Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Kultyści - Lato 2519
Kultyści - Lato 2519
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
DhratlachD
Dhratlach jako
Marcus Schleiffer (ex BG)
SeachS
Seach jako
Otto "Puste Oko"
SantorineS
Santorine jako
Egon Herschkel
ZellZ
Zell jako
Heinrich von Achterberg

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
319 Posty 6 Uczestników 1.9k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine jako Egon Herschkel
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez Santorine
    #302

    Angestag; zmierzch; kurhan Gonsara

    Krótki posiłek przy gnisku przydał się. Nawet jeśli gęsta polewka nie zabiła całkowicie głodu w żłądkach to pozwoliła go stłumić aby stał się drobną irytacją na krawędzi świadomości. W grupie humory dopisywały. Łącznie udało im się pochwycić aż czwórkę jeńców z czego Hanna wydawała się tak oczarowana wężową milady, że wydawała się być gotowym materiałem na jej służkę oraz na nosicielkę jaj Oster. Na razie zachowywała się jakby była całkiem w niej zakochana i nie zwracała większej uwagi na to co się dookoła dzieje.
    - Poczekasz tu na mnie Hanno? Mam parę spraw do załatwienia. Ale wrócę do ciebie i znów będziemy razem. Burgund dotrzyma ci towarzystwa. - Milady mówiła aksamitnym głosem od jakiego nawet jak się stało obok to stawały włoski na karku i miało się kosmate skojarzenia. Zaś na chłopkę z rybackiej wioski działało to jeszcze bardziej.
    - Dobrze milady, poczekam tu na ciebie. - Zgodziła się bez słowa sprzeciwu a ta wynagrodziła ją podając jej dłoń do pocałowania. Rybaczka zrobiła to bez słowa a na rudowłosą łotrzycę ledwo spojrzała. Ta wzruszyła ramionami.
    - Dobra, zostanę z nią. I tak nie chcę wracać w te przeklęte lochy. - Wydawała się nawet ucieszona takim podziałem ról. Już wcześniej widać było, że źle znosi ten pobyt w podziemiach gdzie trupia woda sięgała po kolana albo po uda.

    Większość grupy jednak po raz kolejny ruszyła na przełaj przez mokradła. Potrzebowali z pacierza albo dwóch aby je przbyć i stanąć na suchszej ziemi na jakiej wznosił się kurhan. Tu trzeba było rozpalić małe ognisko a od niego odpalić pochodnie. Przy ich świetle przejść nieregularnym, wijącym się korytarzem w dol. Gdzie zimnej wody było coraz więcej. Aż dotarli do komory grobowej. Sceneria się za bardzo nie zmieniła. Trupy dalej stały w pobliżu sarkofagu, jakby blokując intruzom drogę do środka. Ale nie atakowały przybyszów.

    Egon skinął głową. Idąc wcześniej przez mroczny, chlupoczący wodą korytarz, mógł tylko zgadywać, co wkrótce mogła przynieść ze sobą przyszłość. Wkroczywszy do wielkiej komnaty grobowej Gonsara, rzekł do swych towarzyszy:

    – Rune i Silny, chodźcie ze mną. Lady Soria, wszakże i twa pomoc i doświadczenie będą pomocne. Zbliż się proszę, milady, do grobowca, jako że twą krew Gonsar rozpoznał już raz. Będziesz niby pieczęć, którą rozpozna czarownik.

    Tu rzekł do Silnego i Rune:

    – Weźcie drabów w ręce i podążajcie za mną. Kiedy dojdziemy do sarkofagu, rzeknę jeno słowo albo dwa do trupiego maga, bo teraz już wiem, że nas słyszy, choć jest martwy. Na mój znak gracko łby odrąbiecie, a kiedy jucha tryśnie, trzymajcie i lejcie prosto do grobu. Jasne? No… To ruszajmy.

    Wziął jednego z oczarowanych jeńców pod rękę, niby żelazne kleszcze, w drugiej dłoni mając pochodnie i rzekł:

    – Gonsarze! – zawołał w ciemnościach. – Słudzy Sióstr raz jeszcze przychodzą i składają dary!

    Po czym skinął głową na resztę i ruszył przed siebie tak, jak wcześniej.

    - Nie trzeba odrąbywać im glów. Wystarczy pderżnąć im gardła i przytrzymać aby krew ściekała do ust Gonsara. No chyba, że bardzo chcecie odrbąć im głowy. - Milady zwrociła się do wojowników jacy jej twarzysyzli w tym podziemnym swiecie. Silny wzruszył ramionami na znak, że mu to obojętne. I po chwili, prąc przez zimną, zgniłą wodę, ruszyli w kierunku sarkofagu. Szkielety i truchła goblinów, wciąż stały na miejscu. Lekko chybotały się jak trzciny na wietrze. Ale przepuściły ich. Po paru chwilach, cała grupka była już przy kamiennym sarkofagu. Odruchowo zajrzeli do środka ale nic się nie zmieniło. Trup wciąż tam leżał. Okryty skórą cienką jak pergamin, co była napięta na starych kościach. Wydawało się, że nic się nie zmieniło.
    - Co teraz? - Astrid zapytała z mieszanina obawy i zaciekawienia wypisanną na twarzy. Soria uniosła palec do góry, jakby prosiła o uwagę. Po czym przyłożyła swoją dłoń do czoła czarnoksiężnika. Przymknęła oczy i przez chwilę tak stała nieruchomo. W końcu otworzyła je i popatrzyła na leżące truchło.
    - Coś wyczułam ale za słabo aby coś zrozumieć. W każdym razie nadal tu jest. - Zrobiła palcem ruch dookoła komnaty. - Chłopcy dajcie tu tego pierwszego. Przystawcie mu szyję na dół, tak aby krew spływała do ust czarownika. I przytrzymajcie go tak aż przestanie lecieć coś rozsądnego. - Milady poleciła trzem wojownikom co teraz powinni zrobić.
    - Jak chcecie mu odrąbać łeb to rąbcie. Ale jak chcecie poderżnąć gardło to ja to mogę zrobić. - Raisa wyjęła swój zardzewiały nóż jaki jednak wyglądał na ostry.

    Egon skinął głową na Raisę i złapał się na tym, że zapewne niejeden raz pracowała jak akuszerka i przecinała pępowiny, jak każda wiedźma. A i pewnie też wprawna była w robieniu nożem. Noże - sądził Egon - nie były bronią godną wojownika, takiego jak on, toteż postanowił roboty dokonać Raisie.

    Wziął jeńca w odpowiednią pozycję. Szyję oczarowanego nadstawił nad usta trupa i rzekł:

    – Dalej Raiso – ponaglił. – Rozpocznijmy!

    - Już syneczki, już. - Wiedźma zakolebała się i swoim niezdarnym, kaczym chodem obeszła sarkofag aby znaleźć się przy głowie nekromanty. Dała znać aby Egon przytrzymał jeńca w odpowiedniej pozycji. A wtedy bez ceregieli przejechała mu nożem po gardle. Krew od razu chlusnęła w rozciętych tętnic a więzień szarpnął się jakby w godzinie śmierci przełamał urok syreny. Widać było jak wodzi przytomnym nagle spojrzeniem i próbuje się wyrwać. Miał ścisk tonącego i chociaż Egon był od niego masywniejszy i silniejszy to ten rzucał mu się w objęciach jak wyrzucona na brzeg ryba. Lars złapał go z drugiej strony a Astrid przepchnęła się obok wiedźmy aby pomóc mu z drugiej. We trójkę dali radę utrzymać słabnące ciało. Chociaż świeża krew splamiła piersi, ubrania, szyję trupa raz wnętrze podłogi i ścianek sarkofagu. Więzień w końcu znieruchomiał. Krew coraz słabiej pulsowała z rozciętej szyi. Zrobiło się jakby ciszej i zrobiła się atmosfera oczekiwania. Przerwał ją beznamiętny głos starej wiedźmy.
    - Dobra już. Już więcej z niego nie wycieknie. - Machnęła dłonią dając znać, że już wystarczy tej krwawej uczty. Zmarszczyła oczy i przyglądała się trupowi błyszczącemu od krwawych zacieków. Soria znów położyła dłoń na jego czole. Widać było jak płynna czerwień zostaje na jej alabastrowej skórze. Przymknęła oczy i jakby wsłuchiwała się w coś.
    - Tak. Pomogło. Budzi się. Jest wyraźniejszy. Dajcie następnego. - Oznajmiła im gdy mówiła z jeszcze zamkniętymi oczami. A gdy je otworzyła zrobiła zachęcający ruch dłonią aby podać następną ofiarę.

    – Dawaj tam następnego, brat – Egon dał znak Rune, żeby ten podał mu swojego jeńca. – Łatwo pójdzie… Te-he-he – Egon zaśmiał się gardłowo, jako że widok płynącej krwi dodał mu animuszu.

    Dwójka jeńców nie miała szans stawić sensownego oporu. Co prawda syreni urok nie był idealy gdy doszło do szarpaniny, do obecności trupów, tych stojących i tego w kamiennej skrzyni, to zwykle następowało przebudzenie. Jednak już było za późno. Trzymani mocno przez Egona, Larsa, Silnego czy Rune, byli skazani na porażkę. Raisa bez większych ceregieli podrzynała im gardła swoim zakrzywionym, zardzewiałym nozem. Z rozcietych gardeł chlustała krew i spływała w dół. Większa część do pradawnych ust nekromanty. Ale umierającymi ciałami nie było tak łatwo sterować więc gorąca jucha tryskała wszędzie dookoła. Na twarz nekromanty, szyję, piersi ściany sarkofagu a na dnie tworzyły się coraz większe, czerwone kałuże. Gdy ostatni z jeńców padł bez życia na schody, grupka kultystów zebrała się wokół pradawnego grobu. W chłodnym powietrzu, para unosiła się z rozlanej posoki.
    - I co teraz? - Astrid zapytała podnosząc głowę znad otwartego sarkofagu.
    - Musimy poczekać aż krew zacznie dzialać. - Stara wiedźma zachowywała spokój.
    - A długo to będziemy tak czekać? - Silny posłął jej pytające spojrzenie. Ona jednak tylko wzruszyła ramionami.
    - Nabiera mocy. Ta krew nadaje mu mocy. Budzi się. Ale powoli. - Po chwili wiedźma dodała coś jeszcze.
    - Jego duchowa forma od dawna jest poza ciałem. Teraz musi wrócić i związać się ze swoją fizyczną formą. - Soria też dołożyła swoje zdanie.
    Czekali jeszcze trochę na jakąś reakcję. Rune z Silnym odeszli na skraj wody i zaczęli rozmawiać. Raisa usiadła w kucki u stóp sarkofagu i zaczęła medytować. Napięcie zdążyło opaść i ludzie starali się jakoś zabić czas tym czekaniem. Lars podszedł do Egona.
    - Widziałeś jak oczarowała tą trójkę z wioski? To by nam mogło ułatwić te łowy jakby zgodziła się pójść z nami. I statek jeszcze by się przydał. Ta czarnowłosa Bretonka z robakami mówiła, że coś tam ma jakieś znajomości w porcie bo jej mąż jest kapitanem. To można by z nią o tym pogadać czy nie dałoby się czegoś zorganizować. No i jeszcze załoga, bo we dwóch czy trzech to łodzią możemy wiosłować a nie statkiem. - Widać norsmeński korsarz, wrócił myślami do przyszłych łowów o jakich rozmawiali wcześniej.

    – Jeśli tylko Lady Soria miałaby czas i chęci uczestniczyć w takich wyprawach – Egon zgodził się z Larsem. – Tego bym pewien nie był. Rzecz obgadać trzeba będzie, jak się wyrobimy z tym tutaj…

    - Hej zobaczcie! - Okrzyk Astrid postawił wszystkich na nogi. Blondwłosa córka jarla pokazywała na wnętrze sarkofagu. Gdy się zebrali, dostrzegli pewną zmianę. Na ciemnoszarej skórze trupa pojawiły się czarne żyłki. I jak się chwilę na nie popatrzyło to widać było jak rosły. Jak jakieś podskórne korzenie albo dziwny układ krwionośny wypełniony czarną krwią.
    - Krew napełniła go mocą. Budzi się Ciało od tylu mileniów martwe, znów wraca do żywych.. - Stara wiedźma dalej siedziała w kucki u stóp kamiennej skrzyni.
    - Chyba skóra zmieniła mu kolor. Albo t tylko światło teraz inaczej pada. - Rune zauważył inny detal. Chociaż inni też nie byli pewni czy słusznie czy nie. W pewnym momencie kściste ramię uniosło się do góry. Co zaskoczyło wszystkich. Drgnęli, jękneli albo wstrzymali oddech. Wreszcie widać było jakiś namacalny dowód, że ta przelana krew przyniosła jakiś efekt. Po chwili martwy od mileniów trup poruszył czaszką. Z jego ust wydobył się syk podobny do uchodzącego przez cienką dziurę powietrza. Z jego ciała zaczął parować ciemny dym. A ono samo zaczęło wykonywać nieskoordynowane ruchy, jakby dostało jakiś konwulsji. Dym przy samym sarkofagu gęstniał, słychać było jak kościste członki objają się o wnętrze kamiennej skrzyni.
    - Spojrzał na mnie! - Krzyknął w zdenerwowaniu Lars. I zaczął się cofać do tyłu. Egon nie był pewien o co chodziło. Coraz mniej widział a instynkt podpowiadał aby uciekać od tego nadnaturalnego niebezpieczeństwa. Czuł jak pod ubraniem skóra na plecach pokrywa mu się gorącym potem. Tak samo jak dłonie. Wszyscy zaczęli coś krzyczeć i mówić jednocześnie. Dopytywali się co się dzieje albo cofali się od wnętrza sarkofagu, jakie wydawało się być epicentrum teg chaosu. Dymiło już na całego, jak wulkan. Po komnacie rozszedł się ten czarny dym. Najpierw bił w górę ale jak trafiał na sufit to się tam rozpstrzestrzeniał wzdłuż niego. Część jednak opadała na dół przez co pomieszczenie robiło się coraz bardziej zadymione. Ludzie cofali się i kaszleli, machali przed twarzami dłońmi aby choć na chwilę oczyścić grobowe powietrze.
    - Zobaczcie! Rusza się! - Chyba Silny, lub jakiś inny mężczyzna krzyknął. Przez kaszel trudno było poznać. Pokazywał w stronę sarkofagu. A tam wydawało się, że w słupie czarnego dymu chyba stoi jakaś postać.
    - Mam dość, spadam stąd! - Lars odwrocił się i zacząl przepychać się między stojącymi martwiakami w kierunku wyjścia. Nie tylko on. Bjorn i Rune też mieli taki zamiar ale jakby zawahali się czy da się bezpiecznie przejść pomiędzy martwymi strażnikami grobu. Zog uniósł w dłoniach łuk ale stanął na krawędzi wody. Jak na broń zasięgową to był ledwo kilka kroków czy od tego co było w sarkofagu czy tych stojących w wodzie trupów. Egon też wycofał się na krawędź wody. Czuł jak zimna wlewa mu się do i tak mokrych butów.
    - Na razie chyba stoi w miejscu. - Silny przełknął ślinę ale stał bliżej sarkofagu. Choć minę miał niepewną.
    - Spokojnie. Jego fizyczna forma jest jeszcze bardzo słaba. Powrót kosztował go wiele mocy i wysiłku. - Raisa wstała i z dwóch kroków wpatrywała się w coś co stało wewnątrz słupa czarnego dymu. I starała się uspokoić kolegów.
    - Będzie o czym pisać sagę. - Astrid próbowała się uśmiechnąć ale minę miała niewyraźną.
    - Raisa ma rację. Nasz sojusznik jeszcze jest słaby. Na długo mu ta krew nie wystarczy. Wie, że jesteśmy przyjaciółmi i nie zamierza nam zrobić krzywdy. Dlatego jego sługi nas nie atakują. - Ze środka dobiegł ich aksamitny głos syreniej kusicielki. Nawet w tak nietypowej sytuacji brzmiał słodko i kojąco. Jako jedyna została przy samym sarkofagu. I teraz swobodnie, z taneczną gracją podeszła od wezgłowia do bocznej ściany. Wsadziła dłoń w dym a ta w nim zniknęła.

    – Prawdę rzecze Lady Soria – Egon skinął głową, który, choć zaniepokojony obecnością nieumarłych, na logikę wiedział, że nieumarły mag byłby idiotą, jeśli zaatakowałby tych, którzy byli jego dobroczyńcami.

    Choć… Któż tam wiedział w rzeczywistości. On i Soria powołali się na Cztery Siostry i żywe trupy nie atakowały ich, co informowało ich o zamiarach czarownika. Teraz jednak, skoro zaszli tak daleko i zarżnęli trzech wieśniaków, nie mogli zrezygnować.

    Egon zwrócił się do swych towarzyszy, bacznie obserwując nieumarłych, czy jakimś dziwnym sposobem nie postanowią nagle zaatakować:

    – Potrzeba więcej krwi – rzekł, nagle rozmyślając. – Trzech drabów wystarczyło, aby sprowadzić Gonsara raz jeszcze tutaj, trzech lub sześciu jeszcze będzie potrzeba, aby przywrócić jego formę do żywych. Mus nam wybrać się raz jeszcze do jakiegoś sioła, aby złowić kolejnych.

    I dodał:

    – Czarownik zapewne będzie potrzebował krwi, żeby w ogóle przeżyć – zauważył wojownik. – Być może będzie i tak, że będzie wymagał ciągłej dostawy świeżej krwi.

    Widząc, że ani martwi strażnicy, ani sylwetka zarysowana w słupie czarnego dymu nie zachowuje się agresywnie, pomogło to opanować sytuację. Tak samo jak uspakajające słowa Raisy, Sorii i Egona. Grupka zatrzymała się i znów zaczęli obserwować co się będzie działo. A na razie widać było jak pod sufitem kłębi się czarny dym. Powoli opadał na dół ale przez to nie był już tak gęsty. Z sarfagu też już prawie nie leciał, przez co sylwetka nekromanty była teraz lepiej widoczna. Dalej wyglądał mniej więcej tak jak przed chwilą, gdy leżał w sarkofagu, tyle, że teraz stał o własnych siłach. Jak szkielet obciągnięty napiętą, ciemnoszarym pergaminem. Chociaż tam i tu, widać było te dziwne, czarne żyłki pod skórą. Wydawały się pulsować. Najspokojniej zachowywała się syrenia milady. Stała tuż obok kamiennej skrzyni i trzymała dłoń na nagim czole ożywionego krwią trupa. Oczy miała przymknięte jakby zapadła w jakiś letarg na stojąco.
    - Pewnie tak. Pewnie będzie potrzebował nowej krwi. Ta co mu daliśmy teraz, starczyła aby wrócił do swojego ciała. Ale jest jeszcze bardzo słaby. - Raisa pokiwała głową, patrząc na gladiatora jakby miała podobne do niego wnioski.
    - To on jest jak jakiś wampir? - Astrid popatrzyła na nich oboje z nieco niepewną miną.
    - Nie. Raczej nie. Wampry są potężniejsze. Ale nie tylko one używają krwi w swich rytuałach. Krew jest bardzo popularnym składnikiem wielu czarów i rytuałów. To symbol życia, dzieczictwa, pokoleń, rodu, trwania, wierności, zemsty. - Wiedźmie spodobał się temat jaki był pokrewny jej profesji i całkiem chętnie go pociągnęła.
    - No ale co teraz? Będzie tak stał? - Silny też już zdążył się oswoić z sytuacją. I wskazał na trupa jaki wciąż zachowywał się dość niemrawo. Wtedy wężowa milady odezwała się swoim kuszącym, aksamitnym głosem.
    - Gonsar Półtorej oki dziękuję nam za ożywienie. Od dawna czekał na taką okazję. Cieszy się, że też jesteśmy sługami Czterech Sióstr tak jak on. Obiecuję, że jak wróci mu moc to znów będzie im służył. - Brzmiało jakby tłumaczyła słowa pradawnego czarownika. Zebrani popatrzyli po sobie a wtedy ku pewnemu zaskoczeniu, nekromanta uniósł swoją ledwo obcięgniętą skórą dłoń jakby ich pozdrawiał. Wywołało to pewne poruszenie ale tym razem już zdążyli się oswoić na tyle, że nie reagowali tak gwałtownie jak przed chwilą gdy zaczął wracać do życia.
    - Tak, krew go ożywia. Będzie potrzebował jej więcej. Ale to prymitywny sposób. Tam czeka na niego tron. - Syrena pokazała w ciemność. Tam już światła pochodni nie sięgały. Ale ci co byli tu wcześniej, wiedzieli, że tam było to zamurowane wejście. - Tron przywróci mu moc. Ustabilizuje jego żywot. Ale ze świeżą krwią będzie to szybsze i łatwiejsze. - Syrena nieco zamilkła jakby toczyła mentalny dialog z nekromantą jakiego inni nie mogli usłyszeć. Nagle uśmiechnęła się półgębkiem. - Gonsar mówi, że chciałby wam podziękować. Mozecie tu podejść i go dotknąć tak jak ja. Wtedy może uda wam się nawiązać rozmowę. Może nie jest to dobre słowo. Jak nie jesteście wprawni w magii i takich rytuałach to pewnie będą to obrazy. - Otworzyła oczy i popatrzyła na zebranych przy sarkofagu. Potem puściła czerep nekromanty ale wyłamała mu jeden z zębów. Znów oparła się tyłem o krawędź sarkofagu i po norsmeńsku zwróciła się o coś do Astrid i Bjorna. Oboje mieli zdziwione miny ale skald podeszła do milady a ta jej wyrwała jeden z blond włosów. Córka jarla na chwilę się skrzywiła ale z zaciekawieniem obserwowała co robi syrena. Bjorn zaś wyszedł z wody i zaczął szukać czegoś w swojej torbie.
    - Ja tam nie mam ochoty go dotykać. - Silny uniósł dłonie do góry na znak, że bliższa znajomość z nekromantą wcale nie jest mu potrzebna.

    Egon, w przeciwieństwie do Silnego, czuł, że musi jakoś porozumieć się z czarownikiem, niezależnie od tego, czy to, czego się dowie, będzie niespójnym ciągiem wizji, które trup wleje mu w jego umysł. Zamierzał go dotknąć.

    Idąc bliżej do trupa, który zrobił na Egonie spore wrażenie sam o własnych siłach wstając. Rzadko się widziało takie rzeczy.

    – Rzeczesz, Lady Soria, że za ścianą jest jego tron – zaczął Egon. – Gonsarze, jak się dostać za ścianę? Czy nie lepiej by było, byśmy Gonsara od razu posadzili na jego tronie? Jeśli iście ma moc, to poza krwią będzie jeszcze jednym źródłem odzyskania jego sił.

    - Tak, trzeba go posadzić na tym tronie. Jeśli gdzieś tam jest, to trzeba będzie go przenieść. - Soria przyjęła od Bjorna jakiś mały drobiazg. I wydawała się być skupiona na składaniu tych drobnych elementów w całość.
    - Ale tam nic nie ma. Znaczy co było w wazach i garncach to już żeśmy wzięli za pierwszym razem. No i jest zamurowane wejście. Poprzednio nie mieliśmy go jak rozwalić a i nie byliśmy pewni czy warto. - Astrid wskazała w ciemność, w tą samą co przed chwilą milady. Ona zaś wzruszyła ramionami.
    - No to trzeba będzie rozwalić tą ścianę. On potrzebuje tego tronu. Inaczej będzie potrzeba bardzo wielu trupów aby go utrzymać na chodzie. - Syrena kończyła majstrować przy swoim drobiazgu.

    – Narzędzia się znajdą, mamy wszystko – rzekł Egon.

    Tu gladiator pochylił się nad swą sakwą podróżną i sprawdził, czy wszystko było na miejscu - ano, było. Upewniwszy się, że rzeczywiście tak jest, potrząsnął narzędziami.

    – Silny, Rune, Lars. Będę was potrzebował. Jeśli potrzeba się przebić, to zrobi się… ale będziemy mieli nieco roboty.

    Egon przez pewien czas zastanawiał się (choć czasu na to nie miał), jakie dalekosiężne zmiany przyniesie przebudzenie czarownika i jego nieumarłej hordy. Jeśli miał w istocie możliwość ożywiania martwego ciała tak samo, jak udało mu się z jego obrońcami wokół i samym sobą, to - być może - czy mogli zbudować wielką armię, która z czasem przyniesie im zwycięstwo?

    Grupka mężczyzn zebrała się przy pozornie ślepej ścianie. Astrid weszła do trupiej wody razem z nimi aby przyświecać im pochodnią. Oni zaś wyjęli z tobołów te narzędzia jakie wczoraj Egon i Lars kupili właśnie w tym celu. Z bliska zamurowane przejście było całkiem dobrze widoczne. Lars na próbę postukał i pogładził ścianę jakby sprawdzał jej wytrzymałość.
    - Uderzajcie od góry. Aby woda się nie przelała przez dziurę. - Norsmen poradził im gdy cofnął się aby się przymierzyć do tej roboty.
    - Nie wiadomo, może po tamtej stronie też jest woda. - Silny zauważył a inni pokiwali głowami.
    - Jak jej nie rozwalimy to nie będziemy wiedzieć. - Rune wzruszył ramionami. I po chwili zaczęli pracę. Puste ściany komnaty grobowej tworzyły echo każdego uderzenia. Szło się rozgrzać od tej ciężkiej, fizycznej pracy. Ale widać był efekty. Stare kamienie poddawały się nowoczesnej stali, wspartej przez solidne mięśnie. Miejsca było na dwóch robotników na raz. Ale jak się często zmieniali to pozwalało utrzymać raźne tempo prac. Do zimnej, zgniłej wody spadały skalne odłamki. Tworzyło to małe fale jakie rozchodziły się w głąb komnaty. Szybko też wszyscy zaczęli kaszleć od pyłu jaki wzbijał się przy każdym uderzeniu. Najpierw wykuli wnękę. Ta powiększyła się do dziury. Z początku małej jak na tyle aby głowę wsadzić do środka. Jednak nawet jak poświecili pochodnią to widać było kawałek stopniowo zakręcającego korytarza. Ale wody tam było niewiele. To dodało animuszu kolegom Egona i kuli dalej. Aż zrobiła się na tyle duża dziura, że sięgała do pasa. Dało się już przejść do środka. Znów poświecili ale widoki na ten łukowaty korytarz się nie zmieniły.
    - Jak ktoś chętny to się nie krępujcie. - Silny zaśmiał się, pokazując gestem wybity otwór. Sam otarł pot z łysej czaszki. Wszyscy byli nieźle rozgrzani po tej pracy.

    – Zanim tam wejdziemy, trza się spytać Gonsara, czy czasem w środku nie ma jakiej pułapki albo czegoś – rzekł Egon. – Lady Sorio, czy mogłabyś zapytać się go o to?

    Pułapki - wzmiankował bowiem Egon - stanowiły niemalże nieodłączną część kurhanów i starych grobowców i ich obawiał się najbardziej, jako że nie raz było tak, że szlachta tudzież kapłani, którzy kazali chować swe ciała w grobach, chcieli także je zabezpieczyć odpowiednio przed rabusiami grobów.

    I dodał do reszty:

    – Ja i Silny albo Rune poszlibyśmy na przedzie, Burgund, Raisa i Zog mogliby być w środku imprezy, zaś Rune zabezpieczałby tyły, jeśli coś poszłoby źle.

    Wolał zostawić Lady Sorię razem z trupem - Egon planował. Jeśli bowiem rzecz była jakąś zasadzką albo krotochwilą nieumarłego maga (Egon wszak zachował czujność), syrena dałaby odpór i mogłaby ich odpowiednio ostrzec.

    - Nie no gdzie syneczku? Tak wysoko? Gdzie ja ci przelezę przez ten murek. - Raisa pkręciła głową na znak, że dziura jest dla jej starczego ciała zbyt wysoko aby przez nią przeszła. Co wywołało śmiechy u niektórych ale na tym się skończyło. Syrenia milady zaś odbiła się swoim zgrabnym kuperkiem od zewnętrznej ściany sarkofagu i podeszła do stojącego trupa. Położyła mu dłoń na czole i tak przez chwilę trzymała. Nie było widać aby ze sobą rozmawiali. Ale wszyscy czekali na wynik.
    - Nie wie co tu jest. Jego słudzy go tu pochowali gdy był już martwy. Wyczuwa tron w pobliżu bo jest z nim związany. Jest w pobliżu więc chyba nie powinny tam być jakieś wielkie katakumby. A jego duch inaczej postrzega rzeczywistość niż my swoimi oczami. - Syrena przekazała im słowa nekromanty. - Nie wyczuwam tam takich trupów jak te tutaj. - Dodała po chwili jakby nasłuchiwania albo węszenia.
    - Może Bjorn niech pójdzie z tobą? Jak tam będzie coś do wywęszenia to on to wywęszy najprędzej. - Lars wskazał na norsmeńskiego tropiciela.

    Egon skinął głową.

    – Skoro tak – rzekł w stronę Raisy

    Wydawało mu się dziwnym, że czarownik nie pamiętał, czy w pobliżu są jakieś pułapki - jednak Egon założył, że było to najbardziej naturalne.

    – Pójdziemy ja, Bjorn, Zog i Silny – rzekł Egon, który postanowił się zdać na siłę dwóch wojów i zwiadowcy, przypuszczając, że jeśli przyjdzie do bitki, lepiej było mieć w towarzystwie toporników. – Pójdziemy jako przepatrywacze. Za nami pójdzie Astrid, Rune i Lars jako drugi oddział. My będziemy przepatrywać i rozpoznawać, a pozostali będą w odwodzie. Lady Soria i Raisa zostaną przy czarowniku. Musimy znaleźć ten tron…

    Po kolei przechodzili przez świeżo wybitą dziurę. Najpierw pierwsza para, potem kolejna. Światło pochodni oświetlało teren tylko na kilka kroków dookoła. Później zaczynał się półmrok jaki stopniowo przechodził w jednolitą czerń. Wody prawie nie było. Ot kałuże pod nogami, na kamienniach jakie wykładały posadzkę. Przeszli przez ten pierwszy korytarz i po zakręcie okazał się dość krótki. W świetle pochodni ukazała się większa przestrzeń. Ale znacznie mniejsza niż komnata z sarkofagiem. Tu po jedną ze ścian był tron. Wyglądał solidnie i majestatycznie. Ale z powodu licznych ozdobień czaszkami i kośćmi to także dość groźnie. Rozmiarem przypominał masywny fotel. Choć bez miękkich obić więc nie wyglądał na zbyt wygodny. Za siedziskiem było widać jakieś dziwne żłobienia, jak małe rynny. Po chwili zebrali się tu całą czwórką i z ciekawością oglądali ten mebel. Była też zamknięta skrzynia. Zakurzona i nie ruszana pewnie od wieków. I regał z jakimiś przedmiotami. Niektóre to chyba były rulony pergaminu ale w większości już dawno zgniły i rozpadły się w pył. Całość pomieszczenia wyglądała jak jakiś magazynek na rzeczy dla uczonego, maga w jakim ktoś w pośpiechu wrzucił co się dało albo latami tylko dokładał kolejne graty.

    Egon zmrużył nieco oczy. Całe pomieszczenie wyglądało na prastare i cudem chyba tylko uchowało się przed rabusiami grobów, a w każdym razie, na takie wyglądało. Jakimś cudem pułapek nie było… “Dobra nasza”, pomyślał Egon. Jeśli to nie był tron, który wyczuwał w komorze grobowej czarownik, to Egon nie wiedział, co to było.

    Przez chwilę błysnęło mu w myśli, by splądrować ten pokój, ale zmitygował się przed tym. Teraz, kiedy Gonsar przebudził się, z pewnością będzie uważał ów pokój za swój… No i prawda - większość tego była po prostu stara i zmurszała, by reprezentować jakąś wartość.

    – To wszystko, zdaje się – rzekł Egon. – Trzeba będzie go tutaj przenieść, czarownik jest zbyt słaby, by pójść o własnych nogach. Wróćmy do komnaty sarkofagu.

    Wydawało się, że Norsmeni mają naturalną pokusę do myszkowania. I to nieważne czy morski łupieżca, barbarzyński tropiciel czy córka jarla. Z początku zainteresował ich trupi tron bo w całym pomieszczeniu wydawał się najokazalszym znaleziskiem. Jednak gdy juz go obejrzeli to zaczęli zaglądać w różne zakamarki. Pechowo dla nich nie było tu tak oczywistych fantów jak te co parę dni temu znaleźli w komorze grobowej. Co prawda Lars znalazł jakiś miecz ale był przeżarty przez rdzę tak bardzo, że wyglądał jak złom. Bjorn oglądał te same zgniłe zwoje co Egon ale widząc, że niewiele z nich zostało to szybko się znudził. Astrid znalazła wyprawione skóry. Widać było na nich jakieś znaki i chyba używano ich jak pergaminów. Ale skóra tak pociemniała, że były ledwo widoczne. Jednak skald rozpoznała jeden z glifów jaki ten którym oznaczano Cztery Siostry. W końcu więc jak już nie było za bardzo ani co do oglądania ani rabowania to wrócili do komnaty grobowej. Tam zaś sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Wężowa milady opierała się przy Gnosarze o kamienny sarkofag i rozmawiała z Raisą. Obie wydawały się fizycznie skrajnie różne. Jasna, smukła, gibka młodość tuż obok szarej, przygarbionej, pomarszczonej starości. Obie jednak przerwały rozmowę aby zobaczyć z czym wraca ekipa zwiadowców. Jak się okazało, że znaleźli tron to obie się ucieszyły.
    - Świetnie wam poszło. Teraz już powinno pójść z górki. A tu mam coś jeśli jest ktoś chętny i odważny. - Syrena pokazała im ten mały przedmiot jaki widocznie zdążyła skończyć jak byli w sąsiednim magazynie. Wyglądał jak ząb dyndający na blond nitce przymocowanej do haczyka na ryby.
    - Co to? - Astrid zainteresowała się i podeszła bliżej aby się przyjrzeć.
    - To kolczyk zrobiony wedle instrukcji Gonsara. Można go zaczepić w ucho albo gdzie tam chcecie. - Wężowłosa wyjaśniła całkiem chętnie. - To pozwoli komuś na nawiązanie więzi z czarownikiem. Zapewne jako obrazy, może jakiś szept. Trudno powiedzieć. Oczywiście najsilniej będzie działał w jego pobliżu ale gdzieś dalej też by mógł. - Dodała jeszcze czym jest ten improwizowany kolczyk.
    - Mi tam to wcale nie jest potrzebne. - Silny ponownie zgłosił swoją niechęć do bliższego obcowania z nekromantą. Właściwie tylko Raisa i Astrid wyglądały jakby mogły być zainteresowane ale jeszcze patrzyły co inni powiedzą.
    - To co? Trzeba go teraz tam przenieść i posadzić na krzesełku? - Lars wskazał kciukiem w stronę przejścia gdzie niedawno wybili otwór.
    – Niechaj rzeknie Raisa i Astrid. Jeśli chcą, oddam im pierwszeństwo. Ale jeśli nikt nie chce, to sam ten kolec w ucho sobie wbiję – oświadczył Egon, który czuł, że relacja z trupim czarownikiem była ważna, choć z drugiej strony sądził, że inni, bardziej wprawni w magii mogli to lepiej spożytkować.

    I zwrócił się do Larsa:

    – Ktoś będzie go musiał ponieść – rzekł Egon. – Pewnie niezbyt ciężki, ale leżał stulecia w grobie. Ja mogę go tam przenieść… Jeśli jeno Gonsar się zgodzi. Moglibyśmy spróbować też zaimprowizować nosze i władować go na nie, może pójdzie trochę lepiej – podzielił się pomysłem.

    - Syneczku, jak chcesz ten kolczyk to go weź. - Starucha uśmiechnęła się swoimi wąskimi, brzydkimi wargami do brodatego mocarza. Skald popatrzyła na nią, na niego i widać było, że się zastanawia nad tym dłużej. W końcu wzruszyła ramionami i odpuściła temat. Więc milady przekazała kolczyk gladiatorowi. Zostało im przenieść ożywionego trupa do sąsiedniej komnaty.
    - A on się nie rozpadnie? W końcu to stare truchło, starsze niż Raisa! - Lars zapytał bo czarownik chociaż stał o własnych siłach to jednak wyglądał dość cherlawo. No i te czarne żyłki wciąż pulsowały mu tuż pod skórą.
    - Może zróbmy te nosze bo faktycznie może się cherlak rozsypać. - Silny pewnie doszedł do podobnych wniosków i poparł pomysł Egona. Po paru chwilach majstrowania związali dwa płaszcze a milady bez większych trudności, złapała za boki nekromanty i ostrożnie przeniosła go do wnętrza tego improwizowanego nosidła. Wtedy Egon i Lars mogli go ponieść do dziury. Ty trzeba było się trochę nagimnastykować ale Silny i Rune im pomogli. Złapali płaszcze aby najpierw jeden mógł przejść do wewnętrznego korytarza a potem drugi. I tak wrócili do komnaty tronowej. Tu trzeba było ostrożnie przenieść tego zetlałego trupa na ten dziwny tron.

    - Właściwe kości na właściwym miejscu he he! - Lars zaśmiał się gdy cofnęli się i mogli podziwiać swoje dzieło.
    – Dobra jest – Egon pokiwał głową i potarł brodę na znak dobrze wykonanej roboty. – Ta jego armia trupów będzie go chronić, przynajmniej już nie ma niebezpieczeństwa, że zostanie wykradziony albo coś mu się stanie… Chodźmy z powrotem do komnaty grobowej, aby tam deliberować.

    Później zwrócił się raz jeszcze do towarzyszy:

    – Musimy znowu zapolować, dziś lub wkrótce. Czarownikowi potrzeba więcej krwi. Trzej zaledwie sprowadzili go do tego świata, trzech więcej zapewne go wzmocni. Ale pewien jestem, że być może i tak, że co jakiś czas będzie potrzebował świeżej dostawy. Lady Soria, czy pomożesz nam i teraz? Lub też czy wolisz, abyśmy znowu się wyprawili na rejzę myśliwską?

    I rzekł jeszcze do Raisy:

    – Wepniesz mi ów ząb w ucho? – zapytał z ponurym uśmiechem. – Wprawniejsza jesteś.

    - A to kiedy chcesz iść na tą rejzę? Tutaj to ciężko określić ale na zewnątrz pewnie jest koniec dnia albo już zmierzcha. Dziś już nic nie załatwimy. Po nocy nie ma sensu łazić po lesie. A jutro mieliśmy wracać do miasta. I tak jak ruszymy z rana to pewnie przed obiadem tam nie zdążymy. - Silny popatrzył na Egona i wypowiedział mu swoje szacunki co do tych wycieczek po brańców. W podziemiach rzeczywiście trudno było określić jaka jest pora doby i pogoda na zewnątrz ale na oko to mięśniak mógł mieć rację. Gdy wchodzili do grobowca to było już popołudnie. I letni dzień, chociaż długi, pewnie już się kończył. Do najbliższego rybackiego sioła, ta skąd wróciła syrenia milady, było kilka pacierzy marszu. I to w dzień. Do tej Schweinewald skąd pochwycili młodego świniopasa, ze dwa razy dalej.
    - Nie wiadomo ile on na tych trzech wytrzyma. A te worki krwi to byśmy mogli zgarnąć gdy byśmy wybrali się po tych niewolników dla Munira i dziewki dla robaków. To i jemu można by coś w nich przydzielić. - Lars podrapał się po brodzie i podsunął podobne rozwiązanie. Popatrzył i na ponętną milady i na starą wiedźmę, jakby od nich oczekiwał jakiejś opinii o tych sprawach związanych z mroczną magią.
    - On nie jest żywy. Więc z głodu nie umrze. Najwyżej zapadnie w letarg. Nawet wtedy pewnie będzie mógł się komunikować za pomocą snów i wizji, tak jak to robił do tej pory. Tylko trzeba będzie być wtedy tutaj. - Wiedźma podeszła do wężowłosej i przejęła od niej kolczyk.
    - No ale jak tylko będzie leżał i spał to na niewiele nam się przyda. A ten tron coś pomoże? - Astrid machnęła dłonią w stronę wejścia prowadzącego do korytarza jaki łączył ten magazynek z komorą grobową.
    - Zapewne tak. Tron powinien pomóc mu napełnić się mocą. A ta przywróci mu pełną sprawność. Ale ze świeżą, ludzką krwią będzie to szybciej. Po to ma te rowki tam na zapleczu tego tronu. Tyle zrozumiałam z jego wizji. Ale ile to potrwa to nie wiem. - Milady odezwała się swoim aksamitnym głosem wskazując swoimi zadbanymi, smukłymi palcami na tył dziwnego fotela jaki przed chwilą oglądali.
    - A jak to potrwa dziesięć lat? Albo sto? - Córka jarla skrzywiła się na myśl o tak długim czekaniu na jakieś wymierne efekty jego działań.
    - To i tak by mógł porozumiewać się z nami za pomocą wizji. Ale widzieliście, że jak spożył tych trzech to sam wstał. To pewnie był duży wysiłek dla niego, wrócić do własnego ciała po tylu mileniach. Więc teraz powinno być to szybciej niż dziesięć czy sto lat. Nie wiadomo jak ten jego tron działa. - Starucha swoim kolebiącym się krokiem podeszła do gladiatora. Trzymała w dłoniach kolczyk o jaki poprosił.
    - No cóż, jeśli świeża krew przyśpiesza powrót do życia naszego martwego sojusznika to jutro z rana mogę udać się na zatokę. I spróbuję złowić paru rybaków. To chyba by było najszybciej. Ale wtedy nie wróciłabym z wami do miasta. - Milady popatrzyła po zebranych jak przyjmują jej propozycję. Zaś Raisa dała znak Egonowi aby się pochylił. Bez tego trudno jej było sięgnąć do jego ucha.

    Egon pochylił się dla Raisy, żeby ta zaczęła swą robotę i rzekł w te słowa:

    – Wystarczyło trzech chłopa, żeby powstał z martwych – rzekł gladiator. – To niedużo. Trzech albo może sześciu wystarczy, żeby raz jeszcze pokrył się ciałem na nowo, ani chybi. A nawet jeśli, cóż to za rzecz? Nawet, jeśli byśmy musieli całe sioło skąpać we krwi, to warto będzie, bowiem będzie znał wiele rzeczy… Wiele rzeczy, które zostało zapomnianych.

    – Prawdę prawisz, Lars. Jak zorganizujemy więcej karków, które juchą tryskać będą, tym prędzej powróci do siebie. Wszak moglibyśmy zrobić rejzę z Gezacktem, żeby nałapać więcej łyczków - część z nich damy jako ofarię dla Gonsara, część sprzedamy Munirowi, część zaś pójdzie na Oster, ale i pamiętać musimy, by też Gezacktowi nieco opchnąc i jego imprezie.

    Tu zwrócił się do Lady Sorii:

    – Jeśli to nie frasunek dla ciebie, Lady, w takim razie pójdź na łowy. Jesteś w nich najlepsza z nas wszystkich.

    Egon planował zatem powrócić do miasta i czym prędzej wyruszyć na imprezę łapania niewolników z Larsem i Gezacktem - kto wie, może przy okazji tej wyprawy ruszą także do miejsca, gdzie słyszeli, że statki są opuszczone? Jeśli mogliby znaleźć jakiś korab i przysposobić go i przy okazji znaleźć świeże mięso dla czarownika, to byłoby kolejne zwycięstwo.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach jako Otto "Puste Oko"
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #303

      text alternatywny

      Otto i Odette (ostatnia noc)

      - Cieszę się, że nie zanudzamy cię milady - odparł mnich - Impresario? Obawiam się, że nie mam powołania do teatru i jego okolic, habit służy mi dobrze, nawet jeżeli siły, którym oddaje cześć są bardziej zainteresowane jak często bywam między twymi udami. - mnich się uśmiechnął trochę błogo - Nie poganiam do wizyty moja pani, natomiast obiecałem autorowi twojej zabawki, że postaram się zorganizować wasze spotkanie. O ile nie jest wielkim wielbicielem sztuk, na pewno będzie wielbił twe wdzięki, nawet jeżeli sam nie jest zbyt wyględny.

      |=- Oh! Czyli są siły które interesują się tym co lub kogo mam między moimi udami? - Szlachcianka uniosła brwi i uśmiechnęła się filuternie jakby ją rozbawiła ta uwaga. - Czyli są zainteresowane mną. To mi schlebia. - Skinęła głową, jakby brała tą wiadomość za dobrą monetę. - A ten zdolny rzemieślnik no jestem go ciekawa. Myślę, że powinien zrobić więcej takich zabawek. A ty nie bądź taki skromny bracie Otto. Widzę, że masz talent do serwowania interesujących przygód i romansów. Myślę, że ktoś taki tutaj albo nawet w Saltburgu, byłby bardzo użyteczny no a ja potrafię się odwdzięczyć użytecznym ludziom. No i sam rozumiesz, wkrótce przybędą moje koleżanki więc w pewnym sensie byłabym dla nich gospodynią i nie wypadałoby aby nudziły się w tej gościnie. - Miodowłosa milady, mówiła pewnym siebie i wesołym głosem. Nagość i upodlony stan w jakim obecnie była, wcale jej w tym nie przeszkadzały a nawet zdawała się być w świetnym i łaskawym humorze.
      - Nie mam kontroli nad leśnymi stadami, więc nie mogę obiecać, że przygotuję coś takiego na przyjęcie twych znajomych. - odparł mnich z odrobiną smutku - I mimo młodego wieku raczej sam nie zadowolę większej ilości pięknych kobiet, nie żebym nie chciał spróbować. Oczywiście, jeżeli byłbym w stanie oderwać się od ciebie, Pani. Postaram się coś oczywiście wymyślić, jeżeli taka twa zachcianka.
      - Oh byłoby cudownie! - Artystka ucieszyła się na jego zgodę. - I może być z tymi leśnymi dzikusami ale nie ograniczajmy się! Przecież te sprawy teatru to damy radę załatwić z Kamilą czy Pirorą, te wszystkie przyjęcia u pięknych i bogatych także. Ale takie rozrywki - mówiła swobodnie i wesołym tonem, wskazała na nagie ciała gdzie pewnie z połowa należała do kopytnych. Już raczej było po głównej części spotkania i większość zapadła w leniwy letarg, rozmawiali ze sobą cichymi głosami. Jeszcze tylko Genda uderzała biodrami w wypięte pośladki którejś z dziewcząt. Obie stały pod drzewem. - No takie rozrywki sprawiają, że krew szybciej krąży w żyłach a życie pikanterii. Wspaniałe urozmaicenie. Oczywiście Otto moje drzwi też są dla ciebie zawsze otwarte. Zwłaszcza jakbyś mi umiał zorganizować tak ekscytujące doznania i przygdy. - Pieszczotliwie przesunęła palcem po piersi jego habitu, dając znać, że nie jest wykluczony z takich zabaw, zwłaszcza jakby udał mu się zaspokoić nietuzinkowe potrzeby wielkiej diwy.
      - Żyję aby służyć, a sprawianie radości nimfom o twej urodzie to najwspanialsza nagroda. - dłoń mnicha mimowolnie przesunęła się po biodrze divy - Masz na coś konkretnie apetyt, pani? Bo na razie musiałbym sięgnąć pamięcią do tomów napisanych przez bardzo… frywolnych autorów, aby znaleźć inspirację.
      - Oh, Otto, ty pochlebco! - Aktorka o miodowych włosach zaśmiała się i pacnęła mnicha dłonią. Obecnie te włosy wciąż miała zmierzwione i przetykane kawałkami liści, grudek ziemi, źdźbłami trawy i lepkimi zaciekami ale nadal potrafiła rozmawiać i zachowywać się jak wielka dama. Nie uciekła też przed dotykiem dłoni rozmówcy na swoim biodrze. Jego pytanie jednak wywołało u niej chwilę zastanowienia.
      - Frywolni autorzy brzmią interesująco. Nie mam nic przeciwko abys czerpał z nich inspirację. - Zachęciła go ciepłym uśmiechem aby nie ograniczał swojej wiedzy i fantazji co do szukania rozrywek dla niej. - No cóż, przystojnych kochanków i piękne kochanki to mam tego na pęczki wszędzie gdzie się pokażę. To jest wspaniałe i uwielbiam tą adorację ale jednak brakuje temu wyjątkowości. A wyjątkowość jest naprawdę interesująca i wyróżnia cię z tłumu. Nawet wspaniale ubranego i wyperfumowanego. Jak z tymi pieszczoszkami. W życiu nie miałam nic tak ohydnego w ustach ani w sobie! Oh to było rewelacyjne Otto, dziękuję, że mi podarowałeś to doznanie. I tak jak mówiła Fabi, czuję je teraz w sobie i nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. - Szlachcianka wydawała się wręcz rozczulona na myśl o zabawie i zapładnianiu czerwiami. Jakby to było całkowicie nowe doświadczenie jakiego wybijało się ponad tle jej bogatego w romanse życia. Aż czule pogłaskała dłonią policzek mnicha.
      - Właśnie o coś takiego mi chodzi mój drogi Otto. Coś wyjątkowego czego nie można zaznać na salonach. Choćby te zabawy z dzikusami. Aż się nie mogę doczekać następnych. Mam koleżankę co myślę jej też by się mogło to spodobać. I inną która jest we mnie beznadziejnie zakochana więc myślę, że nie będzie mi trudno ją namówić na takie zabawy. Inna wiem, że bardzo kocha zwierzęta jeśli wiesz co mam na myśli. Zresztą Otto sam pomyśl. Co w tych wszystkich szeptanych opowieściach ta wyuzdana i hedonistyczna szlachta robi gdy pospólstwo, kler i władza ich nie widzi? - Lekkim tonem wymieniała różne przygody jakie by interesowały ją lub jej koleżanki. Na koniec zadała mnichowi pytanie i chwilę dała mu na przemyślenie. - Właśnie to bym chciała robić. Sam powiedz, w jakiej roli i z kim byś mnie widział w swoich fantazjach gdybyś wiedział, że będę im posłuszna? - Zapytała obdarzając go życzliwym uśmiechem i bystrym spojrzeniem.
      Mnich przyjrzał się divie i uśmiechnął się. Rozwiązał pas swego habitu i ustawił się za kobietą. Przesłonił oczy kobiety pasem i wyszeptał jej do ucha.
      - Aby pomóc w wizualizacji… - następnie uniósł jej ręce, aby oplotła je wokół jego głowy - A więc, proszę sobie wyobrazić pani… ty, naga, w pomieszczeniu otwartym na ulicę, jedynie cienka zasłona między tobą a tłumem pospolitych ludzi. Twe ręce związane, twe usta zakneblowane, oczy zasłonięte… - mnich delikatnie się schylił i uniósł kobietę, rozkładając jej nogi - a twe uda otwarte i gotowe na każdego, kto przekroczy próg. Strażnik, żebrak, szlachcic, kapłan… ty nie będziesz wiedziała kto, oni też nie. Jedynie będą mówili pewnie jaka dobra z ciebie ladacznica do chędożenia. Może zostawimy im kawałek węgla, aby mogli napisać na twym ciele co o nim myślą… Jak ci się widzi taka scena?
      - Oh Otto ależ to by była ekscytująca przygoda! Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario od rozrywki! - Diwa dała sobie zawiązać oczy i poddała się zabiegom mnicha. Słuchała jego wizji z zainteresowaniem a gdy skończył roześmiała się szczerze i nagrodziła go pogłaskaniem swoją delikatną dłonią po policzku. Po czym westchnęła z żalem. - No ale ta piękna wizja raczej się nie spełni. Jestem zbyt rozpoznawalna. Wybuchł by taki skandal, że nawet moja reputacja nie dałaby rady tego zatuszonwać a pewnie by żądali mojej głowy. Niestety. Są i cienie tej sławy, w pewnych obszarach naszego życia łatwiej jest być kimś nierozpoznawalnym z tłumu. Mniej ekscytujące ale łatwiejsze. - Mimo, że pomysł bardzo jej przypadł do gustu to jednak zdawała sobie sprawę, że jej rozpoznawalność działa przeciwko niej w jego realizacji.
      - Jak rozpoznawalna jesteś pani, jeżeli nie byłoby widać twej twarzy? Jestem pewny, że mamy jakiś worek, czy bardziej gustowną metodę, aby osłonić twe rysy. I postawi się kogoś, aby pilnował, żeby nikt nie zajrzał. - mnich ciągle nie opuścił kobiety, jedynie delikatnie nią kołysał na boki dla rozrywki divy - Są też oczywiście inne metody, aby zrobić z ciebie publiczną dziurę do spożytkowania.
      - Worek? No tak, to jest jakieś rozwiązanie. - Naga szlachcianka pokiwała głową na znak, że dostrzega walory takiego rozwiżania. - Ale co ze zbiegowiskiem? Pewnie by się rozeszło po mieście, że cały tłum chędożył jakąś ladacznicę. - Milady raczej dostrzegała ryzyko takiej przygody i się go obawiała. Ale sam pomysł nadal wydawał jej się ekscytujący. - I masz jeszcze jakieś pomysły jakbym mogła się publicznie udzielić temu miastu? No to mój drogi impresario nie trzymaj mnie w niepewności tylko zdradź mi jak. - Roześmiała się zalotnie dając znać, że podoba jej się taki scenariusz jaki jednooki mnich przed nią malował.
      - Podążając za tym pomysłem? Sztuczna ściana, że jedynie twe dolne części wystają z jednej strony, a górne są po drugiej. Co do tłumu… czyż to też nie ekscytujące? Ty pewnie będzie już zmęczona po piątym, czy szóstym kochanku, a tu jeszcze siedmiu chce cię wypełnić swym nasieniem. Każda dziura wypełniona po brzegi. - mnich się uśmiechnął - I głos tłumu oceniający cię. Zastanawiam się, czy poczułabyś w końcu nutkę wstydu ze względu na ich słowa.
      - Sztuczna ściana? I ja w niej bezwolnie utknięta do dyspozycji swawolnej tłuszczy? - Brwi nad opaską milady powędrowały do góry, gdy próbowała sobie wyobrazić taką scenę. W końcu odwróciła się frontem do mnicha i pieszczotliwie objęła jego szyję raminami. - Bardzo frywolny pomysł mój mnichu. Podoba mi się. Nie sądzę aby taka tłuszcza wywołała we mnie rumieniec wstydu ale kto wie, kto wie? Takiej przygody jeszcze nie miałam. Ale jeśli uważasz, że to by było dobre dla przedstawienia i naszego samopoczucia oczywiście mogę wstyd odegrać. - Mówiła kusicielskim tonem jakby rozmawiali o schadzce kochanków. - Podoba mi sie twoja śmiałść i wyobraźnia Otto. Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario rozrywek. Oczywiście gdybym ci mogła jakoś w tym pomóc albo to się wiązało z jakimis kosztami to się tym nie przejmuj, zrobię co mogę aby ci pomóc zrealizować te wspaniałe, odważne projekty. Teraz nie brałam do lasu większej sakiewki ale jeśli byś potrzebował to dziś zapraszam cię do Kamili. Będzie Benita i zasiejemy ją znowu. No a przy okazji oczywiście zabawimy się z nią. Jeśli nie miałbyś innych planów to zapraszam. A jak masz to zrozumiem. - Smukła, naga kobieta o rozczochranych, miodowych włosach mówiła cicho i zalotnie jak do swojego kochanka. Lekko bujała się na bok jakby oboje byli w jakimś delikatnym tańcu.
      Dłonie mnicha powędrowały do pośladków kobiety, podążał za jej tańcem w uśmiechu.
      - Musiałbym znaleźć miejsce, aby wynająć. Nie w slumsach oczywiście, chcę ci dać różnorodność. Jeżeli mogę jeszcze połechtać twą wyobraźnię. Wróć do wizji z tobą wiszącą z sufitu. I nie jesteś tam sama. Twoje koleżanki z Saltzburga dzielą twoją dolę i nie tylko słyszysz komentarze na twój temat, ale i dźwięki jak one są wykorzystywane.
      Otto poczuł pod dłońmi, dwie gładkie i jędrne półkule. Ciepłe i nieco mokre od niedawnych ablucji. Zaś po tym ruchu, szlachcianka przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Gdy usłyszała jego kolejny pomysł roześmiała się perliście.

      • Bardzo apetyczna wizja godna mojego impresario. - rzekła do niego tym samym zalotnym tonem co przed chwilą. - I myślę, że chociaż część moich koleżanek będzie miała ochotę przeżywać te przygodny razem z nami. Powiem ci, w zaufaniu Otto, że w tej artystycznej bohemie to wiele uwielbianych postaci to straszne rozpustnice. - Uśmiechnęła się na koniec jakby ta autoironia bardzo ją bawiła.
        - Ma sens. - uznał mnich - Ciało zawsze szuka ekscytacji. - jedna dłoń powędrowała między półkule kuperka divy - A tak znamienite postaci jak ty, często pewnie doznają tego co plebs uważa za rzadkość.
        - Zapewne tak. Ale plebs niezbyt mnie interesuje. Chyba, że jako widownia ale rzadko gram dla gawiedzi. No albo w takiej roli jaką planujesz mój impresario. Wtedy rzeczywiście mogą być przydatni. Z tą ich nieokrzesaną chucią. - Odparła z tonem wyższości jaką często okazywali błękitnokrwiści niższym warstwom społecznym. Na jej twarzy znów pojawił się frywolny uśmieszek. Może na wspomnienie planu dostarczenia jej rozrywki jaką właśnie uknuli. A może na dotyk męskiej dłoni jaka tam na dole, poczynała sobie coraz śmielej. A tam miała całkiem gładkie i przyjemne w dotyku okolice do zwiedzania.
        - Jest też myśl co do sztucznej ściany. Jeżeli wszystkie w niej "utknięcie", będziesz mogła widzieć reakcje swoich koleżanek na bycie chędożenie w takiej sytuacji. - palce mnich przesunęły się po wrażliwszych punktach ciała kobiety - Słuchałabyś jak opisują rozmiar, widziałabyś jak szarpią nią spazmy przyjemności. - mnich się uśmiechnął - Lub jeżeli chcesz, możesz usiąść po drugiej stronie ściany i po prostu obserwować ich reakcje.
        - Ależ Otto, ja jestem artystką. Śpiewaczką, diwą, aktorką. Ja występuję na scenie dla publiczności aby wzbudzać ich żądze i podnietę. Ja jestem od tego aby mnie kochać, wielbić, zazdrościć i nienawidzić. Gdzie się pojawiam tam wszyscy odwracają głowy ku mnie. Nie jestem jedną z wielu jaka siedzi w tłumie i podziwia widowisko. Chcę czuć, przeżywać i być widowiskiem. - Miodowłosa artystka, wciąż nie zdjęła sobie pasa przesłaniającego jej oczy. Przez co nieco za wysko unosiła głowę gdy mówiła co było typowe dla osób mających kłopoty z widzeniem. Ale wciąż była świadoma otoczenia. Aby ułatwić mnichowi pieszczoty między swoimi gładkimi, jędrnymi udami, postawiła nagą stopę na klapie wozu. Teraz męska dłoń miała tam o wiele swobodniejszy dostęp.
        - Ale oczywiście, jeśli mój impresario zorganizuje taką przygodę z tą sztuczną ścianą także dla moich koleżanek to oczywiście będę współpracować. Może być całkiem interesująco jeśli nie będę tam sama. Ale pamiętaj, że to ja jestem diwą i to ja mam grać główną rolę. - Sięgnęła dłonią do tyłu aby złapać go za potylicę i nakierować jego usta do swoich.
        Mnich celowo zatrzymał się tuż przed pocałunkiem, diva mogła poczuć jego ciepły oddech na swych ustach, był tak blisko.
        - Po prostu myślę jak dodać ci pikanterii… - jego głos zniżył się do szeptu - To pomyśl o tym w ten sposób, pokaz siły wobec koleżanek. One, uwięzione w ścianie, wykorzystywane niczym niewolnice, ty po drugiej stronie, przyglądająca się niczym prawowita władczyni ich losu, pieszczona przez niewielki harem?
        Naga aktorka lekko rozchyliła swoje ponętne usta, jakby gotowa przyjąć pocałunek partnera. A gdy ten w ostatniej chwili się zatrzymał poruszyła nozdrzami i brwiami jakby pobudziła ją ta niedokończona pieszczota. Wysłuchała go i uśmiechnęła się.
        - No nie jest to nieprzyjemna wizja. Właściwie nawet mi się podoba. Niektórym moim koleżankom zapewne bardzo by się przydała taka przygoda w ścianie a innym nawet spodobała. Chociaż jeszcze nie wiem które i kiedy do nas przyjadą. Zapewne poprzedzą się listem. Jeszcze żadnego nie dostałam ale pewnie mój dopiero co dotarł do Saltburga. - Diwa po chwili namysłu nawet wydawała się być skłonna poddać się pomysłowi mnicha. - No dobrze mój drogi impresario od rozrywki. Widzę, że masz całkiem ciekawą wizję na tą przygodę ze mną i moimi koleżankami. Jestem gotowa ci zaufać i dać okazję się wykazać. Więc jak już te moje koleżanki tu przyjadą to postaram się je namówić na tą wspólną, brudną przygodę. A co miałbyś do zaoferowania mnie zanim przyjadą? Bo najprędzej spodziewam ich się za parę dni. - Widać było, że artystka lubi takie niecne przygody i stanowią dla niej ekscytującą rozrywkę.
        Mnich delikatnie musnął usta aktorki swoimi, najwyraźniej zaczynała mu się podobać rola kusiciela.
        - No cóż, moje zaproszenie do hospicjum zakładało trochę niegrzecznych igraszek z autorem zabawki. Jeżeli jednak chcesz czegoś konkretnego… - palce Otto znalazły wrażliwy punkt na łonie Odette i zaczęły wywierać napięcie na niego - … To tylko zapytam jak dużą chcesz widownię?
        - O, to by mogła być nie tylko wizyta charytatywna w waszym hospicjum ale też i coś dla przyjemności grzesznego ciała? - Diwa zamruczała z zadwoleniem. Tylko nie było pewne czy na ten pomysł, pocałunek czy pieszczoty palców między swoimi udami. - No to by było interesujące. I to jeszcze z widownią? No, no Otto… Nie spodziewałam się, że macie takie ciekawe to hospicjum. - Wyglądała na zadowoloną na taki przebieg wypadków i rozmowy.
        - Jest ktoś do rozważenia… ale nie ryzykowałbym jeszcze. Miałem na myśli na czas oczekiwania twych koleżanek - kolejne muśnięcie trafiło na delikatną szyję kobiety, mimowolnie mnich przylgnął divę mocniej do swojego ciała, tak że byli piersią w pierś i Odette mogła wyczuć przyspieszony puls mnicha - Słyszałem twój piękny głos wielokrotnie, ale zastanawiałem się nad twoimi talentami tańca.
        - Taniec? Bez muzyki? - Ponad opaską brwi aktorki uniosły się i na twarzy widać było, że to nie jest coś co jej w pełni podpasowało. - No ale dobrze, może w twych ramionach, mój drogi impresario, nie okażę się taką straszną pokraką. - Zrobiła dobrą minę do tych improwizowanych warunków. Ale jak ruszyli to okazała się zdolną tancerką. Widocznie te liczne bale w jakich brała udział, jednak się przydawały w takich warunkach. Właściwie to całkiem zgrabnie pomagała nadrabiać partnerowi jego prostą sztukę tańca, dodając im gracji i finezji. - Czyli ta widownia to nie u was w hospicjum? - Wróciła do tego o czym rozmawiali przed chwilą. - No cóż, ja lubię występować przed widownią. Nie jestem wstydliwa. Zwłaszcza jak uda mi się nawiązać z nią więź to bywa bardzo interesująco i podniecająco. Miałbyś taką widownię dla mnie? - Obracała się w jego ramionach i to odpływała to wracała do nich. I to pomimo, że wciąż miała zasłonięte oczy. Jej głos nic nie stracił ze swojej pobudzającej kusicielskości.
        - Nie będzie łatwo jeżeli idzie o przedstawienie, które ja mam na myśli, zważając na twą sławę. - mnich podniósł kobietę, pozwalając jej nogom owinąć się wokół jego pasa, wtedy w końcu zwieńczył ich taniec namiętnym pocałunkiem - Taniec, z muzyką oczywiście, powolną i sensualną. Ty w pełni ubrana, z maską na twarzy, aby cię nie rozpoznali. Powoli rozbierająca się przed widownią. Wiwaty i uwielbienia, lub cisza kiedy nie mogą oderwać oczu od twego coraz bardziej nagiego ciała. Ty w pełnej kontroli nad tym co i kiedy im pokazać.
        - O. Taki rozbierany taniec? - Wypielęgnowane brwi szlachcianki znów powędrowały do góry, ale tym razem w grymasie zainteresowania i aprobaty. - Brzmi ciekawie mój impresario. Coraz bardziej podobają mi się twoje pomysły. Trzeba by dobrać zaufaną orkiestrę. No chociaż ze dwie, trzy osoby. Może być od biedy nawet jedna z fletem albo skrzypcami. Lutnia albo harfa też by mogły być. I maska musiałaby być pełna. Bo przecież wszyscy mnie tu znają. To miałbyś taką widownię mój drogi Otto? I dyskretne miejsce na taki spektakl? - Dała mu znać, że taki pomysł zdobył jej uznanie.
        - Widownię znajdę bez problemu. Jeżeli nie przeszkadza ci coś… mniej wyrafinowanego. Wystarczy dać cynk w kilku karczmach. - pocałunki mnicha zniżyły się do obojczyka kobiety - Zapytam Pirory, czy mogłaby polecić jakiś grajków, załatwię ochronę, aby nikt nie sądził, że może dotknąć a nie patrzeć. Miejsce… zacznę szukać przy najbliższej okazji. Widzę, że podoba się pomysł?
        - Coś mniej wyrafinowanego? - Teraz szlachcianka zacisnęła usta jakby smakowała ten pomysł. I uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Oh, naturalnie, że mi nie przeszkadza mój drogi Otto. To mogłoby być bardzo ożywcze doświadczenie. Bo na bale i koncerty to sama mogę sobie zorganizować wejście a i tak mnie wszędzie zapraszają. No ale taka przygodna w jakiejś karczmie brzmi całkiem ekscytująco. Ufam, że zorganizujesz to jak trzeba. Gdybyś potrzebował w tym jakiejś pomocy to koniecznie daj mi znać. - Diwa położyła dłonie na jego ramionach i przez chwilę mogłaby popatrzeć mu w oczy, gdyby opaska na jej oczach jej w tym nie przeszkadzała. A i tak zalotnie cmoknęła go w policzek.
        Mnich delikatnie postawił kobietę na ziemi i delikatnie zsunął pas z jej oczu.
        - I jak wyobraźnia wpływa na twe żądze, pani? Mam nadzieję, że taka małe doświadczenie dało ci odrobinę rozrywki.
        - Tak Otto, dziękuję, bardzo wpływa. Dobrze się bawiłam. - Chociaż była całkiem naga, to dygnęła przed nim z kurtuazją jakby oboje byli błękitnokrwistą parą na eleganckim balu. - To kiedy byś miał dla mnie jakieś wieści o ekscytujących przygodach? Jutro pewnie przed południem nie wrócę do miasta. A po południu mam spotkanie z Benitą u Pirory. Tam chyba najprędzej mógłbyś mnie złapać. - Zagaiła chcąc się już umówić na kolejne spotkanie.
        - Więc się zjawię, mój piękny Słowiku. - ucałował dłoń kobiety - Jutro rozpocznę poszukiwania miejsca… chyba nawet wiem jak ubić dwie sprawy na raz. - mnich się uśmiechnął i spojrzał na kobietę ponownie, podziwiając piękno jej ciała. Diva mogła zobaczyć głód w pojedynczym oku kultysty, ale najwyraźniej kontrolował się jeszcze - Od Pirory też będę mógł wziąć maskę dla ciebie.
        - No to cudownie. To jesteśmy umówieni na jutro u Pirory. No i na zasiewanie Benity tymi ohydnymi przyjemniaczkami. - Miodowa aktorka uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie z zadowoleniem, że tak gładko udało im się umówić następne spotkanie.

      Otto w hospicjum

      - Staram się pomagać hospicjum i naszym pacjentom. - odparł prawie szczerze mnich - Podejrzewam, że pan Grubson niedługo będzie chciał nas odwiedzić i rozpocząć proces. Postaram się trzymać pieczę na sprawie do tego czasu.
      - Grubson? To ten kupiec co dostarcza kostiumy do teatru? - Przeor trochę się zdziwił jak usłyszał to nazwisko ale jednak przyzwoicie je kojarzył. - No cóż, niech przyjdzie. Może też nas czymś wesprze. - Ostatecznie uznał, że i taka wizyta może być korzystna dla przybytku miłosierdzia jakie prowadził.
      - Ah, Lady Odette von Treskow nas odwiedzi na dniach. - mnich pstryknął palcami jakby sobie o czymś przypomniał - Nie wiem czy osobiście nas wesprze, ale mówiła, że więcej dam z Saltzburg'a niedługo odwiedzi miasto. Więc wiedza o naszej skromnej lecznicy trochę się rozszerzy.
      - Rozmawiałeś z lady von Treskow?! - Na twarzy ojca przeora pojawiło się zdumienie. Aż się zapowietrzył i potrzebował chwili czasu na ochłoniecie. - I ona nas wkrótce odwiedzi?! Oh! To cudownie! Cudownie Otto! Świetna robota! Oh… To trzeba teraz wszystko wyszorować. Aby ta wspaniała dobrodziejka co ma tak cudowny głos, nie pomyślała sobie, że to jakaś ponura nora. - Po pierwszym wybuchu radości, stary mnich zreflektował się, że tak sławna persona zasługuje na specjalne przyjęcie. I trzeba przygotować hospicjum na jej godne przyjęcie.
      - Tylko też nie za bardzo. Sakwy nie otwierają się na widok dobrobytu. - przypomniał mnich.
      - Jakiego dobrobytu, Otto? - Przeor przekrzywił głowę i popatrzył na młodszego mnicha z politowaniem. - Sam zobacz, że mamy tu gołe ściany. Ale te pajęczyny trzeba będzie omieść, podłogi wyszorować. Na zacieki i dziury w dachu już się nic nie zrobi a może naszym dobrodziejkom bardziej serce zmięknie jak zobaczą w jakich warunkach musimy dbać o naszych pacjentów. - Wskazał na tą niezbyt wesołą okolicę. Hospicjum utrzymywało się głównie z datków więc nigdy się tu nie przelewało i zawsze balansowało na krawędzi biedy.
      - Po prostu ostrzegam. Ekscytacja może zwyciężyć nad umiarem. - mnich się uśmiechnął - Mam przekazać nowiny reszcie braci?
      - Nie trzeba Otto. Świetnie się spisałeś. Ja im przekażę podczas obiadu. No i będę ich musiał pogonić do roboty skoro mamy mieć tak zacnego gościa. - Przeor dał znak, że tym już młody mnich nie musi się kłopotać i on bierze to na siebie. Dodatkowe prace sprzątające nigdy nie były przyjemne dla tych co je wykonywali więc nie witano ich radośnie. Tym razem jednak na osłodę mieli to, że sam Słowik Północy obiecała zawitać w ich skromne progi.
      - Na pewno się ucieszą. Więc są jakieś zadania dla mnie do tego czasu, czy mam wracać do swoich zwykłych obowiązków?
      - Możesz zerknąć na Grega. Widzę, że masz na niego dobry wpływ i nić porozumienia. Poza tym po posiłku, pomóż w kuchni. No chyba, że masz jakieś polecenia od naszych dobrodziejek? No to wtedy nie można im kazać czekać. Dawno nikt tak hojnie nie wsparł naszego przybytku tak jak one ostatnio. A zobacz, podłe ludzie mawia, że te piękne i bogate damy to mają tylko pstro w głowie i są próżne. A tu jak można źle człowieka po pierwszym wrażeniu ocenić. - Przeor pokiwał w zadumie głową ale wydawało się, że jest gotów wdrożyć jednookiego do jego rutynowych obowiązków w hospicjum. I zadumał się nad tym kontrastem między bogatymi, pięknymi szlachciankami a ich dobrocią jaką ostatnio okazywały ich przybytkowi.
      - W sumie mam kilka spraw od nich, ale odwiedzę Georga. Pewnie biedak znowu chce mi o czymś opowiadać. - mnich pokłonił się przed przełożonym i ruszył do hospicjum w poszukiwaniu pacjenta.

      Z Georgem

      - Pracujemy nad tym George, uwierz mi. - mnich uśmiechnął się do mężczyzny - Nie tylko ty ją widziałeś, więc zaczniemy jej szukać w mieście na dniach. Szczególnie, że jest zagrożona. Jeżeli ją odnajdziemy postaram się, aby ciebie odwiedziła. Albo tu albo jak w końcu Tobias cię przygarnie.
      - Oczywiście, że tak. - Mężczyzna w średnim wieku o twarzy od razu zdradzającej ułomność umysłową, skinął głową jakby był co najmniej wykładowcą w Akademii. - Ale to zależy w której książce. Nici są różne i czasem udawało nam się ją odnaleźć i nakłonić do współpracy a czasem nie. Tam gdy uda to jest zwykle lepiej bo ona jest mądra i wiele wie. Rozumie książki a książki chcą z nią obcować. - Pacjent wyjaśnił tonem jakby tłumaczył dziecku coś co jest dla niego oczywiste.
      Mnich się zastanowił chwilę nad słowami pacjenta. Rozumiał oczywiście sens jego paplaniny. Tkacz Losu ponoć widzi wszelkie możliwe decyzje, przyszłość nie jest pewna dopóki nie stanie się przeszłością. Ciekawiło Otto natomiast, jak dużo księgi wyjawiły George'owi.
      - Księgi nie wyjawiły ci może lokacji, w których się udaje? Nawet jeżeli ty ich nie rozpoznajesz, pomogłoby to w poszukiwaniach.
      - Ksiąg nie interesują takie detale. Księgi chcą aby ona mogła się z nimi spotkać. Mówią, że jest już w mieście i ich szuka. Na dłoni ma srebrny pierścień z oczami. Tych oczu używała do rozmów z książkami. Będzie szukać książek bo nie wie, że tych prawdziwych nie ma w mieście albo wie ale nie wie gdzie dokładnie. - Pacjent pokazał na swoja dłoń gdzie owa tajemnicza kobieta miałaby mieć ów pierścień jaki opisywał. I kiwał przy tym głową, jak chłopiec jaki z przejęciem opowiada rodzicom jak wpadł w pokrzywy.
      - Ale to już jest coś. - odparł Otto - Dobrze, rozsieję wici i sam zacznę poszukiwania. Postaram się doprowadzić do waszego spotkania.
      - Dobrze. Ona zawsze umiała się dostoswać i zmieniać wygląd. Więc nie tak łatwo ją odnaleźć. Ale nawet ci kopytni co ich wasz mag spotkał to zwrócili na nią uwagę. Przecież ta blondyna mu o tym mówiła ale on zazwyczaj bywał taki nieuważny. - Pacjent pokiwał mądrze głową i przez chwilę wydawał się całkiem podobny do Tobiasa jaki zwykle z wyższością człowieka wykształconego patrzył na większość kolegów a zwłaszcza koleżanki z kultu.
      - Blondyna…? - mnich pokręcił głową - Mniej ważne. Dobrze, postaram się… i jesteś pewny, że już była u kopytnych?
      Tym razem pacjent aż złożył ramiona na krzyż, jakby to Otto był uczniem w jego klasie. I to takim co właśnie palnął coś niezbyt mądrego. Patrzył tak przez chwilę po czym odezwał się strofującym tonem. - Tak, ta blondyna. Co przystała do plemienia zwierzoludzi i teraz jest ich samicą. I wie gdzie ich znaleźć i chce się z nimi chędożyć tak samo jak te nasze dobrodziejki co tu bywały. I jak wasz mag ją spotkał i ich też i ją zabrał ze sobą do siebie. Tą drugą to różnie bo czasem ją zabierał, czasem zabijał a czasem zostawiał ją w tej karczmie. - Greg pokręcił glową jakby musiał przypomnieć Otto tekst jaki już tyle razy wcześniej omawiali na lekcjach. Chociaż jednooki słyszał go od niego po raz pierwszy.
      - Niestety George, ja jestem więźniem teraźniejszości i nie przeprowadziłem z tobą jeszcze tej rozmowy, chociaż rozumiem twoje zmęczenie moją niewiedzą. Więc Joachim znalazł, albo znajdzie towarzyszkę. Dobrze dla niego. - mnich się zastanowił chwilę - Zakładam, że imię to też rzecz mało warta uwagi dla ksiąg?
      - Tak, wasz mnich znalazł tą ludzką samicę zwierzoludzi. Innych niż ci z którymi się już związaliście. A imię tej mądrej kobiety nie ma znaczenia. Przecież tylu ich używała. Tak samo jak wyglądu. Po książkach ją poznacie. Będzie szukała książek i wiedzy. I po tym srebrnym pierścieniu z oczami. Umie używać mocy i wiedzy ale to większość z was nie widzi. - Greg pokiwał głową i jakby jeszcze starał się przeszukać pamięć co by mógł przydatnego rzucić o tej nieznajomej.
      - Wasz mnich…? W sensie ja? - Otto zastanawiał się czy ktoś inny z rodziny mógłby pasować do tego opisu - Blondynka od zwierzoludzi… - jednooki starał sobie przypomnieć wszystkie znane mu blondynki.
      - No mag a nie mnich. - Pacjent sapnął jakby niechętny temu, że Otto przyłapał go na pomyłce. Więc szybko zaczął drugi temat. - Tak, blondynka od zwierzoludzi. Przecież wasz mag i ladacznice przypłynęły z nią do miasta. Ta druga to nie wiem czy jest z nimi. Ładna ta blondynka chociaż z lasu. Ladacznice oczywiście od razu zaczynały się z nią chędożyć gdy tylko miały okazję. Bo jest ładna. Ta druga była ładna ale jak poczuła dotyk bogów to już niekoniecznie. Ktoś by musiał lubić z odmieńcami aby się podobała. - Pacjent rozwinął ten temat skoro mnich o niego zapytał.
      - Hm… no cóż zapytam. Nie zaszkodzi. Mówiłeś, że uczona zmienia wygląd, ale pierścień pozostaje?
      - Tak, pierścień zostaje. Po pierścieniu ją poznacie. I po książkach. Będzie ich szukać. - Greg potwierdził domysły mnicha i na koniec skinął głową.
      - No to mamy punkt zaczepienia. Srebrny pierścień z oczami. Poinformuje rodzinę i sam zacznę szukać.

      Otto u Teofano

      - Cieszy mnie twa radość, Teofano. I jestem pewny, że twoje maleństwa również cieszą się z tak kochającej mamy. - spojrzał odrobinkę lubieżnie na dziewczynę - Nie uchodzi mi prosić co mi chodzi obecnie po głowie, szczególnie, że jestem w gościach, ale może kiedyś. - jego głos zbliżył się do cichego mruczenia - Co do Margo… - westchnął - Tego się obawiałem, twoja radość nie jest uniwersalna. Większość Imperium jej nie podziela i Margo po prostu boi się, co o niej inni pomyślą. Nie mogę jej od tak wysłać do naszych wspólnych znajomych, nie śmiałbym się im tak narzucać. Porozmawiam z nią i spróbuję ustalić jakieś spotkanie, może z służkami lady Fabienne, to moje pacjentki, jestem pewny, że Marissa ją przekona… do otwartości na pomysł takiego figlowania.

