Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Kultyści - Lato 2519
Kultyści - Lato 2519
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
DhratlachD
Dhratlach jako
Marcus Schleiffer (ex BG)
SeachS
Seach jako
Otto "Puste Oko"
SantorineS
Santorine jako
Egon Herschkel
ZellZ
Zell jako
Heinrich von Achterberg

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
329 Posty 6 Uczestników 2.4k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell jako Heinrich von Achterberg
    Moderator Obsługa Mecenas
    napisał ostatnio edytowany przez
    #316


    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
    Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek



    Heinrich i Fabienne

    - Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
    - Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
    - Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
    Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
    - Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
    - Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
    Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
    - Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
    Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
    - Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
    Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
    - Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
    Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
    Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
    - Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
    - Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
    - Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
    - Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
    - Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
    - A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
    - Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
    - Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
    Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
    - Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
    - Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
    - Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
    - Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
    - Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
    - Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
    - Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.



    Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Zell


      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
      Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek



      Heinrich i Fabienne

      - Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
      - Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
      - Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
      Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
      - Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
      - Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
      Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
      - Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
      Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
      - Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
      Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
      - Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
      Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
      Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
      - Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
      - Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
      - Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
      - Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
      - Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
      - A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
      - Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
      - Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
      Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
      - Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
      - Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
      - Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
      - Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
      - Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
      - Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
      - Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.



      Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.

      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Mistrz Gry
      napisał ostatnio edytowany przez
      #317

      Tura 75 - 2519.07.28; wlt; popołudnie

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Rzeczna 49; tawerna “Trzy gwoździe”
      Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)

      Egon, Astrid i Lars

      Po zejściu na ląd najpierw spotkali Burgund. Gdziekolwiek się ukrywała podczas ich wizyty na “Jutrzence”, to bez trudu przechwyciła ich gdy tylko zostawili barkę i nabrzeże, za swoimi plecami. I oczywiście była ciekawa co im się udało załatwić. Jak się dowiedziała co to zaśmiała się z zadowolenia.
      - Dobra to ja idę do łysego i powiem mu. Spotkamy się w “Trzech gwoździach”. - Łotrzyca wzięła na siebie, powiadomienie Silnego i Rune. Uznała, że milady von Mannlieb i Annikę, będzie można powiadomić później. Ale tutaj raczej nie spodziewała się kłopotów skoro Frau wczoraj wstępnie się zgodziła a kluczniczka Norry była całkiem chętna na taki wypad na miasto. Bjorn pewnie będzie u Pirory, to będzie można z nim pogadać jak już tam wrócą. Więc można było zacząć od rozmow z Gezacktem. No i przydałoby się coś zjeść bo od tego gadania i chodzenia po mieście, to już brzuchy przypominały o swoich potrzebach.
      - No wykosztowałeś się na Czerwoną Juttę ale nie bój się. Nie będziesz jej spłacał sam. Chociaż ona taka milutka dla oka, że he he chętnie bym jej zapłacił w inny sposób. - Lars dał znać, że docenia to, że kolega mężnie wziął na siebie wszelkie koszty jakich wymagało zjednanie sobie przychylności młodej celnik. Ale poklepał go po ramieniu obiecując, że też się dołoży ze swojej sakwy. No i to, że mytniczka mu się podobała.
      - Z tego co Hubert mówił to ona lubi się dobrze zabawić. Przecież mówił, że tam w teatrze to by się odnalazła. I, że we trójkę z Oksaną figlowali. Może być ciekawie. Dlatego chciałam tą kajutę, może się uda mieć razem z nią. Bo przecież Heynrich jej swojej pewnie nie odda a urzędniczki to chyba nie trzymałby w ładowni razem z resztą. Ale na razie to pewnie lepiej dać jej geldy. No i ja ci Egon też coś dorzucę, nie godzi się abyś wszystko płacił ze swojej kiesy jak wszyscy będziemy z tego korzystać. - Astrid też wyszła z tego spotkania w dobrym humorze. I też z nadzieją patrzyła na rejs jaki jutro powinien się zacząć, jak i na pogłębienie znajomości z młodą celniczką. Tak szli w górę Salt, rozmawiając we trójkę. Najpierw o tym co ustalili z Wagnerem a potem i o innych sprawach. Aż doszli do “Trzech gwoździ”. Była pora obiadowa więc było sporo osób. Ale nikogo znajomego. Była okazja aby zamówić sobie coś do jedzenia. Dania bazowały na rybach, jajach i plackach ale cóż, to była zwykła tawerna.

      Egon i kultyści

      Siedzieli już przy talerzach i misach, gdy do środka wszedł Silny i Burgund. Mięśniak nie omieszkał sprowokować konfliktu trącając kogoś ramieniem. Ten odwrócił się gwałtownie jakby chciał od razu wlepić napastnikowi. Ale jak zorientował się, że z pogardą patrzy na niego łysol ze dwa rozmiary większy to po chwili cichych kalkulacji, spuścił wzrok i uznał, że jednak ma coś pilnego do załatwienia gdzie indziej. Łotrzyca przewróciła oczami w oznace irytacji i klepnęła kolegę aby poszedł do wskazanego stołu. W międzyczasie bowiem zdążyła wypatrzyć biesiadującą trójkę.

      - A co zrobimy jak nas nie napadną? - Lars zagaił dwójkę swoich sąsiadów. - Jutta mówiła, że nie wszystkie barki są napadane. Tylko niektóre. To ma sens. Jakby rzezali wszystko jak leci to by się zrobiła blokada morska. Ha! Blokada morska na rzece! A to mi się udało! - Zarechotał rozbawiony własnym żartem. Astrid też się zaśmiała ale dyskretniej.
      - No tak. Jak nas nie napadną, to pewnie cało dopłyniemy do Saltmundu. A obiecaliśmy Hubertowi, że pozbędziemy się tego ładunku materiałów jego konkurenta. Wagner nie pozwoli ich przecież wyrzucić za burtę. Przecież z tego żyje no i zaszkodziłoby to jego reputacji. - Astrid pokiwała swoją blond głową na znak, że pamięta o czym rano rozmawiali z Grubsonem.
      - Można by go spalić. Wtedy po kłopocie. - Silny wzruszył obojętnie swoimi wielkimi ramionami. Brwi dwójki Norsmenów, uniosły się ze zdziwienia.
      - Silny jak podpalimy ładunek to może się cała łajba zjarać. A my będziemy na niej. Poza tym dobrze by było jakbyśmy przejęli tą łajbę. Zwłaszcza jak się nie trafi nam żadna inna. - Morski łupieżca starał się mówić łagodnie aby dobitnie. Jakby nie chciał rozdrażniać chłopaka z ferajny ale też przypomnieć mu po co w ogóle płynął w ten rejs.
      - A kto ci każe go podpalić w trakcie rejsu? - Łysol uśmiechnął się chytrze. I ponownie brwi dwójki przybyszy z północy skoczyły do góry. Tym razem z zaciekawienia. - Przecież można go podpalić już w Saltmundzie. Albo jak będziemy już dopływać. Tak by nie musieć skakać za burtę bo pożar. - Mięśniak popatrzył na nich po kolei, zadowolony ze swojego pomysłu.
      - A jak wrócimy tutaj jeśli “Jutrzenka” pójdzie z dymem? Zresztą przecież załoga pewnie zacznie gasić pożar. - Astrid zagaiła go o więcej detali. Silny znów wzruszył ramionami i bez ceregieli złapał za ramię przechodzacą kelnerkę. Ta pisnęła ale nie dała rady się wyrwać jego uciskowi. Kazał jej przynieść sobie grzańca z miodem i na zachętę klepnął mocno w tyłek aż znów zapiszczała.
      - Nie da się zjeść ryby i mieć rybę. Albo - albo. Przecież po rzece co chwila pływają jakieś statki a tym bardziej z Saltmundu. Jakiś się znajdzie co płynie tutaj z powrotem. - Wyjaśnił bez ceregieli i widać, że nie brał tego za zbyt poważną trudność.
      - No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.

      Egon, ferajna i Gezackt

      Już od jakiegoś czasu siedzieli przy stole, gdy do środka weszło z pół tuzina oprychów. I wiotka, blondwłosa Martin, w zielonym kubraku, w ogóle do nich nie pasowała na pierwszy rzut oka. A jednak szła z nimi jakby byli jedną bandą. A przewodził im Gezackt. Zajęli jakiś stół ale gdy Lars gwizdnął aby zwrócić jego uwagę. Gdy herszt milicjantów ich dostrzegł pokiwał im głową na przywitanie. Jeszcze chwilę coś pogadał ze swoimi po czym z Szybkim, ruszyli w ich stronę. Po chwili, we dwóch, siedział już razem z nimi.

      • No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
      Czas: 2519.07.28; Wellentag; południe
      Warunki: półmrok, cicho, nieprzyjemnie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

      Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa

      Po wizycie bretońskiej milady, Heinrich miał dzień wolny. Po zastanowieniu się, uznał, że dobrze by było przejść się do apteki Sigismundusa. Ta mieściła się w niezbyt zadbanych, południowych rejonach miasta więc miał do przejścia kawałek. Dobre było to, że nie musiał się spieszyć. Gdy wyszedł z kamienicy, powozu von Mannlieb już nie było. Za to doleciał całkiem znajomy, monotonny szum koła garncarskiego. Widocznie Frida miała kolejny dzień pracy co nie powinno dziwić. Jakoś musiała zarobić na chleb i podatki. Zostawił ją i jej warsztat za sobą i ruszył przed siebie. Po raz kolejny odkrył, że jego metalowa noga, nie została stworzona do długich spacerów. Dotarł jednak na miejsce.

      Front apteki był opustoszały a drzwi i okiennice zamkniętę. W środku dnia to wróżyło, że Sigismundus, zapewne nie wrócił jeszcze do miasta. Ale kultysta wiedział, że to nie musiało oznaczać, że lokal stoi całkiem pusty. Zgodnie z instrukcją jaką niegdyś odebrał na jednym ze zborów, musiał przekuśtykać na sąsiednią ulicę. Wąską, mroczną i zaniedbaną. Jednak i tak wyglądała uroczo w porównaniu do tego co czekało na byłego łowcę heretyków za zardzewiałą furtką. Podwórze wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Jakieś łajno po jakim chodziły muchy i larwy tu, połamane skrzynie tam, resztki chyba rur, popękane butelki. No i błoto. Ono sprawiło mu największą przeszkodę. Buty głęboko się w nie zapadały, w najgłębszym miejscu aż do połowy łydek. To pełne upadku, rozpaczy i rozkładu podwórze, wyglądało jak naturalny ołtarz poświęcony Ojczulkowi. A brudne, lepkie błoto wyglądało tak ohydnie, że nikt rozsądny, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wreszcie jednak przebrnął przez nie i zdołał zapukać umówionym sygnałem w tylne drzwi budynku. Przez chwilę nic się nie dzialo. Kamienica wyglądała na opuszczoną tak samo jak od frontu. Jednak w końcu usłyszał skrzypnięcie zamka i pojawiła się szczelina między drzwiami a futryną. Wciąż jeszcze zamknięte na łańcuch. Z wnętrza dojrzał nagi podbródek jakiejś zakapturzonej postaci.
      - A to ty. To poczekaj. - Spod kaptura doszedł go młody, kobiecy głos. Drzwi na chwilę zamknęły się aby można było zdjąć łańcuch. I po chwili gospodyni wpuściła go do środka. Wszedł do kuchni a ona zamknęła drzwi na zasuwę a potem odwróciła się ku niemu i zdjęła kaptur. To była Lilly. Mutantka o liliowych włosach. Gdy była w długiej spódnicy tak jak teraz, to jej sromota nie była widoczna. Ale widział ją całkiem bez ubrania gdy figlowała na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach a i wcześniej w lochu Pirory mu się zdarzało. To wiedział, że od pasa w dół, bardziej przypomina zwierzoludzia niż człowieka.
      - To chodź do środka. Chcesz się czegoś napić? Mamy kompot. I chyba jakieś wino. Otto ostatnio kupił i przyniósł jak tu był. - Lilly zaprosila gestem do środka. Wskazała na piec i szafki, gdzie proponowała gościowi coś do picia. Jednak szybko przejęła rolę przewodniczki. Zresztą ze środka przyszła Dorna. Jej współplemieniec z Jaskini Odmieńców. Tylko z szarą cerą i włosami w formie kolców nie mogła się swobodnie poruszać po mieście tak jak jej koleżanka. Teraz z zaciekawienia przyszła sprawdzić kto przyszedł ale widać było, że jest dość wycofana i ładniejszej koleżance zostawia prowadzenie rozmowy.
      - Widziałeś co się stało? Jakie dorodne czerwie do nas przyszły? Chcesz zobaczyć? Chodź! - Lilly dość szybko zmieniła temat rozmowy na ten jaki ją wyraźnie ekscytował. Szara mutantka też pokiwała głową i uśmiechnęła się nieśmiało. Obie wyglądały jakby koniecznie chciały się czymś pochwalić. Zaprowadziły go z kuchni na zaplecze, potem schodami w dół, do piwnicy. I krótkim korytarzem do ostatniego pomieszczenia. Tu zastał tą starą wiedźmę z Norsci. Wyglądała jak ożywiony, stary, szary gałgan. A jednak na jego widok zmarszczyła brwi i wysłuchała obu mutantek.
      - No w sumie to czemu nie. - Uznała i od razu wyczuł, że chociaż dopiero co przybyła do miasta, to jednak obie młodsze kobiety, uznają jej autorytet i wiedzę. Starucha dała mu znak aby poszedł za nią do lewej celi. W niej była cała hodowla much. Klatki z dorosłymi insektami. Te mniejsze były wielkości kota a te większe średniego psa. No i miały tłuste, pękate korpusy, że aż dziwne było, że ich wiotkie skrzydła mogą je unieść. Chociaż proporcje miały chyba podobne do zwykłych much. Zaś w skrzynkach trzymano czerwie i kokony, oraz różne stadia pośrednie. Właśnie do takiej skrzynki, zaprowadziła go starucha a dwie młode mutantki też były podekscytowane ale pozwoliły aby mógł obejrzeć coś co one już widziały.
      - Zobacz. - Wiedźma wskazała do wnętrza pudła i odsunęła się aby mogł tam zajrzeć. W środku były dwa czerwie. Wiły się i pulsowały jakby badały wnętrze swojego pomieszczenia. Ale były ogromne! Takich dużych jeszcze nie widział. Nawet te jakie nazywali dużymi a były w sąsiedniej skrzynce, były ze dwa razy krótsze i mniej masywne. Te dwa miały rozmiary dwóch, dorodnych szczupaków. Trójka kobiet dała mu chwilę aby im się przyjrzał.
      - To od tej Bretonki. Wczoraj rano urodziła. Zobacz jakie wielkie! Tak dorodnych jeszcze nie mieliśmy. No sam, zobacz, te obok to są te duże. A te są o wiele większe! Szukałam w zapiskach Sigismundusa i Mergi ale tam nie ma nic, że mogą rosnąć tak duże. O tych małych i dużych co mieliśmy już wcześniej to tak, to było opisane, że takie mogą urosnąć. I ten etap kokonów i dorosłych much też mniej więcej się zgadza. Ale o tym, że mogą być aż tak wielkie to nic nie było! A tu zobacz jakie dorodne. - Starucha była nie mniej podekscytowana jak jej dwie, młode towarzyszki. Jednak były łowca kultystów na własne oczy widział różnicę w rozmiarach. Te dwa nowe czerwie, wydawały się z całkiem innej kategorii wagowej.

      • Będę musiała robić zapiski. Jeśli będą się rozwijać podobnie jak te zwykłe, to zapewne dłużej będą przechodzić proces poczwarki niż one. Bo i ciąża z tą Bretonką chyba była dłuższa niż zwykle. To by się zgadzało. Chociaż nie jestem pewna. Otto ją zasiał ale nie tutaj, tu nie ma dokładnych zapisków więc domyślam się, że około tygodnia albo dłużej. Ależ to ma potencjał! Jeśli są tak wielkie jako czerwie to aż trudno oszacować jak będą wielkie jako dorosłe osobniki! - Raisa była zachwycona i bardzo ożywiona tą sytuacją. Jak hodowca któremu się trafił wyjątkowy okaz jaki może dać początek nowej, szlachetniejszej i wspaniałej odmianie rasy. Wzrok też miała rozpromieniony jak fanatycy religijny podczas jakiejś błogosławionej wizji. Ale nagle opuściła go na gościa i podeszła zaskakujaco blisko.
        - Wiesz co to oznacza Heinrich? Tą Bretonkę trzeba zasiać jeszcze raz. Tyle ile się tylko da. Musi nam urodzić jak najwięcej i jak najszybciej więcej takich dorodnych czerwi. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy wyczyn i będzie zdolna go powtórzyć. - Raisa, podobnie jak Sigismundus, zdawała się patrzeć na tą hodowlę jak hodowca. A na nosicielki jak na klacze rozpłodowe zdolne do wydania na świat obiecującego potomstwa. A poza tym przecież ich spiskowa rodzina miała konkretne plany co do tego potomstwa.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
      Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
      Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

      Heinrich, Petra i Fabienne

      Heinrich zdążył wrócić do siebie w samą porę. Pogodne wcześniej niebo, zasnuło się chmurami i nie było wiadomo, czy nie zacznie z nich padać. Gdy zbliżał się do klatki schodowej kamienicy w jakiej mieszkał, znów słyszał szum koła garncarskiego. Nawet jak z tego miejsca ani swoich okien, nie widział samego zakładu. Miał dość czasu aby złapać oddech i odpocząć po tej przechadzce do południowych dzielnic. Co prawda z Fabienne, nie umawiał się na konkretny moment. Ale z tego co mówiła rano, to należało się spodziewać, że skończy swoje sprawy w teatrze raczej bliżej kolacji niż obiadu. A skoro chodziło o damy ze śmietanki towarzyskiej to raczej nie miały one sztywnego grafiku jak na statku, klasztorze czy wojsku.

      W końcu usłyszał za oknem powóz jaki się zatrzymał. Gdy wyjrzał przez okno dostrzegł dwie eleganckie szlachcianki jakie z niego wychodziły. Jedna czarnowłosa i bladolica a druga świetlista blondynka. Po chwili zniknęły mu z oczu gdy weszły do klatki schodowej. Aż usłyszał pukanie do swoich drzwi. Gdy je otworzył stały przed nim Fabienne von Mannlieb i Petra von Schneider. Blondynka wyglądała na podekscytowaną i z trudem to ukrywała. Kultystka była bardziej opanowana i skoro ona miała być ich przyzwoitką, to ona zaczęła rozmowę.
      - Bonjur Heinri. - Lekko skłoniła swoją głową z ufryzowany, czarnymi lokami aby się przywitać. Przez co wyglądało jakby się dzisiaj pierwszy raz spotykali. Znów pozwoliła aby jej bretoński akcent nie został przegapiony. - Właśnie z Petrą wracamy z teatru. I tam rozmawiałyśmy o pomocy i wsparciu dla zasłużonych weteranów Imperium. No i Petra była zachwycona pomysłem aby ten nowy, szczytny cel, zacząć od ciebie. - Von Mannlieb umiejętnie odgrywała swoją rolę aby dać całej ich trójce pretekst na to nieformalne spotkanie. Chociaż prywatnie to rozmawiali o tym już wczoraj.
      - Witaj Heinrichu. Mam nadzieję, że ci się nie narzucamy i się nie obrazisz za taką wizytę. - Petra ochoczo pokiwała swoją blond głową i wskazała na koszyk jaki trzymała w dłoni. Wyglądał jak na piknik dla dam z wyższych sfer. Jakby nie chciała przychodzić na taką wizytę z pustymi rękami.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kwietna 14; teatr
      Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)

      Otto, Pirora, Odette, Kamila i Aliona

      Sandały klepały w bruk ulicy gdy jednooki mnich raźno nią szedł. Miał tyle do załatwienia od samego rana a była dopiero połowa dnia! Najpierw poranne spotkanie z łysym mięśniakiem jaki złapał go gdy szedł do hospicjum. Silny chciał wiedzieć dlaczego kolega go szukał wczoraj. Potem samo hospicjum. Prawie z miejsca trafił na brata Ludwika. Był na czworakach bo szorował podłogę. Podniósł głowę aby zobaczyć kto mu śmie robić ślady na świeżo wyczyszczonym kawałku ale jak zobaczył kto to się rozpromienił. - Pochwalony bracie Otto. To prawda? Ona nas odwiedzi? Osobiście? - Zresztą nie tylko młody mnich był podekscytowany myślą, że sama Słowik Północy odwiedzi ich skromne progi. A i w hospicjum widać było sprzątanie jakby sam burmistrz albo wielki kanonik, miał przybyć w odwiedziny. Wśród tych bardziej zakorzenionych w rzeczywistości pacjentów, wyglądało to podobnie. Niklas też go zapytał o to samo. Jakby nie mógł uwierzyć, że sławna śpiewaczka przybędzie w to niezbyt wesołe miejsce. Śniadanie było jednak jak zwykle. Chociaż jak Otto miał zdążyć na 9 dzwon do Lebkuchenów, to musiał się pośpieszyć. Potrzebował uzyskać zgody przeora. Ten nie wyglądał na zachwyconego ale skoro chodziło o dobrodziejów Lebkuchenów i ich uzdrowioną przez Otto córkę, to dał mu wolne aby załatwił z nimi co potrzeba. Potem była sama wizyta u cukierników. A właściwie u pani Lebkuchen i panny Lebkuchen bo głowy rodziny nie było w domu gdy tam przyszedł. W zamian, Teofano pokazała mu Gelę. O jakiej myślała i jako przyszłej kochance i muszej matce. Tylko niezbyt wiedziała jak się do niej zabrać i tu prosiła o radę mnicha.

      Wizyta u Lebkuchenów okazała się całkiem pracowita. Ale jak od nich wyszedł to miał okazję wykorzystać to wolne od przeora aby udać się na poszukiwanie dwóch pozostałych muszych matek. Obie szlachcianki mieszkały w najdroższej, Północnej Dzielnicy. Więc po drodze od cukierników, mógł zajść do Pirory aby zasięgnąć języka. Jej ani ich obu kochanek nie zastał ale dowiedział się od jej zaufanej pokojówki, że rano była tu lady von Mannlieb i potem obie pojechały do teatru. I służka spodziewała się, że pewnie spędzą tam sporą część dnia. Teatr i tak był po drodze do rezydencji i von Mannliebów i van Zee więc też miał po drodze. Wstęp do środka był otwarty i w danwej sali głównej tawerny, wciąż były ustawione krzesła i ławy dla widzów. Podobnie jak w zeszłym tygodniu na próbie chóru jaki w nieoficjalnej części, przerodził się w figle w dawnych pokojach dla gości. Obecnie w większość miejsc była pusta. Scena też. Trwały jednak jakieś prace z inscenizacją, widać było jakiś ruch. Musiał przejść na zaplecze i tam dopiero usłyszał bardzo melodyjny, czysty, kobiecy śpiew. Gdy poszedł jego śladem, trafił na pomieszczenie gdzie zastał czworkę dam. Kamila, Pirora i Odette przysłuchiwały się i podziwały występ Aliony. Leśna elfka dawała żywy przykład, że ta opinia o uzdolnionych, elfich bardach nie są przsadzone. Śpiewała jakąś pieśń, grając jednocześnie na lutni. Nie tylko trzy szlachcianki dały się ponieść czarowi jej talentu. Siedziały lub stały, trochę tyłem lub bokiem do elfki więc w pierwszej chwili go nie zauważyły. A gdy ta skończyła, to zaczęły jej bić brawo.
      - Merveilleux! Merveilleux! - Odette była zachwycona i wcale nie omieszkała wyrażić to dla innej artystki. W tym zamieszaniu Pirora dostrzegła Otto. Podeszła do niego z łagodnym uśmiechem aby się przywitać i zapytać co go tu sprowadza.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine jako Egon Herschkel
        napisał ostatnio edytowany przez
        #318

        Egon i kultyści

        - No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.

        Egon przez pewien czas przysłuchiwał się rozmowom w milczeniu. Rzekł:

        – Za taki kawał żeliwa, to nie dość, że ma się nas słuchać na pokładzie i nie gadać niczego, jak będziemy go przejmować, to jeszcze miałaby się oddać wszystkim i do tego przygrywać na lutni – prychnął. – Dużo żeśmy zapłacili… Ale rzecz i warta swej ceny.

        Tu zwrócił się jeszcze do Silnego, który podjął sprawę spalenia ładunku:

        – Jak nas ci piraci rzeczni nie zaatakują, sami przejmujemy okręt na samym końcu. Jutta nie będzie musiała wiedzieć. Nie od razu. Przy końcu rejsu powiemy jej, co się będzie święcić. Ładunek szkoda by wywalać za burtę; wszak Strupas albo kto inny z naszych mógłby znaleźć jakiegoś sensownego pasera, który sprzedałby ten towar kupcom z Dietershafen. Szkoda by rzecz palić, lepiej by na niej zarobić. Albo kto wie? Może Hubert odkupi od nas to wszystko na materiał?

        Dodał jeszcze:

        – Przy przejmowaniu statku lepiej będzie, żeby całą załogę zniewolić – rzucił pomysłem w przestrzeń. – Branców będziemy mieli zara na początku, a i łatwiej będzie sprzedać statek bez załogi. Powiemy, żeśmy go znaleźli, ha.

        - Trudno powiedzieć jaka ona jest, ta Jutta. Dopiero co ją poznaliśmy. Z tego co mówił Hubert to jest skora do zabawy. I to nawet takiej jak tydzień temu w teatrze. Chyba by mogła przymknąć oko na jakiś przemyt aby akurat patrzyła w drugą stronę. Ale poza tym to nie wiadomo na co by się zgodziła albo nie. - Astrid mówiła zadumanym głosem. Wydawało się, że atrakcyjna celnik przypadła jej do gustu, ale nie była pewna czego się po niej spodziewać na grubsze akcje o jakich myśleli.
        - Ee. Żaden problem. Zawsze można jej dać kosę w żebra, pałą w łeb, i za burtę. Albo jest z nami albo przeciwko nam. Tak to jest jak się bierze kogoś z zewnątrz. Takie ryzyko. Trzeba się liczyć ze stratami. - Silny wzruszył ramionami i los mytniczki wydawał mu się dość obojętny.
        - No trochę by szkoda było. Zapowiada się całkiem ciekawie. Może by mogła do nas przystąpić na stałe? Kiedyś, później. Nie dość, że byśmy mieli przednią pannę do zabawy, a przecież Hubert mówił, że się z nią można ładnie zabawić, to jeszcze byśmy mieli swojego mytnika na rzece. A taki mytnik to może nam się jeszcze przydać. A zresztą, Silny, ty to na wszystko masz jedną odpowiedź, pałą w łeb i do wora. Czasem to się przydaje trochę finezji i pomyślunku. - Burgund nie była taka pewna czy należało od razu myśleć o likwidacji celniczki, jak to sugerował łysol. I znów dała o sobie znać, antypatia jaka dzieliła obie łotrzyce i mięśniaka. Chociaż z miedzianowłosą nie przybrała tak drastycznej formy jak z Łasicą.
        - Egon ale jak ty chcesz przejąć łajbę, tak aby nasza ślicznotka w spodniach się nie zorientowała? - Lars pokiwał głową ale na razie zwrócił się do kamrata. - Widziałeś, to nie jest duża łajba. Zwykła barka rzeczna. Jak komuś damy w zęby czy wyrzucimy za burtę to może Jutta tego nie zauważy, ale jak całą załogę to nie wiem jak. A czy wtedy będzie nam spolegliwa czy nie, to nie wiadomo. Za sakiewkę, nie wszystko można kupić. - Norsmen też nie był pewny jak może zachować się Jutta w razie drastyczniejszych akcji. Bo też ją poznał dopiero dziś rano. - A materiał tak, najprościej jest wyrzuć za burtę. Oczywiście wtedy przepada. Można też spróbować przejąć i sprzedać. Ale to już by było nieco chodzenia. Wiesz, trzeba by samemu kupca znaleźć albo oddać po taniości do jakiegoś składu, tak na szybko. I albo w Saltmundzie albo przypłynąć z nim i sprzedać tutaj. Chyba, że coś po drodze się trafi. - Pod względem opchnięcia lewego towaru, był zdania, że pozbycie się go na rzece byłoby najszybsze i najprostsze. Chociaż też bez żadnego, dodatkoweogo zysku. Inne opcje już wymagały aby poświęcić im uwagę.
        – Niby jak miałbym przejąć statek, żeby inni nie widzieli? – zapytał Egon, który do tej pory myślał, że cała rzecz z przejęciem statku będzie jawna, bo innej opcji nie mieli. – Niby co byśmy mieli zrobić? Uwięzić szypra, zarżnąc paru kmiotków, żeby się nie buntowali? Jak byśmy wytłumaczyli Juttcie, że nie płyniemy zwykłym traktem, jeno odbijamy do jakiejś meliny, co żeśmy ją wyrychtowali albo na bok?

        Brodacz skubnął swą brodę. Dotychczas opcja inna niż siłowe przejęcie statku i terroryzowanie załogi nawet nie wchodziła dla niego w rachube.

        – Może jeśli byśmy zamknęli tego szypra gdzieś i byśmy przekonali załogę, że gadamy w jego imieniu – wzruszył ramionami. – Inaczej to nie wiem jak. A Jutta zebrała tyle szmalu, że nie może nas zdradzić. Inaczej z węgorzami się będzie witać o świcie – dodał, biorąc w rozrachunek, że chytra portowa baba mogła chcieć ich wpuścić w maliny.
        - Po prostu to, że ją bierzemy na pokład, ma swoje plusy i minusy. Na plus jest to, że skoro mytnik jest na pokładzie, to inny raczej nie powinien koło nas węszyć. Może nam się przydać, gdyby była nam przychylna, do różnych numerów. W końcu jest urzędnikiem. Powie, że towar jest trefny i leci za burtę, to leci. Bez niej, takiego numeru nie będziemy mogli zrobić. Ma też szablę u boku, nie wiem jak umie nią machać, ale gdyby doszło do walki, to zawsze jeden miecz więcej. No i gibko wygląda i umie z tego korzystać, to zawsze może nam osłodzić podróż. - Norsmen zaczął wymieniać zalety, jakie dostrzega w tym, że będą podróżować z młodą mytniczką. Dał chwilę, twarzystwu aby to przetrawili, zanim zaczął ciągnąć dalej.
        - No ale mogą być też minusy. Nie znamy jej więc nie wiemy jaka jest pod skórą. Nie wiemy czy będzie nam utrudniać jak na przykład byśmy zaczęli rzezać załogę. Albo wzięli ją pod nóż. Nie wiemy co by zrobiła, jakbyśmy chcieli tą łajbą popłynąć tu czy tam a nie do Saltmunda jak to jest ustalone. Nie wiemy co by zrobiła jakbyśmy sami napadli na jakiś statek czy osadę. Bo jej nie znamy i nie wiemy co ma pod skórą. - Morski łupieżca, dla równowagi wymienił te punkty jakie trudno było obecnie przewidzieć zachowanie celnik.
        - Jak będzie sama a nas cała banda to sama raczej nam się nie postawi. Przynajmniej jak ma trochę oleju w głowie. Ale nie wiadomo co zrobi jak już przybijemy do jakiegoś portu. Wtedy tracimy ją z oczu i nie wiada jak będzie. Ja dla pewności to bym jej dorobił drugi uśmiech na szyi. Jak już przestanie być potrzebna. Wtedy wiadomo, że nas nie wyda. - Silny jak zwykle, optował za brutalnym i najprostszym rozwiązaniem.
        - Ty to jak zwykle. - Burgund pokręciła głową z niezadowolenia. - Ja bym była za tym aby się z nią zaprzyjaźnić. Może nam się przydać a i na wesolutką wygląda. A jak się z kimś przyjaźnisz a nawet chędożysz, to trudniej się donosi do straży. - Łotrzyca z kolei, preferowała inne metody i też popatrzyła po reszcie jak się do tego mają.
        - Ale są jeszcze ci piraci. Czy co tam napada na te łodzie. A jak nas jednak napadną? - Astrid też była ciekawa co z tym wątkiem napaści.
        – Ta, też tak gadam – Egon zgodził się, pociągnąwszy solidny łyk. – Ma nas osłaniać przed wzrokiem mytników podczas rejsu. Ale jak przejmiemy statek, to z towarem możemy zrobić wszystko i nikt nam nie podskoczy. Nie, towar to nie jest problem…

        Egon pokręcił głową.

        – Moglibyśmy ją jeszcze wybadać, jaka jest. Zostało nam do końca dzisiaj. Zaprosimy ją na grzańca i inne swawole. Jak się sprawdzi, zostanie z nami. Jeśli nie, ją pierwszą poślemy na dno podczas przejęcia korabia, nie inaczej. Co myślicie, kompania? Ja bym tak zrobił, Łasica i Burgund ją sprawdzą w ten albo drugi sposób. Mogłaby nam pomóc przejąć statek. A jeśli nie… Wiadomo.
        I dodał:

        – Jak dla mnie, największy problem to przejąć statek. Jak nas zaatakują, to żaden problem, wyczekamy, aż się wykrwawi załoga. Walczyć będziemy tak, żeby odeprzeć, ale nie będziemy chronić tych drabów na pokładzie, jeno rugać piratów będziemy i siebie samych chronić będziemy. Jeśli nie zaatakują nas, szypra zamkniemy pod pokładem i spróbujemy wykpić się z załogą, a koniec końców terrorem ich zmusić, żeby płynęli z nami. Ano… Moglibyśmy popłynąć do miejsca, gdzie się spotkaliśmy z Munirem – zaproponował. – Tam korab można by sprzedać i do czasu go ukryć.

        - Hej! A dlaczego to Łasica i Burgund mają się zabawiać z Juttą? A ja? - Astrid uniosła się, jakby nieco uraziła ją propozycja gladiatora. Co jednak wywołało złośliwe rechoty u kolegów. Silny i Lars, śmiali się do rozpuku. Łotrzyca też ale starała się być dyskretniejsza od ich obu. W końcu troskliwie wzięła córkę jarla za ramię i uśmiechnęła się do niej życzliwie.
        - Oj Egon tak tylko ogólnie powiedział. Przecież jak będzie w łożu miejsce dla mnie, Łasicy i Jutty, to i dla ciebie się znajdzie. A może jak ją razem urobimy to i będzie nam przychylniejsza. - Dziewczyna z ferajny o miedzianych włosach, starała się udobruchać koleżankę z północy. I nawet jej się udało, bo blondynka w końcu też się uśmiechnęła jak dotarło do niej, że nie będzie wyłączona z tej zabawy.
        - I nie bądź taka pazerna Astrid. Coś słyszałem, że chciałaś dzielić kajutę z Juttą. No to jeszcze będziesz miała okazję się z nią poznać. Zobaczcie jaka pazerna. Helga ma być jej, te cztery ze wsi też, teraz ta mytnik. Co ty taka chciwa jesteś? - Lars przybrał nieco ironiczny ton jakby chciał przypomnieć koleżance jej wcześniejsze zapędy.
        - Jestem córką jarla, to muszę mieć odpowiednią oprawę i świtę. I dobrze by było jakbym wróciła do domu otoczona takimi damami dworu. One są cenniejsze niż zwykłe niewolnice. - Astrid za to odparła mu bez wahania, w nieco przerysowany sposób przez co wyszło to dość żartobliwie.
        - Akurat u nas to ladacznic jest pełno. To nudzić się chyba nie bedziesz. Ale nie wiem, czy któraś będzie chciała popłynąć z tobą na północ. Tam tylko śnieg i góry. - Silny też wydawał się być rozbawiony tym małym wtrąceniem. A gdy wspomniał o ladacznicach, wyraźnie spojrzał na Burgund. Ta uśmiechnęła się, jakby wcale nie traktowała tego jak obrazy.
        - Na razie jesteście u nas w gościach, to się możemy zabawić na miejscu. A pomysł Egona mi się podoba. Możemy pójść do Jutty i ją zaprosić na figle. Najlepiej do nas, do “Mewy” to pewnie by jeszcze Łasicę udało się zgarnąć. Jak to co mówił Hubert o Juttcie to prawda, to chyba powinna być chętna na taką biesiadę. - Łotrzyca wskazała na brodacza a sama dała wyraz poparcia dla jegoo pomysłu.
        - Dobra, może być. Ale wracając do tego statku. - Lars skinął głową, ze nie widzi przeszkód przed miłym spędzeniem ostatniego wieczoru w mieście, jednak chciał jeszcze pogadać i jutrzejszym rejsie. - Dla nas to chyba nawet lepiej, jakby nas napadli ci piraci. Tak czy siak, byśmy zdobyli jeden statek. No wiadomo, ktoś może przy tym oberwać, no ale trudno, takie jest ryzyko jak płyniesz na łupiestwo. - Popatrzył najpierw na gladiatora a potem na resztę.
        - Ja bym proponowała dać sobie na wstrzymanie przez pierwszy dzień rejsu. - Burgund też spoważniała i popatrzyła bystro na towarzyszy. - Bo nie wiadomo co z tymi piratami. Ale mają napadać gdzieś w połowie drogi między nami a Saltmundem. Czyli pewnie pod koniec pierwszego dnia rejsu albo z rana następnego. Albo w nocy. No to jeden dzień to chyba możemy poczekać na to co się stanie nie? Bo do stolicy to płynie się dwa, czasem trzy dni. Z powrotem trochę krócej bo z prądem się płynie. - Burgund była ciekawa co na to powiedzą.
        – Jeśli chcecie do łoża wejść we czterech, wasza rzecz – rzekł Egon na uwagę Astrid. – Po mojemu, możecie tam ją obracać wedle tego, jaki humor macie. Ba! Jeśli taka wola, dupczyć można oną Juttę we troje, jeno ciasno nieco będzie. Ale najważniejsze, to wybadać ją… I zmiękczyć nieco. Zwykłych luda z ulicy może i by zostawiła, ale jak już kto ją zbałamuci i odwróci na swą stronę, to nie tak prosto skrewi. Kto wie, może i jakim sekretem się z nami podzieli?

        I dodał do wypowiedzi Larsa:

        – Ani chybi, trza nam poczekać, aż przepłyniemy ten najgroźniejszy odcinek – gladiator zgodził się, a na jego oblicze wstąpił ponury uśmiech, kiedy ciągnął. – Pierwszy dzień robić nic nie będziemy, jeno zgrywać grzecznych najemników, co wzięli ino sześć karli-franzów za dzień roboty. Naznaczmy dzień i czas: drugiego dnia pod wieczór sami zaatakujemy. W ony sposób zostawimy rzecznym piratom aż nadto czasu, żeby zaatakowali. Pod koniec drugiego dnia będziemy pewni, że mamy czysto.

        Imaginowawszy sobie te zdarzenia, ciągnął:

        – Jutta osłoni nas przed mytnikami później, kiedy już krypa będzie nasza. Ale potem zawinąć do portu przeznaczenia już nam lza nie będzie. Trzeba będzie ukryć gdzieś statek do czasu, kiedy go nie sprzedamy. Gezackta zostawimy gdzie w pobliżu portu, żeby na lądzie mógł zejść, skoro tak wody nie cierpi. My zaś popłyniemy dalej i ukryjemy go. Najlepiej by było, gdyby od razu korab sprzedać, ale przecie to nie wór z ziemniakami. Nie tak łatwo znajdziemy na niego kupca, myślę.

        - No tak, w morze tą “Jutrzenką” nie ma co płynąć. Lepiej kupić coś większego. Ale to pewnie w jeden dzień ani się nie kupi, ani nie sprzeda. - Norsmen pokiwał głową, na znak, że pod tym względem, ma podobne oczekiwania co kolega. - Burgund, ty jesteś tutejsza. Co radzisz zrobić? - W końcu spojrzał na łotrzycę o miedzianych włosach. Ta zastanawiała się chwilę.
        - Mówimy o dwóch różnych rzeczach. Ukryciu łajby i jej sprzedaży. Ukryć ją można. W górę rzeki jest starorzecze. To w jakim znaleźliśmy posąg Soren i pierwszy raz spotkaliśmy Gezackta. Można też zakotwiczyć gdzieś na wybrzeżach zatoki. Z portu nie będzie widać albo słabo. Jeszcze skuteczniej to można wypłynąć z niej i spróbować szczęścia gdzieś wśród klifów. Ale to niebezpieczne bo tam wzburzone wody i lepiej mieć kogoś kto je dobrze zna. U nas Kurt je zna no ale popłynął z Mergą do Norsci. Wlaśnie dlatego większość statków trzyma się z daleka od tych klifów. - Łotrzyca dość gładko podała parę, możliwych kryjówek dla statku w okolicy. I dała im chwilę aby to przetrawili. - No ale wtedy trudno będzie sprzedać taką łajbę. Przecież taki kupiec czy szyper, to będzie chciał wejść na pokład i zajrzeć w każdy kąt. No a takie rzeczy najłatwiej załatwia się w porcie. - Wyjaśniła im dlaczego te dwie rzeczy, uważa za sprzeczność. Lars skinął głową i widać było, że zastanawia się co z tym zrobić. Wtedy wtrącił się Silny.
        - Za bardzo kombinujecie. - Prychnął pogardliwie. - Nie wiadomo czyja jest ta “Jutrzenka”. Jeśli tylko tego szypra to sprawa z głowy wraz z jego śmiercią. Nie będzie zbędnych pytań jak będziemy chcieli sprzedać łajbę. Może też być jakiegoś kupca czy armatora. Wtedy no może robić jakieś trudności jeśli na czas się zorientuje, że ktoś w porcie mu łajbę sprzedaje. Ale może uda się namówić aby ją odkupił. Powiemy mu, że jak nie zapłaci to łajba będzie miała nieszczęśliwy pożar czy co. - Mięśniak jak zwykle był za prostymi rozwiązaniami i nie lubił myśleć o ewentualnych komplikacjach.
        - A skoro i tak chcemy sprzedać tą “Jutrzenkę”. To nie możemy jej sprzedać w Saltmundzie? Nawet jak sprzedamy, to chyba jakoś wrócimy inną barką. Chyba. A monety mniej się rzucają w oczy niż cały statek. - Astrid rzuciła swoim pomysłem. Teraz wszyscy na stole, spojrzeli na nią.
        - No tak. Tylko nie wiadomo ile czasu by zajęła taka sprzedaż. Może dzień, albo tydzień. Byśmy wtedy utknęli w stolicy a mamy sporo spraw tutaj do załatwienia. - Burgund przyznała jej rację, ale dostrzegła dodatkowe komplikacje, jakie ze sobą to niosło. A póki co zakładali dość krótki wypad na parę dni, na rejs tam i z powrotem. - A z tą Juttą to ja bardzo chętnie się poznam lepiej. I masz rację Egon, jak ktoś się z kimś pofigluje to potem się lepiej spółkuje! - Roześmiała się na myśl o nowej znajomej. - A ciasnotą się nie przejmuj. Jak ona jest taka figlarna jak Hubert mówił, to damy radę. Najwyżej będziemy się zmieniać. A wy chłopaki? Nie pomożecie nam z Juttą? - Zagaiła najpierw do gladiatora ale też spojrzała jeszcze na łysego mięśniaka i Norsmena z brodą przetykaną siwizną.
        – Zerżnąć babę to mogę każdą, jeno im mniej brzydka, tym mniej wina trza mi – rzekł Egon, zgodnie z prawdą zresztą. – Tą Juttę obracać to możemy na wszelki sposób. Na ten przykład, no… Ciekawym był, czy mój kułak by się w jej łonie zmieścił – tu zaprezentował pięść. – Albo dwa. Albo ze trzy, moje i Larsem. Ciekawym bardzo kobiecego ciała, kamraci, czasem. Acz jako żem rzekł, sprawa to taka, aby Jutta nam spolegliwa była. Jak jej się we łbie coś zamiesza i podczas sprawunku okaże się, że stanie po stronie szypra, to marny jej los.

        Tu wojownik pociągnął linię na swym karku w sugestywny sposób. Postanowił wrócić do sprawy statku.

        – Prawdę rzeczecie, jeśli z Jutrzenką gracko się sprawimy, to nikt nie pytać będzie – przyznał. – Kiedy opanujemy statek, możemy płynąć natychmiast do portu. Jeśli naprawdę nikt go nie będzie szukał… Tak, można by kupca spróbować znaleźć. Hmm…

        Egon kalkulował opcje.

        – Moglibyśmy rzecz rozegrać dwojako – zaproponował wreszcie Egon. – Moglibyśmy dać w stolicy i Neues Emskrank ogłoszenia, że korab jest do sprzedania. A potem, uważacie, co jeśli byśmy go użyli do łowienia łyczków we wsiach wzdłuż rzeki? Gezacktowi by to pasowało, żadne otwarte morze. I ryzyko mniejsze, kiedy byśmy statek odsprzedali, to potem i nikt by nas nie rozpoznał, bo byśmy od razu przeszli na nowy. Tedy od razu byśmy ruszyli na rejzy po brańców, a rzecz z kupnem krypy na morze zrobili w miarę czasu.

        - To zależy, czy tam są jakieś wioski przy rzece. I jak nas będzie może dziesiątka, może tuzin albo mniej, to trzeba będzie z rozwagą polować. Bo jakby lady Soria z nami była, to co innego. Sam widziałeś jak zbałamuciła tą Hannach z wioski. Aż przebierała nóżkami aby milady ją wychędożyła. To jakby Soria z nami była, to pewnie by lżej było. A bez niej, to trzeba będzie ostrożnie podchodzić. - Norsmen nie wykluczał takiego polowania na brańców, ale zwracał uwagę, że może byś sporo zmiennych. I dało się wyczuć, że żałuję iż córki Soren z nimi nie będzie. Bo jak mieli wypływać jutro z rana, to nie było pewne, czy wężowa milady, zdążyłaby wrócić do miasta z kurhanu nekromanty.
        - Oj to już się zobaczy jak będziemy płynąć po tej rzece. Czy trafimy na tych piratów czy nie. Najwyżej coś się wymyśli. - Astrid była dobrej myśli i wolała nie zajmować się teraz szczegółami, jakie trudno było teraz przewidzieć. Uniosła swój kufel, aby pozdrwić nim swoich towarzyszy, zanim się z niego napiła.
        - No chyba coś jest wzdłuż rzeki ale już słabo pamiętam. To nie są moje okolice. - Burgund zmarszczyła brwi ale tym razem nie była pewna jak to wygląda na rzecznej trasie.
        - Są przystanie na rzece. Tak jak karczmy na trakcie. Tam się zwykle nocuje. Jakaś osada czy dwie chyba są ale niekoniecznie przy samej rzece. - Silny dodał coś od siebie, ciesząc się, że tym razem wie coś więcej niż kamratka Łasicy.
        - No a jeśli chodzi o Juttę to ja się z nią chętnie dziś poznam lepiej. Jak dziś nam z nią dobrze pójdzie, to i podczas rejsu powinna być nam bardziej przychylna. Jak da się zaprosić do “Mewy” to pewnie byśmy tam Łasicę spotkali. No to ona pewnie nie będzie wybrzydzać na taką pannę. To byśmy ją sprawiły. No a jak my to i przecież nie będziemy ten Jutty trzymać tylko dla siebie. - Łotrzyca chętnie wróciła do tematu pogłębienia znajomości z młodą mytnik. I widać było, że taki pomysł bardzo przypadł jej do gustu.
        – Nie możemy polegać ciągle na Sorii – Egon wzruszył ramionami. – Zda mi się, że dość roboty będzie miała z zasileniem juchy dla czarownika, a nawet jeśli i przywrócimy jego siłę, to i tak trza będzie nam jakoś opracować metodę, dzięki której złapiemy brańców.

        I po dłuższej chwili, dodał:

        – Pływanie po rzece bez planu i napadanie na byle jakie sioło zda mi się próżnym trudem. Trza by było z czasem rekonesans zrobić i zorientować się, gdzie jest najwięcej luda… I gdzie najmniej mogą się bronić. Któż wie, może jeśli byśmy odpowiednio posmarowali, to byśmy mogli zebrać nieco tych, co nam powiedzą o tym.

        – Hmh. No nic. To co? Idziemy do tej Jutty?

        ~

        Egon, ferajna i Gezackt

        – No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.
        – Wieści dobre, możesz ludzi zacząć zbierać – rzekł Egon do Gezackta. – Jutro zaraz z rana odpływamy Jutrzenką z Rybiego Nabrzeża.
        - No i dobrze. Ja tam ludzi mam zebranych. - Wskazał głową na stół przy jakim zostali jego towarzysze. Zaśmiał się przy tym rubasznie z zadowolenia. - Jutro rano? Do “Jutrzenki”? Na Rybim Wybrzeżu? Dobra, będę. Ilu ludzi mam wziąć? - Wyglądało na to, że od wczorajszej rozmowy chęci na ten rzeczny rejs mu nie ubyło.
        – Nie za dużo, żeby nic nie podejrzewali – rzekł Egon. – Weź dwóch strzelców i jednego wojaka. Od nas będę ja, będą Silny, Rune, Annika, Astrid, Lars. Nie więcej niż dziewięciu-dziesięciu chłopa trza na rejzę.
        - Dwóch strzelców i wojaka? - Herszt bandy spojrzał na Szybkiego i chwilę naradzali się spojrzeniami. Po czym jeszcze zerknął na stół w drugim krańcu sali, jakby zastanawiał się kogo z nich wybrać. W końcu skinął głową i zwrócił się do gladiatora. - No pewnie. Czyli ja i jeszcze trzech. Damy radę. - Uśmiechnął się jakby nie przewidywał na tym polu trudności.

        Egon skłonił się na te wieści.

        – Co do ceny żeśmy już dogadani są – rzekł. – Wkrótce przyjdę ja albo ktoś z nas i wręczy ci żeliwo na opłacenie rejsu, boć nie godzi się, żebyś za swoje pływał w naszych interesach. Ano, to co, umówieni żeśmy są?
        - Ano pewnie. Jak masz dla mnie żeliwo, to masz mój miecz. Tylko po rzece. Na morskie wycieczki to ja się nie piszę. - Gezackt wyciągnął swoją, sękatą dłon aby przybić umowę. Choć zrobił to samo zastrzeżenie co wcześniej, że nie ma ochoty zmieniać się w pełnomorskiego marynarza. Ale na wycieczkę po rzece to był skłonny zaryzykować.
        – Ano, po rzece będziemy pływać, w morze nie wypłyniemy – rzekł Egon, który powiedział poniekąd prawdę: skoro krypa nie nadawała się do pływania po morzu, będą musieli ją sprzedać.

        Wellentag; popołudnie; karczma “Kwarta”

        Egon, Burgund i Astrid

        Ostatecznie Silny z Larsem uznali, że nie trzeba iść całą zgrają aby zaprosić jedną pannę na balety, więc poszli do “Mewy”. Czy Egon z koleżankami by wrócił tam z Juttą czy bez, to tam właśnie mieli się spotkać. Łotrzyca uznała, że nawet jakby wrócili bez mytnik, to jeszcze jakby Łasica im doszła do zabawy, to i tak by się nie nudzili. Gladiator więc ponownie znalazł się na Placu Targowym i szedł z towarzyszkami w kierunku ulubionej karczmy strażników, wojaków, najemników i łowców nagród. Weszli do środka i rozejrzeli się. Chociaż południe już minęło, to dzień był w pełni. Wnętrze było bardziej tłoczne niż gdy byli tu wcześniej. Zapewne część strażników przyszła tu po skończonej zmianie. Znajomą celnik dostrzegli przy jednym ze stołów, chociaż innym niż siedziała wcześniej. Towarzystwo też było inne. Z pół tuzina mężczyn i poza nią, ze dwie młode kobiety co wyglądały na ladacznice. Wyglądało na to, że całkiem wesoło o czymś rozprawiają i biesiada trwa w najlepsze.

        Egon rozglądał się tu i ówdzie w poszukiwaniu Jutty, jednak, swym zwykłym sposobem ulicznego zbira, także i nadstawiał uszu na plotki, od których cała karczma huczała. Gdzież, na wszystkie demony, była mytniczka? Próbował ją znaleźć. Ach. Znalazł ją.

        – Astrid, zagadaj do niej – rzekł Egon, który stwierdził, że drugie pierwsze wrażenie dziewczyny zrobią lepiej za niego.. – Albo ty, Burgund. Wam gadka łatwiej przychodzi.
        Obie koleżanki spojrzały na siebie, jakby szacowały, która z nich lepiej nadaje się do tego pierwszego kontaktu. W koncu, pierwsza odezwała się łotrzyca.
        - Może racja Astrid, ty spróbuj. Widzę, że jakieś ladacznice to już tam mają a takiej urodziwej damy to jeszcze nie. A jakbyś potrzebowała wsparcia to daj znać, przybędę z odsieczą. - Rudowłosa dała znać, że jest gotowa ustąpić pierwszeństwa córce jarla. A ta wciąż nieco wyróżniała się wyglądem. Co prawda miała na sobie suknię jaką pewnie pożyczyła od Pirory lub którejś z jej koleżanek, więc już nie wyróżniała się tak, jak w swojej nieco staroświeckiej sukni w jakiej przypłynęła z Norsci. Jednak wciąż miała na sobie pas, miecz, broszę i ozdoby jakie kojarzyły się bardziej z jej północną ojczyzną niż tutejszymi ziemiami. Blondynka uśmiechnęła się do nich obojga i machnęła ręką.
        - No tak, jak jutro mam się z nią lepiej poznać w kajucie, to lepiej zobaczyć już dzisiaj, czy coś z tego będzie. - Miłośniczka sag odwróciła się aby ruszyć w kierunku tamtego stołu. A łotrzyca jeszcze zdążyła rzucić pokrzepiająco do jej pleców.
        - Oj z tego co Hubert mówił to powinna lubić takie zabawy. - Wyglądało na to, że też była dobrej myśli. Ale na razie została z Egonem, obserwując jak blondynce z północy, pójdzie gadka z młodą mytniczką. - Jak ją zachęci aby do nas podeszła albo chociaż nas zawoła do niej, to będzie dobry znak. - Burgund rzuciła cicho. A na drugim krańcu sali Astrid zdążyła podejść do siedzącej urzędniczki portowej. Widać było, że ta się przywitała z nią z przyjemnym zaskoczeniem, jakby dzisiaj, już się nie spodziewała jej spotkać. Córka jarla nachyliła się ku niej i zaczęła coś jej mówić do ucha. Pewnie wspomniała o czekającej dwójce, bo Jutta w pewnym momencie, spojrzała w ich stronę. Skinęła im ale dalej o czymś rozmawiały z Norsmenką. - O! - Burgund syknęła cicho bo w końcu obie podniosły się i ruszyły w ich stronę. Uśmiechały się, jakby były w dobrej komitywie. I tak dotarły do czekającej dwójki. Z bliska, młoda celnik, wyglądała na wesolutką i rozluźnioną.
        - I mówisz, to Burgund byłaby ta druga. - Jutta ciekawie obejrzała sobie łotrzycę i widać było, że nie jest dla niej to niemiły widok.
        - Tak. I jeszcze jedna koleżanka ale to już w tej drugiej tawernie. - Astrid pokiwała swoją blond głową, jakby kończyła część co rozmawiały wcześniej. Po czym zwróciła się z wyjaśnieniem do pozostałej dwójki. - Jutta mówi, że z trzema kobietami na raz, to jeszcze nie była. Więc jest ciekawa jakby to było. - Córka jarla wyjaśniła im o co chodzi. - No bo kawalerów to jak widzicie, tutaj ne brakuje. - Wskazała kciukiem za siebie, na stół z jakiego właśnie odeszły. - No ale Jutta, my też mamy kolegów, i wszyscy są bardzo jurni. - Blondynka wskazała wzrokiem na Egona jakby miał być żywym przykładem jej słów. Teraz i mytnik popatrzyła na niego. W końcu się uśmiechnęła.
        - No jak jurni no to się jakoś dogadamy. Byle nie stali pod ścianami jak kołki drewna na wiejskiej zabawie. - Roześmiała się, jakby nie była przeciwna zabawie z nowymi kolegami.

        Jak dla Egona, cała rzecz była warta świeczki o tyle, o ile można było wybadać dziewkę i jej zamiary na szykującą się wyprawę. Nawet - wojownik zuchwale myślał - można było w jakiś sposób zejść z ceny albo też skaptować ją dla Kultu, to tym lepiej. Sam nie czuł jakoś ochoty uczestniczenia w tym wszystkim, sam bowiem zamówił by sobie kwartę i piwa i pozwolił Burgund i Astrid obracać ją ile wlezie. Na to się jednak nie zanosiło, spodziewał się, że tych dwojga będzie szukać jego pomocy w dupczeniu mytniczki.

        – Powitać – Egon skinął głową, rad, że wstępne przełamanie lodów zostało już oporządzone przez dziewyczny. – Kołki drewna? Ba… Ja bym powiedział, że kołek mam, i to całkiem gruby.

        Zaśmiał się z własnego żartu.

        – To co? Zaczynamy? – rzucił wzrok w stronę Burgund, zastanawiając się, co rzeknie.

        - Jak tylko dojdziemy do “Mewy” to zaczynamy. - Łotrzyca odparła patrząc na kolegę z wesołym uśmiechem. Po czym szybko zwróciła się do celniczki. - Mnie by było bardzo przyjemnie, przyznam, że miałam nieprzyzwoite plany wobec ciebie, jak tylko cię pierwszy raz zobaczyłam dziś rano. - Komplementami, starała sobie zjednać urzędniczkę. Udało jej się na tyle, że ta roześmiała się szczerze i wzięła ją pod ramię. A pod drugie Astrid.
        - No też nie byłam ślepa ale wiecie jak jest. Nie przystoi abyśmy dali się ponieść swojej chuci. - Popatrzyła wesoło na ich trójkę, jakby zdradzała im jakiś sekret. Widać było, że wszystkie trzy, miały ochotę na wspólne spędzenie młodego jeszcze wieczoru. Na koniec popatrzyła nieco dłużej na gladiatora. - No i zobaczymy jak to jest z tymi kołkami. Bo dziewczyny mi chyba w tym pomożecie? - Mytniczka spojrzała zalotnie na swoje nowe towarzyszki jakie ją flankowały.
        - Oj no pewnie, że tak. - Astrid uspokoiła ją jakby też była chętna na rozszerzenie zabawy o kolegów.
        - To chyba nie mamy co tu tracić czasu, co ślicznotko? Skoro czekają nas takie przyjemne zmagania w łożnicy. - Burgund przesunęła palcem po policzku urzędniczki kusząc ją w stylu zawodowej ladacznicy.
        - No tak, ale to jeszcze poczekajcie. Muszę się pożegnać z chłopakami. - Jutta pokiwała głowa i odwróciła się aby wrócić do stołu od jakiego przed chwilą odeszła. Widzieli jak coś im mówi i zaczynają rozmawiać.
        - No to mamy ją. Oby tylko Łasica była w “Mewie”. A jak nie, to jej strata. - Burgund obserwowała to z satysfakcją i wyglądała na zadowoloną z rozwoju sytuacji.

        “Łatwo poszło”, pomyślał Egon, który w zasadzie nie mógł oderwać się od myśli całego planu i kalkulowania rzeczy. Jeśli Burgund i Łasica tylko rozbujają dziewkę tak, że będzie dobrym narzędziem podczas rzecznej rejzy, tylko tym lepiej dla wszystkich.

        – No dobra… Poczekajmy i ruszymy do Mewy – rzekł Egon.

