[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Kurt słuchał Boscha w milczeniu. Im dłużej Hieronim mówił, tym bardziej Mały marszczył brwi, jakby próbował przesunąć ciężką szafę we własnej głowie. Pisma. Glejty. Pieczęcie. Bramy. Kufry. Za dużo słów. Ale potem padło „złoto” i to już zrozumiał.
Kurt powoli usiadł, patrząc na Boscha trochę inaczej niż wcześniej. Nie jak na urzędnika. Bardziej jak na człowieka, który właśnie powiedział, że kiedyś może mieć własny dom z piętrem. Albo dwa.
– Hmmm... - Kurt zadumał się srodze. Bosch gadał jak ktoś, kto już widział siebie z kufrem pełnym złota, siedzącego przy dużym stole, z mięsem, winem i ludźmi biegającymi wokół na skinienie palca.
I wtedy do Kurta dotarło coś jeszcze. Jak Bosch będzie bogaty… to będzie potrzebował ochrony. Prawdziwej ochrony. Nie stania przy drzwiach karczmy za miskę zupy i dwa miedziaki. Nie obijania pijaków dla lichwiarza. Tylko porządnej roboty. Z bogatym człowiekiem. Może nawet z własnym pokojem.
Kurt zamyślił się tak mocno, że prawie przestał słuchać reszty rozmowy.
– Mocarz… – mruknął pod nosem.
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej mu się podobało. Bogaci ludzie żyją długo, bo mają takich jak on. Spojrzał na Boscha z czymś, co u Kurta mogło uchodzić za uznanie. Kurt kiwnął w stronę Hieronima porozumiewawczo głową.
-
Złoto, zdaniem Oswalda, miało swój urok. Podobnie zresztą jak i srebro. Ale mimo wszystko Oswald uważał, iż własny żywot cenniejszy jest niż wszystkie skarby świata, będące (mimo wszystko) jedynie miłym dodatkiem do życia. Trupowi błyszczące krążki na nic by się zdały. Z drugiej strony... gdyby się dało je zdobyć bez zbytniego ryzyka...
- Najważniejsze to jednak ujść z tego miasta - powiedział. - Nawet bez złota. Papier od kapłana i worek jedzenia - spojrzał na Nadję i skinął głową z aprobatą - będą najważniejsze.
-
Ergo wzruszył ramionami na dalsze dysputy. Wiać ze złotem, czy bez złota... Ano lepiej ze złotem jakby się okazja przytrafiła. Zwłaszcza, że miał już nie dwie, a cztery ręce żeby taszczyć. Uniósł brew na wezwanie "laleczki". Znał się na zbrojach i robocie jak świnia na gwiazdach. W ogóle jak żył to z pracy jego rąk, niewiele dzieł przyszło na ten świat co też łacno było poznać po braku odcisków i wstrętnych zgrubień na dłoniach. Ale, że jak już było powiedziane, Ergo Sum był człekiem z natury pomocnym i nie dąsał się na kompanów nawet gdy ci mu obrzucali i zatłukli widzów jak horda dzikich zieleńców, to zgodził się pomóc Nadii. Choć niekoniecznie własnoręcznie.
- Słyszałaś niuńka? - zapytał uratowanej - W ogóle jak cię wołać? A zresztą. Trzeba pomóc laleczce z robotą. To chyba jak dzierganie coś. No. Chcesz wiać z nami to kasaj kiecę i do roboty.
-
Dla Keta
Kapłani strażnicy bez problemu przepuścili Mytnika, Hieronim wszedł do pomieszczenia gdzie leżał ranny Zygfryd. Starszy kapłan wyglądał źle, lecz jednocześnie dużo lepiej niż mógłby, po tak zadanym ciosie. Nie było mowy o rozmowie 1 a 1. Przy łózku stał kapłan, ten sam który uczestniczył przy poprzedniej ich rozmowie.
