[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Cyrulik spojrzał na Ergo z oczami pełnymi czegoś, co można byłoby wziąć za irytację. Mimo ogólnie niegroźnej aparycji Ulricha, teraz, gdy stał nad pacjentem w pełni swej postury człowieka postury godnej kogoś, kto łamie i ponownie nastawia kości, wyglądał na...
Nie trzeba było się długo domyślać emocji medyka gdy strzelił z otwartej dłoni cyrkowca w pysk.
- Słuchaj no, nie po to narażaliśmy życie abyś mi teraz tu zdechł jak pies. Poza tym, nie umiera się bez uregulowanych rachunków za leczenie. Morr tego nie lubi...
Drugie zdanie które doda było częstą maksymą którą powtarzał pacjentom, lub częściej ich rodzinom. Zwykle wtedy dawał rabat i po nieudanym zabiegu trochę grosza wyciągnął. Rozejrzał się czy ktoś mu pomoże z Ergo albo przejmie robotę. Cyrulik nie pchał się do bitki, ale obiektywnie rzecz biorąc był również atutem bojowym kompanii,biorąc pod uwagę swoją postawę, pancerz i miecz. -
Hieronimowi odpowiedziała jeno cisza, także zgodnie z planem, podbiegli wraz z Kurtem w stronę bramy. Ze strony magazynu nie poszedł żaden bełt, ani ruch,czy dźwięk w ogóle. Cisza trwała mała chwilę, lecz zanim Bosh zdążył cokolwiek zrobić, jedna z okiennic, doskonale udająca zabite deskami okno,.powoli uchyliła się, a z wnętrza, równie powoli wysunęła się ręka, ciągnąc za sobą resztę ciała. kontrukcja była tak sprytna, że tylko ktoś stojący bardzo blisko, widział całego wystającego strażnika, to jest: mierzenie doń z odległości byłoby bardzo trudne. Mężczyzna gestem nakazał cisze, po czym zaintonował jedna z powszechnie znanych Sigmaryckich pieśni, sugerując aby bohater dokończył resztę zwrotki, co oczywiście ów uczynił.
- Dziwne macie metody - skwitował szeptem
- Ale dobrze, jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie. Zapewne chcecie przejść, aby opuścić tą przeklętą dzielnicę. Dobrze, jest taka możliwość, nawet jesteśmy na to otwarci, ale trza przejść inspekcję, to jest rozebrać sie w celu upewnienia, że kto dodatkowych członków nie posiada i takie tam. Standardowa procedura. Widzę że macie rannego, go chirurg obejrzy, reszta musi ...
Coś stuknęło okrutnie, trzask łamanej belki był doskonale słyszalny, dochodził z wnętrza, łącznie z okrzykiem bojowym wymieszanym z dziwnym zwierzęco-podobnym rykiem.
- $#^#!@ rozmówca wskoczył na powrót do wnętrza, klapa zatrzasnęła się na moment, po którym meżczyzna znów pojawił się w oknie
- Otworzyć północną bramę - zarządził inny głos - formować szyk
Nie trzeba było być mistrzem nawigacji w terenie, aby wiedzieć że chodzi o brame od ich strony magazynu
- %#^4!!@!!! powtórzył się rozmówca Hieronima. Włażą do nas. Jak chcecie przejść to pomóżta nam ich odeprzeć, a jak nie to ... odsuńcie się, jak się nam nie uda to puścimy ich tak że po was przejadą, inaczej się nie da.
Po tych słowach strażnik odskoczył od okna i tyle go widzieli. Natomiast po chwili faktycznie wrota rozwarły się ukazując wnętrze. Długi i szeroki budynek był pusty, nie licząc około tuzina mężczyzn pod bronią, stojących tyłem do bramy znajdującej sie na lewej ścianie. Żołnierze starali się odpierać ataki niepoliczalnego motłochu który wdzierał się przez resztki bramy stojącej po stronie prawej. To już nie była zbieranina, czterech kuszników na chłodno ładowało bełty, podczas gdy pozostała ósemka utworzyła mur tarcz oraz włóczni i sukcesywnie dźgała kolejnych oponentów. Mimo swego profesjonalizmu, było ich zauważalnie zbyt wielu. Rozmówca Hieronima nie kłamał, wrogów było sporo i prędzej czy później przedostaną się dalej i to raczej nie w kierunku zaostrzonych włóczni.
Bohaterowie mieli zaledwie chwilę na zastanowienie; mogli włączyć się do walki wręcz - w kącie stał zapas tarcz - aby szybciej dotrzeć do wyrwy i ją zatkać; szyć w oderwane jednostki, aby oddział nie musiał co chwila się cofać; uciec, póki jeszcze mogą, licząc na inne przejście; lub zrobić cokolwiek innego, na przykład tak jak Paul, który zrealizował swój poprzedni plan i pognał do świątyni - z Ergo lub bez niego.