      - No właśnie! Ty mnie rozumiesz! I zaszczyt jaki nas spotyka jak możemy zostać muszymi matkami! - Młoda cukiernik aż oczy rozbłysły a na twarzy pojawił się promienny uśmiech. Jakby wspólnie z mnichem, dzielili tą samą tajną wiarę. Matczynym gestem położyła dłoń na swoim brzuchu i pogłaskała go czule. Na razie wciąż był płaski i na pierwszy rzut oka, nie widać było jej błogosławionego stanu. - Ale Margo tego nie rozumie. Idiotka. - Popatrzyła na drzwi do swojej sypialni z pewnym smutkiem i rozczarowaniem. Widać było, że oczekiwała, że jej pokojówka po ostatnich przygodach ze szlachetnymi damami i w hospicjum, okaże się bardziej do niej podobna. - Ze służkami milady być może. Chociaż to nadal służki a nie milady, sam rozumiesz, że to nie to samo. Nie ma tego splendoru. A obcować z lady Odette, Fabienne czy Pirorą to takie przyjemne. Ale może i masz rację, sama już nie wiem co mam robić z tą niewdzięcznicą. - Westchnęła na myśl o postawie swojej pokojówki. Ta jednak już wracała bo słychać było jej szybkie kroki. Weszła do środku i postawiła tacę z trunkami dla jej pani i gościa. Gospodyni zerknęła na mnicha jakby była gotowa mu oddać pałeczkę rozmowy z Margo.
      - Najlepiej pozwolić jej pozostać w przyjemnościach, które sama wybierze i poczekać aż ciekawość i głód nowości weźmie górę. - odparł mnich nim Margo wróciła - Na razie przegońmy jej lęki, nawet jeżeli w domu będziesz musiała przez jakiś czas być sama w matkowaniu. Ale uczep się tej radosnej myśli; więcej dzieci dla ciebie. - mnich zerknął na Margo kiedy ta weszła z trunkami - Więc, Margarethe, usiądź proszę… - jednooki wydawał się rozważać coś - Moje kolana są pewnie milsze od krzesła, ale nie narzucam się. - Otto uśmiechnął się ciepło do służki.
      - Z tymi szlachciankami pewnie byłoby łatwiej, dlatego myślałam aby poprosić o spotkanie z nimi. - Teofano pokiwała swoją kasztanową głową ale jej pokojówka już weszła to zamilkła. Rudawa służąca zas postawiła tacę na stole i odwróciła się do nich. Gdy mnich się do niej odezwał, najpierw spojrzała na swoją panią.
      - No śmiało Margo, chyba nie odmówisz tak miłemu zaproszeniu? - Wskazała mu na kolana mnicha, dając pokojówce przyzwolenie na takie zachowanie. Ta lekko uśmiechnęła się do niej i jeszcze szerzej do mnicha po czym podeszła do niego i usiadła mu bokiem na jego kolanach. Młoda córka znanych cukierników zaś siedziała na krześle obok i na razie obserwowała co się teraz stanie.
      - Teofano mówi mi, że masz ciągle wątpliwości co do daru, którego doświdczyłyście. Zrozumiałe, nie jest coś codziennego. - głosnicha był łagodny, opiekuńczy - Jeżeli masz jakieś pytania, albo lęki, nie krępuj się. Postaram się wszystko wyjaśnić.
      - No… - Pokojówka d razu zerknęła na swoją panią jakby nie była pewna jak się powinna zachować. Teofano Lebkuchen w pierwszej chwili zacisnęła swoje ładne usta w wąską linię jak zwykle gdy ktoś ją zirytował. Po chwili jednak jakby się namyśliła i uśmiechnęła się trochę.
      - Mów śmiało Margo. Przecież wiesz, że i ja przyjęłam ten cudowny dar i nawet te piękne, wspaniałe szlachcianki z jakimi miałyśmy przyjemność. Wszystkie będziemy mieć zaszczyt zostać muszymi matkami. Będziesz jedną z nas. - Tym razem cukiernik przyjęła ton podobnie łagodny jak Otto. Wstała ze swojego miejsca i podeszła do tacy jaką ruda zostawiła na stole. Nalała do kubka i podeszła do nich oboje wręczając go pokojówce. Nawet kucnęła przy ich kolanach jakby nie chciała dominować nad nimi i zachęcić do przyjaznej rozmowy. Teraz oni oboje mogli patrzeć na nią z góry.
      - No tak, ja rozumiem. Z tymi szlachciankami bardzo mi się podobało. - Margo lekko uśmiechnęła się i przyjęła kubek. Widać było, że czuła się znobilityowana tym, że mogła pokładać się z tak znamienitymi damami. - Ale… Ale to naprawdę mamy tam w sobie robaki? - Pokojówka w koncu odważyła się zadać pytanie. Jej pani posłała jej ciepły uśmiech i pokiwała twierdząco głową. - Ale… To dobrze? Przecież… To robaki. I ja je czuję. Czuję jak się tam ruszają w środku. Dzisiaj to chyba najbardziej. Kotłują się tam na całego. - Ruda służąca popatrzyła niepewnie i na mnicha i na swoją panią czy aby na pewno jest wszystko w porządku. W koncu zwykle jak ktoś miał w sobie robaki to uznawano, że jest chory i, że to obrzydliwe.
      Mnich kiwnął głową.
      - Spokojnie Margareth. Tak to są robaki, ale nie lękaj się. Nie są groźne, nie są oznaką choroby, ich obecność nie zrobi ci krzywdy. - delikatnie położył dłoń na łonie dziewczyny - Pomyśl o nich jak o fasolkach. Potrzebują jedynie twojego ciepła i wilgoci, aby urosnąć na duże i dorodne. Wtedy po prostu z ciebie wyjdą. Jedna po drugiej, albo wszystkie na raz. - uśmiechnął się - I uwierz mi, doznanie jest przyjemne. Byłem świadkiem takiego "porodu", kiedy ty i Teofano byłyście z lady Fabienne. Kobietą telepało jakby była rażona piorunem.
      - Ale szczęściara. - Cukiernik spojrzała z zazdrością na mnicha jak ten wspomniał o robaczym porodzie jakiego był świadkiem. - Ja już nie mogę doczekać się swojego. Oczywiście od razu jestem gotowa przyjąć kolejny dar aby spełnić swój macierzyński obowiązek. - Zapewniła gorliwie. Zachowywała się jak neofitka jakiejś wiary lub gorliwa służbistka. Wydawała się być calkowicie poświęcona swjemu muszemu macieerzyństwu. - A z tymi fasolkami to Otto dobrze powiedział. Nie czujesz Margo jakie to przyjemne? Mieć je tam w sobie? Ja czuję to przyjemność cały czas. I pamiętasz co ta bretońska milady mówiła? Ona też sobie bardzo chwaliła tą ciążę. Ty tego nie czujesz? - Teraz przeniosła spojrzenie na swoją pokojówkę ale starała się do niej mowić łagodnie.
      - No tak czuję. To… Nawet przyjemne. - Rudowłosa aby czymś zająć spojrzenie i ręce, upiła z kubka wina. I nawet się uśmiechnęła. - Czuję jak się ruszają. Tam w środku. No i… Dziś tak bardziej niż wczoraj. I czuję, że robię się tam mokra. I one tam się tak wiercą mocno. - Starała się opisać im swoje odczucia. Teofano zmarszczyła brwi jakby starała się zrozumieć o co jej chodzi ale spojrzała na mnicha co ten na to powie.
      - Powiedz mi Margarethe. Czy sądzisz, że przyjemność byłaby większa… gdyby ich było więcej? Bo nie słyszę w twych słowach lęku, czy obrzydzenia. Tylko ciekawość i drobny niedosyt. - ucałował delikatnie szyję dziewczyny - I jeżeli mam rację, to jest to dobry znak.
      - Więcej? No ale jak? Przecież jak więcej to bym chyba pękła. - Margo poruszyła się niespokojnie na kolanach mnicha. Jednak uśmiechnęła się lekko gdy pocałował jej szyję. Teo wciąż kucała przy ich kolanach i starała się być miła.
      - Oczywiście, że jak więcej to lepiej. Słyszałaś co mówiła lady Fabienne? Ona co chwila przyjmuje w siebie ten dar i ciągle ma ochotę na więcej. A przecież to szlachcianka i wielka pani. - Cukiernik mówiła łagodnym tonem i zaczęła podwijać suknię pokojówki. Gdy pokazało się jej kolano to je pocałowała.
      - No to może… Sama nie wiem… No tak, milady mówiła, że je lubi i jak się w niej ruszają. Może tak? Myślicie, że powinnam ich przyjąć więcej? Trochę się boję. A co jeśli się wyda? Co ludzie powiedzą? Że to ta co ma robaki. - Pokojówka wydawała się bić z myślami o konsekwencjach społecznych i dorobienia parszywej gęby. Zapewne tak by było gdyby się wydało i to w łagodnym wariancie gdyby uznać te robaki za jakieś standardowe pasożyty ze złego jedzenia czy brudnej wody. Lebkuchen pocałowała jej kolano raz jeszcze i dłonią zaczęła powoli przesuwać po jej udzie jakby chciała przekierować jej uwagę na przyjemniejsze sprawy.
      - Uwierz mi to nie był pierwszy raz lady Fabienne, a ona ma opiekunkę, która odpowiada przed jej mężem. Jeżeli pod tak bacznym okiem jej się udało ukryć swoje maluszki, ty nie masz się czego lękać. - widząc działania Teofano, mnich uniósł dłoń do biustu Margareth, delikatnie masując wzgórki dziewczyny - Nie jest to coś co wymuszamy. Jeżeli ciągle nie jesteś pewna, to poczekaj aż ten okres przejdzie przez wszystkie etapy. Jeżeli zdecydujesz, że nie chcesz więcej, nie poruszymy tematu znowu. Jeżeli jednak bedziesz chciała… no cóż, najwyraźniej tam to nie jedyne miejsce gdzie maluszki lubią gniazdować.
      - We mnie mogą gniazdować. Ja je przyjmę bardzo chętnie. - Teo mruknęła z gorliwym zainteresowanim. Podniosła głowę aby psłać im obojgu wesoły uśmiech. Jej wola byca muszą matką zdawała się nie słabnąć ani na chwilę. Na razie jednak subtelnie podwijała spódnice swjej służącej więc widać było coraz więcej jej jędrnych ud. Ale skumulowany materiał przesłaniał mnichowi widok na ich zwieńczeie. Widać było, że nauka nie poszła w las i cukiernik starała się naśladować w tych zabawach z pokojówką wielkie damy z jakimi ostatnio miały do czynienia.
      - No tak, lady Fabienne mówiła, że przyjęła je w siebie wiele razy. A w ogóle po niej nie widać. Nawet jak jest bez ubrania. - Margo pokiwała głową i wydawało się, że zaczyna ulegać pieszczotom mnicha na swojej górze i swojej pani na dole. Jednooki zaś mógł czuć przyjemność z oglądania i dotykania tych jej górnych jędrności.
      - To mam poczekać? Aż… Wyjdą ze mnie? Tak? - Pokojówka popatrzyła na mnicha pytająco czy właściwie zrozumiała jego słowa.
      - Ty naprawdę jesteś mokra. - Z dołu doszedł ich zdziwiony głos Lebkuchen. Właśnie dotarła do bielizny służącej. I jak wyjęła stamtąd palce to pokazała mnichowi, że łączy je lekpa, przezroczysta nitka.
      - No mówiłam wam. To tak niedawno. Jak się tak wiercą w środku. Bardziej niż rano albo wczoraj. - Rudowłosa powiedziała nieco speszonym głosem.
      - Tak będzie najlepiej. Mówiłem prawdę, że nie zagrażają twojemu zdrowiu. Nie ryzykowałbym nim dla własnej uciechy. Po prostu, zostańmy przy tym co jest i później zobaczysz, czy chciałabyś znowu… - Otto zerknął na dłoń Teofano - No, no… ktoś karmi swe maleństwa obficie. Jak sądzisz Teofano, dasz radę nie utonąć?
      - No może nie mam tak sprawnych ust jak lady Fabienne. Ale spróbuję. - Młoda cukiernik i podniosła głowę i uśmiechnęła się do nich obojga. Po czym oboje zobaczyli jak rozchyla uda pokojówki i przystawia do nich twarz. Dało się słyszeć jak jej usta i język tam pracują. I jak podniecenie o każdego z nich rośnie. Margo oddychała coraz szybciej i ściągnęła z siebie górę sukni aby uwolnić swój dekolt. Teraz mnich miał do niego swobodny dostęp. Zabawa zaczynała się rozkręcać gdy niespodziewanie młoda cukiernik zamarła. Właśnie miała palce w mokrych trzewiach swojej pokojówki.
      - Tam się coś rusza! - Podniosła głowę aby popatrzeć zdumionym wzrokiem na nich.
      - No mówiłam wam, że się ruszają. Bardziej niż wczoraj albo rano. - Wyjęczała pokojówka.
      - Otto one chyba wychodzą. - Cukiernik wydawała się trochę przestraszona a trochę zaintrygowana. Wciąż miała na sobie rumieńce przyjemności jaką właśnie przeżywali i przyspieszony oddech.
      Mnich gwizdnął.
      - No, no… nie spodziewałem się tak szybkiego dorastania. Teofano, pobiegnij proszę po wiadro, nie ma co aby wylądowały na podłodze. - mnich trzymał spokojnie Margareth - Spokojnie moja droga, nic złego się nie dzieje.
      Lebkuchen pokiwała głową i wybiegła z pokoju. Mnich na chwilę został sam z blond rudzielcem. Ta siedziała mu na kolanach z zadartą na górze i dole spódnicą. Oddychała coraz szybciej przez co sprawiała wrażenie, że przeżywa jakąś podnietę. Tylko spojrzenie miała rozkojarzone i nieco zaniepokjone.
      - To ja… Rodzę? Ale… Ale jak? To niemożliwe… Przecież wieczór w teatrze dopiero co był. - Bełkotała patrząc na niego nierozumiejącym wzrokiem. Oczywiście gdyby porownywać do zwykłej ludzkiej ciąży to jej zdumienie było jak najbardziej na miejscu. Ale czerwie rozwijały się swoim tempem i nosicielka nawet nie była w prawdziwej ciąży więc takie porównania były nie na miejscu. Pokojówka wsadziła sobie dłoń pod bieliznę i po chwili wyjęła. Jej palce sklejał śluz podobny do tego jaki oblepiał czerwie. - Czuję je. Jak się ruszają. Chyba rodzę. - Margo wydawała się być nieco spanikowana tym nienaturalnym zjawiskiem jakie właśnie przeżywała. W międzyczasie Tofano przybiegła z dużą miską.
      - Nie znalazłam wiadra ale mam to! - krzyknęła od progu ale zatrzymała się przed parą siedzącą na krześle. Widać bylo, że cukiernik niezbyt wie co teraz powinna zrobić. - Ona rodzi? Te cudowne maleństwa? - Brunetka popatrzyła pytająco na Otto jakby wierzyła, że będzie wiedział co dalej robić.
      - Całkiem możliwe, daj to co znalazłaś pod nią. - mnich trzymał delikatnie Margo - Spokojnie Margareth, te maluszki rosną własnym tempem, nic złego się nie dzieje. Po prostu mogą już być gotowe do wyjścia. - mnich delikatnie sięgnął pod spódnicę dziewczyny zsuwając jej bieliznę - Teraz spokojnie… oddychaj. Chcesz, abyśmy uprzejmnili ci proces? Nie będzie bolesny jak prawdziwy poród, więc w niczym nie przeszkodzi.
      - Ale… Ale jak to… - Pokojówka oddychała coraz szybciej. Widać było jak pod zwykłą spódnicą, jej brzuch porusza się coraz szybciej. Jakby cała sytuacja działa się dla niej zbyt szybko. Jej pani, posłusznie postawiła miskę między jej nogi. A mnich zaczął ściągać pokojówce bieliznę. Już widział jej nagie łono i jak cienki materiał zsunął się na górną część ud, gdy rudzielec spanikowała. - One wychodzą! - Zawołala i zerwała się na równe nogi. Teofano złapała ją w ramiona i przytrzymała.
      - Margo! Uspokoj się! Musisz urodzić. Teraz już tego nie da się przerwać. Usiądź. Połóż się. - Ciemnowłosa najpierw krzyknęła na służkę. Ostro co zwróciło jej uwagę. Wtedy złagodniała i pociągnęła pokojówkę aby usiadła na skraju jej łóżka. Ta zrobiła to i po chwili oparła się łokciami o nie. Jej pani dokończyła ściąganie jej majtek i z powrotem przysunęła miskę między jej nogi. Wrócili mniej więcej do tego co mieli przed chwilą.
      - Co teraz Otto? - Młoda cukiernik znów spojrzała na mnicha. Ten pierwszy raz brał udział w przyjmowaniu robaczego porodu. Ale jak widział te rozchylone uda Margo i jej nagie łono to przypominało to scenę ze snu jaki tyle razy śnił. Teraz wiedział, że śniły mu się Fabienne i Odette. Ale leżały podobnie jak teraz młoda pokojówka. I we śnie, przy wtórze jęków rozkoszy, obie szlachcianki rodziły czerwie. Wychodziły z nich same. No ale to był sen a teraz na wyciągnięcie ręki miał rozchylone uda Margo i podekscytowane spojrzenie Teofano.
      - Teraz czekamy. Powinny wyjść same, trzeba jedynie uspokoić Margereth aby biedaczka się tak nie męczyła. - mnich ujął policzek - Spokojnie Margo. - ucałował kobietę delikatnie - Opisz co czujesz. Nie bój się, nie grozi ci krzywda, a z tego co wiem nawet ból. Opisz jedynie co czujesz. Boli, swędzi… czy jest jednak trochę przyjemnie?
      - No… Ruszają się… Wychodzą… - Widać było jak pokojówka jest nieco zdezorietnowana. Ale po pocałunku mnicha lekko się uśmiechnęła. - I… No tak… Trochę jakby… Łaskocze. I przyjemne. I trochę… Tak jak wtedy jak się z zacnymi damami zabawiałyśmy… Oh! - Mówiła coraz bardziej spazmatycznie. Załapała mnicha za rękę. A Teofano usiadła z drugiej strony. Z przejęciem obserwowała to twarz swojej pokojówki to jej łono. Gdy ta sapnęła głośniej i wytzeszczyła oczy na jej uda trysnęła ciecz. Okazała się lepka i przezroczysta jak śluż jakim oblepione były czerwie. Cukiernik nachyliła się aby lepiej widzieć. A rudzielec znów sapnęła trochę głośniej.
      - Jest! Wychodzi! - Cukiernik krzyknęła entuzjastycznie i spojrzała na nich oboje. Chociaż i Otto widział jak czerw pokazał się między udami kobiety. Po chwili z plaśnięciem wpadł do miski. Margo odetchnęła z ulgą. Ale to nie był koniec. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem udawało jej się wypchnąć robaka na zewnątrz. A cukiernik zeszła na podłogę i przejmowała je aby nie spadały tylko je wkładała do miski. Wiły się w pojemniku zostawiając w nim kleisty śluz jaki łączył je z udami i łonem co je wydały na świat. Było ich chyba przynajmniej z pół tuzina. Teofano była zachwycona. Złapała jednego z nich i pokazała dwójce na łóżku. - Oh zobaczcie jakie śliczne maleństwo! - Uśmiechnęła się do nich promiennie.
      Mnich pogłaskał policzek Margaret i ucałował ją ponownie.
      - Gratulacje, mam nadzieję, że nie było to nieprzyjemne? - pozwolił kobiecie leżeć i oswoić z tym co się właśnie stało i zerknął na nowy miot z uśmiechem - Cudowne, powinnaś być dumna Margereth.
      - To już? - Pokojówka leżała na plecach w poprzek łóżka swojej pani. Wzrok miała rozleniwiony, dłońmi wodziła po pustym już brzuchu. Na twarzy błąkał jej się błogi uśmieszek. - Tak, było… Całkiem miłe. - Chyba w tej chwili miała trudności z ubraniem swoich myśli w słowa. Wyglądała jak kochanka tuż po szczytowym momencie przyjemności w figlach. Teofano za to była przytomna, pobudzona i podekscytowana.
      - Oh to było takie piękne! Ja też tak będę miała? Nie mogę się doczekać! Jej, Margo, jak ci zazdroszczę, że już w pełni zostałaś muszą matką! - Młoda cukiernik nachyliła się nad leżącą pokojówką i nagrodziła ją pocałunkiem w usta. Co ta chętnie przyjęła. I wymamrotała coś niezrozumiale ale z zadowoleniem. Wtedy brunetka podniosła się i objęła mnicha za szyję. Jego też namiętnie pocałowała. - Ja też tak chcę. Jak najwięcej i najczęściej. Nie mogę się doczekać! - Oznajmiła mu szepcząc prosto w twarz. Wydawała się już przeżywać swój przyszły poród jakby teraz gdy była jego świadkiem, jeszcze bardziej się niecierpliwiła.
      Mnich odwzajemnił pocałunek i wciągnął cukiernik na swoje kolana.
      - Cierpliwości, nie można przyspieszyć tego, jeszcze maleństwom coś by się stało, ale oczywiście jak tylko wydasz swój pierwszy miot z chęcią zasieję cię na nowo. - przybliżył się, aby wyszeptać Teofano do uszka - Jeżeli to cię zainteresuje, każdy otwór jest dobry dla maleństw, jeżeli chcesz poczuć ich więcej.
      - Oczywiście, że tak! Jestem gotowa je przyjąć z każdej strony i dowolną ilość! A musimy czekać? Nie mógłbyś mnie zasiać ponownie? No albo któraś z milady jeśli to by było łatwiej i szybciej. No i Margo też. Zobacz, że teraz jak urodziła to jest pusta. - Teofano bardzo chętnie weszła mu na kolana i czule objęła jak kochanka. Też szeptała mu i patrzyła z gorliwym oddaniem muszemu macierzyństwu. Spojrzała w bok na leżącą tuż obok pokojówkę. Margo miała nieco rozchełstany wygląd. Podwinięta spódnica pokazywała nagie uda i łono a na górze jej biust. Teraz jakby zapadała w słodki letarg jak po spełnieniu po figlach. - Ah. A co zrobimy z maleństwami? - Młoda cukiernik spojrzała w dół na miskę pełną czerwi. To były te małe, wielkości może długości dłoni dorosłego mężczyzny. Za to szybciej dojrzewały w łonie nosicielek i przez to gdzieś po pół tygodniu już następował ich poród.
      - Nie zabrałem ze sobą dziś jajek. Co do Margo… pozwólmy jej zdecydować, na razie jest rozkojarzona. Poczekajmy, aż zobaczy twój poród może? - dłonie mnicha zaczęły delikatnie wędrować po ciele cukiernik - Zabiore maluchy, mamy ich rodzeństwo w specjalnym miejscu dla nich. Wiem, że pewnie chciałbyś, aby zostały, ale o ile ciążę mogliśmy ukryć, no duże bzyczące muchy przykują uwagę… i ktoś mógłby zrobić im krzywdę.
      - Oh no tak. Musimy je chronić. - Kobieta o kasztanowych włosach popatrzyła na pełzającą zawartość misy i zgodziła się. Choć z wyraźnym żalem. - Nie mogę się doczekać aż wydam na świat moje maleństwa. - Westchnęła kładąc dłoń na własnym brzuchu. Ten na razie nie zdradzał, że jest tam coś więcej niż ostatni posiłek. - Lady Fabienne tak pięknie o tym opowiadała. I to, że już tyle razy przyjęła ten cudowny dar w siebie. Też bym tak chciała. - Pokiwała głową jakby była całkowicie oddana tej sprawie a zachęta ze strony bretońskiej milady tylko ją w tym utwierdzała. - Szkoda, że nie masz przy sobie tych jaj? To na kiedy się umówimy? Mogę przyjść do was do hospicjum jeśli chcesz. I zabrać Margo. Albo do lady Pirory. Wiem gdzie to jest. - Popatrzyła gorliwie na mnicha jakby chciała jak najszybciej się umówić na kolejne zapłodnienie. - A Margo to poczekaj, zaraz zobaczymy. - Uśmiechnęła się i schyliła do miski. Wzięła jednego z czerwi i wyprostowała się. Spojrzała pytająco na jednookiego jakby sprawdzając czy popiera ten pomysł aby podać robaka nosicielce.
      Mnich kiwnął głową i podążył za Teofano, ale nie mieszał się w jej plan. Usiadł jedynie obok Margo, kładąc delikatnie jej głowę na udzie, delikatnie gładząc jej czoło i czekając na ruch Teofano.
      Widząc zachętę, cukiernik położyła czerwia między piersiami swojej pokojówki. I z ciekawością wymalowaną na twarzy czekała co się stanie. Rudoblond dziewczyna w pierwszej chwili jakby nic nie poczuła. W kolejnej sięgnęła tam dłonią. I przez chwilę głaskała czerwia a ten żywo sprawdzał jędrne otoczenie w jakim się znalazł. Dopiero jak lepkość oblepiła palce pokojówki ta otworzyła oczy jakby się zorientowała w tym. Popatrzyła z pewnym zdziwieniem na swoją dłoń po czym podniosła głowę na swoje robacze dziecię.
      - To twój. Ale ci zazdroszczę Margo. Ja sama to już nie mogę się doczekać swoich. - Teofano nie wytrzymała aby się nie odezwać. I delikatnie pogłaskała czerwia jaki zostawiał lepki ślad na piesiach jej służącej.
      - To moje? - Do byłej garbarki jakby zaczynało docierać w jakiej była sytuacji. Przyglądała się robakowi z bliskiej perspektywy.
      - Tak. W misie jest ich więcej. To one dostarczyły ci ostatnio tyle przyjemności. - Cukiernik pokiwała głową i pokazała gestem poza krawędź łóżka. Pokojówka patrzyła na tego pulsującego robaka jakby nie mogła oderwać od niego wzrok.
      - No i chciałabyś jeszcze raz? - Brunetka w końcu zadała pytanie jakby się nie mogła doczekać odpowiedzi. Służka podniosła głowę na nią. A potem na mnicha. Wyglądała jakby nie była pewna jakiej odpowiedzi od niej oczekują.
      - Nie lękaj się i powiedz co naprawdę myślisz. Jeżeli nie chcesz nie powinniśmy cię zmuszać. Nie ma nic smutniejszego od matki, która nie może kochać swego potomstwa. - zerknął na Teofano, miał nadzieję, że oddanie dziewczyny własnym chęciom nie przesłoni jej rozsądku.
      - No… To było… Całkiem miłe… - Leżąca na plecach pokojówka dotknęła swojego brzucha. Lekko się w końcu uśmiechnęła jakby na świeże wspomnienie własnego porodu. Słysząc to, cukiernik rozpromieniła się.
      - Jesteś bardzo zdolna Margo. Wydałaś piękny i silny miot. Jesteś dobrą muszą matką. No i do tego sama widzisz jakie to przyjemne. Az nie mogę się doczekać kiedy do ciebie dołączę. A tu sama zobacz. To maleństwo dopiero co miałaś w sobie. - Brunetka pochwaliła swoją służkę jakby odczuwała z nią teraz więź jako nosicielka czerwi. Jednego z nich zademonstrowała pokojówce. Ta spojrzała na niego.
      - To moje? - Trochę jakby zdziwiła się, że coś tak odmiennego od człowieka, mogło właśnie w niej być przez ostatnie kilka dni. Ostrożnie uniosła dłoń i dotknęła śliskiej larwy. Od razu jej palec połączyła z nią nitka śluzu. Robak zareagował żywszymi ruchami, jakby sprawdzał co go dotyka. Pokojówkę to jakby rozbawiło bo zaśmiała się cicho. I pogłaskała go delikatnie.
      - Twoje moja droga, twoje. - mnich się uśmiechnął - Maleństwo zrodzone z twego ciepła i miłości. - Otto ucałował czoło służki - Czy chciałabyś stworzyć kolejne?
      - No chyba tak. Ten poród i jak się ruszały w środku to było całkiem miłe. - Blond rudzielec uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. Teofano zaśmiała się i nagrodziła ją całusem w usta.
      - Tak! Będziemy spełniać nasze posłannictwo i zapełniać świat kolejnymi miotami! - Zawołała radośnie i z gorliwością w oczach.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach jako Otto "Puste Oko"
        napisał ostatnio edytowany przez
        #304

        text alternatywny
        Angestag; popołudnie; Otto i apteka Sigismundusa

        Mnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
        - Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
        - Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
        Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
        - Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
        - Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
        - Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
        - Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
        - Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
        - A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
        - Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
        - No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
        - Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
        - To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
        - Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
        Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
        - Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
        - Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
        - Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
        Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
        - My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
        Otto się zastanowił.
        - Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
        - No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
        - Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
        Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
        - Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
        - Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
        - Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*


        Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
        Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.

        • Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
        • Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
          Mnich się skłonił.
          - Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
          - Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
          - Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
          - I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
          - Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
          - Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
          Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
          - Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
          - O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
          - No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
          - Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
          - Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
          - No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
          - Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
          Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
          - To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
          Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
          - Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
          Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
          - Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
          - Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
          - No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
          - Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
          - Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
          Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
          W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
          - A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
          - Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
          - I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
          - Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
          Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
          - Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
          - Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
          - Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
          - Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
          - Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
          Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
          - Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
          - Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
          - To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
          Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
          - Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
          - I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
          - Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
          - Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
          - Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
          Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
          - Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
          Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
          Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
          - To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
          - Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
          - No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
          - Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
          - Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
          - No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
          - No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
          - To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
          - Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
          - Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
          - No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
          Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
          - Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
          - W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
          - Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.

        Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.

        Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Seach

          text alternatywny
          Angestag; popołudnie; Otto i apteka Sigismundusa

          Mnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
          - Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
          - Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
          Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
          - Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
          - Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
          - Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
          - Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
          - Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
          - A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
          - Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
          - No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
          - Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
          - To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
          - Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
          Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
          - Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
          - Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
          - Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
          Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
          - My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
          Otto się zastanowił.
          - Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
          - No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
          - Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
          Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
          - Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
          - Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
          - Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*


          Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
          Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.

          • Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
          • Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
            Mnich się skłonił.
            - Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
            - Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
            - Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
            - I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
            - Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
            - Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
            Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
            - Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
            - O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
            - No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
            - Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
            - Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
            - No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
            - Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
            Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
            - To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
            Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
            - Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
            Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
            - Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
            - Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
            - No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
            - Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
            - Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
            Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
            W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
            - A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
            - Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
            - I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
            - Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
            Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
            - Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
            - Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
            - Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
            - Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
            - Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
            Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
            - Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
            - Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
            - To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
            Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
            - Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
            - I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
            - Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
            - Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
            - Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
            Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
            - Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
            Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
            Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
            - To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
            - Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
            - No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
            - Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
            - Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
            - No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
            - No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
            - To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
            - Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
            - Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
            - No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
            Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
            - Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
            - W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
            - Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.

          Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.

          Pipboy79P Online
          Pipboy79P Online
          Pipboy79 jako Mistrz Gry
          napisał ostatnio edytowany przez
          #305

          Tura 73 - 2519.07.27; fst; ranek

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
          Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
          Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)

          Msza w świątyni Mananna (Heinrich, Marcus, Otto)

          Ludowa mądrość mówiła, że kim by się nie było i co nie robiło przez cały tydzień, to i tak się wszyscy spotykają w Festag na mszy. To wydawało się dość trafne powiedzenie gdy się patrzyło na pełne ławki w największej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Tu, nad brzegem smaganego wichrami Morza Szponów, była to oczywiście świątynia boskiego patrona mórz i oceanów. Wszelkie inne świątynie w Neus Emskrank były mniejsze i skromniejsze. Niecały wiek temu, miasto wybudowano jako wielki, imperialny projekt otwarcia wielkiego portu morskiego. Jako alternatywy dla Marienburga na zachodzie i Erengradu na wschodzie. Ale wyszedł z tego wielki skandal i niewiele więcej. Obecnie port co prawda funkcjonował ale był ledwo zauważalnym okruchem w porównaniu do tych dwóch wielkich portów na przeciwległych krańcach burzliwego morza. Większość budynków od dekad stała pusta stąd miasto był anomalią do zatłoczonych miast w innych rejonach świata. Tutaj, żartowano, że w mieście jest więcej domów niż mieszkańców. A wielu z nich, co tydzień spotykało się w Festag w największej świątyni. To był dzień świątynny, wolny od codziennego znoju, aby śmiertelnicy mogli w pełni oddać cześć bogom i odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy. Był to cotygodniowy mały festyn gdy nawet ubodzy mieszczanie wyciągali z szaf odświętne ubrania aby tak przed ludźmi jak i bogami, pokazać się z jak najlepszej strony.

          Msza w świątyni jak w soczewce ogniskowała hierarchię społeczną. W pierwszych rzędach siedziała elita tego miasta. Najznaczniejsze rody szlacheckie jak von Zee czy van Hansen, rektor Akademii Morskiej oraz ci najznaczniejsi z rady miejskiej, gildii czy kleru. Obecnie było też kilkoro znaczniejszych gości przybyłych na turniej. Za nimi ta mniej znacząca szlachta, ważniejsi kupcy, sławniejsi kapitanowie statków, szlachetnie urodzeni profesorowie szkoły morskiej, bogatsi kupcy. Tutaj dało się dostrzec lady Fabienne von Manlieb czy Benitę von Hohenfels z mężem. Nieco za nimi była Pirora van Dyke która była na tyle nowa w mieście, że chociaż zdołała zaistniec w błękitnokrwistym towarzystwie to jednak bez bogatej rodziny i tradycji z tych okolic, trudno jej było się przebić do przednich ławek. Jeszcze rząd czy dwa za nią pokornie siedział Hubert Gruber ze swoją grubą małżonka i gromadka pulchnych dzieci. A niedaleko także Tobias, Marcus z Nadią, Heinrich i Joachim albo rodzina Lebkuchenów. Nawet Adrienne z archiwum ratusza. Stała razem ze swoimi rodzicami. Bez nazwisk rodowych, koneksji wśród śmietanki towarzyskiej, włości ziemskich i majątków drogę do wyżyn społecznych mieli mocno utrudnioną. Przynajmniej jeśli patrzeć na to oficjalnie, z pryzmatu świątynnych ławek. To co łączyło ich z co niektórymi przedstawicielami śmietanki towarzyskiej miasta towarzysko czy sekretnie, to nawet nie powinno było ujrzeć światła dziennego, zwłaszcza w świątyni i pod okiem wścibskich kapłanów. Jeszcze za nimi była szara masa zwykłych urzędników, rzemieślników, rybaków, dokerów, nawet paru chłopów z okolicznych wiosek co zdążyli przybyć na poranną mszę. Kto wie, może nawet już wieczorem koczowali pod bramami miasta albo w izbie zbiorowej jakiejś karczmy. Gdzieś wśród nich był Otto. Jako ubogi mnich z dobroczynnego hospicjum bezczelnością z jego strony byłoby przepychać się do przednich ławek gdzie zasiadali godniejsi od niego.

          Msza wymagała godności i powagi. Jednak zanim na dobre się zaczęła dały się słyszeć szepty i pytania. “A dzisiaj też będzie?”, “A jeszcze jest w mieście?”, “A nie wyjechała?”. Widać było, że występ Słowika Północy z zeszłego tygodnia, powszechnie zapadł w pamięć. I przełamywał tą codzienna rutynę. Nie co dzień miasto miało okazję gościć tak znamienitą osobę. A jeśli już to o ile nie było to związane z festynem czy turniejem gdzie tłuszcza miejska mogła ujrzeć kogoś takiego na własne oczy, to takie znakomitości gościły w zbyt wysokich i wyperfumowanych progach aby jakiś rzemieślnik czy robotnik mógł w ogóle o niej wiedzieć. Tym razem było inaczej bo lady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy, tydzień temu dała wspaniały popis swoich sławnych możliwości jako diwa i pieśniarka. Całe miasto mogło ją oglądać i słuchać chociaż na chwilę. I wszystkich urzekła swoim głosem i urodą. Więc i dzisiaj przed mszą ludzie zastnawiali się czy też tak uświetni mszę. Wydawało się, że nawet młoda morrytka, tajemnicza, bladolica matka Somnium, wywołuje już mniejsze emocje niż sławna diwa.

          Ta nie zawiodła oczekiwań widowni. Wyszła z zakrystii gdy przyszła pora psalmów i zaśpiewała “Ave Manann”. Głos miała potężny i czysty jak górski kryształ. Zdawało się, że ściany świątyni zostały stworzone aby rezonansować i wzmacniać taki właśnie głos. Nawet chór śpiewał wyraźnie lepiej niż ostatnio. Widać było, że ten tydzień pracy jaki diwa włożyła w jego trening przyniósł efekty albo stała się dla nich żywą inspiracją. Wierni mieli łzy wzruszenia w oczach, kiwali głowami dawali z siebie co się dało aby śpiewać razem za swoją liderką. Nawet surowy zwykle ojciec Absalon, wydawał się złagodnieć na twarzy gdy młoda śpiewaczka o miodowych włosach skończyła swoją pieśń. A aktorka nawet strojem dopasowała się do mszy. Miała na sobie prostą suknię w morskich kolorach i jedyną ozdobą wydawała się być srebrna brosza i kolczyki ale była zbyt daleko aby zobaczyć więcej detali.
          - Dawno nie słyszałem tak pięknego wykonania tej pieśni. - Ponury kapłan morskiego boga podziękował milady za ten występ. I musiał odchrząknąć aby zebrać się w sobie i prowadzić właściwą część mszy. Uczył o tym jak jego boski patron potrafi się gniewać a już na pewno gdy wierni pozwalają aby obrabować jego świątynię. Bo przecież te wszystkie precjoza są nie dla uciechy kapłanów ale są poświęcone bogu, na utrzymanie świątyni, wierni, wspomaganie sierot po rybakach i marynarzach. Więc ci zbrodniarze i świętokradcy co ośmielili się podnieść rękę na świątynie zapłacą za to po stukroć i nie będą mogli liczyć na litość Absalona skoro okradają jego boskiego patrona i jego wiernych.
          - Wysłałem list do Salzenmunda i Marienburga. Skoro mamy tak niespokojne czasy, że nawet świątynie bogobojnych ludzi nie są bezpieczne. To poprosiłem o pomoc. I radujcie się bracia i siostry! Nasi bracia w wierze nie zostawili nas samych! I obiecali nas wspomóc w tej godzinie próby! Wielka Świątynia Mananna w Marienburgu obiecała przysłać do nas swoich strażników aby wesprzeć nasze zbrojne ramię! A władze w naszej stolicy śledczych jacy pomogą schwytać sprawców! - Obwieścił wiernym radosne nowiny. I w większości przywitano to z radością. Mało rozsądnym było okazywanie braki entuzjazmu do ścigania i karania świętokradców. Ale zerkano w kierunku władz ratusza jacy do tej pory odpowiadali za śledztwo. Właściwie słowa kapłana oznaczały ograniczone zaufanie jakie do nich miał. Lub działał pod wpływem gniewu i emocji. W przypadku brata Absalona znanego ze swojego radykalizmy i trudnego charakteru, obie możliwości wydawały się być równie prawdopodobne. Zresztą nie wykluczały się wzajemnie. Później surowy kapłan ustąpił miejsca swojej młodszej, bladolicej koleżance. Matka Somnium zajęła jego miejsce. Wydawała się młoda, krucha i delikatna. Jak wiotka trzcina, zwłaszcza jak była blisko muskularnego, ogorzałego od morskiej soli i wiatru kapłana morskiego boga. Bardziej szło uwierzyć, że jest dopiero akolitką niż pełnoprawną kapłanką. Ale jednak otaczał ją nimb mistycyzmu jaki sprawiał, ze trudno ją było zignorować.

          • Ostatnio spada na nasze miasto ciąg ciosów. Nasi boscy patroni poddają nas próbie. My, morryci, bez względu na wszystko, dalej zapewniamy posługę i przeprowadzamy wszystkich do bram Morra. Ale nasz Kruczy Pan, jest także patronem snów. A ostatnio wiele naszych sióstr i braci skarży się na dziwne sny. Przyznam, że są one niepokojące. A jest ich zbyt wiele aby uznać je za przypadek czy wariactwo jednej albo paru osób. Choćby baron Wirsberg. Tydzień temu w sennym widzie na gwałt wyjechał z miasta w las i do tej pory go nie odnaleziono. Nie wszystkie przypadki są tak spektakularne ale świadczą, że mrok zbliża się do naszego miasta. Z każdą nocą jest trochę bliżej. Widziałam to jak cztery chmury co się zbliżają z czterech stron świata. Każda trochę inna ale wszystkie są dla nas zagrożeniem. To co wszyscy widzimy co się dzieje w świątyniach, na ulicach, w mieście to tylko objaw tego zagrożenie. Musimy być czujni i pokładać wiarę w dobrych bogach i kapłanach. Ostatniej nocy miałam sen. O tym, że w trzewiach ziemi, przebudziło się coś pradawnego. I nie jest to przyjaciel dobrych ludzi. Uważajcie na siebie moi bracia i siostry, bądźcie czujni na objawy zepsucia i zgnilizny. A jeśli coś takiego dojrzycie nie czekajcie! Zawiadomcie mnie lub brata Absolona. Straż miejską. Kogokolwiek. Pamiętajcie, że bierność jest współudziałem. - Bladolica kapłanka mówiła z troską i obawą. Ale jednak jej głos potrafił być czysty i mocny. Jej słowa poruszyły wiernych. Zerkali po sobie, niektórzy kiwali głowami lub mieli zamyślony wyraz twarzy. A ona w tym czasie odeszła od mównicy. A ojciec Absalon znów zabrał głos i dokończył mszę. Wszystkich zastanowiło, że wspomniał, że za dwa tygodnie obchodzą święto Pierwszego Kamienia. Czyli tradycyjną datę rozpoczęcia budowy miasta. Co roku był festyn z tej okazji. Czyżby to oznaczało, że w tym roku też? Czy żałoba po księżnej-matce okaże się silniejsza? Kapłan tego już nie powiedział więc oba domysły wydawały się być równie prawdopodobne. Miały swoich zwolenników i przeciwników. Wiadomo było, że żałobę ogłosiły władze prowincji więc lokalne nie mogły jej samoistnie odwołać. Ale kto wie? Może wystarają się o dyspensę? A może wiedzą już kiedy się skończy?

          ---

          Po mszy jak zwykle wierni wylegli na dziedziniec świątynny. To była tradycyjna okazja aby się spotkać, porozmawiać z członkami dalszej rodziny czy kimś kogo się nie widziało przez cały tydzień. Wymienić się pozdrowieniami i plotkami co się u kogo działo od ostatniego spotkania czy umówić się na coś. Można było tez kupić święte obrazki, wisiorki i inne odpusty. Ale też zobaczyć z bliska diwę co tak pięknie śpiewała. Oczywiście jak ktoś miał tyle samozaparcia aby się przepchać przez tłum. Wiele osób bowiem chciało chocaż przez chwilę zobaczyć ją z kilku kroków. Ona zaś wcale nie śpieszyła się do bramy. Śmiało rozmawiała z różnymi osobistościami tego miasta lub ich zacnymi gośćmi co przyjechali na turniej. Blisko niej trzymała się Kamila van Zee, dorodna córka kapitana portu o nietypowo ciemnej karnacji wskazującej na domieszkę krwi z dalekich, egzotycznych krain. To nie było dziwne bo jej ojciec. Gert von Zee, za młody był śmiałym kapitanem który pływał w bardzo dalekie rejsy. I z nich przywiózł młodą, atrakcyjną żonę o nietypowej w Imperium karnacji. Chociaż podobno zmarła ona dawno temu jednak urodą jej córka ją miała bardzo przypominać. Obecnie zaś lady Kamila milcząco pławiła się w swoim sukcesie. Bo von Treskow wcale nie ukrywała, że przyjechała tu z Salzenmundu specjalnie na jej zaproszenie. I właśnie rodzina van Zee udzieliła jej gościny na czas pobytu.
          Obecnie widać było jak jakiś szlachcic stara się zaprosić sławną diwę do siebie, inny pochwalił się, że miał okazję podziwiać ją w salzenmunskiej operze, jakaś milady, że była na jej koncercie w marienburskim Grosses Theater. Wydawało sie, że czy tutejsi czy zagraniczni możni są wielbicielami talentu, wdzięku i urody młodej śpiewaczki. A opinia skandalistki wdającej się w liczne romanse wcale im nie przeszkadza.

          |-Heinrich i plotki-|

          Gdy wczoraj Heinrich wrócił od Tobiasa, dał znać swoim podwładnym, że jest łaskaw posłuchać ich plotek. Kurta zastał jeszcze wczoraj. Mężczyzna wydawał się w pierwszej chwili zdziwiony prośbą swojego pana. Ale w końcu zaczął coś mówić. Większość z tych jego opowieści wydawała się błacha i nie związana ani ze snami od Sióstr ani sprawami kultu. Ktoś tam się pobił z kimś w karczmie, inny z powodów długów się powiesił, tam jakiś inny sprał i wyrzucił na bruk niewierną żonę. Inny gadał, że wie od znajomego rybaka, że na nabrzeżu widział jakieś dziwne stwory. Takie ani to ludzie ani potwory. Trochę jak żaboludzie albo kraboludzie. Tu trochę się opowieść rozjeżdżała z jakim morskim gatunkiem miała to być domieszka ale coś takiego groźnego, ohydnego i morskiego na dwóch nogach. Ot, codzienna rutyna w mieście. Ale w “Kwarcie” pojawiła się nowa najemniczka i łowczyni nagród. Ładna. I spoza miasta bo nikt jej nie zna. Znajomi Kurta zastanawiali się po co tu przyjechała. Niby pyta o jakieś zlecenia ale żadnego nie bierze. Więc dumają, że albo jeszcze ją sakiewka za gardło nie ciśnie albo czeka na jakieś konkretne zlecenie. No i smukła, gładka i w ogóle dziewczyna - malina. I twarda babka, podobno jak jeden z wojaków złapał ją za tyłek to tak mu dała w pysk, że aż na podłogę poleciał. Za to bardzo miła jest dla kelnerek. I to się ostatnio przebiło z codziennej rutyny.
          Ilse przyszła dziś rano aby pomóc panu wyszykować się na mszę no i śniadanie zrobić aby na głodnego nie szedł. Jej wcale za język nie trzeba było ciągnąć. Jak tylko zorientowała się, że tym razem pan chce jej słuchać to gdy kroiła, parzyła, podawała do stołu albo wyjmowała ubranie z szafy to gadała jak najęta. Większości też były to głupstwa. Ot sklep gdzie zwykle kupowała mydło na pranie zbankrutował więc biadoliła jakie to trudne czasy i gdzie ona teraz będzie kupować to mydło na pranie. Chyba przesadzała bo przecież był to codzienny produkt jaki można było kupić na każdym rogu. Kolega z jakim wychowywała się na ulicy dostał się na pomocnika piekarza. To dobrze, dobrze. Przecież to dobra i pewna praca bo chleba wszyscy potrzebują. Syn innej zamustrował się na statek. Wiadomo, trudno w tym mieście o dobry zarobek dla zwykłych ludzi a marynarz dawał szansę na taki. Ale to przecież taki niebezpieczny zawód. Szkoda chłopaka, nie wiadomo czy w ogóle wróci z tego morza. A największy dziw to było jak sprzątała u tej milady z banku. Znaczy nie była szlachcianką ale miały taką różnicę w bogactwie i statusie, że Ilse w praktyce i tak traktowała ją jakby była. No więc jak u niej sprzątała sypialnię to niechcący przewróciła pudło pod łóżkiem. No i tam były rzeczy dla uprzyjemniania samotności kobietom. Ilse aż się zarumieniła gdy o tym wspomniała i dodała od razu, że ona sama nie używa nic tak sprośnego. No ale jeden przedmiot przykuł jej uwagę bo wyglądał jak jakiś czerw albo robak. Taki brązowy i nie ruszał się. Ale Ilse bała się go dotknąć więc tylko szybko kapciem wturlała to wszystko z powrotem do pudła i odłożyła na miejsce. I ma nadzieję, że pani nie pozna się, że jej tam zaglądała. Trochę się obawiała, że jednak tak ale to będzie u niej ponownie dopiero po Festag.

          |-Heinrich i Pirora-|

          Heinrich gdy pokuśtykał na zewnątrz znalazł się na dziedzińcu świątynnym. Też zdarzyło mu się dojrzeć przez ten tłum ramion i głów, teatralną diwę. Już lepiej ją widział na mszy gdy tak pięknie śpiewała spod morskiego ołtarza. A najlepiej jak przez moment minęła go gdy wychodziła z kościoła. Wtedy dzieliło ich tylko kilka kroków. Dzisiaj jak była czysta, w skromnej ale eleganckiej sukni prezentowała się godnie i dumnie. Perła w koronie dam jakie dziś przyszły na mszę w swoich drogich sukniach. Trudno było uwierzyć, że to ta sama kobieta z którą były łowca czarownic rozmawiał przy Zachodnich Kamieniach dwie noce temu. Wtedy była całkiem naga i splugawiona lepkimi, brudnymi śladami orgii z wszetecznymi zwierzoludźmi. A widział ją wówczas z bliższej odleści niż teraz. Konstrast wydawał się być oszałamiający. Teraz w świetle dnia, w rześkim, morskim powietrzu, można by myśleć, że to dwie, całkiem różne osoby.
          - A tu jesteś Heinrichu. Bałam się, że cię nie złapię w tym tłumie. - Z zamyślenia wyrwał go młody, kobiecy głos. Jak się odwrócił dojrzał Pirorę. Ucieszyła się gdy go znalazła. I nie traciła czasu. - Jeśli byś miał ochotę to jesteś zaproszony do mnie na psalmy żałobne. Niekoniecznie w aktywnej formie, samo uczestnictwo też będzie mile widziane. - Uśmiechnęła się delikatnie dając znać, że go zaprasza ale nie zmusza. Zapewne pamiętała, że podobnie jak ona, podczas zabaw przy Zachodnich Kamieniach, wolał oszczędzić sobie bezpośrednich zabaw. - No i lady Soria z nami rozmawiała o tobie i Petrze von Schneider. Przed odjazdem poprosiła nas abyśmy pomogły wam się spotkać. Zaprosiłam Petrę do mnie i zgodziła się przyjść. Dlatego dziś nie będę mogła uczestniczyć w psalmach w pełni. Jeśli byś miał ochotę się z nią spotkać to zapraszam. Jeśli nie to powiedz kiedy ci pasuje i postaram się ją umówić ale niczego nie obiecuję. - Mówiła szybko i przyciszonym głosem. A i tak starała się nie wypowiadać zbyt kompromitujących szczegółów. Zapewne spieszyła się aby jako gospodyni owych psotnych psalmów, wrócić do domu jako pierwsza.

          |-Heinrich i garncarka-|

          - Pochwalony sąsiedzie. - Wydawało się, że dopiero co Pirora odeszła mieszając się z tłumem a znów usłyszał kobiecy głos. Tym razem okazało się, że to ta garncarka z naprzeciwka. Dziś miała na sobie lepszą, choć wciąż dość prostą suknię. I bez plam gliny na niej na rękach. Bez śladów glinianych czerwi jakie sunęły po niej w jego śnie. Tylko uśmiech miała ten sam. Psotny i krnąbrny. Widząc, że ją zauważył odezwała się ponownie.
          - Wczoraj umówiliśmy się na dzisiaj z tym odbiorem misy. Ale oboje zapomnieliśmy, że dziś jest Festag. Więc wszystko jest zamknięte, mój warsztat też. - Przypomniała mu ich rozmowę z wczorajszego poranka. - W każdym razie zrobiłam ci tą misę sąsiedzie. Wsadziłam do pieca i wypaliłam. Dziś powinna już być gotowa. Jak chcesz to jutro możesz po nią przyjść. Bo dziś to mam zamknięte. Nikogo nie będzie w warsztacie. No chyba, żebyś sąsiedzie zadzwonił. No to bym mogła zejść i ci dać. Bo co te robaki będą stać takie nieużywane nie? - Patrzyła na niego leniwym wzrokiem. I oczywiście miała rację. Zapomnieli, że dziś Festag i nawet jak zdążyła wczoraj zrobić tą misę to dziś nie wypadało jej otwierać warsztatu. Ale widocznie była skłonna przymknąć oko jeśli by akurat on tam dzisiaj przyszedł. Jeśli mieszkała gdzieś nad warsztatem to faktycznie mogła dość szybko zejść i mu otworzyć.

          |-Marcus, Nadia i Herman-|

          Gdy przyszedł z samego rana po Nadię to ta była już prawie gotowa do wyjścia. Ucieszyła się, że przyszedł. Objęła go i cmoknęła w policzek na przywitanie. Jeszcze kilka ostatnich poprawek, płaszcz i mogli wychodzić. Na mszę się nie spóźnili ale i tak było gęsto. Co prawda ta największa świątynia w Neus Emskrank, mogłaby być ledwo przedsionkiem do tych najwspanialszych w Altdorfie no ale pewnie całe to miasto mogłoby się zmieścić w jednej z dzielnic imperialnej stolicy a mieszkańcy pewnie w jednym jej kwartale.
          W świątyni odkrył, że wiele się nie zmieniło. I chociaż ubrał się godnie jak należy to dalej było to zbyt skromnie aby przeć do przednich ławek. Zajął gdzieś miejsce po środku. Nadia i tak promieniowała z dumy bo jako skromna urzędniczka z ratusza zwykle siadała dobre parę rzędów z tyłu. Dla niej to i tak był symboliczny awans społeczny w przeliczeniu na ten ławkowy prestiż.
          Później zaczęła się msza. Miał okazję ujrzeć ową Słowik Północy. Co prawda bez detali ale dało się dostrzec, że ma ładną, smukłą sylwetkę i porusza się z płynnością tancerki. Zresztą widział, że wzbudza ona powszechne zainteresowanie. Nadia też dyskretnie wychyliła głowę aby ją lepiej zobaczyć. Zaś śpiew diwy był oszałamiający. Zapewne nawet w altdorfskiej operze czy na deskach tamtego teatru też by się odnalazła. Ale nieco bliżej tą ją widział tylko przez chwilę, gdy już po mszy, wychodziła głową nawą w kierunku wyjścia. Wtedy dojrzał jej młodą, regularną twarz, pełny biust i zgrabną kibić. Jakby mimochodem zarejestrował, że obok niej szła Kamila van Zee oraz jej ojciec. Ale szybko przeszła obok i jakby stanowiła czoło procesji. Dopiero jak ich minęła, ludzie z ławek wychodzili i też szli w kierunku wyjścia.
          Oprócz tego dostrzegł na mszy parę znajomych twarzy. Nawet dyskretnie go pozdrowili skinieniem głowy czy spojrzeniem. Zwykle wydawało mu się, że dostrzega zdziwienie na ich twarzach. W końcu bez ostrzeżenia wrócił do miasta po prawie roku nieobecności. Knuta czy Hansa też dostrzegł ale zajmowali zbyt odległe miejsca aby porozmawiać. Zresztą msza nie była od tego. Można było liczyć, że po niej będzie okazja zamienić z kimś ze dwa słowa chociaż.

          • O, zobacz, jest Herman. - Gdy wyszli po mszy na dziedziniec świątynny wmieszali się w barwny, rozgadany tłum. Nie było sensu się przepychać na siłę. Zresztą ludziom na pewnym poziomie nawet nie wypadało. Wydawało się, że to diwa o miodowych włosach, w naturalny sposób kumuluje na sobie uwagę wiernych. Trudno było się tam dopchać przez tą ciżbę. Niektóre dzieciaki stawały na skrzynkach i beczkach aby zobaczyć coś ponad głowami dorosłych. Nadia też się zastanawiała na głos czy aby nie udało im się tam podejść i chociaż rzucić okiem na sławną aktorkę. Ale w pewnym momencie pociągnęła za rękę Marcusa aby wskazać mu na jakiegoś mężczyznę. Miał na sobie wielki, granatowy beret z jeszcze większym i piękniejszym pawim piórem. Widać było, że wielmoża choć pewnie nie szlachcic. I był z jakąś podobnie mu wystrojoną kobietą, pewnie żoną. Dopiero jak się odwrócił nieco bocznym profilem, ekonom poznał, że to Herman Schuster. Miał zamiar odwiedzić go jutro w ratuszu. Ale spotkali się już dzisiaj. W tym tłumie to zaraz Schusterowie mogli wpaść na niego a równie dobrze tłum mógł ich rozdzielić, że się już dziś nie spotkają.
            Wczoraj pod wieczór Hans faktycznie przysłał mu listę swoich winnych towarów. Było tego sporo. Jakby naprawdę zrobił zakupy na obsługę znaczących gości turnieju. Najwięcej różnych bretońskich i averlandzkich win. Ale też sporadycznie mocniejsza bretońska brandy, reiklandzkie nalewki, ostlandzka miodówka i kislevskie miody. Nic dziwnego, że tak się wściekał na żałobę. Bez festynu pewnie też w końcu sprzeda tak interesujący towar ale nie będzie miał tak szybkiego i dużego zysku jak podczas festynu.

          |-Marcus, Nadia i Łasica-|

          - Oh, przepraszam! - Jakaś dziewka potknęła się i wpadła na nich oboje. Odruchowo on i Nadia złapali ją aby nie upadła do końca. Zresztą wtedy groziłoby im, że całą trójką przewrócili się na brudne, kocie łby dziedzińca. A tak, to udało im się uniknąć tej małej katastrofy. Gdy we trójkę się wyprostowali dziewczyna na chwilę obdarzyła ich ciepłym, życzliwym uśmiechem wdzięczności. - Dziękuję państwu. Niech wam bogowie w lędźwiach i brzuchach wynagrodzą. - Powiedziała do nich życzliwie i odeszła w tłum.
          - Chyba wzięła nas za parę. - Nadia uśmiechnęła się nieco zakłopotana. Powiedzonko było znane i życzliwe, choć dość frywolne i raczej niskich lotów. Zwykle tak matrony i ciotki mówiły do młodszego pokolenia gdy im dobrze życzyły na przyszłość. Na salonach raczej nie należało się go spodziewać. Marcus jednak w ostatniej chwili rozpoznał w tej dziewczynie Łasicę. Nic dziwnego. Przecież łotrzyca była zawodową oszustką jaka potrafiła się wcielać w różne role. Teraz była ubrana jak skromna mieszczka, w grzecznym, białym czepku na głowie. Nie zdążył już zapobiec zanim odeszła. Ale po chwili zorientował się, że pewnie nie przypadkiem na niego wpadła. Bo teraz szła równolegle do nich parę rzędów ludzi między nimi. Celowo aby ją zauważył. I posyłała mu bezczelny, ironiczny uśmieszek jaki już bardziej pasował do dziewczyny z ferajny niż ten biały czepek i suknia córki rzemieślnika czy sprzedawcy. Gdy się złapali spojrzeniami skinęła głową w bok. Czyli chciała gdzieś pogadać ale bez zbędnych świadków spoza ich spiskowej rodziny.

          |-Otto i Teofano-|

          Mnich zdążył już wyjść ze świątyni. Wmieszał się w ten barwny, rozkrzyczany tłum na zewnątrz. Widział zbiegwisko jakie w naturalny sposób zrobiło się wokół miodwłosej diwy no ale wczoraj mu obiecała, że dziś będzie na psalmach żałobnych u Pirory. Więc za parę pacierzy pewnie i tak się tam spotkają.
          Co jakiś czas spotykał znajome twarze. Nawet jeśli publicznie nie wypadało się im przyznawać do jakiejś znajomości. Obok niego przeszła Adrienne z rodzicami. Oczywiście pracownica archiwum ratusza nie poznała go. Przecież gdy widział ją ostatni raz to było parę dni temu, na zapleczu teatru, gdy jako pokazowa niewolnica Huberta i Oksany, składała na czworakach hołd lady Sorii i innym szlachciankom. A on osobiście władował w jej trzewia jedną strzykwę jaj Oster. Jeśli jeszcze nie urodziła miotu to pewnie wciąż je miała w sobie. Chociaż brzuch miała płaski jak wtedy w teatrze. Jednak po jednej dawce to nie było takie dziwne. Na razie razem z rodzicami przeszli obok ubogiego, jednookiego mnicha pewnie nawet nie wiedząc o jego istnieniu.
          Drugą muszą matkę spotkał zaraz potem. Benita von Hohenfels szła pod ramię ze swoim mężem. Wyglądała tak jak elegancka, młoda, kochająca żona szlachcica powinna. Prawie na siebie wpadli i dlatego się zauważyli. Brunetka z jaką Otto wczoraj figlował razem z Odette i Fabienne w garderobie diwy zauważyła go w ostatniej chwili. I posłała mu krótki, dyskretny uśmieszek. Na więcej przy swoim mężu się nie odważyła. Po chwili minęli się i państwo von Hohenfels poszli dalej.
          Dopiero trzecia musza matka jaką spotkał, bez wahania podeszła do niego i skinęła głową w oznace szacunku. - Pochwalony ojcze. - Teofano przywitała się z nim jakby był jej ulubionym spowiednikiem. Też szła z rodzicami ale ci właśnie rozmawiali z kimś kto chyba Teo tak bardzo nie interesował. Dlatego wypatrzyła jednookiego mnicha. Odeszła od nich aby podejść do niego. Miała na sobie tunikę w morskim kolorze jakie nosili członkowie chóru. Możliwe, że w nim była ale mnich stał zbyt daleko aby podczas mszy ją rozróżnić wśród podobnie ubranych postaci stojących obok siebie. - Z Margo wszystko w porządku. Jest gotowa na jeszcze. Ale rodzice jej potrzebują na dzisiaj. Mnie lady Pirora zaprosiła dziś do siebie. Jak tylko wykręcę się rodzicom to tam przyjdę. - Młoda cukiernik mówiła szybko i cicho aby nikt ich nie podsłuchał. Ale widać było, że jest bardzo podekscytowana tym zaproszeniem od szlachcianek jakie prawie na pewno miało się skończyć karesami z tymi szlachciankami. Zerknęla szybko za siebie aby sprawdzić czy rodzice już jej nie wołają ale widać jeszcze byli zajęci rozmową ze znajomymi.

          |-Otto i Elke-|

          Już powoli wychodził w stronę bramy. Gdy usłyszał kobiecy, nieco onieśmielony głos obok siebie. - Pochwalony ojcze. - Gdy się odwrócił zobaczył młodą, szczupłą blondynkę w odświętnym, czystym stroju niezbyt bogatej mieszczki. Nic dziwnego. Elke pochodziła z podmiejskiej wsi więc po chłopce nie należało oczekiwać bogactwa. Ale była zaskakująco rumiana, miała ładny uśmiech, zdrową cerę i trzymała się jeszcze prosto. Widać ciężkie, chłopskie życie jeszcze nie zdążyło przygnieść ją do ziemi. Ostatni raz widzieli się parę dni temu, w dzień targowy. Teraz wydawało się to wieki temu. Wtedy Elke poszła z nim i bliżej się poznali na piętrze opuszczonej kamienicy. A jeszcze dała do zrozumienia, że bardzo kocha swoje kozy a zwłaszcza kozły. Może dlatego teraz tak patrzyła nieśmiało na niego, niepewna czy ją rozpozna albo czy w ogóle będzie chciał rozpoznać. Wtedy była chętna pójść na służbę do jakiejś bogatej pani a on obiecał jej, że się rozejrzyj.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice kurhanu Gonsara Trzyokiego; skraj lasu i mokradeł, obóz
          Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
          Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)

          |-Egon i obozowicze-|

          - Ale mi w baniaku dzwoni. - Lars mruczał sennie gdy zmęczonym gestem przykładał dłoń do czoła.
          - To od tej mgły i wilgoci. Za blisko tego bagna się rozbiliśmy. - Astrid też wyglądała na markotną. No rzecziwście. Jak wyszli z podziemi to już zmierzchało. Jak przeszli przez ten pas mokradeł jaki oddzielał pagórek od skraju lasu to już panował półmrok. Gałęzi na ognisko szukali już prawie po ciemku. Więc gdzie tu mowić aby jeszcze iść gdzieś w las byle dalej od podmokłego terenu. No to jeszcze przy tak ostrej nocy nic dziwnego, że ten nocleg pod chmurką dał im w kość. Chociaż przynajmniej jak wrócili to czekała ich pewna niespodzianka.
          - No co? Jak milady poszła to chyba urok przestał działać i się zaczęła szarpać. Chciała zwiać. No ale dałam radę. - Burgund zareagowała obronnym tonem jeszcze zanim ktoś ją o coś zapytał. Ale Hannach siedząca na ziemi, z nadgarskami przywiązanymi do drzewa wywołała zdziwione, rozbawione i kpiące spojrzenia.
          - Wypuśćcie mnie! Nic nikomu nie powiem! - Zajęczała przestraszona rybaczka. Wierzgnęła nogami ale nic jej to nie dało. Dziewczyna z ferajny związała ją solidnie. Rzeczywiście wyglądała teraz na trzeźwą i przestraszoną. Jakby wreszcie zdała sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Ale długo to nie trwało.
          - Oh doprawdy Hannah? To już nie masz ochoty mi służyć? - Syrena wysunęła się do przodu i przemówiła swoim lepkim, powabnym głosem jaki pobudzał nawet gdy nic niezwykłego nie robiła ani nie mówiła. Od razu przykuła uwagę przywiązanej wieśniaczki. Ta zadarła głowę i wpatrywała się w nią jakby zastanawiała się czy ją zna. - Tylko nie krzyczcie i nie wykonujcie gwałtownych ruchów. - Milady odwróciła się przez ramię i rzuciła cicho do grupy. Ci pokiwali głowami ale z ciekawością obserwowali co będzie dalej. Ona zaś znów zwróciła się do rybaczki. Podeszła jeszcze o dwa kroki ku niej. - Nie poznajesz mnie Hannah? Swojej milady? Nie pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Jak wezmę cię do miasta na służbę i będziesz mi służyć? Mówiłaś mi, że bardzo tego pragniesz. I pragniesz mi służyć. - Dalej mówiła spokojnym, aksamitnym głosem. I trudno było zgadnąć czy pierwszy raz czy naprawdę o tym wcześniej rozmawiały.
          - Milady! Oh tak! Tak, moja milady! Tak, pragnę ci służyć! Chcę być z tobą! Proszę weź mnie ze sobą! - Hannah nagle wykrzyknęła, jakby wiatr zdmuchnął mgłę niepamieci z jej umysłu. I w oczach było widać gorliwość do tej służby. Syrena zaśmiała się z lekkim poczuciem triumfu i zadowolenia.
          - Rozwiąż ją. Teraz Hannah już jest z nami. - Poleciła łotrzycy o miedzianych włosach. Ta bez słowa podeszła do pnia i zaczęła rozwiązywać sznur. Po chwili młoda wieśniaczka już była wolna. Odruchowo rozcierała czerwone nadgarski ale też jeszcze na kolanach podeszła do stojącej szlachcianki o grubych, granatowych warkoczach i objęła ją.
          - Tak bardzo tęskniłam. Tak się cieszę, że milady już wróciła. - Mamrotała jakby świata poza nią nie widziała. Ona zaś delikatnie głaskała ją po głowie jak jakaś kapłanka albo matka witająca córę marnotrawną.
          - Pomożesz nam poszukać drewna na ognisko? - Lekko uniosła jej brodę aby z góry spojrzeć swojej nowej służce prosto w oczy. A rybaczka gorliwie pokiwała głową na znak zgody. I rzeczywiście już później nie sprawiała więcej kłopotów. Chodziła z resztą po drewno, chociaż niby miała szansę się urwać w ciemnościach lasu. Jednak wracała do obozu z kolejnymi kawałkami znalezionego drewna. Przy rozpalonym ognisku ugotowali spóźnioną kolację. A jak za towarzyszki miało się Sorię, Burgund, Astrid i zaślepioną urokiem milady Hannah to wieczór zrobił się nawet przyjemny. Ale dogasający ogień nie był w stanie odpędzić wilgotnego zimna ciągnącego od bagien. Więc rano mało komu wstawało się lekko. Chyba tylko wężowa milady wydawała się być świeża, wypoczęta i tryskająca pozytywna energią. Zupełnie jak poprzedniego poranka przy Zachodnich Kamieniach. Egonowi też się tak lekko nie wstawało ale jak już zaczął się ruszać to stopniowo ostatnia noc zaczęła opuszczać zesztywniałe ciało. Ale było coś jeszcze. Jak dotknął ucha gdzie wczoraj Raisa wbiła mu improwizowany kolczyk to wyczuł drobną opuchliznę. I zaschniętą krew jaka kruszyła się na pył pod dotykiem palców. Coś mu się śniło.

          Ten obraz już widział wcześniej. Jak w komorze sarkofagu wybuchł ten czarny dym i wszystkich zamroczyło na jakiś czas. Parę dni temu, gdy byli tu pierwszy raz. Coś jakby obły kamień ofiarny. I inne, stojące pionowo dookoła. W tym jeden pochylony, jakby zamierzał upaść ale jednak nie upadł. Podobnie to wyglądało przy Zachodnich Kamieniach. Tylko nie było tego stołu ofiarnego na środku. Ale sam widział jak ledwo poprzedniej nocy do tego skośnego kamienia przywiązano lady Odette i Fabienne aby mogły służyć im wszystkim i jeszcze zwierzoludziom jak już przybyli.
          Teraz jednak na tym kamieniu ofiarnym leżała młoda, naga kobieta. Miała na ciele wymalowane glify. Krwią albo farbą. Rozpoznał tylko schematyczną Gwiazdę Chaosu między obojczykami. Po zewnętrznej stronie uda kobieta miała dziwną plamę, jak bezkształtne znamię. Coś takiego widział już we wcześniejszej wizji. Ale wtedy kobieta była w zaawansowanej ciąży, jakby miała rodzić. A ta była płaska. Zresztą nie pamiętał twarzy tamtej więc nie był pewny czy teraz to ta sama co wtedy czy jakaś inna. I pojawiło się coś nowego. Jakby czyjś chrapliwy oddech. Zobaczył blade, zaniedbane dłonie o za długich paznokciach tak jakby był ich właścicielem. Rękawy długie, i ozdobione jakimiś znakami. I jakby pojawił się nowy obraz.
          Młoda kobieta, chyba ta sama co na ołtarzu. Sama w lesie. Na skraju lasu. W oddali widać było kawałek, zwykłej zaniedbanej chaty. Jakby stamtąd uciekała. Ale ścigający ją mężczyźni dogonili ją. Śmiali się gdy zdzierali z niej suknię i sukmanę. Widział jak kobieta w rozpaczy zaciska palce na ściółce. Jak gdy jest już sama zanosi swoją płaczliwą skargę do bogów. Jak bogowie milczą. A ona w desperacji obiecuje zemstę na swoich oprawcach. Chociaż została sama na świecie i nie ma szans ich pokonać orężem.
          Następna scena. Ta sama kobieta. W biednej, brudnej sukmanie. Ale z zaciętym wyrazem twarzy. Stoi w chacie czarownika. Chce zemsty. Ale nie ma nic do zaoferowania. Żadnej zapłaty. Prócz siebie. Więc oferuje siebie.
          Więc leży teraz nago, na kamieniu ofiarnym. Czarownik obiecał jej, że zna sposób. Sama wyda na świat swoją zemstę. Jej dzieci spadną na jej oprawców i pokonają ich. To zajmie trochę czasu zanim urosną i nabiorą sił. Ale bez obaw, to się stanie jeszcze przed nastaniem zimy. Więc czeka. W świetle ogniska i dymu kadzidełek, do śpiewu i mamrotania czarownika. wewnątrz tych prastarych, mistycznych kamieni. Czeka na ojca swojej zemsty. I w końcu się pojawia. Zapowiada go owadzie bzyczenie. To tu to tam. Czasem ucicha jakby przysiadł gdzieś i obserwował. A w końcu widzę jakiś cień. Coś co spaceruje po jednym z pionowych kamieni. Wreszcie wlatuje w obręb światła. Tłusta, włochata mucha wielkości średniego psa. Kobieta panikuje. Nie spodziewała się tego. Krzyczy i chce się zerwać z kamienia. Suche, dłonie czarownika są całkiem mocne. Zresztą podał jej wcześniej zioła uspokajające więc może to ona nie jest w pełni sił. Mówi do niej. Przypomina o zemście. O wstydzie, o straconym mężu, dzieciach, ciąży, rodzinie, domu. Wszystkim co miała. Jest sama. Nikt jej nie zna. Nie należy do żadnego plemienia. Nikt nie zadrze dla kobiety z lasu z sąsiednim plemieniem. Tylko ona sama może wywrzeć na nich zemstę. To przekonuje kobietę. Kładzie się z powrotem na kamieniu. Po chwili wahania rozchyla uda. I przyjmuje swojego kochanka.
          Czarownik się cieszy. Okazała się być dobrą matką. Wydała wiele solidnych miotów. I osiągnęła swoją zemstę. Widział jak stado much wielkości latającego psa atakuje jakąś wioskę. Jak wlatują do domów, powalają mężczyzn i kobiety. Czasem któryś insekt oberwał od siekiery czy włóczni ale są w locie, szybkie, mniejsze od człowieka i nie tak łatwe do trafienia. Gdzieś na skraju lasu stoi ich matka. Uśmiecha się mściwie gdy słyszy płacz, ból i strach dobiegające z wioski. Ma ciężarny brzuch, wkrótce pewnie znów wyda na świat kolejny miot. Albo kolejnego mutanta czy zwierzoludzia. To już mniejsza z tym. Zawarła pakt z Siostrami w zamian za zemstę. Stąd ma to znamię widocznie na udzie przez szczelinę spódnicy. Ona i jej córki aż do sto dwudziestego trzeciego pokolenia.

          Coś takiego mu się śniło tej nocy. Te muchy ze snu, wyglądały podobne jak te które widział w klatkach co u Raisa w aptece pokazywała. Może te ze snu były trochę większe ale tego nie był pewien. Ogólnie to wyglądały podobnie. No i z tego co mówił Starszy to właśnie tak chcieli użyć tych much tylko teraz, na tych ważniakach z miasta. Tak jak przed mileniami ta pierwsza matka much z pomocą czarownika, użyła ich na wiosce swoich wrogów.

          - Dobra. Nic tam nie wybuchło, nie idzie na nas armia trupów. Więc chyba możemy odchodzić z czystymi sumieniami. - Głos kolegi wyrwał Egona z zadumy. Lars patrzył w stronę kurhanu. Od wczoraj nic się tam nie zmieniło. Śniadanie już zjedli. To mogli się zbierać do drogi.
          - A co ty taki zamyślony z rana? - Astrid posłała gladiatorowi nieco kpiący ale też zaciekawiony uśmieszek.
          - Mam dość tych cholernych lasów bagien. Wracajmy do cywilizacji. - Silny sarknął i splunał na trawę. Energicznie pakował swój koc i derkę aby się szykować do drogi.
          - Eh, ominie nas zabawa u Pirory po mszy. Nie ma szans abyśmy zdążyli. Ciekawe czy Łasica poszła wieczorem do lady Froyi. Miała iść. - Burgund też się pakowała i widać było, że dziewczynę z ferajny ciągnie do miasta tak samo jak jej łysego kolegę. W tym chociaż byli zgodni.

          ---

          |-Brzeg morza-|

          Przeszli lasem z kilka pacierzy aż dało się wyczuć zwiekszoną wilgoć w powietrzu. Potem prześwity między drzewami oznaczające koniec lasu. A w końcu wyszli na piaszczystą plaze z widokiem na odległe, klify po zachodniej stronie zatoki. Byli trochę na południe od osady Hannah i kilka dzwonów marszu od miasta. Faktycznie szykowało się, że najprędzej będą tam na obiad. Tego jednak spodziewali się już wczoraj. Mniej więcej też pół dnia im wczoraj zeszło na dotarciu z miasta do kurhanu.
          - Dobrze moi przyjaciele. Tu musimy się rozstać. - Syrenia milady, z gracją elfki, odwróciła się ku nim i na chwilę obrzuciła każdego swoim tajemniczym spojrzeniem. W połączeniu z jej aksamitnym głosem i lekkim uśmieszkiem brzmiało to obiecująco kusząco. - Ja sobie teraz zażyję nieco kąpieli w morzu. I poszukam kolegów dla naszego znajomego ze wzgórza. Więc dziś w mieście raczej się mnie nie spodziewajcie. Jutro już prędzej. - Stała na tle zielonkawych, morskich fal czarując uśmiechem i spojrzeniem.
          - A to milady odchodzi? - Hannah chociaż pewnie rozpoznawała domowe okolice, w ogóle nie zdradzała zainteresowania powrotem do rodzinnej wioski. Za to jakby właśnie do niej dotarło, że nadchodzi chwila rozstania z ukochaną panią. Ta spojrzała do niej i wezwała ją gestem do siebie. Wieśniaczka bez wahania wykonała polecenie.
          - Tak Hannah. Muszę załatwić pewne sprawy. Ale wrócę. Spotkamy się w mieście. I znów będziemy razem i będziesz mogła mi służyć. - Wyglądało to jakby kapłanka przemawiała do swojej wiernej wyznawczyni. Pogłaskała ją po policzku pieszczotliwym gestem jak obietnica tego co zazna po ponownym spotkaniu.
          - No dobrze milady. Będę czekać. - Młoda rybaczka odparła pokornie ale z zauważalnym bólem i tęsknotą w głosie.
          - Bardzo dobrze Hannah. Nie smuć się, przecież nie zostawiam cię samej tylko z przyjaciółmi. Zadbają o ciebie i dadzą opiekę, schronienie póki ja nie wrócę. Postaraj się nie sprawiać kłopotów dobrze? - Syrena mówiła łagodnym tonem jakby chciała przekonać nową służkę do współpracy z resztą grupy.
          - Dobrze milady. - Hannah pokiwała głową i w nagrodę jej pani, dała jej dłoń do pocałowania. Służka z radością ją pocałowała. I cofnęła się z powrotem do grupy. Burgund objęła ją ramieniem i bez ceregieli zajrzała w jej niezbyt obfity dekolt.
          - Nie bój się Hannnah, zajmiemy się tobą. Ja się tobą bardzo chętnie zajmę. - Obiecała jej choć to zabrzmiało mocno dwuznacznie. Jak mieli załatwioną tą sprawę to jeszcze milady popatrzyła czy mają coś jeszcze do omówienia zanim zniknie w morskich odmętach.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine jako Egon Herschkel
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #306

            Egon potrząsnął głową, próbując strzepnąć z siebie wizje i sny, o których zamierzał myśleć później. Gonsar został ustawiony na swym tronie, zaś Soria wkrótce miała iść na polowanie, aby napoić krwią nieumarłego czarownika. Teraz zaś… Cóż, pozostało wracać do Neues Emskrank - trzeba było oporządzić się i czym prędzej rozpocząć wyprawę łupieżczą.

            – Zabawa nie zabawa, robota jest – odparł Burgund. – Ruszajmy czym prędzej!

            I, zjadłszy suszone mięso i popiwszy wodą, przygotował się do podróży do miasta.

            Festag; południe; ulice Neus Emskrank

            Pogoda sprzyjała spacerom. Nad głowami mieli pogodny, słoneczny błękit. Gdy po rozstaniu z lady Sorią ruszyli plażą na południe, w kierunku miasta, widzieli je już z daleka. Najpierw jako poziomą kreskę na wybrzeżu, później poziome przecinki wież w murach obronnych. Wreszcie wystające ponad nimi wieże i dachy świątyn. No i coraz wyraźniej słychać było regularne bicie dzwonów. Pojedyncze co pół godziny albo coraz ich większą ilość przy pełnej. Przy dwunastym dzwonie byli już blisko murów miasta. Przy trzynastym widzieli już Zachodnią Bramę. I wkrótce bez przeszkód przechodzili obok znudzonych strażników. Przy tej bramie zazwyczaj ruch był niewielki bo trakt prowadził na południowe obrzeża słonych bagien zwanych Teufelsump. Właśnie na nich wedle Ungarda i Gnaka miało grasować plemię gorów posłuszne jakiemuś szamanowi. A dalej trakt wiódł na wybrzeże i niewielkie miasta i porty. Był więc o wiele mniej uczęszczany niż ten wiodący na południe, do stolicy prowincji. Teraz jednak znaleźli się już na ulicach Neus Emskrank.
            - I dobrze. Bo te chmury tak się zbierają, że chyba zaraz padać będzie. - Burgund nie ukrywała satysfakcji, że sie wyrobili z powrotem. W międzyczasie bowiem niebo zasnuło się ciemnymi chmurami jakie zwiastowały deszcz. O ile w ostatnim momencie wiatr ich nie zwieje gdzieś dalej.
            - Ja już za stara jestem na takie wycieczki. Nogi mnie bolą, będe musiała sobie okłady porobić jak wrócę. - Raisa gderała jak to stare kobiety potrafią. Głównie ze względu na nią, musieli poruszać się niezbyt szybko.
            - Dobra to miło było. Ale my wracamy do siebie. - Silny widząc, że wrócili, skinął swoją łysą głową w bok. On z Rune, urzędowali w południowych dzielnicach miasta więc chcieli już odbijać w swoją stronę.
            - Ja to będę szła do “Mewy”. Chociaż do Pirory mam po drodze. Może do niej zajdę. A wy gdzie idziecie? I co z Hannah? Kto ją bierze? - Łotrzyca odezwała się jakie ma plany. “Wesoła mewa” była ulubioną tawerną jej i Łasicy. Tam je było najpewniej szukać. Nic dziwnego, że chciała zaczepić się właśnie tam. Ale tawerna była przy samej rzece więc faktycznie mogła tam dojść przez Plac Targowy a Pirora mieszkała niedaleko niego. Jednak rudzielec wskazała na wieśniaczkę jaka wciąż szła razem z nimi.
            - Ja to wracam do Pirory. I tak u niej mam wszystkie swoje rzeczy. - Astrid wzruszyła ramionami bo odkąd z resztą grupy z Norsci, przybyła do miasta to zatrzymali się właśnie u młodej Averlandki z kultu.

            Egon przystanął i oparł się o mur jednej z kamiennic. Zatem rzecz z Gonsarem została pchnięta do przodu. Grupa spełniła swe zadanie, toteż każdy mógł odejść w swoją stronę, poza… Cóż, poza Larsem oczywiście, z którym ostatnimi czasy łączyło go sporo sprawunków.

            – Zanim się wszyscy rozejdziemy w swe strony, dobrze by było popasać i rozmówić się, co dalej – rzekł wojownik. – Może być w Wesołej Mewie albo i u Pirory, wszak wszystko to jedno. Rzecz trzeba omówić z łapaniem drabów na nasze interesa. To co, obgadamy w Wesołej Mewie? – zapytał.