Na łóżku, pośród zmiętych lnianych prześcieradeł i zapachu ziół, leżał kapłan Zygfryd. Twarz miał bladą jak wosk. Gruby bandaż oplatał jego bok i pierś - spod materiału przebijała ciemna plama, świeża i niepokojąco wilgotna. Każdy oddech przychodził mu z wysiłkiem; płytki, urywany, czasem kończący się cichym świstem bólu.
Jego prawa ręka drżała lekko, zaciskając się kurczowo na symbolu wiary zawieszonym na szyi. Oczy miał przytomne, ale zmęczone - człowieka, który widział już śmierć stojącą przy swoim łóżku. Kiedy próbował mówić, głos łamał mu się w gardle i przechodził w chrapliwy szept. Co jakiś czas kasłał głucho, a wtedy na ustach pojawiała się cienka nitka krwi.
Widać było, że żyje bardziej siłą woli niż ciała. Każdy ruch sprawiał mu cierpienie, lecz mimo tego próbował unosić głowę, jakby chciał jeszcze coś przekazać.Hieronim przekazał swoją propozycje. Ojciec potrzebował chwili aby przetrawić słowa Mytnika, po czym skinął na kapłana znajdującego się koło jego łoża. Ten nachylił się na chwilę, wysłuchał słów przełożonego i zwrócił się do bohatera.
- Do świątyni dotarły plotki że na północ od tego miejsca otwarte zostało przejście. Jest to dobre miejsce na rekonesans, aczkolwiek równie dobrze mogłaby to być zwykła plotka. Sugerujemy najmniej zerknąć, a nóż droga ucieczki będzie łatwiejsza niż myśleliśmy. Jeśli nie tam, to jedną z opcji będzie przebicie się do innej dzielnicy i tak próbowanie swych sił. Nie mamy niestety pewnej drogi, sami musicie ją odnaleźć.
- Co macie przekazać? Że tu jesteśmy, żyjemy i trwamy na posterunku, że miasto jeszcze nie jest stracone. Że mamy ludzi którzy nie są w stanie uciec ale mogą się bronić, póki jest nadzieja.
- Ojciec Zygryd udzieli Wam wparcia w postaci prowiantu na 5 dni dla całej Waszej grupy oraz pisma z lakową pieczęcią Przeora:
„Ja, ojciec Zygfryd Grimmig, przełożony świątyni Sigmara pod wezwaniem Świętego Helmgarta, zaświadczam, iż okaziciele tego pisma działają z mojego rozkazu oraz pod moją pieczą.
Każdy wierny sługa Imperium, Świątyni i prawa winien udzielić im pomocy, wsparcia oraz bezpiecznego przejścia, gdy zajdzie taka potrzeba.
Kto wystąpi przeciw nim bez słusznej przyczyny, ten wystąpi także przeciw mojej woli.”
Pod podpisem odciśnięto ciężką lakową pieczęć osobistą. Hieronim widział jak młodszy kapłan naprowadza swojego przełożonego aby ten, bez zdejmowania sygnetu, mógł odbić znak w laku.
Młodszy kapłan poczekał aż Hieronim skończy czytać i skwitował:
- Ojciec nie ma już Wam nic więcej do powiedzenia, poza tym musi odpoczywać. Ruszajcie czym prędzej, każdy dzień jest na wagę złota.Ojciec Zygryd zamknął oczy a jego pomocnik gestem odprawił Bohatera.
Dla wszystkich
Hieronim odszedł, lecz nie na długo. Ledwo Ulrich zdążył obrobić mu dupę, a Mytnik już był z powrotem. W jednej ręce trzymał złożony kawałek papieru, w drugiej stosunkowo ciężki wór - prowiant na drogę, sądząc po ilości, solidne kilka dni bez głodu, ale też i bez wygód.
