Kultyści - Lato 2519
-

Marcus Schleiffer
Marcus, Nadia i Herman
Marcus uśmiechnął się łagodnie. Tak to już było, że Bogowie potrafili urozmaicać ludziom, i nie tylko, życia. Jaki był zamysł w tym momencie? Tego nie wiedział, ale jak zawsze był gotów się dowiedzieć.
- W istocie. - odpowiedział z pogodnym spokojem Nadii pozwalając by tłum ich niósł.
Nadia skinęła głową i poprowadziła ich w kierunku hermanów. Dojrzeli się na parę kroków przed i na twarzy urzędnika pojawiło się zaskoczenie a potem uśmiech. Poczekał aż się zrównają i wtedy się przywitał. - No, no. Cóż za niespodzianka! Witaj Marcusie. Widzę, że wróciłeś do miasta. Dawno? - Skoro się znali to odpadało przedstawianie się. Ale on też był wyraźnie zdziwiony widząc ekonoma po tak długiej nieobecności w mieście. Gdyby Marcus się starał o powrót na dawne stanowisko to zapewne Herman miałby tu najwięcej do powiedzenia.
- Ledwo co wczoraj. - odpowiedział z uśmiechem Ekonom - To była długa podróż. Tym dłuższa i cięższa, gdy tylko się dowiedziałem o tym nieszczęściu. Jest wiele szkód które trzeba naprawić z niego wynikłych, bo nie wszystko stracone.
- To pewnie strudzony jesteś. Odpocząć trzeba po takiej długiej podróży. Trakty teraz przecież takie niebezpieczne. Ledwo parę dni temu na trakcie do Saltenmundu, zwierzoludzie karczmę napadli i wszystkich wymordowali. A to przeca prawie na opłotkach od naszego miasta! Coraz bezczelniejsze robi się to tałatajstwo. Niedługo strach będzie wyściubić nosa poza bramę. - Herman pokiwał głową i z początku mówił przyjaźnie jakby z troską o tak długą podróż. Głos nieco podniósł gdy wspomniał o napadzie kopytnych. Pokręcił głową nim znów zaczął mówić. - Ale o jakim nieszczęściu mówisz Marcusie? Jakich szkodach? - Zmrużył nieco brwi aby ekonom dokładniej wyjaśnił o co mu chodzi.
- Naszym wielkim nieszczęściu prowincji i dla naszego kochanego Neues, Herr Herman. - powiedział strudzenie Marcus - Nieszczęście wielkie dla naszego miasta i wydarzeń społecznych… ale nic stracone. Póki oddech, póki wola, póty nadzieja.
- Ah, chodzi ci o śmierć naszej ukochanej księżnej-matki. - Herman powoli uniósł i opuścił głowę gdy domyślił się o czym mówił ekonom. - To prawda, nasza miasto, stolica i cała prowincja jest w wielkiej żałobie już kolejny tydzień po stracie tej wspaniałej, duchowej przewodniczki całej prowincji. Słyszałem, że msze żałobne za tą wspaniałą matkę nas wszystkich, odprawiano daleko poza naszą prowincją. Cóż za strata. - Urzędnik z ratusza pokręcił głową gdy podobnie jak Marcus okazał żal z powodu śmierci matki elektora Nordlandu. Pokiwał głową nad chwilą zadumy nad tym a jego żona postąpiła podobnie. Nadia więc poszła w ich ślady.
- A nadzieja w nas jest. Nasza księżna na pewno nie chciałaby aby nasza prowincja runęła w niebyt razem z jej śmiercią. Przecież jej syn a nasz pan, wciąż dumnie zajmuje tron i jest dla nas żywym, przykładem nadziei. Przecież to była jego matka a mimo to on tak dzielnie wciąż trwa na swoim stanowisku. Więc i my musimy. - Pokiwał głową ponownie gdy okazał wiarę w przykład płynący z samej góry ich prowincji. - A właśnie Marcusie jak już mówimy o stanowiskach. Wróciłeś na jakieś konkretne? - Zagaił z zaciekawieniem w oczach.-
Jeśli była by możliwość z chęcią powrócę do moich niegdysiejszych obowiązków. - odpowiedział Ekonom.
- Oh to nie jest wykluczone Marcusie, nie jest wykluczone. Skoro jak mówisz, wróciłeś do nas na dłużej. - Na twarzy szefa działu pojawił się jowialny uśmiech. Poklepał przyjaźnie rozmówcę po ramieniu. - No ale to trzeba załatwić jak należy. Nie chcielibyśmy przecież jakichś oskarżeń o nepotyzm prawda? - Uniósł brwi na znak, że chociaż w żartobliwej atmosferze tak sobie rozmawiają to jednak o poważnych sprawach. - Jeśli już odpocząłeś po podróży to przyjdź jutro do ratusza. Tak przed południem najlepiej. Później mam umówione spotkanie w gildii. - Zwrócił się do ekonoma z uprzejmym zaproszeniem na rozmowę. -
Oczywiście. Jak najbardziej. - odpowiedział na zaproszenie Marcus
- Doskonale. W takim razie widzimy się jutro w ratuszu. Byle przed południem, bo później mnie tam nie będzie. - Herman uśmiechnął się, jego żona także, oboje skinęli im głowami na pożegnanie i ruszyli w swoją stronę.
- Świetnie ci poszło. Widzisz? I Heinrich cię nie zapomniał przez ten rok i zgodził się przyjąć cię jutro na rozmowę. - Nadia wydawała się być zadowolona, że tak gładko poszła im ta rozmowa.- Zaproszenie na rozmowę nic nie znaczy w przestrzeni publicznej. - powiedział przytomnie i z namysłem Schleiffer ważąc każde słowo cichcem - To był spektakl dla widzów. Prawdziwe rozmowy będą jutro.
- No tak, wiem. Ale jednak nie dał ci czarnej polewki tylko zaprosił na spotkanie. To dobry znak. - Nadia poklepała go po ramieniu na znak, że jest dobrej myśli. - Zapewne, Nadio, zapewne…
Marcus, Nadia i Łasica
“Słodkie źródło radosnych problemów…” podsumował nostalgicznie myśl całego spotkania Łasicy, tu, wśród ludzi, kiedy to już spoglądał na Nadię.
-
Hmmm… - mruknął cicho w namyśle i spojrzał w tłum patrząc po ludziach - …ponoć każdy człowiek upatruje w innych to czego najbardziej pragnie. - spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. - Czy natura ludzka nie jest wspaniała?
- Jej to raczej niezdarna. - Nadia chyba nie zauważyła, że ta co na nich “przypadkiem” wpadła idzie wciąż równolegle do nich. I Marcus widział jak schyliła się aby otrzepać suknię i sprawdzić czy na odświętnym materiale nie ma żadnych plam. W końcu jako zwykły skryba z ratusza to zapewne zbyt wiele takich świątecznych sukien nie miała. Łasica wykorzystala moment jej nie uwagi aby posłać koledze kpiący uśmieszek i lekko skinąć głową w stronę bramy gdzie pewnie chciała z nim pogadać.
Marcus się uśmiechnął na te słowa.
- Nasze drobne ułomności są tym co sprawia, że jesteśmy ludzcy. Gdyby wszyscy byli idealni… czy nie byłoby to nudne? - zapytał pogodnie - Wybacz, Nadio, ale na tą chwilę muszę Cię opuścić. Godzina, choć jeszcze młoda, to jednak wiele spraw muszę dopilnować przed jutrem.
- No cóż, skoro musisz… - Brunetka wydawała się być nieco zaskoczna jego słowami. Przeszła kilka kroków w zamyśleniu i w końcu stanęła. - W takim razie pewnie zobaczymy się jutro w ratuszu. - Uśmiechnęła się nieco po czym skinęła mu głową na pożegnanie. Widział ją jeszcze przez chwilę jak odchodzi nim zniknęła mu w tłumie. Sam zaś mógł udać się w kierunku bramy. W międzyczasie bowiem łotrzycę z kultu też stracił z oczu. Razem z tłumem wyszedł za mur świątynny i zaczął się rozglądać. Dostrzegł ją gdy pomachała ku niemu ręką. Stała przy murze, ze dwa zaparkowane karoce od bramy. Czekała aż do niej podejdzie. Liczni wierni mijali ich oboje więc chociaż nie byli tu sami, to nikt zdawał się nie zwracać na nich uwagi. -
Hmm? - mruknął Ekonom na przywitanie.
Brwi łotrzycy nieco poszły do góry w grymasie zdziwienia zachowaniem kolegi. Ale odbiła się od muru świątynnego i machnęła głową na drugą stronę ulicy. - Tu za dużo ludzi. Chodź. - I ruszyła na skos idąc w kierunku alejki. Potem przeszli przez nią do końca i jeszcze przez narożnik do kolejnej. Tu dopiero Łasica weszła do jednej z pustych i zaniedbanych kamienic. W mieście było ich sporo ale te zamieszkałe koncentrowały się w centrum i przy porcie. Tu tak wiele pustostanów nie było. Dziewczyna z ferajny weszła na piętro i tam do jakiegoś mieszkania w opłakanym stanie. Widać było ślady wieloletniej dewastacji, rabunków i zacieków. Ale żadnej ludzkiej obecności poza ich dwójką. Jak się włamywaczka w tym upewniła to odwróciła się twarzą do Marcusa. Posłała mu wesoły i nieco złośliwy uśmieszek jaki był jej znakiem firmowym.
- No słyszałam, że wróciłeś do miasta Marcus. Wiele się zmieniło odkąd wyjechałeś. No ale wreszcie możemy się przywitać jak należy. - Chociaż była w białym czepku i spódnicy porządnej mieszczki to jednak uśmiech i zachowanie w tej chwili było oznaką jej bezczelnego uroku dziewczyny z ulicy co nie daje sobie w kaszę dmuchać a i przygody lubi. Uśmiechnęła się szczerze i wyciągnęła ramiona jakby była gotowa go objąć.
Marcus uśmiechnął się zadziornie i rozłożył zachęcająco ramiona. -
Zawsze lubiłem zwierzątka… - powiedział zaczepnie - …ale Łasice są chyba moimi ulubionymi.
- No ba! Łasice są najlepsze! - Łotrzyca roześmiała się serdecznie i podeszła aby objąć i uściskać kolegę. - Dobrze, że wróciłeś Marcus. - Poklepała go po plecach jakby teraz mogła sobie pozwolić na moment ulgi, że naprawdę doszło do tego spotkania. Puściła go i cofnęla się nieco aby mogła z bliska przyjrzeć się jego sylwetce. - Widzę, że służył ci ten pobyt w stolicy. Naprawdę mają tam taki burdel jak mawiają? A zresztą my też. Zwłaszcza odkąd ta stara krowa padła. Chociaż to ma i pewne dobre strony. No ale co u ciebie? Starszy mówił, że wróciłeś na dłużej i to tak nie tylko oficjalnie ale do nas także. - Odeszła ze dwa kroki i rozejrzała się po zdezelowanej kuchni. Strzepnęła dłonią stary kurz z ławy i gestem zaprosiła kolegę aby spoczął obok niej. -
Gdybyś tylko wiedziała… - roześmiał się na wspomnienie siedząc już przy niej na ławie - …burdel to mało powiedziane. Dużo gadać, ale w skrócie? - uśmiechnął się szeroko - Są w dupie. Ekonomia im siada. Decyzyjni rzucają się sobie do gardła. Chaos. Moja droga, chaos.
-
To tak jak u nas. Tylko pewnie tam większe miasto to i mają tego więcej. Nie wiem co się ci Reiklandczycy zawsze tak panoszą jakby u nich tak wszystko świetnie działało. A ci z Altdorfu to już w ogóle zadzierają nosa, że u nich wszstko większe i lepsze. Miałam takiego jednego klienta jak jeszcze pracowałam w zamtuzie. Za każdym razem musiałam mu pokazywać gdzie jego miejsce. Pod moim pejczem i butami oczywiście. Ale i tak zawsze wracał na kolejny raz. A parę razy widziałam go w świątyni albo na mieście z żoną. Powiem ci, że całkiem niczego sobie. Też bym ją chętnie oćwiczyła. Razem z nim albo osobno. No ale to już dawno było i nieprawda. - Machnęła na koniec dłonią zbywając ostatnie wspomnienie. Zdawała się ją traktować jako anegdotkę. Chociaż odkąd ją Marcus poznał to nigdy nie ukrywała, że wcześniej pracowała w zamtuzie jako ladacznica.
-
Ano właśnie. Słyszałam, że Starszy ci nieco opowiedział co u nas się zmieniło od twojego wyjazdu? - Spojrzała na niego ale raczej nie oczekiwała w tym momencie odpowiedzi. - No tak, rozrosła nam się rodzinka. I mamy sporo nowych planów. Część już udało nam się zrealizować inne dopiero szykujemy. Słyszałeś jak ktoś obrobił świątynię Mananna? Ha! Zgadnij kto! - Zaśmiała się jakby chodziło o udany figiel a nie największą kradzież od lat o jakiej Marcus słyszał.
-
Ktokolwiek to był… - powiedział Ekonom - …musiał mieć niezłe jaja i kontakty, by zamieść wszystko pod dywan. Jestem w stanie docenić naprawdę dobrą robotę.
-
Jak zamieść pod dywan? Co ty mówisz Marcus? Odkąd się sprawa rypła to całe miasto o tym trąbi. Byłeś na mszy to widziałeś co ojciec Absalon mówił. Tak, żeśmy ich załatwili na cacy. - Łotrzyca uniosła brwi w lekkim zdziwieniu ale szybko dała znać, że aż pęcznieje z dumy z takiego numeru który tak mocno ośmieszył tutejsze władze. - No a ty? Jak już wróciłeś to jakie masz plany? - Zaciekawiła się patrząc z wesołym uśmieszkiem na siedzącego obok kolegę.
Uśmiechnął się. -
Na ten moment rozeznaje się w sytuacji. - powiedział - Co dalej zależy od tego co ustale. Nie ma co pisać patykiem po wodzie.
Wzruszył ramionami. -
Jutro ubiegam o przywrócenie na stare stanowisko. Poza tym więcej “może” niż cokolwiek pewnego.
- No tak, dawno cię nie było. Dla ciebie to pewnie wiele się tu u nas pozmieniało. - Łotrzyca zadumała się nad tym jakby starała sobie przypomnieć co się w mieście działo przez ten rok. - Ale do nas też musisz wrócić. Problem w tym, że mało kto cię pamięta. Chyba tylko Starszy i Silny. Jeszcze Kurt ale jego teraz nie ma w mieście. I nie wiadomo kiedy wróci. Reszty nie znasz a oni nie znają ciebie. - Zamilkła gdy i lekko zaczęła bujać nogą gdy się zastanawiała nad tym. - Właściwie to cały czas ktoś z nas wybywa z miasta. Jest spory ruch w interesie. - Dodała jakby sama się zdziwiła tą myślą. Półświadomie podrapała się przy kąciku ust. - Właściwie to teraz po mszy powinno być małe spotkanie. Chociaż będzie nie tylko nasza rodzina ale i osoby zaprzyjaźnione. To nie jest zbór. Zbory dalej mamy zwykle raz w tygodniu w Agnestag. Chociaż tyle się dzieje, że ostatnio są częściej i niekoniecznie w Agnestag. No chyba, że masz inne plany związane z tą ślicznotką co była z tobą na mszy. - Spojrzała na rozmówcę i uśmiechnęła się krzywym, bezczelny grymasem dziewczyny z ferajny. -
Co masz na myśli mówiąc “osoby zaprzyjaźnione”? - zapytał z uniesioną brwią.
- Takie z jakimi można miło i pożytecznie spędzić czas ale nie są z rodziny więc nie można z nimi mówić o sprawach rodzinnych. - Łotrzyca wyjaśniła bez większych ceregieli. -
Spore ryzyko operacyjne. - oznajmił z grymasem Ekonom.
- Nie, jeśli się umie przy nich nie paplać ozorem o sprawach naszej rodziny. - Dziewczyna z ulicy odparła z lekkim uniesieniem brwi. - No wiem, to inaczej niż to co pamiętasz. Ale teraz rodzina nam się powiększyła i prowadzimy dużo szerszą działalność. No i jest nadzieja, że takie zaprzyjaźnione osoby z czasem do nas przystaną. - Wyjaśniła mu motywy takiego postępowania choć starała się zrozumieć, że to może być nowe dla kolegi jaki pamiętał nieco inne realia działalności ich spiskowej rodziny. -
Obawiam się, że mamy nieco inne rozumienie słowa “bezpieczeństwo”. - oznajmił po czym pokręcił głową - Mleko się rozlało, teraz upewnić się, że nikt w nie nie wdepnie i nie rozniesie po mieście… - westchnął ciężko - Dobra, zobaczy się.
-
Co się zobaczy? - Łotrzyca zmarszczyła brwi dając znać, że odpowiedź kolegi nie jest dla niej czytelna.
-
Po prostu będę bardziej czujny niż wymaga sytuacja. - odpowiedział z promiennym uśmiechem Ekonom - To kiedy to spotkanie?
-
Teraz. Przecież mówiłam ci, że będzie po mszy. Zacznie się jak się wszyscy zjadą po mszy. Idziesz czy masz inne plany? - Łasica uniosła brwi w zdziwieniu, że kolega przegapił co już mu mówiła przed chwilą.
-
Wybacz, jeszcze odchorowuje podróż. - powiedział przepraszająco - Chodźmy, choć raczej nie będę się wiele udzielał.
- W istocie. - odpowiedział z pogodnym spokojem Nadii pozwalając by tłum ich niósł.
-

Otto I Teofano.
- Witaj, Teofano. - mnich wolał się zbytnio nie spoufalać na widoku dla dobra młodej cukiernik - Również zjawię się u Lady Von Dyke. - zniżył trochę głos - I będę mógł obdarować cię znowu jeżeli zechcesz.
Widział jak Lebkuchen lekko uśmiechnęła się gdy obwieścił jej, że też będzie po mszy u Pirory. Ale gdy mnich dołożył do tego niemoralną propozycję to aż oczy jej pojaśniały i musiała zacisnąć usta aby pohamować uśmiech. A i tak był on widoczny. Energicznie pokiwała głową na znak zgody.
- Oczywiście ojcze. Z godnością i radością przyjmę taki dar. - Lekko dygnęła w ukłonie jakby chodziło o przyjęcie jakiegoś sakramentu. - Tak się cieszę, że się u niej spotkamy. Nie mogę się już doczekać. Czuję, że to macierzyństwo mi służy. - Starała się hamować swoją ekscytację i nie powiedzieć czegoś niestosownego. Zrobiłe gest jakby chciała dotknąć swojego brzucha ale w ostatniej chwili wyhamowała go choć wyszło jej to dość niezdarnie. Po czym sapnęła cicho i jeszcze obejrzała się na rodziców. Ci jednak nadal rozmawiali z jakąś drugą parą.
- Myślałam… O obdarowaniu. Innych kobiet. - Wróciła spojrzeniem do jednookiego mnicha. - Co myślisz ojcze o mojej matce? Nie jest za stara? Wydaje mi się w całkiem dobrym zdrowiu i formie. Tylko nie wiem jak by to z nią zrobić. W końcu to moja matka. - Pytała pozwalając aby mnich spojrzał za jej plecy w stronę jej rodzicielki. Teraz Renate Lebkuchen była ubrana odświętnie i jak do mszy. Jednooki widział ją trochę od tyłu a trochę z boku. Ale z pierwszego spotkania z nią w ich kamienicy, pamiętał, że jak na okolice czwartego krzyżyka na karku to matka Teofano wyglądała na młodszą i zadbaną. Jako żona dobrze prosperującego cukiernika, zapewne nie musiała osobiście pracować fizycznie. - Margo mi zdradziła, że wszyscy się z nią pokładaliśmy. Matka też. Ojca to podejrzewałam ale matka to mnie trochę zdziwiła. No ale mimo wszystko nie wiem jak by ją można obdarować. - Wyznała przyciszonym tonem. - No albo Gela. Pracuje u nas w cukierni. Ładna jest, zgrabna i sympatyczna dlatego stoi za ladą w cukierni. Ma ładny dekolt i biodra a to dobre przecież do rodzenia dzieci. - Widać nie tylko o własnej matce myślała jako o przyszłej muszej matce ale wolała poradzić się mnicha co miał większe od niej doświadczenie w tej materii.
Mnich strzelił językiem zastanawiając się jak to ugryźć.
- Pamiętasz że z Margo było nie łatwo, podejrzewam, że z twoją mamą będzie ciężej. - zastanowił się chwilę - Może na razie sprawdzimy głębię jej żądz. Mówisz, że obie pokładałyście się z Margo. - mnich zniżył głos - Miałabyś obiekcje aby pokładać się z nią razem?
- No wszyscy chędożyliśmy Margo ale nie na raz. Dopiero teraz mi powiedziała, po tym porodzie. A wcześniej to każde z nas myślało, że inni nie wiedzą, że ją inni chędożą. - Cukiernik nieco przewróciła oczami ale całkiem chętnie wyjaśniła jak to było z ich młodą pokojówką z którą romansowała cała jej rodzina. - No ale pokładać się z własną matką? - Uniosła brwi na znak, że tego akurat wolałaby nie robić. - Byłoby mi niezręcznie. Mogę coś pomóc aby ją namówić na obdarowanie albo umówić na jakieś spotkanie z tobą albo szlachciankami. No ale nie, żeby sypiać z własną matką. - Starała się być gotowa do pomocy ale widać było, że myśl o figlach przy własnej rodzicielce nie jest jej miła.
- Widzisz ponieważ nie masz kontroli nad matką jak nad Margo… - zaczął mnich -nie można tego presją zrobić i ponieważ nie ma tych samych chęci co ty, jedyna droga to głód nowych… ciekawych doznań. Dlatego chciałem sprawdzić czy jest głodna czegoś więcej niż figli że służką… - mnich spojrzał jeszcze raz na matkę Teofano - Powiedz Margo, żeby mnie jakoś zareklamowała twojej matce, jako kochanek. - spojrzał na cukiernik - Osobiście będę miał większe szanse.
- No matka chędoży Margo bo ma ją pod ręką. Przecież ona przychodzi do nas prawie codziennie. Ojca większość dnia nie ma w domu. Matka więc może ją zdybać kiedy chce w naszym domu. Zresztą ja też tak robię. No ale jak teraz o tym myślałam co matka czasem mówiła o Geli albo niektórych dziewczynach z cukierni to myślę, że też mogą jej się podobać. A te do sprzedaży to zawsze bierze same ładne. A to ona głównie wybiera. Więc myślę, że jakby trafiła jej się jakaś ładna kochanka to mogłaby być zainteresowana. Dlatego pomyślałam o tych szlachciankach. A mężczyźni chyba też ją interesują. Czasem robi wyrzuty ojcu, że tamten w jego wieku a ma mniejszy brzuch albo, że inny to jeszcze co innego. Więc nie jest ślepa na innych mężczyzn. I ty chyba też zrobiłeś na niej dobre wrażenie po tej wizycie u nas. Nawet chciała iść ze mną do was, do hospicjum aby podziękować razem ze mną no ale by tylko nam przeszkadzała to wolałam przyjść sama albo z Margo. Jak chcesz to cię umówię z nią. Albo mogę nawet teraz cię przedstawić. Będą mogli ci podziękować za uzdrowienie mnie. - Córka Lebkuchenów bez skrupułów zdradzała sekrety swojej rodziny aby tylko rozszerzyć swoją działalność na powiększenie grona muszych matek. Mówiła szybko ale przyciszonym głosem. Stali w rozgadanym tłumie więc było małe ryzyko, że ktoś ich podsłucha ale całkowitej pewności być nie mogło.
- Zrobić ciepłe wrażenie, przed opowieściami Margo o mych wyczynach może zaostrzyć jej apetyt… - zerknął łobuzersko na cukiernik - Tylko nie bądź zazdrosna. Prowadź zatem.
- Nie bój się nie będę. Nie mam nic przeciwko waszemu romansowi. Właściwie nie mam nic przeciwko innym romansom moich rodziców byle nie narobili skandalu. No i chciałabym aby moja matka została obdarowana. Właściwie Gela też. Właściwie to chciałabym obdarować tyle kobiet ile tylko się da. - Młoda cukiernik zdawała się być całkowicie oddana sprawie szerzenia dziedzictwa Oster na jak największą liczbę kobiet. Odwrociła się i poprowadziła mnicha ku swoim rodzicom. Ale się zatrzymała. Widać było, że się już żegnają ze swoimi rozmówcami.
- Z tego co mi Margo mówiła to moja matka lubi być górą. Jak Margo jej usługuje. - Rzuciła cicho nachylając nieco głowę ku niemu. A gdy uznała, że ta druga para już się oddaliła wystarczająco a i jej rodzice rozglądali się jakby zaczęli szukać swojej dorosłej córki, to ta dała znać mnichowi aby ruszali dalej.
- Matko, ojcze. - Zaczęła gdy podeszli bliżej. I udało jej się zwrócić na nich ich uwagę. - Spotkałam brata Otto. Rozmawialiśmy o błogosławieństwie jakim mnie obdarzył. I o tym, że to każdą kobietę powinien spotkać taki zaszczyt. Ja przyjęłam go z pokorą i godnością jaka przystoi naszej rodzinie. - Młoda Lebkuchen zaczęła nieco uroczyście ale starała się mnicha przedstawić jak najlepiej. Chociaż nie oparła się pokusie aby w zawoalowany sposób nie wspomnieć o swojej brzemienności.
- Miło cię znów widzieć ojcze. To naprawdę zaszczyt dla nas. Po twoich modłach Teo wygląda wprost kwitnąco. - Ojciec lekko się skłonił przed duchownym aby się z nim przywitać w równie ciepły sposób co córka im go przedstawiła.
- To prawda mój drogi. Dobrze cię znów widzieć ojcze. Naprawdę masz cudowny wpływ na naszą Teo. Tryska wręcz zdrowiem i radością. Aż się robię podejrzliwa i zazdrosna. Też bym tak chciała. - Renate lekko się uśmiechała i nie wychodziła z roli bogobojnej matki i żony. Ale w jej spojrzeniu było coś śmiałego.
- I równie miło widać rodziców tak oddanej duszyczki. - mnich również skłonił się przed patriarchą Lebkuchenów, po czym ucałował dłoń matki Teofano - Żyję, aby być udzielnym sługą moja pani. Z chęcią udzieliłbym namaszczeń, jeżeli taka twa wola. Proszę jedynie powiedzieć kiedy.
Oboje się uśmiechnęli z zadwoleniem na takie szarmanckie zachowanie mnicha. Ale gdy powiedział swoje mąż nieco się zdziwił.
- Namaszczenia? Chyba aż tak z moim serdeńkiem nie jest? - Uniósł brwi aby to okazać.
- Ojcze ale w hospicjum to mają wiele ziół i naparów. A mama ostatnio skarżyła się na korzonki. - Teofano szybko dostrzegła okazję i starała się podjąć inicjatywę wspólnika.
- To prawda Teo. Nie chciałam ci mówić rybeńko ale ostatnio znów mi trochę dokuczają. Ojcze Otto, czy mielibyście coś w swoich obfitych zasobach i mądrych księgach? - Renate najpierw potwierdziła mężowi słowa córki po czym zwróciła się do jednookiego mnicha.
- Proszę się nie martwić, mości Lebkuchen. Stare przyzwyczajenia z klasztoru, nazywaliśmy namaszczeniem wszystko od olejków leczniczych po ziołowe maści. Pomagam Teofano niewielkimi smarowaniami olejkiem z lawendy. Pomaga we śnie i odgania nocne mary. - mnich się uśmiechnął - Oczywiście mam coś co by pomogło na takie bóle, wymagało by to oczywiście trochę twojego czasu moja pani. Oprócz opatrunków i maści, trzeba rozluźnić ciało. Jeżeli jesteś zainteresowana możemy umówić spotkanie dla twej wygody.
- Oh to prawda. Ja czuję jak te olejki i maści jakich na mnie używa ojciec Otto ożywiają i rozgrzewają mnie od środka. - Teofano gorliwie pokiwała głową i tym razem położyła dłoń na swoim brzuchu. Wyglądało to naturalnie, chociaż jak mnich znał prawdę to ją tak ożywia od środka to miało to swój wypaczony chodź prawdziwy sens. Córka jednak dalej mówiła do rodziców. - To i na korzonki dla mamy na pewno ojciec Otto też coś znajdzie odpowiedniego. To jak sie wciera głęboko w ciało to bardzo pomaga. Zapewne nawet mama mogłaby się udac do hospicjum w razie potrzeby aby coś tam dobrać odpowiedniego. Ja i tak się tam wkrótce wybieram aby okazać wdzięczność za uzdrowienie. I przyjąć kolejne błogosławienstwa. - Szczupła brunetka mówiła szybko i z pełnym przekonaniem. Tak samo jak niedawno gdy rozmawiała z Otto na boku. A i znalazła sprytną furtkę na spotkanie między nim a jej matką w hospicjum jakby wizyta domowa była utrudniona.
- Bardzo dobry pomysł. Też myślałam aby udać się do was razem z Teo no ale nalegała, że chce wam się odwdzięczyć osobiście. Ale jeśli to przeszkadza to jutro jak obrządzę dom to gdzieś po dziewiątym dzwonie chyba mogłabym być gotowa na twoją wizytę ojcze. - Matka też potrafiła szybko dostosować się do sytuacji i chętnie poparła pomysły ich obojga na spotkanie z mnichem.
- No cóż, ojcze, jeśli sprawa jest tak poważna to naprawdę bylibyśmy wdzięczni gdybyś zechciał zadbać także o moje serdeńko. Nie chciałbym aby się męczyła biedaczka. A widzę po Teo, że twoje metody są skutecznie i nie jesteś jakimś podejrzanym hochstaplerem. - Ojciec także poprosił mnicha aby ten zgodził się na taką pomoc jego żonie.
- Zatem jutro, koło dziewiątego dzwonu? - upewnił się mnich - Poleciłbym jakieś miejsce gdzie nie będzie nam nikt przeszkadzał i będziesz mogła się wygodnie ułożyć, pani. Zabieg trochę zajmie.
- To może nas odwiedzisz jutro o tej porze? - Renate lekko uśmiechnęła się z zadowoleniem przyjmując taką propozycję. I szybko ją doprecyzowała.
- Mnie chyba nie będzie. Zamierzałam dokładniej przyjrzeć się Geli. Myślałam czy nie zrobić jej starszym subiektem. Ale też zastanawiałam się czy osoba duchowna by nie mogła jej się przyjrzeć bo może Gela też potrzebuje namaszczenia i błogosławieństwa? - Teofano starała się dać znać, że może na ten czas wizyty usunąć się z mieszkania aby im nie przeszkadzać. Jednak udało jej się w to wpleść i drugą kandydatkę o jakiej mówiła wcześniej. Tak samo jak jej matka, popatrzyła teraz pytająco na mnicha.
- Stawię się oczywiście i jeżeli znajdę czas dla… Geli, tak? To oczywiście i nią się zajmę. - mnich zerknął na ojca Teofano z uśmiechem - Bogowie nagrodzili cię za służbę miastu, mój panie. Piękna żona, aby koiła serce i zdrowa, piękna córka.
- Oh jestem tylko sługą bogów i tego miasta. Ja tylko piekę pierniki. - Głowa rodziny uśmiechnął się uprzejmie ale było widać, że słowa mnicha mile go połechtały.
- W takim razie ja będę na ojca czekać jutro. - Renate też wyglądała na zadowoloną, że tak gładko doszli do porozumienia.
- No to ja od rana zajmę się Gelą aby była gotowa na błogosławieństwa ojca. - Teofano zachowywała się podobnie chociaż wiedziała, że z jednookim i tak spotkają się wkrótce na Bursztynowej.
- Zatem zobaczymy się jutro. - ponownie skłonił się przed rodziną Lebkuchen - I moja pani, mam nadzieję, że moje służenie przyniesie ci ulgę, której pragniesz.Otto i Elke
Mnich spojrzał na młodą dziewoje z uśmiechem.
- Elke! Witaj, witaj dziecko. W czym mogę służyć? - złapał się za głowę przypominając sobie ich ostatnie spotkanie - Bogowie… zapomniałem. Wybacz kochana. - ujął dłonie dziewczyny - Miałem tyle na głowie, że twoja prośba wyleciała mi z niej. Proszè nie gniewaj się.Szczupła blondynka dała ująć się za dłonie i z początku uśmiechnęła się, że mnich ją rozpoznał i wciąż pamięta o czym rozmawiali. Ale gdy przyznał się, że nie zajął się tą sprawą, wyraźnie posmutniała. Lekko pokiwała głową jakby potrzebowała chwili aby oswoić się z tą myślą. - Więc… Nic się nie da zrobić? Ja dziś przyszłam na mszę do miasta. Ale w Marktag znów będę z kozami i świniami. Ja rozumiem, że to może być trudne znaleźć panią co by mnie chciała. Mogę poczekać. To przecież dopiero parę dni minęło. - Starała się chyba zrobić dobrą minę do tych niezbyt pomyślnych dla niej wiadomości.
Mnich się zastanowił, odruchowo jego dłoń zaczęła głaskać policzek dziewczyny, starając się dać jej trochę otuchy. W końcu spojrzał jej w oczy, podobne spojrzenie widziała wtedy w kamienicy.
- Jak długo możesz zostać w mieście po mszy?- Do południa. Może trochę dłużej. Ale chciałabym przed zmierzchem wrócić do nas, do wioski. - Blondynka odparła bez wahania. Jeśli chodziło o odległość do przejścia to rzeczywiście z pół dnia było potrzeba. A po zmroku niebezpiecznie było podróżować, zwłaszcza samotnej, nieubzrojonej kobiecie.
\ - Więc mam propozycję. - Otto uśmiechnął się ciepło - Teraz dwie sprawy, przyrzeknij mi na miłość do swojego stadka, że nie rozpowiesz tego co ci teraz powiem i uwierz mi, że nie próbuję cię ośmieszyć.
Gdy mnich wspomniał o jej grzesznych upodbaniach, blondynka spuściła wzrok w ziemię i zaczerwieniła się. Po chwili pokiwała twierdząco głową. - Nikomu nie powiem. - Wydukała zawstydzonym tonem.
- Dobrze. Wybieram się do Lady Pirory Von Dyke, będą tam również Lady Fabienne von Mannlieb i nasz cudowny Słowik Północy. Byłyby bardzo zainteresowane spotkać kobietę, która troszczy się o swoich podopiecznych tak bardzo jak ty. I gdybyś miała ze sobą swego ulubieńca, pewnie chciałby, abyś ich nauczyła jak się nim opiekować. Mam nadzieję, że rozumiesz. - uśmiechnął się - Zapytam Lady Pirorę, czy mogę cię zaprosić na to spotkanie. Największe szanse masz, jeżeli zaczniesz z nimi rozmawiać sama. Interesuje cię to? Jeżeli zabawimy za długo, to mogę odprowadzić cię do domu.
- Słowik Północy? Znaczy lady von Treskow?! - Tym razem głowa blondynki gwałtownie wystrzeliła do góry patrząc na mnicha z niedowierzaniem. Przez chwilę to jedno naziwsko całkowicie zdominowało jej uwagę. - Ta milady z mszy? Co tak pięknie śpiewała? Znasz ją? - Zwykłej dziewczynie ze wsi wydawało się prawie niemożliwe, że ktoś z kim rozmawia twarzą w twarz mógłby swobodnie rozmawiać ze szlachtą. A co dopiero z taką sławną śpiewaczką nad jakim śpiewem dopiero co zachwycało się całe miasto. Aż spojrzała w stronę wrzawy nieco dalej. Diwy nie było zza niej widać ale musiała tam być. Wiele osób chciało ją zobaczyć z bliska a ci znaczniejsi nawet z nią rozmawiali. Ale nie zwykli chłopi co przyjechali do miasta na mszę.
- No ja byłabym zaszczycona. Jak coś by było trzeba… To ja tu mogę poczekać. Naprawdę ją znasz? - Elke z trudem starała się odzyskać jasność myśli więc zaczęła trochę dukać wciąż przytłoczona myślą, że miałaby poznać sławną diwę albo inną z tutejszych szlachcianek.
- Równie dobrze co ty swoje stadko. - odparł z uśmiechem mnich - Poczekaj tu. - jednooki ruszył w poszukiwaniu Pirory. Po kilku minutach wrócił do dziewczyny.
- Mamy zgodę. - wystawił rękę aby zacząć prowadzić Elkę - Gotowa spotkać wyższe sfery miasta?
Blondynka wytrzeszczyła oczy jakby nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Przez chwilę wpatrywała się w twarz jednookiego jakby sprawdzała czy sobie z niej nie dworuje. Po czym pisnęła z radości i zarzuciła mu ręce na szyję. Aż parę najbliższych osób spojrzało na nich ze zdziwieniem albo zaciekawieniem. Młoda kobieta zarzucająca mnichowi ręce na szyję z piskiem radości to raczej nie był codzienny widok. Elke jednak opanowała w końcu ten wybuch i odsunęla się trochę od mnicha. Złapała za jego reke i dala się poprowadzić. Wyszli przez bramę i tu zrobiło się ciut luźniej. Ale i tak wszędzie stały zaparkowane powozy i karoce a znamienici goście albo przy nich stali, wsiadali albo dopiero do nich szli. Dopiero na ulicy blondynka odzyskała głos.
- Naprawdę ją znasz? Tą śpiewaczkę i te szlachcianki co mówiłeś? I poznasz mnie z nimi? Jej! Jak ja bym chciała służyć u takiej wielkiej pani! - Wciąż wydawała się być oszołomiona myślą, że zaraz stanie twarzą w twarz ze swoją szansą na lepsze życie. I dopiero po chwili coś jej się przypomnało. - Ale poczekaj… Ale to… Powiesz im… No wiesz… O… No jak ja… No wiesz o czym. - Przez jej twarz znow przeleciał rumieniec i spojrzała z niepokojem na idącego obok mnicha.
- Jeżeli nie chcesz to nie powiem. - zapewnił Otto - Ale zaznaczam, że jeżeli się o tym dowiedzą, od razu u nich zyskasz. Czy naprawdę sądzisz, że tak znamienite panny spotkałyby się z byle okaleczonym klechą, aby pogadać o religii? Czy jednak może nasze spotkania są bardziej podobne do naszego pierwszego?
W ciągu krótkiego czasu, Otto był świadkiem jak oczy i usta Elke otwierają się szeroko w grymasie bezbrzeżnego zdumienia. - To ty masz… - Aż się zaksztusiła z wrażenia i pewnie krzyknełaby na całe gardło ale w ostatniej chwili urwała głos. I tak potrzebowała przejść szerokość jednej czy dwóch kamienic aby odzyskać głos.
- To ty masz z nimi romans? Z tymi szlachciankami? Z lady Odette też?! Ale przecież jesteś mnichem! I to takim zwyczajnym a nie przeorem czy jakimś ważnym. - Chłopska córka miała wyraźne trudności aby przełamać stereotypy społeczne w jakich do tej pory żyła. Rzeczywiście taka informacja mocno się poza nie wybijała. Dopiero po chwili dotarło do niej coś jeszcze. - Jak to zyskać? Znaczy… No wiesz… Tak jak ja… Miłuję moje stado… I one… No ten… To by im się podobało? - Ledwo dała radę to z siebie wykrztusić i znów zarumieniła się jej cała twarz. Widać już było wejście na Plac Targowy a Bursztynowa 17 była po jego drugiej stronie.
- Romans to duże słowo.- uznał Otto - Jestem zadowalający w łóżku, mam nadzieję, że nie zaprzeczysz. I posiadam na tyle bogatą wyobraźnię, aby dostarczyć im nowych doznań. Dlatego chciałem wykupić od ciebie koziołka.
- No tak. To prawda. Wtedy w Marktag… Było mi bardzo miło. Z tobą to nie to co z wiejskimi chłopakami. - Blondynka pokiwała głową na znak, że miło wspomina ich spotkanie sprzed paru dni. Widać zaczynała trzeźwieć od tego nagłego wrażenia jakie mnich w niej wywołał. Przechodzili właśnie przez Plac gdzie się wówczas spotkali po raz pierwszy. Już było widać wylot Bursztynowej. - A to ten koziołek… To dla nich? Dla tych szlachcianek? - Podniosła głowę i popatrzyła na niego wielkimi oczami. Aż przygryzła wargę z przejęcia. Co prawda sama miała takie preferencje za jakie jeśli nie trafiłaby na stos to i tak spotkałaby się z publicznym potępieniem. Chyba jednak trudno było jej uwierzyć, że ktoś jeszcze może je podzielać a zwłaszcza te piękne i bogate damy.
- Były zainteresowane kiedy proponowałem. - odparł mnich z uśmiechem. Dziewczyna pewnie by zemdlała gdyby usłyszała o orgiach ze zwierzoludźmi - Dlatego sądzę, że będą ciebie ciekawe. Szczególnie jeżeli będziesz im opowiadała ze szczegółami, jak to jest kiedy koziołek się opiekuje potrzebami.
- Oh. - Młoda chłopka szła obok mnicha i słuchała tych rewelacji z wypiekami na twarzy. W końcu to brzmiało jak urzeczywistnienie mrocznych plotek o podłej, zdegenerowanej szlachcie. Tylko teraz chodziło o piękne i eleganckie damy z miejskiej śmietanki towarzyskiej. - I by je to ciekawiło? - Znów spojrzała na idącego obok mnicha. - No mogę opowiedzieć. Jak to jest. Być z koziołkiem. Właściwie pieski i świnki też lubię. - Niepewnie przygryzła wargę sondując po mnichu jaka będzie jego reakcja i zapewne szlachcianek.
Mnich gwizdnął.
- Zaczynam czuć się niegodny. Jak mógłbym marzyć, aby zadowolić dziewczynę co tylu smaków przyjemności już zaznała. - uśmiechnął się - Uwierz mi, polubią cię od razu.
Młoda chłopka zarumieniła się ponownie. Ale tym razem od komplementu. Widać było, że dodał jej otuchy przed rozmową ze szlachtą na jaką się szykowali. A na razie to mnich już widział front kamienicy jaką zimą kupiła koleżanka z kultu po okazyjnej cenie.Otto i wizyta u Pirory
W końcu dotarli do drzwi jakie były już mnichowi znane bardzo dobrze. Wiedział co trzeba robić i mniej więcej czego się spodziewać za nimi. Otworzyła mu młoda służka Pirory i wpuściła do środka z sredecznym uśmiechem na twarzy. Zaprowadziła ich na piętro gdzie był salon gospodyni który był towarzyskim sercem kamienicy. Tam zastał ją samą. Stół był już zastawiony bogatym śniadaniem jakie tylko czekało na przybycie gości. Pirora rozmawiała z jakąś służką gdy goście weszli.
- Witajcie moi mili. - Przywitała się z uśmiechem. Szybko obrzuciła taksującym spojrzeniem młodą wieśniaczkę a ta od razu nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. - Otto to jest ta młoda, utalentowana dziewczyna o jakiej mi mówiłeś? - Averlandka starała się nie peszyć Elke bardziej niż już była.
- To ona. Ma na imię Elke, spotkałem ją na targu kilka dni temu. Hoduje kozły i jest… bardzo oddana ich zdrowiu. - klątwa posiadania jednego oka, to to, że mimika jego twarzy była ograniczona i nie mógł puścić porozumiewawczego oczka Averlandce - Jestem pewny, że z chęcią opowie tobie, Fabienne i Odette wszystko co chciałybyście wiedzieć… na przykład o ich płodzeniu. - mnich uśmiechnął się łobuzersko i delikatnie przysunął Elke do przodu - Nie lękaj się jej, Elke. Pirora wita cię u siebie jako gościa, nie intruza.
- Doprawdy? No to rzeczywiście zapowiada się fascynująca opowieść. Mam wrażenie, że Fabienne i Odette powinna przypaść do gustu. Może jednak poczekamy na nie? Odette to pewnie przyjedzie na samym końcu. Pewnie widzieliście jak jest oblegana. - Pirora wydawała się przyjemnie zaskoczona taki przedstawieniem talentów młodej blondynki. A ta miała minę jakby kamień spadł jej z serca i nawet uśmiechnęła się choć tylko półgębkiem. Bez wahania pokiwała głową dla szlachcianki ale na razie nie odważyła się zabrać głosu gdy ta nie zadała jej bezpośredniego pytania. - Otto mogę cię prosić na chwilę? - Gospodyni widząc to dała znać koledzę, że chce z nim coś omówić. Podeszła na drugi kraniec salonu, do okna i stanęła przy krześle jakie zwykle zajmowała lady Soria. Poczekała aż do niej podejdzie.
- Dobrze, że jesteś. Mam z dzisiejszym spotkaniem takie urwanie głowy, że nie wiem gdzie ręce włożyć. - Wyznała z pewną ulgą, zapewne licząc, że mnich ją wspomoże. - Na dole czeka Laura. Odette ją zamówiła. Ale w nocy urodziła kolejny miot i go tu przyniosła. Mówi, że ona, Odette i Fabi na pewno się ucieszą jeśli się będą mogły razem zabawić. No ale pewnie wiesz, że nawet u nas nie wszyscy za tym przepadają. Więc mam prośbę. Możesz je poprosić abyście poszli do osobnego pokoju? Tak aby nikogo to nie kłuło w oczy. Sam wiesz jak choćby Łasica czy Burgund reagują na tych “przyjemniaczków”. Jeszcze nie wiem czy będą. Burgund chyba nie wróciła do miasta z tego kurhanu więc inni co z nią poszli też nie. Nawet lady Soria jak widzisz nie wróciła jeszcze. A Łasica poszła się spotkać z jakimś dawnym uczniem Starszego. Ja go nie znam. Podobno był w rodzinie zanim myśmy dołączyli tylko wyjechał z miasta. Teraz wrócił. No i są te robaki od Benity. Też nad ranem urodziła. Całkiem spanikowała i błagała mnie abym coś z nimi zrobiła. Miała rozmawiać z Oddie. Więc jeszcze nie wiem czy też do nas przyjedzie czy nie. Mieli mieć z mężem jakieś rodzinne spotkanie po mszy. Mówię ci, wszystko mi się dzisiaj zwaliło na głowę tego poranka. - Mówiła przyciszonym głosem aby Elke ich nie słyszała. I szybko. Dało się jednak wyczuć napięcie w głosie gdy streszczała mu ten chaos jaki jej niespodziewanie zwalił się na głowę.
- Oczywiście, zajmę się tym. Ale naprawdę dziewczyny, musicie poszerzyć horyzonty. Widziałem poród Laury… ja nigdy nie sprawiłem, aby dziewczyną tak szarpało. - uśmiechnął się - Ale rozumiem, rozumiem. Nie dla wszystkich takie igraszki… może sam w końcu spróbuje. Wyglądało na przyjemne. I nowy stary członek rodziny mówisz? Dobrze, przyda się ktoś kto wie więcej.
Pirora uniosła brwi w grymasie sugerującym, że nie spodziewała się takich słów po koledze. Ale nie skomentowała tego więc zabawy z pieszczoszkami raczej dalej uznawała za niestosowne. - Tak, jakiś dawny uczeń, chyba ekonom czy jakiś uczony z ratusza. Znaczy dawniej tam pracował zanim wyjechał. Z tych co są wciąż z nami chyba tylko Łasica i Silny go znają. Ale Silny też poszedł do tego kurhanu razem z Egonem i resztą więc w mieście została tylko Łasica. Dlatego ma się z nim spotkać. Tyle mi zdążyła rano powiedzieć. - Gospodyni nieco rozwinęła myśl o nowym członku ich spiskowej rodziny. I chyba sama niewiele więcej o tej sprawie wiedziała. - I bardzo ci dziękuję Otto. Jeśli byś to dyskretnie załatwił aby dziewczęta poszły się bawić do pokoju byłabym wielce zobowiązana. - Uśmiechnęła się do kolegi, położyła mu swoją delikatną i zadbaną dłoń na jego a do tego cmoknęła go w policzek. - Jeszcze Petry von Schneider się spodziewam. Koleżanka z kółka poetyckiego Kamili. Może uda mi się ją poznać z Heinrichem. Wstępnie oboje są sobą zainteresowani no ale jak rozumiesz, nie wypada aby młoda panna ze szlacheckiego domu spotykała się samopas z obcym mężczyzną. Więc jeśli oboje przyjadą to będę musiała robić im za gospodynię i przyzwoitkę. A jeśli tylko ona to właściwie też. Raczej nie ryzykowałabym zaprosić ją do lochu albo tam do was. Nie wydaje mi się aby była na to gotowa. Aha i Lilly też już jest. Czeka w kuchni. No ją też raczej Petrze czy tej nowej nie pokażę. - Szeptała szybko ale widać ulżyło jej, że Otto obiecał ją wspomóc w tym dzisiejszym galimatiasie. Posłała spojrzenie na czekającą pokornie blondynkę, że orgie w lochu razem z młodą mutantką, to może być dla niej za wiele. Wtedy drzwi do salonu otworzyły się i do środka weszła ta sama służka co otworzyła mnichowi.
- Przyjechała lady Fabienne. Zaraz tu będzie. - Oznajmiła swojej pani. Ta skinęła jej głowa i szybko spojrzała na mnicha.
- Pójdę ją przywitać. Chcesz iść ze mną? Czy może wolisz poczekać tutaj? - Zaproponowała mu z ciepłym uśmiechem na twarzy.
Mnich się zastanowił.
- Przywitam ją oczywiście, tylko ostrzegam, będziesz chyba musiała robić za przyzwoitkę już teraz, jeżeli zobaczę naszą drogą Fabienne. - odwzajemnił uśmiech i ruszył za aktorką.- Oh ty zgrywusie! - Milady roześmiała się szczerze rozbawiona jego uwagą. Ale już ruszyła w stronę korytarza. Napotkawszy czekającą Elkę odezwała się do niej. - Poczekasz tu na nas? Zaraz wrócimy. Przyjechała lady Fabienne jaka zapewne będzie tobą bardzo zainteresowana. - Poprosiła ją grzecznie ale takim tonem jakim zwykle błękitnokrwiści zwracali się do podwładnych i plebsu. Chłopka jednak przyjęła to gładko. Energicznie pokiwała głową na znak zgody i nawet uśmiechnęła się na te miłe słowa. Zaś dwójka kultystów ruszyła na korytarz aby przywitać się z trzecią z nich. Bretonkę spotkali jak już wchodziła za służką po schodach na piętro. Widząc ich uśmiechnęła się do nich serdecznie.
- To już jesteście? Wiedziałam, że się za długo grzebałam. Ale miałam nadzieję, że przyjadę pierwsza. Widzieliście Oddi? Oj ona to chyba tak prędko do nas nie przyjedzie! - Widać było, że jest w wyśmienitym humorze. Pokonała te kilka ostatnich kroków jakie ich dzieliły i już mogła się z nimi uściskać.
Mnich ucałował dłoń Bretonki z uśmiechem.
- Witaj, pani. Przybyłem wcześniej ponieważ sprowadziłem nową znajomość, abyście zapoznały. - zniżył głos do konspiracyjnego - Dziewczyna nazywa się Elke. Parzy się ze swoją trzodą, sądziłem, że będziecie chciały posłuchać jej opowieści o nowych przyjemnościach.
Czarnowłosa pozwoliła się mu pocałować w dłoń jakby chciała zadośćuczynić etykiecie. A gdy mnich się wyprostował objęła go jak kochanka i przyjaciela. Podobnie przywitała się z Pirorą. Zrobiła zainteresowaną minę tym co usłyszała od Otto i szybko spojrzała na koleżankę.
- Jak na chłopkę to dziwnie prosta, ładna i bez widocznych parchów. Czeka w salonie. - Wzruszyła ramionami i pokazała kciukiem w stronę korytarza z jakiego właśnie z mnichem wyszli. - Ale ja was teraz muszę przeprosić na moment. Jestem w proszku z tymi przygotowaniami. Otto zajmiesz się Fabi tak jak cię prosiłam? - Po Averlandce znów było czuć presję czasu tak jak przed chwilą gdy rozmawiała z kolegą w salonie. Popatrzyła prosząco na kolegę.
- O to mówisz, że nawet ładna i prosta. A ty, że parzy się ze swoim stadem? Oh no to koniecznie muszę ją poznać! - Bladolica zareagowała bardzo pozytywnie na te wieści jakie od nich usłyszała. I pokiwała głową, że rozumie pośpiech gospodyni.
- Oczywiście. I zajmę się też sprawą Laury. - kiwnął głową i podał ramię Fabinne - Wyglądasz pięknie jak zawsze, lady Fabienne. - zaczął prowadzić ją w kierunku Elke - Dziewczyna jest oczywiście przytłoczona myślą o rozmowie ze szlachcianką, proszę więc bądź wobec niej delikatna, przynajmniej zanim zaciągniesz ją do łóżka.
- Dziękuję Otto, jesteś kochany. - Pirora cmoknęła mnicha w policzek i uśmiechnęła się do niego promiennie. A potem odeszła po schodach na dół. Zaś jednooki mógł z Bretonką powoli ruszyć korytarzem w kierunku salonu.
- Dziękuję Otto. Czuję się rzeczywiście wspaniale. Myślę, że to macierzyństwo mi służy. - Pogładziła się po opiętym gorsetem brzuchu. - Ah właśnie. - To jakby jej o czymś przypomnałem. - Może jeszcze tego nie widać. Ale zaczyna rosnąć. Zaczynam mieć trudności aby zapiąć się jak dotąd. Trochę mnie to niepokoi, że zacznie to widać. A chciałabym je jeszcze w siebie przyjmować. I rozmawiałam z Oddie, ona ma tak samo. Spodobała jej się ta ciążą i doznania jakie niesie. No i “To takie ohydne!”. - Mówiła łagodnym i spokojnym tonem. Chociaż na koniec nieźle sparodiowała koleżankę. - I tak myślałam. Może te pierścienie od Mergi by pomogły? Potrafią zmieniać wygląd człowieka. Myślisz, że mogłyby zamaskować ciężarny brzuch? - Zapytała patrząc na niego z zaciekawieniem. Po czym uśmiechnęła się słodko. - A ta Elke taka utalentowana? Brzmi kusząco. Jeśli chcesz dodać jej otuchy to ja jej mogę paść do stóp. I Laura też już jest? Oddie mi wspomniała, że ją zamówiła na dzisiaj. Właściwie to wczoraj w garderobie to o niej myślała. No ale jak powiedziałeś, że Teo to ją też zaprosiła. Któż by odmówił Słowikowi Północy? - Mówiła uśmiechając się kusząco. I aby się swobodnie rozmówić zwolniła kroku prawie się zatrzymując chociaż drzwi do salonu już były widoczne.
- Tyle łakomych kąsków, a ja sam jeden. - mnich zachichotał - Tak, Laura jest na dole. Pirora poprosiła, abym przeniósł was do osobnego pokoju, bo ona, Łasica i Burgund są zbytnimi świętoszkami na pieszczoszki Laury. - ucałował policzek Fabienne - Teofano obiecałem kolejne zasianie, więc będę na nią czekał. - jednooki zastanowił się nad pytaniem dotyczącym magicznych pierścieni - Eh, tajniki Wiatrów Magii nie należały do części moich obowiązków. Musiałabyś zapytać Joachima.
- No pewnie tak. Albo Starszego. Albo Sorię. Albo Tobiasa. O nich myślałam. Ale zobaczymy kto się trafi. Jeśli byś ich spotkał prędzej to mógłbyś o to zapytać? Bo jeśli by te pierścienie mogły ukryć ciężarny brzuch mnie i Oddie to my bardzo chętnie byśmy przyjęły w siebie więcej tych pieszczoszków. - Bretonka uśmiechnęła się pogodnie do mnicha i znów pogłaskała swój brzuch. W tej chwili, nawet z bliska, nie wygladał podejrzanie. Szlachcianka wyglądała szczupło jak zawsze. - A te pieszczoszki no ja dziewczyn nie potępiam. Widocznie jeszcze nie nadszedł moment aby były na to gotowe. - Wzruszyła ramionami na znak, że nie ma żalu do koleżanek, że nie podzielają jej zafascynowania robaczą ciążą i pokrewnymi zabawami. - Dobrze Otto, możemy pójść do pokoju. Myślę, że Oddie powinna się zgodzić. A jak ona się zgodzi to któż się sprzeciwi Słowikowi Północy? - Zaśmiała się cicho jakby bawiła ją moc spełniania zachcianek sławnej diwy. - No dobrze ale nie trzymaj mnie dłużej w niepewności i poznaj mnie z tą utalentowaną dziewczyną jaką przyprowadziłeś. Brzmi bardzo apetycznie. - Pogłaskała go po ramieniu aby zachęcić go do wznowienia wycieczki do salonu.
Mnich wrócił do salonu prowadząc Fabinne pod rękę. Oboje podeszli do wieśniaczki.
- Elke, pozwól, że przedstawię ci Lady Fabienne von Mannlieb, piękność Bretonni, żonę admirała Mannlieb i jedna z najpodlejszych kobiet jakie spotkałem. Lady Fabienne, to jest Elke, jak widzisz, zaspokoi apetyt, który czułaś.
Przy tym pierwszym i bliskim spotkaniu z bladolicą szlachcianką, młoda chłopka znów się spięła. I czujnie obserwowała jej reakcję. Grzecznie dygnęła i skinęła głową na przywitanie. A czarnowłosa obdarzyła ją ciepłym uśmiechem i życzliwym spojrzeniem.
- Miło mi cię poznać Elke. - Podobnie jak przed chwilą gospodyni, starała się dodać otuchy nowej znajomej. - Wiesz Otto, Priora ma dobry gust do młodych kobiet. Rzeczywiście Elke wygląda bardzo uroczo i pociągająco, nawet w tej prostej sukni. Jestem pod wielkim wrażeniem tej naturalnej urody. - Zwróciła się niby do mnicha ale widać było po gwałtownym rumieńcu blondynki, jak ją uradował ten komplement. Wreszcie się uśmiechnęła. - Ale tu tyle przestrzeni. Może porozmawiamy gdzieś w spokojneijszym miejscu zanim się wszyscy zjadą? - Zaproponowała im obojgu. Z tymże oczywiście młoda wieśniaczka nie odważyła się zaprotestować nawet gdyby miała coś przeciwko. A nie wyglądało aby miała. - Hej dziewczyno. Podobno mamy tu przydzielony pokój. Możesz nas tam zaprowadzić? - Zwróciła się do służki a ta skinęła głową. Wyszli za nią na korytarz i kilka drzwi dalej pokojówka wprowadziła ich do eleganckiego pokoju z podwójnym, ozdobnym łożem, ozdobnym stolikiem na cztery osoby na jakim stała taca z trunkami. Elke wydawała się być onieśmielona tym luksusem ale dla Bretonki był to chleb powszedni.
- Siadajcie proszę. Skoro Pirora jest zajęta to pozwólcie, że przywłaszczę sobie rolę gospodyni i będę wam usługiwać. - Mówiła z gracją należną szlachciance jakby zwracała się do swoich umiłowanych gości i to równych jej statusem. I posłała Otto pikantny uśmieszek gdy mówiła o usługiwaniu choć Elke co jej nie znała zapewne nie wyłapała jak bardzo prawdziwe były to słowa. Bretonka zaś zaczęła im przygotowywać trunki jakie sobie zażyczyli.
Mnich rozwiązał pas i zdjął habit, pod spodem miał luźno wiszącą kremową koszulę i brązowe spodnie. Odetchnął z ulgą.
- Nie zazdroszczę kolegom, którzy muszę ciągle chodzić w tej temperaturze… aż kusi, aby nic pod habitem nie nosić. - uśmiechnął się do Fabienne i usadził ją sobie na kolanach - A więc chcesz nam usługiwać droga Fabi? A jakie to usługi oferujesz?
- Oh Otto, przecież wiesz jakie usługi oferuję. Z przodu, z tyłu, z góry, z dołu albo w środku. - Szlachcianka nie miała nic przeciwko takiemu spoufalaniu się z ubogim mnichem i bez oporów usiadła mu bokiem na kolanach a ramionami objęła szyję. Siedząca obok młoda chłopka patrzyła na nich z niedowierzaniem ale chyba obawiała się to komentować. - Ale niestety jeszcze nie czas abym wam mogła służyć tak jak bym chciała. Tą suknię tyle czasu się i zapina i zdejmuje. A jeszcze musimy pojawić się na śniadaniu. - Lekko skinęła głową w stronę drzwi na korytarz. Tam też niedaleko był salon w jakim szykowano śniadanie dla gości Pirory. W głosie pod maską flirtu, dała się wyczuć nutka żalu. W końcu bretońska szlachcianka znana była w kulcie ze swoich uległych upodobań. Przez chwilę wpatrywała się rozgrzewającym spojrzeniem twarz jednookiego nim nie spojrzała na siedzącą obok blondynkę. Ta dała się zaskoczyć i poruszyła się nieco nerwowo jakby spodziewała się kłopotów.
- Oh Elke, nie bądź taka spięta. No spójrz Otto jak ona się przejmuję. Trzeba by ją rozluźnić i rozweselić. - Bladolicą jakby rozczulił ten widok. Pozwoliła aby kolega też miał okazję się przyjrzeć i sam to ocenić. W efekcie czego wieśniaczka spięła się jeszcze bardziej. - Może mały buziak na początek? - Fabienne zaproponowała im obojgu. Zapewne aby dać Elkę możliwość oswojenia się z tą nową dla niej sytuacją. Delikatnie więc nachyliła się aby pocałować usta partnera, jakby to robili pierwszy raz. Mężczyzna czuł najpierw jej perfumy, ciepło bijące z żywego ciała, wreszcie dotyk jej usta na swoich. I stopniowo bardziej śmiały pocałunek. A czarnowłosa nie chciała szokować ich obserwatorki. W końcu zazwyczaj raczej nie spotykało się szlachcianek całujących się z mnichami. Gdy skończyli Bretonka popatrzyła zachęcająco na blondynkę.
- Też byś chciała taki całus Elke? - Nadal obejmując szyję Otto, zwróciła się do chłopki. Ta zrobiła minę jakby nie była pewna jakiej powinna udzielić odpowiedzi szlachciance. Nerwowo zerknęła na mnicha jakby szukając podpowiedzi. Widząc to błękitnokrwista cicho westchnęła i też się do niego zwróciła. - No to może Otto nieco pokażemy Elke jak to u nas wygląda to usługiwanie? Powiesz mi co mam zrobić tobie albo Elke a ja postaram się was usatysfakcjonować? Tylko na razie może bez ściągania ubrań skoro jeszcze musimy iść na śniadanie. - Fabienne zlitowała się nad blondynką i przynajmniej chwilowo zwolniła ją od podejmowania decyzji w nowej dla siebie sytuacji. I pewnie chciała ją zachęcić i pokazać się od tej łagodnej strony aby przełamać naturalny lęk chłopki przed krytyką ze strony szlachty.
Mnich się zastanowił chwilę po czym ucałował policzek Bretonki.
- Może pokaż jej jak delikatne są twoje dłonie? No policzku i szyi. Zobaczmy jak daleko ona pozwoli ci pójść.
Szlachcianka uśmiechnęła się z zadowoleniem gdy mnich ją pocałował. Po czym z zaciekawieniem wysłuchała jego sugestii. Spojrzała na blondynkę w znacznie skromniejszej sukni niż ona. I widać było, że Elke próbuje rozeznać się w sytuacji. - Może masz rację Otto. Szkoda by było spłoszyć taką zgrabną łanię. - Zgodziła się na jego pomysł. Po czym wstała i podeszła do krzesła sąsiadki. Ta zadarła głowę aby móc spojrzeć szlachciance w twarz i widać było, że czuje się niepewnie, jakby nie wiedziała czego się spodziewać. - Oh spokojnie sarenko. Ja ci pokażę jak ja lubię a potem możemy się zamienić i ty mi pokażesz jak ty lubisz. - Szlachcianka starała się dodać otuchy chłopce. Po czym stanęła obok niej i ujęła jej dłoń. Elke przełknęła ślinę ale pozwoliła jej na to. Spojrzała szybko na mnicha jakby starała się wyczytać jakąś podpowiedź. A Bretonka zaczęła czule głaskać jej dłoń. Widać było jak palce o eleganckich, pomalowanych paznokciach, przesuwają się po dłoni blondynki. Potem na nadgarstek. Po rękawie koszuli w górę. Aż dotarły do odkrytej skóry wokół szyi. - Masz bardzo zdrową cerę dziewczyno. I ta naturalna jędrność. Tylko pozazdrościć. - von Mannlieb rzuciła komplementem blondynce. Akurat w momencie jak miała okazję z góry zajrzeć jej w dekolt gdy mówiła o tej jędrności. To sprawiło, że blondynka uśmiechnęła się jakby jej ulżyło. Zaś palce szlachcianki umiejętnie przeszły z pieszczotami wyżej, ku policzkom, skroni i ustom. Widać było, że to zaczyna działać i Elke zaczyna się rozluźniać i poddawać tym zabawom.
- Otto, może sam chcesz się przekonać? - Fabienne spojrzała zachęcającym spojrzeniem na siedzącego naprzeciwko mnicha.
Mnich kiwnął głową z uśmiechem i przykucnął przy Elie, ujął jej dłoń i zaczął gładzić kciukiem.
- Faktycznie, gładziudka. Szkoda, że nie mogłem poczuć jej więcej za pierwszym razem jak cię spotkałem. - spojrzał z psotnym uśmiechem na Elie po czym delikatnie ucałował jej dłoń i zaczął powoli się wspinać po jej ręce, aż nie umieścił kilka pieszczotliwych pocałunków na jej szyi - Bo, aż żal jej nie posmakować.
Wyglądało na to, że te wspólne pieszczoty przynoszą efekty. Młoda blondynka, z początku wyraźnie spięta bliskością czarnowłosej szlachcianki, teraz reagowała na ich zaloty coraz żywiej. Musiały sprawiać jej przyjemność jaką coraz mniej kryła. Oddech jej przyspieszył a na policzkach pokazały się rumieńce. W końcu Fabienne uśmiechnęła się do Elke i lekko nakierowała palcem jej szczękę tak aby spojrzały z bliska na siebie. Bo zabawy z mnichem stanowiły jakby przypomnienie tego jak się poznali za pierwszym razem i chyba dla chlopki były czymś bardziej znajomym, co pomogło jej się przełamać. Teraz zaś jednooki widział jak Bretonka subtelnie zbliżyła się do ust blondynki aby ją pocałować. Ta zaś oswoiła się z nimi na tyle, że tym razem wydawła się być zaciekawiona a nie spięta. Mnich był świadkiem tego pierwszego pocałunku między nimi.
- Widzę, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Zobaczysz Elke, całowanie innych kobiet i zabawy z nimi mogą być całkiem przyjemne i zabawne. Czeka cię mnóstwo uroków życia jakie były do tej pory przed tobą ukryte. Mogę ci w tym pomóc, nie mogę się doczekać aż się lepiej poznamy. A ty mam nadzieję pomożesz mi zapoznać się z twoimi przygodami bo brzmią bardzo obiecująco. - Szlachcianka starała się zrobić na blondynce dobre wrażenie i sprawić aby się poczuła swobodniej. Poza tym wyglądało na to, że smukła chłopka ją zainteresowała.
- No cóż… Jakby milady była zainteresowana… Ale ja to tam u nas, we wsi… - Ten niebezpieczny i wstydlwy temat wciąż wywoływał zmieszanie u Elke ale po tak zachęcającym pierwszym kontakcie z ich dwójką wydawała się być mniej nim speszona niż wcześniej.
- Oh, bardzo jestem zainteresowana. Miałam pewną podobną przygodę ale to było jeszcze w Bretonii. Od tamtej pory nie miałam okazji kosztować tak egzotycznych smaków. I chętnie bym się z tobą poznała lepiej ale zapewne niedługo będziemy musieli iść do salonu na śniadanie. - Bretonka uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i pocieszająco poklepała po dłoni. Dyplomatycznie raczyła nie zauważyć wytrzeszczonych oczu zdumionej blondynki gdy usłyszała jej wspominki z ojczyzny.
Otto pogłaskał policzek Elke.
- Mówiłem, że nie masz się czego obawiać. - spojrzał na Bretonkę - W sumie pytanko mam, kochana Fabienne. Jeżeli Elke by ci się przypodobała, wziełabyś ją na służbę? Annika i Marissa pewnie chętnie by przyjęły nową koleżankę.
- Miałabym wziąć ją na służbę? - Szlachcianka trochę się zdziwiła gdy kochanek jej zadał takie pytanie. Za to Elke teraz spojrzała bystro najpierw na niego a potem na nią. Bretonka zaś ponownie przesunęła się po jej smukłej sylwetce zainteresowanym spojrzeniem. - No cóż, nie jest to wykluczone. Myślę, że jeszcze jedna służąca by nam się przydała i chyba zmieściłaby się w pokoju z dziewczętami. - Pokręciła trochę na boki czarną głową ale na wstępie nie powiedziała “nie” i przynajmniej była gotowa rozważyć taką prośbę. Co z kolei wywołało szeroki, pełen nadziei uśmiech na twarzy młodej pasterki.
- Jakby milady mnie wzięła na służbę to ja… Ja jestem bardzo pracowita. I mogę pokazać jak to jest z tymi koziołkami i innym stadem. - Zapewniła gorliwie o swojej gotowości do podjęcia takiej służby. Co wywołało szczery uśmiech na twarzy błękitnorkwistej. Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Obie kobiety spojrzały tam nieco zaskoczone. Po czym szlachcianka spojrzała łagodnie na mnicha.
- Otto, mógłbyś być tak uprzejmy i zobaczyć kto to? Może lady Odette już wróciła. Chociaż jak to ona to i tak byłaby wcześnie. - Poprosiła grzecznie z ciepłym uśmiechem. Elke na wszelki wypadek usiadła z powrotem na ozdobnym krześle aby nie dać źródła plotkom, że działo się tu coś niestosownego.
- Oczywiście. - mnich ruszył do drzwi, wyjrzał na zewnątrz nie otwierając do końca.
Za drzwiami stała ta młoda służąca co zwykle witała gości gospodyni. Grzecznie dygnęła przed mnichem i posłała mu skromny uśmiech. - Przepraszam, że przeszkadzam. Ale moja pani prosiła przekazać, że większość gości już jest w salonie. Właściwie czekamy jeszcze tylko na lady Odette. A w kuchni jest ta dziewczyna jaką lady zamówiła sobie na dzisiejsze spotkanie. Mam ją poprosić tutaj czy sam ojciec do niej pójdzie? - Wyglądała jakby przekazywała słowa Pirory w dyskretny i elegancki sposób.
- Och, oczywiście, zaraz tam pójdziemy a ja się zajmę dziewczyną. Dziękuję bardzo, kochana. - mnich wrócił do Elie i Fabienne z uśmiechem - Przyjęcie się rozkręca, pójdzie do salonu, ja muszę jeszcze się zająć jedną osobą.
- No rzeczywiście się zasiedziałyśmy. Dobrze to chodźmy Elke, Otto już nas znajdzie jak będzie trzeba. - Fabienne podniosła się ze swojego krzesła i za nią blondynka uczyniła to samo. Zaś pokojówka Pirory skinęła głową i odeszła w głąb korytarza. Mnich zaś mógł ruszyć za nią i potem na dół, na zaplecze kamienicy gdzie znajdowała się kuchnia. Tutaj słychać i widać było krzątaninę. Zaś na ławie dostrzegł czekającą Laurę. Brunetka też go zauważyła i wstała posyłając mu życzliwy uśmiech.
- Witaj Otto. Tak się zastanawiałam czy dzisiaj też będziesz tak jak w zeszłym tygodniu. - Ladacznica przywitała się z nim całkiem przyjemnie.
- Witaj Lauro, witaj. Pirora mnie przysłała, aby się twoimi maleństwami zająć, bo wiesz, nie wszystkie dziewczyny takie odważne jak ty. - uśmiechnął się mnich - I jak najnowszy miot?
- Oh dziękuję, że pytasz. Maleństwom nic nie jest. - Brunetka uśmiechnęła się i czule poklepała torbę jaką miała zawieszoną przez ramię, przy biodrze. - A co do moich zamiłowań to już dawno temu przyzwyczaiłam się, że dla większości osób, nawet moich klientów, są one nie do przyjęcia. Cieszę się, że chociaż lady Odette i Fabienne podzielają to zamiłowanie. No i ty oczywiście. Też będziesz na górze? Bo ja wiem tylko tyle, że mnie milady wynajęła już parę dni temu. Więc ona chyba jeszcze nie wie, że mam ze sobą te małe przyjemniaczki. - Dała mu znać aby wyszli na zewnątrz. Otworzyła kuchenne drzwi i spokojnie spacerowali po podwórzu za kamienicą. Tu nikogo innego nie było widać, więc ryzyko, że ich ktoś podsłucha, było mniejsze niż w zatłoczonej kuchni. To zaplecze było stanowczo bardziej uporządkowane i czystsze niż ten błotny staw i zanurzone w nim graty jakie panowały na zapleczu apteki Sigismudnusa. A póki oficjalnie go nie było to za każdym razem jak się ją odwiedzało, trzeba było przejść przez nie. - Milady już przyjechała? Może ty wiesz jakie ma wobec mnie plany? Będziesz razem z nami? - Zapytała gdy już mogli nieco swobodniej porozmawiać.
- Rozumiem, że Fabienne i Odette pewnie będą chciały się z tobą poprzytulać. Jeżeli wymagacie kolejnego zasiania, to oczywiście służę. - nich się uśmiechnął - Wczoraj przyjąłem poród. Dziewczyna, którą zasiałem dnia naszego ostatniego spotkania już wydała maleństwa.
- O to dobrze. To jej pierwszy raz? Któraś która była z nami ostatnio w teatrze? Jak to zniosła? I maleństwa? - Brunetka w naturalny sposób wydawała się być zainteresowana muszym porodem innej nosicielki. I starła się domyśleć czy chodzi o którąś z kobiet z jakimi wspólnie figlowali parę dni temu na zapleczu teatru. Faktycznie mogła stamtąd kojarzyć Margo i jej panią. - A ja oczywiście, że jestem chętna i gotowa na kolejne zasianie. - Obdarzyła go mokrym uśmiechem i wyuzdanym uśmieszkiem. - W końcu w nocy zwolnił mi się kuperek. To wspaniale jeśli pomyślałeś i masz ze sobą nową porcję tych maleństw. A jak byś był ty i one obie to by było całkiem ciekawie. Te zabawy w teatrze podobały mi się. A lady Fabienne jest bardzo milutka. Zresztą nasza diwa też. - Zatrzymała się przy jakiejś szopie i wydawała się już odczuwać ekscytację na to spotkanie jakie wkrótce powinno się zacząć jak tylko oficjalne sniadanie się skończy.
- Ostatnio staram się ciągle z nimi chodzić, jeżeli przyjdzie mi na spotkanie z wami. - przyznał Otto, spojrzał na Laurę - Och, czyżbyś jakieś plany miała co do naszych cudownych dam?
- Oh Otto, zadajesz to pytanie niewłaściwej osobie. - Laura roześmiała się ciepło ale jakby ją to naprawdę rozbawiło. - Jestem tu służbowo po to aby zaspokoić pragnienia i życzenia mojej klientki. - powiedziała z tą samą pogoda ducha. - Choć nie ukrywam, że mam z tego mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Nawet nie wiesz jak moje notowania w zamtuzie wzrosły. Wszyscy teraz chodzą wokół mnie na palcach i nagle chcą się ze mną przyjaźnić. - Mówiła jakby ta zmiana w zachowaniu koleżanek i kolegów z pracy, bardzo ją bawiła. - Ale jestem tu głównie dla lady Odette więc to ona będzie moim słoneczkiem. Ale widzę, że jest bardzo podatna na moje sugestie co do różnych zabaw. Lubi mi dogadzać i jak ja ją biorę. I pamiętasz ten nasz pierwszy raz z naszym przyjemniaczkiem w teatrze? To też jej się spodobało. Była zachwycona. No to cóż, dziś mam cały miot ze sobą a nie tylko jednego. Właśnie się zastanawiałam jak ich użyć. Masz jakiś pomysł? - Przedstawiła mnichowi zarówno swoje poglądy na zabawy ze swoją główną klientką jaka ostatnio tak często ją wynajmowała jak i była ciekawa zdania kochanka na ten temat.
- No cóż jak maluszki, to nie możesz ich zastosować jako zamiennik na mężczyznę. - mnich się zastanowił - Może niech pieszczą skórkę jej biustu i szyi? Wydawała się zainteresowana ich dotykiem ostatnio.
- Też myślałam o czymś podobnym. Aby ją nimi obłożyć. Może nawet je po prostu na nią wysypać? Nie za mocne? A lady Fabienne? Bo jak mówisz, że też będzie to ją też trzeba zagospodarować. A widziałam, że jest bardzo uległa i też lubi te nasze pieszczoszki. - Ladacznica chciała omówić te różne pomysły na spotkanie z dwiema szlachciankami na jakie się zanosiło. Skoro ostatnio cała ich czwórka była zafascynowana zabawą z jednym pieszczoszkiem to starała się rozszerzyć działalność na tym polu.
- Fabi uwielbia usługiwać. Więc możesz ją zaciągnąć jako swoją pomocniczkę w pieszczeniu Lady Odette. Sądzisz, że będziesz w stanie wydawać polecenia szlachciance?
- No pewnie. Nie jestem tania więc do mnie nie zgłaszają się zwykłe miedzianołapy. Zresztą to się chyba lady Odette we mnie spodobało. Że potrafię nie patrzeć na to jak sławna jest i się z nią nie cackać. Lubi to. A lady Fabienne właśnie tak jak mówisz, już wtedy w teatrze wyglądała mi na bardzo uległą. Więc mogę dominować je obie jeśli chcesz. Albo wspólnie z jedna z nich tą drugą. - Brunetka uśmiechnęła się i wydawała się być pewna siebie, że nawet jakby została sama z dwiema szlachciankami to im podoła. Jednak spojrzała z zaciekawieniem na kochanka. - A ty? Co zamierzasz robić w tym czasie? Wiesz, jak wolisz sobie tylko popatrzeć to mi to nie przeszkadza. Ale jeśli coś planujesz do tych zabaw to może powiedz. - Poczekała co mnich odpowie co do swoich planów na te wspólne spotkanie.
Mnich się zaśmiał.
- Przeceniasz siłę mojej woli, jeżeli uważasz, że będę w stanie jedynie siedzieć i patrzeć jak trzy kobiety baraszkują ze sobą. To jednak będzie twoje przedstawienie, więc oddam się twojej narracji. Co byś chciała, abym robił?
- A jeszcze nie wiem. Ja często improwizuję do tego co się dzieje. Może przywiążę Odette do łóżka? Albo jak Fabienne taka uległa to może ją we dwie weźmiemy? I jeszcze myślałam o tej niespodziance z przyjemniaczkiem w usta. Ostatnio widziałeś jak Odette to zaskoczyło? No teraz to już pewnie mniej bo już raz to było. Ale chyba i tak powinno jej się spodobać. - Wyglądało na to, że jak na razie, smukła brunetka ma dość luźne pomysły na to spotkanie z dwoma szlachciankami. - A ty? Hmm… Może na początku mógłbyś oglądać. Chociaż nie sądzę aby któraś z nas cię odganiała jakbyś chciał dołączyć. No ja na pewno nie. Może mógłbyś zadbać o torbę z przyjemniaczkami? Bo ja się co nieco przebiorę na to spotkanie i głupio bym wyglądała z tą torbą. A jakbym się zajmowała z nimi to bym musiała zrobić przerwę aby iść po torbę. A tak to ty mógłbyś je podać. - Mówiła na bieżąco co jej do głowy przychodziło. Dotknęła swojej torby jaką miała przy biodrze. Rozejrzała się dookoła sprawdzając czy nikt ich nie widzi i zrobiła krok bliżej mnicha. - Te z przodu wciąż mam w sobie. Czuję je. Tamtędy wychodzą te większe. Z tyłu te mniejsze. Ostatniej nocy wyszło osiem. - Wyszeptała mu prosto w twarz ale nie ukrywała swojej ekscytacji jaką w niej to wywoływało.
Mnich objął delikatnie ladacznicę, całując jej szyję.
- Wyobrażasz sobie kolejny poród z widownią? Ostatnim razem o mało nie zemdlałaś.
Brunetka odchyliła nieco głowę aby ułatwić mu ten pocałunek i zanurzyła palce w jego włosy. Uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak, że świetnie pamięta tamten moment spotkania z nim i z diwą, na piętrze dawnej tawerny.
- Tak, wyobrażam to sobie. Bardzo chętnie bym to powtórzyła. Te porody to najprzyjemniejsza część tej ciąży. Aż się nie mogę doczekać kolejnego. - Pogłaskała się po płaskim na razie brzuchu w jakim zapewne czuła ruchy kolejnego miotu jaki zasiała w niej śpiewaczka podczas spotkania jakie tak miło teraz wspominali.
- Myślisz aby to powtórzyć? - Popatrzyła na niego filuternie. - Czemu nie. Ale wiesz, tam z przodu tak jak ostatnio, to ja jeszcze sama sobie wsadzę. Ale z tyłu to może być kłopotliwe. No i jak ci mówiłam, dziś mam cały miot. - Dała znać, że taki pomysł jej się podoba i raczej zastanawiała się nad jego praktycznym wykonaniem niż odmową. Wymownie poklepała torbę na swoim biodrze.
- Podejrzewam, że będzie lepiej jak wyszło by naturalnie a raczej nie ma czasu aby wepchnąć któregoś głębiej jak ostatnio. - mnich uśmiechnął się do ladacznicy - Pamiętaj chędożenie jest przyjemne, ale czasem chodzi o prezentację.
- Naturalnie, że lepiej by było jakby to był prawdziwy poród. Ale nie wiem czy akurat te moje przyjemniaczki będą chciały wyjść ze mnie akurat jak będziemy figlować. - Ladacznica roześmiała się pogodnie i pogłaskała się po brzuchu w którym miała kolejny miot. - Ale jest inny sposób. Można je tam do środka, wepchnąć ręka. To by nawet dla nas lepsze było bo byłyby dość płytko więc dość szybko by wyszły. Ja sama mogę się tak obsłużyć od przodu ale do tylu to może być nieco kłopotliwe. No i bym musiała mieć gdzieś spokojny kącik aby to zrobić. A ty, jakbyś mi pomógł to pewnie by poszło gładko i przyjemnie jak zwykle. I to bez chędożenia. To możemy sobie zostawić jak już będziemy w komplecie. No chyba, że wolisz bez takich atrakcji z tym porodem. Ale uważam, że warto, ostatnio lady Odette była tym zachwycona. Oczywiście możemy się też pobawić z przyjemniaczkami i bez tego. - Laura chętnie wyjaśniła mnichowi jak widzi sprawę. Wydawała się być przekonana do własnego pomysłu ale tak do końca się nie upierała jakby Otto był temu przeciwny.
- Coś wymyślimy i postaram się ci pomóc. - zapewnił mnich - Odette chce ode mnie, abym dostarczał jej nowych doświadczeń i mam zamiar jej zapewnić co chce.
- To prawda, bardzo z niej rozrywkowa milady. Myślę, że niewiele kobiet by się ucieszyło porodem przyjemniaczka prosto na twarz a sam widziałeś, że ostatnio w teatrze, bardzo jej się to spodobało. Ja w każdym razie, bardzo chętnie z nią obcuje i obecnie jest moją ulubioną klientką. Więc jakbyś potrzebował jakiejś pomocy w organizowaniu takich rozrywek dla niej to daj mi znać. - Ladacznica pokiwała głową na znak, że podobnie ocenia zainteresowania sławnej śpiewaczki. I nawet zaoferowała w tym pomoc mnichowi. - No ale na razie to ona już tu jest? Służąca mi powiedziała, że mam czekać w kuchni aż mnie nie wezwą na górę. Myślisz, że te przyjemniaczki to po prostu wyjmiemy z torby i się zabawimy z naszymi szlachciankami czy jakoś inaczej? - Póki jeszcze rozmawiali tylko we dwoje, to Laura była jeszcze ciewkawa paru szczegółów co do nadchodzącego spotkania. Otto znał już pokój jaki Pirora przeznaczyła dla zabaw z Odette jakie pewnie nastąpią po wspólnym śniadaniu w salonie.
- Niestety Pirora, chciałaby aby twoje maleństwa pokazać jedynie... wtajemniczonym. - mnich podrapał się po karku - Zabierzmy je do pokoju, gdzie mamy skończyć z naszym Słowikiem. Zostawimy je tam, będą bezpieczne, a jak dojdzie co do czego... pokaż je w pełnej okazałości.
- No dobrze, możemy tak zrobić. - Brunetka przez chwilę trawiła tą wiadomość ale szybko pokiwała głową na znak zgody. - W takim razie chyba czas nam wracać abyśmy przybycia milady nie przegapili. - Wzięła mnicha pod ramię i wskazała brodą na tylne drzwi kamienicy prowadzące do kuchni. - Oh ty zgrywusie! - Milady roześmiała się szczerze rozbawiona jego uwagą. Ale już ruszyła w stronę korytarza. Napotkawszy czekającą Elkę odezwała się do niej. - Poczekasz tu na nas? Zaraz wrócimy. Przyjechała lady Fabienne jaka zapewne będzie tobą bardzo zainteresowana. - Poprosiła ją grzecznie ale takim tonem jakim zwykle błękitnokrwiści zwracali się do podwładnych i plebsu. Chłopka jednak przyjęła to gładko. Energicznie pokiwała głową na znak zgody i nawet uśmiechnęła się na te miłe słowa. Zaś dwójka kultystów ruszyła na korytarz aby przywitać się z trzecią z nich. Bretonkę spotkali jak już wchodziła za służką po schodach na piętro. Widząc ich uśmiechnęła się do nich serdecznie.
-
Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory; salon
Heinrich, Pirora, Petra
Priora w końcu uznała, że już i tak się zasiedzieli w małym salonie. Więc aby nie wzbudzać niepotrzebnych plotek, poprosiła swoich gości aby przeszli z nią do głównego salonu. Petra wyglądała na bardzo zadowoloną z dotychczasowego spotkania. Więc we trójkę wyszli na korytarz. Musieli minąć kilkoro drzwi aby tam wrócić. Ale nomen, omen z przeciwka spotkali trójkę idących kobiet.
- O proszę, w samą porę. - Ucieszyła się Averlandka, rozpoznając swoje trzy, szlachetnie urodzone koleżanki. Zresztą pozostała dwójka także a i idąca z przeciwka trójka też się uśmiechnęła radośnie.
- Wybaczcie za spóźnienie. To zawsze się wydaje, że to tylko chwila a potem zajmuje to mnóstwo czasu. Aż już w końcu nie wiem z kim się umówiłam i dałam zaprosić. - Lady Odette von Treskow szła energicznie przed siebie i mimo, że niby narzekała na te tłumy co ją obległy po mszy, to jednak wydawała się być w świetnym humorze. Towarzyszyły jej Kamila von Zee, córka kapitana portu i nieformalna opiekunka pobytu diwy w mieście oraz Fabienne von Mannlieb, bretońska żona tutejszego kapitana jaka zdawała się być siostrzaną duszą dla sławnej śpiewaczki. Obie grupki spotkały się niedaleko drzwi prowadzących do głównego salonu.
