Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Ciało Modiego opadło bezwładnie na klepisko. Towarzysz z celi wyglądał jakby spał. Czy Kurt i Ergo słusznie ocenili jego stan? Raczej tak, aczkolwiek nigdy nie można być pewnym.
Grupa minęła walczącego Ulricha, tego co zbójem był. Widać było że Rotzniesser próbuje uciekać, lecz przeciwnik mimo wielu ran nie dawał za wygraną.Dla Santorine:
Ulrich zaatakował, jednakże przeciwnik był szybszy, bardzo szybko czmychnął w bok dając szansę Bohaterowi na ucieczkę do świątyni.
- Zabij go, %^@$%^@$ go, posiekaj na kawałki!
Usłyszał głos zaraz za sobą. Zbój odwrócił na moment głowę, aby nie tracić głównego wroga z pola widzenia, lecz nikogo tam nie było. Potwór zaatakował ponownie, równie nieskutecznie, lecz z werwą i w pełni sił, mimo dziury w trzewiach. Nagły i niespodziewany głos nie spowodował, że nie może się ruszyć, ale wybił z rytmu na tyle że Diaboł zdążył zaatakowaćUlrich rozejrzał się nerwowo, próbując zlokalizować źródło dziwnego głosu. "Cóż to miało być?" - myślał gorączkowo. Nie było jednak czasu, oprych stwierdził, że z niedożywienia zaczyna widzieć mary. Nie... Nie zamierzał pozostawać.
- Wsadź sobie - prychnął.
Przez rękę popłynął czysty ból, Bohater na własne oczy widział że dłoń ma na swoim miejscu, lecz odczucie było zgoła inne. Przez moment Rotzniesser czuł jakby zaraz miał zejść. Uczucie minęło tak samo szybko jak przyszło
- #^%#&^3 go - głos stał się twardszy, bardziej zdecydowany
Ulrich zacharczał i splunął, próbując przemóc dziwną moc, która nagle zdawała się mieć nad nim górę.
- Przeklęta magia! - wykrzyknął. - Idź w diabły, nie będziesz mi gadać, co robić mam, ty zasyfiona piczko z Marienburga!
Rotzniesser ponownił próbę biegu, gotów użyć swej tarczy, aby odgonić się od diabelskich sztuczek i szponów tamtego.
Zbój ruszył, lecz co chwila przeszywał go paraliżujący ból, co oczywiście wpłynęło na sumaryczny pokonany dystans. Obrona tarcza przed głosem nic nie dała, ale siekanie mieczem w zbliżającego się przeciwnika już jak najbardziej. Ulrich odciął Diabołowi rękę i już miał ruszyć w stronę świątyni, gdy śmiertelnie ranny potwór mimo ran ruszył na Bohatera tnąc dogłębnie jego podbrzusze. Rotzniesser poczuł ciepło krwi; wiedział że to jescze nie koniec, rana była poważna ale nie śmiertelna. Adrenalina zadziałała, Bohater zamachnął się w odwecie tak skutecznie żę dojrzał czarne wnętrze szyji przeciwnika. Posoka oblała Ulircha po całości, potwór konał w konwulsjach.Ulrich stęknął z bólu, ale teraz zdało się, że przeklęta klątwa została zdjęta z jego umysłu. Cóż to było? Zdało się... Zdało się, że jakieś diabelskie sztuczki działy się tutaj, jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Podejrzenia pączkowały w normalnie chytrym i przewidującym najgorszego umyśle oprycha. Ale! Nie teraz!
- Ej tam, ludzie, pomóżcieee! - krzyknął do ludzi w świątyni. - Ranniśmy!
I dalej już biegł w stronę świątyni, nie nękany.Dawni mieszkańcy Bögenhafen, minęli bezwładnego Modiego i byli już bardzo blisko. Ergo oraz Kurt czuli już ich oddech na karkach, lecz udawało im się utrzymać dystans. Po chwili zobaczyli Ulricha który w lekkim zgięciu również biegnie w stronę schronienia.
Brzdęk kusz. Padło lub zostało ranionych kilku przeciwników. Po chwili kolejny brzdęk, następne ciała na ziemi. Bohaterowie, w niezmienionym składzie dotarli pod barykadę. Wszyscy poza Modim, który leżał tam gdzie został porzucony. Zbój Ulrich nie wyglądał najlepiej, kolczuga rozerwana była w dwóch miejscach, na ramieniu oraz na brzuchu. Rotzniesser cały byl w posoce przeciwnika, wiec ciężko było powiedzieć czy sam krwawi czy nie.
