Borin przeszedł się pośród pokonanych, szukając ran wymagających opatrzenia, ale nie znalazł nikogo czyjemu życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo… po drodze tylko rozbroił pokonanych z tych oczywistych broni. Nie miał zamiaru ich teraz dokładniej przeszukiwać.
Skierował swoje spojrzenie na nieprzytomną, teraz już opartą o szynkwas, Reilru. Jego lewe oko zalśniło pomarańczowo na krótki moment. Spojrzał na ostatniego przytomnego gnolla, Gundrik właśnie nim dysponował, aby upozycjonować w niezagrażającej nikomu pozycji, więc uwagę miał zajętą. Świetnie. Borin stanął tak aby nawet jakby spojrzał nie było czystego widoku i – poprzez materiał koszuli – dotknął palcem amulet na swojej piersi. Gdy znów podniósł oczy tym razem błyszczały na fioletowo i w parze.

Borin podszedł z drobną dozą niepewności do duo: Thalamera z Varokiem. Nieco ostentacyjnie, z drobnym rozbawionym uśmieszkiem.
- Wyczuwam tu subtelnie cierpką woń olejów wypływających z metalicznych żył. Niekoniecznie cię doprowadzę do świetności z jaką dzisiaj witałeś poranek, ale myślę, że mogę tu sporo pomóc.
Varok rzucił spojrzenie na Borina, jakby Thalamer nawet nie istniał. Pomimo swej wielkiej sylwetki, konstrukt milczał; niepodobna było rzec, czy była to duma, czy też Varok po prostu rozważał, czy oferta pomocy mogła być jakimś rodzajem krotochwili tudzież obelgi.
Wreszcie, rzekł Thalamer:
– Będziemy potrzebować jakąkolwiek pomoc, tedy dzięki ci, panie Borin – mag skłonił się lekko. – Varok, zaakceptujesz pomoc cnego pana Borina który sam ze się, w ramach kooperacji, chce dokonać ulepszenia mocy uderzeniowej szwadronu.
Varok drgnął, słysząc głos maga, którego uśmieszek nie wydawał się spełzać z twarzy. Konstrukt przez jedną chwilę spojrzał ognistym wejrzeniem na Thala, jak gdyby obiecując mu zemstę także i za to. Rzekł wreszcie:
– Zaiste, pracuj – nadstawił swój potężny bark i pancerz, który został rozerwany przez pomagierów Syrrix.
Borin kiwnął i ściągnął ściągnął brunatną rękawiczkę z lewej dłoni, ujawniając magitechową protezę, którą jeszcze dalej odsłaniał podwijając rękaw aż za mechaniczny łokieć. Szarpnął równie gwałtownie co zdawkowo, pozwalając sile bezwładności uchylić skrytkę z której wytoczył się pas z narzędziami, wyraźnie pojemniejszy niż miał prawo się zmieścić w tak ciasnej przestrzeni, bez choćby sporej szczypty magii. Wybrał narzędzia i zaczął pracę, która też wyraźnie zasilana była jakiegoś rodzaju magią, bo metal ciała Varoka giął się w jego dłoniach nie trudniej niż glina o wyjątkowo kooperatywnym stosunku. Łaty pasował jak ulał przy pierwszym przyłożeniu i trzymały się jakby smarowane były klejem, co chwytał w idealnym momencie.
- No. Wstępnie gotowe. Na tę chwilę jest to, rzecz jasna, rozwiązanie tymczasowe, ale dajże mi moment, a utwardzę to należycie, żeby już zostało tak, jak jest.
– Twa ofiara zostanie dodana do Ołtarzu Bitew – zimny głos, pozbawiony emocji, wydobył się z hełmu Varoka.
- Tsk… to dla ciebie. Wojna dawno dostała ode mnie wszystko co zamierzałem jej dać, ale podumać możemy o tym później. Teraz gdzie indziej jestem potrzebny.
– Dzięki ci, cny panie Borin! – Thalamer jowialnie zrobił ukłon, wirując swoimi powłóczystymi szatami, w tym samym czasie sięgając po uprzednio przyrządzone eliksiry. – Varok, nie spodziewam się twej wdzięczności, tedy weź to, i to, i tamto.
Leczące mieszaniny - fiole wypełnione złotawym, podobnym do miodu napojem błysnęły w zręcznych palcach Thalamera, który przekazał je do konstruktu.
– Tam, gdzie idziemy, będziemy potrzebować jakiejkolwiek siły oporu. Rzekłbym, że zapomnianym przez bogów mieście, ależ wszak obecność magii boskiej jest niezaprzeczalna w tej dziurze, niestety! Chociaż nie opatrzności… Ha-ha. Panie Borin, tysiąc podziękowań dla ciebie. Potrzeba mi wyruszyć czym prędzej, żeby zabezpieczyć resztki naszego chlebodawcy. W onym nieszczęsnym wypadku chciałbym ogłosić, że zaklepałbym sobie mózg naszego drogiego przyjaciela, sądzę, że mógłby mi się przydać do wielu interesujących eksperymentów, które pominąć chciałbym na wypadek pozostania wrażliwych niewiast w tym dostojnym przybytku. Varok?