            Pozostali popatrzyli na niego i po sobie. Od razu widać było, że łotrzyca ładnie uśmiechnęła się do gladiatora za to, że wybrał jej ulubioną tawernę. Silny dokładnie odwrotnie. Uniósł brwi do góry jakby dawał znać, że wolałby jakąkolwiek inną knajpę niż tą gdzie grasowała jego główna konkurentka o fioletowych włosach.
            - W “Mewie” mają bardzo ładne kelnerki, dobre wino, piwo a nie drogie i zawsze jest sporo chętnych ladacznic i dziewek do zabawy. - Burgund w lot wyczuła okazję i starała się wesprzeć propozycję kolegi.
            - No chodź. Zjadłbym coś. Głodny jestem po takim cienkim śniadaniu. - Rune klepnął w ramię łysego oprycha aby przełamać jego bierny opór.
            - Też zgłodniałem. A jak tam jest wino i chętne dziewki to brzmi w sam raz. - Lars skinął głową, że też podoba mu się taki wybór.
            - Jak jest dużo dobrego wina i chętnych dziewek to i muzyka by się przydała. A ja jeszcze nie byłam w tej tawernie. - Astrid wydawała się chętna na takie poznawanie nowego dla siebie miasta.
            - Dobra, niech będzie. - Widząc taką komitywę Silny ustąpił. Ruszyli więc przed siebie, w stronę centrum miasta. Przeszli parę ulic gdy usłyszeli, ostry, męski głos.
            - Hej! Hej wy! - Zaczęli się rozglądać aż dostrzegli karocę pasująca do kogoś możnego. Z kozła machał na nich stangret aby zwrócić na siebie ich uwagę.
            - To do nas? - Silny zmarszczył brwi w grymasie podejrzliwości. Widać było jak drzwi się otworzyły i pokazała się w nich jakaś czarnowłosa milady.
            - A! To lady Fabienne! - Burgund rozpoznała ją mimo odległości. I szybko ruszyła w stronę karocy. Astrid wzruszyła ramionami i poszła za nią. Reszta jeszcze rozglądała się po sobie jakby niepewni czy też tam podejść czy lepiej zostać i poczekać.

            Egon uniósł brwi. Niewiele przestawał z Fabienne, ale jeśli z daleka już witała ich, znaczyło, że mogła mieć jakiś konkretny interes. Może taki, który można było spożytkować dla jego własnego interesu? Cóż, takiej okazji przepuścić nie mógł. Mógł chociaż zobaczyć, w czym rzecz.

            Rzucił okiem na pozostałych i gestem dał znać, że idzie. Ruszył za Burgund.

            - Idź, idź syneczku. Ona jest bardzo dobra dla dziedzictwa naszej kochanej Oster. Zobacz co ta dobra kobieta potrzebuje. Szkoda, że inne nie przyjęły tego daru z taką godnością jak ona. - Starucha ożywiła się jakby z pewnym opóźnieniem zorientowała się o kogo chodzi. A może już jej stare oczy nie dowidziały na taką odległość.
            - Ja zostaję. Nie ma co tłoku robić. - Silny dał znać, że poczeka na miejscu. Rune skinął głową, że zostanie razem z nimi.

            – Popasajcie w Mewie albo u Pirory, wedle gustu – machnął ręką i wreszcie wkroczył do środka karocy. Drewno jęknęło pod naporem umięśnionego ciała wojownika, zaś on sam usadowił się na swym miejscu.

            W końcu więc tylko Egon dołączył do dwóch koleżanek jakie podeszły do karety. Zastał je jak witały się z bladolicą Bretonką.

            - O witaj Egonie. Dobrze wyglądasz. Widzę, że ten pogodny dzień ci służy. - Siedziała na kanapie powozu ale przez otwarte drzwi mogli rozmawiać. - Zresztą nie róbmy zbiegowiska. Wchodźcie do środka. - Dała znak gestem i zachęciła uśmiechem. Rzeczywiście ich trójka niezbyt pasowała na szlacheckie salony i mogło się wydać dziwne co mają za sprawy z kimś w takiej karocy. Burgund bez wahania wskoczyła do środka a po niej weszła blond córka jarla. Rudzielec usiadła obok szlachcianki a Norsmenka naprzeciwko niej ale i tak zostało jeszcze sporo miejsca dla gladiatora.

            – Witaj, milady – Egon skłonił się, chcąc tym razem uczynić zadość tradycjom. – Wszakże nie tak dobrze, jak ty. Miło cię widzieć… Jakież interesa sprowadzają ciebie do nas? – Egon zapytał, preferując od razu przejść do konkretów.

            - Właściwie to żadne. Zauważyłam was przez okno jak szliście ulicą. Właśnie wracam od Pirory. - Szlachcianka wyjaśniła swobodnym, wesołym tonem. Wskazała na okno przy jakim siedziała skąd pewnie przed chwilą ich dostrzegła.
            - A to już zabawy u niej się skończyły? - Burgund zapytała o to co ją od rana interesowało. Czarnowłosa spojrzała na nią i skinęła głową.
            - No o tej porze to już czas na obiad. - Starała się złagodzić to, że obie koleżanki minęła rozrywka jaką tak lubiły.
            - Właśnie szliśmy do tawerny aby coś zjeść. Może milady by poszła z nami? - Łotrzyca przyznała jakie mieli zamiary.
            - Oh bardzo chętnie. Dziękuję za zaproszenie. Ale chyba rozumiecie, że mężatce nie wypada chodzić bez męża po portowych tawernach. - Teraz bladolica westchnęła jakby ją miała ominąć ciekawa zabawa. Ale sięgnęła do pasa i wyjęła sakiewkę. - Ale może chociaż wypijcie coś za moje i wasze zdrowie. Naprawdę chętnie bym z wami poszła ale no nie wiem jakby to miało wygladać. - Mówiła otwierając sakiewkę.
            - A ty Egonie, dalej szukasz tego statku i załogi? - Spojrzała przelotnie na siedzącego naprzeciwko gladiatora.
            – Zaiste, prawda to – przyznał Egon, który poza Larsem nie miał w zasadzie nikogo, kto znałby się chociaż trochę na korsarstwie. – Choć plotki do mnie dotarły, że ponoć kawałek od miasta napaście były jakieś, które sprawiły, że korabie zostały splądrowane.

            – Splądrowane korabie nadal pływają, co nie? – rzekł Egon. – A nawet jeśli chociażby jedna z tych kryp, które tam pływają byłaby sprawna chociaż w połowie, to jakimś sumptem być może udałoby nam się ją podreperować i wypuścić się na głębsze wody… Na pożytek naszej grupy, rozumieć się ma. Mmm… Czyżbyś miała jakieś wieści o okrętach na zbyciu, milady?

            - Ja się co nieco znam na żeglowaniu. - Oświadczyła bladolica szlachcianka. Czym wyraźnie zaskoczyła swoje koleżanki. Dama w eleganckiej sukni raczej kojarzyła się ze szlacheckimi salonami niż pokładem statku. - Pochodzę z Brionne. To miasto portowe przy granicy z Estalią. Chodziłam do szkoły morskiej. Podobnej jaką macie tutaj. Znam podstawy nawigacji i jak działa statek. - Wyjaśniła skromnie. Po czym wysypała z sakiewki garść monet i wręczyła je siedzącej obok niej Burgund.
            - O to wystarczy na obiad i ze trzy kolejki. - Łotrzyca ucieszyła się gdy szybko przeliczyła sumę. - Jak tylko będzie okazja milady to w podziękowaniu bardzo chętnie zamknę cię w dybach i wysmagam batem. - Obiecała jej z uroczym uśmiechem. Bretonka roześmiała się wdzięcznie.
            - Będę na to czekać z utęsknieniem moja droga! - Widocznie ją rozbawiła ta uwaga ale w końcu była znana ze swoich uległych upodobań. - A wracając do tych statków. - Wciąż w dobrym humorze spojrzała na gladiatora. - Tak, coś słyszałam o tych zaginionych statkach na rzece. To w górę rzeki, gdzieś w połowie drogi między nami a Saltemund. Podobno znajdują je puste ze śladami walki i krwi na pokładzie ale żadnych trupów. Jak znajdą te łodzie to je odholowują albo w górę rzeki do Saltenmund albo do nas. Więc jak chcecie jakąś przejąć to musielibyście mieć fart trafić na jakąś tuż po napadzie i móc ją obsadzić. Zapewne też musielibyście zmienić jej nazwę. To trefny towar bo po rzece łodzie i barki zwykle pływają po stałej trasie więc je znają. Dobrze by było ją od razu sprzedać i kupić coś legalnego albo wypłynąć w morze. - Okazało się, że Bretonka jest całkiem dobrze zorientowana w żeglarskich realiach regionu.
            - Ale pamiętacie tą Adrienne z ratusza? Ta co Hubert i Oksana nam prezentowali w kuchni teatru po występie? - Milady popatrzyła na całą trójkę. A koleżanki pokiwały głowami, że tak. - Ona pracuje w archiwum, ma dostęp do różnych dokumentów. Ja słyszałam o statku jaki poszedł w zastaw za długi. Wiem, że taki jest ale nie znam szczegółów. Myślę, że ona mogłaby je znaleźć. Wtedy taki statek moglibyście kupić legalnie po dobrej cenie. - Podpowiedziała im jakie znalazła rozwiązanie dla poszukiwań łajby do morskich wypraw.

            Egon pamiętał Adrienne - tą samą Adrienne, która w uległy sposób oddawała się nie tak dawno temu mistrzowi ceremonii Huberta. Jeśli wtedy tak łatwo mogli ją brać, to Egon był pozytywnie zaskoczony - “Zdaje się, że przydatność dziewki nie kończy się na jej zadku” - pomyślał.

            – Poszedł w zastaw za długi, ale jeśli pewnie wykupić statek tak czy inaczej będzie kosztował sporo żeliwa – zauważył gladiator, który dotychczas największy dług, który widział, to tab w spelunie w Salkalten. – Mmm… Dwa wyjścia widzę. Albo jakoś zdobyć dokument pod zastaw, jakoś dotrzeć do wierzyciela, albo… Mmm… Po prostu sprzedać zdobyczny statek i kupić ten zastawiony – rzekł Egon, który ważył pomysły, jak do rzeczy podejść. – Co rzekniesz?

            - Rzeknę, że jest wiele zmiennych jakich w tej chwili nie znamy więc trudno coś wyrokwac. - Szlachcianka odparła z lekkim, przyjaznym uśmiechem. - Nie wiem po ile jest ten statek z zastawu. To zapewne Adrienne mogłaby sprawdzić w rejestrze. Jeśli macie kłopot udać się do niej do ratusza to mogę się tym zająć. Nie dzisiaj oczywiscie bo dziś ratusz zamknięty. - Bladolica zaoferowała swoją pomoc w kontakcie z pracownicą ratusza. - A z kolei jeśli by udało wam się zdobyć jakąś łódź na rzece to nie wiadomo jaką i w jakim będzie stanie. A więc za ile dałoby się ją tu sprzedać. - Rozłożyła dłonie w geście bezradności. - Ale ogólnie to myślę, że gra może być warta świeczki. Statek nawet sprzedawany po taniości to może być tani dla kogoś kto już ma swój statek albo kilka. A jak się zaczyna od zera to faktycznie taki tani może nie być. Wtedy może wam się przydać ta sumka za ten statek z rzeki. O ile go zdobędziecie. No i musicie mieć z pół tuzina, tuzin marynarzy do jego obsługi. Zależy jaki duży będzie. Jeszcze z tym zastawionym statkiem to zależy kto jest właścicielem. Jak ktoś stąd to być może go znam. - Lady Fabienne przedstawiła im jak ocenia sprawę nawet jeśli było w niej tyle niewiadomych.
            – Brzmi dobrze, podoba mi się – brodaty wojownik pokiwał swoją kudłatą czupryną. – Jeśli tedy możesz nas wesprzeć, Lady Odette, niechaj tak będzie… Jeśli możesz, sprawdzisz on statek w ratuszu z Adrienne? Jeśli byśmy odpowiednio się zakręcili… Ha, wiele jest dróg, żeby rzecz pozyskać.

            Egon odwrócił na moment oblicze. Trzeba było zapamiętać i tą rzecz z Odette - wróci do tego, kiedy będą już z powrotem z wyprawy.

            – Dzięki ci zatem, milady. Na mnie wszak droga czeka, mus mi do Wesołej Mewy, gdzie moi kompanioni na mnie czekają…
            - No dobrze Egonie więc po Festag, postaram się odwiedzić naszą słodką Adrienne. - Bladolica szlachcianka skinęła głową i uśmiechnęła się do niego ciepło. - A jak macie plany na tawernę to już was nie zatrzymuję. Aż wam zazdroszczę. - Dała znak, że nie będzie ich dłużej trzymać i koleżanki skinęły głowami aby gladiator wstał i wyszedł pierwszy.
            - A my jesteśmy umówione na dyby i pejcz. - Burgund żartobliwym tonem rzuciła do wciąż siedzącej szlachcianki.
            - Oh koniecznie. Nie mogę się doczekać. - Bladolica odpowiedziała w podobnym stylu. Co rozbawiło całą trójkę bo się roześmiały.

            – Bywaj zatem, milady! – Egon skłonił się lekko.

            Egon wyszedł zatem z wnętrza karocy i wciągnął powietrze w płuca, rad, że wydostał się z ciasnego i ciemnego pomieszczenia. Gladiator wolał zawsze rozległą przestrzeń, a przynajmniej ulice Neues Emskrank i nie w smak były mu dworskie zwyczaje, na których i tak niewiele się działo. Ale statek… Jeśli tylko szlachcianka z Brionne mogłaby dostarczyć ciekawych wieści, można było zorganizować coś… No. Ale to potem.

            Egon miarowym krokiem ruszył do Wesołej Mewy. Sprawy czekały.

            Festag; południe; tawerna “Wesoła mewa”

            Egon i kurhanowa ekipa

            Burgund raźno poprowadziła ich w stronę narożnika miasta wepchniętego między zielonkawe wody zatoki a błękitne rzeki Salt. Dotarli do tawerny a zgiełk ze środka zapowiadał, że nie nie straszy pustkami. Gdy weszli do środka okazało się to prawdą. Łotrzyca o miedzianych włosach czuła się jak u siebie i śmiało podeszła do szynkwasu witając się z biuściastą blondynką. Widać było, że się bardzo dobrze znają. I po krótkiej rozmowie partnerka Łasicy odwróciła się do swojej grupki i dała znać aby poszli za nią. Usiedli przy solidnym, prostym drewnianym stole jaki nosił ślady intensywnego użytkowania ale nadal trzymał się nieźle. To była ta sama tawerna w jakiej się spotkali w ostatni dzień przed napadem na świątynie Mananna. Wtedy jeszcze była z nimi Merga Złotooka i lady Soria. Po chwili podeszła do nich zgrabna kelnerka aby przyjąć zamówienie. A gdy poszła mieli wreszcie okazję aby sobie swobodnie pogadać. W tej barwnej mozaice gości dominowali marynarze, dokerzy, typy spod ciemnej gwiazdy i ladacznice. Nic dziwnego, że Burgund z Łasicą czuły się tu tak swobodnie.

            Byli tu już i oto powrócili znowu, liczniejsi i silniejsi, zaś Merga została odratowana i była bezpieczna w Norsce. Choć sporo roboty zostało do zrobienia, Egon czuł jakiś rodzaj przyjemności, że pomimo zmienności losu, niektóre rzeczy były takie same: ława, micha pełna żarcia i piwo.

            – Ejże, karczmareczko, dajże mi no tu kwartę piwa – sypnąwszy grosiwem, wojownik usadowił się na ławie z pozostałymi swymi kompanami.

            Odczekał nieco, a czas zabijał, wpatrując się w plotkującą gawiedź, swój wzrok zawieszając tu i tam na poszczególnych gościach tego przybytku, dłużej zaś wpatrywał się na uwijające się, usługujące dziewki.

            Kiedy piwo wreszcie przybyło, pociągnął solidnie i rzekł te słowa:

            – Soria rzecz z czarownikiem oporządzi. Tedy nie musimy, przynajmniej na razie, zdobywać krwi dla żywego trupa. Ale będzie potrzebował jej więcej, może i więcej, żeby się przynajmniej utrzymać. Całkiem musimy go wybudzić, żeby przybrał cielesną formę, ani chybi, niejeden sekret zna…

            – Dwie rzeczy mnie interesują teraz – ciągnął. – Ale po kolei. Pierwsza rzecz… Trza nam się zgadać z Gezacktem i wyruszyć czym prędzej na wyprawę. Rejza będzie miała dwa cele: najpierw wypuścimy się w stronę Salzenmund i zbadamy, czy przypadkiem jeden z korabiów tam na rzece nie był został… Mus nam to sprawdzić. I po drodze nałapać jakich łyczków, ale solidnie, bo widzicie… Otóż widzicie, za utarg za nich trzeba będzie opłacić Gezackta, część z nich pójdzie na żer dla czarownika, baby pójdą na Oster, a czwarta część dla Munira lub też broń dla Gnaka.

            Egon zamilkł. Rzeczy komplikowały się, ale cóz podołać? Ów niewolniczy interes miał opłacić wiele spraw, które zaczęli.

            Co prawda ta ładna i zgrabna blond koleżanka Burgund została za szykwasem ale inne kelnerki też były niczego sobie. Zwłaszcza gorsety ładnie podkreślały szczupłość sylwetki uwypuklając też biust. Dziewczyny uwijały się między stołami roznoszac jadło, napitek alb zgraniając puste kufle i naczynia. Były też dwie czy trzy ladacznice jeszcze nie zagospodarowane co wodziły wzrokiem i uśmiechem za potencjalnymi klientami. Egon też się złapał z parę razy na zachęcające spojrzenie i uśmiech. Ale zapewne musiałby do nich podejść aby się rozmówić. Na razie jednak było o czym gadać przy stole.
            - No z tym Gezacktem to chyba powinno być prosto. Mówił, gdzie się zatrzymali to można tam uderzyć jakby było potrzeba. Pewnie lepiej prędzej niż później zanim sami złapią jakąś inną robotę ale pewnie będą chcieli zabawić jakiś czas w mieście. Wcześniej wyglądał na skorego na tą rejzę to jak mu się nie odmieni to powinno być dobrze. - Lars zaczął od swojego zdania na temat herszta bandy zbirów z jakim ostatnio współpracowali.
            - A lady Soria na pewno sobie poradzi z łapaniem tych głupich wieśniakow. Widzieliście jak oczarowała tamtych z wioski? Zresztą Hannah też. - Burgund zdawała się podzielać wiarę gladiatora w możliwości wężowej syreny co do zdobycia brańców. Nawet jak miała się tym zajmować sama.
            - No tak, przydaliby się ci brańcy. Bo tak jak Egon mówi, trochę się po nich kolejka zrobiła. A mamy już i tak ruszać za miasto to można by i wybadać co z tą rzeką i statkami. W ogóle daleko to jest od drogi ta rzeka? - Morski łupieżca pokiwał głową i popatrzył po tutejszych gdy pytał o lokalne warunki.
            - Droga do Salzenmundu prowadzi mniej więcej w górę rzeki Salt. Ale niekoniecznie tak blisko aby z niej rzekę było widać. Czasem tak a czasem nie. Zależy na jakim odcinku. - Silny odpowiedział mu po chwili zastanowienia.
            - Tylko trochę nie wiadomo na jakim odcinku są te napady. Jak część łodzi co znajdą sprowadzają do nas a część do stolicy to pewnie gdzieś pośrodku. Albo napadają na nie na różnych odcinkach, raz bliżej nas, raz bliżej Salzenmunda. Drogą do stolicy to jakieś trzy, cztery dni marszu albo wozem. Konno to z połowę tego. - Burgund dopowiedziała swoje przypuszczenia i szacunki.
            - W lecie, w ładną pogodę. Albo zimą jak ma się sanie. Jak jest słota to dłużej zajmuje. A najłatwiej to rzeką dopłynąć do stolicy. Bo he he he mniejsza szansa, że cię ktoś napadnie, jakieś orki, zwierzoludzie albo banici. - Łysy mięśniak dorzucił coś od siebie a myśl o napadach nawet go rozbawiła. W końcu sam się tym często zajmował osobiście chociaż raczej tu w mieście.
            - No to dla nas nawet lepiej jak to nie jest tuż za rogiem miasta. Powinno być łatwiej zwiać po napadzie a im trudniej kogoś powiadomić. Ale najłatwiej by było popłynąć tam łajbą. - Lars uznał te wskazówki za dobrą monetę i popatrzył na Egona i resztę co oni na to.
            – A co jeśli – zapytał Egon – zatrudnimy się jako najmusy do ochrony łodzi? Kupcy będą płacić dobry grosz za obstawę i jeśli będziemy mieć trochę szczęścia, to zaatakują nas… Zarżniemy tych, co napadają, możnemu wbijemy nóż w plecy, a sami wypłyniemy statkiem na Morze Szponów. Zarobimy nieco grosiwa, zyskamy statek i kto wie, może uda nam się jakoś paktować z tymi drabami, jeśli paru zostawimy żywych…? To byłoby całkiem niezłe.

            Ciągnął jeszcze:

            – Moglibyśmy zbójeckie rejzy zmieszać z tymi z polowaniem na korabie. Jeden rejs byśmy zarobili i czekali na dogodną okazję, a po tym, kiedy byśmy żeliwo wzięli, to byśmy wypuszczali się nałapać łyczków. I tak aż do czasu, kiedy naprawdę draby zaatakują statek. Wtedy odparlibyśmy atak, wzięli paru w jasyr, w międzyczasie, kiedy tamci niemalże odparci by byli, byśmy dobili obrońców statku i samój się wypuścili…

            Tu przystanął i zastanowił się:

            – Jedyna wada tego fortelu jest taka, że musielibyśmy zostawić żeglarzy, czyli świadków, przy życiu. Albo zostawić tamtym, żeby ich dobili. Albo mieć swoich gdzieś w zanadrzu. Ja się na pływaniu nie znam ni diabeł – Egon skrzywił się, nagle dostrzegając w swym planie wady. – A mogłoby być tak, że wcale tak łatwo i szybko nie zaatakują… Moglibyśmy całe miesiące zmitrężyć. Więc jak by ataku nie było, to byśmy musieli sprawy wziąć w swoje ręce.

            Brwi uniosły się do góry a niektóre głowy pokiwały z uznaniem po tych słowach brodacza. Zebrani przy stole popatrzyli po sobie nawzajem. - No tak, jakby się zabrać na taką łajbę co płynie w górę rzeki to by nam szukanie własnej odpadło. - Lars wydawał się dostrzegać zalety takiego rozwiązania. - A tu da się zamustrować na taką łajbę? - Norsmen swoje spojrzenie skierował na Burgund i Silnego. Z ich grupy to oni byli tubylcami więc powinni mieć najlepsze rozeznanie w lokalnych warunkach. Łotrzyca i zbir popatrzyli na siebie przez chwilę.
            - Tak, pewnie tak. Wystarczy popytać. Prędzej czy później, powinien znaleźć się ktoś kto będzie chętny wziąć najemników jako eskortę. Zwłaszcza jak te napady takie częste. - Burgund pokiwała głową na znak, że wróży sukces takiej inicjatywie. Tym większy im większą skalę by miała.
            - Ale Salt to nie jest wielka rzeka. Więc barki czy krypy co po niej pływają, niekoniecznie nadaja się na pełne morze. - Silny dopowiedział inny detal. Norsmen machnął na to swoją sękatą ręką.
            - To się będziemy martwić jak ją będziemy już mieć. Najwyżej ją się sprzeda i będzie jakaś sumka na większą łajbę. A jak mniejsza to nawet lepiej. Mniejsza załoga potrzebna do jej obsługi. Pewnie pół tuzina osób, może tuzin wystarczy aby ją obsłużyć. U nas to ja mogę to robić, Bjorn i Astrid. Zog ty chyba też? Od biedy jakby do wioseł trzeba to każdy kto ma trochę krzepy w ramionach się nada. Ster czy żagle to już trochę inna robota ale to nasza trójka by dała radę. - Morski łupieżca wydawał się być dobrej myśli i przynajmniej Norsmenów był gotów zaliczyć do doświadczonych żeglarzy. Ci kiwali głowami i wyglądało jakby mogli wystarczyć chociaż na szkieletową załogę jednostki. Czy aby napewno to jednak zależało jak duża łajba by się trafiła.
            - No jak na jakąś bitkę to ja bym się pisał. Nudno trochę ostatnio. Odkąd na początku tygodnia z Otto i Anniką spraliśmy po gębach takich jednych łapserdaków co myśleli, że są cwani i twardzi to niewiele się dzieje. W sumie może ją zabrać? Otto chyba w nią wierzy, że ma jakieś wizje od naszej patronki czy co tam. Dla mnie to ona nieco za chuda jest. Jak taki chudziak może mieć siłę w łapach aby solidnie grzmotnąć? No ale Otto w nią chyba wierzy. No to może i ją można by zabrać. Tylko z tą Bretonką trzeba by gadać bo to jej milady. - Silny nawet był skłonny dołączyć do takiej wycieczki. Wydawał się być spragniony mocniejszych wrażeń. Choć raczej jako wojownik niż marynarz. Po chwili zastanowienia Rune też pokiwał głową, że widzi sprawę podobnie.
            - I jak już będziemy mieć tą łajbę to sobie popłyniemy nią gdzie chcemy. To i jak trafi się okazja to się nałapie po wioskach czy traktach kogo się da. - Lars ucieszył się, że imperialni koledzy znów byli chętni wesprzeć ich inicjatywę.
            - No tak. Wszystko ładnie. Ale jak chcecie płynąć w górę rzeki i to może i na nas napadną. Jak tak skutecznie wyrzynali te załogi do tej pory to chyba letko z nimi nie będzie. Co innego zająć pustą łajbę a co innego bić się z jakimiś piratami czy kto to tam napada te łodzie. - Burgund zgłosiła pewne zastrzeżenie co do takiego planu.
            - No i na wszelki wypadek przydałoby się jeszcze ze dwóch, trzech, czterech co zna się na żeglowaniu. Gdyby nam się coś stało. - Astrid dodała swoją uwagę.

            Egon pokiwał głową. Wydawało się, że plan byłby do zrobienia. Jakoś.

            – Ja, Lars, Bjorn, Astrid, Zog… Hmm… – Egon liczył na palcach członków wyprawy. – Silny, Rune, Annika. Ośmiu do obsadzenia. Moglibyśmy dodać Raisę, aby użyczyła nam swej magii, ale przy korabiu nie pomoże, a może i w ogóle zły pomysł. Lepiej, żeby została u Sigismundusa i może uwarzyła nam jaki humor albo fluid, który byśmy mogli wykorzystać… Zatem… Ośmiu. Mógłbym dać znać i Starszemu, może wynajdzie jeszcze kogoś…? Sam nie wiem kogo by mógł nam dać – Egon myślał. – Gezackta?

            Egon zastanowił się.

            – Gezackt miał zostać włączony w wyprawę łupieżczą. Jego luda raczej przy żegludze nie pomogą, ale on i paru ludzi mogliby się włączyć w rzecz – skonstatował wojownik. – Co rzekniecie, kompanioni? Jeśli będzie to nasza pierwsza wyprawa łupieżcza, to Gezackt zagwarantuje, że wszystko pójdzie dobrze, a z czasem wspomoże nam w łapaniu i dostanie swoją dolę.

            Egon zmilkł nagle, bowiem zorientował się, że ten żywy towar miał pokryć wiele wydatków: niewolników dla Gnaka (tudzież przehandlowanie ich na broń i pancerze dla zwierzoludzi), branki na zasiew Oster, pokarm dla czarownika, opłacanie Gezackta i wreszcie, na sam koniec, handlowanie z Munirem. Szczęściem, Munir zawijał do Neues Emskrank znacznie później, toteż do tego czasu rzecz może nabierze rozpędu.

            Sprawy trupiego czarownika i opanowania głazu, gdzie grasowały bestigory, zostawił na później. Chciał czym prędzej napoić głaz krwią dla Boga Czaszek, ale nie mógł za rzecz zabrać się teraz.

            – Co rzekniecie? – zapytał. – Tedy bym zaszedł do Anniki i Gezackta.
            - Raisy nie trza brać. Stara już jest, ledwo o własnych nogach z tego kurhanu wróciła. - Astrid pokręciła głową na znak, że niezbyt podoba jej się pomysł zabierania na taką ryzykowną wyprawę starej wiedźmy.
            - Oj ja jeszcze na grobie niejednego młodego światło będę palić. - Stara odcięła się jej od razu ale po chwili zwróciła się już spokojniej do pozostałych. - Ale to prawda. Ja muszę w tej aptece wszystkiego przypilnować syneczki. Beze mnie tylko Dorna została. Dobra dziewczyna ale za słaby ma pomyślunek aby wszystkim się zająć jakby mnie dłużej tam nie było. Jak wam trzeba jakiś mikstur syneczki to powiedzcie to wam narobię. Ale ja to raczej tutaj zostanę. - Raisa choć z innych powodów niż myślała córka jarla, ale wolała pozostać na miejscu. Uśmiechała się łagodnie do Larsa i Egona jakby byli jej ulubionymi wnuczkami.
            - No tak, widzę, że z pół tuzina nas się uzbiera. Nawet więcej. Z czego z połowa zna się na łajbach. No to jakąś niedużą moglibyśmy dać radę pożeglować. Reszta to najwyzej do wioseł by była przydatna. - Lars pokiwał głową jakby tak wstępnie udało im się zebrać obiecujący skład wśród zaufanych ochotników. - U Gezackta żeglarzy raczej nie ma. Ale to banda bez sumienia. Jak nie wiemy kto lub co napada na te łajby to lepiej by było ich mieć przy sobie niż nie mieć. Może to nie tacy przedni wojownicy jak my, ale są. W grobowcu się przydali a to z martwiakami się ścieraliśmy. No i już wcześniej zgodził się w jarzma brać kogo popadnie to byśmy mieli go do tego pod ręką. - Podsumował to tak, jakby uważał takie połączenie za dobry pomysł.
            - No to fajnie. Ale jak ich jest z tuzin, nas tutaj też trochę to wychodzi prawie dwudziestu chłopa lekką ręką. - Burgund zauważyła a Lars po krótkim przeliczeniu w pamięci, potwierdził to ruchem głowy. - No to nie lada łajba musiałaby być aby brać ze dwie dziesiątki na eskortę. Nie wiem czy taką znajdziecie. Zwykle eskorta to paru ludzi, może pół tuzina czy dziesiątka albo tuzin jak większa. A wy chcecie zamustrować prawie dwa, trzy razy tyle. - Zauważyła, że mogą być problemy z zatrudnieniem tak dużej grupy. - Może się udałoby złapać jakiś kontrakt łączony na dwie łajby co będą razem płynąć dla bezpieczeństwa. Albo wziąć tylko część. Albo zamustrować się jako pasażerowie do Salzenmundu. - Łotrzyca podpowiedziała im parę sugestii jakie mogłyby im pomóc.
            – Gezackt nie musi iść w pełnym składzie – zgodził się Egon. – Jeśli pójdzie on i ze dwóch jego ludzi to mielibyśmy akurat luda do tego interesu. Myślę, że trudno by było przejąć dwie łodzie na raz… Byłoby zbyt niebezpieczne, nie wiadomo by było, co mogłoby się zdarzyć – rzekł wojownik, który spodziewał się, że abordaż nawet jednej łajby będzie prezentował ze sobą spore ryzyko.

            Egon pokiwał głową.

            – Dobra, to postanowione. Kto chce iść ze mną do Anniki i Gezackta? Lars, chcesz? – zapytał korsarza, z którym dotychczas załatwiał wszystkie sprawy. – Ustawimy rzecz czym prędzej, abyśmy mogli wyruszyć jak najszybciej… Pogadamy z Anniką i Gezacktem, a później odwiedzimy targ albo port. Zawsze tam będą kręcić się ludzie, co chcą przewieźć towary. Tam ustawimy, że chcemy ich eskortować - nie za drogo, ale też i nie za darmo, żeby niczego nie podejrzewali. Kompani, kręćcie się tutaj albo w Trzech Gwoździach, żebym was odnalazł.
            - No tak, dwie łajby, płynące tego samego dnia, w tym samym kierunku i szukajace ochroniarzy albo marynarzy na tą podróż to by pewnie trudniej było niż na jedną. - Silny pokiwał swoją łysą głową na znak, że zgadza się z podsumowaniem kolegi.
            - No to Gezackt nam zostawił tą knajpę gdzie miał buszować ze swoimi ludźmi. To najwyżej tam zajdziemy. A tą Annikę to gdzie znajdziemy? Która to jest? - Lars też raczej się skupiał na praktycznym sfinalizowaniu tego o czym rozmawiali podczas tego obiadu.
            - Była z nami w lesie na pikniku. Taka ładna i czarna. Ale raczej została przy wozie, nie widziałam aby się włączyła do zabawy. Siedziała tam z Otto i Pirorą. - Burgund starała się przypomnieć Norsmenowi o kogo chodzi. Ten powoli uniósł i opuścił głowę jakby coś kojarzył z orgii przy Zachodnich Kamieniach ale chyba niekoniecznie tą kobietę jaka była w jej trakcie na uboczu.
            - No ale to może nie być tak łatwo ją spotkać teraz. - Łotrzyca przykuła uwagę morskiego łupieżcy.
            - Dlaczego? - Pytał lekkim zaciekawieniem.
            - Ona jest służką lady Fabienne. Tą co spotkaliśmy w powozie jak tu szliśmy. - Rudowłosa chętnie zaczęła wyjaśniać i widać było, że czarnowłosą szlachciankę z charakterystycznym, bretońskim akcentem wszyscy kojarzą bez problemu. - No to ona by się musiała zgodzić aby nam wypożyczyć Annikę na kilka dni. Chyba powinna się zgodzić, zwykle Fabi idzie nam na rękę. No ale jednak to tak jak jesteśmy w rodzinnym gronie. A oficjalnie to ona jest szlachcianka i mężatka więc nie wypada jej przyjmować jakichś morskich łobuzów. - Dziewczyna z ferajny spojrzała wymownie na Egona i Larsa. Wyglądali raczej na wojowników od topora niż na bywalców szlacheckich salonów.
            - No to jak się mamy z nią skontaktować? - Lars skinął głową choć nie tryskał radością na tą komplikację.
            - Mogę pójść z wami. Marissa i Fabi mnie znają. No i mogę powiedzieć, że mam wiadomość od Pirory czy coś. I jak się spotkam z milady to powiem jej o co chodzi i albo się jakoś z wami spotka albo da mi odpowiedź. - Burgund popatrzyła pytająco na kolegów czy im pasuje takie rozwiązanie. Przy swojej dość zwyczajnej sukni, pasowała wyglądem to pokojówki czy innej służki, jaką jedna szlachcianka mogła wysłać z wiadomością do drugiej.

            Egon założył ręce, pokiwał głową wreszcie. Jasna sprawa była, że Annika byłaby mile widziana jako ta, do której szeptał jego własny patron, jednak jeśli miałoby się okazać, że opętana dziewka nie pójdzie, zamierzał dobrać ludzi z bandy Gezackta.

            – Dobra, chodźmy – zgodził się Egon.

            Rzeczy były, mniej więcej, zaplanowane. Egon jednak, próbując na podobieństwo swego mrocznego boga przewidywać ruchy i planować, niby na wojnie, począł myśleć także i o innych aspektach: kiedy bowiem drużyna bojowa zostanie skompletowana i w istocie uda im się zostać łże-najemnikami do ochrony korabiu, było coś jeszcze… Mianowicie, gdzież ten przeklęty okręt będa przechowywać i w jaki sposób na dłuższą metę będą maskować siebie i statek w taki sposób, żeby rozpoznanie go na wodach Morza Szponów nie było takie łatwe?

            Niemniej, poniechał rozmyślania. Zamierzał pozwolić Burgund rzecz oporządzić z Anniką.

            Festag; popoludnie; rezydencja von Mannliebów

            Egon, Lars i Burgund

            Łotrzyca o miedzianych włosach okazała się dobrą przewodniczką. Zapewne znała miasto najlepiej z ich trójki. Poszli przy nabrzeżu, do północnej dzielnicy gdzie zwykle mieszkali ci możni i znaczący. Martwiła się jak wytłumaczyć swoją brudną suknię. Nie wzięła drugiej na zmianę a jeszcze nie zdążyła się przebrać po powrocie do miasta. O ile w “Mewie” jeszcze na to za bardzo nikt nie zwracał uwagi to w rezycencji szlacheckiej już mogło bardziej się rzucac w oczy. Jej dwaj towarzysze byli podobnie uwaleni błotem od parokrotnych przemarszów przez mokradło jakie oddzielało las od kurhanu oraz brodzenia w trupiej wodzie wewnątrz grobowca. Ale podobnie na ten moment niewiele mogli z tym zrobić. W końcu Burgund uznała, że pójdzie i spróbuje poprosić milady o spotkanie licząc, że ta ją rozpozna i mimo wyglądu przyjmie. Z tym postanowieniem pożegnała się z dwoma towarzyszami. I widzieli jak śmiało podchodzi do solidnej bramy. Tam chwilę rozmawiala ale strażnik ją wpuścił do środka. Potem jeszcze ją widać było jak wchodzi po schodach rezydencji i znika w głównym wejściu.
            - No to jak ją ta Bretonka pozna to chyba wpuści. Ciekawe czy nas wpuści. W lesie wydawała się całkiem he he gościnna. - Lars pogłaskał się po brodzie. Ale zostało im czekanie. W tej drogiej dzielnicy parę przechodniów czy stangretów posłało im podejrzliwe spojrzenia jakby dziwił ich widok dwóch zbrojnych. Nie na tyle aby jednak zatrzymac się i wypytywać o coś. Czekali tak z pacierz, może półtorej nim zobaczyli jak łotrzyca schodzi po schodach a potem wychodzi przez bramę. Szła ku nim tak samo pewnie jak przedtem gdy ich tu zostawiała. Szybko podeszła do czekających kolegów.
            - Dobra, powiedziałem milady o co chodzi. Trochę się wzdraga aby wypuścić Annikę. Ona ma te sny co parę dni po jakich wpada w amok i pędzi przed siebie no i milady się tym martwi. Ale w końcu zgodziła się z wami spotkać. Tylko musimy wejść od tyłu. Jakby co to Pirora was przysłała aby zabrać jeden kufer do siebie. Potem Fabi zrobi scenę, że się rozmyśli i was odeśle. Ale musimy udawać bo poza Anniką i Marissą to reszta służby jest na usługach jej męża. Więc się nie możemy z nią tutaj za bardzo spoufalać. - Łotrzyca wyjaśniła im zasady tego wynegocjowanego spotkania. I widać było, że i jej, i gospodyni, bardzo zależy na pozorach.

            – Bah, cholerne zwyczaje szlacheckie – Egon fuknął sam do siebie. – Ale Annika dobrze by było, żeby poszła z nami… Rozmówiłbym się z nią o tych jej snach, jeno na moment trzeba będzie czatować, a kto wie, może i wiązać ją na czas, kiedy zapadnie do snu.

            – Mmm… Pirora nas przysłała, żeby wziąć kufer do siebie… I scenę zrobi. No dobra, niech będzie i tak. Jak to zrobi robotę, to może być.

            I dał gestem znak, że mogą iść dalej.

            - Cóż to byłaby za rezydencja szlachecka jakby każdy z ulicy mógł ot tak sobie wejść. - Burgund rozbawiła uwaga brodacza ale wydawała się być zadowolona, że zgodził się zachować pozory. Kontrolnie spojrzała jeszcze na Norsmena a ten skinął głową, że nie ma sprawy. Więc poprowadziła ich wzdłuż solidnego ogrodzenia i starannie przystrzyżonego żywopłotu jakie zapewniały domownikom ochronę i prywatność.

            Egon, Lars, Burgund i Fabienne

            Łotrzyca okrążyła kwartał aby dostać się na alejkę jaka prowadziła na tyły kamienic i rezydencji szlachetnie urodzonych. Bez wahania podprowadziła swoich kolegów do jednej z furt. Tam zadzwoniła i czekali tam chwilę. Przyszedł jakiś służący w liberii i przyjrzał im się zza prętów furty badawczo.
            - My od milady van Dyke. Po kufer. Jesteśmy umówieni. - Burgund wyjaśniła bez zwłoki, łagodnym, uprzejmym tonem. Odźwierny skinął głową ale dwóm jej towarzyszom poświęcił dłuższe spojrzenie niż jej. I wyglądał jakby najchętniej pozostawił ich za furtą. Jednak wyjął klucz i otworzył ją.
            - Proszę za mną. - Odezwał się z oschłą godnością. Łotrzyca machnęła do kolegów i posłała im uśmiech, że dobrze idzie po czym ruszyła za przewodnikiem. Jej koledzy także. Przeszli przez niewielki podjazd i tyły ogrodu. Nawet ta robocza część rezydencji von Mannliebów była bez porównania bardziej zadbana niż zabagnione podwórze apteki Sigsmundusa. Służący poprowadził ich do korytarza między kuchnią a jakimiś innymi pomieszczeniami i poprosił tak samo oschle jak przy bramie, aby poczekali chwilę. Po czym ruszył w głąb korytarza i szybko zniknął im z oczu. Nie byli jednak sami, bo dał sie słyszeć ruch i głosy, głównie kobiece. Widać praca tu trwała. W pewnym momencie ujrzeli gibką, kobiecą postać jaka przyszła korytarzem.
            - Witajcie, nasza milady cieszy się, że lady Pirora tak szybko was przysłała po te kufer. Proszę za ną. - To była kasztanowłosa Marissa. Podobnie jak Annika, wcześniej była pacjentką hospicjum. Ale podobnie jak jej milady, poświęciła się oddawaniu czci Soren. Razem z nią w pełni się udzielała podczas zabaw na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach. Teraz jednak też zachowywała pozory aby nie zdradzić domownikom, że cokolwiek ją łączy z gośćmi. Zgrabnie odwróciła się i ruszyła przodem aby ich zaprowadzić do głównej gospodyni rezydencji. I Lars i Burgund całkiem chętnie wpatrywali się w jej gibkie wdzięki, widoczne zwłaszcza jak wchodziła po schodach na piętro. Przeszli przez korytarz i pokojówka otworzyła kolejne drzwi ale tym razem stanęła zaraz za nimi, aby wpuścic trójkę gości do środka. Wtedy zamknęła za nimi drzwi i została w środku. Oni zaś ujrzeli czekającą na nich lady Fabienne.
            - Witajcie. Cieszę się, że moja droga przyjaciółka Pirora, tak szybko kogoś przysłała po ten ufer. - Bretonka mówiła z wyczuwalnym akcentem swojej ojczyzny jaki często był uważany za atrakcyjny, romantyczny i poetycki. Więc podobno na salonach niektórzy próbowali go naśladować nawet jeśli wcale nie mieli nic wspólnego z tą ojczyzną win i winorośli. Ale o dziwo, wskazała im swoim zadbanym paznokciem, na solidnie wyglądający kufer stojący na podłodze pod ścianą. - Ale teraz jak tak myślę, to zaczynam sie wahać. Może postępuje zbyt pochopnie? I powinnam to jeszcze przemyśleć? - mówiła jakby naprawdę ją naszły jakieś wątpliwości. Chociaż jej goście nie mieli pojęcia co jest w kufrze. - Oh może porozmawiamy o tym przy winie. Usiądźcie proszę. - Wskazała im na mały ale ozdobny stolik i cztery krzesła. Sama też usiadła a Marissa zaczęła rozlewać wino z butelk do smukłych, szklanych kieliszków.
            - Wybaczcie ale to konieczne. Tutaj ściany mają uszy. Naprawdę cieszę się, że was widzę. Dwa razy tego samego dnia? Szkoda, że was u Pirory nie było Mielibyśmy okazję się lepiej poznać. - Szlachcianka widocznie uznała, że już wystarczy tego odgrywania bo uśmiechnęła się do gości ciepło ale mówiła dość cicho. - Więc podobno sprowadza was moja Annika? To prawda? - zapytała patrząc po kolei na każdego z trójki gości.
            – Witaj raz jeszcze, milady – Egon skłonił się, chcąc dopełnić rytuału, który zdawał się być ważny dla szlachcianki. – Iście, prawda to. Jako żeśmy rzekli już, szukamy korabiu, żeby posłużył naszej sprawie… I tedy żeśmy uradzili, że może wypuścimy się samój po korab na rzece – Egon rzekł, nie do końca pewien, czy w istocie potrzeba było wtajemniczać milady w intymne szczegóły planu, tym bardziej, że ponoć ściany miały uszy w tym dworze. – Ale obstawy potrzeba, mężnych i walecznych. A że i Annika mogłaby się nam później przydać po wypełnieniu tej misji, tedy żeśmy po nią przyszli.

            Była to prawda. Choć Egon dowiedział się o istnieniu głazu wśród bestigorów, wojownik nie mógł nie przestać zadawać sobie pytania - czy Annika, którą raz opęta duch Pana Krwi, rzeczywiście pobiegnie w tamtą stronę? Lub też, inaczej, pobiegnie w jeszcze jakieś inne miejsce i być może tam będą mieli już jakieś wskazówki? Egon musiał koniecznie wypytać Annikę co do snów na osobności, ale to w swoim czasie.

            – Annika przyda nam się na wyprawie – dodał jeszcze, wyczekując reakcji szlachcianki.

            - Ah, te znikające na rzece korabie… No tak, Fanriel coś mówiła jak byliśmy w teatrze. Ktoś napada na załogi zdaje się. - Zadbane brwi szlachcianki powędrowały do góry i nieco zmrużyła oczy. Wyglądało na to, że też doszły ją jakieś plotki na ten temat ale bez większych detali. Opuściła głowę i przez chwilę jej smukłe palce bawiły się kielichem wina jakby pomagało jej to zebrać myśli. - Ale moja Annika wam potrzebna? Jak raz Otto ją zabrał to wróciła ledwo żywa. Tak ją pobili. A wy jak chcecie płynąć korabiem to pewnie chcecie wypłynąć za miasto. I to pewnie na więcej niż jeden dzień. - Podniosła głowę patrząc na Egona jakby potrzebowała więcej szczegółów aby podjąć decyzję.
            – Prawda to – rzekł Egon, który nie widział powodu, żeby łgać. – Zbieramy drużynę, co działać w sprawie będzie… I walka być może. Ale jeśli chcesz, będę sam ją osłaniał, żeby nie zebrała po głowie.

            I dodał:

            – Po prawdzie to i interesują mnie sny Anniki – tu pogładził brodę, nagle kalkulujący, kiedy sprawy zeszły na ten temat. – Bowiem żeśmy odkryli, że niedaleko jest głaz ku czci Norry… Wiedzieć musiałbym, czy jest tak, że ona do niego biegnie. A jeśli i tak, to jakieś sny ma… No. Jeśli na wyprawę nie chcesz mi jej dać, to daj mi chociaż z nią pogadać na ten temat.

            - Walka będzie? Oh… Ale przecież ona jest taka delikatna. - Szlachcianka aż przykryła usta swoją szczupłą dłonią i wyglądała na tak przejętą jak kwoka gdacząca nad bezpieczeństwem swoich kurcząt. Wydawała się być zaniepokojona wizją, że udział w takiej eskapadzie mógłby narazić czarnowłosą pokojówkę.
            - Z całym szacunkiem milady. Ale jeśli ona jest wybrańcem Norry czy kimś takim to jej przeznaczeniem jest walka. I jeśli przemawia przez nią wola jednej z Sióstr to kim my jesteśmy aby się jej sprzeciwiać? - Tym razem Lars postanowił się wtrącić i wesprzeć kamrata w tej prośbie. Gospodyni spojrzała teraz na niego i przygryzła wargę jakby biła się z myślami.
            - No tak, Annika ma te dziwne sny. Potem się zrywa i pędzi na oślep w jakimś amoku. Mówi, że śni jej się jakiś wielki, dziwny głaz w lesie. I, że ten głaz ją wzywa. - Bretonka pokiwała głową na znak, że też ma jakąś orientację co do nietypowych snów swojej służącej. I niepokojącego efektu jaki w niej wywołują. Biła się przez chwilę z myślami po czym podniosła głowę i spojrzała na drugą z byłych pacjentek hospicjum.
            - Marisso idź proszę zbacz jak się czuje Annika. I jeśli się czuje na siłach to poproś ją tutaj. - Wydawała polecenie pokojówce a ta pokiwała głową i wyszła z salonu.
            - No nie chcę stawać na drodze ani naszym bogom ani ich pomazańcom. Ale ona tyle przeszła i jest taka delikatna. - Wciaż wydawała się być zmartwiona niebezpieczeństwem jakie mogło sprowadzić na czarnowłosą taka wyprawa. Czekali tak parę chwil, rozmawiając o drobiazgach i popijając całkiem dobre wino jakiego nie serwowano w zwykłej tawernie. Gdy drzwi otworzyły się i do środka weszły obie służki milady.
            - Anniko, nie wiem czy się znacie. Ale to jest Egon i Lars. Bo z Burgund to się znasz przecież. - Czarnowłosa szlachcianka przedstawiła ich sobie. Co prawda spotkali sie już podczas nocy przy Zachodnich Kamieniach ale wówczas raczej się mijali. Pokojówka bez wahania popatrzyła na obu mężczyzn. Łotrzycy lekko skinęła głową w pozdrowieniu jakby faktycznie już się choć trochę znały. Teraz widząc Annikę z bliska i w świetle dnia, można było zrozumieć wątpliwości Silnego jakie co do niej żywił. Nie wyglądała na wojowniczkę. Nie była rosła ani masywna. Nawet Norma to Axe wydawała się być solidniej zbudowana od niej. Ale może to przez kolczugę i dwa topory jakie na sobie zwykle nosiła. A nie zwykłą suknię mieszczki jak pokojówka milady.
            - Egon i Lars planują na parę dni wyruszyć łodzią w górę rzeki. Być może będzie tam walka i inne niebezpieczeństwa. No i pytają czy byś chciała wyruszyć razem z nimi. - Milady przedstawiła służącej dlaczego ją wezwała. Ta wysłuchała jej uważnie po czym znów spojrzała na obu mężczyzn.
            - Naprawdę? Macie dla mnie topór? - Zapytała jakby teraz od nich chciała usłyszeć na co się właściwie zanosi. Ale nie wyglądała na zlęknioną, raczej na zaciekawioną.
            – Broń dostaniesz, pancerz też – rzekł Egon, ukazując za połami swego płaszcza swój ulubiony gudendag, którym rad grzmocił czerepy pospólstwa. – Jeśli topora ci trza, zdaje mi się, że Silny ma jakiś na zbyciu, albo i jeśli byś chciała, to sam ci go kupię na targu, jak wolisz. I pancerz się znajdzie.

            Egon, wyjaśniwszy rzecz, przeszedł do sedna:

            – Zbiera się wyprawa na korab – stwierdził. – Każde ramię, co umie walczyć, pomocne będzie, a jeśli będziesz potrzebowała, na tyłach ciebie zostawię. Będzie jeszcze Gezackt i paru, których znasz. A i o twe sny chciałem wypytać, rozumiesz… W lesie żeśmy o głazie usłyszeli ku czci Wielkiego Ogara. Obudzenie tego, który tam śpi jest dla mnie najważniejsze. On jest tym, z którego idzie cała ma siła… Tedy twoja rola jest podwójna: pomóc przy korabiu, a przy okazji zobaczymy, ile wiesz o głazie.

            - Wcale nie chcę być na tyłach. Nie boję się. - Czarnowłosa od razu się zacietrzewiła na myśl, że miałaby zostać z tyłu.
            - Nikt tego nie sugerował Anniko. Chociaż ja to bym wolała abyś się nie pakowała w jakieś niebezpieczne sytuację. - Szlachcianka westchnęła jakby naprawdę obawiała się o los czarnowłosej pokojówki.
            - Tak jak Egon mówił, jakąś broń się znajdzie jeśli potrzeba. A nam przydałby się ktoś pewny, kogo możemy zabrać w podróż na parę dni. Już mamy paru ochotników, w większości ludzie których dobrze znacie. No ale taka dziarska dziewoja też by nam się przydała. Od nas Astrid też bedzie płynąć więc nie byłabyś jedyną kobietą w załodze. - Lars też dorzucił swoje trzy pensy aby zachęcić i pokojówkę i jej panią, na wyrażenie zgody na tą rzeczną wycieczkę w głąb lądu.
            - Głaz w lesie to mi się śnił. Wzywa mnie. Ale statki to nie. - Czarnowłosa służka podrapała się po głowie jakby priorytetem było dla niej odnalezienie owego głazu Norry i trochę nie była pewna jak do tego przypasować taką rzeczną wycieczkę.
            - Jeśli czujesz zew Krwawego Ogara lub Siostry jaka mu się poświęciła to polowanie i zabijanie na pewno ich ucieszy. - Norsmen starał się dodać coś jeszcze. - No a i pewnie z łupami byśmy wrócili to jeszcze by zysk był z tego. A i milady byśmy mogli wtedy wynagrodzić za taki pomocny gest. Prawda Egon? - Zwrócił sie do kamrata jakby liczył, że zgoda szlachcianki mogłaby przesądzić sprawę. Popatrzył na niego zachęcająco aby też coś dorzucił aby przekonać bladolicą Bretonkę.

            Egon skinął głową na słowa korsarza.

            – Z interesu dochód będzie, a jakże – zgodził się Egon, który z tyłu głowy miał pomysły, jak zagospodarować okręt. – Mi też zależy na tym, żeby odnaleźć głaz – tu już zwrócił się do Anniki, po czym ciągnął: – Ale widzisz, w tym rzecz, że głaz Krwawego Boga jest strzeżony przez bestigory. I cała sprawa nie tylko na tym wisi, żeby on obelisk odnaleźć, ale też trzeba będzie się poradzić Sorii, czarownika, a wreszcie trzeba będzie zrobić zbrojną rejzę, żeby go odbić. Rozumiesz? Nie tak łatwo będzie go odzyskać, Anniko. Musimy podejść do rzeczy odpowiednio, aby nie zawieść tego, którego zwą Krwawym Ogarem. Trza nam najpierw zdobyć grosz, a potem tym groszem opłacić armię, która zdobędzie obelisk.

            Egon miał nadzieję, że wyraził się w miarę jasno. Nie był to żaden wybieg albo łgarstwo - sam bowiem sądził, że jeśli w grę wchodziły bestigory, to odzyskanie głazu będzie trudne i zrobi się przez walną bitwę, do niej zaś będą potrzebowali najemników, zbroje i miecze, a także wsparcie Gnaka. Rzeczy nie mogli w żaden sposób pokpić, podchodząc do niej nazbyt wcześnie.

            Oczywiście, sprawa larw Oster i produkcji much także zależała od tego wszystkiego. “Ano, oby tych niewolniczych łapserdaków popłynął cały strumień, bo wszyscy ich chcą”.

            - No tak, był jakiś rogacz przy tym kamieniu. Pewnie obecny strażnik. Walczyłam z nim. - Annika z powagą przyjęła słowa gladiatora. I pokiwała głową do tego co pewnie widziała w swoich snach. W końcu jakby otrząsnęła się i wzruszyła ramionami. - Dobra, mogę z wami płynąć. Może złapiemy jakąś brankę dla mojej milady? - Czarnowłosa w koncu zgodziła się wziąć udział w wyprawie. Chociaż nie było pewne czy w pełni rozumie na co się pisze. Nawet uśmiechnęła się nieco i spojrzała na siedzącą obok szlachciankę.
            - Oh, Anniko, to było takie miłe. - Bretonka rozpromieniła się jakby ta ostatnia myśl pokojówki, złapała ją za serce.
            - Fabi to by pewnie sama chętnie została taką branką. - Burgund zachihotała złośliwie pijąc do łóżkowych preferencji gospodyni. Ta roześmiała się rozbawiona jeszcze bardziej i pokiwała głową.
            - Bardzo chętnie. No ale niestety nie teraz i nie tutaj. - Obdarzyła ich trójkę ciepłym spojrzeniem jednak zrobiła wymowny gest dłonią dookoła przypominając, że nawet ona nie może się tu czuć całkiem swobodnie.
            - Kto wie, kto wie. Może się jakieś branki znajdą na tej wyprawie. Astrid przecież od początku zamierza wrócić do nas, z dorodną świtą dookoła siebie więc już się za nią rozgląda. - Lars był też zadowolony tak z humoru nowych koleżanek jak i zgody dwóch głównych zainteresowanych aby klucz Norry, popłynęła razem z nimi.
            – Bardzo dobrze – Egon skinął głową, wyraźnie rad, że sprawy się tak potoczyły. – Dobra… Szkoda dnia, a musimy jeszcze zorganizować wyprawę – rzekł. – Annika, chcesz iść z nami od razu, czy chcesz się zebrać? Nasi kamraci są w Wesołej Owcy… Będziemy na ciebie czekać.

            Uznawszy, że sprawa jest załatwiona, Egon rzucał spojrzenia to na Annikę, to na milady, chcąc rozpocząć kolejny etap - czyli pójścia do Gezackta.
            - A to kiedy chcecie ruszać na tą wyprawę? - Czarnowłosa gospodyni zapytała patrząc na nich obu na przemian. Lars wymienił się spojrzeniami z kolegą. Tak naprawdę to terminu nie mieli. Dopiero mieli w planie rozejrzeć się za jakąś łajbą płynącą w górę rzeki co by mogli się na nią zamustrować.

            Egon na to wzruszył ramionami.

            – Najpierw trza mi wiedzieć, ilu luda pójdzie – rzekł. – Nie ma siły, trza najpierw drużynę mieć, zanim się pomyśli. Z Gezacktem jeszcze chciałem gadać…

            I tu urwał. Szlachcianka miała rację, jeśli nie było kupca, to i nie było też krypy, której można było bronić albo zrabować.

            – Słusznie gadasz – rzekł wojownik. – Chciał żem najpierw ludzi mieć, ale jeszcze będziemy gadać z kupcami. Tedy Annika może zostać tutaj, póki co, dopóki do niej nie przyjdziemy. Ale raczej myślę, że długo nie zajmie.

            - No cóż, jeśli Annika chce z wami płynąć a wy chcecie ją zabrać, to nie będę was rozdzielać. - Bretonka westchnęła ale widać było, że ta zgoda ciąży na jej spokoju ducha. - Dziś jest Festag to i tak wszystko pozamykane. Ale jeśli już Annika ma płynąć z wami to kupcie jej jakis pancerz. Ja wam dam geldy ale w ogóle się na tym nie znam. - Podniosła głowę i popatrzyła na obu wojowników co w tej grupce w walce, mieli największe doświadczenie.
            - Ja znam parę sklepów. To mogę was zaprowadzić. Ale to by się Annika przydała aby wziąć wymiar. No i najprędzej jutro bo dziś to i tak wszystko będzie pozamykane. - Burgund wtrąciła się ze swoją znajomością miasta z poziomu ulicy.
            - Jak byłam z Otto to już w jednym sklepie brali ze mnie miarę. Tylko nie wiem czy już zrobili ten pancerz dla mnie. - Annika zabrała głos i pomysł o jakim mówiła nieco zaskoczył wszystkich.
            - No cóż to jakby był gotowy to by było świetnie. To by nam ułatwiło sprawę. - Lars pokiwał głową, zadowolony z takiego obrotu sytuacji.
            – Dobra, musimy jeszcze pójść do Gezackta, bo musi wiedzieć, że szykuje się interes – rzekł Egon.

            I zwrócił się do Bretonki:

            – Milady, tedy czas na nas – skłonił się nisko. – Anniko, jeśli chcesz, możesz pójśc z nami, acz pancerz i miecz dopiero sprawimy jutro, kiedy kramy zostaną otwarte. Trza nam jeszcze zgadać się z Gezacktem… Jutro zaś dopniemy wszystkiego do końca. Nie wierzę, że w porcie nie będzie ani jednego, co by nie gadał o tym, że obstawy nie chce… No. Ale to później. Idziemy w takim razie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine jako Egon Herschkel
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #307

              - No jak chcesz Anniko to idź z nimi. Poznacie się lepiej. Miasto zobaczysz. - Milady starała się uśmiechem przykryć swoje zmartwienia. Pokojówka o czarnych włosach chwilę się zastanawiała po czym dygnęła przed nią grzecznie.
              - Dziękuję milady. Skoro pozwalasz to poszłabym z nimi. Mało wychodzę z rezydencji. - Poprosiła ją a ta się zgodziła. Więc jeszcze tylko zostało im się dyskretnie pożegnać po czym Bretonka wstała i podniosła głos zastanawiając się na głos czy to aby na pewno dobry pomysł aby przekazać Pirorze ten kufer. I w końcu bardzo prosiła ją przeprosić ale jednak zmienia zdanie i pudło zostaje u niej. Za to trójka gości znów została odprowadzona przez Marissę do drzwi kuchennych. Tylko tym razem towarzyszyła im Annika. Po chwili odźwierny przeprowadził ich przez zaplecze i ogród aż wyszli przez tą samą furtę jaką ich wpuścił.

              – Ugh… – Egon odczekał nieco, aż znajdą się poza zasięgiem słyszenia odźwiernego i potrząsnął brodatą głową, wyraźnie rad, że wreszcie wyszedł z dworu. – Cholerne zwyczaje. Nie trza mi tego nic a nic. No ale… Jak trza… Dobra. Zbieramy się do Gezackta.

              Egon dał znak, żeby zaczęli iść w stronę karczmy, gdzie zazwyczaj rezydował najemnik. Po drodze jednak zagadnął jeszcze Annikę:

              – Słuchaj, opowiedz mi o tych swoich snach – rzekł Egon, który nie mógł pozwolić sobie, żeby sny o Panie Czaszek ominęły jego uszy. – Śnił ci się obelisk? Co było na nim? Wiesz o tym, że bronią go zwierzoczłeki, co nie są sprzymierzone z naszym plemieniem?
              - No tak, to nie te co były przy Zachodnich Kamieniach. Tamte to prawie jak ludzie wyglądają. Tylko dół koźli mają. A te ze snu, to miały zwierzęce łby. I wyglądały na masywniejsze i groźniejsze. Walczyłam z jednym z nich. Ze strażnikiem kamienia mojej patronki. Ona chce abym o niego walczyła. Ale nie wiem gdzie jest ten głaz. Gdzieś w lesie bo we snach ten kamień stoi w lesie. Na polanie. Przy nim jest pełno czaszek. Różnych. A na polanie pełno starych kości, broni i pancerzy. To ci co walczyli tam wcześniej tak jak ja będę. Te sny chcą mnie tam zaprowadzić. Wzywają mnie. Ale jak się budzę to niewiele pamiętam. I dalej nie wiem gdzie jest ten głaz. - Annika opowiadała prostymi słowami co jej się śni. I dało się wyczuć jej frustrację, że świadomie nie jest w stanie odpowiedzieć na ten zew. Opis głazu brzmiał podobnie do tego co Egon pamiętał z własnych snów.
              - To by pasowało do tych co podążają ścieżką Krwawego Ogara. Tam też jest pełno walki, przelanej krwi, kości i broni. Astrid pewnie niejedną sagę by mogła o tym opowiedzieć. - Lars pokiwał głową i podzielił się swoją opinią. Ale raczej ogólną a nie tym konkretnym przypadkiem.
              – Chcesz o niego walczyć sama? – brwi Egona uniosły się, patrząc na wątłą sylwetkę dziewki. – Trza ci zawalczyć o niego z nami. Po drodze do podróży na statek popasamy, to pokażesz mi, co umiesz.

              Egon wszakże nie spodziewał się, że Annika, będąc służką Bretonki, mogła wykazać się zajadłą furią - chociaż, z drugiej strony, nie tak dawno na swe własne oczy zobaczył trupa, który sam z siebie wstał z grobu, toteż, być może to także była jakaś krotochwila jego mrocznego patrona? Może Annika mogła przywołać w jakiś sposób furię, która dokaże czegoś znacznie więcej? Lub też, co bardziej było prawdopodobne, palec Krwawego Ogara dotknął ją jak wielu, pociągając w wizje krwi i rzezi bitwy? Niepodobna było przewidzieć.

              Dodał jednak:

              – Rzeknij mi, jak wyglądał ten twój moment walki o głaz. Wygrałaś wtedy? Jak wyglądał ten, przeciwko któremu wojowałaś?

              - Nie wiem czy wygrałam. Widziałam tylko, że biegnę przez las a tam wybiegam na polanę. Na tej polanie stał ten głaz. Trochę podobny do tych co byliśmy na orgii dwie noce temu. Tak postawiony pionowo. Wyższy od człowieka. Tak na dwóch, może i trzech ludzi wysoki. I taki groźny. Czarny, z czerwonymi żyłkami. I jakieś znaki na nim były. I czaszki oraz broń. Jakieś totemy i sztandary. No i ten zwierzoczłowiek. Ja szybko znalazłam jakąś broń i rzuciłam się na niego a on na mnie. Walczyliśmy. Ale nie wiem jak się skończyło bo się obudziłam. - Idąc przez miejskie ulice, Annika opowiadała co jej się śniło. Jej opis glazu zgadzał się mniej więcej z tym jaki śnił się Egonowi. Zbliżali się do pogranicza dzielnic i widać było, że tych ładnych, zadbanych, kamienic i rezydencji bogaczy jest coraz mniej.
              - Jak to ma być próba od bogów to pojedynek ma sens. Zwłaszcza jak coś od Krwawego Ogara. Jak ten zwierzoczłowiek ci się śnił to pewnie on jest strażnikiem tego kamienia. Aby zająć jego miejsce musisz go pokonać. Ale to wiesz, będzie taka walka, że albo ty jemu zetniesz łeb albo on tobie. - Lars słuchał uważnie ich rozowy a w końcu się odezwał patrząc na idącą obok dziewczynę. Sylwetką Annika raczej przypominała Burgund czy większość koleżanek z kultu. Pokojówka bretońskiej milady wyglądała gibko, młodo, żwawo i miała ładne lico. Ale na wojowniczkę nie wyglądała.

              Egon ugryzł się w język, bo już chciał wyrzec, że chętnie by chciał zobaczyć walkę wątłej dziewki z bestigorem, który zapewne zdolny byłby do wyrywania gołymi łapami ramion. Cóż - imaginował Egon - sny miały to do siebie, że mogły oznaczać wszystko i nic, toteż wojownik postanowił nie drążyć tematu absurdalnej koncepcji walki Anniki z bestigorem. Acz i w drodze po korab zamierzał nie omieszkać sprawdzić, ile walki dziewka miała w sobie - może istniał jakiś sposób, żeby wybudzić z Anniki prawdziwą furię.

              – Dobra, chodźmy do Gezackta – rzekł Egon.

              Festag; popołudnie; karczma “Trzy gwoździe”

              Egon, Lars, Burgund i Annika

              Gdy weszli do karczmy, w środku było dość tłoczno. Była to pora nieco po obiedzie ale, że był Festag, to można było pozwolić sobie posiedzieć przy stole dłużej. We czwórkę zwolnili się albo zatrzymali aby się rozejrzeć. Tam ktoś się z kimś kłócił, tu się inny kolegom coś ekspresyjnie opowiadał a ci słuchali z zafascynowaniem. Przy sąsiednim stoliku ktoś już drzemał oparty o ścianę. Czasem jak przechodzili obok stołów dało się słyszeć fragmenty wypowiedzi.
              - Mówię, wam, nie możemy tak dalej dać się tak traktować. Ta wypłata nam się po prostu należy. Ile jeszcze będziemy na nią czekać? - Rozzłoszczona kobieta w średnim wieku mówiła do swoich kamratów przy stole. Cała grupa nie wyglądała zbyt bogato. Raczej miejska biedota jak jacyś wyrobnicy czy parobki. Ale przy Festag ubrani lepiej niż na co dzień. Parę głów pokiwało mądrze głowami, zgadzając się do słów swojej liderki.
              - Ale nie możemy ingorowac słów. Słyszeliście co mówili ojciec Absalon i matka Somnium na mszy? Nawet oni. Tych snów nie można ignorować, one mają o wielkie znaczenie. - Starszy już jegomość był ubrany skromnie ale porządnie. Przemawiał do dwóch stolikow ale widać było, że zainteresowanie jest niewielkie.
              - O zobacz. To chyba ta blondyna z łukiem co tak Astrid wpadła w oko. To pewnie i Gezackt jest w pobliżu. - Lars wypatrzył młodą blonyndkę w zielonym kubraku. To chyba faktycznie była łucznczka z bandy Gezackta. Siedziała z paroma drabami ale czy to byli z ich bandy czy jacyś inni to trudno było na pierwszy rzut oka poznać. Norsmen trzepnął ramię kamrata i ruszył w tamtą stronę. Gdy za nimi rozległ się rozzłoszczony, męski głos.
              - Jak chodzisz niezdaro! Wylałaś mi piwo idiotko! - Gdy się odwrócili zobaczyli niziołka w barwnej brygantynie. Właśnie złapał Annikę za nadgarstek. Ta odwróciła sie ku niemu jakby nie wiedziała o co chodzi. Okoliczne stoliki nieco przycichły bo zaczęło się robić ciekawie.
              - Nic ci nie wylałam kurduplu. - Czarnowłosa warknęła do niego bez wahania i wyszarpnęła nadgarstek z jego uchwytu. Odwróciła się aby wznowć marsz za trójką z jaką weszła ale widać niziołek nie zamierzał jeszcze kończyć.
              - Kurduplu! Gdzie uciekasz wywłoko! Wracaj tu! Jeszcze z tobą nie skończyłem! - Wykrzyczał rozzłoszczony i cisnął w odchodzącą pokojówkę kuflem. Trafił ją w plecy. Rzeczywiscie zatrzymała się i na pięcie odwróciła się twarzą do niziołka. Bez namyslu kopnęła drewniany kufel tak, że ten trafił w obfity brzuch nizołka.
              - Zmiataj stąd zanim cię wyniosą. - Czarnowłosa warknęła jeszcze ostrzej niż wcześniej. Co wywołało salwę śmiechu. Niziołek był może od niej sporo niższy ale widać było, że miał spojrzenie zakapiora. Ona zaś wyglądała jak córka rzemieślnika która znalazła się tu przez przypadek. “Stawiam na niziołka!”, “A ja na dziewczynę!” Goście bezbłędnie wyczuli bójkę wiszącą w powietrzu i poleciały krzyki zachęty i zakłady.
              - O nie! Macie sobie coś do wyjaśnienia do wara na zewnątrz! - Barman pomachał sporą lagą aby wybić dwójce adwersarzy pomysł bójki wewnątrz jego lokalu.

              Egon spojrzał na sytuację okiem tego, który bił mordy pijaków w karczmach takich jak ta i wiedział, że cóż, raczej nic poważniejszego z tego nie wyjdzie, poza paroma siniakami. Niziołek, będąc pijany, miał znacznie mniejszą przewagę nad Anniką. W zwykłych przypadkach Egon po prostu wymierzyłby pięść w nos delikwenta i pozwolił mu się osunąć na podłogę, ale teraz… Można by przetestować Annikę.

              – Karczmarzu, poniechajcie, a jak coś zniszczą, to ja zapłacę – rzekł Egon, który, wbrew swym słowom, nie zamierzał płacić za nic. – Cham zaczepił dziewkę. Pozwólcież jej się obronić, a jak przyjdzie co do czego, to ja draba sam wypierdolę za dźwierze, bo zaczął.

              Lars stanął obok Egona i z ciekawością zaczął się przypatrywać widowisku. Burgund zajęła miejsce obok. - Jak już dzisiaj Annika wróci z obitym pyskiem to milady nie będzie zadowolona. - Mruknęła cicho aby tylko oni dwaj słyszeli. Na razie widzieli głównie plecy koleżanki. Barman po chwili namysłu odłożył lagę pod ladę. Ale minę miał mocno watpliwą. Przez te parę chwil zdążyła się zrobić spora wrzawa. Goście zeszli się do centrum sali gdzie miała się zetrzeć ze sobą dwójka przeciwników. Widowisko było o tyle nietypowe, że niziołki nie miały opinii zuchwałych wojowników. Ale wiotkie córki rzemieślników czy sklepikarzy też nie.
              - Trzeba ci było lepiej zapłacić za nowe piwo. - Niziołek warknął do Anniki unosząc pięści i zbliżając się ku niej. Ona prychnęła pogardliwie i uniosła swoje. I ku pewnemu zaskoczeniu widowni to właśnie ta wiotka, czarnowłosa dziewczyna zadała pierwszy cios. Co prawda za wysoko, jakby nie wzięła poprawki, że czubek głowy przeciwnika sięga jej może do biustu. Ale widać było, że wcale się go nie boi. To spodobało się widowni i zaczęli pokrzykiwać głośniej. A po chwili już się zaczęła regularna bijatyka. Pokojówka bretońskiej milady trafiła niziołka w pierś i w szczękę. To sprawiło, że go nieco odrzuciło do tyłu. Ale go nie zniechęciło. Zaszarżował na nią i chciał trafić w brzuch. Trochę źle to obliczył albo dziewczyna była o włos szybsza bo zeszła z linii uderzenia. W zamian kopnęła go w bok. Ale, że był w ruchu to nie był to mocny kopniak. Sprawił jednak, że niziołkiem zachiwało i wylądował na jednym stole. Otarł krew z rozciętej wargi, spojrzał na nią i na swoją przeciwniczkę. Wyglądało na to, że chyba ma dość. I większość karczemnych bójek na tym się kończyła. Jak jedna ze stron uznawała wyższość drugiej i miała dość dalszej walki. Obu stronom to najczęściej wystarczało. Ale nie Annice. Ta dopadła do przeciwnika, złapała go za przód kubraka i trzasnęła go w twarz swoim czołem. To już kompletnie zamroczyło niziołka. A przez publiczność przeszedł jęk zaskoczenia i rozbawienia. Dziewczyna złapała ze stołu za jakiś kufel i wylała zawartość na zakrwawioną twarz przeciwnika. - Tego się napij! - Krzyknęła do niego rozjuszona. Po czym grzmotnęła go tym kuflem w twarz. I jeszcze raz. I ponownie. Niziołek już nie miał sił nawet opierać się o stół więc się go puścił i poleciał bezwładnie na podłogę. Annika ze złością kopnęła go w wydatny brzuch i cisnęła w niego resztkami kufla. Po czym rozejrzała się po gawiedzi jaka ich otaczała. Miała dzikie spojrzenie jakby tylko sama czekała czy ktoś jeszcze rzuci jej wyzwanie. Zburzone w walce włosy częściowo zasłaniały jej twarz. A pokazu takiej brutalności nikt się chyba nie spodziewał po wiotkiej dziewczynie co wyglądała jak zwykła mieszczka. Śmiechy w większości ucichły i ludzie przyglądali się z zaskoczeniem i niedowierzaniem jak się skończyła ta walka. Ale teraz nikt wyzwania rzucać tej wściekłej furii nie miał zamiaru.

              Gromki śmiech Egona przeciął milczenie. Barczysty wojownik z uśmiechem na ustach ryknął w drwinie. Choć wiedzieć nie mógł, jak Annika się zachowa, to przecież sny i wizje Pana Krwi nie mogły nie znaczyć niczego. Egon dostrzegł w dziewce pewne ziarno furii, które, jeśli by tylko je pielęgnować i doglądać, mogłoby wyrosnąć w coś naprawdę niezwykłego.

              – I co, opłacało się nastawać na dziewczęta w karczmie? – zadrwił. – Sigmar cię pokarał, kurwi synu. Niech będzie to nauczką dla ciebie…

              Urwał jednak, nie będąc w stanie całkiem odpędzić świeżych wspomnień kufla lądującego na mordzie draba. Parsknął jeszcze solidnie i z uznaniem skinął głową w stronę Anniki.

              – Należy ci się nagroda… Jak dziad wstanie i będzie cię napastował, połamię mu nogi, ciekawe, jak wtedy będzie walczył… Ha-ha-ha! – Egon zaśmiał się. – Chodźmy tymczasem! Interesa czekają…

              - Wygląda na takiego co ma dość. - Czarnowłosa parsknęła z rozbawieniem. Popatrzyła ostatni raz z pogardą i wyższością na powalonego przeciwnika. Za to triumfalnie uśmiechnęła się do trójki z jaką przyszła do tej karczmy.
              - Oh Annika, byłaś wspaniała! Taka silna i waleczna. - Burgund z wdzięczną miną podeszła do koleżanki aby jej pogratulować zwycięstwa. Pokojówka bretońskiej milady zaśmiała się z zadowolenie i przyjęła jej awanse tak samo chętnie jak pochwały od Egona. Zrównała się z nimi a Lars skorzystał z tego, że obie kobiety na chwilę ich wyprzedziły.
              - No nieźle jej poszło. Ale tam przy kamieniu to pewnie będzie coś więcej niż pijany niziołek. - Widocznie Norsmen, podobnie jak Egon, nie uważał pokonanie takiego napastnika za jakiś niezwykły wyczyn. I liczył się z tym, że przy kamieniu Norry, czeka na Annikę o wiele większe wyzwanie. Ale na razie nie chciał psuć jej aury zwycięstwa jaka chwilową ją otaczała. A i Gezackt się znalazł. Też przyszedł ze swoimi chłopcami obejrzeć widowisko.
              - A, to wy. To ona jest z wami? - Herszt zbirów dostrzegł ich prawie w tym samym momencie. Przy nim rozpoznali włócznika Szybkiego i łuczniczkę Martin. Pewnie więc sąsiedzi też byli z jego bandy. Ale wszyscy też byli podekscytowani tą krótką ale zaskakująco brutalną bójką. I byli ciekawi, czy ta czarnowłosa, szczupła dziewczyna co właśnie tak sprała bezczelnego niziołka jest razem z nimi.

              Egon nie mógł nie przyznać racji Larsowi - pokonanie pijanego dziada w spelunie było niczym w porównaniu z walką z bestigorem, jednak, cóż, jakieś zaczątki wojownika dziewka w sobie miała, a to było ważne. Egon zastanawiał się… Co, jeśli poradzić się lady Sorii - kiedy już będzie - lub też czarownika? Czy fakt, że Annika miała sny oznaczał, że w istocie mogła stanąć przeciwko bestigorowi?

              – Stawiam piwo za was, przyjaciele – Egon klepnął karczmarkę w zadek i zamówił piwo dla wszystkich. – Siadajcie, panie Gezackt… Interes mam. Jesteście zainteresowani?

              - Pewnie, dawajcie do nas, miejsce się znajdzie. - Gezackt roześmiał się i wskazał w stronę stołu gdzie przed rozróbą z Larsem dojrzeli jasną czuprynę Martin. Teraz całą gromadą przeszli w tamtą stronę. I dało się wyczuć, że Annika stała się chwilową sensacją. Nawet kelnerka jaką gladiator klepnał w tyłek pisnęła z zaskoczenia i odwróciła się gwałtownie w jego stronę z gniewną miną. Ale jak zobaczyła albo jego albo czarnowłosą jaka szła razem z nimi to od razu zmiękła. Na razie jednak usiedli na ławach przy prostym ale solidnym stole jaki zajmowała banda oprychów. Wróciła ta sama kelnerka i przyniosła im kufle z piwem. Ale jak stawiała wino przed Anniką to wymownie nachyliła sie ku niej, że gladiator i sąsiedzi bez trudu mogli zajrzeć w jej przyjemnie dla oka wypełniony gorset. To co dopiero Annika.
              - A ten jest ode mnie. Ten muł naprzykrzał się dzisiaj nie tylko mnie. To dobrze, że ktoś dał mu popalić. I do tego taka piękna kobieta. - Kelnerka wydawała się być zachwycona wyczynem czarnowłosej i patrzyła na nią jak na bohaterkę. Lars i Gezackt zaśmiali się rubasznie szczerze rozbawieni tą sceną.
              - To nic takiego. To zwykły gbur. - Annika wzruszyła ramionami ale widać było, że takie komplementy sprawiły jej przyjemność.
              – Drab połamał się jak patyk – Egon trzasnął sam palcami, mimo woli wyobrażając sobie bitkę. – Dobra…

              Egon odczekał parę chwil, aż dziewka karczemna wypełni swe powinności i przeszedł do interesów:

              – Jak żem rzekł, panie Gezackt, okazja będzie. Korab przydybać będzie sposobność, a jakże. Wchodzisz w to? Część zysków dla ciebie, normalna sprawa.

              Egon zamilkł na chwilę, oczekując reakcji Gezackta.

              - Korab przydybać? Ale jak? Przecież na morzu to one cały czas gdzieś płynął. To jak tu do takiego podejść? A w porcie no to w porcie. Całe miasto patrzy. Chyba, że jakiś fortel macie. No my to są szczury lądowe to na morze nam niezbyt chętno się pchać. Na lądzie, na traktach, w miastach, po wioskach zwykle działamy. Nawet w lasach ale wiadomo, w głębię się lepiej nie zapuszczać. - Drab podrapał się po szczeciniastym policzku i najpierw chciał więcej informacji. Chociaż z góry zaznaczył, że on i jego banda doświadczenia morskiego nie mają.
              – Słyszałeś wszak, że jest takie miejsce na rzece, gdzie statki wypływają i później zostają same i puste. Na rzece Salt. Onuż, widzisz, to pierwsza rzecz - poza miastem, nie na morzu, jeno na rzece, toteż mniejsze ryzyko. Chcieliśmy w rzecz się włączyć, rozumiesz… Weźmiemy grosz jako najemnicy do ochrony statku i przepłyniemy ten odcinek, co ponoć niebezpieczny jest. A na samym końcu gracko spętamy załogę i wypłyniemy razem. Wiem, że pływać nie umiesz… Ale Larsa mam. A i kiedy już znajdziemy kupca, co chce obstawę, moglibyśmy pomyśleć o dwu albo trzech luda, żeby zamustrować statek na wszelki wypadek, kiedy tamci nie będą chcieli po dobroci oddać krypy.

