czy medyk. Ale po co brać resztę? No albo na handel. Wtedy pewnie mają jakiś punkt zbytu. Albo do zabicia. Nie wiem po co inaczej ich zbierają. Piraci na morzu to biorą statek aby mieć drugi lub sprzedać. Towar jeśli cenny i mają łatwy zbyt. Cennego jeńca aby wymienić go na okup. A resztę nie, bo po co? - Porównał swoje doświadczenie łupieżcy z tym co do tej pory się dowiedzieli o tych rzecznych piratach.
                        - No i piraci jak wracają do portu to wiadomo. Wino, dziewczynki, sklepy, karty, zakłady aż się geldy skończą i znów trzeba płynąć na morze. Przynajmniej większość tak ma. Ale tu? Powinni balowac w Neus Emskrank, Saltmundzie albo w takich tawernach po drodze jak ta tutaj. Ktoś powinien wtedy ich spotkać, kupować fanty. A tu nic takiego nie ma. Ta rzeka na wielką nie wygląda. Nie umywa się do Reik w Marienburgu. A jakiś nikt ich nie może znaleźć poza tymi napadami. No albo mają kryjówkę o jakiej nikt nie pomyślał albo komuś ostro dają w łapę, że ich ukrywa. Albo nie wiem już co. - Wzruszył ramionami na koniec. I znów upił parę łyków piwa z drewnianego kufla.
                        – Po mojemu robota zrobiona za gracko, żeby to było jakieś licho z lasu – Egon pokręcił głową, przemyśliwując rzecz.

                        Włożył ustnik i zaciągnął dym, a czerwone iskry zatańczyły we wnętrzu cybucha. Rzekł wreszcie zdecydowanie:

                        – Pomyśl tak, przecie nawet krwi na pokładzie nie było, ponoć – ciągnął wojownik. – Rozumiesz, tak jakby zależało im na tym, żeby porwać wszystkich ludzi z korabiu. Rozumiesz, co to może znaczyć? Gdzieś w okolicy ta banda rzecznych chujków może siedzieć na całym tabunie brańców. Jeśli byśmy ich znaleźli, to nie musielibyśmy biegać, żeby luda nałapać, tylko byśmy położyli łapę na tym, co mają. A kto wie, może byśmy się z nimi dogadali? Za to, że ich nie wydalibyśmy, bralibyśmy trybut i może byśmy im nieco pomogli.

                        Egon wrócił jednak do tematu okrętu:

                        – Jak zarżniemy piratów, to musimy przejąć statek – wzruszył wreszcie ramionami. – Albo przejąć Jutrzenkę, na dwoje babka wróżyła. Myślisz, że z tą ekipą, co mamy, dopłyniemy do Neues Emskrank? Dystans niedaleki
                        - Oh na pewno. Na upartego wystarczy jedna, dwie osoby do sterowania. I prąd zrobi swoje. Oczywiście im więcej przy wiosłach, tym łajba będzie pewniejsza. Na dwie pary wioseł to już by można dość spokojnie płynąć. Teraz trudniej bo wiatr niewiele daje i wioślarze muszą pokonać nurt rzeki. To sam widziałeś, że z tuzin ich trzeba. - Tego akurat Norsmen był pewien. I zdawał sobie sprawę, że na powrót mogłaby starczyć mniejsza załoga niż obecnie miał Wagner.
                        - Tylko wody trzeba znać. Aby nie wpakować się w mieliznę jak statek Normy zimą. Więc dobrze jakby Jutta z nami nadal była. Lub jakiś przewodnik. - zaznaczył to od razu, żeby kolega miał to na uwadze.
                        - A gdyby przejść interes tych piratów… Czemu nie. Jakby mieli brańców można by ich wziąć. Może nawet który z piratów by się do nas przyłączył. Czemu nie. No ale teraz to trochę dzielenie skóry na niedźwiedziu. Jak ich pokonamy to weźmiemy ich statek. I zobaczymy co dalej. Po prawdzie dla nas najlepiej byłoby znaleźć któryś z ich poprzednich złupionych statków. Wystarczyłoby go obsadzić i w drogę. Ale pewnie jak już je znajdą bez załogi to zabierają do Saltmundu. Więc pewnie trzeba będzie to zdobyć na piratach. - Generalnie wolał poczekać na rozwój wypadków i tylko ustalić co mniej więcej mają robić.
                        - Oho. Chyba zaczyna działać tą trutka od ciebie. - Zaśmiał się rubasznie i poklepał się w brzuch.
                        - Dobra ale ja też chciałem ci coś powiedzieć. - Spojrzał bystro na kamrata i uśmiechnął się chytrze. - Jak pojechaliście to gadałem z Ingrid. - Wskazał bokiem głowy w stronę frontowej ściany. - Ona całkiem nieźle mówi po norsmensku. Podobno po ojcu jest w połowie nasza. Pasowała by do nas he he wygląda bardzo dorodnie. Więc z nią i Astrid to się je he pracowita noc szykuje. - Zaśmiał się rubasznie na tą przyjemną myśl. A jak przestał to znów spojrzał bystro na kolegę. - Powiedziała mi, że dziś jest tu jeszcze dwóch innych Norsmenow. Nawet mi ich pokazała. Tak, myślę, że ma rację. Mi też wyglądają na Norsmenow. - Pokiwał swoją czarną głową i przez chwilę jakby nad czymś myślał.
                        - Wyglądają krzepko. Topory, kolczugi, brody. Tak sobie myślałem, że dwa topory więcej na jutro to by nam się przydały. - Mówił ale z wahaniem, jakby przedstawiał jedną stronę monety.
                        - Ale widziałem ich amulety i tatuaże. Oni chyba są ze Skaelingow. To bardziej na wschód od nas. Od was to można by rzec, że he he po przeciwnej stronie morza. Bliżej stąd do nich niż do nas. - Zaczął wyjaśniać kogo widział wewnątrz tawerny przed jaką stali. - Oni łupią i mordują na morzu albo wybrzeżu kogo popadnie. Bardzo szanują Krwawego Ogara. A tu nie wiem co robią. Może są jako kupcy albo najemnicy. Może jakaś misja od jarla albo szamana. Trudno powiedzieć. - Ściszyl głos gdy mówił o barbarzyńcach z północy.
                        - Tylko, że my mamy z nimi kosę. - Wyznał jeszcze ciszej. - Od dawna. Z dekadę temu ojciec Astrid poprowadził nas do bitwy z mini. Oni wyszli w morze ku nam i była morska bitwa. Wygraliśmy więc wyszliśmy na ląd i złupilismy im osadę. Wróciliśmy do nas z wieloma łupami, niewolnikami i odciętymi głowami. My pamiętamy więc oni raczej też. - Przyznał dlaczego tak ostrożnie podchodził do dwóch krajanów.
                        - I tak właśnie siedziałem z Ingrid jak przyszedłeś, i zastanawiałem się jak to ugryźć. Oni chyba nas jeszcze nie zoczyli. Nie wiem czy w nas mogą rozpoznać Bjornlingow. Nie wiem po co tu są. Przydałoby się ich mieć jutro u swego boku no ale jest ryzyko. Zwłaszcza jakby wiedzieli, że Astrid to córka naszego jarla co ich niegdyś złupił. - Widać było, że Norsmen ma zagwostke na tym punkcie

                        Egon zabębnił palcami o cybuch fajki. Wziął dym jeszcze parę razy, żywo patrząc na Larsa. Wojownik przez parę dłuższych chwil kalkulował ich szanse. Z miny jednak można było odczytać Egona niby księgę, że pomysł mu się nie spodobał.

                        – Ryzykowna rzecz – rzekł wreszcie, krzywiąc się nieco. – W Norsce krótki czas byłem. Ot, prawda, przydaliby mi się dobre woje na wyprawę, ale nie tacy, co mają wróżdę z Astrid. Zda mi się, że ludzie Norsci przebiegli być mogą. Uważasz, mogłoby być i tak, że byśmy pokazali im Astrid od razu, żeby ich wybadać. Jak rozpoznaja w niej Bjornlingów, to zaatakowaliby od razu, a? Tak mi się zdaje, bo czemu by nie mieli atakować?

                        Wojownik jednak pokręcił głową.

                        – Gorzej, jak tych dwóch załapie, kim ona jest po jakimś czasie albo będzie próbowała się mścić potajemnie. Przykład ci dam. My zagadamy do nich, że rejza się szykuje na piratów rzecznych. Może i szyper by ich wpuścił na pokład, ale jak przyjdzie co do czego, to mogliby znienacka wziąć Astrid… Chyba, że byśmy się wypuścili w jakiś fortel i powiedzieli im od razu, że Astrid pochodzi z Bjornlingów i zasadzamy się na nią i jeśli jeno by nam wysłużyli, to byśmy ją im wydali, ale dopiero w Salzenmund. W międzyczasie, uważasz, kiedy by robotę ogarnęli z piratami, to usieklibyśmy drabów łatwo.

                        Egon dodał więcej ziela fajczarskiego do swej fajki.

                        – Ale mogą się zorientować i gwaranta na to nie ma – odpalił raz jeszcze. – Moglibyśmy stracić Astrid i to wszystko mogłoby się zesrać podczas abordażu, a wtedy już będzie trudno. Piraci brali wszystkie korabie jak leci i nikt nie dokazał, by im odpór dać. Spodziewam się trudnej walki. A tak? Sami znajomi na pokładzie.

                        Egon wypuścił dym z ust.

                        – Mniej toporów, ale i też mniej ryzyka…
                        - To prawda. Mniej toporów ale i mniej ryzyka. No ale te dwa topory mogłyby się nam jutro przydać. Ciężka sprawa. - Lars westchnął jakby przed chwilą robił w głowie podobne kalkulacje jak teraz Egon. Postawił pusty już kufel na parapecie okna i bez pośpiechu sięgnął do przypinanej torby i pasa. Wyjął z niej swoją fajkę i spokojnie, metodycznie zaczął ją nabijać.
                        - Trudno powiedzieć kto to ci piraci i ilu ich jest. Bo dotąd rzezali każdego kto wpadł im w łapy. Więc nie wiada czy to co mamy starczy na nich. Dwa topory więcej to zawsze lepsze rachunki dla nas. - Powoli ubijał ziele w cybuchu.
                        - Astrid chyba nie powinni znać. Ona wtedy smarkata była. Ale jednak córka jarla. Może któryś z nich przez tą dekadę był u nas lub gdzieś ją widział. Mogło tak być. A mogło nie. Ehh. Szkoda, że Raisy nie ma z nami. Albo jakiego szamana. Rzuciłby taki kościami, poderżnął gardło kurze i by bogów i radę spytał. - Westchnął, żałując iż starej wiedźmy nie ma teraz z nimi. Skończył ładować cybuch i odłożył do torby woreczek z zielem. Teraz sięgnął po żar i zacząć ssać fajkę aby ją rozpalić. Po chwili buchnął pierwszy kłąb dymu.
                        - Ona po kislevsku umie. Może by mogła kislevitke udawać. Nie wiadomo jak oni znają kislev. Czy by poznali czy nie. Jak będziemy gadać po norsmensku to poznają, że my też Norsmeni. No to pewnie zapytają skąd. - Główkował nad możliwościami jakie mieli. Pociągnął kilka wdechów z fajki. - Chociaż nie musimy mówić im, z której osady jesteśmy. To by nie taka osobista wróżda była. - Wpadł na pewien pomysł.
                        - Myślę, że jak coś by mieli działać to od razu. Raczej. Może jacyś chytrzy są. Ale ogar w nich silny więc jakby mieli mnie czy Astrid łeb rozwalić to nie czekaliby z tym do rana. - Rzekł po chwili zastanowienia. - No ale to najlepiej w rozmowie ich wybadać. Tylko trzeba by ustalić co im gadać. - Westchnął nad tą kwadratura koła.
                        - We czterech pewnie byśmy dali im rady. Jeśli ich jest tylko dwóch co Ingrid mówiła. Ty, ja, Silny. Rune jeśli odzyska siły. Powinniśmy dać im radę. Tylko znów mogą nas pociąć jak te orki a przed piratami to by nam nie pomogło. - Zachował pewien optymizm co do obliczania szans na zwycięstwo w takim starciu.
                        - Właściwie… Właściwie to na tych piratów mogą być chętni. Skaelingow to piraci, łupieżcy, wojownicy, łowcy skarbów i niewolników. Przepis na dobrą walkę na statku może im się spodobać. Przeciwko zabijaniu południowców czy braniu niewolników raczej też nie powinni być przeciw. I tak zazwyczaj to właśnie robią. Właściwie jakby ich skaptować to może i na dłużej by się przydali. Na późniejsze rejzy. W końcu to Norsmeni więc żeglować potrafią. Sam wiesz, że na razie to prawie same szczury lądowe nam się trafiają. - Przyznał, że w pozytywnym wariancie to nawet mogłoby się to opłaca w dalszej perspektywie.
                        - Hmm… Jakbyśmy zawarli z nimi pakt. To raczej staraliby się go dotrzymać. Szkoda, że Raisy nie ma. Ona by mogła coś powiedzieć o woli bogów. To zawsze pomaga w negocjacjach. No i wino, śpiew i kobiety. No i wódz jakiś znany. Jak i nas jarl wróci z bogatymi łupami to zawsze na chętnych na kolejną wyprawę. My mamy tylko córkę takiego jarla. - Pokiwał głową gdy wymieniamy rzeczy jakie mogłyby skłonić dwóch norsmenskich wojowników do współpracy.
                        - Dobrze też zrobić na nich wrażenie. Zaimponować im. Walka, siłą, charyzmą, sagami, w biesiadzie. Jest mały plus bo i oni i my, nie jesteśmy u siebie. Ani na naszych statkach. Tylko daleko, wśród południowców. Może by to dało się jakoś ugrać. Ehh. Szkoda, że Astrid nie jest tak sprawna w walce jak Nora. Jakby pokonała w pojedynku któregoś z nich to może nawet zaoferowałby jej swój topór. Służyć córce potężnego jarla to prawie jak służyć jemu. Żaden wstyd. Szkoda, że akurat ten jarl ich spustoszył dekadę temu. To komplikuje sprawy. - Znów westchnął, że sprawa była taka zagmatwana. W końcu popatrzył na kamrata co on na to wszystko powie.
                        – Ja bym mógł się bić z jednym z nich, jeśli tego trza będzie – Egon zauważył. – Na arenie walczyłem nie raz, ale po tych przeprawach z Kuno mało mi kto w bijatyce dostoi. Jak bym rzucił wyzwanie i ofertę, to mogliby się skusić.

                        I dodał:

                        – Ale pomyśl tak. Jak hołdują Krwawemu Ogarowi i gadasz, że by nie czekali z tym odwetem, jeśliby Astrid albo ciebie rozpoznali, to prosta sprawa. Pod Łabędziem styknie, że pokażemy im Astrid, a przy okazji zawołam Rune i Silnego, żeby patrzyli, jak pojedynek idzie. Jeśli by coś kombinowali, druhy by zaraz nas wspomogły.

                        – Najgorzej pod Łabędziem. Potem, na okręcie, prosta sprawa, jeśli by się rzucali na Astrid, to dałbym znak Gezacktowi. Dwóch przeciwko wszystkim na okręcie? Przegraliby jak nic. Jeno tutaj nieco by mogli nas pociąć.

                        – Albo… Astrid i tak jest ranna, nie? Co, jak byśmy jej kazali trzymać się z daleka, że niby ranna i że nie możemy jej stracić, bo sagi nie napisze? Dziś poszłaby do swej izdebki, a jutro pod pokładem. Byłbyś tylko ty, a ciebie to nie tak łatwo rozpoznać. Najgorsze ryzyko byśmy ukryli pod okrętem, a Norsmenom byśmy pozwolili na ochronę okrętu.

                        Egon założył ręce, ciekaw, co korsarz ma do powiedzenia na ten temat.
                        - No tak. Ty czy ja, to byśmy mogli z nimi stanąć w pojedynku. Ci dwaj, wyglądają na tęgich rębajłow ale z kimś z nas, to pewnie nie byłoby im łatwo. Jeszcze Silny. Widziałem, że z tymi orkami też mi dobrze szło. Ha! Teraz te orki by nam się przydały! Jakby co dwaj stawali z nami ramię w ramię to potem już trudniej topór w czerep komuś wbić jak razem rzezaliscie wrogów. - Lars pokręcił głową z niedowierzaniem na myśl, że obecnie przeciwnik jakiego pokonali w obiad, mógłby im pomóc zjednać sobie tych dwóch Skaelingow. Cmoknął ze dwa razy fajkę i wydmuchał kłąb dymu.
                        - Jeśli oni są od Ogara i wpadną w szał to nie będą liczyć ilu jest przeciwko nim. To samo co u nas z Bjornem. Co z tego, że ich razem zaciukamy jeśli zdążą zdjęć głowę z ramion Astrid? Wtedy to właściwie nie mam po co wracać do domu. Jej ojciec wypruje mi flaki. - Uśmiechnął się jakby bawiła go taka sytuacja.
                        - Chociaż to, że ona jest kobietą i jest ranna to mogłoby działać na naszą korzyść. Zwłaszcza jakby oni byli od Ogara. Bo wiesz to nie honorowe uciąć łeb komuś kto ledwo stoi na nogach. - Znalazł jakiś pozytyw w tym pomyśle o jakim rozmawiali.
                        - Właściwie to ten honor to też sposób. Jakby dali słowo to by pewnie próbowali je dotrzymać. Na przykład, że nie zetną jej głowy póki nie wydobrzeje. Albo, że dzień służby jeśli ich w czymś pokonamy albo zaimponujemy. Szkoda, że nie wiemy po co tu są. Jakbyśmy wiedzieli to może coś dałoby się ugrać. - Znów wydmuchał dym z bladej, koscianej fajki.
                        - Chyba i tak trzeba by pogadać z Astrid. W końcu to jej głowa jest najbardziej narażona. Zresztą głupia nie jest to może coś wymyśli. - Popatrzył na kolegę co on na pomysł rozszerzenia ich grona o blondwlosa córkę jarla.

                        Egon skinął głową. Strzepał resztę popiołu z cybucha i schował fajkę z powrotem do sawky.

                        – Dobrze gadasz – odparł. – Ale z tym honorem to bym nie ufał, ciężko rzec, co we łbach tamtych siedzi. Mogą walczyć z honorem, ale równie dobrze mogą się rzucić jak dzikie psy na Astrid. Nie sposób rzec. Ale chodźmy do Astrid, rzekniemy jej. Chciałbym się wywiedzieć, co myśli.
                        - Może i tak być. Ale jakoś musimy ich podejść jeśli mielibyśmy ich jutro zabrać ze sobą. - Drugi brodacz rozłożył ramiona w geście bezradności i łyknął z fajki. - A po Astrid to ty idź. Poproś ją tutaj. Po co mamy gadać o naszych sprawach przy obcych. A ona jak widziałem bardzo teraz he he zajęta. - Zaśmiał się na wspomnienie urodziwej córki jarla którą widzieli w rozmowie z jakimś dobrze ubranym szlachcicem. - Jakby nie chciała przyjść to szepnij jej, że chodzi o Skaelingow. - Dorzucił na koniec. I został na zewnątrz czekając na powrót kolegi.
                        Gdy Egon wrócił do środka przywitał go ten sam gwar i zaduch co poprzednio. W tym tłoku siedzących, stojących, chodzących gości i lawirujących pomiędzy nimi kelnerek, odnalazł blondynkę z Norski. Wciąż rozmawiała z tym eleganckim szlachcicem. Zanim do nich poszedł, usłyszał jak ktoś go woła po imieniu. Po chwili zorientował się, że to Gezackt.

                        Zresztą szedł ku niemu.

                        - Egon. Tak na wszelki wypadek. Na zewnątrz są Srebrne Hełmy. Pod wiatą, przy stole siedzą. - Wskazał na drugie drzwi jakie pewnie prowadziły na tyły albo podwórze karczmy. - Martin z nimi chwilę gadała. Do Neus Emskrank płyną. Jutro rano tam ruszają. - Dodał jeszcze tonem wyjaśnienia. Z wewnątrz i tak tych wojskowych nie było widać. Ale gladiatorowi coś świtało, że na ostatniej mszy w Festag, ojciec Absalon, zapowiadał przybycie wojska jakie po kompromitującym ataku na najpotężniejszą świątynie w mieście, miało pomóc zaprowadzić porządek.

                        Egon przystanął na chwilę, przeżywając słowa łowcy niewolników. “Więcej elfów?” - z niechęcią pomyślał Egon. Zdawało się, że atmosfera w mieście zaczęła z wolna gęstnieć. Wyglądało na to, że skoro zwyczajne łapsy inkwizycji i inne oprychy pod carskim najmem skrewiły, rajcy miejscy systematycznie wytaczali coraz cięższe armaty. “Co dalej” - błysnęło mu z tyłu głowy. Zakon Srebrnego Młota? Egon nie miał wątpliwości, że jeszcze parę takich imprez pokroju świątyni Mannana i będą mieli na głowie coś więcej, niż zwyczajnych łowców czarownic.

                        – To dobrze, że odpływamy z miasta, co nie? – zapytał. – Jak zaczną od czystek, to będziemy daleko. Czuj duch, tutaj nie spodziewają się niczego, a w Salzenmund trza będzie rozpytać o plotki ze stolicy prowincji. Te elfy nie węszyły zanadto tutaj? Hmm.

                        I podszedł do Astrid.

                        – Hejże, Astrid – rzekł Egon. – Sprawy mam dla ciebie – Egon postanowił jeszcze nie mówić nic Astrid o Skaelingach, chcąc wypatrzeć sytuację.
                        - To chyba nie elfy. W każdym razie Martin nic takiego nie mówiła. Jest ich z dziesiątka, może tuzin. - Herszt milicjantów nieco się zmieszał słowami gladiatora ale doprecyzował co jeszcze dowiedział się od swojej blond łuczniczki. Pokiwał zgodnie głową, że to iż płyną w przeciwne strony niż oddział wojskowych, też uważa korzystną okoliczność. A na razie odwrócił się i ruszył z powrotem do swoich kamratów. Egon zaś, mógł wznowić marsz ku norsmenskiej blondynce. Jeszcze jak podchodził, usłyszał jak rozmawia z nieznajomym. Był barczysty choć nie aż tak jak gladiator czy Silny. Na cherlaka jednak nie wyglądał. Miał na sobie ciemno niebieski kubrak z modnymi rozcięciami na ramionach. A na krzepkiej dłoni, pierścienie.
                        - Zapewniam cię, milady, że nasi artyści zrobili ogromne postępy i już śmiało mogą stawać w szranki z Tileanczykami w operze i Bretonczykami w poezji. - Mówił uśmiechając się do córki jarla.
                        - A ja nie wiem czy moja przyjaciółka Fabienne by się z tobą Herr zgodziła. Ona jest Bretonka i jest rozmiłowana w teatrze i poezji. Nic dziwnego, przecież język bretoński jest taki romantyczny. - Astrid wcale nie wyglądała na zmieszaną. Przeciwnie, czuła się jak ryba w wodzie.
                        - To na pewno musi być bardzo interesująca i czarująca dama. - Tyle zdążył powiedzieć jej rozmówca, zanim Egon nie podszedł do Astrid. Musiał się do niej nachylić aby jej powiedzieć swoje.
                        ~ Teraz? To nie może trochę poczekać? No zobacz jaki kawaler mi się trafił. A jaki oczytany i też kocha poezję! ~ Chociaż córka jarla szeptała mu na ucho to i tak wyczuł jej ekscytację.
                        - Czy coś się stało? - Mężczyzna po przeciwnej stronie zapytał grzecznie. Ale Egona obdarzył znacznie mniej przychylnym spojrzeniem niż jego koleżankę. Blondynka wciąż zadzierała głowę aby zobaczyć jak gladiator zareaguje aby wiedzieć co odpowiedzieć rozmówcy.

                        Egon rzucił człekowi mordercze spojrzenie prawdziwego khornity. Jeśli drab miał wąty, mógł dostać kułakiem tu i teraz. Wojownik jednak nie koncentrował się na tym zbytnio, odszedł jeno krok z Astrid, nachylił się i szepnął:

                        – Sprawa jest. Dwóch Skaelingów niedaleko. Trza mi o tym z tobą i Larsem pomówić. Może się zrobić niebezpiecznie.

                        Wyrzekłszy te słowa, Egon odstąpił pół kroku, żeby zobaczyć, co rzeknie Astrid, ale i ustawił się tak, żeby kochaś córki jarla przypadkiem nie oflankował go. Gachy bowiem były czasem nieprzewidywalne.

                        Przez chwilę widział jak oczy Norsmenski przestały się uśmiechać i zrobiły się trochę większe, gdy usłyszała o dwóch wojach z wrogiego plemienia. Gdy opuściła głowę aby spojrzeć na rozmówcę starała się jednak zamaskować to zaskoczenie.

                        - Nic takiego Konradzie. Bardzo cenię sobie twoje towarzystwo ale niestety muszę cię na chwilę opuścić. - Zachowywała się z manierą szlachcianki i jakby na osłodę rozstania, położyła swoją szczupła dłoń na dłoni mężczyzny. Jego była ciemniejsza, ogorzała od słońca i wiatru. No i masywniejsza.

                        - Oczywiście Astrid, jeśli tylko mógłbym zaproponować ci swoją pomoc, to możesz na mnie liczyć. - On podobnie mówił jak dobrze wychowany szlachcic.
                        - Bardzo ci dziękuję Konradzie za twą hojność ale nie chciałabym cię kłopotać takimi drobiazgami. - Córka jarla wstała od stołu i jej rozmówca zrobił to samo po swojej stronie, okazując w ten sposób szacunek należny damie. Okazało się, że wygląda na krzepkiego a u pasa na miecz z ozdobną rękojeścią. Przesunął się wzrokiem po sylwetce gladiatora. Blondynka zdążyła przejść do końca ławy na jakiej siedziała i widząc to, podparła się ramieniem Egona. Być może także dla ustabilizowania pozycji.
                        - Konradzie, chciałabym ci przedstawić mojego przyjaciela, Egona. Egon był razem z nami w tej walce z orkami na brzegu co ci opowiadałam. Lady Froya van Hansen, była mu i nam bardzo rada. - Norsmenska szlachcianka zaczęła przedstawiać ich sobie, tak jakby już wcześniej zdążyła chociaż trochę opowiedzieć nowemu znajomemu o dzisiejszych przygodach. Szlachcic nieco uniósł brwi ze zdziwienia, jakby wojownik w zwykłej kolczudze, niezbyt mu pasował do towarzystwa szlachcianek. Ale nie przerywał damie roboty gospodyni.
                        - Egonie, to jest baron Konrad von Holzbeck z rycerzy Białego Wilka z Middelheim. Wyobraź sobie, że przyjechał na ten turniej w Neus Emskrank. I bardzo chciałby poznać nasze miasto. - Astrid przedstawiła rycerza a ten skinięciem głowy potwierdził jej słowa.
                        - Miło mi cię poznać wojowniku. Cieszę się, że pomogłeś wyjść cało z opresji szlachetnym damom, gdy mnie nie było w pobliżu. Ah, jakże bym porąbał te kreatury moim toporem za to, że ośmieliły się podnieść swoje plugawe łapy na tak nadobne niewiasty! - Na koniec zacisnął dłoń w pięść i pogroził owym orkom jakby naprawdę żałował, że nie jemu było dane przyjść szlachciankom na ratunek. Astrid obdarzyła go rozpromienionym uśmiechem a kilka okolicznych głów spojrzało na bogatego rycerza z ciekawością.

                        Egon skłonił się lekko, żeby okazać szacunek. Wojownik nie ufał szlachcie, zbyt często bowiem widział, jak wolą szlachciców robiło się szkodę człekom z gminu, z czego, koniec końców, pochodził on sam. Jeśli miałoby być po jego myśli, wartość człeka okazać miał jeno to, co dokazać mógł, a nie, z której piczki wyszedł na świat i czy niewiasta, która ją posiadała sygnowana była jakim herbem po piątej kądzieli.

                        Egon poniechał jednakże owych myśli, które sprawiały, że łapy same wędrowały do topora. “Może być przydatny, jako i Froya van Hansen” - pomyślał, mając na uwadze niedawne słowa Theo. Pamiętał też, że jego znajomość z milady także rozpoczęła się jak po grudzie.