-
Zaaplikowany mu przez cyrulika, z fachowością fizjoterapeuty plaskacz, oraz chwila wytchnienia jaką zapewnił krótki przystanek pod bramą pozwoliły cyrkowcowi na ponowną ewaluację swojego żywota. Nie. Nie lubił cierpieć. Nie lubił gdy coś go bolało. Bał się bólu wręcz panicznie. A dzięki tchórzliwej naturze los aż do dziś mu go oszczędzał. Los mógł sobie myśleć, że Ergo tam pod zakładem cyrulika szukał śmierci. Ale to nie było prawdą. Jego zachowanie tam, było wypadkową niezbyt lotnego umysłu i wrodzonej krnąbrności wspartej brakiem poszanowania do nakazów i hierarchii. Sum jednak lubił żyć. I jeśli ów złośliwy los dał mu teraz okazję do tego o co się chwilę wcześniej prosił, to nie znaczyło przecież, że konsekwentnie Sum zamierza z niej skorzystać.
- Wiejmy stąd! Wiejmy! - tym razem ułapił się ramienia cyrulika, po czym zawołał do Nadii - Daj mi kuszę... jak będziecie ciągnąć, ja będę mógł strzelać.
Pomijając karkołomność jaką było zdanie ciężkiej wojskowej kuszy, rannemu cyrkowcowi, który miałby z niej strzelać podczas podrygów na noszach do ruchomych celów, byłoby to z pewnością bardzo widowiskowe.
-
W magazynie braci Kargów
Przez jedną krótką chwilę Hieronim Bosch gotów był uwierzyć, że znudzony ustawicznym ratowaniem życia więźniów Sigmar oddał ich w ręce Ranalda. Jakim innym wytłumaczeniem mógł być ustawiczny pech towarzyszący im podczas ucieczki z miasta, tak złośliwy, że wręcz doskonale pasujący do Wielkiego Szydercy?
Lecz stawający tego dnia już kilka razy do spotkania z Morrem Hieronim nie był tym samym skromnym i powściągliwym cesarskim urzędnikiem jaki obudził się poprzedniego dnia w więziennej celi na kupce przegniłej słomy. Przerażające doświadczenia obudziły w nim naturę walczącego o przetrwanie drapieżnika, który wciąż pokładał wielką wiarę w roztoczoną nad nim protekcję Młotodzierżcy.
- W imię naszego boga, śmierć tym grzesznym degeneratom! - krzyknął podnosząc kuszę, do władania którą odkrył w sobie tak wielki talent - Bij zabij! Kurt, zarżnij ich wszystkich! Reszta do kusz!
-
Kurt patrzył przez otwartą bramę na wnętrze magazynu. Tuzin zbrojnych trzymał szyk naprzeciw napierającego tłumu, włócznie raz po raz wysuwały się spomiędzy tarcz, kusznicy strzelali ponad ich ramionami, a mimo to przeciwnicy wdzierający się przez wyrwę po przeciwnej stronie budynku powoli połykali kolejne metry przestrzeni. Przeciwników było po prostu zbyt wielu.
Ergo chciał uciekać. To akurat Kurt rozumiał. Sum miał w sobie dwa otwory więcej, niż powinien, ledwo trzymał się życia i nawet Sigmar musiał się ostatnio sporo napracować, żeby go przy nim utrzymać. Rozsądnie byłoby więc znaleźć inną drogę.
Niemniej strażnik magazynu poprosił ich o pomoc. To też miało sens. Jeśli obrońcy magazynu padną, przejście zostanie stracone, a tłum ruszy dalej. Można było wziąć tarcze, można było strzelać, można było spróbować zatkać wyrwę. Za dużo możliwości. Kurt odruchowo spojrzał na Hieronima. I wtedy wszystko stało się proste.
– Kurt, zarżnij ich wszystkich! -Mały znieruchomiał na krótką chwilę.
Przez ostatnie godziny Hieronim tłumaczył mu wolę Sigmara na różne sposoby. Czasem wymagało to przemyślenia. Czasem trzeba było zrozumieć, dlaczego jeden człowiek uciekł, drugi zginął, a trzeci przeżył dwa bełty. Kurt robił, co mógł, ale boskie zamiary bywały skomplikowane. Tym razem Sigmar wyraził się wyjątkowo jasno.
Na twarzy Kurta pojawiło się coś, czego pozostali nie widzieli na niej od dłuższego czasu - szeroki uśmiech.