              – Sens tego wszystkiego jest taki, że jak już będziemy mieć korab, to nasze zyski łatwo popłyną, bo będziemy mogli brać łyczków na całej szerokości wybrzeża i raptem uciekać w morze. A tak musielibyśmy ich tachać lądem. Co rzekniesz?
              - A, że na rzece. - Herszt pokiwał głową ze zrozumieniem. - A na rzece to co innego. Tam do brzegu jest dużo blizej. I sztormów nie ma. I fale mniejsze. Nie to co na morzu. - Widać było ulgę na jego twarzy jakby był szczurem lądowym któremu morze kojarzy się obco i wrogo. Lars uśmiechnął się tylko ale ten stary wilk morski powstrzymał się od komentarzy.
              - Aha to chcecie zabrać się na taką barkę, popłynąć w górę rzeki a potem… - Po chwili Gezackt oswoił się z tym pomysłem, że zajął się rozważaniami o jego kolejnych elementach. Popatrzył po swoich banitach jakby sprawdzał ich reakcję. - Czekaj… Ale to to jest to łapanie branców co mówiłeś wcześniej? Czy to ze statkiem to co innego? - Odwrócił się do Egona jakby chciał uściślić czy to poprzedni plan ewoluował czy to jakiś nowy.
              – Część tego – potwierdził Egon. – Oto widzisz, ja bym chciał sprawę rozkręcić na całego… Nie jakieś tam jazdy po wsiach i telepanie się po szlakach, bo to wcale nie łatwe jest, a i mogłoby być tak, że ktoś nas ostatecznie przydybie… Jak byśmy mieli łódź, to szłoby wypuszczać się od strony wybrzeża na wszystkich jak leci i od razu byśmy mieli punkt, gdzie możemy uciekać i ładować, albo od razu handlować nimi z kupcem – Egon zatarł ręce, mówiąc o planach. – Temu widzisz, chciałbym zrobić to w taki sposób, żeby było dobrze.
              - Ale tym zajmiemy się później. Na razie organizujemy wycieczkę w górę rzeki. I tak jak Egon mówił, zamustrujemy się na statek co będzie płynął w głąb lądu. Nas jest już paru to i od was by się paru przydało. A potem się zobaczy. - Widząc, że Gezackt znów zrobił niewyraźną minę na pomysł o buszowaniu statkiem wzdłuż wybrzeża, Norsmen przyszedł w sukurs gladiatorowi. Starał się skupić na tym pierwszym kroku o jakim mówili. Teraz herszt bandy pokiwał głową z uznaniem. Widocznie rzecznej wycieczce był dużo bardziej skłonny powiedzieć “tak” niż morskiej.
              - No to na razie w na jakąś łajbę co płynie w górę rzeki? A potem zobaczymy? - Upewnił się a Lars pokiwał głową. Lider pstrokatej milicji popatrzył jeszcze sondująco na swoich ludzi. Co do rozbojów i łapania brańców widać coś nie mieli oporów tak jak na myśl o podróży przez morskie fale. Widać było, że kilka głów lekko skinęło. A inne nie wyrażały sprzeciwu. - No dobra, czemu nie. To ilu od nas potrzeba? Ja mogę płynąć. Potrzebujecie bardziej strzelców czy wojowników? - Gezackt uśmiechnął się jakby był gotów przyjąć takie warunki umowy. I wskazał na swoich ludzi. Rzeczywiście większość z nich walczyła toporami, pałkami i szablami ale też było paru łuczników i włóczników.
              - Jakby przyszło do abordażu to by lepiej mieć wojowników. Ale zanim by przyszło do abordażu to dobrze by było ostrzelać tą drugą łajbę czy co to tam będzie. U nas to Zog i Astrid mają łuki. Ale walczyć bronią też mogą. - Lars podsumował ich dotychczasowych ochotników i w końcu popatrzył pytająco na Egona jak ten się zapatruje na pytanie ich nowego wspólnika.
              – Weź strzelców – rzekł Egon, wiedząc, że Silny, Rune, on sam i Astrid stanowili aż nazbyt solidną linię frontową. – Zrobimy tak: wkrótce wrócimy tutaj ze zleceniem… Jutro może, bo dziś zamknięte wszystko. Najdalej pojutrze, ani chybi. Jeśli od razu nie uda nam się zyskać zlecenia, pójdziemy nałapać lądem, a jak dostaniemy, to od razu przejdziemy do tego planu.

              Egon uderzył pięścią w wewnętrzną stronę dłoni, na znak, że plan był stabilny.

              – Czy jasne? – zapytał, wydawało się bowiem, że Gezackt i jego ludzie byli już poinstruowani. – Bądź gotów, nie wiem jeszcze, jak z czasem to wyjdzie… – dodał Egon, który zdał sobie sprawę, że rejza rzeczna mogła być dopiero na kolejny dzień lub kiedykolwiek indziej.

              I, pogładziwszy się po brodzie, dodał jeszcze:

              – Rzecz jeszcze chciałbym obgadać… Jeśli by i się tak zdarzyć miało, że w ląd musimy się puścić, masz jakie kryjówki, gdzie można by brańców ukryć? I, rzeknij mi jeszcze jeno, ile chcesz złota za udział w imprezie?

              - No dobra to wezmę dwóch łuczników. - Herszt pokiwał głową i popatrzył po swojej bandzie jakby już ich w myślach dobierał na wyprawę. - A pewnie, jutro czy pojutrze. Nam pasuje. Na razie nigdzie się nie wybieramy. - Zgodził się także na propozycję ponownego spotkania. Termin więc też mu musiał odpowiadać. - A jakaś kryjówka… No jest w lesie taka jaskinia… Ale to trudno wytłumaczyć z miasta jak jej nie znacie. Tylko jedzenie trzeba by im donosić. To z pół dnia marszu od bram miasta. - Popatrzył czy nowym wspólnikom pasuje taka lokalizacja na improwizowany loch dla więźniów. - A ze złotem to chcę dla mnie i moich ludzi piątą część łupów. - Podał też swoją cenę, już od razu za całą grupę jaka zamierzała się udać na wyprawę.
              – Brzmi dobrze – Egon pokiwał głową, stwierdziwszy, że cała rzecz była uczciwa. Ledwie piąta część z doli to było aż zanadto. – Ustalimy zatem, że co piąty jest twój albo twoja, jak piczkę mieć między nogami – Egon prychnął z dodanego przez siebie żartu. – Żarcie się znajdzie, ale trza też wiedzieć, że kiedy będą w jaskini, to trzeba będzie też zaopatrywać naszych, bo ktoś będzie musiał tego wszystkiego pilnować. Musisz też wiedzieć, że może być tak, że nie od razu grosz za nich weźmiemy, po temu mówię: co piąty twój, będziesz sobie z nimi mógł zrobić, co zechcesz, nawet przehandlować, jak masz swoje dojścia.

              Tu Egon przystanął.

              – Handel żeśmy chcieli z Munirem robić, kupiec z dalekich krain – wyjaśnił. – Ale jak znasz kogoś, to będzie i po naszej myśli, nie trza nam się wieszać rękami i nogami na tym południowcu… A kto wie, może i ugramy lepszą cenę, jak będzie wiedział, że ma konkurencję? Ha!
              - Za piczki między nogami zwykle dostaje się mniejszą cenę. Najdrożej idą młodzi, zdolni do pracy mężczyźni. Ale jeśli wolałbyś dziewoje to możemy się nimi podzielić. - Lars wtrącił się do rozmowy informując nowego wspólnika jakie są tentendjce w handlu niewolnikami. Zresztą niedawno coś podobnego mówił też gladiatorowi. Gezackt popatrzył na nich obu i machnął pogardliwie ręką.
              - Jak masz monety to wino i chętne dziewoje się znajdą. - Zaśmiał sie rubasznie a jego banda, Lars i Burgund mu zawtórowali.
              - Oj to prawda. - Łotrzyca pokiwała głową na znak zgody. A w końcu była dawną ladacznicą co nadal miała szerokie kontakty w zamtuzach i tawernach. A w takich przybytkach żołdacy i marynarze zwykle wydawali swój żołd.
              - A tą jaskinie to my możemy pilnować. Tylko jak to coś na dłużej to jakieś kraty trzeba by tam zbudować. To by łatwiej było trzodę pilnować. Wystarczyłoby pewnie paru ludzi. To nie aż tak daleko od miasta, to by mogli się zmieniać. No oczywście zależy ilu by tej trzody było. Im więcej to więcej żarcia i uwagi by potrzeba. - Herszt bandy okazał się całkiem obrotnym człowiekiem i póki co nawet mu brewka nie drgnęła przed zabieraniem się za handel żywym towarem.
              - Zbić kraty z jakiś młodników ściętych w lesie to żaden problem. Chociaż zajmie nieco czasu. - Lars wydawał się być dobrej myśli co do tego usprawnienia jaskini. A herszt pokiwał mu głową, że ocenia sprawę podobnie.
              - I jasne, jak macie kupca to mogę mu opylić swoją dolę. Ja sam to gadałem z jednym z rządców tartaku. Płakał, że ma więcej drzewa do rżniecia niż rąk do pracy. To może by wziął jakichś do rżnięcia i rąbania. - Po chwili namysłu Gezackt przypomniał sobie, że może by miał jakiś rynek zbytu na siłę roboczą chociaż pewny tego nie był.
              - Jak jakieś gładkie dziewuszki, to można by w zamtuzach i tawernach popytać. Ale dobrze aby choć trochę chciały tak pracować. To się wtedy mówi, że muszą karczmarzowi czy burdel mamie dług odpracować i tak to leci. Czasem tak się robi z dziewczynami co przyjeżdżają do miasta pracy szukać. Chociaż z parobkami czy tragarzami w porcie też. - Burgund podpowiedziała kolejne lokalne rozwiązanie chociaż raczej detaliczne i nieco czasochłonne.
              – Dobra… Czyli postanowione? – zapytał Egon. – Zda mi się, że klepnięte wszystko!

              Zatem plan był następujący: jutro z rana wyposażą Annikę w zbroję i jakąś broń, zapewne topór ku czci Pana Krwi, a potem poszukają kogoś, kto szuka obstawy na przeprawę przez rzekę. W zależności od tego, czy potrzebują wybyć natychmiast lub też na kolejny dzień, zamierzał udać się albo na wyprawę lądową, albo natychmiast ruszyć rzecz z polowaniem na korab.

              Rzekł jeszcze do Larsa:

              – Koniec końców będziemy my, Annika, Silny, Rune, ale też i Astrid, Zog, Bjorn… No i Gezackt. Jedenastu, jeśli dobrze liczę, z czego siedmiu wręcz, pozostali to strzelcy. Styknie, żeby opanować okręt… Zda mi się wszakże, że najtrudniejszy interes to nie będzie wcale opanowanie statku, a wypłynięcie nim na jakiś bezpieczny teren, żeby rzecz ogarnąć.

              – Widzisz… Pomyśl tak: statek opanujemy, i cóż dalej? Załogi szkoda, można by ją spożytkować do płynięcia dalej lub i też moglibyśmy z czasem zrobić z nich brańców i potem zamustrować krypę naszymi. Jak rzekniesz, może moglibyśmy schować statek gdzieś w jakiejś odnodze rzeki albo zaraz przy wylocie na morze, zamustrować go naszą załogą, a potem moglibyśmy cumować na jakiejś wysypce albo tam, gdzie żeśmy się z Munirem spotkali – dał pomysł Egon. – Umiałbyś nami pokierować, żebyśmy statkiem jakoś przepłynąć umieli?

              - Spokojnie druhu, nie licz ran na trollu póki nie odrąbiesz mu łba. - Lars stuknął się kuflem z gladiatorem i upił z niego łyk. - Nie wiemy jeszcze na jaką łajbę trafimy. Nie wszystkie co pływają po rzekach, nadają się do pływania po morzu. Na rzece przydaje się małe zanurzenie. Wtedy można łatwiej omijać płycizny i mielizny. W razie czego przeciągnąć przez nie. Jednostka jest wtedy bardziej wywrotna ale na rzekach zwykle nie ma takich fal jak na otwartym morzu. Na morzu zaś, lepiej się sprawdzają głęboko zanurzone krypy. Wtedy są stabilniejsze, trudniej się poddają falom a i ładownie są głębsze a więc i większe. No ale trudniej się nimi pływa przez mielizny. Nie da się dobić do piaszczystego brzegu tylko trzeba łodziami podpływać. Widziałeś kogę Munira? Nie była zakotwiczona przy samej wyspie. Musieliśmy do niej podpłynąć jeszcze kawałek. Nasze długie łodzie nadają się i do na morze i na rzeki. Ale wy tutaj na południu budujecie swoje statki inaczej niż my. Właśnie dlatego, za płytko dla takiej kogi przy takiej płyciźnie. Więc to najpierw musimy zobaczyć na jaką łajbę się dostaniemy. I jaką zdobędziemy. - Norsmen pozwolił sobie na nieco dłuższą wypowiedź dotyczącą różnicy między rzecznymi a morskimi jednostkami. A przez to, że w tej chwili nie wiedział na jaką trafią to wolał się jednoznacznie nie wypowiadać co do jej dalszych planów.
              - Ale jakby już mieć łajbę rzeczną to trzeba by albo ją gdzieś opchnąć i kupić inną. Albo skitrać tak jak mówisz. Jak to drugie to albo na rzece albo zatoce. Może gdzieś w jej pobliżu. Ale ja tych wód nie znam, trzeba by pogadać z tubylcami czy są tu takie kryjówki. Jakieś starorzecza czy dopływy rzeki. A jakby morska łajba się trafiła to lepiej bo swobodnie będzie można wypłynąć z zatoki na szerokie wody. Wtedy to prędzej na wschodnim wybrzeżu. Tam są klify to może i jakaś zatoka się trafi. A jakby na rabunek pływać to już mniejsza z tym, w obie strony można. Na wschód aż do Erengradu i na zachód aż do Marienburga, nie ma większych miast. No w Ostlandzie jest ten Salkaten ale to nie to co te dwa wielkie porty. Jak rabować to wioski przy brzegu, tak aby nocą przybić i na góra parę dzwonów marszu obrabować aby o świtaniu wrócić z powrotem na statek. - Wyjaśnił jak sobie wyobraża takie morskie łupiestwo wzdłuż wybrzeża. Mówił jakby już miał takie doświadczenia na koncie.
              - Ale jak na dłużej to tak, trzeba by załogę zwerbować. Wiesz, teraz jak jest na dzień czy dwa to nas, parę osób do obsługi łajby powinno wystarczyć. Jak żaglowa to mniej. Jak wiosłowa to więcej osób trzeba. Na rzece często są wiosłowe albo mieszane. No i do bitki i łapania, potem pilnowania brańców też są potrzebni ludzie. Ale to już będziemy się martwić jak będziemy mieć łajbę. - Zgodził się też, że obecny, żeglarski skład ich wycieczki jest raczej na krótką metę. I na dłuższą też trzeba będzie pomyśleć o powiększeniu zaufanej załogi.
              – Taa, jasna rzecz – Egon skinął głową.

              Wojownik zgadzał się z korsarzem - uważał, że miał rację, że nie było sensu martwić się na zapas, choć z drugiej strony, fakt, że próbował uporządkować rzecz przed tym, kiedy się wydarzyła, zwiększał szanse na jej powodzenie.

              – Dobra… To stawiam wszystkim piwo, na to, żeby się interesy wiodły! – Egon zawołał do wszystkich i skinął na karczmarkę.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell jako Heinrich von Achterberg
                Moderator Obsługa
                napisał ostatnio edytowany przez
                #308

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
                Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)

                Msza w świątyni Mananna

                text alternatywny

                Heinrich von Achterberg

                Heinrich siedział w kościele wyraźnie zamyślony, choć nie pozwalał swoim przemyśleniom zagłuszać słów niegdysiejszych sojuszników wiary. Przyszło mu na myśl, że wydarzenia zatoczyły koło i teraz ironicznie te same błędy powtarzały jakie wykorzystywał będąc wciąż po "prawilnej stronie". Nie było oczywiście sensu w oczekiwaniu innego działania ze strony istot jakich sens myśli wykraczał poza śmiertelne pojmowanie gdy ich wręcz obce zrozumieniu plany przekraczały zdolności poznawcze zwykłego człowieka, jednak Heinrich nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w pewien sposób sabotowały te plany same siebie.
                A może on po prostu wpadał w pułapkę własnego śmiertelnego ograniczenia. Siostry nie były tymi samymi istotami, jak w legendach się pojawiały i wszelkie problemy z tym związane kultyści musieli przenieść na swoich barkach.

                Zaś były Łowca Czarownic musiał dzięki swojemu doświadczeniu spróbować jak najdalej odsyłać zagrożenia, w jakie mógłby kult wpaść podążając tymi samymi ścieżkami przez niego eksploatowanymi by takich wykorzeniać.

                Próbował zbyt mocno nie rozważać jednego ze snów, jaki go ostatnio nawiedził. Jego najgorszą istotą była niepewność. Jakiś strach kroczący po stojących na sztorc włosków na skórze karku. Nie ufał bezgranicznie Merdze, czy to tej żywej, czy to tej wyśnionej, ale w jakimś stopniu wierzył, że bezcelowa szkoda kultu nie sprzyjałaby jej planom, Merdze lub Veście.

                Musiał silnie ugryźć się od środka w policzek i spuścić głowę modlitewnie by wręcz nie uśmiechnąć się do swojej myśli w rozbawieniu ironią losu, gdy doszło do niego, że próbuje zrozumieć plany magów Tzeentcha.

                Oszalejesz niedługo.

                Heinrich i Pirora po mszy

                - Twoja szybkość działania odbiera mi dech z piersi, moja pani. - Von Achterberg skłonił się szlacheckim gestem - Mam nadzieję, że nie sprawiłem żadnej nieprzyjemności moją prośbą? - zapytał tak naprawdę nie oczekując odpowiedzi per se, a jedynie bawiąc się towarzyskimi słówkami.
                - Nie, nie przejmuj się tym. Akurat szczęśliwie się złożyło, że Petra jest moją koleżanką i to taką co pomaga jej w jej tajnych schadzkach. No i jest też koleżanką Kamili, jest prawie co tydzień na jej wieczorkach poetyckich. Poza tym też uwielbia lady Odette a lady Soria jak się dowiedziała o zainteresowaniach Petry to też się nią zainteresowała. - Priora uśmiechnęła się krzywo ale z rozbawieniem. Wyglądało na to, że nawet jak córka profesora artylerii nie należała do spiskowej rodziny to i tak poruszała się po podobnej orbicie co Averlandka i miały wspólnych znajomych. - No i dziś Festag. Więc była okazja się spotkać a jak zaprosiłam Odette do siebie to Petra ma oficjalny pretekst aby mnie odwiedzić po mszy. - Uśmiechnęła się nieco szerzej, zdając sobie sprawę, że w towarzystwie wywołałoby sensację i niezdrowe zainteresowanie gdyby młoda szlachcianka obwieściła chęć spotkania z innym mężczyzną niż jej ojciec, mąż lub ktoś z bliskiej rodziny. I takie towarzyskie spotkania z koleżanką, pomagało im obu to zamaskować.
                - Niemniej wielkie podzięki z mojej strony posyłam w twą oraz lady Sorii. - delikatnie uniósł dłoń Pirory i samemu ukłonem doń zbliżając usta wykonał ten dość wyrafinowany z wyższych klas pocałunek na skórze, jaki pocałunkiem per se nie był, a jedynie muśnięciem warg - Wasza pomoc uczyniła jakiekolwiek moje zamysły odnośnie Petry o wiele łatwiejsze do wykonania.
                - Przecież jesteśmy rodziną. Powinniśmy sobie pomagać. - Pirora odpowiedziała uprzejmie ale z ciepłym uśmiechem. Widać było, że komplementy i szarmanckie zachowanie starszego kolegi sprawiło jej przyjemność. - Lady Soria mnie poprosiła o pomoc jak już wiedziała, że nie będzie z nami wracać do miasta a od nas to chyba ja się najlepiej znam z Petrą. Fabienne też ale chyba nie aż tak. - Wyjaśniła z uśmiechem jak przez pośrednictwo wężowej milady, dowiedziała się o prośbie Heinricha dotyczącej jej koleżanki. - To rozumiem, że zjawisz się u mnie po mszy? - Wróciła do ustalania detalów nieformalnej schadzki kolegi z jej koleżanką.
                - Oczywiście. - odpowiedział bez wahania - Jak w ogóle bym mógł pogardzić, jak już się udało?
                - Dobrze. - Averlandka uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Jak chcesz to możesz pójść do mojego powozu i wrócimy razem. Ja chcę wrócić jak najszybciej, zanim reszta przyjedzie. Mam tylko jeszcze tutaj, parę spraw do załatwienia. Reszta pewnie będzie z czasem się schodzić. Lady Odette jak widzisz, pewnie pierwsza nie przyjedzie. - Teraz mówiła szybko, dając znać, że czas ja nagli. Ale na chwile się zatrzymała aby posłać krzywy uśmieszek w stronę najgęstrzego tłumu gdzie przebywała sławna diwa. - Jak już wszyscy albo prawie, będą to będzie śniadanie u mnie w salonie. Postaram się was posadzić obok siebie. Chyba, że wolisz od razu małe spotkanie we trójkę. I tak mam dla was przygotowany mały salon. - Starała się szybko ustalić detale przyszłego spotkania.
                - Byłoby lepiej z takim spotkaniem we trójkę wpierw. Bym mógł zaskoczoną Petrę wpierw obadać w kontrolowanym środowisku, nie wystawiając jej na zawstydzenie w towarzystwie.
                - Zapewne. - Brwi młodej Averlandki o nieco piegowatym licu, uniosły się gdy trawiła ten pomysł pod swoją ufryzowana blond czupryną. - Tylko to by musiało być krótkie spotkanie przed śniadaniem. Sam rozumiesz Heinrich, że jako gospodyni nie wypada mi się nie pojawić na tym śniadaniu. Jak będzie po to będę mogła wam poświęcić więcej czasu. Reszta pewnie i tak zajmie się sobą ale już nie w salonie. - Przedstawiła mu jakie widzi rozwiązania dla zagadnienia o jaki rozmawiali.
                - Nawet nie myślałem o długim spotkaniu. - uspokoił - Ot, by przeżyła zrozumienie mojej obecności i miała czas sobie je w główce ułożyć. Może być wręcz jak niespodzianka dla niej, że ja też się u ciebie znajduję, w końcu nie oczekuje, że mnie zobaczy.
                - No nie, nie powinna. Nie byłam pewna czy przyjdziesz więc nic jej o tobie nie mówiłam. Obiecała jej możliwość rozmowy z lady Odette. Petra jest zachwycona jej talentem. Nawet była wtedy wieczorem w teatrze ale przyszła z ojcem więc byli tylko na tej oficjalnej części. Ah no tak, ciebie wówczas też nie było… W każdym razie nie spodziewa cię ciebie a raczej możliwości poznania naszej pięknej i utalentowanej śpiewaczki. - Młodsza koleżanka z kultu, uśmiechnęła się gdy przyznała, że córka profesora artylerii chyba faktycznie nie powinna się spodziewać spotkania z Heinrichem. - Dobrze to jak ci to nie przeszkadza to możesz pojechać moim powozem. Bo będę starała się wrócić do domu przed wszystkimi. Ojciec pewnie przywiezie Petrę swoim powozem. Jak już oboje będziecie to postaram się was przedstawić. A później pewnie zaproszę was na śniadanie. I jak będziecie mieli ochotę na kontynuację rozmowy to najwyżej pójdziemy we trójkę do małego salonu. - Blondynka wygladała na zadowoloną, że wreszcie mają ustalone te potrzebne do spotkania szczegóły.

                Heinrich spotyka garncarkę

                Mężczyzna nie oczekiwał jej tak naprawdę, choć z drugiej strony mógł się jej spodziewać w tym dniu. Zapomnieli o Festag, prawda.
                - Teraz po mszy idę w goście, więc musiałoby spotkanie poczekać na później, o ile to nie byłby wielki problem dla pani. - wytłumaczył przepraszającym tonem - Nie wiem dokładnie ile mi zejdzie, niestety.
                - Rozumiem. - Rzemieślniczka pokiwała głową jakby rzeczywiście jej to nie dziwiło ani nie gniewało. - W takim raziem ja i moja misa z robakami poczekamy na ciebie sąsiedzie. Na razie jest moja, twoja będzie jak ją kupisz. - Znów uśmiechnęła się tym ironicznym grymasem jakim go obdarzała wczoraj w warsztacie a jeszcze wcześniej w snach. - Ja mieszkam nad warsztatem. Jak się skończysz gościć to zadzwoń. Zejdę do ciebie i wpuszczę cię do siebie. I zobaczymy czy uda nam się dogadać. - Skinęła głową do swojej propozycji. To wcale nie była taka rzadka sytuacja, że rzemieślnik czy sklepikarz, mieszkał w tej samej kamienicy gdzie na parterze pracował.
                - Przyjdę jak będę wolny. Postaram się nie być w gościach zbyt długo.
                - No dobrze sąsiedzie. To jesteśmy umówieni. Jak nie dasz rady to trudno. Najwyżej przyjdziesz po tą misę jutro. Tylko jutro jest zwykły dzień więc mogę być bardziej zajęta niż dzisiaj. - Garncarka pokiwała głową i wydawała się wciąż być w dobrym humorze. A na razie była gotowa się pożegnać ze swoim sąsiadem.
                - Jesteśmy umówieni. - przyznał Heinrich i pożegnał się z kobietą niższego stanu może nie tak szarmacko jak żegnałby się z Pirorą, ale mimo to uprzejmie, jak na własne wychowanie należało.

                Festag; ranek; kamienica Pirory

                Heinrich, Pirora i Petra

                Propozycja Pirory była na tyle wygodna, że rozwiązała byłemu łowcy heretyków sprawę transportu na Bursztynową. Po prostu wsiadł do jej powozu gdy już pożegnał się ze swoją sąsiadką z gminu i odjechali spod świątynnego muru. Większość powozów i tłumu wciąż jeszcze tam pozostała. Więc zapowiadało się, że wrócą do kamienicy jako jedni z pierwszych. Co zresztą było celem młodej Averlandki. Powóz zatrzymał się przed frontem budynku i oboje wyszli na bruk aby po chwili znaleźć się wewnątrz. Chociaż Heinrich bywał tu już wcześniej to jednak z powodu choroby jaką ostatnio przechodził to ostatnio także i te wizyty domowe go ominęły. Znał trasę do salonu na piętrze gdzie zwykle biło towarzyskie serce różnych spotkań. I tym razem blondynka go tam zaprowadziła. W środku był długi, nakryty obrusem stół. A na nim naczynia i zastawy czekające na licznych gości.
                - Tu będzie śniadanie. A teraz chodź, pokażę ci mały salon. - Averlandka poprowadziła go dalej w głąb korytarza. Do o wiele mniejszego ale gustownie urządzonego pokoju. W sam raz na kameralne spotkanie o mniejszej skali. - Wolisz poczekać tutaj czy w salonie? Na razie przyjechaliśmy pierwsi to jeszcze nikogo nie ma. Ale niedługo powinni się zacząć zjawiać. - Pirora mówiła szybko ale uprzejmie. Widać było, że spodziewa się gości w każdej chwili ale na razie byli tu tylko we dwójkę i obsługa jaka korytarzami znosiła ostatnie potrawy do salonu.
                Heinrich uprzejmie rozglądał się po pomieszczeniu, nie będąc natarczywym gościem poszukującym każdy z kątów mieszkania gospodarza.
                - Wolę poczekać tutaj. Nie będę wchodził w drogę krzątającej się służbie. - wybrał i dodał - O ile mnie pamięć nie myli, uczestniczyłem w zabawie w... - zastanowił się - ...loszku? Był też Otto i Joachim. - przypominał sobie.
                - Tak, już raz mnie zaszczyciłeś swoją wizytą w loszku. Jest na dole, w piwnicy. - Zadbane brwi szlachcianki nieco się uniosły w grymasie zdziwienia a głos zrobił się cieplejszy. Widać przyjemnie zaskoczyło ją to ostatnie pytanie starszego kolegi. - Jakbyś chciał dziś skorzystać to oczywiście jesteś zaproszony. Choć uprzedzam, że dziś będzie raczej skromnie. Towarzystwo rozsypało nam się po mieście i pokojach. - Uśmiechnęła się przepraszająco na to, że dziś w loszku może nie być tak tłoczno jak zazwyczaj.
                - Dnia dzisiejszego bardziej mam oko na profesorki owoc, niekoniecznie ze strony samych aktywności loszku. - wyjaśnił - Choć zdarzyć może się wszystko, zależy od rozwoju wypadków.
                - Na Petrę? No coz, ona chyba nie powinna wiedzieć o moim loszku. A jeśli wie to skutecznie udaje przede mną, że nie wie. Zastanawiałam się z lady Sorią i Fabienne czy jej nie wprowadzić głębiej w nasze zabawy. Ale na razie było tyle na głowie, że zostało bez zmian. - Gospodyni wyjaśniła Heinrichowi jak to jest między nią a koleżanką o jakiej rozmawiali. - Dziś lady Sorii raczej nie będzie. Burgund, Egona i Norsmenów pewnie też nie. Nawet jak z rana ruszą do miasta to wątpie aby zdążyli wcześniej niż na obiad. Więc raczej się ich nie spodziewam. Lady Odette, Fabienne, Otto i jedna ladacznica jaką sobie zamówiła nasza diwa, mają zamiar zabawiać się z robalami. Więc poprosiłam ich aby sobie wzięli wolny pokój. Najwyżej później zejdą do loszku ale nie wiem czy tak zrobią. Ty i ja, zapewne będziemy tutaj, zabawiać Petrę. Po śniadaniu. Łasica poszła przyjąć byłego ucznia Starszego, jaki wrócił do miasta. I też nie wiadomo, przyjdą tu czy nie. Zapewne będzie Kamila van Zee. Na dole już czekają Lilly i Onyx. Reszta to jeszcze nie wiem. Pewnie na śniadaniu się wuklaruje ostatecznie. - Blondynka w eleganckiej sukni, wymieniła mu poszczególnych członków kultu i zaprzyjaźnionych osób, jakie się dziś spodziewała u siebie.
                - Źle mnie zrozumiałaś, miła pani. - zaczął wyjaśniać nieporozumienie - Moje zainteresowania młodą właśnie nie są loszkowe. Chcę posiąść jej umysł, nie ciało, po prostu nie jestem pewien jak w wykonaniu do tego zajdzie. Młodą fascynują starsi, to zawsze plus, bo i sama najlepiej rozumiesz, że czasami ciało otwiera drogę do umysłu. Najchętniej ograniczyłbym jednak się do zainteresowania tym drugim,
                - Tedy nie wiem mój miły panie czemu cię mój loszek interesuje skoro on raczej dla radości ciała i poniżenia duszy służy. - Pirora uśmiechnęła się z rozbawieniem ale odpowiedziała mu w podobnie eleganckim stylu jak on jej. - Tak, Petrę interesują starsze osoby. I kobiety i mężczyźni i pary. Ty o ile wiem mieścisz się w dolnym marginesie jej zainteresowań jeśli chodzi o wiek. Przy czwartym krzyżyku na karku, zaczyna kogoś zauważać, przy piątym to przygląda się uważnie, przy szóstym zdradza niezdrową atencję, przy siódmym robi się z niej niesforna trzpiotka. - Szybko streściła mu hierarchię zainteresowań swojej koleżanki. Zrobiła to z humorem i frywolnością. - Ale jesteś poważnym, statecznym mężczyzną, szlachcicem jaki mógłby być jej ojcem i do tego masz ciekawy, męski zawód jaki wymaga dominowania nad innymi. Na przykład młodymi szlachciankami. No i rozmawiałam z nią więc wiem, że jest tobą zainteresowana. Zapewne ciekawe historie by wzmocniły to zainteresowanie. Jeśli byście mieli ochotę na wizytę w loszku to zapraszam serdecznie. Jeśli nie możemy zostać tutaj. Jeśli są ci potrzebne jakieś dodatkowe zabawki do wzmocnienia rozmowy to mogę kazać je przynieść. - Szlachcianka szybko dopowiedziała resztę swojej oferty i była skłonna zrobić co w jej mocy aby pierwsza schadzka Heinricha i Petry wyszła jak najlepiej.
                - Może teraz okażę się aroganckim pyszałkiem, ale moja duma nie pozwala mi na uciekanie się w kwestii młodziutkiej Petry do sztuczek, aby ją do naszych celów przygotować. - powiedział z lisim rozbawieniem sugestią - Niemniej doceniam i chętnie do rozmowy przygarniemy trochę wina i może deseru, jeżeli nie proszę o zbyt wiele.
                - Wino i deser. No dobrze, nie wiem czy my mówimy o tym samym. Ale widzę, że masz swoją wizję rozmowy z Petrą. No to niezbyt ją rozumiem ale życzę ci powodzenia Heinrichu. Pamiętaj tylko, że to młoda, pełna życia kobieta jaka ma swoje potrzeby. Jeśli nie zrealizuje ich z tobą to zapewne zrealizuje je z kimś innym. - Gospodyni uśmiechnęła się i dała znak, że mimo wszystko postara się wesprzeć kolegę w tej rozmowie ale nie do końca wyobraża sobie jak Heinrich to sobie miarkuje. - Dobrze to skoro wolisz poczekać na nią tutaj, to możesz zostać. Jeśli byś miał ochotę przejść się do salonu to tam gdzie byliśmy na początku. Po wyjściu w lewo. - Averlandka wspomniała jeszcze jakby miał iść gdyby chciał wrócić do salonu po czym uśmiechnęła się lekko do niego patrząc czy chce coś jeszcze przed jej odejściem powiedzieć.
                Heinrich skinął Pirorze ze wdzięcznością dokładnie zdając sobie sprawę, że ona o innych rzeczach mówiła, jakie nie stanowiły części jego potrzeb, jednocześnie dając jej znak, że nie potrzebuje na teraz nic więcej.
                Gospodyni skinęla mu swoją starannie ufryzowaną blond głową po raz ostatni po czym wyszła. Heinrich został sam w tym małym, gustownym salonie. Widać było, że młoda, nieco piegowata szlachcianka z dalekiego południa Imperium ma zamiłowanie do ozdobnych mebli i bibelotów.

                ![](url obrazu)

                Miał czas rozejrzeć się aby to dostrzec. Aż drzwi się otwarły i weszła jakaś służka z tacą. Skinęła mu głową po czym zestawiła z tacy wino, trzy kielichy i jakieś ciasto. Po czym skinęła mu głową jeszcze raz na pożegnanie i wyszła. Znów został sam. Całkiem często słyszał jakies kroki i głosy przechodzace korytarzem. Poza tym nic nie zakłócało mu spokoju. Aż usłyszał kobiecy głos zza drzwi. I po chwili się otworzyły. Stanęła w nich gospodyni ale przepuściła do środka drugą blondynkę. Petra von Schneider śmiało weszła do środka i od razu zauważyła Heinricha. Uniosła brwi w grymasie zdziwienia i lekko się uśmiechnęła.
                - No rzeczywiście niespodzianka Piroro. - Odezwała się do gospodyni jakby wcześniej rozmawiały na ten temat. Averlandka zdążyła zamknąć drzwi i wejść do środka aby pełnić obowiązki gospodyni.
                - Widzisz Petro, tak jak ci mówiłam. Heinrich przyjął moje zaproszenie ale prosił o chwili spokoju od tych wszystkich wrażeń i tłoku na mszy. No a skoro ty chciałaś zwilżyć usta to pomyślałam, że zanim się wszyscy zjadą to możemy wpaść tutaj na coś mokrego i słodkiego. Mam nadzieję, że Heinrichu, że nie jesteśmy ci zbyt natrętne? - Priora podeszła do stołu i sprytnie wymyśliła powód tego niby przypadkowego spotkania starego szlachcica i młodej szlachcianki. Von Schneider podeszła razem z nią i wydawała się być całkiem zadowolona z takiej niespodzianki. Z lekkim uśmiechem w oczach czekała na reakcję mężczyzny jakiego zastały w tym gustownym salonie.
                Heinrich z lekkim trudem zapewne spowodowanym uszkodzoną nogą (co mogło się tak wydawać Petrze) wstał z siedzenia i skłonił się obu kobietom.
                - Ależ oczywiście, że nie, w żadnym razie! Jak bym mógł nie być rad z obecności tak znamienitych dam? - po raz już drugi ucałował dłoń Pirory, aby zwrócić spojrzenie na córkę profesora - Petro von Schneider, przyjemna niespodzianka cię widzieć. - powiedział i z nadwyraz delikatnością ujął dłoń młodej kobiety niczym obawiając się, że przekroczy granicze i będąc gotowym odpuścić w razie protestu przysunął usta by wargi ułożyć na skórze dłoni.
                Obie młode, blond szlachcianki, dopełniły dworskiej etykiecie i pozwoliły sobie ucałować dłoń szlachcicowi. A nawet sprawiały wrażenie, że podoba im się takie jego obycie. Pirora nawet nie mrugnęła okiem, że już raz tego poranka witali się w ten sposób. A jej koleżanka z klubu poetyckiego też się przywitała z lekkim uśmiechem.
                - To może spocznijcie sobie i pozwólcie mi was ugościć jak na dobrą albo chociaż średnią gospodynię przystało. - Averlandka podeszła do stołu i odsunęła wolne krzesła dla koleżanki tak sprytnie, że znalazło się ono znacznie bliżej siedzenia Heinricha niż to trzecie jakie planowała dla siebie. Petra jeśli nawet zauważyła ten manewr to nie mrugnęła okiem. Podeszła do tego miejsca ale poczekała aż on zajmie swoje miejsce. Co było oznaką szacunku dla jego starszeństwa nawet jeśli nie sprawdzali swojej genealogii kto miałby być godniejszy wśród nich. Kultystka zaś sprawnie zaczęła nakładać ciasto i polewać wino do kielichów więc gdy skończyła, usiadła jako ostatnia.
                - Naprawdę miło cię widzieć w tym miejscu. Zastanawiałem się kiedy znowu się spotkamy. - Heinrich zaczął rozmowę z Petrą - Wywarłaś na mnie wrażenie inteligentnej młodej damy, a tu widać że też obytej na salonach.
                - Oh dziękuję Heinrichu, cieszę się, że cię mogłam poznać i, że się znów przypadkiem spotykamy. Zastnawiałam się co się z tobą działo od naszego pierwszego spotkania. - Tutejsza szlachcianka odwzajemniła się ciepłym uśmiechem i uprzejmością jakby była rada i z pochwały starszego szlachcica jak i jego manierami.
                - Rzeczywiście co za przypadek. Petra przyjechała aby poznać lady Odette jaka wspaniałomyślnie przyjęła ode mnie zaproszenie na skromne śniadanie. Jest pod wielkim wrażeniem jej klasy, urody, talentu i sławy. - Pirora całkiem sprawnie pełniła rolę swatki. Usiadła po drugiej stronie stołu jakby już traktowała swoich gości jak parę. A przy tym podkreśliła pretekst dla jakiego oboje mogli się tu znaleźć. Wydawało się całkiem naturalne, że ktoś chciałby skorzystać z każdej okazji aby mieć możliwość bliskiego spotkania ze Słowikiem Północy. A, że na takim skromnym śniadaniu mógłby spotkać nie tylko sławną diwę to już była całkiem inna sprawa.
                - To prawda. Przecież to taka sławna aktorka i śpiewaczka. Ja miałam ją przyjemność podziwiać w Saltmundzie trzy razy, jak mnie ojciec tam zabrał. Ale nie śmiałam marzyć, że ona kiedykolwiek zaszczyci nas swoją obecnością tutaj. A, żeby z nią siedzieć przy jednym stole to już w ogóle mi w głowie nie postało. Bardzo ją podziwiam i chciałabym być taka jak ona. - Petra równie sprawnie przejęła pałeczkę rozmowy na ten całkiem bezpieczny, towarzyski temat o wielkiej diwie jaka miała tu zawitać lada chwila. Pirora uśmiechała się do niej ciepło i kiwała głową na znak zgody. Chociaż przy ostatnim zdaniu uśmiechnęła się szerzej i spojrzała na Heinricha jakby przypomniało jej się co ta sławna śpiewaczka wyczyniała na ostatnim spotkaniu w Zachodnich Kamieniach. Ale o tym oczywiście Petra nie mogła wiedzieć. - A ty Heinrichu? Co o niej sądzisz? - Młoda blondynka miala wreszcie okazję zwrócić się bezpośrednio do mężczyzny obok jakiego siedziała.
                - Jej talent jest niezaprzeczalny i choć nie wgryzłem się w scenę otoczoną ludźmi sztuki, to nie zgrzeszyłbym pogardzeniem występu takiej osobistości, gdy dziś w kościele usłyszeliśmy jej głos. Na pewno w wielu innych sztukach byłby równie idealny, zapewniający odpowiednie doznania do konkretnej otaczającej go sceny.
                Heinrich nie spojrzał w stronę Pirory, jednak ciągle w pamięci miał jak ten piękny głos wygrywał heretycką pieśń nutami krzyków i jęków, gdy zwierzoludzie bezcześcili całe ciało Odette dawno pozbawionej kropli czystości, zastąpionej przez nieczystość nasienia mutantów.
                - Oh dokładnie tak jak mówisz Heinrichu. Przebywanie z nią i móc ją podziwiać z bliska na pewno dostarcza mnóstwo wspaniałych doznań. Tak się cieszę, że Pirora mnie zaprosiła na dziś i będę mogła ją poznać lepiej. To taka przyjemność móc obcować z nią tak blisko. - Młoda von Schneider ucieszyła się, że starszy szlachcic też wykazuje taki zachwyt nad aktorką z Saltmundu tak jak ona. Ale chyba nie wyłapała jak mocno wypaczone się stają ich słowa gdy się już znało śpiewaczkę od tej mniej oficjalnej strony. Pirora uprzejmie skinęła koledze i koleżance głową przyjmując ich podziękowania i komplementy za dobrą monetę. Jednak nie powstrzymała się aby lekko się nie uśmiechnąć do dwuznaczności rozmowy o miodowłosej gwieździe estrady.
                - Jak widzisz Heinrichu, Petra byłaby zachwycona mogąc zająć miejsce obok naszej kochanej diwy. Nie ma się co dziwić, sam przecież wiesz jak ona uwielbia być powszechnie uwielbiana. - Averlandka zwróciła się do kolegi i tak sprytnie ułożyła zdanie, że pasowało zarówno do von Treskow z dzisiejszej mszy i sensacji jaką wywołała wśród społeczności miejskiej na niej i po niej jak i do roli głównej atrakcji na tajnym spotkaniu ze zwierzoludźmi. Ale Petra oczywiście tego raczej nie powinna wyłapać. Pokiwała twierdząco głową do nich obojga. Temat aktorki pozwalał im rozmawiać swobodnie i mniej oficjalnie.
                - Oh no pewnie, że bym chciała. Przecież to taka wspaniała kobieta i wielka dama. Mam nadzieję, że może uda mi się ją zaprosić na obiad do nas. Cóż to byłby za zaszczyt gdyby taka wspaniała osobistość nas odwiedziła. - Zaproszona blondynka zdradziła rozmówcom, że ma na to pewne nadzieję. Chociaż nie było się co dziwić. Widać było po mszy, że von Treskow zapewne jest zasypywana podobnymi zaproszeniami od tych bogatych i dostojnych.
                - Właśnie Heinrichu, rozmawiałyśmy z Petrą czy bardziej pasowałaby pod czy nad Odette. - Pirora upiła łyk z kielicha i znów pozwoliła sobie na dwuznaczne określenie jakiego poza kultystą co nie był na spotkaniu w lesie, nikt nie powinien tak odebrać.
                - Chodzi oczywiście o pozę malarską. - Petra szybko sprostowała patrząc wesoło na sąsiada i lekko musnęła dłonią jego dłoń. - Priora ma takie doświadczenie malarskie. Zastanawiał się czy by nie mogła udzielić mi kilku lekcji. - Wyjaśniła o czym pewnie wcześniej rozmawiała z gospodynią.
                - Ja pomyślałam, że czemu nie. Petra by przecież mogła mnie odwiedzać co parę dni. A ty Heinrichu? Ty przypadkiem nie miałeś jakichś zainteresowań i doświadczeń w tej materii? - Pirora znów szybko znalazła okazję jak dać możliwość na potencjalne spotkania z koleżanką tutaj w jej kamienicy. A i druga z blondynek spojrzała na niego z zachęcającym uśmiechem na ukarmionowanych wargach.
                Heinrich zdawał się nie zwrócić uwagi na muśnięcie swojej dłoni, czy to ignorując z własnego zamysłu, czy to chcąc oszczędzić młodej zawstydzenia przypadkową sytuacją - nie było pewności. W zamyśleniu uniósł kielich z winem i powoli, przedłużając myślenie upił wina i odezwał się wraz z dźwiękiem szkła stawianego na drewno blatu.
                - Ze smutkiem muszę przyznać się, że moje zainteresowania kończyły się na podziwianiu estetycznym prac innych. Musicie zrozumieć, że służba w imperialnym wojsku nie pozostawia wiele czasu na rozwój zainteresowań plasujących się poza nim, nawet kadrze oficerskiej.
                Wypowiadane słowa były przygotowane dla wzbudzenie zainteresowania Petry i pobudzenie jej młodego umysłu chłonnego wiedzy oraz zaspokojenia ciekawości.
                - To bardzo przykre Heinrichu. Petra bardzo zainteresowała się malarstwem, zwłaszcza portretowym, odkąd w Akademii mają lekcje rysunku z projektowania galionów. I mają tam dwie modelki. - Pirora minimalnie przymknęła oczy jakby nie takiej odpowiedzi się spodziewała po koledze. Ale szybko przeszła z tym do porządku dziennego. Zaś jej koleżanka przytaknęła jej głową posyłając krótkie spojrzenie. A szybko spojrzała na siedzącego obok mężczyznę.
                - To prawda, do tej pory nie mieliśmy zajęć z modelkami. Podziwiam je, że są takie odważne pozować przy wszystkich. - powiedziała szybko jakby nie chciała wyjść na niegrzeczną wobec gospodyni. - A służyłeś w armii Heinrichu? Byłeś oficerem? To bardzo fascynujące. A możesz nam zdradzić coś więcej? - Grzecznie zapytała sąsiada o więcej szczegółów.
                - Służyłem, długie lata, choć nie na morzu, jako bardziej u was znana gałąź armii. - mówił powoli, akcentując każde słowo jak w opowieści, czasami tylko głos mu załamała chrypka - Mój regiment przemierzał lądy naszego Cesarstwa i chronił zalesione tereny pełne istot, jakie groźne dla obywatelskiego ciała oraz duszy pospolitych mieszkańców. - umilkł na chwilę by nadać sile wyrazowi opowieści - Moim zadaniem było też o morale dbać, by ludzie broniących tych ziem nie złamali się pod naporem wpływu Niszczycielskich Sił, aby dyscyplina pozostała utrzymana w otoczeniu wroga o mutacji wykraczającej poza ludzkie pojmowanie. Byłem wsparciem dla wpływu wielebnych kapłanów podtrzymujących ogień rozświetlający drogę w ciemności.
                W trakcie słów wstał z siedzenia i z ręką za plecami, drugą podpierając się na lasce przechodził wokół Petry, jakby wpatrzony w sobie tylko widziane wspomnienia.
                Obie młode kobiety zostały na swoich miejscach i słuchały go z zainteresowaniem. Pirora zachęcająco się uśmiechała i czasem wymieniała spojrzenia z koleżanką. Petra wodziła wzrokiem odkąd Heinrich wstał.
                - Oh tylko podziwiać, że taki dzielny i doświadczony obrońca Imperium jest wśród nas. Ci przystojni młodzieńcy z bogatymi tytułami i sakiewkami mogliby się od ciebie Heinrichu wiele nauczyć. - Gospodyni pierwsza zabrała głos gdy kolega z kultu skończył. I dyskretnie starała się pokazać koleżance pod jakim jest wrażeniem tej opowieści. Przy okazji stawiając go w pozytywnym kontraście do rówieśników Petry jacy na codzień ją otaczali. Ta zaś jak już zyskała okazję aby przejść od roli słuchacza do aktywnej rozmowy, od razu to wykorzystała.
                - A daj spokój, większość z nich jest nudna i ma pstro w głowie. Myślą, że córka profesra Akademii to za byle błazenadę będzie mdleć na ich widok. - rzuciła szybko i z irytacją jakby chciała odegnać ten niezbyt ciekawy temat. Za to Heinrichowi posłała ciepły i życzliwy uśmiech. - Jesteś taki dzielny Heinrichu. Musiałeś przeżyć mnóstwo niebezpieczeństw. Mężczyźni pewnie cię podziwiali a na kobietach musiałeś robić niesamowite wrażenie. - Westchnęła akurat z pewną dozą zazdrości i podziwu gdy wspomniała o owych kobietach z przeszłości rozmówcy.
                - Wiesz Heinrichu, że Petra miała bardzo ciekawy pomysł? Chodziło o charytatywną pomoc i zbiórkę dla weteranów. Rozmawiałyśmy o tym ostatnio na wieczorku poetyckim u Kamili. - Młoda Averlandka szybko podsunęła nowy temat. Na chwilę jej blond gość szybko spojrzała na nią i energicznie pokiwała głową.
                - No właśnie! O tym rozmawiałyśmy. Aby jakoś wspomóc naszych dzielnych weteranów. Mamy wielu marynarzy i żołnierzy okrętowych. Ale też i z różnych wojsk lądowych jakim przydałaby się pomoc. Nie wszyscy mają rodziny na miejscu jakie mogą się nimi zająć. Zwłaszcza jak nie pochodzą z naszego miasta albo okolicy. Więc można by im pomóc, przyjść i zobaczyć czego potrzebują. Myślę, że ty jako taki dzielny weteran na pewno zasługujesz na taką troskę i pomoc. Jeśli byś oczywiście chciał. - Młoda von Schneider szybko wyjaśniła na czym miałaby polegać taka charytatywna inicjatywa spod patronatu młodych, szlachetnie urodzonych dam.
                - To naprawdę świetny pomysł. - powiedział wciąż stojąc przy Petrze, wpatrzony w nieokreśloną przestrzeń - A czasem takim weteranom ucho się nawet równie bardzo przyda co pieniądz. - spojrzał w końcu na młodą córkę profesora akademii - A w końcu nauka także z takich opowieści płynie.
                - Czyli ci się podoba taki pomysł? - Petra ucieszyła się jak uczennica pochwalona przez belfra. Popatrzyła z uśmiechem na swoją koleżankę a ta z aprobatą pokiwała głową. - A ty Heinrichu? Potrzebowałbyś takiej pomocy? Jakiejś wizyty domowej czy zapomogi? Bo różne rzeczy są potrzebne różnym ludziom, nie wszyscy mają kłopoty z tym samym. Dlatego myślałyśmy aby zacząć od rozmowy z każdym takim weteranem i ustalenia czego mu potrzeba, czego mu brakuje. - Tutejsza blondynka, chętnie rozwinęła temat o nowe detale tego projektu dam z wyższych sfer. Heinrich kojarzył, że wśród elit nie tylko tego miasta, taka działalność charytatywna jest dobrze widziana.
                - Bardzo się podoba, a pomoc... Chociaż nie potrzebna medyczna czy finansowa to nie pogardziłbym możliwością rozmowy, szczególnie z tak inteligentną młodą damą. - powiedział jednocześnie sugerując, jak i nie, na rozmowę z kim miałby najwięcej nadziei.
                - No myślę, że taką wizytę dałoby się zorganizować. A ty Piroro? - Petra ochoczo przytaknęła i radośnie spojrzała na koleżankę z kółka poetyckiego Kamili.
                - Tak, myślę, że to nie powinno być trudne. Myślisz Petro, że mogłabyś zacząć tą inicjatywę? Dałabyś dobry przykład reszcie dziewcząt. No i widać by było, że nie jesteś gołosłowna. - Averlandka też postarała się dać okazję drugiej blondynce na to aby nie wyszła na zbyt otwartą na takie spotkania.
                - Ja? Myślałam, że może ty albo Kamila, Fabienne czy Annabelle. Bo one przecież dłużej uczestniczą w tych spotkaniach. Co prawda Odette jest jeszcze krócej no ale przecież ona jest u nas gościem. - Młoda von Schneider ledwie chamowała swój entuzjazm ale aby zachować protokół dobrych manier starała się nie wpychać na miejsce pierwszej ochotniczki. I zapewne też myślała o jakiejś przyzwoitce z towarzystwa aby nie powstały sprośne plotki na temat takich wizyt młodej damy u samotnego mężczyzny.
                - Oh nie przejmuj się tym, ja dołączyłam do tego klubu w zimie więc dopóki Odette nas nie zaszczyciła swoją obecnością to byłam chyba najmłodszą stażem z tych dziewcząt co regularnie bywały u Kamili. - Pirora machnęła swoją szczupłą dłonią aby koleżanka się tym nie przejmowała. Ta faktycznie powitała to uśmiechem i skinęła głową. - A o ile wiem to Annabelle ostatnio jest chyba nieco zajęta. Kiepsko u niej z wolnym czasem. Kamila też jest taka dzielna, cały teatr i wizytę Odette wzięła na siebie. Powinnyśmy jej być bardzo wdzięczne. Więc może Fabienne? Albo lady Soria? No chyba, że Odette by się zgodziła? Albo może niech Heinrich nam powie z którą z tych dam czułby się najswobodniej? - Pirora mówiła jakby na poważnie rozważała która ze szlachetnie urodzonych koleżanek mogłaby być odpowiednią towarzyszką dla drugiej blondynki. Ale tak obróciła sytuację, że w proponowanej puli zostały same kultystki. Petra się w tym pewnie nie zorientowała bo z zainteresowaniem popatrzyła na Heinricha czekając na jego odpowiedź.
                - Może Lady von Mannlieb? - zaproponował Heinrich.
                - Fabienne? No czemu nie. Niedługo powinna się zjawić to będzie okazja ją zapytać. A ty co myślisz Petro? - Gospodyni uśmiechnęła się do kolegi po czym przeniosła spojrzenie na drugą szlachciankę.
                - Tak, Fabienne jest bardzo miła. No i jest Bretonką. - Von Schneider zgodziła się bez oporu na tą propozycję. Ale jednak ostatnie zdanie nieco zdziwiło Priorę więc je wyjaśniła. - Odette tak pięknie mówi po bretońsku, chociaż nie jest Bretonką. Aż mnie zawstydza. Przy niej to ja ledwo dukam po bretońsku. Więc myślałam aby poprosić Fabienne by mnie trochę podszkoliła w jej ojczystej mowie. - Petra popatrzyła na nich i obdarzyła ich ciepłym uśmiechem.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • DhratlachD Niedostępny
                  DhratlachD Niedostępny
                  Dhratlach jako Marcus Schleiffer (ex BG)
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #309

                  Marcus

                  Marcus Schleiffer

                  Marcus, Nadia i Herman

                  Marcus uśmiechnął się łagodnie. Tak to już było, że Bogowie potrafili urozmaicać ludziom, i nie tylko, życia. Jaki był zamysł w tym momencie? Tego nie wiedział, ale jak zawsze był gotów się dowiedzieć.

                  • W istocie. - odpowiedział z pogodnym spokojem Nadii pozwalając by tłum ich niósł.
                    Nadia skinęła głową i poprowadziła ich w kierunku hermanów. Dojrzeli się na parę kroków przed i na twarzy urzędnika pojawiło się zaskoczenie a potem uśmiech. Poczekał aż się zrównają i wtedy się przywitał.
                  • No, no. Cóż za niespodzianka! Witaj Marcusie. Widzę, że wróciłeś do miasta. Dawno? - Skoro się znali to odpadało przedstawianie się. Ale on też był wyraźnie zdziwiony widząc ekonoma po tak długiej nieobecności w mieście. Gdyby Marcus się starał o powrót na dawne stanowisko to zapewne Herman miałby tu najwięcej do powiedzenia.
                  • Ledwo co wczoraj. - odpowiedział z uśmiechem Ekonom - To była długa podróż. Tym dłuższa i cięższa, gdy tylko się dowiedziałem o tym nieszczęściu. Jest wiele szkód które trzeba naprawić z niego wynikłych, bo nie wszystko stracone.
                  • To pewnie strudzony jesteś. Odpocząć trzeba po takiej długiej podróży. Trakty teraz przecież takie niebezpieczne. Ledwo parę dni temu na trakcie do Saltenmundu, zwierzoludzie karczmę napadli i wszystkich wymordowali. A to przeca prawie na opłotkach od naszego miasta! Coraz bezczelniejsze robi się to tałatajstwo. Niedługo strach będzie wyściubić nosa poza bramę. - Herman pokiwał głową i z początku mówił przyjaźnie jakby z troską o tak długą podróż. Głos nieco podniósł gdy wspomniał o napadzie kopytnych. Pokręcił głową nim znów zaczął mówić. - Ale o jakim nieszczęściu mówisz Marcusie? Jakich szkodach? - Zmrużył nieco brwi aby ekonom dokładniej wyjaśnił o co mu chodzi.
                  • Naszym wielkim nieszczęściu prowincji i dla naszego kochanego Neues, Herr Herman. - powiedział strudzenie Marcus - Nieszczęście wielkie dla naszego miasta i wydarzeń społecznych… ale nic stracone. Póki oddech, póki wola, póty nadzieja.

                  - Ah, chodzi ci o śmierć naszej ukochanej księżnej-matki. - Herman powoli uniósł i opuścił głowę gdy domyślił się o czym mówił ekonom. - To prawda, nasza miasto, stolica i cała prowincja jest w wielkiej żałobie już kolejny tydzień po stracie tej wspaniałej, duchowej przewodniczki całej prowincji. Słyszałem, że msze żałobne za tą wspaniałą matkę nas wszystkich, odprawiano daleko poza naszą prowincją. Cóż za strata. - Urzędnik z ratusza pokręcił głową gdy podobnie jak Marcus okazał żal z powodu śmierci matki elektora Nordlandu. Pokiwał głową nad chwilą zadumy nad tym a jego żona postąpiła podobnie. Nadia więc poszła w ich ślady.
                  - A nadzieja w nas jest. Nasza księżna na pewno nie chciałaby aby nasza prowincja runęła w niebyt razem z jej śmiercią. Przecież jej syn a nasz pan, wciąż dumnie zajmuje tron i jest dla nas żywym, przykładem nadziei. Przecież to była jego matka a mimo to on tak dzielnie wciąż trwa na swoim stanowisku. Więc i my musimy. - Pokiwał głową ponownie gdy okazał wiarę w przykład płynący z samej góry ich prowincji. - A właśnie Marcusie jak już mówimy o stanowiskach. Wróciłeś na jakieś konkretne? - Zagaił z zaciekawieniem w oczach.

                  • Jeśli była by możliwość z chęcią powrócę do moich niegdysiejszych obowiązków. - odpowiedział Ekonom.
                    - Oh to nie jest wykluczone Marcusie, nie jest wykluczone. Skoro jak mówisz, wróciłeś do nas na dłużej. - Na twarzy szefa działu pojawił się jowialny uśmiech. Poklepał przyjaźnie rozmówcę po ramieniu. - No ale to trzeba załatwić jak należy. Nie chcielibyśmy przecież jakichś oskarżeń o nepotyzm prawda? - Uniósł brwi na znak, że chociaż w żartobliwej atmosferze tak sobie rozmawiają to jednak o poważnych sprawach. - Jeśli już odpocząłeś po podróży to przyjdź jutro do ratusza. Tak przed południem najlepiej. Później mam umówione spotkanie w gildii. - Zwrócił się do ekonoma z uprzejmym zaproszeniem na rozmowę.

                  • Oczywiście. Jak najbardziej. - odpowiedział na zaproszenie Marcus

                  - Doskonale. W takim razie widzimy się jutro w ratuszu. Byle przed południem, bo później mnie tam nie będzie. - Herman uśmiechnął się, jego żona także, oboje skinęli im głowami na pożegnanie i ruszyli w swoją stronę.
                  - Świetnie ci poszło. Widzisz? I Heinrich cię nie zapomniał przez ten rok i zgodził się przyjąć cię jutro na rozmowę. - Nadia wydawała się być zadowolona, że tak gładko poszła im ta rozmowa.

                  • Zaproszenie na rozmowę nic nie znaczy w przestrzeni publicznej. - powiedział przytomnie i z namysłem Schleiffer ważąc każde słowo cichcem - To był spektakl dla widzów. Prawdziwe rozmowy będą jutro.
                    - No tak, wiem. Ale jednak nie dał ci czarnej polewki tylko zaprosił na spotkanie. To dobry znak. - Nadia poklepała go po ramieniu na znak, że jest dobrej myśli.
                  • Zapewne, Nadio, zapewne…

                  Marcus, Nadia i Łasica

                  “Słodkie źródło radosnych problemów…” podsumował nostalgicznie myśl całego spotkania Łasicy, tu, wśród ludzi, kiedy to już spoglądał na Nadię.

                  • Hmmm… - mruknął cicho w namyśle i spojrzał w tłum patrząc po ludziach - …ponoć każdy człowiek upatruje w innych to czego najbardziej pragnie. - spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. - Czy natura ludzka nie jest wspaniała?
                    - Jej to raczej niezdarna. - Nadia chyba nie zauważyła, że ta co na nich “przypadkiem” wpadła idzie wciąż równolegle do nich. I Marcus widział jak schyliła się aby otrzepać suknię i sprawdzić czy na odświętnym materiale nie ma żadnych plam. W końcu jako zwykły skryba z ratusza to zapewne zbyt wiele takich świątecznych sukien nie miała. Łasica wykorzystala moment jej nie uwagi aby posłać koledze kpiący uśmieszek i lekko skinąć głową w stronę bramy gdzie pewnie chciała z nim pogadać.
                    Marcus się uśmiechnął na te słowa.
                    - Nasze drobne ułomności są tym co sprawia, że jesteśmy ludzcy. Gdyby wszyscy byli idealni… czy nie byłoby to nudne? - zapytał pogodnie - Wybacz, Nadio, ale na tą chwilę muszę Cię opuścić. Godzina, choć jeszcze młoda, to jednak wiele spraw muszę dopilnować przed jutrem.
                    - No cóż, skoro musisz… - Brunetka wydawała się być nieco zaskoczna jego słowami. Przeszła kilka kroków w zamyśleniu i w końcu stanęła. - W takim razie pewnie zobaczymy się jutro w ratuszu. - Uśmiechnęła się nieco po czym skinęła mu głową na pożegnanie. Widział ją jeszcze przez chwilę jak odchodzi nim zniknęła mu w tłumie. Sam zaś mógł udać się w kierunku bramy. W międzyczasie bowiem łotrzycę z kultu też stracił z oczu. Razem z tłumem wyszedł za mur świątynny i zaczął się rozglądać. Dostrzegł ją gdy pomachała ku niemu ręką. Stała przy murze, ze dwa zaparkowane karoce od bramy. Czekała aż do niej podejdzie. Liczni wierni mijali ich oboje więc chociaż nie byli tu sami, to nikt zdawał się nie zwracać na nich uwagi.

                  • Hmm? - mruknął Ekonom na przywitanie.
                    Brwi łotrzycy nieco poszły do góry w grymasie zdziwienia zachowaniem kolegi. Ale odbiła się od muru świątynnego i machnęła głową na drugą stronę ulicy. - Tu za dużo ludzi. Chodź. - I ruszyła na skos idąc w kierunku alejki. Potem przeszli przez nią do końca i jeszcze przez narożnik do kolejnej. Tu dopiero Łasica weszła do jednej z pustych i zaniedbanych kamienic. W mieście było ich sporo ale te zamieszkałe koncentrowały się w centrum i przy porcie. Tu tak wiele pustostanów nie było. Dziewczyna z ferajny weszła na piętro i tam do jakiegoś mieszkania w opłakanym stanie. Widać było ślady wieloletniej dewastacji, rabunków i zacieków. Ale żadnej ludzkiej obecności poza ich dwójką. Jak się włamywaczka w tym upewniła to odwróciła się twarzą do Marcusa. Posłała mu wesoły i nieco złośliwy uśmieszek jaki był jej znakiem firmowym.
                    - No słyszałam, że wróciłeś do miasta Marcus. Wiele się zmieniło odkąd wyjechałeś. No ale wreszcie możemy się przywitać jak należy. - Chociaż była w białym czepku i spódnicy porządnej mieszczki to jednak uśmiech i zachowanie w tej chwili było oznaką jej bezczelnego uroku dziewczyny z ulicy co nie daje sobie w kaszę dmuchać a i przygody lubi. Uśmiechnęła się szczerze i wyciągnęła ramiona jakby była gotowa go objąć.
                    Marcus uśmiechnął się zadziornie i rozłożył zachęcająco ramiona.

                  • Zawsze lubiłem zwierzątka… - powiedział zaczepnie - …ale Łasice są chyba moimi ulubionymi.
                    - No ba! Łasice są najlepsze! - Łotrzyca roześmiała się serdecznie i podeszła aby objąć i uściskać kolegę. - Dobrze, że wróciłeś Marcus. - Poklepała go po plecach jakby teraz mogła sobie pozwolić na moment ulgi, że naprawdę doszło do tego spotkania. Puściła go i cofnęla się nieco aby mogła z bliska przyjrzeć się jego sylwetce. - Widzę, że służył ci ten pobyt w stolicy. Naprawdę mają tam taki burdel jak mawiają? A zresztą my też. Zwłaszcza odkąd ta stara krowa padła. Chociaż to ma i pewne dobre strony. No ale co u ciebie? Starszy mówił, że wróciłeś na dłużej i to tak nie tylko oficjalnie ale do nas także. - Odeszła ze dwa kroki i rozejrzała się po zdezelowanej kuchni. Strzepnęła dłonią stary kurz z ławy i gestem zaprosiła kolegę aby spoczął obok niej.

                  • Gdybyś tylko wiedziała… - roześmiał się na wspomnienie siedząc już przy niej na ławie - …burdel to mało powiedziane. Dużo gadać, ale w skrócie? - uśmiechnął się szeroko - Są w dupie. Ekonomia im siada. Decyzyjni rzucają się sobie do gardła. Chaos. Moja droga, chaos.

                  • To tak jak u nas. Tylko pewnie tam większe miasto to i mają tego więcej. Nie wiem co się ci Reiklandczycy zawsze tak panoszą jakby u nich tak wszystko świetnie działało. A ci z Altdorfu to już w ogóle zadzierają nosa, że u nich wszstko większe i lepsze. Miałam takiego jednego klienta jak jeszcze pracowałam w zamtuzie. Za każdym razem musiałam mu pokazywać gdzie jego miejsce. Pod moim pejczem i butami oczywiście. Ale i tak zawsze wracał na kolejny raz. A parę razy widziałam go w świątyni albo na mieście z żoną. Powiem ci, że całkiem niczego sobie. Też bym ją chętnie oćwiczyła. Razem z nim albo osobno. No ale to już dawno było i nieprawda. - Machnęła na koniec dłonią zbywając ostatnie wspomnienie. Zdawała się ją traktować jako anegdotkę. Chociaż odkąd ją Marcus poznał to nigdy nie ukrywała, że wcześniej pracowała w zamtuzie jako ladacznica.

                  • Ano właśnie. Słyszałam, że Starszy ci nieco opowiedział co u nas się zmieniło od twojego wyjazdu? - Spojrzała na niego ale raczej nie oczekiwała w tym momencie odpowiedzi. - No tak, rozrosła nam się rodzinka. I mamy sporo nowych planów. Część już udało nam się zrealizować inne dopiero szykujemy. Słyszałeś jak ktoś obrobił świątynię Mananna? Ha! Zgadnij kto! - Zaśmiała się jakby chodziło o udany figiel a nie największą kradzież od lat o jakiej Marcus słyszał.

                  • Ktokolwiek to był… - powiedział Ekonom - …musiał mieć niezłe jaja i kontakty, by zamieść wszystko pod dywan. Jestem w stanie docenić naprawdę dobrą robotę.

                  • Jak zamieść pod dywan? Co ty mówisz Marcus? Odkąd się sprawa rypła to całe miasto o tym trąbi. Byłeś na mszy to widziałeś co ojciec Absalon mówił. Tak, żeśmy ich załatwili na cacy. - Łotrzyca uniosła brwi w lekkim zdziwieniu ale szybko dała znać, że aż pęcznieje z dumy z takiego numeru który tak mocno ośmieszył tutejsze władze. - No a ty? Jak już wróciłeś to jakie masz plany? - Zaciekawiła się patrząc z wesołym uśmieszkiem na siedzącego obok kolegę.
                    Uśmiechnął się.

                  • Na ten moment rozeznaje się w sytuacji. - powiedział - Co dalej zależy od tego co ustale. Nie ma co pisać patykiem po wodzie.
                    Wzruszył ramionami.

                  • Jutro ubiegam o przywrócenie na stare stanowisko. Poza tym więcej “może” niż cokolwiek pewnego.
                    - No tak, dawno cię nie było. Dla ciebie to pewnie wiele się tu u nas pozmieniało. - Łotrzyca zadumała się nad tym jakby starała sobie przypomnieć co się w mieście działo przez ten rok. - Ale do nas też musisz wrócić. Problem w tym, że mało kto cię pamięta. Chyba tylko Starszy i Silny. Jeszcze Kurt ale jego teraz nie ma w mieście. I nie wiadomo kiedy wróci. Reszty nie znasz a oni nie znają ciebie. - Zamilkła gdy i lekko zaczęła bujać nogą gdy się zastanawiała nad tym. - Właściwie to cały czas ktoś z nas wybywa z miasta. Jest spory ruch w interesie. - Dodała jakby sama się zdziwiła tą myślą. Półświadomie podrapała się przy kąciku ust. - Właściwie to teraz po mszy powinno być małe spotkanie. Chociaż będzie nie tylko nasza rodzina ale i osoby zaprzyjaźnione. To nie jest zbór. Zbory dalej mamy zwykle raz w tygodniu w Agnestag. Chociaż tyle się dzieje, że ostatnio są częściej i niekoniecznie w Agnestag. No chyba, że masz inne plany związane z tą ślicznotką co była z tobą na mszy. - Spojrzała na rozmówcę i uśmiechnęła się krzywym, bezczelny grymasem dziewczyny z ferajny.

                  • Co masz na myśli mówiąc “osoby zaprzyjaźnione”? - zapytał z uniesioną brwią.
                    - Takie z jakimi można miło i pożytecznie spędzić czas ale nie są z rodziny więc nie można z nimi mówić o sprawach rodzinnych. - Łotrzyca wyjaśniła bez większych ceregieli.

                  • Spore ryzyko operacyjne. - oznajmił z grymasem Ekonom.
                    - Nie, jeśli się umie przy nich nie paplać ozorem o sprawach naszej rodziny. - Dziewczyna z ulicy odparła z lekkim uniesieniem brwi. - No wiem, to inaczej niż to co pamiętasz. Ale teraz rodzina nam się powiększyła i prowadzimy dużo szerszą działalność. No i jest nadzieja, że takie zaprzyjaźnione osoby z czasem do nas przystaną. - Wyjaśniła mu motywy takiego postępowania choć starała się zrozumieć, że to może być nowe dla kolegi jaki pamiętał nieco inne realia działalności ich spiskowej rodziny.

                  • Obawiam się, że mamy nieco inne rozumienie słowa “bezpieczeństwo”. - oznajmił po czym pokręcił głową - Mleko się rozlało, teraz upewnić się, że nikt w nie nie wdepnie i nie rozniesie po mieście… - westchnął ciężko - Dobra, zobaczy się.

                  • Co się zobaczy? - Łotrzyca zmarszczyła brwi dając znać, że odpowiedź kolegi nie jest dla niej czytelna.

                  • Po prostu będę bardziej czujny niż wymaga sytuacja. - odpowiedział z promiennym uśmiechem Ekonom - To kiedy to spotkanie?

                  • Teraz. Przecież mówiłam ci, że będzie po mszy. Zacznie się jak się wszyscy zjadą po mszy. Idziesz czy masz inne plany? - Łasica uniosła brwi w zdziwieniu, że kolega przegapił co już mu mówiła przed chwilą.

                  • Wybacz, jeszcze odchorowuje podróż. - powiedział przepraszająco - Chodźmy, choć raczej nie będę się wiele udzielał.

                  And if my lack of fear bring the death of me
                  Let the Spirits of my Ancestors envelop me!

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach jako Otto "Puste Oko"
                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                    #310

                    text alternatywny

                    Otto I Teofano.

                    - Witaj, Teofano. - mnich wolał się zbytnio nie spoufalać na widoku dla dobra młodej cukiernik - Również zjawię się u Lady Von Dyke. - zniżył trochę głos - I będę mógł obdarować cię znowu jeżeli zechcesz.

                    Widział jak Lebkuchen lekko uśmiechnęła się gdy obwieścił jej, że też będzie po mszy u Pirory. Ale gdy mnich dołożył do tego niemoralną propozycję to aż oczy jej pojaśniały i musiała zacisnąć usta aby pohamować uśmiech. A i tak był on widoczny. Energicznie pokiwała głową na znak zgody.
                    - Oczywiście ojcze. Z godnością i radością przyjmę taki dar. - Lekko dygnęła w ukłonie jakby chodziło o przyjęcie jakiegoś sakramentu. - Tak się cieszę, że się u niej spotkamy. Nie mogę się już doczekać. Czuję, że to macierzyństwo mi służy. - Starała się hamować swoją ekscytację i nie powiedzieć czegoś niestosownego. Zrobiłe gest jakby chciała dotknąć swojego brzucha ale w ostatniej chwili wyhamowała go choć wyszło jej to dość niezdarnie. Po czym sapnęła cicho i jeszcze obejrzała się na rodziców. Ci jednak nadal rozmawiali z jakąś drugą parą.
                    - Myślałam… O obdarowaniu. Innych kobiet. - Wróciła spojrzeniem do jednookiego mnicha. - Co myślisz ojcze o mojej matce? Nie jest za stara? Wydaje mi się w całkiem dobrym zdrowiu i formie. Tylko nie wiem jak by to z nią zrobić. W końcu to moja matka. - Pytała pozwalając aby mnich spojrzał za jej plecy w stronę jej rodzicielki. Teraz Renate Lebkuchen była ubrana odświętnie i jak do mszy. Jednooki widział ją trochę od tyłu a trochę z boku. Ale z pierwszego spotkania z nią w ich kamienicy, pamiętał, że jak na okolice czwartego krzyżyka na karku to matka Teofano wyglądała na młodszą i zadbaną. Jako żona dobrze prosperującego cukiernika, zapewne nie musiała osobiście pracować fizycznie. - Margo mi zdradziła, że wszyscy się z nią pokładaliśmy. Matka też. Ojca to podejrzewałam ale matka to mnie trochę zdziwiła. No ale mimo wszystko nie wiem jak by ją można obdarować. - Wyznała przyciszonym tonem. - No albo Gela. Pracuje u nas w cukierni. Ładna jest, zgrabna i sympatyczna dlatego stoi za ladą w cukierni. Ma ładny dekolt i biodra a to dobre przecież do rodzenia dzieci. - Widać nie tylko o własnej matce myślała jako o przyszłej muszej matce ale wolała poradzić się mnicha co miał większe od niej doświadczenie w tej materii.
                    Mnich strzelił językiem zastanawiając się jak to ugryźć.
                    - Pamiętasz że z Margo było nie łatwo, podejrzewam, że z twoją mamą będzie ciężej. - zastanowił się chwilę - Może na razie sprawdzimy głębię jej żądz. Mówisz, że obie pokładałyście się z Margo. - mnich zniżył głos - Miałabyś obiekcje aby pokładać się z nią razem?
                    - No wszyscy chędożyliśmy Margo ale nie na raz. Dopiero teraz mi powiedziała, po tym porodzie. A wcześniej to każde z nas myślało, że inni nie wiedzą, że ją inni chędożą. - Cukiernik nieco przewróciła oczami ale całkiem chętnie wyjaśniła jak to było z ich młodą pokojówką z którą romansowała cała jej rodzina. - No ale pokładać się z własną matką? - Uniosła brwi na znak, że tego akurat wolałaby nie robić. - Byłoby mi niezręcznie. Mogę coś pomóc aby ją namówić na obdarowanie albo umówić na jakieś spotkanie z tobą albo szlachciankami. No ale nie, żeby sypiać z własną matką. - Starała się być gotowa do pomocy ale widać było, że myśl o figlach przy własnej rodzicielce nie jest jej miła.
                    - Widzisz ponieważ nie masz kontroli nad matką jak nad Margo… - zaczął mnich -nie można tego presją zrobić i ponieważ nie ma tych samych chęci co ty, jedyna droga to głód nowych… ciekawych doznań. Dlatego chciałem sprawdzić czy jest głodna czegoś więcej niż figli że służką… - mnich spojrzał jeszcze raz na matkę Teofano - Powiedz Margo, żeby mnie jakoś zareklamowała twojej matce, jako kochanek. - spojrzał na cukiernik - Osobiście będę miał większe szanse.
                    - No matka chędoży Margo bo ma ją pod ręką. Przecież ona przychodzi do nas prawie codziennie. Ojca większość dnia nie ma w domu. Matka więc może ją zdybać kiedy chce w naszym domu. Zresztą ja też tak robię. No ale jak teraz o tym myślałam co matka czasem mówiła o Geli albo niektórych dziewczynach z cukierni to myślę, że też mogą jej się podobać. A te do sprzedaży to zawsze bierze same ładne. A to ona głównie wybiera. Więc myślę, że jakby trafiła jej się jakaś ładna kochanka to mogłaby być zainteresowana. Dlatego pomyślałam o tych szlachciankach. A mężczyźni chyba też ją interesują. Czasem robi wyrzuty ojcu, że tamten w jego wieku a ma mniejszy brzuch albo, że inny to jeszcze co innego. Więc nie jest ślepa na innych mężczyzn. I ty chyba też zrobiłeś na niej dobre wrażenie po tej wizycie u nas. Nawet chciała iść ze mną do was, do hospicjum aby podziękować razem ze mną no ale by tylko nam przeszkadzała to wolałam przyjść sama albo z Margo. Jak chcesz to cię umówię z nią. Albo mogę nawet teraz cię przedstawić. Będą mogli ci podziękować za uzdrowienie mnie. - Córka Lebkuchenów bez skrupułów zdradzała sekrety swojej rodziny aby tylko rozszerzyć swoją działalność na powiększenie grona muszych matek. Mówiła szybko ale przyciszonym głosem. Stali w rozgadanym tłumie więc było małe ryzyko, że ktoś ich podsłucha ale całkowitej pewności być nie mogło.
                    - Zrobić ciepłe wrażenie, przed opowieściami Margo o mych wyczynach może zaostrzyć jej apetyt… - zerknął łobuzersko na cukiernik - Tylko nie bądź zazdrosna. Prowadź zatem.
                    - Nie bój się nie będę. Nie mam nic przeciwko waszemu romansowi. Właściwie nie mam nic przeciwko innym romansom moich rodziców byle nie narobili skandalu. No i chciałabym aby moja matka została obdarowana. Właściwie Gela też. Właściwie to chciałabym obdarować tyle kobiet ile tylko się da. - Młoda cukiernik zdawała się być całkowicie oddana sprawie szerzenia dziedzictwa Oster na jak największą liczbę kobiet. Odwrociła się i poprowadziła mnicha ku swoim rodzicom. Ale się zatrzymała. Widać było, że się już żegnają ze swoimi rozmówcami.
                    - Z tego co mi Margo mówiła to moja matka lubi być górą. Jak Margo jej usługuje. - Rzuciła cicho nachylając nieco głowę ku niemu. A gdy uznała, że ta druga para już się oddaliła wystarczająco a i jej rodzice rozglądali się jakby zaczęli szukać swojej dorosłej córki, to ta dała znać mnichowi aby ruszali dalej.
                    - Matko, ojcze. - Zaczęła gdy podeszli bliżej. I udało jej się zwrócić na nich ich uwagę. - Spotkałam brata Otto. Rozmawialiśmy o błogosławieństwie jakim mnie obdarzył. I o tym, że to każdą kobietę powinien spotkać taki zaszczyt. Ja przyjęłam go z pokorą i godnością jaka przystoi naszej rodzinie. - Młoda Lebkuchen zaczęła nieco uroczyście ale starała się mnicha przedstawić jak najlepiej. Chociaż nie oparła się pokusie aby w zawoalowany sposób nie wspomnieć o swojej brzemienności.
                    - Miło cię znów widzieć ojcze. To naprawdę zaszczyt dla nas. Po twoich modłach Teo wygląda wprost kwitnąco. - Ojciec lekko się skłonił przed duchownym aby się z nim przywitać w równie ciepły sposób co córka im go przedstawiła.
                    - To prawda mój drogi. Dobrze cię znów widzieć ojcze. Naprawdę masz cudowny wpływ na naszą Teo. Tryska wręcz zdrowiem i radością. Aż się robię podejrzliwa i zazdrosna. Też bym tak chciała. - Renate lekko się uśmiechała i nie wychodziła z roli bogobojnej matki i żony. Ale w jej spojrzeniu było coś śmiałego.
                    - I równie miło widać rodziców tak oddanej duszyczki. - mnich również skłonił się przed patriarchą Lebkuchenów, po czym ucałował dłoń matki Teofano - Żyję, aby być udzielnym sługą moja pani. Z chęcią udzieliłbym namaszczeń, jeżeli taka twa wola. Proszę jedynie powiedzieć kiedy.
                    Oboje się uśmiechnęli z zadwoleniem na takie szarmanckie zachowanie mnicha. Ale gdy powiedział swoje mąż nieco się zdziwił.
                    - Namaszczenia? Chyba aż tak z moim serdeńkiem nie jest? - Uniósł brwi aby to okazać.
                    - Ojcze ale w hospicjum to mają wiele ziół i naparów. A mama ostatnio skarżyła się na korzonki. - Teofano szybko dostrzegła okazję i starała się podjąć inicjatywę wspólnika.
                    - To prawda Teo. Nie chciałam ci mówić rybeńko ale ostatnio znów mi trochę dokuczają. Ojcze Otto, czy mielibyście coś w swoich obfitych zasobach i mądrych księgach? - Renate najpierw potwierdziła mężowi słowa córki po czym zwróciła się do jednookiego mnicha.
                    - Proszę się nie martwić, mości Lebkuchen. Stare przyzwyczajenia z klasztoru, nazywaliśmy namaszczeniem wszystko od olejków leczniczych po ziołowe maści. Pomagam Teofano niewielkimi smarowaniami olejkiem z lawendy. Pomaga we śnie i odgania nocne mary. - mnich się uśmiechnął - Oczywiście mam coś co by pomogło na takie bóle, wymagało by to oczywiście trochę twojego czasu moja pani. Oprócz opatrunków i maści, trzeba rozluźnić ciało. Jeżeli jesteś zainteresowana możemy umówić spotkanie dla twej wygody.
                    - Oh to prawda. Ja czuję jak te olejki i maści jakich na mnie używa ojciec Otto ożywiają i rozgrzewają mnie od środka. - Teofano gorliwie pokiwała głową i tym razem położyła dłoń na swoim brzuchu. Wyglądało to naturalnie, chociaż jak mnich znał prawdę to ją tak ożywia od środka to miało to swój wypaczony chodź prawdziwy sens. Córka jednak dalej mówiła do rodziców. - To i na korzonki dla mamy na pewno ojciec Otto też coś znajdzie odpowiedniego. To jak sie wciera głęboko w ciało to bardzo pomaga. Zapewne nawet mama mogłaby się udac do hospicjum w razie potrzeby aby coś tam dobrać odpowiedniego. Ja i tak się tam wkrótce wybieram aby okazać wdzięczność za uzdrowienie. I przyjąć kolejne błogosławienstwa. - Szczupła brunetka mówiła szybko i z pełnym przekonaniem. Tak samo jak niedawno gdy rozmawiała z Otto na boku. A i znalazła sprytną furtkę na spotkanie między nim a jej matką w hospicjum jakby wizyta domowa była utrudniona.
                    - Bardzo dobry pomysł. Też myślałam aby udać się do was razem z Teo no ale nalegała, że chce wam się odwdzięczyć osobiście. Ale jeśli to przeszkadza to jutro jak obrządzę dom to gdzieś po dziewiątym dzwonie chyba mogłabym być gotowa na twoją wizytę ojcze. - Matka też potrafiła szybko dostosować się do sytuacji i chętnie poparła pomysły ich obojga na spotkanie z mnichem.
                    - No cóż, ojcze, jeśli sprawa jest tak poważna to naprawdę bylibyśmy wdzięczni gdybyś zechciał zadbać także o moje serdeńko. Nie chciałbym aby się męczyła biedaczka. A widzę po Teo, że twoje metody są skutecznie i nie jesteś jakimś podejrzanym hochstaplerem. - Ojciec także poprosił mnicha aby ten zgodził się na taką pomoc jego żonie.
                    - Zatem jutro, koło dziewiątego dzwonu? - upewnił się mnich - Poleciłbym jakieś miejsce gdzie nie będzie nam nikt przeszkadzał i będziesz mogła się wygodnie ułożyć, pani. Zabieg trochę zajmie.
                    - To może nas odwiedzisz jutro o tej porze? - Renate lekko uśmiechnęła się z zadowoleniem przyjmując taką propozycję. I szybko ją doprecyzowała.
                    - Mnie chyba nie będzie. Zamierzałam dokładniej przyjrzeć się Geli. Myślałam czy nie zrobić jej starszym subiektem. Ale też zastanawiałam się czy osoba duchowna by nie mogła jej się przyjrzeć bo może Gela też potrzebuje namaszczenia i błogosławieństwa? - Teofano starała się dać znać, że może na ten czas wizyty usunąć się z mieszkania aby im nie przeszkadzać. Jednak udało jej się w to wpleść i drugą kandydatkę o jakiej mówiła wcześniej. Tak samo jak jej matka, popatrzyła teraz pytająco na mnicha.
                    - Stawię się oczywiście i jeżeli znajdę czas dla… Geli, tak? To oczywiście i nią się zajmę. - mnich zerknął na ojca Teofano z uśmiechem - Bogowie nagrodzili cię za służbę miastu, mój panie. Piękna żona, aby koiła serce i zdrowa, piękna córka.
                    - Oh jestem tylko sługą bogów i tego miasta. Ja tylko piekę pierniki. - Głowa rodziny uśmiechnął się uprzejmie ale było widać, że słowa mnicha mile go połechtały.
                    - W takim razie ja będę na ojca czekać jutro. - Renate też wyglądała na zadowoloną, że tak gładko doszli do porozumienia.
                    - No to ja od rana zajmę się Gelą aby była gotowa na błogosławieństwa ojca. - Teofano zachowywała się podobnie chociaż wiedziała, że z jednookim i tak spotkają się wkrótce na Bursztynowej.
                    - Zatem zobaczymy się jutro. - ponownie skłonił się przed rodziną Lebkuchen - I moja pani, mam nadzieję, że moje służenie przyniesie ci ulgę, której pragniesz.