                        – Witajcie, panie – zaczął Egon, który postanowił skierować rozmowę, póki co, na orków. – Te zielone bestie zamachnęły się na milady Froyę van Hansen i jej towarzyszkę Fanriel Złocistą. Choć zrazu ja z moimi kompanami ich nie poznaliśmy, ruszyliśmy im na pomoc i poczęliśmy kąsać dzikusy, aż zwrócili koniec końców uwagę na nas, tedy flanka zelżała nieco i milady przebiła się łacno. Siekliśmy bastardy już wsparci przez konnych, a kiedy zmiarkowali, że odporu nie dają, poczęli uciekać w bór.

                        Jeszcze jedna rzecz kołatała się wszak w umyśle wojownika: rycerz z zakonu Białego Wilka… Czy przypadkiem ci rycerze nie byli templariuszami kultu Ulryka? Egon słyszał nieco o świątynnikach i przygryzł wargi, żeby przypadkiem nie wdał się na nie sardoniczny uśmiech. Gdyby wiedział, kogo właśnie spotkał, Egon nie miał wątpliwości, że wywiązałaby się mordercza walka. Cóż, pozostało odgrywać rolę rzecznego najmusa na usługach szypra.

                        Nie podobało się Egonowi, że nagle w okolicach Neues Emskrank nagle poczęli odnajdywać rycerzy zakonnych z Middenheim. Znaczyło to, że być może kroiło się coś znaczniejszego. Z drugiej strony, Middenland był niedaleko, więc może to był jakiś rutynowy patrol?
                        - Ah, cóż za historia! Cóż za przygoda! Jak z eposu rycerskiego! Jak z bretońskiej ballady! - Rycerz jakby się wzruszył na tą relacje. I tak samo jak Annika czy Jutta zdawał się żałować, że nie brał udziału w tych wydarzeniach. - I naprawdę nawet jakaś elfka tam była? Że też ci dlugousi wszędzie muszą swój długi nos wsadzić. - Jakby przypominał sobie o tym detalu który psuł mu smak tej wybornej potrawy.
                        - Konradzie i nas wszędzie są elfy. No ten ich las z jednej strony, ich statki na morzu z drugiej, nie da się ich ignorować. A więc trzeba ich zapraszać do towarzystwa aby to jakoś wyglądało. Ta moja bretońska koleżanka Fabienne mi mówiła. Zapewne i z lady Froya było podobnie. - Astrid szybko wtrąciła się i zaczęła tłumaczyć ich lokalną sytuację. Baron wyrozumiale pokiwał głową mówiąc, że oczywiście a Norsmenka posłała mu ostatni zalotny uśmiech i wciąż podpierając się ramieniem Egona, ruszyła z nim do drzwi wyjściowych. Ale z powodu ran szli dość spacerowym tempem.
                        - Konrad nie przepada za elfami. Zwłaszcza mężczyzn. Też się naciełam jak mu opowiadałam i tych orkach. Więc starałam się nie mówić za dużo o Fanriel. Za to lubi Bretończyków. Zwłaszcza ballady i damy. Więc mu zaczęłam opowiadać o Fabienne. - rzekła mu cicho po drodze. I zaśmiała się nagle cicho. - Właściwie Fabi to mi mówiła, że Fanriel na bardzo apetyczne stopy, jedwabne uda i wspaniale potrafi siedzieć jej na twarzy no ale tego wolałam Konradowi nie mówić. - Pozwoliła sobie na chwilę szczerego śmiechu. Poczekała aż kolega otworzy drzwi wejściowe i razem wyszli na zewnątrz. Chmury nad głowami wydawały się bardzo ciemne ale w oddali jeszcze widać było błękit nieba kończącego się letniego dnia.
                        - Ale jest taki romantyczny! I zna bretońską poezję i ballady. Ja tylko kilka. Fabi to zna ich mnóstwo. W końcu jest Bretonka. Trochę więcej znam imperialnych pieśni. A najwięcej to naszych sag oraz opowieści. Ale na razie nie mówiłam mu, że pochodzę z Norsci. - Powoli szli w stronę Larsa. Ten odszedł kawałek i oparł się o belkę do wiązania koni. Teraz żadnych nie było, pewnie były w stajni. Więc można było się o nią oprzeć. Łupieżca dalej cmil fajkę i czekał aż do niego podejdą.
                        – To rycerz zakonny – odparł Egon na słowa Astrid. – Jeśli dowiedziałby się, kim jesteś mógłby ciebie zaaresztować albo i gorzej.

                        Egon zaśmiał się krótko i sięgnął do pazuchy po kolejną mieszaninę leczniczą.

                        – Gadał może, z jakiego nadania tutaj jest? – zapytał jeszcze Egon. – Masz, tutaj weź to i wypij, będzie ci lepiej po tym… Dostałaś sporo razy tymi orczymi toporami, a jutro wielki dzień, to musisz zdrowieć.

                        Podszedł do Larsa i zaczął w te słowa, mówiąc zarówno do Larsa, jak i do Astrid:

                        – Słuchajże… Tu mi Lars mówi, że w Łabędzi jest dwóch Skaelingów i rozpoznali ciebie jeszcze. Dwa topory, które można by nająć… Ale strach jest, bo nie sposób zmiarkować, czy czasem od razu nie zaatakują. Po mojemu, moglibyśmy do rzeczy podejść albo tak, albo tak: albo damy sobie z tym spokój i po prostu nie podchodzimy do nich, albo ja bym do nich podszedł i spróbował jakoś ich urobić. Jak by podskakiwali, mógłbym wezwać jednego z nich na pojedynek, jeno bym jeden z tych dekoktów wzmacniających wypił. Na pięści byśmy poszli w bitkę. Lars gada, że dotrzymują przysiąg, to bym im taką przysięgę zrobił: że nie będą atakować nikogo bez mojej zgody na okręcie, a cała reszta taka sama, zatrudniliby się u szypra albo my sami byśmy ich opłacili. Co rzekniecie? Jedyny szkopuł to taki, że mogą ciebie zaatakować, jak cię rozpoznają… No chyba, że podczas rejsu byś nie wychodziła.

                        Blondynka wzięła butelkę z lecząca miksturą i przyjrzała jej się chwilę.

                        - Bierz, bierz. Ja wziąłem i już czuję, że mi się polepsza. - Zachęcił koleżankę. I ta już bez wahania wyjęła korek i wypiła wszystko duszkiem do dna.
                        - Konrad jest z Middenheim. Ale przyjechał do Saltmundu do tamtejszej świątyni Urlyka. Ale usłyszał, że w Neus Emskrank turniej ma być to tam ruszył. Może nawet by wystartował. Liczy, że w końcu ta żałoba po księżnej się skończy i ten turniej się jednak odbędzie. To wolałby być wtedy na miejscu. No i usłyszał jeszcze, że lady Odette do nas przyjechała. A on jest jej wielkim wielbicielem i ma nadzieję, że będzie mógł ją spotkać, porozmawiać albo nawet trafi na jej koncert. Powiedziałam mu o teatrze ale jeszcze nie mówiłam mu jak dobrze się znamy z Odette. No i o Fabienne mi trochę opowiedziałam bo lubi Bretończyków, tak eposy, ballady jak i rycerzy i damy. Mówi, że u nich ostał się duch prawdziwego rycerstwa a u nas to już nie. Znaczy w Imperium. - Astrid streściła czego się dowiedziała od rycerza z południa.
                        - Ha! A to się biedak wpakuje. Norsmenka, Bretonka i Imperialna. A wszystkie tak lubiezne i grzeszne, że powinien z wrzaskiem uciekać do domu! - Larsowi chyba faktycznie się poprawiało no zaśmiał się rubasznie ubawiony szczerze swoją myślą. Blondynka wyglądała na mniej ucieszona bo posłała mu cierpkie spojrzenie.
                        - Konrad to prawdziwy dżentelmen, ma bardzo dobre maniery, zna bretoński oraz uwielbia sztukę. No i jest rycerzem i baronem. - Córka jarla podsumowała zalety nowego znajomego.
                        - Oh na pewno. Ale i tak chodzi mi tylko o to aby wleźć ci między nogi. Tu się ode mnie czy nawet Burgund nie różni. Służyłem w Bretonii, miałem do czynienia z pokojówkami, kelnerkami i szlachcianki też się zdarzały. I mówię wam, że jak już dochodzimy do zdejmowania z nich tych wszystkich muślinów i jedwabi to pod spodem mają to samo co Jutta albo Łasica. No ale muszą ten cały cyrk dobrych manier i ukłonów odstawić aby pokazać swoją wyższość nad plebsem i udawać, że chodzi o coś szlachetnego a nie zwykłe filglowanie. - Wojownik mówił jakby miał doświadczenie w obracaniu się z różnymi warstwami społecznymi. I dostrzegał tak różnice między nimi jak i podobieństwa.
                        - Mówisz tak bo nie jesteś baronem jak on i nie znasz się na sztuce i poezji. - Astrid spiorunowala go wzrokiem i udało mu się ją rozzłościć.
                        - To prawda. Ale jak mi się jakaś podoba to nie zasłaniam się poezją aby się do niej dobrać. No i nie przeszkadza mi jeśli będzie z koleżanką, nawet jeśli koleżanka jest ladacznica. - Topornik nie przejął się docinkami koleżanki. Jego uwaga jednak zmarszczyła czoło blondynki.
                        - Jak to? Myślisz, że Konrad miałby coś przeciwko Ingrid? Przecież już jej zapłaciliśmy. - Tym razem popatrzyła na nich obu. Lars wzruszył ramionami.
                        - Może jak choć trochę jest jak Fabienne czy Priora to nie będzie miał nic przeciwko. Ale one też muszą dbać o pozory. A szlachcicom a zwłaszcza szlachciankom, nie wypada zadawać się z ladacznicami albo zamtuzami. Więc na takie zabawy jak dziś w kajucie Jutty to raczej z nim się nie nastawiaj. No chyba, że pod spodem jest bardziej do nas podobny niż z wierzchu wygląda. W końcu z wierzchu to lady Fabienne to też dama, bogobojna obywatelka i wierna żona. - Topornik wzruszył ramionami i machnął dłonią na znak, że skończyl temat. Astrid milczała chwilę w końcu też dała sobie spokój.
                        - Dobra to i co chodzi z tymi Skaelingami? To na pewno oni? Widzieliście ich? - Popatrzyła pytająco na nich obu.
                        - Nie gadałem z nimi ale widziałem ich tatuaże i amulety. Myślę, że to Skaelingowie. I właśnie myśleliśmy że Egonem jak to rozegrać. Bo dwa topory więcej na jutro by się przydały. No ale jak będą wiedzieć kim jesteśmy, zwłaszcza ty, to mogą użyć toporów jeszcze dziś. - Lars krótko podsumował o czym wcześniej rozmawiali zanim przyszła norsmenska szlachcianka. Ta zaczęła nad tym myśleć.
                        - I ma rację. Możemy ich ominąć. Teraz pójdziemy do zamtuza z Ingrid. Zamkniemy się w pokoju. Rano szybko na “Jutrzenkę”. I odpływamy. Powinno się udać. No ale wtedy nie mamy ich toporów. - Przyznał gladiatorowi rację, że wersja ostrożna, ma realne szanse powodzenia. Widząc, że koleżanka wciąż trawi nową sytuację, zwrócił się do niego.
                        - Pewnie mógłbyś ich wyzwać i pokonać. Może nawet skaptować na łajbę. Ale jakby połapali się kim jesteśmy, zwłaszcza Astrid, to nie wiem czy wendetta nie będzie u nich silniejsza. Mimo wszystko jesteś południowcem. I nas południowcy nie cieszą się takim mirem jak inni Norsmeni. Jakbyś był od nas, byłoby ci łatwiej. Sam bym to załatwił no ale akurat mamy z nimi kosę więc to nam też nie pomaga. - Podzielił się z Egonem swoją opinią o jego pomyśle.
                        - Ale nie zawsze tak było. - Astrid w końcu zabrała głos. A gdy topornik na nią spojrzał zdziwiony szybko wyjaśniła. - Są jeszcze Sarlowie. Z nimi mamy kosę i my, i Skaelingowie. - Rzekła patrząc na nich obu bystro.
                        - No tak. Ale co z tego? - Lars nie widział związku z tymi wendetami.
                        - No może mój ojciec złupił ich dekadę temu. Ale sami się prosili. Napadali nasze łodzie i nie chcieli zapłacić odszkodowania. To mój ojciec zebrał statki i wojowników i sami sobie wzięli. To była wyprawa odwetowa. Mogli nas nie lupic. Ale jeszcze wcześniej, jak mój ojciec był młody, taki jak ja teraz albo młodszy. To brali udział w wyprawie mojego dziadka na Sarlow. Wtedy byliśmy w sojuszu ze Skaelingami, stawaliśmy przeciwko tym psom Sarlom ramię w ramię. - Przypomniała i wydarzeniach pewnie jeszcze przed jej narodzeniem. Lars z wolna skinal głowa.
                        - No i ciekawe od kiedy tu są. Czy słyszeli o naszej Merdze. Ona pochodzi od nas ale to szanowana wyrocznia i potężny mag. Całą Norsce odwiedziła i ją mogą znać. Moglibyśmy się na nią powołać. - Popatrzyła na nich obu. Topornik zastanawiał się.
                        - Może. To co mówi Egon też ma sens. Trudno powiedzieć co na nich podziała. - W końcu on też spojrzał na gladiatora co on na to powie.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine jako Egon Herschkel
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #340

                          Egon uśmiechnął się pod nosem na uwagi korsarza i córki jarla. Oczywiście, jeśli chodziło o branie dziewek, był zdania Larsa - wszystkie owe konwenanse i bezsensowne maniery były jeno wymyślnym tańcem przed tym samym, co oni robili.

                          Wojownik jednak zastanowił się - w snach pojawiał się co rusz motyw Czarnego Rycerza, który ma ich poprowadzić do zwycięstwa. Zdało się jednak, że ów baron to nie był on, skoro pochodził z zakonu Ulryka. Ciężko rzec było.

                          – Jakbyście wy z Burgund albo potem i jak by włączyła się do tego Łasica, to moglibyście go zbałamucić odpowiednio – rzekł. – Niedługo mogą nadejść srogie czasy, a wtyka w zakonie mogłaby by się przydać.

                          Nabił jeszcze raz ziela do cybucha i odpalił.

                          – Ja musiałbym podejść do nich i rzec co nieco – zaproponował wreszcie wojownik. – Postawić im ze dwa antały i wywiedzieć się, skąd przychodzą i dokąd zmierzają. Ci, co oddają cześć Krwawemu Ogarowi nie odmówią sobie dobrej bitki, a jutro zapowiada się taka, co będzie godna twej sagi, Astrid. Hmm…

                          Egon zastanawiał się dłużej, a wreszcie zmacał w kieszeni swych skórzany spodni pierścień, który Merga mu dała przed tym, kiedy wybył z Norsci.

                          – Merga dała mi to – rzekł Egon. – Ty jako córka jarla jesteś najbardziej rozpoznawalna z twarzy. Ty Lars trochę mniej, zdaje mi się. Moglibyśmy zrobić tak: pójdę do tych Norsmenów i zagadam z nimi, najlepiej z Silnym i Rune w odwodzie. Jakbym ich przycisnął nieco i rzekł im, że przysyła mnie Krwawy Ogar, to mógłbym wymóc na nich jakieś przysięgi. Albo pokazać im znak, co mam na plecach. Zyskalibyśmy dwa topory i zagwarantowali sukces w bitce. Ale ty Astrid na czas naszej podróży do Salzenmund musiałabyś się trzymać z boku, a jak by przyszło co do czego, to użyłabyś tego guślarskiego pierścienia, żeby cię nikt nie rozpoznał.

                          Wyrzekłszy to, Egon był ciekaw zdania swych towarzyszy. Zdało mu się, że wykorzystanie pierścienia mitygowało ryzyko na tyle, by można je podjąć, szczególnie, jeśli tylko tamci by przysięgli na Ogara, że będą upuszczać krwi jeno pod jego wodzą.
                          - O! Jeszcze Burgund i Łasica!? Ha! Egon za co ty tak szybko, tak znienawidziłes tego barona? Jakby te trzy się za niego wzięły i jeszcze Burgund z Łasicą to przecież nie wiadomo czy ten biedak dotrwałby do rana! Może by pikawa mu stanęła a jak nie to by z rana uciekał w te pędy do tego swojego Middelheim aby wreszcie odpocząć od tych miłości! - Norsmen zarechotal na całego. Aż się zgiął i uderzył dłonią po udach. Astrid spojrzała na niego krzywo.
                          - I co cię tak bawi Lars? Przestać się tak rechotać jakbyśmy jakieś straszliwe harpie albo wampirzyce były. - Zwróciła mi uwagę, starając się zachować powagę godną córki jarla.
                          - Wiem! - Topornik wyprostował się i spojrzał prosto na kamrata. - Jak będziemy mieć z kimś zwadę to będziemy je wysyłać do nich na całą noc! To dziewczyny się ucieszą a oni rano nie będą się do niczego nadawać! - Morski łupieżca wciąż był przednie rozbawiony własnym dowcipem. Astrid przewróciła oczami i otworzyła swoje ładne, pełne usta aby powiedzieć coś cierpkiego. Ale nagle otworzyła szeroko oczy.
                          - No właśnie! Zróbmy tak! - Krzyknęła entuzjastycznie. Tym razem Lars był zaskoczony. Przestał się śmiać i popatrzył na nią nie wiedząc co ma na myśli. - Możemy napisać list. - Blondynka popatrzyła na nich.
                          - Jaki list? - Pirat zmarszczył brwi nadal nie mogąc pójac jej pomysłu.
                          - List do dziewczyn. Do Priory. Znam jej adres. Ale jak ona coś wie to i powie Fabienne I Odette. Łasica też często u nich jest. A to i reszcie pownie powiedzą. - Popatrzyła na Larsa. Ten skinal głowa.
                          - No można. Dziś już nie ale z rana można komuś posłać. Pewnie do wieczora by dotarł. A co chcesz napisać w tym liście? - Pomysł wydał mu się wart rozważenia.
                          - No choćby o orkach i szlachciankach. No i o Konradzie. On i tak chciał poznać lady Odette. A teraz to pewnie i Fabienne. No a Łasica i tak często jest u nich. To by mogły mieć na niego oko. Bo my to pewnie najprędzej to za parę dni wrócimy. A Konrad to jutro rano już tam płynie. - Norsmenka przedstawiła jak to widzi.
                          - Może być. One potrafią być dość he he zajmujące. Jakby go w łożnicy przetrzymały to by nie miał za bardzo czasu knuć co innego. - Norsmen nie miał większych zastrzeżeń co do tego listu. Więc koleżanka popatrzyła na gladiatora.
                          - Jak coś chcecie to mogę napisać w tym liście. - Zaoferowała się świadoma, z ich trójki to ona jest najbardziej wprawna w mowie i piśmie.
                          - A z tymi dwoma dobrze rzeczesz Egon. Nie jesteś z Norsci, chociaż wyglądasz jakbyś był. I gadasz jak południowiec. To możesz ich wygadać po co tu są. Oni raczej powinni lubić antalki, ladacznice i bitkę. Czyli podobnie jak my. I jak się coś wyjaśni to może wtedy zdecydujemy. Silnego możesz wziąć. On też krzepki jest, wypić lubi i w pysk dać umie. - Zanim gladiator zdążył odpowiedzieć koleżance to morski wilk wrócił do tematu Skaelingow.
                          - Albo Burgund. Bo we dwóch z Silnymi to wyglądacie jak zakapiory co szukają zaczepki. Burgund jest wesoła i ładna. Wpada w oko. Albo nawet Ingrid. I tak jej zapłaciliśmy za całą noc. A ona po naszemu mówi. Bo nie wiadomo po jakiemu ci dwaj mówią. Ale po naszemu pewnie tak. - Astrid też podpowiedziała coś od siebie. Teraz czekali co gladiator na to powie. Wzięła do ręki pierścień i oglądała go chwilę. Po czym założyła go na palec. I przekręciła trzy razy tak jak uczyła ich Merga.
                          - I co? - zapytała zaciekawiona. Sama niezbyt mogła ocenić efekt. A przynajmniej nie tak dobrze jak koledzy. A zmieniła się. Na upartego wciąż widać było podobieństwo. Ale jakby rodzinne. Jak jakaś przyrodnia siostra czy kuzynka. Włosy z blond zrobiły się bardziej myszate i rozczochrane. Twarz wydawała się jakaś niewyraźna. Suknia szara. Właściwie teraz Astrid wyglądała bardziej jak jakaś pokojówka czy służąca, niezbyt urodziwa ani warta drugiego spojrzenia.

                          Egon pokiwał z zadowoleniem głową.

                          – Trza przyznać, że całkiem niezłe – Egon przyglądał się córce jarla przez dłuższy czas. – Jakbyś nie podchodziła i trzymała się z dala, to by w ogóle na ciebie nie spojrzeli, wyglądasz ciura kucharza albo dziewka do pomocy szypra. Co myślisz, Lars? Po mojemu, jakby się zaczaiła na okręcie albo trzymała jakiejś dziury pod pokładem, albo w ogóle gdzieś przy burcie przy towarze, to praktycznie nie do zauważenia. Pal licho, że będzie widać, że tam ktoś stoi, najważniejsze, żeby z facjaty nie wyszło, że córa jarla.

                          I buchnął raz jeszcze dymem fajkowego ziela.

                          – Z tym listem to dobry pomysł. Ale napiszcie go jakoś tak, żeby nie było łatwo rzec, że to myśmy napisali i w jakich intencjach. Po prostu niech Łasica i reszta ludzi wie, że w mieście jest jeden z nich. Oni już go tam wezmą w obroty.

                          I dodał na uwagę co do wzięcia Burgund:

                          – Słuszna rzecz, wezmę Burgund i Silnego. To co, mamy plan? – tu zwrócił się jednak do Astrid. – Słuchaj, jak rzeczy wypali, to będziemy musieli ciebie schować. Dam ci znać, jak coś, to pójdziesz do zamtuza, a na Jutrzenkę to zara z rana wejdziesz, przed wszystkimi, żeby tam się skryć. No i przez jeden dzień przyjdzie ci się ukrywać. Co rzekniesz?
                          - To jak oni i tak tacy niepewni by byli, że z toporami by się mieli na mnie rzucić, to po co ich brać? - Blondynka popatrzyła pytająco na gladiatora. - Ja myślałam, że jak już z nami mają gadać i przystać to bez strachu o nasze głowy i plecy. Poza tym, jak mam jutro cały dzień siedzieć w kajucie to jak ja wam pomogę z piratami? Przybędą wam dwa topory ale ubędzie jeden miecz. - Przyznała, że pomysł niezbyt przypadł jej do gustu. Lars uniósł dłonie w pokojowym geście.
                          - Może na razie nie wstrzymajmy się z decyzją. Egon do nich zagada i zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak Egon się czegoś dowie to postanowimy co dalej. Kto wie czemu bogowie pokierowali ich kroki tutaj? - Norsmen był zdania, żeby najpierw wybadać tych dwóch Skaelingow, a dopiero potem główkować jak do nich podejść. Astrid dała znać, że na razie może poczekać na wynik tych rozmów.
                          - Egon a z tym listem, to jak, że nie od nas? Przecież muszę im napisać, że to od nas, idę mnie. Inaczej to będzie anonim. - Blondynka skrzywiła brwi próbując sobie wyobrazić co by miała napisać w takim liście.
                          - Ten pierścień dobra rzecz. Wyglądasz jak jakaś służka albo praczka. Jakby co nie wyszło z tymi dwoma, to dobrze mieć taki pierścień. Możesz w nim stać jutro razem z nami. Albo zamkniesz się w kajucie z Jutta. Lub będziemy was tam odwiedzać na zmianę. Ale to najpierw musimy wiedzieć jak stoimy z tymi dwoma. - Morski wilk mniej więcej poparł pomysł kolegi, ale na razie traktował go jako rezerwowych.
                          – Po prostu daj znać w liście, że idzie do nich ulrykanin, bez gadania, co może to znaczyć – rzekł Egon, który nie chciał, żeby Astrid rozpisywała się, że Łasica i pozostałe mają go zacząć. – To styknie.

                          Egon strzepnął popiół z cybucha i zassał dym jeszcze parę razy.

                          – Dobra, to idę po Burgund i Silnego. Wrócę tu, jak dokażę rzeczy z Norsmenami – rzekł jeszcze, kierując się na powrót do progu drzwi Łabędzia.
                          - Ah to. - Norsmenka odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do brodacza. - O to się nie bój. Napiszę im, że jest oczytany, kocha poezję, cierpi na bretońską słabość i dziewczyny pewnie domyślą się o co chodzi. - Blondynka wydawała się być pewna, że uda jej się w słowach wzbudzić zainteresowanie koleżanek baronem z Middelheim.
                          - Dobra to idź. Ale my tu nie będziemy czekać. Jak nie potrzebujesz Ingrid to ja do niej wracam. A Astrid to wiadomo do kogo. Tylko odwiń pierścień bo twój baron pośle precz takiego kocmolucha. - Lars dał znak, że nie zamierza spędzić wieczoru przed karczmą. A na koniec zażartował sobie z koleżanki.
                          - Racja. - Przyznała i obróciła pierścień na palcu. I znów stała się blondynką o starannie uczesanych włosach i imperialnej sukni. Choć z brosza i naszyjnikiem stylizowanym na norsmenski albo nawet pochodzący stamtąd. Takie detale jednak były popularne wśród rodowitych Nordlandczykow. Między innymi dlatego przez resztę Imperium byli nazywani pół Norsmenami. - Dobra to my tu chwilę poczekamy jak wejdziesz. A ja potem wrócę do Konrada. - Oznajmiła Egonowi.

                          Egon skinął głową. Wyglądało, że zarysował się z tego plan, jakiś. Lepszego nie mieli i powątpiewał, czy udałoby im się skaptować Norsmenów tak łatwo - jeśli naprawdę tych dwóch było z rodu Skaelingów, Egon wiedział, że będą czcić Pana Krwi, jak i on sam, przeto perspektywę na skrócenie paru piratów o głowę przyjmą z otwartymi ramionami, byli to bowiem morscy berserkerzy, którzy cenili rozlew krwi. To jednak, co zastanawiało Egona, to w jaki sposób uda im się utrzymać dwóch krewkich Norsmenów w ryzach i, rzecz, która nie została wypowiedziana przy Larsie i Astrid, jak szyper Haynrich Wagner zareaguje na wkroczenie tej dwójki na pokład. Może jeśli on sam z kamratami poręczy za nich będzie łatwiej? Cóż. Potrzeba było się przejść i pogadać, aby się wywiedzieć wszystkiego.

                          Gdy gladiator ponownie wrócił do karczmy, znów go uderzył gwar, ciepło i zaduch. Musiał na chwilę wejść między stoły aby rozejrzeć się dookoła. Po chwili spostrzegł dwójkę z portowej ferajny. Burgund była bliżej środka izby i dalej grała w karty. A Silny pod ścianą, w pobliżu tych drugich drzwi. Pił z kufla, rechotał i obserwował jak dwóch zawodników siłuje się na rękę.

                          Egon postanowił podejść najpierw do Burgund. Wojownik podszedł bliżej środka izby i stanął za ulicznicą, ciekaw, jak też idzie jej gra.