– Dobrze. - Ruszył.
Po drodze zgarnął jedną z tarcz stojących w kącie, wsuwając przedramię w pasy bez zatrzymywania się dłużej, niż było to konieczne. Przez ostatnie godziny nauczył się wprawdzie pytać Hieronima, czego chce Sigmar, ale nie oznaczało to jeszcze, że zapomniał wszystkiego, czego sam nauczył się o pozostawaniu przy życiu. Jeżeli ktoś zostawiał przed walką porządną tarczę, należało ją wziąć.
Nie zamierzał jednak ustawiać się grzecznie na końcu szeregu. Hieronim nie powiedział "stań z nimi". Powiedział "zarżnij ich wszystkich". Kurt opuścił tarczę przed siebie i ruszył w stronę wyrwy, początkowo ciężkim krokiem, a po kilku następnych już biegiem. Chciał wykorzystać własny ciężar i rozpęd, żeby wbić się w pierwszych napierających przeciwników tarczą, odepchnąć ich od obrońców i zrobić sobie miejsce do pracy. Dopiero wtedy zamierzał puścić w ruch broń.
Przez pół miasta słuchał o znakach, łasce, grzechu, przysięgach i boskich zamiarach. Starał się nadążać, choć Sigmar najwyraźniej lubił komplikować proste sprawy. Teraz wreszcie Młotodzierżca przemówił do niego językiem, który Kurt rozumiał bez żadnego tłumaczenia. Najwyraźniej liturgia miała właśnie swoją część praktyczną.
-
Są w życiu decyzje mądre, są też i głupie.
Do mądrych na przykład należałoby zrobienia zwrotu w tył i wzięcie nóg za pas.
Albo zamknięcie wrót z zewnątrz i podpalenie całego budynku, nie zwracając uwagi na tych, co znajdowali się w środku.
Rozsądne (punktu widzenia Oswalda), ale i okrutne - z ogólnego punktu widzenia.
Zostawienie kompanów w potrzebie było uczciwe, ale mało rozsądne.
Oswald zgrzytnął zębami, chwycił miecz i tarczę i dołączył do tych, co stawili czoła "odmieńcom". -
Ulrich chciał rzucić wiązką wulgaryzmów w stylowy sposób, ale tak się składało, że ogólnie stylu było dość mało w jego osobie, a wszystkie dzisiejsze zasoby zużył na poprzednią awanturę. Nie był kimś, kto pcha się do bitki. Zamiast zaszarżować do walki jak inni wybrał technikę osłaniania tyłów. Postarał się wraz z Laleczką usadowić Ergo w dogodnej pozycji, pozwalając kompanom szyć z kuszy do wszystkiego, co do niuch podejdzie, możliwe wykorzystując zwężania - sam cyrulik zaś walczył mieczem.
Rachunek był prosty, ucieczka byłaby pozostawieniem towarzyszy, ale mając pacjenta pod opieką nie mógł iść w pierwszą linię. Mógł też na bieżąco opatrywać straż. -
Nadja nie była chętna do bitki, więc i ustawiła się na tyłach by zapewniać jakąkolwiek osłonę rannemu, nawet jeżeli miałoby być nią tylko wspomaganie kibicowaniem mu. Ergo otrzymał całusa w policzek oraz ostry przykaz:
- Jedynie możesz strzelać z odległości, nie podchodź. -
Mimo najszczerszych chęci Ergo nie był w stanie obsługiwać kuszy, dlatego, aby nie marnowac okazji, przejęła ją Nadja. Sam sum musiał zadowolić się funkcją obserwatora. Ulrich nie miał zbyt wiele pracy z rannymi, za to zdarzało mu się raz po raz dobijać obłąkańca który jakimś cudem przetrwał konfrontacje z murem tarcz. Zadanie było łatwe, jeśli było się szybkim, a przynajmniej szybszym niż podnoszący się ranny przeciwnik. Oswadl dołączył do szyku, a Hieronim walił z odległości.
Każdy osiągał mniejsze lub większe sukcesy, jednocześnie stosunkowo mało ryzykując. Sytuacja, powoli, ale jednak, szła ku lepszemu. Jednakże dopiero atak Kurta całkowicie wywrócił stolik.
Potężny mężczyzna wbił się w tłum, jakby zupełnie ignorując liczebność wrogów. Przeciwnicy rozpierzchli się, nie wiadomo czy ze strachu czy w wyniku impetu. Sytuacje wykorzystał dowódca nakazując parcie naprzód:
- Raz!
- Raz!
- Raz!