Prowizoryczna brama została otwarta, lecz tylko na tyle aby można było przecisnąć się do środka jeden za drugim. Pierwsi wbiegli najszybsi z grupy: Nadja i Hieronim. A co z resztą? Kusznicy potrzebują czasu na przeładowanie, bohaterowie na wejście, a przeciwnikom ledwie moment starczy na dobiegnięcie do barykady.
Panika i pech części grupy czy jednak zorganizowana ewakuacja? Kto się poświęci aby zostać i osłaniać odwrót?
-

Oswald BraunNie dało się ukryć, że sytuacja była kiepska, ale nie beznadziejna. Wystarczyło odrobinę się wysilić, by znaleźć się po odpowiedniej stronie barykady. I mieć odrobinę pecha, by wpaść w łapska ścigających. Nie można było się dziwić obrońcom, że nie otworzyli szeroko ramion... przejścia znaczy... by powitać tych, co uciekali przed przemienionymi mieszkańcami miasta.
Oswald postanowił nie oglądać się na innych, tylko ruszył najszybciej jak mógł w stronę wąskiego przejścia. -

Ergo oraz Oswald zdołali przedostać się przez bramę zanim tłum mieszkańców starł się z bohaterami. Większa część uderzenia przyjął Kurt oraz Ulrich z tarczą. Atak, mimo że zmasowany, nie wyrządził większych szkód. Poleciały bełty, dwa trupy na miejscu, jeden ranny. Kurt kontratakował rozpłatając dwójkę. Z obu Ulrichów, tylko ten szerszy miał szczęście. Nie żeby walczył w zwarciu, zwyczajnie wyczuł moment i rozłupał czaszkę nieszczęśnika. Mieszkańcy, mimo iż zostało ich tylko dwoje nie mieli zamiaru przestać, lecz ich wysiłki spaliły na panewce, a po chwili wszyscy leżeli martwi. Uliczka przed świątynią wyglądała jak pogorzelisko. Bohaterowie przeszli bez barykadę, wóz pełniący rolę bramy zamknął się za nimi.
Po przejściu bramy ich oczom ukazał się orszak powitalny złożony z groźnie wyglądających mężczyzn, na ich twarzach było widoczne zmęczenie, niemniej wpuścili Was, a to oznaczało że przynajmniej początkowo nie mają złych zamiarów. Pomagali im zwykli mieszkańcy, brzuchaty wąsacz w czapce piekarza i osiłek z znakiem cechu kowali na fartuchu zamknęli bramę i czym prędzej schowali się z powrotem w świątyni.
Pośrodku stał rosły kapłan, odziany w brązowy habit, przeszywalnicę oraz metalowy napierśnik. Jego pancerz był pełen poprzyklejanych świętych tekstów i ochronnych modlitw. Ci z Was lepiej wykształceni mogli rozpoznać fragmenty dzieł takich jak Deus Sigmar, Geistbuch czy uznawanej w niektórych kręgach za radykalną Inquisitio Haereticae Pravitatis.
Wraz z nim stało dwóch strażników uzbrojonych w miecze i tarcze, oraz dwóch młodszych kapłanów, którzy zamiast mieczy dzierżyli jednoręczne młoty, których drugi koniec wieńczyły ogony rozdwojonej komety Sigmara.
Co rzuciło się Wam w oczy żaden z nich nie nosił kolczug, wszyscy byli opancerzeni identycznie, z tym że kapłani nie nosili hełmów, a ich ogolone głowy z oddali mówiły kim są.Najstarszy z kapłanów opierał się o zakrwawiony młot dwuręczny. Już na pierwszy rzut oka wiedzieliście że nie będzie to łatwa rozmowa, rozpoznając w silnorękich kapłana strażników z strażnicy, w której niedawno byliście więźniami. Za ich plecami zaś nadal byli kusznicy, obserwujący Was czujnie z podwyższenia.
- Chwała Sigmarowi! - przerwał milczenie donośnym głosem, czyniąc znak komety na powitanie, po czym zrobił pauzę i uważnie Was lustrował.