- Nie masz za co przepraszać moja droga. I tak się dziwię, że cię w ogóle wypuścili. - Pirora starała się zachowywać jak na dobrą gospodynię przystało. Przywitała się także z dwoma pozostałymi szlachciankami ale dość pobieżnie bo się już dziś z rana widziały.
- To prawda, całe miasto chce się nacieszyć tak znamienitym gościem. Też bym tak robiła gdyby Odette nie zaszczyciła naszych skromnych progów swoją gościną. - Kamila zdawała się pęcznieć z dumy, że jej się udało zaprosić tak znamienitego gościa. A do tego aktorka na czas pobytu w Neus Emskrank, mieszkała właśnie u nich.
- Witaj Heinrichu. Miło cię znów widzieć. Witaj Petro. Na twój widok również bardzo się cieszę. - Lady Odette gdy już przywitała się z główną gospodynią, zwróciła się do dwójki jaka jej towarzyszyła. Obdarzyła ich życzliwym słowem i spojrzeniem. Gdy ostatni raz były łowca czarownic ją widział z tak bliska to wyglądała całkiem inaczej. Teraz zaś promieniała elegancją, smakiem i dobrymi manierami jak na wzór szlachcianki przystało.
Heinrich skłonił się nisko Odette.
- Witaj, milady. Zaiste pięknie prezentowałaś swoje talenta na mszy. Nie dziwne, że zlecieli się do ciebie, łasi cukru jaki spłynął na nich z twojego głosu.
Sam były łowca czarownic musiał korzystać z wyuczonej za młodu kwiecistej mowy wobec wysoko urodzonych by nie odstawać w towarzystwie i szczególnie nie zniechęcać takich kultystek o szlachetnych korzeniach... które jak pamiętał jeszcze niedawno oddawały ciała zwierzoludziom oraz przyjmowały ich nasienie w każde możliwe miejsce swojego ciała.
Ironiczne.
- Oh to zasługa tej wspaniałej akustyki w świątyni. Byle pastereczka by brzmiała w tej świątyni wyśmienicie. - Szlachcianka o miodowych włosach, machnęła dłonią na znak, że to nie było nic takiego. Ale widać było, że te pochlebstwa Heinricha, sprawiły jej przyjemność. Lekko skinęła starannie ufryzowaną głową aby podziękować mu za tą drobną grzeczność.
- Ale muszę ci powiedzieć Heinrichu, że to był wspaniały poranek. Bardzo przyjemny. Czuję jakbym była zakochana i miała motyle w brzuchu. - Położyła dłoń na swoim płaskim brzuchu aby podkreślić swoje słowa. - Czyżby to już była druga wiosna w tym roku? - Zapytała raczej retorycznie. Jednak faktycznie wyglądała na całą w skowronkach. Popatrzyła na niego i na swoje koleżanki. Pirora skorzystała z okazji i odeszła z Fabienne parę kroków w głąb korytarza i zaczęły o czymś cicho rozmawiać. Więc na miejscu została Kamila i Petra. Ta druga wydawała się być pod ogromnym wrażeniem, jak przyjacielsko sławna diwa się odnosi do Heinricha.
Do zgromadzania zdołał dołączyć Otto. Jednooki mnich skłonił się kobietom jak i Heinrichowi.
- Miło cię widzieć bracie Heinrichu. Jednak nie tak bardzo jak te piękności. - uśmiechnął się do kobiet - Lady Odette, twój śpiew nigdy chyba mi się nie znudzi.
- Oh miło i to słyszeć bracie Otto. Starałam się jak mogłam aby usatysfakcjonować waszą barwną społeczność w tym pięknym i pełnym przygód mieście. - Lady Odette płynnie przeszła do rozmowy z nowoprzybyłym. Do niego też uśmiechnęła się tak ciepło jak przed chwilą do Heinricha. Właściwie wyglądało jakby flirtowała z nimi obydwoma. - Ale dobrze jest też czasem troszkę odpocząć od tego uwielbienia tłumu i znaleźć się w objęciach jakiegoś przytulnego domu i oddanych przyjaciół. - Zaśmiała się lekko ale ta sławna dama potraktowała ich jakby byli z kręgu jej bliskich znajomych w tym mieście. Co na przyglądającej się temu powitanie Kamili i Petrze dało do myślenia. Aż się dokładniej przyjrzały im obydwu jakby starały sobie przypomnieć kim są i co o nich wiedzą.
Mnich zerknął na dwie towarzyszki Odette.
- Witajcie moje panie, zwą mnie Otto. - uśmiechnął się do kobiet - Jestem jednym z mnichów opiekujących się chorymi w miejskim hospicjum. Lady Odette korzysta z mojej... nabytej wiedzy, aby urozmaicić sobie nudy codzienności.
- To prawda, brat Otto jest niezwykle uzdolniony w tej materii. - Milady obdarzyła życzliwym uśmiechem najpierw jednookiego a później pozostałą trójkę. Dwie szlachcianki skinęły głowami, przyjmując to do wiadomości, chociaż nadal wydawały się być nieco zdziwione, zwłaszcza córka akademickiego profesora.
- Może nie stójmy tak na korytarzu. Jeszcze mi będzie później ktoś zarzucał, że kazałam swoim gościom stać na korytarzu. Zapraszam do salonu, stół już czeka. - Pirora wróciła do ich towarzystwa i zachęcająco wskazała na drzwi przed jakimi stali. Nawet je otworzyła aby zaprosić ich wszystkich do środka.
- Ja na pewno bym nie rozpowiadała takich głupstw Piroro. Zawsze miło u ciebie spędzam czas. - Diwa zapewniła gospodynię i weszła do środka. Po niej pozostałe szlachcianki i koledzy. Gdy przyszła kolej na Heinricha cicho szepnęła mu do ucha. - Fabi zgodziła się zamienić na miejsca. Więc razem z Petrą będziesz siedział obok Odette. - Podpowiedziała wskazując mu na już widoczny, długi stół jaki był zastawiony dla gości. Dla gospodyni przewidziane było miejsce u jego szczytu. A po prawicy dla najznamienitszego gościa. Dzisiaj była to lady Odette. Obok niej dwa krzesła wciąż były puste. A bretońska szlachcianka ruszyła po przeciwnej stronie zajmując miejsce po prawicy Kamili. Córka kapitana portu siedziała po lewicy gospodyni i naprzeciwko Odette.
Heinrich umyślnie nakierował Petrę by usiadła bliżej Odette, sam zajmując miejsce za nią, aby nie miała ucieczki od kultystów.
Przez chwilę trwało zamieszanie gdy wszyscy zajmowali swoje miejsca. O ile kraniec stołu wokół gospodyni był dość ściśle obdzielony wedle hierarchii społecznej, to dalsze miejsca już zajmowano bardziej swobodnie. Wkrótce do sali przyszła też czarnowłosa, egzotyczna piękność o ubraniach wskazujących na pochodzenie z dalekich, południowych krain. Ale kultyści już mieli okazję poznać Laylę jako kapłankę nieznanego im boga ale jakoś powiązanego z lady Sorią. Od pierwszego spotkania kapłanka bez wahania zaakceptowała wężową milady jako swoją przywódczynię. Fabienne poprosiła Otto aby zajął miejsce obok niej. Petra wydawała się być pod wrażeniem tego co tu się dzieje. Lub raczej tempa i zaskakujących zwrotów akcji. Albo też tego, że znalazła się tuż obok uwielbianej przez siebie śpiewaczce. Posłała Heinrichowi wdzięczny uśmiech, za to, że ustąpił jej miejsca.
- Dobrze, chyba nie mamy co czekać na spóźnialskich bo wszystko wystygnie. - Pirora dała znać, że nie ma się co krępować przed sięganiem do potraw. Chociaż dziś stół nie był tak w pełni obsadzony jak zazwyczaj w Festag po mszy. Ale nic dziwnego, jak spora część kultystów miała do załatwienia różne sprawy na mieście albo i poza nim. Na to się zanosiło już jak rozmawiali ze sobą podczas spotkania w Zachodnich Kamieniach albo wracając stamtąd.
- Skoro mam okazję to chciałabym wznieść toast… - Pirora uniosła swój kielich i zaczęła mówić z uśmiechem na twarzy gdy drzwi otworzyły się i do środka weszła Łasica a za nią jakiś nieznany pozostałym mężczyzna.
- Witajcie. I przepraszamy za spóźnienie. Na piechotę to idzie się trochę dłużej niż myślałam. - Łotrzyca była ubrana jak zwykła mieszczka na dzień świąteczny. Nawet miała na głowie biały czepek, jaki przyzwoita białogłowa powinna mieć aby okazać skromność, pokorę i nie kusić otoczenia kobiecymi wdziękami. - To jest Marcus. Przyjaciel rodziny jaki dopiero co wrócił do miasta. Udało mi się go zaprosić na to nasze małe spotkanie. - Przedstawiła swojego towarzysza gdy już oboje weszli do salonu. Marcus zorientował się, że prawie nikogo tu nie zna. Rozpoznał tylko Kamilę van Zee, córkę kapitana portu. I tą piękną i uzdolnioną śpiewaczkę jaka dziś rano była ozdobą wokalną i wizualną mszy.
- Moje uszanowanie. Proszę wybaczyć opóźnienie. To była długa podróż. - powiedział uprzejmie Ekonom.
- To może jak się nie znacie, to ja was przedstawie. - Łasica co prawda nie była tu gospodynią ale skoro jako jedyna znała tu wszystkich to popatrzyła na Pirorę z nieśmiałym uśmiechem. Blondynka siedząca u szczytu stołu, zachęcająco skinęła głową. Więc łotrzyca skinęła na kolegę aby podążał za nią. - To może zaczniemy od tej strony. - Zaproponowała na tą po lewicy Averlandki.
- To jest Layla. Przybyła do nas ledwo parę dni temu. Z dalekiego południa. Niestety nie zna reikspiel ale za to świetnie mówi po bretońsku i estalijsku. - Zaczęła od czarnowłosej piękności o egzotycznym stroju i urodzie.
- To nasz brat Otto. Na co dzień pracuje w naszym miejskim hospicjum. A poza nim jest wspaniałym kompanem i przyjacielem. - Wskazała na jednookiego mnicha w habicie.
- I nasza bretońska piękność, lady Fabienne. Żona jednego z morskich kapitanów. Akurat nie ma go obecnie w porcie. - Zatrzymała się na chwilę przed czarnowłosą, bladolicą kobietą i bystrym spojrzeniu ciemnych oczu.
- Naszą szlachetną i utalentowaną Kamilę to zapewne pamiętasz. Bez niej nie byłoby naszego wspaniałego gościa a i teatru pewnie też nie. - Wskazała na ciemnoskórą kobietę o czarnych, nieco kręconych włosach. Ją akurat Marcus rzeczywiście pamiętał bo w końcu była piękną córką kapitana portu. Ale pierwszy raz widział ją z tak bliska.
- No i nasza cudowna gospodyni, co ma zawsze dla nas tyle cierpliwości i zawsze jest taka gościnna. Pirora pochodzi z dalekiego Averlandu ale zadomowiła się u nas od zeszłej zimy. - Uśmiechnęła się ciepł do młodej, nieco piegowatej blondynki siedzącej u szczytu stołu.
- I nasza wspaniała Słowik Północy. Przyjechała do nas niedawno, z samego Saltzmundu, na specjalne zaproszenie Kamili. Sam lady Odette miałeś okazję podziwiać dziś rano na mszy. - Stanęła obok miodowłosej milady w morskiej sukni. Tej samej w jakiej była dziś w świątyni Mananna. Jej nazwisko obiło się czasem o uszy ale na żywo widział ją dziś po raz pierwszy na mszy a teraz siedziała na wyciągnięcie ręki. Miała charakterystyczne włosy o barwie miodu, teraz starannie upięte w siateczkę.
- A to Petra von Schneider. Mogłeś słyszeć o jej ojcu. Często bywa na wieczorkach poetyckich u Kamili. - Wskazała na młodą, szczupłą blondynkę jaka siedziała między śpiewaczką a starszym mężczyzną. Jej nazwisko też było Marcusowi znajome ale właśnie z powodu jej ojca, jednego z szanowanych profesorów na Akademii Morskiej.
- No i nasz dzielny weteran zmagań wszelakich co przyjechał do nas szukać nieco wytchnienia. Heinrich. - Łasica zakończyła przedstawiać sobie towarzystwo i teraz popatrzyła wyczekująco na Marcusa aż jakoś zareaguje na to wszystko.
Ekonom położył dłoń na sercu, ukłonił się i powiedział łagodnie i ze spokojem człowieka który dokładnie wie co robi.
- Marcus Schleiffer. Powracający do Ratusza Ekonom. W jakiej formie dowiem się jutro podczas rozmowy z Herr Schusterem. Mój powrót jest niezapowiedziany, a wracam prosto z Serca naszego kochanego Świętego Imperium.
- Witaj więc z powrotem, Herr Schleiffer. W interesach cię wywiało czy przełożeni mieli dla ciebie inne zadania? - zapytał Heinrich.
- Obowiązki służbowe. - odpowiedział Ekonom.
- Och? Odsłonisz rąbka tajemnicy? Zawsze mnie ciekawiły zawiłości ekonomiczne. - zagaił mnich.
- Zależy. To dość szeroka dziedzina wiedzy. - powiedział Marcus - Masz jakiś konkretny przykład, Herr Otto?
Mnich się chwilę zastanowił.
- Mógłbym rozpocząć małą wojnę pytając o podatki… - Otto uśmiechnął się - Więc porozmawiajmy o czymś mniej kontrowersyjnym. Handel i import. Zakładam, że nasze skromne miasto głównie wydaje do większego Imperium ryby… i może drewno zważając na okoliczne lasy. Ciekawiło mnie co głównie sprowadzamy? Jakiż to głód głównie napędza handel miasta?
- Hmm… - Marcus się zastanowił wyraźnie - Neues leży w regionie znanym jako Wybrzeże Salzenmund. Niestety jak wiemy operacje morskie są… niefortunne. Naszym, nazwijmy to dumnie i przesadnie, eksportem na południe, są nie tylko ryby i nie tylko wyroby przemysłu drzewnego, ale również wyroby wełniane i zboże, oraz ziarno. Co ciekawe, znajdzie się również wśród tych towarów sól.
Ekonom uśmiechnął się łagodnie.
- Jeśli miałbyś zarobić sugerowałbym sprawdzić barwniki i słodziki. W tych terenach jest ich prawdziwy niedosyt, choć zalecałbym handel wymienny.
- Zważając na cukiernię Lebkuhenów, dobra inwestycja. - mnich uśmiechnął się - Ale… gadanie o pracy, w tak świętny dzień to niemalże grzech. Zapewne i jakieś przyjemne niespodzianki cię spotkały w twych podróżach.
- Nic istotnego. Ot, wojna i dzielne podnoszenie się z niej. Tak jak zawsze. - odpowiedział łagodnie i wzruszył ramionami. - Opowieść za opowieść? Jestem żywo zainteresowany tym co działo się pod moją nieobecność.
- No cóż… nie wszystkim mogę się jeszcze podzielić. - odparł mnich - Jeżeli chodzi o miasto… no cóż, jesteśmy obecnie w żałobie.
- Nieszczęśliwie… - przyznał rację Ekonom - Jak my wszyscy, jak my wszyscy… -
Festag; popołudnie; warsztat garcnarski
Heinrich i garncarka
Zanim Heinrich wyszedł z gościni u młodej, averlandzkiej kultystki to pogoda zdążyła się zepsuć i się rozpadało. Właściwie to na miasto spadła regularna ulewa. A dla kuternogi to wcale nie było tak blisko, wrócić na piechotę w okolice domu. Jednak lady Fabienne co też wracała do siebie, zaproponowała mu podwózkę jej powozem. Co znacznie ułatwiło powrót. Gdy wysiadł z jej powozu i pożegnał się z bretońską szlachcianką, miał już do pokonania ostatnią prostą na kilka długości kamienic.
Gdy dokuśtykał na front tej w której był warsztat garcnarski, ten wyglądał na ciemny i zamknięty na głucho. Co nie było dziwne skoro był Festag. Podszedł jednak do nieco cofniętego od sąsiednich frontu i zastukał. Nic się nie działo ale być może ulewa i wiatr jaki nieco ją podcinał zagłuszał ten dźwięk. Więc zastukał ponownie. I po chwili jeszcze raz. Aż usłyszał jak gdzieś nad nim otwiera się okno. I jak zadarł głowę to ujrzał kobiecą postać jaka z niego wygląda. Ale przez tą ulewę nie mógł dostrzec szczegółów.
- A to ty sąsiedzie. Poczekaj, zaraz zejdę. - Rozpoznał za to jej głos. Usłyszał jak zamyka drzwi i chwilę czekał pod drzwiami zanim nie dotarła na dół. Szczęk zamka i zasuw. Wreszcie stanęły otworem. Rozpoznał, że to gospodyni. Chociaż zdążyła się już przebrać w dość zwyczajną, choć czystą suknię. Tą bardziej elegancką pewnie trzymała na mszę i święta. Chociaż przy sukniach szlachcianek od jakich właśnie wyjechał to nawet ta z mszy, wyglądała skromnie. No ale w końcu nosiła ją zwykła rzemieślnik a nie błękitnokrwista. Wpuściła go do środka i zamknęła drzwi. Po czym jeszcze zasunęła zasuwę. W środku panował półmrok. Przez zamknięte okiennice wpadało niewiele dziennego światła. A i piec był wygaszony. Więc brakowało tego ciepłego blasku i żaru jaki od niego biły gdy był tu wczoraj. Teraz wydawało się tu wręcz chłodno. Dobrze, że garncarka przyszła z zapaloną lampą to ta tworzyła promień światła na parę kroków dookoła.
- Ale się rozpadało nie? A rano na mszy, taka ładna pogoda była. Może bogowie się obrazili za jakież zarobaczałe jabłko? Co tylko z wierzchu wygląda dorodnie i ponętnie? - Uśmiechnęła się krzywo i śmiało gdy zrobiła nawiązanie do wczorajszej rozmowy. - To chcesz się czegoś napić? Ale tu chyba niczego nie mam, to byśmy musieli pójść na górę. Czy tylko po misę? - Zagaiła do niego pokazując najpierw na sufit a później w stronę wygaszonego pieca.
- W końcu był ten cały napad na świątynię. To nie mogło się bogom spodobać. - wychrypiał powoli - Chodźmy na górę, pogoda zaiste parszywa.- No właśnie. - Gospodyni przyznała mu rację i ruszyła w głąb warsztatu. - Chociaż ulewa to domenta Mananna? A to jego świątynia została zbrukana. Ale może przyszła znad morza a to jego królestwo. - mówiła gdy otworzyła proste drzwi i ruszyła w górę schodów. Idąc za nią, Heinrich widział jej szczupłą sylwetkę. W klatce schodowej było dość ciemno bo nawet przez okno nie wpadało zbyt wiele światła podczas tej ulewy. Więc lampa jaką trzymała garncarka okazała się bardzo przydatna. Weszli do jednego z mieszkań na pierwszym piętrze. Tu było jaśniej, cieplej i przyjemniej. Dziewczyna poprowadziła go do kuchni. Dało się wyczuć ciepło od rozpalonego pieca.
- Usiądź sobie sąsiedzie. - Wskazała mu na ławę przy stole. Sama zawiesiła lampę na haku pod sufitem. Kuchnia wyglądała skromnie ale była wysprzątana. - Co wolisz? Mam ciepły kompot ze śliwek. Albo nalewkę. Też ze śliwek. - Pokazała mu między garnkiem stojącym na kuchni a zakorkowaną butelką, jaką wyjęła z szafki.
- Bogowie mogą wyrażać swoją irytację w różne sposoby. - powiedział choć nie był pewien czy jeszcze w to wierzy - Obie opcje kuszące, dobra sąsiadko. Szczególnie w tej zimnej deszczowej pogodzie. Sama myśl, że będę musiał przez ulicę przejść do domu powoduje dreszcze zimna. A, nalewki poproszę w takim razie.
- Na szczęście chyba nie masz daleko co sąsiedzie? - Gospodyni odstawiła na chwilę butelkę i sięgnęła do kolejnej szafki. Tym razem wyjęła po dwa, gliniane i ozdobne kubki. Nalała do nich z butelki i razem z nią podeszła do stołu. Usiadła na ławie obok swojego gościa i postawiła przed nim kubek. W środku zakołysał się płyn. Sama wciąż trzymała swój.
Kubek Heinricha był brązowy, z wypalanej gliny. Z finezyjnym choć użytwcznym uchem i mający kształt małego dzbanka. No i jeszcze miał ozdobne szlaczki dookoła. Co przypominały węże. Albo czerwie.
- Może wkrótce przestanie padać? Bo w taką ulewę to szkoda wychodzić. - Popatrzyła na okno ale za nim wciąż lało. Szyby bębniły w monotonnym ale intensywnym rytmie kropel jakie się o nie rozstrzaskiwały. - No dobrze a więc się napijmy. I poznajmy. Jak cię zwą sąsiedzie? - Odwróciła głowę z powrotem do swojego gościa i znów obdarzyła go tym nieco ironicznym uśmieszkiem.
Były Łowca Czarownic patrzył na kobietę próbując zrozumieć jej myśli i zachowanie. Prawdę mówiąc były one pewną zagadką dla niego, jakiej nie do końca mógł teraz pojąć. Co w niej było nie tak? Czy coś było, a jedynie te sny wpływały na jego spojrzenie?
- Heinrich von Achterberg. - powiedział spokojnie.- To mam sąsiada szlachcica? - Udało mu się zaskoczyć gospodynię. Przez chwilę miała minę jakby nie wiedziała jak się powinna zachować. W końcu zazwyczaj rzemieślnicy raczej nie gościli przy stole błękitnokrwistych. - Ah no tak. Powinnam się była domyślić po wyglądzie. - Uśmiechnęła się aby przykryć tą chwilę zmieszania. - Freda Topfer. Miło mi cię poznać. Rzadko mnie odwiedzają szlachcice. Jak już to przychodzi ich służba aby coś zamówić. - Przyznała jakby chcąc wyjaśnić swoje zakłopotanie. Imię i nazwisko miała typowe dla nisko urodzonych.
- Nie trzymam tego za złe. - powiedział upijając nalewki - Przybyłem do miasta zaznać ukojenia po ranie z życia wojskowego.
- To byłeś żołnierzem sąsiedzie? Jak szlachcic to pewnie oficerem co? - Dziewczyna o myszatych włosach, wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem. Też upiła ze swojego kubka. Nalewka przyjemnie pachniała śliwkami, była słodka i pobudzająca. Wydawało się, że każdy spływający w gardło łyk, rozgrzewa ciało od środka. - A myślisz, że jak ojciec Absalon mówił o tych żołnierzach to naprawdę ich przyślą? Sama nie wiem czy to dobrze. Rozumiem, że chcą pokazać, że coś robią. Ale wojacy to często tylko piją i rozrabiają. Ja z tego niewiele mam bo talerzy czy dzbanów raczej nie kupują. Chociaż kto wie? Czasem różne dziwne rzeczy ludzie zamawiają to czemu wojak miałby po pobity w bójce kubek nie przyjść. - Widocznie uważała na mszy i nie przegapila ogłoszeń parafialnych surow
ego kapłana Mananna. I była ciekawa co były żołnierz o nich sądzi.
Heinrich zadowoleniem czuł jak ciepło nalewki rozpływa się po jego organizmie.
/- Naprawdę dużo zależy od przydzielonych oficerów. - odezwał się zastanowiwszy się wcześniej - Od tego jak potrafię zachować dyscyplinę. Dlatego też słyszy się historie o rozrabiakach w szeregach, ale też można usłyszeć o ich braku co niestety jest przyjmowane z zaskoczeniem. Możliwości są obie. Nie znam tych konkretnych oficerów jacy zostali tam przydzieleni, więc i ciężko mi określić. Nie ma też pewności jakich wojaków przyślą. Czy będą oni przysłali jako honorowa straż, czy raczej będą to widzieć jako penitentalną pracę. Wszystko to wpłynie w różny sposób na morale, w różny sposób na ich zachowanie. - upił kolejny łyk - Jednocześnie będzie też określało jaki poziom żołnierzy tu dostaniemy.
Gospodyni chwilę trawiła jego słowa i lekko skinęła swoją głową z myszatymi włosami. W końcu nieco się uśmiechnęła i wzruszyła ramionami. - No cóż, to tylko mieć nadzieję, że nie przyślą tu jakichś łobuzów. - Uniosła nieco swój kubek, jakby chciała wypić za takie życzenie.- To mówisz sąsiedzie, że przyjechałeś do nas odpocząć? No u nas to chyba raczej spokojne miasto prawda? Niewiele się dzieje. Większość kamienic stoi pusta. Chociaż gdzieniegdzie to nawet w dzień się lepiej nie zapuszczać. Ale w takim Saltmundzie to na pewno trudniej odpocząć bo to takie wielkie miasto. Byłam tam trzy razy. No ale właśnie stamtąd przyjechała do nas ta wspaniała lady Odette. Teraz mamy operę i teatr co tydzień jak ona śpiewa na mszy. Bo tak to tylko bogacze w teatrze by ją słuchali. Miło z jej strony, że zgodziła się wystąpić dla wszystkich. A po mszy to nawet przez chwilę widziałam ją z bliska. Ale trudno się było przepchać bo wszyscy chcieli ją zobaczyć. Mam nadzieję, że za tydzień też da podobny koncert. A ty sąsiedzie? Widziałeś ją z bliska? - Rzemieślniczka nieco się rozgadała i tak przeszła od uroków i wad życia w niewielkim i prawie pustym mieście po sławną diwę jaka niespodziewanie zawitała do Neus Emskrank z samej stolicy prowincji. I jeszcze nawet zwykli mieszkańcy mogli podziwiać jej talenty podczas cotygodniowej mszy.
- Zaiste spokojne. - odparł - Mam nadzieję, że te ostatnie problemy nie pokrzyżują planów mojego odpoczynku. A lady Odette widziałem z bliska i rozmawiałem też z nią. - dodał jakby to było logiczne w wysokourodzonym towarzystwie - A jak wygląda moje zamówienie, miła pani? - przypomniał o powodzie pojawienia się tutaj.
- Zdążyłam wczoraj zrobić. Jak chcesz zobaczyć to jest na dole, w warsztacie. - Gospodyni pokazała palcem na dół. - No tak, jesteś szlachcicem to pewnie miałeś okazję widzieć ją z bliska. - Westchnęła z dozą zazdrości gdy upiła ze swojego kubka. - Jesteś z Saltmundu sąsiedzie? - Widząc, że też gość też już wypił nalewkę, wstała i podeszła aby zdjąć lampę z haka. Ruszyła pierwsza z powrotem na klatkę schodową i na dół. Plama ciepłego światła przyjemnie rozświetlała zimny półmrok. Wrócili do warsztatu. Freda postawiła lampę na roboczym stole i sama schyliła się do stosu czekających, gotowych naczyń jakie stały przy wygaszonym piecu. Znalazła to właściwe, wzięła je i przeniosła na stół koło lampy. Teraz je było widać o wiele lepiej.
- No i jak ci się podoba sąsiedzie? - zapytała cofając się nieco aby samemu mógł się lepiej przyjrzeć a nawet wziąć w ręce. Misa była wypalona na jasnobrązowy kolor, gładka i twarda w dotyku. Pod tym względem wyglądała na solidny produkt garncarski ale sam w sobie nie rzucał się w oczy. Dopiero zdobienia i uszy w postaci czerwi, go wyróżniały.Heinrich przyglądał się naczyniu nie do końca wiedząc czy miało ono znaczenie, czy może było kolejnym ślepym zaułkiem... Niemniej warto było podjąć to ryzyko. Może Sigismundus zobaczy w nim coś, czego on nie zauważył lub Otto... bo wątpił by Slaaneshytki chciały choć myśleć o robakach.
-
Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory
Otto oczekiwał na Fabienne i Odette w pokoju gdzie odstawił Laurę razem z jej miotem. Przy okazji rozważał jak urozmaicić kobietom nadchodzące chwile.
Gdy wszedł do pokoju, mnich zastał nie jedną a dwie kobiety. Tą drugą była młoda, cukiernik o kasztanowych włosach. Wciąż była w świątecznej sukni w jakiej była na mszy. Chociaż oczywiście nie była tak wystawna jak te noszone przez szlachcianki. Laura siedziała na krześle przy ozdobnym stoliku przy jakim wcześniej siedziała lady Fabienne. Zaś Teofano stała przy oknie. Obie spojrzały na to kto wszedł do pokoju. I uśmiechnęły się do jednookiego.
- To już po śniadaniu? A nasze piękne panie, zamierzają do nas dołączyć? - Ladacznica zachowywała się swobodnie i wyglądała na zadowoloną. Fabienne i Odette mnich zostawił w salonie jak jeszcze rozmawiały ze sobą i z innymi. Jednak wkrótce pewnie powinny do nich dołączyć.
- Powinny się niedługo zjawić. - zapewnił mnich z uśmiechem - Teo, widzę, że spotkałaś kolejną z naszych muszych mam. Wszystko w porządku mam nadzieję? - ciekawiło go co doprowadziło do tego spotkania, ale to może poczekać.
- No tak, w porządku. Skoro ona też jest muszą matką. I mówi, że już wydała kilka miotów. - Brunetka uśmiechnęła się ale nieco skromnie. Jakby czuła naturalną niechęć przed zadawaniem się z ladacznicą. Chociaż doceniała jej poświęcenie dla muszej sprawy. I jeszcze popatrzyła na mnicha jakby chciała się upewnić czy ta ciemniejsza brunetka aby na pewno jest tak zaangażowana w projekt dziedzictwa Oster.
- Powiedziałam Teofano, że już mam na koncie nieco doświadczenia w tej materii. - Laura Larwa odpowiedziała z uśmiechem, jakby wcale się tym nie przejmowała.
- My z Otto też wczoraj odebraliśmy poród mojej pokojówki. - Cukiernik szybko odpowiedziała swoje jakby chciała podkreślić, że nie jest tak całkiem zielona w tych porodach.
- To musiało nieźle wyglądać. Ja zawsze rodziłam sama i jeszcze nie uczestniczyłam w czyimś porodzie. - Ladacznica starała się przyjąć ugodowy ton aby nie irytować młodej rzemieślniczki. Podziałało na tyle, że ta pokiwała zgodnie z głową i też popatrzyła na mnicha co on na to powie.
- Faktycznie wyglądało zacnie. Nie tak imponująco co twój pokaz z Lady Odette, ale też ciekawie. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli smutno ci spędzać ten czas samej Lauro, możemy spróbować jakoś zorganizować akuszerkę. - zerknął na cukiernik - Naprawdę sądzę, że powinnaś porozmać z Laurą, Teo. Jej doświadczenie może pomóc ci z własnym porodem no i znaleźć argumenty przy poszukiwaniu kolejnych matek.
Otto widział, że obu swoim kochankom sprawił przyjemność tym komplementem o muszym porodzie. I spojrzały na siebie nieco życzliwiej. Rzemieślniczka miala minę jakby rozważała czy jednak z ladacznicą nie łączy ją coś więcej niż zamiłowanie do bycia muszą matką. Ale to Laura pierwsza przejęła inicjatywę.
- Ja jestem zawsze gotowa się dostosować do życzeń klientów. - Uśmiechnęła się słodko do nich obojga. Po czym wstała i podeszła do tej szafki gdzie wcześniej lady Fabienne częstowała drinkami jego i Elke. - Jakbyśmy chcieli sobie umilić czas na czekanie na nasze piękne damy to tu lady Pirora zostawiła nam nieco użytecznych narzędzi. - Wskazała na niewielką skrzyneczkę jaka stała obok tacy z trunkami. Po czym otworzyła ją. I gdy sięgnęła to wyjęła z niej knebel i skórzane pęta. A w środku zapewne było jeszcze więcej takich uprzyjemniaczy zabawy. - No i mamy jeszcze naszą wisienkę na torcie. - Wymownie wskazała na swoją torbę jaką wcześniej miała zawieszoną na ramieniu. W niej miał być jej ostatni miot.
- Służąca przyniosła też to. - Teofano wskazała na okrągłe pudło w jakich zwykle przenoszono nakrycia głowy. - To dzieci jakie wydała na świat dziś rano jakaś znajoma. Podobno ty i jej pani wiecie o kogo chodzi. - Wyjaśniła z gorliwością i radością. - I jaką akuszerkę? - Zmrużyła na koniec oczy jakby nie była do końca pewna o czym mnich przed chwilą mówił.
Mnich zastanowił się, o którą znajomą mogło chodzić. Może ta dziewczyna z urzędu? Uśmiechnął się łobuzersko do Teofano.
- No cóż, pamiętasz co doprowadziło do porodu Margo? Ktoś, kto mógłby tym bardziej umilić proces byłby pewnie mile widziany przez Laurę lub inną potencjalną matkę.
- Ja na pewno bardzo chętnie bym umiliła taki proces każdej z was. - Laura posłała im ciepły uśmiech jakby taka współpraca przy porodzie była bardzo miła jej sercu. - I po tym co widziałam w teatrze, to mam wrażenie, że lady Odette, też powinna być chętna na takie zabawy. - Posłała mnichowi jeszcze szerszy, lubieżny uśmiech gdy przypomniała a ich pierwszym, wspólnym spotkaniu między sławną diwą a czerwiem jaki ladacznica wydała przy niej na świat. Nawet jeśli wspólnie z Otto przyłożyli do tego rękę aby ponownie umieścić robaka w trzewiach brunetki. Słysząc to, cukiernik bystro na nich spojrzała.
- Lady Odette też lubi takie zabawy? - Wydawała się być zafascynowana diwą. Jak i życiem erotycznym szlachcianek jakie dopiero od paru dni poznawała. A wcześniej była to całkiem nieznana dla niej strefa życia. Ladacznica pokiwała głową z tajemniczym uśmieszkiem. - No to… Otto a myślisz, że powinniśmy to tak zrobić? No i co z Margo? Ja myślałam, że przyszedł na nią czas i dlatego urodziła. A to myślisz, że było to coś innego? - Cukiernik była nieco skonsternowana ale było widać, że wolałaby się przypodobać gustom szlachcianek. Ale, że chodziło o nowy dla niej element to nie była pewna jakby mogły zareagować. Więc popatrzyła pytająco na jednookiego, który znał je lepiej.
- Niestety nie jestem specjalistą… musiałbym zapytać kogoś bardziej obeznanego, ale on na razie jest poza miastem. Warto zawsze poeksperymentować - do pomieszczenia weszły Fabienne von Mannlieb i Odette von Treskov, kobiety była wyraźnie w dobrym humorze, a wyglądało na to, że zaraz będzie jeszcze lepszy - Och, i oto są nasze znamienite damy. - mnich skłonił się nowo przybyłym - Moje panie, miło was widzieć w mniej oficjalnych warunkach.
- O jak miło, że udało nam się wreszcie spotkać w tak doborowym towarzystwie. - Odette prywitała się obdarzając całą trójkę przyjemnym dla oka uśmiechem. Zarówno ladacznica jak i cukiernik wyglądały na podobnie ucieszone z przybycia obu szlachcianek. - Miałam ochotę jeszcze zprosić Benite bo wydawała mi się rano bardzo poruszona. Ale ostatecznie umówiłam się z nią na jutro. - Miodowłosa diwa zdradziła im część ze swoich planów na to spotkanie.
- Myślę, że jutro zajmiemy się Beni a dziś to chyba mamy tu kogo trzeba. - Fabienne uspokoiła ją i też wyglądała na podekscytwaną.
- Napiją się panie czegoś? - Laura zaproponowała gestem szafkę z trunkami z jakiej wcześniej korzystali goście Pirory.
- Bardzo chętnie moja droga. - Odette podeszła do stolika przy jakim przed śniadaniem Otto z Fabienne gościli Elke. - I jak się czujesz na siłach mój drogi Otto? - Zagaiła wesoło do jednookiego mnicha.
- Przeceniasz moje siły, uważając że zadowolę czwórkę na raz. - zaśmiał się mnich - Jeżeli natomiast pytasz o moje usługi w sprawie maleństw, to jestem gotów.
Szlachcianka roześmiała się, jakby słowa mnicha rozbawiły ją serdecznie. - Oh mój drogi, Otto, to muzyka dla moich uszu. Skoro ty się tym będziesz zajmował to na pewno czeka nas wyborna zabawa. - Popatrzyła na swoje koleżanki a one też wyglądały na ucieszone i zaciekawione. Z gracją przyjęła kieliszek od Laury a ta jeszcze podała drugi dla lady von Mannlieb. - A zdradzisz nam od czego zaczniemy? Jestem pewna, że dziewczęta też się chętnie dołączą do takiej zabawy. - Aktorka popatrzyła po trójce pozostałych kobiet. Te ochoczo pokiwały głowami.
- To może wypijmy za to spotkanie i frywolne zabawy. - Bretonka wzniosła kielich do tego toastu. I poczekała aż pozostali wezmą swoje w dłoń i do niej dołączą.
- No cóż, Laura miała plany co do pokazu dla was. Teofano przyłączysz się do oglądania spektaklu? W każdej chwili możesz też posmakować naszej drogiej artystki.
- O, będziemy mieli smakowanie artystki. Zapowiada się ciekawie. - Diwa uśmiechnęła się z uznaniem, jakby spodobał jej się taki pomysł. Cukiernik pokiwała głową do slów mnicha, dając znać, że jest gotowa przyjąć tak przyjemną rolę.
- To zaczynamy od Laury? - Bretonka też była ciekawa co Otto wymyślił. Zaś ladacznica przytaknęła głową.
- Ja mogę zacząć. Tylko muszę wiedzieć co takiego. - Tą propozycję, przyjęła z profesjonalnym spokojem, jakby wierzyła, że poradzi sobie z czymkolwiek by to miało być.
- Pamiętasz pokaz, który mi dałaś w moim mieszkanku? Może pokaż naszym paniom jak bawisz się z swymi maluszkami.
- Ah takie coś. - Ladacznica uśmiechnęła się na to wspomnienie. Pozostała trójka jaka nie była tego świadkiem, popatrzyła na nich z zaintrygowana. - Tak, mogę to zrobić. - Laura pokiwała głową i zwróciła się do koleżanek. - Ale uprzedzam, że do tej zabawy będę musiała się rozebrać. - Ostrzegła je w żartobliwy sposób. Wywołało to uśmiechy rozbawienia u szlachcianek.
- To tym bardziej zapowiada się ciekawie! Już nie mogę się doczekać! Wreszcie to ja będę na widowni a ktoś dla mnie przedstawienie! - Odette wyglądała na zachwyconą takim pomysłem. Usiadła na krześle przy stole i wzięła kielich w dłoń dając znak, że jest gotowa na taką zamianę ról. Fabienne więc zajęła miejsce obok niej a Tofano na jedno z krzeseł jakie zostało wolne. Ladacznica zaś z wdziękiem ruszyła za parawan jaki stał w rogu pokoju.
- Tylko nie podglądajcie póki nie będę gotowa! - Poprosiła ich drocząc się z nimi jeszcze trochę. Poczekali parę chwil zanim wróciła w samych pończochach. Prezentowała swoje młode, gibkie ciało całkiem bezwstydnie. Jej powrót szlachcianki przywitały delikatnymi oklaskami jakby witały artystkę wychodzącą na scenę. Po chwili Teofano też dołączyła do tych oklasków. Zaś brunetka skłoniła się im wszystkim i podeszła do szafki z butelkami. Wzięła swoją torbę i przeszła na łóżko.
- Zaczyna się robić naprawdę ciekawie. - Zauważyła bladolica czarnowłosa, zerkając na swoją sąsiadkę, mnicha i cukiernik. Zaś ladacznica usiadła na łóżku i posłała im czarujący uśmiech. Po czym bez wahania sięgnęła po swoją torbę. Wyglądała jak sztukmistrz prezentujący swoje narzędzia przed pokazem. I wywołało podobny efekt wzmocnienia przyjemnego oczekiwania. Wtedy sięgnęła do środka torby posyłając im kose spojrzenie i tajemniczy uśmieszek.
- Co ona tam ma? - Diwa wydawała się być bardzo zaciekawiona tym co brunetka wyciągnie ze środka. A gdy ta wyjęła pierwszego czerwia to na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy i koleżanki zaczęły znów klaskać.
- Masz rację Fabi. Zapowiada się bardzo ciekawie. - Śpiewaczka pokiwała głową na znak, że podoba jej się taka niespodzianka. Zaś Laura po tym jak zaprezentowała robaka trzyosobowej widowni pochyliła się nad nim aby go czule pocałować. To wywołało jęki wzruszenia i zachwytu u pozostałych muszych matek. A artystka położyła sobie tego czerwia między piersiami. Widać było, że się rusza między nimi badając nowy teren. I zostawia po sobie śluzowaty ślad na gładkiej, kobiecej skórze. A jakby było tego mało, dziewczyna na łóżku zaczęła wyciągać z torby kolejne czerwie. I kładła je na sobie, pozwalając aby pełzały po jej młodym i jędrnym ciele. Atmosfera u niej i widowni widocznie podskoczyła i widać było, że trójka kobiet przeżywa to widowisko nie mniej niż występująca artysta.
Mnich uśmiechnął się widząc reakcje widowni, podszedł do Teofano zachodząc ją od tyłu i wyszeptał jej do uszka.
- Takie cuda będziesz mogła ze swoimi też wyczyniać, jeżeli zechcesz. - jego dłoń gładziła delikatnie kark cukiernik - Jak się na razie podoba?
- No podoba, podoba. One są takie piękne. Jak z moich snów. Już się nie mogę doczekać aż wydam swój własny miot. Też będę dbać o niego, pieścić i całować. To takie szczęście, że trafiłam na ciebie i mnie obdarowałeś tymi cudownymi dziećmi. - Teofano wydawała się w tej chwili bardziej traktować Laurę jak siostrę, przyjaciółkę i kochankę niż ladacznicę. I patrzyła z fascynacją na to przedstawienie jakie dla nich robiła. A czerwie wielkości małych kiełbasek pełzały po jej nagości. Widać było jak zostawiają na jej skórze błyszczący, lepki śluz. Czasem któryś stoczył się z jej ciała na pościel i tam zaczynał buszować ale nie przeszkadzało to im we wspólnej zabawie.
- No i to jest rozrywka dla jakiej warto tu było przyjechać. - Odette też wydawała się być zachwycona tym widowiskiem. Zerknęła na chwilę w stronę Otto aby mu posłać pełen zadowolenia uśmiech.
- Tak, to takie poniżające. - Fabienne też westchnęła na znak, że ją ten widok na łóżku, nieco wzruszył i rozczulił.
- Ktoś chce się przyłączyć do Laury? Jestem pewny, że chętnie zapozna was ze swymi maluchami. - zerknął pytająco na ladacznice na łóżku - I jeżeli, któraś czuje się gotowa na kolejne obdarowanie, ja mogę przygotować naszą już znaną zabaweczkę.
- Oj to jak można to ja bym bardzo chętnie poprosiła. I masz rację mój drogi Otto, nie ma na co tracić dnia.Chodźcie, dziewczęta. nie ma co tylko przyglądać się przedstawieniu, jak można je współtworzyć. Tylko niech ktoś mi pomoże rozpiąć gorset. - Diwa wydawała się być bardzo pobudzona tym widowiskiem jak i przyjemnym oczekiwaniem jakie tylko rosło z każdą chwilą. Klasnęła w dłonie i wstała ze swojego miejsca. Popatrzyła wesoło na swoje dwie sąsiadki, wyraźnie oczekując, że pójdą w jej ślady. Zresztą zarówno bretońska żona tutejszego kapitana statku jak i młoda rzemieślniczka od cukiernictwa też miały wyraźną ochotę na dołączenie do zabawy. Szlachcianka o czarnych włosach wstała z gracją i położyła dłoń na ramieniu kochanka.
- Ja bardzo lubię jak mnie napełniasz Otto. - Mruknęła do niego kusząco i przetrzymała na chwilę wzrok w jego twarzy. Po czym płynnie ruszyła za parawan aby pomóc aktorce pozbyć się sukni i reszty ubrań. Teofano skorzystała z okazji i też podeszła do mnicha.
- Ja oczywiście przyjmę z radością nową porcję tych przyjemniaczków. - Pokiwała głową uśmiechnęła się wdzięcznie do mnicha. I też poszła za parawan aby się rozebrać. Przez chwilę więc Otto został sam przy stole z widokiem na Laurę i jej żywe zabawki.
- I co Otto? Co dalej? - Ladacznica zapytała cicho i patrząc wprost w oko jednookiego pocałowała jednego z czerwi.
- Dalej? Będziesz się kochać z trzema kobietami i zapoznawać je ze swymi pociechami. Ja zasieję te z was, które będą tego chciały. - mnich się uśmiechnął - Własną obecność w waszych harcach zostawiam w waszej gestii.
- No to zapowiada się ciekawie. Ostatnio w teatrze było bardzo ciekawie. No i mnie od tyłu też możesz zasiać. Po tym porodzie czuję się taka pusta. - Ladacznica leżała bezwstydnie prezentując swoje kobiece wdzięki. To, że były one pokryte kilkoma czerwiami i lepkimi śladami jakie po sobie zostawiały, wcale jej nie przeszkadzało. - No i może byś mi umieścił jednego z tych przyjemniaczków gdzieś tam we mnie? Jak wtedy u ciebie? No chyba, że wolisz popatrzeć jak lady Odette to robi. Ona też lubi używać tej twojej zabaweczki. - Brunetka zaproponowała mu zanim pozostała trójka kochanek wróciła do nich zza parawanu. A sądząc po śmiechach i żartach jakie stamtąd dochodziły to koleżanki też się nie nudziły z tym rozbieraniem.
Mnich podszedł do Laury, delikatnie podnosząc jednego z jej potomstwa. Po czym z troską wsunął je do pierwszego wejścia, niezbyt głęboko.
- Może znowu będziesz mogła urodzić na ich oczach. - zaproponował - Tym razem z trzema partnerkami widzącymi wszystko.
Podczas tego zabiegu widać było, że Laurze przypadł jej do gustu. Lekko zaciskała wargi i ściskała palcami pościel. A gdy mnich skończył to pogłaskała się po podbrzuszu i uśmiechnęła się do niego promiennie. - Jest płytko to wkrótce powinien wyjść. - Pokiwała głową na znak, że taki pomysł jej się podoba. A w międzyczasie zza parawanu wyszły trzy naguski. Szlachcianki podobnie jak ladacznica, zostały tylko w pończochach, lady Odette w błękitnych a Bretonka w czarnych. Zaś Teofano szła razem z nimi bez niczego.
- O, zaczęliście bez nas? Oj no to dziewczyny, musimy nadrobić straty. - Odette zamruczała z rozbawienia i podniecenia gdy weszła na łóżko. Za nią podążyły dwie jej koleżanki. Teraz z bliska mogły się przyjrzeć i Laurze i robakom jakie miała na sobie.
- Ale ty jesteś ohydny. - Diwa ostrożnie dotknęła czerwia jaki pełzał między piersiami ladacznicy. Ostrożnie ale i z fascynacją. Jak odłożyła palec to jeszcze przez chwilę łączyła go z robakiem nitka śluzu. Szlachcianka przyjrzała się tej lepkiej plamie na czubku swojego palca po czym z rozmysłem wsadziła go sobie do ust. - Oj tak to takie obrzydliwe. - Zaśmiała się z zadowoleniem.
- To prawda. Różnych rzeczy już próbowałam ale to jest dla mnie coś nowego. Zostałyśmy chodzącymi workami na robaki. To strasznie poniżające. - Fabienne kucnęla u nóg ladacznicy i też wzięła w dłonie jedną z larw jakie pełzały przy jej kolanach.
- No co wy! One są bardzo piękne! To zaszczyt, że możemy je nosić w sobie, rodzć i obcować! - Cukiernik usiadła obok mnicha i nieco się zaperzyla. Ale ostrożnie bo widać było, że wciąż czuje respekt wobec szlachcianek.
- To jak już wszyscy jesteśmy na miejscu to będziemy musieli się jakoś tymi pieszczszkami podzielić. - Laura wzięła w dłonie jednego z robaków i jakby pokazała ją otoczeniu. Zdawała się sprawdzać kto się na nią skusi pierwszy.
- Lady Odette wydaje się najbardziej nimi podniecona. - odparł mnich - Może niech twój maluch wejdzie w nią? - uśmiechnął się do divy - Wydasz na świat cudze dziecko moja pani?
- Jeśli ja je wydam na świat, to chyba będzie to moje dziecko? - Diwa zmrużyła oczy ale raczej wyglądała na taką co się droczy z kochankiem a nie naprawdę ma mu coś za złe. Szybko zresztą roześmiała się, nieco pochyliła się nad nagimi piersiami ladacznicy i objęła mnicha. - Oh mój drogi Otto. Przecież jesteś moim impresario od rozrywki. Jeśli mówisz, że będzie zabawnie i rozrywkowo abym we mnie wsadzić któregoś z tych małych, obrzydliwych kawałków to tylko powiedz w jakiej mam to zrobić pozycji. - Wyglądało na to, że diwa jest w szampańskim humorze. Poklepała jeszcze ciepło mnicha po plecach zanim go puściła i wróciła na swoje miejsce. - No i nie zapominajmy o Fabi. Przecież też ma swoje potrzeby. Może ją przywiążemy do łóżka albo coś takiego? Jak myślisz Fabi? - Zwróciła się do sąsiadki o czarnych włosach. Ta posłała jej rozbawiony uśmiech.
- Naturalnie. Jestem tu aby wam służyć. W końcu jestem najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych. No i bardzo zależy mi na takiej reputacji. - Bretonka też już wyglądała na rozgrzaną takim wstępem. Właściwie z bliska jak już obie były bez ubrań to mnichowi wydawało się, że chyba ich brzuchy jakby były nieco pełniejsze niż zwykle. Ale tak subtelnie, że nie był do końca pewny czy faktycznie czy tylko imaginuje sobie wiedzę o ich robaczej ciąży.
- Ja to mogę być gdziekolwiek. - Teofano nieśmiało zgłosiła swoją chęć współpracy ale nie śmiała narzucać szlachciankom swojej woli.
Mnich klasnął w dłonie.
- Dobrze więc, Teofano usiądź proszę na brzegu łóżka. - mnich objął Fabienne, jego dłonie gładziły jej boki - A ty moja podła służebnico, zadowól naszą młodą towarzyszkę. - Otto zerknął na Teofano - Teo postaraj się traktować lady Fabienne, jakby była twoją Margo. Całkowicie tobie podległa. - wrócił spojrzeniem do Odette.
- Więc pani, proszę rozłożyć swe piękne nogi. Lauro, czyń swą powinność.
- Tak jak Margo? Ale przecież Margo to nasza pokojówka no i nie jest szlachcianką. - Cukiernik widać nie było łatwo wyjść z nawyków społecznych w jakich wyrosła. I nawet w tak nietypowej sytuacji wydawała się być speszona takim pomysłem.
- Nie przejmuj się tym Teo. Co zazwyczaj robisz z Margo jak zostajecie same i nikt wam nie przeszkadza? - Bretonka zdawała się to rozumieć i delikatnie wzięła za rękę rzemieślniczkę. Poprowadziła ją na skraj łóżka tak jak ich kochanek to sugerował. Ta jednak zarumieniła się jakby nie było jej lekko mówić jak traktują swoją pokojówkę gdy zostają same.
- Śmiało Teo. Przecież Fabi zrobi ci to samo co Margo tylko lepiej. Widziałam ostatnio w teatrze, że obie dobrze rokujące. Może nawet przystaniecie do nas na stałe? Jak będziecie dostarczać nam rozrywki to czemu nie? - Odette uśmiechnęła się czule do mnicha gdy usłyszała jego propozycję. Ale jak się uniosła aby zmienić pozycję to też starała się zachęcić cukiernik aby sobie pofolgowała z jej koleżanką.
- Tak sobie zaskarbisz wdzięczność lady Fabienne Teo. Ja to widziałam już wtedy w teatrze. Jakby mnie milady zamówiła to ja bym się z nią nie patyczkowała. Niech wie kto tu jest usługujacą ladacznicą dla czyjej przyjemności. - Laura wydawała się być rozbawiona wątpliwościami jaśniejszej brunetki i widać było, że tak jak mówiła mnichowi jeszcze na podwórzu przed śniadaniem, że sama nie miała oporów aby przyjąć dominującą rolę nad błękitnokrwisty.
- No dobrze. - Teofano w końcu uległa tym namowom. Ale jeszcze na koniec spojrzała kontrolnie na mnicha. Usiadła jednak na krawędzi łóżka, tak jak mówił. A bretońska milady zaczęła od pocałunków w jej kark. A w końcu przesunęła się na podłogę, uklękła i zajęla pozycję między jej rozłożonymi udami. Po chwili widać było i słychać, że zabawa nabiera tam tempa.
- Czy tak będzie dobrze? - W międzyczasie aktorka z przyjemnością położyła się na plecach, obok ladacznicy. I zapraszająco rozchyliła swoje gładkie uda, wciąż opatulone niebieskimi pończochami. Laura zaś na odwrót, ostrożnie aby nie rozgnieść żadnej larwy, podniosła się i usiadła obok mnicha.
- To co teraz robimy z tą ladacznicą? - Zapytała go jakby pytała wspólnika o plan zbrodni. Słysząc to śpiewaczka zachichotała z rozbawienia ale czekała co będzie dalej.
- To twoje maleństwo Lauro. Może ty wydaj je na podróż w nieznane. - mnich wyciągnął zabawkę oraz pojemnik z jajami much - W między czasie może daj tu ten swój kuperek i wypełnimy go następnym miotem?
- No dobrze. - Ladacznica zaśmiała się i przeszła tak aby znaleźć się między gościnnie rozchylonymi udami śpiewaczki. Ta zachęcała ją do tego przyzwalającym uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem. Laura zaczęła od delikatnych pocałunków i pieszczot między kobietami. Od ust, piersi i brzucha diwy. Aż znalazła się między jej nogami. Wyglądało na to, że obie czerpią z tego mnóstwo przyjemności. Ale w końcu ladacznica zaczęła przekładać czerwie na twarz, brzuch i piersi śpiewaczki. Co ta przyjmowała z coraz wyraźniejszymi oznakami podniecenia. A w końcu widząc, że akcja rozwija się w bardzo pozytywny sposób to brunetka wzięła jedną z larw i zaczęła ją wsadzać w gościnne trzewia aktorki. Co tylko nakręcało je obie jeszcze bardziej. Sama zaś prowokująco wypięła się ku mnichowi dając znać, że jest gotowa na przyjęcie prezentu od niego.
Po sąsiedzku, na skraju łóżka, cukiernik opadła na plecy, w poprzek łóżka. I ciężko oddychała gdy bretońska milady śmiało harcowała ustami i dłońmi w jej najdelikatniejszym miejscu. Wyglądało na to, że zabawa rozkręciła się już na całego.
Otto przyglądał się obu spektaklom, jednocześnie zasiewał Laurę dopóki ladacznica nie czuła się wypełniona swym przyszłym potomstwem.
Słowa divy, nazywając go ponownie jej impresario, przypomniały mu o rozmowie jaką będzie musiał odbyć z Silnym, ale to później. Na razie raczył się widokiem hedonistek oddających się rozkoszy. -
Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory
Otto oczekiwał na Fabienne i Odette w pokoju gdzie odstawił Laurę razem z jej miotem. Przy okazji rozważał jak urozmaicić kobietom nadchodzące chwile.
Gdy wszedł do pokoju, mnich zastał nie jedną a dwie kobiety. Tą drugą była młoda, cukiernik o kasztanowych włosach. Wciąż była w świątecznej sukni w jakiej była na mszy. Chociaż oczywiście nie była tak wystawna jak te noszone przez szlachcianki. Laura siedziała na krześle przy ozdobnym stoliku przy jakim wcześniej siedziała lady Fabienne. Zaś Teofano stała przy oknie. Obie spojrzały na to kto wszedł do pokoju. I uśmiechnęły się do jednookiego.
- To już po śniadaniu? A nasze piękne panie, zamierzają do nas dołączyć? - Ladacznica zachowywała się swobodnie i wyglądała na zadowoloną. Fabienne i Odette mnich zostawił w salonie jak jeszcze rozmawiały ze sobą i z innymi. Jednak wkrótce pewnie powinny do nich dołączyć.
- Powinny się niedługo zjawić. - zapewnił mnich z uśmiechem - Teo, widzę, że spotkałaś kolejną z naszych muszych mam. Wszystko w porządku mam nadzieję? - ciekawiło go co doprowadziło do tego spotkania, ale to może poczekać.
- No tak, w porządku. Skoro ona też jest muszą matką. I mówi, że już wydała kilka miotów. - Brunetka uśmiechnęła się ale nieco skromnie. Jakby czuła naturalną niechęć przed zadawaniem się z ladacznicą. Chociaż doceniała jej poświęcenie dla muszej sprawy. I jeszcze popatrzyła na mnicha jakby chciała się upewnić czy ta ciemniejsza brunetka aby na pewno jest tak zaangażowana w projekt dziedzictwa Oster.
- Powiedziałam Teofano, że już mam na koncie nieco doświadczenia w tej materii. - Laura Larwa odpowiedziała z uśmiechem, jakby wcale się tym nie przejmowała.
- My z Otto też wczoraj odebraliśmy poród mojej pokojówki. - Cukiernik szybko odpowiedziała swoje jakby chciała podkreślić, że nie jest tak całkiem zielona w tych porodach.
- To musiało nieźle wyglądać. Ja zawsze rodziłam sama i jeszcze nie uczestniczyłam w czyimś porodzie. - Ladacznica starała się przyjąć ugodowy ton aby nie irytować młodej rzemieślniczki. Podziałało na tyle, że ta pokiwała zgodnie z głową i też popatrzyła na mnicha co on na to powie.
- Faktycznie wyglądało zacnie. Nie tak imponująco co twój pokaz z Lady Odette, ale też ciekawie. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli smutno ci spędzać ten czas samej Lauro, możemy spróbować jakoś zorganizować akuszerkę. - zerknął na cukiernik - Naprawdę sądzę, że powinnaś porozmać z Laurą, Teo. Jej doświadczenie może pomóc ci z własnym porodem no i znaleźć argumenty przy poszukiwaniu kolejnych matek.
Otto widział, że obu swoim kochankom sprawił przyjemność tym komplementem o muszym porodzie. I spojrzały na siebie nieco życzliwiej. Rzemieślniczka miala minę jakby rozważała czy jednak z ladacznicą nie łączy ją coś więcej niż zamiłowanie do bycia muszą matką. Ale to Laura pierwsza przejęła inicjatywę.
- Ja jestem zawsze gotowa się dostosować do życzeń klientów. - Uśmiechnęła się słodko do nich obojga. Po czym wstała i podeszła do tej szafki gdzie wcześniej lady Fabienne częstowała drinkami jego i Elke. - Jakbyśmy chcieli sobie umilić czas na czekanie na nasze piękne damy to tu lady Pirora zostawiła nam nieco użytecznych narzędzi. - Wskazała na niewielką skrzyneczkę jaka stała obok tacy z trunkami. Po czym otworzyła ją. I gdy sięgnęła to wyjęła z niej knebel i skórzane pęta. A w środku zapewne było jeszcze więcej takich uprzyjemniaczy zabawy. - No i mamy jeszcze naszą wisienkę na torcie. - Wymownie wskazała na swoją torbę jaką wcześniej miała zawieszoną na ramieniu. W niej miał być jej ostatni miot.
- Służąca przyniosła też to. - Teofano wskazała na okrągłe pudło w jakich zwykle przenoszono nakrycia głowy. - To dzieci jakie wydała na świat dziś rano jakaś znajoma. Podobno ty i jej pani wiecie o kogo chodzi. - Wyjaśniła z gorliwością i radością. - I jaką akuszerkę? - Zmrużyła na koniec oczy jakby nie była do końca pewna o czym mnich przed chwilą mówił.
Mnich zastanowił się, o którą znajomą mogło chodzić. Może ta dziewczyna z urzędu? Uśmiechnął się łobuzersko do Teofano.
- No cóż, pamiętasz co doprowadziło do porodu Margo? Ktoś, kto mógłby tym bardziej umilić proces byłby pewnie mile widziany przez Laurę lub inną potencjalną matkę.
- Ja na pewno bardzo chętnie bym umiliła taki proces każdej z was. - Laura posłała im ciepły uśmiech jakby taka współpraca przy porodzie była bardzo miła jej sercu. - I po tym co widziałam w teatrze, to mam wrażenie, że lady Odette, też powinna być chętna na takie zabawy. - Posłała mnichowi jeszcze szerszy, lubieżny uśmiech gdy przypomniała a ich pierwszym, wspólnym spotkaniu między sławną diwą a czerwiem jaki ladacznica wydała przy niej na świat. Nawet jeśli wspólnie z Otto przyłożyli do tego rękę aby ponownie umieścić robaka w trzewiach brunetki. Słysząc to, cukiernik bystro na nich spojrzała.
- Lady Odette też lubi takie zabawy? - Wydawała się być zafascynowana diwą. Jak i życiem erotycznym szlachcianek jakie dopiero od paru dni poznawała. A wcześniej była to całkiem nieznana dla niej strefa życia. Ladacznica pokiwała głową z tajemniczym uśmieszkiem. - No to… Otto a myślisz, że powinniśmy to tak zrobić? No i co z Margo? Ja myślałam, że przyszedł na nią czas i dlatego urodziła. A to myślisz, że było to coś innego? - Cukiernik była nieco skonsternowana ale było widać, że wolałaby się przypodobać gustom szlachcianek. Ale, że chodziło o nowy dla niej element to nie była pewna jakby mogły zareagować. Więc popatrzyła pytająco na jednookiego, który znał je lepiej.
- Niestety nie jestem specjalistą… musiałbym zapytać kogoś bardziej obeznanego, ale on na razie jest poza miastem. Warto zawsze poeksperymentować - do pomieszczenia weszły Fabienne von Mannlieb i Odette von Treskov, kobiety była wyraźnie w dobrym humorze, a wyglądało na to, że zaraz będzie jeszcze lepszy - Och, i oto są nasze znamienite damy. - mnich skłonił się nowo przybyłym - Moje panie, miło was widzieć w mniej oficjalnych warunkach.
- O jak miło, że udało nam się wreszcie spotkać w tak doborowym towarzystwie. - Odette prywitała się obdarzając całą trójkę przyjemnym dla oka uśmiechem. Zarówno ladacznica jak i cukiernik wyglądały na podobnie ucieszone z przybycia obu szlachcianek. - Miałam ochotę jeszcze zprosić Benite bo wydawała mi się rano bardzo poruszona. Ale ostatecznie umówiłam się z nią na jutro. - Miodowłosa diwa zdradziła im część ze swoich planów na to spotkanie.
- Myślę, że jutro zajmiemy się Beni a dziś to chyba mamy tu kogo trzeba. - Fabienne uspokoiła ją i też wyglądała na podekscytwaną.
- Napiją się panie czegoś? - Laura zaproponowała gestem szafkę z trunkami z jakiej wcześniej korzystali goście Pirory.
- Bardzo chętnie moja droga. - Odette podeszła do stolika przy jakim przed śniadaniem Otto z Fabienne gościli Elke. - I jak się czujesz na siłach mój drogi Otto? - Zagaiła wesoło do jednookiego mnicha.
- Przeceniasz moje siły, uważając że zadowolę czwórkę na raz. - zaśmiał się mnich - Jeżeli natomiast pytasz o moje usługi w sprawie maleństw, to jestem gotów.
Szlachcianka roześmiała się, jakby słowa mnicha rozbawiły ją serdecznie. - Oh mój drogi, Otto, to muzyka dla moich uszu. Skoro ty się tym będziesz zajmował to na pewno czeka nas wyborna zabawa. - Popatrzyła na swoje koleżanki a one też wyglądały na ucieszone i zaciekawione. Z gracją przyjęła kieliszek od Laury a ta jeszcze podała drugi dla lady von Mannlieb. - A zdradzisz nam od czego zaczniemy? Jestem pewna, że dziewczęta też się chętnie dołączą do takiej zabawy. - Aktorka popatrzyła po trójce pozostałych kobiet. Te ochoczo pokiwały głowami.
- To może wypijmy za to spotkanie i frywolne zabawy. - Bretonka wzniosła kielich do tego toastu. I poczekała aż pozostali wezmą swoje w dłoń i do niej dołączą.
- No cóż, Laura miała plany co do pokazu dla was. Teofano przyłączysz się do oglądania spektaklu? W każdej chwili możesz też posmakować naszej drogiej artystki.
- O, będziemy mieli smakowanie artystki. Zapowiada się ciekawie. - Diwa uśmiechnęła się z uznaniem, jakby spodobał jej się taki pomysł. Cukiernik pokiwała głową do slów mnicha, dając znać, że jest gotowa przyjąć tak przyjemną rolę.
- To zaczynamy od Laury? - Bretonka też była ciekawa co Otto wymyślił. Zaś ladacznica przytaknęła głową.
- Ja mogę zacząć. Tylko muszę wiedzieć co takiego. - Tą propozycję, przyjęła z profesjonalnym spokojem, jakby wierzyła, że poradzi sobie z czymkolwiek by to miało być.
- Pamiętasz pokaz, który mi dałaś w moim mieszkanku? Może pokaż naszym paniom jak bawisz się z swymi maluszkami.
- Ah takie coś. - Ladacznica uśmiechnęła się na to wspomnienie. Pozostała trójka jaka nie była tego świadkiem, popatrzyła na nich z zaintrygowana. - Tak, mogę to zrobić. - Laura pokiwała głową i zwróciła się do koleżanek. - Ale uprzedzam, że do tej zabawy będę musiała się rozebrać. - Ostrzegła je w żartobliwy sposób. Wywołało to uśmiechy rozbawienia u szlachcianek.
- To tym bardziej zapowiada się ciekawie! Już nie mogę się doczekać! Wreszcie to ja będę na widowni a ktoś dla mnie przedstawienie! - Odette wyglądała na zachwyconą takim pomysłem. Usiadła na krześle przy stole i wzięła kielich w dłoń dając znak, że jest gotowa na taką zamianę ról. Fabienne więc zajęła miejsce obok niej a Tofano na jedno z krzeseł jakie zostało wolne. Ladacznica zaś z wdziękiem ruszyła za parawan jaki stał w rogu pokoju.
- Tylko nie podglądajcie póki nie będę gotowa! - Poprosiła ich drocząc się z nimi jeszcze trochę. Poczekali parę chwil zanim wróciła w samych pończochach. Prezentowała swoje młode, gibkie ciało całkiem bezwstydnie. Jej powrót szlachcianki przywitały delikatnymi oklaskami jakby witały artystkę wychodzącą na scenę. Po chwili Teofano też dołączyła do tych oklasków. Zaś brunetka skłoniła się im wszystkim i podeszła do szafki z butelkami. Wzięła swoją torbę i przeszła na łóżko.
- Zaczyna się robić naprawdę ciekawie. - Zauważyła bladolica czarnowłosa, zerkając na swoją sąsiadkę, mnicha i cukiernik. Zaś ladacznica usiadła na łóżku i posłała im czarujący uśmiech. Po czym bez wahania sięgnęła po swoją torbę. Wyglądała jak sztukmistrz prezentujący swoje narzędzia przed pokazem. I wywołało podobny efekt wzmocnienia przyjemnego oczekiwania. Wtedy sięgnęła do środka torby posyłając im kose spojrzenie i tajemniczy uśmieszek.
- Co ona tam ma? - Diwa wydawała się być bardzo zaciekawiona tym co brunetka wyciągnie ze środka. A gdy ta wyjęła pierwszego czerwia to na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy i koleżanki zaczęły znów klaskać.
- Masz rację Fabi. Zapowiada się bardzo ciekawie. - Śpiewaczka pokiwała głową na znak, że podoba jej się taka niespodzianka. Zaś Laura po tym jak zaprezentowała robaka trzyosobowej widowni pochyliła się nad nim aby go czule pocałować. To wywołało jęki wzruszenia i zachwytu u pozostałych muszych matek. A artystka położyła sobie tego czerwia między piersiami. Widać było, że się rusza między nimi badając nowy teren. I zostawia po sobie śluzowaty ślad na gładkiej, kobiecej skórze. A jakby było tego mało, dziewczyna na łóżku zaczęła wyciągać z torby kolejne czerwie. I kładła je na sobie, pozwalając aby pełzały po jej młodym i jędrnym ciele. Atmosfera u niej i widowni widocznie podskoczyła i widać było, że trójka kobiet przeżywa to widowisko nie mniej niż występująca artysta.
Mnich uśmiechnął się widząc reakcje widowni, podszedł do Teofano zachodząc ją od tyłu i wyszeptał jej do uszka.
- Takie cuda będziesz mogła ze swoimi też wyczyniać, jeżeli zechcesz. - jego dłoń gładziła delikatnie kark cukiernik - Jak się na razie podoba?
- No podoba, podoba. One są takie piękne. Jak z moich snów. Już się nie mogę doczekać aż wydam swój własny miot. Też będę dbać o niego, pieścić i całować. To takie szczęście, że trafiłam na ciebie i mnie obdarowałeś tymi cudownymi dziećmi. - Teofano wydawała się w tej chwili bardziej traktować Laurę jak siostrę, przyjaciółkę i kochankę niż ladacznicę. I patrzyła z fascynacją na to przedstawienie jakie dla nich robiła. A czerwie wielkości małych kiełbasek pełzały po jej nagości. Widać było jak zostawiają na jej skórze błyszczący, lepki śluz. Czasem któryś stoczył się z jej ciała na pościel i tam zaczynał buszować ale nie przeszkadzało to im we wspólnej zabawie.
- No i to jest rozrywka dla jakiej warto tu było przyjechać. - Odette też wydawała się być zachwycona tym widowiskiem. Zerknęła na chwilę w stronę Otto aby mu posłać pełen zadowolenia uśmiech.
- Tak, to takie poniżające. - Fabienne też westchnęła na znak, że ją ten widok na łóżku, nieco wzruszył i rozczulił.
- Ktoś chce się przyłączyć do Laury? Jestem pewny, że chętnie zapozna was ze swymi maluchami. - zerknął pytająco na ladacznice na łóżku - I jeżeli, któraś czuje się gotowa na kolejne obdarowanie, ja mogę przygotować naszą już znaną zabaweczkę.
- Oj to jak można to ja bym bardzo chętnie poprosiła. I masz rację mój drogi Otto, nie ma na co tracić dnia.Chodźcie, dziewczęta. nie ma co tylko przyglądać się przedstawieniu, jak można je współtworzyć. Tylko niech ktoś mi pomoże rozpiąć gorset. - Diwa wydawała się być bardzo pobudzona tym widowiskiem jak i przyjemnym oczekiwaniem jakie tylko rosło z każdą chwilą. Klasnęła w dłonie i wstała ze swojego miejsca. Popatrzyła wesoło na swoje dwie sąsiadki, wyraźnie oczekując, że pójdą w jej ślady. Zresztą zarówno bretońska żona tutejszego kapitana statku jak i młoda rzemieślniczka od cukiernictwa też miały wyraźną ochotę na dołączenie do zabawy. Szlachcianka o czarnych włosach wstała z gracją i położyła dłoń na ramieniu kochanka.
- Ja bardzo lubię jak mnie napełniasz Otto. - Mruknęła do niego kusząco i przetrzymała na chwilę wzrok w jego twarzy. Po czym płynnie ruszyła za parawan aby pomóc aktorce pozbyć się sukni i reszty ubrań. Teofano skorzystała z okazji i też podeszła do mnicha.
- Ja oczywiście przyjmę z radością nową porcję tych przyjemniaczków. - Pokiwała głową uśmiechnęła się wdzięcznie do mnicha. I też poszła za parawan aby się rozebrać. Przez chwilę więc Otto został sam przy stole z widokiem na Laurę i jej żywe zabawki.
- I co Otto? Co dalej? - Ladacznica zapytała cicho i patrząc wprost w oko jednookiego pocałowała jednego z czerwi.
- Dalej? Będziesz się kochać z trzema kobietami i zapoznawać je ze swymi pociechami. Ja zasieję te z was, które będą tego chciały. - mnich się uśmiechnął - Własną obecność w waszych harcach zostawiam w waszej gestii.
- No to zapowiada się ciekawie. Ostatnio w teatrze było bardzo ciekawie. No i mnie od tyłu też możesz zasiać. Po tym porodzie czuję się taka pusta. - Ladacznica leżała bezwstydnie prezentując swoje kobiece wdzięki. To, że były one pokryte kilkoma czerwiami i lepkimi śladami jakie po sobie zostawiały, wcale jej nie przeszkadzało. - No i może byś mi umieścił jednego z tych przyjemniaczków gdzieś tam we mnie? Jak wtedy u ciebie? No chyba, że wolisz popatrzeć jak lady Odette to robi. Ona też lubi używać tej twojej zabaweczki. - Brunetka zaproponowała mu zanim pozostała trójka kochanek wróciła do nich zza parawanu. A sądząc po śmiechach i żartach jakie stamtąd dochodziły to koleżanki też się nie nudziły z tym rozbieraniem.
Mnich podszedł do Laury, delikatnie podnosząc jednego z jej potomstwa. Po czym z troską wsunął je do pierwszego wejścia, niezbyt głęboko.
- Może znowu będziesz mogła urodzić na ich oczach. - zaproponował - Tym razem z trzema partnerkami widzącymi wszystko.
Podczas tego zabiegu widać było, że Laurze przypadł jej do gustu. Lekko zaciskała wargi i ściskała palcami pościel. A gdy mnich skończył to pogłaskała się po podbrzuszu i uśmiechnęła się do niego promiennie. - Jest płytko to wkrótce powinien wyjść. - Pokiwała głową na znak, że taki pomysł jej się podoba. A w międzyczasie zza parawanu wyszły trzy naguski. Szlachcianki podobnie jak ladacznica, zostały tylko w pończochach, lady Odette w błękitnych a Bretonka w czarnych. Zaś Teofano szła razem z nimi bez niczego.
- O, zaczęliście bez nas? Oj no to dziewczyny, musimy nadrobić straty. - Odette zamruczała z rozbawienia i podniecenia gdy weszła na łóżko. Za nią podążyły dwie jej koleżanki. Teraz z bliska mogły się przyjrzeć i Laurze i robakom jakie miała na sobie.
- Ale ty jesteś ohydny. - Diwa ostrożnie dotknęła czerwia jaki pełzał między piersiami ladacznicy. Ostrożnie ale i z fascynacją. Jak odłożyła palec to jeszcze przez chwilę łączyła go z robakiem nitka śluzu. Szlachcianka przyjrzała się tej lepkiej plamie na czubku swojego palca po czym z rozmysłem wsadziła go sobie do ust. - Oj tak to takie obrzydliwe. - Zaśmiała się z zadowoleniem.
- To prawda. Różnych rzeczy już próbowałam ale to jest dla mnie coś nowego. Zostałyśmy chodzącymi workami na robaki. To strasznie poniżające. - Fabienne kucnęla u nóg ladacznicy i też wzięła w dłonie jedną z larw jakie pełzały przy jej kolanach.
- No co wy! One są bardzo piękne! To zaszczyt, że możemy je nosić w sobie, rodzć i obcować! - Cukiernik usiadła obok mnicha i nieco się zaperzyla. Ale ostrożnie bo widać było, że wciąż czuje respekt wobec szlachcianek.
- To jak już wszyscy jesteśmy na miejscu to będziemy musieli się jakoś tymi pieszczszkami podzielić. - Laura wzięła w dłonie jednego z robaków i jakby pokazała ją otoczeniu. Zdawała się sprawdzać kto się na nią skusi pierwszy.
- Lady Odette wydaje się najbardziej nimi podniecona. - odparł mnich - Może niech twój maluch wejdzie w nią? - uśmiechnął się do divy - Wydasz na świat cudze dziecko moja pani?
- Jeśli ja je wydam na świat, to chyba będzie to moje dziecko? - Diwa zmrużyła oczy ale raczej wyglądała na taką co się droczy z kochankiem a nie naprawdę ma mu coś za złe. Szybko zresztą roześmiała się, nieco pochyliła się nad nagimi piersiami ladacznicy i objęła mnicha. - Oh mój drogi Otto. Przecież jesteś moim impresario od rozrywki. Jeśli mówisz, że będzie zabawnie i rozrywkowo abym we mnie wsadzić któregoś z tych małych, obrzydliwych kawałków to tylko powiedz w jakiej mam to zrobić pozycji. - Wyglądało na to, że diwa jest w szampańskim humorze. Poklepała jeszcze ciepło mnicha po plecach zanim go puściła i wróciła na swoje miejsce. - No i nie zapominajmy o Fabi. Przecież też ma swoje potrzeby. Może ją przywiążemy do łóżka albo coś takiego? Jak myślisz Fabi? - Zwróciła się do sąsiadki o czarnych włosach. Ta posłała jej rozbawiony uśmiech.
- Naturalnie. Jestem tu aby wam służyć. W końcu jestem najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych. No i bardzo zależy mi na takiej reputacji. - Bretonka też już wyglądała na rozgrzaną takim wstępem. Właściwie z bliska jak już obie były bez ubrań to mnichowi wydawało się, że chyba ich brzuchy jakby były nieco pełniejsze niż zwykle. Ale tak subtelnie, że nie był do końca pewny czy faktycznie czy tylko imaginuje sobie wiedzę o ich robaczej ciąży.
- Ja to mogę być gdziekolwiek. - Teofano nieśmiało zgłosiła swoją chęć współpracy ale nie śmiała narzucać szlachciankom swojej woli.
Mnich klasnął w dłonie.
- Dobrze więc, Teofano usiądź proszę na brzegu łóżka. - mnich objął Fabienne, jego dłonie gładziły jej boki - A ty moja podła służebnico, zadowól naszą młodą towarzyszkę. - Otto zerknął na Teofano - Teo postaraj się traktować lady Fabienne, jakby była twoją Margo. Całkowicie tobie podległa. - wrócił spojrzeniem do Odette.
- Więc pani, proszę rozłożyć swe piękne nogi. Lauro, czyń swą powinność.
- Tak jak Margo? Ale przecież Margo to nasza pokojówka no i nie jest szlachcianką. - Cukiernik widać nie było łatwo wyjść z nawyków społecznych w jakich wyrosła. I nawet w tak nietypowej sytuacji wydawała się być speszona takim pomysłem.
- Nie przejmuj się tym Teo. Co zazwyczaj robisz z Margo jak zostajecie same i nikt wam nie przeszkadza? - Bretonka zdawała się to rozumieć i delikatnie wzięła za rękę rzemieślniczkę. Poprowadziła ją na skraj łóżka tak jak ich kochanek to sugerował. Ta jednak zarumieniła się jakby nie było jej lekko mówić jak traktują swoją pokojówkę gdy zostają same.
- Śmiało Teo. Przecież Fabi zrobi ci to samo co Margo tylko lepiej. Widziałam ostatnio w teatrze, że obie dobrze rokujące. Może nawet przystaniecie do nas na stałe? Jak będziecie dostarczać nam rozrywki to czemu nie? - Odette uśmiechnęła się czule do mnicha gdy usłyszała jego propozycję. Ale jak się uniosła aby zmienić pozycję to też starała się zachęcić cukiernik aby sobie pofolgowała z jej koleżanką.
- Tak sobie zaskarbisz wdzięczność lady Fabienne Teo. Ja to widziałam już wtedy w teatrze. Jakby mnie milady zamówiła to ja bym się z nią nie patyczkowała. Niech wie kto tu jest usługujacą ladacznicą dla czyjej przyjemności. - Laura wydawała się być rozbawiona wątpliwościami jaśniejszej brunetki i widać było, że tak jak mówiła mnichowi jeszcze na podwórzu przed śniadaniem, że sama nie miała oporów aby przyjąć dominującą rolę nad błękitnokrwisty.
- No dobrze. - Teofano w końcu uległa tym namowom. Ale jeszcze na koniec spojrzała kontrolnie na mnicha. Usiadła jednak na krawędzi łóżka, tak jak mówił. A bretońska milady zaczęła od pocałunków w jej kark. A w końcu przesunęła się na podłogę, uklękła i zajęla pozycję między jej rozłożonymi udami. Po chwili widać było i słychać, że zabawa nabiera tam tempa.
- Czy tak będzie dobrze? - W międzyczasie aktorka z przyjemnością położyła się na plecach, obok ladacznicy. I zapraszająco rozchyliła swoje gładkie uda, wciąż opatulone niebieskimi pończochami. Laura zaś na odwrót, ostrożnie aby nie rozgnieść żadnej larwy, podniosła się i usiadła obok mnicha.
- To co teraz robimy z tą ladacznicą? - Zapytała go jakby pytała wspólnika o plan zbrodni. Słysząc to śpiewaczka zachichotała z rozbawienia ale czekała co będzie dalej.
- To twoje maleństwo Lauro. Może ty wydaj je na podróż w nieznane. - mnich wyciągnął zabawkę oraz pojemnik z jajami much - W między czasie może daj tu ten swój kuperek i wypełnimy go następnym miotem?
- No dobrze. - Ladacznica zaśmiała się i przeszła tak aby znaleźć się między gościnnie rozchylonymi udami śpiewaczki. Ta zachęcała ją do tego przyzwalającym uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem. Laura zaczęła od delikatnych pocałunków i pieszczot między kobietami. Od ust, piersi i brzucha diwy. Aż znalazła się między jej nogami. Wyglądało na to, że obie czerpią z tego mnóstwo przyjemności. Ale w końcu ladacznica zaczęła przekładać czerwie na twarz, brzuch i piersi śpiewaczki. Co ta przyjmowała z coraz wyraźniejszymi oznakami podniecenia. A w końcu widząc, że akcja rozwija się w bardzo pozytywny sposób to brunetka wzięła jedną z larw i zaczęła ją wsadzać w gościnne trzewia aktorki. Co tylko nakręcało je obie jeszcze bardziej. Sama zaś prowokująco wypięła się ku mnichowi dając znać, że jest gotowa na przyjęcie prezentu od niego.
Po sąsiedzku, na skraju łóżka, cukiernik opadła na plecy, w poprzek łóżka. I ciężko oddychała gdy bretońska milady śmiało harcowała ustami i dłońmi w jej najdelikatniejszym miejscu. Wyglądało na to, że zabawa rozkręciła się już na całego.
Otto przyglądał się obu spektaklom, jednocześnie zasiewał Laurę dopóki ladacznica nie czuła się wypełniona swym przyszłym potomstwem.
Słowa divy, nazywając go ponownie jej impresario, przypomniały mu o rozmowie jaką będzie musiał odbyć z Silnym, ale to później. Na razie raczył się widokiem hedonistek oddających się rozkoszy.Tura 74 - 2519.07.28; wlt; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)Egon, Lars, Astrid
Egon wraz z większością towarzyszy, pierwszy raz od paru dni, spędził noc w łóżku. Poprzednią nocował przy kurhanie nekromanty Gonsara, a jeszcze wcześniejszą przy Zachodnich Kamieniach. Więc przyjemnie było wyspać się w cywilizowanych warunkach. Nawet jeśli znów było to szafkowe łóżko w sypialni dla służby Pirory. Może było przypominało to spanie wewnątrz szafy ale miało swoje zalety. Drewniane pudło wytłumiało dźwięki, trzymało ciepło i zapewniało dyskrecję.
Z biesiady w “Trzech gwoździach” wrócili na Bursztynową 17 wczesnym wieczorem. Jeszcze w końcówce letniego dnia. Tu mieli okazję spotkać się z gospodynią i dowiedzieć się co się działo jak nie było ich w mieście przez prawie dwa dni. No więc do wieczora lady Soria jeszcze nie wróciła. I Averlandka była z tego powodu nieco rozczarowana. Ale jak usłyszała od Larsa o sprawach związanych z kurhanem to pokiwała ze zrozumieniem swoją blond głową. Ucieszyła się też, że wrócili wszyscy cało i zdrowi. Sądząc po minie na te norsmeńskie opowieści o wpół zatopionych trupią wodą grobowcach, szkieletowych wartownikach i wskrzeszonym nekromancie jaki potrzebował ludzkiej krwi aby w pełni wrócić do sił to chyba niezbyt miała ochotę aby się tam udać.
Sama opowiedziała im, że oczywiście po mszy było małe spotkanie u niej “na psalmy żałobne”. Ale w tym tygodniu było dość skromne, właśnie dlatego, że część kultystów udała się do tego kurhanu a część miała inne sprawy na mieście. Za to do miasta wrócił dawny uczeń Starszego. Marcus, ekonom z ratusza. Miał się teraz starać o powrót na dawne stanowisko. Ale za to był Otto, Heinrich, Odette, Kamila więc było całkiem sympatycznie. No i szkoda, że grupki kurhanowej nie było no ale szlachcianka wyrażała zrozumienie dlaczego. Mniej więcej na tym, wczorajszy dzień się skończył.Dla gladiatora dzień zaczął się w sam raz. Wczoraj aż tak nie biesiadowali aby dziś rano miał odczuwać nieprzyjemne skutki. Podobnie jak parę dni temu, przed wyruszeniem do Zachodnich Kamieni, dziś też słyszał zza drewnianych ścian ruchy i głosy swoich sąsiadów. Gardłowy głos Bjorna, spokojny Larsa i wesoły Astrid. Nawet bez rozsuwania drzwi szafy w jakiej spał, wiedział, że szykują się zacząć kolejny dzień. On sam leżał jeszcze w prawie całkowitej ciemności. Wadą spania w tej wnęce był brak dostępu do okien więc nie widać było jaka jest pora doby. Tym razem to jednak pomagało zebrać do kupy sen jaki z każdą chwilą umykał świadomym myślom. Coś mu się śniło…
Zaczęło się podobnie jak wczoraj przy kurhanie. Ta młoda blondynka na kamieniu ofiarnym. Jak po chwili paniki rozkłada w końcu swoje gładkie nogi przed nadlatującą muchą wielkości dorodnego psa. I daje jej się zbrzuchacić. Jak zostaje naznaczona znamieniem na udzie jakie miało być przekazywane jej córkom na znak zawarcia paktu. Potem ta zemsta na opracwcach z wioski. Do jakiej przyczynił się nekromanta i chmary wielkich much. To już widział w poprzednim śnie. Ale teraz było coś nowego.
Znów widział świat jakby oczami kogoś innego. Też ten kamień ofiarny i pionowe, pradawne głazy ustawione w okrąg. Bardzo podobne do tych z Zachodnich Kamieni. Teraz sękate dłonie wręczały włócznię zwierzoczłowiekowi. Wyglądał na silnego, jak wódz albo czampion. Stał na czele sobie podobnych. Spojrzał na broń i uniósł ją w górę. Zaryczał triumfalnie a jego dzicy współplemieńcy powtórzyli ten okrzyk.