                    Otto i Elke

                    Mnich spojrzał na młodą dziewoje z uśmiechem.
                    - Elke! Witaj, witaj dziecko. W czym mogę służyć? - złapał się za głowę przypominając sobie ich ostatnie spotkanie - Bogowie… zapomniałem. Wybacz kochana. - ujął dłonie dziewczyny - Miałem tyle na głowie, że twoja prośba wyleciała mi z niej. Proszè nie gniewaj się.

                    Szczupła blondynka dała ująć się za dłonie i z początku uśmiechnęła się, że mnich ją rozpoznał i wciąż pamięta o czym rozmawiali. Ale gdy przyznał się, że nie zajął się tą sprawą, wyraźnie posmutniała. Lekko pokiwała głową jakby potrzebowała chwili aby oswoić się z tą myślą. - Więc… Nic się nie da zrobić? Ja dziś przyszłam na mszę do miasta. Ale w Marktag znów będę z kozami i świniami. Ja rozumiem, że to może być trudne znaleźć panią co by mnie chciała. Mogę poczekać. To przecież dopiero parę dni minęło. - Starała się chyba zrobić dobrą minę do tych niezbyt pomyślnych dla niej wiadomości.
                    Mnich się zastanowił, odruchowo jego dłoń zaczęła głaskać policzek dziewczyny, starając się dać jej trochę otuchy. W końcu spojrzał jej w oczy, podobne spojrzenie widziała wtedy w kamienicy.
                    - Jak długo możesz zostać w mieście po mszy?

                    - Do południa. Może trochę dłużej. Ale chciałabym przed zmierzchem wrócić do nas, do wioski. - Blondynka odparła bez wahania. Jeśli chodziło o odległość do przejścia to rzeczywiście z pół dnia było potrzeba. A po zmroku niebezpiecznie było podróżować, zwłaszcza samotnej, nieubzrojonej kobiecie.

                    \ - Więc mam propozycję. - Otto uśmiechnął się ciepło - Teraz dwie sprawy, przyrzeknij mi na miłość do swojego stadka, że nie rozpowiesz tego co ci teraz powiem i uwierz mi, że nie próbuję cię ośmieszyć.

                    Gdy mnich wspomniał o jej grzesznych upodbaniach, blondynka spuściła wzrok w ziemię i zaczerwieniła się. Po chwili pokiwała twierdząco głową. - Nikomu nie powiem. - Wydukała zawstydzonym tonem.
                    - Dobrze. Wybieram się do Lady Pirory Von Dyke, będą tam również Lady Fabienne von Mannlieb i nasz cudowny Słowik Północy. Byłyby bardzo zainteresowane spotkać kobietę, która troszczy się o swoich podopiecznych tak bardzo jak ty. I gdybyś miała ze sobą swego ulubieńca, pewnie chciałby, abyś ich nauczyła jak się nim opiekować. Mam nadzieję, że rozumiesz. - uśmiechnął się - Zapytam Lady Pirorę, czy mogę cię zaprosić na to spotkanie. Największe szanse masz, jeżeli zaczniesz z nimi rozmawiać sama. Interesuje cię to? Jeżeli zabawimy za długo, to mogę odprowadzić cię do domu.
                    - Słowik Północy? Znaczy lady von Treskow?! - Tym razem głowa blondynki gwałtownie wystrzeliła do góry patrząc na mnicha z niedowierzaniem. Przez chwilę to jedno naziwsko całkowicie zdominowało jej uwagę. - Ta milady z mszy? Co tak pięknie śpiewała? Znasz ją? - Zwykłej dziewczynie ze wsi wydawało się prawie niemożliwe, że ktoś z kim rozmawia twarzą w twarz mógłby swobodnie rozmawiać ze szlachtą. A co dopiero z taką sławną śpiewaczką nad jakim śpiewem dopiero co zachwycało się całe miasto. Aż spojrzała w stronę wrzawy nieco dalej. Diwy nie było zza niej widać ale musiała tam być. Wiele osób chciało ją zobaczyć z bliska a ci znaczniejsi nawet z nią rozmawiali. Ale nie zwykli chłopi co przyjechali do miasta na mszę.
                    - No ja byłabym zaszczycona. Jak coś by było trzeba… To ja tu mogę poczekać. Naprawdę ją znasz? - Elke z trudem starała się odzyskać jasność myśli więc zaczęła trochę dukać wciąż przytłoczona myślą, że miałaby poznać sławną diwę albo inną z tutejszych szlachcianek.
                    - Równie dobrze co ty swoje stadko. - odparł z uśmiechem mnich - Poczekaj tu. - jednooki ruszył w poszukiwaniu Pirory. Po kilku minutach wrócił do dziewczyny.
                    - Mamy zgodę. - wystawił rękę aby zacząć prowadzić Elkę - Gotowa spotkać wyższe sfery miasta?
                    Blondynka wytrzeszczyła oczy jakby nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Przez chwilę wpatrywała się w twarz jednookiego jakby sprawdzała czy sobie z niej nie dworuje. Po czym pisnęła z radości i zarzuciła mu ręce na szyję. Aż parę najbliższych osób spojrzało na nich ze zdziwieniem albo zaciekawieniem. Młoda kobieta zarzucająca mnichowi ręce na szyję z piskiem radości to raczej nie był codzienny widok. Elke jednak opanowała w końcu ten wybuch i odsunęla się trochę od mnicha. Złapała za jego reke i dala się poprowadzić. Wyszli przez bramę i tu zrobiło się ciut luźniej. Ale i tak wszędzie stały zaparkowane powozy i karoce a znamienici goście albo przy nich stali, wsiadali albo dopiero do nich szli. Dopiero na ulicy blondynka odzyskała głos.
                    - Naprawdę ją znasz? Tą śpiewaczkę i te szlachcianki co mówiłeś? I poznasz mnie z nimi? Jej! Jak ja bym chciała służyć u takiej wielkiej pani! - Wciąż wydawała się być oszołomiona myślą, że zaraz stanie twarzą w twarz ze swoją szansą na lepsze życie. I dopiero po chwili coś jej się przypomnało. - Ale poczekaj… Ale to… Powiesz im… No wiesz… O… No jak ja… No wiesz o czym. - Przez jej twarz znow przeleciał rumieniec i spojrzała z niepokojem na idącego obok mnicha.
                    - Jeżeli nie chcesz to nie powiem. - zapewnił Otto - Ale zaznaczam, że jeżeli się o tym dowiedzą, od razu u nich zyskasz. Czy naprawdę sądzisz, że tak znamienite panny spotkałyby się z byle okaleczonym klechą, aby pogadać o religii? Czy jednak może nasze spotkania są bardziej podobne do naszego pierwszego?
                    W ciągu krótkiego czasu, Otto był świadkiem jak oczy i usta Elke otwierają się szeroko w grymasie bezbrzeżnego zdumienia. - To ty masz… - Aż się zaksztusiła z wrażenia i pewnie krzyknełaby na całe gardło ale w ostatniej chwili urwała głos. I tak potrzebowała przejść szerokość jednej czy dwóch kamienic aby odzyskać głos.
                    - To ty masz z nimi romans? Z tymi szlachciankami? Z lady Odette też?! Ale przecież jesteś mnichem! I to takim zwyczajnym a nie przeorem czy jakimś ważnym. - Chłopska córka miała wyraźne trudności aby przełamać stereotypy społeczne w jakich do tej pory żyła. Rzeczywiście taka informacja mocno się poza nie wybijała. Dopiero po chwili dotarło do niej coś jeszcze. - Jak to zyskać? Znaczy… No wiesz… Tak jak ja… Miłuję moje stado… I one… No ten… To by im się podobało? - Ledwo dała radę to z siebie wykrztusić i znów zarumieniła się jej cała twarz. Widać już było wejście na Plac Targowy a Bursztynowa 17 była po jego drugiej stronie.
                    - Romans to duże słowo.- uznał Otto - Jestem zadowalający w łóżku, mam nadzieję, że nie zaprzeczysz. I posiadam na tyle bogatą wyobraźnię, aby dostarczyć im nowych doznań. Dlatego chciałem wykupić od ciebie koziołka.
                    - No tak. To prawda. Wtedy w Marktag… Było mi bardzo miło. Z tobą to nie to co z wiejskimi chłopakami. - Blondynka pokiwała głową na znak, że miło wspomina ich spotkanie sprzed paru dni. Widać zaczynała trzeźwieć od tego nagłego wrażenia jakie mnich w niej wywołał. Przechodzili właśnie przez Plac gdzie się wówczas spotkali po raz pierwszy. Już było widać wylot Bursztynowej. - A to ten koziołek… To dla nich? Dla tych szlachcianek? - Podniosła głowę i popatrzyła na niego wielkimi oczami. Aż przygryzła wargę z przejęcia. Co prawda sama miała takie preferencje za jakie jeśli nie trafiłaby na stos to i tak spotkałaby się z publicznym potępieniem. Chyba jednak trudno było jej uwierzyć, że ktoś jeszcze może je podzielać a zwłaszcza te piękne i bogate damy.
                    - Były zainteresowane kiedy proponowałem. - odparł mnich z uśmiechem. Dziewczyna pewnie by zemdlała gdyby usłyszała o orgiach ze zwierzoludźmi - Dlatego sądzę, że będą ciebie ciekawe. Szczególnie jeżeli będziesz im opowiadała ze szczegółami, jak to jest kiedy koziołek się opiekuje potrzebami.
                    - Oh. - Młoda chłopka szła obok mnicha i słuchała tych rewelacji z wypiekami na twarzy. W końcu to brzmiało jak urzeczywistnienie mrocznych plotek o podłej, zdegenerowanej szlachcie. Tylko teraz chodziło o piękne i eleganckie damy z miejskiej śmietanki towarzyskiej. - I by je to ciekawiło? - Znów spojrzała na idącego obok mnicha. - No mogę opowiedzieć. Jak to jest. Być z koziołkiem. Właściwie pieski i świnki też lubię. - Niepewnie przygryzła wargę sondując po mnichu jaka będzie jego reakcja i zapewne szlachcianek.
                    Mnich gwizdnął.
                    - Zaczynam czuć się niegodny. Jak mógłbym marzyć, aby zadowolić dziewczynę co tylu smaków przyjemności już zaznała. - uśmiechnął się - Uwierz mi, polubią cię od razu.
                    Młoda chłopka zarumieniła się ponownie. Ale tym razem od komplementu. Widać było, że dodał jej otuchy przed rozmową ze szlachtą na jaką się szykowali. A na razie to mnich już widział front kamienicy jaką zimą kupiła koleżanka z kultu po okazyjnej cenie.

                    Otto i wizyta u Pirory

                    W końcu dotarli do drzwi jakie były już mnichowi znane bardzo dobrze. Wiedział co trzeba robić i mniej więcej czego się spodziewać za nimi. Otworzyła mu młoda służka Pirory i wpuściła do środka z sredecznym uśmiechem na twarzy. Zaprowadziła ich na piętro gdzie był salon gospodyni który był towarzyskim sercem kamienicy. Tam zastał ją samą. Stół był już zastawiony bogatym śniadaniem jakie tylko czekało na przybycie gości. Pirora rozmawiała z jakąś służką gdy goście weszli.
                    - Witajcie moi mili. - Przywitała się z uśmiechem. Szybko obrzuciła taksującym spojrzeniem młodą wieśniaczkę a ta od razu nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. - Otto to jest ta młoda, utalentowana dziewczyna o jakiej mi mówiłeś? - Averlandka starała się nie peszyć Elke bardziej niż już była.
                    - To ona. Ma na imię Elke, spotkałem ją na targu kilka dni temu. Hoduje kozły i jest… bardzo oddana ich zdrowiu. - klątwa posiadania jednego oka, to to, że mimika jego twarzy była ograniczona i nie mógł puścić porozumiewawczego oczka Averlandce - Jestem pewny, że z chęcią opowie tobie, Fabienne i Odette wszystko co chciałybyście wiedzieć… na przykład o ich płodzeniu. - mnich uśmiechnął się łobuzersko i delikatnie przysunął Elke do przodu - Nie lękaj się jej, Elke. Pirora wita cię u siebie jako gościa, nie intruza.
                    - Doprawdy? No to rzeczywiście zapowiada się fascynująca opowieść. Mam wrażenie, że Fabienne i Odette powinna przypaść do gustu. Może jednak poczekamy na nie? Odette to pewnie przyjedzie na samym końcu. Pewnie widzieliście jak jest oblegana. - Pirora wydawała się przyjemnie zaskoczona taki przedstawieniem talentów młodej blondynki. A ta miała minę jakby kamień spadł jej z serca i nawet uśmiechnęła się choć tylko półgębkiem. Bez wahania pokiwała głową dla szlachcianki ale na razie nie odważyła się zabrać głosu gdy ta nie zadała jej bezpośredniego pytania. - Otto mogę cię prosić na chwilę? - Gospodyni widząc to dała znać koledzę, że chce z nim coś omówić. Podeszła na drugi kraniec salonu, do okna i stanęła przy krześle jakie zwykle zajmowała lady Soria. Poczekała aż do niej podejdzie.
                    - Dobrze, że jesteś. Mam z dzisiejszym spotkaniem takie urwanie głowy, że nie wiem gdzie ręce włożyć. - Wyznała z pewną ulgą, zapewne licząc, że mnich ją wspomoże. - Na dole czeka Laura. Odette ją zamówiła. Ale w nocy urodziła kolejny miot i go tu przyniosła. Mówi, że ona, Odette i Fabi na pewno się ucieszą jeśli się będą mogły razem zabawić. No ale pewnie wiesz, że nawet u nas nie wszyscy za tym przepadają. Więc mam prośbę. Możesz je poprosić abyście poszli do osobnego pokoju? Tak aby nikogo to nie kłuło w oczy. Sam wiesz jak choćby Łasica czy Burgund reagują na tych “przyjemniaczków”. Jeszcze nie wiem czy będą. Burgund chyba nie wróciła do miasta z tego kurhanu więc inni co z nią poszli też nie. Nawet lady Soria jak widzisz nie wróciła jeszcze. A Łasica poszła się spotkać z jakimś dawnym uczniem Starszego. Ja go nie znam. Podobno był w rodzinie zanim myśmy dołączyli tylko wyjechał z miasta. Teraz wrócił. No i są te robaki od Benity. Też nad ranem urodziła. Całkiem spanikowała i błagała mnie abym coś z nimi zrobiła. Miała rozmawiać z Oddie. Więc jeszcze nie wiem czy też do nas przyjedzie czy nie. Mieli mieć z mężem jakieś rodzinne spotkanie po mszy. Mówię ci, wszystko mi się dzisiaj zwaliło na głowę tego poranka. - Mówiła przyciszonym głosem aby Elke ich nie słyszała. I szybko. Dało się jednak wyczuć napięcie w głosie gdy streszczała mu ten chaos jaki jej niespodziewanie zwalił się na głowę.
                    - Oczywiście, zajmę się tym. Ale naprawdę dziewczyny, musicie poszerzyć horyzonty. Widziałem poród Laury… ja nigdy nie sprawiłem, aby dziewczyną tak szarpało. - uśmiechnął się - Ale rozumiem, rozumiem. Nie dla wszystkich takie igraszki… może sam w końcu spróbuje. Wyglądało na przyjemne. I nowy stary członek rodziny mówisz? Dobrze, przyda się ktoś kto wie więcej.
                    Pirora uniosła brwi w grymasie sugerującym, że nie spodziewała się takich słów po koledze. Ale nie skomentowała tego więc zabawy z pieszczoszkami raczej dalej uznawała za niestosowne. - Tak, jakiś dawny uczeń, chyba ekonom czy jakiś uczony z ratusza. Znaczy dawniej tam pracował zanim wyjechał. Z tych co są wciąż z nami chyba tylko Łasica i Silny go znają. Ale Silny też poszedł do tego kurhanu razem z Egonem i resztą więc w mieście została tylko Łasica. Dlatego ma się z nim spotkać. Tyle mi zdążyła rano powiedzieć. - Gospodyni nieco rozwinęła myśl o nowym członku ich spiskowej rodziny. I chyba sama niewiele więcej o tej sprawie wiedziała. - I bardzo ci dziękuję Otto. Jeśli byś to dyskretnie załatwił aby dziewczęta poszły się bawić do pokoju byłabym wielce zobowiązana. - Uśmiechnęła się do kolegi, położyła mu swoją delikatną i zadbaną dłoń na jego a do tego cmoknęła go w policzek. - Jeszcze Petry von Schneider się spodziewam. Koleżanka z kółka poetyckiego Kamili. Może uda mi się ją poznać z Heinrichem. Wstępnie oboje są sobą zainteresowani no ale jak rozumiesz, nie wypada aby młoda panna ze szlacheckiego domu spotykała się samopas z obcym mężczyzną. Więc jeśli oboje przyjadą to będę musiała robić im za gospodynię i przyzwoitkę. A jeśli tylko ona to właściwie też. Raczej nie ryzykowałabym zaprosić ją do lochu albo tam do was. Nie wydaje mi się aby była na to gotowa. Aha i Lilly też już jest. Czeka w kuchni. No ją też raczej Petrze czy tej nowej nie pokażę. - Szeptała szybko ale widać ulżyło jej, że Otto obiecał ją wspomóc w tym dzisiejszym galimatiasie. Posłała spojrzenie na czekającą pokornie blondynkę, że orgie w lochu razem z młodą mutantką, to może być dla niej za wiele. Wtedy drzwi do salonu otworzyły się i do środka weszła ta sama służka co otworzyła mnichowi.
                    - Przyjechała lady Fabienne. Zaraz tu będzie. - Oznajmiła swojej pani. Ta skinęła jej głowa i szybko spojrzała na mnicha.
                    - Pójdę ją przywitać. Chcesz iść ze mną? Czy może wolisz poczekać tutaj? - Zaproponowała mu z ciepłym uśmiechem na twarzy.
                    Mnich się zastanowił.
                    - Przywitam ją oczywiście, tylko ostrzegam, będziesz chyba musiała robić za przyzwoitkę już teraz, jeżeli zobaczę naszą drogą Fabienne. - odwzajemnił uśmiech i ruszył za aktorką.

                    • Oh ty zgrywusie! - Milady roześmiała się szczerze rozbawiona jego uwagą. Ale już ruszyła w stronę korytarza. Napotkawszy czekającą Elkę odezwała się do niej. - Poczekasz tu na nas? Zaraz wrócimy. Przyjechała lady Fabienne jaka zapewne będzie tobą bardzo zainteresowana. - Poprosiła ją grzecznie ale takim tonem jakim zwykle błękitnokrwiści zwracali się do podwładnych i plebsu. Chłopka jednak przyjęła to gładko. Energicznie pokiwała głową na znak zgody i nawet uśmiechnęła się na te miłe słowa. Zaś dwójka kultystów ruszyła na korytarz aby przywitać się z trzecią z nich. Bretonkę spotkali jak już wchodziła za służką po schodach na piętro. Widząc ich uśmiechnęła się do nich serdecznie.
                      - To już jesteście? Wiedziałam, że się za długo grzebałam. Ale miałam nadzieję, że przyjadę pierwsza. Widzieliście Oddi? Oj ona to chyba tak prędko do nas nie przyjedzie! - Widać było, że jest w wyśmienitym humorze. Pokonała te kilka ostatnich kroków jakie ich dzieliły i już mogła się z nimi uściskać.
                      Mnich ucałował dłoń Bretonki z uśmiechem.
                      - Witaj, pani. Przybyłem wcześniej ponieważ sprowadziłem nową znajomość, abyście zapoznały. - zniżył głos do konspiracyjnego - Dziewczyna nazywa się Elke. Parzy się ze swoją trzodą, sądziłem, że będziecie chciały posłuchać jej opowieści o nowych przyjemnościach.
                      Czarnowłosa pozwoliła się mu pocałować w dłoń jakby chciała zadośćuczynić etykiecie. A gdy mnich się wyprostował objęła go jak kochanka i przyjaciela. Podobnie przywitała się z Pirorą. Zrobiła zainteresowaną minę tym co usłyszała od Otto i szybko spojrzała na koleżankę.
                      - Jak na chłopkę to dziwnie prosta, ładna i bez widocznych parchów. Czeka w salonie. - Wzruszyła ramionami i pokazała kciukiem w stronę korytarza z jakiego właśnie z mnichem wyszli. - Ale ja was teraz muszę przeprosić na moment. Jestem w proszku z tymi przygotowaniami. Otto zajmiesz się Fabi tak jak cię prosiłam? - Po Averlandce znów było czuć presję czasu tak jak przed chwilą gdy rozmawiała z kolegą w salonie. Popatrzyła prosząco na kolegę.
                      - O to mówisz, że nawet ładna i prosta. A ty, że parzy się ze swoim stadem? Oh no to koniecznie muszę ją poznać! - Bladolica zareagowała bardzo pozytywnie na te wieści jakie od nich usłyszała. I pokiwała głową, że rozumie pośpiech gospodyni.
                      - Oczywiście. I zajmę się też sprawą Laury. - kiwnął głową i podał ramię Fabinne - Wyglądasz pięknie jak zawsze, lady Fabienne. - zaczął prowadzić ją w kierunku Elke - Dziewczyna jest oczywiście przytłoczona myślą o rozmowie ze szlachcianką, proszę więc bądź wobec niej delikatna, przynajmniej zanim zaciągniesz ją do łóżka.
                      - Dziękuję Otto, jesteś kochany. - Pirora cmoknęła mnicha w policzek i uśmiechnęła się do niego promiennie. A potem odeszła po schodach na dół. Zaś jednooki mógł z Bretonką powoli ruszyć korytarzem w kierunku salonu.
                      - Dziękuję Otto. Czuję się rzeczywiście wspaniale. Myślę, że to macierzyństwo mi służy. - Pogładziła się po opiętym gorsetem brzuchu. - Ah właśnie. - To jakby jej o czymś przypomnałem. - Może jeszcze tego nie widać. Ale zaczyna rosnąć. Zaczynam mieć trudności aby zapiąć się jak dotąd. Trochę mnie to niepokoi, że zacznie to widać. A chciałabym je jeszcze w siebie przyjmować. I rozmawiałam z Oddie, ona ma tak samo. Spodobała jej się ta ciążą i doznania jakie niesie. No i “To takie ohydne!”. - Mówiła łagodnym i spokojnym tonem. Chociaż na koniec nieźle sparodiowała koleżankę. - I tak myślałam. Może te pierścienie od Mergi by pomogły? Potrafią zmieniać wygląd człowieka. Myślisz, że mogłyby zamaskować ciężarny brzuch? - Zapytała patrząc na niego z zaciekawieniem. Po czym uśmiechnęła się słodko. - A ta Elke taka utalentowana? Brzmi kusząco. Jeśli chcesz dodać jej otuchy to ja jej mogę paść do stóp. I Laura też już jest? Oddie mi wspomniała, że ją zamówiła na dzisiaj. Właściwie to wczoraj w garderobie to o niej myślała. No ale jak powiedziałeś, że Teo to ją też zaprosiła. Któż by odmówił Słowikowi Północy? - Mówiła uśmiechając się kusząco. I aby się swobodnie rozmówić zwolniła kroku prawie się zatrzymując chociaż drzwi do salonu już były widoczne.
                      - Tyle łakomych kąsków, a ja sam jeden. - mnich zachichotał - Tak, Laura jest na dole. Pirora poprosiła, abym przeniósł was do osobnego pokoju, bo ona, Łasica i Burgund są zbytnimi świętoszkami na pieszczoszki Laury. - ucałował policzek Fabienne - Teofano obiecałem kolejne zasianie, więc będę na nią czekał. - jednooki zastanowił się nad pytaniem dotyczącym magicznych pierścieni - Eh, tajniki Wiatrów Magii nie należały do części moich obowiązków. Musiałabyś zapytać Joachima.
                      - No pewnie tak. Albo Starszego. Albo Sorię. Albo Tobiasa. O nich myślałam. Ale zobaczymy kto się trafi. Jeśli byś ich spotkał prędzej to mógłbyś o to zapytać? Bo jeśli by te pierścienie mogły ukryć ciężarny brzuch mnie i Oddie to my bardzo chętnie byśmy przyjęły w siebie więcej tych pieszczoszków. - Bretonka uśmiechnęła się pogodnie do mnicha i znów pogłaskała swój brzuch. W tej chwili, nawet z bliska, nie wygladał podejrzanie. Szlachcianka wyglądała szczupło jak zawsze. - A te pieszczoszki no ja dziewczyn nie potępiam. Widocznie jeszcze nie nadszedł moment aby były na to gotowe. - Wzruszyła ramionami na znak, że nie ma żalu do koleżanek, że nie podzielają jej zafascynowania robaczą ciążą i pokrewnymi zabawami. - Dobrze Otto, możemy pójść do pokoju. Myślę, że Oddie powinna się zgodzić. A jak ona się zgodzi to któż się sprzeciwi Słowikowi Północy? - Zaśmiała się cicho jakby bawiła ją moc spełniania zachcianek sławnej diwy. - No dobrze ale nie trzymaj mnie dłużej w niepewności i poznaj mnie z tą utalentowaną dziewczyną jaką przyprowadziłeś. Brzmi bardzo apetycznie. - Pogłaskała go po ramieniu aby zachęcić go do wznowienia wycieczki do salonu.
                      Mnich wrócił do salonu prowadząc Fabinne pod rękę. Oboje podeszli do wieśniaczki.
                      - Elke, pozwól, że przedstawię ci Lady Fabienne von Mannlieb, piękność Bretonni, żonę admirała Mannlieb i jedna z najpodlejszych kobiet jakie spotkałem. Lady Fabienne, to jest Elke, jak widzisz, zaspokoi apetyt, który czułaś.
                      Przy tym pierwszym i bliskim spotkaniu z bladolicą szlachcianką, młoda chłopka znów się spięła. I czujnie obserwowała jej reakcję. Grzecznie dygnęła i skinęła głową na przywitanie. A czarnowłosa obdarzyła ją ciepłym uśmiechem i życzliwym spojrzeniem.
                      - Miło mi cię poznać Elke. - Podobnie jak przed chwilą gospodyni, starała się dodać otuchy nowej znajomej. - Wiesz Otto, Priora ma dobry gust do młodych kobiet. Rzeczywiście Elke wygląda bardzo uroczo i pociągająco, nawet w tej prostej sukni. Jestem pod wielkim wrażeniem tej naturalnej urody. - Zwróciła się niby do mnicha ale widać było po gwałtownym rumieńcu blondynki, jak ją uradował ten komplement. Wreszcie się uśmiechnęła. - Ale tu tyle przestrzeni. Może porozmawiamy gdzieś w spokojneijszym miejscu zanim się wszyscy zjadą? - Zaproponowała im obojgu. Z tymże oczywiście młoda wieśniaczka nie odważyła się zaprotestować nawet gdyby miała coś przeciwko. A nie wyglądało aby miała. - Hej dziewczyno. Podobno mamy tu przydzielony pokój. Możesz nas tam zaprowadzić? - Zwróciła się do służki a ta skinęła głową. Wyszli za nią na korytarz i kilka drzwi dalej pokojówka wprowadziła ich do eleganckiego pokoju z podwójnym, ozdobnym łożem, ozdobnym stolikiem na cztery osoby na jakim stała taca z trunkami. Elke wydawała się być onieśmielona tym luksusem ale dla Bretonki był to chleb powszedni.
                      - Siadajcie proszę. Skoro Pirora jest zajęta to pozwólcie, że przywłaszczę sobie rolę gospodyni i będę wam usługiwać. - Mówiła z gracją należną szlachciance jakby zwracała się do swoich umiłowanych gości i to równych jej statusem. I posłała Otto pikantny uśmieszek gdy mówiła o usługiwaniu choć Elke co jej nie znała zapewne nie wyłapała jak bardzo prawdziwe były to słowa. Bretonka zaś zaczęła im przygotowywać trunki jakie sobie zażyczyli.
                      Mnich rozwiązał pas i zdjął habit, pod spodem miał luźno wiszącą kremową koszulę i brązowe spodnie. Odetchnął z ulgą.
                      - Nie zazdroszczę kolegom, którzy muszę ciągle chodzić w tej temperaturze… aż kusi, aby nic pod habitem nie nosić. - uśmiechnął się do Fabienne i usadził ją sobie na kolanach - A więc chcesz nam usługiwać droga Fabi? A jakie to usługi oferujesz?
                      - Oh Otto, przecież wiesz jakie usługi oferuję. Z przodu, z tyłu, z góry, z dołu albo w środku. - Szlachcianka nie miała nic przeciwko takiemu spoufalaniu się z ubogim mnichem i bez oporów usiadła mu bokiem na kolanach a ramionami objęła szyję. Siedząca obok młoda chłopka patrzyła na nich z niedowierzaniem ale chyba obawiała się to komentować. - Ale niestety jeszcze nie czas abym wam mogła służyć tak jak bym chciała. Tą suknię tyle czasu się i zapina i zdejmuje. A jeszcze musimy pojawić się na śniadaniu. - Lekko skinęła głową w stronę drzwi na korytarz. Tam też niedaleko był salon w jakim szykowano śniadanie dla gości Pirory. W głosie pod maską flirtu, dała się wyczuć nutka żalu. W końcu bretońska szlachcianka znana była w kulcie ze swoich uległych upodobań. Przez chwilę wpatrywała się rozgrzewającym spojrzeniem twarz jednookiego nim nie spojrzała na siedzącą obok blondynkę. Ta dała się zaskoczyć i poruszyła się nieco nerwowo jakby spodziewała się kłopotów.
                      - Oh Elke, nie bądź taka spięta. No spójrz Otto jak ona się przejmuję. Trzeba by ją rozluźnić i rozweselić. - Bladolicą jakby rozczulił ten widok. Pozwoliła aby kolega też miał okazję się przyjrzeć i sam to ocenić. W efekcie czego wieśniaczka spięła się jeszcze bardziej. - Może mały buziak na początek? - Fabienne zaproponowała im obojgu. Zapewne aby dać Elkę możliwość oswojenia się z tą nową dla niej sytuacją. Delikatnie więc nachyliła się aby pocałować usta partnera, jakby to robili pierwszy raz. Mężczyzna czuł najpierw jej perfumy, ciepło bijące z żywego ciała, wreszcie dotyk jej usta na swoich. I stopniowo bardziej śmiały pocałunek. A czarnowłosa nie chciała szokować ich obserwatorki. W końcu zazwyczaj raczej nie spotykało się szlachcianek całujących się z mnichami. Gdy skończyli Bretonka popatrzyła zachęcająco na blondynkę.
                      - Też byś chciała taki całus Elke? - Nadal obejmując szyję Otto, zwróciła się do chłopki. Ta zrobiła minę jakby nie była pewna jakiej powinna udzielić odpowiedzi szlachciance. Nerwowo zerknęła na mnicha jakby szukając podpowiedzi. Widząc to błękitnokrwista cicho westchnęła i też się do niego zwróciła. - No to może Otto nieco pokażemy Elke jak to u nas wygląda to usługiwanie? Powiesz mi co mam zrobić tobie albo Elke a ja postaram się was usatysfakcjonować? Tylko na razie może bez ściągania ubrań skoro jeszcze musimy iść na śniadanie. - Fabienne zlitowała się nad blondynką i przynajmniej chwilowo zwolniła ją od podejmowania decyzji w nowej dla siebie sytuacji. I pewnie chciała ją zachęcić i pokazać się od tej łagodnej strony aby przełamać naturalny lęk chłopki przed krytyką ze strony szlachty.
                      Mnich się zastanowił chwilę po czym ucałował policzek Bretonki.
                      - Może pokaż jej jak delikatne są twoje dłonie? No policzku i szyi. Zobaczmy jak daleko ona pozwoli ci pójść.
                      Szlachcianka uśmiechnęła się z zadowoleniem gdy mnich ją pocałował. Po czym z zaciekawieniem wysłuchała jego sugestii. Spojrzała na blondynkę w znacznie skromniejszej sukni niż ona. I widać było, że Elke próbuje rozeznać się w sytuacji. - Może masz rację Otto. Szkoda by było spłoszyć taką zgrabną łanię. - Zgodziła się na jego pomysł. Po czym wstała i podeszła do krzesła sąsiadki. Ta zadarła głowę aby móc spojrzeć szlachciance w twarz i widać było, że czuje się niepewnie, jakby nie wiedziała czego się spodziewać. - Oh spokojnie sarenko. Ja ci pokażę jak ja lubię a potem możemy się zamienić i ty mi pokażesz jak ty lubisz. - Szlachcianka starała się dodać otuchy chłopce. Po czym stanęła obok niej i ujęła jej dłoń. Elke przełknęła ślinę ale pozwoliła jej na to. Spojrzała szybko na mnicha jakby starała się wyczytać jakąś podpowiedź. A Bretonka zaczęła czule głaskać jej dłoń. Widać było jak palce o eleganckich, pomalowanych paznokciach, przesuwają się po dłoni blondynki. Potem na nadgarstek. Po rękawie koszuli w górę. Aż dotarły do odkrytej skóry wokół szyi. - Masz bardzo zdrową cerę dziewczyno. I ta naturalna jędrność. Tylko pozazdrościć. - von Mannlieb rzuciła komplementem blondynce. Akurat w momencie jak miała okazję z góry zajrzeć jej w dekolt gdy mówiła o tej jędrności. To sprawiło, że blondynka uśmiechnęła się jakby jej ulżyło. Zaś palce szlachcianki umiejętnie przeszły z pieszczotami wyżej, ku policzkom, skroni i ustom. Widać było, że to zaczyna działać i Elke zaczyna się rozluźniać i poddawać tym zabawom.
                      - Otto, może sam chcesz się przekonać? - Fabienne spojrzała zachęcającym spojrzeniem na siedzącego naprzeciwko mnicha.
                      Mnich kiwnął głową z uśmiechem i przykucnął przy Elie, ujął jej dłoń i zaczął gładzić kciukiem.
                      - Faktycznie, gładziudka. Szkoda, że nie mogłem poczuć jej więcej za pierwszym razem jak cię spotkałem. - spojrzał z psotnym uśmiechem na Elie po czym delikatnie ucałował jej dłoń i zaczął powoli się wspinać po jej ręce, aż nie umieścił kilka pieszczotliwych pocałunków na jej szyi - Bo, aż żal jej nie posmakować.

                    Wyglądało na to, że te wspólne pieszczoty przynoszą efekty. Młoda blondynka, z początku wyraźnie spięta bliskością czarnowłosej szlachcianki, teraz reagowała na ich zaloty coraz żywiej. Musiały sprawiać jej przyjemność jaką coraz mniej kryła. Oddech jej przyspieszył a na policzkach pokazały się rumieńce. W końcu Fabienne uśmiechnęła się do Elke i lekko nakierowała palcem jej szczękę tak aby spojrzały z bliska na siebie. Bo zabawy z mnichem stanowiły jakby przypomnienie tego jak się poznali za pierwszym razem i chyba dla chlopki były czymś bardziej znajomym, co pomogło jej się przełamać. Teraz zaś jednooki widział jak Bretonka subtelnie zbliżyła się do ust blondynki aby ją pocałować. Ta zaś oswoiła się z nimi na tyle, że tym razem wydawła się być zaciekawiona a nie spięta. Mnich był świadkiem tego pierwszego pocałunku między nimi.
                    - Widzę, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Zobaczysz Elke, całowanie innych kobiet i zabawy z nimi mogą być całkiem przyjemne i zabawne. Czeka cię mnóstwo uroków życia jakie były do tej pory przed tobą ukryte. Mogę ci w tym pomóc, nie mogę się doczekać aż się lepiej poznamy. A ty mam nadzieję pomożesz mi zapoznać się z twoimi przygodami bo brzmią bardzo obiecująco. - Szlachcianka starała się zrobić na blondynce dobre wrażenie i sprawić aby się poczuła swobodniej. Poza tym wyglądało na to, że smukła chłopka ją zainteresowała.
                    - No cóż… Jakby milady była zainteresowana… Ale ja to tam u nas, we wsi… - Ten niebezpieczny i wstydlwy temat wciąż wywoływał zmieszanie u Elke ale po tak zachęcającym pierwszym kontakcie z ich dwójką wydawała się być mniej nim speszona niż wcześniej.
                    - Oh, bardzo jestem zainteresowana. Miałam pewną podobną przygodę ale to było jeszcze w Bretonii. Od tamtej pory nie miałam okazji kosztować tak egzotycznych smaków. I chętnie bym się z tobą poznała lepiej ale zapewne niedługo będziemy musieli iść do salonu na śniadanie. - Bretonka uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i pocieszająco poklepała po dłoni. Dyplomatycznie raczyła nie zauważyć wytrzeszczonych oczu zdumionej blondynki gdy usłyszała jej wspominki z ojczyzny.
                    Otto pogłaskał policzek Elke.
                    - Mówiłem, że nie masz się czego obawiać. - spojrzał na Bretonkę - W sumie pytanko mam, kochana Fabienne. Jeżeli Elke by ci się przypodobała, wziełabyś ją na służbę? Annika i Marissa pewnie chętnie by przyjęły nową koleżankę.
                    - Miałabym wziąć ją na służbę? - Szlachcianka trochę się zdziwiła gdy kochanek jej zadał takie pytanie. Za to Elke teraz spojrzała bystro najpierw na niego a potem na nią. Bretonka zaś ponownie przesunęła się po jej smukłej sylwetce zainteresowanym spojrzeniem. - No cóż, nie jest to wykluczone. Myślę, że jeszcze jedna służąca by nam się przydała i chyba zmieściłaby się w pokoju z dziewczętami. - Pokręciła trochę na boki czarną głową ale na wstępie nie powiedziała “nie” i przynajmniej była gotowa rozważyć taką prośbę. Co z kolei wywołało szeroki, pełen nadziei uśmiech na twarzy młodej pasterki.
                    - Jakby milady mnie wzięła na służbę to ja… Ja jestem bardzo pracowita. I mogę pokazać jak to jest z tymi koziołkami i innym stadem. - Zapewniła gorliwie o swojej gotowości do podjęcia takiej służby. Co wywołało szczery uśmiech na twarzy błękitnorkwistej. Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Obie kobiety spojrzały tam nieco zaskoczone. Po czym szlachcianka spojrzała łagodnie na mnicha.
                    - Otto, mógłbyś być tak uprzejmy i zobaczyć kto to? Może lady Odette już wróciła. Chociaż jak to ona to i tak byłaby wcześnie. - Poprosiła grzecznie z ciepłym uśmiechem. Elke na wszelki wypadek usiadła z powrotem na ozdobnym krześle aby nie dać źródła plotkom, że działo się tu coś niestosownego.
                    - Oczywiście. - mnich ruszył do drzwi, wyjrzał na zewnątrz nie otwierając do końca.
                    Za drzwiami stała ta młoda służąca co zwykle witała gości gospodyni. Grzecznie dygnęła przed mnichem i posłała mu skromny uśmiech. - Przepraszam, że przeszkadzam. Ale moja pani prosiła przekazać, że większość gości już jest w salonie. Właściwie czekamy jeszcze tylko na lady Odette. A w kuchni jest ta dziewczyna jaką lady zamówiła sobie na dzisiejsze spotkanie. Mam ją poprosić tutaj czy sam ojciec do niej pójdzie? - Wyglądała jakby przekazywała słowa Pirory w dyskretny i elegancki sposób.
                    - Och, oczywiście, zaraz tam pójdziemy a ja się zajmę dziewczyną. Dziękuję bardzo, kochana. - mnich wrócił do Elie i Fabienne z uśmiechem - Przyjęcie się rozkręca, pójdzie do salonu, ja muszę jeszcze się zająć jedną osobą.
                    - No rzeczywiście się zasiedziałyśmy. Dobrze to chodźmy Elke, Otto już nas znajdzie jak będzie trzeba. - Fabienne podniosła się ze swojego krzesła i za nią blondynka uczyniła to samo. Zaś pokojówka Pirory skinęła głową i odeszła w głąb korytarza. Mnich zaś mógł ruszyć za nią i potem na dół, na zaplecze kamienicy gdzie znajdowała się kuchnia. Tutaj słychać i widać było krzątaninę. Zaś na ławie dostrzegł czekającą Laurę. Brunetka też go zauważyła i wstała posyłając mu życzliwy uśmiech.
                    - Witaj Otto. Tak się zastanawiałam czy dzisiaj też będziesz tak jak w zeszłym tygodniu. - Ladacznica przywitała się z nim całkiem przyjemnie.
                    - Witaj Lauro, witaj. Pirora mnie przysłała, aby się twoimi maleństwami zająć, bo wiesz, nie wszystkie dziewczyny takie odważne jak ty. - uśmiechnął się mnich - I jak najnowszy miot?
                    - Oh dziękuję, że pytasz. Maleństwom nic nie jest. - Brunetka uśmiechnęła się i czule poklepała torbę jaką miała zawieszoną przez ramię, przy biodrze. - A co do moich zamiłowań to już dawno temu przyzwyczaiłam się, że dla większości osób, nawet moich klientów, są one nie do przyjęcia. Cieszę się, że chociaż lady Odette i Fabienne podzielają to zamiłowanie. No i ty oczywiście. Też będziesz na górze? Bo ja wiem tylko tyle, że mnie milady wynajęła już parę dni temu. Więc ona chyba jeszcze nie wie, że mam ze sobą te małe przyjemniaczki. - Dała mu znać aby wyszli na zewnątrz. Otworzyła kuchenne drzwi i spokojnie spacerowali po podwórzu za kamienicą. Tu nikogo innego nie było widać, więc ryzyko, że ich ktoś podsłucha, było mniejsze niż w zatłoczonej kuchni. To zaplecze było stanowczo bardziej uporządkowane i czystsze niż ten błotny staw i zanurzone w nim graty jakie panowały na zapleczu apteki Sigismudnusa. A póki oficjalnie go nie było to za każdym razem jak się ją odwiedzało, trzeba było przejść przez nie. - Milady już przyjechała? Może ty wiesz jakie ma wobec mnie plany? Będziesz razem z nami? - Zapytała gdy już mogli nieco swobodniej porozmawiać.
                    - Rozumiem, że Fabienne i Odette pewnie będą chciały się z tobą poprzytulać. Jeżeli wymagacie kolejnego zasiania, to oczywiście służę. - nich się uśmiechnął - Wczoraj przyjąłem poród. Dziewczyna, którą zasiałem dnia naszego ostatniego spotkania już wydała maleństwa.
                    - O to dobrze. To jej pierwszy raz? Któraś która była z nami ostatnio w teatrze? Jak to zniosła? I maleństwa? - Brunetka w naturalny sposób wydawała się być zainteresowana muszym porodem innej nosicielki. I starła się domyśleć czy chodzi o którąś z kobiet z jakimi wspólnie figlowali parę dni temu na zapleczu teatru. Faktycznie mogła stamtąd kojarzyć Margo i jej panią. - A ja oczywiście, że jestem chętna i gotowa na kolejne zasianie. - Obdarzyła go mokrym uśmiechem i wyuzdanym uśmieszkiem. - W końcu w nocy zwolnił mi się kuperek. To wspaniale jeśli pomyślałeś i masz ze sobą nową porcję tych maleństw. A jak byś był ty i one obie to by było całkiem ciekawie. Te zabawy w teatrze podobały mi się. A lady Fabienne jest bardzo milutka. Zresztą nasza diwa też. - Zatrzymała się przy jakiejś szopie i wydawała się już odczuwać ekscytację na to spotkanie jakie wkrótce powinno się zacząć jak tylko oficjalne sniadanie się skończy.
                    - Ostatnio staram się ciągle z nimi chodzić, jeżeli przyjdzie mi na spotkanie z wami. - przyznał Otto, spojrzał na Laurę - Och, czyżbyś jakieś plany miała co do naszych cudownych dam?
                    - Oh Otto, zadajesz to pytanie niewłaściwej osobie. - Laura roześmiała się ciepło ale jakby ją to naprawdę rozbawiło. - Jestem tu służbowo po to aby zaspokoić pragnienia i życzenia mojej klientki. - powiedziała z tą samą pogoda ducha. - Choć nie ukrywam, że mam z tego mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Nawet nie wiesz jak moje notowania w zamtuzie wzrosły. Wszyscy teraz chodzą wokół mnie na palcach i nagle chcą się ze mną przyjaźnić. - Mówiła jakby ta zmiana w zachowaniu koleżanek i kolegów z pracy, bardzo ją bawiła. - Ale jestem tu głównie dla lady Odette więc to ona będzie moim słoneczkiem. Ale widzę, że jest bardzo podatna na moje sugestie co do różnych zabaw. Lubi mi dogadzać i jak ja ją biorę. I pamiętasz ten nasz pierwszy raz z naszym przyjemniaczkiem w teatrze? To też jej się spodobało. Była zachwycona. No to cóż, dziś mam cały miot ze sobą a nie tylko jednego. Właśnie się zastanawiałam jak ich użyć. Masz jakiś pomysł? - Przedstawiła mnichowi zarówno swoje poglądy na zabawy ze swoją główną klientką jaka ostatnio tak często ją wynajmowała jak i była ciekawa zdania kochanka na ten temat.
                    - No cóż jak maluszki, to nie możesz ich zastosować jako zamiennik na mężczyznę. - mnich się zastanowił - Może niech pieszczą skórkę jej biustu i szyi? Wydawała się zainteresowana ich dotykiem ostatnio.
                    - Też myślałam o czymś podobnym. Aby ją nimi obłożyć. Może nawet je po prostu na nią wysypać? Nie za mocne? A lady Fabienne? Bo jak mówisz, że też będzie to ją też trzeba zagospodarować. A widziałam, że jest bardzo uległa i też lubi te nasze pieszczoszki. - Ladacznica chciała omówić te różne pomysły na spotkanie z dwiema szlachciankami na jakie się zanosiło. Skoro ostatnio cała ich czwórka była zafascynowana zabawą z jednym pieszczoszkiem to starała się rozszerzyć działalność na tym polu.
                    - Fabi uwielbia usługiwać. Więc możesz ją zaciągnąć jako swoją pomocniczkę w pieszczeniu Lady Odette. Sądzisz, że będziesz w stanie wydawać polecenia szlachciance?
                    - No pewnie. Nie jestem tania więc do mnie nie zgłaszają się zwykłe miedzianołapy. Zresztą to się chyba lady Odette we mnie spodobało. Że potrafię nie patrzeć na to jak sławna jest i się z nią nie cackać. Lubi to. A lady Fabienne właśnie tak jak mówisz, już wtedy w teatrze wyglądała mi na bardzo uległą. Więc mogę dominować je obie jeśli chcesz. Albo wspólnie z jedna z nich tą drugą. - Brunetka uśmiechnęła się i wydawała się być pewna siebie, że nawet jakby została sama z dwiema szlachciankami to im podoła. Jednak spojrzała z zaciekawieniem na kochanka. - A ty? Co zamierzasz robić w tym czasie? Wiesz, jak wolisz sobie tylko popatrzeć to mi to nie przeszkadza. Ale jeśli coś planujesz do tych zabaw to może powiedz. - Poczekała co mnich odpowie co do swoich planów na te wspólne spotkanie.
                    Mnich się zaśmiał.
                    - Przeceniasz siłę mojej woli, jeżeli uważasz, że będę w stanie jedynie siedzieć i patrzeć jak trzy kobiety baraszkują ze sobą. To jednak będzie twoje przedstawienie, więc oddam się twojej narracji. Co byś chciała, abym robił?
                    - A jeszcze nie wiem. Ja często improwizuję do tego co się dzieje. Może przywiążę Odette do łóżka? Albo jak Fabienne taka uległa to może ją we dwie weźmiemy? I jeszcze myślałam o tej niespodziance z przyjemniaczkiem w usta. Ostatnio widziałeś jak Odette to zaskoczyło? No teraz to już pewnie mniej bo już raz to było. Ale chyba i tak powinno jej się spodobać. - Wyglądało na to, że jak na razie, smukła brunetka ma dość luźne pomysły na to spotkanie z dwoma szlachciankami. - A ty? Hmm… Może na początku mógłbyś oglądać. Chociaż nie sądzę aby któraś z nas cię odganiała jakbyś chciał dołączyć. No ja na pewno nie. Może mógłbyś zadbać o torbę z przyjemniaczkami? Bo ja się co nieco przebiorę na to spotkanie i głupio bym wyglądała z tą torbą. A jakbym się zajmowała z nimi to bym musiała zrobić przerwę aby iść po torbę. A tak to ty mógłbyś je podać. - Mówiła na bieżąco co jej do głowy przychodziło. Dotknęła swojej torby jaką miała przy biodrze. Rozejrzała się dookoła sprawdzając czy nikt ich nie widzi i zrobiła krok bliżej mnicha. - Te z przodu wciąż mam w sobie. Czuję je. Tamtędy wychodzą te większe. Z tyłu te mniejsze. Ostatniej nocy wyszło osiem. - Wyszeptała mu prosto w twarz ale nie ukrywała swojej ekscytacji jaką w niej to wywoływało.
                    Mnich objął delikatnie ladacznicę, całując jej szyję.
                    - Wyobrażasz sobie kolejny poród z widownią? Ostatnim razem o mało nie zemdlałaś.
                    Brunetka odchyliła nieco głowę aby ułatwić mu ten pocałunek i zanurzyła palce w jego włosy. Uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak, że świetnie pamięta tamten moment spotkania z nim i z diwą, na piętrze dawnej tawerny.
                    - Tak, wyobrażam to sobie. Bardzo chętnie bym to powtórzyła. Te porody to najprzyjemniejsza część tej ciąży. Aż się nie mogę doczekać kolejnego. - Pogłaskała się po płaskim na razie brzuchu w jakim zapewne czuła ruchy kolejnego miotu jaki zasiała w niej śpiewaczka podczas spotkania jakie tak miło teraz wspominali.
                    - Myślisz aby to powtórzyć? - Popatrzyła na niego filuternie. - Czemu nie. Ale wiesz, tam z przodu tak jak ostatnio, to ja jeszcze sama sobie wsadzę. Ale z tyłu to może być kłopotliwe. No i jak ci mówiłam, dziś mam cały miot. - Dała znać, że taki pomysł jej się podoba i raczej zastanawiała się nad jego praktycznym wykonaniem niż odmową. Wymownie poklepała torbę na swoim biodrze.
                    - Podejrzewam, że będzie lepiej jak wyszło by naturalnie a raczej nie ma czasu aby wepchnąć któregoś głębiej jak ostatnio. - mnich uśmiechnął się do ladacznicy - Pamiętaj chędożenie jest przyjemne, ale czasem chodzi o prezentację.
                    - Naturalnie, że lepiej by było jakby to był prawdziwy poród. Ale nie wiem czy akurat te moje przyjemniaczki będą chciały wyjść ze mnie akurat jak będziemy figlować. - Ladacznica roześmiała się pogodnie i pogłaskała się po brzuchu w którym miała kolejny miot. - Ale jest inny sposób. Można je tam do środka, wepchnąć ręka. To by nawet dla nas lepsze było bo byłyby dość płytko więc dość szybko by wyszły. Ja sama mogę się tak obsłużyć od przodu ale do tylu to może być nieco kłopotliwe. No i bym musiała mieć gdzieś spokojny kącik aby to zrobić. A ty, jakbyś mi pomógł to pewnie by poszło gładko i przyjemnie jak zwykle. I to bez chędożenia. To możemy sobie zostawić jak już będziemy w komplecie. No chyba, że wolisz bez takich atrakcji z tym porodem. Ale uważam, że warto, ostatnio lady Odette była tym zachwycona. Oczywiście możemy się też pobawić z przyjemniaczkami i bez tego. - Laura chętnie wyjaśniła mnichowi jak widzi sprawę. Wydawała się być przekonana do własnego pomysłu ale tak do końca się nie upierała jakby Otto był temu przeciwny.
                    - Coś wymyślimy i postaram się ci pomóc. - zapewnił mnich - Odette chce ode mnie, abym dostarczał jej nowych doświadczeń i mam zamiar jej zapewnić co chce.
                    - To prawda, bardzo z niej rozrywkowa milady. Myślę, że niewiele kobiet by się ucieszyło porodem przyjemniaczka prosto na twarz a sam widziałeś, że ostatnio w teatrze, bardzo jej się to spodobało. Ja w każdym razie, bardzo chętnie z nią obcuje i obecnie jest moją ulubioną klientką. Więc jakbyś potrzebował jakiejś pomocy w organizowaniu takich rozrywek dla niej to daj mi znać. - Ladacznica pokiwała głową na znak, że podobnie ocenia zainteresowania sławnej śpiewaczki. I nawet zaoferowała w tym pomoc mnichowi. - No ale na razie to ona już tu jest? Służąca mi powiedziała, że mam czekać w kuchni aż mnie nie wezwą na górę. Myślisz, że te przyjemniaczki to po prostu wyjmiemy z torby i się zabawimy z naszymi szlachciankami czy jakoś inaczej? - Póki jeszcze rozmawiali tylko we dwoje, to Laura była jeszcze ciewkawa paru szczegółów co do nadchodzącego spotkania. Otto znał już pokój jaki Pirora przeznaczyła dla zabaw z Odette jakie pewnie nastąpią po wspólnym śniadaniu w salonie.
                    - Niestety Pirora, chciałaby aby twoje maleństwa pokazać jedynie... wtajemniczonym. - mnich podrapał się po karku - Zabierzmy je do pokoju, gdzie mamy skończyć z naszym Słowikiem. Zostawimy je tam, będą bezpieczne, a jak dojdzie co do czego... pokaż je w pełnej okazałości.
                    - No dobrze, możemy tak zrobić. - Brunetka przez chwilę trawiła tą wiadomość ale szybko pokiwała głową na znak zgody. - W takim razie chyba czas nam wracać abyśmy przybycia milady nie przegapili. - Wzięła mnicha pod ramię i wskazała brodą na tylne drzwi kamienicy prowadzące do kuchni.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach jako Otto "Puste Oko"
                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                      #311

                      Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory; salon

                      Heinrich, Pirora, Petra

                      Priora w końcu uznała, że już i tak się zasiedzieli w małym salonie. Więc aby nie wzbudzać niepotrzebnych plotek, poprosiła swoich gości aby przeszli z nią do głównego salonu. Petra wyglądała na bardzo zadowoloną z dotychczasowego spotkania. Więc we trójkę wyszli na korytarz. Musieli minąć kilkoro drzwi aby tam wrócić. Ale nomen, omen z przeciwka spotkali trójkę idących kobiet.
                      - O proszę, w samą porę. - Ucieszyła się Averlandka, rozpoznając swoje trzy, szlachetnie urodzone koleżanki. Zresztą pozostała dwójka także a i idąca z przeciwka trójka też się uśmiechnęła radośnie.
                      - Wybaczcie za spóźnienie. To zawsze się wydaje, że to tylko chwila a potem zajmuje to mnóstwo czasu. Aż już w końcu nie wiem z kim się umówiłam i dałam zaprosić. - Lady Odette von Treskow szła energicznie przed siebie i mimo, że niby narzekała na te tłumy co ją obległy po mszy, to jednak wydawała się być w świetnym humorze. Towarzyszyły jej Kamila von Zee, córka kapitana portu i nieformalna opiekunka pobytu diwy w mieście oraz Fabienne von Mannlieb, bretońska żona tutejszego kapitana jaka zdawała się być siostrzaną duszą dla sławnej śpiewaczki. Obie grupki spotkały się niedaleko drzwi prowadzących do głównego salonu.
                      - Nie masz za co przepraszać moja droga. I tak się dziwię, że cię w ogóle wypuścili. - Pirora starała się zachowywać jak na dobrą gospodynię przystało. Przywitała się także z dwoma pozostałymi szlachciankami ale dość pobieżnie bo się już dziś z rana widziały.
                      - To prawda, całe miasto chce się nacieszyć tak znamienitym gościem. Też bym tak robiła gdyby Odette nie zaszczyciła naszych skromnych progów swoją gościną. - Kamila zdawała się pęcznieć z dumy, że jej się udało zaprosić tak znamienitego gościa. A do tego aktorka na czas pobytu w Neus Emskrank, mieszkała właśnie u nich.
                      - Witaj Heinrichu. Miło cię znów widzieć. Witaj Petro. Na twój widok również bardzo się cieszę. - Lady Odette gdy już przywitała się z główną gospodynią, zwróciła się do dwójki jaka jej towarzyszyła. Obdarzyła ich życzliwym słowem i spojrzeniem. Gdy ostatni raz były łowca czarownic ją widział z tak bliska to wyglądała całkiem inaczej. Teraz zaś promieniała elegancją, smakiem i dobrymi manierami jak na wzór szlachcianki przystało.
                      Heinrich skłonił się nisko Odette.
                      - Witaj, milady. Zaiste pięknie prezentowałaś swoje talenta na mszy. Nie dziwne, że zlecieli się do ciebie, łasi cukru jaki spłynął na nich z twojego głosu.
                      Sam były łowca czarownic musiał korzystać z wyuczonej za młodu kwiecistej mowy wobec wysoko urodzonych by nie odstawać w towarzystwie i szczególnie nie zniechęcać takich kultystek o szlachetnych korzeniach... które jak pamiętał jeszcze niedawno oddawały ciała zwierzoludziom oraz przyjmowały ich nasienie w każde możliwe miejsce swojego ciała.
                      Ironiczne.
                      - Oh to zasługa tej wspaniałej akustyki w świątyni. Byle pastereczka by brzmiała w tej świątyni wyśmienicie. - Szlachcianka o miodowych włosach, machnęła dłonią na znak, że to nie było nic takiego. Ale widać było, że te pochlebstwa Heinricha, sprawiły jej przyjemność. Lekko skinęła starannie ufryzowaną głową aby podziękować mu za tą drobną grzeczność.
                      - Ale muszę ci powiedzieć Heinrichu, że to był wspaniały poranek. Bardzo przyjemny. Czuję jakbym była zakochana i miała motyle w brzuchu. - Położyła dłoń na swoim płaskim brzuchu aby podkreślić swoje słowa. - Czyżby to już była druga wiosna w tym roku? - Zapytała raczej retorycznie. Jednak faktycznie wyglądała na całą w skowronkach. Popatrzyła na niego i na swoje koleżanki. Pirora skorzystała z okazji i odeszła z Fabienne parę kroków w głąb korytarza i zaczęły o czymś cicho rozmawiać. Więc na miejscu została Kamila i Petra. Ta druga wydawała się być pod ogromnym wrażeniem, jak przyjacielsko sławna diwa się odnosi do Heinricha.
                      Do zgromadzania zdołał dołączyć Otto. Jednooki mnich skłonił się kobietom jak i Heinrichowi.
                      - Miło cię widzieć bracie Heinrichu. Jednak nie tak bardzo jak te piękności. - uśmiechnął się do kobiet - Lady Odette, twój śpiew nigdy chyba mi się nie znudzi.
                      - Oh miło i to słyszeć bracie Otto. Starałam się jak mogłam aby usatysfakcjonować waszą barwną społeczność w tym pięknym i pełnym przygód mieście. - Lady Odette płynnie przeszła do rozmowy z nowoprzybyłym. Do niego też uśmiechnęła się tak ciepło jak przed chwilą do Heinricha. Właściwie wyglądało jakby flirtowała z nimi obydwoma. - Ale dobrze jest też czasem troszkę odpocząć od tego uwielbienia tłumu i znaleźć się w objęciach jakiegoś przytulnego domu i oddanych przyjaciół. - Zaśmiała się lekko ale ta sławna dama potraktowała ich jakby byli z kręgu jej bliskich znajomych w tym mieście. Co na przyglądającej się temu powitanie Kamili i Petrze dało do myślenia. Aż się dokładniej przyjrzały im obydwu jakby starały sobie przypomnieć kim są i co o nich wiedzą.
                      Mnich zerknął na dwie towarzyszki Odette.
                      - Witajcie moje panie, zwą mnie Otto. - uśmiechnął się do kobiet - Jestem jednym z mnichów opiekujących się chorymi w miejskim hospicjum. Lady Odette korzysta z mojej... nabytej wiedzy, aby urozmaicić sobie nudy codzienności.
                      - To prawda, brat Otto jest niezwykle uzdolniony w tej materii. - Milady obdarzyła życzliwym uśmiechem najpierw jednookiego a później pozostałą trójkę. Dwie szlachcianki skinęły głowami, przyjmując to do wiadomości, chociaż nadal wydawały się być nieco zdziwione, zwłaszcza córka akademickiego profesora.
                      - Może nie stójmy tak na korytarzu. Jeszcze mi będzie później ktoś zarzucał, że kazałam swoim gościom stać na korytarzu. Zapraszam do salonu, stół już czeka. - Pirora wróciła do ich towarzystwa i zachęcająco wskazała na drzwi przed jakimi stali. Nawet je otworzyła aby zaprosić ich wszystkich do środka.
                      - Ja na pewno bym nie rozpowiadała takich głupstw Piroro. Zawsze miło u ciebie spędzam czas. - Diwa zapewniła gospodynię i weszła do środka. Po niej pozostałe szlachcianki i koledzy. Gdy przyszła kolej na Heinricha cicho szepnęła mu do ucha. - Fabi zgodziła się zamienić na miejsca. Więc razem z Petrą będziesz siedział obok Odette. - Podpowiedziała wskazując mu na już widoczny, długi stół jaki był zastawiony dla gości. Dla gospodyni przewidziane było miejsce u jego szczytu. A po prawicy dla najznamienitszego gościa. Dzisiaj była to lady Odette. Obok niej dwa krzesła wciąż były puste. A bretońska szlachcianka ruszyła po przeciwnej stronie zajmując miejsce po prawicy Kamili. Córka kapitana portu siedziała po lewicy gospodyni i naprzeciwko Odette.
                      Heinrich umyślnie nakierował Petrę by usiadła bliżej Odette, sam zajmując miejsce za nią, aby nie miała ucieczki od kultystów.
                      Przez chwilę trwało zamieszanie gdy wszyscy zajmowali swoje miejsca. O ile kraniec stołu wokół gospodyni był dość ściśle obdzielony wedle hierarchii społecznej, to dalsze miejsca już zajmowano bardziej swobodnie. Wkrótce do sali przyszła też czarnowłosa, egzotyczna piękność o ubraniach wskazujących na pochodzenie z dalekich, południowych krain. Ale kultyści już mieli okazję poznać Laylę jako kapłankę nieznanego im boga ale jakoś powiązanego z lady Sorią. Od pierwszego spotkania kapłanka bez wahania zaakceptowała wężową milady jako swoją przywódczynię. Fabienne poprosiła Otto aby zajął miejsce obok niej. Petra wydawała się być pod wrażeniem tego co tu się dzieje. Lub raczej tempa i zaskakujących zwrotów akcji. Albo też tego, że znalazła się tuż obok uwielbianej przez siebie śpiewaczce. Posłała Heinrichowi wdzięczny uśmiech, za to, że ustąpił jej miejsca.
                      - Dobrze, chyba nie mamy co czekać na spóźnialskich bo wszystko wystygnie. - Pirora dała znać, że nie ma się co krępować przed sięganiem do potraw. Chociaż dziś stół nie był tak w pełni obsadzony jak zazwyczaj w Festag po mszy. Ale nic dziwnego, jak spora część kultystów miała do załatwienia różne sprawy na mieście albo i poza nim. Na to się zanosiło już jak rozmawiali ze sobą podczas spotkania w Zachodnich Kamieniach albo wracając stamtąd.
                      - Skoro mam okazję to chciałabym wznieść toast… - Pirora uniosła swój kielich i zaczęła mówić z uśmiechem na twarzy gdy drzwi otworzyły się i do środka weszła Łasica a za nią jakiś nieznany pozostałym mężczyzna.
                      - Witajcie. I przepraszamy za spóźnienie. Na piechotę to idzie się trochę dłużej niż myślałam. - Łotrzyca była ubrana jak zwykła mieszczka na dzień świąteczny. Nawet miała na głowie biały czepek, jaki przyzwoita białogłowa powinna mieć aby okazać skromność, pokorę i nie kusić otoczenia kobiecymi wdziękami. - To jest Marcus. Przyjaciel rodziny jaki dopiero co wrócił do miasta. Udało mi się go zaprosić na to nasze małe spotkanie. - Przedstawiła swojego towarzysza gdy już oboje weszli do salonu. Marcus zorientował się, że prawie nikogo tu nie zna. Rozpoznał tylko Kamilę van Zee, córkę kapitana portu. I tą piękną i uzdolnioną śpiewaczkę jaka dziś rano była ozdobą wokalną i wizualną mszy.
                      - Moje uszanowanie. Proszę wybaczyć opóźnienie. To była długa podróż. - powiedział uprzejmie Ekonom.
                      - To może jak się nie znacie, to ja was przedstawie. - Łasica co prawda nie była tu gospodynią ale skoro jako jedyna znała tu wszystkich to popatrzyła na Pirorę z nieśmiałym uśmiechem. Blondynka siedząca u szczytu stołu, zachęcająco skinęła głową. Więc łotrzyca skinęła na kolegę aby podążał za nią. - To może zaczniemy od tej strony. - Zaproponowała na tą po lewicy Averlandki.
                      - To jest Layla. Przybyła do nas ledwo parę dni temu. Z dalekiego południa. Niestety nie zna reikspiel ale za to świetnie mówi po bretońsku i estalijsku. - Zaczęła od czarnowłosej piękności o egzotycznym stroju i urodzie.
                      - To nasz brat Otto. Na co dzień pracuje w naszym miejskim hospicjum. A poza nim jest wspaniałym kompanem i przyjacielem. - Wskazała na jednookiego mnicha w habicie.
                      - I nasza bretońska piękność, lady Fabienne. Żona jednego z morskich kapitanów. Akurat nie ma go obecnie w porcie. - Zatrzymała się na chwilę przed czarnowłosą, bladolicą kobietą i bystrym spojrzeniu ciemnych oczu.
                      - Naszą szlachetną i utalentowaną Kamilę to zapewne pamiętasz. Bez niej nie byłoby naszego wspaniałego gościa a i teatru pewnie też nie. - Wskazała na ciemnoskórą kobietę o czarnych, nieco kręconych włosach. Ją akurat Marcus rzeczywiście pamiętał bo w końcu była piękną córką kapitana portu. Ale pierwszy raz widział ją z tak bliska.
                      - No i nasza cudowna gospodyni, co ma zawsze dla nas tyle cierpliwości i zawsze jest taka gościnna. Pirora pochodzi z dalekiego Averlandu ale zadomowiła się u nas od zeszłej zimy. - Uśmiechnęła się ciepł do młodej, nieco piegowatej blondynki siedzącej u szczytu stołu.
                      - I nasza wspaniała Słowik Północy. Przyjechała do nas niedawno, z samego Saltzmundu, na specjalne zaproszenie Kamili. Sam lady Odette miałeś okazję podziwiać dziś rano na mszy. - Stanęła obok miodowłosej milady w morskiej sukni. Tej samej w jakiej była dziś w świątyni Mananna. Jej nazwisko obiło się czasem o uszy ale na żywo widział ją dziś po raz pierwszy na mszy a teraz siedziała na wyciągnięcie ręki. Miała charakterystyczne włosy o barwie miodu, teraz starannie upięte w siateczkę.
                      - A to Petra von Schneider. Mogłeś słyszeć o jej ojcu. Często bywa na wieczorkach poetyckich u Kamili. - Wskazała na młodą, szczupłą blondynkę jaka siedziała między śpiewaczką a starszym mężczyzną. Jej nazwisko też było Marcusowi znajome ale właśnie z powodu jej ojca, jednego z szanowanych profesorów na Akademii Morskiej.
                      - No i nasz dzielny weteran zmagań wszelakich co przyjechał do nas szukać nieco wytchnienia. Heinrich. - Łasica zakończyła przedstawiać sobie towarzystwo i teraz popatrzyła wyczekująco na Marcusa aż jakoś zareaguje na to wszystko.
                      Ekonom położył dłoń na sercu, ukłonił się i powiedział łagodnie i ze spokojem człowieka który dokładnie wie co robi.
                      - Marcus Schleiffer. Powracający do Ratusza Ekonom. W jakiej formie dowiem się jutro podczas rozmowy z Herr Schusterem. Mój powrót jest niezapowiedziany, a wracam prosto z Serca naszego kochanego Świętego Imperium.
                      - Witaj więc z powrotem, Herr Schleiffer. W interesach cię wywiało czy przełożeni mieli dla ciebie inne zadania? - zapytał Heinrich.
                      - Obowiązki służbowe. - odpowiedział Ekonom.
                      - Och? Odsłonisz rąbka tajemnicy? Zawsze mnie ciekawiły zawiłości ekonomiczne. - zagaił mnich.
                      - Zależy. To dość szeroka dziedzina wiedzy. - powiedział Marcus - Masz jakiś konkretny przykład, Herr Otto?
                      Mnich się chwilę zastanowił.
                      - Mógłbym rozpocząć małą wojnę pytając o podatki… - Otto uśmiechnął się - Więc porozmawiajmy o czymś mniej kontrowersyjnym. Handel i import. Zakładam, że nasze skromne miasto głównie wydaje do większego Imperium ryby… i może drewno zważając na okoliczne lasy. Ciekawiło mnie co głównie sprowadzamy? Jakiż to głód głównie napędza handel miasta?
                      - Hmm… - Marcus się zastanowił wyraźnie - Neues leży w regionie znanym jako Wybrzeże Salzenmund. Niestety jak wiemy operacje morskie są… niefortunne. Naszym, nazwijmy to dumnie i przesadnie, eksportem na południe, są nie tylko ryby i nie tylko wyroby przemysłu drzewnego, ale również wyroby wełniane i zboże, oraz ziarno. Co ciekawe, znajdzie się również wśród tych towarów sól.
                      Ekonom uśmiechnął się łagodnie.
                      - Jeśli miałbyś zarobić sugerowałbym sprawdzić barwniki i słodziki. W tych terenach jest ich prawdziwy niedosyt, choć zalecałbym handel wymienny.
                      - Zważając na cukiernię Lebkuhenów, dobra inwestycja. - mnich uśmiechnął się - Ale… gadanie o pracy, w tak świętny dzień to niemalże grzech. Zapewne i jakieś przyjemne niespodzianki cię spotkały w twych podróżach.
                      - Nic istotnego. Ot, wojna i dzielne podnoszenie się z niej. Tak jak zawsze. - odpowiedział łagodnie i wzruszył ramionami. - Opowieść za opowieść? Jestem żywo zainteresowany tym co działo się pod moją nieobecność.
                      - No cóż… nie wszystkim mogę się jeszcze podzielić. - odparł mnich - Jeżeli chodzi o miasto… no cóż, jesteśmy obecnie w żałobie.
                      - Nieszczęśliwie… - przyznał rację Ekonom - Jak my wszyscy, jak my wszyscy…

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell jako Heinrich von Achterberg
                        Moderator Obsługa
                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                        #312

                        Festag; popołudnie; warsztat garcnarski

                        Heinrich i garncarka

                        Zanim Heinrich wyszedł z gościni u młodej, averlandzkiej kultystki to pogoda zdążyła się zepsuć i się rozpadało. Właściwie to na miasto spadła regularna ulewa. A dla kuternogi to wcale nie było tak blisko, wrócić na piechotę w okolice domu. Jednak lady Fabienne co też wracała do siebie, zaproponowała mu podwózkę jej powozem. Co znacznie ułatwiło powrót. Gdy wysiadł z jej powozu i pożegnał się z bretońską szlachcianką, miał już do pokonania ostatnią prostą na kilka długości kamienic.
                        Gdy dokuśtykał na front tej w której był warsztat garcnarski, ten wyglądał na ciemny i zamknięty na głucho. Co nie było dziwne skoro był Festag. Podszedł jednak do nieco cofniętego od sąsiednich frontu i zastukał. Nic się nie działo ale być może ulewa i wiatr jaki nieco ją podcinał zagłuszał ten dźwięk. Więc zastukał ponownie. I po chwili jeszcze raz. Aż usłyszał jak gdzieś nad nim otwiera się okno. I jak zadarł głowę to ujrzał kobiecą postać jaka z niego wygląda. Ale przez tą ulewę nie mógł dostrzec szczegółów.
                        - A to ty sąsiedzie. Poczekaj, zaraz zejdę. - Rozpoznał za to jej głos. Usłyszał jak zamyka drzwi i chwilę czekał pod drzwiami zanim nie dotarła na dół. Szczęk zamka i zasuw. Wreszcie stanęły otworem. Rozpoznał, że to gospodyni. Chociaż zdążyła się już przebrać w dość zwyczajną, choć czystą suknię. Tą bardziej elegancką pewnie trzymała na mszę i święta. Chociaż przy sukniach szlachcianek od jakich właśnie wyjechał to nawet ta z mszy, wyglądała skromnie. No ale w końcu nosiła ją zwykła rzemieślnik a nie błękitnokrwista. Wpuściła go do środka i zamknęła drzwi. Po czym jeszcze zasunęła zasuwę. W środku panował półmrok. Przez zamknięte okiennice wpadało niewiele dziennego światła. A i piec był wygaszony. Więc brakowało tego ciepłego blasku i żaru jaki od niego biły gdy był tu wczoraj. Teraz wydawało się tu wręcz chłodno. Dobrze, że garncarka przyszła z zapaloną lampą to ta tworzyła promień światła na parę kroków dookoła.
                        - Ale się rozpadało nie? A rano na mszy, taka ładna pogoda była. Może bogowie się obrazili za jakież zarobaczałe jabłko? Co tylko z wierzchu wygląda dorodnie i ponętnie? - Uśmiechnęła się krzywo i śmiało gdy zrobiła nawiązanie do wczorajszej rozmowy. - To chcesz się czegoś napić? Ale tu chyba niczego nie mam, to byśmy musieli pójść na górę. Czy tylko po misę? - Zagaiła do niego pokazując najpierw na sufit a później w stronę wygaszonego pieca.
                        - W końcu był ten cały napad na świątynię. To nie mogło się bogom spodobać. - wychrypiał powoli - Chodźmy na górę, pogoda zaiste parszywa.