        Później więc, idąc już w stronę Mewy i oczekując swawoli, z umysłu Egona nie mogło w żaden sposób zejść wspomnienie: włócznia. Niewątpliwie, symbol Krwawego Ogara i coś, co tylko on mógł wspomóc, żeby rzecz odnaleźć. Czuł też, że w jakiś sposób żądny krwi czarownik (właśnie: gdzież, na wszystkie diabły, podziewała się Soria?) i ołtarz ofiarny strzeżony przez bestigory mają w tym swoją rolę. Chciał jak najszybciej szturmować ów ołtarz, jednak wojownik musiał odznaczyć się cierpliwością: żeby sforsować wielkie bestie, potrzebna będzie armia, sojusze. Ich bowiem nie sposób będzie zadzierzgnąć, jeśli nie połynie strumień złota, krwi i ekwipunku w odpowiednie miejsce. Tedy Egon zaparł się w sobie, bowiem wydarzenia niebawem zadecydują o losie tych przedsięwzięć.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell jako Heinrich von Achterberg
          Moderator Obsługa Mecenas
          napisał ostatnio edytowany przez
          #319

          Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa

          Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki.
          - Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie?
          - Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę.
          - Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi.
          - O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać.
          - Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę.
          - Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy.
          - A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć.
          - Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć.
          - No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność.

          Heinrich, Petra i Fabienne

          - Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie!
          Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech.
          - Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji.
          - Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne.
          Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety.
          - Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole.
          Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady.
          - To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność.
          - Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę.
          Heinrich pokiwał głową na zgodę.
          - Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu.
          - Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga.
          - To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania.
          Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu.
          - Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów.
          - Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach.
          - Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła.
          - Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści.
          Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi.
          Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry.
          - Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach.
          Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze?
          - Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu.


          Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach jako Otto "Puste Oko"
            napisał ostatnio edytowany przez
            #320

            Wellentag; rano; ulica

            Otto i Silny

            Mnich uśmiechnął się.
            - Ano, sprawę miałem. Wiem, że nie jesteś skory pomagać dziewczynom od Węża, absolutnie to rozumiem. - jednooki westchnął - Zwracam się jednak do ciebie z propozycją. Lady Odette pragnie… doświadczyć adoracji mniej wyrafinowanej publiczności. Więc, miałem pomysł, czy miałbyś jakiś większy pokój w swoim przybytku. Coś, aby pomieścić kilku, lub kilkunastu gapiów i Lady Odette, która by wykonała rozbierany taniec dla nich? Zakładam, że trochę by grosza się z tego sypnęło.

            Na twarzy łysego zbira, pojawiło się zaskoczenie. Przez kilka kroków szedł obok mnicha i zerkał co chwila na niego jakby sprawdzał czy dobrze się rozumieją i czy kolega aby nie żartuje. W końcu jednak zdołał przemóc swój chwilowy stupor i odezwał się ponownie. - Lady Odette? Znaczy co? Chce się chędożyć z tłuszczą? - Pomysł widocznie wydał mu się tak dziwny, że musiał usłyszeć potwierdzenie na własne uszy. - Wiesz ona gibka jest i ładna. Na pewno nie będzie trudno znaleźć kogoś kto by chciał he he się z nią poznać bliżej. Miejsce się znajdzie. Pełno pustych kamienic w mieście stoi. To żaden problem. Chętni też się znajdą. Na chędożenie soczystych ladacznic za darmo to zawsze się chętni znajdą he he. No ale przecież to lady Odette. Dopiero co występowała na mszy. Całe miasto ją widziało i zna. To wiesz Otto, jak u nas u Pirory czy gdzie to sami swoi, wszystko zostaje w rodzinie. Ale jak tak wziąć obszczymurów z ulicy to zaraz polecą na miasto pochwalić się kolegom kogo chędożyli. Nawet jak nie wszyscy im uwierzą no to jednak plotka pójdzie w miasto. - Mięśniak był dość prostolinijny i w ten sam sposób podszedł do załatwienia tej sprawy. Widać było, że samo zorganizowanie miejsca i chętnych nie uznaje za zbyt wielki problem ale utrzymanie sprawy w tajemnicy już tak.
            - Och, nie nie… przynajmniej nie od razu. Niektóre zamtuzy oferują dziewczyny, które tańczą powoli się rozbierając przed chędożeniem. Lady Odette chciałby spróbować, a ja mam znaleźć jej odpowiednie miejsce. Na uboczu, z dala od ważniejszych osobowości miasta. Pomyślałem o twojej karczmie. Może przydałoby się, abyś stał gdzieś obok, aby żaden nie spróbował szczęścia bez pozwolenia. Nie podamy imienia Lady i będzie masce.
            - To ona jeszcze chce się sama rozbierać przed nimi? Jak ladacznica? - Widać było, że oprych ma trudności z nadążeniem za fantazjami milady. Pokręcił głową i cicho gwizdnął jako komentarz. I znów przeszedł parę kroków zanim się odezwał.
            - No tak, jakby miała maskę to powinno pomóc. I może perukę. Bo te jej kudły to są dość charakterystyczne. Nasze ladacznice powinny mieć jakąś. Zresztą ona przecież w teatrze codzienne urzęduje to pewnie też ma jakąś. - Zaczął omawiać temat i dał znać drobniejszemu koledze w habicie, co uważa za rozsądny krok.
            - A w karczmie można. Łatwiej by znaleźć chętnych. Nie wiem czy w głównej sali taki numer by przeszedł. Ale można by go urządzić w stajni. Albo w którejś z pustych kamienic. Bo to ile byś chciał tych obszczymurów? Z pół tuzina, tuzin? Więcej, mniej? No to czy w kamienicy czy stodole to by się tylu zmieściło. Ja bym wziął Rune do pomocy. Tylko teraz to chyba popłyniemy z Egonem na parę dni bo mamy interes na rzece do załatwienia. To pewnie nas nie będzie. Ale to z ladacznicami też pewie to załatwisz. Na chędożenie takiej gibkiej damulki za darmo to zawsze się znajdą chętni. - Silny powiedział swoje i był ciekaw jak się Otto do tego odniesie. Jednak zaznaczył, że są spore szanse, że go nie będzie przez parę dni w mieście.
            - Nie za dużo. - uznał jednooki - Tuzin chyba damy radę jakoś utrzymać, co nie? Jeżeli potrzebowałbyś jakiejś rekompensaty to oczywiście coś uzbieram.
            - E. Chyba nie. Jakby jakaś szpetna była to nie tak łatwo by kogoś szukać. Ale jak taka ładniutka to raczej chętnych nie będzie brakowało. - Łysy machnął swoją sękatą łapą na znak, że na tym polu, trudności raczej nie przewiduje. - To co? Na kiedy chcesz to zorganizować? No dziś to ja jeszcze będę ale jutro czy pojutrze to jak ci mówiłem, pewnie już będe na rzece urzędował. Wtedy to najwyżej umówimy się jak wrócimy albo z Łasicą gadaj. Bo Burgund też z nami płynie. - Zerknął na idącego obok kolegę. Zbliżali się do wylotu ulicy na Plac Targowy, za jakim była Biała i hospicjum.
            - Pojutrze będzie dobrze. Jeszcze ugadam to z Odette, ale oczywiście zjawimy się. Nie musisz sprawdzać widowni, Lady von Treskov nie wybrzydza. I dziękuję, wiem, że proszę o dużo.
            - Nie wiem czy do pojutrza wrócimy. Płyniemy do Saltmundu. To ze dwa dni w górę rzeki. I tyleż na powrót. Więc to pewnie cztery, pięć dni zejdzie. Chyba, że coś się wydarzy co skróci tą podróż. To jak chcesz coś prędzej to lepiej gadaj z Łasicą. No chyba, że możesz poczekać do naszego powrotu. - Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami i podał koledze swoje oczekiwania, kiedy z ekipą Egona, powinien znów być w mieście.
            - Pośpiechu nie ma, do tego dobrze będzie jak sama tancerka będzie miała czas. Do tego muszę znaleźć dyskretnych muzyków. - mnich się zaśmiał - Cóż was wysyła, aż tak daleko?
            - Grajków to możesz poszukać u Łasicy. Pewnie jakichś zna. Rzucisz im parę miedziaków, albo nawet za wychędożenie takiej lubieżnej panienki, to powinni się jacyś znaleźć. Pewnie by wystarczył jeden czy dwóch. - Tutaj mięśniak też był zdania, że ten krok nie powinien stanowić zbyt wielkich trudności. - A my płyniemy bo w górze rzeki ktoś napada na barki. To może napadnie i na nas. Egon z Larsem liczą, że udałoby się zdobyć jakąś łajbę do dalszych celów. A resztę to się zobaczy. Oficjalnie będziemy płynąć albo jako eskorta albo pasażerowie. Jeszcze się zobaczy. Dobrze, mam nadzieję, że trafi się okazja rozwalić parę łbów he he. - Mięśniak zarechotał na koniec ale chyba traktował tą wyprawę jako przyjemną odmianę od codziennej rutyny w mieście.
            - Niech rzeka spłynie krwią. - uśmiechnął się mnich - Wątpię, aby zwykłe zbiry drogowe dały wam radę.
            - No pewnie! Taką zgraję, żeśmy zmontowali, że nikt nam się nie oprze! - Silny zarechotał z zadowolenia na słowa kolegi. - Jeszcze tylko w porcie mogą nas zatrzymać. Nie wiemy czy uda się nam wszystkich co planujemy, wejść w tym samym czasie, na tą samą łajbę. No ale to się będziemy jutro martwić. - Pokiwał swoją łysą głową ale widać, że nie psuło mu to humoru. - Dobra, to jak chcesz to zbiorowe chędożenie milady to da się załatwić. Ja to mogę załatwić ale jak wrócę z tego rejsu. Jak chcesz wcześniej to pogadaj z Łasicą, ona też powinna dać radę. - Przypomniał sobie o czym rozmawiali przed chwilą. Akurat jak weszli na Plac Targowy. Nawet jak nie był to dzień handlowy, to tu biło serce tego opustoszałego miasta i ludzi oraz wozów, było sporo.
            - Spróbuję. Może też jakoś odkupię się w oczach łotrzycy. - odparł Otto - Potrzebujesz czegoś ode mnie przed wyruszeniem? Mogę nawet cię pobłogosławić w imię krwawego.
            - Jak możesz to dawaj. Nigdy nie wiesz kiedy to drugie ostrze będzie trochę szybsze niż twoje nie? - Łysy zaśmiał się chrapliwie jakby zdawał sobie sprawę jak dla większości wojowników kończy się droga miecza. Mimo to akceptował to i nie wyglądał na zlęknionego. Raczej wydawał się patrzeć z nadzieją na ten rzeczny wypad jako okazję do bitki i przygody.
            Mnich sięgnął pod habit, wyciągając nóż i wręczając go Silnemu. Chwycił mocno za ostrze i oprych po chwili zobaczył kilka strużek krwi. Otto chwycił go bratersko za ramię.
            - Aby twe ramię cię nie zawiodło. Aby twe serce nie przestało bić. Aby twe ostrze się nigdy nie stępiło. Aby twój krzyk nigdy nie osłabł. - przybliżył się do Silnego - Krew dla boga krwi.
            - Krew dla boga krwi. Krew dla Krwawego Ogara bracie! - Silny mocno ścisnął prawicę mnicha aż go zabolała. W oczach mięśniaka pojawił się groźny błysk, jaki obiecywał jego wrogom i ofiarom marny koniec. Przez chwilę dzielili ten moment zaufania i bliskości. Nim zbir puścił dłoń kolegi. Pokiwał głową i uśmiechnął się. Po czym nagle jakby coś mu się przypomniało.
            - A wiesz co? Annika ma z nami płynąć. Lady Fabienne się zgodziła. Tak mówili Egon z Larsem. Zobaczymy czy faktycznie ją puści. Jeśli tak… No to zobaczymy co dziewczyna potrafi. Mizerna jest, mięśni prawie nie ma. Na moje to na ladacznicę mi bardziej pasuje. No ale kto wie, kto wie… Widziałem wczoraj jak rozkwasiła nos pijanemu niziołkowi który na nią nastawał. No w sumie to tylko pijany niziołek. Ja to bym go jedną ręką załatwił. Ha! Jakbym dał mu z bańki to nawet w ogóle rąk bym nie musiał używać! He he. No ale widać było, że ikrę ma dziewczyna. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Więc kto wie, kto wie… Może coś z niej będzie. - Zwierzył mu się z wczorajszego epizodu z byłą pacjentką hospicjum. I wydawał się wciąż być pełen wątpliwości co do Anniki jako wojowniczki. Ale jednak był gotów dać jej chociaż szansę aby się wykazała.
            - Ogień w jej krwi jest prawdziwy. - zapewnił Otto - Każdy zaczyna nisko. Wątpię, aby twoja pierwsza bójka była z strażnikiem miejskim… chociaż kto wie, wariat z ciebie taki, że pewnie chciałeś złapać byka za rogi.
            - E. Moja pierwsza bójka była tak dawno temu, że już jej nie pamiętam. Jeszcze smarkiem w krótkich gaciach byłem. - Silny roześmiał się chrapliwie, jakby go rozbawiła ta uwaga. Machnął ręką jakby nie warto było do tego wracać. - No zobaczymy co z niej wyjdzie. Na tej rzece statki ktoś napada. Więc może i my trafimy na kotłowaninę. Na to liczę! - Zaśmiał się teraz głośniej i pogroził pięścią nieznanemu jeszcze wrogowi. - Dobra idę. Powodzenia Otto. Ha! I przygotuj te ladacznice na nasz powrót! Bo jak woje wracają z wyprawy to chętne uda zawsze są mile widziane! I wino! Dużo wina, kobiet i chędożenia! - Zaryczał ze śmiechu jakby tak właśnie wyobrażał sobie udany powrót wojowników do domu.

            Otto u Lebkuhenów

            Mnich przyjrzał się dziewczynie wybranej przez Teofano.
            - Wstrzymaj groźby, więcej much przyciągniesz na miód. - zastanowił się - Nie ma pośpiechu, aby ją od razu wciągać do grona innych matek, więc na razie po prostu… zainteresuj ją sobą. - spojrzał z uśmiechem na cukiernik - Jesteś bardzo urodziwą i intrygującą kobietą Teofano, na pewno będziesz w stanie ją sobą zainteresować. Ja na razie zobaczę jak otwarta jest twoja matka.
            - Aha. - Młoda cukiernik pokiwała głową, słysząc decyzję swojego kolegi i przewodnika po wyższych sferach. Nieco uśmiechnęła się i pokraśniała z dumy gdy usłyszała od niego komplement o swoim wyglądzie. I przez chwile jeszcze wpatrywała się przez szybę na Gelę. Ta pakowała właśnie komuś torbę pierników i uśmiechała się do klienta życzliwie. - To mówisz, żeby tak raczej łagodnie z nią? No dobrze, spróbuję. Tylko nie słyszałam aby ją jakoś kobiety interesowały. Ja to wcześniej trochę interesowałam się Margo ale raczej po to aby pokazać jej kto tu rządzi. Dopiero jak dzięki tobie, spotkałam lady Fabienne, Pirorę i Odette to zobaczyłam jak to może być ciekawie i przyjemnie z inną kobietą. - Przyznała się, że czuje się na tym polu mało doświadczona. I zerknęła na mnicha czy ten nie byłby skłonny podpowiedzieć jej coś jeszcze, jak powinna postąpić z młodą i urodziwą podwładną.
            - Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. Jeżeli twe wdzięki nie będą jej miłe, no cóż trudno, trzeba będzie spróbować innego fortelu. Na razie pomyśl o tym jak o treningu. Kiedyś będziesz musiała sobie znaleźć męża, co nie? Sztuka uwodzenia sprawi, że będziesz mogła przyciągnąć uwagę kogo będziesz chciała.
            - Nie potrzebuję męża. Ja już jestem poślubiona naszym pieszczoszkom! - Teofao żachnęła się i dumnie poklepała się po swoim brzuchu. Na razie wciąż był płaski więc nie było znać jej robaczej ciąży. Jednak po chwili uspokoiła się i uśmiechnęła do mnicha. - No ale dobrze. Spróbuję z Gelą po dobroci. Może nie jest szlachcianką jak nasze milady, no ale jest dość urodziwa. Coś wymyślę. - Pokiwała głową, na znak, że postara się postąpić wedle wskazówek rozmówcy.

            Mnich poszedł do mieszkania Lebkuchenów i zapukał do drzwi oczekując na wpuszczenie. Czekał krótko. Ze środka usłyszał lekkie, szybkie kroki. Po czym drzwi otworzyły się a z wewnątrz ukazała się kolejna muszą matka.
            - Pochwalony bracie Otto. Wejdź proszę. Frau Lebkuchen cię oczekuje. - Pokojówka odsunęła się aby go wpuścić do mieszkania. Posłała mu ostrożnie życzliwy uśmiech a sama poczekała aż wejdzie aby zamknąć za nim drzwi. Wtedy przejęła rolę przewodniczki gotowa poprowadzić go w głąb mieszkania.
            Otto skinął pokojówce na przywitanie.
            - Witaj Margareth, miło cię widzieć. - przekraczając próg ucałował dłoń kobiety - Możesz mi opisać cóż to trapi twoją pracodawczynie?
            Pokojówka nie spodziewała się takiego gestu jakim zwykle częstowała się szlachta. Więc się zmieszała na chwilę. Widać było, że jednak sprawił jej przyjemność. Po chwili odchrząknęła aby zebrać się na odwagę i starała się odpowiedzieć na pytanie.
            - Korzonki. Frau mówi, że jej dokuczają. Ma nadzieję, że przyniesiesz jakieś maści i olejki jakimi ją nasmarujesz i jej pomogą. No i wiesz… Aby to zrobić to będzie musiała pokazać ci plecy. - Wciąż lekko się rumieniąc wskazała gestem w głąb korytarza gdzie pewnie czekała matka Teofano. Mniej więcej zgadzało się to z oficjalnym powodem wizyty mnicha, jaki ustalili wczoraj po mszy. Ale świadczyło też, że tak wstępnie to gospodyni obdarza go pewną dozą przychylności i zaufania skoro liczy się z tym, że chociaż obnaży przed nim swoje plecy.
            Mnich klepnął się w sakwę.
            - Mam coś przygotowanego. Kilka ziół i przypraw. Jeżeli mogłabyś przynieść mi zwykły olej kuchenny, to by pomogło. - mnich ruszył we wskazanym kierunku - Frau Lebkuchen? Przybyłem na twe wezwanie.

            • Dobrze. - Pokojówka uśmiechnęła się do niego i ruszyła w jeszcze inną stronę mieszkania. Zaś mnich mógł dotrzeć do drzwi, jakie wskazała mu wcześniej. Gdy je otworzył, ukazał się mały salon. Może nie tak gustowny i okazały jakie widział u von Mannliebów czy u Priory ale też był starannie urządzony na miarę możliwości bogatych mieszczan. Gospodyni czekała na niego przy kominku.

            link: https://i.imgur.com/bMNhhSS.jpeg

            - Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Moja córka strasznie zachwalała twoje umiejętności niesienia ukojenia. Mam nadzieję, że okażą się prawdą. - Renate Lebkuchen była już nie pierwszej młodości. Ale trzymała się prosto i widać było, że życie oszczędziło jej fizyczność. Wciąż miała błysk w oku i gładką cerę. Suknia oczywiście nie dorównywała tym jakimi nosiły szlachcianki ale jak na mieszczkę, to była z górnej półki. Widać też było po kim Teofano odziedziczyła te ładne, kasztanowe włosy.
            - Moim celem jest twoje zadowolenie, pani. - odparł mnich i zbliżył się cukiernik - Zanim przejdziemy do zabiegu, proszę opisać ból. Gdzie się zaczyna, przy jakich sytuacjach? Czy jest to ból ostry, kłujący, taki co promieniuje?
            Kobieta obserwowała swojego gościa gdy ten przechodził przez pomieszczenie. Wysłuchała co mnich ma do powiedzenia i kąciki jej ust wydawały się minimalnie uniesione w subtelnym uśmiechu jakiego oficjalnie nie było. - Miewam boleści w krzyżu. Zwłaszcza jak się zapomnę i schylę zbyt gwałtownie albo coś dźwignę. - Pokazała dłonią na dół swoich pleców. - Byłabym bardzo rada gdybyś ojcze, znalazł na to jakiś sposób aby to przeszło. Wtedy zapewne bym odzyskała młodzieńczą witalność i to by mnie wprawiło w zadowolenie. - Odparła godnym tonem w jakim jednak brzmiała nutka frywolności.
            Otto się uśmiechnął.
            - Jestem pewny, że witalności w tobie jeszcze dużo moja pani. Za pewne w niejednej rzeczy bym się zmęczył przed tobą. Posłałem Magareth po olej, jak go przyniesie możemy rozpocząć. Masz jakieś wygodne łóżko, aby się położyć? No i oczywiście… będziesz musiała zdjąć szatę.
            - No cóż, ojcze, skoro mówisz, że to potrzebne… Jestem tylko bogobojną córą tego miasta. - Właściwie to Lebkuchen użyła takich słów jaką prawa obywatelka Imperium powinna. Jednak uśmiech jaki krył się w jej spojrzeniu dość mocno wypaczał ich sens. Nie wyglądała na to aby wizja zdejmowania ubrania przed mnichem jakoś ją przerażała czy krępowała. Jednak ich rozmowę, zakłocił powrór Margo. Pokojówka zapukała w drzwi a gdy jej pani kazała jej wejść to weszła. Szybko do nich podeszła trzymając tacę a na niej dwie butelki delikatnej oliwi używanej do sałatek, zbyt drogiej dla większości populacji miasta. Oraz bardziej powszechny olej. Zatrzymała się wodząc oczami między nimi jakby nie do końca pewna komu z nich powinna przekazać te butelki.
            - Przejdziemy do pokoju dla gości. Mimo wszystko ojcze, w mojej małżeńskiej sypialni, goszczę tylko mojego męża. - Pani domu, zwróciła się do nich obojga. Pokojówka pokiwała ze zrozumieniem głową i wróciła w stronę drzwi. Przy okazji wskazując drogę, gdzie będą iść. - To był dawny pokój Teo i jej siostry. Jak jeszcze były dziewczynkami. Teraz ma inny pokój a ten przysposobiliśmy na wypadek gości. - Renate wyjaśniła mnichowi dokąd zmierzają. I po chwili byli w tej sypialni. Nawet podobny wielkością do tej zajmowanej przez ich ostatnią córkę na wydaniu. Ale nieco mniej spersonalizowany. Za to z wygodnym, podwójnym łóżkiem gotowym przyjąć jakąś parę.
            Mnich wyciągnął sakwę i położył ją na stole. Po chwili wyciągnął z niej mniejsze woreczki, które delikatnie rozłożył. Frau Lebkuchen mogła zobaczyć liście mięty, startą paprykę i kilka innych ziół.
            - Proszę się rozebrać i położyć, pani. Najpierw zobaczymy jak to wygląda.
            - Może ja pokażę tutaj. - Lebkuchen wezwała Margo do siebie akurat jak ta postawiła tacę na nocnej szafce przy łóżku. Dziewczyna bez wahania do niej podeszła i czekała na dalsze polecenia swojej pani. Ta gestem kazała jej się odwrócić. A sama podniosła dół jej koszuli i nieco ściągnęła spódnicę. Tak, że się ukazał dół pleców i fragment kobiecej bielizny poniżej. - O tutaj. - Przesunęła palcami po skórze pokojówki spokojnie i nieco pieszczotliwym ruchem. - Myślisz ojcze, że mógłbyś coś pomóc na to miejsce? - zapytała zerkając na mnicha z tym samym subtelnym, nieco kpiącym a nieco wyzywającym spojrzeniem.
            - Jak najbardziej. Proszę się położyć, pani. - mnich uśmiechnął się do obu kobiet i podszedł do tacy z olejkiem, wcierając niewielką ilość w dłonie.
            - Margo pomóż mi. - Matka Teofano zwróciła się do służki, wskazując na zapięcie swojej sukni. Co prawda pewnie sama by sobie z tym poradziła ale nie po to miało się pokojówki aby z nich nie korzystać. Myszata brunetka podeszła do gospodyni i bez sprzeciwu, zajęła się supełkami i guzikami swojej pani, aby jej pomóc zdjąć suknię. Gdy skończyła Renate skinęła jej dłonią, już własnymi dłońmi przytrzymując ją aby nie opadła. - Możesz odejść. No chyba, że ojciec Otto znajdzie dla ciebie jakieś zastosowanie. - Zwróciła się do pokojówki i jakby oddała pałeczkę co do niej, swojemu gościowi. Margo więc spojrzała pytająco na mnicha czy ma zostać czy wyjść. Jej pani zaś zsunęła z pleców suknię. Plecy miała jak na swój wiek gładkie i zgrabne. Chociaż na jednej łopatce była szpecąca plama po dawnym oparzeniu wrzątkiem czy czymś podobnym. Brunetka położyła się na brzuchu oddając swoje plecy pod opiekę mnicha.
            - Powinienem sobie dać radę Margareth. Dziękuję. - mnich położył delikatnie dłonie na plecach kobiety, na razie rozprowadzając olej po skórze. Po chwili cukiernik poczuła zwiększoną siłę nacisku dłoni Otto na punkt, który wskazała. Spowodował tymczasowy ból, który jednak szybko przerodził się w rozkosz ulgi.
            - To tutaj, pani?
            - Tak, tutaj. Masz zręczne ręce ojcze. - Lebkuchen leżała na brzuchu, całkiem spokojnie. Co ułatwiało mnichowi manewry. Margo wyszła bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi, więc zostali w sypialni dla gości, tylko we dwoje. Pod palcami Otto czuł kobiecą, ciepłą skórę a pod nią, żywe ciało. Znów dało się poznać po kim Teofano odziedziczyła swoje kobiece wdzięki. - Chociaż czasem mam wrażenie, że całe plecy mnie bolą i przydałyby mi się nowe. - Wymruczała z rozleniwionym zadowoleniem jakie brzmiało bardzo zachęcająco.
            Dłonie mnicha zaczęły wędrować po całych plecach kobiety i nawet muskać jej boki.
            -Nonsens. Masz piękne plecy, moja pani. Skórka gładka i jędrna, kręgosłup prosty. Blizna, jedynie zwraca uwagę na twe łopatki, nie zabierając im uroku.
            - Nie przejmuję się nią. Mam ją większość życia. Moja matka niechcący, oblała mnie wrzątkiem gdy byłam pacholęciem młodszym niż Teo teraz. Miałam prawie całe życie aby się do niej przyzwyczaić. Masz naprawdę zręczne dłonie. Czuję jak zmęczenie uchodzi z mego ciała. Aż by się chciało aby nie tylko plecy poczuły taką ulgę. - Lebkuchen wciąż leżała spokojnie i pozwalała aby mnich robił swoje. Jednak ten ostatnio na tyle wiele miał do czynienia ze swoimi kochankami, że rozpoznał rodzącą się przyjemność. Taką jaką mężatce wypadało odczuwać i przeżywać, wyłącznie ze swym prawym małżonkiem.
            Mnich sekundę się zastanowił na następnym krokiem.
            - Jeżeli są jakieś miejsca, w których chciałabyś poczuć mój dotyk, jedynie powiedz. - postanowił przyjąć rolę niewinnego chłopaczka w obliczu wygłodniałej lwicy. Zapewne frau Lebkuchen nie często miała szansę być dominująca w obliczu mężczyzny. Jego dłoń zsunęła się delikatnie niżej, ale jeszcze nigdzie skandalicznie.
            - To byś musiał ściągnąć suknię. Bo to miejsce jest trochę niżej. - Gospodyni nieco uniosła swoje biodra, aby łatwiej mu było to zrobić. A wtedy ukazała mu się cała jej sylwetka. Całkiem zgrabne nogi, chociaż z żyłkami na łydkach. Szczupła kibić i foremny tył. Jeszcze symbolicznie zasłonięty kawałkiem bielizny. Nie tak wykwintnym jak te jakich widział u szlachetnie urodzonych koleżanek, ale też nie taki zwykły jak u Margo czy Elke. - Od tego ciągłego stania i chodzenia, bardzo puchnął mi nogi. Czy mógłbyś coś pomóc, podobnie jak na plecy? - Głos miała nieco przytłumiony przez poduszkę. I nie podnosiła głowy, jakby tak było łatwiej dla nich obojga. Dało się jednak wyczuć to samo przyzwolenie co wcześniej.
            Mnich pomógł kobiecie zdjąć suknię i rozpoczął wywierać nacisk na łydki kobiety. Zgiął je później w kolania, kolejny chwilowy ból dał miejsca większemu ukojeniu.
            - Łatwo być nieskazitelnym, jeżeli nic się nie robi. - odparł Otto, jego dłonie teraz powędrowały masować między udami kobiety.
            - No niestety, jak ma się całą cukiernię na głowie to trudno jest zadbać o siebie. - Właścicielka słodkiego rzemiosła z przyjemnościom poddawała się dotykowi mężczyzny. Nawet jak stopniowo przechodził on z jej łydek na uda i był coraz bliżej ich zwieńczenia. - O tak, w tym miejscu bym prosiła abyś szczególnie zwrócił na nie uwagę. I ściągnij te majtki, tylko przeszkadzają. - Rzeczywiście zwracała się do niego z zalotnością salonowej lwicy jaka wie czego chce od swojego kochanka. I potrafiła dać mu znać, że jest już gotowa aby przejść do śmielszych działań.
            Otto przełknął, niech matrona Lebkuchenów poczuje jak młodzieniaszek wyznaje chuć do jej ciała. Nieśmiale zdjął resztę bielizny kobiety, jego dłonie delikatnie zaczęły pieścić jej łono.
            Gospodyni nie przerywała mu. Zupełnie jakby nie chciała go speszyć. Ale, że miał w takich zabawach spore doświadczenie, to widział i wyczuł jak ciepło podniecenia, zaczyna ją rozgrzewać od środka. Coraz bardziej i wyraźniej. Jak oddycha szybciej i głębiej. Jak coraz słabiej się kontroluje. Aż w końcu jak bezwstydnie przewraca się na plecy. Teraz ją widział w całej okazałości. Zgrabne uda, z małą, starą blizną. Starannie przystrzyżone łono. Płaski brzuch. Jak na jej wiek, dość kształtne i bujne piersi. I wreszcie zachęcające, bezkompromisowe spojrzenie nad pełnymi ustami. Wzywała go do siebie całą sobą, aby po tych wstępnych karesach mogli zacząć właściwe figle. Już bez udawania, że chodzi o jakąś pomoc medyczną.
            Mnich zdjął spodnie i ułożył się między udami cukiernik.
            Przynajmniej miał pewność, że kobieta nie jest przeciwna poszukiwaniu przyjemności. Teraz jedynie zostało powoli siać zainteresowania w stronę much.

            Wellentag; popołudnie; teatr

            Otto u Pirory

            Mnich skłonił się przed Pirorą.
            - Witaj moja droga. Chciałem się upewnić, że wszyscy zadowoleni bo ostatnich zabawach. A widzę, że macie nie lada przedstawienie.
            - Oh, to zwykła próba. Udało nam się namówić Alionę aby pokazała nam nieco swoich umiejętności. Jak pewnie widzisz, plotki o muzycznych talentach elfów znikąd się nie wzięły. - Pirora stanęła obok kolegi, dyskretnie nadstawiając policzek aby mógł go elegancko pocałować. Chociaż takie zachowanie raczej nie przystawało do relacji między szlachcianką a zwykłym mnichem i świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. On zaś widział jak elfka i dwie szlachcianki na chwilę się zajęły rozmową o talentach leśnej elfki ale zapewne nie całkiem przegapiły jego przybycie.
            Mnich ucałował policzek szlachcianki, zezwalając sobie na delikatne uszczypnięcie jej kuperka.
            - Mam do tego sprawę do Lady Odette, ale nie będę jej okradał z możliwości rozmowy z pięknym ludem. - jednooki zerknął na rozmawiające kobiety - Mam nadzieję, że nic nie podejrzewają. Elfy potrafią rozpoznać metody naszych patronów lepiej niż większość ludzkości.
            - Chyba nie. Przynajmniej ostatnio jak się bawiliśmy w teatrze po występie to i Aliona i Fanriel były nam przychylne. Bardzo Adrienne przypadła im do gustu. Od tamtej pory nie zauważyłam zmian w ich zachowaniu. Może nawet są nam życzliwsze. - Pirora lekko pacnęła w ramię kolegi gdy ten uszczypnął jej tylne wdzięki ale raczej dla takiej przyjacielskiej wymiany żartów niż dla skarcenia go. Ale, żeby nie przedłużać powitania, zaprosiła go do trójki rozmawiających koleżanek.
            - Witaj bracie Otto. Miło cię znów widzieć. - Gwiazda estrady odezwała się pierwsza od razu pokazując swoją przychylność wobec zwykłego mnicha. Kamila i Aliona też posłały mu życzliwe, uprzejme uśmiechy.
            - Witajcie moje drogie. Nie spodziewałem się zostać uraczony tak pięknym dźwiękiem jak śpiew elfiej damy. - skłonił się przed Alioną - Teraz jedynie rozpaczam, że tylko końcówkę usłyszałem. Lady Odette, hospicjum jest w przygotowaniach na twe odwiedziny.
            - Oh to tylko taka przyśpiewka ludowa. Tak to się chyba u was mówi. - Elfia brunetka przyjęła komplement z uprzejmym uśmiechem ale wyglądało na to, że sprawił jej przyjemność.
            - Nie przesadzaj Aliono, wasze kołysanki czy przyśpiewki ludowe, są bardziej zaawansowane i przemyślane niż nasze arie. Może najelpsi tileańscy mistrzowie to się zaczynają zbliżeć precyzją do waszych rymów. - Lady Odette wypowiedziała się po przyjacielsku i swobodnie ale dała wyraz swojemu szacunku dla elfiej sztuki i poezji. To wywołało uśmiechy na twarzach koleżanek.
            - Dlatego cieszę się, że dziś miałyśmy zaszczyt słuchać i podziwiać was obie. - Kamila van Zee dołożyła wisienkę na torcie tej wymiany uprzejmości słodząc tak elfce jak i miodowłosej śpiewaczce.
            - To mówisz bracie Otto, że hospicjum jest gotowe na moje przybycie? No tak, prawie o tym zapomniałam. Dobrze, że się przypomniałeś. To sugerujesz jakiś termin? Dziś już nie dam rady. Może jutro? Na obiad jestem zaproszona przez Benitę i jej męża. Byli tak uprzejmi, że nie mogłam im odmówić. Więc pewnie trochę nam tam zejdzie. Może znalazłabym czas aby wpaść do tego hospicjum przed obiadem. Co myślisz Otto? - Zwróciła się do mnicha gdy tylko szybko przeleciała w myślach swoje plany na nadchodzący dzień.
            - Jak najbardziej. - odparł mnich - Z wielką chęcią będę twoim przewodnikiem. Ach i… - zastanowił się chwilę ile będzie w stanie powiedzieć - Udało mi się już zorganizować miejsce na… ten pokaz, o którym rozmawialiśmy. Potrzebuję jeszcze zorganizować muzykę. Nie ma jednak pośpiechu, właściciel będzie miał wolne dopiero za jakieś pięć dni.
            - Oh, to jednak pamiętałeś o tej mojej małej prośbie? Oh to cudownie! Widzę, że wybrałam na impresario właściwego człowieka. - Miodowłosa milady rozpromieniła się i objęła ramię mnicha w geście zaufania i wdzięczności.
            - A to jakiś koncert poza teatrem? - Kamila wydawała się być tym naturalnie zaciekawiona, choć oczywiście nie mogła znać prawdziwej treści tego o czym rozmawiali.
            - Oh koncert to mon cher. To takie małe spotkanie z wielbicielami. Sama widziałaś co się wczoraj działo po mszy. A wiesz przecież, że nie wszyscy mają okazję mnie podziwiać w twoim zacnym teatrze lub rezydencji. - Diwa dość gładko wybrnęła z tego pytania i von Zee wydawała się być usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem. - Tylko ja was przepraszam na chwilę. Ale koniczenie muszę zmyć ten makijaż. Niestarannie go dobrałam i teraz zaczyna mnie drapać. - Przeprosiła swoje koleżanki a one ze zrozumieniem pokiwały głowami, jakby uważały, że słynna śpiewaczka ma prawo do swoich dziwactw i humorów. Ona zaś obróciła się i tanecznym ruchem wyszła z mnichem na korytarz. Kierowała się w stronę garderoby, tej samej gdzie parę dni temu, poznał bliżej lady Benitę.
            - Ojej pięć dni? To tak długo. Co prawda da więcej czasu na przyjazd moim koleżankom. Ale powiedz mi mój drogi Otto, czy nie dałoby się czegoś zorganizować wcześniej? Koszty oczywiście nie graja roli, jeśli na coś ci potrzeba pieniędzy w tej organizacji rozrywki to tylko powiedz. Niech takie głupstwa nie stoją na drodze sztuce, emocjom i przygodzie. - Mówiła teraz ciszej ale szybciej. A krok za krokiem, zbliżali się do jej garderoby.
            - Porozmawiam jeszcze z Łasicą, ponieważ miejsce, które znalazłem to karczma Silnego, jednego z naszych braci oddanych Krwawemu. - wytłumaczył się cicho mnich - Opuszcza miasto na kilka dni dlatego tak długo. Plan miałem, abyś założyła jakąś maskę balową i może perukę. Natomiast być może Łasica pomogłaby coś w zamtuzie zorganizować, jeżeli nie masz nic przeciwko.
            - Silnego… - Milady zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie przypomnieć o kogo chodzi. A mięśniak rzeczywiście niezbyt często bywał na zabawach organizowanych przez Pirorę i jej koleżanki. Na razie jednak sięgnęła to aksamitnej torebeczki i wyjęła z niej klucz jakim otworzyła drzwi do garderoby. Co na chwilę ją zajęło. Po chwili we dwoje byli już w środku. - No szkoda, że tak utalentowany, młody człowiek wyjeżdża z miasta akurat teraz. No ale cóż, sztuka wymaga poświęceń. - Westchnęła jakby było jej żal na to, że będzie musiała tyle dni czekać na te figle o jakich rozmawiali wcześniej.
            - Ale zamtuzy! Uwielbiam zamtuzy! I ladacznice! To takie nieprzyzwoite! Pewnie wiesz, że szlachciance a zwłaszcza komuś o mojej pozycji, absolutnie nie wypada odwiedzać takie kontrowersyjne miejsca? No właśnie dlatego je uwielbiam odwiedzać. Chociaż nie zawsze mogę to robić oficjalnie. Więc tak mój drogi Otto, absolutnie jestem chętna na zabawy w zamtuzie. I to z Łasicą? Ona mi wygląda na bardzo obrotną kobietę, co ma głowę na karku. No jeśli byś był tak uprzejmy aby zorganizować mi jakąś rozrywkę, zanim twój kolega nie wróci, byłabym bardzo zobowiązana. - Diwa rozgościła się w garderobie jak u siebie i jakby odruchowo przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. To było duże, kryształowe lustro gdzie widać było wyraźnie każdy detal twarzy. I jeszcze oprawione w ozdobne ramki i drogie kamienie. Jednak milady była bardziej zainteresowana ustalaniem szczegółów tych nietypowych romansów o jakich rozmawiali.
            Mnich podszedł do divy i niemal odruchowo pogłaskał jej policzek.
            - Jakoż chcesz tak się stanie. Nie będę stał na drodze sztuki. Kto wie, może znajdziesz tam jakiegoś wartego głębszego zapoznania.
            - Oby, mój drogi Otto, oby. Muszę przyznać, że z każdym dniem, jestem coraz przychylniejsza temu miastu. Wreszcie mogę przeżywać takie przygody jakie uwielbiam! - Aktorka nie uciekła od jego dłoni, więc mógł poczuc jej gładki, przyjemny w dotyku policzek. A sama nawet przechyliła głowę tak, że pocałowała jego palce i wnętrze dłoni. - Więc jeśli byś mógł razem z Łasicą mi zorganizować jakieś takie ekscytujące, niecodzienne przygody to byłabym wniebowzięta. - Popatrzyła mu prosto w twarz, i splotła dłonie na jego karku, jakby byli kochankami. - I jeszcze te przyjemniaczki. - Zmrużyła oczy i przygryzła wargi gdy o nich wspomniała. - Od rana czuję, jak sobie we mnie potańcówkę urządziły. Fabi miała rację. To naprawdę niesamowite uczucie. Nigdy wcześniej nie przeżywałam niczego podobnego. A paru rzeczy jednak w życiu próbowałam. - Wyznała z lubieżnym błyskiem w oku.
            Otto ucałował delikatnie usta divy.
            - Więc przygotuj się na poród. Pamiętasz co Laura przeżyła, i to oczekuje ciebie za kilka dni. - mnich się uśmiechnął, jego ręce objęły divę - Nie jedno przeżyłaś, ale pewnie kilka rzeczy cię ciekawi. Wyjaw swe sekrety, a ja mogę spróbować je zyścić.
            - Oh oby, oby! Już nie mogę się doczekać! Widziałeś jak wczoraj Fabi urodziła? Jakie to było cudownie ekscytujące! I jakie wielkie z niej wyszły! Nawet nie wiedziałam, że mogą być takie duże. Dlatego tak się zagapiłam jak ten pierwszy spadł na mnie. Ale teraz będę już wiedzieć i będę lepiej przygotowana! A Fabi mówiła, że wciąż je czuje w sobie więc na szczęście to nie były dwa ostatnie. Myślisz, że ze mnie też wyjdą takie wielkie? - Diwa wdzięcznie roześmiała się z dziewczęcą naturalnością. I już całkiem przylgnęła do piersi mnicha jak do swojego kochanka. Aż ten czuł jak jej przyjemny dla oka dekolt, napiera na jego klatkę piersiową a z bliska aromat jej perfum na jakie zapewne nie mogła sobie pozwolić niejedna szlachcianka.
            - No więc jak poznałam tych waszych zwierzoludzi to ciąglę o nich myślę. Dlatego Lilly tak mi przypadła do gustu. Nieco mi ich przypomina. Już kiedyś miałam z nimi do czynienia ale tylko z jednym na raz. Był jako zakazana ciekawostka w jednym z zamtuzów. Tylko był trochę większy i miał koźli łeb. Strasznie go byłam ciekawa, nie mogłam mu się oprzeć aby go nie spróbować. Razem z koleżanką. Jedną z tych, jakie zaprosiłam i teraz. Strasznie mnie pociągają takie odmieńce. Podobno na każdą fantazję jest jakiś odmieniec! Tak usłyszałam na jakimś balu. Ci wszyscy amanci, nawet piękne kochanki, to na dłuższą metę robią się dość monotonne. Wszyscy zabiegają o moją atencję i uwagę. Albo chcą mieć ze mną romans albo coś ugrać i wciągnąć do swoich intryg. Dlatego tak przy tych kamieniach mi się podobało. Albo to co wymyśliłeś z tą tawerną i kolegą. I te pieszczoszki! Są takie obrzydliwe! Takie ohydne! W życiu bym ich nie dotknęła! Uwielbiam jak po mnie pełzają albo we mnie. To takie plugawe. - Szeptała mu czule w twarz gdy pozwalała mu się trzymać w objęciach. A jej słowa były tak bluźniercze, że natychmiast powinna trafić przed oblicze boskiej sprawiedliwości w postaci jakiegoś kapłana. Jednak ona nic sobie z tego nie robiła i mówiła o tym jak o fantazjach jakie już udało jej się zrealizować lub miała nadzieję, że tak się stanie. - Pomogłam ci? Myślisz, że dałoby się coś takiego zorganizować? Ja rozumiem, że może nie być tak łatwo więc jeśli tylko bym mogła w czymś ci pomóc, mój Otto, to bardzo chętnie spróbuję to zrobić. W końcu chodzi o sztukę i namiętność. - Popatrzyła na niego trochę przytomniej i pieszczotliwie pogłaskała go swoimi smukłymi palcami po policzku.
            Mnich odsunął przepaskę zasłaniającą jego pusty oczodół.
            - Jest to coś z czym mógłbym pracować. - przyznał mnich - Bezdomni? Kalecy? Nie ryzykowałbym z trędowatymi… - Otto zaczął się zastanawiać - Może mała mieszanka? Potrzebowałbym trochę czasu, ale jestem pewny, że są rośliny, które potrafią sprowadzić halucynacje. Wyobrażasz sobie bycie w objęciach kochanka, a twe oczy widzą niebywałe rzeczy?
            Artystka zachichotała jak mała dziewczynka. Jakby omawiali jakiś figiel do zmajstrowania rodzicom lub opiekunom. - Oczywiście, że próbowałam różnych środków. Chyba nie masz mnie za jakiejś grzecznej panienki z pensjonatu? - Uniosła brwi aby podkreślić jak rozbawiło ją to pytanie. Jednak nie wyglądała aby ją zdenerwowało. - Ale to bardzo ubarwia taką przygodę i różne rzeczy, różnie działają. Więc jestem bardzo ciekawa mieszanki jaką przygotujesz. Obiecuję nie wybrzydzać i połknąć wszystko co przygotujesz. - Teraz trochę się z nim droczyła jak dama ze swoim amantem. Dalej jednak była w świetnym humorze. - A bezdomni czy kalecy, czemu nie. Chyba rozumiesz, że samej byłoby mi trudno zorganizować sobie taką rozrywkę? Nie wypada mi się nawet pokazywać w takim szemranym towarzystwie. N ale jakby mój drogi i utalentowany impresario zorganizował mi takie spotkanie, to na pewno byłabym bardzo rada. - Zalotnie uśmiechnęła się do swojego kochanka. Ale nagle brwi jej podjechały do góry jakby sobie o czymś przypomniała. - Ah bo widzisz, nie mówiłam ci wcześniej. Mnie te różne przypadłości roznoszone bretońskimi chorobami za bardzo się nie imają. Co najwyżej dostanę wysypki jaka po paru dniach sama schodzi. To bardzo ułatwia mi cieszyć się przygodami. Dlatego nieco obawiałam się, czy te przyjemniaczki się we mnie przyjmą. Na szczęście tak! Nawet teraz je w sobie czuje. Bardzo to ożywcze i podniecające. To taki dar od moich patronów. A ja jestem tylko ich służebnicą i staram się być sztandarem ich chwały i splendoru. A dzięki temu, mogę przeżywać niesamowite przygody. - Mówiła cicho i lekkim tonem. Jednak nie traciła wybornego humoru i wciąż patrzyła zalotnie na mnicha jakiego kark pieszczotliwie dotykała swoimi palcami.
            Otto natomiast powoli zaczynał się zatracać, jego dłoń zsunęła się z policzka divy i dotarła do jej biustu.
            - Faktycznie nie lada błogosławieństwo dla kogoś z twoimi chęciami. - ponownie złączył swoje usta z divy.
            Aktorka też poddawała się namiętności chwili. I coraz chętniej oddawała ten dotyk i pocałunki. W końcu i jej zaczęła przeszkadzać własna suknia, jaka blokowała postęp w dalszej zabawie. - Mógłbyś pomóc z tymi sznureczkami, mój drogi Otto? - wyszeptała zalotnie mu w twarz, pokazując na zapięcie swojej sukni. Przez chwilę musiał się z nim mocować a widać było, że miodowłosa się niecierpliwi. Gdy udało mu się rozpiąć jej odzienie, ukazała się jej smukła, szczupła sylwetka w samej bieliźnie, pończochach i trzewikach. Chociaż teraz, jak patrzył na nią z bliska to albo jej brzuch wydawał się nieco kraglejszy albo sam to sobie imaginował wiedząc, że jest w brzemiennym stanie.
            Mnich zdjął z siebie habit i koszulę. Diva musiała przyznać, że życie mnicha najwyraźniej wymagało wysiłku. Ciało Otto może nie było górą mięśni, ale był szczupły i widać było muskulaturę pod zabliźnioną skórą. Niektóre wydawały się od ostrzy, inne od ognia lub czegoś innego. Mnich przylgnął do ciała divy, jego dłonie pieściły wszystko czego były w stanie sięgnąć.
            Chociaż wcześniej już mieli ze sobą przyjemność, to tym razem wyjątkowo byli tylko we dwoje. Więc mogli się sobie poświęcić całkowicie. Milady zdawała się doceniać smukłe ciało kochanka. Chciwie wodziła po nim palcami, pieściła dłońmi lub kurczowo łapała za plecy i ramiona. Chętnie też używała swoich utalentowanych i bezcennych ust aby go spróbować. Te usta jakie w najwiekszej świątyni w mieście z taką czystością wyśpiewywały psalmy pochwalne dla patrona mórz i oceanów, teraz sprawiały satysfakcję zwykłemu mnichowi w sandałach. Odette była namiętną kochanką i miało ciało jakby stworzone do uprawiania miłości. Pełne, jędrne piersi jakie przykuwały wzrok, usta i dłonie, kształtne pośladki, gładkie uda a do tego werwę w żyłach jakie napędzało tą grzesznicę. Nie miała oporów aby ukleknąć przed swoim kochankiem i sprawić mu i sobie przyjemność, albo prowokująco wypiąć się ku niemu opierając się o swoje biurko. W tym drogim, ozdobnym lustrze jakie podczas tych harców, strasznie się trzęsło, widział i jej rozanielone oblicze, i podskakujący rytmicznie biust i czasem swoją twarz. Aż wspólnie doszli do finałowego momentu tej przyjemności. Wciąż nadzy i zdyszani, siedzieli na krześle na jakim zwykle diwa sprawdzała swój wizerunek w zwierciadle.
            - A masz jakieś plany na jutro mój drogi? Bo nie wiem czy mówiłam. Ale jestem umówiona na obiad z Benitą i jej mężem. Tak pomyślałam, że znów można by ją zasiać. Chyba polubiła te przyjemniaczki. Najchętniej to bym użyła na niej tej twojej zabawki. Ale tymi strzykwami też może być. No i jakbyś sprawił mi przyjemność towarzysząc mi to może by się nam udało ją zasiać oboje? A jeśli nie to może tobie lub mnie, gdy to drugie by bawiło męża rozmową. - Zagaiła go rozanielonym głosem gdy nago siedziała na jego nagich udach. Zaś palcami pieszczotliwie przesuwała po jego włosach.
            - Większych planów nie mam, więc oczywiście chętnie ci pomogę, mój skowronku. - całował szyję swej kochanki i delikatnie pogłaskał jej wypełnione podbrzusze - I chętnie zasiałbym was obie.

            Kończąc harce z Odette mnich wrócił do reszty grupy i miło spędził resztę dnia.
            Następnego najpewniej uda się Odette do Benity a później, wróci do Hospicjum poinformować zarówno przeora jak i Niklasa o zbliżającej się wizycie. Jeżeli znajdzie czas poszuka też Łasicy.

            Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Seach

              Wellentag; rano; ulica

              Otto i Silny

              Mnich uśmiechnął się.
              - Ano, sprawę miałem. Wiem, że nie jesteś skory pomagać dziewczynom od Węża, absolutnie to rozumiem. - jednooki westchnął - Zwracam się jednak do ciebie z propozycją. Lady Odette pragnie… doświadczyć adoracji mniej wyrafinowanej publiczności. Więc, miałem pomysł, czy miałbyś jakiś większy pokój w swoim przybytku. Coś, aby pomieścić kilku, lub kilkunastu gapiów i Lady Odette, która by wykonała rozbierany taniec dla nich? Zakładam, że trochę by grosza się z tego sypnęło.

              Na twarzy łysego zbira, pojawiło się zaskoczenie. Przez kilka kroków szedł obok mnicha i zerkał co chwila na niego jakby sprawdzał czy dobrze się rozumieją i czy kolega aby nie żartuje. W końcu jednak zdołał przemóc swój chwilowy stupor i odezwał się ponownie. - Lady Odette? Znaczy co? Chce się chędożyć z tłuszczą? - Pomysł widocznie wydał mu się tak dziwny, że musiał usłyszeć potwierdzenie na własne uszy. - Wiesz ona gibka jest i ładna. Na pewno nie będzie trudno znaleźć kogoś kto by chciał he he się z nią poznać bliżej. Miejsce się znajdzie. Pełno pustych kamienic w mieście stoi. To żaden problem. Chętni też się znajdą. Na chędożenie soczystych ladacznic za darmo to zawsze się chętni znajdą he he. No ale przecież to lady Odette. Dopiero co występowała na mszy. Całe miasto ją widziało i zna. To wiesz Otto, jak u nas u Pirory czy gdzie to sami swoi, wszystko zostaje w rodzinie. Ale jak tak wziąć obszczymurów z ulicy to zaraz polecą na miasto pochwalić się kolegom kogo chędożyli. Nawet jak nie wszyscy im uwierzą no to jednak plotka pójdzie w miasto. - Mięśniak był dość prostolinijny i w ten sam sposób podszedł do załatwienia tej sprawy. Widać było, że samo zorganizowanie miejsca i chętnych nie uznaje za zbyt wielki problem ale utrzymanie sprawy w tajemnicy już tak.
              - Och, nie nie… przynajmniej nie od razu. Niektóre zamtuzy oferują dziewczyny, które tańczą powoli się rozbierając przed chędożeniem. Lady Odette chciałby spróbować, a ja mam znaleźć jej odpowiednie miejsce. Na uboczu, z dala od ważniejszych osobowości miasta. Pomyślałem o twojej karczmie. Może przydałoby się, abyś stał gdzieś obok, aby żaden nie spróbował szczęścia bez pozwolenia. Nie podamy imienia Lady i będzie masce.
              - To ona jeszcze chce się sama rozbierać przed nimi? Jak ladacznica? - Widać było, że oprych ma trudności z nadążeniem za fantazjami milady. Pokręcił głową i cicho gwizdnął jako komentarz. I znów przeszedł parę kroków zanim się odezwał.
              - No tak, jakby miała maskę to powinno pomóc. I może perukę. Bo te jej kudły to są dość charakterystyczne. Nasze ladacznice powinny mieć jakąś. Zresztą ona przecież w teatrze codzienne urzęduje to pewnie też ma jakąś. - Zaczął omawiać temat i dał znać drobniejszemu koledze w habicie, co uważa za rozsądny krok.
              - A w karczmie można. Łatwiej by znaleźć chętnych. Nie wiem czy w głównej sali taki numer by przeszedł. Ale można by go urządzić w stajni. Albo w którejś z pustych kamienic. Bo to ile byś chciał tych obszczymurów? Z pół tuzina, tuzin? Więcej, mniej? No to czy w kamienicy czy stodole to by się tylu zmieściło. Ja bym wziął Rune do pomocy. Tylko teraz to chyba popłyniemy z Egonem na parę dni bo mamy interes na rzece do załatwienia. To pewnie nas nie będzie. Ale to z ladacznicami też pewie to załatwisz. Na chędożenie takiej gibkiej damulki za darmo to zawsze się znajdą chętni. - Silny powiedział swoje i był ciekaw jak się Otto do tego odniesie. Jednak zaznaczył, że są spore szanse, że go nie będzie przez parę dni w mieście.
              - Nie za dużo. - uznał jednooki - Tuzin chyba damy radę jakoś utrzymać, co nie? Jeżeli potrzebowałbyś jakiejś rekompensaty to oczywiście coś uzbieram.
              - E. Chyba nie. Jakby jakaś szpetna była to nie tak łatwo by kogoś szukać. Ale jak taka ładniutka to raczej chętnych nie będzie brakowało. - Łysy machnął swoją sękatą łapą na znak, że na tym polu, trudności raczej nie przewiduje. - To co? Na kiedy chcesz to zorganizować? No dziś to ja jeszcze będę ale jutro czy pojutrze to jak ci mówiłem, pewnie już będe na rzece urzędował. Wtedy to najwyżej umówimy się jak wrócimy albo z Łasicą gadaj. Bo Burgund też z nami płynie. - Zerknął na idącego obok kolegę. Zbliżali się do wylotu ulicy na Plac Targowy, za jakim była Biała i hospicjum.
              - Pojutrze będzie dobrze. Jeszcze ugadam to z Odette, ale oczywiście zjawimy się. Nie musisz sprawdzać widowni, Lady von Treskov nie wybrzydza. I dziękuję, wiem, że proszę o dużo.
              - Nie wiem czy do pojutrza wrócimy. Płyniemy do Saltmundu. To ze dwa dni w górę rzeki. I tyleż na powrót. Więc to pewnie cztery, pięć dni zejdzie. Chyba, że coś się wydarzy co skróci tą podróż. To jak chcesz coś prędzej to lepiej gadaj z Łasicą. No chyba, że możesz poczekać do naszego powrotu. - Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami i podał koledze swoje oczekiwania, kiedy z ekipą Egona, powinien znów być w mieście.
              - Pośpiechu nie ma, do tego dobrze będzie jak sama tancerka będzie miała czas. Do tego muszę znaleźć dyskretnych muzyków. - mnich się zaśmiał - Cóż was wysyła, aż tak daleko?
              - Grajków to możesz poszukać u Łasicy. Pewnie jakichś zna. Rzucisz im parę miedziaków, albo nawet za wychędożenie takiej lubieżnej panienki, to powinni się jacyś znaleźć. Pewnie by wystarczył jeden czy dwóch. - Tutaj mięśniak też był zdania, że ten krok nie powinien stanowić zbyt wielkich trudności. - A my płyniemy bo w górze rzeki ktoś napada na barki. To może napadnie i na nas. Egon z Larsem liczą, że udałoby się zdobyć jakąś łajbę do dalszych celów. A resztę to się zobaczy. Oficjalnie będziemy płynąć albo jako eskorta albo pasażerowie. Jeszcze się zobaczy. Dobrze, mam nadzieję, że trafi się okazja rozwalić parę łbów he he. - Mięśniak zarechotał na koniec ale chyba traktował tą wyprawę jako przyjemną odmianę od codziennej rutyny w mieście.
              - Niech rzeka spłynie krwią. - uśmiechnął się mnich - Wątpię, aby zwykłe zbiry drogowe dały wam radę.
              - No pewnie! Taką zgraję, żeśmy zmontowali, że nikt nam się nie oprze! - Silny zarechotał z zadowolenia na słowa kolegi. - Jeszcze tylko w porcie mogą nas zatrzymać. Nie wiemy czy uda się nam wszystkich co planujemy, wejść w tym samym czasie, na tą samą łajbę. No ale to się będziemy jutro martwić. - Pokiwał swoją łysą głową ale widać, że nie psuło mu to humoru. - Dobra, to jak chcesz to zbiorowe chędożenie milady to da się załatwić. Ja to mogę załatwić ale jak wrócę z tego rejsu. Jak chcesz wcześniej to pogadaj z Łasicą, ona też powinna dać radę. - Przypomniał sobie o czym rozmawiali przed chwilą. Akurat jak weszli na Plac Targowy. Nawet jak nie był to dzień handlowy, to tu biło serce tego opustoszałego miasta i ludzi oraz wozów, było sporo.
              - Spróbuję. Może też jakoś odkupię się w oczach łotrzycy. - odparł Otto - Potrzebujesz czegoś ode mnie przed wyruszeniem? Mogę nawet cię pobłogosławić w imię krwawego.
              - Jak możesz to dawaj. Nigdy nie wiesz kiedy to drugie ostrze będzie trochę szybsze niż twoje nie? - Łysy zaśmiał się chrapliwie jakby zdawał sobie sprawę jak dla większości wojowników kończy się droga miecza. Mimo to akceptował to i nie wyglądał na zlęknionego. Raczej wydawał się patrzeć z nadzieją na ten rzeczny wypad jako okazję do bitki i przygody.
              Mnich sięgnął pod habit, wyciągając nóż i wręczając go Silnemu. Chwycił mocno za ostrze i oprych po chwili zobaczył kilka strużek krwi. Otto chwycił go bratersko za ramię.
              - Aby twe ramię cię nie zawiodło. Aby twe serce nie przestało bić. Aby twe ostrze się nigdy nie stępiło. Aby twój krzyk nigdy nie osłabł. - przybliżył się do Silnego - Krew dla boga krwi.
              - Krew dla boga krwi. Krew dla Krwawego Ogara bracie! - Silny mocno ścisnął prawicę mnicha aż go zabolała. W oczach mięśniaka pojawił się groźny błysk, jaki obiecywał jego wrogom i ofiarom marny koniec. Przez chwilę dzielili ten moment zaufania i bliskości. Nim zbir puścił dłoń kolegi. Pokiwał głową i uśmiechnął się. Po czym nagle jakby coś mu się przypomniało.
              - A wiesz co? Annika ma z nami płynąć. Lady Fabienne się zgodziła. Tak mówili Egon z Larsem. Zobaczymy czy faktycznie ją puści. Jeśli tak… No to zobaczymy co dziewczyna potrafi. Mizerna jest, mięśni prawie nie ma. Na moje to na ladacznicę mi bardziej pasuje. No ale kto wie, kto wie… Widziałem wczoraj jak rozkwasiła nos pijanemu niziołkowi który na nią nastawał. No w sumie to tylko pijany niziołek. Ja to bym go jedną ręką załatwił. Ha! Jakbym dał mu z bańki to nawet w ogóle rąk bym nie musiał używać! He he. No ale widać było, że ikrę ma dziewczyna. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Więc kto wie, kto wie… Może coś z niej będzie. - Zwierzył mu się z wczorajszego epizodu z byłą pacjentką hospicjum. I wydawał się wciąż być pełen wątpliwości co do Anniki jako wojowniczki. Ale jednak był gotów dać jej chociaż szansę aby się wykazała.
              - Ogień w jej krwi jest prawdziwy. - zapewnił Otto - Każdy zaczyna nisko. Wątpię, aby twoja pierwsza bójka była z strażnikiem miejskim… chociaż kto wie, wariat z ciebie taki, że pewnie chciałeś złapać byka za rogi.
              - E. Moja pierwsza bójka była tak dawno temu, że już jej nie pamiętam. Jeszcze smarkiem w krótkich gaciach byłem. - Silny roześmiał się chrapliwie, jakby go rozbawiła ta uwaga. Machnął ręką jakby nie warto było do tego wracać. - No zobaczymy co z niej wyjdzie. Na tej rzece statki ktoś napada. Więc może i my trafimy na kotłowaninę. Na to liczę! - Zaśmiał się teraz głośniej i pogroził pięścią nieznanemu jeszcze wrogowi. - Dobra idę. Powodzenia Otto. Ha! I przygotuj te ladacznice na nasz powrót! Bo jak woje wracają z wyprawy to chętne uda zawsze są mile widziane! I wino! Dużo wina, kobiet i chędożenia! - Zaryczał ze śmiechu jakby tak właśnie wyobrażał sobie udany powrót wojowników do domu.