Włócznia wyglądała na prymitywną. Zwykłe drzewce i ostrze. Chociaż mała czaszka była usadzona tak, że sprawiała wrażenie, że ostrze przebija jej szczęki. Ta broń miała za sobą krwawą historię. Widział jak ostrze przebija futro jakim okryty był prymitywny wojownik i wbija się prosto w jego serce. Jak ciśnięta wbija się w gardło konnego wojownika jaki właśnie pędził do szarży na właściciela broni z własną włócznią. Jak czyjść but przyszpila łeb wilkowatej bestii to ściółki a zaraz potem włócznia z cichym trzaskiem przebija jego czaszkę aż chlupnęła krew i mózg. Jak zdradliwym ciosem trafia zwinnego, elfiego wojownika w podbródek i wychodzi mu przez czerep aż jego smukły hełm spada mu ze złotych włosów. Tak, ta włócznia brała udział w niezliczonych bojach i polowaniach. Odbierała życie ludziom i bestiom, elfom i krasnoludom, championom z północy i południa. Oczywiście, że tak. Przecież to była Jej włócznia. Jaka nasiąkła częścią jej krwawej żądzy wiecznej walki, pojedynków i polowania. Tylko najznamienitsi wojownicy mieli zaszczyt ją dzierżyć. Ona pragnęła jej z powrotem. Bez niej była niekompletna. A jednocześnie odnalezienie tej broni będzie stanowiło zwiastun Jej powrotu. Każdy kto słyszy Jej zew, będzie szukał tej włóczni. Choć nie każdy był sojusznikiem nekromanty jaki służył Siostrom osobiście. Więc nie każdy mógł sobie zdawać sprawę o co chodzi. Ta włócznia gdzieś tu musi być. Tak samo jak reszta Jej dziedzictwa i pozostałych Sióstr.

link: https://i.imgur.com/Nbv2gfH.jpeg
Gdzieś tyle udało się Egonowi odtworzyć z tego dziwnego snu. Jak dotknął palcami ucha to wyczuł proszek zaschniętej krwi. A skóra była gorąca i nieco spuchnięta. Ale poza tym to nic specjalnego tam nie wyczuł.
---
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Egon, Lars, Astrid, Łasica i Burgund
W końcu jak zjedli śniadanie to mogli wyjść na zewnątrz. Już nieco tradycyjnie Lars był towarzyszem gladiatora. A przy jedzeniu Astrid uznała, że właściwie nie ma za bardzo co robić więc właściwie może iść z nimi. Przy stole usługiwała im Helga i cztery niewolnice od Munira. To jakby przypomniało o nich Norsmenom. Cała piątka była młoda, gibka i cieszyła oko swoją urodą. Najswobodniej zachowywała się Regina, jako była ladacznica, miała w sobie najmniej wstydu i swoją nową sytuację brała za dobrą monetę. Koleżanki wciąż poruszały się przy tak groźnie wyglądających wojownikach prawie, że na palcach, jakby starały się ich nie rozgniewać a najlepiej to jak najszybciej zejść im z oczu i zasięgu rąk.
- A no tak, ja was miałam sprawdzić. Żebyście wstydu mi nie przyniosły jak jakaś milady albo hrabia będzie chciał się z wami zabawić. - Córka jarla z pewnym zdziwieniem odkryła, że zdawałoby się, że dopiero co się rozstali z arabskim kupcem i mieli różne zamiary wobec czwórki dziewcząt a tu już parę dni minęło.
- No chętne, gładkie uda miła wojownikowi rzecz. Ale ladacznic to chyba w tym domu he he nie brakuje. - Lars zaśmiał się chrapliwie i Astrid spojrzała na niego ostro czy aby przypadkiem jej nie ma na myśli. On sobie jednak niewiele zrobił z jej reakcji. - A któraś z was na statkach pływać umie? - Zagaił usługujące im kobiety. Po chwili nerwowych spojrzeń Kalinka, ta Kislevitka o miedzianych włosach, nieśmiało wymamrotała, że umie w żagle. W końcu pochodziła z Erengradu czyli portu znacznie większego niż ten co tutaj mieli. To przyjemnie zaskoczyło Larsa. Ale chwilowo dał jej spokój. - Może później się przyda, jak już będziemy mieli swoją łajbę. - Pokiwał głową w nawiązaniu do ich planów na przyszłość.|-----|
W końcu we trójkę opuścili gościnne progi averlandzkiej szlachcianki i ruszyli w stronę portu. Wczoraj w “Trzech gwoździach” Burgund obiecała im pomoc w tym szukaniu kursu w górę rzeki. Była tutejsza w przeciwieństwie do dwójki Norsmenów i Egona co na pewno nie zdążył tak dobrze poznać miasta jak ktoś kto się tu urodził. Kamratka Łasicy miała na nich czekać w “Wesołem mewie”. Jak tam zaszli, okazało się, że jest tam razem z Łasicą. Powitały ich z wesołymi uśmiechami.
- To szukacie łajby w górę rzeki? - Widocznie kamratka zdążyła wprowadzić łotrzycę w skórzanych spodniach o co się rozchodzi. - No to na pewno znajdziecie. Przecież codziennie coś pływa do Saltmundu albo stamtąd wraca. - Łasica mówiła jakby była tego pewna i tą częścią sobie nie zaprzątała swojej fioletowej głowy. - Tylko wy podobno chcecie całą paczką się zabrać? - Popatrzyła na nich pytająco.
- No tak. Bo im nas więcej to łatwiej będzie odeprzeć wrogi abordaż a potem przejąć łajbę. - Lars pokiwał głową bo taki plan wstępnie uszyli wczoraj w “Trzech gwoździach”. Popatrzył jeszcze na Egona, Astrid i Burgund co byli tam wczoraj razem z nim.
- No jasne, pewnie. Ma ręce i nogi. - Łasica szybko zgodziła się z nim i pokiwała głową. - Ale nie będzie wam łatwo znaleźć kupca co będzie chciał tak dużą eskortę. Nie mówię, że się nie da ale wiecie. Łatwiej zamustrować jednego najemnika niż dwóch. Dwóch łatwej niż trzech. Trzech niż czterech. I tak dalej. Kupcy są chytrzy i skąpi, zawsze oszczędzają na wszystkim i wszystkich póki ich sytuacja nie zmusi aby wydać na coś jeszcze. - Prawa ręka Starszego mówiła szybko i z błyskiem ulicznej cwaniary w oku. To sprawiło, że Lars zmarszczył brwi i spojrzał na brodatego sąsiada czy też to słyszy.
- To co proponujesz? - Astrid zapytała z zaciekawieniem tubylczej koleżanki. Ta zaśmiała się cicho, szybko przełknęła łyżkę kaszy i odpowiedziała bez wahania.
- Podzielcie się. - Odparła przeglądając się ich grupce. - Weźcie dwóch, trzech co wygląda najbardziej bojowo co szukają roboty najemnika. - Wymownie spojrzała na Egona i Larsa. Co w swoich kolczugach i z bronią u pasa wyglądali wręcz jak stereotyp wojownika i najemnika. - A reszta niech się postara dostać na ten sam statek jako pasażerowie. No może będziecie musieli zapłacić za przejazd no ale jak przejmiecie statek to i tak wam się chyba opłaci nie? No a ten sknerus wtedy zatrudnia tylko dwie czy trzy osoby to większa szansa, że się zgodzi. A na pasażerów zwykle się zgadzają bo to dodatkowy zarobek a i tak płyną w górę rzeki. Zwykle pływają do Saltmunda, to dwa, trzy dni rejsu. Czasem cztery jak się coś skaszani. Jak stamtąd tu, to trochę krócej bo się płynie z nurtem rzeki. - Łasica przedstawiła swoją propozycję, jak by się mogli zabrać za szukanie tej łajby. Ale nie forsowała swojego pomysłu bo skoro raczej z nimi nie będzie płynąć to pozwoliła im załatwić tą sprawę wedle uznania.
Później jeszcze rozmawiali gdzie by można zacząć szukać takiego rejsu. Obie łotrzyce były zdania, że oficjalnie to w ratuszu. Tam był rejestr statków i informacja jak są zorganizowane rejsy po rzece. Mniej oficjalnie to po tawernach. W końcu większość szyprów i załóg jadała i spędzała wolny czas właśnie tam. No chyba, że ktoś pochodził stąd to mieszkał gdzieś na mieście. Albo w “Kwarcie” bo był to tradycyjny lokal dla najemników, łowców nagród i strażników. Więc też były spore szanse, że jak ktoś by szukał eskorty na rejs to właśnie tam. Chociaż z oczywistych względów obie dziewczyny z ferajny nie przepadały za tym lokalem ale nie aż ta aby go w ogóle omijać. Przy tym spacerze po mieście, mogła im się przydać Burgund jako przewodniczka. Rudzielec tak samo jak fioletowłosa była pewna, że jakiś rejs w górę rzeki znajdą. Tylko pytanie czy detale jak czas odpłynięcia, możliwość zabrania całej grupy i inne takie, mogą być mniej przewidywalne. Tak czy inaczej szykowała się wyprawa na parę dni więc jak coś mieli do załatwienia w mieście to raczej powinni to załatwić przed rejsem.|-----|
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ulice i sklepy
Egon, Lars, Astrid, Burgund i Hubert
Szli we czwórkę, ulicami miasta. Po wyjściu z “Mewy” i pożegnaniu się z Łasicą, zdążyli zaliczyć już jedną tawernę ale w niej nie znaleźli nikogo kto by miał interesującą dla nich propozycję. Zawsze coś nie pasowało. A to wypływał dopiero za parę dni, a to nie szukał najemników bo miał swoich, albo jeszcze coś. Jednak widać było, że coś jest na rzeczy i tak jak doradzały tubylcze koleżanki, prędzej czy później, powinno się coś znaleźć co by im wszystkim pasowało.
- A kogo widzą moje piękne oczy? - Usłyszeli męski głos gdzieś z boku. A gdy tam spojrzeli, okazało się, że to ten gruby Hubert. Główny dostawca kostiumów i dekoracji do teatru a poza tym właściciel dobrze prosperującego sklepu z ubraniami gotowymi i szytymi na miarę. Ruszył w ich stronę z jowialny uśmiechem. Właśnie wyszedł z jakiegoś sklepu albo warsztatu. Ostatni raz widzieli się na zapleczu teatru, podczas prywatnej orgii jaka się tam odbyła.
- Cóż porabiacie moi drodzy o tak wczesnej porze? - zagaił do nich gdy się z nimi zrównał. Popatrzył z zaciekawieniem na każdego z nich.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)Heinrich i Fabienne
Były łowca czarownic i heretyków, miał całkiem spokojną noc. W końcu jak na poczciwego mieszkańca przystało, wrócił wczoraj do domu w drugiej połowie dnia a nawet podczas wizyty w gnieździe hedonistek z kultu, udało mu się zachować godność i wstrzemiężliwość. Chociaż nie tylko gospodyni dała mu do zrozumienia, że jest u niej mile widziany. A gdyby szukał rozrywki to u niej raczej nie powinien narzekać na brak chętnych koleżanek. Ale jednocześnie ani Pirora, ani jej towarzyszki, nie były natarczywe jeśli póki co nie miał na to ochoty. W każdym razie rozstali się wczoraj całkiem przyjaźnie.
Na Petrze von Schneider, też chyba zrobił dobre wrażenie. Bo może nie straciła dla niego głowy ale widać było, że jest chętna na kontynuowanie znajomości. No i poznał tego byłego ucznia Starszego, Marcusa. Łasica przyprowadziła go na śniadanie u Averlandki. Bo z całej spiskowej rodziny to poza ich liderem, znała go tylko ona, Silny i Kurt. Ale Silny poszedł z grupą Egona do kurhanu za miastem a Kurt odpłynął z Mergą do Norsci po obrabowaniu świątyni Mananna. Więc tak na co dzień to tylko łotrzyca została aby wprowadzić tego starego/nowego kolegę do ich tajnej rodziny. Jednak mimo tego, że przy stole większość gości do niej należała to nie wszyscy. Więc tak do końca nie można było swobodnie porozmawiać o sprawach kultu.
Później lady Fabienne, co sama wracała do siebie, podwiozła go pod jego własny dom. No i zaszedł wtedy do sąsiadki aby odebrać zamówioną wazę. Widział naczynie jakie stało na stole. Gdyby nie wzorki i uchwyty z czerwi, to wyglądałaby dość zwyczajnie. I czy mu się wydawało czy eteryczne wiatry jakby nieco ją zauważały. Ale tak subtelnie, że nie był tego do końca pewny czy to nie jakaś wewnętrza sugestia. Wczoraj by tego nie zauważył gdy ją odbierał od Fredy? Nie było to niemożliwe. Był zajęty na rozmowie z nią.
- Wiesz sąsiedzie, właściwie to nie jesteś pierwszy jaki zamawia u mnie robaki. - rzekła mu tonem koleżeńskiej pogawędki. - Nie tak dawno robiłam takiego sporego robaka - Zademonstrowała mu na długość bochenka chleba - Dla klientki. Najpierw nie chciała powiedzieć po co ale jak z nią trochę pogadałam to prawie się przyznała, że to do użytku osobistego. Bardzo osobistego jeśli wiesz co mam na myśli. I powiedziała, że jak ten robak ode mnie jej się sprawdzi, to może jeszcze u mnie zamówi. Bo rozumiesz, jak z gliny, to można szybko ulepić, upiec i gotowe. No ty sąsiedzie jakbyś miał mieć tą wazę do uzytku bardzo osobistego to uważaj, bo trudno ci będzie go zmieścić. - Mówiła frywolnym, beztroskim tonem więc trochę brzmiało jak żart. Ale też nie aż tak aby to wszystko od ręki zmyśliła. W każdym razie teraz rano też ją słyszał. Monotonny szum obracającego się koła garncarskiego. Nic dziwnego. Zaczynał się nowy dzień pracy. W każdym razie gdy Ilsa przyszła zrobić śniadanie to już nie spał i czuł się całkiem dobrze. Metalowa noga jakby mu dała spokój i mu dziś z rana nie przeszkadzała poza oczywiście tym, że była niczym sztaba martwego metalu. Gosposia zdążyła już wyjść a on zjeść. I zastanawiał się co dalej począć z tym nowym dniem. Gdy usłyszał pukanie do drzwi. W ten charakterystyczny sposób dla kogoś z kultu. Gdy otworzył okazało się, że stoi tam bladolica milady o starannie ufryzwanych, czarnych włosach.
link: https://i.imgur.com/KS75wJk.jpeg
- Bonjour mon seigneur. - Dziś bretońska szlachcianka miała na sobie tak ciemnobordową suknię, że aż wydawała się czarna. A w końcu po śmierci księżnej-matki, wiele kobiet nosiło się na czarno na znak żałoby. A jakieś krzykliwe, barwne stroje uważano za niestosowne i gorszące. Pod tym względem żona tutejszego kapitana statku, dostoswała się do tych wymogów, chociaż barwa nie do końca czarna, i śmiały dekolt jaki ładnie podkreślał jej biust, świadczyły o pewnej dozie frywolności. I przywitała się z nim elegancko, jakby oboje byli bretońskim szlachcicami. A ten język był bardzo modny wśród imperialnej szlachty. Był językiem poezji, poematów rycerskich i sztuki. Dobrze wykształconym damom i kawalerom, wypadało go znać. Von Mannlieb jako rodowita Bretonka, była ponad tym a w jej mowie wciąż był wyraźny akcent. Nawet jakby chciała, nie była w stanie go ukryć. A zdarzało się, że imperialni próbowali go naśladować aby dodać sobie splendoru i wyrafinowania. Teraz szlachcianka poczekała aż gospodarz zaprosił ją do środka. I chociaż była tu po raz pierwszy, to w przeciwieństwie do Łasicy, potrafiła się powstrzymać od ostentacyjnego rozglądania się. Gdy ją teraz widział z paru kroków, to wyglądała tak elegancko i dostojnie jak dama z wyższych sfer powinna. A jednak ledwo trzy noce temu, widział ją jak partnerowała lady Odette w jej harcach przy Zachodnich Kamieniach. Jak razem z nią, chętnie dała się zasiać Dziedzictwem Oster. Czyli jeśli już nie urodziła czerwi to wciąż je musiała mieć w sobie. Poza tym w spiskowej rodzinie była znana ze swoich uległych preferencji. Gdy tak jednak stała dumna, czysta, wyperfumowana i elegancka, w ogóle nie było tego znać.
- Bardzo przepraszam Heinri, że cię tak nachodzę z samego rana. Sama też wolałabym jeszcze wylegiwać się w łóżku. - Zwróciła się do niego z uprzejmym, przepraszającym tonem. Rzeczywiście chociaż widzieli się wczoraj na śniadaniu u Pirory, to raczej ze sobą za bardzo nie rozmawiali. A teraz, wymówiła jego imię na bretońską modłę i obdarzyła go ciepłym uśmiechem.
- Ale rozmawiałam wczoraj z Pirorą. Podobno mam cię dziś odwiedzić z Petrą? - Uniosła swoje zadbane brwi jakby chciała sprawdzić czy ich wspólna koleżanka dobrze ją wprowadzła w temat. - Widzisz teraz wracam jeszcze do niej a potem jedziemy do Kamili. Musimy z nią ustalić parę rzeczy dotyczących teatru. No i jesteśmy ciekawe czy nasza ukochana Soria już wróciła. - Westchnęła jakby córka Soren była jej ukochaną jakiej nieobecność ją dręczy. Ale w rezydencji van Zee, mieszkała też Słowik Północy. - A później jedziemy do teatru. No i w teatrze zapewne będzie też Petra. A po południu podobno właśnie mam z nią przyjechać do ciebie. - Uniosła brwi jak wyjaśniła jaki ma plan tego nowego dnia. I o każdej z dam należącej do śmietanki towarzyskiej mówiła po imieniu, jak o koleżance równej sobie statusem. Co zresztą było prawdą.
- No i właśnie dlatego Pirora mi poradziła abym rozmówiła się z tobą osobiście. Czy życzysz sobie naszej wizyty? I czego po niej oczekujesz? Bo jeśli na przykład byś wolał zostać z Petrą sam na sam, to ja mogę poczekać w powozie a potem i tak poświadczyć, że między wami nie działo się nic niestosownego. - Uśmiechnęła się uprzejmie dając znać, że podobnie jak Pirora, starała się ułatwić Heinrichowi zrealizowanie planów wobec młodej córki profesora artylerii z Akademii Morskiej. Wazy od Fredy albo nie zauważyła albo dyplomatycznie udała, że jej nie dostrzega.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; Plac Targowy, ratusz
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)Marcus
Jako, że spokojnie spędził noc, to rano ekonomowi wstawało się całkiem lekko. Miał na świeżo wspomnienia z wczoraj i plany na dzisiaj. Poranną mszę. Ojciec Absalon nic się nie zmienił w swojej surowości. Matka Somnium, młoda, bladolica morrytka, była dla niego kimś nowym. Jak się dowiedział, przyjechała względnie niedawno, po tej zuchwałej kradzieży i zbezczeszczeniu świątyni morskiego boga. Zapewne była teraz najwyższą w hierarchii morrytką i jednym z najważniejszych kapłanów w mieście. Potem spotkli z Nadią Hermana Schustera. I przynajmniej Nadia wydawała się uznawać, że rokowało to dobrze, na ponowne przyjęcie Marcusa do załogi ratusza. Później Łasica zaprowadziła go do młodej szlachcianki z Averlandu, Pirory van Dyke. I zapoznała go z częścią nowego zboru. Chociaż póki rozmawiali przy śniadaniu z osobami jakie nie należały do spisku, to museli uważać na to co mówią. Jednak liczebnie dominowały tam młode, eleganckie damy, z samą lady Odette von Treskow. Marcus zdawał sobie sprawę, że skoro nie ma w sobie błękitnej krwi, to raczej trudno by mu było znaleźć się przy jednym stole na równorzędnych, koleżeńskich warunkach z tak znamienitymi osobami. Ale początek rozmowy jednak zdominowali nowi koledzy, Heinrich i Otto. Dopiero po śniadaniu, jak towarzystwo zaczęło się rozchodzić, to Łasica miała okazję dokładniej wprowadzić go w arkana nowej rodziny.
- Z tych co tam byli to tylko Kamila van Zee i Petra von Schneider, nie są od nas z rodziny. - Poczekała chwilę aby mógł to w myślach przetrawić. Oznaczało to, że zbór się znacznie rozrósł od czasu gdy wyjechał z miasta. A tego dnia podobno jeszcze sporo z nich nie było, z różnych względów. Dlatego w salonie młodej Averlandki, panowała taka rodzinna atmosfera. Prawie można było zdjąć maski kim się jest tak prywatnie.
- Zimą zastąpiłam Karlika. Silny oczywiście nie może tego zdzierżyć i cały czas kopie pode mną dołki. Nie tylko on zresztą. Ale jak widzisz, mamy sporo ciekawych koleżanek. No i lady Sorię. Ona jest wyjątkowa. Nie jest taką zwykłą śmiertelniczką jak ty czy ja. O nie. Jest wyjątkowa. No ale poszła załatwiać nasze sprawy za miastem więc jej nie było dzisiaj. Jak wróci to pewnie się poznacie. Widziałeś tą Arabkę? To lady Layla. Wężowa kapłanka. Czci ją jak boginię. Płynęła za snami o niej z dalekiego południa aż tutaj. Jest kapłanką wężowej bogini. Nie do końca wiem czy to Sorię uznaję za tą boginię, jej matkę czy jeszcze kogoś innego. Nie mówi po naszemu. Ale po bretońsku i estalijsku już tak. Więc się dogaduje z niektórymi z nas. A w ogóle to uważaj na sny. Siostry zsyłają sny. Przemawiają do nas w ten sposób. Nie zawsze idzie zrozumieć o co chodzi w tych snach i często dopiero jak cię sytuacja walnie w twarz to sobie przypominasz, że to ci się śniło. Ale trzeba mieć baczenie na sny. Słyszałeś co ta ślicznotka w czerni gadała z ambony? No. Innym też się śnią te sny. Czasem tak możemy spotkać kogoś do kogo Siostry przemawiają bardzo wyraźnie. Ale do większości chyba nie. Oby. Tego brakowało aby rozgryźli to co my. Starszy i Merga mówili, że inni też mają te sny od Sióstr ale jak nie znają legendy o Czterech Siostrach i nie wiedzą nic o nich, to powinni mieć mniej zrozumiałe. Ale wszyscy jesteśmy śmiertelnikami i wszyscy jesteśmy na nie podatni. Mniej czy bardziej. O to właśnie chodzi. Musimy je sprowadzić z powrotem. A, żeby to zrobić trzeba odnaleźć różne artefakty i miejsca jakie po sobie zostawiły. Część już mamy. Byłeś na “Adele” to widziałeś pomnik Soren. To ona. Jedna z Czterech Sióstr jakie chcemy sprowadzić. Lady Soria jest jej córką. Rozumiesz? Ona chodzi po tym świecie od czasu gdy ją spłodziła czcigodna Soren. Wieki temu. Podobno jeszcze przed Sigmarem. Ale wygląda jak człowiek. I różne rzeczy robimy. Egon z Norsmenami odkryli jakiś pradawny grobowiec czarownika co służył Siostrom osobiście. I właśnie znów tam poszli, dlatego ich nie ma. Jakieś coś od Vesty, to ta od Zmieniacza Dróg, ma być na zachodzie, na Diabelskich Bagnach. Ale to olbrzymi teren więc po omacku nie ma co tam leźć. Jednak w lochach Akademii jest jakieś magiczne światełko co może być przewodnikiem. No ale podobno potrafi ludziom wybuchać głowy. Więc niezbyt mi śpieszno aby tam zaglądać. Ale, żeby Tobias i reszta mądralińskich nie gderali to razem z Burgund zatrudniłyśmy się tam jako modelki dla galionow. Prezentujemy tam swoje górne wdzięki aby młodzieńcy i damy mogli łatwiej zaprojektować cycate galiony. Ale to tak oficjalnie. Nie oficjalnie to będziemy starały się tam rozejrzeć czy da się jakoś wydostać to magiczne światełko z tych lochów. No i są jeszcze muchy. Muchy Oster. To ta Siostra od Ojczulka. Jak wsadzisz w człowieka jaja tych much, to jak się wylęgną to będą atakować ludzi. Ale brzuch kobiety jest dużo wydajniejszy w rodzeniu tych przeklętych robali więc to głównie na nich skupia się hodowla. I niektóre to nawet to lubią. Ja w ogóle. A plan jest taki aby w kluczowym momencie nasłać te muchy na naszych wrogów. Więc potrzebujemy ich dużo, jak najwięcej. No i są jeszcze orgie ze zwierzoludźmi. Spotkałyśmy ich przypadkiem jak wyciągnęliśmy ten alabastrowy posąg Soren co widziałeś w “Adele”. No i udało nam się podtrzymać znajomość, że tak powiem. Spotykamy się z nimi mniej więcej raz w tygodniu. Za miastem oczywiście. Wiadomo na co. Tego dnia co wróciłeś to właśnie mieliśmy nocne swawole z nimi. Jak jesteś chętny to następne będą za parę dni. Pewnie jakoś po Marktag. No a poza zabawą, to się okazuje, że można z nimi robić interesy. Bo nie wszyscy co tam z nami przychodzą to są po to aby się chędożyć. - Tak, wczoraj po śniadaniu Łasica poświęciła sporo czasu aby go wprowadzić nie tylko w oficjalną twarz kultu. Ale też różne plany zboru jakie oplatały to miasto i okolice. Za jednym razem zapewne nie dało się omówić wszystkiego ale jednak już dało niezły obraz w różne poczynania kultu. Jednak dało się wyczuć między wierszami, że liczy na to, że Marcus wesprze rodzinę w tych różnych projektach. Ale na razie nie wywierała na nim presji i dała mu czas aby się oswoił z tym wszystkim.Ale to było jeszcze wczoraj, w kamienicy Pirory van Dyke. A dziś rano musiał udać się do ratusza. W końcu Schuster mówił mu wczoraj, że do południa powinien być w swoim biurze ale później to Marcus może go tam nie zastać. Dziś rano pogoda była ładna ale wiatr był dość mocny. Bez trudu trzepotał bufiastymi rękawami i płaszczami, gałęzie grubości ludzkiego ramienia kołysały się do jego rytmu. Co sprawiało wrażenie, że jest dużo chłodniej niż by wskazywało słoneczne niebo. Tu, nad samym morzem, jednak to była norma. W końcu ekonom stanął na Placu Targowym, przed frontem ratusza. Ostatni raz był tu prawie rok temu. Od razu wychwytywał podobieństwa i różnice. Właściwie za bardzo się tu nie zmieniło.

link: https://i.imgur.com/kDDukJY.jpeg
Ten sam budynek z czerwonej cegły, w formie małego zamku. Wysoko umiejscowione, wąskie okna sprzyjały obronie. Z charakterystyczną smukłą, kwadratową wieżą przy jednym z rogów budynku. Gdy wszedł do środka i rozejrzał się, to sam główny układ recepcji się niewiele zmienił. Chociaż za biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku jakiego nie znał. A więc i tamten nie znał Marcusa. W środku było dość gwarno. Co chwila ktoś wchodził do środka albo przechodził z drzwi do drzwi. Dawniej, gdy tu pracował, to po prostu poszedł by schodami na górę, do swojego biura. Nadia i Schuster też powinni mieć swoje na piętrze.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)Otto
Tego poranka, jednookiemu mnichowi, wstawało się dość lekko. Co prawda wczoraj na prywatnym spotkaniu z czwórką muszych matek się nie oszczędzał, tak samo jak one. Ale to był dość wczesny Festag więc do wieczora zdążył wystarczająco odpocząć i nabrać sił. Szczęśliwie ta grupka kobiet dobrze się dopasowała do siebie i swoich niecodziennych preferncji. Chociaż zapewne większość społeczeństwa uznałaby je za ohydne i skazała na potępienie a całkie możliwe, że straszny koniec. Tym się jednak wczoraj we własnym gronie nie przejmowali. I chociaż dwójka kobiet należała to śmietanki towarzyskiej tego miasta, jedna była z rodziny solidnych rzemieślników z dobrą reputacją to Laura była zwykłą ladacznicą z zamtuza. A mimo to wszystkim przypadła do gustu robacza ciąża jak i zabawy z pełzającymi po nich “przyjemniaczkami”. Nawet rano Otto pamiętał widok podskakujących nad sobą jędrnych piersi lady Odette gdy go ujeżdżała. Albo klęczącą przy swoim przyrodzeniu Laurę jaka posyła mu psotne oczko. Czy Teofano co za namową bardziej doświadczonych koleżanek chciała spróbować jak to jest mieć mężczyznę z tej tylnej strony więc się wdzięcznie wypięła ku niemu. Albo Fabienne gdy wulgarnie leży na plecach, z czerwiami na brzuchu i piersiach wzywa go gestem palca aby ją posiadł. A przecież jeszcze były zabawy dziewcząt między sobą. Słowik Północy bardzo chętnie przypięła sobie do bioder zabawkę jaką przyniósł i z werwą zapewniała ich wspólnym kochankom kolejne pokolenia czerwi jakie za parę dni czy tydzień miały wyjść z nich na świat. Teofano oswoiła się już z tym, że szlachcianka jak chciała to mogła jej usługiwać tak jak zwykle tego wymagało od Margo. Laura zresztą też przypięła sobie do swoich bioder bardziej standardową zabawkę i demonstrowała wszystkim jak bezkompromisowo potrafi chędożyć szlachcianki i to ze sławną diwą włącznie. A bretońska milady z lubością pozwoliła się wziąć trzem swoim koleżankom na raz i to z całkiem różnych stron. I chociaż to było wczoraj to jeszcze dziś Otto miał z tego miłe wspomnienia gdy wstawał w swoim skromnym mieszkaniu i szykował się na kolejny dzień. Niebo było słoneczne ale przez okno widział jak wiatr poczyna sobie całkiem śmiało. Ale to jeszcze nie wszystko co się wczoraj wydarzyło w pokoju za zamkniętymi drzwiami. Mieli poród. Nie ten z przyjemniaczkiem skrytym w łonie Laury i Odette jakie tam je umieścili. Z tego też towarzystwo miało sporo zabawy. Ale prawdziwy poród.
Zaczęło się od jęków rozkoszy prowokująco wypiętej Bretonki. Laura właśnie demonstrowała Teofano jak się zakłada takie cwane zabaweczki do bioder, aby kobieta mogła się choć trochę zabawić jak mężczyzna. Te jęki jednak zwróciły ich uwagę.
- One chyba wychodzą. - Wysapała zdyszana szlachcianka. Co wywołało chwilową konsternację u koleżanek.
- Czujesz to? Jak idą w dół? Do wyjścia? Pokaż gdzie je czujesz. - Laura co na razie jako jedyna z ich trójki przeżyła taki poród podeszła do łóżka aby przyjrzeć się bliżej. Dłoń czarnowłosej spoczyła na jej nagim łonie. I sunęła w dół do wyjścia. - Ona rodzi. - Ladacznica ubrana w już mocno podarte pończochy, przypiętą zabaweczkę i ślimacze ślady robaczego śluzu, popatrzyła bystro po towarzystwie.
- Otto! Zobacz! Tak jak wczoraj u Margo! - Teofano zawołała pokazując palcem na wyeksponowane łono Bretonki. Ale mnich też widział lepkie nitki jakie stamtąd ściekały. W pewnym momencie nawet trysnęło i trafiło w kolana aktorki.
- Naprawdę? Fabi rodzi? To takie ekscytujące! To co teraz robimy? - Śpiewaczka odłożyła czerwia na łóżko i też podeszła do goścnnie wypiętego kuperka swojej przyjaciółki.
- Myślę milady, że mamy okazję zabawić się tak jak wtedy w teatrze. Tylko wtedy ja byłam na górze. - Laura nie straciła głowy i posłała aktorce uprzejmy uśmieszek. Pozwoliła aby ich trójce wróciła pamięć do pierwszego spotkania na piętrze teatru parę dni temu. Miodowłosa rozpromieniła się.
- No tak! To wspaniały pomysł Lauro! - Ucieszyła się i szybko usiadła przy boku łóżka, tak aby się znaleźć pod sterczącymi nogami czarnowłosej przyjaciółki. Jakby powtórzyć tamten scenariusz to robak powinien wypaść prosto na twarz czekającej milady. I właściwie tak się stało. Ale nie do końca. Z łona Fabienne w końcu pojawił się czerw. Najpierw sama końcówka. To jeszcze wyglądało podobnie jak wczoraj u Margo. Jednak ten rósł i rósł. Gdy wydostał się i był już taki jak te duże a jeszcze nie widać było końca. Zarówno Odette jak i dwie koleżanki wyglądały na zdumione. Tak bardzo, że gdy w końcy musza larwa wypadła z łona matki to trafiła na czekającą twarz miodowłosej. Ta jednak była tak zaskoczona, że nie zrobiła nic i robak spadł na dół, między jej nogi. Teraz dopiero było widać jego rozmiar.
- Jaki wielki. - Odette wyszeptała zdumiona, patrząc na obły, lepki kształt jaki porusza się między jej łonem a udami. Wydawała się niezdolna do żadnego ruchu.
- To one mogą być takie duże? - Niezbyt było wiadomo kogo pyta cukiernik. Ale spojrzała najpierw na ladacznice a potem na mnicha.
- Ja nie widziałam takich dużych. Te moje są mniejsze. Z połowę mniejsze. A ten to wygląda jak dorodny szczupak. - Miała rację co do wspomnianego, rzecznego drapieżnika. Czerw może nie osiągał jego górnych rozmiarów ale już byłoby czym się pochwalić i ryba tej wielkości byłaby ozdobą na stole.
- Jak on się w tobie zmieścił Fabi? - Odette wreszcie odzyskała zdolność mówienia i teraz szok zaczynał ustępować miejsca fascynacji. Ostrożnie dotknęła czerwia jaki badał nowe dla siebie środowisko.
- Idzie następny. - Wyjęczała wciąż wypięta Bretonka. I tak było. Też urodziło kolejnego robaka tych samych rozmiarów. Ale tym razem już zaskoczenie było dużo mniejsze. To było na tyle. Dwie sztuki ale tak ogromnych to jeszcze nikt się nie spodziewał. Przy tych dwóch, wszystkie jakie widzieli dotąd, wydawały się maluchami. A to jeszcze nie było ostatnie słowo lady Fabienne. Bo zapewniała ich, że wciąż czuje inne w sobie więc zapowiadały się kolejne porody. A ona sama bardzo chętnie dała się zasiać ponownie.---
Otto i Silny
Gdy już było po wszystkim, i szanowne damy z towarzystwa znów wyglądały jak na szlachcianki przystało to zaczęli się żegnać. Teofano prosiła aby nie przychodził z samego rana bo jak zwykle mają urwanie głowy no i ojciec jeszcze będzie. Koło dziewiątego dzwonu pwinno być w porządku. No i jakby przyniósł nową porcję jaj to można by znow Margo zasiać. Lady Fabienne przygarnęła Elke do swojego powozu. I obiecała jej pokazać swoją rezydencję i porozmawiać czy chce u niej służyć. I jeszcze zaproponowała Henrichowi podózkę bo też już szykował się do wyjścia. Potem Otto poszedł do mieszkania Silnego ale go nie zastał. W knajpie też nie. Więc pewnie jeszcze nie wrócił do miasta. Jako, że mięśniak był analfabetą to nie było sensu mu zostawiać wiadomości na piśmie. Ale mnich mógł przekazać barmanowi w knajpie, że go szuka. Jak się okazało, łysol znalazł go szybciej niż się spodziewał.
- A dokąd to braciszku? Nie strach tak samemu chodzić po ulicach? Różne rzeczy mogą się przytrafić jak się samemu szewnda. - Wiatr był tak mocny jak wyglądał przez okno. Co się dało odczuć, zwłaszcza jak wiał w twarz. Przy okazji oślepiał. Więc w pierwszej chwili mnich nie rozpoznał zwalistej sylwetki jaka stała oparta o narożnik kamienicy. Dopiero po głosie rozpoznał, że to ich zakapior z kultu. Chociaż łysy miał na tyle poczucia humoru, że zagaił go jak pewnie zwykle to robił do swoich ofiar zanim przeszli do czynów. Teraz odkleił się od ściany i podszedł do kolegi z tajnej rodziny.
- Słyszałem, że mnie szukasz. No co tam? - Jak zwykle nie bawił się w konwenanse tylko od razu przeszedł do rzeczy. Mogli pogadać po drodze do hospicjum. Bo chociaż Otto już umówił się całkiem solidnie na wizytę u Lebkuchenów to jednak przecież pełnił posługę w przytułku dla ubogich i ciężko chorych. Musiał jeszcze wymyślić jakiś powód aby się lada chwila urwać ze służby. No chyba, żeby to zignorował i od razu poszedł do cukierników. Ale wtedy musiałby się z tej nieobecności tłumaczyć później lub jutro.---
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Warsztatowa 36; kamienica Lebkuchenów
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)Otto i Teofano
Początek wizyty wyglądał podobnie jak poprzednio. Najpierw front kamienicy z cukiernią. Na wystawie były takie słodkie cuda i dochodziły takie aromaty, że ślinka sama ciekła do ust. Nic dziwnego, że kapitanowie, oficerowie a nawet szlachta, lubowali się w tych słodkościach i często kupowali je jako podarki. Przez szybę mnich dojrzał ruch w środku. Kolejkę czekających kilentów i ekspedientki. Teofano miała rację, że raczej te dwie czy trzy jakie widział to były młode i gibkie. W sam raz jako przyjemna dla oka, ozdoba do słodkości jakie serwowały. I tak trafił, że córka cukierników też tam była i dojrzała go. Uśmiechnęła się do niego promiennie i dała mu znak aby poczekał. Po chwili wyszła na zewnątrz. Wyglądała jak na mieszczkę z dobrego domu przystało. Ale jak na rzemieślników, to jej rodzice osiągnęli wyżyny tego co możliwe jak się nie jest szefem gildii albo szlachcicem. To i stać ich było aby siebie i swoją rodzinę ubrać całkiem przyzwoicie. Chociaż oczywiście to nadal nie był poziom w jakich lubowali się błękitnokrwiści. Młoda cukiernik widać było po oczach i uśmiechu, że przywitałaby się z kochankiem szczerzej i cieplej ale tak publicznie, na ulicy przed własną cukiernią, to tylko grzecznie skinęła mu głową jak osobie duchownej wypadało.
- Witaj bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Cieszę się, że przyszedłeś. - Zatrzymała się i skromnie złożyła dłonie. Z białym czepkiem na głowie wyglądała jak wzór młodej, pracowitej mieszczki, dumy swoich rodziców i nazwiska. Nagle jednak przygryzła wargę i jakby biła się z myślami. Zrobiła ruch dłonią w stronę brzucha ale w połowie przekierowała ją aby poprawić kosmyk brązowych włosów jaki wysunął się spod czepka. - Czuję jak się ruszają. Bardziej niż wczoraj. Lady Fabienne miała rację. To z każdym dniem jest wyraźniejsze. - Westchnęła jak zakochana dziewczyna mówiąca o swoim wyśnionym narzeczonym. Wzięła się jednak w garść, przełknęła ślinę i gestem głowy dała znać aby stanął bliżej bo chce mu coś pokazać w cukierni. Ale starała się wyglądać, że chodzi o te apetyczne wypieki na wystawie.
- To jak już tu jesteś to zobacz. Tamta blondynka w brązowej sukni. To właśnie Gela, ta co ci mówiłam. - Dyskretnie wskazała mu na jedną z ekspedientek jakie sprzedawały różnorodne ciasta, eklery, babki i pierniki. Dziewczyna też miała biały czepek jak Teofano i wszystkie ekspedientki. Ale chyba akurat któryś z klientów coś do niej mówił, bo odwróciła się do niego więc i w stronę wystawy.
link: https://i.imgur.com/JVMZr7h.jpeg
- No i właśnie o niej myślałam. Nie wiem czy moja matka ma z nią romans czy nie. Z Margo to domyślałam się od dawna a jak sama ją zaczęłam to też mi się przyznała. No ale z Gelą to nie wiem. Wesoła dziewczyna, więc dziewicą to na pewno nie jest. Ale z drugiej strony nie słyszałam aby coś z dziewczynami próbowała. I zastanawiał się jak ją ugryźć. Mogę ją wezwać i kazać coś zrobić albo ją zwolnię. Gdzie znajdzie taką dobrą pracę? Najwyżej kelnerką w tawernie albo sprzedawczynią w zwykłym sklepie zostanie. To nie to samo co cukiernia Lebkuchenów. No albo mogę ją wezwać i być miła. Ale nie wiem czy wtedy będzie mnie chciała. No wobec matki to pewnie by była bardziej skłonna do współpracy. Albo wobec mnicha. Sama nie wiem. - Szybko przedstawiła jakie ma plany wobec młodej, urodziwej sprzedawczyni. Jednak były one jeszcze dość mgliste. I nie była pewna jak z nią postąpić. Odeszła kawałek w bok, w stronę wejścia do mieszkalnej części kamienicy. Wtedy nie było ich widać z okna cukierni. A po chwili aby się schronić przed irytującym wiatrem weszła w półmrok klatki schodowej.
- A moja matka czeka na ciebie. Jak zapukasz to pewnie otworzy ci Margo. Powiedziałam jej, że ma cię słuchać i robić co jej każesz. Ale lepiej aby została w mieszkaniu na wypadek gdyby jednak ojciec wrócił wcześniej. Gdyby wrócił to będzie go bardzo głośno witać abyście z matką ją usłyszeli. A jak masz jaja to możesz ją zapłodnić w wolnej chwili. Nie będzie się opierać. Zresztą jak chcesz to mogę iść z tobą na górę. Tylko na chwilę bo będę musiała wrócić do cukierni. - Szatynka mówiła cichym ale szybkim i zdecydowanym głosem. I wydawała się być pełna gorliwości aby ułatwić Otto prywatne spotkanie ze swoją matką, tak bardzo jak tylko mogła. Nawet pokojówkę wtajemniczyła w ten spisek i pozyskała dla tej sprawy. -
Włócznia. Tak, nie było żadnych wątpliwości. Egon, powstawszy na równe nogi, przeczesywał swą pamięć w jak najdalszych zakamarkach i mamrotał pojedyncze słowa, żeby nie zapomnieć o tym. Czy powodem tego snu był kieł Gonsara? Niewątpliwie… Egon miał wrażenie, że ów kieł był jakimś rodzajem guślarskiego przewodnika, który łączył Egona i samego Gonsara i to przezeń on przemawiał do niego.
Owszem, Egon zamierzał znaleźć włócznię. Teraz na pewno… Ale najpierw, interesy. Być może Gonsar, doprowadzony wreszcie do stanu używalności przez galony krwi, będzie mógł w zwykłych słowach rzec, gdzie może byc włócznia? W takim razie Egon musiał iść naprzód i czym prędzej dostarczyć świeżą krew dla Gonsara! Wyprawa łupieżcza zatem nabierała dodatkowego znaczenia.
~
Egon szedł czas jakiś drogą. Rozbudziwszy się już całkowicie, Egon zrozumiał, że jego zadanie zapewne będzie wymagało od niego paru dni wysiłku, toteż potrzeba było się należycie zaopatrzyć na szykującą się wyprawę, kiedy tylko okaże się, że w istocie uda im się złapać okazję i kogoś, kto będzie chciał się przeprawiać na tym odcinku rzecznym.
Za dobrą monetę przyjął słowa Łasicy - najemników mogło być trzech, on, Lars i Gezackt i być może ze dwóch innych wojów, pozostali zaś zakwaterują się na przeprawę w charakterze pasażerów, to łatwiej będzie kupcowi zaakceptować najemnych zbirów.
– Tylko pamiętajmy, że się rozdzielmy – rzekł wtedy na te słowa. – Najpierw pójdą ludzie za pasażerów, bez broni. Potem pójdziemy my i powiemy, że jesteśmy najmusami. Zapłacić możemy nawet i podwójnie, ha, przecież i tak pieniądze odzyskamy… – krzywy uśmiech wstąpił na oblicze gladiatora.
- No właśnie. Bo jak macie inne zamiary niż zarobek za najem albo dostać się rzeką do Saltmundu to się zmieniają priorytety nie? - Łasica zaśmiała się wesoło i sięgnęła po drewniany kufel aby się stuknąć z kolegami.
- Jak dla mnie może być. Grunt abyśmy jako grupa, znaleźli się na tej samej łajbie. Bo we dwóch czy trzech to trudno będzie nią żeglować, nawet jeśli wszystko inne pójdzie gładko. - Lars po chwili namysłu, przystał na taką modyfikację planu.
- Wiem! To ci pasażerowie to by mogli być moją świtą! A ja bym była jako wielka pani co chce popłynąć do stolicy prowincji. - Brwi Astrid wystrzeliły do góry, gdy nagle podzieliła się z towarzystwem pomysłem na jaki właśnie wpadła. - Właściwie to nawet bym chciała zobaczyć Saltmund. Podobno tu w Imperium macie ogromne miasta. No i jeszcze do tych kurhanów na południu bym chciała. Kto wie? Może wciąż tam czekają na odkrycie skarby, potwory do usieknięcia, przygody do przeżycia i romanse z amantami? - Córka jarla dała się ponieść swojemu zamiłowaniu do materiału na nową sagę z jaką zamierzała wrócić w swoje rodzinne strony.
- Nie tylko w Imperium są wielkie miasta. Languille w Bretonii, Erengrad w Kislevie czy Marienburg to też nie jest wioska. Właściwie to południowcy mają sporo tych dużych miast. - Lars co już miał nieco siwych włosów w brodzie i dużo większe doświadczenie w pdróżach morskich i lądowych, pozwolił sobie na korektę do jej słów.
- Romanse z amantami nie są złe. Ale nie ma jak romans z gorącą ladacznicą. - Łasica zaśmiała się rozbawiona uwagą Norsmenki a z kolei jej słowa, rozbawiły towarzystwo.~
- A kogo widzą moje piękne oczy? - Usłyszeli męski głos gdzieś z boku. A gdy tam spojrzeli, okazało się, że to ten gruby Hubert. Główny dostawca kostiumów i dekoracji do teatru a poza tym właściciel dobrze prosperującego sklepu z ubraniami gotowymi i szytymi na miarę. Ruszył w ich stronę z jowialny uśmiechem. Właśnie wyszedł z jakiegoś sklepu albo warsztatu. Ostatni raz widzieli się na zapleczu teatru, podczas prywatnej orgii jaka się tam odbyła.
- Cóż porabiacie moi drodzy o tak wczesnej porze? - zagaił do nich gdy się z nimi zrównał. Popatrzył z zaciekawieniem na każdego z nich.
– Witaj, Hubercie – rzekł Egon. – Szukamy luda, co chcą się przeprawić w górę rzeki do Salzenmund, gruby interes się szykuje.Egon rzekł pokrótce, zgodnie z prawdą, co zamierzają zrobić, ale też w szczegóły nie zamierzał go wtajemniczać. A przynajmniej - nie od razu.
- Co ty nie powiesz przyjacielu. Gruby interes? W górę rzeki? Muzyka dla moich uszu. Jestem człowiekiem interesu. - Grubas uniósł do góry brwi i mimo swojej nalanej twarzy, spojrzał na gladiatora bystro jak hart co zwietrzył świeżą posokę uciekającej zwierzyny.
- Szukamy łajby jaką można by ruszyć w górę rzeki. No ale jest nas trochę więcej niż nasza czwórka a i na czasie nam zależy. - Lars nieco doprecyzował słowa kamrata o co dokładniej się rozchodzi. Wskazał też gestem na ich grupkę do jakiej kupiec podszedł.
- No tak, im większa grupa tym trudniej znaleźć transport. Ale przecież co chwila jakaś barka rusza w górę rzeki. Na pewno coś znajdziecie. Jak wiecie, ja się zajmuję handlem i krawiectwem na miejscu. Ale sprowadzam narzędzia i półprodukty z Saltmundu to co jakiś czas korzystam z usług rzeczniaków ale nie mam takiej śmiałości aby mówić, że znam to środowisko na wylot. - Hubert pokiwał swoją byczą głową na znak, że rozumie trudność z załapaniem się na statek większej grupy ale samo to nie wydawało mu się zbyt dużym problemem. Ale widać, że dalej zerkał na nich czujnie czy to na tym ma właśnie polegać ten interes o jakim wspomniał Egon.Egon, stwierdziwszy, że skoro już i tak spotkali się wcześniej i widział, jakież to cuda wyprawiał Mistrz Hubert z Adrienne, to znaczy, jakież to według myśli zwykłego ludu bezecne rzeczy i za co Hubert mógł zostać skazany jako kacerz, wojownik skonstatował, że skoro ten upiera się, by mu wytłumaczyć, to pofolguje jego ciekawości. A i wspomnienia Adrienne, która oddawała się z takim zapamiętaniem wprawiły go w dobry humor.
– Chcesz, to ci rzeknę, w czym rzecz – rzekł Egon. – Ale wejdźmy może w jakie bardziej ustronne miejsce, nie chciałbym, żeby zoczył nas przypadkiem. Wszak wiesz, że w Neues Emskrank wielu ludzi… Nasłuchuje – powiedział, mając na myśli oczywiście szpicli inkwizycji.
- Ah tak. - Kupiec popatrzył uważnie na gladiatora. Po czym rozejrzał się po ulicy. Na razie chyba nikt nie zwrócił na ich grupkę uwagi. Jednak akurat on niezbyt pasował wyglądem do ich czwórki. Wybijał się swoimi barwnymi ubraniami jakie ogłaszały, że powodzi mu się w życiu i do biedaków nie należy. - No dobrze. To was zapraszam przyjaciele do mojego sklepu. Porozmawiamy na zapleczu, z dala od wścibskich oczu. Tylko was proszę abyście weszli od podwórka. Po co ktoś ma widzieć nas razem? - Zaproponował wskazując w stronę Placu Targowego.
- Wiem gdzie to jest. Jak chcecie to mogę was zaprowadzić. - Burgund pokiwała głową na znak, że może znów robić za przewodniczkę, jeśli koleżanka i koledzy, zgadzają się na propozycję kupca.
– Chodźmy, chodźmy – Egon skinął głową parę razy i już bez zbędnych ceregieli maszerował w miejsce, gdzie wskazała Burgund.---
Może pół pacierza później, łotrzyca o burgundowych włosach, zaprowadziła ich do jakiejś furtki w ogrodzeniu. Była zamknięta tylko na haczyk, więc nie stanowiła żadnej, realnej przeszkody dla dziewczyny z ferajny. Weszli na podwórze, znacznie lepiej zachowane niż to mini bagno jakie miał u siebie Sigismundus. Ale jednak nie był to zadbany ogród jaki na zapleczu swojej rezydencji miała von Mannlieb. Przeszli przez nie i przewodniczka zastukała do tylnych drzwi. Po chwili otworzyły się i stanęła w nich Oksana.
- Wejdźcie. Hubert mówił, że możecie przyjść. - Dwukolorowa główna krawcowa tego przybytku, odsunęła się aby wpuścić ich do środka. Poczekała aż wejdą i zamkną drzwi nim poprowadziła ich w głąb zaplecza sklepu. - Właśnie uczyłam właściwych manier nową dziewczynę. Jest za mało uprzejma dla naszych klientów a przecież to często są ludzie z wyższych sfer. - Uśmiechnęła się krzywo i wskazała na drzwi jakie mijali. Przeszła jednak dalej do kolejnych. Gdy je otworzyła, ukazał się gabinet z ozdobnym, masywnym biurkiem z ciemnego drewna. Za nimi siedział równie wielki gospodarz.
- A! Już jesteście przyjaciele. Wejdźcie, proszę, siadajcie. Napijecie się czegoś? - Grubas zachowywał się naturalnie i jowialnie. Wstał i wskazał na dwa ozdobne krzesła przed swoim biurkiem. Ale dwie osoby musiały albo stać albo usiąść na sofie pod ścianą.
– Piwo może być, jak masz – rzekł Egon, który rozglądał się ciekawie po pomieszczeniu, w którym się znalazł.Egon bowiem nie przypominał sobie, żeby wcześniej zdarzało mu się przebywać w tym miejscu. Może… Może był tu kiedyś z Silnym? Ale nie. Jeśli kiedyś był u Huberta, to może jeno bywał w tych okolicach, ale z pewnością nie było go właśnie tutaj.
Usiadłszy, Egon przeszedł od razu do meritum:
– Spytałeś, jakie to interesy będziemy robić, to ci powiem, boś jest jeden z naszych, a i żeś pannę Adrienne dobrze sprawił – tu Egon przypomniał sobie pełne rozkoszy jęki dziewki z wcześniej. – Jest tak: wyprawiamy się na łupieżczą rejzę, żeby przejąć jeden z korabi, które pływają w górę rzeki.
– Pewnie żeś słyszał o rzeczy, jaka kroi się na jednym odcinku rzeki, w stronę Salzenmund. Na krypy ktoś się zasadza i ponoć morduje wszystkich jak leci, a te zostają na rzece samopas. Musisz przeto wiedzieć, że my szukamy statku, czy to kupić, czy to przejąć i tak żem z mymi kamratami uradził, że zatrudnimy się jako najemnicy, żeby obronić jeden statek, a potem go przejąć.
– Musisz wiedzieć, że nam zależy na przejęciu korabiu, a to dlatego, że będziemy łupić brańców wzdłuż wybrzeża – ciągnął Egon. – Mamy kupca, który płacić będzie złotem za każdego dostarczonego, ale żeby spełnić nasz cel, trza będzie łapać ich, ilu wlezie, niby psich na ulicach Altdorf – zakończył Egon, który, oprócz perspektywy sprzedaży brańców Munirowi, miał z tyłu głowy opłacenie Gezackta, kupienie pancerzy i broni dla Gnaka, zasilenie tronu nieumarłego czarownika, czy wreszcie dostarczenie dziewek na hodowlę jaj Oster. – Sukces wzmocni nas po wsze czasy. Dziś rozglądaliśmy się z kimś, kto szuka ochrony na rejs.
- No to rzeczywiście grubszy interes przyjacielu. - Grubas pokiwał z uznaniem głową ale widać było, że jest nieco zaskoczony takim pomysłem. - Wino mam i nalewki. Ale Oksano moja droga, weź przynieś to piwo z magazynu. - Zwrócił się do swojej asystentki a ta pokiwała swoją dwuklorową głową i wyszła z gabinetu. Zaś póki co gospodarz rozlał do kubkow wino albo nalewki. Po czym wrócił za biurko i usiadł aż krzesło skrzypnęło pod jego wielkim ciężarem.
- Ha! To spodobała ci się nasza Adrienne? - Zaśmiał się triumfalnie jakby wziął słowa gladiatora za komplement. - A taka niewinna była jak ją poznałem. Buzi dać, może położyć się na plecach i poczekać aż kochanek wszystko zrobi. Ale widzialem w niej ptencjał. No i to ciało! Jest za co złapać z przodu i z tyłu i na czym oko zawiesić. Buzia i nogi też ładne. Ale tak na początku musiałem działać z rozwagą. Bo do buzi nie, z tyłu nie, z kobietą nie, we trójkę nie… A widzieliście w teatrze co teraz nasza słodka Adrienne potrafi? - Nie mógł się powstrzymać aby się nie pochwalić swoim sukcesem na polu przeciągnięcia zwykłej pracownicy ratusza na wyuzdaną kochankę.
- No było na co popatrzeć. Aż miałam ochotę ją spróbować no ale ten wasz Bjorn mnie dorwał na korytarzu, ledwo dałam radę zaciągnąć go do schowka na szczotki. A na piętrze to nawet nie byliśmy. - Burgund zaśmiała się jakby też miała miłe wspomnienia z wieczoru w teatrze. Grubas przywitał to z rubasznym śmiechem i kiwaniem głową.
- Tak, ty przyjacielu oddałeś swoje pierwszeństwo do niej tym szlachciankom. Ale nie bój się, jeszcze będziesz miał okazję spróbować naszej Adrienne. A one też były z niej zadowolone to chyba i tobie powinna dogodzić. - Hubert spojrzał na Egona dając znać, że pamięta ich rozmowę z zeszłego tygodnia. - No ale wróćmy do interesów. Mówicie korab na rzece chcecie przejąć? I brańców brać? - Wziął swój kielich, pokręcił nim jakby smakował aromat wina ale może musiał się zastanowić.
- No i dlatego jest nas trochę więcej niż tutaj. Sam rozumiesz, że nie wiemy jeszcze z kim byśmy mieli walczyć a im nas więcej tym lepiej. No i potem trzeba jakoś tą krypą sterować jak już ją opanujemy. - Lars dodał jeszcze od siebie ten jeden element. Kupiec pokiwał głową ale miał zamyślony wyraz twarzy.
- Tak, słyszałem, że są jakieś trudności na tej rzece. O ile wiem, nie wszystkie statki są atakowane bo to by całkiem ruch zablokowało a jednak codziennie jakaś barka wypływa od nas albo wraca z Saltmundu. Ale jednak utrudnia to transport w obie strony i podraża towary sprowadzane z głębi lądu czyli podraża mi produkcję. Innym kupcom też. - Podniósł wzrok na swoich gości i widocznie coś już słyszał o tej sprawie ale raczej bez szczegółów.
- No cóż, przyjaciele. Ja statku nie mam aby wam użyczyć. Ale mimo to myślę, że możemy sobie pomóc nawzajem. - Grubas uśmiechnął się chytrze na swojej nalanej twarzy. - Bo wam jak rozumiem, obojętne na jakim statku byście popłynęli w górę rzeki? - Zagaił jeszcze pytaniem do swoich gości.Egon żywo spojrzał na Huberta, którego nie przeczuwał, że może im w jakiś sposób pomóc - ot, wojownik spodziewał się, że wejdzie do sklepu i wypije po kuflu piwa i odejdzie w swoją stronę. Wyglądało na to jednak, że ten tutaj zdawał się być całkiem nieźle sytuowany.
– Krypa może być dowolna – Egon przyznał, kalkulując swoje opcje. – Jeśli będzie jeno nadawała się na rzekę, to sprzedamy ją i kupimy lepszą. Jak będzie nadawała się na otwarte morze, to i może byśmy sami się nią posłużyli… No. A i przecież też będzie trzeba ją gdzieś ukryć na czas tego wszystko, rozumiesz.
I powrócił do pytania Huberta:
– Ale dobrze zgadujesz. Jaka to krypa będzie, znaczenia nie ma, byleby można ją było sprzedać albo samemu jej potem użyć.
- Kto wie? Jak wam bogowie będą sprzyjać to może nawet uda wam się pozyskać łajbę za darmo, bez wysiłku i całkiem legalnie? - Grubas uniósł brwi i uśmiechnął się chytrze. A jego słowa wzbudziły zaciekawione spojrzenia, zwłaszcza Larsa.
- Jakże to? - Zmarszczył brwi jakby nie spodziewał się, że to może być aż tak proste. Kupiec zaśmiał się z zadowolenia ale nie trzymał ich dłużej w niepewności.
- Słyszeliście o prawie pryzowym? - Zagaił i popatrzył po nich.
- Ano tak! - Burgund otworzyła oczy jakby teraz zrozumiała o co mu chodzi. I szybko zaczęła wyjaśniać kolegom. - Jeśli statek jest bez załogi, to należy do tego kto go zajmie i przyprowadzi do portu. - Pokiwała swoją ciemnorudą głową.
- O tym słyszałem, to stary, morski zwyczaj. Inaczej nie oplacałoby się ratować pustych statków. No chyba, że masz najsilniejszą flotę na akwenie i nikt ci nie podskoczy. Ale na rzece też to działa? - Lars dał znać, że o tym słyszał ale nie był pewien czy wewnątrz lądu to działa tak samo.
- Tak. Słyszałem, że tak. Chociaż rzeka to nie morze i to nie zdarza się zbyt często. Ale parę lat temu była taka sprawa u nas w sądzie właśnie z tego powodu. - Grubas uśmiechnął się i wyjaśnił skąd ma taką wiedzę.
- No ale to jak trafimy na pusty statek. A jak nie trafimy? - Astrid włączyła się do tej dyskusji. Ale i na to Grubson miał odpowiedź.
- No to wtedy zrobicie ten wasz plan tak jak sobie umyślicie. Tylko właśnie możemy sobie pomóc nawzajem. Ja nie jestem zwolennikiem przemocy i wolę inne hobby. - Wskazał wzrokiem na dwie, młode kobiety jakie siedziały po drugiej stronie biurka. One uśmiechnęły się z aprobatą ale czekały co dalej powie. - Ale skoro i tak macie w planach walkę i łupy to proponuję wam spróbować dostać się na “Słoneczną jutrzenkę”. To jedna z rzecznych barek jaka regularnie pływa do Saltmundu i z powrotem. Mój drogi kolega po fachu załadował tam swoje towary i chce je przesłać do stolicy. Bardzo mnie to irytuję bo też mam w planie rozszerzyć działalność na tamtych rynkach. I tu liczę na nasze wspaniałe koleżanki z lady Odette w roli głównej. Sami rozumiecie jakie to ma znaczenie jeśli Słowik Północy będzie chodziła w moich kreacjach. Schlebiam tak jej nie tylko dla jej rozkosznych uroków. No ale tu kolega też wpadł na taki pomysł więc gdyby tak się zdarzyło, że ta łajba pójdzie na dno albo straszni rzeczni zbóje wyrzucą ten ładunek do rzeki no to cóż… Będę mu oczywiście bardzo współczuł. - Uśmiechnął się z udawanym żalem ale widać było, że umie kalkulować w tych interesach.
- O ile wiem to ta “Jutrzenka” jest jeszcze u nas w porcie ale na dniach będzie odpływać do stolicy. Może jutro, może pojutrze, tego tak dokładnie nie wiem. Szyper łajby to stary wiarus i jacyś tam piraci rzeczni go nie przestraszą. Więc popłynie. Łajba cumuje na Rybim Nabrzeżu więc tam możecie go znaleźć. Oczywiście ja nic o was nie wiem i w ogole się nie znamy. - Podał nieco więcej informacji o wspomnianej jednostce i kapitanie.
- Co więcej mogę wam też dorzucić coś na osłodę. Skoro tak wam nasza słodka Adrienne przypadła do gustu. - Uśmiechnął sie pod nosem i upił łyk ze swojego kielicha. - Jest taka jedna mytnik. Jutta Czerwona. Pływa właśnie po rzece. Sprawdza czy nie przewozi się kontrabandy, zbiera myto no standardowa robota celnika. W razie potrzeby, dla przyjaciół może przymknąć oko albo akurat popatrzeć w drugą stronę. - Tu zrobił charakterystyczny gest przeliczania monet w dłoni. - Poza tym miałem z nią przyjemność to powiem wam, że kobieta jest bardzo namiętna pod tym swoim kubrakiem. Nie zapraszałem jej na takie przyjęcia jak mieliśmy ostatnio w teatrze no ale myślę, że by się na nich odnalazła. A wiecie, jak na jakiejś łajbie jest mytnik to inny mytnik już jej raczej nie sprawdza. Po co wam jakieś węszenie po pokładzie i strata czasu? A wierzcie mi, nie tylko Jutta słabo zarabia i prawie zawsze parę monet musi zmienić właściciela aby okazało się, że jednak wszystko jest w porządku i można płynąć dalej. - Grubas na koniec oparł się wygodnie o swoje krzesło i popatrzył na nich zadowolonym z siebie głosem. Akurat drzwi się otworzyły i wróciła Oksana z dzbanem i kuflami do piwa. Postawiła je na krawędzi biurka aby goście mogli po nie swobodnie sięgnąć.
- Oksana pamiętasz Juttę? Tą z rudą, z portu. Ta co jest mytnikiem. - Gospodarz zagaił swoją asystentkę. Ona zaśmiała się krótko.
- Pamiętam. Właściwie to już jej nie widziałam dłuższy czas. Nie wiadomo czy jeszcze jest w mieście. - Przypomniała mu o tym detalu.
- Ano tak. - Bycza głowa skinęła i popatrzyła znów na gości. - Jutta jest mytnikiem więc pływa po rzece. Może być u nas, w Saltmundzie albo gdzieś po drodze. Uroki służby. - Wyjaśnił, że jednak jest pewne ryzyko czy owa celnik będzie możliwa do spotkania w mieście.Egon z wolna przeżuwał słowa kupca. Zdało się, że mają szczęście… Lub też jego mroczny patron raz jeszcze pociągnął za struny losu i w jakiś sposób wpłynął na to, co się wydarzyło. Zaiste, spotkanie Huberta było trafionym przypadkiem.
– Chcesz zatem, żebyśmy zabrali się za Jutrzenkę? – Egon pokiwał głową, nie mając nic przeciwko pomysłowi. – Rzeknij no nieco więcej o statku, da się nim pływać po morzu też, czy tylko zdany na rzekę?
Spojrzał na Larsa krótko i rzucił:
– To może być to.
Powrócił jednak szybko do tematu Jutty:
– Ta Jutta Czerwona, mówisz… Hmm. Jaka ona jest, znasz ją nieco? Moglibyśmy sprzedać jej cynk, że to my popłyniemy Jutrzenką i albo by mogła od razu płynąć z nami, albo dołączyć się. Najważniejsze, żeby była na pokładzie, nie zadawała pytań, jak coś się stanie i odwracała od nas innych mytników. Mówisz o prawie pryzowym… Ha! Mogłoby być i tak, że przejęlibyśmy statek, załoga poszłaby do groty, a z czasem byśmy zamustrowali swoją. Rzekłbym, rzecz do zrobienia, co myślisz, Lars? Hubert?
- Przyjacielu. Ja się znam na materiałach, krawiectwie, handlu i kobietach. Ale nie na żeglowaniu. - Grubas uniósł do góry swoje pulchne dłonie w przepraszającym geście. Nie stracił jednak przy tym jowialnej pogdy ducha.
- Nie przejmuj się tym Egon. Jak zobaczę tą łajbę to będę wiedział na co ją stać. - Lars widocznie nie uważał tego za zbyt wielką trudność. - A z tym prawem pryzowym to byłoby najkorzystniejszy zbieg okoliczności. Wówczas mamy pustą łajbę jaką zajmujemy. Ja bym ją obejrzał czy nic nie jest spalone czy połamane i czy można nią płynąć. I jesli tak, to można nią wrócić tutaj albo popływać po rzece. - Norsmeński łupieżca pokiwał energicznie głową na znak, że taka sytuacja bardzo by mu odpowiadała. - No ale jak mówi Astrid, wszyscy wiedzą o tym więc taka łajba by zbyt długo pusta nie stała. Pewnie pierwsza załoga co by była w stanie to by się nią zaopiekowała. Musielibyśmy mieć fart trafić na nią w miarę krótko po napadzie. - Zdawał sobie sprawę, że los bardzo by musiał im sprzyjać aby zrealizować taki scenariusz.
- To już zostawiam wam. Tylko bym wam przeszkadzał doradzając w materii na jakiej w ogóle się nie znam. - Gospodarz uśmiechnął się nieco ale dał znać, że nie chce im się wtrącać w to planowanie.
- No a jak nie spotkamy tej pustej łajby to zamustrujemy się na “Jutrzenkę” albo jakąś inną. I wtedy albo czekamy na ten napad rzecznych piratów albo przejmujemy samą “Jutrzenkę”. Jak przejmiemy to wywalamy ten towar za burtę. Bo jak już będziemy mieć wlasną lajbę to popłyniemy gdzie chcemy. Po rzece, po zatoce, wzdłuż wybrzeża. Jak się nie będzie nadawać na morze to zawsze ją można sprzedać. Będzie sumka na kupno czegoś większego. - Norsmen mówił jakby za najważniejsze uważał zdobycie jakiejś łajby. I resztę uznawał, za dalsze skutki tego sukcesu dlatego mówił o tym tylko ogólnie.
- A Czerwona Jutta jest pełna namiętności i bardzo żywiołowa kobieta. Dobrze wygląda w spodniach, lubi się dzielić w miłości i nie jest wstydliwa. Ma tatuaż kotwicy na ramieniu i znamię na udzie. W figlach druga kobieta jej nie przeszkadza. - Grubas wrócił do pytania Egona o mytniczkę jaką im polecał. Spojrzał na swoją asystentkę a ta uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody o takiej opinii. - No ale jaka jest na pokładzie no to nie wiem bo z nią nie pływałem. Zawsze spotykaliśmy się już tutaj. - Przyznał, że zna ową kobietę głównie od towarzyskiej a nie zawodowej strony.
- Wiecie, jak na naszej łajbie by była ona to pewnie inni mytnicy raczej by już nie musieli. Z drugiej to jednak jest urzędnik miasta z szablą u pasa. W walce z piratami to może być dodatkowy wojownik. Jakby okazała się rozsądna to może by nam pomogła jakoś uzasadnić wywalenie tych bel materiałów twojego kolegi za burtę albo przejęcie pryzu. No ale czy poszłaby na branie łapsów to już nie wiem. Chyba, że by została na “Jutrzence” jak my byśmy zdobyli drugą łajbę. - Burgund włączyła się do rozmowy ze swoją opiią o kobiecie jakiej osobiście nie znała. Przynajmniej po samym imieniu. Dlatego wyrażała się z dużą ostrożnością, raczej co do swoich oczekiwań o mytnikach ogólnie niż o tej kochance grubego kupca.
– Jeśli powołamy się na ciebie, będziemy mieć względy? – zapytał Egon Huberta. – Wojowników nam trza, bo roboty będzie dużo. Dla mnie to żadna rzecz, włączyć ją w naszą grupę. Byleby nam sprzyjała…Tu urwał, nagle pogrążony w myślach. Tak, jak mówił Lars, opcje były: oni sami, Gezackt i jego ludzie wejdą na statek jako najemnicy albo jako podróżni. Egon poważnie wątpił, że na rzece znajdą jakiś opuszczony statek, który byłby w stanie używalności. Bardziej prawdopodobne by było, że statek zostanie zaatakowany przez rzecznych piratów lub też, koniec końców, to oni sami dokonają przejęcia i popłyną dalej.
Kwestia Jutty była sporna: owszem, mytnik na statku by się przydał, ale Egon nie znał kobiety jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, czego się po niej spodziewać. Dobrze było wiedzieć, że sypiała z Hubertem, jednak bałamucenie, według wojownika, to zbyt mało jeszcze było, żeby zagwarantować, że kobieta podejdzie do planu rozsądnie.
– Możemy do niej iść zagadać – rzekł Egon. – Powołamy się na ciebie, jak coś, to sypniemy grosza albo i nawet przyprowadzimy ją tutaj, jeśli trzeba będzie. Mytnika na pokładzie mieć to będzie pożytek, ano nie powiem. Tym bardziej, że damascenem wymachiwać umie, jako gadasz.
Rzucił jeszcze pomysłem od niechcenia:
– Jak już na Jutrzence się zamustrujemy, to w zasadzie pryzu nawet rozważać nie trza. Co więcej: rzekłbym, że jeśli byśmy jaką krypę napotkali bez załogi, to winniśmy przejąć Jutrzenkę od razu. Dwa okręty sprzedać to niezły zysk… Chociaż holowanie go to wysiłek i ryzyko, że ograbiony statek ugrzęźnie na mieliźnie. A stamtąd łatwo wydostać go nie sposób.
Odchrząknął.
– Ale gadam nie na temat. To, co postanowione? Najpierw pójdziem do onej Jutty, a potem do Rybiego Nabrzeża i szukać będziemy kapitana Jutrzenki.
- No z tego co pamiętam, to rozstawaliśmy się z Juttą w przyjaźni. - Grubas podniósł głowę na swoją asystentkę. Ta pokiwała w odpowiedzi.
- Często nie ma jej w mieście bo albo płynie do Saltmundu albo z powrotem. To trochę straciliśmy ją z oczu. No i ostatnio to nas sprawy teatru i tresura Adrienne zajmowały. Jeszcze zamówienia dla lady Sorii i Odette. Ale ja ją wspominam miło. Podobała mi się jej otwartość i namiętność. - Główna krawcowa tego zakładu dodała swoją opinię o owej mytnik. Ale też jako znajomej i kochanki a nie jako rzecznego urzędnika celnego.
- No to prawda. I rzeczywiście Jutty może akurat nie być w mieście. Ale jeśli jest to wam ją polecam. I tak towarzysko jak i w tym waszym przedsięwzięciu może wam się przydać. Tylko, że jeśli już ją spotkacie to oczywiście możecie powołać się na mnie. No ale już sami będziecie musieli się z nią dogadać co do detali. Możecie o nią pytać w “Kwarcie” albo w rzecznym biurze w ratuszu. Zwykle ma dwa pasy na sobie. Jeden zwykły a drugi na broń. - Gospodarz starał się im pomóc w spotkaniu swojej kochanki.
- Ona lubi się zabawić. Więc taniec, wino, kobiety i śpiew, powinien uczynić wam ją przychylniejszą. - Oksana dodała jeszcze coś od siebie aby mogli się łatwiej dogadać z ową urzędniczką.
- Dobra to chyba mamy postanowione. Z nią czy bez, postaramy się przyjacielu zamustrować na tą “Jutrzenkę” co mówisz. A potem się zobaczy. - Lars widać uznał, że na razie lepiej będzie załatwiać sprawy krok po kroku zanim się zacznie planować coś dalej.– Ano, postanowione – Egon skinął swoją włochatą czupryną parę razy, upewniając się, że zrozumiał wszystko dobrze. – Dzięki za gościnę, Hubert. Czas na nas… Pójdziemy najpierw do Kwarty, potem do ratusza, a potem na Rybie Nabrzeże.
Egon powstał ze swego miejsca, rad, że mógł tutaj zawitać.
Wellentag; przedpołudnie; karczma “Kwarta”
Egon, Lars, Astrid i Burgund
Karczma o jakiej mówił Grubson, była przy samym Placu Targowym, całkiem niedaleko od jego sklepu. Jak od niego wyszli to przynajmniej ten nieprzyjemny wiatr ustał i zrobiło się nawet przyjemnie. Był środek dnia więc ludzi i wozów na ulicach, było całkiem sporo. Na samym placu stały smętnie ogrodzenia i trybuny jakie zaczęto budować na turniej rycerski. A gdy go odwołano to już ich nie kończono. Teraz stały jako żywy dowód nie zrealizowanych zamiarów władz i obywateli tego miasta. Obsiadły go wróble i mewy a ludzie przez ostatnie tygodnie już przyzwyczajeni do nich, mijali je obojętnie. Front karczmy w jakich lubowali się najemnicy i strażnicy miejscy był widoczny z placu. Gdy weszli do środka było tam nieco tłoczno. Kelnerki chodziły między stołamy z zamówieniem trunków czy jedzenia, część z gości było w kolczugach czy brygantynach. Niektórzy oparli o ścianę swoje halabardy. To była najlepsza karczma do szukania najemników i łowców nagród. Nic dziwnego, że Burgund z Łasicą za nią nie przepadały.
- Dobra to chodźcie, zapytać barmana. - Burgund skinęła na swoich towarzyszy i poszła pierwsza w stronę szynkwasu. Po chwili rozmowy zapytała o mytniczkę i poszło jej dość gładko. Mieli na tyle szczęścia, że zastali ją na miejscu a barman im ją wskazał.
- Mówi, że to tamta. - Łotrzyca zwróciła się do pozostałej trójki, pokazując a jedną z kobiet jaka siedziała przy stole z dwoma mężczyznami. Rozmawiali ze sobą i wydawali się nie zwracać uwagi na sąsiadów.
Celnik okazała się być młodą i całkiem urodziwą kobietą. Chociaż niewiele było w niej czerwieni na co by sugerował jej przydomek. Tych dwóch pasów o jakich mówił Grubson też nie było widać jak siedziała i stół ją zasłaniał.
- No jak dla mnie może być. - Oceniła dziewczyna z ferajny, uśmiechając się krzywo. - Ale jak podejdziemy do nich całą bandą to może być różnie. - Popatrzyła trzeźwo na swoich towarzyszy.Egon w Kwarcie bywał już wielokrotnie, choć, oczywiście, w czasach zupełnie innych niż te, kiedy nastały - czasach, kiedy Merga była w lochu, zaś on i Silny pracowali nad rozbiciem jej więzienia. “Dużo zmieniło się… Ale niedługo zmieni się więcej jeszcze” - gladiator rzekł w myślach hardo.
Jutta wyglądała dokładnie tak, jak sobie ją wyobrażał - harda, zapewne i krewka kobieta, za czym dodatkowo przemawiała jej zakasana za pas, krzywa szabla. Egon stwierdził, że aby ją przekonać, będzie potrzebował naprawdę dobrych argumentów i będzie musiał powołać się na Huberta natychmiast z marszu, żeby cokolwiek tutaj wskórać.
– Chodźmy zatem do niej – rzekł Egon, który stwierdził, że czasu marnować nie było co.
Podszedł. Egon miał nadzieję, że widok grupki złożonej z wojownika, korsarza i dwóch ulicznych cwaniaków nie zrobi zbyt dużego wrażenia na tamtej. Na pierwszy rzut oka, “Jutta Czerwona” wcale czerwona nie była, toteż zgadywał, że przydomek oznaczał coś innego. Być może… Krew?
– Witaj – rzekł w jej stronę. – Mówią mi, że zwą ciebie tutaj Jutta. Hubert polecił mi ciebie jako kogoś godnego zaufania.
Spojrzawszy na Juttę, czekał na jej reakcję.
Na ostatnie dwa kroki od stołu, trójka co tam siedziała zorientwała się, że grupka Egona do nich podchodzi bo zamilkli i przyjrzeli im się. Gdy gladiator odezwał się do siedzącej, jej towarzysze popatrzyli na nią a ona na nich. Po czym zadarła nieco głowę do góry na brodatego wojownika. - No tak, zwą mnie Jutta. A ciebie jak? - Odparła spokojnie i jakby trochę z zaciekawieniem. - I jaki Hubert? - Zagaiła jeszcze zanim zdążył odpowiedzieć.
– Egon – rzekł na wszelki wypadek gladiator, pominąwszy “Herschkel”, bowiem spodziewał się, że echa ostatnich wypadów i listów gończych niosły się w wciąż za nim.Pytanie o Huberta jednak wyprowadziło nieco Egona z równowagi. Iluż Hubertów można było znać w Neues Emskrank?
– No, nie znasz mistrza Huberta i jego wprawnej ręki, co umie uszyć niejedno ubranie? – Egon uśmiechnął się nieco, dając znać, że wprawne ręce grubasa zapewne nie tylko jęły się krawieckiego rzemiosła. – Wszak to on polecił ciebie.
- Ah tego Huberta. - Brwi siedzącej kobiety podjechały do góry a pełne usta ułożyły się w krzywy uśmieszek zrozumienia. Zupełnie jakby teraz domyśliła się o kogo chodzi i pozytywnie ta znajomość jej się kojarzyła. - Co tam u niego słychać? I nie stójcie tak, siadajcie. - Zaprosiła ich aby usiedli na ławie przy wspólnym stole. Jej dwaj towarzysze na razie przysłuchiwali się rozmowie ale się w nią nie włączali.“Tego mi trza było” - Egon pomyślał z ukontentowaniem, widząc, że imię Huberta wywarło na kobiecie niejakie wrażenie. Stawiało to całą rzecz w obiecującym świetle, a przynajmniej, tak chciał o tym myśleć gladiator.
– Usiądźmy – zgodził się Egon i skinieniem zaprosił także Larsa i pozostałych. – Co pijecie? Ja stawiam… A u Huberta po staremu, wszakże byłem u niego nawet i dzisiaj. Zamiaruję się ze zrobieniem mu małej przysługi. W interesach żem przyszedł. Słyszałem, żeś mytnikiem z zawodu? – zapytał wojownik. – Szykuje się dla nas robota. Jakże sądzisz, byłabyś za tym? Rzekłbym ci nieco o sprawie. Rzecz, w której byś była rozeznana.
Przez chwilę trwało naturalne zamieszanie, wywołane tym jak kto zajmował miejsca przy stole i co zamawia. Jeszcze kelnerka do nich podeszła aby wysłuchać co kto bierze. A gdy odeszła w stronę szynkwasu, mogli wrócić do rozmowy.
- To u Huberta po staremu? Dalej taki zabawny? - Jutta podniosła wzrok na gladiatora i o grubym kupcu wyrażała się całkiem ciepło. Jej dwaj towarzysze nadal nie włączali się do rozmowy i przyglądali się czwórce nowych gości. - No i tak, jestem mytnikiem. Pewnie wam powiedział skoro tu jesteście i o to pytacie. A robota to zależy jaka ale wiecie, ja jutro płynę w górę rzeki, do Saltmundu. Więc parę dni mnie nie będzie w mieście. - Wydawała się choć trochę zaciekawiona o co chodzi ale nadal zachowywała się swobodnie.
– Hubert jak Hubert, wiesz, kręci biznes, zaprasza znajome na dobre schadzki – brodacz uśmiechnął się lekko, spodziewając się, że Jutta domyśli się, co ma na myśli. – Ot, obrotny człek, to mi się podoba.Pociągnął łyk złocistego napoju i zaczepił nieco dłużej wzrok na krągłościach karczmarki.
– Ale, jak żem rzekł, sprowadzają mnie interesy. Płyniesz w górę rzeki jutro? Dobra wieść, ano, dobra… Bo tak się składa, że my też tam chcemy płynąć. Onuż, widzisz: chcemy się zamustrować jako najemnicy na pokładzie Jutrzenki, wiesz, tej na Rybim Nabrzeżu. Trza będzie nam na pokładzie mytnika, jeno takiego, co poleconym przez Huberta był. Co rzekniesz?
- Ah no tak. Hubert i te jego schadzki. - Szczupła szatynka uśmiechnęła się ze zrozumieniem, jakby takie zachowanie kupca, wcale jej nie dziwiło.
- Jak ja bym miała wybierać między nim a taką ładną panią kapitan to bym wybrała ładną panią kapitan. - Burgund włączyła się do rozmowy, przyjmując frywolny uśmiech i bez skrupułów obrzucając spojrzeniem górną sylwetkę młodej mytniczki. Jej swobodna uwaga rozbawiła towarzystwo, z Juttą włącznie. Też przyjrzała się z zainteresowaniem rudowłosej łotrzycy. Chociaż insynuacja schadzki z inną kobietą, powinna oburzyć bogobojną obywatelkę.
- Oh jestem tylko zwykłym mytnikiem a nie kapitanem. Nawet oficerem nie jestem. - Brunetka sprostowała swoją szarżę, ale widać było, że komplement rudzielca, sprawił jej przyjemność. Uniosła nieco swój gliniany kubek aby podziękować tym gestem za te słowa. Akurat podeszła kelnerka na której dekolt na chwilę rozproszył uwagę gladiatora. Ale szybko zauważył, że podobnie podziałał na większość osób przy stole. Zwłaszcza, że przed każdym z nich, musiała się pochylić aby postawić kufel czy kubek na stole. W tym momencie jest biust był akurat na wysokości twarzy siedzących, więc można było u się z bliska przyjrzeć. A wyglądał całkiem apetycznie. Kelnerka skończyła na Juttcie. Ta na odchodne klepnęła ją w tyłek co sprawiło, że dziewczyna odwróciła się na chwilę ku niej i zaśmiała się z rozbawienia. A gdy odeszła mogli wrócić do rozmowy.
- To mówisz, jutro na “Jutrzence”? “Słonecznej jutrzence”? - Mytnik uniosła swój kufel i pozdrowiła nim brodacza zanim upiła łyk. Widząc, potwierdzający ruch głowy Larsa ciągnęła dalej. - No tak, wiem która to. - Też pokiwała głową - No rozumiem, że checie płynąć w górę rzeki no ale ja już mam umówiony rejs. - Popatrzyła najpierw na Egona, potem na Larsa, który się odezwał.
- A nie mogłabyś się zamienić i popłynąć z nami na “Jutrzence”? - Norsmen zapytał i popatrzył badawczo na celniczkę. Ta chwilę pokręciła głową, przygryzła wargę i upiła łyk piwa zanim odpowiedziała.
- No właściwie to bym mogła. Ale dlaczego bym to miała robić? - Trochę wyglądało jakby pytała z ciekawości, trochę jakby sprawdzała co może na tym zyskać. Chociaż wyglądała, że na razie do znajomych jej grubego kochanka jest raczej pozytywnie nastawiona.
– Możemy cię opłacić z góry, a i interes, co nam się szykuje na Jutrzence będzie intratny – rzekł Egon.Egon bowiem kalkulował, że jeśli tylko opchną na jutrzence załadunek, który zrabują, razem z załogą, którą albo przejmą siłą, albo też którzy staną się członkami jego szajki. Wolał wszakże to pierwsze, bowiem nie wiadomo było, czy z czasem ktoś nie ucieknie, żeby donieść o wiadomych rozbojach władzom Neues Emskrank - łatwiej byłoby obsadzić statek swą własną załogą, zamiast próbować przysposobić istniejącą.
Rzucił spojrzenie w stronę Larsa.
– Cokolwiek, co ci obiecali, my przebijemy. Hubert gadał, że twarda jesteś, przeto będziemy potrzebowali kogoś, kto będzie umiał odeprzeć atak. Słyszałaś wszakże? Na tym odcinku atakują statki, może być i tak, że zaatakują i nas. Ta szabla, co nią robisz, przydałaby się… Ale też przydałoby się, żeby nie zadawać pytań, ot, robić, co należy. Opłaci ci się to na pewno.
Egon stwierdził, że nie ufał mytniczce jeszcze na tyle, by opowiedzieć jej o planie zrabowania statku - Hubert Hubertem, ale grubas mógł źle ocenić dziewkę.
- Tak, słyszałam. Znajdują tylko puste łajby. Z krwią i śladami walki. Dziwne to bo nawet towaru niezbyt ruszają. Chociaż może boją się to gdzieś sprzedać, że rozpozna ktoś trefny towar. Właściwie by mogli albo tu u nas, albo w Saltmundzie. Ale towaru raczej nie ruszają. - Brunetka pokiwała głową, że temat jest jej znany. I trochę się dziwiła zachowaniu napastników. - I trochę dziwne, że tak znikają. Dlatego zaczęliśmy kontrolować częściej aby ich wyłapać. A na razie nie trafiliśmy na żadną załogę co by mogła mieć coś wspólnego z tymi napadami. A przecież Salt to nie otwarte morze, gdzie możesz zniknąć na otwartych przestrzeniach albo popłynąć do innego portu. - To też budziło zastanowienie mytniczki. Popatrzyła po zebranych przy stole a oni pokiwali albo pokręcili głowami. Więc pewnie nie mieli nic do dodania.
- No i możecie sypnąć groszem? A wiele? I co za interes macie na “Jutrzence”? - Brunetka wróciła spojrzeniem do gladiatora aby dopytać go o więcej szczegółów.“O tym żem nie słyszał” - pomyślał gladiator, Jeśli w istocie gdzieś po drodze mogli natrafić na rozbity okręt, w którym dodatkowo znajdował się nietknięty łup, to cały interes nagle zyskiwał na intratności.
– Ja i moi kamraci będziemy najemnikami na Jutrzence – Egon postanowił brnąć w to, co dla poznaki zamierzał mówić wszystkim niezaangażowanym, jako że Jutty nie znał jeszcze tak dobrze. – Statek będziemy eskortować, choć i po prawdzie też szukamy tych zaginionych. Rzeknij, ile ci obiecali na tym twoim rejsie? Pięćdziesiąt karli-franzów? Dam sto pięćdziesiąt i udział w łupach na okrętach, co znajdziemy. Jeno warunek mój taki, że kiedy my się puścimy na rzekę i swoje rzeczy robić będziemy, to nie zadawać pytań żadnych. No i kiedy płynąć dalej będziemy, twoje wsparcie jako mytnika na okręcie.