                          Z bliska okazało się, że łotrzyca gra przy stole z kilkoma mężczyznami. Co prawda między nimi siedziały jeszcze jedna czy dwie kobiety ale nie miały kart w ręku więc pewnie były to ich towarzyszki. Gladiator dostrzegł, że przed rudzielcem jest jedna z większych kupek fantów. Pierścień, monety srebrne i miedziane, chyba jej gorset, sakiewka i podobne bibeloty o jakie grali. Może jeden czy dwóch graczy mieli podobna ilość fantów a pozostali wyraźnie mniejsze. Burgund była w samej koszuli i spódnicy, więc jej przednie atuty ładnie się prezentowały. Egon trafił na koniec partii. Wygrał jeden z tych mężczyzn co miał już sporo wygranych.
                          - Mam gryfa. - Oznajmił z dumą i położył karty na stole. Gladiator ich nie widział ale pewnie tak było. Pozostali gracze jekneli z zawodu i z irytacją rzucili swoje karty na stół. Zwycięzca zaczął sięgać po wygrane fanty i przeciągać je ku sobie.
                          - A może się jakoś dogadamy? - Burgund kusząco nachyliła się nad stołem, podparła policzek dłonią, dzięki czemu adwersarz miał ładny wygląd w jej bujny dekolt. Ten jakby zastanawiał się chwilę. Obliczał to w głowie i uśmiechnął się.
                          - No dobra. Ale za skrzydełko i całusa. - Zaproponował a rudzielec uśmiechnęła się słodko do niego. Wezwała go do siebie gestem palca. A on zadowolony wstał, obszedł stół i nachylił się ku niej. Wtedy się pocałowali a przy okazji on miał okazję pobawić się jej dekoltem. Pozostali gracze i paru widzów wyraźnie mu zazdrościło takiej wygranej. A po chwili widowisko się skończyło. Zwycięzca wrócił na miejsce a łotrzyca, jako jedyna, nie musiała mu oddawać swojej puli jaką właśnie przegrała.
                          - To teraz ty tasuj karty. - Mruknął sąsiad do niej a Burgund wzięła od nich zbierać i tasować. Miała w tym niezłą wprawę. Może nie jak zawodowy szuler czy sztukmistrz ale widać było, że nie pierwszy raz gra.
                          - Egon. - Gladiator usłyszał za sobą kobiecy głos. Jak się odwrócił to dojrzał Ingrid. - Lars mnie przysłał. - Lekko wskazała blond głową na Norsmena. Ten widząc jego spojrzenie, pozdrowił go skinieniem głowy ale byli na tyle daleko od siebie, że musieliby krzyczeć aby się usłyszeć a w tym tłoku wynik i tak był niepewny. Morski wilk wrócił do tego samego stołu co siedział z ladacznica wcześniej.
                          - Mówił, żebym pokazała ci tych dwóch Norsmenow co ci mówił. No to to tamci dwaj. - Ingrid wskazała mu na jeden z długich stołów. Wśród towarzystwa dostrzegł dwóch rosłych wojowników. Siedzieli przy kolacji i kuflach. Brodaci, żarłoczni i z jakąś przyczajona dzikością w oczach. Mieli na sobie kaftany więc było widać ich nagie, muskularne ramiona. Pokryte były tatuażami. Egonowi nic nie mówiły ale pewnie po nich Lars ich rozpoznał. Jeśli mieli jakąś broń u pasa to stół i tak to zasłaniał.

                          Wojownicy wydawali się być podobnymi mniej więcej wzrostem do Egona. Iście, Egon docenił oko Larsa. Mając na pokładzie takich wykidajłów, zwycięstwo nad piratami zdawało się być przesądzone - cóż, jeśli tylko umieli ich utrzymać w ryzach.

                          – Dzięki, Ingrid – klepnął ją w ramię. – Zaraz tam pójdziemy…

                          Po czym zwrócił się do Burgund:

                          – Karta idzie, widzę – rzekł Egon, widząc, ile łotrzycy udało się zebrać grosiwa i świecidełek. – Ja bym przerżnął pierwsze rozdanie.

                          Tu nachylił się nieco bliżej Burgund i rzekł do niech przyciszonym głosem:

                          – Pójdziesz ze mną i Silnym? Sprawa jest…

                          Blondynka uśmiechnęła się sympatycznie i odwróciła się aby odejść. Widział jeszcze jak znów siada obok Larsa. Do środka też wróciła Astrid. Też zajęła to samo miejsce co poprzednio i wznowiła swoją rozmowę z middelheimskim baronem. Zaś Egon jak poszedł do Burgund ta podniosła na niego głowę. Roześmiała się zadowolona z jego pochlebstwa. A gdy poprosił ją na stronę trochę się zdziwiła. Jednak nie stawała okoniem. Spojrzała na dotychczasowych graczy.
                          - Ok chłopcy, muszę już iść. Wspaniale się z wami bawiłam. I bardzo wam dziękuję za grę. Ale moja milady mnie wzywa. - Przybrała przepraszający ton i słodkie spojrzenie. Ale sprawnie zaczęła zgarniać wygrane fanty do podolka sukni. Ci prosili ją aby została jeszcze jedno rozdanie i dała im się odegrać. I chyba naprawdę było im szkoda, że od nich odchodzi.
                          - Ale mi jeszcze wisisz udko! Mówiłaś, że dasz mi na koniec! Uczciwie wygrałem. - Nagle jej sąsiad jakby przypomniał sobie o tym. Akurat jak Burgund zdążyła wstać i miała już wygraną w podołku sukni. Przy okazji odsłaniając swoje gładkie, smukłe golenie a nawet kolana.
                          - Ano rzeczywiście wygrałeś. - Ruda uśmiechnęła się do niego zalotnie i lekko pacnela go palcem w nos. Odwróciła się i wypiela ku niemu. Wtedy jej tylne wdzięki zaprezentowały się apetycznie jak przed chwilą te przednie. Mężczyzna z wielkim zadowoloniem trzasnął ja w ten zgrabny kuper aż wywołało to salwę śmiechu przy stole i okolicy. Potem Burgund pozwoliła mi jeszcze chwilę tam się pobawić nim wyprostowała się i posłała im wszystkim ostatniego całusa. I wtedy dała Egonowi znać, że mogą iść dalej.
                          - Chodźmy do apartamentu. Muszę zostawić te fanty. No i przeliczyć bo tylko na oko liczyłam podczas gry. - Poprosiła go wskazując na schody prowadzące na piętro.
                          – Ano chodźmy, poczekaj tylko, zahaczymy o Silnego.

                          Egon był pod sporym wrażeniem gry Burgund. Zdawało się, że jego towarzyszka potrafiła zjednać sobie odpowiednio silniejszych od niej chłopów, nie brutalnie, jak by to zrobił Egon, ale fortelem.

                          Podszedł nieco bliżej Silnego i lekko gwizdnął, próbując ściągnąć jego uwagę.

                          – Idziesz? – zapytał. – Wpadniemy do Burgund do izdebki i pogadamy, rzecz jedna jest.
                          Łotrzyca pokiwała głową i poczekała na kolegów. Gladiator poszedł po łysego zbira. Ten go dojrzał dopiero jak go klępnal w ramię. I przez chwilę wydawał się niechętny opuszczać stół przy jakim trwały zawody w siłowaniu się na rękę. Teraz zmagali się jakiś wąsacz z bokobrodym. Obaj wyglądali masywnie i pojedynek był wyrównany. Byli czerwoni i spoceni z wysiłku. Sapali i stekali w tych zmaganiach na siłę i wytrwałość. Już na pewno wzmianka o kamratce Łasicy nie sprawiła, że portowy oprych nabrał chęci na opuszczenie tego miłego mu towarzystwa i rozgrywki. Dopiero jak Egon powiedział, że sprawa jest to łysy cicho westchnął. I niechętnie dał znak, że mogą iść. Przeszli przez zatłoczona izbę do schodów gdzie czekała na nich Burgund. I we trójkę poszli na górę. Po chwili byli już w apartamencie. Łotrzyca podeszła do łóżka i wysypała na nie fanty. Wymieszały się z gadżetami do niecnych figli z jej torby. A ona z uśmiechem usiadła na brzegu i zaczęła sortować to wszystko.
                          - Egon widziałeś tego na końcu? Co mu dałam udko? - Zagaiła wesoło podnosząc na chwilę wzrok. - Będę musiała z nim pogadać. Coś mi chciał powiedzieć ale nie do końca zrozumiałam co. Pewnie nie chciał gadać przy wszystkich. Ale coś, że ma ludzi do zabrania z jakiegoś brzegu czy co. Chyba jakiś interes. Coś kręcił. A ja będę musiała zakręcić się wokół niego bo myślę, że jest w to zamieszana piękna kobieta. - Łotrzyca była w świetnym humorze z powodu wygranej i właśnie przymierzała na dłoni, jak pasują jej nowe pierścienie.
                          - Skąd wiesz? - Łysy zapytał ją z podejrzliwym spojrzeniem.
                          - Miał od niej chustę na nadgarstku i cały czas jej dotykał. Zwłaszcza jak mówił o tym brzegu. Nie była taka koronkowa jak ta od lady Froyi no ale też nie byle jaka. I czarno czerwona. Trochę nietypowe jak na chusteczkę. - Bez ceregieli, zdradziła kolegom dlaczego tak uważa. Pierścienie okazały się zbyt duże jak na jej szczupłe i sprytne palce więc je szybko zdjęła.
                          - E tam. Pewnie kolejna ladacznica. - Silny machnął dłonią jakby to nie wzbudziło w nim zainteresowania. - Ja się dowiedziałem, że za tych piratów jest nagroda w Saltmundzie. Trzeba ich przywieźc do kapitanatu. W sznurach. Albo same łby. Ale za łby jest mniej. No ale wiadomo, łby he he nie robią problemów i łatwiej się je wiezie. Za wskazanie kryjówki czy jakiś ślad też jest. No ale to nie dla nas. Bo jak ich spotkamy to ich zetniemy i koniec tematu. No ale jak i tak płyniemy do stolicy to jeszcze nagrodę możemy jakaś dostać. - Łysy pochwalił się tym co udało mu się dowiedzieć przy stole.

                          Egon, z początku obojętny rewelacjom Burgund, w miarę tego, jak jego towarzyszka wykładała, czego dowiedziała się przy stole, nagle zwrócił swój wzrok i żywo począł popatrywać na chytrą dziewkę.

                          Rzeczy, o których gadał Łysy także były interesujące, jednak ciut mniej, bowiem Egon tak czy inaczej spodziewał się, że jeśli by jakichś piratów wzięli w jasyr, to pewnie jakaś nagroda by im się należała. Co prawda łowcami nagród nie byli i w ogóle nie interesowało go puszczanie się za piratami tylko po to, żeby odebrać jakiś marny grosz, to jednak wieść o nagrodzie była dobrym zwiastunem.

                          Wrócił jednak do tematu Burgund.

                          – Czemu on ci to wszystko gadał? – zapytał Egon, który nie do końca był pewien, czemu jakiś człek miałby zwierzać się Burgund właśnie. – Hmm. Po mojemu, niebezpieczna sprawa. Jak się wygadał, to ma pewnie wobec ciebie jakieś plany…

                          Dodał jeszcze:

                          – Chciałem wam rzec o czymś, ale zanim będę gadał, co trza zrobić, rzeknij mi Burgund, co jeszcze gadał ten człowiek? Jakich ludzi ma do zebrania z brzegu i co to ma być za piękna pani, co ma być zamieszana w to wszystko?
                          - A jakie on tam może mieć plany wobec niej. Wyhedozyc ja chcę jak wszyscy. Ona to by pewnie zaraz w ruch poszła i to z nimi wszystkimi. - Silny prychnal niechętnie w stronę liczącej fanty lotrzycy. Ta zaśmiała się w odpowiedzi jakby wcale się nie obraziła.
                          - A pewnie, że wszyscy mnie tam chcieli! Bo mnie zawsze wszyscy, wszędzie chcą! I pewnie, żebym z nimi poszła. Tylko tutaj byśmy mogli się nie zmieścić wszyscy no a już z Egonem i dziewczynami mamy plany na wieczór. Takie do rana. - Złośliwie odgryzła się koledze i pokazała mu język. On więc posłał jej gest palców, powszechnie uważany za obraźliwy. I na tym chwilowo kłótnia się skończyła.
                          - A Rolf był nieco zmartwiony a siedział blisko to go zagadałam. I początkowo miał mocne karty więc musiałam go jakoś rozproszyć. - Zaśmiała się triumfalnie i wysunęła swoją smukłą mogę pokazując jak pod stołem stopą rozpraszała nowego kolegę. - No i on zaczął mówić, że na bardzo ważne sprawy, że czekają na niego. Prawie powiedział, że ona na niego czeka. Ale się pohamował w ostatniej chwili. Za to zaczął dotykać tą chustkę. Poprosiłam go aby mi ją pokazał bo ładna. Naprawdę ładna. Też jedwab. Więc to raczej nie biedaczka. Może ktoś z gildii, szlachcianka albo droga ladacznica. Tylko wtedy można by wyczuć aromat perfumy. Jak na tej chusteczce od Froyi. A niezbyt było czuć. Więc albo ona nie używa perfum, albo Rolf nosił ją tak długo, że już zwietrzała. Co nie jest trudne, dwa, trzy dni by w zupełności wystarczyły. I się trochę wygadał, że oni gdzieś tam są, czekają i musi on statek załatwić. Pytał czy mam jakiś to mu powiedziałam, że sama jestem pasażerem ale mogę zapytać znajomej mytniczki. To się zrobił czerwony i więcej o tym nie gadał. Zupełnie jakby go tą mytnik spłoszyła. I dlatego chcę jeszcze z nim pogadać o co dokładnie chodzi. - Streściła kolegom swoje doświadczenia z nowym znajomym.
                          – Ciekawa rzecz, że się spłoszył, jak jeno usłyszał o mytniku…

                          Egon przez dłuższą chwilę milczał, próbując ułożyć sobie w swej włochatej głowie to wszystko. Jakiś człek, zbierający ludzi z wybrzeża, zaraz pod Łabędziem? Podejrzane. Choć, z drugiej strony, mogli to być przemytnicy, którzy nie mieli nic wspólnego ze sprawą. Jednak nawet przemytnicy mogli być jakoś zaangażowani w proceder.

                          – Słuchaj, musisz go wybadać – rzekł wreszcie Egon. – Rzeknę więcej: trzeba go wyśledzić, skąd będą się zbierać i co to są za jacy. Sama gadasz, że nawijał o zbieraniu ludzi z wybrzeża? Gdzie, kiedy, po co? I co to za luda tam są?

                          I wreszcie rzekł swoje podejrzenia:

                          – A co, jak ta banda drabów to właśnie piraci i jeśli jeno byśmy mogli ich wytropić, moglibyśmy uwalić całej rzeczy łeb zaraz tutaj, przy Łabędziu – Egon uśmiechnął się, jednak ten uśmiech zgasł niby węgielek polany wodą. – Może to też nie znaczyć nic. Może po prostu są jakąś bandą flisaków albo innymi obszczymurami, co gdzieś muszą się zebrać. Po mojemu to brzmi podejrzanie. I widzisz, wziął cię za zwykłą ladacznicę, to mu zaraz jęzor się rozsupłał.

                          Wyrzekłszy to, kontynuował:

                          – Ale. Inna rzecz jest, po to was tu przywołałem. Jest dwu Norsmenów, co mogłoby nas wesprzeć w jutrzejszej bitwie z piratami. Dwa tęgie kurwie syny, co teraz obżerają się i zalewają mordy u końca stołu. Widzieliście ich? Lars gada, że można by ich skaptować, bo są ze Skaelingów i hołdują Krwawemu Ogarowi. Trza by się do nich przysiąść i wywiedzieć, kto zacz. I zaproponować interes. Mogą chcieć nas przetestować, czy żeśmy silniejsi od nich… Ale to nam może pomóc – Egon uchylił poły kaftana i pokazał eliksiry alchemiczne mistrzów. – Co rzekniecie?
                          Oboje z ferajny zainteresowali się nowym wątkiem. Choć nazwa plemienia nie zrobiła na nich wrażenia albo nic im nie mówiła. Całkiem odwrotnie niż u Larsa i Astrid. Popatrzyli po sobie a potem na kamrata.

                          - Ja tam miałem swoje sprawy to się za bardzo nie rozglądałem. - Łysy przyznał bez ceregieli, że żadnych Norsmenow nie zauważył.
                          - No ja też. Musiałam cały stół rozpracować. A czemu Astrid i Lars z nimi nie pogadają? - Łotrzyca też przyznała się do tego samego ale jak zwykle dojrzała więcej od łysego mięśniaka. - No i wiecie chłopaki, przy zmaganiach takich jak dziś z tymi orkami to ja za wiele wam nie pomogę. - Uśmiechnęła się do jednego i drugiego. - No chyba, że zmagania miłosne. Takie jak w kajucie. To mogę się z mini spróbować. Nawet z wami trzema. Bo Silnym to nie chce i już się nagrzał na tą cytata ladacznice. - Mówiła żartobliwym tonem, że nie do końca było wiadomo czy żartuje czy nie. A na koniec spojrzała kpiąco na łysego zbira. Ten wzruszył masywnymi ramionami.
                          - A kto by cię chciał? A ona ma cycki lepsze od twoich. - Odwzajemnił jej się złośliwością. - A jakbyś trzeba było im przylac czy co, to ja bardzo chętnie. Myślałem, że z tymi orkami będzie większa zabawa. A jakieś cherlawe były. - Uśmiechnął się na myśl o całkiem innych zmaganiach niż koleżanka. Takich jakich on lubił. - I pewnie. Jak są krzepcy to mogą nam się jutro przydać. Nie wiadomo Ile tych piratów może być. - Pomysły aby zwerbować obu wojowników poparł. I mówił jakby wszystko miało pójść z górki. Wtedy Burgund skorzystała z chwili przerwy aby wrócić do Rolfa.
                          - Myślę, że jakaś flisakowa to by nie miała takiej chustki. Jedwabnej. Ja mam kilka z czasów zamtuza ale trzymam je na wyjątkowe okazje. To trochę jak pończochy. Szlachcianki i kurtyzany mają jedwabne a reszta zwykłe. No ale damom i gospodyniom nie wypada pokazywać nóg więc mają chusteczki. Może i jakaś tępa dzida wygrała albo znalazła taką chustę. Ale wątpię. Ale na razie to trudno powiedzieć o kogo może chodzić. Też zauważyłam, że Rolf spłoszył się na wspomnienie o mytnik. No to jak skończymy z tymi Norsmenami to mogę do niego wrócić. Chyba, że poradzicie sobie sami w ja teraz spróbuję do niego podbić. Jak potrzebujecie chętnych niewiast to możecie spróbować wziąć Jutte albo Ingrid. - Popatrzyła na nich a zwłaszcza na Egona, na jaki wariant się zdecydują.
                          – Nie wiem, czy Jutta albo Ingrid mogą tak łatwo zagadać, jak ty – Egon powątpiewał. – Lepiej, żebyś z nami poszła, chyba, że Jutta też wkręci łatwo. Po mojemu to Norsmeni bardziej będą ufni komuś, kto nie jest żadnym urzędnikiem ani nie reprezentuje prawa na rzece. A Ingrid bym do tego nie mieszał. Lars i Astrid gadali, że tych dwóch jest z rodu Skaelingów i oni mają z nimi kosę, ponoć.

                          Egon pokrótce wytłumaczył Łysemu i Burgund, jaki plan obmyślili z Larsem i Astrid.

                          – Rozumiecie, jeśli Astrid by podeszła i by w niej rozpoznali córkę jarla, mogli by się rzucić do gardeł. A musimy być gotowi na jutrzejszą bitkę na pewno, bo jak ci piraci podejdą, to pewnie nie będą tacy łatwi. No chyba, że ten twój Rolf okaże się wtyką i przypadkiem się na drabów natknęliśmy już tutaj. Wtedy to trza będzie wykombinować, co z nimi zrobić teraz. Ty na niego oko miej, piraci i inne męty tego rodzaju znani są z zachodzenia do karczm takich, jak ta. Żeby czasem się nie okazało, że coś jest na rzeczy – wojownik przestrzegł.

                          Rzucił jeszcze okiem na drzwi do izdebki i potarł swoją brodę.

                          – To co, idziemy do nich? Szpej już zgoliłaś z frajerów, przysiądziesz do nas na chwilę do Skaelingów, a na resztę nocy możesz urabiać Rolfa.
                          - Wolałabym urabiać Jutte i ciebie. A potem zmiana warty i Annika I Adele. - Łotrzyca wyszczerzyla się radośnie jakby wcześniejsze plany na dzisiejszą noc miały ciepły kącik w jej sercu. - No ale dobra. Pójdę z wami a potem do Rolfa. Szkoda, że Łasicy nie ma. To ona by się zajęła jednym a ja drugim a na noc i tak byśmy się spotkały. - Westchnęła z żalu, że nie ma tu jej kamratki jaka zwykle była jej wspólniczką i kochanką.
                          - I dobrze, że jej nie ma. Tylko by wszystkim krew psuła. - Silny prychnal i dał wyraz swojej tradycyjnej niechęci do Łasicy. Po czym szybko zwrócił się do gladiatora. - No jak mają kosę między sobą to zmienia postać rzeczy. To faktycznie lepiej aby trzymali się z dala. Przynajmniej na razie. Jeśli o mnie chodzi to jestem z tobą. Jak trzeba będzie się z nimi trzaskać to masz moje ramię. Ale ty z nimi gadaj. Ja nie jestem od gadania. - Oprych z portowych doków, jak zwykle nie bawił się w finezję tylko powiedział otwarte na co u niego Egon może liczyć.
                          - No ja mogę pogadać a nawet być dla nich miła. Jakby szło o figle i by miało pomóc a często pomagają w negocjacjach, to też mogę. Na to u Jutty I Ingrid też chyba możemy liczyć. Ale jak wolisz bez nich to może być bez nich. Nie wiem czy oni są tu pierwszy raz i ją znają. Ale może nie. Zwłaszcza jakby spódnicę ubrała. Mogę jej pożyczyć. Ale jak mówię, jak chcesz to załatwić w rodzinie to możemy iść we trójkę. Rolfem się potem zajmę. - Burgund, chociaż oferowała całkiem inne umiejętności i charakter niż mięśniak, to też była gotowa do pomocy z tymi Norsmenami.
                          – Zda mi się, że zwykła rzecz, podejdziemy, posłuchamy ich nieco. Rzekniemy, że szukamy piratów i kamratów nam trza, żeby im odpór dać. Jak trza będzie, to nieco złotem sypniemy, ale nie za dużo, wiadomo. No. To co, zbieramy się? – rzekł Egon powstając. – Za długo to nie zajmie, będziesz miała jeszcze dużo czasu na Rolfa.

                          I, klepnąwszy ulicznicę w ramię, skierował się z powrotem w drogę do sali głównej.
                          - No dobra, to chodźmy. - Burgund zeskoczyła z krawędzi łóżka na podłogę i ruszyła za Egonem do wyjścia. Potem zamknęła apartament jak Silny ją minął. I we trójkę wrócili do tłoku w głównej izbie. Gladiator musiał być ich przewodnikiem bo tylko on wiedział o których gości chodzi. Jak się znaleźli ze trzy stoły dalej to widział, że sytuacja się za bardzo nie zmieniła. Dwóch rosłych wojowników kończyło swoją kolację i teraz popijali z kuflow. Na lawie obok jednego z nich było jedno miejsce wolne. I ze dwa naprzeciwko nich. Nie mieli pasków siwizny jak Lars więc mogli być młodsi od niego. Zachowywali się spokojnie, skupieni głównie na piciu i jedzeniu. A mimo to zdawali się emanować jakaś niewidzialna aurą, że mimo tłoku, nikt blisko nich nie siadał.

                          Przez twarz Egona przez chwilę przemknął mroczny uśmiech. Norsmeni mogli się czuć bezpiecznie w karczmie, ale ciekaw był, jacy oni byli przy bliższym poznaniu. Wielu wojowników, jak sprawdził ongiś naocznie, nie okazywało się takimi twardymi, kiedy tylko przyszło się i wdało w gadkę.

                          Klepnął karczmareczkę w udo i rzekł:

                          – Ano, złota pani, czemu nie przyniesiesz dwu antałów do naszych wojowników i jednego dla moich towarzyszy?

                          Egon podszedł do ławy i znalazł wolne miejsce dla siebie, Łysego i Burgund, którym wskazał miejsce opodal. Usiadłszy, spojrzał w oczy Norsmenom.

                          – Witajcie – rzekł krótko. – Wszakże słyszałem, żeście z Norsci?
                          Dziewczyna zaczepiona przez gladiatora, posłała mu nieco zdziwione spojrzenie. Ale skinęła głową nim poszła dalej. Skoro usiadł na przeciwko obu wojowników, to Burgund usiadła obok kolegi a Silny obok jednego z Norsmenow. Ci nie odpowiedzieli tak od razu. Tylko obrzucili całą trójkę uważnymi spojrzeniami. Po czym wymienili się nimi między sobą.
                          - A żebyś wiedział. Coś ci się nie podoba? - Odparł chrapliwym głosem ten ciut niższy. Dało się zrozumieć jego reikspiel. Ale od razu widać było twardy akcent z północy. Obaj patrzyli na Egona jakby spodziewali się zaczepki i byli na nią gotowi. Silny posłał koledze spojrzenie, dając znać, że on też jest gotowy. No ale Burgund miała inne zdanie.
                          - Ależ skąd, koledzy. Wszystko nam się podoba. Ja zawsze byłam pod wrażeniem silnych i dzielnych wojowników z północy. Nie to co te frajerstwo w rajtuzach z Reiklandu czy skąd tam. Właśnie dlatego chcieliśmy się z wami napić aby się lepiej poznać. - Łotrzyca uderzyła w wesoły, rubaszny ton. I miała to szczęście, że kelnerka akurat przyniosła pierwszy antałek i powiedziała, że zaraz przyniesie drugi. Na to obaj wojownicy zmitygowali się, jakby nie spodziewali się takiego zachowania od południowców. A na wzmiankę o Reiklandzie to nawet na chwilę się uśmiechnęli i pokiwali głowami. Jednak popatrzyli teraz na Egona, jakby sprawdzali co on na to wszystko powie.
                          – W interesach przyszedłem, tedy musiałem wiedzieć na pewno, czy żeście naprawdę z Norsci – rzekł Egon spokojnie. – Gadają, że woje z Norsci dobrzy są w robieniu toporami, jako i ja. Ano, widzicie, taka rzecz jest. Około jutra wieczór czy coś koło tego będziemy dopływać do Salzenmund od strony rzeki. Piraci na rzece są, słyszeliście wszakże? Skoro takie z was dobre woje z Norsci, czemu nie popłyniecie z nami jeden dzień do Salzenmund? Niewiele zajmie, a i bitka się będzie kroiła przednio. No chyba, że za bitką nie przepadacie?
                          Obaj znów wymienili się spojrzeniami. Po czym popatrzyli na Egona.
                          - Jacy tam piraci? Jak to nie jest ktoś od nas z Norsci, to nie ma sobie co głowy zawracać. A tu wszyscy zestrachami jakby Ragnarok się zaczynał. - Prychnął pogardliwie jeden z nich. Drugi zaśmiał się i pokiwał głową. Zachowywali się, jakby problem z piratami nie był godny ich uwagi.
                          - Ale jak płyniecie do Saltmundu, to nam po drodze. Też tam płyniemy. Sprawy mamy do załatwienia. Ale krypa na jakiej płynęliśmy do tej pory utknęła tu bo szyper boi się płynąć w górę rzeki z powodu piratów. - Prychnął ten ciut niższy, jaki widocznie był bardziej wygadany od kolegi. Przerwał bo rozległa się skoczna melodia fletu. A na kawałku wolnego miejsca w tan poszły dwie niewiasty. Szybko okazało się, że to Annika i Adele. I sporo osób odwróciło się aby popatrzeć na te dwie pląsające łanie.
                          - I nas też kobiety tak tańczą. A jak zaczną od takiego tańca to potem jest dobra zabawa he he. - Jeden z wojowników wskazał kuflem na tańczące kobiety i zaśmiał się rubasznie.
                          – Aaa, dobrze, dobrze… – Egon pokiwał głową, rad, że ludzie w północy otworzyli się wreszcie nieco. – Wiecie, tak się składa, że my też płyniemy w górę rzeki Salz. Może i korab widzieliście? Jutrzenka się nazywa. Wszak wydaje mi się, że dobry byłby to dla was układ? Wy przepłyniecie łacno w górę rzeki, a skoro piraci was nie kłopoczą, to może i paru skrócicie o głowę. Płyńcie z nami, rzekłbym. Co rzekniecie?