              Otto u Lebkuhenów

              Mnich przyjrzał się dziewczynie wybranej przez Teofano.
              - Wstrzymaj groźby, więcej much przyciągniesz na miód. - zastanowił się - Nie ma pośpiechu, aby ją od razu wciągać do grona innych matek, więc na razie po prostu… zainteresuj ją sobą. - spojrzał z uśmiechem na cukiernik - Jesteś bardzo urodziwą i intrygującą kobietą Teofano, na pewno będziesz w stanie ją sobą zainteresować. Ja na razie zobaczę jak otwarta jest twoja matka.
              - Aha. - Młoda cukiernik pokiwała głową, słysząc decyzję swojego kolegi i przewodnika po wyższych sferach. Nieco uśmiechnęła się i pokraśniała z dumy gdy usłyszała od niego komplement o swoim wyglądzie. I przez chwile jeszcze wpatrywała się przez szybę na Gelę. Ta pakowała właśnie komuś torbę pierników i uśmiechała się do klienta życzliwie. - To mówisz, żeby tak raczej łagodnie z nią? No dobrze, spróbuję. Tylko nie słyszałam aby ją jakoś kobiety interesowały. Ja to wcześniej trochę interesowałam się Margo ale raczej po to aby pokazać jej kto tu rządzi. Dopiero jak dzięki tobie, spotkałam lady Fabienne, Pirorę i Odette to zobaczyłam jak to może być ciekawie i przyjemnie z inną kobietą. - Przyznała się, że czuje się na tym polu mało doświadczona. I zerknęła na mnicha czy ten nie byłby skłonny podpowiedzieć jej coś jeszcze, jak powinna postąpić z młodą i urodziwą podwładną.
              - Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. Jeżeli twe wdzięki nie będą jej miłe, no cóż trudno, trzeba będzie spróbować innego fortelu. Na razie pomyśl o tym jak o treningu. Kiedyś będziesz musiała sobie znaleźć męża, co nie? Sztuka uwodzenia sprawi, że będziesz mogła przyciągnąć uwagę kogo będziesz chciała.
              - Nie potrzebuję męża. Ja już jestem poślubiona naszym pieszczoszkom! - Teofao żachnęła się i dumnie poklepała się po swoim brzuchu. Na razie wciąż był płaski więc nie było znać jej robaczej ciąży. Jednak po chwili uspokoiła się i uśmiechnęła do mnicha. - No ale dobrze. Spróbuję z Gelą po dobroci. Może nie jest szlachcianką jak nasze milady, no ale jest dość urodziwa. Coś wymyślę. - Pokiwała głową, na znak, że postara się postąpić wedle wskazówek rozmówcy.

              Mnich poszedł do mieszkania Lebkuchenów i zapukał do drzwi oczekując na wpuszczenie. Czekał krótko. Ze środka usłyszał lekkie, szybkie kroki. Po czym drzwi otworzyły się a z wewnątrz ukazała się kolejna muszą matka.
              - Pochwalony bracie Otto. Wejdź proszę. Frau Lebkuchen cię oczekuje. - Pokojówka odsunęła się aby go wpuścić do mieszkania. Posłała mu ostrożnie życzliwy uśmiech a sama poczekała aż wejdzie aby zamknąć za nim drzwi. Wtedy przejęła rolę przewodniczki gotowa poprowadzić go w głąb mieszkania.
              Otto skinął pokojówce na przywitanie.
              - Witaj Margareth, miło cię widzieć. - przekraczając próg ucałował dłoń kobiety - Możesz mi opisać cóż to trapi twoją pracodawczynie?
              Pokojówka nie spodziewała się takiego gestu jakim zwykle częstowała się szlachta. Więc się zmieszała na chwilę. Widać było, że jednak sprawił jej przyjemność. Po chwili odchrząknęła aby zebrać się na odwagę i starała się odpowiedzieć na pytanie.
              - Korzonki. Frau mówi, że jej dokuczają. Ma nadzieję, że przyniesiesz jakieś maści i olejki jakimi ją nasmarujesz i jej pomogą. No i wiesz… Aby to zrobić to będzie musiała pokazać ci plecy. - Wciąż lekko się rumieniąc wskazała gestem w głąb korytarza gdzie pewnie czekała matka Teofano. Mniej więcej zgadzało się to z oficjalnym powodem wizyty mnicha, jaki ustalili wczoraj po mszy. Ale świadczyło też, że tak wstępnie to gospodyni obdarza go pewną dozą przychylności i zaufania skoro liczy się z tym, że chociaż obnaży przed nim swoje plecy.
              Mnich klepnął się w sakwę.
              - Mam coś przygotowanego. Kilka ziół i przypraw. Jeżeli mogłabyś przynieść mi zwykły olej kuchenny, to by pomogło. - mnich ruszył we wskazanym kierunku - Frau Lebkuchen? Przybyłem na twe wezwanie.

              • Dobrze. - Pokojówka uśmiechnęła się do niego i ruszyła w jeszcze inną stronę mieszkania. Zaś mnich mógł dotrzeć do drzwi, jakie wskazała mu wcześniej. Gdy je otworzył, ukazał się mały salon. Może nie tak gustowny i okazały jakie widział u von Mannliebów czy u Priory ale też był starannie urządzony na miarę możliwości bogatych mieszczan. Gospodyni czekała na niego przy kominku.

              link: https://i.imgur.com/bMNhhSS.jpeg

              - Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Moja córka strasznie zachwalała twoje umiejętności niesienia ukojenia. Mam nadzieję, że okażą się prawdą. - Renate Lebkuchen była już nie pierwszej młodości. Ale trzymała się prosto i widać było, że życie oszczędziło jej fizyczność. Wciąż miała błysk w oku i gładką cerę. Suknia oczywiście nie dorównywała tym jakimi nosiły szlachcianki ale jak na mieszczkę, to była z górnej półki. Widać też było po kim Teofano odziedziczyła te ładne, kasztanowe włosy.
              - Moim celem jest twoje zadowolenie, pani. - odparł mnich i zbliżył się cukiernik - Zanim przejdziemy do zabiegu, proszę opisać ból. Gdzie się zaczyna, przy jakich sytuacjach? Czy jest to ból ostry, kłujący, taki co promieniuje?
              Kobieta obserwowała swojego gościa gdy ten przechodził przez pomieszczenie. Wysłuchała co mnich ma do powiedzenia i kąciki jej ust wydawały się minimalnie uniesione w subtelnym uśmiechu jakiego oficjalnie nie było. - Miewam boleści w krzyżu. Zwłaszcza jak się zapomnę i schylę zbyt gwałtownie albo coś dźwignę. - Pokazała dłonią na dół swoich pleców. - Byłabym bardzo rada gdybyś ojcze, znalazł na to jakiś sposób aby to przeszło. Wtedy zapewne bym odzyskała młodzieńczą witalność i to by mnie wprawiło w zadowolenie. - Odparła godnym tonem w jakim jednak brzmiała nutka frywolności.
              Otto się uśmiechnął.
              - Jestem pewny, że witalności w tobie jeszcze dużo moja pani. Za pewne w niejednej rzeczy bym się zmęczył przed tobą. Posłałem Magareth po olej, jak go przyniesie możemy rozpocząć. Masz jakieś wygodne łóżko, aby się położyć? No i oczywiście… będziesz musiała zdjąć szatę.
              - No cóż, ojcze, skoro mówisz, że to potrzebne… Jestem tylko bogobojną córą tego miasta. - Właściwie to Lebkuchen użyła takich słów jaką prawa obywatelka Imperium powinna. Jednak uśmiech jaki krył się w jej spojrzeniu dość mocno wypaczał ich sens. Nie wyglądała na to aby wizja zdejmowania ubrania przed mnichem jakoś ją przerażała czy krępowała. Jednak ich rozmowę, zakłocił powrór Margo. Pokojówka zapukała w drzwi a gdy jej pani kazała jej wejść to weszła. Szybko do nich podeszła trzymając tacę a na niej dwie butelki delikatnej oliwi używanej do sałatek, zbyt drogiej dla większości populacji miasta. Oraz bardziej powszechny olej. Zatrzymała się wodząc oczami między nimi jakby nie do końca pewna komu z nich powinna przekazać te butelki.
              - Przejdziemy do pokoju dla gości. Mimo wszystko ojcze, w mojej małżeńskiej sypialni, goszczę tylko mojego męża. - Pani domu, zwróciła się do nich obojga. Pokojówka pokiwała ze zrozumieniem głową i wróciła w stronę drzwi. Przy okazji wskazując drogę, gdzie będą iść. - To był dawny pokój Teo i jej siostry. Jak jeszcze były dziewczynkami. Teraz ma inny pokój a ten przysposobiliśmy na wypadek gości. - Renate wyjaśniła mnichowi dokąd zmierzają. I po chwili byli w tej sypialni. Nawet podobny wielkością do tej zajmowanej przez ich ostatnią córkę na wydaniu. Ale nieco mniej spersonalizowany. Za to z wygodnym, podwójnym łóżkiem gotowym przyjąć jakąś parę.
              Mnich wyciągnął sakwę i położył ją na stole. Po chwili wyciągnął z niej mniejsze woreczki, które delikatnie rozłożył. Frau Lebkuchen mogła zobaczyć liście mięty, startą paprykę i kilka innych ziół.
              - Proszę się rozebrać i położyć, pani. Najpierw zobaczymy jak to wygląda.
              - Może ja pokażę tutaj. - Lebkuchen wezwała Margo do siebie akurat jak ta postawiła tacę na nocnej szafce przy łóżku. Dziewczyna bez wahania do niej podeszła i czekała na dalsze polecenia swojej pani. Ta gestem kazała jej się odwrócić. A sama podniosła dół jej koszuli i nieco ściągnęła spódnicę. Tak, że się ukazał dół pleców i fragment kobiecej bielizny poniżej. - O tutaj. - Przesunęła palcami po skórze pokojówki spokojnie i nieco pieszczotliwym ruchem. - Myślisz ojcze, że mógłbyś coś pomóc na to miejsce? - zapytała zerkając na mnicha z tym samym subtelnym, nieco kpiącym a nieco wyzywającym spojrzeniem.
              - Jak najbardziej. Proszę się położyć, pani. - mnich uśmiechnął się do obu kobiet i podszedł do tacy z olejkiem, wcierając niewielką ilość w dłonie.
              - Margo pomóż mi. - Matka Teofano zwróciła się do służki, wskazując na zapięcie swojej sukni. Co prawda pewnie sama by sobie z tym poradziła ale nie po to miało się pokojówki aby z nich nie korzystać. Myszata brunetka podeszła do gospodyni i bez sprzeciwu, zajęła się supełkami i guzikami swojej pani, aby jej pomóc zdjąć suknię. Gdy skończyła Renate skinęła jej dłonią, już własnymi dłońmi przytrzymując ją aby nie opadła. - Możesz odejść. No chyba, że ojciec Otto znajdzie dla ciebie jakieś zastosowanie. - Zwróciła się do pokojówki i jakby oddała pałeczkę co do niej, swojemu gościowi. Margo więc spojrzała pytająco na mnicha czy ma zostać czy wyjść. Jej pani zaś zsunęła z pleców suknię. Plecy miała jak na swój wiek gładkie i zgrabne. Chociaż na jednej łopatce była szpecąca plama po dawnym oparzeniu wrzątkiem czy czymś podobnym. Brunetka położyła się na brzuchu oddając swoje plecy pod opiekę mnicha.
              - Powinienem sobie dać radę Margareth. Dziękuję. - mnich położył delikatnie dłonie na plecach kobiety, na razie rozprowadzając olej po skórze. Po chwili cukiernik poczuła zwiększoną siłę nacisku dłoni Otto na punkt, który wskazała. Spowodował tymczasowy ból, który jednak szybko przerodził się w rozkosz ulgi.
              - To tutaj, pani?
              - Tak, tutaj. Masz zręczne ręce ojcze. - Lebkuchen leżała na brzuchu, całkiem spokojnie. Co ułatwiało mnichowi manewry. Margo wyszła bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi, więc zostali w sypialni dla gości, tylko we dwoje. Pod palcami Otto czuł kobiecą, ciepłą skórę a pod nią, żywe ciało. Znów dało się poznać po kim Teofano odziedziczyła swoje kobiece wdzięki. - Chociaż czasem mam wrażenie, że całe plecy mnie bolą i przydałyby mi się nowe. - Wymruczała z rozleniwionym zadowoleniem jakie brzmiało bardzo zachęcająco.
              Dłonie mnicha zaczęły wędrować po całych plecach kobiety i nawet muskać jej boki.
              -Nonsens. Masz piękne plecy, moja pani. Skórka gładka i jędrna, kręgosłup prosty. Blizna, jedynie zwraca uwagę na twe łopatki, nie zabierając im uroku.
              - Nie przejmuję się nią. Mam ją większość życia. Moja matka niechcący, oblała mnie wrzątkiem gdy byłam pacholęciem młodszym niż Teo teraz. Miałam prawie całe życie aby się do niej przyzwyczaić. Masz naprawdę zręczne dłonie. Czuję jak zmęczenie uchodzi z mego ciała. Aż by się chciało aby nie tylko plecy poczuły taką ulgę. - Lebkuchen wciąż leżała spokojnie i pozwalała aby mnich robił swoje. Jednak ten ostatnio na tyle wiele miał do czynienia ze swoimi kochankami, że rozpoznał rodzącą się przyjemność. Taką jaką mężatce wypadało odczuwać i przeżywać, wyłącznie ze swym prawym małżonkiem.
              Mnich sekundę się zastanowił na następnym krokiem.
              - Jeżeli są jakieś miejsca, w których chciałabyś poczuć mój dotyk, jedynie powiedz. - postanowił przyjąć rolę niewinnego chłopaczka w obliczu wygłodniałej lwicy. Zapewne frau Lebkuchen nie często miała szansę być dominująca w obliczu mężczyzny. Jego dłoń zsunęła się delikatnie niżej, ale jeszcze nigdzie skandalicznie.
              - To byś musiał ściągnąć suknię. Bo to miejsce jest trochę niżej. - Gospodyni nieco uniosła swoje biodra, aby łatwiej mu było to zrobić. A wtedy ukazała mu się cała jej sylwetka. Całkiem zgrabne nogi, chociaż z żyłkami na łydkach. Szczupła kibić i foremny tył. Jeszcze symbolicznie zasłonięty kawałkiem bielizny. Nie tak wykwintnym jak te jakich widział u szlachetnie urodzonych koleżanek, ale też nie taki zwykły jak u Margo czy Elke. - Od tego ciągłego stania i chodzenia, bardzo puchnął mi nogi. Czy mógłbyś coś pomóc, podobnie jak na plecy? - Głos miała nieco przytłumiony przez poduszkę. I nie podnosiła głowy, jakby tak było łatwiej dla nich obojga. Dało się jednak wyczuć to samo przyzwolenie co wcześniej.
              Mnich pomógł kobiecie zdjąć suknię i rozpoczął wywierać nacisk na łydki kobiety. Zgiął je później w kolania, kolejny chwilowy ból dał miejsca większemu ukojeniu.
              - Łatwo być nieskazitelnym, jeżeli nic się nie robi. - odparł Otto, jego dłonie teraz powędrowały masować między udami kobiety.
              - No niestety, jak ma się całą cukiernię na głowie to trudno jest zadbać o siebie. - Właścicielka słodkiego rzemiosła z przyjemnościom poddawała się dotykowi mężczyzny. Nawet jak stopniowo przechodził on z jej łydek na uda i był coraz bliżej ich zwieńczenia. - O tak, w tym miejscu bym prosiła abyś szczególnie zwrócił na nie uwagę. I ściągnij te majtki, tylko przeszkadzają. - Rzeczywiście zwracała się do niego z zalotnością salonowej lwicy jaka wie czego chce od swojego kochanka. I potrafiła dać mu znać, że jest już gotowa aby przejść do śmielszych działań.
              Otto przełknął, niech matrona Lebkuchenów poczuje jak młodzieniaszek wyznaje chuć do jej ciała. Nieśmiale zdjął resztę bielizny kobiety, jego dłonie delikatnie zaczęły pieścić jej łono.
              Gospodyni nie przerywała mu. Zupełnie jakby nie chciała go speszyć. Ale, że miał w takich zabawach spore doświadczenie, to widział i wyczuł jak ciepło podniecenia, zaczyna ją rozgrzewać od środka. Coraz bardziej i wyraźniej. Jak oddycha szybciej i głębiej. Jak coraz słabiej się kontroluje. Aż w końcu jak bezwstydnie przewraca się na plecy. Teraz ją widział w całej okazałości. Zgrabne uda, z małą, starą blizną. Starannie przystrzyżone łono. Płaski brzuch. Jak na jej wiek, dość kształtne i bujne piersi. I wreszcie zachęcające, bezkompromisowe spojrzenie nad pełnymi ustami. Wzywała go do siebie całą sobą, aby po tych wstępnych karesach mogli zacząć właściwe figle. Już bez udawania, że chodzi o jakąś pomoc medyczną.
              Mnich zdjął spodnie i ułożył się między udami cukiernik.
              Przynajmniej miał pewność, że kobieta nie jest przeciwna poszukiwaniu przyjemności. Teraz jedynie zostało powoli siać zainteresowania w stronę much.

              Wellentag; popołudnie; teatr

              Otto u Pirory

              Mnich skłonił się przed Pirorą.
              - Witaj moja droga. Chciałem się upewnić, że wszyscy zadowoleni bo ostatnich zabawach. A widzę, że macie nie lada przedstawienie.
              - Oh, to zwykła próba. Udało nam się namówić Alionę aby pokazała nam nieco swoich umiejętności. Jak pewnie widzisz, plotki o muzycznych talentach elfów znikąd się nie wzięły. - Pirora stanęła obok kolegi, dyskretnie nadstawiając policzek aby mógł go elegancko pocałować. Chociaż takie zachowanie raczej nie przystawało do relacji między szlachcianką a zwykłym mnichem i świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. On zaś widział jak elfka i dwie szlachcianki na chwilę się zajęły rozmową o talentach leśnej elfki ale zapewne nie całkiem przegapiły jego przybycie.
              Mnich ucałował policzek szlachcianki, zezwalając sobie na delikatne uszczypnięcie jej kuperka.
              - Mam do tego sprawę do Lady Odette, ale nie będę jej okradał z możliwości rozmowy z pięknym ludem. - jednooki zerknął na rozmawiające kobiety - Mam nadzieję, że nic nie podejrzewają. Elfy potrafią rozpoznać metody naszych patronów lepiej niż większość ludzkości.
              - Chyba nie. Przynajmniej ostatnio jak się bawiliśmy w teatrze po występie to i Aliona i Fanriel były nam przychylne. Bardzo Adrienne przypadła im do gustu. Od tamtej pory nie zauważyłam zmian w ich zachowaniu. Może nawet są nam życzliwsze. - Pirora lekko pacnęła w ramię kolegi gdy ten uszczypnął jej tylne wdzięki ale raczej dla takiej przyjacielskiej wymiany żartów niż dla skarcenia go. Ale, żeby nie przedłużać powitania, zaprosiła go do trójki rozmawiających koleżanek.
              - Witaj bracie Otto. Miło cię znów widzieć. - Gwiazda estrady odezwała się pierwsza od razu pokazując swoją przychylność wobec zwykłego mnicha. Kamila i Aliona też posłały mu życzliwe, uprzejme uśmiechy.
              - Witajcie moje drogie. Nie spodziewałem się zostać uraczony tak pięknym dźwiękiem jak śpiew elfiej damy. - skłonił się przed Alioną - Teraz jedynie rozpaczam, że tylko końcówkę usłyszałem. Lady Odette, hospicjum jest w przygotowaniach na twe odwiedziny.
              - Oh to tylko taka przyśpiewka ludowa. Tak to się chyba u was mówi. - Elfia brunetka przyjęła komplement z uprzejmym uśmiechem ale wyglądało na to, że sprawił jej przyjemność.
              - Nie przesadzaj Aliono, wasze kołysanki czy przyśpiewki ludowe, są bardziej zaawansowane i przemyślane niż nasze arie. Może najelpsi tileańscy mistrzowie to się zaczynają zbliżeć precyzją do waszych rymów. - Lady Odette wypowiedziała się po przyjacielsku i swobodnie ale dała wyraz swojemu szacunku dla elfiej sztuki i poezji. To wywołało uśmiechy na twarzach koleżanek.
              - Dlatego cieszę się, że dziś miałyśmy zaszczyt słuchać i podziwiać was obie. - Kamila van Zee dołożyła wisienkę na torcie tej wymiany uprzejmości słodząc tak elfce jak i miodowłosej śpiewaczce.
              - To mówisz bracie Otto, że hospicjum jest gotowe na moje przybycie? No tak, prawie o tym zapomniałam. Dobrze, że się przypomniałeś. To sugerujesz jakiś termin? Dziś już nie dam rady. Może jutro? Na obiad jestem zaproszona przez Benitę i jej męża. Byli tak uprzejmi, że nie mogłam im odmówić. Więc pewnie trochę nam tam zejdzie. Może znalazłabym czas aby wpaść do tego hospicjum przed obiadem. Co myślisz Otto? - Zwróciła się do mnicha gdy tylko szybko przeleciała w myślach swoje plany na nadchodzący dzień.
              - Jak najbardziej. - odparł mnich - Z wielką chęcią będę twoim przewodnikiem. Ach i… - zastanowił się chwilę ile będzie w stanie powiedzieć - Udało mi się już zorganizować miejsce na… ten pokaz, o którym rozmawialiśmy. Potrzebuję jeszcze zorganizować muzykę. Nie ma jednak pośpiechu, właściciel będzie miał wolne dopiero za jakieś pięć dni.
              - Oh, to jednak pamiętałeś o tej mojej małej prośbie? Oh to cudownie! Widzę, że wybrałam na impresario właściwego człowieka. - Miodowłosa milady rozpromieniła się i objęła ramię mnicha w geście zaufania i wdzięczności.
              - A to jakiś koncert poza teatrem? - Kamila wydawała się być tym naturalnie zaciekawiona, choć oczywiście nie mogła znać prawdziwej treści tego o czym rozmawiali.
              - Oh koncert to mon cher. To takie małe spotkanie z wielbicielami. Sama widziałaś co się wczoraj działo po mszy. A wiesz przecież, że nie wszyscy mają okazję mnie podziwiać w twoim zacnym teatrze lub rezydencji. - Diwa dość gładko wybrnęła z tego pytania i von Zee wydawała się być usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem. - Tylko ja was przepraszam na chwilę. Ale koniczenie muszę zmyć ten makijaż. Niestarannie go dobrałam i teraz zaczyna mnie drapać. - Przeprosiła swoje koleżanki a one ze zrozumieniem pokiwały głowami, jakby uważały, że słynna śpiewaczka ma prawo do swoich dziwactw i humorów. Ona zaś obróciła się i tanecznym ruchem wyszła z mnichem na korytarz. Kierowała się w stronę garderoby, tej samej gdzie parę dni temu, poznał bliżej lady Benitę.
              - Ojej pięć dni? To tak długo. Co prawda da więcej czasu na przyjazd moim koleżankom. Ale powiedz mi mój drogi Otto, czy nie dałoby się czegoś zorganizować wcześniej? Koszty oczywiście nie graja roli, jeśli na coś ci potrzeba pieniędzy w tej organizacji rozrywki to tylko powiedz. Niech takie głupstwa nie stoją na drodze sztuce, emocjom i przygodzie. - Mówiła teraz ciszej ale szybciej. A krok za krokiem, zbliżali się do jej garderoby.
              - Porozmawiam jeszcze z Łasicą, ponieważ miejsce, które znalazłem to karczma Silnego, jednego z naszych braci oddanych Krwawemu. - wytłumaczył się cicho mnich - Opuszcza miasto na kilka dni dlatego tak długo. Plan miałem, abyś założyła jakąś maskę balową i może perukę. Natomiast być może Łasica pomogłaby coś w zamtuzie zorganizować, jeżeli nie masz nic przeciwko.
              - Silnego… - Milady zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie przypomnieć o kogo chodzi. A mięśniak rzeczywiście niezbyt często bywał na zabawach organizowanych przez Pirorę i jej koleżanki. Na razie jednak sięgnęła to aksamitnej torebeczki i wyjęła z niej klucz jakim otworzyła drzwi do garderoby. Co na chwilę ją zajęło. Po chwili we dwoje byli już w środku. - No szkoda, że tak utalentowany, młody człowiek wyjeżdża z miasta akurat teraz. No ale cóż, sztuka wymaga poświęceń. - Westchnęła jakby było jej żal na to, że będzie musiała tyle dni czekać na te figle o jakich rozmawiali wcześniej.
              - Ale zamtuzy! Uwielbiam zamtuzy! I ladacznice! To takie nieprzyzwoite! Pewnie wiesz, że szlachciance a zwłaszcza komuś o mojej pozycji, absolutnie nie wypada odwiedzać takie kontrowersyjne miejsca? No właśnie dlatego je uwielbiam odwiedzać. Chociaż nie zawsze mogę to robić oficjalnie. Więc tak mój drogi Otto, absolutnie jestem chętna na zabawy w zamtuzie. I to z Łasicą? Ona mi wygląda na bardzo obrotną kobietę, co ma głowę na karku. No jeśli byś był tak uprzejmy aby zorganizować mi jakąś rozrywkę, zanim twój kolega nie wróci, byłabym bardzo zobowiązana. - Diwa rozgościła się w garderobie jak u siebie i jakby odruchowo przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. To było duże, kryształowe lustro gdzie widać było wyraźnie każdy detal twarzy. I jeszcze oprawione w ozdobne ramki i drogie kamienie. Jednak milady była bardziej zainteresowana ustalaniem szczegółów tych nietypowych romansów o jakich rozmawiali.
              Mnich podszedł do divy i niemal odruchowo pogłaskał jej policzek.
              - Jakoż chcesz tak się stanie. Nie będę stał na drodze sztuki. Kto wie, może znajdziesz tam jakiegoś wartego głębszego zapoznania.
              - Oby, mój drogi Otto, oby. Muszę przyznać, że z każdym dniem, jestem coraz przychylniejsza temu miastu. Wreszcie mogę przeżywać takie przygody jakie uwielbiam! - Aktorka nie uciekła od jego dłoni, więc mógł poczuc jej gładki, przyjemny w dotyku policzek. A sama nawet przechyliła głowę tak, że pocałowała jego palce i wnętrze dłoni. - Więc jeśli byś mógł razem z Łasicą mi zorganizować jakieś takie ekscytujące, niecodzienne przygody to byłabym wniebowzięta. - Popatrzyła mu prosto w twarz, i splotła dłonie na jego karku, jakby byli kochankami. - I jeszcze te przyjemniaczki. - Zmrużyła oczy i przygryzła wargi gdy o nich wspomniała. - Od rana czuję, jak sobie we mnie potańcówkę urządziły. Fabi miała rację. To naprawdę niesamowite uczucie. Nigdy wcześniej nie przeżywałam niczego podobnego. A paru rzeczy jednak w życiu próbowałam. - Wyznała z lubieżnym błyskiem w oku.
              Otto ucałował delikatnie usta divy.
              - Więc przygotuj się na poród. Pamiętasz co Laura przeżyła, i to oczekuje ciebie za kilka dni. - mnich się uśmiechnął, jego ręce objęły divę - Nie jedno przeżyłaś, ale pewnie kilka rzeczy cię ciekawi. Wyjaw swe sekrety, a ja mogę spróbować je zyścić.
              - Oh oby, oby! Już nie mogę się doczekać! Widziałeś jak wczoraj Fabi urodziła? Jakie to było cudownie ekscytujące! I jakie wielkie z niej wyszły! Nawet nie wiedziałam, że mogą być takie duże. Dlatego tak się zagapiłam jak ten pierwszy spadł na mnie. Ale teraz będę już wiedzieć i będę lepiej przygotowana! A Fabi mówiła, że wciąż je czuje w sobie więc na szczęście to nie były dwa ostatnie. Myślisz, że ze mnie też wyjdą takie wielkie? - Diwa wdzięcznie roześmiała się z dziewczęcą naturalnością. I już całkiem przylgnęła do piersi mnicha jak do swojego kochanka. Aż ten czuł jak jej przyjemny dla oka dekolt, napiera na jego klatkę piersiową a z bliska aromat jej perfum na jakie zapewne nie mogła sobie pozwolić niejedna szlachcianka.
              - No więc jak poznałam tych waszych zwierzoludzi to ciąglę o nich myślę. Dlatego Lilly tak mi przypadła do gustu. Nieco mi ich przypomina. Już kiedyś miałam z nimi do czynienia ale tylko z jednym na raz. Był jako zakazana ciekawostka w jednym z zamtuzów. Tylko był trochę większy i miał koźli łeb. Strasznie go byłam ciekawa, nie mogłam mu się oprzeć aby go nie spróbować. Razem z koleżanką. Jedną z tych, jakie zaprosiłam i teraz. Strasznie mnie pociągają takie odmieńce. Podobno na każdą fantazję jest jakiś odmieniec! Tak usłyszałam na jakimś balu. Ci wszyscy amanci, nawet piękne kochanki, to na dłuższą metę robią się dość monotonne. Wszyscy zabiegają o moją atencję i uwagę. Albo chcą mieć ze mną romans albo coś ugrać i wciągnąć do swoich intryg. Dlatego tak przy tych kamieniach mi się podobało. Albo to co wymyśliłeś z tą tawerną i kolegą. I te pieszczoszki! Są takie obrzydliwe! Takie ohydne! W życiu bym ich nie dotknęła! Uwielbiam jak po mnie pełzają albo we mnie. To takie plugawe. - Szeptała mu czule w twarz gdy pozwalała mu się trzymać w objęciach. A jej słowa były tak bluźniercze, że natychmiast powinna trafić przed oblicze boskiej sprawiedliwości w postaci jakiegoś kapłana. Jednak ona nic sobie z tego nie robiła i mówiła o tym jak o fantazjach jakie już udało jej się zrealizować lub miała nadzieję, że tak się stanie. - Pomogłam ci? Myślisz, że dałoby się coś takiego zorganizować? Ja rozumiem, że może nie być tak łatwo więc jeśli tylko bym mogła w czymś ci pomóc, mój Otto, to bardzo chętnie spróbuję to zrobić. W końcu chodzi o sztukę i namiętność. - Popatrzyła na niego trochę przytomniej i pieszczotliwie pogłaskała go swoimi smukłymi palcami po policzku.
              Mnich odsunął przepaskę zasłaniającą jego pusty oczodół.
              - Jest to coś z czym mógłbym pracować. - przyznał mnich - Bezdomni? Kalecy? Nie ryzykowałbym z trędowatymi… - Otto zaczął się zastanawiać - Może mała mieszanka? Potrzebowałbym trochę czasu, ale jestem pewny, że są rośliny, które potrafią sprowadzić halucynacje. Wyobrażasz sobie bycie w objęciach kochanka, a twe oczy widzą niebywałe rzeczy?
              Artystka zachichotała jak mała dziewczynka. Jakby omawiali jakiś figiel do zmajstrowania rodzicom lub opiekunom. - Oczywiście, że próbowałam różnych środków. Chyba nie masz mnie za jakiejś grzecznej panienki z pensjonatu? - Uniosła brwi aby podkreślić jak rozbawiło ją to pytanie. Jednak nie wyglądała aby ją zdenerwowało. - Ale to bardzo ubarwia taką przygodę i różne rzeczy, różnie działają. Więc jestem bardzo ciekawa mieszanki jaką przygotujesz. Obiecuję nie wybrzydzać i połknąć wszystko co przygotujesz. - Teraz trochę się z nim droczyła jak dama ze swoim amantem. Dalej jednak była w świetnym humorze. - A bezdomni czy kalecy, czemu nie. Chyba rozumiesz, że samej byłoby mi trudno zorganizować sobie taką rozrywkę? Nie wypada mi się nawet pokazywać w takim szemranym towarzystwie. N ale jakby mój drogi i utalentowany impresario zorganizował mi takie spotkanie, to na pewno byłabym bardzo rada. - Zalotnie uśmiechnęła się do swojego kochanka. Ale nagle brwi jej podjechały do góry jakby sobie o czymś przypomniała. - Ah bo widzisz, nie mówiłam ci wcześniej. Mnie te różne przypadłości roznoszone bretońskimi chorobami za bardzo się nie imają. Co najwyżej dostanę wysypki jaka po paru dniach sama schodzi. To bardzo ułatwia mi cieszyć się przygodami. Dlatego nieco obawiałam się, czy te przyjemniaczki się we mnie przyjmą. Na szczęście tak! Nawet teraz je w sobie czuje. Bardzo to ożywcze i podniecające. To taki dar od moich patronów. A ja jestem tylko ich służebnicą i staram się być sztandarem ich chwały i splendoru. A dzięki temu, mogę przeżywać niesamowite przygody. - Mówiła cicho i lekkim tonem. Jednak nie traciła wybornego humoru i wciąż patrzyła zalotnie na mnicha jakiego kark pieszczotliwie dotykała swoimi palcami.
              Otto natomiast powoli zaczynał się zatracać, jego dłoń zsunęła się z policzka divy i dotarła do jej biustu.
              - Faktycznie nie lada błogosławieństwo dla kogoś z twoimi chęciami. - ponownie złączył swoje usta z divy.
              Aktorka też poddawała się namiętności chwili. I coraz chętniej oddawała ten dotyk i pocałunki. W końcu i jej zaczęła przeszkadzać własna suknia, jaka blokowała postęp w dalszej zabawie. - Mógłbyś pomóc z tymi sznureczkami, mój drogi Otto? - wyszeptała zalotnie mu w twarz, pokazując na zapięcie swojej sukni. Przez chwilę musiał się z nim mocować a widać było, że miodowłosa się niecierpliwi. Gdy udało mu się rozpiąć jej odzienie, ukazała się jej smukła, szczupła sylwetka w samej bieliźnie, pończochach i trzewikach. Chociaż teraz, jak patrzył na nią z bliska to albo jej brzuch wydawał się nieco kraglejszy albo sam to sobie imaginował wiedząc, że jest w brzemiennym stanie.
              Mnich zdjął z siebie habit i koszulę. Diva musiała przyznać, że życie mnicha najwyraźniej wymagało wysiłku. Ciało Otto może nie było górą mięśni, ale był szczupły i widać było muskulaturę pod zabliźnioną skórą. Niektóre wydawały się od ostrzy, inne od ognia lub czegoś innego. Mnich przylgnął do ciała divy, jego dłonie pieściły wszystko czego były w stanie sięgnąć.
              Chociaż wcześniej już mieli ze sobą przyjemność, to tym razem wyjątkowo byli tylko we dwoje. Więc mogli się sobie poświęcić całkowicie. Milady zdawała się doceniać smukłe ciało kochanka. Chciwie wodziła po nim palcami, pieściła dłońmi lub kurczowo łapała za plecy i ramiona. Chętnie też używała swoich utalentowanych i bezcennych ust aby go spróbować. Te usta jakie w najwiekszej świątyni w mieście z taką czystością wyśpiewywały psalmy pochwalne dla patrona mórz i oceanów, teraz sprawiały satysfakcję zwykłemu mnichowi w sandałach. Odette była namiętną kochanką i miało ciało jakby stworzone do uprawiania miłości. Pełne, jędrne piersi jakie przykuwały wzrok, usta i dłonie, kształtne pośladki, gładkie uda a do tego werwę w żyłach jakie napędzało tą grzesznicę. Nie miała oporów aby ukleknąć przed swoim kochankiem i sprawić mu i sobie przyjemność, albo prowokująco wypiąć się ku niemu opierając się o swoje biurko. W tym drogim, ozdobnym lustrze jakie podczas tych harców, strasznie się trzęsło, widział i jej rozanielone oblicze, i podskakujący rytmicznie biust i czasem swoją twarz. Aż wspólnie doszli do finałowego momentu tej przyjemności. Wciąż nadzy i zdyszani, siedzieli na krześle na jakim zwykle diwa sprawdzała swój wizerunek w zwierciadle.
              - A masz jakieś plany na jutro mój drogi? Bo nie wiem czy mówiłam. Ale jestem umówiona na obiad z Benitą i jej mężem. Tak pomyślałam, że znów można by ją zasiać. Chyba polubiła te przyjemniaczki. Najchętniej to bym użyła na niej tej twojej zabawki. Ale tymi strzykwami też może być. No i jakbyś sprawił mi przyjemność towarzysząc mi to może by się nam udało ją zasiać oboje? A jeśli nie to może tobie lub mnie, gdy to drugie by bawiło męża rozmową. - Zagaiła go rozanielonym głosem gdy nago siedziała na jego nagich udach. Zaś palcami pieszczotliwie przesuwała po jego włosach.
              - Większych planów nie mam, więc oczywiście chętnie ci pomogę, mój skowronku. - całował szyję swej kochanki i delikatnie pogłaskał jej wypełnione podbrzusze - I chętnie zasiałbym was obie.

              Kończąc harce z Odette mnich wrócił do reszty grupy i miło spędził resztę dnia.
              Następnego najpewniej uda się Odette do Benity a później, wróci do Hospicjum poinformować zarówno przeora jak i Niklasa o zbliżającej się wizycie. Jeżeli znajdzie czas poszuka też Łasicy.

              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Mistrz Gry
              napisał ostatnio edytowany przez
              #321

              Tura 77 - 2519.07.29; ab; ranek

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
              Czas: 2519.07.28; Wellentag; wieczór
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

              Egon i ekipa

              Trudno było nie zauważyć, że może obie łotrzyce nie były urodzonymi wojowniczkami, nie miały wdzięku i manier swoich błękitnokrwistych koleżanek, ale jeśli chodziło o żywiołowe harce w alkowie to trudno było się nudzić gdy brały w nich udział. I jak się wczoraj okazało, atrakcyjnej mytnik bardzo przypadło to do gustu. A ona nowym koleżankom także. Choć z początku jeszcze się na to nie zapowiadało.
              Gdy Egon z ferajną przybyli wczesnym wieczorem do ulubionej tawerny obu łotrzyc, to nieco rozminęli się z Łasicą. A dokładniej to Jutta z Burgund gdzieś poszły akurat jak prawa ręka Starszego przyszła. Więc o mytniczce dowiedziała się od Astrid i kolegów. - Co? Ta ruda wiewiura przyprowadziła tu jakąś rzeczną psiarę? - Fioletowowłosa wydawała się z zirytowana i rozczarowana postawą swojej partnerki. Dopiero jak ta wrociła z celnik do sali głównej włamywaczka szybko zmieniła zdanie. - A to ta? Ej no to może nie będzie tak źle. - Dziewczyna z ulicy była gotowa chwilowo przymknąć oko na obecność aparatu urzędniczego ratusza. Zwłaszcza jak miał ładną buzię, czym oddychać z przodu, za co łapać z tyłu i jeszcze z długimi nogami co podkreślały jej dobrze dobrane spodnie.
              - To mówisz Jutta, że jeszcze nie miałaś przyjemności z trzema kobietami na raz? - Łasica zapytała pozornie niewinna, bawiąc się źdźbłem słomy po swoich ustach. Więc spędzili razem może jedną kolejkę w izbie głównej gdy czwórka koleżanek, w atmosferze śmiechów i sprośnych żartow, wstała od stołu i poszła na gorę. Egon, Silny i Lars zostali chwiolowo sami z winem, piwem i kolacją na stole. Oraz obietnicą od Łasicy, że jak “przygotują” Juttę to dadzą im znać. Ten znak nadszedł w postaci blondwłosej Cori, jaka była tutaj ulubioną barmanką obu łotrzyc.
              - Byłam właśnie u dziewczyn zanieść im wino. Mówią, że jak chcecie to możecie już przyjść. Są w dwunastce, to na końcu korytarza. Zamknęłam tylko na klamkę abyście mogli wejść. - Posłała im sympatyczny uśmiech. Dwaj towarzysze gladiatora popatrzyli na nią, na siebie, dopili kufle i wstali od stołu aby udać się na piętro. Gdy tam poszli, okazało się, że integracja Jutty z nowymi koleżankami przebiega wybornie. Lars z Silnym aż na chwilę przystanęli aby nasycić oczy tymi widokami.
              - Ty rzeczna suko! Twój mokry kuper należy do mnie! - Łasica była ubrana tylko w zbaweczkę do penetracji kochanek. A jej nagie biodra energicznie zderzały się z wypiętymi wdziękami równie nagiej mytniczki. Zaś odkryty biust łotrzycy malownicze bujał się w tym samym rytmie. Akurat zauważyła wejście kolegów więc wyszczerzyła się do nich radośnie.
              - Nie jestem rzeczną strażniczką! Jestem celnikiem! - Juttę chyba nieco ubodły te uliczne określenia jej profesji. Bo odwrociła głowę do dominującej partnerki aby zpaprotestować.
              - Ale tu jeszcze nie skończyłaś roboty. - Astrid była plecami do kolegów. Ale dało się ją rozpoznać dzięki blond włosom upiętym na norsmeńską modłę. Złapała za głowę mytnik i stanowczym ruchem godnym rasowej szlachcianki, nakierowała jej twarz z powrotem między swoje uda. Najmniej było widać Burgund. Dlatego, że była na samym dole tego przekładańca. Co chyba nie przeszkadzało ani jej, ani koleżankom.
              - Powiem wam chłopaki, że jeśli nawet nie spotkamy tych piratów to chyba nie będziemy się nudzić na tej wycieczce. - Lars zaśmiał się rubasznie, szczerze ucieszony takim widokiem. A po chwili koledzy zaczęli się rozbierać i dołączyli do tych figli.


              - Ojej. No niezła jest. Aż trochę, żałuję, że z wami nie płynę. Weźcie ją przywieźcie z powrotem. Sam widzisz, że dziewczę ma wielki potencjał. - Wczoraj wieczorem, Łasica znalazła czas aby chwilę porozmawiać z kamratem z jakim w zimie rozpracowywali kazamaty od środka. To, że wciąż była całkiem nago, w ogóle jej nie krępowało. Przez chwilę podziwiała harce pozostałych jakie odbywały się na wąskich łóżkach. Wyglądało na to, że Jutta przypadła jej do gustu. - I mówisz, że ona jest od Huberta? Jak on to robi? Taki spasiony knur. Nawet szlachcicem nie jest. Zawsze myślałam, że się przechwala tym, że ma pełno kochanek w całym mieście. No ale teraz… Najpierw Fabienne, potem ta Adrienne z ratusza, teraz Jutta… Ciekawe kogo jeszcze zna. Będę musiała się bliżej niego zakręcić, może jeszcze ma jakieś gorące koleżanki. - Mówiła gładko i wesoło gdy trzymała gliniany kubek z winem. Po tym jak nasyciła największe pragenienie po tych harcach, mogła sobie pozwolić na chwilę rozmowy. Wydawała się być pod wrażeniem między odpychajacą fizycznością Huberta Grubsona a jego sukcesami w zdobywaniu atrakcyjnych kochanek.
              - A właśnie! - Uniosła palec jakby sobie o czymś przypomniała. - Pamiętasz jak wracaliśmy z leśnego pikniku i w bramie spotkaliśmy Froyę van Hansen i Fanriel Złocistą Gwiazdą? - Spojrzała na kolegę. Rzeczywiście tak było parę dni temu. Tylko obie konne, błękitnokrwiste blondynki wówczas rozmawiały głównie z Łasicą jaka siedziała na koźle furmanki. A większość towarzystwa, łącznie z gladiatorem, była dla nich niewidoczna pod plandeką. - No to poszłam wtedy wieczorem do milady. Było wyśmienicie! Służyłam im obu o tak. - Ze śmiechem, wskazała na Juttę jaka właśnie była w żwawych obrotach między Larsem a Burgund. A na sąsiednim łóżku Silny mocno dyszał nad Astrid. Łasicy w ogóle nie przeszkadzało być uległą wobec bardziej dominujących od niej charakterów. A jako była ladacznica, potrafiła się płynnie dostosowac do preferencji drugiej strony.
              - W każdym razie obu szlachcianki uwiera ten zakaz do pojedynków, turniejów, balów i polowań z powodu tej żałoby. No ale nie zabrania on przejażdżki po lesie. Oczywiście mało rozsądne by było jechać w las bez broni. Przecież kto wie jakie szkarady można spotkać no nie? A wtedy no cóż, nawet nobliwa dama, musi się bronić. No więc obie tak ostatnio jeżdżą sobie w las na te przejażdżki i jakoś zawsze trafią a to na dzika, a to gobliny, albo inne tałatajstwo. - Zaśmiała się z lekkim podziwem dla swobody z jaką obie szlachcianki, obchodziły zakaz wydany przez władze świeckie i duchowne.
              - No i starałam się je wybadać co i jak. Zwłaszcza lady van Hansen. Bo trochę nam się kontakt urwał. No i milady, żałuje, że Norma wyjechała z miasta. Podpytałam ją trochę to nadal jest ciekawa Norsmenów i chętnie by jakichś poznała. Wiesz, jej rodzina ma norsmeńskie korzenie a ona uczy się ich języka. - Łotrzyca wymowne kiwnęła kubkiem na Larsa i Astrid, zajętych chwilowo baraszkowaniem z koleżankami i kolegami. Dała to na chwilę koledze do przetrawienia.
              - No i jak nieco jej pomogłam nakierować myśli we właściwą stronę, czyli na Normę i polowania. To wspomniała o pewnym brodatym wojowniku. Co był zwykłym, nieokrzesanym chamem jakiego wstyd byłoby wpuścić na salony. Ale toporem machał przednie i razem z Normą ubili zimą tego trolla. I odniosłam wrażenie, że chętna by była go spotkać ponownie. - Łotrzyca mówiła z chytrym uśmieszkiem, leniwie oglądając swoje niedbale pomalowane paznokcie. A w końcu podniosła wzrok aby spojrzeć koso na kolegę. - Widzisz? Pamięta cię. Może nie wyłącznie pozytywnie no ale raczej pozytywnie. - Posłała mu krzywy uśmiech dziewczyny z ulicy.


              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
              Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

              Egon i ekipa

              Pierwszą rzeczą jaką Egon zobaczył dziś rano, to był owal twarzy okolony ciemnymi włosami i kobiecy głos, że muszą już wstawać i iść. Drugą było nagie, kobiece ramię na swojej piersi. No tak. Bo spędzili wieczór w “Mewie” a później to już po nocy, nikomu nie chciało się iść przez miasto do domu, to już zostali tu na dobre. Ale przecież rano mieli się stawić na Nabrzeżu Ryb do “Jutrzenki”. A jeszcze musieli wrócić na Bursztynową do Pirory po swoje bety. Tylko ten sen.

              Śnił mu się ten czarny rycerz. Jak zwycięża w kolejnych pojedynkach. Jak na jakimś turnieju albo walkach gladiatorskich. Jak wznosi zakrwawiony miecz w geście triumfu. Ale coś było nie tak. Wcześniejszy aplauz widowni zmienił się w gwizdy pogardy, wyzwiska. W końcu poleciały na niego odpadki jedzenia, grudy ziemi a nawet kamienie. I jak ten rycerz siedział na pięknym, karym rumaku. Na skraju polany. Po swojej stronie miał swoją armię. A naprzeciwko nich stała podobna armia zwierzoludzi. Dzicy, muskularni brutale brniący wysokiego czarnego głazu z czerwonymi żyłkami i glifami jakie błyszczały złowróżbnie, że cierpła od nich skóra. A pod nim były całe stosy ludzkich i nieludzkich czaszek, kości oraz broni. Egonowi się wydawało, że po stronie czarnego rycerza, widzi parę znajomych postaci. Łysa glaca jakiegoś mięśniaka co przypominał Silnego. Wojowniczka z północy z dwoma toporami co od razu kojarzyła się z Normą to Axe. Wrzeszczący dzikus w skórach i z włócznią był prawie jak Bjorn. Obie armie jeszcze stały naprzeciwko siebie. Obserwowały pojedynek. Tam walczyła kobieta o czarnych włosach. Z jednym z kopytnych. Kobieta wydawała się być wątła i bez szans. Jak jakaś kelnerka czy ladacznica z miasta. A jednak walczyła z furią jakby nie zauważała własnej fizycznej słabości. Zwierzoczłowiek także nie ustępował jakby dawał upust odwiecznej nienawiści tej rasy, do gatunku ludzkiego. A mimo to nie mógł w dwóch ruchach zmiażdżyć tej ludzkiej wojowniczki. W sumie to Egon już nie był pewny czy ta walka była przed tą armią czy jakoś wcześniej albo w ogóle nie była z tym związana. Obudziło go co innego. W pewnym momencie ze stada czekających zwierzoludzi, wyszedł masywny wojownik z potężnymi rogami. U pasa miał liczne czerepy i odcięte dłonie. Ludzi i nieludzi. Zaryczał potężnie i wyzywająco. A w górę, w triumfalnym geście, wzbił włócznię. U ostrza broń miała ludzką czaszkę i wyglądała jakby przebijała się ona przez jej usta. Podobnie jak ta o której Egon śnił ostatnio. Zwierzoczłowiek rzucił wyzwanie. A czarny rycerz spojrzał wprost na gladiatora. I dał mu znak, że to jest wyzwanie dla niego. Czempion przeciwko championowi. To go tak wzbudziło, że aż się obudził. Albo akurat Burgund go potrząsnęła aby go obudzić. Wysowbodził się z nagich objęć kochanki i wstał. Pić mu się chciało. Widział i słyszał jak o tym wczesnym poranku życie powoli wraca w tym pokoju.
              - Więcej nie piję. O matko jak mnie głowa boli. A jak kuper. - Jutta też przeżywała bóle egzystencjalne. Wciąż naga, z rozczochranymi włosami, na w pół sennie starała się zorientować w sytuacji. Wtedy gladiatorowi przypomniał się jeszcze jeden odprysk snu.
              Dwie konne blondynki. Froya i Fanriel. Otoczone tłumem rozwrzeszczanych zielonoskórych. I wiele tych małych, złośliwych goblinów. I te większe, brutalne orki. Ludzka szlachcianka bez wahania przebiła rohatyną czerep goblina. Skrzydełka broni zapobiegły aby broń wbisła się zbyt głębko. Egonowi wydawało się, że słyszy ciche chrupnięcie czaszki pękającej pod uderzeniem imperialnej stali. Von Hansen szarpnęła bronią i dżgnęła wierzchowca ostrogami aby wyjechać z gąszczu wrogów. Fanriel z elfią precyzją, napięła cięciwę łuku i przeszyła strzałą łeb goblina jaki właśnie chciał cisnąć w nią swoją rachityczną włócznią. I też starała się pognać swojego pięknego, silnego wierzchowca aby wyrwał się z matni. To dlatego, że wczoraj Łasica mu o nich opowiadała? To by pasowało ten obrazek jak te dwie szlachcianki, stoją obok swoich wierzchowców i trzymają się za dłonie i czule patrzą sobie w oczy jakby zaraz miały się pocałować.
              - Dobra, trzeba się zbierać. Jeszcze do Pirory musimy zajść. - Zaspany głos Larsa przywrócił gladiatora do rzeczywistości. No tak, jak wczoraj im się nie chciało wracać na Bursztynową, to dziś z rana trzeba było się streszczać.
              - Ja też muszę jeszcze zajść do siebie. Spotkamy się na “Jutrzence”. - Jutta wymruczała niezdarnie zakładając spodnie na swoje smukłe nogi. Wszyscy zdawali się wracać do życia i presja czasu dawała o sobie znać coraz bardziej.
              - To się spotkajmy przy starym magazynie drewna. - Zaproponowała Łasica. Silny, Burgund i Jutta pokiwali głowami, że wiedzą gdzie to jest.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Rybie Mew; opuszczony magazyn drewna
              Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

              Egon i ekipa

              Poranek okazał się całkiem pogodny. Nad głowami dominwało letnie, błękitne niebo. Chociaż zdaniem Larsa, wiatr był dość słaby jak na żagle. Pewnie więc “Jutrzenka” będzie wiosłować w górę rzeki. Norsmen tak dywagował po drodze od Pirory. Szli szybko bo w końcu mieli się stawić z samego rana. Heynrich Wagner obiecywał wczoraj, że na spóźnialskich czekać nie będzie. Łotrzyce wyznaczyły spotkanie dość blisko. Stary magazyn drewna był obecnie od dawna opuszczony. A był ledwo parę domów od wylotu na Rybie Wybrzeże. Stamtąd był już widok na “Jutrzenkę” i okazało się, że jeszcze stoi. A w głębi ulicy było dość brudno, ponuro i mało kto tędy chodził.
              - Widziałam, że Gezackt, Martin i jeden z jego chłopaków już jest na pokładzie. Więc chyba im się udało dostać na pokład. - Burgund obwieściła im co udało jej się dojrzeć na pokładzie barki na jaką mieli się wkrótce zamustrować.
              - My to mamy pewną wejściówkę. - Lars wzruszył ramionami i wskazał na siebie, Egona i Astrid.
              - My zaraz pójdziemy to się załatwi raz dwa. Jak nie to chłopek straci parę zębów i też się załatwi. - Silny co prawda jeszcze nie próbował się dostać bo też dopiero co przyszedł. Ale jak zwykle wierzył, że siłą i zastraszaniem, pokona wszelkie kłopoty.
              - Daj se siana. Sypniemy mu parę miedziaków, może srerbnika czy dwa za przejazd to sam nas wpuści. - Burgund wolała więcej finezji i chyba powiedziała tak na wszelki wypadek aby zbir nie zaczynał rozmowy od dawania komuś w pysk. Ten zaśmiał się z rozbawienia na tą uwagę.
              - Ktoś idzie. - Astrid spojrzała w głąb ulicy. Widać było jak nadchodzi pojedyncza sylwetka. Ale była pod poranne słonce to dość długo nie było widać detali. Poza tym, że to ktoś prosty i smukły.
              - Serwus. - Annika przywitała się z nimi gdy podeszła bliżej. Wyglądała na zmęczoną i niewyspaną. Ale przyszła. Miała niewielki tobołek na plecach i długi nóż za pasem.
              - To dzielimy się jakoś aby gadać o tą wejściówkę? Dwie pary, chłopak i dziewczyna? Czy was dwie i nas dwóch? Albo w ogóle jako cała czwórka? - Rune popatrzył pytająco na zebranych. Właśnie ich czwórka jeszcze nie gadała z Heynrichem o przejazd. Wedle planu jaki ustalili wczoraj, to powinni wystąpić jako pasażerowie. Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami, na znak, że mu to obojętne.
              - A Juttę ktoś widział? Jest już na pokładzie? - Astrid zagaiła o mytniczkę. W efekcie Silny prychnął z rozbawienia. Norsmenka posłała mu zdziwione spojrzenie.
              - Jutta żegna się z Łasicą. Bardzo intensywnie. - Najemnik wskazał kciukiem na rozwalone drzwi do opuszczonego magazynu. To wywołało zaciekawione spojrzenia pozostałych, jakby się zastanawiali czy wejść w mroczne wnętrze czy zostać na miejscu.
              - Cóż, bez mytniczki, Heynrich nie powinien odpłynąć. O ile wie, że ma z nami płynąć. - Lars wzruszył ramionami, dostrzegając pewien pozytyw z takiego obrotu spraw.
              - Wie. Już była u niego. Ale ta nasza wywłoka zwabiła ją jeszcze tutaj aby się pożegnać. - Silny uspokoił go i też wydawał się rozbawiony tą sytuacją.
              - Łasica mówiła, że wie jak załatwić sprawę z tym materiałem co Hubert chciał się pozbyć. - Rune sprzedał kolegom ciekawostkę, co łotrzyca mówiła zanim zniknęła z Juttą w opuszczonym magazynie.
              - Hej! Patrzcie! - Burgund wskazała palcem przed siebie. Gdy tam spojrzeli, dojrzeli smukłą postać w eleganckiej sukni, jaka poruszała się z tanecznym wdziękiem. Tak dostojna dama wydawała się kompletnie nie pasować do tej podłej, portowej dzielnicy. Zwłaszcza jak szła sama. Na piechotę a nie powozem albo chociaż konno. I ciemnokarminowy kolor sukni z bardzo śmiałym dekoltem też rzucał się w oczy. I nie tylko łotrzyca ją zauważyła. Od mijanych kryp rozległy się gwizdy i okrzyki głównie od męskiej części załog. Jednak na razie na tym się skończyło, jakby nikt w pojedynkę nie odważył się do niej podejść osobiście.
              - Oj nasza milady to nie przejdzie przez salon niezauważona. - Burgund zaśmiała się cicho bo teraz już było widać, że owa dama to lady Soria. Ale chyba jeszcze ich nie dostrzegła w głębi ulicy i możliwe było, że przejdzie dalej nie zauważając ich.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
              Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

              Heinrich i Fabienne

              Były łowca nie spał już gdy przyszła Ilse aby zrobić śniadanie i poranne porządki. Nie spał bo sen obudził go dziś bardzo wcześnie. Dlatego dość machinalnie rejestrował jak służka czyni swoją poranną rutynę. Próbował zapamiętać jak najwięcej z tego co mu się śniło.