- Niech kometa Was zawsze prowadzi. Witajcie w Świątyni Uniesionego Młota, rad jestem widzieć Was nieodmienionych,
- Jam jest Zygfryd Grimmig, uniżony sługa Sigmara i opiekun tejże świątyni, kim jesteście? - padło pytanie -
Ulrich Rotzniesser 
– Chwała Sigmarowi! – Rotzniesser machinalnie odparł na powitanie kapłana zachrypłym głosem.
Czuł się fatalnie: rana w brzuchu pulsowała tępym, nieznośnym bólem, Rotzniesser wiedział zaś, że z każdą chwilą z jego trzewi upływała jucha i potrzeba było medyka jakiego, aby zatamować krwawienie i zadbać o to, by nie wdało się zakażenie. Nie raz wiercił Ulrich bowiem dziury w brzuchach i choć agonalne jęki jego ofiar słuchał niby pieśń, sam wolał żyć, by móc owe dziury wiercić dalej.
Myślał też o dziwnym głosie, który usłyszał i który go doprowadził do tego stanu. Poniechał. Będzie czas na to.
– Moiściewy, zwą mnie Ulrich – tu skłonił się w pas. – Podróżny z Marienburga. Na wasze usługi, choć ranien jestem.
Gadać mógł więcej, ale zostawił rzecz. Zamierzał pozwolić pozostałym przekonać klechę i jego pobratymców, żeby wstawili się za nimi. Klasztornicy zdawali się rozumieć, że nie wszyscy zostali przemienieni, zatem… Zabijanie nieznajomych było nie w interesie? Oczywisty wniosek. Ale od kiedy to rozum chadzał wespół z klechami?
Cyrulik zdawał się umieć gadać, może klecha zapatrzy się w to, co ze swych mądrych ksiąg wyczytał? Albo kto inny podprowadzić gadkę umiał? Oby tylko prędzej, zanim go zemdli z tej rany.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich, ten co zbójem nie był, ucieszył się z widoku sigmarytów. Pierwsze co zrobił, to odruchowo przetrzepał się w odruchu rękami, rzecz o której nigdy nawet nie pomyślałby przed burzą chaosu, a co weszło mu w krew - ranny człowiek może jeszcze kilka dobrych chwil nie czuć jak krew ucieka z ciała, szczególnie gdy jest się chwilę po walce. Upewniwszy się, że sam jest cały, podszedł od prawej do Ulricha, tego co zbójem był.
- Lekarzem co ma pacjenta, który raczył się przedstawiać gdy leci zeń jucha - rzekł szorstko i po prostu fachowo wziął swego imiennika pod ramię aby bez zbędnej kurtuazji pomóc mu oprzeć się o najbliższą ścianę, niekoniecznie od razu siadać, i sprawdzić co mu dokładnie jest.
- Przydałaby się woda, Panienka - rzekł do Nadji rozpoczynając inspekcję. -
Ergo

/- Ooo! Mi też by się przydała panienka! - przytaknął zdyszany Ergo słowom cyrulika. Nie miał w zwyczaju rozpamiętywać poczynionych mu krzywd toteż bez żalu nijakiego do kompanów nie żywił. Tym bardziej, że i tak bardziej już im ufał niźli zatroskanym kapłanom Młotodzierżcy. A już ten typek Zygfryd... zmrużył oczy i przekrzywił głowę usiłując sobie przypomnieć skąd zna tę mordkę. - Jam jest Ergo. Prestidigitator. Bajarz. Podróżnik. A z resztą. Tam nasz kompan został! - Wskazał barykadę. - Może żyw jeszcze!
-

Mały Kurt vel KnutBrama zamknęła się z łoskotem, odcinając wyjście na zewnątrz. Kurt nie od razu spojrzał na kapłana. Najpierw odsunął się pół kroku, żeby nie stać w linii kuszników. Miecz opuścił nisko, ostrzem do ziemi. Nie wypuścił go jednak z dłoni.
Zlustrował mężczyzn w habitach. Pancerze, młoty, twarze strażników ze strażnicy. Rozpoznał ich. Oni zapewne rozpoznali jego.
Kapłan przemówił.