- Nazywam się Linda. Już się zabieram. - dziewczyna odpowiedziała służalczo na polecenie Suma. Klepnięcie w tyłek również skwitowała krótkim "dziękuje"
Dziewczyna uratowana przez suma niezbyt szybko skumała o co dokładnie chodzi, ale gdy już ogarnęła to bez zwłoki zabrała się za robotę. Korzystając z noża i kamienia wypruwała płatki kolczugi. Trzeba było ją upomnieć żeby robiła to cicho, aczkolwiek efekty jej pracy były zadowalające.
-
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Mamroczący pod nosem dziękczynne słowa i kłaniający się w pas mytnik wyszedł czym prędzej z komnaty nie chcąc dawać Zygfrydowi czasu na zmianę decyzji. Audiencja spełniła w dużej kierze oczekiwania Hieronima, w szczególności zaś wręczone mu pismo.
Swoich towarzyszy zastał w tym samym miejscu, w którym ich zostawił. Świadomość tego, jakim cieszył się wśród tych ordynusów szacunkiem i poważaniem sprawiła Boschowi autentyczną przyjemność, aczkolwiek nie dał tego po sobie poznać przywołując w zamian na twarz surową minę.
- Radujcie się, albowiem Sigmar prawdziwie się nad nami zmiłował - oświadczył pełnym emfazy tonem - Czcigodny Grimmig dotrzymał obietnicy. Otrzymaliśmy glejt z lakową pieczęcią świątyni, który zapewnia nam ochronę z mocy jego autorytetu. Dostaliśmy też jadło na pięć dni, abyśmy nie opadli z sił. Czcigodny ojciec Grimmig ma nadzieję, że zdołamy wydostać się z miasta i sprowadzić tu pomoc. Wierzę, że żadnemu z was nie przypadł jeszcze w udziale równie wielki zaszczyt, ale nie oczekuję waszej wdzięczności, wystarczy mi posłuszeństwo i poświęcenie sprawie.
Hieronim podał wypełniony strawą ciężki podróżny worek w ręce Kurta, posłał mu porozumiewawcze spojrzenie, którego pozostali nie przeoczyli, ale najpewniej nie zrozumieli jego znaczenie.
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
- Osobiście widzą mi się dwie drogi ucieczki - powiedział mytnik, kiedy grupka ułaskawionych przez kapłana skazańców znów została sama - Albo wedle słów czcigodnego Grimmiga na północny zachód albo z powrotem do portu i łodzią na wybrzeże, wszelako zdam się tutaj na wasz osąd, moglibyście w końcu zapracować na swój los.
-
Kurt słuchał Boscha uważniej niż zwykle.
Nie wszystkiego rozumiał, ale tym razem coś brzmiało inaczej. Nie jak gadanie urzędnika. Bardziej jak kazanie kapłana po kilku kuflach wina.
-Sigmar się nad nami zmiłował. - Kurt spojrzał na glejt z pieczęcią, potem na worek z jedzeniem, a później na świątynię za plecami Hieronima. Jeszcze niedawno siedział w celi i czekał, aż ktoś go spali albo zatłucze. Teraz miał miecz i worek jedzenia.
To było dziwne. Bardzo dziwne. Wziął worek bez słowa i zarzucił go sobie na ramię. Ciężar był przyjemny.
-Może ten Sigmar naprawdę patrzy?- Zamyślił się.
Kurt nigdy się nad tym nie zastanawiał. Bogowie byli od tego, żeby kapłani mieli o czym gadać, a ludzie gdzie zanosić monety przed bitwą. Ale odkąd wszystko się posypało, dziwne rzeczy działy się jedna po drugiej. Szaleniec w celi. Ludzie chodzący jak stado opętanych. Strażnik, który dostał młotem tak, że normalnemu człowiekowi odpadłaby połowa ciała, a dalej próbował zabijać. I jeszcze oni. Żywi.
Kurt podrapał się po szczęce.
– Może faktycznie nas pilnuje. - Szepnął pod nosem.
Nie wiadomo było, czy mówi o Boschu, Zygfrydzie czy samym Sigmarze.
Spojrzał na worek z jedzeniem, potem na glejt. Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad płomieniami stosu.