              - I co o tym myślisz kolego? - Znów siedział z Tobiasem w jego kuchni. A na stole leżały te dwuznaczne szkice. Teraz we śnie wydawały się ruszać. Ten wielki wij. Oplatał się wkół gałęzi drzewa i zbliżał się do dziupli. A chwilę potem oplatał się wokół kobiecego uda i zbliżał się do łona. - No właśnie to jest problem. Tak pasuje, i tak. - Belfer westchnął zafrapowany, jakby widział to tak samo. I znów ta dwuznaczność. Rozgałęzione drzewo i dziupla. A zniej częściowo wysunięty czerw lub wąż. Może końcówka ogona albo jakiejś macki? Też by paswała. A po chwili te samo żywe coś, tylko poruszające się między kobiecymi udami. Równie dobrzo mogło wychodzić z łona jak i się tam wciskać. - No sam widzisz jak to wygląda kolego. Dlatego mam taką zagwostkę co z tym zrobić. Cóż radzisz? - Znów uczony kultysta wydawał się widzieć to samo co doświadczony łowca heretyków i potrzebował rady aby się zdecydować do robić.
              Przez chwilę obserwowali młodą, kobiecą dłoń jaka trzymając piórko, starannie kreśli na papierze kolejny szkic. Może to wcześniejszy etap któregoś z tych jakie Tobias pokazywał Heinrichowi? A może całkiem inny? Teraz krągłe linie jednak coraz bardziej przypominały kobiecy biust. Autorka podniosła wzrok na modelkę. Widziała ją z perspektywy kilku ław. Ją akurat Heinrich rozpoznał od razu Burgund. Miała modelowe piersi, krągłe, jędrne i kształtne. Dlatego nawet Pirora zimą użyła ich jako modelu dla swojej syreny. Pierwszego obrazu jaki namalowała w tym mieście. A Łasica wydawała się być wiecznie nieco zazdrosna o ten idealny biust koleżanki, że aż to bywało przedmiotem żartów.
              - Pięknie ci to wychodzi. Wspaniała kreska. A to dopiero szkic. - W polu widzenia pojawiła się nowa, kobieca dłoń. Jakby jej właścicielka podziwiała talent rysowniczki chociaż ta wydawała się być nieco speszona i zaskoczona. Jakby ktoś ją przyłapał na czymś niestosownym. A przecież była tylko na lekcji rysunków, jak tylu innych studentów. Ale ta od komplementów, miała na dłoni pierścień. Srebrny, masywny, bardziej jak meski sygnet niż ozdobę dla kobiety. Może dlatego nosiła go dość nietypowo bo na kciuku. Pierścień z wieloma, wyrzeźbionymi oczami. Przez moment Heinrich miał wrażenie, że te oczy spojrzały wprost na niego. Tak go to zaskoczyło, że aż się obudził. I nie mógł już zasnąć. Jak teraz o tym myślał to nie widział twarzy rysowniczki ani tej drugiej. Właściwie niezbyt pamiętał jakieś szczegóły ich anatomii czy ubioru. Tylko te szczupłe, zadbane, kobiece dłonie. To nie były zużyte dłonie kobiety pracującej w znoju. No i pierścień. Pierścień budził w Heinrichu jakieś mroczne skojarzenia z jego przeszłości. Z tej najstraszniejszej, o jakiej wolałby zapomnieć. Aż czuł pot na karku i niepokój w żołądku gdy o patrzył na ten pierścień.

              No i jeszcze śniła mu się Freda. Przypomniał sobie bo jak tylko otworzył oczy to usłyszał monotonny szum koła garncarskiego jaki dobiegał z drugiej strony ulicy. Zwłaszcza jak Ilse otworzyła okno aby wpuścić świeżego powietrza. A poranek był ładny. Z błękitnym, letnim niebem i lekkim watrem. Rześkie powietrze przyjemnie zdmuchiwało resztki snu. Siedział przy stole, przed śniadaniem przygotowanym przez pokojówkę i łapał resztki świeżych brązów. Znów zastał Fredę w swoim warsztacie. Tak samo jak w poprzednich snach. Chociaż trochę się to zmieniło. Po chwili zorientował się co. Miała na sobie tylko ten brudny, skórzany fartuch. I nic więcej. Widział jak od gorąca bijącego od pieca, pot błyszczy na skórze jej żeber i boczny zarys piersi. Bok jej bioder, ud i łydki. Bosa stopa bujająca pedałem jaki nakręcał jej narzędzie pracy. I błotniste ślady jakie zostawiały po sobie robaki. Wyglądała jakby je bez końca produkowała ale ich nie widziała. Tak samo jak nie czuła tego, że co chwila któryś zaczyna pełzać w górę jej rozgrzanego, spoconego ramienia a potem buszować po jej ciele.
              - No tak jak ci mówiłam. Ona nie śni ci się bez powodu. Musi być częścią planu. Albo słyszy zew Sióstr. - Raisa stanęła obok niego. I razem obserwowali młodą garncarkę przy pracy. Zupełnie jakby to był jakiś wariant rozmowy, przeprowadzonej wczoraj w aptece Sigismundusa. - I widzisz? Czujesz? Coś tam jest. W glinie. Albo tym kole. I te czerwie. Widziałeś jak dokładnie je robi? Jakby miała coś na wzór. - Starucha dywagowała na głos tak samo jak wczoraj. Heinrich też wyczuwał te subtelne zakrzywienia Eteru jaki wzbudzała waza zamówiona u Fredy. Ale jak był u niej w warsztacie to tego nie wyczuł. Może nie był zbyt uważny? Albo przygotowany? Dopiero jak oglądał naczynie i trzymał je w rękach to zaczął coś dostrzegać. A też nie od razu, więc to był bardzo słaby ślad.
              - O, witaj sąsiedzie! - Głos Fredy wyrwał go z tych rozmyślań. Garncarka uśmiechnęła się do niego jakby dopiero teraz go dostrzegła. - Nigdy nie myślałeś o zarobaczonych jabłkach? Takie soczyste i kuszące na pierwszy rzut oka. A w środku są obrzydliwe robaki. - Wciąż się uśmiechała i spojrzała gdzieś obok niego. Jak tam zerknął to dojrzał lady Fabienne. W czarnej, eleganckiej sukni i czarnymi kamieniami w kolczykach. Wdowa idealna. W sam raz aby uczcić żałobę po księżnej-matce. Tylko ten brzemienny stan. I Heinrich miał wrażenie, że widzi jak pod tą młodą, jędrną skórą, coś pełza. Gdzieś na pograniczu świadomości zdawał sobie sprawę, że bretońska szlachcianka nie jest jeszcze w aż tak zaawansowanej ciąży i na razie może ukryć swoją sromotę. Ale poza tym uwaga garncarki wydawała się trafna.
              - Nie przejmuj się Heinrichu. Jeśli ktoś by pytał, to powiem, że nic zdrożnego się przy mnie nie działo. - Przyjemny aromat jej perfum, owionął jego nozdrza. A coś takiego wczoraj rano powiedziała mu bretońska kultystka gdy rozmawiali jak postąpić z Petrą.
              - Jesteś prawdziwym bohaterem Imperium Heinrichu! Tak się cieszę, że mogliśmy się poznać lepiej! - Młoda von Schneider patrzyła na niego z zachwytem. Tak jak wczoraj w jego mieszkaniu. Po czym złapała czarnowłosą koleżankę za dłoń i popatrzyła na nią z ciepłym uśmiechem. - No i cieszę się, że Fabi zgodziła się przyjechać ze mną do ciebie. Chciałabym mieć tyle otwartego serca do ludzi co ty Fabi. - Blondyka chciała wyrazić swoją wdzięczność dla koleżanki bo bez takiej przyzwoitki, trudno było pannie z dobrego domu na spotkania z dorosłym mężczyzną jaki nie był z nią blisko spokrewniony.
              - Oh to kwestia delikatnego podniebienia. - Von Mannlieb uśmiechnęła się wyrozumiale, jakby nie było o czym mówić. Ale jak spojrzała na kultystę to ten ją zobaczył całkiem inaczej. Jak była spocona, zdyszana i splugawiona przez ludzi i nieludzi, tam przy Zachodnich Kamieniach. Ale teraz wydawała się czerpać przyjemność z tego małego nawiązania do wcześniejszej rozmowy z Heinrichem.
              - Ona to też musi mieć wspaniałe podniebienie. I gardło. Przecież ma taki wspaniały głos. - Freda stanęła obok. Wciąż była tylko w swoim brudnym, skórzanym fartuchu. Złożyła ręcę i skinęła głową przed siebie. A tam była lady Odette. Były łowca widział ją jak w te utalentowane usta i gardło przyjmuje kolejnego zwierzoludzia. I była tak samo splugawiona jak jej bretońska koleżanka. - Czyż nie jest wspaniała? Takie kobiety są godne podziwu i naśladwania. - Freda pokiwała głową z uznaniem. Ale miała taki rozmarzony wzrok, że Heinrich nie był pewien czy widzi śpiewaczkę tak samo jak on. Z rozmyślań wyrwał go głos Ilse.
              - Się dzieje na mieście. Jak nie urok to sraczka. Znajoma mi mówiła. Jej chłop tragarzem w porcie jest. I mówi, że strajkować będą. Mało płacą, dniówkę im ostatnio obniżyli i już chłopy nie wyrabiają. My nie Marienburg, żeby tu statek po statku przypływał i cały czas była robota. No jak naprawdę zrobią ten strajk to będzie ciekawie. A inny to mi mówił, że widział jak piękna rusałka wyszła z krystalicznie czystej wody. I posłała mu całusa, że się w niej od razu zakochał. A potem go minęła, i zaczęła wyrzynać wodę ze swoich pięknych, czarnych włosów i poszła dalej. I w czerwonej sukni była. Oczywiście z wielkim biustem. Ale on zawsze był pijak i kłamca. I z tą krystaliczną wodą w porcie to już przesadził. Nikt mu w to nie uwierzy. W ogóle się nie postarał. - Gderała mu nad uchem gdy już się szykowała do wyjścia. Z tego wszystkiego to Heinrich orientował się, że Neus Emskrank jest dość mikrym portem w porównaniu do Marienburga czy Erengardu. Ale poza tym nie znał realiów pracy dokerów.


              Znów usłyszał odgłos powozu za oknem. Jaki nie przejechał tylko zatrzymał się przed frontem kamienicy w jakiej mieszkał. Jak dokuśtykał do okna, rozpoznał, że to pojazd von Mannlieb. Ona sama też wysiadła zgrabnie po schodkach i weszła do klatki schodowej. Stracił ją z oczu ale po chwili usłyszał pukanie do drzwi. Szyfrem kultystów. No tak, wczoraj jak już się żegnał z nią i Petrą, to poprosił ją aby wpadła do niego ponownie. Przy pannie von Schneider, nie chciała rozmawiać więc tylko rzuciła krótką zgodę. Ale dzisiaj przyjechała wcześniej niż wczoraj. Gdy jej otworzył i zaprosił do środka, obdarzyła go ciepłym, życzliwym uśmiechem.
              - Bonjour Heinri. - Przywitała się na bretońską modłę. Dyskretnie poczekała aby ze swoim kuśtykaniem mógł za nią nadążyć i pełnić rolę gospodarza aby go nie krępować. - Przepraszam jeśli przyjechałam za wcześnie. Ale i tak musiałam wyprawić moją Annikę do portu. Ma płynąć z Egonem, Silnym i Burgund na wyprawę w górę rzeki. Jacyś piraci tam grasują. A oni chcą ich spotkać i pokonać. Mam nadzieję, że mojej Annice nic nie będzie. Strasznie się o nią boję. - Przez chwilę wyglądała jak matka, wysyłająca w świat swoją dorosłą córkę. Chociaż przecież to była szlachcianka, jaka mówiła o swojej pokojówce. Annikę były łowca spotkał podczas nocnego pikniku przy Zachodnich Kamieniach, jak rozmawiała z Otto. Nawet też na chwilę podłączył się do tej dyskusji.
              - No dobrze już nic z tym nie zrobię. - Bretonka sapnęła jakby zdała sobie sprawę, że już i tak za późno aby coś z tym zrobić. Więc wróciła do powodu swojej wizyty. - To wczoraj coś mówiłeś o jakiejś garncarce? Co by chętnie mi służyła? - Uniosła swoje zadbane, czarne brwi i lekko się uśmiechnęła. Co jak się znało jej preferencje to zabrzmiało bardzo dwuznacznie. - Brzmi na tyle interesująco, że przyjechałam. Chociaż to ja lubię usługiwać innym no ale rozumiem, że nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Co to za jedna? - Wydawała się być zaciekawiona tym tropem jaki wczoraj poczęstował ją gospodarz. I to jakby pomagało jej przestać zamartwiać się o Annikę.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
              Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

              Otto i hospicjum

              Mnich jeszcze wczoraj się zorientował, że obiad u Neuhoffów będzie w południe. Więc trudno by mu było się wytłumaczyć w hospicjum dlaczego go nie było na służbie. Wydawało się, zasadne aby z rana jednak tam pójść i najwyżej spróbować poprosić przeora albo się jakoś urwać na obiad ze szlachciankami. Jednak dziś z rana i tak to chwilowo zbladło. Jak się ubierał w swój habit i szedł przez miasto, ledwo rejestrował piękny, letni poranek. Wszystko przez ten sen jaki mu się przyśnił. Podobny jak zwykle. I jak zwykle, pojawiły się nowe elementy.

              Zaczęło się od nabrzmiałych, ciężarnych brzuchów. Teraz jak już wiedział, że należą do lady Fabienne i lady Odette to już jakoś szybciej to szło. Obie kobiety były pełne matczynego szczęścia. - No i po to tu przyjechałam. - Miodowłosa milady pogłaskała się po pękatym brzuchu. Gdzieś mimochodem mnich zdawał sobie sprawę, że szlachcianka nie jest jeszcze w tak zaawansowanej ciąży. Ale z drugiej strony jak tak często i chętnie, przyjmowała w siebie kolejne dawki jaj to nie można było wykluczyć, że tak to się skończy. A może to była jego własna projekcja? Wczoraj przecież widział ją i jej brzuch. Wydawało mu się, że jest jakby trochę bardziej wypukły ale pewny nie był. Może to stąd sen to wylbrzymił? Głos śpiewaczki przerwał mu te rozważania.
              - Dlatego napisałam do moich koleżanek. Niech też zaznają tych rozkoszy. Powiem ci, że nawet w stolicy, nie tak łatwo o takie rozrywki. - Mówiła gdy pokazała głową w bok. A tam siedziała ona sama. Wyglądała, że pisze jakiś list. No ale mówiła mu, że napisała do swoich koleżanek z Saltzemnundu i liczy na ich rychły przyjazd.
              - No naprawdę, wspaniale to wymyśliłeś mój drogi Otto. - Czule objęła jego ramię i stanęła obok. I razem popatrzyli na rytmicznie podskakujące łydki i stopy jakiejś kobiety. Przez pochylone plecy okryte jakimś podłym kaftanem, niezbyt widać było kto tam jest na tym stole. Zwłaszcza, że wokół widać było innych mu podobnych. No tak, przecież o czymś takim rozmawiali. Kontrast między gładkimi, jasnymi, kobiecymi nogami a tymi podłymi ludźmi jacy chcieli z nią nasycić swoje niskie żądze był uderzający. W sennej rzeczywistości nie było wiadomo czy to przeszłość, przyszłość czy fantazja. Ani tego czy śpiewaczka jest tam na stole czy jako widz.
              - No jak chcesz to mogę to zorganizować. Ale jak wrócę z tego rejsu. Tylko pamiętaj. Jak wrócę to dobrze aby na nas czekały chętne usta i uda. - Silny stanął obok mnicha, jakby też obserwował to widowisko. A Otto pamiętał, że o czymś takim rozmawiali wczoraj. Tylko jak szli ulicami przez miasto. Może to był jeden ze sposobów aby zmniejszyć przepaść między nim a koleżankami? Obie strony gardziły sobą nawzajem ale jednak takie figle potrafiły chociaż czasowo zasypać niechęć. W końcu nawet Silny czasem przychodził do loszku Pirory na zabawy. A o śpiewaczce to jakoś chyba źle się nie wyrażał. Przynajmniej jednooki kolega tego nie pamiętał.
              - Sam widzisz mój synu. Ile wysiłku potrzeba aby utrzymać to wszystko w kupie. Aby się nawzajem nie pozabijali. - Starszy podszedł do Otto i poklepał go życzliwie po ramieniu. Przez chwilę mnich wpatrywał się w oczodoły jego wysokiej maski i wydawało mu się, że dostrzega za nimi oczy starego, zmęczonego człowieka. A może to przez ten głos? W sumie nie był pewien czy widział te oczy.
              - Już rozumiesz? - Greg nachylił się nisko aby spojrzeć mu w oczy. Dopiero wtedy Otto go dojrzał. - Jest wiele dróg, wiele celów. - Rozcapierzył ramiona jakby pokazywał na solidny pień drzewa. - One płynął, toczą się, jadą. Zmieniają się. Przeplatają, przenikają. Ale wiele z nich prowadzi do tego samego celu. Płynął w nurcie tej samej rzeki. W tym samym korycie. Rozumiesz? - Pacjent hospicjum mówił z powagą małego chłopca jaki próbuje opisać marcujące się koty. Tylko słów mu brak i nie zdaje sobie sprawy, jak dla dorosłych komicznie wygląda. Greg często był tak właśnie postrzegany i przez mnichów i przez innych pacjentów. - I dlatego te robaki są takie ważne. Rozumiesz? One są od nich wszystkich. One wszystkie je zrobiły, dały im życie. To symbol, klucz, wspólne przęsło. Nawet jak one są inne i wybrały inne drogi. Rozsypały swoje ślady po okolicy. To robaki je łączą. Bez choćby jednej z nich to by ich nie było. Skoro te robaki są z nami to jest jak obietnica ich powrotu. Rozumiesz? Jak pierwszy krok. Dlatego te robaki są takie ważne. - Znów zrobił poważną minę. Wyglądał idiotycznie. Ale podszedł do stojących kobiet. Fabienne i Odette stały brzemienne. Wydawało się, że tu i tam, pod ich gładką, kobiecą skórą coś się czasem porusza. A Greg podszedł do nich i ostrożnie pochylił się nad ich brzuchami. Jak to często ludzie robili gdy spotykali znajome i przyjaciółki w zaawansowanej ciąży. A za nimi stało więcej. Layla o egzotycznej urodzie, Teofano i Margo. Uśmiechały się trzymając się za pękate brzuchy. Obok Laura Larwa. Chociaż jako ladacznica, wydawała się nie pasować do porządnych mieszczek i dumnych szlachcianek. A za nimi kolejne. Ich już Otto albo nie rozpoznawał albo te co stały z przodu mu je zasłaniały.
              - Rozumiesz? To jest droga. Droga, klucz i drzwi jednocześnie. Do nich wszystkich. Do każdej z nich. - Greg wyszeptał mnichowi prosto do ucha. Ale zanim Otto zdążył mu odpowiedzieć czy się o coś zapytać to się obudził. Wcześnie rano. U siebie w łóżku. Fizycznie był wypoczęty. Wczoraj miał wystarczająco dużo czasu aby odpocząć sobie po harcach z lady von Treskow . A także miał mnóstwo nieprzyzwoitych wspomnień i doznań jakich mu dostarczyła. A wiele wskazywało na to, że dziś za parę dzwonów, znów się spotkają. Na razie jednak musiał się ubrać i pójść do hospicjum.


              W hospicjum brutalnie przywróciło go do rzeczywistości. Ledwo przeszedł przez drzwi a zobaczył brata jaki tu dyżurował. - Bracie Otto! Znów powariowali! Biegnij do biblioteki! Greg znów wlazł na regały! - Brat go ponaglił do pośpiechu. Zresztą po drodze widział oznaki chaosu. - Dopiero wczoraj to wyszorowałem. - Jeden z młodszych braci był bliski płaczu. Zadzierał głowę pod sufit w korytarzu. A tam widać było ślady jakiejś papki przylepionej do sufitu. Aż się nie chciało temu przypatrywać. Bo i kuchnia, i wychodki były równie blisko. - Nie! Nie! Nie wrócę tam! One tam są! Nieee! Puszczajcie! - Jeden z pacjentów krzyczał histerycznie gdy dwóch braci z dużym wysiłkiem, próbowało go zaciągnąć do celi. - Oj syneczku, spokojnie. W kaszy nie ma robaków. Chodź do kuchni sam się przekonasz. - Przeor też starał się uspokoić jednego z pacjentów co krzyczał, że robaki są w jedzeniu i on tego jeść nie będzie. - A ona wtedy uklękła, zsunęła mi spodnie i zaczęła obrabiać mi berło! Dlaczego tu nie ma takich ladacznic!? Nie polewaj mnie durniu! - Inny pacjent musiał już być częściowo spacyfikowany bo miał ręce przywiązane do krużganka. A na swoje bezeceństwa jeden z braci beznamiętnie polewał go wiadrem zimnej wody ze studni aby ochłodzić mu lędźwie i głowę.

              Wreszcie Otto dobiegł do biblioteki. Już miał otwierać drzwi gdy te otworzył inny brat. I wybałuszył na niego oczy jakby zobaczył ducha. Właściwie to był to ten młodzik, brat Ludwik. Którego niegdyś przeor posłał do Otto z wiadomością. - Brat Otto? Pochwalony. - Próbował jakoś zapanować nad swoim zaskoczeniem. - Wejdź. Bo Greg znów wszedł na regały i rozrabia. Boimy się, że skoczy albo spadnie. Wiesz jaki jest niezdarny. - Wyjaśnił jednookiemu i zrobił miejsce aby go wpuścić do środka. A tam od razu dojrzał Grega. Rzeczywiście ponownie stał na regale więc głowę miał tuż pod sufitem. Gdyby stamtąd spadł to mógłby się nieźle potłuc. Na jego widok pacjent uśmiechnął się triumfalnie.
              - Mówiłem! Przecież od jutra wam powiedziałem, że Otto tu przyszedł! - Zakrzyknął wskazując oskarżycielsko na obu mnichów. Ten drugi był krzepki i stał tak jakby chciał mieć szansę złapać spadającego lub skaczącego Grega.
              - Mówiłeś też, że lady Odette ma robaki. Bądź dobrym chłopcem i zejdź na tą szafkę. - Ten drugi starał się mówić spokojnie aby nakłonić pacjenta do współpracy. Pokazywał na nieco niższy mebel z jakiego już można by się pokusić złapać chociaż kostki Grega.
              - Biedak. Wszystko mu się pomieszało. Mówił, że rozmawia z książkami. On chyba myśli, że książki to żywe osoby. - Ludwik współczującym tonem, szepnął do Otto to co działo się tu wcześniej.
              - Bo książki są żywe! Są bardzo mądre! I wiedzą wszystko! Więcej niż takie głupki jak wy! - Greg to jednak usłyszał i ze złości tupnął nogą. Aż się regał niebezpiecznie zabujał co na chwilę przykuło jego uwagę.
              - Przecież on nie umie czytać. - Ludwik przestraszył się, że dojdzie do katastrofy ale na szczęście ani Greg jeszcze nie spadł ani mebel się nie przewrócił.
              - Spokojnie Greg. Możesz już zejść? Zobacz, brat Otto przyszedł tak jak chciałeś. Pewnie ucieszyłby się jakby mógł z tobą normalnie porozmawiać a nie tak krzyczeć do siebie. - Kolega pokazał na jednookiego jakby chciał aby pacjent na nim skupił swoją uwagę. Faktycznie tak się stało. Greg ze swoich wysokości, popatrzył na mnicha.
              - Ale ja już z Otto dziś rozmawiałem. - Wzruszył obojętnie ramionami jakby to była oczywista sprawa.
              - Niby jak? Przecież Otto dopiero co tu przyszedł. - Jurgen sarknął zirytowany i wskazał na stojącego obok jednookiego.
              - Biedaczek. Wszystko się mu już miesza. - Ludwik ponownie współczuł pacjentowi jego kiepskiego stanu umysłu. Greg zmrużył oczy jakby ważył te słowa w myślach.
              - Aha. To to jest teraz jak Otto przychodzi bez robaczej królowej i księżniczki. No tak, to było kiedy indziej. - W powadze pokiwał głową. Jurgen trzepnął się w czoło z irytacji, Ludwik otworzył usta jakby nie wiedział co powiedzieć.
              - Dobra słuchajcie bracia, Ludwik zacznij go czymś rzucać a my z Otto spróbujemy go złapać. - Jurgen zwrócił się do obu braci ze swoją propozycją jak ściągnąć krnąbrnego pacjenta na dół. Widać było, że ma już dość jego bredni. A na twarzy miał świeże zadrapanie od paznokci i zaczerwienione oko które pewnie wkrótce zaowocuje opuchlizną i siniakiem.
              - Mam go czymś rzucić? A jak go nie złapiecie? Może niech brat Otto z nim porozmawia? Chyba ma na niego dobry wpływ. - Aklita wydawał się być przestraszony takim scenariuszem i prosząco spojrzał na Otto czy ten by jeszcze nie spróbował negocjacji z Gregiem. Brat Jurgen też na niego spojrzał wyczekująco a widać było, że ma już dość tej awantury i chce ją skończyć jak najszybciej.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine jako Egon Herschkel
                napisał ostatnio edytowany przez
                #322

                - Hej! Patrzcie! - Burgund wskazała palcem przed siebie. Gdy tam spojrzeli, dojrzeli smukłą postać w eleganckiej sukni, jaka poruszała się z tanecznym wdziękiem. Tak dostojna dama wydawała się kompletnie nie pasować do tej podłej, portowej dzielnicy. Zwłaszcza jak szła sama. Na piechotę a nie powozem albo chociaż konno. I ciemnokarminowy kolor sukni z bardzo śmiałym dekoltem też rzucał się w oczy. I nie tylko łotrzyca ją zauważyła. Od mijanych kryp rozległy się gwizdy i okrzyki głównie od męskiej części załog. Jednak na razie na tym się skończyło, jakby nikt w pojedynkę nie odważył się do niej podejść osobiście.
                - Oj nasza milady to nie przejdzie przez salon niezauważona. - Burgund zaśmiała się cicho bo teraz już było widać, że owa dama to lady Soria. Ale chyba jeszcze ich nie dostrzegła w głębi ulicy i możliwe było, że przejdzie dalej nie zauważając ich.

                “Soria wreszcie w Neues Emskrank?” - Egon pomyślał. zdumiony. Choć minęło zaledwie parę dni, wojownik miał wrażenie, że minęły całe wieki od tego, kiedy spotkali się ostatnim razem. Egon niemalże umrzeć miał z ciekawości, jak też poszła rzecz z czarownikiem i dostarczaniem juchy do animowania jego nieumarłego ciała. Koniecznie musiał porozmawiać z Sorią.

                – Chodźmy, porozmawiajmy z milady – Egon natychmiast ruszył raźnym krokiem w jej stronę. – Wszak mamy z nią interesa…
                - No i romanse! - Burgund dodała rezolutnie. Widać było jednak, że pojawienie się wężowej syreny, poprawiło humory wszystkim w grupie.
                - No to idźcie we dwoje i zaproście ją tutaj. Nie ma co robić zbiegowiska. Jeszcze by z “Jutrzenki” ktoś nas zobaczył. - Lars dał znać, że chociaż też uważa powrót syreny za dobry oment to jednak wolał zachować ostrożność. Astrid co już wyglądała jakby miała ochotę pójść z Egonem i Burgund, przyznała mu w duchu rację bo cofnęła się ale uśmiechem zachęciła ich aby poszli we dwójkę w tą delegację. No to poszli. Szybkim krokiem więc skracali dystans do spokojnie idącej szlachcianki. Ta wciąż wzbudzała wiele gwizdów i okrzyków ze strony marynarskich załóg. Jednak to czarnowłosej wcale nie peszyło. Maszerowała nią, jakby całe nabrzeże należało do niej. Gdy zbliżyli się na odległość swobodnej rozmowy, milady chyba ich usłyszała, bo odwróciła się w ich stronę. Jak ich ujrzała stanęła i uśmiechnęła się ciepło.
                - A kogóż widzą moje stęsknione oczy? - Zagaiła na te parę ostatnich kroków jakich potrzebowali aby do niej dotrzeć.
                – Witaj, milady – Egon skłonił się w pas. – Po prawdzie to czas nas nieco goni, bośmy są w drodze na pewien statek, gdzie mus nam wypełnić pewną ważną misję. Myślę, że twoja poszła pomyślnie? – zapytał wojownik.
                - Jesteś strasznie tajemniczy Egonie. Jakbym cię nie znała, pomyślałabym, że chcesz zamaskować waszą romantyczną wycieczkę statkiem. - Milady uśmiechnęła się, jakby rozbawiły ją słowa gladiatora. Burgund też i spojrzała psotnie na brodacza. Syrena na chwilę nasyciła się tą grą słów, po czym wróciła do pytania wojownika.
                - Oj tak. Mam wrażenie, że niedługo paru rybaków może nie wrócić do portu. - Teraz jej uśmieszek zrobił się nieco krzywy a w oczach zabłysła zimna ironia. - Z naszym znajomym jest już lepiej. Już sam chodzi, chociaż nadal na dość krótko. I regularnie musi wracać na swój tron. Z tego co zrozumiałam, to ten tron stopniowo przywraca mu moc na stałe. A takie zwykłe spozywanie czerwonego wina wzmacnia go szybciej ale jest dość krótkotrwałe. Najefektywniej jest napoić winem jego tron a on to przerabia na moc jaką go wzmacnia. I to przyspiesza proces powrotu do sił i jest dużo trwalsze. - Wyjaśniła im dość odlędnie, do czego użyła krwi ze złowionych rybaków.
                - Niestety jest z nim problem komunikacyjny. Sami widzieliście, że jest już mocno posunięty w latach i głowa już nie ta co kiedyś. - Znów uśmiechnęła się, jakby bawiło ją takie porównanie.
                - Wyglądał… Okropnie. - Burgund żachnęła się ale trudno było się dziwić. Jak zostawiali nekromantę na tronie to wyglądał jak obciągnięta skórą mumia.
                - Trochę z nim lepiej. Chociaż dla niego priorytetem jest odzyskanie mocy i sprawności a nie wyglądu. No i nie mówi w waszym języku. Ten jego, to jakiś pradawny dialekt, nie wiem czy ktoś z żywych jeszcze nim się posługuje. - Pokręciła głową, na znak, że na tym polu są pewne utrudnienia. Łotrzyca pokiwała głową ale ostatecznie nic nie powiedziała.
                - Zna kilka języków magii, ale to służy do rytuałów i zaklęć, raczej mało użyteczne w codziennej rozmowie. Na szczęście język naszych leśnych gości za bardzo się nie zmienił. I w nim można się z nim porozumieć. No i tak jak wcześniej, przez sny i wizje. - Dla dodania otuchy, zdradziła im jak można się jakoś porozumieć z czarownikiem sprzed wieków.
                - O. To Lilly zna ich język. - Ucieszyła się łotrzyca, że oprócz syreny, ktoś z ich grona, będzie umiał się dogadać z nekromantą.

                Egon pokiwał głową. Iście, Lady Soria, jeśli by tylko jej pozwolić, mogłaby doprowadzić sprawę z czarownikiem samopas, sama pojąc krwią ożywionego trupa, który zdolen był władać magią. Egon musiał się ugryźć w język, bo już miał jej sam rzecz zaproponować, żeby po prostu wróciła do lasu i porwała więcej wieśniaków, który przecież poza przerzucaniem gnoju na polu i gżeniem się w wykrotach i tak by nic więcej w swych mizernych żywotach nie dokazali. Poniechał jednak, wiedział bowiem, że milady ma niewątpliwie swe własne sprawunki.

                – Wkrótce rzeka czerwonego wina popłynie większym strumieniem do naszego przedwiecznego kompana – Egon skinął głową z aprobatą, wyraźnie zadowolony, że sprawy potoczyły się właśnie w taki sposób.

                Egon postanowił pokrótce podsumować swoją rejzę syrenie, której rzeczy związane z wodą rzeki zapewne były bliższe, niż brodzenie po kolana w zielonej, mętnej wodzie grobowca.

                – Wyprawiamy się, by pozyskać korab – wyjaśnił, ściszając swój głos nieco. – Udamy się w górę rzeki, do Salzenmund, żeby zbadać sprawę tych rzecznych piratów. Mus nam znaleźć jaki opuszczony okręt… Albo pozyskać ten, na którym się wybierzemy.

                Tu skłonił się raz jeszcze.

                – Takowoż, czas nas nagli. Trza nam zabierać się, bo krypa czekać wiecznie nie będzie.

                Wężowa milady, przyjrzała mu się z zaciekawieniem. Po czym spojrzała jeszcze na łotrzycę. - Reszta już czeka aby wejść na barkę. - Pod tym spojrzeniem, poczuła się wywołana do odpowiedzi. Więc szybko wskazała kciukiem za siebie, skąd we dwójkę przyszli. - Jak tylko wejdziemy to odpływamy w górę rzeki. Pewnie do samego Saltmundu. To pewnie parę dni nas nie będzie w mieście. - Wyjaśniła pradawnej syrenie, nieco więcej szczegółów. Ta skinęła głową a jej grube, czarne warkocze, wydawały się nieco poruszać same z siebie. Też popatrzyła w głąb ulicy, skąd widać było kilka, czekających osób.
                - No to pewnie jak wrócicie, to Gonsar pewnie będzie w lepszym stanie. Chociaż nie wiem czy na tyle dobrym, aby mógł się pokazać w mieście. Być może przygotuje nam jakieś swoje sługi do pomocy ale jak widziałam je w tych podziemiach to też nie sądzę aby nadawały się przybyć tutaj do miasta. - Syrena pokręciła głową, jakby martwiaki nie zrobiły na niej wrażenia aby dało się ich użyć w mieście. - Zresztą one chyba mają ograniczony zasięg i nie mogą się od niego za bardzo oddalać. - Wzruszyła ramionami aby pokazać, swój sceptycyzm. I dała gestem znak, żeby podejść do czekającej grupki.
                - Czyli płyniecie w górę rzeki. No to na południe. - Soria zmarszczyła brwi jakby się nad czymś zastanawiała. - Ciekawe. Moja matka, upodobała sobie południe. Nawet dalekie południe. Sami widzieliscie, że sprowadziła stamtąd Laylę. Myślę, że jakiejś miejsce lub artefakt z nią związany, też będzie gdzieś na południu. Miałam sen tej nocy. Myślę, że nasza słodka Marissa, rzeczywiście jest kluczem jaki może otworzyć dla nas kolejne drzwi aby umożliwić powrót mojej matki. Tylko musimy znaleźć te drzwi. One muszą być gdzieś w tej okolicy. Śniły mi się grota pająków. Może jakaś jaskinia, lochy, piwnice czy ruiny. Ale z pająkami, z pajęczynami. W końcu Pajęcza Królowa, to jedna z imion mojej matki a tak się objawia Marissie. Więc jak już i tak będziecie płynąć na południe, to miejscie proszę oczy i umysły otwarte. Możliwe, że traficie na jakieś objawy zewu mojej matki czy jej sióstr. Zew mojej matki objawia się przez dziką namiętność więc pewnie by były to jakieś romanse, może skandale obyczajowe, nawet u kogoś kto normalnie od nich by stronił. Widzicie przecież jak się zachowują Marissa czy Annika. Nawet nasze dziewczęta. A zew Sióstr, sięga daleko poza to miasto. - Mówiła gdy dostojnie szła w stronę grupki jaka czekała na nich, w głębi ulicy. Brzmiało jak prośba o uwagę skoro już i tak mieli płynąć w kierunku, w jakim syrena podejrzewała, że może być dedykowany jej matce.

                Egon skinął głową.

                – Zaiste, będziemy czuwać – zgodził się wojownik. – Tymczasem… Czas na nas, milady.

                Egon chciał czym prędzej wyruszyć w stronę miejsca przeznaczenia, bowiem chciał porozmawiać z resztą co do tego, w jaki sposób podejdą do przejęcia łodzi, a konkretnie, do czasu i tego, jak oczekiwał, że będą mu pomagać. Wojownik postanowił mieć szczególne baczenie na Annikę, dla której wyprawa była prawdziwym chrztem bojowym i, która co prawda żywiła spore dozy entuzjazmu, jednak która za żadne skarby nie mogła wpaść w większe tarapaty, a ich właśnie Egon się spodziewał, niezależnie od tego, czy piraci na nich napadną, czy nie.

                Kontent był, że Gonsar, pojony krwią ludzką, wzrastał i z wolna odbudowywał swe nieumarłe ciało. Egon wkrótce będzie potrzebował zarówno jego radę, jak i jego żywe trupy i magię, aby podbić obelisk bestigorów, bitka bowiem z nimi zapowiadała się na prawdziwie ciężką.

                Co do potwornej matki Sorii, Pajęczej Królowej, Egon poniechał komentarza. Nie ufał snom i wizjom, jako że te mogły być interpretowane w wieloraki sposób, on zaś wolał stąpać po ziemi, miast bujać głową w chmurach, nawet jeśli one chmury miałyby być błogosławione przez Mrocznego Patrona.

                – Będziemy pamiętać – zapewnił jeszcze. – Spotkamy się wkrótce.

                We trójkę doszli do czekającej przy opuszczonym magazynie grupki. Pozostali też przywitali się z syreną a ona z nimi. Porozmawiali chwilę, w podobnym stylu jak przed chwilą milady rozmawiała z gladiatorem i łotrzycą. Też byli ciekawi co się działo w kurhanie po ich odejściu. A Soria życzyła im powodzenia podczas rzecznego rejsu. W międzyczasie z magazynu wyszły Łasica z Juttą. Przyłączyły się do rozmowy a łotrzyca przedstawiła je sobie. Ale, że czas naglił to w końcu milady pożegnała się z resztą. I widzieli jeszcze jej smukłą sylwetkę jaka odchodzi w głąb ulicy. - No to widzę, że jak wrócimy to też pewnie robota tu będzie. - Lars skwitował to spotkanie.
                - No dobra, to aby nie było, że jestem z wami, to ja już pójdę na statek. Chyba, że coś jeszcze chcecie. - Mytniczka zarzuciła na plecy worek ze swoimi rzeczami. I jeszcze zerknęła kontrolnie czy mają coś do obgadania, zanim oficjalnie spotkają się na pokładzie “Jutrzenki”.
                – Nie, mamy wszystko chyba już – Egon skinął głową. – Widzimy się na okręcie.

                Gladiator nie chciał zepsuć sprawy nadmiernym pozowaniem i sprawdzaniem Jutty - ta bowiem dostała spory zapas żeliwa, żeby pokryć jej koszt i jeszcze na otarcie łez, jak coś pójdzie źle. Łasica także, spodziewał się, musiała ją odpowiednio ustawić. Jedyny warunek Egona był taki, żeby nie przeszkadzała. Pieniądze, które jej dali, powiedziały jej same jako kwota, że coś może więcej się zdarzyć na rejzie.

                Odczekał parę dłuższych chwil, kiedy Jutta odeszła.

                Zwrócił się jeszcze do pozostałych, którzy z nim wejdą jako najemnicy:

                – Dobra, posłuchajcie, bo ostatnia okazja to jest. Gadaliśmy to wiele razy, ale raz jeszcze wszak wcale nie zaszkodzi. Markujemy grę jako najmusy i żeglujemy cały dzień z nimi. Gadać nie za dużo, Jutta już dostała posmarowane i wie, że jak coś się zacznie, to jedyne, co ma robić, to nie przeszkadzać. Czekamy do czasu, aż przepłyniemy odcinek, gdzie mogą nas napaść. Pustej krypy nie spodziewam się, bo cud chyba jakiś był. Pod koniec drugiego dnia, kiedy zmierzchać będzie, przejmujemy krypę. Silny, Rune, Gezackt i cała reszta będą słuchać, kiedy ja dam znak. Jakieś pytania? – spojrzał na Astrid, Annikę i Larsa.
                - Pod koniec drugiego dnia to już możemy być na opłotkach Saltmundu. Bo to ze dwa, dwa i pół dnia, może trzy się płynie. - Silny dodał od siebie uwagę. Obie łotrzyce po chwili namysłu, przyznały mu rację.
                - A nocą barki też pływają? - Lars zerknął na nich z zaciekawieniem.
                - Raczej nie. Nie powinny. Nocą słabo widać mielizny i często mgła jest. Nawet poranki potrafią być bardzo mgliste. Zanim słońce osuszy powietrze z mgły w dzień. - Łasica pokręciła głową, że raczej nie spodziewa się nocnych rejsu ale nie aż tak aby mieć całkowitą pewność.
                - My to mamy wejściówkę jako eskorta. A co z wami? - Astrid wskazała na czwórkę co jeszcze nie rozmawiała Heynrichem.
                - Ja to nie wiem. Mówiliście, że mamy płynąć w górę rzeki no to przyszłam. - Annika wzruszyła ramionami, dając znać, że nie liczyła się z komplikacjami przy wejściu na statek.
                - To możesz być ze mną. Ja będę z nim gadać. Powiem, że jesteśmy we dwie. - Burgund zaoferowała swoją pomoc w tej materii.
                - Dobra napadną nas to będziemy ich rzezać, nie napadną, to my kogoś napadniemy. - Silny wzruszył swoimi masywnymi ramionami, na znak, że poza okazją do bitki, niewiele go obchodzi.
                – To coś około południe drugiego – zaproponował Egon. – Byle przepłynąć ten odcinek, gdzie mogą nas zaatakować. A potem przejmujemy korab. Stoi? – zapytał Egon, rzucając spojrzenie na Larsa, który miał najwięcej na ten temat do powiedzenia.
                - Stoi. Jak oni nas będą atakować to i tak oni będą decydować gdzie i kiedy. - Norsmeński łupieżca skinął głową, na znak, że taki plan jest dla niego do przyjęcia. Inni też nie mieli więcej pytań.
                - To kto idzie tam pierwszy? - Astrid popatrzyła pytająco jak zamierzają udać się na “Jutrzenkę”. Bo raczej nie jako cała grupa.

                Egon rozważył rzecz przez chwilę.

                – Niech najpierw idą “podróżni”, bo inaczej Heynrich mógłby wypłynąć bez pozostałych. Z najemnikami będzie czuł się bezpiecznie. W grupach po dwóch, po trzech, może po jednym, rozdzielcie się jakoś. Najpierw Gezackt i jego woje, potem Rune z Anniką, potem Silny. I tak dalej. Na samym końcu wchodzimy my.

                Wojownik postanowił jeszcze rzec:

                – Te, jak nas piraci zaatakują, to walczcie po jednej flance, skupcie się wokół mnie i brońcie się po prostu. Pozwolimy chamom dobić załogę z szyprem, a kiedy się wykrwawią, wtedy uderzymy my!

                Rzucił jeszcze do Anniki:

                – Annika, niezależnie od tego, jak się sprawy potoczą, masz się trzymać mnie, boś pierwszy raz wybrana na poważny bój. No. Gotowi? To chodźmy.

                ---

                Aubentag; ranek; barka “Poranna Jutrzenka”

                Egon i ekipa

                link: |-

                Trochę to trwało. Ale ostatecznie okazało się, że Heynrich, przyjął na pokład wszystkich spiskowców. Gezackt, Martin i jakiś jeden zbir od nich już byli na pokładzie. Jutta też. I jak się okazało uspokajała starego szypra aby poczekał jeszcze na trójkę spóźniających się ochroniarzy. Później trójka tych ochroniarzy, obserwowała jak czwórka kultystów po kolei ciurka się pirsem przez trap i rozmawia z Wagnerem. W końcu jak monety zmieniły właściciela to szyper zgodził się przyjąć pasażerów na pokład. Chociaż trochę się dziwił, że dziś jest aż tylu chętnych na rejs do Saltmundu. W końcu jak trójka najmitów, weszła po trapie to się ucieszył.
                - No nareszcie! Co tak późno? Mówiłem, że z rana wypływamy. - Przywitał ich z mieszanią ulgi i irytacji.
                - Ale ja ci mówiłam, że lepiej mieć sześciu ochroniarzy niż trzech. - Młoda mytnik stała obok i wyglądało na jakiś ciąg wcześniejszej rozmowy.
                - Bo już myślałem, że nie przyjdziecie, to przyjąłem jeszcze tych trzech. - Dumnie wskazał na trójkę Gezackta. - Dziwne, że też mają jedną kobietę. I obie blondynki. No ale ona ma łuk a wasza miecz. - Zauważył zgryźliwym tonem. Rzeczywiście i norsmeńska córka jarla i banitka z łukiem, miały włosy koloru słomy. Ale szypra chyba nieco dziwiło, widzieć kobiety w roli eskorty.
                - To może pokaż im gdzie mają się rozłożyć. - Celnik zaproponowała szyprowi aby przekierować jego uwagę na co innego.
                - Dobra, to chodźcie. - Wagner machnął ręką aby podążyli za nim. Łajba była wyraźnie mniejsza od “Starej Adele”. Miała jeden maszt na razie ze zwinietym żaglem. I niewielką nadbudówkę na rufie. Większość kadłuba była odkryta. Ale trudno było się po niej poruszać bo były załadowae pakunkami, skrzyniami, beczkami, workami. Tylko przy burtach można było się w miarę swobodnie poruszać. Okazało się, że w nadbudówce jest niewielki kambuz do gotowania jedzenia, kajuta szypra i dwie inne. Ale zajęte przez załogę. Tylko jedna była wolna ale tam się już urządziła szczupła mytnik. Pasażerowie i eskorta mogli zostawić swoje bagaże w niewielkim składziku ale większość podróży, łącznie ze spaniem, musieli urządzić sobie pod otwartym pokładem. Tylko zgodnie z wcześniejszą obietnicą, Jutta przyjęła Astrid do swojej kajuty bo nie godziło się aby szlachcianka podróżowała z resztą.

                To całe zwiedzanie i pakowanie trwało jeszcze z pacierz albo coś takiego. Aż w końcu szyper dał znak, i załoga odwiązała cumy, wciągnęła trap na pokład i rozwinęła prostokątny żagiel. Ten wydął się dość słabo. Wiatr nie był zbyt mocny. Więc kilku mężów usiadło na ławeczkach i naparło na wiosła. Barka leniwym tempem, zaczęła zmagać się z nurtem Salt i odpływać od wybrzeża.

                Plan wydawał się toczyć swym tempem i choć być może szyper musiał nieco czasu zmitrężyć, ryzyko się opłaciło: wszyscy konspiratorzy znajdowali się na statku, a to poważnie odchylało szalę prawdopodobieństwa, że wszystko się uda w ich stronę.

                – Dzięki ci, panie Heynrich. Wybaczcie, bośmy rano chcieli się uczciwie zaopatrzyć na wyprawę, aby sprawy nie pokpić – rzekł Egon, poniekąd mówiąc prawdę.

                Statek wyglądał niezbyt imponująco, ale z drugiej strony, dla Egona to wszystko mogło wyglądać jak pływający burdel, a i też by gra warta była świeczki. Dopóki się sprzeda w Salzenmund… Ale nie chciał uprzedzać faktów.

                Egon rozpakował się nieco. Niewiele tutaj tego było, jako że ustalone było, że wyżywienie zapewni się już na samym statku. Nieco odzienia na zmianę, pojedynczy kawałek mydła, narzędzia do polerki i konserwacji oręża. I tyle. Egon jednak nie zamierzał rozdziewać się ze swego pancerza, zamierzał pozostać czujny.

                Wojownik spodziewał się, że jeśli mają ich napaść, to zapewne pod koniec pierwszego dnia, w nocy. Lub, może, żeby zmylić sprawę, będą atakować jakoś inaczej…? Psia ich mać, cholerni piraci. Z nimi nigdy nie wiadomo.

                Z aprobatą skinął na Larsa i Astrid. Niewiele mówił już, nie chcąc swoim tonem albo zachowaniem zdradzić czegoś. Wypatrywał piratów, jeśli ci rzeczywiście mieli się pojawić.

                Barka w powolnym rytmie nadawanym przez wioślarzy, płynęła w gorę rzeki. Za burtami mijali znajome ulice po zachodniej stronie miasta. Bo po zachodniej wznosiły się klify więc widać było te malownicze skały a nie ich zwieńczenie. W końcu przepłynęli obok miejskich murów i zostawili je za rufą.
                - O a tu! O tu! Widzicie? To co wystaje z wody? - Jeden z młodych marynarzy chyba starał się bajerować Burgund. Bo mówił niby do niej ale na tyle głośno, że reszta też słyszała. Pokazywał na coś co wyglądało na częściowo zatopioną długą łódź. - To łajba tych bandytów z północy! Przepłynęli tu zimą przez miasto ale tu ich dorwaliśmy! A nasi rycerze wycięli ich wszystkich w pień ledwo zeszli na ląd! - Chwalił się, jakby conajmniej sam brał w tym udział. I pewnie nie zdawał sobie sprawy, że dwoje tych “bandytów z północy” stoi teraz na dziobie “Jutrzenki”. A Egon to nawet wiedział, że nie wszystkich Norsmenów udało się wówczas wybić. Bo Strupas spotkał Normę to Axe jaka potem przystała do kultystów. Aż całkiem niedawno, nie odpłynęła z Mergą do ich północnej ojczyzny.
                - Ciekawe. - Lars jednak wyglądał na szczerze zainteresowanego. Bystro wpatrywał się w zatopiony wrak. Wysokie, smukłe zwieńczenia dziobu i rufy, maszt i częściowo burty wciąż wystawały z wody. Jednak większość jednostki była pod wodą.
                - Myślisz, że by się do czegoś nadawała? - Astrid stanęła obok niego i też obserwowała mijany wrak. Morski łupieżca wzruszył ramionami okrytymi kolczym kaftanem.
                - Zależy od czego zatonęła i w jakim jest stanie. Musiałbym ją obejrzeć. Norma mówiła, że wpłynęli na mieliznę. Dlatego się wypakowali. Ale jeśli nie uszkodzili przy tym kadłuba… - Zawiesił głos ale widać było, że dostrzega tu obiecującą szansę.
                - Nawet jeśli, to pewnie trzeba by sporo koni aby ją wyciągnąć. Albo jakąś łajbę. No i ze dwa tuziny wioślarzy aby nią choć trochę pływać. - Córka jarla co miłowała się w pieśniach i sagach, miała całkiem niezłe rozeznanie w tych morskich sprawach bo Lars pokiwał głową, że podobnie to ocenia. “Jutrzenka” już prawie minęła zatopiony wrak a oni siedzieli we trójkę. Norsmen w końcu usiadł na krótkiej, dziobowej ławeczce, Astrid oparła się swoim zgrabnym kuperkiem o burtę dziobu więc łatwiej im było patrzeć na resztę barki niż do przodu. Ale na razie niewiele się działo. Widzieli załadowany towarami, odkryty kadłub i wioślarzy jacy miarowo pracowali w jednym rytmie.

                Egon skinął głową w aprobacie, kiedy to Lars, to Astrid wypowiadali się co do tego, w jaki sposób można by uratować zatopiony statek Norsmenów. Ani chybi, Lars miał rację, jeśli mieli się kiedyś do tego przymierzyć, trzeba było zajść w to miejsce.

                – Jeśli kadłub jest uszkodzony poważnie, to nic nie zdziałamy – Egon podrapał się po głowie, nierad wypuszczając się na nieznane lądy w rozmowie. – Tak, jak gadacie, trza by było się wypuścić i sprawdzić, ale im później, tym gorzej, bo zda mi się, że korab butwieć będzie przy brzegu z czasem.

                Egon, widząc wrak, myślał o tym, w jaki sposób można by go odbić od brzegu. Tabuny ludzi z wozami i linami były jednym sposobem, ale jak, u diabła, łatwo i niezauważenie przetransportować tak licznych, żeby dosiedli koni i ciągnęli? Egonowi zdawało się, że trzeba by tu było bez mała wszystkich członków kultu, a tego przecież nie mogli zrobić. Jak inaczej? Zatrudnić jakichś ludzi? Wtedy trzeba było opłacać i sprawa już nie byłaby taka prosta, by cichcem podprowadzić okręt…

                – Moglibyśmy kiedy przyjść i zobaczyć, co się da zrobić – rzucił Egon. – Konie i ludzie do ciągnięcia to sporo roboty, ale może łatwiej by było, jeśli by podjechać jednym wozem z paroma najmusami. Jeśli byśmy zoczyli, że kadłub nie dziurawy, to moglibyśmy użyć zapasowego masztu albo jakiego bala z lasu jako dźwigni. Kiedy statek powstanie nieco, włożylibyśmy podeń bal albo beczkę i tak z wolna moglibyśmy go próbować podnosić.

                Pokręcił głową.

                – Tak czy inaczej, siermiężna robota.

                I zamilkł, obserwując teren.

                - Eee. To dobre drewno. Nie butwieje tak łatwo. Parę dni czy tygodni w wodzie, nic mu nie zrobi. Ale lepiej aby nie został tu na zimę. - Lars machnął ręką, na znak, że zgnicia drewna raczej się nie obawia. - Rozmawiałem z Normą o tej ich łodzi ale nie sądziłem, że jest aż tak blisko miasta. Musiałbym ją obejrzeć. I jakby nic nie wyszło z innymi łajbami to za tą tutaj można się wziąć. Spróbuję rzucić na nią okiem jak będziemy wracać albo po powrocie do miasta. - Norsmen nie śpieszył się z oględzinami na w pół zatopionej łodzi. I na razie powziął tylko ogólny zamiar co do niej. - I jak go obejrzę, to pomyślimy jak go wyciągnąć. Czy końmi z brzegu czy inną łajbą. Czy coś trzeba będzie podkładać. Zobaczymy. No ale to i tak nią wiosłować trzeba i tak jak Astrid mówi, z dwa tuziny wojów by się przydało aby to miało sens. - Wskazał na córkę jarla, jaka stała obok. Ta skinęła swoją blond głową na znak zgody.
                - Najlepsi by byli nasi ludzie z północy. Znają się i na machaniu wiosłem i toporem. Ale jak ich nie mamy, to trzeba będzie poszukać na miejscu. Myślałam o Gezacktu i jego bandzie. No ale z nich szczury lądowe co morza się boją. - Lekko skinęła głową w stronę śródokręcia, gdzie widać było trójkę zbirów jacy obsiedli worki i skrzynki. Dla zabicia czasu, grali w kości. W międzyczasie wrak coraz bardziej zostawał za rufą “Jutrzenki”. Wioślarze miarowo pracowali,w jednostajnym rytmie. Murów Neus Emskrank już nie było widać. Zachodni brzeg stopniowo opadał, choć dalej był wyższy niż maszt barki a pewnie i dachy kamienic.

                Wschodni był jednolitą ścianą, mrocznego lasu. Przez chwilę ich trójka trwała w milczeniu. Gdy skald wznowiła rozmowę.

                - A jak będziemy dzielić się niewolnikami? - Popatrzyła na obu kolegów bystrym wzrokiem. - No na wypadek gdybyśmy jakichś nałapali. Właściwie to już mamy te cztery niewolnice od Munira. Nas też jest czwórka. Nasza trójka i Łasica. To każdemu z nas by przypadała jedna niewolnica. Jak się chcecie nimi dzielić? - Astrid wyglądała na zaciekawioną. Lars podrapał się po zarośniętym policzku. Zadarł głowę na nią, potem na Egona.
                - Możemy je wybierać po kolei. Akurat jest po jednej. - Wzruszył ramionami.
                - Ale jak po kolei to leci się wedle hierarchii. To mam wybierać pierwsza? - Córka jarla popatrzyła na nich wyczekująco.
                - Można jeszcze losować. Jak komuś nie przypadnie która do gustu to można się wymienić. Chyba, że Egon ma inny pomysł. - Teraz on też popatrzył na gladiatora czy ma jakieś swoje propozycje co do podziału niewolnic.

                “Ot, obrała sobie temat”, Egon pomyślał ze zniechęceniem.

                – Nie dziel tak szybko skóry na niedźwiedziu – rzekł Egon do Astrid, który przewrócił oczami na wzmiankę dzielenia łupu. – Nie zapominaj, że zanim wypuścimy się na wyprawy, to czas jeszcze jakiś minie, chyba, że po drodze z Salzenmund coś złapiemy, ale i to też nie przesądzone. A tak po prawdzie, jeśli byśmy według hierarchii szli, to ja bym był pierwszy, bo najwyżej stoję w kulcie. Ale rad bym ci me miejsce oddać, Astrid, bo wedle mnie dziewki mają pójść na służby na jaja Oster i inne sprawunki, które czekają.

                Splunął w rzekę i dodał:

                – Jeśli trza ci będzie dworu z tego, żeś córą jarla, to i być może, ale trza nam pierwiej z tego żywego towaru zasilić i Gezackta, i broń dla gorów, i larwy Oster, bo czas goni. Jak dla mnie, rzecz jest bez znaczenia… Dopóki się nie wyrobimy z naszą misją, dziewkami nie ma się co dzielić, bo mają nas wspomóc w czasach, które nadejdą wkrótce.

                Skonstatowaszy rzecz, Egon wsparł ręce na toporze. Miał jakieś złe przeczucia: sądził, że w miarę podróży coś złego mogło się stać, ale sam wiedzieć nie poradził.

