Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Kultyści - Lato 2519
Kultyści - Lato 2519
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
DhratlachD
Dhratlach jako
Marcus Schleiffer (ex BG)
Niekatywny
SeachS
Seach jako
Otto "Puste Oko"
SantorineS
Santorine jako
Egon Herschkel
ZellZ
Zell jako
Heinrich von Achterberg

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
337 Posty 6 Uczestników 4.5k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Seach

    Otto ruszył do hospicjum odrobinę zmartwiony jak wygląda sytuacja u Fabienne. Nie mógł jednak biec na ratunek za każdym razem, kiedy Siostry się odezwą.
    Zważając co go czekało w hospicjum, może i dobrze, że przyszedł tu od razu.
    - George. Jestem już. Proszę zejdź i porozmawiajmy jeszcze raz. Wiesz jak to ze mną jest. Taki zabiegany jestem, że zapominam połowy rzeczy.
    - Już dzisiaj rozmawialiśmy i wszystko ci tłumaczyłem. Tylko wtedy byłeś z królową i księżniczką. - Pacjent złożył ramiona na piersi i zrobił nadąsaną minę. Przez co patrząc od dołu, wyglądał bardzo komicznie. Ale też zdawał się w ogóle nie zważać na różnicę wysokości. Przez co dwaj bracia Otto, stali obok regału zaniepokojojeni. Widać było, że obawiają się, że Greg albo skoczy albo zachwieje się i spadnie.
    - A ten dalej swoje. - Ludwik szepnął cicho z mieszniną niepokoju i irytacji na zachowanie pacjenta. - A Greg, możesz zejść na dół? Porozmawiamy na spokojnie. - powiedział trochę głośniej, łagodnym tonem, aby zachęcić pacjenta do współpracy. Ten na razie jednak co prawda nie skoczył ale też nie schodził sam na dół.
    - Zostawcie go mnie, pewnie inni potrzebują waszej opieki. - skinął braciom i zerknął na Grega - Wiem, że już dziś rozmawialiśmy, ale głupi jestem i zapomniałem. Wiesz jak to jest, szukam twoich ksiąg, załatwiam sprawy z księżną. Tyle mam na głowie, że ledwo mi się mieści wszystko. Zejdź do mnie proszę, pochodzimy i opowiem ci co tam się dzieje.
    Dwaj bracia popatrzyli na jednookiego nieco niepewnie. W końcu Jurgen wzruszył ramionami i skinął głową. - Ja idę. Jeden z tych pacanów zamknął się w składziku przy kuchni. - Całkiem chętnie zgodził się aby to kolega przejął kłopotliwego pacjenta. Ludwik jeszcze chwilę się wahał, obserwując plecy odchodzącego kolegi. Potem na Otto i jeszcze zadarł głowę do góry na pacjenta jaki wciąż stał na szczycie bibliotecznego regału. Greg złożył ramiona na piersi i przybrał pełen wyższości, wyczekujący wyraz twarzy.
    - Ja zawsze schodzę dopiero jak sobie pójdziesz z kolegą. Chociaż czasem się potykam i spadam. A czasem ze złości tupie nogą. I też spadam. Widziałem to wiele razy. - Pokiwał głową jakby mówił o jakiejś historii przeczytanej w książce. Więc Ludwik popatrzył jeszcze chwilę na niego, potem na kolegę, i w końcu skinał mu głową.
    - No dobra, to ja też idę. Mam nadzieję, że sobie z nim poradzisz. - Akolita mówił jakby nie do końca był pewny czy to dobry pomysł. Jednak w końcu też ruszył w ślad za starszym kolegą. I chociaż chwilowo, Otto został w bibliotece sam z kłopotliwym pacjentem. Ten zachichotał teraz, jakby coś go bardzo rozbawiło. Przez co wyglądał jak stereotyp zdziecinniałego szaleńca.
    - Widziałeś? Widziałeś jak ich oszukałem? - Zaśmiał się jakby udał mu się jakiś figiel. Ruszył po regale w stronę nico niższej szafy na jaką przed chwilą, próbowali go zwabić obaj bracia. Tu nieco niezdarnie gramolił się na nią. Najpierw zniżył się na czworaka, potem zaczął opuszczać nogi i niepewnie macać stopą w sandale gdzie jest płaska powierzchnia. Jak małe dziecko, chociaż pewnie wielu młodych uliczników pokonałoby już tą przeszkodę o wiele szybciej i sprawniej od dorosłego pacjenta. W końcu Greg jednak stanął na tej szafie. I podszedł do jej krawędzi. Usiadł na niej jak na krześle. Teraz powinien zejść na jeszcze niższą szafkę. Na razie jednak zatrzymał się i z góry popatrzył na jednookiego mnicha. Wydawał się być zadowolony z rozbawiony.
    - A pamiętasz jak rozdziawiali gęby z wrażenia jak przyszedłeś z nimi obiema? - Znów zachichotał jakby dzielili wspólne wspomnienie. Nawet kiwnął brodą w stronę drzwi wejściowych jakby kogoś tam widział. Chociaż nie było tam teraz nikogo.
    - No cóż, jak zjawi się Lady Odette to na pewno też będą pod wrażeniem. - mnich westchnął - Dziś udam się do jednej z moich koleżanek i przekażę jej opis tej kobiety, która poszukuje ksiąg. Przy odrobinie szczęścia więcej oczu na ulicy ją znajdzie. - zerknął na Grega - Odwiedziłeś mnie we śnie. Chyba powoli zaczynam rozumieć co się wyrabia jeżeli chodzi o larwy.
    Pacjent wciąż siedział na wysokim meblu jak na krześle. Nieco przekrzywił głowę na bok gdy słuchał mnicha. Po czym znów zachichotał radośnie, jakby usłyszał świetny kawał albo udało mu się jakąś psotę zmalować. Przestał i uśmiechnął się szeroko do Otto.
    - No tak! No zobacz! No sam zobacz! - Energicznie podniósł ramię i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą wyszli obaj bracia. Tylko, że nadal tam nikogo nie było i nic się nie działo. Wtem ześlizgnął się na niższą szafkę a z niej zszedł na krzesło i z niego na podłogę. Raźno podszedł do tych drzwi i jeszcze raz odwrócił się do mnicha. - No sam zobacz! - Powiedział radośnie jakby widział przy tych drzwiach jakąś rozgrywającą się scenę. - Widzisz jak ładnie razem wyglądacie? - Wskazał na drzwi jakby mówił o jakichś żywych osobach. Po czym podszedł jeszcze ze dwa kroki. - O naprawdę? A kiedy termin? - Zapytał jakby z kimś rozmawiał. Po czym dłońmi zrobił gest jakby dotykał czegoś okrągłego. Nawet przyłożył tam ucho jakby nasłuchiwał. Znów się wyprostował jakby wysłuchiwał czyjejś odpowiedzi. - Ah rozumiem. - I ostrożnie cofnął się z powrotem w stronę czekającego mnicha. Teraz wyglądał jakby razem oglądali tą scenę, chociaż Otto nadal widział tylko zamknięte drzwi na korytarz. - To będzie obfity miot. U nich obu. I widzisz? Pamiętają o tobie. Mówią, że to ty jesteś ojcem. Przynajmniej za pierwszym razem. - Uśmiechał się słodko jakby obserwował jakąś rodzinną scenę. - Zobaczysz, jak tylko tu przyjdą to wszyscy rozdziawią gęby ze zdziwienia. Chociaż czasami przychodzi tylko księżniczka. Ale ona robi na nich największe wrażenie. Sam wiesz jaka ona jest. A oni nie znają jej tak dobrze jak ty. A he he chcieliby! - Mówił jakby dzielił się z kolegą jakimiś pikantnymi plotkami.
    - Mam tylko nadzieję, że poród nie odbędzie się tu. - odparł mnich - Jeżeli jeszcze mnie oznajmią jako ojca tak obfitego miotu. - Otto uśmiechnął się swego pacjenta - W sumie jak tobie minęła noc, Greg? Księgi znowu cię odwiedziły? Wiem, że to długo trwa, ale podejrzewam, że wkrótce opuścisz to miejsce.
    - Tak wiem. Ale ten twój kolega nie był zbyt miły. Zawsze bardziej wolałem z tobą rozmawiać. On myśli, że ja głupi jestem i nie mogę znać książek jak nie umiem czytać. Co za brak wyobraźni. - Pacjent pokręcił głową, jakby mnich nie mówił mu nic nowego. A nawet jakby już przerobił kilka wariantów mieszkania u Tobiasa. Za to do Otto wydawał się żywić większą sympatię. Na pytanie o miot zachichotał jak mały chłopiec.
    - Nie no tu nie. Przecież księżniczka to jutro urodziła. No zobacz jaka teraz jest niedopełniona. - Wskazał w stronę drzwi jakby tam widział obie, ciężarne nosicielki. Ale mnich nikogo. Tylko drzwi jakie się zamknęły za jego kolegami. - Może to będzie jej pierwszy miot ale za to jaki znaczący! Taka pamiątka jej została. To znak łaski Sióstr. Książki tak powiedziały. Że jest wybrana do tego zadania. Teraz sama będzie mogła i być w robaczej ciąży i robić robacze ciąże. No ale wiadomo, ona nie rozmawia z książkami to trochę głupia jest i nieco spanikowała. Nie to co ja. Bo książki mnie wybrały na swojego opiekuna! - Teraz mówił poufale jakby zdradzał plotkę koledzę o ich wspólnej znajomej. I aż pokraśniał z dumy gdy wspomniał o swojej wyjątkowej roli jako powiernika książkowej wiedzy. Ale podskoczył przestraszony gdy drzwi nagle otwarły się i wrócił do nich Ludwik.
    - O, jednak namówiłeś go aby zszedł. - Ucieszył się gdy dojrzał kłopotliwego pacjenta znow na ziemi a nie na szczycie wysokiego regału. Jednak widocznie nie po to wrócił. - Przyszła ta młoda cukiernik. Prosiła o spotkanie z tobą. Czeka na recepcji. Lepiej do niej wyjdź bo sam widzisz co tu się u nas dzieję. Mam nadzieję, że lady von Treskow nie przyjedzie do nas właśnie teraz. - Przekazał wiadomości rzucił nieco żartoliwie uwagę o sławnej spiewaczce. Jednak nie do końca był to żart. W tym momencie hospicjum nie prezentowało się zbyt godnie ani bezpiecznie. Akolita znów zniknął za drzwiami i mnich został sam z pacjentem.
    - Widzisz, ciągle jestem rozchwytywany. Idź odpocznij Greg, spotkamy się jutro. - a mnich ruszył na spotkanie z Teofano.
    - Przecież już żeśmy się tam spotkali. - Greg przewrócił oczami jakby znów miał inne postrzeganie czasoprzestrzeni niż jego rozmówca. Ale został w bibliotecę, gdy jednooki mnich wyszedł na korytarz.


    Znajdując cukiernik mnich skłonił się.
    - Pani Lebkuchen, w czym mogę służyć?
    Teofano ucieszyła się gdy tylko go zobaczyła i wydawała się być bardzo pobudzona. Jednak poczekała aż Otto do niej podejdzie i oficjalnie się przywita. W końcu na recepcji był jeden z braci jaki próbował udawać, że wewnątrz hospicjum nie dzieje się nic niezwykłego.
    - Pochwalony bracie Otto. Moja matka prosiła aby wam to przynieść w podziękowaniu za wczorajsze leczenie. Mówiła, że czuje się o wiele lepiej i prosiła aby to przekazać w formie podziękowania - Wskazała na koszyk ze słodkościami z ich cukierni. Na sam widok i zapach aż ślinka sama napływała do ust. - Moja matka mówiła, że nie wie ile utrzyma się ten efekt ale na razie czuje się jakby zdjęło jej z karku dekadę życia. - Uśmiechnęła się słodko do mnicha jakby zdawała sobie sprawę z kosmatego sensu tej rozmowy. Ale po cichu dorzuciła coś jeszcze. - Możemy gdzieś porozmawiać? - Poprosiła tak cicho aby brat z recepcji raczej tego nie usłyszał.
    - Oczywiście, proszę ze mną. - chwilę zajęło nim znaleźli jakieś ustronne miejsce. Mnich zerknął na Teofano - Coś się stało?
    - Urodziłam! - Młoda rzemieślniczka cukiernictwa, rozpromieniła się gdy wreszcie mogła podzielić się tą radosną dla niej wiadomością. Zarzuciła ramiona na szyję mnicha i pod wpływem emocji, pocałowała go w policzek. Dopiero wtedy była w stanie mówić dalej. - Wczoraj wieczorem. Już byłam sama w swoim pokoju. Zaczęłam czuć jak się przesuwają do wyjścia. To dokładnie tak jak w Festag mówiła lady Fabienne! I zaczęły ze mnie wychodzić. Z kuperka. To było cudowne! Teraz rozumiem co milady czuła podczas porodu. Nie mogę się doczekać kolejnego. Potem rozebrałam się i przytuliłam je do siebie, do mojej piersi, brzucha i łona. To było takie przyjemne. Moje dzieci. Policzyłam je. Jest ich osiem. Nie są takie duże jak te co milady urodziła ale większe niż te od Margo. - Szybkim szeptem streściła te radosne dla siebie wydarzenia. Wtedy trochę cofnęła się i matczynym gestem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu. - Ale te z brzucha jeszcze nie wyszły. Wciąż je w sobie czuję. Nie mogę się doczekać kiedy je urodzę! - Obdarzyła mnicha spojrzeniem pełnym radosnego oczekiwania. - Ale z kuperka to mi chyba wszystkie wyszły. Więc jakbyś miał jakieś jaja to ja oczywiście przyjmę je z gorącą radością. - Zapewniła go gorliwie i wydawała się żywić cień nadziej, że może od ręki będzie mogła przyjąć dar Oster. - Aha. Ale trochę się bałam zostawiać te moje dzieci w moim pokoju. Więc przyniosłam je tutaj. Margo je trzyma w torbie. Została na zewnątrz. - Lekko wskazała swoją kasztanową głową w stronę frontu budynku gdzie pewnie została jej pokojówka.
    Mnich się uśmiechnął, sięgając pod habit.
    - Masz szczęście, ponieważ po południu spotykam się z Lady Odette. - mnich wyciągnął swoją zabawkę, napełnioną już jajami - Co do twoich maleństw… nie mogę ich przyjąć tutaj. Mogłybyście je zanieść do jednej apteki w mieście? - opisał gdzie znajduje się apteka Sigismundusa - Zapukajcie, zawołajcie, że jesteście ode mnie i zostawcie maluszki pod drzwiami. Osoba, która tam jest się nimi zaopiekuje. - ujął Teofano w pasie - Więc moja droga mateczko, gotowa na kolejne dzieci?
    - O. Będziesz się widział z lady Odette? To pozdrów ją ode mnie. Ona też tak bardzo kocha te nasze dzieci. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej miot. - Cukiernik rozpromieniła się słysząc takie wieści. I jeszcze tylko odruchowo rozejrzała się po celi. Po czym bez wahania schyliła się aby podnieść dół swojej spódnicy i ściągnęła bieliznę do kolan. Po czym zachęcająco wypięła się w stronę mnicha, opierając się dłońmi o ścianę. - To daj mi Otto nasze nowe dzieci. - Rzuciła do niego zalotnie i widać było, że nie może się doczekać tej przyjemności.
    Mnich wykonał swoją powinność. Delikatnie pieszcząc cukiernik pocałunkami.
    - Gratuluje kolejnego brzemienia, droga Teofano.

    Reszta jego zmiany minęła bez echa.
    Opuszczając hospicjum mnich ruszył na spotkanie z Odette i jej znajomymi.
    Po obiadku, planował odwiedzić Łasicę.

    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Mistrz Gry
    napisał ostatnio edytowany przez
    #325

    Tura 78 - 2519.07.29; ab; południe

    Miejsce: Nordland; rzeka Salt; między Neus Emskrank a “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główny pokład
    Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

    Egon i ekipa

    Rejs w górę Salt, przebiegał dość spokojnie. Można by rzec, że monotonnie. Wioślarze kiwali się nad wiosłami, co jakiś czas się zmieniali. Za burtami mijali ścianę ponurego lasu. Wschodni brzeg stopniowo opadł na tyle, że nadmorskie klify, ktore dzieliły Neus Emskrank, dawno zostały za rufą. Co jakiś czas mijali pojedyncze drewniane chaty lub zgrupowanie dwoch czy trzech. Trudno to było nawet wioską nazwać. Przycupnięte jak przestraszone kury, na skraju lasu i rzeki. Spotykali też inne barki. Zwykle płynęły w dół rzeki, w kierunku morza. Szyprowie pozdrawiali się sygnałem dzwonów i uniesieniem dłoni. To jak na razie były najbardziej spektakularne spotkania na rzece. Z raz czy dwa trafili na jakis trudniejszy do przepłynięcia kawałek. Wówczas Wagner osobiście stawał za wiosłem sterowym a jeden z marynarzy na dziobie dawał mu znaki jak to wygląda i którędy ma płynąć.

    Najprzyjemniejszym wydarzeniem chyba był śpiew Astrid. Córka jarla miała całkiem mocny i charakterystyczny głos. Całkiem inny niż to co prezentowała lady Odette von Treskow podczas mszy. Ale może to przez repertuar. Skald śpiewała głównie morskie szanty albo popularne piosenki więc nie było wiadomo czy Słowik Północy zniżyłaby się do śpiewania tak pospolitego gatunku albo czy Norsmenka by dała radę zaśpiewać taką arię jak miodowłosa milady. Jej występy spodobały się tak mieszanej publiczności bo nagrodzili ją oklaskami i prosili aby zaśpiewała coś jeszcze. Blondynka zwykle ulegała takim prośbom, zadowolona, że ma tak wdzięczną widownię.
    - Ja to znam tych piosenek i sag o wiele więcej. Ale większość to po naszemu. W reikspiel albo po kislevsku to znam o wiele mniej. - Astrid nie do końca chciała się obnosić ze swoich północnym pochodzeniem. Więc śpiewała głównie w języku południowców jakie znała. I dało się wyczuć, że te samorzutnie nałożone więzy krępują jej talent. Ale kolegom to się mogła przyznać. Nawet się trochę zdziwiła, że jedna szanta jaka pochodziła od nich z Norsci, jest znana także tutaj.
    - Co się dziwisz? Tu podobno co drugi ma pochodzenie od nas. - Lars był mniej zdziwiony. Ale on w swoich podróżach jako łupieżca, żeglarz i najemnik, zwiedził wiele wybrzeży i portów Starego Świata. A wedle powszechnej opinii Nordlandczycy rzeczywiście byli spokrewnieni z plemionami z północnej części Morza Szponów.

    Drugą rozrywką ale raczej dla uczestników ostatniego noclegu w “Mewie” była Jutta. Młoda, szczupła celnik, okazała się bardzo rozrywkową dziewczyną. Chociaż starała się zachować pozory godne jej urzędu. Najczęściej widać ją było na pokładzie, to tu, to tam. Rozmawiała to z Wagnerem, to z jego marynarzami, trochę z Gezacktem, Norsmenami czy Egonem. To wyglądało całkiem naturalnie. Chyba raczej nikt nie powinien po niej domyśleć się, że razem spędzili intensywną noc. A czasem znikała w niewielkiej, rufowej nadbudówce. Co jak się jej nie śledziło wzrokiem celowo to łatwo było przegapić. W końcu była tam też bardacha więc co jakiś czas większość obecnych tam chodziła. W pewnym momencie do Egona i dwójki Norsmenów, podeszła Burgund. I wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Oczy jej błyszczały a na ustach błądził krzywy uśmieszek.
    - A co się tak szczerzysz? - Lars wydawał się być zaintrygowany jej postawą.
    - A właśnie byłam u Jutty. - Dziewczyna z ulicy, przyznała im się bez skrępowania.
    - I co? - Astrid też była ciekawa.
    - No i Jutta jest bardzo gościnna. Zostawiłam ją przywiązaną do łóżka. - Zachichotała Burgund jakby udał jej się świetny figiel. To spowodawało, że dwójka Norsmenów też roześmiała się rozbawiona. - No co? Wino nam się skończyło. To wyszłam po jeszcze. A tak ładnie wygląda związana, że szkoda mi było ją odwiązywać. Nieźle ją ten Hubert wyszkolił. Tylko tutaj trochę trzeba się szczypać. No ale jak będziemy nocować w “Łabędziu” to może być całkiem ciekawie. - Łotrzyca podzieliła się swoimi wrażeniami z pogłębiania znajomości z mytniczką. To Astrid i Larsa też rozbawiło. - No ale wino już mam. Ale pomyślałam, że może ktoś z was chce jej zanieść? - Burgund wskazała na trzymany dzban z pokrywka na znak, że nie jest chciwa i może dać przyjaciołom okazję do zabawy z nową koleżanką.


    Można było też grać w karty albo kości. Tą drugą grę preferował Gezackt i dwójka jego kompanów. Ale często ktoś im towarzyszył. A to Lars, Astrid, Burgund czy któryś z marynarzy. Zbójcy mieli kości o nieco spłaszczonych ściankach. Przez co na tym dwóm węższym trudniej było wypaść. Dlatego 1 i 6 punktowano podwójnie. Te spłaszczone kości były równie popularne jak i te bardziej równomierne. I jak większość z nich, były robione samodzielnie więc były trochę koślawe. Na ładne, gładkie, równomierne kości to sobie mogli pozwolić oficerowie, szlachcie albo zawodowi gracze. Teraz grali dla zabicia czasu na raczej drobne kwoty liczone w miedziakach. Lub za jakieś bibeloty. Przy okazji rozmawiano i była okazja lepiej się poznać.
    - Widzieliście tą mytniczkę? Ale suczy w tych spodniach. Zobacz jak się wypina. - Mruczał cicho ten drugi zbójnik zwany Giętki. Kątem oka obserwował Juttę. Ta akurat nie miała co robić więc opierała się o reling i wyglądała za burtę. Rzeczywiście z tej perspektywy widać było zalety tyłów jej sylwetki a spodnie ładnie to podkreślały. - Ale bym ją brał. - Giętki zaśmiał się chrapliwie i zrobił gest jakby teraz stał tuż za mytniczką i się do niej dobierał.
    - Wybij to sobie z tego durnego łba Giętki. To mytniczka. Niepotrzebne nam kłopoty. - Gezackt rzucił mu ostrzegawczym tonem. Ale jednak rzucił na miejską urzędniczkę okiem. - No ale łania niczego sobie. Też bym ją chętnie brał. - Pokiwał głową jakby przyznając, że i on nie jest ślepy na urodę celniczki.
    - I ona wam się podoba. Ledwo się jakaś latawica trochę wypnie i zaraz tracicie dla niej głowy. - Blondwłosa Martin popatrzyła na kolegów z politowaniem. I wyciągnęła dłoń do herszta aby przekazał jej kostki.
    - No ja się chłopakom nie dziwię. Jest u niej na co popatrzeć. Ale i tak się nie umywa do ciebie. - Burgund umiejętnie wysmażyła komplement blond łuczniczce. Czym od razu zarobiła od niej pełne wdzięczności spojrzenie i ciepły uśmiech.
    - No kobieta w spodniach, zawsze jest warta uwagi. I jak wam się podoba żeglowanie? - Lars co tym razem nie grał ale siedział wygodnie na jakichś belach materiału dość blisko nich.
    - No po rzece to nie tak źle. Ale na morze to mnie nie zaciągniesz. - Gezackt zaśmiał się do niego i na wynik rzutu. Bo koleżance wypadł dość słaby rzut i miała teraz niewyraźną minę.
    - Nie jest tak źle. Ja kiedyś trochę pływałem po Talabek. - Giętki pochwalił się, że ma na tym polu większe doświadczenie od swojego szefa.
    - Pływałeś. To był prom. Pływałeś od brzegu do brzegu. - Martin prychnęła z irytacją. Ale jakoś nie kwapiła się aby sięgnąć do sakiewki.
    - Ale pływałem! Zresztą tam się akurat spotkaliśmy. A wcześniej też trochę pływałem. - Giętki fuknął na nią jakby dotknęła go ta uwaga koleżanki.
    - Dobra Martin, nie przeciągaj kości tylko dawaj miedziaki. Chyba, że che che wolisz zapłacić inaczej. - Herszt upomniał koleżankę a ta przesadnie głośno westchęła i demonstracyjnie sięgnęła do woreczka z monetami. Ten wyglądał dość biednie.
    - A jakbym w Salmund wam oddała? - Podniosła swoją głowę jakby po cwaniacku obliczała co bardziej jej się opłaca.
    - Tak, zawsze to samo. Jak co do czego to “W Saltmund wam oddam”. Daj spokój Martin, nikt już się na to nie nabiera. - Giętki mówił zjadliwie jakby chciał się zrewanżować za wcześniejszą złośliwość.
    - Oj no co ja zrobię, że tak rzadko tam bywamy? A ja tak dawno nie widziałam wuja. On sie przeniósł do stolicy i ma tam świetny interes. - Blondynka najpierw spojrzała na swoich kolegów ale potem na pozostałych. I tak mijała mila za milą i dzwon za dzwonem.


    Gdy zaczęło się zbliżać południe pogodne niebo zaczęło zasnuwać się ciemnymi, szarymi chmurami. I wygladało na to, że może będzie padać. Była to też pora obiadu. Tak jak im jeszcze w mieście zapowiedziała Jutta, łajba nie zatrzymała się. Tylko jeden z marynarzy zaczął gotować i smażyć. Po pokładzie rozszedł się zapach smażonej ryby. W końcu jak był gotowy to i marynarze, i eskorta, i pasażerowie zaczęli się ustawiać w kolejkę. A i wioślarze zrobili sobie przerwę aby coś zjeść. Posiłek był prosty. Ser, smażona mała ryba, gotowana ryba w zupie, chleb i słabe wino. Przypominało podstawowy zestaw w jakiejś tawernie czy zajeździe. Daleko mu było do tej uczty Zachodnich Kamieniach albo jak się czasem załapali na obiad u Pirory. Ale spełniał swoje zadanie i w dól spływało przyjemne ciepło jakie stopniowo napełniało żołądek.
    Po obiedzie wioślarze wznowili pracę. I łajba znów ruszyła w górę rzeki. Z ponurego nieba zaczęła padać mżawka. Drobne krople padały wywołując monotonny, cichy szum i drobne stukanie kropel o drewno. Stopniowo pokład i relingi ciemniały o wilgoci. Ale raczej mało komu to przeszkadzało. Nawet wydawało się to ożywcze. W każdym razie nie stanowiło to przeszkody w dalszej podróży. Ot krajobraz ograniczony dwoma ścianami lasu z obu stron, był teraz bardziej ponury niż gdy świeciło letnie słońce.
    - Coś słychać! Od dziobu! - Jeden z marynarzy krzyknął w stronę rufy. Kilka głów spojrzało na niego, po czym na Wagnera. Zaczęli nasłuchiwać. Przez chwilę było słychać tylko ciche stukanie i szum mżawki. Cichy chlupot fal opływających kadłub. Trzask lin i drewna. Do tego jednak od rana zdążyli się już tak przyzwyczaić, że nie zwracali na to uwagę.
    - No tak. Ja też słyszę. Jakby jakiś zgiełk. - Wśród pozostałych, rudowłosa łotrzyca pierwsza potwierdziła słowa marynarza. Po paru chwilach także i pozostali mówili, że coś słychać. Jakiś tumult. Ale wciąż trudno było powiedzieć co to może być. Rzeka przed nimi była pusta więc to raczej nie chodziło o inną jednostkę.
    - To chyba gdzieś z brzegu. - Astrid zmarszczyła brwi. Chyba się zbliżali do źródła tego hałasu. Coraz bardziej wydawało się, że to z zachodniego brzegu. Ale było widać tylko tą ponurą ścianę lasu.
    - Uważajcie! To mogą być ci piraci! - Wagner wyglądał na zaniepokojonego. I krzyknął do eskorty aby im przypomnieć po co ich wynajął. Chociaż nadal innej łajby nie było widać.
    - No mogliby się wreszcie pokazać. Chętne kobiety i wino są dobre ale dobrze by było też w coś topór wbić. - Lars mruknął pod nosem z lekkim rozbawieniem. Rozglądał się jednak czujnie za źródłem tego hałasu. - Ktoś tam nieźle dokazuje. - Zmrużył oczy i co chwila przekręcał głowę aby lepiej łowić dźwięki.
    - Szkoda, że Bjorna nie ma. On ma wilczy słuch i psi węch. - Astrid oparła się dłońmi o burtę aby wyjrzeć na zewnątrz.
    - Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.

    Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
    Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

    Heinrich i Fabienne

    Właściwie to dzisiaj Heinrich miał u siebie dwoje gości z jego tajnej rodziny. Pierwszą była lady Fabienne. Po wizycie u Fredy, bretońska milady jeszcze na chwilę zaszła w odwiedziny do kolegi. Rzemieślniczka dokończyła robić dla niej robaczą misę. I te czerwie to wyszły jej chyba jeszcze troche większe niż te co zrobiła dla swojego sąsiada. A może tylko tak mu się wydawało? Musiałby pewnie postawić obok siebie te dwa naczynia aby je porównać i mieć pewność. No ale misa dla Fabienne miała dopiero iść do wypalenia i być gotowa na jutro. Myszata garncarka była pod takim wrażeniem dwójki znamienitych gości, że aż ich odprowadziła do drzwi i kłaniała im się w pas. Bretonkę to nieco bawiło. Ale były łowca czarownic szybko zorientował się, że chce mu coś jeszcze opowiedzieć. I pewnie dlatego zaszła jeszcze na chwilę w odwiedziny. Przy okazji widział grupkę młodzików co obsiadywali wejście do sąsiedniej granicy. Trzech czy czterech chłopaków i ze dwie dziewczyny. Na pierwszy rzut oka robili wrażenie kogoś w stylu Silnego i obu łotrzyć. Tylko jeszcze w nie tak doświadczonych. Kojarzył ich z widzenia. Często tam przesiadywali. Bardzo starannie ich odprowadzili wzrokiem ale milady to chyba nawet ich nie zauważyła. Szła zgrabnie i dumnie, płynnie dostoswując się do jego tempa. We dwójkę wrócili do jego mieszkania.
    - Zobacz Heinri, jakie ta Freda ma zgrabne rączki. - Czarnowłosa kultystka sięgnęła po coś do swojej niewielkiej torebki. Pasowała do jej czarnej sukni a damy z towarzystwa lubowały się w takich detalach. Kobiety z pospólstwa na takie sobie nie mogły pozwolić. Gdy wyjęła swoją zadbaną, delikatną dłoń trzymała w dłoni dorodnego czerwia. Ciemny brąz gliny, kontrastował z jej alabastrową skórą. Ten robak wyglądał bardzo podobnie do tych jakie w jego snach, pełzały po ciele Fredy a ta zdawała się ich nie zauważać. Tylko te we śnie się ruszały i zachowywały jak żywe. A ten nie. No i te ze snu nie miały pierścienia na jednym końcu. Poza tym jednak robak wyglądał jak żywy.
    - To przyjaciel samotnej kobiety. - Szlachcianka dała mu chwilę się przyjrzeć. Nim nie wsadziła dwóch palców w ten pierścień demonstrując jak to pomaga go chwycić. I poruszać w górę i w dół. Zwłaszcza jakby się go używało w kobiecej anatomii. To Fabienne rozbawiło i uśmiechnęła się lekko. - Chociaż przyznam, że w takiej formie to jeszcze takiego nie widziałam. - Znów położyła tą zabawkę na otwartej dłoni jakby oferując koledze aby też mógł go wziąć i się mu przyjrzeć. Ale nie nalegała. On zaś znów miał wrażenie, że ten gliniany czerw znów delikatnie zakłóca Eter. W zamian zaczęła mówić co się działo jak już prawie na koniec wizyty w warsztacie na chwilę wyszła z Fredą przez te drzwi skąd wzięła glinę na wazę.
    - Freda zrobiła to dla jednej klientki. Ale też jej się spodobał to i zrobiła kilka więcej. Ciekawe kto jest tą klientką. Nie chciałam jednak nalegać. Zwłaszcza, że pewnie jutro znów przyjadę po odbiór misy. Chociaż może lepiej kazać jej aby mi ją przyniosła do domu? Albo do Pirory? Albo teatru? Jak myślisz Heinri? - Zaciekawiła się jakie on ma zdanie o okoliczności jej ponownego spotkania po odbiór naczynia. Bo zawsze mogła też znów przyjechać tu bezpośrednio i zapewne znów go odwiedzić. Jako bogata dama mogła jednak kazać dostarczyć Fredzie towar pod wskazany adres.
    - Trochę się krępowała pokazać to przy tobie. Dlatego poszłam z nią na zaplecze. Ale tam jest brudno. Wszędzie ta glina. Dla mnie wygląda jak nie do końca wyschnięte błoto. Nawet nie wiesz jakie miałam nieprzyzwoite myśli dotyczące mnie, jej, tego czerwia i błota. - Uśmiechnęła się lubieżnie jakby już smakowała jakąś wyrafinowaną potrawę. - No ale na razie nie chciałam jej peszyć. - Westchnęła jakby z pewnym żalem, odsunęła na bok tą wizję. Po czym spojrzała na gospodarza całkiem bystro.
    - Zapytałam jej czemu ci mówi “sąsiedzie”. W końcu też jesteś szlachcicem. A chyba jej tak nie peszysz jak ja. - Dała mu chwilę aby rozbudzić jego ciekawość. I widocznie zauważyła tą różnicę w zachowaniu rzemieślniczki w stosunku do ich obojga. - Najpierw powiedziała, że czasem widuje cię przez okno. Całkiem możliwe. Przecież mieszkacie obok siebie. Mogła się więc przyzwyczaić chociaż do twojego widoku. - Pokiwała swoją czarną, ufryzowaną głową na znak, że nawet przyjmuje takie wyjaśnienie garncarki. Brzmiało prawdopodobnie, przecież i Henri od dawna wiedział,że ten warsztat garncarski jest tuż obok. Ale dopiero jak zaczął mu się pojawiać w snach to zwrócił na niego większą uwagę. A zbyt wielu starszych, dobrze ubranych panów to tu w okolicy nie było.
    - Ale potem powiedziała, że śniłeś jej się. - Von Mannlieb znów odczekała chwilę aby dorzucić kolejny kawałek opowieści. - Śniło jej się, że jesteś w jej warsztacie i obserwujesz ją przy pracy. I jak rozmawiacie ze sobą. Nie wiedziała jak się nazywasz więc zaczeła cię w myślach nazywać “sąsiadem” no i tak jej zostało. Mam wrażenie, że nie wszystko mi opowiedziała o tych snach no ale nie chciałam być wścibska. W końcu to może być początek całkiem ciekawej znajomości. - Obdarzyła kolegę ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.
    - No dobrze, ale teraz już muszę lecieć do ratusza. Obiecałam Egonowi, że rozejrzę się za jakąś łajbą do nabycia po okazyjnej cenie. No i jestem ciekawa Adrienne. Jeszcze nie miałam jej okazji poznać tak dokładnie jakbym miała ochotę. - Uśmiechnęła się figlarnie do Heinricha aby zaznaczyć, że może być to wizyta i przyjemna i pożyteczna.


    Lady von Mannlieb pożegnała się z nim jak jeszcze było bliżej poranka niż południa. Teraz było południe. Pogoda się popsuła. Słoneczne, letnie niebo zasnuły ciemne chmury. A po pacierzu czy dwóch, zaczęła z nich padać mżawka. Była obiadowa pora gdy były łowca czarownic usłyszał pukanie do drzwi. W takim rytmie, że musiał to być inny spiskowiec. Jak otworzył to zobaczył Tobiasa.
    - Witaj kolego. Czy moglibyśmy porozmawiać? - Zagaił starając się zachować uprzejmość. Jednak Heinrich wyczuł, że uczony jest czymś poruszony. Jednak poczekał aż zostanie zaproszony do środka. I aby gospodarz mógł się poczuć jak gospodarz wobec gościa. Ale szybko przeszedł do rzeczy.
    - Heinrichu. Nie uwierzysz co mi się dzisiaj w nocy śniło! Od razu chciałem przyjść do ciebie no ale nie mogłem zawalić swoich obowiązków na uczelni. Teraz mam przerwę obiadową to przyszedłem do ciebie w te pędy. - Zaczął od razu i chyba czuł uglę, że wreszcie jego emocje mogą znaleźć ujście. W nerwowych ruchach sięgnął do swojej zamykanej torby, podobnej do tych używanych przez cyrulików. Po chwili wyjął jakieś papiery i zaczął je szybko rozkładać na stole.
    - Pamiętasz? Pamiętasz jak o tym rozmawialiśmy? - rzucił zniecierpliwionym tonem. I Heinri od razu rozpoznał te dziwnie dwuznaczne szkice jakie kolega pokazywał mu podczas ostatnej wizyty u niego. Teraz w pewnym sensie rewanżował się niezapowiedzianymi odwiedzinami. - To. To mi się śniło. - Pokazał palcem na te szkice. - Tylko się ruszały. Jak robaki. Jakieś stonogi, wije i inne obrzydlistwa. Po kobiecych udach i brzuchach. A pamiętasz ta dziura co się zastanawialiśmy co to może być? No to mówię ci, ze dziupla to to nie jest. - Prychnął nieco nerwowo. Przeczesał palcami swoje starannie ufryzowane włosy. I wziął głębszy oddech jakby chciał się uspokoić. - W każdym razie. Tak to interpetuje. Bo jakieś drzewa i gałęzie też widziałem. Tylko stawiam roboczą hipotezę, że raczej nie chodzi o dziuple i drzewa. Bo po co one Siostrom? A te robaki… No to sam wiesz. Sigismundus, ta wiedźma od tych Norsmenów a nawet niektóre nasze koleżanki, co mnie najbardziej dziwi, są całkiem zainteresowane takimi tematami. Słyszałem, że nawet lady Fabienne dała się zasiać. Niewiarygodne. Przecież to szlachcianka. I taka elegancka, wykształcona dama z klasą. Wiesz, że ona tam w Bretonii studiowała nawigację morską? Tu proponowano jej dokończenie studiów. Poszłaby od razu na zajęcia dla zaawansowanych. Ale podobno jej mąż się nie zgodził. - Teraz już odzyskiwał panowanie nad sobą. I po uspokojeniu tych najgwałtowniejszych emocji wracała do głosu jego naukowa natura. A Heinri kojarzył, że belfra nie było na tej nocnej zabawie przy Zachodnich Kamieniach no to nie widział jak potrafi się bawić ta elegancka i świetnie wykształcona dama. Teraz to jednak nie zaprzątało głowy wykładowcy.
    - Dobra, mniejsza z tym. - Machnął dłonią, jakby to wszystko odsuwał na boczny tor i chciał się skupić na czymś innym. - Ta studentka co zrobiła te szkice. - Wskazał palcem na rysunki które przed chwilą tak chaotycznie rozłożył na stole. - To Gisele Meissen. Córka jednego z kapitanów. Ale zginął na morzu wiele lat temu. Nie jest szlachcianką ale jej rodzinę stać było aby dać jej wykształcenie w Akademii. Szkoli się na rządcę. Pływać raczej nie będzie ale przecież w porcie, w kapitanacie zawsze są jakieś magazyny i ładunki do zarządzania. No i ma talent jako iluminarz. Lubi rysować i malować. Pewnie dlatego chodzi na te zajęcia z projektowania cytatych galionów co nasze ladacznice są modelkami. Może nawet zna się z Fabienne. Czy z Pirorą to nie wiem, ona jest dość krótko w mieście. Tego nie jestem pewien. - mówił roztargnionym głosem jakby starał sobie przypomnieć co wie o owej rysowniczce. Znów przeczesał dłonią swoje ciemne włosy. Z nieco za dużymi zakolami.
    - A dziś śniło mi się, że ona tam jest. Gisele. W Akademii. Na tych zajęciach z naszymi ladacznicami. I je rysuje. Ale tak w tym stylu. - Wskazał gestem na rozłozone szkice. - I jeszcze z kimś rozmawiała. Ale nie widziałem z kim. Albo nie zapamiętałem. To raczej nie dzisiaj. Ale po obiedzie znów mają być te zajęcia. Dlatego do ciebie przyszedłem kolego. Myślę, że to nie przypadek, że mi się to wszystko śniło. No a z tobą właśnie o tym ostatnio rozmawiałem. To od rana od razu pomyślałem o tobie. Chciałem z tobą o tym porozmawiać. Może poszedłbyś na te zajęcia? Ja się trochę obawiam angażować. W końcu Gisele mnie zna. Wie, że tam wykładam. No i powinienem jej chyba oddać te szkice. Taki miałem plan jeszcze wczoraj. Ale po tym dzisiejszym śnie to sam już nie wiem jak to wszystko rozegrać. - Wreszcie się Tobias wygadał i ze strapioną miną usiadł na krześle.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
    Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano - południe
    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

    Otto i Teofano

    Chociaż przy sobie mnich miał tylko jedną porcję jaj w swojej zabawce to młoda cukiernik, przyjęła ją wdzięcznie i chętnie. Przez chwilę jeszcze widział jak ten lepki śluz jaki pokrywał te obłe okruchy życia, wypływał z jej kształtnego kuperka. Po czym ona schyliła się i wciągnęła bieliznę na miejsce, opuściła spódnicę i odwróciła się do niego. Objęła go mocno i pocałowała w usta. - Dziękuję Otto! Jesteś dla mnie taki dobry. - Przylgnęła do niego niczym wierna kochanka. Ale, że energia ją roznosiła to zaczęła mu radośnie opowiadać co się u niej działo od ostatniego spotkania wczoraj.
    - Chyba zaczyna mi się układać z Gelą. Jak poszedłeś do nas na górę, to ja ją wezwałam na zaplecze. Na początku w ogóle nie wiedziałam jak zacząć. No to mówiłam jej, że jest miła dla klientów i oni ją lubią. Właściwie to nawet prawda. Chociaż słyszałam, że z niej poza cukiernią to niezła latawica. No ale wczoraj nie mogłam jej tego powiedzieć. To poprosiłam aby usiadła ale widziałam, że nie wie o co mi chodzi. No ale zobaczyłam jej chodaki to wpadłam na pomysł. Uklękłam przed nią, zdjęłam je, i zajęłam się jej stopami i łydkami. Bo przypomniałam sobie lady Fabienne. Gela patrzy na mnie taka zdziwiona. Ja się cały czas bałam, że zaraz zacznie wrzeszczeć i wyleci z wrzaskiem. Nie wiem co bym wtedy zrobiła. Ale ona nie. A ja do niej gadam. Że powinna się odprężyć, że nogi muszą odpocząć bo tak cały czas stoi albo chodzi. I czy przyjemnie. No mówi, że tak. To jej powiedziałam, że to taka moda i, że szlachcianki tak sobie robią. Trochę mnie poniosło i prawie jej powiedziałam o lady Fabienne. Przecież ona tak mi robiła. I nawet Margo. A przecież to tylko pokojówka. Ale w ostatniej chwili złapałam się za język i o niej nie powiedziałam. I trochę się bałam pójść na całość. Pomyślałam, że na pierwszy raz wystarczy. Ale się zdziwiła jak jej powiedziałam, że szlachcianki tak sobie robią. No ale powiedziałam jej, że jak byłam na próbie w teatrze to tam widziałam. Czy słyszałam? Już nie pamiętam co dokładnie jej powiedziałam. To z wrażenia! A myślisz, że jakoś udałoby się to załatwić z lady Fabienne? Myślisz, że Gela spodobałaby się milady? Może to by jakoś pomogło się dobrać do niej? Najlepiej tak aby ją zasiać przyjemniaczkami. Ale pewnie tak od razu to się nie da. - Mówiła szybko jak katarynka i widać było, że i dzisiaj przeżywa te skrajne emocje z wczorajszego spotkania z pracownicą cukierni. Nie było się co dziwić, że jak Teofano pochwaliła się swoimi znajomościami ze szlachciankami, nawet tak ogólnie, to musiało to zrobić wrażenie na ubogiej mieszczce. Taki plebs to szlachtę spotykał na mszy w Festag, może przy jakichś festynach albo w okienku przejeżdżającej karocy. Pod tym względem już samo przyjęcie do teatralnego chóru, było dla młodej Lebkuchen jak awans społeczny i możliwość obcowania z wielkimi i możnymi tego miasta. I to nawet jakby trzymać się tylko oficjalnej wersji znajomości.
    - Ah! I ależ zrobiłeś wrażenie na mojej matce! Po twoim wyjściu była cała w skowronkach. Naprawdę mi kazała wziąć ten koszyk i przyjść tutaj w podzięce. Ale oczywiście jakbyś w Backertag w południe przyszedł do nas na dokończenie tych korzonków to moja matka bardzo by się ucieszyła. Ojciec ma posiedzenie w gildii piekarskiej to go w domu nie będzie. - Przekazała też zaproszenie na kolejne spotkanie ze swoją matką. I widać było, że w pełni je aprobuje.
    Później jak już poszła to jeszcze przeor go wezwał do siebie. Przez te parę dzwonów gorączkowe pracy, udało im się uprzątnąć większość szkód jakich narobili krnąbrni pacjenci. Pewnie dlatego przeor już nie był tak zdenerwowany jak rano. I prosił aby brat Otto przekazał zaproszenie czcigodnej lady Odette. Jakby tylko miała ochotę na odwiedziny w ich skromnych progach to zawsze dla niej były otwarte.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Cyrkowa 6, teatr
    Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

    Otto i Odette

    Jednooki mnich po opuszczeniu hospicjum, musiał się przejść do teatru. Tam zastał lady Odette. Wyglądała olśniewająco jak zwykle. Właśnie udzielała wskazówek jakimś dziewczętom jak mają śpiewać dany fragment. Aż wydawało się dziwne, że tak znamienita i elegancka dama, w ogóle zauważy zwykłego mnicha w habicie i sandałach. Jednak jak go dojrzała dała mu gestem znak, aby poczekał na zapleczu. Tam spotkała się z nim ale na krótko. Weszli razem do tej samej garderoby co ledwo parę dni temu, razem z lady Fabienne, poznali i zasiali lady von Neuhoff. A właśnie do nich teraz mieli jechać.
    - Dobrze, że jesteś mój drogi Otto. Nie uwierzysz co się stało. Dziś w nocy! Urodziłam! - Od razu sprzedała mu tą radosną wiadomość. Tajemniczym gestem wezwała go gestem do siebie. I wyjęła z szafy okrągłe pudełko na kapelusze. Gdy zdjęła pokrywkę ukazały się czerwie. Ruszały się badając powierzchnię swojego więzienia. Błyszczały od sluzu i zdązyły nim oblepić większość wnętrza. Było ich z pół tuzina i były większe niż te jakie do tej pory nazywali dużymi. Choć nie aż tak jak te dwa co w Festag urodziła bretońska milady.
    - Spójrz na nie. Są takie obrzydliwe i ohydne. W życiu bym ich nie dotknęła. Powinno się je natychmiast spalić i wyrzucić do morza. Nie mogę się doczekać kiedy będę się z nimi figlować. - Powiedziała to wszystko jednym tchem, znów prezentując ten rozdźwięk między słowami które wydawały się prawidłowe co do takich plugawych stworzeń a rozkosznym szeptem matki i kochanki. - No ale musimy pojechać do von Neuhoffów. - Westchnęła z pewnym żalem jakby jednak wolała tu zostać i zrealizować swoje nietypowe fantazje. Nagle jednak oczy jej zabłysły. - Ale to nie wszystko! Zobacz! - Cofnęła się o krok i gwałtownie zaczeła podwijać swoją drogą, elegancką spódnicę jaka była raczej granatowa niż żałobna czerń. No ale mniej więcej mieściła się w wymogach okazywania szacunku zmarłej księżnej. Zresztą teraz już Otto widział jej posągowe nogi okryte drogimi, jedwabnymi pończochami. A ona sama bez wahania ściągnęła swoją koronkową bieliznę. Podobnie jak rano Teofano w celi hospicjum gdy była tak chętna na kolejne zasianie. Teraz jednak milady odkryła przed nim swoje łono. Już je dość dobrze znał. Ukazał się sekretny tatuaż czerwonych, kobiecych ust w złotej koronie. Szlachcianka schylała głowę jakby tam jednak było coś wyjątkowego. - I co? Widzisz? - Lekko spojrzała na niego pytająco. Jednak on nie dostrzegał tam niczego nowego. - Hm. Teraz chyba nie ma. Nie widzę. I nie czuję. - Zmarszczyła brwi nieco zafrapowana. Przesunęła dłonią po swoim łonie jakby sprawdzała je na dotyk. - No nie ma. Teraz nie ma. - Jej konsternacja pogłębiła się. I nagle tak samo jak przed chwilą, nagle się ożywiła. - Ale było! Dziś w nocy! Jak urodziłam! Z tych ust! Wyszedł… Tak jakby język. Albo rurka. Sama nie wiem co to było. Trochę utonęłam w błogiej rozkoszy. Laura miała rację! Porody są najlepsze z tej całej ciąży! A ta ciąża też jest wyborna! Chcę jeszcze! - Mówiła nieco zniekształconym głosem, przez to, że przytrzymwała brodą fragment sukni. Ale teraz jak Otto oglądał jej łono to nie było żadnego śladu po jej nocnych przygodach. Do niej to chyba też dotarło bo w końcu puściła suknię i zrobiła krok. Ale zbyt gwałtownie bo nie nasunęła bielizny na miejsce więc się prawie potknęła i musiała złapać się biurka aby nie upaść. Wymamrotała coś z irytacją co chyba raczej nie powinno paść z ust damy. Ale siadła na tym krześle i wysunęła ozdobną szufladę. Grzebała tam gwałtownie w pośpiechu, aż dudniło. Aż znalazła niewielkie, metalowe pudełeczko wielkości tabakiery. Wtedy zamarła. I podniosła głowę na stojącego obok mnicha.
    - Zobacz. - Powiedziała uroczyście. Po czym ostrożnie otwarła puzderko. Najpierw tak jakby sama chciała tam zajrzeć. - Są! Nie zniknęły! - Ucieszyła się i teraz już wyciągnęła dłoń aby i mnich mógł się przyjrzeć. W środku było kilka niewielkich, galaretowatych kulek wielkości małego groszku. Oblepione podobnym śluzem jaki zwykle oblepiał dziedzictwo Oster. Tylko te jaja było trochę mniejsze. Za to kolory były wyraźniejsze. Przypominały te co niegdyś na próbę uzyskali z Dorną od much gdy posłużył się fluidem lady Sorii. - Nie do końca wiem skąd się wzięły. Jak doszłam do siebie to miałam je na brzuchu. - Przyznała aktorka skąd ma te kilka kulek. - Jak myślisz? Co to jest? I skąd się wzięło? - Dało się wyczuć, że jest zafascynowana tą zagadką. I może nieco zaniepokojona.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Jedwabna 18, kamienica von Neuhoffów
    Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

    Otto, Odette i von Neuhoff

    W teatrze nie mogli zostać zbyt długo bo czekał na nich obiad u von Wittów. Lady Odette była tylko ciekawa czy Otto ma jakieś jaja na wypadek gdyby była okazja zasiać lady Benitę ponownie. Gdyby nie miał to jeszcze oferowała mu podwózkę przed przyjazdem do znajomych szlachciców. - Nie obawiaj się mój drogi Otto. Jeśli nie będzie okazji użyć ich na Beni to i tak się nie zmarnują. - Posłała mu przy tym zalotny uśmieszek. Ale musieli już jechać. W międzyczasie spadła mżawka. Jednak wewnątrz luksusowej karocy to nie był żaden problem. Jednooki już odbywał przejażdżki pojazdami Pirory i Fabienne. Ale to czym podróżowała Słowik Północy to jeszcze było przynajmniej o klasę wyżej.

    Gdy zajechali na miejsce, Otto zorientował się, że wcześniej tu nie był. Neuhoffowie mieli malowniczą, zadbaną kamienicę. Mniej więcej w połowie drogi między teatrem a rezydencją von Mannliebów. Wysiedli we dwoje i milady śmiało podeszła do drzwi i zapukała energicznie. Po chwili otworzył im odźwierny i wpuścił ich do środka. Trochę to wyglądało podobnie jak podczas jego odwiedzin u Fabienne. Zwłaszcza na początku. Tu jednak był partnerem Słowika Północy więc wyglądało to o wiele bardziej życzliwie. Prawie od razu, para gospodarzy wyszła aby się z nimi przywitać. Oboje byli ubrani dostojnie i elegancko. Benita niczym nie zdradziła się, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń ze sławną śpiewaczką. Jej mąż, Robert, był od niej wyraźnie starszy. Jednak trzymał się prosto i zachowywał swobodnie.
    - Oh witamy w naszych skromnych progach. To prawdziwy zaszczyt dla nas, witać tak znamienitych gości. Nawet milady nie wie jak pragnąłem mieć okazję podziwiać ją gdy tylko się dowiedziałem o jej przybyciu do naszego smutnego miasta. Bogowie zesłali nam prawdziwy promyk słońca do rozświetlenia naszego marnego żywota. - Robert okazał się elokwentny i szarmancki. Chociaż przez moment posłał krótkie, zdziwienie mnichowi jaki towarzyszył lady von Treskow. Ta jednak to wyłapała.
    - Oh darujmy sobie te tytuły. Będę zaczczycona jak będę ci mogła mówić Robercie. Ty też możesz mi mówić Odette. Zresztą byłoby mi niezręcznie gdybym do Beni zwracała się po imieniu a tobie musiała używać tytułu. - Aktorka też zachowywała się swobodnie w tych niuansach dworskiej etykiety. Za to Otto nie był w tym tak biegły i ledwo za nimi nadążał. Jednak milady zabdała aby nie czuł się wyobcowany. - A to jest brat Otto. Wracamy właśnie z teatru. Brat Otto bardzo nam pomaga w organizacji tych wszystkich spotkań. Nawet nie wiecie ile ta sztuka wymaga spotkań i to czasem się sama czasem dziwię z kim. Ale dzięki Otto to zawsze są bardzo ekscytujące i owocne spotkania. - Odette gładko przedstawiła mnicho. A von Neuhoffowie przywitali się z nim grzecznie. Benita uśmiechnęła się nieco szerzej jakby dwuznaczność w słowach koleżanki i kochanki bardzo ją rozbawiła ale jej mąż chyba tego nie wyłapał.
    - To dobrze, że w naszym mieście są tak obrotni słudzy boży. Miło mi cię powitać bracie Otto. - Robert skinął mu głową ale skoro jednooki nie był szlachcicem to, nie wyciągnął do niego dłoni. To akurat było normą, szlachcie okazywali braterstwo tylko równym sobie. Zapewne gdyby dziś Otto nie partnerował milady to wątpliwe aby gospodarze się pofatygowali powitać zwykłego mnicha. Bo nawet Benicie nie wypadało przyznać się, że coś ich łączy. Po chwili przeszli na piętro do salonu. A tam czekał na nich elegancki stół, przykryty barwnym brusem i nakryty wieloma daniami. Widać było, że gospodarze przygotowali co najlepsze na przybycie diwy. Dwoje służących sprawnie im usługiwało przy stole donosząc nowe dania lub odnosząc puste talerze i półmiski. Rozmowa zaczęła Odette od zainteresowania daniami co było mile widziane aby okazać szacunek gospodarzom. A i to była chwila aby pani domu mogła się wykazać. A dania cieszyły oko. Zapewne ten jeden obiad to by starczył w hospicjum na dwa, może i trzy dni. I pieczone w jabłkach jagnię, i bażant wciąż ozdobiony swoimi piórami, i wielki sum z nadzieniem. I jakieś mniejsze dzwonki ryb. A i przypraw nie oszczędzano więc aż ślinka ciekła od tych rozkosznych aromatów. Sosów też nie żałowana a nie jak w hospicjum, jakiś cienkusz do kaszy. Kasz też było kilka rodzajów. A do tego desery czyli suszone owoce, szarlotki, kislevskie miodowniki. Nawet pierniki, kto wie czy nie z cukierni Lebkuchenów. I do picia też było do wyboru. Ze trzy rodzaje wina, nalewki, krasnoludzkie klarowne ale, imperialne gęste piwo, ciemne bretońskie, kislevskie miody. Nie było szans aby we czwórkę zjedli chociaż cześć tego ale wiadomo było, że gospodarzom zależy aby okazać gościom szacunek i się pokazać z jak najlepszej strony. A ta biesiada sprzyjała swobodnym rozmowom. Najczęściej jednak to lady Odette opowiadała swoje barwne przygody. Czasem zabawne, czasem trochę straszne czy krępujące. Ale miała dar do bycia w centrum uwagi i potrafiła snuć wspaniałe opowieści, więc przynajmniej Robert i Benita byli pod wrażeniem.
    - I wyobraźcie sobie ja zamykam się w garderobie a on tam już na mnie czekał! - Opowiadała jak to w Erengradzie pewien młody arystokrata całkowicie się w niej zadurzył i koniecznie chciał ją poślubić.
    - Ah ona była taka wspaniała i namiętna jak to tylko ci południowcy potrafią. - Ze swadą streściła im jak pewna estalijska markiza zrobiła jej niespodziankę wstawiając do jej sypialni całe kosze bukietów.
    - W Wolfenburgu pewien profesor koniecznie prosił mnie kroplę mojej krwi. Mówił, że mogę być potomkiem jakiejś pradawnej linii szlacheckiej jaka od wieków jest zaginiona. Potem się dwiedziałam, że on ma podejrzane zainteresowania śmiercią i wampirami ale juz w końcu nie wiem czy im służył czy zwalczał. - Opowiadała co ją spotkało podczas jednej z wizyt w stolicy sąsiedniego Ostlandu.
    - A w Marienburgu miałam gorący romans z pewnym małżeństwem. Tylko oni oczywiście nie wiedzieli, że romasuję z tym drugim. To było całkiem zabawne i eskcytujące tak spotykać się raz z nim a raz z nią. Ale na dłuższą metę co się zrobiło troche skomplikowane więc doprowadziłam ich do konfrontacji. O rany ależ zrobili sobie awanturę! Tego się nie spodziewałam. No ale o mnie więc nawet to romantyczne. No i ostatecznie wszyscy skończyliśmy w sypialni czyli dobrze się skończyło. Dalej dostaję od nich listy. Oddzielne. - Wspominala swoje romanse z największego portu na Morzu Szponów. A Neuhffowie słuchali jej jak urzeczeni. Brzmiało to jak przygody jakiegoś sławnego awanturnika co zwiedził różne, dalekie i egzotyczne strony. I wszędzie milady miała kochanków, romanse, intrygi, niesamowite, czasem niepokojące historie, kłopoty z weną lub odwrotnie, gdy natchnienie samo ją opętywało. Dzięki temu, że tak skutecznie skupiała na sobie uwagę gospodarzy, niezbyt się dopytywali co zwykły mnich robi u jej boku.
    - Cóż za wspaniałe przygody. Odette jesteś niesamowita. Pozwól, że uczcimy to pewnym zamorskim specjałem. - Robert potrząsnął głową ale wstał i podszedł do szafki. Wyjął z niej małe, drewniane, ozdobne pudełko. Ale jak je otworzył to trochę się zdziwił. - Niezdara ze mnie. Bardzo was przepraszam, zaraz wrócę, tylko uzupełnię ten podręczny zapas. Całkiem mi wyleciało to z głowy. - Szlachcic skłonił się grzecznie i wyszedł z biblioteki. Więc przez chwilę zostali we trójkę.
    - A cóż takiego szykuje Robert? - Zaciekawiła się aktorka, przenosząc spojrzenie na jego młodą i atrakcyjną żonę.
    - Cygara. Uwielbia je. Ale są strasznie drogie i nie każdy statek z Lustrii je ma. Więc Robert bardzo je oszczędza i trzyma tylko na specjalne okazję. Ale bez obaw, zaraz pewnie wróci. - Benita odpowiedziała czego się spodziewa po wyjściu męża. O tym zamorskim zielu do palenia mnich słyszał. Ale było zbyt drogie i rzadkie aby sam miał kiedyś okazję próbować. Nawet cygara to nie był pewien czy kiedyś je z bliska widział.
    - Uwielbiam cygara. - Odette uśmiechnęła się zadowolona z takiej niespodzianki. Po czym rozsunęła szeroko ramiona w stronę gospodyni. - No ale wreszcie możemy się przywitać jak należy. - Posłała jej kuszący uśmiech. A druga szlachcianka nie wahała się. Wstała ze swojego krzesła i szybko objęła śpiewaczkę przytulając się do niej.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine jako Egon Herschkel
      napisał ostatnio edytowany przez
      #326

      - Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.

      Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.

      Egon powstał na równe nogi. Znużony wcześniejszym rejsem, na którym nie działo się absolutnie nic, przywitał okazję do bitki z wdzięcznością.

      – Ejże! – krzyknął głośno. – Jakże to, nie godzi się oddawać bez walki prawdziwych bab co z Nordlandu pochodzą! Ludzie! Zawijajcie tam, a żywo! Czas dowieść, kto prawdziwy chłop, a nie cipa żadna! Ładować mi się tam, trza swoim pomóc!
      - Co?! Jakie zawijać! Ślepy jesteś ile tam tego plugastwa?! A jak zaatakują nasz statek?! Zapłaciłem wam za ochronę! - Wagner aż zatrząsł się z oburzenia, a pewnie i strachu, na myśl, że miałby skierować swoją barkę, w stronę brzegu. Wioślarze co chwilowo wstali ze swoich ławeczek, też nie wyglądali na chętnych aby niepotrzebnie ryzykować. Solidny pas rzeki, jaki oddzielał ich od brzegu, sprawiał wrażenie skutecznej fosy przeciwko atakowi orków.
      - To daj nam łódź. - Lars wskazał na szalupę, jaka stała na dachu rufowej nadbudówki. Szyper też tam spojrzał i po chwili zastanowienia skinął głową.
      - No dobra. - Zgodził się i dał znać dwóm marynarzom. Ci pobiegli na górę, aby przygotować szalupę do spuszczenia na wodę. Dzięki niej, można było podpłynąć na sam brzeg, bez ryzykowania cumowania tam rzeczną barką. Ale musiało też zająć to trochę czasu. Brzeg nie wydawał się aż tak odległy. Może ze dwa tuziny kroków w linii prostej. Jednak trzeba by go przepłynąć wpław a w pełnym ekwipunku, ubraniu i pancerzu niosło to pewne ryzyko.

      – Dobra, ludzie, zawijamy się, trza pomóc swoim! – Egon zawołał. Już miał zakrzyknąć szypra jako tchórza, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

      Egon zakręcił się wokół szalupy, a kiedy tamci odpięli ją z lin, pomógł im nieść ją, aby ją zwodować. Zdawało się, że liczyła się każda sekunda!
      Marynarze spuścili szalupę na rzeczne wody. Zaczęła się bujać na falach, znacznie bardziej niż barka. Lars i Astrid jako wprawni żeglarze, nie mieli z tym trudności. Wskoczyli do środka, bez żadnych kłopotów. Burgund się zawahała.
      - Ale ja to najwyżej przy łodzi na was poczekam. - Zastrzegła. W końcu była uliczną cwaniarą, ladacznicą i oszutką ale nie wojowniczką. Jednak po tej chwili wahania jednak zajęła miejsce obok dwójki Norsmenów. Była portową dziewczyną, więc nie miała z tym kłopotów.
      - Chcesz tam płynąć? Ale zobacz ile tych orków tam jest. - Gezackt nie wydawał się być przekonany do zbędnego ryzyka. Wymownie wskazał na całkiem spore stado wrzeszczących zielonoskórych jakie otaczało dwie kawalerzystki. - Są konno, pewnie zaraz się same wyrwą. - Dodał jeszcze, jakby żywił nadzieję, że tak się właśnie stanie. A wówczas interwencja z łajby, nie byłaby potrzebna. Dwoje jego ludzi stało blisko niego i czekało na to co się stanie. Jutta przygladała się temu wszystkiemu.
      - Rzeczywiście jest ich dość sporo. Ale orki słabo pływają. Na rzece jesteśmy dość bezpieczni. - Starała się podkreślić to ryzyko, jakie niesie ze sobą akcja na lądzie. W międzyczasie Silny i Rune też wskoczyli do szalupy.

      – Dobra, dobra – sapnął Egon, który miał dość zbędnej paplaniny.

      Wojownik nie zamierzał ignorować snów - wiedział bowiem, że Gonsar i jego wizje mogły w jakiś sposób wpływać na niego i na jego towarzyszy i choć magii na ufał, to jednak gotów był ponieść ryzyko. Wiedział też, że Silny i Rune docenią okazję do bitki, a wszak sam nie mógł z niej zrezygnować, każda przelana krew bowiem była miła jemu Patronowi.

      – Idziecie ze mną? Damy odpór, jeno wokół mnie się ustawiajcie, to bez żadnego problemu będzie.

      I rezygnując z dalszych prób przekonywania, zaparł się o wiosła, aby jak najprędzej dopłynąc do walki.

      Grupka kultystów znalazła się w szalupie. Lars i Astrid sprawnie odwiazali liny od szalupy. I widząc, że mimo chwili zawachania się, nikt do nich więcej nie kwapi się aby do nich dołączyć, to naparli wiosłami odpychając się od burty barki. Po czym mogli wsadzić je w wodę i zacząć pracować. Pod naporem czwórki, silnych wioslarzy, szalupa zaczęła szybko zbliżać się do brzegu. Chociaż Egon z kolegami to głównie widział oddalającą się barkę. Załoga w większości, zgrupowała się na burcie aby obserwować widowisko na brzegu. Tylko blondwłosa Martin miała łuk. I teraz uniosła go i posłała pierwszą strzałę. Pocisk przeleciał nad głowami wioślarzy, ale nie widzieli jaki był jego efekt. Zanim dobili do brzegu, łuczniczka zdążyła wystrzelić jeszcze kilka razy.
      - Już niedaleko! Zaraz będziemy! - Burgund zajęła miejsce na dziobie łodzi więc miała najlepszy wgląd na to co się dzieje w kierunku w jakim płynął. Gladiator to tylko słyszał chlupot fal o wiosła i drewno dookoła siebie i zgiełk walki za swoimi plecami. Wrzaski zielonoskórych, szczęk broni, tupot jakby biegło tam jakieś stado, rżenie koni. Aż łódź wbiła się w muliste dno.
      - Ha! Teraz zobaczymy czy te orki są takie twarde! - Krzyknął Silny gdy puścił wiosło i wstał. Od razu wyciągnął zza pasa swoją solidną, okutą metalem pałkę. Lars też wyskoczył za burtę. Ale potrzebował chwili aby zdjąć tarczę z pleców i dobyc topora.
      - To ja tu na was poczekam! - Burgund tak jak mówiła jeszcze na łajbie, nie kwapiła się do bitki. I wolała zostać przy łodzi. Pozostali razem z Egonem wyszli już na brzeg i próbowali zorientować się w sytuacji.
      Z kilkadziesiąt metrów dalej, na skraju wąskiej przesieki, dwie blondynki wciąż walczyły z grzbietów swoich wierzchowców. Nadal były otoczone przez stado wrzeszczących zielonoskórych. Na ich dwie, horda wydawała się tak duża, że przeszkadzali sobie nawzajem i na raz tylko niewielka część z nich, była w stanie walczyć z obiema kawalerzystkami. Wśród tych dwunożnych dzikusów widać było i orki i gobliny. Te pierwsze były masywne i ciężkie. Wydawały się jakąś karykaturą człowieka jaka kumuluje w sobie barbarzyńskie, prymitywne cechy. Wśród nich były też cudaczne, wrzaskliwe gobliny z wielkimi nosami i uszami. Widać było, że wojowniczki już powaliły kilka z nich i gdyby udało im się wyrwać, to mogłyby odzyskać swobodę manewru i walka mogłaby przechylić się na ich korzyść. Lub nawet by mogły urwać się z walki z przeważającymi siłami. Jednak gęstwa wrogów była zbyt wielka i nawet konno, gdy pokonały któregoś przeciwnika to były w stanie zrobić tylko kilka kroków. Gdzieś tam w to kotłowiska spadła kolejna strzała Martin ale trudno było ocenić efekt. Na razie chyba ani one, ani zielonoskórzy, nie zorientowali się jeszcze o przybyszach na brzegu.

      – Dobra, ludzie – rzekł Egon, który po drodze przemyślał całą rzecz. – Jest nas mało, to nie rozdzielamy się. Uderzamy kupą, ja wbijam zawsze pierwszy, wy mnie ubezpieczacie. Wszystkim rady nie damy, odwracamy uwagę. Zaczepiamy, żeby tamte miały dość miejsca, żeby uciec. Potem odwrót na szalupę. Jasne? To za mną!

      Wyłuszczywszy plan, ruszył w stronę zielonoskórych, wiedząc, że to, na co się poważa, jest całkiem niebezpieczne. Jednak… Ryzyko warte było gry.

      Widać było gołym okiem, że grupka szturmowa z łodzi, jest o wiele mniej liczna od bandy zielonoskórych. Ci jednak koncentrowali się na dwóch walczących kawalerzystkach i początkowo nie zauważyli nowych przybyszy. Co pozwoliło im przebiec ten ostatni kawałek polany w stronę bitki. Dopiero w ostatniej chwili, któryś nie związanych walką goblinów, zaksrzeczał ostrzegawczo czym zaalarmował swoich współplemieńców. A po chwili grupka Egona wbiła się w tą ciżbę dzikusów. Miecze i topory skrzyżowały się z rębakami. Z początku działało jeszcze zaskoczenie. Jednak widząc nową okazję do bitki, orki zostawiły kawalerzystki goblinom, i dzikim wrzaskiem zwróciły się ku nowemu przeciwnikowi. A gdy zaskoczenie przestało działać, szybko dała o sobie znać, przewaga liczebna zielonoskórych. Napierali na ludzkich napastników samą swoją masą, starając się zgnieść wszelki opór swoimi rembakami i toporami. To byli brutale stworzeni i znający tylko walkę. Niewiele wyżsi od takich wojowników jak Egon, Silny czy Lars. Ale przez to, że mieli nieco przygarbioną sylwetkę. Za to nawet tacy sprawni ludzcy wojownicy, wydawali się szczupli i drobni, w porównaniu do masywnych, barczystych orczych sylwetek.

      Egon szczęśliwie dla siebie, prawie od razu wrażył swój topór w orcze mięso. Broń bez trudu przebiła się, przez gruby ale prymitywny pancerz przeciwnika. Ten krótko krzyknął z bólu ale zaraz sam zamachnął się swoim rembakiem. W ostatniej chwili gladiatorowi udało się własnym toporem zablokować ten cios. Lars miał mniej szczęścia. Zbyt niezdarnie zrobił zamach toporem i jego przeciwnik wykorzystał to, rąbiąc go z góry w bark. Norsmen zajęczał z bólu ale to było za mało aby go powalić. Wrzasnął bojowo ale ork szybko znów go trafił. Morski łupieżca zachwiał się od kolejnej rany ale wciąż trzymał linię. Obok niego walczyła blondwłosa córka jarla. Na tle kolegów, wydawała się najbardziej wiotka. Rzeczywiście dość szybko topór jednego z orków trafił ją w ramię a skald krzyknęła ostro. Jednak wytrzymała to i dalej wiązała walką dwóch czy trzech orków. Wydawało się, że na każdego z ludzkich wojowników przypada po więcej niż jednym przeciwniku. Kamrat Silnego, Rune, też oberwał. Ale szybko udało mu się zrewanżować swojemu przeciwnikowi. Łysy mięśniak z portowych zaułków Neus Emskrank walczył obok Egona. I kątem oka ten widział jak z impetem przygwoździł jednemu z orków w pierś. Sądząc po ryku boleści musiało go to zaboleć. Ale nie aż tyle aby wypadł z walki.

      Stężenie i tempo walki rosło. Nie ustępowali ani ludzie, ani zielonoskórzy. Obie strony zaczęły ponosić pierwsze zauważalne straty. Z ludzkiej linii w końcu pierwszy wypadł Lars. Ciężko ranny, dysząc i charcząc, cofnął się. I kulejąc zaczął cofać w stronę łodzi. Widząc to, Burgund podbiegła do niego aby go wesprzeć na ramieniu i podprowadzić do czekającej łodzi. Rune i Astrid zauważalnie oberwali. Córka jarla miała zgrabny, skórzany pancerz jaki dobrze wyglądał i podkreślał jej zgabną sywletkę oraz status. Jednak w brutalnej walce, słabiej sprawdzał się niż solidna kolczuga. Mimo to właśnie ta skórznia chociaż raz powstrzymała orcze ostrze. Ale za drugim razem już jej się tak nie powiodło i znów oberwała. Jednak nadal trwała w walce obok swoich kolegów. Chociaż już była wolniejsza a jej ruchy straciły na precyzji. Rune też złapał kilka ciosów. Nie aż tyle aby się wycofać. Walczył zajadle i to właśnie jemu, udało się powalić pierwszego orka. Nadal jednak walczył z dwoma innymi. Silnemu szło całkiem nieźle. Raz orczy rembak nieco drasnął go w ramię. A on sam starał się wesprzeć ostlandzkiego wiarusa. Walczył zawzięcie i gdy nieco musieli wyrównać szyk po wycofaniu się Larsa, to łysy płynnie wszedł na jego miejsce. Egonowi też szło całkiem nieźle. Raz trafił jednego ze swoich orków i ponownie. I jeszcze raz. Widział, że ten najbardziej trafiony zielonoskóry to już się chwiele i ledwo stoi na nogach. Ale z orczym uporem wciąż starał się zabić przeciwnika. Dwóch jego sąsiadów jednak wciąż wyglądało na w pełni sprawnych. Udało im się nawet raz trafić gladiatora chociaż dość płytko.

      Egon stwierdził, że skoro już zaczęli odnosić straty, nie było sensu pakować się jeszcze głębiej. Rune i Silny, choć walczyli, nie mogli przebić się przez cały tabun orków. Koniec końców, dali dwóm jedźcom dokładnie to, czego potrzebowali, czyli szansy na odetchnięcie i ucieczkę. Było to, zdaje się, wszystko, co mogli im dać, a w każdym razie - wszystko bez poniesienia dalszych strat.

      – Wy taam! – Egon wrzasnął do jeźdźców. – Uciekać, przedzierajcie się, bo nie utrzymamy się!

      I zwrócił się do reszty:

      – Te, cofać się do łodzi! Ile było, tośmy im pomogli!

      I począł uderzać defensywnie, chcąc rozciągnąć pole walki, jak tylko się dało, aby dać tamtym możliwość ucieczki.

      Orki z jakimi walczył Egon, za bardzo przesłaniały mu widok aby mógł spojrzeć co się dzieje u kawalerzystek. Chyba nadal walczyły z goblinami ale słyszał też stamtąd goblińskie skrzeki, rżenie i tętent koni. Jego towarzysze powoli cofali się w stronę rzeki. Trochę świadomie ale też swoje robił napór przeważających liczebnie zielonoskórych brutali. Wydawało się, że ich topory i rembaki tworzą niekończącą się ścianę siekających ostrzy jakie napędzała prymitywna wściekłość.
      Wśród obrońców, szybko wykrystalizowały się dwa punkty oporu czyli Egon i Silny. Rune i Astrid zostali zepchnięci do wyraźnej defensywy. Nie udawało im się jakoś zauważalnie trafić kogoś z zielnoskórych. A sami wciąż byli przytłoczeni ich brutalnością i przewagą liczebną. Blondwłosa córka jarla, została trafiona kilka razy. Ale bogowie wojny jej sprzyjali i za każdym razem ostrze topora lub rembaka ześlizgiwał się po jej dość słabym pancerzu. Żadnemu z trzech przeciwników, nie udało się jej uczynić większej krzywdy. Jednak im dłużej walka trwało tym bardziej rosły szanse, że wojenne szczęście jej się skończy.
      Weteranowi imperialnych armii też tak się udało kilka razy. Jednak i on nie był w stanie wrażyć skutecznego ciosu, przeciwko któremuś z dwóch orków z jakimi walczył. Jednak tak samo jak skald, starał się nie porzucić linii oporu towarzyszy. I razem z nimi cofał się powoli w stronę łodzi.
      Silnemu szło znacznie lepiej. Przejął trójkę masywnych przeciwników, z jakimi wcześniej walczył Lars. I jego solidna, okuta metalem pałka, rozdawała solidne ciosy. Nawet zielonoskórzy musieli je odczuć. Raz trafił w potężne ramię orczego dzikusa aż ten zawył. Innym razem uderzył czubkiem swojej tępej broni, że tamtemu musiało pęknąć jakieś żebro. W końcu powalił jednego z nich i został sam przeciwko dwóm kolejnym. A wyglądało na to, że chociaż sam został przez nich parę raz draśnięty, to jednak temu portowemu oprychowi, idzie całkiem nieźle.
      Gladiatorowi szło jeszcze lepiej. Raz za razem, udawało mu się trafić któregoś z trzech orków jacy próbowali go osaczyć. Sieknął w solidne ramię topornika, to zdzielił go w umięśniony bok albo trafił w bark. I najpierw jeden z nich padł i się zrobiło dwóch na jednego. Ten drugi po mocnym ciosie jaki rozpruł mu brzuch zawył i złapał się za wypadające trzewia. Po czym rycząc w agonii zwalił się na ziemię. Egonowi został ostatni z tasakiem. Ten ostatni też w końcu padł. Lwiej Grzywie udało się zdzielić go potężnym ciosem w bark. Wyprofilowany pod kątem przebijania topór jaki w zimie, dostał od Froyi van Hansen, z siłą nadanym mu przez ramiona gladiatora, bez turdu przebił się przez gruby ale prymitywny pancerz orka. Przełamał się przez jego mięśnie, obojczyk i żebra. Aż zielona jucha chlusnęła na wszystkie strony, także na twarz brodacza. Ork zawył i złapał się za trafione miejsce. Cios wydawał się być kończący ale Egonowi jeszcze udało się wyrwać swoją broń i sieknąć ostatni raz. Topór rozłupał grubą, prymitywną czaszkę zielonoskórego i bez trudu ściął ją po skosie. Ork padł bez życia na ziemię, tuż przed swoim zabójcą.
      Teraz miał chwilę aby się rozejrzeć. Jako pierwszy uporał się ze swoją trójką przeciwników. Astrid samotnie walczyła z trójką orków, Rune i Silny z dwójką. W międzyczasie zdołali się wycofać na tyle, że byli już bliżej rzeki niż miejsca na skraju polany gdzie zaczynali walkę. Burgund zdołała doprowadzić i załadować Larsa na łódź. Norsmen siedział na przy dziobie i ciężko dyszał. Ale wciąż trzymał tarczę i topór w pogotowiu. Łotrzyca obserwowała ich w napięciu, ze środkowej ławki, trzymając wiosła w obu dłoniach, jakby trzeba było natychmiast odpływać. Tętent koni skierował jego uwagę w przeciwną stronę. Obie łowczynie właśnie dopadły jakiegoś uciekającego goblina. Jedna z nich z furią wbiła mu rohatynę w plecy. Patykowaty zielonoskóry wrzasnął rozdzierająco i padł, znikając w wysokiej trawie polany. Chyba obie uporały się z tą bandą goblinów bo coś nie było ich więcej widać.