Mur tarcz krok za krokiem przesuwał oniemiałych wrogów, ubijając połowę przy okazji. Napływ nowych na chwile jakby ustąpił. Mały przebił sie przez pozostałości bramy i parł dalej młócąc okrutnie. Po chwili znikł z pola widzenia, lecz dalej było słychać odgłosy bitki.
- Luzuj szyk - wydał polecenie dowódca
- Thomas, Arthur, Ginter, za mna zwiad. Reszta w pogotowiu
Czterech żołnierzy z włóczniami wyszło na drugą stronę,a by powrócić po chwili. Dowódca mówił do wszystkich:
- Pouciekali gnojki, ale ten Wasz obijmorda razem z nimi. Gonić go nie będziemy, blokujemy przejście póki można. Lucas, na wieże, wypatruj Osiłka, żeby miał jak wrócić
Mężczyzna z kusza pognał gdzieś schodami
Dla Morta
Kurt wbił się w motłoch. Wszedł jak nóż w masło, kładąc sporą ilość przeciwników samym tylko impetem, kolejnych kilku padło od ciosu mieczem. Mały poczuł zapach krwi, dosłownie i w przenośni - część skapła mu na twarz i wargi. Wojownik poczuł jak dreszcz przechodzi całe jego ciało, mieśnie napięły się błyskawicznie i Kurt, bez większego pomyślunku skoczył dalej aby ciąc, miażdzyć i rąbać. Czuł jakby cały świat wokół nagle zwolnił i tylko on poruszał sie normalnym tempem. Ciął raz za razem, precyzyjnie wymierzając ciosy, a czym więcej położył trupem tym mocniejszy czuł zew aby robić to dalej i dalej. Szukał wrogów, wybijał każdego którego zauważył, a gdy wokoło nie było nikogo kto chciałby z nim walczyć, szukał dalej i dalej, aż w pewnym momencie zorientował się że stoi na ulicy sam, zostawiwszy za sobą ulice trupów.
Mały przystanął na chwilę, zorientował sie że jest cały we krwi i właściwie to nie bardzo wie gdzie aktualnie jest oraz z którego kierunku przybiegł. Ciało jeszcze chodziło, jeszcze czuł adrenalinę, lecz powoli dochodziło do niego zmęczenie oraz fakt że jednak nie wyszedł z potyczki bez szwanku. Czuł jak pali go łydka, zauważył jest jest właściwie przebita na wylot czymś co przypominało nóż lub kawałek blachy. Palił go bok, a gdy go dotknął, zorientował się że obficie z niego krwawi. Kurt miał na sobie jeszcze wiele pomniejszych ran, które teraz dawali mu się we znaki. Ale nie to było najdziwniejsze, dotarło do niego że właściwie mało pamięta co robił od czasu pierwszego wbicia się w tłum aż do teraz - pamietał tylko emocje, agresje i ciosy, szybsze i bardziej smiercionośne niż zazwyczaj.
-
Pierwsze uderzenia miały jeszcze jakiś związek z tym, czego Kurt nauczył się przez lata pracy ochroniarza. Tarcza przyjmowała cios albo odpychała człowieka z drogi, miecz szedł zaraz za nią, a każdy kolejny krok prowadził go w stronę wyrwy. Nie walczył ładnie, ale też nigdy nie widział powodu, żeby walka miała być ładna. Miała się skończyć, najlepiej szybko i z nim po właściwej stronie ostrza.
Hieronim kazał mu zarżnąć ich wszystkich. I to znacznie uprościło sprawę.
Kurt parł naprzód, akiedy przeciwnicy zaczęli ustępować, nie zwolnił wraz z żołnierzami. Przeciwnie. Każdy cofający się przed nim przeciwnik robił miejsce na następny krok.
– SIGMAR! - Ryknął to imię pierwszy raz, kiedy przebił się przez resztki bramy.
Nie był pewien, czy była to modlitwa, okrzyk bojowy, czy może należało tak robić, kiedy wykonywało się wolę boga. Hieronim często wołał imię Sigmara przed ważnymi rzeczami, więc Kurt uznał, że nie zaszkodzi. Tarcza huknęła o następnego przeciwnika. Miecz zatoczył szeroki łuk.
– SIGMAR! - Ktoś zaczął uciekać. Kurt ruszył za nim.
Nie zauważył chwili, w której przestał słyszeć miarowe komendy dowódcy. Nie zauważył również, że mur tarcz został za nim, a potem zniknęła wyrwa w bramie. Widział tylko plecy uciekających i następnych ludzi rozpierzchających się przed nim po ulicy.
Hieronim powiedział wszystkich. Kurt nie miał zwyczaju poprawiać Hieronima w sprawach Sigmara.