                Duet Norsmenów wysłuchał go po czym przez chwilę wymienili się spojrzeniami. Pierwszy odezwał się morski grabieżca. - I tak nie ma z nami Łasicy a też z nami była u Munira. To by musiała się zgodzić na taki podział. - Wzruszył ramionami na znak, że jemu niezbyt się spieszy z tym podziałem niewolnic. - I tak jak Egon mówi. Na razie mamy ten statek na głowie i może tych piratów spotkamy. Jak bedą z tego jacyś brańcy to póki się z nimi nie wróci do miasta to nie ma co dzielić skory na niedźwiedziu. A szerzej się rozkręci interes jak będziemy mieli łajbę i załogę. - Norsmen powiedział nieco dokładniej jak widzi sprawę. Koleżanka o blond włosach, przez chwilę to trawiła w milczeniu. W końcu ona też wzruszyła ramionami.
                - Po prostu myślałam, że zawczasu ustalimy jak się dzielimy tymi łupami. No ale możemy z tym poczekać aż wrócimy. - W końcu zgodziła się na taki kompromis. - Po prostu muszę wrócić do domu z moją świtą. I z łupami. I sagami. Aby pokazać, że jestem godną córką mojego ojca. Dlatego chciałam dostać się do tych kurhanów na południu. Tam mogą być jakieś starożytne skarby i przygody. Jak wrócę tylko w jednej sukni co wypłynęłam i niczym więcej, to wszyscy będą się ze mnie śmiali i szydzili. - Wyjaśniła presję jaką odczuwała jako norsmeńska szlachcianka i córka jarla.
                - Nie przejmuj się. Dopiero parę dni tu jesteśmy. A już znaleźliśmy grobowiec czarownika, spotkaliśmy lady Sorię co nie jest zwykłą śmiertelniczką, byliśmy na orgii z kopytnymi co by się i u nas nie trzeba było wstydzić no i mamy namacalne ślady Czterech Sióstr. Że tu kiedyś były i chcą wrócić. To świetny materiał na sagę. A brańców i łupy to jeszcze sobie zdobędziemy. - Po chwili milczenia Lars starał się pocieszyć Astrid. Ta uśmiechnęła się do niego i jeszcze spojrzeli na swojego towarzysza.

                Egon jednak pozostawał wierny swej misji.

                – Jak dla mnie, jeśli nie wyrobimy się przed turniejem ani nie przyczynimy się walnie do tego, by miasto zyskać wreszcie raz na zawsze, to nawet pozyskanie branek na dwór byłoby furdą – wzruszył ramionami. – Prawdziwa córka jarla dokaże pierwej zwycięstwa nad wrogami, później zaś znajdziemy ci tyle świty, ile będziesz chciała. I prawdę gada Lars, Łasica też tu by musiała być, żeby wyrokować.
                - No właśnie. Ta Łasica to wygląda na taką co ma łeb na karku. No i zabawić się umie. Przecież wczoraj jak poznawaliśmy bliżej Juttę to chyba nieźle się tam z nią dopasowałyście nie? - Norsmen też starał się nakierować myśli koleżanki na przyjemniejsze tory. Te uśmiechnęła się i pokiwała głową. Poszukała wzrokiem mytniczki jaka teraz rozmawiała z szyprem. Stali bliżej rufowej nadbudówki.
                - No tak, ta Łasica wydaje się całkiem bystra. - Astrid pokiwała głową na znak, że na razie odbiera tutejszą łotrzycę w pozytywny sposób. - No tak, i ten turniej ma być. - O nim też już słyszała, chociaż jeszcze bez szczegółów. Zresztą ich chyba nie znał nikt z ich tajnej rodziny. - I naprawdę myślicie, że uda nam się przejąć miasto? To duże miasto. - Trochę ściszyła głos i zapytała zerkając z ciekawością na kolegów.
                - Duże? Bez przesady. Duży to jest Erengard albo bretońskie porty. Nie mówiąc już o Marienburgu co jest największym miastem na tym morzu. A to jest mniejsze. O wiele mniejsze. I jeszcze wiele kamienic stoi pustych a mieszkańców jest jeszcze mniej. - Lars machnął łapą na znak, że widział znacznie większe porty i pod tym względem Neus Emskrank mu nie imponuje. - I gdy Siostry przybędą, to na pewno to miasto będzie nasze. A czy wcześniej to się zobaczy. - Tutaj trochę nie był pewien, więc spojrzał na kolegę który znał miasto o wiele lepiej od niego.
                - Jakby Siostry przybyły to na pewno by to było godne niejednej sagi. - Skald widziała w tym materiał na wspaniałe opowieści, dotyczące epickich wydarzeń jakich mogliby być uczestnikami a ona je uwiecznić w tych śpiewanych historiach.

                Egon skinął głową. Myśli wojownika nagle zboczyły na tor zbudzenia Norry, a do tego był potrzebny ołtarz Krwawego Ogara. To jednak miało się odbyć dopiero, kiedy będzie miał porządną armię złożoną z gorów i paru innych kultystów, bowiem takie boje zawsze bywały ryzykowne.

                ---

                “Jutrzenka” mozolnie skrzypiała linami i drewnem a za burtami mijali dziewiczą ścianę lasu. Wydawała się nietknięta ludzką cywilizacją. Chociaż co jakiś czas mijali inna krypę jaka płynęła z przeciwka. Albo jakieś pojedyncze chaty czy dwie postawione przy brzegu. Gdy podeszła do nich młoda mytnik.
                - Rozmawiałam z Heynrichem. Będziemy płynąć aż do zmroku. Powinniśmy dopłynąć do “Błękitnego łabędzia”. Tam jest zacumujemy na noc i rano ruszymy dalej. Znam ten zajazd. Blisko jest droga prowadząca między Neus Emkrank a Saltmundem. Mniej więcej w połowie drogi. Więc jest dość popularny. Ciekawe czy będą miejsca. Jak nie, to będziemy musieli nocować tutaj. Ale na wieczór ja bym pewnie i tak poszła się tam zabawić. - Jutta uśmiechnęła się na koniec i widać było, że jest zadowolona z takiego planu podróży. Chociaż do wieczora to jeszcze była większość dnia przed nimi. - Obiad zjemy tutaj, po drodze. Do wieczora Heynrich nie planuje cumowania do brzegu. - Przekazała im czego się dowiedziała od szypra.

                Egon na te słowa skubnął swą siwą brodę.

                – A jak Heynrich zapatruje się na nas? – zapytał. – Po mojemu, rolą obrońców jest bronić statku. Kiej znasz ten zajazd, rzeknij, jak wody tutaj są chronione? Statku przecie nam zostawić nie lza.
                - Tam jest molo do zacumowania. Pewnie większość załogi zejdzie na kolacje i zabawę do tawerny. Potem może część wróci na łajbę a część zostanie. Zależy czy będzie ich stać na wynajem izby czy nie. Pasażerowie czy eskorta to różnie. Pasażerowie właściwie to są poza rządami szypra to mogą robić co chcą. Byle rano nie spóźnili się na odpłynięcie. Ale to nie ma strachu bo przecież zajazd jest tuż przy molo. Nawet jakby który zaspał to z łajby można kogoś posłać aby zbudził. A wy jako eskorta to możecie wieczorem Haynricha zapytać. Może chcieć aby ktoś z was został na łajbie ale wszystkich to chyba nie powinien was trzymać. Jak chcecie się zabawić wieczorem tak jak ja, to możecie próbować się wykpić aby wyznaczył kogoś od Gezackta na nocną wartę. No to już sami będziecie musieli z nim pogadać. Macie na to cały dzień. - Młoda mytnik przedstawiła swoją ocenę sytuacji, czego się spodziewa co do dzisiejszego noclegu w rzeczonym, rzecznym zajeździe.
                - Sama przystań jest ogrodzona palisadą. Wewnątrz niej jest dość bezpiecznie. Co najwyżej jacyś popici goście się pobiją. Nic nadzwyczajnego niż to co w innych tawernach. Jak czasem zwierzoludzie czy orki próbują napaści to zwykle wszyscy co mogą biegną na palisadę. Tym dzikusom nie tak łatwo ją sforsować gdy ktoś jej broni. Ale pomost nie jest broniony. Tylko, że od strony lądu, to trzeba by najpierw zdobyć palisadę i podwórze aby dostać się na pomost. To się jeszcze nie zdarzyło. Od rzeki nocą właściwie można by przybić i dostać się na zacumowane jednostki. Ale kto plywa po nocy? Tam pełno mielizn. Nawet z rana jak się mgły trafią to wiele załóg czeka aż zrzedną i dopiero płynie dalej. Zresztą strażnik w wieży też może podnieść larum tak samo jak na nocny atak zwierzoludzi. Aha słyszałam, że są jacyś w okolicy i aktywnie napadają ale raczej na trakcie. I na “Łabędzia” jeszcze się nie poważyli. Bo jak mówię, tą palisadę jak jest broniona to nie tak łatwo zdobyć. Pewnie łatwiej im napadać na wozy i podróżnych na trakcie. - Mytniczka mówiła jakby miała całkiem niezłą orientację w lokalnej geografi związanej z rzeką po jakiej płynęli. Mówiła szybko, płynnie i bez wahania.
                – Brzmi dobrze, pogadam z Gezacktem, jednego albo dwu ludzi może dać, żeby strzegli. Jeśli napadną, podniesiemy larum – Egon pokiwał głową.

                ---

                Niedługo później Egon także spotkał Burgund. Co na tej łajbie z jednym pokładem wcale nie było takie trudne. Właściwie wszyscy zazwyczaj się widzieli o ile ktoś akurat nie był wewnątrz niewielkiej nadbudówki na rufie. A tam był półmrok i niezbyt świeże powietrze, więc większość wolała pozostać na otwartym pokładzie.
                - Jak dopłyniemy do Saltmund to ja pójdę odwiedzić naszą koleżankę. Kiedyś pracowała razem ze mną i Łasicą w zamtuzie. Ale ze dwa lata temu, popłynęła szukać szczęścia do stolicy. Czasem do nas wraca bo rodziców wciąż ma u nas. Mówi, że teraz jest “ekskluzywną garderobianą”. Ma własny warsztat i nas też zapraszała do siebie. Dba o to aby nogi i piczki ladacznic były smukłe i gładkie. Ale chwaliła się też, że świadczy takie usługi i mieszczkom i szlachciankom. Że nie wyrabia z zamówieniami. Dlatego nas chciała ściągnąć do siebie. No to będę chciała ją odwiedzić i zobaczyć jak to wygląda. Poszedłbyś ze mną? Czy masz inne plany? - Zagadała do Egona. I zarówno zwierzyła mu się ze swoich planów co do wizyty w stolicy prowincji jak i złożyła mu towarzyską propozycję. Bo zanosiło się na to, że przynajmniej jeden nocleg i tak tam wypadnie zanim będą wracać w dół rzeki.

                – Może być… – Egon myślami był raczej nieobecny, bo ciągle przemyśliwał, jak to będzie, kiedy już przejmą korab. – Rzeknij no, baba dobrze rozeznana w Salzmund?

                Egon bowiem podejrzewał, że samo przejęcie statku lub też obrona przed rzecznymi piratami mogły być dopiero wstępem do znacznie trudniejszego zadania: zamienienia jednego statku na drugi, taki, którym da się pływać po Morzu Szponów. Lars, choć wprawny w żeglarskie temat, pozycji w Salzmund nie mógł mieć żadnej.

                – Będziemy potrzebowali luda, co nas ustawią odpowiednio – zgodził się. – Możemy się z nią spotkać. Rzeknij no, jak się nazywa? W Salzmund będziemy zajęci przeważnie przez interesa.

                - Marusha. Ale my ją wołamy Maru. - Burgund odpowiedziała bez wahania jakby ową koleżankę, znała całkiem dobrze. - Maru Glatt. Bo he he zostawia po sobie gładziutkie łydki i piczki. Sama tak mówi. Na tym najwięcej zarabia odkąd przeniosła się do stolicy. - Łotrzyca zaśmiała się do przezwiska koleżanki oznaczającej coś lub kogoś gładkiego i przyjemnego w dotyku. - No i już tam działa drugi albo trzeci rok. Właściwie tak oficjalnie to już nie jest ladacznicą tylko tą lux garderobianą. Ale dalej pracuje w pokrewnej branży. No to pewnie nieco znajomych ma. Zależy kogo szukasz. - Brzmiało jakby dziewczyna z ferajny, uznawała ową Maru, za kogoś podobnego sobie tylko, że w wielkim mieście.
                - A my przynajmniej jedną noc spędzimy w Saltmundu. Bo to jeszcz zależy o jakiej porze dnia przypłyniemy. Bo na rozładunek łajby trzeba przynajmniej jeden dzień. Więc wiesz, jak przybijemy do nabrzeża z samego rana to może do wieczora się uda ale jak na obiad czy kolację to będą kończyć następnego dnia. Do tego tyle samo na załadunek. To już zależy jak szyper ma umowę i klientów załatwionych. Pływa regularnie na tej trasie to może mieć. Ale nawet jakby miał gotowy towar do zabrania to też załadowanie go na łajbę zajmie cały dzień. Więc widzisz, nawet w najkrótszym czasie jakby wszystko poszło Haynrichowi gładko, to rozładunek jeden dzień i załadunek jeden dzień. No to będzie czas aby buszować po mieście. Dzień lub dwa. Chyba, że chcesz wracać na rzekę jak najprędzej a nie “Jutrzenką”. Bo w sumie można. To wtedy znów w porcie, trzeba by poszukać łajby co by płynęła z powrotem do nas. - Portowa dziewczyna, streściła koledze, jak to zazwyczaj wygląda wymiana towarowa w rzecznych portach. Wyglądało na to, że sama spodziewa się okazji na chociaż jedną, swobodną noc do zwiedzania miasta i odwiedzin koleżanki z dawnych lat.

                Egon wzruszył ramionami.

                – O rzeczach z Salzmund pogadamy z Salzmund – rzekł, wiedząc, że nie było zbyt wiele sensu planować takich rzeczy naprzód. Koniec końców bowiem, nie wiedzieli, jak ostatecznie dopłyną do Salzmund - niewątpliwie, szykowała się bitka, czy to z piratami i ludziami szypra, czy też w wariancie bez piratów, jeno z samym szyprem. Tak czy inaczej, jakiś korab na tej rzece miał szybko zmienić swego właściciela.

                Wojownik miał nadzieję, że ta “Marusha” była na tyle dobrze skoligacona, by mogła w jakiś sposób skontaktować ich z kupcami okrętu. Egon bowiem miał ochotę załatwić rzecz z korabiem czym prędzej i czym prędzej wypuścić się na żywy towar po stronie wybrzeża.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Niedostępny
                  ZellZ Niedostępny
                  Zell jako Heinrich von Achterberg
                  Moderator Obsługa Mecenas
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #323

                  Sny Heinricha były... niepokojące. Bardzo mu niechętne. Rozdrapywały dawne rany i otwierały je na nowo, czego nie chciałby znowu doświadczać...
                  - Bonjur. - spróbował imitować akcent Fabienne - Nie wiem czy ona byłaby chętna w ten konkretny sposób ci usługiwać. - wzruszył ramionami - To ta garncarka, jaka stworzyła naczynie, które tak ci się spodobało. Jeżeli byś chciała możesz więcej od niej zamówić. Gromadka z apteki była zainteresowana.
                  - Ah to ta od tej wazy. - Zadbane brwi szlachcianki, powędrowały na chwilę do góry, na znak, że kojarzy sprawę. - No rzeczywiście Heinri, jeśli robi takie cacka to można jej się przyjrzeć bliżej. Gdzie ją można znaleźć? Jak gdzieś dalej to możemy podjechać powozem. - Lekko machnęła kciukiem w stronę okna prowadzącego na ulicę. Wydawała się być jednak zaciekawiona tak uzdolnioną rzemieślniczką na tyle aby ją poznać osobiście.
                  - Nie będzie to konieczne. Ma warsztat po drugiej stronie ulicy, słyszę jak jej koło garncarskie pracuje. - wyjaśnił.
                  - Ah rzeczywiście. - Szlachcianka przez chwilę nasłuchiwała ale też w tej chwili ciszy, bez trudu usłyszała pracujące koło garncarskie. - No to w takim razie chodźmy do niej. - Uśmiechnęła się i wstała dając znać, że jest gotowa do wyjścia o ile gospodarz przejmie rolę partnera i przewodnika.
                  - Ależ oczywiście, moja pani. - skłonił się uprzejmie i zabrał swoją laskę wspartą o ścianę nim podał ramię Fabienne - Będzie to ciekawa rozmowa zapewne oraz możliwość na dokładniejsze przyjrzenie pracowni w ruchu.


                  Zeszli po schodach a szlachcianka dyskretnie dostosowała się do tempa swojego partnera. Minęli jej powóz, zaparkowany przed frontem kamienicy. I przeszli spacerem nieco w głąb sąsiedniej ulicy. Tam widać było trochę cofnięty w głąb budynek i okno wystawowe zakładu garncarskiego. Szym warsztatu zdążył umilknąć ale wyglądało na to, że jest otwarty. W środku zastali gospodynię. Znów była w swoim długim, urbudzonym gliną skórzanym fartuchu. Ale w przeciwieństwie do snu w jakim były łowca heretyków ją widział, miała pod nim zwykłe ubranie. Długą, prostą spódnicę i szarą koszulę. Stała przy stole z gotowymi wyrobami i chyba kończyła transakcję z jakimś klientem. Pewnie jakiś robotnik czy ktoś podobny z miejskiego plebsu. Oboje odwrócili się aby sprawdzić kto przyszedł i wyglądali na zaskoczonych. Freda przyśpieszyła ton rozmowy aby jak najszybciej ją skończyć. Mężczyzna wyglądał na trochę zaciekawionego a trochę na zaniepokojonego tak znamienitymi gośćmi. Jednak odpięcie sakiewki i wyłuskanie potrzebnej ilości monet trochę go zajęło. Przez co dwójka błękintokriwsych miała chwilę aby im się przyjrzeć.
                  - To ona? No powiem ci Heinri, że ma całkiem ciekawą aparycję. I prosto się trzyma. I sylwetkę też ma przyzwoitą. Widać, że dziewczyna pracująca ale całkiem interesującą ma powierzchowność. - Bretonka cicho wyraziła swoją opinię o wyglądzie rzemieślniczki, gdy ta kończyła handel z klientem. Ten w końcu wziął zamówioną misę i lekko kłaniając się dwójce czekających szlachciców w końcu wyszedł na zewnątrz. Chociaż widać było, że ciekawość go zżera. Zresztą ciemna blondynka o jeszcze ciemniejszych oczach też z pewną ostrożnością podeszła do ich dwójki. Wycierając dłonie w jakąś ścierkę.
                  - Witaj sąsiedzie. Nie spodziewałam się ciebie ponownie. A już tym bardziej z takim eleganckim gościem. Witam milady. - Freda trochę utemperowała swobodny ton jakim zwykle raczyła kuternogę. Czy to ostatnio pod świątynią po mszy czy w jego snach. Jakby obecność szlachcianki ją zaskoczyła i nieco zdeprymowała. Przez co nie była pewna jak powinna się zachować. Jednak na wszelki wypadek przywitała się z nimi jak ze szlachcicami. Czarnowłosa partnerka Heinricha, pozwoliła mu przejąć rozmowę i na razie tylko lekko uśmiechnęła się do rzemieślniczki, przyjmując jej powitanie za dobrą monetę.
                  - Milady naprawdę spodobało się naczynie jakie wykonałaś na moje zamówienie. - Heinrich od razu przeszedł do rzeczy - Pomyślałem, że może być zainteresowana własnym zamówieniem, a do tego okazała się tak łaskawa, aby zechcieć poznać twórczynię. - wytłumaczył łagodnie.
                  - Oh naprawdę? To bardzo mi miło. Nie spodziewałam się. - Teraz Freda popatrzyła na ubraną w czarną suknię szlachciankę. Ta więc włączyła się do rozmowy.
                  - Tak, bardzo mi przypadła do gustu co mój drogi Heinri mi pokazał. Pomyślałam, że może też zamówię coś podobnego u tak utalentowanej artystki. Zwłaszcza ten nietuzinkowy motyw zdobniczy mi wpadł w oko. Bardzo starannie wykonany. Chyba masz w tym niezłą wprawę dziewczyno. - Lady von Mannlieb odezwała się jak szlachcianka rozmawiająca z kimś z niższego stanu. Ale dość ciepłym i życzliwym tonem. Co chyba ośmieliło garncarkę.
                  - Noo tak. Bardzo się starałam. Robię czasem takie rzeczy. Znaczy zdobienia. I jak milady sobie życzy to też mogę dla niej wykonać coś podobnego. Tylko by milady musiała powiedzieć czego sobie życzy. - Rzemieślniczka trochę się poplątała ale też starała się zachować uprzejmie wobec lepiej urodzonych. Chociaż widać było, że nie ma takiej wprawy aby płynnie rozmawiać ze szlachtą. Zerknęła jeszcze szybko na Heinricha jakby sprawdzała jego reakcję albo jakąś podpowiedź.
                  - Sądzę, że lady byłaby zachwycona, gdybyś pokazała swój kunszt na żywo. - wskazał sam zaciekawiony procesem jaki tak mu się śnił.
                  - Naprawdę? Ale to trochę zajmię. Bo bym musiała wziąć glinę na warsztat a potem ją uformować. - Dziewczyna wydawała się być przejęta i wskazała swoją niezbyt czystą dłonią na koło garncarskie.
                  - Ależ to bardzo interesujący pomysł Heinri. Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałam jak powstają te wszystkie misy i talerze jakich na co dzeń używamy. A już na pewno nie taka misa z tymi czerwiami. Wyglądają jak żywe. Wydaje się, że zaraz odkleją się od krawędzi i zaczną pełzać. - Szlachcianka szybko podchwyciła pomysł kolegi i zachęciła gospodynię aby pokazała im w praktyce jak wygląda jej warsztat pracy. Ta aż pokraśniała z zadowolenia i po chwili zwłoki podeszła do swojego miejsca.
                  - A bo to takie wyraźne bo to przecież jak zwykłe czerwie much tylko większe. No to żadna filozofia. No i już takie robiłam to trochę mam wprawy. Jak się ma dobry wizerunek na wzór to można zmierzyć i porównać i za którymś razem się uda. Tylko tu jest bliżej pieca to jest goręcej. A to co milady by sobie życzyła abym zrobiła? - Freda pokazała gestem na rozgrzany piec. Rzeczywiście parę kroków bliżej a dało się odczuć tą różnicę. Jakby weszli w jakąś strefę dużo cieplejszego powietrza. Jednak dało się to wytrzymać.
                  - Może byś mi zrobiła też taką misę jak Heinriemu? - Zaproponowała von Mannlieb wskazując wzrokiem na sąsiada.
                  - Oczywiście. To ja pójdę po glinę. - Dziewczyna pokiwała głową i na chwilę wyszła przez tylne drzwi. Heinrich pamiętał, że we śnie chyba też przez nie wychodziła. Było tam dość ciemno więc jej spódnica i farcuh mocno zlewały się z tłem. Tylko ramiona, nagie albo w jasnych rękawach koszuli, jaskrawo odcinały się od ciemnego tła. A we śnie jeszcze łydki i nogi bo tam poza fartuchem nic na sobie nie miała. Ale przez chwilę zostali tylko we dwoje bez gospodyń.
                  - Oh jak ja bym jej powiedziała na co mam z nią ochotę to by pewnie z tego stołka spadła. - Fabienne pozwoliła sobie na cichy żarcik, korzystając z tego, że są sami. - I co myślisz Heinri? Poczekamy aż zrobi nam tą misę czy masz inne plany? - Popatrzyła na niego zaciekawiona.
                  - Nie mam nic zaplanowanego, a chętnie spojrzałbym na proces, czy może on nie kryje w sobie czegoś, co zakrywa subtelną magię. - wyjaśnił.
                  Fabienne pokiwała głową na znak zgody. A po chwili drzwi skrzypnęły i wróciła Freda. Uśmiechnęła się do nich i położyła grudę gliny na koło garcnarskie. Wygladała jak ciasto na chleb. Tylko jasnobrązowej barwy. Heinrichowi wydawało się, że właśnie ta bezksztatłna jeszcze plama nieco zakłóca przepływ wiatrów magii. Ale tak subtelnie, że graniczyło to o błąd postrzegania.
                  - To ma być ta misa? - Garncarka jeszcze zapytała szlachciankę. Ta pokiwała twierdząco głową.
                  - Tak, poproszę. Z takimi dużymi, dorodnymi uchwytami. I może na ściankach jakby też było wyraźniej je widać. - Doprecyzowała swoje zamówienie. Dziewczyna pokiwała znów głową, usiadła na stołku, i stopą uruchomiła pedał. Ten zaś zaczął obracać kołem co wytwarzało charakterystyczny szum jaki ostatnio tak często słyszał jej sąsiad. Ciemna blondynka wzięła się za tą grudę miękkiej gliny. I na oczach dwójki szlachciców, zaczęła ją formować. Kształt zmieniał się na ich oczach. Rósł i robił się coraz bardziej okrągły. Miękka glina spływała między palcami rzemieślniczki. Raz chlapnęła na jej nadgarstek formując coś podobnego do czerwia. Ale teraz nie było widać żadnych robaków jakie pełzały po jej ciele. Glina zaś uformowana jej zręcznymi dłonmi przyjęła wiadrowaty kształt. I teraz z każdym obrotem zaczęła go profilować. Coraz bardziej przypominał misę jaką niedawno Heinrich od niej odebrał. Aż wreszcie naczynie było gotowe. Jeszcze miękkie i wrażliwe na każdy dotyk. Freda ostrożnie wzięła jakiś rysik i zaczęła w nim rzeźbić robakowate kształty.
                  - Coś ma być na niej specjalnego? Bo jak wrzucę do pieca to już zostanie to co jest. - Podniosła na chwilę głowę aby zobaczyć ich reakcję. Bretonka pokręciła głową i wzruszyła ramionami, że nic specjalnego nie przychodzi jej do głowy.
                  - Gdzie zaopatrzasz się w glinę? - zapytał spokojnie.
                  - Mam stałych dostawców. Glina to kluczowy materiał. Musi być odpowiednia aby nie kruszyła się po wypaleniu. A czemu pytasz sąsiedzie? - Garncarka na chwilę zadarła głowę aby spojrzeć na Heinriego. Ale dalej robiła robacze zdobienia na powierzchni naczynia.
                  - Po prostu z ciekawości. Czystej ciekawości.

                  Będzie musiał się zorientować skąd glinę biorą, która przenosi na sobie czątki magii. Najbliżej pytać gosposi, może ona będzie w stanie coś powiedzieć? A może właśnie morzem taką glinę przewożą?

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach jako Otto "Puste Oko"
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #324

                    Otto ruszył do hospicjum odrobinę zmartwiony jak wygląda sytuacja u Fabienne. Nie mógł jednak biec na ratunek za każdym razem, kiedy Siostry się odezwą.
                    Zważając co go czekało w hospicjum, może i dobrze, że przyszedł tu od razu.
                    - George. Jestem już. Proszę zejdź i porozmawiajmy jeszcze raz. Wiesz jak to ze mną jest. Taki zabiegany jestem, że zapominam połowy rzeczy.
                    - Już dzisiaj rozmawialiśmy i wszystko ci tłumaczyłem. Tylko wtedy byłeś z królową i księżniczką. - Pacjent złożył ramiona na piersi i zrobił nadąsaną minę. Przez co patrząc od dołu, wyglądał bardzo komicznie. Ale też zdawał się w ogóle nie zważać na różnicę wysokości. Przez co dwaj bracia Otto, stali obok regału zaniepokojojeni. Widać było, że obawiają się, że Greg albo skoczy albo zachwieje się i spadnie.
                    - A ten dalej swoje. - Ludwik szepnął cicho z mieszniną niepokoju i irytacji na zachowanie pacjenta. - A Greg, możesz zejść na dół? Porozmawiamy na spokojnie. - powiedział trochę głośniej, łagodnym tonem, aby zachęcić pacjenta do współpracy. Ten na razie jednak co prawda nie skoczył ale też nie schodził sam na dół.
                    - Zostawcie go mnie, pewnie inni potrzebują waszej opieki. - skinął braciom i zerknął na Grega - Wiem, że już dziś rozmawialiśmy, ale głupi jestem i zapomniałem. Wiesz jak to jest, szukam twoich ksiąg, załatwiam sprawy z księżną. Tyle mam na głowie, że ledwo mi się mieści wszystko. Zejdź do mnie proszę, pochodzimy i opowiem ci co tam się dzieje.
                    Dwaj bracia popatrzyli na jednookiego nieco niepewnie. W końcu Jurgen wzruszył ramionami i skinął głową. - Ja idę. Jeden z tych pacanów zamknął się w składziku przy kuchni. - Całkiem chętnie zgodził się aby to kolega przejął kłopotliwego pacjenta. Ludwik jeszcze chwilę się wahał, obserwując plecy odchodzącego kolegi. Potem na Otto i jeszcze zadarł głowę do góry na pacjenta jaki wciąż stał na szczycie bibliotecznego regału. Greg złożył ramiona na piersi i przybrał pełen wyższości, wyczekujący wyraz twarzy.
                    - Ja zawsze schodzę dopiero jak sobie pójdziesz z kolegą. Chociaż czasem się potykam i spadam. A czasem ze złości tupie nogą. I też spadam. Widziałem to wiele razy. - Pokiwał głową jakby mówił o jakiejś historii przeczytanej w książce. Więc Ludwik popatrzył jeszcze chwilę na niego, potem na kolegę, i w końcu skinał mu głową.
                    - No dobra, to ja też idę. Mam nadzieję, że sobie z nim poradzisz. - Akolita mówił jakby nie do końca był pewny czy to dobry pomysł. Jednak w końcu też ruszył w ślad za starszym kolegą. I chociaż chwilowo, Otto został w bibliotece sam z kłopotliwym pacjentem. Ten zachichotał teraz, jakby coś go bardzo rozbawiło. Przez co wyglądał jak stereotyp zdziecinniałego szaleńca.
                    - Widziałeś? Widziałeś jak ich oszukałem? - Zaśmiał się jakby udał mu się jakiś figiel. Ruszył po regale w stronę nico niższej szafy na jaką przed chwilą, próbowali go zwabić obaj bracia. Tu nieco niezdarnie gramolił się na nią. Najpierw zniżył się na czworaka, potem zaczął opuszczać nogi i niepewnie macać stopą w sandale gdzie jest płaska powierzchnia. Jak małe dziecko, chociaż pewnie wielu młodych uliczników pokonałoby już tą przeszkodę o wiele szybciej i sprawniej od dorosłego pacjenta. W końcu Greg jednak stanął na tej szafie. I podszedł do jej krawędzi. Usiadł na niej jak na krześle. Teraz powinien zejść na jeszcze niższą szafkę. Na razie jednak zatrzymał się i z góry popatrzył na jednookiego mnicha. Wydawał się być zadowolony z rozbawiony.
                    - A pamiętasz jak rozdziawiali gęby z wrażenia jak przyszedłeś z nimi obiema? - Znów zachichotał jakby dzielili wspólne wspomnienie. Nawet kiwnął brodą w stronę drzwi wejściowych jakby kogoś tam widział. Chociaż nie było tam teraz nikogo.
                    - No cóż, jak zjawi się Lady Odette to na pewno też będą pod wrażeniem. - mnich westchnął - Dziś udam się do jednej z moich koleżanek i przekażę jej opis tej kobiety, która poszukuje ksiąg. Przy odrobinie szczęścia więcej oczu na ulicy ją znajdzie. - zerknął na Grega - Odwiedziłeś mnie we śnie. Chyba powoli zaczynam rozumieć co się wyrabia jeżeli chodzi o larwy.
                    Pacjent wciąż siedział na wysokim meblu jak na krześle. Nieco przekrzywił głowę na bok gdy słuchał mnicha. Po czym znów zachichotał radośnie, jakby usłyszał świetny kawał albo udało mu się jakąś psotę zmalować. Przestał i uśmiechnął się szeroko do Otto.
                    - No tak! No zobacz! No sam zobacz! - Energicznie podniósł ramię i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą wyszli obaj bracia. Tylko, że nadal tam nikogo nie było i nic się nie działo. Wtem ześlizgnął się na niższą szafkę a z niej zszedł na krzesło i z niego na podłogę. Raźno podszedł do tych drzwi i jeszcze raz odwrócił się do mnicha. - No sam zobacz! - Powiedział radośnie jakby widział przy tych drzwiach jakąś rozgrywającą się scenę. - Widzisz jak ładnie razem wyglądacie? - Wskazał na drzwi jakby mówił o jakichś żywych osobach. Po czym podszedł jeszcze ze dwa kroki. - O naprawdę? A kiedy termin? - Zapytał jakby z kimś rozmawiał. Po czym dłońmi zrobił gest jakby dotykał czegoś okrągłego. Nawet przyłożył tam ucho jakby nasłuchiwał. Znów się wyprostował jakby wysłuchiwał czyjejś odpowiedzi. - Ah rozumiem. - I ostrożnie cofnął się z powrotem w stronę czekającego mnicha. Teraz wyglądał jakby razem oglądali tą scenę, chociaż Otto nadal widział tylko zamknięte drzwi na korytarz. - To będzie obfity miot. U nich obu. I widzisz? Pamiętają o tobie. Mówią, że to ty jesteś ojcem. Przynajmniej za pierwszym razem. - Uśmiechał się słodko jakby obserwował jakąś rodzinną scenę. - Zobaczysz, jak tylko tu przyjdą to wszyscy rozdziawią gęby ze zdziwienia. Chociaż czasami przychodzi tylko księżniczka. Ale ona robi na nich największe wrażenie. Sam wiesz jaka ona jest. A oni nie znają jej tak dobrze jak ty. A he he chcieliby! - Mówił jakby dzielił się z kolegą jakimiś pikantnymi plotkami.
                    - Mam tylko nadzieję, że poród nie odbędzie się tu. - odparł mnich - Jeżeli jeszcze mnie oznajmią jako ojca tak obfitego miotu. - Otto uśmiechnął się swego pacjenta - W sumie jak tobie minęła noc, Greg? Księgi znowu cię odwiedziły? Wiem, że to długo trwa, ale podejrzewam, że wkrótce opuścisz to miejsce.
                    - Tak wiem. Ale ten twój kolega nie był zbyt miły. Zawsze bardziej wolałem z tobą rozmawiać. On myśli, że ja głupi jestem i nie mogę znać książek jak nie umiem czytać. Co za brak wyobraźni. - Pacjent pokręcił głową, jakby mnich nie mówił mu nic nowego. A nawet jakby już przerobił kilka wariantów mieszkania u Tobiasa. Za to do Otto wydawał się żywić większą sympatię. Na pytanie o miot zachichotał jak mały chłopiec.
                    - Nie no tu nie. Przecież księżniczka to jutro urodziła. No zobacz jaka teraz jest niedopełniona. - Wskazał w stronę drzwi jakby tam widział obie, ciężarne nosicielki. Ale mnich nikogo. Tylko drzwi jakie się zamknęły za jego kolegami. - Może to będzie jej pierwszy miot ale za to jaki znaczący! Taka pamiątka jej została. To znak łaski Sióstr. Książki tak powiedziały. Że jest wybrana do tego zadania. Teraz sama będzie mogła i być w robaczej ciąży i robić robacze ciąże. No ale wiadomo, ona nie rozmawia z książkami to trochę głupia jest i nieco spanikowała. Nie to co ja. Bo książki mnie wybrały na swojego opiekuna! - Teraz mówił poufale jakby zdradzał plotkę koledzę o ich wspólnej znajomej. I aż pokraśniał z dumy gdy wspomniał o swojej wyjątkowej roli jako powiernika książkowej wiedzy. Ale podskoczył przestraszony gdy drzwi nagle otwarły się i wrócił do nich Ludwik.
                    - O, jednak namówiłeś go aby zszedł. - Ucieszył się gdy dojrzał kłopotliwego pacjenta znow na ziemi a nie na szczycie wysokiego regału. Jednak widocznie nie po to wrócił. - Przyszła ta młoda cukiernik. Prosiła o spotkanie z tobą. Czeka na recepcji. Lepiej do niej wyjdź bo sam widzisz co tu się u nas dzieję. Mam nadzieję, że lady von Treskow nie przyjedzie do nas właśnie teraz. - Przekazał wiadomości rzucił nieco żartoliwie uwagę o sławnej spiewaczce. Jednak nie do końca był to żart. W tym momencie hospicjum nie prezentowało się zbyt godnie ani bezpiecznie. Akolita znów zniknął za drzwiami i mnich został sam z pacjentem.
                    - Widzisz, ciągle jestem rozchwytywany. Idź odpocznij Greg, spotkamy się jutro. - a mnich ruszył na spotkanie z Teofano.
                    - Przecież już żeśmy się tam spotkali. - Greg przewrócił oczami jakby znów miał inne postrzeganie czasoprzestrzeni niż jego rozmówca. Ale został w bibliotecę, gdy jednooki mnich wyszedł na korytarz.


                    Znajdując cukiernik mnich skłonił się.
                    - Pani Lebkuchen, w czym mogę służyć?
                    Teofano ucieszyła się gdy tylko go zobaczyła i wydawała się być bardzo pobudzona. Jednak poczekała aż Otto do niej podejdzie i oficjalnie się przywita. W końcu na recepcji był jeden z braci jaki próbował udawać, że wewnątrz hospicjum nie dzieje się nic niezwykłego.
                    - Pochwalony bracie Otto. Moja matka prosiła aby wam to przynieść w podziękowaniu za wczorajsze leczenie. Mówiła, że czuje się o wiele lepiej i prosiła aby to przekazać w formie podziękowania - Wskazała na koszyk ze słodkościami z ich cukierni. Na sam widok i zapach aż ślinka sama napływała do ust. - Moja matka mówiła, że nie wie ile utrzyma się ten efekt ale na razie czuje się jakby zdjęło jej z karku dekadę życia. - Uśmiechnęła się słodko do mnicha jakby zdawała sobie sprawę z kosmatego sensu tej rozmowy. Ale po cichu dorzuciła coś jeszcze. - Możemy gdzieś porozmawiać? - Poprosiła tak cicho aby brat z recepcji raczej tego nie usłyszał.
                    - Oczywiście, proszę ze mną. - chwilę zajęło nim znaleźli jakieś ustronne miejsce. Mnich zerknął na Teofano - Coś się stało?
                    - Urodziłam! - Młoda rzemieślniczka cukiernictwa, rozpromieniła się gdy wreszcie mogła podzielić się tą radosną dla niej wiadomością. Zarzuciła ramiona na szyję mnicha i pod wpływem emocji, pocałowała go w policzek. Dopiero wtedy była w stanie mówić dalej. - Wczoraj wieczorem. Już byłam sama w swoim pokoju. Zaczęłam czuć jak się przesuwają do wyjścia. To dokładnie tak jak w Festag mówiła lady Fabienne! I zaczęły ze mnie wychodzić. Z kuperka. To było cudowne! Teraz rozumiem co milady czuła podczas porodu. Nie mogę się doczekać kolejnego. Potem rozebrałam się i przytuliłam je do siebie, do mojej piersi, brzucha i łona. To było takie przyjemne. Moje dzieci. Policzyłam je. Jest ich osiem. Nie są takie duże jak te co milady urodziła ale większe niż te od Margo. - Szybkim szeptem streściła te radosne dla siebie wydarzenia. Wtedy trochę cofnęła się i matczynym gestem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu. - Ale te z brzucha jeszcze nie wyszły. Wciąż je w sobie czuję. Nie mogę się doczekać kiedy je urodzę! - Obdarzyła mnicha spojrzeniem pełnym radosnego oczekiwania. - Ale z kuperka to mi chyba wszystkie wyszły. Więc jakbyś miał jakieś jaja to ja oczywiście przyjmę je z gorącą radością. - Zapewniła go gorliwie i wydawała się żywić cień nadziej, że może od ręki będzie mogła przyjąć dar Oster. - Aha. Ale trochę się bałam zostawiać te moje dzieci w moim pokoju. Więc przyniosłam je tutaj. Margo je trzyma w torbie. Została na zewnątrz. - Lekko wskazała swoją kasztanową głową w stronę frontu budynku gdzie pewnie została jej pokojówka.
                    Mnich się uśmiechnął, sięgając pod habit.
                    - Masz szczęście, ponieważ po południu spotykam się z Lady Odette. - mnich wyciągnął swoją zabawkę, napełnioną już jajami - Co do twoich maleństw… nie mogę ich przyjąć tutaj. Mogłybyście je zanieść do jednej apteki w mieście? - opisał gdzie znajduje się apteka Sigismundusa - Zapukajcie, zawołajcie, że jesteście ode mnie i zostawcie maluszki pod drzwiami. Osoba, która tam jest się nimi zaopiekuje. - ujął Teofano w pasie - Więc moja droga mateczko, gotowa na kolejne dzieci?
                    - O. Będziesz się widział z lady Odette? To pozdrów ją ode mnie. Ona też tak bardzo kocha te nasze dzieci. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej miot. - Cukiernik rozpromieniła się słysząc takie wieści. I jeszcze tylko odruchowo rozejrzała się po celi. Po czym bez wahania schyliła się aby podnieść dół swojej spódnicy i ściągnęła bieliznę do kolan. Po czym zachęcająco wypięła się w stronę mnicha, opierając się dłońmi o ścianę. - To daj mi Otto nasze nowe dzieci. - Rzuciła do niego zalotnie i widać było, że nie może się doczekać tej przyjemności.
                    Mnich wykonał swoją powinność. Delikatnie pieszcząc cukiernik pocałunkami.
                    - Gratuluje kolejnego brzemienia, droga Teofano.

                    Reszta jego zmiany minęła bez echa.
                    Opuszczając hospicjum mnich ruszył na spotkanie z Odette i jej znajomymi.
                    Po obiadku, planował odwiedzić Łasicę.

                    Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Seach

                      Otto ruszył do hospicjum odrobinę zmartwiony jak wygląda sytuacja u Fabienne. Nie mógł jednak biec na ratunek za każdym razem, kiedy Siostry się odezwą.
                      Zważając co go czekało w hospicjum, może i dobrze, że przyszedł tu od razu.
                      - George. Jestem już. Proszę zejdź i porozmawiajmy jeszcze raz. Wiesz jak to ze mną jest. Taki zabiegany jestem, że zapominam połowy rzeczy.
                      - Już dzisiaj rozmawialiśmy i wszystko ci tłumaczyłem. Tylko wtedy byłeś z królową i księżniczką. - Pacjent złożył ramiona na piersi i zrobił nadąsaną minę. Przez co patrząc od dołu, wyglądał bardzo komicznie. Ale też zdawał się w ogóle nie zważać na różnicę wysokości. Przez co dwaj bracia Otto, stali obok regału zaniepokojojeni. Widać było, że obawiają się, że Greg albo skoczy albo zachwieje się i spadnie.
                      - A ten dalej swoje. - Ludwik szepnął cicho z mieszniną niepokoju i irytacji na zachowanie pacjenta. - A Greg, możesz zejść na dół? Porozmawiamy na spokojnie. - powiedział trochę głośniej, łagodnym tonem, aby zachęcić pacjenta do współpracy. Ten na razie jednak co prawda nie skoczył ale też nie schodził sam na dół.
                      - Zostawcie go mnie, pewnie inni potrzebują waszej opieki. - skinął braciom i zerknął na Grega - Wiem, że już dziś rozmawialiśmy, ale głupi jestem i zapomniałem. Wiesz jak to jest, szukam twoich ksiąg, załatwiam sprawy z księżną. Tyle mam na głowie, że ledwo mi się mieści wszystko. Zejdź do mnie proszę, pochodzimy i opowiem ci co tam się dzieje.
                      Dwaj bracia popatrzyli na jednookiego nieco niepewnie. W końcu Jurgen wzruszył ramionami i skinął głową. - Ja idę. Jeden z tych pacanów zamknął się w składziku przy kuchni. - Całkiem chętnie zgodził się aby to kolega przejął kłopotliwego pacjenta. Ludwik jeszcze chwilę się wahał, obserwując plecy odchodzącego kolegi. Potem na Otto i jeszcze zadarł głowę do góry na pacjenta jaki wciąż stał na szczycie bibliotecznego regału. Greg złożył ramiona na piersi i przybrał pełen wyższości, wyczekujący wyraz twarzy.
                      - Ja zawsze schodzę dopiero jak sobie pójdziesz z kolegą. Chociaż czasem się potykam i spadam. A czasem ze złości tupie nogą. I też spadam. Widziałem to wiele razy. - Pokiwał głową jakby mówił o jakiejś historii przeczytanej w książce. Więc Ludwik popatrzył jeszcze chwilę na niego, potem na kolegę, i w końcu skinał mu głową.
                      - No dobra, to ja też idę. Mam nadzieję, że sobie z nim poradzisz. - Akolita mówił jakby nie do końca był pewny czy to dobry pomysł. Jednak w końcu też ruszył w ślad za starszym kolegą. I chociaż chwilowo, Otto został w bibliotece sam z kłopotliwym pacjentem. Ten zachichotał teraz, jakby coś go bardzo rozbawiło. Przez co wyglądał jak stereotyp zdziecinniałego szaleńca.
                      - Widziałeś? Widziałeś jak ich oszukałem? - Zaśmiał się jakby udał mu się jakiś figiel. Ruszył po regale w stronę nico niższej szafy na jaką przed chwilą, próbowali go zwabić obaj bracia. Tu nieco niezdarnie gramolił się na nią. Najpierw zniżył się na czworaka, potem zaczął opuszczać nogi i niepewnie macać stopą w sandale gdzie jest płaska powierzchnia. Jak małe dziecko, chociaż pewnie wielu młodych uliczników pokonałoby już tą przeszkodę o wiele szybciej i sprawniej od dorosłego pacjenta. W końcu Greg jednak stanął na tej szafie. I podszedł do jej krawędzi. Usiadł na niej jak na krześle. Teraz powinien zejść na jeszcze niższą szafkę. Na razie jednak zatrzymał się i z góry popatrzył na jednookiego mnicha. Wydawał się być zadowolony z rozbawiony.
                      - A pamiętasz jak rozdziawiali gęby z wrażenia jak przyszedłeś z nimi obiema? - Znów zachichotał jakby dzielili wspólne wspomnienie. Nawet kiwnął brodą w stronę drzwi wejściowych jakby kogoś tam widział. Chociaż nie było tam teraz nikogo.
                      - No cóż, jak zjawi się Lady Odette to na pewno też będą pod wrażeniem. - mnich westchnął - Dziś udam się do jednej z moich koleżanek i przekażę jej opis tej kobiety, która poszukuje ksiąg. Przy odrobinie szczęścia więcej oczu na ulicy ją znajdzie. - zerknął na Grega - Odwiedziłeś mnie we śnie. Chyba powoli zaczynam rozumieć co się wyrabia jeżeli chodzi o larwy.
                      Pacjent wciąż siedział na wysokim meblu jak na krześle. Nieco przekrzywił głowę na bok gdy słuchał mnicha. Po czym znów zachichotał radośnie, jakby usłyszał świetny kawał albo udało mu się jakąś psotę zmalować. Przestał i uśmiechnął się szeroko do Otto.
                      - No tak! No zobacz! No sam zobacz! - Energicznie podniósł ramię i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą wyszli obaj bracia. Tylko, że nadal tam nikogo nie było i nic się nie działo. Wtem ześlizgnął się na niższą szafkę a z niej zszedł na krzesło i z niego na podłogę. Raźno podszedł do tych drzwi i jeszcze raz odwrócił się do mnicha. - No sam zobacz! - Powiedział radośnie jakby widział przy tych drzwiach jakąś rozgrywającą się scenę. - Widzisz jak ładnie razem wyglądacie? - Wskazał na drzwi jakby mówił o jakichś żywych osobach. Po czym podszedł jeszcze ze dwa kroki. - O naprawdę? A kiedy termin? - Zapytał jakby z kimś rozmawiał. Po czym dłońmi zrobił gest jakby dotykał czegoś okrągłego. Nawet przyłożył tam ucho jakby nasłuchiwał. Znów się wyprostował jakby wysłuchiwał czyjejś odpowiedzi. - Ah rozumiem. - I ostrożnie cofnął się z powrotem w stronę czekającego mnicha. Teraz wyglądał jakby razem oglądali tą scenę, chociaż Otto nadal widział tylko zamknięte drzwi na korytarz. - To będzie obfity miot. U nich obu. I widzisz? Pamiętają o tobie. Mówią, że to ty jesteś ojcem. Przynajmniej za pierwszym razem. - Uśmiechał się słodko jakby obserwował jakąś rodzinną scenę. - Zobaczysz, jak tylko tu przyjdą to wszyscy rozdziawią gęby ze zdziwienia. Chociaż czasami przychodzi tylko księżniczka. Ale ona robi na nich największe wrażenie. Sam wiesz jaka ona jest. A oni nie znają jej tak dobrze jak ty. A he he chcieliby! - Mówił jakby dzielił się z kolegą jakimiś pikantnymi plotkami.
                      - Mam tylko nadzieję, że poród nie odbędzie się tu. - odparł mnich - Jeżeli jeszcze mnie oznajmią jako ojca tak obfitego miotu. - Otto uśmiechnął się swego pacjenta - W sumie jak tobie minęła noc, Greg? Księgi znowu cię odwiedziły? Wiem, że to długo trwa, ale podejrzewam, że wkrótce opuścisz to miejsce.
                      - Tak wiem. Ale ten twój kolega nie był zbyt miły. Zawsze bardziej wolałem z tobą rozmawiać. On myśli, że ja głupi jestem i nie mogę znać książek jak nie umiem czytać. Co za brak wyobraźni. - Pacjent pokręcił głową, jakby mnich nie mówił mu nic nowego. A nawet jakby już przerobił kilka wariantów mieszkania u Tobiasa. Za to do Otto wydawał się żywić większą sympatię. Na pytanie o miot zachichotał jak mały chłopiec.
                      - Nie no tu nie. Przecież księżniczka to jutro urodziła. No zobacz jaka teraz jest niedopełniona. - Wskazał w stronę drzwi jakby tam widział obie, ciężarne nosicielki. Ale mnich nikogo. Tylko drzwi jakie się zamknęły za jego kolegami. - Może to będzie jej pierwszy miot ale za to jaki znaczący! Taka pamiątka jej została. To znak łaski Sióstr. Książki tak powiedziały. Że jest wybrana do tego zadania. Teraz sama będzie mogła i być w robaczej ciąży i robić robacze ciąże. No ale wiadomo, ona nie rozmawia z książkami to trochę głupia jest i nieco spanikowała. Nie to co ja. Bo książki mnie wybrały na swojego opiekuna! - Teraz mówił poufale jakby zdradzał plotkę koledzę o ich wspólnej znajomej. I aż pokraśniał z dumy gdy wspomniał o swojej wyjątkowej roli jako powiernika książkowej wiedzy. Ale podskoczył przestraszony gdy drzwi nagle otwarły się i wrócił do nich Ludwik.
                      - O, jednak namówiłeś go aby zszedł. - Ucieszył się gdy dojrzał kłopotliwego pacjenta znow na ziemi a nie na szczycie wysokiego regału. Jednak widocznie nie po to wrócił. - Przyszła ta młoda cukiernik. Prosiła o spotkanie z tobą. Czeka na recepcji. Lepiej do niej wyjdź bo sam widzisz co tu się u nas dzieję. Mam nadzieję, że lady von Treskow nie przyjedzie do nas właśnie teraz. - Przekazał wiadomości rzucił nieco żartoliwie uwagę o sławnej spiewaczce. Jednak nie do końca był to żart. W tym momencie hospicjum nie prezentowało się zbyt godnie ani bezpiecznie. Akolita znów zniknął za drzwiami i mnich został sam z pacjentem.
                      - Widzisz, ciągle jestem rozchwytywany. Idź odpocznij Greg, spotkamy się jutro. - a mnich ruszył na spotkanie z Teofano.
                      - Przecież już żeśmy się tam spotkali. - Greg przewrócił oczami jakby znów miał inne postrzeganie czasoprzestrzeni niż jego rozmówca. Ale został w bibliotecę, gdy jednooki mnich wyszedł na korytarz.


                      Znajdując cukiernik mnich skłonił się.
                      - Pani Lebkuchen, w czym mogę służyć?
                      Teofano ucieszyła się gdy tylko go zobaczyła i wydawała się być bardzo pobudzona. Jednak poczekała aż Otto do niej podejdzie i oficjalnie się przywita. W końcu na recepcji był jeden z braci jaki próbował udawać, że wewnątrz hospicjum nie dzieje się nic niezwykłego.
                      - Pochwalony bracie Otto. Moja matka prosiła aby wam to przynieść w podziękowaniu za wczorajsze leczenie. Mówiła, że czuje się o wiele lepiej i prosiła aby to przekazać w formie podziękowania - Wskazała na koszyk ze słodkościami z ich cukierni. Na sam widok i zapach aż ślinka sama napływała do ust. - Moja matka mówiła, że nie wie ile utrzyma się ten efekt ale na razie czuje się jakby zdjęło jej z karku dekadę życia. - Uśmiechnęła się słodko do mnicha jakby zdawała sobie sprawę z kosmatego sensu tej rozmowy. Ale po cichu dorzuciła coś jeszcze. - Możemy gdzieś porozmawiać? - Poprosiła tak cicho aby brat z recepcji raczej tego nie usłyszał.
                      - Oczywiście, proszę ze mną. - chwilę zajęło nim znaleźli jakieś ustronne miejsce. Mnich zerknął na Teofano - Coś się stało?
                      - Urodziłam! - Młoda rzemieślniczka cukiernictwa, rozpromieniła się gdy wreszcie mogła podzielić się tą radosną dla niej wiadomością. Zarzuciła ramiona na szyję mnicha i pod wpływem emocji, pocałowała go w policzek. Dopiero wtedy była w stanie mówić dalej. - Wczoraj wieczorem. Już byłam sama w swoim pokoju. Zaczęłam czuć jak się przesuwają do wyjścia. To dokładnie tak jak w Festag mówiła lady Fabienne! I zaczęły ze mnie wychodzić. Z kuperka. To było cudowne! Teraz rozumiem co milady czuła podczas porodu. Nie mogę się doczekać kolejnego. Potem rozebrałam się i przytuliłam je do siebie, do mojej piersi, brzucha i łona. To było takie przyjemne. Moje dzieci. Policzyłam je. Jest ich osiem. Nie są takie duże jak te co milady urodziła ale większe niż te od Margo. - Szybkim szeptem streściła te radosne dla siebie wydarzenia. Wtedy trochę cofnęła się i matczynym gestem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu. - Ale te z brzucha jeszcze nie wyszły. Wciąż je w sobie czuję. Nie mogę się doczekać kiedy je urodzę! - Obdarzyła mnicha spojrzeniem pełnym radosnego oczekiwania. - Ale z kuperka to mi chyba wszystkie wyszły. Więc jakbyś miał jakieś jaja to ja oczywiście przyjmę je z gorącą radością. - Zapewniła go gorliwie i wydawała się żywić cień nadziej, że może od ręki będzie mogła przyjąć dar Oster. - Aha. Ale trochę się bałam zostawiać te moje dzieci w moim pokoju. Więc przyniosłam je tutaj. Margo je trzyma w torbie. Została na zewnątrz. - Lekko wskazała swoją kasztanową głową w stronę frontu budynku gdzie pewnie została jej pokojówka.
                      Mnich się uśmiechnął, sięgając pod habit.
                      - Masz szczęście, ponieważ po południu spotykam się z Lady Odette. - mnich wyciągnął swoją zabawkę, napełnioną już jajami - Co do twoich maleństw… nie mogę ich przyjąć tutaj. Mogłybyście je zanieść do jednej apteki w mieście? - opisał gdzie znajduje się apteka Sigismundusa - Zapukajcie, zawołajcie, że jesteście ode mnie i zostawcie maluszki pod drzwiami. Osoba, która tam jest się nimi zaopiekuje. - ujął Teofano w pasie - Więc moja droga mateczko, gotowa na kolejne dzieci?
                      - O. Będziesz się widział z lady Odette? To pozdrów ją ode mnie. Ona też tak bardzo kocha te nasze dzieci. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej miot. - Cukiernik rozpromieniła się słysząc takie wieści. I jeszcze tylko odruchowo rozejrzała się po celi. Po czym bez wahania schyliła się aby podnieść dół swojej spódnicy i ściągnęła bieliznę do kolan. Po czym zachęcająco wypięła się w stronę mnicha, opierając się dłońmi o ścianę. - To daj mi Otto nasze nowe dzieci. - Rzuciła do niego zalotnie i widać było, że nie może się doczekać tej przyjemności.
                      Mnich wykonał swoją powinność. Delikatnie pieszcząc cukiernik pocałunkami.
                      - Gratuluje kolejnego brzemienia, droga Teofano.

                      Reszta jego zmiany minęła bez echa.
                      Opuszczając hospicjum mnich ruszył na spotkanie z Odette i jej znajomymi.
                      Po obiadku, planował odwiedzić Łasicę.

                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79 jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #325

                      Tura 78 - 2519.07.29; ab; południe

                      Miejsce: Nordland; rzeka Salt; między Neus Emskrank a “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główny pokład
                      Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Egon i ekipa

                      Rejs w górę Salt, przebiegał dość spokojnie. Można by rzec, że monotonnie. Wioślarze kiwali się nad wiosłami, co jakiś czas się zmieniali. Za burtami mijali ścianę ponurego lasu. Wschodni brzeg stopniowo opadł na tyle, że nadmorskie klify, ktore dzieliły Neus Emskrank, dawno zostały za rufą. Co jakiś czas mijali pojedyncze drewniane chaty lub zgrupowanie dwoch czy trzech. Trudno to było nawet wioską nazwać. Przycupnięte jak przestraszone kury, na skraju lasu i rzeki. Spotykali też inne barki. Zwykle płynęły w dół rzeki, w kierunku morza. Szyprowie pozdrawiali się sygnałem dzwonów i uniesieniem dłoni. To jak na razie były najbardziej spektakularne spotkania na rzece. Z raz czy dwa trafili na jakis trudniejszy do przepłynięcia kawałek. Wówczas Wagner osobiście stawał za wiosłem sterowym a jeden z marynarzy na dziobie dawał mu znaki jak to wygląda i którędy ma płynąć.

                      Najprzyjemniejszym wydarzeniem chyba był śpiew Astrid. Córka jarla miała całkiem mocny i charakterystyczny głos. Całkiem inny niż to co prezentowała lady Odette von Treskow podczas mszy. Ale może to przez repertuar. Skald śpiewała głównie morskie szanty albo popularne piosenki więc nie było wiadomo czy Słowik Północy zniżyłaby się do śpiewania tak pospolitego gatunku albo czy Norsmenka by dała radę zaśpiewać taką arię jak miodowłosa milady. Jej występy spodobały się tak mieszanej publiczności bo nagrodzili ją oklaskami i prosili aby zaśpiewała coś jeszcze. Blondynka zwykle ulegała takim prośbom, zadowolona, że ma tak wdzięczną widownię.
                      - Ja to znam tych piosenek i sag o wiele więcej. Ale większość to po naszemu. W reikspiel albo po kislevsku to znam o wiele mniej. - Astrid nie do końca chciała się obnosić ze swoich północnym pochodzeniem. Więc śpiewała głównie w języku południowców jakie znała. I dało się wyczuć, że te samorzutnie nałożone więzy krępują jej talent. Ale kolegom to się mogła przyznać. Nawet się trochę zdziwiła, że jedna szanta jaka pochodziła od nich z Norsci, jest znana także tutaj.
                      - Co się dziwisz? Tu podobno co drugi ma pochodzenie od nas. - Lars był mniej zdziwiony. Ale on w swoich podróżach jako łupieżca, żeglarz i najemnik, zwiedził wiele wybrzeży i portów Starego Świata. A wedle powszechnej opinii Nordlandczycy rzeczywiście byli spokrewnieni z plemionami z północnej części Morza Szponów.