Egon stwierdził, że mógł targować się na niewiele więcej niż pięćdziesiąt, może sto dodatkowych sztuk złota - szacował, że Jutta, może i znajoma Huberta, nie będzie warta więcej. Dodatkowa szabla i osłona przydają się, ale z drugiej strony, równie dobrze mógł przekupić innego mytnika tą samą sumą.
- Sto karli? - Jutta wytrzeszczyła oczy jakby się przesłyszała. Zresztą pozostali też zbystrzeli. - A masz tyle? - Mytnik w końcu wykrzesała z siebie jakieś pytanie. Spojrzenie sugerowało, że grupa najemników jaka jutro miała się zamustrować na “Jutrzence” nie sprawia wrażenia dysponowania taką sumą. Rzeczywiście Egon z Larsem wyglądali na wojowników więc nawet mogli uchodzić za najemników szukających żołdu. Burgund w swojej spódnicy wyglądała jak przyzwoita mieszczka a więc też na nikogo kto by mógł mieć tak pękatą sakiewkę. Właściwie to tylko Astrid nieco się wybijała ponad przeciętność swoją szarą suknią a raczej ozdobną broszą i nieco lepszą biżuterią. Choć nie tak jak pełnokrwiste, tutejsze szlachcianki jak lady Fabienne, Pirora czy Odette. Przy ich eleganckim wyglądzie, zapewne łatwiej by było komuś uwierzyć, że mają tyle karlików.
- Za tyle to ja bym urządziła ci niezapomnianą noc. A nawet dwie. Z każdej strony co byś chciał i jeszcze bym jakieś nienasycone koleżanki przyprowadziła. - Burgund westchnęła z rozmarzeniem i popatrzyła błogo na brodatego kolegę. Aż obaj koledzy mytnik i ona sama spojrzeli na nią jakby zastanawiali się czy naprawdę mogłaby to zrobić. Ona sama zaś zaczęła pieścić palce jego zarośnięty policzek i nawet go w końcu cmoknęła. Ale skorzystała z okazji aby mu szepnąć do ucha. ~ Za tyle to zorientuje się, że to gruba sprawa. ~ Po czym popatrzyła na niego z uśmiechem jak na ulubionego kochanka.
- No za tyle to ja też bym się chętnie przyłączyła do takich baletów. - Jutta uśmiechnęła się krzywo. Spojrzenie jednak miała chytre. Świdrowała nim gladiatora i łotrzycę jakby próbowała ich rozgryźć. - No kapitanie, jak masz taką sumkę to bardzo chętnie możemy pogadać o interesach. Tak, za tyle to myślę, że mogłabym w ostatniej chwili zmienić zdanie i jednak zjawić się jutro rano na “Jutrzence”. - Na pełnych ustach celnik, zaczął pojawiać się półuśmiech. Jednak dało się wyczuć, że przydałby się jakiś dowód aby pokazać, że te obiecane monety nie są bajką dla naiwnych.
– Masz tu trzydzieści sztuk, bom dobry. Siedemdziesiąt dostaniesz, jak przyjdziesz jutro na Jutrzenkę, a pięćdziesiąt po wykonanej robocie.Srogi był to trybut, który potrzeba było zapłacić, jednak Egon stwierdził, że jeśli cała rzecz miała się udać, to przynajmniej sto karli-franzów trzeba było uiścić. Jak dla wojownika, za takie pieniądze Jutta, jeśli potrzeba będzie, miałaby się oddać całej załodze na jeden wieczór, a na pewno nie gadać, kiedy on i cała reszta zaczną przejmować statek.
– Mytnik na pokładzie sprawi, że nikt nas nie zaczepi w drodze na morze – szepnął do Burgund. – Może zechce, może nie zechce, ale argument jakiś trza nam mieć.
~ Hubert mówił, że ona lubi się zabawić i wtedy jest przychylniejsza. ~ Łotrzyca o miedzianych włosach, odszepnęła koledze. Odsunęła twarz od jego twarzy ale dalej przylegała do jego boku jak ladacznica zabiegająca o bogatego klienta. Sama jednak była ciekawa reakcji urodziwej mytniczki. Ta zaś przyjęła sakiewkę od gladiatora i sprawnie podrzuciła ją w swojej szczupłej dłoni. Sprawdziła tak na słuch i masę co mogła zawierać w środku.
- No to jak rozmawiamy o konkretach to widzimy się jutro na “Jutrzence”. - Jutta zaśmiała się z zadowoleniem ostatni raz podrzucając sakiewkę. Po czym zaczęła ją chować do przypinanej kieszeni do pasa.
- A znasz szypra z “Jutrzenki”? I jego załogę? Aha i jak pływasz po rzece to ją też znasz? - Skoro wyglądało na to, że chociaż wstępnie pozyskali dla swoich celów tą młodą celnik, to Lars zainteresował się co można się jeszcze dowiedzieć.
- Tak, znam tą rzekę. A szypra Jutrzenki też. Nazywa się Heynrich Wagner. Heyyynriich. A nie jakiś nudny Heinrich. Bardzo mu na tym zależy aby wymawiać to poprawnie. Jak nie możesz zapamiętać to masz minusa u niego, jak wymawiasz poprawnie to masz plusa. Ma sternika i około pół tuzina marynarzy. Ale ostatnio często towarzyszy mu syn lub córka jakich przyucza do zawodu. Najstarszego już wyszkolił i pływa teraz na innych łajbach. Ale przez te napady w górze rzeki może faktycznie zabrać więcej załogi albo najemników niż zwykle. - Celnik odpowiedziała mu bez wahania jakby naprawdę znała i rzekę i załogę o jakiej wspomniał im niedawno Hubert.
- A pasażerów biorą? - Astrid zadała jej pytanie bo w porównaniu do kolegów, to wyglądała mało bojowo więc trudniej by było jej uchodzić za najemniczkę. Mimo, że miała miecz u pasa.
- Raczej tak. No wiadomo, trzeba zapłacić za przejazd i nie jest zbyt wygodnie. Trzeba nocować w ładowni między towarami albo na pokładzie. Bo Heynrich ma własną kabinę i małą. Jeden jest dla sternika lub znaczniejszych gości. Na przykład dla mnie. A załoga to śpi w hamakach w małej klitce i to jeszcze na zmiany bo nawet w nocy jeden czy dwóch ma wahtę. Więc dla pasażerów zostaje tylko ładownia albo pokład. - Szatynka skończyła mocować sakiewkę w przypinanej kieszeni pasa i podniosła głowę uśmiechając się do swoich nowych towarzyszy.Egon skinął głową.
– Heyn-rich – Egon wymówił imię dla pewności, żeby zapamiętać. – Heynrich Wagner.
Koniec końców, Egon rad był z rozwoju spraw. Jutta, którą koniec końców przekupić trzeba było tak czy inaczej, teraz musiała się wykazać i odpowiednio układać się z nim i pozostałymi, albo też złota nie zobaczy. Zasady, sądził gladiator, były jasne. Jeśli Jutta skrewi, zawsze mógł powetować sobie na jej wynagrodzeniu. Drogo było, prawda to, ale każda cena była dobra, żeby dowieźć ten interes do końca.
– Poręczysz za nas u niego? – zapytał Egon, który myślami już był na Rybim Nabrzeżu. – Znacie się?
- Prywatnie to nie. Ale zdarzało mi się z nimi pływać. A jutro, jeśli sam was nie będzie chciał zatrudnić, no to postaram się mu szepnąć odpowiednią sugestię. Chociaż nie mam takich uprawnień aby go zmusić gdyby nie chciał. - Brunetka pokiwała głową na znak zgody. Zaznaczyła jednak, że jej władza nad rzeczną załogą ma jednak pewne ograniczenia.
– Jak dla mnie, brzmi dobrze – rzekł Egon, który stwierdził, że za trzydzieści karli-franzów mógł równie dobrze mieć to, żeby Jutta rzekła dobre słowo. – To co, kompanioni? Idziemy? Wszak dnia szkoda… No i będzie tak, że będziemy mieć nową towarzyszkę.Wellentag; południe; Rybie Nabrzeże i “Słoneczna Jutrzenka”
Egon, Lars, Burgund i Astrid
Pożegnali się z atrakcyjną mytnik w całkiem dobrej atmosferze. Co dobrze wróżyło na jutrzejsze spotkanie. Z Placu Targowego, Burgund poprowadziła grupkę przyjaciół ku zachodniemu wybrzeżu zatoki. Ale nie aż tak daleko gdzie ląd kierował się na północ i gdzie była zacumowana “Stara Adele”. Łotrzyca bezbłędnie odnalazła Rybie Wybrzeże. I tylko trzeba było teraz sprawdzać zacumowane jednostki czy któraś nie jest tą jaką szukają. W końcu trafili na nią. Nie wyróżniała się jakoś na tle sąsiednich. I była zauważalnie mniejsza i niższa od starej kogi jaka była jedną z kryjówek kultystów. Tu Lars miał okazję się jej przyjrzeć. Widać było, że nie wywołała w nim zachwytu.
- To barka rzeczna. Nie nadaje się na otwarte morze. Na rzeki, jeziora, może wody zatoki. Przy brzegu na morzu no można próbować. Ale przydałoby się coś większego jak na poważnie myśleć o morskich wycieczkach. No ale na początek może być. - Podzielił się z grupką swoim zdaniem na temat dzielności morskiej łajby przy jakiej stali.
- Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Na razie to mamy tylko tą łódkę co dziewczyny mają. A jak zdobędziemy tą czy coś innego to się pomyśli co dalej. - Astrid była zdania, że nie ma co nakręcać się na gotową na morskie rejzy jednostkę tylko działać krok po kroku.
- Dobra ale trap jest spuszczony. Można tam pójść i pogadać. Nawet jak tego Heynricha nie będzie to może jego ludzie będą wiedzieć gdzie jest. - Burgund na razie skupiła się na tym co mogli teraz załatwić. Co jakiś czas było widać jakiegoś marynarza na pokładzie “Jutrzenki” ale szyper chyba powinien bardziej się wyróżniać wyglądem.
- Chwila, jak wy macie gadać jako najmici to nie wiem czy my powinnyśmy być z wami. Chyba, że od razu będziemy jako jedna grupa. - Córka jarla przypomniała im o legendzie o jakiej rozmawiali wcześniej.
– Musicie się odłączyć od nas – Egon zgodził się z Astrid, która słusznie zauważyła rzecz. – Powinienem być tylko ja, Lars i… A, niech będzie Astrid. We trzech pójdziemy. Pozostali dołączą jako pasażerowie, później. Damy cynk Gezacktowi i pozostałym.Odniósł się jeszcze co do uwagi, że barka jest tylko zdatna na rzekę:
– Sprzedamy gówno w mniej niż jeden tydzień – wzruszył ramionami. – I tak wyjdziemy na plus, po sprzedaniu towaru i wzięciu załogi w jasyr. Jak Jutta nas wyda, to sam jej nogi z jej ładniutkiej dupy powyrywam, ale przecie czy ma powód? Złoto dostanie i morda, kurwa, w kubeł. Z tego interesu ma wyjść tak, że będziemy mieli cały potok brańców, musi się udać, no! Ale to później… Wiadomo. Lars, Astrid, idziemy. We trzech weźmiemy się jako najmusy, pozostali będą dochodzić grupami co parę godzin.
– Dobra, to co? Pogadamy z tym szyprem – zaproponował wojownik.
- No tak, jak już będzie nasza, to można będzie sprzedać i kupić coś większego. - Lars pokiwał głową, że na razie nie uważa małej dzielności jednostki za problem a raczej za pierwszy krok w stronę realizacji ich planów.
- No to idźcie. Ja tu na was poczekam. - Burgund nie miała oporów aby działali bez niej i machnęła im dłonią życząc powodzenia. Zaś Egon, Lars i Astrid, ruszyli w stronę zacumowanej jednostki. Mijali dokerów i marynarzy, większość z nich spieszyła za swoimi sprawami i nie zwracała na nich większej uwagi. No może któryś na dłużej zawinął oko ku blondwłosej córce jarla. Jako, że na straży trapu nikt nie stał to weszli na pokład bez przeszkód. Burta była niewiele wyższa niż pirs. Jednak kładka była na tyle wąska, że musieli wchodzić pojedynczo. Stając na pokładzie “Jutrzenki” dało się poznać pewne różnice w porównaniu do “Adele” czy nawet długiej łodzi jaką przypłynęli tu z Norsci. Rufowa nadbudówka ledwo wystawała ponad pokład a dziobowej właściwie nie było. Sam dziób wznosił się nieco ponad pokład ale nie aż tak wysoko jak w kodze czy norsmeńskiej łodzi. Ktoś tu musiał być bo spod pokładu słychać było ludzkie głosy i stukanie, turlanie, jakby przetaczano tam coś ciężkiego. W pewnym momencie z rufowej nadbudówki wyszedł jakiś marynarz i wyraźnie się zdziwił widząc gości na pokładzie.
- A co wy tu robicie? - zapytał zatrzymując się i przyglądając im się podejrzliwie. No może nieco dłużej przypatrując się Astrid niż jej kolegom.
– Witajcie, panie – Egon uczynił powitalny ukłon, który był zwyczajem w Neues Emskrank. – Szukamy szypra onego statku, człeka, co zwie się… Heynrich Wagner – Egon uczynił małą pauzę, próbując przypomnieć sobie, jak wymawia się poprawnie imię. – Ja i moi kamraci szukamy zatrudnienia na Jutrzence, bośmy usłyszeli, że ostatnio wody rzeczne niebezpieczne są.
- Ano. - Marynarz pokiwał głową ale jeszcze przez chwilę przygladał im się, jakby zastanawiał się nad ich słowami. - Poczekajcie, zapytam go. - rzekł im po czym odwrócił się i poklaskał bosymi stopami z powrotem do rufowej nadbudówki. Tam znikł im z oczu.
- No to zaraz zobaczymy jak będzie. - Lars oparł się o reling i skrzyżował na piersi swoje mocarne ramiona. Astrid spojrzała za burtę, tam gdzie zostawili Burgund. Ale jesli łotrzyca ich obserwowała to nie było jej widać. Czekali jeszcze chwilę, nim wyszła na pokład trójka mężczyzn. Ten marynarz z jakim rozmawiali wcześniej, jakiś drugi no i trzeci. Ten szedł na czele tej grupki i jako jedyny miał buty. Właśnie on obrzucił czekającą trójkę szybkim, badawczym spojrzeniem.
- A pochwalony. Słyszałem, że nająć do ochrony się chcecie. Prawda li to? - Zagaił teraz przypatrując się im twarzom.
– Zgadza się, moiściewy Heynrichu Wagner – rzekł Egon, uważając, żeby wymówić jego imię odpowiednio. – Ja i moi kamraci zajmujemy się ochroną karawan i statków i żeśmy ostatnio usłyszeli, że korabie na rzece w drodze do Salzenmundu były napadane. Żeśmy przeto pomyśleli, że to dobra rzecz, ochronić towar… A i niewiele weźmiemy, jeno dziewięć karli-franzów za dzień ochrony.Szyper przyglądał się uważnie ich trójce. Ale gdy gladiator poprawnie wymówił jego imię to podniósł na niego wzrok i pokiwał głową z zadowoleniem. Jednak potrzebował jeszcze chwilę aby to przetrawić w głowie.
- Aha. Czyliscie najmici. - Podszedł ze dwa kroki bliżej jakby chciał ocenić ich krzepkość, wygląd i możliwości. Też dłużej zahaczył wzrok na Astrid ale jego spojrzenie było bardziej krytyczne. Wyglądał już na takiego co sam mógł mieć córkę w jej wieku a od niej pewnie wnuki, to mógł być już mniej zainteresowany kobiecymi wdziękami niż młodsi mężczyźni. - Koleżanka też? I dziewięć za głowę? No trochę drogo. A za sześć? I dorzucę wam wyżywienie u nas, to swojego brać nie będziecie musieli. Nazywacie się w ogóle jakoś? Ktoś wam mnie polecił? - W końcu przyjrzał im się na tyle, że wyglądał na zanteresowanego ofertą więc przeszedł do ustalania detali umowy. I przy tym chciał o ich trójce jeszcze wiedzieć parę rzeczy.
Na te słowa, Egon zwrócił się na chwilę do Larsa i rzekł, niby przyciszonym głosem, choć bardziej na pokaz:
– Wszakże to pierwszy raz, skoro wyżywienie dorzuca, to przecie możemy zdać się na niego.
Tu kiwnął głową i pokiwał na znak, że choć biznes nie zdał mu się idealny, to jednak dalej warto było brnąć dalej. Oczywiście, to wszystko nie miało sensu, bo i tak koniec końców mieli powetować sobie każdy miedziak. Egon chciał zrobić pozór, że próbuje się porozumieć z Astrid i Larsem.
– Zwę się Egon, moi kompanioni zwą się Lars i Astrid. Każdy z nich wprawny w bojach i jeśli trza będzie, krwi przelać się nie boimy – gladiator przedstawił pokrótce siebie i swych towarzyszy. – Wszakże nie polecił was nikt, jeno żeśmy usłyszeli o tych mordach w górę rzeki na odcinku w stronę Salzenmund, to zaraz żeśmy wyczuli, że mądrzy ludzie postawią na ochronę. Słyszał żem, że całe statki opuszczone są, nic nie ruszone, jeno załoga zawsze wymordowana! Ale z nami unikniecie tego losu.
I odniósł się do ceny za ochronę:
– Zwykle bierzemy więcej, bośmy doświadczeni w boju, ale niech i tak będzie, że póki nic się nie zdarzy ani ataki nie będą bardziej zajadłe, weźmiemy sześć karli-franzów za łebka – głos Egona był polubowny.
- No niech będzie. Nasza strata. Niech będzie te pół tuzina monet dniówki na głowę, skoro Heynrich dorzuca spyżę. - Lars postąpił podobnie jak kolega i wszedł w rolę niezbyt doświadcznego negocjatora. Wyglądało jakby po namyśle się zgodził na takie warunki. Co sprawiło, że stary szyper uśmiechnął się z zadowolenia.
- A czy dla mnie jakieś miejsce zaciszne się nie znalazło? Bo gdzieś bym przecież musiała się przebierać z rana przed wyjściem do reszty. - Astrid też dodała od siebie prośbę. To wywołało pewną konsternację u szypra. Ponownie obrzucił ją uważnym spojrzeniem jakby co do niej miał największe wątpliwości czy się nadaje. Bo obu krzepkich wojowników w kolczugach do chyba dość gładko zaakceptował w roli eskorty. Ale szczupła blondynka, miała co prawda miecz u pasa ale była w sukni i bez pancerza. Widząc to spojrzenie córka jarla dodała szybko - No mogę się przebierać i na pokładzie i pod, mnie to nie przeszkadza ale, żeby nie było, że ktoś jest zgorszony i moralność to komuś psuje. - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko. Rzeczywiście nie wypadało aby niewiasta, nawet z mieczem u boku, pokazywała się publicznie w niestosownym stroju.
- No ja mówiłem, że luksusów nie ma. No ale jest mała kajuta obok mojej. Możesz tam się z rana przebierać czy co tam będziesz potrzebować. - Wagner niechętnie ale jednak zgodził się na to ustępstwo. Jego dwaj załoganci byli wyraźnie mniej zadowoleni, że ich ominie możliwość rzucenia okiem co ta młoda, szczupła blondynka może mieć pod suknią. Jednak nie odważyli się zaprotestować.
- No dobrze. To za sześć karli za głowę może być. Faktycznie znajduje się zakrwawione łodzie. Żadnych ciał. Na szczęście nie wszystkie i większość łodzi dalej przepływa cało. Nie wiada jednak kto tak zuchwale sobie poczyna. Nie wiem czemu władze na rzece nic nie robią. Ani tutaj ani w Saltmundzie. A niby stolica psia mać. Myta to nie zapomną od uczciwego człowieka pobrać ale jak nas napadają to nie ma już kto szukać tych piratów. A przecież Salt to nie Reik. - Widać było, że złość na nieudolność władz się u starego szypra wylała. Mówił rozgoryczonym gderliwym głosem i kręcił do tego głową. Na koniec jednak machnął swoją spracowaną dłonią i splunał glutem za burtę. - Dobra to jak mamy umowę to jutro z rana stawcie się tutaj. Odpływamy z samego rana. - Wrócił do detali zawierania umowy na ten wspólny rejs.Egon zmilczał wywody człeka. Dla Egona najważniejsze było, że nie oponował, by zbrojni wkrótce mieli dołączyć do jego załogi na statku. Cóż tam w istocie się na tej rzece działo, to furda, istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że rzecznych piratów w ogóle nie napotkają. Wojownik rzucił spojrzenie na Astrid, by ta już nie mówiła nic, zdać bowiem się mogło, że szyper był z takich, na którym kobiece wdzięki jeno poślednie wrażenie robiły.
– Ano, umowę mamy – rzekł Egon. – Robotę zrobimy.
Tu skłonił się jeszcze raz, wiedział bowiem, że szyper i tym, co pływają na rzece, czasu im nie przelewało się. Skinął głową w stronę Larsa i Astrid.
Kiedy zeszli już z pokładu i odeszli jaki kęs drogi, rzekł:
– Dobra. Możemy dać znać reszcie, żeby wchodzili jako pasażerowie, możemy też i dać znać Jutcie, że udało nam się rzeczy dokonać. Acz zdaje mi się, że trza będzie Gezackta i pozostałych opłacić. Niechaj pomyślę… My we trzech jako najmusy… Gezackt i dwu albo trzech od niego, tedy sześciu… Annika, Silny, Rune, Bjorn. Mhm. Nie więcej niż dziesięciu, może i jedenastu chłopa od naszych będzie na pokładzie, z czego siedmiu trza opłacić. Żem się wykosztował na Juttę, tedy trza mi iść do mej skrzyni, żeby złoto zebrać i dać pozostałym na ich rejs.
Wyrwawszy się z tych przemyśleń, rzucił jeszcze do Larsa:
– Jutta zagwarantuje, że nikt nas nie sprawdzi w drodze Jutrzenką – rzekł. – Ale dziewka na krypie nie będzie wiecznie. Trza już zacząć myśleć, gdzie schowamy statek, wszak szłoby nim popłynąć potem wzdłuż wybrzeża i schować go w jakimś zakamarku. Rzeki znać nie będziesz, boś nie stąd, ale może by spytać kogoś z naszych, może znają.
-
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Heinrich i Fabienne
- Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
- Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
- Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
- Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
- Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
- Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
- Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
- Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
- Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
- Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
- Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
- Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
- Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
- A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
- Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
- Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
- Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
- Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
- Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
- Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
- Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
- Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
- Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.
Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.
-
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Heinrich i Fabienne
- Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
- Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
- Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
- Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
- Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
- Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
- Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
- Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
- Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
- Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
- Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
- Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
- Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
- A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
- Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
- Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
- Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
- Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
- Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
- Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
- Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
- Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
- Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.
Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.
Tura 75 - 2519.07.28; wlt; popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Rzeczna 49; tawerna “Trzy gwoździe”
Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)Egon, Astrid i Lars
Po zejściu na ląd najpierw spotkali Burgund. Gdziekolwiek się ukrywała podczas ich wizyty na “Jutrzence”, to bez trudu przechwyciła ich gdy tylko zostawili barkę i nabrzeże, za swoimi plecami. I oczywiście była ciekawa co im się udało załatwić. Jak się dowiedziała co to zaśmiała się z zadowolenia.
- Dobra to ja idę do łysego i powiem mu. Spotkamy się w “Trzech gwoździach”. - Łotrzyca wzięła na siebie, powiadomienie Silnego i Rune. Uznała, że milady von Mannlieb i Annikę, będzie można powiadomić później. Ale tutaj raczej nie spodziewała się kłopotów skoro Frau wczoraj wstępnie się zgodziła a kluczniczka Norry była całkiem chętna na taki wypad na miasto. Bjorn pewnie będzie u Pirory, to będzie można z nim pogadać jak już tam wrócą. Więc można było zacząć od rozmow z Gezacktem. No i przydałoby się coś zjeść bo od tego gadania i chodzenia po mieście, to już brzuchy przypominały o swoich potrzebach.
- No wykosztowałeś się na Czerwoną Juttę ale nie bój się. Nie będziesz jej spłacał sam. Chociaż ona taka milutka dla oka, że he he chętnie bym jej zapłacił w inny sposób. - Lars dał znać, że docenia to, że kolega mężnie wziął na siebie wszelkie koszty jakich wymagało zjednanie sobie przychylności młodej celnik. Ale poklepał go po ramieniu obiecując, że też się dołoży ze swojej sakwy. No i to, że mytniczka mu się podobała.
- Z tego co Hubert mówił to ona lubi się dobrze zabawić. Przecież mówił, że tam w teatrze to by się odnalazła. I, że we trójkę z Oksaną figlowali. Może być ciekawie. Dlatego chciałam tą kajutę, może się uda mieć razem z nią. Bo przecież Heynrich jej swojej pewnie nie odda a urzędniczki to chyba nie trzymałby w ładowni razem z resztą. Ale na razie to pewnie lepiej dać jej geldy. No i ja ci Egon też coś dorzucę, nie godzi się abyś wszystko płacił ze swojej kiesy jak wszyscy będziemy z tego korzystać. - Astrid też wyszła z tego spotkania w dobrym humorze. I też z nadzieją patrzyła na rejs jaki jutro powinien się zacząć, jak i na pogłębienie znajomości z młodą celniczką. Tak szli w górę Salt, rozmawiając we trójkę. Najpierw o tym co ustalili z Wagnerem a potem i o innych sprawach. Aż doszli do “Trzech gwoździ”. Była pora obiadowa więc było sporo osób. Ale nikogo znajomego. Była okazja aby zamówić sobie coś do jedzenia. Dania bazowały na rybach, jajach i plackach ale cóż, to była zwykła tawerna.Egon i kultyści
Siedzieli już przy talerzach i misach, gdy do środka wszedł Silny i Burgund. Mięśniak nie omieszkał sprowokować konfliktu trącając kogoś ramieniem. Ten odwrócił się gwałtownie jakby chciał od razu wlepić napastnikowi. Ale jak zorientował się, że z pogardą patrzy na niego łysol ze dwa rozmiary większy to po chwili cichych kalkulacji, spuścił wzrok i uznał, że jednak ma coś pilnego do załatwienia gdzie indziej. Łotrzyca przewróciła oczami w oznace irytacji i klepnęła kolegę aby poszedł do wskazanego stołu. W międzyczasie bowiem zdążyła wypatrzyć biesiadującą trójkę.
- A co zrobimy jak nas nie napadną? - Lars zagaił dwójkę swoich sąsiadów. - Jutta mówiła, że nie wszystkie barki są napadane. Tylko niektóre. To ma sens. Jakby rzezali wszystko jak leci to by się zrobiła blokada morska. Ha! Blokada morska na rzece! A to mi się udało! - Zarechotał rozbawiony własnym żartem. Astrid też się zaśmiała ale dyskretniej.
- No tak. Jak nas nie napadną, to pewnie cało dopłyniemy do Saltmundu. A obiecaliśmy Hubertowi, że pozbędziemy się tego ładunku materiałów jego konkurenta. Wagner nie pozwoli ich przecież wyrzucić za burtę. Przecież z tego żyje no i zaszkodziłoby to jego reputacji. - Astrid pokiwała swoją blond głową na znak, że pamięta o czym rano rozmawiali z Grubsonem.
- Można by go spalić. Wtedy po kłopocie. - Silny wzruszył obojętnie swoimi wielkimi ramionami. Brwi dwójki Norsmenów, uniosły się ze zdziwienia.
- Silny jak podpalimy ładunek to może się cała łajba zjarać. A my będziemy na niej. Poza tym dobrze by było jakbyśmy przejęli tą łajbę. Zwłaszcza jak się nie trafi nam żadna inna. - Morski łupieżca starał się mówić łagodnie aby dobitnie. Jakby nie chciał rozdrażniać chłopaka z ferajny ale też przypomnieć mu po co w ogóle płynął w ten rejs.
- A kto ci każe go podpalić w trakcie rejsu? - Łysol uśmiechnął się chytrze. I ponownie brwi dwójki przybyszy z północy skoczyły do góry. Tym razem z zaciekawienia. - Przecież można go podpalić już w Saltmundzie. Albo jak będziemy już dopływać. Tak by nie musieć skakać za burtę bo pożar. - Mięśniak popatrzył na nich po kolei, zadowolony ze swojego pomysłu.
- A jak wrócimy tutaj jeśli “Jutrzenka” pójdzie z dymem? Zresztą przecież załoga pewnie zacznie gasić pożar. - Astrid zagaiła go o więcej detali. Silny znów wzruszył ramionami i bez ceregieli złapał za ramię przechodzacą kelnerkę. Ta pisnęła ale nie dała rady się wyrwać jego uciskowi. Kazał jej przynieść sobie grzańca z miodem i na zachętę klepnął mocno w tyłek aż znów zapiszczała.
- Nie da się zjeść ryby i mieć rybę. Albo - albo. Przecież po rzece co chwila pływają jakieś statki a tym bardziej z Saltmundu. Jakiś się znajdzie co płynie tutaj z powrotem. - Wyjaśnił bez ceregieli i widać, że nie brał tego za zbyt poważną trudność.
- No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.Egon, ferajna i Gezackt
Już od jakiegoś czasu siedzieli przy stole, gdy do środka weszło z pół tuzina oprychów. I wiotka, blondwłosa Martin, w zielonym kubraku, w ogóle do nich nie pasowała na pierwszy rzut oka. A jednak szła z nimi jakby byli jedną bandą. A przewodził im Gezackt. Zajęli jakiś stół ale gdy Lars gwizdnął aby zwrócić jego uwagę. Gdy herszt milicjantów ich dostrzegł pokiwał im głową na przywitanie. Jeszcze chwilę coś pogadał ze swoimi po czym z Szybkim, ruszyli w ich stronę. Po chwili, we dwóch, siedział już razem z nimi.
- No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.28; Wellentag; południe
Warunki: półmrok, cicho, nieprzyjemnie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa
Po wizycie bretońskiej milady, Heinrich miał dzień wolny. Po zastanowieniu się, uznał, że dobrze by było przejść się do apteki Sigismundusa. Ta mieściła się w niezbyt zadbanych, południowych rejonach miasta więc miał do przejścia kawałek. Dobre było to, że nie musiał się spieszyć. Gdy wyszedł z kamienicy, powozu von Mannlieb już nie było. Za to doleciał całkiem znajomy, monotonny szum koła garncarskiego. Widocznie Frida miała kolejny dzień pracy co nie powinno dziwić. Jakoś musiała zarobić na chleb i podatki. Zostawił ją i jej warsztat za sobą i ruszył przed siebie. Po raz kolejny odkrył, że jego metalowa noga, nie została stworzona do długich spacerów. Dotarł jednak na miejsce.
Front apteki był opustoszały a drzwi i okiennice zamkniętę. W środku dnia to wróżyło, że Sigismundus, zapewne nie wrócił jeszcze do miasta. Ale kultysta wiedział, że to nie musiało oznaczać, że lokal stoi całkiem pusty. Zgodnie z instrukcją jaką niegdyś odebrał na jednym ze zborów, musiał przekuśtykać na sąsiednią ulicę. Wąską, mroczną i zaniedbaną. Jednak i tak wyglądała uroczo w porównaniu do tego co czekało na byłego łowcę heretyków za zardzewiałą furtką. Podwórze wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Jakieś łajno po jakim chodziły muchy i larwy tu, połamane skrzynie tam, resztki chyba rur, popękane butelki. No i błoto. Ono sprawiło mu największą przeszkodę. Buty głęboko się w nie zapadały, w najgłębszym miejscu aż do połowy łydek. To pełne upadku, rozpaczy i rozkładu podwórze, wyglądało jak naturalny ołtarz poświęcony Ojczulkowi. A brudne, lepkie błoto wyglądało tak ohydnie, że nikt rozsądny, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wreszcie jednak przebrnął przez nie i zdołał zapukać umówionym sygnałem w tylne drzwi budynku. Przez chwilę nic się nie dzialo. Kamienica wyglądała na opuszczoną tak samo jak od frontu. Jednak w końcu usłyszał skrzypnięcie zamka i pojawiła się szczelina między drzwiami a futryną. Wciąż jeszcze zamknięte na łańcuch. Z wnętrza dojrzał nagi podbródek jakiejś zakapturzonej postaci.
- A to ty. To poczekaj. - Spod kaptura doszedł go młody, kobiecy głos. Drzwi na chwilę zamknęły się aby można było zdjąć łańcuch. I po chwili gospodyni wpuściła go do środka. Wszedł do kuchni a ona zamknęła drzwi na zasuwę a potem odwróciła się ku niemu i zdjęła kaptur. To była Lilly. Mutantka o liliowych włosach. Gdy była w długiej spódnicy tak jak teraz, to jej sromota nie była widoczna. Ale widział ją całkiem bez ubrania gdy figlowała na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach a i wcześniej w lochu Pirory mu się zdarzało. To wiedział, że od pasa w dół, bardziej przypomina zwierzoludzia niż człowieka.
- To chodź do środka. Chcesz się czegoś napić? Mamy kompot. I chyba jakieś wino. Otto ostatnio kupił i przyniósł jak tu był. - Lilly zaprosila gestem do środka. Wskazała na piec i szafki, gdzie proponowała gościowi coś do picia. Jednak szybko przejęła rolę przewodniczki. Zresztą ze środka przyszła Dorna. Jej współplemieniec z Jaskini Odmieńców. Tylko z szarą cerą i włosami w formie kolców nie mogła się swobodnie poruszać po mieście tak jak jej koleżanka. Teraz z zaciekawienia przyszła sprawdzić kto przyszedł ale widać było, że jest dość wycofana i ładniejszej koleżance zostawia prowadzenie rozmowy.
- Widziałeś co się stało? Jakie dorodne czerwie do nas przyszły? Chcesz zobaczyć? Chodź! - Lilly dość szybko zmieniła temat rozmowy na ten jaki ją wyraźnie ekscytował. Szara mutantka też pokiwała głową i uśmiechnęła się nieśmiało. Obie wyglądały jakby koniecznie chciały się czymś pochwalić. Zaprowadziły go z kuchni na zaplecze, potem schodami w dół, do piwnicy. I krótkim korytarzem do ostatniego pomieszczenia. Tu zastał tą starą wiedźmę z Norsci. Wyglądała jak ożywiony, stary, szary gałgan. A jednak na jego widok zmarszczyła brwi i wysłuchała obu mutantek.
- No w sumie to czemu nie. - Uznała i od razu wyczuł, że chociaż dopiero co przybyła do miasta, to jednak obie młodsze kobiety, uznają jej autorytet i wiedzę. Starucha dała mu znak aby poszedł za nią do lewej celi. W niej była cała hodowla much. Klatki z dorosłymi insektami. Te mniejsze były wielkości kota a te większe średniego psa. No i miały tłuste, pękate korpusy, że aż dziwne było, że ich wiotkie skrzydła mogą je unieść. Chociaż proporcje miały chyba podobne do zwykłych much. Zaś w skrzynkach trzymano czerwie i kokony, oraz różne stadia pośrednie. Właśnie do takiej skrzynki, zaprowadziła go starucha a dwie młode mutantki też były podekscytowane ale pozwoliły aby mógł obejrzeć coś co one już widziały.
- Zobacz. - Wiedźma wskazała do wnętrza pudła i odsunęła się aby mogł tam zajrzeć. W środku były dwa czerwie. Wiły się i pulsowały jakby badały wnętrze swojego pomieszczenia. Ale były ogromne! Takich dużych jeszcze nie widział. Nawet te jakie nazywali dużymi a były w sąsiedniej skrzynce, były ze dwa razy krótsze i mniej masywne. Te dwa miały rozmiary dwóch, dorodnych szczupaków. Trójka kobiet dała mu chwilę aby im się przyjrzał.
- To od tej Bretonki. Wczoraj rano urodziła. Zobacz jakie wielkie! Tak dorodnych jeszcze nie mieliśmy. No sam, zobacz, te obok to są te duże. A te są o wiele większe! Szukałam w zapiskach Sigismundusa i Mergi ale tam nie ma nic, że mogą rosnąć tak duże. O tych małych i dużych co mieliśmy już wcześniej to tak, to było opisane, że takie mogą urosnąć. I ten etap kokonów i dorosłych much też mniej więcej się zgadza. Ale o tym, że mogą być aż tak wielkie to nic nie było! A tu zobacz jakie dorodne. - Starucha była nie mniej podekscytowana jak jej dwie, młode towarzyszki. Jednak były łowca kultystów na własne oczy widział różnicę w rozmiarach. Te dwa nowe czerwie, wydawały się z całkiem innej kategorii wagowej.- Będę musiała robić zapiski. Jeśli będą się rozwijać podobnie jak te zwykłe, to zapewne dłużej będą przechodzić proces poczwarki niż one. Bo i ciąża z tą Bretonką chyba była dłuższa niż zwykle. To by się zgadzało. Chociaż nie jestem pewna. Otto ją zasiał ale nie tutaj, tu nie ma dokładnych zapisków więc domyślam się, że około tygodnia albo dłużej. Ależ to ma potencjał! Jeśli są tak wielkie jako czerwie to aż trudno oszacować jak będą wielkie jako dorosłe osobniki! - Raisa była zachwycona i bardzo ożywiona tą sytuacją. Jak hodowca któremu się trafił wyjątkowy okaz jaki może dać początek nowej, szlachetniejszej i wspaniałej odmianie rasy. Wzrok też miała rozpromieniony jak fanatycy religijny podczas jakiejś błogosławionej wizji. Ale nagle opuściła go na gościa i podeszła zaskakujaco blisko.
- Wiesz co to oznacza Heinrich? Tą Bretonkę trzeba zasiać jeszcze raz. Tyle ile się tylko da. Musi nam urodzić jak najwięcej i jak najszybciej więcej takich dorodnych czerwi. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy wyczyn i będzie zdolna go powtórzyć. - Raisa, podobnie jak Sigismundus, zdawała się patrzeć na tą hodowlę jak hodowca. A na nosicielki jak na klacze rozpłodowe zdolne do wydania na świat obiecującego potomstwa. A poza tym przecież ich spiskowa rodzina miała konkretne plany co do tego potomstwa.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Heinrich, Petra i Fabienne
Heinrich zdążył wrócić do siebie w samą porę. Pogodne wcześniej niebo, zasnuło się chmurami i nie było wiadomo, czy nie zacznie z nich padać. Gdy zbliżał się do klatki schodowej kamienicy w jakiej mieszkał, znów słyszał szum koła garncarskiego. Nawet jak z tego miejsca ani swoich okien, nie widział samego zakładu. Miał dość czasu aby złapać oddech i odpocząć po tej przechadzce do południowych dzielnic. Co prawda z Fabienne, nie umawiał się na konkretny moment. Ale z tego co mówiła rano, to należało się spodziewać, że skończy swoje sprawy w teatrze raczej bliżej kolacji niż obiadu. A skoro chodziło o damy ze śmietanki towarzyskiej to raczej nie miały one sztywnego grafiku jak na statku, klasztorze czy wojsku.
W końcu usłyszał za oknem powóz jaki się zatrzymał. Gdy wyjrzał przez okno dostrzegł dwie eleganckie szlachcianki jakie z niego wychodziły. Jedna czarnowłosa i bladolica a druga świetlista blondynka. Po chwili zniknęły mu z oczu gdy weszły do klatki schodowej. Aż usłyszał pukanie do swoich drzwi. Gdy je otworzył stały przed nim Fabienne von Mannlieb i Petra von Schneider. Blondynka wyglądała na podekscytowaną i z trudem to ukrywała. Kultystka była bardziej opanowana i skoro ona miała być ich przyzwoitką, to ona zaczęła rozmowę.
- Bonjur Heinri. - Lekko skłoniła swoją głową z ufryzowany, czarnymi lokami aby się przywitać. Przez co wyglądało jakby się dzisiaj pierwszy raz spotykali. Znów pozwoliła aby jej bretoński akcent nie został przegapiony. - Właśnie z Petrą wracamy z teatru. I tam rozmawiałyśmy o pomocy i wsparciu dla zasłużonych weteranów Imperium. No i Petra była zachwycona pomysłem aby ten nowy, szczytny cel, zacząć od ciebie. - Von Mannlieb umiejętnie odgrywała swoją rolę aby dać całej ich trójce pretekst na to nieformalne spotkanie. Chociaż prywatnie to rozmawiali o tym już wczoraj.
- Witaj Heinrichu. Mam nadzieję, że ci się nie narzucamy i się nie obrazisz za taką wizytę. - Petra ochoczo pokiwała swoją blond głową i wskazała na koszyk jaki trzymała w dłoni. Wyglądał jak na piknik dla dam z wyższych sfer. Jakby nie chciała przychodzić na taką wizytę z pustymi rękami.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kwietna 14; teatr
Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)Otto, Pirora, Odette, Kamila i Aliona
Sandały klepały w bruk ulicy gdy jednooki mnich raźno nią szedł. Miał tyle do załatwienia od samego rana a była dopiero połowa dnia! Najpierw poranne spotkanie z łysym mięśniakiem jaki złapał go gdy szedł do hospicjum. Silny chciał wiedzieć dlaczego kolega go szukał wczoraj. Potem samo hospicjum. Prawie z miejsca trafił na brata Ludwika. Był na czworakach bo szorował podłogę. Podniósł głowę aby zobaczyć kto mu śmie robić ślady na świeżo wyczyszczonym kawałku ale jak zobaczył kto to się rozpromienił. - Pochwalony bracie Otto. To prawda? Ona nas odwiedzi? Osobiście? - Zresztą nie tylko młody mnich był podekscytowany myślą, że sama Słowik Północy odwiedzi ich skromne progi. A i w hospicjum widać było sprzątanie jakby sam burmistrz albo wielki kanonik, miał przybyć w odwiedziny. Wśród tych bardziej zakorzenionych w rzeczywistości pacjentów, wyglądało to podobnie. Niklas też go zapytał o to samo. Jakby nie mógł uwierzyć, że sławna śpiewaczka przybędzie w to niezbyt wesołe miejsce. Śniadanie było jednak jak zwykle. Chociaż jak Otto miał zdążyć na 9 dzwon do Lebkuchenów, to musiał się pośpieszyć. Potrzebował uzyskać zgody przeora. Ten nie wyglądał na zachwyconego ale skoro chodziło o dobrodziejów Lebkuchenów i ich uzdrowioną przez Otto córkę, to dał mu wolne aby załatwił z nimi co potrzeba. Potem była sama wizyta u cukierników. A właściwie u pani Lebkuchen i panny Lebkuchen bo głowy rodziny nie było w domu gdy tam przyszedł. W zamian, Teofano pokazała mu Gelę. O jakiej myślała i jako przyszłej kochance i muszej matce. Tylko niezbyt wiedziała jak się do niej zabrać i tu prosiła o radę mnicha.
Wizyta u Lebkuchenów okazała się całkiem pracowita. Ale jak od nich wyszedł to miał okazję wykorzystać to wolne od przeora aby udać się na poszukiwanie dwóch pozostałych muszych matek. Obie szlachcianki mieszkały w najdroższej, Północnej Dzielnicy. Więc po drodze od cukierników, mógł zajść do Pirory aby zasięgnąć języka. Jej ani ich obu kochanek nie zastał ale dowiedział się od jej zaufanej pokojówki, że rano była tu lady von Mannlieb i potem obie pojechały do teatru. I służka spodziewała się, że pewnie spędzą tam sporą część dnia. Teatr i tak był po drodze do rezydencji i von Mannliebów i van Zee więc też miał po drodze. Wstęp do środka był otwarty i w danwej sali głównej tawerny, wciąż były ustawione krzesła i ławy dla widzów. Podobnie jak w zeszłym tygodniu na próbie chóru jaki w nieoficjalnej części, przerodził się w figle w dawnych pokojach dla gości. Obecnie w większość miejsc była pusta. Scena też. Trwały jednak jakieś prace z inscenizacją, widać było jakiś ruch. Musiał przejść na zaplecze i tam dopiero usłyszał bardzo melodyjny, czysty, kobiecy śpiew. Gdy poszedł jego śladem, trafił na pomieszczenie gdzie zastał czworkę dam. Kamila, Pirora i Odette przysłuchiwały się i podziwały występ Aliony. Leśna elfka dawała żywy przykład, że ta opinia o uzdolnionych, elfich bardach nie są przsadzone. Śpiewała jakąś pieśń, grając jednocześnie na lutni. Nie tylko trzy szlachcianki dały się ponieść czarowi jej talentu. Siedziały lub stały, trochę tyłem lub bokiem do elfki więc w pierwszej chwili go nie zauważyły. A gdy ta skończyła, to zaczęły jej bić brawo.
- Merveilleux! Merveilleux! - Odette była zachwycona i wcale nie omieszkała wyrażić to dla innej artystki. W tym zamieszaniu Pirora dostrzegła Otto. Podeszła do niego z łagodnym uśmiechem aby się przywitać i zapytać co go tu sprowadza. -
Egon i kultyści
- No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.
Egon przez pewien czas przysłuchiwał się rozmowom w milczeniu. Rzekł:
– Za taki kawał żeliwa, to nie dość, że ma się nas słuchać na pokładzie i nie gadać niczego, jak będziemy go przejmować, to jeszcze miałaby się oddać wszystkim i do tego przygrywać na lutni – prychnął. – Dużo żeśmy zapłacili… Ale rzecz i warta swej ceny.
Tu zwrócił się jeszcze do Silnego, który podjął sprawę spalenia ładunku:
– Jak nas ci piraci rzeczni nie zaatakują, sami przejmujemy okręt na samym końcu. Jutta nie będzie musiała wiedzieć. Nie od razu. Przy końcu rejsu powiemy jej, co się będzie święcić. Ładunek szkoda by wywalać za burtę; wszak Strupas albo kto inny z naszych mógłby znaleźć jakiegoś sensownego pasera, który sprzedałby ten towar kupcom z Dietershafen. Szkoda by rzecz palić, lepiej by na niej zarobić. Albo kto wie? Może Hubert odkupi od nas to wszystko na materiał?
Dodał jeszcze:
– Przy przejmowaniu statku lepiej będzie, żeby całą załogę zniewolić – rzucił pomysłem w przestrzeń. – Branców będziemy mieli zara na początku, a i łatwiej będzie sprzedać statek bez załogi. Powiemy, żeśmy go znaleźli, ha.
- Trudno powiedzieć jaka ona jest, ta Jutta. Dopiero co ją poznaliśmy. Z tego co mówił Hubert to jest skora do zabawy. I to nawet takiej jak tydzień temu w teatrze. Chyba by mogła przymknąć oko na jakiś przemyt aby akurat patrzyła w drugą stronę. Ale poza tym to nie wiadomo na co by się zgodziła albo nie. - Astrid mówiła zadumanym głosem. Wydawało się, że atrakcyjna celnik przypadła jej do gustu, ale nie była pewna czego się po niej spodziewać na grubsze akcje o jakich myśleli.
- Ee. Żaden problem. Zawsze można jej dać kosę w żebra, pałą w łeb, i za burtę. Albo jest z nami albo przeciwko nam. Tak to jest jak się bierze kogoś z zewnątrz. Takie ryzyko. Trzeba się liczyć ze stratami. - Silny wzruszył ramionami i los mytniczki wydawał mu się dość obojętny.
- No trochę by szkoda było. Zapowiada się całkiem ciekawie. Może by mogła do nas przystąpić na stałe? Kiedyś, później. Nie dość, że byśmy mieli przednią pannę do zabawy, a przecież Hubert mówił, że się z nią można ładnie zabawić, to jeszcze byśmy mieli swojego mytnika na rzece. A taki mytnik to może nam się jeszcze przydać. A zresztą, Silny, ty to na wszystko masz jedną odpowiedź, pałą w łeb i do wora. Czasem to się przydaje trochę finezji i pomyślunku. - Burgund nie była taka pewna czy należało od razu myśleć o likwidacji celniczki, jak to sugerował łysol. I znów dała o sobie znać, antypatia jaka dzieliła obie łotrzyce i mięśniaka. Chociaż z miedzianowłosą nie przybrała tak drastycznej formy jak z Łasicą.
- Egon ale jak ty chcesz przejąć łajbę, tak aby nasza ślicznotka w spodniach się nie zorientowała? - Lars pokiwał głową ale na razie zwrócił się do kamrata. - Widziałeś, to nie jest duża łajba. Zwykła barka rzeczna. Jak komuś damy w zęby czy wyrzucimy za burtę to może Jutta tego nie zauważy, ale jak całą załogę to nie wiem jak. A czy wtedy będzie nam spolegliwa czy nie, to nie wiadomo. Za sakiewkę, nie wszystko można kupić. - Norsmen też nie był pewny jak może zachować się Jutta w razie drastyczniejszych akcji. Bo też ją poznał dopiero dziś rano. - A materiał tak, najprościej jest wyrzuć za burtę. Oczywiście wtedy przepada. Można też spróbować przejąć i sprzedać. Ale to już by było nieco chodzenia. Wiesz, trzeba by samemu kupca znaleźć albo oddać po taniości do jakiegoś składu, tak na szybko. I albo w Saltmundzie albo przypłynąć z nim i sprzedać tutaj. Chyba, że coś po drodze się trafi. - Pod względem opchnięcia lewego towaru, był zdania, że pozbycie się go na rzece byłoby najszybsze i najprostsze. Chociaż też bez żadnego, dodatkoweogo zysku. Inne opcje już wymagały aby poświęcić im uwagę.
– Niby jak miałbym przejąć statek, żeby inni nie widzieli? – zapytał Egon, który do tej pory myślał, że cała rzecz z przejęciem statku będzie jawna, bo innej opcji nie mieli. – Niby co byśmy mieli zrobić? Uwięzić szypra, zarżnąc paru kmiotków, żeby się nie buntowali? Jak byśmy wytłumaczyli Juttcie, że nie płyniemy zwykłym traktem, jeno odbijamy do jakiejś meliny, co żeśmy ją wyrychtowali albo na bok?Brodacz skubnął swą brodę. Dotychczas opcja inna niż siłowe przejęcie statku i terroryzowanie załogi nawet nie wchodziła dla niego w rachube.
– Może jeśli byśmy zamknęli tego szypra gdzieś i byśmy przekonali załogę, że gadamy w jego imieniu – wzruszył ramionami. – Inaczej to nie wiem jak. A Jutta zebrała tyle szmalu, że nie może nas zdradzić. Inaczej z węgorzami się będzie witać o świcie – dodał, biorąc w rozrachunek, że chytra portowa baba mogła chcieć ich wpuścić w maliny.
- Po prostu to, że ją bierzemy na pokład, ma swoje plusy i minusy. Na plus jest to, że skoro mytnik jest na pokładzie, to inny raczej nie powinien koło nas węszyć. Może nam się przydać, gdyby była nam przychylna, do różnych numerów. W końcu jest urzędnikiem. Powie, że towar jest trefny i leci za burtę, to leci. Bez niej, takiego numeru nie będziemy mogli zrobić. Ma też szablę u boku, nie wiem jak umie nią machać, ale gdyby doszło do walki, to zawsze jeden miecz więcej. No i gibko wygląda i umie z tego korzystać, to zawsze może nam osłodzić podróż. - Norsmen zaczął wymieniać zalety, jakie dostrzega w tym, że będą podróżować z młodą mytniczką. Dał chwilę, twarzystwu aby to przetrawili, zanim zaczął ciągnąć dalej.
- No ale mogą być też minusy. Nie znamy jej więc nie wiemy jaka jest pod skórą. Nie wiemy czy będzie nam utrudniać jak na przykład byśmy zaczęli rzezać załogę. Albo wzięli ją pod nóż. Nie wiemy co by zrobiła, jakbyśmy chcieli tą łajbą popłynąć tu czy tam a nie do Saltmunda jak to jest ustalone. Nie wiemy co by zrobiła jakbyśmy sami napadli na jakiś statek czy osadę. Bo jej nie znamy i nie wiemy co ma pod skórą. - Morski łupieżca, dla równowagi wymienił te punkty jakie trudno było obecnie przewidzieć zachowanie celnik.
- Jak będzie sama a nas cała banda to sama raczej nam się nie postawi. Przynajmniej jak ma trochę oleju w głowie. Ale nie wiadomo co zrobi jak już przybijemy do jakiegoś portu. Wtedy tracimy ją z oczu i nie wiada jak będzie. Ja dla pewności to bym jej dorobił drugi uśmiech na szyi. Jak już przestanie być potrzebna. Wtedy wiadomo, że nas nie wyda. - Silny jak zwykle, optował za brutalnym i najprostszym rozwiązaniem.
- Ty to jak zwykle. - Burgund pokręciła głową z niezadowolenia. - Ja bym była za tym aby się z nią zaprzyjaźnić. Może nam się przydać a i na wesolutką wygląda. A jak się z kimś przyjaźnisz a nawet chędożysz, to trudniej się donosi do straży. - Łotrzyca z kolei, preferowała inne metody i też popatrzyła po reszcie jak się do tego mają.
- Ale są jeszcze ci piraci. Czy co tam napada na te łodzie. A jak nas jednak napadną? - Astrid też była ciekawa co z tym wątkiem napaści.
– Ta, też tak gadam – Egon zgodził się, pociągnąwszy solidny łyk. – Ma nas osłaniać przed wzrokiem mytników podczas rejsu. Ale jak przejmiemy statek, to z towarem możemy zrobić wszystko i nikt nam nie podskoczy. Nie, towar to nie jest problem…Egon pokręcił głową.
– Moglibyśmy ją jeszcze wybadać, jaka jest. Zostało nam do końca dzisiaj. Zaprosimy ją na grzańca i inne swawole. Jak się sprawdzi, zostanie z nami. Jeśli nie, ją pierwszą poślemy na dno podczas przejęcia korabia, nie inaczej. Co myślicie, kompania? Ja bym tak zrobił, Łasica i Burgund ją sprawdzą w ten albo drugi sposób. Mogłaby nam pomóc przejąć statek. A jeśli nie… Wiadomo.
I dodał:– Jak dla mnie, największy problem to przejąć statek. Jak nas zaatakują, to żaden problem, wyczekamy, aż się wykrwawi załoga. Walczyć będziemy tak, żeby odeprzeć, ale nie będziemy chronić tych drabów na pokładzie, jeno rugać piratów będziemy i siebie samych chronić będziemy. Jeśli nie zaatakują nas, szypra zamkniemy pod pokładem i spróbujemy wykpić się z załogą, a koniec końców terrorem ich zmusić, żeby płynęli z nami. Ano… Moglibyśmy popłynąć do miejsca, gdzie się spotkaliśmy z Munirem – zaproponował. – Tam korab można by sprzedać i do czasu go ukryć.
- Hej! A dlaczego to Łasica i Burgund mają się zabawiać z Juttą? A ja? - Astrid uniosła się, jakby nieco uraziła ją propozycja gladiatora. Co jednak wywołało złośliwe rechoty u kolegów. Silny i Lars, śmiali się do rozpuku. Łotrzyca też ale starała się być dyskretniejsza od ich obu. W końcu troskliwie wzięła córkę jarla za ramię i uśmiechnęła się do niej życzliwie.
- Oj Egon tak tylko ogólnie powiedział. Przecież jak będzie w łożu miejsce dla mnie, Łasicy i Jutty, to i dla ciebie się znajdzie. A może jak ją razem urobimy to i będzie nam przychylniejsza. - Dziewczyna z ferajny o miedzianych włosach, starała się udobruchać koleżankę z północy. I nawet jej się udało, bo blondynka w końcu też się uśmiechnęła jak dotarło do niej, że nie będzie wyłączona z tej zabawy.
- I nie bądź taka pazerna Astrid. Coś słyszałem, że chciałaś dzielić kajutę z Juttą. No to jeszcze będziesz miała okazję się z nią poznać. Zobaczcie jaka pazerna. Helga ma być jej, te cztery ze wsi też, teraz ta mytnik. Co ty taka chciwa jesteś? - Lars przybrał nieco ironiczny ton jakby chciał przypomnieć koleżance jej wcześniejsze zapędy.
- Jestem córką jarla, to muszę mieć odpowiednią oprawę i świtę. I dobrze by było jakbym wróciła do domu otoczona takimi damami dworu. One są cenniejsze niż zwykłe niewolnice. - Astrid za to odparła mu bez wahania, w nieco przerysowany sposób przez co wyszło to dość żartobliwie.
- Akurat u nas to ladacznic jest pełno. To nudzić się chyba nie bedziesz. Ale nie wiem, czy któraś będzie chciała popłynąć z tobą na północ. Tam tylko śnieg i góry. - Silny też wydawał się być rozbawiony tym małym wtrąceniem. A gdy wspomniał o ladacznicach, wyraźnie spojrzał na Burgund. Ta uśmiechnęła się, jakby wcale nie traktowała tego jak obrazy.
- Na razie jesteście u nas w gościach, to się możemy zabawić na miejscu. A pomysł Egona mi się podoba. Możemy pójść do Jutty i ją zaprosić na figle. Najlepiej do nas, do “Mewy” to pewnie by jeszcze Łasicę udało się zgarnąć. Jak to co mówił Hubert o Juttcie to prawda, to chyba powinna być chętna na taką biesiadę. - Łotrzyca wskazała na brodacza a sama dała wyraz poparcia dla jegoo pomysłu.
- Dobra, może być. Ale wracając do tego statku. - Lars skinął głową, ze nie widzi przeszkód przed miłym spędzeniem ostatniego wieczoru w mieście, jednak chciał jeszcze pogadać i jutrzejszym rejsie. - Dla nas to chyba nawet lepiej, jakby nas napadli ci piraci. Tak czy siak, byśmy zdobyli jeden statek. No wiadomo, ktoś może przy tym oberwać, no ale trudno, takie jest ryzyko jak płyniesz na łupiestwo. - Popatrzył najpierw na gladiatora a potem na resztę.
- Ja bym proponowała dać sobie na wstrzymanie przez pierwszy dzień rejsu. - Burgund też spoważniała i popatrzyła bystro na towarzyszy. - Bo nie wiadomo co z tymi piratami. Ale mają napadać gdzieś w połowie drogi między nami a Saltmundem. Czyli pewnie pod koniec pierwszego dnia rejsu albo z rana następnego. Albo w nocy. No to jeden dzień to chyba możemy poczekać na to co się stanie nie? Bo do stolicy to płynie się dwa, czasem trzy dni. Z powrotem trochę krócej bo z prądem się płynie. - Burgund była ciekawa co na to powiedzą.
– Jeśli chcecie do łoża wejść we czterech, wasza rzecz – rzekł Egon na uwagę Astrid. – Po mojemu, możecie tam ją obracać wedle tego, jaki humor macie. Ba! Jeśli taka wola, dupczyć można oną Juttę we troje, jeno ciasno nieco będzie. Ale najważniejsze, to wybadać ją… I zmiękczyć nieco. Zwykłych luda z ulicy może i by zostawiła, ale jak już kto ją zbałamuci i odwróci na swą stronę, to nie tak prosto skrewi. Kto wie, może i jakim sekretem się z nami podzieli?I dodał do wypowiedzi Larsa:
– Ani chybi, trza nam poczekać, aż przepłyniemy ten najgroźniejszy odcinek – gladiator zgodził się, a na jego oblicze wstąpił ponury uśmiech, kiedy ciągnął. – Pierwszy dzień robić nic nie będziemy, jeno zgrywać grzecznych najemników, co wzięli ino sześć karli-franzów za dzień roboty. Naznaczmy dzień i czas: drugiego dnia pod wieczór sami zaatakujemy. W ony sposób zostawimy rzecznym piratom aż nadto czasu, żeby zaatakowali. Pod koniec drugiego dnia będziemy pewni, że mamy czysto.
Imaginowawszy sobie te zdarzenia, ciągnął:
– Jutta osłoni nas przed mytnikami później, kiedy już krypa będzie nasza. Ale potem zawinąć do portu przeznaczenia już nam lza nie będzie. Trzeba będzie ukryć gdzieś statek do czasu, kiedy go nie sprzedamy. Gezackta zostawimy gdzie w pobliżu portu, żeby na lądzie mógł zejść, skoro tak wody nie cierpi. My zaś popłyniemy dalej i ukryjemy go. Najlepiej by było, gdyby od razu korab sprzedać, ale przecie to nie wór z ziemniakami. Nie tak łatwo znajdziemy na niego kupca, myślę.
- No tak, w morze tą “Jutrzenką” nie ma co płynąć. Lepiej kupić coś większego. Ale to pewnie w jeden dzień ani się nie kupi, ani nie sprzeda. - Norsmen pokiwał głową, na znak, że pod tym względem, ma podobne oczekiwania co kolega. - Burgund, ty jesteś tutejsza. Co radzisz zrobić? - W końcu spojrzał na łotrzycę o miedzianych włosach. Ta zastanawiała się chwilę.
- Mówimy o dwóch różnych rzeczach. Ukryciu łajby i jej sprzedaży. Ukryć ją można. W górę rzeki jest starorzecze. To w jakim znaleźliśmy posąg Soren i pierwszy raz spotkaliśmy Gezackta. Można też zakotwiczyć gdzieś na wybrzeżach zatoki. Z portu nie będzie widać albo słabo. Jeszcze skuteczniej to można wypłynąć z niej i spróbować szczęścia gdzieś wśród klifów. Ale to niebezpieczne bo tam wzburzone wody i lepiej mieć kogoś kto je dobrze zna. U nas Kurt je zna no ale popłynął z Mergą do Norsci. Wlaśnie dlatego większość statków trzyma się z daleka od tych klifów. - Łotrzyca dość gładko podała parę, możliwych kryjówek dla statku w okolicy. I dała im chwilę aby to przetrawili. - No ale wtedy trudno będzie sprzedać taką łajbę. Przecież taki kupiec czy szyper, to będzie chciał wejść na pokład i zajrzeć w każdy kąt. No a takie rzeczy najłatwiej załatwia się w porcie. - Wyjaśniła im dlaczego te dwie rzeczy, uważa za sprzeczność. Lars skinął głową i widać było, że zastanawia się co z tym zrobić. Wtedy wtrącił się Silny.
- Za bardzo kombinujecie. - Prychnął pogardliwie. - Nie wiadomo czyja jest ta “Jutrzenka”. Jeśli tylko tego szypra to sprawa z głowy wraz z jego śmiercią. Nie będzie zbędnych pytań jak będziemy chcieli sprzedać łajbę. Może też być jakiegoś kupca czy armatora. Wtedy no może robić jakieś trudności jeśli na czas się zorientuje, że ktoś w porcie mu łajbę sprzedaje. Ale może uda się namówić aby ją odkupił. Powiemy mu, że jak nie zapłaci to łajba będzie miała nieszczęśliwy pożar czy co. - Mięśniak jak zwykle był za prostymi rozwiązaniami i nie lubił myśleć o ewentualnych komplikacjach.
- A skoro i tak chcemy sprzedać tą “Jutrzenkę”. To nie możemy jej sprzedać w Saltmundzie? Nawet jak sprzedamy, to chyba jakoś wrócimy inną barką. Chyba. A monety mniej się rzucają w oczy niż cały statek. - Astrid rzuciła swoim pomysłem. Teraz wszyscy na stole, spojrzeli na nią.
- No tak. Tylko nie wiadomo ile czasu by zajęła taka sprzedaż. Może dzień, albo tydzień. Byśmy wtedy utknęli w stolicy a mamy sporo spraw tutaj do załatwienia. - Burgund przyznała jej rację, ale dostrzegła dodatkowe komplikacje, jakie ze sobą to niosło. A póki co zakładali dość krótki wypad na parę dni, na rejs tam i z powrotem. - A z tą Juttą to ja bardzo chętnie się poznam lepiej. I masz rację Egon, jak ktoś się z kimś pofigluje to potem się lepiej spółkuje! - Roześmiała się na myśl o nowej znajomej. - A ciasnotą się nie przejmuj. Jak ona jest taka figlarna jak Hubert mówił, to damy radę. Najwyżej będziemy się zmieniać. A wy chłopaki? Nie pomożecie nam z Juttą? - Zagaiła najpierw do gladiatora ale też spojrzała jeszcze na łysego mięśniaka i Norsmena z brodą przetykaną siwizną.
– Zerżnąć babę to mogę każdą, jeno im mniej brzydka, tym mniej wina trza mi – rzekł Egon, zgodnie z prawdą zresztą. – Tą Juttę obracać to możemy na wszelki sposób. Na ten przykład, no… Ciekawym był, czy mój kułak by się w jej łonie zmieścił – tu zaprezentował pięść. – Albo dwa. Albo ze trzy, moje i Larsem. Ciekawym bardzo kobiecego ciała, kamraci, czasem. Acz jako żem rzekł, sprawa to taka, aby Jutta nam spolegliwa była. Jak jej się we łbie coś zamiesza i podczas sprawunku okaże się, że stanie po stronie szypra, to marny jej los.Tu wojownik pociągnął linię na swym karku w sugestywny sposób. Postanowił wrócić do sprawy statku.
– Prawdę rzeczecie, jeśli z Jutrzenką gracko się sprawimy, to nikt nie pytać będzie – przyznał. – Kiedy opanujemy statek, możemy płynąć natychmiast do portu. Jeśli naprawdę nikt go nie będzie szukał… Tak, można by kupca spróbować znaleźć. Hmm…
Egon kalkulował opcje.
– Moglibyśmy rzecz rozegrać dwojako – zaproponował wreszcie Egon. – Moglibyśmy dać w stolicy i Neues Emskrank ogłoszenia, że korab jest do sprzedania. A potem, uważacie, co jeśli byśmy go użyli do łowienia łyczków we wsiach wzdłuż rzeki? Gezacktowi by to pasowało, żadne otwarte morze. I ryzyko mniejsze, kiedy byśmy statek odsprzedali, to potem i nikt by nas nie rozpoznał, bo byśmy od razu przeszli na nowy. Tedy od razu byśmy ruszyli na rejzy po brańców, a rzecz z kupnem krypy na morze zrobili w miarę czasu.
- To zależy, czy tam są jakieś wioski przy rzece. I jak nas będzie może dziesiątka, może tuzin albo mniej, to trzeba będzie z rozwagą polować. Bo jakby lady Soria z nami była, to co innego. Sam widziałeś jak zbałamuciła tą Hannach z wioski. Aż przebierała nóżkami aby milady ją wychędożyła. To jakby Soria z nami była, to pewnie by lżej było. A bez niej, to trzeba będzie ostrożnie podchodzić. - Norsmen nie wykluczał takiego polowania na brańców, ale zwracał uwagę, że może byś sporo zmiennych. I dało się wyczuć, że żałuję iż córki Soren z nimi nie będzie. Bo jak mieli wypływać jutro z rana, to nie było pewne, czy wężowa milady, zdążyłaby wrócić do miasta z kurhanu nekromanty.
- Oj to już się zobaczy jak będziemy płynąć po tej rzece. Czy trafimy na tych piratów czy nie. Najwyżej coś się wymyśli. - Astrid była dobrej myśli i wolała nie zajmować się teraz szczegółami, jakie trudno było teraz przewidzieć. Uniosła swój kufel, aby pozdrwić nim swoich towarzyszy, zanim się z niego napiła.
- No chyba coś jest wzdłuż rzeki ale już słabo pamiętam. To nie są moje okolice. - Burgund zmarszczyła brwi ale tym razem nie była pewna jak to wygląda na rzecznej trasie.
- Są przystanie na rzece. Tak jak karczmy na trakcie. Tam się zwykle nocuje. Jakaś osada czy dwie chyba są ale niekoniecznie przy samej rzece. - Silny dodał coś od siebie, ciesząc się, że tym razem wie coś więcej niż kamratka Łasicy.
- No a jeśli chodzi o Juttę to ja się z nią chętnie dziś poznam lepiej. Jak dziś nam z nią dobrze pójdzie, to i podczas rejsu powinna być nam bardziej przychylna. Jak da się zaprosić do “Mewy” to pewnie byśmy tam Łasicę spotkali. No to ona pewnie nie będzie wybrzydzać na taką pannę. To byśmy ją sprawiły. No a jak my to i przecież nie będziemy ten Jutty trzymać tylko dla siebie. - Łotrzyca chętnie wróciła do tematu pogłębienia znajomości z młodą mytnik. I widać było, że taki pomysł bardzo przypadł jej do gustu.
– Nie możemy polegać ciągle na Sorii – Egon wzruszył ramionami. – Zda mi się, że dość roboty będzie miała z zasileniem juchy dla czarownika, a nawet jeśli i przywrócimy jego siłę, to i tak trza będzie nam jakoś opracować metodę, dzięki której złapiemy brańców.I po dłuższej chwili, dodał:
– Pływanie po rzece bez planu i napadanie na byle jakie sioło zda mi się próżnym trudem. Trza by było z czasem rekonesans zrobić i zorientować się, gdzie jest najwięcej luda… I gdzie najmniej mogą się bronić. Któż wie, może jeśli byśmy odpowiednio posmarowali, to byśmy mogli zebrać nieco tych, co nam powiedzą o tym.
– Hmh. No nic. To co? Idziemy do tej Jutty?
~
Egon, ferajna i Gezackt
– No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.
– Wieści dobre, możesz ludzi zacząć zbierać – rzekł Egon do Gezackta. – Jutro zaraz z rana odpływamy Jutrzenką z Rybiego Nabrzeża.
- No i dobrze. Ja tam ludzi mam zebranych. - Wskazał głową na stół przy jakim zostali jego towarzysze. Zaśmiał się przy tym rubasznie z zadowolenia. - Jutro rano? Do “Jutrzenki”? Na Rybim Wybrzeżu? Dobra, będę. Ilu ludzi mam wziąć? - Wyglądało na to, że od wczorajszej rozmowy chęci na ten rzeczny rejs mu nie ubyło.
– Nie za dużo, żeby nic nie podejrzewali – rzekł Egon. – Weź dwóch strzelców i jednego wojaka. Od nas będę ja, będą Silny, Rune, Annika, Astrid, Lars. Nie więcej niż dziewięciu-dziesięciu chłopa trza na rejzę.
- Dwóch strzelców i wojaka? - Herszt bandy spojrzał na Szybkiego i chwilę naradzali się spojrzeniami. Po czym jeszcze zerknął na stół w drugim krańcu sali, jakby zastanawiał się kogo z nich wybrać. W końcu skinął głową i zwrócił się do gladiatora. - No pewnie. Czyli ja i jeszcze trzech. Damy radę. - Uśmiechnął się jakby nie przewidywał na tym polu trudności.Egon skłonił się na te wieści.
– Co do ceny żeśmy już dogadani są – rzekł. – Wkrótce przyjdę ja albo ktoś z nas i wręczy ci żeliwo na opłacenie rejsu, boć nie godzi się, żebyś za swoje pływał w naszych interesach. Ano, to co, umówieni żeśmy są?
- Ano pewnie. Jak masz dla mnie żeliwo, to masz mój miecz. Tylko po rzece. Na morskie wycieczki to ja się nie piszę. - Gezackt wyciągnął swoją, sękatą dłon aby przybić umowę. Choć zrobił to samo zastrzeżenie co wcześniej, że nie ma ochoty zmieniać się w pełnomorskiego marynarza. Ale na wycieczkę po rzece to był skłonny zaryzykować.
– Ano, po rzece będziemy pływać, w morze nie wypłyniemy – rzekł Egon, który powiedział poniekąd prawdę: skoro krypa nie nadawała się do pływania po morzu, będą musieli ją sprzedać.Wellentag; popołudnie; karczma “Kwarta”
Egon, Burgund i Astrid
Ostatecznie Silny z Larsem uznali, że nie trzeba iść całą zgrają aby zaprosić jedną pannę na balety, więc poszli do “Mewy”. Czy Egon z koleżankami by wrócił tam z Juttą czy bez, to tam właśnie mieli się spotkać. Łotrzyca uznała, że nawet jakby wrócili bez mytnik, to jeszcze jakby Łasica im doszła do zabawy, to i tak by się nie nudzili. Gladiator więc ponownie znalazł się na Placu Targowym i szedł z towarzyszkami w kierunku ulubionej karczmy strażników, wojaków, najemników i łowców nagród. Weszli do środka i rozejrzeli się. Chociaż południe już minęło, to dzień był w pełni. Wnętrze było bardziej tłoczne niż gdy byli tu wcześniej. Zapewne część strażników przyszła tu po skończonej zmianie. Znajomą celnik dostrzegli przy jednym ze stołów, chociaż innym niż siedziała wcześniej. Towarzystwo też było inne. Z pół tuzina mężczyn i poza nią, ze dwie młode kobiety co wyglądały na ladacznice. Wyglądało na to, że całkiem wesoło o czymś rozprawiają i biesiada trwa w najlepsze.
Egon rozglądał się tu i ówdzie w poszukiwaniu Jutty, jednak, swym zwykłym sposobem ulicznego zbira, także i nadstawiał uszu na plotki, od których cała karczma huczała. Gdzież, na wszystkie demony, była mytniczka? Próbował ją znaleźć. Ach. Znalazł ją.
– Astrid, zagadaj do niej – rzekł Egon, który stwierdził, że drugie pierwsze wrażenie dziewczyny zrobią lepiej za niego.. – Albo ty, Burgund. Wam gadka łatwiej przychodzi.
Obie koleżanki spojrzały na siebie, jakby szacowały, która z nich lepiej nadaje się do tego pierwszego kontaktu. W koncu, pierwsza odezwała się łotrzyca.
- Może racja Astrid, ty spróbuj. Widzę, że jakieś ladacznice to już tam mają a takiej urodziwej damy to jeszcze nie. A jakbyś potrzebowała wsparcia to daj znać, przybędę z odsieczą. - Rudowłosa dała znać, że jest gotowa ustąpić pierwszeństwa córce jarla. A ta wciąż nieco wyróżniała się wyglądem. Co prawda miała na sobie suknię jaką pewnie pożyczyła od Pirory lub którejś z jej koleżanek, więc już nie wyróżniała się tak, jak w swojej nieco staroświeckiej sukni w jakiej przypłynęła z Norsci. Jednak wciąż miała na sobie pas, miecz, broszę i ozdoby jakie kojarzyły się bardziej z jej północną ojczyzną niż tutejszymi ziemiami. Blondynka uśmiechnęła się do nich obojga i machnęła ręką.
- No tak, jak jutro mam się z nią lepiej poznać w kajucie, to lepiej zobaczyć już dzisiaj, czy coś z tego będzie. - Miłośniczka sag odwróciła się aby ruszyć w kierunku tamtego stołu. A łotrzyca jeszcze zdążyła rzucić pokrzepiająco do jej pleców.
- Oj z tego co Hubert mówił to powinna lubić takie zabawy. - Wyglądało na to, że też była dobrej myśli. Ale na razie została z Egonem, obserwując jak blondynce z północy, pójdzie gadka z młodą mytniczką. - Jak ją zachęci aby do nas podeszła albo chociaż nas zawoła do niej, to będzie dobry znak. - Burgund rzuciła cicho. A na drugim krańcu sali Astrid zdążyła podejść do siedzącej urzędniczki portowej. Widać było, że ta się przywitała z nią z przyjemnym zaskoczeniem, jakby dzisiaj, już się nie spodziewała jej spotkać. Córka jarla nachyliła się ku niej i zaczęła coś jej mówić do ucha. Pewnie wspomniała o czekającej dwójce, bo Jutta w pewnym momencie, spojrzała w ich stronę. Skinęła im ale dalej o czymś rozmawiały z Norsmenką. - O! - Burgund syknęła cicho bo w końcu obie podniosły się i ruszyły w ich stronę. Uśmiechały się, jakby były w dobrej komitywie. I tak dotarły do czekającej dwójki. Z bliska, młoda celnik, wyglądała na wesolutką i rozluźnioną.
- I mówisz, to Burgund byłaby ta druga. - Jutta ciekawie obejrzała sobie łotrzycę i widać było, że nie jest dla niej to niemiły widok.
- Tak. I jeszcze jedna koleżanka ale to już w tej drugiej tawernie. - Astrid pokiwała swoją blond głową, jakby kończyła część co rozmawiały wcześniej. Po czym zwróciła się z wyjaśnieniem do pozostałej dwójki. - Jutta mówi, że z trzema kobietami na raz, to jeszcze nie była. Więc jest ciekawa jakby to było. - Córka jarla wyjaśniła im o co chodzi. - No bo kawalerów to jak widzicie, tutaj ne brakuje. - Wskazała kciukiem za siebie, na stół z jakiego właśnie odeszły. - No ale Jutta, my też mamy kolegów, i wszyscy są bardzo jurni. - Blondynka wskazała wzrokiem na Egona jakby miał być żywym przykładem jej słów. Teraz i mytnik popatrzyła na niego. W końcu się uśmiechnęła.
- No jak jurni no to się jakoś dogadamy. Byle nie stali pod ścianami jak kołki drewna na wiejskiej zabawie. - Roześmiała się, jakby nie była przeciwna zabawie z nowymi kolegami.Jak dla Egona, cała rzecz była warta świeczki o tyle, o ile można było wybadać dziewkę i jej zamiary na szykującą się wyprawę. Nawet - wojownik zuchwale myślał - można było w jakiś sposób zejść z ceny albo też skaptować ją dla Kultu, to tym lepiej. Sam nie czuł jakoś ochoty uczestniczenia w tym wszystkim, sam bowiem zamówił by sobie kwartę i piwa i pozwolił Burgund i Astrid obracać ją ile wlezie. Na to się jednak nie zanosiło, spodziewał się, że tych dwojga będzie szukać jego pomocy w dupczeniu mytniczki.
– Powitać – Egon skinął głową, rad, że wstępne przełamanie lodów zostało już oporządzone przez dziewyczny. – Kołki drewna? Ba… Ja bym powiedział, że kołek mam, i to całkiem gruby.
Zaśmiał się z własnego żartu.
– To co? Zaczynamy? – rzucił wzrok w stronę Burgund, zastanawiając się, co rzeknie.
- Jak tylko dojdziemy do “Mewy” to zaczynamy. - Łotrzyca odparła patrząc na kolegę z wesołym uśmiechem. Po czym szybko zwróciła się do celniczki. - Mnie by było bardzo przyjemnie, przyznam, że miałam nieprzyzwoite plany wobec ciebie, jak tylko cię pierwszy raz zobaczyłam dziś rano. - Komplementami, starała sobie zjednać urzędniczkę. Udało jej się na tyle, że ta roześmiała się szczerze i wzięła ją pod ramię. A pod drugie Astrid.
- No też nie byłam ślepa ale wiecie jak jest. Nie przystoi abyśmy dali się ponieść swojej chuci. - Popatrzyła wesoło na ich trójkę, jakby zdradzała im jakiś sekret. Widać było, że wszystkie trzy, miały ochotę na wspólne spędzenie młodego jeszcze wieczoru. Na koniec popatrzyła nieco dłużej na gladiatora. - No i zobaczymy jak to jest z tymi kołkami. Bo dziewczyny mi chyba w tym pomożecie? - Mytniczka spojrzała zalotnie na swoje nowe towarzyszki jakie ją flankowały.
- Oj no pewnie, że tak. - Astrid uspokoiła ją jakby też była chętna na rozszerzenie zabawy o kolegów.
- To chyba nie mamy co tu tracić czasu, co ślicznotko? Skoro czekają nas takie przyjemne zmagania w łożnicy. - Burgund przesunęła palcem po policzku urzędniczki kusząc ją w stylu zawodowej ladacznicy.
- No tak, ale to jeszcze poczekajcie. Muszę się pożegnać z chłopakami. - Jutta pokiwała głowa i odwróciła się aby wrócić do stołu od jakiego przed chwilą odeszła. Widzieli jak coś im mówi i zaczynają rozmawiać.
- No to mamy ją. Oby tylko Łasica była w “Mewie”. A jak nie, to jej strata. - Burgund obserwowała to z satysfakcją i wyglądała na zadowoloną z rozwoju sytuacji.“Łatwo poszło”, pomyślał Egon, który w zasadzie nie mógł oderwać się od myśli całego planu i kalkulowania rzeczy. Jeśli Burgund i Łasica tylko rozbujają dziewkę tak, że będzie dobrym narzędziem podczas rzecznej rejzy, tylko tym lepiej dla wszystkich.
– No dobra… Poczekajmy i ruszymy do Mewy – rzekł Egon.
Później więc, idąc już w stronę Mewy i oczekując swawoli, z umysłu Egona nie mogło w żaden sposób zejść wspomnienie: włócznia. Niewątpliwie, symbol Krwawego Ogara i coś, co tylko on mógł wspomóc, żeby rzecz odnaleźć. Czuł też, że w jakiś sposób żądny krwi czarownik (właśnie: gdzież, na wszystkie diabły, podziewała się Soria?) i ołtarz ofiarny strzeżony przez bestigory mają w tym swoją rolę. Chciał jak najszybciej szturmować ów ołtarz, jednak wojownik musiał odznaczyć się cierpliwością: żeby sforsować wielkie bestie, potrzebna będzie armia, sojusze. Ich bowiem nie sposób będzie zadzierzgnąć, jeśli nie połynie strumień złota, krwi i ekwipunku w odpowiednie miejsce. Tedy Egon zaparł się w sobie, bowiem wydarzenia niebawem zadecydują o losie tych przedsięwzięć.
-
Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa
Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki.
- Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie?
- Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę.
- Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi.
- O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać.
- Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę.
- Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy.
- A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć.
- Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć.
- No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność.Heinrich, Petra i Fabienne
- Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie!
Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech.
- Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji.
- Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne.
Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety.
- Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole.
Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady.
- To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność.
- Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę.
Heinrich pokiwał głową na zgodę.
- Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu.
- Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga.
- To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania.
Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu.
- Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów.
- Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach.
- Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła.
- Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści.
Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi.
Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry.
- Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach.
Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze?
- Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu.
Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.
-
Wellentag; rano; ulica
Otto i Silny
Mnich uśmiechnął się.
- Ano, sprawę miałem. Wiem, że nie jesteś skory pomagać dziewczynom od Węża, absolutnie to rozumiem. - jednooki westchnął - Zwracam się jednak do ciebie z propozycją. Lady Odette pragnie… doświadczyć adoracji mniej wyrafinowanej publiczności. Więc, miałem pomysł, czy miałbyś jakiś większy pokój w swoim przybytku. Coś, aby pomieścić kilku, lub kilkunastu gapiów i Lady Odette, która by wykonała rozbierany taniec dla nich? Zakładam, że trochę by grosza się z tego sypnęło.Na twarzy łysego zbira, pojawiło się zaskoczenie. Przez kilka kroków szedł obok mnicha i zerkał co chwila na niego jakby sprawdzał czy dobrze się rozumieją i czy kolega aby nie żartuje. W końcu jednak zdołał przemóc swój chwilowy stupor i odezwał się ponownie. - Lady Odette? Znaczy co? Chce się chędożyć z tłuszczą? - Pomysł widocznie wydał mu się tak dziwny, że musiał usłyszeć potwierdzenie na własne uszy. - Wiesz ona gibka jest i ładna. Na pewno nie będzie trudno znaleźć kogoś kto by chciał he he się z nią poznać bliżej. Miejsce się znajdzie. Pełno pustych kamienic w mieście stoi. To żaden problem. Chętni też się znajdą. Na chędożenie soczystych ladacznic za darmo to zawsze się chętni znajdą he he. No ale przecież to lady Odette. Dopiero co występowała na mszy. Całe miasto ją widziało i zna. To wiesz Otto, jak u nas u Pirory czy gdzie to sami swoi, wszystko zostaje w rodzinie. Ale jak tak wziąć obszczymurów z ulicy to zaraz polecą na miasto pochwalić się kolegom kogo chędożyli. Nawet jak nie wszyscy im uwierzą no to jednak plotka pójdzie w miasto. - Mięśniak był dość prostolinijny i w ten sam sposób podszedł do załatwienia tej sprawy. Widać było, że samo zorganizowanie miejsca i chętnych nie uznaje za zbyt wielki problem ale utrzymanie sprawy w tajemnicy już tak.
- Och, nie nie… przynajmniej nie od razu. Niektóre zamtuzy oferują dziewczyny, które tańczą powoli się rozbierając przed chędożeniem. Lady Odette chciałby spróbować, a ja mam znaleźć jej odpowiednie miejsce. Na uboczu, z dala od ważniejszych osobowości miasta. Pomyślałem o twojej karczmie. Może przydałoby się, abyś stał gdzieś obok, aby żaden nie spróbował szczęścia bez pozwolenia. Nie podamy imienia Lady i będzie masce.
- To ona jeszcze chce się sama rozbierać przed nimi? Jak ladacznica? - Widać było, że oprych ma trudności z nadążeniem za fantazjami milady. Pokręcił głową i cicho gwizdnął jako komentarz. I znów przeszedł parę kroków zanim się odezwał.
- No tak, jakby miała maskę to powinno pomóc. I może perukę. Bo te jej kudły to są dość charakterystyczne. Nasze ladacznice powinny mieć jakąś. Zresztą ona przecież w teatrze codzienne urzęduje to pewnie też ma jakąś. - Zaczął omawiać temat i dał znać drobniejszemu koledze w habicie, co uważa za rozsądny krok.
- A w karczmie można. Łatwiej by znaleźć chętnych. Nie wiem czy w głównej sali taki numer by przeszedł. Ale można by go urządzić w stajni. Albo w którejś z pustych kamienic. Bo to ile byś chciał tych obszczymurów? Z pół tuzina, tuzin? Więcej, mniej? No to czy w kamienicy czy stodole to by się tylu zmieściło. Ja bym wziął Rune do pomocy. Tylko teraz to chyba popłyniemy z Egonem na parę dni bo mamy interes na rzece do załatwienia. To pewnie nas nie będzie. Ale to z ladacznicami też pewie to załatwisz. Na chędożenie takiej gibkiej damulki za darmo to zawsze się znajdą chętni. - Silny powiedział swoje i był ciekaw jak się Otto do tego odniesie. Jednak zaznaczył, że są spore szanse, że go nie będzie przez parę dni w mieście.
- Nie za dużo. - uznał jednooki - Tuzin chyba damy radę jakoś utrzymać, co nie? Jeżeli potrzebowałbyś jakiejś rekompensaty to oczywiście coś uzbieram.
- E. Chyba nie. Jakby jakaś szpetna była to nie tak łatwo by kogoś szukać. Ale jak taka ładniutka to raczej chętnych nie będzie brakowało. - Łysy machnął swoją sękatą łapą na znak, że na tym polu, trudności raczej nie przewiduje. - To co? Na kiedy chcesz to zorganizować? No dziś to ja jeszcze będę ale jutro czy pojutrze to jak ci mówiłem, pewnie już będe na rzece urzędował. Wtedy to najwyżej umówimy się jak wrócimy albo z Łasicą gadaj. Bo Burgund też z nami płynie. - Zerknął na idącego obok kolegę. Zbliżali się do wylotu ulicy na Plac Targowy, za jakim była Biała i hospicjum.
- Pojutrze będzie dobrze. Jeszcze ugadam to z Odette, ale oczywiście zjawimy się. Nie musisz sprawdzać widowni, Lady von Treskov nie wybrzydza. I dziękuję, wiem, że proszę o dużo.