                        - No właśnie. - Gospodyni przyznała mu rację i ruszyła w głąb warsztatu. - Chociaż ulewa to domenta Mananna? A to jego świątynia została zbrukana. Ale może przyszła znad morza a to jego królestwo. - mówiła gdy otworzyła proste drzwi i ruszyła w górę schodów. Idąc za nią, Heinrich widział jej szczupłą sylwetkę. W klatce schodowej było dość ciemno bo nawet przez okno nie wpadało zbyt wiele światła podczas tej ulewy. Więc lampa jaką trzymała garncarka okazała się bardzo przydatna. Weszli do jednego z mieszkań na pierwszym piętrze. Tu było jaśniej, cieplej i przyjemniej. Dziewczyna poprowadziła go do kuchni. Dało się wyczuć ciepło od rozpalonego pieca.
                        - Usiądź sobie sąsiedzie. - Wskazała mu na ławę przy stole. Sama zawiesiła lampę na haku pod sufitem. Kuchnia wyglądała skromnie ale była wysprzątana. - Co wolisz? Mam ciepły kompot ze śliwek. Albo nalewkę. Też ze śliwek. - Pokazała mu między garnkiem stojącym na kuchni a zakorkowaną butelką, jaką wyjęła z szafki.
                        - Bogowie mogą wyrażać swoją irytację w różne sposoby. - powiedział choć nie był pewien czy jeszcze w to wierzy - Obie opcje kuszące, dobra sąsiadko. Szczególnie w tej zimnej deszczowej pogodzie. Sama myśl, że będę musiał przez ulicę przejść do domu powoduje dreszcze zimna. A, nalewki poproszę w takim razie.
                        - Na szczęście chyba nie masz daleko co sąsiedzie? - Gospodyni odstawiła na chwilę butelkę i sięgnęła do kolejnej szafki. Tym razem wyjęła po dwa, gliniane i ozdobne kubki. Nalała do nich z butelki i razem z nią podeszła do stołu. Usiadła na ławie obok swojego gościa i postawiła przed nim kubek. W środku zakołysał się płyn. Sama wciąż trzymała swój.

                        text alternatywny

                        Kubek Heinricha był brązowy, z wypalanej gliny. Z finezyjnym choć użytwcznym uchem i mający kształt małego dzbanka. No i jeszcze miał ozdobne szlaczki dookoła. Co przypominały węże. Albo czerwie.
                        - Może wkrótce przestanie padać? Bo w taką ulewę to szkoda wychodzić. - Popatrzyła na okno ale za nim wciąż lało. Szyby bębniły w monotonnym ale intensywnym rytmie kropel jakie się o nie rozstrzaskiwały. - No dobrze a więc się napijmy. I poznajmy. Jak cię zwą sąsiedzie? - Odwróciła głowę z powrotem do swojego gościa i znów obdarzyła go tym nieco ironicznym uśmieszkiem.
                        Były Łowca Czarownic patrzył na kobietę próbując zrozumieć jej myśli i zachowanie. Prawdę mówiąc były one pewną zagadką dla niego, jakiej nie do końca mógł teraz pojąć. Co w niej było nie tak? Czy coś było, a jedynie te sny wpływały na jego spojrzenie?
                        - Heinrich von Achterberg. - powiedział spokojnie.

                        - To mam sąsiada szlachcica? - Udało mu się zaskoczyć gospodynię. Przez chwilę miała minę jakby nie wiedziała jak się powinna zachować. W końcu zazwyczaj rzemieślnicy raczej nie gościli przy stole błękitnokrwistych. - Ah no tak. Powinnam się była domyślić po wyglądzie. - Uśmiechnęła się aby przykryć tą chwilę zmieszania. - Freda Topfer. Miło mi cię poznać. Rzadko mnie odwiedzają szlachcice. Jak już to przychodzi ich służba aby coś zamówić. - Przyznała jakby chcąc wyjaśnić swoje zakłopotanie. Imię i nazwisko miała typowe dla nisko urodzonych.
                        - Nie trzymam tego za złe. - powiedział upijając nalewki - Przybyłem do miasta zaznać ukojenia po ranie z życia wojskowego.
                        - To byłeś żołnierzem sąsiedzie? Jak szlachcic to pewnie oficerem co? - Dziewczyna o myszatych włosach, wydawała się być zaciekawiona tym wątkiem. Też upiła ze swojego kubka. Nalewka przyjemnie pachniała śliwkami, była słodka i pobudzająca. Wydawało się, że każdy spływający w gardło łyk, rozgrzewa ciało od środka. - A myślisz, że jak ojciec Absalon mówił o tych żołnierzach to naprawdę ich przyślą? Sama nie wiem czy to dobrze. Rozumiem, że chcą pokazać, że coś robią. Ale wojacy to często tylko piją i rozrabiają. Ja z tego niewiele mam bo talerzy czy dzbanów raczej nie kupują. Chociaż kto wie? Czasem różne dziwne rzeczy ludzie zamawiają to czemu wojak miałby po pobity w bójce kubek nie przyjść. - Widocznie uważała na mszy i nie przegapila ogłoszeń parafialnych surow
                        ego kapłana Mananna. I była ciekawa co były żołnierz o nich sądzi.
                        Heinrich zadowoleniem czuł jak ciepło nalewki rozpływa się po jego organizmie.
                        /- Naprawdę dużo zależy od przydzielonych oficerów. - odezwał się zastanowiwszy się wcześniej - Od tego jak potrafię zachować dyscyplinę. Dlatego też słyszy się historie o rozrabiakach w szeregach, ale też można usłyszeć o ich braku co niestety jest przyjmowane z zaskoczeniem. Możliwości są obie. Nie znam tych konkretnych oficerów jacy zostali tam przydzieleni, więc i ciężko mi określić. Nie ma też pewności jakich wojaków przyślą. Czy będą oni przysłali jako honorowa straż, czy raczej będą to widzieć jako penitentalną pracę. Wszystko to wpłynie w różny sposób na morale, w różny sposób na ich zachowanie. - upił kolejny łyk - Jednocześnie będzie też określało jaki poziom żołnierzy tu dostaniemy.
                        Gospodyni chwilę trawiła jego słowa i lekko skinęła swoją głową z myszatymi włosami. W końcu nieco się uśmiechnęła i wzruszyła ramionami. - No cóż, to tylko mieć nadzieję, że nie przyślą tu jakichś łobuzów. - Uniosła nieco swój kubek, jakby chciała wypić za takie życzenie.

                        - To mówisz sąsiedzie, że przyjechałeś do nas odpocząć? No u nas to chyba raczej spokojne miasto prawda? Niewiele się dzieje. Większość kamienic stoi pusta. Chociaż gdzieniegdzie to nawet w dzień się lepiej nie zapuszczać. Ale w takim Saltmundzie to na pewno trudniej odpocząć bo to takie wielkie miasto. Byłam tam trzy razy. No ale właśnie stamtąd przyjechała do nas ta wspaniała lady Odette. Teraz mamy operę i teatr co tydzień jak ona śpiewa na mszy. Bo tak to tylko bogacze w teatrze by ją słuchali. Miło z jej strony, że zgodziła się wystąpić dla wszystkich. A po mszy to nawet przez chwilę widziałam ją z bliska. Ale trudno się było przepchać bo wszyscy chcieli ją zobaczyć. Mam nadzieję, że za tydzień też da podobny koncert. A ty sąsiedzie? Widziałeś ją z bliska? - Rzemieślniczka nieco się rozgadała i tak przeszła od uroków i wad życia w niewielkim i prawie pustym mieście po sławną diwę jaka niespodziewanie zawitała do Neus Emskrank z samej stolicy prowincji. I jeszcze nawet zwykli mieszkańcy mogli podziwiać jej talenty podczas cotygodniowej mszy.
                        - Zaiste spokojne. - odparł - Mam nadzieję, że te ostatnie problemy nie pokrzyżują planów mojego odpoczynku. A lady Odette widziałem z bliska i rozmawiałem też z nią. - dodał jakby to było logiczne w wysokourodzonym towarzystwie - A jak wygląda moje zamówienie, miła pani? - przypomniał o powodzie pojawienia się tutaj.
                        - Zdążyłam wczoraj zrobić. Jak chcesz zobaczyć to jest na dole, w warsztacie. - Gospodyni pokazała palcem na dół. - No tak, jesteś szlachcicem to pewnie miałeś okazję widzieć ją z bliska. - Westchnęła z dozą zazdrości gdy upiła ze swojego kubka. - Jesteś z Saltmundu sąsiedzie? - Widząc, że też gość też już wypił nalewkę, wstała i podeszła aby zdjąć lampę z haka. Ruszyła pierwsza z powrotem na klatkę schodową i na dół. Plama ciepłego światła przyjemnie rozświetlała zimny półmrok. Wrócili do warsztatu. Freda postawiła lampę na roboczym stole i sama schyliła się do stosu czekających, gotowych naczyń jakie stały przy wygaszonym piecu. Znalazła to właściwe, wzięła je i przeniosła na stół koło lampy. Teraz je było widać o wiele lepiej.
                        - No i jak ci się podoba sąsiedzie? - zapytała cofając się nieco aby samemu mógł się lepiej przyjrzeć a nawet wziąć w ręce. Misa była wypalona na jasnobrązowy kolor, gładka i twarda w dotyku. Pod tym względem wyglądała na solidny produkt garncarski ale sam w sobie nie rzucał się w oczy. Dopiero zdobienia i uszy w postaci czerwi, go wyróżniały.

                        Heinrich przyglądał się naczyniu nie do końca wiedząc czy miało ono znaczenie, czy może było kolejnym ślepym zaułkiem... Niemniej warto było podjąć to ryzyko. Może Sigismundus zobaczy w nim coś, czego on nie zauważył lub Otto... bo wątpił by Slaaneshytki chciały choć myśleć o robakach.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach jako Otto "Puste Oko"
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #313

                          Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory

                          Otto oczekiwał na Fabienne i Odette w pokoju gdzie odstawił Laurę razem z jej miotem. Przy okazji rozważał jak urozmaicić kobietom nadchodzące chwile.
                          Gdy wszedł do pokoju, mnich zastał nie jedną a dwie kobiety. Tą drugą była młoda, cukiernik o kasztanowych włosach. Wciąż była w świątecznej sukni w jakiej była na mszy. Chociaż oczywiście nie była tak wystawna jak te noszone przez szlachcianki. Laura siedziała na krześle przy ozdobnym stoliku przy jakim wcześniej siedziała lady Fabienne. Zaś Teofano stała przy oknie. Obie spojrzały na to kto wszedł do pokoju. I uśmiechnęły się do jednookiego.
                          - To już po śniadaniu? A nasze piękne panie, zamierzają do nas dołączyć? - Ladacznica zachowywała się swobodnie i wyglądała na zadowoloną. Fabienne i Odette mnich zostawił w salonie jak jeszcze rozmawiały ze sobą i z innymi. Jednak wkrótce pewnie powinny do nich dołączyć.
                          - Powinny się niedługo zjawić. - zapewnił mnich z uśmiechem - Teo, widzę, że spotkałaś kolejną z naszych muszych mam. Wszystko w porządku mam nadzieję? - ciekawiło go co doprowadziło do tego spotkania, ale to może poczekać.
                          - No tak, w porządku. Skoro ona też jest muszą matką. I mówi, że już wydała kilka miotów. - Brunetka uśmiechnęła się ale nieco skromnie. Jakby czuła naturalną niechęć przed zadawaniem się z ladacznicą. Chociaż doceniała jej poświęcenie dla muszej sprawy. I jeszcze popatrzyła na mnicha jakby chciała się upewnić czy ta ciemniejsza brunetka aby na pewno jest tak zaangażowana w projekt dziedzictwa Oster.
                          - Powiedziałam Teofano, że już mam na koncie nieco doświadczenia w tej materii. - Laura Larwa odpowiedziała z uśmiechem, jakby wcale się tym nie przejmowała.
                          - My z Otto też wczoraj odebraliśmy poród mojej pokojówki. - Cukiernik szybko odpowiedziała swoje jakby chciała podkreślić, że nie jest tak całkiem zielona w tych porodach.
                          - To musiało nieźle wyglądać. Ja zawsze rodziłam sama i jeszcze nie uczestniczyłam w czyimś porodzie. - Ladacznica starała się przyjąć ugodowy ton aby nie irytować młodej rzemieślniczki. Podziałało na tyle, że ta pokiwała zgodnie z głową i też popatrzyła na mnicha co on na to powie.
                          - Faktycznie wyglądało zacnie. Nie tak imponująco co twój pokaz z Lady Odette, ale też ciekawie. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli smutno ci spędzać ten czas samej Lauro, możemy spróbować jakoś zorganizować akuszerkę. - zerknął na cukiernik - Naprawdę sądzę, że powinnaś porozmać z Laurą, Teo. Jej doświadczenie może pomóc ci z własnym porodem no i znaleźć argumenty przy poszukiwaniu kolejnych matek.
                          Otto widział, że obu swoim kochankom sprawił przyjemność tym komplementem o muszym porodzie. I spojrzały na siebie nieco życzliwiej. Rzemieślniczka miala minę jakby rozważała czy jednak z ladacznicą nie łączy ją coś więcej niż zamiłowanie do bycia muszą matką. Ale to Laura pierwsza przejęła inicjatywę.
                          - Ja jestem zawsze gotowa się dostosować do życzeń klientów. - Uśmiechnęła się słodko do nich obojga. Po czym wstała i podeszła do tej szafki gdzie wcześniej lady Fabienne częstowała drinkami jego i Elke. - Jakbyśmy chcieli sobie umilić czas na czekanie na nasze piękne damy to tu lady Pirora zostawiła nam nieco użytecznych narzędzi. - Wskazała na niewielką skrzyneczkę jaka stała obok tacy z trunkami. Po czym otworzyła ją. I gdy sięgnęła to wyjęła z niej knebel i skórzane pęta. A w środku zapewne było jeszcze więcej takich uprzyjemniaczy zabawy. - No i mamy jeszcze naszą wisienkę na torcie. - Wymownie wskazała na swoją torbę jaką wcześniej miała zawieszoną na ramieniu. W niej miał być jej ostatni miot.
                          - Służąca przyniosła też to. - Teofano wskazała na okrągłe pudło w jakich zwykle przenoszono nakrycia głowy. - To dzieci jakie wydała na świat dziś rano jakaś znajoma. Podobno ty i jej pani wiecie o kogo chodzi. - Wyjaśniła z gorliwością i radością. - I jaką akuszerkę? - Zmrużyła na koniec oczy jakby nie była do końca pewna o czym mnich przed chwilą mówił.
                          Mnich zastanowił się, o którą znajomą mogło chodzić. Może ta dziewczyna z urzędu? Uśmiechnął się łobuzersko do Teofano.
                          - No cóż, pamiętasz co doprowadziło do porodu Margo? Ktoś, kto mógłby tym bardziej umilić proces byłby pewnie mile widziany przez Laurę lub inną potencjalną matkę.
                          - Ja na pewno bardzo chętnie bym umiliła taki proces każdej z was. - Laura posłała im ciepły uśmiech jakby taka współpraca przy porodzie była bardzo miła jej sercu. - I po tym co widziałam w teatrze, to mam wrażenie, że lady Odette, też powinna być chętna na takie zabawy. - Posłała mnichowi jeszcze szerszy, lubieżny uśmiech gdy przypomniała a ich pierwszym, wspólnym spotkaniu między sławną diwą a czerwiem jaki ladacznica wydała przy niej na świat. Nawet jeśli wspólnie z Otto przyłożyli do tego rękę aby ponownie umieścić robaka w trzewiach brunetki. Słysząc to, cukiernik bystro na nich spojrzała.
                          - Lady Odette też lubi takie zabawy? - Wydawała się być zafascynowana diwą. Jak i życiem erotycznym szlachcianek jakie dopiero od paru dni poznawała. A wcześniej była to całkiem nieznana dla niej strefa życia. Ladacznica pokiwała głową z tajemniczym uśmieszkiem. - No to… Otto a myślisz, że powinniśmy to tak zrobić? No i co z Margo? Ja myślałam, że przyszedł na nią czas i dlatego urodziła. A to myślisz, że było to coś innego? - Cukiernik była nieco skonsternowana ale było widać, że wolałaby się przypodobać gustom szlachcianek. Ale, że chodziło o nowy dla niej element to nie była pewna jakby mogły zareagować. Więc popatrzyła pytająco na jednookiego, który znał je lepiej.
                          - Niestety nie jestem specjalistą… musiałbym zapytać kogoś bardziej obeznanego, ale on na razie jest poza miastem. Warto zawsze poeksperymentować - do pomieszczenia weszły Fabienne von Mannlieb i Odette von Treskov, kobiety była wyraźnie w dobrym humorze, a wyglądało na to, że zaraz będzie jeszcze lepszy - Och, i oto są nasze znamienite damy. - mnich skłonił się nowo przybyłym - Moje panie, miło was widzieć w mniej oficjalnych warunkach.
                          - O jak miło, że udało nam się wreszcie spotkać w tak doborowym towarzystwie. - Odette prywitała się obdarzając całą trójkę przyjemnym dla oka uśmiechem. Zarówno ladacznica jak i cukiernik wyglądały na podobnie ucieszone z przybycia obu szlachcianek. - Miałam ochotę jeszcze zprosić Benite bo wydawała mi się rano bardzo poruszona. Ale ostatecznie umówiłam się z nią na jutro. - Miodowłosa diwa zdradziła im część ze swoich planów na to spotkanie.
                          - Myślę, że jutro zajmiemy się Beni a dziś to chyba mamy tu kogo trzeba. - Fabienne uspokoiła ją i też wyglądała na podekscytwaną.
                          - Napiją się panie czegoś? - Laura zaproponowała gestem szafkę z trunkami z jakiej wcześniej korzystali goście Pirory.
                          - Bardzo chętnie moja droga. - Odette podeszła do stolika przy jakim przed śniadaniem Otto z Fabienne gościli Elke. - I jak się czujesz na siłach mój drogi Otto? - Zagaiła wesoło do jednookiego mnicha.
                          - Przeceniasz moje siły, uważając że zadowolę czwórkę na raz. - zaśmiał się mnich - Jeżeli natomiast pytasz o moje usługi w sprawie maleństw, to jestem gotów.
                          Szlachcianka roześmiała się, jakby słowa mnicha rozbawiły ją serdecznie. - Oh mój drogi, Otto, to muzyka dla moich uszu. Skoro ty się tym będziesz zajmował to na pewno czeka nas wyborna zabawa. - Popatrzyła na swoje koleżanki a one też wyglądały na ucieszone i zaciekawione. Z gracją przyjęła kieliszek od Laury a ta jeszcze podała drugi dla lady von Mannlieb. - A zdradzisz nam od czego zaczniemy? Jestem pewna, że dziewczęta też się chętnie dołączą do takiej zabawy. - Aktorka popatrzyła po trójce pozostałych kobiet. Te ochoczo pokiwały głowami.
                          - To może wypijmy za to spotkanie i frywolne zabawy. - Bretonka wzniosła kielich do tego toastu. I poczekała aż pozostali wezmą swoje w dłoń i do niej dołączą.
                          - No cóż, Laura miała plany co do pokazu dla was. Teofano przyłączysz się do oglądania spektaklu? W każdej chwili możesz też posmakować naszej drogiej artystki.
                          - O, będziemy mieli smakowanie artystki. Zapowiada się ciekawie. - Diwa uśmiechnęła się z uznaniem, jakby spodobał jej się taki pomysł. Cukiernik pokiwała głową do slów mnicha, dając znać, że jest gotowa przyjąć tak przyjemną rolę.
                          - To zaczynamy od Laury? - Bretonka też była ciekawa co Otto wymyślił. Zaś ladacznica przytaknęła głową.
                          - Ja mogę zacząć. Tylko muszę wiedzieć co takiego. - Tą propozycję, przyjęła z profesjonalnym spokojem, jakby wierzyła, że poradzi sobie z czymkolwiek by to miało być.
                          - Pamiętasz pokaz, który mi dałaś w moim mieszkanku? Może pokaż naszym paniom jak bawisz się z swymi maluszkami.
                          - Ah takie coś. - Ladacznica uśmiechnęła się na to wspomnienie. Pozostała trójka jaka nie była tego świadkiem, popatrzyła na nich z zaintrygowana. - Tak, mogę to zrobić. - Laura pokiwała głową i zwróciła się do koleżanek. - Ale uprzedzam, że do tej zabawy będę musiała się rozebrać. - Ostrzegła je w żartobliwy sposób. Wywołało to uśmiechy rozbawienia u szlachcianek.
                          - To tym bardziej zapowiada się ciekawie! Już nie mogę się doczekać! Wreszcie to ja będę na widowni a ktoś dla mnie przedstawienie! - Odette wyglądała na zachwyconą takim pomysłem. Usiadła na krześle przy stole i wzięła kielich w dłoń dając znak, że jest gotowa na taką zamianę ról. Fabienne więc zajęła miejsce obok niej a Tofano na jedno z krzeseł jakie zostało wolne. Ladacznica zaś z wdziękiem ruszyła za parawan jaki stał w rogu pokoju.
                          - Tylko nie podglądajcie póki nie będę gotowa! - Poprosiła ich drocząc się z nimi jeszcze trochę. Poczekali parę chwil zanim wróciła w samych pończochach. Prezentowała swoje młode, gibkie ciało całkiem bezwstydnie. Jej powrót szlachcianki przywitały delikatnymi oklaskami jakby witały artystkę wychodzącą na scenę. Po chwili Teofano też dołączyła do tych oklasków. Zaś brunetka skłoniła się im wszystkim i podeszła do szafki z butelkami. Wzięła swoją torbę i przeszła na łóżko.
                          - Zaczyna się robić naprawdę ciekawie. - Zauważyła bladolica czarnowłosa, zerkając na swoją sąsiadkę, mnicha i cukiernik. Zaś ladacznica usiadła na łóżku i posłała im czarujący uśmiech. Po czym bez wahania sięgnęła po swoją torbę. Wyglądała jak sztukmistrz prezentujący swoje narzędzia przed pokazem. I wywołało podobny efekt wzmocnienia przyjemnego oczekiwania. Wtedy sięgnęła do środka torby posyłając im kose spojrzenie i tajemniczy uśmieszek.
                          - Co ona tam ma? - Diwa wydawała się być bardzo zaciekawiona tym co brunetka wyciągnie ze środka. A gdy ta wyjęła pierwszego czerwia to na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy i koleżanki zaczęły znów klaskać.
                          - Masz rację Fabi. Zapowiada się bardzo ciekawie. - Śpiewaczka pokiwała głową na znak, że podoba jej się taka niespodzianka. Zaś Laura po tym jak zaprezentowała robaka trzyosobowej widowni pochyliła się nad nim aby go czule pocałować. To wywołało jęki wzruszenia i zachwytu u pozostałych muszych matek. A artystka położyła sobie tego czerwia między piersiami. Widać było, że się rusza między nimi badając nowy teren. I zostawia po sobie śluzowaty ślad na gładkiej, kobiecej skórze. A jakby było tego mało, dziewczyna na łóżku zaczęła wyciągać z torby kolejne czerwie. I kładła je na sobie, pozwalając aby pełzały po jej młodym i jędrnym ciele. Atmosfera u niej i widowni widocznie podskoczyła i widać było, że trójka kobiet przeżywa to widowisko nie mniej niż występująca artysta.
                          Mnich uśmiechnął się widząc reakcje widowni, podszedł do Teofano zachodząc ją od tyłu i wyszeptał jej do uszka.
                          - Takie cuda będziesz mogła ze swoimi też wyczyniać, jeżeli zechcesz. - jego dłoń gładziła delikatnie kark cukiernik - Jak się na razie podoba?
                          - No podoba, podoba. One są takie piękne. Jak z moich snów. Już się nie mogę doczekać aż wydam swój własny miot. Też będę dbać o niego, pieścić i całować. To takie szczęście, że trafiłam na ciebie i mnie obdarowałeś tymi cudownymi dziećmi. - Teofano wydawała się w tej chwili bardziej traktować Laurę jak siostrę, przyjaciółkę i kochankę niż ladacznicę. I patrzyła z fascynacją na to przedstawienie jakie dla nich robiła. A czerwie wielkości małych kiełbasek pełzały po jej nagości. Widać było jak zostawiają na jej skórze błyszczący, lepki śluz. Czasem któryś stoczył się z jej ciała na pościel i tam zaczynał buszować ale nie przeszkadzało to im we wspólnej zabawie.
                          - No i to jest rozrywka dla jakiej warto tu było przyjechać. - Odette też wydawała się być zachwycona tym widowiskiem. Zerknęła na chwilę w stronę Otto aby mu posłać pełen zadowolenia uśmiech.
                          - Tak, to takie poniżające. - Fabienne też westchnęła na znak, że ją ten widok na łóżku, nieco wzruszył i rozczulił.
                          - Ktoś chce się przyłączyć do Laury? Jestem pewny, że chętnie zapozna was ze swymi maluchami. - zerknął pytająco na ladacznice na łóżku - I jeżeli, któraś czuje się gotowa na kolejne obdarowanie, ja mogę przygotować naszą już znaną zabaweczkę.
                          - Oj to jak można to ja bym bardzo chętnie poprosiła. I masz rację mój drogi Otto, nie ma na co tracić dnia.Chodźcie, dziewczęta. nie ma co tylko przyglądać się przedstawieniu, jak można je współtworzyć. Tylko niech ktoś mi pomoże rozpiąć gorset. - Diwa wydawała się być bardzo pobudzona tym widowiskiem jak i przyjemnym oczekiwaniem jakie tylko rosło z każdą chwilą. Klasnęła w dłonie i wstała ze swojego miejsca. Popatrzyła wesoło na swoje dwie sąsiadki, wyraźnie oczekując, że pójdą w jej ślady. Zresztą zarówno bretońska żona tutejszego kapitana statku jak i młoda rzemieślniczka od cukiernictwa też miały wyraźną ochotę na dołączenie do zabawy. Szlachcianka o czarnych włosach wstała z gracją i położyła dłoń na ramieniu kochanka.
                          - Ja bardzo lubię jak mnie napełniasz Otto. - Mruknęła do niego kusząco i przetrzymała na chwilę wzrok w jego twarzy. Po czym płynnie ruszyła za parawan aby pomóc aktorce pozbyć się sukni i reszty ubrań. Teofano skorzystała z okazji i też podeszła do mnicha.
                          - Ja oczywiście przyjmę z radością nową porcję tych przyjemniaczków. - Pokiwała głową uśmiechnęła się wdzięcznie do mnicha. I też poszła za parawan aby się rozebrać. Przez chwilę więc Otto został sam przy stole z widokiem na Laurę i jej żywe zabawki.
                          - I co Otto? Co dalej? - Ladacznica zapytała cicho i patrząc wprost w oko jednookiego pocałowała jednego z czerwi.
                          - Dalej? Będziesz się kochać z trzema kobietami i zapoznawać je ze swymi pociechami. Ja zasieję te z was, które będą tego chciały. - mnich się uśmiechnął - Własną obecność w waszych harcach zostawiam w waszej gestii.
                          - No to zapowiada się ciekawie. Ostatnio w teatrze było bardzo ciekawie. No i mnie od tyłu też możesz zasiać. Po tym porodzie czuję się taka pusta. - Ladacznica leżała bezwstydnie prezentując swoje kobiece wdzięki. To, że były one pokryte kilkoma czerwiami i lepkimi śladami jakie po sobie zostawiały, wcale jej nie przeszkadzało. - No i może byś mi umieścił jednego z tych przyjemniaczków gdzieś tam we mnie? Jak wtedy u ciebie? No chyba, że wolisz popatrzeć jak lady Odette to robi. Ona też lubi używać tej twojej zabaweczki. - Brunetka zaproponowała mu zanim pozostała trójka kochanek wróciła do nich zza parawanu. A sądząc po śmiechach i żartach jakie stamtąd dochodziły to koleżanki też się nie nudziły z tym rozbieraniem.
                          Mnich podszedł do Laury, delikatnie podnosząc jednego z jej potomstwa. Po czym z troską wsunął je do pierwszego wejścia, niezbyt głęboko.
                          - Może znowu będziesz mogła urodzić na ich oczach. - zaproponował - Tym razem z trzema partnerkami widzącymi wszystko.
                          Podczas tego zabiegu widać było, że Laurze przypadł jej do gustu. Lekko zaciskała wargi i ściskała palcami pościel. A gdy mnich skończył to pogłaskała się po podbrzuszu i uśmiechnęła się do niego promiennie. - Jest płytko to wkrótce powinien wyjść. - Pokiwała głową na znak, że taki pomysł jej się podoba. A w międzyczasie zza parawanu wyszły trzy naguski. Szlachcianki podobnie jak ladacznica, zostały tylko w pończochach, lady Odette w błękitnych a Bretonka w czarnych. Zaś Teofano szła razem z nimi bez niczego.
                          - O, zaczęliście bez nas? Oj no to dziewczyny, musimy nadrobić straty. - Odette zamruczała z rozbawienia i podniecenia gdy weszła na łóżko. Za nią podążyły dwie jej koleżanki. Teraz z bliska mogły się przyjrzeć i Laurze i robakom jakie miała na sobie.
                          - Ale ty jesteś ohydny. - Diwa ostrożnie dotknęła czerwia jaki pełzał między piersiami ladacznicy. Ostrożnie ale i z fascynacją. Jak odłożyła palec to jeszcze przez chwilę łączyła go z robakiem nitka śluzu. Szlachcianka przyjrzała się tej lepkiej plamie na czubku swojego palca po czym z rozmysłem wsadziła go sobie do ust. - Oj tak to takie obrzydliwe. - Zaśmiała się z zadowoleniem.
                          - To prawda. Różnych rzeczy już próbowałam ale to jest dla mnie coś nowego. Zostałyśmy chodzącymi workami na robaki. To strasznie poniżające. - Fabienne kucnęla u nóg ladacznicy i też wzięła w dłonie jedną z larw jakie pełzały przy jej kolanach.
                          - No co wy! One są bardzo piękne! To zaszczyt, że możemy je nosić w sobie, rodzć i obcować! - Cukiernik usiadła obok mnicha i nieco się zaperzyla. Ale ostrożnie bo widać było, że wciąż czuje respekt wobec szlachcianek.
                          - To jak już wszyscy jesteśmy na miejscu to będziemy musieli się jakoś tymi pieszczszkami podzielić. - Laura wzięła w dłonie jednego z robaków i jakby pokazała ją otoczeniu. Zdawała się sprawdzać kto się na nią skusi pierwszy.
                          - Lady Odette wydaje się najbardziej nimi podniecona. - odparł mnich - Może niech twój maluch wejdzie w nią? - uśmiechnął się do divy - Wydasz na świat cudze dziecko moja pani?
                          - Jeśli ja je wydam na świat, to chyba będzie to moje dziecko? - Diwa zmrużyła oczy ale raczej wyglądała na taką co się droczy z kochankiem a nie naprawdę ma mu coś za złe. Szybko zresztą roześmiała się, nieco pochyliła się nad nagimi piersiami ladacznicy i objęła mnicha. - Oh mój drogi Otto. Przecież jesteś moim impresario od rozrywki. Jeśli mówisz, że będzie zabawnie i rozrywkowo abym we mnie wsadzić któregoś z tych małych, obrzydliwych kawałków to tylko powiedz w jakiej mam to zrobić pozycji. - Wyglądało na to, że diwa jest w szampańskim humorze. Poklepała jeszcze ciepło mnicha po plecach zanim go puściła i wróciła na swoje miejsce. - No i nie zapominajmy o Fabi. Przecież też ma swoje potrzeby. Może ją przywiążemy do łóżka albo coś takiego? Jak myślisz Fabi? - Zwróciła się do sąsiadki o czarnych włosach. Ta posłała jej rozbawiony uśmiech.
                          - Naturalnie. Jestem tu aby wam służyć. W końcu jestem najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych. No i bardzo zależy mi na takiej reputacji. - Bretonka też już wyglądała na rozgrzaną takim wstępem. Właściwie z bliska jak już obie były bez ubrań to mnichowi wydawało się, że chyba ich brzuchy jakby były nieco pełniejsze niż zwykle. Ale tak subtelnie, że nie był do końca pewny czy faktycznie czy tylko imaginuje sobie wiedzę o ich robaczej ciąży.
                          - Ja to mogę być gdziekolwiek. - Teofano nieśmiało zgłosiła swoją chęć współpracy ale nie śmiała narzucać szlachciankom swojej woli.
                          Mnich klasnął w dłonie.
                          - Dobrze więc, Teofano usiądź proszę na brzegu łóżka. - mnich objął Fabienne, jego dłonie gładziły jej boki - A ty moja podła służebnico, zadowól naszą młodą towarzyszkę. - Otto zerknął na Teofano - Teo postaraj się traktować lady Fabienne, jakby była twoją Margo. Całkowicie tobie podległa. - wrócił spojrzeniem do Odette.
                          - Więc pani, proszę rozłożyć swe piękne nogi. Lauro, czyń swą powinność.
                          - Tak jak Margo? Ale przecież Margo to nasza pokojówka no i nie jest szlachcianką. - Cukiernik widać nie było łatwo wyjść z nawyków społecznych w jakich wyrosła. I nawet w tak nietypowej sytuacji wydawała się być speszona takim pomysłem.
                          - Nie przejmuj się tym Teo. Co zazwyczaj robisz z Margo jak zostajecie same i nikt wam nie przeszkadza? - Bretonka zdawała się to rozumieć i delikatnie wzięła za rękę rzemieślniczkę. Poprowadziła ją na skraj łóżka tak jak ich kochanek to sugerował. Ta jednak zarumieniła się jakby nie było jej lekko mówić jak traktują swoją pokojówkę gdy zostają same.
                          - Śmiało Teo. Przecież Fabi zrobi ci to samo co Margo tylko lepiej. Widziałam ostatnio w teatrze, że obie dobrze rokujące. Może nawet przystaniecie do nas na stałe? Jak będziecie dostarczać nam rozrywki to czemu nie? - Odette uśmiechnęła się czule do mnicha gdy usłyszała jego propozycję. Ale jak się uniosła aby zmienić pozycję to też starała się zachęcić cukiernik aby sobie pofolgowała z jej koleżanką.
                          - Tak sobie zaskarbisz wdzięczność lady Fabienne Teo. Ja to widziałam już wtedy w teatrze. Jakby mnie milady zamówiła to ja bym się z nią nie patyczkowała. Niech wie kto tu jest usługujacą ladacznicą dla czyjej przyjemności. - Laura wydawała się być rozbawiona wątpliwościami jaśniejszej brunetki i widać było, że tak jak mówiła mnichowi jeszcze na podwórzu przed śniadaniem, że sama nie miała oporów aby przyjąć dominującą rolę nad błękitnokrwisty.
                          - No dobrze. - Teofano w końcu uległa tym namowom. Ale jeszcze na koniec spojrzała kontrolnie na mnicha. Usiadła jednak na krawędzi łóżka, tak jak mówił. A bretońska milady zaczęła od pocałunków w jej kark. A w końcu przesunęła się na podłogę, uklękła i zajęla pozycję między jej rozłożonymi udami. Po chwili widać było i słychać, że zabawa nabiera tam tempa.
                          - Czy tak będzie dobrze? - W międzyczasie aktorka z przyjemnością położyła się na plecach, obok ladacznicy. I zapraszająco rozchyliła swoje gładkie uda, wciąż opatulone niebieskimi pończochami. Laura zaś na odwrót, ostrożnie aby nie rozgnieść żadnej larwy, podniosła się i usiadła obok mnicha.
                          - To co teraz robimy z tą ladacznicą? - Zapytała go jakby pytała wspólnika o plan zbrodni. Słysząc to śpiewaczka zachichotała z rozbawienia ale czekała co będzie dalej.
                          - To twoje maleństwo Lauro. Może ty wydaj je na podróż w nieznane. - mnich wyciągnął zabawkę oraz pojemnik z jajami much - W między czasie może daj tu ten swój kuperek i wypełnimy go następnym miotem?
                          - No dobrze. - Ladacznica zaśmiała się i przeszła tak aby znaleźć się między gościnnie rozchylonymi udami śpiewaczki. Ta zachęcała ją do tego przyzwalającym uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem. Laura zaczęła od delikatnych pocałunków i pieszczot między kobietami. Od ust, piersi i brzucha diwy. Aż znalazła się między jej nogami. Wyglądało na to, że obie czerpią z tego mnóstwo przyjemności. Ale w końcu ladacznica zaczęła przekładać czerwie na twarz, brzuch i piersi śpiewaczki. Co ta przyjmowała z coraz wyraźniejszymi oznakami podniecenia. A w końcu widząc, że akcja rozwija się w bardzo pozytywny sposób to brunetka wzięła jedną z larw i zaczęła ją wsadzać w gościnne trzewia aktorki. Co tylko nakręcało je obie jeszcze bardziej. Sama zaś prowokująco wypięła się ku mnichowi dając znać, że jest gotowa na przyjęcie prezentu od niego.
                          Po sąsiedzku, na skraju łóżka, cukiernik opadła na plecy, w poprzek łóżka. I ciężko oddychała gdy bretońska milady śmiało harcowała ustami i dłońmi w jej najdelikatniejszym miejscu. Wyglądało na to, że zabawa rozkręciła się już na całego.
                          Otto przyglądał się obu spektaklom, jednocześnie zasiewał Laurę dopóki ladacznica nie czuła się wypełniona swym przyszłym potomstwem.
                          Słowa divy, nazywając go ponownie jej impresario, przypomniały mu o rozmowie jaką będzie musiał odbyć z Silnym, ale to później. Na razie raczył się widokiem hedonistek oddających się rozkoszy.

                          Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Seach

                            Festag; przedpołudnie; kamienica Pirory

                            Otto oczekiwał na Fabienne i Odette w pokoju gdzie odstawił Laurę razem z jej miotem. Przy okazji rozważał jak urozmaicić kobietom nadchodzące chwile.
                            Gdy wszedł do pokoju, mnich zastał nie jedną a dwie kobiety. Tą drugą była młoda, cukiernik o kasztanowych włosach. Wciąż była w świątecznej sukni w jakiej była na mszy. Chociaż oczywiście nie była tak wystawna jak te noszone przez szlachcianki. Laura siedziała na krześle przy ozdobnym stoliku przy jakim wcześniej siedziała lady Fabienne. Zaś Teofano stała przy oknie. Obie spojrzały na to kto wszedł do pokoju. I uśmiechnęły się do jednookiego.
                            - To już po śniadaniu? A nasze piękne panie, zamierzają do nas dołączyć? - Ladacznica zachowywała się swobodnie i wyglądała na zadowoloną. Fabienne i Odette mnich zostawił w salonie jak jeszcze rozmawiały ze sobą i z innymi. Jednak wkrótce pewnie powinny do nich dołączyć.
                            - Powinny się niedługo zjawić. - zapewnił mnich z uśmiechem - Teo, widzę, że spotkałaś kolejną z naszych muszych mam. Wszystko w porządku mam nadzieję? - ciekawiło go co doprowadziło do tego spotkania, ale to może poczekać.
                            - No tak, w porządku. Skoro ona też jest muszą matką. I mówi, że już wydała kilka miotów. - Brunetka uśmiechnęła się ale nieco skromnie. Jakby czuła naturalną niechęć przed zadawaniem się z ladacznicą. Chociaż doceniała jej poświęcenie dla muszej sprawy. I jeszcze popatrzyła na mnicha jakby chciała się upewnić czy ta ciemniejsza brunetka aby na pewno jest tak zaangażowana w projekt dziedzictwa Oster.
                            - Powiedziałam Teofano, że już mam na koncie nieco doświadczenia w tej materii. - Laura Larwa odpowiedziała z uśmiechem, jakby wcale się tym nie przejmowała.
                            - My z Otto też wczoraj odebraliśmy poród mojej pokojówki. - Cukiernik szybko odpowiedziała swoje jakby chciała podkreślić, że nie jest tak całkiem zielona w tych porodach.
                            - To musiało nieźle wyglądać. Ja zawsze rodziłam sama i jeszcze nie uczestniczyłam w czyimś porodzie. - Ladacznica starała się przyjąć ugodowy ton aby nie irytować młodej rzemieślniczki. Podziałało na tyle, że ta pokiwała zgodnie z głową i też popatrzyła na mnicha co on na to powie.
                            - Faktycznie wyglądało zacnie. Nie tak imponująco co twój pokaz z Lady Odette, ale też ciekawie. - mnich się uśmiechnął - Jeżeli smutno ci spędzać ten czas samej Lauro, możemy spróbować jakoś zorganizować akuszerkę. - zerknął na cukiernik - Naprawdę sądzę, że powinnaś porozmać z Laurą, Teo. Jej doświadczenie może pomóc ci z własnym porodem no i znaleźć argumenty przy poszukiwaniu kolejnych matek.
                            Otto widział, że obu swoim kochankom sprawił przyjemność tym komplementem o muszym porodzie. I spojrzały na siebie nieco życzliwiej. Rzemieślniczka miala minę jakby rozważała czy jednak z ladacznicą nie łączy ją coś więcej niż zamiłowanie do bycia muszą matką. Ale to Laura pierwsza przejęła inicjatywę.
                            - Ja jestem zawsze gotowa się dostosować do życzeń klientów. - Uśmiechnęła się słodko do nich obojga. Po czym wstała i podeszła do tej szafki gdzie wcześniej lady Fabienne częstowała drinkami jego i Elke. - Jakbyśmy chcieli sobie umilić czas na czekanie na nasze piękne damy to tu lady Pirora zostawiła nam nieco użytecznych narzędzi. - Wskazała na niewielką skrzyneczkę jaka stała obok tacy z trunkami. Po czym otworzyła ją. I gdy sięgnęła to wyjęła z niej knebel i skórzane pęta. A w środku zapewne było jeszcze więcej takich uprzyjemniaczy zabawy. - No i mamy jeszcze naszą wisienkę na torcie. - Wymownie wskazała na swoją torbę jaką wcześniej miała zawieszoną na ramieniu. W niej miał być jej ostatni miot.
                            - Służąca przyniosła też to. - Teofano wskazała na okrągłe pudło w jakich zwykle przenoszono nakrycia głowy. - To dzieci jakie wydała na świat dziś rano jakaś znajoma. Podobno ty i jej pani wiecie o kogo chodzi. - Wyjaśniła z gorliwością i radością. - I jaką akuszerkę? - Zmrużyła na koniec oczy jakby nie była do końca pewna o czym mnich przed chwilą mówił.
                            Mnich zastanowił się, o którą znajomą mogło chodzić. Może ta dziewczyna z urzędu? Uśmiechnął się łobuzersko do Teofano.
                            - No cóż, pamiętasz co doprowadziło do porodu Margo? Ktoś, kto mógłby tym bardziej umilić proces byłby pewnie mile widziany przez Laurę lub inną potencjalną matkę.
                            - Ja na pewno bardzo chętnie bym umiliła taki proces każdej z was. - Laura posłała im ciepły uśmiech jakby taka współpraca przy porodzie była bardzo miła jej sercu. - I po tym co widziałam w teatrze, to mam wrażenie, że lady Odette, też powinna być chętna na takie zabawy. - Posłała mnichowi jeszcze szerszy, lubieżny uśmiech gdy przypomniała a ich pierwszym, wspólnym spotkaniu między sławną diwą a czerwiem jaki ladacznica wydała przy niej na świat. Nawet jeśli wspólnie z Otto przyłożyli do tego rękę aby ponownie umieścić robaka w trzewiach brunetki. Słysząc to, cukiernik bystro na nich spojrzała.
                            - Lady Odette też lubi takie zabawy? - Wydawała się być zafascynowana diwą. Jak i życiem erotycznym szlachcianek jakie dopiero od paru dni poznawała. A wcześniej była to całkiem nieznana dla niej strefa życia. Ladacznica pokiwała głową z tajemniczym uśmieszkiem. - No to… Otto a myślisz, że powinniśmy to tak zrobić? No i co z Margo? Ja myślałam, że przyszedł na nią czas i dlatego urodziła. A to myślisz, że było to coś innego? - Cukiernik była nieco skonsternowana ale było widać, że wolałaby się przypodobać gustom szlachcianek. Ale, że chodziło o nowy dla niej element to nie była pewna jakby mogły zareagować. Więc popatrzyła pytająco na jednookiego, który znał je lepiej.
                            - Niestety nie jestem specjalistą… musiałbym zapytać kogoś bardziej obeznanego, ale on na razie jest poza miastem. Warto zawsze poeksperymentować - do pomieszczenia weszły Fabienne von Mannlieb i Odette von Treskov, kobiety była wyraźnie w dobrym humorze, a wyglądało na to, że zaraz będzie jeszcze lepszy - Och, i oto są nasze znamienite damy. - mnich skłonił się nowo przybyłym - Moje panie, miło was widzieć w mniej oficjalnych warunkach.
                            - O jak miło, że udało nam się wreszcie spotkać w tak doborowym towarzystwie. - Odette prywitała się obdarzając całą trójkę przyjemnym dla oka uśmiechem. Zarówno ladacznica jak i cukiernik wyglądały na podobnie ucieszone z przybycia obu szlachcianek. - Miałam ochotę jeszcze zprosić Benite bo wydawała mi się rano bardzo poruszona. Ale ostatecznie umówiłam się z nią na jutro. - Miodowłosa diwa zdradziła im część ze swoich planów na to spotkanie.
                            - Myślę, że jutro zajmiemy się Beni a dziś to chyba mamy tu kogo trzeba. - Fabienne uspokoiła ją i też wyglądała na podekscytwaną.
                            - Napiją się panie czegoś? - Laura zaproponowała gestem szafkę z trunkami z jakiej wcześniej korzystali goście Pirory.
                            - Bardzo chętnie moja droga. - Odette podeszła do stolika przy jakim przed śniadaniem Otto z Fabienne gościli Elke. - I jak się czujesz na siłach mój drogi Otto? - Zagaiła wesoło do jednookiego mnicha.
                            - Przeceniasz moje siły, uważając że zadowolę czwórkę na raz. - zaśmiał się mnich - Jeżeli natomiast pytasz o moje usługi w sprawie maleństw, to jestem gotów.
                            Szlachcianka roześmiała się, jakby słowa mnicha rozbawiły ją serdecznie. - Oh mój drogi, Otto, to muzyka dla moich uszu. Skoro ty się tym będziesz zajmował to na pewno czeka nas wyborna zabawa. - Popatrzyła na swoje koleżanki a one też wyglądały na ucieszone i zaciekawione. Z gracją przyjęła kieliszek od Laury a ta jeszcze podała drugi dla lady von Mannlieb. - A zdradzisz nam od czego zaczniemy? Jestem pewna, że dziewczęta też się chętnie dołączą do takiej zabawy. - Aktorka popatrzyła po trójce pozostałych kobiet. Te ochoczo pokiwały głowami.
                            - To może wypijmy za to spotkanie i frywolne zabawy. - Bretonka wzniosła kielich do tego toastu. I poczekała aż pozostali wezmą swoje w dłoń i do niej dołączą.
                            - No cóż, Laura miała plany co do pokazu dla was. Teofano przyłączysz się do oglądania spektaklu? W każdej chwili możesz też posmakować naszej drogiej artystki.
                            - O, będziemy mieli smakowanie artystki. Zapowiada się ciekawie. - Diwa uśmiechnęła się z uznaniem, jakby spodobał jej się taki pomysł. Cukiernik pokiwała głową do slów mnicha, dając znać, że jest gotowa przyjąć tak przyjemną rolę.
                            - To zaczynamy od Laury? - Bretonka też była ciekawa co Otto wymyślił. Zaś ladacznica przytaknęła głową.
                            - Ja mogę zacząć. Tylko muszę wiedzieć co takiego. - Tą propozycję, przyjęła z profesjonalnym spokojem, jakby wierzyła, że poradzi sobie z czymkolwiek by to miało być.
                            - Pamiętasz pokaz, który mi dałaś w moim mieszkanku? Może pokaż naszym paniom jak bawisz się z swymi maluszkami.
                            - Ah takie coś. - Ladacznica uśmiechnęła się na to wspomnienie. Pozostała trójka jaka nie była tego świadkiem, popatrzyła na nich z zaintrygowana. - Tak, mogę to zrobić. - Laura pokiwała głową i zwróciła się do koleżanek. - Ale uprzedzam, że do tej zabawy będę musiała się rozebrać. - Ostrzegła je w żartobliwy sposób. Wywołało to uśmiechy rozbawienia u szlachcianek.
                            - To tym bardziej zapowiada się ciekawie! Już nie mogę się doczekać! Wreszcie to ja będę na widowni a ktoś dla mnie przedstawienie! - Odette wyglądała na zachwyconą takim pomysłem. Usiadła na krześle przy stole i wzięła kielich w dłoń dając znak, że jest gotowa na taką zamianę ról. Fabienne więc zajęła miejsce obok niej a Tofano na jedno z krzeseł jakie zostało wolne. Ladacznica zaś z wdziękiem ruszyła za parawan jaki stał w rogu pokoju.
                            - Tylko nie podglądajcie póki nie będę gotowa! - Poprosiła ich drocząc się z nimi jeszcze trochę. Poczekali parę chwil zanim wróciła w samych pończochach. Prezentowała swoje młode, gibkie ciało całkiem bezwstydnie. Jej powrót szlachcianki przywitały delikatnymi oklaskami jakby witały artystkę wychodzącą na scenę. Po chwili Teofano też dołączyła do tych oklasków. Zaś brunetka skłoniła się im wszystkim i podeszła do szafki z butelkami. Wzięła swoją torbę i przeszła na łóżko.
                            - Zaczyna się robić naprawdę ciekawie. - Zauważyła bladolica czarnowłosa, zerkając na swoją sąsiadkę, mnicha i cukiernik. Zaś ladacznica usiadła na łóżku i posłała im czarujący uśmiech. Po czym bez wahania sięgnęła po swoją torbę. Wyglądała jak sztukmistrz prezentujący swoje narzędzia przed pokazem. I wywołało podobny efekt wzmocnienia przyjemnego oczekiwania. Wtedy sięgnęła do środka torby posyłając im kose spojrzenie i tajemniczy uśmieszek.
                            - Co ona tam ma? - Diwa wydawała się być bardzo zaciekawiona tym co brunetka wyciągnie ze środka. A gdy ta wyjęła pierwszego czerwia to na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy i koleżanki zaczęły znów klaskać.
                            - Masz rację Fabi. Zapowiada się bardzo ciekawie. - Śpiewaczka pokiwała głową na znak, że podoba jej się taka niespodzianka. Zaś Laura po tym jak zaprezentowała robaka trzyosobowej widowni pochyliła się nad nim aby go czule pocałować. To wywołało jęki wzruszenia i zachwytu u pozostałych muszych matek. A artystka położyła sobie tego czerwia między piersiami. Widać było, że się rusza między nimi badając nowy teren. I zostawia po sobie śluzowaty ślad na gładkiej, kobiecej skórze. A jakby było tego mało, dziewczyna na łóżku zaczęła wyciągać z torby kolejne czerwie. I kładła je na sobie, pozwalając aby pełzały po jej młodym i jędrnym ciele. Atmosfera u niej i widowni widocznie podskoczyła i widać było, że trójka kobiet przeżywa to widowisko nie mniej niż występująca artysta.
                            Mnich uśmiechnął się widząc reakcje widowni, podszedł do Teofano zachodząc ją od tyłu i wyszeptał jej do uszka.
                            - Takie cuda będziesz mogła ze swoimi też wyczyniać, jeżeli zechcesz. - jego dłoń gładziła delikatnie kark cukiernik - Jak się na razie podoba?
                            - No podoba, podoba. One są takie piękne. Jak z moich snów. Już się nie mogę doczekać aż wydam swój własny miot. Też będę dbać o niego, pieścić i całować. To takie szczęście, że trafiłam na ciebie i mnie obdarowałeś tymi cudownymi dziećmi. - Teofano wydawała się w tej chwili bardziej traktować Laurę jak siostrę, przyjaciółkę i kochankę niż ladacznicę. I patrzyła z fascynacją na to przedstawienie jakie dla nich robiła. A czerwie wielkości małych kiełbasek pełzały po jej nagości. Widać było jak zostawiają na jej skórze błyszczący, lepki śluz. Czasem któryś stoczył się z jej ciała na pościel i tam zaczynał buszować ale nie przeszkadzało to im we wspólnej zabawie.
                            - No i to jest rozrywka dla jakiej warto tu było przyjechać. - Odette też wydawała się być zachwycona tym widowiskiem. Zerknęła na chwilę w stronę Otto aby mu posłać pełen zadowolenia uśmiech.
                            - Tak, to takie poniżające. - Fabienne też westchnęła na znak, że ją ten widok na łóżku, nieco wzruszył i rozczulił.
                            - Ktoś chce się przyłączyć do Laury? Jestem pewny, że chętnie zapozna was ze swymi maluchami. - zerknął pytająco na ladacznice na łóżku - I jeżeli, któraś czuje się gotowa na kolejne obdarowanie, ja mogę przygotować naszą już znaną zabaweczkę.
                            - Oj to jak można to ja bym bardzo chętnie poprosiła. I masz rację mój drogi Otto, nie ma na co tracić dnia.Chodźcie, dziewczęta. nie ma co tylko przyglądać się przedstawieniu, jak można je współtworzyć. Tylko niech ktoś mi pomoże rozpiąć gorset. - Diwa wydawała się być bardzo pobudzona tym widowiskiem jak i przyjemnym oczekiwaniem jakie tylko rosło z każdą chwilą. Klasnęła w dłonie i wstała ze swojego miejsca. Popatrzyła wesoło na swoje dwie sąsiadki, wyraźnie oczekując, że pójdą w jej ślady. Zresztą zarówno bretońska żona tutejszego kapitana statku jak i młoda rzemieślniczka od cukiernictwa też miały wyraźną ochotę na dołączenie do zabawy. Szlachcianka o czarnych włosach wstała z gracją i położyła dłoń na ramieniu kochanka.
                            - Ja bardzo lubię jak mnie napełniasz Otto. - Mruknęła do niego kusząco i przetrzymała na chwilę wzrok w jego twarzy. Po czym płynnie ruszyła za parawan aby pomóc aktorce pozbyć się sukni i reszty ubrań. Teofano skorzystała z okazji i też podeszła do mnicha.
                            - Ja oczywiście przyjmę z radością nową porcję tych przyjemniaczków. - Pokiwała głową uśmiechnęła się wdzięcznie do mnicha. I też poszła za parawan aby się rozebrać. Przez chwilę więc Otto został sam przy stole z widokiem na Laurę i jej żywe zabawki.
                            - I co Otto? Co dalej? - Ladacznica zapytała cicho i patrząc wprost w oko jednookiego pocałowała jednego z czerwi.
                            - Dalej? Będziesz się kochać z trzema kobietami i zapoznawać je ze swymi pociechami. Ja zasieję te z was, które będą tego chciały. - mnich się uśmiechnął - Własną obecność w waszych harcach zostawiam w waszej gestii.
                            - No to zapowiada się ciekawie. Ostatnio w teatrze było bardzo ciekawie. No i mnie od tyłu też możesz zasiać. Po tym porodzie czuję się taka pusta. - Ladacznica leżała bezwstydnie prezentując swoje kobiece wdzięki. To, że były one pokryte kilkoma czerwiami i lepkimi śladami jakie po sobie zostawiały, wcale jej nie przeszkadzało. - No i może byś mi umieścił jednego z tych przyjemniaczków gdzieś tam we mnie? Jak wtedy u ciebie? No chyba, że wolisz popatrzeć jak lady Odette to robi. Ona też lubi używać tej twojej zabaweczki. - Brunetka zaproponowała mu zanim pozostała trójka kochanek wróciła do nich zza parawanu. A sądząc po śmiechach i żartach jakie stamtąd dochodziły to koleżanki też się nie nudziły z tym rozbieraniem.
                            Mnich podszedł do Laury, delikatnie podnosząc jednego z jej potomstwa. Po czym z troską wsunął je do pierwszego wejścia, niezbyt głęboko.
                            - Może znowu będziesz mogła urodzić na ich oczach. - zaproponował - Tym razem z trzema partnerkami widzącymi wszystko.
                            Podczas tego zabiegu widać było, że Laurze przypadł jej do gustu. Lekko zaciskała wargi i ściskała palcami pościel. A gdy mnich skończył to pogłaskała się po podbrzuszu i uśmiechnęła się do niego promiennie. - Jest płytko to wkrótce powinien wyjść. - Pokiwała głową na znak, że taki pomysł jej się podoba. A w międzyczasie zza parawanu wyszły trzy naguski. Szlachcianki podobnie jak ladacznica, zostały tylko w pończochach, lady Odette w błękitnych a Bretonka w czarnych. Zaś Teofano szła razem z nimi bez niczego.
                            - O, zaczęliście bez nas? Oj no to dziewczyny, musimy nadrobić straty. - Odette zamruczała z rozbawienia i podniecenia gdy weszła na łóżko. Za nią podążyły dwie jej koleżanki. Teraz z bliska mogły się przyjrzeć i Laurze i robakom jakie miała na sobie.
                            - Ale ty jesteś ohydny. - Diwa ostrożnie dotknęła czerwia jaki pełzał między piersiami ladacznicy. Ostrożnie ale i z fascynacją. Jak odłożyła palec to jeszcze przez chwilę łączyła go z robakiem nitka śluzu. Szlachcianka przyjrzała się tej lepkiej plamie na czubku swojego palca po czym z rozmysłem wsadziła go sobie do ust. - Oj tak to takie obrzydliwe. - Zaśmiała się z zadowoleniem.
                            - To prawda. Różnych rzeczy już próbowałam ale to jest dla mnie coś nowego. Zostałyśmy chodzącymi workami na robaki. To strasznie poniżające. - Fabienne kucnęla u nóg ladacznicy i też wzięła w dłonie jedną z larw jakie pełzały przy jej kolanach.
                            - No co wy! One są bardzo piękne! To zaszczyt, że możemy je nosić w sobie, rodzć i obcować! - Cukiernik usiadła obok mnicha i nieco się zaperzyla. Ale ostrożnie bo widać było, że wciąż czuje respekt wobec szlachcianek.
                            - To jak już wszyscy jesteśmy na miejscu to będziemy musieli się jakoś tymi pieszczszkami podzielić. - Laura wzięła w dłonie jednego z robaków i jakby pokazała ją otoczeniu. Zdawała się sprawdzać kto się na nią skusi pierwszy.
                            - Lady Odette wydaje się najbardziej nimi podniecona. - odparł mnich - Może niech twój maluch wejdzie w nią? - uśmiechnął się do divy - Wydasz na świat cudze dziecko moja pani?
                            - Jeśli ja je wydam na świat, to chyba będzie to moje dziecko? - Diwa zmrużyła oczy ale raczej wyglądała na taką co się droczy z kochankiem a nie naprawdę ma mu coś za złe. Szybko zresztą roześmiała się, nieco pochyliła się nad nagimi piersiami ladacznicy i objęła mnicha. - Oh mój drogi Otto. Przecież jesteś moim impresario od rozrywki. Jeśli mówisz, że będzie zabawnie i rozrywkowo abym we mnie wsadzić któregoś z tych małych, obrzydliwych kawałków to tylko powiedz w jakiej mam to zrobić pozycji. - Wyglądało na to, że diwa jest w szampańskim humorze. Poklepała jeszcze ciepło mnicha po plecach zanim go puściła i wróciła na swoje miejsce. - No i nie zapominajmy o Fabi. Przecież też ma swoje potrzeby. Może ją przywiążemy do łóżka albo coś takiego? Jak myślisz Fabi? - Zwróciła się do sąsiadki o czarnych włosach. Ta posłała jej rozbawiony uśmiech.
                            - Naturalnie. Jestem tu aby wam służyć. W końcu jestem najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych. No i bardzo zależy mi na takiej reputacji. - Bretonka też już wyglądała na rozgrzaną takim wstępem. Właściwie z bliska jak już obie były bez ubrań to mnichowi wydawało się, że chyba ich brzuchy jakby były nieco pełniejsze niż zwykle. Ale tak subtelnie, że nie był do końca pewny czy faktycznie czy tylko imaginuje sobie wiedzę o ich robaczej ciąży.
                            - Ja to mogę być gdziekolwiek. - Teofano nieśmiało zgłosiła swoją chęć współpracy ale nie śmiała narzucać szlachciankom swojej woli.
                            Mnich klasnął w dłonie.
                            - Dobrze więc, Teofano usiądź proszę na brzegu łóżka. - mnich objął Fabienne, jego dłonie gładziły jej boki - A ty moja podła służebnico, zadowól naszą młodą towarzyszkę. - Otto zerknął na Teofano - Teo postaraj się traktować lady Fabienne, jakby była twoją Margo. Całkowicie tobie podległa. - wrócił spojrzeniem do Odette.
                            - Więc pani, proszę rozłożyć swe piękne nogi. Lauro, czyń swą powinność.
                            - Tak jak Margo? Ale przecież Margo to nasza pokojówka no i nie jest szlachcianką. - Cukiernik widać nie było łatwo wyjść z nawyków społecznych w jakich wyrosła. I nawet w tak nietypowej sytuacji wydawała się być speszona takim pomysłem.
                            - Nie przejmuj się tym Teo. Co zazwyczaj robisz z Margo jak zostajecie same i nikt wam nie przeszkadza? - Bretonka zdawała się to rozumieć i delikatnie wzięła za rękę rzemieślniczkę. Poprowadziła ją na skraj łóżka tak jak ich kochanek to sugerował. Ta jednak zarumieniła się jakby nie było jej lekko mówić jak traktują swoją pokojówkę gdy zostają same.
                            - Śmiało Teo. Przecież Fabi zrobi ci to samo co Margo tylko lepiej. Widziałam ostatnio w teatrze, że obie dobrze rokujące. Może nawet przystaniecie do nas na stałe? Jak będziecie dostarczać nam rozrywki to czemu nie? - Odette uśmiechnęła się czule do mnicha gdy usłyszała jego propozycję. Ale jak się uniosła aby zmienić pozycję to też starała się zachęcić cukiernik aby sobie pofolgowała z jej koleżanką.
                            - Tak sobie zaskarbisz wdzięczność lady Fabienne Teo. Ja to widziałam już wtedy w teatrze. Jakby mnie milady zamówiła to ja bym się z nią nie patyczkowała. Niech wie kto tu jest usługujacą ladacznicą dla czyjej przyjemności. - Laura wydawała się być rozbawiona wątpliwościami jaśniejszej brunetki i widać było, że tak jak mówiła mnichowi jeszcze na podwórzu przed śniadaniem, że sama nie miała oporów aby przyjąć dominującą rolę nad błękitnokrwisty.
                            - No dobrze. - Teofano w końcu uległa tym namowom. Ale jeszcze na koniec spojrzała kontrolnie na mnicha. Usiadła jednak na krawędzi łóżka, tak jak mówił. A bretońska milady zaczęła od pocałunków w jej kark. A w końcu przesunęła się na podłogę, uklękła i zajęla pozycję między jej rozłożonymi udami. Po chwili widać było i słychać, że zabawa nabiera tam tempa.
                            - Czy tak będzie dobrze? - W międzyczasie aktorka z przyjemnością położyła się na plecach, obok ladacznicy. I zapraszająco rozchyliła swoje gładkie uda, wciąż opatulone niebieskimi pończochami. Laura zaś na odwrót, ostrożnie aby nie rozgnieść żadnej larwy, podniosła się i usiadła obok mnicha.
                            - To co teraz robimy z tą ladacznicą? - Zapytała go jakby pytała wspólnika o plan zbrodni. Słysząc to śpiewaczka zachichotała z rozbawienia ale czekała co będzie dalej.
                            - To twoje maleństwo Lauro. Może ty wydaj je na podróż w nieznane. - mnich wyciągnął zabawkę oraz pojemnik z jajami much - W między czasie może daj tu ten swój kuperek i wypełnimy go następnym miotem?
                            - No dobrze. - Ladacznica zaśmiała się i przeszła tak aby znaleźć się między gościnnie rozchylonymi udami śpiewaczki. Ta zachęcała ją do tego przyzwalającym uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem. Laura zaczęła od delikatnych pocałunków i pieszczot między kobietami. Od ust, piersi i brzucha diwy. Aż znalazła się między jej nogami. Wyglądało na to, że obie czerpią z tego mnóstwo przyjemności. Ale w końcu ladacznica zaczęła przekładać czerwie na twarz, brzuch i piersi śpiewaczki. Co ta przyjmowała z coraz wyraźniejszymi oznakami podniecenia. A w końcu widząc, że akcja rozwija się w bardzo pozytywny sposób to brunetka wzięła jedną z larw i zaczęła ją wsadzać w gościnne trzewia aktorki. Co tylko nakręcało je obie jeszcze bardziej. Sama zaś prowokująco wypięła się ku mnichowi dając znać, że jest gotowa na przyjęcie prezentu od niego.
                            Po sąsiedzku, na skraju łóżka, cukiernik opadła na plecy, w poprzek łóżka. I ciężko oddychała gdy bretońska milady śmiało harcowała ustami i dłońmi w jej najdelikatniejszym miejscu. Wyglądało na to, że zabawa rozkręciła się już na całego.
                            Otto przyglądał się obu spektaklom, jednocześnie zasiewał Laurę dopóki ladacznica nie czuła się wypełniona swym przyszłym potomstwem.
                            Słowa divy, nazywając go ponownie jej impresario, przypomniały mu o rozmowie jaką będzie musiał odbyć z Silnym, ale to później. Na razie raczył się widokiem hedonistek oddających się rozkoszy.

                            Pipboy79P Online
                            Pipboy79P Online
                            Pipboy79 jako Mistrz Gry
                            napisał ostatnio edytowany przez Pipboy79
                            #314

                            Tura 74 - 2519.07.28; wlt; ranek

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                            Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Egon, Lars, Astrid

                            Egon wraz z większością towarzyszy, pierwszy raz od paru dni, spędził noc w łóżku. Poprzednią nocował przy kurhanie nekromanty Gonsara, a jeszcze wcześniejszą przy Zachodnich Kamieniach. Więc przyjemnie było wyspać się w cywilizowanych warunkach. Nawet jeśli znów było to szafkowe łóżko w sypialni dla służby Pirory. Może było przypominało to spanie wewnątrz szafy ale miało swoje zalety. Drewniane pudło wytłumiało dźwięki, trzymało ciepło i zapewniało dyskrecję.
                            Z biesiady w “Trzech gwoździach” wrócili na Bursztynową 17 wczesnym wieczorem. Jeszcze w końcówce letniego dnia. Tu mieli okazję spotkać się z gospodynią i dowiedzieć się co się działo jak nie było ich w mieście przez prawie dwa dni. No więc do wieczora lady Soria jeszcze nie wróciła. I Averlandka była z tego powodu nieco rozczarowana. Ale jak usłyszała od Larsa o sprawach związanych z kurhanem to pokiwała ze zrozumieniem swoją blond głową. Ucieszyła się też, że wrócili wszyscy cało i zdrowi. Sądząc po minie na te norsmeńskie opowieści o wpół zatopionych trupią wodą grobowcach, szkieletowych wartownikach i wskrzeszonym nekromancie jaki potrzebował ludzkiej krwi aby w pełni wrócić do sił to chyba niezbyt miała ochotę aby się tam udać.
                            Sama opowiedziała im, że oczywiście po mszy było małe spotkanie u niej “na psalmy żałobne”. Ale w tym tygodniu było dość skromne, właśnie dlatego, że część kultystów udała się do tego kurhanu a część miała inne sprawy na mieście. Za to do miasta wrócił dawny uczeń Starszego. Marcus, ekonom z ratusza. Miał się teraz starać o powrót na dawne stanowisko. Ale za to był Otto, Heinrich, Odette, Kamila więc było całkiem sympatycznie. No i szkoda, że grupki kurhanowej nie było no ale szlachcianka wyrażała zrozumienie dlaczego. Mniej więcej na tym, wczorajszy dzień się skończył.

                            Dla gladiatora dzień zaczął się w sam raz. Wczoraj aż tak nie biesiadowali aby dziś rano miał odczuwać nieprzyjemne skutki. Podobnie jak parę dni temu, przed wyruszeniem do Zachodnich Kamieni, dziś też słyszał zza drewnianych ścian ruchy i głosy swoich sąsiadów. Gardłowy głos Bjorna, spokojny Larsa i wesoły Astrid. Nawet bez rozsuwania drzwi szafy w jakiej spał, wiedział, że szykują się zacząć kolejny dzień. On sam leżał jeszcze w prawie całkowitej ciemności. Wadą spania w tej wnęce był brak dostępu do okien więc nie widać było jaka jest pora doby. Tym razem to jednak pomagało zebrać do kupy sen jaki z każdą chwilą umykał świadomym myślom. Coś mu się śniło…

                            Zaczęło się podobnie jak wczoraj przy kurhanie. Ta młoda blondynka na kamieniu ofiarnym. Jak po chwili paniki rozkłada w końcu swoje gładkie nogi przed nadlatującą muchą wielkości dorodnego psa. I daje jej się zbrzuchacić. Jak zostaje naznaczona znamieniem na udzie jakie miało być przekazywane jej córkom na znak zawarcia paktu. Potem ta zemsta na opracwcach z wioski. Do jakiej przyczynił się nekromanta i chmary wielkich much. To już widział w poprzednim śnie. Ale teraz było coś nowego.

                            Znów widział świat jakby oczami kogoś innego. Też ten kamień ofiarny i pionowe, pradawne głazy ustawione w okrąg. Bardzo podobne do tych z Zachodnich Kamieni. Teraz sękate dłonie wręczały włócznię zwierzoczłowiekowi. Wyglądał na silnego, jak wódz albo czampion. Stał na czele sobie podobnych. Spojrzał na broń i uniósł ją w górę. Zaryczał triumfalnie a jego dzicy współplemieńcy powtórzyli ten okrzyk.

                            Włócznia wyglądała na prymitywną. Zwykłe drzewce i ostrze. Chociaż mała czaszka była usadzona tak, że sprawiała wrażenie, że ostrze przebija jej szczęki. Ta broń miała za sobą krwawą historię. Widział jak ostrze przebija futro jakim okryty był prymitywny wojownik i wbija się prosto w jego serce. Jak ciśnięta wbija się w gardło konnego wojownika jaki właśnie pędził do szarży na właściciela broni z własną włócznią. Jak czyjść but przyszpila łeb wilkowatej bestii to ściółki a zaraz potem włócznia z cichym trzaskiem przebija jego czaszkę aż chlupnęła krew i mózg. Jak zdradliwym ciosem trafia zwinnego, elfiego wojownika w podbródek i wychodzi mu przez czerep aż jego smukły hełm spada mu ze złotych włosów. Tak, ta włócznia brała udział w niezliczonych bojach i polowaniach. Odbierała życie ludziom i bestiom, elfom i krasnoludom, championom z północy i południa. Oczywiście, że tak. Przecież to była Jej włócznia. Jaka nasiąkła częścią jej krwawej żądzy wiecznej walki, pojedynków i polowania. Tylko najznamienitsi wojownicy mieli zaszczyt ją dzierżyć. Ona pragnęła jej z powrotem. Bez niej była niekompletna. A jednocześnie odnalezienie tej broni będzie stanowiło zwiastun Jej powrotu. Każdy kto słyszy Jej zew, będzie szukał tej włóczni. Choć nie każdy był sojusznikiem nekromanty jaki służył Siostrom osobiście. Więc nie każdy mógł sobie zdawać sprawę o co chodzi. Ta włócznia gdzieś tu musi być. Tak samo jak reszta Jej dziedzictwa i pozostałych Sióstr.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/Nbv2gfH.jpeg

                            Gdzieś tyle udało się Egonowi odtworzyć z tego dziwnego snu. Jak dotknął palcami ucha to wyczuł proszek zaschniętej krwi. A skóra była gorąca i nieco spuchnięta. Ale poza tym to nic specjalnego tam nie wyczuł.

                            ---

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”

                            Egon, Lars, Astrid, Łasica i Burgund

                            W końcu jak zjedli śniadanie to mogli wyjść na zewnątrz. Już nieco tradycyjnie Lars był towarzyszem gladiatora. A przy jedzeniu Astrid uznała, że właściwie nie ma za bardzo co robić więc właściwie może iść z nimi. Przy stole usługiwała im Helga i cztery niewolnice od Munira. To jakby przypomniało o nich Norsmenom. Cała piątka była młoda, gibka i cieszyła oko swoją urodą. Najswobodniej zachowywała się Regina, jako była ladacznica, miała w sobie najmniej wstydu i swoją nową sytuację brała za dobrą monetę. Koleżanki wciąż poruszały się przy tak groźnie wyglądających wojownikach prawie, że na palcach, jakby starały się ich nie rozgniewać a najlepiej to jak najszybciej zejść im z oczu i zasięgu rąk.
                            - A no tak, ja was miałam sprawdzić. Żebyście wstydu mi nie przyniosły jak jakaś milady albo hrabia będzie chciał się z wami zabawić. - Córka jarla z pewnym zdziwieniem odkryła, że zdawałoby się, że dopiero co się rozstali z arabskim kupcem i mieli różne zamiary wobec czwórki dziewcząt a tu już parę dni minęło.
                            - No chętne, gładkie uda miła wojownikowi rzecz. Ale ladacznic to chyba w tym domu he he nie brakuje. - Lars zaśmiał się chrapliwie i Astrid spojrzała na niego ostro czy aby przypadkiem jej nie ma na myśli. On sobie jednak niewiele zrobił z jej reakcji. - A któraś z was na statkach pływać umie? - Zagaił usługujące im kobiety. Po chwili nerwowych spojrzeń Kalinka, ta Kislevitka o miedzianych włosach, nieśmiało wymamrotała, że umie w żagle. W końcu pochodziła z Erengradu czyli portu znacznie większego niż ten co tutaj mieli. To przyjemnie zaskoczyło Larsa. Ale chwilowo dał jej spokój. - Może później się przyda, jak już będziemy mieli swoją łajbę. - Pokiwał głową w nawiązaniu do ich planów na przyszłość.

                            |-----|

                            W końcu we trójkę opuścili gościnne progi averlandzkiej szlachcianki i ruszyli w stronę portu. Wczoraj w “Trzech gwoździach” Burgund obiecała im pomoc w tym szukaniu kursu w górę rzeki. Była tutejsza w przeciwieństwie do dwójki Norsmenów i Egona co na pewno nie zdążył tak dobrze poznać miasta jak ktoś kto się tu urodził. Kamratka Łasicy miała na nich czekać w “Wesołem mewie”. Jak tam zaszli, okazało się, że jest tam razem z Łasicą. Powitały ich z wesołymi uśmiechami.
                            - To szukacie łajby w górę rzeki? - Widocznie kamratka zdążyła wprowadzić łotrzycę w skórzanych spodniach o co się rozchodzi. - No to na pewno znajdziecie. Przecież codziennie coś pływa do Saltmundu albo stamtąd wraca. - Łasica mówiła jakby była tego pewna i tą częścią sobie nie zaprzątała swojej fioletowej głowy. - Tylko wy podobno chcecie całą paczką się zabrać? - Popatrzyła na nich pytająco.
                            - No tak. Bo im nas więcej to łatwiej będzie odeprzeć wrogi abordaż a potem przejąć łajbę. - Lars pokiwał głową bo taki plan wstępnie uszyli wczoraj w “Trzech gwoździach”. Popatrzył jeszcze na Egona, Astrid i Burgund co byli tam wczoraj razem z nim.
                            - No jasne, pewnie. Ma ręce i nogi. - Łasica szybko zgodziła się z nim i pokiwała głową. - Ale nie będzie wam łatwo znaleźć kupca co będzie chciał tak dużą eskortę. Nie mówię, że się nie da ale wiecie. Łatwiej zamustrować jednego najemnika niż dwóch. Dwóch łatwej niż trzech. Trzech niż czterech. I tak dalej. Kupcy są chytrzy i skąpi, zawsze oszczędzają na wszystkim i wszystkich póki ich sytuacja nie zmusi aby wydać na coś jeszcze. - Prawa ręka Starszego mówiła szybko i z błyskiem ulicznej cwaniary w oku. To sprawiło, że Lars zmarszczył brwi i spojrzał na brodatego sąsiada czy też to słyszy.
                            - To co proponujesz? - Astrid zapytała z zaciekawieniem tubylczej koleżanki. Ta zaśmiała się cicho, szybko przełknęła łyżkę kaszy i odpowiedziała bez wahania.
                            - Podzielcie się. - Odparła przeglądając się ich grupce. - Weźcie dwóch, trzech co wygląda najbardziej bojowo co szukają roboty najemnika. - Wymownie spojrzała na Egona i Larsa. Co w swoich kolczugach i z bronią u pasa wyglądali wręcz jak stereotyp wojownika i najemnika. - A reszta niech się postara dostać na ten sam statek jako pasażerowie. No może będziecie musieli zapłacić za przejazd no ale jak przejmiecie statek to i tak wam się chyba opłaci nie? No a ten sknerus wtedy zatrudnia tylko dwie czy trzy osoby to większa szansa, że się zgodzi. A na pasażerów zwykle się zgadzają bo to dodatkowy zarobek a i tak płyną w górę rzeki. Zwykle pływają do Saltmunda, to dwa, trzy dni rejsu. Czasem cztery jak się coś skaszani. Jak stamtąd tu, to trochę krócej bo się płynie z nurtem rzeki. - Łasica przedstawiła swoją propozycję, jak by się mogli zabrać za szukanie tej łajby. Ale nie forsowała swojego pomysłu bo skoro raczej z nimi nie będzie płynąć to pozwoliła im załatwić tą sprawę wedle uznania.
                            Później jeszcze rozmawiali gdzie by można zacząć szukać takiego rejsu. Obie łotrzyce były zdania, że oficjalnie to w ratuszu. Tam był rejestr statków i informacja jak są zorganizowane rejsy po rzece. Mniej oficjalnie to po tawernach. W końcu większość szyprów i załóg jadała i spędzała wolny czas właśnie tam. No chyba, że ktoś pochodził stąd to mieszkał gdzieś na mieście. Albo w “Kwarcie” bo był to tradycyjny lokal dla najemników, łowców nagród i strażników. Więc też były spore szanse, że jak ktoś by szukał eskorty na rejs to właśnie tam. Chociaż z oczywistych względów obie dziewczyny z ferajny nie przepadały za tym lokalem ale nie aż ta aby go w ogóle omijać. Przy tym spacerze po mieście, mogła im się przydać Burgund jako przewodniczka. Rudzielec tak samo jak fioletowłosa była pewna, że jakiś rejs w górę rzeki znajdą. Tylko pytanie czy detale jak czas odpłynięcia, możliwość zabrania całej grupy i inne takie, mogą być mniej przewidywalne. Tak czy inaczej szykowała się wyprawa na parę dni więc jak coś mieli do załatwienia w mieście to raczej powinni to załatwić przed rejsem.