                          Gladiator pogładził swoją siwą brodę, czekając na odpowiedź Norsmenów.
                          Obaj Norsmeni znów wymienili się spojrzeniami. Jeden minimalnie wzruszył ramionami, drugi lekko skinal głowa. Po czym obaj przyjrzeli się Egonowi. Potem Burgund jaka siedziała obok niego. A wreszcie na łysego zbira co zaległ obok nich.
                          - To mówisz macie statek? I miejsce? - zaczął znów ten wygadany. Burgund skinęła głową. - No to czemu nie. My się żadnych rzecznych lachmytow nie boimy. Prowadzi nas wola bogów i żadne chlystki z południa nas nie zatrzymają. - Norsmen wydawał się być pewny siebie. Przerwał bo akurat kelnerka przyniosła drugi antałek. Mężczyzna odprowadził wzrokiem jej sylwetkę nim wrócił do rozmowy przy stole.
                          - Ale jakbyśmy mieli na jednym statku razem płynąć to wy to kto? - Popatrzył jeszcze raz na gladiatora i jego towarzyszy.
                          – Zwę się Egon Herschkel, wojownik, jako i wy – rzekł Egon, nieco zniżając głos. – Słyszał żem, że prowadzi was ten bóg, co rozumie zew walki i szanuje rozlew krwi. A? Tedy, rzekłbym, są z nas niemalże bracia, jako że hołdujemy temu samemu. Moi towarzysze zwą się Burgund i Silny – rzekł Egon, który nagle odkrył, że w ogóle nie znał innego imienia niż ksywka łysego.

                          I dodał:

                          – Płyniemy statkiem, co zwie się Jutrzenka, zacumowanym opodal.
                          Obaj wojownicy wydawali się być sceptyczni, co do rewelacji południowca o wspólnej wierze. Wymienili się spojrzeniami a Burgund popatrzyła szybko na swoich towarzyszy, nieco zaniepokojona. Tamci ponownie zwrócili się do gladiatora.
                          - Ja jestem Solmund Laxdale. A to mój przyjaciel, Thorstar Hrafnkel. - Przedstawił się to prowadził rozmowę. Przyjrzeli się dokładniej także rudzielcowi naprzeciwko i łysielcowi obok.
                          - Silny weź otwórz ten antałek co? - Łotrzyca poprosiła kolegę jakby chciała zyskać na czasie. Zbir prychnął pogardliwie, że nie ona nie potrafi poradzić sobie ze szpuntem, wstał i przez chwilę obserwowali jak się z nim mocuje. Z cichym dźwiękiem łysy wyjął go swoimi grubymi palcami po czym zaśmiał się chrapliwie. Bez większego wysiłku, uniósł baryłeczkę i zaczął po kolei rozlewać do pięciu, czekających kufli.
                          - Ja mogę tak go wcisnąć, że nikt go nie wyjmie. Będzie siedział ciaśniej w dziurze niż kniga w jej kuprze! - Pochwalił się gdy rozlał piwo. Wskazał na rudzielca a ta nieco zaskoczona tą uwagą, uśmiechnęła się do Norsmenów przymilnie. Obaj zarechotali rozbawieni i z ciekawością obserwowali jak łysy na powrót wciska szpunt w otwór antałka.
                          - Nie bój się Silny, to na pewno nie będzie twoja kniga. - Łotrzyca posłała koledze przesłodki uśmiech ale potrafiła być równie złośliwa jak Łasica. To też rozbawiło Norsmenów.
                          - To mówisz, nikt tego nie wyjmie? - Solmund upił z kufla, wstał i teraz on przejął antałek. I zaczął się mocować ze szpuntem tak samo, jak przed chwilą Silny. Zajęło mu to chwilę ale jednak dał radę go wyciągnąć. Zarechotał triumfalnie i pokazał im wszystkim trzymany kawałek drewna. A następnie postawił pojemnik na środku stołu. Szpunt na pokrywce i popatrzył na Egona. - Coś ci południowcy chyba nie tacy silni jak im się wydaje, nie Thorstar? - Kolega zaśmiał się ze złośliwej uciechy.

                          Egon uśmiechnął się nie bez jadu. Zdawało się, że ci Norsmeni respektowali jedynie kult siły, co nie zdziwiło ani trochę wojownika. Pod pewnym względem przypominali mu gory z plemienia Gnaka, choć były to z nich takie gory, co nie miały mord kozłów. Zapewne tam, w Norsce, urządzali takie wybiegi z przechwalankami, które były odpowiednio zaprawione sporą dozą picia piwa.

                          Egon zaśmiał się krótko.

                          – Myślałem, że woje z północy to twarde chłopy – rzekł brodacz, nagle rozbawiony. – Co, wy tam pod tymi górami Lodowego Zęba też mierzycie krzepę, wsadzając szpunty w beczki? Może i kuźkę? – zaśmiał się. – Daj mi swoje ramię, chcę zobaczyć tą siłę z północy.
                          - Zdziwiłbyś się gdzie wsadzamy nasze kuśki. - Solmund zaśmiał się chrapliwie a wraz z nim jego towarzysz. Zupełnie jakby potraktowali słowa gladiatora jak dobry żart.
                          - O, a gdzie? Bo ja bardzo lubię takie wsadzanie. I zabawy ze szpuntami. - Burgund zainteresowała się tematem. I leniwie bawiła się rączką kufla. Wymownie przesuwając dłonią w górę i w dół. To na chwilę skupiło uwagę całej trojki znad przeciwka. Z tymże, Silny chyba był bardziej uodporniony na jej i Łasicy gierki to szybko popatrzył na obu sąsiadów.
                          - To co? Stajesz? Czy te gadki o sile wojowników z północy, to tylko przechwałki? - Łysy też umiał być złośliwy, zwłaszcza takich tematach związanych z bójkami i podobnymi. W końcu tym się zazwyczaj zajmował.
                          - Ha! Zaraz zobaczycie! - Thorstar z rozmachem zmiótł talerze, że aż poleciały na sąsiedni stół. Któryś z gości oberwał nim w nogę ale widząc kto zamęt uczynił, nie ośmielił się zaoponować. Za to wojownik ustawił swoją prawicę, aby mogli z gladiatorem zacząć się siłować. I po chwili zaczęły się zmagania. Egon czuł jak przez nadgarstek napiera na niego siła drugiego wojownika. I od razu wiedział, że na cherlaka nie trafił. Początek zapowiadał się być wyrównany więc teraz pozostawało sprawdzić komu pary w ramieniu starczy na dłużej.
                          - Ja tam bym dała radę wam obydwu. Tylko w innych zmaganiach. - Burgund oparła się ramionami o stół, przez co jej dekolt prezentował się kolegom bardzo kusząco.
                          - Takich ze wsadzaniem szpuntów? - Solmund zapytał ją ironicznie. Ale raczej skupiał się na obserwacji pojedynku. Zresztą Silny tak samo.
                          - Tak, właśnie takim. Właściwie to nawet dałabym radę wam wszystkim. Może prócz Silnego, bo mnie wkurza. - Ladacznica mówiła niezobowiązującym tonem jakby chodziło o jakąś błahostkę. Tym razem obaj sąsiedzi Thorstara spojrzeli na nią z niedowierzaniem.
                          - Dałabyś radę nam wszystkim? - Drugi Norsmen zapytał jakby sądził, że coś źle zrozumiał.
                          - Pewnie. Tak się tylko zastanawiam czy raczej na raz, czy po kolei. Bo potem jestem jeszcze umówiona. - Łotrzyca dalej mówiła tym lekkim, leniwym tonem. A Egon musiał naprzeć na ramię Thorstara. Czył, że tamten zaczyna o włos ustępować.
                          - Niemożliwe! To potrafią tylko nasze kobiety! Jakbyś była z Norsci to może bym ci uwierzył ale wy, kobiety z południa, za cherlawe jesteście na to. - Solmund pokręcił głową ale zajety pojedynkiem gladiator, nie mógł wyczuć, czy Norsmen, naprawdę nie dowierza czy tylko droczy się z Burgund. Za to widział jak już o pięść zdobył przewagę ale uparty Skaeling wciąż nie chciał odpuścić. Słysząc to, łysy zbir zarechotał z rozbawienia i po przyjacielsku poklepał Solmunda po ramieniu.

                          Egon tymczasem z ponurą determinacją parł swoją łapą. Krew uderzyła w twarz Egona, a sploty mięśni na jego muskularnym ramieniu zacisnęły się okrutnie. Przez długie chwile mocował się z człekiem z północy i choć miał pewną przewagę, napierał coraz dalej i dalej. Jego łapa była zaciśnięta na podobieństwo żelaznych kleszczy na łapie Norsmena. Brodacz wiedział, że musiał wygrać nawet za cenę odniesienia rany lub zwichnięcia. Inaczej dwóch bastardów z północy pewnikiem nie respektowałoby go nijak - wojownik był pewien, że jeśli tylko jego knykieć dotknąłby drewnianego stołu, spotkałby się z kpiną, niby chłostą. W takim też wypadku musiałby podnieść rzecz jeszcze dalej i wyzwać draba do bitki, innego sposobu by nie było.

                          Przez parę dłuższych chwil dwóch rosłych chłopów siłowało się. Czasem Egon tracił przewagę, kiedy tamten z całej siły napierał coraz dalej i dalej, jednak Egon, nauczony starciami na arenie, rozumiał, że ktoś, kto stawiał na szalę coraz więcej i więcej, wiedział, że grunt pali mu się pod nogami. Pot spłynął po czołach dwóch wojowników, zdawało się, że jeden z drugim trafił wreszcie na swojego.

                          “Piekielny Ogar świadkiem” - pomyślał wreszcie Egon i zacisnął zęby w wilczym, nieprzyjemnym grymasie, a przez parę oddechów jego twarz uformowała się w groźną maskę. Znalazł lukę w sposobie, w jaki przybysz z północy napierał i zachybotał swoim kułakiem, wyprowadzając tamtego z równowagi.

                          Kiedy było jasne, że tamten traci rezon, Egon paroma pchnięciami dobił zaciśniętą łapę Norsmena do blatu i trzymał przez parę chwil. A potem puścił. Lekko drżącą dłonią sięgnął po kufel i pociągnął parę solidnych łyków.

                          – Ktoś, kto się ze szpuntem beczki siłował, gadał, że ludzie południa nie tacy silni – skwitował ponuro. – Ciekawa rzecz…
                          Throrstar rozmasowywał sobie ramię i patrzył na oponenta jakby nie mógł się nadziwić wynikiem pojedynku. Solmund zresztą też. Skrzywił się gdy usłyszał uwagę gladiatora. Wyglądał jakby rozważał coś w głowie.
                          - No to mamy zwycięzcę! - Burgund poklepała Egona po plecach. Dookoła rozległ się szum uznania, jakby te zmagania obserwowało nieco osób z sąsiednich stołów. - Ale pojedynek był wspaniały, widać, że obaj jesteście mocarze. Wypijmy za to! - Rudzielec widać starała się nie zrażać Norsmenów aby nie potraktowali tego wyniku jako zniewagi. Uniosła swój kufel i przez chwilę trzymała go w górze sama.
                          - No. Dobre to było. - Silnemu widocznie też spodobał się ten pojedynek bo pokiwał swoją łysą głową z uznaniem. I dołączył swój kufel do łotrzycy.
                          - No nie takie najgorsze. Może i nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Brzmiało jakby Solmund potrzebował się przemóc aby wyrazić swoje oszczędne uznanie, mimo, że wynik pojedynku przeczył stereotypom rozpowszechnionych na północy. Ale stuknął się i swoim kuflem. Drugi Skaeling popatrzył na niego a potem na swojego byłego przeciwnika.
                          - Mocnyś. - Powiedział w końcu i nawet uśmiechnął się do gladiatora. Sięgnął po swój kufel i dołączył się do toastu. - Za dobre walki i godnych przeciwników! Na miernoty szkoda tracić czasu! - Huknął na całe gardło i roześmiał się chrapliwie.

                          Egon pokiwał głową i sam sięgnął za swój kufel.

                          – Za wojów! – zawołał i pociągnął spory łyk.

                          Egon spodziewał się, że pomimo wyniku tego starcia, Norsmeni z czasem mogą okazać się kłopotami tak czy inaczej. Brodacz bowiem sądził, że choć dokazał swej siły przed ludźmi z północy, z czasem mogło się okazać, że tamci, podobnie jak i on, chcąc dokazać swego męstwa będą chcieli go wyzwać na ubite pole.

                          W brodatym łbie Egona, pomimo wygranej, odbijały się niepokojące myśli. Być może, ostatecznie, trzeba było pójść w gotowe, a przynajmniej bezpieczne rozwiązanie wypuszczenia się na wody piratów samopas. Wtedy przynajmniej nie trzeba byłoby ukrywać Astrid. Lub też Norsmeni mogli przysporzyć kłopotów szyprowi - rzecz, o którą Egon wcale nie dbał. Najgorszym wariantem mógłby być bunt berserkerów na pokładzie. Wtedy, oprócz piratów, musieliby zarżnąć także ich i musiałby to być on sam, wiedział bowiem, że w bitce tym dwóm raczej nikt nie dostoi, być może poza Silnym i Rune. Nie chciał jednak ich narażać zbytnio.

                          Cóż jednak. Rzecz dokonała się, gladiator podjął ryzyko. Potrzeba było wypić tą beczkę piwa aż do samego końca.

                          – Dobrze – rzekł Egon. – Co rzekniecie zatem na wspólny rejs do Salzenmund? Poręczę za was i rzeknę, że z takimi jak wy, wszyscy będą na pokładzie bezpieczni… Do miasta dopłyniecie szparko, a i grosz wam jeszcze wpadnie.
                          - Do Saltmundu… No może… Ale na arenę próby to nas miała poprowadzić Valkiria. - Thornstar pokręcił głową, jakby coś mi się nie zgadzało w tej historii. Znów wymienili się z kolegą spojrzeniami.
                          - Ale poczekaj. Nie wiadomo gdzie ją spotkamy. Może oni ją do nas doprowadzą. - Solmund lekko pokręcił dłonią na znak, że temat nie musi być jeszcze tak od razu zamknięty. Obaj spojrzeli na Burgund, jakby ją w myślach przymierzali do czegoś.
                          - No może. - Kolega wciąż wydawał się mieć wątpliwości. - Ale to i tak, lepiej ich sprawdzić. Kosiarz czy drwal, też mogą mieć mocne łapy. - Dodał przeglądając się teraz Egonowi i Silnemu.
                          - To prawda. - Towarzysz mu przytaknął i uśmiechnął się do nich obu. - To co? Jesteś gotowy sprawdzić się na piachu? - Wskazał kciukiem na drzwi prowadzące na podwórze. - Bez broni, bez pancerzy. Twarzą w twarz i piersią w pierś. - zagaił do obydwu osiłków.

                          “Walkiria…?”, pomyślał Egon z pewną dozą powątpiewania. Co prawda słyszał nieco o wierzeniach ludów z Norsci, jednak nie wiedział, na ile są prawdziwe. Jeśli chodziło o Krwawego Ogara, Egon wiedział, że było inne od bajań starych bab albo skaldów, którzy lubili snuć dziwaczne opowieści. Wojownik był pewien, że cokolwiek, w co on sam był zaangażowany było po stokroć prawdziwsze od bogów, którzy zazwyczaj byli jeno bzdurami uknutymi przez kler, aby trzymać gawiedź za mordę.

                          Wzmianka o owej “walkirii” jednak zaciekawiła Egona. Być może chodziło tutaj o jakąś wizję kobiety, którą podsunęła im ich szeptucha? W takim wypadku wystarczyłoby, żeby tą, która będzie prowadzić ich do walki była wojowniczka. Astrid odpadała z wiadomych względów, jednak Annika… Tak, Annika potrafiła wpadać w furię bitewną, tak cenioną u berserkerów z północy. Egon zdecydował, że jeśli los odpowiednio potoczy koleje w dobrą stronę, można by użyć Annikę do kontrolowania berserkerów i sprowadzenia ich więcej z Norsci. Skaelingowie czy nie, mogli okazać się przydatni z czasem. I to wszystko z powodu głupiej zabobonności ludzi z północy.

                          Egon zapamiętał rzecz, która z pewnością z czasem mogła się okazać wielce przydatna.

                          – Chcesz bitki ze mną? – zapytał brodacz, wcale nie zaskoczony, że Thorstar eskalował rzecz dalej, aby wyrównać porachunki. – Jeśli chcesz, dostoję tobie!

                          I powstał z krzesła, uczyniwszy gest ręką, aby wyszli na zewnątrz.
                          - Ha! Zobaczymy z czego jesteście zrobieni! U nas wszyscy wiedzą, że chłopcy z południa są bardzo delikatni! - Zarechotał Thorstar ale wydawał się być zadowolony, że Egon przyjął wezwanie. Silny jak go usłyszał uniósł brwi i popatrzył na kamrata czy też to slyszy. Miał minę, jakby w ciemnym zaułku, pytał się zbyt bogatego przechodnia czy się nie zgubił.
                          - Oj, już poczekaj aż wyjdziemy. - Burgund syknęła do niego ostrzegawczo. I mięśniak wzruszył ramionami na znak, że te parę chwil to może poczekać. Włamywaczka podrobiła dookoła stołu jakby chciała rozdzielić sobą obie strony na wypadek gdyby kogoś poniosło.
                          - A tą walkirię to znacie? Jak wygląda? Ładna jakaś? - Podpytała szybko oby Skaeligów jakby chciała ich zagadać zanim wyjdą na zewnątrz. Pomiędzy zatłoczonymi ławami i tak musieli iść gęsiego.
                          - Oczywiście, że ładna. Przecież to kobieta z północy. No i walkiria. Czyli służka bogów, ich posłanka co wybiera z poległych wojowników, kto gdzie trafi po śmierci. - Thorstar wyjaśnił jej trochę odwracając głowę. Burgund odwróciła się do obu kolegów i lekko wzruszyła ramionami.
                          - No i łatwo ją poznać bo ma skrzydła. To z daleka widać, że to ona. - Norsmen otworzył drzwi i wyszedł pierwszy na podwórze. Na chwilę jego uwagę zwróciła grupa zbrojnych, jaka biesiadowała przy stole pod wiatą. Mieli pozdejmowane pancerze i hełmy tak wypolerowane, że wydawały się srebrne. Ci najbliżsi spojrzeli na ich wychodzącą grupkę ale wrócili do swojej kolacji i pijatyki.
                          - Ale ona nie musi mieć swoich skrzydeł jeśli ma skrzydlatego wierzhowca. - Solmund co już też zdązył wyjść na dziedziniec, włączył się do rozmowy. - No i czasem one przybierają postać śmiertelnych kobiet to wtedy nie są takie łatwe do rozróżnienia. A czasem nawet śmiertelne kobiety mogą stać się valkyrjami jak się szczególne zasłużą. Zwłaszcza jak są wojowniczkami, albo szlachetnymi żonami znanych wojowników i jarlów. Albo ich córkami. - Całkiem chętnie im tłumaczył ale pod koniec jakby mówił do swojego kolegi. Wielkolud już rozpinał pas i zaczynał zsuwać przez ramiona kolczugę więc głos miał trochę niewyraźny.
                          - Musi mieć skrzydła na plecach. Krwawe. Sam widziałeś. - Mamrotal aż zdjął pancerz i przewiesił go na paliku do wiązania koni. Kamrat zaczął rozpinać swój pas ale pokręcil głową jakby nie do końca zgadzał się z kolegą.
                          - Wiesz jak to jest z ta wolą bogów. Nie wszystko trzeba traktować dosłownie. Na razie żadej valkyrji nie spotkaliśmy. A do wielkiego miasta z arenami już tylko jeden dzień drogi. - Wyjaśnił mu i sam zdjął z siebie kolczugę. Silny zabrał się za zdejmowanie kaftana.
                          - No co? - Burgund zapytała widząc, że obaj Norsmeni jej się przypatrują.
                          - Nie no to nie ta. Nie ma skrzydeł. - Thorstar machnął ręką pokazując na plecy ladacznicy. Faktycznie były bez skrzydeł. Więc dalej zdejmowali z siebie kaftany i koszule. Od stołu biesiadników doszły ich głosy jakby domyślali się, że będzie się szykować jakaś bojka. A te zawsze znajdywały chętnych do oglądania.

                          Egon rzucił spojrzenie na Burgund. Może Annika miała jakieś znamiona, które być może mogłyby sprawić, dwóch Norsmenów będzie ją uważać za tę ich “walkirię”? Nie chciał jednak wdawać się z ulicznicą w rozmowę, dopóki nie rozwiąże rzeczy tu i teraz z nimi.

                          Z niefrasobliwością zdjął z siebie elementy pancerza w paru szybkich ruchach, wprawiony w zakładanie i zdejmowanie ich. Topór swój pozostawił niedaleko, ale w takim miejscu, że mógłby łatwo do niego doskoczyć - cóż, choć Norsmeni raczej będą walczyć bez sztuczek, Egon nie był wcale taki pewien, czy jakiś drab spod karczmy nie pokusi się o gwizdnięcie brodatego topora wykutego przez kowali ze stajni van Hansen. Zrzuciwszy swą zbroję, zostawił koszulę, bowiem nie chciał paradować ze swym znamieniem na wierzchu. Choć był dość pewny z gadaniem z Norsmenami o Krwawym Ogarze, Egon był pewien, że choć na zewnątrz Błękitnego Łabędzia nie było zbyt wielu gapiów, mogłaby się znaleźć para oczu, która by rozpoznała, kto zacz.

                          Był gotowy. Egon chrupnął karkiem i rozprostował palce.

                          – Ty walczysz ze mną, Thorstarze – rzekł Egon. – Gotowyś?
                          - Pewnie. - Norsmen wydawał się być spokojny i pewny siebie. Już zdążył się rozebrać do pasa. I teraz rozgrzewał się wymachując ramionami. Posturą imponował. Muskularny tors, potężne ramiona. Blizna po jakichś szponach przez pierś. A Solmmund choć ciut niższy i smuklejszy też wyglądał na sprawnego wojownika. On z kolei miał widoczną bliznę po toporze jakby dostał kiedyś nim w bark. Obaj mieli sporo tatuaży bestii, mieczy, toporów i dziwnych zawijasów jakie kojarzyły się z ich północną ojczyzną.
                          - To jak robimy? Dwa pojedynki jeden po drugim czy dwóch na dwóch? - Silny też był już rozebrany i chętny do bójki. Skaeligowie popatrzyli po sobie, jakby się zastanawiali nad wyborem.
                          - A jak wolicie. I tak wam damy radę. - Solmund wzruszył ramionami jakby chciał okazać wspaniałomyślność oponentom. Burgund wykorzystała chwilę aby podejść do swoich obu kamratów.
                          - Chłopaki tylko uważajcie dobra? Bo wiecie, jutro naprawdę możemy spotkać tych piratów na rzece. Więc dobrze abyście się do czegoś nadawali. Bez was to najwyżej zostaną nam Lars i Astrid. - Szepnęła do nich i chociaż starała się mówić lekkim tonem to w oczach było widać iskrę niepokoju. - Jakby co to ja ich mogę wziąć do stodoły na siano. Co to dla mnie dwóch. Wtedy oni będą cali i wy. - Zaproponowała kolegom jakby chciała im dać jakieś wyjście bez pojedynkowania się.
                          - E, nie dygaj ruda. Jak bez sprzętu to co tam może się stać. - Portowy oprych wzruszył ramionami. Mógł mieć rację. Chociaż gdyby zbyt mocno oberwali to jutro faktycznie by mogło się to odbić na ich sprawności.
                          - Ty to jak zwykle ostatni do myślenia. - Łotrzyca fuknęła na niego. I spojrzała na brodacza. - Egon no zobacz, oni nie wyglądają na cherlaków. A ja mogę się nimi zająć. Widziałam jak na mnie patrzą, na pewno im się podobam. Mogę jeszcze Juttę zawołać jak trzeba. - Popatrzyła na niego z nadzieją.

                          – Dwóch na dwóch! – zdecydował brodacz.

                          Egon pogładził swoją brodę, mierząc swych przeciwników wzrokiem. Rzucił spojrzenie na Silnego i posłał mu mroczny uśmiech - z kim, jak z kim, ale wespół z Łysym to on walczył wielokrotnie, choćby przy ostatniej przeprawie z orkami i wiedział, na co go stać. Choć miał wiele zaufania jeden na jednego, perspektywa starcia się z Norsmenami we dwóch ułatwiała zadanie znacznie.

                          – Słuchaj, podejdziemy ich tak – rzekł do Silnego Egon przyciszonym głosem, łypiąc od czasu do czasu na tamtych dwóch. – Rzucamy się od razu na pierwszego. Ja przyszpilam, ty flankujesz. Kiedy tamten zbierze parę razy, odbijesz się od niego i rzucamy się na drugiego. Czaisz, jak to ma być? Niby dwóch na dwóch, ale zawsze walimy dwóch na jednego i odpychamy tego drugiego. Thorstar pierwszy w mordę zbierze, skoro taki cwaniak z niego był.

                          I dodał jeszcze:

                          – Jak będą próbowali lawirować, to spróbuj zepchnąć jednego z nich za parawan albo przez drzwi karczmy i znowu próbujemy we dwóch na jednego za każdym razem. No.

                          Zwrócił się jeszcze do Burgund:

                          – Możemy ustalić, że pierwszy, który zwali się z nóg przegrywa – zaproponował Egon, to dla Burgund, to do Norsmenów i do Łysego wreszcie. – W taki sposób bitka będzie krótka. Kto mordą albo zadem uderzy w grunt, odpada.

                          Egon wyrzekł to, po części i knując inną część planu: jeśli mogliby skupić się na wzięciu szybko pierwszego, z łatwością mogliby dokończyć bijatykę.

                          – Co rzekniesz? W taki sposób wszyscy cali, a potem możecie iść do izdebki na górze – zaśmiał się krótko, pijąc do Burgund, która zawsze chciała załatwić sprawy chędożeniem.

                          ~

                          Po krótkiej wymianie zdań, przeciwnicy - Egon i Silny i dwóch Norsmenów stanęli przeciwko siebie. Egon splunął w dłonie, Silny zaś strzelił palcami. Egonowi jako żywo przed oczyma stanęła scena z dawnych wspomnień, kiedy to bił się z Kuno w Neues Emskrank.

                          Jednak na wspomnienia czasu nie było! Egon z Silnymi poderwali się jako pierwsi. Paru gapiów zebrało się, ktoś z obserwujących krzyknął coś. Wedle planu, Łysy i gladiator zaatakowali Thorstara. Egon zaczął naciskać na Norsmena, wyprowadzając krótkie, treściwe uderzenia. Natychmiast Solmund począł kąsać Egona z prawej strony, jednak gladiator nie dawał się zawrzeć w wymianę ciosów i unikał kułaków Norsmena, jak mógł, choć tamten okazał się być całkiem wtajemniczony w ładowanie pięści w łeb. Kułaki Solmunda, niby dwa wyjęte z pieca bochny, śmigały nad uszami Egona, czasem i sięgając celu, czasem i ślizgając się lub zahaczając o jego koszulę. Nie gorszy był Thorstar, który zbijał ciałem i łokciami Łysego.

                          Łysy wyprowadzał sierpowe z flanki. Zdawać się mogło, że to na nim Thorstar chciał skoncentrować swoje ataki, jednak nie mógł, ciągle przyszpilony przez Egona. Norsmen zdawał się grać na czas i być może próbował przyjąć podobną taktykę, co grupa południowców, bo razem z Solmundem wypuszczali się z kopniakami i wściekłymi prostymi na Egona. Ten zazwyczaj zbijał ich ciosy, sporo jednak poszło w korpus i klatę. Egon sapnął parę razy, kiedy razy wojowników z północy sięgnęły go, jednak większość ciosów została zadanych pod kątem i nie uczyniła większej krzywdy. Inne jednak były boleśnie celne.

                          Pierwszą przewagę zyskał Silny. Egon wyprowadził grad ciosów w Thorstara i posłał kopa w brzuch Solmunda, który w dwie sekundy musiał uciec i zmitygować się. Wystarczyło. Łysy huknął Norsmena dwoma hakami pod żebro i drugim, zdaje się, który miał pójść prosto w nos, jednak zboczył na szyję.

                          Solmund jednak przyszedł natychmiast druhowi w sukurs i wbił się między Egona i Silnego, waląc to Łysego, to Egona, próbując kupić trochę czasu. Udało mu się! Egon i Silny odstąpili, zaś dwójka rzuciła się na Egona, który począł unikać i zbaczać do lewej.