      Rąbiąc toporem na lewo i prawo, uderzenia wojownika były akcentowane krótkimi sapnięciami, a niekiedy i splunięciem pełnym pogardy. Choć niektórzy z jego kompanów byli nieco ranni, szczególnie zaś Lars, który przyjął na siebie całkiem sporo orczej furii, Egon nie zamierzał tak łatwo ani tak szybko rezygnować z owej zaimprowizowanej rejzy (cóż, prawdziwie zapewne by było ją nazwać wycieczką) wojenną. Gonsar ani chybi posłał wizje w jego stronę, próbując zaklinać los… Czuł to.

      – Hej, wy tam! – Egon wrzasnął w stronę konnych, które nadal broniły się po drugiej stronie. – Przedrzyjcie się tutaj, łatwiej bronić się będzie w kupie!

      Uderzył parę razy jeszcze. Wiecznie nie mogli się bronić w przyczółku, który wywalczyli, wkrótce będą potrzebowali się cofać z powrotem do łodzi. Konni musieli się przedrzeć i uciekać dalej, jeśli chciały zachować swoje życie, lub też konie popędzić i uciec z nimi łodzią. Innej rady nie było.

      Egon nagle szaleńczo pomyślał: a co, jeśli zielonoskórzy rozpoznają w nim tego, który służy Krwawemu Ogarowi i mieć u nich jaki respekt? Zapewne najlepsze było pokazanie znamienia Chaosu, jednak wojownik czasu nie miał, by zerwać z siebie pancerza, a i nie było gwarantowane, że dzikusy będą respektować nawet ten znak.

      – Rozumiesz, co gadam, dzikusie? – rzucił jeszcze w stronę następnego przeciwnika, niepewny, czy rozumie ludzką mowę. – Poznaj ten topór, on należy do Pana Krwi!

      I rzucił się raz jeszcze w wir walki, po raz ostatni próbując wykupić czas dla konnych. Był to jednak ostatni raz: po tym wszystkim musieli się wycofać.

      Przez chwilę gladiator widział jak dwie blondynki wytracają prędkość swoich wierzchowców. Może go usłyszały a może po prostu zwróciły uwagę na walkę przy brzegu rzeki. Widział jeszcze jak zwracają się w ich stronę gdy pewnie chciały się przyjrzeć sytuacji. A potem już musiał się zewrzeć ponownie z orczymi brutalami. Góra mięśni, z wrzeszczącym pyskiem z wystającymi, dolnymi kłami. I prymitywnym ale solidnym toporem jaki uderzał w przeciwnika raz po raz. To było zbyt zajmujące aby zająć się czym innym. Egon znów musiał rąbać, siec i blokować ciosy. Parę razy oberwał rębakiem albo toporem. Ostrze czasem ześliznęło się po kolczudze lub pancerz wgniótł się ale nie przepuścł ciosu. Chociaż trafienie bolało. Raz tylko udało się orkowi wrażyć bron w bok gladiatora. Ale dość płytko. Za to brodacz sprawnie rozdawał cios za ciosem. Teraz gdy przewaga liczebna zielonoskórych wyraźnie się zmniejszyła, walczyli już mniej więcej po dwóch na jednego człowieka. Astrid też oberwała ale mimo to chociaż nie była tak sprawną wojowniczką jak koledzy to wytrwała z nimi w jedej linii. Rune już wyraźnie się chwiał na nogach ale jako weteran imperialnych armii, potrafił mimo to sprostać orkom. Silny za to wyglądał na takiego co czuje się w tej walce jak ryba w wodzie. Raźno rozdawał orkom ciosy jakby nadal był w portowych zaułkach Neus Emskrank i kroił frajerów z dobytku. Wydawało się, że front na chwilę się ustabilizował. Egon własnie zadał mocne trafienie jednemu z orków z jakimi walczył. Dzikus zawył boleśnie i zachwiał się. Wtedy gladiator usłyszał tętent końskich kopyt. Dalej jednak siekł bo związany walką, mógł zrobić niewiele więcej. Po chwili jednak chyba i dzikusy to usłyszały bo ten czy tamten zdążył się odwrócić do tyłu. Jeden nawet wrzasnął coś ostrzegawczo. A po chwili w plecy wjechały im dwie, rozpędzone kawalerzystki. Impet uderzenia był tak duży, że przebiły się przez cienką linię orków i ludzi i zaczęły hamować dopiero po tym. Konie wytraciły pęd właściwie przy samym brzegu rzeki, tuż przy łodzi z Larsem i Burgund.
      W walkę wdarł się chaos. Do tej pory dwie w miarę równe linie jakie się ze sobą ścierały, poszły w rozsypkę. Dwóch orków jacy dostali w plecy uderzenie z rozpędzonych rohatyn, padło na miejscu. Drzewca pękły od uderzenia i zostały w ich plecach. Ze dwóch trzy trzech w zamieszaniu Egon i Sily zdołali usiec, zanim dzikusy zorientowały się co się dzieje. Tych kilku ostatnich, jak zorientowało się, że do czwórki obrońców zaraz dojdą dwie kawalerzystki, jak tylko zawrócą swoje wierzchowce znad rzeki, to dało dyla. Bez żenady zaczęli uciekać w stronę zbawczego lasu.

      Egon był nieco rozczarowany, że żaden z orków nie odpowiedział na jego wyzwanie. Czy naprawdę zielonoskórzy nie rozumieli ludzkiej mowy? Wojownik podejrzewał, że niektórzy mogli zaprawdę ją znać i jako wojownicy, którzy koniec końców byli dotknięci piętnem Pana Krwi, niektórzy mogliby przyłączyć się do nich, jeśli poczuliby respekt i szansę wspólnej sprawy.

      Teraz oczywiście, to wszystko nie miało sensu. Zielonoskórzy, którzy zostali pokonani, pierzchali za krawędzią drzew. Bitwa kończyła się.

      Egon zerknął na swoich kompanów: zdawało się, że wszyscy dostali swoją dolę ran. Choć bitwa była ważna, miał nadzieję, że przynajmniej część tych ran wydobrzeje podczas dnia rejsu, lub przynajmniej do czasu starcia z rzecznymi piratami.

      – Witajcie! – Egon krzyknął do dwóch jeźdźców, unosząc swój topór. Ciekaw był, kim byli i co rzekną. – Dobra walka, w porę żeśmy was zoczyli!

      Towarzysze gladiatora ciężko dyszeli. Astrid pochyliła się i wsparła dłonie o kolana. Obserwowała plecy uciekających orków. Wymęczony walką Rune opadł bez sił na przewróconej kłodzie. Bo nie wyglądało aby zielonoskórzy mieli nagle wrócić do walki. Jedynie łysy harpagan z portowych zaułków wciąż tryskał werwą i stał pewnie na swoich mocnych nogach. Zresztą podobnie jak brodacz.
      - Już uciekają? Eee… A myślałem, że orki są mocniejsze. - Zaśmiał się chrapliwie. Ale odwrócił się bo dwójka jeźdźców zdążyła już zawrócić swoje wierzchowce i wracała ku nim. Jednak zwolniły gdy przekonały się, że już po walce. Chociaż na upartego mogłyby pewnie ścigać uciekających. Jednak zatrzymały się przy zdyszanej grupce. Z dołu Egon dojrzał, że to kobiety. Młode i szczupłe. Obie blondynki. Nie miały hełmów ani pancerza. Widać było tylko kaftany jakie mogły nieco chronić ale nie umywały się do przeciętnej kolczugi. Ta jednak była ciężka i brzęcząca więc nadawała się do regularnego starcia ale niezbyt pasowała do polowania. Jak się zbliżyły jeszcze bardziej to nawet je rozpoznał.
      Elfia szlachcianka, Fanriel Świetlista. Parę dni temu przelotnie ją widział rano jak wracali z “nocnego pikniku” przy Zachodnich Kamieniach. Ale lepiej miał okazję jej się przyjrzeć gdy przez chwilę z nią rozmawiał po występach w teatrze, jeszcze parę dni wcześniej. Wtedy miała piękne, blond pukle swobodnie rozpuszczone i nietypowo śmiałą suknię z głębokim dekoltem. Wspaniale podkreślała jej sylwetkę i urodę. Wówczas wyglądała jak szlachcianka na jakimś balu. Właśnie ona pierwsza wspomniała o znikających na rzece statkach. Teraz była w spodniach i kaftanie. Ten był tu i tam postrzępiony od ciosów. Sądząc po ciemnych zaciekach nie wszędzie udało mu się zatrzymać cios. Przy siodle miała sajdak z łukiem z jakiego wcześniej strzelała do zielonoskórych. A na twarzy rozmazany brud i krew zamiast delikatnego makijażu jaki podkreślał jej urodę.
      Drugą blondynką była Froya van Hansen. Wojownicza milady co wedle powszechnej opinii, powinna urodzić się chłopcem to by i jej, i rodzinie, i temu miasto, oszczędziło jej ekstrawaganckich zainteresowań jakimi zwykle parali się mężczyźni. Gladiator też dyskretnie ją widział parę dni temu w bramie no ale ona pewnie jego nie. Chociaż przez chwilę rozmawiała z Łasicą jaką rozpoznała jako Katię. A tak ostatni raz co widział siię z bliska z milady to chyba było ostatniej zimy, jak z nią i Norą to Axe powalili wspólnie trolla. I młoda van Hansen, zarządziła aby jej lekarz opatrzył także jego a potem zaprosiła go do willi swoich rodziców. Teraz miała swoje jasne włosy związane w warkocz owinięty na kislevską modę, dookoła głowy. Tylko od tej walki wiele jej kosmyków się rozczochrało i sterczało na wszystkie strony. W dłoni miała nadziak. Musiała go wyjąć po tym jak rohatyna pękła po wbiciu sie w orcze plecy, musiała zdążyć dobyć inną broń. Też widać było, że ma rozcięcia na myśliwskim kaftanie i spodniach. Musiała oberwać chociaż nie a tyle aby wyłączyło ją to z walki.
      Obie zatrzymały wierzchowce tuż obok zdyszanych piechurów. Astrid dała radę się wyprostować i z nieco zbolałą miną spojrzała na dwie szlachcianki. Rune zmarszczył oczy i poruszył się niespokojnie na pniu. Silny wyglądał na zdziwionego i szybko spojrzał na Egona. Widocznie chociaż ludzką błękitnokrwistą rozpoznał jak już podjechała bliżej. W końcu razem z Kamilą van Zee uchodziła za najpiękniejszą i najlepsza partię do wydania, wiele rodzin chciało się skoligacić z tymi dwoma rodami.
      - O, kogo ja widzę. Pogromca zimowego trolla. - Froya odezwała się pierwsza. I widocznie rozpoznała Egona. Co ją nieco zaskoczyło, że go tu spotyka.

      Egon żywo spojrzał na Froyę van Hansen. Już znaczny czas minął, od kiedy udało się wojownikowi wkupić w łaski szlachcianki, która podarowała mu topór, którym tak siekał zielonoskórych. Iście, Egon chyba ostatnim razem widział Froyę, zanim odbił do Norsci z Mergą, a może i jeszcze wcześniej, sam nie był w stanie powiedzieć.

      – Topór się przydał – Egon machnął ostrzem, które wydało dźwięk, przecinając powietrze. – A jakże! Ja i moi kamraci osłaniamy korab przed rzecznymi piratami – tu zrobił gest, wskazując statek leniwie płynący w górę rzeki. – Jednak jak żeśmy zobaczyli, że te zielone bestie napastują na naszych, to żem ani się nie namyślał…! Rzeknijcie no, jak to było, żeście postanowiły zapolować na orków? Poznajcie moich kamratów, to Lars, Astrid, Rune, Silny – przedstawiał każdego z kolei.

      Egon przypomniał sobie, że Astrid chciała swojego czasu poznać Froyę. Choć okazji dlaczego, to nie pomniał, jednak wiedział, że córka jarla chciała wyprawić się na więcej kurhanów i ułożyć sagę o siebie samej. Była to świetna okazja, aby poznała szlachciankę.
      - Witaj Egonie. - Milady dumnie skinęła głową. Chociaż wciąż lekka zadyszka i nieco rozwichrzone loki, psuły dostojny efekt jaki chciała wywołać. Z góry skinęła na piechurów jakich brodacz jej przedstawiał. Z łodzi podszedł do nich kuśtykający Lars. Tylko Burgund na razie została z tyłu. - Pozwól, że ci przedstawię moją drogą przyjaciółkę. Fanriel Złocista, z dalekiego Ulthuanu. - Wskazała na swoją partnerkę. Dumna elfka w odpowiedzi, też skinęła głową.
      - Ale ja też tu widzę parę znajomych twarzy. - Uśmiechnęła się gdy zorientowała się, że raz już się spotkali w podobnym gronie. W kuchni teatru gdzie razem z Odette von Treskow, była zaproszona z paroma błękitnokrwistymi koleżankami na prywatny pokaz Huberta i Oksany z tresury ich niewolnicy Adrienne. Ale skoro wielu z nich tam było, to elfka nie uznała za stosowne aby o tym mówić na głos. Froya za to spojrzała na nią nieco zaintrygowana ale odłożyła to na później.
      - Duszno i ciasno w naszym mieście. Więc z moją drogą Fanriel, wyjechałyśmy się przewietrzyć w lesie. Ale niestety zaskoczyła nas ta zgraja dzikusów. - Wzruszyła ramionami i wskazała na najbliższe orcze trupy. Też nie zająknęła się o tym, że obie były ubrane i wyekwipowane jak na polowanie.
      - Niestety było ich trochę więcej niż się początkowo spodziewałyśmy. - Elfka uzupełniła jej wypowiedź.
      - Ale i tak wam dziękuję za pomoc. Gdyby nie wy, nie byłoby tak łatwo się wyrwać z tej matni. - Van Hansen lekko skinęła głową aby wyrazić swoje podziękowanie za ratunek. - Teraz jesteście w rejsie? - Spojrzała na zacumowaną na rzecę krypę. - No trudno. Jeśli już wrócicie do miasta to zapraszam was na obiad. Będziemy mogli porozmawiać w cywilizowanych warunkach. - Przez chwilę zatrzymała się na każdym z piechurów aby dać im znać, że zaprasza ich wszystkich.
      - Nam na pewno będzie bardzo miło. A ja i tak od dawna chciałam milady poznać. - Astrid mniej więcej dała radę już normalnie oddychać i mówić. Więc zdobyła się aby zabrać głos. Podeszła o dwa kroki do ludzkiej szlachcianki. Ta zaciekawiona spojrzała na nią z góry. - Jestem Astrid Stemmestein. Dopiero niedawno przybyłam do miasta. Ale już słyszałam o walecznej szlachciance i bardzo chciałam ją poznać. To się zapowiada na świetny materiał na sagę. - Uśmiechnęła się do Froyi i lekko wskazała głową na Egona aby pokazać od kogo usłyszała o van Hansen. Ta też na niego spojrzała.
      - Masz ciekawy akcent Astrid. Skąd jesteś? - Córka jarla rzeczywiście mówiła płynnie w reikspiel ale zdradzał ją nietutejszy akcent.
      - Z Norsci milady. Jestem córką wodza i skaldem. Przypłynęłam tu aby poznać ten ląd, przeżywać przygody, romanse i zdobywać skarby godne uwiecznienia w sadze jaką wyśpiewa w długim domu mego ojca jak tam wrócę. - Astrid odparła rezolutnie czym zaintrygowała milady jeszcze bardziej.
      - Córka wodza? Szlachcianka? Z Norsci? - Wydawało się, że trafiła w naturalne zainteresowania van Hansen w jej norsmeńskie korzenie. - No rzeczywiście będziemy musiały poznać się lepiej. - Uśmiechnęła się do niej i znów spojrzała na gladiatora. - Widzę Egonie, że masz talent do spotykania pięknych i dzielnych kobiet z północy. - Powiedziała z lekkim rozbawieniem. - Ale cieszy mnie to. I, że topór ci się sprawdza. Byłabym niepocieszona gdyby okazał się darem niegodnym trollobójcy. - Lekko mu skinęła głową, dając znać, że cieszy ją, że prezent z zimowego spotkania okazał się trafny.

      – Iście, moi kompanioni są prawdziwie zacnymi wojownikami. Skorzystam z twego spotkania i kiedy tylko uporamy się z robotą, przybędziemy do ciebie.

      Tu Egon skłonił się.

      Gladiator nie był jednak taki pewien, czy po ogarnięciu sprawy z korabiem z jęzorem przy brodzie grzecznie przybiegnie na podobieństwo psów łowieckich szlachcianki. Sprawa ze statkiem, jeśli tylko dobrze pójdzie, zapewne zaangażuje wszystkich kultystów na całkiem długo ze względu na zblizający się turniej i inne sprawunki. Może… Może za jakiś czas, kiedy Egon będzie pewien, że rzecz nabierze rozpędu.

      – Rzeknę jeno tym kmiotkom na pokładzie, że dziś żeśmy pomogli Froyi van Hansen i jej towarzyszce, bo puścić nas tutaj nie chcieli – Egon skłonił się. – Musimy odbijać, milady. Mus nam powrócić do naszego korabiu i opatrzyć rany.
      Obie konne łowczynie, na chwilę skierowały wzrok, ponad głowami piechurów, aby przyjrzeć się zakotwiczonej barce. Widać było rząd syllwetek przy burcie, jakie obserwowały wydarzenia na brzegu.
      - No i dlatego, zapraszam was na obiad a nie ich. - Milady odparła gdy znów spojrzała w dół, na swoch rozmówców. - Niestety tym razem nie mam ze sobą swojej ekipy z medykiem aby mógł na was rzucić okiem. Spodziewałyśmy się małej przejażdżki po lesie a nie takiego starcia. Chociaż oazało się całkiem ekscytujące. - Lekko skinęła głową ku piechurom, dając znać, że docenia ich udział w tych wydarzeniach. - W takim razie, nie będziemy was dłużej zatrzymywać. Musicie się zająć waszymi rannymi. - Szlachcianka sięgnęła do czegoś u dopinanej do pasa kieszeni. Po chwili wyjęła coś drobnego i wyciągnęła ku gladiatorowi. - Okaż to u nas na bramie. Będą wiedzieć, że jesteś zaproszonym gościem. - Okazało się, że była to delikatna, jedwabna chusteczka o koronkowym, wykończeniu. Biała i ze złotym słońcem jakie było motywem przewodnim van Hansenów.

      – Będę pamiętał o tym, milady – Egon skłonił się, przyjmując chusteczkę i składając ją odpowiednio, by nie uwalać jej krwią orków. – Czas zatem na nas. Bywajcie!

      I ukłonił się raz jeszcze, wiedząc, że szlachcianki zawsze łase są na okazywany szacunek.

      – Kompanioni! Uchodzimy! Dziś udało nam się wspomóc swoich!

      W istocie, Egon miał nadzieję, że ta kolejna przysługa wyświadczona Froyi van Hansen nie przejdzie bez echa. Kiedy sprawa ze statkiem już będzie odpowiednio oporządzona, Egon w istocie zamierzał odwiedzić szlachciankę. Ani chybi, nie zapomni tej usługi… A i Astrid pewnie z czasem doceni, jak wpływowa może być Froya.

      Oczywiście, jedynym potknięciem w tym wszystkim było to, że jeśli zostaną zaatakowani przez rzecznych piratów, to nie tak łatwo będzie im dać odpór teraz, kiedy część z jego ludzi jest ranna. Mógł tylko mieć (płonną) nadzieję, że ostatecznie do ataku nie pójdzie lub też piraci nie okażą się tak zażartymi przeciwnikami. Koniec końców, Egon siekał orków i trolle, jak bardzo zgraja ludzi mogła się okazać niebezpieczniejsza?

      Powracał do statku.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Online
        ZellZ Online
        Zell jako Heinrich von Achterberg
        Moderator Obsługa Mecenas Grafik
        napisał ostatnio edytowany przez
        #327

        Heinrich słuchał wypowiedzi Tomasa w zamyśleniu. Mówiąc szczerze niepokoił go sen z kobietą z tym pierścieniem, jaki łączył się ze studentką z zajęć rysunku, jakiej prace przyprawiały belfra w ból głowy i nie wiedział czy naprawdę ma chęć na nie pójść. W ogóle jako kto? Jaki byłby powód?
        - Tylko jako kto miałbym się zjawić na zajęciach z rysunku w Akademii? Tak zupełnie bez powodu byłoby przynajmniej zastanawiające.
        - Tym się nie przejmuj. To jest najmniejszy problem. Mogę ci załatwić wejście jako obserwator. Możesz przecież być kimś na tyle bogatym i znudzonym, że chciałby się nauczyć rysunku. Albo rozeznać się w programie nauczania dla swoich dzieci czy dla przyjaciela co ma dzieci. To naprawdę da się załatwić na wiele sposobów, jak masz jakiś co ci pasuje to powiedz kolego, to postaram się to uwzględnić w kalkulacjach. Dobrze, że ci o tym wcześniej powiedziałem bo nie wiem już co myśleć o tych snach i rysunkach. Ale jestem pewien, że to nie może być przypadek. Sam wiesz, że to Siostry przemawiają przez te sny i nie tylko do nas z rodziny. Przecież nawet lady Odette miała sny co w końcu wezwały ją tutaj a ten teatr naszych koleżanek to był tylko pretekst aby tu przyjechała. A przecież ona była w Saltmundzie, poza naszym miastem. Więc i ktoś kto jest tutaj, na miejscu, tym bardziej może być podatny na zew. Tylko jeszcze nie wiem jak ugryźć te rysunki i Gisele. - Belfer mówił szybko i nieco rozkojarzonym głosem. Widać było, że te dzisiejsze sny mocno dały mu się we znaki i bardzo się nimi przejął. Teraz próbował się uspokoić i jakoś naradzić z kolegą co czynić dalej.
        - Tak, obserwator byłby dobry. - zdecydował Heinrich - A Gisele w mógłbym sam też poobserwować i własne wnioski wyciągnąć, jako znudzony bogaty jegomość.
        - To już zostawiam tobie. Jak się z nią znajdziesz na tych samych zajęciach to już będziesz mógł to rozegrać wedle uznania kolego. - Tobias machnął ręką, że ma na tym polu zaufanie do Heinricha. - Bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Przydałby mi się ktoś ze świeżym umysłem i niezależnym punktem widzenia. Nie znasz Gisele więc będziesz mógł sobie wyrobić zdanie od początku. Ona też cię nie zna. Wolisz to spotkanie jeszcze dzisiaj czy może jutro? - Chciał jeszcze wiedzieć jak to organizacyjnie załatwić aby kolega mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach rysunku.
        - Może być dzisiaj. - zgodził się Heinrich.

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine jako Egon Herschkel
          napisał ostatnio edytowany przez
          #328

          Popołudnie; szalupa i “Jutrzenka”

          Egon i ekipa

          Pożegnanie z dwójką szlachcianek było całkiem miłe. Obie uśmiechały się, dziekując za ratunek i życząc im powodzenia w dalszej podróży. W końcu jednak dały w bok wierzchowcom, odwróciły się i zaczęły odjeżdzać w stronę lasu. A piechurzy wracać i pakować się do szalupy.
          - A więc to była lady Froya van Hansen? Wspaniała kobieta. I jaka dzielna wojowniczka. Musi mieć w sobie naszą krew. Dopiszę ją do naszej sagi. Taka walka zasługuje na co najmniej kilka zwrotek. Uh… Ale mnie bark boli… - Jeszcze widzieli jak dwie blondwłose kawalerzystki odjeżdżają polaną. Ale sami już pakowali się do łodzi. Wojenne fortuna sprzyjała im na tyle, że nikt nie padł w walce ale jednak Rune, Lars i Astrid zostali mocno poturbowani przez orcze topory i rębaki. Dlatego tak stękali gdy po kolei z pomocą Burgund i kolegów wsiadali do szalupy. Zajmowali miejsce na dziobie. Egon i Silny wyszli z tego starcia raczej obronną ręką więc zajęli miejsce przy wiosłach. Łysy na środkowej a brodacz na tylnej. Ostatnia wsiadała miedzianowłosa łotrzyca. Jako jedyna wyszła z tego starcia bez draśnięcia ale dlatego, że została w łodzi i nie brała w nim udziału. Pomogła jednak Larsowi wrócić do niej, gdy z powodu ran, wycofał się z walki. Wiosła z początku, trzeba było wbić w rzeczny piasek aby ruszyć łódź z miejsca. Przez chwilę dwóch kolegów zmagało się z tym, nim ich pojazd nie odpłynął od dna na tyle, że mogli zacząć regularnie wiosłowanie. Na dwie pary krzepkich ramion to szło im to całkiem sprawnie.
          - Rzeczywiście. Może mieć trochę naszej krwi. Heh. Tak jak wy chłopaki. Dzielnieście stawali. - Lars oberwał najbardziej więc teraz gdy zaczynała schodzić bitewna gorączka, zdawał się być coraz bardziej obolały. Mówił urwanymi zdaniami, z wyraźny wysłkiem. Brakowało mu tej swobody wypowiedzi z jaką zwykle się posługiwał. Leżał na samym dziobie i ciężko oddychał. A mimo to zdołał się uśmiechnąć i wyrazić uznanie dla południowców, chociaż Norsmeni tradycyjnie zdawali się ich uważać jedynie za ludy do łupienia.
          - Dobra. To jak chcecie to ugrać? - Burgund siedziała jako sterniczka. Portowa dziewczyna nie miała najmniejszych kłopotów z obsługą łodzi. Z wiosłami też sobie radziła chociaż nie była tak krzepka jak koledzy więc płynęłaby wolniej.
          - Co chcesz ugrać? - Łysy zdziwił się ale nie przeszkodziło mu to w wiosłowaniu.
          - No to. - Ruda wskazała kciukiem za siebie. Dwie szlachcianki znikały im właśnie z oczu za pierwszymi krzakami i drzewami. Egon i Silny akurat siedzieli tyłem do kierunku płynięcia więc też je widzieli.
          - I co chcesz na tym ugrać? - Mięśniak nadal nie rozumiał o co chodzi koleżance. Ta spojrzała na niego krytycznie i pewnie gdyby zamiast niej, była tu Łasica, to by się nie powstrzymała od jakiejś kąśliwej uwagi. Jednak bezpośredni konflikt między Burgund a Silnym był o wiele mniejszy. I raczej na zasadzie solidarności rudej łotrzycy z fioletowłosą kamratką. Więc odpowiedziała całkiem zwyczajnie.
          - No nie widzicie tego? Właśnie walczyliśmy ramię w ramię z Froyą van Hansen. I zaprosiła nas do stołu. Myślicie, że ktoś z tych chmyzów rzecznych siedział kiedyś z kimś z van Hansenów przy jednym stole? Że w ogóle był w ich rezydencji? Poza szlachtą to pewnie większość miasta nie była. Może Pirora czy Fabienne to się mogą z nią umawiać jak z koleżankami no ale to tyle. - Łotrzyca mówiła szybko i z werwą. Przez chwile pozostali twarzysze gladiatora trawili jej słowa.
          - No Froyi w teatrze nie było ale Fanriel już tak. Oglądała ten pokaz Huberta, jak z Oksaną tresowali Adrienne. Tylko potem ona poszła z lady Sorią i resztą koleżanek do pokoju no i wszyscy się rozeszliśmy. Ale Froyi wtedy nie było. - Astrid skupiła się aby przezwyciężyć ból. Jednak pamiętała, że złotowłosą elfkę to już raz spotkali na zapleczu teatru. Ci co tam byli, pokiwali głowami. Jednak z dziobu pierwszy odezwał się poraniony Norsmen.
          - No była tam. Też ją pamiętam. Ale co z tego? Burgund masz coś mówić to mów. A nie się w zgadywanki bawisz. - Wydawał się być obolały i zirytowany aby zachować zwyczajową dla siebie rezolutność.
          - Dobra, te chmyzy to kij im w oko. Ale myślę, że Juttę moglibyśmy spróbować ugrać. - Łotrzyca lekko skinęła brodą w stronę barki do jakiej wracali, jakby tam już widziała rzeczną celniczkę. Gladiator czy Silny byli do niej tyłem więc musieli się obejrzeć aby dojrzeć zakotwiczoną jednostkę.
          - Myślałem, że już ją ugraliśmy. - Głos portowego zakapiora wydawał się być zdziwiony. W końcu od zeszłego wieczoru, udało im się znacznie pogłębić znajomość z mytniczką.
          - No właśnie. I rano urobiła Wagnera aby nas wpuścił na pokład. - Astrid odezwała się ponownie ale pamiętała o tym, że parę dzwonów temu Jutta już okazała im swoje wsparcie.
          - No ale można ugrać ją bardziej. Myślicie, że taki zwykły celnik to śniada przy stole razem z kimś z van Hansenów? - Łotrzyca chytrze uniosła brwi posyłając im złodziejski uśmiech. - A Froya zaprosiła nas wszystkich. Myślicie, że taka wielka pani będzie robić wielkie ceregiele jeśli ktoś z nas zabrałby towarzyszkę? - Popatrzyła na chwilę po twarzach kultystów obsadzających resztę łodzi.
          - No można by ją zabrać. Ale po co? - Głos oprycha z doków wskazywał, że niezbyt dostrzega sens takiego działania. Pokonali już z połowę drogi do czekającej krypy.
          - No może po to aby nam sprzyjała bardziej? Przecież ona zna rzekę jak my miasto. Ona jest tutaj jedną z ferajny. Te chmyzy też ale kto tam nimi by się przejmował. A coś słyszałam plotki, że jakaś łajba by się wam przydała, jakaś załoga, jakichś brańców by się przydało nałapać a najlepiej młode, jędrne branki? - Łotrzyca zawiesiła brwi w górze aby dać im okazję dostrzec tą okazję, jaką widziała.
          - Przecież wzięła geldy. I się z nami chędożyła całą noc. I tej nocy pewnie też będzie. - Silny nadal nie wydawał się być przekonany czy to ma sens. Burgund lekko sapnęła z irytacji.
          - Ale rozumiesz, że dla przyjaciół lady von Hansen to mogłaby okazać większe zaangażowanie? Zwłaszcza jakby ją zaprosili do jej stołu? Co przecież nie przeszkadza aby dalej z nią figlować. - Rudzielec starała się opanować emocje i postawić na argumenty. Reszta znów przez chwilę trawiła jej słowa.
          - No niezły pomysł. Ale ja odpadam. Muszę to odleżeć. Może jutro. - Lars sapnął chrapliwie ale zdawał sobie sprawę, że obecnie nie jest tak elokwentny jak zazwyczaj.
          - Ja też. Boli mnie wszystko. Chyba się położę. - Astrid też chwilowo miała dość większego wysiłku umysłowego. Rune tylko pokręcił głową, że też pasuje. Gdy łotrzyca popatrzyła pytająco na łysego to prawie od razu, gladiator usłyszał zza pleców jego odpowiedź.
          - Ja tam mogę ją wychędożyć, dobra w tym jest. Ale ja nie jestem od gadania. - Brodacz prawie czuł jak tamten wzruszył swoimi ramionami. Więc teraz Burgund spojrzała na niego.
          - Ja mogę wam pomóc chłopaki, ale to chyba wy mieliście najwięcej spraw na rzece do załatwienia. Okazja nie puka dwa razy. Teraz mamy okazję urobić ją na gorąco. Wieczorem czy jutro też można ale to już emocje opadną i nie będzie takiego wrażenia jak teraz.. - Powiedziała to tak, jakby przemawiało przez nią doświadczenie zawodowej oszustki i wyłudzaczki bo tym się zajmowała z Łascią równie często jak kupczeniem własnymi wdziękami. Czekała teraz co Egon powie, bo z całej brygady już tylko on się nie wypowiedział. Mieli jeszcze chwilę w ich własnym gronie aby porozmawiać bez świadków ale z każdym machnięciem wioseł zbliżali się do “Jutrzenki”.

          Egon płynął przez dłuższy czas w milczeniu. Adrenalina spadała i choć wojownik z radością powitał okazję do bitki, zdawało się, że zaskarbienie sobie łask u lady Froyi van Hansen było okupione całkiem sporym kosztem: najbardziej ranien był Lars, jednak i pozostali, łącznie z nim samym, dostali swoją dolę ran. Cóż, przynajmniej było opowiadać można, że ubili wojowników nie byle jakich, orków z plemienia opodal rzeki Salzenmund.

          Tymczasem rozmowa skierowała się na rzecz, jak dalej usidlić Juttę Czerwonowłosą. Burgund, Lars, Silny wreszcie wypowiadali się jeden po drugim.

          – Mądra rzecz – Egon skinął głową, doceniając nadarzającą się okazję, zwalniając nieco wiosłowanie, skoro musieli się rozmówić. – Ale musimy dobrze wiedzieć, jak do tego podejść. I kto gadać będzie. Rzekłbym, żebym to był ja i Burgund. I Astrid może, jak na siłach jesteś. Ale co jej powiemy? Pokażemy jej chustę i chełpić się będziemy tym, żeśmy odpór orkom dali i że ona powinna do nas dołączyć? Albo będziemy gadać, że się gruby interes szykuje na rzece i morzu i na nią liczymy?
          - Na początek musimy się pochwalić, że uratowaliśmy Froyę van Hansen. I jej przyjaciółkę Fanriel Świetlistą. Nie wiem czy tą elfkę zna ale dobrym nazwiskiem zawsze dobrze sypnąć przy bajerze. A trudno w mieście o lepsze nazwisko niż van Hansen. I tak, koniecznie jej pokaż tą chustkę. Właściwie to mogę ją zobaczyć? - Burgund ucieszyła się, że gladiator okazał się chętny na jej pomysły. Zaczęła mówić szybko aby zdążyć nagadać się jak najwięcej zanim dopłynął w zasięg głosu załogi krypy.
          - A co? Myślisz, że nie widzieli? Przecież stąd wszystko widać. - Silny widać nie uważał tego za niezbędne.
          - Mogli widzieć dwie blondynki na koniach, mogli poznać po ubraniu, że szlachcianki ale wątpię aby mogli twarze rozpoznać. Więc nawet jak widzieli naszą walkę to mogą nie wiedzieć kim te dwie blondyny były. Musimy się pochwalić kto to był. - Łotrzyca zaczęła od tego co najważniejsze.
          - No tak. To chyba coś takiego jakbyście u nas mnie pomogli. Też bym was zaprosiła do mojego ojca jako swoich gości. - Astrid przezwyciężyła słabość aby wrócić do rozmowy. - No i pewnie. Mogę pogadać z Juttą. Ale może tam w naszej kajucie. Jak spocznę na łóżku. - Blondynka z północy dostrzegła podobnieństwo do sytuacji w jej rodzinnych stronach tylko siebie widziała zamiast Froy i Fanriel. No i zgodziła się wesprzeć kolegów i koleżankę w rozmowach z celnik.
          - A dasz radę zadrzeć spódnicę i pozwolić działać Juttcie tak jak wczoraj? - Burgund wychyliła się aby na nią spojrzeć.
          - Że co? - Skald zapytała po chwili z pewnym zaskoczeniem. Zresztą podobne zdziwione pytania padły od kolegów.
          - Rany nie rozumiecie? Przecież ona jest od Huberta. Sami wiecie jakie kochanki on ma. Fabienne, Adrienne… A teraz Jutta. Zresztą z tego co wczoraj widziałam to Jutta jest bardzo wesoła, wyszkolona i przewaga liczebna jej nie przeraża. - Zaśmiała się z wulgarnego rozbawienia.
          - Mamy ją wychędożyć? Jak to niby ma nam pomóc. Znaczy ja mówiłem, ze mogę. Niezła wczoraj była. Ale po co? Co to ma do naszych spraw na rzece? - Silny wydawał się być mocno sceptyczny co do sensu takiego kroku. Poza tym obie łotrzyce były znane, że wiele swoich spraw załatwiały dzięki swoim wdziękom. A Silny okutą pałką.
          - No na przykład ten towar co Hubert prosił aby się go pozbyć. - Burgund jeszcze bardziej ściszyła głos i widać było, że przykuła uwagę pozostałych. - Bo wiecie, mozna go wywalić za burtę ale to jakoś Wagnerowi trzeba wytłumaczyć. Można na szybko szukać kupca w Saltmundzie ale to pewnie odbije się na cenie. Dostaniemy ułamek wartości. Można też liczyć na piratów, że jak pozbędziemy się załogi to zrobimy z towarem co chcemy. - Naciągaczka burgundowych włosach, na szybko streściła różne pomysły z wczoraj. Na razie na żaden się nie zdecydowali ale takie się mniej więcej pojawiały.
          - No i? - Silny mruknął aby ją popędzić do rozwiązania.
          - No i jakby się zdarzyło, że celnik przyczepi się do towaru, powie jakieś swoje paragrafy, założy lak to towar legalnie wraca do Neus Emskrank. A my przenosimy go do jakiejś dziupli. A potem możemy opchnąć temu waszemu arabskiemu kupcowi. Czyli Hubert pozbywa się towaru konkurencji. Arab dostaje dobry towar po taniości. A my dostajemy geldy za nie swój towar. No ale do tego potrzebny jest jakiś celnik co by poszedł na taki numer. Ciekawe gdzie by można takiego znaleźć… - Burgund na szybko nakreśliła plan jak by Jutta mogła im w rozwiązaniu tej sprawy.
          - Dobra, dobra. Nie popisuj się. Załapaliśmy o co ci chodzi. - Silny sarknął jak zwykle zirytowany gdy łotrzyce okazywały się pomysłowością na jaką go nie było stać. Burgund starała się nie roześmiać na całego.
          - No i wiecie, jak ma się takiego swojego celnika to można robić sporo takich ciekawych numerów. Tylko trzeba ją urobić jeszcze bardziej niż do tej pory. I na moje oko to figle są dobrą metodą. Sami widzieliście jak po wczorajszej nocy, rano była dla nas milutka. Ja przez chwilę się bałam, że Wagner już mnie nie wpuści no ale wstawiła się za mną. - Wyjaśniła jak widzi sposób na zjednanie sobie rudowłosej mytniczki.
          - Ale przecież wzięła geldy. Sporo. Wszyscy się składaliśmy dla niej. - Silny zauważył, że urzędniczka jednak wzięła od nich twardą monetę.
          - Wzięła to wzięła. To samo w sobie jeszcze nic nie znaczy. Lojalność kupiona złotem chwiejna jest. Pamiętam jak raz w Bretonii, służyliśmy jednemu baronowi. Wkurzał nas. Cały czas mówił, że jesteśmy kundle z północy. Na wojnę poszedł z innym baronem. Ale tamten dał nam więcej. Więc pochwyciliśmy naszego pana i przynieśliśmy go nowemu. Za to nasz pan miał kochliwą żonkę. Trochę jak wasza Fabienne. He he he pomogliśmy tej zacnej kobiecie doczekać się potomka. Zdrowy syn jej się urodził. He he he jeden na trzy, że mój. Tyle jest warta lojalność za złoto. Czasem wiele. A czasem nie. Kamraci są warci więcej. Ten co tarczą cię zasłoni przed toporem to jest mi jak brat. Nawet jak w ogóle mi nie płaci. - Lars mówił ciężko ale anegdotka z przeszłości rozbawiła go, że nawet się zaśmiał. Rune i koledzy też. Astrid też się uśmiechnęła kiwając głową na znak zgody.
          - Myślę, że Burgund ma rację. Jakby Jutta dostała od kogoś od nas zaproszenie do stołu Froyi to myślę, że bardzo by nam była rada. Poza tym i tak będziemy u Froyi dopiero jak wrócimy z rejsu więc musielibyśmy być zadowoleni z Jutty aby nie wycofać zaproszenia. - Skald dopowiedziała swoje zdanie do tego wszystkiego.

          Egon przemyśliwał wynurzenia swoich towarzyszy. Potrzebował podjąć szybko decyzję, bo byli coraz bliżej…

          – Te, przestań na chwilę wiosłować, zamarkuję, że wiosło mi utknęło – rzekł Egon do Silnego i na parę chwil zaczął mocować się z wiosłem, by zebrać myśli i nieco opóźnić czas, gdy przybędą.

          Wreszcie zdecydował. Co prawda zdecydował się na ryzyko, ale wizja skaptowania Jutty do bandy ich Kultu była bardzo kusząca: mieć mytnika, który by im pomagał na rzece i poza nią? Tak… To było warte ryzyka.

          – Zrobimy tak: rzekł wreszcie Egon, który dał znak Silnemu, aby zaczął wiosłować. – Wejdziemy na okręt, będziemy głośno gadać, żeśmy pomogli Froyi van Hansen i pokażemy wszystkim chustkę na dowód. Burgund, ty dzisiaj pod wieczór zedrzesz z niej kiecę a jeśli chcesz, to pomogę ci w chędożeniu. Kiedy odpowiednio mytniczkę wydupczymy, rzekniemy jej, jak sprawa stoi: że na korabiu kroi się gruby interes i w nagrodę, oprócz złota, które dostała, zaprosimy ją na rejzę do dworku van Hansen. Powiemy jej, że to ona wstawiła się u nas do szypra, bo nie chciał nas puścić, aby pomóc milady. Ale musi nas wspomóc tutaj na korabiu, kiedy my wykonamy nasz ruch. I z tym towarem też nam musi pomóc. No, co rzekniesz, Burgund? – zapytał.
          - Rzeknę, że to całkiem dobry pomysł. Zwłaszcza z tym zrywaniem z niej ubrania. Ale po co z tym czekać do wieczora? Wieczorem i tak możemy ją wydupczyć jeszcze raz. A mówiłam ci. Teraz sprawa jest gorąca. Do wieczora to już zdąży ostygnąć. - Łotrzyca uśmiechnęła się lubieżnie ale patrzyła z wyrachowaniem doświadczonej ulicznych. - Chyba wiesz, że wiele kobiet ma słabość do powracających z boju zwycięzców? I lubi to konsumować na bieżąco? - Lekko uniosła brwi aby dać mu chwilę na przemyślenie. - Astrid dzieli kajutę z Juttą. Mógłbyś ją wziąć na ręce i tam zanieść. Widać, że oberwała to będzie wyglądać naturalnie. Ja zbajeruję Juttę, żeby też przyszła. Powiem jej, że mam coś ważnego do powiedzenia albo, że mam na nią ochotę. Coś wymyślę. - Szybko zaproponowała jak można by zorganizować spotkanie na łajbie w chodź symbolicznie izolowanych warunkach. Po czym wychyliła się aby spojrzeć na pozostałych. - A ktoś z was się pisze? Astrid? Silny? Albo wy chlopaki. - Chciała dać im szansę aby się wypowiedzieli.
          - Ja spasuje. Chyba, że by mi która ust użyczyła. Ale nie mam kajuty to i tak odpada. Najwyżej wieczorem coś. - Lars wysapał ale nie wyglądał aby był w tym stanie gotów na figle. Rune znów machnął ręką, że nie czuje się na siłach.
          - Ja mogę spróbować. Ale na jakieś fikoły na mnie nie liczcie. Podobało mi się jak wczoraj Jutta mi służyła ustami i całowała stopy. Dziś też by mogła. Byłaby dobrą służącą w mojej świcie. - Córka jarla zgdziła się wziąć udział w schadzce z mytniczką chociaż z pewnymi zastrzeżeniami. I dała wyraz, że usłużna kochanka wczoraj zrobiła na niej dobre wrażenie. Więc Burgund spojrzała teraz na Silnego.
          - Ee. Klitka nie kajuta. Ja to potrzebuję miejsca na zabawę. Teraz sobie daruję. Wieczorem ją dorwę. Niech he he czuje zmianę warty. - Dał znać, że jest gotów odpuścić, skoro wieczorem była szansa na powtórzenie zabaw z wczorajszego wieczoru.
          - No to jesteśmy umówieni! - Ucieszyła się łotrzyca. - A jakby co to wieczorem możemy ją wziąć wszyscy na spokojnie. Może nawet z Gezackiem i jego ludźmi? Też chyba macie plany wobec nich nie? I kto wie? Może jeszcze ktoś się w tej tawernie trafi? - Rudzielec wydawała się być dobrej myśli co do przyjemnego spędzenia wieczoru skoro mieli tak obiecujący skład.
          - Może ona kogoś zna. Jak tak często tu pływa. - Rzucił łysy mięśniak a łotrzyca tym razem bez skrupółów przytaknęła mu głową.
          - No a ta chustka to bomba Egon. Zobacz. - W międzyczasie Burgund miała okazję przyjrzeć się podarowanej chustce. Rozwinęła ją aby i gladiator mógł. Wyglądała jak kwadrat, delikatnego, jedwabnego płótna. O starannie obszytych, falistych krawędziach. W samym centrum było żółte słońce, jeden z głównym motywu herbu van Hansenów. Na jednym narożników były wyszyte ozdobne litery. Ale widać było też ślady palców. Czerwonobrunatne jak od krwi i błota. Musiała je zostawić sama Froya bo ślady były zbyt drobne do solidnych palców brodacza a Burgund miała w miarę czyste ręce. Za to blonwłosa szlachcianka była świeżo po walce jak mu podawała ten skrawek drogiego jedwabiu.
          - I ten zapach. Zapach szlachcianki. Oni zawsze sobie perfumują te chusteczki. Fabienne i Pirora też takie mają. Powiem ci, że to niezły bilecik ci dała. To pewnie jej inicjały. Umie to ktoś odczytać? - Wzniosła nieco chustkę do reszty aby im pokazać wyszyte litery. Bo jako dumna i cwana dziewczyna z ferajny oczywiście gardziła słowem pisanym i nie miała zamiaru się go uczyć.
          - Tak, to FvH. Jej inicjały. - Po chwili usłyszeli głos Astrid.
          - No to mamy niezły bilecik. Schowaj to i pokaż im jak będziemy na pokładzie. Zwłaszcza Juttcie. Ha! Zobaczysz jak będą wytrzeszczać gały ze zdziwienia! - W końcu łotrzyca oddała chusteczkę koledze i już się cieszyła jakby przewidywała dobry figiel.
          – Dobra, to możemy się ruszyć i od razu bym Astrid zaniósł, powiemy, że zebrała poważniej i pójdziemy z Juttą – Egon zgodził się na pomysł Burgund. – A potem wieczorem możecie ją brać, ile chcecie. Będziemy przy “Łabędziu”, to ryzyko ataku małe będzie.

          Egon przemyśliwał jeszcze ten plan, który na szybko uknuli. Byli coraz bliżej i bliżej, przeto już nie było sensu myśleć coraz więcej.

          – Dobra… Wszyscy gotowi? – zapytał, podpływając bliżej.
          - No, zobaczysz. Poopowiadamy jak kto kogo ciął i jak spotkaliśmy Froyę i Fanriel to może być całkiem sympatycznie. - Łotrzyca puściła mu oczko ale już dopływali do zakotwiczonej łajby. Z góry słyszeli nawoływania aby dobili do śródokręcia bo tam była już spuszczona drabinka. Egon, Silny i Burgund musieli wyhamować prędkość łodzi i precyzyjnie dobić do burty jednostki macierzystej. A i tak uderzyli w nią dość mocno.
          - Jesteście cali?! - Z góry zawołała do nich Jutta. Widzieli jej ładną twarz jaka wyhylała się ponad reling. Wydawała się być zaniepokojona.
          - Mamy rannych. Dawajcie chłopaki. - Łysy mięśniak zajmował środkową ławeczkę szalupy więc miał bliżej do poturbowanej trójki. Wyciągnął dłoń ku Rune i pomógł mu stanąć na łodzi.
          - Nie bujajcie tak! - Ostrzegła Burgund bo póki wszyscy biernie siedzieli to nie wpływało to na szalupę. Ale jak zaczęli wstawać i po niej chodzić to i ta mała łajba reagowała na zmianę balansu co z kolei utrudniało przemieszczanie się po niej. - Po kolei, aby nie rozbujać łodzi. - Łotrzyca zachowała zimną krew. A Silny pomógł podejść koledze do drabinki. Ten złapał się jej szczeblów i z mozołem zaczął po nich wchodzić. Drabinka miała drewniane szczeble ale połączone liną a nie na sztywno.
          - Pomóżcie mu! - Celnik ze swojej strony ponagliła marynarzy. Ci pochylili się i wyciągnęli dłonie aby złapać wchodzącego weterana imperialnej armii. Ten i tak musiał większość szczebli pokonać sam. W końcu wszedł w ich zasięg a ci złapali go i sprawnie pociągnęli w górę. Chociaż musiało go to zaboleć bo zajęczał. Był już jednak na pokładzie.
          - Dawaj Astrid, teraz ty. - Silny wyciągnął dłonie i też pomógł jej podnieść się do pionu a potem przejść do drabinki. Tu jednak złapał ją za kibić i podniósł do góry, dzięki czemu oszczędził jej kilka stopni. Ona krzyknęła z zaskoczenia ale z żeglarską wprawą, złapała się za drabinę. Widać jednak było, że lewe ramię ma uszkodzone bo nie miała siły wznieść je do góry. Morskie doświadczenie, sprawiło, że do czekających ramion dotarła w miarę sprawnie. Chociaż w ostatniej chwili to rudowłosa mytniczka ich zastąpiła i uważając aby nie sprawić bólu Norsmence, pomogła jej wejść ten ostatni kawałek.
          - Widzisz? Lubi nas. Te wczorajsze harce nie poszły na darmo. Albo jest z tych wrażliwych na ludzką krzywdę. - Burgund oglądała to z zadartą głową ale cicho posłała Egonowi pełen satysfakcji uśmieszek. A na górze zwolniło się miejsce więc łysy zbir pomógł wstać Larsowi. Ten kuśtykał ale dotarł do drabiny.
          - Sam dam radę. - Uprzedził łysego jakby obawiał się, że ten spróbuje tego samego numeru co przed chwilą z Astrid.
          - Spokojnie. Nie masz takiego jędrnego kuperka jak ona abym chciał go oglądać. - Silny sarknął ale wydawał się być rozbawiony. Zresztą Norsmen też się uśmiechnął. I zaczął zmagać się z drabiną. Szło mu ciężko ale morski łupieżca miał wprawę z takim środkiem transportu i cechował się ogromną determinacją. W końcu dotarł na sam szczyt, gdzie marynarze go złapali i pomogli wejść na pokład.
          - Ciebie też podsadzić? - Silny spojrzał pytająco na siedzącą przy sterze łotrzyce. Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się do niego i pokazała mu gest powszechnie uważany za obraźliwy. On zaśmiał się chrapliwie i sam złapał za szczeble. Podczas walk ledwo został draśnięty więc płynnie pokonał tą wysokość. Wtedy łotrzyca wstała i z wprawą portowej dziewczyny podeszła do drabinki.
          - No to widzimy się na górze. Aha. Tą chustkę pokaż jak już będą podgotowani, jako gwóźdź programu. Albo jakby który nie dowierzał co to za ślicznotki spotkaliśmy. - rzuciła mu cicho po czym z małpią zwinnością pokonała drabinę jeszcze sprawniej niż jej łysy krajan. Egon został na sam koniec. Rany za bardzo mu nie dokuczały i dał radę. Jednak nie był nawykły do takich ruchomych drabinek. Wydawała się mu uciekać spod butów i wierzgać jakby chciała go strącić. Ale jak nic i nikt mu nie przeszkadzało to szybko znalazł się na pokładzie. Nawet jeśli bez tej gracji portowej dziewczyny. Już pod koniec widział jak mytniczka się wychyla ku niemu i czekała na niego przy samym wejściu.
          - Idź po łódź. - Wagner czuwał i jak tylko gladiator wszedł na pokład, jeden z marynarzy natychmiast zszedł po drabinie na dół, aby zająć się szalupą. Zaś Egon mógł się rozejrzeć po pokładzie. Właściwie to nic się nie zmieniło. Nadal było tu niewiele miejsca bo większość zajmowały różne skrzynie, beczki i pakunki towaru. Teraz na nich siedzieli lub leżeli jego towarzysze z łodzi. Otoczeni przez żądnych wrażeń i opowieści marynarzy. Stali też Gezackt, Szybki i Martin ze swoim łukiem. Tylko Silny i Burgund stali o własnych nogach.
          - Tak się bałam, że wam te orki coś zrobią. Ale cieszę się, że wróciliście wszyscy. - Jutta mówiła do niego ale też z przejęciem patrzyła na pociętych awanturników. Na razie nie słyszał aby ktoś mówił imiona szlachcianek ale dopiero co tu weszli a z tej odległości to z łajby mogli ich nie rozpoznać.

          Egon wspinał się na górę nie bez trudu. Ostatecznie, sam też zebrał swoje razy od orczych tasaków, dzid i berdyszów. Zielonoskóre bestie, pomimo tego, że wydawały się być całkowitymi dzikusami żyjącymi jeno chyba tylko po to, by rozmnażać się i walczyć o dominację okazały się całkiem doświadczonymi wojownikami.

          – Dobrze, że się zatrzymaliśmy – rzekł głośno i wyjął zza pazuchy ofiarowaną mu chustę. – Czy wiecie, że akurat w porę zatrzymaliśmy się, żeby wspomóc w walce milady Froyę van Hansen i jej towarzyszkę, Fanriel Świetlistą?

          Tu rzucił przelotne spojrzenie na szypra, który wcześniej, na podobieństwo skąpego kramarza, nie chciał ich puszczać.

          – Iście, dobry to dzień! – zawołał Egon, ciekawy, jaki efekt wywrą jego słowa na Juttcie i samym szyprze. – Pomogliśmy naszym i kto wie, jeśli byśmy się nie zjawili, milady zostałaby plama na honorze a może i przyszłoby jej karkiem przypłacić! Z tymi zielonoskórymi bestiami to rzecz zawsze niewiadoma, kiedy uderzą raz jeszcze! Trza nam leczyć rany!

          Egon postanowił wyczekać, co też rzekną ci na statku, nie chciał bowiem długo perorować a i też był ciekaw reakcji mytniczki i szypra. Chciał co prawda wkupić się w łaski czerwonowłosej, ale może i sprawa przyjmie dobry obrót u niego, bo nie chciał wypuścić jego bandy wcześniej…

          - Froyę van Hansen? Tą z van Hansenów? - Szyper mimo swojej ogorzałej od wiatru i słońca twarzy to zbladł jak usłyszał to rozpoznawalne w mieście nazwisko. Nie tylko on teraz spojrzał za burtę, w stronę brzegu i polany na jakiej niedawno toczyła się zażarta walka z zielonoskórymi. No ale obie szlachcianki zginęły z oczu jeszcze jak szalupa płynęła do “Jutrzenki” i teraz była pusta.
          - Ta, właśnie ta. Z van Hansenów. A znasz jakąś inną milady w spodniach co jeździ na polowania? - Silny też promieniał złośliwą satysfakcją z wrażenia jakie wywołali na pokładzie. Najpierw zrobiło się dużo ciszej gdy rozpoznali przynajmnej nazwisko ludzkiej milady. A szybko zaczął się szum niedowierzania i rozmów nad tym jak blisko byli kontrowesyjnej milady. Albo zerkali przez burtę na pustą już polanę albo na kawałek białego jedwabiu ze złotym słońcem van Hansenów. Nawet jak niec poplamionym na czerwono przez ślady palców właścicielki.
          - Ale my nie wiedzieliśmy, że to ona. Stąd nie było widać. Sami przecież nie mówiliście do kogo płyniecie. Tylko, że dwie blondynki na koniach. - Wagner instynktownie przeszedł w ton obronny jakby ktoś mu coś zarzucał. Większość marynarzy poparła go.
          - Ja kiedyś widziałam lady Froyę. Jechałam z Marissą i moją panią i moja pani spotkała lady Froyę i porozmawiały ze sobą chwilę. To widziałam milady van Hansen z bliska. Piękna kobieta. - Annika pochwaliła się, że miała okazję widzieć młodą van Hansen z bliska. I jak na kogoś kto nie był ze szlachty to rzeczywiście mogła mówić o wielkim szczęściu, że mogła ją widzieć z tak bliska. Większość z obecnych i pewnie większość populacji miasta, to najwyżej takie rozpoznawalne osoby mogły widzieć w Festag na mszy albo na jakichś festynach. - Przykro mi, że nie było mnie z wami. Do bardachy musiałam. A jak wyszłam to już płynęliście do brzegu. Ehh… Taka bitka mnie ominęła… - Pokojówka bretońskiej kultystki westchnęła z wyraźnym żalem, że nie miała okazji spróbować się z orkami. Widać było, że gula żalu stoi jej w gardle.
          - Więc to była Froya van Hansen? I to z lady Fanriel? Oh… - Mytniczka wyglądała na tak samo skołowaną jak większość obecnych na pokładzie. I widać było na jej twarzy mieszaninę żalu i wyrzutów sumienia. Zwłaszcza jak prawie do ostatniej chwili wahała się czy wskoczyć do szalupy na tą nieplanowaną akcję na brzegu czy nie. I chyba rozpoznawała oba nazwiska szlachcianek. - Ojej, czemu nie popłynęłam z wami! - jęknęła w końcu gdy wyrzuty sumienia przeważyły szalę. Dotknęła chustki blondłowsej milady jakby chciała się przekonać, że ona naprawdę istnieje. Delikatnie przesunęła palcami po wyszytym słońcu i inicjałach jakby dzięki temu van Hansen miała się tu zmaterializować. - Jak ja zobaczyłam jak te orki na was skaczą to chciałam wam pomóc. No ale na tej przeklętej łajbie jest tylko jedna szalupa! A potem jak was zepchnęły do brzegu byliście bliżej ale dla mojego pistoletu i tak za daleko. To mowiłam Martin aby strzelała w te zielone ścierwo ile się da! - W końcu z jej pełnych ust, wyskoczył potok przepraszających tłumaczeń. Na pewno miała rację co do łodzi. Była tylko jedna. Więc jak awanturnicy nią popłynęli na ląd, to z krypy już nie było za bardzo okazji aby pójść w ich ślady.
          - No tak, to była lady Froya i lady Fanriel. Walczyły bardzo mężnie ale sami widzieliście, że zostały otoczone. Więc my poszliśmy im z pomocą. A wtedy rzuciły się na nas te przeklęte orki. Więc daliśmy im odpór. Lars oberwał ale Astrid, Silny, Rune i Egon wytrwali do końca. Nawet jak te przeklęte orki zaczęli nas spychać do brzegu. I wtedy to obie milady przyszły nam z pomocą. I dorżnęliśmy te ostatnie orki. A one zatrzymały się wśród nas i nam podziękowały. I okazały wdzięczność. I tak z zawarły z nami braterstwo broni. - Burgund do tej pory milczała. Ale jak już się odezwała to było widać, dlaczego tak często udawało jej się urabiać rozmówców tak jak chciała. Wykorzystała moment aby w epicki sposób streścić to stacie i tak aby podkreślić jak dobre relacje dzięki temu zawarli z dwiema znamienitymi szlachciankami. Wzieła za jedno ramię Silnego, za drugie Egona i stanęła obok powalonych ranami towarzyszy. A zebrani słuchali jej z zapartym tchem, chociaż sami też musieli widzieć to starcie na własne oczy. Nawet jeśli nie tak detalicznie jak uczestnicy.
          - Ojej… - Jutta jęknęła boleśnie jakby się miała zaraz rozpłakać z żalu i bezsilnej złości. - To taki zaszczyt móc walczyć u boku takich szlachcianek. I widzieć je z bliska. - westchnęła jakby sama nawet nie liczyła, że mogłaby z tymi błękitnkrwistymi choćby przez chwilę porozmawiać tak jak śmiałkowie z łodzi, po zakończonej walce. Burgund pokiwała głową i szybko posłała Egonowi triumfalny uśmieszek bo wyglądało na to, że zrobili piorunujące wrażenie na całej obsadzie “Jutrzenki” a zwłaszcza na młodej mytniczce. A jeszcze nawet nie wspomnieli o zaproszeniu od van Hansen.

          – Trza nam medyków, bandaży – rzekł Egon, prężąc muskuły i pozując na wielkiego wojownika. – Inaczej jak będziemy mogli was bronić przed rzecznymi piratami…? Nie macie jakich medykamentów pod pokładem, ot, choćby maści albo płótna, co by zatamować krwawienie? Chodźmy pod pokład, tam chłodno jest i spokój, łatwiej będzie rannych doglądać!

          Egon postanowił od razu załatwić sprawę ran ludzi, z którymi się wypuścił na rzeczną rejzę, a także trzeba było zwabić jakoś Juttę pod pokład. Poza tym, chciał dać się jej jakoś wykazać, że pomimo nie brała udziału w walce, to jednak mogła nadal się wykazać.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine jako Egon Herschkel
            napisał ostatnio edytowany przez
            #329

            Egon wyciągnął chustę podarowaną przez van Hansen.

            – Spójrzcie, to jest wdzięczność milady Froyi – rzekł, mając nadzieję, że chusta zrobi jeszcze większe wrażenie.. – Milady zaprosiła nas do swego dworu, aby wynagrodzić nas potem.
            - Medyka? Na barce? A kogo stać na medyka? - Wagner zdziwił się, takim pomysłem. Ale jednak na tym nie poprzestał. - Ale jakieś bandaże to się znajdą. Zobaczę jak ich się da poskładać. No rzeczywiście nieźle was te orki pocięły. - Szyper podszedł do tej najbardziej poranionej trójki jaka siedziała lub leżała na belach materiału albo skrzynkach. Posłał jednego z marynarzy pod pokład.
            - I lady Froya zaprosiła was do siebie? Wszystkich? Cóż za wspaniała i życzliwa kobieta. Potrafi okazać wdzięczność. - Mytniczka przygryzła wargi i pokiwała głową ze zrozumieniem. Ale miała minę jakby się zaraz miała rozpłakać ze złości i żalu na wdzięczność lady van Hansen jaka ją ominęła.
            - Ja tam wolę jak mi kobiety okazują wdzięczność w inny sposób. Na kolanach albo na czworakach. Pode mną też może być, łaskawy i wyrozumiały he he jestem. - Silny mruknął poufale do Egona. I widocznie słowa zaaferowanej celnik całkiem inaczej mu się skojarzyły. Buurgund trzepnęła go ostrzegawczo w ramię aby się pohamował.
            - Wieczorem będziesz miał okazję z nią się tak pobawić. Sam mówiłeś. - Przypomniała mu co niedawno mówił w szalupie.
            - Dobra, dobra. - Łysy machnął niedbale ręką, jakby na razie sprośne żarty mu wystarczały.
            - Nasza Martin robiła co mogła i nawet zdjęła parę gobasów. Ale to daleko jak na łuk było, wysoko trzeba było strzelać aby któregoś trafić. - Gezackt był w podobnej sytuacji jak Jutta i nie mógł się osobistymi sukcesami pochwalić to chociaż wskazał na szczupłą łuczniczkę ze swojej bandy jaka strzelała do zielonoskórych.
            - Starał się. No i musiałam uważać aby nie trafić którejś z nich albo was. Nie widziałam, że to szlachcianki. - Blondynka wywołana do odpowiedzi, przyznała rację hersztowi chyba zdawała sobie sprawę, że jej udział w pokonaniu zagrożenia był dość niewielki.
            - Już! Już mam! - Przybiegł ten marynarz posłany przez szypra i pomachał rolkami jakiegoś płótnia. Nie były to gotowe bandaże ale można je było z tego zaimprowizować.
            - Ale Astrid to nie godzi się tak publicznie obnażać. Przecież to szlachcianka. Jutta pomogłabyś mi się nią zająć? - Burgund chytrze podeszła i szypra i celniczkę. Rzeczywiście wśród poważnie rannych blondynka z północy była jedyną kobietą i aby ją opatrzyć pewnie by trzeba zdjąć chociaż górę jej sukni. Marynarzy i najemników to na chwilę skonsternowało ale brunetka nie wahała się ani chwili.
            - Oczywiście! Zrobię co tylko się da aby pomóc tak dzielnej kobiecie co stawała razem z mężami! - Zapewniła gorliwie i szybko złapała jedną rolę od Wagnera.
            - Egon? Możesz wziąć Astrid i zanieść do jej kajuty? - Łotrzyca poprosiła kolegę naturalnym tonem ale z błyskiem złośliwej satysfakcji w oku. Bo zapowiadało się, że będą mieli w kajucie taki skład jaki planowali niedawno w łodzi. A Jutta wydawała się jeszcze bardziej przejęta i chętna do współpracy niż początkowo wyglądało.
            - Ładna ta chustka. To od tej szlachcianki? No tak, słyszałem, że one lubią takie rzeczy. Zwykłe dziewczyny też takie mają no ale nie takie drogie. Ale, żeby szlachcianka komuś nie ze szlachty dała… - Gezackt przyjrzał się kawałkowi jedwabiowi w sękatej łapie gladiatora i był pod wrażeniem. Chustki nosiły i zwykłe mieszczki ale lniane a nie jedwabne no i nie tak starannie obszyte koronką i raczej bez inicjałów.
            - Ja znam szlachcianki co dają nie tylko chustki. Ale z każdej strony i nie marudzą, że je głowa boli. - Zaśmiał sie chrapliwie łysy mięśniak i spojrzał porozumiewawczo na Egona i Burgund co stali najbliżej. Ale na tyle cicho, że reszta chyba nie usłyszała.
            - No ładna. Moja pani też ma podobną. Ma ich kilka. Ale nie widziałam aby komuś dawała. - Annika też zainteresowała się chustką Froyi. Przesunęła po niej palcami i wywołała jeszcze większość wesołość u silnego bo właśnie jej pani znana była w kulcie z dawania ale nie chustek. Burgund znów go spiorunowała wzrokiem aby się pohamował.
            - A ja słyszałem, że w dawaniu najlepsze są Bretonki! - Zarechotał Szybki, chociaż raczej nie słyszał tej szeptanej rozmowy. To wywołał falę dzikiego śmiechu u prawie wszystkich, zwłaszcza u Silnego. Łotrzyca przewróciła oczami ale też się uśmiechnęła.
            - Na dawanie od naszej Bretonki to będzie trzeba poczekać do powrotu. A teraz chodżcie zająć się Juttą. Też przecież potrafi dawać i to nie chustki. - Skinęła na Egona, żeby ruszyć do Astrid i Jutty. Mytniczka stała przy Norsmence i troskliwie dopytywała się gdzie ją najbardziej boli.

            Egon stwierdził, że jeśli szło o opatrzenie ran, to więcej już zdziałać nie mogli. Felczera ani jakiegokolwiek mistrza wprawnego w medycynę zaiste na statku uświadczyć nie mogli, a płótna, które posłużą do zatamowania krwawienia musiały wystarczyć. Niewiele też było tego czasu na leczenie dla ferajny, która, bądź co bądź, zebrała całkiem niezły łomot od zielonoskórych. Wydawało się, że z tego wszystkiego jeno on, Rune i Silny wyszli w miarę w jednym kawałku. Sprawiło to, że przepełniła go duma, bowiem prawdziwi czciciele Pana Krwi dali sobie radę w bitce.

            Jedynie gdyby jakoś udało się wyłuskać zielonoskórych z lasów i przekabacić ich na swoją sprawę… No. Ale czas na knowania zostawił na później.

            Puściwszy uwagi Silnego pomimo ucha (wdawać się w gadaninę nie chciał, coś zepsuć mógłby jeszcze), rzekł:

            – Chodźże, Astrid. Całaś poobijana przez te zielone bestie – Egon użyczył ramię dziewczynie i podniósł ją, po czym począł zmierzać do kajuty.

            Łysy kamrat poklepał go na pożegnanie po plecach i na razie darował sobie sprośne uwagi. Gladiator zaś podszedł do blondwłosej córki jarla. Musiał się nachylić aby mogła objąć jego szyję. A potem dostosować się do jej kuśtykania. Przed nimi szły Jutta z Burgund. Mytniczka otworzyła drzwi do burtowej nadbudówki a łotrzyca do kajuty. Tutaj Egon był po raz pierwszy. Okazało się, że portowy zbir miał rację i to była klitka. Składana na ścianę prycza na jakiej musiał ostrożnie położyć Astrid. Parę prostych wieszaków na ścianie i prosta szafa w kącie. Składany na ścianę stolik i mały stołek. Sufit był tak nisko, że taki rosły mąż jak on to prawie o niego zawadzał głową. Kobiety były niższe no i nie tak masywne, to im było lżej. Ale we czwórkę to i tak zrobiło się trochę ciasno. Burgund weszła ostatnia i uśmiechnęła się gdy zasunęła skobel w drzwiach aby nikt im nie przeszkadzał.
            - To będę ci musiała zdjąć tą suknię Astrid. - Zelnik powiedziała przepraszająco i życzliwie do siedzącej na pryczy Norsmenki.
            - No to zdejmuj. - Blondynka nie robiła przeszkód. Więc Jutta usiadła przy jej boku i zaczeła majstrować przy tych wszystkich sznurkach i zapięciach. Burgund usiadła u drugiego boku Astrid i zaczęla jej pomagać. Po chwili obie wysunęły ramiona skald z sukni i ta nieco się skrzywiła z bólu i wstrzymała oddech. Pojawiła się biała koszula na jakiej wyraźnie widać było dwa krwawe zacieki, tam gdzie orcze ostrza przebiły się przez jej skórznię. Koleżanki ją też zdjęły i pokazał się nagi, kształtny tors Norsmenki. Jutta zaczęła przemywać rany szmatką a łotrzyca cięła płótno aby przygotować opatrunki.
            - Byłaś bardzo dzielna Astrid. Ustałaś razem ze swoimi przyjaciółmi. Widziałam. Jak Lars oberwał i wrócił do łodzi to już się bałam, że was te orki ogarnął. Bo tak dużo ich było. No a ty mu pomogłaś dojść do łodzi. Już się bałam, że najwyżej waszej dwójce się uda do nas wrócić. Ale potem jak Egon się uporał ze swoimi trzema to pomyślałam, że może nie będzie tak źle. - Jutta dalej była przejęta ale chciała zaznaczyć, że nawet jeśli nie widziała wszystkich detali walki, to całkiem uważnie ją obserwowała i trzymała kciuki. - I kto by pomyślał, że to była lady Froya i lady Fanriel. Ja je parę razy widziałam w porcie albo na mszy. Ale oczywiście nigdy z nimi nie rozmawiałam. Oj szkoda, że z wami nie popłynęłam. I jeszcze was milady zaprosiła do siebie. - mówiła szybko ale zdołała przemyć rany i teraz bandażowała zraniony bark pieśniarki sag a łotrzyca mniejszą, na jej boku. Astrid przyjmowała te zabiegi z godnością a to, że miała biust na widoku, wcale zdawało jej się nie przeszkadzać.

            Zdawało się, że plan wymyślony przez Egona i Burgund toczył się swoim własnym torem. Było dobrze, ale wszak jeszcze nie wszystko dopełniło się tak, jak miało. Egon w drodze pod pokład zastanawiał się, jak to rozegrać? Ostatecznie jednak postanowił ryzykować po odpowiednio pieczołowitym wydupczeniu Jutty, stare porzekadło zasłyszane ongiś na szlakach Middenheim bowiem mówiło, że zaspokojona kobieta będzie bardziej spolegliwa, niż gdyby chuć nadal ją trapiła. Być może wizja wkupienia się w łaski milady mogła przekabacić Juttę? Cóż, zdawało się, że w przypadku Astrid tak już się stało.

            – Ja i lady Froya van Hansen przyjaciółmi jesteśmy – rzekł Egon w przestrzeń, to do Jutty, to do Astrid wreszcie. – Chusta to jej znak. Wszak jednak pomagasz nam, Jutto, te rany zadane przez zielone diabły zaiste okrutne! Rzeknij no, widzę, że coś nieco znasz się na tym medykowaniu albo i opatrywaniu ran, toś tak jakby pomagała i samej milady. Astrid także dała odpór przeciwnikowi. Dobrze, że nam pomagasz.

            Zagaił wstępnie, licząc, że w prowadzeniu rozmowy pomoże mu Astrid tudzież Burgund.
            - Znasz lady Froyę? - Mytniczka aż odwróciła ku niemu swoją kasztanową głowę, tak ją zdziwiło oświadczenie gladiatora. W końcu milady była jedną z najbardziej rozpoznawalnych rodów w ich mieście. A gladiator na szlacica nie wyglądał. Raczej na zwykłego żołnierza czy najemnika.
            - Egon poznał lady van Honsen zeszłej zimy. Zresztą sam ci może to opowiedzieć. - Burgund rzekła to jakby chodziło o jakąś rutynową błachostkę. Sama właściwie już skończyła zakładać opatrunek blondynce i zaczęła głaskać jej odkrytą pierś.
            - Ja ją dopiero poznałam. Ale wiele o niej słyszałam wcześniej. Bardzo chciałam ją poznać. Cieszę się, że mogłam walczyć u jej boku. I, że poznam ją jeszcze lepiej po powrocie. Może uda mi się ją dołączyć do sagi o nas i naszych przygodach? A teraz to też widziałam, że milady rozmawiała najwięcej z Egonem. Chyba widziałaś to z burty? - Astrid na wpół leżała w poprzek pryczy. Dotyk rudowłosej wcale jej nie przeszkadzał. A sama zaczęła głaskać udo mytniczki.
            - No tak. Widziałam. Po walce. Jak z wami rozmawiają. Tylko wtedy nie wiedziałam kto to jest bo nie było tak dokładnie widać. - Brunetka pokiwała głową, że sporo z tamtej niedawnej sceny mogła obserwować nawet jeśli nie słyszała o czym rozmawiają. - I pewnie, że ja bardzo chętnie pomogę przyjaciołom milady. Teraz też bym popłynęła razem z wami. Ale no bogowie! No ja nie wiedziałam, że to one walczą z tymi goblinami! A tak a brzegu to już trochę poza moją jurysdykcją! Ale dla milady i jej przyjaciół to bym poszła! - Celniczka znów wydawała się, żałować, że przed akcją o włos się rozminęła ze swoim przeznaczeniem do zostania przyjaciółką milady.
            - Ja nie chcę nic mówić. Ale ja też się nieco znam z lady Fanriel. - Burgund tak samo jak przed chwilą kolega, teraz wspomniała imię nastepnej szlachcianki. I Jutta zareagowała podobnie zaskoczonym spojrzeniem.
            - Znasz lady Fanriel? - Na co łotrzyca pokiwała głową i leniwym uśmieszkiem. Już całkiem bezwstydnie zaczęła się bawić piersią koleżanki.
            - Poznałam ją w teatrze. Na pewnym przedstawieniu jakie tam ostatnio się odbywało. Widziałam, że bardzo jej się podobało. Ale się wcale nie dziwię. Wspaniali i bardzo utalentowani aktorzy tam występowali. Też mi się bardzo podobało. Aż nie wiem czy bardziej wolałabym je oglądać czy występować. Nawet chwilę zdarzyło mi się porozmawiać z lady Fanriel no ale wiecie. Nie chciałam jej się narzucać a w końcu ona poszła z kim innym. Zresztą Egon też tam był. - Łotrzyca mówiła z lekkością zawodowej plotkary jaka mówi co dziś rano widziała na targu. Chociaż sprytnie opisała wieczór w teatrze z zeszłego tygodnia. Na tyle enigmatycznie, że brzmiało jak jakieś nobliwe przyjęcie dla elity tego miasta. I znów udało jej się wplątać kolegę, że wyglądało jakby miał tam swoje znajomości. I rzeczywiście Jutta znów obdarzyło go wyczekującym spojrzeniem. A Burgund zaczęła rozpinać górę swojej sukni.
            – Znam lady Froyę van Hansen z czasów, kiedy wespół, we trójkę ubiliśmy trolla z pewną dziewką z północy – Egon ciągnął, pewien, że zabicie trolla zeszłej zimy pewnikiem stawi go w dobrym świetle.

            Tu zrobił na chwilę pauzę, pozwoliwszy Burgund wyrzec, co jeszcze miała co do rzeczy.