Kurt początkowo nie odpowiedział. Po chwili jednak kiwnął głową i przedstawił się:
-Kurt. -

Oswald Braun- Chwała Sigmarowi - powiedział Oswald, gdy już zdołał odzyskać oddech. Wiernym wyznawcą Sigmara nie był, ale to w jego świątyni znalazł ratunek, więc jakoś wpadało się odwdzięczyć. - Oswald - przedstawił się. - Podróżny z Altdorfu. Pomogę chętnie, chociaż lepiej piórem niż mieczem władam.
-

Nadja Schmidt
.
Serce Nadji jeszcze nie zdążyło się uspokoić po tej ucieczce przed kreaturami z dna Piekieł, jak wpadli wprost na kapłana strażników z ich więzienia. Ten oprych był bardzo wygadany, jak na kogoś, kto prawie wypluwa swoje flaki...
- Daj może mu w łeb, bo zaraz wykrwawi się słowem, no. - prychnęła wyciągając bukłak z wodą, jaki znalazła w strażnicy - Głupie toto...Następnie spojrzała na kapłana, nie będąc pewna jak do niego podejść. Prawdę mówiąc nigdy pewności co do takich nie miała, czy to w armii, czy poza. Sama nie należała do przesadnie bogobojnych, o ile to nie było w jej interesie. Uznała, że teraz na pewno byłoby bardziej na plus, jeżeli kto ją zapyta...
- Ergo dobrze gada. Tam jeden został. - posłała zirytowane spojrzenie cyrulikowi - Zapoznania za chwilę. Mamy tu rannego idiotę. Łatamy go? - ostatnie słowa posłała do wykształconego Urlicha. -
Hieronim Bosch poczuł na widok świątobliwego męża i jego świty uczucie ulgi, którego nie potrafił z niczym porównać - iście jakby stanął przed nim sam Sigmar Młotodzierżca we własnej osobie. Towarzysząca celnikowi tłuszcza jęła się przedstawiać na wyścigi, jeden przed drugiego jakby wszyscy chcieli czym prędzej zaskarbić sobie względy ojca Grimmiga.
Albo składnymi słówkami odwrócić od siebie jego podejrzliwą uwagę.
- Wybaczcie co niektórym tutaj ich grubiańskie maniery, świątobliwy ojcze - powiedział celnik składając dłonie na piersiach na znak młota - Zwę się Hieronim Bosch i jestem urzędnikiem cesarskim w portowym składzie celnym. Przywiodłem tych ludzi na odsiecz świątyni, albowiem wszyscy oni zachowali zdrowy rozum tam, gdzie umysłami tak wielu zawładnęło zgubne szaleństwo.
Przemawiając pełnym szacunku głosem Bosch zaczął się zastanawiać w duchu, czy aby nie widział już wcześniej tego Zygfryda Grimmiga, wszelako bynajmniej nie w szatach pobożnego sigmaryty. Cosik mu przypominała ta kapłańska gęba, co się mu natrętnie kojarzyło z zawziętymi kłótniami o jakieś rachunki czy insze obliczenia czy może cesarskie przepisy i reguły… nie potrafił sobie jednak przypomnieć szczegółów.
- Skoro brama zamknięta, przesądziliście o losie tego nieszczęśnika, co nam padł po drodze, świątobliwy, muszę was jednak prosić o łaskę dla niego. Pewnie wcale na takiego nie wygląda, ale dzielny to człek i prawdziwie bogobojny czciciel Młotodzierżcy. Nie godzi się go tak na pastwę losu porzucać za zatrzaśniętą bramą, tedy w miłosierdziu swoim zechciejcie odmówić wspólnie z nami modlitwę w intencji jego duszy, a dopiero potem opowiedzcie mi, jak wygląda sytuacja w reszcie miasta i co winniśmy czynić dalej, jeśli nie zechcecie naszej mężnej pomocy w obronie.
-

Kapłan słuchał w milczeniu, mimika niewiele zdradzała, poza nieufnością.
Ulrich zrobił na nim niemałe wrażenie, wszak ranny, ale z bogiem na ustach i z kulturą w słowie. W kolczudze, były żołnierz pewnie, a takich do obrony świątyni mu trzeba. Grubiaństwo dziewki w łachmanach co nawet się przedstawić nie chciała, i jawnie kpiła z obyczajów oraz wiary kompana, jak i knura co się za lekarza uważał, a języka w gębie zapomniał, o szacunku gdy kapłan pyta nie mówiąc, kontrastowały z nim wielce, tak mocno że aż Zygfryd zmrużył oczy.Wtenczas jeden ze strażników szepną mu coś do ucha.
