Wcześniej tego dnia…
Poranki w Nowym Brzegu nie zaczynają się jedną rzeczą, a serią małych początków, które synchronizują się w rozmytą całość.
Najpierw budzi się Kogutek. Piece rozgrzewają się z tempem zaspanego żółwia. Wóz starego Barnaby’ego skrzypieniem daje znać o swoim przybyciu jeszcze nim dotrze z dostawą.
Sona otwiera mu tylne drzwi zanim jeszcze zdąży zapukać. Z Wallie’m i Irmą pracują już w środku, nim dzień się oficjalnie zaczyna. Ręce po łokcie w mące i cieście. Sona polecenia wydawała bez podnoszenia głosu i tylko kiedy musiała, a musiała rzadko. Kuchnia Kogutka działała jak naoliwiony mechanizm.
W innej części Nowego Brzegu miał miejsce inny z “początków’. Bardziej chaotyczny. Bardziej osobisty. Borin Makklovesenn nie miał luksusu rutyny. Nie miał też luksusu ośmiu godzin snu. A i sześć ich by chętnie przyjął.
Pierwsze co robił to przyjmował raport z wydarzeń w nocy. Zawsze coś się działo. Może straż o coś pytała, może ktoś się rozchorował, a czasem nawet ktoś zniknął w nocy… dlatego drugim etapem było liczenie. Nie pieniędzy, nie zasobów, a dzieci. Do tego momentu Nowy Brzeg zdążył się już obudzić.
Dziewięcioletni Ryan siedział na obszernym parapecie i czytał obrazkową książeczkę. Kaszel co kilka oddechów wyrywał się z jego krtani. Cichy, ale uporczywy.
Z dziesięcioletnią Mirą przywitał się językiem gestów i znaków i oboje zabrał ze sobą na stołówkę Kogutka. Po drodze zgarnął jeszcze niedobudzonego Brana, co znów zaczął dzień od “przepraszam”...
- … ja nie chciałem.
- Bran. - Borin przerwał mu na spokojnie
Chłopak zamilkł natychmiast. Ten sposób był ważny. Chłopiec reagował bardziej na ton niż słowa.
- Co ustalaliśmy? Hmmm?
- Że… nie zaczy-namy dnia od… przeprosin?
- Yhym i mi tu…
- Przepraszam! Pamiętałem ale…
Makklovesenn przewrócił oczami z chichotem dudniącym w jego piersi. Wytarmosił czuprynę Brana i również zabrał na śniadanie.
Dzieci Nowego Dworu siedziały przy dwóch wielkich stołach, dostępnych dla klientów kogutka tylko poza porami posiłków. Prawie wszyscy już byli. Spośród bezpośrednich podopiecznych Borina brakło tylko najstarszego Jolana… ale go ostatnio często brakło. Z grup spod Tessy i Konrada nie widział Sophie i Dante’go. Ergo: frekwencja w normie. Sama Tessa też była nieobecna, odsypiała nocny dyżur.
Ronan kręcił się między gośćmi Kogutka, opracowując prace społeczne.
Alia czekała cierpliwie przy stole, nie otwierając oczu a jej biała laska stała obok krzesła.
Uvar wyrywał się aby wrócić do pracy, ale układ z Borinem zabraniał mu pracować zbyt dużo.
Nira jak zawsze siedziała bokiem, ukrywając swój poparzony profil perspektywą oraz zaczesanymi na niego włosami.
Makklovesenn przeszedł wzdłuż stołów, kładąc dłoń na ramieniu Uvara, by przycisnął go z powrotem do ławy. Stłumiło to jego chęć zerwania się do noszenia skrzyń.
- Najpierw śniadanie, Uvar. Praca nie ucieknie, a jak mi zemdlejesz to sam będę musiał tachać worki.