– Świętobliwy ojciec Zygfryd wspomniał, że powinniśmy iść na północny-zachód? – mruknął wolniej. – Któż w takim razie miałby wątpić w jego słowa? - Zapytał retorycznie i spojrzał po reszcie.
-
Ergo słuchał Hieronima, słuchał i uśmiechał się i głową kiwał z każdym słowem, które mamlał dziadyga. Miał ochotę pogonić go kijem jako zwyczaj kazał dziada gonić. Ale umiał docenić przedstawienie. I nie miał kija. Za to Hieronim chyba miał, bo się Kurtowi tak na oko udzieliło to całe sigmarowanie.
- Radujcie się albowiem mocą mojego autorytetu zaraz się zesram! - zawołał Ergo głosem świetnie imitującym Hieronima, po czym parsknął już własnym sumowym śmiechem - Zaszczyt sraszczyt, Grimmig srimmig. Rzekłem, że mogę się bawić w ten świątynny cyrk, byle zwiać z tej dziury. Ale ty tu dziadu nie strosz piór jak kapucyn, bo posłuszeństwa to możesz wołać co najwyżej od swoich wszów. Albo fujary. Elfa powiesili nie za to, że kradł, a za to, że dał się złapać. Wszyscyśmy tu jednako "niewinni". No może poza Lindeczką. - co rzekłszy spojrzał na dziewczynę, która pracowicie wykonywała polecenie Ulricha, tak jak sam Ergo nie do końca rozumiejąc zapewne po jaką cholerę - Żarcia w mieście w bród. A i ten glejt to rzecz niepewna. Byle sierżancina jak będzie mieć zły humor, a będzie, bo wolałby patrol gdziekolwiek byle nie w mieście, to jak mu tym glejtem zaczniesz wymachiwać, to się nim podetrze, a potem ci go zeżreć karze. Wszystko jedno gdzie pójdziemy. Wszędzie będą posrańcy. Omijałbym główne ulice i napewno rynek. A najbliżej stąd mamy do przeprawy strażników. Pamiętacie mapę ze strażnicy?... Tee gruby, po co ona to właściwie dzierga te kółka?
Nie wytrzymał w końcu z pytaniem do Ulricha, patrząc na robotę dziewczyny. -
Nadja nie odpowiedziała mytnikowi słowem, ale jej przewrócenie oczami wyrażało opinię jaką teraz o nim miała.
-
Słowa, słowa, słowa...
Słowa padały jedno po drugim, a Oswald zastanawiał się, czy wielomówni kompani mają zamiar długo jeszcze wymieniać poglądy.
- Nie znam miasta na tyle, którędy iść - powiedział, gdy nastąpiła chwila ciszy - i czy ten północny zachód jest lepszy od innych kierunków świata. Gdzie jest bliżej, do portu, czy do bramy? -
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Mamroczący pod nosem dziękczynne słowa i kłaniający się w pas mytnik wyszedł czym prędzej z komnaty nie chcąc dawać Zygfrydowi czasu na zmianę decyzji. Audiencja spełniła w dużej kierze oczekiwania Hieronima, w szczególności zaś wręczone mu pismo.
Swoich towarzyszy zastał w tym samym miejscu, w którym ich zostawił. Świadomość tego, jakim cieszył się wśród tych ordynusów szacunkiem i poważaniem sprawiła Boschowi autentyczną przyjemność, aczkolwiek nie dał tego po sobie poznać przywołując w zamian na twarz surową minę.
- Radujcie się, albowiem Sigmar prawdziwie się nad nami zmiłował - oświadczył pełnym emfazy tonem - Czcigodny Grimmig dotrzymał obietnicy. Otrzymaliśmy glejt z lakową pieczęcią świątyni, który zapewnia nam ochronę z mocy jego autorytetu. Dostaliśmy też jadło na pięć dni, abyśmy nie opadli z sił. Czcigodny ojciec Grimmig ma nadzieję, że zdołamy wydostać się z miasta i sprowadzić tu pomoc. Wierzę, że żadnemu z was nie przypadł jeszcze w udziale równie wielki zaszczyt, ale nie oczekuję waszej wdzięczności, wystarczy mi posłuszeństwo i poświęcenie sprawie.