- Rannym się zajmiemy, bracie Albercie - wydał krótko komendę, jeden z kapłanów po jego stronie skłonił się lekko po czym wrócił do świątyni i z tym samym osiłkiem co zamykał bramę wyszli by wziąć Ulricha pod ramiona i przenieść do lecznicy przyświątynnej, Gdy przechodzili kapłan dodał jedno słowo - miecz - strażnik bez słowa zrobił krok w stronę odchodzących by odebrać oręż zza pasa rannego. Gdyby cyrulik chciał iść z nimi zostanie zatrzymany przez strażników.- Pomoc zawsze potrzebna, i z otwartymi ramionami ją przyjmiemy - odpowiedział Oswaldowi
Dopiero na słowa Hieronima kapłan Sigmara widocznie się rozluźnił, nabierając do Was odrobinę więcej zaufania.
- Jeśli Wasz kompan ma wiarę w sercu, to może jest dla niego nadzieja, ale musicie po niego wyjść sami, tylko Wy wiecie który to z leżących przed świątynią - zaproponował robiąc krótką pauzę i uważnie obserwował ich reakcję, może nie wierzył by dobrze znali tego, którego porzucili dopiero co na śmierć?- Chaos to choroba duszy, jak przy każdej epidemii zalecana jest kwarantanna. Bracia z Zakonów Srebrnego Młota i Oczyszczającego Płomienia niebawem przybędą na czele oddziałów, które oczyszczą miasto, jestem tego pewien. Do tego czasu powinniśmy skupić się na modlitwie i ochronie tych, których umysłem i ciałem jeszcze nie zawładnęły Niszczycielskie Potęgi.
- Jeśli chcecie wyjść, zdejmijcie kolczugi, dźwięk jaki wydaje metal przyciąga odmienionych, a nie tylko umysł potrafi im się zmienić. Nie możemy zostawić zwłok na ulicy, jedyne czego tu trzeba to kolejnej zarazy, dostaniecie taczki by poskładać rannych na kupie, mamy dość oliwy by spalić zwłoki.
- Następnie zapraszam na wspólną modlitwę, a po niej chętnie porozmawiam.
- Na terenie świątyni nie możecie nosić broni, jeśli chcecie zostać musicie ją zdać. W wypadku ataku będzie wydawana jak w wojsku. Słuchacie kapłanów póki jesteście pod moją opieką, to są Wasi przełożeni.
- Czy wyrażam się jasno? - zapytał twardo po podaniu warunków, niczym sierżant na odprawie wojska -
Ergo

- Ależ najjaśniej Wasza najjaśniejszość! - zawołał Ergo, który również wolał kiedy motłoch nie dysponuje bronią przed którą nader często przyszło mu niesłusznie i niezasłużenie uciekać, a którą on jako człek pokojowy zwykł używać jeno w ostateczności i co się rozumie, w szeroko rozumianej obronie własnej - Teee, dziadu! - zwrócił się do Hieronima - Może miast pyrtolić ozorem, pomożesz mi, he? We dwóch go tu przytaszczymy, bo nawet półżywej teściowej bym tam na bruku nie ostawił, a Baleron - wskazał Kurta jakby oczywistym dlań było, że wielki groźnie wyglądający zbir nie odmówi chuderlawemu cyrkowcowi - dopilnuje by nam się co złego nie przydarzyło.
Do zbierania trupów się wszelako nie kwapił i wycieczkę na zewnętrze planował zakończyć po sprowadzeniu portowego szczurka. No chyba, żeby braciszkowie użyli bardziej dosadnych metod perswazji niźli zygfrydowe "jeśli chcecie wyjść". Ergo chciał. Ale tylko na chwilę.
-
Ulrich Rotzniesser 
Ulrich skinął głową, biorąc miecz w pochwie i odsupłując rzemień, którym go przytwierdził do swego pasa. Im szybciej medycy będą mogli go obejrzeć, tym większa szansa była, że wkrótce nie odejdzie w zaświaty.