- Nie wiem czy do pojutrza wrócimy. Płyniemy do Saltmundu. To ze dwa dni w górę rzeki. I tyleż na powrót. Więc to pewnie cztery, pięć dni zejdzie. Chyba, że coś się wydarzy co skróci tą podróż. To jak chcesz coś prędzej to lepiej gadaj z Łasicą. No chyba, że możesz poczekać do naszego powrotu. - Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami i podał koledze swoje oczekiwania, kiedy z ekipą Egona, powinien znów być w mieście.
- Pośpiechu nie ma, do tego dobrze będzie jak sama tancerka będzie miała czas. Do tego muszę znaleźć dyskretnych muzyków. - mnich się zaśmiał - Cóż was wysyła, aż tak daleko?
- Grajków to możesz poszukać u Łasicy. Pewnie jakichś zna. Rzucisz im parę miedziaków, albo nawet za wychędożenie takiej lubieżnej panienki, to powinni się jacyś znaleźć. Pewnie by wystarczył jeden czy dwóch. - Tutaj mięśniak też był zdania, że ten krok nie powinien stanowić zbyt wielkich trudności. - A my płyniemy bo w górze rzeki ktoś napada na barki. To może napadnie i na nas. Egon z Larsem liczą, że udałoby się zdobyć jakąś łajbę do dalszych celów. A resztę to się zobaczy. Oficjalnie będziemy płynąć albo jako eskorta albo pasażerowie. Jeszcze się zobaczy. Dobrze, mam nadzieję, że trafi się okazja rozwalić parę łbów he he. - Mięśniak zarechotał na koniec ale chyba traktował tą wyprawę jako przyjemną odmianę od codziennej rutyny w mieście.
- Niech rzeka spłynie krwią. - uśmiechnął się mnich - Wątpię, aby zwykłe zbiry drogowe dały wam radę.
- No pewnie! Taką zgraję, żeśmy zmontowali, że nikt nam się nie oprze! - Silny zarechotał z zadowolenia na słowa kolegi. - Jeszcze tylko w porcie mogą nas zatrzymać. Nie wiemy czy uda się nam wszystkich co planujemy, wejść w tym samym czasie, na tą samą łajbę. No ale to się będziemy jutro martwić. - Pokiwał swoją łysą głową ale widać, że nie psuło mu to humoru. - Dobra, to jak chcesz to zbiorowe chędożenie milady to da się załatwić. Ja to mogę załatwić ale jak wrócę z tego rejsu. Jak chcesz wcześniej to pogadaj z Łasicą, ona też powinna dać radę. - Przypomniał sobie o czym rozmawiali przed chwilą. Akurat jak weszli na Plac Targowy. Nawet jak nie był to dzień handlowy, to tu biło serce tego opustoszałego miasta i ludzi oraz wozów, było sporo.
- Spróbuję. Może też jakoś odkupię się w oczach łotrzycy. - odparł Otto - Potrzebujesz czegoś ode mnie przed wyruszeniem? Mogę nawet cię pobłogosławić w imię krwawego.
- Jak możesz to dawaj. Nigdy nie wiesz kiedy to drugie ostrze będzie trochę szybsze niż twoje nie? - Łysy zaśmiał się chrapliwie jakby zdawał sobie sprawę jak dla większości wojowników kończy się droga miecza. Mimo to akceptował to i nie wyglądał na zlęknionego. Raczej wydawał się patrzeć z nadzieją na ten rzeczny wypad jako okazję do bitki i przygody.
Mnich sięgnął pod habit, wyciągając nóż i wręczając go Silnemu. Chwycił mocno za ostrze i oprych po chwili zobaczył kilka strużek krwi. Otto chwycił go bratersko za ramię.
- Aby twe ramię cię nie zawiodło. Aby twe serce nie przestało bić. Aby twe ostrze się nigdy nie stępiło. Aby twój krzyk nigdy nie osłabł. - przybliżył się do Silnego - Krew dla boga krwi.
- Krew dla boga krwi. Krew dla Krwawego Ogara bracie! - Silny mocno ścisnął prawicę mnicha aż go zabolała. W oczach mięśniaka pojawił się groźny błysk, jaki obiecywał jego wrogom i ofiarom marny koniec. Przez chwilę dzielili ten moment zaufania i bliskości. Nim zbir puścił dłoń kolegi. Pokiwał głową i uśmiechnął się. Po czym nagle jakby coś mu się przypomniało.
- A wiesz co? Annika ma z nami płynąć. Lady Fabienne się zgodziła. Tak mówili Egon z Larsem. Zobaczymy czy faktycznie ją puści. Jeśli tak… No to zobaczymy co dziewczyna potrafi. Mizerna jest, mięśni prawie nie ma. Na moje to na ladacznicę mi bardziej pasuje. No ale kto wie, kto wie… Widziałem wczoraj jak rozkwasiła nos pijanemu niziołkowi który na nią nastawał. No w sumie to tylko pijany niziołek. Ja to bym go jedną ręką załatwił. Ha! Jakbym dał mu z bańki to nawet w ogóle rąk bym nie musiał używać! He he. No ale widać było, że ikrę ma dziewczyna. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Więc kto wie, kto wie… Może coś z niej będzie. - Zwierzył mu się z wczorajszego epizodu z byłą pacjentką hospicjum. I wydawał się wciąż być pełen wątpliwości co do Anniki jako wojowniczki. Ale jednak był gotów dać jej chociaż szansę aby się wykazała.
- Ogień w jej krwi jest prawdziwy. - zapewnił Otto - Każdy zaczyna nisko. Wątpię, aby twoja pierwsza bójka była z strażnikiem miejskim… chociaż kto wie, wariat z ciebie taki, że pewnie chciałeś złapać byka za rogi.
- E. Moja pierwsza bójka była tak dawno temu, że już jej nie pamiętam. Jeszcze smarkiem w krótkich gaciach byłem. - Silny roześmiał się chrapliwie, jakby go rozbawiła ta uwaga. Machnął ręką jakby nie warto było do tego wracać. - No zobaczymy co z niej wyjdzie. Na tej rzece statki ktoś napada. Więc może i my trafimy na kotłowaninę. Na to liczę! - Zaśmiał się teraz głośniej i pogroził pięścią nieznanemu jeszcze wrogowi. - Dobra idę. Powodzenia Otto. Ha! I przygotuj te ladacznice na nasz powrót! Bo jak woje wracają z wyprawy to chętne uda zawsze są mile widziane! I wino! Dużo wina, kobiet i chędożenia! - Zaryczał ze śmiechu jakby tak właśnie wyobrażał sobie udany powrót wojowników do domu.Otto u Lebkuhenów
Mnich przyjrzał się dziewczynie wybranej przez Teofano.
- Wstrzymaj groźby, więcej much przyciągniesz na miód. - zastanowił się - Nie ma pośpiechu, aby ją od razu wciągać do grona innych matek, więc na razie po prostu… zainteresuj ją sobą. - spojrzał z uśmiechem na cukiernik - Jesteś bardzo urodziwą i intrygującą kobietą Teofano, na pewno będziesz w stanie ją sobą zainteresować. Ja na razie zobaczę jak otwarta jest twoja matka.
- Aha. - Młoda cukiernik pokiwała głową, słysząc decyzję swojego kolegi i przewodnika po wyższych sferach. Nieco uśmiechnęła się i pokraśniała z dumy gdy usłyszała od niego komplement o swoim wyglądzie. I przez chwile jeszcze wpatrywała się przez szybę na Gelę. Ta pakowała właśnie komuś torbę pierników i uśmiechała się do klienta życzliwie. - To mówisz, żeby tak raczej łagodnie z nią? No dobrze, spróbuję. Tylko nie słyszałam aby ją jakoś kobiety interesowały. Ja to wcześniej trochę interesowałam się Margo ale raczej po to aby pokazać jej kto tu rządzi. Dopiero jak dzięki tobie, spotkałam lady Fabienne, Pirorę i Odette to zobaczyłam jak to może być ciekawie i przyjemnie z inną kobietą. - Przyznała się, że czuje się na tym polu mało doświadczona. I zerknęła na mnicha czy ten nie byłby skłonny podpowiedzieć jej coś jeszcze, jak powinna postąpić z młodą i urodziwą podwładną.
- Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. Jeżeli twe wdzięki nie będą jej miłe, no cóż trudno, trzeba będzie spróbować innego fortelu. Na razie pomyśl o tym jak o treningu. Kiedyś będziesz musiała sobie znaleźć męża, co nie? Sztuka uwodzenia sprawi, że będziesz mogła przyciągnąć uwagę kogo będziesz chciała.
- Nie potrzebuję męża. Ja już jestem poślubiona naszym pieszczoszkom! - Teofao żachnęła się i dumnie poklepała się po swoim brzuchu. Na razie wciąż był płaski więc nie było znać jej robaczej ciąży. Jednak po chwili uspokoiła się i uśmiechnęła do mnicha. - No ale dobrze. Spróbuję z Gelą po dobroci. Może nie jest szlachcianką jak nasze milady, no ale jest dość urodziwa. Coś wymyślę. - Pokiwała głową, na znak, że postara się postąpić wedle wskazówek rozmówcy.Mnich poszedł do mieszkania Lebkuchenów i zapukał do drzwi oczekując na wpuszczenie. Czekał krótko. Ze środka usłyszał lekkie, szybkie kroki. Po czym drzwi otworzyły się a z wewnątrz ukazała się kolejna muszą matka.
- Pochwalony bracie Otto. Wejdź proszę. Frau Lebkuchen cię oczekuje. - Pokojówka odsunęła się aby go wpuścić do mieszkania. Posłała mu ostrożnie życzliwy uśmiech a sama poczekała aż wejdzie aby zamknąć za nim drzwi. Wtedy przejęła rolę przewodniczki gotowa poprowadzić go w głąb mieszkania.
Otto skinął pokojówce na przywitanie.
- Witaj Margareth, miło cię widzieć. - przekraczając próg ucałował dłoń kobiety - Możesz mi opisać cóż to trapi twoją pracodawczynie?
Pokojówka nie spodziewała się takiego gestu jakim zwykle częstowała się szlachta. Więc się zmieszała na chwilę. Widać było, że jednak sprawił jej przyjemność. Po chwili odchrząknęła aby zebrać się na odwagę i starała się odpowiedzieć na pytanie.
- Korzonki. Frau mówi, że jej dokuczają. Ma nadzieję, że przyniesiesz jakieś maści i olejki jakimi ją nasmarujesz i jej pomogą. No i wiesz… Aby to zrobić to będzie musiała pokazać ci plecy. - Wciąż lekko się rumieniąc wskazała gestem w głąb korytarza gdzie pewnie czekała matka Teofano. Mniej więcej zgadzało się to z oficjalnym powodem wizyty mnicha, jaki ustalili wczoraj po mszy. Ale świadczyło też, że tak wstępnie to gospodyni obdarza go pewną dozą przychylności i zaufania skoro liczy się z tym, że chociaż obnaży przed nim swoje plecy.
Mnich klepnął się w sakwę.
- Mam coś przygotowanego. Kilka ziół i przypraw. Jeżeli mogłabyś przynieść mi zwykły olej kuchenny, to by pomogło. - mnich ruszył we wskazanym kierunku - Frau Lebkuchen? Przybyłem na twe wezwanie.- Dobrze. - Pokojówka uśmiechnęła się do niego i ruszyła w jeszcze inną stronę mieszkania. Zaś mnich mógł dotrzeć do drzwi, jakie wskazała mu wcześniej. Gdy je otworzył, ukazał się mały salon. Może nie tak gustowny i okazały jakie widział u von Mannliebów czy u Priory ale też był starannie urządzony na miarę możliwości bogatych mieszczan. Gospodyni czekała na niego przy kominku.
link: https://i.imgur.com/bMNhhSS.jpeg
- Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Moja córka strasznie zachwalała twoje umiejętności niesienia ukojenia. Mam nadzieję, że okażą się prawdą. - Renate Lebkuchen była już nie pierwszej młodości. Ale trzymała się prosto i widać było, że życie oszczędziło jej fizyczność. Wciąż miała błysk w oku i gładką cerę. Suknia oczywiście nie dorównywała tym jakimi nosiły szlachcianki ale jak na mieszczkę, to była z górnej półki. Widać też było po kim Teofano odziedziczyła te ładne, kasztanowe włosy.
- Moim celem jest twoje zadowolenie, pani. - odparł mnich i zbliżył się cukiernik - Zanim przejdziemy do zabiegu, proszę opisać ból. Gdzie się zaczyna, przy jakich sytuacjach? Czy jest to ból ostry, kłujący, taki co promieniuje?
Kobieta obserwowała swojego gościa gdy ten przechodził przez pomieszczenie. Wysłuchała co mnich ma do powiedzenia i kąciki jej ust wydawały się minimalnie uniesione w subtelnym uśmiechu jakiego oficjalnie nie było. - Miewam boleści w krzyżu. Zwłaszcza jak się zapomnę i schylę zbyt gwałtownie albo coś dźwignę. - Pokazała dłonią na dół swoich pleców. - Byłabym bardzo rada gdybyś ojcze, znalazł na to jakiś sposób aby to przeszło. Wtedy zapewne bym odzyskała młodzieńczą witalność i to by mnie wprawiło w zadowolenie. - Odparła godnym tonem w jakim jednak brzmiała nutka frywolności.
Otto się uśmiechnął.
- Jestem pewny, że witalności w tobie jeszcze dużo moja pani. Za pewne w niejednej rzeczy bym się zmęczył przed tobą. Posłałem Magareth po olej, jak go przyniesie możemy rozpocząć. Masz jakieś wygodne łóżko, aby się położyć? No i oczywiście… będziesz musiała zdjąć szatę.
- No cóż, ojcze, skoro mówisz, że to potrzebne… Jestem tylko bogobojną córą tego miasta. - Właściwie to Lebkuchen użyła takich słów jaką prawa obywatelka Imperium powinna. Jednak uśmiech jaki krył się w jej spojrzeniu dość mocno wypaczał ich sens. Nie wyglądała na to aby wizja zdejmowania ubrania przed mnichem jakoś ją przerażała czy krępowała. Jednak ich rozmowę, zakłocił powrór Margo. Pokojówka zapukała w drzwi a gdy jej pani kazała jej wejść to weszła. Szybko do nich podeszła trzymając tacę a na niej dwie butelki delikatnej oliwi używanej do sałatek, zbyt drogiej dla większości populacji miasta. Oraz bardziej powszechny olej. Zatrzymała się wodząc oczami między nimi jakby nie do końca pewna komu z nich powinna przekazać te butelki.
- Przejdziemy do pokoju dla gości. Mimo wszystko ojcze, w mojej małżeńskiej sypialni, goszczę tylko mojego męża. - Pani domu, zwróciła się do nich obojga. Pokojówka pokiwała ze zrozumieniem głową i wróciła w stronę drzwi. Przy okazji wskazując drogę, gdzie będą iść. - To był dawny pokój Teo i jej siostry. Jak jeszcze były dziewczynkami. Teraz ma inny pokój a ten przysposobiliśmy na wypadek gości. - Renate wyjaśniła mnichowi dokąd zmierzają. I po chwili byli w tej sypialni. Nawet podobny wielkością do tej zajmowanej przez ich ostatnią córkę na wydaniu. Ale nieco mniej spersonalizowany. Za to z wygodnym, podwójnym łóżkiem gotowym przyjąć jakąś parę.
Mnich wyciągnął sakwę i położył ją na stole. Po chwili wyciągnął z niej mniejsze woreczki, które delikatnie rozłożył. Frau Lebkuchen mogła zobaczyć liście mięty, startą paprykę i kilka innych ziół.
- Proszę się rozebrać i położyć, pani. Najpierw zobaczymy jak to wygląda.
- Może ja pokażę tutaj. - Lebkuchen wezwała Margo do siebie akurat jak ta postawiła tacę na nocnej szafce przy łóżku. Dziewczyna bez wahania do niej podeszła i czekała na dalsze polecenia swojej pani. Ta gestem kazała jej się odwrócić. A sama podniosła dół jej koszuli i nieco ściągnęła spódnicę. Tak, że się ukazał dół pleców i fragment kobiecej bielizny poniżej. - O tutaj. - Przesunęła palcami po skórze pokojówki spokojnie i nieco pieszczotliwym ruchem. - Myślisz ojcze, że mógłbyś coś pomóc na to miejsce? - zapytała zerkając na mnicha z tym samym subtelnym, nieco kpiącym a nieco wyzywającym spojrzeniem.
- Jak najbardziej. Proszę się położyć, pani. - mnich uśmiechnął się do obu kobiet i podszedł do tacy z olejkiem, wcierając niewielką ilość w dłonie.
- Margo pomóż mi. - Matka Teofano zwróciła się do służki, wskazując na zapięcie swojej sukni. Co prawda pewnie sama by sobie z tym poradziła ale nie po to miało się pokojówki aby z nich nie korzystać. Myszata brunetka podeszła do gospodyni i bez sprzeciwu, zajęła się supełkami i guzikami swojej pani, aby jej pomóc zdjąć suknię. Gdy skończyła Renate skinęła jej dłonią, już własnymi dłońmi przytrzymując ją aby nie opadła. - Możesz odejść. No chyba, że ojciec Otto znajdzie dla ciebie jakieś zastosowanie. - Zwróciła się do pokojówki i jakby oddała pałeczkę co do niej, swojemu gościowi. Margo więc spojrzała pytająco na mnicha czy ma zostać czy wyjść. Jej pani zaś zsunęła z pleców suknię. Plecy miała jak na swój wiek gładkie i zgrabne. Chociaż na jednej łopatce była szpecąca plama po dawnym oparzeniu wrzątkiem czy czymś podobnym. Brunetka położyła się na brzuchu oddając swoje plecy pod opiekę mnicha.
- Powinienem sobie dać radę Margareth. Dziękuję. - mnich położył delikatnie dłonie na plecach kobiety, na razie rozprowadzając olej po skórze. Po chwili cukiernik poczuła zwiększoną siłę nacisku dłoni Otto na punkt, który wskazała. Spowodował tymczasowy ból, który jednak szybko przerodził się w rozkosz ulgi.
- To tutaj, pani?
- Tak, tutaj. Masz zręczne ręce ojcze. - Lebkuchen leżała na brzuchu, całkiem spokojnie. Co ułatwiało mnichowi manewry. Margo wyszła bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi, więc zostali w sypialni dla gości, tylko we dwoje. Pod palcami Otto czuł kobiecą, ciepłą skórę a pod nią, żywe ciało. Znów dało się poznać po kim Teofano odziedziczyła swoje kobiece wdzięki. - Chociaż czasem mam wrażenie, że całe plecy mnie bolą i przydałyby mi się nowe. - Wymruczała z rozleniwionym zadowoleniem jakie brzmiało bardzo zachęcająco.
Dłonie mnicha zaczęły wędrować po całych plecach kobiety i nawet muskać jej boki.
-Nonsens. Masz piękne plecy, moja pani. Skórka gładka i jędrna, kręgosłup prosty. Blizna, jedynie zwraca uwagę na twe łopatki, nie zabierając im uroku.
- Nie przejmuję się nią. Mam ją większość życia. Moja matka niechcący, oblała mnie wrzątkiem gdy byłam pacholęciem młodszym niż Teo teraz. Miałam prawie całe życie aby się do niej przyzwyczaić. Masz naprawdę zręczne dłonie. Czuję jak zmęczenie uchodzi z mego ciała. Aż by się chciało aby nie tylko plecy poczuły taką ulgę. - Lebkuchen wciąż leżała spokojnie i pozwalała aby mnich robił swoje. Jednak ten ostatnio na tyle wiele miał do czynienia ze swoimi kochankami, że rozpoznał rodzącą się przyjemność. Taką jaką mężatce wypadało odczuwać i przeżywać, wyłącznie ze swym prawym małżonkiem.
Mnich sekundę się zastanowił na następnym krokiem.
- Jeżeli są jakieś miejsca, w których chciałabyś poczuć mój dotyk, jedynie powiedz. - postanowił przyjąć rolę niewinnego chłopaczka w obliczu wygłodniałej lwicy. Zapewne frau Lebkuchen nie często miała szansę być dominująca w obliczu mężczyzny. Jego dłoń zsunęła się delikatnie niżej, ale jeszcze nigdzie skandalicznie.
- To byś musiał ściągnąć suknię. Bo to miejsce jest trochę niżej. - Gospodyni nieco uniosła swoje biodra, aby łatwiej mu było to zrobić. A wtedy ukazała mu się cała jej sylwetka. Całkiem zgrabne nogi, chociaż z żyłkami na łydkach. Szczupła kibić i foremny tył. Jeszcze symbolicznie zasłonięty kawałkiem bielizny. Nie tak wykwintnym jak te jakich widział u szlachetnie urodzonych koleżanek, ale też nie taki zwykły jak u Margo czy Elke. - Od tego ciągłego stania i chodzenia, bardzo puchnął mi nogi. Czy mógłbyś coś pomóc, podobnie jak na plecy? - Głos miała nieco przytłumiony przez poduszkę. I nie podnosiła głowy, jakby tak było łatwiej dla nich obojga. Dało się jednak wyczuć to samo przyzwolenie co wcześniej.
Mnich pomógł kobiecie zdjąć suknię i rozpoczął wywierać nacisk na łydki kobiety. Zgiął je później w kolania, kolejny chwilowy ból dał miejsca większemu ukojeniu.
- Łatwo być nieskazitelnym, jeżeli nic się nie robi. - odparł Otto, jego dłonie teraz powędrowały masować między udami kobiety.
- No niestety, jak ma się całą cukiernię na głowie to trudno jest zadbać o siebie. - Właścicielka słodkiego rzemiosła z przyjemnościom poddawała się dotykowi mężczyzny. Nawet jak stopniowo przechodził on z jej łydek na uda i był coraz bliżej ich zwieńczenia. - O tak, w tym miejscu bym prosiła abyś szczególnie zwrócił na nie uwagę. I ściągnij te majtki, tylko przeszkadzają. - Rzeczywiście zwracała się do niego z zalotnością salonowej lwicy jaka wie czego chce od swojego kochanka. I potrafiła dać mu znać, że jest już gotowa aby przejść do śmielszych działań.
Otto przełknął, niech matrona Lebkuchenów poczuje jak młodzieniaszek wyznaje chuć do jej ciała. Nieśmiale zdjął resztę bielizny kobiety, jego dłonie delikatnie zaczęły pieścić jej łono.
Gospodyni nie przerywała mu. Zupełnie jakby nie chciała go speszyć. Ale, że miał w takich zabawach spore doświadczenie, to widział i wyczuł jak ciepło podniecenia, zaczyna ją rozgrzewać od środka. Coraz bardziej i wyraźniej. Jak oddycha szybciej i głębiej. Jak coraz słabiej się kontroluje. Aż w końcu jak bezwstydnie przewraca się na plecy. Teraz ją widział w całej okazałości. Zgrabne uda, z małą, starą blizną. Starannie przystrzyżone łono. Płaski brzuch. Jak na jej wiek, dość kształtne i bujne piersi. I wreszcie zachęcające, bezkompromisowe spojrzenie nad pełnymi ustami. Wzywała go do siebie całą sobą, aby po tych wstępnych karesach mogli zacząć właściwe figle. Już bez udawania, że chodzi o jakąś pomoc medyczną.
Mnich zdjął spodnie i ułożył się między udami cukiernik.
Przynajmniej miał pewność, że kobieta nie jest przeciwna poszukiwaniu przyjemności. Teraz jedynie zostało powoli siać zainteresowania w stronę much.Wellentag; popołudnie; teatr
Otto u Pirory
Mnich skłonił się przed Pirorą.
- Witaj moja droga. Chciałem się upewnić, że wszyscy zadowoleni bo ostatnich zabawach. A widzę, że macie nie lada przedstawienie.
- Oh, to zwykła próba. Udało nam się namówić Alionę aby pokazała nam nieco swoich umiejętności. Jak pewnie widzisz, plotki o muzycznych talentach elfów znikąd się nie wzięły. - Pirora stanęła obok kolegi, dyskretnie nadstawiając policzek aby mógł go elegancko pocałować. Chociaż takie zachowanie raczej nie przystawało do relacji między szlachcianką a zwykłym mnichem i świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. On zaś widział jak elfka i dwie szlachcianki na chwilę się zajęły rozmową o talentach leśnej elfki ale zapewne nie całkiem przegapiły jego przybycie.
Mnich ucałował policzek szlachcianki, zezwalając sobie na delikatne uszczypnięcie jej kuperka.
- Mam do tego sprawę do Lady Odette, ale nie będę jej okradał z możliwości rozmowy z pięknym ludem. - jednooki zerknął na rozmawiające kobiety - Mam nadzieję, że nic nie podejrzewają. Elfy potrafią rozpoznać metody naszych patronów lepiej niż większość ludzkości.
- Chyba nie. Przynajmniej ostatnio jak się bawiliśmy w teatrze po występie to i Aliona i Fanriel były nam przychylne. Bardzo Adrienne przypadła im do gustu. Od tamtej pory nie zauważyłam zmian w ich zachowaniu. Może nawet są nam życzliwsze. - Pirora lekko pacnęła w ramię kolegi gdy ten uszczypnął jej tylne wdzięki ale raczej dla takiej przyjacielskiej wymiany żartów niż dla skarcenia go. Ale, żeby nie przedłużać powitania, zaprosiła go do trójki rozmawiających koleżanek.
- Witaj bracie Otto. Miło cię znów widzieć. - Gwiazda estrady odezwała się pierwsza od razu pokazując swoją przychylność wobec zwykłego mnicha. Kamila i Aliona też posłały mu życzliwe, uprzejme uśmiechy.
- Witajcie moje drogie. Nie spodziewałem się zostać uraczony tak pięknym dźwiękiem jak śpiew elfiej damy. - skłonił się przed Alioną - Teraz jedynie rozpaczam, że tylko końcówkę usłyszałem. Lady Odette, hospicjum jest w przygotowaniach na twe odwiedziny.
- Oh to tylko taka przyśpiewka ludowa. Tak to się chyba u was mówi. - Elfia brunetka przyjęła komplement z uprzejmym uśmiechem ale wyglądało na to, że sprawił jej przyjemność.
- Nie przesadzaj Aliono, wasze kołysanki czy przyśpiewki ludowe, są bardziej zaawansowane i przemyślane niż nasze arie. Może najelpsi tileańscy mistrzowie to się zaczynają zbliżeć precyzją do waszych rymów. - Lady Odette wypowiedziała się po przyjacielsku i swobodnie ale dała wyraz swojemu szacunku dla elfiej sztuki i poezji. To wywołało uśmiechy na twarzach koleżanek.
- Dlatego cieszę się, że dziś miałyśmy zaszczyt słuchać i podziwiać was obie. - Kamila van Zee dołożyła wisienkę na torcie tej wymiany uprzejmości słodząc tak elfce jak i miodowłosej śpiewaczce.
- To mówisz bracie Otto, że hospicjum jest gotowe na moje przybycie? No tak, prawie o tym zapomniałam. Dobrze, że się przypomniałeś. To sugerujesz jakiś termin? Dziś już nie dam rady. Może jutro? Na obiad jestem zaproszona przez Benitę i jej męża. Byli tak uprzejmi, że nie mogłam im odmówić. Więc pewnie trochę nam tam zejdzie. Może znalazłabym czas aby wpaść do tego hospicjum przed obiadem. Co myślisz Otto? - Zwróciła się do mnicha gdy tylko szybko przeleciała w myślach swoje plany na nadchodzący dzień.
- Jak najbardziej. - odparł mnich - Z wielką chęcią będę twoim przewodnikiem. Ach i… - zastanowił się chwilę ile będzie w stanie powiedzieć - Udało mi się już zorganizować miejsce na… ten pokaz, o którym rozmawialiśmy. Potrzebuję jeszcze zorganizować muzykę. Nie ma jednak pośpiechu, właściciel będzie miał wolne dopiero za jakieś pięć dni.
- Oh, to jednak pamiętałeś o tej mojej małej prośbie? Oh to cudownie! Widzę, że wybrałam na impresario właściwego człowieka. - Miodowłosa milady rozpromieniła się i objęła ramię mnicha w geście zaufania i wdzięczności.
- A to jakiś koncert poza teatrem? - Kamila wydawała się być tym naturalnie zaciekawiona, choć oczywiście nie mogła znać prawdziwej treści tego o czym rozmawiali.
- Oh koncert to mon cher. To takie małe spotkanie z wielbicielami. Sama widziałaś co się wczoraj działo po mszy. A wiesz przecież, że nie wszyscy mają okazję mnie podziwiać w twoim zacnym teatrze lub rezydencji. - Diwa dość gładko wybrnęła z tego pytania i von Zee wydawała się być usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem. - Tylko ja was przepraszam na chwilę. Ale koniczenie muszę zmyć ten makijaż. Niestarannie go dobrałam i teraz zaczyna mnie drapać. - Przeprosiła swoje koleżanki a one ze zrozumieniem pokiwały głowami, jakby uważały, że słynna śpiewaczka ma prawo do swoich dziwactw i humorów. Ona zaś obróciła się i tanecznym ruchem wyszła z mnichem na korytarz. Kierowała się w stronę garderoby, tej samej gdzie parę dni temu, poznał bliżej lady Benitę.
- Ojej pięć dni? To tak długo. Co prawda da więcej czasu na przyjazd moim koleżankom. Ale powiedz mi mój drogi Otto, czy nie dałoby się czegoś zorganizować wcześniej? Koszty oczywiście nie graja roli, jeśli na coś ci potrzeba pieniędzy w tej organizacji rozrywki to tylko powiedz. Niech takie głupstwa nie stoją na drodze sztuce, emocjom i przygodzie. - Mówiła teraz ciszej ale szybciej. A krok za krokiem, zbliżali się do jej garderoby.
- Porozmawiam jeszcze z Łasicą, ponieważ miejsce, które znalazłem to karczma Silnego, jednego z naszych braci oddanych Krwawemu. - wytłumaczył się cicho mnich - Opuszcza miasto na kilka dni dlatego tak długo. Plan miałem, abyś założyła jakąś maskę balową i może perukę. Natomiast być może Łasica pomogłaby coś w zamtuzie zorganizować, jeżeli nie masz nic przeciwko.
- Silnego… - Milady zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie przypomnieć o kogo chodzi. A mięśniak rzeczywiście niezbyt często bywał na zabawach organizowanych przez Pirorę i jej koleżanki. Na razie jednak sięgnęła to aksamitnej torebeczki i wyjęła z niej klucz jakim otworzyła drzwi do garderoby. Co na chwilę ją zajęło. Po chwili we dwoje byli już w środku. - No szkoda, że tak utalentowany, młody człowiek wyjeżdża z miasta akurat teraz. No ale cóż, sztuka wymaga poświęceń. - Westchnęła jakby było jej żal na to, że będzie musiała tyle dni czekać na te figle o jakich rozmawiali wcześniej.
- Ale zamtuzy! Uwielbiam zamtuzy! I ladacznice! To takie nieprzyzwoite! Pewnie wiesz, że szlachciance a zwłaszcza komuś o mojej pozycji, absolutnie nie wypada odwiedzać takie kontrowersyjne miejsca? No właśnie dlatego je uwielbiam odwiedzać. Chociaż nie zawsze mogę to robić oficjalnie. Więc tak mój drogi Otto, absolutnie jestem chętna na zabawy w zamtuzie. I to z Łasicą? Ona mi wygląda na bardzo obrotną kobietę, co ma głowę na karku. No jeśli byś był tak uprzejmy aby zorganizować mi jakąś rozrywkę, zanim twój kolega nie wróci, byłabym bardzo zobowiązana. - Diwa rozgościła się w garderobie jak u siebie i jakby odruchowo przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. To było duże, kryształowe lustro gdzie widać było wyraźnie każdy detal twarzy. I jeszcze oprawione w ozdobne ramki i drogie kamienie. Jednak milady była bardziej zainteresowana ustalaniem szczegółów tych nietypowych romansów o jakich rozmawiali.
Mnich podszedł do divy i niemal odruchowo pogłaskał jej policzek.
- Jakoż chcesz tak się stanie. Nie będę stał na drodze sztuki. Kto wie, może znajdziesz tam jakiegoś wartego głębszego zapoznania.
- Oby, mój drogi Otto, oby. Muszę przyznać, że z każdym dniem, jestem coraz przychylniejsza temu miastu. Wreszcie mogę przeżywać takie przygody jakie uwielbiam! - Aktorka nie uciekła od jego dłoni, więc mógł poczuc jej gładki, przyjemny w dotyku policzek. A sama nawet przechyliła głowę tak, że pocałowała jego palce i wnętrze dłoni. - Więc jeśli byś mógł razem z Łasicą mi zorganizować jakieś takie ekscytujące, niecodzienne przygody to byłabym wniebowzięta. - Popatrzyła mu prosto w twarz, i splotła dłonie na jego karku, jakby byli kochankami. - I jeszcze te przyjemniaczki. - Zmrużyła oczy i przygryzła wargi gdy o nich wspomniała. - Od rana czuję, jak sobie we mnie potańcówkę urządziły. Fabi miała rację. To naprawdę niesamowite uczucie. Nigdy wcześniej nie przeżywałam niczego podobnego. A paru rzeczy jednak w życiu próbowałam. - Wyznała z lubieżnym błyskiem w oku.
Otto ucałował delikatnie usta divy.
- Więc przygotuj się na poród. Pamiętasz co Laura przeżyła, i to oczekuje ciebie za kilka dni. - mnich się uśmiechnął, jego ręce objęły divę - Nie jedno przeżyłaś, ale pewnie kilka rzeczy cię ciekawi. Wyjaw swe sekrety, a ja mogę spróbować je zyścić.
- Oh oby, oby! Już nie mogę się doczekać! Widziałeś jak wczoraj Fabi urodziła? Jakie to było cudownie ekscytujące! I jakie wielkie z niej wyszły! Nawet nie wiedziałam, że mogą być takie duże. Dlatego tak się zagapiłam jak ten pierwszy spadł na mnie. Ale teraz będę już wiedzieć i będę lepiej przygotowana! A Fabi mówiła, że wciąż je czuje w sobie więc na szczęście to nie były dwa ostatnie. Myślisz, że ze mnie też wyjdą takie wielkie? - Diwa wdzięcznie roześmiała się z dziewczęcą naturalnością. I już całkiem przylgnęła do piersi mnicha jak do swojego kochanka. Aż ten czuł jak jej przyjemny dla oka dekolt, napiera na jego klatkę piersiową a z bliska aromat jej perfum na jakie zapewne nie mogła sobie pozwolić niejedna szlachcianka.
- No więc jak poznałam tych waszych zwierzoludzi to ciąglę o nich myślę. Dlatego Lilly tak mi przypadła do gustu. Nieco mi ich przypomina. Już kiedyś miałam z nimi do czynienia ale tylko z jednym na raz. Był jako zakazana ciekawostka w jednym z zamtuzów. Tylko był trochę większy i miał koźli łeb. Strasznie go byłam ciekawa, nie mogłam mu się oprzeć aby go nie spróbować. Razem z koleżanką. Jedną z tych, jakie zaprosiłam i teraz. Strasznie mnie pociągają takie odmieńce. Podobno na każdą fantazję jest jakiś odmieniec! Tak usłyszałam na jakimś balu. Ci wszyscy amanci, nawet piękne kochanki, to na dłuższą metę robią się dość monotonne. Wszyscy zabiegają o moją atencję i uwagę. Albo chcą mieć ze mną romans albo coś ugrać i wciągnąć do swoich intryg. Dlatego tak przy tych kamieniach mi się podobało. Albo to co wymyśliłeś z tą tawerną i kolegą. I te pieszczoszki! Są takie obrzydliwe! Takie ohydne! W życiu bym ich nie dotknęła! Uwielbiam jak po mnie pełzają albo we mnie. To takie plugawe. - Szeptała mu czule w twarz gdy pozwalała mu się trzymać w objęciach. A jej słowa były tak bluźniercze, że natychmiast powinna trafić przed oblicze boskiej sprawiedliwości w postaci jakiegoś kapłana. Jednak ona nic sobie z tego nie robiła i mówiła o tym jak o fantazjach jakie już udało jej się zrealizować lub miała nadzieję, że tak się stanie. - Pomogłam ci? Myślisz, że dałoby się coś takiego zorganizować? Ja rozumiem, że może nie być tak łatwo więc jeśli tylko bym mogła w czymś ci pomóc, mój Otto, to bardzo chętnie spróbuję to zrobić. W końcu chodzi o sztukę i namiętność. - Popatrzyła na niego trochę przytomniej i pieszczotliwie pogłaskała go swoimi smukłymi palcami po policzku.
Mnich odsunął przepaskę zasłaniającą jego pusty oczodół.
- Jest to coś z czym mógłbym pracować. - przyznał mnich - Bezdomni? Kalecy? Nie ryzykowałbym z trędowatymi… - Otto zaczął się zastanawiać - Może mała mieszanka? Potrzebowałbym trochę czasu, ale jestem pewny, że są rośliny, które potrafią sprowadzić halucynacje. Wyobrażasz sobie bycie w objęciach kochanka, a twe oczy widzą niebywałe rzeczy?
Artystka zachichotała jak mała dziewczynka. Jakby omawiali jakiś figiel do zmajstrowania rodzicom lub opiekunom. - Oczywiście, że próbowałam różnych środków. Chyba nie masz mnie za jakiejś grzecznej panienki z pensjonatu? - Uniosła brwi aby podkreślić jak rozbawiło ją to pytanie. Jednak nie wyglądała aby ją zdenerwowało. - Ale to bardzo ubarwia taką przygodę i różne rzeczy, różnie działają. Więc jestem bardzo ciekawa mieszanki jaką przygotujesz. Obiecuję nie wybrzydzać i połknąć wszystko co przygotujesz. - Teraz trochę się z nim droczyła jak dama ze swoim amantem. Dalej jednak była w świetnym humorze. - A bezdomni czy kalecy, czemu nie. Chyba rozumiesz, że samej byłoby mi trudno zorganizować sobie taką rozrywkę? Nie wypada mi się nawet pokazywać w takim szemranym towarzystwie. N ale jakby mój drogi i utalentowany impresario zorganizował mi takie spotkanie, to na pewno byłabym bardzo rada. - Zalotnie uśmiechnęła się do swojego kochanka. Ale nagle brwi jej podjechały do góry jakby sobie o czymś przypomniała. - Ah bo widzisz, nie mówiłam ci wcześniej. Mnie te różne przypadłości roznoszone bretońskimi chorobami za bardzo się nie imają. Co najwyżej dostanę wysypki jaka po paru dniach sama schodzi. To bardzo ułatwia mi cieszyć się przygodami. Dlatego nieco obawiałam się, czy te przyjemniaczki się we mnie przyjmą. Na szczęście tak! Nawet teraz je w sobie czuje. Bardzo to ożywcze i podniecające. To taki dar od moich patronów. A ja jestem tylko ich służebnicą i staram się być sztandarem ich chwały i splendoru. A dzięki temu, mogę przeżywać niesamowite przygody. - Mówiła cicho i lekkim tonem. Jednak nie traciła wybornego humoru i wciąż patrzyła zalotnie na mnicha jakiego kark pieszczotliwie dotykała swoimi palcami.
Otto natomiast powoli zaczynał się zatracać, jego dłoń zsunęła się z policzka divy i dotarła do jej biustu.
- Faktycznie nie lada błogosławieństwo dla kogoś z twoimi chęciami. - ponownie złączył swoje usta z divy.
Aktorka też poddawała się namiętności chwili. I coraz chętniej oddawała ten dotyk i pocałunki. W końcu i jej zaczęła przeszkadzać własna suknia, jaka blokowała postęp w dalszej zabawie. - Mógłbyś pomóc z tymi sznureczkami, mój drogi Otto? - wyszeptała zalotnie mu w twarz, pokazując na zapięcie swojej sukni. Przez chwilę musiał się z nim mocować a widać było, że miodowłosa się niecierpliwi. Gdy udało mu się rozpiąć jej odzienie, ukazała się jej smukła, szczupła sylwetka w samej bieliźnie, pończochach i trzewikach. Chociaż teraz, jak patrzył na nią z bliska to albo jej brzuch wydawał się nieco kraglejszy albo sam to sobie imaginował wiedząc, że jest w brzemiennym stanie.
Mnich zdjął z siebie habit i koszulę. Diva musiała przyznać, że życie mnicha najwyraźniej wymagało wysiłku. Ciało Otto może nie było górą mięśni, ale był szczupły i widać było muskulaturę pod zabliźnioną skórą. Niektóre wydawały się od ostrzy, inne od ognia lub czegoś innego. Mnich przylgnął do ciała divy, jego dłonie pieściły wszystko czego były w stanie sięgnąć.
Chociaż wcześniej już mieli ze sobą przyjemność, to tym razem wyjątkowo byli tylko we dwoje. Więc mogli się sobie poświęcić całkowicie. Milady zdawała się doceniać smukłe ciało kochanka. Chciwie wodziła po nim palcami, pieściła dłońmi lub kurczowo łapała za plecy i ramiona. Chętnie też używała swoich utalentowanych i bezcennych ust aby go spróbować. Te usta jakie w najwiekszej świątyni w mieście z taką czystością wyśpiewywały psalmy pochwalne dla patrona mórz i oceanów, teraz sprawiały satysfakcję zwykłemu mnichowi w sandałach. Odette była namiętną kochanką i miało ciało jakby stworzone do uprawiania miłości. Pełne, jędrne piersi jakie przykuwały wzrok, usta i dłonie, kształtne pośladki, gładkie uda a do tego werwę w żyłach jakie napędzało tą grzesznicę. Nie miała oporów aby ukleknąć przed swoim kochankiem i sprawić mu i sobie przyjemność, albo prowokująco wypiąć się ku niemu opierając się o swoje biurko. W tym drogim, ozdobnym lustrze jakie podczas tych harców, strasznie się trzęsło, widział i jej rozanielone oblicze, i podskakujący rytmicznie biust i czasem swoją twarz. Aż wspólnie doszli do finałowego momentu tej przyjemności. Wciąż nadzy i zdyszani, siedzieli na krześle na jakim zwykle diwa sprawdzała swój wizerunek w zwierciadle.
- A masz jakieś plany na jutro mój drogi? Bo nie wiem czy mówiłam. Ale jestem umówiona na obiad z Benitą i jej mężem. Tak pomyślałam, że znów można by ją zasiać. Chyba polubiła te przyjemniaczki. Najchętniej to bym użyła na niej tej twojej zabawki. Ale tymi strzykwami też może być. No i jakbyś sprawił mi przyjemność towarzysząc mi to może by się nam udało ją zasiać oboje? A jeśli nie to może tobie lub mnie, gdy to drugie by bawiło męża rozmową. - Zagaiła go rozanielonym głosem gdy nago siedziała na jego nagich udach. Zaś palcami pieszczotliwie przesuwała po jego włosach.
- Większych planów nie mam, więc oczywiście chętnie ci pomogę, mój skowronku. - całował szyję swej kochanki i delikatnie pogłaskał jej wypełnione podbrzusze - I chętnie zasiałbym was obie.Kończąc harce z Odette mnich wrócił do reszty grupy i miło spędził resztę dnia.
Następnego najpewniej uda się Odette do Benity a później, wróci do Hospicjum poinformować zarówno przeora jak i Niklasa o zbliżającej się wizycie. Jeżeli znajdzie czas poszuka też Łasicy. -
Wellentag; rano; ulica
Otto i Silny
Mnich uśmiechnął się.
- Ano, sprawę miałem. Wiem, że nie jesteś skory pomagać dziewczynom od Węża, absolutnie to rozumiem. - jednooki westchnął - Zwracam się jednak do ciebie z propozycją. Lady Odette pragnie… doświadczyć adoracji mniej wyrafinowanej publiczności. Więc, miałem pomysł, czy miałbyś jakiś większy pokój w swoim przybytku. Coś, aby pomieścić kilku, lub kilkunastu gapiów i Lady Odette, która by wykonała rozbierany taniec dla nich? Zakładam, że trochę by grosza się z tego sypnęło.Na twarzy łysego zbira, pojawiło się zaskoczenie. Przez kilka kroków szedł obok mnicha i zerkał co chwila na niego jakby sprawdzał czy dobrze się rozumieją i czy kolega aby nie żartuje. W końcu jednak zdołał przemóc swój chwilowy stupor i odezwał się ponownie. - Lady Odette? Znaczy co? Chce się chędożyć z tłuszczą? - Pomysł widocznie wydał mu się tak dziwny, że musiał usłyszeć potwierdzenie na własne uszy. - Wiesz ona gibka jest i ładna. Na pewno nie będzie trudno znaleźć kogoś kto by chciał he he się z nią poznać bliżej. Miejsce się znajdzie. Pełno pustych kamienic w mieście stoi. To żaden problem. Chętni też się znajdą. Na chędożenie soczystych ladacznic za darmo to zawsze się chętni znajdą he he. No ale przecież to lady Odette. Dopiero co występowała na mszy. Całe miasto ją widziało i zna. To wiesz Otto, jak u nas u Pirory czy gdzie to sami swoi, wszystko zostaje w rodzinie. Ale jak tak wziąć obszczymurów z ulicy to zaraz polecą na miasto pochwalić się kolegom kogo chędożyli. Nawet jak nie wszyscy im uwierzą no to jednak plotka pójdzie w miasto. - Mięśniak był dość prostolinijny i w ten sam sposób podszedł do załatwienia tej sprawy. Widać było, że samo zorganizowanie miejsca i chętnych nie uznaje za zbyt wielki problem ale utrzymanie sprawy w tajemnicy już tak.
- Och, nie nie… przynajmniej nie od razu. Niektóre zamtuzy oferują dziewczyny, które tańczą powoli się rozbierając przed chędożeniem. Lady Odette chciałby spróbować, a ja mam znaleźć jej odpowiednie miejsce. Na uboczu, z dala od ważniejszych osobowości miasta. Pomyślałem o twojej karczmie. Może przydałoby się, abyś stał gdzieś obok, aby żaden nie spróbował szczęścia bez pozwolenia. Nie podamy imienia Lady i będzie masce.
- To ona jeszcze chce się sama rozbierać przed nimi? Jak ladacznica? - Widać było, że oprych ma trudności z nadążeniem za fantazjami milady. Pokręcił głową i cicho gwizdnął jako komentarz. I znów przeszedł parę kroków zanim się odezwał.
- No tak, jakby miała maskę to powinno pomóc. I może perukę. Bo te jej kudły to są dość charakterystyczne. Nasze ladacznice powinny mieć jakąś. Zresztą ona przecież w teatrze codzienne urzęduje to pewnie też ma jakąś. - Zaczął omawiać temat i dał znać drobniejszemu koledze w habicie, co uważa za rozsądny krok.
- A w karczmie można. Łatwiej by znaleźć chętnych. Nie wiem czy w głównej sali taki numer by przeszedł. Ale można by go urządzić w stajni. Albo w którejś z pustych kamienic. Bo to ile byś chciał tych obszczymurów? Z pół tuzina, tuzin? Więcej, mniej? No to czy w kamienicy czy stodole to by się tylu zmieściło. Ja bym wziął Rune do pomocy. Tylko teraz to chyba popłyniemy z Egonem na parę dni bo mamy interes na rzece do załatwienia. To pewnie nas nie będzie. Ale to z ladacznicami też pewie to załatwisz. Na chędożenie takiej gibkiej damulki za darmo to zawsze się znajdą chętni. - Silny powiedział swoje i był ciekaw jak się Otto do tego odniesie. Jednak zaznaczył, że są spore szanse, że go nie będzie przez parę dni w mieście.
- Nie za dużo. - uznał jednooki - Tuzin chyba damy radę jakoś utrzymać, co nie? Jeżeli potrzebowałbyś jakiejś rekompensaty to oczywiście coś uzbieram.
- E. Chyba nie. Jakby jakaś szpetna była to nie tak łatwo by kogoś szukać. Ale jak taka ładniutka to raczej chętnych nie będzie brakowało. - Łysy machnął swoją sękatą łapą na znak, że na tym polu, trudności raczej nie przewiduje. - To co? Na kiedy chcesz to zorganizować? No dziś to ja jeszcze będę ale jutro czy pojutrze to jak ci mówiłem, pewnie już będe na rzece urzędował. Wtedy to najwyżej umówimy się jak wrócimy albo z Łasicą gadaj. Bo Burgund też z nami płynie. - Zerknął na idącego obok kolegę. Zbliżali się do wylotu ulicy na Plac Targowy, za jakim była Biała i hospicjum.
- Pojutrze będzie dobrze. Jeszcze ugadam to z Odette, ale oczywiście zjawimy się. Nie musisz sprawdzać widowni, Lady von Treskov nie wybrzydza. I dziękuję, wiem, że proszę o dużo.
- Nie wiem czy do pojutrza wrócimy. Płyniemy do Saltmundu. To ze dwa dni w górę rzeki. I tyleż na powrót. Więc to pewnie cztery, pięć dni zejdzie. Chyba, że coś się wydarzy co skróci tą podróż. To jak chcesz coś prędzej to lepiej gadaj z Łasicą. No chyba, że możesz poczekać do naszego powrotu. - Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami i podał koledze swoje oczekiwania, kiedy z ekipą Egona, powinien znów być w mieście.
- Pośpiechu nie ma, do tego dobrze będzie jak sama tancerka będzie miała czas. Do tego muszę znaleźć dyskretnych muzyków. - mnich się zaśmiał - Cóż was wysyła, aż tak daleko?
- Grajków to możesz poszukać u Łasicy. Pewnie jakichś zna. Rzucisz im parę miedziaków, albo nawet za wychędożenie takiej lubieżnej panienki, to powinni się jacyś znaleźć. Pewnie by wystarczył jeden czy dwóch. - Tutaj mięśniak też był zdania, że ten krok nie powinien stanowić zbyt wielkich trudności. - A my płyniemy bo w górze rzeki ktoś napada na barki. To może napadnie i na nas. Egon z Larsem liczą, że udałoby się zdobyć jakąś łajbę do dalszych celów. A resztę to się zobaczy. Oficjalnie będziemy płynąć albo jako eskorta albo pasażerowie. Jeszcze się zobaczy. Dobrze, mam nadzieję, że trafi się okazja rozwalić parę łbów he he. - Mięśniak zarechotał na koniec ale chyba traktował tą wyprawę jako przyjemną odmianę od codziennej rutyny w mieście.
- Niech rzeka spłynie krwią. - uśmiechnął się mnich - Wątpię, aby zwykłe zbiry drogowe dały wam radę.
- No pewnie! Taką zgraję, żeśmy zmontowali, że nikt nam się nie oprze! - Silny zarechotał z zadowolenia na słowa kolegi. - Jeszcze tylko w porcie mogą nas zatrzymać. Nie wiemy czy uda się nam wszystkich co planujemy, wejść w tym samym czasie, na tą samą łajbę. No ale to się będziemy jutro martwić. - Pokiwał swoją łysą głową ale widać, że nie psuło mu to humoru. - Dobra, to jak chcesz to zbiorowe chędożenie milady to da się załatwić. Ja to mogę załatwić ale jak wrócę z tego rejsu. Jak chcesz wcześniej to pogadaj z Łasicą, ona też powinna dać radę. - Przypomniał sobie o czym rozmawiali przed chwilą. Akurat jak weszli na Plac Targowy. Nawet jak nie był to dzień handlowy, to tu biło serce tego opustoszałego miasta i ludzi oraz wozów, było sporo.
- Spróbuję. Może też jakoś odkupię się w oczach łotrzycy. - odparł Otto - Potrzebujesz czegoś ode mnie przed wyruszeniem? Mogę nawet cię pobłogosławić w imię krwawego.
- Jak możesz to dawaj. Nigdy nie wiesz kiedy to drugie ostrze będzie trochę szybsze niż twoje nie? - Łysy zaśmiał się chrapliwie jakby zdawał sobie sprawę jak dla większości wojowników kończy się droga miecza. Mimo to akceptował to i nie wyglądał na zlęknionego. Raczej wydawał się patrzeć z nadzieją na ten rzeczny wypad jako okazję do bitki i przygody.
Mnich sięgnął pod habit, wyciągając nóż i wręczając go Silnemu. Chwycił mocno za ostrze i oprych po chwili zobaczył kilka strużek krwi. Otto chwycił go bratersko za ramię.
- Aby twe ramię cię nie zawiodło. Aby twe serce nie przestało bić. Aby twe ostrze się nigdy nie stępiło. Aby twój krzyk nigdy nie osłabł. - przybliżył się do Silnego - Krew dla boga krwi.
- Krew dla boga krwi. Krew dla Krwawego Ogara bracie! - Silny mocno ścisnął prawicę mnicha aż go zabolała. W oczach mięśniaka pojawił się groźny błysk, jaki obiecywał jego wrogom i ofiarom marny koniec. Przez chwilę dzielili ten moment zaufania i bliskości. Nim zbir puścił dłoń kolegi. Pokiwał głową i uśmiechnął się. Po czym nagle jakby coś mu się przypomniało.
- A wiesz co? Annika ma z nami płynąć. Lady Fabienne się zgodziła. Tak mówili Egon z Larsem. Zobaczymy czy faktycznie ją puści. Jeśli tak… No to zobaczymy co dziewczyna potrafi. Mizerna jest, mięśni prawie nie ma. Na moje to na ladacznicę mi bardziej pasuje. No ale kto wie, kto wie… Widziałem wczoraj jak rozkwasiła nos pijanemu niziołkowi który na nią nastawał. No w sumie to tylko pijany niziołek. Ja to bym go jedną ręką załatwił. Ha! Jakbym dał mu z bańki to nawet w ogóle rąk bym nie musiał używać! He he. No ale widać było, że ikrę ma dziewczyna. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Więc kto wie, kto wie… Może coś z niej będzie. - Zwierzył mu się z wczorajszego epizodu z byłą pacjentką hospicjum. I wydawał się wciąż być pełen wątpliwości co do Anniki jako wojowniczki. Ale jednak był gotów dać jej chociaż szansę aby się wykazała.
- Ogień w jej krwi jest prawdziwy. - zapewnił Otto - Każdy zaczyna nisko. Wątpię, aby twoja pierwsza bójka była z strażnikiem miejskim… chociaż kto wie, wariat z ciebie taki, że pewnie chciałeś złapać byka za rogi.
- E. Moja pierwsza bójka była tak dawno temu, że już jej nie pamiętam. Jeszcze smarkiem w krótkich gaciach byłem. - Silny roześmiał się chrapliwie, jakby go rozbawiła ta uwaga. Machnął ręką jakby nie warto było do tego wracać. - No zobaczymy co z niej wyjdzie. Na tej rzece statki ktoś napada. Więc może i my trafimy na kotłowaninę. Na to liczę! - Zaśmiał się teraz głośniej i pogroził pięścią nieznanemu jeszcze wrogowi. - Dobra idę. Powodzenia Otto. Ha! I przygotuj te ladacznice na nasz powrót! Bo jak woje wracają z wyprawy to chętne uda zawsze są mile widziane! I wino! Dużo wina, kobiet i chędożenia! - Zaryczał ze śmiechu jakby tak właśnie wyobrażał sobie udany powrót wojowników do domu.Otto u Lebkuhenów
Mnich przyjrzał się dziewczynie wybranej przez Teofano.
- Wstrzymaj groźby, więcej much przyciągniesz na miód. - zastanowił się - Nie ma pośpiechu, aby ją od razu wciągać do grona innych matek, więc na razie po prostu… zainteresuj ją sobą. - spojrzał z uśmiechem na cukiernik - Jesteś bardzo urodziwą i intrygującą kobietą Teofano, na pewno będziesz w stanie ją sobą zainteresować. Ja na razie zobaczę jak otwarta jest twoja matka.
- Aha. - Młoda cukiernik pokiwała głową, słysząc decyzję swojego kolegi i przewodnika po wyższych sferach. Nieco uśmiechnęła się i pokraśniała z dumy gdy usłyszała od niego komplement o swoim wyglądzie. I przez chwile jeszcze wpatrywała się przez szybę na Gelę. Ta pakowała właśnie komuś torbę pierników i uśmiechała się do klienta życzliwie. - To mówisz, żeby tak raczej łagodnie z nią? No dobrze, spróbuję. Tylko nie słyszałam aby ją jakoś kobiety interesowały. Ja to wcześniej trochę interesowałam się Margo ale raczej po to aby pokazać jej kto tu rządzi. Dopiero jak dzięki tobie, spotkałam lady Fabienne, Pirorę i Odette to zobaczyłam jak to może być ciekawie i przyjemnie z inną kobietą. - Przyznała się, że czuje się na tym polu mało doświadczona. I zerknęła na mnicha czy ten nie byłby skłonny podpowiedzieć jej coś jeszcze, jak powinna postąpić z młodą i urodziwą podwładną.
- Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. Jeżeli twe wdzięki nie będą jej miłe, no cóż trudno, trzeba będzie spróbować innego fortelu. Na razie pomyśl o tym jak o treningu. Kiedyś będziesz musiała sobie znaleźć męża, co nie? Sztuka uwodzenia sprawi, że będziesz mogła przyciągnąć uwagę kogo będziesz chciała.
- Nie potrzebuję męża. Ja już jestem poślubiona naszym pieszczoszkom! - Teofao żachnęła się i dumnie poklepała się po swoim brzuchu. Na razie wciąż był płaski więc nie było znać jej robaczej ciąży. Jednak po chwili uspokoiła się i uśmiechnęła do mnicha. - No ale dobrze. Spróbuję z Gelą po dobroci. Może nie jest szlachcianką jak nasze milady, no ale jest dość urodziwa. Coś wymyślę. - Pokiwała głową, na znak, że postara się postąpić wedle wskazówek rozmówcy.Mnich poszedł do mieszkania Lebkuchenów i zapukał do drzwi oczekując na wpuszczenie. Czekał krótko. Ze środka usłyszał lekkie, szybkie kroki. Po czym drzwi otworzyły się a z wewnątrz ukazała się kolejna muszą matka.
- Pochwalony bracie Otto. Wejdź proszę. Frau Lebkuchen cię oczekuje. - Pokojówka odsunęła się aby go wpuścić do mieszkania. Posłała mu ostrożnie życzliwy uśmiech a sama poczekała aż wejdzie aby zamknąć za nim drzwi. Wtedy przejęła rolę przewodniczki gotowa poprowadzić go w głąb mieszkania.
Otto skinął pokojówce na przywitanie.
- Witaj Margareth, miło cię widzieć. - przekraczając próg ucałował dłoń kobiety - Możesz mi opisać cóż to trapi twoją pracodawczynie?
Pokojówka nie spodziewała się takiego gestu jakim zwykle częstowała się szlachta. Więc się zmieszała na chwilę. Widać było, że jednak sprawił jej przyjemność. Po chwili odchrząknęła aby zebrać się na odwagę i starała się odpowiedzieć na pytanie.
- Korzonki. Frau mówi, że jej dokuczają. Ma nadzieję, że przyniesiesz jakieś maści i olejki jakimi ją nasmarujesz i jej pomogą. No i wiesz… Aby to zrobić to będzie musiała pokazać ci plecy. - Wciąż lekko się rumieniąc wskazała gestem w głąb korytarza gdzie pewnie czekała matka Teofano. Mniej więcej zgadzało się to z oficjalnym powodem wizyty mnicha, jaki ustalili wczoraj po mszy. Ale świadczyło też, że tak wstępnie to gospodyni obdarza go pewną dozą przychylności i zaufania skoro liczy się z tym, że chociaż obnaży przed nim swoje plecy.
Mnich klepnął się w sakwę.
- Mam coś przygotowanego. Kilka ziół i przypraw. Jeżeli mogłabyś przynieść mi zwykły olej kuchenny, to by pomogło. - mnich ruszył we wskazanym kierunku - Frau Lebkuchen? Przybyłem na twe wezwanie.- Dobrze. - Pokojówka uśmiechnęła się do niego i ruszyła w jeszcze inną stronę mieszkania. Zaś mnich mógł dotrzeć do drzwi, jakie wskazała mu wcześniej. Gdy je otworzył, ukazał się mały salon. Może nie tak gustowny i okazały jakie widział u von Mannliebów czy u Priory ale też był starannie urządzony na miarę możliwości bogatych mieszczan. Gospodyni czekała na niego przy kominku.
link: https://i.imgur.com/bMNhhSS.jpeg
- Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Moja córka strasznie zachwalała twoje umiejętności niesienia ukojenia. Mam nadzieję, że okażą się prawdą. - Renate Lebkuchen była już nie pierwszej młodości. Ale trzymała się prosto i widać było, że życie oszczędziło jej fizyczność. Wciąż miała błysk w oku i gładką cerę. Suknia oczywiście nie dorównywała tym jakimi nosiły szlachcianki ale jak na mieszczkę, to była z górnej półki. Widać też było po kim Teofano odziedziczyła te ładne, kasztanowe włosy.
- Moim celem jest twoje zadowolenie, pani. - odparł mnich i zbliżył się cukiernik - Zanim przejdziemy do zabiegu, proszę opisać ból. Gdzie się zaczyna, przy jakich sytuacjach? Czy jest to ból ostry, kłujący, taki co promieniuje?
Kobieta obserwowała swojego gościa gdy ten przechodził przez pomieszczenie. Wysłuchała co mnich ma do powiedzenia i kąciki jej ust wydawały się minimalnie uniesione w subtelnym uśmiechu jakiego oficjalnie nie było. - Miewam boleści w krzyżu. Zwłaszcza jak się zapomnę i schylę zbyt gwałtownie albo coś dźwignę. - Pokazała dłonią na dół swoich pleców. - Byłabym bardzo rada gdybyś ojcze, znalazł na to jakiś sposób aby to przeszło. Wtedy zapewne bym odzyskała młodzieńczą witalność i to by mnie wprawiło w zadowolenie. - Odparła godnym tonem w jakim jednak brzmiała nutka frywolności.
Otto się uśmiechnął.
- Jestem pewny, że witalności w tobie jeszcze dużo moja pani. Za pewne w niejednej rzeczy bym się zmęczył przed tobą. Posłałem Magareth po olej, jak go przyniesie możemy rozpocząć. Masz jakieś wygodne łóżko, aby się położyć? No i oczywiście… będziesz musiała zdjąć szatę.
- No cóż, ojcze, skoro mówisz, że to potrzebne… Jestem tylko bogobojną córą tego miasta. - Właściwie to Lebkuchen użyła takich słów jaką prawa obywatelka Imperium powinna. Jednak uśmiech jaki krył się w jej spojrzeniu dość mocno wypaczał ich sens. Nie wyglądała na to aby wizja zdejmowania ubrania przed mnichem jakoś ją przerażała czy krępowała. Jednak ich rozmowę, zakłocił powrór Margo. Pokojówka zapukała w drzwi a gdy jej pani kazała jej wejść to weszła. Szybko do nich podeszła trzymając tacę a na niej dwie butelki delikatnej oliwi używanej do sałatek, zbyt drogiej dla większości populacji miasta. Oraz bardziej powszechny olej. Zatrzymała się wodząc oczami między nimi jakby nie do końca pewna komu z nich powinna przekazać te butelki.
- Przejdziemy do pokoju dla gości. Mimo wszystko ojcze, w mojej małżeńskiej sypialni, goszczę tylko mojego męża. - Pani domu, zwróciła się do nich obojga. Pokojówka pokiwała ze zrozumieniem głową i wróciła w stronę drzwi. Przy okazji wskazując drogę, gdzie będą iść. - To był dawny pokój Teo i jej siostry. Jak jeszcze były dziewczynkami. Teraz ma inny pokój a ten przysposobiliśmy na wypadek gości. - Renate wyjaśniła mnichowi dokąd zmierzają. I po chwili byli w tej sypialni. Nawet podobny wielkością do tej zajmowanej przez ich ostatnią córkę na wydaniu. Ale nieco mniej spersonalizowany. Za to z wygodnym, podwójnym łóżkiem gotowym przyjąć jakąś parę.
Mnich wyciągnął sakwę i położył ją na stole. Po chwili wyciągnął z niej mniejsze woreczki, które delikatnie rozłożył. Frau Lebkuchen mogła zobaczyć liście mięty, startą paprykę i kilka innych ziół.
- Proszę się rozebrać i położyć, pani. Najpierw zobaczymy jak to wygląda.
- Może ja pokażę tutaj. - Lebkuchen wezwała Margo do siebie akurat jak ta postawiła tacę na nocnej szafce przy łóżku. Dziewczyna bez wahania do niej podeszła i czekała na dalsze polecenia swojej pani. Ta gestem kazała jej się odwrócić. A sama podniosła dół jej koszuli i nieco ściągnęła spódnicę. Tak, że się ukazał dół pleców i fragment kobiecej bielizny poniżej. - O tutaj. - Przesunęła palcami po skórze pokojówki spokojnie i nieco pieszczotliwym ruchem. - Myślisz ojcze, że mógłbyś coś pomóc na to miejsce? - zapytała zerkając na mnicha z tym samym subtelnym, nieco kpiącym a nieco wyzywającym spojrzeniem.
- Jak najbardziej. Proszę się położyć, pani. - mnich uśmiechnął się do obu kobiet i podszedł do tacy z olejkiem, wcierając niewielką ilość w dłonie.
- Margo pomóż mi. - Matka Teofano zwróciła się do służki, wskazując na zapięcie swojej sukni. Co prawda pewnie sama by sobie z tym poradziła ale nie po to miało się pokojówki aby z nich nie korzystać. Myszata brunetka podeszła do gospodyni i bez sprzeciwu, zajęła się supełkami i guzikami swojej pani, aby jej pomóc zdjąć suknię. Gdy skończyła Renate skinęła jej dłonią, już własnymi dłońmi przytrzymując ją aby nie opadła. - Możesz odejść. No chyba, że ojciec Otto znajdzie dla ciebie jakieś zastosowanie. - Zwróciła się do pokojówki i jakby oddała pałeczkę co do niej, swojemu gościowi. Margo więc spojrzała pytająco na mnicha czy ma zostać czy wyjść. Jej pani zaś zsunęła z pleców suknię. Plecy miała jak na swój wiek gładkie i zgrabne. Chociaż na jednej łopatce była szpecąca plama po dawnym oparzeniu wrzątkiem czy czymś podobnym. Brunetka położyła się na brzuchu oddając swoje plecy pod opiekę mnicha.
- Powinienem sobie dać radę Margareth. Dziękuję. - mnich położył delikatnie dłonie na plecach kobiety, na razie rozprowadzając olej po skórze. Po chwili cukiernik poczuła zwiększoną siłę nacisku dłoni Otto na punkt, który wskazała. Spowodował tymczasowy ból, który jednak szybko przerodził się w rozkosz ulgi.
- To tutaj, pani?
- Tak, tutaj. Masz zręczne ręce ojcze. - Lebkuchen leżała na brzuchu, całkiem spokojnie. Co ułatwiało mnichowi manewry. Margo wyszła bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi, więc zostali w sypialni dla gości, tylko we dwoje. Pod palcami Otto czuł kobiecą, ciepłą skórę a pod nią, żywe ciało. Znów dało się poznać po kim Teofano odziedziczyła swoje kobiece wdzięki. - Chociaż czasem mam wrażenie, że całe plecy mnie bolą i przydałyby mi się nowe. - Wymruczała z rozleniwionym zadowoleniem jakie brzmiało bardzo zachęcająco.
Dłonie mnicha zaczęły wędrować po całych plecach kobiety i nawet muskać jej boki.
-Nonsens. Masz piękne plecy, moja pani. Skórka gładka i jędrna, kręgosłup prosty. Blizna, jedynie zwraca uwagę na twe łopatki, nie zabierając im uroku.
- Nie przejmuję się nią. Mam ją większość życia. Moja matka niechcący, oblała mnie wrzątkiem gdy byłam pacholęciem młodszym niż Teo teraz. Miałam prawie całe życie aby się do niej przyzwyczaić. Masz naprawdę zręczne dłonie. Czuję jak zmęczenie uchodzi z mego ciała. Aż by się chciało aby nie tylko plecy poczuły taką ulgę. - Lebkuchen wciąż leżała spokojnie i pozwalała aby mnich robił swoje. Jednak ten ostatnio na tyle wiele miał do czynienia ze swoimi kochankami, że rozpoznał rodzącą się przyjemność. Taką jaką mężatce wypadało odczuwać i przeżywać, wyłącznie ze swym prawym małżonkiem.
Mnich sekundę się zastanowił na następnym krokiem.
- Jeżeli są jakieś miejsca, w których chciałabyś poczuć mój dotyk, jedynie powiedz. - postanowił przyjąć rolę niewinnego chłopaczka w obliczu wygłodniałej lwicy. Zapewne frau Lebkuchen nie często miała szansę być dominująca w obliczu mężczyzny. Jego dłoń zsunęła się delikatnie niżej, ale jeszcze nigdzie skandalicznie.
- To byś musiał ściągnąć suknię. Bo to miejsce jest trochę niżej. - Gospodyni nieco uniosła swoje biodra, aby łatwiej mu było to zrobić. A wtedy ukazała mu się cała jej sylwetka. Całkiem zgrabne nogi, chociaż z żyłkami na łydkach. Szczupła kibić i foremny tył. Jeszcze symbolicznie zasłonięty kawałkiem bielizny. Nie tak wykwintnym jak te jakich widział u szlachetnie urodzonych koleżanek, ale też nie taki zwykły jak u Margo czy Elke. - Od tego ciągłego stania i chodzenia, bardzo puchnął mi nogi. Czy mógłbyś coś pomóc, podobnie jak na plecy? - Głos miała nieco przytłumiony przez poduszkę. I nie podnosiła głowy, jakby tak było łatwiej dla nich obojga. Dało się jednak wyczuć to samo przyzwolenie co wcześniej.
Mnich pomógł kobiecie zdjąć suknię i rozpoczął wywierać nacisk na łydki kobiety. Zgiął je później w kolania, kolejny chwilowy ból dał miejsca większemu ukojeniu.
- Łatwo być nieskazitelnym, jeżeli nic się nie robi. - odparł Otto, jego dłonie teraz powędrowały masować między udami kobiety.
- No niestety, jak ma się całą cukiernię na głowie to trudno jest zadbać o siebie. - Właścicielka słodkiego rzemiosła z przyjemnościom poddawała się dotykowi mężczyzny. Nawet jak stopniowo przechodził on z jej łydek na uda i był coraz bliżej ich zwieńczenia. - O tak, w tym miejscu bym prosiła abyś szczególnie zwrócił na nie uwagę. I ściągnij te majtki, tylko przeszkadzają. - Rzeczywiście zwracała się do niego z zalotnością salonowej lwicy jaka wie czego chce od swojego kochanka. I potrafiła dać mu znać, że jest już gotowa aby przejść do śmielszych działań.
Otto przełknął, niech matrona Lebkuchenów poczuje jak młodzieniaszek wyznaje chuć do jej ciała. Nieśmiale zdjął resztę bielizny kobiety, jego dłonie delikatnie zaczęły pieścić jej łono.
Gospodyni nie przerywała mu. Zupełnie jakby nie chciała go speszyć. Ale, że miał w takich zabawach spore doświadczenie, to widział i wyczuł jak ciepło podniecenia, zaczyna ją rozgrzewać od środka. Coraz bardziej i wyraźniej. Jak oddycha szybciej i głębiej. Jak coraz słabiej się kontroluje. Aż w końcu jak bezwstydnie przewraca się na plecy. Teraz ją widział w całej okazałości. Zgrabne uda, z małą, starą blizną. Starannie przystrzyżone łono. Płaski brzuch. Jak na jej wiek, dość kształtne i bujne piersi. I wreszcie zachęcające, bezkompromisowe spojrzenie nad pełnymi ustami. Wzywała go do siebie całą sobą, aby po tych wstępnych karesach mogli zacząć właściwe figle. Już bez udawania, że chodzi o jakąś pomoc medyczną.
Mnich zdjął spodnie i ułożył się między udami cukiernik.
Przynajmniej miał pewność, że kobieta nie jest przeciwna poszukiwaniu przyjemności. Teraz jedynie zostało powoli siać zainteresowania w stronę much.Wellentag; popołudnie; teatr
Otto u Pirory
Mnich skłonił się przed Pirorą.
- Witaj moja droga. Chciałem się upewnić, że wszyscy zadowoleni bo ostatnich zabawach. A widzę, że macie nie lada przedstawienie.
- Oh, to zwykła próba. Udało nam się namówić Alionę aby pokazała nam nieco swoich umiejętności. Jak pewnie widzisz, plotki o muzycznych talentach elfów znikąd się nie wzięły. - Pirora stanęła obok kolegi, dyskretnie nadstawiając policzek aby mógł go elegancko pocałować. Chociaż takie zachowanie raczej nie przystawało do relacji między szlachcianką a zwykłym mnichem i świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. On zaś widział jak elfka i dwie szlachcianki na chwilę się zajęły rozmową o talentach leśnej elfki ale zapewne nie całkiem przegapiły jego przybycie.
Mnich ucałował policzek szlachcianki, zezwalając sobie na delikatne uszczypnięcie jej kuperka.
- Mam do tego sprawę do Lady Odette, ale nie będę jej okradał z możliwości rozmowy z pięknym ludem. - jednooki zerknął na rozmawiające kobiety - Mam nadzieję, że nic nie podejrzewają. Elfy potrafią rozpoznać metody naszych patronów lepiej niż większość ludzkości.
- Chyba nie. Przynajmniej ostatnio jak się bawiliśmy w teatrze po występie to i Aliona i Fanriel były nam przychylne. Bardzo Adrienne przypadła im do gustu. Od tamtej pory nie zauważyłam zmian w ich zachowaniu. Może nawet są nam życzliwsze. - Pirora lekko pacnęła w ramię kolegi gdy ten uszczypnął jej tylne wdzięki ale raczej dla takiej przyjacielskiej wymiany żartów niż dla skarcenia go. Ale, żeby nie przedłużać powitania, zaprosiła go do trójki rozmawiających koleżanek.
- Witaj bracie Otto. Miło cię znów widzieć. - Gwiazda estrady odezwała się pierwsza od razu pokazując swoją przychylność wobec zwykłego mnicha. Kamila i Aliona też posłały mu życzliwe, uprzejme uśmiechy.
- Witajcie moje drogie. Nie spodziewałem się zostać uraczony tak pięknym dźwiękiem jak śpiew elfiej damy. - skłonił się przed Alioną - Teraz jedynie rozpaczam, że tylko końcówkę usłyszałem. Lady Odette, hospicjum jest w przygotowaniach na twe odwiedziny.
- Oh to tylko taka przyśpiewka ludowa. Tak to się chyba u was mówi. - Elfia brunetka przyjęła komplement z uprzejmym uśmiechem ale wyglądało na to, że sprawił jej przyjemność.
- Nie przesadzaj Aliono, wasze kołysanki czy przyśpiewki ludowe, są bardziej zaawansowane i przemyślane niż nasze arie. Może najelpsi tileańscy mistrzowie to się zaczynają zbliżeć precyzją do waszych rymów. - Lady Odette wypowiedziała się po przyjacielsku i swobodnie ale dała wyraz swojemu szacunku dla elfiej sztuki i poezji. To wywołało uśmiechy na twarzach koleżanek.
- Dlatego cieszę się, że dziś miałyśmy zaszczyt słuchać i podziwiać was obie. - Kamila van Zee dołożyła wisienkę na torcie tej wymiany uprzejmości słodząc tak elfce jak i miodowłosej śpiewaczce.
- To mówisz bracie Otto, że hospicjum jest gotowe na moje przybycie? No tak, prawie o tym zapomniałam. Dobrze, że się przypomniałeś. To sugerujesz jakiś termin? Dziś już nie dam rady. Może jutro? Na obiad jestem zaproszona przez Benitę i jej męża. Byli tak uprzejmi, że nie mogłam im odmówić. Więc pewnie trochę nam tam zejdzie. Może znalazłabym czas aby wpaść do tego hospicjum przed obiadem. Co myślisz Otto? - Zwróciła się do mnicha gdy tylko szybko przeleciała w myślach swoje plany na nadchodzący dzień.
- Jak najbardziej. - odparł mnich - Z wielką chęcią będę twoim przewodnikiem. Ach i… - zastanowił się chwilę ile będzie w stanie powiedzieć - Udało mi się już zorganizować miejsce na… ten pokaz, o którym rozmawialiśmy. Potrzebuję jeszcze zorganizować muzykę. Nie ma jednak pośpiechu, właściciel będzie miał wolne dopiero za jakieś pięć dni.
- Oh, to jednak pamiętałeś o tej mojej małej prośbie? Oh to cudownie! Widzę, że wybrałam na impresario właściwego człowieka. - Miodowłosa milady rozpromieniła się i objęła ramię mnicha w geście zaufania i wdzięczności.
- A to jakiś koncert poza teatrem? - Kamila wydawała się być tym naturalnie zaciekawiona, choć oczywiście nie mogła znać prawdziwej treści tego o czym rozmawiali.
- Oh koncert to mon cher. To takie małe spotkanie z wielbicielami. Sama widziałaś co się wczoraj działo po mszy. A wiesz przecież, że nie wszyscy mają okazję mnie podziwiać w twoim zacnym teatrze lub rezydencji. - Diwa dość gładko wybrnęła z tego pytania i von Zee wydawała się być usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem. - Tylko ja was przepraszam na chwilę. Ale koniczenie muszę zmyć ten makijaż. Niestarannie go dobrałam i teraz zaczyna mnie drapać. - Przeprosiła swoje koleżanki a one ze zrozumieniem pokiwały głowami, jakby uważały, że słynna śpiewaczka ma prawo do swoich dziwactw i humorów. Ona zaś obróciła się i tanecznym ruchem wyszła z mnichem na korytarz. Kierowała się w stronę garderoby, tej samej gdzie parę dni temu, poznał bliżej lady Benitę.
- Ojej pięć dni? To tak długo. Co prawda da więcej czasu na przyjazd moim koleżankom. Ale powiedz mi mój drogi Otto, czy nie dałoby się czegoś zorganizować wcześniej? Koszty oczywiście nie graja roli, jeśli na coś ci potrzeba pieniędzy w tej organizacji rozrywki to tylko powiedz. Niech takie głupstwa nie stoją na drodze sztuce, emocjom i przygodzie. - Mówiła teraz ciszej ale szybciej. A krok za krokiem, zbliżali się do jej garderoby.
- Porozmawiam jeszcze z Łasicą, ponieważ miejsce, które znalazłem to karczma Silnego, jednego z naszych braci oddanych Krwawemu. - wytłumaczył się cicho mnich - Opuszcza miasto na kilka dni dlatego tak długo. Plan miałem, abyś założyła jakąś maskę balową i może perukę. Natomiast być może Łasica pomogłaby coś w zamtuzie zorganizować, jeżeli nie masz nic przeciwko.
- Silnego… - Milady zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie przypomnieć o kogo chodzi. A mięśniak rzeczywiście niezbyt często bywał na zabawach organizowanych przez Pirorę i jej koleżanki. Na razie jednak sięgnęła to aksamitnej torebeczki i wyjęła z niej klucz jakim otworzyła drzwi do garderoby. Co na chwilę ją zajęło. Po chwili we dwoje byli już w środku. - No szkoda, że tak utalentowany, młody człowiek wyjeżdża z miasta akurat teraz. No ale cóż, sztuka wymaga poświęceń. - Westchnęła jakby było jej żal na to, że będzie musiała tyle dni czekać na te figle o jakich rozmawiali wcześniej.
- Ale zamtuzy! Uwielbiam zamtuzy! I ladacznice! To takie nieprzyzwoite! Pewnie wiesz, że szlachciance a zwłaszcza komuś o mojej pozycji, absolutnie nie wypada odwiedzać takie kontrowersyjne miejsca? No właśnie dlatego je uwielbiam odwiedzać. Chociaż nie zawsze mogę to robić oficjalnie. Więc tak mój drogi Otto, absolutnie jestem chętna na zabawy w zamtuzie. I to z Łasicą? Ona mi wygląda na bardzo obrotną kobietę, co ma głowę na karku. No jeśli byś był tak uprzejmy aby zorganizować mi jakąś rozrywkę, zanim twój kolega nie wróci, byłabym bardzo zobowiązana. - Diwa rozgościła się w garderobie jak u siebie i jakby odruchowo przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. To było duże, kryształowe lustro gdzie widać było wyraźnie każdy detal twarzy. I jeszcze oprawione w ozdobne ramki i drogie kamienie. Jednak milady była bardziej zainteresowana ustalaniem szczegółów tych nietypowych romansów o jakich rozmawiali.
Mnich podszedł do divy i niemal odruchowo pogłaskał jej policzek.
- Jakoż chcesz tak się stanie. Nie będę stał na drodze sztuki. Kto wie, może znajdziesz tam jakiegoś wartego głębszego zapoznania.
- Oby, mój drogi Otto, oby. Muszę przyznać, że z każdym dniem, jestem coraz przychylniejsza temu miastu. Wreszcie mogę przeżywać takie przygody jakie uwielbiam! - Aktorka nie uciekła od jego dłoni, więc mógł poczuc jej gładki, przyjemny w dotyku policzek. A sama nawet przechyliła głowę tak, że pocałowała jego palce i wnętrze dłoni. - Więc jeśli byś mógł razem z Łasicą mi zorganizować jakieś takie ekscytujące, niecodzienne przygody to byłabym wniebowzięta. - Popatrzyła mu prosto w twarz, i splotła dłonie na jego karku, jakby byli kochankami. - I jeszcze te przyjemniaczki. - Zmrużyła oczy i przygryzła wargi gdy o nich wspomniała. - Od rana czuję, jak sobie we mnie potańcówkę urządziły. Fabi miała rację. To naprawdę niesamowite uczucie. Nigdy wcześniej nie przeżywałam niczego podobnego. A paru rzeczy jednak w życiu próbowałam. - Wyznała z lubieżnym błyskiem w oku.
Otto ucałował delikatnie usta divy.
- Więc przygotuj się na poród. Pamiętasz co Laura przeżyła, i to oczekuje ciebie za kilka dni. - mnich się uśmiechnął, jego ręce objęły divę - Nie jedno przeżyłaś, ale pewnie kilka rzeczy cię ciekawi. Wyjaw swe sekrety, a ja mogę spróbować je zyścić.
- Oh oby, oby! Już nie mogę się doczekać! Widziałeś jak wczoraj Fabi urodziła? Jakie to było cudownie ekscytujące! I jakie wielkie z niej wyszły! Nawet nie wiedziałam, że mogą być takie duże. Dlatego tak się zagapiłam jak ten pierwszy spadł na mnie. Ale teraz będę już wiedzieć i będę lepiej przygotowana! A Fabi mówiła, że wciąż je czuje w sobie więc na szczęście to nie były dwa ostatnie. Myślisz, że ze mnie też wyjdą takie wielkie? - Diwa wdzięcznie roześmiała się z dziewczęcą naturalnością. I już całkiem przylgnęła do piersi mnicha jak do swojego kochanka. Aż ten czuł jak jej przyjemny dla oka dekolt, napiera na jego klatkę piersiową a z bliska aromat jej perfum na jakie zapewne nie mogła sobie pozwolić niejedna szlachcianka.
- No więc jak poznałam tych waszych zwierzoludzi to ciąglę o nich myślę. Dlatego Lilly tak mi przypadła do gustu. Nieco mi ich przypomina. Już kiedyś miałam z nimi do czynienia ale tylko z jednym na raz. Był jako zakazana ciekawostka w jednym z zamtuzów. Tylko był trochę większy i miał koźli łeb. Strasznie go byłam ciekawa, nie mogłam mu się oprzeć aby go nie spróbować. Razem z koleżanką. Jedną z tych, jakie zaprosiłam i teraz. Strasznie mnie pociągają takie odmieńce. Podobno na każdą fantazję jest jakiś odmieniec! Tak usłyszałam na jakimś balu. Ci wszyscy amanci, nawet piękne kochanki, to na dłuższą metę robią się dość monotonne. Wszyscy zabiegają o moją atencję i uwagę. Albo chcą mieć ze mną romans albo coś ugrać i wciągnąć do swoich intryg. Dlatego tak przy tych kamieniach mi się podobało. Albo to co wymyśliłeś z tą tawerną i kolegą. I te pieszczoszki! Są takie obrzydliwe! Takie ohydne! W życiu bym ich nie dotknęła! Uwielbiam jak po mnie pełzają albo we mnie. To takie plugawe. - Szeptała mu czule w twarz gdy pozwalała mu się trzymać w objęciach. A jej słowa były tak bluźniercze, że natychmiast powinna trafić przed oblicze boskiej sprawiedliwości w postaci jakiegoś kapłana. Jednak ona nic sobie z tego nie robiła i mówiła o tym jak o fantazjach jakie już udało jej się zrealizować lub miała nadzieję, że tak się stanie. - Pomogłam ci? Myślisz, że dałoby się coś takiego zorganizować? Ja rozumiem, że może nie być tak łatwo więc jeśli tylko bym mogła w czymś ci pomóc, mój Otto, to bardzo chętnie spróbuję to zrobić. W końcu chodzi o sztukę i namiętność. - Popatrzyła na niego trochę przytomniej i pieszczotliwie pogłaskała go swoimi smukłymi palcami po policzku.
Mnich odsunął przepaskę zasłaniającą jego pusty oczodół.
- Jest to coś z czym mógłbym pracować. - przyznał mnich - Bezdomni? Kalecy? Nie ryzykowałbym z trędowatymi… - Otto zaczął się zastanawiać - Może mała mieszanka? Potrzebowałbym trochę czasu, ale jestem pewny, że są rośliny, które potrafią sprowadzić halucynacje. Wyobrażasz sobie bycie w objęciach kochanka, a twe oczy widzą niebywałe rzeczy?
Artystka zachichotała jak mała dziewczynka. Jakby omawiali jakiś figiel do zmajstrowania rodzicom lub opiekunom. - Oczywiście, że próbowałam różnych środków. Chyba nie masz mnie za jakiejś grzecznej panienki z pensjonatu? - Uniosła brwi aby podkreślić jak rozbawiło ją to pytanie. Jednak nie wyglądała aby ją zdenerwowało. - Ale to bardzo ubarwia taką przygodę i różne rzeczy, różnie działają. Więc jestem bardzo ciekawa mieszanki jaką przygotujesz. Obiecuję nie wybrzydzać i połknąć wszystko co przygotujesz. - Teraz trochę się z nim droczyła jak dama ze swoim amantem. Dalej jednak była w świetnym humorze. - A bezdomni czy kalecy, czemu nie. Chyba rozumiesz, że samej byłoby mi trudno zorganizować sobie taką rozrywkę? Nie wypada mi się nawet pokazywać w takim szemranym towarzystwie. N ale jakby mój drogi i utalentowany impresario zorganizował mi takie spotkanie, to na pewno byłabym bardzo rada. - Zalotnie uśmiechnęła się do swojego kochanka. Ale nagle brwi jej podjechały do góry jakby sobie o czymś przypomniała. - Ah bo widzisz, nie mówiłam ci wcześniej. Mnie te różne przypadłości roznoszone bretońskimi chorobami za bardzo się nie imają. Co najwyżej dostanę wysypki jaka po paru dniach sama schodzi. To bardzo ułatwia mi cieszyć się przygodami. Dlatego nieco obawiałam się, czy te przyjemniaczki się we mnie przyjmą. Na szczęście tak! Nawet teraz je w sobie czuje. Bardzo to ożywcze i podniecające. To taki dar od moich patronów. A ja jestem tylko ich służebnicą i staram się być sztandarem ich chwały i splendoru. A dzięki temu, mogę przeżywać niesamowite przygody. - Mówiła cicho i lekkim tonem. Jednak nie traciła wybornego humoru i wciąż patrzyła zalotnie na mnicha jakiego kark pieszczotliwie dotykała swoimi palcami.