                          Silny uczynił mały skok! W dziwnym i nieoczekiwanym manewrze zbił Thorstara z rytmu, Egon zaś chlasnął prawicą Solmunda, który odskoczył. Dwóch wojowników, węsząc okazję, wespół zaszarżowało na Thorstara. Egon wiedział, że musiał to być koniec, bowiem walka z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zajadła.

                          Łysy z krzykiem walnął Thorstara w bebech, Egon zaś wziął potężny zamach i bił z góry, prosto w szczękę. Trafił! Norsmen, w impecie uderzenia, zawirował niewymyślny piruet i runął w błoto przed karczmą.

                          Egon i Łysy odwrócili się na pięcie i na podobieństwo krogulców zlecieli na Solmunda. Walka była krótka: kiedy Thorstar podnosił się jeszcze, Łysy walił kułakami z całej siły, nie bacząc na obronę. W sukurs przyszedł mu Egon, który zastawił drugiego z Norsmenów i pchnął go z całej siły na swą nogę. Mężczyzna sprzedał jeszcze Egonowi cios pod żebra, lecąc na grunt. Egon wściekle kopnął parę razy, a Solmund potoczył się po ziemi.

                          Egon podniósł dłoń do góry:

                          – Dość będzie! – zawołał donośnie, sapiąc głośno. – Dość, kurwa, powiedziałem!

                          Egon rzucił okiem na Łysego i Norsmenów. Walka była wygrana, jednak dwójka dzikusów z północy mogła wpaść w szał, uznawszy rzecz za zniewagę. Jeśli rzecz miała by się stać, wiedział, gdzie był jego topór.

                          Gdy Egon rozejrzal się to obaj Norsmeni, jeszcze ciężko dyszeli i podnosili się z ziemi. A walka przyciągnęła całkiem sporo widzów. Stali okręgiem wokół improwizowanego placu boju. Wskazywali sobie z ożywieniem, komentowali, przekrzykiwali się. Silny też jakby potrzebował chwili aby dojść do siebie. Wśród tłumu przepchnęła się Jutta a za nią dwóch innych mężczyzn. Też mieli kordelasy u pasa.
                          - A co tu się dzieje? - Brunetka zapytała, kładąc dłonie na swoich smukłych biodrach.
                          - A nic takiego Frau strażnik. Chłopcy chcieli tylko potrenować bo jutro mamy płynąć w górę rzeki i może nawet na tych piratów trafimy. To lepiej sobie trochę poćwiczyć póki można. - Burgund szybko przejęła inicjatywę i widać miała wprawę w rozmowach z władzą. Co pozwoliło całej czwórce wojowników podnieść się z ziemi i skupić na czymś innym niż właśnie zakończona bijatyka. Mytniczka i jej towarzysze mieli miny dość podejrzliwe i uważnie przyglądali się całej czwórce.
                          - Nic się nie stało. Koledzy się trochę potknęli. Ale już im nic nie jest. - Silny odzyskał głos i wskazał na dwóch Skaeligów co wycierali ziemię i krew z twarzy, bród i torsów.
                          - Tak. Nic się nie stało. Tylko takie małe zmagania. Nie chcieliśmy nikomu przeszkadzać. - Solmund pokiwał głową na znak poparcia. Jutta popatrzyła na nich jeszcze chwilę po czym skinęła głową.
                          - No to ubierzcie się. - Poleciła im a sama odwróciła się do widowni. - Koniec widowiska! Nie ma tu czego oglądać! Rozejść się! - Wołała a jej dwaj towarzysze dołączyli do niej. Tłum faktycznie zaczął wracać do środka tawerny i zaczęło się robić luźniej i spokojniej. Thorstar, wciąż krwawiąc z rozbitej wargi podszedł do swoich niedawnych przeciwników. Przyjrzał się każdemu z nich.
                          - No. Nie najgorzej. Może nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Mruknął z uznaniem i nawet się troche uśmiechnął.
                          - To tylko taka mała wprawka. Jakbyśmy się spotkali u nas w dokach to inaczej by to wyglądał. - Silny parsknął i sparował docinek. Ale też się uśmiechnął.
                          - Dobra. Skoro nie takie z was cherlaki i coś tam umiecie. To możemy z wami popłynąć jutro. I tak w Saltmundzie mamy sprawę. - Solmund też podszedł, gdy nakładał koszulę na rozgrzany i spocony od walki tors. Pokręcił głową jakby na nim też dwójka południowców zrobiła wrażenie większe niż się początkowo spodziewał.
                          - Świetnie! To możemy wracać do środka zanim nam miejsce zajmą! - Burgund z kolei ulżyło, że na tym bitka się skończyła i nawet wszyscy stoją na własnych nogach.

                          Egon skinął głową. To było wszystko, co mógł zrobić, żeby zjednać sobie Norsmenów. Gadanie o Krwawym Ogarze nie zadziałało, dopiero pójście na rękę i obicie mord dwóm berserkerom sprawiło, że zrozumieli, z kim mają do czynienia. Wojownik, naprędce ubierając swój kaftan i resztę zbroi, dał znak Burgund:

                          – Możesz ich zapoznać z Anniką, niech rzeknie im co niego o wyprawie na orków. Gadają ciągle o jakiejś ichniejszej walkirii, może będzie i tak, że w niej ją zobaczą. Trza będzie rzec Astrid, że będzie musiała się kryć przez całe jutro. Powiemy szyprowi, że z nami popłyną jako wzmocniona obrona.

                          Egon potarł brodę, nagle kalkulując. Norsmeni raczej nie będą walczyć zajadle z ranami z dzisiaj, toteż prawdopodobieństwo bitki na pokładzie było małe. Może z czasem można by przekonać ich do pozostania w kulcie? Więcej wojowników na cześć Pana Krwi z pewnością wyrównałoby szanse, gdzie większość czciła Pana Zmian i Mrocznego Księcia.

                          Były to jednak plany na później.

                          – Idziemy – rzekł Egon.

                          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Santorine

                            Egon uśmiechnął się pod nosem na uwagi korsarza i córki jarla. Oczywiście, jeśli chodziło o branie dziewek, był zdania Larsa - wszystkie owe konwenanse i bezsensowne maniery były jeno wymyślnym tańcem przed tym samym, co oni robili.

                            Wojownik jednak zastanowił się - w snach pojawiał się co rusz motyw Czarnego Rycerza, który ma ich poprowadzić do zwycięstwa. Zdało się jednak, że ów baron to nie był on, skoro pochodził z zakonu Ulryka. Ciężko rzec było.

                            – Jakbyście wy z Burgund albo potem i jak by włączyła się do tego Łasica, to moglibyście go zbałamucić odpowiednio – rzekł. – Niedługo mogą nadejść srogie czasy, a wtyka w zakonie mogłaby by się przydać.

                            Nabił jeszcze raz ziela do cybucha i odpalił.

                            – Ja musiałbym podejść do nich i rzec co nieco – zaproponował wreszcie wojownik. – Postawić im ze dwa antały i wywiedzieć się, skąd przychodzą i dokąd zmierzają. Ci, co oddają cześć Krwawemu Ogarowi nie odmówią sobie dobrej bitki, a jutro zapowiada się taka, co będzie godna twej sagi, Astrid. Hmm…

                            Egon zastanawiał się dłużej, a wreszcie zmacał w kieszeni swych skórzany spodni pierścień, który Merga mu dała przed tym, kiedy wybył z Norsci.

                            – Merga dała mi to – rzekł Egon. – Ty jako córka jarla jesteś najbardziej rozpoznawalna z twarzy. Ty Lars trochę mniej, zdaje mi się. Moglibyśmy zrobić tak: pójdę do tych Norsmenów i zagadam z nimi, najlepiej z Silnym i Rune w odwodzie. Jakbym ich przycisnął nieco i rzekł im, że przysyła mnie Krwawy Ogar, to mógłbym wymóc na nich jakieś przysięgi. Albo pokazać im znak, co mam na plecach. Zyskalibyśmy dwa topory i zagwarantowali sukces w bitce. Ale ty Astrid na czas naszej podróży do Salzenmund musiałabyś się trzymać z boku, a jak by przyszło co do czego, to użyłabyś tego guślarskiego pierścienia, żeby cię nikt nie rozpoznał.

                            Wyrzekłszy to, Egon był ciekaw zdania swych towarzyszy. Zdało mu się, że wykorzystanie pierścienia mitygowało ryzyko na tyle, by można je podjąć, szczególnie, jeśli tylko tamci by przysięgli na Ogara, że będą upuszczać krwi jeno pod jego wodzą.
                            - O! Jeszcze Burgund i Łasica!? Ha! Egon za co ty tak szybko, tak znienawidziłes tego barona? Jakby te trzy się za niego wzięły i jeszcze Burgund z Łasicą to przecież nie wiadomo czy ten biedak dotrwałby do rana! Może by pikawa mu stanęła a jak nie to by z rana uciekał w te pędy do tego swojego Middelheim aby wreszcie odpocząć od tych miłości! - Norsmen zarechotal na całego. Aż się zgiął i uderzył dłonią po udach. Astrid spojrzała na niego krzywo.
                            - I co cię tak bawi Lars? Przestać się tak rechotać jakbyśmy jakieś straszliwe harpie albo wampirzyce były. - Zwróciła mi uwagę, starając się zachować powagę godną córki jarla.
                            - Wiem! - Topornik wyprostował się i spojrzał prosto na kamrata. - Jak będziemy mieć z kimś zwadę to będziemy je wysyłać do nich na całą noc! To dziewczyny się ucieszą a oni rano nie będą się do niczego nadawać! - Morski łupieżca wciąż był przednie rozbawiony własnym dowcipem. Astrid przewróciła oczami i otworzyła swoje ładne, pełne usta aby powiedzieć coś cierpkiego. Ale nagle otworzyła szeroko oczy.
                            - No właśnie! Zróbmy tak! - Krzyknęła entuzjastycznie. Tym razem Lars był zaskoczony. Przestał się śmiać i popatrzył na nią nie wiedząc co ma na myśli. - Możemy napisać list. - Blondynka popatrzyła na nich.
                            - Jaki list? - Pirat zmarszczył brwi nadal nie mogąc pójac jej pomysłu.
                            - List do dziewczyn. Do Priory. Znam jej adres. Ale jak ona coś wie to i powie Fabienne I Odette. Łasica też często u nich jest. A to i reszcie pownie powiedzą. - Popatrzyła na Larsa. Ten skinal głowa.
                            - No można. Dziś już nie ale z rana można komuś posłać. Pewnie do wieczora by dotarł. A co chcesz napisać w tym liście? - Pomysł wydał mu się wart rozważenia.
                            - No choćby o orkach i szlachciankach. No i o Konradzie. On i tak chciał poznać lady Odette. A teraz to pewnie i Fabienne. No a Łasica i tak często jest u nich. To by mogły mieć na niego oko. Bo my to pewnie najprędzej to za parę dni wrócimy. A Konrad to jutro rano już tam płynie. - Norsmenka przedstawiła jak to widzi.
                            - Może być. One potrafią być dość he he zajmujące. Jakby go w łożnicy przetrzymały to by nie miał za bardzo czasu knuć co innego. - Norsmen nie miał większych zastrzeżeń co do tego listu. Więc koleżanka popatrzyła na gladiatora.
                            - Jak coś chcecie to mogę napisać w tym liście. - Zaoferowała się świadoma, z ich trójki to ona jest najbardziej wprawna w mowie i piśmie.
                            - A z tymi dwoma dobrze rzeczesz Egon. Nie jesteś z Norsci, chociaż wyglądasz jakbyś był. I gadasz jak południowiec. To możesz ich wygadać po co tu są. Oni raczej powinni lubić antalki, ladacznice i bitkę. Czyli podobnie jak my. I jak się coś wyjaśni to może wtedy zdecydujemy. Silnego możesz wziąć. On też krzepki jest, wypić lubi i w pysk dać umie. - Zanim gladiator zdążył odpowiedzieć koleżance to morski wilk wrócił do tematu Skaelingow.
                            - Albo Burgund. Bo we dwóch z Silnymi to wyglądacie jak zakapiory co szukają zaczepki. Burgund jest wesoła i ładna. Wpada w oko. Albo nawet Ingrid. I tak jej zapłaciliśmy za całą noc. A ona po naszemu mówi. Bo nie wiadomo po jakiemu ci dwaj mówią. Ale po naszemu pewnie tak. - Astrid też podpowiedziała coś od siebie. Teraz czekali co gladiator na to powie. Wzięła do ręki pierścień i oglądała go chwilę. Po czym założyła go na palec. I przekręciła trzy razy tak jak uczyła ich Merga.
                            - I co? - zapytała zaciekawiona. Sama niezbyt mogła ocenić efekt. A przynajmniej nie tak dobrze jak koledzy. A zmieniła się. Na upartego wciąż widać było podobieństwo. Ale jakby rodzinne. Jak jakaś przyrodnia siostra czy kuzynka. Włosy z blond zrobiły się bardziej myszate i rozczochrane. Twarz wydawała się jakaś niewyraźna. Suknia szara. Właściwie teraz Astrid wyglądała bardziej jak jakaś pokojówka czy służąca, niezbyt urodziwa ani warta drugiego spojrzenia.

                            Egon pokiwał z zadowoleniem głową.

                            – Trza przyznać, że całkiem niezłe – Egon przyglądał się córce jarla przez dłuższy czas. – Jakbyś nie podchodziła i trzymała się z dala, to by w ogóle na ciebie nie spojrzeli, wyglądasz ciura kucharza albo dziewka do pomocy szypra. Co myślisz, Lars? Po mojemu, jakby się zaczaiła na okręcie albo trzymała jakiejś dziury pod pokładem, albo w ogóle gdzieś przy burcie przy towarze, to praktycznie nie do zauważenia. Pal licho, że będzie widać, że tam ktoś stoi, najważniejsze, żeby z facjaty nie wyszło, że córa jarla.

                            I buchnął raz jeszcze dymem fajkowego ziela.

                            – Z tym listem to dobry pomysł. Ale napiszcie go jakoś tak, żeby nie było łatwo rzec, że to myśmy napisali i w jakich intencjach. Po prostu niech Łasica i reszta ludzi wie, że w mieście jest jeden z nich. Oni już go tam wezmą w obroty.

                            I dodał na uwagę co do wzięcia Burgund:

                            – Słuszna rzecz, wezmę Burgund i Silnego. To co, mamy plan? – tu zwrócił się jednak do Astrid. – Słuchaj, jak rzeczy wypali, to będziemy musieli ciebie schować. Dam ci znać, jak coś, to pójdziesz do zamtuza, a na Jutrzenkę to zara z rana wejdziesz, przed wszystkimi, żeby tam się skryć. No i przez jeden dzień przyjdzie ci się ukrywać. Co rzekniesz?
                            - To jak oni i tak tacy niepewni by byli, że z toporami by się mieli na mnie rzucić, to po co ich brać? - Blondynka popatrzyła pytająco na gladiatora. - Ja myślałam, że jak już z nami mają gadać i przystać to bez strachu o nasze głowy i plecy. Poza tym, jak mam jutro cały dzień siedzieć w kajucie to jak ja wam pomogę z piratami? Przybędą wam dwa topory ale ubędzie jeden miecz. - Przyznała, że pomysł niezbyt przypadł jej do gustu. Lars uniósł dłonie w pokojowym geście.
                            - Może na razie nie wstrzymajmy się z decyzją. Egon do nich zagada i zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak Egon się czegoś dowie to postanowimy co dalej. Kto wie czemu bogowie pokierowali ich kroki tutaj? - Norsmen był zdania, żeby najpierw wybadać tych dwóch Skaelingow, a dopiero potem główkować jak do nich podejść. Astrid dała znać, że na razie może poczekać na wynik tych rozmów.
                            - Egon a z tym listem, to jak, że nie od nas? Przecież muszę im napisać, że to od nas, idę mnie. Inaczej to będzie anonim. - Blondynka skrzywiła brwi próbując sobie wyobrazić co by miała napisać w takim liście.
                            - Ten pierścień dobra rzecz. Wyglądasz jak jakaś służka albo praczka. Jakby co nie wyszło z tymi dwoma, to dobrze mieć taki pierścień. Możesz w nim stać jutro razem z nami. Albo zamkniesz się w kajucie z Jutta. Lub będziemy was tam odwiedzać na zmianę. Ale to najpierw musimy wiedzieć jak stoimy z tymi dwoma. - Morski wilk mniej więcej poparł pomysł kolegi, ale na razie traktował go jako rezerwowych.
                            – Po prostu daj znać w liście, że idzie do nich ulrykanin, bez gadania, co może to znaczyć – rzekł Egon, który nie chciał, żeby Astrid rozpisywała się, że Łasica i pozostałe mają go zacząć. – To styknie.

                            Egon strzepnął popiół z cybucha i zassał dym jeszcze parę razy.

                            – Dobra, to idę po Burgund i Silnego. Wrócę tu, jak dokażę rzeczy z Norsmenami – rzekł jeszcze, kierując się na powrót do progu drzwi Łabędzia.
                            - Ah to. - Norsmenka odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do brodacza. - O to się nie bój. Napiszę im, że jest oczytany, kocha poezję, cierpi na bretońską słabość i dziewczyny pewnie domyślą się o co chodzi. - Blondynka wydawała się być pewna, że uda jej się w słowach wzbudzić zainteresowanie koleżanek baronem z Middelheim.
                            - Dobra to idź. Ale my tu nie będziemy czekać. Jak nie potrzebujesz Ingrid to ja do niej wracam. A Astrid to wiadomo do kogo. Tylko odwiń pierścień bo twój baron pośle precz takiego kocmolucha. - Lars dał znak, że nie zamierza spędzić wieczoru przed karczmą. A na koniec zażartował sobie z koleżanki.
                            - Racja. - Przyznała i obróciła pierścień na palcu. I znów stała się blondynką o starannie uczesanych włosach i imperialnej sukni. Choć z brosza i naszyjnikiem stylizowanym na norsmenski albo nawet pochodzący stamtąd. Takie detale jednak były popularne wśród rodowitych Nordlandczykow. Między innymi dlatego przez resztę Imperium byli nazywani pół Norsmenami. - Dobra to my tu chwilę poczekamy jak wejdziesz. A ja potem wrócę do Konrada. - Oznajmiła Egonowi.

                            Egon skinął głową. Wyglądało, że zarysował się z tego plan, jakiś. Lepszego nie mieli i powątpiewał, czy udałoby im się skaptować Norsmenów tak łatwo - jeśli naprawdę tych dwóch było z rodu Skaelingów, Egon wiedział, że będą czcić Pana Krwi, jak i on sam, przeto perspektywę na skrócenie paru piratów o głowę przyjmą z otwartymi ramionami, byli to bowiem morscy berserkerzy, którzy cenili rozlew krwi. To jednak, co zastanawiało Egona, to w jaki sposób uda im się utrzymać dwóch krewkich Norsmenów w ryzach i, rzecz, która nie została wypowiedziana przy Larsie i Astrid, jak szyper Haynrich Wagner zareaguje na wkroczenie tej dwójki na pokład. Może jeśli on sam z kamratami poręczy za nich będzie łatwiej? Cóż. Potrzeba było się przejść i pogadać, aby się wywiedzieć wszystkiego.

                            Gdy gladiator ponownie wrócił do karczmy, znów go uderzył gwar, ciepło i zaduch. Musiał na chwilę wejść między stoły aby rozejrzeć się dookoła. Po chwili spostrzegł dwójkę z portowej ferajny. Burgund była bliżej środka izby i dalej grała w karty. A Silny pod ścianą, w pobliżu tych drugich drzwi. Pił z kufla, rechotał i obserwował jak dwóch zawodników siłuje się na rękę.

                            Egon postanowił podejść najpierw do Burgund. Wojownik podszedł bliżej środka izby i stanął za ulicznicą, ciekaw, jak też idzie jej gra.

                            Z bliska okazało się, że łotrzyca gra przy stole z kilkoma mężczyznami. Co prawda między nimi siedziały jeszcze jedna czy dwie kobiety ale nie miały kart w ręku więc pewnie były to ich towarzyszki. Gladiator dostrzegł, że przed rudzielcem jest jedna z większych kupek fantów. Pierścień, monety srebrne i miedziane, chyba jej gorset, sakiewka i podobne bibeloty o jakie grali. Może jeden czy dwóch graczy mieli podobna ilość fantów a pozostali wyraźnie mniejsze. Burgund była w samej koszuli i spódnicy, więc jej przednie atuty ładnie się prezentowały. Egon trafił na koniec partii. Wygrał jeden z tych mężczyzn co miał już sporo wygranych.
                            - Mam gryfa. - Oznajmił z dumą i położył karty na stole. Gladiator ich nie widział ale pewnie tak było. Pozostali gracze jekneli z zawodu i z irytacją rzucili swoje karty na stół. Zwycięzca zaczął sięgać po wygrane fanty i przeciągać je ku sobie.
                            - A może się jakoś dogadamy? - Burgund kusząco nachyliła się nad stołem, podparła policzek dłonią, dzięki czemu adwersarz miał ładny wygląd w jej bujny dekolt. Ten jakby zastanawiał się chwilę. Obliczał to w głowie i uśmiechnął się.
                            - No dobra. Ale za skrzydełko i całusa. - Zaproponował a rudzielec uśmiechnęła się słodko do niego. Wezwała go do siebie gestem palca. A on zadowolony wstał, obszedł stół i nachylił się ku niej. Wtedy się pocałowali a przy okazji on miał okazję pobawić się jej dekoltem. Pozostali gracze i paru widzów wyraźnie mu zazdrościło takiej wygranej. A po chwili widowisko się skończyło. Zwycięzca wrócił na miejsce a łotrzyca, jako jedyna, nie musiała mu oddawać swojej puli jaką właśnie przegrała.
                            - To teraz ty tasuj karty. - Mruknął sąsiad do niej a Burgund wzięła od nich zbierać i tasować. Miała w tym niezłą wprawę. Może nie jak zawodowy szuler czy sztukmistrz ale widać było, że nie pierwszy raz gra.
                            - Egon. - Gladiator usłyszał za sobą kobiecy głos. Jak się odwrócił to dojrzał Ingrid. - Lars mnie przysłał. - Lekko wskazała blond głową na Norsmena. Ten widząc jego spojrzenie, pozdrowił go skinieniem głowy ale byli na tyle daleko od siebie, że musieliby krzyczeć aby się usłyszeć a w tym tłoku wynik i tak był niepewny. Morski wilk wrócił do tego samego stołu co siedział z ladacznica wcześniej.
                            - Mówił, żebym pokazała ci tych dwóch Norsmenow co ci mówił. No to to tamci dwaj. - Ingrid wskazała mu na jeden z długich stołów. Wśród towarzystwa dostrzegł dwóch rosłych wojowników. Siedzieli przy kolacji i kuflach. Brodaci, żarłoczni i z jakąś przyczajona dzikością w oczach. Mieli na sobie kaftany więc było widać ich nagie, muskularne ramiona. Pokryte były tatuażami. Egonowi nic nie mówiły ale pewnie po nich Lars ich rozpoznał. Jeśli mieli jakąś broń u pasa to stół i tak to zasłaniał.

                            Wojownicy wydawali się być podobnymi mniej więcej wzrostem do Egona. Iście, Egon docenił oko Larsa. Mając na pokładzie takich wykidajłów, zwycięstwo nad piratami zdawało się być przesądzone - cóż, jeśli tylko umieli ich utrzymać w ryzach.

                            – Dzięki, Ingrid – klepnął ją w ramię. – Zaraz tam pójdziemy…

                            Po czym zwrócił się do Burgund:

                            – Karta idzie, widzę – rzekł Egon, widząc, ile łotrzycy udało się zebrać grosiwa i świecidełek. – Ja bym przerżnął pierwsze rozdanie.

                            Tu nachylił się nieco bliżej Burgund i rzekł do niech przyciszonym głosem:

                            – Pójdziesz ze mną i Silnym? Sprawa jest…

                            Blondynka uśmiechnęła się sympatycznie i odwróciła się aby odejść. Widział jeszcze jak znów siada obok Larsa. Do środka też wróciła Astrid. Też zajęła to samo miejsce co poprzednio i wznowiła swoją rozmowę z middelheimskim baronem. Zaś Egon jak poszedł do Burgund ta podniosła na niego głowę. Roześmiała się zadowolona z jego pochlebstwa. A gdy poprosił ją na stronę trochę się zdziwiła. Jednak nie stawała okoniem. Spojrzała na dotychczasowych graczy.
                            - Ok chłopcy, muszę już iść. Wspaniale się z wami bawiłam. I bardzo wam dziękuję za grę. Ale moja milady mnie wzywa. - Przybrała przepraszający ton i słodkie spojrzenie. Ale sprawnie zaczęła zgarniać wygrane fanty do podolka sukni. Ci prosili ją aby została jeszcze jedno rozdanie i dała im się odegrać. I chyba naprawdę było im szkoda, że od nich odchodzi.
                            - Ale mi jeszcze wisisz udko! Mówiłaś, że dasz mi na koniec! Uczciwie wygrałem. - Nagle jej sąsiad jakby przypomniał sobie o tym. Akurat jak Burgund zdążyła wstać i miała już wygraną w podołku sukni. Przy okazji odsłaniając swoje gładkie, smukłe golenie a nawet kolana.
                            - Ano rzeczywiście wygrałeś. - Ruda uśmiechnęła się do niego zalotnie i lekko pacnela go palcem w nos. Odwróciła się i wypiela ku niemu. Wtedy jej tylne wdzięki zaprezentowały się apetycznie jak przed chwilą te przednie. Mężczyzna z wielkim zadowoloniem trzasnął ja w ten zgrabny kuper aż wywołało to salwę śmiechu przy stole i okolicy. Potem Burgund pozwoliła mi jeszcze chwilę tam się pobawić nim wyprostowała się i posłała im wszystkim ostatniego całusa. I wtedy dała Egonowi znać, że mogą iść dalej.
                            - Chodźmy do apartamentu. Muszę zostawić te fanty. No i przeliczyć bo tylko na oko liczyłam podczas gry. - Poprosiła go wskazując na schody prowadzące na piętro.
                            – Ano chodźmy, poczekaj tylko, zahaczymy o Silnego.

                            Egon był pod sporym wrażeniem gry Burgund. Zdawało się, że jego towarzyszka potrafiła zjednać sobie odpowiednio silniejszych od niej chłopów, nie brutalnie, jak by to zrobił Egon, ale fortelem.

                            Podszedł nieco bliżej Silnego i lekko gwizdnął, próbując ściągnąć jego uwagę.

                            – Idziesz? – zapytał. – Wpadniemy do Burgund do izdebki i pogadamy, rzecz jedna jest.
                            Łotrzyca pokiwała głową i poczekała na kolegów. Gladiator poszedł po łysego zbira. Ten go dojrzał dopiero jak go klępnal w ramię. I przez chwilę wydawał się niechętny opuszczać stół przy jakim trwały zawody w siłowaniu się na rękę. Teraz zmagali się jakiś wąsacz z bokobrodym. Obaj wyglądali masywnie i pojedynek był wyrównany. Byli czerwoni i spoceni z wysiłku. Sapali i stekali w tych zmaganiach na siłę i wytrwałość. Już na pewno wzmianka o kamratce Łasicy nie sprawiła, że portowy oprych nabrał chęci na opuszczenie tego miłego mu towarzystwa i rozgrywki. Dopiero jak Egon powiedział, że sprawa jest to łysy cicho westchnął. I niechętnie dał znak, że mogą iść. Przeszli przez zatłoczona izbę do schodów gdzie czekała na nich Burgund. I we trójkę poszli na górę. Po chwili byli już w apartamencie. Łotrzyca podeszła do łóżka i wysypała na nie fanty. Wymieszały się z gadżetami do niecnych figli z jej torby. A ona z uśmiechem usiadła na brzegu i zaczęła sortować to wszystko.
                            - Egon widziałeś tego na końcu? Co mu dałam udko? - Zagaiła wesoło podnosząc na chwilę wzrok. - Będę musiała z nim pogadać. Coś mi chciał powiedzieć ale nie do końca zrozumiałam co. Pewnie nie chciał gadać przy wszystkich. Ale coś, że ma ludzi do zabrania z jakiegoś brzegu czy co. Chyba jakiś interes. Coś kręcił. A ja będę musiała zakręcić się wokół niego bo myślę, że jest w to zamieszana piękna kobieta. - Łotrzyca była w świetnym humorze z powodu wygranej i właśnie przymierzała na dłoni, jak pasują jej nowe pierścienie.
                            - Skąd wiesz? - Łysy zapytał ją z podejrzliwym spojrzeniem.
                            - Miał od niej chustę na nadgarstku i cały czas jej dotykał. Zwłaszcza jak mówił o tym brzegu. Nie była taka koronkowa jak ta od lady Froyi no ale też nie byle jaka. I czarno czerwona. Trochę nietypowe jak na chusteczkę. - Bez ceregieli, zdradziła kolegom dlaczego tak uważa. Pierścienie okazały się zbyt duże jak na jej szczupłe i sprytne palce więc je szybko zdjęła.
                            - E tam. Pewnie kolejna ladacznica. - Silny machnął dłonią jakby to nie wzbudziło w nim zainteresowania. - Ja się dowiedziałem, że za tych piratów jest nagroda w Saltmundzie. Trzeba ich przywieźc do kapitanatu. W sznurach. Albo same łby. Ale za łby jest mniej. No ale wiadomo, łby he he nie robią problemów i łatwiej się je wiezie. Za wskazanie kryjówki czy jakiś ślad też jest. No ale to nie dla nas. Bo jak ich spotkamy to ich zetniemy i koniec tematu. No ale jak i tak płyniemy do stolicy to jeszcze nagrodę możemy jakaś dostać. - Łysy pochwalił się tym co udało mu się dowiedzieć przy stole.