Dopadł kolejnego marudera, zasłonił się tarczą i ciął, nie zatrzymując się dłużej, niż było trzeba. Oddychał już ciężko, pot spływał mu po twarzy, a ręka zaciskająca miecz zaczynała ciążyć, lecz po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wokół wydawało mu się całkowicie zrozumiałe.
Był Sigmar, był Hieronim, byli grzeszni degeneraci i był Kurt. Mały uniósł tarczę i ruszył za następnymi.
– SIGMAR!
-
Miejsce srogiej bitwy
Hieronim grzmotnął jakiegoś podnoszącego się z ziemi człowieka kuszą prosto w głowie krzywiąc się z odrazą na rozbryzg krwi i mózgu. Walka, zażarta i pełna brutalnych obrazów, z łaski Sigmara ponownie okazała się zwycięska, chociaż z wielkim dla Boscha kosztem. Sędziwy urzędnik czuł się wyczerpany, miał spowodowane tym zmęczeniem zawroty głowy i chciało mu się rzygać, a na dodatek odniesiona wcześniej rana paliła jego ciało żywym ogniem.
Kiedy zgraja obłąkańców została odparta, cesarski urzędnik odetchnął z ulgą, gotowy czym prędzej zwołać oblanych potem kompanów i ruszyć w dalszą drogę, coś jednak znienacka pokrzyżowało mu plany - nieobecność Małego Kurta!
Jeszcze kilka dni temu Hieronim Bosch machnąłby ręką na podobnego Kurtowi łajdaka nie zaprzątając nim sobie ani chwili głowy, jednak ostatnie wydarzenia ogromnie starca zmieniły.
Sam czuł zdumienie pojmując jak bardzo potrzebował tego olbrzyma.
- Tchórzliwe łajdaki, co czynicie?! - ryknął wymachując z wściekłością rękami - Toż ten człek został napełniony świętą esencją samego Sigmara! Jest wybrańcem świątyni, sam arcykapłan świątobliwy Grimmig go namaścił na posłannika jego słowa! Kto pozwoli mu szczeznąć w obliczu przemożnego wroga, lepiej niechby sam se uwiesił kamień młyński i na stosie spłonął! Toż to grzech! Dawać mi tu czterech pobocznych ludzi i za mną, mus nam błogosławionego Kurta czym prędzej tu sprowadzić, wielce jest on nieodzowny dla powodzenia misji świątobliwego arcykapłana!
-
Dla Kurta
Maly szedł naprzód, długo nienapotykając przeciwnika. Po chwili jednak dostrzegł samotną postać w oddali. Zbyt późno zorientował się, że jest to, jak to ostatnio został nazwany, czarny. Przeciwnik spiął się momentalnie i ruszył na Małego. Ciało Kurta zareagowało równie szybko, szykując się do walki. Bohater był świadomy tego że jest ranny, to też zdziwił do brak bólu w boku i w nodze. Adrenalina? Być może.
Dla reszty
Dowódca, widząc brak zagrożenia ze strony odmienionych oraz bohaterów, podszedł do Hieronima.
- Nazywam się Marius, z poważanego domu Melhorn, jestem zawodowym wojskowym z 15 letnim stażem, z czego 5 lat jako oficer. Jestem weteranem ostatniego konfliktu granicznego, gdzie przypadł mi zaszczyt dowodzenia tymi oto druhami. To tak jakbyś chciał dowiedzieć się kogo obrażasz.
Marius zrobił wymowną pauze, patrzac ciągle prosto w oczy Hieronima.
- Wasza pomoc z pewnością ułatwiła sprawy, za co jesteśmy Wam wszystkim wdzięczni, lecz nie damy się obrażać. W tym jednym przypadku puszczę to mimo uszu. W drugim, skrócę Cię o głowę. Przechodząc natomiast to meritum; nie, nie wyśle swoich ludzi. To jest nasz posterunek i nasze zadanie. Wasz towarzysz wybrał, jego sprawa, podobnie jak i Wasza aby za nim ruszyć bądź nie.
Oficer wrócił się do reszty, ostentacyjnie ignorując Bosha.
- Dziękujemy za pomoc. Dalej poradzimy sobie sami. Ta bramą możecie wyjść na miasto, dzielnica kończy się na murach staromiasta i jest względnie bezpieczna. Ludzi sporo, uciekinierzy, żebracy i dużo wojskowych. Na lokum nie liczcie, a zajęcie to głównie w wojaczce i medycynie. A jak już przy tym...
Mariusz przeniósł wzrok na Ergo.
- Poważnie wyglądasz. Kto Cię tak urządził? Nas to raczej motłoch atakował tylko, no i oczywiście czarni, ale zarówno jedni jak i drudzy z kusz nie strzelają.