            – Jeśli rada byś do nas dołączyć do milady, to przecie okazja się jeszcze nadarzy – rzekł Egon z krzywym uśmiechem, dotykając ramię Jutty. – A i interes ubić na tym będziesz mogła znaczny, bo każdy, kto jest towarzyszem milady prosperuje… Widzisz? Ten topór, prawdziwe dzieło sztuki, żem dostał od niej samej. Ciekawa to rzecz, milady dała mi topór i topór powrócił, żeby ją ochronić… Mmm.

            Wojownik zamilkł raz jeszcze, sam nieco zdumiony, jak sprawy się ułożyły.

            – Mogłabyś do nas dołączyć podczas podróży do dworku – rzekł wreszcie. – Rzekniemy, żeś doglądała mnie i Astrid, boś widzę, że niby z ciebie mytnik, to palce masz wprawne – zaśmiał się. – Co rzekniesz? Może los ciebie ominął jeno raz, ale już drugi raz ty musisz zdecydować.

            I tym razem zamilkł po raz trzeci, pozwoliwszy Burgund i Astrid odegrać swoje role.
            Celnik rzeczywiście z ciekawością przyjrzała się toporowi jakim wojownik niedawno rąbał orki. Wciąż widać było ich juchę tu i tam. Brunetka była na tyle zaaferowana tym pokazem i jego słowami, że jak znów odwróciła się ku koleżankom to Burgund już zdążyła zsunąć górę swojej sukni. I jej pełny, jędrny biust od razu wpadał i kusił oko.
            - Burgund co ty robisz? - Mimo wszystko trochę to musiało zaskoczyć szatynkę. Chociaż nie wyglądała na speszoną. W końcu ostatniej nocy zintegrowali się nawzajem całkiem mocno.
            - To stary norsmeński sposób. Jeśli nadobna niewiasa jest w negliżu i czule dba o rannych wojowników to jest im przyjemniej i szybciej wracają do zdrowia. - Astrid bez wahania odpowiedziała za rudowłosą. I tak naturalnym tonem jakby to była prawda. Czy była to Egon nie wiedział, wcześniej tego od nikogo ze swoich norsmeńskich kamratów nie słyszał. Ale widział jak łotrzyca znów nie dała pukać okazji dwa razy.
            - Mnie bardzo ale to bardzo zależy aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. - rzekła i płynnie stanęła na podłodze. Z kocią gracją pokonała ostatnie zapięcia sukni i ta zsunęła się po jej zgrabnych nogach do jej stóp. Została już tylko w pończochach i bieliźnie. Co prawda nie jedwabnych jakie używały szlachcianki ale jak na mieszczkę to całkiem ładne. I dobrze podkreślały jej sylwetkę tancerki. Blondynka pokiwała głową z aprobatą i spojrzała na celniczkę wyczekująco.
            - Nie no… Ja też chcę aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. Tylko wcześniej nie słyszałam o takiej tradycji. - Szatynka uśmiechnęła się i zaczęła rozpinać swoją górę. Na co obie kultystki uśmiechnęły się a łotrzyca puściła koledze psotne oczko. - Ojej i naprawdę byście mnie przedstawili milady? Jak wrócimy do miasta? - Jutta podniosła głowę aby po kolei spojrzeć na każde z ich trójki. Już zaczynało widać jej odkrywający się dekolt. A rudzielec minęła kolegę i uklękła przy jakimś worku i zaczęła czegoś w nim szukać. Więc chwilowo Egon widział głównie jej pochylone, nagie plecy. - Ja też zawsze chciałam ją poznać ale nigdy nie miałam okazji. Zresztą Fanriel też. To elfka a wiecie jakie one są. Piękne ale zwykle zadzierają nosa. W ogóle nie zwracają uwagi na zwykłych ludzi. - mówiła z przejęciem ale wstała aby łatwiej zdjąć kurtę. Powiesiła ją na wolnym haku i szybko zaczęła zdejmować koszulę.
            - Mam koleżankę co zna je obie. Służyła im obu i bardzo sobie chwaliła. Mówiła, że obie są bardzo wymagające ale ona lubi wyzwania. - Głos łotrzycy był nieco przytłumiony gdy wciąż przeszukiwała worek. I pod pozorem powagi dało się wyczuć nutkę ironii. W końcu wczoraj wieczorem Łasica sama zachwalała swoje spotkanie z dwiema blondynkami o jakich teraz rozmawiali.
            - Ja też lubię wyzwania. I szanuję je obie. - Jutta przytaknęła i znów okazała się gorliwością we współpracy. Co wywołało rozbawione parsknięcie łotrzycy ale wciąż klęczała przy swojej torbie. Mytniczka zaś zdołała się roznegliżować od pasa w górę. Widać było jej nagi biust. Nie tak bujny jak u Burgund ale całkiem kształtny i apetyczny.
            - No i właśnie jak działa ta norsmeńska metoda to zapytaj Egona. Egon powiedz. Czy teraz jest przyjemniej wracać do zdrowia. - Astrid nadal leżała w poprzek pryczy, opierając się o ścianę ale widząc, że sytuacja zaczyna zmierzać we właściwą stronę to uśmiechała się z zadowoleniem. Jutta z ciekawości też spojrzała na wojownika jak on się zachowa wobec tej norsmeńskiej tradycji.

            Egon, kiedy usłyszał o “starej norsmeńskiej tradycji” omal nie parsknął głośno, jednak w ostatniej chwili zmitygował się, próbując przyjąć jakieś pozory powagi. Oczywiście, to wszystko naturalnie był jakiś wybieg Burgund, bowiem sam będąc w Norsce przez jakiś czas i widząc drużyny wracających wojów z dziczy nigdy nie uświadczył dziewcząt rozbierających się przed okrwawionymi i sinymi od zadanych ran Norsmenami. Niemniej, postanowił brnąć w to, co zaczęła.

            – Stara baba, co żem spotkał na północy tak gadała – zełgał wojownik. – Zasłyszałem raz, że guślarka pochodziła z Thorshafn i jeśli jeno wierzyć słowom Norsmenów, to miała w sobie krew olbrzymów. Czy to prawda była, zweryfikować nie sposób! Babka opowiadała, że fluidy, które zapewnia ciało dziewki uleczą każdego woja, byleby była blisko i była przychylna wojowi. Każda może, ale najlepsze są te, co nie są starsze niż dwadzieścia wiosen.

            Tu zamilkł, skubając swoją siwą brodę i próbując przezwyciężyć przemożne pragnienie ryknięcia śmiechem.

            – U Norsmenów to kobiety mają moc leczenia, chłop takich rzeczy dokazać nie umie – ciągnął. – Choćby był i najlepszy guślarz, to i tak pośledniejszy będzie od kobiety, co te same nauki pobierała. Stara gadała, że jak dziewka poświęcona bogom odda się wojownikowi, to w jeden dzień rany zasklepią z powodu życiodajnych soków! Tak nam to stara baba tłumaczyła.
            - No właśnie, tak to u nas jest. - Astrid mimo ran, aż się rozpromieniła, że Egon tak płynnie przejął pałeczkę tej bajery. Nawet Burgund na chwilę podniosła swoją rudą głowę aby posłać mu rozbawione spojrzenie i kciuk w górę na znak aprobaty. Jutta musiała rozdzielić swoją uwagę na ich oboje więc przez chwilę im się na przemian przypatrywała.
            - Takie zwyczaje macie w Norsce? To ty byłeś w Norce Egon? - Chciała się dowiedzieć. Czy uwierzyła im czy nie, to i tak wydawała się zaciekawiona taką legendą.
            - Oj Jutta, Chyba chcesz pomóc Astrid dojść do zdrowia co? - Łotrzyca szybko poszła w sukurs pozostałej dwójce kultystów i zadarła głowę aby posłać mytniczce proszące spojrzenie.
            - Nie, no pewnie. Jak roznegliżowanie aż tak działa… Nawet by mi to do głowy nie przyszło. - Celnik roześmiała się z rozbawienia po czym spojrzała na swój dół. - Ale to trochę zajmie. - Uprzedziła. Wciąż miała na sobie wysokie buty, obcisłe spodnie i pas z bronią. Więc rzeczywiście mogło jej to parę chwil zająć zanim się tego pozbędzie. Na początek zaczęła rozpinać pas a ucieszona Astrid zacisnęła pięść w geście triumfu, że szatynka znów wykazała się pełna dobrej woli do współpracy i integracji.
            - Ale to kobiety Norsmenów tak leczą? A to nie Astrid powinna leczyć mnie? Albo nas? - Jutta na chwilę zmrużyła brwi gdy odpięła pas i powiesiła go na kołku. Spojrzała bystro na kolegę i koleżanki.
            - Jak mi pomożesz zdjąć spódnicę to ci mogę dać lekarstwo z samego źródełka. - Córka jarla poklepała się po podołku. Widocznie samej było jej zbyt trudno się rozbierać zsukni. Albo wolała poczekać aż ktoś jej pomoże. Mytniczka spojrzała na nią rozpinając spodnie. Usiadła obok niej i schyliła się aby zacząć się mocować ze ściąganiem wysokich butów.
            - Bardzo chętnie. Ale poczekaj aż się rozbiorę. - Pokiwała głową na znak zgody po czym zajęła się butami. Burgund zaś w końcu wstała. I zaczęła przypinać do bioder zabawkę jaka pozwalała jej odgrywać mężczyznę. Podeszła do kolegi i pokazała mu worek w jakim grzebała.
            - To mam sprzęt do negocjacji z Juttą. - Zaśmiała się cicho, korzystając z tego, że celnik siłowała się ze swoimi butami. - A ty się nie rozbierasz? W tej kolczudze to wiele nie zdziałasz. - Wskazała wzrokiem na metalowy pancerz jaki wciąż miał na sobie.

            Egon zaczął się rozbierać ze swej kolczugi, sam w zasadzie nieco ciekaw, ile ran zarobił podczas starcia. Kiedy zdejmował kolejne elementy pancerza, jego myśli to przechodziły przez ostatnie zdarzenia, jednak co rusz nie mógł się nadziwić nowemu wynalazkowi Burgund. Rozebrawszy się, obnażył swoje mięśnie i z ciekawością przypatrzył się fallusowi, który Burgund przyniosła. Co jak co, ale nie spodziewał się, że uliczna cwaniara będzie wnosić takie rzeczy na pokład.

            – Za mało tam chłopów macie, co tego potrzebujecie? – parsknął.

            Obracał w dłoniach kawał drąga doczepiony do paski.

            – Dobra… To co, zaczynamy to leczenie? – zapytał z błyskiem w oku.

            - Oj Egon, no co ty… - Łotrzyca aż przekrzywiła głowę jakby powiedział coś niestosownego. - Jak portowa dziewczyna z ferajny jedzie do stolicy to przecież nie może wyglądać jak jakaś tandetna wieśniara ze wsi. - Mruknęła z nieco przesadnie udawaną urazą. Ale w oczkach miała figlarne błyski. I na sylwetkę już rozebranego kolegi i na dwie koleżanki obok. Jutta wreszcie uporała się i z butami, i spodniami, i bielizną. I wreszcie była ubrana stosownie do leczenia rannych wedle “starej, norsmeńskiej tradycji”.
            - O, ty też oberwałeś? - Teraz mytniczka zauważyła parę świeżych cięć na ramieniu wojownika. Podeszła do niego bliżej i pogłaskała go czule po nagim torsie. Na rozgrzane od walki i emocji ciało jej kobiecy dotyk rzeczywiście wydawał się być przyjemnie kojący i pobudzający jednocześnie.
            - Ja tu się zajmę a ciebie to Astrid bardziej potrzebuje. - Burgund szybko wtrąciła się ale tak stanęła aby kolega choć trochę ją zasłaniał od nowej koleżanki. Ta zaśmiała się i spojrzała jeszcze z zaciekawieniem na gotowe berło Egona ale rzeczywiście odwróciła się do nich tyłem. Z ich perspektywy nakryła swoim ciałem norsmeńską szlachciankę i widzieli jak zaczynają się całować. Łotrzyca też pozwoliła sobie chwilę to oglądać po czym trąciła kamrata w ramię.
            - No to jak ci mówiłam. Jak się jedzie do stolicy to nie może być, żeby się ferajna musiała za ciebie wstydzić. - To mówiąc pokazała otwarty worek w jakim do tej pory grzebała. I widać w nim było pełno klamotów jakie ona i jej koleżanki lubiły sobie urozmaicać zabawy. Jakieś pęta, skórzane kajdany, kneble i liny. Zupełnie jakby zgarnęła ze sobą przenośny zestaw i chciała się nim teraz koledze pochwalić. - Zobacz na to. - Sięgnęła po jakiś słoik. Wyglądało, że w środku jest coś w stylu rybiego pęcherza wypełnionego czymś mlecznym. - To nasienie zwierzoludzi. Z Łasicą zebrałyśmy po tamtym pikniku w lesie. Mówią, że to wzmaga potencję i mężom i kobietom. Ale wiadomo, łatwo się psuje. Ale lady Soria nam pomogła. Zrobiła jakąś sztuczkę i powiedziała, że póki pęcherz nie będzie otwarty to będzie świeże jak prosto od koziołka. - Zaśmiała się wesoło tłumacząc co takiego jest w tym słoiku. - I to też wzięłam. W sumie nie wiem po co. Ale pomyślałam, że może się przydać. Najwyżej przywiozę z powrotem i tyle. - Z pewnym zakłopotaniem pokazała na dwie czy trzy strzykwy jakich używali do zasiewania. Tylko te były złożone a więc puste. - Jaja mam w drugim słoiku. - Wskazała gdzieś w głąb worka. - No i mam jeszcze to. Sama lady Soria mi to dała. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wyjęła małą buteleczkę. Właściwie fiolkę. W niej był jakiś przezroczysty, lekko różowy płyn. Trochę gęstszy niż woda. - To jej esencja. Można dolać do wina albo jedzenia. To libido skacze, że hej. I jej i jemu. A jak by wypić całe o tak jak jest to podobno nie do opisania. Tak mówiła. Ja jeszcze tego nie próbowałam. - Powiedziała co jest w tej małej fiolce. Po czym zerknęła na sytuację na pryczy. Mytnik zdążyła zejść z pocałunkami do brzucha Norsmenki i właśnie zbliżała się do jego strategicznego miejsca. - Myślę, że dla Jutty to nie potrzebne. Ale kto wie kto się trafi po drodze? Może nie wszyscy będą dla nas tak mili jak ona? - Pomachała fiolką i wrzuciła z powrotem do worka. - Na pejcze i baciki to raczej tu nie mamy miejsca. Może wieczorem w “Łabędziu”. Ale jakbyś coś potrzebował z reszty to bierz. - Niczym dobra kamratka, zachęciła kolegę aby się częstował tym ekwipunkiem jaki zabrała na wypad do stolicy.

            Egon otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Burgund, wierna swemu Mrocznemu Patronowi, naprawdę wniosła na pokład nie jeden, nie dwa, a zdawało się, cały arsenał pejczów, ćwieków, sznurów i innych jeszcze narzędzi. Przez parę oddechów Egon, na podobieństwo dziecka, szperał w skrzyni, odnajdując w niej rzeźbione fascinusy. Zdało się, że ten, co je rzeźbił wykazał się wyobraźnią zaiste godną demonów, bowiem każdy z rzeźbionych drągów miał fikuśne wzorki, inne zaś posiadały wybrzuszenia w odpowiednich miejscach czy też pręgi, które miały wzmóc przyjemność używającej ich niewiasty. Jeszcze inne były zszyte i złączone skórą po dwa, zapewne po to, by wejść w oba otwory kobiety.

            – Dziś walczyłem toporem, ale teraz to będzie moja nowa broń – wyciągnął z wnętrza potężny, hebanowy drąg, który u swego zwieńczenia był prawie tak gruby, jak pięść Egona. – Ejże, Jutta, nie zabieraj Astrid całej do siebie, ja też chcę pomedykować.

            I z krótkim śmiechem zrobił odpowiedni gest, zbliżając się do Astrid i Jutty.

            – Astrid, rokraczże nogi, trza mi najpierw obejrzeć – zaśmiał się jeszcze.

            Dwie koleżanki jakie się sobą tak namiętnie zajęły, przez chwilę zapomniały o stojącej obok dwójce. Zaś Burgund energicznie pokiwała głową i uśmiechnęła się. Widać było, że ucieszyła się gdy kolega wśród zabranych przez nią zabawek znalazł coś dla siebie. Wtedy odłożyła worek na podłogę i przyglądała się jak dwie koleżanki spojrzały na niego. Też nie miały mu za złe, że do nich dołączył.
            - No skoro to dla zdrowia Astrid to pewnie. - Jutta nie oponowała. Odsunęła się od gościnnych ud norsmeńskiej skald aby zrobić miejsce dla Egona. I obserwowała z ciekawością co się teraz stanie. Norsmenka także czekała w gotowości, posyłając mu prowokująco, lubieżne spojrzenie. Już nie wydawała się taka obolała jak na początku, gdy ostrożnie ją kładł na tej pryczy.
            - I to jest prawdziwy mężczyzna. I wojownik i kochanek. - Mruknęła z aprobatą, wcale nie speszona jak bardzo fizycznie nad nią górował. Burgund stanęła obok pryczy aby lepiej widzieć co się teraz będzie działo.

            Egon, czasem spoglądając za siebie - na Burgund i na Juttę, bo ciekaw był, czego też Burgund dokaże z Juttą - począł delikatnie pieścić Astrid w miejscu, gdzie według starej baby z Norsci miały wypływać lecznicze soki. Upewniwszy się, że Astrid, rozgrzana już wcześniej przez Juttę, będzie odpowiednio spolegliwa, toteż wpychał i wyciągał palce w samą Astrid, rad usłyszeć z jej strony jęki.

            Urabiając odpowiednio dziewkę z Norsci, gladiator spojrzał za siebie: miał bowiem nadzieję, że Burgund podprowadzi odpowiednio rudowłosą mytniczkę. Egon miał bowiem jej wkrótce zaproponować, aby dołączyła do nich, na pozór jako rzecz związaną z interesem na rzece, z czasem jednak Egon chciał wykorzystać mytniczkę jako odpowiednie wsparcie na rzece i Morzu Szponów do łowienia brańców.

            Zostawiwszy rzecz na razie Burgund, Egon jął się próbowania kobiecego ciała: wziął wielki drąg i delikatnie wpychał go w kobiecość Astrid.

            – Dawajże, Astrid – mruknął. – Stare legendy prawią o wojach, co przepili, przewalczyli i przejedli najtęższe olbrzymy. Weźmiesz w siebie to? To też godne olbrzyma, obaczmy, czy żeś godna śpiewania sagi o ciebie! Ha-haha!
            Na razie to wyglądało, że wszystkie trzy koleżanki są ciekawe zamiarów kolegi. A gdy już się zorientowały to jeszcze bardziej. Gladiator miał dwie smukłe, nagie sąsiadki po każdej ze swoich stron. Od strony drzwi stała celnik a od szafy Burgund. Z zafascynowaniem obserwowały jak Astrid sobie poradzi z drągiem takich rozmiarów jaki ofiarował brodacz. Córa północy najpierw jakby zdębiała gdy zobaczyła to co jej naszykował. Ale szybko przygryzła wargę i zachęcająco machnęła dłonią aby kontynuował.
            - No to chodź. Pokażę ci co potrafi prawdziwa Norsmenka. - Wyjęczała jakby znów wlało się w nią pożądanie tak sprawnie zaczęte przez mytniczkę. Potem przygryzła wargi i cicho jęczeć, jakby była zbyt dumna aby krzyczeć czy zdradzać jakieś obawy. Dwie koleżanki nadal to obserwowały.
            - Lady Fabienne pewnie by dała radę takiej sztuce. - Mruknęła towarzysko łotrzyca.
            - Jak jakaś wyperfumowana Bretonka da temu radę to ja tym bardziej! - Astrid zaperzyła się jakby potraktowała to jak wyzwanie. I machnęła głową na Egona aby zaczął śmielej dokazywać. A ten aż widział jak na jej płaskim brzuchu przesuwa się wybrzuszenie do tej zabawki jaką w nią wsuwał.
            - Jutta pozwól na chwilę. - Burgund wezwała słowem i gestem celniczkę. Ta podeszła ciekawa czego chce ale też nie chciała tracić widowiska na pryczy. Więc nie spodziewała się jak ruda szybko obróciła ją i popchnęła na tą pryczę. Szatynka sapnęła cicho z zaskoczenia i starała się tak zaprzeć dłońmi aby nie uderzyć Norsmenki. W końcu wylądowała z nią twarzą w twarz. - Miałaś pomóc Astrid wrócić do zdrowia. - Przypomniała jej Burgund.
            - A no tak. - Jutta uśmiechnęła się ale nie była przeciwna. Znów zaczęła całować usta dziewczyny z północy. Ale odwróciła się nagle do tyłu. - Co robisz? - zapytała patrząc na dziewczynę z ferajny.
            - Pomagam ci się przygotować na twoją kolej. - Burgund zaśmiała się i wskazała wzrokiem na zabawkę jaka już mocno była w trzewiach Astrid. I w tym momencie sama władowała się we wnętrze mytniczki. Z początku ostrożnie ale klaskający rytm bioder o pośladki przyspieszał co wskazywało, że zabawa szybko nabierała tempa.

            Egon tymczasem bez ceregieli testował Astrid. Choć on sam wybrał Pana Krwi jako swojego patrona, nigdy nie mógł oprzeć się pokusie, aby przetestować, ile może wytrzymać kobiece ciało. Bicze i kajdany leżały bezpiecznie w sakwie Burgund, jednak fascinus, który Egon wydobył, zdawał się działać w dwójnasób albo i dwójnasób, sugerując się jękami i posapywaniami Astrid. Koniec końców zamierzał posiąść trzy z dziewek, a jeśli by los mu krotochwili przysporzył, gotów był wetrzeć w swe berło nasienie zwierzoludzi, a może i nawet wypić, jeśli by to coś miało pomóc.

            Póki co jednak, rytmicznie zabawiał się przyrodzeniem Astrid, miarkując, jak głęboko wchodził czarny, długi i gruby pal, który przywodził na myśl chwosty zwierzoludzi, długie, pokryte żyłami i czarne, jak to u przeklętych odmieńców. W międzyczasie macał lubieżnie pośladki Norsmenki, próbując, czy i drugi naturalny otwór dziewczyny był tak spolegliwy, jak pierwszy.

            – Co, myślisz, że jeden weźmiesz w siebie, to robota skończona? – prychnął, rozbawiony, macając swe nabrzmiałe krocze. – Jeśliś zaprawdę godna sagi, weźmiesz mnie i to długie, ha, ha, ha – mroczny śmiech Egona wbił się w rytm mokrych plaśnięć. – Co rzekniesz, Astrid? Dziś poznam ciebie na nowo!

            Egon myślał, że koniec końców posiądzie ze trzy na raz - choć sam miał zaledwie jedno przyrodzenie, ramiona miał dwa i jeśli przyszło by co do czego, musiał dać odpór trzem dziewkom, z takim samym uporem, jaki dał zielonoskórej hordzie.
            Astrid wyglądała jakby przyjmowanie w siebie gościa tych rozmiarów, było dla niej sporym wyzwaniem. Oddychała coraz ciężej i widać było jak pot błyszczy na jej skroniach. Blond kosmyki co jakiś czas spadały jej na twarz ale je odruchowo odgarniała. Nagie piersi falowały jej w rytmie nadawanym przez oba ciała. Nawet Jutta na chwilę przerwała zabawę aby przyjrzeć się tym miłosnym zmaganiom. Burgund która stała ramię w ramię, ze swoim kamratem, miała wgląd w sytuację podobny do niego. I chociaż nie przerywała zbawy z gościnym wnętrzem mytniczki to zerkała co się dzieje między udami Norsmenki.
            - Myślisz, że taki drobiazg mnie zmoże? Jestem Astrid Stemmenstend. Dawaj co tam masz! - Próbowała nadrabiać pewnością siebie i własną dumą. Ale dało się wyczuć, że wcale nie jest jej łatwo. Pozwoliła jednak aby Egon się w niej ugościł także z tej drugiej strony. Te wzajemne zmagania wywołały szepty podziwu u dwóch sąsiadek.
            - No dobra. To zobaczymy co są warte dziewczyny z północy. - Burgund nagle trzepnęła nagi tyłek celnik i wyszła z niej. Przepchnęła się obok niej, spychając ją na boczny tor. I władowała się stając okrakiem nad leżącą skald. I przypiętą zabaweczką, jaka wciąż błyszczała wilgocią po wnętrzu Jutty, władowała się w usta Norsmenki. Widać było, że też była ciekawa jakie są możliwości blondwłosej kochanki. Naga urzędniczka z ratusza jako jedyny widz, usiadła tuż obok ich trójki i chłonęła to widowisko.
            - Ale pięknie razem wyglądacie. - Sapnęła z zachwytu zerkając po kolei na każdego uczestnika tego trójkąta.
            – Aaa… Może być i to… – Egon z uznaniem pokiwał parę razy swoją brodatą głową, uznając umiejętności Norsmenki. – Wcale nieźle, wcale… Brałem dziewki z Delberz, co nie podołały temu tu – klepnał wielki drąg, który nadal był w połowie Astrid.

            Egon uczynił przywołujący gest. W międzyczasie wyciągnął z torby Burgund jeszcze jeden fascinus, nieco mniejszy, ale wyrzeźbiony w jakieś dziwne wzory i wyżłobienia.

            – A czemu jeno Astrid ma zbierać to najlepsze? – zapytał. – Dalej no, ustawcie się. Pierwsza, druga, trzecia, wespół. Wezmę Juttę pośrodku, ty Burgund i Jutta będziecie po bokach. Dalejże… Co, myślicie, że mi się nie uda? – gladiator zaśmiał się złośliwie. – No, dalej! Trza tego medykowania użyć, jeśli prawdą było to, co babka w Norsce opowiadała.
            - W tym Delberz to pewnie są jakieś same wieśniary. - Wysapała nieco już zdyszana Burgund. Pieczołowicie penetrowała swoją zabawką usta i gardło Norsmenki, że aż widać było na zewnątrz jak jej tam wszystko pracuje. A z ust i przyrodzenia zaczął ściekać nadmiar śliny. I kołysał się u brody Astrid w rytm pląsów jakie z nią wyczyniali. Na propozycję kamrata, trzy koleżanki zareagowały pozytywnie. Z tym, że skald z pewnym opóźnieniem, dopiero jak łotrzyca wyszła z jej ust i miała chwilę na złapanie oddechu i zorientowanie się co się dzieje. Teraz na całej skórze błyszczał się pot. Na szyi, obojczykach, piersiach, brzuchu, ramionach i udach. Widać było, że całe jej ciało przeżywa te brutalne przyjemności.
            - Chcesz to we mnie wsadzić? - Jutta w tym czasie miała okazję przyjrzeć się co jeszcze gladiator wyjął z torby rudzielca. Wydawała się trochę zafascynowana a trochę i obawiała się tej proby.
            - No co ty? Nigdy w zamtuzie nie pracowałaś? - Burgund roześmiała się z rozbawienia. Po czym przejęła sprawy w swoje ręce. - Pomogę ci. - To mowiąc złapała za nagie ramiona mytniczki i przechyliła je ku pryczy. Ta zaskoczona nieco sapnęła ale naga stopa łotrzycy wylądowała na jej głowie, przyciskając ją do dołu. Dzięki czemu tylne, zgrabne wdzięki Jutty zaprezentowały się Egonowi w całej okazałości. - Nie mówi, że z Hubertem i Oksaną się tak nie zabawiałaś. - Ruda docisnęła stopą twarz mytniczki do pryczy jakby chciała ją zmusić do mówienia.
            - No zabawiałam. Po prostu dawno tego z nimi nie robiłam. Ale z wami chętnie to poćwiczę. - Chyba nie było tak źle, bo nawet prowokująco zakołysała swoim kuperkiem aby podkreślić, że jest gotowa na taką zabawę. Wtedy Burgund cofnęła stopę z jej twarzy.
            - No to jesteśmy umówione. - Prychnęła z zadowolenia i zrobiła krok nad brzuchem Astrid. Po czym sama stanęła na czworakach, wypinając się kusząco ku gladiatorowi. Z tej strony, jej wdzięki tancerki, zaprezentowały się co najmniej tak samo powabnie jak te mytniczki, po prawicy kolegi.

            Egon jednak nie mówił nic. Złapał za dwa drągi - jeden w lewej dłoni, drugi w drugiej i kiedy tylko trzy dziewczęta ustawiły się, jak im przykazał, rżnął wszystkie trzy na raz, Juttę zaś, która była pośrodku, brał on sam. Trudna była to praktyka, podobna chyba do roboty bębniarza wojskowego, który zawsze musiał utrzymać rytm. Trzymał się jakoś na Juttcie, za każdym razem trafiając w nią raz po raz, jednak wygodzić musiał i Burgund, i Astrid. Wpychał wielkie drągi w dziewki to raz z lewej, to z prawej, pilnując musztry, żeby wszystkie zebrały odpowiednią dozę.

            – Ha-haha – zaśmiał się Egon. – To będzie szło od sagi, prawdaże? – zapytał, skory do krotochwili. – Tak was przyuczył Hubert, pewien jestem tego.

            Sam skupił się na zadku Jutty, pchając raz po raz. Ciekaw był, skoro już raz wzięła ją Burgund, to na ile on sam mógł sobie pozwolić? Lepkie, mieszające się z potem fluidy ściekały z dziewek, Egon zaś wygadzał im we trójkę. Gotów był nawet i spłodzić z rudowłosą, która była na samym środku, jednego albo i dwójkę bastardów. Wiedział, że mytniczka, wiedziona chucią, rada przyjęłaby cokolwiek, na podobieństwo nastoletniej poćpiegi, zbałamucona knowaniami Burgund. Lub też, może by zgładziła potomstwo, zażywając miodnik albo napar z wierzby? Wojownik z mrocznym rozbawieniem wytrysnął w łono rudowłosej klaczy, która z rozkoszą jęczała wespół ze swymi przyjaciółkami.

            Burgund jednak okazała się przednią kurtyzaną. Wiedziała, jak wziąć w siebie kawał drąga i jej ciało rozciągało się cudownie, nie to, co Astrid - choć córka jarla miała w sobie wiele dumy, to jednak ambicja i upór nie były tym samym, co doświadczenie ulicznicy, co z niejednego pieca jadła.

            Pochwycił Juttę za włosy i rzekł:

            – Ano, rzeknij mi no… Podobało się wam…? Dasz mi tego fluidu zwierzoludzi, to wezmę was po kolei raz jeszcze! – zaśmiał się Egon.

            Myślał jednak o tym, co miał powiedzieć zaraz: o tym, że wkrótce statek zostanie przejęty przez nich. Martwił się, jak to przyjmie Jutta, ale, może teraz być może będzie bardziej zdatna do urobienia? Teraz, kiedy doszła wiele razy pod nim?

            Reczywiście wszystkim przydała się przerwa. Po tych harchach, na trzeszczącej z wysiłku pryczy panował niezły rogardiasz. Burgund zmęczona tymi figlami, opuściła swoje zgrabne nogi na podłogę. Znów prowokowała swoim wypietym zgrabnym kuperkiem ale tym razem chyba niechcący. Jutta leżała bokiem, między nią a blondynką. Ciężko oddychała tak samo jak koleżanki. Machinalnie głaskała brzuch Astrid. Blondynka nadal leżała na wznak. Chociaż osunęła się po ścianie i teraz leżała głową w stronę szafy. A dopiero co fikali wszyscy na całego. Była ladacznica zajęczała z półprzytomnej rozkoszy gdy wojownik w niej skończył. Ale i tak jeszcze siłą rozpędu baraszkowali razem jeszcze trochę. Jutta też okazała się wyuzdana i namiętna. Sapnęła tylko jak Egon brutalnie złapał ją za włosy ale nie protestowała. Astrid chyba otworzyła się rana bo widać było czerwony zaciek pod opatrunkiem barku. Ale w tej miłosnej kotłowaninie zdawała się tego nie zauważać.
            - A pewnie, że jest warte sagi. Coś o Egonie Trzy Drągi. Co po rzezaniu orków tymi trzema drągami, trzy niewiasty wychędożył. - Astrid wymruczała sennie i trochę nie było wiadomo czy żartuje czy nie. Ale z pewny opóźnieniem, dwie koleżanki zaśmiały się gdy do nich dotarło co powiedziała.
            - No tak, z Hubertem i Oksaną było świetnie. Zawsze jest. Ale zawsze byliśmy we trójkę. A tak, że z kimś innym takie zabawy jak teraz to rzadko. Było przednie. - Jutta też się nie skarżyła. Wydawała się być rozleniwiona i szczęśliwa.
            - To dobrze, że ci się podoba. Bo wieczorem druga runda. W “Łabędziu”. - Burgund machnęła ku niej ręką. I teraz pozostałe dwie się zaśmiały z rozbawienia. Odkryła jednak, że nadmiar kleistej wilgoci spływa z jej wnętrza. Więc złapała za nagie, spocone ramię mytniczki i przystawiła tam jej twarz aby się nie zmarnowało. Szatynka chętnie przyjęła taką rolę. A to pozwoliło łotrzycy skojarzyć o co jeszcze pytał kolega.
            - A ten fluid zwierzoludzi. - Musiała przełknąć ślinę aby dalej mówić. I nawet się uśmiechnęła. - To nie działa tak od razu. Działa jak zapach. Jak tabaka. Znów się chce. Ale to trochę trwa zanim zaskoczy i im dłużej się nawdychasz tym mocniej działa. Dobrze wylać na coś i niech paruje. - Posłała mu krzywy, złośliwy uśmieszek, patrząc z góry w oczy mytniczki i na rozleniwioną Norsmenkę. - Ale można też wypić. Daje w żyły od środka. Można też posmarować tym mlekiem przyrodzenie albo zabawkę co ma wbijać się do środka. Ale w przypadku głównego wejścia kobiet to trzeba z ty uważać. W końcu to fluid zwierzoludzi. Więc może zajść w ciążę jakby z nimi spółkowała. - Wydawała się bardzo rozbawiona udzieloną instrukcją bo złośliwy uśmieszek przebijał się przez jej zmęczenie. Tego jednak Jutta już nie wytrzymała.
            - Naprawdę macie fluid zwierzoludzi? - Zamrugała oczami i jeszcze spojrzała pytająco na Egona. Astrid zaśmiała się cicho z rozbawienia. W końcu z całej czwórki, tylko mytniczki nie było tydzień temu na orgii przy Zachodnich kamieniach. Burgund w odpowiedzi wsadziła jej w usta swoją zabawkę i zaczęła traktować tak jak niedawno usta Norsmenki.
            - No tak, to jest takie ryzyko. U nas czasem tak robią. Jak chcą jakiejś konkurentce dokuczyć. To trzeba zwykle się postarać aby taki fluid się u niej znalazł w jej wnętrzu, czasem kogoś do pomocy wziąć bo najłatwiej przy chędożeniu. No i może wtedy zajść w ciążę ze zwierzoludziem nawet jeśli w życiu żadnego nie spotkała. A czasem tak każemy jakąś krnąbrną niewolnicę. - Wymamrotała co jej się przypomniało z jej rodzinnych stron. I powoli senność zdawała się odchodzić z jej głosu i twarzy.

            – Mmm, zatem postanowione – Egon rzekł bardziej do siebie niż do kobiety. – Jutto, po tym wszystkim, zajdź z nami do milady Froyi. Rzekniemy dobre słowo o ciebie, pewien jestem, że wyjdzie to wszystkim na dobrze.
            Tu zmilczał i rzucił spojrzenie w stronę Burgund. Choć chciał podprowadzić Juttę, żeby rzec jej o szykującym się interesie na rzece, zawahał się. Może okręt nie był najlepszym miejscem, żeby głośno gadać takie rzeczy? Koniec końców, ktoś mógł nadstawiać uszu… Egon postanowił pozwolić Burgund podjąć decyzję, czy tutaj, czy już na Łabędziu. Zdało się, że Jutta została należycie urobiona.
            - Oh naprawdę? Będę mogła z wami pójść do lady Froyi?! - Ta obietnica od razu ożywiła celniczkę. Burgund zaśmiała się ale puściła ją. Naga szatynka więc oderwała się od niej i przyklękła przed gladiatorem, biorąc jego berło w dłoń. - Oh dziękuję. To byłoby wspaniałe. Zawsze chciałam ją poznać. Nawet bardziej niż lady Fanriel. Bo ona jest elfką a elfy to zawsze są trochę obce. - mówiła gorliwie i zadzierając głowę aby spojrzeć w twarz Egona. Po czym aby okazać swoją wdzięczność do pieszczot jakie serwowały mu jej dłonie, dołączyła także swoje usta. A te okazały się całkiem utalentowane. Co gladiator widział z góry i czuł z dołu. Rudowłosa ladacznica podeszła do nich i przez chwilę przypatrywała się temu widowisku dwójki kochanków.
            - Ależ Jutta, kochaniutka, nie doceniasz nas. - Złapała za głowę celnik i nakierowała ją na swoje przypięte przyrodzenie. Więc usta i gardło szatynki teraz pracowało nad nią. - Jak się postarasz i będziesz użyteczna, to może być dopiero początek owocnej współpracy. No sama powiedz. Czy nie podoba ci się taka wspópraca? - Łotrzyca użyła dość ogólnych sformułowań na tyle, że także pasowały do zabaw jakie właśnie uprawiali. Ale mogło jej też chodzić o bardziej poważne interesy jakie kultyści miarkowali względem rzecznych spraw.
            - Bardzo. Bardzo mi się podoba taka współpraca. - Jutta oderwała się na chwilę od swojego zajęcia i uśmiechnęła się do nich obojga. Widać było jak ślady świeżej wilgoci spływają jej z ust i brody. Wtedy także Astrid o sobie przypomniała. Syknęła cicho jak wstawała ale dała radę to zrobić. Stanęła z trzeciej strony więc klęcząca szatynka, znalazła się teraz w pełnym okrążeniu. Teraz ona złapała za kasztanową głowę i wbiła ją w swoje łono. Jutta szybko odnalazła się w nowej sytuacji.
            - Podoba mi się twoje zaangażowanie Jutto. Jeśli będziesz tak starać się dalej, czeka cię jeszcze wiele przyjemności i droga do chwały i sławy godna uwiecznienia w sadze. Tą którą właśnie piszę. Wszystkie godne wzmianki postacie będą w niej wymienone. O Froyi i Fanriel też wspomnę. W końcu brały udział w naszym epizodzie podróży i po powrocie zawrzemy z nimi przymierze i przyjaźń. Chciałabyś mieć miejsce w takiej sadze? - Blondynka zdawała się patrzeć na sytuację przez pryzmat sagi o swoich przygodach na ziemi płudniowców. Ale nawet jak stała naga i spocona, z krwawym zaciekiem spod opatrunku na barku i przyciskając twarz mytniczki do swojego łona, potrafiła się zdobyć na podniosły, dumny ton, jakby opisywała epickie wydarzenia legendarnych herosów.
            - O tak! Bardzo bym chciała się znaleźć w takiej sądzę! Razem z wami i lady Froyą i Fanriel! - Jutta pokiwała gorliwie głową na znak pełnej zgody. Chociaż nadal nie wiedziała nic o planach związanych z rzeką. Widząc to, Burgund roześmiała się i objęła jednym ramieniem Egona a drugim Astrid.
            - Widzicie jaka Jutta jest teraz milutka? Myślę, że to dobrze wróży wspólnej przyszłości. I na kontynuację dziś wieczorem. A wiadomo, że na takie rozmowy to najlepsze są wino, kobiety i chędożenie! - Łotrzyca roześmiała się radośnie a Astrid jej zawtórowała. Gdzieś tam z dołu dobiegło ich zapewnienie rzecznej urzędniczki, że jest gotowa i chętna na współpracę.

            Egon pokiwał głową z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Co prawda pozostała jeszcze kwestia przejęcia statku, o którym Jutta nie wiedziała, ale liczył, że Burgund do czasu rozmowy w Łabędziu urobi ją na tyle, że przełknie tyle, ile tylko jej dadzą. Posiadanie mytnika w kulcie, który zna rzekę i Morze Szponów byłoby nielada atutem, nie mówiąc już o statku, który będzie łowił całe rzesze brańców, którzy zasilą sprawę.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach jako Otto "Puste Oko"
              napisał ostatnio edytowany przez
              #330

              Otto i Teofano

              Otto uśmiechnął się trochę do siebie. Miał nadzieję, że frau Lebkuhen będzie zainteresowana jego ponowną wizytą.
              - Rad jestem, że twej matce spodobały się me usługi. Oczywiście przybędę na kolejną wizytę. Możesz jej przekazać, że z niecierpliwością będę wyczekiwał dnia.
              - Dobrze, to przekażę matce, że do nas przyjdziesz w Backertag. Tak najlepiej jakoś w południe, jak ojca nie będzie. - Teofano ucieszyła się i radośnie pokiwała głową, że mnich przyjął zaproszenie od jej matki. Więc wyglądało na to, że obie strony są chętne na to spotkanie u Lebkuchenów za dwa dni.
              - A co z Gelą? Myślisz, że coś powinnam z nią zrobić inaczej? Właściwie poza zabawą z Margo to nie mam zbyt wielu doświadczeń z kobietami. Ale Margo jest uległa i zawsze robi co jej każę. A Gela jest taka żywiołowa, wesoła. No i silna, młoda i jędrna. Myślę, że mogłaby być dobrą muszą matką. - Młoda cukiernik nieco się stropiła gdy prosiła o radę w sprawie pracownicy ich rodzinnej cukierni.
              - Dobra musza matka, to chętna musza matka. - zaznaczył mnich - Nie chcielibyśmy, aby czuła prawdziwe obrzydzenie do swych maleństw, urabiaj ją na razie. No i, jeżeli jest taka żywiołowa, może zobaczyłabyś czy ciebie by wzięła w obroty. - uśmiechnął się mnich - Czy ja mogę ci jakoś usłużyć moja droga? Poza zasianiem, ponieważ niestety nie mam odpowiednich środków.
              - Obrzydzenie? Do naszych maleństw?! - Teofano zareagowała ze szczerym oburzeniem na taką myśl. I opiekuńczo położyła dłoń na wypełnionym czerwiami brzuchu. Choć na razie nic nie zdradzało jej stanu sromoty. Wydawała się tratkować swoje potomstwo podobnie jak zwykłe matki, traktują swoje dzieci. Po chwili jednak złość opadła i ze zrozumieniem pokiwała swoją kasztanową głową. - No tak. Wiele kobiet pewnie by nie zrozzumiało jaki to zaszczyt i szczęście. Nie wszystkie mają tak wielkie serce jak lady Odette i Fabienne. Nawet ta ladacznica z zatuza okazała się poczciwą kobietą. Nawet Margo początkowo była mocno niechętna. Ale teraz już mniej. Chyba nawet jej się spodobało. A przynajmniej nie protestuje przed następnym zasianiem. - Westchnęła jakby bolało ją, że tak niewiele kobiet rozumie robacze posłannictwo. I znów pogłaskała swój dość płaski na razie brzuch. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do jednookiego.
              - Gela by miała wziąć w obroty mnie? Przecież ona jest tylko czeladnikiem cukiernika. Dopiero się uczy. Ja już skończyłam szkolenie i jestem pełnoprawnym cukiernikiem. - Uśmiechnęła się dumnie jakby to była dla niej wielka różnica społeczna. No i w świecie mieszczaństwa rzeczywiście jej rodzina należałaby do bogatej elity z dobrym nazwiskiem. Może nie na tyle aby myśleć o równaniu się ze szlachtą ale nie licząc jej to na mogła patrzeć na większość mieszczan z góry. - No dobra, dobra wiem, chodzi ci o takie figle z nią jak z Margo. - Pokiwała głową jakby była na tyle bystra, że domyśliła się o co rozmówcy chodzi. - No może. Zobaczymy. Ona chyba nie ma doświadczeń z kobietami. Ale zrobię tak jak mówisz, postaram się ją bardziej wybadać. Jutro też ją wezmę na zaplecze. Mam trochę tremę ale zobaczymy. - Cukiernik uśmiechnęła się trochę nerwowo na myśl o jutrzejszym spotkaniu ale wydawało się, że determinacja aby zdobyć nową muszą matkę jest silniejsza od tremy. Wzięła głębszy oddech i popatrzyła psotnie na mnicha.
              - Oh Otto. Bardzo ci dziękuję. Nawet nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Dalej bym się męczyła z tymi snami o robaczej ciąży i bym nie wiedziała o co chodzi. - Podeszła na tyle blisko, że pocałowała go krótko w usta aby okazać wdzięczność. I zaczęła dłońmi przesuwać po jego habicie. - No i właściwie to jesteś ojcem naszych dzieci. - Położyła jego dłoń na swoim brzuchu. Czuł materiał sukni nagrzany od ciała ale jeśli w trzewiach cukiernik buszowało już życie to jeszcze zbyt słabo aby wyczuć ruch. - No a ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla siebie. Więc jeśli coś bym mogła teraz dla ciebie zrobić… - Wymownie zawiesiła głos i spojrzała w stronę drzwi celi. Chwilowo byli tu sami. Jednak za nimi wciąż trwało intensywne sprzątanie po wariactwach pacjentów. Teoretycznie w każdej chwili ktoś mógł go do czegoś potrzebować. Albo i nie. To była trudna do przewidzenia sprawa.
              Mnich objął Teofano, obdarowując ją kilkoma pocałunkami.
              - Bardzo kusisz, aby zaryzykować, ale możemy po prostu spędzić chwilę w swojej obecności. - Otto usiadł na pryczy i usadowił młodą Lebkuhen sobie na kolanach, jego dłoń zaczęła delikatnie pieścić biust kobiety, a jego usta muskać jej szyję.
              - Właścwie, to nie mieliśmy ostatnio dla siebie czasu. Gdybyś jutro znalazł przed wizytą u mojej matki albo po… To też by było bardzo miło. No i moglibyśmy zasiać Margo. I mnie. - Młoda cukiernik bez oporu dała się pociągnąć na kolana jednookiego. I syciła się jego dotykie i pocałunkami. Przez chwilę tylko tak siedziała a on miał przyjemność oglądania jej, dotykania i całowania z bliska. Rozluźniła się i chociaż chwilowo zapomniała, że za drzwiami, w każdej chwili może przejść jakiś mnich. Ściągnęła dekolt sukni w dół aby udostępnić kochankowi swoje młode piersi. A w końcu sama nachyliła się ku niemu i zaczęła szukać ustami jego ust, policzków i szyję. - Wiesz, lady Fabienne chyba ma rację. Te moje dzieci jakie noszę, cały czas czynią mnie pobudzoną. - wyszeptała mu do ucha jakby się jej słowa ich bretońskiej kochanki przypomniały.
              - Może tak ma być. - usta mnicha musnęły delikatny biust kobiety - Przyjemność jest jedną z lepszych zachęt, na pewno by to sprowadziło więcej muszych matek. - usta Otto spotkały się Teofano w dłuższym pocałunku - Chociaż, otoczony przez taką gromadkę chętnych kobiet, sam czasem zastanawiam się, czy aby nie zasiać własne plony w jednej z was. - uśmiechnął się trochę łobuzersko.
              - Dlatego pomyślałam o Geli. Ona taka wesoła i towarzyska jest. Więc może jakby poczuła te wspaniałe dzieci w sobie. Tak jak ja i lady Fabienne. To może też by jej się spodobało. I chciałaby jeszcze. Margo też na początku. Nie była taka chętna. A teraz już chociaż nie jest oporna. - Mówiła coraz krótszymi zdaniami w miarę jak poddawała się przyjemności. Pozwalała aby męskie dłonie dotykały jej biust i twarz. I sama chętnie oddawała mu pocałunki. - I zasiać własne plony w jednej z nas? - Z pewnym opóźnieniem zorientowała się co jeszcze jednooki powiedział. Wyglądało na to, że są na dobrej drodze aby za chwilę w pełni skonsumować tą chwilę prywatności.
              - O tak. Wiem, że ty jedynie chcesz własne maleństwa. - oddech Otto również przyspieszył, a piekarka mogło poczuć jego ekscytację pod sobą - Jednak jaki mężczyzna nie chciałby spłodzić armii z takimi pięknościami jak ty. - dłoń mnicha sięgnęła między uda dziewczyny - Szczególnie tak gotowymi, aby przyjąć jego dar?
              - Ah… Ty chcesz mieć dziecko… - Wysapała coraz bardziej rozogniona cukiernik. Przytrzymywała głowę partnera aby móc go całować albo tuliła do swojej piersi. - Ja bym chętnie… Dla ojca naszych maleństw… Tak… Ale ja jestem panną na wydaniu… Przecież wiesz co się mówi o zbrzuchaconych pannach… A ty jesteś mnichem… Nie wiem jak Otto… - Wyglądała na rozochoconą na dobre. Ale jeszcze właściwie kontaktowała z rzeczywistością. Jeśli by dała się zbrzuchacić nieznajomemu, to znacznie trudniej byłoby jej znaleźć wartościowego męża. A gdyby wyszło, że to dziecko mnicha to już w ogóle wyszedłby skandal obyczajowy.
              - Wiem, ale czyż to nie ekscytująca myśl? Ty, ja, noc po nocy… sama możliwość skandalu… konsekwencji… - mnich starał się zaognić wyobraźnię piekarki, umysł działa lepiej na chuć niż jakikolwiek dotyk.
              - Ale… Przecież by nas zlinczowali… Albo wygnali z miasta… - Cukiernik nie mogła przestać myśleć o konsekwencjach takiego skandalu. Chociaż wyglądała jakby było jej coraz goręcej. Wreszcie wstała i zadarła spódnicę aż pokazały się jej smukłe nogi. I usiadła z powrotem, ale tym razem okrakiem. - Muszę ci coś pokazać… Ale to później… Możemy to zrobić jak chcesz. Tylko, żeby nikt nie wszedł. - Chciwie położyła jego dłonie na swoich udach zapraszając go aby pójść o krok dalej w tych zabawach.
              Otto zsunął swoje spodnie i zgrabnym ruchem nabił Teofano na swe berło, rozpoczął delikatnte ruchy.
              - A co… chcesz mi pokazać? - jego oddech był coraz płytszy, najwyraźniej ta zabawa nie potrwa długo.
              - Co? - Głos cukiernik był półprzytomny. Jakby nie pamiętała już o co pyta. Za to energicznie zaczęła podskakiwać na jego biodrach. I to chwilowo ją bardziej zajmowało. A jednak w końcu sobie przypomniała. - A! To! Ale to później. Jak skończymy. - wystękała z trudem i pozwoliła się oddać przyjemności tego ich prywatnego zbliżenia.
              Zabawa nie trwała długo i po kilku chwila Teofano mogła poczuć jak mięśnie mnicha pod habitem napinają się, a po chwili ciepło zaczęło wypełniać jej wnętrze kiedy mnich dotarł do własnego szczytu. Ucałował delikatnie jej szyję kiedy łapał oddech.
              - Wybacz… ale jesteś słodsza niż wszystkie twe wypieki.
              - Ty też. Wiesz, zawsze chciałam to z kimś zrobić u nas w cukierni na tym stole pełnym mąki i ciasta. Ale nigdy nie było okazji. Nawet kiedyś myślałam aby tam Margo zaciągnąć. Ale po zamknięciu niezbyt mam pretekst aby schdzić do cukierni. A poza tym wszystko jest posprzątane. A w dzień to tam jest ruch. Może jakby jeszcze Gelę się udało wtajemniczyć to by się udało wreszcie. - Mamrotała zdyszana i spocona. Gdy opadła w końcu ostatecznie na jego biodra i tak została. Ramionami zaś oplotła jego szyję. Całowała go jeszcze delikatnie w policzek albo usta. I wydawała się bardzo senna i pełna błogości. Gdy nagle ożyła. - Ah! No tak! Bo miałam ci pokazać. - Zaśmiała się jakby jej się to właśnie przypomniało. Wstała i stanęła tuż przed nim. Po czym podwinęła do góry spódnicę. Do samej góry a nie jak wcześniej tylko aby pozwolić kochankowi na swobodny dostęp. - Widzisz? Urosły. - Powiedziała dumnie a teraz i on to dojrzał. Te znamię, trzech czerwi na jej łonie było teraz wyraźniejsze. Jakby się trochę powiększyły. A gdy przesunął palcami to nawet jakby były nieco wypukłe. Zbladły też, już nie wyglądały na namalowane świeżym tuszem, tylko jak dawny tatuaż jaki zblakł od słońca i powietrza. Teofano wydawała się być z tego bardzo dumna i sprawiało jej to dużą radość.
              - Faktycznie, wydasz na świat dużo zdrowego potomstwa. - uśmiechnął się - Co do pierkarni. Zawsze możesz kogoś tam zaciągnąć w nocy, rozsypać mąkę i potarzać się w niej w objęciach rozkoszy. - pogłaskał Teofano delikatniej, pomagając jej się uspokoić - Lub… zawsze możemy coś takiego urządzić gdzieś, znaleźć ustronne miejsce i zobaczyć jak urabiasz ciasto swoim nagim ciałkiem.
              - Urabiać ciasto moim nagim ciałem? - Brwi cukiernik powędrowały do góry jakby nie spodziewała się tego usłyszeć. Ale szybko uśmiechnęła się na znak, że podoba jej się taki pomysł. - Bardzo bym chciała. Zwłaszcza z kimś kogo lubię. - Uśmiech zrobił się trochę krzywy ale nie tracił na wesołości. - No ale najbardziej bym chciała u nas. Tylko nie wiem jak wymyślić aby mieć trochę spokoju w środku dnia, aby to zrobić. Musiałabym zamknąć się na ten czas w kuchni. W środku dnia to trudne. - Nie zrezygnowała jednak ze swojej fantazji o paru chwilach namiętności we własnej cukierni. - Może jakby któraś z milady przyszła i bym jej miała coś pokazać? Ale wtedy to pewnie rodzice by ją oprowadzali. Sama nie wiem. Ale mniejsza z tym! W innej piekarni też może być. - Była w dobrym humorze to nie chciała być gderliwa. Poprawiła swoją bieliznę i opuściła spódnicę. Starała się teraz doprowadzić do porządku po tej chwili zapomnienia na jaką sobie pozwolili.
              - Jestem pewny, że Fabienne i Odette by coś wymyśliły, aby mieć cię na wyłączność. - uśmiechnął się mnich i poprawił też własny ubiór - Zawsze coś co możesz sobie wyobrażać, kiedy jesteś sama w łóżku.

              • No tak, one to na pewno. A lady Odette to już w ogóle. Gdzie się nie pokaże to się tłumy zbierają. Jeszcze tydzień temu to by mi do głowy nie przyszło, że będę miała okazję choć z nią porozmawiać na chwilę albo zobaczyć z bliska bez tego całego tłoku. - Brunetka kończyła się poprawiać ale sama była zdziwiona jak przez ostatnie dni rozszerzyła swoje znajomości i to wśród błękintokrwistej elity.
                - A te fantazję to mam od dawna. I bawię się nimi jak jestem sama. Robiłam to jeszcze zanim zorientowałam się, że Margo mogę wziąć do tej zabawy. No ale teraz to nasze dzieci są najważniejsze. I wiesz w czym jeszcze lady Fabienne miała rację? Poród jest najcudowniejszy. Nie mogę się doczekać następnego. A widziałeś jakie ona wielkie urodziła? O matko. Takich dużych to jeszcze nie widziałam. Aż dziwne, że się w niej zmieściły. - Chociaż była pełna pozytywnych myśli to dalej priorytetem było dla niej być muszą matką. Nie mogła się powstrzymać aby nie skomentować ostatniego porodu bretońskiej milady. Spojrzała na chwilę na niego. Po czym na swój dół czy coś zdradza, że działo się w tej celi coś niestosownego.
                - Nie martw się Teofano, wyglądasz na równie nieskalaną co zawsze. - zapewnił Otto - Może z czasem sama wydasz równie dorodne, a na razie raduj się tymi, które cię czekają. - spojrzał na drzwi - Powinienem cię chyba odprowadzić, na prawdę zabawiliśmy tu długo.
                - No tak. Trochę chyba nam zeszło. Jeszcze zaczną gadać jakieś głupoty. - Cukiernik spojrzała na drzwi jakie oddzielały ich od korytarza. Wzięła głębszy oddech jakby szykowała się na powrót do świata zewnętrznego. Ale jeszcze spojrzała na mnicha. - To mam przekazać matce, że przyjdziesz do nas jutro? Najlepiej w południe. Gdzieś po dziesiątym, jedenastym dzwonie to ojciec powinien być w gildii. - Chciała się jeszcze tylko upewnić czy są na jutro umówieni. *

              Otto i Odette

              Mnich przyjrzał się dokładnie znalezisku lady Odette. Delikatnie ujął jedną z kulek i uniósł ją do światła, starając się ujrzeć wnętrze.
              - Nie chcę zgadywać, ale wygląda jak drugie pokolenie jaj. Widziałem podobne, które wydały na świat dorosłe osobniki. - oddał perełeczke lady Odette - Nie wiem jednak skąd się u ciebie wzięło milady, wątpię, aby larwy mogły już wydawać własny miot… niestety, mój specjalista opuścił miasto. Jeżeli go spotkam, to oczywiście zapytam. - ujął czule divę- No i gratulacje, cieszy mnie twe szczęście pani. Niestety nie mam przy sobie następnych dawek, trzeba będzie poczekać.
              Gdy mnich wziął galaretowatą kuleczkę pod światło, dostrzegł tam ciemniejszy, zwinięty kształt. Jak mały czerw zwykłej muchy. Podobnie to wyglądało w większości jaj jakie do tej pory widział. Sławna aktorka obserwowała i słuchała go uważnie. I musiała się chwilę nad tym zastanowić.
              - No też do końca nie wiem skąd się wzięły. Mówiłam ci, po porodzie tak mi się błogo zrobiło, że chyba trochę się zdrzemnęłam. A jak się obudziłam to te przyjemniaczki pełzały po mnie i dookoła mnie zostawiając ten obrzydliwy śluz. A na brzuchu miałam te kulki. Były w tym wstrętnym śluzie jaki zawsze zostaje z tej zabaweczki do zapładniania jajami. No ale przecież jej nie miałam. Więc nie wiem skąd się wzięły na moim brzuchu. Pomyślałam, że je zachowam i ci pokażę. - Wzruszyła swoimi szczupłymi ramionami i wydawała się być nieco skonfundowana tym znaleziskiem ale i zaciekawiona. Na koniec rozłożyla ręcę przyznając, że nie zna rozwiązania tej zagadki.
              - To myślisz, że to jednak są jaja? Wyglądają trochę inaczej. A myślisz, że nimi też można zapłodnić kogoś? I masz jakieś dorosłe osobniki? Czyli prawdziwe muchy? Ojej, dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Koniecznie muszę je zobaczyć! - W końcu milady uśmiechnęła się na myśl, że może stać na progu nowego odkrycia związanego z jej robaczą ciążą.
              - Trzymamy je w aptece Sigismundusa, naszego naczelnego sługi Lorda Plag. - wyjaśnił Otto - Nie są tam oczywiście same, dopatruje ich jedna z naszych dziewczyn. Postaram się załatwić jakąś możliwość. A cóż chciałabyś pani od tych much? Oczywiście, są równie okropne co maleństwa, jednak nie aż tak skoro do figli.
              - Są tak okropne jak maleństwa? Takie ohydne, że każda dama brzydziłaby się ich dotknąć? - Odette oczy zabłysły i przygryzła wargę, jakby usłyszała jakiś bardzo interesujący trop. Znów wyglądała jakby ohyda budząca u większości społeczeństwa wstręt, ją pociągała. - Oh jeśli choć trochę są tak wstrętne i paskudne jak te obrzydliwe robale… To bardzo byłabym chętna je poznać. - Lekko westchnęła pokazując coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie. I nagle czar prysł jakby coś sobie przypomniała.
              - Jak to nie są skore do figli?! - Aż jej się wypielęgnowane brwi uniosły w grymasie zdumienia i rozczarowania. - Nawet ze mną? Z Odette von Treskow? Słowikiem Północy? - Widocznie to było dla niej trudne do wyobrażenia i od razu zareagowała jak odrzucona kochanka. Dumnie uniosła brodę aby pokazać swoją wzgardę. Wytrzymała tak chwilę nim znów przytomniej spojrzała na jednookiego. - Oj mój drogi Otto. - Pieszczotliwie pogłaskała jego dłoń. - Naprawdę nie dałoby się tego zorganizować? Przecież jesteś takim zdolnym i pomysłowym impresario. Nie mogłam tutaj wybrać kogoś lepszego. Wiesz jeśli to kwestia pieniędzy albo czegoś takiego to tylko powiedz. Pieniądze nie grają roli. - Teraz z kolei starała się mu przypodobać jakby liczyła, że mimo wszystko będzie w stanie jej zorganizować taką, nietypową rozrywkę.
              - Nie chodzi o pieniądze, tylko o ich bezpieczeństwo. - zapewnił Otto - Nie chcielibyśmy, aby wyfrunęły w miasto i zwróciły na siebie uwagę kościoła. Przynajmniej jeszcze nie. Dlatego, musiałbym zabrać ciebie do nich i tu jest kłopot, bo są tam osoby spoza rodziny. I gdyby ciebie zobaczyły… no chyba sama rozumiesz. Obiecuję, że postaram się coś wymyślić, ale potrzeba odrobinę cierpliwości.
              - Oh, czyli jest możliwość aby się z nimi spotkać i poznać ich lepiej? - Aktorka od razu rozpromieniła się gdy okazało się, że sprawa nie jest tak beznadziejna a raczej to kwestia organizacji. - No to ja się mogę przebrać. Za jakąś zwykłą pokojówkę czy inną dziewkę. Założę perukę albo schowam włosy pod kapturem. To by pomogło? - Wykazała się inicjatywą i wsparciem w sprawie tej nowej schadzki. - No w każdym razie mój drogi Otto, gdybym jakoś mogła pomóc ci w tym spotkaniu to tylko powiedz o co chodzi. Chyba wiesz, że u mnie namiętność i żądza przygód jest na pierwszym miejscu. Oczywiście nie chciałabym aby tym muchom stała się jakaś krzywda. Przecież nosze w sobie te ich wstrętne, ohydne larwy i wydaję, je na świat, zabawiam się z nimi. A we śnie to nawet karmiłam je piersią. Chociaż nie mam przecież pokarmu. No ale życzę im jak najlepiej. A jeśli by się okazały ohydnymi paskudami z jakimi można przeżyć interesującą przygodę to byłabym tym bardzo, ale to bardzo zainteresowana. - Diwa zapewniła o swojej woli współpracy ale ostatecznie była gotowa zaufać, że jej osobisty impresario zorganizuje jednak to spotkanie.
              - Cieszy mnie twój entuzjazm. - zaśmiał się delikatnie mnich - Jest tak ekskluzywnie twój. Teofano jest zauroczona bycia matką, Fabienne skupia się na przyjemności, ty mieszasz obie te cechy i dodajesz fascynację i perwersję ohydy. Muszę uścisnąć dłoń temu, kto cię tego nauczył, lub wychędożyć cię jak nigdy, jeżeli odkryłaś to sama.
              - Mój drogi Otto. Koniecznie skupmy się na tym drugim wariancie. - Odette obdarzyła go dystyngowanym ale zalotnym uśmiechem, jakby byli na sali balowej, wśród elity tego miasta. - A młodziutka Teo jest nawet zabawna. To urocze jak się peszy przy nas i gorliwie przytakuje wszystkiemu co powiemy. Doceniam jej entuzjazm dla tych małych ohyd jakie w sobie nosimy. To ciekawa odmiana móc się tak z kimś z plebsu zaznajomić. - Na swój sposób śpiewaczka nawet zdawała się lubić i doceniać młodą cukiernik. I dostrzegać poza jej aparycją także niektóre cechy jej charakteru. - A moja Fabi, jest cudowna. Od razu ją polubiłam. I tej jej piękny, romantyczny bretoński akcent! Cudowny! Ah jak ja uwielbiam i podziwiam Bretończyków. Są tak namiętni, silni i porywczy. Cóż potrafią zrobić dla idei! Dla miłości! Dla honoru! Są wspaniali. A Fabi jest ich wyśmienitą ambasadorką. Zwłaszcza w tym najbardziej ślicznie plugawym wydaniu jakie uwielbiam. Czuję się z nią jakbym odnalazła dawno zaginioną siostrę. Zakochałam się w niej. - Diwa pozwoliła sobie też na parę słów szczerości wobec swojej przyjaciółki jaka od dawna była też kochanką Otto.
              - No cóż jej potencjalne korzenia mogą mieć coś z tym wspólnego. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli czcigodna Soria znajduje się wśród jej przodków… kto wie, może też ich twoich. Odrobinkę kazirodztwa wśród szlachty to przecież nic nowego. - dłoń mnicha delikatnie powędrowała do policzka Odette - A Bretończycy… cóż, niezwykły naród, nawet jeżeli trochę zacofany. Faktycznie jednak jeżeli Fabienne nie jest wybitnym okazem, tylko normą… aż żal, że urodziłem się w Imperium.
              - Oh nie, myślę, że Fabi wybija się nawet na tle innych Bretończyków. A nawet ich dumnych dam. - Uśmiechnęła się jakby alabastrowa, czarnowłosa żona tutejszego kapitana, miała specjalne miejsce w jej sercu. Chociaż przed przyjazdem na ten koniec świata w ogóle jej nie znała. - Ale masz rację. W wielu kwestiach są nieco staroświeccy i zacofani. - Ta uwaga nieco ją rozbawiła ale wydawała się na tym polu podzielać opinię swojego impresario. - A więc to prawda? Ona jest spokrewniona z lady Sorią? Słyszałam już o tym ale trudnow to uwierzyć. Lady Soria to… No cóż… To chyba nie jest tylko piękna milady. Prawda? Widziałam ją jak na tym naszym leśnym pikniku rozmawiała ze zwierzoludźmi w ich języku. A oni traktowali ją z szacunkiem. W przeciwieństwie do mnie i Fabi! Ale to było najcudowniejsze w tamtym spotkaniu! To było takie ekscytujące! Wiesz, że na koniec oznaczyli nas swoim moczem? To było takie podłe! Potraktowali nas jak jakieś drzewo do oznaczenia swojego terenu! Mam nadzieję, że następnym razem też to zrobią. - Aktorka wydawała się być zaciekawiona nadnaturalnym pochodzeniem ich wspólnej przyjaciołki jak i samej lady Sorii. A wycieczkę do pradawnego kręgu ofiarnego, wspominała żywo i z przyjemnością.
              - Och uwierz mi, w niej jest więcej niż tylko krew lokalnych ludzi. Jest naznaczona przez Węża poprzez krew swej matki, prawdziwej Księżnej Pana Rozkosz. Spędzić noc w jej sypialni… chyba bliższego boskiego doznania nie można doświadczyć. Podejrzewam, że Gnak i jego by ją szanowali, zwierzoludzie respektują jedynie siłę, a Lady Soria pomimo swej urody ma w sobie potęgę… no cóż, wątpię, aby wasi konkubenci z lasu dali jej radę… w walce czy w łóżku.
              - Oh, w łóżku to na pewno nie. Widziałam jak tam dokazywała. Ja czy Fabi to przy niej wyglądałyśmy jak skromne pensjonariuszki. - Aktorka uśmiechnęła się na tą myśl. - Wygląda dostojnie i wspaniale. Jest w niej jakiś naturalny magnetyzm. Trudno oderwać od niej wzrok. To zaszczyt móc jej służyć. Zresztą wielokrotnie rozmawiałam o tym i z Fabi, i Łasicą, i Priorą. Wszystkie uważamy podobnie. Być damą na jej dworze to prawdziwy zaszczyt. - Milady wydawała się podzielać zdanie mnicha, chociaż bazowała na innych niż on motywach i doświadczeniach.
              - No cóż, jeżeli zostaniesz z nami dostatecznie długo, lub jeżeli do nas wrócisz, to spotkasz też jej matkę. - Otto uśmiechnął się - I tu mogę obiecać, że będzie to doznanie jakiego nie uświadczysz nigdzie, jak świat długi i szeroki. Mam nadzieję, że to dostateczna zanęta, abyś nas nie opuszczała. Fabi i ja byśmy płakali nocami z braku ciebie.
              - Oh mój drogi Otto. To było takie romantyczne. - Milady rozczuliła się na te komplementy i aż czule pogłaskała policzek mnicha. Aż go dreszcz przyjemności po karku przeszedł od tego dotyku. A po chwili wpatrywania się z bliska w jego oczy, czule pocałowała go w usta. Jak skończyła znów szukała czegoś na dnie jego duszy. - Czyli te przygody w lesie i te paskudztwa którymi plugawicie moje szlachetne łono to nie wszystko? Oh Otto… No to cudowne wieści. Mogę cię zapewnić, że na razie bawię się tu u was wybornie, jak dawno się nigdzie tak nie bawiłam. Wreszcie coś odświeżająco nowego a nie wiecznie tylko ci wielbiciele, amanci, podstarzali zalotnicy, złośliwe baby i udawanie, że zależy im na moim talencie gdy tak naprawdę chcą się dobrać między moje uda. Gardzę nimi wszystkimi. A tu u was mi się podoba więc na razie nie zamierzam wyjeżdżać. Oczywiście spodobałoby mi się jeszcze bardziej gdybym przeżyła schadzkę z tymi wstrętnymi muchami. Ah! Nie mogę się doczekać aż przyjadą te moje przyjaciółki z Saltmundu i kiedy opowiem im o tym wszystkim! No i aż do nas dołączą. - Zaśmiała się wesoło na koniec gdy myślała o zaproszonych gościach o jakich od paru dni, czasem wspominała. I dała znać, że na razie czuje się tu rozpieszczana więc nie zamierza wyjeżdżać.
              - Ah, nuda. Odwieczny wróg wszystkiego co dobrze i przyjemne w życiu… - mnich się zatrzymał jakby pomysł wpadł mu do głowy - Ech… szkoda, że nie jesteśmy w jakimś bardziej zaściankowym miejscu. Ponieważ zakładam, że nigdy nie byłaś obiektem prawdziwego, religijnego oddania. Przekonać kilku chłopów, że twa uroda jest darem od bogów i powinni cię wielbić niczym boginię nie byłoby trudne…
              - Obawiam sie, że po tych mszach w Festag to zna mnie już całe miasto i okolica. A zwykli chłopi są tacy nudni. Ale dziękuję za pomysł mój Otto. Doceniam twoje wizje i pomysłowość jakie dla mnie kreujesz. - Uniosła jego dłoń i pocałowała ją, jakby był szlachcicem. Uśmiechnęła się jeszcze po czym westchnęła z pewnym żalem. - Ale teraz, jak nie chcemy się spóźnić na zaproszenie Beni i Roberta bardziej niż wypada to musimy się już zbierać, mój drogi Otto. - Przyznała, że nie jest panią własnego czasu i też ma swoje zobowiązania.

              • Oczywiście, moja pani. Wziąłbym cię pod rękę, ale chyba nie uchodzi. Prowadź zatem, żyje aby służyć i zadowalać. - skłonił się teatralnie i ruszył za divą.