                            Egon, z początku obojętny rewelacjom Burgund, w miarę tego, jak jego towarzyszka wykładała, czego dowiedziała się przy stole, nagle zwrócił swój wzrok i żywo począł popatrywać na chytrą dziewkę.

                            Rzeczy, o których gadał Łysy także były interesujące, jednak ciut mniej, bowiem Egon tak czy inaczej spodziewał się, że jeśli by jakichś piratów wzięli w jasyr, to pewnie jakaś nagroda by im się należała. Co prawda łowcami nagród nie byli i w ogóle nie interesowało go puszczanie się za piratami tylko po to, żeby odebrać jakiś marny grosz, to jednak wieść o nagrodzie była dobrym zwiastunem.

                            Wrócił jednak do tematu Burgund.

                            – Czemu on ci to wszystko gadał? – zapytał Egon, który nie do końca był pewien, czemu jakiś człek miałby zwierzać się Burgund właśnie. – Hmm. Po mojemu, niebezpieczna sprawa. Jak się wygadał, to ma pewnie wobec ciebie jakieś plany…

                            Dodał jeszcze:

                            – Chciałem wam rzec o czymś, ale zanim będę gadał, co trza zrobić, rzeknij mi Burgund, co jeszcze gadał ten człowiek? Jakich ludzi ma do zebrania z brzegu i co to ma być za piękna pani, co ma być zamieszana w to wszystko?
                            - A jakie on tam może mieć plany wobec niej. Wyhedozyc ja chcę jak wszyscy. Ona to by pewnie zaraz w ruch poszła i to z nimi wszystkimi. - Silny prychnal niechętnie w stronę liczącej fanty lotrzycy. Ta zaśmiała się w odpowiedzi jakby wcale się nie obraziła.
                            - A pewnie, że wszyscy mnie tam chcieli! Bo mnie zawsze wszyscy, wszędzie chcą! I pewnie, żebym z nimi poszła. Tylko tutaj byśmy mogli się nie zmieścić wszyscy no a już z Egonem i dziewczynami mamy plany na wieczór. Takie do rana. - Złośliwie odgryzła się koledze i pokazała mu język. On więc posłał jej gest palców, powszechnie uważany za obraźliwy. I na tym chwilowo kłótnia się skończyła.
                            - A Rolf był nieco zmartwiony a siedział blisko to go zagadałam. I początkowo miał mocne karty więc musiałam go jakoś rozproszyć. - Zaśmiała się triumfalnie i wysunęła swoją smukłą mogę pokazując jak pod stołem stopą rozpraszała nowego kolegę. - No i on zaczął mówić, że na bardzo ważne sprawy, że czekają na niego. Prawie powiedział, że ona na niego czeka. Ale się pohamował w ostatniej chwili. Za to zaczął dotykać tą chustkę. Poprosiłam go aby mi ją pokazał bo ładna. Naprawdę ładna. Też jedwab. Więc to raczej nie biedaczka. Może ktoś z gildii, szlachcianka albo droga ladacznica. Tylko wtedy można by wyczuć aromat perfumy. Jak na tej chusteczce od Froyi. A niezbyt było czuć. Więc albo ona nie używa perfum, albo Rolf nosił ją tak długo, że już zwietrzała. Co nie jest trudne, dwa, trzy dni by w zupełności wystarczyły. I się trochę wygadał, że oni gdzieś tam są, czekają i musi on statek załatwić. Pytał czy mam jakiś to mu powiedziałam, że sama jestem pasażerem ale mogę zapytać znajomej mytniczki. To się zrobił czerwony i więcej o tym nie gadał. Zupełnie jakby go tą mytnik spłoszyła. I dlatego chcę jeszcze z nim pogadać o co dokładnie chodzi. - Streściła kolegom swoje doświadczenia z nowym znajomym.
                            – Ciekawa rzecz, że się spłoszył, jak jeno usłyszał o mytniku…

                            Egon przez dłuższą chwilę milczał, próbując ułożyć sobie w swej włochatej głowie to wszystko. Jakiś człek, zbierający ludzi z wybrzeża, zaraz pod Łabędziem? Podejrzane. Choć, z drugiej strony, mogli to być przemytnicy, którzy nie mieli nic wspólnego ze sprawą. Jednak nawet przemytnicy mogli być jakoś zaangażowani w proceder.

                            – Słuchaj, musisz go wybadać – rzekł wreszcie Egon. – Rzeknę więcej: trzeba go wyśledzić, skąd będą się zbierać i co to są za jacy. Sama gadasz, że nawijał o zbieraniu ludzi z wybrzeża? Gdzie, kiedy, po co? I co to za luda tam są?

                            I wreszcie rzekł swoje podejrzenia:

                            – A co, jak ta banda drabów to właśnie piraci i jeśli jeno byśmy mogli ich wytropić, moglibyśmy uwalić całej rzeczy łeb zaraz tutaj, przy Łabędziu – Egon uśmiechnął się, jednak ten uśmiech zgasł niby węgielek polany wodą. – Może to też nie znaczyć nic. Może po prostu są jakąś bandą flisaków albo innymi obszczymurami, co gdzieś muszą się zebrać. Po mojemu to brzmi podejrzanie. I widzisz, wziął cię za zwykłą ladacznicę, to mu zaraz jęzor się rozsupłał.

                            Wyrzekłszy to, kontynuował:

                            – Ale. Inna rzecz jest, po to was tu przywołałem. Jest dwu Norsmenów, co mogłoby nas wesprzeć w jutrzejszej bitwie z piratami. Dwa tęgie kurwie syny, co teraz obżerają się i zalewają mordy u końca stołu. Widzieliście ich? Lars gada, że można by ich skaptować, bo są ze Skaelingów i hołdują Krwawemu Ogarowi. Trza by się do nich przysiąść i wywiedzieć, kto zacz. I zaproponować interes. Mogą chcieć nas przetestować, czy żeśmy silniejsi od nich… Ale to nam może pomóc – Egon uchylił poły kaftana i pokazał eliksiry alchemiczne mistrzów. – Co rzekniecie?
                            Oboje z ferajny zainteresowali się nowym wątkiem. Choć nazwa plemienia nie zrobiła na nich wrażenia albo nic im nie mówiła. Całkiem odwrotnie niż u Larsa i Astrid. Popatrzyli po sobie a potem na kamrata.

                            - Ja tam miałem swoje sprawy to się za bardzo nie rozglądałem. - Łysy przyznał bez ceregieli, że żadnych Norsmenow nie zauważył.
                            - No ja też. Musiałam cały stół rozpracować. A czemu Astrid i Lars z nimi nie pogadają? - Łotrzyca też przyznała się do tego samego ale jak zwykle dojrzała więcej od łysego mięśniaka. - No i wiecie chłopaki, przy zmaganiach takich jak dziś z tymi orkami to ja za wiele wam nie pomogę. - Uśmiechnęła się do jednego i drugiego. - No chyba, że zmagania miłosne. Takie jak w kajucie. To mogę się z mini spróbować. Nawet z wami trzema. Bo Silnym to nie chce i już się nagrzał na tą cytata ladacznice. - Mówiła żartobliwym tonem, że nie do końca było wiadomo czy żartuje czy nie. A na koniec spojrzała kpiąco na łysego zbira. Ten wzruszył masywnymi ramionami.
                            - A kto by cię chciał? A ona ma cycki lepsze od twoich. - Odwzajemnił jej się złośliwością. - A jakbyś trzeba było im przylac czy co, to ja bardzo chętnie. Myślałem, że z tymi orkami będzie większa zabawa. A jakieś cherlawe były. - Uśmiechnął się na myśl o całkiem innych zmaganiach niż koleżanka. Takich jakich on lubił. - I pewnie. Jak są krzepcy to mogą nam się jutro przydać. Nie wiadomo Ile tych piratów może być. - Pomysły aby zwerbować obu wojowników poparł. I mówił jakby wszystko miało pójść z górki. Wtedy Burgund skorzystała z chwili przerwy aby wrócić do Rolfa.
                            - Myślę, że jakaś flisakowa to by nie miała takiej chustki. Jedwabnej. Ja mam kilka z czasów zamtuza ale trzymam je na wyjątkowe okazje. To trochę jak pończochy. Szlachcianki i kurtyzany mają jedwabne a reszta zwykłe. No ale damom i gospodyniom nie wypada pokazywać nóg więc mają chusteczki. Może i jakaś tępa dzida wygrała albo znalazła taką chustę. Ale wątpię. Ale na razie to trudno powiedzieć o kogo może chodzić. Też zauważyłam, że Rolf spłoszył się na wspomnienie o mytnik. No to jak skończymy z tymi Norsmenami to mogę do niego wrócić. Chyba, że poradzicie sobie sami w ja teraz spróbuję do niego podbić. Jak potrzebujecie chętnych niewiast to możecie spróbować wziąć Jutte albo Ingrid. - Popatrzyła na nich a zwłaszcza na Egona, na jaki wariant się zdecydują.
                            – Nie wiem, czy Jutta albo Ingrid mogą tak łatwo zagadać, jak ty – Egon powątpiewał. – Lepiej, żebyś z nami poszła, chyba, że Jutta też wkręci łatwo. Po mojemu to Norsmeni bardziej będą ufni komuś, kto nie jest żadnym urzędnikiem ani nie reprezentuje prawa na rzece. A Ingrid bym do tego nie mieszał. Lars i Astrid gadali, że tych dwóch jest z rodu Skaelingów i oni mają z nimi kosę, ponoć.

                            Egon pokrótce wytłumaczył Łysemu i Burgund, jaki plan obmyślili z Larsem i Astrid.

                            – Rozumiecie, jeśli Astrid by podeszła i by w niej rozpoznali córkę jarla, mogli by się rzucić do gardeł. A musimy być gotowi na jutrzejszą bitkę na pewno, bo jak ci piraci podejdą, to pewnie nie będą tacy łatwi. No chyba, że ten twój Rolf okaże się wtyką i przypadkiem się na drabów natknęliśmy już tutaj. Wtedy to trza będzie wykombinować, co z nimi zrobić teraz. Ty na niego oko miej, piraci i inne męty tego rodzaju znani są z zachodzenia do karczm takich, jak ta. Żeby czasem się nie okazało, że coś jest na rzeczy – wojownik przestrzegł.

                            Rzucił jeszcze okiem na drzwi do izdebki i potarł swoją brodę.

                            – To co, idziemy do nich? Szpej już zgoliłaś z frajerów, przysiądziesz do nas na chwilę do Skaelingów, a na resztę nocy możesz urabiać Rolfa.
                            - Wolałabym urabiać Jutte i ciebie. A potem zmiana warty i Annika I Adele. - Łotrzyca wyszczerzyla się radośnie jakby wcześniejsze plany na dzisiejszą noc miały ciepły kącik w jej sercu. - No ale dobra. Pójdę z wami a potem do Rolfa. Szkoda, że Łasicy nie ma. To ona by się zajęła jednym a ja drugim a na noc i tak byśmy się spotkały. - Westchnęła z żalu, że nie ma tu jej kamratki jaka zwykle była jej wspólniczką i kochanką.
                            - I dobrze, że jej nie ma. Tylko by wszystkim krew psuła. - Silny prychnal i dał wyraz swojej tradycyjnej niechęci do Łasicy. Po czym szybko zwrócił się do gladiatora. - No jak mają kosę między sobą to zmienia postać rzeczy. To faktycznie lepiej aby trzymali się z dala. Przynajmniej na razie. Jeśli o mnie chodzi to jestem z tobą. Jak trzeba będzie się z nimi trzaskać to masz moje ramię. Ale ty z nimi gadaj. Ja nie jestem od gadania. - Oprych z portowych doków, jak zwykle nie bawił się w finezję tylko powiedział otwarte na co u niego Egon może liczyć.
                            - No ja mogę pogadać a nawet być dla nich miła. Jakby szło o figle i by miało pomóc a często pomagają w negocjacjach, to też mogę. Na to u Jutty I Ingrid też chyba możemy liczyć. Ale jak wolisz bez nich to może być bez nich. Nie wiem czy oni są tu pierwszy raz i ją znają. Ale może nie. Zwłaszcza jakby spódnicę ubrała. Mogę jej pożyczyć. Ale jak mówię, jak chcesz to załatwić w rodzinie to możemy iść we trójkę. Rolfem się potem zajmę. - Burgund, chociaż oferowała całkiem inne umiejętności i charakter niż mięśniak, to też była gotowa do pomocy z tymi Norsmenami.
                            – Zda mi się, że zwykła rzecz, podejdziemy, posłuchamy ich nieco. Rzekniemy, że szukamy piratów i kamratów nam trza, żeby im odpór dać. Jak trza będzie, to nieco złotem sypniemy, ale nie za dużo, wiadomo. No. To co, zbieramy się? – rzekł Egon powstając. – Za długo to nie zajmie, będziesz miała jeszcze dużo czasu na Rolfa.

                            I, klepnąwszy ulicznicę w ramię, skierował się z powrotem w drogę do sali głównej.
                            - No dobra, to chodźmy. - Burgund zeskoczyła z krawędzi łóżka na podłogę i ruszyła za Egonem do wyjścia. Potem zamknęła apartament jak Silny ją minął. I we trójkę wrócili do tłoku w głównej izbie. Gladiator musiał być ich przewodnikiem bo tylko on wiedział o których gości chodzi. Jak się znaleźli ze trzy stoły dalej to widział, że sytuacja się za bardzo nie zmieniła. Dwóch rosłych wojowników kończyło swoją kolację i teraz popijali z kuflow. Na lawie obok jednego z nich było jedno miejsce wolne. I ze dwa naprzeciwko nich. Nie mieli pasków siwizny jak Lars więc mogli być młodsi od niego. Zachowywali się spokojnie, skupieni głównie na piciu i jedzeniu. A mimo to zdawali się emanować jakaś niewidzialna aurą, że mimo tłoku, nikt blisko nich nie siadał.

                            Przez twarz Egona przez chwilę przemknął mroczny uśmiech. Norsmeni mogli się czuć bezpiecznie w karczmie, ale ciekaw był, jacy oni byli przy bliższym poznaniu. Wielu wojowników, jak sprawdził ongiś naocznie, nie okazywało się takimi twardymi, kiedy tylko przyszło się i wdało w gadkę.

                            Klepnął karczmareczkę w udo i rzekł:

                            – Ano, złota pani, czemu nie przyniesiesz dwu antałów do naszych wojowników i jednego dla moich towarzyszy?

                            Egon podszedł do ławy i znalazł wolne miejsce dla siebie, Łysego i Burgund, którym wskazał miejsce opodal. Usiadłszy, spojrzał w oczy Norsmenom.

                            – Witajcie – rzekł krótko. – Wszakże słyszałem, żeście z Norsci?
                            Dziewczyna zaczepiona przez gladiatora, posłała mu nieco zdziwione spojrzenie. Ale skinęła głową nim poszła dalej. Skoro usiadł na przeciwko obu wojowników, to Burgund usiadła obok kolegi a Silny obok jednego z Norsmenow. Ci nie odpowiedzieli tak od razu. Tylko obrzucili całą trójkę uważnymi spojrzeniami. Po czym wymienili się nimi między sobą.
                            - A żebyś wiedział. Coś ci się nie podoba? - Odparł chrapliwym głosem ten ciut niższy. Dało się zrozumieć jego reikspiel. Ale od razu widać było twardy akcent z północy. Obaj patrzyli na Egona jakby spodziewali się zaczepki i byli na nią gotowi. Silny posłał koledze spojrzenie, dając znać, że on też jest gotowy. No ale Burgund miała inne zdanie.
                            - Ależ skąd, koledzy. Wszystko nam się podoba. Ja zawsze byłam pod wrażeniem silnych i dzielnych wojowników z północy. Nie to co te frajerstwo w rajtuzach z Reiklandu czy skąd tam. Właśnie dlatego chcieliśmy się z wami napić aby się lepiej poznać. - Łotrzyca uderzyła w wesoły, rubaszny ton. I miała to szczęście, że kelnerka akurat przyniosła pierwszy antałek i powiedziała, że zaraz przyniesie drugi. Na to obaj wojownicy zmitygowali się, jakby nie spodziewali się takiego zachowania od południowców. A na wzmiankę o Reiklandzie to nawet na chwilę się uśmiechnęli i pokiwali głowami. Jednak popatrzyli teraz na Egona, jakby sprawdzali co on na to wszystko powie.
                            – W interesach przyszedłem, tedy musiałem wiedzieć na pewno, czy żeście naprawdę z Norsci – rzekł Egon spokojnie. – Gadają, że woje z Norsci dobrzy są w robieniu toporami, jako i ja. Ano, widzicie, taka rzecz jest. Około jutra wieczór czy coś koło tego będziemy dopływać do Salzenmund od strony rzeki. Piraci na rzece są, słyszeliście wszakże? Skoro takie z was dobre woje z Norsci, czemu nie popłyniecie z nami jeden dzień do Salzenmund? Niewiele zajmie, a i bitka się będzie kroiła przednio. No chyba, że za bitką nie przepadacie?
                            Obaj znów wymienili się spojrzeniami. Po czym popatrzyli na Egona.
                            - Jacy tam piraci? Jak to nie jest ktoś od nas z Norsci, to nie ma sobie co głowy zawracać. A tu wszyscy zestrachami jakby Ragnarok się zaczynał. - Prychnął pogardliwie jeden z nich. Drugi zaśmiał się i pokiwał głową. Zachowywali się, jakby problem z piratami nie był godny ich uwagi.
                            - Ale jak płyniecie do Saltmundu, to nam po drodze. Też tam płyniemy. Sprawy mamy do załatwienia. Ale krypa na jakiej płynęliśmy do tej pory utknęła tu bo szyper boi się płynąć w górę rzeki z powodu piratów. - Prychnął ten ciut niższy, jaki widocznie był bardziej wygadany od kolegi. Przerwał bo rozległa się skoczna melodia fletu. A na kawałku wolnego miejsca w tan poszły dwie niewiasty. Szybko okazało się, że to Annika i Adele. I sporo osób odwróciło się aby popatrzeć na te dwie pląsające łanie.
                            - I nas też kobiety tak tańczą. A jak zaczną od takiego tańca to potem jest dobra zabawa he he. - Jeden z wojowników wskazał kuflem na tańczące kobiety i zaśmiał się rubasznie.
                            – Aaa, dobrze, dobrze… – Egon pokiwał głową, rad, że ludzie w północy otworzyli się wreszcie nieco. – Wiecie, tak się składa, że my też płyniemy w górę rzeki Salz. Może i korab widzieliście? Jutrzenka się nazywa. Wszak wydaje mi się, że dobry byłby to dla was układ? Wy przepłyniecie łacno w górę rzeki, a skoro piraci was nie kłopoczą, to może i paru skrócicie o głowę. Płyńcie z nami, rzekłbym. Co rzekniecie?

                            Gladiator pogładził swoją siwą brodę, czekając na odpowiedź Norsmenów.
                            Obaj Norsmeni znów wymienili się spojrzeniami. Jeden minimalnie wzruszył ramionami, drugi lekko skinal głowa. Po czym obaj przyjrzeli się Egonowi. Potem Burgund jaka siedziała obok niego. A wreszcie na łysego zbira co zaległ obok nich.
                            - To mówisz macie statek? I miejsce? - zaczął znów ten wygadany. Burgund skinęła głową. - No to czemu nie. My się żadnych rzecznych lachmytow nie boimy. Prowadzi nas wola bogów i żadne chlystki z południa nas nie zatrzymają. - Norsmen wydawał się być pewny siebie. Przerwał bo akurat kelnerka przyniosła drugi antałek. Mężczyzna odprowadził wzrokiem jej sylwetkę nim wrócił do rozmowy przy stole.
                            - Ale jakbyśmy mieli na jednym statku razem płynąć to wy to kto? - Popatrzył jeszcze raz na gladiatora i jego towarzyszy.
                            – Zwę się Egon Herschkel, wojownik, jako i wy – rzekł Egon, nieco zniżając głos. – Słyszał żem, że prowadzi was ten bóg, co rozumie zew walki i szanuje rozlew krwi. A? Tedy, rzekłbym, są z nas niemalże bracia, jako że hołdujemy temu samemu. Moi towarzysze zwą się Burgund i Silny – rzekł Egon, który nagle odkrył, że w ogóle nie znał innego imienia niż ksywka łysego.

                            I dodał:

                            – Płyniemy statkiem, co zwie się Jutrzenka, zacumowanym opodal.
                            Obaj wojownicy wydawali się być sceptyczni, co do rewelacji południowca o wspólnej wierze. Wymienili się spojrzeniami a Burgund popatrzyła szybko na swoich towarzyszy, nieco zaniepokojona. Tamci ponownie zwrócili się do gladiatora.
                            - Ja jestem Solmund Laxdale. A to mój przyjaciel, Thorstar Hrafnkel. - Przedstawił się to prowadził rozmowę. Przyjrzeli się dokładniej także rudzielcowi naprzeciwko i łysielcowi obok.
                            - Silny weź otwórz ten antałek co? - Łotrzyca poprosiła kolegę jakby chciała zyskać na czasie. Zbir prychnął pogardliwie, że nie ona nie potrafi poradzić sobie ze szpuntem, wstał i przez chwilę obserwowali jak się z nim mocuje. Z cichym dźwiękiem łysy wyjął go swoimi grubymi palcami po czym zaśmiał się chrapliwie. Bez większego wysiłku, uniósł baryłeczkę i zaczął po kolei rozlewać do pięciu, czekających kufli.
                            - Ja mogę tak go wcisnąć, że nikt go nie wyjmie. Będzie siedział ciaśniej w dziurze niż kniga w jej kuprze! - Pochwalił się gdy rozlał piwo. Wskazał na rudzielca a ta nieco zaskoczona tą uwagą, uśmiechnęła się do Norsmenów przymilnie. Obaj zarechotali rozbawieni i z ciekawością obserwowali jak łysy na powrót wciska szpunt w otwór antałka.
                            - Nie bój się Silny, to na pewno nie będzie twoja kniga. - Łotrzyca posłała koledze przesłodki uśmiech ale potrafiła być równie złośliwa jak Łasica. To też rozbawiło Norsmenów.
                            - To mówisz, nikt tego nie wyjmie? - Solmund upił z kufla, wstał i teraz on przejął antałek. I zaczął się mocować ze szpuntem tak samo, jak przed chwilą Silny. Zajęło mu to chwilę ale jednak dał radę go wyciągnąć. Zarechotał triumfalnie i pokazał im wszystkim trzymany kawałek drewna. A następnie postawił pojemnik na środku stołu. Szpunt na pokrywce i popatrzył na Egona. - Coś ci południowcy chyba nie tacy silni jak im się wydaje, nie Thorstar? - Kolega zaśmiał się ze złośliwej uciechy.

                            Egon uśmiechnął się nie bez jadu. Zdawało się, że ci Norsmeni respektowali jedynie kult siły, co nie zdziwiło ani trochę wojownika. Pod pewnym względem przypominali mu gory z plemienia Gnaka, choć były to z nich takie gory, co nie miały mord kozłów. Zapewne tam, w Norsce, urządzali takie wybiegi z przechwalankami, które były odpowiednio zaprawione sporą dozą picia piwa.

                            Egon zaśmiał się krótko.

                            – Myślałem, że woje z północy to twarde chłopy – rzekł brodacz, nagle rozbawiony. – Co, wy tam pod tymi górami Lodowego Zęba też mierzycie krzepę, wsadzając szpunty w beczki? Może i kuźkę? – zaśmiał się. – Daj mi swoje ramię, chcę zobaczyć tą siłę z północy.
                            - Zdziwiłbyś się gdzie wsadzamy nasze kuśki. - Solmund zaśmiał się chrapliwie a wraz z nim jego towarzysz. Zupełnie jakby potraktowali słowa gladiatora jak dobry żart.
                            - O, a gdzie? Bo ja bardzo lubię takie wsadzanie. I zabawy ze szpuntami. - Burgund zainteresowała się tematem. I leniwie bawiła się rączką kufla. Wymownie przesuwając dłonią w górę i w dół. To na chwilę skupiło uwagę całej trojki znad przeciwka. Z tymże, Silny chyba był bardziej uodporniony na jej i Łasicy gierki to szybko popatrzył na obu sąsiadów.
                            - To co? Stajesz? Czy te gadki o sile wojowników z północy, to tylko przechwałki? - Łysy też umiał być złośliwy, zwłaszcza takich tematach związanych z bójkami i podobnymi. W końcu tym się zazwyczaj zajmował.
                            - Ha! Zaraz zobaczycie! - Thorstar z rozmachem zmiótł talerze, że aż poleciały na sąsiedni stół. Któryś z gości oberwał nim w nogę ale widząc kto zamęt uczynił, nie ośmielił się zaoponować. Za to wojownik ustawił swoją prawicę, aby mogli z gladiatorem zacząć się siłować. I po chwili zaczęły się zmagania. Egon czuł jak przez nadgarstek napiera na niego siła drugiego wojownika. I od razu wiedział, że na cherlaka nie trafił. Początek zapowiadał się być wyrównany więc teraz pozostawało sprawdzić komu pary w ramieniu starczy na dłużej.
                            - Ja tam bym dała radę wam obydwu. Tylko w innych zmaganiach. - Burgund oparła się ramionami o stół, przez co jej dekolt prezentował się kolegom bardzo kusząco.
                            - Takich ze wsadzaniem szpuntów? - Solmund zapytał ją ironicznie. Ale raczej skupiał się na obserwacji pojedynku. Zresztą Silny tak samo.
                            - Tak, właśnie takim. Właściwie to nawet dałabym radę wam wszystkim. Może prócz Silnego, bo mnie wkurza. - Ladacznica mówiła niezobowiązującym tonem jakby chodziło o jakąś błahostkę. Tym razem obaj sąsiedzi Thorstara spojrzeli na nią z niedowierzaniem.
                            - Dałabyś radę nam wszystkim? - Drugi Norsmen zapytał jakby sądził, że coś źle zrozumiał.
                            - Pewnie. Tak się tylko zastanawiam czy raczej na raz, czy po kolei. Bo potem jestem jeszcze umówiona. - Łotrzyca dalej mówiła tym lekkim, leniwym tonem. A Egon musiał naprzeć na ramię Thorstara. Czył, że tamten zaczyna o włos ustępować.
                            - Niemożliwe! To potrafią tylko nasze kobiety! Jakbyś była z Norsci to może bym ci uwierzył ale wy, kobiety z południa, za cherlawe jesteście na to. - Solmund pokręcił głową ale zajety pojedynkiem gladiator, nie mógł wyczuć, czy Norsmen, naprawdę nie dowierza czy tylko droczy się z Burgund. Za to widział jak już o pięść zdobył przewagę ale uparty Skaeling wciąż nie chciał odpuścić. Słysząc to, łysy zbir zarechotał z rozbawienia i po przyjacielsku poklepał Solmunda po ramieniu.