                            |-----|

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ulice i sklepy

                            Egon, Lars, Astrid, Burgund i Hubert

                            Szli we czwórkę, ulicami miasta. Po wyjściu z “Mewy” i pożegnaniu się z Łasicą, zdążyli zaliczyć już jedną tawernę ale w niej nie znaleźli nikogo kto by miał interesującą dla nich propozycję. Zawsze coś nie pasowało. A to wypływał dopiero za parę dni, a to nie szukał najemników bo miał swoich, albo jeszcze coś. Jednak widać było, że coś jest na rzeczy i tak jak doradzały tubylcze koleżanki, prędzej czy później, powinno się coś znaleźć co by im wszystkim pasowało.
                            - A kogo widzą moje piękne oczy? - Usłyszeli męski głos gdzieś z boku. A gdy tam spojrzeli, okazało się, że to ten gruby Hubert. Główny dostawca kostiumów i dekoracji do teatru a poza tym właściciel dobrze prosperującego sklepu z ubraniami gotowymi i szytymi na miarę. Ruszył w ich stronę z jowialny uśmiechem. Właśnie wyszedł z jakiegoś sklepu albo warsztatu. Ostatni raz widzieli się na zapleczu teatru, podczas prywatnej orgii jaka się tam odbyła.
                            - Cóż porabiacie moi drodzy o tak wczesnej porze? - zagaił do nich gdy się z nimi zrównał. Popatrzył z zaciekawieniem na każdego z nich.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                            Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Heinrich i Fabienne

                            Były łowca czarownic i heretyków, miał całkiem spokojną noc. W końcu jak na poczciwego mieszkańca przystało, wrócił wczoraj do domu w drugiej połowie dnia a nawet podczas wizyty w gnieździe hedonistek z kultu, udało mu się zachować godność i wstrzemiężliwość. Chociaż nie tylko gospodyni dała mu do zrozumienia, że jest u niej mile widziany. A gdyby szukał rozrywki to u niej raczej nie powinien narzekać na brak chętnych koleżanek. Ale jednocześnie ani Pirora, ani jej towarzyszki, nie były natarczywe jeśli póki co nie miał na to ochoty. W każdym razie rozstali się wczoraj całkiem przyjaźnie.
                            Na Petrze von Schneider, też chyba zrobił dobre wrażenie. Bo może nie straciła dla niego głowy ale widać było, że jest chętna na kontynuowanie znajomości. No i poznał tego byłego ucznia Starszego, Marcusa. Łasica przyprowadziła go na śniadanie u Averlandki. Bo z całej spiskowej rodziny to poza ich liderem, znała go tylko ona, Silny i Kurt. Ale Silny poszedł z grupą Egona do kurhanu za miastem a Kurt odpłynął z Mergą do Norsci po obrabowaniu świątyni Mananna. Więc tak na co dzień to tylko łotrzyca została aby wprowadzić tego starego/nowego kolegę do ich tajnej rodziny. Jednak mimo tego, że przy stole większość gości do niej należała to nie wszyscy. Więc tak do końca nie można było swobodnie porozmawiać o sprawach kultu.
                            Później lady Fabienne, co sama wracała do siebie, podwiozła go pod jego własny dom. No i zaszedł wtedy do sąsiadki aby odebrać zamówioną wazę. Widział naczynie jakie stało na stole. Gdyby nie wzorki i uchwyty z czerwi, to wyglądałaby dość zwyczajnie. I czy mu się wydawało czy eteryczne wiatry jakby nieco ją zauważały. Ale tak subtelnie, że nie był tego do końca pewny czy to nie jakaś wewnętrza sugestia. Wczoraj by tego nie zauważył gdy ją odbierał od Fredy? Nie było to niemożliwe. Był zajęty na rozmowie z nią.
                            - Wiesz sąsiedzie, właściwie to nie jesteś pierwszy jaki zamawia u mnie robaki. - rzekła mu tonem koleżeńskiej pogawędki. - Nie tak dawno robiłam takiego sporego robaka - Zademonstrowała mu na długość bochenka chleba - Dla klientki. Najpierw nie chciała powiedzieć po co ale jak z nią trochę pogadałam to prawie się przyznała, że to do użytku osobistego. Bardzo osobistego jeśli wiesz co mam na myśli. I powiedziała, że jak ten robak ode mnie jej się sprawdzi, to może jeszcze u mnie zamówi. Bo rozumiesz, jak z gliny, to można szybko ulepić, upiec i gotowe. No ty sąsiedzie jakbyś miał mieć tą wazę do uzytku bardzo osobistego to uważaj, bo trudno ci będzie go zmieścić. - Mówiła frywolnym, beztroskim tonem więc trochę brzmiało jak żart. Ale też nie aż tak aby to wszystko od ręki zmyśliła. W każdym razie teraz rano też ją słyszał. Monotonny szum obracającego się koła garncarskiego. Nic dziwnego. Zaczynał się nowy dzień pracy. W każdym razie gdy Ilsa przyszła zrobić śniadanie to już nie spał i czuł się całkiem dobrze. Metalowa noga jakby mu dała spokój i mu dziś z rana nie przeszkadzała poza oczywiście tym, że była niczym sztaba martwego metalu. Gosposia zdążyła już wyjść a on zjeść. I zastanawiał się co dalej począć z tym nowym dniem. Gdy usłyszał pukanie do drzwi. W ten charakterystyczny sposób dla kogoś z kultu. Gdy otworzył okazało się, że stoi tam bladolica milady o starannie ufryzwanych, czarnych włosach.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/KS75wJk.jpeg

                            - Bonjour mon seigneur. - Dziś bretońska szlachcianka miała na sobie tak ciemnobordową suknię, że aż wydawała się czarna. A w końcu po śmierci księżnej-matki, wiele kobiet nosiło się na czarno na znak żałoby. A jakieś krzykliwe, barwne stroje uważano za niestosowne i gorszące. Pod tym względem żona tutejszego kapitana statku, dostoswała się do tych wymogów, chociaż barwa nie do końca czarna, i śmiały dekolt jaki ładnie podkreślał jej biust, świadczyły o pewnej dozie frywolności. I przywitała się z nim elegancko, jakby oboje byli bretońskim szlachcicami. A ten język był bardzo modny wśród imperialnej szlachty. Był językiem poezji, poematów rycerskich i sztuki. Dobrze wykształconym damom i kawalerom, wypadało go znać. Von Mannlieb jako rodowita Bretonka, była ponad tym a w jej mowie wciąż był wyraźny akcent. Nawet jakby chciała, nie była w stanie go ukryć. A zdarzało się, że imperialni próbowali go naśladować aby dodać sobie splendoru i wyrafinowania. Teraz szlachcianka poczekała aż gospodarz zaprosił ją do środka. I chociaż była tu po raz pierwszy, to w przeciwieństwie do Łasicy, potrafiła się powstrzymać od ostentacyjnego rozglądania się. Gdy ją teraz widział z paru kroków, to wyglądała tak elegancko i dostojnie jak dama z wyższych sfer powinna. A jednak ledwo trzy noce temu, widział ją jak partnerowała lady Odette w jej harcach przy Zachodnich Kamieniach. Jak razem z nią, chętnie dała się zasiać Dziedzictwem Oster. Czyli jeśli już nie urodziła czerwi to wciąż je musiała mieć w sobie. Poza tym w spiskowej rodzinie była znana ze swoich uległych preferencji. Gdy tak jednak stała dumna, czysta, wyperfumowana i elegancka, w ogóle nie było tego znać.
                            - Bardzo przepraszam Heinri, że cię tak nachodzę z samego rana. Sama też wolałabym jeszcze wylegiwać się w łóżku. - Zwróciła się do niego z uprzejmym, przepraszającym tonem. Rzeczywiście chociaż widzieli się wczoraj na śniadaniu u Pirory, to raczej ze sobą za bardzo nie rozmawiali. A teraz, wymówiła jego imię na bretońską modłę i obdarzyła go ciepłym uśmiechem.
                            - Ale rozmawiałam wczoraj z Pirorą. Podobno mam cię dziś odwiedzić z Petrą? - Uniosła swoje zadbane brwi jakby chciała sprawdzić czy ich wspólna koleżanka dobrze ją wprowadzła w temat. - Widzisz teraz wracam jeszcze do niej a potem jedziemy do Kamili. Musimy z nią ustalić parę rzeczy dotyczących teatru. No i jesteśmy ciekawe czy nasza ukochana Soria już wróciła. - Westchnęła jakby córka Soren była jej ukochaną jakiej nieobecność ją dręczy. Ale w rezydencji van Zee, mieszkała też Słowik Północy. - A później jedziemy do teatru. No i w teatrze zapewne będzie też Petra. A po południu podobno właśnie mam z nią przyjechać do ciebie. - Uniosła brwi jak wyjaśniła jaki ma plan tego nowego dnia. I o każdej z dam należącej do śmietanki towarzyskiej mówiła po imieniu, jak o koleżance równej sobie statusem. Co zresztą było prawdą.
                            - No i właśnie dlatego Pirora mi poradziła abym rozmówiła się z tobą osobiście. Czy życzysz sobie naszej wizyty? I czego po niej oczekujesz? Bo jeśli na przykład byś wolał zostać z Petrą sam na sam, to ja mogę poczekać w powozie a potem i tak poświadczyć, że między wami nie działo się nic niestosownego. - Uśmiechnęła się uprzejmie dając znać, że podobnie jak Pirora, starała się ułatwić Heinrichowi zrealizowanie planów wobec młodej córki profesora artylerii z Akademii Morskiej. Wazy od Fredy albo nie zauważyła albo dyplomatycznie udała, że jej nie dostrzega.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; Plac Targowy, ratusz
                            Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Marcus

                            Jako, że spokojnie spędził noc, to rano ekonomowi wstawało się całkiem lekko. Miał na świeżo wspomnienia z wczoraj i plany na dzisiaj. Poranną mszę. Ojciec Absalon nic się nie zmienił w swojej surowości. Matka Somnium, młoda, bladolica morrytka, była dla niego kimś nowym. Jak się dowiedział, przyjechała względnie niedawno, po tej zuchwałej kradzieży i zbezczeszczeniu świątyni morskiego boga. Zapewne była teraz najwyższą w hierarchii morrytką i jednym z najważniejszych kapłanów w mieście. Potem spotkli z Nadią Hermana Schustera. I przynajmniej Nadia wydawała się uznawać, że rokowało to dobrze, na ponowne przyjęcie Marcusa do załogi ratusza. Później Łasica zaprowadziła go do młodej szlachcianki z Averlandu, Pirory van Dyke. I zapoznała go z częścią nowego zboru. Chociaż póki rozmawiali przy śniadaniu z osobami jakie nie należały do spisku, to museli uważać na to co mówią. Jednak liczebnie dominowały tam młode, eleganckie damy, z samą lady Odette von Treskow. Marcus zdawał sobie sprawę, że skoro nie ma w sobie błękitnej krwi, to raczej trudno by mu było znaleźć się przy jednym stole na równorzędnych, koleżeńskich warunkach z tak znamienitymi osobami. Ale początek rozmowy jednak zdominowali nowi koledzy, Heinrich i Otto. Dopiero po śniadaniu, jak towarzystwo zaczęło się rozchodzić, to Łasica miała okazję dokładniej wprowadzić go w arkana nowej rodziny.
                            - Z tych co tam byli to tylko Kamila van Zee i Petra von Schneider, nie są od nas z rodziny. - Poczekała chwilę aby mógł to w myślach przetrawić. Oznaczało to, że zbór się znacznie rozrósł od czasu gdy wyjechał z miasta. A tego dnia podobno jeszcze sporo z nich nie było, z różnych względów. Dlatego w salonie młodej Averlandki, panowała taka rodzinna atmosfera. Prawie można było zdjąć maski kim się jest tak prywatnie.
                            - Zimą zastąpiłam Karlika. Silny oczywiście nie może tego zdzierżyć i cały czas kopie pode mną dołki. Nie tylko on zresztą. Ale jak widzisz, mamy sporo ciekawych koleżanek. No i lady Sorię. Ona jest wyjątkowa. Nie jest taką zwykłą śmiertelniczką jak ty czy ja. O nie. Jest wyjątkowa. No ale poszła załatwiać nasze sprawy za miastem więc jej nie było dzisiaj. Jak wróci to pewnie się poznacie. Widziałeś tą Arabkę? To lady Layla. Wężowa kapłanka. Czci ją jak boginię. Płynęła za snami o niej z dalekiego południa aż tutaj. Jest kapłanką wężowej bogini. Nie do końca wiem czy to Sorię uznaję za tą boginię, jej matkę czy jeszcze kogoś innego. Nie mówi po naszemu. Ale po bretońsku i estalijsku już tak. Więc się dogaduje z niektórymi z nas. A w ogóle to uważaj na sny. Siostry zsyłają sny. Przemawiają do nas w ten sposób. Nie zawsze idzie zrozumieć o co chodzi w tych snach i często dopiero jak cię sytuacja walnie w twarz to sobie przypominasz, że to ci się śniło. Ale trzeba mieć baczenie na sny. Słyszałeś co ta ślicznotka w czerni gadała z ambony? No. Innym też się śnią te sny. Czasem tak możemy spotkać kogoś do kogo Siostry przemawiają bardzo wyraźnie. Ale do większości chyba nie. Oby. Tego brakowało aby rozgryźli to co my. Starszy i Merga mówili, że inni też mają te sny od Sióstr ale jak nie znają legendy o Czterech Siostrach i nie wiedzą nic o nich, to powinni mieć mniej zrozumiałe. Ale wszyscy jesteśmy śmiertelnikami i wszyscy jesteśmy na nie podatni. Mniej czy bardziej. O to właśnie chodzi. Musimy je sprowadzić z powrotem. A, żeby to zrobić trzeba odnaleźć różne artefakty i miejsca jakie po sobie zostawiły. Część już mamy. Byłeś na “Adele” to widziałeś pomnik Soren. To ona. Jedna z Czterech Sióstr jakie chcemy sprowadzić. Lady Soria jest jej córką. Rozumiesz? Ona chodzi po tym świecie od czasu gdy ją spłodziła czcigodna Soren. Wieki temu. Podobno jeszcze przed Sigmarem. Ale wygląda jak człowiek. I różne rzeczy robimy. Egon z Norsmenami odkryli jakiś pradawny grobowiec czarownika co służył Siostrom osobiście. I właśnie znów tam poszli, dlatego ich nie ma. Jakieś coś od Vesty, to ta od Zmieniacza Dróg, ma być na zachodzie, na Diabelskich Bagnach. Ale to olbrzymi teren więc po omacku nie ma co tam leźć. Jednak w lochach Akademii jest jakieś magiczne światełko co może być przewodnikiem. No ale podobno potrafi ludziom wybuchać głowy. Więc niezbyt mi śpieszno aby tam zaglądać. Ale, żeby Tobias i reszta mądralińskich nie gderali to razem z Burgund zatrudniłyśmy się tam jako modelki dla galionow. Prezentujemy tam swoje górne wdzięki aby młodzieńcy i damy mogli łatwiej zaprojektować cycate galiony. Ale to tak oficjalnie. Nie oficjalnie to będziemy starały się tam rozejrzeć czy da się jakoś wydostać to magiczne światełko z tych lochów. No i są jeszcze muchy. Muchy Oster. To ta Siostra od Ojczulka. Jak wsadzisz w człowieka jaja tych much, to jak się wylęgną to będą atakować ludzi. Ale brzuch kobiety jest dużo wydajniejszy w rodzeniu tych przeklętych robali więc to głównie na nich skupia się hodowla. I niektóre to nawet to lubią. Ja w ogóle. A plan jest taki aby w kluczowym momencie nasłać te muchy na naszych wrogów. Więc potrzebujemy ich dużo, jak najwięcej. No i są jeszcze orgie ze zwierzoludźmi. Spotkałyśmy ich przypadkiem jak wyciągnęliśmy ten alabastrowy posąg Soren co widziałeś w “Adele”. No i udało nam się podtrzymać znajomość, że tak powiem. Spotykamy się z nimi mniej więcej raz w tygodniu. Za miastem oczywiście. Wiadomo na co. Tego dnia co wróciłeś to właśnie mieliśmy nocne swawole z nimi. Jak jesteś chętny to następne będą za parę dni. Pewnie jakoś po Marktag. No a poza zabawą, to się okazuje, że można z nimi robić interesy. Bo nie wszyscy co tam z nami przychodzą to są po to aby się chędożyć. - Tak, wczoraj po śniadaniu Łasica poświęciła sporo czasu aby go wprowadzić nie tylko w oficjalną twarz kultu. Ale też różne plany zboru jakie oplatały to miasto i okolice. Za jednym razem zapewne nie dało się omówić wszystkiego ale jednak już dało niezły obraz w różne poczynania kultu. Jednak dało się wyczuć między wierszami, że liczy na to, że Marcus wesprze rodzinę w tych różnych projektach. Ale na razie nie wywierała na nim presji i dała mu czas aby się oswoił z tym wszystkim.

                            Ale to było jeszcze wczoraj, w kamienicy Pirory van Dyke. A dziś rano musiał udać się do ratusza. W końcu Schuster mówił mu wczoraj, że do południa powinien być w swoim biurze ale później to Marcus może go tam nie zastać. Dziś rano pogoda była ładna ale wiatr był dość mocny. Bez trudu trzepotał bufiastymi rękawami i płaszczami, gałęzie grubości ludzkiego ramienia kołysały się do jego rytmu. Co sprawiało wrażenie, że jest dużo chłodniej niż by wskazywało słoneczne niebo. Tu, nad samym morzem, jednak to była norma. W końcu ekonom stanął na Placu Targowym, przed frontem ratusza. Ostatni raz był tu prawie rok temu. Od razu wychwytywał podobieństwa i różnice. Właściwie za bardzo się tu nie zmieniło.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/kDDukJY.jpeg

                            Ten sam budynek z czerwonej cegły, w formie małego zamku. Wysoko umiejscowione, wąskie okna sprzyjały obronie. Z charakterystyczną smukłą, kwadratową wieżą przy jednym z rogów budynku. Gdy wszedł do środka i rozejrzał się, to sam główny układ recepcji się niewiele zmienił. Chociaż za biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku jakiego nie znał. A więc i tamten nie znał Marcusa. W środku było dość gwarno. Co chwila ktoś wchodził do środka albo przechodził z drzwi do drzwi. Dawniej, gdy tu pracował, to po prostu poszedł by schodami na górę, do swojego biura. Nadia i Schuster też powinni mieć swoje na piętrze.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
                            Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Otto

                            Tego poranka, jednookiemu mnichowi, wstawało się dość lekko. Co prawda wczoraj na prywatnym spotkaniu z czwórką muszych matek się nie oszczędzał, tak samo jak one. Ale to był dość wczesny Festag więc do wieczora zdążył wystarczająco odpocząć i nabrać sił. Szczęśliwie ta grupka kobiet dobrze się dopasowała do siebie i swoich niecodziennych preferncji. Chociaż zapewne większość społeczeństwa uznałaby je za ohydne i skazała na potępienie a całkie możliwe, że straszny koniec. Tym się jednak wczoraj we własnym gronie nie przejmowali. I chociaż dwójka kobiet należała to śmietanki towarzyskiej tego miasta, jedna była z rodziny solidnych rzemieślników z dobrą reputacją to Laura była zwykłą ladacznicą z zamtuza. A mimo to wszystkim przypadła do gustu robacza ciąża jak i zabawy z pełzającymi po nich “przyjemniaczkami”. Nawet rano Otto pamiętał widok podskakujących nad sobą jędrnych piersi lady Odette gdy go ujeżdżała. Albo klęczącą przy swoim przyrodzeniu Laurę jaka posyła mu psotne oczko. Czy Teofano co za namową bardziej doświadczonych koleżanek chciała spróbować jak to jest mieć mężczyznę z tej tylnej strony więc się wdzięcznie wypięła ku niemu. Albo Fabienne gdy wulgarnie leży na plecach, z czerwiami na brzuchu i piersiach wzywa go gestem palca aby ją posiadł. A przecież jeszcze były zabawy dziewcząt między sobą. Słowik Północy bardzo chętnie przypięła sobie do bioder zabawkę jaką przyniósł i z werwą zapewniała ich wspólnym kochankom kolejne pokolenia czerwi jakie za parę dni czy tydzień miały wyjść z nich na świat. Teofano oswoiła się już z tym, że szlachcianka jak chciała to mogła jej usługiwać tak jak zwykle tego wymagało od Margo. Laura zresztą też przypięła sobie do swoich bioder bardziej standardową zabawkę i demonstrowała wszystkim jak bezkompromisowo potrafi chędożyć szlachcianki i to ze sławną diwą włącznie. A bretońska milady z lubością pozwoliła się wziąć trzem swoim koleżankom na raz i to z całkiem różnych stron. I chociaż to było wczoraj to jeszcze dziś Otto miał z tego miłe wspomnienia gdy wstawał w swoim skromnym mieszkaniu i szykował się na kolejny dzień. Niebo było słoneczne ale przez okno widział jak wiatr poczyna sobie całkiem śmiało. Ale to jeszcze nie wszystko co się wczoraj wydarzyło w pokoju za zamkniętymi drzwiami. Mieli poród. Nie ten z przyjemniaczkiem skrytym w łonie Laury i Odette jakie tam je umieścili. Z tego też towarzystwo miało sporo zabawy. Ale prawdziwy poród.

                            Zaczęło się od jęków rozkoszy prowokująco wypiętej Bretonki. Laura właśnie demonstrowała Teofano jak się zakłada takie cwane zabaweczki do bioder, aby kobieta mogła się choć trochę zabawić jak mężczyzna. Te jęki jednak zwróciły ich uwagę.
                            - One chyba wychodzą. - Wysapała zdyszana szlachcianka. Co wywołało chwilową konsternację u koleżanek.
                            - Czujesz to? Jak idą w dół? Do wyjścia? Pokaż gdzie je czujesz. - Laura co na razie jako jedyna z ich trójki przeżyła taki poród podeszła do łóżka aby przyjrzeć się bliżej. Dłoń czarnowłosej spoczyła na jej nagim łonie. I sunęła w dół do wyjścia. - Ona rodzi. - Ladacznica ubrana w już mocno podarte pończochy, przypiętą zabaweczkę i ślimacze ślady robaczego śluzu, popatrzyła bystro po towarzystwie.
                            - Otto! Zobacz! Tak jak wczoraj u Margo! - Teofano zawołała pokazując palcem na wyeksponowane łono Bretonki. Ale mnich też widział lepkie nitki jakie stamtąd ściekały. W pewnym momencie nawet trysnęło i trafiło w kolana aktorki.
                            - Naprawdę? Fabi rodzi? To takie ekscytujące! To co teraz robimy? - Śpiewaczka odłożyła czerwia na łóżko i też podeszła do goścnnie wypiętego kuperka swojej przyjaciółki.
                            - Myślę milady, że mamy okazję zabawić się tak jak wtedy w teatrze. Tylko wtedy ja byłam na górze. - Laura nie straciła głowy i posłała aktorce uprzejmy uśmieszek. Pozwoliła aby ich trójce wróciła pamięć do pierwszego spotkania na piętrze teatru parę dni temu. Miodowłosa rozpromieniła się.
                            - No tak! To wspaniały pomysł Lauro! - Ucieszyła się i szybko usiadła przy boku łóżka, tak aby się znaleźć pod sterczącymi nogami czarnowłosej przyjaciółki. Jakby powtórzyć tamten scenariusz to robak powinien wypaść prosto na twarz czekającej milady. I właściwie tak się stało. Ale nie do końca. Z łona Fabienne w końcu pojawił się czerw. Najpierw sama końcówka. To jeszcze wyglądało podobnie jak wczoraj u Margo. Jednak ten rósł i rósł. Gdy wydostał się i był już taki jak te duże a jeszcze nie widać było końca. Zarówno Odette jak i dwie koleżanki wyglądały na zdumione. Tak bardzo, że gdy w końcy musza larwa wypadła z łona matki to trafiła na czekającą twarz miodowłosej. Ta jednak była tak zaskoczona, że nie zrobiła nic i robak spadł na dół, między jej nogi. Teraz dopiero było widać jego rozmiar.
                            - Jaki wielki. - Odette wyszeptała zdumiona, patrząc na obły, lepki kształt jaki porusza się między jej łonem a udami. Wydawała się niezdolna do żadnego ruchu.
                            - To one mogą być takie duże? - Niezbyt było wiadomo kogo pyta cukiernik. Ale spojrzała najpierw na ladacznice a potem na mnicha.
                            - Ja nie widziałam takich dużych. Te moje są mniejsze. Z połowę mniejsze. A ten to wygląda jak dorodny szczupak. - Miała rację co do wspomnianego, rzecznego drapieżnika. Czerw może nie osiągał jego górnych rozmiarów ale już byłoby czym się pochwalić i ryba tej wielkości byłaby ozdobą na stole.
                            - Jak on się w tobie zmieścił Fabi? - Odette wreszcie odzyskała zdolność mówienia i teraz szok zaczynał ustępować miejsca fascynacji. Ostrożnie dotknęła czerwia jaki badał nowe dla siebie środowisko.
                            - Idzie następny. - Wyjęczała wciąż wypięta Bretonka. I tak było. Też urodziło kolejnego robaka tych samych rozmiarów. Ale tym razem już zaskoczenie było dużo mniejsze. To było na tyle. Dwie sztuki ale tak ogromnych to jeszcze nikt się nie spodziewał. Przy tych dwóch, wszystkie jakie widzieli dotąd, wydawały się maluchami. A to jeszcze nie było ostatnie słowo lady Fabienne. Bo zapewniała ich, że wciąż czuje inne w sobie więc zapowiadały się kolejne porody. A ona sama bardzo chętnie dała się zasiać ponownie.

                            ---

                            Otto i Silny

                            Gdy już było po wszystkim, i szanowne damy z towarzystwa znów wyglądały jak na szlachcianki przystało to zaczęli się żegnać. Teofano prosiła aby nie przychodził z samego rana bo jak zwykle mają urwanie głowy no i ojciec jeszcze będzie. Koło dziewiątego dzwonu pwinno być w porządku. No i jakby przyniósł nową porcję jaj to można by znow Margo zasiać. Lady Fabienne przygarnęła Elke do swojego powozu. I obiecała jej pokazać swoją rezydencję i porozmawiać czy chce u niej służyć. I jeszcze zaproponowała Henrichowi podózkę bo też już szykował się do wyjścia. Potem Otto poszedł do mieszkania Silnego ale go nie zastał. W knajpie też nie. Więc pewnie jeszcze nie wrócił do miasta. Jako, że mięśniak był analfabetą to nie było sensu mu zostawiać wiadomości na piśmie. Ale mnich mógł przekazać barmanowi w knajpie, że go szuka. Jak się okazało, łysol znalazł go szybciej niż się spodziewał.
                            - A dokąd to braciszku? Nie strach tak samemu chodzić po ulicach? Różne rzeczy mogą się przytrafić jak się samemu szewnda. - Wiatr był tak mocny jak wyglądał przez okno. Co się dało odczuć, zwłaszcza jak wiał w twarz. Przy okazji oślepiał. Więc w pierwszej chwili mnich nie rozpoznał zwalistej sylwetki jaka stała oparta o narożnik kamienicy. Dopiero po głosie rozpoznał, że to ich zakapior z kultu. Chociaż łysy miał na tyle poczucia humoru, że zagaił go jak pewnie zwykle to robił do swoich ofiar zanim przeszli do czynów. Teraz odkleił się od ściany i podszedł do kolegi z tajnej rodziny.
                            - Słyszałem, że mnie szukasz. No co tam? - Jak zwykle nie bawił się w konwenanse tylko od razu przeszedł do rzeczy. Mogli pogadać po drodze do hospicjum. Bo chociaż Otto już umówił się całkiem solidnie na wizytę u Lebkuchenów to jednak przecież pełnił posługę w przytułku dla ubogich i ciężko chorych. Musiał jeszcze wymyślić jakiś powód aby się lada chwila urwać ze służby. No chyba, żeby to zignorował i od razu poszedł do cukierników. Ale wtedy musiałby się z tej nieobecności tłumaczyć później lub jutro.

                            ---

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Warsztatowa 36; kamienica Lebkuchenów
                            Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; d.sil.wiatr; chłodno (0)

                            Otto i Teofano

                            Początek wizyty wyglądał podobnie jak poprzednio. Najpierw front kamienicy z cukiernią. Na wystawie były takie słodkie cuda i dochodziły takie aromaty, że ślinka sama ciekła do ust. Nic dziwnego, że kapitanowie, oficerowie a nawet szlachta, lubowali się w tych słodkościach i często kupowali je jako podarki. Przez szybę mnich dojrzał ruch w środku. Kolejkę czekających kilentów i ekspedientki. Teofano miała rację, że raczej te dwie czy trzy jakie widział to były młode i gibkie. W sam raz jako przyjemna dla oka, ozdoba do słodkości jakie serwowały. I tak trafił, że córka cukierników też tam była i dojrzała go. Uśmiechnęła się do niego promiennie i dała mu znak aby poczekał. Po chwili wyszła na zewnątrz. Wyglądała jak na mieszczkę z dobrego domu przystało. Ale jak na rzemieślników, to jej rodzice osiągnęli wyżyny tego co możliwe jak się nie jest szefem gildii albo szlachcicem. To i stać ich było aby siebie i swoją rodzinę ubrać całkiem przyzwoicie. Chociaż oczywiście to nadal nie był poziom w jakich lubowali się błękitnokrwiści. Młoda cukiernik widać było po oczach i uśmiechu, że przywitałaby się z kochankiem szczerzej i cieplej ale tak publicznie, na ulicy przed własną cukiernią, to tylko grzecznie skinęła mu głową jak osobie duchownej wypadało.
                            - Witaj bracie Otto. Miło mi cię znów widzieć. Cieszę się, że przyszedłeś. - Zatrzymała się i skromnie złożyła dłonie. Z białym czepkiem na głowie wyglądała jak wzór młodej, pracowitej mieszczki, dumy swoich rodziców i nazwiska. Nagle jednak przygryzła wargę i jakby biła się z myślami. Zrobiła ruch dłonią w stronę brzucha ale w połowie przekierowała ją aby poprawić kosmyk brązowych włosów jaki wysunął się spod czepka. - Czuję jak się ruszają. Bardziej niż wczoraj. Lady Fabienne miała rację. To z każdym dniem jest wyraźniejsze. - Westchnęła jak zakochana dziewczyna mówiąca o swoim wyśnionym narzeczonym. Wzięła się jednak w garść, przełknęła ślinę i gestem głowy dała znać aby stanął bliżej bo chce mu coś pokazać w cukierni. Ale starała się wyglądać, że chodzi o te apetyczne wypieki na wystawie.
                            - To jak już tu jesteś to zobacz. Tamta blondynka w brązowej sukni. To właśnie Gela, ta co ci mówiłam. - Dyskretnie wskazała mu na jedną z ekspedientek jakie sprzedawały różnorodne ciasta, eklery, babki i pierniki. Dziewczyna też miała biały czepek jak Teofano i wszystkie ekspedientki. Ale chyba akurat któryś z klientów coś do niej mówił, bo odwróciła się do niego więc i w stronę wystawy.

                            text alternatywny

                            link: https://i.imgur.com/JVMZr7h.jpeg

                            - No i właśnie o niej myślałam. Nie wiem czy moja matka ma z nią romans czy nie. Z Margo to domyślałam się od dawna a jak sama ją zaczęłam to też mi się przyznała. No ale z Gelą to nie wiem. Wesoła dziewczyna, więc dziewicą to na pewno nie jest. Ale z drugiej strony nie słyszałam aby coś z dziewczynami próbowała. I zastanawiał się jak ją ugryźć. Mogę ją wezwać i kazać coś zrobić albo ją zwolnię. Gdzie znajdzie taką dobrą pracę? Najwyżej kelnerką w tawernie albo sprzedawczynią w zwykłym sklepie zostanie. To nie to samo co cukiernia Lebkuchenów. No albo mogę ją wezwać i być miła. Ale nie wiem czy wtedy będzie mnie chciała. No wobec matki to pewnie by była bardziej skłonna do współpracy. Albo wobec mnicha. Sama nie wiem. - Szybko przedstawiła jakie ma plany wobec młodej, urodziwej sprzedawczyni. Jednak były one jeszcze dość mgliste. I nie była pewna jak z nią postąpić. Odeszła kawałek w bok, w stronę wejścia do mieszkalnej części kamienicy. Wtedy nie było ich widać z okna cukierni. A po chwili aby się schronić przed irytującym wiatrem weszła w półmrok klatki schodowej.
                            - A moja matka czeka na ciebie. Jak zapukasz to pewnie otworzy ci Margo. Powiedziałam jej, że ma cię słuchać i robić co jej każesz. Ale lepiej aby została w mieszkaniu na wypadek gdyby jednak ojciec wrócił wcześniej. Gdyby wrócił to będzie go bardzo głośno witać abyście z matką ją usłyszeli. A jak masz jaja to możesz ją zapłodnić w wolnej chwili. Nie będzie się opierać. Zresztą jak chcesz to mogę iść z tobą na górę. Tylko na chwilę bo będę musiała wrócić do cukierni. - Szatynka mówiła cichym ale szybkim i zdecydowanym głosem. I wydawała się być pełna gorliwości aby ułatwić Otto prywatne spotkanie ze swoją matką, tak bardzo jak tylko mogła. Nawet pokojówkę wtajemniczyła w ten spisek i pozyskała dla tej sprawy.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine jako Egon Herschkel
                              Developer
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #315

                              Włócznia. Tak, nie było żadnych wątpliwości. Egon, powstawszy na równe nogi, przeczesywał swą pamięć w jak najdalszych zakamarkach i mamrotał pojedyncze słowa, żeby nie zapomnieć o tym. Czy powodem tego snu był kieł Gonsara? Niewątpliwie… Egon miał wrażenie, że ów kieł był jakimś rodzajem guślarskiego przewodnika, który łączył Egona i samego Gonsara i to przezeń on przemawiał do niego.

                              Owszem, Egon zamierzał znaleźć włócznię. Teraz na pewno… Ale najpierw, interesy. Być może Gonsar, doprowadzony wreszcie do stanu używalności przez galony krwi, będzie mógł w zwykłych słowach rzec, gdzie może byc włócznia? W takim razie Egon musiał iść naprzód i czym prędzej dostarczyć świeżą krew dla Gonsara! Wyprawa łupieżcza zatem nabierała dodatkowego znaczenia.

                              ~

                              Egon szedł czas jakiś drogą. Rozbudziwszy się już całkowicie, Egon zrozumiał, że jego zadanie zapewne będzie wymagało od niego paru dni wysiłku, toteż potrzeba było się należycie zaopatrzyć na szykującą się wyprawę, kiedy tylko okaże się, że w istocie uda im się złapać okazję i kogoś, kto będzie chciał się przeprawiać na tym odcinku rzecznym.

                              Za dobrą monetę przyjął słowa Łasicy - najemników mogło być trzech, on, Lars i Gezackt i być może ze dwóch innych wojów, pozostali zaś zakwaterują się na przeprawę w charakterze pasażerów, to łatwiej będzie kupcowi zaakceptować najemnych zbirów.

                              – Tylko pamiętajmy, że się rozdzielmy – rzekł wtedy na te słowa. – Najpierw pójdą ludzie za pasażerów, bez broni. Potem pójdziemy my i powiemy, że jesteśmy najmusami. Zapłacić możemy nawet i podwójnie, ha, przecież i tak pieniądze odzyskamy… – krzywy uśmiech wstąpił na oblicze gladiatora.
                              - No właśnie. Bo jak macie inne zamiary niż zarobek za najem albo dostać się rzeką do Saltmundu to się zmieniają priorytety nie? - Łasica zaśmiała się wesoło i sięgnęła po drewniany kufel aby się stuknąć z kolegami.
                              - Jak dla mnie może być. Grunt abyśmy jako grupa, znaleźli się na tej samej łajbie. Bo we dwóch czy trzech to trudno będzie nią żeglować, nawet jeśli wszystko inne pójdzie gładko. - Lars po chwili namysłu, przystał na taką modyfikację planu.
                              - Wiem! To ci pasażerowie to by mogli być moją świtą! A ja bym była jako wielka pani co chce popłynąć do stolicy prowincji. - Brwi Astrid wystrzeliły do góry, gdy nagle podzieliła się z towarzystwem pomysłem na jaki właśnie wpadła. - Właściwie to nawet bym chciała zobaczyć Saltmund. Podobno tu w Imperium macie ogromne miasta. No i jeszcze do tych kurhanów na południu bym chciała. Kto wie? Może wciąż tam czekają na odkrycie skarby, potwory do usieknięcia, przygody do przeżycia i romanse z amantami? - Córka jarla dała się ponieść swojemu zamiłowaniu do materiału na nową sagę z jaką zamierzała wrócić w swoje rodzinne strony.
                              - Nie tylko w Imperium są wielkie miasta. Languille w Bretonii, Erengrad w Kislevie czy Marienburg to też nie jest wioska. Właściwie to południowcy mają sporo tych dużych miast. - Lars co już miał nieco siwych włosów w brodzie i dużo większe doświadczenie w pdróżach morskich i lądowych, pozwolił sobie na korektę do jej słów.
                              - Romanse z amantami nie są złe. Ale nie ma jak romans z gorącą ladacznicą. - Łasica zaśmiała się rozbawiona uwagą Norsmenki a z kolei jej słowa, rozbawiły towarzystwo.

                              ~

                              - A kogo widzą moje piękne oczy? - Usłyszeli męski głos gdzieś z boku. A gdy tam spojrzeli, okazało się, że to ten gruby Hubert. Główny dostawca kostiumów i dekoracji do teatru a poza tym właściciel dobrze prosperującego sklepu z ubraniami gotowymi i szytymi na miarę. Ruszył w ich stronę z jowialny uśmiechem. Właśnie wyszedł z jakiegoś sklepu albo warsztatu. Ostatni raz widzieli się na zapleczu teatru, podczas prywatnej orgii jaka się tam odbyła.
                              - Cóż porabiacie moi drodzy o tak wczesnej porze? - zagaił do nich gdy się z nimi zrównał. Popatrzył z zaciekawieniem na każdego z nich.
                              – Witaj, Hubercie – rzekł Egon. – Szukamy luda, co chcą się przeprawić w górę rzeki do Salzenmund, gruby interes się szykuje.

                              Egon rzekł pokrótce, zgodnie z prawdą, co zamierzają zrobić, ale też w szczegóły nie zamierzał go wtajemniczać. A przynajmniej - nie od razu.
                              - Co ty nie powiesz przyjacielu. Gruby interes? W górę rzeki? Muzyka dla moich uszu. Jestem człowiekiem interesu. - Grubas uniósł do góry brwi i mimo swojej nalanej twarzy, spojrzał na gladiatora bystro jak hart co zwietrzył świeżą posokę uciekającej zwierzyny.
                              - Szukamy łajby jaką można by ruszyć w górę rzeki. No ale jest nas trochę więcej niż nasza czwórka a i na czasie nam zależy. - Lars nieco doprecyzował słowa kamrata o co dokładniej się rozchodzi. Wskazał też gestem na ich grupkę do jakiej kupiec podszedł.
                              - No tak, im większa grupa tym trudniej znaleźć transport. Ale przecież co chwila jakaś barka rusza w górę rzeki. Na pewno coś znajdziecie. Jak wiecie, ja się zajmuję handlem i krawiectwem na miejscu. Ale sprowadzam narzędzia i półprodukty z Saltmundu to co jakiś czas korzystam z usług rzeczniaków ale nie mam takiej śmiałości aby mówić, że znam to środowisko na wylot. - Hubert pokiwał swoją byczą głową na znak, że rozumie trudność z załapaniem się na statek większej grupy ale samo to nie wydawało mu się zbyt dużym problemem. Ale widać, że dalej zerkał na nich czujnie czy to na tym ma właśnie polegać ten interes o jakim wspomniał Egon.

                              Egon, stwierdziwszy, że skoro już i tak spotkali się wcześniej i widział, jakież to cuda wyprawiał Mistrz Hubert z Adrienne, to znaczy, jakież to według myśli zwykłego ludu bezecne rzeczy i za co Hubert mógł zostać skazany jako kacerz, wojownik skonstatował, że skoro ten upiera się, by mu wytłumaczyć, to pofolguje jego ciekawości. A i wspomnienia Adrienne, która oddawała się z takim zapamiętaniem wprawiły go w dobry humor.

                              – Chcesz, to ci rzeknę, w czym rzecz – rzekł Egon. – Ale wejdźmy może w jakie bardziej ustronne miejsce, nie chciałbym, żeby zoczył nas przypadkiem. Wszak wiesz, że w Neues Emskrank wielu ludzi… Nasłuchuje – powiedział, mając na myśli oczywiście szpicli inkwizycji.
                              - Ah tak. - Kupiec popatrzył uważnie na gladiatora. Po czym rozejrzał się po ulicy. Na razie chyba nikt nie zwrócił na ich grupkę uwagi. Jednak akurat on niezbyt pasował wyglądem do ich czwórki. Wybijał się swoimi barwnymi ubraniami jakie ogłaszały, że powodzi mu się w życiu i do biedaków nie należy. - No dobrze. To was zapraszam przyjaciele do mojego sklepu. Porozmawiamy na zapleczu, z dala od wścibskich oczu. Tylko was proszę abyście weszli od podwórka. Po co ktoś ma widzieć nas razem? - Zaproponował wskazując w stronę Placu Targowego.
                              - Wiem gdzie to jest. Jak chcecie to mogę was zaprowadzić. - Burgund pokiwała głową na znak, że może znów robić za przewodniczkę, jeśli koleżanka i koledzy, zgadzają się na propozycję kupca.
                              – Chodźmy, chodźmy – Egon skinął głową parę razy i już bez zbędnych ceregieli maszerował w miejsce, gdzie wskazała Burgund.

                              ---

                              Może pół pacierza później, łotrzyca o burgundowych włosach, zaprowadziła ich do jakiejś furtki w ogrodzeniu. Była zamknięta tylko na haczyk, więc nie stanowiła żadnej, realnej przeszkody dla dziewczyny z ferajny. Weszli na podwórze, znacznie lepiej zachowane niż to mini bagno jakie miał u siebie Sigismundus. Ale jednak nie był to zadbany ogród jaki na zapleczu swojej rezydencji miała von Mannlieb. Przeszli przez nie i przewodniczka zastukała do tylnych drzwi. Po chwili otworzyły się i stanęła w nich Oksana.
                              - Wejdźcie. Hubert mówił, że możecie przyjść. - Dwukolorowa główna krawcowa tego przybytku, odsunęła się aby wpuścić ich do środka. Poczekała aż wejdą i zamkną drzwi nim poprowadziła ich w głąb zaplecza sklepu. - Właśnie uczyłam właściwych manier nową dziewczynę. Jest za mało uprzejma dla naszych klientów a przecież to często są ludzie z wyższych sfer. - Uśmiechnęła się krzywo i wskazała na drzwi jakie mijali. Przeszła jednak dalej do kolejnych. Gdy je otworzyła, ukazał się gabinet z ozdobnym, masywnym biurkiem z ciemnego drewna. Za nimi siedział równie wielki gospodarz.
                              - A! Już jesteście przyjaciele. Wejdźcie, proszę, siadajcie. Napijecie się czegoś? - Grubas zachowywał się naturalnie i jowialnie. Wstał i wskazał na dwa ozdobne krzesła przed swoim biurkiem. Ale dwie osoby musiały albo stać albo usiąść na sofie pod ścianą.
                              – Piwo może być, jak masz – rzekł Egon, który rozglądał się ciekawie po pomieszczeniu, w którym się znalazł.

                              Egon bowiem nie przypominał sobie, żeby wcześniej zdarzało mu się przebywać w tym miejscu. Może… Może był tu kiedyś z Silnym? Ale nie. Jeśli kiedyś był u Huberta, to może jeno bywał w tych okolicach, ale z pewnością nie było go właśnie tutaj.

                              Usiadłszy, Egon przeszedł od razu do meritum:

                              – Spytałeś, jakie to interesy będziemy robić, to ci powiem, boś jest jeden z naszych, a i żeś pannę Adrienne dobrze sprawił – tu Egon przypomniał sobie pełne rozkoszy jęki dziewki z wcześniej. – Jest tak: wyprawiamy się na łupieżczą rejzę, żeby przejąć jeden z korabi, które pływają w górę rzeki.

                              – Pewnie żeś słyszał o rzeczy, jaka kroi się na jednym odcinku rzeki, w stronę Salzenmund. Na krypy ktoś się zasadza i ponoć morduje wszystkich jak leci, a te zostają na rzece samopas. Musisz przeto wiedzieć, że my szukamy statku, czy to kupić, czy to przejąć i tak żem z mymi kamratami uradził, że zatrudnimy się jako najemnicy, żeby obronić jeden statek, a potem go przejąć.

                              – Musisz wiedzieć, że nam zależy na przejęciu korabiu, a to dlatego, że będziemy łupić brańców wzdłuż wybrzeża – ciągnął Egon. – Mamy kupca, który płacić będzie złotem za każdego dostarczonego, ale żeby spełnić nasz cel, trza będzie łapać ich, ilu wlezie, niby psich na ulicach Altdorf – zakończył Egon, który, oprócz perspektywy sprzedaży brańców Munirowi, miał z tyłu głowy opłacenie Gezackta, kupienie pancerzy i broni dla Gnaka, zasilenie tronu nieumarłego czarownika, czy wreszcie dostarczenie dziewek na hodowlę jaj Oster. – Sukces wzmocni nas po wsze czasy. Dziś rozglądaliśmy się z kimś, kto szuka ochrony na rejs.
                              - No to rzeczywiście grubszy interes przyjacielu. - Grubas pokiwał z uznaniem głową ale widać było, że jest nieco zaskoczony takim pomysłem. - Wino mam i nalewki. Ale Oksano moja droga, weź przynieś to piwo z magazynu. - Zwrócił się do swojej asystentki a ta pokiwała swoją dwuklorową głową i wyszła z gabinetu. Zaś póki co gospodarz rozlał do kubkow wino albo nalewki. Po czym wrócił za biurko i usiadł aż krzesło skrzypnęło pod jego wielkim ciężarem.
                              - Ha! To spodobała ci się nasza Adrienne? - Zaśmiał się triumfalnie jakby wziął słowa gladiatora za komplement. - A taka niewinna była jak ją poznałem. Buzi dać, może położyć się na plecach i poczekać aż kochanek wszystko zrobi. Ale widzialem w niej ptencjał. No i to ciało! Jest za co złapać z przodu i z tyłu i na czym oko zawiesić. Buzia i nogi też ładne. Ale tak na początku musiałem działać z rozwagą. Bo do buzi nie, z tyłu nie, z kobietą nie, we trójkę nie… A widzieliście w teatrze co teraz nasza słodka Adrienne potrafi? - Nie mógł się powstrzymać aby się nie pochwalić swoim sukcesem na polu przeciągnięcia zwykłej pracownicy ratusza na wyuzdaną kochankę.
                              - No było na co popatrzeć. Aż miałam ochotę ją spróbować no ale ten wasz Bjorn mnie dorwał na korytarzu, ledwo dałam radę zaciągnąć go do schowka na szczotki. A na piętrze to nawet nie byliśmy. - Burgund zaśmiała się jakby też miała miłe wspomnienia z wieczoru w teatrze. Grubas przywitał to z rubasznym śmiechem i kiwaniem głową.
                              - Tak, ty przyjacielu oddałeś swoje pierwszeństwo do niej tym szlachciankom. Ale nie bój się, jeszcze będziesz miał okazję spróbować naszej Adrienne. A one też były z niej zadowolone to chyba i tobie powinna dogodzić. - Hubert spojrzał na Egona dając znać, że pamięta ich rozmowę z zeszłego tygodnia. - No ale wróćmy do interesów. Mówicie korab na rzece chcecie przejąć? I brańców brać? - Wziął swój kielich, pokręcił nim jakby smakował aromat wina ale może musiał się zastanowić.
                              - No i dlatego jest nas trochę więcej niż tutaj. Sam rozumiesz, że nie wiemy jeszcze z kim byśmy mieli walczyć a im nas więcej tym lepiej. No i potem trzeba jakoś tą krypą sterować jak już ją opanujemy. - Lars dodał jeszcze od siebie ten jeden element. Kupiec pokiwał głową ale miał zamyślony wyraz twarzy.
                              - Tak, słyszałem, że są jakieś trudności na tej rzece. O ile wiem, nie wszystkie statki są atakowane bo to by całkiem ruch zablokowało a jednak codziennie jakaś barka wypływa od nas albo wraca z Saltmundu. Ale jednak utrudnia to transport w obie strony i podraża towary sprowadzane z głębi lądu czyli podraża mi produkcję. Innym kupcom też. - Podniósł wzrok na swoich gości i widocznie coś już słyszał o tej sprawie ale raczej bez szczegółów.
                              - No cóż, przyjaciele. Ja statku nie mam aby wam użyczyć. Ale mimo to myślę, że możemy sobie pomóc nawzajem. - Grubas uśmiechnął się chytrze na swojej nalanej twarzy. - Bo wam jak rozumiem, obojętne na jakim statku byście popłynęli w górę rzeki? - Zagaił jeszcze pytaniem do swoich gości.

                              Egon żywo spojrzał na Huberta, którego nie przeczuwał, że może im w jakiś sposób pomóc - ot, wojownik spodziewał się, że wejdzie do sklepu i wypije po kuflu piwa i odejdzie w swoją stronę. Wyglądało na to jednak, że ten tutaj zdawał się być całkiem nieźle sytuowany.

                              – Krypa może być dowolna – Egon przyznał, kalkulując swoje opcje. – Jeśli będzie jeno nadawała się na rzekę, to sprzedamy ją i kupimy lepszą. Jak będzie nadawała się na otwarte morze, to i może byśmy sami się nią posłużyli… No. A i przecież też będzie trzeba ją gdzieś ukryć na czas tego wszystko, rozumiesz.

                              I powrócił do pytania Huberta:

                              – Ale dobrze zgadujesz. Jaka to krypa będzie, znaczenia nie ma, byleby można ją było sprzedać albo samemu jej potem użyć.

                              - Kto wie? Jak wam bogowie będą sprzyjać to może nawet uda wam się pozyskać łajbę za darmo, bez wysiłku i całkiem legalnie? - Grubas uniósł brwi i uśmiechnął się chytrze. A jego słowa wzbudziły zaciekawione spojrzenia, zwłaszcza Larsa.
                              - Jakże to? - Zmarszczył brwi jakby nie spodziewał się, że to może być aż tak proste. Kupiec zaśmiał się z zadowolenia ale nie trzymał ich dłużej w niepewności.
                              - Słyszeliście o prawie pryzowym? - Zagaił i popatrzył po nich.
                              - Ano tak! - Burgund otworzyła oczy jakby teraz zrozumiała o co mu chodzi. I szybko zaczęła wyjaśniać kolegom. - Jeśli statek jest bez załogi, to należy do tego kto go zajmie i przyprowadzi do portu. - Pokiwała swoją ciemnorudą głową.
                              - O tym słyszałem, to stary, morski zwyczaj. Inaczej nie oplacałoby się ratować pustych statków. No chyba, że masz najsilniejszą flotę na akwenie i nikt ci nie podskoczy. Ale na rzece też to działa? - Lars dał znać, że o tym słyszał ale nie był pewien czy wewnątrz lądu to działa tak samo.
                              - Tak. Słyszałem, że tak. Chociaż rzeka to nie morze i to nie zdarza się zbyt często. Ale parę lat temu była taka sprawa u nas w sądzie właśnie z tego powodu. - Grubas uśmiechnął się i wyjaśnił skąd ma taką wiedzę.
                              - No ale to jak trafimy na pusty statek. A jak nie trafimy? - Astrid włączyła się do tej dyskusji. Ale i na to Grubson miał odpowiedź.
                              - No to wtedy zrobicie ten wasz plan tak jak sobie umyślicie. Tylko właśnie możemy sobie pomóc nawzajem. Ja nie jestem zwolennikiem przemocy i wolę inne hobby. - Wskazał wzrokiem na dwie, młode kobiety jakie siedziały po drugiej stronie biurka. One uśmiechnęły się z aprobatą ale czekały co dalej powie. - Ale skoro i tak macie w planach walkę i łupy to proponuję wam spróbować dostać się na “Słoneczną jutrzenkę”. To jedna z rzecznych barek jaka regularnie pływa do Saltmundu i z powrotem. Mój drogi kolega po fachu załadował tam swoje towary i chce je przesłać do stolicy. Bardzo mnie to irytuję bo też mam w planie rozszerzyć działalność na tamtych rynkach. I tu liczę na nasze wspaniałe koleżanki z lady Odette w roli głównej. Sami rozumiecie jakie to ma znaczenie jeśli Słowik Północy będzie chodziła w moich kreacjach. Schlebiam tak jej nie tylko dla jej rozkosznych uroków. No ale tu kolega też wpadł na taki pomysł więc gdyby tak się zdarzyło, że ta łajba pójdzie na dno albo straszni rzeczni zbóje wyrzucą ten ładunek do rzeki no to cóż… Będę mu oczywiście bardzo współczuł. - Uśmiechnął się z udawanym żalem ale widać było, że umie kalkulować w tych interesach.
                              - O ile wiem to ta “Jutrzenka” jest jeszcze u nas w porcie ale na dniach będzie odpływać do stolicy. Może jutro, może pojutrze, tego tak dokładnie nie wiem. Szyper łajby to stary wiarus i jacyś tam piraci rzeczni go nie przestraszą. Więc popłynie. Łajba cumuje na Rybim Nabrzeżu więc tam możecie go znaleźć. Oczywiście ja nic o was nie wiem i w ogole się nie znamy. - Podał nieco więcej informacji o wspomnianej jednostce i kapitanie.
                              - Co więcej mogę wam też dorzucić coś na osłodę. Skoro tak wam nasza słodka Adrienne przypadła do gustu. - Uśmiechnął sie pod nosem i upił łyk ze swojego kielicha. - Jest taka jedna mytnik. Jutta Czerwona. Pływa właśnie po rzece. Sprawdza czy nie przewozi się kontrabandy, zbiera myto no standardowa robota celnika. W razie potrzeby, dla przyjaciół może przymknąć oko albo akurat popatrzeć w drugą stronę. - Tu zrobił charakterystyczny gest przeliczania monet w dłoni. - Poza tym miałem z nią przyjemność to powiem wam, że kobieta jest bardzo namiętna pod tym swoim kubrakiem. Nie zapraszałem jej na takie przyjęcia jak mieliśmy ostatnio w teatrze no ale myślę, że by się na nich odnalazła. A wiecie, jak na jakiejś łajbie jest mytnik to inny mytnik już jej raczej nie sprawdza. Po co wam jakieś węszenie po pokładzie i strata czasu? A wierzcie mi, nie tylko Jutta słabo zarabia i prawie zawsze parę monet musi zmienić właściciela aby okazało się, że jednak wszystko jest w porządku i można płynąć dalej. - Grubas na koniec oparł się wygodnie o swoje krzesło i popatrzył na nich zadowolonym z siebie głosem. Akurat drzwi się otworzyły i wróciła Oksana z dzbanem i kuflami do piwa. Postawiła je na krawędzi biurka aby goście mogli po nie swobodnie sięgnąć.
                              - Oksana pamiętasz Juttę? Tą z rudą, z portu. Ta co jest mytnikiem. - Gospodarz zagaił swoją asystentkę. Ona zaśmiała się krótko.
                              - Pamiętam. Właściwie to już jej nie widziałam dłuższy czas. Nie wiadomo czy jeszcze jest w mieście. - Przypomniała mu o tym detalu.
                              - Ano tak. - Bycza głowa skinęła i popatrzyła znów na gości. - Jutta jest mytnikiem więc pływa po rzece. Może być u nas, w Saltmundzie albo gdzieś po drodze. Uroki służby. - Wyjaśnił, że jednak jest pewne ryzyko czy owa celnik będzie możliwa do spotkania w mieście.

                              Egon z wolna przeżuwał słowa kupca. Zdało się, że mają szczęście… Lub też jego mroczny patron raz jeszcze pociągnął za struny losu i w jakiś sposób wpłynął na to, co się wydarzyło. Zaiste, spotkanie Huberta było trafionym przypadkiem.

                              – Chcesz zatem, żebyśmy zabrali się za Jutrzenkę? – Egon pokiwał głową, nie mając nic przeciwko pomysłowi. – Rzeknij no nieco więcej o statku, da się nim pływać po morzu też, czy tylko zdany na rzekę?

                              Spojrzał na Larsa krótko i rzucił:

                              – To może być to.

                              Powrócił jednak szybko do tematu Jutty:

                              – Ta Jutta Czerwona, mówisz… Hmm. Jaka ona jest, znasz ją nieco? Moglibyśmy sprzedać jej cynk, że to my popłyniemy Jutrzenką i albo by mogła od razu płynąć z nami, albo dołączyć się. Najważniejsze, żeby była na pokładzie, nie zadawała pytań, jak coś się stanie i odwracała od nas innych mytników. Mówisz o prawie pryzowym… Ha! Mogłoby być i tak, że przejęlibyśmy statek, załoga poszłaby do groty, a z czasem byśmy zamustrowali swoją. Rzekłbym, rzecz do zrobienia, co myślisz, Lars? Hubert?
                              - Przyjacielu. Ja się znam na materiałach, krawiectwie, handlu i kobietach. Ale nie na żeglowaniu. - Grubas uniósł do góry swoje pulchne dłonie w przepraszającym geście. Nie stracił jednak przy tym jowialnej pogdy ducha.
                              - Nie przejmuj się tym Egon. Jak zobaczę tą łajbę to będę wiedział na co ją stać. - Lars widocznie nie uważał tego za zbyt wielką trudność. - A z tym prawem pryzowym to byłoby najkorzystniejszy zbieg okoliczności. Wówczas mamy pustą łajbę jaką zajmujemy. Ja bym ją obejrzał czy nic nie jest spalone czy połamane i czy można nią płynąć. I jesli tak, to można nią wrócić tutaj albo popływać po rzece. - Norsmeński łupieżca pokiwał energicznie głową na znak, że taka sytuacja bardzo by mu odpowiadała. - No ale jak mówi Astrid, wszyscy wiedzą o tym więc taka łajba by zbyt długo pusta nie stała. Pewnie pierwsza załoga co by była w stanie to by się nią zaopiekowała. Musielibyśmy mieć fart trafić na nią w miarę krótko po napadzie. - Zdawał sobie sprawę, że los bardzo by musiał im sprzyjać aby zrealizować taki scenariusz.
                              - To już zostawiam wam. Tylko bym wam przeszkadzał doradzając w materii na jakiej w ogóle się nie znam. - Gospodarz uśmiechnął się nieco ale dał znać, że nie chce im się wtrącać w to planowanie.
                              - No a jak nie spotkamy tej pustej łajby to zamustrujemy się na “Jutrzenkę” albo jakąś inną. I wtedy albo czekamy na ten napad rzecznych piratów albo przejmujemy samą “Jutrzenkę”. Jak przejmiemy to wywalamy ten towar za burtę. Bo jak już będziemy mieć wlasną lajbę to popłyniemy gdzie chcemy. Po rzece, po zatoce, wzdłuż wybrzeża. Jak się nie będzie nadawać na morze to zawsze ją można sprzedać. Będzie sumka na kupno czegoś większego. - Norsmen mówił jakby za najważniejsze uważał zdobycie jakiejś łajby. I resztę uznawał, za dalsze skutki tego sukcesu dlatego mówił o tym tylko ogólnie.
                              - A Czerwona Jutta jest pełna namiętności i bardzo żywiołowa kobieta. Dobrze wygląda w spodniach, lubi się dzielić w miłości i nie jest wstydliwa. Ma tatuaż kotwicy na ramieniu i znamię na udzie. W figlach druga kobieta jej nie przeszkadza. - Grubas wrócił do pytania Egona o mytniczkę jaką im polecał. Spojrzał na swoją asystentkę a ta uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody o takiej opinii. - No ale jaka jest na pokładzie no to nie wiem bo z nią nie pływałem. Zawsze spotykaliśmy się już tutaj. - Przyznał, że zna ową kobietę głównie od towarzyskiej a nie zawodowej strony.
                              - Wiecie, jak na naszej łajbie by była ona to pewnie inni mytnicy raczej by już nie musieli. Z drugiej to jednak jest urzędnik miasta z szablą u pasa. W walce z piratami to może być dodatkowy wojownik. Jakby okazała się rozsądna to może by nam pomogła jakoś uzasadnić wywalenie tych bel materiałów twojego kolegi za burtę albo przejęcie pryzu. No ale czy poszłaby na branie łapsów to już nie wiem. Chyba, że by została na “Jutrzence” jak my byśmy zdobyli drugą łajbę. - Burgund włączyła się do rozmowy ze swoją opiią o kobiecie jakiej osobiście nie znała. Przynajmniej po samym imieniu. Dlatego wyrażała się z dużą ostrożnością, raczej co do swoich oczekiwań o mytnikach ogólnie niż o tej kochance grubego kupca.
                              – Jeśli powołamy się na ciebie, będziemy mieć względy? – zapytał Egon Huberta. – Wojowników nam trza, bo roboty będzie dużo. Dla mnie to żadna rzecz, włączyć ją w naszą grupę. Byleby nam sprzyjała…

                              Tu urwał, nagle pogrążony w myślach. Tak, jak mówił Lars, opcje były: oni sami, Gezackt i jego ludzie wejdą na statek jako najemnicy albo jako podróżni. Egon poważnie wątpił, że na rzece znajdą jakiś opuszczony statek, który byłby w stanie używalności. Bardziej prawdopodobne by było, że statek zostanie zaatakowany przez rzecznych piratów lub też, koniec końców, to oni sami dokonają przejęcia i popłyną dalej.

                              Kwestia Jutty była sporna: owszem, mytnik na statku by się przydał, ale Egon nie znał kobiety jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, czego się po niej spodziewać. Dobrze było wiedzieć, że sypiała z Hubertem, jednak bałamucenie, według wojownika, to zbyt mało jeszcze było, żeby zagwarantować, że kobieta podejdzie do planu rozsądnie.

                              – Możemy do niej iść zagadać – rzekł Egon. – Powołamy się na ciebie, jak coś, to sypniemy grosza albo i nawet przyprowadzimy ją tutaj, jeśli trzeba będzie. Mytnika na pokładzie mieć to będzie pożytek, ano nie powiem. Tym bardziej, że damascenem wymachiwać umie, jako gadasz.

                              Rzucił jeszcze pomysłem od niechcenia:

                              – Jak już na Jutrzence się zamustrujemy, to w zasadzie pryzu nawet rozważać nie trza. Co więcej: rzekłbym, że jeśli byśmy jaką krypę napotkali bez załogi, to winniśmy przejąć Jutrzenkę od razu. Dwa okręty sprzedać to niezły zysk… Chociaż holowanie go to wysiłek i ryzyko, że ograbiony statek ugrzęźnie na mieliźnie. A stamtąd łatwo wydostać go nie sposób.

                              Odchrząknął.

                              – Ale gadam nie na temat. To, co postanowione? Najpierw pójdziem do onej Jutty, a potem do Rybiego Nabrzeża i szukać będziemy kapitana Jutrzenki.

                              - No z tego co pamiętam, to rozstawaliśmy się z Juttą w przyjaźni. - Grubas podniósł głowę na swoją asystentkę. Ta pokiwała w odpowiedzi.
                              - Często nie ma jej w mieście bo albo płynie do Saltmundu albo z powrotem. To trochę straciliśmy ją z oczu. No i ostatnio to nas sprawy teatru i tresura Adrienne zajmowały. Jeszcze zamówienia dla lady Sorii i Odette. Ale ja ją wspominam miło. Podobała mi się jej otwartość i namiętność. - Główna krawcowa tego zakładu dodała swoją opinię o owej mytnik. Ale też jako znajomej i kochanki a nie jako rzecznego urzędnika celnego.
                              - No to prawda. I rzeczywiście Jutty może akurat nie być w mieście. Ale jeśli jest to wam ją polecam. I tak towarzysko jak i w tym waszym przedsięwzięciu może wam się przydać. Tylko, że jeśli już ją spotkacie to oczywiście możecie powołać się na mnie. No ale już sami będziecie musieli się z nią dogadać co do detali. Możecie o nią pytać w “Kwarcie” albo w rzecznym biurze w ratuszu. Zwykle ma dwa pasy na sobie. Jeden zwykły a drugi na broń. - Gospodarz starał się im pomóc w spotkaniu swojej kochanki.
                              - Ona lubi się zabawić. Więc taniec, wino, kobiety i śpiew, powinien uczynić wam ją przychylniejszą. - Oksana dodała jeszcze coś od siebie aby mogli się łatwiej dogadać z ową urzędniczką.
                              - Dobra to chyba mamy postanowione. Z nią czy bez, postaramy się przyjacielu zamustrować na tą “Jutrzenkę” co mówisz. A potem się zobaczy. - Lars widać uznał, że na razie lepiej będzie załatwiać sprawy krok po kroku zanim się zacznie planować coś dalej.

                              – Ano, postanowione – Egon skinął swoją włochatą czupryną parę razy, upewniając się, że zrozumiał wszystko dobrze. – Dzięki za gościnę, Hubert. Czas na nas… Pójdziemy najpierw do Kwarty, potem do ratusza, a potem na Rybie Nabrzeże.

                              Egon powstał ze swego miejsca, rad, że mógł tutaj zawitać.

                              Wellentag; przedpołudnie; karczma “Kwarta”

                              Egon, Lars, Astrid i Burgund

                              Karczma o jakiej mówił Grubson, była przy samym Placu Targowym, całkiem niedaleko od jego sklepu. Jak od niego wyszli to przynajmniej ten nieprzyjemny wiatr ustał i zrobiło się nawet przyjemnie. Był środek dnia więc ludzi i wozów na ulicach, było całkiem sporo. Na samym placu stały smętnie ogrodzenia i trybuny jakie zaczęto budować na turniej rycerski. A gdy go odwołano to już ich nie kończono. Teraz stały jako żywy dowód nie zrealizowanych zamiarów władz i obywateli tego miasta. Obsiadły go wróble i mewy a ludzie przez ostatnie tygodnie już przyzwyczajeni do nich, mijali je obojętnie. Front karczmy w jakich lubowali się najemnicy i strażnicy miejscy był widoczny z placu. Gdy weszli do środka było tam nieco tłoczno. Kelnerki chodziły między stołamy z zamówieniem trunków czy jedzenia, część z gości było w kolczugach czy brygantynach. Niektórzy oparli o ścianę swoje halabardy. To była najlepsza karczma do szukania najemników i łowców nagród. Nic dziwnego, że Burgund z Łasicą za nią nie przepadały.
                              - Dobra to chodźcie, zapytać barmana. - Burgund skinęła na swoich towarzyszy i poszła pierwsza w stronę szynkwasu. Po chwili rozmowy zapytała o mytniczkę i poszło jej dość gładko. Mieli na tyle szczęścia, że zastali ją na miejscu a barman im ją wskazał.
                              - Mówi, że to tamta. - Łotrzyca zwróciła się do pozostałej trójki, pokazując a jedną z kobiet jaka siedziała przy stole z dwoma mężczyznami. Rozmawiali ze sobą i wydawali się nie zwracać uwagi na sąsiadów.

                              Celnik okazała się być młodą i całkiem urodziwą kobietą. Chociaż niewiele było w niej czerwieni na co by sugerował jej przydomek. Tych dwóch pasów o jakich mówił Grubson też nie było widać jak siedziała i stół ją zasłaniał.
                              - No jak dla mnie może być. - Oceniła dziewczyna z ferajny, uśmiechając się krzywo. - Ale jak podejdziemy do nich całą bandą to może być różnie. - Popatrzyła trzeźwo na swoich towarzyszy.

                              Egon w Kwarcie bywał już wielokrotnie, choć, oczywiście, w czasach zupełnie innych niż te, kiedy nastały - czasach, kiedy Merga była w lochu, zaś on i Silny pracowali nad rozbiciem jej więzienia. “Dużo zmieniło się… Ale niedługo zmieni się więcej jeszcze” - gladiator rzekł w myślach hardo.

                              Jutta wyglądała dokładnie tak, jak sobie ją wyobrażał - harda, zapewne i krewka kobieta, za czym dodatkowo przemawiała jej zakasana za pas, krzywa szabla. Egon stwierdził, że aby ją przekonać, będzie potrzebował naprawdę dobrych argumentów i będzie musiał powołać się na Huberta natychmiast z marszu, żeby cokolwiek tutaj wskórać.

                              – Chodźmy zatem do niej – rzekł Egon, który stwierdził, że czasu marnować nie było co.

                              Podszedł. Egon miał nadzieję, że widok grupki złożonej z wojownika, korsarza i dwóch ulicznych cwaniaków nie zrobi zbyt dużego wrażenia na tamtej. Na pierwszy rzut oka, “Jutta Czerwona” wcale czerwona nie była, toteż zgadywał, że przydomek oznaczał coś innego. Być może… Krew?

                              – Witaj – rzekł w jej stronę. – Mówią mi, że zwą ciebie tutaj Jutta. Hubert polecił mi ciebie jako kogoś godnego zaufania.

                              Spojrzawszy na Juttę, czekał na jej reakcję.

                              Na ostatnie dwa kroki od stołu, trójka co tam siedziała zorientwała się, że grupka Egona do nich podchodzi bo zamilkli i przyjrzeli im się. Gdy gladiator odezwał się do siedzącej, jej towarzysze popatrzyli na nią a ona na nich. Po czym zadarła nieco głowę do góry na brodatego wojownika. - No tak, zwą mnie Jutta. A ciebie jak? - Odparła spokojnie i jakby trochę z zaciekawieniem. - I jaki Hubert? - Zagaiła jeszcze zanim zdążył odpowiedzieć.
                              – Egon – rzekł na wszelki wypadek gladiator, pominąwszy “Herschkel”, bowiem spodziewał się, że echa ostatnich wypadów i listów gończych niosły się w wciąż za nim.

                              Pytanie o Huberta jednak wyprowadziło nieco Egona z równowagi. Iluż Hubertów można było znać w Neues Emskrank?

                              – No, nie znasz mistrza Huberta i jego wprawnej ręki, co umie uszyć niejedno ubranie? – Egon uśmiechnął się nieco, dając znać, że wprawne ręce grubasa zapewne nie tylko jęły się krawieckiego rzemiosła. – Wszak to on polecił ciebie.
                              - Ah tego Huberta. - Brwi siedzącej kobiety podjechały do góry a pełne usta ułożyły się w krzywy uśmieszek zrozumienia. Zupełnie jakby teraz domyśliła się o kogo chodzi i pozytywnie ta znajomość jej się kojarzyła. - Co tam u niego słychać? I nie stójcie tak, siadajcie. - Zaprosiła ich aby usiedli na ławie przy wspólnym stole. Jej dwaj towarzysze na razie przysłuchiwali się rozmowie ale się w nią nie włączali.

                              “Tego mi trza było” - Egon pomyślał z ukontentowaniem, widząc, że imię Huberta wywarło na kobiecie niejakie wrażenie. Stawiało to całą rzecz w obiecującym świetle, a przynajmniej, tak chciał o tym myśleć gladiator.

                              – Usiądźmy – zgodził się Egon i skinieniem zaprosił także Larsa i pozostałych. – Co pijecie? Ja stawiam… A u Huberta po staremu, wszakże byłem u niego nawet i dzisiaj. Zamiaruję się ze zrobieniem mu małej przysługi. W interesach żem przyszedł. Słyszałem, żeś mytnikiem z zawodu? – zapytał wojownik. – Szykuje się dla nas robota. Jakże sądzisz, byłabyś za tym? Rzekłbym ci nieco o sprawie. Rzecz, w której byś była rozeznana.
                              Przez chwilę trwało naturalne zamieszanie, wywołane tym jak kto zajmował miejsca przy stole i co zamawia. Jeszcze kelnerka do nich podeszła aby wysłuchać co kto bierze. A gdy odeszła w stronę szynkwasu, mogli wrócić do rozmowy.
                              - To u Huberta po staremu? Dalej taki zabawny? - Jutta podniosła wzrok na gladiatora i o grubym kupcu wyrażała się całkiem ciepło. Jej dwaj towarzysze nadal nie włączali się do rozmowy i przyglądali się czwórce nowych gości. - No i tak, jestem mytnikiem. Pewnie wam powiedział skoro tu jesteście i o to pytacie. A robota to zależy jaka ale wiecie, ja jutro płynę w górę rzeki, do Saltmundu. Więc parę dni mnie nie będzie w mieście. - Wydawała się choć trochę zaciekawiona o co chodzi ale nadal zachowywała się swobodnie.
                              – Hubert jak Hubert, wiesz, kręci biznes, zaprasza znajome na dobre schadzki – brodacz uśmiechnął się lekko, spodziewając się, że Jutta domyśli się, co ma na myśli. – Ot, obrotny człek, to mi się podoba.

                              Pociągnął łyk złocistego napoju i zaczepił nieco dłużej wzrok na krągłościach karczmarki.

                              – Ale, jak żem rzekł, sprowadzają mnie interesy. Płyniesz w górę rzeki jutro? Dobra wieść, ano, dobra… Bo tak się składa, że my też tam chcemy płynąć. Onuż, widzisz: chcemy się zamustrować jako najemnicy na pokładzie Jutrzenki, wiesz, tej na Rybim Nabrzeżu. Trza będzie nam na pokładzie mytnika, jeno takiego, co poleconym przez Huberta był. Co rzekniesz?
                              - Ah no tak. Hubert i te jego schadzki. - Szczupła szatynka uśmiechnęła się ze zrozumieniem, jakby takie zachowanie kupca, wcale jej nie dziwiło.
                              - Jak ja bym miała wybierać między nim a taką ładną panią kapitan to bym wybrała ładną panią kapitan. - Burgund włączyła się do rozmowy, przyjmując frywolny uśmiech i bez skrupułów obrzucając spojrzeniem górną sylwetkę młodej mytniczki. Jej swobodna uwaga rozbawiła towarzystwo, z Juttą włącznie. Też przyjrzała się z zainteresowaniem rudowłosej łotrzycy. Chociaż insynuacja schadzki z inną kobietą, powinna oburzyć bogobojną obywatelkę.
                              - Oh jestem tylko zwykłym mytnikiem a nie kapitanem. Nawet oficerem nie jestem. - Brunetka sprostowała swoją szarżę, ale widać było, że komplement rudzielca, sprawił jej przyjemność. Uniosła nieco swój gliniany kubek aby podziękować tym gestem za te słowa. Akurat podeszła kelnerka na której dekolt na chwilę rozproszył uwagę gladiatora. Ale szybko zauważył, że podobnie podziałał na większość osób przy stole. Zwłaszcza, że przed każdym z nich, musiała się pochylić aby postawić kufel czy kubek na stole. W tym momencie jest biust był akurat na wysokości twarzy siedzących, więc można było u się z bliska przyjrzeć. A wyglądał całkiem apetycznie. Kelnerka skończyła na Juttcie. Ta na odchodne klepnęła ją w tyłek co sprawiło, że dziewczyna odwróciła się na chwilę ku niej i zaśmiała się z rozbawienia. A gdy odeszła mogli wrócić do rozmowy.
                              - To mówisz, jutro na “Jutrzence”? “Słonecznej jutrzence”? - Mytnik uniosła swój kufel i pozdrowiła nim brodacza zanim upiła łyk. Widząc, potwierdzający ruch głowy Larsa ciągnęła dalej. - No tak, wiem która to. - Też pokiwała głową - No rozumiem, że checie płynąć w górę rzeki no ale ja już mam umówiony rejs. - Popatrzyła najpierw na Egona, potem na Larsa, który się odezwał.
                              - A nie mogłabyś się zamienić i popłynąć z nami na “Jutrzence”? - Norsmen zapytał i popatrzył badawczo na celniczkę. Ta chwilę pokręciła głową, przygryzła wargę i upiła łyk piwa zanim odpowiedziała.
                              - No właściwie to bym mogła. Ale dlaczego bym to miała robić? - Trochę wyglądało jakby pytała z ciekawości, trochę jakby sprawdzała co może na tym zyskać. Chociaż wyglądała, że na razie do znajomych jej grubego kochanka jest raczej pozytywnie nastawiona.
                              – Możemy cię opłacić z góry, a i interes, co nam się szykuje na Jutrzence będzie intratny – rzekł Egon.

                              Egon bowiem kalkulował, że jeśli tylko opchną na jutrzence załadunek, który zrabują, razem z załogą, którą albo przejmą siłą, albo też którzy staną się członkami jego szajki. Wolał wszakże to pierwsze, bowiem nie wiadomo było, czy z czasem ktoś nie ucieknie, żeby donieść o wiadomych rozbojach władzom Neues Emskrank - łatwiej byłoby obsadzić statek swą własną załogą, zamiast próbować przysposobić istniejącą.

                              Rzucił spojrzenie w stronę Larsa.

                              – Cokolwiek, co ci obiecali, my przebijemy. Hubert gadał, że twarda jesteś, przeto będziemy potrzebowali kogoś, kto będzie umiał odeprzeć atak. Słyszałaś wszakże? Na tym odcinku atakują statki, może być i tak, że zaatakują i nas. Ta szabla, co nią robisz, przydałaby się… Ale też przydałoby się, żeby nie zadawać pytań, ot, robić, co należy. Opłaci ci się to na pewno.

                              Egon stwierdził, że nie ufał mytniczce jeszcze na tyle, by opowiedzieć jej o planie zrabowania statku - Hubert Hubertem, ale grubas mógł źle ocenić dziewkę.
                              - Tak, słyszałam. Znajdują tylko puste łajby. Z krwią i śladami walki. Dziwne to bo nawet towaru niezbyt ruszają. Chociaż może boją się to gdzieś sprzedać, że rozpozna ktoś trefny towar. Właściwie by mogli albo tu u nas, albo w Saltmundzie. Ale towaru raczej nie ruszają. - Brunetka pokiwała głową, że temat jest jej znany. I trochę się dziwiła zachowaniu napastników. - I trochę dziwne, że tak znikają. Dlatego zaczęliśmy kontrolować częściej aby ich wyłapać. A na razie nie trafiliśmy na żadną załogę co by mogła mieć coś wspólnego z tymi napadami. A przecież Salt to nie otwarte morze, gdzie możesz zniknąć na otwartych przestrzeniach albo popłynąć do innego portu. - To też budziło zastanowienie mytniczki. Popatrzyła po zebranych przy stole a oni pokiwali albo pokręcili głowami. Więc pewnie nie mieli nic do dodania.
                              - No i możecie sypnąć groszem? A wiele? I co za interes macie na “Jutrzence”? - Brunetka wróciła spojrzeniem do gladiatora aby dopytać go o więcej szczegółów.

                              “O tym żem nie słyszał” - pomyślał gladiator, Jeśli w istocie gdzieś po drodze mogli natrafić na rozbity okręt, w którym dodatkowo znajdował się nietknięty łup, to cały interes nagle zyskiwał na intratności.

                              – Ja i moi kamraci będziemy najemnikami na Jutrzence – Egon postanowił brnąć w to, co dla poznaki zamierzał mówić wszystkim niezaangażowanym, jako że Jutty nie znał jeszcze tak dobrze. – Statek będziemy eskortować, choć i po prawdzie też szukamy tych zaginionych. Rzeknij, ile ci obiecali na tym twoim rejsie? Pięćdziesiąt karli-franzów? Dam sto pięćdziesiąt i udział w łupach na okrętach, co znajdziemy. Jeno warunek mój taki, że kiedy my się puścimy na rzekę i swoje rzeczy robić będziemy, to nie zadawać pytań żadnych. No i kiedy płynąć dalej będziemy, twoje wsparcie jako mytnika na okręcie.

                              Egon stwierdził, że mógł targować się na niewiele więcej niż pięćdziesiąt, może sto dodatkowych sztuk złota - szacował, że Jutta, może i znajoma Huberta, nie będzie warta więcej. Dodatkowa szabla i osłona przydają się, ale z drugiej strony, równie dobrze mógł przekupić innego mytnika tą samą sumą.
                              - Sto karli? - Jutta wytrzeszczyła oczy jakby się przesłyszała. Zresztą pozostali też zbystrzeli. - A masz tyle? - Mytnik w końcu wykrzesała z siebie jakieś pytanie. Spojrzenie sugerowało, że grupa najemników jaka jutro miała się zamustrować na “Jutrzence” nie sprawia wrażenia dysponowania taką sumą. Rzeczywiście Egon z Larsem wyglądali na wojowników więc nawet mogli uchodzić za najemników szukających żołdu. Burgund w swojej spódnicy wyglądała jak przyzwoita mieszczka a więc też na nikogo kto by mógł mieć tak pękatą sakiewkę. Właściwie to tylko Astrid nieco się wybijała ponad przeciętność swoją szarą suknią a raczej ozdobną broszą i nieco lepszą biżuterią. Choć nie tak jak pełnokrwiste, tutejsze szlachcianki jak lady Fabienne, Pirora czy Odette. Przy ich eleganckim wyglądzie, zapewne łatwiej by było komuś uwierzyć, że mają tyle karlików.
                              - Za tyle to ja bym urządziła ci niezapomnianą noc. A nawet dwie. Z każdej strony co byś chciał i jeszcze bym jakieś nienasycone koleżanki przyprowadziła. - Burgund westchnęła z rozmarzeniem i popatrzyła błogo na brodatego kolegę. Aż obaj koledzy mytnik i ona sama spojrzeli na nią jakby zastanawiali się czy naprawdę mogłaby to zrobić. Ona sama zaś zaczęła pieścić palce jego zarośnięty policzek i nawet go w końcu cmoknęła. Ale skorzystała z okazji aby mu szepnąć do ucha. ~ Za tyle to zorientuje się, że to gruba sprawa. ~ Po czym popatrzyła na niego z uśmiechem jak na ulubionego kochanka.
                              - No za tyle to ja też bym się chętnie przyłączyła do takich baletów. - Jutta uśmiechnęła się krzywo. Spojrzenie jednak miała chytre. Świdrowała nim gladiatora i łotrzycę jakby próbowała ich rozgryźć. - No kapitanie, jak masz taką sumkę to bardzo chętnie możemy pogadać o interesach. Tak, za tyle to myślę, że mogłabym w ostatniej chwili zmienić zdanie i jednak zjawić się jutro rano na “Jutrzence”. - Na pełnych ustach celnik, zaczął pojawiać się półuśmiech. Jednak dało się wyczuć, że przydałby się jakiś dowód aby pokazać, że te obiecane monety nie są bajką dla naiwnych.
                              – Masz tu trzydzieści sztuk, bom dobry. Siedemdziesiąt dostaniesz, jak przyjdziesz jutro na Jutrzenkę, a pięćdziesiąt po wykonanej robocie.

                              Srogi był to trybut, który potrzeba było zapłacić, jednak Egon stwierdził, że jeśli cała rzecz miała się udać, to przynajmniej sto karli-franzów trzeba było uiścić. Jak dla wojownika, za takie pieniądze Jutta, jeśli potrzeba będzie, miałaby się oddać całej załodze na jeden wieczór, a na pewno nie gadać, kiedy on i cała reszta zaczną przejmować statek.