              Otto, Odette i von Neuhoff

              Mnich przywitał się pokłonem przed małżeństwem von Neuhoff, nie pozwoliłby sobie na spoufalanie się.
              Wysłuchiwał obrotnych opowieści Odette, nie mógł oczywiście snuć własnych, nikt nie spodzie się mnicha z jakimkolwiek doświadczeniem w tych sprawach.
              Kiedy w końcu lord Robert zostawił trójkę samych Otto zerknął na dwójkę kobiet, które od razu rozpoczęły figle.
              - O ile jestem pewny, że lord Neuhoff nie miałby nic przeciwko takiemu widokowi, chyba moja obecność nie byłaby mu miła.
              - Oh niestety mój drogi Otto, spodziewam się, że Robert powróci z tymi cygarami, zanim będziemy mogli skonsumować znajomość. - Odette westchnęła z pewnym żalem, że obecna przerwa będzie zbyt krótka aby zdążyli na jakieś figle. Benita pokiwała głową, na znak, że podobnie ocenia sytuację.
              - Robert jest zachwycony twoją osobą, że gdybym ja też nie była to aż bym była zazdrosna, że tak adoruje inną kobietę. No ale sama cię przecież adoruję, więc już nie będę dla niego wredną jędzą. - Gospodyni pozwoliła sobie na flirciarski ton. Była w o tyle lepszej pozycji, że jako druga kobieta i szlachcianka, miała więcej okazji, aby się spotkać ze śpiewaczką sam na sam. Żonatemu mężczyźnie nie wypadało nachodzić gwiazdy estrady w jej garderobie.
              - Ja bym bardzo chętnie zapoznała się z wami obojgiem. Ale to może później. Na razie jesteśmy tu z naszym drogim Otto. - Wydawało się, że diwie schlebiają te amory od gospodarzy i czuje się z nimi jak ryba w wodzie. Jednak nie zatraciła się w nich na tyle aby zapomnieć o swoim dzisiejszym partnerze. Teraz obie szlachcianki spojrzały na jednookiego mnicha.
              - No czemu nie. Wtedy w garderobie było całkiem ekscytująco. No ale teraz to zaraz Robert wróci. - Benita widocznie też miło wspominała przygodę na zapleczu teatru jednak nie zapominała, że jej mąż może wrócić w każdej chwili.
              - No to będziemy musieli to powtórzyć jak najszybciej się da. Ja mam próby w teatrze prawie codziennie. A póki co. Jak myślisz, mój drogi Otto. Jak mamy te parę chwil z Beni tylko dla siebie, to jak możemy ją niecnie wykorzystać? - Diwa zalotnie zwrociła się do mnicha a jej wielbicielka zaśmiała się krnąbrnie ale z ciekawością spojrzała wyczekująco na Otto.
              - Żeby nie zapędzać się zbyt daleko? - upewnił się mnich - Lady von Neuhoff. Podejrzewam, że Lady Odette zasługuje na trochę pieszczot twego głosu. Wyjaw jej co cię w niej tak bardzo nęci. Bądź tak wulgarna, lub delikatna jak sądzisz, że odpowiada twej żądzy.
              - Oh cudowny pomysł Otto! - Aktorka uśmiechnęła się, jakby właśnie zaproponował jej ulubioną grę. Zachęcająco spojrzała na gospodynię czekając na jej reakcję. Ta odchrząknęla jakby chciała zebrać myśli. W końcu przyjrzała się z bliska twarzy słynnego Słowika z Północy.
              - Wulgarna? Oj Otto, przecież jesteśmy szlachciankami. - Benita na chwilę spojrzała na mnicha, jakby strzelił jakąś dziecinną gafę. Miodowłosa na razie się nie wtrącała. Gdy kochanka znów na nią spojrzała wydawały się obie promienieć. Jakby zaraz miały się pocałować. Zamiast tego, brunetka zaczęła mówić melodyjnym szeptem. - Bo jesteś taka wspaniała Oddi. Masz takie niesamowcie głębokie oczy w jakich można utonąć. Mogłabym wpatrywać się w nie przez pół wieczoru. No i usta. Takie utalentowane. A tak namiętne. Cały czas myślę o twoich ustach. Chciałabym je ciągle całować i aby one całowały mnie. Wszędzie. I twoje włosy. Takie miękkie i puszyste. Jakbym mogła to bym została twoją garderobianą aby móc je codziennie czesać i układać. Właściwie to kobiety za bardzo mnie nigdy nie pociągały. Ale ty Oddi jesteś tak wspaniała, że mogłabym się z tobą kochać codziennie. - Frau von Neuhoff wydawała się olśeniwać swoim delikatnym blaskiem. I widać było, ze aktorka spija słowa z jej ust. Aż do wzruszenia.
              - Oh, Beni, to było takie piękne. Takie romantyczne. Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. Słyszałeś to mój drogi Otto? Nasza Beni jest wzruszająco romantyczna i taka kochana. - Odette położyła dłoń na dłoni koleżanki a następnie uniosła ją do ust aby pocałować. Gdyby nie to, że obie były tej samej płci, to pasowałoby to do jakiejś sceny gdzie kochankowie wyznają sobie miłość w blasku księżyca. Benita też wyglądała na pełną szczęścia, że jej komplementy trafiły w serce towarzyszki.
              - A teraz wulgarnie. - Miodowłosa dodała to tym samym słodkim tonem, że ze dwa oddechy trwało zanim gospodyni się zorientowała. Zmarszczyła brwi i uśmiech nieco zszedł jej z twarzy.
              - Jak to wulgarnie? O czym ty mówisz Oddie? - Lekko pokręciła głową jakby naprawdę nie była w stanie zrozumieć prośby przyjaciółki.
              - Teraz proszę cię Beni abyś powiedziała na co masz ze mną ochotę. Tylko tak wulgarnie jak zdołasz. - Druga szlachcianka łagodnym tonem doprecyzowała o co jej chodzi. Małżonka Roberta zamrugała oczami i na chwlę spojrzała na mnicha jakby szukała u niego podpowiedzi.
              - Naprawdę tak się nie bawiłaś wcześniej? - Widząc to von Treskow znów przykuła uwagę kobiety jaka grzecznie siedziała jej na kolanach. Teraz pokręciła głową z nieco niepewnym wyrazem twarzy. - No dobra. To pozwól, że ci zademonstruję. - Odette uśmiechnęła się ze zrozumieniem i nawet delikatnie poprawiła lok koleżanki. A ta skinęła głową na znak zgody.
              - Beni. Jesteś moją prywatną, tanią ladacznicą. - Odette zaczęła spokojnym ale stanowczym tonem. Na co gospodyni otworzyła oczy ze zdumienia. Szybko spojrzała na Otto, jakby sprawdzała czy on też to właśnie usłyszał. Jednak aktorka ciągnęła dalej. - Dlatego moja ladacznico przyjedziesz jutro na próbę do teatru. I będziesz dla wszystkich bardzo miła. A gdy pójdziemy do mojej garderoby rozbierzesz się do naga a ja przywiążę cię do słupa. I wychłoszczę twój grzeszny, zgrabny kuperek aż będziesz jęczeć o litość. Ale takie tanie ladacznice jak ty, nie zasługują na litość. Dlatego zatkam ci usta jakimś brudnym gałganem i będę chłostać dalej aż mi się znudzi. Wtedy wezmę cię tak jak nigdy twój Robert się nie ośmielił. Aż będą drzazgi lecieć. Ale wiem, że takie tanie ladacznice jak ty, co tylko udają wielkie, wyrafinowane damy to lubią. A jak będę gotowa to zasieję cię kolejną porcją larw. Aż będą ci wyciekać z każdej strony. Może nam się uda zaprosić Fabi to by znów nas obdarowała tym obrzydlistwem jakie rodzi. Pozwolę ci na przyjemność aby tym razem spadł ten kloc na ciebie. I dopilnuję aby każdy z tych obrzydliwców był oznaczony twoimi ustami. Wtedy jak będę z ciebie zadowolona moja brudna ladacznico, to zacznę się z tobą kochać. - Aktorka mówiła płynnie ale stanowczo. Tak cichym ale silnym głosem, że wydawał się wręcz magnetyzujący. A nie spuszczała z Benity wzroku ani na chwilę więc wyglądała jak zmija jaka hipnotyzuje mysz. Zreszta gospodyni która z początku próbowała sie zbuntować i przerwać w końcu i tego zaprzestała. I nawet gdy von Treskow skończyła mówić to wydawało się, że wciąż jest pod jej urokiem i nie może się zdobyć na jakąś świadomą reakcję.
              - Poczułaś to? - Nagle Odette się odezwała i to jakby przerwało ten czar. Benita odchrząknęła, zamrugała oczami jakby próbowała wrócić do rzeczywistości.
              - Co takiego? - Zapytała w końcu ale dość słabym głosem.
              - To ożywienie. Tutaj. - Diwa położyła dłoń na brzuchu drugiej milady. - I tam niżej. - Szepnęła wskazując na podołek drugiej kobiety. Ta zbyt krępowała się aby to przyznać na głos, więc tylko skinęła głową. - To dobrze. Czyli pasujemy do siebie Beni. I dlatego moja prywatna ladacznico, jutro przyjedziesz do teatru na próbę. - Odette znów mówiła jak dobra koleżanka i jakby chodziło o zwykłe spotkanie towarzyskie między szlachciankami. Von Neuhoff przełknęła nerwowo ślinę, uśmiechnęła się nerwowo i wciąż wydawała się być speszona i zawstydzona. Ale pokiwała twierdząco głową.
              Mnich pokiwał głową.
              - Spodziewałem się, że nasz cudowny słowik zna moc namiętnych słów. - Otto pociągnął odrobinę habit pozwalając chłodnemu powietrzu przelecieć pod nim - Nie wyobrażałem sobie jednak, aż takiej kontroli nad nimi. Lady Odette, zapewne byś rozebrała widownię czyjąc z ksiąg kościoła Morra.
              - Oh te całe dnie ćwiczenia dykcji, wkuwania klasycznego i śpiewania psalmów jednak się na coś przydały. - Lady Odette uśmiechnęła się skromnie ale widać było, że reakcja obojga kochanków sprawiła jej przyjemność. Nagle nad ich głowami skrzypnęła podłoga i dało się usłyszeć czyjeś kroki.
              - To Robert. Pewnie musiał iść do składziku po te cygara. Ale już wraca. - Benita widocznie na słuch rozpoznała męża. Co niejako przypomniało im, że mają dość ograniczony czas na wyznania i knowania.
              - Beni. Myślisz, że dałoby się zorganizować nam chwileczkę zapomnienia bez Roberta? - Miodowłosa milady nie traciła więc czasu. Brunetka bystro spojrzała na nią i odparła prawie od razu.
              - Tak. Możesz poprosić, że chcesz iść do łazienki. To cię zaprowadzę. Jak parę chwil nas nie będzie to Robert zrozumie. W końcu kto by nie chciał zostać z tobą sam na sam, choć przez parę chwil. - Frau von Neuhoff uśmiechnęła się czule do śpiewaczki i pieszczotliwie pogłaskała ją po dłoni. Wyglądała jakby wręcz przygotwała sobie taką możliwość i czekała na nią z niecierpliwością. Zresztą wizyta w łazience, wyglądała całkiem naturalnie.
              - Nie mogę się doczekać. - Von Treskow pogłaskala ją opuszkami palców po policzku. Po czym wskazała na siedzącego obok mnicha. - A coś z naszym Otto? - Teraz Benita przygryzła swoje uszminkowane wargi i musiała się chwilę zastanowić.
              - Mam zielnik. Mogę cię poprosić o konsultację. Bo wy chyba macie coś takiego w hospicjum? To byśmy poszli do małej biblioteki. Jest blisko łazienki. - Zaproponowała na szybko.
              - Cudownie. To może wy zaczniecie. Zaprosisz Otto gdzie trzeba a ja zostanę z Robertem. A po chwili powiem, że muszę przypudrować nosek. - Aktorka popatrzyła na nich czy się zgadzają. - Bo mamy dla ciebie małą niespodziankę Beni abyś taka pusta nie chodziła. - Uśmiechnęła się jeszcze obiecująco ale dłońmi dała znać aby druga kobieta zeszła z jej kolan. Słychać już było powracające, szybkie kroki na korytarzu. Benita zdążyła zrobić zaciekawioną minę ale szybko wróciła na swoje ozdobne krzesło. I obie na szybko zaczęły się poprawiać aby nie wyglądać niestosownie. Drzwi faktycznie otworzyły się i do środka wrócił Robert.
              - Oh, błagam o wybaczenie moi drodzy. Niestety w pudełku były tylko sztuki niegodne tak pięknych ust jak twoje milady. Ale osobiście poszedłem do mojego prywatnego składziku i wybrałem te które mogłyby być choć namiastką twojej wspaniałości Odette. - Szlachcic zachowywał się z pełną manierą i widać było, że zrobił wrażenie na obu kobietach. Może jego uwagi były zbyt śmiałe jak na wypowiedziane w obecności żony ale ta wyglądała na równie zachwyconą jak diwa jaką wielbiła tak samo jak on. Mężczyzna otworzył szkatułkę, z rzeźbionego, czerwonego drewna i ukazało się kilka grubych, brązowych walców. Szlachcianka zajrzała tam z ciekawością.
              - Oh Robercie, to są słowa i dar godny prawdziwego dżentelmena. - Odette z wdziękiem sięgnęła po jedno cygaro. Mąż więc kolejne zaproponował żonie. Ta też się poczęstowała. Więc gospodarz zaproponował gestem także mnichowi. Chciaż Otto nie był nawet szlachcicem. Pierwszy raz widział tą nietypową używkę do palenia jaka przywędorwała do Imperium z Nowego Świata. I dlatego była tak rzadka i droga. Ze szkatuły bił nietypowy aromat jaki w ogóle nie był podobny do bagiennego ziela zazwyczaj palonego w fajkach i skrętach.
              Mnich grzecznie uniósł dłoń.
              - Z pełnym szacunkiem mój lordzie, ale habit wymusza na mnie wstrzemięźliwość. Dziękuję ci jednak za ofertę, rzadko mogę uświadczyć takiej gościnności. - uśmiechnął się ciepło do szlachcica - Tytoń z Lustrii? Słyszałem, że handlarze z Arabii próbowali wyhodować własne.
              - Też słyszałem. Ale podobno klimat nie ten. Zbyt wiele piasku, wiatru i słońca a za mało wody. - Robert przytaknął mnichowi i odpowiedział z uśmiechem. Bez wyższości jaką zwykle błękitnokrwiści okazywali maluczkim spoza swojego elitarnego grona. Odłożył pudełko na stolik a sam wziął żar w ozdobnym uchwycie. I najpierw zaczął przypalać nim cygaro swojego honorowego gościa o miodowych włosach. Odette widać wiedziała co robić bo possała końcówkę ustami aż na moment żar pojawił się na końcu brązowego walca. Wtedy wydmuchała pierwszy kłąb dymu.
              - Wspaniały smak. Uwielbiam cygara. Jaki to gatunek? - Zaciekawiła się i pozwoliła gospodarzowi nacieszyć się tą chwilą. Porozmawiali chwilę o różnych smakach i walorach gdy Robert odpalił cygaro Benicie a na końcu wrócił na swoje krzesło i zapalił swoje. Wreszcie mogli usiąść we czwórkę i rozkoszować się rozmową.
              - Robercie, byłam tak śmiała, że zaproponowałam Beni jutro wzięcie udziału w naszej próbie w teatrze. Czy zgodzisz się w swojej wspaniałomyślności abym mogła ci ją porwać na jutrzejsze popołudnie? - Odette z wdziękiem poprosiła męża o zgodę na wizytę żony w teatrze. Jeśli się nie słyszało jej wyuzdanej preory sprzed paru chwil jakie ma plany wobec Benity nic nie sugerowało, że chodzi o coś więcej niż towarzyska wizyta artystyczna między szlachciankami. I ich gospodarz też chyba nie miał wątpliwości a tym polu.
              - Ależ naturalnie. Beni cię strasznie podziwia. Zresztą ja także. Zawsze mi mówiła, że chciałaby mieć taki talent jak ty. - Herr Neuhoff zgodził się na tą prośbę bez zastrzeżeń. Obie szlachcianki od razu się uśmiechnęły i do niego i do siebie.
              - To skoro jeszcze jesteśmy razem. Czy mogę cię bracie Otto porwać na chwilę? Mam pewien zielnik i chciałabym cię prosić o fachową opinię. Przecież wy w tym hospicjum to się zajmujecie takimi rzeczami. - Benita zwróciła się do jednookiego równie naturalnie jak przed chwilą jej koleżanka do jej męża.
              - Oczywiście, Lady Neuhoff, postaram się pomóc jak tylko mogę. Mój panie. - skinął głową na Roberta i ruszył za Benitą, zerknął tylko na Odette i szepnął jej na ucho - Pamiętaj, aby do nas dołączyć, Beni może czuć się zazdrosna jeżeli postanowisz zadowolić się tylko jej mężem.
              Diwa lekko skinęła głową, jak na damę przystało. A gospodyni płynnie wyprowadziła gościa z biblioteki. I ruszyli we dwójkę korytarzem. - To niedaleko. Tam, na końcu. - Wyjaśniła mu po drodze. - A tu są drzwi do łazienki. Gdybyś potrzebował. - Dyskretnie wskazała na ozdobne drzwi jakie mijali. Ale przeszli do kolejnych, po przeciwnej stronie. Za nimi ukazały się kilka regałów z różnorodnymi książkami. Ale były stłoczone i nie prezentowały się tak dostojnie jak z głównej biblioteki z jakiej właśnie wyszli. Za to okno było małe i panował nieco półmrok. Milady pewnie podeszła do jednego miejsca i sięgnęła po jedną z ksiąg. Otworzyła ją na środku i rzeczywiście był to zielnik.
              - To macie dla mnie jakąś niespodziankę? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i pozornej niewinności. Podniosła w końcu wzrok i znad swoich ładnych rzęs posłała mu flirtujące spojrzenie.
              - No cóż, Lady Odette najpewniej by chętnie wzięła ciebie i twojego męża do łóżka, razem albo na zmianę. Nie jestem pewny jednak, cóż wymyśliła teraz. - mnich delikatnie ucałował policzek Benity - Niestety nie jestem przygotowany, aby usłużyć wam tak jak poprzednio. Zobaczymy jak do nas dotrze. - Otto zerknął na zielnik - Mam pomysł na małą grę, jeżeli zaprosisz mnie pod spódnicę i postarać się czytać na głos zielnik, pomimo moich pieszczot. Taki mały teścik twojej kontroli.
              - Chcesz mi wejść pod spódnicę? - Brwi szlachcianki podskoczyły w górę jakby nie była pewna czy to żart czy nie. Zastanawiała się chwilę nad tym pomysłem. I w końcu wzruszyła ramionami. - No dobrze. Może być ciekawie. - Uśmiechnęła się i uniosła przód swojej eleganckiej i drogiej sukni. Pod nią ukazały się gładkie, posągowe nogi okryte jedwabnymi pończochami. I czekała aż mnich zrobi swój ruch.
              Otto spokojnie zanurkował pod spódnicę szlachcianki i rozpoczął pieścić jej delikatną skórę.
              - Więc moja pani? Cóż tam mówi ta twoja książka?
              - Roślina ma zielone, wydłużone strączki. Kwitnie na czerwono z białymi kropkami. - Z góry doszedł go spokojny, kobiecy głos gospodyni. Zazwyczaj czytała poprawnie, miała niezłą dykcję i wprawę w czytaniu na głos. Ale gdy ulegała jego pieszczotom to musiała się powstrzymać od śmiechu. Gdy jej się nie udawało to chichotała jak młoda dzierlatka. I na tym zastała ich Odette. Otworzyła drzwi i zajrzała ciekawie do środka. Widząc w co się bawią, też się uśmiechnęła i podeszła bliżej.
              - Widzę, że się dobrze ze sobą dogadujecie. - rzekła z aprobatą i rozbawieniem. Podeszła do stojącej szlachcianki i objęła ją czule. Już Benita zbliżyła swoją twarz do niej jakby chciała ją pocałować ale miodowłosa zagrodziła jej drogę palcem. - Bardzo chętnie Beni. Ale wiesz, że to zostawia ślady na jakie nie możemy sobie pozwolić. - Zachowała trzeźwość umysłu na co gospodyni westchnęła żałośnie.
              - No wiem. - Pokiwała smutno głową. Wtedy von Treskow spojrzała figlarnie na Otto.
              - Ale jestem pewna, że nasz pomysłowy impresario wymyśli jak możemy we trójkę uczcić ten moment prywatności bez szczegółów pozwalających żyć wstrętnym plotkom. - Wtedy Benita też z nadzieją popatrzyła na mnicha.
              Mnich delikatnie odsunął się od Benity i spojrzał na dwie kobiety.
              - No cóż, jedyna metoda, to figle tam gdzie drogi Robert nie zauważy. I to tak, aby też nie naruszyć waszego makijażu… - Otto się chwilę zastanowił, delikatnie ujął dłoń Odette i doprowadził jej palce do ust Benity - Lady Neuhoff, nie ujmując twemu mężowi, podejrzewam, że nie jest zbyt… kreatywny w łóżku. Mogę się mylić, ale wątpię, aby wymagał od ciebie, abyś ujmowała ustami jego berło. Może więc wyobraź sobie, że palce lady Odette to kochanek, które masz na własne spróbowanie. I pokaż nam cóż byś z nim zrobiła?
              - Oh nie, no bez przesady. Na Roberta nie mogę narzekać. Po prostu on nie jest Słowikiem Północy. - Żona szybko wyjaśniła tą nieścisłość. I spojrzała z uwielbieniem na swoją ulubioną artystkę.
              - Na pewno tak jest. Kto wie? Może wkrótce to zweryfikujemy? - Odette pogłaskała jej dłoń aby koleżanka nie poczuła się niezręcznie. A potem spojrzała na jednookiego. - Wyborny pomysł mój drogi Otto. - Jego też pochwaliła i złożyła razem dwa palce. Po czy skierowała je ku ustom przyjaciółki. Ta przygryzła wargę i rozejrzała się jeszcze po nich obojgu. I delikatnie je pocałowała. Potem zaczęła je całować coraz gęściej i częściej. - Pomyśl o tym przyrodzeniu moja prywatna ladacznico jakie w ciebie jutro właduję. I może mój drogi Otto też. Miałbyś ochotę mój drogi? Dałbyś radę mnie jutro po południu odwiedzić w teatrze gdy ta brudna ladacznica będzie mi zawracać głowę w mojej garderobie? - Niespodziewanie aktorka płynnie przeszła do tego wulgarnego tonu jaki zaprezentowała w bibliotece. I na Benitę podziałało to pobudzająco. Jakby została spoliczkowana albo pocałowana. Jej usta i głowa zaczęły żwawiej pracować nad palcami diwy ale zerkała na mnicha jak ten zareaguje na jej wyuzdane zaproszenie.

              Otto pozwolił zabawom iść bez oporu. Chwilę się zastanowił o planach na resztę dnia i postanowił poszukać Łasicy. Przy odrobinie szczęścia uda mu się załatwić sprawę muzyki dla Odette.

              Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Seach

                Otto i Teofano

                Otto uśmiechnął się trochę do siebie. Miał nadzieję, że frau Lebkuhen będzie zainteresowana jego ponowną wizytą.
                - Rad jestem, że twej matce spodobały się me usługi. Oczywiście przybędę na kolejną wizytę. Możesz jej przekazać, że z niecierpliwością będę wyczekiwał dnia.
                - Dobrze, to przekażę matce, że do nas przyjdziesz w Backertag. Tak najlepiej jakoś w południe, jak ojca nie będzie. - Teofano ucieszyła się i radośnie pokiwała głową, że mnich przyjął zaproszenie od jej matki. Więc wyglądało na to, że obie strony są chętne na to spotkanie u Lebkuchenów za dwa dni.
                - A co z Gelą? Myślisz, że coś powinnam z nią zrobić inaczej? Właściwie poza zabawą z Margo to nie mam zbyt wielu doświadczeń z kobietami. Ale Margo jest uległa i zawsze robi co jej każę. A Gela jest taka żywiołowa, wesoła. No i silna, młoda i jędrna. Myślę, że mogłaby być dobrą muszą matką. - Młoda cukiernik nieco się stropiła gdy prosiła o radę w sprawie pracownicy ich rodzinnej cukierni.
                - Dobra musza matka, to chętna musza matka. - zaznaczył mnich - Nie chcielibyśmy, aby czuła prawdziwe obrzydzenie do swych maleństw, urabiaj ją na razie. No i, jeżeli jest taka żywiołowa, może zobaczyłabyś czy ciebie by wzięła w obroty. - uśmiechnął się mnich - Czy ja mogę ci jakoś usłużyć moja droga? Poza zasianiem, ponieważ niestety nie mam odpowiednich środków.
                - Obrzydzenie? Do naszych maleństw?! - Teofano zareagowała ze szczerym oburzeniem na taką myśl. I opiekuńczo położyła dłoń na wypełnionym czerwiami brzuchu. Choć na razie nic nie zdradzało jej stanu sromoty. Wydawała się tratkować swoje potomstwo podobnie jak zwykłe matki, traktują swoje dzieci. Po chwili jednak złość opadła i ze zrozumieniem pokiwała swoją kasztanową głową. - No tak. Wiele kobiet pewnie by nie zrozzumiało jaki to zaszczyt i szczęście. Nie wszystkie mają tak wielkie serce jak lady Odette i Fabienne. Nawet ta ladacznica z zatuza okazała się poczciwą kobietą. Nawet Margo początkowo była mocno niechętna. Ale teraz już mniej. Chyba nawet jej się spodobało. A przynajmniej nie protestuje przed następnym zasianiem. - Westchnęła jakby bolało ją, że tak niewiele kobiet rozumie robacze posłannictwo. I znów pogłaskała swój dość płaski na razie brzuch. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do jednookiego.
                - Gela by miała wziąć w obroty mnie? Przecież ona jest tylko czeladnikiem cukiernika. Dopiero się uczy. Ja już skończyłam szkolenie i jestem pełnoprawnym cukiernikiem. - Uśmiechnęła się dumnie jakby to była dla niej wielka różnica społeczna. No i w świecie mieszczaństwa rzeczywiście jej rodzina należałaby do bogatej elity z dobrym nazwiskiem. Może nie na tyle aby myśleć o równaniu się ze szlachtą ale nie licząc jej to na mogła patrzeć na większość mieszczan z góry. - No dobra, dobra wiem, chodzi ci o takie figle z nią jak z Margo. - Pokiwała głową jakby była na tyle bystra, że domyśliła się o co rozmówcy chodzi. - No może. Zobaczymy. Ona chyba nie ma doświadczeń z kobietami. Ale zrobię tak jak mówisz, postaram się ją bardziej wybadać. Jutro też ją wezmę na zaplecze. Mam trochę tremę ale zobaczymy. - Cukiernik uśmiechnęła się trochę nerwowo na myśl o jutrzejszym spotkaniu ale wydawało się, że determinacja aby zdobyć nową muszą matkę jest silniejsza od tremy. Wzięła głębszy oddech i popatrzyła psotnie na mnicha.
                - Oh Otto. Bardzo ci dziękuję. Nawet nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Dalej bym się męczyła z tymi snami o robaczej ciąży i bym nie wiedziała o co chodzi. - Podeszła na tyle blisko, że pocałowała go krótko w usta aby okazać wdzięczność. I zaczęła dłońmi przesuwać po jego habicie. - No i właściwie to jesteś ojcem naszych dzieci. - Położyła jego dłoń na swoim brzuchu. Czuł materiał sukni nagrzany od ciała ale jeśli w trzewiach cukiernik buszowało już życie to jeszcze zbyt słabo aby wyczuć ruch. - No a ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla siebie. Więc jeśli coś bym mogła teraz dla ciebie zrobić… - Wymownie zawiesiła głos i spojrzała w stronę drzwi celi. Chwilowo byli tu sami. Jednak za nimi wciąż trwało intensywne sprzątanie po wariactwach pacjentów. Teoretycznie w każdej chwili ktoś mógł go do czegoś potrzebować. Albo i nie. To była trudna do przewidzenia sprawa.
                Mnich objął Teofano, obdarowując ją kilkoma pocałunkami.
                - Bardzo kusisz, aby zaryzykować, ale możemy po prostu spędzić chwilę w swojej obecności. - Otto usiadł na pryczy i usadowił młodą Lebkuhen sobie na kolanach, jego dłoń zaczęła delikatnie pieścić biust kobiety, a jego usta muskać jej szyję.
                - Właścwie, to nie mieliśmy ostatnio dla siebie czasu. Gdybyś jutro znalazł przed wizytą u mojej matki albo po… To też by było bardzo miło. No i moglibyśmy zasiać Margo. I mnie. - Młoda cukiernik bez oporu dała się pociągnąć na kolana jednookiego. I syciła się jego dotykie i pocałunkami. Przez chwilę tylko tak siedziała a on miał przyjemność oglądania jej, dotykania i całowania z bliska. Rozluźniła się i chociaż chwilowo zapomniała, że za drzwiami, w każdej chwili może przejść jakiś mnich. Ściągnęła dekolt sukni w dół aby udostępnić kochankowi swoje młode piersi. A w końcu sama nachyliła się ku niemu i zaczęła szukać ustami jego ust, policzków i szyję. - Wiesz, lady Fabienne chyba ma rację. Te moje dzieci jakie noszę, cały czas czynią mnie pobudzoną. - wyszeptała mu do ucha jakby się jej słowa ich bretońskiej kochanki przypomniały.
                - Może tak ma być. - usta mnicha musnęły delikatny biust kobiety - Przyjemność jest jedną z lepszych zachęt, na pewno by to sprowadziło więcej muszych matek. - usta Otto spotkały się Teofano w dłuższym pocałunku - Chociaż, otoczony przez taką gromadkę chętnych kobiet, sam czasem zastanawiam się, czy aby nie zasiać własne plony w jednej z was. - uśmiechnął się trochę łobuzersko.
                - Dlatego pomyślałam o Geli. Ona taka wesoła i towarzyska jest. Więc może jakby poczuła te wspaniałe dzieci w sobie. Tak jak ja i lady Fabienne. To może też by jej się spodobało. I chciałaby jeszcze. Margo też na początku. Nie była taka chętna. A teraz już chociaż nie jest oporna. - Mówiła coraz krótszymi zdaniami w miarę jak poddawała się przyjemności. Pozwalała aby męskie dłonie dotykały jej biust i twarz. I sama chętnie oddawała mu pocałunki. - I zasiać własne plony w jednej z nas? - Z pewnym opóźnieniem zorientowała się co jeszcze jednooki powiedział. Wyglądało na to, że są na dobrej drodze aby za chwilę w pełni skonsumować tą chwilę prywatności.
                - O tak. Wiem, że ty jedynie chcesz własne maleństwa. - oddech Otto również przyspieszył, a piekarka mogło poczuć jego ekscytację pod sobą - Jednak jaki mężczyzna nie chciałby spłodzić armii z takimi pięknościami jak ty. - dłoń mnicha sięgnęła między uda dziewczyny - Szczególnie tak gotowymi, aby przyjąć jego dar?
                - Ah… Ty chcesz mieć dziecko… - Wysapała coraz bardziej rozogniona cukiernik. Przytrzymywała głowę partnera aby móc go całować albo tuliła do swojej piersi. - Ja bym chętnie… Dla ojca naszych maleństw… Tak… Ale ja jestem panną na wydaniu… Przecież wiesz co się mówi o zbrzuchaconych pannach… A ty jesteś mnichem… Nie wiem jak Otto… - Wyglądała na rozochoconą na dobre. Ale jeszcze właściwie kontaktowała z rzeczywistością. Jeśli by dała się zbrzuchacić nieznajomemu, to znacznie trudniej byłoby jej znaleźć wartościowego męża. A gdyby wyszło, że to dziecko mnicha to już w ogóle wyszedłby skandal obyczajowy.
                - Wiem, ale czyż to nie ekscytująca myśl? Ty, ja, noc po nocy… sama możliwość skandalu… konsekwencji… - mnich starał się zaognić wyobraźnię piekarki, umysł działa lepiej na chuć niż jakikolwiek dotyk.
                - Ale… Przecież by nas zlinczowali… Albo wygnali z miasta… - Cukiernik nie mogła przestać myśleć o konsekwencjach takiego skandalu. Chociaż wyglądała jakby było jej coraz goręcej. Wreszcie wstała i zadarła spódnicę aż pokazały się jej smukłe nogi. I usiadła z powrotem, ale tym razem okrakiem. - Muszę ci coś pokazać… Ale to później… Możemy to zrobić jak chcesz. Tylko, żeby nikt nie wszedł. - Chciwie położyła jego dłonie na swoich udach zapraszając go aby pójść o krok dalej w tych zabawach.
                Otto zsunął swoje spodnie i zgrabnym ruchem nabił Teofano na swe berło, rozpoczął delikatnte ruchy.
                - A co… chcesz mi pokazać? - jego oddech był coraz płytszy, najwyraźniej ta zabawa nie potrwa długo.
                - Co? - Głos cukiernik był półprzytomny. Jakby nie pamiętała już o co pyta. Za to energicznie zaczęła podskakiwać na jego biodrach. I to chwilowo ją bardziej zajmowało. A jednak w końcu sobie przypomniała. - A! To! Ale to później. Jak skończymy. - wystękała z trudem i pozwoliła się oddać przyjemności tego ich prywatnego zbliżenia.
                Zabawa nie trwała długo i po kilku chwila Teofano mogła poczuć jak mięśnie mnicha pod habitem napinają się, a po chwili ciepło zaczęło wypełniać jej wnętrze kiedy mnich dotarł do własnego szczytu. Ucałował delikatnie jej szyję kiedy łapał oddech.
                - Wybacz… ale jesteś słodsza niż wszystkie twe wypieki.
                - Ty też. Wiesz, zawsze chciałam to z kimś zrobić u nas w cukierni na tym stole pełnym mąki i ciasta. Ale nigdy nie było okazji. Nawet kiedyś myślałam aby tam Margo zaciągnąć. Ale po zamknięciu niezbyt mam pretekst aby schdzić do cukierni. A poza tym wszystko jest posprzątane. A w dzień to tam jest ruch. Może jakby jeszcze Gelę się udało wtajemniczyć to by się udało wreszcie. - Mamrotała zdyszana i spocona. Gdy opadła w końcu ostatecznie na jego biodra i tak została. Ramionami zaś oplotła jego szyję. Całowała go jeszcze delikatnie w policzek albo usta. I wydawała się bardzo senna i pełna błogości. Gdy nagle ożyła. - Ah! No tak! Bo miałam ci pokazać. - Zaśmiała się jakby jej się to właśnie przypomniało. Wstała i stanęła tuż przed nim. Po czym podwinęła do góry spódnicę. Do samej góry a nie jak wcześniej tylko aby pozwolić kochankowi na swobodny dostęp. - Widzisz? Urosły. - Powiedziała dumnie a teraz i on to dojrzał. Te znamię, trzech czerwi na jej łonie było teraz wyraźniejsze. Jakby się trochę powiększyły. A gdy przesunął palcami to nawet jakby były nieco wypukłe. Zbladły też, już nie wyglądały na namalowane świeżym tuszem, tylko jak dawny tatuaż jaki zblakł od słońca i powietrza. Teofano wydawała się być z tego bardzo dumna i sprawiało jej to dużą radość.
                - Faktycznie, wydasz na świat dużo zdrowego potomstwa. - uśmiechnął się - Co do pierkarni. Zawsze możesz kogoś tam zaciągnąć w nocy, rozsypać mąkę i potarzać się w niej w objęciach rozkoszy. - pogłaskał Teofano delikatniej, pomagając jej się uspokoić - Lub… zawsze możemy coś takiego urządzić gdzieś, znaleźć ustronne miejsce i zobaczyć jak urabiasz ciasto swoim nagim ciałkiem.
                - Urabiać ciasto moim nagim ciałem? - Brwi cukiernik powędrowały do góry jakby nie spodziewała się tego usłyszeć. Ale szybko uśmiechnęła się na znak, że podoba jej się taki pomysł. - Bardzo bym chciała. Zwłaszcza z kimś kogo lubię. - Uśmiech zrobił się trochę krzywy ale nie tracił na wesołości. - No ale najbardziej bym chciała u nas. Tylko nie wiem jak wymyślić aby mieć trochę spokoju w środku dnia, aby to zrobić. Musiałabym zamknąć się na ten czas w kuchni. W środku dnia to trudne. - Nie zrezygnowała jednak ze swojej fantazji o paru chwilach namiętności we własnej cukierni. - Może jakby któraś z milady przyszła i bym jej miała coś pokazać? Ale wtedy to pewnie rodzice by ją oprowadzali. Sama nie wiem. Ale mniejsza z tym! W innej piekarni też może być. - Była w dobrym humorze to nie chciała być gderliwa. Poprawiła swoją bieliznę i opuściła spódnicę. Starała się teraz doprowadzić do porządku po tej chwili zapomnienia na jaką sobie pozwolili.
                - Jestem pewny, że Fabienne i Odette by coś wymyśliły, aby mieć cię na wyłączność. - uśmiechnął się mnich i poprawił też własny ubiór - Zawsze coś co możesz sobie wyobrażać, kiedy jesteś sama w łóżku.

                • No tak, one to na pewno. A lady Odette to już w ogóle. Gdzie się nie pokaże to się tłumy zbierają. Jeszcze tydzień temu to by mi do głowy nie przyszło, że będę miała okazję choć z nią porozmawiać na chwilę albo zobaczyć z bliska bez tego całego tłoku. - Brunetka kończyła się poprawiać ale sama była zdziwiona jak przez ostatnie dni rozszerzyła swoje znajomości i to wśród błękintokrwistej elity.
                  - A te fantazję to mam od dawna. I bawię się nimi jak jestem sama. Robiłam to jeszcze zanim zorientowałam się, że Margo mogę wziąć do tej zabawy. No ale teraz to nasze dzieci są najważniejsze. I wiesz w czym jeszcze lady Fabienne miała rację? Poród jest najcudowniejszy. Nie mogę się doczekać następnego. A widziałeś jakie ona wielkie urodziła? O matko. Takich dużych to jeszcze nie widziałam. Aż dziwne, że się w niej zmieściły. - Chociaż była pełna pozytywnych myśli to dalej priorytetem było dla niej być muszą matką. Nie mogła się powstrzymać aby nie skomentować ostatniego porodu bretońskiej milady. Spojrzała na chwilę na niego. Po czym na swój dół czy coś zdradza, że działo się w tej celi coś niestosownego.
                  - Nie martw się Teofano, wyglądasz na równie nieskalaną co zawsze. - zapewnił Otto - Może z czasem sama wydasz równie dorodne, a na razie raduj się tymi, które cię czekają. - spojrzał na drzwi - Powinienem cię chyba odprowadzić, na prawdę zabawiliśmy tu długo.
                  - No tak. Trochę chyba nam zeszło. Jeszcze zaczną gadać jakieś głupoty. - Cukiernik spojrzała na drzwi jakie oddzielały ich od korytarza. Wzięła głębszy oddech jakby szykowała się na powrót do świata zewnętrznego. Ale jeszcze spojrzała na mnicha. - To mam przekazać matce, że przyjdziesz do nas jutro? Najlepiej w południe. Gdzieś po dziesiątym, jedenastym dzwonie to ojciec powinien być w gildii. - Chciała się jeszcze tylko upewnić czy są na jutro umówieni. *

                Otto i Odette

                Mnich przyjrzał się dokładnie znalezisku lady Odette. Delikatnie ujął jedną z kulek i uniósł ją do światła, starając się ujrzeć wnętrze.
                - Nie chcę zgadywać, ale wygląda jak drugie pokolenie jaj. Widziałem podobne, które wydały na świat dorosłe osobniki. - oddał perełeczke lady Odette - Nie wiem jednak skąd się u ciebie wzięło milady, wątpię, aby larwy mogły już wydawać własny miot… niestety, mój specjalista opuścił miasto. Jeżeli go spotkam, to oczywiście zapytam. - ujął czule divę- No i gratulacje, cieszy mnie twe szczęście pani. Niestety nie mam przy sobie następnych dawek, trzeba będzie poczekać.
                Gdy mnich wziął galaretowatą kuleczkę pod światło, dostrzegł tam ciemniejszy, zwinięty kształt. Jak mały czerw zwykłej muchy. Podobnie to wyglądało w większości jaj jakie do tej pory widział. Sławna aktorka obserwowała i słuchała go uważnie. I musiała się chwilę nad tym zastanowić.
                - No też do końca nie wiem skąd się wzięły. Mówiłam ci, po porodzie tak mi się błogo zrobiło, że chyba trochę się zdrzemnęłam. A jak się obudziłam to te przyjemniaczki pełzały po mnie i dookoła mnie zostawiając ten obrzydliwy śluz. A na brzuchu miałam te kulki. Były w tym wstrętnym śluzie jaki zawsze zostaje z tej zabaweczki do zapładniania jajami. No ale przecież jej nie miałam. Więc nie wiem skąd się wzięły na moim brzuchu. Pomyślałam, że je zachowam i ci pokażę. - Wzruszyła swoimi szczupłymi ramionami i wydawała się być nieco skonfundowana tym znaleziskiem ale i zaciekawiona. Na koniec rozłożyla ręcę przyznając, że nie zna rozwiązania tej zagadki.
                - To myślisz, że to jednak są jaja? Wyglądają trochę inaczej. A myślisz, że nimi też można zapłodnić kogoś? I masz jakieś dorosłe osobniki? Czyli prawdziwe muchy? Ojej, dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Koniecznie muszę je zobaczyć! - W końcu milady uśmiechnęła się na myśl, że może stać na progu nowego odkrycia związanego z jej robaczą ciążą.
                - Trzymamy je w aptece Sigismundusa, naszego naczelnego sługi Lorda Plag. - wyjaśnił Otto - Nie są tam oczywiście same, dopatruje ich jedna z naszych dziewczyn. Postaram się załatwić jakąś możliwość. A cóż chciałabyś pani od tych much? Oczywiście, są równie okropne co maleństwa, jednak nie aż tak skoro do figli.
                - Są tak okropne jak maleństwa? Takie ohydne, że każda dama brzydziłaby się ich dotknąć? - Odette oczy zabłysły i przygryzła wargę, jakby usłyszała jakiś bardzo interesujący trop. Znów wyglądała jakby ohyda budząca u większości społeczeństwa wstręt, ją pociągała. - Oh jeśli choć trochę są tak wstrętne i paskudne jak te obrzydliwe robale… To bardzo byłabym chętna je poznać. - Lekko westchnęła pokazując coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie. I nagle czar prysł jakby coś sobie przypomniała.
                - Jak to nie są skore do figli?! - Aż jej się wypielęgnowane brwi uniosły w grymasie zdumienia i rozczarowania. - Nawet ze mną? Z Odette von Treskow? Słowikiem Północy? - Widocznie to było dla niej trudne do wyobrażenia i od razu zareagowała jak odrzucona kochanka. Dumnie uniosła brodę aby pokazać swoją wzgardę. Wytrzymała tak chwilę nim znów przytomniej spojrzała na jednookiego. - Oj mój drogi Otto. - Pieszczotliwie pogłaskała jego dłoń. - Naprawdę nie dałoby się tego zorganizować? Przecież jesteś takim zdolnym i pomysłowym impresario. Nie mogłam tutaj wybrać kogoś lepszego. Wiesz jeśli to kwestia pieniędzy albo czegoś takiego to tylko powiedz. Pieniądze nie grają roli. - Teraz z kolei starała się mu przypodobać jakby liczyła, że mimo wszystko będzie w stanie jej zorganizować taką, nietypową rozrywkę.
                - Nie chodzi o pieniądze, tylko o ich bezpieczeństwo. - zapewnił Otto - Nie chcielibyśmy, aby wyfrunęły w miasto i zwróciły na siebie uwagę kościoła. Przynajmniej jeszcze nie. Dlatego, musiałbym zabrać ciebie do nich i tu jest kłopot, bo są tam osoby spoza rodziny. I gdyby ciebie zobaczyły… no chyba sama rozumiesz. Obiecuję, że postaram się coś wymyślić, ale potrzeba odrobinę cierpliwości.
                - Oh, czyli jest możliwość aby się z nimi spotkać i poznać ich lepiej? - Aktorka od razu rozpromieniła się gdy okazało się, że sprawa nie jest tak beznadziejna a raczej to kwestia organizacji. - No to ja się mogę przebrać. Za jakąś zwykłą pokojówkę czy inną dziewkę. Założę perukę albo schowam włosy pod kapturem. To by pomogło? - Wykazała się inicjatywą i wsparciem w sprawie tej nowej schadzki. - No w każdym razie mój drogi Otto, gdybym jakoś mogła pomóc ci w tym spotkaniu to tylko powiedz o co chodzi. Chyba wiesz, że u mnie namiętność i żądza przygód jest na pierwszym miejscu. Oczywiście nie chciałabym aby tym muchom stała się jakaś krzywda. Przecież nosze w sobie te ich wstrętne, ohydne larwy i wydaję, je na świat, zabawiam się z nimi. A we śnie to nawet karmiłam je piersią. Chociaż nie mam przecież pokarmu. No ale życzę im jak najlepiej. A jeśli by się okazały ohydnymi paskudami z jakimi można przeżyć interesującą przygodę to byłabym tym bardzo, ale to bardzo zainteresowana. - Diwa zapewniła o swojej woli współpracy ale ostatecznie była gotowa zaufać, że jej osobisty impresario zorganizuje jednak to spotkanie.
                - Cieszy mnie twój entuzjazm. - zaśmiał się delikatnie mnich - Jest tak ekskluzywnie twój. Teofano jest zauroczona bycia matką, Fabienne skupia się na przyjemności, ty mieszasz obie te cechy i dodajesz fascynację i perwersję ohydy. Muszę uścisnąć dłoń temu, kto cię tego nauczył, lub wychędożyć cię jak nigdy, jeżeli odkryłaś to sama.
                - Mój drogi Otto. Koniecznie skupmy się na tym drugim wariancie. - Odette obdarzyła go dystyngowanym ale zalotnym uśmiechem, jakby byli na sali balowej, wśród elity tego miasta. - A młodziutka Teo jest nawet zabawna. To urocze jak się peszy przy nas i gorliwie przytakuje wszystkiemu co powiemy. Doceniam jej entuzjazm dla tych małych ohyd jakie w sobie nosimy. To ciekawa odmiana móc się tak z kimś z plebsu zaznajomić. - Na swój sposób śpiewaczka nawet zdawała się lubić i doceniać młodą cukiernik. I dostrzegać poza jej aparycją także niektóre cechy jej charakteru. - A moja Fabi, jest cudowna. Od razu ją polubiłam. I tej jej piękny, romantyczny bretoński akcent! Cudowny! Ah jak ja uwielbiam i podziwiam Bretończyków. Są tak namiętni, silni i porywczy. Cóż potrafią zrobić dla idei! Dla miłości! Dla honoru! Są wspaniali. A Fabi jest ich wyśmienitą ambasadorką. Zwłaszcza w tym najbardziej ślicznie plugawym wydaniu jakie uwielbiam. Czuję się z nią jakbym odnalazła dawno zaginioną siostrę. Zakochałam się w niej. - Diwa pozwoliła sobie też na parę słów szczerości wobec swojej przyjaciółki jaka od dawna była też kochanką Otto.
                - No cóż jej potencjalne korzenia mogą mieć coś z tym wspólnego. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli czcigodna Soria znajduje się wśród jej przodków… kto wie, może też ich twoich. Odrobinkę kazirodztwa wśród szlachty to przecież nic nowego. - dłoń mnicha delikatnie powędrowała do policzka Odette - A Bretończycy… cóż, niezwykły naród, nawet jeżeli trochę zacofany. Faktycznie jednak jeżeli Fabienne nie jest wybitnym okazem, tylko normą… aż żal, że urodziłem się w Imperium.
                - Oh nie, myślę, że Fabi wybija się nawet na tle innych Bretończyków. A nawet ich dumnych dam. - Uśmiechnęła się jakby alabastrowa, czarnowłosa żona tutejszego kapitana, miała specjalne miejsce w jej sercu. Chociaż przed przyjazdem na ten koniec świata w ogóle jej nie znała. - Ale masz rację. W wielu kwestiach są nieco staroświeccy i zacofani. - Ta uwaga nieco ją rozbawiła ale wydawała się na tym polu podzielać opinię swojego impresario. - A więc to prawda? Ona jest spokrewniona z lady Sorią? Słyszałam już o tym ale trudnow to uwierzyć. Lady Soria to… No cóż… To chyba nie jest tylko piękna milady. Prawda? Widziałam ją jak na tym naszym leśnym pikniku rozmawiała ze zwierzoludźmi w ich języku. A oni traktowali ją z szacunkiem. W przeciwieństwie do mnie i Fabi! Ale to było najcudowniejsze w tamtym spotkaniu! To było takie ekscytujące! Wiesz, że na koniec oznaczyli nas swoim moczem? To było takie podłe! Potraktowali nas jak jakieś drzewo do oznaczenia swojego terenu! Mam nadzieję, że następnym razem też to zrobią. - Aktorka wydawała się być zaciekawiona nadnaturalnym pochodzeniem ich wspólnej przyjaciołki jak i samej lady Sorii. A wycieczkę do pradawnego kręgu ofiarnego, wspominała żywo i z przyjemnością.
                - Och uwierz mi, w niej jest więcej niż tylko krew lokalnych ludzi. Jest naznaczona przez Węża poprzez krew swej matki, prawdziwej Księżnej Pana Rozkosz. Spędzić noc w jej sypialni… chyba bliższego boskiego doznania nie można doświadczyć. Podejrzewam, że Gnak i jego by ją szanowali, zwierzoludzie respektują jedynie siłę, a Lady Soria pomimo swej urody ma w sobie potęgę… no cóż, wątpię, aby wasi konkubenci z lasu dali jej radę… w walce czy w łóżku.
                - Oh, w łóżku to na pewno nie. Widziałam jak tam dokazywała. Ja czy Fabi to przy niej wyglądałyśmy jak skromne pensjonariuszki. - Aktorka uśmiechnęła się na tą myśl. - Wygląda dostojnie i wspaniale. Jest w niej jakiś naturalny magnetyzm. Trudno oderwać od niej wzrok. To zaszczyt móc jej służyć. Zresztą wielokrotnie rozmawiałam o tym i z Fabi, i Łasicą, i Priorą. Wszystkie uważamy podobnie. Być damą na jej dworze to prawdziwy zaszczyt. - Milady wydawała się podzielać zdanie mnicha, chociaż bazowała na innych niż on motywach i doświadczeniach.
                - No cóż, jeżeli zostaniesz z nami dostatecznie długo, lub jeżeli do nas wrócisz, to spotkasz też jej matkę. - Otto uśmiechnął się - I tu mogę obiecać, że będzie to doznanie jakiego nie uświadczysz nigdzie, jak świat długi i szeroki. Mam nadzieję, że to dostateczna zanęta, abyś nas nie opuszczała. Fabi i ja byśmy płakali nocami z braku ciebie.
                - Oh mój drogi Otto. To było takie romantyczne. - Milady rozczuliła się na te komplementy i aż czule pogłaskała policzek mnicha. Aż go dreszcz przyjemności po karku przeszedł od tego dotyku. A po chwili wpatrywania się z bliska w jego oczy, czule pocałowała go w usta. Jak skończyła znów szukała czegoś na dnie jego duszy. - Czyli te przygody w lesie i te paskudztwa którymi plugawicie moje szlachetne łono to nie wszystko? Oh Otto… No to cudowne wieści. Mogę cię zapewnić, że na razie bawię się tu u was wybornie, jak dawno się nigdzie tak nie bawiłam. Wreszcie coś odświeżająco nowego a nie wiecznie tylko ci wielbiciele, amanci, podstarzali zalotnicy, złośliwe baby i udawanie, że zależy im na moim talencie gdy tak naprawdę chcą się dobrać między moje uda. Gardzę nimi wszystkimi. A tu u was mi się podoba więc na razie nie zamierzam wyjeżdżać. Oczywiście spodobałoby mi się jeszcze bardziej gdybym przeżyła schadzkę z tymi wstrętnymi muchami. Ah! Nie mogę się doczekać aż przyjadą te moje przyjaciółki z Saltmundu i kiedy opowiem im o tym wszystkim! No i aż do nas dołączą. - Zaśmiała się wesoło na koniec gdy myślała o zaproszonych gościach o jakich od paru dni, czasem wspominała. I dała znać, że na razie czuje się tu rozpieszczana więc nie zamierza wyjeżdżać.
                - Ah, nuda. Odwieczny wróg wszystkiego co dobrze i przyjemne w życiu… - mnich się zatrzymał jakby pomysł wpadł mu do głowy - Ech… szkoda, że nie jesteśmy w jakimś bardziej zaściankowym miejscu. Ponieważ zakładam, że nigdy nie byłaś obiektem prawdziwego, religijnego oddania. Przekonać kilku chłopów, że twa uroda jest darem od bogów i powinni cię wielbić niczym boginię nie byłoby trudne…
                - Obawiam sie, że po tych mszach w Festag to zna mnie już całe miasto i okolica. A zwykli chłopi są tacy nudni. Ale dziękuję za pomysł mój Otto. Doceniam twoje wizje i pomysłowość jakie dla mnie kreujesz. - Uniosła jego dłoń i pocałowała ją, jakby był szlachcicem. Uśmiechnęła się jeszcze po czym westchnęła z pewnym żalem. - Ale teraz, jak nie chcemy się spóźnić na zaproszenie Beni i Roberta bardziej niż wypada to musimy się już zbierać, mój drogi Otto. - Przyznała, że nie jest panią własnego czasu i też ma swoje zobowiązania.

                • Oczywiście, moja pani. Wziąłbym cię pod rękę, ale chyba nie uchodzi. Prowadź zatem, żyje aby służyć i zadowalać. - skłonił się teatralnie i ruszył za divą.

                Otto, Odette i von Neuhoff

                Mnich przywitał się pokłonem przed małżeństwem von Neuhoff, nie pozwoliłby sobie na spoufalanie się.
                Wysłuchiwał obrotnych opowieści Odette, nie mógł oczywiście snuć własnych, nikt nie spodzie się mnicha z jakimkolwiek doświadczeniem w tych sprawach.
                Kiedy w końcu lord Robert zostawił trójkę samych Otto zerknął na dwójkę kobiet, które od razu rozpoczęły figle.
                - O ile jestem pewny, że lord Neuhoff nie miałby nic przeciwko takiemu widokowi, chyba moja obecność nie byłaby mu miła.
                - Oh niestety mój drogi Otto, spodziewam się, że Robert powróci z tymi cygarami, zanim będziemy mogli skonsumować znajomość. - Odette westchnęła z pewnym żalem, że obecna przerwa będzie zbyt krótka aby zdążyli na jakieś figle. Benita pokiwała głową, na znak, że podobnie ocenia sytuację.
                - Robert jest zachwycony twoją osobą, że gdybym ja też nie była to aż bym była zazdrosna, że tak adoruje inną kobietę. No ale sama cię przecież adoruję, więc już nie będę dla niego wredną jędzą. - Gospodyni pozwoliła sobie na flirciarski ton. Była w o tyle lepszej pozycji, że jako druga kobieta i szlachcianka, miała więcej okazji, aby się spotkać ze śpiewaczką sam na sam. Żonatemu mężczyźnie nie wypadało nachodzić gwiazdy estrady w jej garderobie.
                - Ja bym bardzo chętnie zapoznała się z wami obojgiem. Ale to może później. Na razie jesteśmy tu z naszym drogim Otto. - Wydawało się, że diwie schlebiają te amory od gospodarzy i czuje się z nimi jak ryba w wodzie. Jednak nie zatraciła się w nich na tyle aby zapomnieć o swoim dzisiejszym partnerze. Teraz obie szlachcianki spojrzały na jednookiego mnicha.
                - No czemu nie. Wtedy w garderobie było całkiem ekscytująco. No ale teraz to zaraz Robert wróci. - Benita widocznie też miło wspominała przygodę na zapleczu teatru jednak nie zapominała, że jej mąż może wrócić w każdej chwili.
                - No to będziemy musieli to powtórzyć jak najszybciej się da. Ja mam próby w teatrze prawie codziennie. A póki co. Jak myślisz, mój drogi Otto. Jak mamy te parę chwil z Beni tylko dla siebie, to jak możemy ją niecnie wykorzystać? - Diwa zalotnie zwrociła się do mnicha a jej wielbicielka zaśmiała się krnąbrnie ale z ciekawością spojrzała wyczekująco na Otto.
                - Żeby nie zapędzać się zbyt daleko? - upewnił się mnich - Lady von Neuhoff. Podejrzewam, że Lady Odette zasługuje na trochę pieszczot twego głosu. Wyjaw jej co cię w niej tak bardzo nęci. Bądź tak wulgarna, lub delikatna jak sądzisz, że odpowiada twej żądzy.
                - Oh cudowny pomysł Otto! - Aktorka uśmiechnęła się, jakby właśnie zaproponował jej ulubioną grę. Zachęcająco spojrzała na gospodynię czekając na jej reakcję. Ta odchrząknęla jakby chciała zebrać myśli. W końcu przyjrzała się z bliska twarzy słynnego Słowika z Północy.
                - Wulgarna? Oj Otto, przecież jesteśmy szlachciankami. - Benita na chwilę spojrzała na mnicha, jakby strzelił jakąś dziecinną gafę. Miodowłosa na razie się nie wtrącała. Gdy kochanka znów na nią spojrzała wydawały się obie promienieć. Jakby zaraz miały się pocałować. Zamiast tego, brunetka zaczęła mówić melodyjnym szeptem. - Bo jesteś taka wspaniała Oddi. Masz takie niesamowcie głębokie oczy w jakich można utonąć. Mogłabym wpatrywać się w nie przez pół wieczoru. No i usta. Takie utalentowane. A tak namiętne. Cały czas myślę o twoich ustach. Chciałabym je ciągle całować i aby one całowały mnie. Wszędzie. I twoje włosy. Takie miękkie i puszyste. Jakbym mogła to bym została twoją garderobianą aby móc je codziennie czesać i układać. Właściwie to kobiety za bardzo mnie nigdy nie pociągały. Ale ty Oddi jesteś tak wspaniała, że mogłabym się z tobą kochać codziennie. - Frau von Neuhoff wydawała się olśeniwać swoim delikatnym blaskiem. I widać było, ze aktorka spija słowa z jej ust. Aż do wzruszenia.
                - Oh, Beni, to było takie piękne. Takie romantyczne. Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. Słyszałeś to mój drogi Otto? Nasza Beni jest wzruszająco romantyczna i taka kochana. - Odette położyła dłoń na dłoni koleżanki a następnie uniosła ją do ust aby pocałować. Gdyby nie to, że obie były tej samej płci, to pasowałoby to do jakiejś sceny gdzie kochankowie wyznają sobie miłość w blasku księżyca. Benita też wyglądała na pełną szczęścia, że jej komplementy trafiły w serce towarzyszki.
                - A teraz wulgarnie. - Miodowłosa dodała to tym samym słodkim tonem, że ze dwa oddechy trwało zanim gospodyni się zorientowała. Zmarszczyła brwi i uśmiech nieco zszedł jej z twarzy.
                - Jak to wulgarnie? O czym ty mówisz Oddie? - Lekko pokręciła głową jakby naprawdę nie była w stanie zrozumieć prośby przyjaciółki.
                - Teraz proszę cię Beni abyś powiedziała na co masz ze mną ochotę. Tylko tak wulgarnie jak zdołasz. - Druga szlachcianka łagodnym tonem doprecyzowała o co jej chodzi. Małżonka Roberta zamrugała oczami i na chwlę spojrzała na mnicha jakby szukała u niego podpowiedzi.
                - Naprawdę tak się nie bawiłaś wcześniej? - Widząc to von Treskow znów przykuła uwagę kobiety jaka grzecznie siedziała jej na kolanach. Teraz pokręciła głową z nieco niepewnym wyrazem twarzy. - No dobra. To pozwól, że ci zademonstruję. - Odette uśmiechnęła się ze zrozumieniem i nawet delikatnie poprawiła lok koleżanki. A ta skinęła głową na znak zgody.
                - Beni. Jesteś moją prywatną, tanią ladacznicą. - Odette zaczęła spokojnym ale stanowczym tonem. Na co gospodyni otworzyła oczy ze zdumienia. Szybko spojrzała na Otto, jakby sprawdzała czy on też to właśnie usłyszał. Jednak aktorka ciągnęła dalej. - Dlatego moja ladacznico przyjedziesz jutro na próbę do teatru. I będziesz dla wszystkich bardzo miła. A gdy pójdziemy do mojej garderoby rozbierzesz się do naga a ja przywiążę cię do słupa. I wychłoszczę twój grzeszny, zgrabny kuperek aż będziesz jęczeć o litość. Ale takie tanie ladacznice jak ty, nie zasługują na litość. Dlatego zatkam ci usta jakimś brudnym gałganem i będę chłostać dalej aż mi się znudzi. Wtedy wezmę cię tak jak nigdy twój Robert się nie ośmielił. Aż będą drzazgi lecieć. Ale wiem, że takie tanie ladacznice jak ty, co tylko udają wielkie, wyrafinowane damy to lubią. A jak będę gotowa to zasieję cię kolejną porcją larw. Aż będą ci wyciekać z każdej strony. Może nam się uda zaprosić Fabi to by znów nas obdarowała tym obrzydlistwem jakie rodzi. Pozwolę ci na przyjemność aby tym razem spadł ten kloc na ciebie. I dopilnuję aby każdy z tych obrzydliwców był oznaczony twoimi ustami. Wtedy jak będę z ciebie zadowolona moja brudna ladacznico, to zacznę się z tobą kochać. - Aktorka mówiła płynnie ale stanowczo. Tak cichym ale silnym głosem, że wydawał się wręcz magnetyzujący. A nie spuszczała z Benity wzroku ani na chwilę więc wyglądała jak zmija jaka hipnotyzuje mysz. Zreszta gospodyni która z początku próbowała sie zbuntować i przerwać w końcu i tego zaprzestała. I nawet gdy von Treskow skończyła mówić to wydawało się, że wciąż jest pod jej urokiem i nie może się zdobyć na jakąś świadomą reakcję.
                - Poczułaś to? - Nagle Odette się odezwała i to jakby przerwało ten czar. Benita odchrząknęła, zamrugała oczami jakby próbowała wrócić do rzeczywistości.
                - Co takiego? - Zapytała w końcu ale dość słabym głosem.
                - To ożywienie. Tutaj. - Diwa położyła dłoń na brzuchu drugiej milady. - I tam niżej. - Szepnęła wskazując na podołek drugiej kobiety. Ta zbyt krępowała się aby to przyznać na głos, więc tylko skinęła głową. - To dobrze. Czyli pasujemy do siebie Beni. I dlatego moja prywatna ladacznico, jutro przyjedziesz do teatru na próbę. - Odette znów mówiła jak dobra koleżanka i jakby chodziło o zwykłe spotkanie towarzyskie między szlachciankami. Von Neuhoff przełknęła nerwowo ślinę, uśmiechnęła się nerwowo i wciąż wydawała się być speszona i zawstydzona. Ale pokiwała twierdząco głową.
                Mnich pokiwał głową.
                - Spodziewałem się, że nasz cudowny słowik zna moc namiętnych słów. - Otto pociągnął odrobinę habit pozwalając chłodnemu powietrzu przelecieć pod nim - Nie wyobrażałem sobie jednak, aż takiej kontroli nad nimi. Lady Odette, zapewne byś rozebrała widownię czyjąc z ksiąg kościoła Morra.
                - Oh te całe dnie ćwiczenia dykcji, wkuwania klasycznego i śpiewania psalmów jednak się na coś przydały. - Lady Odette uśmiechnęła się skromnie ale widać było, że reakcja obojga kochanków sprawiła jej przyjemność. Nagle nad ich głowami skrzypnęła podłoga i dało się usłyszeć czyjeś kroki.
                - To Robert. Pewnie musiał iść do składziku po te cygara. Ale już wraca. - Benita widocznie na słuch rozpoznała męża. Co niejako przypomniało im, że mają dość ograniczony czas na wyznania i knowania.
                - Beni. Myślisz, że dałoby się zorganizować nam chwileczkę zapomnienia bez Roberta? - Miodowłosa milady nie traciła więc czasu. Brunetka bystro spojrzała na nią i odparła prawie od razu.
                - Tak. Możesz poprosić, że chcesz iść do łazienki. To cię zaprowadzę. Jak parę chwil nas nie będzie to Robert zrozumie. W końcu kto by nie chciał zostać z tobą sam na sam, choć przez parę chwil. - Frau von Neuhoff uśmiechnęła się czule do śpiewaczki i pieszczotliwie pogłaskała ją po dłoni. Wyglądała jakby wręcz przygotwała sobie taką możliwość i czekała na nią z niecierpliwością. Zresztą wizyta w łazience, wyglądała całkiem naturalnie.
                - Nie mogę się doczekać. - Von Treskow pogłaskala ją opuszkami palców po policzku. Po czym wskazała na siedzącego obok mnicha. - A coś z naszym Otto? - Teraz Benita przygryzła swoje uszminkowane wargi i musiała się chwilę zastanowić.
                - Mam zielnik. Mogę cię poprosić o konsultację. Bo wy chyba macie coś takiego w hospicjum? To byśmy poszli do małej biblioteki. Jest blisko łazienki. - Zaproponowała na szybko.
                - Cudownie. To może wy zaczniecie. Zaprosisz Otto gdzie trzeba a ja zostanę z Robertem. A po chwili powiem, że muszę przypudrować nosek. - Aktorka popatrzyła na nich czy się zgadzają. - Bo mamy dla ciebie małą niespodziankę Beni abyś taka pusta nie chodziła. - Uśmiechnęła się jeszcze obiecująco ale dłońmi dała znać aby druga kobieta zeszła z jej kolan. Słychać już było powracające, szybkie kroki na korytarzu. Benita zdążyła zrobić zaciekawioną minę ale szybko wróciła na swoje ozdobne krzesło. I obie na szybko zaczęły się poprawiać aby nie wyglądać niestosownie. Drzwi faktycznie otworzyły się i do środka wrócił Robert.
                - Oh, błagam o wybaczenie moi drodzy. Niestety w pudełku były tylko sztuki niegodne tak pięknych ust jak twoje milady. Ale osobiście poszedłem do mojego prywatnego składziku i wybrałem te które mogłyby być choć namiastką twojej wspaniałości Odette. - Szlachcic zachowywał się z pełną manierą i widać było, że zrobił wrażenie na obu kobietach. Może jego uwagi były zbyt śmiałe jak na wypowiedziane w obecności żony ale ta wyglądała na równie zachwyconą jak diwa jaką wielbiła tak samo jak on. Mężczyzna otworzył szkatułkę, z rzeźbionego, czerwonego drewna i ukazało się kilka grubych, brązowych walców. Szlachcianka zajrzała tam z ciekawością.
                - Oh Robercie, to są słowa i dar godny prawdziwego dżentelmena. - Odette z wdziękiem sięgnęła po jedno cygaro. Mąż więc kolejne zaproponował żonie. Ta też się poczęstowała. Więc gospodarz zaproponował gestem także mnichowi. Chciaż Otto nie był nawet szlachcicem. Pierwszy raz widział tą nietypową używkę do palenia jaka przywędorwała do Imperium z Nowego Świata. I dlatego była tak rzadka i droga. Ze szkatuły bił nietypowy aromat jaki w ogóle nie był podobny do bagiennego ziela zazwyczaj palonego w fajkach i skrętach.
                Mnich grzecznie uniósł dłoń.
                - Z pełnym szacunkiem mój lordzie, ale habit wymusza na mnie wstrzemięźliwość. Dziękuję ci jednak za ofertę, rzadko mogę uświadczyć takiej gościnności. - uśmiechnął się ciepło do szlachcica - Tytoń z Lustrii? Słyszałem, że handlarze z Arabii próbowali wyhodować własne.
                - Też słyszałem. Ale podobno klimat nie ten. Zbyt wiele piasku, wiatru i słońca a za mało wody. - Robert przytaknął mnichowi i odpowiedział z uśmiechem. Bez wyższości jaką zwykle błękitnokrwiści okazywali maluczkim spoza swojego elitarnego grona. Odłożył pudełko na stolik a sam wziął żar w ozdobnym uchwycie. I najpierw zaczął przypalać nim cygaro swojego honorowego gościa o miodowych włosach. Odette widać wiedziała co robić bo possała końcówkę ustami aż na moment żar pojawił się na końcu brązowego walca. Wtedy wydmuchała pierwszy kłąb dymu.
                - Wspaniały smak. Uwielbiam cygara. Jaki to gatunek? - Zaciekawiła się i pozwoliła gospodarzowi nacieszyć się tą chwilą. Porozmawiali chwilę o różnych smakach i walorach gdy Robert odpalił cygaro Benicie a na końcu wrócił na swoje krzesło i zapalił swoje. Wreszcie mogli usiąść we czwórkę i rozkoszować się rozmową.
                - Robercie, byłam tak śmiała, że zaproponowałam Beni jutro wzięcie udziału w naszej próbie w teatrze. Czy zgodzisz się w swojej wspaniałomyślności abym mogła ci ją porwać na jutrzejsze popołudnie? - Odette z wdziękiem poprosiła męża o zgodę na wizytę żony w teatrze. Jeśli się nie słyszało jej wyuzdanej preory sprzed paru chwil jakie ma plany wobec Benity nic nie sugerowało, że chodzi o coś więcej niż towarzyska wizyta artystyczna między szlachciankami. I ich gospodarz też chyba nie miał wątpliwości a tym polu.
                - Ależ naturalnie. Beni cię strasznie podziwia. Zresztą ja także. Zawsze mi mówiła, że chciałaby mieć taki talent jak ty. - Herr Neuhoff zgodził się na tą prośbę bez zastrzeżeń. Obie szlachcianki od razu się uśmiechnęły i do niego i do siebie.
                - To skoro jeszcze jesteśmy razem. Czy mogę cię bracie Otto porwać na chwilę? Mam pewien zielnik i chciałabym cię prosić o fachową opinię. Przecież wy w tym hospicjum to się zajmujecie takimi rzeczami. - Benita zwróciła się do jednookiego równie naturalnie jak przed chwilą jej koleżanka do jej męża.
                - Oczywiście, Lady Neuhoff, postaram się pomóc jak tylko mogę. Mój panie. - skinął głową na Roberta i ruszył za Benitą, zerknął tylko na Odette i szepnął jej na ucho - Pamiętaj, aby do nas dołączyć, Beni może czuć się zazdrosna jeżeli postanowisz zadowolić się tylko jej mężem.
                Diwa lekko skinęła głową, jak na damę przystało. A gospodyni płynnie wyprowadziła gościa z biblioteki. I ruszyli we dwójkę korytarzem. - To niedaleko. Tam, na końcu. - Wyjaśniła mu po drodze. - A tu są drzwi do łazienki. Gdybyś potrzebował. - Dyskretnie wskazała na ozdobne drzwi jakie mijali. Ale przeszli do kolejnych, po przeciwnej stronie. Za nimi ukazały się kilka regałów z różnorodnymi książkami. Ale były stłoczone i nie prezentowały się tak dostojnie jak z głównej biblioteki z jakiej właśnie wyszli. Za to okno było małe i panował nieco półmrok. Milady pewnie podeszła do jednego miejsca i sięgnęła po jedną z ksiąg. Otworzyła ją na środku i rzeczywiście był to zielnik.
                - To macie dla mnie jakąś niespodziankę? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i pozornej niewinności. Podniosła w końcu wzrok i znad swoich ładnych rzęs posłała mu flirtujące spojrzenie.
                - No cóż, Lady Odette najpewniej by chętnie wzięła ciebie i twojego męża do łóżka, razem albo na zmianę. Nie jestem pewny jednak, cóż wymyśliła teraz. - mnich delikatnie ucałował policzek Benity - Niestety nie jestem przygotowany, aby usłużyć wam tak jak poprzednio. Zobaczymy jak do nas dotrze. - Otto zerknął na zielnik - Mam pomysł na małą grę, jeżeli zaprosisz mnie pod spódnicę i postarać się czytać na głos zielnik, pomimo moich pieszczot. Taki mały teścik twojej kontroli.
                - Chcesz mi wejść pod spódnicę? - Brwi szlachcianki podskoczyły w górę jakby nie była pewna czy to żart czy nie. Zastanawiała się chwilę nad tym pomysłem. I w końcu wzruszyła ramionami. - No dobrze. Może być ciekawie. - Uśmiechnęła się i uniosła przód swojej eleganckiej i drogiej sukni. Pod nią ukazały się gładkie, posągowe nogi okryte jedwabnymi pończochami. I czekała aż mnich zrobi swój ruch.
                Otto spokojnie zanurkował pod spódnicę szlachcianki i rozpoczął pieścić jej delikatną skórę.
                - Więc moja pani? Cóż tam mówi ta twoja książka?
                - Roślina ma zielone, wydłużone strączki. Kwitnie na czerwono z białymi kropkami. - Z góry doszedł go spokojny, kobiecy głos gospodyni. Zazwyczaj czytała poprawnie, miała niezłą dykcję i wprawę w czytaniu na głos. Ale gdy ulegała jego pieszczotom to musiała się powstrzymać od śmiechu. Gdy jej się nie udawało to chichotała jak młoda dzierlatka. I na tym zastała ich Odette. Otworzyła drzwi i zajrzała ciekawie do środka. Widząc w co się bawią, też się uśmiechnęła i podeszła bliżej.
                - Widzę, że się dobrze ze sobą dogadujecie. - rzekła z aprobatą i rozbawieniem. Podeszła do stojącej szlachcianki i objęła ją czule. Już Benita zbliżyła swoją twarz do niej jakby chciała ją pocałować ale miodowłosa zagrodziła jej drogę palcem. - Bardzo chętnie Beni. Ale wiesz, że to zostawia ślady na jakie nie możemy sobie pozwolić. - Zachowała trzeźwość umysłu na co gospodyni westchnęła żałośnie.
                - No wiem. - Pokiwała smutno głową. Wtedy von Treskow spojrzała figlarnie na Otto.
                - Ale jestem pewna, że nasz pomysłowy impresario wymyśli jak możemy we trójkę uczcić ten moment prywatności bez szczegółów pozwalających żyć wstrętnym plotkom. - Wtedy Benita też z nadzieją popatrzyła na mnicha.
                Mnich delikatnie odsunął się od Benity i spojrzał na dwie kobiety.
                - No cóż, jedyna metoda, to figle tam gdzie drogi Robert nie zauważy. I to tak, aby też nie naruszyć waszego makijażu… - Otto się chwilę zastanowił, delikatnie ujął dłoń Odette i doprowadził jej palce do ust Benity - Lady Neuhoff, nie ujmując twemu mężowi, podejrzewam, że nie jest zbyt… kreatywny w łóżku. Mogę się mylić, ale wątpię, aby wymagał od ciebie, abyś ujmowała ustami jego berło. Może więc wyobraź sobie, że palce lady Odette to kochanek, które masz na własne spróbowanie. I pokaż nam cóż byś z nim zrobiła?
                - Oh nie, no bez przesady. Na Roberta nie mogę narzekać. Po prostu on nie jest Słowikiem Północy. - Żona szybko wyjaśniła tą nieścisłość. I spojrzała z uwielbieniem na swoją ulubioną artystkę.
                - Na pewno tak jest. Kto wie? Może wkrótce to zweryfikujemy? - Odette pogłaskała jej dłoń aby koleżanka nie poczuła się niezręcznie. A potem spojrzała na jednookiego. - Wyborny pomysł mój drogi Otto. - Jego też pochwaliła i złożyła razem dwa palce. Po czy skierowała je ku ustom przyjaciółki. Ta przygryzła wargę i rozejrzała się jeszcze po nich obojgu. I delikatnie je pocałowała. Potem zaczęła je całować coraz gęściej i częściej. - Pomyśl o tym przyrodzeniu moja prywatna ladacznico jakie w ciebie jutro właduję. I może mój drogi Otto też. Miałbyś ochotę mój drogi? Dałbyś radę mnie jutro po południu odwiedzić w teatrze gdy ta brudna ladacznica będzie mi zawracać głowę w mojej garderobie? - Niespodziewanie aktorka płynnie przeszła do tego wulgarnego tonu jaki zaprezentowała w bibliotece. I na Benitę podziałało to pobudzająco. Jakby została spoliczkowana albo pocałowana. Jej usta i głowa zaczęły żwawiej pracować nad palcami diwy ale zerkała na mnicha jak ten zareaguje na jej wyuzdane zaproszenie.

                Otto pozwolił zabawom iść bez oporu. Chwilę się zastanowił o planach na resztę dnia i postanowił poszukać Łasicy. Przy odrobinie szczęścia uda mu się załatwić sprawę muzyki dla Odette.

                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Mistrz Gry
                napisał ostatnio edytowany przez
                #331

                Tura 79 - 2519.07.29; ab; popołudnie

                Miejsce: Nordland; rzeka Salt; między Neus Emskrank a “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główny pokład
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                Egon i ekipa

                Nawet jak już czwórka kochanków wyszła z kajuty to humory dopisywały. Wygladało na to, że wspólna integracja udała się i wszyscy zapałali do siebie życzliwością i sympatią. Zresztą w klaustrofobicznej kajucie miejca dla czterech osób nie było a po tak intenswnych namiętnościach to zrobiło się duszno. Więc wyjście na świeże powietrze było całkiem przyjemne. No i w końcu prycza nie wytrzymała takiego podłego traktowania i mocowanie puściło, zwalając kto tam był na podłogę. Po chwili zaskoczenia, koleżanki potraktowały to jako dowód na to, że się tu wszyscy uczciwie spocili nad tą integracją.
                - U nas mówi się, że jak łoże pęka od miłości to dobrze wróży związkowi. - Astrid chociaż była najbardziej obolała z całej czwórki to znalazła w tym jakąś poetycką mądrość ze swojej ojczyzny. Teraz zaś było słychać stukanie młotka gdy któryś z marynarzy Wagnera naprawiał tą prycze. Jeszcze trzeba było chociaż z grubsza doprowadzić się do porządku. Zwłaszcza dziewczętom na tym zależało. Ale ubierały się i poprawiały włosy w radosnej atmosferze. Burgund skorzystała z okazji aby pokazać zawartość swojego miłosnego zestawu podróżnego koleżankom.
                - Ty zabierasz takie rzeczy na drogę? - Mytniczka wydawała się tak samo zdumiona tymi zabawkami jak wcześniej Egon. Wzięła w jedną dłoń skórzane kajdany a w drugą jeden z knebli.
                - No pewnie. Nie bój się Jutta, tu nie było miejsca i czasu ale wieczorem to się tym pobawimy z tobą na całego. - Łotrzyca uspokoiła ją i chociaż zanosiło się na jeszcze większe i intensywniejsze harce niż w tej klitce, to celnik uśmiechnęła się promiennie.
                - Ale będzie mi się dłużyć do tego wieczoru! - Roześmiała się i wrzuciła zabawki z powrotem do worka rudowłosej. Potem wyszli wreszcie na pokład. I wydawało się, że wszyscy się na nich patrzą. Wagner na nadbudówce, jego marynarze, trójka Gezackta no i trójka kultystów na dziobie. A może tylko im się tak wydawało? A na dziobie mogli jeszcze raz poprzeżywać razem ze swoimi towarzyszami, poprzeżywać te harce.
                - Głośnoście zakładali te bandaże. - Lars skrzywił się w złośliwym uśmiechu. Leżał na beli materiału jak na materacu. Był już bez kolczugi, kubraka. Koszulę też mu ktoś ubrał nową bo nie było widac cięć i krwawych zacieków.
                - I jak ta Jutta? - Annika też była ciekawa jak się sprawiła nowa znajoma.
                - Właśnie. Opowiadajcie jak było? Nada się ta w spodniach do czego? - Silny ponaglił kamratów aby podzielili się wrażeniami. Tutaj przynajmniej Burgund nie trzeba było dwa razy prosić bo ze swadą cwaniary z ferajny opisała chociaż część soczystych kawałków.
                - Powiem wam, że jakby pewnego dnia Jutta chciała zostać uczciwą ladacznicą to w każdym zamtuzie by ją przyjeli z otwartymi ramionami. - Zaśmiała się radośnie co wywołało sprośne śmiechy u kolegów i koleżanek. Nawet część tych opowieści podekscytowała czekającą trójkę. Z jednej strony trochę chyba zazdrościli, że ich tam nie było w tej kajucie a z drugiej tym bardziej oczekiwali wieczornej wizyty w “Łabędziu”.
                - Jej. To się zabawiacie jak ja i Marissa z naszą milady. Tylko jak u nas to bez mężczyzn. Chyba, że u lady Priory. - Czarnowłosa pokojówka bretońskiej szlachcianki była pod wyrażnym wrażeniem wyczynów czwórki z kajuty.
                - Oh na pewno. Swojej milady nie musisz się wstydzić. Jestem pewna, że zniosłaby naszą trójkę przynajmniej tak dobrze jak ta rzeczna ladacznica. - Rudowłosa na swój sposób uspokoiła ją. Chociaż uwaga była sprośna i dla każdej szlachcianki powinna być haniebna. Ale w ich spiskowej rodzinie, wszyscy znali mroczne upodobania alabastrowej damy. - Swoją drogą Egon. Co myślisz aby się z Fabi tak po powrocie nie zabawić? Ty, ja i ona. I może jeszcze Łasica. Ona lubi takie zabawy to też powinno wyjść ciekawie. - Wesoło zaproponowała kamratowi takie małe spotkanie z udziałem lady von Mannlieb.
                - No popatrz jaka obrotna ta rzeczna suka. Figluje jak ladacznica. Dobrze! Będzie co z nią wieczorem robić. Kobieta jaka potrafi zadbać o mężczyznę to dobra kobieta. A mówisz Egon, że ona potrafi? Do kroścet, mogłem pójść z wami. Jeszcze jeden to by się tam zmieścił. - Silny też pluł sobie teraz w brodę, że tak łatwo zrezygnował z udziału w tej integracji z mytniczką.
                - Ty to będziesz mógł z nią pofiglować. A ja to tak jak Astrid. Ale bym chciał aby mi dobrze zrobiła ustami. Mytniczka to mi jeszcze nie robiła. Właściwie to jakiejś celnik to w ogóle nie miałem. I do tej pory nawet nie miałem ochoty. Większość to mężowie a niewasty to wredne i szpetne. Ona jest pierwsza jaką widzę co jest ładna i zgrabna. - Rune też zazdrościł tym co go ominęło w kajucie. Ale chociaż miał nadzieję, że może wieczorem uda się zapoznać lepiej z szatynką w spodniach. Wciąż ją widzieli ale na razie po opuszczeniu kajuty, trzymała się bliżej rufy “Jutrzenki”. Chociaż jak się skrzyżowali spojrzeniami to się do nich przyjemnie uśmiechała. Poraniony przez orków weteran, popatrzył pytająco na Egona i koleżanki czy uważają, że wieczorem mógłby mieć okazję do takiej integracji.
                - Chciałabym mieć ją w swojej świcie. Jest zgrabna i namiętna. I potrafi okazać szacunek swojej milady i jej przyjaciołom. Oh pomyślcie! Jakbym tak mogła jej wsadzić w nią te wszystkie zabawki co w nią wsadzaliśmy. Pozwoliłabym jej całować swoje stopy i pokazać jak mi dogadza tymi swoimi ustami. Wszyscy bracia i kuzyni by mi zazdrościli takiej niewolnicy w świcie. Potem chcieliby ją ode mnie odkupić. Ale ja bym się nie zgodziła. Nie jestem głupia. Jakbym chciała sobie któregoś zjednać to bym ją posłała aby się nim zajęła tak jak teraz Egonem i nami. Oj miałabym z niej pożytek. No i przyjemność. I satysfakcję. - Astrid snuła senne marzenia o roli jaką widziała dla Jutty u swojego boku. Położyła się na beli sąsiedniej do Larsa i wydawało się, że po ranach od orków i świeżych miłosnych zmaganiach, jej ciało domaga się odpoczynku. - Egon jak myślisz? Jak ją zapisać w naszej sadze? Chciałbyś aby z tej kajuty coś by w niej uwiecznić? - Nie zapomniała o swojej roli skalda i była ciekawa czy kolega ma jakieś życzenia co byłoby warte upamiętnienia.