                            Egon tymczasem z ponurą determinacją parł swoją łapą. Krew uderzyła w twarz Egona, a sploty mięśni na jego muskularnym ramieniu zacisnęły się okrutnie. Przez długie chwile mocował się z człekiem z północy i choć miał pewną przewagę, napierał coraz dalej i dalej. Jego łapa była zaciśnięta na podobieństwo żelaznych kleszczy na łapie Norsmena. Brodacz wiedział, że musiał wygrać nawet za cenę odniesienia rany lub zwichnięcia. Inaczej dwóch bastardów z północy pewnikiem nie respektowałoby go nijak - wojownik był pewien, że jeśli tylko jego knykieć dotknąłby drewnianego stołu, spotkałby się z kpiną, niby chłostą. W takim też wypadku musiałby podnieść rzecz jeszcze dalej i wyzwać draba do bitki, innego sposobu by nie było.

                            Przez parę dłuższych chwil dwóch rosłych chłopów siłowało się. Czasem Egon tracił przewagę, kiedy tamten z całej siły napierał coraz dalej i dalej, jednak Egon, nauczony starciami na arenie, rozumiał, że ktoś, kto stawiał na szalę coraz więcej i więcej, wiedział, że grunt pali mu się pod nogami. Pot spłynął po czołach dwóch wojowników, zdawało się, że jeden z drugim trafił wreszcie na swojego.

                            “Piekielny Ogar świadkiem” - pomyślał wreszcie Egon i zacisnął zęby w wilczym, nieprzyjemnym grymasie, a przez parę oddechów jego twarz uformowała się w groźną maskę. Znalazł lukę w sposobie, w jaki przybysz z północy napierał i zachybotał swoim kułakiem, wyprowadzając tamtego z równowagi.

                            Kiedy było jasne, że tamten traci rezon, Egon paroma pchnięciami dobił zaciśniętą łapę Norsmena do blatu i trzymał przez parę chwil. A potem puścił. Lekko drżącą dłonią sięgnął po kufel i pociągnął parę solidnych łyków.

                            – Ktoś, kto się ze szpuntem beczki siłował, gadał, że ludzie południa nie tacy silni – skwitował ponuro. – Ciekawa rzecz…
                            Throrstar rozmasowywał sobie ramię i patrzył na oponenta jakby nie mógł się nadziwić wynikiem pojedynku. Solmund zresztą też. Skrzywił się gdy usłyszał uwagę gladiatora. Wyglądał jakby rozważał coś w głowie.
                            - No to mamy zwycięzcę! - Burgund poklepała Egona po plecach. Dookoła rozległ się szum uznania, jakby te zmagania obserwowało nieco osób z sąsiednich stołów. - Ale pojedynek był wspaniały, widać, że obaj jesteście mocarze. Wypijmy za to! - Rudzielec widać starała się nie zrażać Norsmenów aby nie potraktowali tego wyniku jako zniewagi. Uniosła swój kufel i przez chwilę trzymała go w górze sama.
                            - No. Dobre to było. - Silnemu widocznie też spodobał się ten pojedynek bo pokiwał swoją łysą głową z uznaniem. I dołączył swój kufel do łotrzycy.
                            - No nie takie najgorsze. Może i nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Brzmiało jakby Solmund potrzebował się przemóc aby wyrazić swoje oszczędne uznanie, mimo, że wynik pojedynku przeczył stereotypom rozpowszechnionych na północy. Ale stuknął się i swoim kuflem. Drugi Skaeling popatrzył na niego a potem na swojego byłego przeciwnika.
                            - Mocnyś. - Powiedział w końcu i nawet uśmiechnął się do gladiatora. Sięgnął po swój kufel i dołączył się do toastu. - Za dobre walki i godnych przeciwników! Na miernoty szkoda tracić czasu! - Huknął na całe gardło i roześmiał się chrapliwie.

                            Egon pokiwał głową i sam sięgnął za swój kufel.

                            – Za wojów! – zawołał i pociągnął spory łyk.

                            Egon spodziewał się, że pomimo wyniku tego starcia, Norsmeni z czasem mogą okazać się kłopotami tak czy inaczej. Brodacz bowiem sądził, że choć dokazał swej siły przed ludźmi z północy, z czasem mogło się okazać, że tamci, podobnie jak i on, chcąc dokazać swego męstwa będą chcieli go wyzwać na ubite pole.

                            W brodatym łbie Egona, pomimo wygranej, odbijały się niepokojące myśli. Być może, ostatecznie, trzeba było pójść w gotowe, a przynajmniej bezpieczne rozwiązanie wypuszczenia się na wody piratów samopas. Wtedy przynajmniej nie trzeba byłoby ukrywać Astrid. Lub też Norsmeni mogli przysporzyć kłopotów szyprowi - rzecz, o którą Egon wcale nie dbał. Najgorszym wariantem mógłby być bunt berserkerów na pokładzie. Wtedy, oprócz piratów, musieliby zarżnąć także ich i musiałby to być on sam, wiedział bowiem, że w bitce tym dwóm raczej nikt nie dostoi, być może poza Silnym i Rune. Nie chciał jednak ich narażać zbytnio.

                            Cóż jednak. Rzecz dokonała się, gladiator podjął ryzyko. Potrzeba było wypić tą beczkę piwa aż do samego końca.

                            – Dobrze – rzekł Egon. – Co rzekniecie zatem na wspólny rejs do Salzenmund? Poręczę za was i rzeknę, że z takimi jak wy, wszyscy będą na pokładzie bezpieczni… Do miasta dopłyniecie szparko, a i grosz wam jeszcze wpadnie.
                            - Do Saltmundu… No może… Ale na arenę próby to nas miała poprowadzić Valkiria. - Thornstar pokręcił głową, jakby coś mi się nie zgadzało w tej historii. Znów wymienili się z kolegą spojrzeniami.
                            - Ale poczekaj. Nie wiadomo gdzie ją spotkamy. Może oni ją do nas doprowadzą. - Solmund lekko pokręcił dłonią na znak, że temat nie musi być jeszcze tak od razu zamknięty. Obaj spojrzeli na Burgund, jakby ją w myślach przymierzali do czegoś.
                            - No może. - Kolega wciąż wydawał się mieć wątpliwości. - Ale to i tak, lepiej ich sprawdzić. Kosiarz czy drwal, też mogą mieć mocne łapy. - Dodał przeglądając się teraz Egonowi i Silnemu.
                            - To prawda. - Towarzysz mu przytaknął i uśmiechnął się do nich obu. - To co? Jesteś gotowy sprawdzić się na piachu? - Wskazał kciukiem na drzwi prowadzące na podwórze. - Bez broni, bez pancerzy. Twarzą w twarz i piersią w pierś. - zagaił do obydwu osiłków.

                            “Walkiria…?”, pomyślał Egon z pewną dozą powątpiewania. Co prawda słyszał nieco o wierzeniach ludów z Norsci, jednak nie wiedział, na ile są prawdziwe. Jeśli chodziło o Krwawego Ogara, Egon wiedział, że było inne od bajań starych bab albo skaldów, którzy lubili snuć dziwaczne opowieści. Wojownik był pewien, że cokolwiek, w co on sam był zaangażowany było po stokroć prawdziwsze od bogów, którzy zazwyczaj byli jeno bzdurami uknutymi przez kler, aby trzymać gawiedź za mordę.

                            Wzmianka o owej “walkirii” jednak zaciekawiła Egona. Być może chodziło tutaj o jakąś wizję kobiety, którą podsunęła im ich szeptucha? W takim wypadku wystarczyłoby, żeby tą, która będzie prowadzić ich do walki była wojowniczka. Astrid odpadała z wiadomych względów, jednak Annika… Tak, Annika potrafiła wpadać w furię bitewną, tak cenioną u berserkerów z północy. Egon zdecydował, że jeśli los odpowiednio potoczy koleje w dobrą stronę, można by użyć Annikę do kontrolowania berserkerów i sprowadzenia ich więcej z Norsci. Skaelingowie czy nie, mogli okazać się przydatni z czasem. I to wszystko z powodu głupiej zabobonności ludzi z północy.

                            Egon zapamiętał rzecz, która z pewnością z czasem mogła się okazać wielce przydatna.

                            – Chcesz bitki ze mną? – zapytał brodacz, wcale nie zaskoczony, że Thorstar eskalował rzecz dalej, aby wyrównać porachunki. – Jeśli chcesz, dostoję tobie!

                            I powstał z krzesła, uczyniwszy gest ręką, aby wyszli na zewnątrz.
                            - Ha! Zobaczymy z czego jesteście zrobieni! U nas wszyscy wiedzą, że chłopcy z południa są bardzo delikatni! - Zarechotał Thorstar ale wydawał się być zadowolony, że Egon przyjął wezwanie. Silny jak go usłyszał uniósł brwi i popatrzył na kamrata czy też to slyszy. Miał minę, jakby w ciemnym zaułku, pytał się zbyt bogatego przechodnia czy się nie zgubił.
                            - Oj, już poczekaj aż wyjdziemy. - Burgund syknęła do niego ostrzegawczo. I mięśniak wzruszył ramionami na znak, że te parę chwil to może poczekać. Włamywaczka podrobiła dookoła stołu jakby chciała rozdzielić sobą obie strony na wypadek gdyby kogoś poniosło.
                            - A tą walkirię to znacie? Jak wygląda? Ładna jakaś? - Podpytała szybko oby Skaeligów jakby chciała ich zagadać zanim wyjdą na zewnątrz. Pomiędzy zatłoczonymi ławami i tak musieli iść gęsiego.
                            - Oczywiście, że ładna. Przecież to kobieta z północy. No i walkiria. Czyli służka bogów, ich posłanka co wybiera z poległych wojowników, kto gdzie trafi po śmierci. - Thorstar wyjaśnił jej trochę odwracając głowę. Burgund odwróciła się do obu kolegów i lekko wzruszyła ramionami.
                            - No i łatwo ją poznać bo ma skrzydła. To z daleka widać, że to ona. - Norsmen otworzył drzwi i wyszedł pierwszy na podwórze. Na chwilę jego uwagę zwróciła grupa zbrojnych, jaka biesiadowała przy stole pod wiatą. Mieli pozdejmowane pancerze i hełmy tak wypolerowane, że wydawały się srebrne. Ci najbliżsi spojrzeli na ich wychodzącą grupkę ale wrócili do swojej kolacji i pijatyki.
                            - Ale ona nie musi mieć swoich skrzydeł jeśli ma skrzydlatego wierzhowca. - Solmund co już też zdązył wyjść na dziedziniec, włączył się do rozmowy. - No i czasem one przybierają postać śmiertelnych kobiet to wtedy nie są takie łatwe do rozróżnienia. A czasem nawet śmiertelne kobiety mogą stać się valkyrjami jak się szczególne zasłużą. Zwłaszcza jak są wojowniczkami, albo szlachetnymi żonami znanych wojowników i jarlów. Albo ich córkami. - Całkiem chętnie im tłumaczył ale pod koniec jakby mówił do swojego kolegi. Wielkolud już rozpinał pas i zaczynał zsuwać przez ramiona kolczugę więc głos miał trochę niewyraźny.
                            - Musi mieć skrzydła na plecach. Krwawe. Sam widziałeś. - Mamrotal aż zdjął pancerz i przewiesił go na paliku do wiązania koni. Kamrat zaczął rozpinać swój pas ale pokręcil głową jakby nie do końca zgadzał się z kolegą.
                            - Wiesz jak to jest z ta wolą bogów. Nie wszystko trzeba traktować dosłownie. Na razie żadej valkyrji nie spotkaliśmy. A do wielkiego miasta z arenami już tylko jeden dzień drogi. - Wyjaśnił mu i sam zdjął z siebie kolczugę. Silny zabrał się za zdejmowanie kaftana.
                            - No co? - Burgund zapytała widząc, że obaj Norsmeni jej się przypatrują.
                            - Nie no to nie ta. Nie ma skrzydeł. - Thorstar machnął ręką pokazując na plecy ladacznicy. Faktycznie były bez skrzydeł. Więc dalej zdejmowali z siebie kaftany i koszule. Od stołu biesiadników doszły ich głosy jakby domyślali się, że będzie się szykować jakaś bojka. A te zawsze znajdywały chętnych do oglądania.

                            Egon rzucił spojrzenie na Burgund. Może Annika miała jakieś znamiona, które być może mogłyby sprawić, dwóch Norsmenów będzie ją uważać za tę ich “walkirię”? Nie chciał jednak wdawać się z ulicznicą w rozmowę, dopóki nie rozwiąże rzeczy tu i teraz z nimi.

                            Z niefrasobliwością zdjął z siebie elementy pancerza w paru szybkich ruchach, wprawiony w zakładanie i zdejmowanie ich. Topór swój pozostawił niedaleko, ale w takim miejscu, że mógłby łatwo do niego doskoczyć - cóż, choć Norsmeni raczej będą walczyć bez sztuczek, Egon nie był wcale taki pewien, czy jakiś drab spod karczmy nie pokusi się o gwizdnięcie brodatego topora wykutego przez kowali ze stajni van Hansen. Zrzuciwszy swą zbroję, zostawił koszulę, bowiem nie chciał paradować ze swym znamieniem na wierzchu. Choć był dość pewny z gadaniem z Norsmenami o Krwawym Ogarze, Egon był pewien, że choć na zewnątrz Błękitnego Łabędzia nie było zbyt wielu gapiów, mogłaby się znaleźć para oczu, która by rozpoznała, kto zacz.

                            Był gotowy. Egon chrupnął karkiem i rozprostował palce.

                            – Ty walczysz ze mną, Thorstarze – rzekł Egon. – Gotowyś?
                            - Pewnie. - Norsmen wydawał się być spokojny i pewny siebie. Już zdążył się rozebrać do pasa. I teraz rozgrzewał się wymachując ramionami. Posturą imponował. Muskularny tors, potężne ramiona. Blizna po jakichś szponach przez pierś. A Solmmund choć ciut niższy i smuklejszy też wyglądał na sprawnego wojownika. On z kolei miał widoczną bliznę po toporze jakby dostał kiedyś nim w bark. Obaj mieli sporo tatuaży bestii, mieczy, toporów i dziwnych zawijasów jakie kojarzyły się z ich północną ojczyzną.
                            - To jak robimy? Dwa pojedynki jeden po drugim czy dwóch na dwóch? - Silny też był już rozebrany i chętny do bójki. Skaeligowie popatrzyli po sobie, jakby się zastanawiali nad wyborem.
                            - A jak wolicie. I tak wam damy radę. - Solmund wzruszył ramionami jakby chciał okazać wspaniałomyślność oponentom. Burgund wykorzystała chwilę aby podejść do swoich obu kamratów.
                            - Chłopaki tylko uważajcie dobra? Bo wiecie, jutro naprawdę możemy spotkać tych piratów na rzece. Więc dobrze abyście się do czegoś nadawali. Bez was to najwyżej zostaną nam Lars i Astrid. - Szepnęła do nich i chociaż starała się mówić lekkim tonem to w oczach było widać iskrę niepokoju. - Jakby co to ja ich mogę wziąć do stodoły na siano. Co to dla mnie dwóch. Wtedy oni będą cali i wy. - Zaproponowała kolegom jakby chciała im dać jakieś wyjście bez pojedynkowania się.
                            - E, nie dygaj ruda. Jak bez sprzętu to co tam może się stać. - Portowy oprych wzruszył ramionami. Mógł mieć rację. Chociaż gdyby zbyt mocno oberwali to jutro faktycznie by mogło się to odbić na ich sprawności.
                            - Ty to jak zwykle ostatni do myślenia. - Łotrzyca fuknęła na niego. I spojrzała na brodacza. - Egon no zobacz, oni nie wyglądają na cherlaków. A ja mogę się nimi zająć. Widziałam jak na mnie patrzą, na pewno im się podobam. Mogę jeszcze Juttę zawołać jak trzeba. - Popatrzyła na niego z nadzieją.

                            – Dwóch na dwóch! – zdecydował brodacz.

                            Egon pogładził swoją brodę, mierząc swych przeciwników wzrokiem. Rzucił spojrzenie na Silnego i posłał mu mroczny uśmiech - z kim, jak z kim, ale wespół z Łysym to on walczył wielokrotnie, choćby przy ostatniej przeprawie z orkami i wiedział, na co go stać. Choć miał wiele zaufania jeden na jednego, perspektywa starcia się z Norsmenami we dwóch ułatwiała zadanie znacznie.

                            – Słuchaj, podejdziemy ich tak – rzekł do Silnego Egon przyciszonym głosem, łypiąc od czasu do czasu na tamtych dwóch. – Rzucamy się od razu na pierwszego. Ja przyszpilam, ty flankujesz. Kiedy tamten zbierze parę razy, odbijesz się od niego i rzucamy się na drugiego. Czaisz, jak to ma być? Niby dwóch na dwóch, ale zawsze walimy dwóch na jednego i odpychamy tego drugiego. Thorstar pierwszy w mordę zbierze, skoro taki cwaniak z niego był.

                            I dodał jeszcze:

                            – Jak będą próbowali lawirować, to spróbuj zepchnąć jednego z nich za parawan albo przez drzwi karczmy i znowu próbujemy we dwóch na jednego za każdym razem. No.

                            Zwrócił się jeszcze do Burgund:

                            – Możemy ustalić, że pierwszy, który zwali się z nóg przegrywa – zaproponował Egon, to dla Burgund, to do Norsmenów i do Łysego wreszcie. – W taki sposób bitka będzie krótka. Kto mordą albo zadem uderzy w grunt, odpada.

                            Egon wyrzekł to, po części i knując inną część planu: jeśli mogliby skupić się na wzięciu szybko pierwszego, z łatwością mogliby dokończyć bijatykę.

                            – Co rzekniesz? W taki sposób wszyscy cali, a potem możecie iść do izdebki na górze – zaśmiał się krótko, pijąc do Burgund, która zawsze chciała załatwić sprawy chędożeniem.

                            ~

                            Po krótkiej wymianie zdań, przeciwnicy - Egon i Silny i dwóch Norsmenów stanęli przeciwko siebie. Egon splunął w dłonie, Silny zaś strzelił palcami. Egonowi jako żywo przed oczyma stanęła scena z dawnych wspomnień, kiedy to bił się z Kuno w Neues Emskrank.

                            Jednak na wspomnienia czasu nie było! Egon z Silnymi poderwali się jako pierwsi. Paru gapiów zebrało się, ktoś z obserwujących krzyknął coś. Wedle planu, Łysy i gladiator zaatakowali Thorstara. Egon zaczął naciskać na Norsmena, wyprowadzając krótkie, treściwe uderzenia. Natychmiast Solmund począł kąsać Egona z prawej strony, jednak gladiator nie dawał się zawrzeć w wymianę ciosów i unikał kułaków Norsmena, jak mógł, choć tamten okazał się być całkiem wtajemniczony w ładowanie pięści w łeb. Kułaki Solmunda, niby dwa wyjęte z pieca bochny, śmigały nad uszami Egona, czasem i sięgając celu, czasem i ślizgając się lub zahaczając o jego koszulę. Nie gorszy był Thorstar, który zbijał ciałem i łokciami Łysego.

                            Łysy wyprowadzał sierpowe z flanki. Zdawać się mogło, że to na nim Thorstar chciał skoncentrować swoje ataki, jednak nie mógł, ciągle przyszpilony przez Egona. Norsmen zdawał się grać na czas i być może próbował przyjąć podobną taktykę, co grupa południowców, bo razem z Solmundem wypuszczali się z kopniakami i wściekłymi prostymi na Egona. Ten zazwyczaj zbijał ich ciosy, sporo jednak poszło w korpus i klatę. Egon sapnął parę razy, kiedy razy wojowników z północy sięgnęły go, jednak większość ciosów została zadanych pod kątem i nie uczyniła większej krzywdy. Inne jednak były boleśnie celne.

                            Pierwszą przewagę zyskał Silny. Egon wyprowadził grad ciosów w Thorstara i posłał kopa w brzuch Solmunda, który w dwie sekundy musiał uciec i zmitygować się. Wystarczyło. Łysy huknął Norsmena dwoma hakami pod żebro i drugim, zdaje się, który miał pójść prosto w nos, jednak zboczył na szyję.

                            Solmund jednak przyszedł natychmiast druhowi w sukurs i wbił się między Egona i Silnego, waląc to Łysego, to Egona, próbując kupić trochę czasu. Udało mu się! Egon i Silny odstąpili, zaś dwójka rzuciła się na Egona, który począł unikać i zbaczać do lewej.

                            Silny uczynił mały skok! W dziwnym i nieoczekiwanym manewrze zbił Thorstara z rytmu, Egon zaś chlasnął prawicą Solmunda, który odskoczył. Dwóch wojowników, węsząc okazję, wespół zaszarżowało na Thorstara. Egon wiedział, że musiał to być koniec, bowiem walka z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zajadła.

                            Łysy z krzykiem walnął Thorstara w bebech, Egon zaś wziął potężny zamach i bił z góry, prosto w szczękę. Trafił! Norsmen, w impecie uderzenia, zawirował niewymyślny piruet i runął w błoto przed karczmą.

                            Egon i Łysy odwrócili się na pięcie i na podobieństwo krogulców zlecieli na Solmunda. Walka była krótka: kiedy Thorstar podnosił się jeszcze, Łysy walił kułakami z całej siły, nie bacząc na obronę. W sukurs przyszedł mu Egon, który zastawił drugiego z Norsmenów i pchnął go z całej siły na swą nogę. Mężczyzna sprzedał jeszcze Egonowi cios pod żebra, lecąc na grunt. Egon wściekle kopnął parę razy, a Solmund potoczył się po ziemi.

                            Egon podniósł dłoń do góry:

                            – Dość będzie! – zawołał donośnie, sapiąc głośno. – Dość, kurwa, powiedziałem!

                            Egon rzucił okiem na Łysego i Norsmenów. Walka była wygrana, jednak dwójka dzikusów z północy mogła wpaść w szał, uznawszy rzecz za zniewagę. Jeśli rzecz miała by się stać, wiedział, gdzie był jego topór.

                            Gdy Egon rozejrzal się to obaj Norsmeni, jeszcze ciężko dyszeli i podnosili się z ziemi. A walka przyciągnęła całkiem sporo widzów. Stali okręgiem wokół improwizowanego placu boju. Wskazywali sobie z ożywieniem, komentowali, przekrzykiwali się. Silny też jakby potrzebował chwili aby dojść do siebie. Wśród tłumu przepchnęła się Jutta a za nią dwóch innych mężczyzn. Też mieli kordelasy u pasa.
                            - A co tu się dzieje? - Brunetka zapytała, kładąc dłonie na swoich smukłych biodrach.
                            - A nic takiego Frau strażnik. Chłopcy chcieli tylko potrenować bo jutro mamy płynąć w górę rzeki i może nawet na tych piratów trafimy. To lepiej sobie trochę poćwiczyć póki można. - Burgund szybko przejęła inicjatywę i widać miała wprawę w rozmowach z władzą. Co pozwoliło całej czwórce wojowników podnieść się z ziemi i skupić na czymś innym niż właśnie zakończona bijatyka. Mytniczka i jej towarzysze mieli miny dość podejrzliwe i uważnie przyglądali się całej czwórce.
                            - Nic się nie stało. Koledzy się trochę potknęli. Ale już im nic nie jest. - Silny odzyskał głos i wskazał na dwóch Skaeligów co wycierali ziemię i krew z twarzy, bród i torsów.
                            - Tak. Nic się nie stało. Tylko takie małe zmagania. Nie chcieliśmy nikomu przeszkadzać. - Solmund pokiwał głową na znak poparcia. Jutta popatrzyła na nich jeszcze chwilę po czym skinęła głową.
                            - No to ubierzcie się. - Poleciła im a sama odwróciła się do widowni. - Koniec widowiska! Nie ma tu czego oglądać! Rozejść się! - Wołała a jej dwaj towarzysze dołączyli do niej. Tłum faktycznie zaczął wracać do środka tawerny i zaczęło się robić luźniej i spokojniej. Thorstar, wciąż krwawiąc z rozbitej wargi podszedł do swoich niedawnych przeciwników. Przyjrzał się każdemu z nich.
                            - No. Nie najgorzej. Może nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Mruknął z uznaniem i nawet się troche uśmiechnął.
                            - To tylko taka mała wprawka. Jakbyśmy się spotkali u nas w dokach to inaczej by to wyglądał. - Silny parsknął i sparował docinek. Ale też się uśmiechnął.
                            - Dobra. Skoro nie takie z was cherlaki i coś tam umiecie. To możemy z wami popłynąć jutro. I tak w Saltmundzie mamy sprawę. - Solmund też podszedł, gdy nakładał koszulę na rozgrzany i spocony od walki tors. Pokręcił głową jakby na nim też dwójka południowców zrobiła wrażenie większe niż się początkowo spodziewał.
                            - Świetnie! To możemy wracać do środka zanim nam miejsce zajmą! - Burgund z kolei ulżyło, że na tym bitka się skończyła i nawet wszyscy stoją na własnych nogach.

                            Egon skinął głową. To było wszystko, co mógł zrobić, żeby zjednać sobie Norsmenów. Gadanie o Krwawym Ogarze nie zadziałało, dopiero pójście na rękę i obicie mord dwóm berserkerom sprawiło, że zrozumieli, z kim mają do czynienia. Wojownik, naprędce ubierając swój kaftan i resztę zbroi, dał znak Burgund:

                            – Możesz ich zapoznać z Anniką, niech rzeknie im co niego o wyprawie na orków. Gadają ciągle o jakiejś ichniejszej walkirii, może będzie i tak, że w niej ją zobaczą. Trza będzie rzec Astrid, że będzie musiała się kryć przez całe jutro. Powiemy szyprowi, że z nami popłyną jako wzmocniona obrona.

                            Egon potarł brodę, nagle kalkulując. Norsmeni raczej nie będą walczyć zajadle z ranami z dzisiaj, toteż prawdopodobieństwo bitki na pokładzie było małe. Może z czasem można by przekonać ich do pozostania w kulcie? Więcej wojowników na cześć Pana Krwi z pewnością wyrównałoby szanse, gdzie większość czciła Pana Zmian i Mrocznego Księcia.

                            Były to jednak plany na później.

                            – Idziemy – rzekł Egon.