Usiadł przy środku stołu, aby być możliwie blisko wszystkich swoich podopiecznych. Pierwsi robotnicy ze Środkowej Dury zaczynali się schodzić, by szybko zjeśc gorące śniadanie i może wziąć coś na resztę dnia, przed dniem cięzkiej pracy.

Zapach smażonej cebuli i czosnku mieszały się z wilgotnym aromatem deszczy, wnoszonym na płaszczach klientów.
- Znów pan nie spał dużo, panie Borinie.
Krasnolud zatrzymał łyżkę w połowie drogi do ust i opuścił ją.
- Jesteś zbyt bystra dla własnego dobra, Alio. Zjadłaś?
- Zjadłam. I dopilnowałam by Nira też zjadła.
Wywołana dziewczyna chciała zaprotestować, ale przerwało jej gdy w tle narodził się agresywniejszy rytm. Ciężkie kroki, kierowały się do ich stolika. Ronan, co właśnie zbierał miski, zręcznie układając ich stosik na drewnianej protezie, wyprostował się gwałtownie. To Borina już zmartwiło.
Odsunął miskę z owsianką i spojrzał w tył. W ich kierunku maszerował Jolan. I nie był on sam.
Za nim szło dwóch mężczyzn w skórzanych kurtkach, których spojrzenia skrywały agresję i gotowość do jej użycia. Jolan wyglądał inaczej… bardziej dziko. Borin znał ten krok. Chód człowieka gotowego do walki… a przynajmniej jego solidna imitacja.
- Jolan! - zawołał Konrad wychodząc z zaplecza, wycierając ręce w ścierkę - Gdzieś ty był? Sophie…
- Zamknij się, Konrad! - warknął Joaln z najdrobniejszym tylko zawahaniem, ale Borin widział drgnięcie gdy powstrzymał się przed spojrzeniem na swoich towarzyszy. Chłopak spojrzał na krasnoluda. - Wyprowadzam się - rzucił mu w twarz jak obelgę - Jestem tu tylko po moje rzeczy.
Kogutek wcale nie ucichł. Czas nie stanął a Jolan wcale nie stał się pępkiem świata, choć Borin widział, że kilku bywalców sięgało ostrożnie, by wymacać rękojeści pałek, noży czy sztyletów. Jeden z nich wprost kierował mu pytające spojrzenie.
Uspokoił go gestem i spojrzał na Jolana. Chłopaka co jeszcze trzy lata temu bał się ciemności i chciał aby czytano mu w kółko Hucklebacka.
- Wyprowadzasz się? - powtórzył spokojnie, choć w środku spokojny wcale nie był - Jesteś pewny, że to towarzystwo - wskazał brodą na mężczyzn z tyłu - zapewni ci lepszy start, niż to co ustalaliśmy?
Jolan zaśmiał się krótko i gorzko.
- Start? Borin… oni tu oferują mi pracę, braterstwo i żywe srebro. To znacznie więcej niż miska zupy i te kretyńskie gadanie o byciu porządny obywatelem.
Ronan zrobił krok w przód. Miski na jego rękach drżały.
- Nie mów tak do niego! - warknął czternastolatek - Po tym wszystkim, co zrobił…
- Co takiego zrobił?! - Jolan odwrócił się gwałtownie - Zrobił z nas kaleki czekające na jałmużnę! Liczące, że świat będzie milusi jeśli tylko my będziemy! Alia nie widzi, ty masz kawałek drewna zamiast ręki, Bran nie potrafi nie przepraszać, a Nira…
Zatrzymał się na wpół wdechu. Widział strach Niry. Wiedział co zamierzał powiedzieć i ona wiedziała także i wiedząc, że zbliża się “cios” próbowała się na niego przyszykować… odwracając poparzoną część twarzy, zasłaniając ją szalem i włosami… ale wszyscy wiedzieli, że ona nie była w stanie się na niego przygotować.