                - Zobacz. Mówiłam ci, że teraz będzie dla nas milutka. - Łotrzyca szepnęła do kolegi. A obserwowali jak mytniczka przyniosła koce aby okryć nimi Larsa i Astrid. Pospali się w końcu na tych belach materiału na jakich leżeli. A to jakby dało celnik pretekst aby przyjść w stronę dziobu. Pierwszy raz odkąd się rozstali po wyjściu z kajuty.
                - Rozmawiałam z Wagnerem. Już naprawili tą pryczę. Więc jak Astrid się obudzi i by miała ochotę to może się tam przenieść. - Wskazała wzrokiem na śpiącą blondynkę. Celnik wydawała się wciąż im rada ale jakby trochę skrępowana wzrokiem i szeptanymi komentarzami tych co nie było w kajucie. - Do “Łabędzia” pewnie dopłyniemy trochę przed zmierzchem. Jak nic się nie wydarzy. Może być tłoczno. Przez te napady na rzece to niektórzy wolą przeczekać albo w Saltmundzie, albo gdzieś w tawernie na rzece albo Neus Emskrank. Mnie jako urzędnikowi przysługuje nocleg. Ale jak będzie ciasno to nic nie poradzę. Wątpię aby udało mi się umówić pokój dla nas wszystkich. - Powiodła wzrokiem po zebranym na dziobie towarzystwie. Nawet bez trójki Gezackta to było ich z pół tuzina. To musiałby być spory pokój, przeznaczony dla całych grup, aby mógł ich pomieścić. - Ale może uda się wynegocjować nocneg na poddaszu stajni. - Znów wróciła wzrokiem do gladiatora i łotrzycy.
                - Mamy spać w stajni? A po co? - Portowa dziewczyna wyglądała na zdziwioną takim pomysłem.
                - Bo jest tam sucho i ciepło. I jak jest duży tłok to tam właśnie wynajmują poddasze. Ja nie wiem czy dam radę wynająć wszystkie miejsca. Pewnie nie. Przysługuje mi tylko jeden darmowy nocleg, może pokój na dwa, cztery miejsca. Ale na więcej to byłby kłopot. Tak tylko wam mówię, że moglibyście popytać czy nie da się w tej stodole nocować. Tam normalnie są tylko konie. I może posługaczka co się nimi zajmuje. Więc może by się udało, że nikt by nam nie przeszkadzał. - Celnik widocznie miała dużą lepszą orientację w warunkach panujących w rzecznym zajeździe do jakiego zmierzali. I przemyślała sobie jak można by zorganizować sobie tam wygodny nocleg.
                - Ja tam mogę spać w pokoju a mogę spać i w stajni. Ale jakbyśmy spali w tej stajni to przyjdziesz do nas? Chyba byliśmy umówieni na drugą rundę? - Rudowłosa starła niewidzialny pyłek z ramienia rzecznej urzędniczki.
                - O tak! Oczywiście. Bardzo chętnie. Po prostu wątpię aby poza tym strychem stodoły, udało nam się zorganizować jakiś nocleg aby pomieścić nas wszystkich. - Brzmiało jakby brunetka główkowała jak można by sprawniej zorganizować kolejne spotkanie dziś wieczorem.
                - Ja tam mogę spać gdziekolwiek. Ale powiedz Jutta. Te napady piratów na rzece to często się tu zdarzają? - Lars zapytał ze swojego improwizowanego posłania.
                - No zdarza się ale niezbyt często. Częściej już na morzu. Zwłaszcza piraci napadają na pielgrzymów pływających do Manannsheim. A wiecie to znany klasztor to uważa się, że każdy prawdziwy wierny Manannowi chociaż raz w życiu powinien odwiedzić jego świątynie w Marienburgu, Erengradzie albo właśnie w Manannsheim. U nas w Nues Emskrank to najpopularniejsze miejsce pielgrzymek morskich. Bo bliżej niż do dwóch pozostałych. Ale z całego Nordlandu przyjeżdżają do nas a potem biorą rejs na ten klasztor. I właśnie na nich napadają piraci. - Celnik okazała się całkiem nieźle zorientowana co jest piracką normą w tej okolicy. Dyplomatycznie nie wspomniała, że tu, w północnym Imperium, najczęściej pobratymców Astrid i Larsa uważa się za morskich łupieżców. No i może jeszcze elficcy korsarze mieli podobnie zszarganą opinię w tej materii.


                Mecha 79

                Leczenie ran na “Jutrzence”

                Egon 12>13/17 (s.draśnięty; 0)
                Lars 4>5/17 (s.poważny; -20)
                Astrid 6>7/15 (s.poważny; -20)
                Silny 11>12/17 (s.ranny; -10)
                Rune 8>9/15 (s.ranny; -10)

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                Otto i apteczna ekipa

                - Nie ma Łasicy. Teraz to pewnie gołymi cyckami w Akademii świeci. - Mniej więcej taką, frywolną odpowiedź Otto usłyszał, od Corette. Nie było trudno zgadnąć, dlaczego biuściasta, wesoła, blondynka jest ulubioną kelnerką obu łotrzyc. I stałym ich kontaktem w “Mewie”. To Cori można było zostawiać jakieś wiadomości dla obu kultystek. Teraz wydawała się być rozbawiona, że obie jej kamratki, znalazły robotę modelek w tak szacownym miejscu jak Akademia Morska. - Ale wieczorem zwykle wpada na kolacje i harce. No chyba, że coś jej akurat wypadnie, że nie wpadnie. - Dodała jakby chciała pomóc ich koledze w nawiązaniu kontaktu z fioletowowłosą łotrzycą. Mogła jej przekazać wiadomość ale na razie jej nie było a do wczesnego wieczoru gdy pewnie kultystka mogłaby się pojawić to jeszcze brakowało ze dwóch, trzech dzwonów. W końcu więc jednooki zdecydował się pójść do Południowej Dzielnicy, gdzie Sigismundus miał swoją aptekę.

                Po drodze miał czas dla siebie. Jak choćby wizytę u von Neuhoffów. Niestety zabawa z dwiema szlachciankami miała swoje ograniczenia, także czasowe. W końcu ile czasu można oglądać zielnik albo pudrować nosek? Niemniej jednak najpierw wrócili do Roberta we dwójkę z Benitą gdy Odette rzeczywiście na chwilę poszła do łazienki. Na pożeganie zabawy w małej bibliotece, bezwstydnie wytarła mokre od śliny palce w dekolt koleżanki. Przy okazji z lubością go ugniatając.
                - Oddie! Co ty robisz?! - Gospodyni syknęła cicho z zaskoczenia na takie bezczelne zachowanie. Ale przecież nie była w stanie gniewać się na diwę którą tak uwielbiała i podziwiała.
                - Ja? To ja się tak upaskudziłam? Ale nie przejmuj się Beni. Zapowiadam cię, że to tylko przedsmak tego co cię jutro czeka w mojej garderobie. - Okazywało się, że może i aktorka chętnie pozwalała się przywiązać do kamienia ofiarnego aby zostać spożytkowana przez stado zwierzoludzi lub gościć na sobie i w sobie ohydne czerwie ale nie przeszkadzało jej to bawić się w dominowanie swojej wielbicielki. Więc gdy wkrótce znów byli w komplecie w bibliotece Frau von Neuhoff odegrała zdziwioną minę gdzie tak się upaskudziło i przepraszając wszystkich wytarła wilgoć swoją jedwabną chusteczką. Robert wydawał się nieco tym zdziwiony ale przynajmniej przy gościach nie wnikał w temat niezdarności swojej żony. Cała wizyta przebiegała w przyjemnej atmosferze okrasznej nutką frywolności jaką z gracją i swobodą serwowała von Treskow.
                - Uwielbiam te cygara. Są naprawdę wspaniałe. Takie aromatyczne i osobliwe. No i ten kształt. Uważam, że idealnie pasuje damie i w dłonie i usta. - Wydawała się być słodko niewinnie nieświadoma dwuznaczności swoich słów. Jednak krnąbrne spojrzenie wyraźnie sugerowało, że to żaden lapsus językowy. Oboje von Neuhoff wydawali się czuć całkiem swobodnie w takiej dyskusji więc rozmawiało się całkiem ożywczo i przyjemnie. No ale w końcu wizyta dobiegła końca. Pożegnali się z gospodarzami i mnich znów wsiadł do karety diwy a ta zapytała gdzie może go podwieźć.

                Na razie jednak zaszedł przed zaniedbaną furtkę. I gdy przez pręty zdjął blokadę mógł wejść do środka. Ujrzał ten sam widok co zwykle. Zabagnione podwórze pełen gnijących odpadków i rozpadających się gratów. Obraz upadku dla większości społeczeństwa. Ale ogród kwitnącego nowego życia dla nurglity. Mnich musiał jeszcze pokonać to błoto aby dostać się do kuchennych drzwi. I tam zastukać sygnałem kultu. Przez chwilę nic się nie działo. Aż usłyszał, lekkie, szybkie kroki. Pewnie ktoś wyjrzał aby sprawdzić kto puka. I wtedy drzwi się otworzyły. Okazało się, że to była Lilly. Póki nie zadarła spódnicy to wyglądała jak młoda i urodziwa mieszczka.
                - Otto! Wchodź, wchodź. Nie uwierzysz co się stało. - Zaprosiła go od razu ale poczekała aż wejdzie do środka i będzie mogla zamknąć drzwi. Od razu dało się zauważyć, że jest radosna i podekscytowana. - Wujaszek Sigismundus wrócił! Siedzą i gadają z Raisą. Dorna też z nami jest. - Odmieniec uprzedziła go czego powinien się spodziewać na zapleczu. I poprowadziła go właśnie tam. Już przez zamknięte drzwi usłyszał wesoły, rubaszny głos aptekarza i skrzeczący norsmeńskiej wiedźmy a z góry kroki. A po chwili już byli w kanciapie aptekarza.
                - Ah! Złoty chłopcze! Jak dobrze cię znów widzieć! - Zawołał grubas gdy go zobaczył. Wstał, podszedł i uściskał go jak wuj swojego siostrzeńca. Na stole były półmiski i talerze z prostym poczęstunkiem. Chleb, ser, wino i ryby. Chyba chociaż część z tego sam parę dni kupował Dornie. Ona sama też siedziała przy stole i posłała mu skromny ale ciepły uśmiech. Była wśród swoich więc miała zdjęty kaptur. I jej kolczasta sromota i nienaturalna, szarozielona cera była wyraźnie widoczna. Gdy już się przywitali to z początku gospodarz całkowicie przytłoczył rozmowę swoimi uwagami i pytaniami.
                - Zobacz mój złoty chłopcze! Zobacz! Widziałeś to cudo?! - Grubas wskazywał na obły kształt jaki jeszcze leżał na stole. Błyszczący od lepkiej wilgoci jaką zostawiał dookoła. Jak podszedł bliżej to nawet wydawało się, że coś tam wewnątrz powoli pulsuje. Oczywiście mnich rozpoznał muszego czerwia. A sądząc po wielkości to musiał być ten od Fabienne. Robak widocznie już zdążył wyprodukować kokon i teraz się tam przepoczwarzał w dorosłą muchę. Ale Sigismundus to dopiero teraz pewnie dowiadywał się tego wszystkiego co go przez tyle dni nie było. A Otto dzień po dniu w tym uczestniczył więc nie miał takiej terapii szokowej jak starszy i grubszy kolega.
                - To od tej Bretonki prawda? Cóż za wspaniała kobieta! Cudowna! Zobacz złoty chłopcze jaki cudowny owoc na świat nam wydała. Koniecznie trzeba jej kupić jakieś kwiaty, wino, słodycze czy co ona tam lubi! I zasiewać, zasiewać, zasiewać bez końca! Musi nam wydać jak najwięcej takich dorodnych owoców! - Grubas był zachwycony tym odkryciem. A gdyby czarnowłosa milady tu była to by pewnie ją uściskał i wycałował jeszcze goręcej niż Otto.
                - Kwiaty to może nie. Ona jest mężatką. Mogłoby to być źle zrozumiane i narobić jej kłopotów. - Lilly odważyła się zwrócić mu praktyczną uwagę. Ale nie zepsuła tym humoru koledze. Raisa pokiwała mądrze głową.
                - Tak, ja też to im mowiłam. Tak wyjątkową nosicielkę trzeba wykorzystać ile się da. A czas nagli to nie ma co jej oszczędzać. Zresztą, rozmawiałam z nią i ona bardzo sobie chwali te ciąże i jest chętna na kolejne. - Wiedźma w pełni zgadzała się z aptekarzem i tutaj nie miała zadnych wątpliwości, że dla hodowli to zbyt dobra okazja aby ją zaniedbać.
                - Oh Otto zna ją najlepiej z nas to na pewno wie jak moglibyśmy się odwdzięczyć naszej płodnej dobrodziejce. - Grubas wskazał na mnicha jakby miał do niego pełne zaufanie co do znalezienia sposobu aby dyskretnie odwdzięczyć się milady za jej hojne dary. - I powiedz złoty chłopcze. Naprawdę zasiałeś lady Odette? Odette von Treskow? Najbardziej podziwianą i najpiekniejszą diwę po tej stronie Morza Szponów? Zasiałeś Słowika Północy? - Sigismudnus widocznie już o tym usłyszał od koleżanek. Ale nadal to mu się wydawało tak niesamowite, że musiał o to zapytać swojego ulubieńca. Tak go poniósł entuzjazm, że znów nie dał mu dojść do głosu. - Brawo! Brawo mój złoty chłopcze! Naszym maleństwom należy się to co najlepsze! Brawo! To było wspaniałe z twojej strony! Zuch chłopak! - Aż się wzruszył na myśl kto jeszcze został muszą matką. Znów mocno uściskał mnicha jak swojego bratanka.
                - Ona nie rodzi tak dużych jak ta Bretonka. Ale i tak większe niż inne nosicielki. I ta z cukierni, też rodzi podobnie duże jak lady Odette. - Raisa doprecyzowała - Właśnie rozmawialiśmy dlaczego one rodzą te większe niż reszta. - Ostatnie rzuciła jako wyjaśnienie dla jednookiego.
                - No tak. To fascynujące. Nietypowe. - Aptekarz spojrzał na nią i przytaknął. Wrócił na swoje miejsce i zapatrzył się w śliski kokon leżący na stole. W porównaniu do tych co do tej pory nazywali dużymi to wydawał się być monstrualny. Chociaż teraz czerw pewnie się zwinął i był krótszy i bardziej zbity niż taki dorodny szczupak jak w chwili porodu. Teraz w Sigismudnusie odezwał się hodowca i eksperymentator. - No cóż. Tak na gorąco to sądzę, że te duże i małe to rodzi większość nosicielek. Ale w zapiskach czcigodnej Mergi nie przypominam sobie aby to był górny limit. Więc możliwe, że jeśli trafi się jakaś wyjątkowo płodna nosicielka to może wydać na świat szczególnie dorodny owoc. Bo to raczej nie kwestia jaj. Wszystkie są takie same. To od nosicielki zależy jak duże urosną. - Wyglądał na podekscytowanego ale starał się skupić aby spróbować znaleźć rozwiązanie tej zagadki.
                - Ale dalej się zgadza, że im większe czerwie tym dłużej je muszą nosić w sobie. Otto nie zapisał kiedy dokładnie zasiał lady Fabienne ale tak na oko to z tydzień minęło do porodu. Czyli dlużej niż te mniejsze wersje. I urodziła tylko dwa. Ale na szczęście nadal jest w ciąży więc ma w sobie kolejne. Tylko nie wiadomo kiedy je urodzi. Więc nawet jak ją dzisiaj zasiać to najprędzej urodzi za tydzień. - Raisa skrzeczała swoim starczym głosem. Jednak hodowlą dziedzictwa Oster była tak samo zainteresowana jak gospodarz.
                - Może trochę szybciej. Bo przywiozłem to. - Sigismundus sięgnął do swojej torby i coś tam gwałtownie przewracał. Widać było, że goni go niecierpliwość i entuzjazm. W końcu wyjął jakiś mały dzbanek. Zdjął z niego materiał i pokazał zebranym co tam jest. Wyglądało jak jakiś gęsty, zielonkawy, śluz. Jak płynny miód. - Pamiętacie te odżywki jakie nam zostawiła czcigodna Merga? No to poprosiłem Kopfa o pomoc. Jego plemię zebrało mi składniki i jak miałem czas w tej jaskini to zrobiłem tą miksturę. Teraz nasze dziadki będą rosły jeszcze większe i szybciej niż do tej pory! Tylko trzeba to wlać w nosicielkę razem z jajami. Próbowałem tego na Loszce i tej idiotce z traktu. Całkiem już postradała zmysły. Można wlać tą odżywkę do strzykwy tak na dwa palce. I resztę wypełnić jajami jak do tej pory. Straty są na dopuszczalnym poziomie a szybkość i wielkość narodzonych maleństw jest warta tego ryzyka. - Wyjaśnił zebranym co jest w brązowym, glinianym dzbanku. I wreszcie usiadł dając innym dojść do głosu.

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                Heinrich, Tobias i Łasica

                Dla metalowej nogi Heinricha to Akademia byłaby zbyt daleko. Ale na szczęście mogli tam pojechać dorożką, jaką Tobias wynajął aby tu na szybko przyjechać. Jego kolega wydawał się być bardzo kontent, że były łowca zgodził się pomóc w sprawie zagadkowej rysowniczki. - Dobrze, bo właśnie przerwa obiadowa się kończy. To w sam raz trafimy na popołudniowe zajęcia. - Mówił jakby im się udało płynnie wejść w rytm uczelni.
                - A swoją drogą. Zastanawiałem się kolego nad tymi snami. Może porozmawiać z tą kapłanką lady Sorii? Co prawda nie mówi po naszemu. Ale dzięki Priorze czy Fabienne chyba powinno udać się z nią porozmawiać. No a z tego co zrozumiałem to ona się specjalizuje na snach i wizjach. One ją tu ściągnęły w poszukiwaniu lady Sorii. Mnie samemu nie wydaje się to interesujące rozwiązanie. Wolę metody badawcze opierające się na logice, dedukcji i eksperymentach. No ale może ty kolego miałbyś ochotę skorzystać z jej porady. - Zagadnął do Heinricha gdy jechali dorożką przez miasto. A gdy dojechali na miejsce Heinri poznał, że to właśnie tu, parę tygodni temu, dzięki koleżankom z kultu, pierwszy raz osobiście poznał Petrę von Schneider. Teraz jej tu nie było ale belfer sprawnie przejął rolę przewodnika.
                - Chodźmy przyjacielu. - Ruszył raźno, zbyt raźno. Dopiero po paru krokach zreflektował się, że tempo marszu Heinricha jest wolniejsze. Poczekał na niego i dostosował swoją prędkość do jego kroków. Co chyba pozwoliło mu też zwolnić galopadę mysli.
                - Widzisz ten duży budynek po prawej? To tam. Tam jest ta skrzynia. W piwnicy. Tylko ja w ogóle nie mam pretekstu aby się tam kręcić. Liczyłem, że nasze koleżanki coś zdziałają. Joachim mówił, że skrzynia jest duża i wygląda na ciężką. Pewnie przynajmniej dwóch ludzi by trzeba aby ją wynieść. Ale co dalej? Sam widzisz, dziedziniec i mury i bramy. W dzień jest otwarte ale pełno ludzi. W nocy pusto ale wszystko pozamykane. - Gryzł się tymi sprzecznościami jakie od paru tygodni utrudniały wydobycie artefaktu jaki miał szansę doprowadzić ich do dalszych wskazówek od czcigodnej Vesty.
                - Co prawda można by otworzyć skrzynie. Tylko, że podobno to światełko wybucha ludziom głowy. Wolałbym tego nie sprawdzać na sobie. Chyba, że te nosicielki. Mówiłem ci kolego o tej mojej teorii? W każdym razie jest taka, że skoro światełko jest od naszych patronek i te robale są od nich no to jakby wziąć taką nosicielkę to… No cóż… Może się jakoś dogadają. Możliwe, że światełko może jakoś wyczuć dziedzictwo patronek jaką taka nosicielka ma w sobie. Ale to na razie tylko teoria. - Belfer wydawał się być skupiony, że z roztargnieniem mijali kolejnych ludzi na placu. Aż weszli do środka głównego gmachu. Tu dominowali młodzi ludzie obojga płci. Chociaż mężczyzn wydawało się być znacznie więcej. Od razu dało się poznać tych z bogatej elity. Do formalnego stroju żaka dołączali pyszne elementy jak drogie brosze, barwne berety z kolorowymi piórami, pierścienie na palcach czy eleganckie kolczyki. Nawet niektórzy mężczyźni mieli w uszach kolczyki chociaż najczęściej prostsze niż koleżanki.
                - To nowa moda z południa. Od bretońskich, estalijskich i tileańskich korsarzy. Oni często noszą kolczyki w uszach. U naszych młodzieńców jak widzisz kolego, robi to furorę. - Tobias sam zwrócił na to uwagę koledze. Co chyba pomagało mu opanować nerwy. Weszli na piętro i szli przez korytarze o podłodze w duże morskie i białe kafle. Barwy Nordlandu i morza. - Zobaczymy czy jest Łasica. Bo jak wejdziesz na zajęcia to i tak cię zobaczy. - Brzmiało jakby prywatnie Tobias nie uważał angażowanie łotrzycy za konieczny ruch ale skalkulował, że lepiej jednak uprzedzić koleżankę w ich plany. Nawet jeśli za nią nie przepadał a ona za nim. - Ja rozmówię się z Eckhartem. On jest wykładowcą tych rysunków. Uprzedzę go o twoim przybyciu i mam nadzieję, że się zgodzi. W końcu to jego zajęcia. On prowadzi je dzisiaj. Jest jeszcze Phila. Philippa. Ale to nie dzisiaj. No chyba, że by w ostatniej chwili miała zastępstwo za Ecka. Ale na zajęcia z tobą nie wejdę. O zobacz, to w tej sali są. - Szybko wtajemniczał Heinricha w detale swojego planu. W pewnym momencie zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. I otworzył je. Sala była bezludna. Jednak widać było liczne stanowiska ze sztalugami i bardziej tradycyjne stoły z ławami. Dał się przyjrzeć koledze a potem dał mu znać aby ruszać dalej.
                - Tu zrobiliśmy taką małą garderobę dla naszych modelek. Aby mogły się przygotować do lekcji. Wcześniej był tu składzik na ryzy papieru. Właściwie nadal jest. - Zaznaczył z pewną dumą, że udało się uczelni zaimprowizować takie pomieszczenie. Zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich Łasica.
                - O! Co za niespodzianka! Wejdźcie chłopaki. - Chyba naprawdę była zaskoczona. Ale szerszy uśmiech i dłuższe spojrzenie skierowała na byłego łowcę heretyków. Wpuściła ich do środka. Panował tu półmrok bo nie było okien, tylko jedna lampa olejna. Panował zapach kurzu, papierów i dymu z tej lampy. Na niewielkim biurku stało lustro i widać łotrzyca przygotowywała się do występu. Miała makijaż nałożony na pół twarzy jaki nieco zmieniał jej proporcje. Podkreślał jej kości policzkowe, przez co twarz wydawała się bardziej owalna. Jak druga połowa była jeszcze nie ruszona to wydawało się, że to dwie połówki niezbyt do siebie dopasowane. No i cera. Łotrzyca starała się jej nadać bardziej oliwkowy wygląd, ciemniejszy niż jej naturalna karnacja. Jak jeszcze była w czarnej peruce to kojarzyła się ze stereotypem Tileanki albo Estalijki. Siadła na swoim miejscu aby kończyć tą charakteryzację.
                - Co was do mnie sprowadza chłopaki? Bo pewnie nie przyszliście aby mnie związać i bezwzględnie wykorzystać? - Jak zwykle Łotrzyca potrafiła być złośliwa. I trafiła celnie bo belfer aż sapnął z irytacji na taką myśl.
                - Oczywiście, że nie. - Odparł dumnie, zaznaczając, że jako uczony, jest ponad takie niskie instynkty.
                - Szkoda. Mogło być ciekawie. - Czarnowłosa zaczęła nakładać na drugi policzek oliwkową barwę.
                - Mamy ważniejsze sprawy. Chodzi nam o Gisele Meissen. - Kolega nie dał się sprowokować i wyjawił z czym przychodzą.
                - Dobry gust. Gisa też mi wpadła w oko. - Łotrzyca mruknęła z aprobatą ale nadal nakładała sobie maskujący makijaż.
                - Gisa? - Belfer wyglądał na zdziwionego.
                - Gisa. Tak ją wołają przyjaciele. Nie wiedziałeś? - Tym razem koleżanka nie powstrzymała się aby nie odwrócić głowy i obdarzyć go jadowitym uśmiechem. Po minie Tobiasa widać było, że nie wiedział chociaż pracował tu od dawna a ladacznica zaczęła tu przychodzić dopiero niedawno.
                - Nieistotne. Ważne jest aby Heinrich miał okazję ją poznać. Możesz nam w tym pomóc? - Szybko starał się wybić ten chwilowy sukces koleżanki i przejść do sprawy jaka ich tu sprowadziła.
                - Pewnie. Też chętnie bym się z nią bliżej poznała. - Łasica zgodziła się bez ogródek. Ale jak zwykle miała inne priorytety niż kolega. - Gisa siada w ostanim rzędzie przy oknie. Jak Heinrich chcesz mieć okazję ją poznać to możesz spróbować zająć miejsce blisko niej. - Tym razem jednak koleżanka bez oporów podała im pomocną informację. Wpatrując się w swoje odbicie zaczęła starannie malować swoje brwi aby nadać im inny kształt niż jej naturalne. - Po lekcji możesz też poprosić mnie na prywatne konsultację. Zwykle chodzi o akty. Prawie zawsze ktoś ze studentów mnie prosi na takie konsultację a ja raczej nie odmawiam. Gisa jeszcze mnie nie prosiła ale niektóre jej koleżanki tak. Nie chcę nic mówić ale jest pewna moda aby mnie i Burgund prosić na takie konsultację. Oczywiście Heinrich gdybyś dziś po lekcji poprosił mnie o takie konsultację i zaprosił Gisę, nie śmiałabym ci odmówić. - Łasica mówiła tak płynnie, że dopiero jak posłała kolegom wyuzdany uśmieszek Tobias zorientował się w czym rzecz.
                - Romansujesz ze studentami?! O bogowie! Jak to się wyda to będzie skandal! Wylecicie z hukiem! - Belfer wydawał się być przerażony taką perspektywą, że aż się złapał za głowę. Łasicy jednak ten wybuch nie ruszył.
                - Nie panikuj. Muszę mieć jakąś satysfakcję z tej roboty. Takie stanie z gołym biustem na środku stali to trochę nudne. I nie rób scen. Idę ci na rękę. Jakby to ode mnie zależało to bym zamknęła drzwi i z Burgund byśmy zrobiły takie balety ze studentami jakich ta uczelnia jeszcze nie widziała. Więc jak widzisz, i tak jesteśmy całkiem grzeczne i dobrze wychowane. - Dziewczyna z ferajny postarała się aby dotarło do kolegi, że i tak stara się ograniczać swoje miłosne zapędy i trzymać wyznaczonej roli.
                - Ani mi się waż. To porządna uczelnia. Dobra. Idę porozmawiać z Eckhartem. Czy potrzebujesz mnie do czegoś jeszcze? - Tobias posłał ostrzegawczy palec koleżance a pytanie zwrócił do kolegi.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine jako Egon Herschkel
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #332

                  Egon, na wzmiankę tego, gdzie będą spać w Łabędziu, wzruszył ramionami.

                  – Ja mogę i w stajni, jeśli trza będzie, byle bym mój topór miał w pogotowiu, gdy trzeba będzie – rzekł.

                  Wojownik zrewidował stan drużyny: wyglądało na to, że na szczęście Annice nic się nie stało, tak samo jak łucznikom Gezackta i samemu Gezacktowi, którzy na czas bitki pozostali na statku. Jednak pozostali wojownicy, co walczyli w zwarciu, już nie mogli się takim szczęściem pochwalić: Silny i Rune zebrali całkiem sporo, ale już łomot orkowie spuścili Astrid i Larsowi. Egon nie miał za złe Larsowi, bowiem spodziewał się, że korsarz raczej dotychczas walczył z łatwiejszymi celami i raczej polegał na przewadze zaskoczenia, toteż bitwa na ubitej ziemi z zielonoskórymi nie była czymś, co mógł łatwo znieść. Co do córki jarla zaś, cóż, jeśli mieli śpiewać o niej sagę, to może ten fragment bardowie lepiej by ominęli, bowiem na równi z Larsem, rany Norsmenki były bardzo poważne i któż wie, może jeśli bitka trwałaby ciut dłużej, to karkiem przyszłoby przypłacić dziewce.

                  Taka była cena zjednania sobie Froyi van Hansen.

                  Inną rzeczą, równie poważną, okazała się niedaleka perspektywa przejęcia okrętu i walki z rzecznymi piratami. Egon nie miał wątpliwości, że Lars i Astrid będą musieli zostać w odwodzie i na forpoczcie znajdzie się on sam, Silny i Rune, być może z Anniką na flance.

                  Pogrążywszy się w tych ponurych rozmyślaniach, wojownik wsparł brodę na toporze, próbując odgadnąć, jak najłatwiej można by podprowadzić piratów i opanować Jutrzenkę.
                  - Egon, ja tylko mówię, że możecie spróbować wynająć to poddasze stodoły bo z pokojami może być ciężko aby was wszystkich pomieścić. Ale jak chcesz w pokoju to możesz próbować. Może nawet ze mną by się udało bo wszystkich to pewnie nie będzie miejsca ale może jedną czy dwie osoby to by się udało zmieścić w pokoju. Zobaczę jak to będzie wyglądało. - Mytniczka nieco zmarszczyła brwi, jakby trochę się zdziwiła postawą brodacza. Ale starała się przyjąć ugodowy ton.
                  - I co ty taki kwaśny się zrobiłeś. Zwykle figle działają na odwrót. Co cię gryzie? - Burgund też przyjrzała mu się uważniej bo milczące zachowanie kolegi różniło się od pozostałych. Więc nieco cichszym tonem zapytała co jest tego powodem.

                  – Lars i Astrid ranni – rzekł Egon, skubiąc swoją brodę. – A będziemy ich potrzebować… Wiesz do czego. Ale rzeczy nie odmienimy, taką cenę żeśmy zapłacili ratując milady. Problem będzie wtedy, że jak przyjdzie co do czego, to będziemy mieli mniej siły. A siły nam będzie trza.

                  Egon rozważał jeszcze.

                  – A co, jakby na Łabędziu przekabacić jeszcze paru luda z okrętu, co łatwiej pójdzie? Jakichś osiłków albo coś.
                  - I myślisz, że jak będziesz się srożył w samotności, to im szybciej rany się zagoją? - Burgund popatrzyła na niego z przymrużeniem oka. - Nic na to nie poradzimy kamracie. Oberwaliśmy ale pokonaliśmy te przeklęte orki. Teraz lady Froya nas wszystkich lubi i zaprasza do siebie jak wrócimy. Wcześniej nawet nie mogliśmy o tym marzyć. Może ty, może Łasica, może ja bym się do niej jakoś wkręciła. Ale nie wszyscy. A w końcu to lady van Hansen. A teraz to trzeba jechać dalej z tym koksem. Albo w “Łabędziu” łapać kurs powrotny do miasta i sobie darować. - Łotrzyca mówiła śmiało i bez ogródek. Po czym niespodziewanie zwróciła się do mytniczki. - No chyba, że nasza Jutta ma jakiś pomysł jak temu zaradzić. - Uśmiechnęła się i zwróciła się do szatynki w jasnych spodniach.
                  - Można spróbować pójść do alchemika. Oni mają sklep niedaleko “Łabędzia”. Ale trochę w las trzeba iść. Tu mają magazyn do zbierania tych wszystkich zielsk i grzybów. A główną kwaterę w Saltmundu i tam pchają większość towaru. No ale część sprzedają na miejscu. Czasem ja albo ktoś z kolegów u nich coś kupujemy. Nie wiem czy by mieli coś na rany ale jak już i tak tam będziemy to można się przejść. - Wzruszyła ramionami ale odpowiedziała bez większego wahania. Na przemian patrzyła to na koleżankę to kolegę. - A czy da się kogoś zwerbować w “Łabędziu” to nie wiem. Z powodu tych napadów może być większy tłok to niby większa szansa, że jacyś najmici się trafią. Ale też jakby się trafili, to inni mogą chcieć ich wynająć jako ochronę. Niektórzy tak zaczęli robić. Biorą dniówkę za eskortę i płynął z Saltmundu do “Łabędzia” a tam spędzają noc i rano znów się komuś wynajmują na rejs powrotny. - Celnik na tym polu nie chciała się wypowiadać konkretnie bo znała tylko ogólną sytuację ale nie była pewna co zastaną na miejscu.
                  – A na Jutrzence? – zapytał Egon, wodząc oczami ulicznicę. – Ten szyper to uparty kawał drania, niejednego zdrażni. Co, jakby szło wypytać paru stąd, czy nie chcieliby się dołączyć do buntu na pokładzie, jak przyjdzie co do czego? Łatwiej by szło. A jeśli by szło w to wszystko zaangażować dekokty alchemiczne, tym lepiej.
                  - Egon to są marynarze a nie wojacy. Widziałeś jak byli chętni aby rzezać się z tymi orkami? To już Jutta albo Gezackt prawie dali się na szalupę zaciągnąć. Jakby trzeba było się bić to pewnie by prędzej padli na twarz i błagali o litość. - Łotrzyca najwyraźniej nie miała dobrego mniemania o załodze Wagnera jako wojownikach. Pokręciła swoją rudowłosą głową na znak, że taka wizja w ogóle do niej nie trafia.
                  - Nic dziwnego. To często ma sens. Piraci czy inni rabusie częściej chcą zdobyć łup niż walczyć. Jak załoga nie walczy albo nawet zgodzi się zapłacić okup to nie ma potrzeby zabijać załogi. Oddadzą mieszki ale ocalą życie. A jeśli się bronią to dochdzi do walki. Wtedy mogą zginąć w walce a także po jeśli przegrają. Ci bardziej krewcy piraci mogą zabić załogę w zemście, zwłaszcza jak duże straty ponieśli. Albo aby zastraszyć inne statki, jak się kończy opór. - Mytnik miała praktyczne podejście dlaczego załogi dość rzadko stawiają opór piratom. - No chyba, że to Norsmeni. No to wiadomo, że albo porwą na jeńców albo zarżną na miejscu. Albo jak załoga jest liczna, że może liczyć na sukces przy odparciu abordażu. - Dodała jeszcze pewne wyjątki jakie widziała gdy jednak marynarze mogli stawić zażarty opór napastnikom.
                  - No ale jak chcesz to możesz popytać czy któryś by nie chciał zmienić szypra. Ja tam z nimi nie gadałam za dużo. - Burgund wskazała na siedzących niedaleko załogantów co miarowo wiosłowali, aby pokonać nurt rzeczny.

                  Egon począł się zastanawiać nad słowami Burgund: cóż, co prawda to prawda, żaden z marynarzy zaokrętowanych na Jutrzence nie mógł dostać im w bitce, jako kupa czy, oczywiscie, pojedynczo, z szyprem włącznie. Zdawało się, że gadanie z każdym z nich tylko po to, żeby w jakiś sposób ich skaptować było bez sensu, bowiem i tak wszyscy mieli zostać zagospodarowani po siłowym przejęciu tak, czy inaczej.

                  Rozsiadł się zatem i postanowił porzucić sprawę.

                  – E, prawdę gadasz – machnął ręką. – No nic, trza czekać, aż dopłyniemy do Łabędzia w takim razie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Online
                    ZellZ Online
                    Zell jako Heinrich von Achterberg
                    Moderator Obsługa Mecenas Grafik
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #333

                    - Kim mam być w oczach twojego kolegi nauczającego rysunku? - dopytał Heinrich - Nie chcę byśmy dawali niezgodne zeznania
                    - Chyba możesz mniej więcej mówić prawdę. Przedstawię cię pod twoim imieniem, raczej nie musisz się ich wstydzić. Wiekiem i tak będziesz się wyróżniał na tle innych studentów. Sam widziałeś na korytarzu, że bardziej pasują do Łasicy niż do ciebie czy do mnie. - Belfer podsumował wygląd kolegi jaki miał przed sobą, starając się wczuć jak go tutaj mogą widzieć inni.
                    - I raczej nie przechwalaj się jakimiś znajomościami wśród elity. Bo co drugi albo trzeci student to dzieciak jakiegoś błękitnokrwistego, kapitana czy oficera statku albo szefa gildii czy ratusza. Możesz pewnie dość bezpiecznie powołać się na znajomość z Pirorą i Fabienne. Pirora jest w mieście dość krótko, możliwe, że nie wszyscy ją kojarzą ale ma talent i salonik malarski. Fabi jest żoną tutejszego kapitana i pewne uprawnienia aby go tutaj zastępować. No i w mieście nie ma zbyt wiele bretońskich szlachcianek więc większe szanse, że ją ktoś tu zna. Może też lady Odette. Wiadomo, całe miasto straciło dla niej głowę no i to artystka jaką każdy chciałby spotkać chociaż na chwilę z bliska. Mocne nazwisko. Najbardziej znana byłaby Kamila van Zee. W końcu córka kapitana portu. Nie jest jeszcze do końca nasza ale zapewne prośbie lady Sorri trudno byłoby się jej oprzeć. To sam zdecyduj czy chciałbyś się na którąś z nich powołać. Chociaż nie musisz jeśli nie chcesz. - Ze swojej strony podpowiedziała mu łotrzyca. Chociaż wydawała się być pochłonięta nakładaniem makijażu jaki miał zniekształcić jej rysy twarzy.
                    - A tak. To prawda. Nie zapominajmy, że to uczelnia dla elity. Nawet są tu studenci z Saltmundu i z głębi prowincji. Także nieco z sąsiednich. - Belfer po krótkim wahaniu aby zwalczyć swoją niechęć do niepiśmiennej, dziewczyny ulicy, przyznał jej jednak rację w tej materii. - No cóż, mogę cię przedstawić jako mojego znajomego, który w dojrzałym wieku zainteresował się malarstwem. Jeśli nie masz doświadczenia w malarstwie czy umiejętnościach akademickich to raczej nie podawaj się za eksperta w tej dziedzinie. - Tobias popatrzył pytająco na kolegę, czy mu taki schemat odpowiada czy może ma jakieś własne pomysły i uwagi.
                    - Można iść w taką stronę. - powiedział szczerze nie wiedząc jak to wszystko się potoczy - Doświadczenia w sztuce nie mam, jedynie w dowodzeniu oddziałami i paleniu heretyków... choć teraz rozpalałem inaczej. - te słowa skierował do Łasicy posyłając jej prześmiewczy uśmieszek.
                    - Mhm. Słyszałam, że nieźle rozpala się taki ogień jak się taką heretyczkę przywiążę do łóżka czy innego słupa i ostro obsobaczy. To tak płoną, że aż im cieknie po nogach. - Łotrzyca odparła zgodnie i pogodnie mimo, że sprawiała wrażenie jakby nakładanie makijażu, pochłaniało ją całkowicie. Na końcu jednak oderwała się od tego zajęcia aby posłać Heinrichowi rozbawione spojrzenie. Tobias popatrzył na nich oboje nieco skonsternowany, jakby wyczuwał jakieś drugie dno tej wymiany zdań ale postanowił w to nie ingerować.
                    - Dobrze. Jak się czujesz na siłach możesz coś wspomnieć o swojej karierze wojskowej. Ale o tym paleniu heretyków to chyba zbyt ryzykowne. Sam pewnie wiesz jak łowcy czarownic działają na otoczenie. - Belfer pokiwał głową gdy udzielił koledze tej porady. I wydawał się gotów aby wyjść i rozmówić się z nauczycielem rysunku gdy nagle ich koleżanka wstała i bezwstydnie zdjęła koszulę, ukazując swój modelowy biust. - Co ty robisz? - Tobias wydawał się być zaskoczony jej reakcją.
                    - Przed występem dobrze jest pomasować te piękności. Wtedy są lepiej widoczne dla studentów. Zwykle ta moja ruda wiewióra mi pomaga a ja jej. No ale teraz jej nie ma bo popłynęła z Egonem i Norsmenami. To może wy byście mi pomogli? W końcu chodzi o dobro sztuki i edukacji. - Łasica potrafiła sprytnie użyć argumentów i logiki w jakich tak lubował się ich uczony kolega ale kpiące ogniki w jej oczach wskazywały, że bawi ją jego skrępowanie.
                    - To może kolega. Ja muszę się rozmówić aby mógł uczestniczyć w zajęciach. - Tobias skorzystał z okazji aby się ulotnić z tej improwizowanej garderoby modelek. Ladacznica popatrzyła na jego plecy i zamykające się drzwi z triumfalnym, złośliwym uśmieszkiem.
                    - Tak broni dobrego imienia swojej uczelni a ja tu ledwo parę dni jestem i już widzę, że tu korytarze pęcznieją od romansów. - prychnęła ironicznie. - Poza tym nie dostrzega, że spora część kadry i studentów mieszka tu na terenie uczelni. Nie wszystkich stać na wynajem mieszkań czy pokoi na mieście. Więc gdybym ja się wdała z kimś takim w romans to są szansę, że zostałabym z kimś takim na noc. A wtedy miałabym okazję rozejrzeć się tu co nieco w nocy, bez tych wszystkich wścibskich spojrzeń jakie tu się panoszą w dzień. - Na wpół rozebrana modelka, stanęła przed Heinrichem. Uniosła brwi aby podkreślić, że jej niecne i lubieżne zabawy mogą mieć i konkretne przełożenie na postępy w sprawie tajemniczego światełka ze skrzyni. Miała całkiem inne metody i patronkę niż Tobias ale mogła ich użyć dla wspólnej sprawy.
                    - To może być bardzo przydatne. - stwierdził z zadowoleniem Heinrich - Szpieg z większym dostępem po godzinach. - pochwalił Łasicę - Nawet tak szlachetna Akademia nie jest pozbawiona swoich słabych punktów, a ludzie w niej tylko te punkty powiększają.
                    - Oh, jakbym wiedziała, że tyle jest tu tych słabych punktów i tak barwne towarzystwo, to może wcześniej bym się tu zakręciła. - Łotrzyca roześmiała się serdecznie i zaczęła bawić się swoimi pełnymi piersiami. - Cieszy mnie, że masz bardziej otwarty umysł od tego sztywniaka. Ma się za takiego mądralę a najprostrzych powiązań nie dostrzega. O ile nie ma ich w traktatach naukowych tylko między sercami i udami. - Uśmiechnęła się kpiąco i okrasiła to lubieżnym spojrzeniem. - A ta Gisa ciekawy okaz. Chętnie bym ją poznała bliżej. Część studentów unika zajęć z nagimi modelkami. Zwłaszcza wstydliwe dziewczęta i purytańscy chłopcy. Gisa została. Panowie to wiadomo, że chętni są pogapić się za darmo na damskie wdzięki i te rysunki to tylko pretekst. - Kobieta była rozbawiona swoimi spostrzeżeniami na temat reakcji studentów jacy przychodzili na zajęcia z jej udziałem.
                    - A ty postaraj się zaproponować mi dodatkowe zajęcia jak skończymy. Bo na Gisę raczej w tym względzie nie liczę. Albo szkoda jej geldów albo się wstydzi. Wtedy będziesz mógł ją zaprosić i jeśli się zgodzi to pójdziemy we trójkę do gabinetu obok. Będzie okazja na dyskretniejsze spotkanie we trójkę. Ale ja od siebie, tam na głównej sali, to raczej nie mogę proponować takich rzeczy, to inicjatywa studentów. A nie chwaląc się, po każdych zajęciach mam ich parę. No ale nie bój się, jak mnie poprosisz to będę musiała odegrać swoją rolę, no ale się zgodzę. - Puściła mu oczko po czym odwróciła się i podeszła do krzesła. Zdjęla z oparcia koszulę i nałożyła ją na siebie. - Zaraz będziemy musieli się zbierać.
                    - Będzie to interesujące... Normalnie nie skrywałem swoich intencji i swojej osoby, a teraz muszę robić to bez przerwy. Wcześniej miałem do tego swoich podwładnych, jacy jak i ty zajmowali się sprawami potrzebnymi do śledztw Łowcy Czarownic... - pogładził Łasicę pieszczotliwie za uchem - ...może nie dokładnie takich jak ty, choć miałem jedną uroczą duszyczkę, jaką z ulic zabrałem. - wyszeptał zanurzając się w myślach.
                    - Uroczą? A czy była także urocza ciałem? No to widzę, że ci zapadła w pamięć, więc pewnie musiała być wyjątkowa. - Łasica chętnie przyjęła pieszczotę i trwała tak przez chwilę. Jednak w końcu odsunęła się od kolegi i narzuciła na siebie kamizelę jaka nieco maskowała jej sylwetkę i jej biust nie rzucał się tak w oczy.
                    - Była... użyteczna. - odparł Heinrich - Potrafiła myszkować w niskich stanach społecznych i szukać informacji jako kobieta z nich. Była dla wielu fascynująca i ponętna, wiedziała jak rozwiązać im języki, dzięki czemu nie byłem ślepy tam, gdzie ludzie kryją się po norach.
                    - Brzmi znajomo. To musiała być ciekawa postać. Jak miała na imię? - Łotrzyca pokiwała głową z uznaniem, jakby dostrzegła pokrewieństwo dusz ze znajomą kolegi.
                    - Eike. - odpowiedział po chwili namysłu, jakby dawne życie zostało zatarte w pamięci - Tak... Eike, co była tak pewna siebie, tak dumna, och jak bardzo. Chyba po raz pierwszy poczuła prawdziwy strach o życie gdy stanęła przede mną.
                    - Eike. Ładne imię. W sam raz dla zaradnej dziewczyny z ferajny. - Łotrzyca nachyliła się do lustra aby sprawdzić swój wygląd. Jeszcze z włosów nie była zadowolona, więc zaczęła je rozczesywać szybkimi ruchami. - A czym ją tak wystraszyłeś? - Zaciekawiła się po chwili milczenia. - Ją też przywiązywałeś do łóżka? - Nagle odwróciła się wprost do Heinricha i posłała mu uśmieszek ulicznej szelmy.
                    - Ludzie nie są tak pewni, gdy Łowca Czarownic się nimi interesuje na tyle by nakazać do siebie przyciągnąć na rozmowę...Czasem naprawdę niewiele trzeba by wpłynąć na wyobraźnię. - mówił nieporuszonym głosem kogoś, kto jest pewny swego.
                    - No tak. Ci łowcy czarownic… - Łotrzyca pokiwała ze zrozumieniem głową, zdając sobie sprawę jaką ponurą reputacją cieszyła się ta profesja. - Dobrze, że dołączyłeś do nas. Bo z łowcą czarownic to nie mogłabym się kolegować. - Uznała, że włosy ma już odpowiednio zrobione więc rzuciła szczotkę na biurko. Podeszła do kolegi i cmoknęła go w policzek. - Ja już jestem gotowa. A po ciebie to pewnie zaraz Tobias przyjdzie. Nie wiem czy dziś będą zajęcia z Eckhartem czy Philippą. Bo coś o jakimś zastępstwie mówili. - Uprzedziła go czego zdążyła się już dowiedzieć o dzisiejszych zajęciach.
                    - Nie mogłabyś. - przyznał gotując się do wyjścia - Z czystej ciekawości... - zatrzymał się zrobiwszy pierwszy krok w kierunku drzwi - Jakie były twoje pierwsze myśli jak dowiedziałaś się, że chcę spotkać się z liderami i kim jestem, gdy odnalazłem cię?
                    - Pomyślałam, że Starszy chyba spadł z konia na głowę, że chce przyjąć jakiegoś łowcę czarownic do nas. Ale jak z nim porozmawiałam to powiedział, że musimy być czujni ale skoro masz sny od Sióstr to widać one cię do nas sprowadziły. No i tak to się zaczęło. - Łotrzyca przyznała krótko i bez wahania.
                    - A tak szczerze... Zakładałaś, że to wszystko próba wyciągnięcia was z ukrycia i skończy się tragicznie, czy zawierzałaś bezsprzecznie Starszemu? - dopytał z ciekawością.
                    - Starszy ma doświadczenie w ocenie ludzi. Przyjął choćby Silnego. Przydaje się czasem ten mięśniak. Ale i Karlika. Choć był całkiem różny ode mnie albo Silnego. No i wszyscy mieliśmy sny od Sióstr. Może słyszeliśmy zew od innej ale wszyscy je słyszeliśmy. To nas połączyło. Starszy mówi, że to zew od nich dla wybranych. Tych co są przeznaczeni im służyć. W końcu nawet lady Soria z dalekiego południa usłyszała w snach ten zew. A teraz ta jej kapłanka Layla. Więc jak się okazało, że ty też słyszysz ten zew to nadal byłam ostrożna ale postanowilam dać ci szansę. - Łasica wzruszyła ramionami i przyznała, że stłumiła swój instynkt ulicznej cwaniary na rzecz nadnaturalnego zewu Sióstr i zaufania do Starszego.
                    - Ale przyznaję, że to było ryzykowne... choć o wiele mniej, gdy okazało się, że poszukuję pomocy u naszej fioletowoskórej.
                    - Albo się zaryzykuje aby przyjąć kogoś nowego, albo zostaje się we własnym gronie. Nowa osoba to ryzyko wpadki ale też szansa, na nowe możliwości. Zobacz na lady Odette. Zaczęło się od zwykłych figli z Laurą w zamtuzie. A skończyło na figlach na leśnym pikniku i zasianiu. Albo Kamila. Też zaczęło się od zauroczenia lady Sorią a teraz jest już prawie nasza. Na poważnie rozważałyśmy czy nie zabrać jej na ten ostatni leśny piknik. W końcu zabawy z Dorną i Lilly jakoś jej nie przeszkadzały. Jest już prawie nasza. A w końcu to córka wiesz kogo. Jak już będzie nasza to pomyśl jakie to da nam możliwości. I tak samo było z tobą. A Starszy też często ma sny. Chyba najczęściej z nas wszystkich. On to widzi w snach, że ktoś też je ma. I potem wysyła mnie albo kogoś z nas aby powęszyć wokół tej osoby. Bo sny sam wiesz jakie są. Coś tam pokazują, coś widać ale i tak potem wiele trzeba się domyślać, zgadywać i szukać na własną rękę. - Łotrzyca skinęła swoją czarną peruką na znak zgody z tym ryzykiem ale widać uważała je za konieczne, jeśli ich spiskowa rodzina miała się rozwijać o nowych członków.


                    W końcu czas było ruszać na zajęcia. Łotrzyca otworzyła drzwi na korytarz i wskazała Heinrichowi te gdzie miał się udać. Widać było, że już kilka osób czeka na korytarzu. Wszyscy raczej bliższi wiekiem łotrzycy niż byłemu łowcy heretyków. Mieli na sobie podobne ciemne togi. - Idź tam i poczekaj. Jakby co to przecież się nie znamy. O idzie Tobias i Eckhart. Pewnie Tobias cię przedstawi naszemu belfrowi. - Jej bystre oczy dojrzały dwie nadchodzące sylwetki. Po paru krokach i Heinrich rozpoznał uczonego kolegę jaki szedł z drugim nauczycielem.
                    Heinrich nie wybijał się przed Tobiasa, pozwalając jemu nadzorować rytm tego zapoznania, temu stał spokojnie oczekując jego ruchu.
                    - A to drogi Eckharcie, jest właśnie ten pan co by chciał podszkolić się w rysunku. - Tobias powiedział do swojego uczelnianego kolegi, gdy już byli ostatnie parę kroków przed Heinrichem. Ten drugi był raczej w jego wieku niż oczytanego kultysty i przyglądał mu się z zaciekawieniem. Ale poczekał aż staną na przeciwko siebie. Też miał togę ale z czerwonymi obszyciami na końcu rękawów.
                    - Heinrich, poznaj mistrza Eckharta. On prowadzi u nas lekcje rysunków i malarstwa. - Tobias zaczął przedstawiać ich obu i starał się to zrobić w koleżeńskiej atmosferze.
                    - Witam cię Heinrichu w naszych skromnych, uczelnianych progach. Tobias mi mówił, że jesteś zainteresowany lekcjami rysunku. Bardzo dobry wybór. Malarstwo pomaga zachować spokój i harmonię, zarówno ciała jak i duszy. - Starszy belfer uśmiechnął się jakby cieszył się z wyboru przedmiotu jaki nauczał. Pokiwał ze zrozumieniem głową. Tych kilkoro studentów jacy stali przed drzwiami obserwowało ich trójkę z zaciekawieniem jakby wybijali się ponad codzienną rutynę.
                    Heinrich skłonił głowę mistrzowi sztuki Akademii Morskiej oddając mu pozorny szacunek.
                    - Jestem niezmiernie wdzięczny, że dostanę taką szansę wszak nie będąc studentem.
                    - Oh to nie aż taka wielka rzadkość. Zawsze uważałem, że kaganek oświaty, trzeba stawiać wysoko aby jego światło sięgało jak najdalej. - Eckhart pokiwał wyrozumiale głową. - Tylko mam nadzieję, że wiesz o specyfice tych zajęć? - Uniósł brwi i trochę ściszył głos. - Dziś ćwiczymy projektowanie galionów. O kobiecych kształtach. Więc będzie nas wspomagała modelka. Bez koszuli. - Trochę się stropił ale widocznie chciał uprzedzić nowego studenta aby nie był zszokowany tym co ujrzy na zajęciach.
                    - Tak, ja uprzedzałem Heinricha i jest tego świadom. - Tobias wtrącił się do rozmowy, zapewne także po to aby wesprzeć kolegę z kultu o czym rozmawiał z nauczycielem rysunku, zanim tutaj przyszli. Chociaż nieco łamał tym zasady dobrego wychowania. Zresztą widać było, że Eckhart czeka na odpowiedź od swojego nowego studenta a nie od drugiego belfra.

                    • Zdaję sobie z tych okoliczności sprawę. - przyznał Heinrich i machnął ręką - Młodszych by mogło to poruszyć, ale z wiekiem nabiera się dystansu do takich rzeczy.
                      - No tak, tak, młode serca są takie płoche. - Eckart zaśmiał się ale chyba go uspokoiło takie wyjaśnienie. - No to zapraszam do środka. To twoja pierwsza wizyta więc zobaczysz jak to wygląda. Skromnie ale przyzwoicie. Niestety nie mamy takiego budżetu jak w Saltmundzie no ale jakoś staramy sobie radzić. - Belfer gestem zaprosił w stronę zamkniętych drzwi. Sam sięgnął pod togę aby wyjąć pęk z kilkoma kluczami. I jednym z nich otworzył klasę. Wszedł do środka na krok i zaprosił gościa do środka. Wewnątrz była klasa z dużymi oknami, więc było jasno. Ustawione były pojedyncze biurka dla jednej osoby. A przy nich puste jeszcze sztalugi. Pod koniec było jedyne, masywne, solidne biurko dla nauczyciela i sztalugi ustawione frontem do klasy. Na ścianach za biurkiem dwie tablice. Też puste. Na pozostałych było widać różne prace i rysunki. Schemat proporcji ludzkiej sylwetki w postaci kul, kwadratów i trapezów, schemat budowy statku, zbliżenie na różne elementy olinowania. piękny malunek portu w pochmurne niebo. I to chyba nawet był Neus Emskrank, widziany od zachodniego wybrzeża zatoki. Obok prawie z lotu ptaka i z perspektywy wschodnich klifów. Stamtąd zapewne powinno być widać miasto z wysokiej perspektywy. Było też kilka portretów pojedynczych i załóg okrętów albo sceny z życia portowego. - To prace naszych studentów. Zawsze ich motywuję tym, że jeśli praca będzie wystarczająco dobra to trafi tutaj na ścianę. A kto wie gdzie jeszcze. Jesteśmy sługami Akademii więc dominuje u nas tematyka morska jak widać. Jest jeszcze osobna kategoria malarstwa świątynnego. Wiadomo, w świątyni Mananna zawsze trzeba odmalować jakiś fresk czy figurę. To dość pewny zarobek dla naszych studentów nawet jak już opuszczą mury naszej uczelni. A czy ty Heinrichu masz jakieś doświadczenie w malarstwie? Jakiś gatunek czy styl, szczególnie budzi twoją ciekawość? - Nauczyciel oprowadzał nowego ucznia po sali i na razie towarzyszył im tylko Tobias. Eckhart wydawał się być dumny z tej sali, jaka udowadniała efekt działalności dydaktycznej i artystycznej jacy nauczyciele wywierali na młode pokolenie.
                      - Eickhart pyta czy wolisz sceny rodzajowe, portrety, marynistykę czy jeszcze coś innego. - Tobias usłużnie podpowiedział koledze o co belfer go zapytał.
                      - Jestem zainteresowany wyobrażeniami ozdób na statkach. Chciałbym móc właśnie w waszej Akademii zobaczyć jak sztuką je prezentujecie.
                      - Oh to dobrze trafiłeś. Najczęściej tym się właśnie zajmujemy. Różnymi zdobieniami relingów, kajut, łóżek, mebli… To dla oficerów oczywiście. Ale też portrety, także rodzinne albo załóg. To zamawiają sobie kapitanowie, właściciele statków, gildie, tak, można z tego całkiem dobrze wyżyć. A teraz proszę wybierz sobie miejsce. Za chwilę będę musiał zaprosić studentów do środka. - Eckhart zrobił zapraszający gest do reszty, pustej jeszcze sali. Było tu ze dwa tuziny miejsc, było więc z czego wybierać. Sam postawił torbę na biurko i zaczął z niej wyjmować jakieś szpargały. Tobias lekko poruszył głową aby kolega ruszył za nim.
                      - Też już muszę uciekać. Nie fatyguj się do drzwi Eckharcie, jak będę wychodził to wpuszczę tych naszych rozwydrzonych nicponi. - Żartobliwie zwrócił się do starszego kolegi. A sam powoli ruszył w stronę tyłów sali. - Tam w rogu powinna usiąść Gisela. Wybierz sobie jakieś sąsiednie miejsce. - Lekko skinął głową w tylny narożnik, naprzeciwko drzwi. - A te dwa obrazy naszego miasta to ten z klifów malował on a ten z wybrzeża to Philippa. Oboje lubią słuchać komplementy na ich temat. Nie wiem czy Philippa nie przyjdzie na te zajęcia, jakieś zamieszanie jest w grafiku. - Belfer mówił cicho ale szybko. Akurat doszli do końca sali i wtedy po przyjacielsku klepnął kolegę w ramię a sam raźno ruszył w stronę drzwi. Po chwili zamknął je za sobą i słychać było jeszcze jego przytłumiony głos z korytarza jak pewnie mówi coś do studentów. A Heinrich na te parę chwil miał salę dla siebie, zanim wejdzie tu młode pokolenie.
                      Sytuacja w jakiej się znalazł nie należała do takich, na jakie był wystawiony wcześniej... Na szczęście był wystawiany na wiele okazji odgrywania by dogrzebać się do potrzebnych informacji czy uzyskać ufność osób, jakie miały w jakimś celu wspomóc go w dociekaniu prawdy... lub na koniec zginąć z jego ręki. Odetchnął głęboko zajmując miejsce sąsiednie do miejsca swojego celu i postarał się uspokoić myśli.
                      Robiłeś to już wcześniej, Heinrich.
                      Długo nie czekał w samotności. Po chwili drzwi otwarły się i do środka się fala młodych ludzi w uczelnianych togach. Wiedział ze swojego wcześniejszego życia, że to była podstawa ubioru żaków w całym Starym Świecie. Wchodzili do środka i jako, że był jedynym uczniem w ławce, do tego był nowy no i był z pokolenie starszy od nich, to zerkali na niego z zaciekawieniem. Mówili coś przyciszonymi głosami i czasem wyłapywał skrawki ich wypowiedzi “To ktoś nowy?” czy “Co to za dziadek?”. Wydawały się naturalne w takiej sytuacji. Powoli zajmowali swoje miejsca. A, że Heinrich usiadł na samym końcu sali to większość z nich miał przed sobą. Widział, że chociaż tradycją uczelni były togi, to jednak ten standard był modyfikowany indywidualnie. Paru lepiej sytuowanych uczniów miało togi obszyte futrem aby zaznaczyć swój status. Inni, przeciwnie. Widać było, że szaty mają już wyblakły kolor jakby służyły wcześniej innym użytkownikom. Łasica miała rację, że zdecydowana większość żaków to byli młodzi mężczyźni, kobiet było tylko kilka. A panowie lubowali się w złotych, prostych kolczykach na piracką modłę, tak jak uprzedzał go Tobias. Wreszcie jedna z nielicznych kobiet, przeszła obok niego i usiadła w narożnym biurku. Postawiła swoje rzeczy na podłodze i tak samo jak inny studenci, zaczęła przygotowywać sztalugę do pracy. Była młoda, szczupła i miała kasztanowe włosy. Chwilowo przeszkadzały jej jak były rozpuszczone więc sięgnęła do torby po rzemyk aby je związać. Przy okazji też zerknęła z bliska na swojego starszego sąsiada.
                    • Panie profesorze. Nasz nowy kolega ma puste sztalugi. - Odezwała się w stronę Eckharta. Ten spojrzał w ich stronę i zorientował się, że faktycznie tak jest.
                    • Oh, przepraszam cię najmocniej Heinrichu. Zapomniałem jak bardzo jesteś nowy. Jak widzisz, studenci przychodzą ze swoimi narzędziami. Ale już coś na to zaradzimy. - Pokiwał głową i szybko podszedł do szafki po swojej stronie sali. Zaczął z niej wyjmować jakieś arkusze i przyrządy malarskie. A Heinrich zyskał okazji aby przyjrzeć się swojej sąsiadce.

                    link: https://i.imgur.com/ex4B2Jc.jpeg

                    Była w wieku podobnym do większości studentów jakich widział i na tej sali i na uczelnianych korytarzach. Togę miała przyzwoicie utrzymaną ale bez dodatkowych ozdób świadczących o dobrym statusie materialnym. Miała bystre i ciekawskie spojrzenie oraz lekko kpiący uśmiech.
                    Heinrich zastanawiał się jak ma podejść do młódki i rozumiał już, że będzie to problematyczne. Musiał czekać na odpowiednią okazję oraz unikać okazania się po prostu nudnym staruchem, jakim był w oczach młodych. Może nie był dziadkiem, jednak swoje życia przeszedł.

                    • O proszę Heinrichu. Tu masz co potrzeba. Gdyby coś ci było jeszcze konieczne, to daj znać. - W międzyczasie nauczyciek rysunku, podszedł do stanowiska najstarszego ucznia w grupie. Z wprawą zamontował mu kilka arkuszy na sztaludze i przy biurku pozostawił zestaw cienkich węglów i pędzelków do szkicowania. - Gisele, jak już tu jesteś, to idź zobacz czy nasza modelka jest już gotowa. - zwrócił się do brunetki a ona skinęła głową i szybko ruszyło w stronę drzwi. On zaś jeszcze rozstawiał sprzęt dla nowego ucznia. - A wam przypominam, że jesteście żakami a nie portowymi dokerami. Powinniście przynosić chlubę swojej uczelni i nazwiskom. A nie zachowywać się jak stado wygłodniałych marynarzy na widok pierwszej ulicznicy jaką zobaczą po zejściu z pokładu. - Podniósł głowę i przybrał surowszy, upominający głos gdy skarcił młode pokolenie zanim ich koleżanka wróciła z modelką. Wywołało to stłumione chichoty i szepty a po rozpromienionych oczach Heinrich poznał, że Łasica chyba niezbyt rozminęła się z prawdą, gdy mówiła o swoim powodzeniu jakie miała u studentów.

                    • Ale jakbyśmy nie mogli dostrzec jakichś szczegółów modeli, to chyba możemy ją poprosić aby podeszła bliżej? - Odezwał się jakiś dumnie wyglądający młodzian, z togą obszytym pysznym, srebrzystym futrem. Od razu dało się wyczuć bogate pochodzenie. Jego uwaga wywołała złośliwe chichoty. Wskazał gestem na swój arkusz gdzie widać było zarys bardzo biuściastego galionu.

                    • Można Sebastianie. Oczywiście, że można. Tylko racz mieć na uwadze, że twój ojciec, bardzo czeka na listy z uczelni o twoich postępach. - Heinrich bez trudu rozpoznał to swoiste przeciąganie liny. Młodzieniec ze zrzumieniem pokiwał głową, dalej się radośnie szczerzył, ale chwilowo chociaż odpuścił dalsze docinki. A on i większość klasy, odwrócili się bo do środka wróciła Gisele i Łasica. Obie podeszły do belfra a więc przy okazji i do siedzącego konspiratora. Łasica cichym głosem wyjaśniła nauczycielowi, że Katy jest chora więc dziś jej nie będzie. Eckhart pokiwał ze zrozumieniem głową i ogłosil to klasie.

                    • Ojej. A ja się wzorowałam właśnie na Katy. Miałam ją dziś poprosić o prywatne pozowanie aby lepiej oddać szczegóły jej anatomii. - Tym razem westchnęła jakaś młoda szlachcianka. Na oko Heinricha też trochę przesadnie. Wskazała na swój arkusz, i rzeczywiście też miała rękę, do biuściastych sylwetek. Nawet w bardziej dynamicznej pozie niż kolega jaki odezwał się przed chwilą.

                    • Bardzo mi przykro lady von Ostrein, ale Katy się pochorowała i dziś do pozowania jestem tylko ja. Ja bym bardzo chętnie milady zapozowała no ale jeśli milady woli Katy to może kto inny zaszczyci mnie swoją uwagą. Za parę nędznych srebrników. - Łasica przyjęła potulny głos pasujący do służki wielkiej pani. A jednak udało jej się sprytnie wpleść nazwisko młodej szlachcianki. Brzmiało jak jedna z ważniejszych rodzin Saltmundu co przed paroma stuleciami nawet miała kilki książąt-elektorów.

                    • To jeszcze nie jest przesądzone. - Młoda arystokratka widocznie nie nawykła do odmowy i nie odpuściła. - Myślałam o pozowaniu na klęcząco. To mój drugi, prywatny projekt na figurę dla fontanny. - Wskazała na tubę z arkuszami, gdzie mogła mieć ten szkic. - Myślisz Ann, że byś podołała? - Wyniosłym tonem zwróciła się do modelki.

                    • A która z nas miałaby klęczeć milady? - Łasica odparła wciąż tym słodkim, potulnym tonem. Ale z bliska Heinrich dojrzał w jej spojrzeniu złośliwe bliski bezczelnej dziewczyny z ferajny jaka z zasady miała anarchistyczną naturę i miała na pieńku ze szlacht. Nie raz dawała znać w kulcie, ze nią gardzi i nawet praca w zamtuzie sprawiała, że chętnie poniżała i dominowała swoich błekintokrwistych klientów. Teraz jednak szpila wbita arystokratce okazała się celna, bo cała sala ryknęła śmiechem a von Ostrein spurpurowiała ze złości.

                    • Oczywiście, że to nie ja bym klęczała idiotko! - Syknęła poruszona tym przytykiem i rechotem kolegów. Modelka zaczęła przepraszać ale wtrącił się belfer.

                    • Proszę o zachowanie spokoju! Sigrun masz już wszystko przygotowane do zajęć? - Nauczyciel miał wprawę z okiełznywaniu tego żywiołu młodości i po chwili rzeczywiście zrobiło się spokojniej.

                    • O, widzę, że mamy nowego studenta. - Łasica udała, że dopiero teraz zauważyła siedzącego obok niej Heinricha. Posłała mu sympatyczny uśmiech. - I to jaki dostojny i elegancki. - Dodała szybko i były łowca heretyków dostrzegł jak parę głów odwróciło się ku nim z lekką zazdrością i ciekawością. W koncu ta zgrabna modelka im nie poświęciła tyle uwagi co “staruchowi”.

                    • Tak Ann. To jest Heinrich. Dopiero zaczyna swoją edukację u nas. Więc proszę miej dla niego wyrozumiałość. - Belfer jakby odetchnął z ulgą, że udało się uspokoić sytuację.

                    • Oczywiście panie profesorze. Jeśli Heinrich ma ochotę to mogę mu pokazać co sobie zażyczy. - Łotrzyca mówiła tym głosem słodkiej idiotki ale jakoś tak patrzyła i uśmiechała się uprzejmie, że brzmiało jakoś dwuznacznie. Ale Eckhart albo tego nie dostrzegł albo zignorował.

                    • Bardzo dobrze Ann. Idź proszę na swoje miejsce i przygotuj się. - Polecił jej wskazując gestem swoje biurko. Dziewczyna pokornie ruszyła w tamtą stronę. A on mógł wrócić do rozmowy z nowym uczniem. - Heinrichu, to jest Gisele. Gisele ma dobre oko, rękę i wyobraźnię. Na pewno ci pomoże jeśli czegoś nie będziesz wiedział. Możesz jej pytać śmiało. - Nauczyciel przedstawił ich sobie a młoda malarka uśmiechnęła się zyczliwie do nowego sąsiada. - Gisele pomóż proszę nowemu koledze. Sama wiesz, że wszyscy uczymy się od siebie nawzajem. I stawiamy na koleżeńską atmosferę i współpracę. - Teraz popatrzył na studentkę, prosząc ją o wsparcie dla nowego. A ostatnie zdanie powiedział nieco głośniej, zerkając na młodych arystokratów jacy zajęli najlepsze miejsca na przedzie i przy oknach.

                    • Dobrze panie profesorze. Chętnie mu pomogę. - Meissen pokiwała swoją kasztanową głową i wydawała się życzliwie nastawiona do tej prośby. Uspokojony tym belfer spojrzal jeszcze czy Heinrich ma jakieś pytania ale chyba szykował się aby wrócić na katedrę i otworzyć zajęcia. Modelka już tam stała ale jeszcze w ubraniu.
                      - Dziękuję bardzo, dobry profesorze. - Heinrich skłonił głowę i spojrzał na dziewczynę - A tobie młoda pani za chęć pomocy.
                      - No dobrze, no to nie przedłużajmy, już zbyt wiele czasu zmitrężyliśmy na te figle. - Belfer z zadowoleniem pokiwał głową i wrócił na przód sali. Młoda sąsiadka Heinricha skinęła mu głową za podziękowanie ale obserwowała początek zajęć.
                      - Dziś będziemy kontynuować prace nad galionami statków. Lub rzeźbami kobiecych figur na fontanny. - Tu wymownie spojrzał na młodą lady von Ostrein jaka wcześniej wspomniała o takim projekcie. Szlachcianka nie wyglądała na zakłopotaną i przyjęła ten przytyk z godnością, mimo złośliwych uśmiechów kolegów. - W takim razie proszę modelkę aby się ustawiła we właściwej pozycji. Tak jak ostatnio. - Nauczyciel wrócił do sprawdznej rutyny. I Łasica jako Ann, bez ceregieli zdjęła z siebie prostą koszulę ukazując swój nagi tors. Co wywołało cichy szmer u widowni jaka chętnie syciła oczy jej odsłoniętymi wdziękami. Czarnowłosa modelka wyglądała jak Strzyganka albo Estalijka czy Tileanka. Znad spódnicy nie wystawał jej tatuaż żmii a przynajmniej Heinrich go nie dostrzegł. Nie był pewien czy po prostu ubranie go zakrywało, czy kultystka jakoś sprytnie zamaskowała go nie chcąc zdradzać tego elementu jaki mógłby pomóć ją później zidentyfikować. Ustawiła się koło biurka nauczyciela a studenci stopniowo zabrali się do pracy. Były łowca czarownic widział jak ich pióra, rysiki i pędzle, zaczyają kreślić kolejne kreski. Ale on sam, wciąż miał przed sobą czysty arkusz i zestaw do malowania.
                      - Musisz zacząć od narysowania proporcji anatomicznych. Tak jak tam na ścianie. - Gisele podpowiedziała nowemu od czego powienien zacząć. Swoim pędzlem wskazała na ścianę, gdzie w ludzką sylwetkę był wrysowany schemat z kół i prostokątów. Zapewne miało to pomóc w ustaleniu właściwych proporcji ciała. - Tylko postaraj się lekko aby potem nie przebijały się na obrazie. Ann stoi w prostej pozie, więc to ułatwia projektwanie. - Teraz wskazała na Łasicę, która stała z lekko wysuniętą do przodu nogą i dłonią na biodrze. Chociaż Heinrich był w klasie pełnej żaków i z Eckhartem to jednak narożne miejsce z tyłu sali, pozwalało na w miarę swobodną rozmowę z Gisele, o ile zachowało się dyskrecję. Uczniowie skupili się na swoich dziełach i zerkaniem na modelkę więc stracili zainteresowaniem najstarszym z nich, jaki i tak siedział za ich plecami.
                      Heinrich pamiętał lekcje z młodości jakie jego guwernanci mu oferowali i rysunek był jedną z nich, choć nie rozwijany bardzo. Dzięki temu wziął pędzel dość pewnie nałożywszy bardzo bladą farbę i za jego pomocą zaczął szkicować Łasicę. Wyraźne było, że posiadał jakieś podstawy znajomości malarstwa i rysunku.
                      Sytuacja się uspokoiła. Studenci zabrali się za pędzelki i rysiki. Praca ich pochłonęła. Słychać było jak któryś coś powiedział półgłosem albo się zaśmiał. Ale raczej każdy był skupiony na swojej sztaludze i modelce stojącej na katedrze. Co jakiś czas Eckhart robił obchód po sali. Przyglądał się, odpowiadał na pytania, coś podpowiadał ale widać było, że to raczej koleżeńskie wskazówki niż surowy belfer od algebry i klasycznego. Giselle też zerkała do sąsiada jak mu idzie. Chwaliła go, że dobrze mu idzie i chyba nie jest to jego pierwszy rysunek.

                    • Od dawna jesteś w mieście? Nie widziałam cię tu wcześniej. - Zagaiła gdy tak siedzieli obok siebie. Sama malowała swoją wersję Łasicy.
                      - Nie, nie aż tak. Ledwo od kilku tygodni. - przyznał skupiając się na zakurzonej umiejętności.
                      - Jeśli by ci się spodobały te nasze zajęcia, to może być mógł na nie uczęszczać. Pewnie musiałbyć porozmawiać z profesorem. Ale jeśli cię dopuścił tak na próbę to jest nadzieja. A jeśli się nie zgodzi, to jest jeszcze profesor Philippa. Z nią też mamy zajęcia. - Brunetka miała na tyle wprawy i spokoju, że mogła rozmawiać podczas pracy. Rysowała klasyczny galion o kształtach kobiety. Z prawie pionową sylwetkę, skoro miała być na dziobie okrętu. I dłonią wysuniętą przed siebie. W niej trzymała latarnię. Nie krępowały jej też nagie piersi modelki a Łasica ułatwiała tą wizualizację studentom gdy często pochylała się nieco do przodu a jej piersi ciążyły wtedy ku podłodze.

                    • I jak ci idzie Heinrichu? - W pewnym momencie zagaił go nauczyciel gdy podszedł do niego podczas swoich spacerów po sali.
                      - Powoli przypominam sobie zapomniane już umiejętności, Herr Eickhart.
                      Mężczyzna przez chwilę przypatrywał się dziełu jakie tworzył Heinrich i pokiwał głową na znak, że słucha. - Wiem, że twarz najtrudniej narysować. Zwłaszcza jakby miała przedstawiać konkretną osobę. Ale skoro chodzi tylko o projekt galionu, zwłaszcza taki wstępny. To można zostawić tylko owal, sam jej zarys, bez rysów. Chociaż widzę, że jeśli byś chciał Heinrichu, malować portrety to musiałbyć poćwiczyć malowanie twarzy. Ale jak na początek bardzo ciekawie ci to wyszło. Sylwetkę udało ci się nieźle uchwycić. Wyszła dość proporcjonalnie. To też bardzo istotne gdy się maluje całą sylwetkę. Jak się złapie odpowiednie proporcje to zostaje już tylko dodanie paru detali. - Belfer wyraźnie chciał dodać otuchy nowemu rysownikowi i nie zniechęcać go. Chociaż jak teraz Heinrich na to patrzył to twarz Łasicy wyszła dość symbolicznie. Widać było, że wyszedł z wprawy. Sylwetka modelki za to wyszła w miarę poprawnie. Pomogły te schematy anatomiczne, dość spokojna i nieruchoma sylwetka Ann no i tego, że stała do tuzina kroków dalej.