                      Drugą rozrywką ale raczej dla uczestników ostatniego noclegu w “Mewie” była Jutta. Młoda, szczupła celnik, okazała się bardzo rozrywkową dziewczyną. Chociaż starała się zachować pozory godne jej urzędu. Najczęściej widać ją było na pokładzie, to tu, to tam. Rozmawiała to z Wagnerem, to z jego marynarzami, trochę z Gezacktem, Norsmenami czy Egonem. To wyglądało całkiem naturalnie. Chyba raczej nikt nie powinien po niej domyśleć się, że razem spędzili intensywną noc. A czasem znikała w niewielkiej, rufowej nadbudówce. Co jak się jej nie śledziło wzrokiem celowo to łatwo było przegapić. W końcu była tam też bardacha więc co jakiś czas większość obecnych tam chodziła. W pewnym momencie do Egona i dwójki Norsmenów, podeszła Burgund. I wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Oczy jej błyszczały a na ustach błądził krzywy uśmieszek.
                      - A co się tak szczerzysz? - Lars wydawał się być zaintrygowany jej postawą.
                      - A właśnie byłam u Jutty. - Dziewczyna z ulicy, przyznała im się bez skrępowania.
                      - I co? - Astrid też była ciekawa.
                      - No i Jutta jest bardzo gościnna. Zostawiłam ją przywiązaną do łóżka. - Zachichotała Burgund jakby udał jej się świetny figiel. To spowodawało, że dwójka Norsmenów też roześmiała się rozbawiona. - No co? Wino nam się skończyło. To wyszłam po jeszcze. A tak ładnie wygląda związana, że szkoda mi było ją odwiązywać. Nieźle ją ten Hubert wyszkolił. Tylko tutaj trochę trzeba się szczypać. No ale jak będziemy nocować w “Łabędziu” to może być całkiem ciekawie. - Łotrzyca podzieliła się swoimi wrażeniami z pogłębiania znajomości z mytniczką. To Astrid i Larsa też rozbawiło. - No ale wino już mam. Ale pomyślałam, że może ktoś z was chce jej zanieść? - Burgund wskazała na trzymany dzban z pokrywka na znak, że nie jest chciwa i może dać przyjaciołom okazję do zabawy z nową koleżanką.


                      Można było też grać w karty albo kości. Tą drugą grę preferował Gezackt i dwójka jego kompanów. Ale często ktoś im towarzyszył. A to Lars, Astrid, Burgund czy któryś z marynarzy. Zbójcy mieli kości o nieco spłaszczonych ściankach. Przez co na tym dwóm węższym trudniej było wypaść. Dlatego 1 i 6 punktowano podwójnie. Te spłaszczone kości były równie popularne jak i te bardziej równomierne. I jak większość z nich, były robione samodzielnie więc były trochę koślawe. Na ładne, gładkie, równomierne kości to sobie mogli pozwolić oficerowie, szlachcie albo zawodowi gracze. Teraz grali dla zabicia czasu na raczej drobne kwoty liczone w miedziakach. Lub za jakieś bibeloty. Przy okazji rozmawiano i była okazja lepiej się poznać.
                      - Widzieliście tą mytniczkę? Ale suczy w tych spodniach. Zobacz jak się wypina. - Mruczał cicho ten drugi zbójnik zwany Giętki. Kątem oka obserwował Juttę. Ta akurat nie miała co robić więc opierała się o reling i wyglądała za burtę. Rzeczywiście z tej perspektywy widać było zalety tyłów jej sylwetki a spodnie ładnie to podkreślały. - Ale bym ją brał. - Giętki zaśmiał się chrapliwie i zrobił gest jakby teraz stał tuż za mytniczką i się do niej dobierał.
                      - Wybij to sobie z tego durnego łba Giętki. To mytniczka. Niepotrzebne nam kłopoty. - Gezackt rzucił mu ostrzegawczym tonem. Ale jednak rzucił na miejską urzędniczkę okiem. - No ale łania niczego sobie. Też bym ją chętnie brał. - Pokiwał głową jakby przyznając, że i on nie jest ślepy na urodę celniczki.
                      - I ona wam się podoba. Ledwo się jakaś latawica trochę wypnie i zaraz tracicie dla niej głowy. - Blondwłosa Martin popatrzyła na kolegów z politowaniem. I wyciągnęła dłoń do herszta aby przekazał jej kostki.
                      - No ja się chłopakom nie dziwię. Jest u niej na co popatrzeć. Ale i tak się nie umywa do ciebie. - Burgund umiejętnie wysmażyła komplement blond łuczniczce. Czym od razu zarobiła od niej pełne wdzięczności spojrzenie i ciepły uśmiech.
                      - No kobieta w spodniach, zawsze jest warta uwagi. I jak wam się podoba żeglowanie? - Lars co tym razem nie grał ale siedział wygodnie na jakichś belach materiału dość blisko nich.
                      - No po rzece to nie tak źle. Ale na morze to mnie nie zaciągniesz. - Gezackt zaśmiał się do niego i na wynik rzutu. Bo koleżance wypadł dość słaby rzut i miała teraz niewyraźną minę.
                      - Nie jest tak źle. Ja kiedyś trochę pływałem po Talabek. - Giętki pochwalił się, że ma na tym polu większe doświadczenie od swojego szefa.
                      - Pływałeś. To był prom. Pływałeś od brzegu do brzegu. - Martin prychnęła z irytacją. Ale jakoś nie kwapiła się aby sięgnąć do sakiewki.
                      - Ale pływałem! Zresztą tam się akurat spotkaliśmy. A wcześniej też trochę pływałem. - Giętki fuknął na nią jakby dotknęła go ta uwaga koleżanki.
                      - Dobra Martin, nie przeciągaj kości tylko dawaj miedziaki. Chyba, że che che wolisz zapłacić inaczej. - Herszt upomniał koleżankę a ta przesadnie głośno westchęła i demonstracyjnie sięgnęła do woreczka z monetami. Ten wyglądał dość biednie.
                      - A jakbym w Salmund wam oddała? - Podniosła swoją głowę jakby po cwaniacku obliczała co bardziej jej się opłaca.
                      - Tak, zawsze to samo. Jak co do czego to “W Saltmund wam oddam”. Daj spokój Martin, nikt już się na to nie nabiera. - Giętki mówił zjadliwie jakby chciał się zrewanżować za wcześniejszą złośliwość.
                      - Oj no co ja zrobię, że tak rzadko tam bywamy? A ja tak dawno nie widziałam wuja. On sie przeniósł do stolicy i ma tam świetny interes. - Blondynka najpierw spojrzała na swoich kolegów ale potem na pozostałych. I tak mijała mila za milą i dzwon za dzwonem.


                      Gdy zaczęło się zbliżać południe pogodne niebo zaczęło zasnuwać się ciemnymi, szarymi chmurami. I wygladało na to, że może będzie padać. Była to też pora obiadu. Tak jak im jeszcze w mieście zapowiedziała Jutta, łajba nie zatrzymała się. Tylko jeden z marynarzy zaczął gotować i smażyć. Po pokładzie rozszedł się zapach smażonej ryby. W końcu jak był gotowy to i marynarze, i eskorta, i pasażerowie zaczęli się ustawiać w kolejkę. A i wioślarze zrobili sobie przerwę aby coś zjeść. Posiłek był prosty. Ser, smażona mała ryba, gotowana ryba w zupie, chleb i słabe wino. Przypominało podstawowy zestaw w jakiejś tawernie czy zajeździe. Daleko mu było do tej uczty Zachodnich Kamieniach albo jak się czasem załapali na obiad u Pirory. Ale spełniał swoje zadanie i w dól spływało przyjemne ciepło jakie stopniowo napełniało żołądek.
                      Po obiedzie wioślarze wznowili pracę. I łajba znów ruszyła w górę rzeki. Z ponurego nieba zaczęła padać mżawka. Drobne krople padały wywołując monotonny, cichy szum i drobne stukanie kropel o drewno. Stopniowo pokład i relingi ciemniały o wilgoci. Ale raczej mało komu to przeszkadzało. Nawet wydawało się to ożywcze. W każdym razie nie stanowiło to przeszkody w dalszej podróży. Ot krajobraz ograniczony dwoma ścianami lasu z obu stron, był teraz bardziej ponury niż gdy świeciło letnie słońce.
                      - Coś słychać! Od dziobu! - Jeden z marynarzy krzyknął w stronę rufy. Kilka głów spojrzało na niego, po czym na Wagnera. Zaczęli nasłuchiwać. Przez chwilę było słychać tylko ciche stukanie i szum mżawki. Cichy chlupot fal opływających kadłub. Trzask lin i drewna. Do tego jednak od rana zdążyli się już tak przyzwyczaić, że nie zwracali na to uwagę.
                      - No tak. Ja też słyszę. Jakby jakiś zgiełk. - Wśród pozostałych, rudowłosa łotrzyca pierwsza potwierdziła słowa marynarza. Po paru chwilach także i pozostali mówili, że coś słychać. Jakiś tumult. Ale wciąż trudno było powiedzieć co to może być. Rzeka przed nimi była pusta więc to raczej nie chodziło o inną jednostkę.
                      - To chyba gdzieś z brzegu. - Astrid zmarszczyła brwi. Chyba się zbliżali do źródła tego hałasu. Coraz bardziej wydawało się, że to z zachodniego brzegu. Ale było widać tylko tą ponurą ścianę lasu.
                      - Uważajcie! To mogą być ci piraci! - Wagner wyglądał na zaniepokojonego. I krzyknął do eskorty aby im przypomnieć po co ich wynajął. Chociaż nadal innej łajby nie było widać.
                      - No mogliby się wreszcie pokazać. Chętne kobiety i wino są dobre ale dobrze by było też w coś topór wbić. - Lars mruknął pod nosem z lekkim rozbawieniem. Rozglądał się jednak czujnie za źródłem tego hałasu. - Ktoś tam nieźle dokazuje. - Zmrużył oczy i co chwila przekręcał głowę aby lepiej łowić dźwięki.
                      - Szkoda, że Bjorna nie ma. On ma wilczy słuch i psi węch. - Astrid oparła się dłońmi o burtę aby wyjrzeć na zewnątrz.
                      - Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.

                      Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                      Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Heinrich i Fabienne

                      Właściwie to dzisiaj Heinrich miał u siebie dwoje gości z jego tajnej rodziny. Pierwszą była lady Fabienne. Po wizycie u Fredy, bretońska milady jeszcze na chwilę zaszła w odwiedziny do kolegi. Rzemieślniczka dokończyła robić dla niej robaczą misę. I te czerwie to wyszły jej chyba jeszcze troche większe niż te co zrobiła dla swojego sąsiada. A może tylko tak mu się wydawało? Musiałby pewnie postawić obok siebie te dwa naczynia aby je porównać i mieć pewność. No ale misa dla Fabienne miała dopiero iść do wypalenia i być gotowa na jutro. Myszata garncarka była pod takim wrażeniem dwójki znamienitych gości, że aż ich odprowadziła do drzwi i kłaniała im się w pas. Bretonkę to nieco bawiło. Ale były łowca czarownic szybko zorientował się, że chce mu coś jeszcze opowiedzieć. I pewnie dlatego zaszła jeszcze na chwilę w odwiedziny. Przy okazji widział grupkę młodzików co obsiadywali wejście do sąsiedniej granicy. Trzech czy czterech chłopaków i ze dwie dziewczyny. Na pierwszy rzut oka robili wrażenie kogoś w stylu Silnego i obu łotrzyć. Tylko jeszcze w nie tak doświadczonych. Kojarzył ich z widzenia. Często tam przesiadywali. Bardzo starannie ich odprowadzili wzrokiem ale milady to chyba nawet ich nie zauważyła. Szła zgrabnie i dumnie, płynnie dostoswując się do jego tempa. We dwójkę wrócili do jego mieszkania.
                      - Zobacz Heinri, jakie ta Freda ma zgrabne rączki. - Czarnowłosa kultystka sięgnęła po coś do swojej niewielkiej torebki. Pasowała do jej czarnej sukni a damy z towarzystwa lubowały się w takich detalach. Kobiety z pospólstwa na takie sobie nie mogły pozwolić. Gdy wyjęła swoją zadbaną, delikatną dłoń trzymała w dłoni dorodnego czerwia. Ciemny brąz gliny, kontrastował z jej alabastrową skórą. Ten robak wyglądał bardzo podobnie do tych jakie w jego snach, pełzały po ciele Fredy a ta zdawała się ich nie zauważać. Tylko te we śnie się ruszały i zachowywały jak żywe. A ten nie. No i te ze snu nie miały pierścienia na jednym końcu. Poza tym jednak robak wyglądał jak żywy.
                      - To przyjaciel samotnej kobiety. - Szlachcianka dała mu chwilę się przyjrzeć. Nim nie wsadziła dwóch palców w ten pierścień demonstrując jak to pomaga go chwycić. I poruszać w górę i w dół. Zwłaszcza jakby się go używało w kobiecej anatomii. To Fabienne rozbawiło i uśmiechnęła się lekko. - Chociaż przyznam, że w takiej formie to jeszcze takiego nie widziałam. - Znów położyła tą zabawkę na otwartej dłoni jakby oferując koledze aby też mógł go wziąć i się mu przyjrzeć. Ale nie nalegała. On zaś znów miał wrażenie, że ten gliniany czerw znów delikatnie zakłóca Eter. W zamian zaczęła mówić co się działo jak już prawie na koniec wizyty w warsztacie na chwilę wyszła z Fredą przez te drzwi skąd wzięła glinę na wazę.
                      - Freda zrobiła to dla jednej klientki. Ale też jej się spodobał to i zrobiła kilka więcej. Ciekawe kto jest tą klientką. Nie chciałam jednak nalegać. Zwłaszcza, że pewnie jutro znów przyjadę po odbiór misy. Chociaż może lepiej kazać jej aby mi ją przyniosła do domu? Albo do Pirory? Albo teatru? Jak myślisz Heinri? - Zaciekawiła się jakie on ma zdanie o okoliczności jej ponownego spotkania po odbiór naczynia. Bo zawsze mogła też znów przyjechać tu bezpośrednio i zapewne znów go odwiedzić. Jako bogata dama mogła jednak kazać dostarczyć Fredzie towar pod wskazany adres.
                      - Trochę się krępowała pokazać to przy tobie. Dlatego poszłam z nią na zaplecze. Ale tam jest brudno. Wszędzie ta glina. Dla mnie wygląda jak nie do końca wyschnięte błoto. Nawet nie wiesz jakie miałam nieprzyzwoite myśli dotyczące mnie, jej, tego czerwia i błota. - Uśmiechnęła się lubieżnie jakby już smakowała jakąś wyrafinowaną potrawę. - No ale na razie nie chciałam jej peszyć. - Westchnęła jakby z pewnym żalem, odsunęła na bok tą wizję. Po czym spojrzała na gospodarza całkiem bystro.
                      - Zapytałam jej czemu ci mówi “sąsiedzie”. W końcu też jesteś szlachcicem. A chyba jej tak nie peszysz jak ja. - Dała mu chwilę aby rozbudzić jego ciekawość. I widocznie zauważyła tą różnicę w zachowaniu rzemieślniczki w stosunku do ich obojga. - Najpierw powiedziała, że czasem widuje cię przez okno. Całkiem możliwe. Przecież mieszkacie obok siebie. Mogła się więc przyzwyczaić chociaż do twojego widoku. - Pokiwała swoją czarną, ufryzowaną głową na znak, że nawet przyjmuje takie wyjaśnienie garncarki. Brzmiało prawdopodobnie, przecież i Henri od dawna wiedział,że ten warsztat garncarski jest tuż obok. Ale dopiero jak zaczął mu się pojawiać w snach to zwrócił na niego większą uwagę. A zbyt wielu starszych, dobrze ubranych panów to tu w okolicy nie było.
                      - Ale potem powiedziała, że śniłeś jej się. - Von Mannlieb znów odczekała chwilę aby dorzucić kolejny kawałek opowieści. - Śniło jej się, że jesteś w jej warsztacie i obserwujesz ją przy pracy. I jak rozmawiacie ze sobą. Nie wiedziała jak się nazywasz więc zaczeła cię w myślach nazywać “sąsiadem” no i tak jej zostało. Mam wrażenie, że nie wszystko mi opowiedziała o tych snach no ale nie chciałam być wścibska. W końcu to może być początek całkiem ciekawej znajomości. - Obdarzyła kolegę ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.
                      - No dobrze, ale teraz już muszę lecieć do ratusza. Obiecałam Egonowi, że rozejrzę się za jakąś łajbą do nabycia po okazyjnej cenie. No i jestem ciekawa Adrienne. Jeszcze nie miałam jej okazji poznać tak dokładnie jakbym miała ochotę. - Uśmiechnęła się figlarnie do Heinricha aby zaznaczyć, że może być to wizyta i przyjemna i pożyteczna.


                      Lady von Mannlieb pożegnała się z nim jak jeszcze było bliżej poranka niż południa. Teraz było południe. Pogoda się popsuła. Słoneczne, letnie niebo zasnuły ciemne chmury. A po pacierzu czy dwóch, zaczęła z nich padać mżawka. Była obiadowa pora gdy były łowca czarownic usłyszał pukanie do drzwi. W takim rytmie, że musiał to być inny spiskowiec. Jak otworzył to zobaczył Tobiasa.
                      - Witaj kolego. Czy moglibyśmy porozmawiać? - Zagaił starając się zachować uprzejmość. Jednak Heinrich wyczuł, że uczony jest czymś poruszony. Jednak poczekał aż zostanie zaproszony do środka. I aby gospodarz mógł się poczuć jak gospodarz wobec gościa. Ale szybko przeszedł do rzeczy.
                      - Heinrichu. Nie uwierzysz co mi się dzisiaj w nocy śniło! Od razu chciałem przyjść do ciebie no ale nie mogłem zawalić swoich obowiązków na uczelni. Teraz mam przerwę obiadową to przyszedłem do ciebie w te pędy. - Zaczął od razu i chyba czuł uglę, że wreszcie jego emocje mogą znaleźć ujście. W nerwowych ruchach sięgnął do swojej zamykanej torby, podobnej do tych używanych przez cyrulików. Po chwili wyjął jakieś papiery i zaczął je szybko rozkładać na stole.
                      - Pamiętasz? Pamiętasz jak o tym rozmawialiśmy? - rzucił zniecierpliwionym tonem. I Heinri od razu rozpoznał te dziwnie dwuznaczne szkice jakie kolega pokazywał mu podczas ostatnej wizyty u niego. Teraz w pewnym sensie rewanżował się niezapowiedzianymi odwiedzinami. - To. To mi się śniło. - Pokazał palcem na te szkice. - Tylko się ruszały. Jak robaki. Jakieś stonogi, wije i inne obrzydlistwa. Po kobiecych udach i brzuchach. A pamiętasz ta dziura co się zastanawialiśmy co to może być? No to mówię ci, ze dziupla to to nie jest. - Prychnął nieco nerwowo. Przeczesał palcami swoje starannie ufryzowane włosy. I wziął głębszy oddech jakby chciał się uspokoić. - W każdym razie. Tak to interpetuje. Bo jakieś drzewa i gałęzie też widziałem. Tylko stawiam roboczą hipotezę, że raczej nie chodzi o dziuple i drzewa. Bo po co one Siostrom? A te robaki… No to sam wiesz. Sigismundus, ta wiedźma od tych Norsmenów a nawet niektóre nasze koleżanki, co mnie najbardziej dziwi, są całkiem zainteresowane takimi tematami. Słyszałem, że nawet lady Fabienne dała się zasiać. Niewiarygodne. Przecież to szlachcianka. I taka elegancka, wykształcona dama z klasą. Wiesz, że ona tam w Bretonii studiowała nawigację morską? Tu proponowano jej dokończenie studiów. Poszłaby od razu na zajęcia dla zaawansowanych. Ale podobno jej mąż się nie zgodził. - Teraz już odzyskiwał panowanie nad sobą. I po uspokojeniu tych najgwałtowniejszych emocji wracała do głosu jego naukowa natura. A Heinri kojarzył, że belfra nie było na tej nocnej zabawie przy Zachodnich Kamieniach no to nie widział jak potrafi się bawić ta elegancka i świetnie wykształcona dama. Teraz to jednak nie zaprzątało głowy wykładowcy.
                      - Dobra, mniejsza z tym. - Machnął dłonią, jakby to wszystko odsuwał na boczny tor i chciał się skupić na czymś innym. - Ta studentka co zrobiła te szkice. - Wskazał palcem na rysunki które przed chwilą tak chaotycznie rozłożył na stole. - To Gisele Meissen. Córka jednego z kapitanów. Ale zginął na morzu wiele lat temu. Nie jest szlachcianką ale jej rodzinę stać było aby dać jej wykształcenie w Akademii. Szkoli się na rządcę. Pływać raczej nie będzie ale przecież w porcie, w kapitanacie zawsze są jakieś magazyny i ładunki do zarządzania. No i ma talent jako iluminarz. Lubi rysować i malować. Pewnie dlatego chodzi na te zajęcia z projektowania cytatych galionów co nasze ladacznice są modelkami. Może nawet zna się z Fabienne. Czy z Pirorą to nie wiem, ona jest dość krótko w mieście. Tego nie jestem pewien. - mówił roztargnionym głosem jakby starał sobie przypomnieć co wie o owej rysowniczce. Znów przeczesał dłonią swoje ciemne włosy. Z nieco za dużymi zakolami.
                      - A dziś śniło mi się, że ona tam jest. Gisele. W Akademii. Na tych zajęciach z naszymi ladacznicami. I je rysuje. Ale tak w tym stylu. - Wskazał gestem na rozłozone szkice. - I jeszcze z kimś rozmawiała. Ale nie widziałem z kim. Albo nie zapamiętałem. To raczej nie dzisiaj. Ale po obiedzie znów mają być te zajęcia. Dlatego do ciebie przyszedłem kolego. Myślę, że to nie przypadek, że mi się to wszystko śniło. No a z tobą właśnie o tym ostatnio rozmawiałem. To od rana od razu pomyślałem o tobie. Chciałem z tobą o tym porozmawiać. Może poszedłbyś na te zajęcia? Ja się trochę obawiam angażować. W końcu Gisele mnie zna. Wie, że tam wykładam. No i powinienem jej chyba oddać te szkice. Taki miałem plan jeszcze wczoraj. Ale po tym dzisiejszym śnie to sam już nie wiem jak to wszystko rozegrać. - Wreszcie się Tobias wygadał i ze strapioną miną usiadł na krześle.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
                      Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano - południe
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)

                      Otto i Teofano

                      Chociaż przy sobie mnich miał tylko jedną porcję jaj w swojej zabawce to młoda cukiernik, przyjęła ją wdzięcznie i chętnie. Przez chwilę jeszcze widział jak ten lepki śluz jaki pokrywał te obłe okruchy życia, wypływał z jej kształtnego kuperka. Po czym ona schyliła się i wciągnęła bieliznę na miejsce, opuściła spódnicę i odwróciła się do niego. Objęła go mocno i pocałowała w usta. - Dziękuję Otto! Jesteś dla mnie taki dobry. - Przylgnęła do niego niczym wierna kochanka. Ale, że energia ją roznosiła to zaczęła mu radośnie opowiadać co się u niej działo od ostatniego spotkania wczoraj.
                      - Chyba zaczyna mi się układać z Gelą. Jak poszedłeś do nas na górę, to ja ją wezwałam na zaplecze. Na początku w ogóle nie wiedziałam jak zacząć. No to mówiłam jej, że jest miła dla klientów i oni ją lubią. Właściwie to nawet prawda. Chociaż słyszałam, że z niej poza cukiernią to niezła latawica. No ale wczoraj nie mogłam jej tego powiedzieć. To poprosiłam aby usiadła ale widziałam, że nie wie o co mi chodzi. No ale zobaczyłam jej chodaki to wpadłam na pomysł. Uklękłam przed nią, zdjęłam je, i zajęłam się jej stopami i łydkami. Bo przypomniałam sobie lady Fabienne. Gela patrzy na mnie taka zdziwiona. Ja się cały czas bałam, że zaraz zacznie wrzeszczeć i wyleci z wrzaskiem. Nie wiem co bym wtedy zrobiła. Ale ona nie. A ja do niej gadam. Że powinna się odprężyć, że nogi muszą odpocząć bo tak cały czas stoi albo chodzi. I czy przyjemnie. No mówi, że tak. To jej powiedziałam, że to taka moda i, że szlachcianki tak sobie robią. Trochę mnie poniosło i prawie jej powiedziałam o lady Fabienne. Przecież ona tak mi robiła. I nawet Margo. A przecież to tylko pokojówka. Ale w ostatniej chwili złapałam się za język i o niej nie powiedziałam. I trochę się bałam pójść na całość. Pomyślałam, że na pierwszy raz wystarczy. Ale się zdziwiła jak jej powiedziałam, że szlachcianki tak sobie robią. No ale powiedziałam jej, że jak byłam na próbie w teatrze to tam widziałam. Czy słyszałam? Już nie pamiętam co dokładnie jej powiedziałam. To z wrażenia! A myślisz, że jakoś udałoby się to załatwić z lady Fabienne? Myślisz, że Gela spodobałaby się milady? Może to by jakoś pomogło się dobrać do niej? Najlepiej tak aby ją zasiać przyjemniaczkami. Ale pewnie tak od razu to się nie da. - Mówiła szybko jak katarynka i widać było, że i dzisiaj przeżywa te skrajne emocje z wczorajszego spotkania z pracownicą cukierni. Nie było się co dziwić, że jak Teofano pochwaliła się swoimi znajomościami ze szlachciankami, nawet tak ogólnie, to musiało to zrobić wrażenie na ubogiej mieszczce. Taki plebs to szlachtę spotykał na mszy w Festag, może przy jakichś festynach albo w okienku przejeżdżającej karocy. Pod tym względem już samo przyjęcie do teatralnego chóru, było dla młodej Lebkuchen jak awans społeczny i możliwość obcowania z wielkimi i możnymi tego miasta. I to nawet jakby trzymać się tylko oficjalnej wersji znajomości.
                      - Ah! I ależ zrobiłeś wrażenie na mojej matce! Po twoim wyjściu była cała w skowronkach. Naprawdę mi kazała wziąć ten koszyk i przyjść tutaj w podzięce. Ale oczywiście jakbyś w Backertag w południe przyszedł do nas na dokończenie tych korzonków to moja matka bardzo by się ucieszyła. Ojciec ma posiedzenie w gildii piekarskiej to go w domu nie będzie. - Przekazała też zaproszenie na kolejne spotkanie ze swoją matką. I widać było, że w pełni je aprobuje.
                      Później jak już poszła to jeszcze przeor go wezwał do siebie. Przez te parę dzwonów gorączkowe pracy, udało im się uprzątnąć większość szkód jakich narobili krnąbrni pacjenci. Pewnie dlatego przeor już nie był tak zdenerwowany jak rano. I prosił aby brat Otto przekazał zaproszenie czcigodnej lady Odette. Jakby tylko miała ochotę na odwiedziny w ich skromnych progach to zawsze dla niej były otwarte.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Cyrkowa 6, teatr
                      Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Otto i Odette

                      Jednooki mnich po opuszczeniu hospicjum, musiał się przejść do teatru. Tam zastał lady Odette. Wyglądała olśniewająco jak zwykle. Właśnie udzielała wskazówek jakimś dziewczętom jak mają śpiewać dany fragment. Aż wydawało się dziwne, że tak znamienita i elegancka dama, w ogóle zauważy zwykłego mnicha w habicie i sandałach. Jednak jak go dojrzała dała mu gestem znak, aby poczekał na zapleczu. Tam spotkała się z nim ale na krótko. Weszli razem do tej samej garderoby co ledwo parę dni temu, razem z lady Fabienne, poznali i zasiali lady von Neuhoff. A właśnie do nich teraz mieli jechać.
                      - Dobrze, że jesteś mój drogi Otto. Nie uwierzysz co się stało. Dziś w nocy! Urodziłam! - Od razu sprzedała mu tą radosną wiadomość. Tajemniczym gestem wezwała go gestem do siebie. I wyjęła z szafy okrągłe pudełko na kapelusze. Gdy zdjęła pokrywkę ukazały się czerwie. Ruszały się badając powierzchnię swojego więzienia. Błyszczały od sluzu i zdązyły nim oblepić większość wnętrza. Było ich z pół tuzina i były większe niż te jakie do tej pory nazywali dużymi. Choć nie aż tak jak te dwa co w Festag urodziła bretońska milady.
                      - Spójrz na nie. Są takie obrzydliwe i ohydne. W życiu bym ich nie dotknęła. Powinno się je natychmiast spalić i wyrzucić do morza. Nie mogę się doczekać kiedy będę się z nimi figlować. - Powiedziała to wszystko jednym tchem, znów prezentując ten rozdźwięk między słowami które wydawały się prawidłowe co do takich plugawych stworzeń a rozkosznym szeptem matki i kochanki. - No ale musimy pojechać do von Neuhoffów. - Westchnęła z pewnym żalem jakby jednak wolała tu zostać i zrealizować swoje nietypowe fantazje. Nagle jednak oczy jej zabłysły. - Ale to nie wszystko! Zobacz! - Cofnęła się o krok i gwałtownie zaczeła podwijać swoją drogą, elegancką spódnicę jaka była raczej granatowa niż żałobna czerń. No ale mniej więcej mieściła się w wymogach okazywania szacunku zmarłej księżnej. Zresztą teraz już Otto widział jej posągowe nogi okryte drogimi, jedwabnymi pończochami. A ona sama bez wahania ściągnęła swoją koronkową bieliznę. Podobnie jak rano Teofano w celi hospicjum gdy była tak chętna na kolejne zasianie. Teraz jednak milady odkryła przed nim swoje łono. Już je dość dobrze znał. Ukazał się sekretny tatuaż czerwonych, kobiecych ust w złotej koronie. Szlachcianka schylała głowę jakby tam jednak było coś wyjątkowego. - I co? Widzisz? - Lekko spojrzała na niego pytająco. Jednak on nie dostrzegał tam niczego nowego. - Hm. Teraz chyba nie ma. Nie widzę. I nie czuję. - Zmarszczyła brwi nieco zafrapowana. Przesunęła dłonią po swoim łonie jakby sprawdzała je na dotyk. - No nie ma. Teraz nie ma. - Jej konsternacja pogłębiła się. I nagle tak samo jak przed chwilą, nagle się ożywiła. - Ale było! Dziś w nocy! Jak urodziłam! Z tych ust! Wyszedł… Tak jakby język. Albo rurka. Sama nie wiem co to było. Trochę utonęłam w błogiej rozkoszy. Laura miała rację! Porody są najlepsze z tej całej ciąży! A ta ciąża też jest wyborna! Chcę jeszcze! - Mówiła nieco zniekształconym głosem, przez to, że przytrzymwała brodą fragment sukni. Ale teraz jak Otto oglądał jej łono to nie było żadnego śladu po jej nocnych przygodach. Do niej to chyba też dotarło bo w końcu puściła suknię i zrobiła krok. Ale zbyt gwałtownie bo nie nasunęła bielizny na miejsce więc się prawie potknęła i musiała złapać się biurka aby nie upaść. Wymamrotała coś z irytacją co chyba raczej nie powinno paść z ust damy. Ale siadła na tym krześle i wysunęła ozdobną szufladę. Grzebała tam gwałtownie w pośpiechu, aż dudniło. Aż znalazła niewielkie, metalowe pudełeczko wielkości tabakiery. Wtedy zamarła. I podniosła głowę na stojącego obok mnicha.
                      - Zobacz. - Powiedziała uroczyście. Po czym ostrożnie otwarła puzderko. Najpierw tak jakby sama chciała tam zajrzeć. - Są! Nie zniknęły! - Ucieszyła się i teraz już wyciągnęła dłoń aby i mnich mógł się przyjrzeć. W środku było kilka niewielkich, galaretowatych kulek wielkości małego groszku. Oblepione podobnym śluzem jaki zwykle oblepiał dziedzictwo Oster. Tylko te jaja było trochę mniejsze. Za to kolory były wyraźniejsze. Przypominały te co niegdyś na próbę uzyskali z Dorną od much gdy posłużył się fluidem lady Sorii. - Nie do końca wiem skąd się wzięły. Jak doszłam do siebie to miałam je na brzuchu. - Przyznała aktorka skąd ma te kilka kulek. - Jak myślisz? Co to jest? I skąd się wzięło? - Dało się wyczuć, że jest zafascynowana tą zagadką. I może nieco zaniepokojona.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Jedwabna 18, kamienica von Neuhoffów
                      Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Otto, Odette i von Neuhoff

                      W teatrze nie mogli zostać zbyt długo bo czekał na nich obiad u von Wittów. Lady Odette była tylko ciekawa czy Otto ma jakieś jaja na wypadek gdyby była okazja zasiać lady Benitę ponownie. Gdyby nie miał to jeszcze oferowała mu podwózkę przed przyjazdem do znajomych szlachciców. - Nie obawiaj się mój drogi Otto. Jeśli nie będzie okazji użyć ich na Beni to i tak się nie zmarnują. - Posłała mu przy tym zalotny uśmieszek. Ale musieli już jechać. W międzyczasie spadła mżawka. Jednak wewnątrz luksusowej karocy to nie był żaden problem. Jednooki już odbywał przejażdżki pojazdami Pirory i Fabienne. Ale to czym podróżowała Słowik Północy to jeszcze było przynajmniej o klasę wyżej.

                      Gdy zajechali na miejsce, Otto zorientował się, że wcześniej tu nie był. Neuhoffowie mieli malowniczą, zadbaną kamienicę. Mniej więcej w połowie drogi między teatrem a rezydencją von Mannliebów. Wysiedli we dwoje i milady śmiało podeszła do drzwi i zapukała energicznie. Po chwili otworzył im odźwierny i wpuścił ich do środka. Trochę to wyglądało podobnie jak podczas jego odwiedzin u Fabienne. Zwłaszcza na początku. Tu jednak był partnerem Słowika Północy więc wyglądało to o wiele bardziej życzliwie. Prawie od razu, para gospodarzy wyszła aby się z nimi przywitać. Oboje byli ubrani dostojnie i elegancko. Benita niczym nie zdradziła się, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń ze sławną śpiewaczką. Jej mąż, Robert, był od niej wyraźnie starszy. Jednak trzymał się prosto i zachowywał swobodnie.
                      - Oh witamy w naszych skromnych progach. To prawdziwy zaszczyt dla nas, witać tak znamienitych gości. Nawet milady nie wie jak pragnąłem mieć okazję podziwiać ją gdy tylko się dowiedziałem o jej przybyciu do naszego smutnego miasta. Bogowie zesłali nam prawdziwy promyk słońca do rozświetlenia naszego marnego żywota. - Robert okazał się elokwentny i szarmancki. Chociaż przez moment posłał krótkie, zdziwienie mnichowi jaki towarzyszył lady von Treskow. Ta jednak to wyłapała.
                      - Oh darujmy sobie te tytuły. Będę zaczczycona jak będę ci mogła mówić Robercie. Ty też możesz mi mówić Odette. Zresztą byłoby mi niezręcznie gdybym do Beni zwracała się po imieniu a tobie musiała używać tytułu. - Aktorka też zachowywała się swobodnie w tych niuansach dworskiej etykiety. Za to Otto nie był w tym tak biegły i ledwo za nimi nadążał. Jednak milady zabdała aby nie czuł się wyobcowany. - A to jest brat Otto. Wracamy właśnie z teatru. Brat Otto bardzo nam pomaga w organizacji tych wszystkich spotkań. Nawet nie wiecie ile ta sztuka wymaga spotkań i to czasem się sama czasem dziwię z kim. Ale dzięki Otto to zawsze są bardzo ekscytujące i owocne spotkania. - Odette gładko przedstawiła mnicho. A von Neuhoffowie przywitali się z nim grzecznie. Benita uśmiechnęła się nieco szerzej jakby dwuznaczność w słowach koleżanki i kochanki bardzo ją rozbawiła ale jej mąż chyba tego nie wyłapał.
                      - To dobrze, że w naszym mieście są tak obrotni słudzy boży. Miło mi cię powitać bracie Otto. - Robert skinął mu głową ale skoro jednooki nie był szlachcicem to, nie wyciągnął do niego dłoni. To akurat było normą, szlachcie okazywali braterstwo tylko równym sobie. Zapewne gdyby dziś Otto nie partnerował milady to wątpliwe aby gospodarze się pofatygowali powitać zwykłego mnicha. Bo nawet Benicie nie wypadało przyznać się, że coś ich łączy. Po chwili przeszli na piętro do salonu. A tam czekał na nich elegancki stół, przykryty barwnym brusem i nakryty wieloma daniami. Widać było, że gospodarze przygotowali co najlepsze na przybycie diwy. Dwoje służących sprawnie im usługiwało przy stole donosząc nowe dania lub odnosząc puste talerze i półmiski. Rozmowa zaczęła Odette od zainteresowania daniami co było mile widziane aby okazać szacunek gospodarzom. A i to była chwila aby pani domu mogła się wykazać. A dania cieszyły oko. Zapewne ten jeden obiad to by starczył w hospicjum na dwa, może i trzy dni. I pieczone w jabłkach jagnię, i bażant wciąż ozdobiony swoimi piórami, i wielki sum z nadzieniem. I jakieś mniejsze dzwonki ryb. A i przypraw nie oszczędzano więc aż ślinka ciekła od tych rozkosznych aromatów. Sosów też nie żałowana a nie jak w hospicjum, jakiś cienkusz do kaszy. Kasz też było kilka rodzajów. A do tego desery czyli suszone owoce, szarlotki, kislevskie miodowniki. Nawet pierniki, kto wie czy nie z cukierni Lebkuchenów. I do picia też było do wyboru. Ze trzy rodzaje wina, nalewki, krasnoludzkie klarowne ale, imperialne gęste piwo, ciemne bretońskie, kislevskie miody. Nie było szans aby we czwórkę zjedli chociaż cześć tego ale wiadomo było, że gospodarzom zależy aby okazać gościom szacunek i się pokazać z jak najlepszej strony. A ta biesiada sprzyjała swobodnym rozmowom. Najczęściej jednak to lady Odette opowiadała swoje barwne przygody. Czasem zabawne, czasem trochę straszne czy krępujące. Ale miała dar do bycia w centrum uwagi i potrafiła snuć wspaniałe opowieści, więc przynajmniej Robert i Benita byli pod wrażeniem.
                      - I wyobraźcie sobie ja zamykam się w garderobie a on tam już na mnie czekał! - Opowiadała jak to w Erengradzie pewien młody arystokrata całkowicie się w niej zadurzył i koniecznie chciał ją poślubić.
                      - Ah ona była taka wspaniała i namiętna jak to tylko ci południowcy potrafią. - Ze swadą streściła im jak pewna estalijska markiza zrobiła jej niespodziankę wstawiając do jej sypialni całe kosze bukietów.
                      - W Wolfenburgu pewien profesor koniecznie prosił mnie kroplę mojej krwi. Mówił, że mogę być potomkiem jakiejś pradawnej linii szlacheckiej jaka od wieków jest zaginiona. Potem się dwiedziałam, że on ma podejrzane zainteresowania śmiercią i wampirami ale juz w końcu nie wiem czy im służył czy zwalczał. - Opowiadała co ją spotkało podczas jednej z wizyt w stolicy sąsiedniego Ostlandu.
                      - A w Marienburgu miałam gorący romans z pewnym małżeństwem. Tylko oni oczywiście nie wiedzieli, że romasuję z tym drugim. To było całkiem zabawne i eskcytujące tak spotykać się raz z nim a raz z nią. Ale na dłuższą metę co się zrobiło troche skomplikowane więc doprowadziłam ich do konfrontacji. O rany ależ zrobili sobie awanturę! Tego się nie spodziewałam. No ale o mnie więc nawet to romantyczne. No i ostatecznie wszyscy skończyliśmy w sypialni czyli dobrze się skończyło. Dalej dostaję od nich listy. Oddzielne. - Wspominala swoje romanse z największego portu na Morzu Szponów. A Neuhffowie słuchali jej jak urzeczeni. Brzmiało to jak przygody jakiegoś sławnego awanturnika co zwiedził różne, dalekie i egzotyczne strony. I wszędzie milady miała kochanków, romanse, intrygi, niesamowite, czasem niepokojące historie, kłopoty z weną lub odwrotnie, gdy natchnienie samo ją opętywało. Dzięki temu, że tak skutecznie skupiała na sobie uwagę gospodarzy, niezbyt się dopytywali co zwykły mnich robi u jej boku.
                      - Cóż za wspaniałe przygody. Odette jesteś niesamowita. Pozwól, że uczcimy to pewnym zamorskim specjałem. - Robert potrząsnął głową ale wstał i podszedł do szafki. Wyjął z niej małe, drewniane, ozdobne pudełko. Ale jak je otworzył to trochę się zdziwił. - Niezdara ze mnie. Bardzo was przepraszam, zaraz wrócę, tylko uzupełnię ten podręczny zapas. Całkiem mi wyleciało to z głowy. - Szlachcic skłonił się grzecznie i wyszedł z biblioteki. Więc przez chwilę zostali we trójkę.
                      - A cóż takiego szykuje Robert? - Zaciekawiła się aktorka, przenosząc spojrzenie na jego młodą i atrakcyjną żonę.
                      - Cygara. Uwielbia je. Ale są strasznie drogie i nie każdy statek z Lustrii je ma. Więc Robert bardzo je oszczędza i trzyma tylko na specjalne okazję. Ale bez obaw, zaraz pewnie wróci. - Benita odpowiedziała czego się spodziewa po wyjściu męża. O tym zamorskim zielu do palenia mnich słyszał. Ale było zbyt drogie i rzadkie aby sam miał kiedyś okazję próbować. Nawet cygara to nie był pewien czy kiedyś je z bliska widział.
                      - Uwielbiam cygara. - Odette uśmiechnęła się zadowolona z takiej niespodzianki. Po czym rozsunęła szeroko ramiona w stronę gospodyni. - No ale wreszcie możemy się przywitać jak należy. - Posłała jej kuszący uśmiech. A druga szlachcianka nie wahała się. Wstała ze swojego krzesła i szybko objęła śpiewaczkę przytulając się do niej.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine jako Egon Herschkel
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #326

                        - Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.

                        Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.

                        Egon powstał na równe nogi. Znużony wcześniejszym rejsem, na którym nie działo się absolutnie nic, przywitał okazję do bitki z wdzięcznością.

                        – Ejże! – krzyknął głośno. – Jakże to, nie godzi się oddawać bez walki prawdziwych bab co z Nordlandu pochodzą! Ludzie! Zawijajcie tam, a żywo! Czas dowieść, kto prawdziwy chłop, a nie cipa żadna! Ładować mi się tam, trza swoim pomóc!
                        - Co?! Jakie zawijać! Ślepy jesteś ile tam tego plugastwa?! A jak zaatakują nasz statek?! Zapłaciłem wam za ochronę! - Wagner aż zatrząsł się z oburzenia, a pewnie i strachu, na myśl, że miałby skierować swoją barkę, w stronę brzegu. Wioślarze co chwilowo wstali ze swoich ławeczek, też nie wyglądali na chętnych aby niepotrzebnie ryzykować. Solidny pas rzeki, jaki oddzielał ich od brzegu, sprawiał wrażenie skutecznej fosy przeciwko atakowi orków.
                        - To daj nam łódź. - Lars wskazał na szalupę, jaka stała na dachu rufowej nadbudówki. Szyper też tam spojrzał i po chwili zastanowienia skinął głową.
                        - No dobra. - Zgodził się i dał znać dwóm marynarzom. Ci pobiegli na górę, aby przygotować szalupę do spuszczenia na wodę. Dzięki niej, można było podpłynąć na sam brzeg, bez ryzykowania cumowania tam rzeczną barką. Ale musiało też zająć to trochę czasu. Brzeg nie wydawał się aż tak odległy. Może ze dwa tuziny kroków w linii prostej. Jednak trzeba by go przepłynąć wpław a w pełnym ekwipunku, ubraniu i pancerzu niosło to pewne ryzyko.

                        – Dobra, ludzie, zawijamy się, trza pomóc swoim! – Egon zawołał. Już miał zakrzyknąć szypra jako tchórza, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

                        Egon zakręcił się wokół szalupy, a kiedy tamci odpięli ją z lin, pomógł im nieść ją, aby ją zwodować. Zdawało się, że liczyła się każda sekunda!
                        Marynarze spuścili szalupę na rzeczne wody. Zaczęła się bujać na falach, znacznie bardziej niż barka. Lars i Astrid jako wprawni żeglarze, nie mieli z tym trudności. Wskoczyli do środka, bez żadnych kłopotów. Burgund się zawahała.
                        - Ale ja to najwyżej przy łodzi na was poczekam. - Zastrzegła. W końcu była uliczną cwaniarą, ladacznicą i oszutką ale nie wojowniczką. Jednak po tej chwili wahania jednak zajęła miejsce obok dwójki Norsmenów. Była portową dziewczyną, więc nie miała z tym kłopotów.
                        - Chcesz tam płynąć? Ale zobacz ile tych orków tam jest. - Gezackt nie wydawał się być przekonany do zbędnego ryzyka. Wymownie wskazał na całkiem spore stado wrzeszczących zielonoskórych jakie otaczało dwie kawalerzystki. - Są konno, pewnie zaraz się same wyrwą. - Dodał jeszcze, jakby żywił nadzieję, że tak się właśnie stanie. A wówczas interwencja z łajby, nie byłaby potrzebna. Dwoje jego ludzi stało blisko niego i czekało na to co się stanie. Jutta przygladała się temu wszystkiemu.
                        - Rzeczywiście jest ich dość sporo. Ale orki słabo pływają. Na rzece jesteśmy dość bezpieczni. - Starała się podkreślić to ryzyko, jakie niesie ze sobą akcja na lądzie. W międzyczasie Silny i Rune też wskoczyli do szalupy.

                        – Dobra, dobra – sapnął Egon, który miał dość zbędnej paplaniny.

                        Wojownik nie zamierzał ignorować snów - wiedział bowiem, że Gonsar i jego wizje mogły w jakiś sposób wpływać na niego i na jego towarzyszy i choć magii na ufał, to jednak gotów był ponieść ryzyko. Wiedział też, że Silny i Rune docenią okazję do bitki, a wszak sam nie mógł z niej zrezygnować, każda przelana krew bowiem była miła jemu Patronowi.

                        – Idziecie ze mną? Damy odpór, jeno wokół mnie się ustawiajcie, to bez żadnego problemu będzie.

                        I rezygnując z dalszych prób przekonywania, zaparł się o wiosła, aby jak najprędzej dopłynąc do walki.

                        Grupka kultystów znalazła się w szalupie. Lars i Astrid sprawnie odwiazali liny od szalupy. I widząc, że mimo chwili zawachania się, nikt do nich więcej nie kwapi się aby do nich dołączyć, to naparli wiosłami odpychając się od burty barki. Po czym mogli wsadzić je w wodę i zacząć pracować. Pod naporem czwórki, silnych wioslarzy, szalupa zaczęła szybko zbliżać się do brzegu. Chociaż Egon z kolegami to głównie widział oddalającą się barkę. Załoga w większości, zgrupowała się na burcie aby obserwować widowisko na brzegu. Tylko blondwłosa Martin miała łuk. I teraz uniosła go i posłała pierwszą strzałę. Pocisk przeleciał nad głowami wioślarzy, ale nie widzieli jaki był jego efekt. Zanim dobili do brzegu, łuczniczka zdążyła wystrzelić jeszcze kilka razy.
                        - Już niedaleko! Zaraz będziemy! - Burgund zajęła miejsce na dziobie łodzi więc miała najlepszy wgląd na to co się dzieje w kierunku w jakim płynął. Gladiator to tylko słyszał chlupot fal o wiosła i drewno dookoła siebie i zgiełk walki za swoimi plecami. Wrzaski zielonoskórych, szczęk broni, tupot jakby biegło tam jakieś stado, rżenie koni. Aż łódź wbiła się w muliste dno.
                        - Ha! Teraz zobaczymy czy te orki są takie twarde! - Krzyknął Silny gdy puścił wiosło i wstał. Od razu wyciągnął zza pasa swoją solidną, okutą metalem pałkę. Lars też wyskoczył za burtę. Ale potrzebował chwili aby zdjąć tarczę z pleców i dobyc topora.
                        - To ja tu na was poczekam! - Burgund tak jak mówiła jeszcze na łajbie, nie kwapiła się do bitki. I wolała zostać przy łodzi. Pozostali razem z Egonem wyszli już na brzeg i próbowali zorientować się w sytuacji.
                        Z kilkadziesiąt metrów dalej, na skraju wąskiej przesieki, dwie blondynki wciąż walczyły z grzbietów swoich wierzchowców. Nadal były otoczone przez stado wrzeszczących zielonoskórych. Na ich dwie, horda wydawała się tak duża, że przeszkadzali sobie nawzajem i na raz tylko niewielka część z nich, była w stanie walczyć z obiema kawalerzystkami. Wśród tych dwunożnych dzikusów widać było i orki i gobliny. Te pierwsze były masywne i ciężkie. Wydawały się jakąś karykaturą człowieka jaka kumuluje w sobie barbarzyńskie, prymitywne cechy. Wśród nich były też cudaczne, wrzaskliwe gobliny z wielkimi nosami i uszami. Widać było, że wojowniczki już powaliły kilka z nich i gdyby udało im się wyrwać, to mogłyby odzyskać swobodę manewru i walka mogłaby przechylić się na ich korzyść. Lub nawet by mogły urwać się z walki z przeważającymi siłami. Jednak gęstwa wrogów była zbyt wielka i nawet konno, gdy pokonały któregoś przeciwnika to były w stanie zrobić tylko kilka kroków. Gdzieś tam w to kotłowiska spadła kolejna strzała Martin ale trudno było ocenić efekt. Na razie chyba ani one, ani zielonoskórzy, nie zorientowali się jeszcze o przybyszach na brzegu.

                        – Dobra, ludzie – rzekł Egon, który po drodze przemyślał całą rzecz. – Jest nas mało, to nie rozdzielamy się. Uderzamy kupą, ja wbijam zawsze pierwszy, wy mnie ubezpieczacie. Wszystkim rady nie damy, odwracamy uwagę. Zaczepiamy, żeby tamte miały dość miejsca, żeby uciec. Potem odwrót na szalupę. Jasne? To za mną!

                        Wyłuszczywszy plan, ruszył w stronę zielonoskórych, wiedząc, że to, na co się poważa, jest całkiem niebezpieczne. Jednak… Ryzyko warte było gry.

                        Widać było gołym okiem, że grupka szturmowa z łodzi, jest o wiele mniej liczna od bandy zielonoskórych. Ci jednak koncentrowali się na dwóch walczących kawalerzystkach i początkowo nie zauważyli nowych przybyszy. Co pozwoliło im przebiec ten ostatni kawałek polany w stronę bitki. Dopiero w ostatniej chwili, któryś nie związanych walką goblinów, zaksrzeczał ostrzegawczo czym zaalarmował swoich współplemieńców. A po chwili grupka Egona wbiła się w tą ciżbę dzikusów. Miecze i topory skrzyżowały się z rębakami. Z początku działało jeszcze zaskoczenie. Jednak widząc nową okazję do bitki, orki zostawiły kawalerzystki goblinom, i dzikim wrzaskiem zwróciły się ku nowemu przeciwnikowi. A gdy zaskoczenie przestało działać, szybko dała o sobie znać, przewaga liczebna zielonoskórych. Napierali na ludzkich napastników samą swoją masą, starając się zgnieść wszelki opór swoimi rembakami i toporami. To byli brutale stworzeni i znający tylko walkę. Niewiele wyżsi od takich wojowników jak Egon, Silny czy Lars. Ale przez to, że mieli nieco przygarbioną sylwetkę. Za to nawet tacy sprawni ludzcy wojownicy, wydawali się szczupli i drobni, w porównaniu do masywnych, barczystych orczych sylwetek.

                        Egon szczęśliwie dla siebie, prawie od razu wrażył swój topór w orcze mięso. Broń bez trudu przebiła się, przez gruby ale prymitywny pancerz przeciwnika. Ten krótko krzyknął z bólu ale zaraz sam zamachnął się swoim rembakiem. W ostatniej chwili gladiatorowi udało się własnym toporem zablokować ten cios. Lars miał mniej szczęścia. Zbyt niezdarnie zrobił zamach toporem i jego przeciwnik wykorzystał to, rąbiąc go z góry w bark. Norsmen zajęczał z bólu ale to było za mało aby go powalić. Wrzasnął bojowo ale ork szybko znów go trafił. Morski łupieżca zachwiał się od kolejnej rany ale wciąż trzymał linię. Obok niego walczyła blondwłosa córka jarla. Na tle kolegów, wydawała się najbardziej wiotka. Rzeczywiście dość szybko topór jednego z orków trafił ją w ramię a skald krzyknęła ostro. Jednak wytrzymała to i dalej wiązała walką dwóch czy trzech orków. Wydawało się, że na każdego z ludzkich wojowników przypada po więcej niż jednym przeciwniku. Kamrat Silnego, Rune, też oberwał. Ale szybko udało mu się zrewanżować swojemu przeciwnikowi. Łysy mięśniak z portowych zaułków Neus Emskrank walczył obok Egona. I kątem oka ten widział jak z impetem przygwoździł jednemu z orków w pierś. Sądząc po ryku boleści musiało go to zaboleć. Ale nie aż tyle aby wypadł z walki.

                        Stężenie i tempo walki rosło. Nie ustępowali ani ludzie, ani zielonoskórzy. Obie strony zaczęły ponosić pierwsze zauważalne straty. Z ludzkiej linii w końcu pierwszy wypadł Lars. Ciężko ranny, dysząc i charcząc, cofnął się. I kulejąc zaczął cofać w stronę łodzi. Widząc to, Burgund podbiegła do niego aby go wesprzeć na ramieniu i podprowadzić do czekającej łodzi. Rune i Astrid zauważalnie oberwali. Córka jarla miała zgrabny, skórzany pancerz jaki dobrze wyglądał i podkreślał jej zgabną sywletkę oraz status. Jednak w brutalnej walce, słabiej sprawdzał się niż solidna kolczuga. Mimo to właśnie ta skórznia chociaż raz powstrzymała orcze ostrze. Ale za drugim razem już jej się tak nie powiodło i znów oberwała. Jednak nadal trwała w walce obok swoich kolegów. Chociaż już była wolniejsza a jej ruchy straciły na precyzji. Rune też złapał kilka ciosów. Nie aż tyle aby się wycofać. Walczył zajadle i to właśnie jemu, udało się powalić pierwszego orka. Nadal jednak walczył z dwoma innymi. Silnemu szło całkiem nieźle. Raz orczy rembak nieco drasnął go w ramię. A on sam starał się wesprzeć ostlandzkiego wiarusa. Walczył zawzięcie i gdy nieco musieli wyrównać szyk po wycofaniu się Larsa, to łysy płynnie wszedł na jego miejsce. Egonowi też szło całkiem nieźle. Raz trafił jednego ze swoich orków i ponownie. I jeszcze raz. Widział, że ten najbardziej trafiony zielonoskóry to już się chwiele i ledwo stoi na nogach. Ale z orczym uporem wciąż starał się zabić przeciwnika. Dwóch jego sąsiadów jednak wciąż wyglądało na w pełni sprawnych. Udało im się nawet raz trafić gladiatora chociaż dość płytko.

                        Egon stwierdził, że skoro już zaczęli odnosić straty, nie było sensu pakować się jeszcze głębiej. Rune i Silny, choć walczyli, nie mogli przebić się przez cały tabun orków. Koniec końców, dali dwóm jedźcom dokładnie to, czego potrzebowali, czyli szansy na odetchnięcie i ucieczkę. Było to, zdaje się, wszystko, co mogli im dać, a w każdym razie - wszystko bez poniesienia dalszych strat.

                        – Wy taam! – Egon wrzasnął do jeźdźców. – Uciekać, przedzierajcie się, bo nie utrzymamy się!

                        I zwrócił się do reszty:

                        – Te, cofać się do łodzi! Ile było, tośmy im pomogli!

                        I począł uderzać defensywnie, chcąc rozciągnąć pole walki, jak tylko się dało, aby dać tamtym możliwość ucieczki.

                        Orki z jakimi walczył Egon, za bardzo przesłaniały mu widok aby mógł spojrzeć co się dzieje u kawalerzystek. Chyba nadal walczyły z goblinami ale słyszał też stamtąd goblińskie skrzeki, rżenie i tętent koni. Jego towarzysze powoli cofali się w stronę rzeki. Trochę świadomie ale też swoje robił napór przeważających liczebnie zielonoskórych brutali. Wydawało się, że ich topory i rembaki tworzą niekończącą się ścianę siekających ostrzy jakie napędzała prymitywna wściekłość.
                        Wśród obrońców, szybko wykrystalizowały się dwa punkty oporu czyli Egon i Silny. Rune i Astrid zostali zepchnięci do wyraźnej defensywy. Nie udawało im się jakoś zauważalnie trafić kogoś z zielnoskórych. A sami wciąż byli przytłoczeni ich brutalnością i przewagą liczebną. Blondwłosa córka jarla, została trafiona kilka razy. Ale bogowie wojny jej sprzyjali i za każdym razem ostrze topora lub rembaka ześlizgiwał się po jej dość słabym pancerzu. Żadnemu z trzech przeciwników, nie udało się jej uczynić większej krzywdy. Jednak im dłużej walka trwało tym bardziej rosły szanse, że wojenne szczęście jej się skończy.
                        Weteranowi imperialnych armii też tak się udało kilka razy. Jednak i on nie był w stanie wrażyć skutecznego ciosu, przeciwko któremuś z dwóch orków z jakimi walczył. Jednak tak samo jak skald, starał się nie porzucić linii oporu towarzyszy. I razem z nimi cofał się powoli w stronę łodzi.
                        Silnemu szło znacznie lepiej. Przejął trójkę masywnych przeciwników, z jakimi wcześniej walczył Lars. I jego solidna, okuta metalem pałka, rozdawała solidne ciosy. Nawet zielonoskórzy musieli je odczuć. Raz trafił w potężne ramię orczego dzikusa aż ten zawył. Innym razem uderzył czubkiem swojej tępej broni, że tamtemu musiało pęknąć jakieś żebro. W końcu powalił jednego z nich i został sam przeciwko dwóm kolejnym. A wyglądało na to, że chociaż sam został przez nich parę raz draśnięty, to jednak temu portowemu oprychowi, idzie całkiem nieźle.
                        Gladiatorowi szło jeszcze lepiej. Raz za razem, udawało mu się trafić któregoś z trzech orków jacy próbowali go osaczyć. Sieknął w solidne ramię topornika, to zdzielił go w umięśniony bok albo trafił w bark. I najpierw jeden z nich padł i się zrobiło dwóch na jednego. Ten drugi po mocnym ciosie jaki rozpruł mu brzuch zawył i złapał się za wypadające trzewia. Po czym rycząc w agonii zwalił się na ziemię. Egonowi został ostatni z tasakiem. Ten ostatni też w końcu padł. Lwiej Grzywie udało się zdzielić go potężnym ciosem w bark. Wyprofilowany pod kątem przebijania topór jaki w zimie, dostał od Froyi van Hansen, z siłą nadanym mu przez ramiona gladiatora, bez turdu przebił się przez gruby ale prymitywny pancerz orka. Przełamał się przez jego mięśnie, obojczyk i żebra. Aż zielona jucha chlusnęła na wszystkie strony, także na twarz brodacza. Ork zawył i złapał się za trafione miejsce. Cios wydawał się być kończący ale Egonowi jeszcze udało się wyrwać swoją broń i sieknąć ostatni raz. Topór rozłupał grubą, prymitywną czaszkę zielonoskórego i bez trudu ściął ją po skosie. Ork padł bez życia na ziemię, tuż przed swoim zabójcą.
                        Teraz miał chwilę aby się rozejrzeć. Jako pierwszy uporał się ze swoją trójką przeciwników. Astrid samotnie walczyła z trójką orków, Rune i Silny z dwójką. W międzyczasie zdołali się wycofać na tyle, że byli już bliżej rzeki niż miejsca na skraju polany gdzie zaczynali walkę. Burgund zdołała doprowadzić i załadować Larsa na łódź. Norsmen siedział na przy dziobie i ciężko dyszał. Ale wciąż trzymał tarczę i topór w pogotowiu. Łotrzyca obserwowała ich w napięciu, ze środkowej ławki, trzymając wiosła w obu dłoniach, jakby trzeba było natychmiast odpływać. Tętent koni skierował jego uwagę w przeciwną stronę. Obie łowczynie właśnie dopadły jakiegoś uciekającego goblina. Jedna z nich z furią wbiła mu rohatynę w plecy. Patykowaty zielonoskóry wrzasnął rozdzierająco i padł, znikając w wysokiej trawie polany. Chyba obie uporały się z tą bandą goblinów bo coś nie było ich więcej widać.