– Zaiste, rzecz to jasna, dzięki wam po stokroć – rzekł Rotzniesser przymilnie, kłaniając się jeszcze raz mimo bólu. – Jeśli zaś atak by był, pikę albo lochaber bym wolał, by potępieńców na dystans trzymać… Miecz ów zacny jest, przyjmijcie go, moiściewy, w darze i niechaj ci co mocniejsi rąbią nim.
Oprych, choć wiedział, że w mieście grały siły nieczyste, z niejakim zaskoczeniem przyjął wygłoszoną otwarcie wiadomość, że w sprawy był zaangażowany Chaos. Słowa o tym, że wkrótce jacyś woje przyjdą ich odbijać poddał w wątpliwość. Jak dla Ulricha, byli sami w tym obsranym, zafajdanym i obrzyganym złem mieście i jeno kwestią czasu było, zanim owe wesołe zbiegowisko zostanie oblężone. Było to niebezpieczeństwo. Ale i też okazja.
Z tymi ponurymi myślami, pilnując, aby flaki nie wypłynęły mu z brzucha przypadkiem, udał się we wskazaną stronę.
-

Nadja Schmidt
.
Ton głosu kapłana zdał się wyciągnąć Nadję ze stanu po ucieczce od demonicznych mieszkańców oraz braku ruchu w więzieniu. Był jak wspomnienie z czasu wolności i dbania o potrzeby imperialnego wojska. Wtedy to żołnierze mieli władzę nad czeladzią obozową, która posiadała własną hierarchię, jednak nigdy nie przewyższającą niektórego pułapu hierarchii wojskowej.
Przyklejenie się do oficerów pomagało, co Nadja szybko zauważyła i wykorzystywała.- Wszystko jasne, der Hellste.
Młoda kobieta wcisnęła Ergo do rąk pożyczoną kuszę chcąc uczynić jej zdanie czyimś innym problemem, sama mając zamiar oddawać mały miecz jaki miała ze strażnicy.
Wiedziała, że na słowa przyjdzie czas po modlitwie i niezależnie jak by ich chciała uniknąć, to tym razem nie będzie to możliwe. -
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich z pewną radością przyjął przejęcie pacjenta, nawet jeśli przeciwstawiała się jej urażona duma, radością co do której miał wyrzut sumienia - oznaczało to, że przez moment cenił wyżej swą wygodę i zapasy nad dobry towarzysza. Niech Sigmar mu wybaczy, bo to rzecz była u Sigmara, a nie bogini uzdrowień, rzecz wierności.
Spokojnie zdał broń, nie miał planu wyruszać teraz za mury, a przynajmniej nie bez planu... A ten już się rodził w głowie. Co prawda krążył w tej chwili wokół wypuszczenia świniaka obwieszonego fragmentami kolczugi lub dzwoneczkami, czyli czegoś nierealizowanego, lecz myślał co dalej - może bełty z wysoka? Jakby wspiąć się na budynek, przejrzeć grupy odmienionych i skierować ich daleko od docelowego szlaku? Nie wierzył w odsiecz, mimo, że raz jednej, cudownej doświadczył... Ale to był temat na inną opowieść. W wolnej chwili, postanowił podzielić się pomysłem z Ergo i Nadją. -

Oswald BraunOswald, z oczywistych powodów, nie obawiał się trupów. Ale słowo Chaos zdecydowanie mu się nie podobało.
- Ojcze Święty - powiedział. - Chętnie pomogę w usuwaniu zwłok, ale jeśli to m coś wspólnego z Chaosem... Czy dotykanie zarażonych nim nie jest groźne? -
Wyzwany od dziadów, Hieronim Bosch zmierzył bezczelnego plebejusza wzrokiem, który tylko cudem tamtego nie zabił; potem zaś wzdrygnął się pojmując do końca, czego właściwie kapłan od przybyszów oczekiwał.
- Ten tutaj słusznie rzecz, wasza świątobliwość - powiedział łapiąc deskę rzuconą w otmęt jego paniki przez człeka zwącego się Oswaldem - Nie strach to stawać do boku z orkami albo goblinami, takich bić, a zarzynać to prawdziwa przyjemność i jam pierwszy jest do tak zbożnego dzieła, tu wszelako mamy do czynienia z czarną magią. Prawdziwie nauczają kapłani, że Chaos plugawi wszystko, czego się dotknie i niczym zaraza się szerzy. Może by nam lepiej było, coby tych trupów nie tykać, a jak już naprawdę nas chcecie za bramą wypędzić jak nieszczęsne psy w deszcz i może nawet na zgubę wystawić nasze dusze, to może by jeden z waszych braci nam towarzyszył, coby zło i zepsucie swoją czcigodną i świątobliwą bliskością odpędzać?