                    • Czy ja bym mogła poprosić modelkę aby podeszła bliżej? - Lady von Osterin poprosiła Ann do siebie. Profesor zgdził się. I po chwili rozległ się szmer przyciszonych śmiechow gdy szlachcianka poleciła aby modelka uklękła. Jak trochę się przesunęła ku niej “aby złapać odpowiednią perspektywę” to już w ogóle wyglądało jakby Łasica klęczała tuż przed nią. Eickert aż podszedł do nich aby sprawdzić co tu się dzieje. Jednak młoda arystokratka wykpiła się wymówką, że woli się skupić na projekcie fontanny. A Heinrich widział w jej pracy na tyle aby zorientować się, że to mocno frywolna poza jak na fontannę. To małe zamieszanie jakby dało sygnał innym, że można prosić modelkę na zbliżenie.
                      Heinricha nie zaskoczyło jak wiele wpływu może mieć Łasica na młodych studentów.
                      Były łowca heretyków wrócił do swojego szkicu i luźnej rozmowy z Giselle albo Ekhartem, gdy przy stanowisku młodej Ostrein znów zrobiło się głośniej. Tym razem gdy skończyła swój projekt fontanny. I nawet pozwoliła modelce rzucić na niego okiem. Łasica otrzepała kolana i wstała z pokornej pozycji. Artystka obserwowała ją z dumą i satysfakcją, wyraźnie czekając na jakąś reakcję. Dzięki temu i Heinrich mógł dojrzeć jej pracę. Sylwetka młodej, nagiej kobiety. Piersiastej i klęczącej jak modelka. Ale jeszcze misę trzymającą przed swoimi obojczykami, w proszącej pozie. Wyglądała jak pokorna nimfa, z proszącym wyrazem twarzy, jaka zbiera wodę do swojej misy. To byłoby nawet naturalne dla fontanny. Rysunek jednak miał w sobie drugie dno. Pokazywał jak strumien wody spada na twarz i do misy. Nie pokazywał skąd bo już była krawędź arkusza. Ale nimfa miała jeszcze grubą obrożę na szyi i obręcze na kostkach i nadgarstach, przez co ta nimfa wyglądała jakby była zniewolona albo dopiero co wyrwała się z niewoli. No i ta misa wyglądała trochę jak ta co niedawno Freda zrobiła dla Heinricha. A może to tylko Heinrichowi tak się wydawało?

                    • To część większego projektu. Ta figura będzie zwrócona twarzą do centrum fontanny i będzie łapać wodę z centralnego monumentu. A przedstawia nimfę Alouette. Która zbiera płyny dla swojej władczyni. - Wyglądało na to, że młoda szlachcianka jest dumna ze swojego dzieła. A zwłaszcza ostatnie zdanie wywołało stłumione chichoty kolegów. Jakby ten strumień spoza obrazu, który spadał do misy ale i na twarz oraz kształtne piersi nimfy, wywoływał ich złośliwą, młodzieńczą radość. Wydawało się, że artystka wreszcie pokazała swoją wyższość nad prostą ladacznicą. Bo wciąż wyglądało to na to ciche przeciąganie liny między nimi. I zapewne fawrytką była młoda arystokratka bo wiadomo było, że zwykła mieszczka nie odważy się z nią zadrzeć. I przez chwilę wyglądało na to, że faktycznie poskromiła Ann. Łasica z wyraźnm zaciekawieniem chłonęła obraz i uśmiechała się łagodnie.

                    • Bardzo pięknie to wyszło milady. Czuję się poruszona tym dziełem, że aż mnie w dołku ściska z wrażenia. Jestem zaszczycona, że mogłam pozować milady. - Łotrzyca bezbłędnie odgrywała rolę słodkiej idiotki i najpierw przystawiła dłoń do swojego serca a później do brzucha jakby tam czuła przysłowiowe motyle. Tylko ręka jakoś zjechała jej niżej tuż pod pas spódnicy przez co zabrzmiało to dwuznacznie kosmato. Ale na moment, że nie było to jednoznaczne. Malarka uśmiechnęła się z wyższością jakby właśnie pokonana przeciwniczka przyznała jej zwycięstwo. - Ale oczywiście nie ośmielę się nawet porównywać do szlachetnego oblicza milady i rozumiem, że moje jest niegodne aby się z nim równać. - Ann lekko wskazała wzrokiem na szkic Alouette i tego się szlachcianka nie spodziewała. Bo zmrużyła oczy i odwróciła się też w tamtą stronę.

                    • O czym ty mówisz Ann? Gdzie ty tu widzisz moją twarz? - Artystka widocznie nie mogła się zorientować o co chodzi modelce.

                    • No to tutaj na szyi i policzku. Toż to jak u milady. - tym samym, pokornym tonem wskazała coś na szkicu. - Ale ja nawet nie będę stawać w szranki z milady przy wyborze miejsca i pozy takiej kompozycji. - Heinrich ze swojego miejsca nie widział czy młoda von Osterin ma coś na policzku i szyi ale chyba uwaga Łasicy była trafna. Bo milady poczerwieniała i zacisnęła swoje pełne usta w wąską linię. Jakby wzrok mógł spopielać to z Ann teraz by została kupka popiołu. A i po sali rozeszły się stłumione chichoty pozostałych uczniów. Tym razem jednak szlachcianka się opanowała i nie podniosła głosu. Widać było, że złość aż się w niej gotuje gdy jednym zdaniem, ladacznica odebrała jej pewne zwycięstwo.

                    • Ann, chciałabym po zajęciach dać ci lekcję. Znaczy poprosić cię na prywatne pozowanie. - Zimny i oschły ton nie wróżył modelce przyjemnej rozmowy ale ta nie przestawała się uśmiechać jak opóźniona w rozwoju sierota.

                    • Bardzo chętnie milady. Z przyjemnością spędzę z milady więcej czasu. Będę zaszczycona mogąc przećwiczyć z milady tą pozycję. Ale na dzisiejsze prywatne pozowanie już jestem umówiona. Może jutro? - Łasica też się przejęzyczyła ale sprawiała wrażenie, że się spotka z artystką bardzo chętnie, jakby nie dostrzegała jej złowróżbnego, świdrującego spojrzenia. Eckhart dostrzegając zarzewie kolejnego spięcia, ruszył w ich stronę, wtrącając się do rozmowy. A Heinrich dojrzał jakiś ruch przy krześle milady. Jakaś zapisana kartka spadła z jej biurka i pofrunęła gdzieś pod sąsiednie. Ale tam stracił je z oczu.

                    • Ale Sigrun jest zdenerwowana na Ann. Dawno nie widziałam aby ktoś jej tak przygadał. I to przy wszystkich. I to taka zwykła dziewczyna, nawet nie szlachcianka. - Giselle też z zainteresowaniem obserwowała widowisko jakie rozgrywało się ze dwie sztalugi z przodu. I wydawała się być pod wrażeniem śmiałości i sprytu modelki. Ale też nieco jej współczuła na myśl o gniewie szlachcianki jaki pewnie na nią teraz spadnie. Gdy poprawiała się na stołku, przewróciła tubę na szkice. Z niej częściowo wysypały się różne szkice. Brunetka szybko odwróciła się i zaczęła je zbierać. I tak uklękła, jakby swoimi plecami chciała je zasłonić Heinrichowi. Albo tylko tak mu się zdawało. Przez chwilę i tak mu się wydawało, że na krawędzi jednego z arkuszy widać było jakiś wijący się kształt. Nie zdążył jednak przyjrzeć się dokładniej gdy Meissen pozbierała je i w pośpiechu zamknęła tubę. Po czym wróciła na miejsce. - Jeśli chcesz to też możemy poprosić Ann aby do nas podeszła. - Uśmiechnęła się nieco nerwowo i wskazała na półnagą łotrzycę jaka stała ledwo kilka kroków dalej.
                      - To byłoby naprawdę idealne. - stwierdził ze spokojem - Mogłoby pomóc moim zestarzałym umiejętnościom. Byłem ledwie pod kuratelą guwernantów, gdy się parałem rysunkiem i malunkiem.
                      - Ja nie jestem profesorem ale myślę, że jak na pierwsze odświeżenie umiejętności, to świetnie ci idzie. - Giselle uśmiechnęła się ciepło do sąsiada jakby chciala dodać mu otuchy na zachętę. Chociaż jej rysunek wyglądał na bardziej detaliczny i dopracowany. Potem podniosła dłoń do góry, aby zwrócić na siebie uwagę modelki. - Ann, czy moglibyśmy cię tu prosić? - Brunetka poprosiła ją uprzejmie i roznegliżowana kobieta, ruszyła w ich stronę. A studenci jakich mijała chętnie korzystali z okazji aby rzucić na nią okiem. A ona poruszała się z płynnością tancerki i nagość w ogóle jej nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, wydawała się być świadoma swoich atutów i potrafiła nimi zagrać. I zatrzymała się dopiero między Heinrichem a Giselle. Popatrzyła z góry na nich oboje czekając po co ją wezwali.
                      - Jakbyś mogła nieco się pochylić Ann. Bo to u mnie wygląda jak widzisz. - Młoda malarka wskazała dłonią na swój arkusz. A Łasica z ciekawością zerknęła jak tam wyszła.
                      - O, to jestem tu z latarnią. Ciekawy pomysł milady. To jak mam się ustawić? - Łasica wyraziła swoje uznanie i widać było, że artystce sprawiło to przyjemność. Po czym przez parę chwil udzielała wskazówek modelce jaką ma przyjąć pozę. Czarnowłosa musiała mocno pochylić się do przodu aby przyjąć podobny układ jak na szkicu. Więc Heinrich widział wówczas głównie jej gładkie plecy, zgrabny kuper okryty spódnicą i nieco bocznego profilu.
                      - A możesz tak trochę bardziej w tą… I tak niżej… O tak, idealnie! A teraz… Och, przepraszam! Zagapiłam się. - Co tam dokładnie się stało to były łowca nie widział ale przez moment zrobiło się zamieszanie.
                      - Nic się nie stało milady. To się po zajęciach zmyje. To tylko farba. - Ann uspokoiła ją i znów wróciła do stania a artystka do jej malowania. W końcu Gisele podziękowała więc Łasica wyprostowała się i teraz jakby zamienili się miejscami, bo ustawiła się frontem do Heinricha. Świadomie czy nie, oparła się przedramionami o blat biurka drugiego kultysty więc ich twarze znalazły się całkiem blisko siebie. A ten pełny biust modelki, był na wyciągnięcie ręki. Wtedy dojrzał na nim, dwa esowate kształty. Trochę jak krótki wąż albo robak. Pewnie to przed chwilą wywołało zamieszanie bo farba jeszcze była mokra i świeża.
                      - Czy tak dobrze Herr Heinrichu? - zapytała prowokacyjnie słodko. Kątem oka były łowca heretyków widział jak inni studenci zerkają w ich stronę, jakby mu zazdrościli. ~ I jak? ~ zapytała szeptem lekko wskazując oczami na młoda malarkę, jaka siedziała za jej plecami. Wydawała się być zaciekawiona ale i rozbawiona tymi zajęciami.
                      - Idealnie... Choć moje umiejętności wciąż potrzebują doszlifowania... Czy ty też masz jeszcze jakieś dzieła, które chciałabyś dopracować? - ostatnimi słowy zwrócił się do studentki.
                      - Dopracować? Oh cały czas. Czy jakieś dzieło może być tak naprawdę skończone? Ja zawsze mam wrażenie, że można by coś jeszcze dodać albo poprawić. A przynajmniej bardzo często. - Malarka potraktowała to pytanie w żartobliwy sposób i obdarzyła sąsiadów rozbawionym uśmiechem.
                      - Jeśli to by było takie prace z modelką, to mogłabym chyba pomóc. Moglibyśmy po zajęciach pójść do mniejszej pracowni, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał. Często tam pozuję w negliżu albo nawet do aktów jeśli jest takie życzenie. - Łasica szybko podłapała okazję aby umówić się z Giselle na spotkanie w prywatnym gronie. Wymownie przesunęła dłońmi po swoich jędrnych piersiach i w dół aż do podołka. Takim wężowym, ruchem wyuzdanej tancerki jaki od razu przykuł uwagę brunetki. I conajmniej kilkoro uczniów siedzących niedaleko.
                      - Akty też robisz? - Malarka wydawała się zaskoczona albo tylko się upewniała czy dobrze zrozumiała Ann. Ta pokiwała swoją czarną głową.
                      - Jeśli jest takie życzenie… Wtedy ustawiam się w wymaganej pozie i wykonuję wszelkie polecenia artystów aby sprawić im satysfakcję. Bo czasem muszę uklęknąć albo się pochylić czy wypiąć. Zrobić odpowiednią minę, wysunąć do przodu biodro albo biust. Włożyć coś tu czy tam. Oczywiście jestem otwarta na wszelkie sugestię i gotowa na pełną współpracę. - Łotrzyca czarowała głosem, spojrzeniem i negliżem. Umiała ubrać słowa jakie by pasowały do modelki w kosmaty podtekst, że ta oferta współpracy, zabrzmiała bardzo dwuznacznie. Aż się Giselle nieco zarumieniła w Heinrich zauważył, że mają coraz większe grono słuchaczy i dyskretnych obserwatorów jacy chłoną każde słowo i gest ich rozmowy. I łotrzyca chyba nie łgała, że na dodatkowe zajęcia z nią zawsze jest mnóstwo chętnych.
                      - No to może… Miałabym jakiś akt. - Bruetka zerknęła na nią a potem na Heinricha.
                      - Oh to ledwo nędzne pięć monet za zdjęcie ubrań. I pięć za każdy pacierz pozowania. - Łasica miała głowę do interesów, i szybko podała cennik swoich usług. I wymownie spojrzała na Heinricha, czekając na jego reakcję.
                      - Och, to naprawdę dobra oferta. I ja bym mógł razem skorzystać, oczywiście za dodatkową opłatą - dodał szybko - a jednocześnie czegoś się nauczyć od młodej pani jaka mnie tak chętnie przyjęła pod skrzydła.
                      - Oh no to jesteśmy umówieni. Za dodatkowe nędzne pięć monet można mnie nawet dotykać. Wiadomo, aby lepiej złapać kształt. - Modelka ucieszyła się jakby właśnie ubili dobry interes i szybko rozszerzyła ofertę swoich usług. Uśmiechnęła się słodko do dwójki malarzy a brunetka lekko uniosła brwi ze zdziwienia ale też się uśmiechnęła.
                      - No ja nie chciałabym narażać Heinricha na koszty. - Przyznała po chwili wahania, jakby sakiewka nie była jej mocną stroną.
                      - Oh Heinrich mi wygląda na dżentelmena więc nie musimy się obawiać, że nas postawi w niezręcznej sytuacji. Na pewno się jakoś dogadamy. - Łotrzyca dyskretnie puściła oczko koledze z kultu, jakby była dobrej myśli co do takiego spotkania we trójkę. Później wyprostowała się bo poprosił ją inny student o pozowanie z bliska. A następnie jeszcze ze trzech innych. Zapewne też dostała chociaż od części z nich zapytanie o dodatkowe zajęcia bo dało się słyszeć jej grzeczną odpowiedź, że jest już umówiona. Nie przeszkadzało jej to z urokiem zawodowej ladacznicy, kusić swoim spojrzeniem, uśmiechem i odkrytym biustem. I na młodych ludzi to działało pociągająco. Widać było, że niejeden miałby ochotę poznać się z Ann bliżej. Jednak do końca lekcji obyło się już bez przygód. Eckhart w pewnym momencie dwa razy zaklaskał w dłonie i dał znać, że to koniec lekcji. Potem podchodził do każdej sztalugi i omawiał ze studentem jego pracę. Podszedł też i do Giselle i Heinricha.
                      - Ciekawa kompozycja Giselle. I praktyczna. Z tym miejscem na lampę w uchwycie dłoni. - Wyglądało na to, że projekt kobiecego galionu, spodobał mu się. Następnie podszedł do najstarszego wiekiem ucznia.
                      - Nieźle Heinrichu, naprawdę nieźle jak na początek. Przydałby ci się regularny trening aby rozwinąć swoje umiejętności. Gdybyś miał ochotę uczestniczyć w zajęciach to możemy to później omówić w wolnej chwili. - Belfer zaproponował mu uczestnictwo w dalszej edukacji ale zapewne wiązałoby się to z kosztami takiej edukacji.

                    Uczniowie zaczęli zbierać swoje materiały i powoli wychodzić. Łasica na katedrze, ubrała koszulę aby przykryć swoją nagość po czym z gracją tancerki podeszła do dwójki z jaką była umówiona na prywatny pokaz modelingu. - To co? Idziemy? - zagadnęła wesoło jakby mieli iść na jakąś emocjonującą przygodę. Giselle pokiwała głową i we trójkę wyszli na korytarz. Przez chwilę utonęli w masie innych młodych studentów, już nie tylko z tych z malarstwa. Ale w pewnym momencie Meissen pacnęła się w czoło. - Moja tuba! - sapnęła i spojrzała gwałtownie za siebie. - Muszę po nią wrócić. To idźcie dalej, zaraz do was przyjdę. - powiedziała i szybko odwróciła się aby wrócić do klasy. Łasica bystro spojrzała a drugiego kultystę i dała mu znak, że wie gdzie iść. Po chwili stanęła przed drzwiami jakie otworzyła kluczem. I znaleźli się w gabinecie jaki przypominał małą, pracownię malarską. Były tu dwie gotowe sztalugi i kilka złożonych, płótna, arkusze, farby, pędzle na zapas tych materiałów. Łasica zamknęła za sobą drzwi i odetchnęła z ulgą.
                    - No to będziemy mieć Gisę tylko dla siebie. Bierzesz górę czy dół? Przód czy tył? - Trzepnęła Heinricha w ramię i puściła mu łobuzerskie oczko. Wydawała się być w wyśmienitym humorze i chyba raczej żartowała sobie. - Nie bój się z tymi monetami. Jak będziemy sami to ci oddam. No może z małą prowizją. Ale od wszystkich biorę za te prywatne lekcje to od ciebie też musiałam. A Gisa jest od kupców, sklepikarzy czy coś takiego więc ledwo ich stać aby posłać ją na standardowe zajęcia to na te dodatkowe raczej jej nie stać. No i jak ci się podobało projektowanie galionów? Mam nadzieję, że wrócisz? Nie wiem czy dziś, za pierwszym razem urobimy Gisę na tyle by nam jadła z ręki. Jeśli nie chcesz to trzeba będzie ją namówić na jakieś spotkanie poza uczelnią. - Wciąż miała na sobie czarną perukę i resztę kamuflażu jaki miał zmienić wygląd. I mówiła cicho i szybko, jakby spodziewała się, że Meissen w każdej chwili może tu wejść.


                    Heinrich był zmęczony musząc udawać przy dzieciakach zainteresowanego rysunkiem. W poprzednich latach po prostu by nadzorował działania podwładnych wykonujących robotę za niego, jednak w tym momencie nie posiadał już takiego luksusu i odczuwał z tego powodu irytację. Nie było jednak co poradzić, musiał grać dalej. Na razie potrzebował urobić młodą uczennicę, aby dowiedzieć się jak wiele z jej rysunków może pochodzić ze snów od Sióstr, jak bardzo ona sama to może zauważać. Należało rozwiązać trochę problemów Tobiasa.

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach jako Otto "Puste Oko"
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #334

                      Mnich aż się rozpromienił widząc aptekarza.
                      - Sigismundusie, dobrzy bogowie jak się cieszę, że cię widzę… nawet nie masz pojęcia co się tu działo. - z radością uściskał aptekarza - Kilka nowych matek udało mi się oczywiście zasiać. Oprócz Fabienne, mamy Lady Odette i jej koleżankę von Hohenfels, no i Teofano von Lebkuhen i jej służkę. - mnich zastanawiał się czy kogoś pominął, ale to chyba wszystkie - Do tego… ta Teofano, jest naznaczona przez ojczulka. Ma znamię, trzech krostek w trójkąt na wewnętrznym udzie. I… wydaję mi się, że małe Odette… jakoś wydały własne jaja? Kiedy urodziła następnego dnia miała malutkie jajeczka na brzuchu. - mnich starał się wytłumaczyć ostatnie wydarzenia najlepiej jak je rozumiał.
                      - Ho ho ho! No mój złoty chłopcze! To widzę, że się postarałeś! Widziałem ten zbiór na dole. Przyznam jest znacznie obfitszy niż się spodziewałem. Z tydzień mnie nie było a tu proszę! Same damy ze śmietanki towarzystkiej naszego miasta służą naszej hodowli! Cudownie! Po prostu cudownie! - Grubas niczym dobry wujaszek, roześmiał się rubasznie. Wydawał się być w wyśmienitym humorze. Aż brzuch i podbródek mu się trzęsły od tego śmiechu. - I świetnie ci poszło złoty chłopcze. Wam wszystkim. Widzę, że powierzyłem hodowlę we właściwe ręce. A i nasze… Jak to mówicie? Musze matki? Ależ trafne określenie! Świetnie to wymyśliliście. A więc i musze matki widzę, że się dobrze sprawują i wydają obfity plon. Nawet bardzo. Nie spodziewałem się, że co niektóre okazy, będą takie soczyste i dorodne. Zwłaszcza od lady Fabienne. Jak odjeżdżałem, martwiłem się czy wszystko u niej w porządku z tą ciążą. Bo tak długo nic i nic. Ale warto było czekać! Spójrzcie jaki okaz wydała na świat! - Grubas z miłością popatrzył na czerwia jaki zdążył już okryć się lepkim kokonem. Aptekarz kręcił głową z niedowierzaniem jak hodowca na pewnego zwycięzcę w wystawie.
                      - I co jeszcze mówisz złoty chłopcze? Jedna z nich jest naznaczona przez naszego patrona? Ta od Lebkuchenów? No popatrz. Taka znamienita rodzina cukierników, robią wypieki na całe miasto. I ich córka jest tak oddana naszej sprawie? Ciekawe. Jakby tak było to wspaniały znak. To oznacza łaskę od Ojczulka. I to, że ma wobec niej specjane plany. Albo boska Oster. W końcu to jej dziedzictwo. Tak czy siak, ta musza matka byłaby wybranką boskiej woli i powinniśmy ją otoczyć szczególną opieką. Ale jeśli można to chciałbym zobaczyć u niej to znamię. Jestem go ogromnie ciekaw. - Gospodarza bardzo zaciekawił wątek znamienia u młodej cukiernik. I widocznie chociaż samą cukiernię i nazwisko kojarzył. Wydawał się być zaskoczony i ucieszony, że ktoś od nich, tak chętnie służy dziedzictwu Oster. A zwłaszcza chciał na własne oczy przekonać się jak to znamię wygląda. Na koniec zostawił sobie sprawę tajemniczych jaj na brzuchu diwy.
                      - Oj Otto. Te maleństwa nie mogą mieć własnych dzieci. - Dobrotliwie wskazał na leżący na stole kokon. - To tak jak nasze dzieci. Albo czerwie zwykłych much. Muszą się przepoczwarzyć w dorosłe owady i to jeszcze też parę dni trwa, zanim będą mogły składać jaja. - Wydawał się być sceptyczny co do tej historii. - Jesteś pewien, że milady nie zażartowała sobie z ciebie? Skąd mogła mieć te jaja? Nie zostawiłeś jej jakichś? - Zmarszczył brwi gdy starał się delikatnie skłonić swojego ulubieńca do rozważenia wszystkich możliwości. - No co prawda to nie są zwykłe zwierzęta i jest w nich boska iskra. Częściowo pochodzą z innego wymiaru więc zasady naszego świata nie muszą się ich tak całkowicie imać. Ale jednak pętają je dość mocno. Do tej pory, podczas hodowli tutaj, czy poźniej w jaskini, nie widziałem aby czerwie znosiły jaja. To potrafią tylko dorosłe, dojrzałe owady. Dojrzałość osiągają w kilka dni po wyjściu z kokona. Więc nasza pstnica musiałaby mieć tam u siebie dorosłą, dojrzałą muchę. Myślisz, że mogłaby mieć? - Aptekarz starał się racjonalnie wyjaśnić tą zagadkę, wedle wiedzy i doświadczenia o hodowli jaką nabył w ciągu ostatnich kilku tygodni.
                      - Skoro o tym mowa… - mnich zaczął niepewnie - Nie chcę wywołać w tobie jakiegoś zwątpienia, ale wydaję mi się, że te jaja nie są dziedzictwem Oster. W sensie nie jedynie. Jeden z moich pacjentów, który ma jakieś mistyczne połączone z biblioteką Vesty, mówi, że wszystkie siostry brały udział w ich tworzeniu. Wszystkie przelały odrobinę swej esencji. Oster je stworzyła oczywiście, ale wszystkie cztery tchnęły iskrę mrocznego życia w nie. - zastanowił się chwilę - Nie wydaję mi się, aby Lady Odette miała powód aby ze mnie drwić w tym temacie. Jak się z nią zobaczę, to postaram się wziąć i przynieść ci te znaleziątka, sam ocenisz.
                      - No tak. Może iskrę dały wszystkie, ale najważniejszą pracę wykonała boska Oster. No i ona nadała taki piękny kształt miły naszemu patronowi. - Grubas nieco się skrzywił na pomysł, że pozostałe Siostry też miały swój udział w stworzeniu jaj, czerwi i much. Za to energicznie pokiwał głową, zadowolony, że jego ulubieniec docenia rolę patronki jakiej aptekarz się poświęcił.
                      - Ten wpływ innych Sióstr może być większy niż się wydaje. Rozmawiałam z tą bretońską szlachcianką co nam urodziła te piękności - Raisa wtrąciła się do rozmowy swoim skrzeczącym głosem. I pokazała na kokon leżący na stole. - Mówiła, że te ciąża i poród są bardzo przyjemne. Podobno jakaś ladacznica co też chętnie rodzi te czerwie, też opisuje to jako przyjemność. To mnie trochę zaskoczyło. To raczej nie pasuje do naszego patrona. Więc może to być iskra pozostałych Sióstr, zwłaszcza Soren. A kto wie czy jeszcze wpływ pozostałych jakoś się nie objawi w brzemieniu i owcach nosicielek. - Wiedźma dołożyła swoje trzy pensy do tych rozważań. Sama wydawała się być nimi nieco zaskoczona. Aptekarz popatrzył na nią i spojrzał jeszcze na dwie mutantki co nie przeszkadzały w rozmowie. One jednak tylko uśmiechnęły się nieśmiało i dalej milczały.
                      - No cóż. Być może, być może… To może nawet nam się przydać. Jeśli ta robacza ciąża jest taka przyjemna. Widać w tym mądrość naszych patronek. Zresztą i tak najważniejsze jest aby nosicielki wydawały nam jak najwięcej tych owoców. No i jak najszybciej bo ten turniej pewnie w końcu jednak zorganizują. Ta żałoba nie będzie trwać wiecznie. A musimy mieć jak najwięcej okazów do naszego ataku. - Ostatecznie gospodarz był gotów przymknąć na tą drobną niedogodność i wolał się skupić na efektywności hodowli. Zwłaszcza jak zdawał sobie sprawę z uciekającego czasu.
                      - To mówisz, złoty chłopcze, że lady Odette miała skądeś te jaja tak? No dziwna sprawa. Jeśli byś zdobył je dla mnie, to chętnie bym im się przyjrzał. Bo to dość zagadkowa sprawa. Jeśli nie wyciekły jej ze strzykwy to chyba tylko dorosła mucha mogła je tam u niej zostawić. Nie uciekła wam jakaś? I ta młoda Lebkuchen. Jej znamię też bym chętnie zobaczył bo to fascynująca sprawa. Jakby okazała się prawdziwa to byłby to bardzo dobry omen. I dla nas, i naszej hodowli. - Poklepał mnicha po ramieniu i wydawał się żywo zainteresowany obiema muszymi matkami, chociaż każdą z innych powodów.
                      - Postaram się to załatwić. - obiecał mnich - Obie sprawy. Teofano nie jest jeszcze wtajemniczona, więc jakiekolwiek odkrycie co do jej znamion po prostu wyjaśnij jako jakaś zwykła wysypka. - mnich westchnął - W sumie Teo jest bardzo przychylna zwiększenia ilości naszych nosicielek. Kolejna służkę chce w to wciągnąć oraz swoją matkę.
                      - Doprawdy? Gorliwość i oddanie godne pochwały. I nawet nie jest wtajemniczona w nasze sprawy? Ciekawe. Coraz ciekawsze. Bardzo wyjątkowa dziewczyna nam się trafiła. I nawet własną matkę planuje zasiać? No no… Tym bardziej chciałbym ją poznać mój złoty chłopcze. - Grubas wydawał się aż niedowierzać w tak pozytywne nastawienie nosicielki, co nawet nie była w kulcie.
                      - U nas to nie aż tak rzadkie. Nasi ludzie chętniej oddają się naszym bogom i są dumni gdy ci poddają ich różnym próbom. Ale tu, na południu, to z tego co pamiętam to nie jest mile widziane. Może czuje zew którejś z Sióstr. Zapewne Oster. Siostry przemawiają do wielu ale większość nie zdaje sobie z tego sprawy. Może i lepiej. Gdyby nasi wrogowie zaczęli rozumieć ten zew, mogliby nam pomieszać szyki. - Skrzeczący głos staruchy, znów dołączył do rozmowy. Snuła swoje domysły dzieląc się nimi z kolegami. Aptekarz popatrzył na nią przez chwilę i pokiwał głową. Niestety nie mieli wpływu na ten zew istot z innego wymiaru. Gdy miały cielesną formę to było jeszcze zanim przodkowie imperialnych i Norsmenów osiedlili się po obu stronach Morza Szponów. I zagrożenie, że nieprzychylni kultystom prawi, bogobojni obywatele coś zrozumieją z tych snów, wciąż istniało.
                      - A powiedz mi złoty chłopcze jak spotkałeś tą młodą Lebkuchen? I lady Odette. Tak po prostu dały ci się zasiać? Nasza diwa też jest tak gorliwa w roli muszej matki jak nasza młoda cukiernik? - Sigismundus wydawał się być zaciekawiony, jak udało się jego ulubieńcowi, rozszerzyć hodowlę o dwie tak utalentowane nosicielki.
                      - Teofano miewała sny o byciu zasianą, podzieliła się nimi z rodzicami, oni zgłosili się do hospicjum. - mnich zaczął tłumaczyć zwykły przypadek ich spotkania - Przeor wysłał mnie, zważając, że jestem bardziej "dyplomatyczny", utrzymywanie kontaktów ze żeńską śmietanką społeczeństwa. Reszta to mój osobisty wdzięk i srebrny język. Co do lady Odette, nasz droga Fabienne naopowiadała jej o swoich ciążach, a nasza diva jest spragniona nowych doznań.
                      - Oh to wspaniale. Wspaniale nam się z nimi ułożyło. No i świetna robota, złoty chłopcze. Dobrze, że trzymałeś rękę na pulsie dla naszej hodowli. Zwłaszcza, że obie… Właściwie to wszystkie trzy, okazały się tak utalentowanymi nosicielkami. Koniecznie musimy wykorzystać ten dar od bogów i zasiać je ile tylko się da. - Grubas obdarzył swojego ulubieńca jowialnym, pełnym zachwytu uśmiechem oraz poklepał go przyjacielsku po ramieniu. - Aż się zastanawiam czy moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć tym wspaniałym kobietom za ich hojne dary. Aby im podziękować i dać znać, że je doceniamy. Zasługują na jakieś uhonorowanie. - Aptekarz popatrzył po tych paru, zaufanych osobach zebranych wokół solidnego ale mocno zużytego stołu.
                      - Ja je mogę zbrzuchacić. - Lilly odezwała się pierwsza i obdarzyła gospodarza a potem resztę, sympatycznym uśmiechem. Aptekarzowi uśmiech zszedł z twarzy i nieco przekrzywił głowę posyłając jej krytyczne spojrzenie. Mutantka jednak zaczęła bronić swoich racji. Już nie była tą zahukaną, przestraszoną dziewczyną jaka zimą przybyła do miasta i wszystkiemu się dziwiła. No i już wiedziała, że nie wszystkie szlachcianki są księżniczkami. - No co? One to lubią. Nie wiem jak ta cukiernik, ale lady Odette i Fabienne, są bardzo miłe i gościnne podczas naszych spotkań. I moja sromota wcale im nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Często klęczą przede mną i pozwalają mi się chędożyć. A lady Fabienne to nawet całowała mi kopyta. Czasem to Dorna też jest na tych zabawach i widziałam, że lady Fabienne też się z nią zabawiała. No i skoro obie lubią nowe doznania… - Mutantka o liliowych włosach mówiła szybko i dało się odczuć wpływ obu łotrzyc z jakimi często przebywała. To najczęściej one uczyły ją jak się żyje i porusza w mieście. Na koniec wskazała na szaroskórą odmieniec.
                      - No tak. Lady Fabienne była dla mnie bardzo miła. Nawet mnie zapraszała ponownie ale jak ty wujaszku wyjechałeś a Raisa jeszcze nie przybyła, to ktoś musiał tu zająć się apteką i hodowlą. - Dorna wydawała się być nieco speszona tym wywołaniem do odpowiedzi, więc mówiła dużo ciszej i ostrożniej od kamratki z jaskini Kopfa.
                      - To ladacznice od Soren więc co się dziwić. - Raisa wzruszyła ramionami, jakby preferencje obu szlachcianek jej nie dziwiły. - Jak cię nie było to pojechali na harce ze zwierzoludźmi gdzieś do lasu. Ja nie byłam bo to już nie te lata aby takie figle mnie interesowały. Ale młodzi to co innego. Oni lubią się wyszumieć. - Wiedźma mówiła z perspektywy wielu dekad jakie przeżyła i jakby potrafiła zrozumieć punkt widzenia młodszych pokoleń, nawet jeśli nie poświęcały się temu samemu patronowi co ona. - Tym razem ta ich chuć działa na naszą korzyść. Ta Bretonka bardzo zachwala te musze ciążę i do tego jak dotąd rodzi najdorodniejsze potomstwo. Już mówiłam Otto, że trzeba ją zasiewać tak bardzo jak tylko się da. Ale co można by jej i tej drugiej dać to nie wiem. Nie znam ich za bardzo. Mogę im jakieś mikstury przygotować. Ty masz tą nową odżywkę dla jaj to można im dać. Nawet trzeba. Ja mogę im dać coś na zwiększenie szansy na zbrzuchacenie albo na spędzenie płodu. Czerwiom to nie zaszkodzi bo to nie jest prawdziwa ciąża. Może coś na bolącą głowę na trudne poranki albo coś na sen. Może dla kawalera aby korzeń pewnie płonął. Maść na wygładzenie zmarszczek. Ale maskuje też ślady po nocnym opilstwie i nocnych harcach. Albo na wstydliwą opryszczkę gdyby któraś coś złapała. Aha. Zaczęłam też prace nad tym śluzem co oblepia jaja. Ale jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie. A tym noscielkom nie wiem co by było potrzeba. Jakbym wiedziała to może jakąś miksturę bym uważyła. - Raisa gderliwym głosem, zaczęła wymieniać co od siebie mogłaby sprokurować aby odwdzięczyć się nosicielkom i widać była, że myśli głównie pod kątem swojej guślarskiej profesji. Tylko patrzyła po zebranych twarzach na jakąś podpowiedź co by mogło być takim odpowiednim prezentem.
                      - No cóż, złoty chłopcze. Ty z nas wszystkich chyba znasz je najlepiej. Nie wiesz może z czego by się ucieszyły? Coś czym w ramach naszych skromnych możliwości, moglibyśmy im podziękować za ich oddanie dla naszej sprawy? - W końcu Sigismundus uznał, że w tym gronie, to jednooki mnich jest ekspertem od upodobań szlachcianek więc i pozostali z życzliwą ciekawością popatrzyli na niego.
                      - Lady Fabienne ma męża i zależy jej na przywilejach wynikających z niego. Więc, zmutowany bękart odpada. Tak samo Lady Odette, nie może zaprzepaścić swojej artystycznej kariery na rzecz kontrowersyjnej ciąży. - mnich się zastanowił - O ile rozumiem waszą nieprzychylność, ich oddanie Slaanesh sprzyja również waszym celom, więc proszę o powściągliwość w obelgach. Co do daru… - zastanowił się ponownie - Czy bylibyście w stanie przygotować dla nich miksturę, która zwiększy wigor ich kochanków? Pewnie byłyby wdzięczne, za partnera, który by je chędożył od wieczora do rana.
                      - Oj szkoda. A mnie się śnił taki piękny brzuch w sukni więc to pewnie była szlachcianka. Ale może chodziło o jakąś inną. - Lilly posmutniała ale nie sprzeciwiła się, gdy Otto odrzucił jej pomysł zbrzuchacenia którejś z błękitnokrwistych kultystek. Sigismundusowi jakby szkoda jej się zrobiło, więc uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
                      - Lilly, pamiętaj, że wiele snów jest odbiciem naszych myśli, pragnień i dnia codziennego. Tu pewnie matka Somnium by ci to lepiej wyjaśniła. Przecież wiemy, że od dawna chciałaś zbrzuchacić jakąś szlachciankę. A tak jak mówi nasz umiłowany Otto, z tymi dwiema mógłby być kłopot jakby urodziły kopytnego niemowlaka. Pewnie jeszcze trafią się jakieś piękne, dorodne szlachcianki jakie będziesz miała okazję zbrzuchacić. - Grubas starał się pocieszyć mutantkę ale też łagodnie wytłumaczyć dlaczego może mieć takie sny.
                      - No mam nadzieję. Bardzo bym chciała aby taka piękna księżniczka urodziła moje dziecko. Albo matka Somnium. Trochę zimna ale młoda, ładna i zgrabna. - Liliowłosa westchnęła raz jeszcze nad tym swoim ciężarnym marzeniem. Ale teraz grubas przestał się uśmiechać i już nie ciągnął tego tematu. - To mówisz złoty chłopcze, że mogłoby się naszym dobrodziejkom przydać coś dla ich męskich kochanków? - Uśmiechnął się teraz do mnicha i spojrzał pytająco na Raisę. W końcu oboje wykonywali podobne profesje jakie wiązały się z ważeniem mikstur.
                      - Czyli coś na zwiększenie jurności mężów. Tak, da się zrobić. Coś z królika aby chędożył całą moc, coś na buławę aby stała całą noc, i coś na jądra aby produkowały nasienie całą noc. Tak, da się. To potrwa dzień czy dwa ale da się. - Wiedźma zmrużyła swoje kaprawe, pomarszczone powieki ale wydawała się spokojnie podchodzić do sprawy. Jakby miała wprawę w takich specyfikach.
                      - Tak, ja też mam takie rzeczy. To całkiem częste zamówienie. Myślę, że razem będziemy mogli stworzyć coś pięknego i skutecznego. Może nawet Lilly, ty nam się w tym przydasz. - Aptekarz też wydawał się być pewny siebie co do realizacji takiego pomysłu. W zamyśleniu nawet popatrzył na różwowowłosą mutantkę. Ta się zdziwiła ale po chwili skinęła głową na znak zgody.
                      - No to jestem dobrej myśli mój złoty chłopcze. Dzień, dwa i te podarki dla naszych dobrodziejek powinny być gotowe. Myślisz, że jeszcze czymś moglibyśmy im sprawić radość aby okazać wdzięczność za ich hojny owoc jakimi nas obdarowały? - Grubas zatarł ręcę ale chciał chyba się upewnić czy to wszystko co mogliby zrobić dla obu szlachcianek.
                      Mnich się zastanowił.
                      - Nic co by nie stało w opozycji co do waszych wierzeń… może jakiś środek aby same nie zaciążyły? - mnich wymienił się jeszcze pomysłami z wyznawcami Nurgla i postanowił wrócić do domu.
                      Musiał przygotować się na jutrzejszą wizytę Odette w Hospicjum. Zastanawiał się nad planami reszty dnia, ale zapewne Lady von Treskov będzie chciała go porwać na jakąś sprawę.

                      Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Seach

                        Mnich aż się rozpromienił widząc aptekarza.
                        - Sigismundusie, dobrzy bogowie jak się cieszę, że cię widzę… nawet nie masz pojęcia co się tu działo. - z radością uściskał aptekarza - Kilka nowych matek udało mi się oczywiście zasiać. Oprócz Fabienne, mamy Lady Odette i jej koleżankę von Hohenfels, no i Teofano von Lebkuhen i jej służkę. - mnich zastanawiał się czy kogoś pominął, ale to chyba wszystkie - Do tego… ta Teofano, jest naznaczona przez ojczulka. Ma znamię, trzech krostek w trójkąt na wewnętrznym udzie. I… wydaję mi się, że małe Odette… jakoś wydały własne jaja? Kiedy urodziła następnego dnia miała malutkie jajeczka na brzuchu. - mnich starał się wytłumaczyć ostatnie wydarzenia najlepiej jak je rozumiał.
                        - Ho ho ho! No mój złoty chłopcze! To widzę, że się postarałeś! Widziałem ten zbiór na dole. Przyznam jest znacznie obfitszy niż się spodziewałem. Z tydzień mnie nie było a tu proszę! Same damy ze śmietanki towarzystkiej naszego miasta służą naszej hodowli! Cudownie! Po prostu cudownie! - Grubas niczym dobry wujaszek, roześmiał się rubasznie. Wydawał się być w wyśmienitym humorze. Aż brzuch i podbródek mu się trzęsły od tego śmiechu. - I świetnie ci poszło złoty chłopcze. Wam wszystkim. Widzę, że powierzyłem hodowlę we właściwe ręce. A i nasze… Jak to mówicie? Musze matki? Ależ trafne określenie! Świetnie to wymyśliliście. A więc i musze matki widzę, że się dobrze sprawują i wydają obfity plon. Nawet bardzo. Nie spodziewałem się, że co niektóre okazy, będą takie soczyste i dorodne. Zwłaszcza od lady Fabienne. Jak odjeżdżałem, martwiłem się czy wszystko u niej w porządku z tą ciążą. Bo tak długo nic i nic. Ale warto było czekać! Spójrzcie jaki okaz wydała na świat! - Grubas z miłością popatrzył na czerwia jaki zdążył już okryć się lepkim kokonem. Aptekarz kręcił głową z niedowierzaniem jak hodowca na pewnego zwycięzcę w wystawie.
                        - I co jeszcze mówisz złoty chłopcze? Jedna z nich jest naznaczona przez naszego patrona? Ta od Lebkuchenów? No popatrz. Taka znamienita rodzina cukierników, robią wypieki na całe miasto. I ich córka jest tak oddana naszej sprawie? Ciekawe. Jakby tak było to wspaniały znak. To oznacza łaskę od Ojczulka. I to, że ma wobec niej specjane plany. Albo boska Oster. W końcu to jej dziedzictwo. Tak czy siak, ta musza matka byłaby wybranką boskiej woli i powinniśmy ją otoczyć szczególną opieką. Ale jeśli można to chciałbym zobaczyć u niej to znamię. Jestem go ogromnie ciekaw. - Gospodarza bardzo zaciekawił wątek znamienia u młodej cukiernik. I widocznie chociaż samą cukiernię i nazwisko kojarzył. Wydawał się być zaskoczony i ucieszony, że ktoś od nich, tak chętnie służy dziedzictwu Oster. A zwłaszcza chciał na własne oczy przekonać się jak to znamię wygląda. Na koniec zostawił sobie sprawę tajemniczych jaj na brzuchu diwy.
                        - Oj Otto. Te maleństwa nie mogą mieć własnych dzieci. - Dobrotliwie wskazał na leżący na stole kokon. - To tak jak nasze dzieci. Albo czerwie zwykłych much. Muszą się przepoczwarzyć w dorosłe owady i to jeszcze też parę dni trwa, zanim będą mogły składać jaja. - Wydawał się być sceptyczny co do tej historii. - Jesteś pewien, że milady nie zażartowała sobie z ciebie? Skąd mogła mieć te jaja? Nie zostawiłeś jej jakichś? - Zmarszczył brwi gdy starał się delikatnie skłonić swojego ulubieńca do rozważenia wszystkich możliwości. - No co prawda to nie są zwykłe zwierzęta i jest w nich boska iskra. Częściowo pochodzą z innego wymiaru więc zasady naszego świata nie muszą się ich tak całkowicie imać. Ale jednak pętają je dość mocno. Do tej pory, podczas hodowli tutaj, czy poźniej w jaskini, nie widziałem aby czerwie znosiły jaja. To potrafią tylko dorosłe, dojrzałe owady. Dojrzałość osiągają w kilka dni po wyjściu z kokona. Więc nasza pstnica musiałaby mieć tam u siebie dorosłą, dojrzałą muchę. Myślisz, że mogłaby mieć? - Aptekarz starał się racjonalnie wyjaśnić tą zagadkę, wedle wiedzy i doświadczenia o hodowli jaką nabył w ciągu ostatnich kilku tygodni.
                        - Skoro o tym mowa… - mnich zaczął niepewnie - Nie chcę wywołać w tobie jakiegoś zwątpienia, ale wydaję mi się, że te jaja nie są dziedzictwem Oster. W sensie nie jedynie. Jeden z moich pacjentów, który ma jakieś mistyczne połączone z biblioteką Vesty, mówi, że wszystkie siostry brały udział w ich tworzeniu. Wszystkie przelały odrobinę swej esencji. Oster je stworzyła oczywiście, ale wszystkie cztery tchnęły iskrę mrocznego życia w nie. - zastanowił się chwilę - Nie wydaję mi się, aby Lady Odette miała powód aby ze mnie drwić w tym temacie. Jak się z nią zobaczę, to postaram się wziąć i przynieść ci te znaleziątka, sam ocenisz.
                        - No tak. Może iskrę dały wszystkie, ale najważniejszą pracę wykonała boska Oster. No i ona nadała taki piękny kształt miły naszemu patronowi. - Grubas nieco się skrzywił na pomysł, że pozostałe Siostry też miały swój udział w stworzeniu jaj, czerwi i much. Za to energicznie pokiwał głową, zadowolony, że jego ulubieniec docenia rolę patronki jakiej aptekarz się poświęcił.
                        - Ten wpływ innych Sióstr może być większy niż się wydaje. Rozmawiałam z tą bretońską szlachcianką co nam urodziła te piękności - Raisa wtrąciła się do rozmowy swoim skrzeczącym głosem. I pokazała na kokon leżący na stole. - Mówiła, że te ciąża i poród są bardzo przyjemne. Podobno jakaś ladacznica co też chętnie rodzi te czerwie, też opisuje to jako przyjemność. To mnie trochę zaskoczyło. To raczej nie pasuje do naszego patrona. Więc może to być iskra pozostałych Sióstr, zwłaszcza Soren. A kto wie czy jeszcze wpływ pozostałych jakoś się nie objawi w brzemieniu i owcach nosicielek. - Wiedźma dołożyła swoje trzy pensy do tych rozważań. Sama wydawała się być nimi nieco zaskoczona. Aptekarz popatrzył na nią i spojrzał jeszcze na dwie mutantki co nie przeszkadzały w rozmowie. One jednak tylko uśmiechnęły się nieśmiało i dalej milczały.
                        - No cóż. Być może, być może… To może nawet nam się przydać. Jeśli ta robacza ciąża jest taka przyjemna. Widać w tym mądrość naszych patronek. Zresztą i tak najważniejsze jest aby nosicielki wydawały nam jak najwięcej tych owoców. No i jak najszybciej bo ten turniej pewnie w końcu jednak zorganizują. Ta żałoba nie będzie trwać wiecznie. A musimy mieć jak najwięcej okazów do naszego ataku. - Ostatecznie gospodarz był gotów przymknąć na tą drobną niedogodność i wolał się skupić na efektywności hodowli. Zwłaszcza jak zdawał sobie sprawę z uciekającego czasu.
                        - To mówisz, złoty chłopcze, że lady Odette miała skądeś te jaja tak? No dziwna sprawa. Jeśli byś zdobył je dla mnie, to chętnie bym im się przyjrzał. Bo to dość zagadkowa sprawa. Jeśli nie wyciekły jej ze strzykwy to chyba tylko dorosła mucha mogła je tam u niej zostawić. Nie uciekła wam jakaś? I ta młoda Lebkuchen. Jej znamię też bym chętnie zobaczył bo to fascynująca sprawa. Jakby okazała się prawdziwa to byłby to bardzo dobry omen. I dla nas, i naszej hodowli. - Poklepał mnicha po ramieniu i wydawał się żywo zainteresowany obiema muszymi matkami, chociaż każdą z innych powodów.
                        - Postaram się to załatwić. - obiecał mnich - Obie sprawy. Teofano nie jest jeszcze wtajemniczona, więc jakiekolwiek odkrycie co do jej znamion po prostu wyjaśnij jako jakaś zwykła wysypka. - mnich westchnął - W sumie Teo jest bardzo przychylna zwiększenia ilości naszych nosicielek. Kolejna służkę chce w to wciągnąć oraz swoją matkę.
                        - Doprawdy? Gorliwość i oddanie godne pochwały. I nawet nie jest wtajemniczona w nasze sprawy? Ciekawe. Coraz ciekawsze. Bardzo wyjątkowa dziewczyna nam się trafiła. I nawet własną matkę planuje zasiać? No no… Tym bardziej chciałbym ją poznać mój złoty chłopcze. - Grubas wydawał się aż niedowierzać w tak pozytywne nastawienie nosicielki, co nawet nie była w kulcie.
                        - U nas to nie aż tak rzadkie. Nasi ludzie chętniej oddają się naszym bogom i są dumni gdy ci poddają ich różnym próbom. Ale tu, na południu, to z tego co pamiętam to nie jest mile widziane. Może czuje zew którejś z Sióstr. Zapewne Oster. Siostry przemawiają do wielu ale większość nie zdaje sobie z tego sprawy. Może i lepiej. Gdyby nasi wrogowie zaczęli rozumieć ten zew, mogliby nam pomieszać szyki. - Skrzeczący głos staruchy, znów dołączył do rozmowy. Snuła swoje domysły dzieląc się nimi z kolegami. Aptekarz popatrzył na nią przez chwilę i pokiwał głową. Niestety nie mieli wpływu na ten zew istot z innego wymiaru. Gdy miały cielesną formę to było jeszcze zanim przodkowie imperialnych i Norsmenów osiedlili się po obu stronach Morza Szponów. I zagrożenie, że nieprzychylni kultystom prawi, bogobojni obywatele coś zrozumieją z tych snów, wciąż istniało.
                        - A powiedz mi złoty chłopcze jak spotkałeś tą młodą Lebkuchen? I lady Odette. Tak po prostu dały ci się zasiać? Nasza diwa też jest tak gorliwa w roli muszej matki jak nasza młoda cukiernik? - Sigismundus wydawał się być zaciekawiony, jak udało się jego ulubieńcowi, rozszerzyć hodowlę o dwie tak utalentowane nosicielki.
                        - Teofano miewała sny o byciu zasianą, podzieliła się nimi z rodzicami, oni zgłosili się do hospicjum. - mnich zaczął tłumaczyć zwykły przypadek ich spotkania - Przeor wysłał mnie, zważając, że jestem bardziej "dyplomatyczny", utrzymywanie kontaktów ze żeńską śmietanką społeczeństwa. Reszta to mój osobisty wdzięk i srebrny język. Co do lady Odette, nasz droga Fabienne naopowiadała jej o swoich ciążach, a nasza diva jest spragniona nowych doznań.
                        - Oh to wspaniale. Wspaniale nam się z nimi ułożyło. No i świetna robota, złoty chłopcze. Dobrze, że trzymałeś rękę na pulsie dla naszej hodowli. Zwłaszcza, że obie… Właściwie to wszystkie trzy, okazały się tak utalentowanymi nosicielkami. Koniecznie musimy wykorzystać ten dar od bogów i zasiać je ile tylko się da. - Grubas obdarzył swojego ulubieńca jowialnym, pełnym zachwytu uśmiechem oraz poklepał go przyjacielsku po ramieniu. - Aż się zastanawiam czy moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć tym wspaniałym kobietom za ich hojne dary. Aby im podziękować i dać znać, że je doceniamy. Zasługują na jakieś uhonorowanie. - Aptekarz popatrzył po tych paru, zaufanych osobach zebranych wokół solidnego ale mocno zużytego stołu.
                        - Ja je mogę zbrzuchacić. - Lilly odezwała się pierwsza i obdarzyła gospodarza a potem resztę, sympatycznym uśmiechem. Aptekarzowi uśmiech zszedł z twarzy i nieco przekrzywił głowę posyłając jej krytyczne spojrzenie. Mutantka jednak zaczęła bronić swoich racji. Już nie była tą zahukaną, przestraszoną dziewczyną jaka zimą przybyła do miasta i wszystkiemu się dziwiła. No i już wiedziała, że nie wszystkie szlachcianki są księżniczkami. - No co? One to lubią. Nie wiem jak ta cukiernik, ale lady Odette i Fabienne, są bardzo miłe i gościnne podczas naszych spotkań. I moja sromota wcale im nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Często klęczą przede mną i pozwalają mi się chędożyć. A lady Fabienne to nawet całowała mi kopyta. Czasem to Dorna też jest na tych zabawach i widziałam, że lady Fabienne też się z nią zabawiała. No i skoro obie lubią nowe doznania… - Mutantka o liliowych włosach mówiła szybko i dało się odczuć wpływ obu łotrzyc z jakimi często przebywała. To najczęściej one uczyły ją jak się żyje i porusza w mieście. Na koniec wskazała na szaroskórą odmieniec.
                        - No tak. Lady Fabienne była dla mnie bardzo miła. Nawet mnie zapraszała ponownie ale jak ty wujaszku wyjechałeś a Raisa jeszcze nie przybyła, to ktoś musiał tu zająć się apteką i hodowlą. - Dorna wydawała się być nieco speszona tym wywołaniem do odpowiedzi, więc mówiła dużo ciszej i ostrożniej od kamratki z jaskini Kopfa.
                        - To ladacznice od Soren więc co się dziwić. - Raisa wzruszyła ramionami, jakby preferencje obu szlachcianek jej nie dziwiły. - Jak cię nie było to pojechali na harce ze zwierzoludźmi gdzieś do lasu. Ja nie byłam bo to już nie te lata aby takie figle mnie interesowały. Ale młodzi to co innego. Oni lubią się wyszumieć. - Wiedźma mówiła z perspektywy wielu dekad jakie przeżyła i jakby potrafiła zrozumieć punkt widzenia młodszych pokoleń, nawet jeśli nie poświęcały się temu samemu patronowi co ona. - Tym razem ta ich chuć działa na naszą korzyść. Ta Bretonka bardzo zachwala te musze ciążę i do tego jak dotąd rodzi najdorodniejsze potomstwo. Już mówiłam Otto, że trzeba ją zasiewać tak bardzo jak tylko się da. Ale co można by jej i tej drugiej dać to nie wiem. Nie znam ich za bardzo. Mogę im jakieś mikstury przygotować. Ty masz tą nową odżywkę dla jaj to można im dać. Nawet trzeba. Ja mogę im dać coś na zwiększenie szansy na zbrzuchacenie albo na spędzenie płodu. Czerwiom to nie zaszkodzi bo to nie jest prawdziwa ciąża. Może coś na bolącą głowę na trudne poranki albo coś na sen. Może dla kawalera aby korzeń pewnie płonął. Maść na wygładzenie zmarszczek. Ale maskuje też ślady po nocnym opilstwie i nocnych harcach. Albo na wstydliwą opryszczkę gdyby któraś coś złapała. Aha. Zaczęłam też prace nad tym śluzem co oblepia jaja. Ale jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie. A tym noscielkom nie wiem co by było potrzeba. Jakbym wiedziała to może jakąś miksturę bym uważyła. - Raisa gderliwym głosem, zaczęła wymieniać co od siebie mogłaby sprokurować aby odwdzięczyć się nosicielkom i widać była, że myśli głównie pod kątem swojej guślarskiej profesji. Tylko patrzyła po zebranych twarzach na jakąś podpowiedź co by mogło być takim odpowiednim prezentem.
                        - No cóż, złoty chłopcze. Ty z nas wszystkich chyba znasz je najlepiej. Nie wiesz może z czego by się ucieszyły? Coś czym w ramach naszych skromnych możliwości, moglibyśmy im podziękować za ich oddanie dla naszej sprawy? - W końcu Sigismundus uznał, że w tym gronie, to jednooki mnich jest ekspertem od upodobań szlachcianek więc i pozostali z życzliwą ciekawością popatrzyli na niego.
                        - Lady Fabienne ma męża i zależy jej na przywilejach wynikających z niego. Więc, zmutowany bękart odpada. Tak samo Lady Odette, nie może zaprzepaścić swojej artystycznej kariery na rzecz kontrowersyjnej ciąży. - mnich się zastanowił - O ile rozumiem waszą nieprzychylność, ich oddanie Slaanesh sprzyja również waszym celom, więc proszę o powściągliwość w obelgach. Co do daru… - zastanowił się ponownie - Czy bylibyście w stanie przygotować dla nich miksturę, która zwiększy wigor ich kochanków? Pewnie byłyby wdzięczne, za partnera, który by je chędożył od wieczora do rana.
                        - Oj szkoda. A mnie się śnił taki piękny brzuch w sukni więc to pewnie była szlachcianka. Ale może chodziło o jakąś inną. - Lilly posmutniała ale nie sprzeciwiła się, gdy Otto odrzucił jej pomysł zbrzuchacenia którejś z błękitnokrwistych kultystek. Sigismundusowi jakby szkoda jej się zrobiło, więc uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
                        - Lilly, pamiętaj, że wiele snów jest odbiciem naszych myśli, pragnień i dnia codziennego. Tu pewnie matka Somnium by ci to lepiej wyjaśniła. Przecież wiemy, że od dawna chciałaś zbrzuchacić jakąś szlachciankę. A tak jak mówi nasz umiłowany Otto, z tymi dwiema mógłby być kłopot jakby urodziły kopytnego niemowlaka. Pewnie jeszcze trafią się jakieś piękne, dorodne szlachcianki jakie będziesz miała okazję zbrzuchacić. - Grubas starał się pocieszyć mutantkę ale też łagodnie wytłumaczyć dlaczego może mieć takie sny.
                        - No mam nadzieję. Bardzo bym chciała aby taka piękna księżniczka urodziła moje dziecko. Albo matka Somnium. Trochę zimna ale młoda, ładna i zgrabna. - Liliowłosa westchnęła raz jeszcze nad tym swoim ciężarnym marzeniem. Ale teraz grubas przestał się uśmiechać i już nie ciągnął tego tematu. - To mówisz złoty chłopcze, że mogłoby się naszym dobrodziejkom przydać coś dla ich męskich kochanków? - Uśmiechnął się teraz do mnicha i spojrzał pytająco na Raisę. W końcu oboje wykonywali podobne profesje jakie wiązały się z ważeniem mikstur.
                        - Czyli coś na zwiększenie jurności mężów. Tak, da się zrobić. Coś z królika aby chędożył całą moc, coś na buławę aby stała całą noc, i coś na jądra aby produkowały nasienie całą noc. Tak, da się. To potrwa dzień czy dwa ale da się. - Wiedźma zmrużyła swoje kaprawe, pomarszczone powieki ale wydawała się spokojnie podchodzić do sprawy. Jakby miała wprawę w takich specyfikach.
                        - Tak, ja też mam takie rzeczy. To całkiem częste zamówienie. Myślę, że razem będziemy mogli stworzyć coś pięknego i skutecznego. Może nawet Lilly, ty nam się w tym przydasz. - Aptekarz też wydawał się być pewny siebie co do realizacji takiego pomysłu. W zamyśleniu nawet popatrzył na różwowowłosą mutantkę. Ta się zdziwiła ale po chwili skinęła głową na znak zgody.
                        - No to jestem dobrej myśli mój złoty chłopcze. Dzień, dwa i te podarki dla naszych dobrodziejek powinny być gotowe. Myślisz, że jeszcze czymś moglibyśmy im sprawić radość aby okazać wdzięczność za ich hojny owoc jakimi nas obdarowały? - Grubas zatarł ręcę ale chciał chyba się upewnić czy to wszystko co mogliby zrobić dla obu szlachcianek.
                        Mnich się zastanowił.
                        - Nic co by nie stało w opozycji co do waszych wierzeń… może jakiś środek aby same nie zaciążyły? - mnich wymienił się jeszcze pomysłami z wyznawcami Nurgla i postanowił wrócić do domu.
                        Musiał przygotować się na jutrzejszą wizytę Odette w Hospicjum. Zastanawiał się nad planami reszty dnia, ale zapewne Lady von Treskov będzie chciała go porwać na jakąś sprawę.

                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79 jako Mistrz Gry
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #335

                        Tura 80 - 2519.07.29; ab; zmierzch

                        Miejsce: Nordland; rzeka Salt; tawerna “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główna sala
                        Czas: 2519.07.29; Aubentag; zmierzch
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; łag.wiatr; chłodno (0)

                        Egon, Silny, Burgund i Annika

                        - To poczekajcie tutaj a ja z nimi pójdę. Wynajmijcie sobie gdzie tam chcecie nocować. A jak wrócę to możemy pójść do tych alchemików. Zanim się ściemni. Bo to jeszcze kawałek w las trzeba iść. - Jutta pożegnała się z czwórką towarzyszy. Poza nią, z “Jutrzenki” wysiedli Egon, Silny, Annika i Burgund. Gezackt, Giętki i Martin zdecydowali się na razie zostać na pokładzie aż sytuacja się nie wyjaśni a norsmeński duet wolał nie ryzykować skakania z burty na nabrzeże. Bo jak dopłynęli do molo “Niebieskiego łabędzia” okazało się całkiem zapchane. Na tyle, że Wagner nie miał gdzie zacumować. Więc mytniczka zwinnie zeskoczyła na pomost aby wywalczyć dla nich miejsce na przystani. Przyglądając się łajbom jakie tam stały. Szybko dojrzała jedną, jaka była niewłaściwie zamcwana bo wzdluż pomostu. Z energią ruszyła do środka, przy okazji prowadząc czwórkę towarzyszy do środka.

                        text alternatywny

                        link: https://i.imgur.com/6uytrny.jpeg

                        “Łabędź” okazał się całkiem rozbudowanym zajazdem. Solidna palisada jaka schodziła prawie do brzegu rzeki. Brama wiodąca na molo, jaką pewnie dało się zamknąć. Chociaż teraz była otwarta. Za nią były drewniany chodnik prowadzący do poszczególnych chat. Dzięki czemu nie trzeba było chodzić po błocie. Jednak trzeba było uważać, bo drewno było mokre i śliskie. A chat było sporo. Jedna czy dwa większe to pewnie stodoła, stajnia albo coś podobnego. Kilka mniejszych chat, podobnych do chłopskich lub przydrożnych, drewnianych zajazdów. Na wielkość to “Łabędź” mógłby się równać z tą wioską na wybrzeżu, jaką mijali idąc do kurhanu Gnosara. W oko wpadała wieża, wzniesiona na wysokość drugiego piętra, jaka stała niedaleko rzecznej bramy. Na szczycie widać było znudzonego strażnika.
                        No i ludzi też tu było sporo. Pierwszych spotkali już na pomoście. W tej czy tamtej krypie, jak czegoś tam doglądali. Jakieś młode kobiety robiły pranie siedząc na brzegu. Wewątr palisady spotkali jeszcze więcej osób. Wychdzi albo wchodzili do chat, niektórych mijali, gdzieś obok służba rozprzęgała właśnie jakiś wóz, odprowadzając konie do stajni. Ruch był całkiem spory ale mytniczka w jasnych, obcisłych spodniach, prowadziła pewnie do jednej z większych chat. Jeszcze zanim pchnęła drzwi to słychać było przytłumiony jeszcze gwar głosów. A gdy weszli do środka to hałasy jeszcze się nasiliły. Celnik zatrzymała się aby się rozejrzeć. - Wszystko zapchane! Więc raczej ci piraci dalej grasują! - Odwróciła się do nich aby im to powiedzieć. Ale poprowadziła ich dalej do szynkwasu. Tam przywitała się z barmanką i rozmawiała z nim o czymś. Aż się dowiedziała kto tak nefrasobliwie zacumowął łajbę na nabrzeżu i chciała pójść aby się z nimi rozmówić. Tylko to musiało jej zająć trochę czasu i kolejne trochę zanim Wagner będzie mógł “Jutrzenką” zająć ich miejsce. Więc na razie czwórka kultystów została sama w głównej izbie.
                        - O, stół ladacznic. - Burgund ucieszyła się gdy prawie od razu dojrzała stół przy którym siedziało kilka młodych kobiet i żadnego mężczyzny. Wszystkie z mocnym makijażem i śmiałymi sukniami podkreślających ich kształty. Silny też się im przez chwilę przyjrzał i uśmiechnął się krzywo jakby przypadły mu do gustu.
                        - Jutta zapomniała nam powiedzieć która to jest ta jej wesolutka koleżanka. Ciekawe czy to jedna z nich. - Skinął łysą głową ale na razie jeszcze wrócił do lustrowania zatłoczonego i dusznego pomieszczenia. Okna były pootwierane ale niewiele to pomagało. Zapachy z kuchni i ze stołów, tworzyły ten zaduch typowy dla karczm i tawern.
                        - A tam to chyba siedzą jacyś chudzi. - Annika wskazała wzrokiem na jeden z mniejszych stołów. Był tam półmrok ale widać było kilka szczupłych, długowłosych postaci. Faktycznie kojarzyły się z elfami ale więcej szczegółów nie dało się spod szynkwasu dojrzeć. Nagle głośny okrzyk przy innym stole przykuł uwagę. Jakiś mężczyzna uderzył drugiego aż ten spadł z ławy na jakiej siedzieli. Na chwilę przykuło to uwagę gości ale szybko wrócili do swoich spraw.
                        - O! Nieźle! Ale ja bym mu przylał mocniej. - Silny cmoknął ze znawstwem. Lubował się w przemocy i uważał to nie tylko za podstawową metodę pracy ale i rozrywkę.
                        - Dobra, dawajcie do szynkwasu. Trzeba załatwić jakiś nocleg. - Łotrzyca o miedzianych włosach, lekko pociągnęła Egona za ramię aby przyholować go do barmanki z jaką przed chwilą rozmawiała ich mytniczka. Musieli podnieść głos aby się z nią dogadać. Było miejsce tylko dla dwóch osób więc Annika i Silny stali nieco za nimi.
                        - Nie ma miejsc. Tylko główna izba. Wszystkie chaty pozajmowane. Korek się zrobił przez tych piratów. - Barmanka rozłożyła bezradnie ręce i brodą wskazała na zatłoczoną izbę. Łotrzyca też to zrobiła i skrzywiła się z niezadowolenia.
                        ~ W głównej izbie to nie pofiglujemy ale spać można. ~ Nachyliła się do ucha brodacza aby mu to dyskretnie powiedzieć. A jeszcze na łajbie nie ukrywali, ze mieli całkiem obrotne plany co do zabaw na dzisiejszy wieczór i noc. Spanie w głównej izbie było popularną metodą w karczmach. Po zamknięciu, przesuwano stoły i ławy pod ścianę a na podłodze rozkładano koce, sienniki i co kto miał. Żadnej prywatności, różni goście spali obok siebie. Był to jednak tani nocleg i niezła alternatywa dla spania pod chmurką.
                        - Jeśli chcecie to możecie spać u siebie w łajbie. Niektórzy tak wolą. Ale na noc zamykamy bramy i nie otwieramy do świtu. - Widząc, że się zastanawiają to barmanka podała im kolejną alternatywę. Co mogło tłumaczyć część ludzi jakich mijali na pomoście. Rudowłosa pokiwała głową na znak, że jest to jakaś opcja ale nie należy do jej ulubionej.
                        - Naprawdę nic nam nie znajdziesz skarbie? - Burgund pogłaskała barmankę po dłoni i popatrzyła na nią prosząco.
                        - No jak was stać to jest zamtuz. - Dziewczyna lekko skinęła w stronę stołu jaki wcześniej wypatrzyło oko łotrzycy. - Ale to trzeba wynająć pokój i dziewczynę na całą noc. To sąsiednia chata, jak się dogadacie to was zaprowadzi. Jednak nie sądze aby jedna wzięła całą waszą czwórkę. No ale to z nimi się dogadujcie. - Pracująca dziewczyna machnęła dłonią w stronę jednej ze ścian gdzie pewnie stała chata w jakiej ladacznice zarabiały na chleb i podatki. Ale za całą noc to pewnie by trochę monet ich kosztowało. Burgund zdawała się rozważać a Silny posłał im pytające spojrzenie o czym gadają. Zapewne nie byl w stanie uslyszeć detali negcjacji chociaż stał ze dwa kroki od nich.
                        - No chyba, że jesteście szlachciami albo kapłanami. - Nagle barmanka się odezwała. Po spojrzeniu jednak widać było, że nie spodziewa się po nich, że są. To jednak zaciekawiło łotrzycę.
                        - A co? - Zagadnęła tutejszą dziewczynę.
                        - A bo mamy specjalny apartament dla takich gości. No ale to trzeba być szlachciem albo kapłanem. I to nie kwestia geldów tylko zasad. Jak nie jesteś to nie możesz go wynająć. Musimy być gotowi na wypadek gdyby ktoś taki do nas zawitał. A wiecie, stąd jest dzień drogi do stolicy to prawie codziennie ktoś taki u nas nocuje. Właściwie to mamy dwa takie apartamenty no ale jeden już jest zajęty. - Wyglądało na to, że barmanka jest dumna z posiadania takich uprzywilejowanych pomieszczeń jak i tego, że trzymają się tych zasad nawet podczas takiego zatłoczonego dnia jak dzisiaj.
                        - Aha. A pokój mytników? Albo stajnia? - Burgund chciała się dowiedzieć jak wyglądają te dwa punkty na nocleg o jakich rozmawiali jeszcze na “Jutrzence”.
                        - Ale pokój mytników jest dla mytników. - Dziewczyna zmrużyła oczy jakby niezbyt sprawiali wrażenie tych rzecznych urzędników. - No chyba, że was któryś zaprosi ale to już się sami dogadujcie. A poddasze stajni też może być. Mamy jeszcze miejsce. Ale musicie mieć własne koce i sienniki. Jest tam siano to będzie ciepło i sucho. To kosztuje jedną monetę za głowę, tak samo jak w izbie głównej. - Dziewka za barem potwierdziła im, że Jutta się nie myliła w tej sprawie. Burgund lekko skinęła głową, że na razie to im wystarczy i muszą się naradzić.

                        • To co robimy? W końcu oprócz nas to jest jeszcze Lars, Astrid i Jutta. No i może Gezackt i jego dwójka jeśli byśmy mieli się z nimi fraternizować. Wagner to niech sam sobie kombinuje nocleg. Pewnie wezmą coś po taniości. - Łotrzyca oparła się łokciem o szynkwas i popatrzyła pytająco na Egona.

                        Cennik w “Łabędziu” (w monetach)

                        kolacja standardowa: 1 m / 1 os
                        kolacja obfita: 2-3 m / 1 os
                        kąpiel w bali samodzielna: 1 m / 1 os
                        kąpiel w balii z łaziebną: 2-3 m / 1 os
                        kąpiel w balii z ladacznicą: 5-10 m / 1 os
                        nocleg w izbie głownej: 1 m / 1 os
                        nocleg w standardowym pokoju: 3-6 m / pokój (zajęte)
                        nocleg na łajbie: za darmo
                        nocleg na poddaszu stajni: 1 m / 1 os
                        nocleg w zamtuzie: 10 m / pokój + 10+ m za ladacznicę (do 1-2 osob, zależy od ustaleń)
                        *nocleg w pokoju mytników: za darmo o ile zaproszą (łącznie 4 miejsca)
                        *nocleg w apartamencie szlacheckim: 20 m / pokój (do 4 osób)

                        *Do pokoju mytników trzeba mieć zaproszenie od mytników, apartament szlachecki można wynająć jak jest się szlachcicem, kapłanem czy kimś takim.

                        Po leczeniu ran na “Jutrzence”

                        Egon 13/17 (s.draśnięty; 0)
                        Lars 5/17 (s.poważny; -20)
                        Astrid 7/15 (s.poważny; -20)
                        Silny 12/17 (s.ranny; -10)
                        Rune 9/15 (s.ranny; -10)

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                        Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                        Otto i Łasica

                        Jednooki mnich zdążył wrócić do siebie. Z nurglitami pożegnał się w przyjaznej i radosnej atmosferze. Jakby na przekór ich niezbyt atrakcyjnemu wyglądowi, byli mu bardzo życzliwi. Lilly też, chociaż wolała poświęcić się przyjemnościom i hedonizmowi. No i brzuchaceniu szlachcianek. Sigismundus i Raisa byli pewni, że dadzą radę zrobić eliskir “twardego korzenia” aby odwdzięczyć się muszym matkom. A może nawet coś jeszcze uda się zrobić? W końcu byli parą aptekarza lubiącego eksperymentować i guślarki znającą mroczną magię. Już prawie na koniec tematu, stara jędza rzuciła, że esencja lady Sorii zapewne by wzmocniła taki eliksir. Bo przecież ona tylko wygląda jak zwykła śmiertelniczka.

                        Potem Sigismundus zaczął opowiadać co się działo przez te parę dni w jaskini. Okazało się, że współpraca z plemieniem Kopfa wyszła całkiem nieźle. Więc ta zimowa pomoc okazała się trafną inwestycją. No i odmieńcy byli pod wrażeniem legendy o Czterech Siostrach i chętnie się dołączyli do sprawy. Nawet jeśli niewielu z nich bezpośrednio poświęciło się Ojczulkowi to dostarczyli tak potrzebną w jaskini siłę roboczą. Do budowy klatek dla much, kojców dla czerwi i kokonów, kładek do lepszego poruszania się no i jedzenia. Teraz w lecie, jak zwierzyny było pełno po lasach, to polowania i sidła zwykle się udawały. Sigismundus nabrał przekonania, że odmieńcy dobrze rokują do dalszej współpracy. Zwłaszcza jakby chodziło o tereny poza miastem. Bo większość z nich, bardziej przypominała Dornę niż Lilly więc raczej trudno byłoby im przeniknąć do miasta.

                        Później Otto pochodził po mieście. Miał nadzieję spotkać tajemniczą kobietę ze snów. Szybko jednak zorientował się, że sny były zbyt mętne aby ją mógł rozpoznać. Jak wcześniej mu się śniły lady Odette czy Fabienne, to chociaż miał widok na fragment ich ciała. Co prawda intymny i zwykle skryty pod ubraniem. Ale same detale okazały się całkiem trafne. No ale o tym mógł się przekonać dopiero podczas harców z każdą z nich. Teraz zaś szczupłą, bladą dłoń i nietypowo długich paznokciach. To była raczej kobieca dłoń i to taka co nie pracuje fizycznie. Zarys sylwetki jaki zapamiętał wyglądał na szczupły i gibki. Ale to nadal było trochę zbyt mało aby mieć jakiś rysopis dający nadzieję na rozpoznanie jej. Wystarczyło aby niewiasta nie miała widocznych dłoni. Jeśli bogowie dziś wieczór skrzyżowali ze sobą jego ścieżki z nią, to widocznie minęli się nawzajem. Co najwyżej mógł przemyśleć, gdzie w mieście zatrzymałaby się kobieta o tak delikatnych dłoniach. Na razie wrócił do swojego mieszkania. Wciąż było widno bo letni dzień był długi. Zdążył nalać sobie wina aby przepłukać gardło i nieco odpocząć, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Sygnałem ich spiskowej rodziny. Gdy poszedł otworzyć okazało się, że to Łasica. Tylko w bandanie, spódnicy i ciemniejszej niż zwykle cerze.
                        - Serwus Otto. Słyszałam, że chciałeś się ze mną spotkać. - Rzuciła my z tak charakterystycznym dla siebie bezczelnym spojrzeniem i uśmieszkiem. Gdy ją zaprosił do środka to z ulgą zdjęła z głowy chustę i czarną perukę. I z lubością rozczochrała dłońmi swoje fioletowe włosy. A potem zaczęła je poprawiać. - Masz coś do picia? Strasznie zaschło mi w gardle od tego pozowania. - Zagadnęła do niego mimochodem. A gdy już mieli pierwsze koty za płoty to posłała mu kpiący uśmieszek. - Mam dla ciebie wiadomość. Od naszego robaczywego Słowika. - Nie mogła się powstrzymać aby nie posłać mu złośliwości. - Dostała list od swojej koleżanki ze stolicy. Jedną z tych co do nas zaprosiła na te nasze harce i figle. Ta jej koleżanka zapowiada swój przyjazd na Marktag lub po. Czyli jutro albo pojutrze. Jeśli przyjedzie jutro to żadna sprawa. Też jestem jej ciekawa. Ale pojutrze to pewnie wypadnie piknik z Ungardem i Gnakiem. A Oddie bardzo by chciała z nami tam być. No ale czułaby się niezręcznie gdyby jej przyjaciółka musiała spędzić pierwszą noc sama w mieście. Czyli w udach i ramionach innych niż jej. No i liczy, że jej drogi, ukochany impresario coś jej doradzi. Na moje oko to cię lubi. - Zastępczyni Starszego, w swoim frywolnym stylu, przekazała mu wiadomość od miodowłosej diwy. Ze złośliwym komentarzem od siebie.
                        - A jutro rano mają działać charytatywnie na Marktplatz. Dla pospólstwa co się zjedzie na targ. Od nas ma być Oddi, Fabi i może lady Soria. I inne szachcianki. To jakbyś nie miał co robić jutro rano, to możesz je tam odwiedzić. Fabi jest przy nadziei, że przyjedzie ta Elke co bardzo kocha zwierzęta. Podobno wiesz która. Tak się z nią ostatnio umówiła. Ale nie wiadomo czy jutro z tej swojej wsi przyjedzie. - Przekazała mu kolejną wieść o planach dam na jutrzejszy poranek. Właściwie Plac Targowy był w nie tak daleko od hospicjum. A tam lady von Treskov też obiecała się pojawić.
                        - No i po obiedzie lady Benita ma być u niej gościem w jej garderobie i jesteś zaproszony ale to podobno wiesz. Dała do zrozumienia abyś przygotował strzykwy i całą resztę tego szpeja ale to podobno też wiesz. - Znów posłała mu krzywy uśmieszek. Przypatrywała mu się przez chwilę kpiąco. - Ostatnio to chyba figlujesz z większą ilością szlachcianek niż ja. - dodała jakby z nutką zazdrości i podziwu.
                        - No a ja dzisiaj byłam świecić cyckami na Akademii. I dziś dla odmiany byłam z Heinrichem. On i Tobias wzięli pod lupę taką, jedną studentkę. Giselle Meisser. - Westchnęła i popatrzyła na kolegę. Ale rzucone nazwisko nic mu nie mówiło. - W każdym razie udało nam się ją skusić na lekcje prywatnego pozowania. Byłam jej modelką. No i zobacz co mi zrobiła. - Teraz łotrzyca wstała i bez wahania zaczęła ściągać z siebie koszulę. Już tu pokazały się robacze malunki. Ale dopiero gdy zdjęła dół i stanęła nago przed mnichem, to ten miał okazję zobaczyć całość. Czerwie, muchy, żuki, mrówki, wije. I olbrzymia stonoga jaka zaczynała się przy prawym barku, sunęła przez całe plecy i robiła zawijas na jędrnym pośladku ladacznicy.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                        Czas: 2519.07.29; Aubentag; popołudnie
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; chłodno (0)

                        Heinrich, Łasica i Gisella

                        - A gdzie tak kuśtykasz dziadek? - Heinrich usłyszał za sobą zaczepny, młody kobiecy głos. Właśnie wracał z Akademii. A z powodu metalowej nogi nie szło mu to zbyt raźno. A i do swojego mieszkania miał jeszcze niezły kawałek. Mimo to nie musiał się odwracać aby rozpoznać głos Łasicy. Po chwili rzeczywiście się z nim zrównała. Teraz miała włosy schowane pod bandaną, inną koszulę i spódnicę niż miała na uczelni. Ale wciąż jeszcze ten sam makijaż i przyciemnioną cerę, że wyglądała jak Striganka albo kobieta z Tilei czy Estalii.
                        - Ale numer z tej Gisy nie? Powiem ci, że nie spodziewałam się po niej czegoś takiego. - Łotrzyca pokiwała głową jakby wreszcie mogli w miarę swobodnie porozmawiać o wspólnym popołudniu na uczelni. Zwolniła swój żwawy krok aby Heinrich mógł dalej iść swobodnie. I tak przeszli kawałek w milczeniu, jakby każde z nich skupiało się na własnych przeżyciach i wspomnieniach. Widocznie młodej Meisser udało się zaskoczyć kultystkę. Ale dopiero teraz dziewczyna z ferajny mogła o tym porozmawiać z kolegą. A zaczęło się dość niewinnie.