Otto natomiast powoli zaczynał się zatracać, jego dłoń zsunęła się z policzka divy i dotarła do jej biustu.
- Faktycznie nie lada błogosławieństwo dla kogoś z twoimi chęciami. - ponownie złączył swoje usta z divy.
Aktorka też poddawała się namiętności chwili. I coraz chętniej oddawała ten dotyk i pocałunki. W końcu i jej zaczęła przeszkadzać własna suknia, jaka blokowała postęp w dalszej zabawie. - Mógłbyś pomóc z tymi sznureczkami, mój drogi Otto? - wyszeptała zalotnie mu w twarz, pokazując na zapięcie swojej sukni. Przez chwilę musiał się z nim mocować a widać było, że miodowłosa się niecierpliwi. Gdy udało mu się rozpiąć jej odzienie, ukazała się jej smukła, szczupła sylwetka w samej bieliźnie, pończochach i trzewikach. Chociaż teraz, jak patrzył na nią z bliska to albo jej brzuch wydawał się nieco kraglejszy albo sam to sobie imaginował wiedząc, że jest w brzemiennym stanie.
Mnich zdjął z siebie habit i koszulę. Diva musiała przyznać, że życie mnicha najwyraźniej wymagało wysiłku. Ciało Otto może nie było górą mięśni, ale był szczupły i widać było muskulaturę pod zabliźnioną skórą. Niektóre wydawały się od ostrzy, inne od ognia lub czegoś innego. Mnich przylgnął do ciała divy, jego dłonie pieściły wszystko czego były w stanie sięgnąć.
Chociaż wcześniej już mieli ze sobą przyjemność, to tym razem wyjątkowo byli tylko we dwoje. Więc mogli się sobie poświęcić całkowicie. Milady zdawała się doceniać smukłe ciało kochanka. Chciwie wodziła po nim palcami, pieściła dłońmi lub kurczowo łapała za plecy i ramiona. Chętnie też używała swoich utalentowanych i bezcennych ust aby go spróbować. Te usta jakie w najwiekszej świątyni w mieście z taką czystością wyśpiewywały psalmy pochwalne dla patrona mórz i oceanów, teraz sprawiały satysfakcję zwykłemu mnichowi w sandałach. Odette była namiętną kochanką i miało ciało jakby stworzone do uprawiania miłości. Pełne, jędrne piersi jakie przykuwały wzrok, usta i dłonie, kształtne pośladki, gładkie uda a do tego werwę w żyłach jakie napędzało tą grzesznicę. Nie miała oporów aby ukleknąć przed swoim kochankiem i sprawić mu i sobie przyjemność, albo prowokująco wypiąć się ku niemu opierając się o swoje biurko. W tym drogim, ozdobnym lustrze jakie podczas tych harców, strasznie się trzęsło, widział i jej rozanielone oblicze, i podskakujący rytmicznie biust i czasem swoją twarz. Aż wspólnie doszli do finałowego momentu tej przyjemności. Wciąż nadzy i zdyszani, siedzieli na krześle na jakim zwykle diwa sprawdzała swój wizerunek w zwierciadle.
- A masz jakieś plany na jutro mój drogi? Bo nie wiem czy mówiłam. Ale jestem umówiona na obiad z Benitą i jej mężem. Tak pomyślałam, że znów można by ją zasiać. Chyba polubiła te przyjemniaczki. Najchętniej to bym użyła na niej tej twojej zabawki. Ale tymi strzykwami też może być. No i jakbyś sprawił mi przyjemność towarzysząc mi to może by się nam udało ją zasiać oboje? A jeśli nie to może tobie lub mnie, gdy to drugie by bawiło męża rozmową. - Zagaiła go rozanielonym głosem gdy nago siedziała na jego nagich udach. Zaś palcami pieszczotliwie przesuwała po jego włosach.
- Większych planów nie mam, więc oczywiście chętnie ci pomogę, mój skowronku. - całował szyję swej kochanki i delikatnie pogłaskał jej wypełnione podbrzusze - I chętnie zasiałbym was obie.Kończąc harce z Odette mnich wrócił do reszty grupy i miło spędził resztę dnia.
Następnego najpewniej uda się Odette do Benity a później, wróci do Hospicjum poinformować zarówno przeora jak i Niklasa o zbliżającej się wizycie. Jeżeli znajdzie czas poszuka też Łasicy.Tura 77 - 2519.07.29; ab; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.28; Wellentag; wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Egon i ekipa
Trudno było nie zauważyć, że może obie łotrzyce nie były urodzonymi wojowniczkami, nie miały wdzięku i manier swoich błękitnokrwistych koleżanek, ale jeśli chodziło o żywiołowe harce w alkowie to trudno było się nudzić gdy brały w nich udział. I jak się wczoraj okazało, atrakcyjnej mytnik bardzo przypadło to do gustu. A ona nowym koleżankom także. Choć z początku jeszcze się na to nie zapowiadało.
Gdy Egon z ferajną przybyli wczesnym wieczorem do ulubionej tawerny obu łotrzyc, to nieco rozminęli się z Łasicą. A dokładniej to Jutta z Burgund gdzieś poszły akurat jak prawa ręka Starszego przyszła. Więc o mytniczce dowiedziała się od Astrid i kolegów. - Co? Ta ruda wiewiura przyprowadziła tu jakąś rzeczną psiarę? - Fioletowowłosa wydawała się z zirytowana i rozczarowana postawą swojej partnerki. Dopiero jak ta wrociła z celnik do sali głównej włamywaczka szybko zmieniła zdanie. - A to ta? Ej no to może nie będzie tak źle. - Dziewczyna z ulicy była gotowa chwilowo przymknąć oko na obecność aparatu urzędniczego ratusza. Zwłaszcza jak miał ładną buzię, czym oddychać z przodu, za co łapać z tyłu i jeszcze z długimi nogami co podkreślały jej dobrze dobrane spodnie.
- To mówisz Jutta, że jeszcze nie miałaś przyjemności z trzema kobietami na raz? - Łasica zapytała pozornie niewinna, bawiąc się źdźbłem słomy po swoich ustach. Więc spędzili razem może jedną kolejkę w izbie głównej gdy czwórka koleżanek, w atmosferze śmiechów i sprośnych żartow, wstała od stołu i poszła na gorę. Egon, Silny i Lars zostali chwiolowo sami z winem, piwem i kolacją na stole. Oraz obietnicą od Łasicy, że jak “przygotują” Juttę to dadzą im znać. Ten znak nadszedł w postaci blondwłosej Cori, jaka była tutaj ulubioną barmanką obu łotrzyc.
- Byłam właśnie u dziewczyn zanieść im wino. Mówią, że jak chcecie to możecie już przyjść. Są w dwunastce, to na końcu korytarza. Zamknęłam tylko na klamkę abyście mogli wejść. - Posłała im sympatyczny uśmiech. Dwaj towarzysze gladiatora popatrzyli na nią, na siebie, dopili kufle i wstali od stołu aby udać się na piętro. Gdy tam poszli, okazało się, że integracja Jutty z nowymi koleżankami przebiega wybornie. Lars z Silnym aż na chwilę przystanęli aby nasycić oczy tymi widokami.
- Ty rzeczna suko! Twój mokry kuper należy do mnie! - Łasica była ubrana tylko w zbaweczkę do penetracji kochanek. A jej nagie biodra energicznie zderzały się z wypiętymi wdziękami równie nagiej mytniczki. Zaś odkryty biust łotrzycy malownicze bujał się w tym samym rytmie. Akurat zauważyła wejście kolegów więc wyszczerzyła się do nich radośnie.
- Nie jestem rzeczną strażniczką! Jestem celnikiem! - Juttę chyba nieco ubodły te uliczne określenia jej profesji. Bo odwrociła głowę do dominującej partnerki aby zpaprotestować.
- Ale tu jeszcze nie skończyłaś roboty. - Astrid była plecami do kolegów. Ale dało się ją rozpoznać dzięki blond włosom upiętym na norsmeńską modłę. Złapała za głowę mytnik i stanowczym ruchem godnym rasowej szlachcianki, nakierowała jej twarz z powrotem między swoje uda. Najmniej było widać Burgund. Dlatego, że była na samym dole tego przekładańca. Co chyba nie przeszkadzało ani jej, ani koleżankom.
- Powiem wam chłopaki, że jeśli nawet nie spotkamy tych piratów to chyba nie będziemy się nudzić na tej wycieczce. - Lars zaśmiał się rubasznie, szczerze ucieszony takim widokiem. A po chwili koledzy zaczęli się rozbierać i dołączyli do tych figli.
- Ojej. No niezła jest. Aż trochę, żałuję, że z wami nie płynę. Weźcie ją przywieźcie z powrotem. Sam widzisz, że dziewczę ma wielki potencjał. - Wczoraj wieczorem, Łasica znalazła czas aby chwilę porozmawiać z kamratem z jakim w zimie rozpracowywali kazamaty od środka. To, że wciąż była całkiem nago, w ogóle jej nie krępowało. Przez chwilę podziwiała harce pozostałych jakie odbywały się na wąskich łóżkach. Wyglądało na to, że Jutta przypadła jej do gustu. - I mówisz, że ona jest od Huberta? Jak on to robi? Taki spasiony knur. Nawet szlachcicem nie jest. Zawsze myślałam, że się przechwala tym, że ma pełno kochanek w całym mieście. No ale teraz… Najpierw Fabienne, potem ta Adrienne z ratusza, teraz Jutta… Ciekawe kogo jeszcze zna. Będę musiała się bliżej niego zakręcić, może jeszcze ma jakieś gorące koleżanki. - Mówiła gładko i wesoło gdy trzymała gliniany kubek z winem. Po tym jak nasyciła największe pragenienie po tych harcach, mogła sobie pozwolić na chwilę rozmowy. Wydawała się być pod wrażeniem między odpychajacą fizycznością Huberta Grubsona a jego sukcesami w zdobywaniu atrakcyjnych kochanek.
- A właśnie! - Uniosła palec jakby sobie o czymś przypomniała. - Pamiętasz jak wracaliśmy z leśnego pikniku i w bramie spotkaliśmy Froyę van Hansen i Fanriel Złocistą Gwiazdą? - Spojrzała na kolegę. Rzeczywiście tak było parę dni temu. Tylko obie konne, błękitnokrwiste blondynki wówczas rozmawiały głównie z Łasicą jaka siedziała na koźle furmanki. A większość towarzystwa, łącznie z gladiatorem, była dla nich niewidoczna pod plandeką. - No to poszłam wtedy wieczorem do milady. Było wyśmienicie! Służyłam im obu o tak. - Ze śmiechem, wskazała na Juttę jaka właśnie była w żwawych obrotach między Larsem a Burgund. A na sąsiednim łóżku Silny mocno dyszał nad Astrid. Łasicy w ogóle nie przeszkadzało być uległą wobec bardziej dominujących od niej charakterów. A jako była ladacznica, potrafiła się płynnie dostosowac do preferencji drugiej strony.
- W każdym razie obu szlachcianki uwiera ten zakaz do pojedynków, turniejów, balów i polowań z powodu tej żałoby. No ale nie zabrania on przejażdżki po lesie. Oczywiście mało rozsądne by było jechać w las bez broni. Przecież kto wie jakie szkarady można spotkać no nie? A wtedy no cóż, nawet nobliwa dama, musi się bronić. No więc obie tak ostatnio jeżdżą sobie w las na te przejażdżki i jakoś zawsze trafią a to na dzika, a to gobliny, albo inne tałatajstwo. - Zaśmiała się z lekkim podziwem dla swobody z jaką obie szlachcianki, obchodziły zakaz wydany przez władze świeckie i duchowne.
- No i starałam się je wybadać co i jak. Zwłaszcza lady van Hansen. Bo trochę nam się kontakt urwał. No i milady, żałuje, że Norma wyjechała z miasta. Podpytałam ją trochę to nadal jest ciekawa Norsmenów i chętnie by jakichś poznała. Wiesz, jej rodzina ma norsmeńskie korzenie a ona uczy się ich języka. - Łotrzyca wymowne kiwnęła kubkiem na Larsa i Astrid, zajętych chwilowo baraszkowaniem z koleżankami i kolegami. Dała to na chwilę koledze do przetrawienia.
- No i jak nieco jej pomogłam nakierować myśli we właściwą stronę, czyli na Normę i polowania. To wspomniała o pewnym brodatym wojowniku. Co był zwykłym, nieokrzesanym chamem jakiego wstyd byłoby wpuścić na salony. Ale toporem machał przednie i razem z Normą ubili zimą tego trolla. I odniosłam wrażenie, że chętna by była go spotkać ponownie. - Łotrzyca mówiła z chytrym uśmieszkiem, leniwie oglądając swoje niedbale pomalowane paznokcie. A w końcu podniosła wzrok aby spojrzeć koso na kolegę. - Widzisz? Pamięta cię. Może nie wyłącznie pozytywnie no ale raczej pozytywnie. - Posłała mu krzywy uśmiech dziewczyny z ulicy.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Egon i ekipa
Pierwszą rzeczą jaką Egon zobaczył dziś rano, to był owal twarzy okolony ciemnymi włosami i kobiecy głos, że muszą już wstawać i iść. Drugą było nagie, kobiece ramię na swojej piersi. No tak. Bo spędzili wieczór w “Mewie” a później to już po nocy, nikomu nie chciało się iść przez miasto do domu, to już zostali tu na dobre. Ale przecież rano mieli się stawić na Nabrzeżu Ryb do “Jutrzenki”. A jeszcze musieli wrócić na Bursztynową do Pirory po swoje bety. Tylko ten sen.
Śnił mu się ten czarny rycerz. Jak zwycięża w kolejnych pojedynkach. Jak na jakimś turnieju albo walkach gladiatorskich. Jak wznosi zakrwawiony miecz w geście triumfu. Ale coś było nie tak. Wcześniejszy aplauz widowni zmienił się w gwizdy pogardy, wyzwiska. W końcu poleciały na niego odpadki jedzenia, grudy ziemi a nawet kamienie. I jak ten rycerz siedział na pięknym, karym rumaku. Na skraju polany. Po swojej stronie miał swoją armię. A naprzeciwko nich stała podobna armia zwierzoludzi. Dzicy, muskularni brutale brniący wysokiego czarnego głazu z czerwonymi żyłkami i glifami jakie błyszczały złowróżbnie, że cierpła od nich skóra. A pod nim były całe stosy ludzkich i nieludzkich czaszek, kości oraz broni. Egonowi się wydawało, że po stronie czarnego rycerza, widzi parę znajomych postaci. Łysa glaca jakiegoś mięśniaka co przypominał Silnego. Wojowniczka z północy z dwoma toporami co od razu kojarzyła się z Normą to Axe. Wrzeszczący dzikus w skórach i z włócznią był prawie jak Bjorn. Obie armie jeszcze stały naprzeciwko siebie. Obserwowały pojedynek. Tam walczyła kobieta o czarnych włosach. Z jednym z kopytnych. Kobieta wydawała się być wątła i bez szans. Jak jakaś kelnerka czy ladacznica z miasta. A jednak walczyła z furią jakby nie zauważała własnej fizycznej słabości. Zwierzoczłowiek także nie ustępował jakby dawał upust odwiecznej nienawiści tej rasy, do gatunku ludzkiego. A mimo to nie mógł w dwóch ruchach zmiażdżyć tej ludzkiej wojowniczki. W sumie to Egon już nie był pewny czy ta walka była przed tą armią czy jakoś wcześniej albo w ogóle nie była z tym związana. Obudziło go co innego. W pewnym momencie ze stada czekających zwierzoludzi, wyszedł masywny wojownik z potężnymi rogami. U pasa miał liczne czerepy i odcięte dłonie. Ludzi i nieludzi. Zaryczał potężnie i wyzywająco. A w górę, w triumfalnym geście, wzbił włócznię. U ostrza broń miała ludzką czaszkę i wyglądała jakby przebijała się ona przez jej usta. Podobnie jak ta o której Egon śnił ostatnio. Zwierzoczłowiek rzucił wyzwanie. A czarny rycerz spojrzał wprost na gladiatora. I dał mu znak, że to jest wyzwanie dla niego. Czempion przeciwko championowi. To go tak wzbudziło, że aż się obudził. Albo akurat Burgund go potrząsnęła aby go obudzić. Wysowbodził się z nagich objęć kochanki i wstał. Pić mu się chciało. Widział i słyszał jak o tym wczesnym poranku życie powoli wraca w tym pokoju.
- Więcej nie piję. O matko jak mnie głowa boli. A jak kuper. - Jutta też przeżywała bóle egzystencjalne. Wciąż naga, z rozczochranymi włosami, na w pół sennie starała się zorientować w sytuacji. Wtedy gladiatorowi przypomniał się jeszcze jeden odprysk snu.
Dwie konne blondynki. Froya i Fanriel. Otoczone tłumem rozwrzeszczanych zielonoskórych. I wiele tych małych, złośliwych goblinów. I te większe, brutalne orki. Ludzka szlachcianka bez wahania przebiła rohatyną czerep goblina. Skrzydełka broni zapobiegły aby broń wbisła się zbyt głębko. Egonowi wydawało się, że słyszy ciche chrupnięcie czaszki pękającej pod uderzeniem imperialnej stali. Von Hansen szarpnęła bronią i dżgnęła wierzchowca ostrogami aby wyjechać z gąszczu wrogów. Fanriel z elfią precyzją, napięła cięciwę łuku i przeszyła strzałą łeb goblina jaki właśnie chciał cisnąć w nią swoją rachityczną włócznią. I też starała się pognać swojego pięknego, silnego wierzchowca aby wyrwał się z matni. To dlatego, że wczoraj Łasica mu o nich opowiadała? To by pasowało ten obrazek jak te dwie szlachcianki, stoją obok swoich wierzchowców i trzymają się za dłonie i czule patrzą sobie w oczy jakby zaraz miały się pocałować.
- Dobra, trzeba się zbierać. Jeszcze do Pirory musimy zajść. - Zaspany głos Larsa przywrócił gladiatora do rzeczywistości. No tak, jak wczoraj im się nie chciało wracać na Bursztynową, to dziś z rana trzeba było się streszczać.
- Ja też muszę jeszcze zajść do siebie. Spotkamy się na “Jutrzence”. - Jutta wymruczała niezdarnie zakładając spodnie na swoje smukłe nogi. Wszyscy zdawali się wracać do życia i presja czasu dawała o sobie znać coraz bardziej.
- To się spotkajmy przy starym magazynie drewna. - Zaproponowała Łasica. Silny, Burgund i Jutta pokiwali głowami, że wiedzą gdzie to jest.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Rybie Mew; opuszczony magazyn drewna
Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Egon i ekipa
Poranek okazał się całkiem pogodny. Nad głowami dominwało letnie, błękitne niebo. Chociaż zdaniem Larsa, wiatr był dość słaby jak na żagle. Pewnie więc “Jutrzenka” będzie wiosłować w górę rzeki. Norsmen tak dywagował po drodze od Pirory. Szli szybko bo w końcu mieli się stawić z samego rana. Heynrich Wagner obiecywał wczoraj, że na spóźnialskich czekać nie będzie. Łotrzyce wyznaczyły spotkanie dość blisko. Stary magazyn drewna był obecnie od dawna opuszczony. A był ledwo parę domów od wylotu na Rybie Wybrzeże. Stamtąd był już widok na “Jutrzenkę” i okazało się, że jeszcze stoi. A w głębi ulicy było dość brudno, ponuro i mało kto tędy chodził.
- Widziałam, że Gezackt, Martin i jeden z jego chłopaków już jest na pokładzie. Więc chyba im się udało dostać na pokład. - Burgund obwieściła im co udało jej się dojrzeć na pokładzie barki na jaką mieli się wkrótce zamustrować.
- My to mamy pewną wejściówkę. - Lars wzruszył ramionami i wskazał na siebie, Egona i Astrid.
- My zaraz pójdziemy to się załatwi raz dwa. Jak nie to chłopek straci parę zębów i też się załatwi. - Silny co prawda jeszcze nie próbował się dostać bo też dopiero co przyszedł. Ale jak zwykle wierzył, że siłą i zastraszaniem, pokona wszelkie kłopoty.
- Daj se siana. Sypniemy mu parę miedziaków, może srerbnika czy dwa za przejazd to sam nas wpuści. - Burgund wolała więcej finezji i chyba powiedziała tak na wszelki wypadek aby zbir nie zaczynał rozmowy od dawania komuś w pysk. Ten zaśmiał się z rozbawienia na tą uwagę.
- Ktoś idzie. - Astrid spojrzała w głąb ulicy. Widać było jak nadchodzi pojedyncza sylwetka. Ale była pod poranne słonce to dość długo nie było widać detali. Poza tym, że to ktoś prosty i smukły.
- Serwus. - Annika przywitała się z nimi gdy podeszła bliżej. Wyglądała na zmęczoną i niewyspaną. Ale przyszła. Miała niewielki tobołek na plecach i długi nóż za pasem.
- To dzielimy się jakoś aby gadać o tą wejściówkę? Dwie pary, chłopak i dziewczyna? Czy was dwie i nas dwóch? Albo w ogóle jako cała czwórka? - Rune popatrzył pytająco na zebranych. Właśnie ich czwórka jeszcze nie gadała z Heynrichem o przejazd. Wedle planu jaki ustalili wczoraj, to powinni wystąpić jako pasażerowie. Łysy wzruszył swoimi masywnymi ramionami, na znak, że mu to obojętne.
- A Juttę ktoś widział? Jest już na pokładzie? - Astrid zagaiła o mytniczkę. W efekcie Silny prychnął z rozbawienia. Norsmenka posłała mu zdziwione spojrzenie.
- Jutta żegna się z Łasicą. Bardzo intensywnie. - Najemnik wskazał kciukiem na rozwalone drzwi do opuszczonego magazynu. To wywołało zaciekawione spojrzenia pozostałych, jakby się zastanawiali czy wejść w mroczne wnętrze czy zostać na miejscu.
- Cóż, bez mytniczki, Heynrich nie powinien odpłynąć. O ile wie, że ma z nami płynąć. - Lars wzruszył ramionami, dostrzegając pewien pozytyw z takiego obrotu spraw.
- Wie. Już była u niego. Ale ta nasza wywłoka zwabiła ją jeszcze tutaj aby się pożegnać. - Silny uspokoił go i też wydawał się rozbawiony tą sytuacją.
- Łasica mówiła, że wie jak załatwić sprawę z tym materiałem co Hubert chciał się pozbyć. - Rune sprzedał kolegom ciekawostkę, co łotrzyca mówiła zanim zniknęła z Juttą w opuszczonym magazynie.
- Hej! Patrzcie! - Burgund wskazała palcem przed siebie. Gdy tam spojrzeli, dojrzeli smukłą postać w eleganckiej sukni, jaka poruszała się z tanecznym wdziękiem. Tak dostojna dama wydawała się kompletnie nie pasować do tej podłej, portowej dzielnicy. Zwłaszcza jak szła sama. Na piechotę a nie powozem albo chociaż konno. I ciemnokarminowy kolor sukni z bardzo śmiałym dekoltem też rzucał się w oczy. I nie tylko łotrzyca ją zauważyła. Od mijanych kryp rozległy się gwizdy i okrzyki głównie od męskiej części załog. Jednak na razie na tym się skończyło, jakby nikt w pojedynkę nie odważył się do niej podejść osobiście.
- Oj nasza milady to nie przejdzie przez salon niezauważona. - Burgund zaśmiała się cicho bo teraz już było widać, że owa dama to lady Soria. Ale chyba jeszcze ich nie dostrzegła w głębi ulicy i możliwe było, że przejdzie dalej nie zauważając ich.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Heinrich i Fabienne
Były łowca nie spał już gdy przyszła Ilse aby zrobić śniadanie i poranne porządki. Nie spał bo sen obudził go dziś bardzo wcześnie. Dlatego dość machinalnie rejestrował jak służka czyni swoją poranną rutynę. Próbował zapamiętać jak najwięcej z tego co mu się śniło.
- I co o tym myślisz kolego? - Znów siedział z Tobiasem w jego kuchni. A na stole leżały te dwuznaczne szkice. Teraz we śnie wydawały się ruszać. Ten wielki wij. Oplatał się wkół gałęzi drzewa i zbliżał się do dziupli. A chwilę potem oplatał się wokół kobiecego uda i zbliżał się do łona. - No właśnie to jest problem. Tak pasuje, i tak. - Belfer westchnął zafrapowany, jakby widział to tak samo. I znów ta dwuznaczność. Rozgałęzione drzewo i dziupla. A zniej częściowo wysunięty czerw lub wąż. Może końcówka ogona albo jakiejś macki? Też by paswała. A po chwili te samo żywe coś, tylko poruszające się między kobiecymi udami. Równie dobrzo mogło wychodzić z łona jak i się tam wciskać. - No sam widzisz jak to wygląda kolego. Dlatego mam taką zagwostkę co z tym zrobić. Cóż radzisz? - Znów uczony kultysta wydawał się widzieć to samo co doświadczony łowca heretyków i potrzebował rady aby się zdecydować do robić.
Przez chwilę obserwowali młodą, kobiecą dłoń jaka trzymając piórko, starannie kreśli na papierze kolejny szkic. Może to wcześniejszy etap któregoś z tych jakie Tobias pokazywał Heinrichowi? A może całkiem inny? Teraz krągłe linie jednak coraz bardziej przypominały kobiecy biust. Autorka podniosła wzrok na modelkę. Widziała ją z perspektywy kilku ław. Ją akurat Heinrich rozpoznał od razu Burgund. Miała modelowe piersi, krągłe, jędrne i kształtne. Dlatego nawet Pirora zimą użyła ich jako modelu dla swojej syreny. Pierwszego obrazu jaki namalowała w tym mieście. A Łasica wydawała się być wiecznie nieco zazdrosna o ten idealny biust koleżanki, że aż to bywało przedmiotem żartów.
- Pięknie ci to wychodzi. Wspaniała kreska. A to dopiero szkic. - W polu widzenia pojawiła się nowa, kobieca dłoń. Jakby jej właścicielka podziwiała talent rysowniczki chociaż ta wydawała się być nieco speszona i zaskoczona. Jakby ktoś ją przyłapał na czymś niestosownym. A przecież była tylko na lekcji rysunków, jak tylu innych studentów. Ale ta od komplementów, miała na dłoni pierścień. Srebrny, masywny, bardziej jak meski sygnet niż ozdobę dla kobiety. Może dlatego nosiła go dość nietypowo bo na kciuku. Pierścień z wieloma, wyrzeźbionymi oczami. Przez moment Heinrich miał wrażenie, że te oczy spojrzały wprost na niego. Tak go to zaskoczyło, że aż się obudził. I nie mógł już zasnąć. Jak teraz o tym myślał to nie widział twarzy rysowniczki ani tej drugiej. Właściwie niezbyt pamiętał jakieś szczegóły ich anatomii czy ubioru. Tylko te szczupłe, zadbane, kobiece dłonie. To nie były zużyte dłonie kobiety pracującej w znoju. No i pierścień. Pierścień budził w Heinrichu jakieś mroczne skojarzenia z jego przeszłości. Z tej najstraszniejszej, o jakiej wolałby zapomnieć. Aż czuł pot na karku i niepokój w żołądku gdy o patrzył na ten pierścień.No i jeszcze śniła mu się Freda. Przypomniał sobie bo jak tylko otworzył oczy to usłyszał monotonny szum koła garncarskiego jaki dobiegał z drugiej strony ulicy. Zwłaszcza jak Ilse otworzyła okno aby wpuścić świeżego powietrza. A poranek był ładny. Z błękitnym, letnim niebem i lekkim watrem. Rześkie powietrze przyjemnie zdmuchiwało resztki snu. Siedział przy stole, przed śniadaniem przygotowanym przez pokojówkę i łapał resztki świeżych brązów. Znów zastał Fredę w swoim warsztacie. Tak samo jak w poprzednich snach. Chociaż trochę się to zmieniło. Po chwili zorientował się co. Miała na sobie tylko ten brudny, skórzany fartuch. I nic więcej. Widział jak od gorąca bijącego od pieca, pot błyszczy na skórze jej żeber i boczny zarys piersi. Bok jej bioder, ud i łydki. Bosa stopa bujająca pedałem jaki nakręcał jej narzędzie pracy. I błotniste ślady jakie zostawiały po sobie robaki. Wyglądała jakby je bez końca produkowała ale ich nie widziała. Tak samo jak nie czuła tego, że co chwila któryś zaczyna pełzać w górę jej rozgrzanego, spoconego ramienia a potem buszować po jej ciele.
- No tak jak ci mówiłam. Ona nie śni ci się bez powodu. Musi być częścią planu. Albo słyszy zew Sióstr. - Raisa stanęła obok niego. I razem obserwowali młodą garncarkę przy pracy. Zupełnie jakby to był jakiś wariant rozmowy, przeprowadzonej wczoraj w aptece Sigismundusa. - I widzisz? Czujesz? Coś tam jest. W glinie. Albo tym kole. I te czerwie. Widziałeś jak dokładnie je robi? Jakby miała coś na wzór. - Starucha dywagowała na głos tak samo jak wczoraj. Heinrich też wyczuwał te subtelne zakrzywienia Eteru jaki wzbudzała waza zamówiona u Fredy. Ale jak był u niej w warsztacie to tego nie wyczuł. Może nie był zbyt uważny? Albo przygotowany? Dopiero jak oglądał naczynie i trzymał je w rękach to zaczął coś dostrzegać. A też nie od razu, więc to był bardzo słaby ślad.
- O, witaj sąsiedzie! - Głos Fredy wyrwał go z tych rozmyślań. Garncarka uśmiechnęła się do niego jakby dopiero teraz go dostrzegła. - Nigdy nie myślałeś o zarobaczonych jabłkach? Takie soczyste i kuszące na pierwszy rzut oka. A w środku są obrzydliwe robaki. - Wciąż się uśmiechała i spojrzała gdzieś obok niego. Jak tam zerknął to dojrzał lady Fabienne. W czarnej, eleganckiej sukni i czarnymi kamieniami w kolczykach. Wdowa idealna. W sam raz aby uczcić żałobę po księżnej-matce. Tylko ten brzemienny stan. I Heinrich miał wrażenie, że widzi jak pod tą młodą, jędrną skórą, coś pełza. Gdzieś na pograniczu świadomości zdawał sobie sprawę, że bretońska szlachcianka nie jest jeszcze w aż tak zaawansowanej ciąży i na razie może ukryć swoją sromotę. Ale poza tym uwaga garncarki wydawała się trafna.
- Nie przejmuj się Heinrichu. Jeśli ktoś by pytał, to powiem, że nic zdrożnego się przy mnie nie działo. - Przyjemny aromat jej perfum, owionął jego nozdrza. A coś takiego wczoraj rano powiedziała mu bretońska kultystka gdy rozmawiali jak postąpić z Petrą.
- Jesteś prawdziwym bohaterem Imperium Heinrichu! Tak się cieszę, że mogliśmy się poznać lepiej! - Młoda von Schneider patrzyła na niego z zachwytem. Tak jak wczoraj w jego mieszkaniu. Po czym złapała czarnowłosą koleżankę za dłoń i popatrzyła na nią z ciepłym uśmiechem. - No i cieszę się, że Fabi zgodziła się przyjechać ze mną do ciebie. Chciałabym mieć tyle otwartego serca do ludzi co ty Fabi. - Blondyka chciała wyrazić swoją wdzięczność dla koleżanki bo bez takiej przyzwoitki, trudno było pannie z dobrego domu na spotkania z dorosłym mężczyzną jaki nie był z nią blisko spokrewniony.
- Oh to kwestia delikatnego podniebienia. - Von Mannlieb uśmiechnęła się wyrozumiale, jakby nie było o czym mówić. Ale jak spojrzała na kultystę to ten ją zobaczył całkiem inaczej. Jak była spocona, zdyszana i splugawiona przez ludzi i nieludzi, tam przy Zachodnich Kamieniach. Ale teraz wydawała się czerpać przyjemność z tego małego nawiązania do wcześniejszej rozmowy z Heinrichem.
- Ona to też musi mieć wspaniałe podniebienie. I gardło. Przecież ma taki wspaniały głos. - Freda stanęła obok. Wciąż była tylko w swoim brudnym, skórzanym fartuchu. Złożyła ręcę i skinęła głową przed siebie. A tam była lady Odette. Były łowca widział ją jak w te utalentowane usta i gardło przyjmuje kolejnego zwierzoludzia. I była tak samo splugawiona jak jej bretońska koleżanka. - Czyż nie jest wspaniała? Takie kobiety są godne podziwu i naśladwania. - Freda pokiwała głową z uznaniem. Ale miała taki rozmarzony wzrok, że Heinrich nie był pewien czy widzi śpiewaczkę tak samo jak on. Z rozmyślań wyrwał go głos Ilse.
- Się dzieje na mieście. Jak nie urok to sraczka. Znajoma mi mówiła. Jej chłop tragarzem w porcie jest. I mówi, że strajkować będą. Mało płacą, dniówkę im ostatnio obniżyli i już chłopy nie wyrabiają. My nie Marienburg, żeby tu statek po statku przypływał i cały czas była robota. No jak naprawdę zrobią ten strajk to będzie ciekawie. A inny to mi mówił, że widział jak piękna rusałka wyszła z krystalicznie czystej wody. I posłała mu całusa, że się w niej od razu zakochał. A potem go minęła, i zaczęła wyrzynać wodę ze swoich pięknych, czarnych włosów i poszła dalej. I w czerwonej sukni była. Oczywiście z wielkim biustem. Ale on zawsze był pijak i kłamca. I z tą krystaliczną wodą w porcie to już przesadził. Nikt mu w to nie uwierzy. W ogóle się nie postarał. - Gderała mu nad uchem gdy już się szykowała do wyjścia. Z tego wszystkiego to Heinrich orientował się, że Neus Emskrank jest dość mikrym portem w porównaniu do Marienburga czy Erengardu. Ale poza tym nie znał realiów pracy dokerów.
Znów usłyszał odgłos powozu za oknem. Jaki nie przejechał tylko zatrzymał się przed frontem kamienicy w jakiej mieszkał. Jak dokuśtykał do okna, rozpoznał, że to pojazd von Mannlieb. Ona sama też wysiadła zgrabnie po schodkach i weszła do klatki schodowej. Stracił ją z oczu ale po chwili usłyszał pukanie do drzwi. Szyfrem kultystów. No tak, wczoraj jak już się żegnał z nią i Petrą, to poprosił ją aby wpadła do niego ponownie. Przy pannie von Schneider, nie chciała rozmawiać więc tylko rzuciła krótką zgodę. Ale dzisiaj przyjechała wcześniej niż wczoraj. Gdy jej otworzył i zaprosił do środka, obdarzyła go ciepłym, życzliwym uśmiechem.
- Bonjour Heinri. - Przywitała się na bretońską modłę. Dyskretnie poczekała aby ze swoim kuśtykaniem mógł za nią nadążyć i pełnić rolę gospodarza aby go nie krępować. - Przepraszam jeśli przyjechałam za wcześnie. Ale i tak musiałam wyprawić moją Annikę do portu. Ma płynąć z Egonem, Silnym i Burgund na wyprawę w górę rzeki. Jacyś piraci tam grasują. A oni chcą ich spotkać i pokonać. Mam nadzieję, że mojej Annice nic nie będzie. Strasznie się o nią boję. - Przez chwilę wyglądała jak matka, wysyłająca w świat swoją dorosłą córkę. Chociaż przecież to była szlachcianka, jaka mówiła o swojej pokojówce. Annikę były łowca spotkał podczas nocnego pikniku przy Zachodnich Kamieniach, jak rozmawiała z Otto. Nawet też na chwilę podłączył się do tej dyskusji.
- No dobrze już nic z tym nie zrobię. - Bretonka sapnęła jakby zdała sobie sprawę, że już i tak za późno aby coś z tym zrobić. Więc wróciła do powodu swojej wizyty. - To wczoraj coś mówiłeś o jakiejś garncarce? Co by chętnie mi służyła? - Uniosła swoje zadbane, czarne brwi i lekko się uśmiechnęła. Co jak się znało jej preferencje to zabrzmiało bardzo dwuznacznie. - Brzmi na tyle interesująco, że przyjechałam. Chociaż to ja lubię usługiwać innym no ale rozumiem, że nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Co to za jedna? - Wydawała się być zaciekawiona tym tropem jaki wczoraj poczęstował ją gospodarz. I to jakby pomagało jej przestać zamartwiać się o Annikę.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Otto i hospicjum
Mnich jeszcze wczoraj się zorientował, że obiad u Neuhoffów będzie w południe. Więc trudno by mu było się wytłumaczyć w hospicjum dlaczego go nie było na służbie. Wydawało się, zasadne aby z rana jednak tam pójść i najwyżej spróbować poprosić przeora albo się jakoś urwać na obiad ze szlachciankami. Jednak dziś z rana i tak to chwilowo zbladło. Jak się ubierał w swój habit i szedł przez miasto, ledwo rejestrował piękny, letni poranek. Wszystko przez ten sen jaki mu się przyśnił. Podobny jak zwykle. I jak zwykle, pojawiły się nowe elementy.
Zaczęło się od nabrzmiałych, ciężarnych brzuchów. Teraz jak już wiedział, że należą do lady Fabienne i lady Odette to już jakoś szybciej to szło. Obie kobiety były pełne matczynego szczęścia. - No i po to tu przyjechałam. - Miodowłosa milady pogłaskała się po pękatym brzuchu. Gdzieś mimochodem mnich zdawał sobie sprawę, że szlachcianka nie jest jeszcze w tak zaawansowanej ciąży. Ale z drugiej strony jak tak często i chętnie, przyjmowała w siebie kolejne dawki jaj to nie można było wykluczyć, że tak to się skończy. A może to była jego własna projekcja? Wczoraj przecież widział ją i jej brzuch. Wydawało mu się, że jest jakby trochę bardziej wypukły ale pewny nie był. Może to stąd sen to wylbrzymił? Głos śpiewaczki przerwał mu te rozważania.
- Dlatego napisałam do moich koleżanek. Niech też zaznają tych rozkoszy. Powiem ci, że nawet w stolicy, nie tak łatwo o takie rozrywki. - Mówiła gdy pokazała głową w bok. A tam siedziała ona sama. Wyglądała, że pisze jakiś list. No ale mówiła mu, że napisała do swoich koleżanek z Saltzemnundu i liczy na ich rychły przyjazd.
- No naprawdę, wspaniale to wymyśliłeś mój drogi Otto. - Czule objęła jego ramię i stanęła obok. I razem popatrzyli na rytmicznie podskakujące łydki i stopy jakiejś kobiety. Przez pochylone plecy okryte jakimś podłym kaftanem, niezbyt widać było kto tam jest na tym stole. Zwłaszcza, że wokół widać było innych mu podobnych. No tak, przecież o czymś takim rozmawiali. Kontrast między gładkimi, jasnymi, kobiecymi nogami a tymi podłymi ludźmi jacy chcieli z nią nasycić swoje niskie żądze był uderzający. W sennej rzeczywistości nie było wiadomo czy to przeszłość, przyszłość czy fantazja. Ani tego czy śpiewaczka jest tam na stole czy jako widz.
- No jak chcesz to mogę to zorganizować. Ale jak wrócę z tego rejsu. Tylko pamiętaj. Jak wrócę to dobrze aby na nas czekały chętne usta i uda. - Silny stanął obok mnicha, jakby też obserwował to widowisko. A Otto pamiętał, że o czymś takim rozmawiali wczoraj. Tylko jak szli ulicami przez miasto. Może to był jeden ze sposobów aby zmniejszyć przepaść między nim a koleżankami? Obie strony gardziły sobą nawzajem ale jednak takie figle potrafiły chociaż czasowo zasypać niechęć. W końcu nawet Silny czasem przychodził do loszku Pirory na zabawy. A o śpiewaczce to jakoś chyba źle się nie wyrażał. Przynajmniej jednooki kolega tego nie pamiętał.
- Sam widzisz mój synu. Ile wysiłku potrzeba aby utrzymać to wszystko w kupie. Aby się nawzajem nie pozabijali. - Starszy podszedł do Otto i poklepał go życzliwie po ramieniu. Przez chwilę mnich wpatrywał się w oczodoły jego wysokiej maski i wydawało mu się, że dostrzega za nimi oczy starego, zmęczonego człowieka. A może to przez ten głos? W sumie nie był pewien czy widział te oczy.
- Już rozumiesz? - Greg nachylił się nisko aby spojrzeć mu w oczy. Dopiero wtedy Otto go dojrzał. - Jest wiele dróg, wiele celów. - Rozcapierzył ramiona jakby pokazywał na solidny pień drzewa. - One płynął, toczą się, jadą. Zmieniają się. Przeplatają, przenikają. Ale wiele z nich prowadzi do tego samego celu. Płynął w nurcie tej samej rzeki. W tym samym korycie. Rozumiesz? - Pacjent hospicjum mówił z powagą małego chłopca jaki próbuje opisać marcujące się koty. Tylko słów mu brak i nie zdaje sobie sprawy, jak dla dorosłych komicznie wygląda. Greg często był tak właśnie postrzegany i przez mnichów i przez innych pacjentów. - I dlatego te robaki są takie ważne. Rozumiesz? One są od nich wszystkich. One wszystkie je zrobiły, dały im życie. To symbol, klucz, wspólne przęsło. Nawet jak one są inne i wybrały inne drogi. Rozsypały swoje ślady po okolicy. To robaki je łączą. Bez choćby jednej z nich to by ich nie było. Skoro te robaki są z nami to jest jak obietnica ich powrotu. Rozumiesz? Jak pierwszy krok. Dlatego te robaki są takie ważne. - Znów zrobił poważną minę. Wyglądał idiotycznie. Ale podszedł do stojących kobiet. Fabienne i Odette stały brzemienne. Wydawało się, że tu i tam, pod ich gładką, kobiecą skórą coś się czasem porusza. A Greg podszedł do nich i ostrożnie pochylił się nad ich brzuchami. Jak to często ludzie robili gdy spotykali znajome i przyjaciółki w zaawansowanej ciąży. A za nimi stało więcej. Layla o egzotycznej urodzie, Teofano i Margo. Uśmiechały się trzymając się za pękate brzuchy. Obok Laura Larwa. Chociaż jako ladacznica, wydawała się nie pasować do porządnych mieszczek i dumnych szlachcianek. A za nimi kolejne. Ich już Otto albo nie rozpoznawał albo te co stały z przodu mu je zasłaniały.
- Rozumiesz? To jest droga. Droga, klucz i drzwi jednocześnie. Do nich wszystkich. Do każdej z nich. - Greg wyszeptał mnichowi prosto do ucha. Ale zanim Otto zdążył mu odpowiedzieć czy się o coś zapytać to się obudził. Wcześnie rano. U siebie w łóżku. Fizycznie był wypoczęty. Wczoraj miał wystarczająco dużo czasu aby odpocząć sobie po harcach z lady von Treskow . A także miał mnóstwo nieprzyzwoitych wspomnień i doznań jakich mu dostarczyła. A wiele wskazywało na to, że dziś za parę dzwonów, znów się spotkają. Na razie jednak musiał się ubrać i pójść do hospicjum.
W hospicjum brutalnie przywróciło go do rzeczywistości. Ledwo przeszedł przez drzwi a zobaczył brata jaki tu dyżurował. - Bracie Otto! Znów powariowali! Biegnij do biblioteki! Greg znów wlazł na regały! - Brat go ponaglił do pośpiechu. Zresztą po drodze widział oznaki chaosu. - Dopiero wczoraj to wyszorowałem. - Jeden z młodszych braci był bliski płaczu. Zadzierał głowę pod sufit w korytarzu. A tam widać było ślady jakiejś papki przylepionej do sufitu. Aż się nie chciało temu przypatrywać. Bo i kuchnia, i wychodki były równie blisko. - Nie! Nie! Nie wrócę tam! One tam są! Nieee! Puszczajcie! - Jeden z pacjentów krzyczał histerycznie gdy dwóch braci z dużym wysiłkiem, próbowało go zaciągnąć do celi. - Oj syneczku, spokojnie. W kaszy nie ma robaków. Chodź do kuchni sam się przekonasz. - Przeor też starał się uspokoić jednego z pacjentów co krzyczał, że robaki są w jedzeniu i on tego jeść nie będzie. - A ona wtedy uklękła, zsunęła mi spodnie i zaczęła obrabiać mi berło! Dlaczego tu nie ma takich ladacznic!? Nie polewaj mnie durniu! - Inny pacjent musiał już być częściowo spacyfikowany bo miał ręce przywiązane do krużganka. A na swoje bezeceństwa jeden z braci beznamiętnie polewał go wiadrem zimnej wody ze studni aby ochłodzić mu lędźwie i głowę.
Wreszcie Otto dobiegł do biblioteki. Już miał otwierać drzwi gdy te otworzył inny brat. I wybałuszył na niego oczy jakby zobaczył ducha. Właściwie to był to ten młodzik, brat Ludwik. Którego niegdyś przeor posłał do Otto z wiadomością. - Brat Otto? Pochwalony. - Próbował jakoś zapanować nad swoim zaskoczeniem. - Wejdź. Bo Greg znów wszedł na regały i rozrabia. Boimy się, że skoczy albo spadnie. Wiesz jaki jest niezdarny. - Wyjaśnił jednookiemu i zrobił miejsce aby go wpuścić do środka. A tam od razu dojrzał Grega. Rzeczywiście ponownie stał na regale więc głowę miał tuż pod sufitem. Gdyby stamtąd spadł to mógłby się nieźle potłuc. Na jego widok pacjent uśmiechnął się triumfalnie.
- Mówiłem! Przecież od jutra wam powiedziałem, że Otto tu przyszedł! - Zakrzyknął wskazując oskarżycielsko na obu mnichów. Ten drugi był krzepki i stał tak jakby chciał mieć szansę złapać spadającego lub skaczącego Grega.
- Mówiłeś też, że lady Odette ma robaki. Bądź dobrym chłopcem i zejdź na tą szafkę. - Ten drugi starał się mówić spokojnie aby nakłonić pacjenta do współpracy. Pokazywał na nieco niższy mebel z jakiego już można by się pokusić złapać chociaż kostki Grega.
- Biedak. Wszystko mu się pomieszało. Mówił, że rozmawia z książkami. On chyba myśli, że książki to żywe osoby. - Ludwik współczującym tonem, szepnął do Otto to co działo się tu wcześniej.
- Bo książki są żywe! Są bardzo mądre! I wiedzą wszystko! Więcej niż takie głupki jak wy! - Greg to jednak usłyszał i ze złości tupnął nogą. Aż się regał niebezpiecznie zabujał co na chwilę przykuło jego uwagę.
- Przecież on nie umie czytać. - Ludwik przestraszył się, że dojdzie do katastrofy ale na szczęście ani Greg jeszcze nie spadł ani mebel się nie przewrócił.
- Spokojnie Greg. Możesz już zejść? Zobacz, brat Otto przyszedł tak jak chciałeś. Pewnie ucieszyłby się jakby mógł z tobą normalnie porozmawiać a nie tak krzyczeć do siebie. - Kolega pokazał na jednookiego jakby chciał aby pacjent na nim skupił swoją uwagę. Faktycznie tak się stało. Greg ze swoich wysokości, popatrzył na mnicha.
- Ale ja już z Otto dziś rozmawiałem. - Wzruszył obojętnie ramionami jakby to była oczywista sprawa.
- Niby jak? Przecież Otto dopiero co tu przyszedł. - Jurgen sarknął zirytowany i wskazał na stojącego obok jednookiego.
- Biedaczek. Wszystko się mu już miesza. - Ludwik ponownie współczuł pacjentowi jego kiepskiego stanu umysłu. Greg zmrużył oczy jakby ważył te słowa w myślach.
- Aha. To to jest teraz jak Otto przychodzi bez robaczej królowej i księżniczki. No tak, to było kiedy indziej. - W powadze pokiwał głową. Jurgen trzepnął się w czoło z irytacji, Ludwik otworzył usta jakby nie wiedział co powiedzieć.
- Dobra słuchajcie bracia, Ludwik zacznij go czymś rzucać a my z Otto spróbujemy go złapać. - Jurgen zwrócił się do obu braci ze swoją propozycją jak ściągnąć krnąbrnego pacjenta na dół. Widać było, że ma już dość jego bredni. A na twarzy miał świeże zadrapanie od paznokci i zaczerwienione oko które pewnie wkrótce zaowocuje opuchlizną i siniakiem.
- Mam go czymś rzucić? A jak go nie złapiecie? Może niech brat Otto z nim porozmawia? Chyba ma na niego dobry wpływ. - Aklita wydawał się być przestraszony takim scenariuszem i prosząco spojrzał na Otto czy ten by jeszcze nie spróbował negocjacji z Gregiem. Brat Jurgen też na niego spojrzał wyczekująco a widać było, że ma już dość tej awantury i chce ją skończyć jak najszybciej. -
- Hej! Patrzcie! - Burgund wskazała palcem przed siebie. Gdy tam spojrzeli, dojrzeli smukłą postać w eleganckiej sukni, jaka poruszała się z tanecznym wdziękiem. Tak dostojna dama wydawała się kompletnie nie pasować do tej podłej, portowej dzielnicy. Zwłaszcza jak szła sama. Na piechotę a nie powozem albo chociaż konno. I ciemnokarminowy kolor sukni z bardzo śmiałym dekoltem też rzucał się w oczy. I nie tylko łotrzyca ją zauważyła. Od mijanych kryp rozległy się gwizdy i okrzyki głównie od męskiej części załog. Jednak na razie na tym się skończyło, jakby nikt w pojedynkę nie odważył się do niej podejść osobiście.
- Oj nasza milady to nie przejdzie przez salon niezauważona. - Burgund zaśmiała się cicho bo teraz już było widać, że owa dama to lady Soria. Ale chyba jeszcze ich nie dostrzegła w głębi ulicy i możliwe było, że przejdzie dalej nie zauważając ich.“Soria wreszcie w Neues Emskrank?” - Egon pomyślał. zdumiony. Choć minęło zaledwie parę dni, wojownik miał wrażenie, że minęły całe wieki od tego, kiedy spotkali się ostatnim razem. Egon niemalże umrzeć miał z ciekawości, jak też poszła rzecz z czarownikiem i dostarczaniem juchy do animowania jego nieumarłego ciała. Koniecznie musiał porozmawiać z Sorią.
– Chodźmy, porozmawiajmy z milady – Egon natychmiast ruszył raźnym krokiem w jej stronę. – Wszak mamy z nią interesa…
- No i romanse! - Burgund dodała rezolutnie. Widać było jednak, że pojawienie się wężowej syreny, poprawiło humory wszystkim w grupie.
- No to idźcie we dwoje i zaproście ją tutaj. Nie ma co robić zbiegowiska. Jeszcze by z “Jutrzenki” ktoś nas zobaczył. - Lars dał znać, że chociaż też uważa powrót syreny za dobry oment to jednak wolał zachować ostrożność. Astrid co już wyglądała jakby miała ochotę pójść z Egonem i Burgund, przyznała mu w duchu rację bo cofnęła się ale uśmiechem zachęciła ich aby poszli we dwójkę w tą delegację. No to poszli. Szybkim krokiem więc skracali dystans do spokojnie idącej szlachcianki. Ta wciąż wzbudzała wiele gwizdów i okrzyków ze strony marynarskich załóg. Jednak to czarnowłosej wcale nie peszyło. Maszerowała nią, jakby całe nabrzeże należało do niej. Gdy zbliżyli się na odległość swobodnej rozmowy, milady chyba ich usłyszała, bo odwróciła się w ich stronę. Jak ich ujrzała stanęła i uśmiechnęła się ciepło.
- A kogóż widzą moje stęsknione oczy? - Zagaiła na te parę ostatnich kroków jakich potrzebowali aby do niej dotrzeć.
– Witaj, milady – Egon skłonił się w pas. – Po prawdzie to czas nas nieco goni, bośmy są w drodze na pewien statek, gdzie mus nam wypełnić pewną ważną misję. Myślę, że twoja poszła pomyślnie? – zapytał wojownik.
- Jesteś strasznie tajemniczy Egonie. Jakbym cię nie znała, pomyślałabym, że chcesz zamaskować waszą romantyczną wycieczkę statkiem. - Milady uśmiechnęła się, jakby rozbawiły ją słowa gladiatora. Burgund też i spojrzała psotnie na brodacza. Syrena na chwilę nasyciła się tą grą słów, po czym wróciła do pytania wojownika.
- Oj tak. Mam wrażenie, że niedługo paru rybaków może nie wrócić do portu. - Teraz jej uśmieszek zrobił się nieco krzywy a w oczach zabłysła zimna ironia. - Z naszym znajomym jest już lepiej. Już sam chodzi, chociaż nadal na dość krótko. I regularnie musi wracać na swój tron. Z tego co zrozumiałam, to ten tron stopniowo przywraca mu moc na stałe. A takie zwykłe spozywanie czerwonego wina wzmacnia go szybciej ale jest dość krótkotrwałe. Najefektywniej jest napoić winem jego tron a on to przerabia na moc jaką go wzmacnia. I to przyspiesza proces powrotu do sił i jest dużo trwalsze. - Wyjaśniła im dość odlędnie, do czego użyła krwi ze złowionych rybaków.
- Niestety jest z nim problem komunikacyjny. Sami widzieliście, że jest już mocno posunięty w latach i głowa już nie ta co kiedyś. - Znów uśmiechnęła się, jakby bawiło ją takie porównanie.
- Wyglądał… Okropnie. - Burgund żachnęła się ale trudno było się dziwić. Jak zostawiali nekromantę na tronie to wyglądał jak obciągnięta skórą mumia.
- Trochę z nim lepiej. Chociaż dla niego priorytetem jest odzyskanie mocy i sprawności a nie wyglądu. No i nie mówi w waszym języku. Ten jego, to jakiś pradawny dialekt, nie wiem czy ktoś z żywych jeszcze nim się posługuje. - Pokręciła głową, na znak, że na tym polu są pewne utrudnienia. Łotrzyca pokiwała głową ale ostatecznie nic nie powiedziała.
- Zna kilka języków magii, ale to służy do rytuałów i zaklęć, raczej mało użyteczne w codziennej rozmowie. Na szczęście język naszych leśnych gości za bardzo się nie zmienił. I w nim można się z nim porozumieć. No i tak jak wcześniej, przez sny i wizje. - Dla dodania otuchy, zdradziła im jak można się jakoś porozumieć z czarownikiem sprzed wieków.
- O. To Lilly zna ich język. - Ucieszyła się łotrzyca, że oprócz syreny, ktoś z ich grona, będzie umiał się dogadać z nekromantą.Egon pokiwał głową. Iście, Lady Soria, jeśli by tylko jej pozwolić, mogłaby doprowadzić sprawę z czarownikiem samopas, sama pojąc krwią ożywionego trupa, który zdolen był władać magią. Egon musiał się ugryźć w język, bo już miał jej sam rzecz zaproponować, żeby po prostu wróciła do lasu i porwała więcej wieśniaków, który przecież poza przerzucaniem gnoju na polu i gżeniem się w wykrotach i tak by nic więcej w swych mizernych żywotach nie dokazali. Poniechał jednak, wiedział bowiem, że milady ma niewątpliwie swe własne sprawunki.
– Wkrótce rzeka czerwonego wina popłynie większym strumieniem do naszego przedwiecznego kompana – Egon skinął głową z aprobatą, wyraźnie zadowolony, że sprawy potoczyły się właśnie w taki sposób.
Egon postanowił pokrótce podsumować swoją rejzę syrenie, której rzeczy związane z wodą rzeki zapewne były bliższe, niż brodzenie po kolana w zielonej, mętnej wodzie grobowca.
– Wyprawiamy się, by pozyskać korab – wyjaśnił, ściszając swój głos nieco. – Udamy się w górę rzeki, do Salzenmund, żeby zbadać sprawę tych rzecznych piratów. Mus nam znaleźć jaki opuszczony okręt… Albo pozyskać ten, na którym się wybierzemy.
Tu skłonił się raz jeszcze.
– Takowoż, czas nas nagli. Trza nam zabierać się, bo krypa czekać wiecznie nie będzie.
Wężowa milady, przyjrzała mu się z zaciekawieniem. Po czym spojrzała jeszcze na łotrzycę. - Reszta już czeka aby wejść na barkę. - Pod tym spojrzeniem, poczuła się wywołana do odpowiedzi. Więc szybko wskazała kciukiem za siebie, skąd we dwójkę przyszli. - Jak tylko wejdziemy to odpływamy w górę rzeki. Pewnie do samego Saltmundu. To pewnie parę dni nas nie będzie w mieście. - Wyjaśniła pradawnej syrenie, nieco więcej szczegółów. Ta skinęła głową a jej grube, czarne warkocze, wydawały się nieco poruszać same z siebie. Też popatrzyła w głąb ulicy, skąd widać było kilka, czekających osób.
- No to pewnie jak wrócicie, to Gonsar pewnie będzie w lepszym stanie. Chociaż nie wiem czy na tyle dobrym, aby mógł się pokazać w mieście. Być może przygotuje nam jakieś swoje sługi do pomocy ale jak widziałam je w tych podziemiach to też nie sądzę aby nadawały się przybyć tutaj do miasta. - Syrena pokręciła głową, jakby martwiaki nie zrobiły na niej wrażenia aby dało się ich użyć w mieście. - Zresztą one chyba mają ograniczony zasięg i nie mogą się od niego za bardzo oddalać. - Wzruszyła ramionami aby pokazać, swój sceptycyzm. I dała gestem znak, żeby podejść do czekającej grupki.
- Czyli płyniecie w górę rzeki. No to na południe. - Soria zmarszczyła brwi jakby się nad czymś zastanawiała. - Ciekawe. Moja matka, upodobała sobie południe. Nawet dalekie południe. Sami widzieliscie, że sprowadziła stamtąd Laylę. Myślę, że jakiejś miejsce lub artefakt z nią związany, też będzie gdzieś na południu. Miałam sen tej nocy. Myślę, że nasza słodka Marissa, rzeczywiście jest kluczem jaki może otworzyć dla nas kolejne drzwi aby umożliwić powrót mojej matki. Tylko musimy znaleźć te drzwi. One muszą być gdzieś w tej okolicy. Śniły mi się grota pająków. Może jakaś jaskinia, lochy, piwnice czy ruiny. Ale z pająkami, z pajęczynami. W końcu Pajęcza Królowa, to jedna z imion mojej matki a tak się objawia Marissie. Więc jak już i tak będziecie płynąć na południe, to miejscie proszę oczy i umysły otwarte. Możliwe, że traficie na jakieś objawy zewu mojej matki czy jej sióstr. Zew mojej matki objawia się przez dziką namiętność więc pewnie by były to jakieś romanse, może skandale obyczajowe, nawet u kogoś kto normalnie od nich by stronił. Widzicie przecież jak się zachowują Marissa czy Annika. Nawet nasze dziewczęta. A zew Sióstr, sięga daleko poza to miasto. - Mówiła gdy dostojnie szła w stronę grupki jaka czekała na nich, w głębi ulicy. Brzmiało jak prośba o uwagę skoro już i tak mieli płynąć w kierunku, w jakim syrena podejrzewała, że może być dedykowany jej matce.Egon skinął głową.
– Zaiste, będziemy czuwać – zgodził się wojownik. – Tymczasem… Czas na nas, milady.
Egon chciał czym prędzej wyruszyć w stronę miejsca przeznaczenia, bowiem chciał porozmawiać z resztą co do tego, w jaki sposób podejdą do przejęcia łodzi, a konkretnie, do czasu i tego, jak oczekiwał, że będą mu pomagać. Wojownik postanowił mieć szczególne baczenie na Annikę, dla której wyprawa była prawdziwym chrztem bojowym i, która co prawda żywiła spore dozy entuzjazmu, jednak która za żadne skarby nie mogła wpaść w większe tarapaty, a ich właśnie Egon się spodziewał, niezależnie od tego, czy piraci na nich napadną, czy nie.
Kontent był, że Gonsar, pojony krwią ludzką, wzrastał i z wolna odbudowywał swe nieumarłe ciało. Egon wkrótce będzie potrzebował zarówno jego radę, jak i jego żywe trupy i magię, aby podbić obelisk bestigorów, bitka bowiem z nimi zapowiadała się na prawdziwie ciężką.
Co do potwornej matki Sorii, Pajęczej Królowej, Egon poniechał komentarza. Nie ufał snom i wizjom, jako że te mogły być interpretowane w wieloraki sposób, on zaś wolał stąpać po ziemi, miast bujać głową w chmurach, nawet jeśli one chmury miałyby być błogosławione przez Mrocznego Patrona.
– Będziemy pamiętać – zapewnił jeszcze. – Spotkamy się wkrótce.
We trójkę doszli do czekającej przy opuszczonym magazynie grupki. Pozostali też przywitali się z syreną a ona z nimi. Porozmawiali chwilę, w podobnym stylu jak przed chwilą milady rozmawiała z gladiatorem i łotrzycą. Też byli ciekawi co się działo w kurhanie po ich odejściu. A Soria życzyła im powodzenia podczas rzecznego rejsu. W międzyczasie z magazynu wyszły Łasica z Juttą. Przyłączyły się do rozmowy a łotrzyca przedstawiła je sobie. Ale, że czas naglił to w końcu milady pożegnała się z resztą. I widzieli jeszcze jej smukłą sylwetkę jaka odchodzi w głąb ulicy. - No to widzę, że jak wrócimy to też pewnie robota tu będzie. - Lars skwitował to spotkanie.
- No dobra, to aby nie było, że jestem z wami, to ja już pójdę na statek. Chyba, że coś jeszcze chcecie. - Mytniczka zarzuciła na plecy worek ze swoimi rzeczami. I jeszcze zerknęła kontrolnie czy mają coś do obgadania, zanim oficjalnie spotkają się na pokładzie “Jutrzenki”.
– Nie, mamy wszystko chyba już – Egon skinął głową. – Widzimy się na okręcie.Gladiator nie chciał zepsuć sprawy nadmiernym pozowaniem i sprawdzaniem Jutty - ta bowiem dostała spory zapas żeliwa, żeby pokryć jej koszt i jeszcze na otarcie łez, jak coś pójdzie źle. Łasica także, spodziewał się, musiała ją odpowiednio ustawić. Jedyny warunek Egona był taki, żeby nie przeszkadzała. Pieniądze, które jej dali, powiedziały jej same jako kwota, że coś może więcej się zdarzyć na rejzie.
Odczekał parę dłuższych chwil, kiedy Jutta odeszła.
Zwrócił się jeszcze do pozostałych, którzy z nim wejdą jako najemnicy:
– Dobra, posłuchajcie, bo ostatnia okazja to jest. Gadaliśmy to wiele razy, ale raz jeszcze wszak wcale nie zaszkodzi. Markujemy grę jako najmusy i żeglujemy cały dzień z nimi. Gadać nie za dużo, Jutta już dostała posmarowane i wie, że jak coś się zacznie, to jedyne, co ma robić, to nie przeszkadzać. Czekamy do czasu, aż przepłyniemy odcinek, gdzie mogą nas napaść. Pustej krypy nie spodziewam się, bo cud chyba jakiś był. Pod koniec drugiego dnia, kiedy zmierzchać będzie, przejmujemy krypę. Silny, Rune, Gezackt i cała reszta będą słuchać, kiedy ja dam znak. Jakieś pytania? – spojrzał na Astrid, Annikę i Larsa.
- Pod koniec drugiego dnia to już możemy być na opłotkach Saltmundu. Bo to ze dwa, dwa i pół dnia, może trzy się płynie. - Silny dodał od siebie uwagę. Obie łotrzyce po chwili namysłu, przyznały mu rację.
- A nocą barki też pływają? - Lars zerknął na nich z zaciekawieniem.
- Raczej nie. Nie powinny. Nocą słabo widać mielizny i często mgła jest. Nawet poranki potrafią być bardzo mgliste. Zanim słońce osuszy powietrze z mgły w dzień. - Łasica pokręciła głową, że raczej nie spodziewa się nocnych rejsu ale nie aż tak aby mieć całkowitą pewność.
- My to mamy wejściówkę jako eskorta. A co z wami? - Astrid wskazała na czwórkę co jeszcze nie rozmawiała Heynrichem.
- Ja to nie wiem. Mówiliście, że mamy płynąć w górę rzeki no to przyszłam. - Annika wzruszyła ramionami, dając znać, że nie liczyła się z komplikacjami przy wejściu na statek.
- To możesz być ze mną. Ja będę z nim gadać. Powiem, że jesteśmy we dwie. - Burgund zaoferowała swoją pomoc w tej materii.
- Dobra napadną nas to będziemy ich rzezać, nie napadną, to my kogoś napadniemy. - Silny wzruszył swoimi masywnymi ramionami, na znak, że poza okazją do bitki, niewiele go obchodzi.
– To coś około południe drugiego – zaproponował Egon. – Byle przepłynąć ten odcinek, gdzie mogą nas zaatakować. A potem przejmujemy korab. Stoi? – zapytał Egon, rzucając spojrzenie na Larsa, który miał najwięcej na ten temat do powiedzenia.
- Stoi. Jak oni nas będą atakować to i tak oni będą decydować gdzie i kiedy. - Norsmeński łupieżca skinął głową, na znak, że taki plan jest dla niego do przyjęcia. Inni też nie mieli więcej pytań.
- To kto idzie tam pierwszy? - Astrid popatrzyła pytająco jak zamierzają udać się na “Jutrzenkę”. Bo raczej nie jako cała grupa.Egon rozważył rzecz przez chwilę.
– Niech najpierw idą “podróżni”, bo inaczej Heynrich mógłby wypłynąć bez pozostałych. Z najemnikami będzie czuł się bezpiecznie. W grupach po dwóch, po trzech, może po jednym, rozdzielcie się jakoś. Najpierw Gezackt i jego woje, potem Rune z Anniką, potem Silny. I tak dalej. Na samym końcu wchodzimy my.
Wojownik postanowił jeszcze rzec:
– Te, jak nas piraci zaatakują, to walczcie po jednej flance, skupcie się wokół mnie i brońcie się po prostu. Pozwolimy chamom dobić załogę z szyprem, a kiedy się wykrwawią, wtedy uderzymy my!
Rzucił jeszcze do Anniki:
– Annika, niezależnie od tego, jak się sprawy potoczą, masz się trzymać mnie, boś pierwszy raz wybrana na poważny bój. No. Gotowi? To chodźmy.
---
Aubentag; ranek; barka “Poranna Jutrzenka”
Egon i ekipa
link: |-

Trochę to trwało. Ale ostatecznie okazało się, że Heynrich, przyjął na pokład wszystkich spiskowców. Gezackt, Martin i jakiś jeden zbir od nich już byli na pokładzie. Jutta też. I jak się okazało uspokajała starego szypra aby poczekał jeszcze na trójkę spóźniających się ochroniarzy. Później trójka tych ochroniarzy, obserwowała jak czwórka kultystów po kolei ciurka się pirsem przez trap i rozmawia z Wagnerem. W końcu jak monety zmieniły właściciela to szyper zgodził się przyjąć pasażerów na pokład. Chociaż trochę się dziwił, że dziś jest aż tylu chętnych na rejs do Saltmundu. W końcu jak trójka najmitów, weszła po trapie to się ucieszył.
- No nareszcie! Co tak późno? Mówiłem, że z rana wypływamy. - Przywitał ich z mieszanią ulgi i irytacji.
- Ale ja ci mówiłam, że lepiej mieć sześciu ochroniarzy niż trzech. - Młoda mytnik stała obok i wyglądało na jakiś ciąg wcześniejszej rozmowy.
- Bo już myślałem, że nie przyjdziecie, to przyjąłem jeszcze tych trzech. - Dumnie wskazał na trójkę Gezackta. - Dziwne, że też mają jedną kobietę. I obie blondynki. No ale ona ma łuk a wasza miecz. - Zauważył zgryźliwym tonem. Rzeczywiście i norsmeńska córka jarla i banitka z łukiem, miały włosy koloru słomy. Ale szypra chyba nieco dziwiło, widzieć kobiety w roli eskorty.
- To może pokaż im gdzie mają się rozłożyć. - Celnik zaproponowała szyprowi aby przekierować jego uwagę na co innego.
- Dobra, to chodźcie. - Wagner machnął ręką aby podążyli za nim. Łajba była wyraźnie mniejsza od “Starej Adele”. Miała jeden maszt na razie ze zwinietym żaglem. I niewielką nadbudówkę na rufie. Większość kadłuba była odkryta. Ale trudno było się po niej poruszać bo były załadowae pakunkami, skrzyniami, beczkami, workami. Tylko przy burtach można było się w miarę swobodnie poruszać. Okazało się, że w nadbudówce jest niewielki kambuz do gotowania jedzenia, kajuta szypra i dwie inne. Ale zajęte przez załogę. Tylko jedna była wolna ale tam się już urządziła szczupła mytnik. Pasażerowie i eskorta mogli zostawić swoje bagaże w niewielkim składziku ale większość podróży, łącznie ze spaniem, musieli urządzić sobie pod otwartym pokładem. Tylko zgodnie z wcześniejszą obietnicą, Jutta przyjęła Astrid do swojej kajuty bo nie godziło się aby szlachcianka podróżowała z resztą.To całe zwiedzanie i pakowanie trwało jeszcze z pacierz albo coś takiego. Aż w końcu szyper dał znak, i załoga odwiązała cumy, wciągnęła trap na pokład i rozwinęła prostokątny żagiel. Ten wydął się dość słabo. Wiatr nie był zbyt mocny. Więc kilku mężów usiadło na ławeczkach i naparło na wiosła. Barka leniwym tempem, zaczęła zmagać się z nurtem Salt i odpływać od wybrzeża.
Plan wydawał się toczyć swym tempem i choć być może szyper musiał nieco czasu zmitrężyć, ryzyko się opłaciło: wszyscy konspiratorzy znajdowali się na statku, a to poważnie odchylało szalę prawdopodobieństwa, że wszystko się uda w ich stronę.
– Dzięki ci, panie Heynrich. Wybaczcie, bośmy rano chcieli się uczciwie zaopatrzyć na wyprawę, aby sprawy nie pokpić – rzekł Egon, poniekąd mówiąc prawdę.
Statek wyglądał niezbyt imponująco, ale z drugiej strony, dla Egona to wszystko mogło wyglądać jak pływający burdel, a i też by gra warta była świeczki. Dopóki się sprzeda w Salzenmund… Ale nie chciał uprzedzać faktów.
Egon rozpakował się nieco. Niewiele tutaj tego było, jako że ustalone było, że wyżywienie zapewni się już na samym statku. Nieco odzienia na zmianę, pojedynczy kawałek mydła, narzędzia do polerki i konserwacji oręża. I tyle. Egon jednak nie zamierzał rozdziewać się ze swego pancerza, zamierzał pozostać czujny.
Wojownik spodziewał się, że jeśli mają ich napaść, to zapewne pod koniec pierwszego dnia, w nocy. Lub, może, żeby zmylić sprawę, będą atakować jakoś inaczej…? Psia ich mać, cholerni piraci. Z nimi nigdy nie wiadomo.
Z aprobatą skinął na Larsa i Astrid. Niewiele mówił już, nie chcąc swoim tonem albo zachowaniem zdradzić czegoś. Wypatrywał piratów, jeśli ci rzeczywiście mieli się pojawić.
Barka w powolnym rytmie nadawanym przez wioślarzy, płynęła w gorę rzeki. Za burtami mijali znajome ulice po zachodniej stronie miasta. Bo po zachodniej wznosiły się klify więc widać było te malownicze skały a nie ich zwieńczenie. W końcu przepłynęli obok miejskich murów i zostawili je za rufą.
- O a tu! O tu! Widzicie? To co wystaje z wody? - Jeden z młodych marynarzy chyba starał się bajerować Burgund. Bo mówił niby do niej ale na tyle głośno, że reszta też słyszała. Pokazywał na coś co wyglądało na częściowo zatopioną długą łódź. - To łajba tych bandytów z północy! Przepłynęli tu zimą przez miasto ale tu ich dorwaliśmy! A nasi rycerze wycięli ich wszystkich w pień ledwo zeszli na ląd! - Chwalił się, jakby conajmniej sam brał w tym udział. I pewnie nie zdawał sobie sprawy, że dwoje tych “bandytów z północy” stoi teraz na dziobie “Jutrzenki”. A Egon to nawet wiedział, że nie wszystkich Norsmenów udało się wówczas wybić. Bo Strupas spotkał Normę to Axe jaka potem przystała do kultystów. Aż całkiem niedawno, nie odpłynęła z Mergą do ich północnej ojczyzny.
- Ciekawe. - Lars jednak wyglądał na szczerze zainteresowanego. Bystro wpatrywał się w zatopiony wrak. Wysokie, smukłe zwieńczenia dziobu i rufy, maszt i częściowo burty wciąż wystawały z wody. Jednak większość jednostki była pod wodą.
- Myślisz, że by się do czegoś nadawała? - Astrid stanęła obok niego i też obserwowała mijany wrak. Morski łupieżca wzruszył ramionami okrytymi kolczym kaftanem.
- Zależy od czego zatonęła i w jakim jest stanie. Musiałbym ją obejrzeć. Norma mówiła, że wpłynęli na mieliznę. Dlatego się wypakowali. Ale jeśli nie uszkodzili przy tym kadłuba… - Zawiesił głos ale widać było, że dostrzega tu obiecującą szansę.
- Nawet jeśli, to pewnie trzeba by sporo koni aby ją wyciągnąć. Albo jakąś łajbę. No i ze dwa tuziny wioślarzy aby nią choć trochę pływać. - Córka jarla co miłowała się w pieśniach i sagach, miała całkiem niezłe rozeznanie w tych morskich sprawach bo Lars pokiwał głową, że podobnie to ocenia. “Jutrzenka” już prawie minęła zatopiony wrak a oni siedzieli we trójkę. Norsmen w końcu usiadł na krótkiej, dziobowej ławeczce, Astrid oparła się swoim zgrabnym kuperkiem o burtę dziobu więc łatwiej im było patrzeć na resztę barki niż do przodu. Ale na razie niewiele się działo. Widzieli załadowany towarami, odkryty kadłub i wioślarzy jacy miarowo pracowali w jednym rytmie.Egon skinął głową w aprobacie, kiedy to Lars, to Astrid wypowiadali się co do tego, w jaki sposób można by uratować zatopiony statek Norsmenów. Ani chybi, Lars miał rację, jeśli mieli się kiedyś do tego przymierzyć, trzeba było zajść w to miejsce.
– Jeśli kadłub jest uszkodzony poważnie, to nic nie zdziałamy – Egon podrapał się po głowie, nierad wypuszczając się na nieznane lądy w rozmowie. – Tak, jak gadacie, trza by było się wypuścić i sprawdzić, ale im później, tym gorzej, bo zda mi się, że korab butwieć będzie przy brzegu z czasem.
Egon, widząc wrak, myślał o tym, w jaki sposób można by go odbić od brzegu. Tabuny ludzi z wozami i linami były jednym sposobem, ale jak, u diabła, łatwo i niezauważenie przetransportować tak licznych, żeby dosiedli koni i ciągnęli? Egonowi zdawało się, że trzeba by tu było bez mała wszystkich członków kultu, a tego przecież nie mogli zrobić. Jak inaczej? Zatrudnić jakichś ludzi? Wtedy trzeba było opłacać i sprawa już nie byłaby taka prosta, by cichcem podprowadzić okręt…
– Moglibyśmy kiedy przyjść i zobaczyć, co się da zrobić – rzucił Egon. – Konie i ludzie do ciągnięcia to sporo roboty, ale może łatwiej by było, jeśli by podjechać jednym wozem z paroma najmusami. Jeśli byśmy zoczyli, że kadłub nie dziurawy, to moglibyśmy użyć zapasowego masztu albo jakiego bala z lasu jako dźwigni. Kiedy statek powstanie nieco, włożylibyśmy podeń bal albo beczkę i tak z wolna moglibyśmy go próbować podnosić.
Pokręcił głową.
– Tak czy inaczej, siermiężna robota.
I zamilkł, obserwując teren.
- Eee. To dobre drewno. Nie butwieje tak łatwo. Parę dni czy tygodni w wodzie, nic mu nie zrobi. Ale lepiej aby nie został tu na zimę. - Lars machnął ręką, na znak, że zgnicia drewna raczej się nie obawia. - Rozmawiałem z Normą o tej ich łodzi ale nie sądziłem, że jest aż tak blisko miasta. Musiałbym ją obejrzeć. I jakby nic nie wyszło z innymi łajbami to za tą tutaj można się wziąć. Spróbuję rzucić na nią okiem jak będziemy wracać albo po powrocie do miasta. - Norsmen nie śpieszył się z oględzinami na w pół zatopionej łodzi. I na razie powziął tylko ogólny zamiar co do niej. - I jak go obejrzę, to pomyślimy jak go wyciągnąć. Czy końmi z brzegu czy inną łajbą. Czy coś trzeba będzie podkładać. Zobaczymy. No ale to i tak nią wiosłować trzeba i tak jak Astrid mówi, z dwa tuziny wojów by się przydało aby to miało sens. - Wskazał na córkę jarla, jaka stała obok. Ta skinęła swoją blond głową na znak zgody.
- Najlepsi by byli nasi ludzie z północy. Znają się i na machaniu wiosłem i toporem. Ale jak ich nie mamy, to trzeba będzie poszukać na miejscu. Myślałam o Gezacktu i jego bandzie. No ale z nich szczury lądowe co morza się boją. - Lekko skinęła głową w stronę śródokręcia, gdzie widać było trójkę zbirów jacy obsiedli worki i skrzynki. Dla zabicia czasu, grali w kości. W międzyczasie wrak coraz bardziej zostawał za rufą “Jutrzenki”. Wioślarze miarowo pracowali,w jednostajnym rytmie. Murów Neus Emskrank już nie było widać. Zachodni brzeg stopniowo opadał, choć dalej był wyższy niż maszt barki a pewnie i dachy kamienic.Wschodni był jednolitą ścianą, mrocznego lasu. Przez chwilę ich trójka trwała w milczeniu. Gdy skald wznowiła rozmowę.
- A jak będziemy dzielić się niewolnikami? - Popatrzyła na obu kolegów bystrym wzrokiem. - No na wypadek gdybyśmy jakichś nałapali. Właściwie to już mamy te cztery niewolnice od Munira. Nas też jest czwórka. Nasza trójka i Łasica. To każdemu z nas by przypadała jedna niewolnica. Jak się chcecie nimi dzielić? - Astrid wyglądała na zaciekawioną. Lars podrapał się po zarośniętym policzku. Zadarł głowę na nią, potem na Egona.
- Możemy je wybierać po kolei. Akurat jest po jednej. - Wzruszył ramionami.
- Ale jak po kolei to leci się wedle hierarchii. To mam wybierać pierwsza? - Córka jarla popatrzyła na nich wyczekująco.
- Można jeszcze losować. Jak komuś nie przypadnie która do gustu to można się wymienić. Chyba, że Egon ma inny pomysł. - Teraz on też popatrzył na gladiatora czy ma jakieś swoje propozycje co do podziału niewolnic.“Ot, obrała sobie temat”, Egon pomyślał ze zniechęceniem.
– Nie dziel tak szybko skóry na niedźwiedziu – rzekł Egon do Astrid, który przewrócił oczami na wzmiankę dzielenia łupu. – Nie zapominaj, że zanim wypuścimy się na wyprawy, to czas jeszcze jakiś minie, chyba, że po drodze z Salzenmund coś złapiemy, ale i to też nie przesądzone. A tak po prawdzie, jeśli byśmy według hierarchii szli, to ja bym był pierwszy, bo najwyżej stoję w kulcie. Ale rad bym ci me miejsce oddać, Astrid, bo wedle mnie dziewki mają pójść na służby na jaja Oster i inne sprawunki, które czekają.
Splunął w rzekę i dodał:
– Jeśli trza ci będzie dworu z tego, żeś córą jarla, to i być może, ale trza nam pierwiej z tego żywego towaru zasilić i Gezackta, i broń dla gorów, i larwy Oster, bo czas goni. Jak dla mnie, rzecz jest bez znaczenia… Dopóki się nie wyrobimy z naszą misją, dziewkami nie ma się co dzielić, bo mają nas wspomóc w czasach, które nadejdą wkrótce.
Skonstatowaszy rzecz, Egon wsparł ręce na toporze. Miał jakieś złe przeczucia: sądził, że w miarę podróży coś złego mogło się stać, ale sam wiedzieć nie poradził.
Duet Norsmenów wysłuchał go po czym przez chwilę wymienili się spojrzeniami. Pierwszy odezwał się morski grabieżca. - I tak nie ma z nami Łasicy a też z nami była u Munira. To by musiała się zgodzić na taki podział. - Wzruszył ramionami na znak, że jemu niezbyt się spieszy z tym podziałem niewolnic. - I tak jak Egon mówi. Na razie mamy ten statek na głowie i może tych piratów spotkamy. Jak bedą z tego jacyś brańcy to póki się z nimi nie wróci do miasta to nie ma co dzielić skory na niedźwiedziu. A szerzej się rozkręci interes jak będziemy mieli łajbę i załogę. - Norsmen powiedział nieco dokładniej jak widzi sprawę. Koleżanka o blond włosach, przez chwilę to trawiła w milczeniu. W końcu ona też wzruszyła ramionami.
- Po prostu myślałam, że zawczasu ustalimy jak się dzielimy tymi łupami. No ale możemy z tym poczekać aż wrócimy. - W końcu zgodziła się na taki kompromis. - Po prostu muszę wrócić do domu z moją świtą. I z łupami. I sagami. Aby pokazać, że jestem godną córką mojego ojca. Dlatego chciałam dostać się do tych kurhanów na południu. Tam mogą być jakieś starożytne skarby i przygody. Jak wrócę tylko w jednej sukni co wypłynęłam i niczym więcej, to wszyscy będą się ze mnie śmiali i szydzili. - Wyjaśniła presję jaką odczuwała jako norsmeńska szlachcianka i córka jarla.
- Nie przejmuj się. Dopiero parę dni tu jesteśmy. A już znaleźliśmy grobowiec czarownika, spotkaliśmy lady Sorię co nie jest zwykłą śmiertelniczką, byliśmy na orgii z kopytnymi co by się i u nas nie trzeba było wstydzić no i mamy namacalne ślady Czterech Sióstr. Że tu kiedyś były i chcą wrócić. To świetny materiał na sagę. A brańców i łupy to jeszcze sobie zdobędziemy. - Po chwili milczenia Lars starał się pocieszyć Astrid. Ta uśmiechnęła się do niego i jeszcze spojrzeli na swojego towarzysza.Egon jednak pozostawał wierny swej misji.
– Jak dla mnie, jeśli nie wyrobimy się przed turniejem ani nie przyczynimy się walnie do tego, by miasto zyskać wreszcie raz na zawsze, to nawet pozyskanie branek na dwór byłoby furdą – wzruszył ramionami. – Prawdziwa córka jarla dokaże pierwej zwycięstwa nad wrogami, później zaś znajdziemy ci tyle świty, ile będziesz chciała. I prawdę gada Lars, Łasica też tu by musiała być, żeby wyrokować.
- No właśnie. Ta Łasica to wygląda na taką co ma łeb na karku. No i zabawić się umie. Przecież wczoraj jak poznawaliśmy bliżej Juttę to chyba nieźle się tam z nią dopasowałyście nie? - Norsmen też starał się nakierować myśli koleżanki na przyjemniejsze tory. Te uśmiechnęła się i pokiwała głową. Poszukała wzrokiem mytniczki jaka teraz rozmawiała z szyprem. Stali bliżej rufowej nadbudówki.
- No tak, ta Łasica wydaje się całkiem bystra. - Astrid pokiwała głową na znak, że na razie odbiera tutejszą łotrzycę w pozytywny sposób. - No tak, i ten turniej ma być. - O nim też już słyszała, chociaż jeszcze bez szczegółów. Zresztą ich chyba nie znał nikt z ich tajnej rodziny. - I naprawdę myślicie, że uda nam się przejąć miasto? To duże miasto. - Trochę ściszyła głos i zapytała zerkając z ciekawością na kolegów.
- Duże? Bez przesady. Duży to jest Erengard albo bretońskie porty. Nie mówiąc już o Marienburgu co jest największym miastem na tym morzu. A to jest mniejsze. O wiele mniejsze. I jeszcze wiele kamienic stoi pustych a mieszkańców jest jeszcze mniej. - Lars machnął łapą na znak, że widział znacznie większe porty i pod tym względem Neus Emskrank mu nie imponuje. - I gdy Siostry przybędą, to na pewno to miasto będzie nasze. A czy wcześniej to się zobaczy. - Tutaj trochę nie był pewien, więc spojrzał na kolegę który znał miasto o wiele lepiej od niego.
- Jakby Siostry przybyły to na pewno by to było godne niejednej sagi. - Skald widziała w tym materiał na wspaniałe opowieści, dotyczące epickich wydarzeń jakich mogliby być uczestnikami a ona je uwiecznić w tych śpiewanych historiach.Egon skinął głową. Myśli wojownika nagle zboczyły na tor zbudzenia Norry, a do tego był potrzebny ołtarz Krwawego Ogara. To jednak miało się odbyć dopiero, kiedy będzie miał porządną armię złożoną z gorów i paru innych kultystów, bowiem takie boje zawsze bywały ryzykowne.
---
“Jutrzenka” mozolnie skrzypiała linami i drewnem a za burtami mijali dziewiczą ścianę lasu. Wydawała się nietknięta ludzką cywilizacją. Chociaż co jakiś czas mijali inna krypę jaka płynęła z przeciwka. Albo jakieś pojedyncze chaty czy dwie postawione przy brzegu. Gdy podeszła do nich młoda mytnik.
- Rozmawiałam z Heynrichem. Będziemy płynąć aż do zmroku. Powinniśmy dopłynąć do “Błękitnego łabędzia”. Tam jest zacumujemy na noc i rano ruszymy dalej. Znam ten zajazd. Blisko jest droga prowadząca między Neus Emkrank a Saltmundem. Mniej więcej w połowie drogi. Więc jest dość popularny. Ciekawe czy będą miejsca. Jak nie, to będziemy musieli nocować tutaj. Ale na wieczór ja bym pewnie i tak poszła się tam zabawić. - Jutta uśmiechnęła się na koniec i widać było, że jest zadowolona z takiego planu podróży. Chociaż do wieczora to jeszcze była większość dnia przed nimi. - Obiad zjemy tutaj, po drodze. Do wieczora Heynrich nie planuje cumowania do brzegu. - Przekazała im czego się dowiedziała od szypra.Egon na te słowa skubnął swą siwą brodę.