- Dość - warknął Borin wstając, nim cisza zażądałaby od Jolana by się wycofał lub dokończył. Proteza skrzypnęły nieprzyjemnie. - Chcesz odejść, to odejdziesz. Jesteś prawie dorosły. Ale nie pozwolę ci obrażać moich wychowanków i nawet nie zaszczycę komentarzem bzdur które właśnie opuściły twoje usta. Chodź do biura. Porozmawiamy jak mężczyźni, skoroś taki dorosły. I dopełnimy formalności.
Jeden z mężczyzn z tyłu splunął na podłogę.
- Nie mamy czasu na pogaduszki, dziadku. Młody idzie z nami. Teraz.
Borin przeniósł wzrok na nieznajomego i wyprostował się odrobinę. Tyle wystarczyło. Nagle wyglądał nie jak zmęczony krasnolud prowadzący sierociniec, a ktoś, kto przeżył wystarczająco wiele przemocy, by nigdy więcej się jej nie przestraszyć.
- Młody ma imię. Jolan pójdzie kiedy skończymy - poinformował Borin - A jeśli jeszcze raz spluniesz w mojej kuchni, to sam nauczę cię manier tak, że żaden medykus Boromarów cię nie poskłada.
W kuchni Sona przestała siekać warzywa. Bywalcy zamarli, a kilku z nich wstało, już z dłońmi na pałkach, albo nożach… Czekając tylko na jedno słowo.
Dwaj mężczyźni stanęli do siebie plecami, nagle już wcale nie tak pewni jak przed chwilą.
Jolan zawahał się. Spojrzał na swoich nowyh przyjaciół, potem na Borina i na końcu na dzieci Nowego Brzegu, z którymi spędził ostatnią dekadę.
- Idźcie do wozu - rzucił przez ramię - Muszę… muszę wziąć mój nóż. Borin… ma go w swoim sejfie.
Kiedy mężczyźni wyszli siła zeszła z krasnoluda.
- Ronan, zabierz dzieci na górę.
- Ale…
- Teraz.
Alia wstała pierwsza, ale podeszła do Jolana, zostawiając swoją laskę przy stole. Borin widział jak na ostatnim kroku powinęła jej się noga, ale przed upadkiem uchroniły ją chwyt najstarszego z podopiecznych Borina. Poprawiła postawę, ale chwilę pozostała przy nim.
- Pachniesz prochem i strachem - szepnęła tak, że tylko on słyszał - Oni nie są twoją rodziną.
- Alia, ja…
- Ćśśś… - mówiła ledwie szeptem ale i tak go uciszyła - Nie mów nic co utrudni ci powrót do jedynej rodziny jaką masz.
Nie odpowiedział już. Patrzył tylko jak dzieci Nowego Brzegu znikają, jedno po drugim, za drzwiami.

Borin pozwolił Taerowi zostać przy barze. Po szybkim przywitaniu z gospodarzami skierował się do stolika przy którym już się zbierała grupa. Pamięć dawnych a i wciąż żywych… konfliktów przepłynęła przez niego, gdy wreszcie dostrzegł Alestaira. Westchnął przeciągle i usiadł na wolnym krześle. Stół na tuzon osób dawał wiele przestrzeni więc skorzystał, siadając o jedno krzesło od Gundrika. Tak aby mieć wolne miejsce po obu swoich bokach.
- Witaj Alestairze. Mam nadzieję, że powodzi ci się lepiej niż można zgadywać z treści listu - zagadnął zimno, przemycając jeszcze drobną szpilkę, po czym spojrzał na pozostałych obecnych i dopiero wtedy uśmeich zagościł na jego twarzy.
- Kojarzę część twarzy, ale z imionami już różnie… Ja jestem Borin Makklovesenn - przedstawił się, opierając łokieć o blat. - Nowy Brzeg, Kogutek i cała masa spraw, które ludzie z zadziwiającą konsekwencją zostawiają akurat mnie. Trochę jak brudne naczynia… Spojrzał po zebranych z ciężkim, ale już ciepłym westchnieniem.