                        Rąbiąc toporem na lewo i prawo, uderzenia wojownika były akcentowane krótkimi sapnięciami, a niekiedy i splunięciem pełnym pogardy. Choć niektórzy z jego kompanów byli nieco ranni, szczególnie zaś Lars, który przyjął na siebie całkiem sporo orczej furii, Egon nie zamierzał tak łatwo ani tak szybko rezygnować z owej zaimprowizowanej rejzy (cóż, prawdziwie zapewne by było ją nazwać wycieczką) wojenną. Gonsar ani chybi posłał wizje w jego stronę, próbując zaklinać los… Czuł to.

                        – Hej, wy tam! – Egon wrzasnął w stronę konnych, które nadal broniły się po drugiej stronie. – Przedrzyjcie się tutaj, łatwiej bronić się będzie w kupie!

                        Uderzył parę razy jeszcze. Wiecznie nie mogli się bronić w przyczółku, który wywalczyli, wkrótce będą potrzebowali się cofać z powrotem do łodzi. Konni musieli się przedrzeć i uciekać dalej, jeśli chciały zachować swoje życie, lub też konie popędzić i uciec z nimi łodzią. Innej rady nie było.

                        Egon nagle szaleńczo pomyślał: a co, jeśli zielonoskórzy rozpoznają w nim tego, który służy Krwawemu Ogarowi i mieć u nich jaki respekt? Zapewne najlepsze było pokazanie znamienia Chaosu, jednak wojownik czasu nie miał, by zerwać z siebie pancerza, a i nie było gwarantowane, że dzikusy będą respektować nawet ten znak.

                        – Rozumiesz, co gadam, dzikusie? – rzucił jeszcze w stronę następnego przeciwnika, niepewny, czy rozumie ludzką mowę. – Poznaj ten topór, on należy do Pana Krwi!

                        I rzucił się raz jeszcze w wir walki, po raz ostatni próbując wykupić czas dla konnych. Był to jednak ostatni raz: po tym wszystkim musieli się wycofać.

                        Przez chwilę gladiator widział jak dwie blondynki wytracają prędkość swoich wierzchowców. Może go usłyszały a może po prostu zwróciły uwagę na walkę przy brzegu rzeki. Widział jeszcze jak zwracają się w ich stronę gdy pewnie chciały się przyjrzeć sytuacji. A potem już musiał się zewrzeć ponownie z orczymi brutalami. Góra mięśni, z wrzeszczącym pyskiem z wystającymi, dolnymi kłami. I prymitywnym ale solidnym toporem jaki uderzał w przeciwnika raz po raz. To było zbyt zajmujące aby zająć się czym innym. Egon znów musiał rąbać, siec i blokować ciosy. Parę razy oberwał rębakiem albo toporem. Ostrze czasem ześliznęło się po kolczudze lub pancerz wgniótł się ale nie przepuścł ciosu. Chociaż trafienie bolało. Raz tylko udało się orkowi wrażyć bron w bok gladiatora. Ale dość płytko. Za to brodacz sprawnie rozdawał cios za ciosem. Teraz gdy przewaga liczebna zielonoskórych wyraźnie się zmniejszyła, walczyli już mniej więcej po dwóch na jednego człowieka. Astrid też oberwała ale mimo to chociaż nie była tak sprawną wojowniczką jak koledzy to wytrwała z nimi w jedej linii. Rune już wyraźnie się chwiał na nogach ale jako weteran imperialnych armii, potrafił mimo to sprostać orkom. Silny za to wyglądał na takiego co czuje się w tej walce jak ryba w wodzie. Raźno rozdawał orkom ciosy jakby nadal był w portowych zaułkach Neus Emskrank i kroił frajerów z dobytku. Wydawało się, że front na chwilę się ustabilizował. Egon własnie zadał mocne trafienie jednemu z orków z jakimi walczył. Dzikus zawył boleśnie i zachwiał się. Wtedy gladiator usłyszał tętent końskich kopyt. Dalej jednak siekł bo związany walką, mógł zrobić niewiele więcej. Po chwili jednak chyba i dzikusy to usłyszały bo ten czy tamten zdążył się odwrócić do tyłu. Jeden nawet wrzasnął coś ostrzegawczo. A po chwili w plecy wjechały im dwie, rozpędzone kawalerzystki. Impet uderzenia był tak duży, że przebiły się przez cienką linię orków i ludzi i zaczęły hamować dopiero po tym. Konie wytraciły pęd właściwie przy samym brzegu rzeki, tuż przy łodzi z Larsem i Burgund.
                        W walkę wdarł się chaos. Do tej pory dwie w miarę równe linie jakie się ze sobą ścierały, poszły w rozsypkę. Dwóch orków jacy dostali w plecy uderzenie z rozpędzonych rohatyn, padło na miejscu. Drzewca pękły od uderzenia i zostały w ich plecach. Ze dwóch trzy trzech w zamieszaniu Egon i Sily zdołali usiec, zanim dzikusy zorientowały się co się dzieje. Tych kilku ostatnich, jak zorientowało się, że do czwórki obrońców zaraz dojdą dwie kawalerzystki, jak tylko zawrócą swoje wierzchowce znad rzeki, to dało dyla. Bez żenady zaczęli uciekać w stronę zbawczego lasu.

                        Egon był nieco rozczarowany, że żaden z orków nie odpowiedział na jego wyzwanie. Czy naprawdę zielonoskórzy nie rozumieli ludzkiej mowy? Wojownik podejrzewał, że niektórzy mogli zaprawdę ją znać i jako wojownicy, którzy koniec końców byli dotknięci piętnem Pana Krwi, niektórzy mogliby przyłączyć się do nich, jeśli poczuliby respekt i szansę wspólnej sprawy.

                        Teraz oczywiście, to wszystko nie miało sensu. Zielonoskórzy, którzy zostali pokonani, pierzchali za krawędzią drzew. Bitwa kończyła się.

                        Egon zerknął na swoich kompanów: zdawało się, że wszyscy dostali swoją dolę ran. Choć bitwa była ważna, miał nadzieję, że przynajmniej część tych ran wydobrzeje podczas dnia rejsu, lub przynajmniej do czasu starcia z rzecznymi piratami.

                        – Witajcie! – Egon krzyknął do dwóch jeźdźców, unosząc swój topór. Ciekaw był, kim byli i co rzekną. – Dobra walka, w porę żeśmy was zoczyli!

                        Towarzysze gladiatora ciężko dyszeli. Astrid pochyliła się i wsparła dłonie o kolana. Obserwowała plecy uciekających orków. Wymęczony walką Rune opadł bez sił na przewróconej kłodzie. Bo nie wyglądało aby zielonoskórzy mieli nagle wrócić do walki. Jedynie łysy harpagan z portowych zaułków wciąż tryskał werwą i stał pewnie na swoich mocnych nogach. Zresztą podobnie jak brodacz.
                        - Już uciekają? Eee… A myślałem, że orki są mocniejsze. - Zaśmiał się chrapliwie. Ale odwrócił się bo dwójka jeźdźców zdążyła już zawrócić swoje wierzchowce i wracała ku nim. Jednak zwolniły gdy przekonały się, że już po walce. Chociaż na upartego mogłyby pewnie ścigać uciekających. Jednak zatrzymały się przy zdyszanej grupce. Z dołu Egon dojrzał, że to kobiety. Młode i szczupłe. Obie blondynki. Nie miały hełmów ani pancerza. Widać było tylko kaftany jakie mogły nieco chronić ale nie umywały się do przeciętnej kolczugi. Ta jednak była ciężka i brzęcząca więc nadawała się do regularnego starcia ale niezbyt pasowała do polowania. Jak się zbliżyły jeszcze bardziej to nawet je rozpoznał.
                        Elfia szlachcianka, Fanriel Świetlista. Parę dni temu przelotnie ją widział rano jak wracali z “nocnego pikniku” przy Zachodnich Kamieniach. Ale lepiej miał okazję jej się przyjrzeć gdy przez chwilę z nią rozmawiał po występach w teatrze, jeszcze parę dni wcześniej. Wtedy miała piękne, blond pukle swobodnie rozpuszczone i nietypowo śmiałą suknię z głębokim dekoltem. Wspaniale podkreślała jej sylwetkę i urodę. Wówczas wyglądała jak szlachcianka na jakimś balu. Właśnie ona pierwsza wspomniała o znikających na rzece statkach. Teraz była w spodniach i kaftanie. Ten był tu i tam postrzępiony od ciosów. Sądząc po ciemnych zaciekach nie wszędzie udało mu się zatrzymać cios. Przy siodle miała sajdak z łukiem z jakiego wcześniej strzelała do zielonoskórych. A na twarzy rozmazany brud i krew zamiast delikatnego makijażu jaki podkreślał jej urodę.
                        Drugą blondynką była Froya van Hansen. Wojownicza milady co wedle powszechnej opinii, powinna urodzić się chłopcem to by i jej, i rodzinie, i temu miasto, oszczędziło jej ekstrawaganckich zainteresowań jakimi zwykle parali się mężczyźni. Gladiator też dyskretnie ją widział parę dni temu w bramie no ale ona pewnie jego nie. Chociaż przez chwilę rozmawiała z Łasicą jaką rozpoznała jako Katię. A tak ostatni raz co widział siię z bliska z milady to chyba było ostatniej zimy, jak z nią i Norą to Axe powalili wspólnie trolla. I młoda van Hansen, zarządziła aby jej lekarz opatrzył także jego a potem zaprosiła go do willi swoich rodziców. Teraz miała swoje jasne włosy związane w warkocz owinięty na kislevską modę, dookoła głowy. Tylko od tej walki wiele jej kosmyków się rozczochrało i sterczało na wszystkie strony. W dłoni miała nadziak. Musiała go wyjąć po tym jak rohatyna pękła po wbiciu sie w orcze plecy, musiała zdążyć dobyć inną broń. Też widać było, że ma rozcięcia na myśliwskim kaftanie i spodniach. Musiała oberwać chociaż nie a tyle aby wyłączyło ją to z walki.
                        Obie zatrzymały wierzchowce tuż obok zdyszanych piechurów. Astrid dała radę się wyprostować i z nieco zbolałą miną spojrzała na dwie szlachcianki. Rune zmarszczył oczy i poruszył się niespokojnie na pniu. Silny wyglądał na zdziwionego i szybko spojrzał na Egona. Widocznie chociaż ludzką błękitnokrwistą rozpoznał jak już podjechała bliżej. W końcu razem z Kamilą van Zee uchodziła za najpiękniejszą i najlepsza partię do wydania, wiele rodzin chciało się skoligacić z tymi dwoma rodami.
                        - O, kogo ja widzę. Pogromca zimowego trolla. - Froya odezwała się pierwsza. I widocznie rozpoznała Egona. Co ją nieco zaskoczyło, że go tu spotyka.

                        Egon żywo spojrzał na Froyę van Hansen. Już znaczny czas minął, od kiedy udało się wojownikowi wkupić w łaski szlachcianki, która podarowała mu topór, którym tak siekał zielonoskórych. Iście, Egon chyba ostatnim razem widział Froyę, zanim odbił do Norsci z Mergą, a może i jeszcze wcześniej, sam nie był w stanie powiedzieć.

                        – Topór się przydał – Egon machnął ostrzem, które wydało dźwięk, przecinając powietrze. – A jakże! Ja i moi kamraci osłaniamy korab przed rzecznymi piratami – tu zrobił gest, wskazując statek leniwie płynący w górę rzeki. – Jednak jak żeśmy zobaczyli, że te zielone bestie napastują na naszych, to żem ani się nie namyślał…! Rzeknijcie no, jak to było, żeście postanowiły zapolować na orków? Poznajcie moich kamratów, to Lars, Astrid, Rune, Silny – przedstawiał każdego z kolei.

                        Egon przypomniał sobie, że Astrid chciała swojego czasu poznać Froyę. Choć okazji dlaczego, to nie pomniał, jednak wiedział, że córka jarla chciała wyprawić się na więcej kurhanów i ułożyć sagę o siebie samej. Była to świetna okazja, aby poznała szlachciankę.
                        - Witaj Egonie. - Milady dumnie skinęła głową. Chociaż wciąż lekka zadyszka i nieco rozwichrzone loki, psuły dostojny efekt jaki chciała wywołać. Z góry skinęła na piechurów jakich brodacz jej przedstawiał. Z łodzi podszedł do nich kuśtykający Lars. Tylko Burgund na razie została z tyłu. - Pozwól, że ci przedstawię moją drogą przyjaciółkę. Fanriel Złocista, z dalekiego Ulthuanu. - Wskazała na swoją partnerkę. Dumna elfka w odpowiedzi, też skinęła głową.
                        - Ale ja też tu widzę parę znajomych twarzy. - Uśmiechnęła się gdy zorientowała się, że raz już się spotkali w podobnym gronie. W kuchni teatru gdzie razem z Odette von Treskow, była zaproszona z paroma błękitnokrwistymi koleżankami na prywatny pokaz Huberta i Oksany z tresury ich niewolnicy Adrienne. Ale skoro wielu z nich tam było, to elfka nie uznała za stosowne aby o tym mówić na głos. Froya za to spojrzała na nią nieco zaintrygowana ale odłożyła to na później.
                        - Duszno i ciasno w naszym mieście. Więc z moją drogą Fanriel, wyjechałyśmy się przewietrzyć w lesie. Ale niestety zaskoczyła nas ta zgraja dzikusów. - Wzruszyła ramionami i wskazała na najbliższe orcze trupy. Też nie zająknęła się o tym, że obie były ubrane i wyekwipowane jak na polowanie.
                        - Niestety było ich trochę więcej niż się początkowo spodziewałyśmy. - Elfka uzupełniła jej wypowiedź.
                        - Ale i tak wam dziękuję za pomoc. Gdyby nie wy, nie byłoby tak łatwo się wyrwać z tej matni. - Van Hansen lekko skinęła głową aby wyrazić swoje podziękowanie za ratunek. - Teraz jesteście w rejsie? - Spojrzała na zacumowaną na rzecę krypę. - No trudno. Jeśli już wrócicie do miasta to zapraszam was na obiad. Będziemy mogli porozmawiać w cywilizowanych warunkach. - Przez chwilę zatrzymała się na każdym z piechurów aby dać im znać, że zaprasza ich wszystkich.
                        - Nam na pewno będzie bardzo miło. A ja i tak od dawna chciałam milady poznać. - Astrid mniej więcej dała radę już normalnie oddychać i mówić. Więc zdobyła się aby zabrać głos. Podeszła o dwa kroki do ludzkiej szlachcianki. Ta zaciekawiona spojrzała na nią z góry. - Jestem Astrid Stemmestein. Dopiero niedawno przybyłam do miasta. Ale już słyszałam o walecznej szlachciance i bardzo chciałam ją poznać. To się zapowiada na świetny materiał na sagę. - Uśmiechnęła się do Froyi i lekko wskazała głową na Egona aby pokazać od kogo usłyszała o van Hansen. Ta też na niego spojrzała.
                        - Masz ciekawy akcent Astrid. Skąd jesteś? - Córka jarla rzeczywiście mówiła płynnie w reikspiel ale zdradzał ją nietutejszy akcent.
                        - Z Norsci milady. Jestem córką wodza i skaldem. Przypłynęłam tu aby poznać ten ląd, przeżywać przygody, romanse i zdobywać skarby godne uwiecznienia w sadze jaką wyśpiewa w długim domu mego ojca jak tam wrócę. - Astrid odparła rezolutnie czym zaintrygowała milady jeszcze bardziej.
                        - Córka wodza? Szlachcianka? Z Norsci? - Wydawało się, że trafiła w naturalne zainteresowania van Hansen w jej norsmeńskie korzenie. - No rzeczywiście będziemy musiały poznać się lepiej. - Uśmiechnęła się do niej i znów spojrzała na gladiatora. - Widzę Egonie, że masz talent do spotykania pięknych i dzielnych kobiet z północy. - Powiedziała z lekkim rozbawieniem. - Ale cieszy mnie to. I, że topór ci się sprawdza. Byłabym niepocieszona gdyby okazał się darem niegodnym trollobójcy. - Lekko mu skinęła głową, dając znać, że cieszy ją, że prezent z zimowego spotkania okazał się trafny.

                        – Iście, moi kompanioni są prawdziwie zacnymi wojownikami. Skorzystam z twego spotkania i kiedy tylko uporamy się z robotą, przybędziemy do ciebie.

                        Tu Egon skłonił się.

                        Gladiator nie był jednak taki pewien, czy po ogarnięciu sprawy z korabiem z jęzorem przy brodzie grzecznie przybiegnie na podobieństwo psów łowieckich szlachcianki. Sprawa ze statkiem, jeśli tylko dobrze pójdzie, zapewne zaangażuje wszystkich kultystów na całkiem długo ze względu na zblizający się turniej i inne sprawunki. Może… Może za jakiś czas, kiedy Egon będzie pewien, że rzecz nabierze rozpędu.

                        – Rzeknę jeno tym kmiotkom na pokładzie, że dziś żeśmy pomogli Froyi van Hansen i jej towarzyszce, bo puścić nas tutaj nie chcieli – Egon skłonił się. – Musimy odbijać, milady. Mus nam powrócić do naszego korabiu i opatrzyć rany.
                        Obie konne łowczynie, na chwilę skierowały wzrok, ponad głowami piechurów, aby przyjrzeć się zakotwiczonej barce. Widać było rząd syllwetek przy burcie, jakie obserwowały wydarzenia na brzegu.
                        - No i dlatego, zapraszam was na obiad a nie ich. - Milady odparła gdy znów spojrzała w dół, na swoch rozmówców. - Niestety tym razem nie mam ze sobą swojej ekipy z medykiem aby mógł na was rzucić okiem. Spodziewałyśmy się małej przejażdżki po lesie a nie takiego starcia. Chociaż oazało się całkiem ekscytujące. - Lekko skinęła głową ku piechurom, dając znać, że docenia ich udział w tych wydarzeniach. - W takim razie, nie będziemy was dłużej zatrzymywać. Musicie się zająć waszymi rannymi. - Szlachcianka sięgnęła do czegoś u dopinanej do pasa kieszeni. Po chwili wyjęła coś drobnego i wyciągnęła ku gladiatorowi. - Okaż to u nas na bramie. Będą wiedzieć, że jesteś zaproszonym gościem. - Okazało się, że była to delikatna, jedwabna chusteczka o koronkowym, wykończeniu. Biała i ze złotym słońcem jakie było motywem przewodnim van Hansenów.

                        – Będę pamiętał o tym, milady – Egon skłonił się, przyjmując chusteczkę i składając ją odpowiednio, by nie uwalać jej krwią orków. – Czas zatem na nas. Bywajcie!

                        I ukłonił się raz jeszcze, wiedząc, że szlachcianki zawsze łase są na okazywany szacunek.

                        – Kompanioni! Uchodzimy! Dziś udało nam się wspomóc swoich!

                        W istocie, Egon miał nadzieję, że ta kolejna przysługa wyświadczona Froyi van Hansen nie przejdzie bez echa. Kiedy sprawa ze statkiem już będzie odpowiednio oporządzona, Egon w istocie zamierzał odwiedzić szlachciankę. Ani chybi, nie zapomni tej usługi… A i Astrid pewnie z czasem doceni, jak wpływowa może być Froya.

                        Oczywiście, jedynym potknięciem w tym wszystkim było to, że jeśli zostaną zaatakowani przez rzecznych piratów, to nie tak łatwo będzie im dać odpór teraz, kiedy część z jego ludzi jest ranna. Mógł tylko mieć (płonną) nadzieję, że ostatecznie do ataku nie pójdzie lub też piraci nie okażą się tak zażartymi przeciwnikami. Koniec końców, Egon siekał orków i trolle, jak bardzo zgraja ludzi mogła się okazać niebezpieczniejsza?

                        Powracał do statku.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Heinrich von Achterberg
                          Moderator Obsługa Mecenas
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #327

                          Heinrich słuchał wypowiedzi Tomasa w zamyśleniu. Mówiąc szczerze niepokoił go sen z kobietą z tym pierścieniem, jaki łączył się ze studentką z zajęć rysunku, jakiej prace przyprawiały belfra w ból głowy i nie wiedział czy naprawdę ma chęć na nie pójść. W ogóle jako kto? Jaki byłby powód?
                          - Tylko jako kto miałbym się zjawić na zajęciach z rysunku w Akademii? Tak zupełnie bez powodu byłoby przynajmniej zastanawiające.
                          - Tym się nie przejmuj. To jest najmniejszy problem. Mogę ci załatwić wejście jako obserwator. Możesz przecież być kimś na tyle bogatym i znudzonym, że chciałby się nauczyć rysunku. Albo rozeznać się w programie nauczania dla swoich dzieci czy dla przyjaciela co ma dzieci. To naprawdę da się załatwić na wiele sposobów, jak masz jakiś co ci pasuje to powiedz kolego, to postaram się to uwzględnić w kalkulacjach. Dobrze, że ci o tym wcześniej powiedziałem bo nie wiem już co myśleć o tych snach i rysunkach. Ale jestem pewien, że to nie może być przypadek. Sam wiesz, że to Siostry przemawiają przez te sny i nie tylko do nas z rodziny. Przecież nawet lady Odette miała sny co w końcu wezwały ją tutaj a ten teatr naszych koleżanek to był tylko pretekst aby tu przyjechała. A przecież ona była w Saltmundzie, poza naszym miastem. Więc i ktoś kto jest tutaj, na miejscu, tym bardziej może być podatny na zew. Tylko jeszcze nie wiem jak ugryźć te rysunki i Gisele. - Belfer mówił szybko i nieco rozkojarzonym głosem. Widać było, że te dzisiejsze sny mocno dały mu się we znaki i bardzo się nimi przejął. Teraz próbował się uspokoić i jakoś naradzić z kolegą co czynić dalej.
                          - Tak, obserwator byłby dobry. - zdecydował Heinrich - A Gisele w mógłbym sam też poobserwować i własne wnioski wyciągnąć, jako znudzony bogaty jegomość.
                          - To już zostawiam tobie. Jak się z nią znajdziesz na tych samych zajęciach to już będziesz mógł to rozegrać wedle uznania kolego. - Tobias machnął ręką, że ma na tym polu zaufanie do Heinricha. - Bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Przydałby mi się ktoś ze świeżym umysłem i niezależnym punktem widzenia. Nie znasz Gisele więc będziesz mógł sobie wyrobić zdanie od początku. Ona też cię nie zna. Wolisz to spotkanie jeszcze dzisiaj czy może jutro? - Chciał jeszcze wiedzieć jak to organizacyjnie załatwić aby kolega mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach rysunku.
                          - Może być dzisiaj. - zgodził się Heinrich.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine jako Egon Herschkel
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #328

                            Popołudnie; szalupa i “Jutrzenka”

                            Egon i ekipa

                            Pożegnanie z dwójką szlachcianek było całkiem miłe. Obie uśmiechały się, dziekując za ratunek i życząc im powodzenia w dalszej podróży. W końcu jednak dały w bok wierzchowcom, odwróciły się i zaczęły odjeżdzać w stronę lasu. A piechurzy wracać i pakować się do szalupy.
                            - A więc to była lady Froya van Hansen? Wspaniała kobieta. I jaka dzielna wojowniczka. Musi mieć w sobie naszą krew. Dopiszę ją do naszej sagi. Taka walka zasługuje na co najmniej kilka zwrotek. Uh… Ale mnie bark boli… - Jeszcze widzieli jak dwie blondwłose kawalerzystki odjeżdżają polaną. Ale sami już pakowali się do łodzi. Wojenne fortuna sprzyjała im na tyle, że nikt nie padł w walce ale jednak Rune, Lars i Astrid zostali mocno poturbowani przez orcze topory i rębaki. Dlatego tak stękali gdy po kolei z pomocą Burgund i kolegów wsiadali do szalupy. Zajmowali miejsce na dziobie. Egon i Silny wyszli z tego starcia raczej obronną ręką więc zajęli miejsce przy wiosłach. Łysy na środkowej a brodacz na tylnej. Ostatnia wsiadała miedzianowłosa łotrzyca. Jako jedyna wyszła z tego starcia bez draśnięcia ale dlatego, że została w łodzi i nie brała w nim udziału. Pomogła jednak Larsowi wrócić do niej, gdy z powodu ran, wycofał się z walki. Wiosła z początku, trzeba było wbić w rzeczny piasek aby ruszyć łódź z miejsca. Przez chwilę dwóch kolegów zmagało się z tym, nim ich pojazd nie odpłynął od dna na tyle, że mogli zacząć regularnie wiosłowanie. Na dwie pary krzepkich ramion to szło im to całkiem sprawnie.
                            - Rzeczywiście. Może mieć trochę naszej krwi. Heh. Tak jak wy chłopaki. Dzielnieście stawali. - Lars oberwał najbardziej więc teraz gdy zaczynała schodzić bitewna gorączka, zdawał się być coraz bardziej obolały. Mówił urwanymi zdaniami, z wyraźny wysłkiem. Brakowało mu tej swobody wypowiedzi z jaką zwykle się posługiwał. Leżał na samym dziobie i ciężko oddychał. A mimo to zdołał się uśmiechnąć i wyrazić uznanie dla południowców, chociaż Norsmeni tradycyjnie zdawali się ich uważać jedynie za ludy do łupienia.
                            - Dobra. To jak chcecie to ugrać? - Burgund siedziała jako sterniczka. Portowa dziewczyna nie miała najmniejszych kłopotów z obsługą łodzi. Z wiosłami też sobie radziła chociaż nie była tak krzepka jak koledzy więc płynęłaby wolniej.
                            - Co chcesz ugrać? - Łysy zdziwił się ale nie przeszkodziło mu to w wiosłowaniu.
                            - No to. - Ruda wskazała kciukiem za siebie. Dwie szlachcianki znikały im właśnie z oczu za pierwszymi krzakami i drzewami. Egon i Silny akurat siedzieli tyłem do kierunku płynięcia więc też je widzieli.
                            - I co chcesz na tym ugrać? - Mięśniak nadal nie rozumiał o co chodzi koleżance. Ta spojrzała na niego krytycznie i pewnie gdyby zamiast niej, była tu Łasica, to by się nie powstrzymała od jakiejś kąśliwej uwagi. Jednak bezpośredni konflikt między Burgund a Silnym był o wiele mniejszy. I raczej na zasadzie solidarności rudej łotrzycy z fioletowłosą kamratką. Więc odpowiedziała całkiem zwyczajnie.
                            - No nie widzicie tego? Właśnie walczyliśmy ramię w ramię z Froyą van Hansen. I zaprosiła nas do stołu. Myślicie, że ktoś z tych chmyzów rzecznych siedział kiedyś z kimś z van Hansenów przy jednym stole? Że w ogóle był w ich rezydencji? Poza szlachtą to pewnie większość miasta nie była. Może Pirora czy Fabienne to się mogą z nią umawiać jak z koleżankami no ale to tyle. - Łotrzyca mówiła szybko i z werwą. Przez chwile pozostali twarzysze gladiatora trawili jej słowa.
                            - No Froyi w teatrze nie było ale Fanriel już tak. Oglądała ten pokaz Huberta, jak z Oksaną tresowali Adrienne. Tylko potem ona poszła z lady Sorią i resztą koleżanek do pokoju no i wszyscy się rozeszliśmy. Ale Froyi wtedy nie było. - Astrid skupiła się aby przezwyciężyć ból. Jednak pamiętała, że złotowłosą elfkę to już raz spotkali na zapleczu teatru. Ci co tam byli, pokiwali głowami. Jednak z dziobu pierwszy odezwał się poraniony Norsmen.
                            - No była tam. Też ją pamiętam. Ale co z tego? Burgund masz coś mówić to mów. A nie się w zgadywanki bawisz. - Wydawał się być obolały i zirytowany aby zachować zwyczajową dla siebie rezolutność.
                            - Dobra, te chmyzy to kij im w oko. Ale myślę, że Juttę moglibyśmy spróbować ugrać. - Łotrzyca lekko skinęła brodą w stronę barki do jakiej wracali, jakby tam już widziała rzeczną celniczkę. Gladiator czy Silny byli do niej tyłem więc musieli się obejrzeć aby dojrzeć zakotwiczoną jednostkę.
                            - Myślałem, że już ją ugraliśmy. - Głos portowego zakapiora wydawał się być zdziwiony. W końcu od zeszłego wieczoru, udało im się znacznie pogłębić znajomość z mytniczką.
                            - No właśnie. I rano urobiła Wagnera aby nas wpuścił na pokład. - Astrid odezwała się ponownie ale pamiętała o tym, że parę dzwonów temu Jutta już okazała im swoje wsparcie.
                            - No ale można ugrać ją bardziej. Myślicie, że taki zwykły celnik to śniada przy stole razem z kimś z van Hansenów? - Łotrzyca chytrze uniosła brwi posyłając im złodziejski uśmiech. - A Froya zaprosiła nas wszystkich. Myślicie, że taka wielka pani będzie robić wielkie ceregiele jeśli ktoś z nas zabrałby towarzyszkę? - Popatrzyła na chwilę po twarzach kultystów obsadzających resztę łodzi.
                            - No można by ją zabrać. Ale po co? - Głos oprycha z doków wskazywał, że niezbyt dostrzega sens takiego działania. Pokonali już z połowę drogi do czekającej krypy.
                            - No może po to aby nam sprzyjała bardziej? Przecież ona zna rzekę jak my miasto. Ona jest tutaj jedną z ferajny. Te chmyzy też ale kto tam nimi by się przejmował. A coś słyszałam plotki, że jakaś łajba by się wam przydała, jakaś załoga, jakichś brańców by się przydało nałapać a najlepiej młode, jędrne branki? - Łotrzyca zawiesiła brwi w górze aby dać im okazję dostrzec tą okazję, jaką widziała.
                            - Przecież wzięła geldy. I się z nami chędożyła całą noc. I tej nocy pewnie też będzie. - Silny nadal nie wydawał się być przekonany czy to ma sens. Burgund lekko sapnęła z irytacji.
                            - Ale rozumiesz, że dla przyjaciół lady von Hansen to mogłaby okazać większe zaangażowanie? Zwłaszcza jakby ją zaprosili do jej stołu? Co przecież nie przeszkadza aby dalej z nią figlować. - Rudzielec starała się opanować emocje i postawić na argumenty. Reszta znów przez chwilę trawiła jej słowa.
                            - No niezły pomysł. Ale ja odpadam. Muszę to odleżeć. Może jutro. - Lars sapnął chrapliwie ale zdawał sobie sprawę, że obecnie nie jest tak elokwentny jak zazwyczaj.
                            - Ja też. Boli mnie wszystko. Chyba się położę. - Astrid też chwilowo miała dość większego wysiłku umysłowego. Rune tylko pokręcił głową, że też pasuje. Gdy łotrzyca popatrzyła pytająco na łysego to prawie od razu, gladiator usłyszał zza pleców jego odpowiedź.
                            - Ja tam mogę ją wychędożyć, dobra w tym jest. Ale ja nie jestem od gadania. - Brodacz prawie czuł jak tamten wzruszył swoimi ramionami. Więc teraz Burgund spojrzała na niego.
                            - Ja mogę wam pomóc chłopaki, ale to chyba wy mieliście najwięcej spraw na rzece do załatwienia. Okazja nie puka dwa razy. Teraz mamy okazję urobić ją na gorąco. Wieczorem czy jutro też można ale to już emocje opadną i nie będzie takiego wrażenia jak teraz.. - Powiedziała to tak, jakby przemawiało przez nią doświadczenie zawodowej oszustki i wyłudzaczki bo tym się zajmowała z Łascią równie często jak kupczeniem własnymi wdziękami. Czekała teraz co Egon powie, bo z całej brygady już tylko on się nie wypowiedział. Mieli jeszcze chwilę w ich własnym gronie aby porozmawiać bez świadków ale z każdym machnięciem wioseł zbliżali się do “Jutrzenki”.

                            Egon płynął przez dłuższy czas w milczeniu. Adrenalina spadała i choć wojownik z radością powitał okazję do bitki, zdawało się, że zaskarbienie sobie łask u lady Froyi van Hansen było okupione całkiem sporym kosztem: najbardziej ranien był Lars, jednak i pozostali, łącznie z nim samym, dostali swoją dolę ran. Cóż, przynajmniej było opowiadać można, że ubili wojowników nie byle jakich, orków z plemienia opodal rzeki Salzenmund.

                            Tymczasem rozmowa skierowała się na rzecz, jak dalej usidlić Juttę Czerwonowłosą. Burgund, Lars, Silny wreszcie wypowiadali się jeden po drugim.

                            – Mądra rzecz – Egon skinął głową, doceniając nadarzającą się okazję, zwalniając nieco wiosłowanie, skoro musieli się rozmówić. – Ale musimy dobrze wiedzieć, jak do tego podejść. I kto gadać będzie. Rzekłbym, żebym to był ja i Burgund. I Astrid może, jak na siłach jesteś. Ale co jej powiemy? Pokażemy jej chustę i chełpić się będziemy tym, żeśmy odpór orkom dali i że ona powinna do nas dołączyć? Albo będziemy gadać, że się gruby interes szykuje na rzece i morzu i na nią liczymy?
                            - Na początek musimy się pochwalić, że uratowaliśmy Froyę van Hansen. I jej przyjaciółkę Fanriel Świetlistą. Nie wiem czy tą elfkę zna ale dobrym nazwiskiem zawsze dobrze sypnąć przy bajerze. A trudno w mieście o lepsze nazwisko niż van Hansen. I tak, koniecznie jej pokaż tą chustkę. Właściwie to mogę ją zobaczyć? - Burgund ucieszyła się, że gladiator okazał się chętny na jej pomysły. Zaczęła mówić szybko aby zdążyć nagadać się jak najwięcej zanim dopłynął w zasięg głosu załogi krypy.
                            - A co? Myślisz, że nie widzieli? Przecież stąd wszystko widać. - Silny widać nie uważał tego za niezbędne.
                            - Mogli widzieć dwie blondynki na koniach, mogli poznać po ubraniu, że szlachcianki ale wątpię aby mogli twarze rozpoznać. Więc nawet jak widzieli naszą walkę to mogą nie wiedzieć kim te dwie blondyny były. Musimy się pochwalić kto to był. - Łotrzyca zaczęła od tego co najważniejsze.
                            - No tak. To chyba coś takiego jakbyście u nas mnie pomogli. Też bym was zaprosiła do mojego ojca jako swoich gości. - Astrid przezwyciężyła słabość aby wrócić do rozmowy. - No i pewnie. Mogę pogadać z Juttą. Ale może tam w naszej kajucie. Jak spocznę na łóżku. - Blondynka z północy dostrzegła podobnieństwo do sytuacji w jej rodzinnych stronach tylko siebie widziała zamiast Froy i Fanriel. No i zgodziła się wesprzeć kolegów i koleżankę w rozmowach z celnik.
                            - A dasz radę zadrzeć spódnicę i pozwolić działać Juttcie tak jak wczoraj? - Burgund wychyliła się aby na nią spojrzeć.
                            - Że co? - Skald zapytała po chwili z pewnym zaskoczeniem. Zresztą podobne zdziwione pytania padły od kolegów.
                            - Rany nie rozumiecie? Przecież ona jest od Huberta. Sami wiecie jakie kochanki on ma. Fabienne, Adrienne… A teraz Jutta. Zresztą z tego co wczoraj widziałam to Jutta jest bardzo wesoła, wyszkolona i przewaga liczebna jej nie przeraża. - Zaśmiała się z wulgarnego rozbawienia.
                            - Mamy ją wychędożyć? Jak to niby ma nam pomóc. Znaczy ja mówiłem, ze mogę. Niezła wczoraj była. Ale po co? Co to ma do naszych spraw na rzece? - Silny wydawał się być mocno sceptyczny co do sensu takiego kroku. Poza tym obie łotrzyce były znane, że wiele swoich spraw załatwiały dzięki swoim wdziękom. A Silny okutą pałką.
                            - No na przykład ten towar co Hubert prosił aby się go pozbyć. - Burgund jeszcze bardziej ściszyła głos i widać było, że przykuła uwagę pozostałych. - Bo wiecie, mozna go wywalić za burtę ale to jakoś Wagnerowi trzeba wytłumaczyć. Można na szybko szukać kupca w Saltmundzie ale to pewnie odbije się na cenie. Dostaniemy ułamek wartości. Można też liczyć na piratów, że jak pozbędziemy się załogi to zrobimy z towarem co chcemy. - Naciągaczka burgundowych włosach, na szybko streściła różne pomysły z wczoraj. Na razie na żaden się nie zdecydowali ale takie się mniej więcej pojawiały.
                            - No i? - Silny mruknął aby ją popędzić do rozwiązania.
                            - No i jakby się zdarzyło, że celnik przyczepi się do towaru, powie jakieś swoje paragrafy, założy lak to towar legalnie wraca do Neus Emskrank. A my przenosimy go do jakiejś dziupli. A potem możemy opchnąć temu waszemu arabskiemu kupcowi. Czyli Hubert pozbywa się towaru konkurencji. Arab dostaje dobry towar po taniości. A my dostajemy geldy za nie swój towar. No ale do tego potrzebny jest jakiś celnik co by poszedł na taki numer. Ciekawe gdzie by można takiego znaleźć… - Burgund na szybko nakreśliła plan jak by Jutta mogła im w rozwiązaniu tej sprawy.
                            - Dobra, dobra. Nie popisuj się. Załapaliśmy o co ci chodzi. - Silny sarknął jak zwykle zirytowany gdy łotrzyce okazywały się pomysłowością na jaką go nie było stać. Burgund starała się nie roześmiać na całego.
                            - No i wiecie, jak ma się takiego swojego celnika to można robić sporo takich ciekawych numerów. Tylko trzeba ją urobić jeszcze bardziej niż do tej pory. I na moje oko to figle są dobrą metodą. Sami widzieliście jak po wczorajszej nocy, rano była dla nas milutka. Ja przez chwilę się bałam, że Wagner już mnie nie wpuści no ale wstawiła się za mną. - Wyjaśniła jak widzi sposób na zjednanie sobie rudowłosej mytniczki.
                            - Ale przecież wzięła geldy. Sporo. Wszyscy się składaliśmy dla niej. - Silny zauważył, że urzędniczka jednak wzięła od nich twardą monetę.
                            - Wzięła to wzięła. To samo w sobie jeszcze nic nie znaczy. Lojalność kupiona złotem chwiejna jest. Pamiętam jak raz w Bretonii, służyliśmy jednemu baronowi. Wkurzał nas. Cały czas mówił, że jesteśmy kundle z północy. Na wojnę poszedł z innym baronem. Ale tamten dał nam więcej. Więc pochwyciliśmy naszego pana i przynieśliśmy go nowemu. Za to nasz pan miał kochliwą żonkę. Trochę jak wasza Fabienne. He he he pomogliśmy tej zacnej kobiecie doczekać się potomka. Zdrowy syn jej się urodził. He he he jeden na trzy, że mój. Tyle jest warta lojalność za złoto. Czasem wiele. A czasem nie. Kamraci są warci więcej. Ten co tarczą cię zasłoni przed toporem to jest mi jak brat. Nawet jak w ogóle mi nie płaci. - Lars mówił ciężko ale anegdotka z przeszłości rozbawiła go, że nawet się zaśmiał. Rune i koledzy też. Astrid też się uśmiechnęła kiwając głową na znak zgody.
                            - Myślę, że Burgund ma rację. Jakby Jutta dostała od kogoś od nas zaproszenie do stołu Froyi to myślę, że bardzo by nam była rada. Poza tym i tak będziemy u Froyi dopiero jak wrócimy z rejsu więc musielibyśmy być zadowoleni z Jutty aby nie wycofać zaproszenia. - Skald dopowiedziała swoje zdanie do tego wszystkiego.

                            Egon przemyśliwał wynurzenia swoich towarzyszy. Potrzebował podjąć szybko decyzję, bo byli coraz bliżej…

                            – Te, przestań na chwilę wiosłować, zamarkuję, że wiosło mi utknęło – rzekł Egon do Silnego i na parę chwil zaczął mocować się z wiosłem, by zebrać myśli i nieco opóźnić czas, gdy przybędą.

                            Wreszcie zdecydował. Co prawda zdecydował się na ryzyko, ale wizja skaptowania Jutty do bandy ich Kultu była bardzo kusząca: mieć mytnika, który by im pomagał na rzece i poza nią? Tak… To było warte ryzyka.

                            – Zrobimy tak: rzekł wreszcie Egon, który dał znak Silnemu, aby zaczął wiosłować. – Wejdziemy na okręt, będziemy głośno gadać, żeśmy pomogli Froyi van Hansen i pokażemy wszystkim chustkę na dowód. Burgund, ty dzisiaj pod wieczór zedrzesz z niej kiecę a jeśli chcesz, to pomogę ci w chędożeniu. Kiedy odpowiednio mytniczkę wydupczymy, rzekniemy jej, jak sprawa stoi: że na korabiu kroi się gruby interes i w nagrodę, oprócz złota, które dostała, zaprosimy ją na rejzę do dworku van Hansen. Powiemy jej, że to ona wstawiła się u nas do szypra, bo nie chciał nas puścić, aby pomóc milady. Ale musi nas wspomóc tutaj na korabiu, kiedy my wykonamy nasz ruch. I z tym towarem też nam musi pomóc. No, co rzekniesz, Burgund? – zapytał.
                            - Rzeknę, że to całkiem dobry pomysł. Zwłaszcza z tym zrywaniem z niej ubrania. Ale po co z tym czekać do wieczora? Wieczorem i tak możemy ją wydupczyć jeszcze raz. A mówiłam ci. Teraz sprawa jest gorąca. Do wieczora to już zdąży ostygnąć. - Łotrzyca uśmiechnęła się lubieżnie ale patrzyła z wyrachowaniem doświadczonej ulicznych. - Chyba wiesz, że wiele kobiet ma słabość do powracających z boju zwycięzców? I lubi to konsumować na bieżąco? - Lekko uniosła brwi aby dać mu chwilę na przemyślenie. - Astrid dzieli kajutę z Juttą. Mógłbyś ją wziąć na ręce i tam zanieść. Widać, że oberwała to będzie wyglądać naturalnie. Ja zbajeruję Juttę, żeby też przyszła. Powiem jej, że mam coś ważnego do powiedzenia albo, że mam na nią ochotę. Coś wymyślę. - Szybko zaproponowała jak można by zorganizować spotkanie na łajbie w chodź symbolicznie izolowanych warunkach. Po czym wychyliła się aby spojrzeć na pozostałych. - A ktoś z was się pisze? Astrid? Silny? Albo wy chlopaki. - Chciała dać im szansę aby się wypowiedzieli.
                            - Ja spasuje. Chyba, że by mi która ust użyczyła. Ale nie mam kajuty to i tak odpada. Najwyżej wieczorem coś. - Lars wysapał ale nie wyglądał aby był w tym stanie gotów na figle. Rune znów machnął ręką, że nie czuje się na siłach.
                            - Ja mogę spróbować. Ale na jakieś fikoły na mnie nie liczcie. Podobało mi się jak wczoraj Jutta mi służyła ustami i całowała stopy. Dziś też by mogła. Byłaby dobrą służącą w mojej świcie. - Córka jarla zgdziła się wziąć udział w schadzce z mytniczką chociaż z pewnymi zastrzeżeniami. I dała wyraz, że usłużna kochanka wczoraj zrobiła na niej dobre wrażenie. Więc Burgund spojrzała teraz na Silnego.
                            - Ee. Klitka nie kajuta. Ja to potrzebuję miejsca na zabawę. Teraz sobie daruję. Wieczorem ją dorwę. Niech he he czuje zmianę warty. - Dał znać, że jest gotów odpuścić, skoro wieczorem była szansa na powtórzenie zabaw z wczorajszego wieczoru.
                            - No to jesteśmy umówieni! - Ucieszyła się łotrzyca. - A jakby co to wieczorem możemy ją wziąć wszyscy na spokojnie. Może nawet z Gezackiem i jego ludźmi? Też chyba macie plany wobec nich nie? I kto wie? Może jeszcze ktoś się w tej tawernie trafi? - Rudzielec wydawała się być dobrej myśli co do przyjemnego spędzenia wieczoru skoro mieli tak obiecujący skład.
                            - Może ona kogoś zna. Jak tak często tu pływa. - Rzucił łysy mięśniak a łotrzyca tym razem bez skrupółów przytaknęła mu głową.
                            - No a ta chustka to bomba Egon. Zobacz. - W międzyczasie Burgund miała okazję przyjrzeć się podarowanej chustce. Rozwinęła ją aby i gladiator mógł. Wyglądała jak kwadrat, delikatnego, jedwabnego płótna. O starannie obszytych, falistych krawędziach. W samym centrum było żółte słońce, jeden z głównym motywu herbu van Hansenów. Na jednym narożników były wyszyte ozdobne litery. Ale widać było też ślady palców. Czerwonobrunatne jak od krwi i błota. Musiała je zostawić sama Froya bo ślady były zbyt drobne do solidnych palców brodacza a Burgund miała w miarę czyste ręce. Za to blonwłosa szlachcianka była świeżo po walce jak mu podawała ten skrawek drogiego jedwabiu.
                            - I ten zapach. Zapach szlachcianki. Oni zawsze sobie perfumują te chusteczki. Fabienne i Pirora też takie mają. Powiem ci, że to niezły bilecik ci dała. To pewnie jej inicjały. Umie to ktoś odczytać? - Wzniosła nieco chustkę do reszty aby im pokazać wyszyte litery. Bo jako dumna i cwana dziewczyna z ferajny oczywiście gardziła słowem pisanym i nie miała zamiaru się go uczyć.
                            - Tak, to FvH. Jej inicjały. - Po chwili usłyszeli głos Astrid.
                            - No to mamy niezły bilecik. Schowaj to i pokaż im jak będziemy na pokładzie. Zwłaszcza Juttcie. Ha! Zobaczysz jak będą wytrzeszczać gały ze zdziwienia! - W końcu łotrzyca oddała chusteczkę koledze i już się cieszyła jakby przewidywała dobry figiel.
                            – Dobra, to możemy się ruszyć i od razu bym Astrid zaniósł, powiemy, że zebrała poważniej i pójdziemy z Juttą – Egon zgodził się na pomysł Burgund. – A potem wieczorem możecie ją brać, ile chcecie. Będziemy przy “Łabędziu”, to ryzyko ataku małe będzie.

                            Egon przemyśliwał jeszcze ten plan, który na szybko uknuli. Byli coraz bliżej i bliżej, przeto już nie było sensu myśleć coraz więcej.

                            – Dobra… Wszyscy gotowi? – zapytał, podpływając bliżej.
                            - No, zobaczysz. Poopowiadamy jak kto kogo ciął i jak spotkaliśmy Froyę i Fanriel to może być całkiem sympatycznie. - Łotrzyca puściła mu oczko ale już dopływali do zakotwiczonej łajby. Z góry słyszeli nawoływania aby dobili do śródokręcia bo tam była już spuszczona drabinka. Egon, Silny i Burgund musieli wyhamować prędkość łodzi i precyzyjnie dobić do burty jednostki macierzystej. A i tak uderzyli w nią dość mocno.
                            - Jesteście cali?! - Z góry zawołała do nich Jutta. Widzieli jej ładną twarz jaka wyhylała się ponad reling. Wydawała się być zaniepokojona.
                            - Mamy rannych. Dawajcie chłopaki. - Łysy mięśniak zajmował środkową ławeczkę szalupy więc miał bliżej do poturbowanej trójki. Wyciągnął dłoń ku Rune i pomógł mu stanąć na łodzi.
                            - Nie bujajcie tak! - Ostrzegła Burgund bo póki wszyscy biernie siedzieli to nie wpływało to na szalupę. Ale jak zaczęli wstawać i po niej chodzić to i ta mała łajba reagowała na zmianę balansu co z kolei utrudniało przemieszczanie się po niej. - Po kolei, aby nie rozbujać łodzi. - Łotrzyca zachowała zimną krew. A Silny pomógł podejść koledze do drabinki. Ten złapał się jej szczeblów i z mozołem zaczął po nich wchodzić. Drabinka miała drewniane szczeble ale połączone liną a nie na sztywno.
                            - Pomóżcie mu! - Celnik ze swojej strony ponagliła marynarzy. Ci pochylili się i wyciągnęli dłonie aby złapać wchodzącego weterana imperialnej armii. Ten i tak musiał większość szczebli pokonać sam. W końcu wszedł w ich zasięg a ci złapali go i sprawnie pociągnęli w górę. Chociaż musiało go to zaboleć bo zajęczał. Był już jednak na pokładzie.
                            - Dawaj Astrid, teraz ty. - Silny wyciągnął dłonie i też pomógł jej podnieść się do pionu a potem przejść do drabinki. Tu jednak złapał ją za kibić i podniósł do góry, dzięki czemu oszczędził jej kilka stopni. Ona krzyknęła z zaskoczenia ale z żeglarską wprawą, złapała się za drabinę. Widać jednak było, że lewe ramię ma uszkodzone bo nie miała siły wznieść je do góry. Morskie doświadczenie, sprawiło, że do czekających ramion dotarła w miarę sprawnie. Chociaż w ostatniej chwili to rudowłosa mytniczka ich zastąpiła i uważając aby nie sprawić bólu Norsmence, pomogła jej wejść ten ostatni kawałek.
                            - Widzisz? Lubi nas. Te wczorajsze harce nie poszły na darmo. Albo jest z tych wrażliwych na ludzką krzywdę. - Burgund oglądała to z zadartą głową ale cicho posłała Egonowi pełen satysfakcji uśmieszek. A na górze zwolniło się miejsce więc łysy zbir pomógł wstać Larsowi. Ten kuśtykał ale dotarł do drabiny.
                            - Sam dam radę. - Uprzedził łysego jakby obawiał się, że ten spróbuje tego samego numeru co przed chwilą z Astrid.
                            - Spokojnie. Nie masz takiego jędrnego kuperka jak ona abym chciał go oglądać. - Silny sarknął ale wydawał się być rozbawiony. Zresztą Norsmen też się uśmiechnął. I zaczął zmagać się z drabiną. Szło mu ciężko ale morski łupieżca miał wprawę z takim środkiem transportu i cechował się ogromną determinacją. W końcu dotarł na sam szczyt, gdzie marynarze go złapali i pomogli wejść na pokład.
                            - Ciebie też podsadzić? - Silny spojrzał pytająco na siedzącą przy sterze łotrzyce. Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się do niego i pokazała mu gest powszechnie uważany za obraźliwy. On zaśmiał się chrapliwie i sam złapał za szczeble. Podczas walk ledwo został draśnięty więc płynnie pokonał tą wysokość. Wtedy łotrzyca wstała i z wprawą portowej dziewczyny podeszła do drabinki.
                            - No to widzimy się na górze. Aha. Tą chustkę pokaż jak już będą podgotowani, jako gwóźdź programu. Albo jakby który nie dowierzał co to za ślicznotki spotkaliśmy. - rzuciła mu cicho po czym z małpią zwinnością pokonała drabinę jeszcze sprawniej niż jej łysy krajan. Egon został na sam koniec. Rany za bardzo mu nie dokuczały i dał radę. Jednak nie był nawykły do takich ruchomych drabinek. Wydawała się mu uciekać spod butów i wierzgać jakby chciała go strącić. Ale jak nic i nikt mu nie przeszkadzało to szybko znalazł się na pokładzie. Nawet jeśli bez tej gracji portowej dziewczyny. Już pod koniec widział jak mytniczka się wychyla ku niemu i czekała na niego przy samym wejściu.
                            - Idź po łódź. - Wagner czuwał i jak tylko gladiator wszedł na pokład, jeden z marynarzy natychmiast zszedł po drabinie na dół, aby zająć się szalupą. Zaś Egon mógł się rozejrzeć po pokładzie. Właściwie to nic się nie zmieniło. Nadal było tu niewiele miejsca bo większość zajmowały różne skrzynie, beczki i pakunki towaru. Teraz na nich siedzieli lub leżeli jego towarzysze z łodzi. Otoczeni przez żądnych wrażeń i opowieści marynarzy. Stali też Gezackt, Szybki i Martin ze swoim łukiem. Tylko Silny i Burgund stali o własnych nogach.
                            - Tak się bałam, że wam te orki coś zrobią. Ale cieszę się, że wróciliście wszyscy. - Jutta mówiła do niego ale też z przejęciem patrzyła na pociętych awanturników. Na razie nie słyszał aby ktoś mówił imiona szlachcianek ale dopiero co tu weszli a z tej odległości to z łajby mogli ich nie rozpoznać.

                            Egon wspinał się na górę nie bez trudu. Ostatecznie, sam też zebrał swoje razy od orczych tasaków, dzid i berdyszów. Zielonoskóre bestie, pomimo tego, że wydawały się być całkowitymi dzikusami żyjącymi jeno chyba tylko po to, by rozmnażać się i walczyć o dominację okazały się całkiem doświadczonymi wojownikami.

                            – Dobrze, że się zatrzymaliśmy – rzekł głośno i wyjął zza pazuchy ofiarowaną mu chustę. – Czy wiecie, że akurat w porę zatrzymaliśmy się, żeby wspomóc w walce milady Froyę van Hansen i jej towarzyszkę, Fanriel Świetlistą?

                            Tu rzucił przelotne spojrzenie na szypra, który wcześniej, na podobieństwo skąpego kramarza, nie chciał ich puszczać.

                            – Iście, dobry to dzień! – zawołał Egon, ciekawy, jaki efekt wywrą jego słowa na Juttcie i samym szyprze. – Pomogliśmy naszym i kto wie, jeśli byśmy się nie zjawili, milady zostałaby plama na honorze a może i przyszłoby jej karkiem przypłacić! Z tymi zielonoskórymi bestiami to rzecz zawsze niewiadoma, kiedy uderzą raz jeszcze! Trza nam leczyć rany!

                            Egon postanowił wyczekać, co też rzekną ci na statku, nie chciał bowiem długo perorować a i też był ciekaw reakcji mytniczki i szypra. Chciał co prawda wkupić się w łaski czerwonowłosej, ale może i sprawa przyjmie dobry obrót u niego, bo nie chciał wypuścić jego bandy wcześniej…

                            - Froyę van Hansen? Tą z van Hansenów? - Szyper mimo swojej ogorzałej od wiatru i słońca twarzy to zbladł jak usłyszał to rozpoznawalne w mieście nazwisko. Nie tylko on teraz spojrzał za burtę, w stronę brzegu i polany na jakiej niedawno toczyła się zażarta walka z zielonoskórymi. No ale obie szlachcianki zginęły z oczu jeszcze jak szalupa płynęła do “Jutrzenki” i teraz była pusta.
                            - Ta, właśnie ta. Z van Hansenów. A znasz jakąś inną milady w spodniach co jeździ na polowania? - Silny też promieniał złośliwą satysfakcją z wrażenia jakie wywołali na pokładzie. Najpierw zrobiło się dużo ciszej gdy rozpoznali przynajmnej nazwisko ludzkiej milady. A szybko zaczął się szum niedowierzania i rozmów nad tym jak blisko byli kontrowesyjnej milady. Albo zerkali przez burtę na pustą już polanę albo na kawałek białego jedwabiu ze złotym słońcem van Hansenów. Nawet jak niec poplamionym na czerwono przez ślady palców właścicielki.
                            - Ale my nie wiedzieliśmy, że to ona. Stąd nie było widać. Sami przecież nie mówiliście do kogo płyniecie. Tylko, że dwie blondynki na koniach. - Wagner instynktownie przeszedł w ton obronny jakby ktoś mu coś zarzucał. Większość marynarzy poparła go.
                            - Ja kiedyś widziałam lady Froyę. Jechałam z Marissą i moją panią i moja pani spotkała lady Froyę i porozmawiały ze sobą chwilę. To widziałam milady van Hansen z bliska. Piękna kobieta. - Annika pochwaliła się, że miała okazję widzieć młodą van Hansen z bliska. I jak na kogoś kto nie był ze szlachty to rzeczywiście mogła mówić o wielkim szczęściu, że mogła ją widzieć z tak bliska. Większość z obecnych i pewnie większość populacji miasta, to najwyżej takie rozpoznawalne osoby mogły widzieć w Festag na mszy albo na jakichś festynach. - Przykro mi, że nie było mnie z wami. Do bardachy musiałam. A jak wyszłam to już płynęliście do brzegu. Ehh… Taka bitka mnie ominęła… - Pokojówka bretońskiej kultystki westchnęła z wyraźnym żalem, że nie miała okazji spróbować się z orkami. Widać było, że gula żalu stoi jej w gardle.
                            - Więc to była Froya van Hansen? I to z lady Fanriel? Oh… - Mytniczka wyglądała na tak samo skołowaną jak większość obecnych na pokładzie. I widać było na jej twarzy mieszaninę żalu i wyrzutów sumienia. Zwłaszcza jak prawie do ostatniej chwili wahała się czy wskoczyć do szalupy na tą nieplanowaną akcję na brzegu czy nie. I chyba rozpoznawała oba nazwiska szlachcianek. - Ojej, czemu nie popłynęłam z wami! - jęknęła w końcu gdy wyrzuty sumienia przeważyły szalę. Dotknęła chustki blondłowsej milady jakby chciała się przekonać, że ona naprawdę istnieje. Delikatnie przesunęła palcami po wyszytym słońcu i inicjałach jakby dzięki temu van Hansen miała się tu zmaterializować. - Jak ja zobaczyłam jak te orki na was skaczą to chciałam wam pomóc. No ale na tej przeklętej łajbie jest tylko jedna szalupa! A potem jak was zepchnęły do brzegu byliście bliżej ale dla mojego pistoletu i tak za daleko. To mowiłam Martin aby strzelała w te zielone ścierwo ile się da! - W końcu z jej pełnych ust, wyskoczył potok przepraszających tłumaczeń. Na pewno miała rację co do łodzi. Była tylko jedna. Więc jak awanturnicy nią popłynęli na ląd, to z krypy już nie było za bardzo okazji aby pójść w ich ślady.
                            - No tak, to była lady Froya i lady Fanriel. Walczyły bardzo mężnie ale sami widzieliście, że zostały otoczone. Więc my poszliśmy im z pomocą. A wtedy rzuciły się na nas te przeklęte orki. Więc daliśmy im odpór. Lars oberwał ale Astrid, Silny, Rune i Egon wytrwali do końca. Nawet jak te przeklęte orki zaczęli nas spychać do brzegu. I wtedy to obie milady przyszły nam z pomocą. I dorżnęliśmy te ostatnie orki. A one zatrzymały się wśród nas i nam podziękowały. I okazały wdzięczność. I tak z zawarły z nami braterstwo broni. - Burgund do tej pory milczała. Ale jak już się odezwała to było widać, dlaczego tak często udawało jej się urabiać rozmówców tak jak chciała. Wykorzystała moment aby w epicki sposób streścić to stacie i tak aby podkreślić jak dobre relacje dzięki temu zawarli z dwiema znamienitymi szlachciankami. Wzieła za jedno ramię Silnego, za drugie Egona i stanęła obok powalonych ranami towarzyszy. A zebrani słuchali jej z zapartym tchem, chociaż sami też musieli widzieć to starcie na własne oczy. Nawet jeśli nie tak detalicznie jak uczestnicy.
                            - Ojej… - Jutta jęknęła boleśnie jakby się miała zaraz rozpłakać z żalu i bezsilnej złości. - To taki zaszczyt móc walczyć u boku takich szlachcianek. I widzieć je z bliska. - westchnęła jakby sama nawet nie liczyła, że mogłaby z tymi błękitnkrwistymi choćby przez chwilę porozmawiać tak jak śmiałkowie z łodzi, po zakończonej walce. Burgund pokiwała głową i szybko posłała Egonowi triumfalny uśmieszek bo wyglądało na to, że zrobili piorunujące wrażenie na całej obsadzie “Jutrzenki” a zwłaszcza na młodej mytniczce. A jeszcze nawet nie wspomnieli o zaproszeniu od van Hansen.