– A jak Heynrich zapatruje się na nas? – zapytał. – Po mojemu, rolą obrońców jest bronić statku. Kiej znasz ten zajazd, rzeknij, jak wody tutaj są chronione? Statku przecie nam zostawić nie lza.
- Tam jest molo do zacumowania. Pewnie większość załogi zejdzie na kolacje i zabawę do tawerny. Potem może część wróci na łajbę a część zostanie. Zależy czy będzie ich stać na wynajem izby czy nie. Pasażerowie czy eskorta to różnie. Pasażerowie właściwie to są poza rządami szypra to mogą robić co chcą. Byle rano nie spóźnili się na odpłynięcie. Ale to nie ma strachu bo przecież zajazd jest tuż przy molo. Nawet jakby który zaspał to z łajby można kogoś posłać aby zbudził. A wy jako eskorta to możecie wieczorem Haynricha zapytać. Może chcieć aby ktoś z was został na łajbie ale wszystkich to chyba nie powinien was trzymać. Jak chcecie się zabawić wieczorem tak jak ja, to możecie próbować się wykpić aby wyznaczył kogoś od Gezackta na nocną wartę. No to już sami będziecie musieli z nim pogadać. Macie na to cały dzień. - Młoda mytnik przedstawiła swoją ocenę sytuacji, czego się spodziewa co do dzisiejszego noclegu w rzeczonym, rzecznym zajeździe.
- Sama przystań jest ogrodzona palisadą. Wewnątrz niej jest dość bezpiecznie. Co najwyżej jacyś popici goście się pobiją. Nic nadzwyczajnego niż to co w innych tawernach. Jak czasem zwierzoludzie czy orki próbują napaści to zwykle wszyscy co mogą biegną na palisadę. Tym dzikusom nie tak łatwo ją sforsować gdy ktoś jej broni. Ale pomost nie jest broniony. Tylko, że od strony lądu, to trzeba by najpierw zdobyć palisadę i podwórze aby dostać się na pomost. To się jeszcze nie zdarzyło. Od rzeki nocą właściwie można by przybić i dostać się na zacumowane jednostki. Ale kto plywa po nocy? Tam pełno mielizn. Nawet z rana jak się mgły trafią to wiele załóg czeka aż zrzedną i dopiero płynie dalej. Zresztą strażnik w wieży też może podnieść larum tak samo jak na nocny atak zwierzoludzi. Aha słyszałam, że są jacyś w okolicy i aktywnie napadają ale raczej na trakcie. I na “Łabędzia” jeszcze się nie poważyli. Bo jak mówię, tą palisadę jak jest broniona to nie tak łatwo zdobyć. Pewnie łatwiej im napadać na wozy i podróżnych na trakcie. - Mytniczka mówiła jakby miała całkiem niezłą orientację w lokalnej geografi związanej z rzeką po jakiej płynęli. Mówiła szybko, płynnie i bez wahania.
– Brzmi dobrze, pogadam z Gezacktem, jednego albo dwu ludzi może dać, żeby strzegli. Jeśli napadną, podniesiemy larum – Egon pokiwał głową.---
Niedługo później Egon także spotkał Burgund. Co na tej łajbie z jednym pokładem wcale nie było takie trudne. Właściwie wszyscy zazwyczaj się widzieli o ile ktoś akurat nie był wewnątrz niewielkiej nadbudówki na rufie. A tam był półmrok i niezbyt świeże powietrze, więc większość wolała pozostać na otwartym pokładzie.
- Jak dopłyniemy do Saltmund to ja pójdę odwiedzić naszą koleżankę. Kiedyś pracowała razem ze mną i Łasicą w zamtuzie. Ale ze dwa lata temu, popłynęła szukać szczęścia do stolicy. Czasem do nas wraca bo rodziców wciąż ma u nas. Mówi, że teraz jest “ekskluzywną garderobianą”. Ma własny warsztat i nas też zapraszała do siebie. Dba o to aby nogi i piczki ladacznic były smukłe i gładkie. Ale chwaliła się też, że świadczy takie usługi i mieszczkom i szlachciankom. Że nie wyrabia z zamówieniami. Dlatego nas chciała ściągnąć do siebie. No to będę chciała ją odwiedzić i zobaczyć jak to wygląda. Poszedłbyś ze mną? Czy masz inne plany? - Zagadała do Egona. I zarówno zwierzyła mu się ze swoich planów co do wizyty w stolicy prowincji jak i złożyła mu towarzyską propozycję. Bo zanosiło się na to, że przynajmniej jeden nocleg i tak tam wypadnie zanim będą wracać w dół rzeki.– Może być… – Egon myślami był raczej nieobecny, bo ciągle przemyśliwał, jak to będzie, kiedy już przejmą korab. – Rzeknij no, baba dobrze rozeznana w Salzmund?
Egon bowiem podejrzewał, że samo przejęcie statku lub też obrona przed rzecznymi piratami mogły być dopiero wstępem do znacznie trudniejszego zadania: zamienienia jednego statku na drugi, taki, którym da się pływać po Morzu Szponów. Lars, choć wprawny w żeglarskie temat, pozycji w Salzmund nie mógł mieć żadnej.
– Będziemy potrzebowali luda, co nas ustawią odpowiednio – zgodził się. – Możemy się z nią spotkać. Rzeknij no, jak się nazywa? W Salzmund będziemy zajęci przeważnie przez interesa.
- Marusha. Ale my ją wołamy Maru. - Burgund odpowiedziała bez wahania jakby ową koleżankę, znała całkiem dobrze. - Maru Glatt. Bo he he zostawia po sobie gładziutkie łydki i piczki. Sama tak mówi. Na tym najwięcej zarabia odkąd przeniosła się do stolicy. - Łotrzyca zaśmiała się do przezwiska koleżanki oznaczającej coś lub kogoś gładkiego i przyjemnego w dotyku. - No i już tam działa drugi albo trzeci rok. Właściwie tak oficjalnie to już nie jest ladacznicą tylko tą lux garderobianą. Ale dalej pracuje w pokrewnej branży. No to pewnie nieco znajomych ma. Zależy kogo szukasz. - Brzmiało jakby dziewczyna z ferajny, uznawała ową Maru, za kogoś podobnego sobie tylko, że w wielkim mieście.
- A my przynajmniej jedną noc spędzimy w Saltmundu. Bo to jeszcz zależy o jakiej porze dnia przypłyniemy. Bo na rozładunek łajby trzeba przynajmniej jeden dzień. Więc wiesz, jak przybijemy do nabrzeża z samego rana to może do wieczora się uda ale jak na obiad czy kolację to będą kończyć następnego dnia. Do tego tyle samo na załadunek. To już zależy jak szyper ma umowę i klientów załatwionych. Pływa regularnie na tej trasie to może mieć. Ale nawet jakby miał gotowy towar do zabrania to też załadowanie go na łajbę zajmie cały dzień. Więc widzisz, nawet w najkrótszym czasie jakby wszystko poszło Haynrichowi gładko, to rozładunek jeden dzień i załadunek jeden dzień. No to będzie czas aby buszować po mieście. Dzień lub dwa. Chyba, że chcesz wracać na rzekę jak najprędzej a nie “Jutrzenką”. Bo w sumie można. To wtedy znów w porcie, trzeba by poszukać łajby co by płynęła z powrotem do nas. - Portowa dziewczyna, streściła koledze, jak to zazwyczaj wygląda wymiana towarowa w rzecznych portach. Wyglądało na to, że sama spodziewa się okazji na chociaż jedną, swobodną noc do zwiedzania miasta i odwiedzin koleżanki z dawnych lat.Egon wzruszył ramionami.
– O rzeczach z Salzmund pogadamy z Salzmund – rzekł, wiedząc, że nie było zbyt wiele sensu planować takich rzeczy naprzód. Koniec końców bowiem, nie wiedzieli, jak ostatecznie dopłyną do Salzmund - niewątpliwie, szykowała się bitka, czy to z piratami i ludziami szypra, czy też w wariancie bez piratów, jeno z samym szyprem. Tak czy inaczej, jakiś korab na tej rzece miał szybko zmienić swego właściciela.
Wojownik miał nadzieję, że ta “Marusha” była na tyle dobrze skoligacona, by mogła w jakiś sposób skontaktować ich z kupcami okrętu. Egon bowiem miał ochotę załatwić rzecz z korabiem czym prędzej i czym prędzej wypuścić się na żywy towar po stronie wybrzeża.
-
Sny Heinricha były... niepokojące. Bardzo mu niechętne. Rozdrapywały dawne rany i otwierały je na nowo, czego nie chciałby znowu doświadczać...
- Bonjur. - spróbował imitować akcent Fabienne - Nie wiem czy ona byłaby chętna w ten konkretny sposób ci usługiwać. - wzruszył ramionami - To ta garncarka, jaka stworzyła naczynie, które tak ci się spodobało. Jeżeli byś chciała możesz więcej od niej zamówić. Gromadka z apteki była zainteresowana.
- Ah to ta od tej wazy. - Zadbane brwi szlachcianki, powędrowały na chwilę do góry, na znak, że kojarzy sprawę. - No rzeczywiście Heinri, jeśli robi takie cacka to można jej się przyjrzeć bliżej. Gdzie ją można znaleźć? Jak gdzieś dalej to możemy podjechać powozem. - Lekko machnęła kciukiem w stronę okna prowadzącego na ulicę. Wydawała się być jednak zaciekawiona tak uzdolnioną rzemieślniczką na tyle aby ją poznać osobiście.
- Nie będzie to konieczne. Ma warsztat po drugiej stronie ulicy, słyszę jak jej koło garncarskie pracuje. - wyjaśnił.
- Ah rzeczywiście. - Szlachcianka przez chwilę nasłuchiwała ale też w tej chwili ciszy, bez trudu usłyszała pracujące koło garncarskie. - No to w takim razie chodźmy do niej. - Uśmiechnęła się i wstała dając znać, że jest gotowa do wyjścia o ile gospodarz przejmie rolę partnera i przewodnika.
- Ależ oczywiście, moja pani. - skłonił się uprzejmie i zabrał swoją laskę wspartą o ścianę nim podał ramię Fabienne - Będzie to ciekawa rozmowa zapewne oraz możliwość na dokładniejsze przyjrzenie pracowni w ruchu.
Zeszli po schodach a szlachcianka dyskretnie dostosowała się do tempa swojego partnera. Minęli jej powóz, zaparkowany przed frontem kamienicy. I przeszli spacerem nieco w głąb sąsiedniej ulicy. Tam widać było trochę cofnięty w głąb budynek i okno wystawowe zakładu garncarskiego. Szym warsztatu zdążył umilknąć ale wyglądało na to, że jest otwarty. W środku zastali gospodynię. Znów była w swoim długim, urbudzonym gliną skórzanym fartuchu. Ale w przeciwieństwie do snu w jakim były łowca heretyków ją widział, miała pod nim zwykłe ubranie. Długą, prostą spódnicę i szarą koszulę. Stała przy stole z gotowymi wyrobami i chyba kończyła transakcję z jakimś klientem. Pewnie jakiś robotnik czy ktoś podobny z miejskiego plebsu. Oboje odwrócili się aby sprawdzić kto przyszedł i wyglądali na zaskoczonych. Freda przyśpieszyła ton rozmowy aby jak najszybciej ją skończyć. Mężczyzna wyglądał na trochę zaciekawionego a trochę na zaniepokojonego tak znamienitymi gośćmi. Jednak odpięcie sakiewki i wyłuskanie potrzebnej ilości monet trochę go zajęło. Przez co dwójka błękintokriwsych miała chwilę aby im się przyjrzeć.
- To ona? No powiem ci Heinri, że ma całkiem ciekawą aparycję. I prosto się trzyma. I sylwetkę też ma przyzwoitą. Widać, że dziewczyna pracująca ale całkiem interesującą ma powierzchowność. - Bretonka cicho wyraziła swoją opinię o wyglądzie rzemieślniczki, gdy ta kończyła handel z klientem. Ten w końcu wziął zamówioną misę i lekko kłaniając się dwójce czekających szlachciców w końcu wyszedł na zewnątrz. Chociaż widać było, że ciekawość go zżera. Zresztą ciemna blondynka o jeszcze ciemniejszych oczach też z pewną ostrożnością podeszła do ich dwójki. Wycierając dłonie w jakąś ścierkę.
- Witaj sąsiedzie. Nie spodziewałam się ciebie ponownie. A już tym bardziej z takim eleganckim gościem. Witam milady. - Freda trochę utemperowała swobodny ton jakim zwykle raczyła kuternogę. Czy to ostatnio pod świątynią po mszy czy w jego snach. Jakby obecność szlachcianki ją zaskoczyła i nieco zdeprymowała. Przez co nie była pewna jak powinna się zachować. Jednak na wszelki wypadek przywitała się z nimi jak ze szlachcicami. Czarnowłosa partnerka Heinricha, pozwoliła mu przejąć rozmowę i na razie tylko lekko uśmiechnęła się do rzemieślniczki, przyjmując jej powitanie za dobrą monetę.
- Milady naprawdę spodobało się naczynie jakie wykonałaś na moje zamówienie. - Heinrich od razu przeszedł do rzeczy - Pomyślałem, że może być zainteresowana własnym zamówieniem, a do tego okazała się tak łaskawa, aby zechcieć poznać twórczynię. - wytłumaczył łagodnie.
- Oh naprawdę? To bardzo mi miło. Nie spodziewałam się. - Teraz Freda popatrzyła na ubraną w czarną suknię szlachciankę. Ta więc włączyła się do rozmowy.
- Tak, bardzo mi przypadła do gustu co mój drogi Heinri mi pokazał. Pomyślałam, że może też zamówię coś podobnego u tak utalentowanej artystki. Zwłaszcza ten nietuzinkowy motyw zdobniczy mi wpadł w oko. Bardzo starannie wykonany. Chyba masz w tym niezłą wprawę dziewczyno. - Lady von Mannlieb odezwała się jak szlachcianka rozmawiająca z kimś z niższego stanu. Ale dość ciepłym i życzliwym tonem. Co chyba ośmieliło garncarkę.
- Noo tak. Bardzo się starałam. Robię czasem takie rzeczy. Znaczy zdobienia. I jak milady sobie życzy to też mogę dla niej wykonać coś podobnego. Tylko by milady musiała powiedzieć czego sobie życzy. - Rzemieślniczka trochę się poplątała ale też starała się zachować uprzejmie wobec lepiej urodzonych. Chociaż widać było, że nie ma takiej wprawy aby płynnie rozmawiać ze szlachtą. Zerknęła jeszcze szybko na Heinricha jakby sprawdzała jego reakcję albo jakąś podpowiedź.
- Sądzę, że lady byłaby zachwycona, gdybyś pokazała swój kunszt na żywo. - wskazał sam zaciekawiony procesem jaki tak mu się śnił.
- Naprawdę? Ale to trochę zajmię. Bo bym musiała wziąć glinę na warsztat a potem ją uformować. - Dziewczyna wydawała się być przejęta i wskazała swoją niezbyt czystą dłonią na koło garncarskie.
- Ależ to bardzo interesujący pomysł Heinri. Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałam jak powstają te wszystkie misy i talerze jakich na co dzeń używamy. A już na pewno nie taka misa z tymi czerwiami. Wyglądają jak żywe. Wydaje się, że zaraz odkleją się od krawędzi i zaczną pełzać. - Szlachcianka szybko podchwyciła pomysł kolegi i zachęciła gospodynię aby pokazała im w praktyce jak wygląda jej warsztat pracy. Ta aż pokraśniała z zadowolenia i po chwili zwłoki podeszła do swojego miejsca.
- A bo to takie wyraźne bo to przecież jak zwykłe czerwie much tylko większe. No to żadna filozofia. No i już takie robiłam to trochę mam wprawy. Jak się ma dobry wizerunek na wzór to można zmierzyć i porównać i za którymś razem się uda. Tylko tu jest bliżej pieca to jest goręcej. A to co milady by sobie życzyła abym zrobiła? - Freda pokazała gestem na rozgrzany piec. Rzeczywiście parę kroków bliżej a dało się odczuć tą różnicę. Jakby weszli w jakąś strefę dużo cieplejszego powietrza. Jednak dało się to wytrzymać.
- Może byś mi zrobiła też taką misę jak Heinriemu? - Zaproponowała von Mannlieb wskazując wzrokiem na sąsiada.
- Oczywiście. To ja pójdę po glinę. - Dziewczyna pokiwała głową i na chwilę wyszła przez tylne drzwi. Heinrich pamiętał, że we śnie chyba też przez nie wychodziła. Było tam dość ciemno więc jej spódnica i farcuh mocno zlewały się z tłem. Tylko ramiona, nagie albo w jasnych rękawach koszuli, jaskrawo odcinały się od ciemnego tła. A we śnie jeszcze łydki i nogi bo tam poza fartuchem nic na sobie nie miała. Ale przez chwilę zostali tylko we dwoje bez gospodyń.
- Oh jak ja bym jej powiedziała na co mam z nią ochotę to by pewnie z tego stołka spadła. - Fabienne pozwoliła sobie na cichy żarcik, korzystając z tego, że są sami. - I co myślisz Heinri? Poczekamy aż zrobi nam tą misę czy masz inne plany? - Popatrzyła na niego zaciekawiona.
- Nie mam nic zaplanowanego, a chętnie spojrzałbym na proces, czy może on nie kryje w sobie czegoś, co zakrywa subtelną magię. - wyjaśnił.
Fabienne pokiwała głową na znak zgody. A po chwili drzwi skrzypnęły i wróciła Freda. Uśmiechnęła się do nich i położyła grudę gliny na koło garcnarskie. Wygladała jak ciasto na chleb. Tylko jasnobrązowej barwy. Heinrichowi wydawało się, że właśnie ta bezksztatłna jeszcze plama nieco zakłóca przepływ wiatrów magii. Ale tak subtelnie, że graniczyło to o błąd postrzegania.
- To ma być ta misa? - Garncarka jeszcze zapytała szlachciankę. Ta pokiwała twierdząco głową.
- Tak, poproszę. Z takimi dużymi, dorodnymi uchwytami. I może na ściankach jakby też było wyraźniej je widać. - Doprecyzowała swoje zamówienie. Dziewczyna pokiwała znów głową, usiadła na stołku, i stopą uruchomiła pedał. Ten zaś zaczął obracać kołem co wytwarzało charakterystyczny szum jaki ostatnio tak często słyszał jej sąsiad. Ciemna blondynka wzięła się za tą grudę miękkiej gliny. I na oczach dwójki szlachciców, zaczęła ją formować. Kształt zmieniał się na ich oczach. Rósł i robił się coraz bardziej okrągły. Miękka glina spływała między palcami rzemieślniczki. Raz chlapnęła na jej nadgarstek formując coś podobnego do czerwia. Ale teraz nie było widać żadnych robaków jakie pełzały po jej ciele. Glina zaś uformowana jej zręcznymi dłonmi przyjęła wiadrowaty kształt. I teraz z każdym obrotem zaczęła go profilować. Coraz bardziej przypominał misę jaką niedawno Heinrich od niej odebrał. Aż wreszcie naczynie było gotowe. Jeszcze miękkie i wrażliwe na każdy dotyk. Freda ostrożnie wzięła jakiś rysik i zaczęła w nim rzeźbić robakowate kształty.
- Coś ma być na niej specjalnego? Bo jak wrzucę do pieca to już zostanie to co jest. - Podniosła na chwilę głowę aby zobaczyć ich reakcję. Bretonka pokręciła głową i wzruszyła ramionami, że nic specjalnego nie przychodzi jej do głowy.
- Gdzie zaopatrzasz się w glinę? - zapytał spokojnie.
- Mam stałych dostawców. Glina to kluczowy materiał. Musi być odpowiednia aby nie kruszyła się po wypaleniu. A czemu pytasz sąsiedzie? - Garncarka na chwilę zadarła głowę aby spojrzeć na Heinriego. Ale dalej robiła robacze zdobienia na powierzchni naczynia.
- Po prostu z ciekawości. Czystej ciekawości.Będzie musiał się zorientować skąd glinę biorą, która przenosi na sobie czątki magii. Najbliżej pytać gosposi, może ona będzie w stanie coś powiedzieć? A może właśnie morzem taką glinę przewożą?
-
Otto ruszył do hospicjum odrobinę zmartwiony jak wygląda sytuacja u Fabienne. Nie mógł jednak biec na ratunek za każdym razem, kiedy Siostry się odezwą.
Zważając co go czekało w hospicjum, może i dobrze, że przyszedł tu od razu.
- George. Jestem już. Proszę zejdź i porozmawiajmy jeszcze raz. Wiesz jak to ze mną jest. Taki zabiegany jestem, że zapominam połowy rzeczy.
- Już dzisiaj rozmawialiśmy i wszystko ci tłumaczyłem. Tylko wtedy byłeś z królową i księżniczką. - Pacjent złożył ramiona na piersi i zrobił nadąsaną minę. Przez co patrząc od dołu, wyglądał bardzo komicznie. Ale też zdawał się w ogóle nie zważać na różnicę wysokości. Przez co dwaj bracia Otto, stali obok regału zaniepokojojeni. Widać było, że obawiają się, że Greg albo skoczy albo zachwieje się i spadnie.
- A ten dalej swoje. - Ludwik szepnął cicho z mieszniną niepokoju i irytacji na zachowanie pacjenta. - A Greg, możesz zejść na dół? Porozmawiamy na spokojnie. - powiedział trochę głośniej, łagodnym tonem, aby zachęcić pacjenta do współpracy. Ten na razie jednak co prawda nie skoczył ale też nie schodził sam na dół.
- Zostawcie go mnie, pewnie inni potrzebują waszej opieki. - skinął braciom i zerknął na Grega - Wiem, że już dziś rozmawialiśmy, ale głupi jestem i zapomniałem. Wiesz jak to jest, szukam twoich ksiąg, załatwiam sprawy z księżną. Tyle mam na głowie, że ledwo mi się mieści wszystko. Zejdź do mnie proszę, pochodzimy i opowiem ci co tam się dzieje.
Dwaj bracia popatrzyli na jednookiego nieco niepewnie. W końcu Jurgen wzruszył ramionami i skinął głową. - Ja idę. Jeden z tych pacanów zamknął się w składziku przy kuchni. - Całkiem chętnie zgodził się aby to kolega przejął kłopotliwego pacjenta. Ludwik jeszcze chwilę się wahał, obserwując plecy odchodzącego kolegi. Potem na Otto i jeszcze zadarł głowę do góry na pacjenta jaki wciąż stał na szczycie bibliotecznego regału. Greg złożył ramiona na piersi i przybrał pełen wyższości, wyczekujący wyraz twarzy.
- Ja zawsze schodzę dopiero jak sobie pójdziesz z kolegą. Chociaż czasem się potykam i spadam. A czasem ze złości tupie nogą. I też spadam. Widziałem to wiele razy. - Pokiwał głową jakby mówił o jakiejś historii przeczytanej w książce. Więc Ludwik popatrzył jeszcze chwilę na niego, potem na kolegę, i w końcu skinał mu głową.
- No dobra, to ja też idę. Mam nadzieję, że sobie z nim poradzisz. - Akolita mówił jakby nie do końca był pewny czy to dobry pomysł. Jednak w końcu też ruszył w ślad za starszym kolegą. I chociaż chwilowo, Otto został w bibliotece sam z kłopotliwym pacjentem. Ten zachichotał teraz, jakby coś go bardzo rozbawiło. Przez co wyglądał jak stereotyp zdziecinniałego szaleńca.
- Widziałeś? Widziałeś jak ich oszukałem? - Zaśmiał się jakby udał mu się jakiś figiel. Ruszył po regale w stronę nico niższej szafy na jaką przed chwilą, próbowali go zwabić obaj bracia. Tu nieco niezdarnie gramolił się na nią. Najpierw zniżył się na czworaka, potem zaczął opuszczać nogi i niepewnie macać stopą w sandale gdzie jest płaska powierzchnia. Jak małe dziecko, chociaż pewnie wielu młodych uliczników pokonałoby już tą przeszkodę o wiele szybciej i sprawniej od dorosłego pacjenta. W końcu Greg jednak stanął na tej szafie. I podszedł do jej krawędzi. Usiadł na niej jak na krześle. Teraz powinien zejść na jeszcze niższą szafkę. Na razie jednak zatrzymał się i z góry popatrzył na jednookiego mnicha. Wydawał się być zadowolony z rozbawiony.
- A pamiętasz jak rozdziawiali gęby z wrażenia jak przyszedłeś z nimi obiema? - Znów zachichotał jakby dzielili wspólne wspomnienie. Nawet kiwnął brodą w stronę drzwi wejściowych jakby kogoś tam widział. Chociaż nie było tam teraz nikogo.
- No cóż, jak zjawi się Lady Odette to na pewno też będą pod wrażeniem. - mnich westchnął - Dziś udam się do jednej z moich koleżanek i przekażę jej opis tej kobiety, która poszukuje ksiąg. Przy odrobinie szczęścia więcej oczu na ulicy ją znajdzie. - zerknął na Grega - Odwiedziłeś mnie we śnie. Chyba powoli zaczynam rozumieć co się wyrabia jeżeli chodzi o larwy.
Pacjent wciąż siedział na wysokim meblu jak na krześle. Nieco przekrzywił głowę na bok gdy słuchał mnicha. Po czym znów zachichotał radośnie, jakby usłyszał świetny kawał albo udało mu się jakąś psotę zmalować. Przestał i uśmiechnął się szeroko do Otto.
- No tak! No zobacz! No sam zobacz! - Energicznie podniósł ramię i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą wyszli obaj bracia. Tylko, że nadal tam nikogo nie było i nic się nie działo. Wtem ześlizgnął się na niższą szafkę a z niej zszedł na krzesło i z niego na podłogę. Raźno podszedł do tych drzwi i jeszcze raz odwrócił się do mnicha. - No sam zobacz! - Powiedział radośnie jakby widział przy tych drzwiach jakąś rozgrywającą się scenę. - Widzisz jak ładnie razem wyglądacie? - Wskazał na drzwi jakby mówił o jakichś żywych osobach. Po czym podszedł jeszcze ze dwa kroki. - O naprawdę? A kiedy termin? - Zapytał jakby z kimś rozmawiał. Po czym dłońmi zrobił gest jakby dotykał czegoś okrągłego. Nawet przyłożył tam ucho jakby nasłuchiwał. Znów się wyprostował jakby wysłuchiwał czyjejś odpowiedzi. - Ah rozumiem. - I ostrożnie cofnął się z powrotem w stronę czekającego mnicha. Teraz wyglądał jakby razem oglądali tą scenę, chociaż Otto nadal widział tylko zamknięte drzwi na korytarz. - To będzie obfity miot. U nich obu. I widzisz? Pamiętają o tobie. Mówią, że to ty jesteś ojcem. Przynajmniej za pierwszym razem. - Uśmiechał się słodko jakby obserwował jakąś rodzinną scenę. - Zobaczysz, jak tylko tu przyjdą to wszyscy rozdziawią gęby ze zdziwienia. Chociaż czasami przychodzi tylko księżniczka. Ale ona robi na nich największe wrażenie. Sam wiesz jaka ona jest. A oni nie znają jej tak dobrze jak ty. A he he chcieliby! - Mówił jakby dzielił się z kolegą jakimiś pikantnymi plotkami.
- Mam tylko nadzieję, że poród nie odbędzie się tu. - odparł mnich - Jeżeli jeszcze mnie oznajmią jako ojca tak obfitego miotu. - Otto uśmiechnął się swego pacjenta - W sumie jak tobie minęła noc, Greg? Księgi znowu cię odwiedziły? Wiem, że to długo trwa, ale podejrzewam, że wkrótce opuścisz to miejsce.
- Tak wiem. Ale ten twój kolega nie był zbyt miły. Zawsze bardziej wolałem z tobą rozmawiać. On myśli, że ja głupi jestem i nie mogę znać książek jak nie umiem czytać. Co za brak wyobraźni. - Pacjent pokręcił głową, jakby mnich nie mówił mu nic nowego. A nawet jakby już przerobił kilka wariantów mieszkania u Tobiasa. Za to do Otto wydawał się żywić większą sympatię. Na pytanie o miot zachichotał jak mały chłopiec.
- Nie no tu nie. Przecież księżniczka to jutro urodziła. No zobacz jaka teraz jest niedopełniona. - Wskazał w stronę drzwi jakby tam widział obie, ciężarne nosicielki. Ale mnich nikogo. Tylko drzwi jakie się zamknęły za jego kolegami. - Może to będzie jej pierwszy miot ale za to jaki znaczący! Taka pamiątka jej została. To znak łaski Sióstr. Książki tak powiedziały. Że jest wybrana do tego zadania. Teraz sama będzie mogła i być w robaczej ciąży i robić robacze ciąże. No ale wiadomo, ona nie rozmawia z książkami to trochę głupia jest i nieco spanikowała. Nie to co ja. Bo książki mnie wybrały na swojego opiekuna! - Teraz mówił poufale jakby zdradzał plotkę koledzę o ich wspólnej znajomej. I aż pokraśniał z dumy gdy wspomniał o swojej wyjątkowej roli jako powiernika książkowej wiedzy. Ale podskoczył przestraszony gdy drzwi nagle otwarły się i wrócił do nich Ludwik.
- O, jednak namówiłeś go aby zszedł. - Ucieszył się gdy dojrzał kłopotliwego pacjenta znow na ziemi a nie na szczycie wysokiego regału. Jednak widocznie nie po to wrócił. - Przyszła ta młoda cukiernik. Prosiła o spotkanie z tobą. Czeka na recepcji. Lepiej do niej wyjdź bo sam widzisz co tu się u nas dzieję. Mam nadzieję, że lady von Treskow nie przyjedzie do nas właśnie teraz. - Przekazał wiadomości rzucił nieco żartoliwie uwagę o sławnej spiewaczce. Jednak nie do końca był to żart. W tym momencie hospicjum nie prezentowało się zbyt godnie ani bezpiecznie. Akolita znów zniknął za drzwiami i mnich został sam z pacjentem.
- Widzisz, ciągle jestem rozchwytywany. Idź odpocznij Greg, spotkamy się jutro. - a mnich ruszył na spotkanie z Teofano.
- Przecież już żeśmy się tam spotkali. - Greg przewrócił oczami jakby znów miał inne postrzeganie czasoprzestrzeni niż jego rozmówca. Ale został w bibliotecę, gdy jednooki mnich wyszedł na korytarz.
Znajdując cukiernik mnich skłonił się.
- Pani Lebkuchen, w czym mogę służyć?
Teofano ucieszyła się gdy tylko go zobaczyła i wydawała się być bardzo pobudzona. Jednak poczekała aż Otto do niej podejdzie i oficjalnie się przywita. W końcu na recepcji był jeden z braci jaki próbował udawać, że wewnątrz hospicjum nie dzieje się nic niezwykłego.
- Pochwalony bracie Otto. Moja matka prosiła aby wam to przynieść w podziękowaniu za wczorajsze leczenie. Mówiła, że czuje się o wiele lepiej i prosiła aby to przekazać w formie podziękowania - Wskazała na koszyk ze słodkościami z ich cukierni. Na sam widok i zapach aż ślinka sama napływała do ust. - Moja matka mówiła, że nie wie ile utrzyma się ten efekt ale na razie czuje się jakby zdjęło jej z karku dekadę życia. - Uśmiechnęła się słodko do mnicha jakby zdawała sobie sprawę z kosmatego sensu tej rozmowy. Ale po cichu dorzuciła coś jeszcze. - Możemy gdzieś porozmawiać? - Poprosiła tak cicho aby brat z recepcji raczej tego nie usłyszał.
- Oczywiście, proszę ze mną. - chwilę zajęło nim znaleźli jakieś ustronne miejsce. Mnich zerknął na Teofano - Coś się stało?
- Urodziłam! - Młoda rzemieślniczka cukiernictwa, rozpromieniła się gdy wreszcie mogła podzielić się tą radosną dla niej wiadomością. Zarzuciła ramiona na szyję mnicha i pod wpływem emocji, pocałowała go w policzek. Dopiero wtedy była w stanie mówić dalej. - Wczoraj wieczorem. Już byłam sama w swoim pokoju. Zaczęłam czuć jak się przesuwają do wyjścia. To dokładnie tak jak w Festag mówiła lady Fabienne! I zaczęły ze mnie wychodzić. Z kuperka. To było cudowne! Teraz rozumiem co milady czuła podczas porodu. Nie mogę się doczekać kolejnego. Potem rozebrałam się i przytuliłam je do siebie, do mojej piersi, brzucha i łona. To było takie przyjemne. Moje dzieci. Policzyłam je. Jest ich osiem. Nie są takie duże jak te co milady urodziła ale większe niż te od Margo. - Szybkim szeptem streściła te radosne dla siebie wydarzenia. Wtedy trochę cofnęła się i matczynym gestem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu. - Ale te z brzucha jeszcze nie wyszły. Wciąż je w sobie czuję. Nie mogę się doczekać kiedy je urodzę! - Obdarzyła mnicha spojrzeniem pełnym radosnego oczekiwania. - Ale z kuperka to mi chyba wszystkie wyszły. Więc jakbyś miał jakieś jaja to ja oczywiście przyjmę je z gorącą radością. - Zapewniła go gorliwie i wydawała się żywić cień nadziej, że może od ręki będzie mogła przyjąć dar Oster. - Aha. Ale trochę się bałam zostawiać te moje dzieci w moim pokoju. Więc przyniosłam je tutaj. Margo je trzyma w torbie. Została na zewnątrz. - Lekko wskazała swoją kasztanową głową w stronę frontu budynku gdzie pewnie została jej pokojówka.
Mnich się uśmiechnął, sięgając pod habit.
- Masz szczęście, ponieważ po południu spotykam się z Lady Odette. - mnich wyciągnął swoją zabawkę, napełnioną już jajami - Co do twoich maleństw… nie mogę ich przyjąć tutaj. Mogłybyście je zanieść do jednej apteki w mieście? - opisał gdzie znajduje się apteka Sigismundusa - Zapukajcie, zawołajcie, że jesteście ode mnie i zostawcie maluszki pod drzwiami. Osoba, która tam jest się nimi zaopiekuje. - ujął Teofano w pasie - Więc moja droga mateczko, gotowa na kolejne dzieci?
- O. Będziesz się widział z lady Odette? To pozdrów ją ode mnie. Ona też tak bardzo kocha te nasze dzieci. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej miot. - Cukiernik rozpromieniła się słysząc takie wieści. I jeszcze tylko odruchowo rozejrzała się po celi. Po czym bez wahania schyliła się aby podnieść dół swojej spódnicy i ściągnęła bieliznę do kolan. Po czym zachęcająco wypięła się w stronę mnicha, opierając się dłońmi o ścianę. - To daj mi Otto nasze nowe dzieci. - Rzuciła do niego zalotnie i widać było, że nie może się doczekać tej przyjemności.
Mnich wykonał swoją powinność. Delikatnie pieszcząc cukiernik pocałunkami.
- Gratuluje kolejnego brzemienia, droga Teofano.Reszta jego zmiany minęła bez echa.
Opuszczając hospicjum mnich ruszył na spotkanie z Odette i jej znajomymi.
Po obiadku, planował odwiedzić Łasicę. -
Otto ruszył do hospicjum odrobinę zmartwiony jak wygląda sytuacja u Fabienne. Nie mógł jednak biec na ratunek za każdym razem, kiedy Siostry się odezwą.
Zważając co go czekało w hospicjum, może i dobrze, że przyszedł tu od razu.
- George. Jestem już. Proszę zejdź i porozmawiajmy jeszcze raz. Wiesz jak to ze mną jest. Taki zabiegany jestem, że zapominam połowy rzeczy.
- Już dzisiaj rozmawialiśmy i wszystko ci tłumaczyłem. Tylko wtedy byłeś z królową i księżniczką. - Pacjent złożył ramiona na piersi i zrobił nadąsaną minę. Przez co patrząc od dołu, wyglądał bardzo komicznie. Ale też zdawał się w ogóle nie zważać na różnicę wysokości. Przez co dwaj bracia Otto, stali obok regału zaniepokojojeni. Widać było, że obawiają się, że Greg albo skoczy albo zachwieje się i spadnie.
- A ten dalej swoje. - Ludwik szepnął cicho z mieszniną niepokoju i irytacji na zachowanie pacjenta. - A Greg, możesz zejść na dół? Porozmawiamy na spokojnie. - powiedział trochę głośniej, łagodnym tonem, aby zachęcić pacjenta do współpracy. Ten na razie jednak co prawda nie skoczył ale też nie schodził sam na dół.
- Zostawcie go mnie, pewnie inni potrzebują waszej opieki. - skinął braciom i zerknął na Grega - Wiem, że już dziś rozmawialiśmy, ale głupi jestem i zapomniałem. Wiesz jak to jest, szukam twoich ksiąg, załatwiam sprawy z księżną. Tyle mam na głowie, że ledwo mi się mieści wszystko. Zejdź do mnie proszę, pochodzimy i opowiem ci co tam się dzieje.
Dwaj bracia popatrzyli na jednookiego nieco niepewnie. W końcu Jurgen wzruszył ramionami i skinął głową. - Ja idę. Jeden z tych pacanów zamknął się w składziku przy kuchni. - Całkiem chętnie zgodził się aby to kolega przejął kłopotliwego pacjenta. Ludwik jeszcze chwilę się wahał, obserwując plecy odchodzącego kolegi. Potem na Otto i jeszcze zadarł głowę do góry na pacjenta jaki wciąż stał na szczycie bibliotecznego regału. Greg złożył ramiona na piersi i przybrał pełen wyższości, wyczekujący wyraz twarzy.
- Ja zawsze schodzę dopiero jak sobie pójdziesz z kolegą. Chociaż czasem się potykam i spadam. A czasem ze złości tupie nogą. I też spadam. Widziałem to wiele razy. - Pokiwał głową jakby mówił o jakiejś historii przeczytanej w książce. Więc Ludwik popatrzył jeszcze chwilę na niego, potem na kolegę, i w końcu skinał mu głową.
- No dobra, to ja też idę. Mam nadzieję, że sobie z nim poradzisz. - Akolita mówił jakby nie do końca był pewny czy to dobry pomysł. Jednak w końcu też ruszył w ślad za starszym kolegą. I chociaż chwilowo, Otto został w bibliotece sam z kłopotliwym pacjentem. Ten zachichotał teraz, jakby coś go bardzo rozbawiło. Przez co wyglądał jak stereotyp zdziecinniałego szaleńca.
- Widziałeś? Widziałeś jak ich oszukałem? - Zaśmiał się jakby udał mu się jakiś figiel. Ruszył po regale w stronę nico niższej szafy na jaką przed chwilą, próbowali go zwabić obaj bracia. Tu nieco niezdarnie gramolił się na nią. Najpierw zniżył się na czworaka, potem zaczął opuszczać nogi i niepewnie macać stopą w sandale gdzie jest płaska powierzchnia. Jak małe dziecko, chociaż pewnie wielu młodych uliczników pokonałoby już tą przeszkodę o wiele szybciej i sprawniej od dorosłego pacjenta. W końcu Greg jednak stanął na tej szafie. I podszedł do jej krawędzi. Usiadł na niej jak na krześle. Teraz powinien zejść na jeszcze niższą szafkę. Na razie jednak zatrzymał się i z góry popatrzył na jednookiego mnicha. Wydawał się być zadowolony z rozbawiony.
- A pamiętasz jak rozdziawiali gęby z wrażenia jak przyszedłeś z nimi obiema? - Znów zachichotał jakby dzielili wspólne wspomnienie. Nawet kiwnął brodą w stronę drzwi wejściowych jakby kogoś tam widział. Chociaż nie było tam teraz nikogo.
- No cóż, jak zjawi się Lady Odette to na pewno też będą pod wrażeniem. - mnich westchnął - Dziś udam się do jednej z moich koleżanek i przekażę jej opis tej kobiety, która poszukuje ksiąg. Przy odrobinie szczęścia więcej oczu na ulicy ją znajdzie. - zerknął na Grega - Odwiedziłeś mnie we śnie. Chyba powoli zaczynam rozumieć co się wyrabia jeżeli chodzi o larwy.
Pacjent wciąż siedział na wysokim meblu jak na krześle. Nieco przekrzywił głowę na bok gdy słuchał mnicha. Po czym znów zachichotał radośnie, jakby usłyszał świetny kawał albo udało mu się jakąś psotę zmalować. Przestał i uśmiechnął się szeroko do Otto.
- No tak! No zobacz! No sam zobacz! - Energicznie podniósł ramię i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą wyszli obaj bracia. Tylko, że nadal tam nikogo nie było i nic się nie działo. Wtem ześlizgnął się na niższą szafkę a z niej zszedł na krzesło i z niego na podłogę. Raźno podszedł do tych drzwi i jeszcze raz odwrócił się do mnicha. - No sam zobacz! - Powiedział radośnie jakby widział przy tych drzwiach jakąś rozgrywającą się scenę. - Widzisz jak ładnie razem wyglądacie? - Wskazał na drzwi jakby mówił o jakichś żywych osobach. Po czym podszedł jeszcze ze dwa kroki. - O naprawdę? A kiedy termin? - Zapytał jakby z kimś rozmawiał. Po czym dłońmi zrobił gest jakby dotykał czegoś okrągłego. Nawet przyłożył tam ucho jakby nasłuchiwał. Znów się wyprostował jakby wysłuchiwał czyjejś odpowiedzi. - Ah rozumiem. - I ostrożnie cofnął się z powrotem w stronę czekającego mnicha. Teraz wyglądał jakby razem oglądali tą scenę, chociaż Otto nadal widział tylko zamknięte drzwi na korytarz. - To będzie obfity miot. U nich obu. I widzisz? Pamiętają o tobie. Mówią, że to ty jesteś ojcem. Przynajmniej za pierwszym razem. - Uśmiechał się słodko jakby obserwował jakąś rodzinną scenę. - Zobaczysz, jak tylko tu przyjdą to wszyscy rozdziawią gęby ze zdziwienia. Chociaż czasami przychodzi tylko księżniczka. Ale ona robi na nich największe wrażenie. Sam wiesz jaka ona jest. A oni nie znają jej tak dobrze jak ty. A he he chcieliby! - Mówił jakby dzielił się z kolegą jakimiś pikantnymi plotkami.
- Mam tylko nadzieję, że poród nie odbędzie się tu. - odparł mnich - Jeżeli jeszcze mnie oznajmią jako ojca tak obfitego miotu. - Otto uśmiechnął się swego pacjenta - W sumie jak tobie minęła noc, Greg? Księgi znowu cię odwiedziły? Wiem, że to długo trwa, ale podejrzewam, że wkrótce opuścisz to miejsce.
- Tak wiem. Ale ten twój kolega nie był zbyt miły. Zawsze bardziej wolałem z tobą rozmawiać. On myśli, że ja głupi jestem i nie mogę znać książek jak nie umiem czytać. Co za brak wyobraźni. - Pacjent pokręcił głową, jakby mnich nie mówił mu nic nowego. A nawet jakby już przerobił kilka wariantów mieszkania u Tobiasa. Za to do Otto wydawał się żywić większą sympatię. Na pytanie o miot zachichotał jak mały chłopiec.
- Nie no tu nie. Przecież księżniczka to jutro urodziła. No zobacz jaka teraz jest niedopełniona. - Wskazał w stronę drzwi jakby tam widział obie, ciężarne nosicielki. Ale mnich nikogo. Tylko drzwi jakie się zamknęły za jego kolegami. - Może to będzie jej pierwszy miot ale za to jaki znaczący! Taka pamiątka jej została. To znak łaski Sióstr. Książki tak powiedziały. Że jest wybrana do tego zadania. Teraz sama będzie mogła i być w robaczej ciąży i robić robacze ciąże. No ale wiadomo, ona nie rozmawia z książkami to trochę głupia jest i nieco spanikowała. Nie to co ja. Bo książki mnie wybrały na swojego opiekuna! - Teraz mówił poufale jakby zdradzał plotkę koledzę o ich wspólnej znajomej. I aż pokraśniał z dumy gdy wspomniał o swojej wyjątkowej roli jako powiernika książkowej wiedzy. Ale podskoczył przestraszony gdy drzwi nagle otwarły się i wrócił do nich Ludwik.
- O, jednak namówiłeś go aby zszedł. - Ucieszył się gdy dojrzał kłopotliwego pacjenta znow na ziemi a nie na szczycie wysokiego regału. Jednak widocznie nie po to wrócił. - Przyszła ta młoda cukiernik. Prosiła o spotkanie z tobą. Czeka na recepcji. Lepiej do niej wyjdź bo sam widzisz co tu się u nas dzieję. Mam nadzieję, że lady von Treskow nie przyjedzie do nas właśnie teraz. - Przekazał wiadomości rzucił nieco żartoliwie uwagę o sławnej spiewaczce. Jednak nie do końca był to żart. W tym momencie hospicjum nie prezentowało się zbyt godnie ani bezpiecznie. Akolita znów zniknął za drzwiami i mnich został sam z pacjentem.
- Widzisz, ciągle jestem rozchwytywany. Idź odpocznij Greg, spotkamy się jutro. - a mnich ruszył na spotkanie z Teofano.
- Przecież już żeśmy się tam spotkali. - Greg przewrócił oczami jakby znów miał inne postrzeganie czasoprzestrzeni niż jego rozmówca. Ale został w bibliotecę, gdy jednooki mnich wyszedł na korytarz.
Znajdując cukiernik mnich skłonił się.
- Pani Lebkuchen, w czym mogę służyć?
Teofano ucieszyła się gdy tylko go zobaczyła i wydawała się być bardzo pobudzona. Jednak poczekała aż Otto do niej podejdzie i oficjalnie się przywita. W końcu na recepcji był jeden z braci jaki próbował udawać, że wewnątrz hospicjum nie dzieje się nic niezwykłego.
- Pochwalony bracie Otto. Moja matka prosiła aby wam to przynieść w podziękowaniu za wczorajsze leczenie. Mówiła, że czuje się o wiele lepiej i prosiła aby to przekazać w formie podziękowania - Wskazała na koszyk ze słodkościami z ich cukierni. Na sam widok i zapach aż ślinka sama napływała do ust. - Moja matka mówiła, że nie wie ile utrzyma się ten efekt ale na razie czuje się jakby zdjęło jej z karku dekadę życia. - Uśmiechnęła się słodko do mnicha jakby zdawała sobie sprawę z kosmatego sensu tej rozmowy. Ale po cichu dorzuciła coś jeszcze. - Możemy gdzieś porozmawiać? - Poprosiła tak cicho aby brat z recepcji raczej tego nie usłyszał.
- Oczywiście, proszę ze mną. - chwilę zajęło nim znaleźli jakieś ustronne miejsce. Mnich zerknął na Teofano - Coś się stało?
- Urodziłam! - Młoda rzemieślniczka cukiernictwa, rozpromieniła się gdy wreszcie mogła podzielić się tą radosną dla niej wiadomością. Zarzuciła ramiona na szyję mnicha i pod wpływem emocji, pocałowała go w policzek. Dopiero wtedy była w stanie mówić dalej. - Wczoraj wieczorem. Już byłam sama w swoim pokoju. Zaczęłam czuć jak się przesuwają do wyjścia. To dokładnie tak jak w Festag mówiła lady Fabienne! I zaczęły ze mnie wychodzić. Z kuperka. To było cudowne! Teraz rozumiem co milady czuła podczas porodu. Nie mogę się doczekać kolejnego. Potem rozebrałam się i przytuliłam je do siebie, do mojej piersi, brzucha i łona. To było takie przyjemne. Moje dzieci. Policzyłam je. Jest ich osiem. Nie są takie duże jak te co milady urodziła ale większe niż te od Margo. - Szybkim szeptem streściła te radosne dla siebie wydarzenia. Wtedy trochę cofnęła się i matczynym gestem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu. - Ale te z brzucha jeszcze nie wyszły. Wciąż je w sobie czuję. Nie mogę się doczekać kiedy je urodzę! - Obdarzyła mnicha spojrzeniem pełnym radosnego oczekiwania. - Ale z kuperka to mi chyba wszystkie wyszły. Więc jakbyś miał jakieś jaja to ja oczywiście przyjmę je z gorącą radością. - Zapewniła go gorliwie i wydawała się żywić cień nadziej, że może od ręki będzie mogła przyjąć dar Oster. - Aha. Ale trochę się bałam zostawiać te moje dzieci w moim pokoju. Więc przyniosłam je tutaj. Margo je trzyma w torbie. Została na zewnątrz. - Lekko wskazała swoją kasztanową głową w stronę frontu budynku gdzie pewnie została jej pokojówka.
Mnich się uśmiechnął, sięgając pod habit.
- Masz szczęście, ponieważ po południu spotykam się z Lady Odette. - mnich wyciągnął swoją zabawkę, napełnioną już jajami - Co do twoich maleństw… nie mogę ich przyjąć tutaj. Mogłybyście je zanieść do jednej apteki w mieście? - opisał gdzie znajduje się apteka Sigismundusa - Zapukajcie, zawołajcie, że jesteście ode mnie i zostawcie maluszki pod drzwiami. Osoba, która tam jest się nimi zaopiekuje. - ujął Teofano w pasie - Więc moja droga mateczko, gotowa na kolejne dzieci?
- O. Będziesz się widział z lady Odette? To pozdrów ją ode mnie. Ona też tak bardzo kocha te nasze dzieci. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej miot. - Cukiernik rozpromieniła się słysząc takie wieści. I jeszcze tylko odruchowo rozejrzała się po celi. Po czym bez wahania schyliła się aby podnieść dół swojej spódnicy i ściągnęła bieliznę do kolan. Po czym zachęcająco wypięła się w stronę mnicha, opierając się dłońmi o ścianę. - To daj mi Otto nasze nowe dzieci. - Rzuciła do niego zalotnie i widać było, że nie może się doczekać tej przyjemności.
Mnich wykonał swoją powinność. Delikatnie pieszcząc cukiernik pocałunkami.
- Gratuluje kolejnego brzemienia, droga Teofano.Reszta jego zmiany minęła bez echa.
Opuszczając hospicjum mnich ruszył na spotkanie z Odette i jej znajomymi.
Po obiadku, planował odwiedzić Łasicę.Tura 78 - 2519.07.29; ab; południe
Miejsce: Nordland; rzeka Salt; między Neus Emskrank a “Błękitny łabędź”; barka “Poranna jutrzenka”; główny pokład
Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Egon i ekipa
Rejs w górę Salt, przebiegał dość spokojnie. Można by rzec, że monotonnie. Wioślarze kiwali się nad wiosłami, co jakiś czas się zmieniali. Za burtami mijali ścianę ponurego lasu. Wschodni brzeg stopniowo opadł na tyle, że nadmorskie klify, ktore dzieliły Neus Emskrank, dawno zostały za rufą. Co jakiś czas mijali pojedyncze drewniane chaty lub zgrupowanie dwoch czy trzech. Trudno to było nawet wioską nazwać. Przycupnięte jak przestraszone kury, na skraju lasu i rzeki. Spotykali też inne barki. Zwykle płynęły w dół rzeki, w kierunku morza. Szyprowie pozdrawiali się sygnałem dzwonów i uniesieniem dłoni. To jak na razie były najbardziej spektakularne spotkania na rzece. Z raz czy dwa trafili na jakis trudniejszy do przepłynięcia kawałek. Wówczas Wagner osobiście stawał za wiosłem sterowym a jeden z marynarzy na dziobie dawał mu znaki jak to wygląda i którędy ma płynąć.
Najprzyjemniejszym wydarzeniem chyba był śpiew Astrid. Córka jarla miała całkiem mocny i charakterystyczny głos. Całkiem inny niż to co prezentowała lady Odette von Treskow podczas mszy. Ale może to przez repertuar. Skald śpiewała głównie morskie szanty albo popularne piosenki więc nie było wiadomo czy Słowik Północy zniżyłaby się do śpiewania tak pospolitego gatunku albo czy Norsmenka by dała radę zaśpiewać taką arię jak miodowłosa milady. Jej występy spodobały się tak mieszanej publiczności bo nagrodzili ją oklaskami i prosili aby zaśpiewała coś jeszcze. Blondynka zwykle ulegała takim prośbom, zadowolona, że ma tak wdzięczną widownię.
- Ja to znam tych piosenek i sag o wiele więcej. Ale większość to po naszemu. W reikspiel albo po kislevsku to znam o wiele mniej. - Astrid nie do końca chciała się obnosić ze swoich północnym pochodzeniem. Więc śpiewała głównie w języku południowców jakie znała. I dało się wyczuć, że te samorzutnie nałożone więzy krępują jej talent. Ale kolegom to się mogła przyznać. Nawet się trochę zdziwiła, że jedna szanta jaka pochodziła od nich z Norsci, jest znana także tutaj.
- Co się dziwisz? Tu podobno co drugi ma pochodzenie od nas. - Lars był mniej zdziwiony. Ale on w swoich podróżach jako łupieżca, żeglarz i najemnik, zwiedził wiele wybrzeży i portów Starego Świata. A wedle powszechnej opinii Nordlandczycy rzeczywiście byli spokrewnieni z plemionami z północnej części Morza Szponów.Drugą rozrywką ale raczej dla uczestników ostatniego noclegu w “Mewie” była Jutta. Młoda, szczupła celnik, okazała się bardzo rozrywkową dziewczyną. Chociaż starała się zachować pozory godne jej urzędu. Najczęściej widać ją było na pokładzie, to tu, to tam. Rozmawiała to z Wagnerem, to z jego marynarzami, trochę z Gezacktem, Norsmenami czy Egonem. To wyglądało całkiem naturalnie. Chyba raczej nikt nie powinien po niej domyśleć się, że razem spędzili intensywną noc. A czasem znikała w niewielkiej, rufowej nadbudówce. Co jak się jej nie śledziło wzrokiem celowo to łatwo było przegapić. W końcu była tam też bardacha więc co jakiś czas większość obecnych tam chodziła. W pewnym momencie do Egona i dwójki Norsmenów, podeszła Burgund. I wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Oczy jej błyszczały a na ustach błądził krzywy uśmieszek.
- A co się tak szczerzysz? - Lars wydawał się być zaintrygowany jej postawą.
- A właśnie byłam u Jutty. - Dziewczyna z ulicy, przyznała im się bez skrępowania.
- I co? - Astrid też była ciekawa.
- No i Jutta jest bardzo gościnna. Zostawiłam ją przywiązaną do łóżka. - Zachichotała Burgund jakby udał jej się świetny figiel. To spowodawało, że dwójka Norsmenów też roześmiała się rozbawiona. - No co? Wino nam się skończyło. To wyszłam po jeszcze. A tak ładnie wygląda związana, że szkoda mi było ją odwiązywać. Nieźle ją ten Hubert wyszkolił. Tylko tutaj trochę trzeba się szczypać. No ale jak będziemy nocować w “Łabędziu” to może być całkiem ciekawie. - Łotrzyca podzieliła się swoimi wrażeniami z pogłębiania znajomości z mytniczką. To Astrid i Larsa też rozbawiło. - No ale wino już mam. Ale pomyślałam, że może ktoś z was chce jej zanieść? - Burgund wskazała na trzymany dzban z pokrywka na znak, że nie jest chciwa i może dać przyjaciołom okazję do zabawy z nową koleżanką.
Można było też grać w karty albo kości. Tą drugą grę preferował Gezackt i dwójka jego kompanów. Ale często ktoś im towarzyszył. A to Lars, Astrid, Burgund czy któryś z marynarzy. Zbójcy mieli kości o nieco spłaszczonych ściankach. Przez co na tym dwóm węższym trudniej było wypaść. Dlatego 1 i 6 punktowano podwójnie. Te spłaszczone kości były równie popularne jak i te bardziej równomierne. I jak większość z nich, były robione samodzielnie więc były trochę koślawe. Na ładne, gładkie, równomierne kości to sobie mogli pozwolić oficerowie, szlachcie albo zawodowi gracze. Teraz grali dla zabicia czasu na raczej drobne kwoty liczone w miedziakach. Lub za jakieś bibeloty. Przy okazji rozmawiano i była okazja lepiej się poznać.
- Widzieliście tą mytniczkę? Ale suczy w tych spodniach. Zobacz jak się wypina. - Mruczał cicho ten drugi zbójnik zwany Giętki. Kątem oka obserwował Juttę. Ta akurat nie miała co robić więc opierała się o reling i wyglądała za burtę. Rzeczywiście z tej perspektywy widać było zalety tyłów jej sylwetki a spodnie ładnie to podkreślały. - Ale bym ją brał. - Giętki zaśmiał się chrapliwie i zrobił gest jakby teraz stał tuż za mytniczką i się do niej dobierał.
- Wybij to sobie z tego durnego łba Giętki. To mytniczka. Niepotrzebne nam kłopoty. - Gezackt rzucił mu ostrzegawczym tonem. Ale jednak rzucił na miejską urzędniczkę okiem. - No ale łania niczego sobie. Też bym ją chętnie brał. - Pokiwał głową jakby przyznając, że i on nie jest ślepy na urodę celniczki.
- I ona wam się podoba. Ledwo się jakaś latawica trochę wypnie i zaraz tracicie dla niej głowy. - Blondwłosa Martin popatrzyła na kolegów z politowaniem. I wyciągnęła dłoń do herszta aby przekazał jej kostki.
- No ja się chłopakom nie dziwię. Jest u niej na co popatrzeć. Ale i tak się nie umywa do ciebie. - Burgund umiejętnie wysmażyła komplement blond łuczniczce. Czym od razu zarobiła od niej pełne wdzięczności spojrzenie i ciepły uśmiech.
- No kobieta w spodniach, zawsze jest warta uwagi. I jak wam się podoba żeglowanie? - Lars co tym razem nie grał ale siedział wygodnie na jakichś belach materiału dość blisko nich.
- No po rzece to nie tak źle. Ale na morze to mnie nie zaciągniesz. - Gezackt zaśmiał się do niego i na wynik rzutu. Bo koleżance wypadł dość słaby rzut i miała teraz niewyraźną minę.
- Nie jest tak źle. Ja kiedyś trochę pływałem po Talabek. - Giętki pochwalił się, że ma na tym polu większe doświadczenie od swojego szefa.
- Pływałeś. To był prom. Pływałeś od brzegu do brzegu. - Martin prychnęła z irytacją. Ale jakoś nie kwapiła się aby sięgnąć do sakiewki.
- Ale pływałem! Zresztą tam się akurat spotkaliśmy. A wcześniej też trochę pływałem. - Giętki fuknął na nią jakby dotknęła go ta uwaga koleżanki.
- Dobra Martin, nie przeciągaj kości tylko dawaj miedziaki. Chyba, że che che wolisz zapłacić inaczej. - Herszt upomniał koleżankę a ta przesadnie głośno westchęła i demonstracyjnie sięgnęła do woreczka z monetami. Ten wyglądał dość biednie.
- A jakbym w Salmund wam oddała? - Podniosła swoją głowę jakby po cwaniacku obliczała co bardziej jej się opłaca.
- Tak, zawsze to samo. Jak co do czego to “W Saltmund wam oddam”. Daj spokój Martin, nikt już się na to nie nabiera. - Giętki mówił zjadliwie jakby chciał się zrewanżować za wcześniejszą złośliwość.
- Oj no co ja zrobię, że tak rzadko tam bywamy? A ja tak dawno nie widziałam wuja. On sie przeniósł do stolicy i ma tam świetny interes. - Blondynka najpierw spojrzała na swoich kolegów ale potem na pozostałych. I tak mijała mila za milą i dzwon za dzwonem.
Gdy zaczęło się zbliżać południe pogodne niebo zaczęło zasnuwać się ciemnymi, szarymi chmurami. I wygladało na to, że może będzie padać. Była to też pora obiadu. Tak jak im jeszcze w mieście zapowiedziała Jutta, łajba nie zatrzymała się. Tylko jeden z marynarzy zaczął gotować i smażyć. Po pokładzie rozszedł się zapach smażonej ryby. W końcu jak był gotowy to i marynarze, i eskorta, i pasażerowie zaczęli się ustawiać w kolejkę. A i wioślarze zrobili sobie przerwę aby coś zjeść. Posiłek był prosty. Ser, smażona mała ryba, gotowana ryba w zupie, chleb i słabe wino. Przypominało podstawowy zestaw w jakiejś tawernie czy zajeździe. Daleko mu było do tej uczty Zachodnich Kamieniach albo jak się czasem załapali na obiad u Pirory. Ale spełniał swoje zadanie i w dól spływało przyjemne ciepło jakie stopniowo napełniało żołądek.
Po obiedzie wioślarze wznowili pracę. I łajba znów ruszyła w górę rzeki. Z ponurego nieba zaczęła padać mżawka. Drobne krople padały wywołując monotonny, cichy szum i drobne stukanie kropel o drewno. Stopniowo pokład i relingi ciemniały o wilgoci. Ale raczej mało komu to przeszkadzało. Nawet wydawało się to ożywcze. W każdym razie nie stanowiło to przeszkody w dalszej podróży. Ot krajobraz ograniczony dwoma ścianami lasu z obu stron, był teraz bardziej ponury niż gdy świeciło letnie słońce.
- Coś słychać! Od dziobu! - Jeden z marynarzy krzyknął w stronę rufy. Kilka głów spojrzało na niego, po czym na Wagnera. Zaczęli nasłuchiwać. Przez chwilę było słychać tylko ciche stukanie i szum mżawki. Cichy chlupot fal opływających kadłub. Trzask lin i drewna. Do tego jednak od rana zdążyli się już tak przyzwyczaić, że nie zwracali na to uwagę.
- No tak. Ja też słyszę. Jakby jakiś zgiełk. - Wśród pozostałych, rudowłosa łotrzyca pierwsza potwierdziła słowa marynarza. Po paru chwilach także i pozostali mówili, że coś słychać. Jakiś tumult. Ale wciąż trudno było powiedzieć co to może być. Rzeka przed nimi była pusta więc to raczej nie chodziło o inną jednostkę.
- To chyba gdzieś z brzegu. - Astrid zmarszczyła brwi. Chyba się zbliżali do źródła tego hałasu. Coraz bardziej wydawało się, że to z zachodniego brzegu. Ale było widać tylko tą ponurą ścianę lasu.
- Uważajcie! To mogą być ci piraci! - Wagner wyglądał na zaniepokojonego. I krzyknął do eskorty aby im przypomnieć po co ich wynajął. Chociaż nadal innej łajby nie było widać.
- No mogliby się wreszcie pokazać. Chętne kobiety i wino są dobre ale dobrze by było też w coś topór wbić. - Lars mruknął pod nosem z lekkim rozbawieniem. Rozglądał się jednak czujnie za źródłem tego hałasu. - Ktoś tam nieźle dokazuje. - Zmrużył oczy i co chwila przekręcał głowę aby lepiej łowić dźwięki.
- Szkoda, że Bjorna nie ma. On ma wilczy słuch i psi węch. - Astrid oparła się dłońmi o burtę aby wyjrzeć na zewnątrz.
- Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Heinrich i Fabienne
Właściwie to dzisiaj Heinrich miał u siebie dwoje gości z jego tajnej rodziny. Pierwszą była lady Fabienne. Po wizycie u Fredy, bretońska milady jeszcze na chwilę zaszła w odwiedziny do kolegi. Rzemieślniczka dokończyła robić dla niej robaczą misę. I te czerwie to wyszły jej chyba jeszcze troche większe niż te co zrobiła dla swojego sąsiada. A może tylko tak mu się wydawało? Musiałby pewnie postawić obok siebie te dwa naczynia aby je porównać i mieć pewność. No ale misa dla Fabienne miała dopiero iść do wypalenia i być gotowa na jutro. Myszata garncarka była pod takim wrażeniem dwójki znamienitych gości, że aż ich odprowadziła do drzwi i kłaniała im się w pas. Bretonkę to nieco bawiło. Ale były łowca czarownic szybko zorientował się, że chce mu coś jeszcze opowiedzieć. I pewnie dlatego zaszła jeszcze na chwilę w odwiedziny. Przy okazji widział grupkę młodzików co obsiadywali wejście do sąsiedniej granicy. Trzech czy czterech chłopaków i ze dwie dziewczyny. Na pierwszy rzut oka robili wrażenie kogoś w stylu Silnego i obu łotrzyć. Tylko jeszcze w nie tak doświadczonych. Kojarzył ich z widzenia. Często tam przesiadywali. Bardzo starannie ich odprowadzili wzrokiem ale milady to chyba nawet ich nie zauważyła. Szła zgrabnie i dumnie, płynnie dostoswując się do jego tempa. We dwójkę wrócili do jego mieszkania.
- Zobacz Heinri, jakie ta Freda ma zgrabne rączki. - Czarnowłosa kultystka sięgnęła po coś do swojej niewielkiej torebki. Pasowała do jej czarnej sukni a damy z towarzystwa lubowały się w takich detalach. Kobiety z pospólstwa na takie sobie nie mogły pozwolić. Gdy wyjęła swoją zadbaną, delikatną dłoń trzymała w dłoni dorodnego czerwia. Ciemny brąz gliny, kontrastował z jej alabastrową skórą. Ten robak wyglądał bardzo podobnie do tych jakie w jego snach, pełzały po ciele Fredy a ta zdawała się ich nie zauważać. Tylko te we śnie się ruszały i zachowywały jak żywe. A ten nie. No i te ze snu nie miały pierścienia na jednym końcu. Poza tym jednak robak wyglądał jak żywy.
- To przyjaciel samotnej kobiety. - Szlachcianka dała mu chwilę się przyjrzeć. Nim nie wsadziła dwóch palców w ten pierścień demonstrując jak to pomaga go chwycić. I poruszać w górę i w dół. Zwłaszcza jakby się go używało w kobiecej anatomii. To Fabienne rozbawiło i uśmiechnęła się lekko. - Chociaż przyznam, że w takiej formie to jeszcze takiego nie widziałam. - Znów położyła tą zabawkę na otwartej dłoni jakby oferując koledze aby też mógł go wziąć i się mu przyjrzeć. Ale nie nalegała. On zaś znów miał wrażenie, że ten gliniany czerw znów delikatnie zakłóca Eter. W zamian zaczęła mówić co się działo jak już prawie na koniec wizyty w warsztacie na chwilę wyszła z Fredą przez te drzwi skąd wzięła glinę na wazę.
- Freda zrobiła to dla jednej klientki. Ale też jej się spodobał to i zrobiła kilka więcej. Ciekawe kto jest tą klientką. Nie chciałam jednak nalegać. Zwłaszcza, że pewnie jutro znów przyjadę po odbiór misy. Chociaż może lepiej kazać jej aby mi ją przyniosła do domu? Albo do Pirory? Albo teatru? Jak myślisz Heinri? - Zaciekawiła się jakie on ma zdanie o okoliczności jej ponownego spotkania po odbiór naczynia. Bo zawsze mogła też znów przyjechać tu bezpośrednio i zapewne znów go odwiedzić. Jako bogata dama mogła jednak kazać dostarczyć Fredzie towar pod wskazany adres.
- Trochę się krępowała pokazać to przy tobie. Dlatego poszłam z nią na zaplecze. Ale tam jest brudno. Wszędzie ta glina. Dla mnie wygląda jak nie do końca wyschnięte błoto. Nawet nie wiesz jakie miałam nieprzyzwoite myśli dotyczące mnie, jej, tego czerwia i błota. - Uśmiechnęła się lubieżnie jakby już smakowała jakąś wyrafinowaną potrawę. - No ale na razie nie chciałam jej peszyć. - Westchnęła jakby z pewnym żalem, odsunęła na bok tą wizję. Po czym spojrzała na gospodarza całkiem bystro.
- Zapytałam jej czemu ci mówi “sąsiedzie”. W końcu też jesteś szlachcicem. A chyba jej tak nie peszysz jak ja. - Dała mu chwilę aby rozbudzić jego ciekawość. I widocznie zauważyła tą różnicę w zachowaniu rzemieślniczki w stosunku do ich obojga. - Najpierw powiedziała, że czasem widuje cię przez okno. Całkiem możliwe. Przecież mieszkacie obok siebie. Mogła się więc przyzwyczaić chociaż do twojego widoku. - Pokiwała swoją czarną, ufryzowaną głową na znak, że nawet przyjmuje takie wyjaśnienie garncarki. Brzmiało prawdopodobnie, przecież i Henri od dawna wiedział,że ten warsztat garncarski jest tuż obok. Ale dopiero jak zaczął mu się pojawiać w snach to zwrócił na niego większą uwagę. A zbyt wielu starszych, dobrze ubranych panów to tu w okolicy nie było.
- Ale potem powiedziała, że śniłeś jej się. - Von Mannlieb znów odczekała chwilę aby dorzucić kolejny kawałek opowieści. - Śniło jej się, że jesteś w jej warsztacie i obserwujesz ją przy pracy. I jak rozmawiacie ze sobą. Nie wiedziała jak się nazywasz więc zaczeła cię w myślach nazywać “sąsiadem” no i tak jej zostało. Mam wrażenie, że nie wszystko mi opowiedziała o tych snach no ale nie chciałam być wścibska. W końcu to może być początek całkiem ciekawej znajomości. - Obdarzyła kolegę ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.
- No dobrze, ale teraz już muszę lecieć do ratusza. Obiecałam Egonowi, że rozejrzę się za jakąś łajbą do nabycia po okazyjnej cenie. No i jestem ciekawa Adrienne. Jeszcze nie miałam jej okazji poznać tak dokładnie jakbym miała ochotę. - Uśmiechnęła się figlarnie do Heinricha aby zaznaczyć, że może być to wizyta i przyjemna i pożyteczna.
Lady von Mannlieb pożegnała się z nim jak jeszcze było bliżej poranka niż południa. Teraz było południe. Pogoda się popsuła. Słoneczne, letnie niebo zasnuły ciemne chmury. A po pacierzu czy dwóch, zaczęła z nich padać mżawka. Była obiadowa pora gdy były łowca czarownic usłyszał pukanie do drzwi. W takim rytmie, że musiał to być inny spiskowiec. Jak otworzył to zobaczył Tobiasa.
- Witaj kolego. Czy moglibyśmy porozmawiać? - Zagaił starając się zachować uprzejmość. Jednak Heinrich wyczuł, że uczony jest czymś poruszony. Jednak poczekał aż zostanie zaproszony do środka. I aby gospodarz mógł się poczuć jak gospodarz wobec gościa. Ale szybko przeszedł do rzeczy.
- Heinrichu. Nie uwierzysz co mi się dzisiaj w nocy śniło! Od razu chciałem przyjść do ciebie no ale nie mogłem zawalić swoich obowiązków na uczelni. Teraz mam przerwę obiadową to przyszedłem do ciebie w te pędy. - Zaczął od razu i chyba czuł uglę, że wreszcie jego emocje mogą znaleźć ujście. W nerwowych ruchach sięgnął do swojej zamykanej torby, podobnej do tych używanych przez cyrulików. Po chwili wyjął jakieś papiery i zaczął je szybko rozkładać na stole.
- Pamiętasz? Pamiętasz jak o tym rozmawialiśmy? - rzucił zniecierpliwionym tonem. I Heinri od razu rozpoznał te dziwnie dwuznaczne szkice jakie kolega pokazywał mu podczas ostatnej wizyty u niego. Teraz w pewnym sensie rewanżował się niezapowiedzianymi odwiedzinami. - To. To mi się śniło. - Pokazał palcem na te szkice. - Tylko się ruszały. Jak robaki. Jakieś stonogi, wije i inne obrzydlistwa. Po kobiecych udach i brzuchach. A pamiętasz ta dziura co się zastanawialiśmy co to może być? No to mówię ci, ze dziupla to to nie jest. - Prychnął nieco nerwowo. Przeczesał palcami swoje starannie ufryzowane włosy. I wziął głębszy oddech jakby chciał się uspokoić. - W każdym razie. Tak to interpetuje. Bo jakieś drzewa i gałęzie też widziałem. Tylko stawiam roboczą hipotezę, że raczej nie chodzi o dziuple i drzewa. Bo po co one Siostrom? A te robaki… No to sam wiesz. Sigismundus, ta wiedźma od tych Norsmenów a nawet niektóre nasze koleżanki, co mnie najbardziej dziwi, są całkiem zainteresowane takimi tematami. Słyszałem, że nawet lady Fabienne dała się zasiać. Niewiarygodne. Przecież to szlachcianka. I taka elegancka, wykształcona dama z klasą. Wiesz, że ona tam w Bretonii studiowała nawigację morską? Tu proponowano jej dokończenie studiów. Poszłaby od razu na zajęcia dla zaawansowanych. Ale podobno jej mąż się nie zgodził. - Teraz już odzyskiwał panowanie nad sobą. I po uspokojeniu tych najgwałtowniejszych emocji wracała do głosu jego naukowa natura. A Heinri kojarzył, że belfra nie było na tej nocnej zabawie przy Zachodnich Kamieniach no to nie widział jak potrafi się bawić ta elegancka i świetnie wykształcona dama. Teraz to jednak nie zaprzątało głowy wykładowcy.
- Dobra, mniejsza z tym. - Machnął dłonią, jakby to wszystko odsuwał na boczny tor i chciał się skupić na czymś innym. - Ta studentka co zrobiła te szkice. - Wskazał palcem na rysunki które przed chwilą tak chaotycznie rozłożył na stole. - To Gisele Meissen. Córka jednego z kapitanów. Ale zginął na morzu wiele lat temu. Nie jest szlachcianką ale jej rodzinę stać było aby dać jej wykształcenie w Akademii. Szkoli się na rządcę. Pływać raczej nie będzie ale przecież w porcie, w kapitanacie zawsze są jakieś magazyny i ładunki do zarządzania. No i ma talent jako iluminarz. Lubi rysować i malować. Pewnie dlatego chodzi na te zajęcia z projektowania cytatych galionów co nasze ladacznice są modelkami. Może nawet zna się z Fabienne. Czy z Pirorą to nie wiem, ona jest dość krótko w mieście. Tego nie jestem pewien. - mówił roztargnionym głosem jakby starał sobie przypomnieć co wie o owej rysowniczce. Znów przeczesał dłonią swoje ciemne włosy. Z nieco za dużymi zakolami.
- A dziś śniło mi się, że ona tam jest. Gisele. W Akademii. Na tych zajęciach z naszymi ladacznicami. I je rysuje. Ale tak w tym stylu. - Wskazał gestem na rozłozone szkice. - I jeszcze z kimś rozmawiała. Ale nie widziałem z kim. Albo nie zapamiętałem. To raczej nie dzisiaj. Ale po obiedzie znów mają być te zajęcia. Dlatego do ciebie przyszedłem kolego. Myślę, że to nie przypadek, że mi się to wszystko śniło. No a z tobą właśnie o tym ostatnio rozmawiałem. To od rana od razu pomyślałem o tobie. Chciałem z tobą o tym porozmawiać. Może poszedłbyś na te zajęcia? Ja się trochę obawiam angażować. W końcu Gisele mnie zna. Wie, że tam wykładam. No i powinienem jej chyba oddać te szkice. Taki miałem plan jeszcze wczoraj. Ale po tym dzisiejszym śnie to sam już nie wiem jak to wszystko rozegrać. - Wreszcie się Tobias wygadał i ze strapioną miną usiadł na krześle.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
Czas: 2519.07.29; Aubentag; rano - południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; chłodno (0)Otto i Teofano
Chociaż przy sobie mnich miał tylko jedną porcję jaj w swojej zabawce to młoda cukiernik, przyjęła ją wdzięcznie i chętnie. Przez chwilę jeszcze widział jak ten lepki śluz jaki pokrywał te obłe okruchy życia, wypływał z jej kształtnego kuperka. Po czym ona schyliła się i wciągnęła bieliznę na miejsce, opuściła spódnicę i odwróciła się do niego. Objęła go mocno i pocałowała w usta. - Dziękuję Otto! Jesteś dla mnie taki dobry. - Przylgnęła do niego niczym wierna kochanka. Ale, że energia ją roznosiła to zaczęła mu radośnie opowiadać co się u niej działo od ostatniego spotkania wczoraj.
- Chyba zaczyna mi się układać z Gelą. Jak poszedłeś do nas na górę, to ja ją wezwałam na zaplecze. Na początku w ogóle nie wiedziałam jak zacząć. No to mówiłam jej, że jest miła dla klientów i oni ją lubią. Właściwie to nawet prawda. Chociaż słyszałam, że z niej poza cukiernią to niezła latawica. No ale wczoraj nie mogłam jej tego powiedzieć. To poprosiłam aby usiadła ale widziałam, że nie wie o co mi chodzi. No ale zobaczyłam jej chodaki to wpadłam na pomysł. Uklękłam przed nią, zdjęłam je, i zajęłam się jej stopami i łydkami. Bo przypomniałam sobie lady Fabienne. Gela patrzy na mnie taka zdziwiona. Ja się cały czas bałam, że zaraz zacznie wrzeszczeć i wyleci z wrzaskiem. Nie wiem co bym wtedy zrobiła. Ale ona nie. A ja do niej gadam. Że powinna się odprężyć, że nogi muszą odpocząć bo tak cały czas stoi albo chodzi. I czy przyjemnie. No mówi, że tak. To jej powiedziałam, że to taka moda i, że szlachcianki tak sobie robią. Trochę mnie poniosło i prawie jej powiedziałam o lady Fabienne. Przecież ona tak mi robiła. I nawet Margo. A przecież to tylko pokojówka. Ale w ostatniej chwili złapałam się za język i o niej nie powiedziałam. I trochę się bałam pójść na całość. Pomyślałam, że na pierwszy raz wystarczy. Ale się zdziwiła jak jej powiedziałam, że szlachcianki tak sobie robią. No ale powiedziałam jej, że jak byłam na próbie w teatrze to tam widziałam. Czy słyszałam? Już nie pamiętam co dokładnie jej powiedziałam. To z wrażenia! A myślisz, że jakoś udałoby się to załatwić z lady Fabienne? Myślisz, że Gela spodobałaby się milady? Może to by jakoś pomogło się dobrać do niej? Najlepiej tak aby ją zasiać przyjemniaczkami. Ale pewnie tak od razu to się nie da. - Mówiła szybko jak katarynka i widać było, że i dzisiaj przeżywa te skrajne emocje z wczorajszego spotkania z pracownicą cukierni. Nie było się co dziwić, że jak Teofano pochwaliła się swoimi znajomościami ze szlachciankami, nawet tak ogólnie, to musiało to zrobić wrażenie na ubogiej mieszczce. Taki plebs to szlachtę spotykał na mszy w Festag, może przy jakichś festynach albo w okienku przejeżdżającej karocy. Pod tym względem już samo przyjęcie do teatralnego chóru, było dla młodej Lebkuchen jak awans społeczny i możliwość obcowania z wielkimi i możnymi tego miasta. I to nawet jakby trzymać się tylko oficjalnej wersji znajomości.
- Ah! I ależ zrobiłeś wrażenie na mojej matce! Po twoim wyjściu była cała w skowronkach. Naprawdę mi kazała wziąć ten koszyk i przyjść tutaj w podzięce. Ale oczywiście jakbyś w Backertag w południe przyszedł do nas na dokończenie tych korzonków to moja matka bardzo by się ucieszyła. Ojciec ma posiedzenie w gildii piekarskiej to go w domu nie będzie. - Przekazała też zaproszenie na kolejne spotkanie ze swoją matką. I widać było, że w pełni je aprobuje.
Później jak już poszła to jeszcze przeor go wezwał do siebie. Przez te parę dzwonów gorączkowe pracy, udało im się uprzątnąć większość szkód jakich narobili krnąbrni pacjenci. Pewnie dlatego przeor już nie był tak zdenerwowany jak rano. I prosił aby brat Otto przekazał zaproszenie czcigodnej lady Odette. Jakby tylko miała ochotę na odwiedziny w ich skromnych progach to zawsze dla niej były otwarte.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Cyrkowa 6, teatr
Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto i Odette
Jednooki mnich po opuszczeniu hospicjum, musiał się przejść do teatru. Tam zastał lady Odette. Wyglądała olśniewająco jak zwykle. Właśnie udzielała wskazówek jakimś dziewczętom jak mają śpiewać dany fragment. Aż wydawało się dziwne, że tak znamienita i elegancka dama, w ogóle zauważy zwykłego mnicha w habicie i sandałach. Jednak jak go dojrzała dała mu gestem znak, aby poczekał na zapleczu. Tam spotkała się z nim ale na krótko. Weszli razem do tej samej garderoby co ledwo parę dni temu, razem z lady Fabienne, poznali i zasiali lady von Neuhoff. A właśnie do nich teraz mieli jechać.
- Dobrze, że jesteś mój drogi Otto. Nie uwierzysz co się stało. Dziś w nocy! Urodziłam! - Od razu sprzedała mu tą radosną wiadomość. Tajemniczym gestem wezwała go gestem do siebie. I wyjęła z szafy okrągłe pudełko na kapelusze. Gdy zdjęła pokrywkę ukazały się czerwie. Ruszały się badając powierzchnię swojego więzienia. Błyszczały od sluzu i zdązyły nim oblepić większość wnętrza. Było ich z pół tuzina i były większe niż te jakie do tej pory nazywali dużymi. Choć nie aż tak jak te dwa co w Festag urodziła bretońska milady.
- Spójrz na nie. Są takie obrzydliwe i ohydne. W życiu bym ich nie dotknęła. Powinno się je natychmiast spalić i wyrzucić do morza. Nie mogę się doczekać kiedy będę się z nimi figlować. - Powiedziała to wszystko jednym tchem, znów prezentując ten rozdźwięk między słowami które wydawały się prawidłowe co do takich plugawych stworzeń a rozkosznym szeptem matki i kochanki. - No ale musimy pojechać do von Neuhoffów. - Westchnęła z pewnym żalem jakby jednak wolała tu zostać i zrealizować swoje nietypowe fantazje. Nagle jednak oczy jej zabłysły. - Ale to nie wszystko! Zobacz! - Cofnęła się o krok i gwałtownie zaczeła podwijać swoją drogą, elegancką spódnicę jaka była raczej granatowa niż żałobna czerń. No ale mniej więcej mieściła się w wymogach okazywania szacunku zmarłej księżnej. Zresztą teraz już Otto widział jej posągowe nogi okryte drogimi, jedwabnymi pończochami. A ona sama bez wahania ściągnęła swoją koronkową bieliznę. Podobnie jak rano Teofano w celi hospicjum gdy była tak chętna na kolejne zasianie. Teraz jednak milady odkryła przed nim swoje łono. Już je dość dobrze znał. Ukazał się sekretny tatuaż czerwonych, kobiecych ust w złotej koronie. Szlachcianka schylała głowę jakby tam jednak było coś wyjątkowego. - I co? Widzisz? - Lekko spojrzała na niego pytająco. Jednak on nie dostrzegał tam niczego nowego. - Hm. Teraz chyba nie ma. Nie widzę. I nie czuję. - Zmarszczyła brwi nieco zafrapowana. Przesunęła dłonią po swoim łonie jakby sprawdzała je na dotyk. - No nie ma. Teraz nie ma. - Jej konsternacja pogłębiła się. I nagle tak samo jak przed chwilą, nagle się ożywiła. - Ale było! Dziś w nocy! Jak urodziłam! Z tych ust! Wyszedł… Tak jakby język. Albo rurka. Sama nie wiem co to było. Trochę utonęłam w błogiej rozkoszy. Laura miała rację! Porody są najlepsze z tej całej ciąży! A ta ciąża też jest wyborna! Chcę jeszcze! - Mówiła nieco zniekształconym głosem, przez to, że przytrzymwała brodą fragment sukni. Ale teraz jak Otto oglądał jej łono to nie było żadnego śladu po jej nocnych przygodach. Do niej to chyba też dotarło bo w końcu puściła suknię i zrobiła krok. Ale zbyt gwałtownie bo nie nasunęła bielizny na miejsce więc się prawie potknęła i musiała złapać się biurka aby nie upaść. Wymamrotała coś z irytacją co chyba raczej nie powinno paść z ust damy. Ale siadła na tym krześle i wysunęła ozdobną szufladę. Grzebała tam gwałtownie w pośpiechu, aż dudniło. Aż znalazła niewielkie, metalowe pudełeczko wielkości tabakiery. Wtedy zamarła. I podniosła głowę na stojącego obok mnicha.
- Zobacz. - Powiedziała uroczyście. Po czym ostrożnie otwarła puzderko. Najpierw tak jakby sama chciała tam zajrzeć. - Są! Nie zniknęły! - Ucieszyła się i teraz już wyciągnęła dłoń aby i mnich mógł się przyjrzeć. W środku było kilka niewielkich, galaretowatych kulek wielkości małego groszku. Oblepione podobnym śluzem jaki zwykle oblepiał dziedzictwo Oster. Tylko te jaja było trochę mniejsze. Za to kolory były wyraźniejsze. Przypominały te co niegdyś na próbę uzyskali z Dorną od much gdy posłużył się fluidem lady Sorii. - Nie do końca wiem skąd się wzięły. Jak doszłam do siebie to miałam je na brzuchu. - Przyznała aktorka skąd ma te kilka kulek. - Jak myślisz? Co to jest? I skąd się wzięło? - Dało się wyczuć, że jest zafascynowana tą zagadką. I może nieco zaniepokojona.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Jedwabna 18, kamienica von Neuhoffów
Czas: 2519.07.29; Aubentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto, Odette i von Neuhoff
W teatrze nie mogli zostać zbyt długo bo czekał na nich obiad u von Wittów. Lady Odette była tylko ciekawa czy Otto ma jakieś jaja na wypadek gdyby była okazja zasiać lady Benitę ponownie. Gdyby nie miał to jeszcze oferowała mu podwózkę przed przyjazdem do znajomych szlachciców. - Nie obawiaj się mój drogi Otto. Jeśli nie będzie okazji użyć ich na Beni to i tak się nie zmarnują. - Posłała mu przy tym zalotny uśmieszek. Ale musieli już jechać. W międzyczasie spadła mżawka. Jednak wewnątrz luksusowej karocy to nie był żaden problem. Jednooki już odbywał przejażdżki pojazdami Pirory i Fabienne. Ale to czym podróżowała Słowik Północy to jeszcze było przynajmniej o klasę wyżej.
Gdy zajechali na miejsce, Otto zorientował się, że wcześniej tu nie był. Neuhoffowie mieli malowniczą, zadbaną kamienicę. Mniej więcej w połowie drogi między teatrem a rezydencją von Mannliebów. Wysiedli we dwoje i milady śmiało podeszła do drzwi i zapukała energicznie. Po chwili otworzył im odźwierny i wpuścił ich do środka. Trochę to wyglądało podobnie jak podczas jego odwiedzin u Fabienne. Zwłaszcza na początku. Tu jednak był partnerem Słowika Północy więc wyglądało to o wiele bardziej życzliwie. Prawie od razu, para gospodarzy wyszła aby się z nimi przywitać. Oboje byli ubrani dostojnie i elegancko. Benita niczym nie zdradziła się, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń ze sławną śpiewaczką. Jej mąż, Robert, był od niej wyraźnie starszy. Jednak trzymał się prosto i zachowywał swobodnie.
- Oh witamy w naszych skromnych progach. To prawdziwy zaszczyt dla nas, witać tak znamienitych gości. Nawet milady nie wie jak pragnąłem mieć okazję podziwiać ją gdy tylko się dowiedziałem o jej przybyciu do naszego smutnego miasta. Bogowie zesłali nam prawdziwy promyk słońca do rozświetlenia naszego marnego żywota. - Robert okazał się elokwentny i szarmancki. Chociaż przez moment posłał krótkie, zdziwienie mnichowi jaki towarzyszył lady von Treskow. Ta jednak to wyłapała.