                              – Mytnik na pokładzie sprawi, że nikt nas nie zaczepi w drodze na morze – szepnął do Burgund. – Może zechce, może nie zechce, ale argument jakiś trza nam mieć.
                              ~ Hubert mówił, że ona lubi się zabawić i wtedy jest przychylniejsza. ~ Łotrzyca o miedzianych włosach, odszepnęła koledze. Odsunęła twarz od jego twarzy ale dalej przylegała do jego boku jak ladacznica zabiegająca o bogatego klienta. Sama jednak była ciekawa reakcji urodziwej mytniczki. Ta zaś przyjęła sakiewkę od gladiatora i sprawnie podrzuciła ją w swojej szczupłej dłoni. Sprawdziła tak na słuch i masę co mogła zawierać w środku.
                              - No to jak rozmawiamy o konkretach to widzimy się jutro na “Jutrzence”. - Jutta zaśmiała się z zadowoleniem ostatni raz podrzucając sakiewkę. Po czym zaczęła ją chować do przypinanej kieszeni do pasa.
                              - A znasz szypra z “Jutrzenki”? I jego załogę? Aha i jak pływasz po rzece to ją też znasz? - Skoro wyglądało na to, że chociaż wstępnie pozyskali dla swoich celów tą młodą celnik, to Lars zainteresował się co można się jeszcze dowiedzieć.
                              - Tak, znam tą rzekę. A szypra Jutrzenki też. Nazywa się Heynrich Wagner. Heyyynriich. A nie jakiś nudny Heinrich. Bardzo mu na tym zależy aby wymawiać to poprawnie. Jak nie możesz zapamiętać to masz minusa u niego, jak wymawiasz poprawnie to masz plusa. Ma sternika i około pół tuzina marynarzy. Ale ostatnio często towarzyszy mu syn lub córka jakich przyucza do zawodu. Najstarszego już wyszkolił i pływa teraz na innych łajbach. Ale przez te napady w górze rzeki może faktycznie zabrać więcej załogi albo najemników niż zwykle. - Celnik odpowiedziała mu bez wahania jakby naprawdę znała i rzekę i załogę o jakiej wspomniał im niedawno Hubert.
                              - A pasażerów biorą? - Astrid zadała jej pytanie bo w porównaniu do kolegów, to wyglądała mało bojowo więc trudniej by było jej uchodzić za najemniczkę. Mimo, że miała miecz u pasa.
                              - Raczej tak. No wiadomo, trzeba zapłacić za przejazd i nie jest zbyt wygodnie. Trzeba nocować w ładowni między towarami albo na pokładzie. Bo Heynrich ma własną kabinę i małą. Jeden jest dla sternika lub znaczniejszych gości. Na przykład dla mnie. A załoga to śpi w hamakach w małej klitce i to jeszcze na zmiany bo nawet w nocy jeden czy dwóch ma wahtę. Więc dla pasażerów zostaje tylko ładownia albo pokład. - Szatynka skończyła mocować sakiewkę w przypinanej kieszeni pasa i podniosła głowę uśmiechając się do swoich nowych towarzyszy.

                              Egon skinął głową.

                              – Heyn-rich – Egon wymówił imię dla pewności, żeby zapamiętać. – Heynrich Wagner.

                              Koniec końców, Egon rad był z rozwoju spraw. Jutta, którą koniec końców przekupić trzeba było tak czy inaczej, teraz musiała się wykazać i odpowiednio układać się z nim i pozostałymi, albo też złota nie zobaczy. Zasady, sądził gladiator, były jasne. Jeśli Jutta skrewi, zawsze mógł powetować sobie na jej wynagrodzeniu. Drogo było, prawda to, ale każda cena była dobra, żeby dowieźć ten interes do końca.

                              – Poręczysz za nas u niego? – zapytał Egon, który myślami już był na Rybim Nabrzeżu. – Znacie się?
                              - Prywatnie to nie. Ale zdarzało mi się z nimi pływać. A jutro, jeśli sam was nie będzie chciał zatrudnić, no to postaram się mu szepnąć odpowiednią sugestię. Chociaż nie mam takich uprawnień aby go zmusić gdyby nie chciał. - Brunetka pokiwała głową na znak zgody. Zaznaczyła jednak, że jej władza nad rzeczną załogą ma jednak pewne ograniczenia.
                              – Jak dla mnie, brzmi dobrze – rzekł Egon, który stwierdził, że za trzydzieści karli-franzów mógł równie dobrze mieć to, żeby Jutta rzekła dobre słowo. – To co, kompanioni? Idziemy? Wszak dnia szkoda… No i będzie tak, że będziemy mieć nową towarzyszkę.

                              Wellentag; południe; Rybie Nabrzeże i “Słoneczna Jutrzenka”

                              Egon, Lars, Burgund i Astrid

                              Pożegnali się z atrakcyjną mytnik w całkiem dobrej atmosferze. Co dobrze wróżyło na jutrzejsze spotkanie. Z Placu Targowego, Burgund poprowadziła grupkę przyjaciół ku zachodniemu wybrzeżu zatoki. Ale nie aż tak daleko gdzie ląd kierował się na północ i gdzie była zacumowana “Stara Adele”. Łotrzyca bezbłędnie odnalazła Rybie Wybrzeże. I tylko trzeba było teraz sprawdzać zacumowane jednostki czy któraś nie jest tą jaką szukają. W końcu trafili na nią. Nie wyróżniała się jakoś na tle sąsiednich. I była zauważalnie mniejsza i niższa od starej kogi jaka była jedną z kryjówek kultystów. Tu Lars miał okazję się jej przyjrzeć. Widać było, że nie wywołała w nim zachwytu.
                              - To barka rzeczna. Nie nadaje się na otwarte morze. Na rzeki, jeziora, może wody zatoki. Przy brzegu na morzu no można próbować. Ale przydałoby się coś większego jak na poważnie myśleć o morskich wycieczkach. No ale na początek może być. - Podzielił się z grupką swoim zdaniem na temat dzielności morskiej łajby przy jakiej stali.
                              - Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Na razie to mamy tylko tą łódkę co dziewczyny mają. A jak zdobędziemy tą czy coś innego to się pomyśli co dalej. - Astrid była zdania, że nie ma co nakręcać się na gotową na morskie rejzy jednostkę tylko działać krok po kroku.
                              - Dobra ale trap jest spuszczony. Można tam pójść i pogadać. Nawet jak tego Heynricha nie będzie to może jego ludzie będą wiedzieć gdzie jest. - Burgund na razie skupiła się na tym co mogli teraz załatwić. Co jakiś czas było widać jakiegoś marynarza na pokładzie “Jutrzenki” ale szyper chyba powinien bardziej się wyróżniać wyglądem.
                              - Chwila, jak wy macie gadać jako najmici to nie wiem czy my powinnyśmy być z wami. Chyba, że od razu będziemy jako jedna grupa. - Córka jarla przypomniała im o legendzie o jakiej rozmawiali wcześniej.
                              – Musicie się odłączyć od nas – Egon zgodził się z Astrid, która słusznie zauważyła rzecz. – Powinienem być tylko ja, Lars i… A, niech będzie Astrid. We trzech pójdziemy. Pozostali dołączą jako pasażerowie, później. Damy cynk Gezacktowi i pozostałym.

                              Odniósł się jeszcze co do uwagi, że barka jest tylko zdatna na rzekę:

                              – Sprzedamy gówno w mniej niż jeden tydzień – wzruszył ramionami. – I tak wyjdziemy na plus, po sprzedaniu towaru i wzięciu załogi w jasyr. Jak Jutta nas wyda, to sam jej nogi z jej ładniutkiej dupy powyrywam, ale przecie czy ma powód? Złoto dostanie i morda, kurwa, w kubeł. Z tego interesu ma wyjść tak, że będziemy mieli cały potok brańców, musi się udać, no! Ale to później… Wiadomo. Lars, Astrid, idziemy. We trzech weźmiemy się jako najmusy, pozostali będą dochodzić grupami co parę godzin.

                              – Dobra, to co? Pogadamy z tym szyprem – zaproponował wojownik.
                              - No tak, jak już będzie nasza, to można będzie sprzedać i kupić coś większego. - Lars pokiwał głową, że na razie nie uważa małej dzielności jednostki za problem a raczej za pierwszy krok w stronę realizacji ich planów.
                              - No to idźcie. Ja tu na was poczekam. - Burgund nie miała oporów aby działali bez niej i machnęła im dłonią życząc powodzenia. Zaś Egon, Lars i Astrid, ruszyli w stronę zacumowanej jednostki. Mijali dokerów i marynarzy, większość z nich spieszyła za swoimi sprawami i nie zwracała na nich większej uwagi. No może któryś na dłużej zawinął oko ku blondwłosej córce jarla. Jako, że na straży trapu nikt nie stał to weszli na pokład bez przeszkód. Burta była niewiele wyższa niż pirs. Jednak kładka była na tyle wąska, że musieli wchodzić pojedynczo. Stając na pokładzie “Jutrzenki” dało się poznać pewne różnice w porównaniu do “Adele” czy nawet długiej łodzi jaką przypłynęli tu z Norsci. Rufowa nadbudówka ledwo wystawała ponad pokład a dziobowej właściwie nie było. Sam dziób wznosił się nieco ponad pokład ale nie aż tak wysoko jak w kodze czy norsmeńskiej łodzi. Ktoś tu musiał być bo spod pokładu słychać było ludzkie głosy i stukanie, turlanie, jakby przetaczano tam coś ciężkiego. W pewnym momencie z rufowej nadbudówki wyszedł jakiś marynarz i wyraźnie się zdziwił widząc gości na pokładzie.
                              - A co wy tu robicie? - zapytał zatrzymując się i przyglądając im się podejrzliwie. No może nieco dłużej przypatrując się Astrid niż jej kolegom.
                              – Witajcie, panie – Egon uczynił powitalny ukłon, który był zwyczajem w Neues Emskrank. – Szukamy szypra onego statku, człeka, co zwie się… Heynrich Wagner – Egon uczynił małą pauzę, próbując przypomnieć sobie, jak wymawia się poprawnie imię. – Ja i moi kamraci szukamy zatrudnienia na Jutrzence, bośmy usłyszeli, że ostatnio wody rzeczne niebezpieczne są.
                              - Ano. - Marynarz pokiwał głową ale jeszcze przez chwilę przygladał im się, jakby zastanawiał się nad ich słowami. - Poczekajcie, zapytam go. - rzekł im po czym odwrócił się i poklaskał bosymi stopami z powrotem do rufowej nadbudówki. Tam znikł im z oczu.
                              - No to zaraz zobaczymy jak będzie. - Lars oparł się o reling i skrzyżował na piersi swoje mocarne ramiona. Astrid spojrzała za burtę, tam gdzie zostawili Burgund. Ale jesli łotrzyca ich obserwowała to nie było jej widać. Czekali jeszcze chwilę, nim wyszła na pokład trójka mężczyzn. Ten marynarz z jakim rozmawiali wcześniej, jakiś drugi no i trzeci. Ten szedł na czele tej grupki i jako jedyny miał buty. Właśnie on obrzucił czekającą trójkę szybkim, badawczym spojrzeniem.
                              - A pochwalony. Słyszałem, że nająć do ochrony się chcecie. Prawda li to? - Zagaił teraz przypatrując się im twarzom.
                              – Zgadza się, moiściewy Heynrichu Wagner – rzekł Egon, uważając, żeby wymówić jego imię odpowiednio. – Ja i moi kamraci zajmujemy się ochroną karawan i statków i żeśmy ostatnio usłyszeli, że korabie na rzece w drodze do Salzenmundu były napadane. Żeśmy przeto pomyśleli, że to dobra rzecz, ochronić towar… A i niewiele weźmiemy, jeno dziewięć karli-franzów za dzień ochrony.

                              Szyper przyglądał się uważnie ich trójce. Ale gdy gladiator poprawnie wymówił jego imię to podniósł na niego wzrok i pokiwał głową z zadowoleniem. Jednak potrzebował jeszcze chwilę aby to przetrawić w głowie.

                              - Aha. Czyliscie najmici. - Podszedł ze dwa kroki bliżej jakby chciał ocenić ich krzepkość, wygląd i możliwości. Też dłużej zahaczył wzrok na Astrid ale jego spojrzenie było bardziej krytyczne. Wyglądał już na takiego co sam mógł mieć córkę w jej wieku a od niej pewnie wnuki, to mógł być już mniej zainteresowany kobiecymi wdziękami niż młodsi mężczyźni. - Koleżanka też? I dziewięć za głowę? No trochę drogo. A za sześć? I dorzucę wam wyżywienie u nas, to swojego brać nie będziecie musieli. Nazywacie się w ogóle jakoś? Ktoś wam mnie polecił? - W końcu przyjrzał im się na tyle, że wyglądał na zanteresowanego ofertą więc przeszedł do ustalania detali umowy. I przy tym chciał o ich trójce jeszcze wiedzieć parę rzeczy.

                              Na te słowa, Egon zwrócił się na chwilę do Larsa i rzekł, niby przyciszonym głosem, choć bardziej na pokaz:

                              – Wszakże to pierwszy raz, skoro wyżywienie dorzuca, to przecie możemy zdać się na niego.

                              Tu kiwnął głową i pokiwał na znak, że choć biznes nie zdał mu się idealny, to jednak dalej warto było brnąć dalej. Oczywiście, to wszystko nie miało sensu, bo i tak koniec końców mieli powetować sobie każdy miedziak. Egon chciał zrobić pozór, że próbuje się porozumieć z Astrid i Larsem.

                              – Zwę się Egon, moi kompanioni zwą się Lars i Astrid. Każdy z nich wprawny w bojach i jeśli trza będzie, krwi przelać się nie boimy – gladiator przedstawił pokrótce siebie i swych towarzyszy. – Wszakże nie polecił was nikt, jeno żeśmy usłyszeli o tych mordach w górę rzeki na odcinku w stronę Salzenmund, to zaraz żeśmy wyczuli, że mądrzy ludzie postawią na ochronę. Słyszał żem, że całe statki opuszczone są, nic nie ruszone, jeno załoga zawsze wymordowana! Ale z nami unikniecie tego losu.

                              I odniósł się do ceny za ochronę:

                              – Zwykle bierzemy więcej, bośmy doświadczeni w boju, ale niech i tak będzie, że póki nic się nie zdarzy ani ataki nie będą bardziej zajadłe, weźmiemy sześć karli-franzów za łebka – głos Egona był polubowny.
                              - No niech będzie. Nasza strata. Niech będzie te pół tuzina monet dniówki na głowę, skoro Heynrich dorzuca spyżę. - Lars postąpił podobnie jak kolega i wszedł w rolę niezbyt doświadcznego negocjatora. Wyglądało jakby po namyśle się zgodził na takie warunki. Co sprawiło, że stary szyper uśmiechnął się z zadowolenia.
                              - A czy dla mnie jakieś miejsce zaciszne się nie znalazło? Bo gdzieś bym przecież musiała się przebierać z rana przed wyjściem do reszty. - Astrid też dodała od siebie prośbę. To wywołało pewną konsternację u szypra. Ponownie obrzucił ją uważnym spojrzeniem jakby co do niej miał największe wątpliwości czy się nadaje. Bo obu krzepkich wojowników w kolczugach do chyba dość gładko zaakceptował w roli eskorty. Ale szczupła blondynka, miała co prawda miecz u pasa ale była w sukni i bez pancerza. Widząc to spojrzenie córka jarla dodała szybko - No mogę się przebierać i na pokładzie i pod, mnie to nie przeszkadza ale, żeby nie było, że ktoś jest zgorszony i moralność to komuś psuje. - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko. Rzeczywiście nie wypadało aby niewiasta, nawet z mieczem u boku, pokazywała się publicznie w niestosownym stroju.
                              - No ja mówiłem, że luksusów nie ma. No ale jest mała kajuta obok mojej. Możesz tam się z rana przebierać czy co tam będziesz potrzebować. - Wagner niechętnie ale jednak zgodził się na to ustępstwo. Jego dwaj załoganci byli wyraźnie mniej zadowoleni, że ich ominie możliwość rzucenia okiem co ta młoda, szczupła blondynka może mieć pod suknią. Jednak nie odważyli się zaprotestować.
                              - No dobrze. To za sześć karli za głowę może być. Faktycznie znajduje się zakrwawione łodzie. Żadnych ciał. Na szczęście nie wszystkie i większość łodzi dalej przepływa cało. Nie wiada jednak kto tak zuchwale sobie poczyna. Nie wiem czemu władze na rzece nic nie robią. Ani tutaj ani w Saltmundzie. A niby stolica psia mać. Myta to nie zapomną od uczciwego człowieka pobrać ale jak nas napadają to nie ma już kto szukać tych piratów. A przecież Salt to nie Reik. - Widać było, że złość na nieudolność władz się u starego szypra wylała. Mówił rozgoryczonym gderliwym głosem i kręcił do tego głową. Na koniec jednak machnął swoją spracowaną dłonią i splunał glutem za burtę. - Dobra to jak mamy umowę to jutro z rana stawcie się tutaj. Odpływamy z samego rana. - Wrócił do detali zawierania umowy na ten wspólny rejs.

                              Egon zmilczał wywody człeka. Dla Egona najważniejsze było, że nie oponował, by zbrojni wkrótce mieli dołączyć do jego załogi na statku. Cóż tam w istocie się na tej rzece działo, to furda, istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że rzecznych piratów w ogóle nie napotkają. Wojownik rzucił spojrzenie na Astrid, by ta już nie mówiła nic, zdać bowiem się mogło, że szyper był z takich, na którym kobiece wdzięki jeno poślednie wrażenie robiły.

                              – Ano, umowę mamy – rzekł Egon. – Robotę zrobimy.

                              Tu skłonił się jeszcze raz, wiedział bowiem, że szyper i tym, co pływają na rzece, czasu im nie przelewało się. Skinął głową w stronę Larsa i Astrid.

                              Kiedy zeszli już z pokładu i odeszli jaki kęs drogi, rzekł:

                              – Dobra. Możemy dać znać reszcie, żeby wchodzili jako pasażerowie, możemy też i dać znać Jutcie, że udało nam się rzeczy dokonać. Acz zdaje mi się, że trza będzie Gezackta i pozostałych opłacić. Niechaj pomyślę… My we trzech jako najmusy… Gezackt i dwu albo trzech od niego, tedy sześciu… Annika, Silny, Rune, Bjorn. Mhm. Nie więcej niż dziesięciu, może i jedenastu chłopa od naszych będzie na pokładzie, z czego siedmiu trza opłacić. Żem się wykosztował na Juttę, tedy trza mi iść do mej skrzyni, żeby złoto zebrać i dać pozostałym na ich rejs.

                              Wyrwawszy się z tych przemyśleń, rzucił jeszcze do Larsa:

                              – Jutta zagwarantuje, że nikt nas nie sprawdzi w drodze Jutrzenką – rzekł. – Ale dziewka na krypie nie będzie wiecznie. Trza już zacząć myśleć, gdzie schowamy statek, wszak szłoby nim popłynąć potem wzdłuż wybrzeża i schować go w jakimś zakamarku. Rzeki znać nie będziesz, boś nie stąd, ale może by spytać kogoś z naszych, może znają.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell jako Heinrich von Achterberg
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #316


                                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                                Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek



                                Heinrich i Fabienne

                                - Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
                                - Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
                                - Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
                                Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
                                - Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
                                - Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
                                Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
                                - Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
                                Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
                                - Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
                                Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
                                - Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
                                Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
                                Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
                                - Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
                                - Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
                                - Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
                                - Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
                                - Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
                                - A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
                                - Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
                                - Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
                                Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
                                - Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
                                - Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
                                - Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
                                - Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
                                - Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
                                - Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
                                - Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.



                                Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • ZellZ Zell


                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                                  Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek



                                  Heinrich i Fabienne

                                  - Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
                                  - Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
                                  - Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
                                  Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
                                  - Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
                                  - Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
                                  Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
                                  - Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
                                  Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
                                  - Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
                                  Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
                                  - Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
                                  Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
                                  Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
                                  - Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
                                  - Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
                                  - Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
                                  - Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
                                  - Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
                                  - A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
                                  - Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
                                  - Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
                                  Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
                                  - Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
                                  - Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
                                  - Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
                                  - Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
                                  - Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
                                  - Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
                                  - Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.



                                  Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.

                                  Pipboy79P Online
                                  Pipboy79P Online
                                  Pipboy79 jako Mistrz Gry
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #317

                                  Tura 75 - 2519.07.28; wlt; popołudnie

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Rzeczna 49; tawerna “Trzy gwoździe”
                                  Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)

                                  Egon, Astrid i Lars

                                  Po zejściu na ląd najpierw spotkali Burgund. Gdziekolwiek się ukrywała podczas ich wizyty na “Jutrzence”, to bez trudu przechwyciła ich gdy tylko zostawili barkę i nabrzeże, za swoimi plecami. I oczywiście była ciekawa co im się udało załatwić. Jak się dowiedziała co to zaśmiała się z zadowolenia.
                                  - Dobra to ja idę do łysego i powiem mu. Spotkamy się w “Trzech gwoździach”. - Łotrzyca wzięła na siebie, powiadomienie Silnego i Rune. Uznała, że milady von Mannlieb i Annikę, będzie można powiadomić później. Ale tutaj raczej nie spodziewała się kłopotów skoro Frau wczoraj wstępnie się zgodziła a kluczniczka Norry była całkiem chętna na taki wypad na miasto. Bjorn pewnie będzie u Pirory, to będzie można z nim pogadać jak już tam wrócą. Więc można było zacząć od rozmow z Gezacktem. No i przydałoby się coś zjeść bo od tego gadania i chodzenia po mieście, to już brzuchy przypominały o swoich potrzebach.
                                  - No wykosztowałeś się na Czerwoną Juttę ale nie bój się. Nie będziesz jej spłacał sam. Chociaż ona taka milutka dla oka, że he he chętnie bym jej zapłacił w inny sposób. - Lars dał znać, że docenia to, że kolega mężnie wziął na siebie wszelkie koszty jakich wymagało zjednanie sobie przychylności młodej celnik. Ale poklepał go po ramieniu obiecując, że też się dołoży ze swojej sakwy. No i to, że mytniczka mu się podobała.
                                  - Z tego co Hubert mówił to ona lubi się dobrze zabawić. Przecież mówił, że tam w teatrze to by się odnalazła. I, że we trójkę z Oksaną figlowali. Może być ciekawie. Dlatego chciałam tą kajutę, może się uda mieć razem z nią. Bo przecież Heynrich jej swojej pewnie nie odda a urzędniczki to chyba nie trzymałby w ładowni razem z resztą. Ale na razie to pewnie lepiej dać jej geldy. No i ja ci Egon też coś dorzucę, nie godzi się abyś wszystko płacił ze swojej kiesy jak wszyscy będziemy z tego korzystać. - Astrid też wyszła z tego spotkania w dobrym humorze. I też z nadzieją patrzyła na rejs jaki jutro powinien się zacząć, jak i na pogłębienie znajomości z młodą celniczką. Tak szli w górę Salt, rozmawiając we trójkę. Najpierw o tym co ustalili z Wagnerem a potem i o innych sprawach. Aż doszli do “Trzech gwoździ”. Była pora obiadowa więc było sporo osób. Ale nikogo znajomego. Była okazja aby zamówić sobie coś do jedzenia. Dania bazowały na rybach, jajach i plackach ale cóż, to była zwykła tawerna.

                                  Egon i kultyści

                                  Siedzieli już przy talerzach i misach, gdy do środka wszedł Silny i Burgund. Mięśniak nie omieszkał sprowokować konfliktu trącając kogoś ramieniem. Ten odwrócił się gwałtownie jakby chciał od razu wlepić napastnikowi. Ale jak zorientował się, że z pogardą patrzy na niego łysol ze dwa rozmiary większy to po chwili cichych kalkulacji, spuścił wzrok i uznał, że jednak ma coś pilnego do załatwienia gdzie indziej. Łotrzyca przewróciła oczami w oznace irytacji i klepnęła kolegę aby poszedł do wskazanego stołu. W międzyczasie bowiem zdążyła wypatrzyć biesiadującą trójkę.

                                  - A co zrobimy jak nas nie napadną? - Lars zagaił dwójkę swoich sąsiadów. - Jutta mówiła, że nie wszystkie barki są napadane. Tylko niektóre. To ma sens. Jakby rzezali wszystko jak leci to by się zrobiła blokada morska. Ha! Blokada morska na rzece! A to mi się udało! - Zarechotał rozbawiony własnym żartem. Astrid też się zaśmiała ale dyskretniej.
                                  - No tak. Jak nas nie napadną, to pewnie cało dopłyniemy do Saltmundu. A obiecaliśmy Hubertowi, że pozbędziemy się tego ładunku materiałów jego konkurenta. Wagner nie pozwoli ich przecież wyrzucić za burtę. Przecież z tego żyje no i zaszkodziłoby to jego reputacji. - Astrid pokiwała swoją blond głową na znak, że pamięta o czym rano rozmawiali z Grubsonem.
                                  - Można by go spalić. Wtedy po kłopocie. - Silny wzruszył obojętnie swoimi wielkimi ramionami. Brwi dwójki Norsmenów, uniosły się ze zdziwienia.
                                  - Silny jak podpalimy ładunek to może się cała łajba zjarać. A my będziemy na niej. Poza tym dobrze by było jakbyśmy przejęli tą łajbę. Zwłaszcza jak się nie trafi nam żadna inna. - Morski łupieżca starał się mówić łagodnie aby dobitnie. Jakby nie chciał rozdrażniać chłopaka z ferajny ale też przypomnieć mu po co w ogóle płynął w ten rejs.
                                  - A kto ci każe go podpalić w trakcie rejsu? - Łysol uśmiechnął się chytrze. I ponownie brwi dwójki przybyszy z północy skoczyły do góry. Tym razem z zaciekawienia. - Przecież można go podpalić już w Saltmundzie. Albo jak będziemy już dopływać. Tak by nie musieć skakać za burtę bo pożar. - Mięśniak popatrzył na nich po kolei, zadowolony ze swojego pomysłu.
                                  - A jak wrócimy tutaj jeśli “Jutrzenka” pójdzie z dymem? Zresztą przecież załoga pewnie zacznie gasić pożar. - Astrid zagaiła go o więcej detali. Silny znów wzruszył ramionami i bez ceregieli złapał za ramię przechodzacą kelnerkę. Ta pisnęła ale nie dała rady się wyrwać jego uciskowi. Kazał jej przynieść sobie grzańca z miodem i na zachętę klepnął mocno w tyłek aż znów zapiszczała.
                                  - Nie da się zjeść ryby i mieć rybę. Albo - albo. Przecież po rzece co chwila pływają jakieś statki a tym bardziej z Saltmundu. Jakiś się znajdzie co płynie tutaj z powrotem. - Wyjaśnił bez ceregieli i widać, że nie brał tego za zbyt poważną trudność.
                                  - No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.

                                  Egon, ferajna i Gezackt

                                  Już od jakiegoś czasu siedzieli przy stole, gdy do środka weszło z pół tuzina oprychów. I wiotka, blondwłosa Martin, w zielonym kubraku, w ogóle do nich nie pasowała na pierwszy rzut oka. A jednak szła z nimi jakby byli jedną bandą. A przewodził im Gezackt. Zajęli jakiś stół ale gdy Lars gwizdnął aby zwrócić jego uwagę. Gdy herszt milicjantów ich dostrzegł pokiwał im głową na przywitanie. Jeszcze chwilę coś pogadał ze swoimi po czym z Szybkim, ruszyli w ich stronę. Po chwili, we dwóch, siedział już razem z nimi.

                                  • No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                                  Czas: 2519.07.28; Wellentag; południe
                                  Warunki: półmrok, cicho, nieprzyjemnie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                                  Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa

                                  Po wizycie bretońskiej milady, Heinrich miał dzień wolny. Po zastanowieniu się, uznał, że dobrze by było przejść się do apteki Sigismundusa. Ta mieściła się w niezbyt zadbanych, południowych rejonach miasta więc miał do przejścia kawałek. Dobre było to, że nie musiał się spieszyć. Gdy wyszedł z kamienicy, powozu von Mannlieb już nie było. Za to doleciał całkiem znajomy, monotonny szum koła garncarskiego. Widocznie Frida miała kolejny dzień pracy co nie powinno dziwić. Jakoś musiała zarobić na chleb i podatki. Zostawił ją i jej warsztat za sobą i ruszył przed siebie. Po raz kolejny odkrył, że jego metalowa noga, nie została stworzona do długich spacerów. Dotarł jednak na miejsce.

                                  Front apteki był opustoszały a drzwi i okiennice zamkniętę. W środku dnia to wróżyło, że Sigismundus, zapewne nie wrócił jeszcze do miasta. Ale kultysta wiedział, że to nie musiało oznaczać, że lokal stoi całkiem pusty. Zgodnie z instrukcją jaką niegdyś odebrał na jednym ze zborów, musiał przekuśtykać na sąsiednią ulicę. Wąską, mroczną i zaniedbaną. Jednak i tak wyglądała uroczo w porównaniu do tego co czekało na byłego łowcę heretyków za zardzewiałą furtką. Podwórze wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Jakieś łajno po jakim chodziły muchy i larwy tu, połamane skrzynie tam, resztki chyba rur, popękane butelki. No i błoto. Ono sprawiło mu największą przeszkodę. Buty głęboko się w nie zapadały, w najgłębszym miejscu aż do połowy łydek. To pełne upadku, rozpaczy i rozkładu podwórze, wyglądało jak naturalny ołtarz poświęcony Ojczulkowi. A brudne, lepkie błoto wyglądało tak ohydnie, że nikt rozsądny, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wreszcie jednak przebrnął przez nie i zdołał zapukać umówionym sygnałem w tylne drzwi budynku. Przez chwilę nic się nie dzialo. Kamienica wyglądała na opuszczoną tak samo jak od frontu. Jednak w końcu usłyszał skrzypnięcie zamka i pojawiła się szczelina między drzwiami a futryną. Wciąż jeszcze zamknięte na łańcuch. Z wnętrza dojrzał nagi podbródek jakiejś zakapturzonej postaci.
                                  - A to ty. To poczekaj. - Spod kaptura doszedł go młody, kobiecy głos. Drzwi na chwilę zamknęły się aby można było zdjąć łańcuch. I po chwili gospodyni wpuściła go do środka. Wszedł do kuchni a ona zamknęła drzwi na zasuwę a potem odwróciła się ku niemu i zdjęła kaptur. To była Lilly. Mutantka o liliowych włosach. Gdy była w długiej spódnicy tak jak teraz, to jej sromota nie była widoczna. Ale widział ją całkiem bez ubrania gdy figlowała na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach a i wcześniej w lochu Pirory mu się zdarzało. To wiedział, że od pasa w dół, bardziej przypomina zwierzoludzia niż człowieka.
                                  - To chodź do środka. Chcesz się czegoś napić? Mamy kompot. I chyba jakieś wino. Otto ostatnio kupił i przyniósł jak tu był. - Lilly zaprosila gestem do środka. Wskazała na piec i szafki, gdzie proponowała gościowi coś do picia. Jednak szybko przejęła rolę przewodniczki. Zresztą ze środka przyszła Dorna. Jej współplemieniec z Jaskini Odmieńców. Tylko z szarą cerą i włosami w formie kolców nie mogła się swobodnie poruszać po mieście tak jak jej koleżanka. Teraz z zaciekawienia przyszła sprawdzić kto przyszedł ale widać było, że jest dość wycofana i ładniejszej koleżance zostawia prowadzenie rozmowy.
                                  - Widziałeś co się stało? Jakie dorodne czerwie do nas przyszły? Chcesz zobaczyć? Chodź! - Lilly dość szybko zmieniła temat rozmowy na ten jaki ją wyraźnie ekscytował. Szara mutantka też pokiwała głową i uśmiechnęła się nieśmiało. Obie wyglądały jakby koniecznie chciały się czymś pochwalić. Zaprowadziły go z kuchni na zaplecze, potem schodami w dół, do piwnicy. I krótkim korytarzem do ostatniego pomieszczenia. Tu zastał tą starą wiedźmę z Norsci. Wyglądała jak ożywiony, stary, szary gałgan. A jednak na jego widok zmarszczyła brwi i wysłuchała obu mutantek.
                                  - No w sumie to czemu nie. - Uznała i od razu wyczuł, że chociaż dopiero co przybyła do miasta, to jednak obie młodsze kobiety, uznają jej autorytet i wiedzę. Starucha dała mu znak aby poszedł za nią do lewej celi. W niej była cała hodowla much. Klatki z dorosłymi insektami. Te mniejsze były wielkości kota a te większe średniego psa. No i miały tłuste, pękate korpusy, że aż dziwne było, że ich wiotkie skrzydła mogą je unieść. Chociaż proporcje miały chyba podobne do zwykłych much. Zaś w skrzynkach trzymano czerwie i kokony, oraz różne stadia pośrednie. Właśnie do takiej skrzynki, zaprowadziła go starucha a dwie młode mutantki też były podekscytowane ale pozwoliły aby mógł obejrzeć coś co one już widziały.
                                  - Zobacz. - Wiedźma wskazała do wnętrza pudła i odsunęła się aby mogł tam zajrzeć. W środku były dwa czerwie. Wiły się i pulsowały jakby badały wnętrze swojego pomieszczenia. Ale były ogromne! Takich dużych jeszcze nie widział. Nawet te jakie nazywali dużymi a były w sąsiedniej skrzynce, były ze dwa razy krótsze i mniej masywne. Te dwa miały rozmiary dwóch, dorodnych szczupaków. Trójka kobiet dała mu chwilę aby im się przyjrzał.
                                  - To od tej Bretonki. Wczoraj rano urodziła. Zobacz jakie wielkie! Tak dorodnych jeszcze nie mieliśmy. No sam, zobacz, te obok to są te duże. A te są o wiele większe! Szukałam w zapiskach Sigismundusa i Mergi ale tam nie ma nic, że mogą rosnąć tak duże. O tych małych i dużych co mieliśmy już wcześniej to tak, to było opisane, że takie mogą urosnąć. I ten etap kokonów i dorosłych much też mniej więcej się zgadza. Ale o tym, że mogą być aż tak wielkie to nic nie było! A tu zobacz jakie dorodne. - Starucha była nie mniej podekscytowana jak jej dwie, młode towarzyszki. Jednak były łowca kultystów na własne oczy widział różnicę w rozmiarach. Te dwa nowe czerwie, wydawały się z całkiem innej kategorii wagowej.

                                  • Będę musiała robić zapiski. Jeśli będą się rozwijać podobnie jak te zwykłe, to zapewne dłużej będą przechodzić proces poczwarki niż one. Bo i ciąża z tą Bretonką chyba była dłuższa niż zwykle. To by się zgadzało. Chociaż nie jestem pewna. Otto ją zasiał ale nie tutaj, tu nie ma dokładnych zapisków więc domyślam się, że około tygodnia albo dłużej. Ależ to ma potencjał! Jeśli są tak wielkie jako czerwie to aż trudno oszacować jak będą wielkie jako dorosłe osobniki! - Raisa była zachwycona i bardzo ożywiona tą sytuacją. Jak hodowca któremu się trafił wyjątkowy okaz jaki może dać początek nowej, szlachetniejszej i wspaniałej odmianie rasy. Wzrok też miała rozpromieniony jak fanatycy religijny podczas jakiejś błogosławionej wizji. Ale nagle opuściła go na gościa i podeszła zaskakujaco blisko.
                                    - Wiesz co to oznacza Heinrich? Tą Bretonkę trzeba zasiać jeszcze raz. Tyle ile się tylko da. Musi nam urodzić jak najwięcej i jak najszybciej więcej takich dorodnych czerwi. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy wyczyn i będzie zdolna go powtórzyć. - Raisa, podobnie jak Sigismundus, zdawała się patrzeć na tą hodowlę jak hodowca. A na nosicielki jak na klacze rozpłodowe zdolne do wydania na świat obiecującego potomstwa. A poza tym przecież ich spiskowa rodzina miała konkretne plany co do tego potomstwa.

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                                  Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
                                  Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                                  Heinrich, Petra i Fabienne

                                  Heinrich zdążył wrócić do siebie w samą porę. Pogodne wcześniej niebo, zasnuło się chmurami i nie było wiadomo, czy nie zacznie z nich padać. Gdy zbliżał się do klatki schodowej kamienicy w jakiej mieszkał, znów słyszał szum koła garncarskiego. Nawet jak z tego miejsca ani swoich okien, nie widział samego zakładu. Miał dość czasu aby złapać oddech i odpocząć po tej przechadzce do południowych dzielnic. Co prawda z Fabienne, nie umawiał się na konkretny moment. Ale z tego co mówiła rano, to należało się spodziewać, że skończy swoje sprawy w teatrze raczej bliżej kolacji niż obiadu. A skoro chodziło o damy ze śmietanki towarzyskiej to raczej nie miały one sztywnego grafiku jak na statku, klasztorze czy wojsku.

                                  W końcu usłyszał za oknem powóz jaki się zatrzymał. Gdy wyjrzał przez okno dostrzegł dwie eleganckie szlachcianki jakie z niego wychodziły. Jedna czarnowłosa i bladolica a druga świetlista blondynka. Po chwili zniknęły mu z oczu gdy weszły do klatki schodowej. Aż usłyszał pukanie do swoich drzwi. Gdy je otworzył stały przed nim Fabienne von Mannlieb i Petra von Schneider. Blondynka wyglądała na podekscytowaną i z trudem to ukrywała. Kultystka była bardziej opanowana i skoro ona miała być ich przyzwoitką, to ona zaczęła rozmowę.
                                  - Bonjur Heinri. - Lekko skłoniła swoją głową z ufryzowany, czarnymi lokami aby się przywitać. Przez co wyglądało jakby się dzisiaj pierwszy raz spotykali. Znów pozwoliła aby jej bretoński akcent nie został przegapiony. - Właśnie z Petrą wracamy z teatru. I tam rozmawiałyśmy o pomocy i wsparciu dla zasłużonych weteranów Imperium. No i Petra była zachwycona pomysłem aby ten nowy, szczytny cel, zacząć od ciebie. - Von Mannlieb umiejętnie odgrywała swoją rolę aby dać całej ich trójce pretekst na to nieformalne spotkanie. Chociaż prywatnie to rozmawiali o tym już wczoraj.
                                  - Witaj Heinrichu. Mam nadzieję, że ci się nie narzucamy i się nie obrazisz za taką wizytę. - Petra ochoczo pokiwała swoją blond głową i wskazała na koszyk jaki trzymała w dłoni. Wyglądał jak na piknik dla dam z wyższych sfer. Jakby nie chciała przychodzić na taką wizytę z pustymi rękami.

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kwietna 14; teatr
                                  Czas: 2519.07.28; Wellentag; popołudnie
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; sła.wiatr; chłodno (0)

                                  Otto, Pirora, Odette, Kamila i Aliona

                                  Sandały klepały w bruk ulicy gdy jednooki mnich raźno nią szedł. Miał tyle do załatwienia od samego rana a była dopiero połowa dnia! Najpierw poranne spotkanie z łysym mięśniakiem jaki złapał go gdy szedł do hospicjum. Silny chciał wiedzieć dlaczego kolega go szukał wczoraj. Potem samo hospicjum. Prawie z miejsca trafił na brata Ludwika. Był na czworakach bo szorował podłogę. Podniósł głowę aby zobaczyć kto mu śmie robić ślady na świeżo wyczyszczonym kawałku ale jak zobaczył kto to się rozpromienił. - Pochwalony bracie Otto. To prawda? Ona nas odwiedzi? Osobiście? - Zresztą nie tylko młody mnich był podekscytowany myślą, że sama Słowik Północy odwiedzi ich skromne progi. A i w hospicjum widać było sprzątanie jakby sam burmistrz albo wielki kanonik, miał przybyć w odwiedziny. Wśród tych bardziej zakorzenionych w rzeczywistości pacjentów, wyglądało to podobnie. Niklas też go zapytał o to samo. Jakby nie mógł uwierzyć, że sławna śpiewaczka przybędzie w to niezbyt wesołe miejsce. Śniadanie było jednak jak zwykle. Chociaż jak Otto miał zdążyć na 9 dzwon do Lebkuchenów, to musiał się pośpieszyć. Potrzebował uzyskać zgody przeora. Ten nie wyglądał na zachwyconego ale skoro chodziło o dobrodziejów Lebkuchenów i ich uzdrowioną przez Otto córkę, to dał mu wolne aby załatwił z nimi co potrzeba. Potem była sama wizyta u cukierników. A właściwie u pani Lebkuchen i panny Lebkuchen bo głowy rodziny nie było w domu gdy tam przyszedł. W zamian, Teofano pokazała mu Gelę. O jakiej myślała i jako przyszłej kochance i muszej matce. Tylko niezbyt wiedziała jak się do niej zabrać i tu prosiła o radę mnicha.

                                  Wizyta u Lebkuchenów okazała się całkiem pracowita. Ale jak od nich wyszedł to miał okazję wykorzystać to wolne od przeora aby udać się na poszukiwanie dwóch pozostałych muszych matek. Obie szlachcianki mieszkały w najdroższej, Północnej Dzielnicy. Więc po drodze od cukierników, mógł zajść do Pirory aby zasięgnąć języka. Jej ani ich obu kochanek nie zastał ale dowiedział się od jej zaufanej pokojówki, że rano była tu lady von Mannlieb i potem obie pojechały do teatru. I służka spodziewała się, że pewnie spędzą tam sporą część dnia. Teatr i tak był po drodze do rezydencji i von Mannliebów i van Zee więc też miał po drodze. Wstęp do środka był otwarty i w danwej sali głównej tawerny, wciąż były ustawione krzesła i ławy dla widzów. Podobnie jak w zeszłym tygodniu na próbie chóru jaki w nieoficjalnej części, przerodził się w figle w dawnych pokojach dla gości. Obecnie w większość miejsc była pusta. Scena też. Trwały jednak jakieś prace z inscenizacją, widać było jakiś ruch. Musiał przejść na zaplecze i tam dopiero usłyszał bardzo melodyjny, czysty, kobiecy śpiew. Gdy poszedł jego śladem, trafił na pomieszczenie gdzie zastał czworkę dam. Kamila, Pirora i Odette przysłuchiwały się i podziwały występ Aliony. Leśna elfka dawała żywy przykład, że ta opinia o uzdolnionych, elfich bardach nie są przsadzone. Śpiewała jakąś pieśń, grając jednocześnie na lutni. Nie tylko trzy szlachcianki dały się ponieść czarowi jej talentu. Siedziały lub stały, trochę tyłem lub bokiem do elfki więc w pierwszej chwili go nie zauważyły. A gdy ta skończyła, to zaczęły jej bić brawo.
                                  - Merveilleux! Merveilleux! - Odette była zachwycona i wcale nie omieszkała wyrażić to dla innej artystki. W tym zamieszaniu Pirora dostrzegła Otto. Podeszła do niego z łagodnym uśmiechem aby się przywitać i zapytać co go tu sprowadza.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine jako Egon Herschkel
                                    Developer
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #318

                                    Egon i kultyści

                                    - No czasem to się zdarza, że jak celnik znajdzie jakieś robactwo czy inny syf w towarze, to każe go wyrzucić za burtę. No ale gdzie my takiego celnika znajdziemy co by tak zrobił z akurat tym towarem co chcemy…- Burgund powiedziała to w udawanej zadumie, uśmiechając się chytrze do towarzyszy. Sama przechwyciła kolejną kelnerkę ale o wiele łagodniej i płynniej. Wysunęła ramię aby zwrócić jej uwagę i gdy ta zwolniła a w końcu zatrzymała się przy niej, skusiła ją gestem palca aby się nachyliła. Wtedy i ona i koledzi, mieli wgląd w jej przyjemny dla oka dekolt a łotrzyca wyszeptała jej do ucha swoje zamówienie przy okazji głaszcząc ją po ramieniu. W końcu gdy tamta poszła, mogli wrócić do rozmowy.

                                    Egon przez pewien czas przysłuchiwał się rozmowom w milczeniu. Rzekł:

                                    – Za taki kawał żeliwa, to nie dość, że ma się nas słuchać na pokładzie i nie gadać niczego, jak będziemy go przejmować, to jeszcze miałaby się oddać wszystkim i do tego przygrywać na lutni – prychnął. – Dużo żeśmy zapłacili… Ale rzecz i warta swej ceny.

                                    Tu zwrócił się jeszcze do Silnego, który podjął sprawę spalenia ładunku:

                                    – Jak nas ci piraci rzeczni nie zaatakują, sami przejmujemy okręt na samym końcu. Jutta nie będzie musiała wiedzieć. Nie od razu. Przy końcu rejsu powiemy jej, co się będzie święcić. Ładunek szkoda by wywalać za burtę; wszak Strupas albo kto inny z naszych mógłby znaleźć jakiegoś sensownego pasera, który sprzedałby ten towar kupcom z Dietershafen. Szkoda by rzecz palić, lepiej by na niej zarobić. Albo kto wie? Może Hubert odkupi od nas to wszystko na materiał?

                                    Dodał jeszcze:

                                    – Przy przejmowaniu statku lepiej będzie, żeby całą załogę zniewolić – rzucił pomysłem w przestrzeń. – Branców będziemy mieli zara na początku, a i łatwiej będzie sprzedać statek bez załogi. Powiemy, żeśmy go znaleźli, ha.

                                    - Trudno powiedzieć jaka ona jest, ta Jutta. Dopiero co ją poznaliśmy. Z tego co mówił Hubert to jest skora do zabawy. I to nawet takiej jak tydzień temu w teatrze. Chyba by mogła przymknąć oko na jakiś przemyt aby akurat patrzyła w drugą stronę. Ale poza tym to nie wiadomo na co by się zgodziła albo nie. - Astrid mówiła zadumanym głosem. Wydawało się, że atrakcyjna celnik przypadła jej do gustu, ale nie była pewna czego się po niej spodziewać na grubsze akcje o jakich myśleli.
                                    - Ee. Żaden problem. Zawsze można jej dać kosę w żebra, pałą w łeb, i za burtę. Albo jest z nami albo przeciwko nam. Tak to jest jak się bierze kogoś z zewnątrz. Takie ryzyko. Trzeba się liczyć ze stratami. - Silny wzruszył ramionami i los mytniczki wydawał mu się dość obojętny.
                                    - No trochę by szkoda było. Zapowiada się całkiem ciekawie. Może by mogła do nas przystąpić na stałe? Kiedyś, później. Nie dość, że byśmy mieli przednią pannę do zabawy, a przecież Hubert mówił, że się z nią można ładnie zabawić, to jeszcze byśmy mieli swojego mytnika na rzece. A taki mytnik to może nam się jeszcze przydać. A zresztą, Silny, ty to na wszystko masz jedną odpowiedź, pałą w łeb i do wora. Czasem to się przydaje trochę finezji i pomyślunku. - Burgund nie była taka pewna czy należało od razu myśleć o likwidacji celniczki, jak to sugerował łysol. I znów dała o sobie znać, antypatia jaka dzieliła obie łotrzyce i mięśniaka. Chociaż z miedzianowłosą nie przybrała tak drastycznej formy jak z Łasicą.
                                    - Egon ale jak ty chcesz przejąć łajbę, tak aby nasza ślicznotka w spodniach się nie zorientowała? - Lars pokiwał głową ale na razie zwrócił się do kamrata. - Widziałeś, to nie jest duża łajba. Zwykła barka rzeczna. Jak komuś damy w zęby czy wyrzucimy za burtę to może Jutta tego nie zauważy, ale jak całą załogę to nie wiem jak. A czy wtedy będzie nam spolegliwa czy nie, to nie wiadomo. Za sakiewkę, nie wszystko można kupić. - Norsmen też nie był pewny jak może zachować się Jutta w razie drastyczniejszych akcji. Bo też ją poznał dopiero dziś rano. - A materiał tak, najprościej jest wyrzuć za burtę. Oczywiście wtedy przepada. Można też spróbować przejąć i sprzedać. Ale to już by było nieco chodzenia. Wiesz, trzeba by samemu kupca znaleźć albo oddać po taniości do jakiegoś składu, tak na szybko. I albo w Saltmundzie albo przypłynąć z nim i sprzedać tutaj. Chyba, że coś po drodze się trafi. - Pod względem opchnięcia lewego towaru, był zdania, że pozbycie się go na rzece byłoby najszybsze i najprostsze. Chociaż też bez żadnego, dodatkoweogo zysku. Inne opcje już wymagały aby poświęcić im uwagę.
                                    – Niby jak miałbym przejąć statek, żeby inni nie widzieli? – zapytał Egon, który do tej pory myślał, że cała rzecz z przejęciem statku będzie jawna, bo innej opcji nie mieli. – Niby co byśmy mieli zrobić? Uwięzić szypra, zarżnąc paru kmiotków, żeby się nie buntowali? Jak byśmy wytłumaczyli Juttcie, że nie płyniemy zwykłym traktem, jeno odbijamy do jakiejś meliny, co żeśmy ją wyrychtowali albo na bok?

                                    Brodacz skubnął swą brodę. Dotychczas opcja inna niż siłowe przejęcie statku i terroryzowanie załogi nawet nie wchodziła dla niego w rachube.

                                    – Może jeśli byśmy zamknęli tego szypra gdzieś i byśmy przekonali załogę, że gadamy w jego imieniu – wzruszył ramionami. – Inaczej to nie wiem jak. A Jutta zebrała tyle szmalu, że nie może nas zdradzić. Inaczej z węgorzami się będzie witać o świcie – dodał, biorąc w rozrachunek, że chytra portowa baba mogła chcieć ich wpuścić w maliny.
                                    - Po prostu to, że ją bierzemy na pokład, ma swoje plusy i minusy. Na plus jest to, że skoro mytnik jest na pokładzie, to inny raczej nie powinien koło nas węszyć. Może nam się przydać, gdyby była nam przychylna, do różnych numerów. W końcu jest urzędnikiem. Powie, że towar jest trefny i leci za burtę, to leci. Bez niej, takiego numeru nie będziemy mogli zrobić. Ma też szablę u boku, nie wiem jak umie nią machać, ale gdyby doszło do walki, to zawsze jeden miecz więcej. No i gibko wygląda i umie z tego korzystać, to zawsze może nam osłodzić podróż. - Norsmen zaczął wymieniać zalety, jakie dostrzega w tym, że będą podróżować z młodą mytniczką. Dał chwilę, twarzystwu aby to przetrawili, zanim zaczął ciągnąć dalej.
                                    - No ale mogą być też minusy. Nie znamy jej więc nie wiemy jaka jest pod skórą. Nie wiemy czy będzie nam utrudniać jak na przykład byśmy zaczęli rzezać załogę. Albo wzięli ją pod nóż. Nie wiemy co by zrobiła, jakbyśmy chcieli tą łajbą popłynąć tu czy tam a nie do Saltmunda jak to jest ustalone. Nie wiemy co by zrobiła jakbyśmy sami napadli na jakiś statek czy osadę. Bo jej nie znamy i nie wiemy co ma pod skórą. - Morski łupieżca, dla równowagi wymienił te punkty jakie trudno było obecnie przewidzieć zachowanie celnik.
                                    - Jak będzie sama a nas cała banda to sama raczej nam się nie postawi. Przynajmniej jak ma trochę oleju w głowie. Ale nie wiadomo co zrobi jak już przybijemy do jakiegoś portu. Wtedy tracimy ją z oczu i nie wiada jak będzie. Ja dla pewności to bym jej dorobił drugi uśmiech na szyi. Jak już przestanie być potrzebna. Wtedy wiadomo, że nas nie wyda. - Silny jak zwykle, optował za brutalnym i najprostszym rozwiązaniem.
                                    - Ty to jak zwykle. - Burgund pokręciła głową z niezadowolenia. - Ja bym była za tym aby się z nią zaprzyjaźnić. Może nam się przydać a i na wesolutką wygląda. A jak się z kimś przyjaźnisz a nawet chędożysz, to trudniej się donosi do straży. - Łotrzyca z kolei, preferowała inne metody i też popatrzyła po reszcie jak się do tego mają.
                                    - Ale są jeszcze ci piraci. Czy co tam napada na te łodzie. A jak nas jednak napadną? - Astrid też była ciekawa co z tym wątkiem napaści.
                                    – Ta, też tak gadam – Egon zgodził się, pociągnąwszy solidny łyk. – Ma nas osłaniać przed wzrokiem mytników podczas rejsu. Ale jak przejmiemy statek, to z towarem możemy zrobić wszystko i nikt nam nie podskoczy. Nie, towar to nie jest problem…

                                    Egon pokręcił głową.

                                    – Moglibyśmy ją jeszcze wybadać, jaka jest. Zostało nam do końca dzisiaj. Zaprosimy ją na grzańca i inne swawole. Jak się sprawdzi, zostanie z nami. Jeśli nie, ją pierwszą poślemy na dno podczas przejęcia korabia, nie inaczej. Co myślicie, kompania? Ja bym tak zrobił, Łasica i Burgund ją sprawdzą w ten albo drugi sposób. Mogłaby nam pomóc przejąć statek. A jeśli nie… Wiadomo.
                                    I dodał:

                                    – Jak dla mnie, największy problem to przejąć statek. Jak nas zaatakują, to żaden problem, wyczekamy, aż się wykrwawi załoga. Walczyć będziemy tak, żeby odeprzeć, ale nie będziemy chronić tych drabów na pokładzie, jeno rugać piratów będziemy i siebie samych chronić będziemy. Jeśli nie zaatakują nas, szypra zamkniemy pod pokładem i spróbujemy wykpić się z załogą, a koniec końców terrorem ich zmusić, żeby płynęli z nami. Ano… Moglibyśmy popłynąć do miejsca, gdzie się spotkaliśmy z Munirem – zaproponował. – Tam korab można by sprzedać i do czasu go ukryć.

                                    - Hej! A dlaczego to Łasica i Burgund mają się zabawiać z Juttą? A ja? - Astrid uniosła się, jakby nieco uraziła ją propozycja gladiatora. Co jednak wywołało złośliwe rechoty u kolegów. Silny i Lars, śmiali się do rozpuku. Łotrzyca też ale starała się być dyskretniejsza od ich obu. W końcu troskliwie wzięła córkę jarla za ramię i uśmiechnęła się do niej życzliwie.
                                    - Oj Egon tak tylko ogólnie powiedział. Przecież jak będzie w łożu miejsce dla mnie, Łasicy i Jutty, to i dla ciebie się znajdzie. A może jak ją razem urobimy to i będzie nam przychylniejsza. - Dziewczyna z ferajny o miedzianych włosach, starała się udobruchać koleżankę z północy. I nawet jej się udało, bo blondynka w końcu też się uśmiechnęła jak dotarło do niej, że nie będzie wyłączona z tej zabawy.
                                    - I nie bądź taka pazerna Astrid. Coś słyszałem, że chciałaś dzielić kajutę z Juttą. No to jeszcze będziesz miała okazję się z nią poznać. Zobaczcie jaka pazerna. Helga ma być jej, te cztery ze wsi też, teraz ta mytnik. Co ty taka chciwa jesteś? - Lars przybrał nieco ironiczny ton jakby chciał przypomnieć koleżance jej wcześniejsze zapędy.
                                    - Jestem córką jarla, to muszę mieć odpowiednią oprawę i świtę. I dobrze by było jakbym wróciła do domu otoczona takimi damami dworu. One są cenniejsze niż zwykłe niewolnice. - Astrid za to odparła mu bez wahania, w nieco przerysowany sposób przez co wyszło to dość żartobliwie.
                                    - Akurat u nas to ladacznic jest pełno. To nudzić się chyba nie bedziesz. Ale nie wiem, czy któraś będzie chciała popłynąć z tobą na północ. Tam tylko śnieg i góry. - Silny też wydawał się być rozbawiony tym małym wtrąceniem. A gdy wspomniał o ladacznicach, wyraźnie spojrzał na Burgund. Ta uśmiechnęła się, jakby wcale nie traktowała tego jak obrazy.
                                    - Na razie jesteście u nas w gościach, to się możemy zabawić na miejscu. A pomysł Egona mi się podoba. Możemy pójść do Jutty i ją zaprosić na figle. Najlepiej do nas, do “Mewy” to pewnie by jeszcze Łasicę udało się zgarnąć. Jak to co mówił Hubert o Juttcie to prawda, to chyba powinna być chętna na taką biesiadę. - Łotrzyca wskazała na brodacza a sama dała wyraz poparcia dla jegoo pomysłu.
                                    - Dobra, może być. Ale wracając do tego statku. - Lars skinął głową, ze nie widzi przeszkód przed miłym spędzeniem ostatniego wieczoru w mieście, jednak chciał jeszcze pogadać i jutrzejszym rejsie. - Dla nas to chyba nawet lepiej, jakby nas napadli ci piraci. Tak czy siak, byśmy zdobyli jeden statek. No wiadomo, ktoś może przy tym oberwać, no ale trudno, takie jest ryzyko jak płyniesz na łupiestwo. - Popatrzył najpierw na gladiatora a potem na resztę.
                                    - Ja bym proponowała dać sobie na wstrzymanie przez pierwszy dzień rejsu. - Burgund też spoważniała i popatrzyła bystro na towarzyszy. - Bo nie wiadomo co z tymi piratami. Ale mają napadać gdzieś w połowie drogi między nami a Saltmundem. Czyli pewnie pod koniec pierwszego dnia rejsu albo z rana następnego. Albo w nocy. No to jeden dzień to chyba możemy poczekać na to co się stanie nie? Bo do stolicy to płynie się dwa, czasem trzy dni. Z powrotem trochę krócej bo z prądem się płynie. - Burgund była ciekawa co na to powiedzą.
                                    – Jeśli chcecie do łoża wejść we czterech, wasza rzecz – rzekł Egon na uwagę Astrid. – Po mojemu, możecie tam ją obracać wedle tego, jaki humor macie. Ba! Jeśli taka wola, dupczyć można oną Juttę we troje, jeno ciasno nieco będzie. Ale najważniejsze, to wybadać ją… I zmiękczyć nieco. Zwykłych luda z ulicy może i by zostawiła, ale jak już kto ją zbałamuci i odwróci na swą stronę, to nie tak prosto skrewi. Kto wie, może i jakim sekretem się z nami podzieli?

                                    I dodał do wypowiedzi Larsa:

                                    – Ani chybi, trza nam poczekać, aż przepłyniemy ten najgroźniejszy odcinek – gladiator zgodził się, a na jego oblicze wstąpił ponury uśmiech, kiedy ciągnął. – Pierwszy dzień robić nic nie będziemy, jeno zgrywać grzecznych najemników, co wzięli ino sześć karli-franzów za dzień roboty. Naznaczmy dzień i czas: drugiego dnia pod wieczór sami zaatakujemy. W ony sposób zostawimy rzecznym piratom aż nadto czasu, żeby zaatakowali. Pod koniec drugiego dnia będziemy pewni, że mamy czysto.

                                    Imaginowawszy sobie te zdarzenia, ciągnął:

                                    – Jutta osłoni nas przed mytnikami później, kiedy już krypa będzie nasza. Ale potem zawinąć do portu przeznaczenia już nam lza nie będzie. Trzeba będzie ukryć gdzieś statek do czasu, kiedy go nie sprzedamy. Gezackta zostawimy gdzie w pobliżu portu, żeby na lądzie mógł zejść, skoro tak wody nie cierpi. My zaś popłyniemy dalej i ukryjemy go. Najlepiej by było, gdyby od razu korab sprzedać, ale przecie to nie wór z ziemniakami. Nie tak łatwo znajdziemy na niego kupca, myślę.

                                    - No tak, w morze tą “Jutrzenką” nie ma co płynąć. Lepiej kupić coś większego. Ale to pewnie w jeden dzień ani się nie kupi, ani nie sprzeda. - Norsmen pokiwał głową, na znak, że pod tym względem, ma podobne oczekiwania co kolega. - Burgund, ty jesteś tutejsza. Co radzisz zrobić? - W końcu spojrzał na łotrzycę o miedzianych włosach. Ta zastanawiała się chwilę.
                                    - Mówimy o dwóch różnych rzeczach. Ukryciu łajby i jej sprzedaży. Ukryć ją można. W górę rzeki jest starorzecze. To w jakim znaleźliśmy posąg Soren i pierwszy raz spotkaliśmy Gezackta. Można też zakotwiczyć gdzieś na wybrzeżach zatoki. Z portu nie będzie widać albo słabo. Jeszcze skuteczniej to można wypłynąć z niej i spróbować szczęścia gdzieś wśród klifów. Ale to niebezpieczne bo tam wzburzone wody i lepiej mieć kogoś kto je dobrze zna. U nas Kurt je zna no ale popłynął z Mergą do Norsci. Wlaśnie dlatego większość statków trzyma się z daleka od tych klifów. - Łotrzyca dość gładko podała parę, możliwych kryjówek dla statku w okolicy. I dała im chwilę aby to przetrawili. - No ale wtedy trudno będzie sprzedać taką łajbę. Przecież taki kupiec czy szyper, to będzie chciał wejść na pokład i zajrzeć w każdy kąt. No a takie rzeczy najłatwiej załatwia się w porcie. - Wyjaśniła im dlaczego te dwie rzeczy, uważa za sprzeczność. Lars skinął głową i widać było, że zastanawia się co z tym zrobić. Wtedy wtrącił się Silny.
                                    - Za bardzo kombinujecie. - Prychnął pogardliwie. - Nie wiadomo czyja jest ta “Jutrzenka”. Jeśli tylko tego szypra to sprawa z głowy wraz z jego śmiercią. Nie będzie zbędnych pytań jak będziemy chcieli sprzedać łajbę. Może też być jakiegoś kupca czy armatora. Wtedy no może robić jakieś trudności jeśli na czas się zorientuje, że ktoś w porcie mu łajbę sprzedaje. Ale może uda się namówić aby ją odkupił. Powiemy mu, że jak nie zapłaci to łajba będzie miała nieszczęśliwy pożar czy co. - Mięśniak jak zwykle był za prostymi rozwiązaniami i nie lubił myśleć o ewentualnych komplikacjach.
                                    - A skoro i tak chcemy sprzedać tą “Jutrzenkę”. To nie możemy jej sprzedać w Saltmundzie? Nawet jak sprzedamy, to chyba jakoś wrócimy inną barką. Chyba. A monety mniej się rzucają w oczy niż cały statek. - Astrid rzuciła swoim pomysłem. Teraz wszyscy na stole, spojrzeli na nią.
                                    - No tak. Tylko nie wiadomo ile czasu by zajęła taka sprzedaż. Może dzień, albo tydzień. Byśmy wtedy utknęli w stolicy a mamy sporo spraw tutaj do załatwienia. - Burgund przyznała jej rację, ale dostrzegła dodatkowe komplikacje, jakie ze sobą to niosło. A póki co zakładali dość krótki wypad na parę dni, na rejs tam i z powrotem. - A z tą Juttą to ja bardzo chętnie się poznam lepiej. I masz rację Egon, jak ktoś się z kimś pofigluje to potem się lepiej spółkuje! - Roześmiała się na myśl o nowej znajomej. - A ciasnotą się nie przejmuj. Jak ona jest taka figlarna jak Hubert mówił, to damy radę. Najwyżej będziemy się zmieniać. A wy chłopaki? Nie pomożecie nam z Juttą? - Zagaiła najpierw do gladiatora ale też spojrzała jeszcze na łysego mięśniaka i Norsmena z brodą przetykaną siwizną.
                                    – Zerżnąć babę to mogę każdą, jeno im mniej brzydka, tym mniej wina trza mi – rzekł Egon, zgodnie z prawdą zresztą. – Tą Juttę obracać to możemy na wszelki sposób. Na ten przykład, no… Ciekawym był, czy mój kułak by się w jej łonie zmieścił – tu zaprezentował pięść. – Albo dwa. Albo ze trzy, moje i Larsem. Ciekawym bardzo kobiecego ciała, kamraci, czasem. Acz jako żem rzekł, sprawa to taka, aby Jutta nam spolegliwa była. Jak jej się we łbie coś zamiesza i podczas sprawunku okaże się, że stanie po stronie szypra, to marny jej los.

                                    Tu wojownik pociągnął linię na swym karku w sugestywny sposób. Postanowił wrócić do sprawy statku.

                                    – Prawdę rzeczecie, jeśli z Jutrzenką gracko się sprawimy, to nikt nie pytać będzie – przyznał. – Kiedy opanujemy statek, możemy płynąć natychmiast do portu. Jeśli naprawdę nikt go nie będzie szukał… Tak, można by kupca spróbować znaleźć. Hmm…

                                    Egon kalkulował opcje.

                                    – Moglibyśmy rzecz rozegrać dwojako – zaproponował wreszcie Egon. – Moglibyśmy dać w stolicy i Neues Emskrank ogłoszenia, że korab jest do sprzedania. A potem, uważacie, co jeśli byśmy go użyli do łowienia łyczków we wsiach wzdłuż rzeki? Gezacktowi by to pasowało, żadne otwarte morze. I ryzyko mniejsze, kiedy byśmy statek odsprzedali, to potem i nikt by nas nie rozpoznał, bo byśmy od razu przeszli na nowy. Tedy od razu byśmy ruszyli na rejzy po brańców, a rzecz z kupnem krypy na morze zrobili w miarę czasu.

                                    - To zależy, czy tam są jakieś wioski przy rzece. I jak nas będzie może dziesiątka, może tuzin albo mniej, to trzeba będzie z rozwagą polować. Bo jakby lady Soria z nami była, to co innego. Sam widziałeś jak zbałamuciła tą Hannach z wioski. Aż przebierała nóżkami aby milady ją wychędożyła. To jakby Soria z nami była, to pewnie by lżej było. A bez niej, to trzeba będzie ostrożnie podchodzić. - Norsmen nie wykluczał takiego polowania na brańców, ale zwracał uwagę, że może byś sporo zmiennych. I dało się wyczuć, że żałuję iż córki Soren z nimi nie będzie. Bo jak mieli wypływać jutro z rana, to nie było pewne, czy wężowa milady, zdążyłaby wrócić do miasta z kurhanu nekromanty.
                                    - Oj to już się zobaczy jak będziemy płynąć po tej rzece. Czy trafimy na tych piratów czy nie. Najwyżej coś się wymyśli. - Astrid była dobrej myśli i wolała nie zajmować się teraz szczegółami, jakie trudno było teraz przewidzieć. Uniosła swój kufel, aby pozdrwić nim swoich towarzyszy, zanim się z niego napiła.
                                    - No chyba coś jest wzdłuż rzeki ale już słabo pamiętam. To nie są moje okolice. - Burgund zmarszczyła brwi ale tym razem nie była pewna jak to wygląda na rzecznej trasie.
                                    - Są przystanie na rzece. Tak jak karczmy na trakcie. Tam się zwykle nocuje. Jakaś osada czy dwie chyba są ale niekoniecznie przy samej rzece. - Silny dodał coś od siebie, ciesząc się, że tym razem wie coś więcej niż kamratka Łasicy.
                                    - No a jeśli chodzi o Juttę to ja się z nią chętnie dziś poznam lepiej. Jak dziś nam z nią dobrze pójdzie, to i podczas rejsu powinna być nam bardziej przychylna. Jak da się zaprosić do “Mewy” to pewnie byśmy tam Łasicę spotkali. No to ona pewnie nie będzie wybrzydzać na taką pannę. To byśmy ją sprawiły. No a jak my to i przecież nie będziemy ten Jutty trzymać tylko dla siebie. - Łotrzyca chętnie wróciła do tematu pogłębienia znajomości z młodą mytnik. I widać było, że taki pomysł bardzo przypadł jej do gustu.
                                    – Nie możemy polegać ciągle na Sorii – Egon wzruszył ramionami. – Zda mi się, że dość roboty będzie miała z zasileniem juchy dla czarownika, a nawet jeśli i przywrócimy jego siłę, to i tak trza będzie nam jakoś opracować metodę, dzięki której złapiemy brańców.

                                    I po dłuższej chwili, dodał:

                                    – Pływanie po rzece bez planu i napadanie na byle jakie sioło zda mi się próżnym trudem. Trza by było z czasem rekonesans zrobić i zorientować się, gdzie jest najwięcej luda… I gdzie najmniej mogą się bronić. Któż wie, może jeśli byśmy odpowiednio posmarowali, to byśmy mogli zebrać nieco tych, co nam powiedzą o tym.

                                    – Hmh. No nic. To co? Idziemy do tej Jutty?

                                    ~

                                    Egon, ferajna i Gezackt

                                    – No i co powiecie wspólnicy? Jakie macie wieści? - Rozejrzał się po zebranych twarzach ciekaw jak się od wczoraj, rozwinęła sytuacja.
                                    – Wieści dobre, możesz ludzi zacząć zbierać – rzekł Egon do Gezackta. – Jutro zaraz z rana odpływamy Jutrzenką z Rybiego Nabrzeża.
                                    - No i dobrze. Ja tam ludzi mam zebranych. - Wskazał głową na stół przy jakim zostali jego towarzysze. Zaśmiał się przy tym rubasznie z zadowolenia. - Jutro rano? Do “Jutrzenki”? Na Rybim Wybrzeżu? Dobra, będę. Ilu ludzi mam wziąć? - Wyglądało na to, że od wczorajszej rozmowy chęci na ten rzeczny rejs mu nie ubyło.
                                    – Nie za dużo, żeby nic nie podejrzewali – rzekł Egon. – Weź dwóch strzelców i jednego wojaka. Od nas będę ja, będą Silny, Rune, Annika, Astrid, Lars. Nie więcej niż dziewięciu-dziesięciu chłopa trza na rejzę.
                                    - Dwóch strzelców i wojaka? - Herszt bandy spojrzał na Szybkiego i chwilę naradzali się spojrzeniami. Po czym jeszcze zerknął na stół w drugim krańcu sali, jakby zastanawiał się kogo z nich wybrać. W końcu skinął głową i zwrócił się do gladiatora. - No pewnie. Czyli ja i jeszcze trzech. Damy radę. - Uśmiechnął się jakby nie przewidywał na tym polu trudności.

                                    Egon skłonił się na te wieści.

                                    – Co do ceny żeśmy już dogadani są – rzekł. – Wkrótce przyjdę ja albo ktoś z nas i wręczy ci żeliwo na opłacenie rejsu, boć nie godzi się, żebyś za swoje pływał w naszych interesach. Ano, to co, umówieni żeśmy są?
                                    - Ano pewnie. Jak masz dla mnie żeliwo, to masz mój miecz. Tylko po rzece. Na morskie wycieczki to ja się nie piszę. - Gezackt wyciągnął swoją, sękatą dłon aby przybić umowę. Choć zrobił to samo zastrzeżenie co wcześniej, że nie ma ochoty zmieniać się w pełnomorskiego marynarza. Ale na wycieczkę po rzece to był skłonny zaryzykować.
                                    – Ano, po rzece będziemy pływać, w morze nie wypłyniemy – rzekł Egon, który powiedział poniekąd prawdę: skoro krypa nie nadawała się do pływania po morzu, będą musieli ją sprzedać.

                                    Wellentag; popołudnie; karczma “Kwarta”

                                    Egon, Burgund i Astrid

                                    Ostatecznie Silny z Larsem uznali, że nie trzeba iść całą zgrają aby zaprosić jedną pannę na balety, więc poszli do “Mewy”. Czy Egon z koleżankami by wrócił tam z Juttą czy bez, to tam właśnie mieli się spotkać. Łotrzyca uznała, że nawet jakby wrócili bez mytnik, to jeszcze jakby Łasica im doszła do zabawy, to i tak by się nie nudzili. Gladiator więc ponownie znalazł się na Placu Targowym i szedł z towarzyszkami w kierunku ulubionej karczmy strażników, wojaków, najemników i łowców nagród. Weszli do środka i rozejrzeli się. Chociaż południe już minęło, to dzień był w pełni. Wnętrze było bardziej tłoczne niż gdy byli tu wcześniej. Zapewne część strażników przyszła tu po skończonej zmianie. Znajomą celnik dostrzegli przy jednym ze stołów, chociaż innym niż siedziała wcześniej. Towarzystwo też było inne. Z pół tuzina mężczyn i poza nią, ze dwie młode kobiety co wyglądały na ladacznice. Wyglądało na to, że całkiem wesoło o czymś rozprawiają i biesiada trwa w najlepsze.

                                    Egon rozglądał się tu i ówdzie w poszukiwaniu Jutty, jednak, swym zwykłym sposobem ulicznego zbira, także i nadstawiał uszu na plotki, od których cała karczma huczała. Gdzież, na wszystkie demony, była mytniczka? Próbował ją znaleźć. Ach. Znalazł ją.

                                    – Astrid, zagadaj do niej – rzekł Egon, który stwierdził, że drugie pierwsze wrażenie dziewczyny zrobią lepiej za niego.. – Albo ty, Burgund. Wam gadka łatwiej przychodzi.
                                    Obie koleżanki spojrzały na siebie, jakby szacowały, która z nich lepiej nadaje się do tego pierwszego kontaktu. W koncu, pierwsza odezwała się łotrzyca.
                                    - Może racja Astrid, ty spróbuj. Widzę, że jakieś ladacznice to już tam mają a takiej urodziwej damy to jeszcze nie. A jakbyś potrzebowała wsparcia to daj znać, przybędę z odsieczą. - Rudowłosa dała znać, że jest gotowa ustąpić pierwszeństwa córce jarla. A ta wciąż nieco wyróżniała się wyglądem. Co prawda miała na sobie suknię jaką pewnie pożyczyła od Pirory lub którejś z jej koleżanek, więc już nie wyróżniała się tak, jak w swojej nieco staroświeckiej sukni w jakiej przypłynęła z Norsci. Jednak wciąż miała na sobie pas, miecz, broszę i ozdoby jakie kojarzyły się bardziej z jej północną ojczyzną niż tutejszymi ziemiami. Blondynka uśmiechnęła się do nich obojga i machnęła ręką.
                                    - No tak, jak jutro mam się z nią lepiej poznać w kajucie, to lepiej zobaczyć już dzisiaj, czy coś z tego będzie. - Miłośniczka sag odwróciła się aby ruszyć w kierunku tamtego stołu. A łotrzyca jeszcze zdążyła rzucić pokrzepiająco do jej pleców.
                                    - Oj z tego co Hubert mówił to powinna lubić takie zabawy. - Wyglądało na to, że też była dobrej myśli. Ale na razie została z Egonem, obserwując jak blondynce z północy, pójdzie gadka z młodą mytniczką. - Jak ją zachęci aby do nas podeszła albo chociaż nas zawoła do niej, to będzie dobry znak. - Burgund rzuciła cicho. A na drugim krańcu sali Astrid zdążyła podejść do siedzącej urzędniczki portowej. Widać było, że ta się przywitała z nią z przyjemnym zaskoczeniem, jakby dzisiaj, już się nie spodziewała jej spotkać. Córka jarla nachyliła się ku niej i zaczęła coś jej mówić do ucha. Pewnie wspomniała o czekającej dwójce, bo Jutta w pewnym momencie, spojrzała w ich stronę. Skinęła im ale dalej o czymś rozmawiały z Norsmenką. - O! - Burgund syknęła cicho bo w końcu obie podniosły się i ruszyły w ich stronę. Uśmiechały się, jakby były w dobrej komitywie. I tak dotarły do czekającej dwójki. Z bliska, młoda celnik, wyglądała na wesolutką i rozluźnioną.
                                    - I mówisz, to Burgund byłaby ta druga. - Jutta ciekawie obejrzała sobie łotrzycę i widać było, że nie jest dla niej to niemiły widok.
                                    - Tak. I jeszcze jedna koleżanka ale to już w tej drugiej tawernie. - Astrid pokiwała swoją blond głową, jakby kończyła część co rozmawiały wcześniej. Po czym zwróciła się z wyjaśnieniem do pozostałej dwójki. - Jutta mówi, że z trzema kobietami na raz, to jeszcze nie była. Więc jest ciekawa jakby to było. - Córka jarla wyjaśniła im o co chodzi. - No bo kawalerów to jak widzicie, tutaj ne brakuje. - Wskazała kciukiem za siebie, na stół z jakiego właśnie odeszły. - No ale Jutta, my też mamy kolegów, i wszyscy są bardzo jurni. - Blondynka wskazała wzrokiem na Egona jakby miał być żywym przykładem jej słów. Teraz i mytnik popatrzyła na niego. W końcu się uśmiechnęła.
                                    - No jak jurni no to się jakoś dogadamy. Byle nie stali pod ścianami jak kołki drewna na wiejskiej zabawie. - Roześmiała się, jakby nie była przeciwna zabawie z nowymi kolegami.

                                    Jak dla Egona, cała rzecz była warta świeczki o tyle, o ile można było wybadać dziewkę i jej zamiary na szykującą się wyprawę. Nawet - wojownik zuchwale myślał - można było w jakiś sposób zejść z ceny albo też skaptować ją dla Kultu, to tym lepiej. Sam nie czuł jakoś ochoty uczestniczenia w tym wszystkim, sam bowiem zamówił by sobie kwartę i piwa i pozwolił Burgund i Astrid obracać ją ile wlezie. Na to się jednak nie zanosiło, spodziewał się, że tych dwojga będzie szukać jego pomocy w dupczeniu mytniczki.

                                    – Powitać – Egon skinął głową, rad, że wstępne przełamanie lodów zostało już oporządzone przez dziewyczny. – Kołki drewna? Ba… Ja bym powiedział, że kołek mam, i to całkiem gruby.

                                    Zaśmiał się z własnego żartu.

                                    – To co? Zaczynamy? – rzucił wzrok w stronę Burgund, zastanawiając się, co rzeknie.

                                    - Jak tylko dojdziemy do “Mewy” to zaczynamy. - Łotrzyca odparła patrząc na kolegę z wesołym uśmiechem. Po czym szybko zwróciła się do celniczki. - Mnie by było bardzo przyjemnie, przyznam, że miałam nieprzyzwoite plany wobec ciebie, jak tylko cię pierwszy raz zobaczyłam dziś rano. - Komplementami, starała sobie zjednać urzędniczkę. Udało jej się na tyle, że ta roześmiała się szczerze i wzięła ją pod ramię. A pod drugie Astrid.
                                    - No też nie byłam ślepa ale wiecie jak jest. Nie przystoi abyśmy dali się ponieść swojej chuci. - Popatrzyła wesoło na ich trójkę, jakby zdradzała im jakiś sekret. Widać było, że wszystkie trzy, miały ochotę na wspólne spędzenie młodego jeszcze wieczoru. Na koniec popatrzyła nieco dłużej na gladiatora. - No i zobaczymy jak to jest z tymi kołkami. Bo dziewczyny mi chyba w tym pomożecie? - Mytniczka spojrzała zalotnie na swoje nowe towarzyszki jakie ją flankowały.
                                    - Oj no pewnie, że tak. - Astrid uspokoiła ją jakby też była chętna na rozszerzenie zabawy o kolegów.
                                    - To chyba nie mamy co tu tracić czasu, co ślicznotko? Skoro czekają nas takie przyjemne zmagania w łożnicy. - Burgund przesunęła palcem po policzku urzędniczki kusząc ją w stylu zawodowej ladacznicy.
                                    - No tak, ale to jeszcze poczekajcie. Muszę się pożegnać z chłopakami. - Jutta pokiwała głowa i odwróciła się aby wrócić do stołu od jakiego przed chwilą odeszła. Widzieli jak coś im mówi i zaczynają rozmawiać.
                                    - No to mamy ją. Oby tylko Łasica była w “Mewie”. A jak nie, to jej strata. - Burgund obserwowała to z satysfakcją i wyglądała na zadowoloną z rozwoju sytuacji.

                                    “Łatwo poszło”, pomyślał Egon, który w zasadzie nie mógł oderwać się od myśli całego planu i kalkulowania rzeczy. Jeśli Burgund i Łasica tylko rozbujają dziewkę tak, że będzie dobrym narzędziem podczas rzecznej rejzy, tylko tym lepiej dla wszystkich.

                                    – No dobra… Poczekajmy i ruszymy do Mewy – rzekł Egon.

                                    Później więc, idąc już w stronę Mewy i oczekując swawoli, z umysłu Egona nie mogło w żaden sposób zejść wspomnienie: włócznia. Niewątpliwie, symbol Krwawego Ogara i coś, co tylko on mógł wspomóc, żeby rzecz odnaleźć. Czuł też, że w jakiś sposób żądny krwi czarownik (właśnie: gdzież, na wszystkie diabły, podziewała się Soria?) i ołtarz ofiarny strzeżony przez bestigory mają w tym swoją rolę. Chciał jak najszybciej szturmować ów ołtarz, jednak wojownik musiał odznaczyć się cierpliwością: żeby sforsować wielkie bestie, potrzebna będzie armia, sojusze. Ich bowiem nie sposób będzie zadzierzgnąć, jeśli nie połynie strumień złota, krwi i ekwipunku w odpowiednie miejsce. Tedy Egon zaparł się w sobie, bowiem wydarzenia niebawem zadecydują o losie tych przedsięwzięć.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell jako Heinrich von Achterberg
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #319

                                      Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa

                                      Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki.
                                      - Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie?
                                      - Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę.
                                      - Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi.
                                      - O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać.
                                      - Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę.
                                      - Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy.
                                      - A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć.
                                      - Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć.
                                      - No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność.

                                      Heinrich, Petra i Fabienne

                                      - Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie!
                                      Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech.
                                      - Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji.
                                      - Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne.
                                      Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety.
                                      - Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole.
                                      Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady.
                                      - To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność.
                                      - Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę.
                                      Heinrich pokiwał głową na zgodę.
                                      - Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu.
                                      - Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga.
                                      - To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania.
                                      Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu.
                                      - Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów.
                                      - Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach.
                                      - Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła.
                                      - Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści.
                                      Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi.
                                      Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry.
                                      - Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach.
                                      Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze?
                                      - Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu.


                                      Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0

                                      Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                      Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                      With your input, this post could be even better 💗

                                      Zarejestruj się Zaloguj się
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy
                                      • Strona startowa