                            – Trza nam medyków, bandaży – rzekł Egon, prężąc muskuły i pozując na wielkiego wojownika. – Inaczej jak będziemy mogli was bronić przed rzecznymi piratami…? Nie macie jakich medykamentów pod pokładem, ot, choćby maści albo płótna, co by zatamować krwawienie? Chodźmy pod pokład, tam chłodno jest i spokój, łatwiej będzie rannych doglądać!

                            Egon postanowił od razu załatwić sprawę ran ludzi, z którymi się wypuścił na rzeczną rejzę, a także trzeba było zwabić jakoś Juttę pod pokład. Poza tym, chciał dać się jej jakoś wykazać, że pomimo nie brała udziału w walce, to jednak mogła nadal się wykazać.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine jako Egon Herschkel
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #329

                              Egon wyciągnął chustę podarowaną przez van Hansen.

                              – Spójrzcie, to jest wdzięczność milady Froyi – rzekł, mając nadzieję, że chusta zrobi jeszcze większe wrażenie.. – Milady zaprosiła nas do swego dworu, aby wynagrodzić nas potem.
                              - Medyka? Na barce? A kogo stać na medyka? - Wagner zdziwił się, takim pomysłem. Ale jednak na tym nie poprzestał. - Ale jakieś bandaże to się znajdą. Zobaczę jak ich się da poskładać. No rzeczywiście nieźle was te orki pocięły. - Szyper podszedł do tej najbardziej poranionej trójki jaka siedziała lub leżała na belach materiału albo skrzynkach. Posłał jednego z marynarzy pod pokład.
                              - I lady Froya zaprosiła was do siebie? Wszystkich? Cóż za wspaniała i życzliwa kobieta. Potrafi okazać wdzięczność. - Mytniczka przygryzła wargi i pokiwała głową ze zrozumieniem. Ale miała minę jakby się zaraz miała rozpłakać ze złości i żalu na wdzięczność lady van Hansen jaka ją ominęła.
                              - Ja tam wolę jak mi kobiety okazują wdzięczność w inny sposób. Na kolanach albo na czworakach. Pode mną też może być, łaskawy i wyrozumiały he he jestem. - Silny mruknął poufale do Egona. I widocznie słowa zaaferowanej celnik całkiem inaczej mu się skojarzyły. Buurgund trzepnęła go ostrzegawczo w ramię aby się pohamował.
                              - Wieczorem będziesz miał okazję z nią się tak pobawić. Sam mówiłeś. - Przypomniała mu co niedawno mówił w szalupie.
                              - Dobra, dobra. - Łysy machnął niedbale ręką, jakby na razie sprośne żarty mu wystarczały.
                              - Nasza Martin robiła co mogła i nawet zdjęła parę gobasów. Ale to daleko jak na łuk było, wysoko trzeba było strzelać aby któregoś trafić. - Gezackt był w podobnej sytuacji jak Jutta i nie mógł się osobistymi sukcesami pochwalić to chociaż wskazał na szczupłą łuczniczkę ze swojej bandy jaka strzelała do zielonoskórych.
                              - Starał się. No i musiałam uważać aby nie trafić którejś z nich albo was. Nie widziałam, że to szlachcianki. - Blondynka wywołana do odpowiedzi, przyznała rację hersztowi chyba zdawała sobie sprawę, że jej udział w pokonaniu zagrożenia był dość niewielki.
                              - Już! Już mam! - Przybiegł ten marynarz posłany przez szypra i pomachał rolkami jakiegoś płótnia. Nie były to gotowe bandaże ale można je było z tego zaimprowizować.
                              - Ale Astrid to nie godzi się tak publicznie obnażać. Przecież to szlachcianka. Jutta pomogłabyś mi się nią zająć? - Burgund chytrze podeszła i szypra i celniczkę. Rzeczywiście wśród poważnie rannych blondynka z północy była jedyną kobietą i aby ją opatrzyć pewnie by trzeba zdjąć chociaż górę jej sukni. Marynarzy i najemników to na chwilę skonsternowało ale brunetka nie wahała się ani chwili.
                              - Oczywiście! Zrobię co tylko się da aby pomóc tak dzielnej kobiecie co stawała razem z mężami! - Zapewniła gorliwie i szybko złapała jedną rolę od Wagnera.
                              - Egon? Możesz wziąć Astrid i zanieść do jej kajuty? - Łotrzyca poprosiła kolegę naturalnym tonem ale z błyskiem złośliwej satysfakcji w oku. Bo zapowiadało się, że będą mieli w kajucie taki skład jaki planowali niedawno w łodzi. A Jutta wydawała się jeszcze bardziej przejęta i chętna do współpracy niż początkowo wyglądało.
                              - Ładna ta chustka. To od tej szlachcianki? No tak, słyszałem, że one lubią takie rzeczy. Zwykłe dziewczyny też takie mają no ale nie takie drogie. Ale, żeby szlachcianka komuś nie ze szlachty dała… - Gezackt przyjrzał się kawałkowi jedwabiowi w sękatej łapie gladiatora i był pod wrażeniem. Chustki nosiły i zwykłe mieszczki ale lniane a nie jedwabne no i nie tak starannie obszyte koronką i raczej bez inicjałów.
                              - Ja znam szlachcianki co dają nie tylko chustki. Ale z każdej strony i nie marudzą, że je głowa boli. - Zaśmiał sie chrapliwie łysy mięśniak i spojrzał porozumiewawczo na Egona i Burgund co stali najbliżej. Ale na tyle cicho, że reszta chyba nie usłyszała.
                              - No ładna. Moja pani też ma podobną. Ma ich kilka. Ale nie widziałam aby komuś dawała. - Annika też zainteresowała się chustką Froyi. Przesunęła po niej palcami i wywołała jeszcze większość wesołość u silnego bo właśnie jej pani znana była w kulcie z dawania ale nie chustek. Burgund znów go spiorunowała wzrokiem aby się pohamował.
                              - A ja słyszałem, że w dawaniu najlepsze są Bretonki! - Zarechotał Szybki, chociaż raczej nie słyszał tej szeptanej rozmowy. To wywołał falę dzikiego śmiechu u prawie wszystkich, zwłaszcza u Silnego. Łotrzyca przewróciła oczami ale też się uśmiechnęła.
                              - Na dawanie od naszej Bretonki to będzie trzeba poczekać do powrotu. A teraz chodżcie zająć się Juttą. Też przecież potrafi dawać i to nie chustki. - Skinęła na Egona, żeby ruszyć do Astrid i Jutty. Mytniczka stała przy Norsmence i troskliwie dopytywała się gdzie ją najbardziej boli.

                              Egon stwierdził, że jeśli szło o opatrzenie ran, to więcej już zdziałać nie mogli. Felczera ani jakiegokolwiek mistrza wprawnego w medycynę zaiste na statku uświadczyć nie mogli, a płótna, które posłużą do zatamowania krwawienia musiały wystarczyć. Niewiele też było tego czasu na leczenie dla ferajny, która, bądź co bądź, zebrała całkiem niezły łomot od zielonoskórych. Wydawało się, że z tego wszystkiego jeno on, Rune i Silny wyszli w miarę w jednym kawałku. Sprawiło to, że przepełniła go duma, bowiem prawdziwi czciciele Pana Krwi dali sobie radę w bitce.

                              Jedynie gdyby jakoś udało się wyłuskać zielonoskórych z lasów i przekabacić ich na swoją sprawę… No. Ale czas na knowania zostawił na później.

                              Puściwszy uwagi Silnego pomimo ucha (wdawać się w gadaninę nie chciał, coś zepsuć mógłby jeszcze), rzekł:

                              – Chodźże, Astrid. Całaś poobijana przez te zielone bestie – Egon użyczył ramię dziewczynie i podniósł ją, po czym począł zmierzać do kajuty.

                              Łysy kamrat poklepał go na pożegnanie po plecach i na razie darował sobie sprośne uwagi. Gladiator zaś podszedł do blondwłosej córki jarla. Musiał się nachylić aby mogła objąć jego szyję. A potem dostosować się do jej kuśtykania. Przed nimi szły Jutta z Burgund. Mytniczka otworzyła drzwi do burtowej nadbudówki a łotrzyca do kajuty. Tutaj Egon był po raz pierwszy. Okazało się, że portowy zbir miał rację i to była klitka. Składana na ścianę prycza na jakiej musiał ostrożnie położyć Astrid. Parę prostych wieszaków na ścianie i prosta szafa w kącie. Składany na ścianę stolik i mały stołek. Sufit był tak nisko, że taki rosły mąż jak on to prawie o niego zawadzał głową. Kobiety były niższe no i nie tak masywne, to im było lżej. Ale we czwórkę to i tak zrobiło się trochę ciasno. Burgund weszła ostatnia i uśmiechnęła się gdy zasunęła skobel w drzwiach aby nikt im nie przeszkadzał.
                              - To będę ci musiała zdjąć tą suknię Astrid. - Zelnik powiedziała przepraszająco i życzliwie do siedzącej na pryczy Norsmenki.
                              - No to zdejmuj. - Blondynka nie robiła przeszkód. Więc Jutta usiadła przy jej boku i zaczeła majstrować przy tych wszystkich sznurkach i zapięciach. Burgund usiadła u drugiego boku Astrid i zaczęla jej pomagać. Po chwili obie wysunęły ramiona skald z sukni i ta nieco się skrzywiła z bólu i wstrzymała oddech. Pojawiła się biała koszula na jakiej wyraźnie widać było dwa krwawe zacieki, tam gdzie orcze ostrza przebiły się przez jej skórznię. Koleżanki ją też zdjęły i pokazał się nagi, kształtny tors Norsmenki. Jutta zaczęła przemywać rany szmatką a łotrzyca cięła płótno aby przygotować opatrunki.
                              - Byłaś bardzo dzielna Astrid. Ustałaś razem ze swoimi przyjaciółmi. Widziałam. Jak Lars oberwał i wrócił do łodzi to już się bałam, że was te orki ogarnął. Bo tak dużo ich było. No a ty mu pomogłaś dojść do łodzi. Już się bałam, że najwyżej waszej dwójce się uda do nas wrócić. Ale potem jak Egon się uporał ze swoimi trzema to pomyślałam, że może nie będzie tak źle. - Jutta dalej była przejęta ale chciała zaznaczyć, że nawet jeśli nie widziała wszystkich detali walki, to całkiem uważnie ją obserwowała i trzymała kciuki. - I kto by pomyślał, że to była lady Froya i lady Fanriel. Ja je parę razy widziałam w porcie albo na mszy. Ale oczywiście nigdy z nimi nie rozmawiałam. Oj szkoda, że z wami nie popłynęłam. I jeszcze was milady zaprosiła do siebie. - mówiła szybko ale zdołała przemyć rany i teraz bandażowała zraniony bark pieśniarki sag a łotrzyca mniejszą, na jej boku. Astrid przyjmowała te zabiegi z godnością a to, że miała biust na widoku, wcale zdawało jej się nie przeszkadzać.

                              Zdawało się, że plan wymyślony przez Egona i Burgund toczył się swoim własnym torem. Było dobrze, ale wszak jeszcze nie wszystko dopełniło się tak, jak miało. Egon w drodze pod pokład zastanawiał się, jak to rozegrać? Ostatecznie jednak postanowił ryzykować po odpowiednio pieczołowitym wydupczeniu Jutty, stare porzekadło zasłyszane ongiś na szlakach Middenheim bowiem mówiło, że zaspokojona kobieta będzie bardziej spolegliwa, niż gdyby chuć nadal ją trapiła. Być może wizja wkupienia się w łaski milady mogła przekabacić Juttę? Cóż, zdawało się, że w przypadku Astrid tak już się stało.

                              – Ja i lady Froya van Hansen przyjaciółmi jesteśmy – rzekł Egon w przestrzeń, to do Jutty, to do Astrid wreszcie. – Chusta to jej znak. Wszak jednak pomagasz nam, Jutto, te rany zadane przez zielone diabły zaiste okrutne! Rzeknij no, widzę, że coś nieco znasz się na tym medykowaniu albo i opatrywaniu ran, toś tak jakby pomagała i samej milady. Astrid także dała odpór przeciwnikowi. Dobrze, że nam pomagasz.

                              Zagaił wstępnie, licząc, że w prowadzeniu rozmowy pomoże mu Astrid tudzież Burgund.
                              - Znasz lady Froyę? - Mytniczka aż odwróciła ku niemu swoją kasztanową głowę, tak ją zdziwiło oświadczenie gladiatora. W końcu milady była jedną z najbardziej rozpoznawalnych rodów w ich mieście. A gladiator na szlacica nie wyglądał. Raczej na zwykłego żołnierza czy najemnika.
                              - Egon poznał lady van Honsen zeszłej zimy. Zresztą sam ci może to opowiedzieć. - Burgund rzekła to jakby chodziło o jakąś rutynową błachostkę. Sama właściwie już skończyła zakładać opatrunek blondynce i zaczęła głaskać jej odkrytą pierś.
                              - Ja ją dopiero poznałam. Ale wiele o niej słyszałam wcześniej. Bardzo chciałam ją poznać. Cieszę się, że mogłam walczyć u jej boku. I, że poznam ją jeszcze lepiej po powrocie. Może uda mi się ją dołączyć do sagi o nas i naszych przygodach? A teraz to też widziałam, że milady rozmawiała najwięcej z Egonem. Chyba widziałaś to z burty? - Astrid na wpół leżała w poprzek pryczy. Dotyk rudowłosej wcale jej nie przeszkadzał. A sama zaczęła głaskać udo mytniczki.
                              - No tak. Widziałam. Po walce. Jak z wami rozmawiają. Tylko wtedy nie wiedziałam kto to jest bo nie było tak dokładnie widać. - Brunetka pokiwała głową, że sporo z tamtej niedawnej sceny mogła obserwować nawet jeśli nie słyszała o czym rozmawiają. - I pewnie, że ja bardzo chętnie pomogę przyjaciołom milady. Teraz też bym popłynęła razem z wami. Ale no bogowie! No ja nie wiedziałam, że to one walczą z tymi goblinami! A tak a brzegu to już trochę poza moją jurysdykcją! Ale dla milady i jej przyjaciół to bym poszła! - Celniczka znów wydawała się, żałować, że przed akcją o włos się rozminęła ze swoim przeznaczeniem do zostania przyjaciółką milady.
                              - Ja nie chcę nic mówić. Ale ja też się nieco znam z lady Fanriel. - Burgund tak samo jak przed chwilą kolega, teraz wspomniała imię nastepnej szlachcianki. I Jutta zareagowała podobnie zaskoczonym spojrzeniem.
                              - Znasz lady Fanriel? - Na co łotrzyca pokiwała głową i leniwym uśmieszkiem. Już całkiem bezwstydnie zaczęła się bawić piersią koleżanki.
                              - Poznałam ją w teatrze. Na pewnym przedstawieniu jakie tam ostatnio się odbywało. Widziałam, że bardzo jej się podobało. Ale się wcale nie dziwię. Wspaniali i bardzo utalentowani aktorzy tam występowali. Też mi się bardzo podobało. Aż nie wiem czy bardziej wolałabym je oglądać czy występować. Nawet chwilę zdarzyło mi się porozmawiać z lady Fanriel no ale wiecie. Nie chciałam jej się narzucać a w końcu ona poszła z kim innym. Zresztą Egon też tam był. - Łotrzyca mówiła z lekkością zawodowej plotkary jaka mówi co dziś rano widziała na targu. Chociaż sprytnie opisała wieczór w teatrze z zeszłego tygodnia. Na tyle enigmatycznie, że brzmiało jak jakieś nobliwe przyjęcie dla elity tego miasta. I znów udało jej się wplątać kolegę, że wyglądało jakby miał tam swoje znajomości. I rzeczywiście Jutta znów obdarzyło go wyczekującym spojrzeniem. A Burgund zaczęła rozpinać górę swojej sukni.
                              – Znam lady Froyę van Hansen z czasów, kiedy wespół, we trójkę ubiliśmy trolla z pewną dziewką z północy – Egon ciągnął, pewien, że zabicie trolla zeszłej zimy pewnikiem stawi go w dobrym świetle.

                              Tu zrobił na chwilę pauzę, pozwoliwszy Burgund wyrzec, co jeszcze miała co do rzeczy.

                              – Jeśli rada byś do nas dołączyć do milady, to przecie okazja się jeszcze nadarzy – rzekł Egon z krzywym uśmiechem, dotykając ramię Jutty. – A i interes ubić na tym będziesz mogła znaczny, bo każdy, kto jest towarzyszem milady prosperuje… Widzisz? Ten topór, prawdziwe dzieło sztuki, żem dostał od niej samej. Ciekawa to rzecz, milady dała mi topór i topór powrócił, żeby ją ochronić… Mmm.

                              Wojownik zamilkł raz jeszcze, sam nieco zdumiony, jak sprawy się ułożyły.

                              – Mogłabyś do nas dołączyć podczas podróży do dworku – rzekł wreszcie. – Rzekniemy, żeś doglądała mnie i Astrid, boś widzę, że niby z ciebie mytnik, to palce masz wprawne – zaśmiał się. – Co rzekniesz? Może los ciebie ominął jeno raz, ale już drugi raz ty musisz zdecydować.

                              I tym razem zamilkł po raz trzeci, pozwoliwszy Burgund i Astrid odegrać swoje role.
                              Celnik rzeczywiście z ciekawością przyjrzała się toporowi jakim wojownik niedawno rąbał orki. Wciąż widać było ich juchę tu i tam. Brunetka była na tyle zaaferowana tym pokazem i jego słowami, że jak znów odwróciła się ku koleżankom to Burgund już zdążyła zsunąć górę swojej sukni. I jej pełny, jędrny biust od razu wpadał i kusił oko.
                              - Burgund co ty robisz? - Mimo wszystko trochę to musiało zaskoczyć szatynkę. Chociaż nie wyglądała na speszoną. W końcu ostatniej nocy zintegrowali się nawzajem całkiem mocno.
                              - To stary norsmeński sposób. Jeśli nadobna niewiasa jest w negliżu i czule dba o rannych wojowników to jest im przyjemniej i szybciej wracają do zdrowia. - Astrid bez wahania odpowiedziała za rudowłosą. I tak naturalnym tonem jakby to była prawda. Czy była to Egon nie wiedział, wcześniej tego od nikogo ze swoich norsmeńskich kamratów nie słyszał. Ale widział jak łotrzyca znów nie dała pukać okazji dwa razy.
                              - Mnie bardzo ale to bardzo zależy aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. - rzekła i płynnie stanęła na podłodze. Z kocią gracją pokonała ostatnie zapięcia sukni i ta zsunęła się po jej zgrabnych nogach do jej stóp. Została już tylko w pończochach i bieliźnie. Co prawda nie jedwabnych jakie używały szlachcianki ale jak na mieszczkę to całkiem ładne. I dobrze podkreślały jej sylwetkę tancerki. Blondynka pokiwała głową z aprobatą i spojrzała na celniczkę wyczekująco.
                              - Nie no… Ja też chcę aby Astrid jak najszybciej wróciła do zdrowia. Tylko wcześniej nie słyszałam o takiej tradycji. - Szatynka uśmiechnęła się i zaczęła rozpinać swoją górę. Na co obie kultystki uśmiechnęły się a łotrzyca puściła koledze psotne oczko. - Ojej i naprawdę byście mnie przedstawili milady? Jak wrócimy do miasta? - Jutta podniosła głowę aby po kolei spojrzeć na każde z ich trójki. Już zaczynało widać jej odkrywający się dekolt. A rudzielec minęła kolegę i uklękła przy jakimś worku i zaczęła czegoś w nim szukać. Więc chwilowo Egon widział głównie jej pochylone, nagie plecy. - Ja też zawsze chciałam ją poznać ale nigdy nie miałam okazji. Zresztą Fanriel też. To elfka a wiecie jakie one są. Piękne ale zwykle zadzierają nosa. W ogóle nie zwracają uwagi na zwykłych ludzi. - mówiła z przejęciem ale wstała aby łatwiej zdjąć kurtę. Powiesiła ją na wolnym haku i szybko zaczęła zdejmować koszulę.
                              - Mam koleżankę co zna je obie. Służyła im obu i bardzo sobie chwaliła. Mówiła, że obie są bardzo wymagające ale ona lubi wyzwania. - Głos łotrzycy był nieco przytłumiony gdy wciąż przeszukiwała worek. I pod pozorem powagi dało się wyczuć nutkę ironii. W końcu wczoraj wieczorem Łasica sama zachwalała swoje spotkanie z dwiema blondynkami o jakich teraz rozmawiali.
                              - Ja też lubię wyzwania. I szanuję je obie. - Jutta przytaknęła i znów okazała się gorliwością we współpracy. Co wywołało rozbawione parsknięcie łotrzycy ale wciąż klęczała przy swojej torbie. Mytniczka zaś zdołała się roznegliżować od pasa w górę. Widać było jej nagi biust. Nie tak bujny jak u Burgund ale całkiem kształtny i apetyczny.
                              - No i właśnie jak działa ta norsmeńska metoda to zapytaj Egona. Egon powiedz. Czy teraz jest przyjemniej wracać do zdrowia. - Astrid nadal leżała w poprzek pryczy, opierając się o ścianę ale widząc, że sytuacja zaczyna zmierzać we właściwą stronę to uśmiechała się z zadowoleniem. Jutta z ciekawości też spojrzała na wojownika jak on się zachowa wobec tej norsmeńskiej tradycji.

                              Egon, kiedy usłyszał o “starej norsmeńskiej tradycji” omal nie parsknął głośno, jednak w ostatniej chwili zmitygował się, próbując przyjąć jakieś pozory powagi. Oczywiście, to wszystko naturalnie był jakiś wybieg Burgund, bowiem sam będąc w Norsce przez jakiś czas i widząc drużyny wracających wojów z dziczy nigdy nie uświadczył dziewcząt rozbierających się przed okrwawionymi i sinymi od zadanych ran Norsmenami. Niemniej, postanowił brnąć w to, co zaczęła.

                              – Stara baba, co żem spotkał na północy tak gadała – zełgał wojownik. – Zasłyszałem raz, że guślarka pochodziła z Thorshafn i jeśli jeno wierzyć słowom Norsmenów, to miała w sobie krew olbrzymów. Czy to prawda była, zweryfikować nie sposób! Babka opowiadała, że fluidy, które zapewnia ciało dziewki uleczą każdego woja, byleby była blisko i była przychylna wojowi. Każda może, ale najlepsze są te, co nie są starsze niż dwadzieścia wiosen.

                              Tu zamilkł, skubając swoją siwą brodę i próbując przezwyciężyć przemożne pragnienie ryknięcia śmiechem.

                              – U Norsmenów to kobiety mają moc leczenia, chłop takich rzeczy dokazać nie umie – ciągnął. – Choćby był i najlepszy guślarz, to i tak pośledniejszy będzie od kobiety, co te same nauki pobierała. Stara gadała, że jak dziewka poświęcona bogom odda się wojownikowi, to w jeden dzień rany zasklepią z powodu życiodajnych soków! Tak nam to stara baba tłumaczyła.
                              - No właśnie, tak to u nas jest. - Astrid mimo ran, aż się rozpromieniła, że Egon tak płynnie przejął pałeczkę tej bajery. Nawet Burgund na chwilę podniosła swoją rudą głowę aby posłać mu rozbawione spojrzenie i kciuk w górę na znak aprobaty. Jutta musiała rozdzielić swoją uwagę na ich oboje więc przez chwilę im się na przemian przypatrywała.
                              - Takie zwyczaje macie w Norsce? To ty byłeś w Norce Egon? - Chciała się dowiedzieć. Czy uwierzyła im czy nie, to i tak wydawała się zaciekawiona taką legendą.
                              - Oj Jutta, Chyba chcesz pomóc Astrid dojść do zdrowia co? - Łotrzyca szybko poszła w sukurs pozostałej dwójce kultystów i zadarła głowę aby posłać mytniczce proszące spojrzenie.
                              - Nie, no pewnie. Jak roznegliżowanie aż tak działa… Nawet by mi to do głowy nie przyszło. - Celnik roześmiała się z rozbawienia po czym spojrzała na swój dół. - Ale to trochę zajmie. - Uprzedziła. Wciąż miała na sobie wysokie buty, obcisłe spodnie i pas z bronią. Więc rzeczywiście mogło jej to parę chwil zająć zanim się tego pozbędzie. Na początek zaczęła rozpinać pas a ucieszona Astrid zacisnęła pięść w geście triumfu, że szatynka znów wykazała się pełna dobrej woli do współpracy i integracji.
                              - Ale to kobiety Norsmenów tak leczą? A to nie Astrid powinna leczyć mnie? Albo nas? - Jutta na chwilę zmrużyła brwi gdy odpięła pas i powiesiła go na kołku. Spojrzała bystro na kolegę i koleżanki.
                              - Jak mi pomożesz zdjąć spódnicę to ci mogę dać lekarstwo z samego źródełka. - Córka jarla poklepała się po podołku. Widocznie samej było jej zbyt trudno się rozbierać zsukni. Albo wolała poczekać aż ktoś jej pomoże. Mytniczka spojrzała na nią rozpinając spodnie. Usiadła obok niej i schyliła się aby zacząć się mocować ze ściąganiem wysokich butów.
                              - Bardzo chętnie. Ale poczekaj aż się rozbiorę. - Pokiwała głową na znak zgody po czym zajęła się butami. Burgund zaś w końcu wstała. I zaczęła przypinać do bioder zabawkę jaka pozwalała jej odgrywać mężczyznę. Podeszła do kolegi i pokazała mu worek w jakim grzebała.
                              - To mam sprzęt do negocjacji z Juttą. - Zaśmiała się cicho, korzystając z tego, że celnik siłowała się ze swoimi butami. - A ty się nie rozbierasz? W tej kolczudze to wiele nie zdziałasz. - Wskazała wzrokiem na metalowy pancerz jaki wciąż miał na sobie.

                              Egon zaczął się rozbierać ze swej kolczugi, sam w zasadzie nieco ciekaw, ile ran zarobił podczas starcia. Kiedy zdejmował kolejne elementy pancerza, jego myśli to przechodziły przez ostatnie zdarzenia, jednak co rusz nie mógł się nadziwić nowemu wynalazkowi Burgund. Rozebrawszy się, obnażył swoje mięśnie i z ciekawością przypatrzył się fallusowi, który Burgund przyniosła. Co jak co, ale nie spodziewał się, że uliczna cwaniara będzie wnosić takie rzeczy na pokład.

                              – Za mało tam chłopów macie, co tego potrzebujecie? – parsknął.

                              Obracał w dłoniach kawał drąga doczepiony do paski.

                              – Dobra… To co, zaczynamy to leczenie? – zapytał z błyskiem w oku.

                              - Oj Egon, no co ty… - Łotrzyca aż przekrzywiła głowę jakby powiedział coś niestosownego. - Jak portowa dziewczyna z ferajny jedzie do stolicy to przecież nie może wyglądać jak jakaś tandetna wieśniara ze wsi. - Mruknęła z nieco przesadnie udawaną urazą. Ale w oczkach miała figlarne błyski. I na sylwetkę już rozebranego kolegi i na dwie koleżanki obok. Jutta wreszcie uporała się i z butami, i spodniami, i bielizną. I wreszcie była ubrana stosownie do leczenia rannych wedle “starej, norsmeńskiej tradycji”.
                              - O, ty też oberwałeś? - Teraz mytniczka zauważyła parę świeżych cięć na ramieniu wojownika. Podeszła do niego bliżej i pogłaskała go czule po nagim torsie. Na rozgrzane od walki i emocji ciało jej kobiecy dotyk rzeczywiście wydawał się być przyjemnie kojący i pobudzający jednocześnie.
                              - Ja tu się zajmę a ciebie to Astrid bardziej potrzebuje. - Burgund szybko wtrąciła się ale tak stanęła aby kolega choć trochę ją zasłaniał od nowej koleżanki. Ta zaśmiała się i spojrzała jeszcze z zaciekawieniem na gotowe berło Egona ale rzeczywiście odwróciła się do nich tyłem. Z ich perspektywy nakryła swoim ciałem norsmeńską szlachciankę i widzieli jak zaczynają się całować. Łotrzyca też pozwoliła sobie chwilę to oglądać po czym trąciła kamrata w ramię.
                              - No to jak ci mówiłam. Jak się jedzie do stolicy to nie może być, żeby się ferajna musiała za ciebie wstydzić. - To mówiąc pokazała otwarty worek w jakim do tej pory grzebała. I widać w nim było pełno klamotów jakie ona i jej koleżanki lubiły sobie urozmaicać zabawy. Jakieś pęta, skórzane kajdany, kneble i liny. Zupełnie jakby zgarnęła ze sobą przenośny zestaw i chciała się nim teraz koledze pochwalić. - Zobacz na to. - Sięgnęła po jakiś słoik. Wyglądało, że w środku jest coś w stylu rybiego pęcherza wypełnionego czymś mlecznym. - To nasienie zwierzoludzi. Z Łasicą zebrałyśmy po tamtym pikniku w lesie. Mówią, że to wzmaga potencję i mężom i kobietom. Ale wiadomo, łatwo się psuje. Ale lady Soria nam pomogła. Zrobiła jakąś sztuczkę i powiedziała, że póki pęcherz nie będzie otwarty to będzie świeże jak prosto od koziołka. - Zaśmiała się wesoło tłumacząc co takiego jest w tym słoiku. - I to też wzięłam. W sumie nie wiem po co. Ale pomyślałam, że może się przydać. Najwyżej przywiozę z powrotem i tyle. - Z pewnym zakłopotaniem pokazała na dwie czy trzy strzykwy jakich używali do zasiewania. Tylko te były złożone a więc puste. - Jaja mam w drugim słoiku. - Wskazała gdzieś w głąb worka. - No i mam jeszcze to. Sama lady Soria mi to dała. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wyjęła małą buteleczkę. Właściwie fiolkę. W niej był jakiś przezroczysty, lekko różowy płyn. Trochę gęstszy niż woda. - To jej esencja. Można dolać do wina albo jedzenia. To libido skacze, że hej. I jej i jemu. A jak by wypić całe o tak jak jest to podobno nie do opisania. Tak mówiła. Ja jeszcze tego nie próbowałam. - Powiedziała co jest w tej małej fiolce. Po czym zerknęła na sytuację na pryczy. Mytnik zdążyła zejść z pocałunkami do brzucha Norsmenki i właśnie zbliżała się do jego strategicznego miejsca. - Myślę, że dla Jutty to nie potrzebne. Ale kto wie kto się trafi po drodze? Może nie wszyscy będą dla nas tak mili jak ona? - Pomachała fiolką i wrzuciła z powrotem do worka. - Na pejcze i baciki to raczej tu nie mamy miejsca. Może wieczorem w “Łabędziu”. Ale jakbyś coś potrzebował z reszty to bierz. - Niczym dobra kamratka, zachęciła kolegę aby się częstował tym ekwipunkiem jaki zabrała na wypad do stolicy.

                              Egon otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Burgund, wierna swemu Mrocznemu Patronowi, naprawdę wniosła na pokład nie jeden, nie dwa, a zdawało się, cały arsenał pejczów, ćwieków, sznurów i innych jeszcze narzędzi. Przez parę oddechów Egon, na podobieństwo dziecka, szperał w skrzyni, odnajdując w niej rzeźbione fascinusy. Zdało się, że ten, co je rzeźbił wykazał się wyobraźnią zaiste godną demonów, bowiem każdy z rzeźbionych drągów miał fikuśne wzorki, inne zaś posiadały wybrzuszenia w odpowiednich miejscach czy też pręgi, które miały wzmóc przyjemność używającej ich niewiasty. Jeszcze inne były zszyte i złączone skórą po dwa, zapewne po to, by wejść w oba otwory kobiety.

                              – Dziś walczyłem toporem, ale teraz to będzie moja nowa broń – wyciągnął z wnętrza potężny, hebanowy drąg, który u swego zwieńczenia był prawie tak gruby, jak pięść Egona. – Ejże, Jutta, nie zabieraj Astrid całej do siebie, ja też chcę pomedykować.

                              I z krótkim śmiechem zrobił odpowiedni gest, zbliżając się do Astrid i Jutty.

                              – Astrid, rokraczże nogi, trza mi najpierw obejrzeć – zaśmiał się jeszcze.

                              Dwie koleżanki jakie się sobą tak namiętnie zajęły, przez chwilę zapomniały o stojącej obok dwójce. Zaś Burgund energicznie pokiwała głową i uśmiechnęła się. Widać było, że ucieszyła się gdy kolega wśród zabranych przez nią zabawek znalazł coś dla siebie. Wtedy odłożyła worek na podłogę i przyglądała się jak dwie koleżanki spojrzały na niego. Też nie miały mu za złe, że do nich dołączył.
                              - No skoro to dla zdrowia Astrid to pewnie. - Jutta nie oponowała. Odsunęła się od gościnnych ud norsmeńskiej skald aby zrobić miejsce dla Egona. I obserwowała z ciekawością co się teraz stanie. Norsmenka także czekała w gotowości, posyłając mu prowokująco, lubieżne spojrzenie. Już nie wydawała się taka obolała jak na początku, gdy ostrożnie ją kładł na tej pryczy.
                              - I to jest prawdziwy mężczyzna. I wojownik i kochanek. - Mruknęła z aprobatą, wcale nie speszona jak bardzo fizycznie nad nią górował. Burgund stanęła obok pryczy aby lepiej widzieć co się teraz będzie działo.

                              Egon, czasem spoglądając za siebie - na Burgund i na Juttę, bo ciekaw był, czego też Burgund dokaże z Juttą - począł delikatnie pieścić Astrid w miejscu, gdzie według starej baby z Norsci miały wypływać lecznicze soki. Upewniwszy się, że Astrid, rozgrzana już wcześniej przez Juttę, będzie odpowiednio spolegliwa, toteż wpychał i wyciągał palce w samą Astrid, rad usłyszeć z jej strony jęki.

                              Urabiając odpowiednio dziewkę z Norsci, gladiator spojrzał za siebie: miał bowiem nadzieję, że Burgund podprowadzi odpowiednio rudowłosą mytniczkę. Egon miał bowiem jej wkrótce zaproponować, aby dołączyła do nich, na pozór jako rzecz związaną z interesem na rzece, z czasem jednak Egon chciał wykorzystać mytniczkę jako odpowiednie wsparcie na rzece i Morzu Szponów do łowienia brańców.

                              Zostawiwszy rzecz na razie Burgund, Egon jął się próbowania kobiecego ciała: wziął wielki drąg i delikatnie wpychał go w kobiecość Astrid.

                              – Dawajże, Astrid – mruknął. – Stare legendy prawią o wojach, co przepili, przewalczyli i przejedli najtęższe olbrzymy. Weźmiesz w siebie to? To też godne olbrzyma, obaczmy, czy żeś godna śpiewania sagi o ciebie! Ha-haha!
                              Na razie to wyglądało, że wszystkie trzy koleżanki są ciekawe zamiarów kolegi. A gdy już się zorientowały to jeszcze bardziej. Gladiator miał dwie smukłe, nagie sąsiadki po każdej ze swoich stron. Od strony drzwi stała celnik a od szafy Burgund. Z zafascynowaniem obserwowały jak Astrid sobie poradzi z drągiem takich rozmiarów jaki ofiarował brodacz. Córa północy najpierw jakby zdębiała gdy zobaczyła to co jej naszykował. Ale szybko przygryzła wargę i zachęcająco machnęła dłonią aby kontynuował.
                              - No to chodź. Pokażę ci co potrafi prawdziwa Norsmenka. - Wyjęczała jakby znów wlało się w nią pożądanie tak sprawnie zaczęte przez mytniczkę. Potem przygryzła wargi i cicho jęczeć, jakby była zbyt dumna aby krzyczeć czy zdradzać jakieś obawy. Dwie koleżanki nadal to obserwowały.
                              - Lady Fabienne pewnie by dała radę takiej sztuce. - Mruknęła towarzysko łotrzyca.
                              - Jak jakaś wyperfumowana Bretonka da temu radę to ja tym bardziej! - Astrid zaperzyła się jakby potraktowała to jak wyzwanie. I machnęła głową na Egona aby zaczął śmielej dokazywać. A ten aż widział jak na jej płaskim brzuchu przesuwa się wybrzuszenie do tej zabawki jaką w nią wsuwał.
                              - Jutta pozwól na chwilę. - Burgund wezwała słowem i gestem celniczkę. Ta podeszła ciekawa czego chce ale też nie chciała tracić widowiska na pryczy. Więc nie spodziewała się jak ruda szybko obróciła ją i popchnęła na tą pryczę. Szatynka sapnęła cicho z zaskoczenia i starała się tak zaprzeć dłońmi aby nie uderzyć Norsmenki. W końcu wylądowała z nią twarzą w twarz. - Miałaś pomóc Astrid wrócić do zdrowia. - Przypomniała jej Burgund.
                              - A no tak. - Jutta uśmiechnęła się ale nie była przeciwna. Znów zaczęła całować usta dziewczyny z północy. Ale odwróciła się nagle do tyłu. - Co robisz? - zapytała patrząc na dziewczynę z ferajny.
                              - Pomagam ci się przygotować na twoją kolej. - Burgund zaśmiała się i wskazała wzrokiem na zabawkę jaka już mocno była w trzewiach Astrid. I w tym momencie sama władowała się we wnętrze mytniczki. Z początku ostrożnie ale klaskający rytm bioder o pośladki przyspieszał co wskazywało, że zabawa szybko nabierała tempa.

                              Egon tymczasem bez ceregieli testował Astrid. Choć on sam wybrał Pana Krwi jako swojego patrona, nigdy nie mógł oprzeć się pokusie, aby przetestować, ile może wytrzymać kobiece ciało. Bicze i kajdany leżały bezpiecznie w sakwie Burgund, jednak fascinus, który Egon wydobył, zdawał się działać w dwójnasób albo i dwójnasób, sugerując się jękami i posapywaniami Astrid. Koniec końców zamierzał posiąść trzy z dziewek, a jeśli by los mu krotochwili przysporzył, gotów był wetrzeć w swe berło nasienie zwierzoludzi, a może i nawet wypić, jeśli by to coś miało pomóc.

                              Póki co jednak, rytmicznie zabawiał się przyrodzeniem Astrid, miarkując, jak głęboko wchodził czarny, długi i gruby pal, który przywodził na myśl chwosty zwierzoludzi, długie, pokryte żyłami i czarne, jak to u przeklętych odmieńców. W międzyczasie macał lubieżnie pośladki Norsmenki, próbując, czy i drugi naturalny otwór dziewczyny był tak spolegliwy, jak pierwszy.

                              – Co, myślisz, że jeden weźmiesz w siebie, to robota skończona? – prychnął, rozbawiony, macając swe nabrzmiałe krocze. – Jeśliś zaprawdę godna sagi, weźmiesz mnie i to długie, ha, ha, ha – mroczny śmiech Egona wbił się w rytm mokrych plaśnięć. – Co rzekniesz, Astrid? Dziś poznam ciebie na nowo!

                              Egon myślał, że koniec końców posiądzie ze trzy na raz - choć sam miał zaledwie jedno przyrodzenie, ramiona miał dwa i jeśli przyszło by co do czego, musiał dać odpór trzem dziewkom, z takim samym uporem, jaki dał zielonoskórej hordzie.
                              Astrid wyglądała jakby przyjmowanie w siebie gościa tych rozmiarów, było dla niej sporym wyzwaniem. Oddychała coraz ciężej i widać było jak pot błyszczy na jej skroniach. Blond kosmyki co jakiś czas spadały jej na twarz ale je odruchowo odgarniała. Nagie piersi falowały jej w rytmie nadawanym przez oba ciała. Nawet Jutta na chwilę przerwała zabawę aby przyjrzeć się tym miłosnym zmaganiom. Burgund która stała ramię w ramię, ze swoim kamratem, miała wgląd w sytuację podobny do niego. I chociaż nie przerywała zbawy z gościnym wnętrzem mytniczki to zerkała co się dzieje między udami Norsmenki.
                              - Myślisz, że taki drobiazg mnie zmoże? Jestem Astrid Stemmenstend. Dawaj co tam masz! - Próbowała nadrabiać pewnością siebie i własną dumą. Ale dało się wyczuć, że wcale nie jest jej łatwo. Pozwoliła jednak aby Egon się w niej ugościł także z tej drugiej strony. Te wzajemne zmagania wywołały szepty podziwu u dwóch sąsiadek.
                              - No dobra. To zobaczymy co są warte dziewczyny z północy. - Burgund nagle trzepnęła nagi tyłek celnik i wyszła z niej. Przepchnęła się obok niej, spychając ją na boczny tor. I władowała się stając okrakiem nad leżącą skald. I przypiętą zabaweczką, jaka wciąż błyszczała wilgocią po wnętrzu Jutty, władowała się w usta Norsmenki. Widać było, że też była ciekawa jakie są możliwości blondwłosej kochanki. Naga urzędniczka z ratusza jako jedyny widz, usiadła tuż obok ich trójki i chłonęła to widowisko.
                              - Ale pięknie razem wyglądacie. - Sapnęła z zachwytu zerkając po kolei na każdego uczestnika tego trójkąta.
                              – Aaa… Może być i to… – Egon z uznaniem pokiwał parę razy swoją brodatą głową, uznając umiejętności Norsmenki. – Wcale nieźle, wcale… Brałem dziewki z Delberz, co nie podołały temu tu – klepnał wielki drąg, który nadal był w połowie Astrid.

                              Egon uczynił przywołujący gest. W międzyczasie wyciągnął z torby Burgund jeszcze jeden fascinus, nieco mniejszy, ale wyrzeźbiony w jakieś dziwne wzory i wyżłobienia.

                              – A czemu jeno Astrid ma zbierać to najlepsze? – zapytał. – Dalej no, ustawcie się. Pierwsza, druga, trzecia, wespół. Wezmę Juttę pośrodku, ty Burgund i Jutta będziecie po bokach. Dalejże… Co, myślicie, że mi się nie uda? – gladiator zaśmiał się złośliwie. – No, dalej! Trza tego medykowania użyć, jeśli prawdą było to, co babka w Norsce opowiadała.
                              - W tym Delberz to pewnie są jakieś same wieśniary. - Wysapała nieco już zdyszana Burgund. Pieczołowicie penetrowała swoją zabawką usta i gardło Norsmenki, że aż widać było na zewnątrz jak jej tam wszystko pracuje. A z ust i przyrodzenia zaczął ściekać nadmiar śliny. I kołysał się u brody Astrid w rytm pląsów jakie z nią wyczyniali. Na propozycję kamrata, trzy koleżanki zareagowały pozytywnie. Z tym, że skald z pewnym opóźnieniem, dopiero jak łotrzyca wyszła z jej ust i miała chwilę na złapanie oddechu i zorientowanie się co się dzieje. Teraz na całej skórze błyszczał się pot. Na szyi, obojczykach, piersiach, brzuchu, ramionach i udach. Widać było, że całe jej ciało przeżywa te brutalne przyjemności.
                              - Chcesz to we mnie wsadzić? - Jutta w tym czasie miała okazję przyjrzeć się co jeszcze gladiator wyjął z torby rudzielca. Wydawała się trochę zafascynowana a trochę i obawiała się tej proby.
                              - No co ty? Nigdy w zamtuzie nie pracowałaś? - Burgund roześmiała się z rozbawienia. Po czym przejęła sprawy w swoje ręce. - Pomogę ci. - To mowiąc złapała za nagie ramiona mytniczki i przechyliła je ku pryczy. Ta zaskoczona nieco sapnęła ale naga stopa łotrzycy wylądowała na jej głowie, przyciskając ją do dołu. Dzięki czemu tylne, zgrabne wdzięki Jutty zaprezentowały się Egonowi w całej okazałości. - Nie mówi, że z Hubertem i Oksaną się tak nie zabawiałaś. - Ruda docisnęła stopą twarz mytniczki do pryczy jakby chciała ją zmusić do mówienia.
                              - No zabawiałam. Po prostu dawno tego z nimi nie robiłam. Ale z wami chętnie to poćwiczę. - Chyba nie było tak źle, bo nawet prowokująco zakołysała swoim kuperkiem aby podkreślić, że jest gotowa na taką zabawę. Wtedy Burgund cofnęła stopę z jej twarzy.
                              - No to jesteśmy umówione. - Prychnęła z zadowolenia i zrobiła krok nad brzuchem Astrid. Po czym sama stanęła na czworakach, wypinając się kusząco ku gladiatorowi. Z tej strony, jej wdzięki tancerki, zaprezentowały się co najmniej tak samo powabnie jak te mytniczki, po prawicy kolegi.

                              Egon jednak nie mówił nic. Złapał za dwa drągi - jeden w lewej dłoni, drugi w drugiej i kiedy tylko trzy dziewczęta ustawiły się, jak im przykazał, rżnął wszystkie trzy na raz, Juttę zaś, która była pośrodku, brał on sam. Trudna była to praktyka, podobna chyba do roboty bębniarza wojskowego, który zawsze musiał utrzymać rytm. Trzymał się jakoś na Juttcie, za każdym razem trafiając w nią raz po raz, jednak wygodzić musiał i Burgund, i Astrid. Wpychał wielkie drągi w dziewki to raz z lewej, to z prawej, pilnując musztry, żeby wszystkie zebrały odpowiednią dozę.

                              – Ha-haha – zaśmiał się Egon. – To będzie szło od sagi, prawdaże? – zapytał, skory do krotochwili. – Tak was przyuczył Hubert, pewien jestem tego.

                              Sam skupił się na zadku Jutty, pchając raz po raz. Ciekaw był, skoro już raz wzięła ją Burgund, to na ile on sam mógł sobie pozwolić? Lepkie, mieszające się z potem fluidy ściekały z dziewek, Egon zaś wygadzał im we trójkę. Gotów był nawet i spłodzić z rudowłosą, która była na samym środku, jednego albo i dwójkę bastardów. Wiedział, że mytniczka, wiedziona chucią, rada przyjęłaby cokolwiek, na podobieństwo nastoletniej poćpiegi, zbałamucona knowaniami Burgund. Lub też, może by zgładziła potomstwo, zażywając miodnik albo napar z wierzby? Wojownik z mrocznym rozbawieniem wytrysnął w łono rudowłosej klaczy, która z rozkoszą jęczała wespół ze swymi przyjaciółkami.

                              Burgund jednak okazała się przednią kurtyzaną. Wiedziała, jak wziąć w siebie kawał drąga i jej ciało rozciągało się cudownie, nie to, co Astrid - choć córka jarla miała w sobie wiele dumy, to jednak ambicja i upór nie były tym samym, co doświadczenie ulicznicy, co z niejednego pieca jadła.

                              Pochwycił Juttę za włosy i rzekł:

                              – Ano, rzeknij mi no… Podobało się wam…? Dasz mi tego fluidu zwierzoludzi, to wezmę was po kolei raz jeszcze! – zaśmiał się Egon.

                              Myślał jednak o tym, co miał powiedzieć zaraz: o tym, że wkrótce statek zostanie przejęty przez nich. Martwił się, jak to przyjmie Jutta, ale, może teraz być może będzie bardziej zdatna do urobienia? Teraz, kiedy doszła wiele razy pod nim?

                              Reczywiście wszystkim przydała się przerwa. Po tych harchach, na trzeszczącej z wysiłku pryczy panował niezły rogardiasz. Burgund zmęczona tymi figlami, opuściła swoje zgrabne nogi na podłogę. Znów prowokowała swoim wypietym zgrabnym kuperkiem ale tym razem chyba niechcący. Jutta leżała bokiem, między nią a blondynką. Ciężko oddychała tak samo jak koleżanki. Machinalnie głaskała brzuch Astrid. Blondynka nadal leżała na wznak. Chociaż osunęła się po ścianie i teraz leżała głową w stronę szafy. A dopiero co fikali wszyscy na całego. Była ladacznica zajęczała z półprzytomnej rozkoszy gdy wojownik w niej skończył. Ale i tak jeszcze siłą rozpędu baraszkowali razem jeszcze trochę. Jutta też okazała się wyuzdana i namiętna. Sapnęła tylko jak Egon brutalnie złapał ją za włosy ale nie protestowała. Astrid chyba otworzyła się rana bo widać było czerwony zaciek pod opatrunkiem barku. Ale w tej miłosnej kotłowaninie zdawała się tego nie zauważać.
                              - A pewnie, że jest warte sagi. Coś o Egonie Trzy Drągi. Co po rzezaniu orków tymi trzema drągami, trzy niewiasty wychędożył. - Astrid wymruczała sennie i trochę nie było wiadomo czy żartuje czy nie. Ale z pewny opóźnieniem, dwie koleżanki zaśmiały się gdy do nich dotarło co powiedziała.
                              - No tak, z Hubertem i Oksaną było świetnie. Zawsze jest. Ale zawsze byliśmy we trójkę. A tak, że z kimś innym takie zabawy jak teraz to rzadko. Było przednie. - Jutta też się nie skarżyła. Wydawała się być rozleniwiona i szczęśliwa.
                              - To dobrze, że ci się podoba. Bo wieczorem druga runda. W “Łabędziu”. - Burgund machnęła ku niej ręką. I teraz pozostałe dwie się zaśmiały z rozbawienia. Odkryła jednak, że nadmiar kleistej wilgoci spływa z jej wnętrza. Więc złapała za nagie, spocone ramię mytniczki i przystawiła tam jej twarz aby się nie zmarnowało. Szatynka chętnie przyjęła taką rolę. A to pozwoliło łotrzycy skojarzyć o co jeszcze pytał kolega.
                              - A ten fluid zwierzoludzi. - Musiała przełknąć ślinę aby dalej mówić. I nawet się uśmiechnęła. - To nie działa tak od razu. Działa jak zapach. Jak tabaka. Znów się chce. Ale to trochę trwa zanim zaskoczy i im dłużej się nawdychasz tym mocniej działa. Dobrze wylać na coś i niech paruje. - Posłała mu krzywy, złośliwy uśmieszek, patrząc z góry w oczy mytniczki i na rozleniwioną Norsmenkę. - Ale można też wypić. Daje w żyły od środka. Można też posmarować tym mlekiem przyrodzenie albo zabawkę co ma wbijać się do środka. Ale w przypadku głównego wejścia kobiet to trzeba z ty uważać. W końcu to fluid zwierzoludzi. Więc może zajść w ciążę jakby z nimi spółkowała. - Wydawała się bardzo rozbawiona udzieloną instrukcją bo złośliwy uśmieszek przebijał się przez jej zmęczenie. Tego jednak Jutta już nie wytrzymała.
                              - Naprawdę macie fluid zwierzoludzi? - Zamrugała oczami i jeszcze spojrzała pytająco na Egona. Astrid zaśmiała się cicho z rozbawienia. W końcu z całej czwórki, tylko mytniczki nie było tydzień temu na orgii przy Zachodnich kamieniach. Burgund w odpowiedzi wsadziła jej w usta swoją zabawkę i zaczęła traktować tak jak niedawno usta Norsmenki.
                              - No tak, to jest takie ryzyko. U nas czasem tak robią. Jak chcą jakiejś konkurentce dokuczyć. To trzeba zwykle się postarać aby taki fluid się u niej znalazł w jej wnętrzu, czasem kogoś do pomocy wziąć bo najłatwiej przy chędożeniu. No i może wtedy zajść w ciążę ze zwierzoludziem nawet jeśli w życiu żadnego nie spotkała. A czasem tak każemy jakąś krnąbrną niewolnicę. - Wymamrotała co jej się przypomniało z jej rodzinnych stron. I powoli senność zdawała się odchodzić z jej głosu i twarzy.

                              – Mmm, zatem postanowione – Egon rzekł bardziej do siebie niż do kobiety. – Jutto, po tym wszystkim, zajdź z nami do milady Froyi. Rzekniemy dobre słowo o ciebie, pewien jestem, że wyjdzie to wszystkim na dobrze.
                              Tu zmilczał i rzucił spojrzenie w stronę Burgund. Choć chciał podprowadzić Juttę, żeby rzec jej o szykującym się interesie na rzece, zawahał się. Może okręt nie był najlepszym miejscem, żeby głośno gadać takie rzeczy? Koniec końców, ktoś mógł nadstawiać uszu… Egon postanowił pozwolić Burgund podjąć decyzję, czy tutaj, czy już na Łabędziu. Zdało się, że Jutta została należycie urobiona.
                              - Oh naprawdę? Będę mogła z wami pójść do lady Froyi?! - Ta obietnica od razu ożywiła celniczkę. Burgund zaśmiała się ale puściła ją. Naga szatynka więc oderwała się od niej i przyklękła przed gladiatorem, biorąc jego berło w dłoń. - Oh dziękuję. To byłoby wspaniałe. Zawsze chciałam ją poznać. Nawet bardziej niż lady Fanriel. Bo ona jest elfką a elfy to zawsze są trochę obce. - mówiła gorliwie i zadzierając głowę aby spojrzeć w twarz Egona. Po czym aby okazać swoją wdzięczność do pieszczot jakie serwowały mu jej dłonie, dołączyła także swoje usta. A te okazały się całkiem utalentowane. Co gladiator widział z góry i czuł z dołu. Rudowłosa ladacznica podeszła do nich i przez chwilę przypatrywała się temu widowisku dwójki kochanków.
                              - Ależ Jutta, kochaniutka, nie doceniasz nas. - Złapała za głowę celnik i nakierowała ją na swoje przypięte przyrodzenie. Więc usta i gardło szatynki teraz pracowało nad nią. - Jak się postarasz i będziesz użyteczna, to może być dopiero początek owocnej współpracy. No sama powiedz. Czy nie podoba ci się taka wspópraca? - Łotrzyca użyła dość ogólnych sformułowań na tyle, że także pasowały do zabaw jakie właśnie uprawiali. Ale mogło jej też chodzić o bardziej poważne interesy jakie kultyści miarkowali względem rzecznych spraw.
                              - Bardzo. Bardzo mi się podoba taka współpraca. - Jutta oderwała się na chwilę od swojego zajęcia i uśmiechnęła się do nich obojga. Widać było jak ślady świeżej wilgoci spływają jej z ust i brody. Wtedy także Astrid o sobie przypomniała. Syknęła cicho jak wstawała ale dała radę to zrobić. Stanęła z trzeciej strony więc klęcząca szatynka, znalazła się teraz w pełnym okrążeniu. Teraz ona złapała za kasztanową głowę i wbiła ją w swoje łono. Jutta szybko odnalazła się w nowej sytuacji.
                              - Podoba mi się twoje zaangażowanie Jutto. Jeśli będziesz tak starać się dalej, czeka cię jeszcze wiele przyjemności i droga do chwały i sławy godna uwiecznienia w sadze. Tą którą właśnie piszę. Wszystkie godne wzmianki postacie będą w niej wymienone. O Froyi i Fanriel też wspomnę. W końcu brały udział w naszym epizodzie podróży i po powrocie zawrzemy z nimi przymierze i przyjaźń. Chciałabyś mieć miejsce w takiej sadze? - Blondynka zdawała się patrzeć na sytuację przez pryzmat sagi o swoich przygodach na ziemi płudniowców. Ale nawet jak stała naga i spocona, z krwawym zaciekiem spod opatrunku na barku i przyciskając twarz mytniczki do swojego łona, potrafiła się zdobyć na podniosły, dumny ton, jakby opisywała epickie wydarzenia legendarnych herosów.
                              - O tak! Bardzo bym chciała się znaleźć w takiej sądzę! Razem z wami i lady Froyą i Fanriel! - Jutta pokiwała gorliwie głową na znak pełnej zgody. Chociaż nadal nie wiedziała nic o planach związanych z rzeką. Widząc to, Burgund roześmiała się i objęła jednym ramieniem Egona a drugim Astrid.
                              - Widzicie jaka Jutta jest teraz milutka? Myślę, że to dobrze wróży wspólnej przyszłości. I na kontynuację dziś wieczorem. A wiadomo, że na takie rozmowy to najlepsze są wino, kobiety i chędożenie! - Łotrzyca roześmiała się radośnie a Astrid jej zawtórowała. Gdzieś tam z dołu dobiegło ich zapewnienie rzecznej urzędniczki, że jest gotowa i chętna na współpracę.

                              Egon pokiwał głową z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Co prawda pozostała jeszcze kwestia przejęcia statku, o którym Jutta nie wiedziała, ale liczył, że Burgund do czasu rozmowy w Łabędziu urobi ją na tyle, że przełknie tyle, ile tylko jej dadzą. Posiadanie mytnika w kulcie, który zna rzekę i Morze Szponów byłoby nielada atutem, nie mówiąc już o statku, który będzie łowił całe rzesze brańców, którzy zasilą sprawę.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0

                              Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                              Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                              Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                              Zarejestruj się Zaloguj się
                              Odpowiedz
                              • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                              Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                              • Najpierw najstarsze
                              • Najpierw najnowsze
                              • Najwięcej głosów


                              • Zaloguj się

                              • Nie masz konta? Zarejestruj się

                              • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                              Powered by NodeBB Contributors
                              • Pierwszy post
                                Ostatni post
                              0
                              • Kategorie
                              • Ostatnie
                              • Tagi
                              • Popularne
                              • Świat
                              • Użytkownicy
                              • Grupy
                              • Strona startowa