                            Pipboy79P Online
                            Pipboy79P Online
                            Pipboy79 jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #341

                            Tura 81 - 2519.07.30; mkt; ranek

                            Miejsce: Nordland; Neus Emskrank; Marktplatz; stoisko charytatywne
                            Czas: 2519.07.30; Marktag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; powiew; nieprzyjemnie (0)

                            Otto

                            Gdy rano jednooki mnich otworzył okienice, powitał go słoneczne niebo. No i tradycyjny zgiełk ulicy dobiegający od strony Placu Targowego. Nie dało się przegapić, że dziś jest dzień targowy. Ale na osłodę, miał świeże wspomnienia z wczorajszego wieczoru. Może Łasica nie została na noc, ale pożegnała się bardzo po koleżeńsku. Gdy ściągnął habit i spodnie, łotrzyca uśmiechnęła się sympatycznie. - No i to jest mój ulubiony sposób na pożegnanie z przyjaciółmi. Szkoda, że z tymi naszymi szlachciankami nie wypada tego robić. - mruknęła zalotnie i zbliżyła się aby pocałować usta kolegi. A później, bez pośpiechu schodziła dłońmi i ustami niżej i niżej. Aż całkiem uklękła i zabrała się za pieszczoty przy jego przyrodzeniu. Robiła to, często zadzierając głowę do góry i patrząc mu bezwstydnie w oczy. Zabawa nabierała tempa aż doszli do finału. Później jeszcze łotrzyca potrzebowała chwilę aby doprowadzić się do porządku. Ale jednak poszła. Na pożegnanie rzuciła zalotnie, “Widzimy się jutro na placu” i wyszła.
                            I teraz był ten ranek. Całkiem pogodny i niezbyt ciepły. Ale w grubym habicie było w sam raz. Oczywiście w miarę jak mnich zbliżał się do Marktplatz to tłum gęstniał. Jak zwykle stragany i wozy z jakich handlowano, stały jeszcze na ulicach prowadzących do placu.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/h0PmqQA.jpeg

                            Musiał zwolnić aby przecisnąć się przez tłum. Miasto tętniło zyciem. Z okolicznych wiosek, przyjechali chłopi aby sprzedać swoje płody rolne lub zwierzęta. W klatkach widać był kury, kaczki i gęsi. Czasem kozy, krowy czy świnie. Cały ten zwierzyniec dodawał swoje pianie i skrzeczenie do hałasu wydawanego przez masę ludzką. Tam kowal prezentował swoje metalowe wyroby, obok piekarz swoje. Tu ktoś sprzedawał sukno i materiały na obrusy, koszule i kaftany a sąsiad miał stoisko z antałkami wina z całego świata. Nawet mnisi habit nie zawsze torował drogę przed siebie.
                            Na placu widać było belki ułożone w płot wokół którego mieli mierzyć się konni rycerze na kopie. Zdążono go wybudować przed śmiercią księżnej matki. Nieme świadectwo zamrożonej decyzji o odwołaniu lub przywróceniu tego turnieju. Teraz do tego płotu wiązano zwierzęta lub przerzucano dywany i ubrania do pokazania klientów. Na stercie belek jakich nie zdążono użyć do zbudowania trybun teraz stały klatki z kurami albo ganiały się dzieciaki. Właśnie z tej pryzmy dobrze było skorzystać aby wejść wyżej i się rozejrzeć po placu. Łasica bowiem powiedziała mu, że ta akcja charytatywna będzie tutaj i tego ranka. Ale “tutaj” oznaczało cały ten zatłoczony, gwarny plac. Gdy Otto wspiął się na tą pryzmę, dostrzegł kumulację kolorowych flag jakie zwykle wieszano przy festynach i miejskich cereminach. Niedaleko widział też dachy powozów. I tam tłum był gęstszy, jakby coś tam się działo.
                            Gdy ruszył w tamtą stronę to zostało mu się zanurzyć w ten tłum. A wszyscy pytali się nawzajem “Co się dzieje?”, “Co tam jest?” i tak jeszcze zanim dotarł na miejsce, potwierdziło się, że właśnie tam, szlachetne damy z miasta i poza niego, za symbolicznego pensa, sprzedają ciasta i różne przysmaki. Jak przecisnął się bliżej dostrzegł halabardy i włócznie jakie sterczały ponad głowami tłumu. Ale jeszcze to trochę trwało zanim ujrzał te stoiska na własne oczy.
                            To były zwykłe budy handlarzy, jakie zwykle stawiano w dzień targowy i składano pod wieczór. Były zastawione różnymi słodkościami. Ciasta, makowce, rolady, torty, pierniki, ciastka, pierogi, rogaliki. Aż ślinka ciekła. Wyglądało jakby ten fragment rynku, zmienił się w wystawę jakiejś cukierni.
                            A wielką sensacją były sprzedawczynie. To były szlachetnie urodzone damy ze śmietanki towarzyskiej tego miasta. Lub ich znamienite koleżanki jakie zjechały na ten odwołany turniej albo i tak były ich gośćmi. Otto wiele z nich znał osobiście a spora część była kultystkami albo muszymi matkami. W samym centrum bezprzecznie królowała diwa o miodowych włosach. Jako jedyna odważyła się założyć bordową suknię z czarnymi wykończeniami dla skromnego uczczenia żałoby po księżnej. Bujny dekolt i wąska talia ładnie podkreślały jej smukłą figurę. Lady von Treskow stała w centrum i chyba kumulowała przy stoisku największy tłum. Wydawało się, że podobnie jak po końcu mszy w Festag, każdy chce tą sławną śpiewaczkę o pięknej twarzy i wspaniałym głosie, zobaczyć z bliska. A teraz jak się kupowało od niej porcję ciasta to nawet był pretekst aby z nią chwilę porozmawiać.
                            Ale za stoiskiem Otto dostrzegł też Fabienne von Mannlieb. Nie pozwoliła sobie na aż taką ekstrawagancję jak przyjaciółka i założyła czarną suknię a swoje smoliście czarne włosy, miała skromnie upięte w elegancki kok. Stała obok miodowłosej milady, że właściwie to razem sprzedawały te ciasta.
                            Po drugiej stronie aktorki stała ciemnoskóra córka kapitana portu. Jej egzotyczna uroda wyróżniała się na tle innych dam. Lady van Zee sprzedawała małe, słodkie rogaliki. Była też lady von Richter, uchodzaca za bliską przyjaciółkę Froyi von Hansen. Blondwłosa, dziewczęca Petra von Schneider z kółka poetyckiego Kamili. Wielbicielka Słowika Północy, Gisele von Neuhoff jaka miała być dziś jej gościem w garderobie, sprzedawała coś do picia. Była nawet lady Soria. Choć trzymała się z tyłu, krojąc kolejne kawałki ciasta jakie odbierały od niej inne szlachcianki. Część z nich Otto rozpoznawał jako znajome swoich koleżanek ale sam zwykle nie miał z nimi do czynienia. A część w ogóle była dla niego obca. Wśród tych wszystkich szacownych dam, szlachcianek, baroness, gdzieś przy ścianie dostrzegł stoisko Lebkuchenów, reprezentowane przez ich młodą, dorosłą już córkę. Teofano towarzyszyła Gela. Obie sprzedawały serniki i pierniki z ich cukierni. Na tle szlachcianek wyglądały skromnie i nawet widać było po miejscu jakie w tej kanciastej podkowie, zajmuje ich stoisko. Ale wyroby z ich cukierni, po okazyjnej cenie, też cieszyły się sporą popularnością.
                            Widać jednak było też, że nie wszystko było pozostawione samopas. Po zewnętrznej stronie straganów, stali strażnicy z halabardami. To ich broń Otto widział wcześniej ponad głowami tłumu. Tuż obok tego stoiska, czekały zaprzężone powozy jakimi przyjechały te wszystkie bogate damy. Te też były pilnowane przez uzbrojonych strażników. Jednak atmosfera była ciepła, zbliżona do festynu. Choć oficjalnie festyn przeczyłby zasadom żałoby po księżnej-matce to starano się nie okazywać przesadnej radości i okrzyków.
                            Jak jednooki już się napatrzył i zostało mu jakoś podejść bliżej i spróbować zagaić rozmowę, to usłyszał znajomy, kobiecy głos.
                            - A już ojciec jest. To proszę tutaj. No dobrzy ludzie, zróbcie przejście dla sługi bożego! - Łasica miała na sobie biały czepek, jak na bogobojną mieszczkę przystało i skromną suknię do samej ziemi aby oddać cześć zmarłej księżnej. I zachowywała się jakby była tylko jakaś służką którejś ze szlachcianek. Stała po drugiej stronie straganu, i widocznie jej bystre oczy wypatrzyły kolegę, zanim on dojrzał ją. Teraz gestem nakierowała go do wąskiego przejścia między ostatnim straganem a ścianą kamienicy. Ludzie faktycznie symbolicznie ale jednak, ustąpili miejsca aby mnich mógł tam podejść.

                            Miejsce: Nordland; rzeka Salt; tawerna “Błękitny łabędź”; główna izba
                            Czas: 2519.07.30; Marktag; ranek
                            Warunki: główna izba, gwar głosów, jasno; na zewnątrz: dzień, pogodnie; powiew; nieprzyjemnie (0)

                            Egon i ekipa

                            Poranek w apartamencie szlacheckim “Błękitnego łabędzia” okazał się dla Egona całkiem wygodny. Te małżeńskie łoża były całkiem wygodne i gościnne. No i jeszcze towarzystwo nagiej Burgund i Adele też dodawało uroku. A na sąsiednim łożu podobnie budziły się Annika i Jutta. Było z rana trochę śmiechu bo okazało się, że pokojówka lady Fabienne, zasnęła z przypiętą do bioder zabawką, jaką wczoraj wieczorem tak chętnie używała na koleżankach. Ku satysfakcji wszystkich uczestniczek takich zabaw. Okazało się, że ma dominujący charakter więc dobrze pasowała do uległej mytniczki czy kasztanowłosej ladacznicy. A Burgund jako doświadczona ladacznica, potrafiła się płynnie dostosować do drugiej strony więc potrafiła być zarówno wymagającą milady jak i pokorną służącą.
                            Adele okazała się lubić takie zabawy i nawet to, że większość towarzystwa to były inne kobiety, to jej w ogóle nie przeszkadzało. Przyznała, że to ciekawe urozmaicenie bo zwykle większość jej klientów do mężczyźni. Jeszcze rano miała na kostkach, nadgarstkach i szyi, skórzane pęta jakie wieczorem Burgund wyciągnęła ze swojego podręcznego zestawu podróżnej ladacznicy. I była zadowolona, że może ich użyć. Podczas zabawy, po pracownicy “Łabędzia” w ogóle nie było znać, że robi to za geldy i w pełni oddała się zabawie. Nawet jak się zrobiła tak wyuzdana jak we wczorajszej próbce w ciasnej kajucie na “Jutrzence”. A nawet bardziej bo było więcej miejsca a i nie trzeba było się przejmować co załoga sobie pomyśli.
                            Kasztanowłosa Jutta też mogła pokazać swój temperament. Okazało się, że w za tym kaftanem morskiej barwy i białymi bryczesami, kryje się bardzo namiętna kochanka. Jaka uwielbiała usługiwać swoim partnerom i partnerkom zabaw. Co na początku wieczoru bardzo przypadło do gustu Annice. Zwłaszcza jak Egon i Burgund zabrali się za Adele. Ale potem i tak to się wszystko wymieszało.
                            Najbardziej barwnym epizodem wczorajszego wieczoru, była wojna na poduszki. Już nawet gladiator nie był pewny która z dziewczyn wystrzeliła tym pomysłem. Chyba jak Annika wsiadła na grzbiet Jutty i kazała jej się wozić. Co Burgund podchwyciła i podobnie dosiadła Adele. Koleżanki zgodnie uznały, że brodacz jest zbyt ciężki aby dosiąść którejś z nich a jako wierzchowiec to dawałby swojej partnerce zbyt dużą przewagę. Za to mógł oceniać kto wygrał to starcie i rozdać nagrody wedle uznania. A nie było to łatwe bo jak poduszki poszły w ruch to po paru chwilach głośnych śmiechów i krzyków, skończyło się czterema naguskami leżącymi na podłodze i śmiejącymi się bez opamiętania. Więc i rano atmosfera była przyjemnie rozleniwiona.
                            - Co Annika? Od rana gotowa do akcji? - Burgund szukała swojej garderoby ale jak zauwazyła, że czarnowłosa pokojówka, wciąż ma sterczącą zabaweczkę na podbrzuszu, to nie mogła się powstrzymać od kpiącej uwagi.
                            - Pewnie. - Annika uśmiechnęła się bez skrępowania. - Sama zobacz. - Złapała zaspaną głowę mytniczki i bez ceregieli nakierowała ją na swoje przypinane berło. Juttcie aż oczy wyszły na wierzch z tego zaskoczenia a scena przypominała jedną z tych jakie wczoraj się tu rozgrywały. Na ten widok Adele z Burgund roześmiały się rozbawione. - Szkoda, że u nas nie mogę spać z moją milady. Też bym ją tak budziła. - Westchnęła rozżalona, że ze swoją bretońską szlachcianką, oficjalnie nie może tak się zabawiać. Bo nawet we własnym domu, lady von Mannlieb musiała zachować pozory, że jest bogobojną obywatelką i wierną żoną. A takie raczej nie sypiały w łożu ze swoimi pokojówkami.


                            W końcu zeszli do głównej izby na śniadanie. Wiele stołów już było obsadzonych. Załogi łodzi, powozów, ich pasażerowie, jedli pierwszy posilek tego dnia. A i przy stole jaki zajął Egon z towarzyszami, po kolei zjawiały się kolejne osoby. Najpierw zjawiła się Astrid. W towarzystwie barona Konrada von Holzbeck. Wyglądali jak para zakochanych. On, potężny, barczysty, o sylwetce wojownika, z mieczem u pasa i pysznym kaftanie w barwach ciemnego błękitu jaki dominował w mieście Białego Wilka. Posturą niczym nie ustępował Silnemu albo obo Skaeligom. Chociaż promieniował bogactwem, pewnościa siebie i szlacheckimi manierami. A skoro był rycerzem i baronem, to zapewne nie podróżował sam, jednak jego świty przy nim nie było. Astrid przy nim wyglądała drobniutko. Ale trzymała się prosto. W bordowej sukni w imperialnym stylu ładnie łączyła norsmenską broszę i zapięcie pasa. I też nosiła miecz u pasa, choć raczej jako oznakę swojej błękitnej krwi bo za wojowniczkę się nie uważała. Oboje jak przeszli przez izbę to zwracali na siebie uwagę. I podeszli prosto do stołu, zajmowanego przez Egona. Córka jarla przeprosiła na chwilę towarzysza i podeszła do gladiatora.
                            - Tu masz ten list co wczoraj mówiliśmy. Zaadresowałam do Priory bo tylko jej adres znam. I dziękuję ci za ten eliksir wczoraj. Poczułam się po nim dużo lepiej. I mogłam się zająć Konradem jak należy. Ale wiesz, że nie chciał Ingrid? Ojej, dlaczego? No cóż, nie wszyscy są idealni. Poszliśmy do jego pokoju, zamtuza to nawet mu nie proponowałam. A Ingrid odesłałam do Larsa. Konrada poprosiłam aby mnie odporowadził do “Jutrzenki” bo tam mam ochotę zjeść śniadanie. Mam nadzieję, że zdążymy przed tymi Skaeligami to ich na wszelki wypadek tu przytrzymaj. - Blondynka mówiła cicho i śpieszyła się aby jej błękitnokrwisty towarzysz nie miał jej za złe, rozmowy z kolegą jaki nawet nie był szlachcicem. Wręczyła gladiatorowi zalakowany list. Ale zdawała się mieć nutkę żalu, że nie mogła skorzystać z usług tutejszej ladacznicy jaką przecież wczoraj zapłaciła z góry.


                            Później zszedł Lars z Ingrid u swego boku. Już nie wyglądali tak bogato i okazale jak para szlachciców, ale też widać było, że humory im doskwierają. Topornik jednak bystro rozglądał się po izbie, zanim nie podszedł do stołu przy jakim siedział gladiator.
                            - Mam nadzieję, przyjacielu, że noc minęła ci równie wspaniale jak nam. - Klepnął ladacznicę w jędrny kuperek a ta zaśmiała się zalotnie.
                            - Oh dla przyjaciół i wybawców lady van Hansen to bardzo chętnie. - Odparła wesoło. A Norsmen nachylił się do Egona. - Widzę, że tych dwóch dzikusów jeszcze nie ma. Słyszałem, żeście z Silnym niezłego łupnia im dali! - Zaśmiał się chrapliwie z wyraźnej uciechy. - To dobrze. Dobrze, że im pokazaliście, że umiecie walczyć. To zawsze na plus, jak coś z nimi potem negocjować. - Pokiwał głową z uznaniem, że poza satysfakcją uważa taki obrót wypadków za korzystny.
                            - My idziemy do alkowy - wskazał na jedną z wnęk, gdzie można było zjeść czy spotkać się w bardziej dyskretnym gronie, chociaż symbolicznie odgrodzonym od reszty izby. - Zjemy coś i się pożegnamy. A ja wracam na “Jutrzenkę”. Ha! Żebyś widział jak na mnie patrzyła jak opowiadałem jej jakżeśmy obie milady od orków ratowali! - Zaśmiał się chrapliwie i klepnął kamrata w ramię.


                            Jutta też przyszła do wspólnego stołu. Widać jeszcze musiała porozmawiać z kolegami po fachu. A jak skończyła to na śniadanie przyszła do swoich kochanków. - Ojej ale jestem połamana. Jakby tabun koni po mnie przebiegł. Co wy żeście wczoraj ze mną robili? - W zabawny sposób sparodiowała starcze marudzenie. Chociaż oczy i utalentowane usta, śmiały jej się w najlepsze. Popatrzyła na zebranych, na Larsa i Ingrid jacy, zdążyli już odejść do alkowy. - A widzieliście Astrid z tym szykownym szlachcicem? Ale jej się bogaty szczupak trafił. - Zaśmiała się, jakby udało jej się dojrzeć norsmeńsko-middelnlandzką parę. - Ale to nie aż tak dziwne. Tu często zajeżdżają szlachcice. Tak z Saltzenmundu jak i Neus Emskrank. Oficjalnie to są na polowaniu. I albo “koń poniesie” albo “pogoda zła” no i tu się zatrzymują. Na obiad albo na kolację ze śniadaniem. Pewnie niektórzy tak. Ale wiadomo, że przyjeżdżają na romanse z kochankami albo ladacznicami. Tak teraz myślę, że lady Froyę to też tu już ze dwa razy widziałam. No ale wiadomo. To taka znaczna milady, że nie ośmieliłam się podejść. Sama wiecie jaką ona ma władczą aurę wokół siebie. - Jedząc kaszę z gulaszem, w luźnym tonie opowiedziała im ciekawostkę związaną z tym zajazdem.


                            Także Burgund w końcu zjawiła się przy tym samym stole. Usiadła wesoło tuż obok mytniczki i skorzystała z okazji aby dyskretnie i z zaskczenia wsadzić dłoń między jej uda, podrażniając to najwrażliwsze miejsce jakie tam miała. Jutta która właśnie piła z kubka aż się zachłysnęła z zaskoczenia ale jak się nie siedziała tuż obok niej to pewnie trudno było się połapać co się działo między jej udami. A łotrzyca jakby nic zagaiła nowy temat.
                            - Gadałam z Rolfem. Wiecie, z tym co wczoraj z nim grałam w karty. - Lekko nakreśliła o kogo chodzi. A jej dłoń dalej buszowała przy zapięciu spodni mytniczki. Ta przygryzła wargę aby za bardzo nie zdradzić ich obu i starała się wyglądać, że tylko słucha jej uważnie. Chociaż nieco rozszerzyła swoje smukłe uda aby ułatwić koleżance zadanie.
                            - No i potem po tej waszej młócce z tymi dwoma to poszłam do tego Rolfa. I go wzięłam na wino i tak dalej. Dlatego wczoraj do apartamentu przyszłam do was później. - Burgund przypomniała, że faktycznie wczoraj musiała już pukać do drzwi gdy towarzystwo już zdążyło się zacząć rozgrzewać do wieczornych zabaw ale jeszcze raczej byli ubrani niż rozebrani.
                            - No i on wygadał się, że jest paru ludzi do przewiezienia. W górę rzeki. To mu mowię, że jutro, czyli dzisiaj, będziemy tam płynąć bo płyniemy do samej stolicy. To się ucieszył i pytał czy moglibyśmy ich zabrać. Bo oni są w jakiejś wiosce. Kurtwalten. - Ruda spojrzała pytająco na brunetkę ale pod stołem złośliwie przycisnęła ją mocniej w pachwinie więc mytniczka najpierw musiała przełknąć ślinę i odchrząknąć zanim zabrała głos.
                            - Kurtwallen. To z pół dnia drogi w górę rzeki. Gdzieś w obiad powinniśmy być. To mniej więcej połowa drogi stąd do stolicy. Może trochę bliżej tutaj niż Saltzenmund. - Rzeczna urzędniczka starała się zachować pozory i mówić składnie. Chociaż z bliska widać było, że na gładkich policzkach, zaczynają wychodzić jej rumieńce.
                            - Może być i Kurtwallen. No to tam jest jego ekipa. I wystarczy im aby ich przerzucić na drugi brzeg rzeki. No to mówię, że może bo nie nasza krypa. Więc trzeba by i tak z Wagnerem gadać. Musiałby zacumować do tego Kurtenwallen i zabrać ich. A wiecie, że on mówił, że cumuje tylko na noc. No chyba, żeby jakiś rzeczny oficer by go do tego skłonił albo jakiś spryciarz. - Łotrzyca mowiła swobodnie, jakby nic niezwykłego się nie działo. Chociaż pod stołem jej dłoń cały czas rozgrzewała Juttę. Na koniec nawet spojrzała na nią i siedzącego obok Egona.
                            - Ja? No mogłabym. Ale po co? Musiałabym mieć jakiś powód. No i ostatnie słowo na statku ma kapitan albo szyper. U nas to jest Wagner. - Mytniczka przełknęła ślinę ale nadal starała się myśleć racjonalnie.
                            - Podobno dowodzi nimi piękna kobieta w spodniach. - Rudzielec zabujała brwiami aby to podkreślić. - Z szablą u boku i łukiem. Podobno bardzo wesoła i lubi się zabawić. - Dodała jeszcze na deser, uśmiechając się przy tym krzywo.
                            - O. Piękna kobieta? Co lubi się zabawić? - Annikę to zainteresowało. Na tyle, że Egon dojrzał jak jej stopa pojawia się między udami mytniczki. To urzędniczkę nieco rozproszyło.
                            - No i ona ma tam z pół tuzina zbrojnego chłopa. Chyba nam się przydało jakbyśmy jednak trafili na tych piratów no nie? - Dorzuciła jeszcze kolejną ciekawostką jaką się dowiedziała od nowego znajomego z wczoraj. - No ale to by trzeba powiedzieć Rolfowi. On by wtedy popłynął z nami i tam w tym Kurtwellen odnalazł swoich i pogadał z nimi. Czyli i tak na wszystko musiałby się Wagner zgodzić. - Łotrzyca skończyła przedstawiać swoje wieści z wczoraj i dziś. I z satysfakcją z bliska obserwowała jak jej dłoń i stopa Anniki coraz wyraźniej rozgrzewają mytniczkę.
                            - Robię tak mojej milady. Jak jesteśmy w wannie. To jedyna okazja, że możemy się zamknąć we trzy, jeszcze z Marissą, i tak się pobawić. Moją milady też reaguje podobnie jak ty. - Annika przez szerokość stołu, też miała radochę z podniecenia kasztanowłosej urzędniczki.


                            Zjawili się także Rune i Silny. Też byli w dobrych nastrojach. I pałaszowali jajecznicę z kaszą i smażonymi rybami z wyraźnym apetytem. Przechwalali się jak to porządnie wychędożyli cycatą ladacznicę jaką im wczoraj Egon zamówił. Burgund zwróciła im uwagę, że skoro wszyscy są z ferajny to chyba dobrze aby chciaż trochę dorzucili się do tych wydatków na wczorajsze ladacznice. Sama w rewanżu zapłaciła za dzisiejsze śniadanie wszystkich i z tego co gladiator widział to chyba tymi fantami co wczoraj w karty wygrała. Łysy zrobil trochę niewyraźną minę ale w końcu sięgnąl do sakiewki i wyłożyl na stół parę monet płacąc kamratowi za te przyjemności z jakich wieczorem wykorzystał. A Rune poszedł w jego ślady. Więc brodacz mógł odzyskać chociaż część monet jakie wczoraj zapłacił za urodziwe dziewki.
                            Nieco dalej zszedł Theo wraz z Katją, Mirą i swoimi ochroniarzami. Zajęli inny stół. Theo z powodu niskiego wzrostu chyba Egona nie zauważył. Bo dopiero jak usiadł przy stole to chyba któraś z jego sikoreczek zwróciła mu uwagę na gladiatora. Wtedy niziołek pozdrowił go krzycząc jego imię przez całą izbę. A nawet po chwili kelnerka podeszła z dzbanem wina “Od tamtego niziołka, dla jego przyjaciela”.
                            W końcu zjawili się też obaj Skaeligowie. Astrid już dawno nie było w izbie a Lars siedział z Ingrid przy śniadaniu więc za bardzo w oczy się nie rzucał. A przynajmniej dla Solmunda i Thorstara bo całkiem go zignorowali. I przysiedli się do wspólnego stołu jak przyjaciele. Chociaż tam i tu, było widać na ich twarzach ślady wczorajszej bójki. To nie wyglądali aby Egonowi i Silnemu mieli za złe.
                            - To mówicie, że wczoraj daliście łupnia orkom? Szkoda, że nas tam nie było. To byście zobaczyli co to znaczy dać łupnia orkom. - Solmund zaśmiał się rubasznie ale widać docinki były częścią jego lub norsmeńskiej natury.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/NNF7Z2h.jpeg

                            - Mam nadzieję, że dzisiaj też na jakichś trafimy. Albo chociaż na tych piratów co wszyscy o nich gadają a nikt ich nie widział. Nudno na tej rzece. - Thorsten też widać wczoraj wieczorem coś zdążył usłyszeć o przygodach eskorty “Jutrzenki”. I trochę jakby zazdrościł takiej walki a trochę i sam za taką tęsknił. Usiedli obok Anniki. Nawet spojrzeli na nią trochę dłużej a na na nich. Jednak nie było widać ani złości, ani sympatii między nimi. Solmund skorzystał z okazji, aby przyjrzeć się jej plecom gdy pochylała się nad talerzem. Ale chyba nie dostrzegł tam nic niezwykłego bo szybko stracił nimi zainteresowanie.
                            - To mówiliście wczoraj, że szukacie walkirii co was poprowadzi do boju? I jakieś próbie? - Burgund zagaiła z nimi temat.
                            - Tak. Próbie walki. Czeka na nas gdzieś tam w górze rzeki. Może to ci piraci. A może to już coś w wielkim mieście. Jeszcze nie wiemy. No ale musimy znaleźć tą valkyrję. Ona ma nas poprowadzić do walki. A jeszcze jej nie spotkaliśmy. - Thorsten wydawał się być tym zmartwiony. Nawet bardziej niż wczoraj na świeżo po przegranej walce.
                            - Tak, aby przepowiednia się spełniła, musimy znaleźć tą valkyrję. Bez tego trudno będzie przejść próbę. - Solmund chociaż wydawał się być bardziej wygadany od swojego towarzysza, to tą sprawę traktował równie poważnie.
                            - Jak nie wiecie jak ona wygląda i koniecznie ma mieć skrzydła to kiepsko wam wróżę spotkać ją. A to nie chodzi o harpie? One to są kobiety ze skrzydłami. Nawet u nas niedaleko na klifach ponoć robią gniazda. - Burgund starała się dowiedzieć więcej o tych poszukiwaniach.
                            - No coś ty! My znamy harpie! Harpie to nie valkyrje. - Solmund obruszył się, na taka sugestię.
                            - Mi się śniło dzisiaj, że nas prowadzi do walki na arenie. Z rozwianymi włosami i okrzykiem takim, że krew sama wrze w żyłach, ślina cieknie do ust a dłoń sama zaciska się w pięść. - Thorsten westchnął z rozrzewnieniem na taki piękny dla niego widok.
                            - No słyszałam, żeście wczoraj mieli bitkę. I mnie nie zawołaliście. - Annika burknęła i popatrzyła wilkiem na całą czwórkę mężczyzn.
                            - Ty tańcowałaś z Adele a to samo tak wyszło. - Silny wzruszył ramionami, niezbyt przejmując się wyrzutami koleżanki.
                            - O tak, Adele była bardzo namiętna. Dobrze Egon, że ją wybrałeś. Potem w nocy też było z nią ciekawie. - Czarnowłosa dokończyła jedzenie z talerza i odłożyła drewnianą łyżkę. - Idę do bardachy. - Mruknęła i wstała od stołu. Ale na chwilę uśmiechnęła się do gladiatora, gdy pochwaliła jego wczorajszy wybór ladacznicy. A potem ruszyła między zatłoczonymi stołami w stronę świątyni dumania.
                            - A to wasza koleżanka chędoży się z kobietami? - Solmund zapytał patrząc na plecy odchodzącej czarnowłosej, jakby się nad czymś zastanawiał.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1

                            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                            Zarejestruj się Zaloguj się
                            Odpowiedz
                            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                            • Najpierw najstarsze
                            • Najpierw najnowsze
                            • Najwięcej głosów


                            • Zaloguj się

                            • Nie masz konta? Zarejestruj się

                            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                            Powered by NodeBB Contributors
                            • Pierwszy post
                              Ostatni post
                            0
                            • Kategorie
                            • Ostatnie
                            • Tagi
                            • Popularne
                            • Świat
                            • Użytkownicy
                            • Grupy
                            • Strona startowa