Konstrukt, dopijając ostatnią z mieszanin, skinął głową.
– Gotów na zadanie śmierci – Varok mruknął.
– Wspaniale! Niebostatkiem w dół! Czy znajdzie się dla nas miejsce? Ach, wszakże nie potrzeba, przygotowałem się właśnie na możliwość braku miejsca.
Mag i Varok ruszyli w stronę hobgoblina, który zdawał się majstrować w niebostatku.

Krasnolud, z pewnym stresem, podszedł do zbrojnokutego, który przybył jako ochroniarz Syrrix. Jego towarzysz leżał w częściach, między stołami. Z nim już nic nie dałoby się zrobić. Ten teraz wcale nie wyglądał wiele lepiej.
Leżał oparty o przewrócony stół, z jedną nogą wygiętą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerza na torsie miał wgniecione tak głęboko, że nachodziły na siebie a jedna wprost pękła. Z rozszczelnionych przegubów wystawały pęki stalowych linek i miedzianych przewodów, a do tego sączyły się smary i oleje. Mechanizm barkowy ledwie się trzymał na miejscu. Drobna dźwignia i łatwo byłoby go urwać. Twarz miał częściowo oderwaną odsłaniając skomplikowany układ soczewek, przekładni i zębatek.
Borin strzyknął śliną.
- No dobrze… zobaczymy co da się zrobić.
Najpierw zabezpieczył ostrze twardo wmontowane w rękę. Tego nie był w stanie rozbroić, ani nie chciał go okaleczać pozbawiając całej kończyny. Zadowolił się obwiązaniem dwoma obrusami. Zabezpieczenie łatwe do pozbycia się, ale wymagające cennych sekund. Potem przeszukał czy nie posiada więcej ukrytych ostrzy, czy broni i nic nie znalazł. To oczywiście niewiele oznaczało, ale pracował z tym co miał. Na całkowite rozłożenie go nie było czasu. Potem powtórzył procedurę z Railru. Potwierdzenie, że Gnuuth – ostatni przytomny gnoll – nie widzi… Pomarańczowy odblask w oku a potem fioletowe światło. Skrzywił się i strzelił - śliną niezadowolony gdy ono zgasło.
- No nic. Do roboty.
Odnowił magiczną protekcję i zaczął pracę. Najpiew pozbył się tego co teraz już tylko przeszkadzało. Niektóre przewody po prostu odciął, inne łączył roboczo, a jeszcze inne udało się wyplątać z pogiętych elementów konstrukcji. Wymontował najbardziej zdruzgotane płyty fragmenty pancerza. Nie próbował ich prostować. Właściciel zrobi z nimi potem co sam uzna za słuszne, ale raczej były do utylizacji… Ten demontaż pozwolił mu zajrzeć wgłąb piersi.
- Aha. Niedobrze.
Kilka zębatek głównych przekładni napędowych było wyszczerbione. Jedna zupełnie strzaskana, ale mechanizm wciąż się obracał. Łącza energetyczne były niemal całkowicie zerane z mocowania. Borin docisnął je na miejsce i unieruchomił kawąłkiem drutu. Zamiast właściwego zacisku użył śrubki z własnej kolekcji.
Więcej czasu zajęło poskładanie najważniejszych mechanizmów. Nie celował w pełną operatywność. Doprowadzenie się do pełnej funkcjonalności będzie jego własnym zmartwieniem.
Jeszcze nim to dokończył zabrał się za nogę. Staw był zniszczony. Wymagałby dłużej pracy, więc zrobił najlepsze co się dało. Wsunął stalowy pręt i ustabilizował go, aby usztywnić całe kolano.
- Chodzić będziesz. Tylko niezbyt elegancko.
Najwięcej czasu zajęła mu ręka. Bo z niej zbrojnokuty miał jeszcze skorzystać w najbliższej przyszłości. Borin znalazł oderwane ściegno ze stalowej linki. Długimi szczypczykami przeciągnął je przez prowadnice i połączył z gniazdem w głębi “pachy”. Jeden z brakujących elementów dał radę zastąpić odpowiednio opiłowanym fragmentem pancerza, wcześniej odrzuconym do “utylizacji”. Cóż… został zutylizowany!
Sięgnął w głąb piersi konstruktu i ostrożnie zakręcił jedną z przekładni. Ręka drgnęła. Dokonał kilku korekt i był już w stanie zacisnąć ją w pięść.
- To teraz, prosiłbym, o więcej zdziwienia i wdzięczności niż agresji…
Mruknął rozcierając dwa magitechowe smary, a wraz z tym jak się mieszały błyskały coraz intensywniej błękitnymi wyładowaniami.
Rzucił spojrzenie do Gundrika, potwierdzając, że towarzysz go ubezpiecza i włożył obie dłonie w głąb piersi konstruktu, obydwoma chwytając jego swoiste “serce”. Smary nagle wymieszane z znacznie gwałtowniejszej objętości błysnęły raz, drugi… z każdym ciałem zbrojnokutego wstrząsał skurcz. Chwilę po tym jak krasnolud wyciągnął dłonie ze środka błysnęło po raz trzeci. Nie nie intensywniej, ale dłużej.