Hieronim podał wypełniony strawą ciężki podróżny worek w ręce Kurta, posłał mu porozumiewawcze spojrzenie, którego pozostali nie przeoczyli, ale najpewniej nie zrozumieli jego znaczenie.
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
- Osobiście widzą mi się dwie drogi ucieczki - powiedział mytnik, kiedy grupka ułaskawionych przez kapłana skazańców znów została sama - Albo wedle słów czcigodnego Grimmiga na północny zachód albo z powrotem do portu i łodzią na wybrzeże, wszelako zdam się tutaj na wasz osąd, moglibyście w końcu zapracować na swój los.
(...)
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
(...) -
Dziewka, do której byciem poczuwala się Linda porzuciła dwa dotychczasową pracę i pobiegła w te pędy po wodę.
Inaczej sytuacja miała się ze strażnikiem który mimo wszystko nie specjalnie chciał się podporządkować.
- Te, dziadek, a cię już do reszty @#&)@#? Ty myślisz że co?
I już widać było że ma zamiar podejść i wyjaśnic Hieronima, lecz nie uszedł nawet kroku nim ruch wykonał Kurt. Starczyło że drgnął , ręką poleciała na rękojeść i wzrok wbil się w oczy strażnika. Co prawda Hieronim mógł tego nie zauważyć i zrozumieć swoje, gdyz przywołany jegomość zerknąl na glejt i miast agresywnego zachowania chrzaknal tylko z lekka.
/- No ten ... Nie, raczej nie tak żwawo o ile w ogóle. To że idziecie z zadaniem to nie znaczy że jesteście nie wiadomo kim. Rozumiemy się?trochę kultury #&$@#!
Włócznie dwie możemy oddać, rzucać nimi można jak kto umi i kusze jedna oddac możemy, u nas i tak nikt z niej pożytku nie zrobi. I ten, to nie tak że zapomnieliśmy kim jesteśmy ani kim wy jesteście. Sytuacja jest jakaś jest, nikt z was za ciężkie przewiny nie siedział, to można działać teraz, że tak powiem we wspólnym celu.{Kusza standardowa S4
18 bełtów
2x Włócznia S, szybki, rzucana}
Wozy pełniące funkcje bramy rozjechały sie i w chwilę później byli więźniowie znów znaleźli się za murami.
Miasto było puste i ciche, można być rzec wymarłe. Efekt potęgowały plamy krwi i resztki wnętrzności ludzkich których nie dało się lub nie chciało się sprzątać.
Bohaterowie poruszali się wolniej niż normalnie, oraz zdecydowanie ciszej niż wcześniej. Do tego co jakiś czas musieli zmieniać kierunek aby ominąć grupy, lub pojedyncze, podejrzanie wyglądające osobniki. Koniec końców dotarli w pod sam gabinet Ulricha.
Budynek wyglądał tak jak kazden inny, tylko szyld z wymalowanymi piktogramami sugerował że w środku winien żerować ... znaczy urzędować ktoś parajacy się tzw medycyna ogólna. Drzwi o dziwo były całe i nawet zamknięte, podobnie okiennice a już zupełnym dziwem był fakt iż elewacja nie nosiła śladów rzucania weń łajnem.
Dwie przecznice dalej stala barykada, wysoka na że dwa sążnie i ciągnąca się wzdłuż ulicy.
Dla Ulricha
Gabinet wygląda identycznie jak go zostawiłeś, przynajmniej z zewnątrz.
Barykady wcześniej nie było. Znasz doskonale te tereny, normalnie tam jest zwykła choć nadmiernie szeroka ulica. -
Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku.
Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał.
Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się