- Oh darujmy sobie te tytuły. Będę zaczczycona jak będę ci mogła mówić Robercie. Ty też możesz mi mówić Odette. Zresztą byłoby mi niezręcznie gdybym do Beni zwracała się po imieniu a tobie musiała używać tytułu. - Aktorka też zachowywała się swobodnie w tych niuansach dworskiej etykiety. Za to Otto nie był w tym tak biegły i ledwo za nimi nadążał. Jednak milady zabdała aby nie czuł się wyobcowany. - A to jest brat Otto. Wracamy właśnie z teatru. Brat Otto bardzo nam pomaga w organizacji tych wszystkich spotkań. Nawet nie wiecie ile ta sztuka wymaga spotkań i to czasem się sama czasem dziwię z kim. Ale dzięki Otto to zawsze są bardzo ekscytujące i owocne spotkania. - Odette gładko przedstawiła mnicho. A von Neuhoffowie przywitali się z nim grzecznie. Benita uśmiechnęła się nieco szerzej jakby dwuznaczność w słowach koleżanki i kochanki bardzo ją rozbawiła ale jej mąż chyba tego nie wyłapał.
- To dobrze, że w naszym mieście są tak obrotni słudzy boży. Miło mi cię powitać bracie Otto. - Robert skinął mu głową ale skoro jednooki nie był szlachcicem to, nie wyciągnął do niego dłoni. To akurat było normą, szlachcie okazywali braterstwo tylko równym sobie. Zapewne gdyby dziś Otto nie partnerował milady to wątpliwe aby gospodarze się pofatygowali powitać zwykłego mnicha. Bo nawet Benicie nie wypadało przyznać się, że coś ich łączy. Po chwili przeszli na piętro do salonu. A tam czekał na nich elegancki stół, przykryty barwnym brusem i nakryty wieloma daniami. Widać było, że gospodarze przygotowali co najlepsze na przybycie diwy. Dwoje służących sprawnie im usługiwało przy stole donosząc nowe dania lub odnosząc puste talerze i półmiski. Rozmowa zaczęła Odette od zainteresowania daniami co było mile widziane aby okazać szacunek gospodarzom. A i to była chwila aby pani domu mogła się wykazać. A dania cieszyły oko. Zapewne ten jeden obiad to by starczył w hospicjum na dwa, może i trzy dni. I pieczone w jabłkach jagnię, i bażant wciąż ozdobiony swoimi piórami, i wielki sum z nadzieniem. I jakieś mniejsze dzwonki ryb. A i przypraw nie oszczędzano więc aż ślinka ciekła od tych rozkosznych aromatów. Sosów też nie żałowana a nie jak w hospicjum, jakiś cienkusz do kaszy. Kasz też było kilka rodzajów. A do tego desery czyli suszone owoce, szarlotki, kislevskie miodowniki. Nawet pierniki, kto wie czy nie z cukierni Lebkuchenów. I do picia też było do wyboru. Ze trzy rodzaje wina, nalewki, krasnoludzkie klarowne ale, imperialne gęste piwo, ciemne bretońskie, kislevskie miody. Nie było szans aby we czwórkę zjedli chociaż cześć tego ale wiadomo było, że gospodarzom zależy aby okazać gościom szacunek i się pokazać z jak najlepszej strony. A ta biesiada sprzyjała swobodnym rozmowom. Najczęściej jednak to lady Odette opowiadała swoje barwne przygody. Czasem zabawne, czasem trochę straszne czy krępujące. Ale miała dar do bycia w centrum uwagi i potrafiła snuć wspaniałe opowieści, więc przynajmniej Robert i Benita byli pod wrażeniem.
- I wyobraźcie sobie ja zamykam się w garderobie a on tam już na mnie czekał! - Opowiadała jak to w Erengradzie pewien młody arystokrata całkowicie się w niej zadurzył i koniecznie chciał ją poślubić.
- Ah ona była taka wspaniała i namiętna jak to tylko ci południowcy potrafią. - Ze swadą streściła im jak pewna estalijska markiza zrobiła jej niespodziankę wstawiając do jej sypialni całe kosze bukietów.
- W Wolfenburgu pewien profesor koniecznie prosił mnie kroplę mojej krwi. Mówił, że mogę być potomkiem jakiejś pradawnej linii szlacheckiej jaka od wieków jest zaginiona. Potem się dwiedziałam, że on ma podejrzane zainteresowania śmiercią i wampirami ale juz w końcu nie wiem czy im służył czy zwalczał. - Opowiadała co ją spotkało podczas jednej z wizyt w stolicy sąsiedniego Ostlandu.
- A w Marienburgu miałam gorący romans z pewnym małżeństwem. Tylko oni oczywiście nie wiedzieli, że romasuję z tym drugim. To było całkiem zabawne i eskcytujące tak spotykać się raz z nim a raz z nią. Ale na dłuższą metę co się zrobiło troche skomplikowane więc doprowadziłam ich do konfrontacji. O rany ależ zrobili sobie awanturę! Tego się nie spodziewałam. No ale o mnie więc nawet to romantyczne. No i ostatecznie wszyscy skończyliśmy w sypialni czyli dobrze się skończyło. Dalej dostaję od nich listy. Oddzielne. - Wspominala swoje romanse z największego portu na Morzu Szponów. A Neuhffowie słuchali jej jak urzeczeni. Brzmiało to jak przygody jakiegoś sławnego awanturnika co zwiedził różne, dalekie i egzotyczne strony. I wszędzie milady miała kochanków, romanse, intrygi, niesamowite, czasem niepokojące historie, kłopoty z weną lub odwrotnie, gdy natchnienie samo ją opętywało. Dzięki temu, że tak skutecznie skupiała na sobie uwagę gospodarzy, niezbyt się dopytywali co zwykły mnich robi u jej boku.
- Cóż za wspaniałe przygody. Odette jesteś niesamowita. Pozwól, że uczcimy to pewnym zamorskim specjałem. - Robert potrząsnął głową ale wstał i podszedł do szafki. Wyjął z niej małe, drewniane, ozdobne pudełko. Ale jak je otworzył to trochę się zdziwił. - Niezdara ze mnie. Bardzo was przepraszam, zaraz wrócę, tylko uzupełnię ten podręczny zapas. Całkiem mi wyleciało to z głowy. - Szlachcic skłonił się grzecznie i wyszedł z biblioteki. Więc przez chwilę zostali we trójkę.
- A cóż takiego szykuje Robert? - Zaciekawiła się aktorka, przenosząc spojrzenie na jego młodą i atrakcyjną żonę.
- Cygara. Uwielbia je. Ale są strasznie drogie i nie każdy statek z Lustrii je ma. Więc Robert bardzo je oszczędza i trzyma tylko na specjalne okazję. Ale bez obaw, zaraz pewnie wróci. - Benita odpowiedziała czego się spodziewa po wyjściu męża. O tym zamorskim zielu do palenia mnich słyszał. Ale było zbyt drogie i rzadkie aby sam miał kiedyś okazję próbować. Nawet cygara to nie był pewien czy kiedyś je z bliska widział.
- Uwielbiam cygara. - Odette uśmiechnęła się zadowolona z takiej niespodzianki. Po czym rozsunęła szeroko ramiona w stronę gospodyni. - No ale wreszcie możemy się przywitać jak należy. - Posłała jej kuszący uśmiech. A druga szlachcianka nie wahała się. Wstała ze swojego krzesła i szybko objęła śpiewaczkę przytulając się do niej. -
- Hej! Patrzcie tam! - Okrzyk Martin przykuł ich uwagę. Tak samo jak kierunek jaki wskazywała.
Tam na brzegu była niewielka polana. Wąska jakby ktoś wyciął kiedyś kawałek lasu pod pole. Trochę już trawą i krzakami zarosło. Na brzegu rosły trzciny co też przesłaniały częściowo widok. Ale jednak widać było wystarczająco dużo. Dwie blondynki. Obie w spodniach. I na koniach. Jedna miała w dłoni rohatynę. Druga łuk. Zmagały się z licznymi zielonoskórymi. Wydawało się, że liczebnie orki i gobliny zaraz całkowicie zdławią opór obu wojowniczek. Ale to jeszcze nie było tak do końca pewne. Ta z rohatyną właśnie wbiła rohatynę przebijając czerep jakiegoś goblina. Z oddali doszedł ich jej bojowy okrzyk. Druga właśnie posłała strzałę w piers innego goblina który skoczył w jej stronę aby zrzucić ją z siodła. Teraz zaskrzeczał i upadł znikając widzom “Jutrzenki” z widoku. Chwilowo obie wojowniczki utknęły otoczone przez stado przeciwników ale zapewne jakby dały radę się przez nich przebić, mogłyby im ujść dzięki przewadze swoich wierzchowców. Jeśli jednak nie, to zapewne przewaga liczebna zielonoskórych mogłaby przeważyć szalę na ich korzyść.
Egon powstał na równe nogi. Znużony wcześniejszym rejsem, na którym nie działo się absolutnie nic, przywitał okazję do bitki z wdzięcznością.
– Ejże! – krzyknął głośno. – Jakże to, nie godzi się oddawać bez walki prawdziwych bab co z Nordlandu pochodzą! Ludzie! Zawijajcie tam, a żywo! Czas dowieść, kto prawdziwy chłop, a nie cipa żadna! Ładować mi się tam, trza swoim pomóc!
- Co?! Jakie zawijać! Ślepy jesteś ile tam tego plugastwa?! A jak zaatakują nasz statek?! Zapłaciłem wam za ochronę! - Wagner aż zatrząsł się z oburzenia, a pewnie i strachu, na myśl, że miałby skierować swoją barkę, w stronę brzegu. Wioślarze co chwilowo wstali ze swoich ławeczek, też nie wyglądali na chętnych aby niepotrzebnie ryzykować. Solidny pas rzeki, jaki oddzielał ich od brzegu, sprawiał wrażenie skutecznej fosy przeciwko atakowi orków.
- To daj nam łódź. - Lars wskazał na szalupę, jaka stała na dachu rufowej nadbudówki. Szyper też tam spojrzał i po chwili zastanowienia skinął głową.
- No dobra. - Zgodził się i dał znać dwóm marynarzom. Ci pobiegli na górę, aby przygotować szalupę do spuszczenia na wodę. Dzięki niej, można było podpłynąć na sam brzeg, bez ryzykowania cumowania tam rzeczną barką. Ale musiało też zająć to trochę czasu. Brzeg nie wydawał się aż tak odległy. Może ze dwa tuziny kroków w linii prostej. Jednak trzeba by go przepłynąć wpław a w pełnym ekwipunku, ubraniu i pancerzu niosło to pewne ryzyko.– Dobra, ludzie, zawijamy się, trza pomóc swoim! – Egon zawołał. Już miał zakrzyknąć szypra jako tchórza, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.
Egon zakręcił się wokół szalupy, a kiedy tamci odpięli ją z lin, pomógł im nieść ją, aby ją zwodować. Zdawało się, że liczyła się każda sekunda!
Marynarze spuścili szalupę na rzeczne wody. Zaczęła się bujać na falach, znacznie bardziej niż barka. Lars i Astrid jako wprawni żeglarze, nie mieli z tym trudności. Wskoczyli do środka, bez żadnych kłopotów. Burgund się zawahała.
- Ale ja to najwyżej przy łodzi na was poczekam. - Zastrzegła. W końcu była uliczną cwaniarą, ladacznicą i oszutką ale nie wojowniczką. Jednak po tej chwili wahania jednak zajęła miejsce obok dwójki Norsmenów. Była portową dziewczyną, więc nie miała z tym kłopotów.
- Chcesz tam płynąć? Ale zobacz ile tych orków tam jest. - Gezackt nie wydawał się być przekonany do zbędnego ryzyka. Wymownie wskazał na całkiem spore stado wrzeszczących zielonoskórych jakie otaczało dwie kawalerzystki. - Są konno, pewnie zaraz się same wyrwą. - Dodał jeszcze, jakby żywił nadzieję, że tak się właśnie stanie. A wówczas interwencja z łajby, nie byłaby potrzebna. Dwoje jego ludzi stało blisko niego i czekało na to co się stanie. Jutta przygladała się temu wszystkiemu.
- Rzeczywiście jest ich dość sporo. Ale orki słabo pływają. Na rzece jesteśmy dość bezpieczni. - Starała się podkreślić to ryzyko, jakie niesie ze sobą akcja na lądzie. W międzyczasie Silny i Rune też wskoczyli do szalupy.– Dobra, dobra – sapnął Egon, który miał dość zbędnej paplaniny.
Wojownik nie zamierzał ignorować snów - wiedział bowiem, że Gonsar i jego wizje mogły w jakiś sposób wpływać na niego i na jego towarzyszy i choć magii na ufał, to jednak gotów był ponieść ryzyko. Wiedział też, że Silny i Rune docenią okazję do bitki, a wszak sam nie mógł z niej zrezygnować, każda przelana krew bowiem była miła jemu Patronowi.
– Idziecie ze mną? Damy odpór, jeno wokół mnie się ustawiajcie, to bez żadnego problemu będzie.
I rezygnując z dalszych prób przekonywania, zaparł się o wiosła, aby jak najprędzej dopłynąc do walki.
Grupka kultystów znalazła się w szalupie. Lars i Astrid sprawnie odwiazali liny od szalupy. I widząc, że mimo chwili zawachania się, nikt do nich więcej nie kwapi się aby do nich dołączyć, to naparli wiosłami odpychając się od burty barki. Po czym mogli wsadzić je w wodę i zacząć pracować. Pod naporem czwórki, silnych wioslarzy, szalupa zaczęła szybko zbliżać się do brzegu. Chociaż Egon z kolegami to głównie widział oddalającą się barkę. Załoga w większości, zgrupowała się na burcie aby obserwować widowisko na brzegu. Tylko blondwłosa Martin miała łuk. I teraz uniosła go i posłała pierwszą strzałę. Pocisk przeleciał nad głowami wioślarzy, ale nie widzieli jaki był jego efekt. Zanim dobili do brzegu, łuczniczka zdążyła wystrzelić jeszcze kilka razy.
- Już niedaleko! Zaraz będziemy! - Burgund zajęła miejsce na dziobie łodzi więc miała najlepszy wgląd na to co się dzieje w kierunku w jakim płynął. Gladiator to tylko słyszał chlupot fal o wiosła i drewno dookoła siebie i zgiełk walki za swoimi plecami. Wrzaski zielonoskórych, szczęk broni, tupot jakby biegło tam jakieś stado, rżenie koni. Aż łódź wbiła się w muliste dno.
- Ha! Teraz zobaczymy czy te orki są takie twarde! - Krzyknął Silny gdy puścił wiosło i wstał. Od razu wyciągnął zza pasa swoją solidną, okutą metalem pałkę. Lars też wyskoczył za burtę. Ale potrzebował chwili aby zdjąć tarczę z pleców i dobyc topora.
- To ja tu na was poczekam! - Burgund tak jak mówiła jeszcze na łajbie, nie kwapiła się do bitki. I wolała zostać przy łodzi. Pozostali razem z Egonem wyszli już na brzeg i próbowali zorientować się w sytuacji.
Z kilkadziesiąt metrów dalej, na skraju wąskiej przesieki, dwie blondynki wciąż walczyły z grzbietów swoich wierzchowców. Nadal były otoczone przez stado wrzeszczących zielonoskórych. Na ich dwie, horda wydawała się tak duża, że przeszkadzali sobie nawzajem i na raz tylko niewielka część z nich, była w stanie walczyć z obiema kawalerzystkami. Wśród tych dwunożnych dzikusów widać było i orki i gobliny. Te pierwsze były masywne i ciężkie. Wydawały się jakąś karykaturą człowieka jaka kumuluje w sobie barbarzyńskie, prymitywne cechy. Wśród nich były też cudaczne, wrzaskliwe gobliny z wielkimi nosami i uszami. Widać było, że wojowniczki już powaliły kilka z nich i gdyby udało im się wyrwać, to mogłyby odzyskać swobodę manewru i walka mogłaby przechylić się na ich korzyść. Lub nawet by mogły urwać się z walki z przeważającymi siłami. Jednak gęstwa wrogów była zbyt wielka i nawet konno, gdy pokonały któregoś przeciwnika to były w stanie zrobić tylko kilka kroków. Gdzieś tam w to kotłowiska spadła kolejna strzała Martin ale trudno było ocenić efekt. Na razie chyba ani one, ani zielonoskórzy, nie zorientowali się jeszcze o przybyszach na brzegu.– Dobra, ludzie – rzekł Egon, który po drodze przemyślał całą rzecz. – Jest nas mało, to nie rozdzielamy się. Uderzamy kupą, ja wbijam zawsze pierwszy, wy mnie ubezpieczacie. Wszystkim rady nie damy, odwracamy uwagę. Zaczepiamy, żeby tamte miały dość miejsca, żeby uciec. Potem odwrót na szalupę. Jasne? To za mną!
Wyłuszczywszy plan, ruszył w stronę zielonoskórych, wiedząc, że to, na co się poważa, jest całkiem niebezpieczne. Jednak… Ryzyko warte było gry.
Widać było gołym okiem, że grupka szturmowa z łodzi, jest o wiele mniej liczna od bandy zielonoskórych. Ci jednak koncentrowali się na dwóch walczących kawalerzystkach i początkowo nie zauważyli nowych przybyszy. Co pozwoliło im przebiec ten ostatni kawałek polany w stronę bitki. Dopiero w ostatniej chwili, któryś nie związanych walką goblinów, zaksrzeczał ostrzegawczo czym zaalarmował swoich współplemieńców. A po chwili grupka Egona wbiła się w tą ciżbę dzikusów. Miecze i topory skrzyżowały się z rębakami. Z początku działało jeszcze zaskoczenie. Jednak widząc nową okazję do bitki, orki zostawiły kawalerzystki goblinom, i dzikim wrzaskiem zwróciły się ku nowemu przeciwnikowi. A gdy zaskoczenie przestało działać, szybko dała o sobie znać, przewaga liczebna zielonoskórych. Napierali na ludzkich napastników samą swoją masą, starając się zgnieść wszelki opór swoimi rembakami i toporami. To byli brutale stworzeni i znający tylko walkę. Niewiele wyżsi od takich wojowników jak Egon, Silny czy Lars. Ale przez to, że mieli nieco przygarbioną sylwetkę. Za to nawet tacy sprawni ludzcy wojownicy, wydawali się szczupli i drobni, w porównaniu do masywnych, barczystych orczych sylwetek.
Egon szczęśliwie dla siebie, prawie od razu wrażył swój topór w orcze mięso. Broń bez trudu przebiła się, przez gruby ale prymitywny pancerz przeciwnika. Ten krótko krzyknął z bólu ale zaraz sam zamachnął się swoim rembakiem. W ostatniej chwili gladiatorowi udało się własnym toporem zablokować ten cios. Lars miał mniej szczęścia. Zbyt niezdarnie zrobił zamach toporem i jego przeciwnik wykorzystał to, rąbiąc go z góry w bark. Norsmen zajęczał z bólu ale to było za mało aby go powalić. Wrzasnął bojowo ale ork szybko znów go trafił. Morski łupieżca zachwiał się od kolejnej rany ale wciąż trzymał linię. Obok niego walczyła blondwłosa córka jarla. Na tle kolegów, wydawała się najbardziej wiotka. Rzeczywiście dość szybko topór jednego z orków trafił ją w ramię a skald krzyknęła ostro. Jednak wytrzymała to i dalej wiązała walką dwóch czy trzech orków. Wydawało się, że na każdego z ludzkich wojowników przypada po więcej niż jednym przeciwniku. Kamrat Silnego, Rune, też oberwał. Ale szybko udało mu się zrewanżować swojemu przeciwnikowi. Łysy mięśniak z portowych zaułków Neus Emskrank walczył obok Egona. I kątem oka ten widział jak z impetem przygwoździł jednemu z orków w pierś. Sądząc po ryku boleści musiało go to zaboleć. Ale nie aż tyle aby wypadł z walki.
Stężenie i tempo walki rosło. Nie ustępowali ani ludzie, ani zielonoskórzy. Obie strony zaczęły ponosić pierwsze zauważalne straty. Z ludzkiej linii w końcu pierwszy wypadł Lars. Ciężko ranny, dysząc i charcząc, cofnął się. I kulejąc zaczął cofać w stronę łodzi. Widząc to, Burgund podbiegła do niego aby go wesprzeć na ramieniu i podprowadzić do czekającej łodzi. Rune i Astrid zauważalnie oberwali. Córka jarla miała zgrabny, skórzany pancerz jaki dobrze wyglądał i podkreślał jej zgabną sywletkę oraz status. Jednak w brutalnej walce, słabiej sprawdzał się niż solidna kolczuga. Mimo to właśnie ta skórznia chociaż raz powstrzymała orcze ostrze. Ale za drugim razem już jej się tak nie powiodło i znów oberwała. Jednak nadal trwała w walce obok swoich kolegów. Chociaż już była wolniejsza a jej ruchy straciły na precyzji. Rune też złapał kilka ciosów. Nie aż tyle aby się wycofać. Walczył zajadle i to właśnie jemu, udało się powalić pierwszego orka. Nadal jednak walczył z dwoma innymi. Silnemu szło całkiem nieźle. Raz orczy rembak nieco drasnął go w ramię. A on sam starał się wesprzeć ostlandzkiego wiarusa. Walczył zawzięcie i gdy nieco musieli wyrównać szyk po wycofaniu się Larsa, to łysy płynnie wszedł na jego miejsce. Egonowi też szło całkiem nieźle. Raz trafił jednego ze swoich orków i ponownie. I jeszcze raz. Widział, że ten najbardziej trafiony zielonoskóry to już się chwiele i ledwo stoi na nogach. Ale z orczym uporem wciąż starał się zabić przeciwnika. Dwóch jego sąsiadów jednak wciąż wyglądało na w pełni sprawnych. Udało im się nawet raz trafić gladiatora chociaż dość płytko.
Egon stwierdził, że skoro już zaczęli odnosić straty, nie było sensu pakować się jeszcze głębiej. Rune i Silny, choć walczyli, nie mogli przebić się przez cały tabun orków. Koniec końców, dali dwóm jedźcom dokładnie to, czego potrzebowali, czyli szansy na odetchnięcie i ucieczkę. Było to, zdaje się, wszystko, co mogli im dać, a w każdym razie - wszystko bez poniesienia dalszych strat.
– Wy taam! – Egon wrzasnął do jeźdźców. – Uciekać, przedzierajcie się, bo nie utrzymamy się!
I zwrócił się do reszty:
– Te, cofać się do łodzi! Ile było, tośmy im pomogli!
I począł uderzać defensywnie, chcąc rozciągnąć pole walki, jak tylko się dało, aby dać tamtym możliwość ucieczki.
Orki z jakimi walczył Egon, za bardzo przesłaniały mu widok aby mógł spojrzeć co się dzieje u kawalerzystek. Chyba nadal walczyły z goblinami ale słyszał też stamtąd goblińskie skrzeki, rżenie i tętent koni. Jego towarzysze powoli cofali się w stronę rzeki. Trochę świadomie ale też swoje robił napór przeważających liczebnie zielonoskórych brutali. Wydawało się, że ich topory i rembaki tworzą niekończącą się ścianę siekających ostrzy jakie napędzała prymitywna wściekłość.
Wśród obrońców, szybko wykrystalizowały się dwa punkty oporu czyli Egon i Silny. Rune i Astrid zostali zepchnięci do wyraźnej defensywy. Nie udawało im się jakoś zauważalnie trafić kogoś z zielnoskórych. A sami wciąż byli przytłoczeni ich brutalnością i przewagą liczebną. Blondwłosa córka jarla, została trafiona kilka razy. Ale bogowie wojny jej sprzyjali i za każdym razem ostrze topora lub rembaka ześlizgiwał się po jej dość słabym pancerzu. Żadnemu z trzech przeciwników, nie udało się jej uczynić większej krzywdy. Jednak im dłużej walka trwało tym bardziej rosły szanse, że wojenne szczęście jej się skończy.
Weteranowi imperialnych armii też tak się udało kilka razy. Jednak i on nie był w stanie wrażyć skutecznego ciosu, przeciwko któremuś z dwóch orków z jakimi walczył. Jednak tak samo jak skald, starał się nie porzucić linii oporu towarzyszy. I razem z nimi cofał się powoli w stronę łodzi.
Silnemu szło znacznie lepiej. Przejął trójkę masywnych przeciwników, z jakimi wcześniej walczył Lars. I jego solidna, okuta metalem pałka, rozdawała solidne ciosy. Nawet zielonoskórzy musieli je odczuć. Raz trafił w potężne ramię orczego dzikusa aż ten zawył. Innym razem uderzył czubkiem swojej tępej broni, że tamtemu musiało pęknąć jakieś żebro. W końcu powalił jednego z nich i został sam przeciwko dwóm kolejnym. A wyglądało na to, że chociaż sam został przez nich parę raz draśnięty, to jednak temu portowemu oprychowi, idzie całkiem nieźle.
Gladiatorowi szło jeszcze lepiej. Raz za razem, udawało mu się trafić któregoś z trzech orków jacy próbowali go osaczyć. Sieknął w solidne ramię topornika, to zdzielił go w umięśniony bok albo trafił w bark. I najpierw jeden z nich padł i się zrobiło dwóch na jednego. Ten drugi po mocnym ciosie jaki rozpruł mu brzuch zawył i złapał się za wypadające trzewia. Po czym rycząc w agonii zwalił się na ziemię. Egonowi został ostatni z tasakiem. Ten ostatni też w końcu padł. Lwiej Grzywie udało się zdzielić go potężnym ciosem w bark. Wyprofilowany pod kątem przebijania topór jaki w zimie, dostał od Froyi van Hansen, z siłą nadanym mu przez ramiona gladiatora, bez turdu przebił się przez gruby ale prymitywny pancerz orka. Przełamał się przez jego mięśnie, obojczyk i żebra. Aż zielona jucha chlusnęła na wszystkie strony, także na twarz brodacza. Ork zawył i złapał się za trafione miejsce. Cios wydawał się być kończący ale Egonowi jeszcze udało się wyrwać swoją broń i sieknąć ostatni raz. Topór rozłupał grubą, prymitywną czaszkę zielonoskórego i bez trudu ściął ją po skosie. Ork padł bez życia na ziemię, tuż przed swoim zabójcą.
Teraz miał chwilę aby się rozejrzeć. Jako pierwszy uporał się ze swoją trójką przeciwników. Astrid samotnie walczyła z trójką orków, Rune i Silny z dwójką. W międzyczasie zdołali się wycofać na tyle, że byli już bliżej rzeki niż miejsca na skraju polany gdzie zaczynali walkę. Burgund zdołała doprowadzić i załadować Larsa na łódź. Norsmen siedział na przy dziobie i ciężko dyszał. Ale wciąż trzymał tarczę i topór w pogotowiu. Łotrzyca obserwowała ich w napięciu, ze środkowej ławki, trzymając wiosła w obu dłoniach, jakby trzeba było natychmiast odpływać. Tętent koni skierował jego uwagę w przeciwną stronę. Obie łowczynie właśnie dopadły jakiegoś uciekającego goblina. Jedna z nich z furią wbiła mu rohatynę w plecy. Patykowaty zielonoskóry wrzasnął rozdzierająco i padł, znikając w wysokiej trawie polany. Chyba obie uporały się z tą bandą goblinów bo coś nie było ich więcej widać.Rąbiąc toporem na lewo i prawo, uderzenia wojownika były akcentowane krótkimi sapnięciami, a niekiedy i splunięciem pełnym pogardy. Choć niektórzy z jego kompanów byli nieco ranni, szczególnie zaś Lars, który przyjął na siebie całkiem sporo orczej furii, Egon nie zamierzał tak łatwo ani tak szybko rezygnować z owej zaimprowizowanej rejzy (cóż, prawdziwie zapewne by było ją nazwać wycieczką) wojenną. Gonsar ani chybi posłał wizje w jego stronę, próbując zaklinać los… Czuł to.
– Hej, wy tam! – Egon wrzasnął w stronę konnych, które nadal broniły się po drugiej stronie. – Przedrzyjcie się tutaj, łatwiej bronić się będzie w kupie!
Uderzył parę razy jeszcze. Wiecznie nie mogli się bronić w przyczółku, który wywalczyli, wkrótce będą potrzebowali się cofać z powrotem do łodzi. Konni musieli się przedrzeć i uciekać dalej, jeśli chciały zachować swoje życie, lub też konie popędzić i uciec z nimi łodzią. Innej rady nie było.
Egon nagle szaleńczo pomyślał: a co, jeśli zielonoskórzy rozpoznają w nim tego, który służy Krwawemu Ogarowi i mieć u nich jaki respekt? Zapewne najlepsze było pokazanie znamienia Chaosu, jednak wojownik czasu nie miał, by zerwać z siebie pancerza, a i nie było gwarantowane, że dzikusy będą respektować nawet ten znak.
– Rozumiesz, co gadam, dzikusie? – rzucił jeszcze w stronę następnego przeciwnika, niepewny, czy rozumie ludzką mowę. – Poznaj ten topór, on należy do Pana Krwi!
I rzucił się raz jeszcze w wir walki, po raz ostatni próbując wykupić czas dla konnych. Był to jednak ostatni raz: po tym wszystkim musieli się wycofać.
Przez chwilę gladiator widział jak dwie blondynki wytracają prędkość swoich wierzchowców. Może go usłyszały a może po prostu zwróciły uwagę na walkę przy brzegu rzeki. Widział jeszcze jak zwracają się w ich stronę gdy pewnie chciały się przyjrzeć sytuacji. A potem już musiał się zewrzeć ponownie z orczymi brutalami. Góra mięśni, z wrzeszczącym pyskiem z wystającymi, dolnymi kłami. I prymitywnym ale solidnym toporem jaki uderzał w przeciwnika raz po raz. To było zbyt zajmujące aby zająć się czym innym. Egon znów musiał rąbać, siec i blokować ciosy. Parę razy oberwał rębakiem albo toporem. Ostrze czasem ześliznęło się po kolczudze lub pancerz wgniótł się ale nie przepuścł ciosu. Chociaż trafienie bolało. Raz tylko udało się orkowi wrażyć bron w bok gladiatora. Ale dość płytko. Za to brodacz sprawnie rozdawał cios za ciosem. Teraz gdy przewaga liczebna zielonoskórych wyraźnie się zmniejszyła, walczyli już mniej więcej po dwóch na jednego człowieka. Astrid też oberwała ale mimo to chociaż nie była tak sprawną wojowniczką jak koledzy to wytrwała z nimi w jedej linii. Rune już wyraźnie się chwiał na nogach ale jako weteran imperialnych armii, potrafił mimo to sprostać orkom. Silny za to wyglądał na takiego co czuje się w tej walce jak ryba w wodzie. Raźno rozdawał orkom ciosy jakby nadal był w portowych zaułkach Neus Emskrank i kroił frajerów z dobytku. Wydawało się, że front na chwilę się ustabilizował. Egon własnie zadał mocne trafienie jednemu z orków z jakimi walczył. Dzikus zawył boleśnie i zachwiał się. Wtedy gladiator usłyszał tętent końskich kopyt. Dalej jednak siekł bo związany walką, mógł zrobić niewiele więcej. Po chwili jednak chyba i dzikusy to usłyszały bo ten czy tamten zdążył się odwrócić do tyłu. Jeden nawet wrzasnął coś ostrzegawczo. A po chwili w plecy wjechały im dwie, rozpędzone kawalerzystki. Impet uderzenia był tak duży, że przebiły się przez cienką linię orków i ludzi i zaczęły hamować dopiero po tym. Konie wytraciły pęd właściwie przy samym brzegu rzeki, tuż przy łodzi z Larsem i Burgund.
W walkę wdarł się chaos. Do tej pory dwie w miarę równe linie jakie się ze sobą ścierały, poszły w rozsypkę. Dwóch orków jacy dostali w plecy uderzenie z rozpędzonych rohatyn, padło na miejscu. Drzewca pękły od uderzenia i zostały w ich plecach. Ze dwóch trzy trzech w zamieszaniu Egon i Sily zdołali usiec, zanim dzikusy zorientowały się co się dzieje. Tych kilku ostatnich, jak zorientowało się, że do czwórki obrońców zaraz dojdą dwie kawalerzystki, jak tylko zawrócą swoje wierzchowce znad rzeki, to dało dyla. Bez żenady zaczęli uciekać w stronę zbawczego lasu.Egon był nieco rozczarowany, że żaden z orków nie odpowiedział na jego wyzwanie. Czy naprawdę zielonoskórzy nie rozumieli ludzkiej mowy? Wojownik podejrzewał, że niektórzy mogli zaprawdę ją znać i jako wojownicy, którzy koniec końców byli dotknięci piętnem Pana Krwi, niektórzy mogliby przyłączyć się do nich, jeśli poczuliby respekt i szansę wspólnej sprawy.
Teraz oczywiście, to wszystko nie miało sensu. Zielonoskórzy, którzy zostali pokonani, pierzchali za krawędzią drzew. Bitwa kończyła się.
Egon zerknął na swoich kompanów: zdawało się, że wszyscy dostali swoją dolę ran. Choć bitwa była ważna, miał nadzieję, że przynajmniej część tych ran wydobrzeje podczas dnia rejsu, lub przynajmniej do czasu starcia z rzecznymi piratami.
– Witajcie! – Egon krzyknął do dwóch jeźdźców, unosząc swój topór. Ciekaw był, kim byli i co rzekną. – Dobra walka, w porę żeśmy was zoczyli!
Towarzysze gladiatora ciężko dyszeli. Astrid pochyliła się i wsparła dłonie o kolana. Obserwowała plecy uciekających orków. Wymęczony walką Rune opadł bez sił na przewróconej kłodzie. Bo nie wyglądało aby zielonoskórzy mieli nagle wrócić do walki. Jedynie łysy harpagan z portowych zaułków wciąż tryskał werwą i stał pewnie na swoich mocnych nogach. Zresztą podobnie jak brodacz.
- Już uciekają? Eee… A myślałem, że orki są mocniejsze. - Zaśmiał się chrapliwie. Ale odwrócił się bo dwójka jeźdźców zdążyła już zawrócić swoje wierzchowce i wracała ku nim. Jednak zwolniły gdy przekonały się, że już po walce. Chociaż na upartego mogłyby pewnie ścigać uciekających. Jednak zatrzymały się przy zdyszanej grupce. Z dołu Egon dojrzał, że to kobiety. Młode i szczupłe. Obie blondynki. Nie miały hełmów ani pancerza. Widać było tylko kaftany jakie mogły nieco chronić ale nie umywały się do przeciętnej kolczugi. Ta jednak była ciężka i brzęcząca więc nadawała się do regularnego starcia ale niezbyt pasowała do polowania. Jak się zbliżyły jeszcze bardziej to nawet je rozpoznał.
Elfia szlachcianka, Fanriel Świetlista. Parę dni temu przelotnie ją widział rano jak wracali z “nocnego pikniku” przy Zachodnich Kamieniach. Ale lepiej miał okazję jej się przyjrzeć gdy przez chwilę z nią rozmawiał po występach w teatrze, jeszcze parę dni wcześniej. Wtedy miała piękne, blond pukle swobodnie rozpuszczone i nietypowo śmiałą suknię z głębokim dekoltem. Wspaniale podkreślała jej sylwetkę i urodę. Wówczas wyglądała jak szlachcianka na jakimś balu. Właśnie ona pierwsza wspomniała o znikających na rzece statkach. Teraz była w spodniach i kaftanie. Ten był tu i tam postrzępiony od ciosów. Sądząc po ciemnych zaciekach nie wszędzie udało mu się zatrzymać cios. Przy siodle miała sajdak z łukiem z jakiego wcześniej strzelała do zielonoskórych. A na twarzy rozmazany brud i krew zamiast delikatnego makijażu jaki podkreślał jej urodę.
Drugą blondynką była Froya van Hansen. Wojownicza milady co wedle powszechnej opinii, powinna urodzić się chłopcem to by i jej, i rodzinie, i temu miasto, oszczędziło jej ekstrawaganckich zainteresowań jakimi zwykle parali się mężczyźni. Gladiator też dyskretnie ją widział parę dni temu w bramie no ale ona pewnie jego nie. Chociaż przez chwilę rozmawiała z Łasicą jaką rozpoznała jako Katię. A tak ostatni raz co widział siię z bliska z milady to chyba było ostatniej zimy, jak z nią i Norą to Axe powalili wspólnie trolla. I młoda van Hansen, zarządziła aby jej lekarz opatrzył także jego a potem zaprosiła go do willi swoich rodziców. Teraz miała swoje jasne włosy związane w warkocz owinięty na kislevską modę, dookoła głowy. Tylko od tej walki wiele jej kosmyków się rozczochrało i sterczało na wszystkie strony. W dłoni miała nadziak. Musiała go wyjąć po tym jak rohatyna pękła po wbiciu sie w orcze plecy, musiała zdążyć dobyć inną broń. Też widać było, że ma rozcięcia na myśliwskim kaftanie i spodniach. Musiała oberwać chociaż nie a tyle aby wyłączyło ją to z walki.
Obie zatrzymały wierzchowce tuż obok zdyszanych piechurów. Astrid dała radę się wyprostować i z nieco zbolałą miną spojrzała na dwie szlachcianki. Rune zmarszczył oczy i poruszył się niespokojnie na pniu. Silny wyglądał na zdziwionego i szybko spojrzał na Egona. Widocznie chociaż ludzką błękitnokrwistą rozpoznał jak już podjechała bliżej. W końcu razem z Kamilą van Zee uchodziła za najpiękniejszą i najlepsza partię do wydania, wiele rodzin chciało się skoligacić z tymi dwoma rodami.
- O, kogo ja widzę. Pogromca zimowego trolla. - Froya odezwała się pierwsza. I widocznie rozpoznała Egona. Co ją nieco zaskoczyło, że go tu spotyka.Egon żywo spojrzał na Froyę van Hansen. Już znaczny czas minął, od kiedy udało się wojownikowi wkupić w łaski szlachcianki, która podarowała mu topór, którym tak siekał zielonoskórych. Iście, Egon chyba ostatnim razem widział Froyę, zanim odbił do Norsci z Mergą, a może i jeszcze wcześniej, sam nie był w stanie powiedzieć.
– Topór się przydał – Egon machnął ostrzem, które wydało dźwięk, przecinając powietrze. – A jakże! Ja i moi kamraci osłaniamy korab przed rzecznymi piratami – tu zrobił gest, wskazując statek leniwie płynący w górę rzeki. – Jednak jak żeśmy zobaczyli, że te zielone bestie napastują na naszych, to żem ani się nie namyślał…! Rzeknijcie no, jak to było, żeście postanowiły zapolować na orków? Poznajcie moich kamratów, to Lars, Astrid, Rune, Silny – przedstawiał każdego z kolei.
Egon przypomniał sobie, że Astrid chciała swojego czasu poznać Froyę. Choć okazji dlaczego, to nie pomniał, jednak wiedział, że córka jarla chciała wyprawić się na więcej kurhanów i ułożyć sagę o siebie samej. Była to świetna okazja, aby poznała szlachciankę.
- Witaj Egonie. - Milady dumnie skinęła głową. Chociaż wciąż lekka zadyszka i nieco rozwichrzone loki, psuły dostojny efekt jaki chciała wywołać. Z góry skinęła na piechurów jakich brodacz jej przedstawiał. Z łodzi podszedł do nich kuśtykający Lars. Tylko Burgund na razie została z tyłu. - Pozwól, że ci przedstawię moją drogą przyjaciółkę. Fanriel Złocista, z dalekiego Ulthuanu. - Wskazała na swoją partnerkę. Dumna elfka w odpowiedzi, też skinęła głową.
- Ale ja też tu widzę parę znajomych twarzy. - Uśmiechnęła się gdy zorientowała się, że raz już się spotkali w podobnym gronie. W kuchni teatru gdzie razem z Odette von Treskow, była zaproszona z paroma błękitnokrwistymi koleżankami na prywatny pokaz Huberta i Oksany z tresury ich niewolnicy Adrienne. Ale skoro wielu z nich tam było, to elfka nie uznała za stosowne aby o tym mówić na głos. Froya za to spojrzała na nią nieco zaintrygowana ale odłożyła to na później.
- Duszno i ciasno w naszym mieście. Więc z moją drogą Fanriel, wyjechałyśmy się przewietrzyć w lesie. Ale niestety zaskoczyła nas ta zgraja dzikusów. - Wzruszyła ramionami i wskazała na najbliższe orcze trupy. Też nie zająknęła się o tym, że obie były ubrane i wyekwipowane jak na polowanie.
- Niestety było ich trochę więcej niż się początkowo spodziewałyśmy. - Elfka uzupełniła jej wypowiedź.
- Ale i tak wam dziękuję za pomoc. Gdyby nie wy, nie byłoby tak łatwo się wyrwać z tej matni. - Van Hansen lekko skinęła głową aby wyrazić swoje podziękowanie za ratunek. - Teraz jesteście w rejsie? - Spojrzała na zacumowaną na rzecę krypę. - No trudno. Jeśli już wrócicie do miasta to zapraszam was na obiad. Będziemy mogli porozmawiać w cywilizowanych warunkach. - Przez chwilę zatrzymała się na każdym z piechurów aby dać im znać, że zaprasza ich wszystkich.
- Nam na pewno będzie bardzo miło. A ja i tak od dawna chciałam milady poznać. - Astrid mniej więcej dała radę już normalnie oddychać i mówić. Więc zdobyła się aby zabrać głos. Podeszła o dwa kroki do ludzkiej szlachcianki. Ta zaciekawiona spojrzała na nią z góry. - Jestem Astrid Stemmestein. Dopiero niedawno przybyłam do miasta. Ale już słyszałam o walecznej szlachciance i bardzo chciałam ją poznać. To się zapowiada na świetny materiał na sagę. - Uśmiechnęła się do Froyi i lekko wskazała głową na Egona aby pokazać od kogo usłyszała o van Hansen. Ta też na niego spojrzała.
- Masz ciekawy akcent Astrid. Skąd jesteś? - Córka jarla rzeczywiście mówiła płynnie w reikspiel ale zdradzał ją nietutejszy akcent.
- Z Norsci milady. Jestem córką wodza i skaldem. Przypłynęłam tu aby poznać ten ląd, przeżywać przygody, romanse i zdobywać skarby godne uwiecznienia w sadze jaką wyśpiewa w długim domu mego ojca jak tam wrócę. - Astrid odparła rezolutnie czym zaintrygowała milady jeszcze bardziej.
- Córka wodza? Szlachcianka? Z Norsci? - Wydawało się, że trafiła w naturalne zainteresowania van Hansen w jej norsmeńskie korzenie. - No rzeczywiście będziemy musiały poznać się lepiej. - Uśmiechnęła się do niej i znów spojrzała na gladiatora. - Widzę Egonie, że masz talent do spotykania pięknych i dzielnych kobiet z północy. - Powiedziała z lekkim rozbawieniem. - Ale cieszy mnie to. I, że topór ci się sprawdza. Byłabym niepocieszona gdyby okazał się darem niegodnym trollobójcy. - Lekko mu skinęła głową, dając znać, że cieszy ją, że prezent z zimowego spotkania okazał się trafny.– Iście, moi kompanioni są prawdziwie zacnymi wojownikami. Skorzystam z twego spotkania i kiedy tylko uporamy się z robotą, przybędziemy do ciebie.
Tu Egon skłonił się.
Gladiator nie był jednak taki pewien, czy po ogarnięciu sprawy z korabiem z jęzorem przy brodzie grzecznie przybiegnie na podobieństwo psów łowieckich szlachcianki. Sprawa ze statkiem, jeśli tylko dobrze pójdzie, zapewne zaangażuje wszystkich kultystów na całkiem długo ze względu na zblizający się turniej i inne sprawunki. Może… Może za jakiś czas, kiedy Egon będzie pewien, że rzecz nabierze rozpędu.
– Rzeknę jeno tym kmiotkom na pokładzie, że dziś żeśmy pomogli Froyi van Hansen i jej towarzyszce, bo puścić nas tutaj nie chcieli – Egon skłonił się. – Musimy odbijać, milady. Mus nam powrócić do naszego korabiu i opatrzyć rany.
Obie konne łowczynie, na chwilę skierowały wzrok, ponad głowami piechurów, aby przyjrzeć się zakotwiczonej barce. Widać było rząd syllwetek przy burcie, jakie obserwowały wydarzenia na brzegu.
- No i dlatego, zapraszam was na obiad a nie ich. - Milady odparła gdy znów spojrzała w dół, na swoch rozmówców. - Niestety tym razem nie mam ze sobą swojej ekipy z medykiem aby mógł na was rzucić okiem. Spodziewałyśmy się małej przejażdżki po lesie a nie takiego starcia. Chociaż oazało się całkiem ekscytujące. - Lekko skinęła głową ku piechurom, dając znać, że docenia ich udział w tych wydarzeniach. - W takim razie, nie będziemy was dłużej zatrzymywać. Musicie się zająć waszymi rannymi. - Szlachcianka sięgnęła do czegoś u dopinanej do pasa kieszeni. Po chwili wyjęła coś drobnego i wyciągnęła ku gladiatorowi. - Okaż to u nas na bramie. Będą wiedzieć, że jesteś zaproszonym gościem. - Okazało się, że była to delikatna, jedwabna chusteczka o koronkowym, wykończeniu. Biała i ze złotym słońcem jakie było motywem przewodnim van Hansenów.– Będę pamiętał o tym, milady – Egon skłonił się, przyjmując chusteczkę i składając ją odpowiednio, by nie uwalać jej krwią orków. – Czas zatem na nas. Bywajcie!
I ukłonił się raz jeszcze, wiedząc, że szlachcianki zawsze łase są na okazywany szacunek.
– Kompanioni! Uchodzimy! Dziś udało nam się wspomóc swoich!
W istocie, Egon miał nadzieję, że ta kolejna przysługa wyświadczona Froyi van Hansen nie przejdzie bez echa. Kiedy sprawa ze statkiem już będzie odpowiednio oporządzona, Egon w istocie zamierzał odwiedzić szlachciankę. Ani chybi, nie zapomni tej usługi… A i Astrid pewnie z czasem doceni, jak wpływowa może być Froya.
Oczywiście, jedynym potknięciem w tym wszystkim było to, że jeśli zostaną zaatakowani przez rzecznych piratów, to nie tak łatwo będzie im dać odpór teraz, kiedy część z jego ludzi jest ranna. Mógł tylko mieć (płonną) nadzieję, że ostatecznie do ataku nie pójdzie lub też piraci nie okażą się tak zażartymi przeciwnikami. Koniec końców, Egon siekał orków i trolle, jak bardzo zgraja ludzi mogła się okazać niebezpieczniejsza?
Powracał do statku.
-
Heinrich słuchał wypowiedzi Tomasa w zamyśleniu. Mówiąc szczerze niepokoił go sen z kobietą z tym pierścieniem, jaki łączył się ze studentką z zajęć rysunku, jakiej prace przyprawiały belfra w ból głowy i nie wiedział czy naprawdę ma chęć na nie pójść. W ogóle jako kto? Jaki byłby powód?
- Tylko jako kto miałbym się zjawić na zajęciach z rysunku w Akademii? Tak zupełnie bez powodu byłoby przynajmniej zastanawiające.
- Tym się nie przejmuj. To jest najmniejszy problem. Mogę ci załatwić wejście jako obserwator. Możesz przecież być kimś na tyle bogatym i znudzonym, że chciałby się nauczyć rysunku. Albo rozeznać się w programie nauczania dla swoich dzieci czy dla przyjaciela co ma dzieci. To naprawdę da się załatwić na wiele sposobów, jak masz jakiś co ci pasuje to powiedz kolego, to postaram się to uwzględnić w kalkulacjach. Dobrze, że ci o tym wcześniej powiedziałem bo nie wiem już co myśleć o tych snach i rysunkach. Ale jestem pewien, że to nie może być przypadek. Sam wiesz, że to Siostry przemawiają przez te sny i nie tylko do nas z rodziny. Przecież nawet lady Odette miała sny co w końcu wezwały ją tutaj a ten teatr naszych koleżanek to był tylko pretekst aby tu przyjechała. A przecież ona była w Saltmundzie, poza naszym miastem. Więc i ktoś kto jest tutaj, na miejscu, tym bardziej może być podatny na zew. Tylko jeszcze nie wiem jak ugryźć te rysunki i Gisele. - Belfer mówił szybko i nieco rozkojarzonym głosem. Widać było, że te dzisiejsze sny mocno dały mu się we znaki i bardzo się nimi przejął. Teraz próbował się uspokoić i jakoś naradzić z kolegą co czynić dalej.
- Tak, obserwator byłby dobry. - zdecydował Heinrich - A Gisele w mógłbym sam też poobserwować i własne wnioski wyciągnąć, jako znudzony bogaty jegomość.
- To już zostawiam tobie. Jak się z nią znajdziesz na tych samych zajęciach to już będziesz mógł to rozegrać wedle uznania kolego. - Tobias machnął ręką, że ma na tym polu zaufanie do Heinricha. - Bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Przydałby mi się ktoś ze świeżym umysłem i niezależnym punktem widzenia. Nie znasz Gisele więc będziesz mógł sobie wyrobić zdanie od początku. Ona też cię nie zna. Wolisz to spotkanie jeszcze dzisiaj czy może jutro? - Chciał jeszcze wiedzieć jak to organizacyjnie załatwić aby kolega mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach rysunku.
- Może być dzisiaj. - zgodził się Heinrich. -
Popołudnie; szalupa i “Jutrzenka”
Egon i ekipa
Pożegnanie z dwójką szlachcianek było całkiem miłe. Obie uśmiechały się, dziekując za ratunek i życząc im powodzenia w dalszej podróży. W końcu jednak dały w bok wierzchowcom, odwróciły się i zaczęły odjeżdzać w stronę lasu. A piechurzy wracać i pakować się do szalupy.
- A więc to była lady Froya van Hansen? Wspaniała kobieta. I jaka dzielna wojowniczka. Musi mieć w sobie naszą krew. Dopiszę ją do naszej sagi. Taka walka zasługuje na co najmniej kilka zwrotek. Uh… Ale mnie bark boli… - Jeszcze widzieli jak dwie blondwłose kawalerzystki odjeżdżają polaną. Ale sami już pakowali się do łodzi. Wojenne fortuna sprzyjała im na tyle, że nikt nie padł w walce ale jednak Rune, Lars i Astrid zostali mocno poturbowani przez orcze topory i rębaki. Dlatego tak stękali gdy po kolei z pomocą Burgund i kolegów wsiadali do szalupy. Zajmowali miejsce na dziobie. Egon i Silny wyszli z tego starcia raczej obronną ręką więc zajęli miejsce przy wiosłach. Łysy na środkowej a brodacz na tylnej. Ostatnia wsiadała miedzianowłosa łotrzyca. Jako jedyna wyszła z tego starcia bez draśnięcia ale dlatego, że została w łodzi i nie brała w nim udziału. Pomogła jednak Larsowi wrócić do niej, gdy z powodu ran, wycofał się z walki. Wiosła z początku, trzeba było wbić w rzeczny piasek aby ruszyć łódź z miejsca. Przez chwilę dwóch kolegów zmagało się z tym, nim ich pojazd nie odpłynął od dna na tyle, że mogli zacząć regularnie wiosłowanie. Na dwie pary krzepkich ramion to szło im to całkiem sprawnie.
- Rzeczywiście. Może mieć trochę naszej krwi. Heh. Tak jak wy chłopaki. Dzielnieście stawali. - Lars oberwał najbardziej więc teraz gdy zaczynała schodzić bitewna gorączka, zdawał się być coraz bardziej obolały. Mówił urwanymi zdaniami, z wyraźny wysłkiem. Brakowało mu tej swobody wypowiedzi z jaką zwykle się posługiwał. Leżał na samym dziobie i ciężko oddychał. A mimo to zdołał się uśmiechnąć i wyrazić uznanie dla południowców, chociaż Norsmeni tradycyjnie zdawali się ich uważać jedynie za ludy do łupienia.
- Dobra. To jak chcecie to ugrać? - Burgund siedziała jako sterniczka. Portowa dziewczyna nie miała najmniejszych kłopotów z obsługą łodzi. Z wiosłami też sobie radziła chociaż nie była tak krzepka jak koledzy więc płynęłaby wolniej.
- Co chcesz ugrać? - Łysy zdziwił się ale nie przeszkodziło mu to w wiosłowaniu.
- No to. - Ruda wskazała kciukiem za siebie. Dwie szlachcianki znikały im właśnie z oczu za pierwszymi krzakami i drzewami. Egon i Silny akurat siedzieli tyłem do kierunku płynięcia więc też je widzieli.
- I co chcesz na tym ugrać? - Mięśniak nadal nie rozumiał o co chodzi koleżance. Ta spojrzała na niego krytycznie i pewnie gdyby zamiast niej, była tu Łasica, to by się nie powstrzymała od jakiejś kąśliwej uwagi. Jednak bezpośredni konflikt między Burgund a Silnym był o wiele mniejszy. I raczej na zasadzie solidarności rudej łotrzycy z fioletowłosą kamratką. Więc odpowiedziała całkiem zwyczajnie.
- No nie widzicie tego? Właśnie walczyliśmy ramię w ramię z Froyą van Hansen. I zaprosiła nas do stołu. Myślicie, że ktoś z tych chmyzów rzecznych siedział kiedyś z kimś z van Hansenów przy jednym stole? Że w ogóle był w ich rezydencji? Poza szlachtą to pewnie większość miasta nie była. Może Pirora czy Fabienne to się mogą z nią umawiać jak z koleżankami no ale to tyle. - Łotrzyca mówiła szybko i z werwą. Przez chwile pozostali twarzysze gladiatora trawili jej słowa.
- No Froyi w teatrze nie było ale Fanriel już tak. Oglądała ten pokaz Huberta, jak z Oksaną tresowali Adrienne. Tylko potem ona poszła z lady Sorią i resztą koleżanek do pokoju no i wszyscy się rozeszliśmy. Ale Froyi wtedy nie było. - Astrid skupiła się aby przezwyciężyć ból. Jednak pamiętała, że złotowłosą elfkę to już raz spotkali na zapleczu teatru. Ci co tam byli, pokiwali głowami. Jednak z dziobu pierwszy odezwał się poraniony Norsmen.
- No była tam. Też ją pamiętam. Ale co z tego? Burgund masz coś mówić to mów. A nie się w zgadywanki bawisz. - Wydawał się być obolały i zirytowany aby zachować zwyczajową dla siebie rezolutność.
- Dobra, te chmyzy to kij im w oko. Ale myślę, że Juttę moglibyśmy spróbować ugrać. - Łotrzyca lekko skinęła brodą w stronę barki do jakiej wracali, jakby tam już widziała rzeczną celniczkę. Gladiator czy Silny byli do niej tyłem więc musieli się obejrzeć aby dojrzeć zakotwiczoną jednostkę.
- Myślałem, że już ją ugraliśmy. - Głos portowego zakapiora wydawał się być zdziwiony. W końcu od zeszłego wieczoru, udało im się znacznie pogłębić znajomość z mytniczką.
- No właśnie. I rano urobiła Wagnera aby nas wpuścił na pokład. - Astrid odezwała się ponownie ale pamiętała o tym, że parę dzwonów temu Jutta już okazała im swoje wsparcie.
- No ale można ugrać ją bardziej. Myślicie, że taki zwykły celnik to śniada przy stole razem z kimś z van Hansenów? - Łotrzyca chytrze uniosła brwi posyłając im złodziejski uśmiech. - A Froya zaprosiła nas wszystkich. Myślicie, że taka wielka pani będzie robić wielkie ceregiele jeśli ktoś z nas zabrałby towarzyszkę? - Popatrzyła na chwilę po twarzach kultystów obsadzających resztę łodzi.
- No można by ją zabrać. Ale po co? - Głos oprycha z doków wskazywał, że niezbyt dostrzega sens takiego działania. Pokonali już z połowę drogi do czekającej krypy.
- No może po to aby nam sprzyjała bardziej? Przecież ona zna rzekę jak my miasto. Ona jest tutaj jedną z ferajny. Te chmyzy też ale kto tam nimi by się przejmował. A coś słyszałam plotki, że jakaś łajba by się wam przydała, jakaś załoga, jakichś brańców by się przydało nałapać a najlepiej młode, jędrne branki? - Łotrzyca zawiesiła brwi w górze aby dać im okazję dostrzec tą okazję, jaką widziała.
- Przecież wzięła geldy. I się z nami chędożyła całą noc. I tej nocy pewnie też będzie. - Silny nadal nie wydawał się być przekonany czy to ma sens. Burgund lekko sapnęła z irytacji.
- Ale rozumiesz, że dla przyjaciół lady von Hansen to mogłaby okazać większe zaangażowanie? Zwłaszcza jakby ją zaprosili do jej stołu? Co przecież nie przeszkadza aby dalej z nią figlować. - Rudzielec starała się opanować emocje i postawić na argumenty. Reszta znów przez chwilę trawiła jej słowa.
- No niezły pomysł. Ale ja odpadam. Muszę to odleżeć. Może jutro. - Lars sapnął chrapliwie ale zdawał sobie sprawę, że obecnie nie jest tak elokwentny jak zazwyczaj.
- Ja też. Boli mnie wszystko. Chyba się położę. - Astrid też chwilowo miała dość większego wysiłku umysłowego. Rune tylko pokręcił głową, że też pasuje. Gdy łotrzyca popatrzyła pytająco na łysego to prawie od razu, gladiator usłyszał zza pleców jego odpowiedź.
- Ja tam mogę ją wychędożyć, dobra w tym jest. Ale ja nie jestem od gadania. - Brodacz prawie czuł jak tamten wzruszył swoimi ramionami. Więc teraz Burgund spojrzała na niego.
- Ja mogę wam pomóc chłopaki, ale to chyba wy mieliście najwięcej spraw na rzece do załatwienia. Okazja nie puka dwa razy. Teraz mamy okazję urobić ją na gorąco. Wieczorem czy jutro też można ale to już emocje opadną i nie będzie takiego wrażenia jak teraz.. - Powiedziała to tak, jakby przemawiało przez nią doświadczenie zawodowej oszustki i wyłudzaczki bo tym się zajmowała z Łascią równie często jak kupczeniem własnymi wdziękami. Czekała teraz co Egon powie, bo z całej brygady już tylko on się nie wypowiedział. Mieli jeszcze chwilę w ich własnym gronie aby porozmawiać bez świadków ale z każdym machnięciem wioseł zbliżali się do “Jutrzenki”.Egon płynął przez dłuższy czas w milczeniu. Adrenalina spadała i choć wojownik z radością powitał okazję do bitki, zdawało się, że zaskarbienie sobie łask u lady Froyi van Hansen było okupione całkiem sporym kosztem: najbardziej ranien był Lars, jednak i pozostali, łącznie z nim samym, dostali swoją dolę ran. Cóż, przynajmniej było opowiadać można, że ubili wojowników nie byle jakich, orków z plemienia opodal rzeki Salzenmund.
Tymczasem rozmowa skierowała się na rzecz, jak dalej usidlić Juttę Czerwonowłosą. Burgund, Lars, Silny wreszcie wypowiadali się jeden po drugim.
– Mądra rzecz – Egon skinął głową, doceniając nadarzającą się okazję, zwalniając nieco wiosłowanie, skoro musieli się rozmówić. – Ale musimy dobrze wiedzieć, jak do tego podejść. I kto gadać będzie. Rzekłbym, żebym to był ja i Burgund. I Astrid może, jak na siłach jesteś. Ale co jej powiemy? Pokażemy jej chustę i chełpić się będziemy tym, żeśmy odpór orkom dali i że ona powinna do nas dołączyć? Albo będziemy gadać, że się gruby interes szykuje na rzece i morzu i na nią liczymy?
- Na początek musimy się pochwalić, że uratowaliśmy Froyę van Hansen. I jej przyjaciółkę Fanriel Świetlistą. Nie wiem czy tą elfkę zna ale dobrym nazwiskiem zawsze dobrze sypnąć przy bajerze. A trudno w mieście o lepsze nazwisko niż van Hansen. I tak, koniecznie jej pokaż tą chustkę. Właściwie to mogę ją zobaczyć? - Burgund ucieszyła się, że gladiator okazał się chętny na jej pomysły. Zaczęła mówić szybko aby zdążyć nagadać się jak najwięcej zanim dopłynął w zasięg głosu załogi krypy.
- A co? Myślisz, że nie widzieli? Przecież stąd wszystko widać. - Silny widać nie uważał tego za niezbędne.
- Mogli widzieć dwie blondynki na koniach, mogli poznać po ubraniu, że szlachcianki ale wątpię aby mogli twarze rozpoznać. Więc nawet jak widzieli naszą walkę to mogą nie wiedzieć kim te dwie blondyny były. Musimy się pochwalić kto to był. - Łotrzyca zaczęła od tego co najważniejsze.
- No tak. To chyba coś takiego jakbyście u nas mnie pomogli. Też bym was zaprosiła do mojego ojca jako swoich gości. - Astrid przezwyciężyła słabość aby wrócić do rozmowy. - No i pewnie. Mogę pogadać z Juttą. Ale może tam w naszej kajucie. Jak spocznę na łóżku. - Blondynka z północy dostrzegła podobnieństwo do sytuacji w jej rodzinnych stronach tylko siebie widziała zamiast Froy i Fanriel. No i zgodziła się wesprzeć kolegów i koleżankę w rozmowach z celnik.
- A dasz radę zadrzeć spódnicę i pozwolić działać Juttcie tak jak wczoraj? - Burgund wychyliła się aby na nią spojrzeć.
- Że co? - Skald zapytała po chwili z pewnym zaskoczeniem. Zresztą podobne zdziwione pytania padły od kolegów.
- Rany nie rozumiecie? Przecież ona jest od Huberta. Sami wiecie jakie kochanki on ma. Fabienne, Adrienne… A teraz Jutta. Zresztą z tego co wczoraj widziałam to Jutta jest bardzo wesoła, wyszkolona i przewaga liczebna jej nie przeraża. - Zaśmiała się z wulgarnego rozbawienia.
- Mamy ją wychędożyć? Jak to niby ma nam pomóc. Znaczy ja mówiłem, ze mogę. Niezła wczoraj była. Ale po co? Co to ma do naszych spraw na rzece? - Silny wydawał się być mocno sceptyczny co do sensu takiego kroku. Poza tym obie łotrzyce były znane, że wiele swoich spraw załatwiały dzięki swoim wdziękom. A Silny okutą pałką.
- No na przykład ten towar co Hubert prosił aby się go pozbyć. - Burgund jeszcze bardziej ściszyła głos i widać było, że przykuła uwagę pozostałych. - Bo wiecie, mozna go wywalić za burtę ale to jakoś Wagnerowi trzeba wytłumaczyć. Można na szybko szukać kupca w Saltmundzie ale to pewnie odbije się na cenie. Dostaniemy ułamek wartości. Można też liczyć na piratów, że jak pozbędziemy się załogi to zrobimy z towarem co chcemy. - Naciągaczka burgundowych włosach, na szybko streściła różne pomysły z wczoraj. Na razie na żaden się nie zdecydowali ale takie się mniej więcej pojawiały.
- No i? - Silny mruknął aby ją popędzić do rozwiązania.
- No i jakby się zdarzyło, że celnik przyczepi się do towaru, powie jakieś swoje paragrafy, założy lak to towar legalnie wraca do Neus Emskrank. A my przenosimy go do jakiejś dziupli. A potem możemy opchnąć temu waszemu arabskiemu kupcowi. Czyli Hubert pozbywa się towaru konkurencji. Arab dostaje dobry towar po taniości. A my dostajemy geldy za nie swój towar. No ale do tego potrzebny jest jakiś celnik co by poszedł na taki numer. Ciekawe gdzie by można takiego znaleźć… - Burgund na szybko nakreśliła plan jak by Jutta mogła im w rozwiązaniu tej sprawy.
- Dobra, dobra. Nie popisuj się. Załapaliśmy o co ci chodzi. - Silny sarknął jak zwykle zirytowany gdy łotrzyce okazywały się pomysłowością na jaką go nie było stać. Burgund starała się nie roześmiać na całego.
- No i wiecie, jak ma się takiego swojego celnika to można robić sporo takich ciekawych numerów. Tylko trzeba ją urobić jeszcze bardziej niż do tej pory. I na moje oko to figle są dobrą metodą. Sami widzieliście jak po wczorajszej nocy, rano była dla nas milutka. Ja przez chwilę się bałam, że Wagner już mnie nie wpuści no ale wstawiła się za mną. - Wyjaśniła jak widzi sposób na zjednanie sobie rudowłosej mytniczki.
- Ale przecież wzięła geldy. Sporo. Wszyscy się składaliśmy dla niej. - Silny zauważył, że urzędniczka jednak wzięła od nich twardą monetę.
- Wzięła to wzięła. To samo w sobie jeszcze nic nie znaczy. Lojalność kupiona złotem chwiejna jest. Pamiętam jak raz w Bretonii, służyliśmy jednemu baronowi. Wkurzał nas. Cały czas mówił, że jesteśmy kundle z północy. Na wojnę poszedł z innym baronem. Ale tamten dał nam więcej. Więc pochwyciliśmy naszego pana i przynieśliśmy go nowemu. Za to nasz pan miał kochliwą żonkę. Trochę jak wasza Fabienne. He he he pomogliśmy tej zacnej kobiecie doczekać się potomka. Zdrowy syn jej się urodził. He he he jeden na trzy, że mój. Tyle jest warta lojalność za złoto. Czasem wiele. A czasem nie. Kamraci są warci więcej. Ten co tarczą cię zasłoni przed toporem to jest mi jak brat. Nawet jak w ogóle mi nie płaci. - Lars mówił ciężko ale anegdotka z przeszłości rozbawiła go, że nawet się zaśmiał. Rune i koledzy też. Astrid też się uśmiechnęła kiwając głową na znak zgody.
- Myślę, że Burgund ma rację. Jakby Jutta dostała od kogoś od nas zaproszenie do stołu Froyi to myślę, że bardzo by nam była rada. Poza tym i tak będziemy u Froyi dopiero jak wrócimy z rejsu więc musielibyśmy być zadowoleni z Jutty aby nie wycofać zaproszenia. - Skald dopowiedziała swoje zdanie do tego wszystkiego.Egon przemyśliwał wynurzenia swoich towarzyszy. Potrzebował podjąć szybko decyzję, bo byli coraz bliżej…
– Te, przestań na chwilę wiosłować, zamarkuję, że wiosło mi utknęło – rzekł Egon do Silnego i na parę chwil zaczął mocować się z wiosłem, by zebrać myśli i nieco opóźnić czas, gdy przybędą.
Wreszcie zdecydował. Co prawda zdecydował się na ryzyko, ale wizja skaptowania Jutty do bandy ich Kultu była bardzo kusząca: mieć mytnika, który by im pomagał na rzece i poza nią? Tak… To było warte ryzyka.
– Zrobimy tak: rzekł wreszcie Egon, który dał znak Silnemu, aby zaczął wiosłować. – Wejdziemy na okręt, będziemy głośno gadać, żeśmy pomogli Froyi van Hansen i pokażemy wszystkim chustkę na dowód. Burgund, ty dzisiaj pod wieczór zedrzesz z niej kiecę a jeśli chcesz, to pomogę ci w chędożeniu. Kiedy odpowiednio mytniczkę wydupczymy, rzekniemy jej, jak sprawa stoi: że na korabiu kroi się gruby interes i w nagrodę, oprócz złota, które dostała, zaprosimy ją na rejzę do dworku van Hansen. Powiemy jej, że to ona wstawiła się u nas do szypra, bo nie chciał nas puścić, aby pomóc milady. Ale musi nas wspomóc tutaj na korabiu, kiedy my wykonamy nasz ruch. I z tym towarem też nam musi pomóc. No, co rzekniesz, Burgund? – zapytał.
- Rzeknę, że to całkiem dobry pomysł. Zwłaszcza z tym zrywaniem z niej ubrania. Ale po co z tym czekać do wieczora? Wieczorem i tak możemy ją wydupczyć jeszcze raz. A mówiłam ci. Teraz sprawa jest gorąca. Do wieczora to już zdąży ostygnąć. - Łotrzyca uśmiechnęła się lubieżnie ale patrzyła z wyrachowaniem doświadczonej ulicznych. - Chyba wiesz, że wiele kobiet ma słabość do powracających z boju zwycięzców? I lubi to konsumować na bieżąco? - Lekko uniosła brwi aby dać mu chwilę na przemyślenie. - Astrid dzieli kajutę z Juttą. Mógłbyś ją wziąć na ręce i tam zanieść. Widać, że oberwała to będzie wyglądać naturalnie. Ja zbajeruję Juttę, żeby też przyszła. Powiem jej, że mam coś ważnego do powiedzenia albo, że mam na nią ochotę. Coś wymyślę. - Szybko zaproponowała jak można by zorganizować spotkanie na łajbie w chodź symbolicznie izolowanych warunkach. Po czym wychyliła się aby spojrzeć na pozostałych. - A ktoś z was się pisze? Astrid? Silny? Albo wy chlopaki. - Chciała dać im szansę aby się wypowiedzieli.
- Ja spasuje. Chyba, że by mi która ust użyczyła. Ale nie mam kajuty to i tak odpada. Najwyżej wieczorem coś. - Lars wysapał ale nie wyglądał aby był w tym stanie gotów na figle. Rune znów machnął ręką, że nie czuje się na siłach.
- Ja mogę spróbować. Ale na jakieś fikoły na mnie nie liczcie. Podobało mi się jak wczoraj Jutta mi służyła ustami i całowała stopy. Dziś też by mogła. Byłaby dobrą służącą w mojej świcie. - Córka jarla zgdziła się wziąć udział w schadzce z mytniczką chociaż z pewnymi zastrzeżeniami. I dała wyraz, że usłużna kochanka wczoraj zrobiła na niej dobre wrażenie. Więc Burgund spojrzała teraz na Silnego.
- Ee. Klitka nie kajuta. Ja to potrzebuję miejsca na zabawę. Teraz sobie daruję. Wieczorem ją dorwę. Niech he he czuje zmianę warty. - Dał znać, że jest gotów odpuścić, skoro wieczorem była szansa na powtórzenie zabaw z wczorajszego wieczoru.
- No to jesteśmy umówieni! - Ucieszyła się łotrzyca. - A jakby co to wieczorem możemy ją wziąć wszyscy na spokojnie. Może nawet z Gezackiem i jego ludźmi? Też chyba macie plany wobec nich nie? I kto wie? Może jeszcze ktoś się w tej tawernie trafi? - Rudzielec wydawała się być dobrej myśli co do przyjemnego spędzenia wieczoru skoro mieli tak obiecujący skład.
- Może ona kogoś zna. Jak tak często tu pływa. - Rzucił łysy mięśniak a łotrzyca tym razem bez skrupółów przytaknęła mu głową.
- No a ta chustka to bomba Egon. Zobacz. - W międzyczasie Burgund miała okazję przyjrzeć się podarowanej chustce. Rozwinęła ją aby i gladiator mógł. Wyglądała jak kwadrat, delikatnego, jedwabnego płótna. O starannie obszytych, falistych krawędziach. W samym centrum było żółte słońce, jeden z głównym motywu herbu van Hansenów. Na jednym narożników były wyszyte ozdobne litery. Ale widać było też ślady palców. Czerwonobrunatne jak od krwi i błota. Musiała je zostawić sama Froya bo ślady były zbyt drobne do solidnych palców brodacza a Burgund miała w miarę czyste ręce. Za to blonwłosa szlachcianka była świeżo po walce jak mu podawała ten skrawek drogiego jedwabiu.
- I ten zapach. Zapach szlachcianki. Oni zawsze sobie perfumują te chusteczki. Fabienne i Pirora też takie mają. Powiem ci, że to niezły bilecik ci dała. To pewnie jej inicjały. Umie to ktoś odczytać? - Wzniosła nieco chustkę do reszty aby im pokazać wyszyte litery. Bo jako dumna i cwana dziewczyna z ferajny oczywiście gardziła słowem pisanym i nie miała zamiaru się go uczyć.
- Tak, to FvH. Jej inicjały. - Po chwili usłyszeli głos Astrid.
- No to mamy niezły bilecik. Schowaj to i pokaż im jak będziemy na pokładzie. Zwłaszcza Juttcie. Ha! Zobaczysz jak będą wytrzeszczać gały ze zdziwienia! - W końcu łotrzyca oddała chusteczkę koledze i już się cieszyła jakby przewidywała dobry figiel.
– Dobra, to możemy się ruszyć i od razu bym Astrid zaniósł, powiemy, że zebrała poważniej i pójdziemy z Juttą – Egon zgodził się na pomysł Burgund. – A potem wieczorem możecie ją brać, ile chcecie. Będziemy przy “Łabędziu”, to ryzyko ataku małe będzie.Egon przemyśliwał jeszcze ten plan, który na szybko uknuli. Byli coraz bliżej i bliżej, przeto już nie było sensu myśleć coraz więcej.
– Dobra… Wszyscy gotowi? – zapytał, podpływając bliżej.
- No, zobaczysz. Poopowiadamy jak kto kogo ciął i jak spotkaliśmy Froyę i Fanriel to może być całkiem sympatycznie. - Łotrzyca puściła mu oczko ale już dopływali do zakotwiczonej łajby. Z góry słyszeli nawoływania aby dobili do śródokręcia bo tam była już spuszczona drabinka. Egon, Silny i Burgund musieli wyhamować prędkość łodzi i precyzyjnie dobić do burty jednostki macierzystej. A i tak uderzyli w nią dość mocno.
- Jesteście cali?! - Z góry zawołała do nich Jutta. Widzieli jej ładną twarz jaka wyhylała się ponad reling. Wydawała się być zaniepokojona.
- Mamy rannych. Dawajcie chłopaki. - Łysy mięśniak zajmował środkową ławeczkę szalupy więc miał bliżej do poturbowanej trójki. Wyciągnął dłoń ku Rune i pomógł mu stanąć na łodzi.
- Nie bujajcie tak! - Ostrzegła Burgund bo póki wszyscy biernie siedzieli to nie wpływało to na szalupę. Ale jak zaczęli wstawać i po niej chodzić to i ta mała łajba reagowała na zmianę balansu co z kolei utrudniało przemieszczanie się po niej. - Po kolei, aby nie rozbujać łodzi. - Łotrzyca zachowała zimną krew. A Silny pomógł podejść koledze do drabinki. Ten złapał się jej szczeblów i z mozołem zaczął po nich wchodzić. Drabinka miała drewniane szczeble ale połączone liną a nie na sztywno.
- Pomóżcie mu! - Celnik ze swojej strony ponagliła marynarzy. Ci pochylili się i wyciągnęli dłonie aby złapać wchodzącego weterana imperialnej armii. Ten i tak musiał większość szczebli pokonać sam. W końcu wszedł w ich zasięg a ci złapali go i sprawnie pociągnęli w górę. Chociaż musiało go to zaboleć bo zajęczał. Był już jednak na pokładzie.
- Dawaj Astrid, teraz ty. - Silny wyciągnął dłonie i też pomógł jej podnieść się do pionu a potem przejść do drabinki. Tu jednak złapał ją za kibić i podniósł do góry, dzięki czemu oszczędził jej kilka stopni. Ona krzyknęła z zaskoczenia ale z żeglarską wprawą, złapała się za drabinę. Widać jednak było, że lewe ramię ma uszkodzone bo nie miała siły wznieść je do góry. Morskie doświadczenie, sprawiło, że do czekających ramion dotarła w miarę sprawnie. Chociaż w ostatniej chwili to rudowłosa mytniczka ich zastąpiła i uważając aby nie sprawić bólu Norsmence, pomogła jej wejść ten ostatni kawałek.
- Widzisz? Lubi nas. Te wczorajsze harce nie poszły na darmo. Albo jest z tych wrażliwych na ludzką krzywdę. - Burgund oglądała to z zadartą głową ale cicho posłała Egonowi pełen satysfakcji uśmieszek. A na górze zwolniło się miejsce więc łysy zbir pomógł wstać Larsowi. Ten kuśtykał ale dotarł do drabiny.
- Sam dam radę. - Uprzedził łysego jakby obawiał się, że ten spróbuje tego samego numeru co przed chwilą z Astrid.
- Spokojnie. Nie masz takiego jędrnego kuperka jak ona abym chciał go oglądać. - Silny sarknął ale wydawał się być rozbawiony. Zresztą Norsmen też się uśmiechnął. I zaczął zmagać się z drabiną. Szło mu ciężko ale morski łupieżca miał wprawę z takim środkiem transportu i cechował się ogromną determinacją. W końcu dotarł na sam szczyt, gdzie marynarze go złapali i pomogli wejść na pokład.
- Ciebie też podsadzić? - Silny spojrzał pytająco na siedzącą przy sterze łotrzyce. Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się do niego i pokazała mu gest powszechnie uważany za obraźliwy. On zaśmiał się chrapliwie i sam złapał za szczeble. Podczas walk ledwo został draśnięty więc płynnie pokonał tą wysokość. Wtedy łotrzyca wstała i z wprawą portowej dziewczyny podeszła do drabinki.
- No to widzimy się na górze. Aha. Tą chustkę pokaż jak już będą podgotowani, jako gwóźdź programu. Albo jakby który nie dowierzał co to za ślicznotki spotkaliśmy. - rzuciła mu cicho po czym z małpią zwinnością pokonała drabinę jeszcze sprawniej niż jej łysy krajan. Egon został na sam koniec. Rany za bardzo mu nie dokuczały i dał radę. Jednak nie był nawykły do takich ruchomych drabinek. Wydawała się mu uciekać spod butów i wierzgać jakby chciała go strącić. Ale jak nic i nikt mu nie przeszkadzało to szybko znalazł się na pokładzie. Nawet jeśli bez tej gracji portowej dziewczyny. Już pod koniec widział jak mytniczka się wychyla ku niemu i czekała na niego przy samym wejściu.
- Idź po łódź. - Wagner czuwał i jak tylko gladiator wszedł na pokład, jeden z marynarzy natychmiast zszedł po drabinie na dół, aby zająć się szalupą. Zaś Egon mógł się rozejrzeć po pokładzie. Właściwie to nic się nie zmieniło. Nadal było tu niewiele miejsca bo większość zajmowały różne skrzynie, beczki i pakunki towaru. Teraz na nich siedzieli lub leżeli jego towarzysze z łodzi. Otoczeni przez żądnych wrażeń i opowieści marynarzy. Stali też Gezackt, Szybki i Martin ze swoim łukiem. Tylko Silny i Burgund stali o własnych nogach.
- Tak się bałam, że wam te orki coś zrobią. Ale cieszę się, że wróciliście wszyscy. - Jutta mówiła do niego ale też z przejęciem patrzyła na pociętych awanturników. Na razie nie słyszał aby ktoś mówił imiona szlachcianek ale dopiero co tu weszli a z tej odległości to z łajby mogli ich nie rozpoznać.Egon wspinał się na górę nie bez trudu. Ostatecznie, sam też zebrał swoje razy od orczych tasaków, dzid i berdyszów. Zielonoskóre bestie, pomimo tego, że wydawały się być całkowitymi dzikusami żyjącymi jeno chyba tylko po to, by rozmnażać się i walczyć o dominację okazały się całkiem doświadczonymi wojownikami.
– Dobrze, że się zatrzymaliśmy – rzekł głośno i wyjął zza pazuchy ofiarowaną mu chustę. – Czy wiecie, że akurat w porę zatrzymaliśmy się, żeby wspomóc w walce milady Froyę van Hansen i jej towarzyszkę, Fanriel Świetlistą?
Tu rzucił przelotne spojrzenie na szypra, który wcześniej, na podobieństwo skąpego kramarza, nie chciał ich puszczać.
– Iście, dobry to dzień! – zawołał Egon, ciekawy, jaki efekt wywrą jego słowa na Juttcie i samym szyprze. – Pomogliśmy naszym i kto wie, jeśli byśmy się nie zjawili, milady zostałaby plama na honorze a może i przyszłoby jej karkiem przypłacić! Z tymi zielonoskórymi bestiami to rzecz zawsze niewiadoma, kiedy uderzą raz jeszcze! Trza nam leczyć rany!
Egon postanowił wyczekać, co też rzekną ci na statku, nie chciał bowiem długo perorować a i też był ciekaw reakcji mytniczki i szypra. Chciał co prawda wkupić się w łaski czerwonowłosej, ale może i sprawa przyjmie dobry obrót u niego, bo nie chciał wypuścić jego bandy wcześniej…
- Froyę van Hansen? Tą z van Hansenów? - Szyper mimo swojej ogorzałej od wiatru i słońca twarzy to zbladł jak usłyszał to rozpoznawalne w mieście nazwisko. Nie tylko on teraz spojrzał za burtę, w stronę brzegu i polany na jakiej niedawno toczyła się zażarta walka z zielonoskórymi. No ale obie szlachcianki zginęły z oczu jeszcze jak szalupa płynęła do “Jutrzenki” i teraz była pusta.
- Ta, właśnie ta. Z van Hansenów. A znasz jakąś inną milady w spodniach co jeździ na polowania? - Silny też promieniał złośliwą satysfakcją z wrażenia jakie wywołali na pokładzie. Najpierw zrobiło się dużo ciszej gdy rozpoznali przynajmnej nazwisko ludzkiej milady. A szybko zaczął się szum niedowierzania i rozmów nad tym jak blisko byli kontrowesyjnej milady. Albo zerkali przez burtę na pustą już polanę albo na kawałek białego jedwabiu ze złotym słońcem van Hansenów. Nawet jak niec poplamionym na czerwono przez ślady palców właścicielki.
- Ale my nie wiedzieliśmy, że to ona. Stąd nie było widać. Sami przecież nie mówiliście do kogo płyniecie. Tylko, że dwie blondynki na koniach. - Wagner instynktownie przeszedł w ton obronny jakby ktoś mu coś zarzucał. Większość marynarzy poparła go.
- Ja kiedyś widziałam lady Froyę. Jechałam z Marissą i moją panią i moja pani spotkała lady Froyę i porozmawiały ze sobą chwilę. To widziałam milady van Hansen z bliska. Piękna kobieta. - Annika pochwaliła się, że miała okazję widzieć młodą van Hansen z bliska. I jak na kogoś kto nie był ze szlachty to rzeczywiście mogła mówić o wielkim szczęściu, że mogła ją widzieć z tak bliska. Większość z obecnych i pewnie większość populacji miasta, to najwyżej takie rozpoznawalne osoby mogły widzieć w Festag na mszy albo na jakichś festynach. - Przykro mi, że nie było mnie z wami. Do bardachy musiałam. A jak wyszłam to już płynęliście do brzegu. Ehh… Taka bitka mnie ominęła… - Pokojówka bretońskiej kultystki westchnęła z wyraźnym żalem, że nie miała okazji spróbować się z orkami. Widać było, że gula żalu stoi jej w gardle.
- Więc to była Froya van Hansen? I to z lady Fanriel? Oh… - Mytniczka wyglądała na tak samo skołowaną jak większość obecnych na pokładzie. I widać było na jej twarzy mieszaninę żalu i wyrzutów sumienia. Zwłaszcza jak prawie do ostatniej chwili wahała się czy wskoczyć do szalupy na tą nieplanowaną akcję na brzegu czy nie. I chyba rozpoznawała oba nazwiska szlachcianek. - Ojej, czemu nie popłynęłam z wami! - jęknęła w końcu gdy wyrzuty sumienia przeważyły szalę. Dotknęła chustki blondłowsej milady jakby chciała się przekonać, że ona naprawdę istnieje. Delikatnie przesunęła palcami po wyszytym słońcu i inicjałach jakby dzięki temu van Hansen miała się tu zmaterializować. - Jak ja zobaczyłam jak te orki na was skaczą to chciałam wam pomóc. No ale na tej przeklętej łajbie jest tylko jedna szalupa! A potem jak was zepchnęły do brzegu byliście bliżej ale dla mojego pistoletu i tak za daleko. To mowiłam Martin aby strzelała w te zielone ścierwo ile się da! - W końcu z jej pełnych ust, wyskoczył potok przepraszających tłumaczeń. Na pewno miała rację co do łodzi. Była tylko jedna. Więc jak awanturnicy nią popłynęli na ląd, to z krypy już nie było za bardzo okazji aby pójść w ich ślady.
- No tak, to była lady Froya i lady Fanriel. Walczyły bardzo mężnie ale sami widzieliście, że zostały otoczone. Więc my poszliśmy im z pomocą. A wtedy rzuciły się na nas te przeklęte orki. Więc daliśmy im odpór. Lars oberwał ale Astrid, Silny, Rune i Egon wytrwali do końca. Nawet jak te przeklęte orki zaczęli nas spychać do brzegu. I wtedy to obie milady przyszły nam z pomocą. I dorżnęliśmy te ostatnie orki. A one zatrzymały się wśród nas i nam podziękowały. I okazały wdzięczność. I tak z zawarły z nami braterstwo broni. - Burgund do tej pory milczała. Ale jak już się odezwała to było widać, dlaczego tak często udawało jej się urabiać rozmówców tak jak chciała. Wykorzystała moment aby w epicki sposób streścić to stacie i tak aby podkreślić jak dobre relacje dzięki temu zawarli z dwiema znamienitymi szlachciankami. Wzieła za jedno ramię Silnego, za drugie Egona i stanęła obok powalonych ranami towarzyszy. A zebrani słuchali jej z zapartym tchem, chociaż sami też musieli widzieć to starcie na własne oczy. Nawet jeśli nie tak detalicznie jak uczestnicy.
- Ojej… - Jutta jęknęła boleśnie jakby się miała zaraz rozpłakać z żalu i bezsilnej złości. - To taki zaszczyt móc walczyć u boku takich szlachcianek. I widzieć je z bliska. - westchnęła jakby sama nawet nie liczyła, że mogłaby z tymi błękitnkrwistymi choćby przez chwilę porozmawiać tak jak śmiałkowie z łodzi, po zakończonej walce. Burgund pokiwała głową i szybko posłała Egonowi triumfalny uśmieszek bo wyglądało na to, że zrobili piorunujące wrażenie na całej obsadzie “Jutrzenki” a zwłaszcza na młodej mytniczce. A jeszcze nawet nie wspomnieli o zaproszeniu od van Hansen.– Trza nam medyków, bandaży – rzekł Egon, prężąc muskuły i pozując na wielkiego wojownika. – Inaczej jak będziemy mogli was bronić przed rzecznymi piratami…? Nie macie jakich medykamentów pod pokładem, ot, choćby maści albo płótna, co by zatamować krwawienie? Chodźmy pod pokład, tam chłodno jest i spokój, łatwiej będzie rannych doglądać!
Egon postanowił od razu załatwić sprawę ran ludzi, z którymi się wypuścił na rzeczną rejzę, a także trzeba było zwabić jakoś Juttę pod pokład. Poza tym, chciał dać się jej jakoś wykazać, że pomimo nie brała udziału w walce, to jednak mogła nadal się wykazać.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się