Wygłosiwszy swą prośbę pełnym szacunku tonem Bosch złożył ręce w znak komety i opuścił pokornie głowę czekając na odpowiedź kleryka.
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt wysłuchał w milczeniu. Nie drgnął, gdy padły słowa o Chaosie, kwarantannie i spalaniu zwłok. Gdy mowa zeszła na zdanie broni, tylko przesunął dłonią po rękojeści miecza, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest.
Rozumiał ten ton. Rozkazy. Warunki. Zasady terenu.
Spojrzał na bramę. Na ulicę za nią. Na miejsce, gdzie zostawili ciało.
Potem wrócił wzrokiem do Zygfryda.
Powoli odpiął pas z mieczem. Nie rzucił go, nie oddał niechlujnie. Wyciągnął rękę z bronią w poprzek dłoni, rękojeścią do przodu, aby zdać broń. Następnie udał się na wspólna modlitwę.
-
Dla Santorine
||Nie wiesz czy to zasługa kapłana, świątyni czy może inny, nomen omen, czort, lub ... po prostu umierasz, ale czułeś się jakoś tak ... lepiej? Dziura w trzewiach była dokładnie tam gdzie ostatnią ją czułeś, ramie szczypało, choć jakby mniej.
Oddałeś broń i przy pomocy kapłana oraz osiłka zdjąłeś z lekka uszkodzoną kolczugę, zakrwawione ubranie, i położyłeś się na stole. Strażnik który przejął oręż czknął, czym zwrócił Twoją uwagę
Kapłan miał na podorędziu kilka narzędzi, głównie służących do dezynfekcji i opatrywania ran. Wiedziałeś że będzie bolało i tak też się stało. Ręka została opatrzona szybko i sprawnie. Szybka dezynfekcja, maść i bandaż. Mężczyzna pracował dalej w skupieniu, nad raną na brzuchu i wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Przecierał ranę, patrzył, po czym znów przecierał i grzebał szczypcami.
- Synu
Zaczął
- Jak dawno doznałeś pierwszej rany w tym miejscu? Co to było?
Głos kapłana był spokojny, lecz stanowczy i surowy, widać było że jest wychowankiem Zygryda. Kapłan skierował głowę w stronę osiłka który mu pomagał jednocześnie szykując narzędzia.
- Stań mu za głową, żeby mnie nie walnął, a jak będzie się wierzgał to wiąż.
- Będzie bolało. Jeszcze takiego czegoś nie czułeś, ale gwarantuje że cokolwiek poczujesz to będzie jak najbardziej normalne. No, to jak z tą raną? Opowiadaj, czym więcej się dowiem tym lepiej dla Ciebie.|| -
Ulrich Rotzniesser 
Oprych był przygotowany na swoją śmierć. W zasadzie, miał to głęboko, głęboko w dupie. Cała ta rzecz z Bögenhafen zdawała się mieć jeno powab wisielczego sznura, który choć z początku ciągnął się żmudnie, niechybnie kończył się pętlą.
Rotzniesser nie ufał cholernym klerykom, w rzyć chędożonym świętoszkom. Ale! Mogli się okazać przydatni, ba, już się okazali, zapraszając ich za mury. Z krwawiącym bebechem sczeznąłby prędzej czy, więc jeśli miłośnicy młodych chłopców mieli i tak posłać go w zaświaty, cóż. I tak już żył całkiem długo.
– Jak masz gorzałę, święty mężu, to daj, bo już dawno żem nie skosztował – Rotzniesser wycedził przez zęby, szykując się na ból. – Czy dawno żem doznał? A niedawno, se wystawcie… Zaraz pod świątynią napadł na mnie diabeł. Cholerny diabeł! Bestia szarpała mnie, nie chciała puścić. Ledwo żem go usiekł, psiego syna jego! Włochate to było, wielkie pazury, ślepia niby czerwone węgle! Diaboł pierdolony, ot!
I stęknął z bólu.