                        - Już jestem! Przepraszam, że musieliście czekać. - Młoda brunetka od wejścia zachowywała się sympatycznie. Była pod wrażeniem, że będzie miała modelkę, prawie na wyłączność. Dotąd nie było jej stać na taki luksus. A Łasica sprytnie podbiła tą jej wdzięczność kłamiąc bez zająknięcia, że Heinrich już jej zapłacił co trzeba więc teraz jest do ich całkowitej dyspozycji. Chociaż starszy wiekiem kultysta nawet ani razu nie sięgnął do swojej sakiewki ale tego malarka nie mogła sprawdzić i uwierzyła im na słowo. - Dziękuję Heinrichu, że pozwoliłeś mi pójść z sobą. Do tej pory nikt mnie nie chciał zabrać na te prywatne lekcje. - Obdarzyła byłego łowcę heretyków pełnym wdzięczności spojrzeniem i uśmiechem.


                        - Na początku to jeszcze było całkiem normalnie nie? Tak myślałam, że to pójdzie w ten deseń. Jeszcze jak się rozebrałam to też tego się mniej więcej spodziewałam. - Teraz jak szli obok siebie to i Łasica wróciła do tamtej chwili. Początek widać przebiegł po jej myśli. Ale szybo sytuacja poszła w całkiem innym kierunku.


                        - Ann a czy mogłabym cię pomalować? - Meisser obserwowała z fascynacją jak modelka bez wahania zdjęła swoją koszulę, znów ukazując swoje młode, jędrne piersi. I szybko zdjęła też dół. Widać było kształtne biodra, smukłe uda i gładkie łydki. Została już tylko w bieliźnie. Tatuaż żmiji na łonie łotrzycy był jakoś zamalowany ale widać było nierelgularną plamę. Przez chwilę artystka przygladała się nagiej modelce a ta z wdziękiem tancerki przyjęła kilka póz. Każda trochę bardziej prowokującą.

                        • Oczywiście Gisa. Po to tu jestem. - Łotrzycy nagość własna czy cudza, w ogóle nie krępowała więc spojrzeniem, uśmiechem i słowem kusiła młodą artystkę aby posunęła się dalej. Ta pokiwała głową ale Heinrich zorientował się po jej minie, że nie do końca o to chodzi.
                          - Ale wiesz Ann… Chciałabym pomalować ciebie. Tak jak płótno. To taki nowy projekt. Wpadłam na niego niedawno. Jeśli się zgdzisz oczywiście. - Giselle wydawała się nieco zmieszana ale jednak dała radę wydukać swoja prośbę. Łotrzyca tym razem była wyraźnie zdziwiona. Nawet posłała jedynemu mężczyźnie w gabinecie pytające spojrzenie. Ale po chwili wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się ciepło do malarki.
                          - Naturalnie Gisa. To może być całkiem ciekawe. - Zachęciła ją a brunetce jakby kamień spadł z serca. Zaczęła szykować swoje farby i pędzelki.

                        - Jak zaczęła od tego motylka to jeszcze pomyślałam, że może być nawet zabawnie. Zwłaszcza, że te pędzle tak trochę łaskoczą. Całkiem zabawne. I przyjemne. - Idąc obok kolegi, łotrzyca podwinęła rękaw koszuli. Przyglądała się namalowanemu, barwnemu motylowi jaki niedawno w gabinecie zrobiła jej Giselle. Ale to była jakby próba dla nich wszystkich. Dla malarki jak jej pójdzie, dla modelki jak to przyjmie, i dla ich jedynego widza jak na to wszystko zareaguje. - Dobrze, że jako dodatek zarządałam całusa. To chociaż coś z tego mam. Całkiem chętnie mnie całowała. Chociaż może dlatego aby mnie udobruchać po tych robalach a nie, że ja jej się podobam. No ale z drugiej strony jakby nie miała ochoty to w ogóle by mnie nie całowała. Jak myślisz? - Dziewczyna w bandanie, spojrzała pytająco na idącego obok sąsiada. Wydawała się być zaciekawiona jego opinii. Bo w gabinecie już nie mieli okazji porozmawiać we dwoje a później musieli trzymać się swoich ról. Czyli modelka poszła do garderoby a on do wyjścia. Ale, że łotrzyca była zwinniejsza od jego kuśtykania i wiedziała gdzie wraca, to udało jej się go dogonić.


                        - To taki nowy projekt. Chciałam podkreślić własną indywidualność. A nie tylko wiecznie ptaszki i motylki. - Artystka starała się mówić lekko i żartobliwie. Ale Heinrich wyczuł, że jest spięta i z obawą wpatruje się to w twarz modelki to w jej obojczyk. Wyglądał jakby pełzał po nim tlusty czerw. Łasicy nie było łatwo zerknąć na to swobodnie więc chwilę jej zajęło zanim mu się przyjrzała.
                        - To… Bardzo… Oryginalne. - wydukała wreszcie gdy zorientowała się co jej artyskta namalowała. - Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Musisz mieć bardzo nietuzinkową wyobraźnię Gisa. Co myślisz Heinrichu? - Mimo zaskoczenia, Ann potrafiła błyskawicznie przystosować się do nowej sytuacji. A gdy malarka spojrzała na chwilę na ich towarzysza to Łasica mogła chociaż miną wyraźić, że takie obrazki wcale jej się nie podobają. Ale gdy malarka znów na nią spojrzała, widziała przed sobą czule uśmiechniętą twarz.
                        - No to jak ci się podoba to mogę ci chyba zrobić więcej. - Ucieszyla się, że modelka tak gładko przyjęła taki kontrowesyjny rysunek.
                        - Najpierw całus. - Ann uniosła palec dla przypomnienia jak się umawiały.
                        - A no tak. - Brunetka szybko pokiwała głową i pocałowała wymalowany obojczyk.


                        - Wiesz Heinrichu, w zamtuzie to nie takie rzeczy się robiło. Trzeba umieć się dostosować do życzeń klienta. Albo klientki. Ma ochotę wymalować ci ciało w jakieś robale to tylko pytasz czy cena jej odpowiada i w jakiej masz się ustawić pozycji. - Teraz jak szli przez miasto to ladacznica dała wyraz, że jej doświadczenie z poprzedniej roboty, przydało jej się w opanowaniu własnych emocji. Spojrzała w dół na swój dekolt i nieco odchyliła koszulę. Heinrich też dojrzał jak na jej gładkich półkulach są wymalowane soczyste, tłuste czerwie i pająki. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak żywe. - To jest takie poniżające. Zapewne Fabi byłaby zachwycona i za darmo dałaby się tak wymalować. Ona lubi te robale. Może Oddi też. W końcu zwykle razem się z nimi zabawiają. Może pójdę do Otto. On ma z nimi lepszy kontakt. - Łotrzyca westchnęła w zamyśleniu i puściła koszulę. W pełnym ubraniu prawie nie było widać tych rysunków. Ale dopiero co Heinrich widział ją nago w gabinecie. Giselle przyodobiła modelkę całym zestawów stworzeń jakie większość mieszkańcow miasta uznałaby za obrzydliwe. Wielką stonogę jaka zaczynała się na barku, szła przez całe plecy i kończyła się na zgrabnym pośladku. Czubki czerwi na piersiach, że wyglądały jakby stamtąd wychodziły. Pająki na brzuchu, żuki na łydce, muchy na łonie. Nawet wija na udzie co wyglądał prawie dokładnie jak na rysunku jaki pokazywał mu Tobias. Tak jakby wychodził z łona ladacznicy. Właściwie to teraz Łasica przypominała wiele z tych szkiców jakie niedawno belfer skonfiskował młodej malarce. Modelka nie była zwolenniczką hodowli Oster ale podczas pozowania niczym się nie zdradziła. Przeciwnie. Okazywała zachwyt, życzliwość i podziw dla talentów artystki co widocznie ją ośmieliło. - Nie wiem czy słyszałeś bo dość cicho to powiedziała. Ale mówiła, że czasem śnią jej się takie rzeczy. Ciekawe nie? - Łasica zerknęła jeszcze raz na swojego sąsiada i uśmiechnęła się złośliwie.


                        - Bardzo ci dziękuję Ann. Byłaś wspaniała. Oboje. Ja zawsze chciałam spróbować czegoś takiego ale nigdy nie miałam okazji. Ani śmiałości aby kogoś o coś takiego prosić. - Na koniec gdy artystka już napatrzyła się na swoje żywe płótno jakby wróciła do rzeczywistości. Bo podczas malowana miała nieco niewidzące spojrzenie jakby kierowała nią wena i pasja. Więc niezbyt zwracała uwagę na otoczenie. Dopiero jak skończyła to jakby zorientowała się, że są w gabinecie i Heinrich też tu wciąż jeszcze jest.
                        - Jestem pewna, że jedna czy dwie modelki na pewno byś znalazła. Zwłaszcza jakbyś nagradzała je takimi całusami. - Łasica trzymała się swojej roli aby zrobić wrażenie na malarce. Ta miała nieco brudne palce od tych farb oraz usta. Bo nie za każdym razem farba na ciele Ann zdążyła na tyle wyschnąć aby przykleić się do warg. I teraz także łotrzyca miała tu i tam widoczne pieczątki jej ust. Więc jak już jedna zaczęła się ubierać a druga zbierać swoje narzędzia malarskie to zaczęli się całą trójką żegnać w bardzo przyjaznej atmosferze.
                        - Zabawne. Koleżanka mi powiedziała ostatnio, że wkrótce spotkam kogoś kto mi pomoże zrealizować moje pasje o jakich skrycie pragnę. A nic jej o tym projekcie nie mówiłam. I zobaczcie jak się sprawdziło! - Giselle rzuciła im jeszcze anegdotką przez ramię. Ladacznica akurat nakładała na siebie spódnicę a malarka pędzle do pudła. Po paru chwilach rozstali się w najlepszej komitywie. Meisser jeszcze tylko pytała czy Heinrich by miał ochotę wrócić na lekcje malarstwa. I zagadywała go o to już gdy szli we dwójkę korytarzem, mijając innych żaków.


                        - No i jeszcze ta von Osterin. Sigrun. - Myśli kultystki jakby skierowały się na nowy tor. Do rozmowy z młodą szlachcianką z Saltmundu. - Ona chyba nie mieszka w Akademii. Ale chyba ostatnio mieszka. Może karę ma albo coś do zrobienia na miejscu. Więc już dziś myślałam czy nie dać jej się zaprosić na prywatne pozowanie. Takie do rana. Ale na dziś mam trochę inne plany. Może jutro. Bo pojutrze to już może być nów Morrlieba to pewnie będę na nocnym pikniku w lesie. To z lady Sigrun może na jutro się umówię. Ha! Ale jeśli się z nią umówię, to jeszcze zobaczymy kto przed kim będzie klękał! - Sąsiadka wyglądała na zamyśloną, gdy planowała spotkania na najbliższe dni. A na koniec roześmiała się łobuzersko. Widać myśl o prywatnym spotkaniu z lady von Osterin, bardzo ją rozbawiło. Rozmawiali jeszcze chwilę i pożegnali się gdy Heinrich już słyszał szum koła garncarskiego Fridy.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine jako Egon Herschkel
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #336

                          – To co robimy? W końcu oprócz nas to jest jeszcze Lars, Astrid i Jutta. No i może Gezackt i jego dwójka jeśli byśmy mieli się z nimi fraternizować. Wagner to niech sam sobie kombinuje nocleg. Pewnie wezmą coś po taniości. - Łotrzyca oparła się łokciem o szynkwas i popatrzyła pytająco na Egona.

                          Egon, wcześniej gapiąc się na stół ladacznic, przez pewien czas nie zwracał uwagi na rozmowy toczące się wokół niego. Miał nieodparte wrażenie, że Błękitny Łabędź miał więcej wspólnego z regularną fortyfikacją rzeczną, która mogłaby stanowić odwód carskiej armii, niż jakimś tam zajazdem mieszczącym mytników, żeglarzy i innych rzecznych parchów, co pływali od portu do portu.

                          Wydawało się, że miejsce było dobrze znane i, co ważniejsze, dobrze chronione od zakusów piratów. Bez wątpienia cały problem z piratami zaczynał się na następnym segmencie rzeki. Tu, raczej, raczej… Raczej nie zostaną zaatakowani. To by skomplikowało plany.

                          – To spytajmy Jutty – wzruszył wreszcie ramionami Egon. – Zobaczmy, jak wielki będzie jej pokój. Gezackt i jego kamraci mogą we wspólnej. Tak jak gadasz, Wagner ze swoimi sami sobie coś zorganizują.
                          - Gdzie tu jest Badacha? - Annika zapytała Burgund. A gdy ta jej wskazała to właśnie tam poszła. Musiała lawirować między zatłoczonymi ławami i stołami ale sprawnie jej to szło. Za to łotrzyca stanęła obok kolegów i znów zaczęła przyglądać się ladacznicom.
                          - No niezłe są. Co niektóre. Ciekawe czy stawki mają takie jak i nas. Można by pomyśleć o którejś. Albo dwóch. Bo jedna ladacznica na nas wszystkich to trochę mało. A jeszcze Astrid, Lars i Rune. Może na leniuszka jak tacy ranni ale też pewnie by coś chcieli się zabawić. - Dziewczyna z ferajny oceniła sprawę po swojemu.
                          - Jak jedną ladacznice mamy? Przecież jeszcze z nimi nie gadaliśmy. - Silny zmarszczył brwi i popatrzył w dół na drobniejszą koleżankę jakby jej rachunki mu się nie zgadzały.
                          - Mamy Jutte. Egon widział co ona potrafi. - Posłała mu rozbawiony uśmieszek i klęknęła brodacza w ramię. Tak jakby mieli wspólny sekret o młodej mytnik. - No ale na nas wszystkich to jedna ladacznica to może być mało. - Wróciła do tego o czym mówiła wcześniej.
                          - A może one nie obsługują kobiet? - Łysy mięśniak nie dawał za wygraną i chciał wbić jakąś szpilę kamratce Łasicy. Ta zastanowiła się nad tym chwilę.
                          - Być może. Któraś z nich. Nie obsługuje kobiet. Ale ladacznice nie od tego są aby grymasić jak bogata panienka na wydaniu. Najwyżej za to co nie lubi weźmie więcej. Zresztą można pójść i zapytać. Najwyżej się złożymy. W końcu wszyscy byśmy z nich korzystali nie? No i tam w zamtuzie mają pokoje. Chyba, że u Jutty byśmy się zmieścili albo nagle któryś z was może ujść za szlachcica aby wynająć ten apartament szlachecki. Albo ta stodoła, tam pewnie też jest dużo miejsca. To co? Idziemy do nich? - Burgund zaproponowała jeszcze raz wskazując brodą na stół gdzie siedziało z pół tuzina młodych kobiet. Wszystkie śmiało ubrane aby podkreślić figurę a makijażem urodę twarzy.
                          - A nie czekamy na Jutte? - Łysy spojrzał na drzwi wejściowe ale na razie mytniczki i reszty ekipy nie było widać. No ale zdawało się, że dopiero co wyszła.
                          - Jak chcecie. Możemy poczekać. Może którąś poleci. No ale jak chcemy zamawiać jakaś to teraz zanim się ruch zacznie. Jeszcze kolejka czy dwie i zaczną do nich startować. Widzicie, że tawerna pełna. A jak dziewczyny pójdą w ruch to nie wiadomo kiedy się później któraś złapie. Teraz jest jeszcze dość wcześnie i widno jak na wieczór. - Łotrzyca nie upierała się aby natychmiast udać się na rozmowę z ladacznicami i mogła poczekać na powrót celnik. Jednak dała odczuć, że jeśli myślą o skorzystaniu z ich wdzięków to lepiej nie czekać aż wieczór zacznie się na dobre.

                          – Ciekawe, czy cena wynajęcia pokoju w burdelu jest w cenie dziewek – Egon rzucił w przestrzeń, nie do końca pewien, jak to w tych stronach bywało. – Moglibyśmy pójść do zamtuza, kupić na noc cztery z tych ślicznotek i już byśmy mieli wieczór zagospodarowany. Część z nas poszłaby do Jutty, a część do burdelu.

                          Egon w istocie tak imaginował, że będzie to najlepsze rozwiązanie.

                          – Wszak izba, nawet przysposobiona pod mytnika, to nie cholerna sala balowa – rzekł Egon, który spodziewał się, że nawet izdebki dla szlachty mogły być całkiem ciasne, a z pewnością jeden pokój żadnym sposobem nie mógł pomieścić ich bandy: jego samego, Silnego, Rune, Anniki, Burgund, Juttę, a także Gezackta i jego najemników.

                          – Dobra, to poczekajmy, a Jutta przyjdzie, zagadamy do kurewek, która z nich wolna, a potem podzielimy się. Część z nas pójdzie z Juttą, dla pozostałych weźmiemy pokoje podle woli. Cała reszta może w stajni a i kto wie, może w zamtuzie się pomieści.

                          I dał znak Burgund i Łysemu, żeby ruszyli za nim pogadać z kurwami rzecznymi.
                          - Raczej nie będą mieć takiej izby aby pomieścić nas wszystkich. I to jeszcze z dziewkami. Wtedy to chyba tylko to poddasze stodoły. Więc jak pójdziemy do zamtuzu to pewnie i tak ze dwa, trzy pokoje trzeba będzie wynająć. - Łysy nie spodziewał się, że ponad tuzin z nich, pomieści się w jednym pomieszczeniu. Ale nadal wydawał się być zainteresowany ladacznicami. - Ta blondynka mi się podoba. Ma dobre cycki. - Wskazał na swój typ wśród siedzących kobiet.
                          - Tą robiona na Norsmenke? Też mi się podoba. Możemy od niej zacząć. - Burgund pokiwała głową, tym razem zgadzając się z kolegą. Wśród ladacznic była jedna, jaka strojem kojarzyła się z kraina z północy. Nawet miała suknię podobną jak Astrid czy Helga albo jakie Egon widział w Norsce. Tylko spreparowaną tak aby więcej młodego, kobiecego ciała pokazywała.

                          - A pokój i ladacznica to nie to samo. Teraz jest tłok ale normalnie to mógłbyś sobie zamówić którąś z nich tutaj do pokoju, bez chodzenia do zamtuza. I też zależy czy na numerek czy na całą noc. No i co byś chciał w takim numerku. No wiesz za kuperek zwykle jest więcej, za więcej niż jedną osobę jest więcej, jak chcesz przywiązać do łóżka to jest więcej. I tak dalej. Dobrze, że chociaż Jutte mamy za darmo i bez ograniczeń. Ale jak za całą noc to nie spodziewam się, że dziewczyny zejdą poniżej dziesięciu monet za podstawowe usługi. - Łotrzyca miała z nich najlepszą orientację w temacie działalność zamtuzów więc się z nimi podzieliła. W międzyczasie zdążyła wrócić mytniczka. Podeszła do nich raźnym krokiem. Jej bryczesy ładnie podkreślały długie, zgrabne nogi.
                          - Dobra. Posprzątane. Reszta wypakuje się i zaraz tu przyjdzie. - Była nieco zdyszana i miała rumiane policzki. Ale wydawało się, że jest w dobrym humorze.
                          - To dobrze. Powiedz Jutta, jak tam u ciebie miejsce w pokoju mytników? Byłoby gdzie poharcować? Bo właśnie patrzymy na rozrywki jakie tu są. - Burgund skinęła jej głową ale wskazała na stół ladacznic.
                          - Tą blondynka. Znasz ją? Dobra jest? - Silny od razu zapytał o tą co mu wpadła w oko.
                          - Ingrid. Tak, dobra jest. Mówi, że jest pół Norsmenka i mówi w ich języku. Z kobietami też się zabawia. Ładnie tańczy i jest zabawna. Dobra to idę zobaczyć mój pokój. Tam są dwa piętrowe łóżka to będzie ciasno. A nie spytałam czy już ktoś tam jest. Chyba, że chcecie jeszcze coś? - Wzięła głębszy oddech gdy na szybko podsumowała swoją znajomość blond ladacznicy. I była ciekawa czy koledzy i koleżanka coś jeszcze od niej chcą zanim pójdzie sprawdzić aktualny stan pokoju mytników.

                          Egon skubnął swą siwą brodę.

                          – A dałoby się wkręcić jakoś w inne pokoje, jeśli znasz karczmarzy Łabędzia? – zapytał wojownik. – Pewna rzecz, że jak gmin się musi ściskać w komnatach dla wszystkich, to izby dla panów pustkami stoją. Nie znasz może kogoś, na kogo by się szło powołać, jakiegoś kapłana albo szlachcica. Jeśli rzecz znasz. Lub…

                          Egon spojrzał raz jeszcze na chustę, którą podarowała mu Froya van Hansen.

                          – Te, spróbujmy na to – rzekł Egon, pokazując za ukrytą za kaftanem chustę z inicjałami Froyi. – Co myślicie? Rzekniemy, żeśmy posłańcy od milady. Rzecz warto spróbować, bo może i dostaniemy izbę, gdzie noc przepędzimy. A jak nie da rady, to przecie zawsze zostaje pokój Jutty i te, co wynajmiemy…
                          - To jest lepsze. - Celnik wskazała na kawałek jedwabiu z odciskami krwawych, szczupłych palców i inicjałami milady z Neus Emskrank. - Bo ja nie mam takiej władzy aby kogoś wywalić z pokoju. Musiałabym go aresztować a to by musiało być za coś. Można by jeszcze spróbować wprosić się do kogoś. Ale to najłatwiej by było Burgund i Annice. - Brunetka w bryczesach wyjaśniła dlaczego tak uważa.
                          - Przykro mi chłopaki. Ale dwie urodziwe i chętne dziewczęta prędzej sobie znajdą towarzyszy niż dwóch zakapiorów spod ciemnej gwiazdy. - Łotrzyca uśmiechnęła się ze złośliwym rozbawieniem. Silny i Egon raczej wyglądali na krzepkich niż sympatycznych.
                          - I co? Myślisz, że ta chustka wystarczy? Przecież nie ma jej z nami. - Łysy zbył złośliwość koleżanki i spojrzał na prezent pożegnalny od milady.
                          - Z tobą to nie wiadomo. Dlatego zostań tutaj aby niczego nie zepsuć. Tu bajery trzeba. - Burgund była dobrej myśli. Złapała gladiatora za ramię i ruszyła w stronę szynkwasu.
                          - Iść z wami? - Jutta wyglądała na zaciekawiona co z tego wyjdzie. Ale wskazała też gdzieś w stronę schodów na piętro gdzie pewnie były pokoje dla gości i mytników.

                          Egon wzruszył ramionami. Figle i krotochwile, które popełniał poprzedniego dnia z Burgund i Juttą wystarczyły mu zanadto, wojownik bowiem, jak zawsze, skoncentrowany był na powodzeniu misji, sama rzecz zaś w Łabędziu, jak i chędożenie dziewek widział jako rzeczy godne powitania, acz pośledniejsze. Jeśli by było po myśli wojownika, to płynęliby już dalej, jednak wiadomo było, że nawet sam Wagner nie poważyłby się zadręczyć swoich, żeby popłynęli jeszcze dalej. Przeto trzeba było czekać, niestety, a ono czekanie można by sobie odpowiednio uprzyjemnić towarzystwem. Egon był przeto obojętny: jeśli miało się sprawdzić, że będzie tej nocy z babą, dobrze, ale nie miało to dużego znaczenia.

                          – Burgund, Jutta, poręczcie za nas – uniósł chustę lekko. – A jak i trzeba będzie, to niechaj Wagner wstawi dobre słowo, łasy będzie na to, żeby on i lady Froya van Hansen zestawieni byli w jednym zdaniu. Jak źle pójdzie, to przecież dość żeliwa jest. Tak czy inaczej dobrze pójdzie, jeno z chustą może pójść znaczniej jeszcze.
                          - No to chodźcie. - Brunetka wskazała w stronę szynkwasu. I tam właśnie poszli. Do tej samej barmanki z jaką rozmawiali wcześniej. Początkowo wyglądało to jak niedawno. Czyli celnik zapytała o apartament szlachecki i też usłyszała, że jeden jest wolny ale dla uprzywilejowanych. Widocznie urzędnik rzeczny do takich nie należał. I pewnie na tym by się skończyło ale Jutta spojrzała na dwójkę swoich towarzyszy. Wtedy włączyła się łotrzyca.
                          - Ale my jesteśmy od milady van Hansen. Wysłała nas z ważną misją do stolicy. - Burgund odpowiedziała grzecznie jakby była skromną służką blond milady. Barmanka wyraźnie się zdziwiła i przypatrywała się jej chwilę.
                          - Milady spędziła u nas noc i nic o was nie mówiła. - Pracownica tawerny zachowywała zdrowych sceptycyzm. Jej wypowiedź z kolei zaskoczyła obie koleżanki Egona i szybko we trójkę wymienili się spojrzeniami. Jednakże oszustka z ferajny szybko odzyskała rezon.
                          - A czy nasza milady była tu z pewną elfią damą? - Spojrzała pytająco na barmankę. Ta potwierdziła skinieniem głowy. - No właśnie. I my w tej sprawie. Bo to tak nagle wyszło. Milady uprzedziła nas, że nie mogła was uprzedzić i możecie być zaskoczeni. I dlatego nam dała to. - Rudzielec potrafiła szybko improwizować bajere i barmanka z zaciekawieniem jej słuchała. Zresztą Jutta też. Na koniec obie spojrzały za nią na gladiatora aby ten pokazał pracownicy, pożegnalny prezent od lady van Hansen.
                          – Iście, rzecz prawdziwą gadają moi kamraci – rzekł Egon, który, choć także nieco zaskoczony tym, że Froya spędzała tutaj noc, szybko odzyskał swój rezon, wiedząc, że okolica raczej była odległa.

                          Gladiator wyciągnął zza swojego bojowego kaftana chustę z inicjałami van Hansen i rozłożył ją na szynkwasie przed kobieciną.

                          – Spójrzcie no, to chusta lady van Hansen, którą żeśmy obronili w bitwie przeciwko zielonoskórym. Milady wraz z nami starła się w lesie opodal z wielkim tabunem zielonoskórych i poruczyła nam spotkać się z nią w swym dworze – rzekł Egon, co ostatecznie kłamstwem nie było, jeno wyginało kontekst wypowiedzi milady i czas, kiedy się tam mają znaleźć. – Możecie zobaczyć sami, to prawdziwa chusta rodowa milady a myśmy jej kompanami w misji – ciągnął Egon, który liczył, że Burgund jako ulicznica obeznana we wszelakim łganiu wesprze go.
                          - Oh! To chustka milady! - Dziewczyna już po wstępie łotrzycy była zaciekawiona. A teraz jak usłyszała od wojownika o bitwie z orkami i jeszcze zobaczyła jedwabną chustkę na blacie, to już całkiem wyglądała na pochłonięta przez tą opowieść. Z ostrożnością dotknęła delikatnego w dotyku i drogiego materiału. Burgund pokiwała w zadumie głową.
                          - Te ślady to od zakrwawionych palców naszej milady. Dala nam to jako dowód swojej wdzięczności. Prawda Jutta? - Ruda płynnie przejęła pałeczkę rozmowy i wciągnęła w to mytniczke.
                          - Tak, sama widziałam jak milady wręcza Egonowi tą chusteczkę. Była bardzo kontent. - Brunetka dodała od siebie chociaż nie wspomniała, że sama walkę tylko obserwowała. Na szczęście barmanka wydawała się zbyt przejęta aby zadawać dokładne pytania.
                          - Oh jej! Ja milady sugerowałam aby wróciła do miasta łodzią. Przecież konie też można załadować. Ale wiecie jaka ona jest. Powiedziała, że jak spotkają te orki to nawet lepiej bo się od razu z nimi rozprawią. Czy nic się milady nie stało? Ja jej mówiłam, że ostatnio podróżni byli atakowani na drodze przez orki albo zwierzoludzi. No ale ona tak była chętna na polowanie, że nie chciała tu siedzieć dłużej. - Dziewczyna wyglądała na bardzo przejętą tym atakiem na szlachciankę.
                          - Nie, nic poważnego jej się nie stało. Udało nam się wbić klinem w te poczwary. I odwrócić uwagę od milady i jej towarzyszki. A to był sam szpikulec naszego klina. Aż straciłam rachubę ile orczych łbów toporem utracił. - Rudzielec poklepała gladiatora po ramieniu i ten zobaczył jak barmanka patrzy na niego jak na herosa z rycerskiego poematu.
                          - Oh to tak dobrze, że udało ci się obronić naszą milady kawalerze. Znaczy wam wszystkim. - Dziewczyna po chwili obdarzyła także jego dwie towarzyszki życzliwym spojrzeniem.
                          – Te cholerne zielone bestie to niemal ludzie – Egon zdjął nieco swojego kaftana, żeby pokazać, jakie szkody wyrządziły topory orków. – Każden rok zdaje się, robią się coraz bardziej zuchwałe. Kiedyś jeno trzymały się południa i gór Czarnej Skały albo czasem wylewały się z Lasu Drakwald. Dzisiaj masz tak, że te pokraki wypuszczają się w bandach wojennych przez Las Laurelorn i ponoć paru wodzów widziano przy Oldenlitz, jeśli bajaniom kramarzy i przekupek dawać wiarę.

                          Egon pokręcił głową.

                          – Trza powiedzieć, że walić tymi swoimi toporami umieją, choć co niektórzy z nich mieli zdobyczne gudendagi i zdało mi się, że był jeden z halabardą, co w las umknął, kiedyśmy ich rozbili.

                          I wdał się jeszcze z lubością we wspomnienie bitki:

                          – Lady Froya van Hansen i jej elfia towarzyszka może by i się obroniły, ale przyszłoby im za to zapłacić srogą cenę, niebezpieczna to rzecz była. Orków było parę tuzinów i milady skorzystała z tego, żeśmy na flankę podeszli. Dzięki temu zielonoskóre bestie nie były w stanie tak łatwo ich otoczyć i kiedy tylko kocioł wokół nich rozluźnił się nieco, jako konnica zaszarżowali i wyrwali się z okrążenia. Tedy siekaliśmy my ich jak wieprze na pieczyste na Sigmartag. Kiedy zrozumieli, że mamy za sobą jeźdźców, poczęli uciekać, a ci, co nie mogli, karku dali. Szkoda jeno, że żeśmy żadnych w jasyr nie wzięli, przydałby się taki jeden, co by ludzką mowę znał i rzekł jeno, gdzie jest ich najwięcej…

                          Egon skończył zdawać rachunek z bitki orków, mając nadzieję, że wywrze to niejakie wrażenie na gospodyni.
                          - A po co komu taki lek? Nie ma co takiego darmozjada trzymać. Tylko na poczciwych ludzi napadają. Na traktach albo w lesie czy wioskach. Dobrze, że żadni z nich żeglarze to chociaż na rzece jest w miarę bezpiecznie. - Dziewczyna oburzyła się na pomysł brania orków do niewoli. Ale barwna opowieść z walki z nimi wciągnęła ją. Z zaciekawieniem nachyliła się aby zobaczyć tę uszkodzenia kolczugi jaki wojownik jej pokazał i słuchała dalej jego opowieści. Właściwie to nawet kilka osób przy szynkwasie i najbliższych stołach też.
                          - No właśnie. Tak jak mój kamrat mówi. Ty też słodziutka. A władze nic z tym nie robią. I nas w zimie, cała długa lodz Norsmenow przepłynęła nocą przez miasto i nikt nic nie zauważył. Gdyby nie wpadli na mieliznę za miastem to nie wiadomo co by się działo. - Burgund znów włączyła się do rozmowy i uderzyła w biadolenie na władze. Co często było wspólnym mianownikiem dla pospólstwo i pomagało im znosić trudne czasy.

                          - No nawet takie wspaniałe szlachcianki nie są bezpieczne. A przecież to Froya van Hansen i jej elficka towarzyszka. Wyobraźcie sobie jaki by skandal wybuchł jakby te orki coś im zrobiły? Szkoda, że rzeka nie wróciły do miasta, rzeką jest bezpieczniej. - Jutta także dorzuciła swoje trzy pensy ale tak, aby do rzecznych służb nikt się nie mógł przyczepić. Barmanka i kilka sąsiednich głów pokiwali do tych słów.

                          - A i nas ostatnio to zwierzoludzie grasują. Ale na trakcie a nie na rzece. Łupią okrutnie. Jak coś mniej niż wóz czy dwa to jak na nich trafia to łupią. Co co zginą w zasadzce to chyba i tak mają szczęście. Bo innych zabierają w las. Zwłaszcza kobiety. Młode kobiety. Aż strach pomyśleć co im tam robią. Ale nigdy już nikt z tych zabranych nikogo nie widział. - Dziewka zza szynkwasu, podzieliła się plotkami o lokalnych niebezpieczeństwach. - Dlatego mamy taką mocną palisadę i wieżę. Tu prawie co noc jest mgła. Rano też. Coś ci może wyjść z lasu pod samą chatę nim się spostrzeżesz. Zwłaszcza w nocy. Dlatego ta palisada. - Pokiwała głową jakby była boleśnie świadoma niebezpieczeństw czających się tuż za ogrodzeniem.
                          - To straszne. A co z tym salonem? No my chcielibyśmy jeszcze do alchemia zajść przed zmierzchem. - Łotrzyca współczuła jej ale wróciła do tematu od jakiego zaczęli.
                          - Ah no tak, oczywiście. Ja wcześniej nie wiedziałam, że jesteście od lady van Hansen. Już idę po klucz. - Uśmiechnęła się przepraszająco i poszła gdzieś na zaplecze. Trójka spiskowców na chwilę została bez niej. Burgund uśmiechnęła się triumfalnie.
                          - Dobrze wam poszło. Widzisz Egon, ty toporem umiesz robić jak Silny no ale on takiej bajery nie ma. - Oszustka szepnęła do dwójki swoich towarzyszy.
                          - Mnie tu znają to wiedzą, że nie jestem ze świty milady. To musiałam wymyślić coś innego. - Celnik też wyznała dlaczego trudno jej było się bezpośrednio podłączyć pod opowieść ich duetu.

                          Egon pokiwał czupryną z aprobatą. Co prawda wojownik wiedział, że kobiety w karczmie zawsze są łase na opowieści, szczególnie te co bardziej krwawe, jednak nie mógłby żadnym sposobem samój sprzedać tego wszystkiego bez Burgund i Jutty. Celniczka była robiła za autorytet, Burgund zaś swym łotrowskim obeznaniem potrafiła sprzedać całkiem sporo. Może nie tyle co Łasica, która potrafiła w gadaninie fechtować swym jęzorem niby szpadą szermierze z Tilei, ale i tak przydała się na pewno.

                          – To jak się rozdzielamy? – zapytał wojownik swych kamratów. – Zobaczymy, jak duży jest ta izdebka dla posłanników szlachty, ale pewnie ze czterech albo i sześciu wejdzie, jeśli łoża będą dwa. No to już mamy nocleg dla mnie, Burgund, Jutty, Rune, Silnego i Anniki i paru kurew, co sobie zamówią – Egon mówił wolno, zastanawiając się, czy przypadkiem nie pominął kogoś. – Z Gezacktem pogadam potem, ale mogą wziąć zwykły pokój albo pokój w burdelu.

                          Pozostało czekać, aż wróci gospodyni.
                          - Zaraz nasza uroczo naiwna barmanka wróci z kluczem to zobaczmy jak to gniazdo dla szlachty wygląda. Ty Jutta byłaś już tam? - Burgund machnęła ręką na zbędny pośpiech i wolała najpierw rozejrzeć się na miejscu.
                          - Czy ja ci wyglądam na szlachciankę? - Mytniczka uśmiechnęła się krzywo dając tym znać, że chociaż regularnie bywała w tym rzecznym zajeździe to nigdy nie była w tych uprzywilejowanych apartamentach. Łotrzyca też się uśmiechnęła i ze zrozumieniem pokiwała głową.
                          - Wyglądasz mi na naszą ladacznice na dzisiejszą noc. Jedną z tych z jakimi dziś będziemy się zabawiać. W kajucie było mało miejsca to niewiele zabawek można było użyć. - Dziewczyna z ferajny uśmiechnęła się krzywo do celnik i powoli objęła jej talię, przyciągając do siebie. A kasztanowlosa uśmiechnęła się do nich zachęcająco.
                          - A słyszeliście jak mówiła, że one obie spędziły tu noc? Coś wam o tym mówiły jak staliście z nimi na brzegu? - Mytnik pogłaskała ramię Egona ale jak była okazja to zapytała o ten epizod obu szlachcianek. Ale nie zdążyli już odpowiedzieć bo wróciła barmanka.
                          - Już jestem. To proszę za mną. - Rzekła do nich z miłym uśmiechem. I ruszyła na schody a potem w górę. Na piętrze był korytarz a w nim liczne drzwi. Przy jednych się zatrzymała, wyjęła klucz i otworzyła. Weszła do środka i odsunęła się aby goście mogli wejść do środka. Potem zamknęła drzwi.
                          - Nazywamy to pokojem myśliwskim. Lady van Hansen go uwielbia. Ale nic dziwnego, ona tak lubi polowania. Więc jak jest u nas, i ten pokój jest wolny, to właśnie go zamawia. - Z uśmiechem i dumą, tłumaczyła co jest co. Obie towarzyszki gladiatora, rozglądały się ciekawie.
                          - Patrzcie jak się szlachta bawi. Nawet dywan tu mają. I jaki puszysty. - Łotrzyca przesunęła butem po kobiercu i rzeczywiście wyglądał na drogi, barwny i puszysty. Oprócz tego były dwa, małżeńskie łoża z baldachimami. Jak dla dwóch par, małżeństwa i ich dzieci albo państwa i najbliższej służby. Ale w każdym na spokojnie by się zmieścilo i trzy osoby do spania a do harców to i więcej. Barmanka śmiało otworzyła duża szafę z ciemnego drewna. W zwykłych pokojach też takie były. Ale nie były zrobione w rzeźbione kwiaty i winorośla. Na ścianach wisiały skóry zwierząt i kilka czaszek. Widząc to barmanka wskazała na dorodne łopaty łosia.
                          - A tą to w tamtym roku upolowała lady Froya. Nie chciało jej się wieźć jej do miasta i mówiła, że taką czaszkę już ma, więc nam podarowała. - rzekła z nieukrywaną dumą. Inna czaszka mogła należeć do dorodnego kozła. Albo zwierzoludzia. W każdym razie wyjaśniło się czemu ten pokój ma taką nazwę.
                          - Czy czegoś jeszcze wam trzeba? - Zagaiła pracownica jakby chciała zaskarbić sobie życzliwość klientów.
                          – Zda mi się, że to wszystko, czego nam trza, może poślijcie wina nieco – Egon skłonił się gospodyni, rad, że karty układały się po ich myśli.

                          Odczekał jeszcze parę chwil, aż karczmareczka wyszła i zwrócił się do pozostałych:

                          – Ten pokój? Ha! Trza powiedzieć, że takie zbytki na szlachcie niewarte są trwonienia, niejeden z gminu by z chęcią się wyspał w onym łożu!

                          Wyrzekłszy to, rzucił się na wielkie łoże w centrum pokoju ze śmiechem. Zmitygował się jednak wprędce, wiedząc, że potrzeba poczynić plany.

                          – To jak wolicie? – zapytał. – Tu mieści się trzech przynajmniej, a jakby i rozłożyć na podłodze skóry, to sześciu weszłoby bez fatygi. Burgund, chcesz tutaj? Bym się zastanawiał, jak poustawiać was wszystkich, wszak mamy izbę Jutty i tą i jest to sporo. Gezackta bym do burdelu oddelegował albo do sali wspólnej, niechaj tam radzą sobie, wszak jurgielt od nas wezmą i tak, kiedy rzecz skończymy. No, rzeknijcie no, gdzie byście chcieli?
                          - Po takiej bajerze, to byłoby dziwne, gdybyśmy chociaż my, spali gdzie indziej niż tutaj. - Rudowłosa śmiała się radośnie i sprawdziła miękkość drugiego łoża. W końcu obróciła się i z lubością walnęła się na nie plecami. Upadając rozrzuciła ramiona i tak leżała przez chwilę, wpatrując się w baldachim nad sobą. Jutta zaczęła chodzić po pokoju rozglądając się ciekawie. Egon takie zbytki widywał na salonie Priory albo jak niedawno, raz lady Fabienne gościła ich i siebie. Ale na co dzień to się w takich luksusach nie obracał.
                          - No jak ten pokój był godny lady Froyi i Fanriel to ja nie będę wybrzydzać. Podoba mi się tu. Zawsze nocowałam w izbie mytników albo innych pokojach. Czasem nawet wspólnej izbie albo na łodzi. Ale tu to jestem pierwszy raz. - Celniczka wyglądała na oczarowana tym miejscem. Otworzyła dużą szafę a potem mniejszą. W końcu zaczęła się przyglądać trofeom na ścianie.
                          - Wiecie, że do tych słupów to można przywiązać jakąś ladacznice czy inną niewolnicę? - Burgund uniosła stopę aby wskazać na drewniane, ozdobne filary jakie wspierały baldachim. To zwróciło uwagę mytniczki i podeszła do tego miejsca. Przyjrzała mu się ciekawie.
                          - O tak? - zapytała unosząc swoje ramiona w kierunku każdego z filarów.
                          - Mhm. Tak albo inaczej. Można też przywiązać oba ramiona do jednego słupa jak do pręgierza. Albo przywiązać do łóżka aby była na leżąco. No mówię wam, że takim łóżkiem i niewolnicą to się można trochę pobawić. - Ruda zaśmiała się wesoło a mytniczka jej zawtórowała.
                          - No mamy dwa łóżka. Na każde po dwie, trzy osoby. To nasza czwórka i Jutta jako nasza ladacznica, zmieścimy się tu na spokojnie. Astrid bym wzięła do łóżka bo jest delikatniejsza niż chłopaki. A jak na dywanie rozłoży się koce i pledy to wygodniej będzie niż na tej rybiej krypie. No i jeszcze powinno starczyć miejsca na jedną czy dwie ladacznice z dołu aby było się wygodnie do kogo przytulić. - Burgund robiła na głos rachunki i wyszło jej mniej więcej podobnie jak gladiatorowi.
                          - Gezakt to można mu wynająć stodołę. To taniej niż pokój w zamtuzie. I w stodole jest po monecie za głowę. Ich jest trójka. Jak im się uda to może uda im się zaprzyjaźnić z tą moją koleżanką ze stajni. Ona ma swój kąt tam i tak tak nocuje. Myślałam o niej dla nas no ale nie chcę wam psuć planów. Zresztą jakby wynająć im pokój w zamtuzie to trzeba by i choćby jedną ladacznice im też wynająć bo samych pokojów się tam nie da wynająć. A Wagner to pewnie będzie spał w głównej izbie bo to najtaniej. - Brunetka dorzuciła swoje propozycje jak można by rozlokować towarzystwo. - Właściwie to jeszcze nie byłam w izbie mytników. Jak są wolne miejsca to może tam by się udało kogoś umieścić. Nawet jeśli ja bym nocowała z wami tutaj. Tylko musiałabym wybadać sprawę. - Dorzuciła na koniec co jeszcze jej przyszło do głowy.
                          – Dobra myśl, tą ze stajni zostawić Gezacktowi – rzekł Egon, który chciał, żeby najemne zbiry strażnika pochędożyły odpowiednio przez noc, przeto będą bardziej skore do bitki następnego dnia. – Dobra, to ustawmy tak: w izbie szlachty będę ja, Burgund, Jutta, Anika i ze dwie kurewki od tamtego stołu, a w izdebce mytniczki niechaj ulokują się Silny, Rune i parę kurtyzan, co odnajdą.

                          Egon pokiwał głową, zaproponowawszy rzecz.

                          – Gezackt niechaj weźmie stodołę i tam przywiedzie tyle dziewek, ile mu się podoba – wojownik wzruszył ramionami, bowiem cała rzecz z Gezacktem nie interesowała go aż tak bardzo, byle jego ludzie byli na okręcie nazajutrz. – Co, pasuje? Wybadamy jeno izbę mytników i koniec końców, jeśli Jutta tam będzie musiała być, to dołączy z Silnym i Rune, zacnie ją sprawią, ha! – zaśmiał się jeszcze.
                          - Z nimi? No wyglądają krzepko. Zwłaszcza Silny. Mogłoby być ciekawie. - Mytniczka rozważała w głowie scenariusz Egona, że miałaby spędzić noc z jego kolegami. Wyglądało na to, że nie jest jej niemiły. - No ale wolałabym z wami. - Uśmiechnęła się w końcu do dwójki towarzyszy. Słysząc to łotrzyca roześmiała się z rozbawienia. Popatrzyła na kamrata leżącego na sąsiednim łóżku.
                          - Zobacz Egon. Komuś spodobało się głębokie wsadzanie tam i tu w tej kajucie. - Wyglądała na zadowoloną a i Jutta nie udawała świętoszki tylko pokiwała głową.
                          - No tak. Ostatni raz to tak dobrze się bawiłam chyba z Hubertem i Oksana. No i może że dwa, trzy razy tam czy tu. - Celnik popatrzyła z uśmiechem na nich oboje.
                          - Widzicie? Mówiłam wam. Klient usatysfakcjonowany zawsze wraca do swojej ladacznicy gdy tylko może. - Łotrzyca zaśmiała się jakby sprawdziła się właśnie jakaś jej wewnętrzna filozofia. - Egon a teraz zobacz na to. - Burgund podniosła się z łóżka i podeszła do szafki. Zaczęła grzebać w swoim worku i wyjęła z niej mniejszy. To był ten jaki pokazywała w kajucie. W nim trzymała zabawki do figli. Jutta cicho sapnela i czekała co będzie dalej. A ruda wróciła na łóżko i wysypała zawartość na nie. Dopiero teraz było w pełni widać te wszystkie gadżety do wiązania, kneblowania, wsadzania, biczowania i innych zabaw. Nawet ten pęcherz z nasieniem zwierzoludzi i strzykwy z jajami też tu były.
                          - Oj to ja chcę spać z wami! Obiecuję, że mnie głowa nie będzie boleć i z każdej strony można! - zawołała wesoło mytniczka jakby wspomnienia z kajuty już ją ożywiły.
                          - No czemu nie. Ale Egon ma rację. Musimy się jakoś podzielić. Gezakt chyba faktycznie lepiej aby poszedł do stajni. Ta jego Martin wygląda słodziutko no ale mogę kiedy indziej się jej przyjrzeć. Silny się wścieknie jak się dowie o tym - Łotrzyca wskazała wzrokiem i ramionami na luksusowy apartament - a jak on będzie spał gdzie indziej. Chyba, że ktoś mu aż tak dobrze zrobi, że rano nie będzie miał do tego głowy a my nie będziemy mu o tym przypominać. - Tutaj uznała, że jest pewne ryzyko na to, że łysy poczuje się wysiudany z siodła ale było to możliwe do obejścia.
                          - No i ladacznice. Widziałam na dole. Gładkie są, gibkie, dobrze to wygląda. Ale trzeba im zapłacić. Trzeba zobaczyć na ile nas stać. Za ten pokój chcą dziesięć monet. Ladacznica na całą noc to też dziesięć minimum. A jak na być z czułością i miłością a nie samo leżenie na plecach to ze dwadzieścia trzeba liczyć. Czyli za dwie dla nas i jedną dla reszty to minimum szesciesiat monet. Jak za ten pokój to siedemdziesiąt. No to jak na naszą trójkę to by wyszło jakieś dwadzieścia pięć, trzydzieści monet na głowę. Annika dostała parę groszy od Fabienne ale raczej nie na tyle aby się dorzucić czymś sensownym. No to minimum gdzieś tyle na głowę nam wyjdzie. No może Astrid się dorzuci jak ją weźmiemy. W końcu szlachcianka to chyba ją powinno stać. Im więcej osób zaprosimy tutaj tym będzie ciaśniej i większy tłok do ladacznic no ale na głowę wyjdzie mniej. - Łotrzyca zrobiła na głos rachunki jakie przewidywała za dzisiejszą noc. Popatrzyła na nich oboje.
                          - No jak dwadzieścia czy trzydzieści monet to ja mogę się dorzucić. W końcu to szlachecki apartament, chciałabym choć raz spędzić tu noc. Zwłaszcza z wami. - Celniczka dała znać na jaki geld mniej więcej mogą liczyć z jej strony.
                          - Ja też mogę tyle dać. Jak na namiętne ladacznice to warto. Można by je zapytać co tu Froya z tą elfka robiły. Bo Froya to widocznie nie była tu pierwszy raz. - Ruda głowa wskazała na dorodną czaszkę łosia jaka wisiała na ścianie.
                          – Mogę dać trzydzieści – rzekł Egon, który, choć wiedział, że w przeciągu jednego miesiąca więcej wpadnie do kabzy, to nie chciał szastać żeliwem, aby nie narazić się na niebezpieczeństwo. – Jeśli komu zabraknie, to dorzucę drugie tyle, ale myślę, że styknie całkowicie.

                          Egon podrapał się po głowie. Zdało się, że Jutta była po ich stronie, ale zamierzał później tej nocy spytać Burgund, czy warto by było jej powiedzieć o całym zamyśle z przejęciem okrętu. Było to niewielkie ryzyko, a mogło przysporzyć im jeszcze jednego konspiratora, który pomoże, kiedy rzeczy nabiorą rozpędu. Może nawet Jutta mogłaby bardziej precyzyjnie naznaczyć porę, kiedy warto uderzyć? Te rzeczy jednak Egon zostawił na później.

                          – Dobra, to podzielimy się tak: Jutta, Burgund, ja i Annika i jedna kurtyzana w pokoju. Silny, Rune i po dwie dla nich w pokoju Jutty, jeśli rzecz nie zawadzi. Gezackt we wspólnym albo strychu stodoły, niechaj robią, jak im się podoba. Pasuje? To chodźmy może opłacić się i rzec reszcie, jak to będzie. Silnemu i Rune nie musimy gadać, gdzie nocujemy, jeno wskazać izbę, karczmareczce też opłacimy i rzekniemy Gezacktowi, na czym stoją.

                          Egon powstał, gotów, aby zejść do wspólnej sali.
                          - A Astrid? Może też by się zrzuciła na jeszcze jedną ladacznicę? - Burgund pokiwała głową, że taki plan raczej jej pasuje. Ale jeszcze wspomniała o córce norsmeńskiego jarla, która parę dzwonów cześniej integrowała się z nimi w ciasnej kajucie “Jutrzenki”. A jako szlachcianka to mogła mieć coś w sakiewce. - A z Silnym to trzeba zacząć od tych dwóch ladacznic to może go to zajmie. - rzekła jakby jednak obawiała się, iż łysy mięśniak może zrobić awanturę.
                          - Dobra to wiecie co? - Jutta spojrzała na nich bystro. - To moża ja najpierw zajrzę do pokoju mytników. Zobaczę jak to wygląda. Bo jeszcze tam nie byłam ani nie zdążyłam zapytać. - Mytniczka zaproponowała i rudzielec pokiwała głową na zgodę.

                          Ale gdy szatynka w białych bryczesach, już była w drzwiach to spotkała się z powracającą barmanką. Minęły się a pracująca dziewczyna przyniosła tacę, butelkę wina i kilka kubków. Postawiła to na szafce i uśmiechnęła się do pozostałej dwójki.

                          - Gospodarz przysyła z pozdrowieniami. - Wskazała na poczęstunek.
                          – Możesz iść – Egon rzekł, węsząc idealną okazję do rozmówienia się z Burgund. – My jeno wina skosztujemy i zaraz też zejdziemy.

                          W istocie, gladiator nalał sobie nieco wina z antała do szklanicy i pociągnął z niego łyk, odkrywszy, że ostatnia seria wymian wzmogła w nim pragnienie. Kiedy tylko kobiety wyszły, Egon wyczekał jeszcze chwilę i upewnił się, że przy drzwiach przypadkiem nikt nie podsłuchuje. Wojownik żywił nadzieję, że ściany szlacheckiego pokoju okażą się nieco grubsze niż te dla plebejuszy, nierzadko bowiem emisariusze tudzież kapłani zatrzymywali się w ważkich sprawach i o nich radzić musieli. Egon tedy podejrzewał, że jeśli by jaki ciur ze wsi wywiedzieć się mógł o planach świętych mężów, niejeden karczmarz mógłby pętlą na dębie przypłacić taką stratę.

                          Kiedy wreszcie był pewien, że nie było nikogo w pobliżu, rzekł do Burgund w te słowa:

                          – Trza będzie skaptować Juttę jako wspólnika w przejęciu statku – popił jeszcze wina. – Myślisz, że rzecz dałaby się zrobić, teraz, kiedy zabawialiśmy się z nią i raz jeszcze zerżniemy ją odpowiednio?
                          - Myślę, że jak nas napadną ci piraci to i tak trzeba będzie się bronić aby nie pójść pod nóż. - Łotrzyca miała pragmatyczne podejście do tego zagadnienia. Obojętnie wzruszyła ramionami. - Więc jak my będziemy stawać, to Jutta pewnie też. Przecież jest mytniczką z ratusza to trochę jak straż w mieście. Jak to my byśmy mieli napadać na nich to już trochę inaczej. Ale myślę, że już wstępnie ją w kajucie urobiliśmy i widzisz jaka teraz jest kochana i słodziutka. To jak jeszcze teraz ją oćwiczymy do rana to jeszcze powinna być nam milsza. Można by jeszcze o lady Froyi wspomnieć. Ona przecież jest taka sławna i wojownicza. A widziałeś jak Jutka płakała, że nie popłynęła z nami na brzeg do tych orków. I bardzo chciałaby ją poznać no to można by na tym polu uderzyć. Ha! A jeszcze nawet nie wie o reszcie naszych błękitnokrwistych koleżanek! - Dziewczyna z ferajny mówiła szybko i nieco ciszej niż zwykle. Wskazała na rozsypane na łóżku gadżety do niecnych zabaw, jakie tak spodobały się mytniczce. Chociaż w kajucie użyli niewielu z nich.
                          - A jak zdobędziemy statek to Jutta nie powinna protestować. Przecież to by oznaczało, że pokonaliśmy piratów. To nic nielegalnego. Jeśli ten statek był zrabowany jakiemuś właścicielowi to może się on o niego upominać. Ale nawet wtedy musiałby nam coś zapłacić. To już by była sprawa między nim a nami a nie mytników więc też chyba Jutce nic do tego. Ale właściwie to jej można o to zapytać bo ona pewnie zna te przepisy lepiej. Ale to różnie może być. Nie wiadomo skąd piraci mają statek, kiedy się były właściciel dowie, czy uda się ustalić właściciela i tak dalej. To się może toczyć tygodniami albo miesiącami. - Rudzielec jako tako orientował się jak to może wyglądać od strony prawnej ale raczej miała wiedzę z poziomu portowej dziewczyny a nie strażnika czy prawnika.

                          Egon pokiwał gorliwie głową, choć sam nadal nie wyzbył się wątpliwości.

                          – Na dwoje babka wróżyła… – zaczął wojownik i urwał, nie do końca będąc pewien rezultatu wybiegu Burgund. – Choć raczej, kiedy usłyszy o tym, że chcemy przejąć statek powinna być z nami. Onuż brałem ją już raz i podobało jej się, dzisiaj dupczyć będziemy po raz wtóry i trza powiedzieć, że pewien jestem, że też będzie jej się podobać. Przywiążemy ją tu… O, tu! – wskazał na róg łoża. – Wybatożymy co nieco, a tedy ja ją wezmę i ty się przyłączysz. Ha-ha.

                          Egon, podrapawszy się po brodzie w zadumie, zdecydował wreszcie:

                          – Gadasz mądrze, ale powiemy jej o całej rzeczy na samym końcu – rzekł. – Zanim się swawole zaczną, rzeknę jej jeszcze nieco o lady van Hansen, jak to żeśmy się z trollem bili wtedy z moim konarem w gębie będzie żywo miała przed oczami opowieści o mnie i van Hansen. Jeno tedy będzie przygotowana odpowiednio, że my tu przyszliśmy zrobić porządek z szyprem, bo z niego drab kaprawy i my porządek z nim zrobimy. A jak wezmę ją raz drugi, szepnę, że wejście na dwór milady będzie jeno ze mną, tedy posłuszna będzie nam musiała być.

                          Popił wina.

                          – Szablę ma zacną, choć wolę rąbać toporami. Ale kolejny z kompanów się nam nada, co sądzisz? Z czasem ją wtajemniczymy w kult.
                          - No tak, też myślę, że by do nas pasowała. Nieźle ją Hubert wyszkolił. Ciekawe czy ma jeszcze jakieś inne ciekawe koleżanki. - Rudowłosa pokiwała głową na znak, że też widzi w mytniczce materiał na kultystkę. Zwłaszcza jak była kochanką dwójki hedonistów z zaprzyjaźnionego zboru. Popatrzyła na łóżko i plany jakie gladiator żywił na dzisiejszą noc. Zaśmiała się wesoło. - Tak, myślę, że to przywiązywanie i batożenie też jej się spodoba. Widziałeś jak się przymierzała jak o tym wspomniałam? - Popatrzyła figlarnie na mężczyznę na to świeże wspomnienia z zachowania celnik na luźną wzmiankę o tego rodzaju harcach. - Ja już o tym w kajucie myślałam bo ona mi wygląda, że lubi być uległa jak Fabienne albo Adrienne. Pamiętasz jak tą pisareczkę z ratusza Hubert i Oksana w teatrze wyćwiczyli? No to myślę, że nasza słodka Jutka też lubi takie zabawy. Nie wiem czy tak z miejsca by się pisała na nocne zabawy w lesie przy Zachodnich Kamieniach ale pewnie na te spotkania w piwnicy u Pirory to tak. - Na tym polu też wydawała się być pewna, że dojdą z mytniczką do porozumienia.
                          - Ale z rzezaniem Wagnera i jego załogi to nie jestem pewna. To jednak całkiem co innego. - Tu jednak westchnęła i pokręciła głową. - Zresztą po co chcesz ich rzezać? Jak trafimy na tych piratów, to nam wszystko ułatwi. Będziesz miał w kogo wsadzić w topór. Nawet jak któryś z nich ocaleje to raczej nikt po nich nie będzie płakał. Za piractwo, rzeczne czy morskie i tak jest stryczek. Tak samo jak za rabowanie i trupienie na trakcie. A jak zdobędziemy ten ich statek to nie będzie miał załogi bo ich wyrżniemy. Trzeba będzie obsadzić wiosła i pewnie zostawić Wagnera i przesiąść się na tą piracką krypę. Jeszcze nie wiadomo jaka duża ta łajba i ilu trzeba ludzi aby ją obsadzić. Dlatego teraz, jak wrócimy od tych alchemików, to dobrze by było rozejrzeć się nie tylko za namiętnymi ladacznicami i dziewojami ale i kogo by można skaptować. O, chyba, że ladacznice by kogoś znały. I to samo w Saltmundzie. Bo nie wiadomo czy nas starczy do obsadzenia nowej krypy. Co prawda z prądem się płynie łatwiej no to może nas by starcztyło. Ale też nie wiada w jakim będziemy stanie. Widziałeś jak Astrid i Lars oberwali od tych orków. To po co mamy rzezać Wagnera i jego ludzi? - Ladacznica przedstawiła swoje przemyślenia jak to wszystko widzi. I dało się wyczuć, że o ile na różne harce z Juttą czy bez, jest chętna to do samej walki i mordowania się nie pali. No ale była oszustką i złodziejką a nie wojownikiem czy mordercą.
                          – A co, jeśli piraci nie napadną? – zapytał Egon, który brał taką opcję całkiem poważnie.

                          Był to poważny szkopuł w całym planie: piraci mogli napaść, ale, z drugiej strony, jak przemyśliwał rzeczy Egon, z czasem korabie podróżujące po rzece Salz w górę stawały się coraz bardziej dozbrojone. Prawda to, rzecz była świeża i pewnikiem wielu kupców mogło zlekceważyć zagrożenie, jednak piraci rzeczni istnieli dopóki, dopóty opłacało się łupić barki i proceder był w miarę tanim kosztem, poderżnąć gardła paru łyczkom i gracko wywinąć się.

                          – Dla Wagnera lepiej, żeby ci piraci wzięli i zaatakowali, bo jak nie, to sam położy karku. Ja z tej rejzy bez statku nie wychodzę. Annika, Silny, Rune dostali już ode mnie cynk, że jak piraci nie zaatakują, to dam znak i robimy przejęcie. Co, przecież tyle nie będziemy się telepać, by jeno do Salzenmund dobiec. A i Lars gadał, że Jutrzenka to rzecz do sprzedania, jeśli przyjdzie co do czego, to i tydzień w Salzenmund przepędzimy, zanim wieści o porwaniu statku się rozejdą.
                          - Myślę, że piratami to nam Jutta pomoże ale z Wagnerem to nie wiem. - Po chwili zastanowienia, rozmówczyni wzruszyła ramionami, na znak, że trudno jej przewidzieć reakcję mytniczki na pomysł rzezania zwykłych marynarzy. - Widziałeś ten tłok na dole? I na przystani? Oni wszyscy czekają aż sprawa z piratami się wyjaśni albo na wynajem ochrony. Albo po kilka łodzi będą płynąć. To oznacza, że w górę rzeki jest dla piratów mniej łodzi do napadania niż normalnie. To zwiększa nasze szanse na spotkanie z nimi ale czy rzeczywiście ich spotkamy to nie wiem. - Przyznała też, że okoliczności sprzyjają ich planom ale ich nie przesądzają. - Jakby doszło do rzezania Wagnera to ich jest ze dwa razy więcej niż nas. Samych wioślarzy jest z dziesiątka. Nie sądze aby z nich jacyś wielcy wojownicy byli, na ciachanie tych orków na brzegu, żaden nie poszedł. Ale zawsze jest szansa, że któryś wyskoczy za burtę i rozpowie kto ich napadł. Wtedy my będziemy piratami i będą nas szukać. - Dała znać jakie widzi ryzyko do rozważenia. Ale w końcu klepnęła wojownika po przyjacielsku w ramię. - Chyba faktycznie dla nas wszystkich lepiej abyśmy spotkali tych piratów. - Uśmiechnęła się i spojrzała w stronę drzwi. - Chyba Jutka wraca. - I rzeczywiście zaraz drzwi otworzyły się i mytniczka w białych bryczesach, wróciła do apartamentu. Weszła do środka i westchnęła cicho.
                          - Dwóch kolegów tam dziś nocuje. Więc są wolne tylko dwa miejsca. No ale zapytałam ich czy moi koledzy mogą tam dziś nocować jak ja będę gdzie indziej to się zgodzili. Więc dwie osoby by miały nocleg za darmo. - Streściła im czego się dowiedziała od kolegów po fachu. Łotrzyca skinęła głową przyjmując to do wiadomości. - Teraz i tak zaraz pójdą na główną izbę aby zjeść kolację i pograć w karty więc pokój będzie wolny. Można by się tam zabawić póki nie wrócą. - Dodała jakby na pocieszenie.
                          - Zaraz to my będziemy musieli iść do tych alchemików. Jak wrócimy to nie wiadomo gdzie ci dwaj będą. No ale dla Rune i Silnego by było miejsce. Chociaż nie wiem czy Silny chciałby nocować z dwoma strażnikami. Może jakby cycata ladacznica go zajęła to nie będzie zwracał na to uwagi. Albo pójdzie z nią na strych stodoły. Trzeba będzie go zapytać. A na ladacznicę czy dwie to ci twoi koledzy by kręcili nosem? - Rudowłosa pokręciła głową na boki gdy oceniała jakie mają możliwości a na koniec jeszcze zapytała celnik o ten detal.
                          - Chyba nie. Zwłaszcza jakby też mogli skorzystać a nie musieliby płacić. Ale to też trzeba by ich zapytać. - Jutta odparła po chwili zastanowienia. Więc obie spojrzały na Egona, co on na to wszystko.
                          – Silny dostanie kurwę to będzie zajęty przez całą noc – sarknął Egon, znając praktyczną naturę wykidajły z Neues Emskrank. – Nie trza mu za dużo. Ha. Choć, po prawdzie, i mi nie trzeba, he, he. No. Jak dostaną pokój za darmo i jakieś panienki do dupczenia im sprawimy, to narzekać nie będą, jeno dziękować. A że w kwaterze szlachciców nocować będziemy, to nie musimy rozpowiadać, nasza sprawa.

                          Egon postanowił zmilczeć rzecz z opanowaniem statku. Mogło być i tak, że Burgund miała rację i że całą rzecz można by było zostawić aż do punktu krytycznego. Jeśli będzie im sprzyjać szczęście, wszystko pójdzie bez zbędnego rozlewu krwi. Postanowił tedy zostawić ten temat i nie wracać do niego, póki co.

                          – Dobra, to co, schodzimy? – zapytał Egon, który chciał dopiąć sprawy.
                          - No to chodźmy bo się Silny będzie dopytywał co nam tyle zeszło. Pójdziemy do tych ladacznic i zamówimy coś dla nas wszystkich, zanim ktoś nam je zgarnie sprzed nosa. I jeśli Astrid już jest na dole to ją możemy zapytać. Bo trochę szkoda aby ją posłać do mytników albo do stodoły. A może i ona się dołoży na jakąś ladacznicę. Albo dla nas taniej wyjdzie. - Burgund złapała pod jedno ramię Egona, pod drugie Juttę, i ruszyła do wyjścia. Przeszli przez korytarz, na schodach minęli jakiegoś mężczyznę co wchodził na górę. A gdy wrócili na dół to przywitał ich ten sam gwar i zaduch jak wtedy gdy wchodzili tu z dworu. Zastali Silnego jak stał ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Rune, Lars i Astrid siedzieli na ławie przy jednym ze stołów. Kawałek dalej stał Gezackt, Giętki i Martin. Widać czekali na nich bo łysy skinął powracającym z piętra towarzyszom na przywitanie.
                          - No i co? - Zapytał czekając z jakimi wieściami przychodzą. Trójka na ławie też podniosłła głowę co z ich ustaleń wyszło.
                          – Dobra jest – rzekł Egon, który postanowił mówić jeno tyle, co wystarczało do poprowadzenia rzeczy do przodu. – Pokój mytniczki dla was, ale trza się jeszcze rozmówić z dziewkami, co by wam przez noc towarzyszyły.

                          Egon umyślnie zostawił rzecz sprawdzania pokoju szlacheckiego, w którym właśnie byli.

                          – Z Gezacktem jeszcze gadać mi przyjdzie, ale rzeknij mi, jak by to pasowało? Widzieliście ten pokój Jutty? Tam przyjdzie wam bez kosztu, jeno dziwki trza opłacić, ale jeśli wam braknie nieco, to bym się dołożył.
                          - No właśnie Silny, bo gadaliśmy, że trzeba te ladacznice zobaczyć aby nam ich nie zgarnęli sprzed nosa. A tam widziałam są ze dwie, trzy takie cycate jak lubisz. I właśnie gadaliśmy jak się nimi podzielić. - Burgund szybko dołączyła się do rozmowy i od razu posłała spojrzenie na stół z ladacznicami. Co razem z tym co mówił gladiator, sprawiło, że i mięśniak z portowych doków, też tam spojrzał.
                          - He he, pewnie, też widziałem, że są takie co by je było gdzie złapać. To chodźmy a potem do pokoju. - Łysol zaśmiał się chrapliwie, ucieszony takimi wieściami. I skinął głową aby podążyli za nim na negocjacje z płatnymi kochankami. Za jego plecami łotrzyca posłała gladiatorowi szeroki uśmiech i szepnęła mu.
                          - To ja go idę zagadać a ty powiedz im jak jest i też dawaj do nas. - Wskazała na siedzącą trójkę jaka była zbyt obolała aby swobodnie samemu chodzić. Ale też czekali na wieści dotyczące dzisiejszego wieczora. A rudzielec szybko podążyła za mięśniakiem.
                          - To co wymyśliliście? - Lars zapytał Egona gdy sytuacja się nieco uspokoiła.
                          - Chyba nie będziemy tu spać na podłodze? Razem z nimi wszystkimi? - Astrid lekko skinęła blond głową na resztę izby. Jakby obawiała się, że przy takim tłoku to nie starczy dla nich miejsca aby spać w bardziej cywilizowanych warunkach. Rune na razie czekał co z tego wszystkiego wyjdzie.

                          Egon w istocie nieco zapomniał o Astrid i Larsie, którzy w jakiś niepojęty sposób zniknęli podczas całego zamieszania. Cóż, była to jego pierwsza wyprawa do Salzenmund, bowiem gladiator rzadko kiedy podróżował wzdłuż rzeki, niewprawny w morskie (ani i rzeczne) wojaże.

                          Egon stwierdził - cóż, wszakże w pokoju dla szlachty był on sam, Burgund i Jutta i w zasadzie wszyscy, poza być może dziewkami z burdelu.

                          – Dwa pokoje mamy – rzekł Egon wreszcie. – W pierwszym Rune i Silny i ich ladacznice, licz czterech luda w pokoju. Potem my, znaczy się, ja, Burgund i Jutta. Pokój spory, ale jak byście chcieli dołączyć, to trza nam chyba zrezygnować z kurew, za dużo luda jak na jeden pokój. Ale zmieścić się powinniście bez problemu, jak wejdziecie, choć może nie wszyscy na łożu.

                          Wzruszył wreszcie ramionami. Egon musiał przyznać, że cała ta gadanina poczęła go mitrężyć, skoro stajnia i burdel były przecież otwarte. Ciekaw jednak był zdań Larsa i Astrid i, cóż, Anniki.
                          - Dwa pokoje na nas wszystkich, to trochę mało. - Lars zadumał się gdy usłyszał te wieści. Podrapał się po brodzie i w końcu wzruszył ramionami. - Ale ja dziś muszę odespać te orcze topory. - Poklepał się z uśmiechem na rozdarcie kolczugi jakie zielonoskórzy mu sprawili. - Wezmę sobie miejsce na dachu stajni. Tam powinno być cicho i sucho. Z dala od tej czeredy. - Wskazał kciukiem na większość sali za swoimi plecami.
                          - No jak macie dla mnie pokój z Silnym to w porządku. Biorę to. - Rune też był zadowolony z takiego przydziału. Obserwował plecy mięśniaka i łotrzycy. Ci zatrzymali się przy stole z młodymi kobietami w śmiałych kreacjach i zaczęli z nimi rozmowę.
                          - No ja bym jednak wolała spać w pokoju. Najlepiej w łóżku. Ale jak chcecie to mogę się na ladacznice i wino dorzucić. Chociaż Jutta też mi się spodobała to może być. Chyba jest za darmo co? - Córka jarla nie była aż tak niewybredna jak koledzy ale starała się dorzucić coś od siebie do wspólnej puli. A w międzyczasie wróciła czarnowłosa służka lady Mannlieb. Sprawnie lawirowała między zatłoczonymi ławami i stołami.
                          - Coś mnie długo trzymało. Ale podsłuchałam, że na podwórzu chyba jakaś bitka będzie czy co. Ale to chyba dopiero się zbierają. No chyba, że się rozejdzie po kościach to nie będzie. A co tam u was? Wiadomo już gdzie śpimy? - Streściła im świeżą plotkę bez większego zainteresowania machając dłonią z kierunku skąd przyszła. Ale też chciała wiedzieć jakie mają plany na nocleg.
                          – To może pójdziemy zobaczyć tą bitkę? – Egon zastrzygł uszami, słysząc, że będzie jakaś walka. – A jak wam dwa pokoje nie stykną, to mógłbym wam wyłożyć jeszcze żeliwo na noc w bordelu, ale musielibyście wziąć sobie ladacznicę. Burdel to burdel, a nie jakaś tam przystań.

                          Egon przemyślał rzecz jeszcze raz: w pokoju szlacheckim będzie on, Jutta, Burgund i Annika z jedną kurtyzaną, co dawało pięciu ludzi. W izdebce Jutty będzie Silny i Rune i ich ladacznice, czyli czterech luda.

                          – Zda mi się, że najlepiej będzie dla was dołączyć do nas albo do Rune i Silnego – wzruszył wreszcie ramionami, nie wiedząc, jak rozwiązać problem Astrid i Larsa. – To albo wynajmiecie kurwę z pokojem w zamtuzie.
                          - Chyba jeszcze nie zaczęli. - Czarnowłosa pokojówka spojrzała w głąb izby - Słyszałam ich przez drzwi bardachy to nie wiem którzy to gadali. - Przyznała z pewnym rozżaleniem.
                          - Jak będzie jakaś bitka to na pewno to usłyszymy. Ludzie zawsze się zbiegają aby to oglądać. - Lars też powiódł spojrzeniem po sąsiednich stołach ale wydawał się sądzić, że porządna bitka to nie przejdzie niezawuażona.
                          - Egon ale w pokoju mytników to będzie jeszcze dwóch mytników. A tam są dwa piętrowe łóżka. - Jutta przypomniała kochankowi o ograniczonej pojemności darmowego noclegu.
                          - Ja tam mogę spać gdziekolwiek. Nie chcę wam robić kłopotu. Ale jakbym mogła z tobą to by było miło. A jak nie to trudno, może jutro na statku się coś uda skręcić albo w Saltmundzie. - Annika zaznaczyła, że sama nie jest wymagająca jeśli chodzi o nocleg. Chociaż przyznała, że opowieści koleżanek co się działo w kajucie, wyostrzyły jej apetyt na głębsze poznanie mytniczki.
                          - To jak tak ciasno to możemy wynająć ladacznice i pokój w zamtuzie. Szkoda Lars abyś sam spał w tej stajni. A i mnie będzie raźniej jak będę miała kogoś swojego. Ty Annika jak chcesz, to też możesz do nas dołączyć. - Astrid wrociła tematem do noclego. Spanie w stodole niezbyt jej odpowiadało a jak dwa wspomniane pokoje były już dość zajęte to zaproponowała zamtuz.
                          - No jak córka jarla zaprasza to nie wypada mi odmówić. - Morski wilk zaśmiał się rubasznie ale wydawał się być zadowolony z takiej propozycji.
                          - To może pójdziemy wybrać te ladacznice? - Jutta wskazała na plecy Silnego i Burgund. Wyglądało na to, że całkiem wesoło sobie rozmawiają z płatnymi kochankami. - Jak się z nimi umówimy to będziemy mogli pójść do tych alchemików. Bo nie chciałabym z lasu wracać po zmroku. - Mytniczka popatrzyła na nich pytająco.
                          - Ja sobie dziś daruje spacery. - Lars uśmiechnął się i wskazał na swoją poszarpaną orczymi toporami kolczugę. Rune i Astrid też dali znać, że wolą zostać na miejscu.