-
- Kto? - Ergo powtórzył za mości poważanym Melhornem.
W trakcie bitki nie dostał kuszy. Może to i dobrze, bo okazało się, że nie było takiej potrzeby. Ich jednoosobowa armia w postaci Kurta przetoczyła się przez posrańców jak imperialny czołg parowy, zostawiając tarczownikom i Ulrichowi tylko pojedynczych niedobitków. Niestety mimo nawoływania Hieronima, również niczym ten sam czołg wytoczyła się na zewnątrz i zniknęła w kłębach kurzu. Dzięki temu cyrkowiec mimo chwili grozy mógł ponownie docenić bliskość Nadii, nabierając przekonania, że mimo bólu i odniesionych ran, może ponownie się poczuć jak bohater. Wszak uratował Lindę rozwalając czaszkę jej siostry. I niechybnie godność markietanki, bo który normalny zbrojny, by skończył na samym gapieniu się?
- Kto? - powtórzył raz jeszcze i wzdrygnął widząc, że Ulrich z podejrzanie dobroduszną miną, mówiącą "ja to ogarnę. nie będzie bolało" kuca przy nim. Kręcąc głową, po ostatnich takich dobrodusznych zabiegach, Ergo szybko przeszedł do rzeczy by ubiec zamiar Ulricha. - A powiem wam kto mości Melhorn. Swołocze! Jebane szabrowniki! Chałupy przetrząsali naprzeciw domu zacnego tego oto cyrulika. Samojedna Nadia, ta tu dziewczyna, im wyszła i mówi "Won psie syny! Ostawcie cudzą krwawicę prawych ludzi Bogenhafen!". A oni wtedy w śmiech i że ma się dziewka rozbierać i że dupczyć będą! Wybiegłem z apoteki i ja tedy i im mówię. "Panowie! Nielza tak damie urągać!" A te chuje Sruu!!! Z kuszy mię strzeliły! Uwierzycie mości Melhorn?
-
Cyrulik już szykował się do oporządzenia cyrkowca w sposób zapewniający mu torsje, broczenie krwią i inne rozrywki które w sposób nieśmiercionośny (taką miał nadzieję) wprowadziłyby rowarzsza w stan, w którym pytanie go o cokolwiek nie miałoby sensu. Chyba jakiś szósty zmysł lub opieka Randala sprawiła, iż Ergo ubiegł Ulricha jakby wiedząc jaka nieprzyjemność może go czekać.
Skoro tak, zaczął grać w tą samą grę.
- Ulrich von Guttenluft, nie apteki, mój zakład - machnął ręką niedbale - psie syny szukały nie wiem czego. Nadia to moja aktualna asystentka - rzucił spojrzeniem na Laleczkę - poza fachem w ręku, to straciłem wszystko. I jeszcze mam tego gołodupca za pacjenta. -
Kurt zatrzymał się dopiero wtedy, gdy zabrakło przed nim kolejnego przeciwnika. Stał przez moment z uniesioną tarczą i mieczem gotowym do następnego cięcia, ciężko łapiąc powietrze. Dopiero teraz dotarło do niego, że nie słyszy już miarowych komend dowódcy ani uderzeń włóczni o tarcze. Nie było obok Oswalda, nie było strzelających z tyłu kuszników. Co gorsza, nie słyszał nawet Hieronima, a na dodatek chyba był ranny.
Obejrzał się. Pusta ulica za jego plecami wystarczyła, żeby zrozumiał swój błąd. W zapale pogoni oddalił się od magazynu znacznie bardziej, niż zamierzał. Hieronim powiedział, żeby zarżnął ich wszystkich, a Kurt, jak się teraz okazywało, potraktował to polecenie odrobinę zbyt dokładnie. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad drogą powrotną. Usłyszał znajomy, bardziej zwierzęcy niż ludzki odgłos i odwrócił się w jego stronę. Kiedy dostrzegł diaboła, uśmiech, który jeszcze niedawno towarzyszył mu podczas walki, zniknął.
Widział już, jak podobne stworzenie walczyło. Widział też, jak poprzednie nie chciało zdechnąć mimo wbitych w ciało bełtów. Dopiero gdy Hieronim trafił diaboła w gardło, to stwór padł.
Kurt poprawił chwyt na rękojeści miecza, przesunął tarczę przed siebie i przyjął pozycję, w której zamierzał przyjąć ewentualną szarżę stworzenia. Jednocześnie ostrożnym krokiem powoli cofał się w kierunku magazynu. Jeśli diaboł miał rzucić się na niego tak jak poprzednie stworzenie, Kurt wolał przyjąć jego impet na tarczę, utrzymać się na nogach, a potem znaleźć mieczem to samo miejsce, które wcześniej wskazał bełt Hieronima. Wiedział, że celując ostrzem w krtań stworzenia, ma szansę je zabić.
