Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

Nadja Schmidt
.
Nadja w tym momencie nie poświęcała się dłuższemu rozważaniu ich sytuacji ani nie analizowała tego, do czego jej głowa doprowadziły. Trzeba było działać póki mogli. Spowiedź może później.
- Do dzwonnicy! Póki czas! - powiedziała twardo patrząc na mężczyzn i sama już zrobiła kilka kroków, jednak nie chcąc wychodzić przed współwięźniami. -

Oswald BraunOswald nie przejmował się tym, że jedna z kobiet leży z rozbitą głową. Ważniejsza była pozostała dwójka, z której też można było wydobyć jakieś informacje.
/- Stój, draniu, albo ci łeb rozwalę! - krzyknął za uciekinierem (prawdę mówiąc nie licząc na to, że słowa przyniosą jakiś sukces), po czym popędził za mężczyzną, który wdarł się do dzwonnicy.
-
Ulrich (von) Guttenluft

- Tak - cyrulik rzucił krótko i ruszył do przodu nie mając w zwyczaju dobijać kobiet, nawet w takiej sytuacji, acz czujnie - do dzwonnicy - ruszył ostrożnie gotów zaatakować mijaną kobietę w razie kłopotów - niech ktoś osłania nam tyły.
-
Dziedziniec świątynny w Bögenhafen
Hieronim Bosch krążył wokół opatrujących Zygfryda ludzi, z marsową miną spoglądając im na ręce. Mytnik starał się sprawiać srogie wrażenie, ale w głębi ducha poczuł ulgę. Kipiąca w powietrzu agresja zleżała, w przeważającej mierze dzięki robiącej wrażenie postawie Knuta.
Bosch ujrzał wielkiego łotra w zupełnie nowym świetle. Każdy z więziennych zbiegów był w jakimś stopniu obarczony występkiem - każdy z wyjątkiem niesłusznie oskarżonego Hieronima rzecz jasna - ale ten akurat więzień zaczynał zaskarbiać sobie sympatię cesarskiego urzędnika.
- Doskonałe wyczucie dyplomacji - powiedział mytnik zatrzymując się obok Knuta - Wręcz… zaskakujące. Nie możemy w tej chwili ufać nikomu prócz nas samych, ani kapłanom ani reszcie chroniących się tutaj ludzi. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc. Świątobliwy Grimmig poprosił mnie o rozmowę na boku tuż przed tym nieszczęsnym aktem zbrodni. Udzielił mi pewnych instrukcji, które mogą nas uratować z tej czarnoksięskiej matni.
Hieronim obrzucił pełnym odrazy wzrokiem stos, na którym płonęły ludzkie zwłoki, zmarszczył nos czując swąd palonego mięsa.
- Jeśli zadbasz o moje bezpieczeństwo, mocarzu, ja obejmę cię kuratelą świątyni z nadania świątobliwego Zygfryda. Nie odpowiadaj, nie musisz, pomyśl o tym spokojnie. Porozmawiamy ponownie we właściwym czasie.
-
Dla Marrrta
Kobieta wysłuchała słów Ergo pochlipując
- Ja, ja, ja ... ja nie wiem. Ona mi kazała, jak nie chciałam. Ja nie bije się, broni nawet nie mam. Mówiła że tak trzeba, ale krzyczała jak pytałam dlaczego i po co. Mama mówiła że mam się zawsze słuchać starszej siostry ... ale ja nie chciałam. Co ja teraz pocznę? Bez niej? Mamy już nie ma, tata ją zatłukł. Ja już chce stąd wyjść, nie chce tu być, mamy nawet dom w dzielnicy za murem, ale sama tam nie pójdę, ale przynajmniej teraz siorka nie może mi mówić co mam robić, a czego nie.
Ergo widział w niej raczej nieporadne dziecko które trzeba przytulić, niż odpowiedzialnego dorosłego którego trzeba wstrząsnąć. W rzeczywistości mogło i tak być że Sum stał własnie przez zapłakanym dzieckiem które nie rozumie co się dzieje i dlaczego.
Dla Zell, Arbuza i Kerma
Tak jak prorokował Oswald, mężczyzna się nie zatrzymał, nie zwolnił nawet, a może i przyspieszył.Wieża nie była taka znów wysoka, jednakże trochę schodów trzeba było pokonać. Bohaterowie wbiegli na samą górę i zastali .... nic, nikogo, pustka, hulający wiatr i oczywiście dzwon, mogący ściągnąć "mieszkańców" z całego miasta. Po chwili uważnej obserwacji, w oknie ukazał się mężczyzna, nie starał się ukrywać, wyszedł im wręcz na spotkanie. Nie miał broni.
- Ci! - uciszył gestem i słowem, a następnie przez chwilę nasłuchiwał.
- Nie ma jej? Nie biegła za Wami?
-
Ergo Sum
Tak. Świat był łez padołem. Stara śpiewka. No szkoda się Sumowi zrobiło tej łachudry, ale nie na tyle by jego zakłamane serce oszusta skruszało i spłynęło miłosierdziem bliźniego.
- A co ona ci mówiła, że trzeba? Że musicie zrobić? - otarł raz jeszcze skrycie noski trzewików o nogawki co by resztki tkanki siostrzyczkowej nie rozpraszały tego dziewczęcia - I po kiego grzyba do tej dzwonnicy biegłyście?
W sumie to się zastanowił po kiego grzyba i on biegł. I po jakie licho tamci jego pierdolnięci kamraci wbiegli do tej wieży. Się im nagle na nieszpory dzwonić zachciało? No nie ogarniał Ergo co tu się odkarlfranzowało - Czekaj tu...
Podszedł sprawdzić co ta wariatka jej siostrzyczka miała przy sobie. -