                          – Dobra, to chodźmy zobaczyć te kurewki, co Silny i Rune będą dzisiaj obracać – Egon zgodził się z Juttę. – Potem do alchemików pójdziemy. Ale ja bym najpierw kurwy chciał wybrać. Ty Burgund znasz się dobrze, chociaż ty Jutto z Hubertem nie raz puszczałaś się w swawole. Ja bym, uważasz, dla Silnego i Rune chciał takie, co by zmieścić dużo mogły, bo tych dwóch to wojownicy jako i ja, byle piczka im nie dogodzi. A i też dobrze, abyśmy mieli taką, co lubi poczuć bat na swym grzbiecie. Sam smagać ją będę i brać, tedy musi być niby bretoński gniadosz, znaczy się, jeździć na niej można godzinami i jeszcze podobać jej się będzie, jak usłyszy dźwięk witek. No! Ale dość gadania. Chodźmy.

                          I poszedł tak, jak przykazała Burgund.

                          Po rubasznej wypowiedzi gladiatora, wśród jego towarzyszy rozeszły się swawolne śmiechy. O ile jeszcze mytnik czy norsmeńska szlachcianka starały się zachować jakiś umiar to Annika, Rune i Lars rechotali bez żenady. Aż się Silny z Burgund z zaciekawieniem obejrzeli się za siebie, co ich tak rozbawiło.
                          – To ja też chcę taką. Brzmi jak moja milady. Gdy się z nią zabawiamy a z niej bardzo zdrowa i lubieżna klacz. ~ Annice błysnęły oczy jakby zamówienie gladiatora bardzo przypadło jej do gustu. I nachyliła się aby szepnąć mu do ucha. A potem roześmiała się i poszła w stronę stołu zajmowanego wyłącznie przez młode, wydekoltowane kobiety.
                          – A mnie też będziesz smagać i brać? Tak jak w kajucie? Ja też mogę wiele zmieścić i to nie tylko w piczkę. Jak chcesz jeszcze jedną, to mogę pogadać z tą moją koleżanką ze stajni. Ona też lubi takie zabawy. ~ Jak tylko pokojówka lady Mannlieb zwolniła miejsce u boku gladiatora to celnik chętnie je zajęła. Niby szli we dwójkę w stronę pracujących tu kobiet ale widać było, że słowa brodacza pobudziły brunetkę i nabrała ochotę na wieczorne swawole takie jak parę dzwonów temu w kajucie. No ale już znaleźli się na miejscu. Trafili właśnie na środek rozmowy.
                          - Tylko mi powiedz gdzie chcesz skończyć? W ustach? Na twarzy? Na dekolcie? A może w środku? Tam z tyłu czy na plecach też lubię. - Jedna z ladacznic lekko wstała i przez stół patrzyła kusząco wprost na twarz Burgund. Jej pełny biust aż wylewał się z bardzo śmiałego dekoltu a i z twarzy była ładna. Łotrzyca nachyliła się ku niej, jakby chciała jej coś szepnąć albo nawet pocałować. Ale wtrącił się Silny.
                          - Ej chwila! Jak to ona!? Ona w tobie nie skończy! Nie ma czym! To ja miałem być! - Był wyraźnie rozbudzony i zirytowany jakby kamratka Łasicy znów psuła mu szyki.
                          - Ależ to nie jest wykluczone mój lwie. Ale to twoja koleżanka pytała o moje możliwości więc jej demonstruję. - Ladacznica obdarzyła go uroczym uśmiechem jakby to była tylko kwestia ceny aby nim się zajęła tak jak mówi. Łysy akurat zorientował się, że gladiator do nich podszedł.
                          - Egon! Chcę tą! Dawaj tą dla mnie! - Wskazał na rzeczoną ladacznicę i był bardzo zdecydowany. Za jego plecami gladiator dojrzał jak Burgund kiwa głową na znak zgody.
                          - Myślę, że oboje pasujecie do siebie na tą noc. - Rzekła na głos pokazując na ladacznicę i jej łysego klienta.
                          - Dla nas to chyba Ingrid byłaby dobra. - Jutta cicho rzekła do Egona, wskazując na blondynkę ubraną w norsmeńskim stylu. - Albo Adele. - Pokazała na brunetkę siedzącą obok. Długie, ciemne włosy i nieco śniada cera, nadawały jej tileański lub estalijski wygląd.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine jako Egon Herschkel
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #337

                            Akurat żadna z nich to nie była ta, która wpadła portowemu oprychowi w oko. A też wyglądały gładko i jędrnie. Wszystkie wydawały się być rozbawione dotychczasową rozmową.

                            Egon zarechotał na słowa pokojówki lady Mannlieb, dając gest, że później się do sprawy wróci.

                            – Możesz wziąć, Silny – Egon zbyt nie był jakoś przywiązany do tego, którą z rzecznych ladacznic przyjdzie mu chędożyć. – Dobrze gadasz, Jutta, Adele zda mi się najlepsza dla nas. Ingrid niechaj dołączy do Silnego i Rune, będą chłopy miały dość roboty na noc, ha!

                            Podszedł do Adele. Postanowił rzecz załatwić czym prędzej, bo noc uciekała, a oni jeszcze potrzebowali wstąpić do pracowni alchemicznej. Egon głowił się, ileż to lecznicze dekokty mogły kosztować - oczywiście, najwięcej pewnie musiał dostać Lars, ponieważ najwięcej razów dostał od orczego topora. Być może później, po drodze, mógłby rozpytać, czy przypadkiem w okolicy nie było więcej orczych napadów? Wszak zielone bestie zdawały się nie znać żadnego pana poza swoimi wodzami, jednak Egon czasem widywał na ich łysych czaszkach znaki, które przywodziły mu na myśl Krwawego Ogara. Egon ciekaw był, czy może jeśli pokazałby im fetysze albo banner, to czy dzikusy nie zatrzymały się przynajmniej, widząc swojego? Interesująca to była rzecz, ale nie na teraz.

                            – Witaj, nadobna pani – skłonił się. – Zostaniesz z nami na tę noc?
                            - Czemu nie kawalerze. - Brunetka uśmiechnęła się zalotnie. Po czym spojrzała na rudzielca. - Słyszałam, że macie duży rozmach co do planów na dzisiejszą noc. - rzekła jakby coś już Burgund zaczęła rozmowy w tej sprawie, zanim reszta do nich podeszła.
                            - Adi, taka zdrowa i namiętna dziewczyna jak ty, na pewno podoła wyzwaniu. - Łotrzyca starała się ją zachęcić aby się zgodziła. Nawet nachyliła się nad stołem, przez co prowokująco wypięła się dla koleżanek i kolegów. Annika bez skrępowania zaczęła oglądać jej tylny profil. Jednak rudzieleć coś zaczęła szpetać ladacznicy na ucho. Nieco się odsunęła aby sprawdzić jej reakcję.
                            - Doprawdy? - Adele popatrzyła na nią, jakby nieco z niedowierzaniem a nieco z rozbawieniem. Ta jednak pokiwała głową. - No cóż… To jak za całą noc to by było 20 monet. No chyba, że coś wymyślicie co podróży stawkę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na Egona i resztę czy pasują im takie warunki. Burgund też się wyprostowała i teraz zaczęła szeptać na ucho gladiatora ~ Powiedziałam jej, że mamy apartament szlachecki i dużo zabawek. I za dodatkowe osoby to zwykle bierze się więcej a ceny są za jeden na jeden. To powiedziałam jej, że głównie tobą by musiała się zajmować bo ja z Anniką weźmiemy się za Juttę. Ale wiesz jak jest, jak już będzie z nami w pokoju i zabawa się rozkręci to pewnie i tak się wszystko wymiesza. ~ Dziewczyna z ferajny miała niezłą orientację w cenniku i zwyczajach ladacznic i zdawała sobie sprawę, że Adele czy któraś z jej koleżanek może zażądać więcej niż za zwykłe figle z jednym klientem. Więc starała się jakoś jej to osłodzić aby pozostała przy standardowej stawce. Na razie płatna, biuściasta brunetka zgodziła się ale zostawiła sobie furtkę jakby okazało się w nocy, że wymagają od niej czegoś więcej niż się teraz umawiali.

                            Egon musiał przyznać, że rozeznanie Burgund w całej tej sprawie było zaiste tak dalekosiężne, jak nurty rzeki Salz, stąd aż do rozlewiska na Morzu Szponów. Zdawało się, że ulicznica dobrze rozumiała zwyczaje kurtyzan, toteż miał nadzieję, że kiedy przyjdzie im przekroczyć bramy Salzenmund, w podobny sposób uda jej się pociągnąć rzecz z krypą, którą wkrótce mieli posiąść, w ten czy inny sposób.

                            – Rozmach rozmachem, ale żeliwo zgadzać się musi – Egon podrapał się po swoim kudłatym łbie z roztargnieniem. – Dziś Adelo będziesz usługiwać jeno mi, a z mymi przyjaciółkami zaczniesz, kiedy będzie ci się podobało lub też nie. Tedy myślę, że cena pasuje? Opłacę z góry, ile trza.

                            I sięgnął do swej kabzy z grosiwem.
                            - Oczywiście Adi, będzie mi przykro jeśli ja bym nie spełniała twoich gustów no ale dobrze, zrozumiem jeśli tylko Egon ci się podoba. - Burgund świetnie sparodiowała dramatyczny ton i pozę, kładąc sobie dłoń na piersi jak jakaś aktorka odgrywająca starożytne tragedie. Wyglądało to tak komicznie, że i ladacznice, i ferajna Egona, roześmiali się serdecznie rozbawieni.
                            - Burgund, wiesz przecież, że różne rzeczy mogą się wydarzyć. Zwłaszcza jak chodzi o tak urodziwe i zabawne dziewczęta jak ty. - Adele odparowała w podobnie kokietującym stylu jakby towarzyszkom gladiatora nie była niechętna. No ale trzeba było się rozliczyć.
                            - Ale robisz to z kobietami? Dobra jesteś w takie zabawy? - Annika włączyła się do rozmowy i przyglądała się płatnej kochance z zaciekawieniem. Ta uśmiechnęła się i wezwała ku sobie Ingrid jaka siedziała obok. Blondynka zbliżyła się ku niej i zaczęły wolny pocałunek. Mimo łagodności kilkuosobowa widownia przyglądała się temu z zaciekawieniem.
                            - Czy tak może być? - Adele zapytała czarnowłosej pokojówki gdy jeszcze obejmowała swoją blond sąsiadkę.
                            - Tak! Też tak chcę! - Annika roześmiała się serdecznie, w pełni usatysfakcjonowana. - A myślicie, że tą blondynę też możemy wynająć? - Ciszej zapytała kolegów i koleżanek jacy przeliczali monety ze swoich sakiewek.
                            - No ja bym bardzo chętnie ją wzięła ale nie wiem czy nas stać. Chyba, że ciebie. - Burgund odparła gdy przeliczała na dłoni kolejne monety.
                            - Ja mam z pięć brzdęków. Może dziesięć. Moja milady mi dała. Jak trzeba to mogę komuś w pysk dać. Może z tego by parę groszy było? - Czarnowłosa też sięgnęła do swojej sakiewki. Ale widać było, że jest dużo cieńsza niż kolegów i koleżanek. - Milady dała mi też jedwabne majtki. Może za nie coś bym dostała? - Popatrzyła pytająco po towarzystwie.
                            - Może jak się te majtki spodobają którejś z dziewczyn to ci weźmie nieco taniej. Może z parę monet. - Burgund odparła tonem znawczyni tematu. - Jakby mi się spodobały to bym wzięła od klienta. - Uśmiechnęła się do pokojówki. - Ciekawe jak tu grają. Może dałoby się coś ugrać na dzisiaj. Jacyś frajerzy do wygolenia zawsze mile widziani. Tylko nie mój teren to nie wiem czy jacyś dzisiaj tu są. - Ruda głowa podniosła się aby rozejrzeć się po sali. Owszem widać było, że tam czy tu grają w kości albo karty i to całkiem popularna rozrywka. Ale trudno było tak na oko ocenić jakiej jakości są to gracze.
                            – Styknie nam Adele, cokolwiek więcej chyba nam nie trza – Egon wzruszył ramionami. – A i tak będzie dość ciasno, jak może i Astrid przyjdzie, któż tam wie, co jej w głowie siedzieć może. Przeto miarkować się trza, izdebka wszakże wyśmienita, ale żebyśmy czasem tym chędożeniem ludziom się na głowy nie zwalili. No i… Trza nam pamiętać, że jeszcze nieco żeliwa trza, żeby mistrzów od wywarów opłacić, nie znamy wszak jeszcze cen.

                            Zmiarkował, że Burgund gada jeszcze o grze w kości.

                            – Nie moja rzecz, jak umiesz, to możesz uderzać do nich – Egon poniechał sprawy hazardu, był bowiem dla niego tak samo zrozumiały, niby magia, którą władał przebudzony czarownik Gonsar w swym mrocznym kurhanie. – Ale jak się zakręcisz, to wygraj co, a nie stratna bądź, he-he – klepnął Burgund w ramię.

                            Zrozumiawszy, że sprawa z Adele była już zagospodarowana, Egon wyłożył swe monety na stół.

                            – Dobra, to co, idziemy do alchemików? Burgund, jak chcesz się rozeznać w grze, możesz zostać. Może niechaj Jutta idzie ze mną, może zna te mistrze, co się w warzeniu dekoktów specjalizują?
                            - No to może zostanę. Z tymi miksturami to wiele wam nie pomogę. Chyba, że do łożnicy by mieli to bym mogła się zakręcić. - Burgund chętnie przystała na pomysł aby została na miejscu. Po czym spojrzała jeszcze na pokojówkę lady von Mannlieb. - Annika, chyba na początek ja i Jutka będziemy musiały ci wystarczyć. A Egon zajmie się Adele. A potem to widziałaś, jak jej się spodoba to się do nas dołączy. A na pewno się spodoba bo przecież takie rasowe klacze jak my, to komu by się nie spodobały! Na początek ty i ja weźmiemy Jutkę w środek i zobaczymy jaka jest giętka i pojemna. Co ty na to? - Łotrzyca zagadała wesoło do czarnowłosej aby tej nie było tak żal, że stać ich tylko na jedną ladacznicę.
                            - No my się jeszcze nie miałyśmy okazji poznać. Ale tak jak Burgund mówi, myślę, że może być całkiem ciekawie. - Mytniczka też była dobrej myśli na takie zabawy. Więc i Annika się do nich uśmiechnęła.
                            - No pewnie, że tak. Dobra, to niech Lars i Astrid sobie wezmą tą Ingrid albo inną. Ja pójdę z wami. - Rozpogodziła się i machnęła ręką na bliższe zapoznawanie się z blond ladacznicą tej nocy.
                            - No dobra to jesteśmy umówieni. To ja idę z Egonem do tych alchemików. Ktoś jeszcze idzie z nami? - Celnik rozejrzała się po gladiatorze i towarzystwie. Na razie tylko łotrzyca się zadeklarowała, że zostaje na miejscu.
                            - A co, zgubicie się czy co? - Silny popatrzył na nich nieco kpiąco.
                            - Jak chcecie to ja mogę z wami pojść. Ale nie znam się na tych miksturach. - Annika zaoferowała swoje towarzystwo.
                            – Wspaniale – Egon zatarł ręce, widząc, że wszystko układa się, jak ma. – Annika, możesz pójść z nami, jak chcesz.

                            Egon wolał pójść z Juttą przede wszystkim - prawdopodobnie znała tutejszych i być może Egon mógł się z czasem powołać na jej autorytet i znajomości, tudzież przywołać opowieść o lady Froyi van Hansen i orków. Może jeśli to zrobi, to mistrzowie alchemiczni dają mu nieco upustu? Miał się wkrótce o tym przekonać.

                            Skinąwszy na swe dwie towarzyszki, skierował się do wyjścia z Łabędzia, choć tu i ówdzie rzucał spojrzenia za siebie, bowiem wieść o tym, że miała być bitka sprawiła, że krew buzowała mu w żyłach nieco mocniej. Jeśli trza by było ustawić paru łyczków, nie pogardziłby tym, bo od czasu bitwy z orkami minęło już nieco czasu.

                            Wyszedł wreszcie.
                            - To idźcie. Jakbyście trafili na jakieś zdrowe, namiętne wieśniaczki to dawajcie je do nas. - Burgund pomachała im dłonią na pożegnanie i uśmiechnęła się szelmowsko.
                            - Tu Egon to sobie poradzisz. Ale ja to zostaje jakbyś tą wywloka wkurzyła kogoś na tyle, że chciałby jej przylać. No i… - Silny obdarzył łotrzyce uśmieszkiem pełnym wyższości na co ona przewróciła oczami. Ale też na koniec spojrzał w stronę trójki poszkodowanych w walce z orkami. Astrid, Lars i Rune dzielności nie brakowało ale w tej chwili nie byli w najlepszym stanie.
                            - To bawcie się dobrze. My do zmroku powinniśmy wrócić. To trochę więcej niż pacierz w jedną stronę. - Jutta też pożegnała się od siebie. Po czym obie z Annika, wyszły za gladiatorem. - Tędy do bramy lądowej. Musimy wrócić zanim ją zamkną. A zamykają o zmroku. - Szatynka w białych bryczesach wskazała kierunek przed siebie. Znów szli chodnikiem z drewnianych bali, pomiędzy chatami i stodołami. Brama w palisadzie była otwarta. Na jej bokach były niewielkie wieżyczki, też z grubych bali. Ale nie aż tak wysokie i mocarne jak ta wieża nad rzeczną bramą. Gdy wyszli poza ogrodzenie dojrzeli kilka obejść. Chłopskie chaty, stodoły, obory, jakieś szopy. Właściwie to już wyglądało na małą osadę jaka przylegała do rzecznej tawerny.
                            - Tu jest kowal. Podkuwa konie i wyrabia różne metalowe rzeczy. Głównie dla klientów z Łabędzia. A tam głębiej jest bartnik. Ma miód, maści z miodu, wosk, świece z niego robi ale cicho bo nie ma licencji. Ale i tak w Łabędziu to głównie od niego miód i świece biorą. I miód pitny. Bo on chyba z Ostlandu albo Kisleva jest. A wiadomo, Ostlandczycy to w połowie Kislwvczyvy. Wesołe, dorodne córki ma. - Idąc przez osadę, mytnik tłumaczyła im co mijają. Aż minęli ostatnie budynki i znaleźli się na polnej drodze w lesie.
                            - To tędy. Do tych alchemików. Oni tu głównie mają skład. Bo wiadomo, wiele składników na te ich mikstury i maści to jest z lasu, rzeki albo bagien. Więc w mieście i to trudno i drogo. Więc zbierają i skupują tutaj. Ale większość wysyłają do Saltmundu. Tam mają sieć sklepów i aptek. - Opowiadała im po drodze co i jak tu działa na lokalnym rynku.

                            Magazyn alchemików

                            Egon szedł wolno. Zmierzchało się już, tedy mieszczanie z wolna poczęli rozpalać lampy olejne na swych drogach, które, jak zauważył, były różnorakiej jakości, inne od tego, do czego był przyzwyczajony w mieście: tu i ówdzie znalazły się kocie łby, które pozwalały na swobodny i szparki marsz, jednak w paru miejscach kamienie były zapadnięte, a droga przechodziła w ubity, nieco zabłocony trakt.

                            – Dorodne córki, powiadasz… – Egon pogładził brodę, wiodąc wzrokiem po domostwie bartnika, licząc, że właśnie miał owe dorodne córki zobaczyć. Ocknął się jednak i dodał: – Ano, co tam gadać, pewnie tu na miejscu niewielu mają do zrobienia porządnego interesu.

                            Język swędział Egona, żeby powiedzieć Jutcie o całym wybiegu ze statkiem, ale nie mógł zdradzić się ze swym zamysłem. Wtedy, niby przelotnie, zapytał:

                            – Tak po prawdzie nie znamy się długo. Rzeknij co więcej o tym twoim mytnikowaniu. Długo z tymi piratami kłopot macie? Z tym Haynrichem Wagnerem długo się znasz? Zdaje się, że człek konkretny, ale w poznać od razu, że w rzyci ma kij, niby lancę.
                            - No synów barnik też na jurnych ale ciebie to pewnie córki by bardziej interesowały. A takie zdrowe, rumiane, jedna blondynka druga kasztanka. Ta najstarsza to już wyszła za mąż to wyjechała stąd ale też była niczego sobie. Ta moja koleżanka ze stajni, to ich sąsiadka to trochę o nich wiem. - Jutta zaśmiała się na uwagę kolegi i powiedziała nieco więcej o rodzinie bartnika.
                            - Próbowałaś ich? Tych córek też? - Czarnowłosa spojrzała na nią zaciekawiona.
                            - Tak trochę. Zdarzało mi się kończyć z nimi na sianie w stodole ale to większe zabawy były. A to festyn, a to odpust, a to wesele. Tak jeden na jeden to ich nie próbowałam. Ale jak się z nimi spotkam to raczej jest sympatycznie. Jak chcecie to możemy do nich zajść jak będziemy wracać. Powiemy, że chcemy kupić maść na rany, świece albo miód pitny czy coś. I, że dopiero przypłynęliśmy to dlatego tak późno. - Celnik podsunęła im myśl do rozważenia. A na razie szli leśna drogą w głąb lasu.
                            - A Wagnera znam tak sobie. Regularnie pływam z Neus Emskrank do Saltmundu i z powrotem. Ale na różnych krypach. To czasem trafiam na niego. Inni mytnicy też tak robią. W Saltmundzie mają wilcze statki no ale one ruszają do grubych spraw albo od razu na morze. Tych piratów mieli szukać ale ich nie znaleźli. Oni to od niedawna grasują. Parę tygodni. Może miesiąc. To trochę dziwne, że nikt ich dotąd nie widział. Pozostawiają zakrwawione, puste łodzie i znikają jak duchy. Dziwne. - Zamyśliła się gdy mówiła o tych piratach. - A wy? Skąd się znacie? - Zerknęła na nich z ciekawością. Odkąd weszli w las, zrobiło się ciemniej. O ile nad rzeką dzień już się kończył ale wciąż było widno, to pod drzewami zmierzch przychodził wcześniej.
                            – Z miasta – odparł po prostu Egon, który, nauczony łganiem Łasicy i Burgund, wiedział, że najlepsze kłamstwa bywają półprawdami. – Ja sam jestem najemnikiem z Middenheim, ongiś na arenach biłem się… Choć po prawdzie i jeśli by dobrze płacili, to dawałbym w mordę łykom dalej. Moich kompanionów poznałem w Neues Emskrank w karczmach, ot, cała historia. Burgund przy kurwieniu się – Egon zaśmiał się.

                            – Do bartnika zachodzić nie trza, dużo nam roboty na noc będzie, a i wszystko opłacone – mówił, mając na myśli Adele. – Chodźmy czym prędzej do alchemików, zanim słońce zanim zajdzie. Łuczywa nie mam, a pewien nie jestem, czy polegać będzie można na lampach przy drodze.

                            Wiedziony przeczuciem, rzekł jeszcze:

                            – Sam bym tych piratów rad spotkał, wyglądają na sprawne bastardy. Tyle statków tak gracko ogołocić, dobrzy muszą to być wojownicy.
                            - Albo jakiś potwór. Właściwie jak nikt ich nie widział aby to opowiedzieć, to nie wiadomo kto to jest. - Mytniczka wzruszyła ramionami przekazując im kolejną plotkę o tych pirackich napadach. - No cóż. Mam nadzieję, że cokolwiek to jest, to temu podołamy. Chociaż ja to bym wolała bez przygód dopłynąć do Saltmundu. - Przyznała, że ona sama wacle nie pali się do walki.
                            - Ja to trafiłam do hospicjum przez dziwne sny. Myśleli, że jestem wariatka. I w ogóle agresywna. - Annika powiedziała coś o sobie. - Ale dzięki bogom Otto i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. I Marissę. Ona też tam siedziała. I powiem wam, że tak dobrze jak u mojej milady teraz to jeszcze nie miałam. Mamy z Marissą własny pokój. Są trzy łóżka a nas jest dwie. Codziennie mam jedzenie i taką lurę jak w hospicjum. No i nasza milady jest dla nas bardzo dobra i miła. I bierze kąpiel codziennie. A my jej pomagamy. - Czarnowłosa dodała nieco więcej szczegółów. Ale o snach oraz, relacjach ze swoją milady dość oględnie. Tylko enigmatyczny uśmieszek gdy spojrzała na gladiatora, sugerował kosmaty podtekst tej znajomości. Na razie jednak szli przez ten ciemniejący las. Aż mytnik powiedziała, że już niedaleko. I miała rację. Jeszcze ze dwa zakręty i zobaczyli bramę wjazdową i proste ogrodzenie z belek. Raczej przeciwko bydłu bo ludzie bez problemu mogliby przejść pomiędzy belkami. Gdy jednak podeszli jeszcze bliżej ujrzeli coś nietypowiego.
                            - A to co? - Annika zdziwiła się. Widać było dużą chatę i jakieś stodoły czy inne budynki gospodarcze. W niektorych oknach już paliło się światło. Ale najbardziej w oczy rzucał się powóz. Drogi, porządny, zaprzęgnięty w dwie pary koni. Godny szlachcica, bogatego kupca czy kapłana. - Tu zawsze tak jest? - Pokojówka milady zapytała mytniczki. Ta wzruszyła ramionami i odpowiedziała po chwili.
                            - Bo ja wiem. Nie za każdym razem jak nocuję w “Łabędziu” to tu zachodzę. Właściwie tylko ze dwa, trzy razy tu byłam. No ale cóż. Przynajmniej widać, że jeszcze otwarte. - Mimo, że też wyglądała na zaskoczoną tą sytuacją to wydawała się brać to za dobrą monetę. Na koźle siedział stangret i chyba z nudów obserwował ich nadejście. Miał na sobie brunatny, porządny płaszcz a pod spodem kubrak z barwnymi dodatkami. Chyba ich trójka idąc spokojnie, nie wzbudziła jego podejrzeń bo zachowywał się spokojnie. Gdy podeszli jeszcze bliżej i obeszli konie widać było trójkę pasażerów. Rosły mąż opierał się o słup ganku. U pasa miał miecz, pistolet a na sobie brygantynę. Wyglądał na ochroniarza albo wojownika. Co chwila pluł pestkami słonecznika jaki przeżuwał w flegmatycznym tempie. A przy samym wozie stały dwie damy. Młode, szczupłe, wypielęgnowane. Chyba o czymś rozmawiały ale jak zobaczyły nadchodzącą trójkę to zamilkły i obserwowały ich z zaciekawieniem.
                            - Moja milady ładniejsza. Ale te też całkiem, całkiem. - Annika szepnęła z krzywym uśmieszkiem patrząc na te dwie stojące przy powozie.
                            - Ciszej. To mogą być szlachcianki. - Jutta widocznie nie chciała kłopotów. Ale też ciekawie się przyglądała tym dwóm kobietom. Półmrok pod drzewami utrudniał już dostrzeżenie detali ale widać było, że mają eleganckie, barwne suknie, starannie upięte włosy i ładne, błyszczące kolczyki. - No ale tak, niczego sobie. - Po dwóch krokach zgodziła się z Anniką w ocenie atrakcyjności obu kobiet.

                            Egon, zorientowawszy się, że to niemalże już noc zapadała, stał się bardziej czujny. Choć tu, w miarę blisko Łabędzia, można było spodziewać się, że będzie jakaś ochrona, straż i tyle, ile tylko mogło wysupłać ze swej kiesy miasto, wojownik wiedział, że bandy orków i zwierzoludzi, czasem wygłodniałe i zdesperowane, mogły podchodzić i tutaj. Szczególnie zaś orkowie mogli szukać zemsty za rozgromienie ich na plaży. Zielonoskórzy zdawali się odradzać na podobieństwo hydry, okrutne niby rosomaki i gżące się między sobą na podobieństwo królików, przeto wybicie nawet całego plemienia lub wielu plemion nie gwarantowało bezpieczeństwa.

                            Kiedy doszli wreszcie do warsztatu alchemicznego, Egon przywitał widok bez większego zdziwienia. Wojownik spodziewał się, że wszak normalną rzeczą byłoby, gdyby chata mistrzów była chroniona jakoś znaczniej. Wiedział, że dekokty mogły być warte sporo złota, toteż chata mogła być celem zwykłych rabusiów, a i jakikolwiek mutant, który mógł zwiedzieć się dziwnymi ścieżkami mógł obrać ją sobie na cel.

                            – Witajcie, moiściewy – Egon skłonił się prewencyjnie, nie wiedząc, z kim ma do czynienia. – Jakże dzień minął? My do mistrzów warzelni po dekokty, bo kompanioni nasi ranni.

                            Wyrzekłszy te, zdało mu się, dość neutralnie brzmiące i w miarę dyplomatyczne słowa (cóż - wszak nie był blagierem pokroju Burgund albo Łasicy), oczekiwał odpowiedzi.
                            Skoro on się zatrzymał aby się przywitać to i jego obie towarzyszki zrobiły to samo. Skinęły głowami do jego słów. I na przemian wodziły wzrokiem po całej trójce stojącej na ziemi i jeszcze woźnicy na koźle. Ten akurat wyjmwował i nabijał fajkę i tylko im skinął w odpowiedzi. Ten ochroniarz przy słupie lekko wzruszył ramionami jakby mu było wszystko jedno. I sięgnął po kolejne ziarno słonecznika, jaki wsadził sobie do ust. Więc przywitanie się, przejęły te dwie młode kobiety.
                            - Witaj kawalerze. Może trochę poczekasz? W środku jest nasz szef i załatwia interesy. Nie lubi jak mu się przeszkadza. Może poczekasz tu z nami, na niego? - Zaćwierkała słodko pierwsza z nich. Druga pokiwała głową na znak zgody.
                            - Koleżanki też zapraszamy. Co tak będziemy słupy podpierać jak Plujka. - Wskazała na tego w pikowanym kaftanie. Ten lekko pokręcił głową i beznamiętnie wypluł kolejną pestkę. Jutta i Annika popatrzyły na to wszystko i na koniec na Egona.
                            – Oni też chyba nie są stąd – Szepnęła mytniczka ale nie była pewna jak teraz postąpić.

                            Egon zmrużył oczy na wzmiankę o “szefie” i o tym, że coś tam stary miał załatwiać jeden na jeden z alchemikami. Jego ręka instynktownie powędrowała na rękojeść topora, jak gdyby cała rzecz miała być jakimś wybiegiem. Lub, może, z drugiej strony, naprawdę był to jakiś kupiec, co zamarudził na szlaku i dopiero teraz musiał się odkuć?

                            – Zwę się Egon, Salzenmund – umyślnie zrobił pauzę między swym imieniem, by nie było od razu jasne, czy pochodzi z Salzenmund czy do niego zmierza. – Późny wieczór jest, lulki palicie? Całkiem zacne mam, w mieście kupiłem… Myśmy z towarzyszami do mistrzów dekoktów przyszli, bo kompanioni nasi ranni. Orkowie, uważacie? Przeklęte bestie poraniły nas. Pryncypał wasz także w interesach?

                            Egonowi nie podobała się rzecz. W nocy wszystko mogło się stać i cała rzecz zdała mu się na pierwszy rzut oka podejrzana. Kupiec nocną porą był rzadki, tedy postanowił się mieć na baczności.
                            - Miło cię poznać dorodny kawalerze. Ja jestem Mira a to moja przyjaciółka Katja. - Jedna z kobiet wskazała na tą drugą.
                            - I tak, lulki palimy. Chcecie trochę? Jak i tak czekamy na szefa to możemy chyba poczekać razem. Dla koleżanek też starczy. - Katja otworzyła drzwi do powozu i weszła tam na chwilę.
                            ~ One z tobą flirtują. ~ Jutta szepnęła do gladiatora. Wciąż miała minę, jakby nie była pewna co począć. Zerkała to na obie kobiety, ochroniarza co dalej żuł słonecznik, albo na świecące się okna chaty do jakiej zmierzali.
                            ~ Ja bym też z nimi mogła ale jesli nie lubią z dziewczynami to szkoda mi na nie czasu. Szkoda, że Burgund nie poszła. Ona się zna na takich gadkach. ~ Annika cmoknęła z niezadowolenia, że zabrakło im obrotnej, pyskatej łotrzycy. W międzyczasie Katja zwinnie zeskoczyła z powozu, trzymając małą szkatułkę. Obróciła się aby postawić ją na podłodze pojazdu, otworzyła, i chyba naprawdę zaczęła szykować te lulki.
                            - To spotkaliście jakieś orki? Daleko? Coś wam te paskudy zrobiły? - Mira wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem.
                            – Witajcie – Egon skłonił się raz jeszcze i szepnął do Anniki i Burgund – Cóż wam szkodzi? Chodźcie, jak wam nie wygodzi, to zostawicie rzecz.

                            Egon jednak sięgnął do swojego zapasu: wyciągnął faję i nabił ją odpowiednio. Miał co prawda parę zwitek, by nabić tytoń i na nie, jednak, nauczony w Neues Emskrank, zapalił nieco i naładował odpowiednią ilość do cybucha, a tytoń odpalił. Dla Anniki i Jutty machnął ręką, czy nie chciałyby spróbować od obcych kobiet.

                            – Aaa, szkoda gadać – podjął Egon rzecz o orkach. – Wielka bitwa, dobrze, żeśmy się pojawili w czas! Paru niewiastom udało się nam przyjść po pomoc. Myślę, że może być i tak, że te zielone bestie mścić się chcą i kiedy zaatakują jeszcze. Ale, póki co, rozgromione są.
                            - Oh, to jeszcze uratowaliście jakieś niewiasty od tych orków? Cóż za historia! Tożeście prawdziwi bohaterowie. - Mira z koleżanką, wyglądały na zachwycone dobrą historią.
                            - Uratować damy przed tym orczym plugastwem to jak w jakimś rycerskim eposie. - Katja zgodziła się z koleżanką. Zdążyła już nabić swoje lulki. Były smukłe, eleganckie, może nawet srebrne bo błyszczały metalicznie. Też gestem poczęstowały trójkę przybyszy. Bo Jutta z Anniką podążyły za kamratem i też wydawały się zaciekawione dwójką urodziwych kobiet. Mytniczka stała bliżej Katji, to od niej przyjęła prezent. Z ciekawością zaciągnęła się i od razu zakaszlała. Ale aromat jaki się wydobywał przyjemnie uderzał w nozdrza. To nie było zwykłe bagienne ziele jakiego używało pospólstwo. Pewnie dlatego jak celnik przezwyciężyła pierwszy atak kaszlu to z przyjemnością zaciągnęła się ponownie. Po chwili i Annika dostała swoją lulkę do palenia.
                            - A to daleko była ta bitwa z orkami? Bo my dziś w “Łabędziu” nocujemy to raczej powinno być w spokojnie. Ale rano musimy ruszać dalej w drogę. - Katja zainteresowała się większą ilością detali o tej walce.
                            - Spokojnie? Widziałaś jak karczma jest zapchana? Dobrze, że udało nam się pokój dostać. - Mira prychnęła z irytacji na wspomnienie o tłoku i hałasie w zajeździe.
                            - No tak, ale jednak jest palisada i bramy, to raczej orki nas nie napadną w nocy. - Koleżanka doprecyzowała o co jej chodziło.
                            - O. To wy też dzisiaj będziecie nocować w “Łabędziu”? - Dla celnik była to przyjemna niespodzianka.
                            - No tak. To jedyny sensowny adres w okolicy. Przecież nie będziemy nocować w tamtych chłopskich chatach. - Mira machnęła dłonią mniej więcej w stronę rzeki.
                            - O, to może będzie okazja poznać się bliżej. My też tam nocujemy. - Annika miała większą wprawę w paleniu, więc się nie krztusiła. A przez obłok aromatycznego dymu, podziwiała sobie fryzury, twarze, szyje i dekolty rozmówczyń. Z bliska wyglądały jak damy. Bił od nich nienachalny zapach kwiatowych perfum. Zachowywały się swobodnie i naturalnie. Rozmowa z trójką obcych, nie stanowiła dla nich przeszkody. Suknie jednak miały śmiało zarysowany dekolt a ciemnowłosa Katja to nawet miała odsłonięte ramiona. Mira miała włosy pewnie kasztanowe lub rude. Trudno było w tym słabnącym świetle być pewnym. Obie uśmiechnęły się na wieść, że trójka nowych znajomych też nocuje w tej samej karczmie.
                            - To może jak szef skończy tu interesy to faktycznie się tam spotkamy. - Mira dała znak koleżance. I ta znów wspięła się i zniknęła w mroku wnętrza powozu.

                            Egon nie był całkiem przekonany do nieznajomych. Iście, wydawało się, że były to jakieś szlachcianki albo przynajmniej córki kupca, co odpowiednio zarobił grosza, aby uposażyć swe dziatki.

                            – Handlujecie w dekoktach? – zapytał Egon, licząc, że skoro szlacheckie dziewki rozgadały się nieco, uda się je nieco więcej pociągnąć za język. – Bitwa z onymi orkami nie tak daleko, zda mi się, że jakie dwie albo trzy staje stąd – Egon liczył naprędce. – Z tymi kreaturami żartów nie, rzekłbym. Rzeknijcie nieco więcej o tym waszym szefie, czy długo tam jest?
                            - No na moje oko to nawet za długo. Ale cóż, my kobiety, wiecznie czekamy na was, mężczyzn. I nie, nie zajmujemy się handlem dekotami. Ale szef ma tu interes to z nim przyjechałyśmy. A ta bitwa to była w dół, czy w górę rzeki? Tylko wy przeżyliście? Koniecznie musicie nam o tym opowiedzieć! - Mirę ta bitwa z orkami, wyraźnie ciekawiła bardziej niż czekanie na szefa. A Katja znów zwinnie zeskoczyła z powozu. Tym razem trzymała w dłoni gąsiorek a w drugiej dłoni miała kilka małych, podróżnych kubków. Zaczęła wręczać gościom te naczynia a gdy druga dłoń jej się zwolniła to odkorkowała butelkę i zaczęła polewać trunek.
                            - Jedziemy do Neus Emskrank. To przy morzu, na samym końcu Salt. Ale to pewnie jutro. Chyba, że szef zmieni plany. A wy też tam? Jesteście powozem czy statkiem? - Katja pytała w miarę jak rozdzielała napitek. Okazało się, że to coś wiśniowego, pomiędzy winem a nalewką. Trochę kwaskowate a jednocześnie słodkie jak płynna wiśnia.
                            - My łodzią, do Saltmundu. Więc trochę nam nie po drodze. Ale dziś jeszcze wszyscy będziemy w “Łabędziu”. - Jutta przyjęła poczęstunek i upiła z niego łyk. Annika zrobiła to samo.
                            - A, do wielkiego miasta, do stolicy. No tak, wielu do nas zmierza. My właśnie stamtąd jedziemy. Ja starałam się namówić szefa aby popłynąć rzeką bo bezpieczniej. Ale on dopiero co kupił to cacko i koniecznie chce się nim pobawić. - Mira pokiwała głową w zadumą i eleganckim ruchem upiła ze swojego kubka. A jak mówiła to wskazała na powóz jaki wyglądał na drogi.
                            – W dół rzeki była – rzekł Egon, który w zasadzie nie miał żadnego powodu, żeby się kryć z całym zajściem. – Nie… My okrętem płyniemy do Salzenmund,

                            Egon wziął podróżną szklanicę na wino i upił nieco. Co prawda nie przepadał za dziwacznymi nalewkami tego rodzaju i wolał zwyczajne piwo lub wino, jednak tutaj przynajmniej nalewka nie była obrzydliwa.

                            – Mmm. Rzeczecie dużo o tym waszym szefie. A kim on jest, jeśli idzie spytać? I czemu akurat musi być sam z alchemikami?
                            - A bo on nie lubi, jak mu się przeszkadza w interesach. - Mira pozwoliła sobie na lekki ton i chciała chyba powiedzieć coś więcej ale usłyszeli jak za nimi otwierają się drzwi. I prawie od razu dał się słyszeć męski, nieco rozbawiony głos.
                            - A kogóż to tak zabawiają moje sikoreczki? - Mężczyzna zatrzymał się zaraz za drzwiami. Był niski i miał wydatny brzuch. Jak ludzki karzeł albo niziołek. Trudno było dostrzec rysy twarzy bo światło wciąż otwartych drzwi oświetlało jego boczne profile ale front sylwetki pozostawał w jeszcze głębszym cieniu. Stanął i ujął się pod boki. Głos wydał się Egonowi jakby znajomy. Ale nie był pewien.
                            - Dobrze, że już jesteś. - Mira ruszyła szybko w jego stronę, Katja pozostała na miejscu. Jutta i Annika wymieniły się z kolegą szybkimi spojrzeniami ale czekały na rozwój wydarzeń. W międzyczasie dama zdążyła podejść do niskiego mężczyzny. - Ci mili państwo właśnie tu przyszli i opowiadają o wielkiej bitwie z orkami jaka miała miejsce w dole rzeki. Tam gdzie mamy jutro jechać. Może sam z nimi porozmawiasz? - Kobieta z pewnym niepokojem przekazała te wieści i jakby z nadzieją, że teraz szef się tym zajmie.
                            - Doprawdy? - Podniósł na nią wzrok ale zrobił dwa kroki do przodu jakby chciał się przyjrzeć bliżej wspominanej trójce. - A niech mnie! Kogo ja widzę! - Roześmiał się radośnie i znalazł się na tyle blisko krawędzi ganku, że wyszedł z cienia. Teraz i gladiator go rozpoznał. To był Theo. Impresario areny z Neus Emskrank.
                            – Spotykamy się raz jeszcze – Egon rzekł po chwili milczenia, zastanawiając się, jak mały był świat wokół miasta portowego. – Jak tam interesa? – zapytał gladiator.

                            Pamięć Egona o Theo była zaiste zatarta. Wojownik pamiętał, że jakieś interesa swojego czasu Theo chyba robił z Burgund albo Łasicą ongiś, jednak było to przed jego podróżą do Norsci, tedy, zdało mu się, że całe wieki upłynęły od tamtego czasu. Wtedy jeszcze Merga była zamknięta w lochu inkwizytorów, zaś on pracował w cytadeli obok Silnego.
                            - Oj nawet nie pytaj. Coraz trudniej związać koniec z końcem. Odkąd odszedłeś to już nie jest to samo. - Niziołek westchnął żałośnie jakby był w dołku finansowym.
                            - I dlatego kupiłeś to? - Jutta wskazała na stojący, elegancki powóz ze stangretem i czterema końmi. Słysząc to, Theo roześmiał się rubasznie.
                            - Dokładnie tak sikoreczko! To inwestycja na chude lata! - Dalej rechotał wesoło aż stopniowo udzieliło się to czterem kobietom. Podszedł do nich i ujął dłoń celnik. - Twoja bystrość dorównuje tylko twojej urodzie pani. Jestem Theo, pokorny sługa pięknej pani. - Zachował się szarmancko, że szatynkę trochę zamurowało. Wyciągnęła ku niemu dłoń aby mógł ją pocałować.
                            - Jutta. Jutta Czerwona. - Przedstawiła się starając się zapanować nad głosem.
                            - A druga piękna dama? - Theo zwrócił się do pokojówki o czarnych włosach i potraktował ja podobnie.
                            - Żadna dama. Dama to jest moja milady. Annika jestem. - Przedstawiła się i zdawała się być mniej odporna na jego urok. Choć też jakby zmiękła na chwilę.
                            - Cudowne niewiasty, wybaczcie mi, że przez chwilę nie będę mógł się ogrzewać waszym pięknem ale muszę zamienić słowo z moim przyjacielem. - Niziołek skłonił im się nisko i pozostawił je pod wrażeniem. A sam wrócił się do gladiatora. - Bystra kobieta to najsłodszy miód na twoim talerzu. Albo najgorszy dzięgiel na twoim języku. Nasze powiedzenie przyjacielu. - Rzekł do Egona dużo ciężej i z szelmowskim uśmiechem.
                            - A to ty ich znasz Theo? - Gdy do nich wrócił, Mira wreszcie dostała okazję aby wyrazić swoje zdziwienie.
                            - Oczywiście. Egon był jednym z moich chamiponow areny. No ale niestety później inne sprawy go odciągnęły. Możesz sikoreczko przygotować nam coś do picia? - Niziołek poprosił wyższą od niego kobietę a ta bez słowa ruszyła w stronę powozu. I teraz na chwilę zostali na werandzie tylko we dwóch.
                            - Co tam u ciebie przyjacielu? Cieszę się, że cię widzę w dobrym stanie. - Zagaił towarzysko do swojego znacznie masywniejszego rozmówcy.

                            Egon wzruszył ramionami, przez parę dłuższych chwil zbierając myśli. Trudno by było rzec Theo o wszystkich przygodach, które doświadczył na wybrzeżu Morza Szponów, było tego po prostu zbyt wiele - cytadela, uwolnienie Mergi, potem porwanie się na świątynię Mannana, wreszcie Norsca, powrót zza wielkiej wody i znowuż sprawy w Neues Emskrank, a także nieumarły czarownik czekający nań w kurhanie.

                            – Dużo rzeczy po prawdzie – w roztargnieniu wypił nieco nalewki przygotowanej Katję, nie wiedząc sam, od czego zacząć. – Kopę lat ciebie nie widziałem, ot, taka prawda…! Myślałem, żeś gdzieś wsiąknął od czasu, kiedy inkwizytorzy przetrząsali miasto i wiem, że swojego czasu zatrzymań było sporo…

                            Zrobił tu pauzę, aby wreszcie pociągnąć:

                            – Zmierzamy do Salzenmund, ja i moi kompanioni – rzekł wreszcie. – Ponoć piraci rzeczni dręczą wszystkich i jakaś dziwna sprawa, statków nie zabierają, ale wyrzynają wszystkich do nogi. Przeto interes zwęszyliśmy, czy przypadkiem to nie jest zacny interes, obłowić się na piratach. Rzecz ciekawa, tyle statków zostało.

                            Egon, będąc z Juttą, wolał nie gadać nic jeszcze, że prawdziwym celem ich podróży jest przydybanie statku właśnie, ale zarzucił rzecz o nim, żeby Theo podchwycił.

                            – A, i zielonoskórzy. Przeklęci orkowie zaatakowali milady van Hansen, kiedyśmy płynęli rzeką. Straszliwa walka, tedy żeśmy tutaj zawitali, bo kompanioni moi ranni są.
                            - Ano dręczą, dręczą. Dlatego wybrałem drogę a nie rzekę. Wolałem nie ryzykować. - Niziołek szedł spokojnie na swoich krótkich nogach. A Egon musiał uważać aby się z nim zrównać. Szli wzdłuż werandy powoli oddalając się od powozu i grupki kobiet. Minęli Plujkę, jaki dalej flegmatycznym tempem łuskał słonecznik. - I chcecie się wziąć za nich? No ambitnie, ambitnie. Ale chyba masz kogoś jeszcze niż te dwie dziewuszki? Uroczo wyglądają i ta jedna jest całkiem bystra. No ale wiesz przecież, że w walce to niekoniecznie ma znaczenie. - Lekko skinął głową w stronę skąd odeszli. - I na wszystkie rogaliki tego świata! Te orki zaatakowały naszą milady van Hansen?! Słyszałem, że dzielna jest i szermierkę ćwiczy. Ale po prawdzie to nie miałem okazji tego sprawdzić. Winszuję więc tobie i jej, żeście sobie mogli pomóc. Szkoda, że na arenie nie mam takiego orka czy dwóch. Takie walki z nimi byłyby zapewne bardzo malownicze a widownia to lubi. Albo z jakimiś zwierzoludźmi. To to samo. - Pokiwał głowę, jakby nawet z takiego zdarzenia potrafił dostrzec jakąś opcję dla swojego biznesu. - I macie rannych po tej walce? - Podniósł głowę aby spojrzeć na owal twarzy brodacza. - Więc przyjacielu. Chodźmy. Dopiero co z nimi o tym rozmawiałem. - Zawołał wesoło i z miejsca obrócił się z powrotem u wejściu do chaty i czekającemu powozowi. Teraz przyspieszył choć dla długonogiego to nadal przypominało spacerowe tempo. - I mówisz do Saltmundu płyniecie? Oh żart bogów. A ja właśnie stamtąd wracam. Dobrze, że bogowie choć teraz pozwolili nam się spotkać. A jak u ciebie przyjacielu z planami planami powrotu do miasta? Nie myślałbyś do nas wrócić na arenę? Ah! I jak ta twoja koleżanka? Norma to Axe? Masz z nią jakiś kontakt? Może jest dziś gdzieś z tobą? Widownia ją polubiła. Może nie tak jak ciebie no ale też. A sam wiesz, że aż tak wiele walczących kobiet u nas nie ma to jak już się któraś trafi to od razu wszystkim wpada w oko. - Powoli zbliżali się do wejścia a niziołek widocznie też zapamiętał wojowniczkę z północy. Toporniczka jednak przez ostatnie tygdnie głównie była osobistą gwardzistką Mergi Złotookiej. I po obrabowaniu świątyni Mananna wraz z nią, nim i resztą kultystów, odpłynęła do ojczyzny rogatej wyroczni. Tylko w przeciwieństwie do Egona, tam z nią została. Miała w planach wrócić razem z nią do Neus Emskrank, ale na razie trudno było zgadnąć kiedy to nastąpi.
                            – Trudno rzec, gdzie poszła – Egon wzruszył kolejny raz ramionami. – Norma pewnie będzie wolała zostać u swych pobratymców, cóż tam będzie się z południowcami zadawać. Jak z Norsci nie wróci, niewiele idzie myśleć, co tam we łbach tych Norsmenów siedzi. Co do areny zaś, trudna rzecz, inne sprawunki zajmują mi głowę.

                            Egon przez chwilę pomyślał, ile uwagi będzie wymagało doprowadzenie starego czarownika do stanu używalności, ile wysiłku trzeba będzie, aby wyprawić statek i przeprowadzać przezeń brańców, wreszcie, poskromienie bestigorów było niemalże kampanią wojenną.

                            – Nie – Egon pokręcił głową. – Nie dam rady. Pomóc mi mógłbyś, jakbyś jakie okręty widział opuszczone, bo na nie też polujemy – tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Juttę, której nic o tym nie powiedział. – Ale jak byśmy jakiego zielonoskórego złapali to podprowadzimy do ciebie, niechaj będzie z tym zielonych małp jaki użytek!
                            - To nie wróciłbyś do nas? Ani Norma? Eh, jakaś strata dla areny. Dla widowiska. Dla widowni! Bo przecież ja jeno ich sługa uniżony co marne pensy biorę za możliwość zabawiania ich. - Niziołek posmutniał gdy usłyszał tą wieść. Akurat wrócili do drzwi prowadzących do środka magazynu. Wtedy odwrócił się bo Mira podeszła do nich, wręczając po kubku nowego napitku. - A działajcie tam sikoreczki! Co bohaterwie naszą dzielną lady van Hansen wyratowali przed wstrętnymi łapami orków! - Całkiem wesoło zawołał do niej.
                            - Lady van Hansen? Ale z tych van Hansenów z Neus Emskrank? - Brunetka zdziwiła się tą informacją, ale szlacheckie nazwisko raczej rozpoznała.
                            - Tak, właśnie tą! Froyę van Hansen! I jej elficką przyjaciółkę. - Jutta rzuciła wesoło i niziołek wzruszył ramionami.
                            - To ja przygotuję jeszcze po nalewce. - Mira uśmiechnęła się słodka i raźno ruszyła z powrotem do powozu. Theo obserwował całą, kobiecą grupkę, jaka zdążyła przełamać pierwsze lody i zachowywała się wobec siebie swobodnie.
                            - Całkiem wesołe te twoje sikoreczki, przyjacielu. - Zaśmiał się pod nosem ale znów wrócił spojrzeniem do rozmówcy. - Ostatnio jest moda na mieszane pary. Mężczyzna i kobieta przeciwko takiej samej parze. Więc ty i Norma myślę, byście mieli do czego wracać. No ale jak macie inne plany to rozumiem. Jakbyś był w mieście to zawsze możesz wpaść nawet jako widz. - Poklepał go po ramieniu i wzniósł toast swoim kubkiem. Tym razem było to jakieś wino, godne wybrednego, niziołczego gardła, doprawione jakąś korzenną nutą.
                            - A statek mówisz by ci się przydał… - Zamyślił się i pogłaskał swój pulchny policzek. Upił łyk ze swojego kubka nim cicho się zaśmiał. - Jak wiesz, statki raczej mnie nie interesują. - Przyznał bez ogródek. - Ale teraz płyniesz do Salzenmund? No cóż, ja tam bywam w innych sprawach. Ale na twoim miejscu przeszedłbym się na do “Uczciwego mieszczanina” na Reichsweg. Albo jakiejś innej tawerny czy zamtuza jakich tam pełno. Tam jest głośno, wesoło, gra muzyka a sikoreczki rzadko odmawiają swoich wdzięków. Pewnie byś mógł tam się rozpytać. Albo do “Roześmianej żaby” w Osthafen. Tam chodzą dokerzy, marynarze i ludzie co z nimi mają coś do załatwienia. Może ktoś by mógł ci pomóc znaleźć to czego szukasz. - Popatrzył na wielkoluda jakby chciał mu zasugerować pewne kroki w stolicy nawet jeśli Theo nie interesował się morskim rzemiosłem.
                            - A jakbyś już wrócił do nas, to możesz poszukać Lothara Geyera. Pewnie w jakiejś tawernie. Ja go znam, bo odwiedza nasze walki. Kapitan statku i kompletny hazardzista. Kiepsko ostatnio stawiał i zostawił u mnie całkiem sporą sumkę. Jak go ostatnio widziałem to wyglądał na zdruzgotanego. Zastanawiał się co teraz zrobi, i chyba będzie musiał statek postawić pod zastaw. No ale nie wiem jak się to skończyło bo jak widzisz musiałem wyjechać w interesach. Może mu się poszczęściło i się jakoś odkuł. A może nie. - Wzruszył ramionami na znak, że może to być jakiś trop ale nie zna jego obecnej wartości. - I jeszcze Niklos z kompanami u mnie był. Jacyś desperaci. Mówili, że jakieś kłopoty mają ze statkiem czy kapitanem. Jacyś głodni i zabiedzeni mi wyglądali. Ale ten Niklos walczył u mnie dwa razu. Na gołe pięści. Jedną walkę wygrał, drugą przegrał. Krzepki jest, na wzrost taki może wielkolud jak ty, ale ciut węższy w barach. Ale nie wiem gdzie ich szukać. - Podpowiedział gladiatorowi jeszcze dwa wątki z portowego miasta. - No ale! Chodźmy zanim poszczują nas psami! - Zaśmiał się wesoło i pchnął drzwi. W środku było jasno od zapalonych lamp. Zapach palonego knota, mieszał się z suszonymi ziołami. Lada była długa, w poprzek budynku. Za nią równoległe do niej regały pełne butli, dzbanków, słoików, koszów z grzybami, pełnych worków z niewiadomą zawartością. Trochę jak w aptece Sigismundusa. A za ścianą pewnie było zaplecze bo chata była o wiele większa z zewnątrz. Za ladą stała trójka ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Rozmawiali ze sobą ale zamilki gdy dwóch klientów jeszcze weszło do środka.
                            - Theo wróciłeś do nas bardzo szybko! - Zaśmiał się ten najstarszy z nich. Miał dostojny, patriachalny wygląd i uśmiechnął się przyjaźnie do nadchodzących. Pozostała dwojka była wyraźnie z pokolenie młodsza.
                            - Stęskniłem się za wami przyjacielu! - Niziołek odpowiedział równie pogodnie i obaj się roześmieli. - Ale widzisz, spotkałem starego przyjaciela. I jest on skory skorzystać z waszych usług. No Egon, powiedz Oswaldowi, czego ci trzeba. - Theo zachęcił gladiatora aby ten wyjaśnił subiektowi w czym rzecz. Ten popatrzył na niego uprzejmie i zachęcająco skinął głową.

                            Egon, choć chętnie skorzystałby z oferty walki na arenie raz jeszcze, nie widział całkiem sensu w tym. Wojownik spodziewał się, że cała ta sprawa z braniem niewolników mogła trwać tygodniami, nie mówiąc już o tym, że po drodze kroiły się co grubsze sprawy. Przeto postanowił odłożyć dawanie po mordzie jako drzewiej daleko na bok. Lub też na nigdy.

                            – Witajcie, mistrze alchemiczne – Egon skłonił się w pas, co przy jego sylwetce było nielada wyzwaniem, schylić się w dość ciasnej pracowni. – Szukam wywaru leczniczego albo czego podobnego. Ja i kompani moi ranni żeśmy są po bitwie z zielonoskórymi. Zielone bestie zacięte są, toporami robić umieją. Macie coś może, co uśmierzy ból i rany zasklepi?
                            - Wywary na rany. Tak, mamy coś takiego. - Rozmówca pokiwał głową i spojrzał w stronę dwójki młodszych. Młodszy mężczyzna był patykowaty ale wysoki. Przyniósł i postawił na blacie kilka małych buteleczek. Kobieta zaś niewielki mieszek.
                            - A widzisz przyjacielu, mamy kilka rzeczy które mogą ci być pomocne na przypadłość jaką mówisz. - Wskazał na zestaw tych kilku rzeczy jakie teraz stały między nimi. - W tych buteleczkach jest mikstura lecząca. Nazywamy je błogosławieństwem Białej Gołębicy. Pomaga natychmiastowo leczyć rany, uśmierza ból nimi wywołany i wzmacnia organizm. Lepiej to brać świeżo po walce. Ale działa raz na dzień. Więc jeśli ponownie zostaniesz ranny tego samego dnia, to niestety druga dawka ci już nie pomoże. Tu masz trzy stężenia tej mikstury, im większe tym silniej działa. Te najsilniejsze najlepiej brać na silne rany, te słabsze na drobniejsze. Łatwo je poznać, im ma czerwieńszy pasek, tym mocniejsza. - Alchemik pokazał mu na te paski jakie miały w poprzek kartki. Gladiator nie był w stanie ich przeczytać ale kolory były widoczne. Butelki były z ciemnego szkła, więc widać było ciecz ale nie kolor.
                            - A to jest proszek na rany. Trzeba nim posypać ranę, nic trudnego. Oczyszcza je i utrudnia zakażenie. A to przyspiesza powrót do zdrowia. - Pokazał na niewielki mieszek. Nawet go otworzył i ukazał się w środku czerwono-liliowy proszek.
                            - A tu mamy uśmierzacz bólu. Można wziąć przed walką, w trakcie lub po. Na same rany nie wpływa ale jeśli już są i cię spowalniają, to ten płyn na to pomaga. - Wziął do ręki niewielką, granatową fiolkę. Pomachał nią a płyn w środku wydawal się być trochę gęstszy niż woda.
                            - Oprócz tego mamy wiele specyfików na wiele okazji. Na przyrost siły aby ciosy były mocniejsze, maść na żywy pancerz, aromę na zwiększenie charyzmy i suszone grzyby na zwiększenie witalności. - Alchemik odwrócił się w stronę regałów za swoimi plecami i pokazywał na te specyfiki chociaż było ich tyle, że Egon nie był pewien na dokładnie które.
                            - Widziałam przez okno kawalerze, że masz koleżanki. Gdyby cię to interesowało to mamy też specyfiki na zwiększenie płodności, przedłużenie cyklu płodnego, na zwiększenie namiętności albo i dla męża aby móc figlować całą noc. - Kobieta odezwała się po raz pierwszy, i wskazała na widok za oknem. A tam stał powóz Theo i wymieszania grupka czterech, młodych niewiast jakie rozgadały się na dobre przy tych kubkach z nalewką.
                            - Albo też maść kociego oka, jaka ułatwia widzenie po zmroku. - Dorzucił młodszy z mężczyzn. Wyglądało na to, że mają tu bardzo wiele specyfików, na różne okazje, wystarczyło doprecyzować czego się szuka.

                            Egon spojrzał na wszelakiego sortu fiole, alembiki, zlewki i kolby, które zdawały się być wszechobecne w warsztacie. Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał na arenie u Theo, czasem można było przed walką kupić za parę miedziaków bukłak byczej krwi zmieszanej z ziołami, która ponoć mogła dodać siły wojownikowi, szczególnie, jeśli miało się wypić cały bukłak. Ile w tym prawdy było, wiedzieć niepodobna, jednak gladiator już po stokroć wolał takie dekokty warzone z naturalnych składników niż to, co widział swojego czasu w bulgoczącym kotle Mergi tudzież Raisy. Przeto zabrał się do sprawdzania i przemyśliwania naprędce, cóż też by można wziąć, bowiem okazja była jedyna - późniejszy rejs do Salzenmund i z powrotem nie gwarantował, że wróci tu kiedykolwiek.

                            Jeśli chodziło o specyfiki do chędożenia, odrzucił je niemal natychmiast. W głowie kołatała mu się wizja jutrzejszej potyczki z piratami tudzież, jeśli miało przyjść co do czego, przejęcie Jutrzenki siłą, jeśli jeno okaże się, że piraci poniechają ataki. Potrzeba było czym prędzej doprowadzić Larsa do stanu używalności i napoić innych wojowników, aby byli w stanie walczyć jutro.

                            Tedy wybrał jedną silną mieszaninę leczniczą, tą o najczerwieńszym pasku i wziął dwie pozostałe dla Rune i Silnego. Korsarz musiał za wszelką cenę przeżyć na tej rejzie - imaginował Egon - pozostali zaś nie byli tak ciężko ranni, jak on. Wziął także dwie mikstury wzmacniające parę w łapie, które zamierzał dać dwóm czcicielom Khorne. Czuł, że bitwa mogła być zażarta, toteż każda przewaga mogła być na wagę złota.

                            Wreszcie, wziął dwie bladożółte mikstury z etykietką kociego oka, które zamierzał dać najmusom Gezackta. Spodziewał się, że bitka będzie późnym wieczorem albo w nocy i choć większość z niej rozegra się podczas próby abordażu Jutrzenki, zdało się Egonowi, że dobrym pomysłem by było dać Martin owe mikstury, by mogli ostrzelać cokolwiek, co będzie poza burtą statku. Nawet jeśli nie użyją rzeczy, to mikstura mogła się przydać później, w Salzenmund tudzież w kurhanie Gonsara lub nawet przy jakimś fortelu z bestigorami, które przecież widziały w ciemnościach.

                            Wyłożywszy garść koron na ladę, zapytał jeszcze Juttę i Annikę:

                            – No, zdaje się, że to wszystko. Chyba, że chcecie coś jeszcze?
                            - No poczekaj, musimy zobaczyć co tu mają. - Annika chciała wszystko obejrzeć. Jak już z Juttą weszły do środka, to z początku przyglądały się jak kolega ogląda, rozmawia i wybiera coś dla siebie. Szybko jednak się dołączyły i im alchemicy też zaczęli stawiać na ladzie, różne specyfiki. Zrobiło się hałaśliwie i wesoło, jak na festynie gdzie się ogląda, dotyka i sprawdza różne rzeczy, niekoniecznie je kupując. Brodacz zajęty swoimi sprawunkami, w końcu stracił rachubę na czym u koleżanek stanęło. Gdy już skończył, one jeszcze oglądały jakieś torebki i buteleczki. W końcu chyba jednak się zdecydowały bo sięgnęły do sakiewek i monety przepłynęły z ręki do ręki. A alchemicy zaczęli im to ładować do małego worka.
                            - Dobra, to my już. - Jutta odebrała worek od sprzedawcy i obie wyglądały na zadwolone z zakupów.
                            - Bardzo dobrze. - Theo klasnął w dłonie i uśmiechnął się szeroko. Po czym sięgnął na ladę po swoją torbę. - To dla ciebie przyjacielu. Niech ci służy. A jak wrócisz do Neus Emskrank to wpadnij do nas. Zjemy coś, napijemy się, pogadamy. Jak chcesz to możesz i z koleżankami. - Niziołek uśmiechnął się i wyciągnął ku gladiatorowi dłoń z trzymaną torbą.
                            – Ano, znajdę się tam, może nie od razu… – Egon wciąż jeszcze przemyśliwał, czy postąpił dobrze. – No, dobra.

                            Odwrócił się do Jutty i Anniki.

                            – To co, zbieramy się? Żegnajcie, mistrze zacne – skłonił się nieco w stronę alchemików. – Żegnaj, Theo. Czas nam w drogę!

                            I pożegnawszy się, wyszedł raz jeszcze w noc, żeby pójść do Łabędzia.
                            - Spiesz się powoli przyjacielu. - Niziołek uśmiechnął się rozbawiony. - Co będziecie tak szli przez ten las, jak możemy was podwieźć. I tak wszyscy zmierzamy do “Łabędzia”. - Rozłożył ramiona a Jutta z Anniką wyszły zaraz za nimi. W czwórkę stanęli na werandzie, między frontem magazynu a czekającym powozem. Katja z Mirą spojrzały w ich stronę. Ale zrobił się już półmrok zmierzchu. W lesie pod drzewami, było jeszcze mroczniej. - No chyba, że macie jakieś sprawy po drodze do załatwienia to nie będę się narzucał. - Theo zostawił gladiatorowi furtkę aby mógł się wycofać rakiem z takiej propozycji. Koleżanki brodacza popatrzyły na nich wyczekująco. Pod wiatą widział już tylko owal ich twarzy. Jasne bryczesy mytniczki wybijały się na tle ciemnych szarości.

                            Egonowi w jakiś sposób musiało umknąć, że Theo także jechał w stronę Łabędzia. Cóż, podróżowanie w grupie i z ochroniarzami Theo na pewno było bezpieczniejsze od przechadzki samopas, tym bardziej, że w lasach opodal grasowały te zielonoskóre kreatury, które czciły Gorka i Morka.

                            – W takim razie, jedźmy wespół – Egon skinął głową. – Dzięki ci za dekokty. Widzisz, spodziewam się, że w górę rzeki napadną nas piraci rzeki Salz. Trza mi doprowadzić moich ludzi do porządku, ciężko rzec, co się wydarzyć może.
                            - A tak, to prawda. Właśnie aby ich uniknąć wybrałem drogę a nie rzekę. - Niziołek pokiwał głową ze zrozumieniem. Przepuścił obie koleżanki gladiatora a te śmiało podeszły do obu sikorek impresario areny. Przez chwilę Theo obserwował tą kobiecą grupkę.
                            - Zobacz przyjacielu jak nasze dziewczęta się szybko dogadały. - Wydawał się być nieco rozbawiony tą obserwacją. - Powiem ci, że dobrze jest mieć prywatną szlachciankę. To bardzo ułatwia wiele spraw. Sam wiesz, że wiele drzwi dla nas, plebejuszy jest zamkniętych tylko dlatego, że nie jesteśmy szlachtą. Zaprzyjaźniony szlachcic to cenna rzecz. Jakbyś miał okazję, to polecam ci pozyskać sobie takiego. - Podzielił się z brodaczem tą uwagą. A, że dziewczęta zdążyły spakować te wszystkie kubki i nalewki oraz wejść do środka powozu, to i niziołek dał znać sąsiadowi, że czas do nich dołączyć.
                            – To z lady Froyą van Hansen walczyłem z zielonoskórymi – odparł Egon. – Od pewnego czasu zdaje mi się, że milady ma mnie w swoich łaskach… A po wczorajszym pewnie będzie jeszcze z tym lepiej.

                            Egon zamilkł, postanowiwszy ugryźć się w język. Wiedział, że łaska wielkich panisk i szlachcianek pokroju van Hansen na pstrym koniu jeździ i być może kiedy się przypomni o takich zasługach zainteresowanym, mogą o nich rychło zapomnieć. Jednak, póki co, powoływanie się na szlachciankę prokurowało jeno benefity, zatem Egon nie narzekał. Był jednak wielce ostrożny, jeśli chodziło o szlachtę.

                            Wojownik wsiadł do kolasy i rozsiadł się wygodnie.
                            - Czyli miałeś okazję poznać naszą piękną i dzielną lady van Hansen? I to w trakcie walki z orkami? Koniecznie mi o tym opowiedz przyjacielu. - Theo wsiadł na końcu. Zajął miejsce między Mira a Katja. Tak jak gladiator pomiędzy swoimi koleżankami. W środku byłoby już całkiem ciemno ale pod sufitem, mrok rozświetlała zawieszona latarnia. Okna były zasłonięte ozdobnymi zasłonami. A siedzenia były miękkie i obite przyjemnym w dotyku, granatowym zamszem. Egon ostatni raz był w takim drogim pojeździe, gdy po powrocie z Norsci, lady von Manlieb zaprosiła jego i Astrid do swojego powozu na krótką rozmowę. Skrzypienie drewna i ruchy za ścianka karocy wskazywał, że ochroniarze zajmowali tam swoje miejsca. A po chwili powóz ruszył przed siebie. Po twarzach Katji i Miry poznał, że też są ciekawe jak to było z tymi orkami i dzielną milady.
                            – Prosta to rzecz – rzekł Egon, który po raz kolejny zabrał się do opowiedzenia całej sprawy. – Onuż, uważacie, płynęliśmy Jutrzenką zaokrętowani jako najemnicy do ochrony statku. W górę rzeki płynęliśmy i obaczyliśmy dwóch jeźdzców, co zostali otoczeni przez bestie. Zara tam wrzeszczałem do szypra, żeby nas puścił, chociaż nie chciał. Spuścili nam wreszcie łupine, tośmy zaraz wiosłowali, ja, Lars, Rune, Silny… Kto tam jeszcze był? Chyba i Astrid. Nieco rzecz potrwała, ale żeśmy wreszcie brzegu dorwali tośmy zara poczęli uderzać na drabów. Dopiero po czasie żeśmy zrozumieli, że to Froya van Hansen z jej towarzyszką, jakże jej tam było…? A, zapominam. Uderzaliśmy z okazji, żeby nie dać się związać walką zbytnio. Trudna rzecz była, bo cholerni orkowie to żaden żart, wprawni to wojownicy. Ja żem trzech suki synów usiekł, ale kompani gorzej mieli. Poczęliśmy się cofać, ale wreszcie obie przedarły się na naszą stronę i poczęły kosić drabów odpowiednio.

                            Egon pokręcił głową.

                            – Ciekaweż, skąd ta horda się wzięła, toć to przecież nie Stirland… Mmm. Ciekawa, skąd bastardy się tu namnożyły.
                            - Eee. Te talatajstwo jest jak chwasty, zawsze się gdzieś ulegnie. - Theo machnął dłonią, na znak, że tym detalem to by się za bardzo nie przejmował. A cała trójka słuchała relacji gladiatora z ciekawością wymalowaną na twarzach. - Ale to w samą porę przybyliście aby pójść w odsiecz naszej dzielnej milady. Winszuje odwagi i sprawności przyjacielu. Chociaż po tym co widziałem na arenie to aż żałuję, że nie mogłem tego oglądać. Zapewne zacne to było widowisko. - Niziołek zaśmiał się rubasznie, doceniając rolę Egona w tamtej walce.
                            - Tą towarzyszka lady Froyi, to była Fanriel Złocista, z Morskich Elfów. Jest ich trochę i nas w mieście. - Jutta uprzejmie dopowiedziała kim była druga z zaatakowanych kobiet.
                            - Czyli to też szlachcianka. To takie zacne z waszej strony. Dziś ludzie są tacy podli dla siebie. Tak rzadko można już trafić na kogoś o wielkim sercu. - Mira obdarzyła ich spojrzeniem jakby się wzruszyła. Zwłaszcza postawą Egona.
                            - Ja żałuję, że mnie to ominęło. Ale jak wyszłam na pokład to oni już w łodzi byli prawie i brzegu. Ale walka to było co oglądać. - Annika westchnęła nieco smutno, że nie mogła brać udziału w tamtym starciu.
                            - To musiało wyglądać bardzo emocjonująco. Dwie szlachcianki, w tym jedna elfka. Obie otoczone przez te zielone kreatury. No i wy jak tam do nich dołączacie. - Katja też była pod wrażeniem tej przygody. Uchyliła nieco zasłonę aby wyjrzeć na zewnątrz. - Już niedaleko, niedługo będziemy. - Oświadczyła im z uśmiechem. Powozem jechało się zdecydowanie szybciej i wygodniej niż na piechotę.

                            Egon, węsząc okazję do ubicia interesu, powiedział, niby od niechcenia:

                            – Rzekłeś, że szlachcice przydają się i że łatwiej jest, jeśli luda naszego pokroju takowych mają – wojownik zaczął.

                            Pewne zyski były, owszem, jednak poza toporem, który Egon zyskał od Froyi van Hansen w zasadzie nie widywał się z nią. Zdało się, że przez pewien czas egzystowali obok siebie, Egon sobie, Froya sobie, zapewne zajęta - cóż, czym tam szlachcice jej pochodzenia mogli być zajęci.

                            – Masz jakieś interesa, na których by można skorzystać, mając kontakt? – zapytał. – Zda mi się, że milady Froya mogła nawet i karkiem przypłacić rzecz, jeśli by tylko te cholerne dzikusy by ją dobrze podprowadziły. Wszak kiedy żeśmy uderzyli, były dość szczelnie okrążone. Jeśli byś jakie interesa do milady miał, mógłbym rzecz przedłożyć, a co, jeśli by wypaliło?
                            - Interesy? Ja i Froya van Hansen? - Niziołek przez chwilę wpatrywał się w brodacza naprzeciwko. Po czym roześmiał się szczerze. Aż się z rozmachem trzepnął w kolano. To podziałało zaraźliwie i na koleżanki. One jednak zaczęły się uśmiechać ale bardziej się hamowały. Impresario w końcu się uspokoił. - Oh, bardzo bym chciał przyjacielu, bardzo bym chciał. Ja i Froya van Hansen. Albo w ogóle van Hansenowie. - Pokiwał głową, jakby już widział oczami wyobraźni te wszystkie interesy jakie by mógł robić z jedną z najznamienitszych rodzin w Neus Emskrank. - Ale jakby milady zaszczyciła nas swoją obecnością to byłbym wielce poruszony. Oczywiście gdyby wolała zachować taką wizytę w tajemnicy to zapewniam wszelką dyskrecję. Ona chyba lubi walczące kobiety? To moglibyśmy dla niej zorganizować pojedynek dwóch kobiet, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że milady nas odwiedzi. Albo walkę z orkiem. Mamy jednego. Szkoda, że nie więcej. Byśmy może wtedy mogli urządzić taką walkę jak opowiadałeś. O. Wtedy nawet te dwie wojowniczki mogłyby walczyć z tymi orkami jak milady i lady Fanriel. Ale niestety na ten moment mamy tylko tego jednego orka. Nawet myślałem ostatnio o tym aby rozszerzyć ofertę o jakichś orków czy zwierzoludzi. Przyznasz, że to mogłoby być ciekawsze niż takie zwykle walki między ludźmi. - Barwnie opowiadał o możliwościach jakie już ma a jakie jeszcze mógłby mieć, gdyby miał do dyspozycji więcej egzotycznych przeciwników.
                            - Swoją drogą tą Fanriel też kojarzę. Znaczy czasem widziałem ją tu czy tam. Jak na elficką szlachciankę to jest całkiem skoczna. Skacze to tu, czy tam, na polowania w las jeździ. Rozmawiałem o tym ze znajomym co jest uczonym. Podobno ta żałoba po naszej ukochanej księżnej-matce dotyczy głównie nas, ludzi. Elfy to taka szara strefa. Z jednej strony niby powinny się stosować do naszych zwyczajów, z drugiej strony nie są poddanymi ani imperatora ani elektora więc niekoniecznie można im tak coś kazać. Zwłaszcza jak ta żałoba to nie jest twarde prawo a raczej zwyczaj. Może dlatego nasza milady z nią jeździ do lasu. Zawsze może powiedzieć, że tylko elfiej koleżance towarzyszy. - Niziołek rozgadał się o tych prawnych zwyczajach i ciekawostkach. Gdy koleżanka znów wyjrzała za zasłonę, Egon też dojrzał, że wjechali już w chaty osady. Więc brama zajazdu musiała być już niedaleko.

                            Jeśli chodziło o Fanriel Złocistą, Egon miał co najmniej mieszane uczucia. Ba - elfce nie ufał, bowiem spodziewał się, że nożoucha dziewka, jeśli tylko bliżej zakręciłaby się w Neues Emskrank, mogłaby wywęszyć, że coś jest nie tak z nim tudzież z pozostałymi z jego otoczenia. Tak samo, jak Egon nie ufał magii, nie mógł nijak przemóc w sobie zwykłej nieufności dla nieludzi.

                            Wszak kwestia wciągnięcia Froyi van Hansen w objęcia Theo mogłaby przynieść spore korzyści. Jeśli tylko szlachcianka van Hansen w jakiś sposób zechciałaby uczestniczyć w walkach na arenie lub jeno tylko je oglądać, Egon spodziewał się, że można by ją z czasem w znaczący sposób urobić

                            – Kiedy będziemy w jej zamku rzeknę słowo – zgodził się wojownik, widząc, że brama zajazdu zbliżała się rychło. Niedługi czas był, żeby wysiadać.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0

                            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                            Zarejestruj się Zaloguj się
                            Odpowiedz
                            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                            • Najpierw najstarsze
                            • Najpierw najnowsze
                            • Najwięcej głosów


                            • Zaloguj się

                            • Nie masz konta? Zarejestruj się

                            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                            Powered by NodeBB Contributors
                            • Pierwszy post
                              Ostatni post
                            0
                            • Kategorie
                            • Ostatnie
                            • Tagi
                            • Popularne
                            • Świat
                            • Użytkownicy
                            • Grupy
                            • Strona startowa