Obserwując uważnie stworzenie, Kurt opuścił na moment głowę. Nie znał wielu modlitw. Te, które słyszał w świątyni, były długie, pełne słów, których nie pamiętał i rzeczy, których nie rozumiał. Sigmar powinien jednak zrozumieć również prostszą modlitwę.
– Sigmarze, daj mi siłę. Hieronim mówi, że jesteś ze mną. Niech ma rację.
Mały podniósł głowę, spojrzał na diaboła i mocniej zaparł się za tarczą.
– Chodź. - wycedził przez zęby rzucając diabołowi wyzywające spojrzenie.
-
-
Oswald bywalcem wielu bitew nie był, ale wiedział, za który koniec miecza trzymać, a który w stronę wroga skierować. Tak też i paru oponentów zdołał ostrzem potraktować, a przy okazji nie oberwać, co raczej szczęściu, a nie umiejętnościom zawdzięczał.
A potem w beczce miodu zwycięstwa znalazła się łyżka, i to spora, dziegdziu, jako że najpierw Kurt w szale bitewnym za uciekającymi przeciwnikami popędził, a potem Hieronim z dowódcą tutejszych w spór się wdał, mordę wydarłszy na owego, co się Mariusem zwał.
Na szczęście ów ostatni rozsądkiem tudzież wdzięcznością błysnął... acz i ciekawością.
- Co robimy zatem? - spytał, od tematu dziur w Ergo uwagę odwracając. - Idziemy za Kurtem? A jeśli tak, to co z obrońcą cnót niewieścich - spojrzał na moment na leżącego - zrobimy? -
Magazyn braci Kragów
Hieronim Bosch zasłużenie uchodził wśród znajomych za człowieka niezwykle spokojnego i obdarzonego ogromną cierpliwością orazi zrozumieniem wobec bliźnich - tak dalece, że czasami zdarzało mu się fantazjować na temat swojego własnego życia w posłudze świątyni Shallyi, gdyby jego losy potoczyły się inaczej w młodości.
Teraz jednak dosłownie zagotował się w duchu, myślami obalając buńczucznego oficera na bruk i tłukąc go bezlitośnie drzewcem włóczni po zakutym łbie. Nie mieściło się poczciwemu urzędnikowi w głowie, że ktoś może tak dalece nie okazać posłańcom świątyni szacunku i posłuszeństwa. Ten dobrze urodzony obszczymur posunął się wręcz dalej, grożąc Hieronimowi odebraniem życia!
Samemu Hieronimowi Boschowi, który niósł zapieczętowane pisma sporządzone na polecenie arcykapłana Grimmiga, a przez to będące pobłogosławionymi dokumentami arcywagi!
Stos, za coś takiego tylko stos, ale kara dla oficera musiała niestety zostać bezterminowo odroczona, bo w zaistniałej sytuacji urzędnikowi zabrakło narzędzia do jej wykonania. Przeklęty Kurt!
Starzec zamamlał coś pod nosem, zamierzenie cicho, aby dowódca zbrojnych go nie usłyszał. Głos rozsądku wył w jego głowie niczym oszalały nakazując natychmiastowe porzucenie Małego Kurta oraz nie rokującego za dobrze Suma i oddalenie się w bezpieczniejsze okolice wraz z rokującą znacznie lepiej dziewką i pozostałymi dwoma łotrami. Hieronim Bosch niósł na swoich barkach wielkie brzemię, które wymagało od niego bolesnych wyrzeczeń. Każdy inny wysłany na świętą misję be wahania podjąłby trudną decyzję stawiając dobro ogółu ponad dobrostanem towarzyszy tej misji.
Każdy, lecz nie Bosch - Hieronim odkrył bowiem ze zdumieniem, że nie potrafi się uwolnić od osoby Małego Kurta. Spędziwszy z tym odważnym, prostodusznym i lojalnym olbrzymem tyle czasu na groźnych ulicach Bögenhafen, urzędnik uświadomił sobie, że nie może tak po prostu odejść zostawiając Kurta na pastwę losu - każdego, tylko nie Kurta, który z dużą dozą prawdopodobieństwa mógł wykaraskać się z opresji na własną ręką, a potem odnaleźć swojego duchowego mentora i nieszczęśliwie dojść do wniosku, że ten zawiódł jego Kurta zaufanie.