Mały Kurt vel Knut
Kurt nie odrywał wzroku od ognia, gdy Bosch do niego mówił. Płomienie robiły swoje, powoli i dokładnie. Drewno, ciało — dla ognia nie było różnicy. Słuchał uważnie, choć z zewnątrz nie było tego widać. Na słowa o „wzajemnej pomocy” tylko lekko poruszył szczęką, jakby coś przeżuł w myślach. Nie spojrzał od razu na Hieronima. Dopiero po chwili skinął głową. Raz. Nic więcej nie dodał. Bosch mógł sobie iść, Kurt nie zatrzymywał go ani nie dopytywał. Jakby sprawa była już zamknięta, tylko jeszcze nie wdrożona w życie.
Kiedy mytnik odszedł, Kurt przesunął się bliżej stosu. Ciepło biło od ognia przyjemnie, nawet jeśli źródło było… jakie było. Położył się na plecach na kamieniach, ręce splótł przed sobą. Przez chwilę patrzył w dym unoszący się ku górze. Dobrze grzało. Przymknął oczy, ale nie spał. Zbierał siły na dalszą część wydarzeń.
-

Nadja Schmidt
.
Nadja nie spodziewała się takiego zwrotu. Oczekiwała krwawej walki Mentalnie przygotowywała się na kolejną potyczkę (w której będzie brać udział zza pleców towarzyszy, oczywiście!), oczekiwała krzyku i krwi. Miast tego zastała spokój i niezrozumiałe zachowanie tego, po którym oczekiwali próby zaalarmowania całego miasta potworów przyodzianych w skóry mieszkańców.
- Te kobiety? - odezwała się wciąż zachowując dystans - Nie. Czemu biegłeś akurat do dzwonnicy? -
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Pozostawiwszy Kurta w spokoju Hieronim Bosch znalazł sobie własny kąt na dziedzińcu, siadając na drewnianej skrzynce, która w jakiś sposób została pominięta przy zbieraniu opału na trupi stos całopalny. Podpierając podbródek rękami mytnik zaczął rozmyślać nad swoim nieszczęsnym żywotem, w szczególności zaś nad sposobem jego ocalenia i polepszenia jednocześnie.
Bögenhafen wydawało się bezpowrotnie stracone. Czarna magia, z jakiego by nie pochodziła źródła, okazała się tak silna, że nie podołała jej nawet błogosławiona aura świętego przybytku. Napaść na czcigodnego ojca Grimmiga jasno to Hieronimowi uzmysłowiła. A jeśli opętany został jeden człowiek, w każdej chwili zmysły mogli stracić następni. Bosch wzdrygnął się bezwiednie na wyobrażenie jatki, jaka mogła się rozegrać we wnętrzu murów świątyni.
Perspektywa przeprawy przez pełne szaleńców ulice miasta zdała mu się znienacka lepszym pomysłem od dalszego wyczekiwania w świętym przybytku. Zdrowy rozsądek podpowiadał mytnikowi, że im szybciej opuści Bögenhafen i im bardziej się od niego oddali, tym większą będzie miał szanse na przeżycie. A pracujący intensywnie umysł naprowadził go na jeszcze jedną kwestię mogącą zwiększyć szanse na poprawę losu.
Fundusze.
Ogarnięte heretyckim szałem Bögenhafen było skazane na zagładę. Cesarstwo miało w opinii Boscha tylko jedno rozwiązanie kryzysu na tak wielką skalę: eksterminację mieszkańców i oczyszczenie miasta ogniem - ogniem, który miał strawić wszystko, domy, meble, narzędzia, dzieła sztuki i pieniądze. Prawdziwe góry złota i srebra zalegające wszędzie wewnątrz jego murów.
Hieronim Bosch przepracował całe swoje życie w szeregach cesarskich poborców myta. Wiedział, gdzie opłaty były ewidencjonowane, gdzie je gromadzono w większe ilości i gdzie transportowano. Bywał w skarbcu portowym i w siedzibach gildii, które miały swoje własne skarbce. Znał bogatych kupców i urzędników tuczących się na łapówkach; wiedział też, którzy oficerowie straży miejskiej wymuszali haracze i gdzie mieszkali. Ta wiedza, do dzisiejszego dnia będąca jedynie ciekawostką, w jednej chwili stała się niebywale cennym asem w rękawie.
Umiejętne wykorzystanie tej karty mogło Hieronima ustawić na całe życie - jego oraz resztę tych towarzyszy niedoli, którzy zechcieliby do niego dołączyć.
-

Oswald BraunOswald był nieco zaskoczony dziwnym zachowaniem uciekiniera. No chyba że tamten głupca udawał, by wyjść cało z opresji. A pytanie, jakie zadała Nadja, było całkiem słuszne.
- Taaa... - powiedział, stale trzymając pałkę w garści. - Po co żeś tu przyszedł? Za dzwonnika chciałeś robić?Uderzenie w dzwon mogłoby coś znaczyć, ale po co to by było? I komu?