A Hieronim był już pewien, że pod żadnym pozorem nie chciałby zawieść zaufania Małego Kurta!
- W rzyć chędożony raptus - zawarczał pod nos podnosząc z ziemi kuszę i oglądając się w stronę ostatniego biegłego w orężu członka swojej grupy. Młody fircyk chwilę wcześniej zapytał o plan działania, co w opinii Hieronima świadczyło o tym, że pojął w końcu, kto przewodził całej eskapadzie.
- Niech leży i zdrowieje, cyrulik z ladacznicą się nim zajmą - zdecydował - A my poszukajmy naszego wiernego druha, jeno żwawo!
-
Dla Kurta
Diaboł ruszył biegiem w kierunku przygotowanego na atak Kurta. Mały w zwolnionym tempie dostrzegł pazury które mkną w kierunku jego szyi. Na szczęście szybki ruch tarcza zbił atak. Kurt kontratakował, celnie lecz zbyt słabo aby ubić stwora na miejscu. Celował również w szyje i tam też trafił, lecz jak widać nie był to cios do końca śmiertelny. Diaboł zdawał się nie przejmować raną i kontynuował szaleńczy atak. Wymiana ciosów była szybka, lecz Kurt zdawał sobie sprawę żę to on w niej prowadzi, ciął celniej i lepiej się bronił. Mały poczuł silny ból w ramieniu, z którego trysnęła krew, by chwilę później dorwać krtani Diaboła rąbiąc ją tak okrutnie że aż oddzielając łeb od ciała. Kurt przysiadł zdyszany. Walka mimo że krótka, do dość dynamiczna i strasznie zatem męcząca. Mały odruchowo złapał się za ramie, które zapiekło okrutnie.
Dla Hieronima oraz Oswalda
Dwójka bohaterów ruszyła śmiało, lecz i w milczeniu, w kierunku w którym pobiegł Kurt. Odnalezienie drogi było banalnie proste, starczyło iść tropem świeżych ciał. Dość szybko, acz dopiero za kolejnym zaułkiem dostrzegli siedzącego na środku ulicy Towarzysza. Przed nim leżało ciało diaboła, a za nim głowa tegoż stwora. Kurt był cały pokryty krwią, dyszał ciężko i widać było że walczy ze sobą aby nie upaść. Był co jasne, odwrócony do nich tyłem.
Dla Ergo, Ulricha oraz Nadji
Marius słuchał uważnie słów Ergo, który mimo najszczerszych chęci nie wypluwał słów tak szybko jakby chciał. Oficer minę miał obojętną, nie wiadomo czy tak bardzo miał to gdzieś, czy może zwyczajnie na chłodno wysłuchiwał tłumaczeń.
- Dobrze
Skwitował na koniec i przeniósł wzrok na Hieronima i Oswalda.
- Idziecie. Rozumiem. Dam Wam obstawę kuszników na dachu, nie ruszą za Wami, ale mogą osłaniać w razie potrzeby tyle możemy zrobić. Życzę powodzenia.
Kusznicy poszłi na dach, a Marius wrócił do reszty
- A co do Was. Mogę was odesłać na nasze zaplecze. Dostaniecie wikt i opierunek do końca dnia, a jak będzie miejsce to do rana. Medykamenty i gabinet również. Panie Guttenluft na miejscu proszę się czuć jak u siebie, poinstruuje że jest Pan medykiem. Pośle z Wami gońca. Decyzja? Więcej informacji?
-
Uliczki Bögenhafen
Hieronim poczuł przemożną ulgę widząc, że Mały Kurt ponownie sprostał wyzwaniu - a było ono bezsprzecznie tęgie, o czym świadczył ciąg porąbanych mieczem zwłok, z których wciąż wyciekała świeża krew. Wielki rębacz ledwie się trzymał na nogach dysząc bez mała tak samo jak zmordowany długim truchtem urzędnik.
- Nasze szczęście, że się na zewnątrz miasta samopas nie wyrwał - wysapał Bosch zginając się wpół i opierając dłonie o kolana - Idź i zagoń go do magazynu, bo ja tu chyba zaraz flaki wyrzygam.
Starzec zacharczał ponownie i splunął siarczyście na zbryzgany krwią bruk, jedną ręką ściągając z pasa kuszę, drugą zaś poklepując Oswalda zachęcająco po udzie.
Jego oczy nie opuszczały nawet na chwilę tkwiącego w miejscu zdyszanego olbrzyma.
- Kurt, chwała Sigmarowi! Nasz Pan cię napełnił mocą i ocalił! Chodź, wracajmy już, świetnie się sprawiłeś. Idź, Oswald, potrząśnij nim z łaski swojej, chyba ogłuchł.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się